Cloud Technologies, właściciel największej hurtowni danych w Europie Środkowo – Wschodniej i najszybciej rosnąca spółka na rynku NewConnect, przejmuje Audience Network. To agencja nowych technologii, specjalizująca się w obszarze audience targetingu, czyli reklamy skierowanej do konkretnej grupy internautów.
Audience Network ma blisko współpracować ze swoim nowym właścicielem, uzupełniając kompetencje Cloud Technologies i wspierając klientów spółki w planowaniu oraz optymalizacji internetowych kampanii reklamowych. Do tej pory Cloud Technologies koncentrowała się przede wszystkim na udostępnianiu danych reklamodawcom, dzięki przejęciu zyska także kompetencje doradcze.
Agencja Audience Network będzie kontynuowała działalność pod dotychczasową marką, na stanowisku CEO Audience Network pozostaje także Grzegorz Kosiński, założyciel firmy.
– Nie chcemy wprowadzać żadnych zmian w strukturze ani strategii Audience Network, bo firma bardzo dobrze radzi sobie na rynku. Łączymy siły, by lepiej obsługiwać klientów. Dzięki przejęciu Audience Network możemy nie tylko udostępnić dane o zachowaniach i zainteresowaniach internautów, ale także pomóc w ich jak najlepszym wykorzystaniu – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.
Firma przetwarza dane z ponad pół miliona stron internetowych i tworzy profile użytkowników, zawierające informacje o ich preferencjach i intencjach zakupowych, dane demograficzne, lokalizacyjne, etc. W sumie to ponad 5 tys. anonimowych cech, dzięki którym reklamodawca wie jaka jest płeć internauty czy jego wiek, jakie strony przegląda, czym się interesuje, czego szuka w Sieci, co miał w swoim koszyku w sklepie internetowym, itd. Z tych informacji korzystają domy mediowe, agencje interaktywne czy inne agencje, takie jak właśnie Audience Network.
– Nasze dotychczasowe doświadczenie i kompetencje pozwolą Cloud Technologies rozwinąć kompetencje w obszarze wsparcia, optymalizacji i realizacji kampanii internetowych dla agencji oraz domów mediowych. W polskim Internecie mamy już dość bogatą ofertę danych o zachowaniach i preferencjach internautów, ale niestety wciąż wykorzystuje się zaledwie promil dostępnych informacji. Nie każdy dom mediowy czy agencja interaktywna potrafią też wycisnąć z nich wszystkie soki. Będąc częścią grupy Cloud Technologies będziemy wspierać wszystkich partnerów przez realizację dla nich efektywniejszych kampanii reklamowych oraz precyzyjne dopasowanie przekazu do konkretnego internauty – przekonuje Grzegorz Kosiński, CEO Audience Network, który zrealizował do tej pory ponad 400 kampanii wykorzystujących dane o preferencjach i zachowaniach internautów.
Jak wynika z badania AdEx 2015’Q1, zrealizowanego przez IAB Polska oraz PwC, na reklamę behawioralną reklamodawcy wydają ponad 3 razy więcej w porównaniu z analogicznym okresem w poprzednim roku.
Branża aptek w internecie jest w takim samym stanie jak tradycyjny retail reprezentowany przez Biedronkę. Silna wojna cenowa wymusza precyzyjne działania marketingowe i obniżanie kosztów. Dominują działania efektywnościowe (e-mail marketing ) i zasięgowe (SEM). Pierwsza prezentacja wyników badania Apteki wśród polskich internautów 2015.
Agencja badawcza IRCenter we współpracy z LeadR – agencją marketingu bazodanowego, PricePanorama – firmą monitorującą e-commerce i SpicyMobile – firmą udostępniającą technologie do analityki mobilnej przeprowadziło badanie korzystania z aptek internetowych wśród polskich internautów.
Celem projektu było opisanie ścieżek klienckich prowadzących do aptek internetowych. Zrealizowaliśmy ten cel porównując dane pochodzące z wielu różnych źródeł: deklaracje użytkowników, skan cen produktów oferowanych w aptekach, zachowania ich użytkowników w mediach społecznościowych i w ramach wyszukiwarki Google i ruch na ich stronach WWW.
Kluczowy wniosek z projektu jest taki, że Internet nie spowoduje zamknięcia aptek stacjonarnych (tylko 6% ich użytkowników korzysta wyłącznie z online’owych sposobów sprzedaży). Apteki są więc skazane na integrację digitalowych i fizycznych punktów sprzedaży.
Wśród użytkowników aptek internetowych zdecydowanie dominują kobiety. Użytkowników aptek można podzielić na dwa segmenty: kobiety w wieku 26-33 lata i osoby powyżej 45 roku życia. Obie grupy zdecydowanie motywują się ceną przy wyborze produktów z aptek internetowych.
Największy udział ruchu na stronach aptek ma SERP (marketing w wyszukiwarkach) i związane z nim bezpośrednie działania reklamowe. Na to stawiają najwięksi gracze. Największy – DOZ – zdecydowanie korzysta z searchu pozostając przy tym przy relatywnie wysokich cenach swoich produktów (kluczowym źródłem ruchu dla DOZ jest reklama display). Z searchu zdecydowanie korzysta również Gemini, które jednocześnie oferuje niskie ceny swoich najbardziej popularnych produktów. Popularność Gemini w Google nieprzerwanie rośnie od 2013 roku.
Najbardziej zauważalnym i efektywnym (w ocenie użytkowników aptek) jest e-mail marketing. Osoby, które zwracają uwagę w internecie na tę formę reklamy zdecydowanie chętnie i często przechodzą z mailingów bezpośrednio na strony aptek i dokonują zakupów. Wysokie zapamiętywanie działań mailingowych wskazuje również na pozytywny wpływ tej formy na wizerunek marek aptek.
Social Media dla aptek to poboczny, ale kluczowy rodzaj działań. Spontaniczne dyskusje o aptekach w mediach społecznościowych są bezpośrednio związane z ruchem na stronie WWW aptek (wysoka korelacja), ale i z częstotliwością wyszukiwania tych aptek w Google. Udział social media jest oczywiście zdecydowanie mniejszy niż searchu,displayu i mailingu.
W kolejnych wiadomościach/sprawozdaniach na temat projektu będziemy informować o: oferowanych produktach, popycie na nie, cenach tych produktów i motywacjach do ich zakupów, a także – o związku aptek z aplikacjami mobilnymi.
Doosan Power Systems jest na ostatniej prostej w negocjacjach w sprawie dostawy, zaprojektowania i instalacji turbozespołu dla PKN Orlen. Spółka stara się również o kontrakty na wyposażenie bloków węglowych w elektrowniach w Bośni i Kosowie. Oprócz projektów realizowanych w formule EPC [engineering, procurement and construction] firma dostrzega także potencjał sprzedaży wysoko sprawnych urządzeń, takich jak turbiny parowe. Równolegle prowadzi zaawansowane prace nad systemami do dekarbonizacji oraz spalania węgla.
– Jest kilka projektów, które realizujemy. Powiem szczerze, że jesteśmy na ostatnim etapie negocjacji z Orlenem w kwestii dość sporego projektu o wartości ponad 100 mln zł na dostawę turbozespołu w formule pod klucz – mówi Mariusz Marciniak, dyrektor sprzedaży na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią spółki Doosan Power Systems.
Projekt dotyczy zaprojektowania, dostawy oraz zabudowy turbozespołu o mocy 70 MW, który będzie wytwarzał energię elektryczną w kogeneracji z ciepłem w parze. Inwestycja będzie realizowana w Elektrociepłowni PKN Orlen w Płocku. Zamawiający zakłada jednocześnie zawarcie z wykonawcą długoterminowej umowy serwisowej.
Doosan Power Systems nie ogranicza się jedynie do polskiego rynku. W kręgu zainteresowania spółki znajdują się również m.in. kraje bałkańskie.
– W innym rejonie również składamy oferty, szczególnie w takich krajach, jak Bośnia czy Kosowo – to są bloki węglowe, które są bardzo odpowiednie dla naszych technologii. Skupiamy się również na działalności serwisowej dla szerokiej gamy klientów. Jest to serwis turbin, kotłów i innych urządzeń energetycznych – tłumaczy dyrektor Marciniak.
Realizacja kontraktów w formule EPC to nie jest jedyny obszar, w którym aktywna jest spółka Doosan Power Systems. W ostatnich latach na polskim rynku osiągane są bardzo dobre wyniki sprzedaży w segmencie wysoko sprawnych urządzeń takich jak m.in. turbiny parowe.
– Oferujemy również instalacje odsiarczania i odazotowania spalin. Świadczymy też usługi serwisowe dla naszych klientów na terenie całej Polski – wylicza Mariusz Marciniak, pytany o sektory działalności z najwyższym potencjałem wzrostu na polskim rynku.
Spółka Doosan Power Systems mocno inwestuje w rozwój swojego przedstawicielstwa w Polsce. Kosztem blisko 50 mln złotych na początku roku oddano do użytku centrum serwisowo-technologiczno-logistyczne w Rybniku. W kompleksie o łącznej powierzchni 8,5 tys. mkw. zatrudnienie znalazło ponad 500 osób.
– Natomiast jeśli chodzi o inwestycje w technologie, to ciągle rozwijamy systemy dekarbonizacji. Mamy centrum badań i rozwoju w Szkocji i tam ciągle prowadzimy badania nad CCS [Carbon Capture and Storage]. Chcemy, żeby spalanie węgla było bardziej efektywne, dlatego pracujemy nad tzw. oxyspalaniem, czyli spalaniem w tlenie, które również limituje emisję do atmosfery – tłumaczy ekspert.
Początek historii spółki Doosan datowany jest na 1896 rok. Obecnie południowokoreańskie przedsiębiorstwo prowadzi działalność w blisko 40 krajach, gdzie zatrudnia ponad 41 tys. pracowników. W ubiegłym roku firma uzyskała łączne przychody w wysokości blisko 20 mld dolarów amerykańskich.
Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Capital Partners planuje rozwój przejętej przez siebie spółki Symbio, producenta zdrowej żywności. Sektor ten w Polsce rozwija się w tempie 20–30 proc. rocznie. TFI CP nie wyklucza ani akwizycji, ani wzrostu przez rozwój organiczny, ale nie planuje utworzenia osobnego subfunduszu.
– Analizujemy kilka projektów private equity, częściowo związanych z branżami, które już mamy w portfelu, a częściowo nowych. Na razie bardzo trudno powiedzieć, który z nich zrealizujemy, bo jak przy każdym projekcie private equity jest mnóstwo negocjacji i może na koniec, ostatniego dnia, okazać się, że z jakichś powodów transakcja nie dochodzi do skutku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Chełchowski, prezes zarządu TFI Capital Partners.
Jak zaznacza, jednym z sektorów, będących w kręgu zainteresowań towarzystwa funduszu inwestycyjnego wciąż jest rynek żywności organicznej.
– Jesteśmy bardzo zainteresowani sektorem żywności, tzw. bio, organic, po części funkcjonalnej. Zrobiliśmy pierwszą inwestycję w tym sektorze, to jest kontrolny pakiet spółki Symbio, od kilku lat dość znanego producenta tego typu żywności – wyjaśnia Adam Chełchowski. – Rozglądamy się dalej i będziemy decydować, czy będziemy jeszcze kogoś przejmować, czy pójdziemy w wzrost organiczny. Spodziewamy się, że sam rynek będzie się bardzo mocno rozwijał – dodaje.
Adam Chełchowski zaznacza, że potencjał w sektorze żywności organicznej wynika przede wszystkim z coraz większej świadomości społeczeństwa na temat odżywiania i coraz bardziej zasobnych portfeli Polaków. Już teraz kategoria ta rośnie o 20–30 proc. rocznie.
– W dojrzałych gospodarkach, takich jak Stany Zjednoczone, Niemcy czy Holandia, żywność organiczna stanowi 5 proc. całego rynku żywności. W Polsce to jest rząd wielkości niżej. Miejsce na wzrost na pewno jest, świadomość konsumencka, że warto odżywiać się czymś, co ma w sobie mniej chemii, nawozów i środków ochrony, zdecydowanie jest – wyjaśnia Adam Chełchowski.
TFI Capital Partners zarządza od 2011 roku funduszem CP Investment I FIZ, który w tym czasie wypracował stopę zwrotu na poziomie ponad 250 proc. Od początku tego roku zarobił przeszło 13,5 proc. Przed rokiem TFI uruchomiło drugi fundusz, CP FIZ, z dwoma subfunduszami: Absolute Return (absolutnej stopy zwrotu), którego wycena w tym czasie wzrosła o 23 proc., oraz Private Equity, który zarobił niemal 30 proc.
– Nasza strategia jest dosyć innowacyjna, bo najczęściej albo są fundusze giełdowe, które zajmują się absolutną stopą zwrotu, tam jest kilka strategii, którymi można próbować osiągać wyniki, albo są fundusze typowo private equity – wymienia Adam Chełchowski. – To, co próbujemy robić, czyli wziąć to, co dobre z tych dwóch strategii, i stosować jednocześnie, jest chyba na tyle unikalne, że raczej będziemy myśleć o tym, żeby rozwijać biznes, który mamy – dodaje.
W najbliższych tygodniach za jednego dolara amerykańskiego możemy płacić prawie 4 złote – uważa Sławomir Dębowski, główny analityk Globtrex.com. Jest to jednak poziom, który powinien powstrzymać dalsze osłabienie polskiego złotego. Niekorzystne są również perspektywy wobec euro. W perspektywie kilku tygodni możliwe jest dotarcie do oporu w rejonie 4,36–4,40 zł. Słabe zachowanie krajowej waluty tłumaczone jest przede wszystkim ryzykiem politycznym, związanym ze zmianami w składzie rządu, a także czynnikami zewnętrznymi.
– W perspektywie najbliższych kilku tygodni można oczekiwać dalszego osłabienia naszej waluty. Na wykresie dolara do złotego możemy oczekiwać wzrostu w rejon 3,97. Próba przełamania tego oporu nie powinna się jednak udać – ocenia Sławomir Dębowski, główny analityk Globtrex.com
W drugiej połowie października polska waluta w stosunku do dolara straciła ponad 5 procent. Jako powód awersji inwestorów podaje się przede wszystkie ryzyko polityczne związane ze zmianami w parlamencie, a także relatywną siłę amerykańskiej waluty. Dolar zyskiwał w ostatnim czasie do większości światowych walut. Tylko w tym roku umocnił się do euro o niemal 10 proc., a do złotego o prawie 9 proc.
– Na parze euro-złoty można byłoby oczekiwać wzrostów. Silne opory znajdują się na poziomie około 4,36–4,40. Tymczasem, jeśli chodzi o eurodolara, to mieliśmy ostatnio dosyć spore spadki. W perspektywie kilku sesji można byłoby oczekiwać spadków – prognozuje Dębowski.
W ostatnim tygodniu października wspólna waluta europejska znalazła się pod sporą presją ze strony inwestorów. W tym czasie jej kurs w stosunku do dolara amerykańskiego został skorygowany o blisko 4 procent do poziomu około 1,0900–1,0950 dolara za euro. Zdaniem analityka Globtrex.com w najbliższym czasie powinno dojść do testowania linii ważnego wsparcia, który znajduje się na poziomie około 1,0800–1,0820 dolara.
– To wsparcie powinno się obronić, myślę jednak, że będziemy mieli potem jakieś odbicie, które może potrwać wiele sesji. Zaś w dłuższej perspektywie myślę, że można oczekiwać dalszych spadków – uważa ekspert.
Analityk jest zdania, że w przypadku utrzymania się trendu spadkowego możliwe jest zejście do poziomu tegorocznego dołka w okolicach 1,0500 dolara za euro. Jest to rejon, który powinien powstrzymać dalsze spadki i pozwolić na przejście notowań do fazy mocnego, długoterminowego odbicia.
Kryzys w polskich kopalniach to jedno z najpoważniejszych wyzwań, z jakimi musi się zmierzyć nowa ekipa rządząca. Prawo i Sprawiedliwość postuluje powołanie nowego resortu – Ministerstwa Energetyki i Surowców, by zapewnić ścisłą współpracę sektorów energetycznego i węglowego. Proponuje, by reformę polskiego górnictwa rozpocząć od analizy potencjału każdej kopalni, a zmiany oprzeć na tych najlepszych.
– Każda kopalnia ma swoją specyfikę, dostęp do innego złoża, do innej jakości węgla. Trzeba przeanalizować, jaki jest potencjał każdej z nich, ich stan techniczny i wykorzystanie sprzętu technicznego, organizacja pracy i zarządzanie, a na bazie tego sformułować pewne plany inwestycyjne dla każdej kopalni odrębnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Tobiszowski, poseł Prawa i Sprawiedliwości.
Drugim krokiem – jego zdaniem – powinno być określenie rynków, na których te kopalnie będą funkcjonować w zależności od ich potencjału oraz zwrócenie się ku rynkom zagranicznym.
– To również wymaga analizy, jak długo dana kopalnia będzie działać, ile ma jeszcze lat przed sobą – 10, 15, 30, 50, wyselekcjonować te kopalnie, które są przyszłościowe i na nich oprzeć całą reformę polskiego górnictwa – wyjaśnia Tobiszowski.
Reformą sektora ma się zająć resort energetyki i surowców, którego utworzenie postuluje PiS. Partia chce, aby w jednym ręku była koordynacja inwestycji w energetyce i w polskim węglu. Tym bardziej że postulowane jest także utworzenie grup surowcowo-energetycznych.
– Nasze elektrownie miałyby wówczas zaplecze surowcowe w bazie polskich kopalń, a więc te plany dotyczące łączenia kapitałowego i wieloletnich umów z polskimi kopalniami powinny stworzyć naturalne zaplecze dla polskiego węgla, jeśli chodzi o energetykę – podkreśla poseł Prawa i Sprawiedliwości. –Potrzebne są tylko bardzo precyzyjne kryteria doboru tych kopalń, które mają stać się zapleczem surowcowym dla poszczególnych elektrowni. Nie każda elektrownia może korzystać z zasobów takiej czy innej kopalni.
Sytuacja w górnictwie jest coraz gorsza. Ceny węgla na świecie spadają od pięciu lat. Tona węgla ARA, czyli odbieranego w portach Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia, kosztuje nieco ponad 50 dolarów. W I połowie 2008 roku notowania sięgały 220 dolarów za tonę. Zdaniem Tobiszowskiego w okresie koniunktury na rynku polski rząd nie podjął odpowiednich kroków, które mogłyby przygotować sektor na spadek cen i nadchodzącą dekoniunkturę. Co więcej, niektóre decyzje jeszcze węglowym spółkom szkodziły.
– W tym roku widzimy, że po porozumieniu ze stroną społeczną nie został wykonany i zrealizowany plan tego porozumienia, bowiem Nowa Kompania Węglowa choć jest, to właściwie jej nie ma i nie wiadomo, w jakim stanie prawnym dzisiaj funkcjonujemy. Wielki grzech zaniechania i bierność właściciela, jakim był rząd, sprawił, że mamy dzisiaj sytuację bez precedensu – podkreśla Grzegorz Tobiszowski. – Z tygodnia na tydzień czas staje się naszym wielkim wrogiem, bo sytuacja finansowa naprawdę bardzo się pogarsza.
Coraz więcej polskich firm próbuje swoich sił w Skandynawii. Mimo że są to rynki hermetyczne, a konsumenci mają wysokie wymagania co do jakości produktów i usług, to Polscy eksporterzy są w stanie je spełnić. Na rosnącej wymianie handlowej najbardziej korzysta branża meblowa, sektor rolno-spożywczy, elektromechaniczny, elektryczny oraz stoczniowy.
Po ośmiu miesiącach roku wartość eksport wynosił blisko 112 mld euro i był o 9 proc. wyższy niż przed rokiem. Import rósł nieco wolniej – o 6,4 proc. – do 110,8 mld euro. Kraje skandynawskie odpowiadają w sumie za ponad 7 proc. polskiego eksportu.
– Wymiana handlowa między Polską a krajami skandynawskimi jest dosyć ożywiona. Skandynawia jest drugim partnerem, jeżeli chodzi o eksport polskich towarów, i czwartym, jeżeli chodzi o import do Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Kowalcze, dyrektor Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej.
Najbardziej aktywnym rynkiem spośród krajów skandynawskich jest Szwecja, która jest ósmym partnerem handlowym Polski (w eksporcie). Eksport do tego kraju w ubiegłym roku wyniósł blisko 20 mld zł, a import – 13 mld. Z danych GUS wynika, że w I półroczu eksport do tego kraju wzrósł o 2,1 proc. Wywóz polskich towarów do pozostałych krajów skandynawskich nieco wyhamował – do Danii o 0,3 proc. (do 1,4 mld euro), do Finlandii o 1,9 proc. (do 0,7 mld euro) oraz do Norwegii o 28,5 proc. (do 1,2 mld euro).
Jak podkreśla Kowalcze, w handlu z poszczególnymi krajami dominują inne branże.
– W przypadku Danii branże, które najbardziej się rozwijają, są związane z sektorem elektromechanicznym, elektrycznym oraz rolno-spożywczym. W przypadku Szwecji to np. branża budowlana. Bardzo dużo eksportujemy stolarki drewnianej i mebli – wymienia Agnieszka Kowalcze.
Z kolei Norwegia eksportuje do Polski bardzo dużo ryb i owoców morza. Polska jest jednym z najważniejszych odbiorców tych produktów. Intensywna wymiana z tym krajem dotyczy też przemysłu stoczniowego.
– Rynki krajów skandynawskich są dosyć hermetyczne i wymagają od firm zainteresowanych wejściem na nie dobrego przygotowania i znajomości branży tam na miejscu. Ponadto tamtejsi konsumenci są dojrzali, świadomi swoich praw i tego, co kupują. Wymagają produktów o bardzo wysokiej jakości. Dlatego ważne jest to, żeby produkty, z którymi polskie firmy chciałyby wejść na skandynawskie rynki, spełniały te wymogi – podkreśla Kowalcze.
Wymianę handlową między Polską a Szwecją, Danią, Norwegią i Finlandią oraz wzajemne inwestycje wspiera Polsko-Skandynawska Izba Gospodarcza. Zrzesza ponad 360 firm, z czego największą grupę stanowią podmioty zrzeszone w sekcji szwedzkiej.
– Izba zrzesza przede wszystkim firmy skandynawskie, które działają na polskim rynku, ale naszymi członkami są również polskie i międzynarodowe przedsiębiorstwa, które szukają kontaktów ze Skandynawią tutaj w Polsce – mówi Agnieszka Kowalcze.
Rozwój handlu w internecie sprawia, że centra handlowe zmieniają swoją formułę. Stają się nie tylko miejscem zakupów, lecz także centrum rozrywkowo-kulturalno-społecznościowym. To atrakcyjna oferta zwłaszcza dla mieszkańców mniejszych miejscowości. Według dewelopera powierzchni komercyjnych firmy Immofinanz już wkrótce centra handlowe zaczną powstawać w miejscowościach do 20 tys. mieszkańców.
– Internet był początkowo tanią formą zakupów, dzisiaj jest po prostu formą wygodną. Musimy myśleć o tym, jak sprawić, by nasze obiekty stały się równie wygodnym miejscem. Niedługo centra handlowe będą miały wiele elementów dzisiaj widocznych w sieci, czyli możliwość zaopiekowania się klientem od wejścia do obiektu aż do wyjścia, a wręcz pokierowania go do autobusu czy do kolejki – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Wesołowski, country manager development w Immofinanz Group Poland, jednej z największych w Europie firm z branży nieruchomości.
W ciągu ostatnich 10 lat liczba e-sklepów Polsce szybko urosła – z 3 tys. do ponad 20 tys., a wartość handlu wynosi ok. 30 mld zł rocznie. To sprawia, że centra handlowe, aby przyciągnąć klientów, muszą dostosować się do ich potrzeb, oferując im coś więcej niż e-commerce.
– Centra handlowe to często oczekiwanie spotkania z małą kulturą, z eventami, które tworzymy. W mniejszych miastach takich wydarzeń nie ma. Centra handlowe żyją życiem trochę kulturalnym, trochę handlowym, trochę społecznościowym. Myślę, że to jest kierunek, który będzie się utrzymywał – ocenia Wesołowski.
Jeszcze 20 lat temu centra handlowe same w sobie były rozrywką – przyciągały klientów, dla których atrakcją była sama możliwość zakupów. Teraz, by móc ich przyciągnąć często z dalszych części miasta lub sąsiadujących miejscowości, muszą zaproponować dodatkowe atrakcje. To już nie tylko kina, kluby fitness czy kręgielnie, lecz także atrakcyjne miejsca spotkań z przyjaciółmi.
– W ostatnio otwartym lubelskim obiekcie dach obiektu jest publiczną przestrzenią. To normalny plac miejski do wykorzystania przez społeczność w dowolnych godzinach, również po zamknięciu centrum. W tym kierunku zmierzamy. Oczywiście, to kosztuje i jest to pewien kompromis pomiędzy możliwościami inwestora a tym, co się da zrobić ponad to, co daje zarobek – podkreśla Jacek Wesołowski.
Pod koniec III kwartału 2015 r. całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wyniosła blisko 12,6 mln mkw. Centra handlowe stanowią 72 proc., z łączną powierzchnią prawie 9 mln mkw. Zdaniem Wesołowskiego wciąż jednak jest miejsce na nowe galerie, zwłaszcza na wschodzie kraju i w mniejszych miejscowościach.
– Jeśli siła robocza będzie rosła, to miasta, które będą w stanie zaakceptować centra handlowe, będą coraz mniejsze. Dzisiaj jesteśmy w miejscowościach do 30 tys. mieszkańców, ale myślę, że niedługo będziemy zmierzali w kierunku miejscowości 20-tysięcznych – zaznacza country manager development Immofinanz Group Poland i podkreśla, że istotna jest lokalizacja i łatwość dojazdu. – Dlatego twierdzę, że w Polsce jest jeszcze dużo przestrzeni na nowe inwestycje.
Dodatkowo szansą dla rynku jest modernizacja i rozbudowa tych centrów, które wybudowano 10 czy 20 lat temu. Immofinanz obecnie działa przede wszystkim w Austrii, Niemczech i Polsce, a także na mniejszych rynkach, takich jak Czechy, Słowacja, Rumunia. W Europie Środkowej firma ma 56 parków handlowych Stop.Shop.
Dla 85 proc. osób, które rozważają studia podyplomowe, czynnikiem decydującym o wyborze uczelni będą zajęcia z przedsiębiorcami i praktykami biznesu. Dlatego coraz częściej w tworzenie kierunków i programów studiów angażują się firmy, które w ten sposób chcą sobie zapewnić dostęp do wykwalifikowanej kadry. Przykładem może być Grupa Muszkieterów, która wspólnie z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu uruchomi cykl wykładów na temat nowoczesnych metod zarządzania w handlu.
– Biorąc pod uwagę wyzwania stojące przed systemem kształcenia, uznaliśmy, że potrzebna jest współpraca Grupy Muszkieterów z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu. Studenci otrzymają w ten sposób to, czego brakuje w czysto teoretycznym nauczaniu akademickim. Będą mogli uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez praktykujących specjalistów z różnych dziedzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Patrick Renault, prezes zarządu Grupy Muszkieterów w Polsce.
Wykłady otwarte ekspertów Grupy dotyczyć będą m.in. logistyki, marketingu oraz e-handlu, ze szczególnym naciskiem na praktyczne wykorzystanie narzędzi stosowanych w zarządzaniu.
– Uważamy, że mamy pewne know-how, którym możemy się podzielić. Pokazujemy także siebie jako solidnego, wiarygodnego pracodawcę i nawet jeżeli ktoś nie trafi do nas dziś, to być może spotka się z nami na swojej ścieżce zawodowej za kilka lat. To już jest dla nas bonus – mówi Marian Słomiak, pełnomocnik zarządu ds. Bricomarché.
Jak podkreślają praktycy biznesu, większość młodych ludzi w Polsce, kończąc studia, nie jest w pełni gotowa, by wejść na rynek pracy. Problemem jest to, że zajęcia z praktykami zawodu wciąż nie są na uczelniach standardem.
– Marketingu dzisiaj uczymy się w firmie, czyli tam, gdzie marketing powstaje – w kontakcie z klientem. Oczywiście teoria jest ogromnie ważna, ale dzisiaj przed uczelniami stoi ważne zadanie, by oferować zajęcia bardziej związane z praktyką zawodową – mówi Tomasz Walkowiak, właściciel sklepu Intermarché Grudziądzu oraz szef marketingu strategicznego w Grupie Muszkieterów.
Studenci, którzy będą uczestniczyli w cyklu wykładów na UEP, otrzymają możliwość wzięcia udziału w rekrutacji na trzymiesięczny staż w centrali Grupy w wybranym przez siebie dziale.
– Trudno jest oczekiwać, że na rynku pracy znajdziemy kogoś, kto od razu wszystko umie, kto spełnia nasze oczekiwania w 100 procentach, jeśli chodzi o umiejętności. Natomiast najważniejsze jest to, żeby pracownik chciał i żeby był zaangażowany – mówi Marian Słomiak. – Pewna bazowa wiedza jest oczywiście niezbędna, oferujemy jednak szkolenia, ponieważ pracownik jest naszą inwestycją i chcemy, żeby został z nami na dłużej.
Patrick Renault podkreśla, jak ważne jest dziś kształcenie ustawiczne. Grupa Muszkieterów ma rozbudowany program szkoleń, który realizowany jest poprzez kilka kanałów. Pierwszy przeznaczony jest dla przyszłych franczyzobiorców. Drugi kanał stworzony jest specjalnie dla właścicieli sklepów i ich pracowników. Na trzeci natomiast składają się szkolenia dla pracowników centrali.
Do 2020 roku Big Data doprowadzi do przekształcenia, zdigitalizowania lub eliminacji 80 proc. procesów biznesowych w firmach – wynika z danych firmy Gartner. Analizę danych przedsiębiorstwa coraz częściej wykorzystują w obsłudze klienta, inwestują więc w nowe narzędzia analityczne. Często ma to decydujące znaczenie dla utrzymania klientów. Prawie jedna trzecia z nich lepiej ocenia kontakt z firmami, które znają ich historię.
– Ogromnym wyzwaniem dla organizacji jest obecnie zrozumienie, co tak naprawdę jest w Big Data – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Monika Kaczmarek, analityk dostarczającej rozwiązania w zakresie analizy danych firmy Verint. – Dzisiaj bardzo trudno jest analizować tego rodzaju zbiory informacji bez systemów pozwalających zrozumieć, co się kryje pod liczbami i innymi danymi.
W przypadku firmy, która prowadzi telefoniczną obsługę klienta, analizowane muszą być setki godzin interakcji konsultantów i konsumentów. Dodatkowo analiza obejmuje także inne sposoby kontaktu – przez media społecznościowe, blogi czy inne strony internetowe.
Coraz więcej polskich firm deklaruje, że chce się rozwijać w kierunku Big Data. Dziś wciąż jednak niewiele z nich jest w stanie efektywnie korzystać z tego narzędzia. Jak oceniają eksperci analityczno-doradczej firmy Gartner, do 2020 roku Big Data doprowadzi do przekształcenia, dalszego zdigitalizowania lub eliminacji 80 proc. procesów biznesowych.
– W naszej bazie klientów znajdują się głównie firmy z rynku telekomunikacyjnego, bankowego, ubezpieczeń społecznych, ale też organizacje, które mają w swoich strukturach ogromne jednostki obsługujące klientów, również w zakresie tzw. back office [zaplecze administracyjne – red.] – wskazuje Monika Kaczmarek. – Te ostatnie koncentrują się głównie na tym, aby dostosować do swojej organizacji aplikacje pozwalające zarządzać tego rodzaju informacją.
Dzięki właściwemu wykorzystaniu danych firma może lepiej zrozumieć oczekiwania klienta. Lepiej dopasowana oferta lub lepsza obsługa klienta może sprawić, że poziom jego zadowolenia z usługi będzie wysoki i nie odejdzie do konkurencji. Jedna piąta klientów badanych przez Verint chce, aby obsługująca ich organizacja umiała dopasować swoją ofertę i postępowanie do ich aktualnych potrzeb.
Na satysfakcję klientów duży wpływ ma także poziom obsługi. Prawie 90 proc. badanych stwierdziło, że im lepsza obsługa, tym lepsza opinię o marce. Najważniejszą przyczyną zmiany dostawcy usług jest wprawdzie wyższa niż u konkurencji cena (31 proc.), ale kolejne miejsca zajmuje nieuprzejmy personel (18 proc.) i zbyt wiele błędów podczas obsługi (16 proc.).
Z drugiej strony, dzięki analizie danych firma może też dowiedzieć się wiele o wewnętrznych o procesach.
– Może się dowiedzieć, jak bardzo proces obsługi klienta jest pracochłonny, na ile sama firma jest prężna finansowo. W ten sposób może ograniczyć wszystko, co wymaga większego nakładu pracy, na przykład zastosować kanały samoobsługowe, bez korzystania z zasobów organizacji, które są kosztowne – zauważa Monika Kaczmarek.
Według firmy Gartner w 2017 r. jedna trzecia informacji w przedsiębiorstwach będzie pochodziła od wyspecjalizowanych firm, analizujących konkretne zbiory konsumentów i opisujących schematy działań i zdarzeń, sytuację geopolityczną, trendy w zachowaniu klientów i pracowników, a nawet klimat.
– Polska zajmuje mniej więcej środkową pozycję wśród firm patrzących na rozwój technologii wewnętrznie, w celu choćby poprawy poziomu obsługi – ocenia Monika Kaczmarek. – Bardziej zaawansowane pod tym względem są, niestety, kraje Europy Zachodniej i Stany Zjednoczone. Tam jest znacznie więcej wdrożeń systemów pomagających w analizie Big Data.
Wciąż więcej mężczyzn niż kobiet prowadzi własny biznes, jednak to firmy prowadzone przez płeć piękną są w lepszej sytuacji. Kobiety to również większe optymistki. Co trzecia uważa, że najbliższe miesiące przyniosą poprawę sytuacji firmy, zaś tylko 15 proc. obawia się pogorszenia sytuacji (przy 25 proc. mężczyzn).
– Mężczyźni dominują nad kobietami pod względem udziału płci w prowadzeniu własnego biznesu. To zróżnicowanie jest inne w zależności od wielkości firmy. Większy odsetek kobiet prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą, mniej kobiet znajdziemy w małych firmach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Alicja Zbytniewska z Firmy.net.
Z raportu Firmy.net wynika, że mężczyźni dominują we wszystkich formach działalności gospodarczej. W przypadku samozatrudnienia kobiety stanowiły ponad 35 proc. W 26 proc. mikrofirm (do 9 zatrudnionych) to panie były osobami decyzyjnymi, jeszcze mniejszy udział (ok. 23 proc.) mają w małych firmach, zatrudniających do 49 osób.
– Firmy prowadzone przez kobiety cechują się większą stabilnością, zarówno pod względem poziomu cen, sytuacji finansowej, jak i poziomu sprzedaży. Kobiety dominują w handlu i usługach i w tych sektorach jest też lepsza sytuacja. Znacznie mniej kobiet na stanowiskach zarządzających jest w przemyśle, rolnictwie i budownictwie. Dlatego też firmy zarządzane przez kobiety są w lepszej kondycji – ocenia ekspertka.
W przedsiębiorstwach związanych z usługami 35 proc. osób decyzyjnych to kobiety, nieco mniej jest ich w handlu – powyżej 27 proc. Dla porównania w budownictwie zaledwie 4 proc. W przemyśle, rolnictwie, leśnictwie, łowiectwie i rybactwie kobiety zarządzają 16-17 proc. firm.
W pierwszym półroczu tego roku prawie 42 proc. przedsiębiorstw nie zanotowało żadnej zmiany w koniunkturze. W przypadku pozostałych firm częściej notowano pogorszenie sytuacji (32 proc.) niż jej poprawę (25 proc.). Blisko połowa właścicieli firm związanych z budownictwem, handlem, rolnictwem i usługami nie odczuła zmian w poprzednim półroczu. Pozostali częściej narzekali na gorszą sytuację w sektorze budownictwa i handlu.
– W firmach zarządzanych przez obie płci panują podobne nastroje na przyszłe półrocze. To kobiety jednak delikatnie przewyższają optymizmem mężczyzn. Zależy to właśnie od sektorów ekonomicznych. Firmy w sektorach usług i handlu, gdzie jest wiele kobiet, po prostu są w lepszej kondycji, a sektory te mają lepsze prognozy – przekonuje Zbytniewska.
Większość właścicieli firm bez względu na płeć uważa, że najbliższe miesiące nie przyniosą zdecydowanych zmian. Mimo to większy optymizm można zauważyć u kobiet – co trzecia uważa, że drugie półrocze przyniesie poprawę sytuacji, zaś 15 proc. spodziewa się jej pogorszenia. W przypadku mężczyzn, co czwarty prognozował polepszenie lub pogorszenie kondycji firmy.
Zdaniem prelegentów III Forum Zarządzania Wierzytelnościami nadchodzące miesiące przyniosą wiele zmian prawnych, z którymi będą musiały się zmierzyć zarówno firmy windykacyjne, jak i szeroko pojęta grupa wierzycieli. Największe wyzwanie dla sektora bankowego stanowi likwidacja uregulowań BTE. Paneliści zwracali uwagę także na kwestie upadłości konsumenckiej, a w szczególności stosowanie ww. uregulowań w praktyce. W rozmowach ekspertów dużo czasu poświęcono prawu upadłościowemu, jak również egzekucji komorniczej.
W dniach 21-22 października 2015 roku w ramach Spotkania Liderów 2015 Bankowości i Ubezpieczeń grono ekspertów dyskutowało o tematach nurtujących branżę windykacyjną. Najwięcej emocji wzbudzała konieczność znalezienia efektywnego rozwiązania zastępującego BTE. Zdaniem prelegentów, wśród których znaleźli się także przedstawiciele banków, dla sektora oznacza to konieczność całkowitej reformy sposobu dochodzenia roszczeń. Nie będzie to jednak zadanie aż tak trudne i kosztowne, jak wydawało się tuż po wydaniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego.
Zdaniem Izabeli Dąbrowskiej-Antoniak, Dyrektora Działu Prawnego Federacji Konsumentów w okresie obowiązywania BTE istniał wyraźny brak równowagi pomiędzy bankami a innymi podmiotami rynku, w szczególności konsumentami, którzy zajmowali najsłabszą pozycję. Federacja odnotowała wiele nieprawidłowości w stosowaniu tego rozwiązania jak wystawianie BTE na sumę przewyższającą rzeczywistą kwotę wierzytelności, a także błędne formułowanie kwot, do jakich możliwe było wystawienie BTE. Z powyższym nie zgadza się m.in. adwokat Michał Kwieciński, Partner Zarządzający Kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci, którego zdaniem zaskarżalność BTE była znikoma, a więc skala naruszeń nie mogła być na tyle rażąca, aby była powodem uchylenia dobrze funkcjonującego narzędzia windykacyjnego.
Jeśli nie BTE to co?
Marta Kosterna, Manager Wydziału Windykacji Sądowej i Egzekucyjnej, Raiffeisen Polbank uspokoiła uczestników forum twierdząc, że banki, po pierwszym szoku spowodowanym zakwestionowaniem BTE przez Trybunał Konstytucyjny, zdołały dosyć szybko wypracować nową strategię dochodzenia należności, chociażby przy użyciu Elektronicznego Postępowania Upominawczego, czy trybu nakazowego. Kosterna zwróciła uwagę także na pozytywny aspekt nowelizacji tj. znaczące obniżenie kosztów prowadzenia postępowania sądowego przez banki, gdzie górna granica opłaty sądowej w przypadku dochodzenia wierzytelności bankowych wyniesie 1.000 zł, podczas gdy w przypadku „zwykłych” wierzytelności jest to 100.000 zł. Według Izabeli Kachnowicz, radcy prawnego z kancelarii EOS & M.Witoń uchylenie BTE nie spowoduje ztenaczącej zmiany np. przy wycenie i skupie wierzytelności, niemniej jednak jest to ograniczenie niezrozumiałe, ponieważ banki jako podmioty dobrze regulowane i mające znaczący wpływ na rozwój gospodarki polskiej, powinny być w pewnym sensie uprzywilejowane, chociażby w zakresie preferencyjnych warunków dochodzenia przeterminowanych należności.
Sądy nie są gotowe na upadłość konsumencką?
Uczestnicy spotkania zwrócili uwagę na znaczne ułatwienie procedury zgłaszania wniosków o ogłoszenie upadłości przez konsumentów, przy jednoczesnym braku odpowiedniego przygotowania sądów do tej zmiany. Mecenas Zimmemann z kancelarii Zimmermann i Wspólnicy podkreślił, że nowelizacja ustawy rzeczywiście osiągnęła zakładany cel. W 2015 roku ogłoszono ok. 1400 upadłości konsumenckich, co potwierdza, że nowe przepisy „przyjęły się” w praktyce. Podkreślił jednak, iż ogłoszenie upadłości nadal nie jest tak łatwe, żeby masowość tego zjawiska mogła zagrozić pozycji i sytuacji majątkowej wierzycieli. Zdaniem Mecenasa Zimmermanna ogłaszanie upadłości przez konsumentów jest zjawiskiem naturalnym, mającym na celu przywrócić konsumenta do obrotu, a nie służyć jego wykluczeniu. Problem w takim postrzeganiu upadłości stanowi jednak brak przygotowania polskich sądów do nowelizacji. Dziś nie radzą sobie z tak dużą liczna wniosków. Opieszałość sądów i znaczne wydłużenie procedury (z zakładanych 3 lat do nawet 6 lat) może niestety spowodować brak zaistnienia skutku oddłużenia społeczeństwa, który przyświecał ustawodawcy.
Także w ocenie Izabeli Dąbrowskiej-Antoniak nowelizacja ustawy w zakresie upadłości konsumenckiej przyniosła wiele korzyści, ale konsumenci nadal nie są w stanie samodzielnie poruszać się w świcie niezrozumiałych uregulowań prawnych, co znacznie obniża poziom ich świadomości.
Nowe narzędzie dla firm bez płynności finansowej
Przedmiotem dyskusji panelistów III Forum Zarządzania Wierzytelnościami było również zagadnienie restrukturyzacji, jako nowego narzędzia służącego ratowaniu przedsiębiorstw, które czasowo utraciły płynność finansową i znalazły się na skraju upadłości. Zdaniem specjalistów narzędzie to jeszcze przez najbliższe miesiące nie będzie zbyt popularne, wobec braku przygotowania zarówno syndyków, jak i samych potencjalnych beneficjentów tego rozwiązania. Piotr Zimmermann uważa, że powodem zmiany i wprowadzenia nowej instytucji były „złe skojarzenia językowe”, które wiązały się ze słowem „upadłość”, a także zbyt łatwe i pochopne zmiany sposobu prowadzenia upadłości z układowej na likwidacyjną. W konsekwencji ogłoszenie upadłości z możliwością zawarcia układu było w Polsce niemal niemożliwe, co powodowało zbyt szybką likwidację wielu podmiotów gospodarczych, niekiedy z pokrzywdzeniem wierzycieli niemających wpływu na tok postępowania. Eksperci podkreślają, że nowe rozwiązanie przyniesie wiele korzyści i pozwoli na wznowienie działalności przez przedsiębiorstwa, które znalazły się tylko w czasowych tarapatach finansowych. Tym samym zwiększy szanse wierzycieli na zaspokojenie, a dłużnikowi być może pozwoli dalej prowadzić działalność.
Środowisko wierzycieli nieco sceptycznie podchodzi do zmian w Prawie upadłościowym. Zdaniem Marty Kosterny na rynku brakuje jeszcze specjalistów, którzy mogliby rzetelnie przeprowadzić restrukturyzację przedsiębiorstwa, nie powodując jego upadku. Niemniej jednak jest nadzieja na poprawę tej sytuacji z biegiem lat i banki widzą w nowej ustawie sporo możliwości na przyszłość.
Zmiany w procesie egzekucji komorniczej
Przedmiotem dyskusji były m.in. ograniczenie liczby przyjmowanych przez komorników sądowych spraw spoza rejonu, cyfryzacja postępowania egzekucyjnego, a także najbardziej kontrowersyjne zagadnienie – nałożenie obowiązku odprowadzania podatku VAT od niektórych czynności wykonywanych przez komorników sądowych.
Zakaz przyjmowania przez komorników spraw spoza rejonu działania, powyżej określonej ustawowo liczby wzbudza kontrowersje przede wszystkim wśród przedstawicieli wierzycieli masowych, którzy w ramach usprawnienia procesu windykacji, a także zmniejszenia kosztów dochodzenia należności, starają się współpracować z jak najmniejszą liczbą komorników. Zdaniem adwokata Michała Rączkowskiego, Partnera Zarządzającego w Kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci proponowane zmiany są niekorzystne dla wierzycieli. Duże kancelarie komornicze są zdecydowanie lepiej przygotowane do obsługi wierzytelności masowych, chociażby z uwagi na zaplecze technologiczne, a także optymalizację kosztów w zakresie wykorzystywanych przez nich narzędzi. Natomiast rozproszenie spraw wśród licznych, a mniejszych kancelarii komorniczych może spowodować liczne trudności w ułożeniu procesu dochodzenia należności.
Głos w dyskusji zabrał Stefan Paweł Gintowt, Przewodniczący Rady Izby Komorniczej w Warszawie. W Jego opinii proponowane zmiany, teoretycznie i praktycznie, nie do końca realizują interesy komorników, wierzycieli, jak i dłużników. Przypomniał jednak, że założeniem istnienia kancelarii komorniczych, realizujących zadania z zakresu egzekucji, było wykonywanie tych zadań przez komornika osobiście. Gintowt wyraził pewna wątpliwość, czy w kancelariach masowych cele skutecznej egzekucji są w pełni realizowane. Przyznał jednak rację przedstawicielom wierzycieli –jeśli godzą się na taki sposób załatwiania ich spraw, powinni mieć możliwość wyboru kancelarii bez ograniczeń nakładanych przez ustawodawcę. Zamiast ograniczać liczbę spraw w danej kancelarii i odbierać wierzycielowi prawo wyboru, należy rozważyć stworzenie instrumentów, które pozwoliłyby na skuteczniejszą realizację zadań z zakresu egzekucji przez wszystkie kancelarie, np. w postaci umożliwienia komornikom zawiązywania spółek osobowych.
Skutkiem powyższych zmian będzie prawdopodobnie konieczność reorganizacji działających dotychczas bardzo sprawnie dużych kancelarii komorniczych, w tym zwolnienie części pracowników. A jednocześnie zdaniem Gintowta nie uratuje to źle prosperujących mniejszych kancelarii, które nie zawsze chcą przyjmować większą ilość spraw.
VAT dla komorników
Również najnowsza interpretacja ogólna Ministra Finansów z dnia 09 czerwca 2015 r., w zakresie opodatkowania podatkiem VAT czynności wykonywanych przez komorników sądowych, wzbudza emocje. Zdaniem Grzegorza Mroza, Zastępcy Dyrektora Departamentu Administracji Podatkowej w Ministerstwie Finansów powodem zmiany dotychczasowej interpretacji w zakresie opodatkowania czynności wykonywanych przez komorników sądowych był przede wszystkim wzrost wiedzy organów podatkowych na temat rodzaju tych czynności. Ministerstwo od lat próbowało rozstrzygnąć, kim jest komornik. Czy przedsiębiorcą? Czy raczej urzędnikiem państwowym (zwolnionym z podatków)? Do tej pory komornicy, traktowani jako urzędnicy, wyłączeni byli spod regulacji podatkowych, ale nie ma już dłużej uzasadnienia dla takiego wyłączenia, głównie z uwagi na rozszerzenie katalogu usług oferowanych przez komorników.
Wśród praktyków, zarówno po stronie wierzycieli, jak i dłużników, narodziło się podstawowe pytanie – jak rozliczać naliczony przez komorników podatek VAT? Według doradcy podatkowegoAgnieszki Wierzbickiej, Partnera w Kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci czynność komornika jest usługą świadczoną zarówno dla wierzycieli, jak i dłużników. Dlatego też początkowo faktura VAT powinna zostać wystawiona na wierzyciela (w momencie zapłaty zaliczki), a w przypadku uregulowania zadłużenia przez dłużnika – korygowana i wystawiana na rzecz dłużnika. Takie rozwiązanie spowoduje znaczne podwyższenie kosztów administracji wszystkich podmiotów biorących udział w ww. „transakcji”.
Stefan Gintowt, który opowiedział się zdecydowanie przeciw zmianie interpretacji, podkreślił, że komornicy nie są przeciwni ich opodatkowaniu, jednak do tej pory organy państwowe, a za takie należy uważać komorników, nie podlegały regulacji ustawy o VAT. Według Gintowta niezgodne z prawem jest nałożenie na komorników podatku na mocy tylko interpretacji Ministra. Niezbędna jest zmiana ustawy, w szczególności, że „nałożony” interpretacją podatek obciąża dochód komornika, a nie jest neutralny, co jest przymiotem VAT-u.
Wszyscy paneliści ocenili pozytywnie zmiany proponowane nowelizacją z dnia 10 lipca 2015 roku o zmianie ustawy – Kodeks cywilny, ustawy – Kodeks postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustaw, w zakresie postępowania egzekucyjnego. Eksperci wyrazili jednocześnie obawy, czy uda się je wprowadzić w najbliższym czasie z uwagi na brak dostosowania technologicznego, w szczególności sądów. Zdaniem Stefana Gintowta, który zajął stanowisko w kwestii elektronicznych licytacji ruchomości, ustawodawca oczywiście wprowadził bardzo pozytywne narzędzie, jednak mógł od razu je rozszerzyć o możliwość elektronicznego przeprowadzania licytacji nieruchomości, ponieważ stanowią one znaczną część wszystkich licytacji i pozwalają na skuteczne zaspokojenie wierzycieli.
Martin Winterkorn, dotychczasowy szef Volkswagena, otrzymał wynagrodzenie za 2014 rok 16 mln euro, na jego koncie emerytalnym zgromadzonych jest 28,6 mln euro. Wierzyciele dostrzegli realną szansę zaspokojenia roszczeń z majątku osobistego zarządców. Gdzie się kończy odpowiedzialność członka zarządu? Czy zarządca spółki ma prawo się mylić? Odpowiada Zbigniew Jara, partner zarządzający w kancelarii JARA DRAPAŁA & PARTNERS.
Coraz więcej roszczeń wobec zarządców
Odpowiedzialność osobista zarządcy związana jest z zarządzaniem sprawami spółki, czyli z ryzykiem podejmowanych przez zarządcę decyzji biznesowych. Podejmujący błędne decyzje zarządca naraża się na odpowiedzialność korporacyjną i może być w każdym momencie odwołany decyzją wspólników z funkcji członka zarządu. Ponadto naraża się na odpowiedzialność odszkodowawczą wobec spółki, a przede wszystkim wobec wierzycieli spółki. Wysokie odszkodowania mogą prowadzić do finansowej ruiny członka zarządu i jego rodziny.
Odpowiedzialność osobista członka zarządu za przekroczenie granic ryzyka gospodarczego obowiązuje w kodeksie spółek handlowych od jego uchwalenia w 1934 roku. W praktyce do roku 2008 ograniczała się ona głównie do solidarnej ze spółką odpowiedzialności członków zarządu za jej zobowiązania. Od kryzysu finansowego w 2008 roku obserwujemy jednak wzrost roszczeń odszkodowawczych wobec członków zarządów spółek. Przyczyniły się do tego: globalizacja, wzrost świadomości poszkodowanych oraz paradoksalnie, masowo zawierane na rzecz członków zarządu polisy ubezpieczenia ich odpowiedzialności cywilnej (D&O). Nie bez znaczenia jest również wzrost wynagrodzeń zarządców, które obecnie są kilkadziesiąt do kilkuset razy wyższe niż pensje pracowników.
Żeby wygrać, trzeba grać
Zarządzanie spółką to podejmowanie decyzji gospodarczych. Podejmowanie decyzji biznesowych wiąże się z ryzykiem, że nie zawsze będą one trafione i przyniosą spółce korzyści. Błędne decyzje mogą nawet narazić spółkę na niewypłacalność, a w ostateczności doprowadzić do jej upadłości. Podejmowanie ryzyka biznesowego bardzo często jest jednak niezbędnym warunkiem osiągnięcia sukcesu. Stąd wynika presja, jakiej poddawany jest każdy członek zarządu.
Odpowiedzialność osobista członka zarządu zawiera się w ramach wyznaczonych z jednej strony przez decyzje biznesowe obarczone ryzykiem powstania szkody dla spółki, z drugiej strony nakazem działania w interesie spółki. Warto przy tym podkreślić, że członek zarządu nie ma obowiązku działania w interesie wspólnika, któremu „zawdzięcza” swój mandat, ale z korzyścią dla spółki, czyli w jej interesie. Interes spółki realizuje się w zasadzie w osiągnięciu jej celu – najczęściej jest to wypracowanie zysku, czyli dywidendy dla wspólnika, który jest w sensie gospodarczym właścicielem spółki.
Kiedy zarządca może uniknąć odpowiedzialności osobistej
Członek zarządu może uniknąć odpowiedzialności osobistej, jeżeli będzie sprawował zarząd w interesie spółki, lojalnie oraz z uwzględnieniem tzw. należytej staranności. Wyróżnia się trzy zasadnicze kategorie obowiązków członka zarządu: (i) obowiązek działania zgodnie z prawem, tj. nakaz wypełniania konkretnych obowiązków określonych w ustawie, umowie spółki oraz w uchwałach wspólników; (ii) obowiązek starannego prowadzenia spraw spółki, tj. obowiązek należytego planowania i kierowania procesami w spółce w celu wykrycia pojawiających się szans biznesowych, ale i zagrożeń dla rozwoju i istnienia spółki oraz obowiązek bieżącego monitorowania sytuacji finansowej (oraz majątkowej) spółki, w szczególności jej zdolności (płynności) do terminowego wykonywania zobowiązań spółki; (iii) obowiązek kontroli działań pozostałych zarządców (kontrola horyzontalna) oraz podległych pracowników (kontrola wertykalna).
Ciężar dowodu braku winy spoczywa na zarządcy
Przesłankami odpowiedzialności odszkodowawczej członka zarządu są: niewykonanie lub nienależyte wykonanie obowiązków, wskutek czego spółka poniosła szkodę, związek przyczynowy między niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem obowiązków a szkodą oraz zawinienie niewykonania lub nienależytego wykonania obowiązków. Spółka powinna udowodnić szkodę i niewykonanie lub nienależyte wykonanie obowiązków. Na członku zarządu spoczywa ciężar dowodu braku winy, czyli dołożenia należytej staranności przy wykonywaniu swych obowiązków.
Członek zarządu powinien znać prawo
Przepisy ustanawiają domniemanie winy członków zarządu. Mogą oni uwolnić się od odpowiedzialności wykazując brak winy. Przy wykonywaniu obowiązków wymaga się od zarządcy dołożenia staranności wynikającej z zawodowego charakteru ich działalności. Miernik staranności „sprawowania zarządu”, którego zachowanie wyłącza winę nieumyślną, powinien być oceniany z uwzględnieniem zawodowego charakteru elementu zawinienia. W orzecznictwie wskazuje się, iż „sprawowanie zarządu” obejmuje w szczególności znajomość procesów organizacyjnych, finansowych, kierowania zasobami ludzkimi oraz znajomość prawa i następstw z niego wynikających w zakresie prowadzonej działalności.
Członek zarządu ponosi więc osobiste ryzyko, że błędnie ocenił stan prawny. Nieznajomość prawa lub brak wiedzy, np. odnośnie kondycji finansowej zarządzanej spółki, wynikający wyłącznie z zaniechania zarządcy, nie prowadzi do uwolnienia go od odpowiedzialności.
Nie wystarczy również, że członek zarządu, kolegialnego organu spółki, powstrzyma się od głosu podczas podejmowania uchwały. Taki członek zarządu, podobnie jak jego przegłosowany kolega w zarządzie, jest zobowiązany do podjęcia aktywnych działań, aby decyzja zarządu nie była sprzeczna z interesem spółki.
Pomoc doradców nie zwalnia z odpowiedzialności
Decyzje zarządu mogą opierać się na prawnej analizie problemu dokonanej przez pracowników spółki lub podmioty zewnętrzne, dysponujące konieczną wiedzą specjalistyczną i doświadczeniem. Powierzenie problemu osobie zajmującej się zawodowo określoną domeną i posiadającej stosowne wykształcenie nie jest jednak jednoznaczne z dochowaniem należytej staranności. Czynności „sprawowania zarządu” nie można skutecznie przenieść na osobę trzecią.
Członek zarządu powinien poddać uzyskaną opinię ocenie pod kątem jej logicznej poprawności, zwłaszcza jeżeli przyjęta argumentacja i sformułowane wnioski znacznie odbiegają w opinii od dokumentu, na podstawie którego zarząd spółki może podejmować doniosłe decyzje. Podstawą przyjęcia jakiekolwiek opinii za wiarygodną powinna być jej rzetelna i wyczerpująca argumentacja zawierająca spójny wywód i stanowiąca oparcie dla sformułowanych wniosków końcowych. Powyższych kryteriów zasadniczo nie spełnia opinia ustna. Forma pisemna zalecana jest choćby dla celów dowodowych. Ocena formalna i merytoryczna udzielonej opinii powinna uwzględniać perspektywę członka zarządu jako laika w skomplikowanych nierzadko kwestiach prawnych.
Czy zarządca ma zatem prawo się mylić?
Zarządca jak najbardziej ma prawo się mylić. Ryzyko popełnienia błędu jest bowiem immanentną cechą podejmowanych decyzji biznesowych. Aby uchronić się od odpowiedzialności za decyzje, które ex post okazały się błędne i doprowadziły do powstania szkody po stronie spółki, należy jednak przestrzegać pewnych standardów staranności. Standardy te zakładają w szczególności, że członek zarządu podjął decyzję na podstawie odpowiednich informacji i profesjonalnych analiz, w warunkach braku konfliktu interesów między członkiem zarządu a interesem spółki.
Jak przebiegają wybory na rynkach, gdzie partia utrzymuje się przy władzy – pokazał przykład Turcji. Złoty potrzebuje więcej czasu, gdyż analitycy cały czas kalkulują obietnice wyborcze. Dzisiaj dzień publikacji wskaźników PMI.
Znamy wyniki wyborów w Turcji. 49,4% zdobyła rządząca partia Sprawiedliwości i Rozwoju. Zdobyła ona ponad 300 mandatów w 550 miejscowym parlamencie. Oznacza to, że będzie ona kontynuować 13-letnią już władzę. Jest to formacja obecnego prezydenta Erdogana. Skoro jest to formacja odpowiedzialna za ostatnie sukcesy gospodarcze Turcji, nie może dziwić fakt, że jej zwycięstwo spowodowało wzrosty na giełdzie i umacnianie się liry. Było to odrabianie strat po zeszłotygodniowych spadkach, kiedy to inwestorzy w obawie o wynik wyborów ostrożniej podchodzili do tematu Turcji.
Również w Polsce stabilizuje się sytuacja na rynkach walutowych. Pomimo tego że jesteśmy w prasie i portalach informacyjnych straszeni nową władzą, rynki wydają się uspokajać. Podatek od hipermarketów nie zdewastuje tej branży, nawet jeżeli zostanie wprowadzony w tej formie co obecnie proponowany. Po czym poznać, że rynki walutowe spodziewały się gorszego? W ciągu tygodnia od wyborów euro staniało z 4,28 zł na 4,25 zł. Frank spadł z 3,94 zł na 3,91 zł. Ze względu na ruchy na rynkach światowych dolar i funt pozostały na mniej więcej takich samych poziomach.
W nocy poznaliśmy dane na temat chińskiego PMI. Wypadł on co prawda o 0,9 pkt lepiej od oczekiwań, ale to tylko dlatego, że oczekiwania analityków po ostatnich danych z Chin są naprawdę pesymistyczne. Poziom 48,3 pkt wyraźnie wskazuje, że optymizm w gospodarce zamiera. Może to sugerować, że wymarzone 7% wzrostu założone na ten rok nie zostanie dowiezione. Dobrze, że na kolejne lata założono już “tylko” 6,5% wzrostu, przynajmniej pompowanie gospodarki, by sprostać tak wyśrubowanym wskaźnikom będzie miało mniej efektów ubocznych dla gospodarki globalnej.
Co ciekawe dane z Japonii zgodnie z oczekiwaniami analityków uległy wyraźnie poprawie. Indeks PMI dla przemysłu wyniósł 52,4 pkt wobec 51 pkt w poprzednim okresie. Świadczy to o dużym optymizmie menadżerów biorących udział w ankietach, gdyż ostatnie dane makroekonomiczne z Japonii nie napawały optymizmem.
Odczyt dla Polski wyniósł 52,2 pkt. Z jednej strony to dobry wynik. Z drugiej analitycy spodziewali się 0,2 pkt więcej. Dane te spowodowały krótkotrwałe osłabienia złotego względem innych walut, jednakże już po pół godzinie nie było widać wpływu tego ruchu na kurs.
Dzisiaj oprócz pozostałych wskaźników PMI warto zwrócić uwagę na następujące dane:
14:00 – Polska – wstępny wskaźnik inflacji,
16:00 – USA – wskaźnik ISM dla przemysłu.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 02.08.2015 do 02.11.2015
Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2600, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2400 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 02.08.2015 do 02.11.2015
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebicia testowanej linii oporu na 3,8950 kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9500 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9300.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 02.08.2015 do 02.11.2015
Kurs USD/PLN wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 3,9350. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9000.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 02.08.2015 do 02.11.2015
Kurs GBP/PLN podążał jeszcze na początku miesiąca w trendzie spadkowym. Przed wyborami doszło do silnego wybicia, które jest kontynuowane i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 5,9950. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum.
„Pasjonaci biznesu” – tak chcą być postrzegani. Dbają, aby twój samochód godnie cię reprezentował, a środowisko na tym nie cierpiało. Przekształcają swoje marzenia w biznes, wprowadzając innowacje do Polski. Chcą działać jak Steve Jobs i zmieniać świat.
Miłość i wytrwałość w Biznesie Ivan Kosarovych urodził się na Ukrainie, ale polskie korzenie dały o sobie znać i w wieku 15-tu lat przeprowadził się do Polski. Ojciec od początku zaszczepiał w nim miłość do bycia przedsiębiorczym, a on sam już w liceum poznał jednego ze swoich wspólników, Dawida Chmielarza. Aktualnie obaj są studentami UEK w Krakowie. Kolejny wspólnik to Mateusz Patrzałek, którego z Dawidem Chmielarzem połączyła najpierw pasja – żeglarstwo, a później praca. Mateusz jest studentem III roku AGH w Krakowie i ma spore doświadczenie w budowaniu struktur konsumenckich, które obecnie wykorzystuje w budowaniu StartUpu. W sprzedaży nauczył się wytrwałości, którą wykorzystuje na co dzień w prowadzeniu firmy. Swój startup NESS założyli w Akademickim Inkubatorze Przedsiębiorczości w Krakowie. Wzajemnie się uzupełniają: Ivan zna się na środkach chemicznych i samochodach, Dawid jest od finansów, a Mateusz zajmuje się sprawami technicznymi.
Skąd pomysł?
– Myjąc często samochód czy też podlewając trawnik rzadko myślimy o tym, że woda pitna jest cennym surowcem i jej brak może być najpoważniejszym problemem świata. W związku z tym wpadliśmy na pomysł, aby ograniczyć to zużycie, a co za tym idzie, zaczęliśmy szukać technologii mycia samochodu bez wody, aby ją zastosować w Polsce – mówi Ivan Kosarovych.
Sama metoda mycia pochodzi z Australii, gdzie naukowcy na potrzeby lotnictwa pracowali nad stworzeniem środków do bezwodnego mycia samolotów w warunkach pustynnych. Jak to zwykle bywa technologia ta znalazła potem zastosowanie na co dzień. W związku z tym dostrzegli szansę w takiej metodzie mycia i wprowadzają ją sukcesywnie na terenie Krakowa, a w niedługim czasie planują działania na większym obszarze.
Jak to działa?
Średnio na każde mycie samochodu marnuje się 200 litrów wody. Sama metoda powoduje, że woda jest jedynie nośnikiem substancji w związku z czym zużywamy jej jedynie około 0,5 litra. Podczas mycia samochodu cząsteczki brudu są zbierane i pochłaniane w tzw. nanopowłowki, który ścieramy za pomocą szmatki z mikrofibry.
– Sam efekt jest piorunujący, bo auto często wygląda jak nowe – mówi Dawid Chmielarz, jeden ze wspólników.
To nie wszystko, gdyż w przyszłości NESS chce się skupić na badaniach naukowych tego typu środków oraz chemii motoryzacyjnej, a także ich ulepszaniem, gdyż widzą w tym potencjał. Już prowadzą rozmowy z laboratoriami i inwestorami. Jednak co do tego drugiego są bardzo ostrożni, gdyż chcą się motywować nie pieniędzmi, tylko wizją i pasją, bo to ona tworzy profesjonalizm.
Szansa dla młodych
Ivan, Dawid i Mateusz swoje pierwsze kroki w biznesie stawiali w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości (AIP) w Krakowie. Brak wiedzy nie stanowił bariery, bo w niedługim czasie, pod okiem specjalistów z AIP rozwinęli skrzydła. Księgowość, biuro, prawnicy to niektóre z elementów,które dał im inkubator, aby mogli przetestować swój pomysł na biznes. Nie musieli też od początku płacić składek na ZUS ani podatku dochodowego, a do umów i faktur wykorzystują w dalszym ciągu dane rejestrowe AIP (NIP, REGON, KRS). Ness jest również jednym z finalistów konkursu Kraków Business Starter organizowanego przez AIP, UBS oraz Miasto Kraków i powalczy z innymi 9 startupami o nagrodę główną w wysokości 10 000 zł pod koniec 2015 r. (www.krakowbusinessstarter.pl).
Myśl globalnie działaj lokalnie StartUp aktualnie posiada punkt stacjonarny w Krakowskim Business Parku, jednak chce otwierać coraz więcej punktów w biurowcach, galeriach, czyli tam gdzie jest duża liczba samochodów. Jednocześnie nie skupia się tylko i wyłącznie na punktach stacjonarnych, bo jego głównym atutem jest mobilność, dzięki czemu będzie można wymyć auto wszędzie.
– Mamy zlecenia w samym centrum Krakowa, na rynku. Nie ma dla Nas ograniczeń, gdyż nie
generujemy ścieków, mówi Mateusz Patrzałek.
Dłużnicy alimentacyjni muszą liczyć się z tym, że nieuregulowanie należności oznacza nie tylko wiele utrudnień związanych z wpisem do wszystkich rejestrów dłużników w kraju, ale również są podstawą do przeprowadzenia egzekucji zaległości z wynagrodzenia. Prawo określa jednak wysokość kwoty, którą należy pozostawić dłużnikowi mimo ciążących na nim zobowiązań finansowych.
Z najnowszego raportu KRD wynika, że po wejściu w życie Ustawy z 20 lutego 2015 r. o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw wartość niezapłaconych alimentów, które trafiły do Rejestru, w ciągu zaledwie 3 miesięcy wzrosła o miliard złotych.
– W związku z tym, że egzekucja zadłużenia alimentacyjnego rządzi się nieco odmiennymi prawami niż ma to miejsce w przypadku innego rodzaju zobowiązań finansowych, pracodawcy, których jednym z podstawowych obowiązków jest wypłata wynagrodzenia za pracę, muszą wiedzieć jakie zasady obowiązują w zakresie zajęcia pensji przez uprawnione do tego organy – mówi Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.
Kwota wolna od potrąceń
Zgodnie z art. 87 (1) Kodeksu pracy, wolna od potrąceń pozostaje kwota wynagrodzenia za pracę w wysokości:
1) minimalnego wynagrodzenia za pracę, ustalanego na podstawie odrębnych przepisów, przysługującego pracownikom zatrudnionym w pełnym wymiarze czasu pracy, po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych – przy potrącaniu sum egzekwowanych na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. W przypadku świadczeń alimentacyjnych trzeba jednak pamiętać, że potrącenia mogą być dokonywane do wysokości 3/5 wynagrodzenia za pracę – co wynika z prawnej ochrony alimentów,
2) 75% wynagrodzeniaminimalnego (określonego w pkt 1) – przy potrącaniu zaliczek pieniężnych udzielonych pracownikowi,
3) 90% wynagrodzeniaminimalnego (określonego w pkt 1) – przy potrącaniu kar pieniężnych przewidzianych w art. 108 Kodeksu pracy (mowa tutaj o karach porządkowych).
– Należy wiedzieć, że potrąceń dokonuje się w ściśle określonej kolejności, która wynika z art. 87 § 1 Kodeksu pracy – mówi Tomasz Kaczorowski z JKP Adwokaci – Sumy egzekwowane na mocy tytułów wykonawczych na zaspokojenie świadczeń alimentacyjnych ściągane są w pierwszej kolejności. Następną grupę stanowią kwoty pobierane na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. Później potrąceniu ulegają zaliczki pieniężne udzielone pracownikowi, natomiast na samym końcu ściągnąć można kary pieniężne przewidziane w art. 108 Kodeksu pracy (czyli kary porządkowe) – tłumaczy ekspert.
W każdym indywidualnym przypadku zajęcia wynagrodzenia pracownika przez organ egzekucyjny pracodawca powinien obliczyć kwotę wolną od potrącenia. Pozwoli to upewnić się, że pracownik otrzyma ją w gwarantowanej przez prawo wysokości. Jest to niezwykle ważne, ponieważ bez względu na prowadzoną egzekucję, dłużnik będący pracownikiem nie może pozostać bez środków do życia.
Wielka Brytania należy do pierwszej dziesiątki najważniejszych partnerów handlowych Polski. Tempo sprzedaży polskich towarów do tego kraju nieprzerwanie od 2002 r. dynamicznie rośnie. Prognozy na 2015 rok są równie optymistyczne. Jak wskazuje Wydział Promocji Handlu i Inwestycji Ambasady RP w Londynie, wzajemne obroty nadal będą wykazywały tendencje wzrostowe. Eksperci z firmy Ebury obserwują, że coraz więcej polskich przedsiębiorstw handlujących z Wielką Brytanią będzie także skutecznie zabezpieczać się przed ryzykiem zmian kursu GBP/PLN.
Wielka Brytania plasuje się na trzecim miejscu na liście naszych kluczowych obszarów eksportu w 2014 roku, tuż za Niemcami i Czechami, wynika z raportu Ebury „Biznes bez granic”. Sektorem polskiej gospodarki, który szczególnie zyskuje na znaczeniu pod względem osiąganych wyników sprzedaży na wyspach jest segment rolno–spożywczy. Wartość polskiego eksportu tych produktów do Wielkiej Brytanii wyniosła w 2014 roku ok. 2,5 mld euro i stanowiła około 20% ogółu przychodów branży. Na rynku brytyjskim obecne są już takie polskie marki jak Krakus, Morliny, Pudliszki, Sokołów, Wedel, Wawel, Tymbark, Kamis, Tarczyński czy Mlekpol. Obok polskich hurtowni spożywczych oraz sklepów z polską żywnością, dużą popularnością wśród Brytyjczyków cieszą się także polskie meble.
Zwiększa się również zapotrzebowanie na drewno oraz plastik z Polski. Produkty, które stanowią istotną część polskiego eksportu to także wyroby przemysłu elektromaszynowego, urządzenia mechaniczne i elektryczne, pojazdy czy statki. Z kolei Brytyjczycy eksportują do Polski przede wszystkim wyroby przemysłu elektromaszynowego i chemicznego oraz urządzenia mechaniczne.
Dochodowość zarówno firm eksportujących, jak i importujących w dużej mierze zależy od kursu GBP/PLN. Eksporter otrzymuje wpływy w funtach, a koszty ponosi w złotych, w związku z czym będzie cieszył się z wysokiego kursu wymiany funta. Inaczej importer, który ponosi koszty w funtach, a przychody otrzymuje w złotych. Umacnianie się brytyjskiej waluty względem złotego w ostatnich latach wpłynęło zatem pozytywnie na marżowość i rozwój polskiego eksportu. Importerzy zaś borykali się z rosnącymi kosztami.
Mimo, że ryzyko kursowe można skutecznie ograniczyć stosując odpowiednie instrumenty zabezpieczające, dzisiaj wciąż niewielu przedsiębiorców korzysta z takiej możliwości – obserwuje międzynarodowa firma Ebury specjalizująca się w tym obszarze. – Wiele z tych firm nie zdaje sobie sprawy z możliwości jakie ma do dyspozycji. Najlepszym przykładem mogą być transakcje terminowe forward, dzięki którym możemy w danym momencie, kiedy podejmujemy decyzję biznesową, być pewni, po jakim kursie nastąpi rozliczenie w przyszłości. To skutecznie zabezpiecza marże, a co za tym idzie zwiększa efektywność całego biznesu w długim terminie – przekonuje Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury Polska.
Obserwowane tendencje w tym zakresie są jednak pozytywne. – Od kilku kwartałów jesteśmy aktywnie obecni na polskim rynku i przeprowadziliśmy wiele rozmów z przedsiębiorcami. Przede wszystkim postawiliśmy na edukację i dogłębną analizę potrzeb tych firm. Już widzimy, że świadomość rośnie, a wraz z nią podejmowane są działania w kierunku eliminacji ryzyka kursowego. Oceniamy, że tendencja ta będzie się utrzymywać – podobnie było np. w Hiszpanii, gdzie analogiczną działalność zaczęliśmy podejmować kilka lat temu – dodaje Jakub Makurat.
Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej (BPCC) twierdzi że polscy eksporterzy są elastyczni i dynamicznie szukają nowych rynków zbytu. – Widzimy, że wartość polskiego eksportu do Rosji skurczyła się o prawie 30% w tym roku, ale mimo tego, ogólna wartość całego polskiego eksportu wzrosła o ponad 7%. Zauważamy, że Wielka Brytania staje się co raz ciekawszym rynkiem dla naszych eksporterów; mamy wzrost wartości eksportu o ponad 11%. Polska marka cieszy się coraz lepszą renomą na rynku brytyjskim – tłumaczy Michał Dembiński.
ERNE VENTURES S.A. notowana na rynku NewConnect od lutego 2008 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, bardzo dobrze ocenia perspektywy rozwoju swojej spółki portfelowej QubicGames, która działa w branży gier mobilnych. Najnowsza produkcja tego podmiotu – gra „Geki Yaba Runner” – odnosi już znaczący sukces na rynku polskim.
W ciągu niecałych dwóch tygodni od premiery na rynku polskim gry „Geki Yaba Runner”, znalazła się ona w Top Chart bezpłatnych gier zarówno na telefony iPhone, jak i urządzenia iPad. Obecnie produkcja ta jest najczęściej ściąganą grą akcji oraz grą przygodową na platformę iOS w Polsce. Gra dystrybuowana jest w modelu biznesowym free-to-play z opcją mikropłatności. We wrześniu 2015 r. gra „Geki Yaba Runner” zadebiutowała na rynku japońskim. Ogólnoświatowa premiera tej produkcji jest planowana na czwarty kwartał br. Zarząd Spółki QubicGames uważa, że rozpoczęcie dystrybucji nowej gry na kolejnych rynkach wpłynie w znaczący sposób na wyniki finansowe tego podmiotu, a tym samym również i na wyniki finansowe Grupy Kapitałowej ERNE VENTURES S.A.
„Gra „Geki Yaba Runner” otrzymuje bardzo dobre komentarze zarówno w prasie, jak i od graczy, bowiem 95% ocen wystawionych przez użytkowników daje jej maksymalną notę 5 gwiazdek. Z pierwszych analiz wynika, że balans gry jest prawidłowy i nie wymaga zmian przed debiutem światowym. Produkcja ta charakteryzuje się również dużą ilością sesji dla każdego unikalnego użytkownika oraz wysoką potencjalną przychodowością z reklam. Dlatego też z dużym optymizmem spoglądamy na światowy debiut tej gry i jesteśmy przekonani, że będzie on miał duże znaczenie dla poziomu przychodów QubicGames. „Geki Yaba Runner” została także zaprezentowana podczas targów Poznań Game Arena i Warsaw Games Week, gdzie zagrało w nią ponad 2 tys. osób.” – stwierdza Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu ERNE VENTURES.
QubicGames wraz z wydawcą Chillingo z uwagi na duży sukces nowej gry zadecydowało o jak najwcześniejszym jej wydaniu w wersji Android na rynek polski. Producent przewiduje, że do końca 2015 r. liczba ściągnięć „Geki Yaba Runner” na urządzenia z systemem iOS i Android w Polsce powinna przekroczyć 100 tysięcy sztuk. QubicGames prowadzi także obecnie prace nad wersjami na inne urządzenia, m.in. PC/Mac (w tym wersja na platformę Steam), Nintendo 3DS, PS Vita, Apple TV oraz wersją Web umożliwiającą granie poprzez przeglądarki internetowe. Firma negocjuje też z wydawcami z całego świata w sprawie wydania gier na platformy PC/Mac, Nintendo 3DS oraz PS Vita.
W sierpniu 2015 r. ERNE VENTURES objęła za kwotę blisko 750 tys. zł 326 udziałów w założonej w 2007 r. QubicGames Sp. z o.o., stanowiących 21,11% udziału w jej kapitale zakładowym. Spółka ta specjalizuje się w produkcji gier mobilnych, a pozyskanie inwestora finansowego umożliwi je dalszą realizację przyjętej strategii rozwoju, która oparta jest m.in. na rozszerzaniu skali działania oraz wprowadzaniu w najbliższych miesiącach na rynek szeregu produktów zarówno na platformy mobilne iOS/Android, konsole przenośne PS Vita/Nintendo 3DS, jak i na komputery PC/Mac.
ERNE VENTURES jest także udziałowcem innej spółki z branży gier komputerowych – Huckleberry Studio – w której posiada 39,02% udziałów. Podmiot ten prowadzi obecnie zaawansowane prace nad produkcją wieloosobowej gry typu MMORPG pod tytułem „Edengrad”. Jej planowana premiera ma nastąpić do końca 2015 r.
ERNE VENTURES jest także od dłuższego już czasu akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect spółki The Farm 51 Group, która produkuje gry wideo na komputery PC oraz konsole. Projekt ten pozwolił ERNE VENTURES zdobyć doświadczenie oraz poznać specyfikę branży gier komputerowych, co przekłada się obecnie na realizowanie kolejnych przedsięwzięć biznesowych w tym segmencie rynkowym.
ERNE VENTURES jest notowanym na rynku NewConnect funduszem kapitałowym, który jako inwestor krótkoterminowy lub średnioterminowy nastawia się na inwestycje w produkty i usługi charakteryzujące się potencjałem rozwoju na rynku globalnym.
Spółka konsekwentnie realizuje założenia przyjętej strategii rozwoju, co przekłada się na istotny wzrost wartości jej akcji: na początku stycznia br. kosztowały one 0,90 zł, podczas gdy obecny kurs akcji wynosi ok. 5,50 zł, co oznacza wzrost o ponad 500% od początku tego roku. Wysoka płynność obrotu pozwoliła również Spółce wejść w skład indeksu NCIndex30, który obejmuje swoim portfelem jedynie 30 najbardziej płynnych spółek spośród blisko 440 notowanych na rynku NewConnect.
Skandynawskie Linie Lotnicze otwierają nowe połączenia z Polski. W październiku ogłoszono uruchomienie dwóch nowych tras: z Krakowa do Kopenhagi oraz z Gdańska do Sztokholmu. Obie ruszą pod koniec marca. Szefowie firmy liczą, że zachęcą w ten sposób pasażerów ze Skandynawii do weekendowego odwiedzania Polski oraz że polscy biznesmeni skorzystają z międzykontynentalnych połączeń ze Skandynawii.
W ciągu ostatnich 3–4 lat linie lotnicze SAS podwoiły liczbę połączeń z Polską. Z około 40 tygodniowo zwiększono ich liczbę do prawie 80, a tworzone są kolejne.
– Od końca marca przyszłego roku SAS otworzy rejsowe połączenie pomiędzy Krakowem a Kopenhagą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wanda Brociek, dyrektor generalna SAS w Polsce i wiceprzewodnicząca zarządu Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej. – To połączenie stworzone zostało głównie dla rynku skandynawskiego. Dla Skandynawów pragnących na weekend przyjechać do Polski, odwiedzić Kraków, i spędzić tam mile czas. Stąd też dni operacji: środa, piątek i niedziela. Czyli przyjazdy na krótszy lub też dłuższy weekend.
25 marca ruszy kolejne połączenie Gdańska ze Sztokholmem. To właśnie gdańskie lotnisko jest dla SAS najważniejsze pod względem liczby połączeń, bo jest ich do pięciu dziennie. Z Warszawy są dziennie trzy połączenia, a z Poznania i Wrocławia po dwa. Skandynawskie linie łączą polskie miasta z Kopenhagą, a Gdańsk także z Oslo. Z kolei duńska stolica jest hubem, z którego można dostać się na inne kontynenty.
– Nasz zarząd zdecydował się na duży rozwój siatki międzykontynentalnej– informuje Wanda Brociek. –Dokładamy kolejne połączenia z Kopenhagi do Nowego Jorku, do Chicago i na Daleki Wschód, otwieramy w przyszłym roku od letniego programu nowe połączenia. Będziemy otwierali połączenie bezpośrednio z Kopenhagi do Los Angeles i to wszystko jest dobrze zsynchronizowane z naszymi połączeniami z Polski.
SAS systematycznie poprawia wyniki finansowe i ma nadzieję, że po słabszym okresie wypracuje zyski. Przewoźnik liczy na to, że ostatni kwartał kończącego się w listopadzie roku obrachunkowego będzie na tyle zyskowny, że pozwoli cały rok zamknąć na plusie. Nie bez znaczenie będą tu wyniki osiągane przez linie w Polsce.
– Jeżeli porównujemy je do wyników osiąganych np. na rynkach europejskich, to bardzo się cieszę, że mam przyjemność reprezentować SAS właśnie w Polsce, bo tutaj osiągamy dużą dynamikę rozwoju– mówi dyrektor generalna SAS Polska. –Dokładamy nowe połączenia, otwieramy nowe kierunki. Można powiedzieć, że od 3 lat jesteśmy na etapie dynamicznego rozwoju.
SAS na polskim rynku stawia na pasażerów biznesowych, ludzi w podróży służbowej. Oferuje im elastyczną siatkę połączeń oraz dostosowany do różnych typów podróżowania cennik, zarówno bilety ekonomiczne na konkretny lot, jak i droższe dające możliwości np. zamiany terminu wylotu.
– Proponujemy w pakiecie specjalne usługi na lotnisku, czyli przejście przez szybką kontrolę bezpieczeństwa, wejścia do poczekalni biznesowych i specjalne programy lojalnościowe– mówi Wanda Brociek. –Wielkie nadzieje łączymy z tym nowym połączeniem Kraków–Kopenhaga. Mam nadzieję, że tutaj przewieziemy wielu pasażerów, ale akurat w tym przypadku bardziej ze Skandynawii do Polski.
Ugoda zawarta z włoskim kontrahentem, który wycofał swoje roszczenia, likwiduje jeden z czynników ryzyka dla działalności spółki, o których Gekoplast informował w Dokumencie Informacyjnym. Włosi domagali się od polskiego producenta płyt komórkowych kwoty 2,5 mln złotych. Prezes spółki liczy, że ugoda rozwieje ewentualne wątpliwości inwestorów przed spodziewanym na początku przyszłego roku debiutem na rynku głównym GPW.
– Zawarliśmy w ostatnich dniach ugodę z włoskim kontrahentem, który miał do nas roszczenie w wysokości blisko 2,5 mln zł. Jest to o tyle istotne, że porządkuje nam sprawy w przededniu przenoszenia się na główny rynek, jako że odbiorcy naszych sprawozdań postrzegali ten element jako pewne ryzyko – informuje Piotr Górowski, prezes zarządu spółki Gekoplast.
Ugoda zawarta ze spółką Polimark oznacza, że włoska firma wycofa wszystkie roszczenia wobec polskiej strony. Łączna kwota, której domagali się Włosi, opiewała na niemal 630 tys. euro. Uprawomocnienie decyzji nastąpi 11 listopada 2015 roku decyzją sądu w Mediolanie. Prezes Gekoplastu jest zadowolony z zawartej ugody i uważa, że decyzja powinna być pozytywnie odebrana przez rynek.
Przejście spółki z NewConnect na rynek regulowany GPW planowane jest na początek 2016 roku.
– Formalności chcemy dokonać jak najszybciej, myślę, że to się stanie w ciągu kilku tygodni. Mamy praktycznie gotowy prospekt emisyjny, uzupełnimy go teraz o najświeższe dane i te papiery będą złożone. Natomiast z uwagi na długotrwałość procedury myślę, że fizycznie debiut na głównym parkiecie będzie na początku przyszłego roku – wyjaśnia prezes Górowski.
Choć Gekoplast nie opublikował jeszcze prognoz finansowych na 2016 rok, to spółka oczekuje powtórzenia tegorocznego tempa wzrostu przychodów i przyspieszenia wzrostu wyników. Po trzech kwartałach firma osiągnęła przychody na poziomie prawie 65 mln złotych (wzrost o 12,6 proc. w ujęciu rocznym) oraz zysk netto równy 4,23 mln zł. To o ponad 42 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.
– Na pewno ważne w tym kontekście jest to, że pod koniec roku uruchomimy nową linię do produkcji płyty komórkowej, która da nam kolejne 15 proc. większych mocy produkcyjnych – dodaje.
Nowa linia powinna zostać uruchomiona już w grudniu bieżącego roku. Inwestycja pozwoli na zwiększenie mocy produkcyjnych do poziomu 18 tys. ton rocznie.
Spółka Gekoplast w tym roku zrealizowała już większość wydatków planowanych na inwestycje rozwojowe (CAPEX). Z łącznej kwoty 12,8 mln zł do końca roku wykorzystane zostanie około 10 mln zł, a zakończenie programu planowane jest na pierwszą część 2016 roku.
Udział faktoringu i pożyczek krótkoterminowych dla firm w przychodach Indosu sięga już 60 proc. Spółka skupia się na perspektywicznym z jej punktu widzenia sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. W segmencie pożyczek chce konkurować z bankami dzięki elastyczności oferty. Jak zapewnia prezes spółki, rentowność w tym sektorze wynosi nawet 30 proc.
Spółka deklaruje, że udziela tylko kredytów krótkoterminowych, do pół roku. Jej głównym odbiorcą jest segment małych i średnich przedsiębiorstw i ten segment zamierza rozwijać. Z konkurencją banków chce walczyć dzięki łatwiejszym procedurom oraz szybszym terminom uzyskiwania pożyczek.
–W strukturze naszych przychodów z grupy produktów finansowych, czyli tam, gdzie pieniądze idą w kierunku naszych kontrahentów finansowych, pożyczki stanowią prawie 50 proc.– podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ireneusz Glensczyk, prezes zarządu i współzałożyciel spółki Indos SA. – W związku z tym myślimy o tym, aby dalej rozwijać ten kierunek działalności, tym bardziej że naszymi kontrahentami są podmioty, które niezwykle potrzebują takich pożyczek, a nie mają czasu na skomplikowane procedury bankowe.
Ireneusz Glensczyk ocenia, że rentowność produktów finansowych w grupie pożyczek sięga od 25 do 30 proc. Dokładna wartość zależy od konkretnego produktu i specyfiki kontrahenta. Zdaniem prezesa popyt na takie produkty, tzn. na krótkoterminowe, ale łatwo dostępne kredyty, jest znaczny.
– Te kredyty, które są dostępne, a mówimy o dosyć wysokich nominałach, mówimy o setkach tysięcy złotych, wymagają, niestety, dosyć długiej procedury. Rynek jest bardzo dynamiczny i przedsiębiorstwa bardzo często spotykają się z takimi okolicznościami, w których potrzebują finansowania już teraz, za trzy dni, za tydzień. My jesteśmy w stanie spełniać ich oczekiwania.
Indos od 24 lat specjalizuje się w faktoringu, czyli ułatwia firmom odzyskiwanie płatności za wystawione faktury. Zajmuje się też wierzytelnościami oraz ich windykacją w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Skala prowadzonej działalności pozwala jej planować ekspansję na rynku kredytowym bez szczególnych inwestycji w rozwój sieci sprzedaży.
– Polska jest na tyle dobrze skomunikowana, że nasi przedstawiciele handlowi są w stanie w ciągu jednego dnia dotrzeć do każdego podmiotu, nawet w odległym zakątku Polski– zwraca uwagę prezes zarządu i współzałożyciel spółki Indos SA. –Poza tym korzystamy z komunikacji elektronicznej, staramy się, aby wymiana informacji i dokumentów pomiędzy stronami umowy odbywała się właśnie tą drogą, a to ułatwia znacznie prowadzenie biznesu.
Indos po trzech kwartałach osiągnął 9,77 mln zł przychodów ze sprzedaży, o 3,4 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Nieznacznie wyższy za to był zysk operacyjny (4,58 mln zł vs. 4,57 mln zł) oraz zysk netto (2,85 mln zł vs. 2,73 mln zł rok wcześniej). Firma w lipcu dokonała emisji akcji, z której pozyskała ponad 2,3 mln zł. Teraz zamierza inwestować w zakup pakietów wierzytelności gospodarczych.
– Niektóre wierzytelności są trudniejsze do odzyskania, ale rentowność na odzyskiwaniu tych wierzytelności jest też znacznie wyższa – ocenia prezes Ireneusz Glensczyk z Indos SA. – Tam, gdzie jest większe ryzyko, tam też rentowność jest większa. Natomiast my z wielkim zainteresowaniem patrzymy na rynek wierzytelności sekurytyzowanych, mówię tutaj o segmencie B2B, ale jesteśmy zainteresowani tylko wierzytelnościami gospodarczymi.
Umowa pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego a grupą 11 banków pozwoli na udzielenie gwarancji kredytowych nawet 5 tysiącom firm z sektora MŚP. Łączna kwota gwarancji wyniesie nawet 800 mln zł, co przełoży się na uruchomienie akcji kredytowej banków na poziomie nawet 1 mld zł. Wsparcie będzie oferowane w ramach programu COSME i Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych, który jest częścią planu Junckera.
– Znaczenie makroekonomiczne planu Junckera zależy od aktywności sektora prywatnego i wykorzystania instrumentów, które się pojawiają. Stąd tak ważne jest zaangażowanie prywatnych banków oraz przekazywanie informacji inwestorom, którzy chcieliby korzystać ze wsparcia, na temat nowych instrumentów dostępnych w ramach planu Junckera – mówi agencji informacyjnej Newseria minister finansów Mateusz Szczurek.
Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych, utworzony w ramach planu Junckera, ma do 2017 roku pobudzić inwestycje warte 315 miliardów euro, a tym samym unijną gospodarkę. Jak podkreśla minister, w Polsce zarówno inwestycje prywatne, jak i publiczne rosną, więc potrzeba stymulowania nie jest tak duża. Uruchomienie gwarancji kredytowych spowoduje jednak, że przedsiębiorcy częściej i chętniej będą się decydować na inwestycje w rozwój.
– Z pewnością te nowe instrumenty otworzą możliwości inwestycyjne przed nowymi podmiotami, które nie mogą korzystać z programu de minimis, bo albo już wykorzystali limity, albo w ogóle im to wsparcie publiczne nie przysługuje. Tym samym pozwolą one na stworzenie nowych miejsc pracy – zapewnia Mateusz Szczurek.
Program de minimis jest to również projekt BGK w zakresie wsparcia sektora MŚP. Do końca września bank udzielił gwarancji ponad 95 tys. podmiotom. Pomogły one uzyskać ponad 41 mld zł kredytów. Program COSME, w ramach którego BGK będzie udzielać gwarancji kredytowych, ma stanowić jego uzupełnienie.
– Dzięki temu, że jako pierwsza instytucja w Europie zawarliśmy porozumienie z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym, dajemy polskim przedsiębiorców dostęp do instrumentu gwarancyjnego, który pozwala im pozyskać finansowanie we własnym banku bez konieczności ustanawiania zabezpieczenia – mówi Dariusz Kacprzyk, prezes zarządu BGK. – Mikro- i małe przedsiębiorstwa – bez względu na to, o jakiej branży mówimy i jakim typie firmy – mogą zaciągnąć kredyt z dużo większą łatwością i na dużo bardziej atrakcyjnych warunkach finansowych.
Na podstawie porozumienia zawartego z Bankiem Gospodarstwa Krajowego 11 banków (Alior Bank, Bank BGŻ BNP Paribas, Bank Pekao, BOŚ Bank, Bank Zachodni WBK, Deutsche Bank Polska, Idea Bank, ING Bank Śląski, mBank, PKO Bank Polski oraz SGB-Bank i zrzeszone z nim banki spółdzielcze) będzie udzielać miko-, małym i średnim firmom kredytów z gwarancją BGK. Gwarancje do wysokości 800 mln zł pozwolą zabezpieczyć akcję kredytową o wartości 1 mld zł dla około 5 tysięcy MŚP.
– Oczekiwanie rynku jest bardzo duże. Z badań, które przeprowadziła nasza instytucja, wynika, że ponad 70 proc. małych i średnich przedsiębiorców oczekuje tego typu instrumentów finansowania zwrotnego, czyli przede wszystkim kredytów na finansowanie obrotowe, na pokrywanie bieżących potrzeb, ale również kredytów inwestycyjnych – wyjaśnia Arkadiusz Lewicki, dyrektor Krajowego Punktu Kontaktowego ds. Instrumentów Finansowych Programów UE przy Związku Banków Polskich.
Jak podkreśla, przewagą programu COSME jest brak biurokracji, która zwykle wiąże się z uzyskaniem pomocy publicznej, choćby ze środków strukturalnych. W przyszłym roku BGK we współpracy z unijnymi instytucjami planuje rozszerzenie programu.
– W przyszłym roku wygasa też program gwarancyjny de minimis. W związku z tym banki są bardziej zainteresowane pozyskaniem nowego wsparcia dla swoich klientów. Myślę, że również sami klienci, których w programie jest już prawie 100 tys., będą oczekiwali kontynuacji tego typu programów – podkreśla Arkadiusz Lewicki.
Oprócz programów gwarancji de minimis i COSME wkrótce przedsiębiorcom zostaną zaproponowane kolejne instrumenty.
– W tej chwili prowadzimy już bardzo zaawansowane prace nad innymi programami poręczeniowymi, które będą dotykać takich choćby obszarów, jak innowacyjne firmy czy innowacyjne produkty – informuje Dariusz Kacprzyk.
Korzyści płynące z łączenia spółek energetycznych z branżą górniczą odczują obie strony. Dla elektrowni własna kopalnia to źródło dostaw taniego węgla. Kopalnie zyskają zaś długoterminowego odbiorcę surowca. Na takie rozwiązanie zdecydowała się Grupa Tauron, która przejmuje kopalnię Brzeszcze. Dzięki temu połowa surowca wykorzystywanego przez spółkę pochodzić będzie z własnych źródeł. W ciągu dwóch lat Tauron zainwestuje w kopalnię 200 mln zł.
– Łączenie spółek energetycznych ze spółkami z sektora górnictwa daje potencjalnie duże efekty synergii, przy obecnych cenach węgla przede wszystkim spółkom górniczym – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Jerzy Kurella, prezes zarządu spółki Tauron.
Dzięki fuzji spółki energetyczne otrzymują dostęp do taniego surowca, a kopalnie zyskują przewidywalnego, długoterminowego odbiorcę. Efekty synergii pojawiają się także w kwestiach związanych z organizacją pracy, systemem wynagrodzeń i wzrostem efektywności.
Jak podkreśla Kurella, łączenie energetyki i górnictwa wymaga jednak dokładnych analiz zarówno ekonomicznych i finansowych, jak i prawnych – ze względu na uregulowania unijne.
– Grupa kapitałowa Tauron ma potencjał, możliwości oraz odpowiednie kompetencje, aby stać się integratorem w tworzeniu koncernu paliwowo-energetycznego – przekonuje Kurella. – Jesteśmy wiodącym dostawcą energii dla południa Polski, mamy dobrze zintegrowany łańcuch wartości związany z wydobyciem, wytwarzaniem, dystrybucją i na koniec sprzedażą energii elektrycznej. Byłoby rzeczą naturalną, aby proces integracji, jeśli takie będą decyzje na poziomie politycznym i naszych głównych właścicieli, mógł się odbywać przy wiodącym udziale Tauronu.
Tauron zgodnie ze strategią na lata 2014–2023 chce ponad 50 proc. wykorzystywanego paliwa pozyskiwać z własnych źródeł. Dziś udział ten wynosi ok. 40 proc. Osiągnięcie tego celu umożliwi przejęcie kopalni Brzeszcze.
– Ten kierunek jest, po pierwsze, racjonalny i wynika z naszego głębokiego przekonania, że to jest efektywne ekonomicznie. Po drugie, po koniecznych dostosowaniach i nakładach inwestycyjnych, które chcemy poczynić w ciągu dwóch lat w Nowe Brzeszcze, kopalnia powinna się stać efektywnym zakładem, który powinien być włączony do Tauronu Wydobycie – zapowiada Jerzy Kurella.
Nakłady, które spółka planuje ponieść w ciągu dwóch lat na Nowe Brzeszcze, wyniosą ok. 200 mln zł. Dzięki temu kopalnia pod koniec 2017 roku wyjdzie w rachunku ekonomicznym na zero plus.
Program inwestycyjny Grupy Tauron na najbliższe dwa lata szacowany jest na 37 mld zł. Największe nakłady związane są z budową bloku Jaworzno III, na które wydane zostanie ponad 5 mld zł.
– Drugą bardzo ważną inwestycją będzie nasz projekt budowy mocy wytwórczych w Łagiszy. Kontynuujemy też projekt w Stalowej Woli. Dodatkowo co roku Grupa Tauron ponosi bardzo poważne nakłady inwestycyjne na rozbudowę lub odtworzenie swojej sieci dystrybucyjnej – mówi prezes Grupy Tauron.
Inwestycje w sieć dystrybucyjną energetycznej spółki szacowane są rocznie na około 1 mld zł. Jak podkreśla Kurella, tak duże nakłady czynią z Tauronu podmiot o najbardziej rozbudowanej sieci dystrybucyjnej w kraju, co przekłada się jednocześnie na największą liczbę obsługiwanych klientów.
Na kierunkach prawniczych studiuje ponad 50 tys. osób. Co roku na rynek wchodzi 5 tys. nowych radców prawnych i adwokatów. To powoduje, że młodzi prawnicy muszą być nie tylko dobrze przygotowani merytorycznie, lecz także innowacyjni, by walczyć o miejsce na rynku. Dobry prawnik musi to też połączyć z wrażliwością społeczną.
– Dobry współczesny młody prawnik to człowiek wyszkolony w rzemiośle prawniczym, który jednocześnie stosuje zasady dobra i sprawiedliwości, działa w poszanowaniu drugiego człowieka, zwłaszcza swojego klienta, szuka innowacyjnych rozwiązań, umie jeszcze działać pro publico bono oraz umie połączyć praktykę i działalność naukową. Jednym słowem: człowiek orkiestra – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jadwiga Sztabińska, redaktor naczelna „Dziennika Gazety Prawnej”.
Właśnie takich cech szukali organizatorzy konkursu Rising Stars – wydawnictwo Wolters Kluwer oraz „Dziennik Gazeta Prawna”. W tym roku po raz czwarty wybrano 30 najlepszych polskich prawników, którzy nie ukończyli 35 roku życia. Wśród kryteriów znalazły się m.in. kreatywność i umiejętność wyczuwania nowych trendów rynkowych, wiedza merytoryczna, umiejętność łączenia kariery zawodowej z pracą naukową oraz działalność społeczna i pro publico bono.
Wybierając laureatów, zwracano uwagę na dotychczasowe osiągnięcia – aplikacje, publikacje i prowadzoną działalność. Szczególnie ważna była także działalność społeczna.
– Patrzyliśmy, czy są oni otwarci na pomoc innym i czy starają się znaleźć możliwości nieodpłatnego przekazania swojej wiedzy – tłumaczy Włodzimierz Albin, prezes Wolters Kluwer.
– Chcemy, żeby to byli ludzie nie tylko bardzo dobrze przygotowani do swojego zawodu od strony merytorycznej, lecz także wrażliwi społecznie – dodaje Jadwiga Sztabińska.
W tym roku zwyciężczynią konkursu Rising Stars została Katarzyna Wiśniewska, pracująca w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, gdzie na co dzień zajmuje się koordynacją programu spraw precedensowych, które mają doprowadzić do zmian w przestrzeni prawnej i systemowej.
– Prawa człowieka są bardzo rozwijającą dziedziną i dającą dużo satysfakcji z jednej strony, a z drugiej strony jest to dziedzina, w której możemy pomóc człowiekowi – twierdzi Katarzyna Wiśniewska. – Trzeba pamiętać, że prawa człowieka to nie tylko te najbardziej drastyczne sprawy, o których mówią media. To też codzienne zmaganie się normalnego człowieka z wymiarem sprawiedliwości, z administracją publiczną, bo prawa człowieka obowiązują nas i dotyczą tej relacji jednostka–państwo.
Włodzimierz Albin podkreśla, że dziś w obliczu olbrzymiej liczby młodych absolwentów studiów prawniczych, młodzi ludzie, chcący odnaleźć się w zawodzie, muszą traktować go zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu.
– Problem jest taki, że prawników jest w tej chwili dużo więcej, produkujemy co roku prawie 5 tys. nowych radców prawnych i adwokatów. W tej chwili studiuje na uczelniach prawniczych ponad 50 tys. studentów prawa – tłumaczy Włodzimierz Albin. – Jest zapotrzebowanie na prawników, ale na tych dobrych, takich, którzy dbają o interesy klienta. Niestety, przy takiej liczbie prawników, która pojawia się na rynku pracy, te wartości się nieco rozwadniają.
Jak zauważa, w dzisiejszych czasach charakterystyka zawodu sporo się zmieniła. Dziś młodzi prawnicy muszą przede wszystkim dostosować się do zasad rządzących rynkiem, umieć znaleźć klienta i przede wszystkim niezwykle szybko reagować na błyskawicznie zmieniającą się rzeczywistość, w tym przepisy prawne.
– Teraz dużo ważniejsza jest innowacyjność, zarówno w kontekście interpretacji czy czytania samego prawa, jak i innowacyjność rozumiana w kontekście poszukiwania własnego miejsca czy własnego modelu biznesowego. Bo dzisiaj nie można mówić o takich usługach prawniczych, kiedy prawnik czeka w kancelarii, aż klient zapuka i na tym jego rola w poszukiwaniu klienta się kończy – wyjaśnia Jadwiga Sztabińska.
Polacy nie zawsze chętnie zapożyczają się u rodziny i przyjaciół – robi to odpowiednio 42 proc. i 25 proc. Znacznie mniej krępujące jest dla nich pożyczanie w banku (70 proc.), jednak jest to znacznie droższe rozwiązanie. Jednocześnie większość przyznaje, że sami pożyczą pieniądze, jeśli zwróci się o to do nich ktoś z rodziny lub przyjaciół. Zwykle nie mają problemu z odzyskaniem pieniędzy, ale w przypadku opóźnień w spłacie nie potrafią się upomnieć o zwrot.
– Chociaż wydawałoby się, że rodzina jest pierwszym podmiotem gotowym pożyczyć pieniądze, nie zawsze chcemy zaciągać dług właśnie u niej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Jędrzejczak, ekspert serwisu finansów społecznościowych Kokos.pl. – Operacja taka budzi bowiem trochę kontrowersji, ale też napięć, nawet w rodzinie. Dlatego po pieniądze Polacy niekoniecznie zwracają się do rodziny. Szukają raczej innych rozwiązań.
Jak wynika z raportu „Jak pożyczają Polacy” przygotowanego przez ICAN Research na zlecenie serwisu Kokos.pl, po pożyczkę Polacy najchętniej zwracają się do banku (70 proc.). 42 proc. pożyczy od rodziny, a co czwarty – od przyjaciół. Jednocześnie mniej więcej dwie trzecie deklaruje, że w razie potrzeby pożycza pieniądze najbliższym, a ponad 60 proc. – przyjaciołom.
– Jednym z nowych trendów na rynku jest rosnący udział pożyczek społecznościowych: nie idziemy po pieniądze do banku, firmy pożyczkowej czy rodziny, tylko zwracamy się o kredyt do nieznanych nam osób – tłumaczy Andrzej Jędrzejczak.
Z analizy Kokos.pl wynika, że Polacy najczęściej pożyczają pieniądze od innych na bieżące potrzeby. Robi tak 76 proc. kobiet i 68 proc. mężczyzn. Poza najpilniejszymi wydatkami kobiety chętniej zaciągają pożyczki na kupno sprzętu radiowo-telewizyjnego (36 proc.) i wakacje (29 proc.). Mężczyźni zdecydowanie częściej niż kobiety pożyczają na sfinansowanie zakupu auta, mieszkania czy domu.
W badaniu Polacy stwierdzili, że oddają pożyczki na czas. Taką deklarację złożyło aż 97 proc. ankietowanych, choć czasem zdarzają się im opóźnienia. Nikt nie przyznał się do tego, że pieniędzy w ogóle nie zwraca.
– Co ciekawe, pokrywa się to mniej więcej ze zdaniem osób, które pożyczają innym pieniądze – zauważa Andrzej Jędrzejczak. – Mniej niż 10 proc. z nich zdarzyło się, że nie dostali swoich pieniędzy z powrotem. Prawdopodobnie były to małe kwoty, które poszły w zapomnienie.
Częściej o zwrot pieniędzy upominają się mieszkańcy dużych miast. Na wsi 60 proc. respondentów zadeklarowało, że nie robi tego, nawet gdy kwota pożyczki była wysoka. Różnice widać także w odniesieniu do spłaty długu w terminie. Wśród mieszkańców aglomeracji 72 proc. deklaruje, że zawsze oddaje pieniądze na czas, podczas gdy na wsi przyznaje się do tego tylko około połowy badanych.
– Mężczyźni są dużo bardziej asertywni, łatwiej przypominają o konieczności oddania pieniędzy, szczególnie gdy jest to wysoka kwota albo przekroczony został termin jej zwrotu. Kobiety bardziej dbają o relacje. Obawiają się, że w wyniku upomnienia kontakt z pożyczkobiorcą zostanie narażony na szwank – wyjaśnia Jędrzejczak.
Kokos.pl jest serwisem finansów społecznościowych, w którym użytkownicy pożyczają sobie pieniądze i wymieniają waluty. Platforma powstała w 2008 roku. W ciągu siedmiu lat za jej pośrednictwem zostało zrealizowanych 115 tys. aukcji pożyczek, w wyniku których przeprowadzono transakcje o wartości blisko 130 mln zł.
W przypadku choroby pracownicy nie są pozostawieni samym sobie. Wszystkie osoby objęte ubezpieczeniem mogą liczyć na zasiłek chorobowy. Jego wysokość zależy od przyczyny niezdolności do pracy. Jeśli jest ona konsekwencją wypadku w pracy, choroby zawodowej lub ciąży, można liczyć na 100 proc. wynagrodzenia. Istotne jest jednak to, by okres zwolnienia wykorzystywać zgodnie z jego przeznaczeniem. Praca zarobkowa wykonywana w tym czasie może być powodem utraty zasiłku za cały okres zwolnienia. Tylko w I połowie tego roku ZUS wydał 12,5 tys. decyzji o cofnięciu zasiłku.
– Osoby podlegające obowiązkowemu ubezpieczeniu chorobowemu, np. pracownicy, nabywają prawo do zasiłku po okresie 30 dni nieprzerwanego ubezpieczenia, a osoby dobrowolnie ubezpieczone, czyli prowadzące działalność – po okresie 90 dni. Do okresu ubezpieczenia chorobowego wlicza się okresy poprzedniej niezdolności do pracy, jeżeli przerwa nie przekracza 30 dni oraz jeżeli jest spowodowana urlopem wychowawczym lub bezpłatnym, albo odbywania czynnej służby wojskowej przez żołnierza niezawodowego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Turant, specjalista w Departamencie Zasiłków w Centrali ZUS.
Jeśli niezdolność do pracy trwa w ciągu roku kalendarzowym łącznie więcej niż 33 dni, pracownik nabywa prawo do zasiłku chorobowego. W przypadku osób, które ukończyły 50 lat, ma to miejsce już po 14 dniach.
– Pracownik zachowuje prawo do 100 proc. wynagrodzenia, jeżeli niezdolność nastąpiła w wyniku wypadku przy pracy, w drodze do pracy lub z pracy. Podobnie będzie w przypadku, gdy niezdolność przypada w okresie ciąży czy poddania się badaniom dla dawców szpiku, tkanek i narządów oraz jeżeli ktoś jest już w szpitalu z powodu oddawania narządu. Wynagrodzenie przysługuje za każdy dzień niezdolności do pracy, nawet za dni wolne od pracy. Należy też pamiętać o tym, że wynagrodzenia nie wypłaca się osobom prowadzącym działalność, które od pierwszego dnia mają zasiłek chorobowy – wskazuje Turant.
Zdarzają się sytuacje, w których wypłata zasiłku następuje później. Jeśli niezdolność do pracy nastąpiła na skutek nadużycia alkoholu, świadczenie nie przysługuje za pierwsze 5 dni. W uzasadnionych przypadkach zasiłek nie będzie w ogóle przysługiwał – jeśli niezdolność do pracy została spowodowana nieumyślnym przestępstwem lub wykroczeniem. Warto też pamiętać o tym, że zasiłek chorobowy może zostać wstrzymany, a data zwolnienia skorygowana, jeśli podczas badania lekarz orzecznik uzna, że chory jest już zdolny do pracy.
– Pracownik, który w okresie orzeczonej niezdolności do pracy wykonuje pracę zarobkową, traci prawo do zasiłku chorobowego za cały okres zwolnienia. Nie ma znaczenia to, czy praca, którą wykonuje, jest lekka czy ciężka, umysłowa czy fizyczna, czy ma jakikolwiek wpływ na proces zdrowienia. Liczy się sam fakt wykonywania pracy. Ustawodawca przez pracę rozumie wykonywanie pracy na podstawie jakiegokolwiek stosunku prawnego, czy to umowy o dzieło, czy umowy-zlecenie, czy nawet wykonywania jednoosobowej działalności gospodarczej – podkreśla Wojciech Kałasa, radca prawny.
W pierwszym półroczu tego roku ZUS przeprowadził ponad 298 tys. kontroli zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy. W efekcie wydano ok. 12,5 tys. decyzji o wstrzymaniu wypłaty zasiłku na łączną kwotę blisko 7,5 mln zł.
Osobom ubezpieczonym przysługuje również zasiłek opiekuńczy.
– Wypłaca się go za okres zwolnienia od pracy z tytułu osobistego sprawowania opieki nad dzieckiem przez okres 60 dni, jeżeli sprawowana jest opieka nad zdrowym dzieckiem do 8 lat, nad chorym dzieckiem do lat 14 oraz przez okres 14 dni, jeżeli sprawowana jest opieka nad dzieckiem powyżej 14 lat lub na innego chorego członka rodziny. Taki wymiar przysługuje łącznie ojcu i matce, niezależnie od liczby dzieci w rodzinie czy od liczby osób uprawnionych do zasiłku chorobowego oraz niezależnie od liczby osób, które pozostają pod naszą opieką – przypomina Katarzyna Turant z ZUS.
Z roku na rok rośnie liczba pacjentów, którzy na prywatną wizytę u lekarza zapisują się przez internet. Rozwiązania online, które taką możliwość dają, pozwalają pacjentom także wymienić się doświadczeniami na temat danego lekarza. Opinie innych to jeden z podstawowych czynników, którymi Polacy kierują się przy wyborze specjalisty. Dużą wagę przywiązują również do dostępności terminów i odległości gabinetu od swojego miejsca zamieszkania.
– Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, po której ludzie szukają dzisiaj lekarzy, to są opinie na ich temat. Cały czas szukamy takiego społecznego potwierdzenia: tak, ten lekarz jest dobry, bo tak powiedziało 200 pacjentów. Natomiast z naszych badań wynika, że równie ważne są opinie negatywne. Dlatego staramy się, żeby one były i z jednej, i z drugiej strony – mówi agencji informacyjnej Newseria Mateusz Mikulski, manager ds. mobile w ZnanyLekarz.pl.
Z obserwacji serwisu wynika, że większość pacjentów rozpoczyna wybór lekarza od wpisania w wyszukiwarkę internetową jego imienia i nazwiska lub specjalizacji oraz miasta – w przypadku, kiedy nie znają konkretnych danych. Średnio pacjent – zanim umówi się na wizytę – przegląda profile sześciu specjalistów, co zajmuje mu ok. 7 minut. Dla większości ankietowanych doświadczenie lekarza i opinie innych są decydujące.
– Wśród innych czynników są na pewno dostępność terminu, czyli kiedy ten lekarz może nas przyjąć. Kiedy mamy dwóch lekarzy, którzy są tak samo dobrzy – na podstawie tego, co zobaczyliśmy na ich temat np. na Znanym Lekarzu, to decydujemy się na tego, który jest bliżej nas i który wcześniej nas przyjmie – wyjaśnia Mikulski.
Do końca 2014 roku przez Kalendarz Wizyt w serwisie ZnanyLekarz.pl umówiono ponad 800 tys. wizyt. Ponad połowę rezerwacji dokonali pacjenci, którzy sami znaleźli i wybrali specjalistę. Drugie tyle konsultacji wpisali lekarze. Ze statystyk wynika, że średnio na jednego lekarza miesięcznie przypada 13 nowych pacjentów. Większość wizyt została umówiona za pośrednictwem komputera bądź laptopa. 7 proc. pacjentów wykorzystało do tego celu urządzenie mobilne, ale ten wskaźnik dynamicznie rośnie.
– Jeśli chodzi o sam wzrost zainteresowania umawianiem wizyt online, to w przypadku urządzeń mobilnych jest to 380 proc. rok do roku. Dynamicznie rośniemy. Pacjenci przechodzą do internetu, bo jest to prostsze, szybsze, nie wymaga dzwonienia, przebijania się przez rejestrację, czekania na terminy – wyjaśnia Mateusz Mikulski. – Chodzi nam o to, żeby użytkownik mógł umówić wizytę lekarza poprzez aplikację w trzech kliknięciach, żeby to nie był długotrwały proces.
Wśród najpopularniejszych specjalizacji pod względem liczby umówionych wizyt jest ginekologia (24 proc.), a w dalszej kolejności są dermatologia, psychiatria, ortopedia i stomatologia. Aż 73 proc. konsultacji lekarskich rezerwują kobiety.
Od tygodni kierowcy zastanawiają się, dlaczego ceny paliw są tak wysokie, skoro notowania ropy spadły 60 proc. Warto jednak wyjść z tego schematu i zwrócić uwagę na rynek hurtowy. Tam kryje się odpowiedź, dlaczego PB 95 przy dystrybutorze nie tanieje – podpowiada Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
W ostatnich miesiącach pojawiło się w sieci wiele analiz, które próbowały tłumaczyć kwestie niewielkiego spadku detalicznych cen paliw. W porównaniu do zmian stawek na rynku ropy naftowej były naprawdę nieznaczne. Dlaczego? Rynek paliw jest specyficzny. Cena ropy nie przekłada się bezpośrednio na koszt jej produktów. Do tego dochodzą kwestie związane ze zmianami kursu złotego w relacji do dolara. Nie można zapominać także o podatkach. Ich udział w cenie finalnej przekracza 50 proc. Na samym końcu cenę przy dystrybutorze powiększa marża detaliczna, która znacznie różni się w zależności od lokalizacji.
Biorąc pod uwagę tak znaczną przecenę ropy naftowej, kierowcy mają prawo uważać, że cena litra benzyny bezołowiowej przy dystrybutorze jest zawyżona. Największe zaburzenia są widoczne w zależnościach rynku hurtowego z cenami gotowego paliwa na rynku europejskim.
Wyznacznikiem cen dla benzyny bezołowiowej w Europie są notowania ARA (skrót od portów Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia – red.). Najlepiej więc porównać różnicę pomiędzy cenami ARA 95 (gotowa benzyna 95 oktanów, wyrażona w polskim złotym), do hurtowych cen krajowych rafinerii przed naliczeniem przez państwowo akcyzy, opłaty paliwowej i podatku VAT.
Wykres 1. Porównanie cen ARA 95 z hurtem polskich rafinerii
Źródło: Bloomberg, Lotos. Cena benzyny bezołowiowej w krajowym hurcie bez podatku, akcyzy i opłaty paliwowej (linia biała). Cena 95 RON 10 ppm ARA (linia żółta). Obie wartości wyrażone są w litrach oraz w polskim złotym. Ostatnie notowanie jest z 28 października.
Od 2005 r. do 2008 r., różnica pomiędzy cenami ARA a notowaniami w krajowych rafineriach, wynosiła od 10 do 15 gr na litrze. Można to zrozumieć, jeśli weźmie się pod uwagę fakt dodawania różnych dodatków do benzyny bezołowiowej, a także konieczność magazynowania produktu.
Sytuacja nieznacznie zmieniła się na przełomie 2008 r. i 2009 r. Wtedy nastąpił wyraźny spadek cen. W tych latach różnica wynosiła ponad 20 gr. Jednak przy gwałtownych zmianach kursów na światowych giełdach, wyższa różnica także jest uzasadniona przez większe ryzyko finansowe prowadzenia działalności. Warto również zauważyć, że w grudniu 2008 r. benzyna 95 ARA kosztowała jedynie 60 gr za litr. W tym samym momencie hurtowa cena PB 95 w polskich rafineriach, bez podatku, akcyzy i opłaty paliwowej sięgała 80 gr za litr.
Wykres 2: Różnica cenowa pomiędzy polskim hurtem a ARA 95
Źródło: Bloomberg, Lotos, Obliczenia własne. Różnica pomiędzy polską ceną hurtową PB 95 a ARA 95, wyrażona w polskim złotym. Ujemna wartość we wrześniu 2011 nie jest błędem, a konsekwencją kampanii parlamentarnej w 2011 roku, kiedy tematem przewodnim były ceny benzyny. To był jedyny moment, kiedy hurtowa cena paliw w polskich rafineriach była niższa od ARA 95.
W kolejnych latach, kiedy złoty był słaby, a ropa naftowa i jej produkty względnie drogie, cena za litr ARA 95 wzrosła w 2012 r. do 2.85 zł. W sprzedaży hurtowej popularna bezołowiówka kosztowała niewiele ponad 3 zł. Jednak cały czas, mimo sporych ruchów wszystkich zmiennych kreujących cenę gotowego paliwa, różnica pomiędzy ARA 95 i cennikami rodzimych rafinerii utrzymywała się w granicach 25 gr.
Sytuacja znacząco zmieniła się w drugim kwartale bieżącego roku, po ostatniej fali spadkowej. W kwietniu różnica pomiędzy ARA 95 a krajowym hurtem, sięgnęła 50 gr. Nie było to tylko jednorazowe wydarzenie. Rożnica przekraczająca 40 gr utrzymywała się do końca czerwca. Wciąż jednak nie padły rekordy. Od końca września różnica między ARA 95 a cennikami krajowych rafinerii przekracza średnio 50 gr na litrze. W rekordowym momencie osiągnęła 58 gr. Cena za litr benzyny bezołowiowej w hurcie 27 października wynosiła 1.68 zł, a ARA 95 kształtowała się na poziomie 1.10 zł.
Warto zauważyć, że jeżeli krajowy hurt zawyża ceny o średnio 30 gr netto, to przy założeniu stałych marż detalicznych cena dla kierowców jest wyższa o 37 gr. To wynik konieczności dodania do ceny podatku VAT. Obecnie według danych Polskiej Izby Paliw Płynnych średnia cena PB 95 wynosi 4.38 zł. Gdyby więc marża hurtowa utrzymywała się blisko historycznych średnich, kierowcy płaciliby przeciętnie 4 zł za litr. Bez problemów można byłoby też znaleźć stacje oferujące bezołowiówkę po 3.8-3.9 zł.
Czy zaburzenia na polskim rynku należą do wyjątku? Niekoniecznie. Jak donosił „The Telegraph”, już na początku roku, David Cameron mówił członkom brytyjskiego parlamentu, że rząd zrobi wszystko co może, by spadki na rynku paliw przełożyły się na niższe ceny dla konsumentów.
W Polsce również mieliśmy moment, kiedy politycy włączyli się do dyskusji na temat sytuacji na rynku paliw. Kampania do parlamentu w 2011 r. i licytacja na pomysły ulżenia kierowcom spowodowała, że ceny detaliczne spadły nagle do 4.99 zł za litr benzyny bezołowiowej. Był to jedyny moment, kiedy różnica pomiędzy krajowym hurtem a ARA 95 była ujemna i wynosiła minus 10 gr za litr. Tuż po wyborach sytuacja wróciła do normy i różnica hurt/ARA powróciła do okolic 20 groszy.
Warto jednak zauważyć, że 4 lata temu sztuczne obniżanie cen benzyny było niemożliwe do utrzymania. Teraz jednak sytuacja jest zupełnie inna. Dysproporcje cen utrzymują się długo, są bardzo wyraźne i zdecydowanie zmniejszają się na korzyści dla konsumentów, wynikające z niższych kursów paliw na rynkach. W Wielkiej Brytanii już sama publiczna dyskusja na ten temat, wywołała korektę cen. Być może w Polsce także potrzebna jest podobna kampania, zwłaszcza że koszt paliwa wpływa na praktycznie całą gospodarkę.
W ciągu trzech kwartałów 2015 roku INDOS SA wypracował 9,8 mln zł przychodów ze sprzedaży oraz 2,85 mln zysku. Spółka koncentruje się na zwiększeniu zasobów kapitałowych, które umożliwią dalszy rozwój usług faktoringowych oraz kolejne inwestycje w portfele wierzytelności skupowane do Funduszu Sekurytyzacyjnego Indos 2.
Przychody ze sprzedaży INDOS SA po trzech kwartałach 2015 roku wyniosły 9,8 mln zł. Spółka kontynuuje intensywny rozwój działalności w segmencie faktoringu oraz krótkoterminowych pożyczek. Finansowanie i faktoring łącznie generują już blisko 60 procent przychodów firmy. Po trzech kwartałach 2015 roku przychody z tytułu faktoringu sięgnęły 4,255 mln zł, co oznacza wzrost o 78,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Spółka korzysta z dobrej koniunktury na rynku usług faktoringowych skierowanych do sektora MSP, który jest podstawowym obszarem jej aktywności.
INDOS SA prowadzi działania zmierzające do zwiększenia kapitału, którego zaangażowanie w portfele wierzytelności sekurytyzowanych pozwoli na skokowy wzrost biznesu. Jak dotąd spółka przeprowadziła 9 emisji obligacji na łączną kwotę 25 mln zł. W 2015 roku, zgodnie ze strategią zarządu na lata 2015-2017, kapitał spółki zwiększył się o kwotę 3,67 mln zł pochodzącą z zysków. Dodatkowo w trzecim kwartale 2015 roku spółka pozyskała 2,3 mln zł z emisji akcji serii B.
Gromadzony kapitał, obok finansowania faktoringu i pożyczek, zostanie zagospodarowany na zakupy portfeli wierzytelności gospodarczych do Funduszu Sekurytyzowanego Indos 2. Jak dotąd INDOS SA wygrał przetargi na dwa takie pakiety. Szacowana rentowność zaangażowanych w te wierzytelności środków to kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt, procent rocznie.
– W ramach Funduszu Indos 2 będziemy emitować certyfikaty inwestycyjne. Ich prywatną emisję planujemy jeszcze w tym roku. Chcielibyśmy pozyskać od inwestorów około 45 mln zł, przy czym INDOS SA objąłby certyfikaty o wartości 5 mln zł. Fundusz dysponujący kwotą rzędu 50 mln zł pozwoli na zbudowanie optymalnego portfela wierzytelności o znaczącej, wielusetmilionowej wartości – mówi Ireneusz Glensczyk, Prezes Zarządu INDOS SA.
Firma Dachser, specjalizująca się w obsłudze logistycznej eksporterów, ma duże doświadczenie w transporcie i magazynowaniu dla firm z polskiej branży meblarskiej, która w ostatnich latach odnosi świetne wyniki w handlu zagranicznym. O specyfice tego rynku, wymaganiach klientów i dedykowanych rozwiązaniach opowiada Juliusz Pakuński, DIY Project Manager w Polsce.
Polska jest obecnie trzecim w Europie i czwartym na świecie (po Chinach) producentem mebli, mającym potężny, stale rosnący potencjał eksportowy. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej eksport mebli z Polski podwoił się. Jest to szeroki rynek, skupiający wielu producentów wysyłających swoje wyroby na cały świat, którzy potrzebują odpowiedniego, profesjonalnego wsparcia w logistyce swoich produktów.
W związku z dynamicznym rozwojem sieci sprzedaży, zarówno na rynku tradycyjnym, jak i nowoczesnym, przed polskimi producentami mebli pojawiają się nowe wymagania związane z dostawami. Klienci doceniają naszą rozbudowaną sieć połączeń na całym świecie (obecnie 437 oddziałów) i jednolity we wszystkich krajach system IT, dzięki któremu możemy sprawnie i terminowo realizować dostawy – mówi Juliusz Pakuński. Sieci handlowe, do których dostarczamy przesyłki, oczekują od dostawców mebli częstszych dostaw w mniejszych ilościach. Żaden odbiorca nie chce już utrzymywać zbędnych i kosztownych zapasów. Nie zmieniają się natomiast wymogi dotyczące elastyczności w realizacji zamówień i terminowości dostaw – dodaje Juliusz Pakuński.
Dla dostawców do sieci sklepów typu DIY oraz dom i ogród Dachser oferuje rozwiązania Supply Pippeline, w ramach których dostarcza codziennie przesyłki do tysięcy marketów w całej Europie i świadczy szereg usług dodatkowych, w tym merchandising, dzięki któremu towary trafiają bezpośrednio z rampy na sklepowe półki.
Projekty logistyczne dla producentów mebli są dla nas bardzo interesujące, ponieważ przy ich realizacji możemy wykorzystać nasze mocne strony – podkreśla Juliusz Pakuński. Operator oferuje klientom realizację dostaw z wykorzystaniem kontenerów wymiennych, dzięki którym może transportować większą ilość palet w bardziej bezpieczny sposób, z uniknięciem zbędnych przeładunków. Kontenery są przepinane do kolejnych samochodów na platformach przeładunkowych, dzięki czemu kierowcy nie pracują dłużej niż powinni, a dostawy są realizowane zgodnie z terminami.
Kolejny ważny aspekt to kontrola i informacja dla klienta. Ten element uwzględnienia niskie zapasy towarów i zapewnia stałą dostępność produktów dla ostatecznego odbiorcy. Nasz homogeniczny system IT pozwala zarówno klientowi, jak i jego odbiorcy na śledzenie online statusu przesyłki po numerze zamówienia. Każda ze stron dokładnie wie, gdzie w danym momencie znajduje się zamówiony towar – wyjaśnia Juliusz Pakuński. Dzięki naszym rozwiązaniom, polscy producenci mogą konkurować na innych rynkach z lokalnymi producentami, realizując zamówienia zgodnie z wymaganymi parametrami jakościowymi odbiorców – dodaje.
Dodatkowo klienci Dachser mogą skorzystać z dostaw na konkretną godzinę lub w określonym czasie np. do godziny 10.00. Dla producentów, którzy sprzedają towar do ostatecznego klienta (B2C) operator oferuje realizację dostaw z wniesieniem produktów.
Dachser w Polsce
Firma Dachser zatrudnia w Polsce obecnie ponad 340 pracowników w 8 oddziałach (dwa w Warszawie oraz w Strykowie, Szczecinie, Wrocławiu, Poznaniu, Sosnowcu oraz Gdańsku). Firma specjalizuje się w transporcie ładunków drobnicowych, przewozie ładunków częściowych (LTL) i całopojazdowych (FTL) oraz usługach magazynowania i konfekcjonowania towarów, a także logistyce transportu lotniczego i morskiego.
Na złotego w dalszym ciągu bardzo silny wpływ mają spekulacje co zmieni się w Polsce wraz ze zmianą ekipy rządowej. Pomysł wykorzystywania spółek skarbu państwa wbrew ich interesowi ekonomicznemu budzi spore wątpliwości.
Na rynek trafiają kolejne spekulacje na temat podatku bankowego. Oczywistą konsekwencją takiego ruchu wydaje się próba przerzucenia przynajmniej części opłat na klientów. W tym właśnie kontekście musiała zaskoczyć wypowiedź chyba najpoważniejszego obecnie kandydata na ministra finansów. Stwierdził on, że można przeciwdziałać takiemu ruchowi zmuszając PKO BP do niepodnoszenia cen i tym samym tworząc presje na rynku na nie wykonywanie takiego ruchu.
Jest to nowy rozdział w zarządzaniu spółkami skarbu państwa. W tym scenariuszu nie tylko nie będą one prywatyzowane, ale również mają rezygnować z zysków by wywierać presje cenową na swój sektor. Rynki na razie uważnie obserwują te deklaracje. Sądząc po tym, że cały czas znajdujemy się na poziomach, na które wybiliśmy się strachem przed wynikiem wyborów coś musi być na rzeczy. Inwestorzy boją się powrotu, gdyż liczą się z tym, że warunki gry w niektórych branżach jak np. bankowej mogą ulec gwałtownej zmianie.
Inflacja w Japonii wynosi dokładnie 0%. Stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie 3,4%. Bank Japonii w komunikacie po posiedzeniu nie zmienił parametrów polityki pieniężnej. Obniżono co prawda prognozy inflacji i PKB, ale nie zasugerowano zwiększenia skali luzowania ilościowego. Program Japoński i tak jest bardzo duży, a jego efekty nie powodują, że gospodarka kraju kwitnącej wiśni wyrywa się z marazmu.
Bank narodowy Szwajcarii ogłosił wyniki finansowe. Strata od początku roku wynosi już “tylko” 33,9mld franków. Powodem takiego wyniku jest oczywiście 15 stycznia i uwolnienie kursu waluty. Bank posiada znacznie pozycje w złocie i walutach obcych, które w momencie wyskoczenia franka gwałtownie w górę nie straciły na wartości, ale ich cena we franku szwajcarskim spadła. Gdyby wyceniać depozyty banku Szwajcarii w euro miałby on w tym roku zyski.
Wczoraj poznaliśmy wstępne dane na temat wzrostu PKB w USA. Wzrost wyniósł 1,5% przy oczekiwaniach 1,6%. Słabsze dane z USA ponownie działają na odsunięcie prognoz wzrostu stóp procentowych, a co za tym idzie osłabiają dolara.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
11:00 – Strefa euro – stopa bezrobocia i inflacja,
13:30 – USA – Dochody i wydatki amerykanów,
14:45 – USA – indeks Chicago PMI.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 30.07.2015 do 30.10.2015
Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2600, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2400 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 30.07.2015 do 30.10.2015
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebicia testowanej linii oporu na 3,8950 kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9500 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9300.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 30.07.2015 do 30.10.2015
Kurs USD/PLN wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 3,9350. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9000.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 30.07.2015 do 30.10.2015
Kurs GBP/PLN podążał jeszcze na początku miesiąca w trendzie spadkowym. Przed wyborami doszło do silnego wybicia, które jest kontynuowane i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 5,9950. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum
China International Marine Containers (Group) Co., Ltd. (CIMC) to pochodząca z Chin globalna spółka zatrudniająca ponad 60 000 pracowników i posiadająca ponad 300 firm członkowskich między innymi w Azji, Ameryce Północnej, Europie, Australii. Zasięg CIMC obejmuje ponad 100 państw. Teraz firma rozszerza swoją działalność i otwiera fabrykę naczep samochodowych w Gdyni.
Firma CIMC powstała w 1980 roku w Shenzhen jako wspólne przedsięwzięcie China Merchants Group i East Asiatic Company. Od 1994 roku CIMC jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Shenzhen. Oferuje najwyższej jakości produkty i usługi w takich branżach, jak: logistyka, produkcja kontenerów i naczep samochodowych, offshore, energetyka, przemysł chemiczny i spożywczy czy finanse. Jednym z wiodących obszarów działalności CIMC jest produkcja pojazdów, którą firma rozpoczęła w 2002 roku jako CIMC Vehicles (Group) Co. Ltd. Obecnie CIMC produkuje 1000 rodzajów ciężarówek, furgonetek, cystern wagonów oraz ich elementów składowych. Właśnie w tym zakresie firma postanowiła rozszerzyć swoją działalność o kolejną lokalizację w Polsce.
W gdyńskim oddziale montowane będą różnego rodzaju przyczepy transportowe. Podzespoły do instalacji będą importowane z Chin i Europy. Realizowane tam będą zamówienia z Europy Środkowej, Wschodniej i Zachodniej.
Model produkcji i montażu przetestowaliśmy już na innych rynkach. Region Europy Środkowej i Wschodniej jest bardzo obiecującym rynkiem, dlatego planujemy tu dalszy rozwój. Polska, jako największy kraj w regionie oraz ważny partner w transporcie międzynarodowym, była dla nas naturalnym wyborem. Gdynia to najlepsza lokalizacja ze względu na bliskość dobrze rozwiniętej infrastruktury drogowej i portowej oraz rynku pracy – mówi Steven Feng, Dyrektor Zarządzający CIMC Trailer Polska.
Od listopada 2014 roku rozmowy z CIMC i przygotowanie oferty regionu koordynowała inicjatywa Invest in Pomerania. Istotną rolę w procesie inwestycyjnym spełniło Biuro Pomorskie w Chinach, które nawiązało pierwszy kontakt z firmą, a tym samym stworzyło podłoże do dalszych działań – już w Polsce. AXI IMMO doradzało w negocjacjach przy zakupie obiektu produkcyjno-magazynowego.
Od kilku lat obserwujemy rosnące zainteresowanie chińskich inwestorów Pomorzem. Liczymy, iż nasze działania przekują się w kolejne projekty inwestycyjne firm z Państwa Środka. Warto podkreślić, iż jest to pierwsza na Pomorzu inwestycja chińskiej firmy produkcyjnej – mówi Łukasz Żelewski – Prezes Agencji Rozwoju Pomorza, która jest koordynatorem inicjatywy Invest In Pomerania.
Inwestycja ta potwierdza, że region jest interesujący nie tylko dla przedstawicieli branż ICT czy sektora finansowego, ale także dla firm zajmujących się produkcją, działających na rynkach światowych. Cieszymy się, że po raz kolejny dzięki efektywnej współpracy władz lokalnych z partnerami Invest In Pomerania, udało się przekonać inwestora do potencjału Pomorza – dodaje Ryszard Świlski – Wicemarszałek Województwa Pomorskiego.
Hala produkcyjna firmy CIMC znajduje się w głównej przemysłowej dzielnicy Gdyni. O wyborze tej lokalizacji przesądziło kilka czynników. Po pierwsze dużym atutem było sąsiedztwo portu oraz dogodne połączenie komunikacyjne. Po drugie – bliskość rynków docelowych oraz – patrząc globalnie – strategiczne położenie regionu.
Inwestycja CIMC to niewątpliwy dowód, że Gdynia staje się coraz ważniejszym punktem na mapie gospodarczej Polski i Europy. Otwarcie fabryki dowodzi, że umiemy wyjść naprzeciw oczekiwaniom inwestorów. Cieszymy się, że powstaną nowe miejsca pracy w specjalistycznym obszarze produkcji. Dołożymy wszelkich starań, aby miasto rozwijało się w tym zakresie zarówno w dynamiczny, jak i zrównoważony sposób – mówi Katarzyna Spychała, wiceprezydent Gdyni.
Na korzyść tej lokalizacji przemawiała także atrakcyjna oferta dostępnych na rynku hal. Gdyńska placówka CIMC zajmie 3,623 m2 powierzchni użytkowej oraz 4,428 m2 przestrzeni przeznaczonej na plac manewrowy. Ważnym elementem wyposażenia są 2 suwnice o nośności 3,2 t/m2. Nieruchomość oprócz tego, że spełnia warunki techniczne, okazała się atrakcyjna kosztowo. W negocjacjach dotyczących zakupu obiektu doradzała agencja AXI IMMO.
Rynek magazynowo-produkcyjny w Trójmieście obok magazynów klasy A przeznaczonych na wynajem, posiada szeroką ofertę nieruchomości przemysłowych w atrakcyjnych lokalizacjach, znajdujących się w pobliżu portów w Gdyni i Gdańsku oraz głównych trasach krajowych i międzynarodowych. Nieruchomość należąca do CIMC w pełni spełnia oczekiwania klienta pod względem wielkości obiektu oraz celu. Dodatkową zaletą nieruchomości jest bogate wyposażenie i szeroki plac manewrowy – komentuje Danuta Dzierżak, Associate Director Industrial & Logistic AXI IMMO.
Inwestycja firmy CIMC wpisuje się w światowe trendy. Firmy produkcyjne coraz częściej optymalizują swoje procesy logistyczne poprzez lokowanie inwestycji w pobliżu portów morskich. To właśnie bliskość dwóch dynamicznie rozwijających się portów oraz bezpośrednie połączenia morskie z najważniejszymi azjatyckimi ośrodkami przemysłowymi były jedną z głównych przesłanek w wyborze naszej lokalizacji – dodaje Anna Rajzer Projekt Manager – Sektor Logistyczny, Invest in Pomerania.