Adrian Bojczuk i Karolina Kaczorowska, eksperci w zakresie wynajmu powierzchni komercyjnych, z doświadczeniem zdobytym w renomowanych firmach, dołączyli do Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych BNP Paribas Real Estate Poland. Adrian Bojczuk objął stanowisko zastępcy dyrektora działu, a Karolina Kaczorowska została starszym konsultantem.
Wobec 35% wzrostu przychodów działu powierzchni biurowych w 2015 r., wzmocnienie i powiększenie zespołu stanowi kolejny etap realizacji strategii rozwoju. Adrian posiada wysokie kompetencje zawodowe, a jego kreatywne podejście i umiejętność pracy w międzynarodowym środowisku z pewnością przełożą się na wsparcie naszych klientów. Karolina doświadczenie zawodowe zdobyła pracując po stronie deweloperów i jej wiedza jest dla nas ogromnie istotna. – mówi Małgorzata Fibakiewicz, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland.
Adrian Bojczuk posiada znaczące doświadczenie w sektorze nieruchomości komercyjnych. Przed dołączeniem do BNP Paribas Real Estate Poland pracował na stanowisku starszego konsultanta w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych Jones Lang LaSalle, a wcześniej związany był z Vertigo Property Goup, Noble Bank i Allianz Życie Polska. Adrian Bojczuk ukończył Wydział Finansów i Bankowości w szkole Głównej Handlowej ze specjalizacją w zakresie rynku nieruchomości. Jest również absolwentem studiów podyplomowych – zarządzania projektami oraz wycen nieruchomości.
Do jego głównych zadań należeć będzie doradzanie najemcom i właścicielom budynków biurowych za których komercjalizację odpowiada dziś BNP Paribas Real Estate Poland. Jednocześnie będzie odpowiadać również za dalszy rozwój linii biznesowej reprezentacji wynajmującego.
Karolina Kaczorowska przed dołączeniem do BNP Paribas Real Estate Poland przez 10 lat pracowała na rzecz deweloperów, wynajmujących i inwestorów. W tym czasie, odpowiedzialna była za komercjalizację m.in. takich budynków jak Plac Zamkowy, Poznańska 37 czy Piękna 24/26A, jak również prowadziła transakcje sprzedaży-kupna nieruchomości w Polsce i za granicą. Jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych.
Oferta systemów do obsługi sprzedaży jest bardzo szeroka. Na rynku ciągle przybywa firm oferujących coraz to nowsze rozwiązania IT dla biznesu. Rozwój technologii do tego stopnia zmienił sprzęt i programy obsługi sprzedaży, że obecnie są one ogromnym wsparciem w prowadzeniu biznesu. Mnogość funkcji, jakie oferują systemy POS, znacznie ułatwia handel i obsługę sprzedaży, umożliwiając nie tylko szybkie ewidencjonowanie sprzedaży, ale i sprawniejsze zarządzanie firmą. Podpowiadamy, dlaczego warto wdrożyć system POS w firmie i czym kierować się przy wyborze najlepszego oprogramowania?
Systemy POS są połączeniem urządzeń z dedykowanym im oprogramowaniem, które wspólnie tworzą stanowisko sprzedażowe. Skrót POS pochodzi od angielskich słów Point of Sale, czyli dosłownie punkt sprzedażowy. Rozwiązania POS wykorzystywane są do kompleksowej sprzedaży, poczynając od przyjęcia zamówienia od klienta, na płatności za towar kończąc. Są one nieodzownym elementem w każdym sklepie, restauracji, hotelu czy punkcie usługowym, w zależności od tego gdzie są wykorzystywane, przypisywane są im różne funkcje. POSy rejestrują podstawowe informacje dotyczące klienta, między innymi sposób płatności, nazwę klienta, NIP, czy też nazwę produktu i jego cenę. Bardzo często wykorzystuje się je do analizy sprzedaży, archiwizacji danych sprzedażowych oraz do usprawnienia całego procesu obsługi klientów.
Coraz więcej firm z różnych branż decyduje się na wdrożenie systemów POS do zarządzania sprzedażą, obsługą magazynową czy do raportowania. Przedsiębiorcy mogą przebierać w ofertach rozwiązań IT, które zoptymalizują funkcjonowanie firmy, a tym samym zmniejszą koszty jej prowadzenia.
– „Statystyki pokazują, że systemy POS, pozwalają na zwiększenie zysku nawet o 15%, dzięki redukcji aż o 85% strat wynikających z błędów personelu. Zatem, mimo konieczności jednorazowego poniesienia nakładów finansowych związanych z zakupem i wdrożeniem sprzętów POS w firmie, w rezultacie przedsiębiorstwo zyskuje” – komentuje Jarosław Kluszczyński z firmy Posbox.
Dlaczego warto?
Wśród korzyści płynących z wdrożenia profesjonalnego rozwiązania IT do obsługi sprzedaży w firmie na pierwszym miejscu wymienia się poprawę przepływu informacji między personelem, klientami i właścicielami / kadrą zarządzającą. Wartością POSów jest także to, że wspierają przedsiębiorców w zarządzaniu i planowaniu biznesu, np. dzięki możliwości analizy sprzedaży. Dzięki temu, w prosty sposób można sprawdzać, jak kształtowała się sprzedaż w poprzednich okresach. Producenci systemów POS dbają o to, aby ich użytkownicy szybko wdrożyli się do pracy na nich, dlatego stosują intuicyjne interfejsy, aby wszelkie procesy realizowane z jego użyciem przebiegały sprawnie. Stosowanie w przedsiębiorstwach systemów POS znacznie zwiększa bezpieczeństwo, dzięki temu zmniejszone jest ryzyko popełnienia błędów przez pracowników, wynikających między innymi z pomyłek obliczeniowych. Możliwość szybkiego wprowadzania danych do systemów POS, pozwala na znaczne usprawnienie pracy, np. poprzez czytniki kodów kreskowych.
Funkcjonalności dostosowane do branży
Przymierzając się do zakupu odpowiedniego oprogramowania, najważniejsze jest, aby wybrać systemy IT, które swoimi funkcjonalnościami pomogą zapanować i przyśpieszą różne procesy w firmie. Obecnie na rynku znaleźć można szereg rozwiązań, które mogą być szeroko stosowane w firmach działających w różnych branżach. Szukając odpowiedniego oprogramowanie POS należy wybrać tak, aby jego funkcjonalności zostały w pełni wykorzystane oraz dostosowane do potrzeb danego biznesu. Dlatego, jeśli prowadzimy firmę, która wymaga od pracowników częstego logowania się do systemu, np. obsługujących gości w restauracjach, warto wybrać rozwiązanie, w którym każdy pracownik otrzymuje indywidualną kartę magnetyczną bądź pin, za pomocą którego loguję się do systemu. Możemy w ten sposób śledzić nie tylko efektywność, ale i czas ich pracy. Natomiast w branży hotelowej idealnym rozwiązaniem jest możliwość zautomatyzowania pracy recepcji, dzięki czemu ogranicza ilość pomyłek, które mogą pojawić się na linii recepcja – goście oraz pozwala na precyzyjną kontrolę złożonych rezerwacji.
Koszty nie takie straszne
Poszczególne firmy posiadające w swojej ofercie systemy POS oferują również różne sposoby finansowania zakupu. Często zdarza się, że początkowo wysokie koszty zakupu można zniwelować wybierając leasing bądź kredyt. W ten sposób firma nie musi angażować jednorazowo wysokich nakładów finansowych, aby wdrożyć wspomagające jej pracę oprogramowanie. – „Płatność w systemie ratalnym, to rozwiązanie zaskakująco często wybierane przez firmy i to niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa” – tłumaczy ekspert Posbox.
Cyberzagrożenia ciągle ewoluują, a ich coraz poważniejsze skutki finansowe odczuwają firmy na całym świecie, także w Polsce. Hakerzy mają coraz lepsze umiejętności. Dodatkowo wg ekspertów firmy doradczej Deloitte, wraz z rozwojem nowoczesnych technologii rośnie liczba potencjalnych obszarów, które cyberprzestępcy mogą wykorzystać, aby włamać się do organizacji. W przypadku dużych i średnich firm takich tzw. punktów dostępu może być 190-200, a w mniejszych od 20 do 50. Dlatego odpowiedzialność za cyberbezpieczeństwo, które staje się problemem strategicznym, przesuwa się z działów IT w kierunku zarządów, co stanowi duże wyzwanie.
Niemal codziennie media na całym świecie informują opinię publiczną o atakach, których dokonują cyberprzestępcy dysponujący różnym poziomem wiedzy i determinacji. Dotyczy to również Polski. Ich ofiarami padają banki, instytucje ubezpieczeniowe, firmy telekomunikacyjne, serwisy aukcyjne, jak i agendy rządowe. „Przypadki, które wychodzą na światło dzienne stanowią wierzchołek góry lodowej. Dlatego należy docenić te instytucje i firmy, które publicznie przyznały się, że stały się obiektem cyberataku. To świadczy o dojrzałości ich i rynków, na których funkcjonują” – wyjaśnia Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte w Europie Środkowej.
Problem ukrywania ataków hakerskich dotyczy firm na całym świecie. Postępują tak z obawy przed utratą klientów i zaufania inwestorów. Jednak coraz częściej zdarza się, że organizacje w razie cyberataku przyjmują strategię pełnej transparentności wobec swoich interesariuszy. Jednym z takich przykładów jest brytyjski operator telekomunikacyjny Talk Talk, który w obliczu cyberataku w październiku ubiegłego roku informował klientów na bieżąco o podejmowanych działaniach. Strategia powiodła się nie tylko ze względu na widoczne polepszenie postrzegania firmy wśród klientów, ale również ze względu na wzrost dynamiki przychodów odnotowany w ostatnim raporcie finansowym.
Ewolucja zagrożeń i cyberataków odnosi się również do kompleksowości firm i prowadzonego biznesu. Deloitte wyliczył ile potencjalnych tzw. punktów wejścia do firmy mają cyberprzestępcy. Okazuje się, że w przypadku mniejszych firm zatrudniających od 10 do 250 osób takich miejsc jest od 20 do 50. Problem rośnie, gdy mowa jest o większych organizacjach, z zespołem liczącym powyżej 250 pracowników. Okazuje się, że liczba takich punktów dostępu wynosi aż 190-200. Są to, m.in.: strony internetowe, media społecznościowe, na których aktywni są pracownicy i sama firma, używane aplikacje mobilne oraz infrastruktura techniczna. Potencjalne niebezpieczeństwo stwarzają również dostawcy usług, którzy sami mogą stać się celem cyberataku.„Dlatego zarząd i osoby decyzyjne powinny odpowiedzieć sobie na pytanie, kto i dlaczego może być potencjalnie zainteresowany atakiem na ich biznes, a także w jaki sposób może przeprowadzić atak. Sposób jego realizacji jest w dużej mierze zdeterminowany poprzez ekspozycję firmy na zagrożenia, która bardzo często nie jest do końca znana lub właściwie zarządzana. Zrozumienie samego atakującego oraz punktów wejścia do firmy, wskaże nam priorytety w zakresie ochrony, a także podpowie nam czy jesteśmy wyposażeni w odpowiednie kompetencje oraz narzędzia, które pozwolą nam efektywnie chronić się lub sprawnie odpowiedzieć na atak.” – wyjaśnia Marcin Ludwiszewski, Lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte.
Szybko zmieniająca się rzeczywistość, także technologiczna, powoduje, że przedsiębiorstwa w tej chwili są połączone ze światem wieloma kanałami. W związku z tym, skala potencjalnych skutków ataku na infrastrukturę IT sprawia, że problem cyberbezpieczeństwa staje się kwestią strategiczną firmy, a odpowiedzialność za ten obszar przesuwa się stopniowo z działów IT w kierunku członków zarządu. Niestety dotychczasowa praktyka wskazuje, że odpowiedzialnością za dokonane cyberataki obarczani są często dyrektorzy IT. Zdaniem ekspertów Deloitte jednym z kluczowych elementów, które może ochronić firmę przed zagrożeniami jest zrozumienie strategii atakującego. Każdy haker ma inną taktykę i cel, więc reakcja firmy powinna być dostosowana do rodzaju działań konkretnego hakera. „Firmy nie powinny zadawać sobie pytania, czy zaatakują nas cyberprzestępcy, tylko kiedy oraz w jaki sposób może to nastąpić. Aby najlepiej przygotować się na taki incydent, przedsiębiorstwo musi cyklicznie i na bieżąco identyfikować swoje słabe punkty, które mogą wykorzystać hakerzy. Jedyną metodą działania w takich przypadkach jest prewencja” – mówi Jakub Bojanowski.
Każdy atak realizowany jest w wielu etapach i na różnych płaszczyznach. Są ataki proste i bardziej złożone. Nie ma jednego środka bezpieczeństwa adresującego wszystkie ryzyka wynikające z etapów prowadzonego ataku. „Warto również wspomnieć, że atak ma różną dynamikę, są ataki celowe realizowane w długim horyzoncie czasowym, a także ataki wynikające z przypadkowego odnalezienia błędu np. w aplikacji web firmy. Biorąc to pod uwagę, istotne jest określenie apetytu firmy na ryzyko w kontekście prowadzonego biznesu i podjęcie decyzji, przed kim chcemy się chronić i w którym miejscu ta obrona będzie najbardziej efektywna.” – podsumowuje Marcin Ludwiszewski.
W ubiegłym roku Grecja napędziła stracha całej Unii Europejskiej. Polscy eksporterzy się jednak nie przestraszyli i w ciągu 11. miesięcy 2015 r. wyeksportowali do tego kraju towary o wartości o 23,5 proc. większej niż rok wcześniej.
Zgodnie z danymi GUS za styczeń-listopad 2015 r. Grecja jest na 31. miejscu na liście naszych najważniejszych obiorców eksportu. To awans o dwa miejsca w porównaniu z poprzednim rokiem. Grecki kierunek wyraźnie zyskał na znaczeniu, jego udział w całości polskiego eksportu wzrósł z 0,37 do 0,43 proc. To spory sukces biorąc pod uwagę, że choć cały grecki import w 2015 r. wg wstępnych danych greckiego urzędu statystycznego jest mniejszy niż w poprzednich latach, to nasi eksporterzy wypracowali na tym kierunku sporą nadwyżkę. – Kryzys spowodował, że Grecy wydają dużo ostrożniej, rozglądając się za oszczędnościami. Polska jest mocnym graczem na unijnym rynku, wykorzystując atuty, takie jak korzystne położenie w sercu Europy i wysoka konkurencyjność cenowa przy wysokiej jakości. To w tym momencie to, czego szukają Grecy – mówi Radosław Jarema, szef polskiego rynku w AKCENCIE, instytucji realizującej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów.
Wg danych GUS za trzy kwartały 2015 r. naszym największym hitem eksportowym do Grecji były statki, łodzie i konstrukcje pływające, w tym głównie największe jednostki służące do transportu towarów i osób. W grupie najważniejszych eksportowanych przez nas do Grecji towarów, które pobiły już wynik za cały 2014 r. znajdują się też m.in. papierosy i urządzenia pomiarowe (gazomierze, liczniki). Bardzo blisko byli natomiast eksporterzy: mięsa z bydła, warzyw, tworzyw sztucznych i artykułów z nich. Na grecki rynek wysyłamy też m.in. sprzęt RTV, samochody, opony i kosmetyki. Ekspert AKCENTY podkreśla jednocześnie, że jest jeszcze co najmniej kilka specjalności eksportowych, które Grecy mogliby poznać lepiej. – W Grecji widzę spory potencjał np. dla polskich mebli czy specjalności żywnościowych, jak owoce czy inne rodzaje mięsa – mówi Jarema.
Z Grecją trzeba ostrożnie
Eksperci AKCENTY zwracają uwagę, że handlując z kontrahentami z Grecji warto brać pod uwagę obecną sytuację w tym kraju, która wpływa też mocno na standardy prowadzenia biznesu przez Greków. Wg „Barometru płatności na świecie 2015”[1] opublikowanego przez Bisnode D&B Polska, Grecja należy do grona krajów z największymi opóźnieniami płatności (blisko 20 proc. faktur ma ponad 90-dniowe opóźnienie). Dodatkowo, w obliczu nadal dość niepewnej przyszłości Grecji instytucja płatnicza AKCENTA radzi, by polscy eksporterzy starali się eliminować jak najwięcej typów ryzyka, w tym np. ryzyko walutowe. – Swój zagraniczny kontrakt można zabezpieczyć chociażby za pomocą prostych narzędzi, jak darmowa transakcja forward. To instrument, który „zatrzymuje” nam dany kurs na przyszłość i znosi niepewność co do przyszłej marży firmy – wskazuje przedstawiciel AKCENTY.
Posiadacze Karty Kibica jako pierwsi mogą zakupić bilety na towarzyskie mecze Reprezentacji Polski w piłce nożnej z Serbią i Finlandią. Przedsprzedaż wejściówek na spotkania rozpocznie się odpowiednio 23 i 24 lutego br. Dla 400 fanów biało-czerwonych, którzy dopiero planują zamówić Kartę Kibica, Alior Bank przygotował specjalną promocję.
Reprezentacja Polski w piłce nożnej rozegra wkrótce dwa spotkania towarzyskie w ramach przygotowań do Mistrzostw Europy we Francji: 23 marca z Serbią w Poznaniu i 26 marca z Finlandią we Wrocławiu. Przedsprzedaż biletów zarezerwowana wyłącznie dla posiadaczy Karty Kibica rozpocznie się odpowiednio 23 i 24 lutego.
Dla fanów, którzy planują założenie Karty Kibica, by już teraz zapewnić sobie miejsce na trybunach, Alior Bank przygotował promocję „Karta Kibica na Mistrzostwa”. 400 osób, które jako pierwsze założą Kartę między 23 lutego a 23 marca, zasilą ją jednorazowo na kwotę min. 50 zł i wykonają transakcję na tę kwotę, otrzyma Nagrodę Kibica. Będzie to e-karta podarunkowa do sieci sklepów Empik o wartości 50 zł. Promocja potrwa do 23 marca lub do wyczerpania puli nagród.
Aby zamówić Kartę Kibica, wystarczy wypełnić wniosek dostępny na stronie: www.laczynaspilka.pl, a następnie wnieść jednorazową opłatę w wysokości 25 zł. Kwota ta zostanie zwrócona w postaci rabatu przy zakupie pierwszego biletu na mecz Reprezentacji. Następnie należy poczekać na informację, że Karta jest gotowa i odebrać ją w jednej z placówek Alior Banku.
Karta Kibica to wspólny projekt Polskiego Związku Piłki Nożnej i Alior Banku przygotowany z myślą o najwierniejszych fanach Reprezentacji Polski. Jedną z korzyści związanych z posiadaniem Karty Kibica jest pierwszeństwo przy zakupie biletów na mecze biało-czerwonych.
Pascal Houdayer (46), obecnie Corporate Senior Vice President w dziale Laundry & Home Care (środków piorących i czystości), z dniem 1 marca 2016 wejdzie w skład światowego zarządu firmy Henkel, a od 1 maja 2016 zastąpi Hansa Van Bylena (54), na stanowisku wice-prezesa odpowiedzialnego za sektor Beauty Care (kosmetyków). Tego samego dnia Hans van Bylen obejmie stanowisko prezesa zarządu, zastępując Kaspera Rorsteda, który z końcem kwietnia opuści firmę.
Pascal Houdayer pracuje w Henklu od 2011 roku. Obecnie w ramach działu Laundry & Home Care (środków piorących i czystości) jest odpowiedzialny za międzynarodowy marketing oraz strategię działań w internecie dla regionu Azji i Pacyfiku. Wcześniej od 1993 roku pracował w firmie Procter & Gamble w działach Home Care i Body Care w Europie, Ameryce Północnej i Stanach Zjednoczonych.
– Jestem bardzo zadowolona z decyzji o mianowaniu wewnętrznego następcy dla Hansa van Bylena. Pascal Houdayer ma długoletnie i międzynarodowe doświadczenie w sektorze dóbr konsumenckich. Ta nominacja jest potwierdzeniem skuteczności strategii rozwoju menedżerskich talentów w Henklu – powiedziała Simone Bagel-Trah, przewodnicząca Rady Nadzorczej i Zgromadzenia Akcjonariuszy.
Pascal Houdayer urodził się w Eaubonne, we Francji, w 1969 roku. Jest absolwentem ESSEC Business School w Paryżu. Ukończył wydział matematyki oraz studia MBA. Jest żonaty i ma troje dzieci.
W 2014 sektor Henkel Beauty Care (kosmetyków) odnotował sprzedaż w wysokości 3.5 miliarda euro i wypracował zysk w wysokości 544 milionów euro. Oferta kosmetyczna firmy obejmuje produkty rynkowe: do włosów, do pielęgnacji ciała i twarzy oraz higieny jamy ustnej, oraz kosmetyki profesjonalne do salonów fryzjerskich. Najważniejsze marki to Schwarzkopf, Dial i Syoss.
Podczas zbliżającego się Salonu Samochodowego w Genewie Toyota zaprezentuje nowy 9-osobowy van PROACE VERSO.
Nowy PROACE VERSO to przestronny 9-osobowy van, dostępny w trzech wersjach nadwozia o trzech długościach rozstawu osi. Auto wyposażone jest w zaawansowane systemy bezpieczeństwa oraz nowoczesne technologie zwiększające komfort użytkowania. PROACE VERSO to doskonały towarzysz podróży dla rodzin, grup przyjaciół i współpracowników. Wraz z nowym modelem Toyota otwiera się na nowe grupy klientów, proponując im atrakcyjny, uniwersalny pojazd.
W przyszłości dołączy do tego modelu szeroka rodzina ciężarowych modeli PROACE oferujących bogate spektrum zabudów i wersji nadwoziowych.
Salon Samochodowy w Genewie potrwa od 1 do 13 marca 2016 roku. Nowe modele Toyoty zostaną zaprezentowane podczas konferencji prasowej na stanowisku marki w hali 4 we wtorek 1 marca 0 11.45.
Czy Polacy żyją chwilą? Biorąc pod uwagę naszą niechęć do planowania wydatków, racjonalnego zarządzania budżetem i oszczędzania, można stwierdzić, że tak. Jak wynika z badania Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami, aż 95 proc. ankietowanych przyznało, że nie oszczędza żadnych środków na przyszłą emeryturę. Czy na taką sytuację wpływa tylko wysokość naszych zarobków? Eksperci Casus Finanse, spółki należącej do Grupy Lindorff, wyjaśniają przyczyny i podpowiadają co zrobić, by nasza emerytalna jesień była złota.
54 proc. Polaków nie wie, ile środków miesięcznie należałoby odkładać poza ZUS i OFE, aby zapewnić sobie bezpieczną jesień życia. Aż 95 proc. osób w naszym kraju nie oszczędza żadnych pieniędzy na przyszłą emeryturę – wynika z badania Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami, zrealizowanego przez TNS Polska w 2015 r. Biorąc pod uwagę obecną sytuację polskich emerytów, można stwierdzić, że statystyki nie napawają optymizmem. Eksperci spółki Casus Finanse, należącej do Grupy Lindorff, przekonują jednak, że nawet nieznacznie zmieniając przyzwyczajenia i nawyki, można sprawić, że emerytalna jesień będzie złota. Od czego zatem zacząć?
Małe błędy = duży kłopot
Najczęściej to spontaniczne, szybkie i nieprzemyślane decyzje, które z pozoru nie mają większego znaczenia jak np. wysokie odsetki od zobowiązań na karcie kredytowej czy zaciągnięcie pożyczki gotówkowej wpędzają nas w kłopoty finansowe. Dlatego, aby osiągnąć sukces w postaci odłożonych oszczędności, musimy przyjrzeć się naszym codziennym nawykom. Na pierwszy ogień weźmy robienie zakupów. Spora cześć Polaków nadal robi je bez listy i płaci za nie kartą. Czy rzeczywiście wpływa to na zwiększenie wydatków? Jak najbardziej, ponieważ spontaniczne zakupy wiążą się z dużym prawdopodobieństwem, że nasz koszyk wypełni się wieloma „promocyjnymi” produktami, których w rzeczywistości nie potrzebujemy. Zakupów należy też unikać, kiedy jesteśmy… głodni – badania udowadniają, że wybierając się na zakupy z uczuciem sytości, mniej ulegamy zachciankom. Bardziej opłacalne jest również robienie dużych zakupów raz w tygodniu. W ten sposób oszczędzamy, ponieważ rezygnujemy z robienia codziennych sprawunków w osiedlowych sklepikach, które mają zazwyczaj zawyżone ceny. Mniej wydajemy także na paliwo, jeśli zamiast kilka razy w tygodniu, wybierzemy się do marketu tylko raz. Co więcej, wydana jednorazowo spora suma pieniędzy zrobi na nas większe wrażenie, niż wielokrotne wydanie drobnej kwoty.
Czy stać nas na kredyt?
Aby zacząć oszczędzać musimy racjonalnie podejmować decyzje o kredytach czy zakupach na raty. Przed zaciągnięciem zobowiązania należy sprawdzić, czy nasz budżet domowy na to pozwala. Jest to możliwe wówczas, gdy po odliczeniu miesięcznych kosztów stałych zostaje nam wolna gotówka, z której 1/3 powinniśmy zarezerwować dodatkowo na poczet niespodziewanych wydatków. Suma, która nam pozostanie, to maksymalna wysokość raty, którą będziemy w stanie bez obawy spłacać.
Systematyczność w oszczędzaniu
Cały trud oszczędzania polega na jego systematyczności – musimy wypracować w sobie ten pozytywny nawyk. Zamiast powtarzać utarty slogan „nie mam oszczędności, bo nie potrafię oszczędzać”, warto spróbować podjąć ten wysiłek, zaczynając na początku od mniej ambitnych celów i kwot. Jeśli za odłożone pieniądze uda nam się np. sfinansować wakacje marzeń – uświadomimy sobie, że było warto i będziemy mogli wyznaczyć kolejny cel, nawet tak dalekosiężny jak emerytura.
Warto uświadomić sobie także, że nawet niewielkie sumy odkładane miesięcznie już po kilku latach mogą utworzyć na naszym koncie znaczny kapitał. Przykładowo, 100 zł odkładane miesięcznie przez 20 lat da nam oszczędność w wysokości 24 tys. zł. Jeśli gromadzimy te pieniądze np. na lokacie bankowej, dochodzą do tego odsetki od podstawowego kapitału w wysokości gwarantowanej przez bank. Zgromadzona suma z pewnością będzie stanowić znaczny dodatek do naszej emerytury, dlatego już dziś warto wypracować w sobie nawyk oszczędzania – wtedy z pewnością nasza emerytura będzie złota.
Na dodatkowe wpływy w wysokości 200 mln zł w pierwszym roku i 300 mln zł w drugim liczy Ministerstwo Finansów po wprowadzeniu Jednolitego Pliku Kontrolnego w rozliczeniach przedsiębiorców z fiskusem. W wybranych przypadkach nowy system zakłada uwzględnienie bardzo szczegółowych zestawień z kilku obszarów. Za nieprzekazanie pliku grozić będzie odpowiedzialność karno-skarbowa.
– Przedsiębiorca musi mieć świadomość, że od 1 lipca niedostosowanie się do zmian, czyli nieudostępnienie Jednolitego Pliku Kontrolnego, w przypadku dużych przedsiębiorstw skutkuje odpowiedzialnością karno-skarbową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage.
Wprowadzenie JPK zakłada nowelizacja ordynacji podatkowej z 10 września 2015 roku. Nowa metoda kontroli polegać ma m.in. na zobowiązaniu podatników do przekazywania danych z ksiąg podatkowych na żądanie organu podatkowego w ujednoliconej, elektronicznej formie.
Na początku marca br. Ministerstwo Finansów najprawdopodobniej przedstawi ostateczną wersję JPK. Wszystko jednak wskazuje na to, że przedsiębiorcy będą musieli przygotowywać bardzo szczegółowe zestawienia aż z siedmiu obszarów (księgi rachunkowe, wyciągi bankowe, magazyn, ewidencje zakupy i sprzedaży, faktury VAT, podatkowa księga przychodów i rozchodów, ewidencja przychodów).
– Będzie to proces bardzo powszechny, dotyczący wszystkich firm i niezwykle szczegółowy. Z tego, co dzisiaj wiemy, analizie zostaną poddane nie tylko księgi podatkowe, lecz także informacje dotyczące cen jednostkowych w magazynie lub bardzo szczegółowe dane znajdujące się na fakturach VAT – mówi Ciski. – Od wprowadzenia zmian w VAT w 2010 roku jest to najpoważniejsza rewolucja z punktu widzenia kontroli tego podatku.
Ministerstwo Finansów zakłada, że dzięki JPK w pierwszym roku funkcjonowania nowego rozwiązania wpływy budżetowe zwiększą się o 200 mln zł, a podczas kolejnych dwunastu miesięcy – o następne 300 mln zł.
Doświadczenia innych krajów pokazują, że jest to rozwiązanie skuteczne. W Portugalii, gdzie JPK został wdrożony w 2012 roku, wpływy z VAT podczas pierwszych dwunastu miesięcy wzrosły o 13 proc. Rok później, gdy wprowadzono centralny rejestr faktur, dodatkowe przychody zwiększyły się do 20 proc.
– Plik, który będzie wdrożony w Polsce, odpowiada standardowi wypracowanemu w ramach OECD – informuje Piotr Ciski. – Podobny plik został wprowadzony już w innych krajach, oprócz Portugalii, także we Francji, Luksemburgu oraz Holandii. Nasze rozwiązanie będzie zbliżone do wersji luksemburskiej.
Eksperci podkreślają, że JPK nie tylko uszczelni system, lecz także skróci czas kontroli, co powinno ograniczyć koszty administracji podatkowej. Ciski dodaje, że dodatkowym efektem nowego rozwiązania będzie też poprawa sprawozdawczości. Informacje, które przedsiębiorcy wyślą w JPK, trafią także do urzędu statystycznego, a w związku z tym pojawi się możliwość scentralizowania wszystkich danych dotyczących działalności gospodarczej, stanu koniunktury itp.
– Dzisiaj bardzo mocno koncentrujemy się na elemencie ściągalności podatków, natomiast zagadnienia dotyczące informacji gospodarczych są również bardzo ważnym fragmentem tego projektu – podkreśla Piotr Ciski.
Jego zdaniem dostosowanie się przedsiębiorców do nowego rozwiązania nie będzie jednak łatwe. W wielu krajach okres dostosowawczy był zdecydowanie dłuższy niż w Polsce. Wymaga to więc od firm dużo szybszej reakcji i podjęcia odpowiednich działań mających na celu dostosowanie narzędzi informatycznych oraz przeszkolenie personelu.
– Myślę, że lipiec jest jak najbardziej realny – przekonuje Piotr Ciski. – Urzędy skarbowe i aparat administracji są już do tego przygotowane. W związku z czym spodziewamy się, że termin 1 lipca zostanie utrzymany.
W ciągu pięciu lat w ramach Szwajcarskiego Grantu Blokowego przeznaczonego dla organizacji pozarządowych i samorządowych na lokalne inicjatywy trafiło przeszło 90 mln zł. Teraz prowadzone są rozmowy z rządem Szwajcarii na temat kontynuacji tego programu. To rodzaj wsparcia od tego kraju dla nowych członków Unii. Jest ono uzupełnieniem dotacji z funduszy unijnych i ma służyć budowie społeczeństwa obywatelskiego.
– Szwajcarski Grant Blokowy nie będzie jeszcze w tym roku kontynuowany, dlatego że dopiero rozpoczęły się negocjacje ze stroną szwajcarską odnośnie do kontynuacji całego grantu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Halicki, prezes Ecorys Polska. – Ta część, której byliśmy operatorem, czyli część przeznaczona dla organizacji pozarządowych, wynosiła ponad 30 mln franków szwajcarskich, w ramach których zrealizowaliśmy niemal 400 projektów.
Grant był podzielony na dwa obszary: Fundusz dla Organizacji Pozarządowych oraz Fundusz Partnerski. Pierwszy początkowo liczył 16,7 mln franków, a w czerwcu 2012 roku zwiększono pulę środków do 26,2 mln franków. Pieniądze te przeznaczono na inicjatywy wspierające zaangażowanie obywateli w życie i działania na rzecz swoich społeczności. Zorganizowano sześć naborów, w ramach których przyznano dofinansowanie 337 projektom.
– Drugi to był grant partnerski, w którym było wymagane konsorcjum z jednostką samorządu terytorialnego, np. z gminą czy miastem. Również ta część cieszyła się ogromnym powodzeniem – mówi Halicki. – Zainteresowanie było ogromne, dlatego że dofinansowanie uzyskało łącznie około 400 podmiotów, natomiast wniosków spłynęło ponad 3 tys., co oznacza, że około 10 proc. dostało dofinansowanie.Są to pieniądze tylko dla organizacji pozarządowych, w zawiązku z czym spółki nie mogą o nie aplikować.
Na Fundusz Partnerski początkowo przewidziano 1,8 mln franków, potem kwota ta wzrosła do 2,6 mln franków. Wnioskodawcy mieli możliwość realizacji projektów nastawionych przede wszystkim na zacieśnienie współpracy dwustronnej pomiędzy Polską a Szwajcarią. Chodziło o promowanie i wzmacnianie partnerstwa między polskimi a szwajcarskimi samorządami oraz organizacjami pozarządowymi, by zwiększyć rolę partnerów społecznych w podejmowaniu decyzji dla regionu.
– Ciekawy projekt zrealizowano w Lublinie. Tam razem z partnerem szwajcarskim Urząd Marszałkowski uzyskał dofinansowanie na przeprowadzenie inwentaryzacji terenów całego województwa, aby móc sprawdzić, w których obszarach najbardziej efektywne będzie wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii – mówi prezes Ecorys Polska. – Badano zarówno geotermię, jak i farmy wiatrowe, następnie te wszystkie dane były wprowadzane do systemu i dzisiaj dzięki temu oprogramowaniu można się dowiedzieć, gdzie najlepiej będzie postawić farmę wiatrową albo pompy ciepła.
Z Funduszu dla Organizacji Pozarządowych dotowane były projekty takie jak wspieranie kół gospodyń wiejskich (zwycięski projekt zrealizowany został przez Koło Gospodyń Wiejskich z Woli Skromowskiej) czy rehabilitacja dzieci niepełnosprawnych. Jak podkreśla Halicki, jego zdaniem warto byłoby kontynuować program grantu w podobnym kształcie jak już zakończona faza.
– Tego typu projekty przynoszą efekty dopiero po kilku latach. Natomiast największe efekty możemy zobaczyć dopiero w długiej perspektywie – przekonuje Mateusz Halicki. – Stoję na stanowisku, że konstrukcja całego grantu powinna być łudząco podobna do tego, co było w poprzedniej perspektywie, oczywiście z pewnymi drobnymi zmianami. Wiemy, że można by było pewne elementy wdrożyć lepiej. Mam na myśli chociażby wspieranie jeszcze szerzej dzielenia się wiedzą chociażby z partnerami zagranicznymi czy budowania większych partnerstw.
Ecorys jest firmą konsultingowo-badawczą, która była operatorem grantu. Ma doświadczenie w pracy na rzecz zarówno organizacji sektora publicznego, w tym administracji wszystkich szczebli, jak i międzynarodowych korporacji, instytucji i podmiotów z sektora MŚP.
Wydajność polskich gospodarstw rolnych jest ponaddwukrotnie niższa niż w Niemczech, a średnia powierzchnia upraw ponad pięć razy mniejsza – wynika z raportu IERiGŻ. Zdaniem profesora Wojciecha Ziętary jedynie największe krajowe gospodarstwa pod względem efektywności są w stanie konkurować z zachodnim. Tymczasem liczba upraw o powierzchni powyżej 50 ha stanowi zaledwie 2 proc. łącznej liczby gospodarstw w naszym kraju.
– Gospodarstwa wyspecjalizowane w uprawach polowych stanowią ponad 50 proc. wszystkich gospodarstw rolnych. W ostatnich latach ten udział się jeszcze zwiększył. To upoważnia do tego, żeby tą grupą gospodarstw się w sposób szczególny zająć – mówi agencji Newseria prof. Wojciech Ziętara, pracownik Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w Zakładzie Ekonomiki Gospodarstw Rolnych.
Prof. Ziętara wspólnie z dr inż. Markiem Zielińskim przeprowadził badanie dotyczące organizacji i efektywności polskich gospodarstw specjalizujących się w uprawach polowych, a następnie porównał uzyskane wyniki z krajami sąsiadującymi z Polską, czyli Czechami, Słowacją, Węgrami oraz Niemcami. W badaniu podzielono polskie gospodarstwa na sześć klas wielkości – począwszy od najmniejszych jednostek o produkcji poniżej 8 tys. euro i powierzchni do ok. 7 hektarów, aż do największych osiągających przychody z upraw na poziomie powyżej 500 tys. euro.
– W grupach mniejszych nasze gospodarstwa prezentują się korzystniej w stosunku do gospodarstw węgierskich, czeskich i słowackich, a także niemieckich pod względem dochodowości ziemi. Natomiast wydajność pracy w naszych gospodarstwach jest zdecydowanie niższa aniżeli w gospodarstwach niemieckich – wyjaśnia ekspert IERiGŻ.
W przypadku największych polskich gospodarstw mających VI klasę ekonomiczną (roczna wartość produkcji pow. 500 tys. euro) przeciętna wydajność pracy była wyraźnie wyższa niż na Słowacji, porównywalna z Węgrami oraz Czechami, ale za to aż 2,5-krotnie niższa niż w przypadku Niemiec.
– Na tle innych krajów UE konkurencyjne są przede wszystkim polskie gospodarstwa o największej powierzchni. Natomiast udział tych gospodarstw jest u nas zdecydowanie niższy niż w innych krajach – zauważa prof. Ziętara.
Struktura gospodarstw rolnych w naszym kraju jest o wiele bardziej rozdrobniona niż w Czechach czy Niemczech. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2013 r. liczba gospodarstw o powierzchni powyżej 50 hektarów stanowiła zaledwie 2,2 proc. ogółu. Dla porównania w Czechach czy Niemczech ten odsetek wynosi blisko 30 proc.
– Łączenie gospodarstw to konieczność, nie ma innego wyboru. Jest to wynik różnego tempa zmiany kosztów czynników produkcji. Najszybciej rosną wynagrodzenia, które w latach 1995–2013 wzrosły ponadsześciokrotnie. Trzykrotnie zwiększyły się za to ceny nawozów czy środków ochrony roślin. W tym samym czasie ceny zbytu wzrosły tylko nieco ponaddwukrotnie – mówi prof. Wojciech Ziętara.
W 2012 roku średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego w naszym kraju wynosiła 9,6 hektara. Tymczasem w Czechach było to aż 183,6 hektara. Zdaniem prof. Ziętary w celu zwiększenia przychodów osiąganych przez polskie gospodarstwa rolne konieczne jest zwiększenie skali produkcji. Ten cel najłatwiej jest zrealizować właśnie poprzez zagospodarowanie nowych użytków rolnych.
– Żeby jedni rolnicy mogli powiększać gospodarstwo, drudzy muszą z niego rezygnować. Przy czym tempo odchodzenia rolników z rolnictwa, zwłaszcza z tych mniejszych gospodarstw, jest uzależnione od tempa rozwoju gospodarki narodowej, tego, czy ona stwarza możliwości znalezienia pracy poza rolnictwem – podsumowuje.
W III kwartale 2015 roku w polskim rolnictwie zatrudnionych było ponad 1,9 mln osób. Stanowiło to 11,7 proc. ogółu osób pracujących w polskiej gospodarce i był to wynik ponaddwukrotnie wyższy, niż wynosi średnia unijna.
Prawie 70 proc. Polaków jest zdania, że korupcja w Polsce występuje często lub bardzo często. Skala zjawiska z roku na rok systematycznie rośnie. Korupcja zwiększa koszty prowadzenia biznesu o ok. 10 proc., dlatego coraz więcej firm wprowadza wewnętrzne polityki antykorupcyjne. Jedna piąta pracowników uważa jednak, że takie uregulowania hamują rozwój biznesu.
– Skala korupcji, niestety, się powiększa – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej. – Myślę, że to jest związane z niestabilnością gospodarczą oraz rosnącą presją na wyniki finansowe. Skala zjawiska nie jest zatrważająca, ale z roku na rok obserwuje się o 1–2 proc. więcej takich zjawisk.
23 lutego obchodzony jest Dzień bez Łapówki. Jak wynika z ostatniej ankiety TNS Polska, 67 proc. badanych uważa, że korupcja w Polsce występuje często. O bardzo intensywnym występowaniu tego zjawiska jest przekonanych 23 proc., a raczej częstym – 44 proc. W stosunku do 2007 roku to spora zmiana. Wtedy udział poszczególnych odpowiedzi wynosił odpowiednio 43 i 41 proc.
Z badania wynika, że najczęściej o korupcję posądzani są lekarze (65 proc.), sędziowie sportowi (59 proc.), posłowie (56 proc.), policjanci (55 proc.) oraz radni i różnego szczebla urzędnicy samorządowi.
– Polacy przede wszystkim utożsamiają problem korupcji z zawodami zaufania publicznego, czyli np. posłem, lekarzem, urzędnikiem publicznym – podkreśla Jakub Bejnarowicz
Z doświadczeń Instytutu CIMA wynika, że przedsiębiorstwa coraz częściej cierpią z powodu korupcji. Niemal jedna trzecia osób zgłaszających tego typu zachowania w pracy spotyka się z ostracyzmem i zyskuje miano intrygantów. Co więcej, blisko połowa przyznaje, że czuje presję ze strony współpracowników, by naginać obowiązujące w firmie standardy etyczne. Przedsiębiorstwa coraz częściej wpadają w pułapkę tzw. fasadowej odpowiedzialności biznesu, pozornego CSR i etyki na papierze.
Jak podkreśla Bejnarowicz, aby radzić sobie z tym zjawiskiem, przedsiębiorstwa wdrażają kodeksy postępowania i etyczne, które są swego rodzaju mapą drogową dla zatrudnionych.
– Jedna piąta pracowników uważa, że polityki antykorupcyjne, które funkcjonują w przedsiębiorstwie, przeszkadzają we wzroście firmy. To bardzo niedobry trend, wręcz zatrważające zjawisko – twierdzi Jakub Bejnarowicz. – Przedsiębiorcy coraz częściej zauważają, że wśród współpracowników jest większa presja na wyniki i zmuszani są do naginania standardów postępowania w ramach organizacji.
Często jednak się zdarza, że przypadki korupcji zamiatane są pod dywan, chociaż firmy zdają sobie sprawę z tego, że w dłuższym okresie jest to postępowanie nieopłacalne. Jak wynika z obliczeń CIMA, korupcja zwiększa koszty prowadzenia firmy mniej więcej o 10 proc.
– Problem jest poważny i mimo wdrażania mających zapobiegać temu zjawisku uregulowań jego skala, niestety, nie maleje – ocenia Jakub Bejnarowicz. – Przestrzeganie zasad buduje zaufanie i utrzymuje wartość organizacji, ponieważ rozsądne zarządzanie oparte nie tylko na krótkoterminowych zyskach, lecz także na długofalowej wartości bardzo opłaca się interesariuszom oraz inwestorom. Z naszych badań wynika, że stosowanie kodeksów etycznych zwiększa ich zaufanie.
CIMA inicjuje wiele aktywności związanych z ulepszeniem praktyk w przedsiębiorstwach, organizuje szkolenia, a także wykłady dla młodych finansistów. Angażuje się w działania mające na celu walkę z ciemną stroną biznesu, np. poprzez usystematyzowanie Globalnych Zasad Rachunkowości Zarządczej.
Niskie stopy procentowe i minorowe nastroje na warszawskiej giełdzie powodują, że inwestorzy chętnie zwracają się w stronę aktywów obiecujących wyższe stopy zwrotu. W przypadku obligacji korporacyjnych może to być nawet 6–8 proc. rocznie. W ubiegłym roku firmy pozyskały z emisji papierów dłużnych jedną piątą kwoty, na którą są zadłużone w bankach.
– Z danych, które zostały zaprezentowane na konferencji Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, wynika, że w 2015 roku wartość ofert obligacji korporacyjnych w ramach niebankowych ofert była na poziomie 26 mld zł. Mamy nadzieję, że 2016 rok będzie znacznie ona znacznie wyższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Witkowski, wiceprezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. – W porównaniu do 2014 roku to o blisko 20 proc. wyższa. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, należy się tylko cieszyć.
Zainteresowanie przedsiębiorstw emisją obligacji rośnie wraz z coraz mniejszą atrakcyjnością emisji akcji, co związane jest z malejącymi obrotami na warszawskiej giełdzie i coraz niższą wartością indeksów. Z tego samego powodu obligacje korporacyjne przyciągają inwestorów, którym trudno uzyskać na innych aktywach stopy zwrotu rzędu 7 czy 8 proc.
– Emisja obligacji staje się realną alternatywą dla małych i średnich przedsiębiorstw, a duże firmy pozyskują często finansowanie z emisji obligacji nawet bez zabezpieczenia – mówi Dariusz Witkowski. – Rosnący rynek obligacji pokazuje, że inwestorzy z coraz większą przychylnością podchodzą do obejmowania obligacji, a przedsiębiorstwa coraz częściej korzystają z tego źródła finansowania.
Z danych Domu Maklerskiego Vestor wynika, że w 2015 roku na polskim rynku wartość obligacji korporacyjnych wyniosła 63,9 mld zł. To o jedną piątą więcej niż rok wcześniej i 3,5 razy więcej niż w 2010 roku. Jednocześnie całkowite zadłużenie przedsiębiorstw w bankach sięgnęło 327,3 mld zł.
– W przypadku oferty prywatnej proces jest dosyć krótki i może się zamknąć nawet w ciągu jednego miesiąca – mówi Witkowski. – Dobrzy doradcy i skutecznie przygotowana oferta pozwalają pozyskać finansowanie w ciągu kilku tygodni. W przypadku oferty publicznej mamy do czynienia z procesem dłuższym, zarówno jeśli chodzi o przygotowanie dokumentacji, jak i proces uzyskiwania niezbędnych zgód ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Tutaj mówimy o procesie, który trwa co najmniej kilka miesięcy, ale pozwala pozyskać większe środki finansowe.
W ubiegłym roku tylko do funduszy inwestujących w obligacje firm napłynęło 2,3 mld zł. Tymczasem na rynku głównym warszawskiej giełdy zadebiutowało łącznie 30 spółek, z czego 13 przeniosło się z NewConnect. Z siedemnastu nowych emisji pozyskano łącznie 1,14 mld zł.
– Czynniki ryzyka dotyczą sytuacji finansowej emitenta, rodzaju zabezpieczeń, który jest w stanie przedstawić inwestorom, a także otoczenia rynkowego i warunków, w jakich gospodarka funkcjonuje – mówi przedstawiciel Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. – Natomiast zabezpieczenia, które są istotnym elementem pozyskiwania zaufania inwestorów, powodują, że łatwiej jest podejść pod ofertę emisji obligacji zabezpieczonych i pozyskać finansowanie na rozwój konkretnych projektów.
Emisja obligacji ma w porównaniu z kredytem bankowym czy emisją akcji wiele zalet. Przede wszystkim pozwala na szybkie pozyskanie środków na rozwój w tych branżach, które są niechętnie finansowane przez banki. I choć jest to droższy kapitał niż finansowanie kredytem, to jego koszt w miarę upływu lat spada. To zasługa zarówno niskich stóp procentowych, jak i coraz większej popularności tej formy inwestycji. Średnia rentowność obligacji notowanych na rynku Catalyst spadła z 10 proc. w 2012 roku do 6 proc. w 2015 roku.
– Emisja obligacji jest nieco droższa niż finansowanie kredytem, ale jest znacznie bardziej elastyczna i emitent sam może wykreować warunki, na których pozyskuje to finansowanie – przekonuje Dariusz Witkowski. – W przypadku kredytu mamy sztywne warunki bankowe, standardy, które są tak naprawdę nie do negocjowania. Jeżeli chodzi o koszty, trudno jest precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie. Mamy do czynienia z sytuacją, w której wielkość oprocentowania, które trzeba zaoferować obligatariuszom, zależy od wielkości emitenta, rodzaju zabezpieczenia i skali jego działania. Ponadto koszty związane z doradcami i przygotowaniem dokumentów zależą od wielkości emitenta i skali oferty, z którą będziemy mieli do czynienia.
Od kilku tygodni internauci żywo dyskutują na temat zbliżającej się gali oscarowej. W ciągu ponad 1,5 miesiąca w sieci ukazało się na ten temat ok. 40 tys. publikacji. Internauci swoich laureatów już wybrali – ich zdaniem bezkonkurencyjny jest film „Zjawa” i grający w nim Leonardo DiCaprio. Rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej już 28 lutego.
– Do rozdania najważniejszych nagród filmowych, czyli Oscarów, pozostało zaledwie kilka dni, ale burzliwa dyskusja toczy się w sieci już od początku stycznia. Wszystkie dyskusje w sieci objęły swym zasięgiem ponad milion różnych interakcji. Według danych IMM na temat Oscarów pojawiło się od 1 stycznia do 22 lutego prawie 40 tys. informacji – mówi agencji Newseria Karolina Masalska, specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów. – Najwięcej ukazywało się ich na Facebooku oraz na Twitterze. Tam pojawiło się kolejno 40 proc. oraz 32 proc. wszystkich wzmianek w kontekście nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej.
Średnio w tygodniu pojawiało się ok. 700–800 wzmianek. Biorąc pod uwagę dane na temat widzialności treści z serwisów społecznościowych, informacje te mogły być wyświetlone nawet 100 mln razy. Eksperci spodziewają się kumulacji dyskusji w najbliższych dniach poprzedzających rozdanie Oscarów i tuż po gali.
– Najpopularniejszym aktorem wśród nominowanych jest Leonardo DiCaprio, na którego temat pojawiło się ponad 87 proc. wszystkich informacji, a drugie i trzecie miejsce przypadło kolejno dla Matta Damona oraz Eddiego Redmayne’a [odpowiednio 7 proc. i 6 proc. – red.] – mówi Masalska.
Publikacje na temat Leo nasiliły się po 11 stycznia, kiedy został laureatem Złotego Globu dla najlepszego aktora.
O samych filmie „Zjawa” Alejandro G. Iñárritu ukazało się ok. 10 tys. wpisów, czyli 43 proc. wszystkich informacji na temat oscarowych produkcji nominowanych w kategorii najlepszy film. Na kolejnych miejscach znalazły się „Pokój” (33 proc.) i „Spotlight” (24 proc.).
– W przypadku aktorek nie ma aż tak wyraźnej dominacji, jak w przypadku panów. Zdecydowaną faworytką jest Jennifer Lawrence nominowana za rolę w filmie „Joy” (51 proc. informacji). Dużą popularnością cieszą się również Cate Blanchett (26 proc.) oraz Brie Larson (23 proc.), które zdobyły nieco mniej głosów internautów niż Lawrence – podkreśla ekspertka IMM.
W komentarzach na temat Jennifer Lawrence wiele uwagi poświęcono sytuacji z konferencji po rozdaniu Złotych Globów. Aktorka zwróciła wtedy uwagę dziennikarzowi z Wenezueli, by nie odczytywał pytań z telefonu, kiedy z nią rozmawia. To spotkało się zarówno z pozytywnym, jak i negatywnym oddźwiękiem w sieci.
Wiele miejsca poświęcono również innej kontrowersyjnej kwestii, czyli oskarżeniom Amerykańskiej Akademii Filmowej o rasizm.
– Zdaniem wielu osób wśród tegorocznych nominowanych zabrakło osób o odmiennym kolorze skóry niż biała, co było widoczne m.in. na zdjęciu z dorocznego lunchu organizowanego przez Akademię dla nominowanych do Oscara. To zostało w ciekawy sposób pokazane na jednym z portali internetowych, gdzie z głównych plakatów, które promowały produkcje oscarowe, zostały wycięte osoby o odmiennym kolorze skóry niż biała. Jak można się domyślać i zauważyć, niestety, takich osób było niewiele – mówi Karolina Masalska.
W dyskusję na ten temat włączyło się wiele gwiazd. Część z nich ogłosiła bojkot m.in. Lupita Nyong’o, Will Smith, Spike Lee i George Clooney. Nie brakowało również twórców, którzy zdecydowanie sprzeciwili się tym oskarżeniom. W ten sposób zareagował m.in. Steven Spielberg. W tę debatę włączyła się również Amerykańska Akademia Filmowa. Jej ciemnoskóra szefowa Cheryl Boone Isaacs zapowiedziała włączenia od 2020 roku do grona członków AAF o jeszcze większej liczby kobiet i przedstawicieli mniejszości.
Tłumaczenia z języka białoruskiego i na język białoruski z powodzeniem mogą Państwo zrealizować za pośrednictwem Biura Tłumaczeń 123tlumacz.pl. Od lat profesjonalnie zajmujemy się przekładami tekstów z różnych dziedzin, jednocześnie dbając o ich wysoką jakość i rzetelność.
Biuro współpracuje z najlepszymi tłumaczami, którzy są native speakerami języka białoruskiego oraz posiadają ogromną wiedzę i doświadczenie w tłumaczeniach tekstów biznesowych.
Spośród dziedzin, którymi zajmuje się 123tlumacz.pl, można wyróżnić między innymi:
medycynę i farmację,
handel i usługi,
marketing i reklamę,
serwisy internetowe,
przemysł,
technikę,
budownictwo.
Oprócz tych i innych tekstów specjalistycznych, zajmuje się również tłumaczeniami tekstów zwykłych i ogólnych.
Styczeń to czas, w którym wchodzi w życie wiele nowych regulacji. Tak jest także w tym roku – 2 stycznia zaczęła obowiązywać nowelizacja dotycząca urlopu wychowawczego. Z pewnością wpłynie ona na życie zawodowe i rodzinne wielu zatrudnionych na podstawie umowy o pracę.
Wymiar urlopu wychowawczego
Wymiar urlopu wychowawczego wynosi 36 miesięcy i jest dzielony między pracowników-rodziców w stosunku 35:1. Oznacza to, że jedno z nich może opiekować się dzieckiem 35 miesięcy, natomiast drugie wyłącznie przez miesiąc. Nie można swobodnie przesuwać granicy urlopu między rodzicami, a jeżeli nie zdecydują się oni na wykorzystanie miesiąca urlopu wychowawczego, tracą do niego prawo i urlop wychowawczy będzie wynosił 35 miesięcy, które będzie mogło wykorzystać tylko jeno z nich.
Sytuacja zmienia się w przypadku śmierci lub pozbawienia, ograniczenia lub zawieszenia praw rodzicielskich jednego z rodziców. W takiej sytuacji jedyną osobą, uprawnioną do opieki nad dzieckiem jest drugi rodzic, w naturalny sposób będzie mu więc przysługiwać całość urlopu wychowawczego, czyli 36 miesięcy. Warto podkreślić, że przepisy nie przewidują zwiększonego limitu urlopu w przypadku rodziców, których dziecko jest niepełnosprawne.
Urlop wychowawczy – oboje rodzice czy jedno z nich?
Zmiany z 2 stycznia 2016 roku wprowadzają możliwość wspólnego wykorzystania urlopu wychowawczego przez pracowników-rodziców. Jest to spora zmiana – do tej pory rodzice mogli zajmować się dzieckiem wspólnie jedynie przez 4 miesiące. Od stycznia bieżącego roku będą oni mieli możliwość opiekować się dzieckiem wspólnie, pod warunkiem, że łączny wymiar urlopu wychowawczego nie przekroczy wymiaru 36 miesięcy.
Dziecko do 6 roku życia a urlop wychowawczy
Kolejną dużą zmianą jest przedłużenie okresu, w którym rodzice mogą wykorzystać urlop wychowawczy – od tej pory był to czas do końca roku kalendarzowego, w którym dziecko kończyło 5 lat, obecnie – do końca roku kalendarzowego, w którym kończy ono 6. rok życia. Jeżeli natomiast mamy do czynienia z rodzicami dziecka niepełnosprawnego, mogą oni wybrać urlop wychowawczy do 18. roku życia dziecka. Nie ulega natomiast zmianie możliwość podzielenia urlopu na pięć części.
Jeśli rodzice decydują się na pierwsze wykorzystanie urlopu wychowawczego w chwili, gdy dziecko ukończy 3 lata, jego wymiar zmniejszy się i niezależnie od części wykorzystanego urlopu będzie on obowiązywał wyłącznie do czasu, aż dziecko skończy 6 lat.
Wniosek o urlop wychowawczy
Zgodnie z nowelizacją zmianie ulega także termin złożenia wniosku o urlop wychowawczy – od tej pory należy go złożyć najpóźniej 21 dni przed planowanym początkiem urlopu, nie zaś tak, jak było do tej pory, czyli 14 dni. Jest to o tyle istotne, że to od daty złożenia wniosku uzależniony jest początek urlopu – pracodawca może ustalić datę rozpoczęcia urlopu na 21. dzień po złożeniu przez pracownika wniosku. Jeżeli rodzic zrezygnuje z urlopu, jest zobowiązany poinformować o tym pracodawcę nie później niż 7 dni przez planowanym rozpoczęciem urlopu.
Jeśli chodzi o świadczenie usług biznesowych, Polska jest europejskim liderem. To u nas działa najwięcej międzynarodowych firm z branży outsourcingowej. Jak utrzymać tę czołową pozycję?
„W Polsce jest równowaga między kosztem pracy ludzi a ich jakością. Zawsze możemy znaleźć miejsce, które jest tańsze, ale wtedy odbije się to na tej jakości. Tymczasem polscy pracownicy są bardzo mądrzy – wielu kończy uniwersytety – a ich podejście do pracy jest niezwykle pozytywne. To właśnie dzięki temu Polska jest numerem jeden” – mówi serwisowi infoWire.pl Romek Lubaczewski z firmy PwC.
Mimo że sytuacja sektora usług biznesowych w naszym kraju jest obecnie bardzo dobra, nie wolno spoczywać na laurach. Aby pozostać europejskim liderem, musimy cały czas się rozwijać. „Na pewno zadaniem dla nas będzie budowa wizerunku Polski jako miejsca, gdzie można bez trudu znaleźć specjalistów, ludzi znających języki i mających umiejętności przydatne w przeróżnych dziedzinach” – uważa Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.
Pomoże to oczywiście przyciągać nowych inwestorów. Nie należy przy tym zapominać o wspieraniu tych firm, które już działają na naszym rynku, tak aby mogły dalej odnosić sukcesy i przyczyniać się do rozwoju polskiej gospodarki.
Toyota co roku bije w Polsce kolejne rekordy sprzedaży hybryd. W tym roku ich liczba przekroczyła 3800 aut, o 51% więcej niż rok wcześniej. Jak zapowiedział prezydent Toyoty w Polsce, Jacek Pawlak, w tym roku polski oddział koncernu ma jeszcze większe ambicje. Firma zamierza sprzedać w naszym kraju 8000 hybryd, czyli ponad 2 razy więcej niż w ubiegłym roku.
Wiele wskazuje na to, że ten śmiały plan może się powieść. W tym roku gama Toyoty wzbogaci się o trzy modele, z których każdy ma szansę stać się przebojem w swojej kategorii i dołączyć do grupy hybrydowych bestsellerów, w której na razie znajdują się tylko dwa modele – Auris Hybrid i Yaris Hybrid, pozostawiając daleko w tyle auta hybrydowe innych marek.
Toyota RAV4 Hybrid
Już w kwietniu na rynek wejdzie najmocniejsza wersja modelu RAV4 – hybryda o mocy prawie 200 KM, która przyspiesza do 100 km/h w 8,3 s – to wynik godny sportowego coupé. Spalinowo-elektrycznego SUV-a Toyoty napędza nieco przerobiony napęd hybrydowy z bestsellerowego Lexusa NX.
Jednocześnie otrzymujemy auto o bardzo wygodnej, przestronnej kabinie, z bagażnikiem o pojemności ponad 600 l, z komfortowym zawieszeniem i opcjonalnym elektrycznym napędem na 4 koła E-Four, który umożliwia ciągnięcie przyczepy o masie 1650 kg. RAV4 w nowej wersji z napędem hybrydowym najpełniej realizuje kluczowy wyróżnik segmentu SUV, czyli maksymalną uniwersalność.
Odświeżona Toyota RAV4 zadebiutowała w polskich salonach w ostatni weekend – na razie w wersji benzynowej i wysokoprężnej. Napęd hybrydowy trafi do sprzedaży w kwietniu. Najpopularniejszy w Polsce SUV średniej wielkości dostał nowy silnik wysokoprężny 2.0 D-4D z systemem Start&Stop, o mocy 143 KM i momencie obrotowym 320 Nm w zakresie 1750–2250 obr./min. W tej wersji model ma napęd na przednią oś i 6-stopniową manualną skrzynię biegów. Zmodernizowana jednostka benzynowa 2.0 Valvematic o mocy 152 KM i momencie 195 Nm jest dostępna ze skrzynią manualną lub automatyczną CTV i z napędem 4×4. Obie wersje silnikowe kosztują tyle samo – ceny zaczynają się o 108 900 zł.
Toyota Prius
Toyota Prius czwartej generacji to samochód całkowicie nowy. Na pytanie, co zmieniło się w Priusie, prawidłowa odpowiedź brzmi – wszystko. Ten model to nowe otwarcie także jeśli chodzi o obecność na europejskim rynku. Po debiucie hybrydowego Aurisa popularność poprzedniej generacji Priusa w Europie nieco zmalała. Jednak nowy Prius wchodzi na rynek z ogromnym potencjałem – urósł do segmentu D i stał się elegancką limuzyną o niecodziennym, dynamicznym designie, uzupełniającą ofertę Avensisa o model hybrydowy. To samochód dla tych, którzy chcą się wyróżniać, a jednocześnie cenią komfortowe auta o wysokim standardzie.
Najpopularniejsza hybryda na świecie powstała na nowej globalnej platformie, której zawdzięcza aż o 60% większą sztywność nadwozia, gwarantującą lepszą odporność na zderzenia oraz większą stabilność uzyskaną bez usztywniania zawieszenia. Elastyczne zawieszenie daje lepszą przyczepność i sterowność oraz większy komfort jazdy.
Prius otrzymał napęd hybrydowy nowej generacji. Układ powstał według tych samych założeń co w poprzednim modelu, czyli łączy wolnossący silnik benzynowy 1.8 z dwoma jednostkami elektrycznymi za pośrednictwem przekładni planetarnej, jednak wszystkie elementy systemu hybrydowego zostały zbudowane od nowa. Są teraz mniejsze i bardziej wydajne, dzięki czemu Prius uzyskał rewelacyjne spalanie na poziomie 3,3 l/100 km. Przyczynił się do tego walnie rewelacyjny silnik spalinowy o wydajności cieplnej na poziomie 40%. To najbardziej wydajny silnik benzynowy na świecie.
Wersja produkcyjna Toyoty C-HR Concept
Toyota postanowiła zagospodarować kolejny popularny segment rynku i wprowadza do salonów hybrydowego crossovera. To samochód stworzony z myślą o młodych kierowcach, ceniących aktywny styl życia. Auto dzieli platformę i napęd z Priusem, wyróżnia się jednak podniesionym zawieszeniem i masywnym nadwoziem o oryginalnym designie inspirowanym szlifowanym diamentem. Jak twierdzą jego projektanci, samochód dorówna pod względem precyzji prowadzenia sportowemu coupé GT86.
To nie koniec nowości w salonach japońskiej marki. W połowie roku pojawią się dwie ważne premiery w kategorii samochodów użytkowych. W tym czasie zadebiutuje następna generacja legendarnego Hiluxa oraz rodzina samochodów dostawczych PROACE, wyróżniająca się aż trzema długościami rozstawu osi. Na targach w Genewie będzie można zobaczyć wersję osobową, 9-miejscowy van PROACE VERSO.
W najnowszym raporcie NASK podsumował IV kwartał 2015 i cały ubiegły rok. Wynika z niego,że był to rok rekordowy, zarówno pod względem nowych rejestracji domen polskich, jak i pod względem liczby abonentów. W 2015 roku Polacy zarejestrowali 1 119 896 nowych nazw, a nasz kraj – z liczbą 2 681 752 obsługiwanych nazw – znalazł się na 11. pozycji wśród największych rejestrów krajowych na świecie. Roczny przyrost nazw na koniec grudnia wyniósł 6,23% i był najwyższy w ostatnich czterech latach.
Abonenci domeny .pl
Liczba abonentów w rejestrze w 2015 roku wzrosła o ponad 60 tys. i tym samym na koniec 2015 roku wynosiła ponad milion abonentów (1 007 706).
Pod kątem obsługi abonentów liderem pozostaje nazwa.pl, której udział na koniec grudnia 2015 roku wynosił 24,33%. Spółka home.pl odnotowała w tym obszarze udział wynoszący 20,99%.
NASK: Udział głównych Partnerów w obsłudze abonentów nazw domeny .pl na koniec 2015 r.
Nowe rejestracje
W 2015 roku liczba nowych rejestracji domeny .pl również przekroczyła milion, osiągając tym samym rekordowy w historii rejestru poziom 1 119 896 nazw. Dało to wynik wyższy o ponad 91 tys. nowych nazw w porównaniu do liczby rejestracji w 2014 roku.
W ostatnim kwartale ubiegłego roku abonenci zarejestrowali 268 016 nowych domen polskich,co daje średnią dzienną liczbę rejestracji w kwartale na poziomie 2 913.
W 2015 roku najwięcej nowych rejestracji wykonanych było za pośrednictwem nazwa.pl
– rejestratora ze 100 proc. polskim kapitałem, który obsłużył 28,54% rejestracji. Udział home.pl w skali roku wyniósł 28,36%
NASK: Udział głównych Partnerów w nowych rejestracjach nazw domeny. pl w 2015 r.
Wart podkreślenia jest fakt, że w każdym kolejnym kwartale 2015 roku wskaźnik odnawianych nazw domeny .pl utrzymywał tendencję wzrostową, osiągając na koniec roku najwyższą od początku 2009 roku wartość – 61,87%.
Z raportu wynika, że spośród wszystkich nowych nazw zarejestrowanych w 2015 roku, 70,52% stanowiły nazwy zarejestrowane bezpośrednio w domenie .pl, 24,14% to nazwy zarejestrowanew administrowanej przez NASK strefie nazw funkcjonalnych (np. .com.pl, .net.pl), a 5,34% w domenach regionalnych (np. .waw.pl).
– Spośród 130 podmiotów, Partnerów NASK z Polski, najczęściej wybieranym rejestratorem w roku 2015, obsługującym największą liczbę abonentów nazw w domenie .pl, była nazwa.pl.
Blisko 25-procentowy udział w obsłudze abonentów oraz blisko 30-procentowy udział w nowych rejestracjach świadczy o tym, że nasza strategia precyzyjnie trafia w potrzeby rynku. Podstawowym celem, jaki niezmiennie sobie stawiamy, jest świadczenie najwyższej jakości usług. Staramy się, aby Klienci nazwa.pl każdego dnia mogli potwierdzić słuszność dokonanego wyboru – współpracę z nazwa.pl, jako sprawdzonym, wiarygodnym i kompetentnym partnerem w biznesie – komentuje Tomasz Żyła, prezes zarządu nazwa.pl sp. z o.o.
W dniach 9-13 lutego odbyły się targi Stockholm Furniture and Light Fair, organizowane w czasie Szwedzkiego Tygodnia Designu. To jedno z najważniejszych wydarzeń wzorniczych w Europie. Polskim reprezentantem była firma Mikomax Smart Office, lider w rozwiązaniach dla firm zapewniających ergonomię i efektywność pracy w biurze. System #Hush, biurko Stand Up czy NEST to nowości, które wzbudziły zainteresowanie branży.
Część targów w Sztokholmie poświęcona przestrzeni biurowej była jedną z najchętniej i najliczniej odwiedzanych sekcji ekspozycji. Prezentowane rozwiązania odzwierciedlały wyraźną zmianę w podejściu organizacji przestrzeni – zwrot w stronę ergonomii, komfortu użytkownika i personalizacji.
Jeśli chodzi o meble biurowe, na sztokholmskich targach zdecydowanie najmocniej eksponowane były rozwiązania tapicerowane, czyli różnego rodzaju sofy i siedziska przeznaczone do stref relaksu czy indywidualnej pracy w skupieniu. Te elementy oferty promowano dużo intensywniej niż klasyczne rozwiązania pracownicze. Jednocześnie prezentowano szerokie zastosowanie naturalnych materiałów, między innymi wykończenia w drewnie dębowym. W kolorystyce dominowała zieleń oraz jasne, stonowane kolory – niebieski, morski i blady róż. To pokazuje wyraźnie, że coraz więcej organizacji świadomie chce tworzyć w swoich biurach komfortową, przyjazną użytkownikowi przestrzeń. Chyba nikt już nie ma wątpliwości, że dobry, funkcjonalny design jest zarezerwowany nie tylko dla wnętrz naszych mieszkań.
Elastyczność przede wszystkim
Odwiedzający Stockholm Furniture and Light Fair mieli okazję zapoznać się z jednym z najnowszych projektów Mikomax Smart Office – systemem #Hush. To kabiny, które pozwalają w obrębie biura wytyczyć mini strefy do kameralnych spotkań lub pracy w skupieniu. Materiał, z którego wykonane są kabiny gwarantuje izolację akustyczną. Specjalnie na targi została przygotowana wersja systemu, do wykończenia której zastosowano tkaninę fakturą przypominającą filc.
– W projektowaniu współczesnych biur coraz chętniej odchodzi się od permanentnych rozwiązań takich jak np. aranżowanie przestrzeni za pomocą ścianek działowych. Zamiast tego wybierane są rozwiązania mobilne, które nie tylko pełnią różne funkcje w zależności od bieżących potrzeb, ale również w łatwy sposób można zmienić ich rozmieszczenie w przestrzeni. Tak jest z systemem #Hush, który pomimo solidnej konstrukcji gwarantującej wygodę pracy i kameralność, łatwo można przenieść w inne miejsce biura bez demontażu – komentuje Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.
W biurze jak w domu, w domu jak w biurze
W czasie targów firma prezentowała także swoje flagowe rozwiązanie, czyli system biurek Stand Up wyposażony w regulację wysokości blatu, która zapewnia szybkie przejście od pracy siedzącej do stojącej. Manualny system regulacji zgłoszony do opatentowania umożliwia łatwą i płynną obsługę. Możliwość zmiany pozycji znacząco poprawia ergonomię pracy. Dodatkowo, podniesienie blatu sprawia, że dwa oddzielone od siebie stanowiska do pracy indywidualnej można zamienić na strefę do spotkań na stojąco i pracy projektowej.
Jednak unikatowym rozwiązaniem prezentowanym przez Mikomax Smart Office były biurka NEST, oparte na tej samej technologii co system Stand Up, ale przeznaczone do przestrzeni domowych. Szeroka gama kolorów i wykończeń sprawia, że NEST pasuje do różnorodnych wnętrz. Sprawdzi się nie tylko w przypadku osób pracujących w domu. Intuicyjny, szybki i cichy system manualnej regulacji blatu pozwala na dostosowanie biurka do potrzeb całej rodziny – osób w różnym wieku i o różnym wzroście. NEST zostało nominowane w prestiżowym konkursie TOP DESIGN award 2016.
Realizacje Mikomax Smart Office można znaleźć w biurach największych globalnych i polskich marek takich jak Qatar Airways, EY, Marks & Spencer, Ericpol czy Narodowego Banku Polskiego.
W ubiegłorocznej edycji Łódź Design Festival system siedzisk Packman otrzymał wyróżnienie must have! 2015. Projekty firmy były pokazywane również w trakcie największych targów designu w Londynie – 100% Design w ramach London Design Festival w 2015 r., a także na największych wydarzeniach wzornictwa przemysłowego w Europie, m.in. na Praha Designblok.
Co zrobić, by twój biznes rozwijał się szybciej niż konkurencja? Pamiętaj o trzech obszarach, które często są zaniedbywane przez przedsiębiorców. Po pierwsze – śledź najnowsze trendy dotyczące biznesu, nowych technologii, zakupów w sieci, mediów społecznościowych. Innowacyjne rozwiązania mogą spowodować, że wyprzedzisz konkurencję i zdobędziesz nowych klientów. Po drugie – postaw na ludzi. Bądź członkiem społeczności i otaczaj się osobami, które pomogą ci robić prawdziwy biznes. Po trzecie – pamiętaj o tzw. „trójkącie przedsiębiorcy”.
Czy wiesz, co kryje się pod pojęciami: „Omnichannel”, „Multiscreening”, „Click & Collect”? Czy wiesz jak nowe trendy wpływają na nasze życie i biznes? Jeśli nie – nadrób zaległości i śledź nowinki na bieżąco. Oferuj klientom to, czego nikt jeszcze nie zaoferował. THINKTANK, czyli jeden z czołowych polskich ośrodków analiz wydał niedawno „SmartBook”, w którym znajdziesz 55 trendów świadomego życia, zdrowia, kupowania, pracy i odpoczynku. Podobnych publikacji jest wiele, zwłaszcza na zagranicznym rynku. Dzięki nim będziesz wiedział, że dzisiejsi klienci robią zakupy w Internecie przy użyciu kilku narzędzi jednocześnie (zaczynają na komputerze, kończą na smartfonie), a „omnichannel” to nic innego jak skuteczna komunikacja z konsumentami za pomocą wielu platform. Co znaczy „Click & Collect”? Jeśli prowadzisz biznes e-commerce to rozwiązanie może Ci się przydać. Coraz więcej osób nie zamierza czekać dwóch dni (ani nawet jednego) na zakupy zamówione przez internet. Dzięki usłudze „Click & Collect” zamawiają online, a odbierają zakupy nawet już po dwóch godzinach w realu (np. na stacji benzynowej). Dlaczego skrót DIY staje się coraz bardziej popularny? „Do It Yourself”, bo o nim mowa to nowy trend promujący majsterkowanie i samodzielne wykonywanie wszystkiego, od ubrań, poprzez meble i akcesoria, na biżuterii kończąc. Hipermarkety już dziś zobaczyły szansę w tym trendzie. W Kanadzie wartość rynku samodzielnych remontów rośnie rok do roku o więcej niż 5 proc. W 2013 r. osiągnęła poziom ponad 63 mln dolarów (w tym samym czasie rynek polski był oceniany na około 38 mld zł). W sieci pojawia się coraz więcej porali, które sprzedają ręcznie robione produkty, ale udzielają również wskazówek jak tworzyć, budować samodzielnie. Może to informacja, którą warto wykorzystać?
Środowisko nastawione na podobne cele
Aby przenieść swoją działalności na wyższy szczebel należy zadbać o środowisko, którym się otaczasz. Tradycyjny networking to za mało, postaw na społeczność nastawioną na podobne jak Twoje cele. Otaczaj się ludźmi, którzy zmierzają w tym samym kierunku, dzięki temu zbudujesz relacje wykraczającą poza zwykłą wymianę wizytówek i grzecznościowe uściski dłoni. Powinieneś szukać społeczności, która zapewni mentorskie wskazówki, wsparcie i inspirację. – Wspólna przestrzeń pracy oznacza miejsce, w którym ścierają się pomysły i talenty. Bycie jego częścią stwarza nie tylko międzyludzkie relacje, lecz również przyszłe interakcje biznesowe, które mogą być korzystne dla firm rozpoczynających działalność. – mówi Hadley Dean, CEO Compass Offices EMEA, azjatyckiego giganta, obecnego na polskim rynku biur serwisowych. – Budowanie społeczności przyczynia się do osiągnięcia sukcesu. Obserwujemy jak istotną rolę odgrywa współpraca oraz komunikacja pomiędzy naszymi klientami. Nasza filozofia wykracza poza elastyczne warunki najmu, prestiżową lokalizację i nowe technologię, to również działania stawiające na integrację członków naszej społeczności. Organizujemy warsztaty i spotkania, które wspierają relacje między najemcami: dni jogi, healthy days, wspólne gotowanie czy degustacje herbat – dodaje Dean.
Trójkąt przedsiębiorcy
Co oznacza „trójkąt przedsiębiorcy”? Według ekspertów każda firma powinna działać w oparciu o trzy filary takie jak: produkt, administracja i sprzedaż. Błąd, który przedsiębiorcy popełniają na starcie to faworyzowanie jednego obszaru kosztem pozostałych. Bywa, że zajęci udoskonalaniem produktu zapominamy, że kiedyś powinniśmy zacząć go sprzedawać, bo przecież to sprzedaż determinuje nasz wzrost i decyduje o zarobkach. Zdarza się również, że pochłonięci pracami administracyjnymi, zapominamy o samym produkcie, który jest często odbiciem naszego pomysłu i idei, ale zupełnie nie trafia w gusty i potrzeby klientów. Jak to zmienić? Jak sprawić, by „trójkąt przedsiębiorcy” pracował na naszą korzyść, a nie odwrotnie? – Pamiętajmy o dwóch zasadach: po pierwsze – prośmy o pomoc i outsourcujmy działania. Po drugie – nie ponośmy, przynajmniej na początku, nadmiernych wydatków, które nie mają bezpośredniego przełożenia na sprzedaż i rozwój firmy. Przykładem może być księgowość, którą młodzi przedsiębiorcy prowadzą samodzielnie. Wyliczyliśmy, że na wypełnianie dokumentów, załatwianie formalności lub dokształcanie się w tym zakresie, poświęcają średnio 1 dzień w tygodniu, czyli ok. 4 dni w miesiącu. Gdyby zlecili te zadania profesjonalnym księgowym, mogliby poświęcić ten czas na rozwijanie działalności i sprzedaż. Oznaczałoby to, że początkowe wydatki będą miały wpływ na zwiększenie zarobków w dłuższej perspektywie czasu – mówi Adam Głos, prezes firmy Tax Care.
Zarabiają krocie sprzedając unikalne produkty – mięso przez internet koneserom zdrowej żywności, spraye o zapachu książek użytkownikom ebooków, spragnionym dotyku i czułości – sesje przytulania połączone z drapaniem po plecach czy głaskaniem po głowie. To autentyczne, dobrze zarabiające biznesy. Oczywiście, dziś można dorobić się także w bardziej konwencjonalny sposób, wykorzystując już otwarte furtki.
Wolność, niezależność, swoboda, duże pieniądze – to dla wielu synonimy własnego biznesu. I rzeczywiście, może tak być, o ile zakładając firmę wykorzysta się dobry pomysł – własny lub „pożyczony”. Tak właśnie działa franczyza.
Nie ryzykuj, wybierz sprawdzony biznes
W Polsce funkcjonuje 1048 systemów franczyzowych, jak wynika z „Raportu o franczyzie w Polsce 2015” przygotowanego przez PROFIT system. Już teraz to ponad 60 tys. placówek, których liczba nadal systematycznie rośnie. Przybywa osób, które szukając pomysłu na własny biznes, chce spróbować sił prowadząc firmę pod franczyzowym szyldem. Mają dość pracy w korporacjach, są gotowi do działania na własny rachunek, ale bez ryzyka, że coś pójdzie „nie tak”.
Taka myśl przyświecała Łukaszowi Ejsmontowi, który od pół roku prowadzi w dolnośląskim Bolesławcu punkt przesyłek kurierskich: – Szukałem sprawdzonego biznesu, przetestowanego i wypromowanego wcześniej przez innych przedsiębiorców. Nie chciałem ryzykować utraty posiadanego kapitału, poza tym zależało mi na stosunkowo szybkim zarobku bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów własnych na reklamę i promocję. Stąd decyzja o wejściu w sieć franczyzową. Wybrałem branżę kurierską, ponieważ w mojej lokalizacji tego typu usługi były dostępne dla klientów w wysokich cenach. Wiedziałem też, że lokalni przedsiębiorcy często narzekali na jakość.
Zanim Łukasz Ejsmont wybrał konkretnego franczyzodawcę, zrobił solidne rozpoznanie rynku, porównując dostępne oferty. Ostatecznie podpisał umowę z siecią Pakersi.pl, gdzie marże okazały się być wyższe, a ceny usług niższe niż u konkurencji. Jak tłumaczy: – Na podjęcie ostatecznej decyzji największy wpływ miał przedstawiony plan rozwoju usług międzynarodowych. Rzeczywiście franczyzodawca wywiązał się z obietnicy i od stycznia tego roku mogę oferować na lokalnym rynku tanie wysyłki zagraniczne. Z tej opcji korzystają zarówno firmy, jak też rodziny osób pracujących na co dzień np. w Niemczech. W okolicach Bolesławca takich nie brakuje.
Obecnie firma Łukasza Ejsmonta nadaje kilkadziesiąt przesyłek dziennie. Jak sam przyznaje, inwestycja zwróciła się w dwa miesiące od uruchomienia biznesu. Teraz planuje otwarcie kolejnego punktu kurierskiego w sąsiednim mieście.
Jaka franczyza w 2016 roku?
Najbardziej znanym przykładem sieci franczyzowej jest McDonald’s, którego restauracje serwują to samo menu, ale każda prowadzona jest przez innego przedsiębiorcę. W Polsce popularność zdobywa także Telepizza, która posiada już ponad 80 placówek. Dobrym przykładem może być branża spożywcza, a w szczególności sieć ABC, do której należy ok. 7 tys. sklepów spożywczych.
Oczywiście, zarabiać można nie tylko w gastronomii czy branży spożywczej. Rozwiniętą siecią jest Dbam o Zdrowie z ponad 300 aptekami czy Bricomarché, sklepy oferujące rozwiązania do ogrodu i mieszkania, których jest już ponad 100. Z Pawo i Mon Amie można sprzedawać odzież, z Sokółka Okna i Drzwi – stolarkę drewnianą i okienną, a Pakersi.pl umożliwiają świadczenie usług kurierskich w cenach niższych niż te oferowane przez popularne korporacje. Dziś działa już ponad 40 takich punktów w Polsce.
Zakładasz biznes? Te pytania zadaj franczyzodawcy
Na co należy zwrócić uwagę wybierając biznes franczyzowy? Zarówno na samą branżę, jak i zakres oferty. Te najbardziej perspektywiczne to takie, których produkty i usługi trafiają nie tylko do klienta indywidualnego, ale także – wpisują się w potrzeby firm. Warto, bo przedsiębiorcy są lojalną grupą, rzadko zmieniającą dostawców.
Ważne też, by przed podpisaniem umowy, porównać zaprezentowaną przez franczyzodawcę ofertę, z tą proponowaną przez konkurencję. Nie wolno dać się zwieść ogólnikom, typu: „posiadamy najlepszą ofertę na rynku”. Trzeba wymagać rzeczywistych przykładów, potwierdzających te słowa.
Dodatkowo warto sprawdzić, jakie działania podejmuje sieć, by zapewnić odbiorcom nie tylko zwrot z inwestycji, ale też zarobek: – Pytania o strategię rozwoju firmy zdarzają się bardzo często. Klienci pytają, jakie kroki planujemy i co robimy, aby zrealizować zakładane cele. Weryfikują, czy i kiedy sieć będzie wprowadzać nowe usługi. Sprawdzają, zresztą słusznie, jakie kroki podejmujemy, by promować usługi wśród ich potencjalnych klientów oraz zwiększać konkurencyjność na rynku. Cenimy zaangażowanych partnerów, bo tacy osiągają sukces – tłumaczy Maciej Szozda, manager ds. rozwoju sieci Pakersi.pl.
Weryfikując franczyzodawcę, warto pamiętać o tej kwestii – lokalizacji. Trzeba wiedzieć, że niektóre sieci franczyzowe skupiają się wyłącznie na największych miastach i dokładnie określają miejsce prowadzenia biznesu. Mogą wymagać np. wynajęcia kilkusetmetrowego lokalu w centrum handlowym lub mieście mającym co najmniej 300 tys. mieszkańców. Oczywiście nie wszystkie sieci nakładają takie wymagania. Lepiej więc skupić się na takich, dzięki którym będzie można działać również w małych miastach, w których sprzedawanych usług często w ogóle nie ma.
Na koniec trzeba dowiedzieć się, czy franczyzodawca gwarantuje wyłączność na dany obszar, a jeżeli tak – jakiej wielkości. Nie ma nic gorszego niż drugi punkt świadczący te same usługi, wyrastający po drugiej stronie ulicy. Takie sytuacje zdarzają się, np. w przypadku niektórych kawiarni.
Ile pieniędzy potrzebujesz i ile zarobisz?
Najtańszą franczyzę otworzymy, dysponując zaledwie kilkoma tysiącami złotych. W takim przypadku trzeba będzie się jednak nastawić się na dość wysokie koszty miesięczne (np. opłaty marketingowe czy za wypożyczenie sprzętu od sieci franczyzowej). Zdecydowanie więcej ciekawych ofert jest, gdy inwestycja sięga kwoty 20–50 tysięcy złotych. Przy takiej sumie, znaczna część zysku zostaje dla franczyzobiorcy. – W przypadku usług kurierskich, kwota inwestycji początkowej mieści się w granicach kilkunastu tysięcy złotych. Sfinansować ją można z własnych środków lub korzystając z dotacji – wielu naszych partnerów korzysta właśnie z tej drugiej opcji. Istnieje wiele mechanizmów ułatwiających rozpoczęcie własnego biznesu, a rolą franczyzodawcy jest zapewnienie przedsiębiorcy wiedzy i dostępu do tych narzędzi – dodaje Maciej Szozda.
Jeśli dysponuje się większym kapitałem, od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych, można rozmawiać z największymi sieciami – znanymi restauracjami czy firmami odzieżowymi. Przy tych kwotach należy jednak liczyć się z zamrożeniem dużych pieniędzy w towarze i stosunkowo dużym ryzykiem oraz długim czasie zwrotu.
Na koniec pamiętajmy, we franczyzie gwarantem sukcesu, obok powtarzalności, jest duże zaangażowanie własne. Przedsiębiorcy, mimo że są pod jedną marką, prowadzą własne firmy, którym są gotowi się poświęcać. Wspólnie docierają do szerokiej liczby klientów, stale zwiększając świadomość istnienia marki. Placówek powstaje coraz więcej, bo po pewnym czasie odbiorcy znają brand, chcą korzystać z oferty i tylko czekają aż pojawi się w mieście.
Jeden z absolwentów Executive Academy na Vienna University of Economy and Business, Marek Moczulski, opowiada o drodze, którą przeszedł zanim został prezesem Bakalland.
Które etapy w życiu miały największy wpływ na Pana karierę i dlaczego?
W swoim życiu zawodowym miałem dwa etapy. Rozpocząłem karierę w branży finansowej. Najpierw pracowałem w Pricewaterhouse, gdzie nauczyłem się wszystkiego o finansach. Niektórzy twierdzą, że PW (teraz już PWC) było szkołą finansów. Zgadzam się z tym. Kontynuując karierę w tym obszarze, przeniosłem się z konsultingu do przemysłu m.in. Shell Gas czy Agros Holding. Drugi etap jest związany z zarządzaniem. Otrzymałem awans na stanowisko CEO w firmie Agros i od tego czasu kontynuowałem tę ścieżkę w dwóch różnych firmach.
Czy wybór finansów na samym początku Pana kariery był całkowicie świadomy i przemyślany?
Finanse są bardzo interesującym obszarem. Na samym początku mojej kariery, wiedziałem, że poznanie procesów finansowych jest niezbędne do zrozumienia każdej firmy. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że mógłbym zdziałać znacznie więcej jako CEO. Teraz mogę powiedzieć, że krok w stronę roli prezesa to był mój świadomy wybór i jestem z niego zadowolony.
Jak to się stało, że zaczął Pan pracować dla Bakalland oraz Delecta?
Po odejściu z firmy Mieszko S.A., gdzie ogromnym sukcesem była restrukturyzacja i rozwój tej spółki, postanowiłem znaleźć kolejne przedsiębiorstwo wymagające transformacji. Szukałem nowych możliwości wraz z firmą Innova Capital. Bakalland wydawał się być najlepszym wyborem. Od razu bardzo zaangażowałem się w cały proces. Akcjonariusze powołali mnie do rady nadzorczej, a po dziewięciu miesiącach zostałem prezesem Bakalland Group.
Co zmieniło się w Pana karierze po ukończeniu MBA oraz co było dla Pana najbardziej wartościowe?
Dzięki programowi MBA, przyjąłem rolę CEO z większą pewnością. A objąłem to stanowisko niecałe dwa lata po ukończeniu MBA. Największą wartość podczas całego programu miała dla mnie analiza konkretnych przypadków i dyskusja na ich temat oraz możliwość dzielenia się doświadczeniami z innymi profesjonalistami.
Jakie są Pana cele na kolejne lata? Czy jest coś konkretnego, co chciałby Pan dokonać?
Chciałbym napisać książkę o zarządzaniu bazując na zdobytym doświadczeniu.
Co uważa Pan za “wielki luksus”?
Spokojny weekend lub wakacje z moją żoną. Obecnie, nawet kolacja bez myślenia o biznesie jest czymś niezwykle cennym.
Jak opisałby Pan swoją filozofię przywództwa? Czy powstała ona pod wpływemktóregoś modelu przywództwa?
Bardzo silnie wpłynęła na mnie kultura korporacyjna oraz filozofia PW (obecnego PwC). Nauczyłem się tam pracy w grupie oraz tego, jak ważny jest każdy członek zespołu w kontekście realizacji celów całej organizacji. Tamtejsza kultura zakładała tolerowanie błędów, ale jednocześnie bezwzględne podejście do osób powtarzających te same błędy. Jedno z moich pierwszych spotkań po dołączeniu do firmy na początku lat 90-tych było prowadzone przez partnera Amerykanina, który powiedział “Możesz popełniać błędy. Jeśli popełnisz ten sam błąd dwa razy, zaczniemy się bacznie przyglądać Twojej pracy. Jeśli popełnisz ten sam błąd po raz trzeci – będziesz pracować dla rządu”. W tamtych czasach, praca w strukturach rządowych, nie była awansem.
Jak podaje RMF FM, na kolejnej rundzie negocjacji z Rosjanami w sprawie obustronnych zezwoleń na wykonywanie transportów osiągnięto porozumienie. Na razie jest to porozumienie wstępne. Umowa ma obowiązywać 2 miesiące i zakłada 20 tys. zezwoleń (po równo ogólnych i specjalnych) dla każdej ze stron. W kwietniu mają być wynegocjowane ostateczne warunki porozumienia.
Łukasz Włoch, główny ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców: Możemy mówić o połowicznym sukcesie polskiej delegacji. Na pewno porozumienie normujące relacje handlowe między Polską a Rosją choćby na jakiś czas jest lepsze od żadnego. Udało się również uzyskać zobowiązanie od Rosjan do zmiany dyskryminującego polskich przewoźników prawa. Nie jest to jednak porozumienie ostateczne, a wynegocjowana kwota – 20 tys. zezwoleń w ciągu 2 miesięcy – stosunkowo niska, niemalże dwa razy niższa niż średnia miesięczna liczba zezwoleń w roku ubiegłym – mówi Łukasz Włoch.
Historia współpracy transportowej z naszym wschodnim sąsiadem pokazuje, że to nie pierwszy taki problem w tych relacjach. Zawsze jednak udawało się wypracować jakiś kompromis. Polska jest w o tyle korzystnej sytuacji, że większość towarów eksportuje do Unii Europejskiej. Natomiast gros rosyjskiego eksportu idzie na Zachód. Ze względu na organiczną przepustowość portu w Kłajpedzie, kłopoty z transportem na terytorium Ukrainy i Turcji czy wysokie koszty transportów przez Finlandię trudno Rosjanom Polskę ominąć – uważa Łukasz Włoch.
W wyniku wejścia w życie rozporządzeń nr 248 i nr 301 rosyjskiego Ministerstwa Transportu od 1 lutego 2016 r. polscy przewoźnicy stracili zezwolenia na wykonywanie transportów na terenie Rosji. Zezwoleniem specjalnym (a nie jak do tej pory ogólnym) zostały objęte wszystkie towary wyprodukowane w kraju trzecim, nawet jeśli były składowane na terytorium Rzeczpospolitej lub wyprodukowane przez zagraniczną firmę w Polsce.
Zakup nowych hotel i poszerzanie działalności się opłaciło, Orbis w zeszłym roku podwoił swój zysk netto. Spółka już zapowiedziała, że część z zysku przeznaczy na kolejne inwestycje.
– Osiągnęliśmy wzrost zysku netto o ponad sto procent. To bardzo dobry sygnał. Byliśmy i nadal pozostajemy spółką dywidendową. Skupiamy się na wzroście wartości dla akcjonariuszy poprzez z jednej strony – wypłatę dywidendy w wysokości 50 procent zysku netto, a z drugiej strony – poprzez wzrost kapitalizacji giełdowej. To jest nasza wola i cel żeby zwiększać udział rynkowy – mówi newsrm.tv Gilles Clavie, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny Orbis SA.
W ubiegłym roku Spółka sfinalizowała transakcję przejęcia hoteli od AccorHotels, na podstawie której nabyła sieć 38 hoteli.
Dobre wyniki finansowe potwierdza wzrost sprzedaży netto o +8,3% do poziomu 1 263 mln zł oraz wskaźnika EBITDAR o +11,2% (do poziomu 431 mln zł) w porównaniu do wyników pro forma z roku 2014. EBITDA operacyjna wyniosła 329 mln zł i przewyższyła prognozę, która kształtowała się w przedziale 310-320 mln zł. W ostatnim roku wzrosła także rentowność działalności Spółki (marża EBITDAR – o 0,9 p.p., do 34,2%, a marża operacyjna EBTIDA osiągnęła poziom 26,1%, co oznacza wzrost o 1,3 p.p. w porównaniu do wyników pro forma w roku 2014). Orbis zanotował też bardzo dobre wyniki operacyjne – wskaźnik RevPAR (przychód na jeden dostępny pokój) w całej Grupie wzrósł o + 10,6%, do poziomu 150,8 zł. Tak wysoki wynik został osiągnięty dzięki wyższej średniej cenie za pokój (ARR) o +1,5%, jak również większej frekwencji (o 5,7 p.p., na poziomie 69,7%) we wszystkich krajach regionu.
– Nasz wynik netto został znacznie poprawiony w 2015 roku. Potwierdza to naszą strategię. Szukamy wzrostu. Osiągnęliśmy go przez transakcje z stycznia zeszłego roku. Możemy powiedzieć, że to była dobra decyzja, dobra strategia. Przygotowujemy teraz kolejne transakcje – dodaje Gilles Clavie.
Firma będzie także inwestować w Polsce. Już w w drugiej połowie roku planowane jest zakończenie inwestycji tj. Mercure Kraków Centrum i Ibis Gdańsk. Ibis Styles Szczecin, jest w fazie uzyskiwania pozwoleń administracyjnych.
23 czerwca Brytyjczycy zagłosują, czy chcą pozostać w strukturach unijnych czy wolą pełną autonomię. W Chinach giełda rośnie po zmianach w ważnej komisji nadzorującej tamtejszy rynek. Słabsze dane makroekonomiczne w Japonii. Dzisiaj dzień publikacji indeksów PMI dla przemysłu.
W Chinach wzrosty na giełdzie na pierwszej w tym tygodniu sesji. Większość obserwatorów za powód takiego zachowania rynków uznaje odwołanie przewodniczącego Komisji Regulacyjnej ds. Akcji. Znany jest już nowy prezes tej instytucji. Zmiana jest prawdopodobnie spowodowana bardzo nieudanym pomysłem z hamulcem na spadki giełdy, który na początku tego roku spowodował kilkukrotne zawieszenie notowań i bardzo wysokie spadki.
W nocy poznaliśmy indeks PMI dla przemysłu Japonii. Analitycy oczekiwali, że może się obniżyć, ale spadek o 2,1 pkt zaskoczył inwestorów. Co ciekawe w Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż obowiązuje zasada im gorzej tym lepiej. Inwestorzy w reakcji na słabe dane zaczęli kupować akcje, licząc na nowy pakiet stymulacyjny dla gospodarki. Jest to dość dobry moment by zastanowić się nad skutecznością tej polityki. Racjonalnie natomiast zareagował rynek walutowy. Jen od początku dnia stracił względem głównych walut.
Znamy datę referendum w sprawie Brexitu. To 23 czerwca 2016 roku. Po tej informacji funt zaczął znów tracić, schodząc poniżej poziomu 5,60 zł. Funtowi nie pomagają nawet dobre dane, które opublikowano w piątek. Sprzedaż detaliczna w skali roku rośnie o 5,2%, podczas gdy spodziewano się +3,6%. Co ciekawe wbrew temu co sądzono o referendum separatystycznym Szkocji, tutaj realnie rozważane jest odłączenie się Wielkiej Brytanii od Unii. Negocjacje na linii Wielka Brytania UE były bardzo długie. Ostatnie spotkania trwały w sumie ponad dobę. Główną kością niezgody były ograniczenia w dostępie do programów socjalnych. Kompromis przewiduje możliwość wprowadzenia mniejszych świadczeń dla nowo przybyłych emigrantów. Będą one jednak z czasem w ciągu 4 lat zrównywać się z tymi, które otrzymują Brytyjczycy. Analitycy są zgodni, że o ile temat zasiłków nie jest tutaj najważniejszy, to budzi on bardzo dużo emocji i będzie miał wpływ na wynik referendum. Gdyby doszło do opuszczenia Unii przez Brytyjczyków, należałoby się spodziewać się osłabiania funta względem innych walut.
W piątek poznaliśmy dobre dane z USA. Inflacja wyniosła 0,3% wobec oczekiwanych 0,2%. Przy tak niskich poziomach wzrost inflacji uznawany jest za korzystne zjawisko.
Dzisiaj dzień publikacji indeksów PMI dla przemysłu w najważniejszych gospodarkach. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Polska – koniunktura gospodarcza.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 22.11.2015 do 22.02.2016
Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3650.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 22.11.2015 do 22.02.2016
Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9300.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 22.11.2015 do 22.02.2016
Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla obecnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 22.11.2015 do 22.02.2016
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,7000. W przypadku kontynuacji spadków wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,5700.
Startujący niebawem program „Rodzina 500 plus” to nie tylko pomoc dla biedniejszych rodzin, ale też dodatkowy zastrzyk gotówki, który można odłożyć na przyszłość naszych pociech. Jak dobrze wykorzystać te pieniądze radzi Mikołaj Fidziński, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.
„Rodzina 500 plus” zakłada pomoc finansową w wysokości 500 zł wypłacanych na każde drugie i kolejne dziecko. Świadczenie także na pierwsze dziecko obejmie natomiast tylko te rodziny, których dochód na jednego członka nie przekracza 800 zł netto oraz 1200 zł netto przy niepełnosprawnym dziecku. Warto przy tym pamiętać, że w momencie ukończenia przez dziecko 18 lat przestaje być one liczone do wypłat, i kolejne staje się tym „pierwszym” wg zasad programu. Przykładowo: państwo Kowalscy mają jedno dziecko w wieku 2 lat i na razie nie posiadają prawa do świadczenia z tytułu „Rodzina 500 plus”. Jednak już za miesiąc na świat przyjdzie ich drugie dziecko. Rodzina ta, wg nowego programu, przez 16 lat (czyli do osiągnięcia przez starsze dziecko pełnoletniości) będzie mogła co miesiąc otrzymywać 500 zł. Łącznie otrzyma ona od państwa 96 tys. zł.
Jak mądrze oszczędzać 500 zł?
– Jeżeli nasza sytuacja finansowa pozwala nam odłożyć pieniądze z programu Rodzina 500 plus, możemy je wpłacić np. na konto oszczędnościowe z rocznym oprocentowaniem 2 proc. brutto, co po upływie wspomnianych 16 lat dałoby kwotę 109 654 zł. Przy większym, rocznym oprocentowaniu np. 4 proc. brutto, otrzymalibyśmy już kwotę 125 925 zł – wylicza Mikołaj Fidziński, Comperia.pl. Dzieląc tę kwotę na dwójkę naszych pociech, każde z dzieci otrzymałoby od 48 do 60 tys. zł na tzw. start. – Oczywiście do podanych kwot należałoby doliczyć inflację. Przy założeniu rocznej inflacji na poziomie 2,5 proc. – cel inflacyjny NBP – po 16 latach kwota 126 tys. zł będzie warta dzisiejsze 84 826 zł – mówi Mikołaj Fidziński.
Jeżeli nasza sytuacja finansowa nie zmusza nas do wykorzystania pieniędzy na pokrycie bieżących potrzeb możemy je odkładać np. na wybrane przez nas konto oszczędnościowe. W przyszłości nasze pociechy będą mogły przeznaczyć je na doskonalenie swoich umiejętności (kursy językowe, szkolenia), opłacenie studiów, rozkręcenie własnego biznesu czy też na wkład własny celem zakupu mieszkania. To także doskonała poduszka finansowa, która pomoże im w nieoczekiwanych sytuacjach życiowych.
JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., osiągnęła w styczniu 2016 r. skonsolidowane przychody ze sprzedaży razem z działalnością w segmencie fotowoltaiki w wysokości 1.417 tys. zł netto. Emitent rozpoczął również realizację Programu skupu akcji własnych, na który zamierza przeznaczyć do 5 mln zł.
Grupa Kapitałowa JR HOLDING S.A. zanotowała w pierwszym miesiącu br. 418 tys. zł netto przychodów ze sprzedaży w swojej podstawowej działalności, a więc wynajmie powierzchni w posiadanych nieruchomościach komercyjnych. W analogicznym okresie 2015 r. przychody w tym segmencie wyniosły 388 tys. zł netto, więc tegoroczny wynik wykazuje 7% wzrost. Natomiast wartość przychodów wypracowanych przez spółkę Columbus Energy S.A., działającą na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych, w której JR HOLDING S.A. wraz z podmiotami powiązanymi posiada 35,9% udziałów, ukształtowała się w styczniu 2016 r. na poziomie blisko 1 mln zł netto. Warto dodać, że podmiot ten zawarł w poprzednim miesiącu 141 umów o łącznej wartości ponad 6,5 mln zł brutto. Zarząd JR HOLDING S.A. oczekuje dalszego wzrostu przychodów całej Grupy Kapitałowej w kolejnych miesiącach tego roku.
„Styczeń był dla nas kolejnym bardzo udanym miesiącem, w którym cała Grupa Kapitałowa zanotowała zwiększenie sprzedaży. Prowadzone przez nas działania restrukturyzacyjne w zakresie zmiany struktury najemców w posiadanych nieruchomościach przekładają się na coraz wyższe przychody. Konsekwentnie optymalizujemy również koszty działalności, co pozwala nam osiągać znacznie lepsze rentowności. Columbus Energy S.A. cały czas zwiększa sprzedaż oraz podpisuje kolejne umowy na dostawę mikroinstalacji fotowoltaicznych, dlatego też bardzo dobrze oceniam perspektywy rozwoju tego segmentu biznesowego związanego z Odnawialnymi Źródłami Energii, w którym zamierzamy poszukiwać kolejnych projektów inwestycyjnych.” – stwierdza January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.
Emitent rozpoczął w dniu 16.02.2016 r. realizację Programu skupu akcji własnych, który został zatwierdzony przez Akcjonariuszy podczas styczniowego NWZA. Zgodnie z przyjętą Uchwałą Zarząd Spółki został upoważniony do nabycia maksymalnie 7.800.000 szt. akcji własnych po cenie nie niższej niż 0,10 zł i nie wyższej niż 2,00 zł za jedną akcję. Program buy-back będzie realizowany do końca 2017 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel, które wynoszą do 5 mln zł. Nabyte akcje będą mogły zostać umorzone lub ewentualnie zostaną przeznaczone do dalszej odsprzedaży.
Bardzo dobra sytuacja finansowa Spółki oraz zbliżającą się finalizacja transakcji sprzedaży nieruchomości Galerii Ramzes w Zielonej Górze pozwala Zarządowi JR HOLDING S.A. realnie myśleć o wypłacie dywidendy. Po wpłynięciu środków ze sprzedaży tej nieruchomości będzie on rekomendował Radzie Nadzorczej wypłatę dla Akcjonariuszy dywidendy zaliczkowej za 2016 rok w wysokości od 0,04 zł do 0,15 zł na akcję.
„Uważamy, że nasza obecna wartość rynkowa nie odzwierciedla realnej wyceny Spółki, dlatego zdecydowaliśmy się wdrożyć Program skupu akcji własnych. Kwota przeznaczona na ten cel, która wynosi do 5 mln zł, jest relatywnie bardzo wysoka jak na spółki z rynku NewConnect. Sprzedaż należącej do nas Galerii Ramzes w Zielonej Górze pozwoli nam również na wypłatę dywidendy, którą będę rekomendował Radzie Nadzorczej. Jestem przekonany, że zarówno realizowany program buy-back, jak i nowa polityka dywidendowa Spółki, zostaną pozytywnie odebrane przez obecnych Akcjonariuszy oraz potencjalnych inwestorów.” – dodaje Ciszewski.
JR HOLDING S.A. rozpoczęła pracę nad przygotowaniem nowej Strategii Rozwoju całej Grupy Kapitałowej, która zostanie opublikowana do końca 1 kw. 2016 r. Emitent zamierza w większym stopniu skoncentrować swoją działalność na projektach inwestycyjnych, wśród których największą część będą nadal stanowiły nieruchomości komercyjne. Spółka będzie także chciała intensywnie rozwijać nowe projekty inwestycyjne w segmencie Odnawialnych Źródeł Energii oraz nowych technologii.
Emitent poprzez spółkę celową Biurowiec Zamknięta Sp. z o.o. realizuje aktualnie projekt inwestycyjny o nazwie „Biurowiec Hexagon” (http://biurowiec-hexagon.pl), polegający na budowie w Krakowie bardzo dobrze zlokalizowanego budynku biurowego klasy A- o łącznej powierzchni wynoszącej 2.950 m2. Zarząd Spółki podjął decyzję o sprzedaży poszczególnych lokali biurowych o niewielkiej powierzchni, ponieważ taka oferta w budynkach biurowych o wysokim standardzie praktycznie nie występuje na rynku. JR HOLDING S.A. będzie chciała wykorzystać tę niszę rynkową oraz rozważa kolejne inwestycje komercyjne w tym segmencie rynkowym.
Grupa Kapitałowa JR HOLDING S.A. wypracowała w 2015 r. zysk netto w kwocie 6,6 mln zł, notując tym samym wzrost w stosunku do 2014 r. o 154%. Był to zarazem najlepszy rok dla Spółki w całej jej historii. Emitent od początku października 2015 r. znajduje się w składzie Segmentu NewConnect Lead, który grupuje 23 największe i najpłynniejsze podmioty z alternatywnego rynku.
Odtworzenie parku maszynowego, budowa i sprowadzenie urządzenia do zakładu produkcji folii w Oświęcimiu oraz potencjalne przejęcia składać się będą na wydatki inwestycyjne Grupy Kęty w tym roku. Pierwsze dwa projekty pochłoną ok. 200 mln zł. Reszta pieniędzy posłuży ewentualnym akwizycjom zagranicznym w dwóch największych segmentach działalności grupy.
– Ciągle poszukujemy firm i nowych rynków. Chcemy się rozwijać geograficznie w zakresie sprzedaży systemów aluminiowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Mańko, prezes Grupy Kęty. – Akwizycje dotyczą małych firm. Szybko je przejmujemy i asymilujemy. Wprowadzamy tam nasze zarządzanie, procedury postępowania i później te firmy są naszym reprezentantem w danym kraju.
Segment systemów aluminiowych jest największym spośród pięciu działów grupy. Jego przychody w ubiegłym roku przekroczyły 850 mln zł. W tym roku mają wzrosnąć o kolejne 9 proc. Do tego segmentu, sygnowanego marką Aluprof, należy też najliczniejsza grupa spółek w ramach grupy kapitałowej – jest ich 10, w tym dziewięć zagranicznych: na Węgrzech, w Niemczech, Rumunii, Wielkiej Brytanii, Czechach, na Ukrainie, w Stanach Zjednoczonych (dwie) oraz w Danii.
– Drugim celem akwizycyjnym jest przejęcie firmy, być może w Europie Zachodniej, która działa w zakresie systemu SWW – segmentu wyrobów wyciskanych, czyli zużywa, sprzedaje i przerabia profile aluminiowe dla różnych branż – deklaruje Mańko.
Do tego segmentu należą w grupie cztery spółki, w tym dwie zagraniczne: ukraińska i włoska.
Zgodnie z opublikowaną prognozą Grupa Kęty chce się ograniczyć do przejmowania spółek niewielkich, o poziomie sprzedaży do 20 mln euro w przypadku segmentu systemów aluminiowych oraz do 50 mln euro w segmencie wyrobów wyciskanych. Jeśli nie wystarczy na to środków z puli przeznaczonej na inwestycje, zarząd zamierza finansować przejęcia z już posiadanych linii kredytowych.
– Można powiedzieć, że mamy w pewnym sensie otwartą linię kredytową. Spółka nie jest mocno zadłużona, a ta większa akwizycja w segmencie wyrobów wyciskanych nie jest przewidywana na 300–400 mln zł. Wolelibyśmy, żeby to była spółka o wartości 100–150 mln zł. Takie mniejsze spółki są łatwiejsze do opanowania i ryzyko jest w ich przypadku dużo mniejsze.
O ile akwizycje dokonywane będą w miarę pojawiających się okazji, o tyle dwie inwestycje w Grupie, które są zaplanowane na 2016 rok, na pewno dojdą do skutku. Jedna z nich to zakup maszyny dla zakładu produkującego folie (segment opakowań giętkich, trzeci obok dwóch wspomnianych, na których rozwoju spółka zamierza bazować).
– Największy wydatek, czyli około 100 mln zł, pochłonie budowa i sprowadzenie urządzenia do naszego nowego zakładu opakowań, produkcji folii w specjalnej strefie ekonomicznej w Oświęcimiu. To jest nasz sztandarowy projekt inwestycyjny – mówi prezes Grupy Kęty. – Poza tym jak co roku mamy zaplanowane inwestycje odtworzeniowe. Dokładnie 93 mln zł musimy wydać na odtworzenie parku maszynowego, co jest niezbędne, jeśli chcemy utrzymać nasze produkty na najwyższym światowym poziomie pod względem technologicznym.
Grupa Kęty według wstępnych wyników miała w ubiegłym roku 2,03 mld zł przychodów i 27 mln zł zysku netto. Prognozy na 2016 rok zakładają wzrost przychodów ogółem o 6 proc., a zysku netto o 18 proc. do 245 mln zł.
Skoordynowany model opieki zdrowotnej oznacza przede wszystkim sprawny przepływ informacji na temat schorzeń pomiędzy poszczególnymi jednostkami sprawującymi opiekę nad pacjentem, co sprzyja efektywności kosztowej i zwiększa skuteczność leczenia. W tym systemie ważne są nie tyle pojedyncze procedury, ile wyleczenie pacjenta. Korzyść osiąga więc nie tylko pacjent, którego droga do usług medycznych się skraca, lecz także służba zdrowia, która w ten sposób oszczędza.
– Najważniejszym elementem w skoordynowanym modelu leczenia jest prowadzenie pacjenta, czyli sprawne i skuteczne planowanie oraz realizacja jego leczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Potrzebny jest koordynator, który pomoże pacjentowi przejść poszczególne etapy procesu. Dzięki temu pacjent nie gubi się w systemie, krążąc od lekarza do lekarza. Jak podkreśla Rulkiewicz, taką rolę może pełnić np. lekarz rodzinny.
– Skoordynowana opieka medyczna daje pacjentowi przede wszystkim szybszy efekt medyczny – dzięki temu, że ktoś koordynuje, planuje jego proces leczenia, pacjent nie gubi się w systemie. Czyli widzimy pacjenta całościowo, co nie oznacza, że aby prowadzić koordynację, trzeba być kompleksowym świadczeniodawcą. Ważna jest interoperacyjność i autentyczna współpraca pomiędzy poszczególnymi świadczeniodawcami – mówi Rulkiewicz.
Zasoby danego świadczeniodawcy są lepiej wykorzystywane, dzięki czemu cały system jest bardziej efektywny. Pacjenci na przykład nie muszą wielokrotnie powtarzać badań czy trafiać na kolejne, czasem zbędne, konsultacje. W koordynowaniu opieki medycznej pomóc może elektroniczna dokumentacja medyczna, która będzie obowiązkowa od stycznia 2018 r. Przyspieszy ona i usprawni dostęp do informacji medycznych.
– Jeżeli następuje przepływ pacjenta od jednego świadczeniodawcy do drugiego, to bez informacji o tym pacjencie w czasie rzeczywistym trudno mówić o koordynacji. To oznacza, że bardzo istotna jest informatyzacja służby zdrowia – mówi Anna Rulkiewicz.
Dzięki temu możliwa będzie lepsza sprawozdawczość w medycynie, co pozwoli to monitorować takie wskaźniki, jak wyleczalność czy częstość powikłań.
– Kolejna bardzo istotna rzecz wspierająca cały proces koordynacji to sposób jego finansowania – mówi Rulkiewicz.
Obowiązujący model płacenia za procedury przez płatnika publicznego nie sprzyja koordynacji – płaci się za zdarzenie, co powoduje, że w centrum uwagi jest generowanie usług, a nie efektywna opieka nad pacjentem.
– Ta koordynacja ma na celu podnieść efektywność kosztową całego procesu. Chodzi o to, żeby nie powielać tych samych procedur, jeśli nie są faktycznie potrzebne, i tym samym nie blokować kolejki. Z drugiej strony chodzi o to, żeby pomóc pacjentowi, wyleczyć go jak najszybciej, a później utrzymać go w dobrej kondycji i sprawności, wtedy możemy mówić o ciągłości leczenia i pełnej opiece nad pacjentem – przekonuje prezes Grupy LUX MED.
Dbanie o efektywność kosztową jest szczególnie ważne, jeśli uwzględnimy prognozy dotyczące wzrostu zapotrzebowania na usługi medyczne. Wciąż będzie rosła liczba osób objętych stałą opieką medyczną, co związane jest ze starzeniem się społeczeństwa. Do 2035 roku udział osób w wieku powyżej 60–65 lat w społeczeństwie wzrośnie o ponad jedną trzecią do niemal 27 proc. ludności. Liczba osób powyżej 75 roku życia niemal się podwoi do 4,5 mln osób, a całkowita liczba mieszkańców Polski spadnie do 36 mln. Wszystko to podniesie koszty opieki medycznej.
– Medycyna skoordynowana w Polsce wygląda dość słabo. Zaczynają się rozmowy o koordynacji jako ciągłości procesu leczenia i efektywności leczenia. Myślę, że NFZ próbuje wyceniać, oceniać i kontraktować pewną ciągłość leczenia, ale jeszcze wyrywkowo – mówi Rulkiewicz. – To bardzo ważny temat do dyskusji. Jesteśmy na początku drogi.
Od stycznia zmieniły się zasady wypłaty zasiłków macierzyńskich dla matek prowadzących własną działalność gospodarczą. Są one obliczane od najniższej podstawy wymiaru, ich wysokość zależy od wysokości składek i okresu ich opłacania. Te matki, które mogłyby otrzymywać najniższe zasiłki, mogą liczyć na wyrównanie do wysokości tysiąca złotych. Dodatkowo część z nich w czasie pobierania zasiłku będzie zwolniona z obowiązku opłacania składek.
– Od stycznia obowiązują nowe zasady wypłaty zasiłków macierzyńskich dla osób, które prowadzą działalność gospodarczą. Przedsiębiorcze matki będą otrzymywały zasiłki obliczone od najniższej podstawy wymiaru, jaką mogą zadeklarować osoby prowadzące działalność gospodarczą, ewentualnie powiększoną za te miesiące, w których opłacane składki były wyższe od minimalnych. To rozwiązanie ma ukrócić praktykę wypłaty wysokich zasiłków przy zadeklarowaniu wysokiej podstawy wymiaru – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Stobiński, radca prawny w Kancelarii CMS.
Dotychczas obowiązujące przepisy pozwalały uzyskać bardzo wysokie świadczenie nawet po krótkim okresie opłacania składek. Wystarczyło zarejestrować firmę nawet miesiąc przed porodem, opłacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne w maksymalnej wysokości i otrzymać zasiłek w wysokości zadeklarowanej podstawy. Od tego roku takiej możliwości już nie ma.
– Wysokość świadczenia jest związana z okresem opłacania składek. Im jest on dłuższy, tym wyższy będzie zasiłek. Podstawą wymiaru zasiłku macierzyńskiego będzie najniższa podstawa składek powiększona o nadwyżkę zadeklarowanej kwoty. W konsekwencji im dłuższy okres ubezpieczenia, tym wyższy zasiłek. Im okres ten będzie krótszy, tym wysokość zasiłku będzie zbliżona do najniższej podstawy składek – wskazuje Monika Surowiecka z Departamentu Zasiłków w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.
Ekspertka przypomina również, że przy ustalaniu wymiaru zasiłku znaczenie ma fakt, czy matka, która ubiega się o przyznanie zasiłku, ma wcześniejszy okres ubezpieczenia chorobowego.
– W przypadku ubezpieczonego, który podlega ubezpieczeniu krócej niż 12 miesięcy i był wcześniej ubezpieczony z innego tytułu, a przerwa między tymi okresami nie jest dłuższa niż 30 dni, to przy obliczaniu 1/12 przeciętnej sumy nadwyżek jest ona mnożona przez łączną liczbę miesięcy poprzedniego i bieżącego ubezpieczenia, ale ich liczba nie może przekroczyć 12 – wyjaśnia Surowiecka.
Teraz, aby po urodzeniu dziecka otrzymać najwyższy zasiłek macierzyński, konieczne jest odprowadzanie najwyższych składek przez 12 miesięcy. Kwota rocznego ograniczenia podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w tym roku wynosi 121 650 zł, co oznacza miesięczny limit podstawy do opłacania składek na poziomie ponad 10 tys. zł. Przy podwyższeniu podstawy do maksymalnej wysokości, miesięcznie trzeba liczyć się z kosztem ponad 3,7 tys. zł. Większości przedsiębiorczych kobiet na opłacanie takich składek nie stać. Część kobiet po zmianach mogłaby liczyć na zasiłek w wysokości kilkuset złotych. Takie kobiety mają zagwarantowany zasiłek w takiej wysokości, na jaki od stycznia mogą liczyć matki bezrobotne, czy te zatrudnione na podstawie umowy o dzieło, czyli 1 tys. zł. Korzystać z tego mogą również te kobiety, które opłacały składki od preferencyjnej podstawy wymiaru wynoszącej 30 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia.
– Kobiety wskazywały, że to nie do końca zrównuje ich sytuację z sytuacją osób niezatrudnionych czy nieubezpieczonych, bo te osoby nie muszą odprowadzać dodatkowo żadnych składek. Tymczasem one, jako przedsiębiorcy, nawet jeżeli pobierają zasiłek macierzyński, to musiały odprowadzać składkę na ubezpieczenie zdrowotne z tytułu prowadzonej działalności. Taki obowiązek istnieje wówczas, kiedy matka nie zawiesza działalności na okres pobierania zasiłku, a przecież mało kto jest w stanie zawiesić działalność na tak długi okres – przekonuje Stobiński.
Te kobiety, które decydują się na kontynuowanie działalności gospodarczej, mogą liczyć na zwolnienie z obowiązku opłacania składek na ubezpieczenie zdrowotne w tych miesiącach, w których pobierają zasiłek macierzyński. Jak jednak wskazuje radca prawny, wątpliwości może budzić zbyt niska kwota progowa (1 tys. zł), od której takie zwolnienie już nie będzie przysługiwało.
– W przypadku matki, która otrzymuje zasiłek niewiele wyższy, np. w wysokości 1,1 tys. zł, takie zwolnienie już nie przysługuje i będzie ona musiała zapłacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne przez cały okres pobierania zasiłku macierzyńskiego. Składka ta w tym roku wynosi 288 zł, więc tak naprawdę po odjęciu jej od zasiłku, wciąż jest to kwota niższa niż tysiąc złotych – wskazuje Przemysław Stobiński.
Na świecie najbardziej znane są trzy wielkie agencje ratingowe, które odpowiadają za ok. 90 proc. rynku usług ratingowych. Pozostała część należy do mniejszych agencji czy wywiadowni gospodarczych. Jedną z nich jest najstarsza i największa na świecie amerykańska wywiadownia Dun & Bradstreet, która w dwa tygodnie po głośnym cięciu oceny kredytowej przez Standard & Poor’s także obniżyła rating Polski. Z powodu działań rządzących, ale nie tylko.
– D&B oceniło Polskę niżej niż do tej pory. Wynika to przede wszystkim z agresywnych działań polskiego rządu, które zostały zauważone na światowych rynkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju Bisnode Polska, partnera strategicznego Dun & Bradstreet.
Wywiadownia obniżyła rating Polski z poziomu DB3a do DB3b. Obie oceny oznaczają średnie ryzyko inwestycji i prowadzenia biznesu, podobnie jak niższe od posiadanej obecnie przez Polskę noty DB3c i DB3d. Identyczny rating jak Polska mają m.in. Republika Czeska, Irlandia, Litwa, Łotwa, a także Malezja, Botswana czy Mauritius.
D&B informuje, że za decyzją o obniżce stały jeszcze dwa inne powody.
– Jako przyczynę podano również zagrożenie starzejącego się polskiego społeczeństwa oraz malejącego przyrostu naturalnego, które może w przyszłości odbić się negatywnie na polskiej gospodarce i na pewno na tempie jej rozwoju – przekonuje Kremser. – Drugi niepokojący sygnał to duże powiązania energetyczne z Rosją oraz gospodarka energetyczna oparta na węglu, który staje się coraz mniej popularnym i pożądanym źródłem energii na świecie. Może to się odbić w negatywny sposób na postrzeganiu naszego kraju.
Wymienione dwa aspekty były jednak aktualne także przed rządami PiS. Choć zarzucano Standard & Poor’s, że kierował się pobudkami politycznymi zamiast ekonomicznymi, zanosi się na to, że czynniki polityczne będą odgrywały coraz większą rolę w decyzjach inwestorów i wskazaniach ich doradców.
– Polityka i ekonomia obecnie bardzo mocno się przenikają. Widzimy to w zachowaniach klientów, w tym, jakich informacji od nas oczekują, jakie kierunki działań podejmują przedsiębiorstwa – potwierdza dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska – Czas oderwania gospodarki od tego, co się dzieje na arenie międzynarodowej w polityce już mamy dawno za sobą. Teraz jest to system naczyń połączonych. To powoduje, że wszystkie decyzje polityczne związane z choćby dystrybucją towarów między krajami widoczne są potem w różnego rodzaju ocenach, prognozach i tego typu analizach.
Jednocześnie, jak przekonuje Robert Kremser, obniżona ocena nie powinna zaszkodzić inwestycjom w Polsce.
– Na pewno to nie jest obniżka, która powoduje, że nastąpi odpływ inwestorów z rynku. Nie ma zagrożenia, żeby nasza gospodarka w ten sposób ucierpiała, żeby przedsiębiorcy mieli problemy we współpracy z partnerami zagranicznymi – uspokaja. – To jest jedynie sygnał, że jest inaczej niż było i że są pewne zmiany. Mamy też nadzieję, że ta ocena wróci do wyższych poziomów. Na pewno nie zależy nam na tym, żeby kraj miał coraz niższą ocenę, dlatego trzymamy kciuki za nasze otoczenie biznesowe i polityczne, żeby te oceny były coraz bardziej pozytywne, żeby nie szły w dół.
W czwartek Volvo pokazał najnowszy model z serii 90 – kombi V90. To dopiero początek premier. W ciągu najbliższych czterech lat koncern chce odświeżyć wszystkie modele. Średnio co sześć miesięcy będzie miała miejsce kolejna premiera – zapowiada Anders Gustafsson, szef Volvo Car Group na Europę, i podkreśla, że koncern wiąże duże nadzieje ze sprzedażą w Polsce.
– Polski rynek jest niezwykle ważny dla Volvo. Sprzedaż na polskim rynku należy do najlepszych wśród 62 rynków, na których jesteśmy obecni. Bardzo mocny jest segment SUV-ów, samochodów z napędem na cztery koła. To na nich zarabiamy najwięcej – mówi Anders Gustafsson.
W styczniu globalna sprzedaż Volvo wzrosła o 9,4 proc. (sprzedano blisko 33,8 tys. samochodów). Największym rynkiem są Chiny, gdzie trafiło ponad 7,2 tys. aut, czyli o 22,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Sprzedaż rośnie jednak na wszystkich rynkach. W Europie tempo wzrostu wyniosło 6,6 proc. Największe wzrosty odnotowano w Szwecji, Belgii i Niemczech.
W całym ubiegłym roku, który był rekordowo dobry dla Volvo, globalna sprzedaż wzrosła o 8 proc. Odnotowana na polskim rynku dynamika wzrostu – 16,8 proc. – plasuje nas znacznie powyżej średniej. W kraju zarejestrowano blisko 7 tys. nowych samochodów tej marki.
SUV XC90, który zadebiutował w połowie ubiegłego roku, w ciągu sześciu miesięcy w Polsce sprzedał się w 712 egzemplarzach, co dało mu drugie miejsce w swoim segmencie. Wciąż zbiera rekordową liczbę zamówień, która – jak podkreśla Gustafsson – pozytywnie zaskoczyła koncern.
– Nowy SUV XC90 odnosi sukces na całym świecie, z czego jesteśmy bardzo szczęśliwi – mówi szef Volvo Car Group.
XC90 od chwili premiery zebrał wiele nagród i odznaczeń. Ostatnio EuroNCAP w testach zderzeniowych przyznało temu modelowi nagrodę Best in Class 2015 w dwóch kategoriach – zarówno w segmencie dużych SUV-ów, jak i wśród wszystkich testowanych modeli.
Volvo chce zwiększać sprzedaż przez kolejne premiery. 18 lutego w Sztokholmie zaprezentowano nowe kombi V90, które zastąpi model V70. To kolejny nowy model z serii 90.
– SUV XC90, który miał premierę w ubiegłym roku, za cztery lata ma być najstarszym modelem w naszej ofercie. Mamy więc zamiar wiele zmienić. W czwartek w Sztokholmie miała miejsce premiera V90. Przez kilka miesięcy będziemy się cieszyć nowymi modelami S90, V90 i XC90. Potem przyjdzie czas na premiery modeli z serii 60. W ciągu czterech lat wymienimy całą naszą flotę. To oznacza premierę średnio co sześć miesięcy – zapowiada Anders Gustafsson.
Niedawno w Detroit został pokazany również sedan S90, który zastąpi model S80. Auto, które trafi do sprzedaży w tym roku, będzie wykorzystywać funkcję półautonomicznej jazdy na drogach z wyraźnymi liniami. Jak podkreśla szef Volvo Car Group, to wyraźny sygnał, w którym kierunku zmierza koncern. Zgodnie z przyjętą strategią za dwa lata do szwedzkich samochodów jeżdżących po ulicach Göteborga ma zostać wprowadzona funkcja autonomicznej jazdy. Prace nad projektem Drive Me trwają.
– Jeżdżę do Göteborga codziennie, więc nie tracę tego projektu z oczu. Współpracujemy z operatorami dróg i metra, projekt powinien więc ruszyć na przełomie 2017 i 2018 roku – podkreśla Gustafsson.
Cena 30 dol. za baryłkę ropy nie jest ceną uczciwą – uważa Marcin Działek, analityk techniczny i doradca inwestycyjny DM BZ WBK. Dlatego jego zdaniem lada moment cena ropy europejskiej wystrzeli do poziomu co najmniej 50 dol. za baryłkę. W następnym rzucie wzrośnie o kolejne 20 dol.
– Według mnie ropa naftowa odbije już teraz. Jeśli przebijemy 27 dol. na ropie Brent, to dno jeszcze będzie, mówiąc kolokwialnie, uklepywane. Natomiast to już jest koniec trendu spadkowego na tym surowcu. Osiągnięcie poziomu ok. 53 dol. to perspektywa najbliższych tygodni, a poziomu 70 dol. – najbliższych kwartałów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Działek, analityk techniczny i doradca inwestycyjny z Domu Maklerskiego BZ WBK.
Cena europejskiej ropy Brent jest najniższa od pierwszej połowy poprzedniej dekady, czyli od przeszło 10 lat. Tylko od początku tego roku baryłka surowca straciła blisko 14 proc. Od połowy 2014 roku, gdy rozpoczął się wyraźny ruch spadkowy, cena spadła o przeszło 72 proc. Podobnie jest z ceną amerykańskiej ropy WTI.
– Ta cena jest długoterminowo za niska, nie jest cena uczciwą. Odbicie do okolic 60 dol. jest bardzo prawdopodobne – przekonuje Działek. – W przypadku ropy Brent z okolic 27 dol. odbiliśmy 30 proc., budując piękny impuls wzrostowy. Dla analityka technicznego jest to sygnał, że powinniśmy zmierzać wyżej. Natomiast zarówno układ długoterminowy, jak i wszystkie fundamenty wskazują na to, że struna bardzo mocno się napięła, dlatego prawdopodobny jest wystrzał ropy w granicę 60–70 dol., a przynajmniej w pierwszym ruchu w okolicę 50 dol.
Jak tłumaczy analityk techniczny DM BZ WBK, w przypadku notowań ropy spadku nie da się uzasadnić wyłącznie umocnieniem dolara. Choć ceny ropy wyrażane są w tej walucie, co powoduje, że jej umocnienie pociąga za sobą ceny surowców w dół, ruch dolara w górę był za słaby, by uzasadnić tak mocną przecenę czarnego złota.
–Konflikt rosyjsko-ukraiński i Państwo Islamskie to dwa czynniki, które spowodowały, że globalni producenci ropy naftowej, głównie Arabia Saudyjska i Stany Zjednoczone, zdecydowali o tym, aby nie ograniczać produkcji. Tym samym ze względu na wysoką produkcję oraz działające prawo popytu i podaży cena ropy naftowej silnie nurkowała i wywołała efekt polityczny – przypomina Marcin Działek.
Państwa produkujące ropę próbują dojść do porozumienia w celu ograniczenia jej podaży. Na razie rozmowy w Katarze pomiędzy Rosją, Wenezuelą a Arabią Saudyjską przyniosły jedynie decyzję o utrzymaniu dotychczasowego wydobycia. Rynek przyjął tę informację spadkiem cen ropy o kilka procent. Rosja podała, że w styczniu wydobyła rekordową ilość ropy na poziomie 10,88 mln baryłek dziennie. Niewiele mniej wydobywa Arabia Saudyjska.
– Trzeba jeszcze wspomnieć o zniesieniu sankcji dla Iranu, który również jest producentem ropy naftowej. Iran to wprawdzie nie jest wielki potentat, natomiast również odpowiadał za nadprodukcję tego surowca. Podobnie jak łupki w Stanach Zjednoczonych, które de facto spowodowały samowystarczalność energetyczną USA – zaznacza analityk DM BZ WBK. – Dlatego na rynku mamy nadprodukcję, która spowodowała bardzo duży spadek cen. Natomiast jesteśmy na abstrakcyjnych poziomach cen tego surowca. Przy cenie 30–35 dol. za baryłkę jedynie wydobycie w Arabii Saudyjskiej jest rentowne, czyli tylko w tym kraju wydobycie surowca pozwala na osiągnięcie zysku.
Jak mówi ekspert, w Stanach Zjednoczonych wydobycie ropy z łupków oznacza koszt 60–70 dol. USA w ciągu roku zamknęły ponad tysiąc odwiertów, pozostawiając ich ok. 600. W Iraku, Iranie, Kuwejcie koszt wydobycia baryłki ropy przekracza 100 dol. W Wenezueli, której gospodarka się chwieje, jest to już powyżej 120 dol.
– Tutaj zadziała prawo ekonomii. To znaczy, że wszystkie najmniej rentowne i najgorzej sobie radzące spółki, które posiadają najdroższe surowce, muszą zbankrutować. Fala bankructw już jest za nami, a spółki lepsze muszą się mocno zrestrukturyzować – uważa Marcin Działek.