Gdyby nie porażka spotkania w Doha, poniedziałek byłby wyjątkowo nudny. Producenci ropy wyjechali ze stolicy Kataru z niczym, ale gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, pojawiły się plotki, że w czerwcu – czyli podczas następnego mitingu – może być dużo lepiej. Rynek lubi takie kuluarowe spekulacje, choć ich znaczenia nie ma co przeceniać. Dziwne informacje, pochopne wnioski i zaskakujące oświadczenia to na tym rynku codzienność.
Po dzisiejszym wystąpieniu Williama Dudley’a, szefa Fed z Nowego Jorku, raczej nie ma się co wiele spodziewać, ale i tak inwestorzy będą uważnie go słuchali. W tym tygodniu Ameryka nie ma do zaoferowania wielu ważnych informacji gospodarczych, poza rutynowymi danymi o zapasach paliw (bardzo ważnymi dla rynku ropy) i kolejnymi publikacjami wyników kwartalnych spółek. Dzisiaj dane finansowe zaprezentuje PepsiCo i Netflix, jutro Goldman Sachs, Intel, Yahoo, w środę – Coca-Cola, US Bancorp, American Express, w czwartek – BNY Mellon, General Motors, Microsoft, Alphabet, a w piątek – McDonald’s i General Electric. Zapowiada się bardzo ciekawy tydzień na NYSE.
Hitem tygodnia jest czwartkowa konferencja i komunikat po posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego. EBC nie wykona raczej żadnych gwałtownych ruchów (ostatnie mocne luzowanie polityki monetarnej zostało dokonane w marcu), ale Mario Draghi może przygotowywać rynek do jakichś kolejnych działań. Euroland nie do końca spełnia oczekiwania EBC i Draghi pewno w czwartek wskaże jego słabe punkty. To wystarczy, by przynajmniej z grubsza przewidzieć, co jeszcze może zrobić Europejski Bank Centralny.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Za dwa miesiące Brytyjczycy opowiedzą się za pozostaniem w UE lub opuszczeniem jej. Jeśli zdecydują o wyjściu ze wspólnoty, to funt osłabi się zwłaszcza do dolara. Umocnieniu euro przeciwdziałać będzie osłabienie Unii przez odłączenie Wielkiej Brytanii, złoty zaś straci na fali ucieczki do bezpiecznych aktywów i utraty części funduszy europejskich przez Polskę.
– Brexit wywołałby zamieszanie na światowych rynkach finansowych. Funt osłabiłby się w stosunku do głównych walut. Chociaż największym beneficjentem brexitu byłby amerykański dolar. W takich przypadkach niepewności inwestorzy szukają bezpiecznych aktywów, szukają bezpiecznej przystani, a dolar jest właśnie takim aktywem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Galas, analityk DM Deutsche Banku.
Funt osłabia się do głównych walut od początku roku, przy czym w tym roku na razie do dolara stracił niespełna 4 proc., podczas gdy np. do euro – ponad 7 proc. Strata wobec złotego jest podobna jak wobec franka szwajcarskiego i wynosi blisko 7 proc. Urzeczywistnienie się czarnego scenariusza wywróciłoby jednak te proporcje.
– Do tej pory brexit czy ryzyko brexitu nie było za bardzo poważnie traktowane. Natomiast po ostatnich wydarzeniach trzeba się liczyć z tym, że do tego może dojść – mówi Galas.
Nastroje na Wyspach Brytyjskich są mocno niepewne. W sondażach szale przechylają się raz na jedną, raz na drugą stronę, a języczkiem uwagi będą niezdecydowani. Po ogłoszeniu na początku kwietnia danych z Panama Papers, które ujawniły, że ojciec brytyjskiego premiera Davida Camerona miał udziały w funduszu powierniczym zarejestrowanym na Bahamach, liczba zwolenników brexitu wzrosła. Po upublicznieniu przez Camerona zeznań podatkowych szanse jednak znowu się wyrównały, a funt odrobił część strat.
– Mniej skorzysta na brexicie euro. Chociaż funt też powinien się osłabić do euro, ale jednak ta skala osłabienia powinna być mniejsza. Trzeba wziąć pod uwagę to, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej pokazałoby pewną słabość UE jako instytucji. Ta słabość wiązałaby się również ze słabością wspólnej waluty – wyjaśnia analityk DM Deutsche Banku.
Podobnie polski złoty mógłby ucierpieć, i to co najmniej z dwóch powodów: odwrotu inwestorów od rynków wschodzących oraz uszczuplenia wspólnej unijnej kasy, której Polska jest największym beneficjentem.
– Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznaczałoby mniejszy unijny budżet. Jeżeli mniejszy unijny budżet, to do Polski też napływałby mniejszy strumień funduszy pomocowych. Dodatkowo polski złoty mógłby tracić na tym, że jest najpłynniejszą walutą, jeżeli chodzi o kraje dawnego bloku socjalistycznego.
Zastrzega jednak, że opuszczenie przez Wielką Brytanię wspólnoty musiałoby potrwać co najmniej kilka lat, więc jego realne skutki byłyby rozłożone w czasie. Rynki jednak szybko wycenią potencjalne szkody.
– Przykład Wielkiej Brytanii mógłby skłonić także inne bogatsze państwa należące do Unii Europejskiej do pójścia w jej ślady. To mogłoby spowodować w przyszłości nawet ograniczenie napływu środków z Brukseli, mógłby on nawet zostać całkowicie wstrzymany – przestrzega Galas.
W resorcie edukacji narodowej toczy się dyskusja na temat rządowego podręcznika. – W maju musimy podjąć decyzję dotyczącą tego, co dalej z podręcznikiem drukowanym w ministerstwie. Oczywiście system dotacji do podręczników chcemy utrzymać – zapewnia minister Anna Zalewska. Na uporządkowanie sytuacji liczą także wydawcy podręczników, którzy postulują większą decyzyjność po stronie nauczycieli i rodziców.
– W tej chwili w Ministerstwie Edukacji Narodowej toczą się dyskusje. Mamy wrażenie, że system się rzeczywiście zaplątał, jeżeli chodzi o to, jak rozdzielone są zadania, odpowiedzialność nauczyciela, kiedy podejmują oni decyzję o wyborze podręcznika, a mamy tak naprawdę jeden darmowy podręcznik pisany w ministerstwie. Przed nami trudne decyzje – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Zalewska, minister edukacji narodowej.
Minister deklaruje, że do końca maja zostanie podjęta decyzja o dalszych losach podręczników, zarówno darmowych, jak i dotowanych. Zapowiada też konsultacje społeczne tego projektu. Dodaje, że bezsporne jest pozostawienie systemu dotacyjnego, należy się tylko zastanowić, na jakiej zasadzie państwo będzie dotowało podręczniki.
– Jest parę rzeczy do zrobienia związanych z rozwarstwieniem w dostępie do podręczników, bo ono się rzeczywiście pojawiło – ocenia skutki wejścia w życie reformy podręcznikowej z 2014 Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki. – Wzrosty notują szkoły niepubliczne, zarówno prywatne, jak i społeczne, co wynika z niezadowolenia rodziców poziomem nauczania w szkołach publicznych.
Jego zdaniem temu rozwarstwieniu w dużym stopniu zawinił rządowy podręcznik, wykorzystywany w klasach nauczania początkowego. Ma nadzieję, że od przyszłego roku ministerstwo przestanie być jedynym wydawcą podręcznika.
– Nie chcę mówić o konkretnych liczbach, ponieważ umówiliśmy się z panią minister na rozmowę na temat nowej roli podręczników i pomocy edukacyjnych – mówi Matuszewski. – Mówimy o redefinicji podręcznika i przypisaniu mu nowych funkcji. Od tego będzie też trochę zależało to, jak powinien wyglądać podręcznik, jaką powinien mieć formę i objętość.
Jak zapowiada, wydawcy będą namawiać resort edukacji do pozostawienia nauczycielom możliwości dobierania dodatkowych, niedotowanych pomocy edukacyjnych, np. przez ustalenia z rodzicami. Jest to szczególnie istotne przy klasach sprofilowanych, gdzie predyspozycje uczniów warto rozwijać w określonym kierunku, dostosowanym do ich możliwości, a nie narzuconym odgórnie.
Zdaniem wydawców przedyskutowania wymaga także system dotacji do pozostałych pomocy szkolnych, który ich zdaniem jest niewystarczający.
– Jest dostępna ocena skutków regulacji i jest tam informacja, że kwotę dotacji na ćwiczenia – 25 zł – wyliczono na podstawie 2–3 wizyt w księgarniach warszawskich, czyli kompletnie niereprezentatywnie – przekonuje Jarosław Matuszewski. – Wydaje mi się, że w ramach pracy nad nowym systemem – bo toczy się dyskusja o finansowaniu edukacji, a więc i pomocy edukacyjnych – przyjdzie czas na rozmowy o finansowaniu podręczników, zeszytów ćwiczeń i innych materiałów edukacyjnych.
Obecnie dotacja na ćwiczenia w klasach starszych to 25 zł na komplet ćwiczeń. Oznacza to, że na jeden zeszyt ćwiczeń szkoła może wydać maksymalnie 5 zł. To zbyt mało, aby przygotować rozbudowane ćwiczenia. Przykładowo, ćwiczenia do języka obcego po reformie podręcznikowej są o ponad połowę cieńsze niż wcześniejsze. Do tego dochodzi wieloletni rządowy podręcznik, który w przypadku nauki języków obcych nie bierze pod uwagę obowiązujących trendów w nauczaniu języków.
– Dotacja w kwocie 25 zł na komplet materiałów edukacyjnych, z wyjątkiem podręczników, jest absurdalna – przekonuje Jarosław Matuszewski. – Konkretne dane mówią o tym, że przybyło 20 proc. uczniów w szkołach językowych, co oznacza, że szkolne nauczanie języków obcych jest niewystarczające.
Konsumenci coraz częściej decydują się na ofertę łączonych usług różnych dostawców. Na rynku jest coraz więcej propozycji sprzedaży pakietów energii i gazu czy usług telekomunikacyjnych i energii. Konsumenci wiedzą, że w ten sposób mogą ograniczyć rachunki i dostosować ofertę do swoich potrzeb. Z pierwszej na polskim rynku połączonej usługi technologicznej i energetycznej Energi i Microsoftu na dostawę energii oraz pakietu Office 365 skorzystało w ciągu roku 50 tys. klientów.
– Połączenie sprzedaży oprogramowania z dostawą energii na początku wyglądało dosyć egzotycznie – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Piotrowski, członek zarządu w polskim oddziale Microsoft. – Najważniejsza jest jednak odpowiedź rynku, a w tym wypadku odpowiedź konsumentów była fantastyczna. Nie przewidywaliśmy takiego zainteresowania klientów Energi takim pakietem. Teraz stali się oni naszymi wspólnymi klientami, o których dbamy w tej chwili wspólnie. Decyzja o stworzeniu tej unikatowej oferty była szybka i prosta. Będziemy ją rozwijać również w innych sektorach branży.
Usługa Energa 365 polega na dostawie energii z trzyletnią gwarancją niezmienności ceny oraz możliwością zakupu pakietu Office 365 na rok w cenie 1 zł. Jak podkreślają pomysłodawcy projektu, pozwala on m.in. propagować wśród użytkowników korzystanie z legalnego oprogramowania. Licencja umożliwia dostęp do oprogramowania Microsoft na pięciu urządzeniach, dzięki czemu jednocześnie można z niego korzystać na komputerze domowym, smartfonie i tablecie. Daje też dostęp do 1 terabajta przestrzeni na dysku w chmurze.
– Microsoft to firma innowacyjna, a energetyka aktualnie wchodzi w sferę innowacji. Chcieliśmy więc wykorzystać markę Microsoft, by kojarzyła się z innowacyjnością w Enerdze – tłumaczy Dariusz Kaśków, prezes Grupy Energa. – Ponad 50 tysięcy klientów skorzystało z łączonej oferty obu tych produktów, czyli Office z energią. Połączenie dało bardzo duży efekt.
Energa wprowadza również projekt inteligentnego pomiaru energii w domu za pomocą oprogramowania pod nazwą LivingLab. Na razie ten innowacyjny program testowany jest w 300 gospodarstwach domowych w Gdyni. Mieszkańcy uczą się, jak zarządzać energią elektryczną, bezpłatnie testując nowoczesne narzędzia i usługi.
Choć połączenie usług technologicznych i energetycznych było pierwszym na polskim rynku, wpisuje się w coraz częściej występujące zjawisko łączenia usług z różnych dziedzin we wspólne pakiety. Prezes Energi podkreśla elastyczność takich ofert. Dodaje, że klient może utworzyć usługę dopasowaną do jego indywidualnych potrzeb.
– Usługa online polega na tym, że konsument sam ustawia sobie najlepszą ofertę, jaka mu odpowiada w danej chwili. To daje miarodajne i znaczne przełożenie na biznes, bo klient kreuje produkt najlepszy dla siebie – przekonuje Kaśków.
Microsoft zaznacza, że dostrzega dalsze możliwości rozwoju współpracy z Energą. Dariusz Piotrowski dodaje, że firma przygotowuje się również do współpracy z innymi sektorami, takimi jak telekomunikacja, banki i ubezpieczyciele czy branża przemysłowa.
– Konsumenci oczekują nowego rodzaju usług łączących różne rozwiązania – mówi Dariusz Piotrowski. – To jest wyznacznik współpracy z firmami w odmiennych branżach oraz element testowania rynku. Wiemy i widzimy po współpracy z Energą, że odpowiedź rynku była pozytywna i dała nam jasny sygnał, że to usługa, a nie oddzielne produkty, jest tym, czego oczekuje konsument.
Oferta gdańskiej Energi i polskiego oddziału Microsoftu jest dostępna na rynku od jesieni 2014 roku. Usługa ta została nagrodzona w konkursie „Liderzy Świata Energii” podczas XXIII Konferencji Energetycznej EuroPOWER.
Wprowadzenie podatku bankowego oraz niepewność dotycząca portfela kredytów hipotecznych to główne powody nieufności zagranicznych inwestorów do polskich banków – uważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista z Polskiej Rady Biznesu. W jego ocenie tę niepewność widać chociażby w notowaniach giełdowych spółek.
– Cały czas jest dosyć duża nieufność do polskich banków. To dotyczy nie tylko niewiadomych skutków wprowadzenia podatku na aktywa bankowe,lecz także portfela kredytów hipotecznych. W dalszym ciągu nie ma jasności, jak sprawa się rozstrzygnie i jak wpłynie na wyniki wszystkich banków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak.
Wprawdzie od początku lutego indeks WIG-banki rósł nawet nieco szybciej niż WIG (9,8 proc. wobec 9 proc.), jednak przez ostatni rok jego straty były znacznie wyższe i przekraczały 22 proc., podczas gdy indeks szerokiego rynku stracił przez ostatnich 12 miesięcy tylko 13 proc. Do odrobienia strat wciąż więc bankom daleko. W ocenie Jankowiaka pomoc frankowiczom w jakiejś formie byłaby do rozważenia, gdyby nie było to jedno z wielu wprowadzanych jednocześnie rozwiązań, jak Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, podatek bankowy czy składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
– Gdyby to był jedyny tego rodzaju pomysł, to myślę, że w pewnych warunkach i po odpowiedniej dyskusji można by było go poprzeć – ocenia.
Ekonomista dostrzega pierwsze skutki podatku nałożonego na instytucje finansowe. Według niego dotyczy to zakłóceń na rynku bankowym i międzybankowym. Jankowiak uwagę na fakt, że obligacje skarbu państwa nie są objęte podatkiem bankowym, co zachęca do ich zakupu. Taki wyjątek nie dotyczy jednak bonów pieniężnych Narodowego Banku Polskiego.
– Oznacza to większy popyt na obligacje rządowe, głównie krótkie. Dzięki temu mieliśmy bardzo duże przesunięcia w strukturze portfela pod względem podziału na rezydentów i nierezydentów. Polskie banki były zainteresowane tym, żeby kupować aktywa, które nie są objęte podatkiem, a banki zagraniczne z racji dobrych cen, które dyktowały polskie banki, z chęcią te obligacje sprzedawały – mówi.
Rentowności polskich obligacji 10-letnich na rynku wtórnym spadły od drugiej połowy stycznia do drugiej połowy marca z 3,30 do 2,80. Oznacza to, że wzrosły ich ceny.
Główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu mówi, że trzeba liczyć się także ze skutkami, które dadzą o sobie znać w dłuższym horyzoncie czasowym, zwłaszcza ze zmianą oferty kredytowej banków w stronę kredytów konsumpcyjnych.
– To będzie głownie, jak sądzę, przesunięcie w portfelu aktywów bankowych idące w stronę produktów wysokomarżowych – ocenia. – Będziemy mieli do czynienia prawdopodobnie z dosyć dużą dynamiką wzrostu akcji kredytowej w części finansującej konsumpcję, co z makroekonomicznego punktu widzenia oczywiście w dłuższym okresie nie jest zbyt opłacalne.
Po pierwszym kwartale 2016 roku BIK odnotował wzrost zapytań o kredyty hipoteczne, a spadek o konsumenckie, ale to tylko miara popytu, nie podaży ani ostatecznie przyznawanych kredytów.
Przyjęta przez Sejm ustawa nałożyła od lutego 2016 r. na banki, SKOK-i i firmy ubezpieczeniowe podatek wynoszący w skali roku 0,44 procent wartości ich aktywów.
Miliardy urządzeń codziennego użytku połączonych do sieci – od samochodów po pralki czy centralne ogrzewanie – to nie wizja przyszłości, lecz rzeczywistość najbardziej dynamicznie rozwijającej się części sektora ICT, czyli internetu rzeczy. Taki stan powinien się utrzymać przez całą dekadę, a tempo rozwoju być może jeszcze wzrośnie, gdy korzyści biznesowe staną się bardziej widoczne.
Internet of Things (IoT), czyli internet rzeczy to koncepcja, wedle której przedmioty codziennego użytku mogą nie tylko gromadzić, lecz także przetwarzać lub wymieniać dane w sieci.
Jak wynika z raportu analityków amerykańskiej firmy doradczej Gartner, do końca 2016 roku w ramach internetu rzeczy podłączonych będzie 6,4 miliarda urządzeń, co oznacza wzrost o 30 proc. w ciągu roku. Szacuje się, że tylko w tym roku każdego dnia do sieci podłączanych będzie około 5,5 mln różnego rodzaju nowych przedmiotów codziennego użytku. Za cztery lata liczba aktywnych urządzeń podłączonych w ramach globalnej sieci IoT wzrośnie do 20,8 miliarda. Według różnych analiz do tego czasu wartość całego roku dawno przekroczy barierę biliona dolarów. Na świecie idea ta jest już określona mianem teleinformatycznej rewolucji.
– Prawdziwy potencjał internetu rzeczy tkwi jednak po stronie biznesowej. Jego biznesowe wykorzystanie to proces, który nazywamy cyfrową transformacją. Chodzi o integrację nowych cyfrowych technologii, technologii komunikacyjnych i mocy obliczeniowych we wszelkiego rodzaju urządzeniach, dzięki czemu stają się one inteligentniejsze i pomagają optymalizować procesy biznesowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joseph Reger, dyrektor ds. technologicznych Fujitsu na region Europy, Bliskiego Wschodu, Indii i Afryki.
Jak podkreśla, jest to prawdopodobnie największy segment branży ICT. Tempo jego rozwoju może znacznie przyspieszyć, kiedy bardziej widoczne staną się korzyści biznesowe wynikające z wykorzystywania nowoczesnych technologii informatycznych i komunikacyjnych. Ten postęp w opinii Regera widać coraz wyraźniej.
– Internet rzeczy i cyfrowa transformacja przynoszą jednocześnie wiele korzyści i wiele problemów. Każdy klient powinien pamiętać o obu tych stronach. Musimy pilnować, by technologie te były wykorzystywane w celach, które są etycznie i moralnie akceptowalne oraz korzystne dla firm – podkreśla Joseph Reger.
W opinii przedstawicieli Fujitsu, koncernu specjalizującego się w nowych technologiach, połączenie w sieć działających na całym świecie urządzeń będzie przełomem o rewolucyjnym znaczeniu dla każdej branży. Firmy dostaną nowoczesne i zaawansowane narzędzia do komunikacji, obliczeń, przechowywania, analizowania danych, korzystania z komputerów przenośnych i w końcu przetwarzania danych w chmurze. Na internet rzeczy stawia też Fujitsu.
– Koncentrujemy się na technologiach umożliwiających wdrożenie internetu rzeczy i cyfrową transformację, która obejmuje nie tylko urządzenia, komunikację czy moce obliczeniowe, lecz także analizę danych, na przykład aplikacje do analizy biznesowej, analizę prognozującą, prowadzącą do działań wyprzedzających. Zaczynamy się również przyglądać procesowi uczenia maszyn, ponieważ stanie się on niezbędny do obróbki do ogromnej ilości danych, które produkujemy i do obsługi internetu rzeczy – mówi Joseph Reger.
Na badania i rozwój w tych obszarach koncern przeznacza ok. 5 proc. rocznych obrotów. Prace nad innowacyjnością prowadzone są również w polskim oddziale. W ocenie dyrektora ds. technologicznych Fujitsu Polska jest jednym z dynamiczniej rozwijających się krajów w Europie, a przez to atrakcyjnym dla branży. Według eksperta IoT wymaga specjalnych umiejętności, które w Polsce są szeroko dostępne.
Reger przekonuje, że propozycja Fujitsu w zakresie internetu rzeczy sprowadza się przede wszystkim do tego, by pomóc klientom w optymalizacji ich procesów biznesowych. W ramach rozwoju technologii IoT na całym świecie promuje wizję świata inteligentnego społeczeństwa. Ma się ono opierać na najnowszych osiągnięciach teleinformatyki, w jego centrum ma stać wyłącznie człowiek.
Według krajowych raportów idea IoT w Polsce ma największy potencjał nabywczy w przypadku inteligentnych urządzeń RTV i AGD oraz naszpikowanych elektroniką domów i mieszkań. Według ubiegłorocznego raportu IAB Polska polscy klienci najbardziej doceniają potencjalne korzyści IoT związane z oszczędnością energii (44 proc.), większym poczuciem kontroli nad urządzeniami i sprzętami (41 proc.), a także bezpieczeństwem (38 proc.).
Dla pokolenia, które wchodzi na rynek pracy, wartości wyznawane przez firmę mają duże znacznie przy wyborze przyszłego pracodawcy. Dlatego lepiej oceniane przez kandydatów są podmioty odpowiedzialne społecznie, działające na rzecz pracowników, lokalnych społeczności czy środowiska. Pozytywna opinia pracowników, a także nagrody i wyróżnienia w zakresie CSR mają duży wpływ na postrzeganie firmy w społeczeństwie, co przekłada się na wzrost zaufania klientów, a tym samym na wyniki finansowe.
– Według badań i obserwacji, które prowadzimy od lat, CSR [Corporate Social Responsibility, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu – red.] jest istotnym elementem postrzegania firmy przez klientów, kontrahentów, pracowników, a co za tym idzie – ma ogromny wpływ na zyski firm – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Potocka-Domin, wiceprezeska Business Centre Club (BCC). – W dzisiejszych czasach przedsiębiorstwa konkurują o prymat głównie wizerunkiem, a CSR jest niezwykle ważnym jego elementem.
Według unijnej strategii społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw CSR to działania wynikające z poczucia więzi ze społeczeństwem, dotyczące zarówno kwestii społecznych, środowiskowych, etycznych, jak i związanych z prawami człowieka oraz uprawnieniami konsumentów. Jak wynika z badania Deloitte, są to wartości coraz bardziej cenione przez przedstawicieli wchodzącego na rynek pracy pokolenia Y. Wdrażająca zasady CSR firma ma w związku z tym większe szanse na zdobycie najlepszych pracowników. Tym bardziej że millenialsi w ciągu najbliższych 10 lat będą stanowili ¾ aktywnych zawodowo Polaków.
– Pokolenie, które wchodzi na rynek, czyli generacja Y i Z, ma już inne wymagania. To ludzie, którzy potrzebują równowagi między pracą zawodową a życiem prywatnym. Ważne jest dla nich spełnienie w pracy, ale potrzebują także silnych, inspirujących liderów – potwierdza Marek Jurkiewicz, prezes portalu InfoPraca.pl. – Dla przyszłych pracowników wartości, jakie wyznaje firma, i odpowiedzialność w biznesie są rzeczami kluczowymi.
Zdaniem Jurkiewicza działania CSR wpisują się w deklarowaną przez młodych pracowników potrzebę szukania sensu pracy, który coraz częściej nie dotyczy tylko kwestii finansowych.
Społeczna odpowiedzialność firmy jest także istotna dla kontrahentów i klientów, a także wpływa na pozycję rynkową przedsiębiorstwa. Z badania firmy doradczej PwC wynika, że najważniejsze korzyści ze stosowania CSR to pozytywny wizerunek (74 proc.), zmotywowani pracownicy (58 proc.), przychody (45 proc.) oraz oszczędności (21 proc.). Wszystkie w rezultacie prowadzą do korzyści finansowych, ale dwie ostatnie – w sposób bezpośredni.
– Polscy przedsiębiorcy od wielu lat są odpowiedzialni społecznie, ale część z nich „nie wie, że mówi prozą”, tzn. opiekuje się pracownikami i społecznością lokalną, ale nie nazywa tego CSR-em – zauważa Anna Potocka-Domin.
Według BCC ok. 40 proc. przedsiębiorców zna konkretne zasady CSR, a tego rodzaju działalność nazywa po imieniu. Odsetek ten rośnie przy tym wraz z wielkością firmy. Wśród średnich i dużych przedsiębiorstw znajomość taką deklaruje odpowiednio 60 i 80 proc.
– W większych organizacjach są to profesjonalne przedsięwzięcia, które mają swoje miejsce w strategiach i obejmują zasięgiem zarówno firmę, jak i jej otoczenie – zauważa Anna Potocka-Domin. – Związane są zarówno z drobnymi akcjami na rzecz społeczności lokalnej, jak i dużymi, ogólnopolskimi działaniami.
Ważne jest, jak podkreśla Anna Potocka-Domin, by przedsięwzięcia CSR były spójne ze strategią biznesową firmy, stały się zrozumiałe dla pracowników i nie miały charakteru przypadkowego. Dobrze, gdy zatrudnieni stają się także inicjatorami takich działań lub biorą w nich aktywny udział, np. poprzez wolontariat pracowniczy.
– Firmy, które działają wyjątkowo dobrze w tym obszarze, warte są tego, żeby je pokazywać, nagradzać, żeby było o nich głośno. Nie ma nic lepszego niż pokazywanie dobrych przykładów. To działa fantastycznie na samą firmę i pracowników, wzmacnia ich motywację. Dla pozostałych firm jest to fantastyczny przykład, a dla konkurencji sygnał, że warto się zaangażować, z korzyścią dla nas wszystkich – podkreśla wiceprezeska BCC.
Wyłonieniu liderów CSR ma służyć organizowany przez Akademię Filantropii konkurs „Dobroczyńca Roku”. Do 22 kwietnia na stronie dobroczyncaroku.pl można oddawać głosy na firmy, które podejmują działania odpowiedzialne społecznie.
– 90 proc. społeczeństwa uważa, że firmy powinny mówić o swoim zaangażowaniu społecznym – podkreśla Anna Potocka-Domin. – Nasze społeczeństwo najczęściej dowiaduje się o takich działaniach z mediów, ale najbardziej wiarygodnym źródłem są pracownicy tych firm, a także rodzina i przyjaciele. Bardzo wysoko cenione są także nagrody i wyróżnienia.
W tym roku mija 105. rocznica zdobycia bieguna południowego przez Roalda Amundsena. Choć dziś polarnicy mają dużo lepszy sprzęt, możliwości nawigacyjne i specjalistyczne ubrania, to niezmienna pozostaje konieczność poczynienia długotrwałych przygotowań. Niezbędne jest też odpowiednie przygotowanie fizyczne i psychiczne, bo pokonanie trasy w tak monotonnym krajobrazie jest nie lada wyzwaniem.
– Biegun południowy wciąż jest celem dla podróżników. Co roku wiele osób chce go zdobyć. Odbywają się tam również wyprawy narciarskie długości 100 kilometrów. Są i tacy, którzy chcą przebyć całą drogę, tzn. od wybrzeża do bieguna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Børg Ousland, polarnik z Norwegii.
Biegun południowy został po raz pierwszy zdobyty dokładnie 105 lat temu przez norweskiego polarnika Roalda Amundsena.
– Należy podziwiać to, że w tamtych czasach udało mu się tak świetnie przygotować, zdobyć wiedzę. Wiemy, że Amundsen czerpał również ze swoich doświadczeń z Arktyki, z bieguna północnego. O dużym sukcesie jego wyprawy przeważyło to, że zabrał ze sobą psy, a nie konie jak jego konkurent Robert Scott – mówi Małgorzata Korczak-Abshire, ekspertka z Zakładu Biologii Antarktyki w Instytucie Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk. – Był to niewątpliwie ogromny wyczyn sportowy.
Obecnie wyprawa na biegun, choć to wciąż wyzwanie logistyczne, jest już znacznie prostsza niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dzięki możliwościom nawigacji, dobremu sprzętowi i świadomości, że w razie kłopotów możliwa jest ewakuacja, na wyprawy decyduje się coraz więcej osób. Wśród nich są przede wszystkim naukowcy, polarnicy i doświadczeni podróżnicy.
– My też korzystamy z doświadczeń Amundsena, np. wykorzystanie futra reniferów i fok, które stanowią idealną izolację od silnego wiatru i bardzo niskich temperatur, od -40 do nawet -60 stopni Celsjusza. My podejrzeliśmy to właśnie u niego i w tej chwili również wykorzystujemy tę wiedzę – mówi Korczak-Abshire. – Przede wszystkim staramy się wyciągnąć wniosek, że do każdej wyprawy trzeba się bardzo dobrze przygotować: zapoznać się z literaturą, umieć przewidzieć każde pojawiające się w tamtym rejonie niebezpieczeństwo i zagrożenie oraz minimalizować ryzyko, tak jak zrobił to Roald Amundsen.
Jak podkreśla, wyprawy naukowe, w których pięciokrotnie sama brała udział, wymagają od uczestników jeszcze większych przygotowań. Startują one mniej więcej rok przed rozpoczęciem wyprawy.
Niezbędna jest kondycja fizyczna. Przecenienie własnych sił i zbyt krótki trening przed wyjazdem mogą zaprzepaścić szansę na zdobycie bieguna. Istotne jest również doświadczenie w wędrówkach, zwłaszcza że koniecznej wiedzy nie można zdobyć tylko poprzez lektury czy filmy przyrodnicze. W obecnych czasach jest to dużo łatwiejsze niż ponad sto lat temu, kiedy Amundsen szedł w nieznane.
– Trzeba się przygotować nawet na 10 godzin marszu dziennie z ciężkim ekwipunkiem, więc trening jest niezbędny. Można też łatwo kupić sprzęt niezbędny do ekspedycji, ale mimo to potrzeba doświadczenia. Nie radziłbym zaczynać od Antarktyki. Na początek rekomendowałbym Grenlandię lub Svalbard – radzi polarnik.
Wyprawa na biegun oznacza nie tylko wysiłek fizyczny, lecz także psychiczny. Jednostajny krajobraz w połączeniu z dotkliwym wiatrem i zimnem potrafią każdego doprowadzić na skraj wytrzymałości. Jak podkreśla Ousland, istotne jest dlatego przygotowanie do mentalnego wyzwania. Choć większość podróżników nie bierze pod uwagę tego, że może się wycofać, Antarktyda potrafi wygrać z każdym.
– Czasami ludzie chcą zrezygnować, ponieważ doznają kontuzji albo nie są w wystarczająco dobrej kondycji. Jednym z częstych powodów są również odmrożenia wywołane zimnem i wiatrem. Na Antarktyce jest również problem z wysokością, ponieważ płaskowyż jest położony na wysokości ponad trzech tysięcy metrów. Jest więc wiele różnych czynników, które decydują o tym, czy osiągnie się sukces – ocenia Børg Ousland.
Mimo to Antarktyda jest też coraz częściej wybierany przez mniej doświadczone osoby. Wśród nich znajdują się nie tylko poszukiwacze przygód, osoby, którzy stale chcą przesuwać granicę fizycznej wytrzymałości, lecz także zwyczajni ludzie, którzy do wyprawy przygotowują się miesiącami, tylko po to, by spełnić swoje marzenie. Częściej wybierane są krótsze trasy, tygodniowe albo dwutygodniowe, a nie trzymiesięczne, jak kiedyś. Biura podróży organizują także wyprawy – rejsy na Antarktydę. Ich koszt to kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
– To ludzie, którzy po prostu chcą się znaleźć na wielkiej białej równinie Antarktyki. Cel dla wszystkich jest wspólny. Chcą stanąć na biegunie południowym, i to jest najważniejsze – mówi Ousland.
Antarktyka to dla większości osób prawdziwy koniec świata, miejsce, za którym nie ma już nic. Na wyobraźnię działa też fakt, że dotarło się na spód Ziemi. Jak przekonuje podróżnik, kontynent ma też do zaproponowania bogatą faunę.
– Miliony pingwinów, fok i wielorybów – wymienia Ousland. – Antarktyczny interior jest bardzo sterylny, nie ma tam w ogóle życia, ale na wybrzeżu fauna jest niezwykle bogata.
– Zakładając polską stację badawczą [Polską Stację Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego – red.], która działa nieprzerwanie od 1977 roku, czerpaliśmy wiedzę z wcześniejszych odkryć i dokonań, które były prowadzone na Antarktydzie. Bardzo nas to inspirowało. Cały czas odkrywamy ten kontynent i tajemnice, które jeszcze kryje. Nasze badania obejmują różnoraki zakres naukowy: geologię, glacjologię, biologię, również badania morskie oraz monitoring meteorologiczny i gatunków wskaźnikowych – wyjaśnia Małgorzata Korczak-Abshire.
Ponad 40 proc. Polaków postrzega wędliny, jako zdrowe produkty. Równocześnie 45 proc. nie ma sprecyzowanego zdania na ten temat. Mimo to, wędliny to jedna z najbardziej popularnych kategorii kupowanych do polskich gospodarstw domowych. 70 proc. nabywców dokonuje zakupu kategorii kilka razy w tygodniu.
W kwietniu, który w 2015 roku był miesiącem świątecznym (Wielkanoc) całkowita sprzedaży kategorii wędlin do polskich gospodarstw domowych wyniosła blisko 1 284 mln PLN. W porównaniu do świątecznego kwietnia w 2014 r. zaobserwowano spadek w wartości sprzedaży kategorii o 6 proc.
Przeciętny Polak wydaje jednorazowo na zakup wędlin 11 złotych. Średnio podczas jednego aktu zakupowego kupujemy 600 gramów wędliny. Co czwarty produkt z tej kategorii jest kupowany w promocji. Zdecydowanie częściej kupujemy wędliny na wagę niż paczkowane. Udział wędlin paczkowanych stanowi 1/3 całkowitej wartości sprzedaży kategorii.
Podczas zakupów wędliny w sklepie zza lady ponad połowa nabywców woli kupować wędlinę w plastrach. Ponadto, preferują oni krojenie wędlin na miejscu przez sprzedawcę niż uprzednio pokrojone plastry gotowe do sprzedaży.
Najbardziej popularnym rodzajem wędlin pod względem zakupów w Polsce są kiełbasy tradycyjne i szynki. Udział tych dwóch typów wędlin wynosi prawie 40 proc. w całkowitej wartości sprzedaży kategorii.
Na rynku wędlin w Polsce zachodzą dynamiczne zmiany, które wpisują się w nowe trendy konsumenckie. Producenci wychodzą naprzeciw prozdrowotnym postawom nabywców, którzy poszukują wędlin bez konserwantów, z obniżoną zawartością soli czy glutaminianu sodu. W ostatnim czasie na półkach sklepowych pojawiły się wędliny bezglutenowe, dotychczas dostępne jedynie w niszowych sklepach z ofertą ekologiczną. Nabywcy, którzy szukają wędlin wyróżniających się wysoką jakością, mają do wyboru wiele ekskluzywnych linii produktów w eleganckich delikatesowych opakowaniach. Coraz większą popularnością cieszą się także dedykowane linie produktów np. dla dzieci lub dla mężczyzn. Polscy producenci dostrzegli także trend, w który wpisują się wędliny dla wegetarian, produkowane głównie na bazie soi.
Informacje o badaniu
Powyższe wyniki pochodzą z raportu „Jak Polacy kupują wędliny” ze stycznia br. Metodologia: wywiady w sklepie face to face, na ogólnopolskiej próbie 400 respondentów w wieku 18+ odpowiedzialnych lub współodpowiedzialnych za zakupy w gospodarstwie domowym. Badanie przeprowadzono w czterech typach sklepów: hipermarket/supermarket, dyskont, sklep wędliniarski, sklep ogólnospożywczy
– Rok po połączeniu dwóch banków, jesteśmy coraz bliżej ukończenia procesu integracji. Jednocześnie jesteśmy gotowi, aby w połowie bieżącego roku połączyć się z Sygma Bankiem Polska. Fuzja z Sygma Bankiem wzmocni naszą działalność w obszarze consumer finance. Uznaliśmy, że to dobry moment do aktualizacji strategii rozwoju naszego zintegrowanego Banku. Połączenia, o których wspomniałem, znacząco umacniają naszą pozycję rynkową – należymy do grona największych banków w Polsce pod względem sumy bilansowej i liczby klientów. W niektórych obszarach, jak np. sektor agro czy międzynarodowa bankowość korporacyjna, jesteśmy liderem pod względem udziałów w rynku. Jednocześnie mamy świadomość wyzwań stojących przed sektorem finansowym i aby nadal móc się rozwijać musimy koncentrować się na dalszej poprawie efektywności, która przyniesie pozytywne efekty dla naszych klientów, pracowników i akcjonariuszy – mówi Tomasz Bogus, Prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas.
W strategii, Bank BGŻ BNP Paribas jasno zdefiniował swoje cele:
uzyskanie ponad 5 proc. udziału w rynku kredytów i depozytów,
poprawa efektywności wynikająca zarówno z synergii kosztowych związanych z integracją banków, jak i zwiększania przychodów,
wzrost wyniku z działalności bankowej poprzez wdrożenie nowych inicjatyw we wszystkich liniach biznesowych,
obniżenie wskaźnika kosztów do dochodów z 74 proc. w 2015 r. (bez uwzględnienia kosztów integracji) do ok. 55 proc. w 2018 r.,
wzrost rentowności kapitału własnego (ROE) do poziomu ok.10 proc.
– Zakończenie integracji pozwoli nam na realizację synergii po stronie kosztowej. Jednak bazą do poprawy efektywności w kolejnych latach ma być systematyczna poprawa wyniku z działalności bankowej. Posiadamy ofertę dla każdej z grup klientów i zamierzamy to wykorzystać do dalszego rozwoju.Chcemy rosnąć w każdym obszarze, być bankiem zintegrowanym, wykorzystującym w pełni potencjał naszej uniwersalnej oferty do zwiększenia przychodów – dodaje Tomasz Bogus.
Bank BGŻ BNP Paribas chce oprzeć swój rozwój na 4 filarach:
Koncentracja na kliencie – obecność blisko klientów, dzięki wykorzystaniu sieci oddziałów, przede wszystkim w małych i średnich miastach. Koncentracja na klientach bankowości detalicznej oraz wybranych sektorach i branżach bankowości korporacyjnej i MSP. Dalsze umacnianie pozycji lidera w sektorze rolno-spożywczym.
Wsparcie klientów korporacyjnych w ich zagranicznej ekspansji, dzięki wykorzystaniu potencjału Grupy BNP Paribas obecnej w 75 krajach na całym świecie.
Przekształcenie banku uniwersalnego w bank zintegrowany zwiększający cross-selling, umożliwiający kompleksową obsługę każdego aspektu działalności biznesowej, zarówno poszczególnych klientów, jak i wybranych branż.
Rozwój bankowości elektronicznej i mobilnej umożliwiający konkurowanie z najlepszymi bankami na rynku. Optymalizacja i industrializacja procesów operacyjnych.
Mikro i mali właściciele firm w województwie lubuskim inwestują najwięcej w kraju – wynika z danych szóstej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm” autorstwa ekspertów Banku Pekao. Nastroje przedsiębiorców są lepsze niż w poprzednim badaniu, a w rankingu krajowym zajmują trzecią pozycję. Lubuski przedsiębiorca rzadziej niż sąsiedzi wprowadza do swojej firmy innowacyjne rozwiązania.
Mikro i mali przedsiębiorcy z województwa lubuskiego są w najlepszych nastrojach od 6 lat. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] jest wyższy o 2 p.p. w ujęciu rocznym i wynosi 99,5 p. Średnia krajowa to 98 p. Przedsiębiorcy z podregionu zielonogórskiego, podobnie jak w ubiegłym roku, lepiej niż gorzowscy sąsiedzi ocenili swoje nastroje w 2015 r. oraz perspektywy na kolejne 12 miesięcy (odpowiednio 97,5 p. i 102 p.). Ankietowani właściciele mikro i małych firm z podregionu gorzowskiego oceniają swoją sytuację w 2015 r. również powyżej średniej krajowej – na 97,2 p., a perspektywy na 2016 r. – na 100,9 p.
– Ocena nastrojów mikro i małych przedsiębiorców w Lubuskiem rośnie już trzeci rok z rzędu. W Polsce większymi optymistami są jedynie ankietowani z województwa pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Firmy z podregionu zielonogórskiego podobnie jak w ubiegłym roku najlepiej oceniły swoją sytuację w regionie – mówi Tomasz Kierzkowski, Dyrektor w Departamencie Klienta Biznesowego w Banku Pekao S.A.
Na wskaźnik koniunktury składa się 8 badanych obszarów, takich jak ogólna sytuacja gospodarcza, sytuacja branży i firmy, przychody i wynik finansowy firmy, zatrudnienie, oczekiwanie na zapłatę, dostęp do finasowania. Przedsiębiorcy z lubuskiego nieznacznie gorzej niż inne regiony ocenili jedynie zatrudnienie. Indeks długości oczekiwania na zapłatę w województwie lubuskim jest za to najwyższy w kraju.
Co drugi mikro i mały przedsiębiorca w Lubuskiem inwestuje – to najlepszy wynik w kraju, wyższy od ubiegłorocznego o 7 p.p. Tak jak w ubiegłym roku, inwestycyjnym liderem jest podregion zielonogórski (52% mikro i małych firm zainwestowało tam w 2015 r., co stanowi wzrost o 3 p.p.). W podregionie gorzowskim inwestycje wzrosły w ujęciu rocznym aż o 15 p.p. (34% w 2014 r. i 49% w 2015 r.). Ankietowani przedsiębiorcy zapowiadają spadek inwestycji w kolejnych 12 miesiącach o 4 p.p. To niewiele w porównaniu ze średnią krajową, która wynosi 39%. Nakłady inwestycyjne w Lubuskiem są niewielkie, jedynie jedna na pięć inwestycji przekracza kwotę 100 tys. złotych.
– Mikro i małe firmy w Lubuskiem inwestują najchętniej w kraju. Nadal liderem jest podregion zielonogórski, ale szybko dogania go podregion gorzowski, gdzie odnotowaliśmy dwucyfrowy wzrost inwestujących firm. Tak wysoki odsetek inwestycji przekłada się na rosnący z roku na rok optymizm lubuskich właścicieli mikro i małych firm. Są one w krajowej czołówce nastrojów – komentuje Tomasz Kierzkowski, Dyrektor w Departamencie Klienta Biznesowego w Banku Pekao S.A.
Według danych Banku Pekao odsetek mikro i małych firm eksortujących w województwie lubuskim jest niższy w porównaniu z 2014 r. o 6 p.p. i wynosi 17%. Wynik na tle kraju jest dobry – więcej eksportują jedynie przedsiębiorcy w mazowieckim (20%) i zachodniopomorskim (19%). Średnio w kraju produkty i usługi sprzedaje za granicę 16% firm. W 2015 r. w Lubuskiem w podregionie gorzowskim eksportowało 19%, a w zielonogórskim – 16%. W 2014 r. odsetek eksporterów był wyższy w zielonogórskim – 24%, natomiast w gorzowskim wynosił 21%. Ankietowani w Lubuskiem zapowiadają wzrost eksportu w 2016 r. do 22% – to najbardziej optymistyczna prognoza w kraju.
Spadło zaangażowanie lubuskich mikro i małych przedsiębiorców w zakresie innowacyjności. Lubuski właściciel mikro i małej firmy jest mniej innowacyjny niż przeciętny przedsiębiorca w kraju. Innowacje produktowe wprowadziło w Lubuskiem w 2015 r. 20% firm – w 2014 r. było ich o 6 p.p. więcej. Krajowy lider, województwo mazowieckie, ma wynik lepszy o prawie 10 p.p. Spadek dotyczy również obszaru innowacji procesowych – w 2015 r. wprowadziło je 16% lubuskich firm, w 2014 r. – było ich o 5 p.p. więcej.
W województwie lubuskim główne bariery w rozwoju sektora mikro i małych przedsiębiorstw stanowią wysokość podatków, obciążenia biurokratyczne oraz koszty pracy. Średnia tych barier jest mimo wszystko nieco niższa niż średnia krajowa. W porównaniu z ostatnią edycją badania wzrosło znaczenie m.in. obciążeń biurokratycznych oraz przepisów prawnych.
Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).
Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.
[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.
Stażyści i praktykanci są coraz chętniej poszukiwani przez pracodawców – w I kwartale 2016 r. na portalu Pracuj.pl opublikowano o 23% więcej ofert dla nich niż w tym samym okresie rok wcześniej. Jakie specjalizacje najszybciej się rozwijają i gdzie najłatwiej znaleźć ofertę praktyk bądź stażu?
W pierwszych trzech miesiącach 2016 r. pracodawcy na Pracuj.pl opublikowali 2709 ofert praktyk i staży – to wzrost aż o 23% w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Pracodawcy wykazują wyraźne zainteresowanie młodymi pracownikami, w których widzą coraz większy potencjał i chętnie zatrudniają w swoich firmach. To doskonała okazja nie tylko do poznania organizacji i sprawdzenia jej „od wewnątrz” przez studentów, ale także dla pracodawców, aby dać się poznać z jak najlepszej strony i zatrzymać przy sobie najzdolniejszych ludzi. A o takich będzie coraz trudniej – na rynek pracy wchodzi bowiem pokolenie niżu demograficznego.
W jakich specjalizacjach najłatwiej o pracę?
Studenci kierunków związanych z finansami nie powinni mieć problemu ze znalezieniem ofert praktyk i staży; przyszłych finansistów pracodawcy w I kwartale poszukiwali najczęściej i opublikowali aż 675 ogłoszeń skierowanych do nich, co stanowiło wzrost o 15% w stosunku do I kw. 2015 r. Ogłoszenia skierowane były do osób chcących zajmować się w przyszłości audytami/podatkami, doradztwem/konsultingiem, kontrolingiem, księgowością, rynkami kapitałowymi czy analizami.
Dużą popularnością ciszą się także przyszli specjaliści z zakresu handlu i sprzedaży, do których skierowano 523 oferty praktyk i staży. To duży wzrost w tej kategorii – aż o 46%. To specjalizacja, w której bez trudu znajdą pracę osoby sumienne, ze zdolnościami analitycznego myślenia, komunikatywne – pracodawcy dużą wagę przywiązują w ogłoszeniach do kompetencji miękkich.
W czołówce od wielu lat jest również specjalizacja IT – pracodawcy opublikowali dla osób nią zainteresowanych 435 ogłoszenia praktyk i staży, co stanowi wzrost aż o 33% w stosunku do analogicznego kwartału 2015 r. Pracodawcy poszukują pracowników zarówno do pracy w administracji IT, którzy zajmować się będą administrowaniem baz danych, sieci bądź systemów oraz rozwoju oprogramowania, co obejmuje pracę w działach analiz biznesowych, architektury, programowania, testowania czy zarządzania projektami.
Również studenci planujący karierę w human resources i marketingu mają powody do zadowolenia – ich pracodawcy także chętnie poszukują. W ostatnim kwartale skierowano do nich w przypadku specjalizacji HR 362 ogłoszenia, a w przypadku marketingu 341 (wzrost liczby ofert o 28%).
Jak szukać, aby znaleźć?
Mimo sprzyjających informacji płynących z rynku pracy studenci często mają problem ze znalezieniem odpowiednich ofert pracy. Aby nie tracić czasu i nie przegapić żadnej wartościowej oferty, warto korzystać z narzędzi, które ułatwiają poszukiwania. W zakładce student.pracuj.pl znaleźć można oferty praktyk i staży, pogrupowane zgodnie z podstawowymi kierunkami studiów. Pozwala to studentom w prosty i intuicyjny sposób wyszukiwać najlepiej dopasowane do ich oczekiwań oferty. Jest to rozwiązanie istotne także dla osób, którzy nie wiedzą jeszcze, w jakim kierunku chciałyby się rozwijać podczas studiów i poszukują inspiracji. Dodatkowo w zakładce znajdują się przydatne narzędzia umożliwiające stworzenie profesjonalnych dokumentów aplikacyjnych, porównywarka zarobków oraz wiele porad dotyczących procesu rekrutacyjnego.
Szósty już „Raport o sytuacji mikro i małych firm” Banku Pekao pokazał, że zadowolenie wśród świętokrzyskich przedsiębiorców rośnie. Pogłębia się natomiast różnica pomiędzy przedsiębiorcami z podregionu kieleckiego oraz sandomiersko-jędrzejowskiego. Właściciele firm z kieleckiego są bardziej zadowoleni, chętniej inwestują, eksportują i wprowadzają więcej innowacji produktowych oraz procesowych.
Świętokrzyscy mikro i mali przedsiębiorcy są w najlepszych nastrojach od 6 lat. Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] w województwie świętokrzyskim wzrósł aż o 4 p.p. osiągając wartość 97 p. Dla porównania średnio w kraju wskaźnik ten osiągnął wartość 98 p. (wzrost w ujęciu rocznym o 2 p.). Podobnie jak w ubiegłym roku, największymi optymistami okazali się właściciele firm z podregionu kieleckiego, którzy ubiegły rok ocenili na 95,4 p. (średnia dla kraju to 96,4 p.), a perspektywy 2016 roku na 101,7 p. (średnia dla kraju to 100,2). Najmniej zadowoleni w regionie są przedsiębiorcy z podregionu sandomiersko-jędrzejowskiego, którzy miniony rok ocenili na 90,4 p., a perspektywy kolejnego na 94,8 p.
W porównaniu ze średnią krajową świętokrzyscy mikro i mali przedsiębiorcy nieco lepiej oceniają oczekiwanie na zapłatę. Pozostałe siedem obszarów: ogólną sytuację gospodarczą, sytuację branży, firmy, jej przychody oraz wynik finansowy, zatrudnienie i dostępność do finansowania zewnętrznego ocenili gorzej niż ich koledzy w kraju.
– Przedsiębiorcy z województwa świętokrzyskiego są w zdecydowanie lepszych nastrojach niż w latach ubiegłych. Ogólny Wskaźnik Koniunktury, czyli miernik nastrojów ,skoczył o 4 p.p. To najwyższy wzrost tego wskaźnika w kraju. Najwięksi optymiści w regionie, właściciele firm z podregionu kieleckiego, w odróżnieniu od ubiegłorocznego badaniam, lepiej niż średnio w kraju ocenili perspektywy najbliższych 12 miesięcy –mówi Jakub Fulara z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.
W świętokrzyskim inwestuje mniejszy odsetek firm niż średnio w kraju. W ubiegłym roku w podregionie kieleckim inwestowało 43% firm, a w podregionie sandomiersko-jędrzejowskim 36% (dla porównania średnio w kraju inwestowało 46% firm). W najbliższych miesiącach zamierza inwestować 44% firm z kieleckiego, czyli o 5 p.p. więcej niż średnio w kraju, gdzie inwestować będzie 39% firm.
W świętokrzyskim w porównaniu z resztą kraju, eksportuje mniej mikro i małych firm. W 2015 r. działalność eksportową prowadziło 9% firm, to więcej niż rok wcześniej, kiedy to eksportowało 6,8% firm, ale zdecydowanie mniej niż średnio w kraju, gdzie odsetek ten wynosi 16%. W najbliższych 12 miesiącach eksportować będzie zaledwie 7% firm. Pogłębia się różnica pomiędzy podregionami. W 2015 r. w podregionie kieleckim eksportowało 10% firm (co stanowi wzrost o 3 p.p. w ujęciu rocznym), a w podregionie sandomiersko-jędrzejowskim 6% firm (tyle samo co w 2014 r.). W kolejnych 12 miesiącach różnica pomiędzy dwoma podregionami będzie jeszcze większa: w kieleckim 9% firm zamierza eksportować, a w sandomiersko-jędrzejowskim tylko 3% firm.
– Pogłębia się różnica pomiędzy dwoma podregionami województwa. Właściciele firm z podregionu kieleckiego więcej inwestują, eksportują a także wprowadzają więcej innowacji niż ich koledzy z podregionu sandomiersko-jędrzejowskiego. Przede wszystkim są jednak bardziej zadowoleni i z większym optymizmem spoglądają w przyszłość, co nie pozostaje bez wpływu na sposób, w jaki prowadzą działalność biznesową – mówi Jakub Fulara z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.
27% przedsiębiorców ze świętokrzyskiego wprowadziło innowacje produktowe w firmach. To nieco więcej niż średnio w kraju, gdzie innowacje produktowe wdrożyło 26% przedsiębiorstw. W świętokrzyskim innowacje procesowe wdrożyło 11% firm (średnia dla kraju to 17%). Przedsiębiorcy z podregionu kieleckiego przodują zarówno w innowacjach produktowych, jak i procesowych. W podregionie kieleckim innowacje produktowe wdrożyło 31% firm, a innowacje procesowe 15%. W podregionie sandomiersko-jędrzejowskim odsetek ten wynosi odpowiednio 19% i 3%. Przedsiębiorcy z kieleckiego, finansując inwestycje, częściej niż ich koledzy z sąsiedniego podregionu korzystają z kredytów bankowych czy dotacji unijnych i krajowych.
Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).
Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.
[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.
Dane „Raportu o sytuacji mikro i małych firm w roku 2015”, autorstwa ekspertów Banku Pekao, wskazują, że mikro i mali przedsiębiorcy z podregionu pilskiego są w województwie wielkopolskim liderami w inwestycjach oraz w eksporcie. Nastroje wśród właścicieli mikro i małych firm w Wielkopolsce są najlepsze w historii badania.
Nastroje wielkopolskich mikro i małych przedsiębiorców rosną. Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] jest na poziomie 99 p. To najlepszy historycznie wynik i wzrost w ujęciu rocznym o 2 p. Nastroje wielkopolskich przedsiębiorców są też lepsze niż średnio w kraju (98 p.). Swoją sytuację w 2015 r. oraz prognozy na 2016 r. najbardziej optymistycznie ocenili właściciele mikro i małych firm w podregionie pilskim – 100,2 p. Na przeciwległym biegunie znajduje się podregion koniński – tam średnia ocena wynosi 97 p.
– Bardzo pozytywnie zaskoczyli nas w tej edycji badania właściciele mikro i małych firm z podregionu pilskiego. Są liderem w rankingu nastrojów w Wielkopolsce. W ostatnim badaniu pilscy ankietowani znajdowali się w środku rankingu, a firmy z podregionu kaliskiego najlepiej oceniały swoja sytuację – w tym roku są na przedostatnim miejscu rankingu. W ubiegłorocznym badaniu najmniej optymistyczni byli przedsiębiorcy z podregionu konińskiego, wynik powtórzył się w również w tej edycji Raportu – komentuje Jakub Fulara z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.
Wskaźnik koniunktury to wypadkowa 8 obszarów, takich jak: ogólna sytuacja gospodarcza, sytuacja branży i firmy, przychody i wynik finansowy firmy, zatrudnienie, oczekiwanie na zapłatę, dostęp do finasowania. Prawie wszystkie badane obszary oceniono na Wielkopolsce wyżej niż średnio w kraju – szczególnie ogólną sytuację gospodarczą. Wyjątek stanowi jedynie wynik finansowy, który został oceniony gorzej niż średnio w kraju.
Wielkopolscy mikro i mali przedsiębiorcy inwestują chętniej niż ich krajowi sąsiedzi. 48% ankietowanych potwierdziło prowadzenie inwestycji w 2015 r. (średnio w kraju jest to 46% firm). W porównaniu z ubiegłym rokiem odsetek inwestycji pozostaje bez zmian. Rotacja nastąpiła jedynie wewnątrz regionu. Co drugi właściciel firmy z podregionu pilskiego (wzrost o 7 p.p. w ujęciu rocznym) oraz z Poznania (wzrost w ujęciu rocznym o 11 p.p.) podjął się działań inwestycyjnych w 2015 r. W podregionie konińskim firmy inwestują rzadziej niż średnio w kraju (42%). Już tradycyjnie, w perspektywach na rok 2016, wydatki maja spaść aż o 10 p.p., do podobnego poziomu jak średnio w kraju. Największy spadek inwestycji, prognozują mikro i mali z Poznania: 32% z nich zamierza inwestować. Większość inwestycji (86%) stanowią wydatki do 100 tys. złotych.
– Po raz pierwszy w historii badania nie zwiększył się odsetek inwestycji w województwie wielkopolskim. Od początku badania (to szósta edycja) mieliśmy do czynienia z trendem rosnącym. Wynik mimo wszystko jest bardzo dobry na tle kraju. Wielkopolska zajęła piąte miejsce pod względem inwestycji. W eksporcie prym wiedzie podregion pilski oraz Poznań – dodaje Jakub Fulara z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.
Dane Raportu Banku Pekao pokazują, że odsetek eksporterów w Wielkopolsce jest niższy o 3 p.p. od średniej krajowej i wynosi 13%. W porównaniu z 2014 r. odsetek eksporterów wzrósł o 1 p.p. Wyraźnie najlepszy wynik (podobnie jak w ubiegłym roku) uzyskał podregion pilski oraz Poznań (16%). Najrzadziej eksportują mikro i mali właściciele firm z podregionu konińskiego (7% ankietowanych).
W kwestii innowacyjności wielkopolscy mikro i mali przedsiębiorcy wpisują się w wynik średni dla kraju. Innowacje produktowe wprowadziło tam w 2015 r. 26% firm, a procesowe – 17%. Właściciele firm z podregionów: pilskiego, kaliskiego i poznańskiego zadeklarowali najwięcej działań na rzecz wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań. W Poznaniu aż 7% z ankietowanych deklaruje finansowanie innowacji dotacjami z Unii Europejskiej.
Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu Banku Pekao są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).
Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.
[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.
Zgodnie z „Raportem o sytuacji mikro i małych firm w roku 2015” autorstwa ekspertów Banku małopolscy mikro i mali przedsiębiorcy są w nieco lepszych nastrojach niż w ubiegłym roku. Odwrotnie niż w ubiegłym badaniu, najbardziej zadowoleni są właściciele firm z podregionu nowosądeckiego, najmniej z podregionu krakowskiego. Eksport spadł, ale prognozy na 2016 rok są optymistyczne. Firmy więcej inwestują. Koszty pracy, wysokość podatków i obciążenia biurokratyczne, to bariery na które najczęściej się uskarżają.
W Małopolsce, kolejny rok z rzędu, poprawiają się nastroje mikro i małych przedsiębiorstw. Miernik nastrojów – Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] w Małopolsce osiągnął podobną jak średnio w kraju wartość 98 p. Największymi optymistami są przedsiębiorcy z podregionu nowosądeckiego, którzy perspektywy 2016 roku ocenili aż na 101,5 p. W najgorszych nastrojach są właściciele firm z Krakowa, którzy perspektywę 2016 roku ocenili na 96,9 p. Dla porównania średnio w kraju firmy oceniały perspektywy na 100,2 p.
Małopolscy mikro i mali przedsiębiorcy nieco gorzej niż średnio w kraju ocenili 7 z 8 badanych aspektów. Najlepiej ocenili dostępność zewnętrznego finansowania oraz zatrudnienie. Najgorzej (począwszy od najniższych ocen) sytuację branży, ogólną sytuację gospodarczą, oczekiwanie na zapłatę, przychody, sytuacje i wynik finansowy firmy.
– Małopolscy przedsiębiorcy są w nieco lepszych nastrojach niż w ubiegłym roku. Odwróciły się role wewnątrz regionu. Najbardziej zadowoleni są ubiegłoroczni sceptycy – właściciele firm z nowosądeckiego. Najmniej ubiegłoroczni liderzy rankingu – firmy z Krakowa – mówi Tomasz Kierzkowski z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.
Coraz więcej właścicieli mikro i małych firm prowadzi inwestycje. W 2015 r. co drugi mikro i mały przedsiębiorca w Małopolsce inwestował. To więcej o około 7 p.p. w ujęciu rocznym i o około 14 p.p. w porównaniu z 2013 r. Sytuacja wewnątrz regionu jest wyrównana. Nie ma znaczących różnic pomiędzy podregionami. Najwyższy odsetek inwestorów zanotowano w tarnowskim (53%), krakowskim i samym Krakowie (po 52%) oraz oświęcimskim (49%). Najmniej inwestujących firm jest w nowosądeckim (43%). Mikro i mali przedsiębiorcy zapytani o prognozy na 2016 rok, nie są już jednak tak zgodni. Najwięcej firm zamierza inwestować w podregionach krakowskim (47%) i tarnowskim (44%), a kolejno w oświęcimskim (42%). Zdecydowanie spada odsetek inwestorów w samym Krakowie – tylko 37% mikro i małych zamierza tu inwestować. Na końcu klasyfikacji, tak jak i w ubiegłym roku znalazł się podregion nowosądecki, gdzie 31% właścicieli będzie prowadzić inwestycje. Podobnie jak średnio w kraju, około 16% inwestycji jest wartych powyżej 100 tys. złotych.
Małopolska – ubiegłoroczny lider eksportu, nieco spuściła z tonu w tym zakresie. W 2015 r. w regionie inwestowało 14,2% mikro i małych firm, to o 1 p.p. mniej niż w ubiegłym roku i 1 p.p. mniej niż średnio w kraju. Przy czym, średnio w kraju odsetek eksporterów wzrósł o 3 p.p. Rozkład eksporterów po regionach, przedstawia się podobnie jak w ubiegłym roku. Najwięcej eksportują ci, którzy prowadzą działalność w Krakowie (17%), podregionie krakowskim (16%), nowosądeckim oraz tarnowskim (po 15%). Podobnie do ubiegłego roku najmniej inwestorów działa na terenie podregionu oświęcimskiego – 6%. Prognozy na 2016 rok są optymistyczne – we wszystkich podregionach ma wzrosnąć odsetek eksportujących firm.
W przyszłym roku małopolscy przedsiębiorcy zamierzają zwiększyć działalność eksportową, co bardzo cieszy, gdyż przychody z eksportu są bowiem zazwyczaj dużo lepiej oceniane niż przychody z działalności na rodzimym rynku. Właściciele firm z podregionów krakowskiego i tarnowskiego zamierzają też postawić na inwestycje. To również dobry prognostyk dla rozwoju regionu, który może przyczynić się do kolejnej zamiany miejsc w regionalnym rankingu nastrojów – dodaje Tomasz Kierzkowski z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.
W regionie nieco mniej firm w porównaniu ze średnią dla kraju wdraża innowacje produktowe (25% vs. 26%). Różnica w odsetku firmy wdrażających innowacje procesowe jest nieco większa (15% w Małopolsce vs. 17% średnio w kraju). Najwięcej innowacji produktowych wdrażają firmy w podregionie krakowskim (34%), natomiast najwięcej innowacji procesowych w podregionie nowosądeckim (19%). W Małopolsce wysoki odsetek innowacji jest finansowany ze środków własnych. Właściciele firm z podregionu nowosądeckiego są liderami w korzystaniu z zewnętrznych źródeł finansowania innowacji.
Koszty pracy, wysokość podatków i obciążenia biurokratyczne, to bariery na które najczęściej uskarżają się małopolscy przedsiębiorcy.
Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).
Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.
[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.
W wielu bankach, które wymagają pisemnego wniosku o rezygnację z usług, niełatwo znaleźć wzór takiego pisma – na swoich stronach pokazują go zaledwie trzy banki. To jednak nie jedyne kłody, jakie banki podkładają pod nogi klientowi chcącemu zakończyć współpracę.
Redakcja Bankier.pl przeanalizowała 17 największych banków detalicznych działających na polskim rynku pod kątem procedur dla odchodzących i przychodzących klientów. Wynika z niego, że o ile banki dbają o prostotę i wygodę zakładania u nich konta, takich ułatwień klienci nie odczują w przypadku jego zamykania.
– Znacznie mniejszy zakres usług online przy rezygnowaniu z konta to jedno. Klienci muszą jeszcze liczyć się z kilkoma haczykami. Chcąc całkowicie zrezygnować z usług banku, należy pamiętać, by wypowiedzieć umowę ramową, a nie tylko umowę o prowadzenie rachunku – w przeciwnym razie klient może zostać z dostępem do bankowości internetowej, bo bank zamknie tylko rachunek wskazany we wniosku – komentuje Mateusz Gawin z Bankier.pl. Na taką praktykę trzeba uważać w 41 proc. banków.
Niekorzystny dla klienta będzie także okres wypowiedzenia, wynoszący standardowo 30 dni. W tym czasie 65 proc. naliczy opłaty za korzystanie z konta i karty, pomimo że klient mógł wycofać już z niego swoje środki. Opłaty będą w większości przypadków wyższe niż normalnie, ponieważ klient nie zrealizuje warunków zwalniających z opłat – nie otrzyma na konto wynagrodzenia i nie wykona odpowiedniej liczby transakcji bezgotówkowych w danym okresie rozliczeniowym.
– Dlatego rezygnując z konta koniecznie pamiętajmy o tym, by zostawić na nim niezbędne środki na pokrycie opłat za prowadzenie rachunku. O tym jaką kwotę zabezpieczyć najlepiej zapytać się w swoim banku. W przeciwnym wypadku możemy stać się dłużnikami banku, a to może być przyczyna wielu formalnych kłopotów – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Więcej na ten temat: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Banki-nie-pozwola-latwo-zrezygnowac-ze-swoich-uslug-7359039.html
Ocena nastrojów mikro i małych przedsiębiorców w województwie łódzkim jest lepsza niż w poprzednim badaniu, ale słaba na tle innych regionów – takie wnioski płyną z szóstego już „Raportu o sytuacji mikro i małych firm w roku 2015” autorstwa ekspertów Banku Pekao. Odsetek eksporterów i inwestujących w Łódzkiem jest poniżej średniej krajowej. Przedsiębiorcy z Łodzi zapowiadają znaczącą poprawę nastrojów w 2016 r. Pesymizm zdominował podregion sieradzki.
Już trzeci rok z rzędu rosną nastroje wśród mikro i małych przedsiębiorców z województwa łódzkiego. W tej edycji badania Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] osiągnął najwyższy historycznie poziom – 97 p. Wynik jest lepszy od poprzedniego o 2 p., ale nieco słabszy od średniej krajowej, która równa się 98 p. Największymi optymistami są przedsiębiorcy z podregionu skierniewickiego (98 p.). Najmniej optymistyczni są właściciele firm z podregionu sieradzkiego (96 p.). Perspektywy na 2016 r. w Łódzkiem są również słabsze niż średnio w kraju (99,3 p. vs. 100,2 p.). Ankietowani z Łodzi najwyżej ocenili perspektywy na kolejne 12 miesięcy (100 p.). Po drugiej stronie bieguna znaleźli się przedsiębiorcy z podregionu sieradzkiego (98 p.). Na wskaźnik koniunktury składa się 8 badanych obszarów, takich jak ogólna sytuacja gospodarcza, sytuacja branży i firmy, przychody i wynik finansowy firmy, zatrudnienie, oczekiwanie na zapłatę, dostęp do finasowania zewnętrznego. Wszystkie te obszary w Łódzkiem zostały ocenione poniżej średniej krajowej.
– Mikro i mali przedsiębiorcy z województwa łódzkiego, podobnie jak w ubiegłym roku, słabiej ocenili wszystkie obszary składające się na ogólny wskaźnik koniunktury. Oceny nastrojów w 2015 r., jak i perspektyw na kolejne miesiące 2016 r. wypadają nieco gorzej niż średnio w kraju. . Mimo to nastroje właścicieli firm w Łódzkiem poprawiają się i rosną już trzeci rok z rzędu – mówi Anna Stasiak z Departamentu Klienta Biznesowego w Banku Pekao S.A.
Nieco wzrósł odsetek eksporterów wśród łódzkich mikro i małych przedsiębiorców (z 13% do 14%). Dla kraju odsetek ten wyniósł – 16%. Firmy z podregionu łódzkiego (powiaty wokół Łodzi), podobnie jak w ubiegłym roku, są liderami w eksporcie – sprzedaż za granicą zadeklarowało 19% ankietowanych. W podregionie piotrkowskim i sieradzkim odsetek firm eksportujących jest najniższy i wynosi 11%. W planach na 2016 r. mikro i mali przedsiębiorcy zakładają lekki wzrost udziału w eksporcie, z wyjątkiem podregionu łódzkiego i skierniewickiego.
Przedsiębiorcy z województwa łódzkiego inwestowali mniej w 2015 r. niż pozostali właściciele mikro i małych firm w Polsce (42% vs. 46%). To trzeci wynik od końca w krajowym rankingu. Inwestował prawie co drugi przedsiębiorca z podregionu łódzkiego (49%). W podregionie skierniewickim odnotowano najniższy odsetek zrealizowanych inwestycji (38%) a nakłady inwestycyjne były tam stosunkowo najmniejsze – najczęściej stanowiły wydatek do 10 tys. zł. Ankietowani z województwa łódzkiego zapowiadają spadek inwestycji w 2016 r. do 35%.
W 2014 r. w województwie łódzkim odsetek zrealizowanych inwestycji spadł o ponad 6 p.p. w porównaniu do badania z 2013 roku. Perspektywy na 2015 r. również zakładały spadek, ale ostatecznie odnotowaliśmy 7-punktowy wzrost odsetka inwestujących firm w ujęciu rocznym. Prognozy na kolejne 12 miesięcy są mniej optymistyczne niż średnio w kraju. W planach na 2016 rok wielkość inwestycji ma maleć w kraju z 46% do 39% a w województwie łódzkim z 42% do 35%- –mówi Anna Stasiak z Departamentu Klienta Biznesowego w Banku Pekao S.A.
Według danych Raportu Banku Pekao w Polsce więcej innowacji produktowych niż średnio w kraju wdrożono jedynie na Mazowszu i w województwie świętokrzyskim. Wynik dla województwa łódzkiego równa się średniej krajowej – 26%. Innowacji procesowych jest w Łódzkiem mniej niż średnio w kraju (13 % vs. 17%). Liderem w innowacjach jest podregion łódzki. Co trzecia firma wdrożyła tam innowacje produktowe, a prawie co siódma – innowacje procesowe. W Łódzkiem częściej niż średnio w kraju finansuje się innowacje z pożyczki od rodziny. Z kredytu bankowego na innowacje najchętniej korzystają przedsiębiorcy z podregionu skierniewickiego.
Średnia wartość barier rozwojowych dla firm w województwie łódzkim jest nieco wyższa niż średnio w kraju. Najbardziej uciążliwe są wysokie koszty pracy, wysokość podatków oraz konkurencja innych firm. Za to łódzcy mikro i mali właściciele firm nie mogą narzekać na dostęp do programów pomocowych oraz kwalifikacje pracowników.
Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu Banku Pekao są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).
Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.
[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.
Końcówka tygodnia upływa w cieniu danych z Chin i zbliżającego się spotkania producentów ropy w Doha. Pekin opublikował dziś w nocy dane o dynamice PKB w I kwartale, w zasadzie zgodne z oczekiwaniami, ale nieco gorsze od wcześniejszych. Wzrosła sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa, a także inwestycje w aglomeracjach miejskich. Teoretycznie wygląda to dobrze, a nawet sugeruje sukces polityki gospodarczej władz w Pekinie, z tym, że – jak zwykle – budzi pewne wątpliwości co do wiarygodności danych. Wygląda na to, że spora grupa inwestorów patrzy na nie z nieufnością.
Dziś w Ameryce pokaże swoje dane Citigroup. Finansowi giganci publikujący wyniki w tym tygodniu wypadli całkiem nieźle: wczoraj powodów do narzekań nie mieli udziałowcy Bank of America i Wells Fargo, wcześniej dobrze zaprezentował się JP Morgan. W USA pojawią się po południu ważne dane o produkcji przemysłowej, interesujące będą również wskaźniki dotyczące oczekiwań inflacyjnych, analizowane pod kątem prognozowanej polityki Fed.
Spotkanie w Doha to główne wydarzenie weekendu, którego efekty mogą być bardzo widoczne na rynku ropy. Całkiem możliwe, że oczekiwania są zbyt duże, podkręcane zresztą przez głównych graczy. Efekty mogą być mizerne, jeżeli jednak uda się je ubrać w odpowiednio kurtuazyjny język dyplomacji, powrót do rzeczywistości rynkowej nie powinien być bardzo bolesny.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
W najbliższych miesiącach notowania miedzi nadal będą pod presją niskich cen – uważa Marcin Brendota z Domu Maklerskiego Alior Banku. Powodem jest rosnąca podaż surowca, a także spadek popytu – głównie ze strony Chin. Tania miedzi ciąży także na wynikach finansowych KGHM-u. Zdaniem eksperta szansą dla polskiego koncernu byłoby zmniejszenie bądź całkowita likwidacja podatku od kopalin. Obecnie spółka odprowadza z tego tytułu do budżetu 1,5 mld zł rocznie.
– Sytuacja na rynku miedzi zależy głównie od sytuacji gospodarczej w Chinach, które są jej głównym konsumentem. W tej chwili w dostawach 3-miesięcznych ceny miedzi kształtują się w okolicach 4,5 tys. dol. za tonę. Trudno natomiast określić, jak notowania będą się dokładnie zachowywały w przyszłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Brendota, analityk DM Alior Banku.
Jego zdaniem w najbliższych miesiącach miedź nadal będzie się znajdować pod znaczną presją. Powodem jest nadpodaż surowca na rynku, a także spowolnienie w Państwie Środka. Ekspert zauważa, że druga największa gospodarka świata powoli odchodzi przy tym od tradycyjnego modelu opartego na produkcji. W zamian staje się bardziej konsumpcyjna, co z kolei będzie wpływać na spadek popytu na miedź.
Tania miedź negatywnie wpływa także na kondycję polskiego KGHM-u oraz pośrednio na sytuację na całej giełdzie.
– Siłą rzeczy spadek cen miedzi będzie powodował ograniczenie marży operacyjnej, a zatem niższe wyniki KGHM-u. Szans upatrujemy za to w obietnicach wyborczych mówiących o zmniejszeniu podatku miedziowego dla spółki – tłumaczy Brendota.
Analityk dodaje, że zmniejszenie lub nawet całkowite zniesienie podatku od kopalin w istotnym stopniu poprawiłoby kondycję spółki. W ubiegłym roku KGHM wpłacił do państwowej kasy z tego tytułu 1,5 mld zł.
– Zmniejszenie podatku od kopalin z pewnością poprawi wynik finansowy, tym bardziej że spółka jest nie tylko pod presją niskich cen miedzi, lecz także bardzo dużego programu inwestycyjnego. Do 2020 roku zakłada on wydatki inwestycyjne na poziomie kilkunastu miliardów złotych – wyjaśnia.
Przedstawiciel DM Alior Banku informuje, że ubiegłoroczna strata netto KGHM-u na poziomie przeszło 5 mld zł wynikała nie ze strat na wydobyciu miedzi, ale odpisów wartości posiadanych aktywów. Uspokaja, że w tym roku podobna sytuacja nie powinna już mieć miejsca.
– Sytuacja na rynku złota jest dość trudna do zdiagnozowania. Jest ona uzależniona przede wszystkim od poziomów stóp procentowych, inflacji oraz kursów walut, a te, jak wiemy, są ostatnio dość zmienne. W zasadzie banki centralne stają się jednymi z głównych decydentów, jeżeli chodzi o kształtowanie wycen rynkowych – zauważa.
Według prognoz DM Alior Banku do końca roku cena złota będzie wahać się w okolicach obecnych poziomów, tj. między 1200 a 1300 dolarów za uncję. Ekspert zaznacza, że gdyby jednak w wysoko rozwiniętych gospodarkach pojawiała się większa presja inflacyjna, toby kruszec mógł przebić obecny zakres wahań.
– Dość łagodna w tej chwili polityka EBC czy FED nie stanowi takiej zachęty. Obecnie nie ma ryzyka nadmiernej inflacji, przez co złoto nie spełnia swojej roli, jako surowca chroniącego przed nią – stwierdza analityk.
Dodaje, że wzrosty na rynku złotego kruszcu mogą mieć pozytywny wpływ na kondycję spółek jubilerskich oraz w niewielkim stopniu wspomóc także KGHM.
– Co prawda, nie stanowi ono jakiegoś dużego udziału w przychodach, ale zawsze jakieś tam szczątkowe wartości są notowane – wyjaśnia.
W ubiegłym roku spółka wydobyła łącznie 2703 kg złota (wzrost o 5,0 proc. rdr).
Według szacunków Ministerstwa Rozwoju (opartych o wstępne dane GUS i MF) wartość obrotów handlowych Polski z krajami Ameryki Łacińskiej w ubiegłym roku wyniosła ok. 6,25 mld euro. Mimo dwucyfrowego tempa wzrostu było to zaledwie 1,5 proc. całkowitej wartości polskiego handlu zagranicznego. Zdaniem Joanny Gocłowskiej-Bolek z Centrum Studiów Latynoamerykańskich polskie firmy nie wykorzystują w pełni potencjału, jaki oferują tamtejsze rynki.
– Rynek latynoamerykański w dalszym ciągu nie jest w pełni doceniony przez polskich eksporterów i inwestorów. To jest bardzo atrakcyjny rynek, na którym wciąż nas praktycznie nie ma. Zaledwie 1,5 proc. naszej wymiany handlowej trafia na rynki amerykańskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Joanna Gocłowska-Bolek, dyrektor Centrum Studiów Latynoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.
Zwraca jednak uwagę na brak jednolitości tamtejszego rynku. Poszczególne kraje Ameryki Środkowej i Południowej różnią się m.in. dynamiką wzrostu gospodarczego czy zachętami oferowanymi zagranicznym inwestorom.
– Dla nas takimi głównymi partnerami handlowymi są tradycyjnie Brazylia, Argentyna, Meksyk oraz Chile. Na te cztery kraje przypada większość naszej wymiany – informuje Gocłowska-Bolek. – Tymczasem chciałabym zwrócić uwagę, że najbardziej atrakcyjnymi dzisiaj krajami, w których nas jeszcze praktycznie nie ma, są przede wszystkim Kolumbia i Peru.
Jak wynika z danych Ministerstwa Rozwoju (opartych o wstępne szacunki GUS i MF), wartość obrotów handlowych Polski z Ameryką Środkową i Południową w ubiegłym roku wyniosła ok. 6,25 mld euro. Z tego na import przypadało znacznie więcej – blisko 3,8 mld zł. Tempo wzrostu zarówno w przypadku eksportu, jak i importu jest imponujące – odpowiednio 36,8 proc. i 18,9 proc. Liderem wzrostów był Meksyk – odpowiednio 58,7 proc. i 55,3 proc. (obroty na poziomie nieco ponad 1 mld euro). Największym partnerem Polski w tej części świata jest Brazylia – w ubiegłym roku obroty sięgnęły 1,27 mld euro, jednak w eksporcie odnotowaliśmy blisko 10-proc. spadek.
Wśród sektorów, w których polskie firmy są obecne rynkach Ameryki Łacińskiej, znajdują się m.in. budownictwo, energetyka, przemysł lotniczy, kosmetyczny oraz maszynowy.
– Ciągle jeszcze traktujemy te rynki z pewną nieśmiałością. Uważamy je za zbyt odległe czy zbyt niepewne. Tymczasem nasza największa polska inwestycja została ulokowana właśnie w Ameryce Łacińskiej, a dokładniej w Chile. KGHM zainwestował tam w 2014 roku ponad 4 mld dol. – stwierdza dyrektor Centrum Studiów Latynoamerykańskich.
Dodaje, że obecność na tamtejszych rynkach pozwoliłaby również na większą dywersyfikację polskiego handlu zagranicznego. Na chwilę obecną 3/4 polskich towarów oferowane jest na rynkach Unii Europejskiej.
Ekspertka ostrzega jednak, że naszych eksporterów mogą ubiec inne kraje, które szybciej dostrzegą potencjał drzemiący w rynkach Ameryki Łacińskiej.
– Chiny już zaznaczyły tam bardzo mocno swoją obecność. To jest kraj, który rozpoznał atrakcyjność Ameryki Łacińskiej dużo wcześniej i który jest obecnie jednym z najważniejszych partnerów gospodarczych dla tamtejszych gospodarek. Na tamtejszych rynkach obecna jest także większość państw tzw. starej Unii, a także Węgry, Słowenia czy Słowacja – wyjaśnia.
Choć handel z krajami regionu ma dla Polski jedynie marginalne znaczenie, to jak przekonuje Joanna Gocłowska-Bolek, to bardzo dobry punkt wyjścia do zacieśnienia wzajemnych relacji gospodarczych.
– Powinniśmy dostrzec, że te rynki są atrakcyjne, oczywiście uwzględniając wszystkie wady i ze świadomością wszystkich wyzwań, które stoją przed takim inwestorem czy eksporterem, i tam próbować ulokować nasze produkty, nasze inwestycje, bo to zdecydowanie się opłaci – podsumowuje.
Inwestycja deweloperów w uzyskanie zielonych certyfikatów zwraca się w ciągu kilku lat. Oprócz wymiernych oszczędności, takich jak redukcja zużycia wody czy energii elektrycznej, bonusem są chociażby wyższe zyski z czynszów.
– Innowacyjne rozwiązania ekologiczne są coraz bardziej popularne. Ten trend jest też wypadkową zarówno rozwoju budownictwa zrównoważonego, jak i podnoszenia jakości zarządzania nieruchomościami – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jan Oko, specjalista koordynator ds. inwestycji i eksploatacji w Apsys Polska. – Nasza branża za 10, 15 czy 20 lat będzie wyglądała w zasadzie tak samo. Jedyna różnica będzie tak, że będziemy robić wszystko znacznie szybciej, sprawniej i taniej, a do wykonania czegoś taniej potrzebne są nam rozwiązania ekologiczne.
O certyfikaty ekologiczne w polskich warunkach ubiegają się głównie budynki biurowe i handlowe. W Polsce pojawiły się już jednak pierwsze budynki mieszkalne z takimi certyfikatami, np. Osiedle Mickiewicza przy ulicy Rudzkiej w Warszawie. Najpopularniejsze certyfikaty to BREEAM (w Europie) i LEED (w Ameryce).
– Ekologia to nie tylko działanie na rzecz środowiska zewnętrznego, lecz także realne oszczędności. Na przykład redukcja zużycia wody, redukcja zużycia energii elektrycznej czy redukcja kosztów eksploatacyjnych. Należy też wymienić zwiększenie bioróżnorodności czy zwiększenie terenów zielonych, bo to pozytywnie oddziałuje na samopoczucie klientów, a tym samym przekłada się na ich liczbę, a to z kolei na zyski z czynszów – przekonuje Oko.
Zgodnie z wyliczeniami Apsys dla projektów deweloperskich przygotowywanych do certyfikacji na poziomie „very good” w systemie BREEAM New Build koszty realizacji certyfikowanego centrum handlowego mogą być wyższe od budowy obiektu tradycyjnego tylko o około 3 proc. łącznych kosztów realizacji robót budowlanych. Szacunkowy okres zwrotu nakładów poniesionych na niektóre inwestycje ekologiczne może wynieść zaledwie 5 lat, oczywiście w zależności od zastosowanych rozwiązań.
– Właściciele coraz chętniej pozyskują te certyfikaty dla swoich obiektów. Starają się, aby ta ocena była jak najwyższa, ponieważ ma to bezpośrednie przełożenie na wartość nieruchomości. Taki certyfikat jest dowodem na to, że obiekt został zaprojektowany według najwyższych standardów i że generuje niewielkie koszty eksploatacyjne. Reasumując, inwestycja w zielone certyfikaty jest najlepszą inwestycją, ponieważ zwraca się już kilkukrotnie w momencie uzyskania takiego certyfikatu – tłumaczy Jan Oko.
Certyfikat może być uzyskany zarówno w trakcie budowy, jak i eksploatacji. Jak mówi Jan Oko, opłata za certyfikat BREEAM to kilkanaście tysięcy złotych.
– Wszystko jest zależne od danej nieruchomości, od wieku budynku i wielu innych czynników. Zielone certyfikaty rozwijają się głównie w nieruchomościach komercyjnych. Jest teraz taka tendencja, że deweloperzy budując nieruchomości mieszkalne, starają się o tego rodzaju certyfikaty. W zasadzie nie ma tutaj granic. Mogą to być budynki zarówno biurowe, jak i centra handlowe czy budynki mieszkalne.
Potencjał młodych Polaków w branży technologii informatycznych i komunikacyjnych jest bardzo wysoko oceniany. Osiągają oni sukcesy w międzynarodowych konkursach i stają się atrakcyjnymi pracownikami dla światowych koncernów. Eksperci oceniają, że do 2020 roku nad Wisłą może powstać innowacyjny projekt na miarę Skype’a. Kluczowe jest to, by zaawansowaną wiedzę z zakresu nowych technologii przekuwać w realne produkty i usługi, które z powodzeniem będą się sprzedawać na rynku. Komercjalizacji pomysłów sprzyjają takie konkursy jak Imagine Cup.
– Poziom edukacji i wiedzy technologicznej polskich studentów jest na bardzo wysokim poziomie. Widzimy to od lat. Polscy studenci wygrywają wiele różnych konkursów technologicznych, również w Imagine Cup, największym konkursie technologicznym na świecie, stawali na podium – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Albin, dyrektor działu nowych technologii w polskim oddziale firmy Microsoft, która organizuje Imagine Cup. – Do 2020 roku powinniśmy w Polsce stworzyć drugiego Skype’a. Może nas do tego doprowadzić potencjał intelektualny i naukowy studentów i młodych ludzi.
Jak podkreśla, najważniejsze jest to, by wiedzę technologiczną wykorzystywać w bardzo konkretny sposób – do rozwiązywania problemów, do rozrywki czy do edukacji. Rafał Albin zaznacza, że wymagane jest duże wsparcie w pracach nad daną technologią. Począwszy od bardzo wczesnego etapu, kiedy potrzebna jest weryfikacja pomysłu i ocena pod kątem jego szans na rynkowy sukces, skończywszy na wsparciu biznesowym i finansowym.
Mają temu służyć takie inicjatywy, jak Imagine Cup, czyli technologiczne mistrzostwa świata studentów, którzy zgłaszają się ze swoimi innowacyjnymi pomysłami.
– Z jednej strony pozwolą nam stworzyć markę i firmę globalną, która będzie pochodziła z Polski. Chodzi jednak również o to, żeby ta wiedza przekładała się na prawdziwe firmy, które lokalnie w Polsce tworzą własne produkty i je sprzedają – mówi Rafał Albin. – To jest proces dosyć złożony, ale wspiera nas w tym wielu partnerów. Największe wyzwanie, jakie stoi przed studentami, to uwierzyć w swoją wiedzę, w swój pomysł i konsekwentnie, ciężką pracą rozwijać go przez kolejne lata przy wsparciu funduszy inwestycyjnych, które coraz częściej są zainteresowane tego typu projektami.
W tegorocznej, czternastej już edycji konkursu wyłoniono 15 polskich projektów w trzech kategoriach: innowacje, gry i projekty społeczne. Trzy z nich będą reprezentować Polskę podczas światowego finału Imagine Cup 2016 w Seattle. Zwycięzcy każdej z kategorii otrzymają po 50 tys. dolarów.
– Najpiękniejsze w tym konkursie jest to, że nie ma tutaj granic dla pomysłów, które mogą być realizowane. Młodzi ludzie stale nas zaskakują. Są projekty, które mogą mieć znaczący wpływ na podniesienie jakości życia, czyli pomysły bardzo społeczne. Przykładem może być Face Controller, który wpływał na podniesienie jakości życia osób niepełnosprawnych [umożliwiając im sterowanie komputerem za pomocą ruchów głowy, mimiki twarzy i głosu – red.] lub Smart Mirrors, który jest w fazie głębokiej komercjalizacji i który [dzięki telefonowi, specjalnej aplikacji i konstrukcji lusterek – red.] ma poprawiać bezpieczeństwo jazdy motocyklistów – wymienia Albin.
Innym przykładem jest ubiegłoroczny finalista, czyli projekt Photon, edukacyjny robot, który uczy dzieci programowania i logicznego myślenia poprzez zabawę. W przyszłym miesiącu Photon startuje z akcją crowdfundingową (społecznościowe finansowanie red.) na platformie Kickstarter. Następnie w planach jest wejście do szkół i dystrybucja w Polsce i poza granicami.
– Imagine Cup to był początek naszej przygody z biznesem. Pokazał nam, w którym kierunku powinniśmy myśleć i jak rozwijać nasz biznes. Dzięki uczestnictwu w konkursie zdobyliśmy akcelerator biznesu i finansowanie – mówi Marcin Joka, dyrektor zarządzający Photon Entertainment.
Wysoko oceniany potencjał młodych Polaków w branży ICT powoduje, że krajowymi start-upami i projektami interesuje się coraz więcej funduszy inwestycyjnych, również zagranicznych. Część z nich wspiera już zaawansowane projekty i ich wdrażanie na rynek. Są jednak również tacy inwestorzy, którzy finansują wczesne etapy rozwoju danej technologii. Jednym z nich jest Zernike – Meta Ventures, który zarządza ośmioma funduszami venture capital. Imagine Cup ułatwia im wyszukiwanie perspektywicznych projektów.
– Microsoft zbudował ciekawy ekosystem we współpracy z dotConnect, który świetnie przygotowuje te projekty. Nasz fundusz przygląda się kilkuset projektom rocznie, ale one nie zawsze są dobrze przygotowane do inwestycji funduszu – przyznaje Jacek Błoński, partner zarządzający Zernike – Meta Ventures, partner Imagine Cup, który zarządza ośmioma funduszami venture capital. – Mamy trzy transakcje, które sfinansowaliśmy dokładnie w takiej ścieżce, że Microsoft i akcelerator dotConnect przygotowali te projekty, dzięki czemu one były gotowe do inwestycji funduszowej.
Wśród tegorocznych 15 najlepszych projektów znalazły się m.in. myszka 3D, gra komputerowa, która bawiąc, uczy graczy tworzyć gry, system, który będzie ostrzegał kierowców o zagrożeniach na drodze, aplikacje do monitorowania stanu zdrowia cukrzyków, system wizyjny, który ułatwi funkcjonowanie osobom niewidomym oraz system do diagnostyki jakości snu.
– Nawet jeśli projekt nie przerodzi się w biznes, to i tak udział w konkursie ma faktyczne przełożenie na karierę zawodową. Po takim konkursie rosną szanse na ciekawe praktyki czy nawet pracę. Pracodawca widzi, że student angażuje się w coś, co ma sens – podkreśla Marcin Joka.
Światowy finał odbędzie się w lipcu 2016 roku w Seattle.
Białystok staje się inteligentnym miastem. W ostatnich latach na projekty z szeroko rozumianego zakresu smart city przeznaczył 2,5 mld zł, z czego większość pochodziła z unijnych środków. Miasto liczy na to, że dzięki wsparciu UE powstanie obwodnica i hala widowiskowo-sportowa, planowany jest również zakup elektrycznych autobusów. Została też poszerzona strefa ekonomiczna, a przedsiębiorcy będą mogli inwestować na preferencyjnych warunkach w trzech miejscach.
– W ciągu ostatnich dziesięciu lat byliśmy w bardzo dobrej sytuacji, korzystaliśmy ze środków unijnych. Większość projektów związanych ze smart governess, smart mobility, smart living i smart environment były finansowane ze środków unijnych, przede wszystkim z programu operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej i funduszy centralnych. Dzięki temu wydaliśmy, w większości na projekty smart, ok. 2,5 mld zł, z czego 1,5 mld stanowiły środki unijne – mówi agencji Newseria Biznes Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku.
Białystok należy do kilku polskich miast, które zostały docenione w rankingu European Smart Cities 2014, przygotowanym przez Vienna University of Technology. Jak podkreśla Truskolaski, gdyby nie wsparcie unijne, większości inwestycji nie udałoby się przeprowadzić. Jako przykład podaje Zakład Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych, jeden z najnowocześniejszych w Polsce, który nie tylko przetwarza dziennie nawet 370 ton śmieci, lecz także produkuje energię elektryczną i cieplną na potrzeby własne i miasta.
– Mieliśmy montaż finansowy związany ze środkami unijnymi, ok. 40 proc., i preferencyjny kredyt z Banku Ochrony Środowiska. Bez środków unijnych poziom inwestycji byłby o wiele niższy – wskazuje prezydent Białegostoku.
Miasto planuje dalszy rozwój idei smart city. Liczy na to, że uda się pozyskać dofinansowanie z programu Rozwój Polski Wschodniej na budowę zachodniej obwodnicy Białegostoku, której koszt szacuje się na 300 mln zł. Budowa może ruszyć w drugiej połowie tego roku. Wsparcie finansowe pozwoliłoby również na powstanie hali widowiskowo-sportowej z bieżnią lekkoatletyczną, która ma kosztować ok. 180 mln zł. Miasto inwestuje również w komunikację miejską. W latach 2007–2014 wymieniono 180 spośród 254 autobusów.
– Kupiliśmy nowe autobusy, spełniające normy Euro 5 i Euro 6. Obecnie planujemy zakup autobusów elektrycznych, także ze środków unijnych. Środki własne są tylko uzupełnieniem unijnych i tak będzie jeszcze przez kilka lat. Trudno mi jednak powiedzieć, jak to będzie wyglądało po 2020 roku – zaznacza Truskolaski.
Wsparcie unijne jest istotne, zwłaszcza że wciąż jeszcze w sferze idei pozostaje partnerstwo publiczno-prywatne. W Białymstoku miał powstać parking wielopoziomowy, jeden z tego typu projektów, który jednak upadł. Współpraca sektora publicznego oraz prywatnego jest szeroko stosowana w wielu krajach europejskich. W Wielkiej Brytanii w ciągu dziesięciu lat powstało w ten sposób 15 proc. inwestycji o charakterze publicznym.
Truskolaski podkreśla, że miasto skupia się również na inwestycjach związanych z transportem.
– Mieliśmy jeszcze około 100 ulic w mieście o nieutwardzonej nawierzchni, przynajmniej połowę z nich utwardzimy, a do 2018 większość lub nawet wszystkie. Wiele jest potrzeb związanych z infrastrukturą sportową, ale nie tą dużą, bo stadion już mamy, tylko np. z boiskami osiedlowymi czy przyszkolnymi – zapowiada prezydent Białegostoku.
W 2018 roku może zostać ukończona inwestycja na Krywlanach, utwardzenie pasa startowego o długości 1,3 km, na którym będzie można wykonywać loty typu general aviation samolotami do 50 osób.
Miasto sprzyja też przedsiębiorcom. W kwietniu została powiększona białostocka podstrefa Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Działalność na terenie strefy pozwala na zwolnienie z podatku dochodowego do momentu odzyskania połowy (a w przypadku małych i średnich firm odpowiednio 70 i 60 proc.) nakładów inwestycyjnych poniesionych przez przedsiębiorcę.
– Sprzedaliśmy już wszystkie działki w pierwszej podstrefie, została ona rozszerzona o 64 ha. Rozwój przedsiębiorczości jest dla nas priorytetem. Wydawać pieniądze jest łatwo, ale trzeba je jeszcze umieć zarabiać – podkreśla Tadeusz Truskolaski.
Zgodnie z globalną strategią do 2020 roku emisja dwutlenku węgla zakładów produkcyjnych Grupy Velux ma być o połowę niższa niż w 2007 roku. W polskich fabrykach udało się już ograniczyć emisję o 16 proc. Dodatkowo do produkcji okien w 96 proc. wykorzystywane jest certyfikowane drewno. Zrównoważone produkty, czyli takie, które w całym cyklu życia – od produkcji do utylizacji – mają jak najmniejszy wpływ na środowisko, są podstawą oferty firmy.
– Docelowym obszarem naszego działania w zakresie społecznej odpowiedzialności jest wpływanie na obszar, który nazywamy zrównoważonym życiem w budynkach. Ma on wpływ zarówno na aspekty społeczne, jak i ekonomiczne oraz środowiskowe naszego świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska. – W dzisiejszych czasach 90 proc. czasu spędzamy w budynkach, więc mają one większy wpływ na nasze zdrowie i na naszą wydajność, niż chociażby sposób odżywiania. Wiemy też, że budynki zużywają 40 proc. energii. Jeżeli szukamy rozwiązań, by sprostać jakichkolwiek wyzwaniom klimatycznym, to musimy ich szukać również w obszarze budynków, zarówno tych nowo budowanych, jak i tych już istniejących.
Grupa Velux podkreśla, że od lat zajmuje się aktywną promocją nowoczesnego i energooszczędnego budownictwa. Podejmuje w tym celu inicjatywy, które nie tyko optymalizują wydajność energetyczną budynków, lecz także uwzględniają zdrowie i samopoczucie ludzi. Jedną z takich globalnych inicjatyw jest wdrożenie w życie koncepcji domów aktywnych, w których zachowana jest równowaga pomiędzy niskim zużyciem energii, zdrowym klimatem wewnętrznym a ograniczeniem negatywnego wpływu na środowisko. W latach 2012–2015 spółka zainwestowała w Polsce 500 mln zł w produkcję okien nowej generacji.
– Nasza polityka środowiskowa jest bardzo ambitna. Stawiamy sobie cele ambitniejsze niż te narzucane przez Unię Europejską. W roku 2020 nasza emisja dwutlenku węgla będzie dwukrotnie niższa niż w 2007 roku. To oznacza, że osiągniemy ten cel 9 lat wcześniej niż cała Europa – podkreśla Siwiński. – Mamy konkretne osiągnięcia, przykładowo w Polsce od 2010 roku nasza emisja spadła już o 16 proc., mimo że nasza produkcja znacznie się zwiększyła.
Jednym z warunków osiągnięcia postawionego przez Grupę celu jest efektywne zarządzanie energią w zakładach produkcyjnych. Polskie fabryki Velux przeszły pozytywnie audyt energetyczny i na początku 2015 roku otrzymały certyfikaty ISO 50001. Spełniły tym samym wymogi dyrektywy unijnej odnośnie do efektywności energetycznej przedsiębiorstw i dołączyły do nielicznego wciąż w Polsce grona firm mających system zarządzania energią zgodny z tą normą.
– Korzyści wynikające ze społecznej odpowiedzialności są przeróżne. Z jednej strony mówimy o korzyściach bardzo wymiernych, czyli konkretnych oszczędnościach finansowych – przekonuje dr Agata Gruszecka-Tieśluk, menedżerka ds. zarządzania wiedzą z Forum Odpowiedzialnego Biznesu. – Mówimy też o bardzo ważnym aspekcie budowania relacji. Jeżeli budujemy relacje z dostawcami, z klientami, to wpływamy na ich lojalność, a to się przekłada potem także na konkretne wyniki finansowe.
Firma Velux, która ostatnio przystąpiła do strategicznego partnerstwa z Forum Obywatelskiego Rozwoju, opublikowała równocześnie raport CSR podsumowujący 10-letnie badania na temat zrównoważonego życia w budynkach oraz cyklu życia produktu. Wynika z niego m.in., że dobrze zaprojektowany produkt od początku procesu produkcji do utylizacji może przynieść zdecydowane oszczędności np. w emisji CO2.
– Chodzi o takie zaprojektowanie produktów, które sprawi, że ich oddziaływanie na środowisko w całym cyklu ich życia będzie jak najmniejsze – tłumaczy dr inż. Joanna Witczak z Katedry Towaroznawstwa i Ekologii Produktów Przemysłowych z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. – Te korzyści środowiskowe powinny już być monitorowane na etapie projektowania nowych produktów. W przypadku istniejących produktów te zmiany mogą być wprowadzane na bieżąco i stąd tak ważne jest weryfikowanie i monitorowanie tego oddziaływania.
Zrównoważone produkty stają się elementem walki konkurencyjnej między firmami. Ekspertka przytacza dane z Komisji Europejskiej, według których rynek produktów niskoemisyjnych i zrównoważonych wart jest na świecie 4 bln euro, a za ponad jedną piątą odpowiadają kraje Unii Europejskiej. Dynamika tego rynku oceniana jest na 4 proc. rocznie.
Raport Velux jest pierwszą tego typu publikacją w branży stolarki budowlanej.
– Mam nadzieję, że to będzie miało również efekt edukacyjny i inni gracze z naszej branży też pokuszą się o tego typu działalność. Branża stolarki jako branża, która jest bardzo blisko budownictwa, która ma wpływ na to, jakie warunki będą tworzone w budynkach zarówno pod względem energetycznym, jak i pod względem klimatu wewnętrznego jest branżą bardzo ważną dla ludzi – podkreśla Jacek Siwiński.
Milenialsi, czyli osoby urodzone w latach 1983–2001, w ciągu najbliższych 10 lat będą stanowić 75 proc. pracowników na świecie. Pracodawcy doceniają ich zalety: to, że szybko angażują się w życie firmy, mają pomysły, są otwarci i tolerancyjni, a wymiana doświadczeń z przedstawicielami starszych generacji dobrze wpływa na pracę zespołu. Mówi się o nich także, że ich problemem jest brak cierpliwości oraz niechęć do przyjmowania krytyki i nawiązywania relacji z przełożonymi.
– Milenialsi różnią się od innych pokoleń oczekiwaniami do miejsca pracy, wyobrażeniami o karierze i tempie jej rozwoju. Są bardzo zorientowani na sukces, ale w pracy często zachowują się bardzo defensywnie, skupiają się na tym, co widoczne. Bywają nawet agresywni, a przynajmniej w ten sposób ich metody komunikacji postrzegają starsi pracownicy – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Chip Espinoza, autor książki „Millennials@Work”, który bada i analizuje zachowanie młodego pokolenia na rynku pracy. – Pokolenie Y uważa, że jest bystrzejsze od swoich menadżerów, potrafi lepiej od nich wykonać zadanie lub że menadżerowie są po prostu niedoinformowani. Takie postrzeganie buduje bariery w miejscu pracy.
Najmłodsze pokolenie oczekuje informacji zwrotnych od przełożonych. Jeśli potrzebuje pomocy w rozwiązaniu problemu, częściej zwraca się po nią do znajomych lub szuka rozwiązania w internecie. To sprawia, że starsi pracownicy postrzegają ich jako zarozumiałych.
Milenialsi szybko angażują się w życie organizacji, jednak ich problemem jest brak cierpliwości. Oczekują, że wszystko da się osiągnąć natychmiast. Praca to dla nich nie tylko wykonywanie obowiązków w firmie – chcą stać się jej częścią i mieć na nią realny wpływ. Jak wynika z globalnego badania Deloitte „The 2016 Deloitte Millennial Survey. Winning over the next generation of leaders”, lojalność milenialsów wobec organizacji, w których pracują, jest zależna od możliwości rozwoju umiejętności przywódczych, elastyczności warunków oraz poczucia, że wykonywana praca ma cel i sens.
– Milenialsi chcą się rozwijać w tempie, które sami sobie określą. Jeżeli ich kariera nie przebiega w tempie, jakie sobie założyli, zaczynają się niecierpliwić. Mogą rzucić pracę, zanim okaże się ona ich wymarzonym zajęciem. Mogą odejść, nie odebrawszy stosownej lekcji, która jest im potrzebna na danym etapie ich kariery, po to, by zrobić następny krok. Ten brak cierpliwości jest dla nich prawdziwym wyzwaniem – ocenia autor „Millennials@Work”.
Blisko połowa młodych ludzi chce odejść z firmy, w której są zatrudnieni przed upływem dwóch lat. Odsetek ten rośnie do 66 proc., gdy perspektywa czasowa wydłuża się do 2020 roku. Często zgłaszają obawy w związku z brakiem możliwości rozwoju umiejętności przywódczych i poczucia, że są niezauważani. 63 proc. przedstawicieli pokolenia Y uważa, że ich umiejętności przywódcze nie są w pełni rozwijane.
– Źle znoszą krytykę, nie postrzegają jej jako czegoś pozytywnego. To im szkodzi. Menadżerowie chcą im dawać informację zwrotną, ale gdy nie widzą ich reakcji, przestają to robić. Gdy szef zatrzymuje dla siebie informacje, dzięki którym milenialsi mogliby się stać lepszymi pracownikami, to tak naprawdę robi najgorszą rzecz, jaka może im się zdarzyć – wskazuje Espinoza.
Autor książki „Millennials@Work” podkreśla, że obserwacja zachowań młodych ludzi na rynku pracy pozwoliła mu sformułować siedem umiejętności, które są im niezbędne na rynku pracy. Radzi im, żeby tworzyli więzi z przełożonymi, zbierali od nich informacje zwrotne i dopytywali o szczegóły. Poza tym milenialsi powinni też dostrzegać szerszy aspekt projektu, nad którym pracują, a nie koncentrować się tylko na pojedynczych elementach. Jednocześnie powinni umieć rozpoznawać sytuacje, które wymagają szczególnego skupienia. Espinoza radzi też młodym, by nauczyli się brać na siebie odpowiedzialność i poznali swoją wartość dla pracodawcy.
Tę wartość firmy już poznają. Najmłodsze pokolenie jest bardziej otwarte na nowe pomysły niż starsi pracownicy. Dobrze czują się w różnorodnym środowisku, mają wysokie kompetencje technologiczne. Mają też wysoką świadomość społeczną i angażują się w organizowane akcje charytatywne.
– Organizacje, które poważnie potraktują szkolenie menadżerów, żeby lepiej rozumieli milenialsów, będą miały dużo większe szanse na ich przyciągnięcie, wykorzystanie ich potencjału i umieszczenie na ścieżce kariery. Menadżerowie powinni lepiej zrozumieć młode pokolenie, a milenialsi powinni lepiej zrozumieć wyzwania, przed którymi stoją – zaznacza Espinoza.
W ubiegłym roku na rynku pracy było ok. 2 mln przedstawicieli pokolenia Y. W 2025 roku ich liczba wzrośnie do 14 mln.
– Musimy być aktywni, bo w perspektywie następnych 5–6 lat będziemy musieli znaleźć odpowiedź na pytanie, co to znaczy mieć do czynienia z dużą grupą ambitnych, energicznych ludzi o dużym potencjale, którzy jednocześnie muszą zdobywać doświadczenie. Istota naszego biznesu polega w dużej mierze na integrowaniu młodych ludzi, pomaganiu im w osiąganiu sukcesu – przekonuje Gavin Flook, Talent Partner w Deloitte CE.
Różnorodny, ale dobrze zintegrowany zespół, to duże korzyści dla pracodawcy i kluczowy czynnik rozwoju firmy.
– Baza naszych klientów jest bardzo zróżnicowana i to musi znajdować odzwierciedlenie w zróżnicowaniu naszego zespołu – przekonuje Gavin Flook. – Takie zróżnicowanie przynosi również liczne korzyści, jeżeli chodzi o transfer wiedzy. Doświadczeni ludzie mają inną perspektywę w wielu różnych sytuacjach i mogą się nią podzielić z młodszymi pracownikami. Młodsi ludzie widzą świat inaczej, więc mogą pomóc doświadczonym kolegom skorygować swoje spojrzenie, zwłaszcza w relacjach ze znacznie młodszymi ludźmi. Wymiana doświadczeń jest więc obustronna. Gdyby wszyscy byli w jednym wieku, to taki miks nie byłby możliwy.
W Deloitte prawie 80 proc. pracowników to osoby 30-letnie lub młodsze.
– Tak naprawdę nie możemy się przygotowywać na milenialsów, bo oni już stanowią zdecydowaną większość pracowników w naszej firmie – mówi Adam Mariuk, Talent Partner Tax & Legal w Deloitte. – Powinniśmy słuchać, rozmawiać, komunikować się, być otwarci, stanowczy wtedy, kiedy jest to konieczne, i szczodrzy wtedy, kiedy jest to zasłużone. Powinniśmy się starać pokazywać im coś więcej, niż tylko zadanie, które muszą wykonywać.
Jak podkreśla, ważne we współpracy jest to, by kadra zarządzająca zrozumiała, że nie można przekładać własnych doświadczeń na sytuację młodszych pracowników.
– To, w jaki sposób osiągnęliśmy sukces, nie oznacza automatycznie, że wszystkie inne osoby będą osiągać go w taki sam sposób. Nie dla każdego też sukces znaczy to samo. To największa różnica, która teraz się ujawnia i którą już widzimy w naszej firmie – wskazuje Adam Mariuk.
47 nowych sklepów, w tym 15 w Polsce ma zostać uruchomionych w tym roku przez spółkę CDRL, właściciela odzieżowej marki dla dzieci Coccodrillo. Tylko na polskim rynku firma dodatkowo zatrudni do 30 osób. Jest w trakcie wprowadzania nowego asortymentu. Szczególnie liczy na rozwój sprzedaży internetowej.
– W każdym ze sklepów zatrudniamy średnio około 3,5 osoby, otwierając jednocześnie 15 sklepów naszych, mam tu na myśli około 8 sklepów własnych i 7 franczyzowych. To oznacza, że przyrost zatrudnienia będzie na poziomie 25–30 osób – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Przybyła, wiceprezes spółki CDRL SA, właściciela marki Coccodrillo, producenta odzieży dziecięcej. – Zakładamy bardzo spokojny rozwój, jeżeli chodzi o sieć offline. Spodziewamy się przyrostu obrotu na poziomie 8–10 proc. rok do roku, a stawiamy przede wszystkim na rozwój sprzedaży internetowej. Tutaj zakładamy, że te przyrosty będą o wiele większe, rzędu ponad 50 proc.
Spółka zapowiedziała uruchomienie w tym roku 47 placówek, w tym 12 w innych niż Polska krajach UE, a 20 poza wspólnotą. Będą to zarówno placówki własne, franczyzowe, jak i w formule sklepu w sklepie. Pod koniec roku powinna mieć prawie 500 punktów sprzedaży. Na inwestycje przeznaczy 12,8 mln zł.
– W tej chwili jesteśmy na etapie budowy nowego zaplecza logistycznego. To jest budowa hali wraz z logistyką. Obiekt będzie oddany do użytku w tym roku, z kolei rozwiązania logistyczne, częściowa automatyka w połowie przyszłego roku – zapowiada Przybyła. – Co do kosztów produkcji, to staramy się przenosić naszą produkcję z Chin do innych krajów, jak Indie, Birma, Bangladesz. Chcemy obniżyć koszty produkcji. Udaje nam się to w przypadku produktów bawełnianych. Przede wszystkim przeniesienie produkcji do Bangladeszu i Birmy, gdzie zyskujemy na samych kosztach cła, bo te kraje są zwolnione z cła.
W 2015 roku skonsolidowane przychody w spółce wzrosły o ponad 13 proc. do 179,4 mln zł. Zysk operacyjny zwiększył się o ponad 11 proc. do 17,9 mln zł, a zysk netto o 16,7 proc. do 13,3 mln zł.
Na razie spółka nie ujawnia struktury przychodów, gdyż jak zapewnia w raporcie rocznym, ich struktura jest jednolita i polega na hurtowej i detalicznej sprzedaży odzieży. Obecnie na półki wprowadzane jest także obuwie, a pod koniec roku ma na nie trafić także biżuteria.
– Cały czas szukamy nowych produktów, nowego asortymentu, który uzupełni odzież. W tej chwili wprowadzamy na rynek nasze obuwie marki Coccodrillo i liczymy tutaj na przychylny odbiór naszych klientów. Myślimy też o biżuterii. Jeżeli chodzi o wyniki firmy zarówno w aspekcie sprzedaży innych asortymentów, jak obuwie czy biżuteria, to myślę, że te efekty będą widoczne dopiero w kolejnych latach – uprzedza Tomasz Przybyła.
Grupa zamierza pokryć inwestycje ze środków własnych lub kredytów. Jak zastrzega wiceprezes, nie przewiduje w tym roku emisji. Podzieli się natomiast zyskami z akcjonariuszami. Zarząd zarekomendował WZA wypłatę dywidendy na poziomie 85 groszy za akcję. Oznacza to wypłatę 5,15 mln zł. WZA zdecyduje o niej w połowie maja.
– Zakładamy, że marże w 2016 roku będą na podobnym poziomie jak w 2015 roku. Chcemy utrzymać te marże. Jednocześnie chcemy zwiększać sprzedaż like-for-like, czyli sprzedaż z metra kwadratowego. Zakładamy, że będzie rosła z roku na rok – zapowiada Przybyła.
Połowa mikro- i małych firm spodziewa się, że w I półroczu ich sytuacja będzie stabilna. W pozostałych firmach delikatnie przeważają optymiści, choć wyjątkiem jest tu branża handlu. Co trzeci przedsiębiorca w tym sektorze spodziewa się pogorszenia sytuacji. Niepewność budzi przede wszystkim zapowiadany podatek od sprzedaży detalicznej. Mikro- i małe firmy wciąż obawiają się dalszych wzrostów kosztów pracowniczych, dlatego ostrożnie podchodzą do planów zwiększania zatrudnienia.
– Ostatnie półrocze 2015 roku charakteryzowało się względną stabilnością nastrojów gospodarczych wśród mikro- i małych przedsiębiorstw – informuje agencję informacyjną Newseria Biznes Alicja Palińska z portalu Firmy.net. – Pozytywne jest to, że tendencja spadkowa nie jest już tak silna jak wcześniej, i więcej firm zaczęło odczuwać poprawę swojej sytuacji, a mniej jej pogorszenie.
Jak wynika z opracowania Instytutu Badań i Analiz Olsztyńskiej Szkoły Biznesu oraz portalu Firmy.net, ponad 60 proc. przedsiębiorców spodziewa się utrzymania poziomu cen. Wśród pozostałych 40 proc. więcej jest głosów, że ceny będą spadać niż rosnąć. Ma na to wpływ nie tylko deflacja, lecz także spodziewany ograniczony popyt. 27,5 proc. firm twierdzi, że spodziewa się spadku sprzedaży. Na wzrost liczy 22,5 proc.
– W dalszym ciągu sytuacja na rynku sprzedaży w kraju ma tendencję spadkową. Na rynkach zagranicznych notujemy wzrosty. Ta tendencja się odwróciła, po I półroczu 2015 roku była tendencja spadkowa, na przełomie 2015 i 2016 mamy tendencję wzrostową. Cieszy też fakt, że liczba eksporterów polskich rośnie – już około 25 proc. eksportuje swoje towary na rynki zagraniczne – podkreśla Alicja Palińska.
Dlatego firmy widzą w eksporcie szansę na wzrosty. Drugim motorem wzrostu mają być innowacje. Wprowadzanie nowych produktów i usług w celu zwiększania swoich szans rynkowych zapowiada blisko 72 proc. firm.
– Zmienił się trend w konkurowaniu małych firm na rynku. Zaczęły one zwracać uwagę na budowanie swojej marki na rynku. Prawie 1/3 firm, które odczuły poprawę swojej sytuacji, wskazywała, że wzrost rozpoznawalności ich marki jest czynnikiem kluczowym dla sukcesu – mówi Palińska. – Cieszy to, że coraz mniej firm konkuruje niską ceną. Walka cenowa spowodowała pogarszanie się tylko sytuacji finansowej firm. W tym czasie właśnie inwestycja w reklamę, inwestycje w rozwój i poszerzanie swojej oferty dają zadowalające efekty w postaci wzrostów finansowych czy wzrostów sprzedaży.
W drugim półroczu ubiegłego roku najbardziej stabilna sytuacja panowała w sektorze budownictwa i usług, które w największym stopniu odczuły wzrost sprzedaży. Nastroje przedsiębiorstw z tych sektorów charakteryzowały się w dodatku tendencją wzrostową, co znaczy, że odczuwających poprawę kondycji było więcej niż raportujących jej pogorszenie. Szczególnie w przypadku firm budowlanych w stosunku do poprzedniego badania zmiana była bardzo duża. Wcześniej przedsiębiorstwa z tej branży oceniane były bowiem najgorzej spośród wszystkich sektorów.
– Sytuacja w branży budowlanej była dla nas miłym zaskoczeniem – potwierdza Alicja Palińska. – Tym razem natomiast w takiej sytuacji znalazły się przedsiębiorstwa handlowe oraz przemysłowe. Handel odnotował największe spadki popytu, dlatego częściej obniżał ceny, niż podwyższał, co nie wpłynęło dobrze na sytuację finansową.
W tym półroczu plany zwiększania zatrudnienia deklarowało 13,3 proc. mikro- i małych firm. To najlepsza sytuacja od trzech lat, jednak wciąż widać ostrożne podejście do zmian w zatrudnieniu (76,4 proc. firm nie planuje zwolnień ani przyjęć). Co trzeci twierdzi, że nie potrzebuje dodatkowych pracowników, ale tylko niewielu mniej podkreśla, że barierą są zbyt wysokie koszty pracowników.
– Ze względu na zmiany regulacji w Kodeksie pracy oraz oskładkowanie umów cywilno-prawnych stan zatrudnienia w sektorze polskich mikro- i małych firm pozostawał na tym samym poziomie. W ostatnim półroczu była delikatna tendencja wzrostowa, jednak tylko w przypadku firm zatrudniających od 10 do 49 osób. Prognozy na 2016 wskazują, że sytuacja się raczej nie zmieni – podkreśla ekspertka z Firmy.net.
JP Morgan poprawił wczoraj humory inwestorom, ciekawe, czy to samo zrobi dziś Bank of America i Wells Fargo. Ameryka gorąco w to wierzy, bo w ślad za rosnącymi notowaniami JP Morgan w górę poszły również akcje całej bankowej czołówki. Wprawdzie dane makro nie wypadły najlepiej, ale na rynku pojawił się optymizm, więc gorsze wskaźniki tracą swoją zabójczą moc. Dzisiaj w USA pojawią się jeszcze dane o inflacji konsumenckiej, i jeżeli będą wyższe niż poprzednio, dolar powinien się umocnić.
Wczesnym popołudniem Bank of England ogłosi decyzję w sprawie stóp procentowych. Oczywiście, rynek nie spodziewa się żadnych zmian, choć teoretycznie miałby powody do przynajmniej niewielkiego zaostrzenia polityki monetarnej – kilka danych z gospodarki, chociażby rosnąca inflacja, wyraźnie daje powód do takich ruchów. Ale nic z tego, nad Londynem krąży widmo Breksitu, i to on determinuje politykę banku centralnego.
W szybkim tempie zbliża się spotkanie producentów ropy w Doha. Notowania falują w rytm pojawiających się dany o gospodarce Chin, szacunków produkcji ropy i danych o jej zapasach, a także wypowiedzi i plotek. Scenariusz jest dość prosty: najpierw jedno źródło twierdzi, że porozumienie jest prawie pewne, następne łagodzi wymowę wcześniejszego komunikatu. Tak było wczoraj, kiedy rosyjski minister ds. ropy naftowej, Aleksander Nowak, powiedział, że porozumienie w Doha, jeżeli do niego dojdzie, przyjmie raczej formę „dżentelmeńskiej umowy”. Była to zdecydowanie bardziej oględna deklaracja, niż dzień wcześniejsza informacja agencji Interfax.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Auto na abonament to innowacyjny sposób na użytkowanie nowego samochodu bez konieczności kupowania go za gotówkę czy na kredyt. W przypadku propozycji Masterlease i Hyundai oznacza to w praktyce dostęp do wszystkich modeli producenta wraz z całkowitym serwisem, ubezpieczeniem, gwarancją wymiany opon i samochodem zastępczym w ramach jednej stałej stawki miesięcznej.
– Analiza bazy klientów, którzy zdecydowali się na abonament wskazuje na wyraźnie silny udział osób w przedziale wiekowym 30-45 lat, mieszkańców dużych miast, specjalistów w swoim zawodzie – mówi Konrad Karpowicz z Masterlease. – Produkt, który nosi ewidentnie cechy rozwiązania innowacyjnego i jest wciąż nowinką na rynku, dobrze trafia w oczekiwania zwłaszcza tych osób, które funkcjonują w codziennym pośpiechu – dodaje.
Zdaniem ekspertów z firmy leasingowej coraz szybsze tempo życia i charakteryzująca je niecierpliwość, rozumiana jako unikanie długofalowych zobowiązań, będą wpływały na popularność abonamentu na auto w stosunku do tradycyjnego zakupu. Wśród najczęstszych odpowiedzi podawanych jako argument, który zdecydował o wyborze tego produktu znalazły się: wygoda, cena i krótka perspektywa umowy.
Obserwacje te zdają się potwierdzać analizy wykonane przez Goldman Sachs, opisujące pokolenie tzw. “millenialsów”, czyli osób urodzonych pomiędzy 1980 a 2000 rokiem. Zgodnie z raportem** 55% z badanych deklaruje, że posiadanie samochodu na własność nie jest dla nich wartością samą w sobie.
– Klienci przekładają swoje doświadczenia i oczekiwania z rynku telekomunikacji na inne segmenty usług i produktów.Chcą mieć wszystko w pakiecie. Skoro płacąc jedną cenę mają u operatora telefon, internet i TV, to oczekują podobnych rozwiązań na rynku motoryzacyjnym. Płacą raz na miesiąc i to jest jedyna rzecz, która zaprząta ich uwagę – dodaje Konrad Karpowicz z Masterlease.
Około 17% nabywców produktu to kobiety, które w badaniu zwracały uwagę na korzyści płynące z pakietu usług. Kobiety chcą mieć zagwarantowaną kompleksową usługę, mobilność i pewność, że korzystają z nowego, sprawnego pojazdu. Jako na atut rozwiązania abonamentowego, panie wskazywały także możliwość traktowania tego produktu jako swoistego testu wybranego modelu auta.
* Analizę przeprowadzono na bazie danych klientów, którzy zdecydowali się na zakup usługi abonamentowej oferowanej we współpracy Masterlease i Hyundai.
** Goldman Sachs, Global Investment Research
Kto decyduje się na auto w abonamencie – artykuł do pobrania
Ponad 58% klientów*, którzy zdecydowali się na skorzystanie z produktu umożliwiającego użytkowanie samochodu w abonamencie, to osoby między 30 a 45 rokiem życia.
Większość ludzi ma Facebooka nie tylko w smartfonie, ale również w portfelu inwestycyjnym. Wśród wszystkich klientów Saxo Banku akcje tego portalu społecznościowego cieszyły się największą popularnością w I kwartale. Dla rynku akcji początek tego roku był jednak wyboisty: w niektórych sektorach nastąpiła nadmierna wyprzedaż, a Indeks European Stoxx-600 odnotował najgorszy kwartalny wynik od 2009 r. W II kwartale warto zwrócić uwagę na akcje z sektora finansowego i konsumpcyjnych dóbr luksusowych, a spółki, które najprawdopodobniej odnotują najlepsze wyniki, to przede wszystkim Amazon i PayPal.
Nie było zaskoczeniem, że wśród klientów Saxo Banku – zarówno w ujęciu globalnym, jak i w Europie Środkowo-Wschodniej – największą popularnością w I kwartale tego roku cieszyły się akcje takich spółek, jak Facebook, Google, Apple i Amazon. W ubiegłym roku spółki te osiągnęły solidne wyniki, a zatem inwestorzy w dalszym ciągu kupowali ich akcje. Na rynku miała jednak miejsce pewna korekta. Spółki technologiczne są w awangardzie nowej gospodarki, a opinie co do ich bieżącej wyceny są zdecydowane. Facebook odnotował dobry wynik – ceny akcji wzrosły o 10%. Solidne raporty w sprawie zysków i stały wzrost przychodów z reklam dodatkowo umocniły pozycję tej spółki.
W sektorze konsumpcyjnych dóbr luksusowych preferowaną przez nas długą pozycją są akcje Amazon. Mimo iż w I kwartale spółka ta odnotowała spadek o 11%, naszym zdaniem sprzedaż była nadmierna, dzięki czemu w nadchodzących miesiącach Amazon może osiągnąć bardzo dobre wyniki. Wskaźnik przepływów pieniężnych spółki do jej aktywów ponownie rośnie po wielu latach dużych inwestycji w centra dystrybucji. Amazon osiągnął przychody na poziomie 107 mld USD, a to dopiero początek światowej ekspansji. Ujawnione ostatnio rozmowy wykazały, że spółka chce przeprowadzić pionową integrację łańcucha dostaw, organizując własną logistykę transportu i tym samym jeszcze bardziej obniżając koszty. Działania te jedynie wzmocnią ofertę Amazon jako najtańszego i najbardziej terminowego sklepu na świecie.
Mniej kosztownym sektorem stała się technologia informacyjna i wiele spółek z potencjałem wzrostu wycenia się obecnie na rozsądnym poziomie. Jednym z najnowszych pomysłów, który pojawił się na #SaxoStrats, jest kupno akcji PayPal – platforma płatności, która powstała jako odłam eBay, zyskuje udział w rynku płatności internetowych i mobilnych dzięki aplikacjom PayPal One Touch i Venmo. Podwyższenie marż operacyjnych mogłoby posłużyć jako pozytywny katalizator wzrostu cen akcji. Krocząca marża operacyjna PayPal wynosi 23,2%, nieco mniej niż połowę marży Visa, co wydaje się zaniżać olbrzymi potencjał wzrostu rentowności. W ujęciu ogólnym PayPal wydaje się długoterminowym zwycięzcą w sektorze płatności globalnych.
W ubiegłym roku zaledwie trzy sektory odnotowywały zyski i był to sektor konsumpcyjnych dóbr podstawowych, sektor telekomunikacyjny i sektor usług komunalnych, czyli te, które tradycyjnie pozostają w defensywie. Na drugim końcu skali były sektory o charakterze cyklicznym, takie jak sektor materiałowy, energetyczny, finansowy i przemysłowy, które straciły 5-15% w przeliczeniu na USD.
W efekcie sektory cykliczne, takie jak sektor konsumpcyjnych dóbr luksusowych (odzież, materiały budowlane, towary luksusowe, samochody, media i handel detaliczny), sektor materiałowy (środki chemiczne i surowce kopalne) oraz sektor finansowy (zarządzanie aktywami, bankowość, bankowość inwestycyjna, ubezpieczenia, nieruchomości i specjalistyczne usługi finansowe) stały się stosunkowo tanie w porównaniu ze standardową metodologią wyceny stosowaną w ciągu ostatnich pięciu lat.
Wkraczamy w II kwartał z portfelami, w których mamy zdecydowanie za dużo akcji z tych sektorów.
Najpopularniejsze akcje (wszystkie rynki):
Facebook Inc.
Apple Inc.
Amazon
Vestas Wind Systems
Alphabet Inc. – akcje klasy A
Najczęściej sprzedawane akcje:
Apple Inc.
Barclays Plc.
Anglo American Plc
Netflix Inc.
Glencore Plc.
5 najpopularniejszych akcji wśród polskich klientów:
Seagate Technology
Apple Inc.
Alphabet Inc. – akcje klasy C
com Inc.
Lloyds Banking Group Plc.
5 najpopularniejszych akcji w Europie Środkowo-Wschodniej/na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej:
Apple Inc.
Facebook Inc.
Alphabet Inc. – akcje klasy A
Amazon.com Inc.
Bank of America
Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Sytuacja w chińskiej gospodarce oraz rozstrzygnięcie kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych – to obecnie zdaniem Leszka Balcerowicza najważniejsze czynniki ryzyka dla globalnych rynków finansowych. Inwestorzy zwracają także uwagę na kwestię nadmiernego zadłużenia państw Unii Europejskiej oraz zagrożenie związane ze starzeniem się społeczeństw.
– Inwestorzy działający na międzynarodowych rynkach zwracają uwagę przede wszystkim na sytuację w krajach o znaczeniu globalnym. My nie jesteśmy krajem o takim znaczeniu. Raczej podlegamy wpływom tego, co się w tych dużych krajach dzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Ekonomista wyjaśnia, że dla światowych rynków finansowych aktualnie kluczowe jest to, kto wygra wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych oraz czy spowolnienie w chińskiej gospodarce okaże się jedynie tymczasowe, czy jednak przerodzi się w trwały trend.
– Pogorszenie się sytuacji gospodarczej w Chinach w sensie wyraźnego spadku tempa wzrostu miałoby istotne konsekwencje dla świata. Należy pamiętać o tym, że Chiny po Stanach Zjednoczonych są drugim największym światowym importerem – informuje Balcerowicz.
Według prognoz Banku Światowego dynamika chińskiego PKB wyniesie w tym roku do 6,7 proc. W 2017 roku oczekiwane jest dalsze hamowanie, a gospodarka Państwa Środka ma urosnąć o 6,5 proc. Długoterminowe szacunki Trading Economics zakładają, że pod koniec dekady Chiny będą się rozwijały w tempie poniżej 5,0 proc. rocznie.
– Niektóre kraje strefy euro czy Unii Europejskiej mają już wysokie długi publiczne, a przed nimi jest perspektywa starzenia się społeczeństw, która się wiąże z ryzykiem dalszego wzrostu wydatków – zauważa były minister finansów. – Polska jak na swój poziom rozwoju powinna mieć mniejszy dług publiczny po to, żeby była bardziej odporna na ewentualne zawirowania zewnętrzne – dodaje.
Ekspert jest zdania, że rządy poszczególnych państw już teraz powinny się przygotowywać na zachodzące zmiany demograficzne. Dodaje, że muszą one także zabezpieczyć się na wypadek materializacji któregoś z wymienionych czynników ryzyka globalnego.
– Nie jesteśmy, niestety, w stanie dokładnie powiedzieć, jakie zagrożenia pojawią się w gospodarce. Nie możemy także przewidzieć, kiedy i w jakiej skali to nastąpi. Ale powtarzam – odpowiedzialność i kompetencja polega na tym, że się patrzy na otoczenie i wyciąga z tego wnioski dla własnego kraju – stwierdza Balcerowicz.
Przewodniczący FOR jest zdania, że działania obecnego rządu osłabiają odporność kraju na ewentualny kryzys. Ekonomista uważa, że zbyt wysokie wydatki budżetowe zmniejszają stabilność polskich finansów publicznych i szkodzą gospodarce.
– Lepiej być bardziej odpornym i mieć mniejszy deficyt w finansach publicznych. To, co się dzieje od paru miesięcy, osłabia przynajmniej perspektywy stabilności finansów publicznych i tworzy wrażenie, że sektor bankowy, niesłychanie ważny dla stabilności całej gospodarki, może być przedmiotem kolejnych uderzeń – podsumowuje.
Wysokość deficytu zapisanego w tegorocznej ustawie budżetowej wynosi blisko 55 mld zł, co ma stanowić 2,8 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2016 roku. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że na koniec ubiegłego roku dług sektora finansów publicznych po konsolidacji wyniósł 872,7 mld zł, o 50,5 mld zł więcej niż rok wcześniej.
Na 17 kwietnia zaplanowano w stolicy Kataru spotkanie producentów ropy naftowej, zarówno zrzeszonych w OPEC, jak i m.in. Rosji czy Iranu. Dotyczyć ma ono zamrożenia produkcji surowca, bo jego nadpodaż w ostatnich dwóch latach spowodowała spadek cen i spadek opłacalności produkcji. Problemem może być stanowisko Iranu, który dopiero od niedawna, po zdjęciu sankcji gospodarczych, może uczestniczyć w wolnym rynku. Choć porozumienie nie jest uważane za szczególnie prawdopodobne, nawet jego osiągnięcie nie powinno wpłynąć na dalszy wzrost cen ropy.
– Obecnie czynnikiem determinującym sytuację na rynku ropy naftowej jest nadpodaż surowca. Spotkanie, które zaplanowano na 17 kwietnia w Doha, powinno przynieść nam odpowiedź, co ewentualnie może się wydarzyć z cenami ropy. Natomiast nie jesteśmy w stanie przewidzieć efektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Urszula Cieślak, analityk BM Reflex – Grupa krajów, które będą uczestniczyły w spotkaniu, jest przekonana o tym, że do porozumienia dojdzie. Natomiast część krajów warunkuje przystąpienie do takiego porozumienia tym, żeby do porozumienia przystąpił także Iran.
Sankcje gospodarcze nałożone na Iran, które uniemożliwiały mu uczestniczenie w sprzedaży ropy na rynkach międzynarodowych, zostały zniesione zaledwie trzy miesiące temu. Urszula Cieślak podkreśla więc, że kraj ten nie jest zainteresowany ograniczaniem produkcji.
– To porozumienie może zostać zawarte pod warunkiem, że wszystkie kraje ugną się postawie Iranu i wyłączą Iran spoza tego porozumienia. Czy to przyniesie efekt w postaci mniejszej produkcji? Prawdopodobnie nie, bo Iran będzie wtedy mógł do swoich mocy przerobowych zwiększać produkcję ropy naftowej, a to jest blisko 4 mln baryłek dziennie. Obecnie produkuje nieco ponad 2 mln baryłek. Widzimy, że jest potencjał do wzrostu produkcji w Iranie i wydaje się, że wówczas takie porozumienie nie miałoby sensu – przekonuje Cieślak.
Ceny ropy, które od połowy 2014 roku do połowy lutego spadły o trzy czwarte, od tego momentu zaczęły się podnosić. Baryłka ropy WTI podrożała w tym czasie z niespełna 30 dol. do ponad 40 dol, nie licząc chwilowego spadku na początku miesiąca do 35 dol.
– Kiedy producenci ropy naftowej zrzeszeni w OPEC i poza kartelem dojdą do porozumienia o ograniczeniu produkcji surowca, co mogłoby skutkować mniejszą podażą i dostępnością surowca na rynkach światowych, możemy liczyć się z tym, że ceny ropy utrzymają się na obecnym poziomie, czyli powyżej 40 dol. – mówi analityczka BM Reflex – Częściowo to porozumienie, czy taką decyzję rynek już dyskontuje w cenach, i ten wzrost, z którym mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich kilku dni, jest tego dowodem.
Urszula Cieślak przekonuje, że jeśli producenci nie porozumieją się w sprawie zamrożenia produkcji, należy się liczyć z powrotem cen czarnego złota do poziomów z początku kwietnia.
– Dzisiaj wycenia się oczekiwanie i gra się na rynku tymi oczekiwaniami do zamrożenia produkcji. Jeżeli do porozumienia nie dojdzie, to musimy się liczyć z tym, że ceny ropy naftowej spadną. Ale też nie wydaje mi się, żeby był to spadek wyższy niż wzrosty sprzed porozumienia czy sprzed braku porozumienia. Ten spadek może sięgnąć do 5 dol. na baryłce.
Ekspertka zauważa, że nawet zamrożenie produkcji nie spowoduje natychmiastowej likwidacji istniejącej nadpodaży, i to pomimo historycznie najniższej liczby odwiertów w Stanach Zjednoczonych. Według firmy Baker Hughes w marcu liczba czynnych wiertni w tym kraju spadła do 478, o 54 mniej niż w lutym. Przed rokiem było ich 1110.
– Istotna jest także sytuacja w Stanach Zjednoczonych, gdzie zdecydowanie spada liczba wiertni. Spada także produkcja, ale nieco wolniej niż wskazywałaby to statystyka czynnych wiertni naftowych – zauważa Cieślak – Produkcja ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych jest obecnie o około 400 tys. baryłek niższa niż przed rokiem i wydaje się, że na tę chwilę nie są to ilości, które mogłyby poprawić sytuację podażowo-popytową na rynku ropy naftowej.
BZ WBK Leasing w ubiegłym roku sfinansował maszyny i urządzenia o wartości netto 1,88 mld zł i tym samym zanotował wzrost o ponad 28 proc. Firma zapowiada dalszy rozwój w segmencie rolnym i uruchomienie nowych programów fabrycznych dla rolników.
– Dla BZ WBK Leasing ubiegły rok był bardzo dobry. Dynamika na poziomie 15 proc. rok do roku w finansowaniu rolnictwa i udział w rynku na poziomie 21 proc. pokazują, że trafnie określamy potrzeby klientów i na nie odpowiadamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Zwierski, dyrektor ds. rynku rolnego z BZ WBK Leasing.
Firma w ubiegłym roku sfinansowała maszyny i urządzenia o wartości netto 1,88 mld zł. To wzrost o ponad 28 proc. rdr., czyli ponad dwa razy większy niż zanotował w tym samym czasie cały segment. Maszyny i urządzenia to więcej niż połowa finansowanych przez spółkę przedmiotów. W samym rolnictwie BZ WBK Leasing sfinansował inwestycje o łącznej wartości netto 788,23 mln zł, odnotowując wzrost o prawie 15 proc. rdr.
– Ważnym elementem współpracy z sektorem rolnym jest budowanie programów fabrycznych – uważa Jacek Zwierski – Rolnik, udając się po zakup maszyny, może otrzymać na miejscu kompleksową ofertę finansową. W tym roku będziemy rozwijali nowe programy po to, żeby dostarczyć dobre produkty, które będą dostępne bezpośrednio u dilerów. Tu postawimy na szybkość działania i atrakcyjną ofertę finansową w każdym z programów.
W 2015 roku BZ WBK Leasing uruchomił cztery nowe programy fabryczne, czyli oferty szybkich pożyczek na zakup specjalistycznych maszyn rolniczych. W tym roku już podpisał umowy z firmami Akpil i Krukowiak, w planach są kolejne.
– Rolnik jest coraz bardziej świadomym klientem. Oprócz ceny istotne jest dla niego to, z jakim partnerem nawiązuje współpracę. Klienci coraz częściej zwracają uwagę na bezpieczeństwo transakcji oraz na tabelę opłat i prowizji. Coraz częściej zwracają też uwagę na klarowność i przejrzystość zapisów w umowach. Te, które podpisują, są długoletnie, dlatego ten element ma coraz większy udział w decyzjach podejmowanych przez rolników. Zapisy naszych umów jasno określają prawa i obowiązki obu stron, co docenia coraz więcej naszych klientów – dodaje Jacek Zwierski.
Od marca firma wprowadziła także zmiany w finansowaniu samochodów dla rolników. Mogą oni zaciągnąć pożyczkę w BZ WBK Leasing na zakup pojazdów bez udziału własnego na okres do 10 lat. Przedmiotem umowy mogą być samochody osobowe i dostawcze, zarówno nowe, jak i używane, ale maksymalnie 6-letnie.
– BZ WBK Leasing mocno inwestuje w sektor rolny i odpowiada na potrzeby klientów, dostosowując parametry ofert i produktów do specyfiki sektora –podkreśla dyrektor ds. rynku rolnego w BZ WBK Leasing. – Finansujemy maszyny i urządzenia, zakup gruntów rolnych, odświeżyliśmy także ofertę finansowania samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych dla sektora rolnego. Rolnicy oprócz inwestowania w maszyny i urządzenia coraz częściej realizują swoje potrzeby konsumpcyjne i kupują zarówno samochody na prywatne potrzeby, jak i na potrzeby pracy w gospodarstwie.
Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w 2015 roku finansowanie w leasingu w całej branży wzrosło o 16,3 proc. do 49,8 mld zł. Wartość czynnych umów leasingowych wynosiła 87,8 mld zł. Maszyny i urządzenia stanowiły 32 proc. rynku. Segment ten wzrósł w ubiegłym roku o 11,75 proc.
Ilość dużych terenów zielonych w polskich aglomeracjach spada. Parki czy skwery z powodów ekonomicznych zaczynają stopniowo ustępować miejsca nowym osiedlom, biurowcom czy galeriom handlowym. Eksperci podkreślają, że dlatego właśnie dotychczasowe miejskie ogrody powinny spełniać jednocześnie jak najwięcej funkcji, a na przybywające mniejsze formy zieleni samorządy powinny szukać nowych rozwiązań, tak by były uzupełnieniem już istniejącej zabudowy.
– W przestrzeni centrum miasta nie ma już miejsca na zakładanie nowych dużych terenów zielonych. Należy skupić się więc na powstawaniu mniejszych form i układów zieleni takich jak ciągi, aleje, niewielkich kompozycji, nawet pnączy, które umiejętnie wkomponujemy w tkankę zwartą zabudowy miasta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Karolina Sobczyńska, architekt, wykładowca na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej.
Jeszcze kilka lat temu tereny zielone w miastach tworzyły głównie parki i skwery. Obecnie, przy coraz gęstszym rozmieszczeniu budynków i wyższych cenach gruntu, brakuje na to przestrzeni. Ekspertka zaznacza jednak, że ogólny bilans zieleni jest dodatni. Coraz więcej małych form roślinnych pojawia się m.in. przy ciągach komunikacyjnych. Zwraca jednak uwagę na to, że mniejsze układy zieleni muszą być umiejętnie zintegrowane z istniejącą architekturą tak by spełniały różne funkcje, m.in. reprezentacyjną i rekreacyjną.
– W przestrzeniach dzisiejszego miasta w wyniku rozwoju zabudowy stosowane niegdyś systemy zieleni, takie jak pasmowe, klinowe, pierścieniowe, znacznie się skurczyły. Jednak ogólny bilans ilości zieleni w miastach w tej chwili jest dodatni, ponieważ przybywa wiele zieleni i wiele nasadzeń towarzyszących ciągom komunikacyjnym. Ogólną barierą tworzenia nowych przestrzeni zieleni jest przede wszystkim brak miejsca i ceny gruntów, które są wysokie. Zatem czynnik ekonomiczny blokuje powstawanie nowych terenów.
Dr Karolina Sobczyńska podkreśla, że grunty stały się zbyt drogie, by poświęcać je na zielone inwestycje. Dodaje przy tym, że zarówno projektanci architektury, jak i zieleni miejskiej powinni podchodzić do wykorzystania jej wieloaspektowo. Zaznacza, że kluczowe jest zachowanie preferencji przestrzennych człowieka. Odpowiednia symetria, geometryczne formy, kąty proste czy linie proste są bardziej czytelne i częściej preferowane przez człowieka.
– Ważne, żeby zajęły się tym zespoły projektowe. W ich skład obok architekta krajobrazu czy projektanta zieleni powinien wchodzić też architekt urbanista jako specjalista od istniejącej kompozycji architektonicznej, który wskaże główne założenia kompozycyjne i hierarchię elementów przestrzennych. Nie powinno też zabraknąć specjalisty z dziedziny socjologii czy psychologii z jego wiedzą o człowieku, o jego preferencjach przestrzennych i percepcyjnych – podkreśla Sobczyńska.
Dr Sobczyńska zauważa przy tym, że polskie miasta powinny czerpać przykład z krajów zachodnich, gdzie parki są wielofunkcyjne. Jako przykład podaje Paryż.
– Pełnią one bardzo reprezentacyjną funkcję przy wieży Eiffla: starannie przystrzyżone drzewa i trawnik, a pomiędzy tymi formami uprawiający jogging mieszkańcy. W ten sposób funkcja reprezentacyjna nie wyklucza funkcji rekreacyjnej – wskazuje architektka.
Ważnym elementem jest odpowiedni dobór i kompozycja gatunków roślin, krzewów czy drzew, aby były one adekwatne do funkcji już istniejących układów architektonicznych. Jej zdaniem roślinność może na nowo aranżować już istniejącą przestrzeń, podkreślać zalety architektoniczne i maskować błędne urbanistyczne rozwiązania. Jak wskazuje, planowanie nie może się odbywać w oderwaniu od architektury, lecz ją uzupełniać.
– Wprowadzając zieleń z wieloaspektową wiedzą o człowieku, osiągnie się wieloaspektową atrakcyjność miasta, nie tylko estetyczną – ocenia Karolina Sobczyńska.
Według rankingu MojaPolis i BIQ data opracowanego na podstawie danych GUS z 2013 roku najbardziej zielonymi miastami ogółem (co nie oznacza, że najbardziej czystymi) były Sopot (58,6 proc. zieleni), Zielona Góra (46,8 proc.) i Katowice (46,2 proc.). Ranking zielonych miast zamyka Konin (5,5 proc.), Łomża (4 proc.) i Krosno (2 proc.)
Miastem z udziałem największej liczby parków, zieleńców i terenów zieleni osiedlowej był Chorzów (22,2 proc.). Na drugim miejscu znalazły się Siemianowice Śląskie (9,3 proc), za nimi Bydgoszcz (8,4 proc). Na końcu uplasowało się Świnoujście (0,6 proc).