Prof. R. Bugaj: Polska nie jest przygotowana na ewentualny kryzys
Długi pozostawione po kryzysie finansowym z 2008 roku w połączeniu ze spowolnieniem w chińskiej gospodarce mogą doprowadzić do kolejnego globalnego załamania. Tym razem rozmiary kryzysu byłby jednak jeszcze większe niż przed ośmioma laty – ostrzegają ekonomiści. Prof. Ryszard Bugaj uważa, że polski rząd nie jest dość mocno skoncentrowany na przewidywaniach i budowie scenariuszy na wypadek ewentualnej recesji. Jego zdaniem Polska skupia się jedynie na realizacji bieżących celów politycznych.
– Patrzę na perspektywy gospodarki światowej przede wszystkim z poczuciem pokory. Bardzo mało wiemy. Zawsze wszystkie kryzysy nas zaskakiwały. Od 2008 roku było już kilka fali optymizmu i pesymizmu. Teraz jesteśmy w fazie raczej pesymistycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Ryszard Bugaj, profesor Instytutu Ekonomicznego PAN.
Ekonomista zwraca uwagę m.in. na spadek dynamiki chińskiego wzrostu gospodarczego. Zmniejszenie popytu w Państwie Środka jest szczególnie odczuwalne na rynkach surowcowych. Prof. Bugaj zaznacza, że z tego powodu na brak zamówień cierpią gospodarki tradycyjnie oparte na ich eksporcie, jak np. Brazylia.
– Niejasna jest także kwestia tego, co stanie się z ogromnym zadłużeniem, które pozostało po kryzysie. Co prawda nie przyniosło ono tego, czego oczekiwali liberalni ekonomiści, czyli wybuchu inflacji, zagrożenie nadal jednak istnieje – zauważa Bugaj.
Jego zdaniem obecne podejście rządu jest zbyt optymistyczne, a władza nie tworzy żadnych scenariuszy na wypadek ewentualnego kryzysu.
– To mnie o tyle martwi, że nie zrobiono porządnego bilansu. Zawsze trochę sympatyzowałem z propozycjami PiS-owskimi. Zawsze też mówiłem, że one muszą być sensownie skonkretyzowane i żeby się udało, to muszą być ku temu sprzyjające warunki. Nie jest z tym dobrze – stwierdza.
W opinii profesora PAN wyzwaniem dla rządu jest dążenie do osiągnięcia wewnętrznej równowagi pomiędzy realizacją celów politycznych a stymulowaniem gospodarki. Zauważa, że z jednej strony zacieśnianie polityki fiskalnej sprzyja utrzymaniu stabilnej sytuacji społecznej, jednak z drugiej zbyt ostra ingerencja w gospodarkę może ograniczyć jej potencjał do dalszego wzrostu.
– Jeżeli pójdzie się o jeden most za daleko, to oczywiście wybuch nierównowagi jest ciągle możliwy – ostrzega.
Członek Narodowej Rady Rozwoju porusza również kwestię zachowania polskiej waluty w przypadku wybuchu ewentualnego kryzysu gospodarczego. Realizacja negatywnego scenariusza może skutkować osłabieniem złotego do poziomu ok. 5 złotych za euro czy franka szwajcarskiego. Jednak zdaniem ekonomisty w obecnych realiach tak duża deprecjacja na razie nam nie grozi.
– Osłabienie złotego czy każdej innej waluty krajowej ma swoje dwie strony. Jedną z nich jest obsługa zadłużenia. Około 40 proc. naszego długu publicznego to dług denominowany w walutach obcych – wyjaśnia.
Według stanu na koniec III kwartału 2015 roku państwowy dług publiczny wynosił blisko 877 mld zł, z czego wysokość długu zagranicznego stanowiła niecałe 34,0 proc. ogólnej struktury zadłużenia (300 mld złotych).
– Z drugiej strony to są oczywiście bodźce dla eksportu. Po kryzysie w 2008 roku były one dla nas bardzo ważne. Pozwoliły nam uratować się przed recesją. Nie twierdzę, że to był jedyny powód, ale to jeden z głównych powodów, dla których nie wpadliśmy w recesję – ocenia Bugaj.
Profesor jest zdania, że aktualna polityka stóp procentowych nie ma zbyt dużego znaczenia dla panującej koniunkturę. Koszt pieniądza jest obecnie na rekordowo niskim poziomie, przez co dostęp do finansowania nie stanowi dla popytu większej bariery.
– Wydaje mi się też, że ich obniżenie nie spowoduje tu żadnej rewolucji. Choć po szczegółowej analizie mogą zostać podjęte kroki redukujące stopę procentową. Takim decyzjom sprzyja ciągle utrzymująca się deflacja – zauważa.
Ogromne zagrożenie związane z atakiem na obiekty chemiczne. Świadomość bezpieczeństwa chemicznego w Polsce jest niedostateczna
Rosnące zużycie artykułów chemicznych powinno iść w parze z rosnącą świadomością na temat potencjalnych zagrożeń, ale w Polsce przykłada się do tego zbyt małą wagę – podkreślają przedstawiciele Międzynarodowego Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego. Niski poziom bezpieczeństwa chemicznego, po pierwsze, obniża atrakcyjność kraju dla zagranicznych firm producenckich, po drugie, obniża poziom bezpieczeństwa kraju w ogóle.
– Bezpieczeństwo nie powinno być mierzone tylko liczbą jednostek wojskowych, samolotów czy czołgów – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Paturej, prezes zarządu organizacji non-profit Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego (ICCSS, skrót od ang. International Centre for Chemical Safety and Security). – To również ogromny obszar bezpieczeństwa chemicznego, ekologicznego, gdzie zagrożenia są równie poważne.
Jak podkreśla, w nowej formule tzw. wojny hybrydowej znacznie częściej atakowane są takie obiekty, jak elektrownie, zakłady chemiczne czy miejsca składowania niebezpiecznych towarów. W samej Warszawie jest kilkadziesiąt takich obiektów. Paturej zaznacza, że powinny one być chronione tak samo, jak obiekty wojskowe.
– Zagrożenia związane z atakiem na składy chloru czy amoniaku są ogromne – tłumaczy Krzysztof Paturej. – Wybuch na ich terenie miałby ogromne znaczenie, przyniósłby potężne straty i wzbudziłby strach ludności cywilnej.
19 stycznia ICCSS w Warszawie i Polska Izba Producentów na rzecz Obronności Kraju podpisały porozumienie o współpracy w zakresie wsparcia polskich producentów techniki wojskowej w opracowywaniu i rynkowym wdrażaniu rozwiązań technicznych, doradztwa i szkoleń oraz w umacnianiu bezpieczeństwa chemicznego i ekologicznego.
Aby ograniczyć takie zagrożenia, zdaniem szefa ICCSS konieczna jest fundamentalna zmiana filozofii postępowania instytucji państwowych. Obecnie zbyt często działania zabezpieczające w tym zakresie traktowane są jako koszty, które można ograniczyć lub nawet zupełnie wyeliminować. Tymczasem – według Patureja – jest to inwestycja, która podnosi także atrakcyjność kraju w oczach przedsiębiorców zagranicznych.
– Konieczna jest zmiana działalności państwa z reaktywnego, kiedy trzeba zagrożenie albo jego realne skutki minimalizować, na działanie proaktywne. Chodzi o budowę odpowiedzialnego państwa, które nie pozwoli na powstanie np. składów chemicznych blisko domów mieszkalnych albo nie zgodzi się, aby firma, która prowadzi działalność niebezpieczną, nie była stale monitorowana i kontrolowana – wskazuje Paturej.
Zadaniem instytucji państwa powinno być także budowanie świadomości w społeczeństwie i informowanie o potencjalnych zagrożeniach i ich skutkach.
Jak podkreśla Paturej, rosnące zużycie chemii wymaga coraz lepszych technologii monitorowania zagrożeń, np. stanu powietrza, a także coraz lepszego zabezpieczenia materialnego. Środki na to mogłyby pochodzić z budżetu UE.
– Bezpieczeństwo kosztuje. Świadomość tego, niestety, dociera dopiero w razie katastrofy, a wówczas są to już ogromne koszty – mówi Krzysztof Paturej. – Niedawno spalił się zakład chemiczny w Łodzi. Zadzwonił do mnie kolega z Zachodu i zapytał, czy w ogóle informacja o tym jest prawdziwa, jak może spalić się taki nowoczesny zakład. Niski poziom bezpieczeństwa chemicznego obniża naszą atrakcyjność. To rzecz o niezwykłej wadze, bo z tego powodu przegrywamy kontrakty.
ICCSS chce wdrażać w Polsce program lokalnej odpowiedzialności w bezpieczeństwie chemicznym. Zakłada on zintegrowane podejście do bezpieczeństwa chemicznego i ekologicznego. Taki sposób rozwiązywania problemu – zdaniem Patureja – jest od wielu lat stosowany na Zachodzie. Zgodnie z nim bezpieczeństwo chemiczne oraz ekologia idą w parze, a działania powinny być najpierw podejmowane na poziomie lokalnym. Program będzie niebawem realizowany w Kenii. Zainteresowanie wyraziły także Chiny i Ukraina.
Sprzedaż aut premium rośnie szybciej niż cały rynek. Rekordowe wyniki notuje Volvo
Marki z czołówki segmentu aut premium notowały w 2015 roku dynamiczne wzrosty sprzedaży – sięgające nawet 20 proc. Volvo, czwarty gracz na tym rynku, sprzedał ponad 6,8 tys. nowych samochodów – o tysiąc więcej niż w 2014 roku. To rekordowy wynik dla koncernu. W dalszym zwiększaniu sprzedaży pomóc mają kolejne premiery planowane na 2016 rok.
Rekordowy wynik udało się osiągnąć mimo wysokiej bazy z 2014 roku. Dwa lata temu sprzedaż samochodów ożywiło tzw. okienko VAT-owe dla samochodów z kratką.
– 2015 rok to duży sukces. Sprzedaliśmy ponad 6,8 tys. samochodów, o tysiąc więcej niż w roku poprzednim. Odnotowaliśmy bardzo dobry wynik sprzedaży modelu XC60 – to samochód najbardziej popularny w segmencie premium – mówi Arkadiusz Nowiński, prezes Volvo Car Poland.
Tegoroczne dobre wyniki to przede wszystkim efekt dużego zainteresowania modelem XC60, który drugi rok z rzędu jest liderem krajowego segmentu premium. W ubiegłym roku sprzedano blisko 2,9 tys. sztuk tego modelu. Wielu nabywców zyskał także nowy SUV koncernu, model XC90, który zadebiutował w połowie roku. W ciągu sześciu miesięcy sprzedano 712 takich aut, co daje SUV-owi drugie miejsce w swoim segmencie.
– W 2016 roku planujemy dalszy wzrost. Może nie będzie aż tak szybki jak w ostatnich dwóch latach, ale chcemy ustanowić kolejny rekord i sprzedać o wiele więcej samochodów – zapowiada Nowiński.
Na rynku pojawią się dwa modele: pokazany niedawno w Detroit sedan S90, który zastąpi dotychczasowy model S80, oraz największe na rynku kombi V90, które zastąpi V70. Premiera tego modelu będzie miała miejsce na targach w Detroit. Z kolei model V40 przejdzie znaczący lifting.
– Pod koniec roku wprowadzimy również V90 Cross Country, samochód duży, uterenowiony i niezwykle atrakcyjny. W tym roku po raz pierwszy po 12 miesiącach sprzedaży będzie XC90, więc liczmy na dalszy wzrost sprzedaży tego modelu – mówi prezes Volvo Car Poland.
Volvo liczy także na rosnące zainteresowanie hybrydową odmianą XC90 z silnikiem T8.
Jak podkreśla Nowiński, nowe modele wprowadzone w 2015 roku zmieniają proporcję sprzedawanych modeli. Do tej pory największą popularnością cieszyły się auta z serii 60 i 40. Teraz rośnie zainteresowanie autami większymi i droższymi. Wprowadzane nowości zwiększają też średnią cenę sprzedawanego Volvo. To pokazuje tendencję obecną na całym rynku motoryzacyjnym.
– Widzimy, jak zachowuje się i rośnie segment premium. W tej chwili stanowi on ok. 10 proc. całego rynku, a w Europie Zachodniej ok. 20 proc., czyli potencjalnie ten rynek może się w najbliższych latach podwoić – podkreśla Arkadiusz Nowiński. – Coraz więcej osób stać na te samochody, bo gospodarka się rozwija, społeczeństwo staje się coraz zamożniejsze. Z nadzieją patrzę więc na najbliższe lata.
Z wynikiem 6,8 tys. zarejestrowanych samochodów Volvo zajmuje czwartą pozycję w segmencie aut premium – wynika z danych IBRM Samar. Udział marki w tym rynku sięgnął 21 proc.
Polski oddział Volvo z 17-proc. wzrostem jest znacznie powyżej średniej globalnej dla koncernu (8 proc.). W ubiegłym roku na całym świecie sprzedano ponad 503 tys. samochodów Volvo – najwięcej w 90-letniej historii marki. Najszybszy rozwój odnotowano na rynku amerykańskim (blisko 25 proc.).
Pracownicy z pokolenia Y chcą być doceniani i mieć możliwość rozwoju. Bez tego pracodawca nie zatrzyma ich w firmie
Blisko połowa badanych przez Deloitte przedstawicieli pokolenia Y, czyli osób urodzonych po 1982 roku, zamierza odejść z dotychczasowej firmy w ciągu dwóch lat. Dwie trzecie chce to zrobić do 2020 roku. To pokazuje, że millenialsi nie są najbardziej lojalni, ale pracodawcy – pod pewnymi warunkami – mogą zatrzymać ich w firmie. Najważniejsze dla młodych są możliwość rozwoju, elastyczność pracy i docenianie przez pracodawcę. Nie godzą się także na wykonywanie zadań niezgodnych z ich wartościami.
– 44 proc. millenialsów deklaruje, że odejdzie z danej firmy w ciągu dwóch lat, a 2/3 deklaruje, że do 2020 zmieni pracę. To pokazuje, że nie jest to lojalne pokolenie. Raczej szuka cały czas wyzwań, potrzebuje rozwoju. Gdy tego nie otrzymuje, nie ma skrupułów, by zmienić pracę – mówi agencji Newseria Natalia Pisarek, lider zespołu Human Capital Consulting w Deloitte.
Badanie „The 2016 Deloitte Millennial Survey. Winning over the next generation of leaders” wskazuje, że deklaracja o chęci odejścia z firmy dotyczy także przedstawicieli pokolenia Y, którzy zajmują wyższe stanowiska kierownicze. Osoby, które deklarowały chęć dokonania zmian w karierze w najbliższej przyszłości, podkreślały brak możliwości rozwoju umiejętności przywódczych i poczucie, że są niezauważani. Blisko 63 proc. przedstawicieli pokolenia Y uważa, że ich umiejętności przywódcze nie są w pełni rozwijane.
– Millenialsi są pracownikami, którzy chcą mieć poczucie wpływu. Chcą rozumieć, dlaczego mają wykonać dane zadanie, i mieć poczucie, że jest ono zgodne z ich osobistymi wartościami. Menadżerowie, przekazując zadanie, nie tylko powinni je delegować, lecz także przekazywać szerszą wizję, jak to zadanie przyczyni się do osiągnięcia celów firmy i jej dalszego sukcesu – mówi Natalia Pisarek.
Przedstawiciele pokolenia Y to w dużej mierze idealiści. Zdecydowana większość (87 proc.) jest przekonana, że sukcesu w biznesie nie można mierzyć jedynie wynikami finansowymi. Co więcej, wierzą też, że biznes może mieć pozytywny wpływ na społeczeństwo, a przy ocenie danej firmy zwracają uwagę na jakość świadczonych usług (63 proc.), satysfakcję pracowników (62 proc.) i lojalność klientów (55 proc.).
Przekonanie o pozytywnym wpływie biznesu na otaczający świat przekłada się również na priorytety pracowników. Ponad 80 proc. millenialsów zamiast zdobywać sławę, woli przyczynić się do sukcesu przedsiębiorstwa.
– Charakterystyczne dla millenialsów jest to, że zwracają oni dużą uwagę na wartości. Tego wcześniej nie obserwowaliśmy w takim zakresie. Ponad połowa respondentów stwierdziła, że odmówiła wykonania danego zadania, ponieważ nie było to zgadne się z ich wartościami osobistymi – wyjaśnia przedstawicielka Deloitte. – Również wybierając firmę, millenialsi zwracają uwagę na to, czy wartości głoszone przez daną firmę zgadzają się z ich osobistymi wartościami.
Jednym z wyznaczników nowoczesnej firmy, która wychodzi naprzeciw oczekiwaniom pracowników jest elastyczność. Dla większości młodych ludzi to istotny czynnik. Choć większość ma dostęp do służbowego e-maila z telefonu komórkowego czy tabletu, a 67 proc. przyznaje, że ma elastyczny czas pracy, to zaledwie 43 proc. może pracować z domu.
Jak podkreśla Pisarek, oczekiwania pokolenia Y wymuszają zmiany w podejściu pracodawców. Po pierwsze, powinni oni dbać o rozwój millenialsów, szczególnie ich umiejętności przywódczych.
– Druga rekomendacja to zadbanie o wartości firmy, o to, żeby firma zachowywała się etycznie, żeby miała swoje indywidualne wartości, żeby cała kultura organizacyjna firmy była zgodna z tymi wartościami – mówi Natalia Pisarek. – Po trzecie, menadżerowie, delegując zadania, muszą zwrócić uwagę na to, żeby jak najbardziej angażować millenialsów.
Młodzi pracownicy podkreślają, że zbyt dużo czasu zajmują im kwestie organizacyjne, np. pisanie i odpowiadanie na e-maile. Średnio zaledwie 2,7 godzin przeznacza się w firmach na rozwój zdolności przywódczych. Według millenialsów powinno to zajmować ponad 4 godziny. Typowy tydzień pracy jest też daleki od ideału. Na dyskusję o nowych pomysłach przeznaczane jest nieco ponad 3 godziny, w opinii pracowników powinno to być ponad 4,5 godziny.
Dobre perspektywy przed Radiem Kolor. Stacja notuje najlepsze wyniki od 13 lat i liczy na dalszy wzrost słuchalności
Radio Kolor zanotowało na koniec 2015 roku najwyższe wyniki słuchalności od 13 lat. Nadająca od 23 lat stacja chce w dalszym ciągu zwiększać zasięg, wykorzystując potknięcia konkurencji, i ma pomysł na to, jak rozwijać się na cyfryzującym rynku. Prezes Impact Media, właściciela Radio Kolor, podkreśla, że komercyjni nadawcy są przeciwni cyfryzacji radia, przynajmniej w takim kształcie, w jakim proces ten przebiega teraz.
– Jesteśmy liczącą się stacją w Warszawie, w pełni niezależną. Jestem z tego bardzo dumna. Jesteśmy na rynku już 23 lata – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Alina Strześniewska, właścicielka stacji i prezes zarządu Impact Media.
Radio Kolor notuje coraz lepsze wyniki słuchalności. Raport Radio Track Millward Brown za ostatni kwartał 2015 wskazuje rosnący udział stacji – do 3,2 proc. Dla porównania, w pierwszej połowie ubiegłego roku było to 1,6 proc. Tym samym Radio Kolor osiągnęło w 23. urodziny najlepszy wynik od kilkunastu lat. Prezes Impact Media podkreślała to podczas gali urodzinowej, w trakcie której wręczono Grube Ryby, czyli nagrody stacji dla osób i organizacji nominowanych w pięciu kategoriach.
– Mamy już plany na przyszły rok. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale na pewno będziemy chcieli wykorzystywać błędy konkurencji i umacniać naszą pozycję. Chcemy utrzymać najwyższe wskaźniki słuchalności, liczymy też na dalszy wzrost. Mamy już pomysły, jak to osiągnąć – wskazuje Strześniewska.
Wyniki stacji pokazują też, że cyfryzacja niekoniecznie musi być jedyną drogą do rozwoju tradycyjnej radiofonii. Krajowa Radia Radiofonii i Telewizji wskazuje, że ze względu na wyczerpujące się zasoby analogowe to dla radia jedyna szansa. Cyfryzację zaleca też Europejska Unia Nadawców. Technologia pozwala poprawić jakość programów i wzbogacić ofertę. Umożliwia też emisję 18 programów na jednej częstotliwości (zamiast jednego w przypadku radia analogowego). Z raportu NIK o cyfryzacji radia wynika jednak, że w Polsce cały proces przebiega chaotycznie.
– Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak polski rynek cyfrowy. KRRiT w Polskie Radio zainwestowała już ogromne pieniądze, nie mając żadnej strategii. Jako komercyjni nadawcy jesteśmy temu zdecydowanie przeciwni – zaznacza prezes Impact Media.
Przede wszystkim nie wyznaczono żadnych terminów wyłączenia sygnału analogowego. Nadawcy komercyjni nie wiedzą więc, jak długo musieliby nadawać w dwóch technologiach, co naraża ich na wysokie koszty. Stacje komercyjne nie znają także nawet szacunkowych kosztów wdrożenia technologii cyfrowej.
Pierwsza faza cyfryzacji wykazała minimalne zainteresowanie tak nadawanych programów. Raport NIK-u wskazuje, że problemem był również brak analiz dotyczących popularności odbiorników oferujących programy w technologii cyfrowej. Radia z wsparciem dla technologii DAB+, bo tylko takie są w stanie odbierać w technologii cyfrowej, są jednak znacznie droższe, a dostępność odbiorników jest jednym z warunków powodzenia procesu cyfryzacji.
– Prawdopodobnie wcześniej czy później będziemy mieć cyfrowe radio. W Wielkiej Brytanii proces cyfryzacji trwa już 20 lat i tylko dwadzieścia kilka procent czasu słuchania przypada na radio cyfrowe. Polskie społeczeństwo jest dużo biedniejsze niż angielskie, a każdy z nas musiałby sobie kupić nowy odbiornik. Naprawdę nie ma takiej potrzeby, radio u nas jest na wysokim poziomie, ma znakomity sygnał. Jestem dlatego zdecydowaną przeciwniczką cyfrowego radia – podkreśla Alina Strześniewska.
Badania Millward Brown przeprowadzone w 2014 roku pokazują, że gdyby w Polsce doszło do cyfryzacji radia, to 30,7 proc. słuchaczy w ogóle zrezygnowałoby z jego słuchania, a ponad 20 proc. zdecydowałoby się na słuchanie radia tylko w internecie.
Internauci wyśmiewają drogową rzeczywistość i narzekają na nią. Mrozy, śnieg i odwilż sprzyjają ożywionym dyskusjom w sieci
Ostatni mroźny weekend na drogach wywołał wiele komentarzy w internecie i mediach społecznościowych. Między 22 a 25 stycznia ukazało się ponad 4 tys. wzmianek na ten temat, z czego 86 proc. na Facebooku. Wiele z nich miało wydźwięk pozytywny, bo internauci masowo wyśmiewali drogową rzeczywistość. Jednak blisko 40 proc. stanowiły narzekania na stan dróg i opieszałość zarządzających.
– W tym tygodniu w Instytucie Monitorowania Mediów przeanalizowaliśmy wzmianki, które ukazały się na temat polskich dróg w okresie zimowym. W dniach od 22 do 25 stycznia, czyli w ostatnim mroźnym weekendzie, na temat polskich dróg ukazało się ponad 4 tys. wzmianek – mówi agencji Newseria Karolina Masalska, specjalista ds. PR w IMM.
Ożywiona dyskusja na temat polskich dróg zimą toczyła się również na Twitterze (10 proc. wzmianek). Reagowali także użytkownicy Instagrama (4 proc.).
Ze wszystkich zabarwionych emocjonalnie wzmianek 63 proc. miało wydźwięk pozytywny.
– Internauci bardziej niż na narzekanie postawili jednak na śmiech i masowo memowali polską drogową rzeczywistość, np. porównując dziury w drodze do dziur po spadających meteorach, a stan polskich dróg do węży zrzucających skórę – mówi Masalska.
Komentarze negatywne, chociaż w mniejszości, też były obecne. Wielu internautów narzekało na kiepski stan dróg i ich wątpliwą wytrzymałość. To jest szczególnie widoczne teraz, kiedy śnieg stopniał. Tematy drogowe są zimą chętnie poruszane i cytowane także przez portale internetowe, również przez Newserię.
– Pojawiło się także wiele artykułów na temat stanu polskich dróg i potrzeby ich modernizacji. Wiele portali internetowych poruszało temat planu budowy nowej sieci dróg, tysięcy kilometrów autostrad, które być może sprawią, że przestaniemy narzekać na ich stan i że nie będą one masowo memowane w sieci przez internautów – mówi Karolina Masalska.
Internauci narzekali też na brak reakcji ze strony zarządców dróg. Ci także byli obecni w mediach społecznościowych.
– Dla osób, które zauważą jakieś uchybienia w drodze, na jezdni czy na chodniku Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie przygotował taki specjalny numer alarmowy, pod którym można zgłaszać takie sprawy – mówi Karolina Masalska.
Czy dojdzie do złagodzenia retoryki przez FED? Szansa dla złotego
Ostatni miesiąc ubiegłego roku przyniósł jedno z najważniejszych wydarzeń w świecie finansów od wielu lat. Rezerwa Federalna zdecydowała się, po raz pierwszy od ponad dekady, podnieść poziom stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i tym samym stopa funduszy federalnych wzrosła z przedziału <0,00% – 0,25%> do przedziału <0,25% – 0,5%>. Widoczna poprawa kondycji amerykańskiej gospodarki, połączona ze znakomitą sytuacją na tamtejszym rynku pracy, skłoniły bank centralny do zwiększenia kosztu pieniądza, który miał być początkiem całego cyklu normalizacji polityki pieniężnej.
Minął niewiele ponad miesiąc od tamtej decyzji i zbliżamy się do kolejnego posiedzenia Rezerwy Federalnej, pierwszego w 2016 roku, które może przynieść zmiany jeżeli chodzi o perspektywy dla przyszłej polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. Grudniowa decyzja o podwyżce była połączona z publikacją projekcji makroekonomicznych, wśród których znalazła się mediana projekcji stóp procentowych w przyszłości, z której wynika, że Rezerwa Federalna spodziewa się czterech podwyżek w tym roku. Jednak od tamtego czasu sporo się zmieniło jeżeli chodzi o sytuację na rynkach finansowych i w poszczególnych gospodarkach. Nowy rok rozpoczął się od kolejnego krachu giełdowego w Chinach i postępującego spowolnienia w tamtejszej gospodarce, rekordowej przeceny na rynku surowcowym oraz obaw o stabilność światowej gospodarki – te wszystkie wydarzenia mogą sprawić, że dotychczas jastrzębia Rezerwa Federalna będzie musiała poważnie rozważyć wcześniejsze założenia i ponownie zastanowić się nad swoimi działaniami w krótkim terminie.
Rynek zupełnie nie wierzy w projekcje przedstawione przez FED. Na ten moment wyceniana jest jedynie jedna podwyżka w 2016 roku, co tworzy ogromny dysonans pomiędzy tym czego oczekuje rynek, a tym jak ma wyglądać ścieżka stóp procentowych w przyszłości według Rezerwy Federalnej. Wystarczył zatem zaledwie miesiąc dynamicznych zmian na światowych rynkach, aby powstała widoczna rozbieżność w kwestii poziomu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Na koniec ubiegłego roku większość ekonomistów zakładała, że w 2016 roku zobaczymy dwie do czterech podwyżek stóp procentowych, jednak po tym co spotkało rynek finansowy w ostatnich trzech tygodniach, o czterech podwyżkach raczej można już zapomnieć, tym bardziej, że także gospodarka Stanów Zjednoczonych wpadła w lekką zadyszkę, poza mocnym rynkiem pracy.
Czy możemy się zatem spodziewać łagodzenia retoryki przez Rezerwę Federalną? Pamiętajmy o tym, że tym razem po posiedzeniu nie obędzie się konferencja prasowa, ani nie zostaną przedstawione projekcje makroekonomiczne, więc będziemy musieli się zadowolić jedynie treścią komunikatu, który zostanie opublikowany wraz z decyzją. To właśnie w nim mogą znaleźć się fragmenty łagodzące nastawienie Rezerwy Federalnej do procesu normalizacji polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych, który może stać się bardziej zbliżony do tego jak widzą to uczestnicy rynku. Notowania kontraktów FED Funds Futures, które pozwalają na określenie prawdopodobieństwa podwyżki stóp procentowych w nadchodzących miesiącach, pokazują, że pierwszym realnym terminem na kolejną podwyżkę jest dopiero wrzesień, a więc stanowi to całkiem odległą perspektywę.
Jeżeli faktycznie w komunikacie Rezerwy Federalnej znajdzie się łagodzenie retoryki i stopniowe wycofywanie z projekcji czterech podwyżek stóp procentowych w tym roku, to oczekiwania rynkowe zostaną potwierdzone, a tym samym dolar amerykański może zacząć tracić na szerokim rynku. Na tym może skorzystać polski złoty, dla którego gołębi komunikat ze strony Rezerwy Federalnej może stworzyć okazję do odrobienia chociażby części strat z pierwszego miesiąca nowego roku, który jest wyjątkowo nieudany dla naszej waluty.
Rok 2016 dobrym czasem dla rynku magazynowego
Szacuje się, że wartość transakcji inwestycyjnych na polskim rynku magazynowym w 2015 r. zmniejszyła się o blisko 240 mln euro w porównaniu do roku 2014 i wyniosła ok. 500 mln euro. Inwestorzy chcą dalej kupować u nas magazyny, problemem jest to, że ich brakuje. Co przyniesie nowy rok?
W roku 2016 na polskim rynku magazynowym przewiduje się dużą aktywność najemców. Będą to głównie operatorzy logistyczni, firmy z branży motoryzacyjnej i z lekkiej produkcji. Coraz ciekawszą grupę, o bardzo dużym potencjale, stanowią przedsiębiorstwa z sektora sprzedaży internetowej. Dadzą one impuls do nowych inwestycji w wielu miejscach w naszym kraju.
„Dotychczas deweloperzy preferowali inwestycje poprzedzone umowami najmu, tzw. pre-lety. W tej chwili obserwujemy, że w najważniejszych lokalizacjach, w których współczynnik pustostanów jest najniższy, inwestorzy decydują się coraz częściej na projekty mieszane lub spekulacyjne” – zauważa w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Joanna Sinkiewicz, dyrektor ds. kluczowych klientów i reprezentacji najemców z firmy Cushman & Wakefield.
Polska jest wysoko oceniana przez inwestorów, którzy lokują u nas swoje produkcje. Docenia się jakość towarów wytwarzanych w naszym kraju oraz dostępność wykwalifikowanej kadry. Dodatkowym atutem jest nasze położenie geograficzne, które umożliwia łatwą dystrybucję i obsługę klientów w Polsce oraz na sąsiednich rynkach zachodnich.
Popołudniowy komentarz walutowy z 26.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 26.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 26.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 26.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Deweloperskie podsumowanie 2015 roku
Rok 2015 w branży mieszkaniowej z pewnością można zaliczyć do udanych. Zarówno dla deweloperów jak i poszukujących wymarzonego M. Ceny były dość stabilne, wielu deweloperów notowało bardzo wysoką sprzedaż, a klienci mogli kupić nieruchomości na korzystnych warunkach.

O ile z perspektywy czasu mijający rok wszyscy zaliczają do udanych, o tyle ciężko oszacować co tak naprawdę przyniesie rok 2016. Już dziś musimy liczyć się ze wzrostem wkładu własnego do 15 proc. w przypadku kupujących mieszkanie na kredyt. Wiele też będzie zależało od działań rządu oraz zachowania Rady Polityki Pieniężnej w kwestii stóp procentowych. Czas pokaże jaki wpływ te czynniki będą miały na branżę nieruchomości.
JR HOLDING S.A. kończy 2015 r. wysokimi przychodami
JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., zakończyła 2015 r. skonsolidowanymi przychodami z wynajmu nieruchomości komercyjnych na poziomie 4.952 tys. zł. Uwzględniając działalność w segmencie Odnawialnych Źródeł Energii, łączna wysokość sprzedaży wypracowana przez całą Grupę Kapitałową wyniosła w minionym roku 17.561 tys. zł.
W 2014 r. skonsolidowana wartość przychodów z tytułu wynajmu posiadanych przez JR HOLDING S.A. nieruchomości komercyjnych sięgnęła 4.396 tys. zł, a więc wynik z 2015 roku wykazał 13% wzrost w stosunku do roku poprzedniego. W grudniu 2015 r. Grupa Kapitałowa zanotowała 395 tys. zł przychodów z wynajmu nieruchomości wobec 349 tys. zł osiągniętych w analogicznym okresie 2014 r. Natomiast Spółka powiązana Columbus Energy S.A., w której JR HOLDING S.A. posiada 35,9% akcji, wypracowała w ostatnim miesiącu 2015 r. sprzedaż w wysokości prawie 896 tys. zł. Stabilny rozwój dwóch segmentów biznesowych Emitenta, a mianowicie działalności w zakresie nieruchomości komercyjnych oraz Odnawialnych Źródeł Energii, pozwala Zarządowi z dużym optymizmem spoglądać na nadchodzące kwartały 2016 r.
„Cały czas notujemy wzrost wypracowywanych przychodów w naszym podstawowym segmencie biznesowym, jakim jest wynajem powierzchni w posiadanych przez nas nieruchomościach komercyjnych. Poszukujemy także kolejnych interesujących projektów inwestycyjnych, które mogą nam pozwolić w dalszym ciągu poprawiać osiągane wyniki finansowe. Nasza Spółka powiązana – Columbus Energy S.A., zakończyła miniony rok wysoką sprzedażą sięgającą blisko 12.609 tys. zł. Na uwagę zasługuje również fakt, że podmiot ten prowadził swoją działalność, a więc montaż mikroinstalacji fotowoltaicznych, dopiero od lipca 2015 r. Myślę, że ten rok będzie jeszcze bardziej udany dla Columbus Energy S.A., co przyczyni się tym samym do wzrostu wartości całej naszej Grupy Kapitałowej.” – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.
Na początku stycznia br. Akcjonariusze JR HOLDING S.A. podczas NWZA podjęli uchwałę o przyjęciu zmienionego programu skupu akcji własnych. Zarząd Spółki został tym samym upoważniony do nabycia maksymalnie 7.800.000 szt. akcji własnych po cenie nie niższej niż 0,10 zł i nie wyższej niż 2,00 zł za jedną akcję. Łączna kwota przeznaczona na ten cel wyniesie do 5 mln zł. Termin trwania programu buy-back został określony do dnia 31.12.2017 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel. Celem nabywania akcji własnych będzie ich umorzenie lub ewentualnie zostaną przeznaczone do dalszej odsprzedaży.
Bardzo duże znaczenie dla rozwoju segmentu biznesowego JR HOLDING S.A. w obszarze Odnawialnych Źródeł Energii będzie miało planowane połączenie spółek COLUMBUS CAPITAL S.A. oraz Columbus Energy S.A. Nowo powstały podmiot będzie dążył do zdobycia znaczącej pozycji rynkowej w branży fotowoltaiki. Jednym z najważniejszych długoterminowych celów będzie również zmiana rynku notowań jego akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie. Columbus Energy S.A. prowadzi aktualnie intensywną sprzedaż usług montażu instalacji fotowoltaicznych zarówno w ramach Programu PROSUMENT, jak i w ramach nowej Ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii.
JR HOLDING S.A. wypracowała w 3 kw. 2015 r. skonsolidowany zysk netto w kwocie 2.193 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży wynoszących 1.145 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach ub. roku skonsolidowany zysk netto Emitenta ukształtował się na poziomie ponad 2.154 tys. zł, a wartość przychodów sięgnęła 3.388 tys. zł. Spółka od dnia 01.10.2015 r. znajduje się w składzie Segmentu NewConnect Lead, który grupuje 23 największe i najpłynniejsze podmioty z alternatywnego rynku.
W skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wchodzą głównie podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych. Ich głównym przedmiotem działalności jest nabywanie nieruchomości w atrakcyjnych cenach, a następnie ich modernizacja oraz zmiana struktury najemców, co pozwala na wzrost generowanych przychodów i uzyskiwanie wyższej kwoty ze sprzedaży tak zrestrukturyzowanych budynków. JR HOLDING S.A. poszerzyła również prowadzoną działalność poprzez zwiększenie zaangażowania kapitałowego w branżę Odnawialnych Źródeł Energii.
Utrzymujące się ceny ropy to brak nadziei dla polskiego węgla
Światowe ceny węgla kamiennego notują kolejne historyczne minima, dziś indeks ARA to ok. 45$ za tonę, przy czym rok temu było to 65$ a 3 lata temu 90$. Kolejny raz rozpoczyna się batalia o płynność finansową kopalń. Straty sektora są coraz wyższe i wynoszą ok. 4 mld zł, a pomysły na poprawę sytuacji od lat są niezmienne.
Koncepcja restrukturyzacji górnictwa zakłada wprowadzenie zmian w sposób łagodny i bezbolesny. Górnicza restrukturyzacja ma być stopniowa, powolna i w żadnym wypadku nie może prowadzić do radykalnego ograniczenia zatrudnienia i strategicznego zmniejszania wydobycia. Wydobycie węgla kamiennego ma pozostać na podobnym poziomie i nadal strategicznie związywane z energetyką. Kompania Węglowa będzie teraz ratowana przez nowy twór – Polską Grupę Górniczą. Jest to kolejna wariacja poprzedniego projektu TF Silesia, a sam pomysł dalej jest ten sam – państwowe pieniądze, opakowane w formę quasi prywatnego inwestora. Wszystko po to, aby uniknąć zastrzeżeń o niedozwolonej pomocy publicznej. Zabieg ten ma kolejny raz odbudować węglowe holdingi w podobnym do poprzedniego kształcie. Poprzez zmiany nazw i grup, eliminuje się dotychczasowe długi (spisywane są na straty budżetu) i zasila w pomostowe pieniądze na kontynuację działalności. W ostatnich miesiącach przesunięto 8 mln ton węgla zalegającego na hałdach z kopalń do zapasów elektrowni i dodatkowo zasilono kopalnie przedpłatami na wydobycie, po to, aby zapewnić płynność finansową. Warto dodać, że podjęto również działania w kierunku poprawy efektywności kosztowej samych kopalni i próbuje się ograniczać zatrudnienie. Niemniej jednak to tylko delikatna terapia i powolny trening w sytuacji zapaści i katastrofy. Sektor górniczy zresztą wraca do wypłat 14-tek, zatem nie chce już ograniczać kosztów osobowych i akceptować dalszych zwolnień. Proponowany program zmian może ma więc szanse na zadziałanie, ale tylko wtedy jeśli ceny węgla byłyby wyższe, a nie w okresie obecnego trendu spadków cen surowcowych.
Obserwując obecne ceny ropy i innych surowców – nie widać nadziei dla węgla.
Na rynkach panuje gigantyczna nadpodaż i walka cenowa producentów o rynki. Ceny będą kształtować się prawdopodobnie nawet poniżej 40$ za tonę i możliwe, że długo będą utrzymywać na tym poziomie. Węgiel kamienny, który zawsze miał trzy główne kierunki zbytu – energetykę, domowe ogrzewanie (niska emisja) i eksport – będzie przegrywał na każdym z tych kierunków, ponieważ energetyka węglowa w europejskiej strategii spychana jest cały czas na rzecz OZE. Co więcej, domowe piece węglowe muszą być zamykane i wymieniane na czystsze formy generacji energii, a w eksporcie polskie kopalnie nie wytrzymają cenowo konkurencji z zagranicą. Nawet ekstremalne poprawy efektywności doprowadzą jedynie do obniżenia średniej ceny wydobycia do poziomów ok. 250 zł za tonę i nawet jeśli zdejmie się z górnictwa wszystkie podatki (ok. 50-80 zł za tonę) to i tak okazuje się, że można mieć problemy z dogonieniem ceny na światowych rynkach. Węgiel po prostu będzie ekstremalnie tani przez kilka długich lat i próba utrzymania całości polskiego górnictwa w nadziei na podniesienie cen – to gigantyczne koszty, które poniesie cały sektor energetyczny.
Trzy scenariusze: finansowy, polityczny, geopolityczny
W tle staro-nowego programu dla górnictwa znajduje się polityka energetyczna, która coraz bardziej skręca w stronę strategicznej obrony energetyki węglowej i oparcia koncepcji polskiego energy-mix wyłącznie na węglu. Koncerny energetyczne będą więc z jednej strony pozbywać się zasobów finansowych i strategicznie bronić własnych kopalnianych assetów, inwestując w elektrownie węglowe, a z drugiej strony będą blokować inne rozwiązania (gaz, atom, OZE). Finalnie, pojawia się przewidywalny kłopot z europejską polityką klimatyczną i celami redukcyjnymi CO2 na 2030. Stawianie tylko na węgiel uniemożliwia praktycznie wypełnienie zapisów nowej wersji ETS. W związku z tym pojawiają się trzy możliwe scenariusze. Pierwszy odnosi się do nie wypełnienia postanowień i płacenia kar (zabójcze finansowo). Drugi dotyczy nie wypełnienia postanowień, wejścia w konflikt polityczny i postulowanie wyjścia z polityki klimatycznej (zabójcze politycznie). Z kolei ostatni scenariusz zakłada, że polska nie wypełni postanowień dotyczących polityki klimatycznej do 2030 roku, ale będzie czekać aż sama polityka klimatyczna Europy się rozleci (możliwe, ale zabójcze geopolitycznie).
Czy możliwe byłyby inne strategie dla górnictwa? Niewielkie restrukturyzacje zawiodą, jeśli ceny węgla na światowych rynkach dalej będą niskie. W praktyce, w takiej sytuacji, należałoby pewnie szukać bolesnych rozwiązań tj. zamknięcie najbardziej deficytowych zakładów i przygotowanie do zmniejszenia wydobycia nawet o 50% w perspektywie dekady. Polskie górnictwo musi powtórzyć trudną drogę swoich poprzedników w Niemczech, gdzie zamykano kopalnie od lat 60-70 i Wielkiej Brytanii, w której to samo działo się od lat 80. Sektor górniczy musi zacząć prosperować samodzielnie, bez wprowadzania co rok lub co dekadę strategicznych programów pomocowych z budżetu lub z innych publicznych sektorów.
Najtrudniejsze będzie uświadomienie dla sektora, że nie jest możliwe utrzymanie całkowitego zatrudnienia na obecnym poziomie i powtarzanie programów pomocowych w nieskończoność.
Chiny ponownie w dół
Temat giełdy w Chinach znów wrócił na pierwsze strony wiadomości biznesowych. Spadek głównego indeksu o ponad 6% pociągnął za sobą również inne indeksy. W Japonii może dojść do zwiększenia skali luzowania ilościowego. Słabsze dane z Polski – bezrobocie rośnie szybciej niż oczekiwano.
W Chinach wracają spadki na giełdzie. Główny indeks w ciągu dnia spadł o 6,42%. Nie jest to co prawda 7-procentowy spadek, który już dwa razy miał miejsce w tym roku. Jeszcze na początku 2016 r. obowiązywały przepisy, które przy 7% spadków zawieszały notowania. Obecnie z nich zrezygnowano, ale presja spadkowa wciąż jest bardzo silna. Od początku roku giełda straciła już ponad 22%, a od szczytów z 2015 roku prawie połowę. Jak to często bywa, spadki rozlały się na inne giełdy w regionie, a patrząc na dzisiejsze otwarcia, nie tylko w regionie. Od początku roku wiele światowych indeksów jest poważnie pod kreską. Zyskuje natomiast złoto, aczkolwiek nie można jeszcze mówić o zmianie trendu ze spadkowego.
Inwestorzy w Azji czekają teraz na piątkową decyzję Banku Japonii. Podczas konferencji w Davos prezes tej instytucji zapowiedział, że jeżeli zajdzie taka potrzeba może rozszerzyć program skupu aktywów. Japonia już teraz ma gigantyczny program pobudzania gospodarki. Efekty tych programów są dyskusyjne, co nie zmienia faktu, że jen na tle europejskich walut zyskuje na wartości.
Wczorajszy dzień był dość ubogi w dane makroekonomiczne. Indeks instytutu IFO w Niemczech wypadł gorzej niż oczekiwano. Zamiast spodziewanych 108.5 pkt indeks wyniósł 107,3 pkt. Na efekt nie trzeba było długo czekać i tuż po danych obserwowaliśmy osłabianie się euro wobec dolara. Słabo wypadł również wskaźnik zamówień w Wielkiej Brytanii. Również w tym wypadku rynki zareagowały wyprzedażą waluty, co obniżyło jej kurs.
O godzinie 10:00 opublikowano dane na temat stopy bezrobocia. Wyniosła ona 9,8% wobec oczekiwanych 9,7%. Zima jest momentem kiedy bezrobocie rośnie ze względu na mniejszą liczbę prac sezonowych. W rezultacie delikatne zwiększenie się stopy bezrobocia nie musi jeszcze oznaczać żadnych problemów w gospodarce. Z drugiej strony stopa bezrobocia wzrosła mocniej niż oczekiwali analitycy co spowodowało osłabianie się złotego.
Dzisiejszy dzień jest również dość ubogi w dane makroekonomiczne. W Australii i Indiach mamy święta narodowe, nie powinno to jednak znacząco wpłynąć na płynność na rynkach. Warto zwrócić uwagę na:
11:45 – Wielka Brytania – wystąpienie publiczne prezesa Banku Anglii Marka Carneya,
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Conference Board.
EUR/PLN

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,4200.
CHF/PLN

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na poziomie 4,0200.
USD/PLN

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,0300.
GBP/PLN

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7300.
Remigiusz Chrzanowski nowym Dyrektorem Zarządzającym Agito.pl
Agito.pl, jeden z pionierów biznesu online w Polsce, część grupy eMAG, ma nowego Dyrektora Zarządzającego. Został nim Remigiusz Chrzanowski, którego nominacja ma na celu wsparcie zmian strategii e-commerce eMAG w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Firma stawia na innowacyjność, więcej korzyści dla klientów i przygotowanie fundamentów dla długoterminowego rozwoju.
„Bardzo cieszymy się mogąc ogłosić Remigiusza Chrzanowskiego Dyrektorem Zarządzającym Agito.pl. Jego misją jest poprawa doświadczeń klientów, związanych z procesem zakupowym oraz wsparcie strategii e-commerce zapoczątkowanej kilka lat temu tak, by zapewnić firmie długoterminowy rozwój na rynku polskim, jednym z najbardziej rozwiniętych rynków regionu.” – podkreślił Sorin Ionescu, Wiceprezes ds. Międzynarodowego Rozwoju Biznesu, eMAG.
Remigiusz Chrzanowski dołączył do firmy w kwietniu 2015 roku. Dotychczas zajmował się przede wszystkim budową działu Customer Experience w ramach struktury Agito.pl. Ma ponad 15 lat doświadczenia w rozwoju biznesu, ze szczególnym uwzględnieniem zarządzania dużymi projektami. Przed dołączeniem do Agito pracował w firmie Dell, gdzie między innymi rozwijał światowej klasy centrum spotkań z Klientami – Executive Briefing Center oraz Telekomunikacji Polskiej, w której miał możliwość uczestniczenia w procesie wdrażania Błękitnej Linii.

W związku z rozwojem biznesu, nastąpiła również zmiana w dziale handlowym firmy. Funkcję Menadżera Dywizji, odpowiadającego za sprzedaż w kategoriach związanych z elektroniką objął Tomasz Fuks. Taki model pozwoli firmie wzmocnić współpracę z partnerami biznesowymi i dostawcami, zwiększając zarówno różnorodność oferty, jak i liczbę kategorii produktowych dostępnych dla polskich Klientów.
31 mln zł dla przedsiębiorców na wsparcie wdrożenia innowacji
Do 18 marca br. w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości trwa nabór wniosków w Programie Operacyjnym Innowacyjny Rozwój do poddziałania 2.3.1 „Proinnowacyjne usługi IOB dla MSP”. Łączna pula dostępnych środków wynosi 31 mln zł. Spotkanie informacyjne organizowane przez PARP, odbędzie się w Warszawie, 26 stycznia br.
Przedsiębiorcy z całego kraju mogą ubiegać się o dofinansowanie kosztów usług proinnowacyjnych, świadczonych przez akredytowaną lub zgłoszoną do akredytacji[1] Instytucję Otoczenia Biznesu (IOB, z którą wcześniej nawiązali współpracę), mających doprowadzić do wdrożenia innowacji. Obszary wsparcia to m.in.: doradztwo, pomoc i szkolenia w zakresie transferu wiedzy, nabywania, ochrony wartości niematerialnych i prawnych, a także udostępnienia przestrzeni biurowej, banków danych, zasobów bibliotecznych, badań rynku, laboratoriów, znakowania, testowania czy certyfikacji. Konieczne jest realizowanie usług objętych wsparciem w obszarach Krajowych Inteligentnych Specjalizacji – KIS.
Zainteresowani wnioskodawcy po nawiązaniu współpracy z IOB składają wniosek
o dofinansowanie projektu do PARP. Minimalna wartość wsparcia to 25 tys. zł, maksymalna – 294 tys. zł. Dotacja może stanowić nie więcej niż 70% kosztów kwalifikowanych w projekcie.
Dofinansowanie dla projektów:
– zlokalizowanych w województwie mazowieckim 3 045 000,00 zł;
– zlokalizowanych w województwach innych niż mazowieckie 28 255 000,00 zł.
Szczegóły i regulamin konkursu: www.poir.parp.gov.pl.
Prezentacja poddziałania / informacje o szkoleniu: http://poir.parp.gov.pl/wez-udzial-w-projektach-szkoleniach-i-konferencjach/spotkanie-informacyjne-dotyczace-poddzialania-2-3-1-po-ir-26-01-2016r-warszawa
[1] Proces akredytacji IOB prowadzi Ministerstwo Rozwoju.
Przyspiesza rozwój telemedycyny w Polsce. Wideoczaty i urządzenia zdalnie monitorujące stan zdrowia zrewolucjonizują opiekę nad pacjentami
Telemedycyna może zrewolucjonizować rynek usług medycznych w Polsce. To odpowiedź na niedobór personelu medycznego oraz jeden ze sposobów na usprawnienie opieki nad seniorami. Pozwala bowiem stale monitorować stan zdrowia pacjentów i szybko reagować na nieprawidłowości. Na rozwój telemedycyny stawia m.in. Grupa LUX MED. Uruchomiona właśnie platforma umożliwia pacjentom kontakt online z lekarzami różnych specjalności, pielęgniarkami i położnymi.
Od kilku lat rynek e-usług medycznych na świecie rozwija się w tempie dwucyfrowym i wzrasta o 12–13 proc. rocznie – obecnie globalny rynek telemedycyny wyceniany jest na 13 mld dol. W Polsce udział w rynku usług telemedycznych kształtuje się na poziomie poniżej 1 proc.
– Trudno wyobrazić sobie przyszłość medycyny bez telemedycyny. Narzędzie to jest już bardzo popularne w wielu krajach i cieszę się, że teraz może wspierać proces leczenia także w Polsce. Daje ono większe poczucie bezpieczeństwa pacjentom, a nam ułatwia koordynację opieki – mówi agencji Newseria Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. – Telemedycyna pozwala na stałe monitorowanie parametrów w przypadku chorób przewlekłych, co podnosi ogólną jakość i skuteczność leczenia. Wbrew powszechnej opinii doskonale sprawdza się także w opiece nad osobami w zaawansowanym wieku, co pokazują doświadczenia naszych kolegów z Wielkiej Brytanii.
Telemedycyna pozwala na diagnozowanie i gromadzenie informacji o pacjencie bez konieczności odwiedzania lekarzy czy wykonywania badań w placówkach medycznych. Stanowi ona uzupełnienie tradycyjnej medycyny – umożliwia lepszą koordynację opieki nad pacjentem, zapewnia ciągłość tej opieki, a także zwiększa bezpieczeństwo pacjenta. Tego typu usługi mogą być więc rozwiązaniem problemu niedoboru personelu medycznego w Polsce, oraz sposobem na usprawnienie opieki nad seniorami i osobami przewlekle chorymi. Stan chorego monitorowany jest na bieżąco, nie tylko podczas wizyt w gabinecie lekarza, co pozwala na szybką reakcję w razie nieprawidłowości.
Na e-usługi medyczne stawia także Grupa LUX MED, która uruchomiła własną platformę telemedyczną. Jedną z jej podstawowych funkcji jest możliwość kontaktu z pacjentem online z wykorzystaniem video, audio i klasycznego czatu tekstowego. Dzięki temu chory może bez wychodzenia z domu kontaktować się z lekarzami różnych specjalności, pielęgniarkami czy położnymi. Na Portalu Pacjenta LUX MED w zakładce „czat” widoczne są stałe grafiki specjalistów medycznych wraz z godzinami prowadzenia wirtualnej rozmowy.
– Pacjent może konsultować się tu i teraz z lekarzem, to jest indywidualna konsultacja, przebiega dokładnie tak samo jak w gabinecie. Lekarz ma pełen wgląd do dokumentacji medycznej i może zlecić, z uwzględnieniem wskazań medycznych, kolejne badania lub skierować pacjenta do innego specjalisty – mówi Monika Tomaszewska, dyrektor departamentu pielęgniarstwa i położnictwa Grupy LUX MED.
Zalecenia online będą widoczne w dokumentacji medycznej danego pacjenta, dzięki czemu zapewniona jest integralność danych. Poprzez platformę pacjenci mają również wgląd do materiałów edukacyjnych oraz najczęściej zadawanych pytań. Jak podkreśla Tomaszewska, jest to jest rozwiązanie stosowane na dużą skalę w krajach Europy i obu Ameryk.
Grupa LUX MED planuje dalszy rozwój proponowanych usług telemedycznych. W planach ma m.in. uruchomienie telekonsyliów, które miałyby być wykorzystywane przez lekarzy i innych specjalistów medycznych do konsultacji procesu leczenia pacjenta online. Kolejnym krokiem jest wdrożenie programu monitorowania stanu zdrowia pacjentów ze schorzeniami przewlekłymi.
Projekt nowej ustawy tytoniowej jest opóźniony o dwa lata. Może to spowodować braki w zaopatrzeniu i wzrost szarej strefy
Projekt nowej ustawy regulującej obrót wyrobami tytoniowymi jest już znacząco opóźniony i producenci mogą mieć kłopoty z dostosowaniem się do wymagań dyrektywy unijnej w terminie, czyli do 20 maja 2016 roku. Brakuje m.in. wytycznych dotyczących dostosowania linii produkcyjnych. Zdaniem Polskiej Izby Handlu wkrótce po tym terminie mogą więc wystąpić braki w zaopatrzeniu. Razem z coraz bardziej rygorystycznymi regulacjami przyczynić się one mogą do rozwoju szarej strefy.
– Projekt ustawy wdrażający założenia dyrektywy tytoniowej jest opóźniony już o prawie dwa lata, co może spowodować bardzo poważne problemy – wskazuje z rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. – Wytwórcom może zabraknąć czasu na dostosowanie produkcji do nowych wymogów.
Głównym zadaniem nowej ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych jest implementacja w polskim porządku prawnym unijnej dyrektywy tytoniowej. Na dostosowanie produkcji do jej wymagań wytwórcy mają czas do 20 maja 2016 roku. Jak przekonuje Maciej Ptaszyński, wciąż brakuje szczegółowych wytycznych, które pozwalałyby dostosować do nowych przepisów linie produkcyjne. Tego rodzaju przedsięwzięcia, jak twierdzi Ptaszyński, to duże inwestycje technologiczne.
– W rezultacie, co jest najistotniejsze z punktu widzenia Polskiej Izby Handlu, mogą nastąpić opóźnienia i przerwy w dostawach wyrobów spełniających wymogi dyrektywy – prognozuje Maciej Ptaszyński. – Braki produktów na półkach sklepowych skierują konsumentów do szarej strefy, która i tak już jest ogromna.
Polska Izba Handlu postuluje przesunięcie terminu na dostosowanie produkcji na początek 2017 roku.
Jak podkreślają przedstawiciele PIH, problemem są także liczne wady w samych przepisach. Jedną z nich jest zlikwidowanie możliwości informowania o wyrobach tytoniowych w punktach sprzedaży. Takiej informacji nie będzie na szafkach z papierosami, a dodatkowo zmieni się także wygląd opakowania – na nazwę marki i logo producenta zostanie niewiele miejsca, resztę zajmą ostrzeżenia zdrowotne.
– Chodzi o podstawową informację niezawierającą przekazu zachęcającego do zakupu, a jedynie informującą o podstawowych cechach produktu. W połączeniu z powiększonymi ostrzeżeniami obrazkowymi i zmienionym wizerunkiem opakowań spowoduje to, że klienci w sklepach sprzedających legalnie wyroby tytoniowe nie będą mogli w sposób podstawowy zapoznać się z dostępną ofertą wyrobów tytoniowych – mówi Maciej Ptaszyński.
Jak dodaje, usunięcie informacji o markach wyrobów tytoniowych z punktów sprzedaży nie jest wymagane przez dyrektywę. Kolejnym problemem jest brak wytycznych w sprawie oznakowania papierosów mentolowych w sprzedaży.
– Nie będzie można w żaden sposób oznaczać tego, że w opakowaniu są papierosy mentolowe, co dodatkowo utrudnia prowadzenie handlu, bo trudno oczekiwać, żeby sprzedawca podawał klientowi coś, czego specyfiki nie zna – mówi Ptaszyński. – Wszystko to razem może spowodować bardzo poważne przesunięcie popytu na wyroby tytoniowe do szarej strefy, która żadnymi takimi ograniczeniami nie jest związana. Co więcej, nie ma tam też żadnej kontroli nad dostępnością wyrobów tytoniowych dla nieletnich.
Wyroby tytoniowe sprzedaje ponad 100 tys. punktów. Stanowi to nawet do 40 proc. ich obrotów. Dziś szara strefa obejmuje blisko 30 proc. wyrobów tytoniowych konsumowanych w Polsce. Eksperci szacują, że tylko wprowadzenie zakazu papierosów mentolowych od 2020 roku przesunie do niej kolejne 20 proc. rynku.
Karta kredytowa z możliwością spłaty w ratach stała się konkurencją dla kredytów ratalnych. Zainteresowanie produktem rośnie
W portfelach Polaków znajduje się obecnie nieco ponad 6 mln kart kredytowych, jednak ich liczba spada od 2009 roku. Szansą na odwrócenie tego trendu są karty kredytowe ze spłatą w ratach. Klienci mogą samodzielnie wybrać transakcję, którą spłacą w systemie ratalnym, a decyzję taką mogą podjąć w dowolnym czasie cyklu rozliczeniowego. Tym sposobem łatwiej kupować na raty zarówno w sklepach tradycyjnych, jak i przez internet.
– Karta kredytowa ze spłatą w ratach jest nowatorskim produktem, który stanowi uzupełnienie na rynku oferty kredytów gotówkowych oraz ratalnych dostępnych w sklepach. Łączy ona zalety tych dwóch produktów, gdyż dzięki niej można rozkładać na raty zakupy ze wszystkich sklepów, w których można zapłacić kartą, a jednocześnie mieć stały dostęp do opcji spłaty w ratach – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Zieliński, kierownik zespołu odpowiedzialnego za karty kredytowe w Banku Pekao SA.
Karta kredytowa Flexia Banku Pekao pozwala na samodzielne wybranie transakcji, która zostanie spłacona w systemie ratalnym. Takiej decyzji nie trzeba podejmować od razu, ale w dowolnym momencie trwania cyklu rozliczeniowego w domowym zaciszu. Karta pozwala na znaczne ograniczenie kosztów. Często produkty, które można kupić w sklepach, korzystając z rat zero procent, koszty kredytu mają ukryte w cenie, która po prostu jest.
Dodatkowo z kartą łatwiej można kupować na raty w sklepach internetowych.
– Dużo taniej można kupić sprzęt w internecie, ale tam trudno jest o spłatę w ratach. Mając kartę kredytową z taką funkcją, możemy znaleźć najtańszą ofertę na rynku i dokonać spłaty samemu. W praktyce spłata ratalna kartą kredytową jest znacznie tańsza niż nawet skorzystanie z kredytu tzw. zero procent – ocenia Zieliński.
Zaletą karty jest możliwość spłaty nie tylko dużych zakupów, lecz także tych mniejszych, od 300 zł do wysokości przyznanego limitu na karcie kredytowej (maksymalnie 30 tys. zł). Transakcje można spłacać w terminie od 3 do 24 miesięcy, a jednocześnie można dokonywać 10 spłat. Są one nieoprocentowane, klient musi jednak płacić stałą miesięczną prowizję, której wysokość zależy od kwoty spłacanej w ratach. Można ją sprawdzić samodzielnie w tabelce dostępnej na stronie banku i łatwo zobaczyć, jaki będzie koszt spłaty w ratach.
– Wystarczy raz wystąpić o taką kartę do banku i mamy stały dostęp do kredytu. Nie musimy za każdym razem przechodzić procedury oceny zdolności kredytowej. O spłacie w ratach decydujemy po zakupach, wracamy do domu i w komfortowych warunkach siadamy do internetu, gdzie możemy podjąć decyzję o rozłożeniu kwoty zakupu na raty. Nie musimy podejmować decyzji od razu w sklepie – wskazuje przedstawiciel Banku Pekao.
Tego typu produkty to również szansa dla banków, które w ten sposób mogą odwrócić złą tendencję na rynku kart kredytowych. Z raportu PRNews wynika, że na koniec III kw. 2015 roku banki miały aktywnych 6,1 mln kart kredytowych. Jeszcze w 2009 roku było ich 11 mln.
– Zauważyliśmy, że klienci, którzy spłacają zakupy w ratach, często ponownie z tego korzystają, widać więc, że produkt cieszy się dużym zainteresowaniem. Spodziewamy się dalszego wzrostu popularności karty. Jeśli będzie rosła świadomość klientów odnośnie opłat i prowizji oraz produktów finansowych, które kupują, to możemy się spodziewać, że ten produkt będzie bardzo popularny – podkreśla Tomasz Zieliński.
Rynek e-handlu jest już wart 30 mld zł. Do gry wchodzi nowe pokolenie, które będzie napędzać zakupy online
Polski sektor handlu w internecie rośnie bardzo dynamicznie i jest już wart 30 mld zł. W tym roku dynamika stabilnych dwucyfrowych wzrostów ma się utrzymywać. Przyczyni się do tego młode pokolenie, które coraz częściej kupuje w sieci. Dużą rolę będzie odgrywać także rozwój technologiczny, szczególnie w zakresie komunikacji z klientem.
– Dynamika wzrostu e-handlu w tym roku będzie podobna do wyniku, jaki osiągnęliśmy w 2015 roku, ewentualnie trochę większa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Cezary Małuj, prezes zarządu Focus Telecom Polska. – Trzeba pamiętać o tym, że mamy dużo większą bazę, dlatego powinniśmy osiągnąć podobny wynik. Ważnym jest również to, że dynamika nabiera pewnej stabilności. Myślę, że będzie się ona utrzymywała na takim poziomie ] w najbliższych latach.
Według badania firmy Gemius wartość krajowego rynku e-commerce w ubiegłym roku wyniosła 27 mld zł. Z kolei PMR szacuje, że przekroczyła ona 30 mld zł. W sieci najczęściej kupowane są produkty z kategorii odzież, akcesoria i dodatki (73 proc.) oraz książki, płyty i filmy (63 proc.).
– Nie jesteśmy w czołówce rynków e-commerce pod względem obrotów – ocenia Cezary Małuj. – Natomiast elementy, które najbardziej determinują wzrost, właśnie się zmieniają. Rośniemy dosyć szybko, na średnim poziomie europejskim i zaczynamy osiągać pewną stabilizację. Narzędzia dostępne na naszym rynku, a także wszystkie procesy społeczne wskazują na to, że będziemy gonili czołówkę, choć bardzo dużo jeszcze przed nami.
Spośród wszystkich badanych przez Gemius ponad połowa (55 proc.) kupowała w przeszłości online. W grupie tej największy odsetek stanowią osoby w wieku do 34 lat (34 proc.), z wykształceniem średnim lub wyższym, mieszkające w miastach oraz dobrze oceniające swoją sytuację materialną. Młodsza grupa (15–24 lata) to 26 proc. kupujących. To ich zwiększone zakupy będą w głównej mierze napędzać rynek.
– Bardzo ważnym czynnikiem determinującym dalszy wzrost rynku będzie wchodzenie do gry nowego pokolenia – uważa Cezary Małuj. – Osoby 50+ mają tylko 10-proc. udział w rynku. To pokolenie wychodzące z rynku i utrata tej części klientów nie będzie bolesna. Natomiast młode osoby, które wchodzą do gry, będą wydawały coraz więcej.
Do zwiększonych zakupów w sieci przyczyni się też wzrost średniego wynagrodzenia.
– Następny czynnik pobudzający wzrost to konsumenci, którzy zaczynają osiągać ustabilizowaną pozycję społeczną i zawodową – mówi ekspert.
Jak podkreśla, w porównaniu z rynkami Europy Zachodniej i Stanami Zjednoczonymi struktura krajowego e-commerce jest rozdrobniona.
– Na pewno w najbliższym czasie będzie się to zmieniało – uważa Cezary Małuj. – W ciągu kilku najbliższych lat zauważymy zdecydowaną konsolidację. Już widać, że duzi gracze wchodzą na rynek i z pewnością znajdzie to odzwierciedlenie w strukturze rynku. Poza tym sieci stacjonarne jeszcze więcej będą inwestowały, rozwijając swoje platformy handlowe. Na pewno odpadną najmniejsi gracze.
W dalszym ciągu dla e-commerce coraz większe znaczenie będzie mieć rozwój technologiczny. Nowe narzędzia pozwolą sklepom internetowym poprawić doświadczenia użytkowników, a tym samym skłonić ich do powrotu do sklepu. Pomogą im także zmniejszać odsetek osób porzucających zakupy. Dla przykładu, w segmencie moda dwie trzecie odwiedzin kończy się porzuceniem koszyka zakupów. Podobnie sytuacja wygląda w internetowych aptekach – wirtualny koszyk porzuca 68 proc. klientów – wynika z badania Gemius.
– Podstawą jest dobra komunikacja z klientem. Jeżeli odpowiednio szybko handlowiec zareaguje, dotrze do klienta, to jest w stanie uratować tzw. porzucone koszyki – mówi Cezary Małuj.
„Z Archiwum X” po 14 latach wraca na ekrany telewizorów. Premierą żyje także internet
Agenci Fox Mulder i Dana Scully, badający trudne sprawy z pogranicza nauki i zjawisk paranormalnych, wrócili na srebrny ekran 20 lat po premierze pierwszego odcinka. Wydarzenie to było szeroko komentowane w internecie, gdzie o nowym sezonie legendarnego „Z Archiwum X” internauci wspomnieli w styczniu ponad 2 tysiące razy, najwięcej wzmianek pojawiło się tuż przed weekendową premierą – wynika z analizy IMM. Informacja o powrocie serialu dotarła za pośrednictwem internetu i mediów społecznościowych do 13 mln osób.
– Zapowiedź nowego sezonu serialu „Z Archiwum X” wywołała ogromne zainteresowanie w mediach społecznościowych. Gdybyśmy policzyli wszystkich internautów, czyli czytelników portali bądź użytkowników mediów społecznościowych, którzy mieli szansę trafić na komunikat o tym, że serial wraca, byłoby to ponad 13 mln osób, czyli ogromna rzesza internautów – mówi agencji Newseria Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów.
Jak obliczył IMM, wszystkie wzmianki zamieszczone przez internautów wywołały ponad 200 tysięcy różnych interakcji, m.in. polubieni czy ponownych udostępnień.
W Polsce amerykański serial mieszający gatunki horroru, science-fiction i sensacji emitowany był od 1996 roku. Doczekał się dziewięciu sezonów, dwóch filmów pełnometrażowych i rzeszy wiernych fanów, którzy z niecierpliwością oczekiwali na nowy sezon. Składa się on z sześciu odcinków, z których pierwszy miał premierę w USA w niedzielę 24 stycznia. Dzień później mogli go obejrzeć także widzowie w Polsce.
– Dyskusja o powrocie dwójki agentów miała wiele kontekstów. Najczęściej komentowano sam fakt powrotu serialu. To wyrażana radość, że wreszcie po 14 latach stacja Fox zdecydowała się na kontynuację urwanego w pewnym momencie wątku – wyjaśnia Jadaś. – Wspominano stare odcinki, dzielono się wspomnieniami na temat swoich ulubionych odcinków oraz opiniami na temat muzyki do tego serialu. O tym ostatnim zagadnieniu dyskutowano bardzo wiele w mediach społecznościowych.
Często wspominano o charakterystycznym motywie przewodnim Mike’a Snowa oraz dołączano linki do nagrań w różnych serwisach, także streamingowych.
Najwięcej wzmianek tradycyjnie odnotowano na Facebooku i Twitterze. Dużą popularnością cieszyły się publikacje facebookowej strony Fox Polska. Tytuł serialu często pojawiał się także w portalu Onet.pl, Wykop.pl oraz w komentarzach do filmu na YouTube. Wspominały o tym również serwisy z działu moda, nauka i finanse.
– Oczekiwaniu na premierę towarzyszył bardzo duży entuzjazm, bo kiedy sprawdzimy wydźwięk opinii na temat tego serialu w ostatnich dniach, to okaże się, że ponad 80 proc. wpisów i komentarzy, które zawierały słowo „Z Archiwum X”, „X Files”, bądź wymieniały nazwiska bohaterów, miało wydźwięk pozytywny – wyjaśnia Jadaś.
Nieco więcej wzmianek dotyczyła Foxa Muldera, agenta granego przez Davida Duchovny’ego. Jednak jego przewaga nad Daną Scully, w którą wciela się Gillian Anderson, nie jest znacząca (53 proc. vs. 47 proc.).
Popołudniowy komentarz walutowy z 25.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 25.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Międzynarodowa platforma Western Union zapewnia klientom dostęp do ponad miliarda rachunków bankowych
Firma Western Union (NYSE: WU), lider globalnych usług płatniczych, ogłosiła, że jej sieć wypłat środków z kont bankowych, czyli dostępna na całym świecie usługa umożliwiająca przekierowywanie międzynarodowych przelewów na rachunki bankowe, osiągnęła kolejny ważny etap rozwoju – za jej pośrednictwem konsumenci uzyskają teraz dostęp do ponad miliarda rachunków bankowych.
„Western Union to lider branży globalnych płatności dysponujący rozbudowaną siecią placówek i bankomatów, a także bogatą ofertą internetową. Dodatkowa możliwość dokonywania wypłat z przeszło miliarda rachunków bankowych daje klientom ogromny wybór, jeśli chodzi o przesyłanie pieniędzy za pośrednictwem Western Union” – powiedział prezes i CEO spółki Western Union Hikmet Ersek.
„Wprowadzenie sieci wypłat z rachunków wpisuje się w naturalny rozwój międzynarodowej platformy Western Union oraz wielokanałowej strategii, której celem jest dotarcie do klientów dobrze radzących sobie w świecie technologii cyfrowych, mobilnych i bankowych. Western Union aktywnie wdraża innowacje w obrębie całego przedsiębiorstwa, zwiększając tym samym liczbę kanałów przelewu pieniędzy i wspierając proces obejmowania rynków wschodzących procesem tzw. włączania finansowego” – dodał Hikmet Ersek.
Klient może teraz wejść na stronę www.westernunion.com i szybko, niezawodnie i niedrogo przesłać pieniądze, płacąc gotówką, kartą debetową lub kartą kredytową. Usługa dostępna jest w Internecie lub z poziomu urządzenia mobilnego. Z gotówką można też udać się do placówki WU® i przesłać ją jako przelew bezpośrednio na konto.
Międzynarodowa platforma Western Union to jedno z najlepszych rozwiązań finansowo-technologicznych w tej branży. Korzysta ona z korzyści oferowanych przez zupełnie nową platformę internetową i wysoko oceniane aplikacje mobilne, jak również cyfrowe metody wpłaty i wypłaty środków oraz funkcji przeliczania walut. Tym samym klienci uzyskują dostęp do mobilnych portfeli i miliarda rachunków bankowych.
Ponadto opracowana przez Western Union infrastruktura gwarantująca zgodność z przepisami i uniemożliwiająca pranie brudnych pieniędzy działa w oparciu o zaawansowane technologie przetwarzania danych firmy Hadoop, pozwalając szybko i niezawodnie przesyłać środki w ramach sieci złożonej z ponad 500 tys. placówek w 200 krajach i terytoriach, za pomocą przeszło 100 tys. bankomatów i kiosków, a także online w jednym z 33 krajów.
Dostępność usługi i środków pieniężnych zależy od takich czynników, jak rodzaj usługi, opcje dotyczące terminu realizacji usługi, szczegółowe warunki danej usługi, przesyłana kwota, kraj docelowy, dostępność waluty, kwestie regulacyjne i związane z ochroną praw konsumenta, wymogi identyfikacyjne, ograniczenia dotyczące realizacji usługi, godziny otwarcia oddziałów oraz różnice czasowe (zwane łącznie „Ograniczeniami”).
Boimy się utraty pracy, ale wierzymy, że łatwo znajdziemy nową
W ostatnim półroczu 24% z nas zmieniło pracę. Głównie z powodu chęci rozwoju, potrzeby odmiany i osobistych aspiracji. Jednak spora część osób nadal obawia się utraty zatrudnienia. Z drugiej strony aż 74% Polaków uważa, że bez problemu znalazłoby nową pracę.
O 2% spadła w ciągu ostatnich sześciu miesięcy rotacja na polskim rynku pracy – wynika z najnowszego badania „Monitor Rynku Pracy”. Indywidualne potrzeby są coraz częstszym powodem, dla którego zmieniamy zatrudnienie. Aż 45% badanych zwolniło się, ponieważ nowy pracodawca zaoferował im lepsze warunki. 31% potrzebowało zmiany, nowych wyzwań i chciało się rozwijać. Z kolei 19% ankietowanych było po prostu niezadowolonych z pracy u dotychczasowego pracodawcy.
„Aż 36% Polaków przejawia obawę o utratę zatrudnienia, w tym aż 10% – szczególnie dużą. Na tle krajów europejskich ten wskaźnik jest wyższy jedynie w Grecji” – mówi serwisowi infoWire.pl Agnieszka Bulik, dyrektor ds. prawnych i public affairs z agencji pracy tymczasowej i doradztwa personalnego Randstad Polska. Pomimo tak licznych obaw Polacy wciąż wykazują bardzo duży optymizm w kwestii znalezienia nowego zatrudnienia. Jak zauważa ekspertka: „67% ankietowanych twierdzi, że znalazłoby porównywalne zatrudnienie, a 74% – jakąkolwiek inną pracę”.
Ponad połowa z nas ufa, że polska gospodarka w 2016 r. będzie się dobrze rozwijała. „Zdaniem 74% Polaków kondycja finansowa firm, w których pracują, poprawi się. Połowa tych pracowników nie wierzy, że sytuacja ta przełoży się na podwyżkę ich wynagrodzeń, ale 49% spodziewa się wzrostu zarobków” – informuje rozmówczyni.
Niemieckie inwestycje w Polsce – już nie tylko przemysł, ale także nowoczesne usługi dla biznesu
W minionym roku Polska po raz trzeci z rzędu została wybrana najatrakcyjniejszą lokalizacją biznesową w Europie Środkowo-Wschodniej według inwestorów niemieckich.[1] Nasi zachodni sąsiedzi inwestują głównie w przetwórstwo przemysłowe, jednak coraz chętniej lokują kapitał także w branży nowoczesnych usług dla biznesu oraz IT. O niemieckie inwestycje walczymy z Bułgarią, Rumunią, Hiszpanią i Portugalią.

W naszej ocenie Polska to lokalizacja z potencjałem w szczególności dla większych organizacji, które generują zapotrzebowanie na dużą liczbę pracowników władających wieloma językami, cechujących się wszechstronnością oraz dobrym wykształceniem. Ponadto Polska zapewnia stabilne warunki prawne i ekonomiczne, co jest dla niemieckich inwestorów niezwykle istotne. Kolejnym aspektem jest wielkość rynku oraz przewidywany wzrost krajowego popytu na wykwalifikowane usługi. Poprzez outsourcowanie funkcji wsparcia (zarówno procesów biznesowych, jak i IT) oraz zakładanie własnych lub wspólnych ośrodków w Polsce, firmy mogą również korzystać z dostępu do tego rynku – mówi ekspert.

Gdzie lokują się niemieckie inwestycje? Według raportu PAIiIZu i Hays blisko ¼ centrów usług dla biznesu utworzonych przez niemieckie firmy mieści się we Wrocławiu. Na drugim miejscu jest Warszawa (16%), a na trzecim Poznań i Trójmiasto (po 13%). Ekspert podkreśla jednak, że coraz częściej uwagę inwestorów przykuwają również wschodzące lokalizacje biznesowe. Mniejsze miasta i obszary gospodarcze mogą być dziś tak samo, lub nawet bardziej atrakcyjne niż okolice stolicy. Jest to spowodowane staraniami lokalnych władz samorządowych, w szczególności agencji promocji inwestycji, na rzecz optymalizacji warunków i lepszej komunikacji – mówi prezes Deutscher Outsourcing Verband.
Wrocław, ze względu na dobre połączenie komunikacyjne z Niemcami, dużą liczbę absolwentów filologii niemieckiej oraz powiązania historyczne w sposób naturalny wydaje się pierwszym wyborem do lokowania niemieckiego biznesu. Cieszy nas jednak zainteresowanie inwestorów także innymi lokalizacjami biznesowymi: Łodzią (gdzie mieści się 9% wszystkich niemieckich centrów BPO), Opolem (gdzie 38% mieszkańców deklaruje znajomość języka niemieckiego), Elblągiem (w którym swoją filię ulokował Siemens), Bydgoszczą, a nawet satelitą Poznania – Piłą – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio, Country Head Deutscher Outsourcing Verband w Polsce.
[1] Według 10. edycji badania atrakcyjności inwestycyjnej krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przeprowadzonego przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) i 15 innych niemieckich izb bilateralnych w regionie.
[2] „10 lat sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce” – raport PAIiIZ i firmy Hays przy merytorycznym wsparciu Fundacji Pro Progressio
[3] „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze” – raport AHK Polska i KPMG
Trzy zdarzenia, które negatywnie wpłynęły na kredyty hipoteczne
Ostatnie dwa miesiące przyniosły wiele zmian dla kredytów hipotecznych – stały się one droższe i mniej dostępne. Co doprowadziło do tej sytuacji? Odpowiada Jacek Kasperczyk z Comperia.pl.
Podatkiem w klientów
Co prawda wprowadzenie podatku bankowego ma teoretycznie obowiązywać banki, to praktycznie da się odczuć klientom tychże instytucji. Nowa danina ma wynieść 0,44 proc. od posiadanych przez banki aktywów i będzie pobierana od lutego tego roku. Widmo płacenia nowego podatku przełożyło się na podwyżki marż kredytowych stosowanych podczas wyliczania oprocentowania zobowiązań mieszkaniowych. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy modyfikacje swoich ofert przeprowadziły m.in. mBank, Eurobank, Bank Pekao SA czy Deutsche Bank. Powyższa operacja sprawiła, że średnia marża dla 30-letniego kredytu na kwotę 300 tys. złotych z 20 proc. wkładem własnym wzrosła z 1,98 proc. do 2,16 proc. Innymi słowy wszystkie nowo udzielane zobowiązania są dziś droższe od tych zaciąganych w listopadzie ubiegłego roku.
Średnia marża kredytów hipotecznych (dane od listopada 2015 r.)
Średnia marża kredytów hipotecznych
Wzrost wkładu własnego
Wraz z początkiem roku podwyższeniu uległa kwota minimalnego wkładu własnego wnoszonego przez osobę zainteresowaną kredytem hipotecznym. Obecnie jego poziom osiągnął 15 proc. wartości kupowanej nieruchomości. – Zwiększony wkład własny powoduje, że np. kredytobiorca zainteresowany zakupem mieszkania o wartości 300 tys. zł musi z własnej kieszeni wyłożyć kwotę równą 45 tys. zł (do końca 2015 r. było to 30 tys. zł). Tym samym, mocno spadła dostępność kredytów hipotecznych. – komentuje Jacek Kasperczyk, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.
Istotny jest fakt, że niektóre banki, np. mBank, PKO BP, Deutsche Bank, są skłonne nadal udzielać kredyty z 10 proc. wkładem własnym pod warunkiem ubezpieczenia brakujących 5 proc. wkładu własnego.
Szkodliwy rating
W ostatnim czasie agencja S&P obniżyła rating Polski z poziomu A- do BBB+, co spowodowało mocne osłabienie niemal wszystkich instrumentów finansowych w naszym kraju – spadały indeksy giełdowe, wzrosła rentowność obligacji oraz bardzo mocno stracił złoty. I właśnie ta ostania zmienna wpłynęła negatywnie na rynek zobowiązań mieszkaniowych wyrażonych w walutach obcych. Wzrost kursu euro czy franka szwajcarskiego wpływa na podwyżki rat kredytowych oraz na całkowite saldo zadłużenia. Szczególnie mocna deprecjacja złotego nastąpiła w przypadku euro, gdzie kurs wymiany EUR/PLN niebezpiecznie zbliżył się do poziomu 4,50 zł.
Średnie kursy walut wg NBP
Średnie kursy walut według NBP
Wszystkie te wydarzenia wprowadziły pewną nerwowość na rynku finansowym. Niestety, wiele wskazuje na to, że najbliższe miesiące utrzymają ten zły stan. Na ewentualną poprawę przyjdzie nam długo czekać.
Toyota Auris: najpopularniejsza hybryda w Polsce
Samochody z napędem hybrydowym już dawno przestały być w Polsce egzotyczną ciekawostką. Jednostki spalinowo-elektryczne stały się bardzo konkurencyjne dla tradycyjnych rozwiązań. Liderem rynku hybryd w naszym kraju od lat pozostaje jego pionier – Toyota, ze swoim kompaktowym modelem Auris. Co przekonuje do niego Polaków?

Rok 2015 przyniósł kolejny rekord sprzedaży hybryd Toyoty. Polacy kupili łącznie 3 819 tych samochodów, czyli o 1 299 (51,5 proc.) więcej niż rok wcześniej. Po raz kolejny bestsellerem okazał się hybrydowy Auris, najpopularniejszy samochód hybrydowy zarówno w Polsce, jak i w Europie. Wynik 2 689 sprzedanych egzemplarzy oznacza wzrost w stosunku do poprzedniego roku aż o 54 proc. Hybrydowego Yarisa wybrało 1 113 klientów, czyli o 53 proc więcej, niż rok wcześniej.
Zainteresowanie hybrydami wzrosło także wśród klientów flotowych. Bardzo chętnie kupują je firmy taksówkarskie. Hybrydowe Aurisy jeżdżą już po ulicach Warszawy, Trójmiasta, Wrocławia i Łodzi m.in. pod szyldem korporacji EcoCar. W sektorze wypożyczalni największą hybrydową flotą w Polsce dysponuje firma Avis, która poszerzyła swoją ofertę o 40 Aurisów Hybrid.
Sercem każdego samochodu jest silnik. To jego własności w znacznej mierze decydują o tym, czy użytkownik jest zadowolony z auta. Na taką satysfakcję składa się nie tylko wartość mocy i momentu obrotowego, ale też spalanie i niezawodność.
Toyota może poszczycić się największym doświadczeniem i osiągnięciami w budowie napędów hybrydowych. Jednostka napędowa kompaktowej Toyoty składa się ze sprawdzonego, wolnossącego silnika o pojemności 1.8 l i mocy 99 KM oraz silnika elektrycznego. Łączna moc układu to 136 KM. Samochód przyspiesza do 100 km/h w 10,9 s. i rozwija prędkość 180 km/h. Średnia emisja CO2 to 79 g/km, a pojazd prawie nie emituje cząstek stałych i tlenków azotu. Najważniejsze, że tym samochodem można się poruszać, w ogóle nie produkując spalin.
Jeśli baterie hybrydowego Aurisa są naładowane, może poruszać się z prędkością do 50 km/h, wykorzystując wyłącznie napęd elektryczny. Również w normalnym trybie pracy silnik spalinowy jest wyręczany przez elektryczny, gdy poruszamy się ze stałą prędkością, jadąc nie więcej niż 70 km/h, a także przy ruszaniu, co szczególnie przydaje się w korkach. To sprawia, że użytkowanie hybrydowego auta w mieście jest tańsze niż tradycyjnej wersji spalinowej. Podczas jazdy w gęstym ruchu auto ma mniejsze zapotrzebowanie na paliwo niż wersja z silnikiem Diesla. Średnie spalanie – według katalogowych danych producenta – to zaledwie 3,9 l/100 km. Uzyskano je w warunkach laboratoryjnych, ale w rzeczywistości kierowca bez trudu może uzyskać wynik na poziomie 4,5 l/100 km.
Sporo zostaje w portfelu, gdy policzymy koszty utrzymania i uwzględnimy niską utratę wartości przy odsprzedaży. Jeżdżąc hybrydą zaoszczędzimy nawet kilka tysięcy złotych na kosztach eksploatacji. Tarcze i klocki hamulcowe wytrzymują o wiele większe przebiegi, bo przy każdym delikatnym wciśnięciu hamulca najpierw włącza się system odzyskiwania energii kinetycznej. Zaoszczędzimy też na naprawach i wymianie części, których… nie ma. Hybrydowy Auris nie posiada skomplikowanego układu wtryskowego ani dwumasowego koła zamachowego. Nie ma też sprzęgła, rozrusznika i alternatora. Ich rolę pełnią podzespoły napędu hybrydowego. Akumulator trakcyjny nie wymaga wymiany przez cały okres użytkowania auta.
Napęd hybrydowy zmniejsza też zużycie hamulców i opon. Pierwsza połowa każdego hamowania jest realizowana za pomocą funkcji odzyskiwania energii. Dlatego klocki hamulcowe posłużą nam na dystansie ok. 90 000 km, a tarcze i opony – znacznie dłużej niż aucie z tradycyjnym napędem.
W wielu miastach w Polsce jeżdżenie hybrydą to także darmowe parkowanie. Nie zapłacimy za nie w Gdańsku, Katowicach, Toruniu, Grudziądzu i Tychach. Kraków gwarantuje przejazd buspasami i wjazd do strefy ograniczonego ruchu oraz o połowę tańsze parkowanie. W Szczecinie jest to zryczałtowana, symboliczna opłata: 10 zł za rok, podczas gdy inni muszą płacić 1500 zł. W centrum Tarnowa na parkowaniu hybrydy zaoszczędzimy 1380 zł rocznie, a w Zielonej Górze za cały rok parkowania hybrydą lub samochodem elektrycznym zapłacimy 20 zł.
Nie wszyscy płac(z)ą przez drogiego franka
Drogi frank to dramat frankowiczów, ale są w Polsce grupy, które z wysokiego kursu helweckiej waluty się cieszą. Należą do nich przedsiębiorcy wysyłający swoje towary do Szwajcarii i otrzymujący we franku płatności. A jak podaje instytucja płatnicza AKCENTA, cały nasz eksport do kraju zegarków i czekolady ma się obecnie znacznie lepiej niż przed tzw. czarnym czwartkiem 15 stycznia 2015 r. Wg danych GUS za styczeń-październik ub. r. wzrósł on o 15,3 proc. r/r. – ponad dwa razy mocniej w tym samym okresie w 2014 r.
Szwajcaria jest naszym 22. najważniejszym odbiorcą eksportu, zajmując miejsce tuż za Chinami. Po 10. miesiącach 2015 r. wartość wywiezionych na ten rynek towarów wynosi blisko 5494,1 mln zł i jest wyższa niż w tym samym okresie rok temu o prawie 716,2 mln zł. – Wysoki kurs franka na pewno nie zaszkodził tym polskim eksporterom, którzy rozliczają się w tej walucie. W momencie uwolnienia kursu CHF automatycznie zyskali bowiem przy przewalutowaniu swoich zapłat z kontraktów – zwraca uwagę Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce, która realizuje i zabezpiecza międzynarodowe transakcje walutowe.
Na wysokim kursie franka skorzystali nie tylko eksporterzy posiadający rok temu kontrakty w tej walucie. Mocny CHF w stosunku do złotówki to także duża zachęta dla eksporterów do ekspansji na ten rynek. – Analizując dane GUS za 10. miesięcy ub. r., widzimy, że eksport do Szwajcarii rośnie dwa razy mocniej niż w tym samym okresie w 2014 r., niedługo przed uwolnieniem kursu CHF. W rok kraj ten przeskoczył aż trzy miejsca na liście naszych odbiorców, przeganiając Łotwę, Białoruś czy Finlandię – wskazuje ekspert AKCENTY.
Szwajcaria nie nakarmimy
Z Polski na szwajcarski rynek trafiają głównie pojazdy i ich części, złoto, meble, transformatory elektryczne i ich części, miedź np. w postaci drutu oraz sprzęt RTV. Niestety, ze względu na politykę ochronną i stosowane przez Szwajcarię bariery w wwozie takich produktów jak np. mięso czy warzywa i owoce, wiele produktów spożywczych z Polski nie ma szansy się przebić na tym rynku. Ale co ciekawe, w kategorii żywności do kraju słynącego z czekolady najwięcej eksportujemy… czekolady (i produktów z kakao)! Szwajcaria sprowadza też z Polski mięso z ryb, produkty piekarnicze (pieczywo, ciastka) i różne przetwory.
Szwajcaria jest wartym uwagi rynkiem zbytu dla polskiego eksportu, należy bowiem do grona najbogatszych państw na świecie. Wg danych OECD, pod względem dochodów i majątku finansowego zajmuje drugie miejsce (za USA) wśród należących do organizacji państw. Kraj zegarków jest na 9. pozycji na świecie pod względem PKB per capita wg parytetu siły nabywczej (dane Banku Światowego z 2014 r.).
Kurs wysoki, ale niepewny
Zeszłoroczne uwolnienie kursu franka przez bank centralny Szwajcarii (SNB) pokazało – także przedsiębiorcom – jak nieprzewidywalny jest rynek walutowy. – Nawet w przypadku walut uważanych za bardzo stabilne, warto zabezpieczać kursy. Obecnie robi to zbyt mały odsetek firm. W grupie eksportujących MŚP, zgodnie z naszym badaniem, w 2015 r. było to jedynie 22 proc. – komentuje Radosław Jarema. Ekspert AKCENTY zwraca także uwagę, że wraz z początkiem obecnego roku kurs franka znów wystrzelił w górę i obecnie utrzymuje się powyżej granicy 4 zł. Dzięki zabezpieczeniu wysokiego kursu można mieć więc nie tylko spokój i pewność co do przyszłej marży, ale też (w razie spadku kursu) zyskać.
Leasing dla firm – Alior Bank poszerza ofertę dla biznesu
Alior Bank rozszerzył ofertę dla firm. Spośród usług nowej linii biznesowej – Alior Leasing – przedsiębiorcy mogą wybrać: leasing operacyjny, finansowy lub pożyczkę leasingową. To idealna propozycja dla przedsiębiorców, którzy myślą o rozwoju swojego biznesu i planują zakup środków transportu, urządzeń lub maszyn.
W ramach oferty Alior Leasing firmy mogą skorzystać z najbardziej popularnych form finansowania środków trwałych niezbędnych do funkcjonowania i rozwoju. Dzięki produktom, takim jak: leasing operacyjny, finansowy i pożyczka leasingowa, przedsiębiorcy uzyskują łatwy i szybki dostęp do maszyn bądź urządzeń bez konieczności angażowania własnych środków.
– Alior Leasing stanowi odpowiedź na oczekiwania nowoczesnych firm, które poszukują kompleksowej oferty leasingowej dopasowanej do ich indywidualnych potrzeb, dostępnej szybko i bez zbędnych formalności związanych z uzyskaniem finansowania – mówi Marek Lozia, prezes zarządu Alior Leasing Sp. z o.o.
– Sprzedaż produktów leasingowych będzie odbywała się z wykorzystaniem wybranych oddziałów Alior Banku, a także własnych sił sprzedażowych Alior Leasing – dodaje.
Aby otrzymać leasing lub pożyczkę leasingową wystarczy odwiedzić jeden z wybranych oddziałów Alior Banku (lista oddziałów z obsługą Alior Leasing). Podczas krótkiej wizyty bankier pomoże dopełnić formalności. Niezbędne finansowanie może być dostępne już w jeden dzień. Oferta przeznaczona jest zarówno dla nowych, jak i dotychczasowych klientów Alior Banku. Leasing lub pożyczka mogą zostać udzielone w złotych oraz euro (jeżeli klient ma przychody w euro).
Oferta Alior Leasing to:
- finansowanie zakupu środków trwałych aż do 100% ich wartości netto,
- uproszczone procedury do wartości 800 tysięcy złotych,
- brak opłaty przygotowawczej,
- szybki i jasny proces podejmowania decyzji,
- aż do 8 lat finansowania,
- możliwość ustalenia indywidualnego harmonogramu spłat,
- profesjonalna obsługa w wybranych oddziałach Alior Banku oraz pomoc konsultantów.
Oferta Alior Leasing obejmuje finansowanie zarówno środków transportu, w tym: samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych, autobusów, motocykli, przyczep, jak i maszyn oraz urządzeń rolniczych, budowlanych, specjalistycznych (m.in. przemysłu spożywczego, poligraficznych, obróbki metalu, drewna, tworzyw sztucznych). Ponadto klienci wykonujący wolne zawody mogą uzyskać pomoc w sfinansowaniu maszyn i urządzeń IT oraz wyposażenia gabinetu.
Dzięki ofercie Alior Leasing przedsiębiorcy mogą rozwijać biznes bez konieczności angażowania własnych środków. Decydując się na leasing, klienci poprzez obniżenie podstawy opodatkowania swoich przychodów zyskują także dzięki mechanizmowi „tarczy podatkowej”.
Zmiany w życiu pod stałą ochroną
Niektóre ważne wydarzenia życiowe skłaniają do refleksji nad bezpieczeństwem swoim i bliskich, co niejednokrotnie pociąga za sobą konieczność wyboru spośród wielu ofert ubezpieczeniowych. A gdyby tak jedna polisa zapewniała ochronę na różne okoliczności?
MetLife wprowadza właśnie do oferty ubezpieczenie ochronno – inwestycyjne Projekt Jutro, które zapewnia ochronę ubezpieczeniową dopasowującą się do zmian w życiu klienta.

– Wprowadzenie Projektu Jutro zostało poprzedzone badaniami oczekiwań klientów. Dzięki nim mogliśmy stworzyć takie ubezpieczenie, które dostarcza prawdziwą wartość i ochronę tego, co dla klienta najważniejsze, czyli zdrowia i życia swojego i bliskich. Nie tylko w momencie zakupu ubezpieczenia ale również w trakcie kolejnych etapów i zmian w jego życiu – wyjaśnia Rafał Piotrowski, Dyrektor Działu Rozwoju i Marketingu Produktów w MetLife.
Niezmiennie ważne zdrowie
Jedną z dodatkowych opcji jest ochrona zdrowia klienta. Takie rozszerzenie zapewnia wypłatę świadczenia w sytuacji poważnego zachorowania, pobytu w szpitalu, a także w razie konieczności przeprowadzenia operacji chirurgicznej.
Mały człowiek – duża zmiana
Klienci, którzy posiadają dzieci mogą zapewnić im ochronę na wypadek trwałego inwalidztwa wskutek NW, groźnej choroby, pobytu w szpitalu lub operacji wskutek NW bądź choroby. Ochrona obejmuje również zdarzenia takie jak złamania czy oparzenia związane z nieszczęśliwym wypadkiem. Warto podkreślić, że jeżeli w okresie wakacji – od 1 lipca do 31 sierpnia – kiedy aktywność fizyczna dzieci jest szczególnie zwiększona, doszłoby do nieszczęśliwego wypadku i w jego konsekwencji do wypłaty świadczenia z tytułu trwałego inwalidztwa, złamania bądź oparzenia, kwota wypłaty będzie automatycznie podwajana. W trudnej sytuacji związanej z nieszczęśliwym wypadkiem dziecka, nie tylko
w czasie wakacji, ale w całym okresie obowiązywania ubezpieczenia, pomocą dla rodziców będą dołączone bezpłatne usługi assistance w ramach Powypadkowego Pakietu Medycznego. Obejmuje on m.in. wizyty u lekarzy specjalistów, badania, zabiegi rehabilitacyjne, pomoc w nauce czy całodobowy serwis informacyjny. Powypadkowy Pakiet Medyczny realizowany jest przez współpracującą z towarzystwem zewnętrzną firmę.
Finansowe bezpieczeństwo, na „wszelki wypadek”
Do wyboru klienta są 4 pakiety dodatkowe: ochrona zdrowia, ochrona dla dziecka i dwa rodzaje ochrony wypadkowej. Co pięć lat zakres udzielanej w ramach tych pakietów ochrony może być zmieniany przy zachowaniu prawa do premii pięcioletniej. Premia ta wynosi 20% składek za każde 5 lat obowiązywania dedykowanej umowy dodatkowej i jest dopisywana do rachunku, na którym gromadzony jest kapitał, pod warunkiem, że przez ten czas nie zostało wypłacone żadne świadczenie z danej umowy dodatkowej.
Obok wspomnianych powyżej opcji ochronnych klienci otrzymują bezpłatnie administrowany rachunek dodatkowy, służący doraźnemu lokowaniu i swobodnemu inwestowaniu bieżących indywidualnych nadwyżek finansowych. Warto podkreślić, że w razie braku terminowego opłacenia składki na ubezpieczenie ubezpieczyciel potrąci odpowiednią kwotę z wartości tego rachunku w celu zachowania kontynuacji ochrony ubezpieczeniowej dla klienta.
– Myśląc o przyszłości staramy się przewidywać zarówno te gorsze, jaki pozytywne scenariusze Z tego powodu w naszym ubezpieczeniu Projekt Jutro nie mogło również zabraknąć rachunku, na którym gromadzone będą środki w postaci jednostek ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych. na tzw. czarną godzinę lub na realizację jakiegoś przyjemnego celu lub marzenia – dodaje Przemysław Świder, Dyrektor ds. Rozwoju i Marketingu Produktów Inwestycyjnych w MetLife.
Interaktywne planowanie
Wraz z wprowadzeniem do oferty ubezpieczenia Projekt Jutro, towarzystwo uruchomiło dedykowaną stronę internetową www.projektjutro.metlife.pl, na której odwiedzający mogą w interaktywny sposób skonstruować swoją listę postanowień na przyszłość, a dzięki przejrzystej grafice poznać koncepcję ubezpieczenia.
Projekt Jutro dostępny jest w sieci agencji i u wybranych partnerów MetLife na terenie całego kraju
Rynki niemal zignorowały odczyty PMI
Indeksy koniunktury w przemyśle przeważnie dawały na rynakch silne impulsy. Obecnie przeszły one bez większego echa. Wraca również temat ustawy frankowej.
W piątek poznaliśmy wstępne odczyty indeksów PMI dla najważniejszych europejskich gospodarek. Wcześniej jednak te same dane opublikowała Japonia. Wynik w Kraju Kwitnącej Wiśni, pomimo tego że wciąż wysoki, to okazał się gorszy od oczekiwań. Znacznie słabiej wypadły za to gospodarki europejskie. Francja osiągnęła równo 50 pkt w symboliczny sposób oddzielające wzrost od recesji. Niemcy uzyskały 52,1 pkt, co niby jest dobrym wynikiem, aczkolwiek analitycy oczekiwali 53 pkt. W rezultacie łączny indeks dla całej strefy euro wyniósł zaledwie 52,3 pkt i był aż o 0,7 pkt gorszy od oczekiwań. Co ciekawe, pomimo tego że dane wyraźnie odbiegały od oczekiwań euro i tak umacniało się wobec dolara.
Dane z Wielkiej Brytanii również przeszły w miarę neutralnie. Funt niewiele stracił po tym jak roczna sprzedaż detaliczna spadła z oczekiwanych 4,3% do 2,6%. Dane te trafiły na moment korekty na brytyjskiej walucie po silnych spadkach zatem jedynym ich efektem było spowolnienie odbicia. Nie zmienia to faktu, że słabszy wynik będzie teraz ciążył Wielkiej Brytanii, gdyż to obok produkcji przemysłowej jeden z najważniejszych elementów do przewidywania kondycji gospodarki.
Temat ustawy frankowej wciąż gorący. KNF podchodzi do analizy systematycznie, zatem nie należy spodziewać się pełnych wyliczeń w ciągu pojedynczych dni. Obecnie do banków rozsyłane są ankiety, mające na celu uzyskanie potrzebnych danych do gruntownej analizy. Dostępne obecnie na rynku szacunki co do kosztów tej ustawy są bardzo różne. Dominując wartości w granicach 30-40 mld złotych, aczkolwiek znajdują się również mniejsze i większe sumy. W ramach dyskusji pojawiają się oczywiście ciekawe wypowiedzi specjalistów. Tutaj warto zwrócić uwagę na wypowiedź wiceministra finansów Leszka Skiby. Stwierdził on, że po wyjaśnieniu wszystkich wątpliwości z ustawą “złoty powróci do poziomu sprzed tych wątpliwości”. Nagle dowiedzieliśmy się, że złotówka osłabiła się nie na skutek obniżki ratingu Polski i zamieszania z procedurami kontrolnymi Unii Europejskiej, ale wątpliwości wobec ustawy frankowej.
Lepsze dane nadeszły z USA. Tamtejszy indeks PMI dla przemysłu wyniósł 52,7 pkt i był aż o 1,6 pkt wyższy od oczekiwań. Korzystanie wypadła również sprzedaż domów na rynku wtórnym. Parametr ten jest ważny w USA, gdyż to z rynku nieruchomości rozpoczął się ostatni kryzys.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:00 – Niemcy – indeks instytutu IFO,
12:00 – Wielka Brytania – wskaźnik zamówień wg CBI.
EUR/PLN

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,4200.
CHF/PLN

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na poziomie 4,0200.
USD/PLN

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,0300.
GBP/PLN

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7300.
Polacy lubią zmianę
Biznes rozwijający się szybciej, niż zakładano, zbliżające się otwarcie nowej lokalizacji przy Placu Unii, sukcesywne budowanie społeczności wśród najemców, dzięki wspólnym warsztatom i niestandardowym eventom. Compass Offices, który wszedł na polski rynek jesienią 2015 roku kipi pomysłami i podsumowuje pierwsze pół roku funkcjonowania w Polsce. Czego Polacy oczekują od swoich biur? Dlaczego źródła tych oczekiwań należy doszukiwać się w naszej kulturze? Jakich Klientów przyciąga Compass Offices? O to wszystko zapytaliśmy Hadley’a Deana, CEO Compass Offices EMEA.

Na polskim rynku obecni jesteśmy zaledwie od września 2015 roku, ale rozwijamy się w tempie, którego nie zakładaliśmy. I jesteśmy tym absolutnie zachwyceni. Spora część powierzchni naszego drugiego centrum w Plac Unii, wynajęta zostanie jeszcze przed otwarciem. To tylko pokazuje, że Polacy szukają dla siebie nowych, elastycznych rozwiązań biurowych, zoptymalizowanych cenowo.
Czy może Pan zdradzić więcej szczegółów związanych z Waszym drugim centrum?
Plac Unii otwieramy na początku kwietnia. Wybraliśmy ten budynek ze względu na jego znakomitą lokalizację, ale także nieco inne otoczenie, które doskonale pasuje do profilu naszego Klienta. Naszą ofertę kierujemy do młodych ludzi, którzy odnieśli już w biznesie pierwszy sukces. Oni także chcą pracować w nowoczesnych przestrzeniach, a dodatkowo być częścią autentycznej społeczności.
Jakich Klientów udało wam się do tej pory pozyskać? I jakiego typu współpracą byli zainteresowani?
Mamy kilka start-upów, ale z reguły są to istniejące już na rynku firmy, zarówno międzynarodowe jak i polskie. Nasz pierwszy Klient to firma założona przez Anglika z brytyjskim know – how, ale zatrudniająca Polaków. Mamy firmę butikową, będącą absolutnie polskim przedsięwzięciem, która zajmuje się fuzjami i przejęciami na rynku Waste Management. Biuro wynajął u nas jeden z działów skandynawskiej firmy produkującej urządzenia dla branży medycznej. Mamy też agencję rekrutacyjną, która powstała w dniu podpisania z nami kontraktu. Większość naszych Klientów, których wolimy nazywać Członkami, planuje zostać z nami na dłużej, ciesząc się elastycznością oferowanych przez Compass Offices usług.
Jakie najczęściej pytania zadają Wam potencjalni Klienci? Z jakimi przychodzą wątpliwościami?
Klienci pytają najczęściej, ile metrów kwadratowych będzie miało ich biuro, nie zdając sobie sprawy z tego, że rozwiązanie klasyczne nijak mają się do tego, co oferujemy. Świadczymy dla Klienta pełną usługę, a więc w tym przysłowiowym “metrze kwadratowym podłogi” zawarte są wszystkie opłaty związane z mediami, ze sprzątaniem, wszelkimi naprawami, obsługą recepcyjną oraz nielimitowany dostęp do kawy i herbaty. To niepoliczalne do momentu, w którym trzeba na przykład zatrudnić asystentkę, zajmującą się administrowaniem biura. Obsługa recepcji to półtora etatu, dodatkowo należy tę recepcję wyposażyć, przygotować ciągi komunikacyjne, pomieszczenie socjalne, etc. Przy 100 – metrowej powierzchni na koniec otrzymuje 30 metrów kwadratowych faktycznego biura. Biuro serwisowane dla 6-7 osób jest zdecydowanie tańsze, a do tego znajduje się w prestiżowej lokalizacji i jest świetnie wyposażone.
Czy zakres świadczonych przez Was usług w Placu Unii będzie taki sam jak w Rondo 1?
W większości tak. W Placu Unii nie mamy tak dużego holu. Jest nieco mniejszy, bo i całe centrum jest nieco mniejsze. A więc Rondo 1 pozostanie naszą główną przestrzenią do wszelkiego rodzaju eventów i warsztatów, które organizujemy dla naszych Członków, podczas gdy Plac Unii będzie miał własny charakter i własną społeczność.
Czego Polacy oczekują dziś od swojego biura?
Myślę, że całe lata byli przyzwyczajeni do dość nudnych przestrzeni biurowych, w których nie mogli wyrażać siebie i czuć się wolni. Z drugiej strony macie wiele inkubatorów, w których rzesze bardzo młodych ludzi chcą w przerwach od pracy grać w piłkarzyki i słuchać najnowszych hitów. Nasza oferta jest dla “dojrzałych” ludzi w biznesie, którzy wciąż chcą się dobrze bawić. Chcą czuć się w biurze jak u siebie w domu, pracować i relaksować się na tej samej przestrzeni. Chcą też, aby ich zespoły mogły być częścią żywej, wspierającej się większej całości. I to właśnie oferujemy.
Czy te oczekiwania różnią się od oczekiwań ich kolegów z innych części świata?
Zdecydowanie. Tym, co uwielbiam w Polakach jest ich silne poczucie przynależności do społeczności. Ludzie dbają tu o siebie nawzajem, nie tylko o członków własnej rodziny, ale także o sąsiadów, kolegów. To bardzo ważny aspekt polskiej kultury, który przekłada się także na to, czego oczekujecie od swojego miejsca pracy. Polacy nie chcą być w nim anonimowi.
W sektorze biur pojawia się wiele nowych trendów. Czy mógłby Pan wymienić kilka kluczowych, które Pan obserwuje?
Widzimy, że firmy potrzebują coraz więcej elastycznych rozwiązań, które w biznesie stają się niezwykle ważne. Podpisywanie długoterminowych kontraktów, o ile nie jest się dużą korporacją, odchodzi do lamusa. Ale nawet w korporacjach ludzie wykorzystują biuro trochę jak hotel, siedząc codziennie w innym miejscu. Coraz więcej uwagi przywiązuje się do wyglądu samego wnętrza – chodzi o to, by było urządzone w komfortowy i kreatywny sposób: wygodne fotele, kanapy, do tego coś, co zapewni relaks – automaty do gier zręcznościowych czy kręgle. Sposób, w jaki korzystamy z biura, zmienia się bardzo szybko. Kolejny trend to budowanie kreatywnej społeczności z ludzi, którzy wokół nas pracują. Społeczność ta nagradzana jest bonusami i rabatami za wzajemne wspieranie się w biznesie, co oznacza, że tradycyjny networking, który koncentrował się wokół wymiany wizytówek podczas warsztatów, przybiera teraz ekonomiczną postać.
Niektóre z tych trendów, jak na przykład budowanie społeczności złożonej z Najemców, zaczynają być obecne na polskim rynku dzięki Compass Offices. Czy Polacy gotowi są na takie „nowości”?
Zdecydowanie. Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Polski piętnaście lat temu, mieliście małe pokoje do pracy i zwykłe biurka. A teraz? Proszę się rozejrzeć. To, co jeszcze uwielbiam w Polakach, to Wasza zdolność przystosowywania się do zmiany. Kiedy w Polsce nic się nie zmienia, ludzi zaczynają się denerwować. Polacy lubią zmiany. A to, co my oferujemy, nie było dotychczas dostępne na polskim rynku.
Komentarz walutowy z 25.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 25.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Prof. R. Bugaj: Minimalna stawka godzinowa od umów-zlecenie to dobry pomysł. Choć część przedsiębiorców może tego nie udźwignąć
Wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej od umów-zleceń na poziomie 12 złotych brutto to rozwiązanie korzystne dla gospodarki – uważa profesor Ryszard Bugaj. Nowelizacja ustawy o pensji minimalnej ma wejść w życie już w lipcu 2016 roku. Ministerstwo Pracy szacuje, że w wyniku zmian już w 2017 roku łączne dochody gospodarstw domowych w Polsce zwiększą się o ponad 280 mln złotych. Ta kwota – zdaniem prof. Bugaja – będzie miała pozytywny wpływ na koniunkturę gospodarczą w kraju. Na nowej ustawie zyska także budżet państwa.
– Uważam, że przyjęcie minimalnej stawki jako urzędowej to dobry pomysł. Co nie znaczy, że nie będzie żadnych perturbacji. Z całą pewnością będą tacy przedsiębiorcy, którzy będą mieli kłopot. Ci, którzy mają niską dochodowość, rzeczywiście mogą nie dać rady – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor ekonomista, profesor Ryszard Bugaj.
Zmiany w ustawie o pensji minimalnej miałyby wejść w życie już 1 lipca 2016 roku. Resort pracy dodaje, że zmiany nie obejmą natomiast umów o pracę. W tym przypadku obowiązywać będzie minimalne wynagrodzenie wynoszące 1850 zł brutto miesięcznie.
– Trzeba zdać sobie także sprawę z tego, że dzisiaj w polskiej gospodarce rozmiary produkcji oraz popyt wyznaczone są przez bardzo niskie płace, które kształtują się pod wpływem sytuacji na rynku pracy – wyjaśnia Bugaj.
Rząd tłumaczy, że celem zmian jest przede wszystkim ochrona rynku pracy. W zamyśle jest także wyeliminowanie sytuacji, w których osoby zatrudnione w ramach umowy-zlecenie otrzymują przeciętne wynagrodzenie np. na poziomie 5 złotych za godzinę pracy.
– Jeżeli ze strony wynagrodzeń pojawi się bodziec popytowy, to ludzie o niskich dochodach wszystko, co dostaną, wydadzą na ogół na polskie produkty. Dzięki temu przedsiębiorcy jako cała zbiorowość mają nadzieję odczuć ożywienie popytu, a dla nich to jest bardzo ważne – tłumaczy ekonomista.
Projekt ustawy uchyla także przepis, w którym wynagrodzenie pracownika w pierwszym roku jego pracy nie może być niższe niż 80 proc. minimalnego wynagrodzenia. Od 1 stycznia 2017 roku osoby wchodzące na rynek pracy będą miały te same prawa, co osoby z dłuższym stażem pracy.
Dodatkowo projekt zmian nadaje większe uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy. W przypadku stwierdzenia naruszeń przepisów przedsiębiorca będzie zagrożony karą grzywny do wysokości nawet 30 tys. złotych.
– Uważam, że ta regulacja jest dobra. Nie ma w ogóle w gospodarce takich regulacji, które są po prostu dobre albo całkowicie złe. Tu może łatwiej coś takiego wymyślić. Ale jak się zrobi bilans, to chyba to jest dobry pomysł – podsumowuje profesor Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN.
Prof. Ryszard Bugaj podkreśla, że konsekwencją wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej od umów zlecenie będą także wyższe wpływy do budżetu państwa. Według szacunków ministerstwa dodatkowe wpływy z tego tytułu już w pierwszym pełnym roku funkcjonowania wyniosą 205 mln złotych. Łącznie do 2025 roku mowa jest o przychodach rzędu 2,05 mld złotych.
Ceny prądu dla firm mogą wzrosnąć. Prawdopodobnie wszyscy polscy sprzedawcy energii elektrycznej zdecydują się na podwyżkę stawek taryfowych
Około marca wzrosną najprawdopodobniej ceny energii elektrycznej dla odbiorców biznesowych. Na podwyżkę taryf prawdopodobnie zdecydują się wszyscy polscy sprzedawcy. Wszystko dlatego, że ich wyniki obciążą między innymi koszty ratowania górnictwa.
– Na pewno fuzje nie przełożą się na ceny energii dla gospodarstw domowych – uspokaja w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Jacewicz, dyrektor Departamentu Usług Energetycznych Grupy Multimedia Polska. – Te ceny już są taryfowo zatwierdzone na 2016 rok. Pozostaje otwarta kwestia segmentu biznesu. Nie mamy jeszcze taryf na 2016 rok. Taryfy dla biznesu zwykle pojawiają się około marca, więc rynek ich wyczekuje.
Jakub Jacewicz uważa, że najlepszą metodą na zabezpieczenie firm przed ewentualnymi podwyżkami jest wcześniejsze podpisanie kontraktów długoterminowych zapewniających stałą cenę energii elektrycznej. Jak zwraca uwagę, klienci, którzy podpisali takie kontrakty w 2015 roku, zaoszczędzili. Ci klienci, którzy jeszcze zwlekają, grają na obniżkę cen. Powinni – zdaniem rozmówcy – jak najszybciej te kontrakty zawrzeć, ponieważ nie zanosi się na to, żeby najbliższe miesiące taką obniżkę cen przyniosły.
– Myślę, że można spodziewać się zwyżki stawek. Chociażby dlatego, że dla gospodarstw domowych co prawda nastąpiła obniżka stawek, ale bardzo kosmetyczna. Zaledwie średnio o 0,8 proc. Jestem przekonany, że wszyscy sprzedawcy energii wnioskowali co najmniej o 2–3-proc. zwyżki tych stawek w URE.
Fuzja energetyki i górnictwa wydaje się przesądzona. Wobec spadku cen węgla na rynkach międzynarodowych połączenie głównego dostawcy paliwa dla polskiej energetyki z odbiorcą może ułatwić restrukturyzację kopalń. Na zapowiedź fuzji nerwowo zareagowali jednak giełdowi inwestorzy. W ciągu ostatniego roku akcje Tauronu straciły np. ponad 43 proc., Energi – 45 proc., Enei i PGE – po 35 proc. I to po zwyżkach z kilku ostatnich dni.
– Analitycy giełdowi jasno wskazują, że pierwszym efektem fuzji może być obniżenie ratingów grup energetycznych – tłumaczy Jakub Jacewicz z Grupy Multimedia Polska. – Wnioskować z tego można, że górnictwo, kopalnie są obciążeniem dla spółek energetycznych. Celem jest wzmocnienie ich pozycji rynkowej, wzmocnienie ich wyników finansowych. Przy założeniu, że te wyniki nie odbiją się zbyt negatywnie na wynikach grup energetycznych.
Grupa Karimpol zbuduje na warszawskiej Woli blisko 200-metrowy wieżowiec. To największy projekt spółki w Europie Środkowo-Wschodniej
Budowa wieżowca Skyliner zakończy się w 2019 roku i dostarczy na stołeczny rynek nieruchomości około 44 tys. mkw. dodatkowej powierzchni biurowej. Szacunkowy koszt inwestycji to 100 mln euro. Partner zarządzający w Grupie Karimpol Harald Jeschek informuje, że aktualnie trwają negocjacje z potencjalnymi najemcami. Oprócz tego deweloper rozważa także rozpoczęcie inwestycji w innych miastach Polski.
– Już od dawna chcieliśmy zrealizować projekt deweloperski na Woli. Uważamy bowiem, że jest to świetna lokalizacja na inwestycje budowlane, przede wszystkim ze względu na bliskość Śródmieścia. Teraz również ze względu na to, że niedawno otwarto II linię warszawskiego metra – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Harald Jeschek, partner zarządzający Grupy Karimpol.
Wieżowiec Skyliner, który powstanie bezpośrednio przy Rondzie Daszyńskiego, będzie liczył 195 metrów wysokości i zaoferuje najemcom ok. 44 tys. mkw. powierzchni. Spółka szacuje, że koszt inwestycji przekroczy 100 mln euro, a według planów budynek zostanie oddany do użytku w 2019 roku.
– Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się kupić działkę, która znajduje się bezpośrednio na przecięciu dwóch głównych arterii komunikacyjnych Warszawy (przyp. ulic Prostej i Towarowej). I to właśnie lokalizacja jest jednym z głównych atutów naszego budynku – tłumaczy Harald Jeschek
Partner zarządzający w Grupie Karimpol podkreśla, że budynek będzie jednym z najwyższych w Warszawie. Zapewnia, że konstrukcja spełni najwyższe standardy techniczne, a także ma odpowiednie certyfikaty ekologiczne. Harald Jeschek informuje, że ruszyła już także sprzedaż powierzchni biurowych potencjalnym najemcom.
– Realizację projektu podzieliliśmy na szereg etapów. Dlatego, że jest to projekt na dużą skalę. Mamy już wszystkie wymagane przepisami prawa zezwolenia, a prace budowlane zakończyły się już na etapie podziemnym. Zbudowaliśmy już ściany szczelinowe i jest to pierwszy etap budowy takiego budynku – wyjaśnia przedstawiciel Grupy Karimpol.
Jeschek dodaje, że w przypadku tak wysokiego wieżowca podziemne ściany szczelinowe sięgają głębokości aż 33 metrów. Aktualnie deweloper realizuje prace planistyczne, prowadząc pierwsze przetargi z potencjalnymi wykonawcami dalszych prac.
– Zaczęliśmy działalność w Polsce już w 1997 roku. Mamy więc długofalowy ogląd sytuacji na tutejszy rynek. Nasze inwestycje traktujemy jako inwestycje długoterminowe, ponieważ uważamy, że jest to rynek o wysokim potencjale – stwierdza Harald Jeschek.
W opinii partnera w Grupie Karimpol na atrakcyjność inwestycji nad Wisła wpływ ma szereg czynników. Po pierwsze, stale obserwowany wzrost popytu zarówno w samej stolicy, jak i w skali ogólnopolskiej. Po drugie umiejętność wykorzystywania wzorców, które płyną do nas z Zachodu.
W najbliższym czasie deweloper ma w planach zarówno kontynuację dotychczasowych projektów, jak i rozpoczęcie nowych przedsięwzięć. Rozważane jest także wyjście poza stołeczny rynek – do wybranych miast wojewódzkich polski.
– W tej chwili nie chcemy rozpoczynać działalności w nowych krajach europejskich. Wręcz wycofujemy się z rynku rosyjskiego. Tam zrealizowaliśmy bardzo udany projekt, ale nie planujemy kontynuacji. Jeśli chodzi z kolei o Austrię, to tam realizujemy szereg projektów w sąsiedztwie Wiednia i są to głównie projekty logistyczne – informuje Jeschek.
Menadżer odnosi się także do źródeł finansowania Grupy Karimpol. W większości przypadków kapitał dostarczają banki austriackie, a pozyskanie funduszy na polskim rynku w chwili obecnej stanowi jedynie dodatkowe wsparcie.
Po karze dla mBanku za kredyty frankowe UOKiK szykuje się do decyzji ws. kolejnych banków
UOKiK wydał pierwsze decyzje wobec banków, które nie uwzględniały ujemnej stawki LIBOR przy wyliczaniu wysokości rat w kredytach hipotecznych we frankach szwajcarskich. W przypadku mBanku urząd nałożył karę w wysokości blisko 6,6 mln zł oraz zobowiązał bank do zwrotu klientom nadpłaconych środków. Z kolei ING Bank Śląski nie został ukarany, gdyż sam zadeklarował, że zaprzestanie podobnych praktyk i zwróci pieniądze. W najbliższych miesiącach można oczekiwać decyzji wobec sześciu kolejnych banków.
– Wydaliśmy pierwsze dwie decyzje w sprawie ujemnego oprocentowania w kredytach hipotecznych we franku szwajcarskim. Bank ING zobowiązał się dobrowolnie do zmiany praktyki. W związku z tym zwróci konsumentom różnicę między naliczonym oprocentowaniem a tym, które powinno uwzględniać ujemny LIBOR – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Wroński, zastępca dyrektora Departamentu Ochrony Interesów Konsumentów Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
W przypadku mBanku urząd zdecydował o nałożeniu kary pieniężnej w wysokości blisko 6,6 mln zł oraz nakazał zaniechanie podobnych praktyk w przyszłości. Bank musi także zwrócić konsumentom nadpłacone środki oraz przeliczyć raty kredytów hipotecznych przy uwzględnieniu rzeczywistej wartości stopy procentowej LIBOR.
– Wydane decyzje nie są ostateczne, przysługuje od nich jeszcze możliwość odwołania. W przypadku ING, jest to decyzja zobowiązująca, zgodna z deklaracją banku. Zakładamy więc, że ta decyzja będzie wykonywana wobec klientów. mBank ma prawo do złożenia odwołania od wydanej decyzji – informuje Łukasz Wroński.
Przedstawiciel UOKiK dodaje, że w sprawie nieuwzględniania ujemnego oprocentowania przy wyliczaniu wysokości rat kredytów hipotecznych we frankach poza wymienionymi przypadkami toczy się jeszcze sześć postępowań administracyjnych. W tej grupie wymienia m.in. Raiffeisen Polbank, Crédit Agricole, Pekao czy BPH. Wroński dodaje, że postępowania są jeszcze w toku i nie można wykluczyć, że także w tych przypadkach zapadną decyzje o karach.
– Przebadaliśmy wszystkie banki, które udzielały kredytów we frankach szwajcarskich. Wśród nich wymienione instytucje nie uwzględniały ujemnego LIBOR-u. Inne banki do tej pory to ujemne oprocentowanie stosują i uwzględniają – mówi Łukasz Wroński.
Spór związany z nieuwzględnianiem ujemnego oprocentowania wiąże się z odmienną interpretacją umów kredytowych. Zdaniem UOKiK raty powinny być wyliczane w oparciu o wysokość marży bankowej oraz rynkową stopę LIBOR. Aktualnie jej wartość jest ujemna, więc powinna wpływać na spadek wysokości rat. Jak zaznacza Wroński, niektóre banki miały w umowach zapisy o stosowaniu zerowej stawki LIBOR w razie jej spadku do wartości ujemnych.
– Wzywamy banki do przekazania pewnych informacji, dokumentów. To jest żądanie pod groźbą kary, więc banki muszą te informacje nam przekazywać – wyjaśnia.
Decyzje wobec kolejnych instytucji powinny zostać wydane w najbliższych miesiącach.

















