Służbowy lot odwołany? Poznaj prawa pasażerów

lotniskoOdwołanie lub opóźnienie lotu niejednokrotnie potrafi skutecznie pokrzyżować nie tylko wakacyjne, ale i biznesowe plany. Stracona szansa na pozyskanie nowego kontrahenta lub na udział w przetargu to jedne z wielu możliwych konsekwencji takich zdarzeń. Warto pamiętać, że w takich sytuacjach przysługują nam prawa, a ubieganie się o nie pomoże zminimalizować poniesione straty.

Niezależnie od faktu, czy podróżujemy służbowo czy prywatnie, w przypadku odwołania lub opóźnienia lotu o ponad 3 godziny z winy przewoźnika poszkodowanemu pasażerowi należy się rekompensata finansowa. Z przepisów rozporządzenia unijnego wynika, że jej wysokość waha się od 250 nawet do 600 euro. Jednak jeśli podróżujemy w sprawach biznesowych
i straty, które poniosła firma w związku z odwołanym lub opóźnionym lotem są duże, a za zdarzenie odpowiada linia lotnicza, swoich praw możemy dochodzić na zasadach ogólnych wyrażonych w Kodeksie Cywilnym. To oznacza, że konieczne jest udowodnienie ich przed sądem.

  – Rozporządzenie unijne umożliwia przeciętnemu konsumentowi bez wykazania poniesionej szkody uzyskanie rekompensaty finansowej w sytuacji odwołania bądź opóźnienia rejsu
o ponad 3 godziny. Przepisy te nie wykluczają jednak dochodzenia roszczenia np. z powodu utraty kluczowego kontraktu dla danego przedsiębiorstwa na zasadach przepisów ogólnych
– mówi Adw. Piotr Ratnicki-Kiczka, ekspert marki Opoznionysamolot.pl.

Dochodzenie roszczenia na zasadach ogólnych jest opłacalne dla poszkodowanej firmy tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie udowodnić przed sądem poniesione straty, a kwota, którą mamy szansę wywalczyć jest na tyle wysoka, że zwrócą się nam koszty poniesione na pełnomocnika. Niestety wykazanie szkody jest niezwykle trudne, a proces dowodowy długotrwały (w niektórych przypadkach może trwać nawet 3 lata). Z tego względu, jeśli nie mamy wystarczających dowodów, lepiej ubiegać się o rekompensatę finansową od linii lotniczych na podstawie rozporządzenia Unii Europejskiej. Należy wtedy pamiętać, że
w przypadku podróży służbowej pieniądze pozyskane z tzw. odszkodowania ryczałtowego zawsze wędrują do kieszeni pracownika, którego lot został odwołany bądź opóźniony o ponad 3 godziny z winy przewoźnika.

Wysokość rekompensaty finansowej zależy od długości trasy. Za 1 500 km lub mniej wynosi ona 250 euro, za ponad 1 500 km – 400 euro, a za więcej niż 3 500 km aż 600 euro. Rekompensata obejmuje wszystkie rejsy przewoźników odbywających się  w Unii Europejskiej (krajem wylotu lub przylotu jest państwo członkowskie) tzn. krajowe, międzynarodowe, rejsowe, czarterowe oraz loty tanich linii lotniczych. Poszkodowany pasażer może dochodzić roszczenia przez 10 lat na podstawie biletu lotniczego (także wersji elektronicznej).

–   Co ważne, rekompensata finansowa zawsze przysługuje tej osobie, na którą został wystawiony bilet lotniczy. W praktyce oznacza to tyle, że dla Ustawodawcy nie jest istotne, kto zapłacił za bilet, ale czyje imię i nazwisko na nim widnieje – wyjaśnia Adw. Piotr Ratnicki-Kiczka. – Jeśli zatem pracodawca próbowałby wymusić na pracowniku zwrot otrzymanej kwoty na rzecz firmy, to dokonałby naruszenia przepisów prawa tłumaczy ekspert marki Opoznionysamolot.pl.

Przepisy regulujące zasady przyznawania rekompensat finansowych wynikają wprost
z Rozporządzenia (WE) Nr 261/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 lutego 2004 r. Natomiast w przypadku przewoźników spoza Unii Europejskiej w sytuacji odwołania lub opóźnienia lotu mają zastosowanie przepisy państw trzecich.

Warto podkreślić, że poszkodowany pasażer może osobiście dokonać zgłoszenia lub zlecić to osobie trzeciej np. asystentowi czy pracownikowi działu HR. Niezależnie od faktu, kto dostarczył dokumenty oraz bilet, chcąc zamienić problemy związane z podróżowaniem samolotem w korzyści materialne, pracownik, którego lot został odwołany lub opóźniony
o ponad 3 godziny musi zatwierdzić zgłoszenie oraz udzielić zgody na zlecenie sprawy firmie zajmującej się pozyskiwaniem rekompensat finansowych od przewoźników. Przekazanie sprawy doświadczonym adwokatom specjalizującym się w prawie konsumenckim z pewnością zwiększy nasze szanse na otrzymanie rekompensaty finansowej od linii lotniczych.

3,3 miliarda ludzi czyli 40% światowej populacji posiada dostęp do Internetu

2005 rok przyniósł przełom – z zasobów globalnej sieci skorzystało po raz pierwszy w historii miliard internautów. W ciągu kolejnych pięciu lat liczba ta uległa podwojeniu, by w 2014 roku przekroczyć – magiczny wydawałoby się – próg 3 miliardów. Internet puchnie, a wraz z nim rośnie liczba cyberzagrożeń.

Dziś dostęp do sieci posiada już 40% światowej populacji – ponad 3,3 mld ludzi. Na tym tle Polska wprawdzie jest mikrusem, jednak nasza rola na mapie Internetu systematycznie rośnie. W rankingu porównującym liczbę internautów Polska zajmuje globalnie 26 miejsce spośród wszystkich 201 klasyfikowanych państw świata i siódme w Europie. Z Internetu korzysta obecnie 27,9 miliona naszych rodaków. Dla porównania w 2000 roku było ich zaledwie 2,8 miliona.

Pierwsza pozycja należy do Chin, w których już prawie 721,5 miliona mieszkańców ma dostęp do sieci. Stanowią oni nieco ponad 21% wszystkich użytkowników Internetu. Drugie miejsce zajmują Indie z przeszło 462 milionami obywateli podłączonych do globalnego gniazda. I to właśnie tam co roku przybywa najwięcej internautów – średnio o 30,5%. Ostatnie miejsce na podium przypada Stanom Zjednoczonym. Korzysta tam z sieci prawie 287 milionów osób, co stanowi aż 88,4% całej populacji państwa.

Wraz z dołączaniem do globalnej sieci kolejnych użytkowników proporcjonalnie rośnie nie tylko wielkość generowanych danych, pochodzących z „internetowego ruchu”, ale także liczba cyberzagrożeń. A tempo rozwoju Internetu jest imponujące.

Tendencja wzrostowa

Liczba wysyłanych maili rośnie o ponad dwa miliony w ciągu sekundy, w tym samym czasie liczba zakupionych na świecie smartfonów wzrasta o 100, a liczba internautów o 10. Dziesięć nowych stron WWW powstaje co trzy sekundy, a liczba atakowanych przez cyberprzestępców portali powiększa się o siedem na każde dziesięć sekund. To nieco skrócona relacja z wydarzeń opisujących dynamikę Internetu.

Liczba internautów stale rośnie, a razem z nimi poszerza się sieciowe spektrum, które w coraz większym stopniu przyciąga cyberprzestępców. W ubiegłym roku liczba ataków DDoS wzrosła niemal o 150%, a wykrytych infekcji wywołanych złośliwym oprogramowaniem – o 73%. Kwestia odpowiedniego zabezpieczania danych zarówno firmowych, jak i prywatnych powinna stać się priorytetem. Zwłaszcza, że na celowniku crackerów jest każdy z nas – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z Atmana, operatora krajowej sieci światłowodowej i największego polskiego centrum danych.

Cyberzagrożenia zaraz za handlem narkotykami

Opublikowany niedawno ranking Check Point Software Technologies sklasyfikował Polskę na pierwszej pozycji najbardziej narażonych na ataki państw Unii Europejskiej. W skali świata natomiast zajęliśmy dość wysokie 34. miejsce. Przy tym współczynnik zagrożenia komputerów zarówno firmowych, jak i prywatnych wzrósł w porównaniu do 2014 roku niemal dwukrotnie – z 9,2 do 17,2 pkt. Eksperci Check Point po zapoznaniu się z bilansem szkód wyrządzonych w minionym roku przez cyberprzestępców poinformowali, że bardziej szkodliwym finansowo rodzajem przestępczości jest tylko nielegalny handel narkotykami.

Do podobnych wniosków można dojść po lekturze raportu „W obronie cyfrowych granic”, opracowanego przez specjalistów z firmy doradczej PwC. Zgodnie z wynikami badań, w 2015 r. ponad połowa polskich przedsiębiorstw padła ofiarą co najmniej 6 aktów cyberprzestępczości. 4% polskich firm straciło w ich wyniku co najmniej 1 mln złotych, a 5% musiało pogodzić się z nieplanowanym przestojem działalności trwającym dłużej niż pięć dni.

Jesteśmy naocznymi świadkami cyfrowej transformacji polskich firm, ale niestety, choć polskie przedsiębiorstwa na ochronę przed cyberatakami w poprzednim roku przeznaczyły około 10% swoich budżetów, to wciąż brakuje nam sporo do światowej średniej, która wynosi 19% – zauważa Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

W Polsce budżet przeznaczany przez przedsiębiorstwa na zabezpieczanie wartościowych danych w ciągu jednego roku wzrósł niemal dwukrotnie. Teoretycznie to dużo, jednak porównując tempo rozrostu sieci w tym czasie, zmiana ta wydaje się mało znacząca. W tym czasie do sieci podłączyło się prawie 240 mln nowych użytkowników, a cyberprzestępcom udało się wykraść szacunkowo ponad 300 mln pojedynczych „rekordów” danych osobowych i w efekcie swoich działań wygenerować sumaryczną stratę ok. miliarda dolarów. Pięciokrotnie natomiast wzrosła średnia wartość natężenia ataków DDoS – o ile wcześniej ataki o wysokiej przepustowości notowano raczej rzadko, w 2015 roku nie brakowało takich, które osiągały natężenie rzędu 500 Gb/s.

Globalna perspektywa

Zgodnie z prognozą The Future of The Internet – 7 Big Predictions for 2020, liczba aktywnych użytkowników globalnej sieci do 2020 roku przekroczy 5 miliardów. Biorąc pod uwagę obecną populację świata, liczącą 7,4 miliarda osób, dostęp do zasobów Internetu powinno mieć co najmniej 65% mieszkańców ziemi. Ilu wśród nich będzie cyberprzestępców?

Tygodniowy przegląd rynku obligacji: koniec płaczu nad Argentyną

  • Argentyna powraca na międzynarodowy rynek obligacji
  • Buenos Aires rozstrzyga długi spór z wierzycielami
  • Olbrzymi popyt na nową emisję

W tym tygodniu Argentyna mocnym akcentem zaznaczyła swoją ponowną obecność na międzynarodowych rynkach obligacji, po raz pierwszy od ponad 15 lat dokonując emisji papierów dłużnych.

Dotychczas długotrwały konflikt z inwestorami dotyczący restrukturyzacji zadłużenia po pierwszym bankructwie w 2001 r. uniemożliwiał Argentynie obsługę długu, przez co w 2014 r. kolejny raz znalazła się w stanie technicznej niewypłacalności.

Rozstrzygnięcie sporu z wierzycielami – jedna z obietnic wyborczych nowego prezydenta, Mauricio Macriego – utorowało drogę do wczorajszej emisji, która umożliwi rządowi spłatę zaległych odsetek, długów, a także sfinansowanie znacznego deficytu budżetowego.

Inwestorzy wywindowali ceny będących już w obiegu obligacji w nadziei na pozytywne zmiany, jednak najnowsza emisja spotkała się z olbrzymim popytem i pięciokrotną nadsubskrypcją. Wyemitowane obligacje mają terminy zapadalności od trzech do trzydziestu lat i rentowności od 6,4% do 8,0%, co daje wpływy do budżetu o wartości 15 mld USD, a obecnie, po rozpoczęciu obrotu wtórnego, ich ceny nieco wzrosły.

Biorąc pod uwagę problemy ze wzrostem gospodarczym i wysoką inflacją, centroprawicowy rząd, zasadniczo chwalony przez społeczność inwestorów za prowadzenie przyjaznej dla rynku polityki, nie może jeszcze mówić o pełnym sukcesie, jednak nowa fala optymizmu na rynku najprawdopodobniej przyczyni się do wsparcia starań rządu o przywrócenie argentyńskiej gospodarki do stanu dawnej świetności.

Michael Boye, Saxo Bank

„Wielka siódemka” polskich rynków biurowych notuje dynamiczny rozwój

Z analiz międzynarodowej firmy doradczej JLL wynika, że „wielka siódemka” polskich rynków biurowych, do której zalicza się Warszawę, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań i Łódź, notuje dynamiczny rozwój, będąc przedmiotem zainteresowania zarówno inwestorów kapitałowych działających na rynku nieruchomości, jak również firm m.in. z sektora usług dla biznesu. Rozwojowi „wielkiej siódemki” sprzyja wzrost PKB, duża aktywność najemców, transparentność rynku nieruchomości i dostępność zróżnicowanych produktów inwestycyjnych w dobrych cenach.

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce
Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce, informuje: „Warszawa jest największym centrum biznesowym i finansowym w Polsce i Europie Środkowo – Wschodniej, w którym działają globalne korporacje oraz najwięksi deweloperzy i fundusze inwestycyjne. Równolegle, dynamicznie rozwijają się pozostałe główne ośrodki miejskie, przyciągając zarówno firmy z sektora usług dla biznesu, jak i międzynarodowy kapitał inwestujący na rynkach nieruchomości. Obecnie już nie tylko Warszawa, ale również Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań i Łódź oferują ciekawe opcje zakupu obiektów komercyjnych. Dynamicznemu rozwojowi rynków biurowych sprzyja dobra kondycja polskiej gospodarki i pozytywne prognozy dalszego wzrostu PKB”.

Przyczyny dynamicznego wzrostu siedmiu największych rynków biurowych

  1. Skala rynku i wzrost PKB

Według prognoz Oxford Economics, polski PKB będzie rósł w tempie 3,5-3,6% w latach 2016 – 2018, czyli większym niż zakładane tempo wzrostu dla całej Unii Europejskiej. Polsce sprzyja skala – z liczbą ludności na poziomie 38 milionów osób jest szóstym co do wielkości krajem UE i większym rynkiem niż Czechy, Słowacja i Węgry razem wzięte.

  1. Transparentność rynku nieruchomości

W Globalnym Indeksie Transparentności Rynku Nieruchomości 2014 Polska zajęła 17 miejsce na świecie, wyższe niż np. Hiszpania, Norwegia, Austria czy Włochy, jak również inne kraje regionu Europy Środkowo – Wschodniej.

Duża aktywność najemców i wysoki poziom absorpcji[1] powierzchni biurowej

Anna Bartoszewicz-Wnuk
Anna Bartoszewicz-Wnuk

Polska przyciąga międzynarodowych gigantów –z sektora finansów, bankowości, szeroko pojętych usług, telekomunikacji, IT – którzy wiążą z naszym krajem wieloletnie plany rozwoju i stają się tym samym długoterminowymi najemcami budynków biurowych.

„W 2015 r. na polskim rynku biurowym zarejestrowano historycznie rekordowy popyt – zawarto umowy najmu na łącznie 1,5 miliona mkw. Rozwój firm już działających w kraju oraz wejścia nowych przedsiębiorstw przyczyniają się do wysokiego poziomu absorpcji powierzchni, która w 2015 r. w samej Warszawie sięgnęła historycznie rekordowych 280 000 mkw., dając stolicy Polski jeden z najlepszych wyników w tym obszarze w Europie”, komentuje Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Obecnie, polski rynek biurowy sprzyja najemcom, którzy mogą wybierać wśród nowoczesnych, zarówno powstających, jak i istniejących budynków. Wskaźnik powierzchni niewynajętej na koniec 2015 r. wynosił 12,3% w Warszawie, 5,5% w Krakowie, 8,6% we Wrocławiu, 10,8% w Trójmieście, 13,2% w Katowicach, 15,9% w Poznaniu czy 6,9% w Łodzi.

„Jeśli jednak z istniejących wolnych zasobów wykluczymy powierzchnie biurowe, które mogą być postrzegane jako nieatrakcyjne biorąc pod uwagę aktualne warunki rynkowe, okaże się, że realny poziom pustostanów jest niższy i wynosi poniżej 10% w większości miast „wielkiej siódemki”, wskazuje Anna Bartoszewicz-Wnuk.

  1. Atrakcyjne ceny nieruchomości
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL, informuje: ”Polska oferuje nieruchomości w dobrych cenach w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Atrakcyjna cena polskich biurowców jest widoczna nie tylko w wyższych stopach kapitalizacji, ale również w znacząco niższych wartościach kapitałowych w przeliczeniu na metr kwadratowy budynku. Na koniec ubiegłego roku stopy kapitalizacji dla najlepszych obiektów biurowych w Warszawie wynosiły 5,25%, w Krakowie i Wrocławiu – 6,25%; w Trójmieście i Poznaniu – 7%, a w Katowicach i Łodzi – 7,5%. Dla porównania średnia ważona dla 24 głównych rynków europejskich to 4,53% w IV kw. 2015 r.”.

  1. Płynność rynku i dostępność zróżnicowanych produktów inwestycyjnych

„Aktywność deweloperska w Polsce pozostaje na wysokim poziomie, a znaczący udział powierzchni w budowie w całkowitej podaży jest naturalnym zjawiskiem dla rozwijających się rynków regionu CEE, które cechuje niższe niż w Europie Zachodniej nasycenie powierzchnią biurową. Przykładowo, w Warszawie nasycenie powierzchnią biurową wynosi 2,7 mkw. na mieszkańca, czyli zauważalnie mniej niż w zachodnioeuropejskich miastach o podobnej wielkości, takich jak np. Barcelona – poniżej 4 mkw., Wiedeń – ponad 6 mkw., czy Hamburg – ponad 8 mkw.”, dodaje Anna Bartoszewicz-Wnuk.

Polski rynek biurowy zdominowany jest przez doświadczonych deweloperów, znających coraz bardziej specyficzne wymagania najemców i dostarczających na rynek produkty wysokiej jakości – nowoczesne, bezpieczne, z długoterminowymi umowami najmu.

„Podaż powierzchni biurowej w Polsce rośnie w tempie 9% rocznie. Rynek daje inwestorom zdywersyfikowaną pod względem jakości i ceny ofertę – od flagowych, wysokiej jakości projektów, po produkty oportunistyczne oraz typu value-add. W ten sposób fundusze o bardzo różnych strategiach inwestycyjnych mogą liczyć na udane zakupy – zarówno te szukające najlepszych biurowców w swojej klasie, jak i te skłonne do większego ryzyka, ale oczekujące wyższej stopy zwrotu”, informuje Tomasz Puch.

Aktywność funduszy inwestycyjnych na polskim rynku biurowym utrzymuje się na wysokim poziomie. Co szczególnie ciekawe, w ostatnich latach istotnie wzrosła wartość transakcji biurowych zrealizowanych poza Warszawą (do rekordowych 800 mln euro w 2015 r.)

„Kolejnym potwierdzeniem atrakcyjności polskich miast dla inwestorów kapitałowych jest tegoroczna, bardzo duża transakcja pomiędzy Echo Investment a Redefine Properties, której przedmiotem jest 75% udziałów w portfelu nieruchomości komercyjnych Echo, obejmującym – oprócz centrów handlowych – takie obiekty biurowe jak A4 Business Park w Katowicach, Astra Park w Kielcach, Malta Office Park w Poznaniu, Oxygen w Szczecinie, Park Rozwoju w Warszawie czy West Gate we Wrocławiu. Biorąc pod uwagę aktywność inwestorów spodziewamy się, że wartość transakcji na rynku biurowym może przekroczyć w tym roku bardzo dobry wynik z 2014 r. – 1,8 mld euro. Jeśli jednak wszystkie toczące się umowy kupna/sprzedaży biurowców zostaną zrealizowane w terminie mamy nawet szansę na pobicie historycznego rekordu z 2006 r., czyli 2,2 mld euro”, podsumowuje Tomasz Puch.

Wielka siódemka w pigułce[2]

  1. Warszawa

Warszawa to największy rynek biurowy w Polsce i Europie Środkowo – Wschodniej (z wyłączeniem Rosji). Łączne zasoby biurowe w stolicy sięgnęły 4,66 mln mkw. na koniec 2015 r., a popyt w ubiegłym roku wyniósł rekordowe ok. 834 000 mkw. Największą umowę najmu podpisał Samsung (ponad 21 000 mkw. w Warsaw Spire). Absorpcja netto była również na dotąd nienotowanym poziomie (280 000 mkw. w 2015 r.). Wskaźnik powierzchni niewynajętej wyniósł 12,3% na koniec 2015 r., a najwyższe czynsze transakcyjne w Centrum sięgały 21-23,5 euro za mkw. miesięcznie.

  1. Kraków

Kraków to drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce (736 500 mkw. na koniec 2015 r.) i główna lokalizacja w CEE dla firm z sektora usług dla biznesu (dziewiąte miejsce w rankingu Top 100 Outsourcing Destinations, przygotowywanym przez Tholons – najwyżej notowane miasto europejskie). W 2015 r. w Krakowie zawarto umowy najmu na 226 000 mkw., co było najlepszym rezultatem w historii tego rynku. Aż 155 000 mkw. wynajął sektor usług dla biznesu. Największą umowę najmu w zeszłym roku podpisał Shell (22 000 mkw. w DOT Office). Wskaźnik powierzchni niewynajętej wyniósł 5,5% na koniec 2015 r. i był najniższy wśród rynków „wielkiej siódemki”. Najwyższe czynsze transakcyjne w Krakowie kształtowały się na poziomie 13,8 – 14,5 euro za mkw. miesięcznie.

  1. Wrocław

Łączne zasoby biurowe we Wrocławiu wyniosły ok. 670 000 mkw. na koniec roku, a popyt sięgnął aż 127 000 mkw. Największą umowę najmu zawarło IBM Global Services Delivery Centre Polska (20 000 mkw. w Wojdyła Business Park). Niezwykle ważnym wydarzeniem była również decyzja UBS o zlokalizowaniu swojego centrum usług wspólnych właśnie w stolicy Dolnego Śląska. Na koniec roku wskaźnik powierzchni niewynajętej wynosił 8,6%, a najwyższe czynsze transakcyjne 14-14,5 euro za mkw. miesięcznie.

  1. Trójmiasto

Trójmiejski rynek biurowy (Gdańsk, Gdynia i Sopot) oferował łącznie 570 000 mkw. nowoczesnej powierzchni na koniec 2015 r. W ubiegłym roku popyt wyniósł ponad 107 000 mkw., a największą umowę najmu podpisała firma State Street (15 000 mkw. w Alchemii II, Gdańsk) – nowa marka na trójmiejskim rynku. Trójmiasto wybrał również ThyssenKrupp, co pokazuje, że region przyciąga globalne korporacje. Na koniec 2015 r. wskaźnik powierzchni niewynajętej w Trójmieście wyniósł 10,8%, a najwyższe czynsze transakcyjne 12,75-13,50 euro za mkw. miesięcznie.

  1. Katowice

Katowice to piąty co do wielkości rynek biurowy w Polsce, z zasobami powierzchni rzędu 397 400 mkw. na koniec 2015 r. Ubiegłoroczny popyt na biura wyniósł 62 500 mkw., a największą umowę podpisał Tauron (10 000 mkw. w Katowice Business Point). Ciekawym zjawiskiem na katowickim rynku biurowym jest aktywność polskich najemców. Na koniec roku wskaźnik powierzchni niewynajętej w Katowicach wynosił 13,2%, a najwyższe czynsze transakcyjne 12,5 – 13,5 euro za mkw. miesięcznie.

  1. Poznań

Zasoby biurowe Poznania wyniosły 387 000 mkw. na koniec 2015 r. Rynek zanotował znaczący wzrost aktywności najemców w ubiegłym roku – popyt wyniósł 65 000 mkw., trzykrotnie więcej niż w 2014 r. Największe umowy najmu zawarł BZ WBK (13 000 mkw. w Poznańskim Centrum Finansowym oraz ponad 11 000 mkw. w Business Garden Poznań). Na koniec 2015 r. wskaźnik powierzchni niewynajętej wynosił 15,9%, a najwyższe czynsze transakcyjne 14-14,5 euro za mkw. miesięcznie.

  1. Łódź

Łódź z zasobami powierzchni biurowej na poziomie 305 000 mkw. jest siódmym co do wielkości rynkiem w Polsce. W 2015 r. w Łodzi podpisano największą ubiegłoroczną umowę najmu w kraju – 24 000 mkw. dla mBanku w Przystanku mBank. Łączny popyt wyniósł 70 000 mkw. Na koniec roku wskaźnik powierzchni niewynajętej sięgał 6,9%, a najwyższe czynsze transakcyjne kształtowały się na poziomie 11,5-12,75 euro za mkw. miesięcznie.

[1] Różnica pomiędzy zajętą powierzchnią biurową rok do roku. Absorpcja netto pokazuje, o ile więcej powierzchni biurowej zostało wchłonięte przez rynek.

[2] Dane na koniec IV kw. 2015 r.

M&A WORLDWIDE ACQUISITION AND INVESTMENT FORUM

12 maja 2016 roku, w warszawskim hotelu Marriott odbędzie się międzynarodowa konferencja M&A WORLDWIDE ACQUISITION AND INVESTMENT FORUM. Wydarzenie to jest częścią warszawskiego konwentu M&A Worldwide Network. Organizatorami wydarzenia są firmy Capital One Advisers oraz JP Weber, które w Polsce reprezentują sieć M&A Worldwide.

Celem konferencji jest dyskusja nad globalnymi trendami w obszarze fuzji i przejęć oraz omówienie kluczowych aspektów transakcji transgranicznych. Uczestniczyć w niej będą reprezentujący blisko 40 krajów, bankierzy inwestycyjni zrzeszeni w sieci M&A Worldwide, zagraniczni inwestorzy, a także właściciele i kadra zarządzająca czołowych polskich przedsiębiorstw.

”Od początku planowania konferencji zależało nam na tym, aby miała charakter teoretyczny jak i praktyczny, dlatego eksperci przedstawią na niej różne aspekty związane z przejęciem, sprzedażą i łączeniem spółek oraz wyjaśnią, jak uniknąć częstych pułapek i błędów. Dzięki temu uczestnicy dowiedzą się, jak skutecznie przeprowadzić proces fuzji i przejęć, począwszy od podjęcia decyzji aż do końcowej realizacji.”- mówi Grzegorz Piechowiak, Partner Zarządzający JP Weber

Prelegentami konferencji będą zarówno osoby związane na co dzień z procesami transakcyjnymi oraz przedsiębiorstwa, które osiągnęły szereg sukcesów na arenie międzynarodowej. W ramach Case Study od praktycznej strony opowiedzą o swoich projektach i przedsięwzięciach. Głównymi zagadnieniami poruszanymi na forum będą:

  • GLOBALNE TRENDY M&A
  • JAK SKUTECZNIE ZREALIZOWAĆ TRANSGRANICZNY PROJEKT PRZEJĘCIA SPÓŁKI?
  • Kluczowe czynniki sukcesu, wycena i aspekty due diligence, dobre praktyki M&A. Rozwój transakcji M&A w wybranych sektorach (motoryzacja i transport, IT, ochrona zdrowia, FMCG, energetyka i ekologia).
  • ZNACZENIE ASPEKTÓW KULTUROWYCH W PROCESIE INTEGRACJI PO ZAMKNIĘCIU TRANSAKCJI
  • Jaki jest wpływ kultury na dalszy przebieg procesu?

„Jesteśmy niezwykle dumni z takiego grona uczestników. Spotkanie to będzie również idealną okazją do wymiany doświadczeń oraz pozyskania nowych relacji biznesowych. Uczestnicy będą mieli niepowtarzalną szansę spotkać w jednym miejscu kilkudziesięciu doradców oraz ekspertów M&A z całego świata i porozmawiać z nimi o potencjalnych regionalnych i globalnych projektach inwestycyjnych.” – mówi Anna Domeredzka, Wiceprezes Capital One Advisers.

Wydarzenie zwieńczone zostanie koktajlem networkingowym, podczas którego będzie można już indywidualnie kontynuować dyskusje, które mogą się okazać początkiem długotrwałych relacji biznesowych.

Patronami wydarzenia zostali  Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych S.A. oraz Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych.

Organizatorami konferencji są Capital One Advisers- niezależna grupa doradcza, wspierająca rozwój i wzrost wartości firm poprzez doradztwo finansowe oraz realizację transakcji kapitałowych i JP Weber – firma doradcza wspierająca międzynarodowe przedsiębiorstwa w projektach inwestycyjnych, transakcjach M&A oraz restrukturyzacjach a także w bieżących aspektach prawno-podatkowych. i księgowych.

Konferencja odbywać się będzie w języku angielskim.

Szczegółowe informacje oraz formularz rejestracyjny znajdują się na stronie wydarzenia: http://forum.m-a-worldwide.com.pl

Zgłoszenia można kierować również na adres E-mailowy: [email protected]

Drugi dzień umocnienia złotego

Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets
Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets

W środę złoty umocnił się do głównych walut. Inwestorzy skupili się na poprawie nastrojów na rynkach globalnych, zupełnie zapominając o wczorajszych słabych danych z polskiej gospodarki. I słusznie.

Złoty kontynuował wczorajsze umocnienie do głównych walut. O godzinie 16:11 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2860 zł, USD/PLN 3,78 zł, a CHF/PLN 3,9160 zł. W przypadku tej ostatniej pary, co z pewnością ucieszy rzesze spłacających kredyty mieszkaniowe denominowane w szwajcarskim franku, nastąpiło wybicie dołem z 1,5-tygodniowej konsolidacji powyżej poziomu 3,93 zł. Na gruncie analizy wykresu może to zapowiadać ruch w kierunku dołka z przełomu marca i kwietnia br. (3,8670 zł).

 

Polska waluta, podobnie jak wiele innych (np. węgierski forint), umacniała się na fali pozytywnych nastrojów na rynkach globalnych, co w automatyczny sposób zwiększa apetyt na ryzyko. Tym samym inwestorzy zupełnie zapomnieli o wczorajszych, zaskakująco słabych, danych z polskiej gospodarki. I słusznie.

 

Przypomnijmy, we wtorek mocno rozczarowały wyniki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej za miesiąc marzec. Roczna dynamika produkcji ukształtowała się na poziomie 0,5% R/R, przy rynkowym konsensusie na poziomie 3% i wobec 6,7% w lutym. To najgorszy wynik od listopada 2014 roku. Odsezonowana produkcja wzrosła zaś o 0,8% R/R wobec 3% w lutym i 3,3% w styczniu, a także wobec średniomiesięcznego wzrostu w 2015 roku na poziomie 4,45% R/R. To również był wynik najgorszy od listopada 2014 roku. Wyniki w dół pociągnęła budowlanka (odsezonowana produkcja budowlano-montażowa w dół aż 13,9% R/R, co jest najsłabszym wynikiem od prawie 3 lat) oraz załamanie w górnictwie. Związane to jest m.in. z zakończeniem perspektywy budżetowej UE.

 

Jeszcze gorzej wygląda sprzedaż detaliczna, która pomimo Świąt Wielkanocnych, w marcu zanotowała wzrost na poziomie 0,8% R/R. Prognozowano, że będzie to 3,4%, po tym jak w lutym było 3,9%.

 

Inwestorzy już wczoraj zignorowali te dane, traktując je jako jednorazowe. Oczywiście można mieć spore wątpliwości, czy to słuszne założenie. Nie mniej jednak na pewno nie zmieniają one nic jeżeli chodzi o oczekiwania co do dalszych decyzji RPP. Jeden słaby miesiąc to jeszcze nie trend. Rada nie będzie więc reagować. Szczególnie, że wszyscy liczą na wzrost konsumpcji w następstwie programu 500+. Potwierdził to dziś Kamil Zubelewicz z RPP mówiąc, że obniżenie stóp w obecnej sytuacji byłoby niewskazane.

 

Zupełne zignorowanie danych i skupienie się na czynnikach globalnych, które w efekcie doprowadziły do umocnienia złotego wczoraj i dziś, nie zaskakuje. Należy jednak mieć na uwadze, że gdyby jednak takich rozczarowań ze strony gospodarki było więcej (jeszcze 1-2 przypadki) to rynki na poważnie zaczną spekulować nt. jednorazowej obniżki stóp procentowych w Polsce. Niezależnie, czy Rada podejmie taką decyzję, czy też nie, takie spekulacje zaszkodzą złotemu

 

W średnim terminie perspektywy dla złotego wyglądają nieco gorzej niż obserwowana wczoraj i dziś sytuacja na rynku walutowym. Wydaje się, że na przełomie marca i kwietnia miało miejsce rynkowe przesilenie, po tym jak mocno zyskiwał on od drugiej połowy stycznia. Wspomniane przesilenie było efektem, z jednej strony, wyczerpania się paliwa, które dotychczas napędzało proces umocnienia złotego (m.in. poprawa nastrojów na rynkach globalnych, dobre dane z polskiej gospodarki, dyskontowanie braku obniżek stóp proc. przez RPP). Z drugiej zaś, pojawienia się pierwszych czynników ryzyka (m.in. możliwe pogorszenie koniunktury na rynkach światowych, ewentualne cięcie ratingu Polski przez Moody’s, ryzyko związane z tzw. ustawą frankową, przedłużająca się deflacja, czy mogące w jakiś sposób niepokoić opisane wyżej marcowe załamanie produkcji i sprzedaży detalicznej w Polsce). Dlatego też w kolejnych tygodniach raczej należy się liczyć ze słabszym niż mocniejszym złotym.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas

Główny Analityk

Admiral Markets AS Oddział w Polsce

Sytuacja w Kuwejcie zadaje cios amerykańskim zapasom ropy

  • Po szczycie w Doha cena ropy Brent szybko odrabia straty
  • Globalny popyt rośnie, a wraz z nim ceny
  • Koniec contango na rynku ropy Brent może spowodować wzrost podaży

Po zakończonym niepowodzeniem szczycie w Doha, cena ropy Brent osiągnęła 40 USD za baryłkę, a następnie wzrosła – wczoraj niemal powróciła do poziomu 45 USD za baryłkę. Dla zawstydzonej grupy ministrów ds. ropy wyjeżdżających z Doha w ubiegłą niedzielę odwołany wczoraj strajk pracowników sektora naftowego w Kuwejcie stanowił zrządzenie losu.

W poniedziałek rano uwaga rynku szybko przeniosła się z wojny cenowej i nadprodukcji na kolejne nieprzewidziane zakłócenia dostaw. Ostatni tego rodzaju incydent był jednym z wielu, które miały miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy i które, w połączeniu z hamującą produkcją w Stanach Zjednoczonych, przyczyniły się do ożywienia i przyciągnięcia inwestorów do ropy.

Produkcja w Kuwejcie powraca do poziomów sprzed strajku, dzięki czemu można się obecnie skupić na innych czynnikach, które wpływają zarówno na spadek, jak i na wzrost cen. Zanim je wymienimy, należy przypomnieć o dzisiejszym istotnym wydarzeniu w Stanach Zjednoczonych, tj. o cotygodniowej publikacji raportu w sprawie zapasów amerykańskiej Administracji Informacji Energetycznej (EIA) o godz. 4:30 czasu środkowoeuropejskiego.

Amerykański Instytut Naftowy opublikował wczoraj pod koniec dnia swoje szacunki; według nich, można się spodziewać wzrostu o 3,1 mln baryłek, czyli niemal podwojenia prognozowanej ilości. W dotyczącym dzisiejszego raportu badaniu agencji Bloomberg wzrost zapasów wyniósł 2,3 mln baryłek.

Spróbujmy zdefiniować niektóre z czynników, które mogłyby stanowić wytłumaczenie utrzymującej się zmienności na rynku.

Czynniki wzrostu cen

  • Proces przywracania równowagi trwa, w szczególności w Ameryce Północnej, gdzie wysokokosztowi producenci ze Stanów Zjednoczonych i Kanady zmuszeni są ograniczać produkcję.
  • Globalny popyt nadal rośnie, a w połączeniu z hamującą produkcją spoza OPEC przyczyni się to do wzrostu cen w nadchodzących miesiącach.
  • Obniżenie wydatków kapitałowych o miliardy dolarów spowoduje, że rynek ostatecznie przestanie się skupiać na nadpodaży, a zacznie koncentrować na braku podaży.
  • W perspektywie krótkoterminowej strajk pracowników sektora naftowego w Kuwejcie – już zakończony – znacznie przyczyni się do wzrostu cen, ponieważ spowodował obniżenie produkcji dziennej o ponad 1,5 mln baryłek.

Czynniki spadku cen

  • Szybszy niż przewidywano wzrost produkcji w Iranie i stabilizacja w Libii, która zwiększa prawdopodobieństwo ożywienia produkcji w kraju, który kiedyś produkował 1,6 mln baryłek dziennie, a obecnie zaledwie około 300 000 baryłek dziennie.
  • Po porażce w Doha istnieje ryzyko, że układ sił w Arabii Saudyjskiej ulegnie zmianie, przez co ceny ropy kształtowałyby się w większym stopniu w oparciu o wpływy polityczne. Jeżeli Arabia Saudyjska zwróci się przeciwko Iranowi i zgodnie z zapowiedzią zacznie zwiększać produkcję, nie da się wykluczyć powrotu w rejony 30 USD.
  • W najbliższym czasie istotny negatywny wpływ na ceny ropy może mieć rekordowa spekulacyjna długa pozycja w ropie Brent, jeżeli zaistnieje potrzeba zmniejszenia zaangażowania.
  • Koniec contango na rynku ropy Brent, który z jednej strony inwestorzy powitali z ulgą, ponieważ zmniejsza to obciążenia związane z utrzymywaniem długiej pozycji, z drugiej strony mógłby w najbliższym czasie doprowadzić do wzrostu podaży, ponieważ ma miejsce opróżnianie magazynów. Sześciomiesięczne contango – tj. różnica pomiędzy szóstym i pierwszym miesiącem – w styczniu sięgnęło poziomu 4,5 USD, a obecnie spadło do poziomu zaledwie 1,5 USD. W obecnej sytuacji coraz bardziej odchodzić się będzie od strategii magazynowania ropy w ramach transakcji typu „cash and carry”, zarówno dotyczących lądu, jak i morza, co obniży podaż na rynku, na którym i tak występuje nadpodaż.

W dalszym ciągu przewidujemy, że cena ropy Brent pozostanie w widełkach 35-45 USD za baryłkę w bieżącym kwartale, zanim w drugiej połowie roku nie sięgnie wyżej, w okolice 50 USD za baryłkę do końca roku. Nie należy również pomijać stałego popytu na ropę ze strony inwestorów; o ile nie nastąpią istotne zmiany prognoz krótkoterminowych, transakcje te utrzymają się na obecnym poziomie.

W efekcie ryzyko dotyczy raczej wzrostu, co z kolei może okazać się „strzałem w stopę” zważywszy, że w Ameryce Północnej dane ekonomiczne są coraz lepsze i mogą one przyczynić się do stabilizacji (spadającej) produkcji, a równocześnie do wzrostu podaży w związku z odchodzeniem od transakcji carry.

Na razie jednak należy się skupić na dzisiejszym raporcie w sprawie zapasów, który w ciągu ostatnich czterech tygodni generował istotne ruchy na rynku.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

Sprawa „Panama Papers” ukazała skuteczną politykę Ministerstwa Finansów

0

Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, której celem ma być postawienie granicy pomiędzy dopuszczalnym planowaniem podatkowym, a tworzeniem sztucznych struktur mających na celu jedynie unikanie opodatkowania. Ostatni wyciek dokumentów tzw. „Panama Papers” udowodniły z jaką skalą zjawiska mamy do czynienia na świecie. Co ciekawe wśród osób, których nazwiska pojawiły się w mediach, nie ma zbyt wielu Polaków, a dlaczego? O tym w rozmowie z MarketNews24 mówił Maciej Guzek z Deloitte.

Co powie Mario Draghi?

Europa ma problem z Breksitem, i do referendum 23 czerwca na pewno go nie rozwiąże. Dzisiaj w Wielkiej Brytanii pojawiły się dane z rynku pracy, które będą interpretowane również pod kątem rosnącej ostrożności brytyjskiego biznesu, gdyby jednak Brexit okazał się faktem. Ponieważ ryzyko z tym związane jest potężne, może się okazać, że biznes będzie wolał poczekać. Rynek pracy to lepszy miernik nastrojów, lęków i frustracji niż coraz liczniejsze i niewiele wnoszące sondaże opinii publicznej.

Po dzisiejszym przemówieniu szefa EBC Mario Draghi nie ma co się wiele spodziewać, bo to tylko preludium przed jutrzejszym komunikatem z posiedzenia banku. Wystąpienie Draghiego ma charakter czysto ceremonialny, chyba, że EBC chciałby przygotować rynek na jakąś niespodziankę. Jak na razie szefowie banków centralnych kręcą się wokół starych tematów, tak jak wczoraj Mark Carney z Bank of England, który ostrzegał przed wzrostem niepewności przed głosowaniem 23 czerwca. 

W USA kolejne wielkie spółki, m.in. Coca-Cola, US Bancorp i American Express, opublikują dane kwartalne. Pojawią się też informacje o sprzedaży domów na rynku wtórnym, a przede wszystkim rządowe dane o zapasach ropy. Analitycy przewidują, że wzrosną (tak sugeruje wczorajszy raport API), co dla notowań nie byłoby dobrą wiadomością. Czy tak rzeczywiście będzie, nie wiadomo, bo rynek ropy rządzi się swoimi prawami.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Grycan – Lody od pokoleń planuje otwarcie nowych lodziarni w kraju. Zatrudnienie znajdzie ok. 200 osób

CEO Magazyn Polska

Nawet 200 osób zatrudni w tym roku firma Grycan – Lody od pokoleń. To efekt nowych inwestycji w linie produkcyjne i uruchomienie nowego obiektu magazynowo-biurowego, ale przede wszystkim nowe lodziarnie. Po uruchomieniu pierwszego lokalu w Szczecinie firma przymierza się do inauguracji w Krośnie, planuje też otwarcia na obrzeżach Warszawy. Zdobywa też kolejne zagraniczne rynki.

– Tempo rozwoju lodziarni uzależnione jest od oddawania do użytku obiektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Grycan, właściciel firmy Grycan Lody od Pokoleń. – Będziemy na południu, np. w Krośnie, na obrzeżach Warszawy, na terenie całego kraju.

Sieć lodziarni Grycana liczy już ponad 140 punktów. 22 z nich znajdują się poza granicami kraju. Producent na początku kwietnia rozpoczął eksport swoich wyrobów na rynki skandynawskie, a także do Rumunii i Dubaju. Myśli też o rynkach niemieckim i chińskim, a na Tajwanie planuje podwojenie sprzedaży. W marcu firma wprowadziła do swojej oferty setny smak lodów.

– Rozwijamy dział produkcji, tzn. inwestujemy w nowe urządzenia, infrastrukturę, jak również rozwijamy swoje lokale – mówi Zbigniew Grycan. – Mówimy o milionach złotych. Nigdy nie podaję dokładnych cyfr, ale został wybudowany nowy obiekt magazynowo-biurowy jak również doszły urządzenia nawet na lodziki impulsowe. W tej chwili złożyliśmy wniosek do zakładu energetycznego, będziemy robić nowe przyłącze energetyczne i stację trafo.

Przed zbliżającymi się wakacjami Grycan – Lody od pokoleń, który jest liderem segmentu lodów familijnych (w opakowaniach wieloporcjowych) z wartościowym udziałem 15,4 proc., postanowił zaistnieć w dominującym na polskim rynku segmencie lodów impulsowych (jednoporcjowych, kupowanych pod wpływem impulsu). W tym celu wprowadził do produkcji i sprzedaży lody w kubeczkach 125 ml z łyżeczką.

Jak zapewnia założyciel i właściciel istniejącej od 12 lat firmy, jego przedsiębiorstwo nie zamierza sięgać po pieniądze z giełdy. Inwestycje finansowane są ze środków własnych. Inwestycje oznaczają także wzrost zatrudnienia.

Ludzi zatrudniamy już dzisiaj bardzo dużo. Mamy zatrudnionych ponad 1,6 tys. osób i zakładamy, że łącznie z lodziarniami i z produkcją zatrudnimy z pewnością grubo ponad 100 osób, a może nawet do 200 – obiecuje Zbigniew Grycan.

Zaznacza jednak, że jego firma nie rozgląda się za akwizycjami, a rozwój będzie przebiegał organicznie.

– Na razie walczymy sami. Nie przejmujemy, bronimy swojej marki – uzasadnia Grycan. – My w ogóle nie produkujemy pod obcymi markami. Te lody, które z zakładu wyjeżdżają i są wyprodukowane, to tylko i wyłącznie pod marką Grycan.

 

 

 

 

W Cieszynie powstanie pierwszy w Polsce akcelerator gier wideo. Ma pomóc młodym polskim twórcom

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowe sukcesy polskich producentów gier komputerowych skłoniły Agencję Rozwoju Przemysłu, Uniwersytet Śląski i powiat cieszyński do stworzenia akcelerator gier wideo. Ma to być połączenie inkubatora przedsiębiorczości z funduszem zalążkowym. Akcelerator będzie wspierał młodych autorów gier w tworzeniu firm i pomagał im w wejściu na rynek.

– Chcemy zatrzymywać w Polsce ludzi, którzy kończą kierunki związane z projektowaniem, tworzeniem gier komputerowych na polskich uczelniach albo są specjalistami i pracują w tej branży. Jest to forma mentoringu, wsparcia finansowego i potencjalnej komercjalizacji projektów biznesowych, które oni wypracują w ramach akceleratora – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Chludziński, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu. – Cel jest gospodarczy, co oznacza, że projekty mają zostać spieniężone. Ma się skończyć kapitalizacją firm, które powstaną i które być może będą miały bardzo dobre, przełomowe pomysły.

Drugim celem inicjatywy jest rozpoczęcie prac nad rozwojem całej gałęzi tego biznesu i jego wsparciem. Według ARP wartość polskiego rynku gier wideo osiągnie w przyszłym roku 1,84 mld zł.

– Z roku na rok rosną wydatki na osobę na zakup gier zarówno, jeśli chodzi o rynki europejskie, jak i azjatycki. Oczywiście ta dynamika na rynkach azjatyckich jest zdecydowanie wyższa, np. w Japonii wydaje się na jedną osobę 240 dol. na zakup gier. W Polsce to jest około 80 dol. rocznie – mówi prezes ARP. – Szacuje się, że wartość eksportu w sektorze gier komputerowych to jest około 2 mld zł. Z tego około 5 proc. to eksport do Stanów Zjednoczonych. Rynek jest bardzo rozwojowy, bardzo dynamiczny. Nie jest to trend, o którym możemy powiedzieć w skali roku, dwóch lat, ale jest to trend wieloletni i warto z tego trendu korzystać również, jeśli chodzi o polską gospodarkę.

Akcelerator ma wspierać przede wszystkim start-upy. Powstanie w ramach ścisłej współpracy z uczelniami kształcącymi specjalistów: grafików, informatyków, designerów. Będą oni oceniać wersje demonstracyjne gier młodych twórców-przedsiębiorców i pomagać w komercjalizacji najlepszych pomysłów. Jak podkreśla szef Agencji Rozwoju Przemysłu, podobne pomysły sprawdziły się już zarówno w Estonii, Niemczech, jak i w Wielkiej Brytanii. Ze względu na użycie sieci komputerowych możliwe jest lokowanie tego typu przedsięwzięć w mniejszych ośrodkach.

– Akcelerator umieściliśmy w Cieszynie, ponieważ idealnie koresponduje z oddziałem Uniwersytetu Śląskiego, który tam jest i który prowadzi kierunek projektowanie, tworzenie gier komputerowych oraz rzeczywistości wirtualnej – tłumaczy Chludziński. – Tam są konkretne dokonania. Kierunek ten otworzyli i prowadzą praktycy razem z naukowcami. Mamy tam całkiem dobrą bazę młodych ludzi, którzy tam się kształcą. Oczywiście ludzie spoza Cieszyna i niestudiujący tam też będą mogli z tego narzędzia skorzystać i rozwijać swoje pomysły.

W Cieszynie mieści się Wydział Artystyczny Uniwersytetu Śląskiego kształcący autorów gier komputerowych i rzeczywistości wirtualnej.

– Potencjał naszych studentów, a także tych, którzy będą do nas przyjeżdżać nie tylko z kraju, lecz także z zagranicy jest na tyle olbrzymi, że także z punktu finansowego, myślę tu o pieniądzach ze sprzedaży tych gier komputerowych, możemy spodziewać się dużych przychodów finansowych – mówi Wiesław Banyś, rektor Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. – Jakkolwiek naszym celem zasadniczym jest tworzenie odpowiedniego klimatu do myślenia kreatywnego, innowacyjnego na naszym uniwersytecie.

Inicjatorzy akceleratora podkreślają, że w przypadku międzynarodowej w swym charakterze działalności, jaką jest tworzenie gier wideo, lokalizacja przedsięwzięcia w Cieszynie, na styku granic trzech państw, jest pomysłem szczególnie trafionym. Zwłaszcza że w rejonie turystycznym, jakim jest Ziemia Cieszyńska, trudno o rozwój innych gałęzi przemysłu.

– Mam nadzieję, że to będzie impuls do rozwoju naszego regionu. Samo powstanie tego typu akceleratora spowoduje, że Cieszyn i powiat cieszyński staną się bardziej rozpoznawalne. To może przyciągnąć również inwestorów z różnych innych branż, pokrewnych bądź zbliżonych do tej gałęzi przemysłu – mówi Janusz Król, starosta powiatu cieszyńskiego. – Jesteśmy otwarci na fachowców z tej branży, również z zagranicy, z Czech, ze Słowacji, czyli z państwa z którymi sąsiadujemy.

Budowę akceleratora wspierają Ministerstwo Rozwoju i Ministerstwo Skarbu Państwa.

Coraz więcej internautów kupuje online przez smartfony. Rynek płatności mobilnych ma przed sobą świetlaną przyszłość

CEO Magazyn Polska

Ponad 2 mln użytkowników liczy uruchomiony 14 miesięcy temu Polski Standard Płatności BLIK. Jego twórcy chcą za dwa lat było ich dwa razy więcej. Porozumienie sześciu konkurujących na co dzień banków umożliwiające błyskawiczne operacje bankowe na urządzeniach mobilnych okazało się ewenementem na skalę światową i ma szansę stać się polskim hitem eksportowym.

Bankowość mobilna rozwija się dzisiaj w bardzo szybkim tempie. Jest ono kilkukrotnie szybsze niż tempo rozwoju bankowości internetowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Skiba, członek zarządu nadzorujący Pion Bankowości Detalicznej w Banku Zachodnim WBK. – Bankowość mobilna idzie w parze z rozwojem m-commerce. Trudno sobie wyobrazić inną sytuację – bankowość mobilna jest bowiem przypieczętowaniem, zamknięciem transakcji w m-commerce.

Jak wynika z raportu mShopper 2.0, który na zlecenie Allegro i pod patronatem Izby Gospodarki Elektronicznej przygotowała firma Mobile Institute, już 37 proc. internautów robi zakupy mobilne, a spośród wszystkich klientów e-commerce ponad połowa kupuje na swoich smartfonach i tabletach. Również klienci banków stają się coraz bardziej mobilni. Dodatkowo oczekują dostępności do swojego konta 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Rozwój płatności mobilnych umożliwiają dziś zarówno producenci telefonów, jak i same banki.

W lutym 2015 roku sześć komercyjnych banków: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, mBank oraz PKO Bank Polski zawiązało wspólne przedsięwzięcie pod nazwą Polski Standard Płatności BLIK. To system płatności mobilnych umożliwiający dokonanie płatności o każdej porze doby z dowolnego miejsca. Po roku funkcjonowania system oferował dostęp do 14,5 tys. bankomatów – zarówno należących do banków-sygnatariuszy, jak i sieci Euronet, z którą umowę podpisano w lipcu ubiegłego roku. W tym czasie klienci dokonali w systemie 2,5 mln transakcji.

BLIK jest doskonałym rozwiązaniem, które idzie w parze z rozwojem bankowości mobilnej i oczekiwaniami klienta. BLIK może być w internecie, w sklepie, również w m-commerce – mówi Skiba. – Na pewno przyczyni się do tego, że transakcji gotówkowych w przyszłości będziemy mieli mniej. Jest to doskonałe rozwiązanie dla mikropłatności.

Po roku funkcjonowania system BLIK dawał 1,6 mln (dziś jest ich już 2 mln) użytkowników dostęp do 130 tys. terminali płatniczych i możliwość płatności w 27 tys. sklepów internetowych bez konieczności przekierowywania na strony banków. Jest to rozwiązanie unikatowe w skali globalnej.

Polski Standard Płatności BLIK ma szansę stać się hitem eksportowym – przekonuje Tomasz Niewiedział, dyrektor Obszaru Bankowości Multikanałowej w Banku Zachodnim WBK, przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Standardu Płatności. – Do tej pory, obserwując rynki zagraniczne, nie spotkałem równie kompleksowego rozwiązania. Miałem okazję rozmawiać o tym wielokrotnie na różnych konferencjach z kolegami z innych krajów. Niedawno koledzy z banków z Izraela, a także z Grupy Santander, która jest naszym właścicielem, pytali, jak nam się udało taki standard wprowadzić na rynek i również będą starali się działać w tym kierunku.

Niebawem PSP rozpocznie też wdrażanie systemu BLIK w porozumieniu z Krajową Izbą Rozrachunkową w niemal 500 jednostkach administracji publicznej w całej Polsce. Oznacza to, że klient będzie mógł uregulować swoje należności, posługując się wyłącznie smartfonem.

Prawdziwy wzrost liczby transakcji płatności mobilnej jest przed nami – zapowiada Niewiedział. – Nadal w internecie królują inne rozwiązania, np. pay-by-link lub przelewy czy płatność gotówką przy odbiorze. Jestem przekonany, że to się jednak kiedyś zmieni. W sklepach stacjonarnych karty to jest dominująca metoda płatności. Płatności mobilne stanowią dziś poniżej 1 proc., ale jestem przekonany, że ten wskaźnik będzie bardzo dynamicznie rosnąć.

W planach Polskiego Standardu Płatności jest podpisanie umowy z kolejnymi bankami: Crédit Agricole, Getin Noble Bankiem, Eurobankiem, NeoBankiem, BGŻ BNP Paribas i Idea Bankiem, co rozszerzy dostęp do systemu. Już dziś banki zrzeszone w PSP obejmują swoim zasięgiem 60 proc. klientów wszystkich instytucji finansowych w Polsce.

Jesteśmy prekursorem wielu rozwiązań w bankowości mobilnej, jednym z najszybciej rozwijających się w tym zakresie banków – podkreśla Mirosław Skiba. – W bankowości mobilnej za chwilę będziemy mogli klientowi zaoferować praktycznie całą ofertę, nie tylko transakcyjną, lecz także sprzedażową, którą oferujemy w tej chwili w bankowości internetowej. Już dzisiaj klient może nie tylko dokonać transakcji i sprawdzić stan rachunku, lecz także wziąć kredyt, doładować kartę czy założyć lokatę.

Bezrobocie na koniec roku będzie jednocyfrowe. W niektórych zawodach brakuje rąk do pracy

CEO Magazyn Polska

Według Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej bezrobocie w marcu spadło do 10 proc. To najniższy odczyt za trzeci miesiąc roku od 1991 r., gdy wyniosło 7,1 proc. Eksperci uważają, że jeżeli wzrost PKB utrzyma się na poziomie przynajmniej 3,5 proc., to nie powinno być problemu ze spadkiem stopy bezrobocia do jednocyfrowego poziomu na koniec roku, podobnie jak to było w grudniu 2015 r. W niektórych regionach i zawodach już brakuje rąk do pracy.

– Bezrobocie w marcu wyniosło 10 proc., to jest najniższy poziom marcowy od 25 lat. Minister Rafalska ma bardzo optymistyczne prognozy co do rynku pracy. Jeżeli założymy, że gospodarka rzeczywiście będzie się nadal rozwijać w tempie 3,5 proc., to nie ma powodu sądzić, że bezrobocie na koniec roku będzie wyższe niż jednocyfrowe – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Rogowiecki, dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych. – Jeżeli dodamy do tego dynamiczny wzrost wynagrodzeń, to uwzględniając niski poziom cen, będzie to kolejny czynnik przemawiający za wydawaniem większej ilości pieniędzy, co nakręci koniunkturę gospodarczą.

W sierpniu ubiegłego roku po raz pierwszy od 2008 r. stopa bezrobocia spadła poniżej 10 proc. i utrzymała się poniżej tej granicy przez pięć miesięcy. W marcu przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach przekroczyło 4350 zł brutto i było o 5,2 proc. wyższe niż w lutym, a o 3,3 proc. niż w marcu ubiegłego roku. Ceny natomiast spadły rok do roku o 0,9 proc.

Jak podkreśla Piotr Rogowiecki, są branże, w których brakuje rąk do pracy nie od dzisiaj, a problem będzie się nasilał. Zaznacza przy tym, że nie chodzi tylko o informatyków.

– Problem ma branża budowlana, a od wielu lat także branża transportowa. Kierowców w Polsce po prostu nie ma – mówi Rogowiecki. – Zresztą w wielu innych branżach, chociażby w pomocy biurowej, za rozsądne pieniądze znaleźć pracownika wcale nie jest tak łatwo. Jeżeli chodzi o całą Polskę, to ogólnie nie jest w tej chwili łatwo o dobrego pracownika za akceptowalne rynkowo pieniądze. Tu nie chodzi o to, żeby płacić ludziom mało, tylko płacić odpowiednio. Natomiast pensja oferowana, nawet jeżeli jest rynkowa, normalna, nie spotyka się z zainteresowaniem pracowników, których po prostu w wielu obszarach nie ma.

Rogowiecki tłumaczy, że utrzymanie korzystnych dla pracownika tendencji na rynku pracy uzależnione jest od stabilnego wzrostu PKB. Jak mówi, nie widać jednak większych zagrożeń, przynajmniej na bieżący rok. Choć prognozy polskiego rządu są bardziej optymistyczne niż międzynarodowych instytucji. Nie bardziej jednak niż Narodowego Banku Polskiego czy części ekonomistów, którzy spodziewają się nawet szybszego tempa wzrostu.

– Mamy rozbieżne prognozy, z jednej strony naszego rządu, który przewiduje 3,8 proc. wzrostu PKB, z drugiej – agencji międzynarodowych, które mówią o 3,5–3,6 proc. Jeżeli byśmy osiągnęli 3,5–3,6 czy 3,7 proc., to byłby to bardzo dobry wynik – uważa Rogowiecki. – Szczególnie sektor małych i średnich przedsiębiorstw jest głodny inwestycji, chce inwestować, chce wydawać pieniądze i chce się rozwijać. Jest od nas w stanie wziąć praktycznie każde pieniądze. Sektor dużych przedsiębiorstw będzie miał spore wsparcie ze strony Ministerstwa Rozwoju. Plan premiera Morawieckiego ma wiele ciekawych rozwiązań i mamy nadzieję na wdrażanie poszczególnych jego etapów.

Komisja Europejska zakłada, że PKB w Polsce wzrośnie w tym roku o 3,5 proc., podobnie jak OECD i agencja Fitch. MFW prognozuje 3,6 proc., zaś Bank Światowy – 3,7 proc.

–Mamy teraz dobrą koniunkturę gospodarczą i powinniśmy trzymać kciuki za to, żeby nam się nie zmieniało uwarunkowanie zewnętrzne, geopolityczne, wpływające na wartość naszej waluty. Jeżeli nic się takiego nie stanie, to poziom wzrostu PKB o wartości 3,5–3,6 proc. jest jak najbardziej do osiągnięcia, co się przełoży z kolei także na rynek pracy, gdzie wynagrodzenia dynamicznie rosną w stosunku do poziomu cen. To powoduje, że społeczeństwo pracujące się po prostu bogaci – mówi ekspert.

Moda na zdrowe odżywianie sprzyja producentom suszonych owoców. Kalifornijska śliwka podbija polski rynek

CEO Magazyn Polska

Kalifornia jest potentatem rynku suszonej śliwki. Stąd pochodzi prawie 100 proc. dostaw amerykańskich i 42 proc. dostaw światowych. Rosnącej stale sprzedaży – jak w przypadku innych bakalii – sprzyja moda na zdrowe odżywianie i lekkie przekąski. Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków w Europie – podkreślają przedstawiciele California Prune Board. W ubiegłym roku sprzedaż wzrosła o ponad 50 proc. rdr.

Rynek śliwki kalifornijskiej rozwija się bardzo dynamicznie. To zasługa m.in. szeroko zakrojonej akcji marketingowej, która rozpoczęła się w 1986 roku. Odnieśliśmy bardzo duży sukces na całym świecie. Jesteśmy globalnym śliwkowym liderem – mówi Mark Dorman, dyrektor marketingu na Europę w organizacji California Prune Board, która zrzesza 900 kalifornijskich plantatorów oraz 29 firm konfekcjonujących.

Stan Kalifornia jest liderem produkcji rolnej w Stanach Zjednoczonych, również w zakresie śliwki. Z dolin Sacramento i San Joaquin pochodzi blisko połowa światowych dostaw tych suszonych owoców. Trafiają one do 70 krajów na świecie. Jak podkreślają przedstawiciele branży, sukces rynkowy śliwek kalifornijskich to efekt nie tylko żyznych gleb i słonecznego klimatu, lecz także określonego procesu produkcyjnego.

W Polsce akcja promująca suszone kalifornijskie śliwki rozpoczęła się pięć lat temu i również na krajowym rynku przynosi ona znaczące efekty.

W 2015 roku sprzedaż wzrosła o 53 procent w ujęciu rocznym. Mamy więc bardzo pozytywny trend na lokalnym rynku śliwki – zapewnia Dorman. – To obecnie nasz najszybciej rozwijający się rynek w Europie.

Polscy konsumenci coraz większą wagę przywiązują do jakości kupowanych bakalii oraz ich kraju pochodzenia. Z badania California Prune Board wynika, że dla prawie 70 proc. polskich konsumentów kalifornijskie pochodzenie śliwek suszonych jest zaletą. Blisko połowa kupuje ten rodzaj bakalii co najmniej raz w miesiącu, a jedna czwarta spożywa te suszone owoce przynajmniej raz w tygodniu. Co trzeci zamierza zwiększać konsumpcję w przyszłości.

Przykłady innych rynków europejskich pokazują, że konsumpcja bakalii, w tym suszonych śliwek, może być znacznie większa niż dziś w Polsce. Dlatego z krajowym rynkiem dystrybutorzy suszonych owoców wiążą duże nadzieje.

Podobnie jak w wielu innych krajach szybko zmierzacie w kierunku zdrowego trybu życia, a co za tym idzie – zdrowej diety. Badania, które prowadzimy na temat zdrowotnych i odżywczych właściwości śliwki, to kolejny argument mówiący o tym, dlaczego ludzie powinni częściej i na różne sposoby włączać śliwkę do swojej diety – mówi Mark Dorman.

Rosnącej konsumpcji sprzyja moda na zdrowe odżywianie i naturalne produkty. Poza tym świadomość konsumentów rośnie, są oni otwarci na nowinki kulinarne i coraz częściej szukają produktów, które cieszą się uznaniem zagranicą.

Jak podkreśla Dorman, California Prune Board promuje nie tylko konsumpcję suszonej śliwki jako przekąski, lecz także jako naturalnego składnika dla poprawy smaku i właściwości odżywczych produktów spożywczych, np. wypieków, produktów mlecznych, koktajli owocowych czy wyrobów mięsnych. Suszona śliwka może być bowiem sprzedawana w formie purée, koncentratu, kostki, pasty czy proszku. Pasta oraz purée mogą być używane jako substytut oleju i tłuszczu. Nowe zastosowania tych bakalii California Prune Board promuje podczas III Międzynarodowych Targów Żywności i Napojów EXPO XXI w Warszawie.

Zainteresowanie suszoną śliwką kalifornijską widzimy nie tylko wśród dystrybutorów i sieci handlowych, lecz także ze strony branży spożywczej, która wykorzystuje te produkty w wyrobach mięsnych, w chlebie, ciastach, puddingach i jogurtach – mówi Mark Dorman. – Pracujemy nad tym, by producenci włączali do swoich produktów śliwki w każdej postaci: siekanej, porcjowanej, krojonej, jako masa, a także całe owoce.

Polacy wydają na swoje potrzeby coraz więcej pieniędzy. Mają jednak mniej wolnego czasu

CEO Magazyn Polska

Na swoje przyjemności i potrzeby statystyczny Polak wydaje więcej niż przed rokiem. Choć mężczyźni wciąż dysponują na ten cel kwotą o jedną czwartą wyższą niż kobiety, to w ich przypadku wydatki spadają, a u kobiet rosną. Gorzej jest z wolnym czasem. Przeciętnie konsument ma go dla siebie o 20 minut w ciągu doby mniej niż jeszcze rok temu.

W cyklicznym badaniu Barometr Providenta zadaliśmy pytanie, ile jesteśmy w stanie wygospodarować pieniędzy tylko dla siebie. Okazuje się, że rok do roku kwota ta nieznacznie wzrosła i wynosi średnio ok. 215 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska. – Więcej są w stanie wygospodarować mężczyźni, o około 50 zł więcej niż kobiety. Okazuje się też, że ludzie młodsi ogólnie są w stanie wygospodarować dla siebie więcej pieniędzy niż osoby starsze.

Deklarowana średnia kwota pieniędzy na własne potrzeby jest o 6 zł wyższa niż ta sprzed roku. Kobiety średnio wydają na siebie 192 zł miesięcznie, o 10 zł więcej niż rok temu. Mężczyźni wciąż dysponują wyższą kwotą – 241 zł, ale ich wydatki spadły w tym czasie o 2 zł. Najchętniej konsumpcji oddają się ludzie młodzi, do 24 roku życia, którzy przeznaczają na swoje potrzeby i zachcianki ponad 250 zł, seniorzy – tylko 174 zł.

Wydajemy około 760 zł na dzieci w gospodarstwie domowym. Jest to około 20–25 proc. naszego budżetu domowego. Najwyższy odsetek wydają rodziny najuboższe, najniższy – rodziny, które najlepiej sobie radzą. Przy czym kwoty netto są wyższe wśród tych najlepiej zarabiających, bo jest to nawet prawie dwukrotnie więcej niż w gospodarstwach najuboższych – wyjaśnia Kasza.

Jak wynika z badania Providenta, rodziny, w których miesięczny dochód netto jest poniżej 2 tys. zł, wydają na dzieci średnio 540 zł. Te, które dysponują więcej niż 5 tys. zł, przeznaczają na pociechy 960 zł. Wydatki na dzieci zależą również od miejsca zamieszkania. Na wsi średnia wynosi 712 zł, zaś w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców – 878 zł.

Natomiast we własnym odczuciu badani mają coraz mniej czasu zarówno dla siebie, jak i dla swoich rodzin. W dzień powszedni dla siebie przeciętnie konsument ma nieco ponad 3,5 godziny, o 20 minut mniej niż rok wcześniej. Wolnego czasu najbardziej brakuje osobom z grupy wiekowej 25–39 lat, czyli zazwyczaj wychowującym dzieci. Mają dla siebie aż o godzinę i 10 minut mniej, niż wynosi średnia. Tę ostatnią zawyżają seniorzy, dysponujący 6 godzinami wolnego czasu dziennie.

Ankietowani wyraźnie skarżą się na brak czasu dla rodziny. Więcej niż co czwarty chciałby, by jego partner lub partnerka poświęcali więcej czasu rodzinie. To o 8 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku. Jeszcze większy odsetek, bo 28 proc., uważa, że osobiście poświęca dzieciom i bliskim zbyt mało czasu. Przed rokiem było to tylko 22 proc. Wzrost wynika ze zdecydowanego zwiększenia przekonania mężczyzn o deficycie czasu poświęcanego rodzinie. Odsetek ten wzrósł o 10 pkt proc. do 37 proc.

Można stwierdzić, że edukacja dotycząca ojcostwa odnosi swoje skutki, mężczyźni czują, że spędzają zbyt mało czasu z dziećmi – podsumowuje Przemysław Kasza. – Nie zadaliśmy pytania o konkretny czas, tylko o przekonanie, czy tego czasu spędzamy odpowiednio za mało czy za dużo. Większość z nas, około 60 proc., uważa, że spędza tyle czasu, ile potrzeba – dodaje.

Lawinowo rośnie liczba osób z chorobami głosu. Wśród zagrożonych grup nie tylko śpiewacy i nauczyciele, lecz także księża, prawnicy i politycy

CEO Magazyn Polska

W ostatnich 10 latach problem zaburzeń głosu przybrał na sile. Jednym z czynników, który może wzmagać dolegliwości, jest nadmierny stres. Zagrożone grupy zawodowe to już nie tylko nauczyciele, śpiewacy i wokaliści, lecz także politycy i biznesmeni. W dzisiejszych czasach głos ma coraz większe znaczenie w budowaniu wizerunku, np. u kontrahentów i klientów. Problem w tym, że większość polskiego społeczeństwa nie ma świadomości zagrożeń związanych z chorobami głosu, z ich profilaktyką, diagnostyką i leczeniem, co często oznacza, że są one lekceważone.

W ostatniej dekadzie problem zaburzeń głosu bardzo się nasila, a problem zaburzeń o podłożu czynnościowym rośnie lawinowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska, kierownik Kliniki Audiologii i Foniatrii Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, adiunkt w Katedrze Audiologii i Foniatrii Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. – Myślę, że jest to związane z rozwojem cywilizacji, z wszechobecnym stresem i powstawaniem różnych problemów, które wynikają z mechanizmów nerwowo-mięśniowych w obrębie narządu głosu.

Stres to jedna z przyczyn nasilenia zachorowań związanych z emisją głosu i krtanią. Drugą jest plaga chorób zawodowych. Najbardziej narażone zarówno na powstanie samych chorób krtani, jak i ich skutków są osoby, dla których aparat mowy jest narzędziem pracy, tzn. śpiewacy, nauczyciele, wykładowcy, dziennikarze radiowi i telewizyjni, politycy, księża, prawnicy, a nawet muzycy grający na instrumentach dętych, dla których zdrowa krtań ma kluczowe znaczenie.

Głos dzisiaj ma zupełnie inną rolę niż kiedyś. Dawniej tak głos, jak i umiejętność komunikowania się nie były tak znaczące w osiąganiu pozycji społecznej i zawodowej. Dzisiaj tak naprawdę umiejętność komunikacji staje się element, który bardzo często determinuje nasze możliwości zawodowe czy osiągnięcie sukcesu w tym obszarze – zwraca uwagę Szkiełkowska.

Najczęstsze problemy z krtanią to chrypka lub bezgłos, zapalenie krtani, guzki głosowe, przerost strun głosowych lub niedowład mięśni krtani. Wynikają one z nieprawidłowego oddychania, podnoszenia głosu czy jego nadmiernego natężenia.

Wszelkiego rodzaju dolegliwości, które podejrzewamy, że mogą być związane z narządem głosu, jak okresowa chrypka czy w ogóle każda zmiana głosu, jego męczliwość czy bóle i dyskomfort, który odczuwamy w obrębie szyi i krtani, to są objawy niepokojące, z którymi należy się zgłosić do lekarza – mówi Agata Szkiełkowska.

Jak podkreśla, dolegliwości związane z głosem często są lekceważone, dlatego najistotniejszą kwestią w ich leczeniu, a jeszcze lepiej – niedopuszczaniu do ich powstawania, jest edukacja. O ile śpiewacy czy aktorzy są uczeni prawidłowej emisji w praktyce, o tyle reszta społeczeństwa ma niewielką wiedzę na temat tego, jak posługiwać się głosem, by chronić krtań.

Dzisiaj nie prowadzi się zajęć z emisji głosu w grupie dzieci, w grupie dzieci śpiewających czy należących do różnych kół artystycznych. I nie edukuje się w tej kwestii także rodziców i pedagogów, niestety – stwierdza Agata Szkiełkowska. – Dlatego szeroko rozumiana edukacja w zakresie higieny głosu jest niezwykle potrzebna i wpisuje się w profilaktykę.

16 kwietnia obchodzony był Światowy Dzień Głosu. Z tej okazji na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie odbył się cykl wykładów na temat powstawania i diagnostyki schorzeń oraz samej terapii, a także badania w Centrum Głosu dla Profesjonalistów Medincus. Mówiono o konieczności kompleksowej opieki nad pacjentem z zaburzeniami głosu oraz współpracy lekarza ogólnego z foniatrą.

Opieka nad głosem osoby, dla której głos jest on narzędziem pracy, musi być kompleksowa. To nie jest kwestia jednorazowej porady lekarskiej. Tym się powinien zająć zespół interdyscyplinarny, który będzie się taką osobą opiekował cały czas. Dlatego że nawet banalna infekcja u artysty czy osoby, która pracuje głosem na co dzień, jest innym schorzeniem niż infekcja u osoby, która tylko używa głosu do komunikacji. Podkreślam, kompleksowość opieki nad tymi osobami, które pracują głosem, i na tym trzeba się bardzo skupić – mówi Szkiełkowska.

Kronika Steena Jakobsena: zmiana narracji

W tym momencie można uznać, że decydenci i elity polityczne zaczęli wycofywać się z konsensusu „nowej nicości”: na ostatnim szczycie G20 w Szanghaju zobowiązano się do wstrzymania się od manipulacji kursami walut, a na corocznym posiedzeniu Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Waszyngtonie przypuszczono wręcz atak na niskie stopy procentowe.

Co sprawiło, że instytucje te odstąpiły od wcześniejszego konsensusu?

Przegląd makro: szum

Dla większości inwestorów na światowych rynkach dwa główne tematy to obecnie frustracja i brak przekonania – i są ku temu ważne powody. Indeks S&P 500 od 2013 r. utrzymuje się w szerokich widełkach pomiędzy 1 800 a 2 150.

Naturalnie, nie jest to w najmniejszym stopniu zaskakujące, biorąc pod uwagę brak wzrostu gospodarczego, brak reform, brak produktywności, brak inflacji, a także niskie – i nadal obniżane przez praktycznie wszystkie banki centralne – stopy procentowe.

W weekend zapoznałem się z licznymi „badaniami”, z których płynie tradycyjny wniosek, że nasze obawy w dalszym ciągu będą rosnąć. Być może tak będzie, jednak z innych przyczyn, niż najczęściej podawane, tj. z powodu powrotu inflacji, wsparcia banków centralnych, wyższych cen surowców czy dalszego wzrostu.
Jedną z konsekwencji netto słabego wzrostu i niewysokich zysków jest to, że płacimy więcej za każdego dolara (amerykańskiego), o którego obniżają się nasze zyski.
Od połowy lata ubiegłego roku zyski na indeksie S&P 500 są stałe lub niższe… a mniejsze zyski oznaczają wyższe mnożniki (dokładnie 17,35).
Oznacza to oczywiście, że inwestorzy wierzą, że „w przyszłości” wyniki spółek będą lepsze i że ostatecznie wyjdziemy z obecnej recesji dotyczącej zysków.

Jak więc będzie wyglądać ta „przyszłość”?

Wykres relacji światowego wskaźnika PMI JP Morgan do cen miedzi bynajmniej nie wskazuje na możliwość tego rodzaju zmiany. W istocie widzimy, że prognoza jest nadal spadkowa. Zauważmy, że ceny miedzi wyprzedzają światowy wskaźnik PMI JP Morgan o sześć miesięcy.

Cóż, przynajmniej inflacja rośnie, prawda?

Niezupełnie, jak się okazuje. Dla spółek liczy się przede wszystkim odczyt cen producentów.

Wydaje się również, że przemysł amerykański zdecydowanie hamuje. Na wykresie widzimy gwałtowny spadek liczby amerykańskich kontenerów wwożonych do portu Long Beach (drugiego co do wielkości amerykańskiego portu kontenerowego i głównego punktu wwozu towarów azjatyckich na rynek amerykański).
W przypadku tych danych mamy znaczne pole do interpretacji; wszystkie modele oparte na impecie cechuje ryzyko, jednak ich podstawy są bardzo niepewne. W perspektywie długoterminowej przypomnijmy, że zwrot na indeksie S&P 500 odpowiada zyskom, a podwyższenie zysków wymaga podwyższenia marży.
Oczywiście marża znajduje się pod silną presją, ponieważ wskaźnik PPI jest ujemny, a jednostkowe koszty pracy powoli rosną.

Najbardziej prawdopodobną reakcją polityków będzie „jeszcze raz to samo”, wydaje się jednak, że klasa polityczna nie popiera już „manipulacji” tak bezwarunkowo, jak dotychczas.

Nowy plan: nie waluty, nie niskie stopy… a zatem co?

Najpierw miał miejsce szczyt G20 w Szanghaju, na którym amerykański sekretarz skarbu, Jack Lew, zobowiązał się do „wstrzymania się od manipulacji kursami walut”. Z kolei w odniesieniu do corocznego posiedzenia MFW, Financial Times donosi, że celem ataków stały się niskie stopy procentowe.

Ciekawsza od tej informacji może być lista głównych tematów zamieszczona przez FT:

„Jako potencjalne przeszkody wymieniono niską produktywność, nieskuteczność polityki pieniężnej, problemy Chin dotyczące przywrócenia równowagi w gospodarce, napięcia wśród eksporterów ropy, chaotyczne przepływy kapitałowe, utrzymujący się impas rozmów w sprawie warunków pożyczki dla Grecji, a także możliwość wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE”.

Oznacza to, że w czwartym miesiącu 2016 r. niemalże powróciliśmy do punktu wyjścia. Rezerwa Federalna obniżyła liczbę przewidywanych/planowanych podwyżek stóp z czterech do zera (?),Bank Japonii podjął (wyjątkowo nieskuteczną) próbę wdrożenia polityki zerowych stóp, prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, wyciągnął swoją „bazookę”, po czym kolejny raz wspomógł sektor bankowy, a na domiar złego konkluzje ze szczytów w Szanghaju (G20) i Waszyngtonie (MFW) są takie, że żadna z tych inicjatyw nie działa!

Wydaje się, że narracja uległa zmianie.

Z perspektywy polityków, światowej gospodarce grozi pogłębienie recesji. W sektorze bankowym pojawiła się (a może wręcz jest już omawiana) kolejna wyrwa, jednak liderzy G20 przekonują nas obecnie, że słabsze waluty czy niższe stopy procentowe nie stanowią dobrego rozwiązania.

Jakie zatem może być to rozwiązanie?

W opinii MFW należy zwiększyć zatrudnienie i produktywność, równocześnie utrzymując niskie stopy procentowe i poluzowując reżim oszczędnościowy w tych krajach, które na to stać. Jednak w ostatecznym rozrachunku takie podejście można zdefiniować jako „bycie trochę w ciąży” – jak w takich warunkach można realnie zwiększyć produktywność i zatrudnienie?

Z mojej perspektywy światowi liderzy w coraz większym stopniu uświadamiają sobie, że prosta recepta pt. „jeszcze raz to samo” doprowadzi do rozpadu systemu politycznego.

Istota tej „zmiany” nie polega na tym, że politycy przyznają się do popełnionych błędów, ale że wyraźnie zależy im na uwzględnieniu argumentu „naruszonej umowy społecznej”, postulującego odejście od „wspierania 20% gospodarki produkujących 0% miejsc pracy i produktywności” i skupienie się na zatrudnieniu.

Bez względu na ten „nowy paradygmat”, wyraźnie widać, że politycy i główni decydenci z grupy G20 starają się zdystansować od swoich banków centralnych (przykładem może być m.in. zarzut niemieckiego ministra finansów, Wolfganga Schäuble, że Mario Draghi odpowiada za wzrost popularności prawicowej partii Alternative für Deutschland).
Dla rynków jest to zła wiadomość. Model „banki centralne spieszą na ratunek” zanika – nie znika całkiem, ale zanika – i jeżeli się to potwierdzi, byłby to wstrząs, który przebudziłby inwestorów posiadających wyłącznie długie pozycje, którzy nie tylko osiągnęli obecnie szczyt inwestycyjnych możliwości (długa pozycja netto jest w istocie najwyższa od lat), ale także coraz częściej przepłacają za akcje, co wykazano powyżej.

Przegląd makro: taktyka

Od dawna twierdzę, że należy uważać na trzy główne katalizatory:
wyniki banków w kontekście ogólnych wskaźników (Stany Zjednoczone, Europa i Japonia);
parę USD/JPY jako barometr apetytu na ryzyko i siły USD;

Chiny/ropę jako wskaźnik światowego wzrostu.

Naturalnie, szum jest wszechobecny i przyjmuje postać globalnego ryzyka, od kryzysu dotyczącego syryjskich uchodźców po dymisję rządu Dilmy Rousseff w Brazylii, od RPA po Brexit, a także od modelu „banki centralne spieszą na ratunek” po spadek efektywności banków centralnych…
…a wszystko to prowadzi do wzrostu, a nie do obniżenia niepewności.

Analiza: banki

W tym momencie kondycja sektora bankowego jest poprawna, jednak wyniki banków plasują się nadal poniżej głównych wskaźników (przyczyny są oczywiste: polityka zerowych stóp procentowych, płaskie lub odwrócone krzywe dochodowości i wzrost regulacji). Jednak we Włoszech, w Grecji i w Portugalii problemy narastają, natomiast banki amerykańskie nareszcie zaczęły stosować wyższe odpisy z tytułu inwestycji w energię (a być może to jeszcze nie koniec).

Analiza: para USD/JPY

Para USD/JPY pozostaje pod presją, a zgodnie ze sprawdzoną zasadą foreksowych wyjadaczy należy uszanować dwunastomiesięczną średnią ruchomą, która zwykle sprawdza się jako wskaźnik trendu. Sytuacja w tej parze wskazuje na dalsze umocnienie JPY, nie na deprecjację – nie zapominajmy też, że 28 kwietnia czeka nas posiedzenie Banku Japonii w sprawie polityki pieniężnej.

Analiza: Chiny/ropa

Bez względu na opinie krążące po rynku, dużym rozczarowaniem była porażka rozmów w sprawie zamrożenia produkcji na szczycie w Doha w ubiegły weekend. Inflacyjnym i naftowym bykom kończy się amunicja i gdyby nie strajk pracowników sektora naftowego w Kuwejcie, cena ropy spadłaby dziś o 3-4 USD za baryłkę.

Inicjatywy Chin dotyczące pobudzenia gospodarki wydają się bardziej skuteczne, jednak nie zapominajmy, że są przede wszystkim oparte na kredytach, a nawet w Chinach nie można dwukrotnie wydać tych samych pieniędzy. Oznacza to, oczywiście, że większe wydatki teraz to mniejsze wydatki później… jednak trend jest wyraźny. Chiny spokojnym krokiem zmierzają w kierunku niższego wzrostu, a w (dotychczasowych) prognozach nie widać możliwości istotnego pobudzenia światowego popytu.

Steen Jakobsen, Główny Ekonomista Saxo Bank

Brunon Bartkiewicz prezesem ING Banku Śląskiego

Na posiedzeniu 19 kwietnia 2016 r. Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na powołanie Brunona Bartkiewicza na Prezesa Zarządu ING Banku Śląskiego.

Rada Nadzorcza ING Banku Śląskiego powołała Brunona Bartkiewicza na prezesa 4 marca 2016 roku. Na tym stanowisku zastąpił Małgorzatę Kołakowską, która od początku kwietnia br. zarządza międzynarodową siecią bankowości korporacyjnej w Grupie ING.

Brunon Bartkiewicz prezes ING Banku Śląskiego
Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego

Brunon Bartkiewicz jest związany z ING Bankiem Śląskim i ING od początku lat 90. W 1994 roku objął stanowisko pierwszego wiceprezesa pełniącego obowiązki prezesa. Rok później został prezesem zarządu Banku Śląskiego. W 2000 roku na kolejne cztery lata objął funkcję dyrektora generalnego oraz członka zarządu w banku ING Direct NV. W 2004 roku objął stanowisko prezesa ING Banku Śląskiego. W 2010 roku został członkiem General Management Team w ING Direct, w którym był m.in. odpowiedzialny za działalność w Hiszpanii, Włoszech, Francji, Wielkiej Brytanii, Australii. Od 2012 roku nadzorował działalność ING we Francji, Włoszech, Polsce, Hiszpanii, Rumunii oraz Turcji. Od połowy 2014 pełnił w Grupie ING funkcję Chief Innovation Officer. Był wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej ING Banku Śląskiego.

Brunon Bartkiewicz ukończył Wydział Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (SGH), gdzie w latach osiemdziesiątych był pracownikiem naukowym. Brał udział w szkoleniach z zakresu zarządzania i bankowości m.in. CEDEP – Insead France oraz Executive Program at the Graduate School of Business na Stanford University.

(PGE) Numer: 22/2016 – Dane operacyjne i sprzedażowe za okres: styczeń-marzec 2016 r.

Zarząd spółki PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. („PGE”) przekazuje szacunkowe dane operacyjne i sprzedażowe za okres styczeń-marzec 2016 r. (narastająco).

Produkcja energii elektrycznej netto w jednostkach wytwórczych PGE wyniosła 13,2 TWh (wobec 14,5 TWh w okresie styczeń-marzec 2015 r.), w tym z węgla brunatnego 8,5 TWh (10,0 TWh w okresie styczeń-marzec 2015 r.).

Zrealizowana przez PGE średnia cena hurtowa energii elektrycznej (cena sprzedaży na giełdzie zrealizowana przez segment Energetyki Konwencjonalnej) wyniosła 166 zł za MWh (174 zł w okresie styczeń-marzec 2015 r.).

Wolumen sprzedaży detalicznej do odbiorców finalnych wyniósł 10,7 TWh (9,8 TWh w okresie styczeń-marzec 2015 r.).

Wolumen dystrybuowanej energii wyniósł 8,6 TWh (8,4 TWh w okresie styczeń-marzec 2015 r.).

Zastrzeżenie: Prezentowane wielkości mają charakter szacunkowy i nie były przedmiotem audytu przez biegłego rewidenta.

Podstawa prawna: Art. 56 ust. 1 pkt. 1 ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych (tj. Dz. U. z 2013 r., poz. 1382 z późn. zm.).

Podpisy osób reprezentujących spółkę
Data Imię i nazwisko Stanowisko i funkcja
19.04.2016 Emil Wojtowicz Wiceprezes Zarządu
19.04.2016 Marek Pastuszko Wiceprezes Zarządu

Saxo Bank wspiera otwarcie Chin i zapowiada strategiczne partnerstwo w zakresie technologii finansowych

Saxo Bank poinformował dziś o trójstronnym porozumieniu zawartym z Wallstreet CN i LeanWork, które wzmocni działalność Banku w Chinach po otworzeniu pierwszej placówki w Szanghajskiej Strefie Wolnego Handlu we wrześniu zeszłego roku.

Użytkownicy jednego z najpopularniejszych portali finansowych w Chinach – Wallstreet CN – uzyskają dostęp do światowych rynków finansowych za pośrednictwem WEEX, utworzonej przez Wallstreet CN internetowej platformy transakcyjnej opracowanej przez LeanWork oraz udostępnianego przez Saxo Bank interfejsu programistycznego Open API.

– To partnerstwo podkreśla znaczenie Open API Saxo, które dzięki nieograniczonym możliwościom personalizacji zwiększa znaczenie technologii transakcyjnych teraz i w przyszłości. Każda ze stron może mówić o sukcesie, a jako Saxo Bank cieszymy się z możliwości współpracy z dwoma wyjątkowymi start-upami działającymi na rzecz chińskojęzycznych inwestorów – oświadczył Kim Fournais, współzałożyciel i prezes Saxo Banku.

Saxo Bank jako jedna z pierwszych instytucji finansowych udostępnił swoją infrastrukturę transakcyjną za pośrednictwem interfejsu programistycznego OpenAPI opartego na architekturze REST. Dzięki temu partnerzy, klienci i zewnętrzni deweloperzy aplikacji uzyskują dostęp do opracowywanych od ponad 20 lat rozwiązań transakcyjnych i mogą dostosować ofertę inwestycyjną do własnych potrzeb, generując dzięki temu nowe strumienie przychodów.

Portal Wallstreet CN został założony w 2013 roku, początkowo jako osobisty blog Wu Xiaopenga, który w owym czasie pracował w Nowym Jorku.  Po powrocie do Chin w maju 2013 r. Xiaopeng zarejestrował spółkę w Szanghaju i uzyskał środki w ramach venture capital z funduszy inwestycyjnych China Ping An i Hai Tong Securities’, jak również z kilku innych renomowanych chińskich instytucji. W ciągu ostatnich trzech lat portal Wallstreet CN zyskał popularność na poziomie 15 mln unikalnych odwiedzin miesięcznie. Obecnie to wiodące źródło informacji finansowych oferujące najważniejsze wiadomości rynkowe i dane ekonomiczne chińskojęzycznym inwestorom.

– Jestem zaszczycony możliwością współpracy z Saxo Bankiem i LeanWork. Saxo Bank jest liderem w dziedzinie transakcji online, a jego globalny zasięg i lokalne podejście zapewniane przez LeanWork i Wallstreet CN spowodują, że platforma transakcyjna WEEX stanie się wartościową propozycją dla chińskojęzycznych inwestorów – powiedział założyciel i prezes Wallstreet CN, Wu Xiaopeng.

LeanWork to start-up technologiczny z siedzibą w Hongkongu. Jego pierwszym sukcesem było opracowanie rozwiązania umożliwiającego równoczesną pracę wielu brokerów, a z czasem LeanWork zdobył znaczny udział w rynku i popularność w społeczności chińskojęzycznych brokerów. Obecnie start-up posiada duży dział rozwoju IT, a w oddziałach firmy na terenie całych Chin pracuje ponad 30 programistów.

– Nie można sobie wyobrazić lepszego zespołu, niż połączone siły Saxo Banku, Wallstreet CN i LeanWork. Jako wiodąca instytucja finansowa i lider na rynku inwestycji online, Saxo Bank zapewnia dostęp do ponad 30 000 instrumentów finansowych. Dzięki oferowanej przez LeanWork znajomości lokalnych realiów i doświadczenia w zakresie IT, użytkownicy będą mogli korzystać z naszych usług w optymalny sposób – powiedział Darren Qian, prezes i założyciel LeanWork.

Umowa partnerstwa została oficjalnie zawarta 13 kwietnia 2016 r. w duńskim konsulacie w Szanghaju w obecności Nicolaia Prytza, duńskiego konsula generalnego w Szanghaju.

Przyjmowanie zamówień na Fiata 124 Spider rusza także w Polsce!

CEO Magazyn Polska
    • Nowa odsłona włoskiej ikony motoryzacji, Fiat 124 Spider już do nabycia także i w Polsce.
    • Od dziś rusza na polskim rynku przyjmowanie zamówień na ten kultowy model.
    • Samochód dostępny będzie w dwóch poziomach wyposażenia: „124 Spider” oraz „124 Spider Lusso”.

Dla miłośników pięknych i kultowych samochodów, teraz także i w Polsce, zaczyna się ważny czas. Oto kultowy Fiat 124 Spider dostępny jest już na polskim rynku: w Salonach Sprzedaży marki rozpoczęło się przyjmowanie zamówień na ten model.

Nowy Fiat 124 Spider czerpie z tradycji swojego legendarnego poprzednika z 1966 r., uznanego za jeden z piękniejszych aut Fiata w historii i ikonę motoryzacyjną z lat 60. ubiegłego wieku. Kolejna odsłona sedana Fiata 124, wersja Spider, była samochodem sportowym, w którym szybko wszyscy się zakochali, także dzięki projektowi Pininfariny, znaczącemu włoskiemu nazwisku dla całej branży samochodowej.
W 124 Spider zamontowana była pięciostopniowa skrzynia biegów, silnik z dwoma wałkami rozrządu o pojemności 1.438 cm3 oraz hamulce tarczowe we wszystkich czterech kołach. Amerykanie dosłownie oszaleli na punkcie proporcji i włoskiego stylu Fiata 124 Spider oraz jego wodoodpornego, zdejmowanego dachu, który mógł zostać bardzo szybko i prosto otwarty bezpośrednio z siedzenia kierowcy.
W latach 1966-1985, zostało wyprodukowanych ponad 200 tysięcy egzemplarzy tego modelu, z których ponad trzy czwarte trafiło właśnie za Atlantyk.

Nowy Fiat 124 Spider zapewnia doświadczenia roadstera, bogate w emocje, technologię, bezpieczeństwo, osiągi, a to wszystko w połączeniu z niepowtarzalnym włoskim stylem. Jest wyposażony w nowoczesny, 4-cylindrowy, 1,4-litrowy silnik turbo z technologią MultiAir 16v. To pierwsze w historii zastosowanie tego silnika w samochodzie z napędem na tylną oś. Silnik rozwija moc 140 KM i moment obrotowy równy 240 Nm i połączony jest z sześciostopniową skrzynią biegów. Jego osiągi są godne uwagi: samochód przyspiesza do 100 km/h w 7,5 s i może osiągnąć prędkość 215 km/h.
Konfiguracja układu kierowniczego i zawieszenia, lekka rama, równomierny rozkład masy, silnik, to elementy gwarantujące niezwykłe doznania podczas jazdy, jakie 124 Spider zapewnia. To wyrafinowana przyjemność uzyskana przez lepszą sztywność i rozwiązania ograniczające głośność, wibracje. Samochód jest stworzony do jazdy z otwartym, łatwym w obsłudze dachem. Auto oferuje zaawansowane technologicznie aktywne i pasywne systemy bezpieczeństwa, gamę urządzeń, dodatkowo poprawiających komfort i samopoczucie pasażerów. Ma ergonomiczny, smukły i ponadczasowy kształt, klasyczny profil o idealnych proporcjach i stosunek długości kabiny do maski podobny do aut wyścigowych. Model prezentuje się bardzo dynamicznie, jak przystało na prawdziwe sportowe, lekkie auto z wzdłużnym silnikiem i napędem z tyłu oraz cofniętą kabiną. Jej wnętrze gwarantuje pasażerom maksimum komfortu.

I oto ten piękny samochód jest już do nabycia także w Polsce. Dostępny jest w dwóch poziomach wyposażenia: „124 Spider” oraz „124 Spider Lusso”.
Do najważniejszych elementów wyposażenia poszczególnych wersji należą:

124 Spider:

    • Radio DAB z 7″ ekranem, 4 głośniki, porty USB oraz AUX, 2 głośniki w zagłówku fotela kierowcy
    • Felgi ze stopów lekkich 16″
    • Klimatyzacja manualna
    • Aktywne zagłówki przednie
    • Poduszki powietrzne przednie kierowcy, pasażera oraz boczne
    • System ABS, system stabilizacji toru jazdy ESC, system Active Hood – pirotechnicznie unoszona przednia maska w momencie uderzenia w pieszego, system monitorowania ciśnienia powietrza w oponach (TMPS)
    • Tylne światła w technologii LED
    • Centralny zamek ze zdalnym sterowaniem
    • Kierownica pokryta skórą, regulowana na wysokość ze sterowaniem radioodtwarzacza
    • Tempomat
    • Wspomaganie kierownicy.

Cena brutto wersji 124 Spider wynosi 110.000 złotych.
124 Spider Lusso (dodatkowo):

    • Pakiet Widoczność (adaptacyjne przednie światła (AFS) w technologii LED, spryskiwacze reflektorów, czujnik zmierzchu i deszczu)
    • Felgi ze stopów lekkich 17″
    • Klimatyzacja automatyczna
    • Tapicerka skórzana
    • Fotele przednie podgrzewane
    • Światła przeciwmgielne przednie
    • Dwie chromowane rury wydechowe
    • Elementy wnętrza lakierowane w kolorze czerni fortepianowej
    • Obramowanie szyby przedniej w kolorze srebrnym
    • Osłony pałąków przeciwkapotażowych w kolorze srebrnym.

Cena brutto wersji 124 Spider Lusso wynosi 117.000 złotych.

Brexit straszy na Wyspach!

Im bliżej głosowania w sprawie Breksitu, tym goręcej robi się na Wyspach. Dzisiaj w parlamencie wystąpi szef Bank of England, Mark Carney, a także kanclerz Skarbu, George Osborne. Najnowsze sondaże dają lekką przewagę przeciwnikom Breksitu, ale jest ona tak niewielka, że trudno mówić o jakiejś tendencji. Wczoraj ministerstwo Osborne’a opublikowało raport druzgocący dla zwolenników opuszczenia Unii – wyliczenia były dla nich tak niekorzystne, że upieranie się przy anty-unijnych tezach byłoby nierozsądne. Oczywiście, to tylko statystyka, ale o tyle ciekawa, że Osborne przełożył koszty Breksitu na rachunki zwykłych gospodarstw domowych i postraszył je kilkutysięcznymi stratami w skali roku. Funt na takie argumenty nie pozostał obojętny. Dzisiaj też może być podobnie.

W Europie na uwagę zasługuje niemiecki indeks ZEW, choć trudno sobie wyobrazić, by rynek bardzo się nimi przejął przed czwartkowym komunikatem EBC. Europa czeka na wystąpienie Mario Draghi, choć poza deklaracjami mało kto spodziewa się bardziej konkretnych działań. W USA trwa sezon wyników, a dzisiejsze publikacje na pewno przyciągną uwagę inwestorów – danych finansowych Goldman Sachs, Harley-Davidson, Intela czy Yahoo nie da się przegapić.

Najciekawiej prezentuje się ropa, która mimo porażki w Doha trzyma się całkiem dobrze. Notowaniom pomaga strajk pracowników sektora naftowego w Kuwejcie, dzięki któremu ropy na rynku jest po prostu mniej. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak jest jej dużo, a strajk w Kuwejcie wcześniej czy później się skończy. Ciekawe, jak rynek zareaguje na dzisiejsze dane API o zapasach paliw w USA. Wypowiedzi polityków i deklaracje liderów związkowych mają dużą siłę przebicia w tej branży, ale nic mocniej nie działa na wyobraźnię, niż magazyny po brzegi wypełnione ropą.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Ministerstwo Finansów planuje zmiany. Kiedy podatnik może mieć problem?

0

Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, której celem ma być postawienie granicy pomiędzy dopuszczalnym planowaniem podatkowym, a tworzeniem sztucznych struktur mających na celu jedynie unikanie opodatkowania. Klauzula ma to uniemożliwić. Według ekspertów firmy doradczej Deloitte tryb wprowadzenia ustawy oraz niektóre jej zapisy mogą jednak budzić pewne wątpliwości na gruncie ustawy zasadniczej, w konsekwencji czego decyzje podjęte na podstawie ustawy przez organy podatkowe mogą być podważane. O nowych zmianach w rozmowie z MarketNews24 mówił Maciej Guzek z Deloitte.

W najbliższych dniach ropa będzie tracić. Cena może spaść do 35 dolarów za baryłkę

CEO Magazyn Polska

Ropa będzie kontynuowała spadki – uważa Szymon Zajkowski, analityk Domu Maklerskiego mBanku. Po fiasku rozmów producentów ropy w stolicy Kataru notowania surowca poszły mocno w dół. Zdaniem Zajkowskiego w najbliższych dniach baryłka ropy Brent potanieje do 35 dolarów. Spadki na tym rynku nie sprzyjają również rynkowi akcji.

– Przede wszystkim mieliśmy rozczarowanie spotkaniem w Doha. Nie została podjęta decyzja o zamrożeniu wielkości produkcji na poziomach ze stycznia – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Szymon Zajkowski, analityk DM mBanku. – Tym samym najwięksi producenci ropy na świecie mogą dalej zwiększać produkcję. To oczywiście nakłada presję spadkową na notowania ropy. W poniedziałek zniżkowała już nawet o 7 proc. Nie należy wykluczyć tego, że w kolejnych dniach ropa dalej będzie taniała i za baryłkę ropy Brent zapłacimy jedynie 35 dol.

W niedzielę przedstawiciele kilkunastu państw producentów ropy spotkali się w Dosze, stolicy Kataru, by negocjować ograniczenie produkcji ropy, której nadpodaż tłamsi ich zyski. Ekonomiści z równym prawdopodobieństwem obstawiali osiągnięcie porozumienia i jego brak. Rację mieli ci ostatni.

Na otwarciu pierwszej w tym tygodniu sesji europejska ropa Brent potaniała z ok. 43 dol. za baryłkę do 40,6 dol. Po południu wróciła jednak powyżej 42 dol. Z kolei amerykańska ropa WTI po porannym spadku poniżej 40 dol. również odbiła do poziomów wyższych niż przed weekendem. Jak podkreśla analityk, brak porozumienia oznacza jednak utrzymywanie, a może i zwiększanie nadpodaży surowca, co może jeszcze obniżyć ceny. Zaznacza przy tym, że znaczącego przełożenia na niższe opłaty na stacjach nie należy się spodziewać.

– Ceny paliw na stacjach benzynowych być może spadną, ale jedynie lekko – zastrzega Zajkowski. – Tutaj relacja nie jest taka bezpośrednia. Spadki ceny ropy nie przekładają się natychmiast na spadki cen paliw. W grę wchodzi również kurs złotego do dolara. Poza tym w dłuższej perspektywie notowania ropy powinny lekko zwyżkować, a co za tym idzie – również na stacjach benzynowych te ceny powinny systematycznie lekko rosnąć.

Na świecie dziennie produkuje się ok. 33 mln baryłek ropy. Ostatni odczyt zapasów ropy w Stanach (w tygodniu do 10 kwietnia) znów pokazał nadspodziewany ich wzrost – o 6,6 mln baryłek, a spodziewano się przyrostu o 1 mln. Ponieważ z powodu nadpodaży surowiec potaniał w ciągu półtora roku o trzy czwarte, państwa zrzeszone w OPEC oraz inni producenci, zwłaszcza Rosja, podjęli próbę ustalenia mniejszego poziomu produkcji. Szymon Zajkowski podkreśla, że problemem pozostaje jednak Iran, który dopiero od stycznia może znów eksportować ropę na rynki międzynarodowe (po czterech latach sankcji) i nie zamierza ograniczać sobie możliwości rekompensaty utraconych zysków.

– Przede wszystkim spodziewam się dalszych rozmów. Przy czym rynek jest raczej sceptyczny co do podjęcia decyzji zarówno o zamrożeniu, jak i o ograniczeniu produkcji ropy. W najbliższym czasie powinna pozostać presja spadkowa w notowaniach surowca. Dopiero w kolejnych miesiącach, gdy Iran zwiększy swoją produkcję do docelowych poziomów, czyli tych sprzed 2012 roku, przed nałożeniem sankcji na ten kraj, dopiero wtedy być może producenci ropy podejmą jakieś wspólne działania ograniczające produkcję. Wtedy możemy oczekiwać odbicia notowań surowca – przewiduje Zajkowski.

Wraz ze spadkami cen ropy dołowały też światowe indeksy. Giełdy azjatyckie, zwłaszcza japońska, zanotowały wyraźne spadki, podobnie jak Australia. Europejskie indeksy (z wyjątkiem Rosji i Portugalii) ostatecznie wyszły jednak na plus, dotyczy to również GPW.

– W ostatnich miesiącach widać wyraźną zależność między notowaniami ropy a notowaniami akcji. Ostatnie spadki na rynkach akcji wiążą się też z wyprzedażą na rynku ropy. Poza tym cały czas koniunktura na rynkach światowych pozostaje słaba, co uniemożliwia wzrost zysków spółek i kontynuację trendu wzrostowego na rynku akcji z poprzednich lat – wyjaśnia Zajkowski. – Dopóki gospodarka światowa nie wyjdzie na prostą, dopóty nie doczekamy się ponownych wzrostów na rynkach akcji.

Niższe notowania euro osłabiły Arctic Paper. Spółka spodziewa się poprawy sytuacji w 2016 r.

0

CEO Magazyn Polska

Arctic Paper ucierpiał z powodu osłabienia euro po działaniach Europejskiego Banku Centralnego. W bieżącym roku chce optymalizować procesy i liczy na poprawę wyników. Inwestycje zamierza finansować ze środków własnych.

– 2015 rok był trudny. Powodem była przede wszystkim polityka, która została wprowadzona przez Europejski Bank Centralny w listopadzie 2014 roku. W wyniku tego nastąpiła aprecjacja dolara, co nie jest korzystnym zjawiskiem dla firm celulozowo-papierniczych. Udało nam się jednak pokonać ten problem w trakcie roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wolfgang Lübbert, prezes zarządu Arctic Paper.

Od marca 2015 roku Europejski Bank Centralny wprowadza na rynek 60 mld euro miesięcznie, skupując obligacje państw członkowskich. Program, który pierwotnie miał potrwać do września 2016 roku, został już kilka miesięcy temu przedłużony do marca 2017 roku. To luzowanie polityki pieniężnej powoduje osłabianie euro względem dolara. Choć tak naprawdę wspólnotowa waluta najbardziej straciła wobec dolara w 2014 roku – z 1,37 dolara za euro spadła do 1,15.

Arctic Paper w 2015 roku miał nieznacznie wyższe przychody niż rok wcześniej (2,9 mld zł wobec 2,87 mld zł), jednak odnotował stratę netto rzędu 26,6 mln zł, podczas gdy w 2014 roku zarobił na czysto 78,2 mln zł.

– Podjęliśmy bardzo wiele działań, które były realizowane w ciągu 2015 roku. Dlatego nasze prognozy na bieżący rok zakładają, że wszystkie te działania podjęte wcześniej osiągną swój rezultat i efekty tego będą widoczne w 2016 roku. Patrzymy pozytywnie na bieżący rok ­– mówi Lübbert – Portfel zamówień w tym roku jest porównywalny do tego, który mieliśmy w roku poprzednim. Sądzimy, że nasza sytuacja pod tym względem nie jest ani lepsza, ani gorsza niż ta, z którą mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich 5–6 lat.

EBITDA spółki w 2015 roku wyniosła 212,7 mln zł wobec 252,3 mln zł rok wcześniej. Spółka uzasadnia spadek zysku EBITDA niższymi przychodami ze sprzedaży. W okresie sprawozdawczym marża EBITDA ukształtowała się na poziomie 7,33 proc. w porównaniu do 8,81 proc. w 2014 roku. Zysk na działalności operacyjnej za 2015 rok wyniósł 100,24 mln zł, natomiast za 2014 rok – 135,66 mln zł. Marża zysku/ straty netto wyniosła w zeszłym roku -0,92 proc. w porównaniu do 2,73 proc. w 2014 roku.

– Oczywiście na sytuację inwestycyjną rzutuje trudna sytuacja z roku poprzedniego. W związku z tym musieliśmy ciąć pewne programy inwestycyjne, które były planowane – wyjaśnia prezes Arctic Paper. – Podjęto także wiele działań zorientowanych na oszczędności, w tym oszczędności zużycia energii elektrycznej, szczególnie w naszym zakładzie w Kostrzynie. Jeżeli chodzi o program przejęć, to nie ma obecnie nic takiego, co mógłbym przedstawić i skomentować.

Jak deklaruje przedstawiciel spółki, głównym celem inwestycji w 2016 roku jest rozwój nowych produktów, minimalizacja kosztów produkcji, w tym kosztów energii elektrycznej, i poprawa efektywności procesu produkcyjnego. Plan inwestycyjny na 2016 rok grupa zamierza finansować ze środków własnych.

Niemal 22 proc. przychodów spółki pochodzi z rynku niemieckiego, 18,5 proc. przypada na kraje Europy Środkowo-Wschodniej bez Polski, Skandynawia przynosi grupie 14 proc. sprzedaży, a sama Polska – 12 proc. Rynki pozaeuropejskie odpowiadają za 8,2 proc. sprzedaży.

– Jesteśmy firmą międzynarodową, działamy na rynkach europejskich. Naszymi głównymi rynkami są Polska, Niemcy, Wielka Brytania, a także Skandynawia i kraje basenu Morza Śródziemnego. Natomiast jeżeli chodzi o nasze postrzeganie rynków zagranicznych, czyli tzw. zamorskich, to sytuacja na nich jest trudniejsza niż na rynkach europejskich w bieżącym roku.

P. Bujak (PKO BP): Inflacja wróci pod koniec roku. RPP słusznie pozostawiła stopy bez zmian

CEO Magazyn Polska

Dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej na razie nie zmienia stóp procentowych – uważa Piotr Bujak, szef zespołu analiz makroekonomicznych PKO BP. Jego zdaniem kolejna obniżka mogłaby bowiem zaszkodzić złotemu. Główna stopa procentowa w dalszym ciągu pozostaje na rekordowo niskim poziomie 1,5 proc. 

– Dane o głębszej od oczekiwań deflacji w pierwszych miesiącach tego roku mogłyby sugerować wznowienie obniżek stóp procentowych w Polsce. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nowa Rada Polityki Pieniężnej bierze pod uwagę również inne elementy i nowo powołani członkowie wyraźnie na te argumenty wskazują – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Bujak, szef zespołu analiz makroekonomicznych PKO BP. – To jest m.in. bardzo solidny wzrost gospodarczy, który w trakcie tego roku może przyspieszyć nawet do 4 proc. 

W styczniu ceny towarów i usług spadły o 0,9 proc. w lutym – o 0,8 proc., w marcu znów o 0,9 proc. To mniej niż rok wcześniej, ale więcej niż w grudniu 2015 r. Oznacza to, że deflacja łatwo nie odpuści, a ekonomiści, którzy spodziewali się wzrostu cen już w ubiegłym roku, przesuwają swoje prognozy powrotu inflacji w czasie.

Piotr Bujak zaznacza, że nietypowe jest też to, że spadkowi cen towarzyszy solidny wzrost gospodarczy. W IV kw. ubiegłego roku wyniósł on 3,9 proc. rdr.

– Wzrost gospodarczy jest powiązany z rosnącymi napięciami na rynku pracy, z oznakami narastania presji płacowej, co z pewnym opóźnieniem może się przełożyć na wzrost inflacji, i taki wzrost inflacji jest oczekiwany. Powinna ona powrócić do dodatnich poziomów już pod koniec tego roku – przekonuje Bujak. – To jest argument przemawiający za tym, żeby zachować wstrzemięźliwość w polityce pieniężnej i utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Szczególnie, że ewentualna obniżka mogłaby zaszkodzić złotemu, spowodować jego nadmierne osłabienie, a dodatkowo dalsze obniżki stóp procentowych mogłyby uderzyć w stabilność systemu finansowego i zaszkodzić przede wszystkim mniejszym instytucjom finansowym w Polsce.

Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła w kwietniu stopy procentowe na niezmienionym poziomie, zresztą zgodnie z oczekiwaniami. Główna stopa pozostała na poziomie 1,5 proc., najniższym w historii, który utrzymuje się od trzynastu miesięcy.

Tymczasem Europejski Bank Centralny obniżył w marcu po raz kolejny stopy procentowe. Podstawowa stopa spadła do 0 proc., a depozytowa do -0,40 proc. Program skupu obligacji został zwiększony do 80 mld euro z 60 mld euro miesięcznie.

– Europejski Bank Centralny ma mniejszy problem z deflacją niż polska Rada Polityki Pieniężnej. W przypadku strefy euro nawet płytsza deflacja jest dużo większym problemem. Stąd decyzje EBC o dodatkowym złagodzeniu polityki pieniężnej na posiedzeniu w marcu tego roku – mówi Bujak.

Ekonomista uważa jednak, że dalszego łagodzenia polityki pieniężnej przez EBC nie będzie.

– Biorąc pod uwagę to, że perspektywy dla europejskiej gospodarki nie wyglądają źle, mimo problemów Chin i innych rynków wschodzących, wiele wskazuje na to, że jest szansa na utrzymanie stabilnego wzrostu gospodarczego w strefie euro w tym roku. Nie należy się spodziewać dalszego łagodzenia polityki pieniężnej EBC i dalszych obniżek stóp procentowych do bardziej ujemnego poziomu w strefie euro.

Dla kierowców w tym roku majówka będzie tańsza niż przed rokiem. Ceny mogą być najniższe od 2009 roku

CEO Magazyn Polska

Ostatni tydzień przyniósł wzrosty cen benzyn – średnio o 5 groszy na litrze, na co wpływ miały podwyżki cen na rynku hurtowym. Podrożał również autogaz, choć w niewielkim stopniu. W najbliższych dniach wzrosty mogą być kontynuowane, ale kierowcy nie muszą się obawiać gwałtownych podwyżek. To oznacza, że wyjeżdżający autem na weekend majowy w tym roku zapłacą za tankowanie mniej niż przed rokiem. Możliwe, że ceny będą najniższe od siedmiu lat.

Przed nami okres wzmożonych wyjazdów, będziemy planować majowy wypoczynek. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja będzie się utrzymywała , co będzie korzyścią dla kierowców. Nie musimy się obawiać gwałtownych wzrostów cen zarówno benzyn, oleju napędowego, jak i autogazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Cieślak, analityk rynku paliw z BM Reflex.

Jak wynika z raportu BM Reflex, za nami tydzień umacniana cen benzyny. Za litr bezołowiowej 95 15 kwietnia kierowcy płacili średnio 4,20 zł, a za litr 98 – 4,49 zł. Wzrost cen o 5 groszy na litrze to efekt podwyżek cen w hurcie. Autogaz podrożał w ubiegłym tygodniu o 1 grosz (do 1,63 zł) i w tym tygodniu też możliwe są delikatne wzrosty. Stabilna sytuacja miała miejsce na rynku oleju napędowego – ceny delikatnie spadły (do 3,87 zł), choć w tym tygodniu tendencja może się odwrócić.

Stabilizację cenową będziemy zawdzięczać przede wszystkim dosyć silnej pozycji złotego wobec dolara, co będzie nam minimalizowało skutki wzrostu cen ropy naftowej czy też gwałtownych jej spadków. Dla rynku krajowego przełożenie zmian zewnętrznych będzie dosyć łagodne – ocenia Cieślak.

W jej ocenie w okresie majowego wypoczynku litr EuroSuper 95 będzie kosztował 4,05–4,15 zł. Ceny oleju napędowego powinny się kształtować w przedziale 3,85–3,90 zł, a autogazu – ok. 1,65 zł.

– Musimy jednak pamiętać o dużym zróżnicowaniu cen i o tym, że na większości stacji w weekendy możemy zatankować taniej – podkreśla Urszula Cieślak. – Biorąc pod uwagę układ majowego weekendu, można czekać do ostatniej chwili i zatankować rano, w weekend, bo to nam zagwarantuje kilka groszy oszczędności.

Tankowanie w tym roku i tak jest tańsze niż przed rokiem. 10 kwietnia 2015 roku litr 95 kosztował 4,67 zł, oleju napędowego – 4,60 zł, a autogazu – 1,98 zł.

Jest szansa na to, że ceny będą najniższe od 2009 roku – mówi Cieślak.

Złej jakości energia może uszkodzić sprzęt i zwiększyć rachunki za prąd. W UE straty z tego tytułu sięgają 150 mld euro rocznie

CEO Magazyn Polska

150 mld euro rocznie wynoszą straty w Unii Europejskiej z powodu tzw. złej jakości energii elektrycznej. Powoduje ona szybsze zużywanie się urządzeń, zwiększa ryzyko utraty danych, podnosi rachunki za prąd oraz prowadzi do awarii. Dotyka to zarówno konsumentów, jak i przedsiębiorców. Sama zmiana wartości napięcia trwająca od 0,005 s. do 0,1 s. może oznaczać koszt nawet do 200 tys. dol. Pomocne w rozwiązaniu tego problemu okazuje się być monitorowanie jakości energii elektrycznej i na jego podstawie podejmowanie działań zaradczych.

Zła energia to przede wszystkim straty finansowe – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Naszkowski, dyrektor pionu systemów teleinformatycznych w Grupie T4B. – Według badań Europejskiego Instytutu Miedzi w Unii Europejskiej straty z tego tytułu sięgają 150 mld euro rocznie.

Jak podkreśla, jedną z głównych przyczyn pogarszającej się jakości energii elektrycznej są urządzenia, których na co dzień używamy, czyli np. zasilacze, komputery czy oświetlenie energooszczędne. Są to tzw. odbiorniki nieliniowe, emitujące zakłócenia do sieci energetycznej. Wpływ mają także takie czynniki, jak wyładowania atmosferyczne, zwarcia i przełączenia w sieci, włączanie i wyłączanie dużych odbiorników.

Najlepiej porównać to do śmieciowego jedzenia, które pozornie jest smaczne i ładnie wygląda, ale spożywanie go przez długi czas może się skończyć poważnymi problemami zdrowotnymi. Podobna sytuacja ma miejsce, jeżeli chodzi o jakość energii, tylko dotyczy ona urządzeń – mówi Naszkowski.

Konsekwencjami zakłóceń mogą być m.in. zaburzenia pracy sprzętu elektronicznego, utrata danych, szybsze zużywanie się urządzeń oraz wyższe rachunki za prąd. Nieprawidłowości mogą również prowadzić do bardziej złożonych awarii. To zaś może mieć poważne skutki dla działania firm i prowadzić do przestojów w ich funkcjonowaniu.

Idealna dostarczana energia powinna być sinusoidą. Zakłócenia, które występują w sieci elektroenergetycznej, powodują, że ten prąd nie jest idealny, urządzenia nie są zasilane napięciem takim, do jakiego były projektowane, w związku z tym ich żywotność się znacząco skraca – mówi Piotr Naszkowski. – Jakość energii w dużej mierze zaburzają sami użytkownicy urządzeniami, które nie trzymają odpowiednich norm i wprowadzają zakłócenia do sieci. Drugą kwestią jest dystrybucja. Na swojej drodze energia jest wiele razy przetwarzana, przez co również dochodzi do pewnych pewnych zakłóceń i problemów. Po trzecie, nawet jeśli wytwarzana energia jest teoretycznie idealna, to w samej elektrowni jest tyle urządzeń, które korzystając z niej, wprowadzają zakłócenia do sieci.

Zakłócenia najłatwiej zaobserwować np. gdy w telewizji transmitowane jest ważne wydarzenie, które gromadzi przed odbiornikami dużą rzeszę widzów. Wtedy zachodzą najbardziej widoczne i istotne zmiany na wszystkich poziomach sieci

To świadczy o tym, że urządzenia elektroniczne nie trzymają norm, ale ponieważ nie ma kar, nikt tego nie kontroluje, a jeżeli są już kontrole, to działamy raczej post factum, a nie prewencyjnie – dodaje Naszkowski.

Według dyrektora T4B celem powinno być przede wszystkim doprowadzenie do tego, aby jakość energii dostarczanej przez producentów i spółki dystrybucyjne była wysoka, a klient, by nie wprowadzał zakłóceń do sieci. Zauważa on również, że poprawa jakości prądu jest jednym z głównych priorytetów Urzędu Regulacji Energetyki.

Uważamy, że należy prowadzić raczej permanentnie pomiary jakości energii. Dobrej klasy urządzenie może stwierdzić, czy zakłócenie pochodziło od odbiorcy, czy od spółki dystrybucyjnej – mówi Naszkowski.

Jak dodaje ekspert, w rozwiązaniu problemu złej jakości energii elektrycznej pomocne będą zmiany regulacji prawnych, które wymuszą inwestycje w modernizację sieci energetycznej oraz kontrolę jakości energii. Taki monitoring coraz częściej prowadzą duże zakłady produkcyjne, które chcą uniknąć awarii i ewentualnych przestojów.

Większość polskich firm wprowadza automatyczne rozwiązania związane z jakością obsługi klienta. Rynek ten będzie wart 10 mld dolarów

0

CEO Magazyn Polska

Rośnie rynek rozwiązań do automatycznej obsługi klienta. Jej jakość to jeden z czynników, który decyduje o lojalności klientów, dlatego w Polsce 68 proc. przedsiębiorstw rozważa wprowadzenie w najbliższym czasie automatycznych rozwiązań w tym zakresie. Wszystko po to, by zapewnić szybką, sprawną i skuteczną obsługę. Szacuje się, że do 2020 roku 85 proc. klientów będzie wymagało rozwiązań, które pozwolą im samodzielnie poradzić sobie z danym problemem czy awarią.

– Z badań, które przeprowadził Gartner, wynika, że rynek automatycznej obsługi klienta już niedługo będzie warty 10 mld dol. Będzie się mocno rozwijał, z kanałów tradycyjnych, analogowych, cyfrowych będzie przechodził w sferę czysto automatyczną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Okniński, prezes Unified Factory, firmy dostarczającej technologie automatyzujące sprzedaż i obsługę klienta.

Klienci coraz częściej większą wagę niż do ceny przykładają do jakości obsługi. Nawet najlepsi pracownicy nie są w stanie zapewnić tak szybkiej obsługi, jak w pełni zautomatyzowana maszyna, dlatego firmy, które chcą zdobyć przewagę nad konkurencją, decydują się na wprowadzenie automatycznych rozwiązań. Klientom jednak zależy nie tylko na szybkości, lecz także indywidualnym kontakcie, większość oczekuje przy zakupach pomocy konsultanta.

Naszym zadaniem jest połączenie koncepcji human-to-human z automatycznym podejściem, tak żeby pomóc pracownikom w obsłudze klienta, żeby byli bardziej sprawni, dokładniejsi i szybsi, bardziej efektywni. Nie chodzi o to, żeby automat rozmawiał z ludźmi. Nikt sobie tego nie życzy, jako klienci wolimy przecież rozmawiać z ludźmi, a nie automatami – przekonuje Okniński.

Niedostateczna jakość obsługi to jeden z powodów, dla których nowe sklepy mają problem z utrzymaniem się na rynku. Ich sytuacja zależy od lojalności klientów i umiejętności przyciągnięcia nowych. Według analizy firmy SalesBee u dużych sprzedawców od 10 do nawet 37 proc. sprzedaży pochodzi z rekomendacji innych osób. Choć w Polsce większość sklepów szuka oszczędności właśnie na rozwiązaniach do obsługi klienta, to coraz więcej deklaruje inwestycje w tego typu rozwiązania. Na rynku pojawia się też więcej firm, które oferują automatyczne systemy w obsłudze.

To obsługa tak naprawdę decyduje dzisiaj, czy wybieramy dostawcę A czy dostawcę B, dlatego musi być zrobiona na jak najwyższym poziomie, a to kosztuje. Firmy zaczynają szukać oszczędności. Kierunek automatyzacji, który przyjęliśmy, jest sposobem na to, żeby te oszczędności wygenerować – ocenia prezes Unified Factory.

Zdaniem eksperta inwestycje w urządzenia, które pomagają pracownikom w sprawnej obsłudze, są tańsze niż wprowadzenie pełnej automatyki. Dlatego też może być to dobre rozwiązanie, zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw, które właśnie ze względu na wysokie koszty nie decydowały się do tej pory na wdrożenie tego typu systemów.

Jesteśmy przekonani, że nasz przykład przyczyni się do tego, żeby próbować tego typu narzędzia przygotowywać. Z własnych badań wiemy, że około 68 proc. polskich przedsiębiorców przymierza się do wdrażania automatycznych rozwiązań w zakresie obsługi klienta. Czy to są wdrożenia wielotysięczne, czy wielomilionowe to już zupełnie inny temat, natomiast rzeczywiście skala zainteresowania tą tematyką jest z naszej perspektywy ogromna – przyznaje Okniński.

Automatyzacja obsługi stała się już normą w sektorze e-commerce. W nieprzewidzianych sytuacjach klienci również oczekują automatycznych rozwiązań w jak najkrótszym czasie. Unified Factory wprowadził zastosowanie algorytmów pamięci asocjacyjnej, która umożliwia automatyzację obsługi klienta. Efektywność pracy w obsłudze klienta może dzięki temu wzrosnąć nawet o 80 proc. Firmy inwestują też w sell service, które pozwalają na samodzielne rozwiązanie problemów przez klientów.

Widzimy, że klienci właśnie tego oczekują. Według Gartnera do 2020 roku 85 proc. klientów chciałoby w większości swoje sprawy załatwiać samodzielnie, bez konieczności dzwonienia do kogoś, kilkukrotnego przełączania, wysyłania kilku e-maili, tylko mieć takie rozwiązania, które im w tym pomagają – wskazuje Maciej Okniński.

Lunche wypierają tradycyjne obiady wśród pracujących Polaków. Najpopularniejsze są drugie śniadania

CEO Magazyn Polska

Cztery lub pięć posiłków dziennie w regularnych odstępach czasu – takie są zalecenia specjalistów od żywienia. Badania KFC wykazują, że Polacy zdają sobie z tego sprawę, ale nie zawsze udaje im się do tego stosować. Osoby aktywne zawodowo w ciągu dnia pracy jedzą dwa posiłki. Najbardziej popularne jest drugie śniadanie, spożywane przez 76 proc. ankietowanych. Z kolei lunche, które wybiera połowa badanych, coraz częściej wypierają z codziennej diety kilkudaniowe obiady.

Celem badania KFC było sprawdzenie, jak zmieniają się nawyki żywieniowe pracujących Polaków. 46 proc. ankietowanych przyznało, że nie spożywa śniadania w domu, ale dopiero w pracy. Tradycyjny obiad wybiera tylko 20 proc. badanych. 11 proc. z nich jada w pracy podwieczorek, a 10 proc. kolację, co świadczy o tym, że zdarza im się zostawać po godzinach.

W tej chwili obserwujemy stale rosnący trend żywienia poza domem. Polacy coraz częściej wybierają drugie śniadanie i lunche zamiast tradycyjnego kilkudaniowego obiadu – mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Czyż, dyrektor KFC w Polsce.

Zdaniem specjalistów do spraw żywienia, idealna dieta powinna składać się z 4–5 posiłków dziennie, w tym z co najmniej jednego ciepłego. Powinny być one spożywane mniej więcej co 3–4 godziny. Stosowanie się do tej zasady ma kluczowe znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Dzięki zachowaniu odpowiedniej diety mamy więcej energii do działania, nie czujemy zmęczenia, a nasz mózg jest bardziej wydajny.

Widać rosnącą świadomość Polaków dotyczącą systematycznego odżywiania się, co wiąże się głównie z jednym ciepłym posiłkiem w ciągu dnia. Zamiast  posiłku przygotowanego w domu jest to już coraz częściej jedzenie na mieście – podkreśla Monika Czyż.

Większy, ciepły posiłek w godzinach pracy jada jednak tylko 43 proc. badanych. Taką samą popularnością cieszą się sałatki. Dużo częściej wybierane są z kolei kanapki (79 proc.), a także warzywa i owoce (62 proc.). Na dalszych miejscach zestawienia znalazły się zupy (24 proc.) oraz płatki z mlekiem lub jogurtem (23 proc.). Z badania wynika, że Polacy lubią też podjadać pomiędzy posiłkami słodkie (36 proc.) lub słone (16 proc.) przekąski.

Zbliżamy się coraz bardziej do Europy Zachodniej. Tutaj już nie ma standardowych trzech posiłków dziennie, które jeszcze w głowach naszych rodziców były mocno zakorzenione. W tej chwili liczba tych posiłków rośnie, ale głównie widzimy trend rosnący, jeżeli chodzi o porę drugiego śniadania i porę lunchu kosztem tego późniejszego obiadu – mówi Monika Czyż.

Polacy najczęściej szukają potraw przyrządzonych ze świeżych składników. Zależy im także na wygodzie, szybkości, oszczędności czasu i pieniędzy. 75 proc. Polaków korzysta z restauracji lub dostawy jedzenia do pracy. Dlatego również KFC stawia na ofertę lunchową.

Przygotowujemy coraz więcej posiłków zbilansowanych, tortilla z ryżem, kawałki kurczaka z miksem chrupiących sałat. Zarówno wszystkie nasze nowości, jak i stała oferta są przygotowane z wyselekcjonowanych składników od lokalnych dostawców, ze świeżego kurczaka i ze świeżych warzyw. To jest dla nas priorytet – podkreśla Monika Czyż.

Aktywni zawodowo Polacy w takich restauracjach jak KFC najczęściej zamawiają na lunch burgery (44 proc.), tortille (40 proc.), kanapki (32 proc.), sałatki (31 proc.) lub zestawy box, składające się np. z ryżu, kawałków kurczaka i miksu kruchych sałat (29 proc.).

Wiosną wynajem apartamentu w Hiszpanii, we Włoszech czy Francji nawet o połowę tańszy niż latem

CEO Magazyn Polska

Rimini, Budapeszt, Ateny i Kraków to miasta, w których najbardziej opłaca się inwestować w mieszkania na wynajem dla turystów – wynika z raportu przeprowadzonego przez porównywarkę HomeToGo.pl. Poziom cen zależy jednak również od sezonu – w ciepłych europejskich krajach wynajem apartamentu latem, zwłaszcza w popularnych kurortach, może być dwukrotnie droższy niż wiosną. 

Zestawienie 45 popularnych turystycznie destynacji powstało na podstawie porównania ceny za 1 mkw. nieruchomości w danym mieście ze średnimi kosztami noclegu, jakie ponosi turysta w sezonie wiosenno-letnim.

– Na pierwszym miejscu w naszym rankingu znalazła się miejscowość Rimini, znany włoski kurort, do którego Polacy bardzo chętnie jeżdżą. Na drugim miejscu znalazł się Budapeszt, a na trzecim Ateny – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Marta Górska, dyrektor krajowy HomeToGo. – Można powiedzieć, że w krajach europejskich widać cały czas efekt kryzysu ekonomicznego na rynku nieruchomości. Ze względu na niskie ceny w takich miejscach jak np. Walencja czy Ateny opłaca się nabyć nieruchomość, a potem wynajmować ją turystom.

W czołówce zestawienia znalazły się trzy polskie miasta – Kraków, Warszawa i Sopot. Dwa pierwsze cechują się stabilnymi cenami wynajmu w sezonie wiosennym i letnim, a także relatywnie niską ceną za 1 mkw. mieszkania w porównaniu z innymi często odwiedzanymi miejscami w Europie. Z kolei wynajem apartamentu na wakacje w Sopocie, podobnie jak we włoskim kurorcie, jest znacznie droższy w okresie letnim i średnio rośnie z 2643 zł do 3410 zł (podane ceny obejmują tygodniowy pobyt dla 2–6 osób). Dlatego też mimo wysokiej ceny kupna mieszkania, inwestycja powinna się szybko zwrócić.

Wszystko zależy od tego, w jaki sposób będziemy promować ofertę danej nieruchomości. Jeżeli będziemy współpracować z portalami, które również mają dostęp do zagranicznych turystów to będziemy mieli szansę na to, że ten wynajem będzie częstszy – podkreśla Marta Górska.

Zwycięzca rankingu, włoski kurort Rimini, zdecydowanie drożeje w sezonie wakacyjnym. Za nocleg w domu wypoczynkowym latem turyści płacą średnio 4238 zł, co sprawia, że wynajem w sezonie staje się dla właścicieli szczególnie opłacalny.

W znanych kurortach w Hiszpanii, we Włoszech czy Francji obserwujemy wzrost cen z sezonu na sezon, czyli z sezonu wiosennego na letni nawet o 100 proc. w niektórych miejscowościach. Na Ibizie możemy wynająć dom lub apartament za 4,5 tys. zł wiosną, co też jest dosyć wysoką ceną, ale w sezonie letnim będzie to już 8 tys. za tygodniowy pobyt dla sześciu osób – tłumaczy Marta Górska.

Z obserwacji HomeToGo.pl wynika, że Rosja, Litwa, Estonia i Serbia to kraje, w których średnia cena noclegu w domu lub apartamencie wakacyjnym w sezonie letnim jest niższa niż wiosną.

Marta Górska podkreśla, że w porównaniu z kurortami w ciepłych krajach południa polskie miasta drożeją nieco mniej w sezonie wakacyjnym. Dla przykładu apartament lub dom wakacyjny na Półwyspie Helskim kosztuje wiosną 2064 zł, a latem blisko 2600 zł. Ten popularny wśród żeglarzy i windsurferów kurort latem jest tańszy niż Międzyzdroje czy Pobierowo (odpowiednio 2800 i 2900 zł), ale już wiosną jest droższy od obu tych miejscowości (1400 i 1700 zł). Z reguły ceny noclegów w dużych europejskich miastach, w tym Warszawie, we Wrocławiu i w Poznaniu, nie rosną znacznie w sezonie wakacyjnym, a czasami są nawet niższe niż wiosną. Gdańsk jest jednak wyjątkiem – za nocleg wiosną zapłacimy tu średnio 2058 zł, a latem 2736 zł.

Z danych HomeToGo.pl wynika, że rezerwacje domów i apartamentów wakacyjnych w dużych europejskich kurortach odbywają się ze znacznym wyprzedzeniem. W Rimini i Sopocie turyści rezerwują miejscówki na wyjazd sierpniowy 58 dni przed datą przyjazdu, a na kwietniowy – miesiąc wcześniej.

Ole Hansen o szczycie OPEC

Na szczycie w Doha nie doszło do porozumienia. Główną przyczyną porażki wydają się naciski Arabii Saudyjskiej na uwzględnienie Iranu w planach zamrożenia produkcji. Kolejny raz okazało się, że OPEC składa obietnice bez pokrycia; ich realizację uniemożliwiły względy polityczne. Producenci zapowiedzieli właśnie okres „konsultacji” (tj. dalszej gry na czas, by zrównoważyć sytuację na rynku), który ma trwać do czerwca.

W artykule, który opublikowałem w ubiegłym tygodniu (https://www.tradingfloor.com/posts/wcu-silver-outshining-gold-crude-oil-crumbles-ahead-of-doha-7456019), twierdziłem, że w ostatnich miesiącach realne wsparcie dla rynków ropy nie było generowane przez uczestników szczytu w Doha, a przez północnoamerykańskich producentów ropy z łupków i innych producentów wysokokosztowych.

Biorąc pod uwagę rekordowo długą pozycję w ropie Brent oraz wzrost liczby długich pozycji w ropie WTI o 11% w ubiegłym tygodniu, w perspektywie krótkoterminowej wartość docelowa uległa obniżeniu. Niższa cena jeszcze bardziej przyczyni się do przywrócenia równowagi, nie oczekuję zatem istotnego spadku, a korekty rekordowej długiej pozycji. Podtrzymuję swój pogląd, że w tym kwartale przedział dla ropy Brent wyniesie 35-45 USD.

Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynków towarowych w Saxo Bank