Polskie firmy transportu międzynarodowego poradziły sobie z tegorocznymi restrykcjami w Niemczech i liczą na ponowne otwarcie rynku wschodniego. Dużą konkurencją w Europie stają się tańsi i dotowani przez UE przewoźnicy rumuńscy. Polscy spedytorzy mogą z nimi walczyć wyższą jakością obsługi.
– Ten rok możemy określić jako bardzo dobry, stabilny, i to mimo pewnych perturbacji politycznych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Wróblewski, prezes zarządu specjalizującej się m.in. w spedycji międzynarodowej firmy Kupiec. – Transport jest czuły na spadki koniunktury gospodarczej, wzrosty i spadki zamówień. To pierwszy element, który odczuwa zmianę na rynku. Wiadomo, że aby wyprodukować, najpierw trzeba dostarczyć materiał. Na razie nie odczuwamy bezpośrednio następstw fluktuacji politycznych. Ale wiemy, że potencjalnie mogą one mieć wpływ na naszą działalność.
Na początku stycznia 2015 roku niemiecki rząd wprowadził ustawę o wynagrodzeniu minimalnym w wysokości 8,5 euro za godzinę pracy (tzw. MiLoG). Regulacje objęły również polskie firmy przewozowe wykonujące transport międzynarodowy po terenie tego kraju. Wzbudziło to duże kontrowersje ze strony Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W efekcie skierowano pytanie do Komisji Europejskiej o zgodność niemieckich przepisów z regulacjami unijnymi. KE stwierdziła, że ruch tranzytowy w całości nie podlega tamtejszym regulacjom, kabotaż objęty jest nimi w całości, a transport transgraniczny, czyli na przykład z Polski do Niemiec i z powrotem, podlega im w części.
– Teraz praktycznie nowe regulacje nie odbijają się na naszej pracy, rynek je wchłonął i znalazł sposoby, żeby rozwiązywać te kwestie – zapewnia Leszek Wróblewski. – Mam nadzieję, że z czasem rynek wschodni się otworzy. Część przewoźników zaczęłaby jeździć w tamtą stronę i automatycznie zrobiłoby się trochę swobodniej. Ale trudno ocenić, czy tak będzie, na razie nic na to nie wskazuje.
Jak podkreśla, konkurencja na rynku międzynarodowego transportu i spedycji zaostrzyła się m.in. w wyniku dotacji ze strony Unii Europejskiej dla przedsiębiorstw rumuńskich. Oferowane przez nich usługi są tańsze także ze względu na niższe koszty pracy tamtejszych kierowców.
– Ale z drugiej strony jest jeszcze kwestia jakości – zauważa Leszek Wróblewski. – Niektórzy zleceniodawcy nie oczekują tylko najniższej ceny, lecz także szukają wyższych standardów, do których są przyzwyczajeni.
W III kwartale 2015 roku przychody Kupiec SA w dziale spedycji wzrosły o ponad 16 proc. rdr. – do blisko 7,8 mln zł. Strategia rozwoju zakłada średnie kwartalne obroty na poziomie 8,4 mln zł. Jak podkreśla Wróblewski, celem na lata 2016–2017 jest osiągnięcie 50 mln zł obrotów. Do tego koniczne jest jednak uruchomienie przynajmniej jeszcze jednego oddziału. Obecnie do firmy należą trzy takie punkty (Tarnów, Dąbrowa Górnicza oraz Kielce) skąd realizowane są wyjazdy głównie do Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz Turcji.
– Uruchomienie nowego oddziału ustabilizowałoby spółkę spedycyjną. Miałaby ona większe możliwości u dużych zleceniodawców, ponieważ wymagają oni dużej floty, przyjmowania dużych zleceń i oceniają, czy spedycja jest w stanie to zrealizować. Ten poziom 50 mln umożliwiłby nam wejście w bardzo duże kontrakty i co za tym idzie – stabilne marże – argumentuje Leszek Wróblewski.
Zwiększenie obrotów ma być możliwe również dzięki zmianie systemów informatycznych i referencjom, które pomagają w zdobywaniu nowych większych kontraktów. Pomaga w tym pozyskanie do współpracy floty ponad 30 nowych jednostek przewozowych (po III kwartale 2015 roku było ich 120, rok wcześniej – 90). Odpowiednio duża skala działalności pozwoliła na zwiększenie marż na kontraktach. W strategii na kolejne 5 lat spółka zakłada pozyskanie inwestora na działalność spedycyjną. W ocenie zarządu powołanie nowej spółki akcyjnej, która miałaby skupiać tego typu działalność, pozwoliłoby szybciej osiągnąć zakładany wzrost obrotów.
Zapowiada się trudny rok dla firm ubezpieczeniowych. Na rynku znowu będzie się toczyła wojna cenowa, a to wpłynie na pogorszenie wyników spółek. Dodatkowo ubezpieczyciele zostaną obciążeni nowym podatkiem bankowym, dlatego dla mniejszych i słabszych firm jedynym ratunkiem może się okazać konsolidacja.
– Podatek bankowy obciąży sektor ubezpieczeniowy. Znacząco zmniejszy on opłacalność firm ubezpieczeniowych, szczególnie tych, które mają dość spory kapitał. Szacuje się, że wynik PZU SA zostanie zmniejszony o około 10 proc. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Trochimczuk, partner zarządzający Sollers Consulting.
Przyjęta przez parlament roczna stawka podatku jest wyższa niż pierwotnie proponowano – wynosi 0,44 proc. wartości aktywów. W przypadku ubezpieczycieli do 2 mld zł obniżono poziom aktywów, od którego będzie naliczany podatek. W efekcie będzie on dotyczyć większej grupy firm, ale głównym płatnikiem będzie PZU. Dodatkowo ubezpieczyciele nie będą mieli możliwości obniżenia podstawy naliczania podatku, jak ma to miejsce w określonych przypadkach w przypadku banków.
– To na pewno spowoduje problemy związanego z regulacjami Solvency II [obowiązująca od 1 stycznia br. unijna dyrektywa podnosząca wymogi kapitałowe firm ubezpieczeniowych – red.] – mówi Michał Trochimczuk.
Będzie to poważnym wyzwaniem dla ubezpieczycieli, tym bardziej że wielu z nich już dziś prowadzi działalność na granicy opłacalności. To może oznaczać, że będą oni przenosili ciężar nowych regulacji na swoich klientów. Jak wynika z danych PIU, w III kwartale 2015 roku zysk netto firm ubezpieczeniowych wyniósł 4,3 mld zł i był o prawie jedną czwartą niższy niż przed rokiem.
Dodatkowym problem jest wojna cenowa, która po kilku miesiącach przerwy wraca na polski rynek.
– To widać bardzo dobrze w wynikach firm ubezpieczeniowych, które się bardzo pogorszyły, czy jak w wyniku PZU SA, która jest bardzo zyskowną firmą ubezpieczeniową i praktycznie jako jedyna ma zyskowne OC komunikacyjne, ale zyskowność w tym segmencie spadła – mówi Michał Trochimczuk.
Na rynku strata techniczna z ubezpieczeń OC po III kwartałach 2015 roku wyniosła 586 mln zł, a z polis AC – 56 mln zł.
Wszystkie te czynniki mogą spowodować znaczące zmiany na rynku.
– Prawdopodobnie przyspieszy to konsolidację, dlatego że mniejsze firmy ubezpieczeniowe pewnie będą mniej zyskowne. Przy jednoczesnej wojnie cenowej, którą mamy w ubezpieczeniach komunikacyjnych niektórzy właściciele podejmą decyzję o sprzedaży swoich operacji i prawdopodobnie będziemy świadkiem konsolidacji na rynku – prognozuje Trochimczuk.
Na tle innych państw polski sektor ubezpieczeniowy jest rozdrobniony. Dziś widać, że presja na konsolidacje jest coraz silniejsza.
– Będziemy widzieli dwa trendy. Jeden to przejęcia między dużymi grupami kapitałowymi , a to będzie miało wpływ na rynek polski. Drugi to sprzedaż polskich firm ubezpieczeniowych innym podmiotom. To bardzo zależy od tego, jak silna będzie presja na rynek ubezpieczeniowy, jeżeli chodzi o dalsze zmniejszanie opłacalności rynku – wyjaśnia partner zarządzający Sollers Consulting.
W e-kantorach klienci wymieniają jedną piątą tego, co w kantorach tradycyjnych – wynika z szacunków Currency One. W tym roku wartość branży może wzrosnąć do 38 mld zł, bo obroty serwisów dynamicznie się zwiększają. Coraz większa jest także konkurencja – do gry wchodzą kolejne banki. Z usług e-kantorów chętnie korzystają też przedsiębiorcy.
– To jest bardzo dynamiczny rynek. Sam fakt, że w perspektywie ostatniego roku trzy banki zdecydowały się uruchomić internetowe platformy wymiany walut czy tzw. kantory online dla osób fizycznych, powoduje, że rynek musi być perspektywiczny. Inaczej banki nie wchodziłyby w ten biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Aforti Holding, do której należy serwis Aforti Exchange.
Ustawa antyspreadowa sprawiła, że z możliwości wymiany w sieci zaczęły korzystać także osoby fizyczne zadłużone w walutach obcych. Dzięki e-kantorom oszczędzają nawet kilkaset złotych rocznie. Rynek dynamicznie rośnie od siedmiu lat, mimo że ubiegły rok – przez zawirowania na rynkach walutowych i rosnącą konkurencję ze strony banków – był dla branży trudny.
Spółka Currency One, operator serwisów Walutomat.pl i InternetowyKantor.pl, szacuje, że obroty e-kantorów w 2016 roku wzrosną o 20 proc. i mogą wynieść 38 mld zł. Dziś funkcjonuje na rynku ok. 50 podmiotów. Czołówka od lat jednak się nie zmienia.
– Uważamy, że ten rynek jest dość mocno nasycony, a wejście na rynek platform czy kantorów banków powoduje, że będzie on coraz trudniejszy – ocenia Sytek.
Dlatego Aforti Exchange stawia na klienta korporacyjnego, czyli małe i średnie firmy z przychodami na poziomie 40–50 mln zł rocznie. Jak zaznacza prezes, coraz więcej przedsiębiorców z tego sektora zajmuje się eksportem i importem, stąd rosnące zainteresowanie wymianą walut z ich strony.
– Jesteśmy w stanie zaproponować dobre kursy i szybką wymianę walut, bardzo przyjazny internetowy system obsługi klienta, opiekę dilera i zespołu sprzedaży nad klientem. To powoduje, że klienci nas wybierają – wyjaśnia Klaudiusz Sytek.
Na platformie AfortiExchange.pl w IV kwartale 2015 roku przedsiębiorcy dokonali transakcji na łączną kwotę 6,6 mln euro. To 56-procentowy wzrost rok do roku i 47-procentowy w ujęciu kwartalnym.
– To jest biznes, który wymaga znacznych nakładów na sieć sprzedaży, na marketing, na IT, więc ma też określony próg rentowności. Nam udało się go przekroczyć w zeszłym roku. Badaliśmy jednak kilka kantorów, które chcieliśmy przejąć i one balansowały na krawędzi zyskowności – mówi Sytek. – W sytuacji, kiedy na rynek wchodzą duzi gracze, może to spowodować, że będzie dużo przetasowań.
W jego ocenie małe kantory będą znikać z rynku albo łączyć się z większymi podmiotami.
Co roku na pierwotnym rynku nieruchomości luksusowych dochodzi do transakcji o wartości ok. 500 mln zł. Rynek wtórny może być nawet 2,5 razy większy. Najwięcej luksusowych apartamentów sprzedaje się w Warszawie. Najdroższy lokal sprzedano za 42 tys. zł za mkw. Deweloperzy planują kolejne inwestycje, ostro konkurując o najlepsze lokalizacje. Najdroższą inwestycją 2015 roku był zakup niespełna 1 ha na Woli za 143 mln zł.
– Rynek luksusowych nieruchomości jest bardzo przyjemny w obserwacji. Co prawda, nie rośnie tak dynamicznie, jak całą deweloperka i lokale mieszkalne, ale co roku nam przyrasta dosyć zauważalnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Kurzac dyrektor generalny spółki Cenatorium, analizującej dane transakcyjne z całego kraju. – Szczególnie w obszarze apartamentów, bo w przypadku domów i rezydencji dynamiczny wzrost jeszcze nie następuje.
W ostatnim roku na rynku luksusowych nieruchomości zawarto kilka interesujących transakcji. Na uwagę zasługuje przede wszystkim kupno apartamentu w Rezydencji Foksal na warszawskim Śródmieściu, gdzie za 38-metrowy lokal nabywca zapłacił 1,6 mln złotych, czyli 42 tys. zł za mkw. Jak wynika z obliczeń Cenatorium, kwota za 1 mkw. prawie wystarczyłaby na zakup 60-metrowego mieszkania w Siemianowicach Śląskich (gdzie miała miejsce najtańsza transakcja na polskim rynku nieruchomości w 2015 roku).
– Przyrasta nam co roku liczba transakcji w przedziale pomiędzy 0,5 mln a 1 mln zł – to jest już 60 proc. wszystkich transakcji. Obserwujemy jednocześnie, że przedział od 1 mln do 1,5 mln zł też nam rośnie. Podobnie jest w przypadku nieruchomości pomiędzy 2 mln a 5 mln zł – informuje Mariusz Kurzac.
Jak podkreśla, ten segment nieruchomości stanowi 14 proc. rynku premium. Największe transakcje 2015 roku to sprzedaż apartamentu w budynku Metropolitan położonym w centrum Warszawy. Nowy właściciel za lokal położony na 29. piętrze zapłacił kwotę 4 mln zł. Na podobną kwotę opiewała transakcja sprzedaży 150-metrowej nieruchomości położonej przy ul. Flory w pobliżu Łazienek (cena za 1 mkw. wyniosłą odpowiednio 24,3 tys. oraz 26,2 tys.)
– Mamy też przykłady ciekawych transakcji pakietowych. W Katowicach 11 lokali mieszkaniowych kupiono za 6 mln zł – dodaje dyrektor Cenatorium.
W raporcie „Rynek luksusowych nieruchomości w Polsce 2015” firmy KPMG i Reas podają, że łączna wartość transakcji zawieranych na rynku pierwotnym szacowana jest na ok. 500 mln złotych. Z kolei rynek wtórny może być 1,5 raza, a nawet 2,5 razy większy. Liczba zawieranych transakcji z roku na rok systematycznie rośnie i w najbliższym czasie powinna osiągnąć liczbę 250 rocznie (wobec ok. 200 obecnie). Z tego zdecydowaną większość stanowią zakupy apartamentów (wartość tego segmentu to 440–460 mln zł, a liczba transakcji waha się od 160 do 180 rocznie), reszta to luksusowe rezydencje.
– Społeczeństwo staje się bardziej zamożne, menadżerowie w firmach więcej zarabiają. Mamy grupę przedsiębiorców, którzy są coraz bogatsi. Osoby, które się przeprowadzają do centrów miast są gotowi często zapłacić większe pieniądze za dobrą lokalizację, ostatnie piętro z pięknym widokiem – tłumaczy Kurzac.
Kwota graniczną, od jakiej lokal zaczyna być zaliczany do segmentu premium apartamentów, jest 1 mln zł. Zdecydowanym liderem w tym segmencie rynku jest Warszawa. Popyt zaczyna się pojawiać także w innych polskich miastach, przede wszystkim w Sopocie i Krakowie, a także w Poznaniu czy Wrocławiu.
Perspektywy rozwoju rynku odzwierciedlają się także w cenach, które deweloperzy skłonni są płacić za dobrze zlokalizowane działki budowlane.
– Na Woli mieliśmy do czynienia z transakcją zakupy gruntu wielkości niecałego hektara za 143 mln zł – to olbrzymia kwota. Jak się przesuwamy w kierunku Centrum, bliżej ul. Żelaznej, to już mamy średnio ceny w okolicach 6 tys. zł za mkw. – informuje Kurzac.
Wyższe kwoty osiągane są w ścisłym centrum Warszawy, w okolicach Pałacu Kultury i Nauki. Ceny samych działek budowlanych dochodzą w tym miejscu do 16 tys. złotych za metr kwadratowy. Ekspert jest przy tym zdania, że potencjał dalszego wzrostu cen jest jeszcze duży.
– Skoro możemy z tego rynku wycisnąć dużo, a ludzi zamożnych jest trochę więcej, to moim zdaniem chyba nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa – podsumowuje.
Blue Monday, uznawany za najbardziej depresyjny dzień w roku, przypada w poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia. Na towarzyszący mu zły nastrój specjaliści proponują dużą dawkę światła, np. w postaci fototerapii lampami imitującymi promienie słoneczne. Na zimową chandrę pomaga także zbilansowana dieta, uboga w słodycze i sól, oraz ruch na świeżym powietrzu. Aby pomóc Polakom walczyć z sezonowym osłabieniem, ruszyła kampania „Podaruj słońce”.
Blue Monday to pojęcie wprowadzone 11 lat temu przez brytyjskiego psychologa Cliffa Arnalla. Oznacza ono najbardziej depresyjny dzień w roku, przypadający w poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia. Wyliczając tę datę, Arnall korzystał z matematycznego algorytmu uwzględniającego czynniki meteorologiczne, psychologiczne i ekonomiczne. Należą do nich m.in. brak światła słonecznego, zbyt krótkie dni, świadomość, że nie dotrzymuje się postanowień noworocznych oraz zbliżające się terminy płatności kredytów zaciągniętych na bożonarodzeniowe zakupy.
– Jest zimno, dopadają nas zobowiązania, szczególnie te poświąteczne, i różne płatności do uregulowania. Jesteśmy spragnieni ciepła, pozytywnej energii i to wszystko wpływa na obniżenie nastroju i na to, że jesteśmy tego dnia podobno najsmutniejsi – mówi agencji informacyjnej Newseria Maria Rotkiel, psycholog, ekspert projektu „Podaruj słońce”.
Czynniki meteorologiczne mają ogromny wpływ na organizm i psychikę człowieka, dlatego jesień i zima to czas, kiedy wiele osób skarży się na obniżenie nastroju. Wynika to głównie z braku słońca – jego promienie stymulują bowiem wytwarzanie hormonów odpowiedzialnych za dobry nastrój np. serotoniny. Słońce przyspiesza także rozpad melatoniny – hormonu ułatwiającego zasypianie. Jego nadmiar w organizmie za dnia powoduje senność, a nawet objawy depresyjne.
– Warto szukać i korzystać ze wszelkich słonecznych chwil albo innych „słonecznych” sposobów na poprawianie sobie nastroju. To są miłe gesty, miłe słowa, to są komplementy, drobne przyjemności, życzenia. Wszystko to, co sprawia, że robi nam się ciepło, mimo że tego słońca nam brakuje – mówi Maria Rotkiel.
W walce z zimową chandrą pomoże także dieta bogata w witaminy i mikroelementy, a uboga w sól i węglowodany. Warto znaleźć czas na wysiłek fizyczny, najlepiej na świeżym powietrzu. Aby pomóc Polakom przetrwać trudny zimowy czas, ruszył też projekt „Podaruj słońce”. Na elewacji jednego z najwyższych biurowców w Warszawie rozpalono słońce, które świeci codziennie między godziną 16 a 22.
– Ta instalacja, świecąc ciepłym słonecznym blaskiem, symbolicznie wydłuża krótkie zimowe dni, przyciąga wzrok i wywołuje uśmiech na naszych twarzach. A ponieważ dobre emocje stają się jeszcze lepsze, gdy możemy się nimi podzielić, to symboliczne wydłużenie dnia to nie koniec niespodzianki. Przygotowaliśmy coś jeszcze – zdradza Magda Wichłacz, przedstawicielka projektu „Podaruj słońce”.
Warto pojawić się 25 stycznia o godzinie 16:00 na rogu ulic Świętokrzyskiej i Emilii Plater w Warszawie, by przekonać się, co jeszcze przygotowali dla warszawiaków organizatorzy projektu „Podaruj słońce”. Sprawa słonecznej instalacji zostanie wyjaśniona do końca, a dodatkowo taneczny korowód, w rytmie energetycznej muzyki pomoże naładować nasze baterie pozytywną energią.
Konferencje prezesów banków centralnych to wciąż najważniejsze wydarzenia w kalendarzach danych makroekonomicznych. Nawet jeśli tak jak wczoraj Mario Draghi podał komunikat, że ewentualne zmiany odbędą się dopiero w przyszłości.
Wydarzeniem dnia była wczorajsza konferencja prasowa Mario Draghiego. Najważniejszym wnioskiem płynącym z jego wypowiedzi było zapewnienie, że w marcu dojdzie do rewizji polityki EBC. Stropy procentowe tym razem pozostały na takim samym poziomie. Nie wprowadzono również zmian w programie luzowania ilościowego. W komentarzu nie zabrakło nawiązań do sytuacji na rynku i konieczności dopasowania instrumentów do tych zmian. Posiedzenie 10 marca zapowiada się naprawdę interesująco. Jaki wpływ na rynki walutowe miała ta wypowiedź? Inwestorzy uznali, że skoro mają pojawiać się nowe rozwiązania, to bezpieczniej będzie dla nich nie posiadać pozycji w euro. W rezultacie zyskiwał dolar. W wyniku konferencji dolar umocnił się do euro o ponad 1 centa. Jak ten ruch przełożył się na złotego? Euro i frank staniały o ok. 2 grosze, z kolei dolar i funt drożały. Odpowiednio o ok. 2 i 3 grosze.
Dzisiaj w Davos odbyło się kolejne spotkanie z Mario Draghim. Nie wniosło ono jednak żadnych kluczowych informacji dla rynków walutowych wiadomości. W obawie przed tym spotkaniem, pod koniec wczorajszego dnia złotówka traciła. Dzisiaj od rana widać odreagowanie na rynkach. W nocy euro kosztowało 4,49 zł, ale do 9:30 rano spadło do 4,45 zł. Podobny ruch umacniający miał miejsce od rana na innych walutach. Frank szwajcarski po 4,07 zł z pewnością nie budzi entuzjazmu. Z drugiej strony jest to lepszy wynik niż wczorajsze 4,11zł.
Wraca temat Grecji. Zdaniem analityków znów powracają ryzyka, w tym ryzyko wyjścia kraju ze strefy euro. Powodem będzie wdrażanie pakietów reform, które z pewnością spotka się z oporem społecznym. Strajki miały już miejsce podczas głosowania na te propozycje. Analitycy przewidują, typowe dla tego kraju, rozbieżności między planem, a wykonaniem. W przypadku nadzorowanych reform z pewnością nie umknie to uwadze trojki. Na szczycie w Davos premier Grecji już robił podchody w tym temacie, sugerując że Unia mogłaby sama zarządzać greckim długiem. Na taki wariant nie zgodzi się MFW.
Wczoraj poznaliśmy dobre dane z Polski. Sprzedaż detaliczna rośnie szybciej niż sądzili analitycy. Wzrost w skali roku zgodnie z oczekiwaniami przyspieszył, ale nie do 3,5%, jak sądzono, a do 4,9%. W normalnych warunkach byłby to silny sygnał do umacniania się złotego. Dane te zbiegły się jednak w czasie z informacji od EBC i przez to zniknęły w cieniu. Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych w USA wypadły z kolei gorzej niż sądzono, a wartość ponownie zbliża się do granicy 300 tys. tygodniowo.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:30 – Wielka Brytania – Sprzedaż detaliczna,
15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 22.10.2015 do 22.01.2016
Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,3700.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 22.10.2015 do 22.01.2016
Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na poziomie 3,9900.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 22.10.2015 do 22.01.2016
Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,0300.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 22.10.2015 do 22.01.2016
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7300.
Przed nami okres ferii zimowych i kolejnych wydatków. Niektórzy postanowią sfinansować je kredytem gotówkowym – warto sprawdzić, gdzie w styczniu czeka na nas najlepsza oferta.
Analitycy porównywarki finansowej Comperia.pl przygotowali zestawienie najlepszych styczniowych kredytów gotówkowych. Jeżeli wraz z rodziną planujemy wybrać się na zimowe szaleństwa np. w góry musimy liczyć się z niemałym kosztem – dla trzyosobowej rodziny może być to kwota nawet 7 tys. zł.
Przedstawiamy ranking najlepszych styczniowych ofert, który uwzględnia kredyt gotówkowy na kwotę 7 tys. zł z 24 miesięcznym okresem spłaty.
TOP7 kredytów gotówkowych na kwotę 7 tys. złotych,
okres spłaty 24 m-ce
– Obecnie najlepszy kredyt gotówkowy znajdziemy w Volkswagen Banku direct, gdzie rzeczywista stopa oprocentowania przyjmuje wartość 9,37 proc., a miesięczne obciążenie związane z jego spłatą wynosi 320 zł. – komentuje Jacek Kasperczyk, analityk Comperia.pl.
Drugie miejsce na podium zajął kredyt „Czarno na białym” Banku BPH, w którym RRSO wynosi 12,24 proc, a spłacana rata nie przekracza kwoty 328 zł. Trzecie miejsce z kolei przypadło bankowi Credit Agricole, którego kredyt gotówkowy ma ratę równą 329 zł, czyli raptem o 1 zł droższe niż w Banku BPH.
Tuż za podium znalazły się kredyty dostępne w Raiffeisen Polbanku, Santander Consumer Banku, Getin Noble Banku oraz BOŚ Banku. We wszystkich tych instytucjach rata kredytu mieście się w przedziale 332-336 zł, a oprocentowanie rzeczywiste nie przekracza 15 proc.
Jako klienci szukamy sprawdzonych miejsc, produktów i usług, kierując się często opiniami w sieci czy sugestiami znajomych, którzy mogą podzielić się swoimi doświadczeniami. Z punktu widzenia przedsiębiorców, rekomendacje to dowód na to, że oferta firmy cieszy się uznaniem, a zarazem bardzo skuteczna forma pozyskiwania nowych odbiorców. Warto zatem wykorzystać potencjał zadowolonych klientów i wdrożyć w swojej firmie marketing rekomendacji.
Robiąc zakupy czy szukając fachowca sprawdzamy ofertę, czytamy specyfikację, oglądamy zdjęcia, jednocześnie szukając opinii innych klientów, którzy na podstawie własnych doświadczeń mogą zarekomendować produkt czy usługę. Wiele osób jest chętnych, by podzielić się swoimi spostrzeżeniami – zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi. Warto wykorzystać ten fakt, prosząc ich o rzetelną ocenę usług. Jest to szczególnie proste w przypadku branży e-commerce, gdzie głównym kanałem komunikacji pomiędzy firmą a klientem jest sieć, gdzie w łatwy sposób można wyrazić swoją opinię.
W firmie usługowej bardzo istotny jest czynnik ludzki, a opinie dotychczasowych klientów są niezwykle ważne. Ostatecznie klienta zainteresuje, kto do niego przyjdzie i jak wykona zamówioną usługę, np. sprzątanie mieszkania. Mając tego świadomość można stworzyć moduł ocen. Przykładowo na Pozamiatane.pl każdy może w czterech kategoriach ocenić osobę, która wykonała dla niego usługę, korzystając z 5-gwiazdkowej skali, a dodatkowo napisać własny komentarz. Doświadczenie pokazuje, że zdecydowana większość osób korzysta z tej opcji, mając świadomość, że jest to komunikat istotny nie tylko dla innych użytkowników, ale także dla usługodawcy. Na podstawie opinii na bieżąco decyduje on co warto zmienić lub usprawnić, a co działa bez zarzutu.
Opinie klientów mogą pójść o krok dalej i przybrać postać rekomendacji, a marketing poleceń to dla firm ważna broń w walce o nowego klienta. Do rekomendacji znajomych mamy bardzo duże zaufanie i chętnie kierujemy się nimi w swoich wyborach.
Nie wystarczy tylko dbałość o jakość usług, ponieważ nie każdy zadowolony klient od razu powie o naszej firmie znajomym czy rodzinie. Trzeba go do tego zachęcić lub po prostu go o to poprosić. Wielu przedsiębiorców się tego obawia, jednak jeśli Klient nie ma takiego życzenia, nie musi z tej możliwości korzystać. Ostatecznie sam zdecyduje czy polecić komuś nasze usługi.
Każdy z nas jest zabiegany, mamy wiele spraw na głowie, łatwo więc zapomnieć nazwę platformy czy usługi, o której kiedyś powiedział nam znajomy. Z kolei on pewnie zapomni przesłać nam namiary na nią, tak jak obiecał. Mając to na uwadze, warto pomyśleć o ułatwieniach, np. stworzeniu prostego modułu poleceń. W naszym przypadku jest to po prostu zakładka na profilu klienta. Podczas wizyty na platformie wystarczy tylko wpisać adresy mailowe znajomych, którym chce się powiedzieć o Pozamiatane.pl, a oni dostaną na swoje skrzynki komplet informacji wraz z kodem rabatowym. W ten sposób polecający nas klient nie tylko pokazuje swoim znajomym usługę, z której warto skorzystać, ale także daje im w prezencie możliwość skorzystania ze zniżki. Informacje o takiej akcji warto też umieszczać na popularnych kanałach social media, takich jak Facebook czy Twitter. Dzięki temu nasi klienci mogą w łatwy sposób udostępniać je szerokiemu gronu znajomych i dzielić się swoim kodem rabatowym.
W ramach marketingu poleceń warto też pomyśleć o pewnej formie gratyfikacji dla polecających nas klientów. W ten sposób wyrazimy wdzięczność za ich gest, a oni poczują się docenieni. Możemy po prostu podziękować telefonicznie czy mailowo, ale warto także rozważyć promocję na dalsze usługi. Jeśli nasz klient poleca nas innym, to znaczy, że jest zadowolony z naszych usług i najprawdopodobniej będzie z nich dalej korzystał. Dlatego też w ramach podziękowania można i jemu przekazać nagrodę w formie rabatu.
Masz kredyt w obcej walucie i nie radzisz sobie ze spłatą? Zgodnie z prezydenckim projektem ustawy o „frankowiczach”, w określonych wypadkach możliwe byłoby odstąpienie od umowy kredytowej. Tym samym kredytobiorca mógłby zrezygnować z ciążącego kredytu, przekazując zadłużone mieszkanie w ręce banku.
Od kilku dni trwa w mediach ożywiona dyskusja na temat „kursu sprawiedliwego”, który służyć miałby ponownemu przeliczeniu kredytów walutowych. Znacznie mniej mówi się o drugim z prezydenckich pomysłów – możliwości odstąpienia od umowy kredytowej w wypadku, gdy szansa na spłatę kredytu jest znikoma.
Zgodnie z art. 7 prezydenckiego projektu, konsument z hipoteką w walucie obcej mógłby przenieść na kredytodawcę własność do mieszkania, domu, prawo własności do lokalu spółdzielczego oraz prawa do gruntu. Jak czytamy, „przeniesienie własności nieruchomości ma z mocy prawa skutek w postaci zwolnienia konsumenta z długu, jaki posiada on wobec kredytodawcy w związku z zawartą z nim umową kredytu, której zabezpieczenie stanowi nieruchomość będąca przedmiotem przeniesienia własności”. Mówiąc jaśniej – kredytobiorca, który nie radzi sobie ze spłatą „frankowego” kredytu mógłby z niego zrezygnować, przekazując zadłużone mieszkanie, dom lub grunt na rzecz banku.
– Teoretycznie takie rozwiązanie to poważny problem dla banków, do których w jednej chwili mogłyby trafić tysiące niespłaconych mieszkań. Co z nimi zrobić? Sprzedać? A jeśli tak, to za jaką cenę? I kto w strukturach banku miałby zająć się taką sprzedażą? – mnoży wątpliwości Patryk Przygoda, doradca finansowy firmy Alex T. Great. – Znacznie lepszym pomysłem, który w przypadku wejścia w życie tak skrojonych przepisów banki zapewne poważnie rozważą, byłaby próba ponownej sprzedaży takich mieszkań ich właścicielom, z nowym kredytem udzielonym już w złotówkach. W ten sposób banki pozbywają się balastu w postaci niepotrzebnych im nieruchomości i powracają do obsługi produktu, który doskonale znają, czyli kredytów hipotecznych. Z kolei klient z niższą o kilkaset złotych miesięczną ratą z całą pewnością chętnie rozważy odzyskanie swojego mieszkania i ponowne zadłużenie na nowych, korzystniejszych dla niego warunkach.
Dodajmy, że zgodnie z prezydenckim pomysłem, prawo do rezygnacji z kredytu walutowego przysługiwałoby tylko tym kredytobiorcom, którzy nie uzyskują dochodów w walucie obcej, a ich comiesięczna rata przekracza 20 proc. uzyskiwanego dochodu. Dodatkowo, każdy z zadłużonych musiałby udowodnić, że kapitał jego kredytu wzrósł o ponad 30 proc. w stosunku do pierwotnie pożyczonej kwoty. – Tak postawione obostrzenia uprawniałyby do zwrotu kredytu niemal wszystkich „frankowiczów”, bowiem u zdecydowanej większości z nich wysokość comiesięcznej raty znacząco przekracza 20 proc. ich comiesięcznego dochodu. Podobnie też rzecz ma się z wysokością zadłużenia, które w przypadku klientów kredytów walutowych jest zwykle o wiele wyższe, niż wspomniane tu 30 procent – wylicza Patryk Przygoda z Alex T. Great.
Czy zatem prezydencki pomysł to rzeczywiście dobry, rozsądny dla obu stron kompromis? Niestety, tylko w teorii, bo w praktyce sytuacja nie wygląda już tak różowo. – By dokonać operacji ponownej sprzedaży mieszkania z nowym kredytem niezbędne są odpowiednie regulacje prawne, a o tych, póki co, nikt nie wspomina. Dodatkowo, w wielu przypadkach może się okazać, że pogrążony w długach klient, który przez wiele miesięcy nie radził sobie ze spłatą kredytu we frankach, stracił już całkowicie zdolność kredytową, nawet tę mierzoną w niższych wartościach kredytu złotówkowego. A to wyklucza możliwość ponownej odsprzedaży przez bank mieszkania i nowego kredytu. Co wtedy? Pozostaje kurs sprawiedliwy, w którym już dziś analitycy bankowi znajdują liczne błędy. Dodajmy do tego też powszechne wśród osób zadłużonych we frankach poczucie niesprawiedliwości i krzywdy, jaką w ich mniemaniu wyrządziły im banki. Nie bardzo wierzę, że tacy klienci będą skłonni na nowo dogadywać się z bankiem, bo ich zaufanie do tej instytucji jest bardzo poważnie zachwiane – dodaje Patryk Przygoda.
Trudno przewidzieć dziś, jaki los czeka prezydencki projekt ustawy, w którym zapisano powyższe rozwiązanie. Dobrze, że w trwającym od miesięcy konflikcie na linii banki – frankowicze pojawia się próba kompromisu, ważne jednak, by tego typu propozycje oparte były o rzetelne, sprawdzone analizy i informacje. Niezbędne są tu także szerokie konsultacje, w których do stołu zasiądą obie zwaśnione strony. W przeciwnym wypadku zysk jednej z nich oznaczać będzie stratę drugiej, co w praktyce może mieć bardzo poważne konsekwencje dla rynków nieruchomości i kredytów.
Wzmocnienie współpracy między światem nauki a biznesem oraz ograniczenie biurokracji na uczelniach – to priorytety Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Resort zapowiada także inwestycje w odrodzenie polskiej humanistyki. W tym roku humaniści będą mieli możliwość skorzystania z części środków z puli 8 mld zł, która trafi na innowacyjność. W przyszłym roku MNiSW chce zwiększyć nakłady na ten cel z budżetu.
– Chcemy odbiurokratyzować szkolnictwo wyższe i naukę. Polskie uczelnie i instytucje naukowe uginają się pod ciężarem rozmaitego rodzaju sprawozdań i obowiązków biurokratycznych. Tutaj zmiany będą bardzo szybkie. W nowy rok akademicki 2016/2017 wprowadzimy szereg rozwiązań – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Gowin, wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego.
Polskie uczelnie poświęcają zbyt dużo czasu na papierkową robotę, zostały na nie nałożone liczne obowiązki informacyjne. Dlatego we współpracy z Radą Główną Nauki i Szkolnictwa Wyższego ministerstwo powołało zespół, który ma zmienić rozporządzenia dotyczące Polskiej Komisji Akredytacyjnej i Krajowych Ram Kwalifikacji. Mniej pracy papierkowej, to więcej czasu, który można poświęcić na pracę dydaktyczną i naukową. Zmiany są konieczne, bo obecnie wedle rankingu The QS World Universities 2015/2016 polskie uczelnie plasują się pod koniec rankingu. Najlepsza z nich – Uniwersytet Warszawski – zajmuje dopiero 344. pozycję.
– Priorytetem jest także zbudowanie pomostu między światem nauki a światem biznesu, czyli ponad doliną śmierci, w której giną projekty polskich uczonych, przez co nie dochodzi do ich wdrożenia – wskazuje Gowin.
Brak współpracy między sektorem nauki i biznesu w Polsce jest dużym problemem. Wiele projektów trafia do kosza i nie ma szans na realizację. Również dlatego w rankingach innowacyjności Polska znajduje się w ogonie Europy. W Globalnym Rankingu Innowacji zajmujemy 46. miejsce, a oprócz światowych potęg wyprzedzają nas również najbliżsi sąsiedzi. Zmiany w szkolnictwie wyższym i większe nakłady na innowacyjność mają pomóc to zmienić.
Minister zapowiada również, że oczkiem w głowie w resortu ma stać się humanistyka.
– Będziemy chcieli, inaczej niż poprzedni obóz rządowy, wykorzystać fundusze strukturalne, unijne także, w dziedzinie humanistyki. To nie jest tak, że humanistyka nie jest innowacyjna. Uważam, że ma do odegrania ważną rolę nie tylko w budowaniu polskiej tożsamości kulturowej czy narodowej, lecz także w rozwoju polskiej gospodarki – ocenia Gowin.
Minister zapowiada stworzenie inteligentnych specjalizacji – jedną dotyczącą nauk humanistycznych i drugą dotyczącą nauk społecznych.
– W tym roku odziedziczyliśmy budżet po naszych poprzednikach, ale w przyszłorocznym budżecie na pewno nakłady na humanistykę zostaną zwiększone – zapowiada minister nauki.
Zgodnie z decyzją prezesa URE ceny energii dla gospodarstw domowych i stawki opłat dystrybucyjnych będą niższe. Stawki te spadły średnio o 1,6 proc., a dla gospodarstw domowych – o 2 proc. Na dalsze obniżki cen energii nie ma co liczyć, bo ceny będą zapewne rosnąć – prognozuje ekspert Grupy Multimedia Polska. Presja na podwyżki wynika z koniecznych inwestycji w sieć dystrybucyjną oraz niepewności związanej z systemem wsparcia odnawialnych źródeł energii.
– Jest bardzo dużo czynników kształtujących ceny energii w tym roku i duża niepewność związana z wzajemną relacją tych czynników. Po ciepłym grudniu, którego efektem były niskie ceny na rynku bilansującym (spadły one nawet do średniego poziomu 100 zł za megawatogodzinę – MWh) już na początku stycznia mieliśmy duże odbicie – ceny na rynku terminowym wzrosły w ciągu dwóch dni o 8 zł na MWh. Jednocześnie ceny na rynku hurtowym od połowy ostatniego kwartału 2015 wyraźnie stopniowo rosną – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Jacewicz, dyrektor Departamentu Usług Energetycznych w Grupie Multimedia Polska.
Na niepewność na rynku wpływa także zmiana systemu wsparcia dla OZE. Gracze rynkowi, szczególnie producenci zielonej energii, z niecierpliwością czekają na szczegóły dotyczące pierwszych aukcji.
– Ten system jest ciągle projektem, rozporządzeniem ministra gospodarki, natomiast nie ma klarownej wykładni, co się kiedy wydarzy, kiedy będzie pierwsza aukcja, którą powinien zorganizować prezes URE – mówi Jacewicz. – Na rynku od kilku miesięcy mamy nadpodaż zielonych certyfikatów i nie ma dużej płynności. To oznacza ewidentnie wyczekiwanie na to, co się wydarzy na aukcjach.
Ważnym zagadnieniem dla cen energii jest operacyjna rezerwa mocy. Ma ona stanowić rekompensatę za utrzymywanie w gotowości – na wypadek niedoborów mocy w systemie elektroenergetycznym – przestarzałych lub wręcz niepracujących bloków energetycznych. Budżet ORM ma w tym roku wzrosnąć do ok. 500 mln zł.
– Według części ekspertów ten mechanizm nie funkcjonuje dobrze. Daje przestrzeń elektrowniom do sterowania generacją i sprzedawania jej akurat na takim rynku, na jakim może uzyskać najlepszą cenę. W efekcie to wszystko przekłada się na tendencję wzrostową cen energii i myślę, że przez najbliższe miesiące ta tendencja się nie zmieni – ocenia Jacewicz.
Jak podkreśla, przed wzrostem cen chronieni są odbiorcy z segmentu gospodarstw domowych, dla których taryfy są zatwierdzane przez prezesa URE. Niższe rachunki, jakie w tym roku będą płacić, dadzą im oszczędności w skali kraju na poziomie 0,5 mld zł.
– Otwartą sprawą są klienci biznesowi. Tutaj najlepszą metodą jest wcześniejsze podpisanie kontraktów długoterminowych zapewniających stałą cenę energii elektrycznej. Ci klienci, którzy podpisali takie kontrakty w 2015 roku są w tym momencie zdecydowanie wygrani. Ci klienci, a są tacy, którzy jeszcze zwlekają, bo grają na obniżkę cen, powinni jak najszybciej te kontrakty zawrzeć, ponieważ nie zanosi się w najbliższych miesiącach na spadek – przekonuje Jakub Jacewicz.
URE zatwierdza także taryfy dystrybutorom energii elektrycznej. Nie oznacza to jednak, że w ciągu roku nie ulegną one zmianie. Od 1 lipca br. naliczana i pobierana będzie tzw. opłata OZE, związana ze wsparciem rozwoju OZE, w wysokości 2,51 zł/ MWh.
– Jest kwestią dyskusyjną, czy 2,51 zł to jest dużo dla gospodarstwa domowego czy dla biznesu małego i dużego. Natomiast gdybyśmy mówili o rynkowych stawkach dystrybucyjnych, to na pewno dystrybutorzy chcieliby mieć przestrzeń do podniesienia cen dystrybucji chociażby ze względu na planowane inwestycje w sieć dystrybucyjną, nad którymi ciągle pracują – podkreśla Jakub Jacewicz.
W III kwartale 2015 roku ponad 30 milionów klientów miało dostęp do bankowości internetowej. W stosunku do tego samego okresu rok wcześniej oznacza to wzrost aż o 24,3 procenta. Szybko przybywa też użytkowników bankowości mobilnej. Prawie 5 mln klientów korzysta z usług bankowych na urządzeniach mobilnych. Ten trend wykorzystują także banki, proponując klientom aplikacje na tablety lub smartfony.
– Już dziś ponad 5 mln klientów korzysta z rozwiązań bankowości mobilnej za pomocą aplikacji bądź mobilnej strony banku. Skala i tempo absorpcji rozwiązań mobilnych wśród klientów polskich banków pozytywnie zaskakuje – mówi agencji Newseria Bartłomiej Nocoń, dyrektor zarządzający z Departamentu Bankowości Elektronicznej Pekao SA.
Do systematycznie rosnącego zainteresowania rozwiązaniami bankowości mobilnej przyczynia się przede wszystkim stale rosnąca liczba smartfonów i tabletów na rynku oraz rozwój nowoczesnych technologii mobilnych i dostępu do Internetu wśród polskiego społeczeństwa. Jak podkreśla Nocoń, obecne tempo przyrostu liczby klientów mobilnych jest nieporównywalnie większe do tego, w jakim kilkanaście lat temu rozwijała się bankowość internetowa.
Według danych Związku Banków Polskich liczba klientów mających dostęp do bankowości internetowej w III kwartale 2015 roku przekroczyła 30 milionów. To o ponad 24 proc. więcej rok do roku. Liczba aktywnych użytkowników także rosła dwucyfrowo i wyniosła ponad 14,6 milionów. Oprócz osób indywidualnych dostęp do bankowości elektronicznej miało blisko 2,18 mln firm.
– Banki muszą odpowiednio szybko reagować na te zachodzące zmiany – przekonuje Nocoń. – Trend mobile first zaczyna być coraz bardziej widoczny, on objawia się coraz większą liczbą banków oferujących dostęp do konta za pomocą mobilnych kanałów dostępu.
Wśród najpopularniejszych rozwiązań w obszarze technologii mobilnych znajdują się przede wszystkim aplikacje. Banki oferują klientom także możliwość realizacji płatności mobilnych z użyciem smartfona czy tabletu.
Bank Pekao SA udostępnił klientom nową aplikację Pekao24 na tablety. To odpowiedź na rosnącą liczbę osób poszukujących tego typu rozwiązania – udział logowań z urządzeń mobilnych do serwisu internetowego Pekao24 przekracza 15 proc. Przez aplikację można robić najczęściej wykonywane operacje dostępne w systemie internetowym. Dodatkowo aplikacja Pekao24 na tablety ma moduł ułatwiający zarządzanie budżetem domowym, w tym prowadzenie analizy wydatków i wpływów.
– Z perspektywy klientów ważna jest wygoda korzystania z proponowanych przez banki usług mobilnych. Ta wygoda w codziennym użytkowaniu bierze – moim zdaniem – górę nad wszystkimi innymi elementami – stwierdza Bartłomiej Nocoń. – Chodzi o propozycje takich rozwiązań, które budują pozytywne doświadczenie i powodują, że klienci chętniej korzystają z dostępu do swojego konta za pomocą urządzeń mobilnych.
Zdaniem Noconia pozytywny customer experience będzie również jednym z kluczowych trendów w rozwoju produktów bankowości mobilnej.
– Ponadto będziemy mieli do czynienia również z rozwiązaniami, które będą upraszczały oraz automatyzowały procesy bankowe i sprawią, że będą one z perspektywy klienta coraz bardziej przyjazne, ergonomiczne, intuicyjne i łatwe – mówi Bartłomiej Nocoń. – Każda propozycja, która poprawia te doświadczenia i powoduje, że klient chętniej i częściej korzysta z usług swojego banku, ma wpływ na budowanie długoterminowej relacji.
W najbliższych latach Apple utrzyma pozycję lidera rynku pod względem technologicznym – uważa Andrzej Kurnicki z Uczelni Łazarskiego. Amerykańska spółka posiada ponad 200 mld dolarów gotówki, która może zarówno trafić do inwestorów, jak i być przeznaczona na dalsze inwestycje. W gorszej sytuacji są natomiast Facebook oraz Google. Zdaniem eksperta analitycy i zarządzający portfelami szukają spółek o większej rentowności.
– Apple ma przede wszystkim ogromne zasoby gotówkowe. Posiada ponad 200 mld dol. żywej gotówki, z czego sporą część może przeznaczyć na dywidendę i wykup własnych akcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kurnicki, ekspert polityki monetarnej i kierownik Katedry Finansów i Bankowości Uczelni Łazarskiego.
Aktualnie za jedną akcję spółki Apple inwestorzy płacą około 100 dolarów amerykańskich. Daje to rynkową kapitalizację całego przedsiębiorstwa na poziomie 550–560 mld dolarów. Ekspert jest jednak zdania, że obecna wycena spółki nie oddaje w pełni jej faktycznej wartości. Jego zdaniem, biorąc pod uwagę posiadane zasoby gotówkowe, godziwa cena za jedną akcję powinna wynosić mniej więcej 200–220 dolarów.
– Kondycja spółek technologicznych nieodłącznie związana jest z popytem. A ten popyt w Stanach Zjednoczonych nie jest obecnie zbyt silny. Spółki, które mają dobry, innowacyjny produkt, jak np. Apple, mogą konkurować, ale marże będą mniejsze – tłumaczy Andrzej Kurnicki.
Zdaniem Kurnickiego pewne kłopoty może mieć m.in. Facebook. Rozmówca uważa, że obecnie prowadzony model zarządzania jest nie do końca przejrzysty dla inwestorów.
– Facebook musi przebudować swój model zarządzania spółką, aby wygenerować większe marże – stwierdza.
Ekonomista odnosi się także do spółki Google. W jego ocenie firma powoli dociera do granicy swojego potencjału biznesowego, co widoczne jest w spadającym zainteresowaniu inwestorów. Menadżerowie funduszy inwestycyjnych oczekują wyższych rentowności i coraz częściej rozglądają się za bardziej interesującymi aktywami.
Kierownik Katedry Finansów i Bankowości Uczelni Łazarskiego podkreśla, że w sektorze pod względem posiadanych możliwości inwestycyjnych niekwestionowanym liderem pozostaje natomiast spółka Apple.
– To spółka, która jest poza jakimkolwiek zasięgiem innych firm. Ma możliwości, kadrę i zasoby gotówkowe, żeby ciągle być liderem na rynku technologii – podkreśla Kurnicki. – To m.in. wprowadzanie nowych technologii, rozszerzenie działalności w niektórych sektorach, w których do tej pory spółki nie było, np. w kierunku wprowadzenia modelu samochodu, który za kilka lat ma się poruszać bez benzyny i gazu, tylko dzięki rozwiązaniom technologicznym przyjaznym środowisku. Być może tutaj będzie taka marża, jaką Apple chce osiągnąć.
Ekspert prognozuje, że sytuacja Facebooka oraz Google&HASH39;a prawdopodobnie ulegnie pogorszeniu.
Branża niezależnych usług motoryzacyjnych dynamicznie się rozwija. Co czwarta firma z tego segmentu oczekuje w tym roku wzrostu na poziomie 10–20 proc. W Europie tempo rozwoju firmy już na poziomie 1–2 proc. jest sukcesem. Polski rynek będzie dalej rósł wraz z powiększającym się parkiem samochodowym.
Wartość polskiego rynku dystrybucji części oraz napraw samochodów rośnie od wielu lat – dziś przekracza 30 mld zł.
– W Polsce przybywa samochodów, a jednocześnie kierowcy coraz bardziej myślą o bezpieczeństwie w ruchu drogowym i dbają o stan techniczny swoich samochodów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alfred Franke, prezes zarządu Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych. – Ponadto zaawansowanie techniczne samochodu powoduje, że kurczy się segment „zrób to sam”, kierowcy nie są w stanie naprawić już samochodu przy użyciu śrubokręta i młotka na podwórku, stąd automatycznie rośnie rynek napraw.
Warsztaty niezależne skutecznie rywalizują z ofertą serwisów firmowych, szczególnie ceną. Tańsze są zarówno ich usługi, jak i części, które oferują. Dodatkowym plusem jest łatwe umówienie wizyty i szybki czas naprawy.
– Jeżeli mówimy o jakości samej usługi, to tutaj toczy się bardzo poważna batalia pomiędzy warsztatami niezależnymi a autoryzowanymi, jedne drugim nie chcą ustąpić pierwszeństwa – mówi Franke.
Rywalizację tę widać także na innych rynkach. Wartość całego niezależnego europejskiego rynku motoryzacyjnego szacowana jest na około 120 mld euro rocznie, z czego 82 mld przypada na produkcję części, opon i akcesoriów. Spośród 490 tys. europejskich warsztatów 370 tys. stanowią serwisy niezależne. Obsługuje je 46 tys. firm zajmujących się sprzedażą części.
Na tym tle Polska nadal wygląda skromnie, jednak potencjał rozwojowy ma znacznie większy.
– Rynek europejski rośnie, ale jest to ok. 1–2 proc. wzrostu dla firmy, która zajmuje się sprzedażą części. I to już jest duży sukces – mówi prezes Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych. – W Polsce 45 proc. firm deklaruje wzrosty w przedziale 0–10 proc., natomiast aż 25 proc. firm twierdzi, że wzrosną między 10 a 20 proc.
Z danym SDCM wynika, że wartość sprzedaży komponentów wyniosła w ostatnim roku 63,2 mld zł, czyli była wyższa niż sprzedaż gotowych samochodów (44,6 mld zł). Eksport części wzrósł w ciągu dekady trzykrotnie.
Wartość polskiego rynku dystrybucji wynosi 15,1 mld zł i jest dwa razy większa niż 10 lat temu. Dla jego rozwoju kluczowy staje się kanał internetowy.
– Sprzedaż internetowa produktów prostych w doborze, jak opony, rozwija się bardzo szybko. Znacznie szybciej będzie rozwijało się umawianie przez internet wizyt w warsztatach. Już dziś obserwujemy ten trend i jestem przekonany, że w przyszłości firmy będą notowały w tym zakresie coraz większe sukcesy – podkreśla Alfred Franke.
Na rynku niemieckim 10 proc. sprzedaży części i akcesoriów motoryzacyjnych odbywa się przez internet. Prognozy mówią o nawet dwukrotnym wzroście w kolejnych latach.
Wśród zagrożeń dla działalności niezależnych warsztatów i sprzedawców części Franke wymienia brak dostępu do informacji technicznej, która jest niezbędna, żeby naprawiać współczesne samochody. Jego zdaniem poważnym problemem jest również to, że producenci samochodów nie przestrzegają regulacji GVO. Wprowadzone kilka lat temu w UE przepisy dają właścicielowi auta prawo wyboru, gdzie mogą dokonywać obowiązkowych przeglądów gwarancyjnych – w ASO czy niezależnym warsztacie.
– Kolejne poważne zagrożenie to kwestia telematyki. Dostęp poprzez systemy telematyczne do samochodu jest niezwykle istotny, bo daje to możliwość pobrania danych pokładowych samochodu, informacji o tym, co jest uszkodzone, jaka jest awaria i gdzie znajduje się samochód, żeby móc jak najszybciej pomóc klientowi – wyjaśnia Alfred Franke.
Z kolei dużą szansą dla branży jest dalszy prognozowany wzrost zapotrzebowania na tego typu produkty i usługi.
– Dzisiaj Polska z liczbą 400 aut na tysiąc mieszkańców jest w średnich dolnych stanach europejskich. W wielu państwach jest ponad 500 właścicieli samochodów. To pokazuje szanse dla nas. W miarę wzrostu zamożności społeczeństwa będziemy mieli coraz więcej samochodów, coraz większy park i coraz więcej możliwości napraw samochodów – podkreśla prezes SDCM.
70 proc. przypadków nowotworu skóry powoduje rak podstawnokomórkowy. Główną przyczyną choroby jest nadmierna ekspozycja skóry na promieniowanie UVB. W terapii stosuje się różne metody, np. operację chirurgiczną, radioterapię. W przypadku zaawansowanej postaci choroby, która może prowadzić do śmierci pacjenta, możliwe jest od niedawna zastosowanie nowoczesnych leków hamujących szlak sygnałowy hedgehog. Jest to jednak leczenie wciąż nieobjęte refundacją w Polsce.
Rak podstawnokomórkowy charakteryzuje się miejscową złośliwością – rośnie powoli, nie dając objawów klinicznych, ale naciekając sąsiednie tkanki. Na rozwój tego nowotworu szczególnie narażone są osoby po 50 roku życia, posiadające jasną, podatną na oparzenia słoneczne karnację oraz mające częsty kontakt ze związkami arsenu i pestycydami.
– Narażeni na ten typ raka są także chorzy w immunosupresji czy przyjmujący leki hamujące odpowiedź immunologiczną – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Witold Owczarek, dermatolog.
Nowotwór najczęściej przyjmuje postać guza bądź owrzodzenia pokrytego strupem, które nie ulega wygojeniu. Zmiany nowotworowe zlokalizowane są najczęściej w miejscach eksponowanych na słońce, głównie na czole, wargach, nosie, policzkach, szyi, a także udach, ramionach czy okolicach krocza. Śmiertelność w przypadku raka podstawnokomórkowego skóry wynosi 3 proc. – zazwyczaj przyczyną zgonu jest naciekanie nowotworu na tkanki oczodołów i zatok. Nowotwór ten rzadko daje bowiem przerzuty do innych tkanek lub organów.
Szansą na całkowite i szybkie wyleczenie jest wczesna diagnoza i wdrożenie leczenia. Terapia raka podstawnokomórkowego dobierana jest zależnie od stopnia zaawansowania choroby. Jej podstawą jest chirurgiczne usunięcie zmiany nowotworowej z badaniem histopatologicznym.
– W przypadkach, kiedy jest to niemożliwe, można zastosować radioterapię, a w przypadkach o niewielkim ryzyku wznowy można stosować metody alternatywne, takie jak kriochirurgia, czasami metody farmakologiczne, jak leczenie 5-fluorouracylem czy imikwimodem, oraz metodę fotodynamiczną – mówi prof. Witold Owczarek.
W przypadku bardzo zaawansowanego lub dającego przerzuty nowotworu jedyną szansą dla chorych jest terapia celowana. Wykorzystywane są w nich nowoczesne leki hamujące tzw. szlak sygnałowy hedgehog. Szlak ten aktywnie uczestniczy w procesie wzrostu i rozwoju organizmu w początkowych stadiach życia. U osób dorosłych pozostaje on w stanie nieaktywnym, może się jednak ponownie uaktywnić na skutek mutacji genetycznej. Prowadzi to do intensywnego podziału komórek i powstawania guza nowotworowego. Z badań wynika, że aktywny szlak hedgehog może być przyczyną nowotworów trzustki, przewodu pokarmowego, prostaty oraz skóry. Nowoczesne terapie hamują poszczególne elementy tego szlaku sygnałowego i dają szansę chorym.
– Wskazania medyczne do zastosowania inhibitorów szlaku hedgehog są dostępne, natomiast zupełnie inną sytuacją jest dostępność w ramach systemu opieki zdrowotnej. Ideą dla leczenia naszych pacjentów byłoby, żeby wskazania medyczne były tożsame ze wskazaniami refundacyjnymi dotyczącymi poszczególnych terapii. Natomiast są to terapie nowoczesne i zwykle są one drogie – mówi prof. Witold Owczarek.
Rak podstawnokomórkowy cechuje wysoka skłonność do miejscowej wznowy. Zmiana nowotworowa może pojawić się w tym samym miejscu nawet kilka lat po pierwszej operacji. Ryzyko nawrotu choroby zwiększa się m.in. w przypadku guza większego niż 2 cm oraz zlokalizowanego w centralnej części twarzy. Dlatego tak ważne jest uważne obserwowanie zoperowanych zmian oraz kontrolowanie stanu skóry u lekarza.
Dane zaprezentowane przez Związek Polskiego Leasingu po trzech kwartałach 2015 roku pokazują, że rynek leasingu sprzętu budowlanego osiągnął obroty wynoszące 1,32 miliarda złotych. Oznacza to, że branża zmniejszyła się rok do roku o 1,2 %. Mimo regresu rynku, istnieją firmy leasingowe, które rosną i zdobywają dominującą pozycję w tym obszarze. Odnoszą sukces, ponieważ koncentrują się na dużej liczbie mniejszych transakcji.
Po dobrych latach 2007 i 2008, kiedy rynek leasingu sprzętu budowlanego osiągał wolumeny rzędu 2,8 miliarda złotych, na lepszą sytuację musieliśmy czekać aż do roku 2011. Nie był on już co prawda tak udany jak wspomniane lata, ale suma transakcji leasingowych w budowlance sięgnęła wtedy 2,4 miliarda złotych. Po latach 2012 i 2013, kiedy obroty spadały odpowiednio do 1,4 i 1,2 mld zł, są wstępne szacunki, że rok 2015 zamknie się wartością obrotów bardzo zbliżoną do roku 2014 i wyniesie 1,8 mld zł.
W 2015 roku leasingobiorcy koncentrowali się na atrakcyjnej cenie, żywotności i jakości sprzętu budowlanego. Duża konkurencja na rynku sprawiła, że finansowane były używane ruchomości budowlane, co do tej pory było niemal niemożliwe. Sytuacja rynkowa w mijającym roku sprawiła jednak, że sprawdzonemu i wiarygodnemu klientowi oddawano w leasing kilkunastoletnią maszynę pochodzącą od tak zwanego „topowego producenta”. Jednym z liderów tego trendu był Raiffeisen Leasing, który umożliwił swoim klientom finansowanie każdej używanej i rekondycjonowanej maszyny z udokumentowaną renowacją i dwunastomiesięczną gwarancją producenta lub autoryzowanego serwisu, traktując ją w chwili rozpoczęcia umowy leasingu na równi z nową maszyną.
Ważnym trendem 2015 r. stało się ułatwianie klientom dostępu do finansowania leasingiem poprzez ograniczanie formalności przy zawieraniu umów. Dotyczyło to również branży budowlanej – od połowy listopada 2015 roku na przeważającą część maszyn, w tym wózki widłowe i maszyny budowlane, można w Raiffeisen Leasing składać wnioski o leasing w szybkiej procedurze uproszczonej na sprzęt o wartości do 250 tys. zł bez konieczności okazania dokumentów finansowych i nawet 400 tys. zł przy ich przedstawieniu.
Miniony rok upłynął również pod znakiem inwestycji w nowe technologie z wykorzystaniem zwrotnych funduszy Unii Europejskiej, zwłaszcza dla Raiffeisen Leasing, który stał się liderem wśród firm leasingowych w zakresie wykorzystania środków UE. Dzięki poręczeniu Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego przedsiębiorcy mogli sfinansować sprzęt budowlany na bardzo korzystnych warunkach, zakładających dłuższy okres spłaty oraz mniejsze wymogi dotyczące zabezpieczenia i wkładu własnego. Widzimy, że polska gospodarka i rynek leasingu zmieniły się dzięki unijnym funduszom poręczeniowym. Coraz popularniejszymi przedmiotami leasingu stają się drobne urządzenia budowlane takie jak agregaty malarskie, tynkarskie, mieszalniki do farb, urządzenia przeciskowe, zagęszczarki, agregaty prądotwórcze, kompresory, kontenery biurowe, urządzenia wentylacyjne, czyszczące, do recyklingu, wyciągarki, windy, rusztowania i szalunki.
Dzięki dalszemu napływowi funduszy UE będzie rosło finansowanie drobnego sprzętu, wciąż wzrastał będzie również udział finasowania leasingiem standardowych maszyn budowlanych.
2016 rok i kolejne lata zapowiadają się wyjątkowo dobrze dla branży budowlanej, z uwagi na zaplanowane inwestycje w drogi krajowe w Polsce, które do 2023 roku mogą łącznie wynieść nawet 180 miliardów złotych. Z kolei na inwestycje w koleje krajowe do 2023 roku Polska przeznaczy 67 miliardów złotych. Duża część tych środków przeznaczona zostanie właśnie na zakup maszyn i urządzeń budowlanych niezbędnych do realizacji tych inwestycji. Przełomowym wydarzeniem, które od maja 2016 roku wpłynie pozytywnie na rynek leasingu maszyn budowlanych będzie uruchomienie kolejnych funduszy inwestycyjnych z poręczeniem Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego (EFI). Tym razem poręczone przez EFI umowy leasingu będą mogły sięgać nawet kwoty 600 tysięcy złotych netto.
Ekologiczne trendy nie omijają branży budowlanej. Wręcz przeciwnie – zasady zrównoważonego rozwoju coraz powszechniej stają się wyznacznikiem jakości inwestycji. Sukces „zielonego” budownictwa zależy jednak w dużej mierze od tego, czy powstanie i realizacja projektu będą wsparte odpowiednią wiedzą i doświadczeniem.
Kryteria uznania budownictwa za ekologiczne określają specjalne certyfikaty. Obecnie najbardziej rozpowszechnione są amerykański LEED (Leadership in Energy & Environmental Design) oraz brytyjski BREEAM (Building Research Establishment’s Environmental Assessment Method). Uzyskanie certyfikatów nie jest łatwe, ale przynosi wiele korzyści. – „Z punktu widzenia obrotu nieruchomościami, certyfikaty znacząco wpływają na podwyższenie wartości obiektów. Wynika to przede wszystkim z tego, że w „zielonych” budynkach po prostu lepiej się mieszka i pracuje, a to coraz wyraźniej dostrzegają właściciele i użytkownicy takich nieruchomości” – wyjaśnia Eric Agnello, Dyrektor Generalny firmy RD bud.
Wiedza i doświadczenie
Wstępny certyfikat uzyskuje się jeszcze na poziomie projektu. Potem najważniejsze dla całej inwestycji jest spełnienie kryteriów w kolejnych fazach procesu budowlanego. Kluczową rolę odgrywają tu kompetencje wykonawcy robót, na którym spoczywa zadanie stosowania procedur wynikających z warunków certyfikacji. – „Dotyczą one zwłaszcza rodzajów stosowanych materiałów budowlanych, zużycia energii i wody, wydajnej gospodarki odpadami czy redukcji zanieczyszczeń” – mówi Eric Agnello i podkreśla – „Szczególnie istotna jest tu dbałość o to, by koszty związane z procesem certyfikacji nie przekroczyły założeń i progu opłacalności. Wymaga to od wykonawcy doświadczenia i znajomości specyfiki tego typu inwestycji”.
Do zadań Generalnego Wykonawcy należy między innymi takie zaplanowanie i przeprowadzenie robót, które pozwoli inwestycji bez przeszkód spełnić kryteria certyfikacji. Oprócz zagospodarowania placu budowy i jego zaplecza, odpowiada on za dobór i podpisanie umów z podwykonawcami. Muszą oni umiejętnie stosować rozwiązania konstrukcyjne i materiały budowlane, które przewiduje projekt. – „Wydajność instalacji czy zaawansowana gospodarka materiałowa to jedne z najważniejszych elementów decydujących o proekologicznych właściwościach inwestycji. Realizacja każdego kolejnego projektu tego typu pozwala poszerzać kompetencje firmy budowlanej i efektywnie dostosowywać je do coraz większych wyzwań, jakie stają przed nowoczesnym budownictwem” – mówi Eric Agnello.
Wsparcie na nowe czasy
W Polsce ofensywa „zielonego” budownictwa właśnie się rozpoczyna. W 2015 r. liczba certyfikowanych budynków wzrosła aż o 60% w porównaniu do stanu z 2014 r. Zdaniem specjalistów w najbliższych latach ten trend się utrzyma i doprowadzi do zmian na rynku nieruchomości. Za kilka lat „zielone” certyfikaty staną się takim samym standardem, jak ISO w ocenie systemów zarządzania. W przypadku inwestycji biurowych można zaryzykować stwierdzenie, że to już się dzieje. Co więcej, nieruchomości niecertyfikowane będą coraz częściej postrzegane jako obiekty drugiej kategorii. Warto więc korzystać ze wsparcia doświadczonych wykonawców, którzy pomogą odnaleźć się na zielonym szlaku do ekologicznych inwestycji.
Statystki mówią jasno: nadchodzą dobre czasy dla pracowników. – Bezrobocie w najbliższych trzech latach może spaść do najniższego poziomu od początku lat dziewięćdziesiątych – wyjaśnia Piotr Lonczak, analityk Cinkciarz.pl.
Pod koniec grudnia ub. r. GUS poinformował, że stopa bezrobocia w listopadzie 2015 r. wyniosła 9.6 proc. Z kolei jak wynika z opublikowanej kilka tygodni temu prognozy Ministerstwa Pracy, odsetek osób pozostających bez zatrudnienia wzrósł w grudniu ub.r. do 9.8 proc. Szacunki resortu bardzo rzadko mijają się z danymi urzędu statystycznego. Przyjmując więc w obliczeniach ministerialne kalkulacje zakładamy, że średnia stopa bezrobocia w ciągu całego 2015 r. wyniosła 10.6 proc. Taki wynik byłby najniższym poziomem od 2008 r., kiedy to bez pracy zostawało średnio 9.8 proc. Polaków.
Rok temu odsetek osób bezrobotnych wynosił 12.3 proc. Spadek stopy bezrobocia wobec poprzedniego roku wyniósł zatem 1.7 punktu proc. i był najsilniejszy od 2008 r. Również dane dotyczące zatrudnienia są bardzo optymistyczne. Według GUS, w trzecim kwartale 2015 r. wysokość zatrudnienia wzrosła do rekordowego poziomu 16.2 mln osób.
Dlaczego bezrobocie spada?
Wspomniane raporty pokazują, że mamy obecnie do czynienia z silnym ożywieniem na rynku pracy, a sytuacja może być jeszcze lepsza. Najważniejszym czynnikiem, który może prowadzić do dalszego spadku stopy bezrobocia, jest coraz lepsza kondycja krajów strefy euro. Dzięki polityce Europejskiego Banku Centralnego w ub. r. doszło do przełomu na rynku pracy, a firmy zaczęły pożyczać pieniądze. W dodatku właściwie wyeliminowano niebezpieczeństwo bankructwa któregokolwiek z krajów oraz nikt obecnie nie mówi już o rozpadzie strefy euro.
Unia monetarna to nasz najważniejszy partner handlowy, do którego trafia 56.5 proc. eksportu. W okresie od stycznia do listopada 2015 r. sprzedaż polskich towarów wzrosła o blisko 10 proc. Biorąc pod uwagę wspomniane czynniki, można oczekiwać, że 2016 r. będzie równie udany dla polskich firm. Co więcej, w 2016 r. kurs złotego powinien w większym stopniu wspierać eksporterów niż w ostatnich latach. W tym kontekście obniżenie ratingu Polski przez Standard & Poor’s może być oceniane jako czynnik działający na korzyść eksporterów, gdyż oznacza utrzymanie niskiego kursu walutowego.
Kondycja strefy euro ma też bezpośredni wpływ na poziom stopy bezrobocia w Polsce. Badania pokazują, że Polacy są skłonni wyjechać z kraju w poszukiwaniu pracy. Według danych firmy Work Service (raport) 15 proc. osób aktywnych zawodowo lub mogących wejść na rynek pracy rozważa emigrację zarobkową. Wraz z dalszą poprawą kondycji europejskiego rynku pracy coraz więcej Polaków może zdecydować się na opuszczenie kraju. Prawdopodobnie skala zjawiska będzie zdecydowanie mniejsza niż w okresie po wejściu do Unii Europejskiej, lecz może istotnie wpłynąć na nasz rynek pracy.
Istotne znaczenie może mieć także sytuacja w Polsce. Dotychczas konsumpcja gospodarstw domowych napędzała PKB, przez co równocześnie wpierała zatrudnienie. W kolejnych latach ten czynnik może w jeszcze większym stopniu wzmocnić ożywienie ze względu na planowany przez rząd program socjalny 500+ oraz obniżenie kwoty wolnej od podatku (wymusza to wyrok Trybunału Konstytucyjnego). Co więcej, rządowe projekty infrastrukturalne mają zostać zintensyfikowane, co powinno wesprzeć inwestycje zwłaszcza w 2017 r. Zgodnie z obowiązującym programem w latach 2014-23 na budowę i modernizację dróg oraz kolei zostanie wydane łącznie 174 mld zł.
Rekordowo niskie bezrobocie
Biorąc pod uwagę tendencje zachodzące w polskiej i europejskiej gospodarce, można spodziewać się utrzymania ożywienia na rynku pracy. Stopa bezrobocia będzie zatem maleć. Miniony rok był pod tym względem najlepszy od siedmiu lat. Wcześniej bezrobocie niższe niż na poziomie 9 proc. notowano w 1991 r.
W optymistycznym scenariuszu osiągnięcie poziomu z początku lat dziewięćdziesiątych będzie możliwe już w 2016 r., chociaż bardziej prawdopodobny jest spadek średniej stopy bezrobocia do ok. 9.5 proc. Natomiast w kolejnych dwóch latach może ono zmaleć nawet poniżej 8 proc. To oznaczałoby perspektywę nastania bardzo dobrych czasów dla pracowników oraz wzrost wynagrodzeń.
Płacenie rachunków to obowiązek, który dotyczy wszystkich korzystających z określonych świadczeń i usług. Problem w tym, że niektórych kosztów, np. związanych z utrzymaniem mieszkania, nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć. Wynika to przede wszystkim ze zbyt wysokich opłat za ogrzewanie. Co zatem powinniśmy zrobić w sytuacji, gdy kwoty widniejące na rachunkach zdecydowanie przekraczają nasze możliwości finansowe albo granice przyzwoitości?
Przyczyn zbyt wysokich opłat za ogrzewanie może być wiele. Wśród nich najczęściej wymienia się błędy w termoizolacji budynku, nadmierne ogrzewanie pomieszczeń mieszkalnych oraz nieprawidłowości przy rozliczeniach rachunkowych.
Co gorsza, spółdzielnie mieszkaniowe rzadko skłonne są do pomocy mieszkańcom przy wyjaśnianiu wątpliwości, przez co wiele osób zaprzestaje walki o swoje, niesłusznie zabierane, pieniądze. Istnieje jednak kilka sposobów skutecznej obrony przed zbyt wysokimi rachunkami.
– Przede wszystkim warto spróbować samodzielnie wyliczyć realne koszty ogrzewania naszego mieszkania, biorąc przy tym pod uwagę przewidywany poziom zużycia ciepła w danym wnętrzu – mówi mecenas Szczepan Barszczewski prowadzący w Białymstoku kancelarię radcowską.
I dodaje: Najczęściej przyjmowaną stawką jest ok. 1,3 – 2 zł za ogrzanie 1 m2 powierzchni mieszkalnej. Należy jednak przy tym pamiętać, że ostateczna wartość uzależniona jest m. in. od struktury budynku czy zastosowanego systemu grzewczego.
Jak bowiem przyznaje przedstawiciel jednej z białostockich spółdzielni mieszkaniowych, przy standardowych wyliczeniach, na podstawie których określana jest wysokość opłat, korzysta się z informacji z podzielników umieszczonych w mieszkaniach.
– Metoda ta to najdokładniejszy sposób pomiaru, jaki jesteśmy w stanie realizować. Rozliczenia zaś prowadzone są przez profesjonalną, doświadczoną firmę rozliczeniową – mówi.
Problem w tym, że tego typu mierniki są niedokładne, przez co nie da się na ich podstawie we właściwy sposób wyliczyć kosztów ogrzewania dla poszczególnych mieszkań. Zatem przy dokonywaniu płatności rachunkowych według własnych wyliczeń, informujemy o swoich wątpliwościach co do wysokości naliczonych opłat. Musimy się przy tym liczyć z tym, że takie działanie spowoduje narastanie naszego zadłużenia, przez co po pewnym czasie spółdzielnia zdecyduje się na dochodzenie swoich należności na drodze postępowania sądowego.
Udowodnienie swoich racji przed sądem pozwoli nam jednak uniknąć konieczności płacenia zbyt wysokich rachunków. Co więcej, pozytywne rozstrzygnięcie sporu może sprawić, iż spółdzielnia skoryguje swój dotychczasowy sposób naliczania opłat za centralne ogrzewanie mieszkań, co w perspektywie kilku lat pozwoli nam zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych!
– Obniżenie obecnych opłat to jedno. Oprócz tego możliwe jest również odzyskanie nadpłat z kilku poprzednich sezonów grzewczych. Do tego niezbędne będzie przedstawienie dowodów potwierdzających nieprawidłowości wynikające z błędnych rozliczeń spółdzielni oraz wskazanie właściwych naszym zdaniem kosztów w każdym okresie. Warto przy tym pamiętać, że możemy się ubiegać o zwrot nadpłat nawet sprzed 10 lat – wyjaśnia Szczepan Barszczewski.
Przystępując do walki ze spółdzielnią mieszkaniową przede wszystkim należy być zdeterminowanym. Dowody potwierdzające słuszność własnych roszczeń to jedno, równie istotne jednak jest nastawienie i gotowość do bronienia swoich racji przed sądem.
Niestety, konieczność poświęcenia czasu i energii, a także niepewność związana z przebiegiem rozprawy i decyzją sądu czasami powodują zaniechanie i godzenie się na płacenie zbyt wysokich rachunków za ogrzewanie.
Rozwiązaniem, które przybliży nas do odzyskania swoich pieniędzy i jednocześnie pozwoli na zmniejszenie własnego zaangażowania może być skorzystanie z fachowej pomocy prawnej. Zdaniem ekspertów większość takich spraw jest bowiem „do wygrania”.
– Tego typu spory wymagają na ogół zagłębienia się w szereg często niejasnych i nieprecyzyjnych przepisów, jak np. prawo energetyczne czy regulaminy dotyczące rozliczenia c.o. poszczególnych spółdzielni, które, co gorsza, niekiedy wzajemnie się wykluczają. Do tego materia rozliczania kosztów wymaga fachowej wiedzy ciepłowniczej. Wszystko to bez wątpienia utrudnia dochodzenie swoich praw. Jednak odpowiednia determinacja, argumentacja i pomoc prawna sprawiają, iż coraz częściej możemy liczyć na korzystny wyrok sądu – wyjaśnia na koniec radca prawny Szczepan Barszczewski.
W grudniu 2015 roku nastąpiły znaczące przetasowania w strukturze akcjonariatu Plast-Box S.A., producenta opakowań z tworzyw sztucznych, sprzedającego swoje produkty niemal do wszystkich krajów w Europie. W dniu 16 grudnia 2015 roku Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie dokonało zmiany trzech członków w pięcioosobowej Radzie Nadzorczej. Rada Nadzorcza w nowym składzie zebrała się na swoim pierwszym posiedzeniu w dniu 20 stycznia 2016 roku, podejmując decyzję o powołaniu z dniem 1 lutego na stanowisko prezesa zarządu Grzegorza Pawlaka, pełniącego w ostatnim czasie rolę dyrektora generalnego w spółce córce na Ukrainie, będącego już w przeszłości prezesem. Stanowisko wiceprezesa powierzono Krzysztofowi Pióro, który od maja 2015 roku zarządzał grupą kapitałową Plast-Box S.A. w formule jednoosobowego zarządu.
– Plast-Box ma za sobą udany 2015 rok, wbrew wielu przeciwnościom, chociażby takim jak wysokie ceny surowca. Zmiany, które nastąpiły w akcjonariacie i Radzie Nadzorczej spółki stabilizują jej sytuację i dają możliwość realizacji ambitnej strategii na lata 2016-2021. Zamierzamy stale i konsekwentnie rosnąć, zwiększając wartość akcji, pozostając spółką dywidendową. Zrobimy wszystko co możliwe, żeby wykazać inwestorom, że warto inwestować w nasze akcje, że jesteśmy podmiotem działającym na bardzo perspektywicznym rynku i posiadającym mocne fundamenty – mówi Grzegorz Pawlak.
Grzegorz Pawlak jest przedsiębiorcą i współzałożycielem Plast-Boxu, rozwijającym spółkę od lat. Krzysztof Pióro to manager z 20-letnim doświadczeniem w zarządzaniu spółkami produkcyjnymi, działającymi w skali międzynarodowej. Obaj panowie współpracowali już ze sobą w latach 2012-2013, oraz współdziałają w okresie od maja 2015.
– W roku 2016 chcemy zrealizować inwestycje w maszyny i formy, aby zwiększyć nasze moce produkcyjne i wprowadzić do sprzedaży nowe produkty, które uzupełnią i wzmocnią ofertę Plast-Boxu. To będzie dla nas dobry rok – zapewnia Krzysztof Pióro.
Można się nie zgadzać z partią rządzącą, ale w jednym trzeba jej przyznać rację – gospodarczo na pewno nie zasłużyliśmy na to co się teraz dzieje na złotówce. Rodzima waluta traci przez zawirowania polityczne, ale gospodarka ma się dobrze.
Wczorajszy dzień był bogaty w odczyty danych makroekonomicznych, ale większość osób zastanawia się co takiego stało się w Polsce, że nasza wiarygodność na rynkach spadła tak bardzo. Dlaczego piszemy o spadku wiarygodności? Przebicie poziomu 4,50 zł w notowaniach euro do złotego jest dowodem, że coś dzieje się nie tak. Co takiego wydarzyło się w ostatnich czasach, że inwestorzy wręcz uciekają z naszego kraju? Mamy dwa elementy tak naprawdę tej samej układanki. Najpierw z powodów miedzy innymi ryzyk politycznych agencja ratingowa S&P obniżyła nam rating kredytowy o jeden stopień, obniżając jednocześnie nastawienie na przyszłość. Wraz z nią na szczęście nie poszły Moody’s i Fitch, które albo nie wydały rekomendacji albo potwierdziły poprzedni rating. Drugim elementem są działania w Unii Europejskiej zmierzające do wydania rezolucji w sprawie Polski. Problemy, które realnie mamy w kraju, nie wyglądają co prawda aż tak źle jak są przedstawiane przez zachodnich publicystów. Z drugiej strony mamy dwa problemy: po pierwsze mało subtelny styl skoku na władzę, po drugie fatalny PR. Połączenie tych dwóch elementów powoduje, że wydarzenia, które powinny pozostać niemal neutralne dla rynków walutowych rozbudowały się do realnych problemów. Głosowanie w sprawie rezolucji odbędzie się jutro, aczkolwiek sprawa ma realne szanse nie przejść ze względu na sprzeciw frakcji, do których należą PiS i PO.
Wczorajsze dane z Wielkiej Brytanii pozwoliły odrobić funtom część dotychczasowej straty. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych zgodnie z oczekiwaniami powinna wzrosnąć o 2,5 tysiąca, ale spadła o 4,3 tysiąca. Poprawa widoczna była również w przypadku stopy bezrobocia. Spadła ona z 5,2% do 5,1%. Po ostatnich wypowiedziach prezesa Banku Anglii inwestorzy uciekali od funta. Po lepszych danych ten ruch ustał.
Wczorajsze dane z Polski nie wpłynęły na rynki walutowe, gdyż złoty jest targany znacznie mocniejszymi wydarzeniami. Potwierdziły natomiast coś co przeczy czarnowidztwu spod znaku “Polska w ruinie”. Zatrudnienie rośnie o 1,4% i jest to o 0,2% więcej niż oczekiwali analitycy. Wynagrodzenia rosną co prawda trochę wolniej, aczkolwiek 3,1% wzrostu świadczy o tym, że źle nie jest.
Dzisiaj warto spojrzeć na kalendarz danych makroekonomicznych, a szczególnie:
13:45 – UE – decyzja EBC w sprawie stóp procentowych,
14:00 – Polska – wyniki sprzedaży detalicznej,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
17:00 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 21.10.2015 do 21.01.2016
Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,3700.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 21.10.2015 do 21.01.2016
Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na poziomie 3,9900.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 21.10.2015 do 21.01.2016
Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,0300.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 21.10.2015 do 21.01.2016
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7300.
Firmy poszukując nowych pracowników koncentrują się nie tylko na praktycznych umiejętnościach kandydatów, ale starają się wybierać tych, którzy dzielą ich wizję rozwoju. Wspólne wartości nie zawsze oznaczają jednak pełną zgodę co do sposobów na ich realizację. Współpraca nie zawsze układa się idealnie, ale jak podkreśla Michał Środa z GoWork.pl, jest kilka prostych sposobów, by zyskać w oczach przełożonego i ułatwić sobie rozwój własnej ścieżki zawodowej. Jedno jest pewne – pracownicy, którzy są kłótliwi i lubią wdawać się w niepotrzebne dyskusje komplikują życie nie tylko swojemu szefowi, ale przede wszystkim sobie.
Poznaj swojego szefa
Trudno jest współpracować nie rozumiejąc się nawzajem. Warto wysilić się, by poznać mechanizmy działania naszego przełożonego – na czym mu najbardziej zależy, według jakich schematów działa, na co zwraca największą uwagę, woli otrzymywać maila z informacjami czy spotkać się w cztery oczy by przedyskutować problem. Jeżeli zrozumiemy, czego dokładnie się od nas oczekuje, łatwiej będzie dostarczyć optymalne rozwiązania.
Bądź świadomy celów
Pracownicy bardzo często mają tyle pracy, że skupiając się na realizacji własnych celów zapominają, że mają być także wsparciem działań swoich przełożonych. – Planując swoje obowiązki upewnijmy się, że nasza koncepcja wykonania danego zadania nie odbiega od oczekiwań managera – radzi Michał Środa z GoWork.pl. Dzięki temu unikniemy ewentualnych poprawek i zaoszczędzimy sobie pracy związanej z koniecznością nanoszenia poprawek. Zyskamy też w oczach przełożonego, jako osoba samodzielna, nie wymagająca ciągłej uwagi i nieustannych wyjaśnień.
Żadnych przykrych niespodzianek
Tej zasady zawsze należy przestrzegać. – Jeżeli podejrzewamy, że jeden klientów ma zastrzeżenia do firmy lub naszej pracy, pojawiły się problemy zagrażające wykonaniu zadania, nasz przełożony musi wiedzieć jaka jest sytuacja. W innym przypadku, gdy niemiłe wieści do niego dotrą będzie całkowicie zaskoczony, nieprzygotowany do tego by odnieść się do zarzutów – wyjaśnia przedstawiciel GoWork.pl. Powtarzające się niemiłe zaskoczenia wywołują nie tylko informacyjny chaos, są też powodem frustracji, która z pewnością nie działa na korzyść osoby, która przyczyniła się do jej powstania.
Bądź samodzielny
Nikt nie chce pracować z osobą, która nieustannie potrzebuje pomocy i nie potrafi samodzielnie działać. Każdy ma własne obowiązki i po prostu nie ma czasu na prowadzenie kogoś za rękę. W kluczowych kwestiach należy oczywiście konsultować się z przełożonym, ale nie ustalajmy z nim każdego detalu związanego z wykonywaniem naszej pracy.
Dotrzymuj wyznaczonych terminów
Gdy otrzymujemy zadanie do wykonania, ustalmy termin na jego wykonanie. Jeżeli proponowany czas pozwala na realizację potwierdźmy to, jeżeli nie – od razu o tym informujmy i określmy realne ramy czasowe. Nie zwlekajmy też do ostatniej chwili z dostarczeniem wykonanego zadania, tak by szef miał możliwość zapoznania się z treścią i wprowadzenia ewentualnych poprawek, które zwykle się pojawiają. Dopinanie szczegółów w ostatniej chwili z pewnością będzie bardziej stresujące.
Zgłaszaj propozycje rozwiązania problemów nie problemy
Chcąc zyskać oczach przełożonego wykażmy się pro-aktywną postawą i zamiast zgłaszać problemy, zastanówmy się czy istnieje sposób, by je rozwiązać. Spróbujmy zorientować się jakie są szanse na naprawę konkretnej sytuacji. – W tym celu najlepiej udać się do źródeł problemu i porozmawiać z osobami bezpośrednio odpowiedzialnymi za sytuację – mówi Michał Środa. W końcu nikt nie lubi słuchać o problemach, o wiele lepiej brzmi „zająłem się już pewną uciążliwą kwestią i jestem na dobrej drodze do jej rozwiązania”.
Twoje słowa i czyny zawsze niech będą spójne
Jeżeli mówimy, że prześlemy raport do piątku – tak zróbmy. Nie ma nic gorszego niż bycie postrzeganym jako osoba gołosłowna. Nie ma usprawiedliwienia typu „pojawiło się wiele nieprzewidzianych spraw” – w takiej sytuacji o ich istnieniu zawsze należy powiadomić wcześniej i ewentualnie wtedy rozmawiać o przesunięciu terminu.
Wymarzonymi pracownikami są osoby odpowiedzialne za swoje działania, które swoją postawą potwierdzają swoje zaangażowanie – ich szefowie wiedzą, że mogą na nie liczyć, bez względu na pojawiające się trudności. Każdemu oczywiście zdarza się ponarzekać na swojego przełożonego, ale nie wolno nam zapominać, że powinien przyświecać nam jeden cel.
Utrzymanie dotychczasowej polityki dywidendowej, zwiększenie zaangażowania w segment nieruchomości oraz redukcja inwestycji o ryzyku politycznym – to najważniejsze zadania dla nowego zarządu PZU. Zdaniem Sobiesława Kozłowskiego z DM Raiffeisen Bank Polska realizacja tych celów powinna istotnie wspierać notowania spółki. Tymczasem w ostatnich miesiącach akcje ubezpieczyciela tracą. Powodem jest wyraźny spadek rentowności oraz objęcie spółki podatkiem bankowym.
Grupa PZU po trzech kwartałach 2015 roku zarobiła na czysto niespełna 1,83 mld złotych. W stosunku do tego samego okresu rok wcześniej jest to wynik o 28,5 proc. słabszy.
– Wydaje się, że dobrze przyjęte przez rynek byłoby, gdyby nowy zarząd PZU w najbliższym czasie zwiększył zaangażowanie w segmencie nieruchomości, podjął próbę ograniczenia inwestycji z czynnikiem politycznym, a także dążył do tego, aby w długim terminie niezależnie od warunków rynkowych utrzymywać stabilne przychody i wysoką stopę zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sobiesław Kozłowski, koordynator ds. analiz giełdowych w Domu Maklerskim Raiffeisen Bank Polska.
Zdaniem analityka nowy zarząd PZU, którym pokieruje prezes Michał Krupiński, powinien także utrzymać dotychczasową politykę dywidendową spółki. W ostatnich latach ubezpieczyciel był jednym z najhojniejszych podmiotów giełdowych. Tylko w zeszłym roku wypłacił akcjonariuszom łącznie aż 2,59 mld złotych (30 złotych na akcję).
Z drugiej strony na notowaniach spółki ciąży podatek bankowy, który wejdzie w życie już 1 lutego. Danina w wysokości 0,44 proc. posiadanych aktywów oprócz banków i firm pożyczkowych płacona będzie także przez instytucje ubezpieczeniowe. Jej wysokość w przypadku PZU wyniesie około 300 mln złotych rocznie.
– Głównym czynnikiem, który będzie wpływał na wartość PZU, są tendencje dotyczące składki OC komunikacyjne oraz OC na życie – tłumaczy Kozłowski.
Wartość brutto przypisanych składek ubezpieczeniowych w okresie od I do IIII kwartału 2015 roku wyniosła narastająco 13,46 mld złotych i był to wynik o ponad 8 proc. lepszy niż w tym samym okresie rok wcześniej. Wyraźnie zwiększyły się jednak koszty z tytułu wypłat odszkodowań oraz zmiany stanu rezerw techniczno–ubezpieczeniowych. Wydatki z tego tytułu od stycznia do końca września ubiegłego roku wyniosły prawie 9,08 mld złotych (wzrost o 7,8 proc. rdr).
– Warto dodać, że są oczekiwania KNF-u na zakończenie wojny cenowej w segmencie OC komunikacyjnego. I to byłoby pozytywne. A w segmencie życiowym istotną kwestią będzie długoterminowe zwiększanie oszczędności czy liczby ubezpieczeń – stwierdza analityk DM Raiffeisen Bank Polska.
W ostatnich miesiącach akcje PZU radzą sobie bardzo słabo. Rynkowa kapitalizacja przedsiębiorstwa w ciągu ostatniego roku skurczyła się o ponad 32 procent. Obecnie inwestorzy za jedną akcję płaca zaledwie 31–32 złote, podczas gdy w styczniu ubiegłego roku było to ponad 45 złotych.
Wymagania Komisji Nadzoru Finansowego ws. wzrostu rentowności w segmencie ubezpieczeń komunikacyjnych oraz coraz większe wydatki na likwidację szkód mogą w tym roku skutkować wzrostem cen polis. Odnawiane ubezpieczenia mogą być nawet o 1/3 droższe niż przed rokiem – szacują ubezpieczyciele. Wsparciem zarówno dla klientów, jak i dla towarzystw mogą być płatności ratalne.
– W tej chwili branża ubezpieczeniowa ma przed sobą wiele wyzwań, m.in. z powodu regulacji. Komisja Nadzoru Finansowego wymaga od zakładów ubezpieczeń podniesienia rentowności, szczególnie w ubezpieczeniach komunikacyjnych. Daje też zalecenia odnośnie do wypłacenia odszkodowań i świadczeń – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Cezary Świerszcz, prezes firmy Bacca, dostarczającej ubezpieczycielom systemy ratalnej płatności za polisy majątkowe.
Jesienią ubiegłego roku KNF wystosowała pismo, w którym stwierdziła, że trwająca na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych wojna cenowa zagraża bezpieczeństwu sektora. Jak podkreśla nadzór, od 2013 roku wyraźnie pogorszyła się rentowność ubezpieczycieli w segmencie polis AC. Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że po trzech kwartałach 2015 roku strata techniczna w tym segmencie wyniosła 56 mln zł. W ubezpieczeniach OC strata jest ponaddziesięciokrotnie większa (586 mln zł). KNF wskazuje na konieczność stosowania taryf, które wystarczą na zaspokojenie przyszłych wypłat odszkodowań i świadczeń klientom. Za niedostosowanie do wymogów prawa grozi karami finansowymi, a nawet cofnięciem zezwolenia na wykonywania działalności w poszczególnych grupach ubezpieczeń. Takie stanowisko KNF może się wiązać ze znacznymi podwyżkami cen polis OC i AC.
– Ze względu na konieczność poprawy rentowności ubezpieczeń klienci – w mojej ocenie – odnawiający polisę muszą się spodziewać wzrostu ceny na poziomie 30 proc., a może nawet więcej – ocenia Artur Stępień, zastępca dyrektora Oddziału BTA Insurance Company SE w Polsce, towarzystwa ubezpieczeń, które we współpracy z partnerem generalnym w Polsce RESO Europa Service wprowadziło system ratalny Bacca.
Dlatego coraz większą popularność będą zyskiwać systemy ratalne finansowania składek ubezpieczeń.
– Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy uzyskaliśmy siedmiokrotny wzrost sprzedaży ubezpieczeń w systemie ratalnym, co może potwierdzać pozytywny odbiór klientów – informuje Artur Stępień. – W mojej ocenie ten system jest przykładem rozwiązania, w którym wszyscy wygrywają.
Po pierwsze, klienci firm ubezpieczeniowych zyskują lepszą ochronę. Mogą sobie pozwolić na ubezpieczenia bardziej dopasowane do sposobu życia lub specyfiki prowadzenia działalności gospodarczej.
– Dzięki niższej, jednorazowej składce klienci częściej decydują się na zakup dodatkowych, dobrowolnych ubezpieczeń, np. do obowiązkowego OC komunikacyjnego kupują pakiet autocasco, NNW, assistance, czasami również decydują się na zakup polis majątkowych – zapewnia Cezary Świerszcz. – Dzięki płatnościom ratalnym są w stanie wykupić szerszy zakres potrzebnego ubezpieczenia.
Jak wynika z danych firmy Bacca, dzięki ratom miesięcznym klienci znacznie częściej sięgają po szersze zakresy ochrony oraz dodatkowe produkty ubezpieczeniowe. Agenci aktywnie proponujący płatności miesięcznie odnotowują wyższą sprzedaż produktów dodatkowych. Średnia składka ubezpieczenia komunikacyjnego finansowanego przez Bacca jest ponaddwukrotnie wyższa od średniej rynkowej. Klienci płacący w miesięcznych ratach są skłonni wydać więcej na lepsze ubezpieczenie.
– Po drugie, pośrednik dostaje całość prowizji jednorazowo, a ubezpieczyciel ogranicza przy tym ryzyko należności związanych z nieopłaceniem składki ratalnej – mówi Artur Stępień.
Zgodnie z ofertą Bacca pokrywa należność za wybrane polisy, a klient – indywidualny lub firma – płaci miesięczną ratę dostosowaną do jego możliwości finansowych. Składka może być rozłożona nawet na jedenaście rat.
Dodatkowo wzrosnąć może sprzedać ubezpieczeń dobrowolnych, co również podniesie rentowność firm ubezpieczeniowych.
– Z naszego punktu widzenia ten rok będzie kolejnym rokiem silnego wzrostu, bo rosnące ceny ubezpieczeń faworyzują systemy ratalne – przekonuje Cezary Świerszcz. – Klienci będą korzystali z tego rodzaju płatności, żeby ubezpieczenia nie obciążały ich budżetów.
– Sprzedaż ratalna bardzo intensywnie rozwija się w Polsce, co widzimy w ofertach handlowych np. supermarketów czy sieci sklepów sprzedających urządzenia RTV czy AGD – zauważa Artur Stępień. – W związku z tym również usługi finansowe tego rodzaju mają perspektywę rozwoju.
Prezydencki projekt ustawy o frankowiczach zakładający przewalutowanie rat kredytu hipotecznego może kosztować banki nawet kilkadziesiąt miliardów złotych – ocenia Jakub Borowski, główny ekonomista banku Crédit Agricole. Komisja Nadzoru Finansowego ocenia teraz potencjalne skutki. W efekcie banki mogą zmniejszyć akcję kredytową. Ekspert zaznacza, że ustawa ze względu na przysporzenie majątkowe budzi wątpliwości konstytucyjne.
Zaproponowany przez Kancelarię Prezydenta projekt ustawy dotyczący kredytów walutowych przewiduje możliwość przeliczenia hipotecznego kredytu walutowego na złotówki po sprawiedliwym kursie, który zrównuje saldo zadłużenia kredytu frankowego z analogicznym kredytem złotowym na dzień przeliczenia. Ma być on obliczany indywidualnie dla każdego kredytobiorcy. Algorytm, który do tego posłuży, ma uwzględniać m.in. dane o wielkości kredytu, obowiązujące kursy i datę zaciągnięcia zobowiązania.
̶ To jest ustawa bardzo kosztowna dla sektora bankowego. Koszt szacowany jest różnie, ale można przyjąć, że będzie to kilkadziesiąt miliardów złotych. W wariancie, w którym wszyscy zdecydują się przewalutować raty po tzw. kursie sprawiedliwym, powstanie sytuacja, której sektor bankowy nie mógłby udźwignąć. Mogłoby to oznaczać bardzo silne zaostrzenie polityki kredytowej ze szkodą dla wzrostu gospodarczego ̶ przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista banku Crédit Agricole.
Po uwolnieniu kursu franka wobec euro w styczniu 2015 roku i umocnieniu się szwajcarskiej waluty raty i zobowiązania właścicieli kredytów we frankach znacząco wzrosły. W wielu przypadkach okazywało się, że wartość hipoteki była niższa od wartości zobowiązania. Jak jednak podkreśla Borowski, skala problemu nie jest znacząca.
̶ To kolejna próba rozwiązania problemu, którego w zasadzie nie ma. Mówimy o sytuacji, w której znacząca większość kredytobiorców we frankach to osoby zamożne, które bardzo dobrze spłacają kredyt ̶ ocenia ekonomista Crédit Agricole.
Zdaniem eksperta ustawa może jednak nie wejść w życie w proponowanym kształcie. Podobnie jak poprzednie projekty ustaw przygotowane jeszcze przez poprzedni rząd również ten zakłada przysporzenie majątkowe. Konstytucja gwarantuje prawo własności, dotyczy to również wierzytelności banków. Jeśli więc część zadłużenia zostałaby umorzona, można to potraktować jako wywłaszczenie. To z kolei powinno skutkować wypłatą odszkodowania. Projekt ustawy nie przewiduje jednak rekompensaty i tym samym może być niezgodny z konstytucją.
̶ To sytuacja, w której część majątku jest przesuwana od sektora bankowego do gospodarstw domowych. Takie przysporzenie majątkowe było już sygnalizowane jako element niezgodny z konstytucją przez Sejmowe Biuro Analiz w odniesieniu do poprzednich projektów. W związku z tym nie sądzę, żeby ustawa w takim kształcie weszła w życie ̶ podkreśla Jakub Borowski.
Obcięcie przez agencję S&P ratingu kredytowego Polski do poziomu BBB+ wywołało odwrót inwestorów od rynku dłużnego. 10-letnie obligacje Skarbu Państwa wyceniane są na poziomie 3,10–3,20 proc., czyli o ponad 20 pkt bazowych więcej niż przed decyzją. Dla budżetu państwa oznacza to wyższe koszty obsługi długu publicznego w przyszłości. Skutki tej decyzji będą więc odczuwalne, nawet jeśli nie miała ona uzasadnienia w pogarszającej się kondycji polskiej gospodarki.
– Bez względu na to, czy zgadzamy się z sensem obniżenia ratingu dla Polski, czy nie, jedno jest pewne – wiele instytucji finansowych działa niejako automatycznie i zgodnie ze swoimi wewnętrznymi wytycznymi oczekuje od papierów wartościowych o gorszym ratingu wyższej stopy zwrotu, co prowadzi do tego, że w przyszłości obsługa zadłużenia będzie wyższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu BTFG Audit.
W reakcji na obniżenie przez agencję Standard & Poor’s ratingu kredytowego Polski rentowność 10-letnich obligacji skarbowych wzrosła o ponad 20 pkt bazowych, osiągając poziom około 3,20 proc. Według danych Ministerstwa Finansów na koniec III kwartału 2015 roku zadłużenie sektora publicznego wynosiło prawie 876,4 mld złotych.
– Wiele instytucji zagranicznych zwraca uwagę na rating danego kraju z uwagi na rosnące ryzyko gospodarcze. Trzeba też pamiętać o tym, że jesteśmy krajem, który jest w dobrej sytuacji gospodarczej, ale konkurentów na świecie mamy bardzo dużo. Czasami to drobne kwestie decydują o tym, czy inwestycja będzie ulokowana w Polsce, w Czechach, na Słowacji czy może daleko w Singapurze lub w Malezji – wyjaśnia Ruciński.
Prezes zarządu BTFG Audit dodaje przy tym, że przyznanie oceny ratingowej jest decyzją niezależnej instytucji, na którą polska strona nie ma bezpośredniego wpływu. Tym, co może zrobić rząd, jest natomiast wspieranie procesów gospodarczych toczących się w kraju.
– Trudno przewidzieć, czy jest ryzyko dalszych cięć ratingu. Wszystko zależy od naszej gospodarki, naszego PKB, produkcji przemysłowej czy inflacji. To są niektóre z parametrów, które decydują o tym, jaki mamy rating, więc należy zachować spokój i robić swoje – ocenia analityk.
Rozmówca podkreśla, że rating to ocena, która pozwala inwestorom w sposób obiektywny zapoznać się z sytuacją ekonomiczną danego kraju i bezpieczeństwem inwestowania w nim. I choć wiele instytucji i wielu inwestorów w dużej mierze kieruje się ocenami agencji ratingowych, to i tak ostatecznie kluczowa dla nich jest możliwość osiągnięcia potencjalnego zarobku przy akceptowalnym poziomie ryzyka.
– Jeżeli inwestorzy widzą, że dany kraj jest wypłacalny, to kupią papiery wartościowe, będą inwestować nadal. Jeżeli chcemy utrzymać naszą pozycję gospodarczą, to powinniśmy przede wszystkim stwarzać dobre warunki dla przedsiębiorców – mówi Ruciński.
Analityk zwraca uwagę na trudności związane z prognozowaniem przyszłego kursu polskiej waluty. Powodem jest wpływ czynników, które wcześniej były niemożliwe do uwzględnienia – w tym właśnie ostatnia decyzja w sprawie obniżenia ratingu.
– Myślę, że jeżeli polska gospodarka nadal będzie stabilna, to do końca roku nie powinniśmy obserwować znaczącego osłabienia polskiej waluty – podsumowuje.
Najbliższe lata dla polskiej branży budowlanej powinny być udane – przewiduje Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Wzrosty odnotowywane będą nie tylko w segmencie budownictwa mieszkaniowego, które dobrze radziło sobie w całym 2015 roku, lecz także w obszarze inwestycji infrastrukturalnych drogowych oraz kolejowych. Dobra koniunktura utrzyma się prawdopodobnie przynajmniej do końca 2019 roku.
– Najświeższe dane, które opublikował GUS, pokazują sytuację na rynku mieszkaniowym w całym 2015 roku. Choć brakuje jeszcze kompleksowych danych na temat całego rynku budowlanego, to te dane, które dotyczą stricte rynku mieszkaniowego, są w gruncie rzeczy ciekawe – mówi agencji informacyjnej Newseria Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.
W całym 2015 roku, według wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego, oddano do użytkowania ponad 147,7 tys. mieszkań, co stanowi wzrost o 3,2 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Jeszcze wyższa była dynamika rozpoczętych budów. Aktualnie w całym kraju budowane jest przeszło 168 tys. lokali mieszkaniowych. Jest to wynik o 13,7 proc. wyższy niż w 2014 roku.
– Wzrosty na rynku mieszkaniowym są trudne do prognozowania. Najczęściej wynikają albo z sygnałów o tym, że dostępność kredytów się zmniejszy, albo po prostu z ogólnej sytuacji gospodarczej w obszarze gospodarstw indywidualnych – tłumaczy Jan Styliński.
Niezależnie od czynników wpływających na koniunkturę panująca w branży wzrost rynku w ostatnim roku odzwierciedla ogólny pozytywny trend panujący w polskiej gospodarce. Według prognoz Ministerstwa Finansów dynamika PKB w 2015 roku mogła wynieść 3,4 procenta.
Poprawę sytuacji panującej na rynku budowlanym potwierdzają także dane na temat wydanych pozwoleń na budowę. W ubiegłym roku wydano pozwolenia na budowę blisko 189 tys. mieszkań – to o jedna piątą więcej niż w poprzednich 12 miesiącach.
– Pozwolenia na inwestycje nie w pełnym zakresie przekładają się na liczbę realizowanych robót budowlanych. W minionych latach bywało tak, że następował gwałtowny wzrost liczby pozwoleń na budowę, a w kolejnym roku, kiedy te pozwolenia mogły być konsumowane, okazywało się, że robót jest mniej, niż było to planowane – zauważa prezes PZPB.
Szczególnie dobre dane dotyczyły grudnia 2015 roku. Pod względem rozpoczętych budów oraz wydanych pozwoleń wzrost w stosunku do poprzedniego roku wyniósł przeszło 40 proc. Zdaniem Jana Stylińskiego była to zasługa głównie pogody, która sprzyjała wykonywaniu wszelkich prac budowlanych.
– Najbliższy rok zapowiada się jako okres wzrostu na rynku budowlanym w różnych segmentach, nie tylko w obszarze mieszkalnictwa. Wygląda na to, że wreszcie zaobserwujemy zauważalne odbicie na poziomie 6–8 proc. w produkcji w sektorze infrastruktury – prognozuje.
Styliński dodaje, że najwyższa dynamika wzrostu powinna być widoczna w latach 2017–2018. Na ten okres planowana jest bowiem realizacja dużej części przetargów prowadzonych w systemie „Zaprojektuj i wybuduj”.
– Już dzisiaj widać pozytywne sygnały płynące ze strony inwestorów publicznych, którzy wydają więcej pieniędzy i budżetowych, i unijnych. Ten trend zapewne w najbliższych 2–3 latach się utrzyma, zwłaszcza że inwestycje kolejowe najprawdopodobniej swoją „górkę” będą miały w 2018 i 2019 roku – tłumaczy przedstawiciel PZPB.
Ekspert zwraca jednak uwagę na potencjalne zagrożenia dla branży. Największym z nich jest słaba kondycja finansowa dużej części przedsiębiorstw. Ich bilanse zostały mocno nadwyrężone z powodu kiepskiej sytuacji, która panowała na rynku budowlanym w ostatnich latach.
– Wydaje się jednak, że 2016 rok przyniesie pewne unormowanie relacji na rynku. Bardzo pozytywne sygnały płyną m.in. ze strony resortu infrastruktury, co do otwartości na kontakty z branżą budowlaną, na tworzenie zespołów roboczych, rynkowo-administracyjnych, które mają pracować nad optymalizacją procesów inwestycyjnych – podkreśla Styliński.
Rośnie popyt na usługi związane z informatyką śledczą wśród polskich firm. Urządzenia mobilne stają się podręcznym komputerem, przechodzi przez nie coraz więcej danych, a informacje zawarte w pamięci mogą być warte miliony złotych. Przedsiębiorcy coraz częściej chcą mieć możliwość odzyskania danych zawartych na urządzeniach – wiadomości tekstowych i mailowych czy historii połączeń telefonicznych.
– Obecnie najczęściej odzyskujemy SMS-y oraz informacje zapisane na urządzeniach mobilnych, a także historie połączeń internetowych czy komunikację z czatów zapisywanych na urządzeniach mobilnych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Rzuchowski, analityk śledczy w MiP Data Recovery, firmie zajmującej się odzyskiwaniem danych.
Choć obecnie większość zleceń pochodzi od osób prywatnych, to rośnie popyt na takie usługi wśród polskich przedsiębiorstw. Dla przykładu, laboratorium informatyki śledczej Mediarecovery zanotowało w ubiegłym roku 7-proc. wzrost zleceń od firm, łącznie stanowiły one 22 proc. wszystkich spraw. Na Zachodzie narzędzia informatyki śledczej są od lat wykorzystywane przez przedsiębiorców. W Polsce już coraz częściej firmy zauważają możliwości, jakie daje odzyskiwanie danych. Jak wskazuje Rzuchowski, zainteresowanie wykazują przede wszystkim mniejsze firmy z różnych regionów kraju.
– Obserwujemy zainteresowanie wśród firm związanych z handlem. Chcą wiedzieć, co dokładnie robili z telefonem handlowcy, którzy porzucili prace, do kogo wysyłali SMS-y, komu przekazywali informacje – mówi ekspert MiP Data Recovery.
Klienci są zainteresowani historią rozmów i połączeń telefonicznych. Jeśli był obsługiwany komunikator internetowy, odzyskiwane są również i te informacje. Analityk śledczy przekonuje, że liczba zleceń od przedsiębiorców będzie rosła.
– Ten rynek dopiero się otwiera i w niedługim czasie będzie największy boom. Urządzenie mobilne staje się komputerem osobistym. Już nie musimy chodzić z laptopem, wszystkie dane będą przechodziły przez smartfona. Dlatego coraz więcej osób będzie próbowało odzyskiwać różne dane – ocenia Rzuchowski.
Większość firm nie stosuje żadnych narzędzi ochrony urządzeń mobilnych swoich pracowników. Z badań przeprowadzonych przez F-Secure wynika, że tylko co trzecia firma stosuje takie środki, zaś 40 proc. wdrożyło programy, które umożliwiają zarządzanie urządzeniami przez działy IT. Tymczasem informacje zawarte w pamięci smartfonów czy tabletów mogą być istotne z punktu widzenia interesów firmy, mogą też pełnić charakter dowodowy w toczących się sprawach.
– Niekiedy są to informacje warte miliony złotych. Jeśli ktoś był na szczeblach władzy, miał dostęp do kluczowych informacji. Można więc powiedzieć, że pozyskanie takich danych z urządzeń jest cenniejsze niż cokolwiek innego – przekonuje ekspert MiP Data Recovery.
Rośnie też zainteresowanie włączeniem informatyki śledczej w systemy bezpieczeństwa IT. Zwłaszcza że dzięki urządzeniom mobilnym można odzyskać także dane zamieszczone w chmurze.
– Mamy możliwość odzyskania haseł z urządzenia mobilnego. Mając to urządzenie, mamy dostęp do różnych haseł, możemy nie tyle bezpośrednio tam wejść, ale mamy do tego dostęp – wskazuje Rzuchowski.
Laboratoria informatyki śledczej dysponują kilkoma sposobami na odzyskanie danych z urządzeń mobilnych. Różnią się efektywnością pozyskanych informacji czy stopniem ingerencji w urządzenie.
– Pierwszą metodą jest modyfikacja systemu. W systemie Android zrobienie roota daje możliwość wykonania pełnego obrazu poprzez komendę dd całej pamięci fizycznej. Druga metodą jest Direct MMC, która umożliwia wykonanie pamięci fizycznej poprzez odpowiednie PIN-y znajdujące się na płycie telefonu. JTAG to natomiast specjalny interfejs, poprzez który wlutujemy się boksem serwisowym do płyty głównej i sczytujemy pamięć fizyczną – tłumaczy Rzuchowski.
Najdelikatniejszą, ale i najbardziej efektywną metodą jest chip-off, polegająca na wylutowaniu kości pamięci. Jest rzadko stosowana, ale w niektórych przypadkach jest jedyną opcją. Wiąże się z bezpośrednią ingerencją w strukturę nośnika. Szansę, że urządzenie pozostanie potem sprawne, ekspert ocenia na 30 proc. Dlatego chip-off jest wykorzystywana wtedy, gdy wartość danych przekracza wartość sprzętu.
Finansowa przyszłość jest przedmiotem trosk wielu Polek, ale tylko nieliczne robią coś, by to zmienić. Zdaniem Dominiki Nawrockiej, autorki książki „Kobieta i Pieniądze”, o emeryturze należy zacząć myśleć już w momencie ukończenia studiów. Do zabezpieczenia finansowej przyszłości niezbędne jest gromadzenie kapitału, deponowanie oszczędności i inwestycje, a także rozsądne zarządzanie bieżącym budżetem domowym.
Z ubiegłorocznego raportu firmy Aegon wynika, że Polki obawiają się o swoją finansową przyszłość. Aż 88 proc. badanych martwi się, że po przejściu na emeryturę nie zdoła utrzymać dotychczasowego poziomu życia, który uznają za satysfakcjonujący. Jednocześnie tylko co piąta Polka regularnie odkłada dodatkowe środki na przyszłą emeryturę (średnia dla 15 badanych przez Aegon państw wyniosła 36 proc.)
Zdaniem Dominiki Nawrockiej, autorki książki „Kobieta i Pieniądze”, planowanie finansowej przyszłości należy zacząć tuż po skończeniu studiów i rozpoczęciu pracy zawodowej. Jest to moment, gdy kobiety mają znacznie więcej możliwości zabezpieczenia się na przyszłość, np. regularne oszczędzanie lub długoterminowe inwestycje. Nie oznacza to jednak, że starsze panie nie mają już szans na poprawienie swojej sytuacji finansowej.
– Znamy bardzo wiele historii w świecie finansów, gdzie kobiety, które wydawałoby się, że już są na emeryturze zaczęły działać, tworzyć firmy, inwestować i ich życie jest naprawdę wspaniałą jesienią – mówi Dominika Nawrocka agencji informacyjnej Newseria.
Zdaniem autorki każdy wiek ma swoje zalety z punktu widzenia sytuacji finansowej. Kobiety 20-letnie mają więcej odwagi do inwestowania i podejmowania ryzyka. Wiedza i doświadczenie, niezbędne do zakładania prywatnych przedsiębiorstw i budowania kolejnych aktywów, przychodzą jednak dopiero po 30 roku życia. Dominika Nawrocka nie zgadza się natomiast z poglądem, że najlepszym momentem na założenie firmy były lata 90. Rynek był wówczas faktycznie pusty, a więc chętnie chłonął nowości – dziś jednak przedsiębiorcy mają do dyspozycji fundusze unijne oraz otwarte rynki europejskie.
– Każdy moment jest dobry na działanie w sferze finansów, bo to wszystko ma ogromne przełożenie na to, jak nasza przyszłość będzie wyglądała, kiedy już będziemy mieć mniej sił, będziemy chcieli odpocząć. Musimy wcześniej zadbać o to „nicnierobienie” – mówi Dominika Nawrocka.
Autorka książki twierdzi, że istnieje kilka podstawowych zasad zabezpieczania finansowej przyszłości. Pierwsza z nich to gromadzenie kapitału – można to robić poprzez oszczędności oraz inwestycje. Bardzo ważne jest również rozsądne bieżące zarządzanie swoimi finansami, tak aby nie kończyć każdego miesiąca z ujemnym saldem na koncie lub zaciągniętymi długami.
– Bardzo wierzę w kobiety, wiem, że sobie świetnie na tym polu radzą. Większy nacisk stawiam na inwestowanie i na naukę w tym zakresie. Myślę, że w tych prostych krokach można osiągnąć bardzo dobre efekty i żyć lepiej i spokojniej teraz i w przyszłości – mówi Dominika Nawrocka.
Dominika Nawrocka jest autorką bloga, którego tematem jest racjonalne zarządzanie pieniędzmi. Napisała również książkę „Kobieta i Pieniądze. 7 kroków edukacji finansowej dla kobiet”, która jest skierowana m.in. do kobiet, które szukają sposobów na poprawę swojego życia finansowego. Krok po kroku uczy w niej, jak zająć się swoimi finansami, aby wyjść na prostą w jak najkrótszym czasie oraz zadbać o spokojną przyszłość.
Nie tylko banki, SKOK-I i firmy pożyczkowe, lecz także towarzystwa ubezpieczeniowe od 1 lutego będą płacić podatek bankowy. Instytucje te przeznaczą na niego rocznie 0,44% wartości swoich aktywów. Eksperci podkreślają, że nie odbije się to jedynie na klientach.
Podatek bankowy będzie obowiązywał krajowe i zagraniczne zakłady ubezpieczeń oraz reasekuracji, których wartość aktywów to co najmniej 2 mld zł. „Dla sektora roczne obciążenie wyniesie ok. 500–600 mld zł. Wprowadzenie podatku poskutkuje wzrostem cen polis ubezpieczeniowych” – mówi w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Andrzej Jarczyk, prezes firmy Uniqa Polska.
Nowe obciążenie jest niewątpliwie kłopotliwe dla branży. Towarzystwa ubezpieczeniowe nie będą w stanie szybko podnieść cen, bo wprowadzenie podatku nie może spowodować zmiany warunków świadczenia usług wykonywanych na podstawie umów zawartych wcześniej. Tym samym ubezpieczyciele przez pewien czas będą sami ponosić ciężar nowego podatku. Wiele firm może zacząć działać na granicy opłacalności.
Przyjęty w Polsce podatek od aktywów jest najwyższy w całej Europie. „Wyższy był jedynie na Węgrzech w 2010 r. – wynosił 0,5%. Węgierski przykład pokazuje jednak, że taki podatek ma bardzo negatywne konsekwencje: liczba udzielanych kredytów spadła o 1/3, co przełożyło się na spadek wzrostu gospodarczego i ubożenie społeczeństwa” – stwierdza ekspert.
Ponad 2100 osób ogłosiło upadłość konsumencką w pierwszym roku obowiązywania nowych zliberalizowanych przepisów. Bankowe zadłużenie niemal 60 z nich przekroczyło 1 mln zł. Wartość kredytów leżących u podstaw bankructwa w dużej mierze zależy od wieku – gdy 80-latek ma przeciętnie do oddania 28 tys. zł, u 40 latka jest to już 300 tys. zł – wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK.
Liczba upadłości konsumenckich ogłoszonych w 2015 r. pobiła na głowę statystyki z wielu poprzednich lat, kiedy to obowiązywały dużo bardziej restrykcyjne przepisy prawa w tym względzie. Co więcej decydujących się na ten krok przybywa z każdym miesiącem. W grudniu liczba opublikowanych informacji o osobach, które zdecydowały się na bankructwo po raz pierwszy przekroczyła 300.
Miesiąc
Kobieta
Mężczyzna
Suma końcowa
styczeń
1
1
2
luty
13
12
25
marzec
30
31
61
kwiecień
64
54
118
maj
96
61
157
czerwiec
139
99
238
lipiec
127
103
230
sierpień
112
82
194
wrzesień
132
106
238
październik
152
102
254
listopad
157
110
267
grudzień
188
143
331
Suma końcowa
1211
904
2115*
*liczba informacji opublikowanych w Monitorze Sądowym i Gospodarczym Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Dochodzący już do 37 tysięcy, licznik pobrań poradnika na temat upadłości konsumenckiej zamieszczonego na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, (http://ms.gov.pl/pl/dzialalnosc/broszury-i-publikacje/upadlosc-konsumencka) uświadamia, że tematem interesuje się wielu Polaków.
Upadłości z kredytem i bez
W grupie ponad 2115 osób, które zdecydowały się na upadłość konsumencką, więcej niż co piąta osoba (20,7 proc.) w momencie jej ogłaszania nie miała żadnego bankowego kredytu. Nie oznacza to, że nie spłacała takiego zobowiązania wcześniej, bowiem w chwili składania wniosku do sądu kredyt mógł już być w rękach firmy windykacyjnej – odsprzedany wcześniej przez bank jako źle obsługiwany.
– Największą grupę – dwie na pięć osób (39,6 proc.) stanowią posiadający od dwóch do czterech kredytów, uwzględniając poza kredytami gotówkowymi, ratalnymi i mieszkaniowymi również karty kredytowe czy limity kredytowe w koncie. Odsetek 18 proc. osób ma pięć lub więcej kredytów. Sytuacja się zmienia, bo w pierwszej fali upadłości, na początku 2015 roku niemal co trzecia bankrutująca osoba miała tak dużą liczbę zobowiązań – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.
Podział według liczby posiadanych kredytów (proc.)
Liczba kredytów w chwili ogłaszania upadłości
Kobiety
Mężczyźni
Razem
Brak
19,6%
22,2%
20,7%
Jeden
22,1%
21,4%
21,8%
od 2 do 4
39,1%
40,3%
39,6%
od 5 do 10
18,0%
15,1%
16,8%
Powyżej 10
1,3%
1,0%
1,2%
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Udział w kwocie zobowiązań do spłaty według płci i wieku (proc.)
Wiek
Kobiety
Mężczyźni
Razem
do 25 lat
0,53%
0,41%
0,48%
26 do 35 lat
18,00%
23,70%
20,40%
36 do 45 lat
40,90%
31,70%
37,00%
46 do 55 lat
23,60%
20,60%
22,40%
55 do 65 lat
14,20%
19,40%
22,40%
66 do 75 lat
2,60%
4,00%
3,20%
powyżej 75 lat
0,20%
0,20%
0,20%
suma kredytów (zł)
214 898 707
156 184 945
371 083 652
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Przeciętne zadłużenie osób, które mają jeden kredyt lub więcej, wyniosło na koniec 2015 r. 221,3 tys. zł i w porównaniu z pierwszą połową roku wzrosło o 60 tys. zł. Średnio na osobę nieco większą kwotę winni są bankom mężczyźni niż kobiety, odpowiednio jest to 222,1 tys. zł i 220,7 tys. zł, co także jest pewną odmianą wobec wcześniejszych danych. Najchętniej z upadłości korzystają 36-45 latkowie i jednocześnie ta grupa wiekowa ma najwyższe zadłużenie.
Upadłości w podziale na płeć i wiek (proc.)
Wiek
Kobieta
Mężczyzna
Razem
do 25 lat
0,9%
1,8%
1,3%
26 do 35 lat
16,80%
19,40%
17,90%
36 do 45 lat
29,90%
24,50%
27,60%
46 do 55 lat
22,60%
18,80%
21,00%
55 do 65 lat
19,70%
24,00%
21,50%
66 do 75 lat
8,50%
9,80%
9,10%
powyżej 75 lat
1,60%
1,60%
1,60%
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
–Najczęściej poprzez upadłość z pułapki nadmiernego zadłużenia wychodzą osoby między 36 a 45 rokiem życia, aktywne zawodowo, zazwyczaj z pełnią obowiązków rodzinnych, które najwyraźniej wzięły na swoje barki zbyt wiele. Jak widać sądy są gotowe dać im szansę na nowy start – mówi Mariusz Hildebrand. Z analizy BIK i BIG InfoMonitor wynika również, że nie tylko są grupą najczęściej sięgającą po upadłość, ale również, że mają najwyższe zobowiązania wobec banków. Przeciętnie na bankrutującego 36-45 latka przypadają kredyty o wartości niemal 297 tys. zł.
Dysproporcje pomiędzy poszczególnymi grupami wiekowymi są w tym względzie ogromne. Dla porównania osoby powyżej 65 roku życia mają do spłaty niecałe 78 tys. zł, a po 75 roku życia nawet mniej niż 28 tys. zł. Starsi zapewne zadłużeni są wyłącznie z tytułu kredytów konsumpcyjnych podczas gdy u 30, 40 latka mogą wchodzić w grę również kredyty mieszkaniowe.
Choć wydawałoby się, iż spiętrzenie problemów finansowych do 35 lat nie jest jeszcze tak powszechne i dotkliwe, to jednak osoby tym wieku mają spory udział wśród bankrutujących. Na koniec 2015 r. odsetek ten wyniósł ponad 19 proc. i wzrósł w porównaniu z początkiem roku. Na dodatek bankowy dług osób bankrutujących, urodzonych w latach 80. i 90., wynosi ponad 252 tys. zł i jest drugi pod względem wysokości wśród analizowanych grup wiekowych. Osoby przed 36 rokiem życia mają już do spłaty więcej niż ci, którzy przyszli na świat przed 1970 r. i ogłaszając w zeszłym roku upadłość skończyli 45 lat.
Wszyscy rekordziści pochodzą z Mazowsza
Wprawdzie średnia wartość kredytów zadłużonego w bankach bankruta wynosi 221,3 tys. zł, to jednak nie brakuje kwot przekraczających 1 mln zł. Siedmiocyfrowy dług ma do spłaty 57 osób. Dwaj rekordziści winni są bankom ponad 8,3 mln zł. Jedna z tych kwot należy do 61-letniej kobiety z trzema kredytami, a druga do 61-letniego mężczyzny, który ma cztery kredyty. Trzecia najbardziej zadłużona osoba to 35-latek z trzema długami przekraczającymi 6,3 mln zł. Czwarta 50-letnia kobieta ma do spłaty pięć kredytów na 5,6 mln zł. Piąty jest 46-letni mężczyzna z sześcioma kredytami na kwotę 3,1 mln zł. Cała piątka pochodzi z Mazowsza.
I to mieszkańcy Mazowsza są najbardziej widoczni wśród ogłaszających bankructwo. Na ten region przypada więcej niż co czwarta z zasądzonych upadłości konsumenckich w 2015 roku. Pod względem wartości kredytów posiadanych przez mieszkańców woj. mazowieckiego decydujących się na upadłość, Mazowsze całkowicie dystansuje resztę Polski. To tutaj zlokalizowana jest niemal połowa całego bankowego zadłużenia wszystkich upadłych. Udział każdego z pozostałych województw w łącznej kwocie zadłużenia bankrutujących osób nie przekracza nawet 10 procent.
Województwo
Liczba upadłości
Udział % w liczbie upadłości
Udział % w kwocie kredytów
Mazowieckie
546
25,8%
46,5%
Śląskie
230
10,9%
7,6%
Wielkopolskie
196
9,3%
4,1%
Łódzkie
168
7,9%
4,7%
Kujawsko-Pomorskie
151
7,1%
5,7%
Zachodniopomorskie
149
7,0%
6,8%
Dolnośląskie
124
5,9%
5,5%
Małopolskie
117
5,5%
4,7%
Pomorskie
90
4,3%
4,0%
Podkarpackie
72
3,4%
2,4%
Lubelskie
65
3,1%
1,2%
Świętokrzyskie
60
2,8%
1,2%
Warmińsko-Mazurskie
54
2,6%
2,1%
Lubuskie
46
2,2%
1,1%
Podlaskie
24
1,1%
0,7%
Opolskie
23
1,1%
1,6%
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Pod względem udziału mieszkańców poszczególnych województw wśród ogłaszających upadłość, drugim województwem po mazowieckim jest śląskie – stąd pochodzi co dziewiąty bankrutujący. Nowe możliwości prawne wykorzystują też Wielkopolanie. Na woj. wielkopolskie przypada ponad 9 proc. upadłości. Kolejne miejsca należą do woj. łódzkiego (7,9 proc.), kujawsko-pomorskiego (7,1 proc.) oraz zachodniopomorskiego (7 proc.).
Biorąc pod uwagę, że według raportu InfoDług osób nieradzących sobie z terminowym opłacaniem rachunków i kredytów w przeliczeniu na liczbę dorosłych mieszkańców najwięcej jest w woj. kujawsko-pomorskim (84 na 1000 mieszkańców) oraz w zachodniopomorskim (82 na 1000), nie zaskakuje wysoka pozycja obu tych regionów w statystykach dotyczących upadłości. Ale dla odmiany województwa: lubuskie i dolnośląskie nie przodują w liczbie bankructw, choć również znajdują się w czołówce niechlubnych statystyk pod względem odsetka mieszkańców z kłopotami finansowymi.
Więcej kobiet niż mężczyzn
Jak wynika z analiz BIG InfoMonitor i BIK wśród osób ogłaszających upadłość w minionym roku przez wszystkie miesiące dominowały kobiety i tak też jest w całym roku. Na 2115 doniesień w Monitorze Sądowym i Gospodarczym o bankructwie 1211 przypadło na kobiety (57 proc.), a 904 (43 proc.) na mężczyzn. Na tę ostateczność decydowały się w głównej mierze panie między 36 a 55 lat – ponad połowa kobiet, które ogłosiły upadłość, były w tym wieku.
Nieco inaczej wykorzystanie upadłości przedstawia się wśród panów, choć tutaj najbardziej znaczącą grupą wiekową wśród ogłaszających upadłość są również osoby między 36 a 45 lat (prawie 25 proc.), to druga prawie równoważna grupa jest starsza niż w przypadku pań, ponieważ są to 56-65-latkowie (24 proc.).
Ostatecznie średnia wieku kobiet ogłaszających upadłość to niecałe 48 lat, a mężczyzn blisko 49 lat. Najmłodszą osobą, która ogłosiła upadłość w minionym roku był chłopiec – 11-latek, a najstarszą kobieta w wieku 85 lat.
Nie każdy dostaje zgodę sądu na upadłość
Warto pamiętać, że nie każdy trafiający do sądu wniosek o upadłość kończy się jej ogłoszeniem. Jak wynika ze statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości za 9 miesięcy 2015 r., 57 proc. rozpatrzonych wniosków kończy się orzeczeniem upadłości. Pozostałe są oddalane, umarzane, zwracane i odrzucane z przyczyn formalnych.
Najczęstszą przyczyną powodującą oddalenie przez sąd wniosków o ogłoszenie upadłości konsumenckiej jest umyślne doprowadzenie się przez dłużnika do niewypłacalności lub świadome istotne zwiększenie stopnia zagrożenia upadłością, np. poprzez lekkomyślne i nie mające pokrycia w dochodach zaciąganie kolejnych zobowiązań finansowych (przekredytowanie). Do oddalenia wniosku przyczynia się także rażące niedbalstwo dłużnika. Najczęstszą przyczyną zwrotu wniosków jest natomiast złożenie niekompletnego wniosku oraz nieuzupełnienie jego braków we wskazanym przez sąd terminie. Z kolei, gdy zainteresowany upadłością w trakcie postępowania ukrywa przed wierzycielami i sądem majątek, dochodzi do umorzenia postępowania. Zgodnie z prawem ogłoszenie upadłości możliwe jest wyłącznie raz na 10 lat. Również tyle trzeba czekać, by złożyć kolejny wniosek w tej sprawie, jeśli poprzedni zostanie oddalony albo umorzony.
Co to jest upadłość konsumencka?
Jest to postępowanie sądowe przewidziane dla osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Mogą z niej korzystać osoby, które stały się niewypłacalne – nie mają pieniędzy na bieżące rachunki, zakup artykułów codziennego użytku oraz spłatę kredytów czy pożyczek. Ogłoszenie upadłości konsumenckiej oznacza utratę wszystkiego, co się posiada. Prawo przewiduje jedynie wydzielenie ogłaszającemu bankructwo kwoty na wynajem mieszkania na okres od 12 do 24 miesięcy. W wyjątkowych okolicznościach w grę wchodzi zachowanie nieruchomości, ale pod warunkiem, że zgodzą się na to wierzyciele.
Ogłaszający upadłość ma obowiązek wykonywania zatwierdzonego przez sąd planu spłaty wierzycieli, który może być realizowany do 36 miesięcy. W tym czasie nie można rozporządzać majątkiem w sposób, który mógłby zagrozić realizacji planu spłaty wierzycieli, np. zaciągać kredytów czy wyprzedawać majątku.
Upadłość konsumencka nie umarza alimentów, ani rent odszkodowawczych, sądowych kar grzywny i obowiązku naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.
Toyota zebrała w ciągu pierwszego miesiąca sprzedaży w Japonii 100 tys. zamówień na Priusa 4. generacji. To ponad 8 razy więcej niż założona miesięczna sprzedaż 12 tys. aut. Dla porównania, między październikiem 2014 a sierpniem 2015, czyli w ciągu 10 miesięcy Japończycy kupili 63700 Priusów. To średnio 6300 miesięcznie.
Prius 2016 zadebiutował na japońskim rynku 9 grudnia. Obecnie okres oczekiwania na zamówiony samochód wynosi 6-7 miesięcy. Toyota zakłada, że w 2016 roku sprzedaż w Japonii wzrośnie o 3% do 1,55 miliona aut. Nowy Prius ma się do tego walnie przyczynić.
Prius jest obecny na rynku od 19 lat. Jest to pierwszy masowy model hybrydowy, który rozpoczął proces stopniowej elektryfikacji samochodów. Obecnie Toyota oferuje na całym świecie ponad 30 modeli hybrydowych, a w jej ślady poszły niemal wszystkie koncerny motoryzacyjne. Do dziś globalna sprzedaż Priusa przekroczyła 3,5 milionów egzemplarzy, a liczba wszystkich hybryd Toyoty kupionych na świecie przekroczyła 8 milionów. Według ostrożnych szacunków wszyscy producenci łącznie sprzedali co najmniej 10 milionów takich aut.
Czwarta generacja najpopularniejszej hybrydy na świecie wchodzi na światowe rynki po 6 latach od premiery poprzedniego modelu. Prius 2016 jest oparty na nowej platformie modułowej TNGA i ma gruntownie przebudowany napęd hybrydowy, oszczędniejszy od poprzednika o ponad 20%. Obie technologie Prius dzieli z debiutującym niedługo hybrydowym crossoverem C-HR.