Na skutek wyprzedaży walut rynków rozwijających się, do których należy Polska, oraz zbliżających się wyborów, złoty w najbliższych miesiącach będzie się osłabiał. Według Andrzeja Stefaniaka z firmy DMK dopiero przebicie granicy 4,235 zł za euro otwiera przestrzeń do dalszej dewaluacji. Jeżeli jednak sytuacja na świecie uległaby pogorszeniu, pod koniec roku możliwy do osiągnięcia jest nawet poziom 4,4.
– Prawdopodobnie złoty będzie pod presją na większą zmienność, co już sugerują raporty wielu banków centralnych i komercyjnych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, główny dealer walutowy firmy DMK. – Jest to efekt po pierwsze zbliżających się wyborów, po drugie sytuacji międzynarodowej i bardzo dużej zmienności na wszystkich walutach krajów rozwijających się.
Wyprzedawane są takie waluty, jak rubel, brazylijski real czy turecka lira. Tymczasem złoty znajduje się w tym samym koszyku, dlatego jest pod wpływem takich samych tendencji, które w rezultacie osłabiają krajową walutę.
– Oczekujemy, że kolejne tygodnie i miesiące przyniosą prawdopodobnie lekkie osłabienie się złotego – prognozuje Andrzej Stefaniak. – Ogólnie krajowa waluta jest dość mocna na tle pozostałych z koszyka, dlatego też zmienność i ruchy na niej nie powinny być zbyt dynamiczne.
Jak wynika z ostatniej ankiety makroekonomicznej przeprowadzonej wśród ekspertów instytucji finansowych, ośrodków analityczno-badawczych, organizacji pracodawców i pracowników przez Narodowy Bank Polski, w najbliższych miesiącach kurs walutowy pozostanie stabilny. W latach 2015-2016 euro kosztować ma około 4,1 zł, a w 2017 roku – 4 zł.
– Bardzo ważne jest określenie poziomów odniesienia, których przełamanie będzie sugerowało kolejny impuls – precyzuje Andrzej Stefaniak. – Na parze euro/ złoty najważniejsza obecnie granica jest na poziomie 4,2350 zł. Jej pokonanie otwiera przestrzeń do dalszej przeceny krajowej waluty, nawet do 4,40 zł za euro. Jeżeli sytuacja na świecie uległaby pogorszeniu, np. doszło do kontynuacji wielkiej przeceny na chińskiej giełdzie, to myślę, że poziom 4,40 byłby do osiągnięcia nawet w końcówce tego roku.
Zdaniem Andrzeja Stefaniaka buforem powstrzymującym gwałtowniejsze spadki złotego są dobre dane makroekonomiczne z polskiej gospodarki. Eksperci ankietowani przez NBP spodziewają się, że w br. wzrost PKB Polski zamknie się w przedziale od 3,4 do 3,9 proc., a w latach 2015-2017 wyniesie średnio 3,7 proc.
– Sytuacja gospodarcza Polski jest na tyle stabilna i relatywnie dobra, zwłaszcza w porównaniu z krajami takimi jak Brazylia, Chiny czy Turcja, że dane makro powodują wytłumienie impulsów osłabiających złotego – zauważa Andrzej Stefaniak. – Dlatego krajowa waluta jest stabilna i prawdopodobnie tak będzie się zachowywać w kolejnych miesiącach, chociaż jest spodziewana presja deprecjacyjna wynikająca z globalnego ruchu na walutach krajów rozwijających się.
Jak mówi ekspert, od kilku tygodni poziom konsolidacji na dolarze znajduje się w okolicach 3,80 zł. Jego zdaniem zostanie on utrzymany, z tendencją do wzrostu w kierunku 4 zł. Taka wycena może być osiągnięta jeszcze w tym roku. Wiele jednak zależy od tego, jakie decyzje makroekonomiczne zostaną podjęte w Stanach Zjednoczonych. Już od dłuższego czasu rynek oczekuje zapowiadanej przez Rezerwę Federalną podwyżki stóp procentowych.
– Nie jesteśmy pewni, czy pierwsza będzie miała miejsce we wrześniu czy w grudniu – zastrzega Andrzej Stefaniak z DMK. – Jeżeli odbędzie się wcześniej, to prawdopodobnie dolar amerykański globalnie zacznie się bardzo silnie umacniać, co spowoduje ruchy na rynku walutowym, także względem innych walut. Najbardziej narażone na przecenę z dużych walut jest euro, później frank szwajcarski. Natomiast bardzo silnie skorelowany z dolarem powinien być funt brytyjski, który też raczej będzie zyskiwać.
Po dewaluacji chińskiej waluty, jaka miała miejsce 11 sierpnia, ciężar przewidywań ekonomistów co do pierwszej podwyżki w USA przesunął się z września na grudzień. To powinno opóźnić umocnienie amerykańskiej waluty.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zdecydował się przedłużyć postępowanie w sprawie zakupu polskiego lidera na rynku domen internetowych Home.pl przez niemieckiego giganta 1&1 Internet. UOKiK potrzebuje jeszcze czasu, by dokładnie sprawdzić, jak fuzja może wpłynąć na branżę domen krajowych, usług hostingu i usług związanych z uruchamianiem sklepów internetowych. Eksperci z branży twierdzą, że w najbliższym czasie można się spodziewać dalszej konsolidacji rynku.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów potrzebuje jeszcze czterech miesięcy, by zakończyć postępowania w sprawie koncentracji polegającej na przejęciu przez niemiecką spółkę 1&1 Internet polskiego dostawcy domen internetowych Home.pl. Transakcja miała miejsce w zeszłym miesiącu. Polska spółka została kupiona za ponad 600 mln zł. To około dwa razy więcej niż pierwotnie szacowana wartość firmy.
– Wysoka cena wzięła się z tego, że Home.pl jest liderem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Gawior, dyrektor operacyjny Zenbox.pl. – Akwizycja wpłynie przede wszystkim na dofinansowanie Home.pl. Prawdopodobnie skończy się to tym, że firma będzie podejmowała jeszcze agresywniejsze działania marketingowe oraz sprzedażowe.
Według Łukasza Gawiora w najbliższym czasie dojdzie do przetasowań na rynku i kolejnych przejęć.
– Konsolidacja występuje już od jakiegoś czasu. Home.pl kilka lat temu przejął trzecią firmę na rynku AZ.pl – twierdzi Gawior. – Inne podmioty także były przejmowane i jak zapowiada Nazwa.pl, wicelider branży, konsolidacja będzie postępowała i będą na pewno kolejne zakupy w tym roku – dodaje.
Według danych Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej po pierwszym kwartale roku Home.pl pozostaje na pierwszym miejscu w Polsce w obsłudze domen o końcówce .pl, posiadając 23,97 proc. rynku. To jednak mniej w porównaniu z danymi z końca poprzedniego roku, kiedy to spółka obsługiwała 24,24 proc. Na drugim miejscu jest Nazwa.pl, która w porównaniu z danymi z końca 2014 roku po pierwszym kwartale odnotowała jednoprocentowy wzrost.
– W ostatnim czasie rejestracja domen internetowych znacznie przyspieszyła – twierdzi Łukasz Gawior. – W związku z tym wzrosty będą na pewno występowały i dostrzegamy to także w naszej firmie.
Obecnie zarejestrowanych jest już ponad 2,6 mln polskich domen. Według NASK w pierwszych czterech miesiącach roku zarejestrowanych zostało 284 806 nowych adresów o domenie .pl.
Na polskim rynku hostingu działa około kilkuset dostawców. Największych, obsługujących powyżej 10 tys. domen, jest w sumie 30. Według danych IDC polski rynek hostingu będzie rósł w dwucyfrowym tempie. Szczególnie usługi związane z aplikacjami oraz hostingiem infrastruktury.
Nieuzasadnione zwolnienia to dodatkowe koszty dla pracodawców, dlatego firmy coraz częściej korzystają z możliwości kontroli zwolnień lekarskich przez ZUS. Pomaga ona ustalić, czy pracownik nie wykonuje w tym czasie pracy zarobkowej lub nie przedłuża sobie w ten sposób urlopu. Kontroli może podlegać każde zwolnienie, niezależnie od wskazań lekarza. W I kwartale tego roku kwota cofniętych lub pomniejszonych przez ZUS świadczeń sięgnęła 53 mln zł.
– Przeprowadzanie kontroli prawidłowości wykorzystania zwolnień lekarskich jest ustawowym prawem i obowiązkiem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. To Zakład jest dysponentem środków zgromadzonych w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, w tym funduszu chorobowego i wypadkowego. Z tych funduszy wypłacane są takie świadczenia, jak zasiłek chorobowy w przypadku krótkotrwałej niezdolności do pracy czy w przypadku dłuższej – świadczenie rehabilitacyjne – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Fijor z Departamentu Zasiłków w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.
Świadczenia stanowią rekompensatę utraconego wynagrodzenia dla osoby, która z powodu choroby nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków. Dlatego istotna jest kontrola tego, czy okres zwolnienia wykorzystywany jest zgodnie z przeznaczeniem. Może być wykonywana w miejscu świadczenia pracy, wykonywania działalności, ale również w domu czy miejscu pobytu. Ekspertka podkreśla, że kontroli może podlegać każde zwolnienie, niezależnie od wskazania lekarza, bez względu na to, czy chory musi leżeć, czy chory może chodzić.
– To drugie wskazanie stwarza w praktyce dużo wątpliwości – wyjaśnia Fijor. – Pracownicy często nie do końca właściwie interpretują zapis, że ubezpieczony w trakcie orzeczonej niezdolności do pracy może chodzić. Oznacza to, że może samodzielnie udać się do przychodni, na rehabilitację czy na zakupy, jeżeli nie ma innego domownika, który mógłby za niego to zrobić. Najważniejsze jest to, że pomimo tego wskazania, nie wolno mu wykonywać pracy.
Każde zwolnienie powinno przyspieszyć powrót do zdrowia. Pracownik, który w czasie niezdolności do pracy orzeczonej zaświadczeniem lekarskim wystawionym na druku ZUS ZLA wykonuje pracę zarobkową lub wykorzystuje to zwolnienie niezgodnie z jego celem, musi liczyć się z tym, że straci prawo do zasiłku chorobowego. Tylko w I kwartale tego roku łączna kwota cofniętych bądź pomniejszonych świadczeń sięgnęła 53 mln zł. W całym ubiegłym roku było to 177 mln.
Zwolnienia lekarskie to również problem dla pracodawców, niekoniecznie nawet związany z wypłatą wynagrodzenia we wczesnej fazie choroby.
– Największy problem mają małe firmy, ponieważ zorganizowanie pracy w takim przedsiębiorstwie jest niezwykle trudne. Kiedy pracownik idzie na zwolnienie lekarskie, istnieje spore ryzyko, że był on niezastąpiony i teraz poradzenie sobie z jego nieobecności może być trudne. W większych firmach jest to dużo łatwiejsze – ocenia Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP.
Wynagrodzenia z tytułu niezdolności do pracy z powodu choroby wypłacane są przez pracodawcę z jego środków za okres 33 dni, a w przypadku pracowników po 50 roku życia za okres 14 dni niezdolności do pracy w roku kalendarzowym. Dopiero po tym okresie obowiązek płacenia spada na ZUS.
Jeśli pracodawca podejrzewa, że pracownik symuluje lub wykorzystuje okres zwolnienia do wykonywania innej pracy zarobkowej, to może przeprowadzić kontrolę prawidłowości także za ten okres, za który pracownikowi przysługuje wynagrodzenie wypłacane ze środków pracodawcy. Płatnicy, którzy zatrudniają powyżej 20 osób, przeprowadzają kontrole we własnym zakresie. Mniejsze firmy mogą zgłaszać się do ZUS-u.
– Kontrola to dobry instrument, z którego korzysta się wtedy, kiedy faktycznie zachodzą okoliczności budzące zastrzeżenia. Pozwala to wyeliminować nie tyle bardzo długie urlopy lekarskie, kiedy kontrola ze strony ZUS-u jest praktycznie nieuchronna, ile krótkie zwolnienia lekarskie będące na przykład formą przedłużenia urlopu wypoczynkowego – tłumaczy Kozłowski.
Spółka Porr Polska Infrastructure, dawna Bilfinger Infrastructure, po zmianie właściciela chce rozwijać się w nowych segmentach rynku budowlanego. Jest zainteresowana inwestycjami w infrastrukturę kolejową. Dzięki współpracy z koncernem Porr spółka liczy na nowe kontrakty w Norwegii, ale rozgląda się również za nowymi rynkami. Nie wyklucza też wejścia do Czech, Niemiec i Austrii.
– Polska to trzeci największy rynek w naszym portfolio. Wierzymy w niego bardzo mocno. Jesteśmy przekonani, że dzięki naszym polskim spółkom będziemy w ciągu pięciu kolejnych lat silnie się na nim rozwijać – mówi Karl-Heinz Strauss, prezes i dyrektor zarządzający koncernu Porr AG.
W czerwcu br. spółki Porr AG i Bilfinger SE podpisały umowę dotycząca kupna Bilfinger Infrastructure SA. Oficjalne przejęcie miało miejsce 14 sierpnia, po uzyskaniu zgody UOKiK. Cena zakupu wyniosła 21,5 mln euro.
– Przejęcie przez nowego właściciela to dla nas ogromna szansa. Porr podkreśla, że chce być koncernem budowlanym, a nasza działalność pasuje w stu procentach do jego portfolio. W przyszłości zamierza także na bazie naszej spółki realizować ambitne projekty infrastrukturalne w Polsce i na innych rynkach – mówi Piotr Kledzik, prezes Porr Polska Infrastructure.
Dotychczas koncern był obecny w Polsce przez spółkę Porr Polska – w niedalekiej przyszłości jako Porr Polska Construction, która działa w segmencie budownictwa kubaturowego i kolejowego. Przejęcie Bilfinger Infrastructure pozwoli koncernowi zaistnieć również w budownictwie inżynieryjnym, energetycznym, drogowym i mostowym.
– Realizujemy niezmiernie ambitny plan na ten i przyszły rok. Zamierzamy pozyskać nowe projekty, zarówno na polskim rynku infrastrukturalnym, jak i na rynku municypalnym i centralnym – zapowiada Kledzik. – Będziemy wraz z Porr Polska Construction realizować także projekty kolejowe. W połączeniu z naszą wiedzą i doświadczeniem możemy zaoferować w pełni kompletne wykonanie.
Perspektywiczne dla Porr są również trzy projekty realizowane przez Bilfingera w Norwegii. Z 800 osób pracujących w spółce około 100 przypada na rynek norweski. Kledzik podkreśla, że dzięki przynależności do koncernu oferta spółki będzie pełniejsza.
– Byliśmy tam aktywni tylko w segmencie mostowym. Teraz możemy połączyć siły ze specjalistami tunelowymi, których pracują w Porr i którzy mogą współtworzyć większe projekty na rynku norweskim – wskazuje Kledzik.
Nowa spółka ma w planach wyjście na inne rynki zagraniczne.
– Zamierzamy zatem rozwijać jej działalność na rynku polskim i norweskim, obok naszych czterech rodzimych rynków, czyli Austrii, Niemiec, Szwajcarii i Czech – zapowiada Strauss.
– Z zainteresowaniem patrzymy także na rynek szwedzki. Staramy się dobrać projekty do naszych możliwości – podkreśla Kledzik.
Bilfinger Infrastructure zatrudnia 800 pracowników. W 2014 roku osiągnęła sprzedaż na poziomie 166 mln euro. Władze Porr liczą na to, że nowy podmiot w ciągu 2-3 lat przekroczy 1 mld zł przychodów.
Na spadek eksportu na wschodnie rynki największy wpływ miało nie samo embargo, ale spadek wartości tamtejszych walut. Dewaluacja hrywny i rubla sprawiła, że ceny polskiej żywności poszybowała w górę o 25-30 proc. Mimo zawirowań na Wschodzie wartość eksportu polskich artykułów rolno-spożywczych w I półroczu wzrosła o 6,4 proc., w całym roku dynamika wzrostu może być jeszcze wyższa, głównie dzięki nowym rynkom zbytu.
– Embargo ma raczej symboliczny wpływ na eksport żywności. Dużo większy ma ubożenie społeczeństw w Rosji, na Ukrainie i innych rynkach wschodnich. Rubel i tamtejsze waluty zdewaluowały się już o ponad 25 proc., a to oznacza, że nasza żywność jest tam o 25-30 proc. droższa. To dużo większy problem niż bariery administracyjne, bo ludzi, którzy kiedyś kupowali polską żywność, teraz na nią po prostu nie stać – analizuje w rozmowie z agencją Newseria Bartosz Urbaniak, członek zarządu ds. agrobiznesu w BGŻ BNP Paribas.
Rosja w poprzednim roku była na piątym miejscu wśród największych odbiorców polskich produktów rolno-spożywczych, po 70-proc. spadku wartości sprzedaży znalazła się jednak na piętnastym.
W styczniu ubiegłego roku Rosja wprowadziła ograniczenia w imporcie wieprzowiny w związku z wystąpieniem przypadków afrykańskiego pomoru świń u dzików i świń. W sierpniu zakazem wjazdu zostały objęte warzywa i owoce, a od 7 sierpnia część produktów spożywczych. Zakaz importu mięsa wprowadziły również m.in. Białoruś i Kazachstan. Ministerstwo rolnictwa ocenia, że wartość eksportu do Wspólnoty Niepodległych Państw w I połowie roku spadła o 44 proc. w ujęciu rocznym (do 561 mln euro). Przed rokiem rynki te odpowiadały za 9,5 proc. polskiego eksportu żywności, dziś mają ok. 5-proc. udział. Sprzedaż na Ukrainę spadła o 18 proc. Dlatego konieczna stała się dywersyfikacja eksportu i poszukiwanie partnerów nawet na odległych rynkach. Zyskają na tym banki, które coraz mocniej wspierają polski eksport.
– Spodziewamy się znacznego wzrostu eksportu na rynki trzecie, czyli nieunijne. Jest to również związane z tym, że po połączeniu z BNP Paribas bank BGŻ zyskał nową jakość wspierania polskich przedsiębiorców. Nasz partner strategiczny ma oddziały poza UE, a to daje zupełnie nowe możliwości – podkreśla Bartosz Urbaniak.
Pod względem obrotów największym partnerem gospodarczym Polski w Azji są Chiny. Rośnie eksport polskiej żywności na tamtejsze rynki. Resort gospodarki szacuje, że w 2014 roku wyniósł 163,4 mln euro i od 2007 roku wzrósł ośmiokrotnie (w I połowie 2015 roku spadł o 7 proc.).
Wśród innych ważnych partnerów handlowych największy wzrost wartości eksportu w porównaniu z I półroczem 2014 roku odnotowano w handlu z Egiptem. Sprzedaż do tego państwa wzrosła ponadtrzykrotnie (do 126 mln euro), głównie z powodu znaczącego eksportu pszenicy. Sprzedaż dużej partii pszenicy przyczyniła się również do dużego wzrostu eksportu m.in. do Kenii, Sudanu i Tanzanii.
Z kolei większa sprzedaż soku jabłkowego i mięsa wieprzowego przyczyniła się do wzrostu eksportu do Kanady (o 62 proc.) i USA (o 40 proc.). Znaczące wzrosty wartości eksportu żywności odnotowano również w przypadku Chorwacji (o 57 proc.), Wietnamu (o 57 proc.), Korei (o 45 proc.), Izraela (o 36 proc.) i Maroka (o 26 proc.).
Sprzedaż do państw UE wzrosła o 9,4 proc. Mają one już ponad 80-proc. udział w polskim eksporcie żywności. Największym odbiorcą są Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Czechy.
Przepisy spadkowe, które weszły w życie w tym tygodniu, dotyczą postępowań spadkowych po śmierci obywatela Polski, który na stałe lub przez dłuższy czas mieszkał w innym kraju UE. Jeśli w testamencie nie znajdzie się dokładny o zapis o wyborze prawa ojczystego, to zgodnie z nowelizacją sprawy spadkowe będą rozstrzygane według prawa kraju, w którym dana osoba przebywała. Powinno to ułatwić i ujednolicić postępowanie spadkowe, ale dla spadkobierców może oznaczać pewne utrudnienie.
– W stosunku do osób, które zmarły po 17 sierpnia, będą miały zastosowanie inne rozwiązania dotyczące prawa właściwego. Dotyczy to obywateli, którzy na stałe bądź na dłuższy czas wyjechali za granicę. Jeśli umrą na terenie państw członkowskich Unii Europejskiej i nie sporządzą wcześniej żadnego testamentu, to właściwe dla sprawy będzie prawo spadkowe zwykłego miejsca pobytu, czyli kraju, w którym zmarli – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Ostaszewska z Kancelarii Radców Prawnych Baurska, Senkowska, Szczęsna i Partnerzy.
Sierpniowa nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego wprowadza w życie rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 650/2012 z 4 lipca 2012 r. Wedle nowych przepisów jeśli spadkodawca nie wskazał wyraźnie w testamencie, jakiego kraju prawo spadkowe ma być stosowane, przyjmuje się, że prawem właściwym do spraw spadkowych będzie prawo miejsca stałego pobytu. Istotne tylko, by zmarły miał z danym krajem ścisły związek, np. od dłuższego czasu tam mieszkał, pracował czy przebywał na stażu. W takim przypadku będą obowiązywały zasady dziedziczenia innych krajów Unii.
– Jedyną drogą, aby tego uniknąć, jest wcześniejsze sporządzenie testamentu, w którym dokona się wyboru prawa właściwego innego niż prawo państwa, w którym na stałe się mieszka. Można wybrać jedynie ojczyste prawo. Jeśli więc nasz obywatel mieszka w Niemczech, to w testamencie ma prawo wyboru jedynie prawa polskiego, a nie na przykład portugalskiego czy węgierskiego – wskazuje ekspertka.
Istotne jest również to, że status spadkowy nie podlega rozszczepieniu. Oznacza to, że każda część spadku podlega prawu jednego kraju, niezależnie od miejsca położenia. W sprawach spadkowych orzekać mają sądy właściwe dla miejsca stałego pobytu osoby zmarłej. Co więcej, przepisy pozwalają, by właściwy sąd zrezygnował z prowadzenia sprawy, jeśli sąd innego kraju, np. ze względu na położenie spadku, ma lepsze możliwości orzekania w danej sprawie.
– Największy plus to ujednolicenie i ułatwienie kwestii dziedziczenia. Teraz funkcjonuje to na zasadzie: jeden spadek, jedno prawo, jeden sąd. Bez względu na to, czy dana osoba ma składniki mienia porozrzucane w różnych częściach Europy, to, czy jest to nieruchomość czy ruchomość, nie ma znaczenia. O tym będzie orzekać jeden sąd – mówi Ostaszewska.
W ten sposób uniknie się konieczności prowadzenia postępowań w kilku państwach i przy różnych reżimach prawnych, co pozwoli zaoszczędzić czas i obniży koszty postępowania.
Nowe przepisy mogą jednak oznaczać też spore problemy dla spadkobierców. Mogą oni w mniejszym stopniu niż przewiduje to polskie prawo odziedziczyć majątek zmarłego. Jeszcze w innym przypadku majątek będzie mógł dziedziczyć partner, z którym zmarły pozostawał w związku nieformalnym.
– W przypadku, kiedy decydujące będzie prawo właściwe dla kraju zwykłego pobytu, w inny sposób mogą być regulowane pewne instytucje prawne niż te funkcjonujące w Polsce. Sąd nie tylko rozpoznaje sprawę, ale również wpływa na katalog osób uprawnionych do spadku, na wydziedziczenie czy prawo zachowku, które np. przez prawo niemieckie są w inny sposób regulowane niż w Polsce – wskazuje ekspertka.
Ostaszewska podkreśla również, że nowe przepisy mogą okazać się kosztowne dla spadkobierców. Postępowanie w innym kraju wymusza znalezienie prawnika, który zna nie tylko prawo obowiązujące w Polsce, lecz także w innym kraju.
Nowe przepisy wprowadziły również dokument Europejskie Poświadczenie Spadkowe, który będzie potwierdzać, że osoba w nim wymieniona ma określone w tym dokumencie prawa do spadku. W Polsce będzie można je uzyskać w postępowaniu prowadzonym przez sąd rejonowy albo u notariusza.
Nowe przepisy obowiązują we wszystkich krajach Unii Europejskiej, z wyłączeniem Wielkiej Brytanii, Danii i Irlandii.
W Polsce działa 145 biur coworkingowych. Ze wspólnych nowoczesnych przestrzeni biurowych, które oferują nie tylko dostęp do biurek, lecz także m.in. do sal konferencyjnych czy internetu, coraz chętniej korzystają start-upy i freelancerzy. Przewagą są niskie koszty wynajmu i możliwość współpracy z innymi mikroprzedsiębiorcami.
– Największy rozwój biur coworkingowych, zarówno w kraju, jak i na świecie, miał miejsce w ciągu ostatnich dwóch lat – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.
Jak wynika z zestawienia Best2Invest, w całej Polsce funkcjonuje obecnie 145 biur coworkingowych wynajmujących na godziny miejsca pracy. Największym ich skupiskiem jest Warszawa i województwo mazowieckie (34). Następne w kolejności są województwa wielkopolskie (17), małopolskie (14) oraz pomorskie (13). Biura coworkingowe powstają zarówno w dużych miastach, jak i w mniejszych, takich jak Radom, Piła czy Częstochowa.
– Polska jest stosunkowo małym rynkiem dla sektora coworkingowego. W samym Berlinie jest zarejestrowanych ponad 200 takich biur – mówi Doktór.
To jednak będzie się zmieniać. Tym bardziej że liczba pracujących na własny rachunek z roku na rok rośnie. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w ubiegłym roku przybyło 63 tys osób. Ten model prowadzenia działalności preferowany jest przez blisko 20 proc. wszystkich osób aktywnych zawodowo.
– Trudno określić, ile z nich korzysta wyłącznie z tego rodzaju przestrzeni – zastrzega Wiktor Doktór. – Musimy popatrzeć, jaki rodzaj pracy jest wykonywany. Jeżeli myślimy o freelancerach, to od kilkunastu do kilkudziesięciu osób miesięcznie korzysta z tego rodzaju usług w jednym biurze. Gdy mówimy o przedsiębiorcach tworzących, np. wirtualne adresy, czyli rejestrujących w tych biurach działalność gospodarczą, to idzie to już w dziesiątki i setki w każdej placówce.
Biura coworkingowe to nowoczesne powierzchnie biurowe, które umożliwiają wspólną pracę. Użytkownicy mają możliwość wynajęcia na godziny biurka czy mikrobiura.
Za wynajem biurka trzeba zapłacić od 3 zł za godzinę. Miesięczny koszt poszczególnych pakietów zaczyna się od około 350-400 zł. W ramach takiej opłaty przedsiębiorca może korzystać z biurka przez określoną liczbę godzin, ma dostęp do internetu, serwisu kawowego, sal konferencyjnych i innych tego rodzaju udogodnień niezbędnych do prowadzenia biznesu.
– Niektórzy już w ciągu pierwszego roku działalności budują biznes, który potem sprzedają za miliony – zauważa Wiktor Doktór. – Taki przypadek mieliśmy w tym roku. W jednym z warszawskich biur coworkingowych powstał start-up, który zaraz potem został sprzedany za przeszło milion euro. Natomiast część przedsiębiorców pracuje w takim środowisku przez dwa, trzy, a nawet pięć lat.
Sprzyja temu atmosfera kreatywności budowana m.in. poprzez pomysłową aranżację, projekt, kolor, układ i funkcjonalność pomieszczeń. Jak zauważa ekspert z Fundacji Pro Progressio biura coworkingowe posiadają specjalne przestrzenie do tzw. burzy mózgów oraz strefy relaksu.
– Żeby postawić biznes przede wszystkim usługowy, ważna jest otwarta, nowoczesna przestrzeń – przekonuje Wiktor Doktór. – W tej chwili nie wybiera się już powierzchni, które są w zamkniętych biurach mających po 30-40 mkw. Preferowane są raczej open space’y w dobrze umiejscowionych logistycznie lokalizacjach, czyli centrach miast, albo na obrzeżach, jeśli tylko mają dobrze rozwiniętą sieć komunikacji miejskiej.
W lipcu w polskich mediach dużo mówiło się o polityce. Najczęściej poruszano temat afery podsłuchowej, rozmów Aleksandra Kwaśniewskiego z Ryszardem Kaliszem, a także sprawę dopalaczy. Do najbardziej opiniotwórczych mediów należały „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, oraz stacja TVN24.
– Zgodnie z analizą Instytutu Monitorowania Mediów najczęściej w lipcu poruszano ponownie temat afery podsłuchowej, tym razem w kontekście osoby Marka Falenty oraz rozmów pomiędzy Aleksandrem Kwaśniewskim i Ryszardem Kaliszem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Tomsia z Instytutu Monitorowania Mediów. – Szeroko komentowano także temat dopalaczy, w tym kampanię społeczną Głównego Inspektora Sanitarnego pod hasłem „Stop Dopalaczom”.
W lipcu na pierwszym miejscu rankingu najczęściej cytowanych mediów znalazła się „Gazeta Wyborcza”, na którą powołano się niemalże 600 razy, na drugim miejscu była „Rzeczpospolita” z blisko 500 cytowaniami, a na trzecim TVN24 z około 260 cytowaniami. Na kolejnych pozycjach były „Dziennik Gazeta Prawna” oraz tygodnik „Do Rzeczy”.
– „Do Rzeczy” tym samym zostało najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem lipca właśnie ze względu na ujawnienie kolejnych informacji na temat afery podsłuchowej – wyjaśnia Monika Tomsia. – Na kolejnych miejscach tego rankingu znalazł się tygodnik „Polityka” oraz „Wprost”, który w tym miesiącu znalazł się na nieco niższej pozycji.
Tygodnik „Do Rzeczy” cytowany był w minionym miesiącu 238 razy i zdecydowanie wyprzedził inne tygodniki („Polityka” miała 152 cytowania, a „Wprost” 103).
– Pozycję lidera w rankingu telewizyjnym utrzymała stacja TVN24, natomiast nastąpiła zmiana w rankingu radiowym. Na pierwszym miejscu w lipcu znalazła się stacja Radio ZET, która nieznacznie wyprzedziła dotychczasowego lidera RMF FM – twierdzi Monika Tomsia. – Radio ZET powoływało się przede wszystkim na bieżące tematy polityczne oraz komentowało sprawę dopalaczy.
Różnica między dwoma pierwszymi stacjami jest niewielka. Radio ZET w lipcu cytowane było 119 razy, a RMF FM 118. Trzecie miejsce wśród rozgłośni radiowych zajęło TOK FM.
Wśród mediów ekonomicznych najlepszy wynik uzyskał „Dziennik Gazeta Prawna” z 245 cytowaniami, następne były „Puls Biznesu” oraz „Forbes”. Wśród portali ekonomicznych najbardziej opiniotwórczy był Bankier.pl z 34 cytowaniami, który wyprzedził Money.pl.
– Na pierwszym miejscu w rankingu najbardziej opiniotwórczych portali internetowych znalazły się SportoweFakty.pl. Jest to związane z licznymi artykułami tego portalu na temat żużlowych mistrzostw Europy SEC – twierdzi Monika Tomsia. – Wśród mediów regionalnych liderem zostało Radio Wrocław, które często informowało o wyjazdowych posiedzeniach rządu. Na drugim miejscu znalazło się Radio Kraków, a na trzecim gazeta „Polska Dziennik Zachodni”.
5131 nowych osobowych Mercedesów zarejestrowano w Polsce od stycznia do lipca br. Oznacza to 21,5-procentowy wzrost względem analogicznego okresu poprzedniego roku – rekordowy wśród marek premium. Tylko w lipcu samochody spod znaku trójramiennej gwiazdy znalazły w naszym kraju 738 nabywców (+11,6%). Na całym świecie Mercedes-Benz dostarczył w tym roku już ponad 1 milion aut – dokładnie 1 048 178 sztuk (+14,7%). Nigdy wcześniej nie odnotowano tak wysokiego wyniku w takim okresie. Sprzedaż rośnie z miesiąca na miesiąc, co potwierdzają dane z lipca: 149 573 wydanych samochodów, o 15,2% więcej niż przed rokiem.
„Już w lipcu przekroczyliśmy granicę miliona sprzedanych aut. Nigdy wcześniej w ciągu 7 pierwszych miesięcy roku nie dostarczyliśmy klientom tylu samochodów. Około jedna czwarta tego wolumenu przypada na Klasę C w wersjach limuzyna i kombi” – powiedział Ola Källenius, Członek Zarządu Daimler AG odpowiedzialny za sprzedaż i marketing oddziału osobowych Mercedesów.
W Polsce Mercedes-Benz jest liderem wzrostu segmentu premium – od stycznia do lipca br. zarejestrowano w Polsce 5131 osobowych aut spod znaku gwiazdy, o 21,5% więcej niż w tym samym okresie 2014 roku. Równocześnie producent ze Stuttgartu pozostaje najchętniej wybieraną marką premium wśród klientów indywidualnych. Modele Mercedes-Benz zajmują czołowe miejsca w większości segmentów rynku. Na czołowych miejscach plasują się m.in.: Klasa B (355 egzemplarzy od początku roku), Klasa CLA (593 egz.), Klasa C (761 egz.), Klasa S (406 egz.), Klasa V (280 egz.), a także supersportowy Mercedes-AMG GT (25 egz.).
W Europie Mercedes-Benz zanotował kolejny rekord sprzedaży: od stycznia do lipca przekazano klientom 457 468 aut (+11,3%). Sprzedaż w Niemczech wzrosła w tym okresie o 6,0%, do 156 569 samochodów. W samym lipcu producent dostarczył tam 24 178 pojazdów (+7,8%) i obronił tym samym pozycję lidera marek premium na rodzimym rynku.
Wysoki popyt na nowe Mercedesy nie słabnie także w krajach NAFTA: w USA, Kanadzie i Meksyku sprzedaż w lipcu osiągnęła poziom 31 483 sztuk (+3,9%), z czego 27 526 w USA (+1,2%).
Nowy rekord liczby dostaw zanotowano w Azji – 332 377 aut sprzedanych od stycznia do lipca (+23,5%) i 47 838 tylko w lipcu, gdy wzrost był jeszcze wyższy (+30,8%). W Chinach w ubiegłym miesiącu zarejestrowano 29 540 nowych Mercedesów, o 41,5% więcej niż przed rokiem.
W lipcu po raz kolejny wzrosła sprzedaż samochodów kompaktowych – kluczyki do Klas A, B, CLA, CLA Shooting Brake i GLA łącznie trafiły w ręce 49 973 klientów (+33,0%).
Rekordowym wzięciem cieszyły się również limuzyny i kombi Klasy C (36 287 egzemplarzy, +83,1%). Od wiosny model dostępny jest w wersji 350 e, napędzanej zaawansowanym układem hybrydowym typu plug-in. Liczba jej nabywców systematycznie rośnie.
Limuzyna Klasy E zanotowała nowy rekord sprzedaży w Chinach – obecnie to największy rynek zbytu dla tego modelu.
Klasa S niezmiennie zajmuje czołowe miejsce w segmencie luksusowych limuzyn. Od stycznia do lipca na jej zakup na całym świecie zdecydowało się 58 478 klientów (+1,2%).
Popyt na SUV-y Mercedes-Benz w ubiegłym miesiącu wzrósł o 14,8%, do 39 197 sztuk. Nowe rekordy pobiły Klasy GLA oraz G, mimo wymiany generacji wysoki wynik osiągnął też model GLK.
Zdecydowanie większym wzięciem niż przed rokiem cieszą się również nowe odsłony smarta (71 451 aut od stycznia do lipca, +31,5%). Na głównych rynkach modelu, w Niemczech i we Włoszech, liczba jego dostaw wzrosła o ponad 50%. W sierpniu nowy smart debiutuje w Chinach, na trzecim co do wielkości rynku dla aut tej marki, a we wrześniu – w USA.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
Przed laty popularna piosenka namawiała do tego, aby nie tylko wsiąść do byle jakiego pociągu, ale też nie dbać ani o bagaż, ani o bilet. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów, słowa te stały się inspiracją dla wielu Polaków – szczególnie, gdy chodzi o jazdę koleją bez ważnego biletu. Obecnie w bazie danych biura informacji gospodarczych KRD notowanych jest prawie 240 tysięcy osób, których łączny dług wobec kolei wynosi ponad 197 mln złotych.
Szacuje się, że pociągami w Polsce podróżuje około 300 mln osób rocznie. Nie są to wyniki powalające, ponieważ jeszcze dziesięć lat temu, liczby te były kilkakrotnie wyższe. Niestety, wraz z upływem czasu, tak popularny kiedyś środek transportu, traci na znaczeniu. Jednak – chociaż maleje liczba pasażerów – nie znikają ci, którzy z usług polskich kolei korzystają „na gapę”.
– Liczba dłużników kolejowych od lat pozostaje na podobnym poziomie. Oznacza to, że w naszym społeczeństwie przyjęło się przekonanie, że za podróże koleją nie trzeba płacić. Nie zapominajmy jednak, że jeżdżąc na gapę zamykamy się w kole bez wyjścia. Tłumacząc, że nie chcemy płacić za niską jakość usług, nie dajemy przewoźnikom szansy na to, aby coś poprawili czy zmodernizowali. Bo przecież na to wszystko potrzebne są pieniądze – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.
Średnia kwota zadłużenia, jaką mają do odzyskania polskie koleje od swoich nieuczciwych pasażerów to 831 złotych. Za te pieniądze można by 4 razy przejechać w tę i z powrotem najdłuższą funkcjonującą w Polsce trasę Szczecin-Przemyśl podróżując do tego pierwszą klasą! I choć wydawać by się mogło, że najliczniejszą grupą wiekową, jaka podróżuje pociągami bez ważnego biletu, będą osoby bardzo młode, jazda na gapę jest głównie domeną osób w wieku 26-35 lat. Stanowią oni aż 40% wszystkich dłużników kolejowych. Co czwarty z podróżujących pociągami gapowiczów jest pomiędzy 36. a 45. rokiem życia. To właśnie oni mają najwyższe średnie zadłużenie notowane wśród wszystkich gapowiczów, 900 złotych. Co ciekawe, wśród wszystkich jeżdżących na gapę pociągami trudno będzie jednak znaleźć nieuczciwą pasażerkę – kobiety stanowią zaledwie 18% dłużników kolejowych. Jedynie w najmłodszej grupie wiekowej rozkład dłużników według płci przebiega dokładnie pośrodku. Jednak im starsza pasażerka, tym częściej kupuje bilet. Wśród 25-latek nie płaci jeszcze co czwarta pani, ale wśród 35-latek już tylko 17% „zapomina” o tym, aby kupić bilet.
Najwięcej dłużników kolejowych znajdziemy w woj. mazowieckim – stanowią oni ponad 16% całej grupy podróżujących pociągami bez biletu. Na kolejnych miejscach plasują się gapowicze ze Śląska i Dolnego Śląska. Najmniej osób jeżdżących pociągami na gapę znajdziemy w województwie podkarpackim.
Internet pełen jest porad, co zrobić, aby jeździć koleją bez płacenia za bilet i unikać kontroli. Jednak taki sposób podróżowania jest już swoistym wyborem – w pociągach, w przeciwieństwie do komunikacji miejskiej, kontrola jest prowadzona zawsze.
– O bilecie na pociąg, nie można zapomnieć. Konduktor jest zawsze obecny, a to oznacza nieuchronność kontroli. Koleje też coraz sprawniej radzą sobie niepłacącymi podróżnymi. Nie tylko korzystają z możliwości dopisania dłużnika do KRD, ale też aktywnie windykują tych, którzy „zapomnieli” kupić bilet. Kolejną możliwością, jaką wykorzystują jest sprzedaż długów gapowiczów firmom windykacyjnym. Musimy mieć więc świadomość, że kara za jazdę bez biletu może spotkać nas nawet po latach – ostrzega Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji z firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.
O tym, że jazda pociągiem bez ważnego biletu doprowadzić może nie tylko do KRD, ale i kontaktu ze strony windykatora wie z pewnością rekordzista, który za swoje długi kolejowe mógłby bez większego problemy kupić samochód. Jest to 36-letni mężczyzna z województwa mazowieckiego, który oddania ma ponad 55 tysięcy złotych.
Istnieje sposób, aby polskie przedsiębiorstwa transportowe były zwolnione z pełnego dokumentowania pracy kierowców na terenie Niemiec. Jednak, jeśli pracodawcy chcieliby z tej opcji skorzystać, przyszłoby im za to słono zapłacić.
Jak podaje portal 40ton.net, co najmniej 2000 euro brutto miesięcznie (ok. 8 340 zł) musiałby przez ostatni rok zarabiać kierowca, aby polscy przedsiębiorcy byli zwolnieni od przedstawienia pełnej dokumentacji pracy niemieckim służbom kontrolnym. Jak łatwo się domyślić, mało która firma może sobie na to rozwiązanie pozwolić. W przypadku kierowców pracujących krócej niż 12 miesięcy stała pensja wynosić powinna 2958 euro brutto (ok. 12 334 zł). – Nowe przepisy, które weszły w życie 1 sierpnia niestety nie rozwiązują problemu, ponieważ w gruncie rzeczy pomijają jego istotę. Wynagrodzenie takiej wielkości jest całkowicie oderwane od realnych warunków ekonomicznych, w których funkcjonują polskie przedsiębiorstwa transportowe i niewiele firm będzie mogło sobie na takie rozwiązanie pozwolić – uważa Łukasz Włoch, główny ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
Co zamiast?
W związku z przedłużającym się zamieszaniem wokół niemieckiej płacy minimalnej (MiLoG) polskim przedsiębiorcom pozostają dwie możliwości. Jedną z nich jest czekanie na stanowczą reakcję Komisji Europejskiej, która jest w stanie pod groźbą wysokich kar odwieść Berlin od stosowanego obecnie prawa. Drugim wyjściem jest odpowiednie rozliczanie pracy kierowców, które pozwoli zminimalizować obciążenia spowodowane niemieckim ustawodawstwem. – Oczywiście cała branża transportowa liczy na pomyślne dla polskiego sektora TSL rozstrzygnięcie kwestii niemieckiej płacy minimalnej. W tym momencie jednak, aby uniknąć niepotrzebnych kosztów i przygotować firmę na ewentualne utrzymanie w obecnym kształcie ustawy MiLoG, warto zadbać o to, aby prawidłowo rozliczać czas pracy kierowców. Pozwoli to z jednej strony uniknąć wysokich kar za niedopatrzenia w tej kwestii, z drugiej zapewni optymalizację ponoszonych przez firmę kosztów – dodaje Łukasz Włoch.
Przypomnijmy, że niemiecka ustawa MiLoG, która obowiązuje od stycznia 2015 roku, nadal budzi kontrowersje wśród europejskich państw takich jak Polska czy Węgry. Uderza bowiem w jedną z istotniejszych gałęzi gospodarki tych krajów – transport. MiLoG nakazuje stosowanie niemieckiej płacy minimalnej nawet wobec zagranicznych kierowców realizujących przejazdy do Niemiec, przejazdy kabotażowe oraz tranzytowe na terenie federacji. Udzielona w lipcu niemiecka odpowiedź na zarzuty Komisji Europejskiej w sprawie zakresu funkcjonowania przepisów płacy minimalnej jest niejawna, wobec czego ustawa zachowuje dotychczasowe status quo.
W I półroczu 2015 r. Grupa Banku Ochrony Środowiska odnotowała wzrost portfela kredytowego o 5,7 proc., wartość depozytów zwiększyła się o 1,4 proc., a aktywów o 1,1 proc. Wynik netto Grupy to 2,7 mln zł, natomiast współczynnik wypłacalności znajduje się na bezpiecznym poziomie 12,7 proc.
Wartość bilansowa portfela kredytów i pożyczek udzielonych Klientom Grupy BOŚ, według stanu na koniec I półrocza 2015 r., sięgnęła 13,2 mld zł. Saldo wszystkich kredytów zwiększyło się o 5,7 proc. w porównaniu do stanu na koniec 2014 r. Największy wzrost odnotowano w obszarze kredytów udzielanych Klientom korporacyjnym – o 16,9 proc.
Z kolei zobowiązania Grupy wobec Klientów, w stosunku do stanu na koniec poprzedniego roku, zwiększyły się o 1,4 proc. i wyniosły 14,4 mld zł. Depozyty Klientów detalicznych wzrosły o 4,7 proc., a Klientów korporacyjnych o 6,9 proc.
Suma bilansowa Grupy na dzień 30 czerwca 2015 r. wynosiła 19,9 mld zł i była wyższa o 1,1 proc. w porównaniu do stanu na koniec 2014 r., natomiast zysk netto Grupy wyniósł 2,7 mln zł wobec 34 mln zł w analogicznym okresie 2014 r.
Grupa wykazała wzrost wyniku z tytułu prowizji oraz wyniku z wymiany. Odnotowała natomiast słabsze wyniki z tytułu: odsetek, działalności handlowej oraz odpisów. Wskaźniki Grupy pozostały na bezpiecznym poziomie: współczynnik wypłacalności wyniósł 12,70 proc. na koniec I półrocza 2015 r. wobec 14,03 proc. na koniec 2014 r., a współczynnik Tier 1 – 9,58 proc. na dzień 30 czerwca 2015 r. w porównaniu z 10,46 proc. na koniec 2014 r.
Saldo kredytów proekologicznych Grupy na koniec czerwca 2015 r. przekroczyło 4 mld zł i stanowi już blisko 30 proc. salda kredytów ogółem (na koniec 2014 r. było to odpowiednio 3,4 mld zł i 26,5 proc.). Sama sprzedaż kredytów „eko” wzrosła z 815 mln zł w I półroczu 2014 r. do 1,8 mld zł w I półroczu 2015 r. – czyli o 125 proc. Finansowanie udzielane przez BOŚ w tym obszarze wspierało projekty realizowane w większości (95,5 proc. kwoty) przez Klientów korporacyjnych.
Zgodnie z danymi redNet Property Group łączny wolumen kredytów hipotecznych udzielonych w I kwartale 2015 roku wyniósł blisko 9 mld zł. Według analityków tej firmy oraz doradców finansowych Notus zainteresowanie tego rodzaju finansowaniem wśród nabywców apartamentów najwyższej klasy jest jednak marginalne. Wyraźny trend nabywania nieruchomości typu premium ze środków własnych potwierdzają przedstawiciele firmy Echo Investment, dewelopera m.in. luksusowego kompleksu Park Avenue Apartments w Krakowie.
Jak podaje redNet Property Group, jedna z największych polskich firm świadczących kompleksowe usługi dla rynku nieruchomości, od początku 2014 roku średnio kwartalnie podpisywanych jest około 42 – 43 tys. umów kredytowych. W I kwartale 2015 r. udział kredytów hipotecznych na kwotę powyżej 1 mln PLN w ich całkowitej liczbie wyniósł niespełna 0,5%.
„Wartość polskiego rynku nieruchomości luksusowych dynamicznie rośnie. Obserwujemy wzrost popytu na apartamenty najlepsze w swojej klasie związany ze zwiększającymi się możliwościami finansowymi potencjalnych nabywców. Inwestycje tego rodzaju są jednak przez nich realizowane w większości ze środków własnych.” – komentuje Tomasz Kołodziejczyk, Pełnomocnik Zarządu redNet Property Group.
Opinię o umiarkowanej popularności kredytów hipotecznych wśród najzamożniejszych klientów chcących zamieszkać w najbardziej prestiżowych lokalizacjach w Polsce podziela również Jolanta Półtoranos z biura sprzedaży Park Avenue Apartments. Kameralna inwestycja realizowana obecnie w Parku Dębnickim, oddalonym zaledwie o szerokość Wisły od ścisłego centrum Krakowa, bez wątpienia przeznaczona jest dla najbardziej wymagających klientów. Muszą liczyć się oni z wydatkiem min. 15 tys. zł za m kw.
„Wsparcie się kredytem hipotecznym przy zakupie nieruchomości to rozwiązanie, które na wielu rynkach poza Polską cieszy się zainteresowaniem również wśród osób, które dysponują odpowiednim kapitałem pozwalającym na transakcje z użyciem jedynie środków własnych. Dzieje się tak ze względu na to, że środki pieniężne nie są wtedy blokowane i mogą być wykorzystywane do pokrycia krótkoterminowych inwestycji. Póki co sytuacja w Polsce jest jednak zupełnie inna. Wszyscy klienci, którzy dotychczas zdecydowali się na zakup apartamentu w Park Avenue Apartments finansowali je z własnych oszczędności. Oczywiście mamy przygotowaną bardzo korzystną ofertę kredytowania, ale do tej pory nikt nawet o nią nie pytał.
Można przypuszczać, że większość naszych klientów dysponuje kapitałem znacząco przewyższającym wartość apartamentu, co determinuje ich wybór odnośnie metody finansowania” – wyjaśnia Jolanta Półtoranos z biura sprzedaży Park Avenue Apartments
Z kolei zgodnie z danymi firmy Notus, jednego z czołowych brokerów kredytów hipotecznych, liczba pożyczek na kwotę powyżej jednego miliona złotych utrzymuje się w ostatnim czasie na stałym poziomie. Rośnie jednak ich wolumen. W samej pierwszej połowie br. wartość tych kredytów wyniosła już ponad 20 milionów, co oznacza wzrost w porównaniu z 35 milionami, które udzielone zostały w przeciągu całego zeszłego roku.
„Rynek kredytów przeznaczanych na zakup nieruchomości powyżej jednego miliona zł na pewno będzie się dalej rozwijał. Wpływa na to rosnący rynek luksusowych nieruchomości, a także coraz większa liczba osób, które mają odpowiednią zdolność kredytową, by o taki kredyt się starać. Dla części nabywców zakup nieruchomości luksusowych przy wsparciu tego rodzaju instrumentu finansowego może być wart rozważenia, szczególnie w kontekście odnotowywanych niskich stóp procentowych” – mówi Robert Pepłoński, Prezes Zarządu, Dom Kredytowy Notus S.A.
W I półroczu 2015 roku Grupa Kapitałowa Raiffeisen Bank Polska, radząc sobie z niekorzystnymi zdarzeniami rynkowymi i wpływem nowych regulacji, zanotowała w skali roku wzrost zysku przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej o 35,6% do 99,8 mln zł. Zysk brutto zwiększył się o 12,9% do 140,4 mln zł. W porównaniu z końcem czerwca 2014 r. wolumen udzielonych kredytów powiększył się o 3,8% do 40,8 mld zł. Dynamicznie wzrósł portfel depozytowy – o 14,1% do 35,2 mld zł. Suma bilansowa Grupy powiększyła się o 6,4% r/r do 58,9 mld zł.
Poprawa wyniku finansowego Grupy to w dużej mierze efekt trwających działań służących obniżaniu kosztów administracyjnych, które spadły w porównaniu z I półroczem 2014 r. o 10,2% do 628,3 mln zł. Wydatnie przyczynił się do tego projekt Transformacji Operacji, w ramach którego znaczna część funkcji operacyjnych została umieszczona w nowo otwartym Centrum Operacyjnym w Rudzie Śląskiej. Jednocześnie dzięki właściwemu zarządzaniu ryzykiem kredytowym możliwe było ograniczenie odpisów netto z tytułu utraty wartości aktywów w ujęciu rocznym o 25,2% do 120,2 mln zł.
Działanie w środowisku niskich stóp procentowych spowodowało spadek wyniku odsetkowego o 12,5% do 543,8 mln zł. Wynik z tytułu prowizji i opłat obniżył się o 5,6% do 287,1 mln zł. W efekcie dochody z działalności operacyjnej spadły w ujęciu rocznym o 12% do 853 mln zł. Grupa zanotowała jednak poprawę jeśli chodzi o wskaźniki efektywności: ROE netto wzrósł z 2,6% (czerwiec 2014 r.) do 3,4%, a relacja kosztów do dochodów spadła z 71,1% do 70,7%.
„Choć nasza gospodarka utrzymuje zdrowe tempo rozwoju, to jednak kolejne bariery działania i obciążenia finansowe wymagają od banków poszukiwania nowych źródeł przychodów oraz ustawicznego dbania o stronę kosztową. Rekordowo niskie stopy rynkowe odbijają się negatywnie na wyniku odsetkowym, natomiast wynik prowizyjny odczuwa skutki ostatnich regulacji np. w odniesieniu do kart płatniczych. Sytuację poprawia utrzymujący się popyt na kredyt tak ze strony firm jak i klientów indywidualnych. Dzięki modyfikacjom procesów, uproszczeniom proceduralnym i poszerzeniu sieci sprzedaży zanotowaliśmy bardzo wyraźne zwiększenie sprzedaży kredytów gotówkowych i hipotecznych. Nowe produkty ożywiły akcję kredytową wśród mikrofirm. Duże zainteresowanie środkami na rozwój zgłasza też sektor MSP. Zwiększaniu wolumenu kredytów towarzyszył jeszcze szybszy wzrost depozytów od klientów, dzięki czemu zachowujemy zdrową i bezpieczną strukturę finansowania Grupy. Utrzymaliśmy wysoką dynamikę pozyskiwania klientów w praktycznie wszystkich segmentach, ciągle wyróżniając się na rynku m.in. ofertą Wymarzonego Konta Osobistego” – powiedział Piotr Czarnecki, Prezes Zarządu Raiffeisen Polbank.
Fundusze własne Grupy na koniec I półrocza 2015 r. sięgały 6,2 mld złotych, a wysokość kapitału akcyjnego 2,3 mld zł. Raiffeisen Polbank systematycznie wzmacnia bazę kapitałową, kładąc nacisk na zachowanie wysokiego udziału kapitałów najwyższej jakości (CET1), który utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie 96%. Na koniec czerwca 2015 r. Grupa spełniała wymogi regulacyjne dotyczące współczynnika adekwatności kapitałowej: współczynnik kapitału podstawowego Tier 1 (CET1) wyniósł 12,8%, natomiast łączny współczynnik kapitałowy (TCR) wyniósł 13,4% (dla samego Raiffeisen Polbank współczynnik wypłacalności wyniósł 14,3%).
Raiffeisen Polbank zanotował w I półroczu wzrost obrotów faktoringowych o 13% do 8,79 mld zł, zachowując 1. miejsce w zestawieniu największych faktorów. Liczba skupionych faktur przekroczyła 299 tys. Bank nie ustaje w pozyskiwaniu nowych klientów – w II kwartale, podobnie jak w pierwszych trzech miesiącach roku, 130 kolejnych firm zaczęło korzystać z jego rozwiązań faktoringowych. Obecnie obsługuje on 27% klientów faktoringowych na polskim rynku.
Spółka zależna Raiffeisen-Leasing Polska utrzymała się w ścisłej czołówce w swoim segmencie rynku, zamykając I półrocze 2015 r. wartością nowej sprzedaży w kwocie 1,88 mld zł, co oznacza wzrost na poziomie 14,6% r/r. W kategorii pojazdy osobowe zajęła 2. pozycję ze sprzedażą o wartości 982 mln zł.
Jeśli w tzw. ustawie frankowej Senat utrzyma obecny zapis mówiący, że banki ponoszą 90% kosztów przewalutowania, to powinien również uszczegółowić ustalenia mówiące o podziale kredytu na dwie części. Z wyliczeń Expandera wynika bowiem, że przy tak wysokim umorzeniu, w niektórych przypadkach dodatkowy (niezabezpieczony) kredyt może mieć wartość ujemną. Ustawa nie mówi jednak, co w takiej sytuacji należy zrobić. Ponadto w ustawie jest błędny zapis mówiący, że banki przeliczały raty po kursie kupna, a nie, jak było w rzeczywistości, po kursie sprzedaży.
Już niedługo Senat zajmie się uchwaloną przez Sejm tzw. ustawą frankową. To od senatorów będzie zależało, czy pozostanie w niej zapis mówiący, że aż 90% kosztów przewalutowania poniosą banki. Jeśli nie zostanie przywrócona poprzednia wersja ustawy, to w wyniku wprowadzenia korzystnych dla kredytobiorców zmian, w zapisach pojawi się luka wymagająca uregulowania. Ustawa mówi bowiem, że kredyt frankowy po przewalutowaniu zamieni się w dwa nowe kredyty. Nie stwierdza jednak, co należy zrobić jeśli jeden z nich (kredyt niezabezpieczony) okaże się kwotą ujemną. Nie zostało to określone prawdopodobnie dlatego, że w pierwotnym wariancie (umorzenie na poziomie 50%) taka sytuacja się nie zdarzała. Stała się jednak możliwa w momencie, gdy znacznie wzrósł parametr umorzenia (z 50% do 90%), a co za tym idzie, spadła kwota kosztów, które musi ponieść kredytobiorca.
Kredyt dodatkowy (niezabezpieczony) może stać się ujemny ponieważ jednym z jego składników jest różnica w wysokości zapłaconych rat. Ta kwota w poszczególnych może być mniejsza lub większa od zera. To jednak nie stanowi jeszcze problemu. Pojawia się on dopiero, gdy jest to wartość tak bardzo ujemna, że powoduje obniżkę łącznej sumy kredytu niezabezpieczonego poniżej zera. Do takiej sytuacji może dojść np. przy kredytach we frankach zaciągniętych po kursie zbliżonym do 2 zł z okresem kredytowania poniżej 25 lat.
W przypadku kredytu frankowego na kwotę 300 000 zł na 20 lat uruchomionego na początku sierpnia 2008 r. suma rat jest aż o 41 000 zł wyższa niż kredytu w złotych. Jednocześnie po umorzeniu 90% narosłego długu, jego wysokość spadnie do poziomu nieco ponad 18 000 zł. Po zsumowaniu tych dwóch wartości okazuje się, że kredyt niezabezpieczony wynosi -23 000 zł. Nie wiadomo jednak, czy kwota ta powinna zostać wypłacona kredytobiorcy czy pomniejszyć kredyt zabezpieczony. Możliwe jest też mniej korzystne dla kredytobiorców podejście – przyjęcie, że w takiej sytuacji kredyt niezabezpieczony jest równy zeru. Takie rozwiązanie byłoby jednak niesprawiedliwe. Cześć kredytobiorców odzyskiwałoby bowiem pieniądze w sytuacji, gdy ich raty były w sumie wyższe niż kredytu w złotych. Inni musieliby się natomiast pogodzić z utratą wpłaconych pieniędzy.
Niezależnie od tego, jaki będzie ostateczny parametr umorzenia, w ustawie pozostanie jeszcze jeden zapis wymagający zmiany. Mówi ona, że do przeliczania rat na walutę kredytu banki stosują kurs kupna. Tymczasem wszystkie banki wykorzystują do tego celu kurs sprzedaży. Pozostawienie obecnego sformułowania oznaczałoby, że wszystkie zapłacone dotychczas raty trzeba byłoby przeliczyć po kursie kupna NBP. To byłoby jednak niekorzystne dla osób korzystających z przewalutowania. Spowodowałoby bowiem, że w wyliczeniach uwzględnionoby, że ich raty były znacznie niższe niż w rzeczywistości.
Jak wynika z najnowszego badania 4P research mix przeprowadzonego na zlecenie instytucji płatniczej AKCENTA, realizującej obsługę płatności walutowych eksporterów i importerów, prawie 80 proc. polskich firm zajmujących się handlem zagranicznym nie zabezpiecza się przed ryzykiem zmian kursów walut. To błąd – mówi szef AKCENTY Radosław Jarema.
Narzędzia zabezpieczania się przed ryzykiem kursowym są tak samo rzadko stasowane przez polskich eksporterów jak i importerów (22 proc. w obu grupach). – Wahania kursów walut są poważną bolączką właściwie wszystkich firm handlujących z zagranicą, bo mogą znacznie zmniejszyć planowane przychody z kontraktów. Jako firma oferująca forwardy, najprostsze narzędzie zabezpieczenia przed ryzykiem walutowym, zauważamy, że polskie MŚP nie korzystają z zabezpieczeń głównie dlatego, że nie wiedzą, że takie narzędzia są łatwo dostępne i że są bezpłatne – mówi Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce.
Badanie „Ryzyko walutowe w polskich MŚP” przeprowadzono na grupie mikro, małych i średnich firm, w których eksport lub import są główną lub istotną częścią działalności. – Widać wyraźną zależność między wielkością firmy a odsetkiem zabezpieczających się przed ryzykiem kursowym – zwraca uwagę Radosław Jarema. W przypadku mikro firm zaledwie 14 proc. respondentów skorzystało z narzędzi eliminowania ryzyka kursowego w ciągu ostatniego roku. Wraz z wielkością firmy ten odsetek rósł – w przypadku małych firm wyniósł już 22 proc., a w przypadku średnich przedsiębiorstw osiągnął poziom 29 proc. – Małe firmy często nie wiedzą, że mają możliwość eliminowania ryzyka kursowego, ponieważ jest to rzadki element oferty banków dla tej grupy firm. Dodatkowo, nawet jeśli mają świadomość rozwiązań takich jak np. forwardy, to często sądzą, że ich obroty są zbyt niskie do zastosowania tych narzędzi. A to przecież zupełna nieprawda. Jest wręcz odwrotnie – właśnie mniejsze firmy powinny najbardziej chronić swoje finanse, gdyż są one dużo wrażliwsze na zachwianie równowagi w finansach niż korporacje czy duże firmy – mówi Jarema.
Tylko 15 proc. wszystkich zapytanych stosuje forwardy. – Obrazowo mówiąc forwardy to „umówienie się” na zakup lub sprzedaż waluty w przyszłości po konkretnym, dziś ustalonym kursie. To zdejmuje z firmy ryzyko niekorzystnych wahań i pomaga przewidywać wysokość marży na kontrakcie. Te zalety są dla wielu przekonywujące, dlatego w grupie, która stosuje zabezpieczenia, forwardy są najpopularniejsze – stosuje je 68 proc. – mówi Radosław Jarema. Inne główne sposoby eliminowania ryzyka kursowego wskazywane wśród zabezpieczających się firm mają nieustrukturyzowaną formę. Są to: uwzględnianie możliwych wahań w cenach (eksporterzy 18 proc., importerzy 50 proc.) oraz fakturowanie w walucie krajowej (14 proc. eksporterzy, 45 proc. importerzy). Zarówno wliczanie możliwych zmian kursów w ceny, jak również fakturowanie w walucie krajowej są bardzo krótkowzrocznymi i mają podstawową wadę – polegają na przerzuceniu kosztów ewentualnych strat na niekorzystnych wahaniach na klientów lub swoich partnerów. – Jeśli eksporter musi uwzględnić ryzyko niekorzystnej zmiany kursu w cenie produktu, to znaczy, że musi swój produkt zaoferować odbiorcy drożej i obniża swoją konkurencyjność. W skrajnych przypadkach to może doprowadzić do spadku zamówień lub wyparcia przez konkurencję – zaznacza przedstawiciel AKCENTY.
Innymi najczęściej wymienianymi przez respondentów stosujących zabezpieczenia rozwiązaniami były: opcje walutowe (18 proc. dla obu grup) oraz ujmowanie kosztów i dochodów w tej samej walucie (5 proc. eksporterzy, 18 proc. importerzy). Mniej niż co dziesiąty zabezpieczający się przedsiębiorca stosował w zeszłym roku faktoring międzynarodowy, podobny odsetek (9 proc. dla obu grup) wybrał ubezpieczenie ryzyka walutowego (14 proc. eksporterzy, 5 proc. importerzy).
* Badanie „Ryzyko walutowe w polskich MŚP” przeprowadziła firma 4P research mix na zlecenie instytucji płatniczej AKCENTA w dniach 04-10.08.2015 r. Dane zebrano metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI) na próbie 200 przedsiębiorstw z sektora MŚP, zajmujących się importem (N=100) lub eksportem (N=100).
Pierwsze półrocze obecnego roku było bardzo udane dla czołowych domów aukcyjnych. Najszybciej rosła sprzedaż sztuki współczesnej.
Christie’s i Sotheby’s to dwie potęgi na aukcyjnym rynku sztuki. Razem odpowiadają aż za 50 proc. sprzedaży aukcyjnej na świecie i z tego powodu ich wyniki finansowe mówią sporo o kondycji całej branży. Niedawno opublikowane raporty półroczne są pełne entuzjazmu. Zarówno Christie’s, jak i Sotheby’s zanotowały wzrost sprzedaży względem pierwszych sześciu miesięcy roku ubiegłego, który – warto dodać – był rekordowy na aukcyjnym rynku sztuki. Pierwszy dom aukcyjny zanotował wzrost sprzedaży w wysokości 8 proc., a drugi o 5 proc. Łączna sprzedaż w obydwu instytucjach wyniosła 8,2 mld dolarów.
Zarówno Christie’s jak i Sotheby’s mogą się również pochwalić dużą liczbą nowych klientów. W przypadku pierwszego domu aukcyjnego osoby, które pierwszy raz skorzystały z jego usług, stanowiły aż 24 proc. wszystkich uczestników aukcji. To było także bardzo dobre półrocze dla sztuki współczesnej. W Sotheby’s była to najlepiej sprzedająca się grupa prac, a łączna wartość zlicytowanych dzieł w tym segmencie osiągnęła wartość 1,26 mld dolarów. Wynik ten jest aż o 18 proc. lepszy od rekordowego roku ubiegłego.
Jeżeli drugie półrocze 2015 r. będzie równie udane dla domów aukcyjnych, to będziemy mogli powiedzieć o utrzymaniu się pozytywnego trendu. Aukcyjny rynek sztuki rośnie z roku na rok. W 2011 r. sukcesem było osiągnięcie obrotów na poziomie 11,8 mld dolarów. Dwa lata później, pierwszy raz w historii przełamano granicę 12 mld dolarów. Rekordy te jednak bledną przy wyniku z roku ubiegłego. Według informacji portalu Artprice, największej bazy danych na temat rynku aukcyjnego, w 2014 r. na rynku wtórnym sprzedano 505 tys. dzieł sztuki o łącznej wartości 15,2 mld dolarów.
– Aukcyjny rynek sztuki wciąż się rozwija. Rośnie liczba kolekcjonerów oraz obroty. Rynek również nieustannie ewoluuje. Coraz większe znaczenie ma sztuka współczesna, a grono kupujących jest coraz bardziej różnorodne. W Polsce również obserwujemy te trendy, choć oczywiście na dużo mniejszą skalę. Warto dodać, że dane półroczne mogą być dobrym sygnałem przed sezonem jesiennym i być zapowiedzią ustanowienia nowych rekordów sprzedaży. – mówi Karolina Nowak, Zarządzająca Inwestycjami w Dzieła Sztuki w Wealth Solutions.
W Polsce największym graczem na aukcyjnym rynku sztuki jest DESA Unicum, która ostatnie półrocze również mogła zaliczyć do udanych. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku 2015 instytucja ta sprzedała prace o łącznej wartości ok. 25 mln zł. Warto w tym miejscu dodać, że w całym ubiegłym roku sprzedaż w DESIE zamknęła się kwotą 45 mln zł.
O ile regularnie spłacane raty leasingowe nie obciążają budżetu przedsiębiorstwa w znacznym stopniu, o tyle jednorazowa opłata za wykup sprzętu po zakończeniu umowy może stanowić dla firmy problem. Rozwiązanie Raiffeisen Leasing w tym zakresie otwiera przed leasingobiorcami nowe możliwości.
Raiffeisen Leasing wprowadził właśnie na rynek nową ofertę – możliwość opłacenia wartości końcowej za leasingowany przedmiot w systemie ratalnym. Kwoty rat włączane są do okresowej opłaty leasingowej.
Oferta dotyczy leasingu operacyjnego, w którym po zakończeniu okresu płatności leasingobiorca nabywa użytkowany wcześniej sprzęt w ustalonej cenie. Do tej pory po zakończeniu umowy przedsiębiorca musiał opłacić jednorazowo kwotę za wykup sprzętu, z którego korzystał.
– Od samych klientów wiemy, że taka usługa jest potrzebna.Oferowane przez nas rozwiązanie jest łatwiejsze do udźwignięcia niż jednorazowa płatność całej kwoty – mówi Marcin Brześciański z Departamentu Innowacji i Produktów Raiffeisen Leasing. – Przedsiębiorcom zależy przede wszystkim na utrzymaniu płynności finansowej, a nasze rozwiązanie jest ulgą dla firmowych finansów. Jednocześnie pozwala pozyskać środki trwałe o wysokiej jakości – dodaje ekspert.
Zaletą rozwiązania jest rozbicie na raty końcowej kwoty wykupu. Dodatkowo Raiffeisen Leasing oferuje niższy koszt samego leasingu osobom, które zdecydują się na wykup produktu. Nowa opcja przeznaczona jest głównie dla firm planujących sfinansować leasingiem przedmioty o niskiej amortyzacji (maszyny, urządzenia, środki transportu).
Oferta „Wartość końcowa w ratach” jest dostępna na rynku od 10 sierpnia 2015 roku. W czasie trwania programu pilotażowego skorzystało z niej ponad 150 firm.
Stale rośnie liczba cyberprzestępstw w Polsce. Według danych Komendy Głównej Policji podanych przez Rzeczpospolitą, w pierwszym półroczu br. ich liczba wzrosła prawie o połowę do ponad 1,2 tysięcy, a to tylko te wykryte i oficjalnie znane. Coraz istotniejsze jest ulepszanie zabezpieczeń systemów firmowych przed atakiem i utratą danych. Eksperci firmy Balabit przedstawiają jak monitoring użytkowników zwiększa bezpieczeństwo systemów IT i godzi oczekiwania użytkowników i specjalistów ds. bezpieczeństwa IT.
W celu zwiększenia bezpieczeństwa sieci firmowej można wdrożyć wielopoziomowy sposób uwierzytelniania użytkowników, wzmocnić zabezpieczenia, tylko czy to jest przyjazne użytkownikom? Biznes potrzebuje szybkiego, elastycznego dostępu do danych oraz systemów, a to jest w zupełnej sprzeczności do oczekiwań specjalistów od bezpieczeństwa IT, którzy najchętniej odcięliby dostęp do sieci firmowej z zewnątrz.
Po co uwierzytelnianie?
Dlaczego w ogóle przeprowadzane jest uwierzytelnianie? System chce rozpoznać użytkownika i upewnić się, że robi tylko to do czego ma uprawnienia, wykonuje tylko ustalone wcześniej zadania lub ma dostęp do określonych wrażliwych danych. Większość obecnych sposobów uwierzytelniania jest skupionych na jednorazowym uwierzytelnianiu użytkowników, a potem pozwala się systemowi autoryzacji zrobić resztę. Podczas jednej sesji użytkownik przeważnie loguje się raz i potem ma dostęp do wszystkiego, do czego wcześniej administrator sieci mu udostępnił, w zależności od nadanych uprawnień dostępowych. Dla łatwości korzystania z systemu i użyteczności taki sposób jest ogólnie przyjęty, czasem uzupełniony o dodatkowe uwierzytelnienia, przy jakiś kluczowych działaniach czy danych.
Kontrola po zalogowaniu
Jednak w idealnym świecie powinny być kontrolowane nie tylko wejścia, ale wszystkie ruchy i działania użytkowników. W świecie fizycznym można eskortować gości w budynku i uważać na każdy ich krok. Bardzo podobnie jest w świecie IT. Bardzo istotne jest monitorowanie działań użytkowników, najlepiej z jak najmniejszą niedogodnością dla nich.
„Nie chcemy kontrolować tylko logowania, ale także wszystkie następne działania podjęte po pomyślnym zalogowaniu do systemu.” – komentuje Márton Illés, Product Evangelist w firmie BalaBit.
Nie zatykaj następnych luk – zmień całe podejście
Pojedyncze logowanie w połączeniu z dodatkowymi metodami autoryzacji są tak naprawdę tylko drobnym lekarstwem na obecny główny problem – pełne bezpieczeństwo systemu i danych w świecie stale rozwijającej się cyberprzestępczości. Systemy zarządzania hasłami to także doraźne lekarstwo na pierwszej linii obrony. Należy przestać łatać kolejne luki w zabezpieczeniach organizacji i zmienić całą koncepcję ochrony systemu. Aktywne uwierzytelnianie jest właściwym krokiem w tym kierunku.
Po czynach można go poznać
Należy skupić się na rzeczywistych działaniach i używać technik, takich jak rozpoznawanie użytkownika po stałych indywidualnych czynnościach użytkowników, które są jego odciskami palców w systemie. Można też stosować inne metody behawioralne, które pozwalają rozpoznać i sprawdzić tożsamość użytkowników. Taki system pozwoli na ciągłe monitorowanie użytkowników, a nie tylko opierać się na pewnych ustalonych obostrzeniach, które mogą utrudniać działalność biznesową firmy. W ostatecznym rozliczeniu monitoring plus odpowiednio dobrane zabezpieczenia dają lepsze zadowolenie użytkowników i wyższy poziom bezpieczeństwa.
Istnieją również interesujące dodatkowe efekty. W wielu organizacjach użytkownicy końcowi mają tendencję do dzielenia się swoimi hasłami z innymi współpracownikami, aby łatwiej i szybciej zapewnić dostęp do określonych zasobów. Jest to prawdopodobnie najgorszy koszmar każdego specjalisty ds. bezpieczeństwa, którzy robią szkolenia o bezpieczeństwie IT i umieszczają odpowiednie zapisy w regulaminach firmy i innych dokumentach prawnych organizacji, aby zatrzymać tego typu zachowania. Mimo to ludzie biznesu wciąż to robią, aby wykonywać sprawniej swoją codzienną pracę.
Nieuczciwi pracownicy mogą wykorzystać tą niefrasobliwość współpracowników i uzyskać dostęp do firmowych danych wrażliwych. Przy czym taka działalność wewnątrz organizacji jest też często trudna do wykrycia. Dzięki poznaniu zwyczajów i przyzwyczajeń poszczególnych użytkowników, możliwe jest nie tylko w wykrycie i blokowanie takich przypadków, ale również ustalenie jakie złe zamiary mieli wewnętrzni przestępcy. To wszystko można wywnioskować w oparciu o ich zachowanie w stosunku do zapisanych profili behawioralnych użytkowników.
„Nadszedł czas, aby uwierzytelnianie i monitorowanie aktywności użytkowników przenieść na kolejny poziom bezpieczeństwa IT. Niech urządzenia zabezpieczające rozpoznają użytkowników na podstawie ich zachowania, a nie tylko przez ich hasła!” – komentuje Márton Illés, Product Evangelist w firmie BalaBit.
Osoby po 50. roku życia stanowią ponad 1/5 ogółu bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy i liczba ta systematycznie wzrasta – wynika z raportu opracowanego przez Najwyższą Izbę Kontroli. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) wdrożyło program, który ma obniżyć pracodawcom koszty zatrudniania pracowników zbliżających się do wieku emerytalnego.
Roczne zwolnienie z płacenia składek na Fundusz Pracy oraz Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych za osobę po 50. roku życia, która pozostawała ostatnio bez zatrudnienia – to jedno z rozwiązań wprowadzonych przez MPiPS. „Pracodawca jest na stałe zwolniony z opłacania tych dwóch składek, jeżeli jego pracownik (lub właśnie zatrudniany bezrobotny) przekroczył 55 lat w przypadku kobiet albo 60 lat w przypadku mężczyzn” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sarzalska, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych i Prognoz w MPiPS.
Kolejnym udogodnieniem jest zmniejszenie z 33 do 14 liczby dni w ciągu roku, za które pracodawca jest zobowiązany płacić chorobowe pracownikowi po 50. roku życia. Koszt pozostałych dni zwolnienia pokrywa Zakład Ubezpieczeń Społecznych.
Oprócz tego firma zatrudniająca osobę bezrobotną, która osiągnie niedługo wiek emerytalny, może ubiegać się o dotację do wynagrodzenia tego pracownika. Jej wysokość wynosi nie więcej niż połowa wynagrodzenia minimalnego w skali miesiąca. W przypadku osób ponadpięćdziesięcioletnich wsparcie finansowe przysługuje przez 12 miesięcy. Jeśli pracodawca zatrudnia zaś bezrobotnego, który ukończył 60 lat – przez 24 miesiące.
Ponadto „osoba po 50. roku życia zarejestrowana w powiatowym urzędzie pracy może liczyć na wsparcie doradcy zawodowego. Pomoże on stworzyć indywidualny plan działania, który jasno określi zobowiązania urzędu i bezrobotnego, tak aby zwiększyć szanse na znalezienie pracy” – stwierdza rozmówczyni. Mają to ułatwić także częstsze spotkania pracownika urzędu z osobą bezrobotną.
W okresie I półrocza 2015 roku Grupa OPONEO.PL wypracowała zysk netto wielkości 5,5 mln zł. Przychody ze sprzedaży, które po pierwszym półroczu 2015 roku ukształtowały się na poziomie 189 mln zł wzrosły o 32%. Wynik EBITDA wyniósł 7,6 mln zł i wzrósł o 46%.
Wyższe przychody to efekt 34% wzrostu zamówień, jakie Grupa OPONEO.PL odnotowała na wszystkich rynkach.
Przychody z zamówień krajowych, które stanowią 65% przychodów ogółem wzrosły o 13% r/r, natomiast przychody zagraniczne, których udział zwiększył się z poziomu 24% w I półroczu 2014 roku do 35%, wzrosły o 93%.
Ilość zamówień na wszystkich rynkach zagranicznych wzrosła w sumie o 84%, a największą dynamikę sprzedaży (ponad 200%) wśród zagranicznych rynków wykazały rynki; brytyjski (↑290%), czeski (↑268%), irlandzki (↑213%) i niemiecki (↑202%).
Dariusz Topolewski, Prezes Zarządu OPONEO.PL
– Wolumen sprzedaży opon do samochodów osobowych, stanowiących 96% sprzedaży w I półroczu br. wzrósł o 33% – dodaje Dariusz Topolewski, Prezes Zarządu OPONEO.PL .
Po pierwszych dwóch kwartałach br. Grupa OPONEO.PL wygenerowała wynik EBITDA rzędu 7,6 mln zł, co oznacza wzrost o 46%, zaś marża EBITDA wyniosła 4,04% wobec marży wielkości 3,65% z I półrocza 2014 roku.
Skonsolidowany zysk na działalności operacyjnej wzrósł o 3,3 mln zł r/r i wyniósł 5,2 mln zł.
Grupa OPONEO.PL uzyskała 5,5 mln zysku netto za I półrocze 2015 roku wobec zysku wielkości 2,2 mln zł odnotowanego po I półroczu 2014 roku.
Poprawie uległa również marża netto z 1,56% za I półrocze 2014 roku do 2,88% za I półrocze 2015 roku w związku z rozliczeniem bonusów posprzedażowych oraz wyższą marżą na produktach.
W sierpniu Zarząd Spółki podał również do wiadomości publicznej wstępne jednostkowe przychody uzyskane w lipcu 2015 roku, które wzrosły o 22% wobec przychodów z lipca 2014 roku i wyniosły 21 mln zł. Łączne przychody OPONEO.PL S.A. za okres od 01 stycznia do 31 lipca 2015 roku wzrosły o 31% i ukształtowały się na poziomie 207 mln zł.
Miasta, jako centra działalności społecznej i biznesowej coraz częściej muszą stawiać czoła wyzwaniom postępującej urbanizacji. Jak prognozuje ONZ*, do 2050 r. obszary miejskie będą zamieszkiwane przez 66% ludności, a między 2010 a 2025 r. 600 największych miast świata wygeneruje blisko 2/3 światowego PKB**. Oznacza to konieczność ciągłej modernizacji, szukania oszczędności i nowych sposobów poprawy warunków funkcjonowania w przestrzeni miejskiej. Wizja miejsca, w którym technologia wpływa na podniesienie jakości życia mieszkańców na wielu płaszczyznach, coraz częściej zyskuje wymiar praktyczny.
Technologia w służbie miast
Celem CityNext, inicjatywy realizowanej przez Microsoft wspólnie z ekosystemem partnerów, jest wsparcie władz miejskich w optymalnym wykorzystaniu dotychczasowych inwestycji, tak aby sprostać wyzwaniom dotyczącym rozwoju przestrzeni miejskiej.
Inteligentne miasta nie stanowią jedynie wizji przyszłości. Realne rozwiązania są wdrażane również w Polsce. Rekomendacje oraz środki przeznaczone przez Komisję Europejską oraz polskie Ministerstwo Infrastruktury na rozwój miast wyznaczają kierunki usprawnienia infrastruktury, zarządzania zasobami i kontaktami z obywatelami. Wszystko po to, by wzmocnić zdolność miast do kreowania polityki zrównoważonego rozwoju i poprawy jakości życia ich mieszkańców.
CityNext umożliwia miastom oraz ich obywatelom realizację celów z wykorzystaniem szerokiej oferty urządzeń, usług oraz znanego i bezpiecznego oprogramowania, przy jednoczesnym dostosowaniu skali rozwiązań tak, aby zapewnić nowe możliwości jak najmniejszym nakładem środków. Dzięki temu miasta są w stanie skuteczniej konkurować na rynku globalnym, aktywizować obywateli oraz sprzyjać zrównoważonemu rozwojowi.
Gotowe rozwiązania tu i teraz
Podczas zbliżającej się drugiej edycji Smart City Forum przyjrzymy się, jak rozwinęły się przez ten rok polskie miasta w kierunku smart city. Rozwiązania wpisujące się w ten trend są już teraz wykorzystywane m.in. w obszarze edukacji, służby zdrowia, czy komunikacji z mieszkańcami. W ramach inicjatyw skierowanych do uczniów i nauczycieli Microsoft uruchomił trzy „Szkoły w chmurze”. Uczniowie obok klasycznych podręczników używają tabletów, usług w chmurze Office 365, interaktywnych tablic, czy pracowni mobilnych. Biorą również udział w lekcjach on-line.
W przypadku służby zdrowia, rozwiązania informatyczne zapewniają błyskawiczny dostęp do pełnej dokumentacji medycznej z zachowaniem odpowiedniej ochrony informacji o pacjencie. Przykładem takich możliwość jest szpital w Suwałkach, w którym usługi w chmurze i tablety z Windows 8.1 wspierają personel w jeszcze lepszej opiece nad pacjentami. W przypadku Śląskiego Centrum Chorób Serca, dostęp do nowoczesnej technologii daje szansę znacznego skrócenia czasu oczekiwania na wizytę oraz eliminuje czas upływający od rozpoznania do diagnozy i prawidłowego leczenia.
Technologia pozwala również na lepszą komunikację obywateli z władzami miasta. Działająca w technologii Azure platforma „Otwarta Warszawa” stworzona przez MillionYou wykorzystuje głosy mieszkańców w rozwiązywaniu konkretnych problemów. Dzięki aplikacji firmy Outbox, Wrocław uruchomił Centrum Kontaktu z Mieszkańcami, wielokanałowe narzędzie komunikacji pozwalające obywatelom współdecydować o rozwoju i przyszłości miasta.
Wielka Brytania ma znów inflację. Na razie symboliczną, ale zawsze. Jest to ten rzadki moment na rynkach, gdy inwestorów cieszy rosnąca inflacja. Poznaliśmy dobre dane na temat wynagrodzeń i zatrudnienia w Polsce. Wymiana handlowa Japonii pozytywnie zaskoczyła rynki. Dzisiaj kończy się ostatni etap formalności w sprawie Grecji – decyzje dwóch ostatnich parlamentów.
Wczorajsze dane na temat inflacji w Wielkiej Brytanii pozytywnie zaskoczyły rynki. Okazała się ona wyższa od oczekiwań o zaledwie 0,1%, ale już to wystarczyło, by funt się umocnił. W skali roku inflacja wynosi właśnie wspomniane 0,1% i jest dodatnia. W przypadku niskich poziomów zmian cen ich wzrost działa pozytywnie na rynki. Powodem jest fakt, że interpretowane jest to jako zapowiedź wzrostów w gospodarce, a pewien niski poziom wzrostu cen uważany jest za pożądane zjawisko. Oczywiście, gdy ceny rosną za szybko, przestaje być to korzystne dla ekonomii. W wyniku tych danych funt umocnił się do złotego o 5 groszy, czyli niemal 1%.
Wczoraj poznaliśmy również dane na temat zmian wynagrodzeń i zatrudnienia w Polsce. Zatrudnienie rośnie o 0,9% w skali roku, natomiast pensje rosną o 3,3%. Rynki zareagowały na te dane delikatnym umocnieniem. Reakcja była słaba, gdyż mniej więcej takich rezultatów się spodziewano. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że dzisiejsze dane na temat produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej są znacznie ważniejsze dla analityków. To na nie złoty powinien mocniej reagować.
W nocy opublikowano lepsze od oczekiwań dane z Japonii. Import spada o zaledwie 3,2% podczas, gdy analitycy oczekiwali 7,9%. Eksport rośnie o 7,6% przy oczekiwaniach 5,5%. Nie może dziwić zatem umacniający się jen.
Dzisiaj ostatnia seria głosowań w sprawie pożyczki dla Greków. Jako ostatni głosują Holendrzy i Niemcy. Jeśli parlamenty zgodzą się na wsparcie, a wszystko na to wskazuje, już jutro pierwsza transza pożyczki trafi do Aten. Ciekawe jak wpłynie to na działania tamtejszego rządu. Obecnie zatwierdzono pierwszą prywatyzację w wykonaniu ekipy Syrizy. Sprzedano pakiet 14 regionalnych lotnisk. Kupującymi są Niemcy. Wczoraj agencja ratingowa Fitch zachęcona pozytywnym przejściem głosowań nad programem pomocowym oraz akceptacją reform podniosła rating Grecji z CC na CCC. Jest to nadal poziom niski, ale coraz bardziej zbliżający ten kraj do standardu papierów inwestycyjnych.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane makroekonomiczne:
14:00 – Polska – produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna,
14:30 – USA – inflacja konsumencka.
EUR/PLN
Komentarz walutowy 19.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015
Kurs EUR/PLN jeszcze w zeszłym poruszał się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiegało w okolicach 4,1800, a kolejnego wsparcia należy teraz oczekiwać w okolicach 4,1250 – 4,1300, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji. Dla ruchu w górę oporem jest ostatnie maksimum na 4,2400.
CHF/PLN
Komentarz walutowy 19.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015
Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym poziomem jest testowane obecnie 3,8350. Oporem dal ruchu w górę jest górne ograniczenie formacji spadkowej na 3,8800.
USD/PLN
Komentarz walutowy 19.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015
Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem dolne ograniczenie trendu na 3,7450.
GBP/PLN
Komentarz walutowy 19.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015
Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8300.
Polestar stał się oficjalnie częścią Volvo – ogłosiła szwedzka centrala firmy. Od tej pory nazwa Polestar oprócz wyczynowych wersji Volvo na tor, będzie oznaczać specjalne, najszybsze wersje samochodów cywilnych Volvo. Co ważne obok wersji sportowych Polestar może także zagościć po maską wielu cywilnych aut marki Volvo w formie pakietu oprogramowania optymalizującego działanie silnika, bez utraty fabrycznej gwarancji producenta.
Volvo S60 V60 Polestar
Volvo S60 V60 Polestar
Volvo S60 V60 Polestar
Volvo S60 V60 Polestar
Volvo S60 V60 Polestar
Volvo S60 V60 Polestar
Współpraca firm Volvo oraz Polestar sięga 1996 r., gdy firmy rozpoczęły wspólnie opracowywany program samochodów wyczynowych przygotowywanych do rozmaitych serii wyścigowych. Niemal 20 lat temu, firma założona przez szwedzkiego kierowcę wyścigowego Jana „Flasha” Nilssona skupiała się wokół serii STCC, czyli szwedzkiego cyklu wyścigów samochodów turystycznych oraz Volvo 860 Super Touring modyfikowanego do tych zawodów. Co ciekawe, jeszcze nie pod marką Polestar, lecz jako Flash Engineering (nazwa pochodząca od pseudonimu Nilssona) już w pierwszym roku funkcjonowania zgarnęła tytuł mistrzowski w szwedzkiej serii. Sukces ten udało się powtórzyć w kolejnym roku, pomimo silnej konkurencji ze strony marek niemieckich.
W późniejszych latach firma skupiała się na modyfikowaniu Volvo S40, S60 oraz C30 do zawodów wyścigowych ze znakomitymi efektami – odnosząc liczne sukcesy na arenie międzynarodowej. W 2001 r. do firmy dołączył Christian Dahl, który początkowo pełnił rolę głównego inżyniera wyścigowego, zaś 3 lata później odkupił udziały od Jana Nilssona i rok później przejął firmę. Wraz z przejęciem zmieniła się nazwa – Flash Engineering zastąpiła marka Polestar, nawiązująca do gwiazdy polarnej oraz pierwszego miejsca startowego w wyścigach (pole position). W późniejszych latach współpraca z Volvo zacieśniała się coraz mocniej. Siedziba firmy została przeniesiona do Goeteborga, w pobliże centrali Volvo Car Corporation. Owocem ścisłej współpracy był pierwszy opracowany całkowicie od podstaw do wyścigów model C30, za kierownicą którego Robert Dahlgren i Tommy Rustad osiągnęli rekordowy, do tej pory niepobity wynik – pole position we wszystkich zawodach cyklu STCC w 2009 r., zgarniając jednocześnie indywidualny oraz zespołowy tytuł mistrzowski.
Pierwsza koncepcja auta drogowego
Na bazie tego modelu w 2010 r. powstał drogowy prototyp Volvo C30 Polestar Concept, znany choćby z entuzjastycznego przyjęcia w brytyjskim programie „Top Gear”. Concept był samochodem czerpiącym pełnymi garściami z wyścigowych doświadczeń marki. Samochód powstał aby uczcić historyczne pasmo zwycięstw w STCC pokazując na drodze najlepsze rozwiązania sportowe w wydaniu codziennym. Auto przebudowano od podstaw – za moc odpowiadał silnik Volvo T5 o pojemności 2,5l, który po przeróbkach Polestara i zamontowaniu potężnej turbiny KKK K26 oferował przemawiające do wyobraźni 451 KM oraz 510 Nm momentu obrotowego, co pozwalało na rozpędzenie się do 100 km/h w zaledwie 4.2 sekundy oraz osiągnięcie prędkości maksymalnej przekraczającej 290 km/h. Elementy aerodynamiczne auta opracowano w tunelu powietrznym Volvo. Za przeniesienie napędu odpowiadał napęd BorgWarner 4. generacji, który w połączeniu z mechanizmami różnicowymi o ograniczonym poślizgu firmy Quaife oraz sześciobiegową manualna skrzynią biegów zapewniał niepotykany poziom dynamiki. Również wyczynowe zawieszenie stałego partnera wyścigowego firmy Polestar – szwedzkiego Öhlinsa w zestawie z potężnymi 6-cio tłoczkowymi hamulcami Brembo nie pozostawiały wątpliwości – to prawdziwa wyścigówka na ulice.
Na jej podstawie rozpoczęto prace nad kolejnym modelem – S60 Polestar. W 2011r. po raz pierwszy zaproponowano oficjalny program optymalizujący działanie silnika oraz podnoszący moc silnika T6 do 329 KM. Rok później S60 oficjalnego zespołu wyścigowego Volvo pobiło kolejne rekordy – zespół, w skład którego weszli: Tommy Rustad, Robert Dahlgren, Fredrik Ekblom oraz Thed Björk dowieźli potrójne zwycięstwo w serii TTA – Racing Elite League w Szwecji, zwyciężając jednocześnie w klasyfikacji zespołowej, producenckiej oraz indywidualnej (mistrzem został Fredrik Ekblom). We wrześniu tego samego roku świat ujrzał kolejny model koncepcyjny celebrujący to wspaniałe zwycięstwo – 508-konny S60 Polestar Concept.
Z torów na drogi
Był to drugi samochód drogowy stworzony od podstaw przez Polestara. Tym razem zdecydowano się zachować więcej komfortu właściwego cywilnym autom Volvo, łącząc go z wyścigową dynamiką. Samochód zbudowano wokół sześciocylindrowego silnika T6 o kodzie B6304T4, który legitymował się mocą 508 KM oraz 575 Nm momentu obrotowego. Seryjny silnik poddano przeróbkom, wymieniona została m.in. turbina na większą Garret 3171 oraz układ wydechowy Ferrita o średnicy 3.5”. Napęd BorgWarner czwartej generacji uzupełniono szperą na tylnej osi E-LSD oraz manualną skrzynią M66C o sześciu przełożeniach.
Podobnie jak w przypadku pierwszego koncepcyjnego modelu na bazie C30 auto gruntowanie przebadano w tunelu aerodynamicznym Volvo, gdzie dobrano odpowiednie dodatki poprawiające współczynnik oporu powietrza auta oraz zwiększające jego docisk. Zastosowano także regulowane zawieszenie Öhlins oraz imponujący skutecznością układ hamulcowy oparty o 6-cio tłoczkowe zaciski Brembo, oraz wentylowane tarcze o średnicy 380 mm na przodzie) chłodzone specjalnie zaprojektowanymi wlotami powietrza) oraz 302 mm na tyle auta. Dla wygody kierowcy obniżono także centralną konsolę oraz obszyto wnętrze Alcantarą. Środek uzupełniły zaprojektowane przez Polestar fotele kubełkowe. Tak przygotowane auto osiągało „setkę” w 3.9 sek, zaś jego maksymalna prędkość przekraczała 300 km/h.
Nowa seria
Kolejnym kamieniem milowym dla firmy Polestar był rok 2014, kiedy to w szwedzkiej fabryce Torslanda wyprodukowano 750 sztuk produkcyjnych modeli S60 oraz V60 Polestar oferowanych w sprzedaży detalicznej na ośmiu rynkach. W ten sposób Polestar stał się pierwszym niezależnym kooperantem biorącym aktywny udział w procesie produkcji seryjnego modelu. Powodem do radości dla fanów Volvo były kolejne zwycięstwa w cyklu STCC, gdzie Szwedzi znów zgarnęli całą pulę. 2014 r. był także rokiem debiutu marki w australijskiej serii wyścigów V8 Supercars. Specjalnie przygotowany silnik V8 do zmodyfikowanego S60 okazał się być jednym z najlepszych w serii, generując 650 KM, co przełożyło się na świetne 5. miejsce w klasyfikacji generalnej debiutanckiego roku zawodów.
Seryjny Polestar
Pierwszym modelem oferowanym w otwartej sprzedaży w Europie jest obecne S60 oraz V60 Polestar. To samochód będący wynikiem wieloletniego procesu rozwoju bazującego na doświadczeniach marki w motorsporcie. Cywilny model, który może służyć, jako bezpieczny środek transportu zarazem oferując osiągi mogące sprostać najbardziej wymagającym. Potrzebujący niecałych 5-sekund, aby przyspieszyć do „setki” model posiada 3-litrowy silnik o mocy 350 KM oraz 500 Nm momentu obrotowego. Zastosowano nową turbosprężarkę typu twin scroll firmy Borg –Warner, przeprojektowano intercooler oraz układ wydechowy, który teraz posiada 2.5” calowy przekrój, z wyjątkiem o cal szerszego odcinka końcowego. Za specjalnie zaprojektowanymi dla tego modelu felgami o rozmiarze 20×8” wprawne oko ujrzy 6-tłoczkowe zaciski Brembo oraz tarcze o średnicy 371 mm na przedniej osi. Zawieszenie to oczywiście szwedzki Öhlins, który wspierają spręzyny o 80% sztywniejsze w stosunku do wersji R-Design. Auta dostępne są w czterech wersjach kolorystycznych: czarnej, białej, srebrnej oraz charakterystycznej dla Polestara jasnoniebieskiej Rebel Blue. Model ten nie jest oferowany w sprzedaży na rynku polskim, jednak już w przyszłym roku planowane jest wprowadzenie do sprzedaży jego następcy, wyposażonego w dwulitrowy silnik z rodziny Drive-E oferujący identyczne osiągi oraz moc znamionową.
Optymalizacja bez utraty gwarancji
W ciągłej sprzedaży znajdują się natomiast pakiety Optymalizacji osiągów Polestar nowej generacji. Stosowane do nowych silników Drive-E pakiety zapewniają zupełnie nowe wrażenia podczas jazdy Volvo. Inżynierowie Polestar zastosowali tę samą koncepcję rozwoju, co podczas rozwoju samochodów wyścigowych do nowych optymalizacji silników Drive-E, najnowszego i najbardziej zaawansowanego w historii układu napędowego firmy Volvo.
Co najmniej pięć ważnych obszarów osiągów zostało zoptymalizowanych w celu zapewnienia lepszego, bardziej zrównoważonego i dynamicznego prowadzenia. Dzięki szybszym i dokładniejszym reakcjom na polecenia kierowcy zachowanie samochodu staje się zrozumiałe i przewidywalne. Te cechy są ważne dla wszystkich sposobów dynamicznej jazdy, niezależnie od tego, czy odbywa się ona na torze wyścigowym, czy na zwykłych drogach. Pakiet optymalizacji Polestar poprawia m.in. reakcje przepustnicy, szybkość zmiany biegów automatycznej skrzyni, reakcję na zdjęcie nogi z przepustnicy, utrzymywanie biegu podczas pokonywania zakrętów, czy same osiągi silnika. Wszystkie optymalizacje silników Drive-E są opracowywane w taki sposób, aby zapewniały lepsze osiągi w średnim zakresie obrotów silnika, w którym kierowca maksymalnie je wykorzystuje podczas dynamicznej jazdy, na przykład podczas wyprzedzania lub wjeżdżania na zatłoczoną autostradę. Wyższe osiągi w średnim zakresie obrotów w połączeniu z lepsza reakcją skrzyni biegów i przepustnicy sprawiają, że samochód jest bardziej dynamiczny i szybciej reaguje na zmiany podczas jazdy. Co ważne taka optymalizacja nie ma wpływu na fabryczną gwarancję auta.
W II kwartale 2015 r. PKB w Polsce wzrósł o 3,3% r/r. Pomimo że oczekiwania analityków były większe, wzrost gospodarczy w Polsce w dalszym ciągu można uznać za wysoki. Dlatego odczyt ten nie stanowi argumentu za choćby delikatnym cięciem stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Tym bardziej że brakuje także innych przesłanek do obniżenia kosztu pieniądza w Polsce. Inflacja w Polsce (lipcowy odczyt na poziomie -0,7% r/r) może w najbliższym czasie zacząć rosnąć. Dodatkowo jesteśmy w przededniu podwyżek stóp w Stanach Zjednoczonych.
Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI
Lepiej, żeby Fed podniósł stopy we wrześniu
Na rynku pojawiły się spekulacje na temat tego, czy dewaluacja chińskiej waluty nie opóźni zacieśniania polityki monetarnej przez amerykański bank centralny. Na razie jednak nie ma żadnych sygnałów, jakoby Fed odroczył swoją decyzję z uwagi na Chiny. Dla stabilności rynków finansowych lepiej by było, gdyby podwyżka stóp w USA nastąpiła we wrześniu, ponieważ rynek jest na nią przygotowany.
Z kolei na polskim rynku długu obserwujemy czasowe uspokojenie. Zmienność jest znacznie niższa niż jeszcze miesiąc temu, gdy inwestorzy obawiali się rozwoju sytuacji w Grecji. Niestety negocjacje pomiędzy Grecją a wierzycielami trwają dalej. Nie można więc wykluczyć, że w kolejnych miesiącach rynki będą się jeszcze musiały zmierzyć z ich rezultatami.
Inwestycje w internetowe usługi finansowe oraz w e-commerce planuje w tym roku MCI Management. Jeden z największych polskich funduszy private equity przymierza się także do kupna firmy zajmującej się internetem rzeczy. W portfelu inwestycyjnym MCI Management ma się pojawiać coraz więcej firm o zasięgu paneuropejskim, a nawet globalnym.
– W Polsce widzimy jedno podstawowe ryzyko, że za mało jest projektów, które są dla nas atrakcyjne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Czechowicz, prezes zarządu MCI Management. –Inwestujemy w trend digitalizacji, a tutaj zdarza się jedna duża transakcja rocznie. Stąd od samego początku w bardzo dużym stopniu jesteśmy obecni jeszcze regionalnie, a w tej chwili już na rynku europejskim. Jeżeli patrzymy z perspektywy europejskiej, to oczywiście to ryzyko związane z nowymi miejscami jest znacząco mniejsze, bo mamy bardzo szeroki przegląd tego rynku, bardzo dużo możliwości inwestycyjnych i je selektywnie wybieramy.
W pierwszym półroczu zysk netto z inwestycji MCI Management był bliski 103 mln zł, przy ponad 301 mln zł rok wcześniej. Tomasz Czechowicz jest jednak zadowolony z wyniku i podkreśla, że jest on zgodny z planami.
– Mieliśmy bardzo dobre półrocze, jeżeli chodzi o wyjście z inwestycji, 6 transakcji wyjścia, m.in. sprzedaliśmy Netię – 160 mln zł, debiut Wirtualnej Polski na giełdzie, częściowe wyjście, debiut Private Equity Managers na giełdzie – częściowe wyjście, debiut Windelna na giełdzie we Frankfurcie – częściowe wyjście, sprzedaż eBrokera, sprzedaż Feedo, gdzie zanotowaliśmy blisko 500 proc. stopy zwrotu, więc bardzo dużo takich historycznie bardzo wysokich, bardzo udanych transakcji wyjścia. Dwie rekordowe dywidendy: ABC Data i Index, które otrzymaliśmy w I półroczu, więc mamy na pewno historyczny rekord, jeżeli chodzi o wartość wyjść. Dużo nowych inwestycji, oczekujemy też, że będziemy w planie, jeżeli chodzi o nowe inwestycje. Ogólnie było to dla nas bardzo dobre półrocze – podsumowuje prezes MCI Management.
Spółka zapowiada, że ma ambitny program inwestycyjny. W Polsce fundusz dostrzega m.in. bardzo dynamiczny rozwój e-commerce i liczy na zyski z już posiadanych spółek, takich jak Answear czy Morele. Ocenia też, że branża FinTech (internetowe usługi finansowe) będzie się dynamicznie w Polsce rozwijała.
– W tej chwili interesuje nas przede wszystkim FinTech – deklaruje prezes zarządu MCI Management. –Ciągle inwestujemy w e-commerce i myślę, że bardzo dobrze rozumiemy tę branżę. To też są market places. Myślę jednak, że w tej chwili najciekawszym dla nas segmentem jest jednak FinTech i tutaj widzimy największe szanse. Internetu rzeczy się dopiero uczymy. W drugiej połowie roku pojawi się prawdopodobnie jedna inwestycja w tym obszarze, taka o szansach globalnych, nad którą pracujemy już od dłuższego czasu.
MCI Management ocenia, że obecnie bardzo dynamicznie rozwijają się jego trzy podstawowe fundusze: EuroVentures, TechVentures i CreditVentures. Prezes Tomasz Czechowicz zakłada, że EuroVentures i TechVentures mogą w perspektywie roku, dwóch mięć ponad miliard złotych aktywów każdy.
– W tej chwili mamy dużo pootwieranych projektów, sądzimy, że pojawi się także dużo nowych inwestycji, poza tym I półrocze było bardzo dobre, jeżeli chodzi o nowe inwestycje. Oczekujemy zatem raczej przekroczenia naszych celów, jeżeli chodzi o realizację rocznych inwestycji i realizujemy inwestycje zgodnie z naszą strategią, czyli tutaj w regionie Europy Centralnej i Wschodniej, w coraz większym stopniu również w Europie Zachodniej. Myślimy, że to też będzie bardzo udane półrocze pod względem nowych inwestycji.
Dynamika polskiego PKB do końca przyszłego roku powinna się utrzymać na poziomie zbliżonym do 3,5 proc. – prognozuje Michał Dybuła, główny ekonomista BGŻ BNP Paribas. Polską gospodarkę wspierać będzie przede wszystkim wzrost poziomu konsumpcji. Silny pozostanie także rynek pracy, a stopa bezrobocia trwale spadnie poniżej 10 proc. Zagrożeniem dla naszego kraju jest jednak kierunek polityki fiskalnej, jaki zostanie obrany po wyborach parlamentarnych.
– Spodziewamy się, że tempo wzrostu gospodarczego utrzyma się w okolicach 3,5 proc., zarówno w tym, jak i w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Dybuła, główny ekonomista BGŻ BNP Paribas.
Analityk BGŻ BNP Paribas zwraca uwagę na niepewność co do kierunku prowadzonej polityki fiskalnej, który obierze rząd po jesiennych wyborach parlamentarnych. Jego zdaniem będzie to istotny czynnik wpływający na stan polskiej gospodarki nie tylko w tym, lecz także w przyszłym roku.
Jednym z motorów napędowych polskiej gospodarski w najbliższym czasie będzie wzrost konsumpcji. Zwiększone wydatki gospodarstw domowych to efekt między innymi poprawy sytuacji na rynku pracy.
– W przypadku konsumpcji spodziewamy się wzrostu w okolicach 4 proc. w najbliższych kwartałach. Również inwestycje, przynajmniej krótkoterminowe, powinny dość mocno dokładać do wzrostu gospodarczego – prognozuje główny ekonomista BGŻ BNP Paribas.
Ekonomista zastrzega jednak, że przyszły rok może przynieść pewne spowolnienie w zakresie inwestycji. Odnosi się to zarówno do sektora prywatnego, jak i do inwestycji w sektorze publicznym. Silny pozostanie natomiast eksport.
– Dobre tempo wzrostu gospodarczego generuje niewątpliwie popyt na pracę, widzimy to zarówno w tych twardych danych o zatrudnieniu, jak i we wszystkich badaniach wśród przedsiębiorców – tłumaczy Dybuła.
Według lipcowych danych GUS-u wzrost zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 0,9 proc. rok do roku. W firmach zatrudniających powyżej 9 osób pracowało w tym okresie łącznie 5,58 mln osób. W kolejnych okresach dynamika wzrostu zatrudnienia prawdopodobnie ulegnie stopniowemu zahamowaniu. Powodem jest nasycanie się rynku. Wzrost liczby pracujących przełoży się jednak na niższą stopę bezrobocia.
– Naszym zdaniem spadnie ona poniżej 10 proc. w najbliższych miesiącach i tak się utrzyma. Ten trwały spadek stopy bezrobocia będzie postępował – informuje Michał Dybuła.
Na koniec I półrocza stopa bezrobocia w naszym kraju według metodologii GUS wynosiła 10,3 proc. Według danych ministerstwa pracy w lipcu bezrobocie spadło jednak do 10,1 proc. i jak zapowiada minister Władysław Kosiniak-Kamysz, w sierpniu powinno spaść do wartości jednocyfrowej. Prognozowany spadek będzie efektem zarówno większego popytu na pracę, jak i mniejszego tempa wchodzenia ludzi na rynek pracy.
– Wydaje mi się, że analizując dane, trudno ten efekt wpływu reformy urzędów pracy na stan rynku precyzyjnie skwantyfikować. Widzimy na pewno popyt na pracę i on utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie – mówi ekonomista BGŻ BNP Paribas.
Rozmówca główną przyczynę spadku bezrobocia dostrzega w stopniowym wzrośnie produkcji krajowych przedsiębiorstw. Wraz ze wzrostem liczby realizowanych zamówień pojawia się popyt na pracowników, zarówno tych prostych, jak i tych wykwalifikowanych.
– Ramy regulacyjne czy instytucjonalne, w jakich nasz rynek pracy się znajduje, być może również mają jakiś pozytywny wpływ, nie jest on jednak najważniejszy – podsumowuje ekspert.
Rynki finansowe spodziewają się dużego kryzysu, ale nikt nie wie, kiedy on nastąpi i jakie zdarzenie go zapoczątkuje. Zdaniem Eckharda Horsta, prezesa firmy Trade Credit, nie wystąpi on raczej w tym roku, ale być może w przyszłym. Niebezpieczeństwo związane jest głównie z tym, że obecnie trudno przewidzieć zdarzenia ekonomiczne, bo zmieniły się mechanizmy.
– Wszyscy spodziewają się wielkiego krachu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Eckhard Horst, prezes firmy Trade Credit z międzynarodowej grupy Credendo, czwartej pod względem wielkości grupy ubezpieczycieli należności w Europie. – Po prostu nikt nie wie dokładnie, co Fed robi w Stanach, czy luzowanie ilościowe działa, czy nie działa. De facto nikt nie wie, co nastąpi i jaki będzie tego końcowy efekt.
Luzowanie ilościowe (quantitative easing, w skrócie QE) było głównym instrumentem polityki monetarnej Stanów Zjednoczonych po kryzysie z 2008 roku. Był to niestandardowy sposób zachęcania instytucji finansowych do wprowadzania większej ilości pieniędzy do obrotu gospodarczego.
Podczas takiej operacji bank centralny kupuje papiery wartościowe (obligacje rządowe, korporacyjne, zabezpieczone hipotekami itp.), płacąc za nie elektronicznym pieniądzem, którego wcześniej nie było.
Nowe, wypłacane przez bank centralny środki powiększają rezerwy banków. Większa ilość pieniędzy będących do ich dyspozycji powinna teoretycznie skłaniać do rozwinięcia akcji kredytowej. Skutkiem tego byłby wzrost inwestycji, a więc i ożywienie gospodarcze.
– Nie ma teorii, która tłumaczyłaby, co w tej chwili dzieje się na rynkach międzynarodowych, i myślę, że jest to duży problem – uważa Eckhard Horst. – Może pojawić się coś, czego nikt nie będzie mógł wytłumaczyć i oczywiście nikt tego nie oczekuje. Wiemy tylko, że będzie duży krach, ale nie mamy pojęcia kiedy.
Rozpoczęte w br. przez Europejski Bank Centralny luzowanie polityki monetarnej w strefie euro może być – zdaniem Eckharda Horsta – potencjalnym źródłem kryzysu, ale mogą nim być także inne zdarzenia.
Kilka lat temu rynki obawiały się wyjścia Grecji ze strefy euro i tego co po grexicie mogłoby nastąpić. Obecnie nie jest to już takie zagrożenie, bo instytucje i inny uczestnicy obrotu finansowego przygotowali się do potencjalnej realizacji takiego scenariusza.
– Problemem jest to, że nie wiemy, co będzie, bo w tej chwili ekonomia wygląda inaczej niż 20 czy nawet 10 lat temu – przekonuje Eckhard Horst. – To bardzo niepokojące. Niebezpieczeństwo związane z tym, że nie ma nikogo, kto potrafiłby przewidzieć zdarzenia ekonomiczne, jest bardzo duże.
Szef firmy Trade Credit nie spodziewa się jednak, by ewentualny kryzys mógł się rozpocząć już w br. Jego zdaniem przyszły rok też jest mniej prawdopodobny.
– Nikt nie umie tego umiejscowić w czasie, są różne opinie – zauważa Eckhard Horst. – Jeżeli popatrzymy tylko na ostatnie wydarzenia, to dwa miesiące temu mieliśmy już nieomal grexit i wszyscy mówili, że będzie krach. Teraz mamy sierpień i bankructwa nie ma, wszyscy jedziemy na urlop do Grecji. Moim zdaniem tak będzie dalej, ale jak długo to potrwa, tego, niestety, ja także nie wiem.
Polski przemysł obronny wiążą duże nadzieje z planowanymi przez MON zakupami. Resort obrony uruchomił procedury zmierzające do zakupu systemów bezzałogowych czy systemu zarządzania walką, które kierowane są do krajowych podmiotów. W planach są kolejne zakupy, m.in. związane z systemami informatycznymi, w tym węzłów teleinformatycznych czy mobilnych stanowisk dowodzenia.
– Na rynku zbrojeniowym dużo się dzieje. Jeżeli spojrzymy na zakres tych postępowań, to zobaczymy, że one bardzo szerokie, bo obejmują całą gamę różnych firm i mają dosyć duże oddziaływanie zarówno na całą polską gospodarkę, jak i na rynek światowy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics.
Według Wojciechowskiego Ministerstwo Obrony Narodowej w najbliższym czasie rozpocznie postępowania przetargowe dotyczące zakupu lekkich pojazdów opancerzonych czy systemów informatycznych, w tym węzłów teleinformatycznych i mobilnych stanowisk dowodzenia.
– W ostatnim czasie resort uruchomił kilka postępowań, poza systemami bezzałogowymi mamy także postępowania w zakresie oprogramowania BMS – mówi Wojciechowski.
Na początku roku resort obrony rozpoczął postępowanie przetargowe na zakup systemów rozpoznawczych bezzałogowych samolotów klasy mini o nazwie Wizjer oraz klasy taktycznej krótkiego zasięgu o nazwie Orlik. Jak poinformował MON, biorą w nim udziały tylko polskie firmy, głównie z powodu „podstawowego interesu bezpieczeństwa państwa”. Ministerstwo Obrony Narodowej rozpoczęło także prace nad pozyskaniem systemów większych bezzałogowców średniego zasięgu oznaczonych kryptonimem Gryf. Resort obrony zapowiadał, że zostaną one zakupione za granicą, ale tę decyzję zmienił.
Zakres oferty WB Electronics obejmuje przede wszystkim bezzałogowce, poczynając od mikro (program Ważka), poprzez samoloty klasy mini, ważące około 11 kg (Wizjer), po Orliki, czyli taktyczne systemy bezzałogowe krótkiego zasięgu. We współpracy z firmą Thales firma realizuje także program Gryf, czyli budowę polskiego bezzałogowego statku powietrznego taktycznej klasy średniego zasięgu, który może przenosić uzbrojenie.
WB Electronics liczy także na zamówienia zagraniczne.
– Możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie także w innych państwach zostaną uruchomione podobne programy – mówi Piotr Wojciechowski.
Eksport już dziś odpowiada za ok. 80 proc. przychodów spółki. Co więcej, w ubiegłym roku sprzedaż zagraniczna WB Electronics stanowiła ok. 60-70 proc. wartości całego eksportu polskiego przemysłu obronnego.
Na zamówienia z zewnątrz liczą także inne polskie firmy. Według Ministerstwa Gospodarki krajowy przemysł obronny jest jedną z najbardziej konkurencyjnych i zaawansowanych technologicznie gałęzi.
– Konsolidacja Polskiej Grupy Zbrojeniowej i firm prywatnych prowadzona przez polskie Ministerstwo Skarbu Państwa postępuje. Pojawiła się wspólnota interesów. Z jednej strony bardzo dobrze i skutecznie współpracujemy z grupą PGZ przy wielu programach, np. artyleryjskich, które też w tej chwili się toczą, czy np. przy BMS-ie. Z drugiej strony w pewien sposób konkurujemy ze sobą o prymat na rynku systemów bezzałogowych – mówi prezes WB Electronics.
W przypadku wejścia w życia ustawy frankowej w wersji proponowanej przez Sejm straty banków mogą wynieść 21,9 mld zł – wynika z opinii wydanej przez KNF. Jeszcze większe będzie zapotrzebowanie na płynność w sektorze. Według wyliczeń Komisji tylko w ciągu roku banki mogą potrzebować dodatkowych 34 mld zł. Analiza przygotowana na zlecenie szefa senackiej Komisji Budżetu i Finansów zakłada, że restrukturyzacja kredytów może objąć aż 159 tys. osób.
– Z naszych wyliczeń wynika, że w ciągu roku zapotrzebowanie na płynność sięgnęłoby 34 mld zł. Ustawa ta wchodzi jednorazowo i cały efekt, wszystkie skutki, które odnoszą się do sytuacji finansowej banków, skumulują się w jednym roku, czyli w bardzo krótkim czasu z punktu widzenia banków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.
Komisja Nadzoru Finansowego, na zlecenie szefa Komisji Budżetu i Finansów Publicznych senatora Kazimierza Kleina, przeprowadziła analizę wpływu ustawy frankowej na funkcjonowanie banków. Z wyliczeń Komisji wynika, że łączna strata z tytułu umorzenia części kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich może wynieść blisko 22 mld zł. Na tę sumę składa się sam koszt umorzenia kredytów hipotecznych (18,7 mld zł) oraz koszty dodatkowe związane z tą operacją (3,2 mld zł).
– Tu w grę wchodzi stabilność sektora bankowego, ale przede wszystkim, co z całą mocą pragnę powiedzieć, bezpieczeństwo depozytów złożonych w bankach – zaznacza Andrzej Jakubiak.
Ustawa o pomocy osobom zadłużonym w frankach szwajcarskich została uchwalona przez Sejm 8 sierpnia. Do jej zatwierdzenia potrzebna jest jeszcze jednak zgoda Senatu, który zajmie się nią na początku września, a następniepodpis prezydenta.
– KNF służy wiedzą ekspercką. Jesteśmy instytucją, która ma najwięcej informacji na temat banków, ich sytuacji finansowej i portfeli kredytowych, w tym portfela frankowego – podkreśla przewodniczący KNF.
Po wejściu ustawy w życie w najgorszej sytuacji znajdą się instytucje bankowe z największymi portfelami kredytów hipotecznych we frankach. Ustawa zakłada bowiem, że aż 90 proc. kosztów restrukturyzacji wezmą na siebie banki.
Konsekwencje ustawy mogą być również widoczne w ratingach instytucji finansowych.
– To oczywiście jest pytanie do agencji ratingowych, ale myślę, że wielkość portfeli frankowych i skala potencjalnych umorzeń, które wynikają z przyjętej ustawy, pewnie będą miały wpływ na ratingi – mówi Jakubiak.
Według danych Domu Maklerskiego BPS największy portfel kredytów hipotecznych w walucie obcej ma Bank Millennium (39 proc. ogólnej liczby kredytów). Niewiele mniejszy jest odsetek w przypadku Getin Noble Banku oraz mBanku. W ujęciu kwotowym najwięcej kredytów walutowych udzielił PKO BP (29,5 mld złotych), jednak w całkowitej strukturze portfela jest to tylko 16 proc.
Nowe prawo wodne może znacznie podwyższyć koszty działalności polskiego przemysłu, rolnictwa i energetyki wodnej. Branża ostrzega, że jego uchwalenie w proponowanym kształcie mogłoby doprowadzić do likwidacji aż 400 obiektów hydroenergetycznych. Prawo jest implementacją unijnych przepisów, ale Niemcy pokazali, że można je wdrożyć bez szkody dla gospodarki.
– Polska została zobowiązana do implementacji Ramowej Dyrektywy Wodnej do naszego Prawa wodnego. W tej chwili Ministerstwo Środowiska przygotowało projekt prawa wodnego, który jest w naszym przekonaniu bardzo niekorzystny dla naszego kraju – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mieczysław Koch, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. – Projekt ten wywołuje niepokój wśród użytkowników wód, w tym przedsiębiorców związanych z hydroenergetyką.Minister środowiska chce wprowadzić nową opłatę dotyczącą użytkowania wód podpowierzchniowych i napowierzchniowych. Uderzy to bardzo mocno w polskie rolnictwo, w polski przemysł, również w hydroenergetykę.
Projekt ustawy wniesiony przez Ministerstwo Środowiska znajduje się obecnie na etapie prac w Komitecie Stałym Rady Ministrów.
Jak wyjaśnia Koch, sprzeciw branży budzi nacisk na osiągnięcie celów środowiskowych kosztem polityki gospodarowania wodami oraz fakt, że reforma nie uwzględnia żadnych planów rozwoju w obszarze gospodarczego wykorzystania wód.
– Sektorowi hydroenergetycznemu już dzisiaj grozi bankructwo, co wynika z likwidacji wsparcia wynikającego z ustawy OZE. Jednocześnie ponosi znaczące koszty związane zarówno z opłatami za użytkowanie gruntów pokrytych wodami płynącymi oraz opłatami za użytkowanie urządzeń hydrotechnicznych będących własnością Skarbu Państwa, jak i pośrednio poprzez ponoszenie kosztów usług świadczonych na rzecz Skarbu Państwa, a obejmujących np. usługi związane z utrzymaniem koryt rzek w obrębie oddziaływania elektrowni oraz utrzymywaniem państwowych urządzeń hydrotechnicznych, przy których elektrownie zazwyczaj funkcjonują – mówi Koch. – Wprowadzenie nowej opłaty zakończy się na pewno podwyżką cen energii i wyłączeniem obiektów hydroenergetycznych. To zagrożenie dla ok. 400 obiektów hydroenergetycznych
Koch podkreśla, że choć prawo wodne wdraża w Polsce unijną dyrektywę ramową, to nie niesie to obowiązku wprowadzenia dodatkowych opłat za pobór wód na potrzeby energetyki wodnej. W projekcie założeń ustawy Prawo wodne zawarta została zapowiedź, że propozycje zmian w zakresie opłat za wodę w Polsce będą uzależnione od rozstrzygnięcia Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie skargi Komisji Europejskiej przeciwko Niemcom (sprawa C-525/12). W uzasadnieniu projektu ustawy nie zaktualizowano informacji na temat wyroku Trybunału w tej sprawie z dnia 11 września 2014 r. Trybunał oddalił skargę Komisji, tym samym pozostawiając państwom członkowskim decyzję co do zasadności wprowadzania opłat za wodę wykorzystywaną do produkcji energii w elektrowniach wodnych.
– To daje nam przykład, że nie powinniśmy tego prawa procedować w kierunku, który dzisiaj proponuje Ministerstwo Środowiska – przekonuje Koch. – Debata jest potrzebna, żeby pokazać przede wszystkim zagrożenia, jakie niesie nowa ustawa, i przekonać autorów projektu do tego, abyśmy poszli ścieżką niemiecką. Nie wszystkich te opłaty dodatkowe muszą obowiązywać, szczególnie, jeżeli chodzi o sektor hydroenergetyczny.
Rynek długoterminowego wynajmu samochodów w I półroczu wzrósł o 12,4 proc. Już co piąty samochód firmowy jest wynajmowany. Klientami firm z branży coraz częściej są małe przedsiębiorstwa, które potrzebują jednego lub kilku aut. Ofertą interesują się także klienci indywidualni. I w tym kierunku – w opinii przedstawicieli branży – będzie rozwijać się rynek.
– Coraz więcej małych klientów jest zainteresowanych wynajmem długoterminowym aut. Są nawet tacy, którzy mają jeden samochód. To jest taki produkt, który zaczyna wchodzić w segment klientów indywidualnych, podobnie jak w innych krajach. We Francji czy w Niemczech już się nie mówi, że samochód kosztuje 20 tys. euro, ale 300 euro miesięcznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Frederic Lustig, prezes zarządu spółki Carefleet.
Jak podkreśla, będzie to jeden z kierunków rozwoju polskiego rynku wynajmu długoterminowego. A ten – według ostatnich danych – wciąż dynamicznie rośnie. Z raportu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów wynika, że rynek CFM (Car Fleet Management, wynajmu długoterminowego) w II kwartale br. zwiększył się o 12,4 proc. w ujęciu rocznym. Pod koniec czerwca przedsiębiorstwa należące do PZWLP (stanowiące 80 proc. rynku) miały łącznie 134 635 aut, co oznacza, że ich flota w ciągu roku zwiększyła się o prawie 15 tys. pojazdów.
– Jest to dość znaczny progres – przekonuje Frederic Lustig. – Można dzisiaj powiedzieć, że co piąty samochód firmowy jest już wynajmowany. Jeżeli bierzemy pod uwagę wszystkie auta, które mają finansowanie, to już co trzeci pojazd korzysta z wynajmu, czyli branża bardzo ładnie się rozwija.
Rozwój rynku determinowany jest przez zmieniające się potrzeby klientów. Firmy zwracają uwagę nie tylko na koszty wynajmu, lecz także towarzyszące mu usług.
– Klienci nie chcą tracić czasu, szukają wygody, komfortu i sprawnej obsługi. Firmy korzystające z wynajmu długoterminowego aut chcą mieć numer telefonu, pod który mogą zadzwonić w razie problemów z samochodem, nie chcą martwić się sprzedażą pojazdu po okresie jego użytkowania, nie chcą rozliczać serwisów, napraw z zakładem ubezpieczeniowym. Wolą mieć jednego partnera, który tym wszystkim się zajmie – twierdzi Frederick Lustig.
Klienci potrzebują także informacji o tym, jak ich flota jest wykorzystywana przez pracowników. Dlatego coraz więcej firm CFM instaluje w autach GPS-y, które monitorują na bieżąco przebieg, trasę i zużycie paliwa.
Na koniec I półrocza baza Carefleet liczyła ponad 12,1 tys. samochodów. Z tego ponad 10,3 tys. znajdowało się w usłudze pełnego wynajmu długoterminowego, a reszta – w usłudze wyłącznego zarządzania flotą.
Pracodawca nie powinien wymagać, aby jego podwładny był dostępny podczas urlopu wypoczynkowego. W praktyce wielu pracodawców oczekuje jednak, że pracownik pozostanie w kontakcie telefonicznym czy e-mailowym, a pracownicy z różnych powodów akceptują ten stan rzeczy.
Zgodnie z polskim prawem pracodawca nie może nakładać na swojego podwładnego obowiązku bycia w stałym kontakcie z firmą w czasie urlopu. Oznacza to, że pracownik nie musi zabierać na wakacyjny wyjazd telefonu służbowego ani odpowiadać na SMS-y czy e-maile od pracodawcy.
– Co więcej, pracodawca nie ma prawa karać pracownika za to, że wyłączy na urlopie telefon służbowy bądź że nie odbiera służbowym e-maili. Podwładny ma do tego prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Alicja Biernat, adwokat z Kancelarii EIR Legal.
Polskie prawo zezwala pracodawcy na niepokojenie pracownika podczas wypoczynku tylko w szczególnym przypadku, gdy musi on odwołać podwładnego z urlopu.
– Jeśli pracodawca chce odwołać pracownika z urlopu, a ten ma wyłączoną komórkę służbową, to ma również inne możliwości, żeby się z nim skontaktować, bo zazwyczaj przy przyjmowaniu do pracy pracownik wypełnia kwestionariusz osobowy i tam podaje swój numer prywatny, kontakt do osoby najbliższej, do rodziny czy swój e-mail – mówi Alicja Biernat.
Mimo tych regulacji prawnych z raportu Monitor Rynku Pracy sporządzonego przez Instytut Badawczy Randstad wynika, że w tym roku aż 60 proc. polskich pracowników otrzymało polecenie, by byli dostępni telefonicznie podczas urlopu, a 36 proc. zostało zobligowanych przez szefów do natychmiastowego odpowiadania na służbowe telefony i e-maile.
– Są pracownicy, którzy nawet jeśli pracodawca zadzwoni do nich 15 razy, to nie odbiorą i nie będą się tym przejmować. Ale są też tacy pracownicy, którzy widząc nieodebrane połączenie, będą się tak tym przejmować, że de facto zepsuje im to urlop – mówi ekspert.
Aby uniknąć kłopotliwych sytuacji, warto wcześniej wdrożyć dobre praktyki w firmie.
– Można na przykład zawrzeć w regulaminie pracy pewne procedury na wypadek urlopu. Na przykład wprowadzić konieczność wyznaczenia zastępcy i przekazania mu zadań na czas urlopu czy przesłania do zespołu tzw. holiday memo, czyli wykazu projektów wraz z ich statusem i osobami wyznaczonymi do ich prowadzenia podczas urlopu – radzi mec. Biernat.
Firmy coraz więcej wydają na marketing w internecie. Taka reklama jest coraz bardziej profesjonalna i zindywidualizowana. To już nie jest masowy spam, ale wysyłanie e-maili z treścią dobrze dopasowaną do potrzeb i zainteresowań konkretnych odbiorców. Coraz większe znaczenie mają reklamy na urządzeniach mobilnych. Firmy doceniają też to, że nowoczesne narzędzia pozwalają precyzyjnie oszacować zyski z prowadzonych w internecie kampanii.
– Ten rynek się profesjonalizuje, a budżety marketingowe i reklamowe przechodzą z mediów tradycyjnych do internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu firmy SARE, zajmującej się marketingiem e-mailowym. – Dzisiaj jesteśmy w stanie precyzyjnie powiedzieć klientowi: „zainwestujesz tyle i tyle złotych, będziesz miał z tego tyle i tyle zysku”. Te rzeczy, które są policzalne, to dzisiaj przyszłość internetu.
Jak podkreśla Pruszczyński, samo SARE wysyła miesięcznie 1,5 mln wiadomości e-mail. Nie jest to jednak spamowanie przypadkowych użytkowników. Prezes zaznacza, że jest wręcz przeciwnie – samo SARE walczy ze spamem, a e-maile wysyła do użytkowników wybranych na podstawie precyzyjnej analizy. Dzięki temu do odbiorców trafiają takie reklamy, które mogą ich rzeczywiście zainteresować.
To właśnie precyzyjne kierowanie reklam jest dużą szansą dla marketingu internetowego. Dzięki zastosowaniu technik Big Data analitycy mogą się dowiedzieć coraz więcej o użytkownikach internetu, a to może być wykorzystane do lepszego dopasowania rozsyłanych treści promocyjnych.
Innym trendem jest popularyzacja urządzeń mobilnych i reklam na nie tworzonych.
– Widzimy, że coraz większa rzesza ludzi sprawdza pocztę i otwiera e-maile na smartfonach czy tabletach. To daje też dużą wiedzę i nowy sposób dojścia do ludzi, którzy są mobilni. To jest kierunek, w którym będziemy szli, podobnie będzie rozwijać się rynek, który już dzisiaj jest bardzo mobilny – mówi Pruszczyński.
Zwraca uwagę na to, że wielu odbiorców marketingu internetowego potrzebuje szybkiej, dopasowanej informacji. Dlatego kampanie reklamowe, które nie są spersonalizowane i precyzyjnie kierowane, nie są skuteczne.
Pruszczyński dodaje, że dzięki coraz tańszemu internetowi mobilnemu oraz coraz bardziej zaawansowanym urządzeniom przenośnym rosną możliwości reklamowe.
– Oczywiście pomagają tu też media społecznościowe. Staramy się to wszystko ogarnąć tak, żeby jak najbardziej precyzyjnie śledzić zainteresowania użytkownika i tworzyć jego profil behawioralny. To i Big Data, czyli dane, z których analitycy mogą wyciągnąć bardzo dużo ciekawych informacji, jest przyszłością i w tym kierunku chcemy się rozwijać – tłumaczy Pruszczyński.
W lipcu przeciętne wynagrodzenie w polskich przedsiębiorstwach było o 3,3% wyższe niż przed rokiem i sięgnęło prawie 4100 zł. Pomimo systematycznie spadającego bezrobocia dynamika płac pozostaje na średnich poziomach i póki co nie będzie to przekładać się na większą konsumpcję.
Lipiec przyniósł przyspieszenie rocznej dynamiki płac w polskich firmach, po tym jak dość niespodziewanie ich wzrost załamał się miesiąc wcześniej. Wynagrodzenia były o 3,3% wyższe niż przed rokiem, podczas gdy w czerwcu ich dynamika obniżyła się do 2,5% z 3,2% w relacji rocznej. Przeciętne wynagrodzenie wzrosło w lipcu do prawie 4100 zł.
Tempo wzrostu płac wróciło obecnie do średniego poziomu z ostatnich miesięcy. To pokazuje, że póki co obserwowany od dłuższego czasu systematyczny spadek bezrobocia w Polsce oraz najwyższe przynajmniej od 2005 roku zatrudnienie w polskich przedsiębiorstwach, nie przekłada się na istotny wzrost płac. Tym samy nie przełoży się on też na mocniejszy wzrost konsumpcji. Niemniej jednak powoli ten rynek staje się rynkiem pracownika i w pewnym momencie płace będą musiały dynamiczniej ruszyć do góry. A wraz z nimi przyspieszy też konsumpcja, inflacja i wzrost gospodarczy.