Fabryka Przyszłości Wrocław 21-22 października 2015 r.

Trwające już kilka dziesięcioleci masowe przenoszenie produkcji z Europy Zachodniej  do krajów o niższych kosztach – na  Daleki Wschód oraz do krajów Europy Wschodniej jest przyczyną likwidacji wielu miejsc pracy. Rządy i organizacje starają się stworzyć warunki dla reindustrializacji. Jedną z silnie wspieranych inicjatyw jest Przemysł 4.0, którego cel stanowi zwiększenie konkurencyjności przemysłu poprzez zastosowanie nowoczesnych technologii informatycznych, które połączą ludzi i maszyny. Dzięki temu możliwe będzie opłacalne wytwarzanie produktów nawet w pojedynczych ilościach, aby dostosować się do wymagań i oczekiwań indywidualnych odbiorców.

W Polsce wciąż jeszcze istotnym elementem przewagi konkurencyjnej są niższe koszty pracy, dzięki czemu zachodnie firmy uruchamiają tu nowe zakłady produkcyjne. Dziś wiemy jednak, że taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie. Utrzymanie konkurencyjności to temat, nad którym powinniśmy już dziś pracować, tak jak dzieje się to od kilku lat w państwach zachodniej Europy. W stolicy Dolnego Śląska, powstała grupa wspierająca popularyzację idei Przemysłu 4.0, czyli czwartej rewolucji przemysłowej.

Firmy BALLUFF, FANUC, LAPP GROUP oraz WAGO to wiodące przedsiębiorstwa w dziedzinie nowych technologii produkcji i jednocześnie pionierzy w rozpowszechnianiu tej idei w Polsce. Aglomeracja wrocławska jest dynamicznie rozwijającym się obszarem, który jest zorientowany na rozwój przemysłu i technologii. Ideą czterech firm jest integracja środowiska i osób związanych z produkcją przemysłową wokół zagadnienia Fabryki Przyszłości.

Klaster 4.0 ?

Maria Słomińska-Okła z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, w swoim artykule „Klastry determinantą innowacyjności regionów w Polsce i na Ukrainie” podaje, iż wpływ innowacji na wzrost gospodarczy na poziomie krajów
czy regionów jest coraz większy. Badania potwierdziły, że znacznie więcej interakcji zachodzi na poziomie regionu, niż kraju. Konkurencyjność danego terenu nie jest już determinowana przez pojedyncze firmy, a raczej przez innowacyjność całego regionu.

Współpraca czterech wiodących dostawców automatyki może zainspirować inne firmy o podobnym profilu działalności do włączenia się w nurt prac nad zarówno transferem wiedzy dotyczącej budowy nowoczesnych procesów produkcyjnych jak i rozwojem własnych innowacyjnych pomysłów. Sprzyjać temu niewątpliwie może bliskość geograficzna. Stąd niedaleko jest już do powstania klastra, który jest nowym sposobem myślenia o kreowaniu konkurencyjności międzynarodowej gospodarki. Motorem jego rozwoju jest rozbudowa partnerstwa publiczno-prywatnego, synergia efektów współpracy, działanie z władzami lokalnymi oraz przyjazna rywalizacja przedsiębiorstw multiplikująca efektywność działań.

Efektywne przedsiębiorstwo

Badania i prace rozwojowe prowadzone pod szyldem Przemysłu 4.0 dążą do transformacji sposobu produkcji przemysłowej poprzez budowę  inteligentnych  fabryk, które  będą  wyróżniać się szczególnie wysokim poziomem elastyczności, wydajności zasobów i ergonomii. To organizacja szybszych, wydajnych i umożliwiających konwersję procesów produkcji.

Działania czterech firm rozwijających ideę Fabrykę Przyszłości 4.0 w procesie technologicznym skupione są na:

  • ekonomicznym opomiarowaniu i pozycjonowaniu – powszechna integracja sensorów w produktach i technologii,
  • dużych zbiorach danych – wykorzystywanie danych do modelowania i adaptacji procesów,
  • automatyzacji – decyzyjność i zmiany oparte na danych w czasie rzeczywistym,
  • współpracy maszyny z człowiekiem – pełna kompatybilność ludzi, maszyn i robotów w procesie produkcji,
  • połączeniu z siecią – komunikacja i interakcja w oparciu o internet.

W ramach swojego działania Fabryka Przyszłości organizuje 21-22 października 2015 roku we Wrocławiu konferencję, której celem jest nie tylko propagowanie wiedzy o istniejących i tworzonych technologiach, które będą realizowały ideę Przemysłu 4.0, ale też pokazanie wybranych przykładów projektów zrealizowanych w duchu Fabryki Przyszłości.

VMware mianuje Jean-Pierre’a Brularda na stanowisko Senior Vice President and General Manager na region EMEA

VMware, Inc. (NYSE: VMW), poinformował dziś o wyborze Jean-Pierre’a Brularda na stanowisko Senior Vice President and General Manager na region EMEA. Brulard był dotychczas wiceprezesem regionu południowego obszaru EMEA i odpowiadał za realizację wizji VMware Software-Defined, dostarczając rozwiązania klientom w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce (EMEA).

Do nowych zadań Brularda, którego bezpośrednim przełożonym będzie Carl Eschenbach – prezes i główny dyrektor ds. operacji, należeć będą koordynacja działań strategicznych i długofalowe planowanie, a także utrzymanie rozwoju i wzrostu zyskowności na wszystkich polach działalności biznesowej VMware, m.in. Software-Defined Data Center, Business Mobility i Cloud Services. Brulard zastąpi na stanowisku Maurizio Carliego, który został mianowany General Managerem VMware w regionie amerykańskim.

„Bogate doświadczenia w dziedzinie zarządzania i w pracy w branży oprogramowania oraz sukcesy osiągnięte podczas kierowania firmą w południowym regionie EMEA sprawiają, że dalsza działalność Jean-Pierre’a będzie miała znaczący wpływ na rozwój VMware w Europe, na Bliskim Wschodzie i w Afryce” – mówi Carl Eschenbach, prezes i główny dyrektor ds. operacji VMware. „Nasza firma nieustannie rozwija ofertę technologii, których głównym zadaniem jest wspomaganie organizacji wchodzących w nową epokę mobilnych rozwiązań w środowisku chmury, więc umiejętności biznesowe Jean-Pierre’a, a także jego efekty polegające na odpowiadaniu na potrzeby klientów, będą kluczowe dla dalszego rozwoju VMware w regionie”.

Jean-Pierre Brulard jest weteranem branży, który może pochwalić się ponad dwudziestopięcioletnim doświadczeniem i współpracą z największymi firmami technologicznymi świata, między innymi Business Objects/SAP, IBM, Sun Microsystems oraz Unisys. Brulard dołączył do zespołu VMware w 2009 roku, a przez ostatnie 6 lat kierował operacjami firmy w południowym obszarze regionu EMEA, doprowadzając do znaczącego rozwoju jej działalności w tej części świata.

„Jestem zaszczycony tym, że mogę stanąć u steru VMware w regionie EMEA i kierować zespołem składającym się z najlepszych specjalistów w branży” – mówi Jean-Pierre Brulard. „VMware to innowacyjna firma, która naprawdę pomaga klientom podnieść wartość biznesową i pomyślnie zmieniać model działalności ich organizacji. To wspaniały moment na bycie częścią firmy VMware, a perspektywa współpracy z naszymi klientami, partnerami i pracownikami w nadchodzących tygodniach, miesiącach i latach napawa mnie entuzjazmem”.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 24.08.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Co się dzieje z walutami? Rynki liczą straty, złotówka trzyma się mocno

Ostatnie dni przyniosły bardzo poważne przetasowania na rynkach. Największe zmiany zachodzą na walutach tych krajów, które są eksporterami ropy naftowej oraz sprzedają wiele towarów do Chin. Dlaczego? Wyjaśnia Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Na rynkach często bywa, że wydarzenie o stosunkowo niewielkim znaczeniu wywołuje później bardzo silne zmiany. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia niespełna dwa tygodnie temu, gdy Ludowy Bank Chin (PBOC) zdecydował się na trzyprocentową dewaluację juana (CNY) w stosunku do dolara amerykańskiego.

Przez ostatnie lata chińska waluta praktycznie tylko zyskiwała na wartości. Było to spowodowane nadwyżką na rachunku obrotów bieżących, zagranicznymi inwestycjami oraz napływem kapitału portfelowego do Chin. Najefektywniejszą miarą wartości waluty jest realny efektywny kurs (REER). Uwzględnia on zmiany wartości juana w relacji do innych walut na podstawie jego procentowego udziału w wymianie handlowe oraz różnicę inflacji pomiędzy badanymi gospodarkami. Gdy spojrzymy na ten wskaźnik, to według australijskiego banku Westpack, CNY realnie wzmocnił się o 50 proc. w ciągu ostatniej dekady.

Przy tak znacznym wzmocnieniu wartości lokalnej waluty, jej niewielkie osłabienie w stosunku do dolara nie powinno wywołać większego niepokoju. Jest jednak kilka powodów, które były przyczyną podwyższonej nerwowości inwestorów. Po pierwsze, dewaluacja nastąpiła tuż po publikacji bardzo słabych danych o eksporcie z Chin. Teoretycznie może to być początkiem słabnącej konkurencyjności Pekinu. Byłoby to zwłaszcza widoczne, gdyby ceny importowanych surowców energetycznych się odbiły.
Niewykluczone także, że niewielka dewaluacja została wymuszona przez odpływ kapitału z Chin. Przez ostatni rok wysokość rezerw walutowych spadła o 350 mld dol. i choć nadal wynoszą one 3.65 biliona dol, to przy utrzymującej się nadwyżce na rachunku obrotów bieżących ich spadek pokazuje, że Państwo Środka może tracić swój blask wśród inwestorów.

Dewaluacja była również odbierana przez niektórych jako słabość Pekinu. Przez wiele kwartałów Chiny stymulowały gospodarkę albo poprzez większe wydatki publiczne, albo łagodniejszą politykę monetarną. Gdy jednak te elementy traciły na sile, skorzystano z dość prostej metody, czyli osłabienia waluty w celu zwiększenia konkurencyjności Chin na arenie międzynarodowej.

Ostatni element, który wywołuje zaniepokojenie sytuacją w tym kraju, to kwestie statystki gospodarczej. Wielu ekonomistów, wbrew oficjalnym danym, otwarcie mówi, że gospodarka rozwija się znacznie wolniej niż w skali 7 proc. rocznie. Dodatkowo ten strach powiększają prywatne badania nad gospodarką. Opublikowany w ostatni piątek indeks PMI dla przemysłu spadł do poziomu 47.8 punktu. Według firm Markit i Caixin, które przeprowadzają badanie, to najsłabszy odczyt od 77 miesięcy.

Wyprzedaż walut rynków wschodzących

Spadek wartości juna i jego konsekwencje wywołały prawdziwą panikę na walutach rynków wschodzących. Ucierpiały zwłaszcza gospodarki tych państw, które dużo eksportują do Chin, a dodatkowo są producentami surowców. W ciągu jedynie dwóch tygodni rosyjski rubel stracił 13 proc. w stosunku do euro i dolara. W tym samym czasie malezyjski ringgit osłabił się do o 7 proc. do dolara.

Obawy o kondycję Chin spowodowały dewaluację walut Kazachstanu i Wietnamu. Presji wyprzedaży nie oparły się również meksykański peso, południowoafrykański rand czy chilijskie peso, które są na wieloletnich minimach w relacji do głównych walut.

Bardzo słabo wygląda też sytuacja liry. Choć Turcja jest importerem surowców, to jednak utrzymujący się wysoki deficyt na rachunku obrotów bieżących i bardzo niestabilna sytuacja polityczna kraju powodują, że lokalna waluta jest na najniższych poziomach w historii.

Złoty bezpieczną przystanią?

W kontekście globalnego zamieszania na rynku walutowym, stosunkowo dobrze wygląda sytuacja złotego. Według rankingu agencji Bloomberg, wśród 33 walut krajów rozwiniętych i rozwijających się, złoty jest szóstą najsilniejszą walutą na świecie. Dane dotyczą okresu od 10 sierpnia, czyli od dnia poprzedzającego dewaluację juana.
Relatywna siła polskiej waluty jest pochodną kondycji gospodarczej oraz geograficznego położenia. Po raz pierwszy od momentu transformacji ustrojowej w 1989 r. nie ma potrzeby importu kapitału do gospodarki. Jej rachunek obrotów bieżących jest zbilansowany, dzięki coraz wyższej konkurencyjności naszych eksporterów oraz spadkowi cen surowców energetycznych. Paradoksalnie pomocny jest także fakt, że praktycznie nie wysyłamy towarów do Chin, co w perspektywie słabnącej kondycji Państwa Środka jest pozytywną informacją.

Do tego nie należy zapominać o stabilnym i relatywnie szybkim wzroście gospodarczym oraz dodatnich realnych stopach procentowych. Nawet w przypadku zacieśniania polityki pieniężnej za oceanem powinny one powodować, że rynek instrumentów dłużnych nadal będzie atrakcyjny dla zagranicznych inwestorów.
To pozwala przypuszczać, że złoty utrzyma stosunkowo dobrą pozycję na rynku w relacji do innych walut państw wschodzących. Oczywiście nie oznacza to jego wzmocnienia przy bardzo silnych spadkach na giełdach zagranicznych, czyli tak zwanym wzroście niechęci do ryzyka. Jednak w przypadku znacznego zamieszania na rynkach będzie on relatywnie silny. Natomiast, gdy sytuacja na światowych rynkach uspokoi się, powinniśmy powrócić do scenariusza stabilizacji. Wtedy euro powinno kosztować mniej niż 4.20 zł

Pokolenie Y nie myśli o emeryturze

Jak prognozują eksperci, do 2025 roku 75% pracowników na świecie będą stanowili przedstawiciele pokolenia Y. W Polsce tzw. millenialsi to obecnie osoby od 18. do 33. roku życia. Cechy charakterystyczne tej generacji to chęć zdobywania wiedzy, poznawanie świata oraz stawianie przed sobą nowych wyzwań. Na rynku pracy są uważani za zdolnych i ambitnych, ale też mało lojalnych i szybko nudzących się rutyną. Pokolenie Y mówi o sobie, że „pracuje po to, aby żyć” i nie snuje dalekosiężnych planów – zwłaszcza emerytalnych. Eksperci alarmują, że to błąd – taka postawa prędzej czy później doprowadzi do „głodowych” świadczeń pobieranych po przekroczeniu wieku emerytalnego.

„Perspektywa emerytury dla przedstawicieli pokolenia Y jest na tyle odległa, że nie zawracają sobie oni głowy planowaniem przyszłości. Niestety, takie podejście może być katastrofalne w skutkach już za kilkanaście lat. 1/3 pokolenia Y pracuje na tzw. umowach śmieciowych i w formie jednoosobowej działalności gospodarczej. Praca na tych warunkach oznacza symboliczne składki na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, ale co za tym idzie – także bardzo niski poziom emerytury. Problem nie dotyczy jednak tylko tych osób, millenialsi pracujący na umowach o pracę w chwili przejścia na emeryturę (za ok. 40 lat), otrzymają świadczenia w wysokości od 25 do 35 procent ostatniej pensji.[1] Liczby, niestety, mówią same za siebie – jeżeli chcemy żyć godnie na jesieni życia, musimy podjąć szereg czynności, które uchronią nas przed „głodowymi” emeryturami i poprawią naszą przyszłą sytuację finansową. Mogą nam pomóc dwa dostępne na rynku narzędzia oszczędzania na emeryturę – Indywidualne Konto Emerytalne oraz Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego” – mówi Karina Trafna, dyrektor sprzedaży Legg Mason Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych.

IKE to produkt dostępny na polskim rynku od ponad 10 lat. Środki zebrane na IKE mogą być zwolnione z podatku od zysków, są także dziedziczone, mogą więc stanowić finansowe zabezpieczenie również dla spadkobierców lub osób uprawionych, wskazanych przez oszczędzającego. IKZE natomiast to dość nowy produkt – dostępny na rynku dopiero od trzech lat. Jego główną zaletą jest elastyczność – możliwość wypłat odłożonych pieniędzy bez dodatkowych opłat, niskie koszty oraz ulga podatkowa, która w 2015 może wynieść nawet do 1 520,25 zł[2]. Na IKE możemy odłożyć w 2015 roku do 11 877 zł, a na IKZE – do 4 750,8 zł. Są to roczne wpłaty maksymalne, nasze oszczędności mogą też być niższe.

„Pokolenie Y stoi obecnie przed bardzo poważnym wyzwaniem. Stanowi grupę największego ryzyka niskich świadczeń emerytalnych. Warto zatem zatrzymać się na chwilę w pędzącym świecie i zastanowić się – jakbym chciał lub chciała, żeby moje życie wyglądało za 40 lat i zrobić wszystko, żeby ta wizja się spełniła. Możliwości jest kilka, jednak również od nas zależy, jak będzie wyglądała nasza przyszłość na emeryturze i w jakim stopniu będziemy mogli w sędziwym wieku korzystać z uroków życia” – dodaje Karina Trafna z Legg Mason.

Ważna informacja

Niniejszy materiał ma wyłącznie charakter promocyjny, a zestawienia w nim zawarte należy traktować jako ilustrację, nie prognozę. Materiał ten nie stanowi oferty w rozumieniu Kodeksu cywilnego ani oferty publicznej w rozumieniu ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych, doradztwa inwestycyjnego, innego rodzaju doradztwa, ani rekomendacji do zawarcia transakcji kupna lub sprzedaży jakiegokolwiek instrumentu finansowego. W celu uzyskania szczegółowych informacji o możliwościach skorzystania z ulgi podatkowej i dokładnych wyliczeń korzyści podatkowych prosimy o kontakt z kwalifikowanym doradcą podatkowym. Opodatkowanie zależy od indywidualnej sytuacji podatnika i może ulec zmianie w przyszłości. Podatek ryczałtowy w wysokości 10% pobierany jest od kwoty wypłaty z IKZE (jednorazowej lub w ratach). W przypadku wcześniejszego zwrotu z IKZE, otrzymaną kwotę (wpłaty z uwzględnieniem zysków/straty) należy doliczyć do dochodu przy rocznym rozliczeniu PIT. Wypłaty z IKE są zwolnione z podatku od dochodów kapitałowych pod warunkiem osiągnięcia określonego wieku (60 lat lub nabycie uprawnień emerytalnych po skończeniu 55 lat) oraz odpowiedniego stażu w IKE. Źródło danych – obliczenia własne Legg Mason TFI SA. Legg Mason TFI SA działa na podstawie decyzji z dnia 18.06.1998 r., wydanej przez Komisję Papierów Wartościowych i Giełd.

[1] http://www.zus.pl/bip/prognozy_fus/prognoza_do_2060_MGIPS.pdf

[2] Szacunkowe wyliczenia dla stawki podatkowej 32% dla osób fizycznych przy maksymalnej możliwej wpłacie w 2015 r. – 4 750,80 zł. Korzyść podatkowa dla osoby fizycznej, rozliczającej się wg stawki 18% lub prowadzącej działalność gospodarczą może być innej wysokości. Wyliczenia własne Legg Mason TFI SA. W celu uzyskania szczegółowych informacji i dokładnych wyliczeń korzyści podatkowych prosimy o kontakt z kwalifikowanym doradcą podatkowym. Opodatkowanie zależy od indywidualnej sytuacji podatnika i może ulec zmianie w przyszłości.

 

Kopacz, Kaczyński i Kukiz, który polityk jest najbardziej medialny

Wybory parlamentarne coraz bliżej. Dziennikarze oraz internauci komentują każde działanie liderów kluczowych polskich ugrupowań – Ewy Kopacz, Jarosława Kaczyńskiego i Pawła Kukiza. „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” sprawdził, który polityk jest najbardziej medialny.

Kopacz wyprzedza Kaczyńskiego i KukizaW najnowszym badaniu „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” zwyciężyła Ewa Kopacz. Na jej temat w dniach od 13 lipca do 9 sierpnia br. opublikowano 22,9 tys. materiałów. Na drugim miejscu znalazł się Jarosław Kaczyński z wynikiem 9,1 tys. doniesień medialnych. O Pawle Kukizie ukazało się zaledwie 6 tys. informacji.

Kaczyński w ogólnopolskich, Kukiz w regionalnych

Źródła ogólnokrajowe najczęściej pisały o przedstawicielu Prawa i Sprawiedliwości – 74,9 proc. materiałów. Z kolei zdecydowanym liderem w mediach regionalnych został Kukiz. 35 proc. informacji opublikowanych na jego temat pochodziło właśnie ze źródeł lokalnych.

Promocyjnie najbardziej zyskała Ewa Kopacz

Materiały o politykach były warte 240 mln zł. Największy ekwiwalent reklamowy dotyczył premier rządu. AVE publikacji na jej temat wyniosło 115 mln złotych. Najczęściej pisali o Kopacz dziennikarze z redakcji Wiadomosci.gazeta.pl, Polsat News oraz TVP Info. Natomiast doniesienia medialne o Jarosławie Kaczyńskim wyceniono na 81 mln złotych. Polityk głównie pojawiał się w TVN24, Wpolityce.pl oraz Polsat News. Dla Kukiza wynik ten był prawie o połowę mniejszy i wyniósł 45 mln złotych. Wymieniano go przede wszystkim w materiałach Radiobiper.info, TVN24 oraz Wpolityce.pl.

Informacje o Ewie Kopacz mogły dotrzeć do 22 mld czytelników, internautów, słuchaczy i widzów. Kolejny wynik pod względem wskaźnika dotarcia uzyskał Jarosław Kaczyński – z materiałami na jego temat miało szansę się zetknąć prawie 9 mld odbiorców informacji medialnych. Z kolei z publikacjami odnośnie Kukiza – 5 mln osób.

Kaczyński goni Kopacz

W trakcie analizowanego okresu liderem publikacji była jednak Ewa Kopacz. Dziennie dziennikarze przygotowywali w nawiązaniu do niej ponad 760 materiałów. Jedynie 6 i 7 sierpnia Jarosław Kaczyński wyprzedził premier rządu, odnotowując tym samym największy skok aktywności – o blisko 500 informacji. Tak dynamiczny wzrost miał związek z zaprzysiężeniem Andrzeja Dudy. Doniesienia medialne odnośnie Pawła Kukiza rozkładały się dosyć regularnie. Średnio dziennie publikowano 214 materiałów na jego temat.

Kukiz ma duże poparcie internautów

Pod względem liczby publikacji w social media liderem została Ewa Kopacz. Dużo wpisów i komentarzy pojawiło się także odnośnie Pawła Kukiza – prawie 69 tys. Polityk zdecydowanie dominował na Facebooku. Aż 50 tys. materiałów na jego temat pochodziło właśnie z tego portalu. W nawiązaniu do Kaczyńskiego internauci opublikowali 34,5 tys. wzmianek.

Problemy i wyzwania branży dźwigowej w Polsce

Branża urządzeń dźwigowych dostarcza narzędzia do rozwoju różnych sektorów przemysłu. Niestety jej rozwój jest hamowany przez skomplikowane przepisy, brak wyspecjalizowanej kadry czy słabą innowacyjność. Z jakimi problemami boryka się branża? I jaki jest kierunek jej rozwoju?

Skomplikowane przepisy i wymagania ustawodawcy

Branża dźwigowa obwarowana jest skomplikowanymi przepisami, m.in. wynikającymi z prawa unijnego. Jest to związane głównie z koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa pracy przy obsłudze sprzętu. Producenci muszą spełniać szereg norm. Główne wymagania to międzynarodowy certyfikat ISO 9001, zapewniający zachowanie kontroli nad jakością oferowanych produktów. Oprócz tego w zakresie przygotowywania urządzeń do pracy w trudnych warunkach, dostosowuje się je do specyfikacji zawartych w poszczególnych dyrektywach stosowanych dla pracy w warunkach morskich (SOLAS) czy też choćby w rejonach o występowaniu wybuchowej atmosfery (ATEX). Trzeba przyznać, że Polska ma jedne z najostrzejszych dyrektyw w tym zakresie, w porównaniu np. do przepisów brytyjskich. Na ich straży stoi Urząd Dozoru Technicznego – podmiot, który dokładnie kontroluje wprowadzane do sprzedaży urządzenia, wymagając od ich producentów sporządzania szczegółowej dokumentacji.

Brak wykwalifikowanej kadry

Kolejny problem, z jakim styka się branża w Polsce, to brak wystarczającego zaplecza wykwalifikowanych specjalistów. Branża oferuje dobre perspektywy rozwoju zawodowego, co wiąże się również z dobrymi zarobkami. Mimo to, brakuje wystarczającej ilości ekspertów, którzy mogliby przyczynić się m.in. do wzrostu innowacyjności tego sektora.

Brak otwartości sektora na potrzeby klientów

Wraz z rozwojem rynku w wielu obszarach zwiększają się także oczekiwania konsumentów względem oferowanych towarów i usług. Tyczy się to wielu branż, także branży dźwigowej. Klienci są gotowi zapłacić więcej, ale oczekują produktu dopasowanego do ich potrzeb.
Widać to zwłaszcza w coraz liczniejszych zapytaniach ofertowych dotyczących projektowania sprzętu pod konkretne zadania, począwszy od prostych wciągarek unoszących ciężary liczone ledwie w kilogramach, poprzez poruszające się na specjalnych szynach dźwigi umożliwiające unoszenie setek ton, skończywszy na wciągarkach pracujących na pełnym morzu, bądź też głęboko pod powierzchnią ziemi w kopalnianych szybach. Klienci bardzo cenią elastyczność – przyznaje Sebastian Przygoda, Manufacturing Director, Red Rooster Poland.

Zdecydowanie większa część branży prowadzi produkcję taśmową. Każde indywidualne zamówienie niezgodne ze standardem zaburza plany produkcyjne, generując dodatkowe koszty.

Mała ilość innowacji technologicznych

Można powiedzieć, że rozwój technologiczny w branży dźwigowej zatrzymał się 20 lat temu. Powielane są narzędzia i maszyny, brakuje innowacji, które zrewolucjonizowałyby rynek. Z tego powodu oferta wielu producentów niestety nie spełnia wymagań innowacyjności; dalej produkuje się urządzenia taśmowo i na szeroką skalę nie szukając ani stosując rozwiązań, które podniosłyby jakość produkowanych sprzętów.

Wizja przyszłości

Zdecydowanie indywidualizacja produkcji to przyszłość branży dźwigowej, nie tylko w Polsce, ale na świecie. Należy upatrywać odchodzenia od seryjnej produkcji na rzecz wdrażania standardów, pozwalających na dopasowywanie produkowanych urządzeń do konkretnych zastosowań. Zwiększają się także rygory dotyczące bezpieczeństwa pracy czy ograniczenia emisji szkodliwych substancji do środowiska. Przewiduje się, że w przeciągu najbliższych lat branża dźwigowa może przejść może nie rewolucyjne, ale z pewnością widoczne zmiany w zakresie projektowania i wdrażania rozwiązań opartych o technologie dostosowywane do potrzeb poszczególnych klientów.

Wojciech Stisz: Mieszkaniówka na fali sukcesu

W ostatnich miesiącach deweloperzy znaleźli nabywców na tak dużą ilość mieszkań, jak nigdy wcześniej. Szybka sprzedaż wprowadzanych na rynek lokali zachęca firmy do rozpoczynania budowy kolejnych projektów. Oferta rynku pierwotnego w największych miastach rośnie w imponującym tempie. Jak wynika z danych GUS, w pierwszym półroczu br. deweloperzy rozpoczęli budowę aż o ponad jedną czwartą większej ilości mieszkań niż w tym samym okresie rok wcześniej. A rok miniony nie należał do najgorszych pod tym względem.

Popyt na mieszkania jest porównywalny do przedkryzysowego boomu. Skąd tak duży apetyt na nowe lokale? Powód jest wciąż ten sam. W Polsce brakuje mieszkań i długo jeszcze potrzeby lokalowe nie zostaną zaspokojone. W naszym kraju w przeliczeniu na liczbę mieszkańców przypada znacznie mniej mieszkań niż w innych państwach w Europie.

Młodych ludzi do ich zakupu motywuje teraz dobra kondycja polskiej gospodarki i stabilna sytuacja w kraju. Nic nie wpływa negatywnie na nastroje nabywców. Wzrost gospodarczy i dobre rokowania na rynku pracy sprzyjają temu, by osoby, które potrzebują mieszkań chętniej zawierały umowy kredytowe. A przyzwoita stopa zwrotu zachęca do lokowania kapitału w nieruchomości na wynajem.

Średnio 7,5 tys. zł płacimy za metr nowego mieszkania w Warszawie

W ofertach deweloperskich można przebierać, a mimo to, żeby kupić w Warszawie najbardziej rozchwytywane dwu i trzypokojowe mieszkania o najmniejszych metrażach trzeba się śpieszyć. W dobrze zlokalizowanych inwestycjach najtańsze dwójki i trójki, które są obiektem poszukiwań większości kupujących, rozchodzą się w kilka tygodni po wejściu na rynek. Dlatego bez względu na wysokość podaży, w projektach z dobrze pomyślaną strukturą mieszkań, odpowiadającą realnemu zapotrzebowaniu kupujących, deweloperzy nie mają problemu ze zbytem.

A ile płacimy za warszawskie mieszkania? Według danych Narodowego Banku Polskiego, w 2Q 2015 roku nabywcy nowych mieszkań płacili za nie średnio nieco ponad 7500 zł/m kw. To o 2,66 proc. więcej niż przed rokiem.

Obserwatorzy rynku zauważają, że powodzenie mieszkań deweloperskich wiąże się m.in. z ich konkurencyjnością w porównaniu z ofertami z drugiej ręki. Jakość nowych mieszkań jest nieporównywalnie lepsza niż większości lokali oferowanych w budynkach starszej generacji, podobnie jak zagospodarowanie terenu całego osiedla. A przy tym ceny mieszkań używanych nie są w Warszawie niższe.

Na wzrost sprzedaży na rynku deweloperskim wpływ ma też program dopłat do kredytów Mieszkanie dla młodych. W tym w tym roku widocznie wzrosło grono osób zainteresowanych państwowymi subwencjami. A niedługo, kiedy nowelizacja przepisów dotyczących programu wejdzie w życie, będzie można dostać większe dofinansowanie.

Dopłaty do używanych mieszkań

Niebawem z dopłat będą mogli skorzystać również nabywcy mieszkań z rynku wtórnego. Nie we wszystkich miastach oferta używanych lokali, kwalifikujących się do MdM będzie jednak optymalna. W Warszawie, jak obliczają analitycy Emmerson Realty kryteria cenowe programu spełniać będzie tylko ok. 2 proc. mieszkań z drugiej ręki. Będą to głównie lokale należące do najtańszych na rynku, w standardzie adekwatnym do ceny.

Deweloperzy nie obawiając się konkurencji inicjują więc kolejne inwestycje, w których mogą zaproponować mieszkania, przy zakupie których będzie można sięgnąć po państwową dopłatę. W Warszawie największą gamę ofert objętych programem MdM oferuje Białołęka. Jedną z inwestycji, jaka niedawno trafiła do sprzedaży w tej dzielnicy jest kolejny etap osiedla Tarasy Dionizosa, w którym firma Barc Warszawa S.A. zaoferowała 86 lokali w budynku, który powstanie przy ul. Winorośli i Dionizosa.

– Każde z mieszkań w nowej fazie projektu można kupić zaciągając preferencyjny kredyt w ramach programu dopłat. Klienci mogą wybierać wśród lokali o metrażu od 28 do 77 m kw. To oferta skierowana do osób poszukujących swojego pierwszego mieszkania. Ceny kształtują się w przedziale od 5,5 do 5,8 tys. zł za mkw. Największe, czteropokojowe lokale zaprojektowane zostały z myślą o rodzinach wielodzietnych, które wkrótce będą mogły uzyskać aż 30 proc. dopłaty do kredytu – informuje Wojciech Stisz z Barc Warszawa S.A.

Coraz więcej zainteresowanych MdM-em

Kredytem z dopłatą w ramach MdM interesuje się w tym roku coraz więcej osób. W ostatnich miesiącach wyraźnie wzrosła liczba składanych wniosków o jego przyznanie. W sześciu miastach, gdzie rynek deweloperski rozwija się najszybciej, w pierwszej połowie 2015 roku wpłynęło o ponad połowę więcej wniosków o dopłaty, niż w pierwszym półroczu minionego roku, podaje Reas.

W ciągu półtora roku funkcjonowania MdM z dopłat skorzystało ponad 23 tysiące kredytobiorców. Wniosek o subwencje można składać w kilkunastu bankach, które współpracują z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. W każdym roku wyznaczona jest określona pula pieniędzy przeznaczona na dopłaty. W ubiegłym roku nie została wykorzystana, ale w tym może nawet zabraknąć pieniędzy na dofinansowanie dla wszystkich chętnych, przewidują analitycy rynku. Zainteresowanie rządowym wsparciem może poważnie się zwiększyć wraz ze wzrostem wysokości dopłat.

Autor: Barc Warszawa SA.

Promocja banków spółdzielczych w mediach warta 60 mln złotych

PRESS-SERVICE Monitoring Mediów podsumował obecność medialną banków spółdzielczych w Polsce. Na ich temat w ciągu roku opublikowano 13,4 tys. materiałów o łącznej wartości 60 mln złotych! Liczba kontaktów odbiorców z informacjami mogła wynieść nawet 5,2 mld.

Z analizy materiałów opublikowanych od 1 kwietnia 2014 r. do 30 kwietnia 2015 r. wynika, że banki spółdzielcze były częściej obecne w źródłach o zasięgu regionalnym (58 proc.). Ten rodzaj instytucji stanowi jeden z kluczowych elementów lokalnej przedsiębiorczości. Ze względu na bliskość podmiotów oraz możliwość uzyskania usług na preferencyjnych, indywidualnie dobranych warunkach, co często nie jest możliwe w przypadku banków komercyjnych, które rządzą się odgórnie narzuconymi prawami, placówki spółdzielcze cieszą się dużym zainteresowaniem lokalnych inwestorów, ale także miejscowej społeczności oraz mediów regionalnych. Materiały te przeważnie traktowały o dostępnych ofertach oraz sponsoringu lokalnych inicjatyw kulturowych i edukacyjnych.

Wykres 1. Liczba publikacji regionalnych na temat banków spółdzielczych w każdym z województw w okresie kwiecień 2014 – kwiecień 2015
Wykres 1. Liczba publikacji regionalnych na temat banków spółdzielczych w każdym z województw w okresie kwiecień 2014 – kwiecień 2015

Najaktywniejszym medialnie regionem okazała się Wielkopolska z 798 przekazami. Informacje pochodzące z tego województwa stanowią blisko 10 proc. ogółu publikacji o bankowości spółdzielczej w mediach regionalnych. Tematykę tę poruszano głównie na łamach „Polski – Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Słupeckiej” oraz „Tygodnika Nowego”. Najczęściej autorami publikacji byli Irena Kuczyńska z „Gazety Pleszewskiej”, Paulina Śliwa z „Polski – Głosu Wielkopolskiego” oraz Mirosław Sobkowiak z portalu Obywatelskieinfo.ngo.pl.

Aktywne pod względem liczby publikacji były także województwa: małopolskie (751 materiałów), kujawsko-pomorskie (717), a następnie mazowieckie (657) oraz dolnośląskie (652). Z kolei najmniej doniesień medialnych opublikowano w województwach lubuskim (zaledwie 132) i  opolskim (158).

Dynamicznie w marcu

W ciągu roku odnotowano 4 piki oznaczające znaczny wzrost popularności medialnej banków spółdzielczych. Pierwszy z nich widoczny był w czerwcu 2014 r., kiedy to media rozpisywały się o SKOK-ach i atrakcyjnym oprocentowaniu lokat. Ta informacja znalazła odzwierciedlenie w blisko setce publikacji w mediach ekonomicznych.

– Bardzo istotnym problemem komunikacyjnym jest fakt, że banki spółdzielcze nadal kojarzone są ze SKOK-ami, których wizerunek odznacza się wysokim stopniem ambiwalentności. Pojawiło się kilkaset publikacji nt. złego stanu finansowego Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. Jednocześnie ich akcje promocyjne  były zauważalne nawet w dużych, zasięgowych mediach. Instytucje spółdzielcze podejmują próby odcinania się od SKOK-ów, jednak działania te są niewystarczające i zazwyczaj stanowią inicjatywę pojedynczych banków, a powinny być wspólnymi dla całego środowiska, kluczowymi, zorganizowanymi działaniami medialnymi – komentuje Sebastian Bykowski, wiceprezes zarządu i dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

Wykres 2. Liczba publikacji regionalnych na temat banków spółdzielczych w podziale na miesiące w okresie kwiecień 2014 – kwiecień 2015
Wykres 2. Liczba publikacji regionalnych na temat banków spółdzielczych w podziale na miesiące w okresie kwiecień 2014 – kwiecień 2015

Najdynamiczniejszy wzrost zainteresowania mediów bankowością spółdzielczą miał miejsce we wrześniu ub.r. Wówczas dziennikarze omawiali tematykę kredytów studenckich i wszelkich możliwości dofinansowania studiów. Liczba publikacji wzrosła o 25 proc. – z 863 informacji do 1084.

Trzeci pik przypadł na styczeń 2015 r. W mediach pojawiło się wówczas kilkaset przekazów dotyczących nowelizacji ustawy o bankowości spółdzielczej.

Ostatni wzrost aktywności dotyczył marca br. – na temat tego rodzaju instytucji finansowych ukazało się prawie 1,5 tys. materiałów. Dziennikarze pisali głównie o możliwości korzystania z bankomatów biometrycznych w niektórych bankach spółdzielczych oraz budowie systemu IPS, stworzonego w celu zwiększenia bezpieczeństwa tych podmiotów. Wśród innych wątków znalazły się m.in. prace nad prawodawstwem, w tym nad ustawą regulującą działalność „BS-ów”.

Najpopularniejsze w internecie

Publikacje o bankach spółdzielczych zostały zdecydowanie zdominowane przez źródła internetowe. Aż 75 proc. stanowiły materiały właśnie z sieci. Taki wynik ma związek m.in. z faktem, że sektor ten inwestuje w rozwój bankowości internetowej i mobilnej, stara się dotrzeć do internautów. Drugim medium, w którym można było najczęściej znaleźć informacje o analizowanych podmiotach, była prasa – 23 proc. Radio i telewizja bardzo rzadko informowały o bankowości spółdzielczej.

Wykres 3. Liczba publikacji na temat banków spółdzielczych w podziale na media w okresie kwiecień 2014 – kwiecień 2015
Wykres 3. Liczba publikacji na temat banków spółdzielczych w podziale na media w okresie kwiecień 2014 – kwiecień 2015

Najczęściej o bankowości spółdzielczej w Internecie

Najwięcej materiałów wzmiankujących o bankowości spółdzielczej opublikowano na portalu Firma.pb.pl. W ciągu roku w serwisie ukazało się 266 publikacji. Miały one jednak niewielki wskaźnik dotarcia w porównaniu z innymi mediami. Kolejne miejsca w zestawieniu pod względem liczby publikacji zajęły Biznes.interia.pl (203), Ibs.edu.pl (192) oraz Finanse.wp.pl (176). Portal finansowy należący do Wirtualnej Polski został liderem pod względem wskaźnika dotarcia. Informacje z tej strony mogły dotrzeć do 1,3 mld odbiorców.

Robert Orzechowski i Zdzisław Surowaniec liderami

Najaktywniejszym dziennikarzem w sektorze bankowości spółdzielczej został Robert Orzechowski. W ciągu roku napisał 69 materiałów, które zostały umieszczone głównie na portalach Nasze-miasto.pl. We wszystkich wzmiankowano o działaniach sponsoringowych Podkarpackiego Banku Spółdzielczego. Wysoki wynik liczby publikacji uzyskali także: Marlena Polok-Kin (62), Paweł Gołębiowski (49) i Mirosław Sobkowiak (33).

Natomiast doniesienia medialne Zdzisława Surowańca cieszyły się najwyższym wskaźnikiem dotarcia spośród najaktywniejszych autorów. Liczba potencjalnych kontaktów z publikacjami autora wyniosła ponad 24,2 mln. Dziennikarz relacjonował m.in. kwietniowe spotkanie wiceministra finansów z przedstawicielami banków spółdzielczych w Stalowej Woli.

Raport został przygotowany na zlecenie dwumiesięcznika „Bank Spółdzielczy” i opublikowany w numerze 3/581 VI-VII 2015.

Wspólny rynek w obrocie nieruchomościami dużą szansą dla polskich pośredników

Jak Europejska Legitymacja Zawodowa, która ma zacząć obowiązywać od 2016 r. pomoże polskim profesjonalistom nieruchomości mieszkającym za granicą? Czy zderegulowany rynek pośredników i zarządców jest niechlubnym wyjątkiem na Starym Kontynencie? W jakim kraju w Europie ponad 90 proc. transakcji jest obsługiwanych przez pośredników?

Rozmowa z Grzegorzem Dobrowolskim, wiceprezydentem Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości i członkiem zarządu CEPI Europejskiej Rady Nieruchomości.

Wspólny rynek jest dużą szansą dla polskich pośredników w obrocie nieruchomościami. Europejska Rada Nieruchomości CEPI na poziomie europejskim reprezentuje interesy 300 tys. pośredników. Czym się obecnie zajmuje?

Przedstawiciele CEPI prowadzą działania wszędzie tam, gdzie kwestie dotyczące rynku nieruchomości, relacji usługodawców i konsumentów odnoszą się w sposób pośredni lub bezpośredni do pracy pośredników i zarządców. Organizacja zajmuje się konkretnymi projektami, które Unia Europejska podejmuje albo kontynuuje. I takim przedsięwzięciem jest m.in. Europejska Legitymacja Zawodowa.

Jak Europejska Legitymacja Zawodowa wpłynie na pracę polskich pośredników w obrocie nieruchomościami? I kiedy zacznie funkcjonować?

Według założeń nowa formuła Europejskiej Legitymacji Zawodowej zostanie wdrożona
w 2016 roku. W jakim zakresie jej wprowadzenie przełoży się na sytuację pośredników i zarządców? Odpowiedź nie jest prosta. Rolą Legitymacji jest usprawnienie systemu, jego unowocześnienie, w pewnym sensie również technologiczne, co umożliwi szybkie uzyskanie dostępu do informacji na temat kwalifikacji zawodowych i pozwoli wyeliminować kosztochłonny tryb autoryzacji dyplomów, nostryfikacji uprawnień. W różnych krajach do kwestii Europejskiej Legitymacji Zawodowej podchodzi się z innym zaangażowaniem. Dla niektórych grup zawodowych funkcjonujących w określonych państwach nie jest to tak istotny problem. Wynika to ze skali rynku wewnętrznego, migracji profesjonalistów i ich obecności na innych rynkach. W przypadku Polski jest to temat bardzo ważny. Mamy sporą grupę młodych ludzi, wykształconych, często kierunkowo, posiadających nierzadko wysoki, w porównaniu z innymi zachodnimi standardami edukacyjnymi, poziom kwalifikacji i wiedzy. Brak zachęty i sprężyny uruchamiającej pewne procesy blokuje ich. Nie wszyscy muszą za granicą zaczynać od przysłowiowego zmywaka.

A jak się ma deregulacja zawodów pośrednika w obrocie nieruchomościami i zarządcy nieruchomości do wprowadzenia Europejskiej Legitymacji Zawodowej?

Europejska Legitymacja Zawodowa to system, którego treść będzie wypełniana na poziomie poszczególnych państw. Ten proces z kolei jest ściśle powiązany ze standardami kwalifikacyjnymi, obowiązującymi w każdym z krajów. Deregulacja w Polsce, a więc brak uprawnień zawodowych, które byłyby w sposób jednoznaczny autoryzowane, nie pozwala nam na włożenie czegokolwiek do tego systemu. Uważam, że los ponad 2 mln mieszkających za granicą Polaków, wśród których jest wielu młodych ludzi, powinien nas interesować. Jeżeli nie potrafimy zachęcić ich do powrotu do kraju, to przynajmniej dajmy im dodatkową szansę na funkcjonowanie w miejscu, w którym obecnie mieszkają.

A jakie są poziomy regulacji w różnych krajach Europy? Czy państwa dążą do regulacji czy może raczej do deregulacji zawodów?

Gdyby wsłuchać się w głosy uzasadniające wprowadzenie deregulacji w Polsce, to często
w sposób autorytatywny padało stwierdzenie, że cała Europa zmierza do deregulacji, że nigdzie poza Polską nie ma tak wielu formalnych barier. A to nieprawda! Każda branża ma swoje wymogi i standardy. Sytuację pośredników i zarządców zbadała CEPI i Komisja Europejska. Z tej analizy wynika, że w 18 państwach mamy do czynienia z systemem regulowanym w różnym stopniu. W żadnym z tych przypadków nie ma pustych przestrzeni, są przynajmniej jakieś linie graniczne. Nie jest prawdą, iż istnieje tendencja do zniesienia barier. Raport Komisji Europejskiej mówi o tym, że tam, gdzie prawa wynikające z innych źródeł w wystarczający sposób chronią interesy konsumentów, to być może należy się zastanowić czy funkcjonujące normy regulacyjne nie dublują się, nie zaostrzają pewnych procedur czy nie są zbędne. Z drugiej jednak strony należałoby sprawdzić, czy tam gdzie te prawa są niedostateczne nie należałoby ich uzupełnić poprzez regulacje, dając w ten sposób dodatkową gwarancję bezpieczeństwa klientowi. I to jest powszechny trend. Nie wyobrażam sobie, aby takie państwa jak Francja, Belgia czy Austria zrezygnowały z utrwalanych przez kilkanaście lat systemów edukacji, egzaminowania i kontroli. To jest struktura, której rozmontowaniem nikt, włącznie z rynkiem, nie jest zainteresowany. Wyrugowanie systemu, czego – jako Polska – jesteśmy nieszczęśliwym przykładem, prowadzi do chaosu. Nienazwanie lub niepełne nazwanie pewnych procesów wprowadza jeszcze większy zamęt, na którym cierpią usługodawcy i usługobiorcy. Miejscem, w którym często będą się teraz spotykać nie będzie już rynek, ale sąd.

Czy istnieje kraj i rozwiązania, na których jako Polska powinniśmy się wzorować?

Krajem, w którym chciałbym funkcjonować jako pośrednik jest Dania. W tym kraju 93 proc. transakcji rynku nieruchomości jest obsługiwanych przez pośredników. To jest pewnego rodzaju proces, kwestia pewnych konwenansów, które przechodzą z pokolenia na pokolenie. Tak, jak dziś już nie próbujemy sami naprawiać samochodów tylko korzystamy z usług fachowców, którzy biorą za to odpowiedzialność. W większości państw europejskich realizacją co najmniej 60 proc. transakcji zajmują się profesjonalni pośrednicy nieruchomości. W Polsce musimy przejść do poziomu, w którym praca pośrednika jest usługą uzupełniającą rynek tak, jak uzupełnia się pewne inne sfery aktywności społecznej. Jeżeli państwa, które mają bardziej stabilną sytuację prawną oraz dłuższą historię budowania państwa prawa, są zainteresowane utrzymaniem pośrednictwa jako usługi dającej pewne gwarancje czy budującej dobry klimat na rynku nieruchomości, to dlaczego nie możemy tego zrobić w Polsce? W naszym kraju jako grupa zawodowa, przedsiębiorcy podejmujemy ryzyko wyłącznie na własny rachunek. I tutaj w razie problemów nikt nam nie może pomóc. Dobrze by było, gdyby jednak nie podstawiano nam nogi.

Polska Federacja Rynku Nieruchomości (PFRN)

Wyniki MLP Group po I półroczu 2015 r.

O 12,4% do 54,2 mln zł zwiększyły się w I półroczu 2015 r. przychody dewelopera powierzchni magazynowych w porównaniu do tego samego okresu poprzedniego roku. Docelowa powierzchnia realizowanych i planowanych projektów przez MLP Group sięga aktualnie 735 tys. mkw. powierzchni, a uwzględniając także opcje na planowane inwestycje aż blisko 1,4 mln mkw. Oznacza to możliwość potrojenia obecnej skali działania.

Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w I półroczu 2015 r. uzyskał 54,2 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza 12,4% poprawę w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Na poziomie wyniku netto z działalności kontynuowanej Grupa w pierwszych sześciu miesiącach tego roku wypracowała 29,6 mln zł, czyli na podobnym poziomie jak rok wcześniej kiedy uzyskano 30,0 mln zł. Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) na koniec czerwca br. wyniosła 591,5 mln zł. To o 6% więcej niż na koniec 2014 r. i o 10,5% więcej niż na koniec czerwca 2014 r. Natomiast wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 1% względem wyceny na koniec minionego roku do 1,055 mld zł. „Wyniki finansowe osiągnięte przez Grupę w pierwszym półroczu 2015 roku uważamy za bardzo dobre. W pierwszym półroczu br. wykazaliśmy ujemny wynik z aktualizacji wyceny pomimo istotnego wzrostu wartości nieruchomości liczonej w euro.Głównym czynnikiem takiej sytuacji była aprecjacja naszej waluty”- wyjaśnił Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.

W pierwszym półroczu br. Grupa MLP realizowała projekty inwestycyjne o łącznej powierzchni nieco ponad 40,3 tys. mkw. Z tego 17,8 tys. mkw. dotyczyło kontynuacji inwestycji rozpoczętych jeszcze w minionym roku (projekty zostały już w całości zakończone i przekazane najemcom). Natomiast w pierwszych sześciu miesiącach tego roku zainicjowano budowę kolejnych 22,5 tys. mkw. powierzchni a kolejne 13,4 tys. mkw. znajdowało się w fazie przygotowawczej do budowy. Na koniec czerwca br. Grupa miała 384,9 tys. mkw. wybudowanej powierzchni magazynowej, z czego wynajętych było 95,6%, a wskaźnik pustostanów był na poziomie zaledwie 4,4%.

„Naszym strategicznym celem jest realizacja budynków w aktualnym banku ziemi oraz realizacja budynków w systemie BTS poza aktualnymi parkami w celu dalszej odsprzedaży. Według wielu prognoz Polska ma przed sobą okres coraz szybszego wzrostu PKB. Ponieważ ogólny stan gospodarki i tendencji na rynku magazynowym są ze sobą silnie skorelowane, możemy oczekiwać, że znajdzie to odbicie w popycie na magazyny”- stwierdził Radosław T. Krochta. W ramach zawartych umów najmu oraz umów warunkowych MLP Group ma do wybudowania obecnie ok. 194,2 tys. mkw. powierzchni.

W skład portfela nieruchomości Grupy Kapitałowej wchodzi sześć operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce: MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Tychy, MLP Poznań, MLP Bieruń oraz MLP Lublin. Docelowa powierzchnia w tych inwestycjach sięga 735,3 tys. mkw. nowej powierzchni magazynowej. W trakcie budowy jest siódmy park MLP Teresin. W przygotowaniu są także kolejne inwestycje w regionie Wielkopolski, Górnego i Dolnego Śląska oraz Polski Centralnej, w tym m.in. MLP Poznań Zachód, MLP Poznań Południe, MLP Gliwice, MLP Łódź oraz MLP Wrocław. Uwzględniając także te projekty docelowa powierzchnia magazynowa MLP Group sięgnie blisko 1,4 mln mkw.

Jak odkorkować polskie miasta?

W Raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta” Przemysław Wojtkiewicz z Integrated Solutions stwierdza, że kluczem do rozwiązania problemu korków jest zastosowanie odpowiednich mechanizmów analizujących natężenie ruchu drogowego w czasie rzeczywistym. Bez nich uruchomienie kolejnych urządzeń czy aplikacji nie przyniesie wymiernych rezultatów.

– Zdarza się, że miasta inwestują w szereg rozwiązań, które choć w zamierzeniu mają ułatwiać życie i usprawniać ruch, w praktyce jeszcze bardziej komplikują całą sytuację. Taki scenariusz to konsekwencja braku analizy. Za przykład mogą posłużyć przyciski dla pieszych. Ich instalacja na każdym skrzyżowaniu, bez wyjątku, opóźnia ruch, a nie go upłynnia – wyjaśnia Przemysław Wojtkiewicz, dyrektor linii Smart City w Integrated Solutions (IS).

W opinii eksperta miasta powinny zainwestować w systemy predykcji ruchu
i stworzenie on-line’owego modelu ruchu. Posiadanie odpowiednich informacji sprawi, że procesy odkorkowania miasta skutecznie wspomogą z kolei takie rozwiązania, jak projekty open data, systemy park & ride, dynamiczna informacja na znakach zmiennej treści, inteligentna sygnalizacja świetlna czy organizacja przejazdu pojazdów uprzywilejowanych.

– System klasy ITS (z ang. Inteligent Transportation System) w oparciu o infrastrukturę ICT (z ang. Information and Telecommunication Technology) może pomóc w odkorkowaniu miast, choćby poprzez zbieranie i odpowiednie przetwarzanie bieżących informacji o wszystkich zdarzeniach, które mają wpływ na ruch w mieście. Przykładem miasta, które można traktować jako inspirację jest Stuttgart, w którym działa Centrum Zarządzania Ruchem. To wspólna inicjatywa wszystkich służb miejskich, medycznych, policji, zarządu dróg i operatorów transportu zbiorowego. Szacuje się, że dzięki Centrum, każdego dnia udaje się zredukować długość korków nawet o ok. 20 kilometrów – podsumowuje Przemysław Wojtkiewicz.

Więcej informacji na temat tego, jak usprawnić ruch w mieście znajduje się
w Raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta”. Materiał został opracowany przez Orange, Integrated Solutions, przy wsparciu Fundacji Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych. Raport można pobrać bezpłatnie na stronie www.smartcity2020.pl.

W I półroczu 2015 r. sądy rozpatrzyły 2189 wniosków o upadłość polskich firm

Jak wynika z danych pozyskanych z Ministerstwa Sprawiedliwości, w I połowie 2015 roku do polskich sądów wpłynęło 2 189 wniosków o upadłość, czyli o 4 proc. mniej niż w tym samym okresie roku 2014 (2283 wnioski). Spadła także liczba wydanych przez sądy postanowień o upadłości, było ich 409, czyli o 7 proc. mniej niż w okresie pierwszych sześciu miesięcy 2014 r., kiedy zanotowano 439 bankructw. Od początku 2009 roku, (czyli od czasu, kiedy zaobserwowano wyraźnie wzrastające problemy polskich firm z wypłacalnością) do końca czerwca 2015 r. do sądów wpłynęło 25 929 wniosków o upadłość przedsiębiorstw. Liczby te oznaczają, że poważne zagrożenie dla płynności dotyczyło znacznie większej liczby przedsiębiorstw, niż wynika to ze statystyk o ogłoszonych upadłościach.

Wpływ wniosków o upadłość a ogłoszone upadłości I półrocze 2015  vs. I półrocze 2014
Wpływ wniosków o upadłość
a ogłoszone upadłości I półrocze 2015
vs. I półrocze 2014

Komentuje Grzegorz Sielewicz Główny Ekonomista Coface w Polsce

Niższa liczba wniosków o upadłości przedsiębiorstw w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku potwierdza poprawę sytuacji gospodarczej i otoczenia makroekonomicznego w Polsce, jakiej doświadczają krajowe firmy. Jednak w obliczu podwojenia tempa wzrostu gospodarczego Polski z 1,7 proc. w 2013 r. do 3,4 proc. w 2014 r. i jego stabilizacji w pierwszej połowie tego roku, spadek liczby wniosków upadłościowych o zaledwie 4 proc. wydaje się dynamiką rozczarowującą. Liczba składanych wniosków o upadłości firm wciąż utrzymuje się na relatywnie wysokim poziomie, a jej obniżenie w ostatnich statystykach może być głównie przypisane wysokiej bazie odniesienia w roku poprzednim.

Sytuacja dotycząca płynności wielu polskich przedsiębiorstw jest nadal często wynikiem trudnej sytuacji z lat ubiegłych. Niska dynamika konsumpcji prywatnej, która osiągnęła apogeum w pierwszej połowie 2013 r., następnie zawirowania i recesja w strefie euro (główny odbiorca polskiego eksportu), a w także przeciągająca się deflacja, duża konkurencja i konieczność akceptowania niskich marż w wielu branżach, powodują, że poprawa sytuacji gospodarczej będzie następować stopniowo i uwidoczni się z pewnym opóźnieniem.

Upadłość – powoli, jednak coraz częściej – staje się formą ratowania firmy i stanowi element jej restrukturyzacji. Obserwowane przypadki skutecznie przeprowadzonych postępowań naprawczych, czy zrealizowanego z sukcesem układu z wierzycielami dają nadzieję, że instytucja upadłości coraz częściej będzie instrumentem umożliwiającym powrót przedsiębiorstw, które mają potencjał, aby z powodzeniem działać w niełatwych warunkach rynkowych.

Sposób rozpatrzenia spraw upadłościowych, które wpłynęły do polskich sądów w I półroczu 2015.  Źródło: Ministerstwo Sprawiedliwości, Coface
Sposób rozpatrzenia spraw upadłościowych, które wpłynęły do polskich sądów w I półroczu 2015. Źródło: Ministerstwo Sprawiedliwości, Coface

Spośród 2189 wniosków, które wpłynęły do polskich sądów w I połowie 2015 r. w blisko 19 proc. przypadków (409) orzeczono o postanowieniu upadłości, z czego 345 spraw zakończyło się ogłoszeniem upadłości w celu likwidacji majątku dłużnika, a 64 – upadłością z możliwością zawarcia układu.

Wniosek o upadłość może złożyć zarówno sam dłużnik w sytuacji swojej niewypłacalności, jak i wierzyciel, wobec którego dłużnik nie reguluje zobowiązań. Prawo upadłościowe precyzyjnie określa przypadki, kiedy może to nastąpić i jakie formalności powinny zostać dopełnione. Sytuacje, kiedy sąd nie orzeka upadłości przedsiębiorstwa spowodowane są różnymi przyczynami, od braków formalnych, przez brak majątku, aż po oddalenie wniosku złożonego w złej wierze.

Największa liczba 756 wniosków (34,5 proc.) została przez sądy oddalona, ze względu na fakt, że:

  • majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarczał na zaspokojenie kosztów postępowania
    (art.13 prawa upadłościowego i naprawczego), co w praktyce oznacza faktyczne bankructwo firmy – takich przypadków było aż 606.
  • opóźnienie w wykonaniu zobowiązań nie przekraczało trzech miesięcy, a suma niewykonanych zobowiązań nie przekraczała 10 proc. wartości bilansowej przedsiębiorstwa dłużnika (art.12).

Drugą (20 proc.) pod względem liczby przypadków grupę stanowiły sytuacje, kiedy sąd decydował o prawomocnym zwrocie wniosku (439) w związku ze złożeniem go w sposób, który nie odpowiada wymogom ustawy (np. nienależycie opłacony lub złożony z brakującymi danymi).

231 razy (10,5 proc.) sądy decydowały o umorzeniu postępowania w sytuacjach, gdy np. składający sam wycofał wniosek o upadłość lub wszyscy wierzyciele żądali umorzenie sprawy lub gdy majątek dłużnika (po wyłączeniu wszystkich zabezpieczeń) nie wystarczał na pokrycie roszczeń.

Wśród 354 przypadków rozpatrzonych w inny sposób (16 proc.) znalazły się m.in. sytuacje, kiedy sąd prawomocnie przekazał sprawę do rozpatrzenia do innego sądu, zgodnie z właściwą rejestracją lub tam gdzie podmiot ma większy majątek (58) lub gdy sąd zdecydował o połączeniu spraw, np. wniosków kilku wierzycieli do wspólnego rozpoznania pod jedną sygnaturą sprawy (107).

18,6% wniosków o upadłość zakończyło się w I półroczu 2015 ogłoszeniem upadłości podmiotu
18,6% wniosków o upadłość
zakończyło się w I półroczu 2015
ogłoszeniem upadłości podmiotu

Wpływ wniosków o upadłość w I połowie 2015 vs I połowa 2014 r. do Sądów Okręgowych wg województw

źródło: Ministerstwo Sprawiedliwości, Coface

województwo wpływ wniosków o upadłości w 2014 wpływ wniosków o upadłości w 2015 %
mazowieckie 501 546 9%
śląskie 243 281 16%
małopolskie 207 194 -6%
wielkopolskie 233 193 -17%
dolnośląskie 224 170 -24%
pomorskie 134 125 -7%
zachodniopomorskie 109 111 2%
lubelskie 133 110 -17%
łódzkie 148 107 -28%
kujawsko-pomorskie 87 96 10%
podkarpackie 88 72 -18%
warmińsko-mazurskie 65 70 8%
świętokrzyskie 24 42 75%
podlaskie 40 28 -30%
opolskie 30 24 -20%
lubuskie 17 20 18%
ogółem 2283 2189 -4%

 

Wnioski o upadłość najczęściej wpływają do sądów w województwach, w których działa najwięcej podmiotów gospodarczych tj. ma Mazowszu, na Śląsku, w Małopolsce i w Wielkopolsce. W tym względzie statystyki przedstawiające wnioski o upadłość są podobne do tych prezentujących ogłoszone upadłości. Analogicznie sytuacja wygląda w przypadku województw z końcówki tabeli.

Jeśli chodzi o liczbę wniosków o upadłość, sytuacja jest bardzo zróżnicowana w zależności od regionów. Porównując I półrocze 2015 do analogicznego okresu roku poprzedniego, największą poprawę zanotowano w woj. podlaskim (30 proc. spadek). Najgorzej było natomiast w woj. świętokrzyskim (blisko 75 proc. wzrost). Nieciekawie wygląda też sytuacja w woj. śląskim 16 proc wzrostu liczby wniosków o upadłość.

 

Upadłości i wnioski o upadłość – barometr stanu gospodarki, który należy monitorować

Bezwzględne liczby ogłoszonych przez sądy upadłości nie są w Polsce duże, gdyż dane przedstawiają jedynie firmy, wobec których zostało przeprowadzone oficjalne postępowanie upadłościowe. Nie uwzględniają natomiast przedsiębiorców, którzy zakończyli aktywność gospodarczą poprzez likwidację lub zawieszenie działalności, a tych jest znacznie więcej. Liczba upadłości jest jednak ważnym wskaźnikiem sytuacji gospodarczej. Coface monitoruje bankructwa od kilkunastu lat i statystyki potwierdzają, że wskaźnik liczby upadłości doskonale obrazuje okresy koniunktury i dekoniunktury (z zachowaniem kilkumiesięcznego przesunięcia w czasie, wynikającego z okresu trwania postępowań sądowych). Dla przedsiębiorców jeszcze bardziej wartościowym pozostaje jednak bieżące monitorowanie sytuacji odbiorcy, dzięki czemu możliwe jest wychwycenie informacji o złożeniu lub wycofaniu wniosku o upadłość. W zdecydowanej większości przypadków złożenie wniosku o upadłość sygnalizuje poważne problemy dłużnika z zachowaniem płynności i powinno być sygnałem dla kontrahentów do podjęcia natychmiastowych kroków zabezpieczających należności i zrewidowania planów dalszej współpracy.

NIK o podwyżkach wynagrodzeń zarządu w Lasach Państwowych

Prowadzona przez Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe gospodarka finansowa – której efektem jest stały wzrost kosztów zarządu, wzrost wynagrodzeń oraz zwiększenie nakładów inwestycyjnych – stwarza ryzyko nieosiągnięcia podstawowych celów działania Lasów Państwowych: zachowania i ochrony lasów oraz ekosystemów leśnych, a także utrzymania i powiększania upraw i zasobów leśnych.

Lasy Państwowe upatrują szans na zwiększenie przychodów w sprzedawaniu coraz to większych ilości drewna. Strategia ta nie zawsze okazuje się skuteczna, bo np. w latach 2011 -2013 mimo zwiększenia ilości sprzedanego drewna o 6,5 proc., przychody ze sprzedaży spadły o – 3,8 proc. W roku 2014 przychody ze sprzedaży drewna wzrosły głównie dzięki wyższej cenie za m3 oraz dzięki po raz kolejny zwiększonej wycince drzew.

Mimo spadku przychodów w latach 2011-2013 Lasy Państwowe sukcesywnie zwiększały koszty zarządu, w tym koszty wynagrodzeń, które od 2010 r. wzrosły o ponad 26 proc. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w Państwowym Gospodarstwie Leśnym Lasy Państwowe wzrosło o ponad 24 proc. – do 6 980 zł (w Dyrekcji Generalnej o blisko 29 proc. – do kwoty 11 133 zł), niemal dwukrotnie przewyższając wzrost wynagrodzeń w administracji publicznej i gospodarce narodowej oraz w sektorze prywatnym. W 2014 r. płace w Gospodarstwie Leśnym wzrosły o kolejne 3,5 proc. (w sumie od 2010 r. – już o 29,2%). Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w Lasach Państwowych w roku 2014 wyniosło 7 229 zł.

NIK ustaliła również, że środki przeznaczone na inwestycje w Państwowym Gospodarstwie Leśnym Lasy Państwowe były relatywnie wysokie, stanowiły ponad 15 proc. wszystkich wydatków Lasów Państwowych i przekraczały w badanym okresie o 11-20 proc. wielkość środków przeznaczonych na hodowlę i ochronę lasów. Dynamika nakładów inwestycyjnych, w porównaniu z 2010 r. wykazywała tendencję wzrostową i wynosiła od ponad 206 proc. w 2011 r. do ponad 245 proc. w roku 2013. Środki przeznaczane przez Lasy Państwowe na ochronę i hodowlę lasów, a więc nakłady kluczowe dla zachowania i ochrony lasów oraz ekosystemów leśnych, a także na utrzymanie i powiększanie zasobów i upraw leśnych, stanowiły w badanym okresie zaledwie 13 proc. kosztów ogółem i były ponad trzykrotnie niższe od kosztów ogólnego zarządu.

Najwyższa Izba Kontroli wskazuje na konieczność poprzedzania procesów inwestycyjnych oceną ich ekonomicznej racjonalności. Ma ona szczególne znaczenie w przypadku takich nakładów, jak np. nakłady na budynki, które w badanym okresie przekroczyły pół miliarda (569 064,9 tys. zł, z czego na budynki mieszkalne – 227 296,9 tys. zł). Niestety dynamika wzrostu środków przeznaczanych przez Lasy Państwowe na ochronę i hodowlę lasu była w badanym okresie wyraźnie niższa od dynamiki wzrostu wydatków inwestycyjnych. Zastrzeżenia NIK dotyczą też utrzymywania w strukturze Lasów Państwowych zakładów, których działalność nie znajdowała uzasadnienia ani z punktu widzenia realizacji zadań Lasów Państwowych, ani rachunku ekonomicznego.

Innowacja w leasingu z dofinansowaniem UE

Jak wynika z danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, polscy przedsiębiorcy doceniają leasing: aż 83 % firm z doświadczeniem w obsłudze leasingu uważa ten sposób finansowania za ważny katalizator przedsiębiorczości. Dzięki Raiffeisen Leasing ta zyskująca na popularności forma finansowania dostępna jest również w formie dotowanej z Funduszy Unijnych. Zyskają na tym przede wszystkim przedsiębiorcy szukający środków na innowacyjne projekty.

Finansowanie innowacyjnych przedsięwzięć jest w oczywisty sposób bardziej ryzykowne niż inwestowanie w standardowe projekty. Nowatorskie rozwiązania najczęściej nie mają swoich odpowiedników na rynku, więc trudno jest oszacować szanse na ich powodzenie. Dlatego wśród przedsiębiorców pojawiło się zapotrzebowanie na instrumenty zmniejszające ryzyko udzielenia kredytu na podobne projekty.

Dzięki współpracy Raiffeisen Leasing z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym, polscy przedsiębiorcy zyskali kilka nowych ciekawych możliwości. Gwarancje udzielane w ramach projektu Instrument Podziału Ryzyka (z ang. „Risk Sharing Instrument” – RSI) umożliwiają firmom łatwiejszy dostęp do finansowania leasingiem, między innymi projektów innowacyjnych oraz działalności badawczo-rozwojowej. Program ten polega na gwarancjach Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego na finansowanie dla firm innowacyjnych i realizujących innowacyjne projekty. EFI to wiarygodna instytucja finansowa o najwyższych notowaniach (AAA) agencji ratingowych. Dlatego wydana przez nią gwarancja jest bardzo dobrym zabezpieczeniem kredytowym dla instytucji finansujących.

– Gwarancja EFI jest dodatkowym zabezpieczeniem leasingu, przez co zmniejsza ryzyko, jakim obarczone jest udzielenie finansowania – mówi Marcin Brześciański, manager ds. Produktów Raiffeisen-Leasing Polska S.A. – W razie niewypłacalności przedsiębiorstwa, gwarancja EFI pokrywa 50% niespłaconej części zobowiązania (zarówno kapitał, jak i odsetki). Ryzyko takiej transakcji rozkłada się więc po połowie pomiędzy instytucję finansującą a EFI. Dzięki temu jesteśmy w stanie zaoferować przedsiębiorcom środki na preferencyjnych warunkach: przy niższym oprocentowaniu, na dłuższy okres, przy niższych wymogach dotyczących zabezpieczeń – dodaje ekspert.

To właśnie dzięki gwarancji z EFI Raiffeisen Leasing dysponuje kwotą aż 60 milionów euro dla pomysłowych przedsiębiorców na przedsięwzięcia obarczone większym ryzykiem. W ofercie dostępne jest preferencyjne finansowanie w ramach RSI dla małych i średnich firm (do 500 osób), nastawionych na innowacje bądź realizujących projekty badawczo-rozwojowe. Przedsiębiorca planujący skorzystanie z RSI musi spełnić co najmniej jedno z dziesięciu kryteriów, np. inwestować w produkcję lub rozwój innowacyjnych produktów, procesów lub usług, bądź też być przedsiębiorstwem „szybko rosnącym”. Dofinansowanie może obejmować technologię, inwestycje lub maszyny i sprzęt.

Dzięki współpracy z Raiffeisen Leasing przedsiębiorca, który zdecyduje się na finansowanie swojego przedsięwzięcia leasingiem, może uzyskać dofinansowanie do rat. Obejmuje ono kapitałową cześć raty już zapłaconej i zafakturowanej, odsetki musi sfinansować z własnych środków. Jeśli stara się o dofinansowanie leasingowanego sprzętu, umowa musi prowadzić do przeniesienia prawa własności, a leasingodawca ma być podmiotem upoważnionym do ponoszenia wydatków kwalifikowanych w imieniu korzystającego z dotacji.

Na mocy umowy z EFI Raiffeisen Leasing uruchomił również inny program ramowy na rzecz konkurencyjności i innowacji. Projekt Competitiveness and Innovation Framework Programme (CIP) również został tworzony z myślą o małych i średnich przedsiębiorstwach. Ma on zachęcać do szerszego i pomysłowego wykorzystania technologii informacyjnych i komunikacyjnych, tym samym wspomagając rozwój społeczeństwa informacyjnego. W programie mogą wziąć udział zarówno działające już firmy, jak i start-upy. Warunkiem jest zatrudnianie mniej niż 10 osób i roczne obroty poniżej 2 mln euro. W ramach leasingu operacyjnego lub finansowego mogą być sfinansowane np. urządzenia, sprzęt IT, a nawet meble (nie mogą to być auta) o wartości nieprzekraczającej 104 tys. zł.

Dla rozwojowych firm z potencjałem najważniejszy więc okazuje się innowacyjny, odkrywczy pomysł. Nawet jeśli standardowe źródła finansowania uznają go za zbyt ryzykowny, ofertowane przez Raiffeisen Leasing programy pomogą sfinansować przedsięwzięcie.

Chińska giełda znów nurkuje

Wracają problemy w Chinach. Spadki na tamtejszej giełdzie pociągnęły za sobą inne parkiety oraz przede wszystkim surowce. 8,5-procentowa przecena musi budzić respekt. Na reakcję na walutach nie trzeba było długo czekać. Inwestorzy od razu rozpoczęli poszukiwanie bezpieczniejszych przystani. Euro po 4,25 zł jeszcze niedawno wydające się fikcją okazało się poranną rzeczywistością.

Tematem numer jeden znów są Chiny. Po serii słabszych danych makroekonomicznych rynki wstrzymywały oddech, ale nie reagowały zbyt emocjonalnie. Co zatem się stało, że dzisiejszego poranka euro kosztuje niemal 4,25 zł? Główny indeks chińskiej giełdy stracił 8,5% na wartości. Dodatkowo wbrew oczekiwaniom analityków nie doszło do obcięcia stopy rezerwy obowiązkowej. W efekcie nałożyły się dwa tematy. Pierwszy to realny problem na giełdzie, za którym od razu podążyły surowce. Drugi to perspektywa, że jednak Chiny nie będą walczyć z rynkiem i nie zamierzają interweniować wszystkimi dostępnymi środkami. W rezultacie pod znakiem zapytania oprócz tego na jakim poziomie znajdzie się giełda jest również kondycja całej chińskiej gospodarki. Spowolnienie w Państwie Środka to coś czego inwestorzy obawiają się naprawdę mocno.

Jak zareagowały rynki na te informacje? Po pierwsze nastąpiła ucieczka od walut krajów rozwijających się. Złotówka i inne waluty naszego regionu szybko powróciły na poziomy, na których nie było ich od dawna. Warto również zwrócić uwagę na główną parę walutową świata. Dolar traci gwałtownie do euro. Powód jest prosty. Szansa, że podczas dużych problemów w Chinach FED zdecyduje się podnieść stopy procentowe jest coraz mniejsza. W rezultacie inwestorzy kupujący dolary w oczekiwaniu na tą zmianę musieli zrewidować swój pogląd. W rezultacie złoty stracił ponad 5 groszy do euro, ale w wyniku ruchów na EUR/USD umocnił się wobec dolara.

W piątek poznaliśmy również dane na temat koniunktury w najważniejszych gospodarkach europejskich. Wstępne odczyty Indeksów PMI dla przemysłu, bo o nich mowa, zostały jednak potem przykryte przez problemy na giełdach. Wynik dla całej Unii Europejskiej był o 0,2 pkt lepszy od oczekiwań. Zawdzięczamy to Niemcom, których gospodarka wraca na właściwe tory, a odczyt przekroczył oczekiwania o 1,5 pkt. Oczywiście w innych krajach nie było tak różowo stąd główny indeks wzrósł o zaledwie 0,2 pkt.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym brakuje istotnych informacji. Nie zmienia to faktu, że po tym co się wydarzyło w Chinach i na rynkach surowcowych nuda jest bardzo wątpliwym scenariuszem na dziś.

EUR/PLNKomentarz walutowy 24.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 24.05.2015 do 24.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega w okolicach 4,1650. Ruch w górę przebił ostatnie maksimum na 4,2400 podnosząc je niemal o grosz.

CHF/PLNKomentarz walutowy 24.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 24.05.2015 do 24.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy, z którego doszło w piątek do wybicia. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym poziomem jest 3,8350. Po powrocie ponad wspomniany poziom 3,9000 kolejnym ważnym są maksima na 3,9350.

USD/PLNKomentarz walutowy 24.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 24.05.2015 do 24.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w trendzie bocznym. Opór stanowić będzie linia łącząca maksima lokalne na 3,7400 a następnie maksimum na poziomie 3,8500. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,6800.

GBP/PLNKomentarz walutowy 24.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 24.05.2015 do 24.08.2015

Kurs GBP/PLN wybił się z szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest linia łącząca maksima lokalne na 5,8900. W przypadku dalszych spadków najbliższym wsparciem jest ostatnie minimum na 5,7700.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Enea wypowiedziała LW Bogdanka kontrakt na dostawy węgla

Skład węgla w Elektrowni KozieniceDotychczasowa umowa nie pozwala Enei pozyskiwać paliwa w cenach, które obowiązują dziś na rynkach światowych i na rynku krajowym. W ocenie firmy, wszelkie możliwości renegocjacji warunków umowy zostały wyczerpane. Kolejne rundy rozmów nie przyniosły zadowalających koncern energetyczny rezultatów.

– Nie stać nas na tak drogi węgiel, a warunki handlowe dotychczasowej umowy znacznie odbiegają od aktualnej sytuacji na rynku. To za ile i na jakich warunkach kupujemy paliwo istotnie wpływa na cenę prądu, a my jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczne dostawy taniej energii do 2,5 miliona Klientów. Dlatego wypowiedzieliśmy kontrakt i będziemy szukać nowych sposobów na zapewnienie sobie węgla w optymalnej cenie. Rozwiązanie umowy przyczyni się do długoterminowej poprawy konkurencyjności całej naszej Grupy – podkreśla Paweł Orlof, wiceprezes Enei. – Wiąże nas dalej inna umowa z Bogdanką, dotycząca przyszłych dostaw węgla na potrzeby powstającego bloku 1075 MW, który rozpocznie pracę w 2017 r. – dodaje.

Okres dwuletniego wypowiedzenia umowy rozpocznie się 1 stycznia 2016 r., co oznacza, że umowa wygaśnie 1 stycznia 2018 r.

Piętnastoletni kontrakt na dostawę węgla z lubelskiej kopalni do usytuowanej na południowym Mazowszu największej polskiej elektrowni na węgiel kamienny został podpisany 4 marca 2010 roku. Enea jest głównym odbiorcą produktów kopalni, a Bogdanka największym dostawcą paliwa dla koncernu.

Toyota sprzedała na świecie już ponad 8 milionów samochodów hybrydowych

Toyota po raz kolejny znalazła się na szczycie listy najcenniejszych marek motoryzacyjnych w rankingu BrandZ™ 100 Most Valuable Global Brands 2015. Badanie przeprowadziła firma Millward Brown Optimor, która wyceniła markę Toyoty na 28,9 mld dolarów (26,5 mld Euro). Lexus awansował w rankingu na 10. pozycję, w porównaniu do 11. miejsca w ubiegłym roku. Zdecydowały o tym systematyczne podnoszenie jakości produktów i szeroka gama odnowionych modeli. Wartość Lexusa wyceniono na 4,3 mld dolarów (3,9 mld Euro). Ranking BrandZ™ ukazuje się od 10 lat. W tym czasie Toyota okazała się liderem branży motoryzacyjnej 8 razy. O dominującej pozycji marki decyduje innowacyjność firmy, wynikająca z szeroko zakrojonych badań nad nowymi technologiami, odważna polityka, najwyższa jakość i trwałość jej produktów oraz ogromny wkład we wdrażanie wizji zrównoważonej, świadomej mobilności. W 2014 roku firma wprowadziła na rynek pierwszy seryjny samochód na wodorowe ogniwa paliwowe - model Mirai. Nowatorski sedan jest już dostępny w Japonii. Na rynku europejskim i amerykańskim pojawi się w drugiej połowie tego roku. Toyota okazała się pionierem nowej technologii już po raz drugi. W 1997 roku firma wprowadziła na rynek Toyotę Prius, pierwszy seryjny samochód hybrydowy. Od tamtej pory Toyota sprzedała na całym świecie ponad 7 milionów hybryd. Europejscy kierowcy mogą wybierać spośród 15 modeli Toyoty i Lexusa. Toyota jest największym producentem samochodów na świecie. W 2014 roku koncern zwiększył sprzedaż o 2,5% do poziomu 10,2 milionów samochodów, co także pozytywnie wpłynęło na wartość marki w tegorocznym zestawieniu. BrandZ™ Top 100 Most Valuable Global Brands 2015 to jedyne badanie mierzące postrzeganie marki na podstawie wywiadów z około 2 milionami konsumentów w 30 krajach na temat tysięcy marek oferujących produkty klientom indywidualnym. Według autorów raportu postrzeganie marki przez konsumentów ma kluczowe znaczenie w ocenie jej wartości. Ich zdaniem na budowanie marki składają się przede wszystkim: sposób funkcjonowania firmy, jakość dostarczanego produktu, przejrzystość pozycjonowania na rynku i silne przywództwo.Po 18 latach od premiery Priusa liczba sprzedanych hybryd Toyoty przekroczyła 8 milionów1. Ostatni milion sprzedaży firma osiągnęła w ciągu zaledwie 10 miesięcy.

Od premiery Toyoty Prius w 1997 roku japoński producent stopniowo dodaje do oferty samochodów hybrydowych kolejne modele: od miejskiego Yarisa Hybrid, po debiutujący pod koniec tego roku RAV4 Hybrid. Obecnie firma ma w ofercie 30 modeli hybrydowych na ponad 90 rynkach oraz jedną hybrydę typu plug-in.

W ciągu ostatniego roku Toyota wprowadziła na rynek nowe modele, takie jak Esquire Hybrid (w Japonii), Lexus RC300h i Sienta Hybrid. Już niedługo ukażą się nowe wersje Corolli Hybrid, Levina Hybrid (w Chinach) i RAV4 Hybrid. Co roku debiutują kolejne samochody z napędem hybrydowym, a ich oferta na poszczególnych rynkach jest stale poszerzana.

Samochody hybrydowe zmniejszyły emisję CO2 do atmosfery2 o 58 milionów ton3 względem samochodów wyłącznie spalinowych o podobnej wielkości i osiągach. Toyota szacuje, że hybrydy jej produkcji zaoszczędziły 22 miliardy litrów paliwa.

Toyota uważa technologię hybrydową za kluczową w tworzeniu samochodów przyjaznych środowisku w XXI wieku. Rozwiązania wypracowane przez zespoły pracujące nad rozwojem napędu hybrydowego służą także do udoskonalania samochodów konwencjonalnych Toyoty – do poprawy ich osiągów oraz zmniejszania kosztów.

  1. Łącznie z hybrydami plug-in, dane Toyoty
  2. Nie uwzględniając modeli Coaster Hybrid EV i Quick Delivery 200
  3. Liczba zarejestrowanych samochodów x pokonany dystans x rzeczywiste zużycie paliwa w każdym kraju x współczynnik konwersji CO2.

Sprzedaż samochodów hybrydowych Toyoty

Źródło: Toyota Motor Corporation

(Jednostka = 1000 samochodów)

 

  Japonia Ameryka Płn. Europa Pozostałe Globalnie
1997 0.3 0.3
1998 17.6 17.6
1999 15.2 15.2
2000 12.5 5.8 0.7 19.0
2001 18.5 16.0 0.3 0.2 36.9
2002 20.0 20.3 0.8 0.2 41.3
2003 27.2 24.9 0.9 0.4 53.3
2004 68.7 55.9 8.1 1.9 134.7
2005 58.5 150.0 23.4 3.1 234.9
2006 72.4 197.6 36.0 6.5 312.5
2007 82.0 287.8 49.0 10.7 429.4
2008 104.4 255.0 57.8 12.6 429.7
2009 251.1 205.3 54.7 19.0 530.1
2010 392.2 195.9 70.2 31.9 690.2
2011 316.4 185.1 82.8 44.7 629.0
2012 678.0 344.7 106.9 89.5 1219.1
2013 679.1 358.2 152.9 89.0 1279.2
2014 684.2 323.6 171.8 86.5 1266.0
Sty-Lip 2015 389.3 163.2 111.8 45.3 709.6
Razem 3887.8 2789.1 930.1 441.4 8048.4

Skumulowana sprzedaż modeli hybrydowych Toyoty            

(Jednostka = 1000 samochodów)

  Japonia Ameryka Płn. Europa Pozostałe Globalnie
Prius 1553.4 1595.7 279.4 98.7 3527.1
Prius α, Prius v, Prius + 401.6 142.7 32.8 5.3 582.4
Aqua, Prius c 901.5 150.8 29.0 1081.2
Camry Hybrid 49.4 356.9 122.1 528.3
Alphard Hybrid 56.4 1.9 58.3
Auris Hybrid 231.1 9.0 240.1
Yaris Hybrid 172.2 4.0 176.2
Avalon Hybrid 41.1 0.1 41.2
Highlander Hybrid, Kluger Hybrid 3.4 141.1 1.8 146.3
Vellfire Hybrid 28.4 28.4
Sai 92.8 92.8
Estima Hybrid 114.0 0.03 114.0
Crown Hybrid 123.7 123.7
Harrier Hybrid 55.9 55.9
Crown Mild Hybrid 6.5 6.5
Crown Majesta (tylko wersja hybrydowa) 10.5 10.5
Corolla Axio Hybrid 36.3 36.3
Corolla Fielder Hybrid 90.4 90.4
Voxy Hybrid 57.2 57.2
Noah Hybrid 43.6 43.6
Esquire 31.5 31.5
Sienta 3.1 3.1
Lexus LS 600h/LS 600hL 27.1 3.0 4.7 5.1 39.8
Lexus GS 450h/GS 300h 19.6 7.1 15.5 7.3 49.5
Lexus RX 400h/RX 450h 31.4 159.2 93.6 33.4 317.6
Lexus HS 250h 43.6 22.3 0.1 66.0
Lexus CT 200h 49.8 78.8 57.0 56.2 241.9
Lexus ES 300h 46.3 0.5 50.9 97.7
Lexus IS 300h 18.4 19.3 6.8 44.5
Lexus NX 300h 9.9 2.0 14.4 9.7 36.0
Lexus RC 300h 2.4 2.4
Prius Plug-in Hybrid 21.7 42.0 9.9 0.1 73.6

Kalendarium pojazdów hybrydowych Toyota Motor Corporation

Rok Miesiąc Wydarzenie
1995 październik Premiera koncepcyjnego Priusa na Tokyo Motor Show
  listopad Budowa pierwszego prototypu Priusa
1997 marzec Premiera Toyota Hybrid System (THS)
  sierpień Premiera prototypowego pojazdu Coaster (tylko w Japonii)
  październik Premiera modelu Prius
2000 listopad Początek sprzedaży w pełni hybrydowych samochodów w Europie; łączna sprzedaż Priusa przekracza 50 tys. egzemplarzy
2001 czerwiec Premiera modelu Estima Hybrid (tylko w Japonii)
  sierpień Premiera modelu Crown Mild Hybrid (tylko w Japonii)
2002 marzec Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 100 tys. egzemplarzy
  sierpień Łączna sprzedaż Priusa przekracza 100 tys. egzemplarzy
2003 sierpień Premiera Toyota Hybrid System II (THS II)
  lipiec Premiera modelu Alphard Hybrid (tylko w Japonii)
  wrzesień Premiera drugiej generacji Priusa
  listopad Premiera modeli Dyna Hybrid i Toyoace Hybrid (tylko w Japonii)
2005 marzec Premiera modeli Harrier Hybrid (RX 400h) i Kluger Hybrid (Highlander Hybrid)
  październik Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 500 tys. egzemplarzy
  grudzień Początek produkcji Priusa drugiej generacji w fabryce Changchun w Chinach
2006 marzec Premiera modelu GS 450h w Japonii
  kwiecień Łączna sprzedaż Priusa przekracza 500 tys. egzemplarzy
  maj Premiera modelu Camry Hybrid (sprzedaż poza Japonią)
  czerwiec Premiera przeprojektowanego modelu Estima Hybrid (tylko w Japonii)
  październik Początek produkcji Camry Hybrid w fabryce TMMK w Kentucky w USA; premiera Quick Delivery 200 (tylko w Japonii)
2007 maj Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 1 milion egzemplarzy; premiera modeli LS 600h/LS 600hL
2008 luty Premiera modelu Crown Hybrid (początek sprzedaży w kwietniu; tylko w Japonii)
  kwiecień Łączna sprzedaż Priusa przekracza 1  milion egzemplarzy
2009 styczeń Premiera modelu RX 450h (początek sprzedaży w kwietniu)
  maj Premiera trzeciej generacji Priusa
  lipiec Początek produkcji Camry Hybrid w fabryce TMT Gateway w Tajlandii; premiera modelu HS 250h
  lipiec Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 2 miliony egzemplarzy
  październik Premiera modelu Sai (początek sprzedaży w grudniu; tylko w Japonii)
  grudzień Początek produkcji Camry Hybrid w fabryce TMCA Altona w Australii
2010 kwiecień Początek produkcji Camry Hybrid w fabryce GTMC w Chinach
  czerwiec Początek produkcji Auris Hybrid w fabryce TMUK w Burnaston; premiera modelu Auris Hybrid (sprzedaż poza Japonią)
  lipiec Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych TMC w Japonii przekracza 1 milion egzemplarzy
  wrzesień Łączna sprzedaż Priusa przekracza 2 miliony egzemplarzy
  listopad Początek produkcji Priusa trzeciej generacji w fabryce TMT Gateway w Tajlandii
2011 styczeń Roczna sprzedaż Priusa w Japonii w roku 2010 – 315669 pojazdów, największa roczna sprzedaż w historii; premiera CT 200h
  luty Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 3 miliony egzemplarzy
  maj Premiera modelu Prius α
  sierpień Łączna sprzedaż Priusa w Japonii przekracza 1 milion egzemplarzy; premiera Camry Hybrid; Premiera hybrydowych modeli Alphard i Vellfire (początek sprzedaży w listopadzie, tylko w Japonii);
  październik TMEC w Chinach wmurowuje kamień węgielny pod nowy zakład i ogłasza plany produkcji i sprzedaży pojazdów z napędem hybrydowym wyprodukowanych w Chinach wspólnie z FAW Group i GAC ok. roku 2015
  listopad Premiera modelu Prius PHV (początek sprzedaży w Japonii w styczniu, w USA w marcu, w Europie latem 2012)
  grudzień Początek produkcji Priusa trzeciej generacji w fabryce SFTM Changchun w Chinach; premiera modelu Aqua
2012 styczeń Premiera zupełnie nowego modelu GS 450h
  luty Zapowiedź rozpoczęcia produkcji modelu Highlander Hybrid w fabryce Indiana w USA w drugiej połowie 2013 r.; początek produkcji i sprzedaży Camry Hybrid na Tajwanie
  kwiecień Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 4 miliony egzemplarzy
  maj Premiera modelu Yaris Hybrid (Europa)
  październik Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych w Japonii przekracza 2 miliony egzemplarzy
  grudzień Premiera modelu Auris Hybrid (Europa)
2013 Marzec Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 5 milionów egzemplarzy
  Maj Premiera Lexusa IS 300h
  Czerwiec Łączna sprzedaż Priusa przekracza 3 miliony egzemplarzy
  Październik Premiera Lexusa GS 300h
  Grudzień Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 6 milionów egzemplarzy
2014 Marzec Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych w Japonii przekracza 3 miliony egzemplarzy
  Czerwiec Premiera Lexusa NX 300h w Japonii
  Wrzesień Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 7 milionów egzemplarzy
  Październik Premiera Lexusa RC300h; Premiera hybrydowego Esquire (tylko w Japonii)
2015 Styczeń Premiera całkowicie przebudowanego Alpharda Hybrid i Vellfire Hybrid
  Kwiecień Prezentacja RAV4 Hybrid na Salonie Motoryzacyjnym w Nowym Jorku
  Lipiec Premiera Sienty Hybrid; Łączna sprzedaż pojazdów hybrydowych przekracza 8 milionów egzemplarzy

 

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu wchodzi do mniejszych miast

Bartłomiej Zagrodnik prezes zarządu Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik prezes zarządu Walter Herz

Dzięki rozwojowi outsourcingu procesów biznesowych, w miastach regionalnych notowane jest rekordowo duże zapotrzebowanie na powierzchnię biurową. Firmy z tego sektora lokują działalność także w mniejszych ośrodkach miejskich i wchodzą do miast satelitarnych dużych aglomeracji     

Z 1,4 mln m kw. powierzchni biurowej, która obecnie powstaje w Polsce, niemal połowa buduje się poza Warszawą. Tak szybki wzrost podaży biur w miastach regionalnych nie byłby możliwy, gdyby nie rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu, który jest największym najemcą powierzchni biurowej w ośrodkach pozawarszawskich.

Sektor obsługi biznesu rozwija się w naszym kraju od kilkunastu lat, ale branża nie zgłaszała dotąd tak dużego zapotrzebowania na powierzchnię biurową, jak obecnie. Outsourcing to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki. A o skali popytu na powierzchnię biurową ze strony firm reprezentujących ten segment gospodarki może świadczyć fakt, że w pierwszej połowie bieżącego roku odnotowany został rekordowy wolumen najmu powierzchni biurowej zlokalizowanej poza Warszawą, gdzie branża rozwija się najprężniej.

Rekordowa ilość wynajętych biur w miastach regionalnych

Jak wynika z danych firmy doradczej Walter Herz, w Poznaniu, w którym lokują się firmy z sektora usług dla biznesu, już w połowie bieżącego roku wynajęte zostało więcej biur niż w całym roku minionym. W Krakowie, który jest głównym ośrodkiem outsourcingu w Polsce, do końca czerwca br. poziom najmu osiągnął wartość  obejmującą większość wynajętej powierzchni biurowej w tym mieście w roku 2014. Przy tym zaznaczyć należy, że w stolicy Małopolski notowany jest najniższy współczynnik pustostanów na rynku biurowym w kraju.

Centra BPO/SSC najwięcej osób zatrudniają obecnie w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi, aglomeracji katowickiej i w Poznaniu. Niemniej, ostatnio branża mocniej zaznacza swoją obecność również w mniejszych ośrodkach miejskich i wchodzi do miast satelitarnych dużych aglomeracji. Firmy sektorowe rozwijają swoją działalność w takich miastach jak Łódź i Lublin, ale także w Bydgoszczy, Pile, Szczecinie, Toruniu, Olsztynie, czy Rzeszowie.

Co przyciąga firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu do miast regionalnych 

O swój kawałek outsourcingowego tortu próbują zawalczyć również kolejne miasta, takie jak Radom, czy Częstochowa. Czym mogą przyciągnąć inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu?

Zdaniem Bartłomieja Zagrodnika, prezesa firmy Walter Herz, Radom jako miasto satelitarne Warszawy jest optymalną lokalizacją dla usług outsourcingowych m.in. dlatego, że zapewnia wysoko wykształconą kadrę pracowniczą. – Dostęp do odpowiednio wykwalifikowanych pracowników to jeden z podstawowych czynników, decydujących o wyborze lokalizacji przez firmy zajmujące się obsługą procesów biznesowych – zaznacza Bartłomiej Zagrodnik. Prezes Walter Herz zwraca uwagę, że kapitał ludzki jest również mocną stroną Bydgoszczy, która plasuje się w TOP 10 ośrodków outsourcingowych w Polsce i jest w niej aż 13 szkół wyższych.

Edyta Wiwatowska, prezes zarządu Bydgoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego potwierdza, że Bydgoszcz ma silną pozycję, jeśli chodzi o branżę nowoczesnych usług dla biznesu. – Miasto oferuje stabilne środowisko biznesowe oraz dostęp do wykwalifikowanych kadr – zarówno w obszarze IT, jak i w zakresie znajomości języków obcych oraz zagadnień finansowych – w liczbie ok. 2300 absolwentów. O atrakcyjności miasta, w porównaniu z większymi ośrodkami, stanowią konkurencyjne koszty zatrudnienia w powiązaniu z relatywnie niską rotacją pracowników – informuje Edyta Wiwatowska. Prezes zarządu Bydgoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego podkreśla, że najlepszą rekomendacją dla miasta są firmy, których działalność nawiązuje do długoletnich tradycji Bydgoszczy w obszarze telekomunikacji i IT, w tym m.in.: Alcatel – Lucent, Atos IT Services, SDL Poland, Teleplan, czy iQor.

Optymalizacja kosztów prowadzenia biznesu   

Bartłomiej Zagrodnik podziela pogląd, że dla inwestorów z sektora outsourcingu, poszukujących lokalizacji pod biznes, wybór mniejszego ośrodka miejskiego oznacza atrakcyjniejsze warunki związane z zatrudnianiem pracowników. Prezes Walter Herz dodaje, że poza wydatkami na wynagrodzenia, koszty prowadzenia działalności podnoszą również opłaty związane z wynajmem powierzchni biurowej. – W Warszawie wynajem biura wiąże się z opłatą od 11 do 23 euro za m kw. miesięcznie, a  w oddalonym od stolicy o 100 km Radomiu przeciętna stawka wynajmu powierzchni w budynku biurowym klasy A wynosi 9 euro/m kw., a w biurowcu klasy B zaledwie 7, 5 euro/m kw. Różnica jest więc pokaźna – zauważa prezes firmy Walter Herz.

Według danych Walter Herz, w Radomiu nowoczesna powierzchnia biurowa oferowana jest w 14 budynkach, w tym w biurowcu Radom Office Park, wybudowanym przez AIG/Lincoln znajduje się ponad 6 tys. m kw. powierzchni biurowej klasy A. Przygotowywane do realizacji nowe projekty mają dostarczyć kolejne 25 tys. m kw. biur.

Wysoko wykwalifikowana kadra   

Rafał Rajkowski, wiceprezydent miasta Radomia zaznacza, że Radom to przykład miasta, które dzięki bliskości stolicy oraz stale rozwijanej nowoczesnej infrastrukturze biznesowej i działaniom podejmowanym przez władze, przyciąga wielu przedsiębiorców. – To miasto o dużym potencjale outsorcingowym, logistycznym i przemysłowym. Dysponuje coraz większą ilością biur klasy A, B, B+. Obecnie w mieście dostępne jest około 15 tys. m kw. office space i ponad 45 tys. m kw. powierzchni magazynowych – wymienia Rafał Rajkowski. Wiceprezydent Radomia przyznaje, że dużym atutem jest postrzeganie Radomia, jako ośrodka akademickiego. – W mieście funkcjonuje siedem uczelni wyższych, w których liczba studentów przekracza 10 tys. osób. Potencjalni inwestorzy mogą więc liczyć na dostępność młodej, wykształconej i kreatywnej kadry – argumentuje.  Rafał Rajkowski wskazuje, że ważne są również wprowadzane w Radomiu ułatwienia dla biznesu. – W Urzędzie Miasta powstał Wydział Obsługi Radomskiej Strefy Gospodarczej, którego zadaniem jest stwarzanie dobrych warunków dla nowych inwestorów oraz dla już działających firm, których jest w mieście ponad 24 tysiące. To wszystko w połączeniu ze znakomitą lokalizacją w centrum kraju, dostępną drogą ekspresową S 7 oraz drogami krajowymi nr 2,9,12 i uruchomionym w maju br. lotniskiem, czyni Radom miastem atrakcyjnym dla biznesu. Firmy, które poważnie rozważają optymalizację kosztów działalności operacyjnej, a jednocześnie poszukują dobrze zmotywowanych zasobów ludzkich i niskiego poziomu fluktuacji kadr, powinny rozważać ulokowanie swojego biznesu w Radomiu. Tym bardziej, że spotkają tu sprzyjający „klimat inwestycyjny” i przychylność władz miasta – zachęca wiceprezydent Radomia.

Specjalne strefy ekonomiczne 

Radom obejmuje Radomska Podstrefa Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, co pozwala firmom uzyskać pomoc z tytułu nakładów inwestycyjnych i tworzonych nowych miejsc pracy. Strefa ekonomiczna daje firmom większe możliwości również Częstochowie, która podobnie jak Radom dla Warszawy, jest miastem satelitarnym dla Katowic, Łodzi, a nawet Krakowa. Lokalizacją interesują się już firmy, które planują skorzystać z tego, że miasto włączone jest do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej i częstochowskiej podstrefy Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro-Park Mielec. Poprawa infrastruktury komunikacyjnej i przygotowywane w Częstochowie tereny inwestycyjne przyciągnęły już pierwszych inwestorów, działających m.in. w segmencie usług IT i obsługi logistycznej.

Krzysztof Matyjaszczyk, prezydent miasta Częstochowy podkreśla, że miasto jest świetną lokalizacją dla firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu ze względu na niskie koszty powadzenia biznesu. – Szczególnie interesujące dla inwestorów są atrakcyjne tereny inwestycyjne w Specjalnych Strefach Ekonomicznych. Istotnym jest fakt, że poza ulgami wynikającymi z działalności w SSE, oferujemy firmom ulgi w podatku od nieruchomości. Najnowsza Uchwała Rady Miasta zwalnia z podatku od nieruchomości inwestorów budujących obiekty biurowe w klasie B+  i wyższej – podkreśla prezydent Częstochowy.

Ponadto, jak przyznaje Krzysztof Matyjaszczyk, Politechnika Częstochowska kształci kadry na potrzeby sektora nowoczesnych usług biznesowych. – Wydział Elektryczny rozpoczął współpracę z Centrum Inżynieryjnym TRW w zakresie selekcji i doboru kandydatów, a Wydział Zarządzania utworzył specjalizację Księgowość w Centrach Usług Wspólnych – wymienia prezydent Częstochowy.

Jako przykład dobrze prosperującego w Częstochowie biznesu Krzysztof Matyjaszczyk podaje firmę TRW – Centrum Inżynieryjne, specjalizujące się w projektowaniu samochodowych systemów bezpieczeństwa, prowadzące działalność od 2004 roku oraz Centrum Obsługi Finansowej TRW, założone pod koniec 2006 roku w celu zarządzania kluczowymi operacjami finansowymi i księgowością europejskich zakładów TRW.

Autor: Walter Herz

Zaostrza się konkurencja a ceny najmu na rynku magazynowym spadają

Marcin Żuchniewicz Zastępca Dyrektora w Zespole Powierzchni Magazynowych i Logistycznych w firmie DTZ
Marcin Żuchniewicz Zastępca Dyrektora w Zespole Powierzchni Magazynowych i Logistycznych w firmie DTZ

Na przestrzeni ostatnich kilku lat na polskim rynku magazynowym obserwujemy coraz większy rozdźwięk pomiędzy stawkami czynszów headline, które od dłuższego czasu pozostają na niezmienionym poziomie, a stawkami efektywnymi, które ulegają stopniowemu obniżeniu. Standardem rynkowym stało się już przyznawanie najemcom przynajmniej półrocznych okresów zwolnienia z czynszu, a na rynku zawiera się już transakcje, dla których czynsze efektywne wynoszą mniej niż 2 euro/m kw./miesiąc. Mimo wciąż rosnącego popytu na nową powierzchnię magazynową oraz utrzymujących się niskich wskaźników pustostanów, spodziewamy się, że w najbliższych kilku latach konkurencja o największych najemców w dalszym ciągu będzie się zaostrzać, a efektywne stawki najmu wciąż będą się utrzymywać na znacznie niższym poziomie.

P3 ma w Polsce blisko 0,5 mln mkw. powierzchni logistycznych. Potencjał deweloperski liczony na bazie obecnego banku gruntów P3 w Polsce to prawie 0,8 mln mkw.

Piotr Wąs

Łączna powierzchnia centrów logistycznych w Polsce, które posiada P3 Logistic Parks, to prawie 0,5 mln mkw. Potencjał deweloperski firmy oceniany jest zaś na blisko 0,8 mln mkw. Spółka ma za sobą dobre półrocze. Wynajęła ponad 50 tys. mkw. powierzchni logistycznych. To ponad 20 proc. więcej niż w pierwszym półroczu 2014 roku. W strukturze kontrahentów spółki przeważają firmy z branży logistycznej. Mocno rośnie także sektor e-commerce.

Spółka P3 Logistic Parks w pierwszym półroczu 2015 roku podpisała cztery umowy najmu na łączną powierzchnię ponad 50 tys. mkw. w trzech parkach logistycznych w Polsce.

Jest to na pewno dużo lepszy wynik niż porównywalny okres w ubiegłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Wąs, dyrektor leasingu i rozwoju w firmie P3 Logistic Parks w Polsce.– Wpływa na to wiele czynników, w tym m.in. fakt dwukrotnego powiększenia naszego portfolio obiektów magazynowych w Polsce.

Obecnie firma posiada w Polsce łącznie cztery centra logistyczne. Dwa z nich znajdują się w regionie warszawskim, odpowiednio w Błoniu i Mszczonowie, kolejny obiekt zlokalizowany jest w Piotrkowie Trybunalskim, a czwarty park logistyczny mieści się w Gądkach, koło Poznania. Spółka ma bogatą bazę najemców, struktura najmu jest jednak mocno zróżnicowana.

– Jak spojrzymy choćby na park w Błoniu, to w porównaniu do parku poznańskiego mamy kilkudziesięciu najemców, podczas gdy w Poznaniu będzie to kilku pojedynczych najemców. Wynika to m.in. ze struktur najmu i historii poszczególnych parków – tłumaczy dyrektor Wąs.

Największą grupę najemców stanowią przedstawiciele sektora logistycznego. Spora jest też grupa użytkowników końcowych, którzy dystrybuują swoje własne produkty. W ostatnim czasie zauważalny jest intensywny rozwój sektora e-commerce. Wiodący kontrahenci wynajmują od firmy P3 powierzchnie logistyczne o powierzchni ponad 40 tys. mkw.

– To grupa w tym momencie czterech bardzo dużych firm, liderów swoich branż. Mowa tu o ID Logistics, Fiege, FM Logistic i PF Logo Concept – wylicza przedstawiciel P3 Logistic Parks.

Pytany o aktualnie negocjowane umowy najmu rozmówca odpowiada, że są to głównie firmy z sektora logistycznego oraz związane z handlem elektronicznym.

Pierwsze półrocze w wydaniu P3 Logistic Parks była bardzo obiecujące. Firma zanotowała ponad 20-procentowy wzrost nowo wynajętej powierzchni w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. Jeśli chodzi o wyniki uzyskane w drugim półroczu, to decydujący będzie przełom III i IV kwartału.

– W każdym razie mogę powiedzieć tyle, że to, co mamy dzisiaj w rękach, jest bardzo obiecujące pod względem wolumenu potencjalnych transakcji – informuje.

P3 Logistic Parks posiada w Polsce łącznie niemal 0,5 mln mkw. powierzchni logistycznej, a potencjał deweloperski obejmuje dalsze 0,8 mln mkw. Na początku roku spółka oddała przeznaczony dla firmy ID Logistics obiekt w Mszczonowie (46 tys. mkw. powierzchni). Prowadzone są także rozmowy z kolejnymi kontrahentami.

– Wiąże się to również z przeprowadzonymi niedawno akwizycjami, w ramach których nabyliśmy razem z istniejącymi parkami odpowiednio w Błoniu i Piotrkowie duże obszary, które pozwalają nam na rozwój – wyjaśnia Piotr Wąs.

Nabyte tereny mają obszar odpowiednio 100 ha i 24 ha. P3 Logistic Parks nosi się z zamiarem zagospodarowania tych terenów. Spółka obecnie przygotowuje odpowiednią dokumentację i liczy na to, że wkrótce znajdzie popyt na nowe powierzchnie logistyczne.

Analiza cen mieszkań w największych polskich miastach

O 0,35 proc. wzrosły przeciętnie ceny mieszkań w największych polskich miastach – wynika z analizy notowania Indeksu Cen Transakcyjnych, wskaźnika powstającego na bazie transakcji dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance.

Najnowsze notowanie indeksu to 821,97 pkt, o 0,35 proc. więcej niż rok temu. W skali kraju ceny są stabilne z tendencją do lekkich wzrostów, ale w poszczególnych miastach dochodzi do mniejszych lub większych wahań. Z jedenastu rynków ujętych w analizie, w ostatnim roku ceny wzrosły w siedmiu miastach, a spadły w czterech.
Największą zmianę zaobserwowaliśmy w Bydgoszczy, gdzie kupowane obecnie mieszkanie jest o 6,5 proc. droższe niż rok temu (mowa o medianie ceny metra kwadratowego). Jest to jedyne miasto, w którym zmiana ceny przekroczyła wartość 5 proc. Kilkuprocentowy wzrost odnotowaliśmy także w Krakowie (4 proc.) i Warszawie (3,9 proc.). Niższe niż przed rokiem stawki są za to w Łodzi (o 5 proc.), Poznaniu (o 4,8 proc.), Lublinie (o 2,1 proc.) i Szczecinie (o 1,2 proc.).

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance
Źródło: Home Broker i Open Finance; na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.

Pomijając kurorty wypoczynkowe, najdroższym miastem na mapie Polski jest Warszawa. Aktualna stawka za metr kwadratowy mieszkania w stolicy to 7434 zł, podczas gdy rok temu było to 7158 zł. Średnia cena metra kwadratowego mieszkania w Warszawie jest dziś dwa razy wyższa niż w Łodzi, gdzie wg danych z Indeksu Cen Transakcyjnych za metr mieszkania trzeba zapłacić 3708 zł.

Drugim najdroższym dużym miastem w Polsce jest Kraków, gdzie średnio za metr kwadratowy mieszkania płaci się 6,4 tys. zł. W Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu przeciętne stawki to 5-5,5 tys. zł, a w pozostałych miastach poniżej 5 tys. zł.

Przeciętne ceny metra kwadratowego mieszkania w największych miastach Polski i ich zmiana w czasie
Miasto Mediana
ceny mkw.
Zmiana
ceny r/r
Zmiana
ceny m/m
Białystok 4 181 zł 1,2% 1,5%
Bydgoszcz 4 385 zł 6,5% 0,7%
Gdańsk 5 195 zł 2,2% -1,6%
Kraków 6 367 zł 4,0% -1,1%
Lublin 4 625 zł -2,1% 1,8%
Łódź 3 708 zł -5,0% -5,8%
Olsztyn 4 404 zł 3,5% -0,1%
Poznań 5 153 zł -4,8% 3,0%
Szczecin 4 416 zł -1,2% 0,7%
Warszawa 7 434 zł 3,9% 0,2%
Wrocław 5 534 zł 0,6% -0,6%
Źródło: Home Broker i Open Finance; na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.

Należy jednak pamiętać, że wzrost średnich stawek transakcyjnych niekoniecznie oznacza, że takie same mieszkania stały się droższe, tylko że kupione w tym roku nieruchomości były droższe od tych, kupionych rok temu. Na największych rynkach, gdzie liczba transakcji jest znacząca, to się bilansuje, ale w średniej wielkości miastach może zdarzyć się tak, że oddanie jednej dużej inwestycji deweloperskiej wpłynie na medianę ceny.

Trzeba też zwrócić uwagę, że także w poszczególnych miastach stawki cenowe są bardzo zróżnicowane, tak jak standard czy lokalizacja nieruchomości, bo to te dwa czynniki najbardziej wpływają na cenę. Na rynku wtórnym w Warszawie można kupić mieszkanie za mniej niż 4 tys. zł (choć będzie ono raczej wymagało inwestycji), ale w wielu prestiżowych inwestycjach należy liczyć się z cenami ponad 15 tys. zł za metr kwadratowy.

Komentarz i prognoza

Rosnące powoli ceny idą w parze z wysoką sprzedażą deweloperów. Stoi za tym zwiększony popyt ze strony inwestorów z gotówką w kieszeni, bo liczba kredytów hipotecznych nie rośnie. Inwestorzy są zainteresowani rynkiem mieszkaniowym, bo szukają alternatyw do bankowych lokat, których oprocentowanie jest aktualnie bardzo niskie. Swoje do obecnej sytuacji dodaje też rządowy program Mieszkanie dla Młodych, który obecnie przechodzi zmiany. Od początku września dopłatę będzie można uzyskać także kupując mieszkanie na rynku wtórnym, co sprawi, że będą one dostępne we wszystkich miejscowościach. Dotąd bowiem faworyzowane były tu duże miasta (ze względu na koncentrację działalności deweloperów w nich).

Póki co, oczekujemy utrzymania obecnej sytuacji na rynku. Relatywnie wysoki popyt i brak problemów z podażą powinny utrzymać lekkie wzrosty cen mieszkań w Polsce. Sytuacja taka nie będzie jednak trwała wiecznie, stopy procentowe w końcu wzrosną, a wówczas popyt na mieszkania spadnie i może dojść do lekkiej obniżki cen.

Piotr Kuczyński: Ustawa o frankach to szaleństwo

0
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion

Przewalutowanie kredytów we frankach zgodnie z ustawą z poprawkami SLD byłoby katastrofalne dla sektora bankowego. – To jest szaleństwo i tyle – stwierdza Piotr Kuczyński, główny analityk DI Xelion S.A. – Wreszcie wszyscy się połapali, że to uderza w budżet – dodaje analityk.

– Przy takim nacisku i przy takim opisaniu sprawy, wydaje się nieprawdopodobne by senat nie powrócił do starej wersji. To ciekawy mechanizm, wyprowadzanie kozy, bo poprzednia wersja też była zła dla sektora bankowego, ale była lepsza niż ta z poprawkami SLD – komentuje Piotr Kuczyński, główny analityk DI Xelion S.A.

Podwyżka płac może pobudzić gospodarkę do rozwoju. Rozpoczyna się szczyt szefów banków centralnych w Jackson Hole

Michał Dybuła, główny ekonomista BGŻ BNP Paribas

W czwartek w amerykańskim Jackson Hole rozpoczyna się doroczne sympozjum szefów banków centralnych z całego świata. Tym razem bankierzy będą się zastanawiać nad tym, czy stosowana w wielu krajach strategia luzowania polityki pieniężnej jest wystarczająca, żeby pobudzić szybko wzrost światowej gospodarki. Lepszą receptą na wzrost może się okazać podnoszenie wynagrodzeń pracowników.

Mimo że organizatorem konferencji jest oddział amerykańskiego zarządu rezerwy federalnej z Kansas City, na obradach nie zamierza pojawić się szefowa Fed Janet Yellen. W ocenie Michała Dybuły, głównego ekonomisty BGŻ BNP Paribas, może być to związane z planowanym na wrzesień posiedzeniem amerykańskiego banku centralnego.

– Nieobecność pani prezes świadczy chyba o tym, że tuż przed tym bardzo ważnym spotkaniem dotyczącym polityki pieniężnej Janet Yellen nie chce wypowiadać jakichś bardziej wiążących słów, bo być może we wrześniu będzie pierwsza od wielu lat podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych.

Amerykański Fed od ośmiu lat prowadzi politykę taniego pieniądza. Stopy procentowe w USA są symboliczne, najwyższa z nich nie przekracza 0,25 proc. Jak jednak wyliczył tamtejszy Departament Handlu w drugim kwartale PKB USA wzrosło o 2,3 proc., licząc kwartał do kwartału. Uczestnicy obrad  w Jackson Hole będą się zastanawiać nad tym, czy gospodarkę można pobudzić w większym stopniu.

– Bankierzy centralni z różnych krajów będą starali się przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, czy luzowanie polityki pieniężnej, z którym w niektórych krajach czy gospodarkach mieliśmy lub w dalszym ciągu mamy do czynienia, rzeczywiście może pobudzić wzrost inflacji do tych celów, które bankierzy centralni sobie stawiają, czy też w pewnym momencie ta moc polityki pieniężnej jednak jest niewystarczająca – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Dybuła.

Część ekonomistów jest zdania, że instrumenty jakimi dysponują banki centralne są niewystarczające do pobudzenia krajowych gospodarek. Nawet bardzo rozluźniona polityka pieniężna nie zawsze przynosi spektakularne efekty. Stąd w Jackson Hole można oczekiwać głosów optujących za bardziej radykalnymi posunięciami.

– Przede wszystkim w krajach rozwiniętych, by tę inflację pobudzić, potrzebny jest większy popyt i wyższe wynagrodzenia, czyli te czynniki, które bezpośrednio wpływają na ceny i oczekiwania co do przyszłych cen uważa główny ekonomista BGŻ BNP Paribas. Tutaj spodziewałbym się raczej dość ciekawej dyskusji, natomiast nie sądzę, żebyśmy na tym spotkaniu dowiedzieli się czegoś więcej niż  to, co wyczytamy z danych gospodarczych o Stanach Zjednoczonych w najbliższych tygodniach.

Michał Dybuła uważa, że rynki finansowe mogłyby zareagować jedynie, gdyby padły tam jakieś zaskakujące wypowiedzi, gdyby zasugerowano, że normalizacja polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych będzie przebiegała wedle innego scenariusza, niż się obecnie oczekuje.

Szczerze mówiąc, takiego zaskoczenia się nie spodziewam i wydaje mi się, że w dużej mierze ten scenariusz, czyli początek podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w tym roku i kontynuacja tego cyklu w przyszłym roku, to w dużej mierze jest oczekiwane, to w dużej mierze jest wyceniane i to w tej chwili również ma już wpływ na rynki finansowe nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz także w Polsce.

Krwawy poniedziałek

Po piątkowej sesji, na której wyraźnie już czuć było panikę, nietrudno dostrzec kierunki ucieczki inwestorów od ryzyka. Rolę bezpiecznej przystani przejęła od dolara najwyraźniej wspólna waluta. Jej kurs wzrósł o prawie 1,2 proc., w ciągu trzech ostatnich dni aż o 3 proc., osiągając poziom najwyższy od dwóch miesięcy, a w poniedziałek rano dotarł niemal do 1,15 dolara przebijając majowy lokalny szczyt. Pewne znaczenie w tym ruchu mogły mieć jednak także względy techniczne i spekulacyjne. Wystraszeni gracze przypomnieli sobie również o złocie. Notowania kruszcu w minionym tygodniu skoczyły o 4 proc. i o 7 proc. od dołka z początku sierpnia. W cenie były też obligacje skarbowe, ale tylko te najbardziej pewne, czyli niemieckie, brytyjskie i amerykańskie.

Skala i dynamika spadków na głównych giełdach światowych, pozwala spodziewać się w najbliższym czasie przynajmniej chwilowego odreagowania, choć na razie nie widać impulsu, który mógłby do tego skłonić. Może się on jednak pojawić w każdej chwili, choćby ze strony Chin lub przedstawicieli Fed i EBC, których wystąpienia są planowane w tym tygodniu. Poniedziałkowe poranne tąpnięcie, w wyniku którego indeksy w Szanghaju i Shenzen traciły po 8-9 proc., tłumaczone jest rozczarowaniem, że chińskie władze jeszcze nie przystąpiły do działania. Ta rynkowa „prowokacja” może szybko przynieść efekt.

Rekordowe wyniki Vivid Games dzięki lepszej monetyzacji graczy. Przychody z „Real Boxing 1” przewyższają oczekiwania spółki

0

Roy Huppert, członek zarządu Vivid Games SA

Zysk netto Vivid Games SA w II kwartale 2015 roku wyniósł 0,95 mln zł (wzrost o 93 proc. rok do roku). Rosnące wpływy spółka zawdzięcza głównie oferowanej w systemie free-to-play grze „Real Boxing 1”. Zarząd liczy, że druga część symulacji pozwoli na jeszcze większy wzrost przychodów. Producent w najbliższym czasie planuje wydać jeszcze dwa tytuły – „Metal Fist” oraz „Real Casino”. Budżet każdego z nich wyniesie 3-5 mln złotych.

– W tym roku kończymy już produkcję „Real Boxing 2”, to jest nasz najnowszy tytuł, który zgodnie z zapowiedzią będzie wydany już na przełomie III i IV kw. – mówi Roy Huppert, członek zarządu Vivid Games SA.

Przedstawiciel bydgoskiej spółki informuje również, że rozpoczęła się już produkcja kolejnego tytułu – „Metal Fist”, który ma trafić na rynek w I półroczu 2016 roku. Na drugą połowę przyszłego roku zaplanowano natomiast dystrybucję gry „Real Casino”.

– Ogólnie mamy zajęty kalendarz, cały czas sprzedajemy gry „Real Boxing 1”, coraz lepsze wyniki osiągamy na naszych użytkownikach, jesteśmy w stanie coraz lepiej ich monetyzować, na co też liczymy w przypadku wydawania i produkcji gry „Real Boxing 2” – wyjaśnia dyrektor finansowy Vivid Games SA.

Rozmówca tłumaczy, że będzie to produkcja nowego rodzaju, od podstaw tworzona w modelu free-to-play. Roy Huppert liczy na to, że zastosowane elementy skłonią użytkowników do większego zaangażowania i przełożą się na lepszą monetyzację gry.

– Widzimy, że przychody z tytułu użytkowników na „Real Boxing 1” rosną i w tym momencie przewyższają nasze oczekiwania. Jesteśmy z tego zadowoleni – ocenia Huppert.

W II kwartale 2015 roku deweloper osiągnął ponad 4,1 mln złotych przychodów ze sprzedaży (wzrost o 47 proc. rok do roku). Za znaczną część wpływów odpowiada „Real Boxing 1”. Obecnie gra ma około 3-3,5 mln aktywnych użytkowników, a przeciętne przychody przypadające na jednego gracza już teraz są na poziomie, który spółka planowała osiągnąć dopiero za kilka miesięcy. Druga część sportowego symulatora niesie ze sobą jeszcze większe możliwości monetyzacji.

– Potencjał formuły free-to-play jest potężny i mamy nadzieję, że etapami dojdziemy do tych standardów, jakie są możliwe do osiągania nie tylko w Polsce, lecz także na Zachodzie. Wiążemy pewne nadzieje z tym modelem – tłumaczy dyrektor finansowy.

Gra „Real Boxing 1” oferowana jest przez kanały dystrybucyjne Apple oraz Google Play. W ostatnim czasie spółka zaistniała również w Ameryce Południowej oraz Azji.

– Najbardziej interesującymi dla nas rynkami pod kątem przychodowym są rynki anglosaskie, Stany Zjednoczone, Europa, gdzie zamożność klientów przekłada się też na wydatki związane z grą – zaznacza rozmówca.

Roy Huppert zwraca jednak uwagę na bardzo duży potencjał dalekowschodnich rynków, które generują aż 50 proc. przychodów z całego rynku gier mobilnych. Spółka liczy na to, że „Real Boxing 2” zyska spore uznanie wśród graczy w Azji. W realizacji tego celu ma pomóc m.in. współpraca z lokalnymi wydawcami.

Akcje spółki Vivid Games od 2012 roku notowane są na rynku NewConnect. W piątek NWZA spółki podjęło decyzję o wprowadzenie akcji wszystkich serii na rynek główny GPW.

Podniesienie kwoty wolnej od podatku może oznaczać wpływy do budżetu mniejsze o 20 mld zł

Andrzej Puncewicz

Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł oznacza, że w kieszeni najbiedniejszych podatników zostanie 900 zł. Przełoży się to na niższe wpływy do budżetu nawet o 20 mld zł, jednak część pieniędzy wróci do budżetu w postaci podatków obrotowych – akcyzy i VAT. W Polsce kwota wolna od podatku jest jedną z najniższych w Europie, w ciągu dziesięciu lat wzrosła zaledwie o 11 proc. W efekcie podatek dochodowy płacą również osoby, których dochody nie przekraczają minimum egzystencji.

Dzisiaj kwota wolna od podatku, którą ma prawo uwzględnić każdy z podatników przy rozliczeniu rocznym, wynosi 3091 zł. Zgodnie z deklaracjami prezydenta Andrzeja Dudy oraz Prawa i Sprawiedliwości miałaby ona ulec istotnemu podwyższeniu, mówi się o poziomie 8 tys. zł – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Puncewicz, doradca podatkowy Crido Taxand. – Mamy 24 mln podatników i ulga będzie dotyczyła każdego z nich. Możliwe do osiągnięcia będzie nawet 900 zł, ale dla tych osób, których odchody roczne osiągają ten poziom minimalny – co najmniej 8 tys. zł.

Podwyższenie kwoty wolnej od podatku oznacza mniejsze wpływy do budżetu. Eksperci CenEA wyliczyli, że może to być powyżej 20 mld zł, to jednak kwota maksymalna. Ostatecznie kwota będzie znacznie mniejsza, bo na dodatkowe 900 zł w kieszeni mogą liczyć te osoby, które miesięcznie zarabiają co najmniej 1538 zł. Ale z takiego samego powodu korzyści najuboższych będą niższe.

Zdaniem Puncewicza ubytek budżetowy będzie zapewne niższy, bo część pieniędzy wróci do państwa w postaci innych podatków.

Jeżeli te dodatkowe pieniądze wydamy na papierosy, alkohol, to państwo skorzysta w bardzo znaczącym stopniu, bo to towary obciążone akcyzą. Jeżeli to będzie żywność, to w istotnie mniejszym. Uważam, że 20-30 proc. pieniędzy, które zostają w rękach podatników, wróci do Skarbu Państwa w tej czy innej formie – ocenia ekspert Crido Taxand.

Puncewicz podkreśla, że zapowiadane zmiany będą największymi w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych.

Kwota wolna od podatku w Polsce jest znacznie niższa niż w innych krajach europejskich. Z raportu „Praca w UE – podatki i składki” firmy PwC wynika, że w ponad połowie krajów Unii kwota ta jest wyższa. W przeliczeniu na euro w Polsce zwolnione z podatku jest 750 euro. To 21 razy mniej niż w Finlandii (ponad 16 tys. euro), 14 razy mniej niż w Wielkiej Brytanii (13,5 tys.) czy ponad 11 razy mniej niż w Niemczech (8,3 tys.).

Jeżeli przeanalizujemy jakiś kraj Unii Europejskiej, to tam ta kwota wolna od PIT będzie z reguły wyższa co najmniej kilkukrotnie. W mojej ocenie utrzymywanie jej w Polsce na poziomie 3 tys. zł może budzić wątpliwości. To jest kwota niższa niż minimum socjalne – przekonuje Puncewicz.

W ciągu dziesięciu lat w Polsce wszystkie ceny wzrosły o ponad 32 proc., a kwota wolna od podatku – zaledwie o 11 proc. Kiedy rozpoczęły się przemiany gospodarcze, była ona warta nawet osiem pensji minimalnych, po 10 latach – cztery, obecnie to mniej niż dwie. Od 2009 roku pozostaje na niezmienionym poziomie. Tracą na tym najubożsi, bo nawet ci, których dochody nie przekraczają wysokości minimum egzystencji, muszą płacić podatek dochodowy.

Oczywiście osobną kwestią jest finansowanie tego w taki sposób, żeby zbilansować dochody samorządów i sektora publicznego. Ale opodatkowywanie dochodów, które nie wystarczają osobie je osiągającej na przeżycie nie jest działaniem racjonalnym. W związku z tym podwyższenie do takie poziomu, który w dalszym ciągu pozostaje na granicy minimum socjalnego, wydaje się działaniem potrzebnym – podkreśla Andrzej Puncewicz.

W I półroczu kary za zmowy cenowe wyniosły na świecie ponad 3 mld dolarów. Ich wartość znacząco spadła w UE

Małgorzata Kozak

3,17 mld dolarów – tyle wyniosły kary za zmowy cenowe nałożone w I półroczu przez organy antymonopolowe na całym świecie. To o 2 mld mniej niż przed rokiem. Do tego spadku przyczyniła się Unia Europejska, gdzie kary wyniosły zaledwie 94 mln dolarów (przy prawie 2 mld przed rokiem), choć wynik za cały rok ma być porównywalny do ubiegłorocznego.

W przypadku porozumień cenowych, które dotyczą nie tylko rynku krajowego, właściwa jest Komisja Europejska, która z pełną konsekwencją ściga zmowy cenowe. Co ważne, komisja również kładzie bardzo duży nacisk na niedzielenie wtórne rynków na rynki krajowe. Na to przedsiębiorcy powinni zwrócić szczególną uwagę przy planowaniu swojej polityki dystrybucyjnej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Kozak, radca prawny w Kancelarii Affre i Wspólnicy.

Co do zasady, ustalanie między producentem a dystrybutorem minimalnych lub sztywnych cen sprzedaży to naruszenie praw konkurencji. Mniej szkodliwe dla rynku są uzgodnienia w sprawie cen maksymalnych i rekomendowanych. Istotne jednak, by w przypadku firm działających na rynkach europejskich cena nie była zależna od kraju.

To by oznaczało, że tak naprawdę wracamy do starych granic. Producent nie może ustalić, że w Polsce produkt będzie kosztował X, a w Niemczech X + 50 proc. Należy tak prowadzić swoją politykę handlową, żeby w Europie panowała wolna konkurencja cenowa. Nie może też blokować konkurencji między swoimi dystrybutorami – przekonuje Kozak.

Z raportu „Global Cartel Enforcement” przygotowanego przez kancelarię Allen & Overy wynika, że w pierwszym półroczu 2015 roku w UE wysokość nałożonych kar za zmowy cenowe wyniosła 93,6 mln dolarów. W analogicznym okresie ubiegłego roku było to 1,95 mld dolarów, jednak trwają postępowania w sektorze usług finansowych oraz producentów kondensatorów. Powinny zakończyć się jeszcze w tym roku, dlatego w ujęciu rocznym wysokość kar powinna być zbliżona do 2014 roku.

Zmowy cenowe dotyczą przede wszystkim określonych branż bądź sektorów, gdzie jest stosunkowo niewielka transparentność rynku, przedsiębiorcy znają się, bywają na spotkaniach, także nieformalnych – wskazuje ekspertka Kancelarii Affre i Wspólnicy.

Gwarantem prawidłowego funkcjonowania rynku jest konkurencja cenowa. Jej brak powoduje, że ceny są wysokie i spada jakość towarów, na czym tracą konsumenci. Zmowy cenowe dotykają też producentów czy dystrybutorów, a część z nich przez nie upada. Istotne w tego typu nielegalnych porozumieniach jest nie tylko prawo, lecz także sama etyka prowadzenia biznesu.

Suma nałożonych w I połowie roku kar za zmowy cenowe wynosi globalnie 3,17 mld dolarów, o 2 mld mniej niż w I połowie 2014. Najbardziej aktywne pod tym względem są Stany Zjednoczone – 2,7 mld dolarów kar nałożonych w I półroczu przewyższa sumę kar z rekordowych 2012 i 2013 roku.

Rynek pożyczek pozabankowych wart ponad 5 mld zł. Klienci pożyczają coraz więcej, a ich świadomość rośnie

0

Piotr Kaczmarski, dyrektor operacyjny NetCredit

Jak wynika z prognozy Związku Firm Pożyczkowych, aż 5,1 mld zł może być w tym roku warty rynek pożyczek pozabankowych. W porównaniu z 2014 rokiem to wzrost o 24 proc. W przyszłym roku dynamika wzrostu może być nieco niższa, ale klienci mają być lepiej chronieni dzięki nowym regulacjom. Sejm kończy prace nad ustawą, która je wprowadzi.

Jak wynika z prognoz ZFP, w przyszłym roku wartość pożyczek udzielonych ogółem może wynieść 6 mld zł. Prognozowany wzrost rynku to 18 proc. To nieco mniej niż w ostatnich dwóch latach (w 2014 r. – 28 proc., a prognozy na ten rok mówią o 24 proc.), ale wynika to m.in. z rosnącej konkurencji wewnątrz sektora i ze strony banków. Prognozy na przyszły rok uwzględniają zaś wejście w życie regulacji rynku, dzięki którym klienci mają być lepiej chronieni.

Dostarczamy produkt, który – jak każdy inny kredyt bankowy – jest zgodny z ustawą o kredycie konsumenckim. Czyli spełniamy wszystkie wymogi narzucone przez ustawodawcę. Jeżeli mówimy o pożyczkach, które są dostarczane przez firmy ogłaszające się na przysłowiowym słupie, nikt tego nie kontroluje – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kaczmarski, dyrektor operacyjny NetCredit.

Ustawa antylichwiarska ma umożliwić skuteczne eliminowanie z obrotu gospodarczego podmiotów działających bez zezwolenia, a w szczególności firm prowadzących działalność z zamiarem oszustwa. Chodzi o pobieranie nadmiernych, nieuzasadnionych opłat związanych z udzieleniem i obsługą pożyczki. Dla branży pożyczkowej zostaną wprowadzone wymogi dotyczące wysokości kapitału zakładowego, będzie to co najmniej 200 tys. zł.

Oczekujemy silnego wsparcia państwa, by poprzez regulacje wyznaczyło, które podmioty mogą świadczyć tego typu usługi. To jest szczególnie ważne dla osób korzystających z takich usług. Oczekujemy też wsparcia w zakresie edukacji społeczeństwa. Ludzie muszą być bardziej świadomi tego, po co sięgają – mówi Kaczmarski.

Jak wynika z raportu PwC, w 2013 roku z oferty firm pożyczkowych korzystało blisko 1,4 mln Polaków, a liczba klientów stale rośnie.

Przy braniu pożyczki krótkoterminowej należy zwrócić uwagę na to, z jaką firmą mamy do czynienia, czy jest znana, czy dysponuje odpowiednim kapitałem, czy potrafi doradzić, czy taka pożyczka jest faktycznie dla nas – mówi dyrektor operacyjny NetCredit.

Ekspert radzi, żeby nie korzystać z ofert tych firm, które nie chcą podpisać umowy. Nie warto również podpisywać umowy, która jest niezrozumiała, ponieważ pożyczka może wówczas okazać się dla klienta wyjątkowo kosztowna. Część firm oferuje prawdziwie lichwiarskie warunki. Oprocentowanie nie może co prawda przekraczać 10 proc. (4-krotność stopy lombardowej), firmy pożyczkowe mają jednak wolną rękę w pobieraniu opłat dodatkowych. To ma zmienić nowa ustawa.

Zawsze należy pytać, ile mamy do oddania. To najprostsze rozwiązanie. Osobiście nie polecam współpracy z firmami, które ogłaszają się na słupie czy drzewie, bo w ten sposób firma chce się ukryć, nie chce być szeroko rozpoznawana – podkreśla Kaczmarski.

Proponowane przepisy zakładają wprowadzenie limitu dotyczącego maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu, do 25 proc. całkowitej kwoty kredytu i 30 proc. tej kwoty w stosunku rocznym. Dla branży pożyczkowej zostaną również wprowadzone wymogi dotyczące prowadzenia działalności. Firmy powinny mieć kapitał zakładowy w wysokości co najmniej 200 tys. zł, utworzony ze środków niepochodzących z pożyczek. Potrzebny jest jednak nadzór nad wszystkimi firmami udzielającymi pożyczek.

Takim uregulowanym rynkiem jest sektor bankowy – przypomina ekspert. – Tak samo mogłoby być ze spółkami należącymi do rynku pożyczek krótkoterminowych. Mógłby zostać stworzony rejestr firm, które podlegałyby kontroli. Musiałyby wtedy spełniać pewne wymagania i standardy narzucone przez ustawodawcę i wypracowane przy współpracy z nami, z firmami, które w tej chwili świadczą tego typu usługi – przekonuje Piotr Kaczmarski.

Na ostatnim przed wakacjami posiedzeniu Senat wprowadził 12 doprecyzowujących poprawek do proponowanych przepisów.

Big data, chmury obliczeniowe i internet rzeczy zmieniają biznes. Połączenie tych technologii daje nowe możliwości

Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska

Firmy IT obserwują rosnącą popularność rozwiązań z zakresu big data i chmury obliczeniowej. Jednoczesne wykorzystanie dwóch najpopularniejszych technologii – chmury obliczeniowej i big data – daje coraz więcej możliwości rozwijania biznesu. Na rynku widoczny jest również trend łączenia tych technologii z urządzeniami mobilnymi i internetem rzeczy.

Oprócz zainteresowania chmurą widzimy również duże zainteresowanie obszarem big data, czyli analizowaniem danych, zarówno strukturalnych, jak i niestrukturalnych, z czego można wyciągać bardzo ciekawe wnioski. Klienci zaczynają z nami pracować nad wyciągnięciem wartości z danych, które powoli stają się cennym środkiem trwałym w przedsiębiorstwie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska.

Jak podkreśla Witczyński, Oracle jest jedną z firm, które wyznaczają nowe trendy na rynku nowych technologii, a nie tylko podążają za nimi. Dlatego widząc rosnące zainteresowanie klientów chmurami obliczeniowymi, pracuje nad coraz to nowszymi i bardziej zaawansowanymi technologiami. Są one wykorzystywane w wielu procesach, także bardziej skomplikowanych, związanych z big data, integracją czy tworzeniem aplikacji mobilnych.

Dla klientów spółki wykorzystanie chmury może być nie tylko korzystne cenowo, lecz także możliwe do szybkiego wdrożenia. Żeby jednak przekonać ich o użyteczności takiego rozwiązania, chmury muszą być coraz bardziej zaawansowane. Dlatego Oracle niedawno rozszerzył katalog usług dostępnych w tej technologii.

W czerwcu Oracle ogłosił udostępnienie kolejnych 24 usług w chmurze. Przede wszystkim w obszarze technologii. Dotyczy bardzo ciekawych rozwiązań, w szczególności narzędzi do tworzenia aplikacji mobilnych w chmurze czy big data w chmurze – wyjaśnia Witczyński.

Dodaje, że kolejnym trendem jest rosnąca popularność internetu rzeczy, czyli podłączania do sieci różnego rodzaju urządzeń lub sensorów. Im więcej takich urządzeń, tym więcej danych, które można analizować, by np. lepiej zarządzać zużyciem energii.

Służą do tego nie tylko urządzenia mobilne, mamy do czynienia także z sensorami, które w sposób ciągły zbierają dane. Dzięki takim narzędziom jak big data można te dane ciekawie przeanalizować i wyciągnąć z tego wnioski wartościowe dla biznesu – tłumaczy Witczyński.

Witczyński podaje przykład zespołu Oracle Team USA. Łodzie reprezentujące ten klub i wspierane przez Oracle zwyciężyły w dwóch ostatnich edycjach Pucharu Ameryki, czyli najbardziej prestiżowych pełnomorskich regat. Jak wyjaśnia Witczyński, jedną z przewag, jaką Oracle Team USA miał nad rywalami, był lepszy dostęp do danych. Dzięki kilku tysiącom czujników na łodziach zespoły na lądzie na bieżąco otrzymywała dane i mogły lepiej reagować m.in. na warunki atmosferyczne. Oracle Team USA będzie bronił tytułu w regatach w 2017 r. na Bermudach.

Dla nabywców nieruchomości coraz ważniejsza od ceny jest jakość wykonania mieszkania i jego otoczenie

Mariusz Kurzac

Większość kredytów hipotecznych wciąż zaciąganych jest na mieszkania z rynku wtórnego. Klienci coraz częściej szukają jednak lokali na rynku pierwotnym i coraz większą wagę przywiązują do jakości i standardu ich wykończenia. Ważne jest dla nich również otoczenie inwestycji. Rosnące wymagania oznaczają jednak wyższe ceny lokali.

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie rynkiem pierwotnym – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Kurzac, dyrektor generalny analizującej rynek nieruchomości spółki Cenatorium. – Ludzie poszukują trochę lepszego standardu wykończenia w momencie zakupu mieszkania. Stąd rynek pierwotny w naturalny sposób spotyka się z ich większym zainteresowaniem.

Choć na rynku obrotu mieszkaniami wciąż przeważają transakcje z rynku wtórnego, to z danych Centrum AMRON wynika, że w sześciu największych miastach Polski dwa na pięć mieszkań kupowanych jest od dewelopera i proporcja ta od lat zmienia się na korzyść rynku pierwotnego (z wyjątkiem kryzysowego 2011 roku). Przeciętne ceny są natomiast o około 10-22,5 proc. (w zależności od miasta) wyższe na rynku pierwotnym.

Dzisiaj coraz większą rolę odgrywa dobra lokalizacja, a więc bliskie sąsiedztwo parku, przedszkola, szkoły, kina, sklepów – przekonuje Mariusz Kurzac. – Oczywiście liczy się także jakość budynku. Obiekt z wielkiej płyty, czyli stary, postawiony w latach 70. czy 80., będzie wart mniej niż wybudowany między 2005 a 2014 rokiem. Choć ogólna zasada jest taka, że im dalej od centralnych, atrakcyjnych lokalizacji, tym ceny niższe.

Widać to także na warszawskim, największym w kraju, rynku nieruchomości. Obecnie w stolicy mieszka ponad 1,7 mln osób i z roku na rok jest ich coraz więcej. Jak wynika z szacunków przedstawionych podczas organizowanej przez m.st. Warszawę oraz Polski Związek Firm Deweloperskich konferencji Warsaw Days do 2035 roku w stolicy będzie mieszkać ok. 1,9 mln Polaków.

Przykładem zróżnicowania cenowego niech będzie porównanie Białołęki, Bemowa, Bielan i Żoliborza, albo, z drugiej strony Ursusa, Ochoty i Mokotowa – wskazuje Mariusz Kurzac. – Ceny na Żoliborzu będą zdecydowanie wyższe niż na Bemowie. Ale z kolei wartość lokalu na Bemowie przekroczy cenę podobnej nieruchomości na Białołęce. Oczywiście Śródmieście jest najbardziej atrakcyjną lokalizacją, między innymi dla przedsiębiorców, więc mieszkania będą tam najdroższe.

Coraz większe wagę kupujący przywiązują jednak do jakości samej nieruchomości, usytuowania względem stron świata, położenia itp. Ogólnie im wyżej, tym wyższa także cena. Mieszkania na parterze cieszą się dużo mniejszym zainteresowaniem.

Ludzie bardziej zamożni szukają apartamentów na górnych piętrach, najlepiej z widokiem na park, rzekę bądź jakąś ładną okolicę – precyzuje dyrektor Mariusz Kurzac. – Jeszcze kilka lat temu zainteresowanie było mniejsze. Społeczeństwo było mniej zamożne, a poza tym brakowało tego rodzaju obiektów w ofercie. Bardzo niewiele było mieszkań na dwunastym czy dziesiątym piętrze o powierzchni 150 czy 200 metrów, mających duży taras i dodatkowe udogodnienia.

Stopniowe wdrażanie się w obowiązki w pracy łagodzi objawy powakacyjnego spadku formy

Pourlopowa chandra dotyka blisko 80 proc. Polaków. Objawia się ona m.in. niechęcią do pracy, rozdrażnieniem i problemami z koncentracją. Aby uniknąć powakacyjnej depresji warto stopniowo wdrażać się w zawodową rutynę i zadbać o relaks po pracy.

Zdecydowana większość ludzi cierpi na spadek formy tuż po powrocie z wakacyjnego wyjazdu. Badania naukowców z Uniwersytetu Stanowego w Waszyngtonie pokazały, że wydajność pracowników wracających z urlopu wynosi zaledwie 40 proc. W Polsce na pourlopowe przygnębienie skarży się 80 proc. pracowników. Przypadłość ta, nazywana syndromem post-holiday spleen, objawia się rozkojarzeniem, niemożnością skupienia uwagi na obowiązkach zawodowych, bólami głowy, przygnębieniem i rozdrażnieniem.

– Mamy poczucie, że nie damy sobie rady z obowiązkami, że mamy już dosyć pracy. Czasami myślimy wtedy, że dobrze byłoby już skończyć z danym zawodem, że nie damy sobie rady z projektem, pojawiają się różnego rodzaju przygnębiające myśli – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Kucewicz, psycholog.

Stan pourlopowej chandry utrzymuje się zazwyczaj od kilku dni do dwóch tygodni. Nie należy się tym niepokoić, chyba że przygnębienie i poczucie zniechęcenia nie mijają po tym czasie. Wtedy warto skontaktować się ze specjalistą, może to być bowiem początek głębszych zaburzeń nastroju. Aby złagodzić skutki pierwszego dnia w pracy, warto łagodnie wchodzić w nowy tryb funkcjonowania. Dobrym rozwiązaniem jest powrót z wakacyjnego wyjazdu przynajmniej dzień wcześniej. Większość Polaków popełnia błąd, wykupując wyjazd do niedzieli, w efekcie w poniedziałek nie są w stanie przystosować się do nowej rzeczywistości.

Jest coś takiego jak rozdrażnienie czy wahanie nastroju wynikające z tego, że nagle z błogości, z plaży rzucamy się od razu w wir obowiązków. Dobrze jest przejść  to wszystko stopniowo. Najpierw wziąć dzień wolny lub wrócić z urlopu 1-2 dni wcześniej i spokojnie dostosować się do warunków np. życia miejskiego, jeśli żyjemy w mieście – mówi Katarzyna Kucewicz.

Psychologowie radzą także stopniowe powracanie do obowiązków w pracy. Nie należy już pierwszego dnia nadrabiać pourlopowych zaległości, ale dać sobie trzy dni na powolne zaadaptowanie się do sytuacji. Warto też pomyśleć o relaksie po pracy, np. na spotkaniach z przyjaciółmi, zajęciach sportowych.

– Warto zrelaksować się po pracy. Dobry będzie spacer czy jakiś sport, który pomaga wytwarzać endorfiny. Dobre na łagodzenie takich stresów są także masaże, zwłaszcza twarzy – mówi Katarzyna Kucewicz.

Eksperci radzą też, by bezpośrednio po powrocie z wakacyjnego wyjazdu powstrzymać się od podejmowania ważnych decyzji, zarówno zawodowych, jak i osobistych. Człowiek pozostaje wówczas pod wpływem endorfin po udanym urlopie, a jednocześnie przygnębienia spowodowanego powrotem do codziennej rutyny. Podjęte w takim stanie psychicznych decyzje mogą być zbyt pochopne.

Wyprawka szkolna 2015 – od 301 do 700 zł dla jednego dziecka

Od 301 do 700 zł – tyle, według tegorocznego badania PAYBACK Opinion Poll (POP), przeznaczy na zakupy szkolne 63% Polaków. Większość ankietowanych (90%) środki na wyprawkę weźmie z bieżącego budżetu domowego.

Jak wynika z badania PAYBACK, wśród rodziców wzrasta świadomość nt. refundacji na podręczniki, oferowanej przez państwo.

Jak wynika z badania PAYBACK Opinion Poll (POP), w 2015, podobnie jak w roku ubiegłym, ponad 60% Polaków wyda na wyprawkę szkolną dla jednego dziecka kwotę od 301 do 700 zł. 1/4 planuje przeznaczyć na ten cel nie więcej niż 300 zł, a 6% od 701 do 1200 zł. Według tegorocznego badania POP, połowa Polaków kupuje przybory szkolne tuż przed pierwszym dzwonkiem lub na początku września. Zakupy na ostatnią chwilę mogą tłumaczyć nieprzemyślane wydatki. 49% Polaków przyznaje, że choć starają się kupować jedynie niezbędne rzeczy, zdarza im się spontanicznie dorzucić coś do koszyka. 36% skompletowało połowę wyprawki w lipcu i na początku sierpnia. Prawie co piąty ankietowany (17%) posiada już niemal wszystkie potrzebne przybory.

Refundacja – ilu Polaków skorzysta?

Dla 65% badanych, koszt przyborów i podręczników wyniesie tyle samo lub mniej niż rok temu. 35% ankietowanych deklaruje, że początek roku szkolnego będzie dla nich oznaczał większe wydatki niż w 2014r. Środki na wyprawkę pochodzić będą głównie z bieżącego budżetu domowego (90%). 4% ankietowanych planuje skorzystać z kredytu.
Z roku na rok wśród rodziców wzrasta wiedza na temat refundacji wyprawki, o którą mogą się ubiegać. W dalszym ciągu jednak 32% nie zna zasad przyznawania takiego dofinansowania (47% – 2014). Z refundacji planuje skorzystać 11% Polaków biorących udział w ankiecie PAYBACK.

Do szkoły: biegiem, marsz!

Po pomoce szkolne większość Polaków (42%) uda się do super- lub hipermarketów, 28% kupi je w szkole. Poza nowym plecakiem (45%), obuwiem i odzieżą szkolną (59%) oraz przyborami szkolnymi (76%), rodzice zamierzają kupić w tym roku urządzenie elektroniczne. Najczęściej będzie to laptop (15%) lub tablet (12%). W obu przypadkach to spadek o 11% w stosunku do ubiegłego roku.

W 2013 i 2014 roku popularny był zakup książek w Internecie. Jak wynika z ankiety POP, w tym roku po podręczniki niemal połowa ankietowanych Polaków uda się do księgarni (48%). Zakupy w sieci planuje zrobić 36% badanych. To spadek o 11% w stosunku do roku ubiegłego. 51% zapytanych przez PAYBACK rodziców planuje zakup wyłącznie nowych podręczników. 29% kupi w połowie książki nowe, a w połowie używane. Co 10 badany deklaruje, że w większości lub wyłącznie nabędzie egzemplarze z drugiej ręki.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Alina Stahl (BIK) o ryzyku poręczania kredytów

0

W Polsce aż 480 tys. osób poręcza 391 tys. kredytów. Niestety, aż 10% z nich jest spłacane z opóźnieniem. Ktoś cię prosi, byś został żyrantem? Zanim wyrazisz zgodę, dobrze się zastanów.

Przed podjęciem decyzji powinniśmy przeanalizować zarówno sytuację finansową kredytobiorcy, jak i swoją własną. Weźmy pod uwagę to, czy nie ma ryzyka, że w najbliższym czasie nasze zarobki się pogorszą, ani czy nie będziemy potrzebowali niedługo sami zaciągnąć pożyczki. Pamiętajmy, że poręczanie obniża naszą zdolność kredytową.

„Jako poręczyciel mamy prawo uczestniczyć w ustalaniu treści umowy. Co ważne, nie musimy poręczać całej kwoty – wolno nam ograniczyć się np. do części kredytu bez odsetek karnych. Warto również, aby w umowie znalazł się zapis, że jeżeli kredytobiorca przestanie zwracać pieniądze, w pierwszej kolejności zabezpieczeniem spłaty będzie jego majątek, a dopiero później zostanie obciążony poręczyciel” – mówi serwisowi infoWire.pl Alina Stahl z Biura Informacji Kredytowej (BIK). Jeśli pożyczka jest spłacana w terminie, na naszą prośbę bank może zwolnić nas z poręczania.

„O tym, co się dzieje z poręczanym kredytem, dowiemy się z raportu BIK bądź za pośrednictwem usługi Alerty BIK. Jeśli z niej skorzystamy, będziemy otrzymywali informacje o spłacie rat, ale także zostaniemy powiadomieni w sytuacji, gdy ktoś spróbuje wyłudzić pożyczkę na nasze dane” – informuje ekspertka.

Wyniki Grupy Getin Noble Bank po I półroczu 2015 r.

W pierwszym półroczu 2015 roku Grupa kapitałowa Getin Noble Banku wypracowała 209 mln PLN zysku netto. Zgodnie z zapowiedziami, Bank znacząco obniżył koszt finansowania, mimo zawirowań na rynku w związku z aprecjacją CHF. Na koniec czerwca br. suma bilansowa Banku wynosiła 70,4 mld PLN.

Krzysztof Rosiński, Prezes Zarządu Getin Noble Banku
Krzysztof Rosiński, Prezes Zarządu Getin Noble Banku. Fot.: Getin Noble Bank

„W ostatnich kwartałach znacząco obniżyliśmy koszt finansowania oraz wartość odpisów. Bez uwzględnienia opłat na rzecz BFG oraz KNF, koszty działania Banku utrzymują się od dwunastu miesięcy na niezmienionym poziomie” – powiedział Krzysztof Rosiński, Prezes Zarządu Getin Noble Banku. „Wyraźnemu wzmocnieniu uległa również pozycja kapitałowa Banku. W ciągu roku podwyższyliśmy wskaźniki CAR od 0,7 p.p. i CET1 o 1,1 p.p” – dodaje.

Pierwsze półrocze 2015 roku to niewątpliwy sukces należącej do Grupy spółki Getin Leasing. Jest ona obecnie liderem rynku finansowania pojazdów poprzez leasing. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. wartość wyleasingowanego przez Spółkę mienia wyniosła 1,5 mld PLN, co stanowi wzrost o 30% w ujęciu rok do roku. Rozwój leasingu jest kolejnym etapem wzmacniania pozycji Grupy Getin Noble Banku jako lidera w segmencie finansowania pojazdów. W pierwszym półroczu 2015 roku wartość udzielonych kredytów samochodowych osiągnęła poziom 717 mln PLN. Bank posiada obecnie ponad 50% udział w tym rynku.

Getin Noble Bank kontynuuje działania związane z budową portfela szybko rotujących kredytów. W ciągu zaledwie 12 miesięcy saldo kredytów gotówkowych wzrosło o 0,9 mld PLN (+31% r/r), co częściowo przyczyniło się do kompensacji niższych przychodów odsetkowych będących efektem obniżenia stopy lombardowej. Tylko w pierwszym półroczu br. wartość sprzedaży kredytów gotówkowych osiągnęła poziom ponad 1,2 mld PLN.

Bank kontynuuje politykę budowy bezpiecznej struktury aktywów i pasywów, zarówno
w przekroju walutowym, jak i płynnościowym. Na koniec czerwca br. saldo kredytów Getin Noble Banku wynosiło 50,3 mld PLN, a saldo depozytów 55,2 mld PLN. Bank utrzymuje silną pozycję płynnościową (wskaźnik K/D wynosi 91,2%). Zgodnie z zapowiedziami Bank systematycznie obniża koszt depozytów (-55 p.b. od początku br.). W drugim kwartale wskaźnik NIM wzrósł do 1,7 p.p.

Systematyczne zmiany w ofercie przekładają się na znaczący wzrost aktywności Klientów korzystających z ROR oraz kont oszczędnościowych. Bank odnotował wzrost salda środków zdeponowanych na kontach oszczędnościowych z 3,2 mld PLN do 3,9 mld PLN przy spadku średniego oprocentowania o 0,3%. Od momentu wdrożenia strategii Getin UP Bank odnotował ponad dwuipółkrotny wzrost liczby transakcji kartami płatniczymi. Widoczny jest również wzrost transakcyjności kart (blisko 6 transakcji na jedną kartą w czerwcu 2015).

Zgodnie z przyjęta strategią Bank kontynuuje działania związane ze sprzedażą NPL.
W pierwszym półroczu wartość kapitału sprzedanych portfeli kredytów nieregularnych wyniosła ponad 1 mld PLN. Warto również podkreślić, że wszystkie zrealizowane do tej pory transakcje sprzedaży miały pozytywny wpływ na rachunek wyników. Ambicją Banku jest sprzedaż w 2015 roku NPL o wartości netto powyżej 1,8 mld PLN. W drugim kwartale 2015 roku Bank odnotował rekordowo niski poziom odpisów na poziomie 66,9 mln (spadek o 47,9% q/q).

Na koniec czerwca 2015 roku skonsolidowany współczynnik wypłacalności CET1 (pro-forma z uwzględnieniem całości wyniku za pierwszą połowę 2015 roku) wynosił 10,0%, a łączny współczynnik wypłacalności CAR 13,2%. Oba wskaźniki kapitałowe znajdują się powyżej wymogów regulacyjnych.