Startuje program „Rodzina 500 plus”. Wnioski o przyznanie pieniędzy na dzieci można składać także przez serwisy internetowe banków

0

CEO Magazyn Polska

1 kwietnia rusza program „Rodzina 500 plus”. Rodzice i opiekunowie otrzymają miesięcznie 500 zł na każde drugie i kolejne dziecko lub na pierwsze w przypadku udokumentowania niskich dochodów. Wnioski o przyznanie środków z rządowego programu można już składać w siedzibie urzędu gminy. Istnieje także możliwość wypełnienia wniosku w systemie bankowości elektronicznej. Ci, którzy mają konto m.in. w serwisie Pekao24, mogą wystąpić o środki za jego pośrednictwem. 

Wypełnienie wniosku o świadczenia z programu „Rodzina 500 plus” możemy wykonać na dwa sposoby – wyjaśnia Paweł Sypka, kierownik zespołu w Departamencie Bankowości Elektronicznej Banku Pekao SA. – Najłatwiej wykonać to poprzez system bankowości elektronicznej. Wymagane są przede wszystkim dane wnioskodawcy, a większość danych jest uzupełniana automatycznie przez system banku. Następnie należy uzupełnić dane dzieci, na które przysługuje świadczenie, w tym m.in. PESEL, imię i nazwisko.

Większość rodzin skorzysta z trybu uproszczonego podczas składania wniosku. Dotyczy on osób, którym świadczenie przysługuje na drugie i kolejne dziecko, czyli w rodzinach, w których dochód na jedną osobę przekracza 800 zł netto (w przypadku rodzin wychowujących dziecko niepełnosprawne – 1200 zł). Ich wniosek z banku trafi za pośrednictwem systemu Emp@tia do odpowiednich jednostek samorządu, gdzie zostanie zweryfikowany.

Wpisać do wniosku należy także dane członków rodziny. W tym przypadku uzupełniamy tylko te dane, których nie podaliśmy w wcześniej, tzn. podajemy tylko pozostałych członków wchodzących w skład rodziny – mówi Paweł Sypka. – Zakładając, że model rodziny to 2+2, należy wprowadzić dane współmałżonka oraz pierwszego dziecka. Ostatni krok to oświadczenia i pouczenia. W tym przypadku klient zaznacza, że zapoznał się z pewnymi oświadczeniami i pouczeniami zgodnie z wytycznymi z ustawy o pomocy państwa w wychowaniu dzieci z dnia 11 lutego 2016 roku.

Jak podkreśla Paweł Sypka, wypełnienie wniosku jest o tyle proste, że większość danych, takich jak imię nazwisko, adres, PESEL czy data urodzenia, jest automatycznie wypełniana informacjami posiadanymi przez bank. Klient podaje jedynie nazwę właściwego organu samorządowego, do którego wniosek ma trafić – urzędu gminy, miasta czy dzielnicy.

Udostępniliśmy wyszukiwarkę, przez którą klient w łatwy i prosty sposób może taki urząd wyszukać – dodaje Paweł Sypka. – W pierwszym kroku wskazuje również rachunek do wypłaty świadczenia. Ustawiamy klientowi listę jego rachunków i domyślnie podstawiamy jeden z tych w Banku Pekao SA. Oczywiście może on zmienić go na inny numer rachunek w dowolnym banku.

Kierownik zespołu w Departamencie Bankowości Elektronicznej Banku Pekao SA przestrzega też, że raz wysłany wniosek nie może już być edytowany, warto się więc przed wysłaniem upewnić, czy wszystkie dane wprowadzone są poprawnie. Ponadto w trakcie wypełniania program dopuszcza maksymalnie 15-minutowe przerwy w wypełnianiu. Jeśli przez kwadrans, np. szukając brakujących danych, nie wypełnimy w formularzu żadnej rubryki, dane się nie zachowają i będzie trzeba wypełnianie wniosku rozpoczynać od początku.

Po pozytywnej weryfikacji wniosku klient banku będzie otrzymywał świadczenie na swoje konto. Szacuje się, że w 2016 roku do rodzin trafi łącznie 17 mld zł. W kolejnych latach, gdy będzie obowiązywał przez 12 miesięcy, kwota wzrośnie do 22–23 mld zł.

Ministerstwo Rozwoju wesprze eksport polskiej żywności. Wśród rynków priorytetowych Chiny, Indie i Wietnam

CEO Magazyn Polska

Trwają prace nad określeniem kluczowych dla eksportu rynków, na których będą prowadzone działania promocyjne. Poza tradycyjnymi odbiorcami duże nadzieje resort rozwoju wiąże z rynkami azjatyckimi – Chinami, Indiami i Wietnamem, a także afrykańskimi, np. RPA. Branża spożywcza znalazła się wśród 12 gałęzi wspieranych branżowymi programami promocji przy współudziale środków unijnych.

– W branży rolno-spożywczej najbardziej popularnymi instrumentami, które minister rozwoju daje przedsiębiorcom, są branżowe programy promocji – przekonuje w rozmowie z agencję informacyjną Newseria Biznes Tomasz Salomon z Ministerstwa Rozwoju. – To instrument, który dobrze sprawdził się w minionej perspektywie unijnej. W tym roku będziemy uruchamiać program ponownie, tak aby do 2019 roku intensywnie promować polską branżę spożywczą na wybranych rynkach zagranicznych.

Resort we współpracy z niezależnymi instytutami badawczymi przeprowadził analizę branż, produktów i usług innowacyjnych o charakterze proeksportowym i na tej podstawie określił 12 Krajowych Inteligentnych Specjalizacji (KIS). Wśród nich obok polskich specjalności żywnościowych są także sprzęt medyczny, kosmetyki, biotechnologia i farmaceutyka, moda polska, meble, części samochodowe i lotnicze. Branże te objęte są branżowymi programami promocji.

– Identyfikacja rynków zagranicznych na tę nową perspektywę unijną trwa. Należy liczyć się z tym, że będą wśród nich takie, za pomocą których będziemy chcieli dywersyfikować polski eksport, czyli np. rynek chiński, indyjski czy wietnamski – wymienia Tomasz Salomon.

Jak podkreśla, warto zwrócić uwagę na Wietnam, gdzie w tym roku ma ruszyć Wydział Promocji Handlu i Inwestycji przy Ambasadzie Polski. Interesującym obszarem ekspansji krajowej branży rolno-spożywczej może być także Republika Południowej Afryki. Ale prócz rynków azjatyckich i afrykańskich resort nie zamierza zapominać o krajach, gdzie tradycyjnie trafia największa część polskich produktów, czyli o Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii.

Ekspansja zagraniczna polskich firm jest jednym z pięciu filarów rządowego Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Resort rozwoju w ramach wsparcia dla eksportu pracuje nad nowymi regulacjami dotyczącymi promocji gospodarki. Planowane jest także utworzenie jednej agencji, która będzie koordynować różne programy wsparcia. Zapowiadane są również zmiany w działających na zagranicznych rynkach wydziałach promocji handlu i inwestycji. Firmy z segmentu MŚP będą mogły korzystać z wielu instrumentów finansowanych z UE, np. poddziałania 3.3.3. POIR – GotoBrand.PL.

Sukces eksporterów poprawi wizerunek polskiej gospodarki za granicą. To będzie sprzężenie zwrotne – dzięki silniejszej polskiej marce kolejnym firmom będzie łatwiej zaistnieć za granicą.

– Naszym planem strategicznym jest wzmacnianie wolumenu polskiego eksportu – zapewnia Tomasz Salomon. – W związku z tym chcemy stosować instrumenty, które będą się cieszyć powodzeniem wśród krajowych przedsiębiorców. Stabilny wzrost sprzedaży zagranicznej będzie skutkować odpowiednim efektem promocji naszej gospodarki za granicą, co powinni odczuć zarówno partnerzy zagraniczni, jak i Polacy. W tej sytuacji mamy wygranych po obu stronach.

Na branżowy program promocji branży i sektora rolno-spożywczego, jak informuje Tomasz Salomon, zostało przeznaczone ok. 5 mln zł.

– Ministerstwo wspiera przedsiębiorców, w tym rolno-spożywczych, dysponując dosyć szerokim instrumentarium – podkreśla Salomon. – Współpracujemy także z innymi podmiotami administracji publicznej, począwszy od ministra rolnictwa i podlegającej mu Agencji Rynku Rolnego, a skończywszy na resorcie spraw zagranicznych. Nasze działania staramy się koordynować w taki sposób, żeby przynosiły one jak największe korzyści przedsiębiorcom.

Nowe miejsca pracy w Lublinie. Głównie w sektorze IT oraz outsourcingu

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich pięciu lat w Lublinie powstało przeszło 15 tys. nowych miejsc pracy. Miasto planuje stworzenie kolejnych – głównie w sektorze IT oraz outsourcingu. Nowych inwestorów ma przyciągnąć przede wszystkim duży rynek nieruchomości biurowych oraz wykwalifikowana kadra. Każdego roku lubelskie uczelnie opuszcza ok. 20 tys. absolwentów. W mieście kształci się także ponad 6 tys. studentów z zagranicy.

– Do 2020 roku mamy przyjętą strategię, która koncentruje nasze działania na wybranych branżach, między innymi jest to sektor IT. Mamy w Lublinie już blisko 500 firm działających w tym sektorze, a w ostatnich 3 latach pojawiło się około 30 nowych inwestorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

W ramach strategii rozwoju przyjętej na lata 2013–2020 Lublin ma zamiar przyciągnąć także inwestycje związane z szeroko rozumianym outsourcingiem.

Miasto swoją główną przewagę konkurencyjną upatruje w dużych zasobach posiadanej powierzchni biurowej oraz dostępie do wykwalifikowanej kadry. Aktualnie Lublin jest jednym z dziesięciu największych rynków nieruchomości komercyjnych w Polsce. Łączna powierzchnia biurowa klasy A i B wynosi ponad 150 tys. mkw. Jednocześnie stawki najmu wynoszące średnio 9–12 euro za mkw. są niższe niż w większości innych miast wojewódzkich.

Jak dodaje prezydent Żuk, atutem jest także bliskość Ukrainy.

– Gdyby siły roboczej zabrakło, to mamy potężny rynek pracowników na Ukrainie. Lublin jest pierwszym miejscem wyboru dla Ukraińców, jeśli chodzi o pracę czy studia. Mamy ponad 6 tys. studentów zagranicznych – tłumaczy, podkreślając przy tym ważną rolę, jaką pełni współpraca biznesu z nauką. – Na uczelniach są doskonałe laboratoria, naukowcy, a jednocześnie brakowało tego przełożenia na biznes. Zresztą po obydwu stronach były bariery.

Jak podkreśla prezydent Lublina w ostatnim czasie pojawiają się jednak coraz liczniejsze przykłady skutecznej kooperacji pomiędzy światem biznesu a uczelniami. We współpracy Politechniki Lubelskiej z firmą Ursus i lubelskim MPK powstał elektryczny autobus.

– Mamy także przykłady wdrażania bardzo innowacyjnych produktów i technologii, chociażby korzystając z biotechnologii UMCS-u czy z Wydziału Chemii UMCS-u. Udało się np. stworzyć produkty zapewniające znakomitą biodegradowalność – informuje Krzysztof Żuk.

Polityk dodaje, że dzięki zachętom dla przedsiębiorców tylko w ostatnich 5 latach udało się stworzyć przeszło 15 tys. nowych miejsc pracy z reguły adresowanych do absolwentów uczelni wyższych

– Pamiętajmy, że mamy około 20 tys. absolwentów rok do roku i ponad 70 tys. studentów. Miasto jest młode, dynamiczne i oczekuję tego typu działań inwestycyjnych adresowanych do takich właśnie sektorów biznesowych – podkreśla prezydent Lublina.

Zakupy Polaków coraz bardziej mobilne. Ponad połowa kupujących w sieci robi to przez smartfony i tablety

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa osób robiących zakupy przez internet używa do tego celu urządzeń mobilnych. Odsetek korzystających zarówno ze smartfonów, jak i z tabletów jest blisko dwukrotnie wyższy niż jeszcze rok temu. Ponad 90 proc. kupujących w sieci wykorzystuje smartfony i tablety, by ułatwić sobie proces zakupowy, np. poszukać najlepszego dla siebie produktu czy przejrzeć opinię o danym przedmiocie. 

Rok wcześniej widać było, że interesują się zakupami mobilnymi ci, którzy są liderami nowoczesnych technologii, osoby, które jako pionierzy chcą próbować nowych sposobów na komunikację i zakupy. W tej chwili praktycznie dla każdego zakupy mobilne, czyli przez smartfon, tablet, komputer przenośny, to jest coś zupełnie normalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bonarowski z serwisu Allegro.pl. – To oznacza, że wszystkie obawy, które mieliśmy w związku z tym, że kupujemy coś przez urządzenie mobilne, powoli odchodzą w przeszłość.

Jak wynika z opublikowanego na stronie Magazyn Allegro raportu mShopper 2.0, który na zlecenie Allegro i pod patronatem Izby Gospodarki Elektronicznej przygotowała firma Mobile Institute, 75 proc. Polaków aktywnych w sieci ma urządzenie mobilne. 37 proc. ogółu internautów robi zakupy mobilne, a spośród wszystkich klientów e-commerce 53 proc. kupuje na swoich smartfonach i tabletach.

Bardzo duży wzrost popularności kupowania mobilnego nastąpił wśród samych użytkowników urządzeń mobilnych – jeszcze w zeszłym roku m-kupujący stanowili wśród mobilnych konsumentów 36 proc., obecnie jest to 73 proc. – mówi Michał Bonarowski.

M-commerce cały czas rośnie, natomiast widać lekki spadek w zakupach realizowanych na komputerach PC i laptopach. Już 43 proc. osób kupujących w sieci robi zakupy na smartfonach, a 29 proc. na tabletach. Grupą, w której zanotowano największy skok w liczbie osób kupujących na smartfonach i tabletach, są mieszkańcy wsi i mniejszych miast.

Polacy, którzy lubią kupować mobilnie, stanowią większość wszystkich internautów i wszystkich kupujących w ogóle. Chodzi o to, że dzięki posiadaniu urządzenia mobilnego możemy kupować w każdej chwili, bez konieczności siadania do komputera i bez konieczności przygotowywania się do tych zakupów – mówi Bonarowski.

W badaniu przeprowadzonym rok temu kupujących przez komputery było o 7 pkt proc. więcej (87 proc. vs 80 proc. w tym roku), natomiast odsetek korzystających w tym celu ze smartfona był niemal dwukrotnie niższy (23 proc.), podobnie jak dokonujących zakupu za pośrednictwem tabletu (16 proc.).

Polacy, którzy nauczyli się robić zakupy mobilnie, robią to w sposób przemyślany. Przede wszystkim kobiety wykonują bardzo dużo czynności okołozakupowych, czyli nie tylko kupują, lecz także szukają opinii, szukają potwierdzenia tego, czy dany zakup będzie dobry, a po zakupie szukają potwierdzenia, że ten zakup był potrzebny i wykonany sensownie – mówi Bonarowski. – Z kolei mężczyźni bardzo szybko zmieniają urządzenia ze stacjonarnych na mobilne. Wśród mężczyzn właściwie większość kupuje przez telefony komórkowe, smartfony czy tablety.

Mężczyźni częściej kupują artykuły elektroniczne oraz samochodowe, ale badanie mShopper ujawniło, że przez urządzenia mobilne kupują blisko dwa razy więcej produktów z kategorii żywność niż kobiety.

Czynności okołozakupowe, to np. pozyskiwanie informacji o produkcie, który zamierza się kupić, wyszukiwanie produktu, zasięganie opinii, zapoznawanie się z ocenami na jego temat. Z tabletów i smartfonów korzysta w tym celu już 91 proc. konsumentów. 57 proc. szuka opinii o produktach i usługach (39 proc. przed rokiem), 52 proc. szuka informacji na ten temat (wobec 32 proc. rok wcześniej), zaś 32 proc. poszukuje inspiracji zakupowych (23 proc.).

Polacy decydują się na zakupy mobilne głównie z powodu swobody wyboru. Taki powód deklaruje 52 proc. pytanych, ponad dwa razy tyle, co przed rokiem. Drugim najważniejszym czynnikiem decydującym jest wygoda – wspomina o nim 44 proc. osób (rok wcześniej 24 proc.). Widać też, że trend będzie kontynuowany, czyli za rok odsetki wskazań znowu będą wyższe.

Polacy kupują przez smartfony właściwie wszystko. Bardzo trudno byłoby wyznaczyć taką grupę produktów, która nie mieści się w takich zakupach. Oczywiście są zakupy bardzo popularne, takie jak multimedia, czyli książki i filmy, ale też pojawiają się artykuły spożywcze. Nie ma praktycznie żadnych barier, jeżeli chodzi o ceny. Zdarzyło się, że ktoś kupił samochód, łódź motorową, a nawet dom przez aplikację mobilną – raportuje Bonarowski.

Jak wynika z raportu, perspektywa dla m-commerce wygląda bardzo obiecująco. Prawie połowa niekupujących mobilnie – dokładnie 46 proc. – deklaruje obecnie, że wypróbuje kupowanie przez smartfony i tablety w najbliższej przyszłości.

Liczba badań klinicznych prowadzonych w Polsce maleje. Wciąż jesteśmy w tyle za krajami regionu

CEO Magazyn Polska

Potencjał rynku badań klinicznych nie jest wykorzystywany. Liczba badań w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest blisko dwukrotnie niższa niż w innych krajach naszego regionu. Sytuacja może się poprawić, bo trwają prace nad zmianą przepisów prawnych. W 2014 roku wartość rynku badań klinicznych wyniosła 950 mln zł. To wzrost o 15 proc. wobec względem okresu przed 2009 roku, ale teraz ich liczba maleje.

W ostatnich 5 latach liczba badań klinicznych spadła prawie o 20 proc. [z 469 w 2009 roku do 396 w 2014 roku – red.], więc to jest jednak trend niepokojący. Aby liczba badań nowo rejestrowanych zrosła dwu-, a nawet trzykrotnie, trzeba doprecyzować przepisy. One muszą być bardziej klarowne – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Wyniki raportu „Badania kliniczne w Polsce” przygotowanego przez PwC na zlecenie Infarmy, GCP i Polcro jednoznacznie pokazują, że Polska ma duży potencjał rozwoju tego rynku. W naszym kraju liczba takich badań w przeliczeniu na mieszkańca jest prawie dwukrotnie niższa niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W 2014 r. na milion mieszkańców wykonano ich zaledwie 10,4. Tymczasem w Czechach było to 24,5, na Węgrzech – 22,5, a w Bułgarii – 15,2.

Procedura biurokratyczna, która u nas trwa zbyt długo, powoduje, że firmy decydują się na badania w innych krajach, gdzie można je rozpocząć szybciej. W tym przypadku czas jest bardzo istotny. Od momentu zarejestrowania cząsteczki biegnie ochrona patentowa. Zatem Im szybciej lek zostanie dopuszczony do obrotu, przejdzie badania kliniczne i trafi na rynek, tym jest większa szansa, że koszty zostaną odzyskane i reinwestowane – wyjaśnia Paweł Sztwiertnia.

Pojawiła się szansa na poprawę sytuacji. W 2017 r. ma wejść w życie nowe rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE (nr 536/2014), które ma uprościć procedury uzyskiwania pozwolenia na prowadzenie badań klinicznych. Umożliwi też przesyłanie dokumentacji za pośrednictwem portalu elektronicznego UE. W rezultacie skróci to czas niezbędny do rozpoczęcia badania i obniży jego koszty.

Rozporządzenie obowiązuje wprost, natomiast polskie prawo musi zostać dostosowane do tego dokumentu. To jest dobry sygnał, że minister zdrowia zwraca się do organizacji branżowych, partnerów społecznych z propozycją współpracy w celu przygotowania odpowiedniego aktu prawnego. Będzie to pewnie ustawa o badaniach klinicznych, która nawet pójdzie dalej niż dostosowanie prawa z tego rozporządzenia PE i RUE – mówi Paweł Sztwiertnia

Od kształtu nowych przepisów będzie uzależnione tempo rozwoju tego rynku. Jak podkreśla prezes Infarmy, realizacja badań klinicznych przynosi realne korzyści pacjentom, lekarzom oraz gospodarce. Pacjenci otrzymują dostęp do nowoczesnych leków, najlepszych terapii i najwyższego standardu opieki. Lekarze z kolei, biorąc udział w badaniach, mają możliwość pogłębienia wiedzy i doświadczenia zawodowego. Zyskuje też samo państwo. Inwestycje firm farmaceutycznych w realizację badań klinicznych w Polsce przyczyniają się bowiem nie tylko do wymiernych oszczędności w budżecie NFZ, lecz także do wzrostu przychodów państwa z tytułu rozmaitych podatków, takich jak CIT, PIT i VAT.

Muszę przyznać, że jest duża otwartość ministra zdrowia. Istnieje więc realna szansa na to, że powstanie naprawdę porządne, sensowne prawo dotyczące badań klinicznych, które będzie też jednocześnie zachętą do lokowania tych badań w Polsce – przyznaje Paweł Sztwiertnia.

Krajowy rynek samochodów używanych rośnie w siłę. W 2015 r. ofert było więcej niż łącznie w Czechach, na Słowacji i Węgrzech

CEO Magazyn Polska

Konsumenci w Polsce najchętniej kupują samochody używane. Tego typu ofert sprzedaży w ubiegłym roku było o ok. 500 tys. więcej niż w Czechach, na Słowacji i Węgrzech łącznie. Co więcej, zanosi się na to, że trend ten będzie się nasilać. Choć w samym ożywieniu na rynku aut używanych nie ma nic złego, to problemem jest obrót pojazdami kilkunastoletnimi, o dużych pojemnościach silnika i mało ekologicznych.

W tym roku zobaczymy bardzo duży wzrost rynku chociażby ze względu na zniesienie 500 zł opłaty, która kiedyś obejmowała wszystkie samochody importowane. Jest to czynnik, który bardzo zwiększy napływ bardzo tanich samochodów z importu. Ten rynek z naszego punktu widzenia również będzie szedł w kierunku jeszcze większego dopływu samochodów starszych, co nie jest specjalnie w interesie naszej gospodarki i całego rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Vonau, dyrektor generalny AAA Auto w Polsce oraz członek zarządu Grupy AAA Auto.

Według danych AAA Auto w 2015 roku rynek samochodów używanych obejmował niemal 2,5 mln ofert sprzedaży. To więcej niż na Słowacji, Węgrzech i w Czechach łącznie (2 mln). Statystycznie nabywany używany samochód miał 12 lat i niemal 170 tys. km przebiegu. Problemem jest wiek sprowadzanych do Polski aut, wiążący się z ich przestarzałą technologią, mało przyjazną dla środowiska.

Chcielibyśmy, żeby w Polsce wzrastała sprzedaż nowych samochodów w taki sposób, żeby trzy lata później były one odsprzedawane. Mielibyśmy do czynienia z wysokiej jakości, dobrym zasobem aut w obrocie używanym, podczas gdy na tle innych krajów dzisiaj mamy znacząco gorszą jakość tych samochodów – mówi Vonau. – Ponieważ to jest towar, który my sprzedajemy, to też wiąże się to z konsekwencjami. Musimy więcej wysiłku włożyć w przygotowywanie tych samochodów, częściej te samochody odrzucamy jako w ogóle nieatrakcyjne do skupu, ale to też jest dla nas kosztotwórcze.

Zjawiska nie da się wytłumaczyć demografią – według Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów (ACEA) w zeszłym roku w Czechach, na Słowacji i Węgrzech zarejestrowano łącznie 386 tys. nowych aut, więcej niż w Polsce (355 tys. nowych rejestracji). Jak mówi szef AAA Auto, firmom zajmującym się skupem, renowacją i sprzedażą aut używanych zależy na cywilizowaniu i profesjonalizowaniu się tego rynku, podobnie jak importerom nowych samochodów.

– Polski rynek przede wszystkim tym różni się od rynków pozostałych krajów, że ma tak duży udział samochodów używanych w porównaniu do sprzedaży samochodów nowych. Jest to sytuacja, która właściwie trwa nieprzerwanie od 2004 roku, kiedy import samochodów z UE skoczył bardzo wysoko. Składa się na to wiele czynników, od socjologicznych związanych z chęcią pokazania się sąsiadowi, że jeździ się lepszym samochodem, większym niż byłoby nas stać, gdybyśmy kupili nowe auto – tłumaczy genezę zjawiska Vonau.

Spośród najchętniej wystawianych na sprzedaż i kupowanych marek używanych samochodów przeważają brandy niemieckie. Na szczycie stawki jest Opel Astra, a za nim dwa modele Volkswagena: Passat i Golf. Następny w kolejności jest model Audi A4, potem BMW3, Ford Focus i kolejne dwa ople: Vectra i Corsa. Pierwszą dziesiątkę uzupełniają Ford Mondeo i Renault Megane.

Pozytywnym zjawiskiem jest rosnąca cena, jaką Polacy są skłonni zapłacić za samochód używany. Oznacza to bowiem, że częściej wybiorą nowszy model. W styczniu i lutym 2016 roku kwota, którą średnio nabywca był w stanie zaakceptować, wyniosła ponad 24 tys. zł. Rok wcześniej było to niespełna 20 tys. zł, a w całym 2015 roku – nieco powyżej 21 tys. zł. Sprzedaż pojazdów używanych wspierają niewygórowane stawki ubezpieczeniowe w porównaniu zarówno z innymi krajami, jak i samochodami nowymi.

– Do tej pory stawki ubezpieczeniowe w Polsce nie były znacząco wyższe dla samochodów starszych, o wyższej pojemności tak jak to jest w innych krajach. W Wielkiej Brytanii nie do pomyślenia jest, żeby 19-latek był w stanie ubezpieczyć 10-letni, 3-litrowy samochód. Natomiast w Polsce ubezpieczenia są jeszcze bardzo niezróżnicowane – podkreśla Vonau. – Ten rynek to dzisiaj odzwierciedla. Mamy rocznie około 300 tys. transakcji sprzedaży nowych samochodów, prawie 800 tys. importu indywidualnego i mniej więcej 1,7 mln transakcji wewnętrznych między konsumentami.

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Czy ze spalania odpadów można wyprodukować zieloną energię?

0

– Jesteśmy dopiero na początku drogi jeżeli chodzi o spalarnie odpadów. W porównaniu do Europy Zachodniej gonimy Europę, idziemy w dobrą stronę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Czopek z Ministerstwa Energii.
W ostatnich latach coraz więcej uwagi poświęca się idei gospodarki cyrkularnej, która w przeciwieństwie do obowiązującego modelu, stawia na odzysk. Dzisiejsze technologie pozwalają nam uzyskać z odpadów nie tylko energię, ale również wiele surowców. Tym sposobem idea, która zyskuje coraz bardziej na popularności może stać się początkiem nowej rewolucji. Dziś odpady komunalne to nie tylko źródło energii, ale również cennych surowców. Pod tym względem Polska zaczyna mocno gonić Zachód. Mamy już pierwsze sukcesy, ale mamy również rosnące wyzwania. Więcej w materiale wideo.

Marnujemy ogromne ilości surowców – ale jest na to odpowiedź

0

Ropa naftowa i gaz ziemny skończyć nam się mogą za 40 – 60 lat. Trochę mniejszy problem jest z węglem. Wypracowaliśmy model skuteczny poszukiwania wzrostu gospodarczego, ale niezwykle kosztowny np. pod względem eksploatacji globalnych zasobów surowców. Zużywamy surowce, paliwa kopalne, a ich ilość w przyrodzie często jest ograniczona. O ograniczeniu światowych złóż ropy naftowej czy gazu ziemnego mówi się od wielu lat, jednak rzadko wspomina się, że z innymi surowcami też nie jest najlepiej.
– Światowe złoża fosforu wyczerpią się za ok. 150 lat, a co jeszcze bardziej komplikuje sprawę fakt, że prawie w całości mieszczą się na terenie Maroka. Brak fosforu to globalny kryzys rolnictwa, w którym odgrywa on kluczową rolę, a przez to widmo np. globalnego głodu – mówi w rozmowie z MarketNews24 prof. Grzegorz Wielgosiński z Politechniki Łódzkiej.
W ostatnich latach coraz więcej uwagi poświęca się idei gospodarki cyrkularnej, która w przeciwieństwie do obowiązującego modelu, stawia na odzysk. Dzisiejsze technologie pozwalają nam uzyskać z odpadów nie tylko energię, ale również wiele surowców. Tym sposobem idea, która zyskuje coraz bardziej na popularności może stać się początkiem nowej rewolucji. Dziś odpady komunalne to nie tylko źródło energii, ale również cennych surowców. Pod tym względem Polska zaczyna mocno gonić Zachód. Mamy już pierwsze sukcesy, ale mamy również rosnące wyzwania. Więcej w materiale wideo

Kredyty gotówkowe tanie jak nigdy. Jednak tylko te zaciągane na dłuższy okres

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe automatycznie obniżają ratę kredytów ze zmiennym oprocentowaniem, głównie hipotecznych. Kredyty konsumpcyjne zaciągane na kilka lat z reguły maja jednak stałą stopę oprocentowania. Dla obecnie branych pożyczek jest ona niska, jednak banki próbują wynagrodzić sobie stratę, podnosząc koszt prowizyjny lub domagając się ubezpieczenia. Ponieważ koszty są jednak jednorazowe, w porównaniu z poprzednimi latami najbardziej wzrosła opłacalność kredytu gotówkowego długoterminowego (zaciąganego na 4–5 lat).

– Kredyty gotówkowe na dłuższe terminy są teraz dużo tańsze niż jeszcze 2, 3 czy 4 lata temu. Natomiast, gdybyśmy spojrzeli na te krótsze pożyczki, np. na rok czy dwa lata, to wcale nie widać tych niższych kosztów. Powiedziałbym, że takie drobne pożyczki trochę ostatnio podrożały w bankach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mikołaj Fidziński, analityk Comperia.pl. – Od kilku lat spadają w Polsce stopy procentowe i zgodnie z tym oprocentowanie kredytu gotówkowego nie może przekraczać obecnie 10 proc. To mało, więc banki starają się nadrabiać to innymi kosztami kredytowymi, m.in. prowizjami za udzielenie kredytu.

Zgodnie z prawem oprocentowanie pożyczki nie może przekraczać czterokrotności stopy lombardowej NBP, która od marca ubiegłego roku wynosi tylko 2,5 proc.

Z wyliczeń Comperii wynika, że nominalne oprocentowanie to dziś w przypadku czteroletniego kredytu na 10 tys. zł niespełna 8,5 proc. Na początku dekady było to 15–17 proc. Prowizja natomiast, drugi najważniejszy element kosztu pożyczki, w tym czasie wzrosła do 9 proc., podczas gdy w latach 2010–2013 potrafiła spaść poniżej 4 proc.

– O ile oprocentowanie działa przez cały okres spłaty, co oznacza, że odsetki spłacamy w każdej racie, o tyle prowizja jest kosztem, który jest naliczany jednorazowo, na samym początku. Z tego powodu im krótszy okres spłaty, tym krótszy czas spłacamy prowizję, więc ona przy kredytach krótkoterminowych bardzo mocno podbija cenę kredytu – wyjaśnia Fidziński. – Dlatego kredyty na rok są nieco droższe niż 2–3 lata temu, czy nawet rok temu, natomiast kredyty na 4–5 lat czy więcej są obecnie bardzo atrakcyjne cenowo.

RRSO, czyli rzeczywista roczna stopa oprocentowania dla tego typu pożyczki jest jednak o kilka punktów procentowych niższa niż kilka lat temu. Przy założonych wyżej parametrach wynosi obecnie ok. 16 proc. W latach 2010–2013 było to nawet 22 proc.

– Czasem dochodzi do tego ubezpieczenie, np. od utraty pracy czy na życie. Ostatnio bardzo często banki reklamując swoje produkty, używają takich sformułowań: „0 proc. oprocentowania” albo wręcz „zwracamy ci odsetki”. Okazuje się jednak, że gdybyśmy obejrzeli całość oferty, to jest tam np. spora prowizja, czasem ubezpieczenie, więc siłą rzeczy bank wyjdzie na swoje. I nie ma czegoś takiego jak darmowy kredyt. Jeżeli bank mówi, że nie ma np. odsetek, to musi być prowizja, jakieś ubezpieczenie czy inne koszty – mówi analityk Comperii.

Analityk zaznacza, że czas na zaciągnięcie kredytu gotówkowego na więcej niż dwa lata jest nie najgorszy w porównaniu do lat ubiegłych. Jak zawsze, najistotniejszą kwestią jest możliwość spłacenia rat, jakie by nie były.

– Jeżeli chcemy zaciągnąć kredyt gotówkowy, teraz, za rok czy za 5 lat, to przede wszystkim powinniśmy zwracać uwagę nie na uwarunkowania rynkowe, ale na swoją kondycję finansową i stan swojego budżetu domowego i portfela – przestrzega Fidziński. – Nawet jeżeli kredyty będą bardzo nisko oprocentowane, to jeżeli decyzję o nim podejmiemy pochopnie, to i taki „tani” kredyt może nam napędzić dużo strachu.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w 2015 roku kredyty konsumpcyjne miało zaciągnięte 8,2 mln osób, co oznacza minimalny spadek względem 2014 r. Łączna wartość zadłużenia z tego tytułu wyniosła 133,4 mld zł, o 7,75 proc. więcej niż rok wcześniej. Na zadłużoną osobę przypadała kwota niespełna 16,3 tys. zł, o ponad 1250 zł więcej niż przed rokiem.

Trwają rozmowy otwarciu rynków azjatyckich dla polskiej wieprzowiny. Jej eksport cierpi z powodu afrykańskiego pomoru świń

CEO Magazyn Polska

Od dwóch lat dla polskiej wieprzowiny zamknięta jest większość rynków azjatyckich, które są głównym odbiorcą tego mięsa z Unii Europejskiej. Eksport wieprzowiny z Polski w 2015 roku wzrósł wprawdzie o 5,5 proc., ale udział odbiorców spoza Unii Europejskiej wyniósł zaledwie 17 proc. Eksperci zapewniają, że polskie służby stale walczą z chorobą i kontrolują sytuację. Trwają rozmowy o otwarciu rynków z partnerami z Azji.

W Polsce wykryto dotychczas ok. 90 przypadków choroby afrykańskiego pomoru świń (ASF) u dzików, większość w pobliżu granicy z Białorusią. Sytuacja wydaje się jednak opanowana, przede wszystkim wśród zwierząt domowych, gdzie już od roku nie zanotowano nowych przypadków zachorowań.

– Zmniejszono populację dzików w regionie, gdzie występuje choroba, a także przeprowadzono badania tych odstrzelonych. Zależy nam na tym, by kontakt między poszczególnymi rodzinami dzików był jak najmniejszy, aby choroba szerzyła się o wiele wolniej lub doszło do jej całkowitego zaniku – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Jażdżewski, zastępca Głównego Lekarza Weterynarii.

Zdaniem ekspertów skutki gospodarcze choroby mogą być odczuwane przez kilka lat. Straty branży wynikające z trwającego od lutego 2014 roku zakazu eksportu wieprzowiny do krajów azjatyckich liczone są w setkach milionów złotych. Z danych Zespołu Monitoringu Zagranicznych Rynków Rolnych (FAMMU/ FAPA) wynika co prawda, że w ubiegłym roku eksport wieprzowiny osiągnął wielkość 404,5 tys. ton, co oznacza 5,5-proc. wzrost względem 2014 roku, jednak spada udział krajów spoza Unii Europejskiej. W 2012 roku stanowiły 45 proc. odbiorców, a w 2015 roku już mniej niż 20 proc.

– Prowadzimy rozmowy z krajami trzecimi, rynki są otwierane, ale największy wysiłek musimy wkładać w kraje azjatyckie. Dla tych krajów ASF jest chorobą bardzo egzotyczną, więc trudno przekonać zagranicznych partnerów, że mięso wysyłane z Polski jest bezpieczne. Będzie to również obwarowane szeregiem dodatkowych gwarancji, które kosztują. Dlatego w perspektywie roku, dwóch lat, kiedy otworzą się tamtejsze rynki, eksport z pewnością nie będzie tani – przekonuje Jażdżewski.

Komisja Europejska wskazuje, że w pierwszej dziesiątce importerów unijnej wieprzowiny znajduje się pięć państw azjatyckich, które odpowiadają za 67 proc. sprzedaży do krajów trzecich. Największym odbiorcą są Chiny z Hongkongiem, gdzie trafia 44 proc. produktów wieprzowych. Z danych FAMMU/FAPA wynika także, że kraje te konsumują coraz więcej mięsa wieprzowego. W ubiegłym roku import największych odbiorców z Azji wzrósł o 7 proc. do poziomu 4,3 mln ton.

Rynki te są więc dla polskich producentów bardzo perspektywiczne. Jak podkreśla Jażdżewski, jeśli uda się udowodnić, że Polska poradziła sobie z chorobą i sytuacja jest już opanowana, eksport będzie mógł zostać wznowiony.

– Liczymy na ponowne otwarcie rynku japońskiego, koreańskiego i być może w dłuższej perspektywie rynku chińskiego, choć jesteśmy ostrożni w spekulacjach. Dotychczas nie udało nam się nawiązać bliskiego technicznego kontaktu, gdzie moglibyśmy rozmawiać o gwarancjach eksportu, wciąż trwają rozmowy o sytuacji w Polsce. Myślę jednak, że Japonia i Korea Południowa w perspektywie najbliższych miesięcy czy roku mogą już rozpocząć import wieprzowiny z Polski – ocenia zastępca Głównego Lekarza Weterynarii.

Zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia Zwierząt kraj, w którym wystąpił ASF, nie może eksportować wieprzowiny w okresie dwóch lat od likwidacji choroby. W Polsce sytuacja wydaje się powoli być opanowana, choć w marcu Komisja Europejska zdecydowała o rozszerzeniu strefy zagrożenia o kolejne trzy gminy w pobliżu Białegostoku. Polska bierze też na siebie ciężar zabezpieczenia Europy przed dalszym szerzeniem się ASF z terytorium Ukrainy.

– W przypadku chorób zakaźnych najsłabszym ogniwem układanki zawsze jest człowiek i jego niefrasobliwe zachowania, choćby przywóz na fermę produktów spożywczych czy resztek pochodzenia zwierzęcego, szczególnie wieprzowiny, z krajów, gdzie występuje choroba, np. z Białorusi czy Ukrainy. Może to spowodować przeniesienie choroby i jej wybuch. Natomiast jeżeli będziemy wdrażać administracyjne działania, które dotychczas były stosowane, choroba nie powinna się w Polsce rozwijać – podkreśla Krzysztof Jażdżewski.

 

Od pięciu lat szybko przybywa robotów w polskich fabrykach. Wciąż jednak Polska należy do najmniej zrobotyzowanych krajów w Europie

CEO Magazyn Polska

Jednym z powodów niskiego poziomu robotyzacji jest fakt, że przez lata Polska była dostawcą taniej siły roboczej. Te czasy jednak minęły i firmy przemysłowe coraz częściej dostrzegają potrzebę automatyzacji procesów produkcji, by dotrzymać kroku konkurencji. Przyszłością branży są roboty humanoidalne, współpracujące z pracownikami.

– Dzisiaj robotyzacja i automatyzacja są nieodzownymi dziedzinami wszystkich zmian, które zachodzą na świecie. Polska jest częścią tego mainstreamu. Globalne przeobrażenia mają związek z robotyzacją i automatyzacją procesów produkcyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Drewnowski, szef działu sprzedaży w dziale robotyki firmy ABB. – Dziś, chcąc w Polsce dogonić Zachód pod względem jakości wytwarzanych produktów, szybkości i wydajności, musimy robotyzować te dziedziny i procesy, które jesteśmy w stanie zautomatyzować.

Z opublikowanego w październiku 2015 roku raportu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową wynika, że Polska jest w ogonie europejskich (nie mówiąc o skali globalnej) krajów pod względem robotyzacji. W 2013 roku na 10 tys. pracowników przypadało nad Wisłą 19 robotów. Dla porównania na Słowacji były to 83 roboty, w Czechach – 72, a na Węgrzech – 47. W Europie najbardziej zautomatyzowaną gospodarką są Niemcy z 282 robotami na 10 tys. pracowników. Na świecie liderem jest natomiast Korea Południowa, gdzie na tę samą liczbę zatrudnionych przypada 437 robotów.

– Mamy dużo do nadrobienia, ale od około 5 lat trwa intensywny wzrost procesów automatyzacji i robotyzacji. Obserwujemy, że coraz więcej robotów instalowanych jest w Polsce. Polskie przedsiębiorstwa, głównie z branży mięsnej, spożywczej czy ogólnie pojętej branży metalowej, inwestują bardzo dużo w roboty – wylicza Drewnowski. – Najwięcej robotów możemy dziś spotkać tradycyjnie w sektorze samochodowym, jest to matecznik robotyzacji.

W 2013 roku w polskim przemyśle pracowało 7751 robotów w 888 firmach, z czego ponad 44 proc. w branży motoryzacyjnej. Jeszcze siedem lat wcześniej było to jedynie 3080 robotów w 419 firmach. Na świecie w 2013 roku zainstalowanych było 1,3 mln robotów, z czego 87 proc. przypadało na 10 najbardziej zrobotyzowanych krajów świata. Wśród nich znalazły się cztery kraje z Europy – poza Niemcami jeszcze Włochy, Francja i Hiszpania.

– Nasz punkt startowy był trochę niżej. Bardzo długo bazowaliśmy jednak na fakcie, że tania siła robocza jest naszą przewagą konkurencyjną. To się teraz zmieniło, już nie jesteśmy postrzegani jako kraj taniej siły roboczej. Procesy technologiczne, które mamy w kraju, są bardzo energochłonne, więc jeżeli przedsiębiorcy chcą utrzymywać konkurencyjność w porównaniu z przedsiębiorcami na Zachodzie, muszą inwestować w poprawienie wydajności i bezpieczeństwa pewnych procesów – ocenia Łukasz Drewnowski.

Z badania ankietowego IBnGR wynika, że w 2013 roku 100 proc. firm, które zainstalowały roboty, zauważało wzrost swojej konkurencyjności na rynku, a w 2015 roku było to 96 proc. firm. Wzrost popytu na swoje produkty zauważyło odpowiednio 32 proc. i 29 proc. firm. Nikt nie odnotował spadku. Podobnie eksport tych firm wzrósł odpowiednio o 37 i 33 proc., a w pozostałych firmach pozostał bez zmian.

Firma ABB, która produkuje m.in. roboty dla przemysłu, szacuje, że automatyzacja i robotyzacja to w Polsce rynek o wartości około 300 mln dol. rocznie.

– Naszym głównym planem jest przedstawienie robota kolaborującego. To rozwiązanie przełomowe, bo ten robot w przeciwieństwie do innych robotów przemysłowych do tej pory nie będzie pracował osłonięty od ludzi – mówi Łukasz Drewnowski pytany o trendy w branży. – Roboty kolaborujące wyznaczają nowy trend i nowe możliwości. Nasz plan polega na tym, aby zaznajomić polskiego przedsiębiorcę z korzyściami, jakie płyną z instalowania humanoidalnych robotów kolaborujących.

ABB to międzynarodowa grupa zatrudniająca 140 tys. pracowników w 100 krajach świata. Przeznacza miliard dolarów rocznie na badania i rozwój. Na całym świecie pracuje 160 tys. stworzonych przez nią robotów.

W reklamie cyfrowej na znaczeniu zyskuje wideo. Może to spowodować całkowitą rewolucję na rynku reklam

CEO Magazyn Polska

Reklama online rośnie w siłę. W ubiegłym roku jej wartość przekroczyła 3 mld zł. Udział internetu w torcie reklamowym w tym roku może sięgnąć 28 proc., przede wszystkim kosztem reklamy telewizyjnej. Szybki wzrost notują reklama w mediach społecznościowych i social wideo – taka tendencja powinna się utrzymywać. Dominującym graczem na tym rynku staje się Facebook, który rozwija funkcje dotyczące filmów, a liczba wyświetleń wideo w 2015 roku została zwiększona dwukrotnie.

Z nowych trendów, które pojawią się w tym roku, należy wskazać Instagram jako dużego dostawcę zasobów na rynku. To również Facebook, który intensywnie wchodzi w reklamę wideo – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bierzyński, ekspert rynku reklamy, prezes Omnicom Media Group. – Facebook to gigant – zasięg to 70 proc. populacji, przeciętny użytkownik spędza tam cztery godziny dziennie, logując się kilkanaście razy w ciągu dnia. Jeżeli serwis zmieni w sposób istotny propozycję w zakresie reklam wideo, to nagle może się pojawić zupełnie inny gracz wagi ciężkiej na rynku reklamy wideo.

Z badania AdEx realizowanego przez PwC na zlecenie Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska wynika, że na znaczeniu w reklamie online zyskuje reklama graficzna. Po III kw. 2015 roku zwiększyła ona swoją wartość o 27 proc. Na szybkie tempo rozwoju miały przede wszystkim wpływ wideo online (dynamika wzrostu na poziomie 24 proc.) i reklama w social media (wzrost wartości o ponad 90 proc.).

Eksperci podkreślają, że na wzrost social wideo duży wpływ miało posunięcie Facebooka, który włączył funkcję autoplay i rozbudował narzędzia do publikacji filmów. W 2015 roku serwis zwiększył liczbę wyświetleń wideo ponaddwukrotnie.

Jak podkreśla Bierzyński, Facebook ma duże szanse zmienić sytuację na rynku reklam wideo. Tym bardziej że poza dużym zasięgiem i narzędziami dysponuje czymś jeszcze – wiedzą na temat użytkowników.

Facebook ma najlepsze dane o swoich użytkownikach. Z 70-proc. prawdopodobieństwem jest w stanie przewidzieć rozwód użytkownika, zamiar zakupu nowego samochodu, sukienki czy butów. To nieprawdopodobna siła. Połączenie danych o użytkownikach i ich znajomych, sieci społecznych wraz z możliwością masowego dotarcia do nich z materiałem wideo może zmienić reguły gry. Dlatego w tym roku stawiam na wideo na Facebooku – podkreśla Bierzyński.

Firmy w Polsce stopniowo zwiększają wydatki na reklamę online – według badania AdEx w III kwartale 2015 roku o ponad 20 proc. Tym samym internet staje się poważnym zagrożeniem dla telewizji.

Trendy się utrzymają, segment online będzie rósł, i to coraz szybciej. Od lat utrzymuję, że wideo w internecie w dużej mierze zastąpi reklamę telewizyjną albo telewizja zmieni technologię dystrybucji swoich reklam na tę obowiązującą online. Obecnie jest ona kompletnie nieefektywna, zarówno pod względem targetowania, jak i pod względem zarządzania liczbą kontaktów w telewizji – wskazuje ekspert Omnicom Media Group.

Reklama cyfrowa w ubiegłym roku rosła w tempie ok. 17 proc. Szacuje się, że na koniec 2015 roku była warta ponad 3 mld zł, a w tym roku wartość tego rynku może sięgnąć 3,5 mld zł. Internet odpowiada za 25 proc. reklam, w tym roku może to być już 28 proc. Internet już teraz zajmuje drugie miejsce wśród mediów w Polsce, a ze względu na potencjał i nowo pojawiające się trendy, można się spodziewać jeszcze większej dynamiki wzrostu, przede wszystkim kosztem telewizji.

Skoncentrowanie na wideo, czyli to, co robi teraz Facebook, już wkrótce może całkowicie zmienić sposób funkcjonowania rynku reklamowego. Nie wiem, czy nastąpi to w tym roku, ale „ziemia już drży”. Pytanie, w którym momencie online nie będzie tylko suplementem rynku telewizyjnego, ale istotnym substytutem. Jeśli tak się stanie, to zmiany jeszcze przyśpieszą i w ciągu dwóch lat telewizja bardzo straci kosztem online – ocenia Jakub Bierzyński.

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Sopot i Kraków to dwa specyficzne rynki mieszkaniowe

0

Na wtórnym rynku mieszkaniowym dwa miasta mają swą lokalną specyfikę. To Sopot i Kraków. W obu wzrost cen związany jest z lokalną koniunkturą bardziej niż w innych miastach.
W Sopocie ceny są porównywalne z warszawskimi. Nie ma drugiego takiego miasta w Polsce. W Sopocie kupno mieszkania szczególnie często traktowane jest jako inwestycja.
Kraków też ma własną koniunkturę. Po większych wahnięciach ceny są tam stabilne. Raczej można mówić ostatnio o ich korekcie niż o zmianie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jerzy Sobański, ekspert Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości.

Przedświąteczna nuda

Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii jest lepsza od oczekiwań, ale nadal słaba. Prognozy wzrostu gospodarczego dla USA oddalają podwyżki stóp procentowych.

Wczoraj poznaliśmy serię danych makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii dotyczących sprzedaży.  Sprzedaż detaliczna spadła w ujęciu miesięcznym o 0,4%, co jest i tak wynikiem lepszym od oczekiwań mówiących o spadku o 0,7%. Dane te były pretekstem do odreagowania ostatnich obniżek na funcie. O 12:00 poznaliśmy odczyt sprzedaży detaliczne według Konfederacji Brytyjskiego Przemysłu. Jest to wskaźnik wyprzedzający, obrazujący oczekiwania podmiotów na podstawie rozesłanych ankiet. Najwyraźniej przyszłość sprzedaży w Wielkiej Brytanii nie maluje się na różowo. Wskaźnik ten spadł z 10 punktów na 7 punktów. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że analitycy oczekiwali wzrostu na 15 punktów. W rezultacie tych danych funt ponownie odbił się powyżej granicy 5,40 zł, osiągając niemal 5,43 zł, po czym zawrócił i znów znajduje się poniżej 5,40 zł.

Wczorajsze dane z USA nie zatrzęsły rynkami. Zamówienia na dobra bez środków transportu okazały się gorsze od oczekiwań i spadły o 1% przy oczekiwanej redukcji o 0,2%. Z drugiej strony zamówienia na dobra trwałego użytku i wnioski o zasiłek dla bezrobotnych niemal dokładnie pokryły się z oczekiwaniami analityków. Opublikowany później indeks PMI dla usług również był neutralny. W rezultacie główna para walutowa kontynuuje ruch w trendzie bocznym, potwierdzając hipotezę, że najbliższe rozstrzygnięcia na rynku zapadną dopiero po świętach.

W kontekście danych z USA warto zwrócić uwagę, że miały one niebezpośredni wpływ na rynek. W ich wyniku zmieniły się odczyty modelu prognozującego wzrost PKB autorstwa FED z Atlanty. Prognoza ta wpisuje się obecną tendencje, które obniżają spodziewany wzrost gospodarczy w USA w 2016 roku. Jaki ma to wpływ na rynki walutowe? Zwalniająca gospodarka odkłada w czasie kolejne podwyżki stóp procentowych. Gdyby doszło do podwyżek stóp procentowych w USA, różnica stóp między tym krajem, a strefą euro lub Szwajcarią powodowałaby szybszy przepływ kapitału do walut o wyższych stopach zwrotu. W rezultacie należałoby się spodziewać umocnienia dolara kosztem niżej oprocentowanych walut. Wyższe stopy to zatem droższy kredyt oraz niższa opłacalność eksportu. W obliczu spowalniającej gospodarki i braku ryzyk inflacyjnych podwyżki są wątpliwe.

W nocy poznaliśmy inflację konsumencką w Japonii. Wzrosła ona do 0,3%, jednak inflacja bazowa zachowuje się gorzej od oczekiwań, co studzi optymizm inwestorów.

Dzisiaj jedyne istotne dane makroekonomicznymi to finalny odczyt PKB dla USA. W Poniedziałek większość rynków europejskich ma wolne, jednak nie USA. Poznamy wtedy dane na temat wydatków i dochodów Amerykanów oraz indeks podpisanych umów kupna domów. Pod nieobecność europejskich traderów dane te powinny mieć mniejszy wpływ na rynki walutowe.

Bezrobocie rekordowo niskie, ale niewielu Polaków pracuje. Jak to możliwe?

Według danych Eurostat mamy w Polsce bezrobocie na poziomie 6.9 proc. To zdecydowanie mniej niż średnia unijna, wynosząca 8.9 proc. i przeciętna wartość w strefie euro, wynosząca 10.3 proc. Czy jednak te informacje rzeczywiście oznaczają, że pozostałe kraje Unii mogą nam zazdrościć? Niekoniecznie. Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl.

Marcin_LipkaPatrząc na ostatnie dane statystyczne z krajowego rynku pracy, może się wydawać, że w Polsce mamy praktycznie pełne zatrudnienie. Stopa bezrobocia mierzona według BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), stosowana przez GUS i Eurostat spadła od końca 2013 r. aż o trzy punkty procentowe i wynosi obecnie 6.9 proc. To najniższe poziomy od czasu przemian gospodarczych z początku lat 90. Dodatkowo porównując te wartości z innymi gospodarkami Unii Europejskiej, można odnieść wrażenie, że nasz kraj odniósł prawdziwy sukces w kontekście rynku pracy. Według danych Eurostat na koniec stycznia, Polska ma niższe bezrobocie niż Szwecja (7.0 proc.), Belgia (7.9 proc.) czy Irlandia (8.6 proc.). Teoretycznie jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Finlandii (9.4 proc.) czy Francji (10.2 proc.). Gdy jednak spojrzymy na inne parametry rynku pracy, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.

Wskaźnik zatrudnienia, czyli stosunek liczby pracujących do liczby osób w wieku produkcyjnym (15-64 lata), wynosił na koniec 2015 r. 63.7 proc. To mniej niż we Francji (64.3 proc., dane Insee na koniec 2015 r. ), gdzie stopa bezrobocia jest o połowę wyższa niż nad Wisłą. Z kolei w Szwecji wskaźnik zatrudnienia wynosi 76.8 proc. przy tym samym poziomie bezrobocia co w Polsce.

Niskie bezrobocie i niewielkie zatrudnienie. Jak to możliwe?

Szukając przyczyn tak niskiego wskaźnika zatrudnienia, dość szybko dostrzegamy, że wyraźnie zaniżają go osoby w przedziale wieku 55-64 lata. W tym przedziale wiekowym wynosi on, według danych GUS, 45.8 proc. Co ciekawe, akurat w tej grupie stopa bezrobocia jest bardzo niska. To jedynie 4.9 proc. Co to oznacza? Ponad 2.8 mln ludzi, którzy nie tylko nie pracują, ale także pracy nie szukają.

Dodatkowo, według danych Eurostat na koniec 2014 r., jedynie 32.9 proc. kobiet w Polsce w przedziale wiekowym 55-64 ma zatrudnienie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ średnia dla całej Unii, wynosi dla tej grupy 45.2 proc. W przypadku Szwecji czy Irlandii ten współczynnik sięga odpowiednio 71.5 proc. i 44.7 proc.. Interesujący jest również fakt, że w tej kategorii wyprzedza nas również Hiszpania (37.8 proc.), a w tym kraju oficjalne bezrobocie jest trzy razy wyższe niż w Polsce i wynosi 20.5 proc.

Polski rynek pracy ma również poważny problem z wchłonięciem osób z niższymi kwalifikacjami. Według danych OECD, odsetek zatrudnionych w wieku produkcyjnym z wykształceniem poniżej średniego, wynosił pod koniec 2013 r. jedynie 38.5 proc. i był to drugi najniższy wynik wśród 34 członków OECD. Wyprzedzała nas w tej klasyfikacji m.in. Grecja (45.1 proc.), Francja (54.5 proc.) oraz Szwecja (62.5 proc.).

Statystyki wyraźnie poprawiają się, gdy spojrzymy na analogiczną grupę osób z wyższym wykształceniem. Tutaj wskaźnik zatrudnienia dla obu płci w Polsce wynosi według OECD 84.8 proc. To plasuje nas wyżej niż Francję (84.4 proc.) i na tym samym poziomie co Wielką Brytanię (84.8 proc.). Wysoki wskaźnik zatrudnienia potwierdzony jest również niskim poziomem bezrobocia. Według danych Eurostat na koniec 2014 r. wskaźnik ten wynosił dla osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej jedyne 4.1 proc. Jest to praktycznie tyle samo ile w Szwecji (4.0 proc.) i zdecydowanie mniej niż we Francji (5.8 proc.), Irlandii (6.1 proc.) oraz Hiszpanii (13.8 proc.).

Co zrobić by było lepiej?

Co więc jest kluczem, by sytuacja na krajowym rynku pracy rzeczywiście się poprawiła? Dane pokazują, że przede wszystkim powinien rosnąć odsetek osób z wyższym wykształceniem, co również będzie determinować dłuższą pracę. Potwierdzają to badania OECD, zamieszczone w raporcie „Education at a Glance 2015”. Wskaźnik zatrudnienia Polaków w przedziale wieku 55-64 lata, legitymujących się wyższym wykształceniem, wynosi 66 proc. przy wartości 45.8 proc. dla całej populacji i jedynie 25 proc. dla tych, którzy edukację zakończyli na szkole podstawowej. Pozwoli to wyraźnie podnieść ogólny poziom zatrudnienia w naszym kraju, co zbliży Polskę do średnich wartości obserwowanych w krajach rozwiniętych.

Co z cenami mieszkań na rynku wtórnym

0

Najbardziej specyficznym wtórnym rynkiem mieszkaniowym w Polsce jest Warszawa. W Warszawie przeprowadzanych jest 80 proc. transakcji, a zmiany cen w Krakowie, Wrocławiu czy Poznaniu z pewnym opóźnieniem odzwierciedlają co stało się w stolicy.
W relacji grudzień 2015 r. do grudzień 2014 r. Ceny mieszkań na rynku wtórnym w Warszawie wzrosły o 6 proc. Czy znów będą rosły szybciej, czy też tak jak przez ostatni rok? O tym MarketNews24 rozmawia z Jerzym Sobańskim, ekspertem Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości.

PARP prezentuje poradnik „Jak zostać i pozostać przedsiębiorcą”

Jak stworzyć biznesplan? Jak wybrać formę prowadzenia działalności gospodarczej? Skąd wziąć pieniądze na rozwój firmy? Jak zadbać o skuteczną promocję? Wychodząc naprzeciw potrzebom początkujących przedsiębiorców, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przygotowała kolejną edycję poradnika „Jak zostać i pozostać przedsiębiorcą”. To wyróżniające się na rynku kompleksowe kompendium wiedzy, które w usystematyzowany sposób przeprowadza czytelnika po wszystkich najistotniejszych zagadnieniach, z którymi spotykają się osoby stawiające pierwsze kroki w biznesie. Poradnik jest cykliczną publikacją wydawaną przez PARP, a jego kolejne edycje cieszą się dużą popularnością wśród przedsiębiorców, którzy poszukują informacji prezentowanych w sposób wiarygodny, przejrzysty i kompletny. Ostatnie wydanie poradnika w ciągu 6 miesięcy zostało pobrane już ponad 40 000 razy.

Z pierwszej części publikacji przedsiębiorcy dowiadują się, w jaki sposób przekształcić pomysł w efektywną strategię i ocenić szanse na powodzenie projektowanego biznesu. Pomocne są również wskazówki, jakie formalne kroki należy podjąć, aby zarejestrować własną działalność gospodarczą. Obecne wydanie poradnika zostało wzbogacone o obszerną część poświęconą zagadnieniom prawnym. Wiedząc, jak istotna jest znajomość przepisów pozwalająca podejmować decyzje zgodnie z obowiązującym prawodawstwem oraz budować profesjonalne relacje z kontrahentami i klientami, w rozdziale „Z prawem na co dzień” zamieszczone zostały najistotniejsze informacje z zakresu prawa podatkowego, rozliczania kosztów firmowych, opłacania składek ZUS czy prowadzenia księgowości.
Publikacja „Jak zostać i pozostać przedsiębiorcą” pomaga znaleźć źródło finansowania projektu, dostarcza wiedzy na temat możliwości korzystania z usług doradczych oraz innych narzędzi wsparcia dla przedsiębiorców. Lektura poradnika przybliża również specyfikę prowadzenia biznesu w Internecie, a dostarczając cennych wskazówek z zakresu promocji
i marketingu, pomaga w zbudowaniu skutecznej strategii komunikacji przedsiębiorstwa.
Autorzy poradnika dużo uwagi poświęcają bezpieczeństwu firm. Dzięki temu czytelnik znajdzie w nim niezbędne podpowiedzi, jak weryfikować wiarygodność kontrahentów, jak zdobywać informacje o innych firmach oraz jak zapewnić swojej firmie możliwość stabilnego działania.

Na końcu poradnika zostały zamieszczone adresy stron internetowych, istotnych z punktu widzenia osoby rozpoczynającej działalność gospodarczą. Przedsiębiorca zainteresowany szczegółowymi przepisami dotrze do nich dzięki linkom prowadzącym wprost z przewodnika do portali zawierających ustawy w ich obowiązującej aktualnie wersji.

Poradnik „Jak zostać i pozostać przedsiębiorcą” można pobrać za darmo ze strony internetowej Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pod tym adresem.

Terroryzm na rynkach

Tragedia w Brukseli odbiła się echem na całym świecie. Skutki zamachu terrorystycznego były odczuwalne także na rynkach. Zamach terrorystyczny na lotnisku w pierwszej kolejności wpłynął na spółki lotnicze, które bardzo szybko zaczęły tracić. Akcje Lufthansy, Ryanair, Air France – KLM czy Austrian Airlines momentalnie traciły w okolicy 5%. Ten sektor najmocniej ciągnął w dół rynki giełdowe, ale indeksy traciły jako całość, ponieważ jak zwykle w takich momentach pojawia się awersja do ryzyka, która nie sprzyja akcjom.

Mateusz Adamkiewicz– Generalnie tracił sektor związany z usługami turystycznymi: linie lotnicze, spółki hotelarskie. W tym przypadku spadki wynosiły ok. 5 proc. Warto wspomnieć o tym, że reakcja nie była długa, trwało to kilkadziesiąt minut. Później rynki wróciły do normalnego rytmu – mówi newsrm.tv Mateusz Adamkiewicz, analityk rynków finansowych HFT Brokers.
W najgorszym momencie sesji niemiecki indeks DAX tracił już prawie 2%, co oczywiście przekładało się także na nastroje na pozostałych głównych parkietach. Po godzinie 11:30 większość indeksów odrobiła już jednak sporą część strat, ponieważ w dłuższym terminie pojedyncze akty terroru nie mają aż takiego wpływu na wycenę przedsiębiorstw. Doświadczeni inwestorzy błyskawicznie zajmują pozycje krótkie na akcjach, ale szybko z nich wychodzą, ponieważ tego typu przeceny zazwyczaj stwarzają jedynie krótkotrwałe korekty.

Tradycyjnie w momentach paniki na rynku walutowym zyskuje jen, a na rynku surowcowym złoto. Oba aktywa uważane są za bezpieczne przystanie, gdzie przesuwany jest kapitał, kiedy rośnie awersja do ryzyka. Wśród walut tracących warto skupić się na euro i funcie. Euro traci ze względu na kolejny cios w serce Unii Europejskiej, która nie panuje ani nad swoimi granicami, ani nad sytuacją wewnętrzną. To jedynie wspiera antyeuropejskie nastroje, które są mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej i stanowi kolejny cios dla idei Wspólnoty. I w ten sposób płynnie przechodzimy do funta brytyjskiego, który również ucierpiał na zamachach. Kolejne zamachy terrorystyczne w Unii Europejskiej są kolejnym argumentem dla zwolenników Brexit. Pomijając różne korzyści związane z pobytem w UE, Brytyjczycy mogą coraz bardziej bać się o swoje bezpieczeństwo i trudno się temu dziwić. Z punktu widzenia gospodarczego Brexit będzie poważnym ciosem dla Wielkiej Brytanii i stąd przecena funta, który pod presją będzie pozostawał do momentu referendum, które odbędzie się 23 czerwca.
W świetle tragedii wielu rodzin rynek oczywiście schodzi na dalszy plan, ale w krótkim terminie zamachy w Brukseli doprowadziły do łańcuchowych reakcji, które pojawiają się przy okazji każdego większego zamachu terrorystycznego w kluczowych gospodarkach. Indeksy giełdowe zaliczyły krótkotrwałe nurkowanie, jen i złoto zyskiwały, a waluty krajów bezpośrednio i pośrednio związanych z zamachem traciły.

Ceny złota będą spadać

0

Złoto uważane za bezpieczną przystań wśród inwestorów cieszy się popularnością w czasach niepewnych. Obecnie jednak mamy do czynienia z wydarzeniami, które pokazują, że taka korelacja nie zawsze jest zachowana. Analitycy XTB przewidują, że złoto w najbliższym czasie może delikatnie tracić.

SuperDrob buduje nową ubojnię. Spółka zatrudni 650 osób, ze współpracownikami – 800

CEO Magazyn Polska

Jeszcze przed końcem 2017 roku może powstać nowy zakład produkcyjny spółki SuperDrob. W zlokalizowanym w Koluszkach obiekcie zatrudnienie znajdzie ok. 650 osób. Dzięki inwestycji spółka potroi posiadane moce produkcyjne. Jednocześnie zarząd firmy rozgląda się za nowymi rynkami zbytu. Dziś SuperDrob obecny jest na 19 rynkach zagranicznych, gdzie trafia aż połowa rocznej produkcji spółki.

– Mamy w tej chwili trzy zakłady produkcyjne – jeden w Karczewie, gdzie mieści się główna siedziba firmy, oraz dwa zakłady w Łodzi. Planujemy także nową inwestycję w strefie ekonomicznej w Koluszkach. Wybudowanie nowej ubojni zwiększy nasze możliwości nawet trzykrotnie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Wolf, dyrektor ds. eksportu SuperDrob Karczew.

Ekspert dodaje, że w ślad za zwiększeniem mocy produkcyjnych musi iść także poszukiwanie nowych rynków zbytu. Już dziś sprzedaż zagraniczna spółki SuperDrob odpowiada za około 50 proc. uzyskiwanych przychodów. Firma eksportuje do blisko 20 państw, z czego najważniejszymi rynkami zbytu są Wielka Brytania oraz Francja.

Nowa ubojnia może powstać jeszcze przed końcem 2017 roku. Zatrudnienie w niej znajdzie ok. 650 osób. Dodatkowych 150 osób zostanie zatrudnionych jako współpracownicy czy zleceniobiorcy.

– To jest kwestia mniej więcej 1,5–2 lat. Wstępne prace są tam już dość mocno zaawansowane. W związku z tym przypuszczamy, że pod koniec przyszłego roku lub w pierwszej połowie 2018 roku będziemy już korzystali z surowca z tamtej ubojni – informuje Wolf.

Jan Wolf tłumaczy, że inwestycja w nową ubojnię wymaga znacznych nakładów finansowych, a zarząd spółki SuperDrob obecnie rozgląda się za najlepszymi sposobami jej sfinansowania. Dodaje, że trudno określić, ile dokładnie wyniesie koszt budowy nowej ubojni. Powodem jest wysoki udział kosztów zmiennych.

Łączne wydatki inwestycyjne grupy SuperDrob na najbliższe dwa lata szacowane są na około 200 milionów złotych.

– Nowa ubojnia ma wspomóc również te rynki, na których już jesteśmy obecni. Produkujemy na sto procent naszych możliwości, wszystko się sprzedaje. Natomiast zapotrzebowanie na niektóre produkty jest czasami większe niż nasze możliwości. Stąd też inwestycja, która ma wypełnić tę lukę – wyjaśnia przedstawiciel spółki.

Dodaje, że w najbliższych latach SuperDrob Karczew pozostanie w prywatnych rękach, a sprzedaż akcji na rynku publicznym nie jest na razie planowana.

– Nie ma na razie planów wejścia na giełdę. Jesteśmy spółką akcyjną, ale na razie nie ma takich planów – podkreśla.

Firma SuperDrob została założona w 1993 roku. Dziś jest jednym z największych krajowych producentów drobiu, a w ramach całej grupy kapitałowej pracuje łącznie ok. 2000 pracowników.

Zbliża się okres gwałtownych zdarzeń pogodowych. Firmy ubezpieczają się już nie tylko od zalania i powodzi

CEO Magazyn Polska

Rośnie zapotrzebowanie na ubezpieczenia majątkowe ze strony małych i średnich przedsiębiorstw. Standardowe polisy obejmują takie ryzyka jak powódź, ogień czy zalanie. Coraz częściej firmy sięgają jednak po wariant all risk, który obejmuje znacznie szerszy katalog szkód niż tradycyjne ubezpieczenia i ułatwiają dochodzenie roszczeń. W ubiegłym roku wartość składek z ubezpieczeń majątkowych (bez komunikacyjnych) wyniosła 13,7 mld zł.

Ubezpieczenia dla małych i średnich przedsiębiorstw są coraz częściej poszukiwane – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Swoboda, menadżer produktu w biurze małych i średnich przedsiębiorstw w Towarzystwie Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta SA. – Taką polisę klient zawiera nie na miesiąc, dwa czy trzy, czyli w czasie najbardziej intensywnych zjawisk pogodowych, z którymi będziemy mieć do czynienia już wkrótce, ale na cały rok.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że w ubiegłym roku składka z ubezpieczeń majątkowych była o blisko 6 proc. wyższa niż w 2014 roku (wzrosła do 13,7 mld zł). Największy udział w składce mają ubezpieczenia od ognia i innych żywiołów (2,9 mld zł), ubezpieczenia pozostałych szkód rzeczowych (2,5 mld zł) oraz ubezpieczenia OC ogólne (2 mld zł).

Zalanie i powódź to tak naprawdę podstawowe ryzyka, które znajdują się w każdej polisie. Praktycznie przedsiębiorcy, jeśli decydują się już na zakupienie polisy dla swojej działalności, konkretnie pod swoją branżę, ten katalog ryzyk mają w zakresie. To jest niezbędne minimum w zakresie ubezpieczeń dla firm – mówi Swoboda.

Jak podkreśla, świadomość klientów w zakresie konieczności ubezpieczania się jest coraz większa, dlatego coraz częściej poszukują szerszej ochrony. Taką możliwość daje np. polisa all risk, która poza typowymi zdarzeniami (działanie żywiołów typu ogień, powódź, huragan, a także kradzież, włamanie, dewastacja), obejmuje także nienazwany katalog innych ryzyk, które były trudne do przewidzenia lub wynikają ze zbiegu zdarzeń, utrudniającego jednoznaczne określenie źródła szkody.

Towarzystwo odpowiada za wszystkie zdarzenia nagłe, niezależne, które wydarzą się wbrew woli ubezpieczonego poza tymi, które znajdują się w wyłączeniach. To np. załamanie się regału, na którym stoją środki obrotowe w danej hurtowni, czy to będą produkty spożywcze, czy elektronika, to są zwykle dość znaczące szkody, zalanie kawą komputera, tabletu, upadek tych sprzętów – wymienia Paulina Swoboda.

Formuła all risk przenosi ciężar dowodu na ubezpieczyciela. Oznacza to, że przykładowo kiedy przedsiębiorca stara się o odszkodowanie za zerwany dach w czasie wichury, nie musi szukać w Instytucie Meteorologii potwierdzenia takiego zjawiska pogodowego. W przypadku tradycyjnych polis klient musi w takiej sytuacji wykazać, że winny był silny wiatr, a nie np. wadliwa konstrukcja dachu.

Jak dodaje Paulina Swoboda, rolą agentów ubezpieczeniowych jest wskazanie przedsiębiorcy czynników ryzyka, które wiążą się z działalnością, jaką prowadzi. Zdaniem ekspertki ubezpieczenie mienia powinno być tylko jednym z elementów ochrony w firmie. Polisa od zdarzeń losowych może nie wystarczyć, by pokryć wszystkie szkody powstałe na ich skutek. Przedsiębiorcy powinni więc pomyśleć np. o ubezpieczeniach od utraty zysku albo ubezpieczeniach kosztów działalności.

Dla przykładu, w wyniku gwałtownej burzy dochodzi do zerwania dachu i zostają zalane bardzo specjalistyczne i kosztowne maszyny. Ich naprawa to jest proces długotrwały, zwłaszcza że były robione na zamówienie. W tym czasie przedsiębiorstwo ponosi zwykłe koszty prowadzonej działalności, związane np. z wynagrodzeniami pracowników czy spłatą zobowiązań i uiszczaniem comiesięcznych opłat – podkreśla Paulina Swoboda. – Dodatkowe ubezpieczenia pomogą przedsiębiorcy poradzić sobie w tym trudnym czasie.

Urzędy i instytucje publiczne pracę ochroniarzy często wyceniają na 5–6 zł/h. To stawki poniżej płacy minimalnej

CEO Magazyn Polska

Rząd pracuje nad wprowadzeniem minimalnego wynagrodzenia w wysokości 12 zł za godzinę od umów-zleceń. Wciąż jednak wiele urzędów i instytucji publicznych w zamówieniach publicznych pracę pracowników ochrony wycenia nawet o połowę niżej. Firmy ochroniarskie chcą zwiększać udział publicznych podmiotów w swoim portfelu, liczą jednak na wzrost stawek.

Chcemy zwiększyć skalę działania w sektorze publicznym, świadcząc usługi dla podmiotów publicznych czy tych, które zamawiają usługi poprzez ustawę o zamówieniach publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Pogonowski, prezes zarządu Konsalnet. – Ale jest to ciężki kawałek chleba, dlatego że nadal pomimo ozusowania umów-zleceń widzimy patologię.

Jak wynika z kontroli NIK, umowy cywilnoprawne są powszechnie stosowane w administracji publicznej. W 2014 roku zatrudnionych tak było 44 tys. osób, dwa razy więcej niż w 2010 roku. NIK wskazuje jednak, że w wielu wypadkach umowy te zastępują umowy o pracę, co jest już złamaniem praw pracowniczych. Blisko 30 proc. umów zostało podpisanych z osobami niezatrudnionymi nigdzie indziej na podstawie stosunku pracy.

Jak podkreśla prezes Konsalnetu, również kwestia wynagradzania pracowników ochrony jest problematyczna.

Widzimy bardzo dziwne zachowania zamawiających, którzy akceptują ceny oferowane przez mniejsze firmy, które nie są nawet zbliżone do minimalnej płacy – ok. 6–7 zł. Trudno nam konkurować w tym segmencie wśród zamawiających, którzy akceptują tego typu stawki – mówi Jacek Pogonowski.

Dodaje, że są wśród zamawiających instytucje, które oferują wysokie stawki, ale zwykle wiąże się to także z wysokimi wymaganiami, np. co do licencji na broń.

Sam koszt pracownika to kilkanaście złotych. Jeśli do tego doliczymy koszty umundurowania, badań oraz nasz zysk, to stawki powinny być na poziomie minimum 14–17 zł, a niektórzy zamawiają za 6–7 zł – mówi Pogonowski. – Tu nie mówimy nawet o minimalnej płacy, często nie mówimy o umowie o pracę. Z tym trzeba walczyć.

Jak wynika z danych Konfederacji Lewiatan, to już zaczyna się zmieniać dzięki zmienionej w 2014 roku ustawie o zamówieniach publicznych, która zobligowała zamawiających do ustalania innych kryteriów poza kryterium najniższej ceny. Wśród nich są klauzule społeczne, czyli np. wymóg, by wykonawca zatrudniał pracowników w oparciu o umowy o pracę czy z uwzględnieniem płacy minimalnej. Liczba osób na etatach wzrosła w tym czasie o 50 tysięcy.

Tutaj jest rola państwa, które powinno poza ustawą i rozporządzeniami dotyczącymi tego sektora, bardziej zwrócić uwagę na własne instytucje, czyli prokuratury, urzędy skarbowe, różnego typu jednostki publiczne, które nadal mówią: my nie chcemy płacić 10 czy 12 zł, dla nas jest to za dużo – mówi Pogonowski.

Zmiany są tym bardziej konieczne, że rząd zapowiada od września wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej (12 zł) na umowach-zlecenie.

Pogonowski podkreśla, że tego typu zmiany są pozytywne dla pracowników, ale ich skumulowanie w krótkim czasie może skutkować zwolnieniami. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku ozusowania umów-zleceń.

Wszelkie zmiany kosztów pracy w segmentach usług ochrony czy czystości dotykają ludzi, którzy nie mają wielu alternatyw na rynku pracy. Ozusowanie, które spowodowało spadek zatrudnienia w tych sektorach i wprowadzanie nowych regulacji, które zwiększą koszt pracy, a już na pewno ich gwałtowne wprowadzenie, wpłynie negatywnie na rynek pracy. Ci ludzie będą szli na bezrobocie albo do szarej strefy – mówi prezes Konsalnetu.

Groźne dla branży mogą być także skutki wprowadzenia podatku od sprzedaży detalicznej. Jeśli sieci handlowe będą szukać oszczędności, może to się odbić na zamówieniach usług ochroniarskich i sprzątania.

Tylko co dziesiąta firma korzysta z mediów społecznościowych. Polska na przedostatnim miejscu w UE

CEO Magazyn Polska

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że w Polsce 8,4 proc. firm jest obecnych w social media. W porównaniu z 2014 rokiem to wzrost, ale niewielki. Wynik ten daje Polsce przedostatnie miejsce w UE. Średnia dla 28 państw to 18 proc. Eksperci podkreślają, że cyfrowy potencjał nie jest przez firmy w pełni wykorzystywany. Zmiana w tym zakresie będzie napędzać biznes. 

Ze wszystkich statystyk paneuropejskich wynika, że wykorzystanie potencjału cyfrowego ciągle nie jest optymalne i ciągle można zrobić więcej niż teraz – mówi agencji Newseria Jakub Turowski, dyrektor ds. polityki publicznej Facebook w Polsce. – Aktywność Facebooka pozwala na rozwój setek tysięcy lokalnych małych i średnich firm w naszym kraju. Mamy już przykłady firm, które zdołały z sukcesem wykorzystać ten potencjał.

Jak podkreśla, są dwa warunki konieczne do tego, by jego wykorzystanie było możliwe. Po pierwsze, walka z wykluczeniem cyfrowym firm. Dane Komisji Europejskiej plasują nas na przedostatnim miejscu w UE pod względem obecności firm w interencie i mediach społecznościowych.

Wiele firm nie korzysta z internetu, z Facebooka, nie zdając sobie sprawy z tego, ile wartości dodanej to może przynieść – podkreśla Turowski. – Po drugie, dobry biznes w świecie cyfrowym to są też dobre regulacje, które nie będą hamowały rozwoju innowacyjności, tylko będą umożliwiały szybszy rozwój, które będą walczyły z istniejącymi jeszcze od czasu do czasu granicami.

Podaje przykład jednej z firm odzieżowych Szyjemy Sukienki, która zaczynała od fanpage’u na Facebooku, a dziś zatrudnia osiem osób, prowadzi ogólnopolską sprzedaż i przymierza się do wejścia na rynki zagraniczne.

Facebook daje przede wszystkim duży zasięg. Jak wynika z raportu firmy Gemius, w Polsce korzysta z niego ok. 20 mln osób, czyli 80 proc. internautów. Największą popularnością serwis cieszy się wśród osób w przedziałach wiekowych 25–34 lata oraz 15–24 lata. Zdecydowana większość użytkowników śledzi fanpage co najmniej jednej firmy. Facebook rozwija również narzędzia dla firm, które umożliwią im m.in. dotarcie do klientów i skuteczną komunikację z nimi.

To dlatego otworzyliśmy biuro w Warszawie. Przez cały rok będziemy rozwijać szereg programów edukacyjnych, które są kierowane w sposób bardzo bezpośredni do małych i średnich przedsiębiorstw tak, aby one wiedziały, jak ten potencjał wykorzystywać – podkreśla Turowski.

Jak jednak zaznacza szef Facebooka na region Europy Środkowo-Wschodniej Robert Bednarski, oferta serwisu jest kierowana również do największych podmiotów.

Staramy się zawsze budować naszą komunikację i cały wachlarz narzędzi wokół jasno sprecyzowanych celów biznesowych każdego przedsiębiorcy zarówno małego, jak i dużego. To jest swego rodzaju demokratyzacja marketingu. Dopasowujemy rozwiązania w zależności od tego, czy mamy do czynienia z budowaniem sprzedaży online przez sklepy internetowe, czy z realizacją celów w obszarze budowania świadomości marki – wyjaśnia Bednarski.

Co istotne, firmy mają także możliwość zmierzenia efektów, jakie zastosowanie danych narzędzi przyniosło.

Facebook mocno stawia na komunikację wizualną i wykorzystanie wideo.

Widzimy bardzo duże zainteresowanie szerokiej grupy dużych brandów, dużych przedsiębiorców, którzy wykorzystują już dzisiaj nas jako komplementarną platformę dla swoich działań w telewizji. To się bardzo szybko zmienia i faktycznie komunikacja wizualna zaczyna dominować również na Facebooku – podkreśla Bednarski.

Przed Wielkanocą rośnie popyt na bioprodukty. Największym zainteresowaniem cieszą się ekologiczne jaja, warzywa oraz wędliny

CEO Magazyn Polska

Przed świętami konsumenci chętniej sięgają po lepszej jakości i jednocześnie droższe artykuły spożywcze. To powoduje, że rośnie sprzedaż produktów ekologicznych. Internetowy supermarket Frisco.pl odnotowało ok. 10-proc. wzrost. Popyt na ekologiczne jajka, warzywa i kiełbasę rośnie jeszcze szybciej.

Sprzedaż produktów ekologicznych przed świętami Wielkiej Nocy rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Dębowski, dyrektor marketingu Frisco.pl. – Obserwujemy ok. 10-proc. wzrost zapotrzebowania na tego rodzaju wyroby. Przede wszystkim ze względu na to, że są to artykuły wysokiej jakości, a przed świętami rośnie zapotrzebowanie na produkty lepsze, nieco droższe.

Udział bioproduktów w krajowym rynku żywności nie jest na razie znaczący. Specjaliści szacują, że wartość sprzedawanych tego rodzaju artykułów wynosi około 700 mln zł rocznie, co stanowi ułamek procentu całego handlu produktami spożywczymi. W krajach Europy Zachodniej jest to kilka procent. Perspektywy rynku są jednak bardzo dobre. Jak prognozuje spółka Bio Planet, wartość biozakupów do 2022 roku będzie rosnąć o około 20 proc. rocznie.

Przed świętami do koszyka konsumentów trafiają głównie produkty, które kojarzą się z tym okresem, a więc jajka, których sprzedaż jest większa nawet o jedną piątą – zauważa Tomasz Dębowski. – Równie chętnie wybierane są produkty potrzebne do przyrządzania tradycyjnej sałatki jarzynowej, czyli marchew i ziemniaki. Ich warianty bio sprzedają się lepiej i są to 20–30-proc. wzrosty. Także zapotrzebowanie na biokiełbasę rośnie dwucyfrowo.

Jak wynika z danych Frisco.pl, sprzedaż ekologicznych warzyw, wyrobów nabiałowych czy wędlin zamówionych przed ubiegłorocznymi świętami była o niemal 10 proc. wyższa niż w tym samym okresie rok wcześniej, a ekoprodukty znajdowały się prawie w co czwartym koszyku zakupowym. Popyt na ekojajka zwiększył się o 28 proc., a na ekokiełbasę – o 18 proc. Jeszcze wyraźniejszy wzrost popytu odnotowano w przypadku biorzodkiewki, której sprzedaż się podwoiła. Dębowski zapewnia, że oferta produktów ekologicznych we Frisco.pl jest bardzo szeroka i obejmuje około 10 proc. asortymentu.

To nasz wyróżnik w tej kategorii – przekonuje. – Konsumenci kojarzą już sklep z ofertą tego rodzaju produktów. Ich zdaniem żywność ekologiczna, często produkowana w mniejszej skali, jest znacznie lepszej jakości. Zależy im przede wszystkim na tym, by tego rodzaju produkty pochodziły z pewnego źródła, a ich oferta była rzeczywiście szeroka, aby w każdej kategorii mogli znaleźć produkty ekologiczne.

Według spółki Bio Planet obecnie na rynku zarówno stacjonarnym, jak i internetowym funkcjonuje blisko 700 sklepów specjalistycznych z ekologiczną żywnością. Miesięcznie rozpoczyna działalność 5–6 takich placówek.

Okres przedświąteczny jest ważny dla całego handlu FMCG [z ang. Fast-Moving Consumer Goods, czyli produkty szybko zbywalne – red.] – podkreśla Tomasz Dębowski. – Przewagą zakupów online jest to, że nie musimy jeździć do hiper- i supermarketów, tracić czasu w kolejkach i dźwigać toreb. Można spokojnie zamówić produkty, nawet w drodze do domu czy w pracy i spokojnie czekać na kuriera z dostawą. W związku z tym klient ma więcej czasu na to, co najważniejsze, czyli przygotowania do świąt z rodziną.

Ponad 1/3 Polaków spędzi Wielkanoc w podróży. Na wyjazd przeznaczą prawie 600 zł

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej spędzają Wielkanoc z dala od świątecznego stołu. Ponad 30 proc. ankietowanych przez firmę Groupon zamierza się wybrać w świąteczną podróż. Najchętniej wyjeżdżają nad morze i w góry. Miejscowości turystyczne nie są wówczas przepełnione, można więc bez ograniczeń korzystać z lokalnych atrakcji. Wiele hoteli i ośrodków spa przygotowuje specjalne oferty świąteczne. 

Zdecydowaną większość Polaków cechuje tradycyjne podejście do świąt wielkanocnych. Z badań firmy Groupon wynika, że aż 73 proc. ankietowanych zamierza spędzić je w rodzinnym gronie. Ponad 50 proc. świąteczne dni traktuje jako możliwość odpoczynku od pracy, a 34 proc. twierdzi, że jest to dla nich także przeżycie religijne. 1/3 Polaków święta spędzi w podróży  połowa z tych osób wyjedzie do rodziny, pozostałe wykorzystają przerwę w pracy jako okazję do urlopu.

– Wyjeżdżamy gdzieś, gdzie nie musimy się przejmować przygotowaniem całych świąt, sprzątaniem, gotowaniem, tylko po prostu jedziemy na wypoczynek w Polsce czy za granicę, gdzie wszystko już jest gotowe. Tak naprawdę spędzamy ten czas z rodziną na relaksie, na odpoczynku, na zwiedzaniu i nie musimy się przejmować sprawami okołoświątecznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Tomasz Wacławski, dyrektor działu Travel w Groupon Polska.

Ponad 60 proc. badanych zamierza wyjechać na 3 do 5 dni. Najpopularniejsze destynacje to polskie morze, gdzie planuje się wybrać 13 proc. ankietowanych, oraz polskie góry tam święta spędzi 11 proc. badanych. Wyjazd na Mazury preferuje 6 proc. uczestników badania, w ciepłe kraje wybiera się natomiast tylko 4 proc. badanych. Na wielkanocny wyjazd Polacy wydadzą ok. 600 zł  taką kwotę planuje przeznaczyć na podróż 74 proc. badanych.

Jest to kwota, która rzeczywiście nie jest dużym nadszarpnięciem budżetu. Tym bardziej że np. według badania Providenta średnio Polacy przeznaczają na przygotowanie świąt około 400 zł – mówi Tomasz Wacławski.

Wyjazd w czasie świąt wielkanocnych ma wiele zalet. W miejscowościach turystycznych nie ma wówczas wielu podróżnych, co oznacza, że łatwiej jest znaleźć dobre miejsce noclegowe, nie trzeba też długo czekać w kolejce do wyciągu narciarskiego czy leżaka na plaży. Zwiedzanie lokalnych atrakcji także jest łatwiejsze, gdy nie ma tłumu turystów. Spędzenie świąt z dala od rodzinnego domu pozwala także odpocząć, zwłaszcza psychicznie, oderwać się od codzienności i nabrać sił do pracy w miesiącach, które dzielą większość Polaków od wakacyjnego urlopu.

Wiele hoteli, pensjonatów i ośrodków spa przygotowuje specjalne wielkanocne oferty. Swoim gościom oferują bowiem świąteczne śniadanie, dzięki czemu mogą się cieszyć atmosferą Wielkanocy. Z badania firmy Groupon wynika także, że wielu Polaków, którzy Wielkanoc spędzą w domu, chętnie wybrałoby się w tym czasie w podróż. 32 proc. z nich najchętniej pojechałoby nad morze, 24 proc. w góry, a 14 proc. wybrałoby podróż do ciepłych krajów.

Polacy jedzą coraz więcej jajek, choć dużo mniej niż europejscy sąsiedzi. Kupując je, kierujemy się ceną

CEO Magazyn Polska

Choć większość Polaków nie wyobraża sobie wielkanocnego stołu bez jajek, na co dzień jemy ich niewiele. Rocznie zjadamy ich ok. 150 w różnej postaci i choć konsumpcja rośnie, to i tak jest znacznie mniejsza niż na Zachodzie. Podczas zakupów kierujemy się ceną, jaja ekologiczne odpowiadają za 0,2 proc. sprzedaży. Polska jest od lat w czołówce eksporterów jajek, branża boryka się jednak z problemami, przede wszystkim z pozyskiwaniem źródeł białka do produkcji karmy.

Wedle ostatnich wyliczeń w Polsce konsumpcja jaj jest na poziomie 154 jajek rocznie na mieszkańca. Uważamy jednak, że te dane nie są adekwatne do rzeczywistości. Z naszych informacji wynika, że to wartość zbliżona do 200 sztuk. Dla porównania, w Japonii spożycie wynosi blisko 340 sztuk jaj na mieszkańca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Żyszkiewicz, wiceprezes Fundacji Jedzmy Jaja.pl.

Z danych BGŻ BNP Paribas wynika, że przeciętny Polak zjada rocznie 160 jajek. Choć spożycie rośnie (w 2013 roku było to 142), to jesteśmy daleko za innymi krajami europejskimi. W Danii czy Austrii spożycie wynosi około 240 sztuk rocznie, a w Niemczech ok. 220 sztuk. Powyżej 200 jajek rocznie spożywają również nasi wschodni sąsiedzi.

Polacy kupując jajka, kierują się rodzajem chowu. Chów ściółkowy, wolno wybiegowy i ekologiczny stają się coraz popularniejsze, jednak większość konsumentów wybiera te najtańsze jajka.

W Polsce mamy około 40 mln kur znoszących jaja. Rocznie to kilka miliardów sztuk jaj – wskazuje Żyszkiewicz. – Wszystkie jajka są popularne, choć nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Jajo ekologiczne stanowi 0,2–0,3 proc. sprzedaży w Polsce. Można powiedzieć, że to niszowy produkt.

Polska jest jednym z największych producentów i eksporterów jajek w Unii Europejskiej. Produkujemy ok. 9 mld jaj rocznie, z czego na eksport trafia blisko połowa (43 proc.). W ubiegłym roku wyeksportowano 234,5 tys. ton jaj, o 13 proc. więcej niż w 2014 roku. Największym odbiorcą są kraje unijne, przede wszystkim Niemcy, Holandia, Włochy i Czechy (ponad 65 proc. udziału w wartości eksportu).

Eksportujemy w granicach 40 proc. produkcji poza Polskę. Gdyby nie eksport, w ciągu pół roku cała branża mogłaby zbankrutować – ocenia wiceprezes Fundacji.

Choć kondycja rynku jest stabilna, boryka się on z problemami, m.in. z pozyskiwaniem źródeł białka do produkcji karmy dla zwierząt. Od stycznia 2017 roku ma zacząć obowiązywać nowelizacja ustawy paszowej, która wprowadza zakaz stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych. Dla polskich rolników może to oznaczać konieczność kupowania droższych pasz. Blisko 60 proc. importowanej soi jest wykorzystywane do produkcji pasz dla drobiu.

Od kilku lat jest problem z soją genetycznie modyfikowaną. Obecnie mamy odroczony okres, w którym branża może stosować soję GMO do produkcji pasz. Ale na jesieni tego roku kończy się to odroczenie i nie będzie możliwości stosowania soi GMO. To podstawowe źródło białka w produkcji karm dla drobiu, po tym jak wycofana została możliwość stosowania mączek mięsno-kostnych – tłumaczy Krzysztof Żyszkiewicz.

Vedemecum zysku, czyli kilka słów o oprocentowaniu produktów finansowych

Osiągnięcie zysku to główny powód, dla którego inwestujemy nasze pieniądze. Różne produkty finansowe oferują jednak inny zysk i inaczej go generują. Od czego zależy oprocentowanie lokat, a od czego stopa zwrotu z funduszy inwestycyjnych? Czym jest zysk brutto i zysk netto? Dlaczego 1% w ofercie nie zawsze przekłada się na jeden procent zysku z inwestycji?

Oprocentowanie depozytu bankowego jest uzależnione od kilku czynników. Najważniejsza jest referencyjna (główna) stopa procentowa. Jej poziom jest ustalany przez Radę Polityki Pieniężnej (organ decyzyjny Narodowego Banku Polskiego). – Stopa referencyjna wpływa na stawki, po których banki są skłonne pożyczać pieniądze sobie nawzajem i stanowi punkt odniesienia dla wysokości oprocentowania lokat dla osób, które chcą pomnażać swoje oszczędności – mówi Hanna Maciejewska, dyrektor regionalny ds. sprzedaży detalicznej w Union Investment TFI.

Oprocentowanie oferowane przez banki zależy również od kwoty depozytu, czasu na jaki klient deklaruje oddanie środków, waluty w której deponowane są środki, ale również od wyboru dodatkowych produktów bankowych, np. ROR. – Istotne znaczenie ma też sytuacja płynnościowa banku. Zazwyczaj im jest ona lepsza, tym niższe odsetki od lokaty otrzymamy – dodaje Hanna Maciejewska. Bank nie pobiera opłaty za założenie lokaty. Nie oznacza to jednak, że na niej nie zarabia. Środki zdeponowane przez inwestorów bank przeznacza m.in. na kredyty, od udzielenia których pobiera marże i prowizje.

Od czego zależy stopa zwrotu z funduszu?

Pod względem konstrukcji i zasad działania, fundusz inwestycyjny różni się istotnie od lokaty bankowej. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do oprocentowania lokaty, stopa zwrotu z funduszu nie jest z góry znana, ani też gwarantowana. Jest to związane z ryzykiem wpisanym w różne aktywa finansowe. Jednocześnie, wbrew panującym mitom, nie wszystkie fundusze inwestycyjne są równie ryzykowne. – Jest cała gama bezpieczniejszych funduszy, które nie inwestują na giełdzie. Dla osób, które dotychczas korzystały wyłącznie z lokat bankowych pierwszym wyborem powinny być fundusze pieniężne, nazywane też gotówkowymi. Cechują się one najwyższym poziomem bezpieczeństwa i najniższymi wahaniami wartości­ – wyjaśnia Hanna Maciejewska.

Od czego jednak zależy wysokość zysku, który możemy osiągnąć inwestując poprzez TFI? Finalna stopa zwrotu jest wypadkową wielu czynników: typu funduszu (akcyjny, obligacyjny, pieniężny, nieruchomościowy etc.), sytuacji na rynkach finansowych, realizowanej przez fundusz strategii inwestycyjnej, jakości zarządzania (kompetencji osób zarządzających majątkiem TFI). Na zysk dla inwestora ma wpływ również poziom pobieranych opłat. Można spotkać dwie podstawowe: dystrybucyjną, za zakupienie jednostek uczestnictwa w funduszach (przy czym inwestując online najczęściej można całkowicie jej uniknąć) i za zarządzanie funduszem.

Generalna zasada jest taka, że im bardziej ryzykowny fundusz, tym wyższą opłatę za zarządzanie pobiera. Opłata za zarządzanie funduszem pieniężnym jest niska, najczęściej na poziomie 1% od wpłaconych środków – mówi ekspertka Union Investment TFI. – Stopy zwrotu podawane w zestawieniu notowań czy mediowych rankingach to zyski netto, a więc całkowite zyski dla inwestora, po wcześniejszym uwzględnieniu tej opłaty – dodaje.

Ile można zyskać?

Obliczenie zysku z lokaty założonej na rok jest proste. Wystarczy kwotę początkową pomnożyć przez oprocentowanie lokaty w skali roku (taka wartość jest najczęściej podawana przy ofertach depozytów). Przykład: wpłacając 10000 zł na rok, przy oprocentowaniu 1,7%, nasz zysk brutto (przed opodatkowaniem) wyniesie 10000×0,017, czyli 170 zł. Sytuacja komplikuje się, jeśli nasze środki lokujemy w banku na krótszy okres. Wówczas do powyższego działania musimy dodać zmienną określającą czas trwania lokaty. W przypadku 3-miesięcznej będzie to: 3/12 (liczba miesięcy w roku) = ¼ = 0,25. W tym przypadku nasz zysk brutto (przed opodatkowaniem) wyniesie 10000×0,017×0,25, czyli 42,5 zł.

Inwestując w fundusz nie trzeba deklarować pozostawienia środków na rok lub trzy miesiące, jak w przypadku lokaty. Zysk z funduszu zależy przede wszystkim od czynników opisanych wcześniej. Dlatego warto wybrać fundusz o sprawdzonej historii i  regularnie monitorować, jakie są perspektywy rynkowe dla interesującej nas klasy aktywów. – Spodziewamy się, że w 2016 r. fundusze pieniężne wypracują zyski netto w okolicach 2-2,5%. Biorąc pod uwagę środowisko niskich stóp procentowych i niskie oprocentowanie lokat, powinny kolejny rok z rzędu cieszyć się dużym zainteresowaniem inwestorów – mówi Hanna Maciejewska.

Obliczając zysk, pamiętaj o podatku

Pomnażając środki, niezależnie czy na lokacie bankowej, czy w funduszu, trzeba pamiętać o podatku od zysków kapitałowych, tzw. podatku Belki. Wynosi on 19% i jest naliczany wyłącznie od zysku – nie od całości inwestowanej kwoty. Ile otrzymamy po jego zapłaceniu? Jeśli zysk z produktu finansowego to 170 zł, to podatek wyniesie 32,3 zł (170×0,19). Do ręki, oprócz ulokowanej kwoty, otrzymamy więc 137,7 zł. Na szczęście zarówno bank, jak i TFI odprowadza podatek Belki automatycznie przy wypłacie środków. Nie trzeba się więc martwić samodzielnym rozliczaniem przychodów w PIT.

Warto też pamiętać o pewnej różnicy. Zysk brutto z lokaty bankowej to zysk netto z funduszu inwestycyjnego. Dlaczego? – Jest to związane z charakterystyką funduszu inwestycyjnego. W funduszu na zysk brutto składa się zysk netto dla inwestora oraz opłata za zarządzanie – fundusz musi na siebie zarobić. W ostatecznym rozrachunku, dla uproszczenia, TFI podają tylko wartość netto, czyli tę, którą otrzymuje inwestor – mówi Hanna Maciejewska.

Podsumowując, podatek Belki dla lokat jest naliczany od kwoty brutto, a dla funduszy inwestycyjnych dla kwoty netto.

 

Warto szukać promocji

Banki często oferują lokaty promocyjne, kuszące oprocentowaniem. Przed ulokowaniem środków warto tylko przeczytać, czy nie jest to promocja na depozyt krótkoterminowy. Co to oznacza? Jeśli oferta opiewa na 4%, a okres trwania lokaty wynosi 3 miesiące, klient nie otrzyma zysku w tej wysokości, a jedynie jego ćwierć.

Promocje, które mogą zwiększyć nasz zysk możemy spotkać także w TFI, jednak zauważalnie rzadziej. Może to być czasowe obniżenie opłat za zarządzanie lub też bonus do inwestycji. Załóżmy, że TFI proponuje inwestorowi, że dopłaci do 3-miesięcznej inwestycji 1%. Wówczas zysk nie jest dzielony przez cztery, jak w przypadku oprocentowania depozytu, dla którego zwyczajowo podaje się oprocentowanie roczne, niezależnie od okresu trwania lokaty. W przypadku takiej promocji, przez 3 miesiące inwestor zarobi na funduszu nie 1%, a 4% w skali roku.

Jak pokazuje powyższy przykład, każdą ofertę promocyjną należy dokładnie sprawdzać. Nie zawsze 4% oznacza 4%, a czasami 1% to w rzeczywistości równowartość 4% dodatkowego zysku liczonego w skali roku. Niezależnie od promocji warto jednak wiedzieć, skąd bierze się zysk w przypadku depozytu bankowego, a skąd w przypadku funduszu inwestycyjnego. Pamiętajmy też o różnicach w zyskach brutto (dla lokat) oraz netto (dla funduszy), a także o tym, że od zysku zawsze odprowadzimy podatek do budżetu państwa. Uzbroiwszy się w tę wiedzę, możemy śmiało ruszać na podbój rynku w poszukiwaniu najatrakcyjniejszych produktów finansowych.

Jak uchronić się przed bankructwem biura podróży?

W zeszłym tygodniu zakończyły się konsultacje społeczne w sprawie nowelizacji ustawy o usługach turystycznych. Najważniejszą planowaną zmianą jest utworzenie Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Zanim jednak te pomysły staną się rzeczywistością, sprawdź, jak samemu uchronić się przed upadkiem biura podróży.

 Turystyczny Fundusz Gwarancyjny ma dopełnić istniejące już zabezpieczenia. Składki na niego opłacałaby wszystkie biura podróży sprzedające wycieczki poza Polskę i kraje ościenne. Dzięki niemu turyści mają być pewni, że w razie bankructwa biura podróży otrzymają pełny zwrot poniesionych kosztów, a także bez problemów powrócą do domu.

Jak możesz samodzielnie zwiększyć swoje bezpieczeństwo?

 Zanim jednak Turystyczny Fundusz Gwarancyjny zacznie rzeczywiście funkcjonować, klienci muszą samodzielnie zadbać o swoje bezpieczeństwo. Co możesz zrobić? Przede wszystkim rozważnie wybrać biuro podróży.

  • Sprawdź, czy dane biuro podróży widnieje w Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych.
  • Zobacz, czy wybrane przez Ciebie biuro podróży nie znajduje się w bazie danych jednego z biur informacji gospodarczej.
  • Poszukaj także informacji na temat wybranego biura podróży. Od jak dawna funkcjonuje? Jakie są opinie klientów? Czy informacje na stronie są pełne i rzetelne?

A co jeśli sam zrezygnujesz z podróży?

Niekiedy jednak rezygnacja z wyjazdu lub jego skrócenie wynika nie z bankructwa biura podróży, lecz z sytuacji losowych zachodzących w Twoim życiu. W takim przypadku ochronę zapewni Ci jedynie ubezpieczenie kosztów rezygnacji lub przerwania podróży – przypomina Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

 Oczywiście odszkodowanie z takiej polisy zostanie wypłacone jedynie w przypadku rezygnacji z powodu ważnych wydarzeń losowych, takich jak:

  • śmierć Twoja lub bliskiej ci osoby
  • nieszczęśliwy wypadek, nagłe zachorowanie Twoje lub bliskiej osoby, przedwczesny poród,
  • poważna szkoda w mieniu (np. pożar, kradzież z włamaniem).

O zwiększeniu prawnego zabezpieczenia klientów przed bankructwem operatorów turystycznych mówi się od dawna. Zanim jednak te pomysły staną się rzeczywistością, zadbaj sam o swoje bezpieczeństwo.

Nie daj się inwigilować w sieci

Korzystając z internetu, udostępniamy o sobie różne informacje. Często okazuje się to przydatne – umożliwia np. otrzymywanie spersonalizowanych reklam. Niektórzy z nas nie życzą sobie jednak inwigilacji i woleliby zachować w sieci anonimowość. Tylko czy jest to możliwe?

Wielu osobom wydaje się, że w internecie są całkowicie anonimowe. Inni sądzą, że jesteśmy śledzeni wyłącznie w celach reklamowo-marketingowych. Niestety, informacje o nas trafiają czasami także do przestępców, którzy mogą np. ukraść naszą tożsamość lub nękać nas przez sieć (cyberstalking).

Zwykle jesteśmy zresztą sobie winni sami. „Przede wszystkim należy pamiętać, że użytkownicy sami udostępniają bardzo dużo informacji w internecie, zwłaszcza w portalach społecznościowych. Zamieszczamy tam filmy, zdjęcia, ale również adresy korespondencyjne i mejlowe czy numery telefonów. Od tych danych może zależeć nasze bezpieczeństwo” – mówi serwisowi infoWire.pl Maciej Ziarek, analityk zagrożeń w Kaspersky Lab Polska. Dlatego też powinniśmy uważać, co zamieszczamy w portalach społecznościowych oraz ograniczyć do tego dostęp.

Bardzo dużo danych udostępniamy jednak przez samo wchodzenie na strony internetowe. Informacje o naszej aktywności są zapisane między innymi w tzw. ciasteczkach czy innych przesyłanych plikach. Czy to oznacza, że jesteśmy skazani na inwigilację?

Właściwie tak, ale możemy ją ograniczyć. „Aby uniknąć śledzenia w internecie, należy np. korzystać z trybu incognito w przeglądarce. Zredukuje to ilość wysyłanych przez nią informacji. Warto też używać różnych narzędzi anonimizujących. Szczególnie dużą anonimowość zapewnią nam przeglądarka TOR czy wirtualna sieć prywatna (VPN), dzięki której nawet dostawca internetowy będzie miał problemy z zobaczeniem, na jakie strony wchodzimy” – stwierdza ekspert.

Toyota Mirai otrzymała tytuł World Green Car of The Year 2016

Na Salonie Samochodowym w Nowym Jorku ogłoszono wyniki konkursu World Car of The Year. Jurorzy z całego świata, wśród nich Polak – Maciej Pertyński, przyznali tytuł World Green Car of The Year napędzanej ogniwami wodorowymi Toyocie Mirai.

Na krótkiej liście finalistów oprócz Miraia, znalazł się też drugi ekologiczny model koncernu, hybrydowa Toyota Prius IV generacji, a także Chevrolet Volt. Jurorzy byli zgodni, że Toyota napędzana ogniwami wodorowymi jest samochodem, który zmienia oblicze współczesnej motoryzacji.  Konkurs World Car of The Year organizują dziennikarze motoryzacyjni z całego świata.

„Mirai był najważniejszym samochodem 2015 roku. Wraz z tym modelem nadeszła przyszłość motoryzacji. Wodór może stać się alternatywą dla kopalin, a tym samym obronić nas przed dominacją ropy naftowej. To jest samochód wprowadzający cały świat w zupełnie nową epokę” – wyjaśnił polski juror konkursu World Car of The Year, Maciej Pertyński.

W konkursie WCOTY 2016 Mirai i Prius zdeklasowały takich rywali, jak BMW 330 e Plug-in-hybrid, Volkswagen Passat GTE, Mercedes-Benz C 350e, Nissan Murano Hybrid czy Nissan X-Trail Hybrid.

Toyota Mirai powstała na bazie koncepcyjnego modelu Toyota FCV, który zaprezentowano w 2013 roku na Tokyo Motor Show. Dwa lata później, jako seryjny model, Toyota Mirai została wprowadzona do sprzedaży w Japonii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Danii i Stanach Zjednoczonych. W reakcji wodoru z tlenem w ogniwach paliwowych powstaje prąd zasilający silnik elektryczny. Wodór jest zmagazynowany pod ciśnieniem 700 barów w dwóch trójwarstwowych zbiornikach z kompozytów z włókna węglowego i szklanego o łącznej pojemności 122,4 l. Ich tankowanie trwa zaledwie 3 minuty. Zbiorniki są bardzo mocne i szczelne, by gwarantować najwyższy poziom bezpieczeństwa. Badania potwierdziły, że Mirai jest bezpieczniejszy, niż samochód zasilany LPG czy benzyną.

Wodorowe ogniwa paliwowe w Toyocie Mirai działają na zimno. Źródłem energii cieplnej jest tylko wysokonapięciowa instalacja elektryczna. Gotowe do drogi auto waży 1850 kg i może zabrać na pokład 4 osoby. Jedno tankowanie pozwala na pokonanie dystansu od 550 do maksymalnie 750 km. Do pokonania dystansu 100 km wystarcza 0,8 kg wodoru.

Prędkość maksymalna Mirai to 178 km/h, przyspieszenie do 100 km/h zajmuje 9,6 s. Silnik elektryczny ma moc 154 KM i maksymalny moment obrotowy 335 Nm. Zastosowana w aucie przetwornica zwiększa uzyskane z ogniw napięcie do 650 V, co pozwoliło zredukować ich liczbę. Dodatkowy akumulator NiMh pozwala gromadzić energię podczas hamowania, by użyć jej do wspomagania silnika elektrycznego w momencie przyspieszania.

Jeździe przez miasto towarzyszy cicha praca turbiny, zasysającej powietrze do ogniw paliwowych. Jest ono potrzebne do przeprowadzenia reakcji łączenia wodoru z tlenem. Produktem końcowym jest prąd, zasilający trakcyjny silnik elektryczny, a ubocznym – wyłącznie czysta woda.

Wodór, który można pozyskać w sposób ekologiczny – np. z wykorzystaniem energii wiatrowej, i który łatwiej magazynować niż prąd, ma stać się według Toyoty paliwem nowej ery. Stosowanie go na przemysłową skalę może zmniejszyć o 80% emisję dwutlenku węgla do atmosfery, generowaną z powodu wykorzystywania paliw kopalnych. Społeczeństwo wodorowe, do którego dąży Toyota, to najbardziej efektywny, jaki obecnie zna ludzkość, sposób wykorzystania paliw alternatywnych. Pozwala uniknąć największego problemu samochodów elektrycznych, jakim jest wysoka masa i niska efektywność akumulatorów, a jednocześnie wyeliminować silnik spalinowy.

Toyota zachęca także innych producentów aut do wdrożenia technologii wodorowej. W tym celu uwolniła 5 680 patentów, związanych z technologią ogniw paliwowych. Każdy koncern samochodowy może skorzystać z doświadczenia Toyoty, mając do dyspozycji 3 350 patentów oprogramowania sterującego tym napędem, ponad 1 900 patentów dotyczących ogniw wodorowych, 290 patentów obejmujących technologie budowy wysokociśnieniowych zbiorników oraz 70 z zakresu technologii produkcji i magazynowania wodoru.

W USA pierwszym rynkiem samochodów wodorowych jest Kalifornia, w której działa już kilkanaście stacji tankowania wodoru, zaś w Europie – na terenie Niemiec, Danii i Wielkiej Brytanii. Sieć stacji tankowania wodoru powstanie również w Polsce. Pierwsza w ciągu najbliższych 5 lat. Takie obiekty znajdą się w Warszawie, Poznaniu, Białymstoku, Szczecinie, okolicach Łodzi, Trójmiasta i Katowic oraz we Wrocławiu i Krakowie. Projekt, koordynowany przez Instytut Transportu Samochodowego, ma zostać zrealizowany do 2023 roku.

Rynki uspokajają się przed świętami

Wygląda na to, że do świąt na rynkach będzie mało emocji. Ostatnią nadzieją na większe zmiany są dzisiejsze odczyty z USA. Poznamy z nich wskaźniki zamówień na dobra.

Wczorajsze indeksy koniunktury gospodarczej dla Polski wypadły słabo. Zarówno bieżący, jak i wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej spadł o 3 pkt. Dane te nie są na tyle istotne by wybić złotego z marazmu, w który wpadł przed świętami. Pokazują jednak niepokojącą tendencje. Jeżeli więcej tego typu wskaźników wyprzedzających będzie wypadać wyraźnie gorzej, inwestorzy zaczną patrzeć z rezerwą na złotego, a to przełoży się na spadki naszej waluty.

Wczorajsze dane z USA również wypadły neutralnie. Zarówno wnioski o kredyt hipoteczny, jak i sprzedaż nowych domów okazały się dokładnie równe oczekiwaniom. Ze względu na brak sygnałów zewnętrznych na głównej parze walutowej trwa powolny powrót w stronę poziomów z przed ostatniej konferencji Mario Draghiego. Dla przypomnienia prezes EBC zapowiedział koniec cyklu luzowania polityki monetarnej. Wywołało to gwałtowne przeniesienie akcentów z dolara na euro. Dla złotego najważniejszą konsekwencją tego ruchu jest umacnianie się dolara, który od ostatniego dołka na 3,76 zł podrożał już do 3,82 zł.

Dzisiaj rano poznaliśmy delikatnie słabszy odczyt z Niemiec. Indeks zaufania konsumentów spadł o symboliczne 0,1 pkt. Również ceny importu okazały się niższe od oczekiwań analityków. Odrobinę gorzej wypadł z kolei wskaźnik wyprzedzający koniunktury dla Polski wg. BIEC. Podobnie jednak, jak w przypadku poprzednich danych, inwestorzy nie uznali ich za wystarczająco ważne, by zmieniać swoją pozycję przed świętami.

Jedyny rynek, na którym przed świętami nie ma nudy, to metale. Trwa korekta po ostatnich wzrostach na złocie i srebrze. Jaki ma to wpływ na rynki walutowe? Złoto jest inwestycją zastępczą na trudne czasy. Spadki na złocie sugerują powrót inwestorów na tradycyjne rynki oraz wzrost optymizmu.

Dzisiaj dzień wolny ma Norwegia i Indie. Dla większości państw istotnych dla rynków walutowych dopiero piątek jest wolny. Z tego też powodu na rynkach panuje obecnie nuda, a jutrzejszy dzień wcale nie zapowiada się ciekawiej.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,

13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,

13:30 – USA zamówienia na dobra,

14:45 – USA – wstępny odczyt indeksu PMI dla usług.

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl