Ponad 42 mld zł – tyle wyniosła średnia wartość kredytów hipotecznych udzielonych w latach 2010-2014 przez banki uniwersalne w Polsce[1]. To właśnie do nich kierują się osoby zainteresowane zakupem nieruchomości, którego nie mogą w całości sfinansować z własnych środków. Stopniowo jednak się to zmienia, bowiem obok banków uniwersalnych powstają hipoteczne. Eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego wyjaśniają, czym wyróżnia się oferta nowopowstałych instytucji i dla kogo może okazać się ona korzystna.
„Hipobanki” wzmocnią bezpieczeństwo systemu bankowego
Jedną z głównych zasad funkcjonowania banków uniwersalnych w Polsce jest finansowanie kredytów hipotecznych dzięki środkom ulokowanym na depozytach krótkoterminowych. Bank pożycza zatem konsumentom pieniądze na okres kilkudziesięciu lat, korzystając z kapitału ulokowanego na np. rok czy dwa lata przez innych klientów. Wycofanie go z lokat czy produktów inwestycyjnych może spowodować trudności z zaspokojeniem potrzeb finansowych klientów, planujących zaciągnięcie zobowiązania z myślą o kupnie nieruchomości. W takiej sytuacji instytucje finansowe powinny zadbać o odpowiednie zapasy oszczędności. Wprowadzenie banków hipotecznych na rynek zwiększy bezpieczeństwo systemu. Zgodnie z modelem działania tych instytucji, oferowane przez nie kredyty hipoteczne finansowane są ze środków zdeponowanych na kilkuletni okres, czyli tzw. listów zastawnych. Są one rodzajem papierów wartościowych, zabezpieczonym poprzez wierzytelności hipoteczne – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFDF, Gold Finance. – Obligacje te należą do jednych z najbezpieczniejszych instrumentów finansowych. Są drukowane na okres 5-7 lat, dzięki czemu banki zyskują stabilne zasoby finansowe i mogą obracać kapitałem przez dłuższy czas.
Nowy lek na wzrosty kursów franka?
Aktualnie osoby spłacające zobowiązania hipoteczne powinny liczyć się z regulowaniem odsetek naliczanych względem zmiennej stopy procentowej. Może mieć to negatywne skutki, jak w przypadku nagłego skoku kursu franka. Zaletą kredytu hipotecznego udzielonego przez bank hipoteczny jest stałe oprocentowanie. Zależy ono od długiego okresu emisji listów zastawnych. Zmiana stopy procentowej następowałaby dopiero po 5-7 latach.
Propozycja nie dla każdego
W ofercie banków hipotecznych na próżno jednak szukać lokat czy rachunków oszczędnościowych. Jedynym dostępnym produktem jest kredyt hipoteczny. Jednak klienci starający się o dodatkowe środki na zakup nieruchomości powinni mieć na uwadze, że i w tym przypadku obowiązują pewne ograniczenia.Banki hipoteczne preferują nieruchomości z rynku wtórnego, ale finansowanie zakupu na rynku pierwotnym nie jest wykluczone. Najczęściej bank będzie chciał uruchomić środki dopiero po akcie notarialnym. Ewentualnie może wymagać zgody dewelopera na wpisanie roszczenia do księgi wieczystej inwestycji. W przypadku niektórych deweloperów te specjalistyczne instytucje są skłonne sfinansować inwestycje także na bardzo wczesnym etapie zaawansowania budowy – komentuje Michał Krajkowski, ekspert ZFDF, Notus Doradcy Finansowi. – Ograniczenie w przypadku banków hipotecznych stanowi także Wartość Bankowo-Hipoteczna (WBH) nieruchomości. Jest ona z reguły niższa o 10-20% od wartości rynkowej. Kwota udzielonego kredytu nie może przekroczyć 100% WBH, co oznacza, że czasami wkład własny kredytobiorcy musi być większy niż wymagane przez banki uniwersalne 10%. – dodaje ekspert.
Nowi gracze na polskim rynku hipotek
Obecnie w Polsce funkcjonują trzy tzw. hipobanki – mBank, Pekao oraz PKO BP. W najbliższych miesiącach grono to może powiększyć się także o kilka innych banków. Polacy powinni jednak uzbroić się jeszcze w cierpliwość, bowiem wartość portfela listów zastawnych nie pokrywa jeszcze średniego zapotrzebowania konsumentów na kredyty hipoteczne. Dlatego instytucje finansowe powinny zadbać przede wszystkim o uwiarygodnienie listów zastawnych, aby zarówno krajowi, jak i zagraniczni przedsiębiorcy chcieli nabywać te obligacje. Potencjał bankowości hipotecznej może być niedługo pomyślnie wykorzystany przez klientów, inwestorów oraz banki.
Łukasz Wójcik dyrektorem działu marketingu i PR firmy Mitsubishi Motors w Polsce
Polski oddział Mitsubishi Motors, powiększa się o nowy dział -marketingu i Public Relations. Nowo utworzony departament ma za zadanie wzmocnić wizerunek firmy Mitsubishi Motors w Polsce i pomóc w realizacji ambitnych planów sprzedażowych.
5. miejsce w Europie, 8% wzrost do kwietnia i ambitne cele
Polska filia Mitsubishi Motors od niemal 2 lat notuje stały wzrost sprzedaży. W ubiegłym roku firma sprzedała aż o 77% więcej samochodów, co uplasowało Polskę na 5. miejscu w Europie, przed tak dużymi rynkami, jak Hiszpania czy Francja. Przez pierwsze cztery miesiące bieżącego roku z salonów marki spod znaku Trzech Diamentów wyjechało niemal 8% więcej nowych pojazdów. Ulubionym modelem Polaków pozostaje Mitsubishi ASX, dostępny w odświeżonej wersji 2015. Tuż za nim w rankingu plasuje się znany SUV Mitsubishi Outlander, który oferuje w swojej gamie także innowacyjny model Outlander PHEV – pierwszy na świecie hybrydowy SUV-a z elektrycznym napędem na 4 koła. Rośnie sprzedaż modelu Lancer, zarówno w wersji Sedan, jak i Sportback, coraz większą popularność zdobywa również miejskie Mitsubishi Space Star, które zadebiutowało ubiegłej jesieni. W tym roku wzrosła również sprzedaż flagowego modelu Mitsubishi, jakim jest terenowe Pajero, debiutujące w zmodernizowanej wersji 2015. „To dobry start, ale dalsza część roku będzie jeszcze bardziej intensywna.” – podkreśla prezes polskiej filii korporacji spod znaku Trzech Diamentów Yasuyuki Oyama. „Jesienią zaprezentujemy nowe Mitsubishi Outlander i L200 oraz odświeżone i specjalne wersje naszych modeli. W związku z ambitnymi celami wzmacniamy nasze działania promocyjne, czemu posłuży między innymi wyodrębnienie z działu sprzedaży nowego, liczniejszego działu marketingu i PR, prowadzonego przez kreatywnego i doświadczonego menadżera Łukasza Wójcika.” – dodaje Yasuyuki Oyama.
Nowy ekspert w zespole
Łukasz Wójcik, zatrudniony na stanowisku dyrektora działu marketingu i PR, dołączył do grona pracowników polskiego oddziału MMC w maju bieżącego roku. Jest absolwentem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. 15-letnie doświadczenie w obszarach marketingu, PR, CRM, zarządzania, tworzenia strategii i rozwoju biznesu zdobywał w renomowanych agencjach reklamowych i korporacjach, takich, jak Saatchi&Saatchi, Grey Worlwide i British American Tobacco. Przez niemal 10 lat pełnił obowiązki menadżera do spraw komunikacji w firmie Volvo Car Poland a ostatnie lata współpracował z Harvard Business Review Polska. Jego konikiem są nowe technologie, marketing zorientowany na klienta i media społecznościowe. Wolny czas poświęca na grę w piłkę nożną i tenis a także żeglarstwo i jazdę na nartach. „Jestem dumny z możliwości pracy dla tak znakomitej marki, jaką jest Mitsubishi Motors i oraz możliwości uczestniczenia w procesie wzmacniania jej wizerunku w Polsce. Cieszę się, że dołączam do tak zgranego i doświadczonego zespołu, mogąc tworzyć i rozwijać zupełnie nowy dział. Moim celem jest wzmocnienie świadomości i siły marki Mitsubishi oraz wsparcie sprzedaży poprzez wykorzystanie nowych, innowacyjnych narzędzi i technologii.” – powiedział Łukasz Wójcik.
Adam Krzanowski, współzałożyciel i Prezes Grupy Nowy Styl
Adam Krzanowski, współzałożyciel i Prezes Grupy Nowy Styl, będzie reprezentował Polskę podczas światowego finału konkursu EY Przedsiębiorca Roku, który odbędzie się w dniach 3-7 czerwca 2015 roku w Monte Carlo. Polski przedsiębiorca zawalczy o prestiżowy tytuł EY World Entrepreneur of the Year ze wszystkimi zwycięzcami lokalnych edycji konkursu z 53 krajów świata.
Współzałożona przez Adama Krzanowskiego Grupa Nowy Styl to jedna z najdynamiczniej rozwijających się firm meblarskich w Polsce i na świecie. W jej portfolio znajduje się sześć marek produktowych oferujących meble biurowe, fotele i sofy, siedziska stadionowe, teatralne i audytoryjne, a także podłogi drewniane. Ponad 85% sprzedaży trafia na eksport do niemal 100 krajów na całym świecie, a zakłady produkcyjne zlokalizowane są w Polsce, Niemczech, na Ukrainie i w Rosji.
– Adam Krzanowski z firmy rodzinnej stworzył meblarską potęgę wyróżniającą się nie tylko na skalę Polski i Europy, ale całego świata. Skuteczna strategia firmy, stawiająca od początku na ekspansję zagraniczną, zaowocowała imponującą skalą eksportu, a konkurując na rynkach światowych, firma utrzymuje się w ścisłej czołówce kluczowych graczy z tej branży. Reprezentant naszego kraju w światowym finale konkursu EY World Entrepreneur of the Year to wizytówka Polski na miarę XXI wieku. Przykład sukcesu Grupy Nowy Styl potwierdza, że polscy przedsiębiorcy mogą śmiało konkurować i chwalić się swoimi sukcesami na arenie międzynarodowej – przyznaje Bartłomiej Smolarek, Partner w dziale Doradztwa Transakcyjnego EY, Audytor Konkursu EY Przedsiębiorca Roku.
Zwycięzca tegorocznego, 15-tego już międzynarodowego finału konkursu EY Przedsiębiorca Roku ogłoszony zostanie w sobotę, 6 czerwca br., podczas uroczystej gali finałowej, która odbędzie się w Salle Des Étoiles w Monako. Oceniając kandydatów niezależne Jury weźmie pod uwagę takie kryteria, jak przedsiębiorczość, wyniki finansowe, strategia firmy, wpływ na społeczność a także innowacyjność. W siedmioosobowym składzie międzynarodowego Jury Europę, a zarazem Polskę, reprezentował będzie przedsiębiorca, który wygrał polską edycję konkursu, Przedsiębiorca Roku 2012, Ewald Raben. Juror reprezentujący Polskę jest Prezesem Zarządu Grupy Raben, ulokowanej w Grądkach pod Poznaniem firmy logistyczno- transportowej, zarządzającej flotą ponad 5,5 tysiąca pojazdów i zatrudniającej ponad 8000 pracowników.
– Międzynarodowy finał konkursu EY Przedsiębiorca Roku będzie w tym roku spotkaniem 65 przedsiębiorców z 53 krajów świata. To grono prowadzi firmy o rocznym przychodzie sięgającym poziomu 38 mld USD. Liczba pracowników zatrudnionych przez tegorocznych laureatów też jest imponująca – wynosi 334 000. Firmy reprezentowane w tegorocznym finale dynamicznie rosną – średnio o 12% rocznie. Pięciodniowe spotkanie tych „gigantów” światowej przedsiębiorczości jest swojego rodzaju ‘małym Davos’. Przedsiębiorcy uczestniczyć będą w kilkudziesięciu panelach dyskusyjnych, warsztatach, wykładach i roboczych sesjach. Z tytułem zwycięzcy wyjedzie z Monte Carlo tylko jeden z nich, ale tak naprawdę zwycięzcami są wszyscy uczestnicy, bo sam udział w globalnym finale jest ogromnym awansem i wyróżnieniem. Kandydatura reprezentującego w tym roku Polskę Adama Krzanowskiego jest znakomita, przedsiębiorca obiecał, że będzie walczył o wygraną ‘jak lew’, a my ogromnie mu kibicujemy – mówi Barbara Górska, Dyrektor Konkursu EY Przedsiębiorca Roku.
Wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii niesie ze sobą wiele korzyści. W przypadku montażu np. paneli fotowoltaicznych, dzięki energii słonecznej jesteśmy w stanie produkować prąd, który następnie sami zużyjemy lub odsprzedamy do sieci energetycznej. A dodatkowym plusem tego typu rozwiązania jest możliwość uzyskania dofinansowania w wysokości 40% całej inwestycji.
Dotacje przyznawane są w ramach programu Prosument, który ma na celu ograniczenie emisji CO2 poprzez zwiększenie produkcji energii z odnawialnych źródeł. Środki finansowe uzyskać może zatem każdy, kto zdecyduje się na zakup i montaż małego systemu paneli fotowoltaicznych.
Dofinansowanie to obejmuje 40% całej inwestycji. Pozostałą kwotę należy pokryć „z własnej kieszeni”.
– W praktyce może ona pochodzić albo z wkładu własnego (w postaci zabezpieczenia w wysokości 110% pozostałej kwoty) albo z oferowanej przez bank pożyczki. W tym ostatnim wypadku weryfikowana rzecz jasna będzie zdolność kredytowa beneficjenta – wyjaśnia Paweł Sokół z firmy Soleo, oferującej rozwiązania z zakresu odnawialnych źródeł energii.
Zanim jednak wystąpimy o dofinansowanie, warto dowiedzieć się, jakie mogą być koszty całej instalacji, jaki system będzie dla nas optymalny oraz o co dodatkowo powinniśmy przy tym zadbać.
Instalacja jedno- czy trójfazowa?
Niezależnie od wszystkiego, w każdym wypadku pierwszym krokiem będzie audyt energetyczny, który pozwoli ustalić realne zapotrzebowanie na prąd i poziom jego zużycia w danym gospodarstwie.
– Później będziemy musieli zdecydować, czy wybierzemy instalację jedno- czy trójfazową. Ta pierwsza, choć nieco tańsza, wiąże się z dużymi ograniczeniami. Energia pochodząca ze słońca może wtedy być wykorzystana do zasilenia np. tylko żarówek na jednym piętrze lub tylko gniazdek na parterze – mówi przedstawiciel Soleo.
Takiego problemu nie będziemy mieli w przypadku instalacji o mocy przekraczającej 5 kW – tzw. trójfazowych. Tu po prostu w każdym gniazdku znajdzie się prąd pozyskany ze słońca, rozwiązanie to oceniane jest więc jako najbardziej optymalne. Koszt inwestycji tego typu to ok. 6500 zł za 1 kW. Co istotne, w tę cenę wliczony jest zarówno projekt, jak i montaż.
Trwałość systemu i miejsca montażu
Trwałość instalacji fotowoltaicznej szacuje się na ok. 25 lat. Jeszcze bardziej wytrzymała jest, wykonywana na ogół z aluminium konstrukcja, na której umiejscowione są panele. Co istotne, ich montaż nie wymaga dużej ingerencji w konstrukcję budynku.
– Jeśli jednak zdecydujemy się umieścić panele na dachu, w pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o jego stan techniczny – tak, aby bez żadnych kłopotów przetrwał on następne ćwierćwiecze. Wszelkie prace remontowe lub całkowitą wymianę należy zatem przeprowadzić jeszcze przed montażem instalacji – podpowiada ekspert Soleo.
O wydajności paneli fotowoltaicznych w dużej mierze decyduje roczne nasłonecznienie miejsca, w którym się one znajdują. Co oczywiste, silne promieniowanie i duża ilość słonecznych dni zwiększają możliwości uzyskiwania energii, instalacja powinna zatem być skierowana w stronę południową.
– Gdy taki kierunek jest niemożliwy do osiągnięcia na dachu lub balkonie, jedynym wyjściem staje się umiejscowienie systemu na ziemi. Do tego będziemy jednak potrzebowali odpowiedniej ilości miejsca na działce – dodaje Paweł Sokół.
Pamiętajmy o dwukierunkowym liczniku
Po przeprowadzonym audycie energetycznym, wyborze optymalnego systemu i zamontowaniu paneli we właściwym miejscu, ostatnim krokiem jest uzyskanie tzw. licznika dwukierunkowego. Bez niego bowiem prąd pozyskiwany ze słońca będzie traktowany tak samo jak ten płynący z sieci, przez co nasz rachunek zostanie naliczony podwójnie.
Co ciekawe, wyprodukowaną przez nas energię możemy też odsprzedawać. W tym celu należy podpisać umowę z siecią energetyczną.
Zdaniem ekspertów warto się z tym jednak wstrzymać do 1. stycznia 2016 roku. Wtedy bowiem zostaną wprowadzone „stawki gwarantowane”, po których skupowany będzie prąd pochodzący z instalacji prosumenckich: do 3 kW w cenie 0,75 zł za 1 kWh, a od 3 do 10 kW – 0,65 zł za 1 kWh.
Zawarta 30.05.2015 roku umowa przewiduje nabycie 25% akcji Alior Banku posiadanych przez spółki: Alior Lux S.àr.l. & Co SCA oraz Alior Polska Sp. z o.o.
Grupa PZU ze względu na swoją silną pozycję kapitałową ma okazję w ten sposób zrealizować zobowiązanie do wzrostu wartości Grupy. Dzięki zyskom inwestycyjnym może wygenerować dodatkową wartość dla akcjonariuszy. Inwestycja nie wpłynie na wysokość dywidendy za rok 2014.
– Wielokrotnie podkreślaliśmy, że jednym z naszych kluczowych celów jest budowanie wartości Grupy PZU dla akcjonariuszy. Możliwości znaczącego wzrostu na rynku ubezpieczeniowym są obecnie mocno ograniczone, stąd inwestycja PZU w aktywa bankowe. Bardzo się cieszę, że możemy dziś ogłosić, że to PZU, mocny, polski inwestor nabył akcje Alior Banku. Wielokrotnie podkreślałem, że PZU jest zainteresowany udziałem w takich przedsięwzięciach na rynku kapitałowym, które przy odpowiednim poziomie bezpieczeństwa przyniosą ponadprzeciętne zyski naszym właścicielom – powiedział Andrzej Klesyk, prezes PZU.
– Dzisiejsza akwizycja jest pierwszym krokiem do konsolidacji polskiego sektora bankowego z udziałem Grupy PZU. W dalszym ciągu jesteśmy zainteresowani inwestycjami w tym obszarze. Nabycie znaczącego udziału w Alior Banku pozwoli nam stworzyć platformę do konsolidacji rodzimego sektora bankowego. W efekcie umożliwi nam uzyskanie premii wynikającej z faktu bycia liderem tych procesów. Będzie to istotnym elementem wzrostu wartości Grupy PZU w kolejnych latach – dodał Andrzej Klesyk.
Innowacyjność jest jedną z wartości wpisanych do nowej strategii PZU 3.0. Nabycie akcji Alior Banku doskonale wpisuje się w tę strategię ze względu na jego innowacyjność, wysoki poziom zaawansowania komercyjnego i technologicznego oraz doświadczoną i skuteczną kadrę menedżerską.
Alior Bank jest szczególnie atrakcyjnym podmiotem także z uwagi na bardzo silną pozycję w segmencie bankowości detalicznej wspieraną licznymi inicjatywami strategicznymi, wiodące i innowacyjne rozwiązania w zakresie systemów IT, sieci dystrybucji i wysoką efektywność kosztową.
Sektor bankowy w Polsce z jednej strony charakteryzuje się relatywnie dużą stabilnością i wysoką jakością aktywów, a z drugiej strony ma przed sobą perspektywy wzrostu wynikające z niższego poziomu ubankowienia niż w krajach Europy Zachodniej. Polski sektor bankowy jest największym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, posiadając aktywa o wartości ponad 339 mld EUR. Rentowność banków w Polsce pozostaje na stosunkowo wysokim poziomie kształtując się powyżej średniej dla krajów regionu.
Polska jako jedyna gospodarka w Unii Europejskiej uniknęła recesji w 2009 roku. Skumulowany wzrost PKB w Polsce w latach 2008-2014 ukształtował się na poziomie 23,8%, co jest jednym z najlepszych wyników nie tylko wśród krajów UE, ale również OECD. Wiodące instytucje międzynarodowe oraz krajowe oczekują dalszego wzrostu gospodarczego w Polsce. Prognozy dynamiki PKB Polski na lata 2015-2017 kształtują się w przedziale 3,0%-4,3% r/r.
W przyszłym roku mija 10 lat od początku boomu, jaki w 2006 roku miał miejsce w sektorze budownictwa mieszkaniowego w Polsce. To dobry moment, aby przypomnieć wszystkim nabywcom mieszkań z tego okresu, iż nadszedł przysłowiowy „ostatni dzwonek” na dochodzenie roszczeń od deweloperów za wady nieruchomości wybudowanych w tym czasie.
Popyt przewyższający podaż
Mimo że data ta jest umowna, można przyjąć, iż początki polskiego boomu mieszkaniowego sięgają 2006 roku. Coraz stabilniejsza gospodarka oraz zwiększona dostępność kredytów mieszkaniowych (w tym jakże medialnych ostatnio kredytów walutowych we frankach szwajcarskich) pozwoliła wielu Polakom podjąć, niejednokrotnie trudną, decyzję o zakupie własnego „M”. Początkowo popyt znacznie przekraczał liczbę mieszkań dostępnych na rynku, co z jednej strony automatycznie windowało ich ceny, ale z drugiej jednocześnie skłaniało deweloperów do rozpoczęcia inwestycji na szeroką skalę. Ceny gruntów nadających się pod tego rodzaju budownictwo poszybowały w górę. Nowe osiedla zaczęto realizować w miejscach, które wcześniej nie cieszyły się większym zainteresowaniem branży bądź miały stanowić zaplecze inwestycyjne na przyszłość, czego przykładem są choćby realizacje w warszawskich dzielnicach Białołęka i Wilanów. Budowano coraz więcej i coraz szybciej, aby wykorzystać istniejącą koniunkturę. Taka sytuacja pozwoliła wielu osobom zrealizować swoje marzenia o nowym mieszkaniu, i to nie tylko szukającym przestronnych apartamentów, ale przede wszystkim mniejszych mieszkań dostępnych dla przeciętnej polskiej rodziny. Niestety sytuacja miała również swoje ciemniejsze strony.
Co nagle, to po diable
Tempo realizacji nowych inwestycji i dążenie wielu firm deweloperskich do minimalizowania kosztów niejednokrotnie powodowały obniżanie standardów wykonania mieszkań i nieruchomości wspólnych, czyli m.in. elewacji, klatek schodowych, zadaszenia, wentylacji, izolacji poziomych i pionowych budynków. Za przykład można uznać wykorzystywanie materiałów nieodpowiedniej jakości, niedbalstwo wykonawcze czy błędy projektowe i odstępstwa do założeń projektowych na etapie realizacji. Powyższe zaniedbania często łączyły się z kolejnym grzechem pierworodnym budownictwa mieszkaniowego, jakim jest wybór miejsc pod osiedla, w lokalizacjach, które nie są do tego przygotowane, często z powodu niewłaściwych warunków geologicznych. Nie dotyczyło to jedynie tańszych mieszkań, ale także ekskluzywnych osiedli zamkniętych.
Już po zakupie wymarzonego lokum na wielu inwestycjach zaczęły ujawniać się wady nabytych mieszkań oraz nieruchomości wspólnych. Część z nich była oczywiście usuwana przez deweloperów z uwagi na udzielone gwarancje i rękojmię za wady fizycznie nieruchomości. Jednak część usterek załatwiano jedynie powierzchownie lub w ogóle, a ogromna liczba wad, pomimo starań powstałych na osiedlach wspólnot mieszkaniowych i firm zajmujących się zarządzaniem nieruchomościami, istnieje do dnia dzisiejszego. Na szczęście właściciele mieszkań nie są bezbronni w takiej sytuacji– podkreślaPaweł Zimiński, partner w kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.
Deweloper płaci za błędy
Gdy deweloper nie chce naprawiać istniejących wad mieszkań czy też części wspólnych, mieszkańcy mogą kierować przeciwko niemu pozwy o zapłatę za nienależyte wykonanie zobowiązań. Podstawowym instrumentem chroniącym właścicieli jest wspomniana już rękojmia, która pozwala na stosunkowo łatwe dochodzenie roszczeń z tytułu wad nieruchomości, wymaga wszakże dochowania trzyletniego terminu (dla nowych inwestycji oddawanych do użytkowania od końca 2014 roku jest to 5 lat) oraz systematycznego i terminowego zgłaszania wszystkich wad. Bardzo często nie udaje się jednak wskazanych warunków zachować. W takiej sytuacji właścicielom mieszkań pozostaje dochodzenie od deweloperów roszczeń odszkodowawczych wynikających z zawartych umów sprzedaży mieszkań, przy czym ograniczeniem jest 10-letni termin przedawnienia.
Należy pamiętać, iż roszczenie związane z wadami konkretnych lokali mogą być dochodzone przez samych właścicieli. Znacznie bardziej złożone jest dochodzenie roszczeń wynikających z wad części wspólnych – każdy właściciel lokalu ma określony udział w nieruchomości wspólnej i może dochodzić samodzielnie jedynie swojej części roszczenia, co oczywiście powoduje, że takie działanie staje się całkowicie nieopłacalne – dodaje mecenas Zimiński.
Niestety dotychczasowa praktyka pokazała, iż idea pozwu zbiorowego okazała się całkowicie niewydolna w odniesieniu do tego typu roszczeń. W sukurs mieszkańcom przyszedł jednak Sąd Najwyższy, który w uchwale z dnia 29 stycznia 2014 r. (sygn. akt III CZP 84/13) przesądził, iż roszczenia dotyczące nieruchomości wspólnych mogą być przenoszone przez członków wspólnot na wspólnoty. Takie rozwiązanie w znaczny sposób ułatwia dochodzenie roszczeń do deweloperów i pozwala uzyskać środki niezbędne do przywrócenia nieruchomości wspólnych do prawidłowego stanu. Ponieważ wskazany już termin przedawnienia wynosi dla takich roszczeń 10 lat, bieżący rok jest ostatnim momentem na podjęcie przez właścicieli mieszkań lub zarządców części wspólnych kroków zmierzających do wyegzekwowania roszczeń przysługujących im przeciwko deweloperowi.
Mecenas Zimiński zwraca również uwagę na fakt, że koszt usunięcia wad części wspólnych może oscylować od kilkudziesięciu tysięcy do kilku milionów złotych.Wady te ze względu na swoją specyfikę często muszą być bezwzględnie naprawione, co w przypadku, kiedy nie uda się uzyskać odszkodowania od dewelopera generuje ogromne koszty dla wspólnoty. Pytanie więc, kto za to finalnie zapłaci – współwłaściciele z własnej kieszeni, czy niesolidny deweloper –dodaje ekspert kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.
Z roku na rok pozwów wspólnot mieszkaniowych jest coraz więcej. W wyrokach sądy zasądzają odszkodowanie w wysokości wprost proporcjonalnej do przelanych na wspólnotę roszczeń. W przypadkach, gdy wspólnota dysponuje roszczeniami od 80% współwłaścicieli, może dochodzić jedynie 80% roszczenia. Kosztorysy sporządzane przez biegłych sądowych są podstawą zasądzenia odszkodowania. W związku z tym, nawet w przypadku braku 100% cesji, zasądzona kwota odszkodowania, może wystarczyć na usunięcie wszystkich wad części wspólnych. Praktyka przetargów pokazuje, że oferty wykonawców, którzy mają usunąć wady, zawierają kwoty niższe niż kosztorysy sporządzane przez biegłych. Tym samym ryzyko, że kwota odszkodowania w przypadku braku 100% cesji nie pokryje kosztów napraw jest relatywnie niska. Do tego dochodzą jeszcze odsetki ustawowe od zasądzonego odszkodowania, które stanowią swoistą poduszkę finansową dla wspólnot i pozwalają pokryć koszty procesu – dodaje mecenas Zimiński.
Koszty postępowań sądowych są czynnikiem, które odstrasza wiele wspólnot przed złożeniem pozwu. Związane jest to z faktem, że tego typu procesy sądowe są długotrwałe i wymagają zatrudnienia kancelarii prawniczych, które posiadają niezbędne zaplecze do podźwignięcia tego typu postępowań. I nie chodzi tu tylko o logistykę z uwagi na ilość dokumentów niezbędnych do złożenia pozwu, ale przede wszystkim o doświadczenie i know-how. Mimo, że na pierwszy rzut oka są to zwykłe pozwy o zapłatę, to tak naprawdę ilość pułapek formalnych czyhających na profesjonalnych pełnomocników jest ogromna. Stąd samo przygotowanie legitymacji wspólnot do wystąpienia z pozwem może stanowić o wygranej lub przegranej sprawie. A formalne kwestie są bezlitośnie wykorzystywane przez deweloperów w procesie, zwłaszcza, kiedy wady są ewidentne– kończy mecenas Zimiński.
Mec. Paweł Zimiński, partner w kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci – specjalizuje się w sprawach związanych z obsługą inwestycji na rynku nieruchomości. Od wielu lat doradza Klientom w sprawach dotyczących obrotu nieruchomościami, świadczy pomoc w kwestiach prawnych na wszystkich etapach procesu budowlanego. Reprezentuje wspólnoty mieszkaniowe oraz właścicieli nieruchomości w sporach z deweloperami w zakresie roszczeń odszkodowawczych związanych z wadami nieruchomości. Jego praktyka sądowa i administracyjna koncentruje się również na reprezentowaniu osób fizycznych i prawnych w sprawach roszczeń reprywatyzacyjnych dotyczących tzw. „gruntów warszawskich”, nacjonalizacji przemysłu, reformy rolnej, wywłaszczonych nieruchomości.
Wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu wyniósł w maju 52,4 pkt, wobec 54,0 pkt w kwietniu br. – podał HSBC. Przemysł jest ciągle na fali wzrostowej, ale fala ta zaczyna się „spłaszczać”. Warto przypomnieć, że po 3. miesiącach 2015 r. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 5,3 proc. r/r, a po 4 miesiącach już „tylko” o 4,4 proc. (dane GUS). Informacje płynące ze wskaźnika PMI wyprzedzająco to pokazują.
Nie oznacza to, że przemysł ma się źle. Wskaźnik nowych zamówień, w tym zamówień eksportowych rośnie. Firmy informują o pozyskiwaniu nowych klientów oraz o wyższym popycie z Europy. Rośnie kolejny (piąty) miesiąc z rzędu czas dostaw, co wskazuje na popyt silniejszy niż możliwość jego realizacji przez firmy. Maleją zapasy i jest to, w opinii przedsiębiorstw, wynikiem wzrostu sprzedaży.
Rośnie też zatrudnienie. I to jest najważniejszy sygnał płynący z sektora przemysłowego. Firmy mówią o potrzebach zwiększania zatrudnienia wraz z rosnącą produkcją, ale także wyraźnie mówią o potrzebie reorganizacji. Gdyby przemysł miał istotnie zwolnić, przedsiębiorstwa w tym sektorze nie decydowałyby się na zatrudnianie kolejnych pracowników. Polskie prawo pracy nakazuje być ostrożnym przy zatrudnianiu nowych pracowników jeśli firma nie widzi perspektyw dla rozwoju. Wzrost zatrudnienia jest zatem efektem bieżącej presji związanej z nowymi zamówieniami, ale także pokazuje myślenie firm w dłuższej perspektywie. Już dzisiaj bowiem wiele przedsiębiorstw ma kłopoty ze znalezieniem pracowników o potrzebnych kwalifikacjach i kompetencjach. Tylko oceniając przyszłość pozytywnie przemysł może chcieć i potrzebować zwiększać zatrudnienie. Za chwilę może to być już trudne i nawet istotne podwyżki wynagrodzeń dla poszukiwanych specjalistów mogą nie być skuteczne. Polski rynek pracy charakteryzuje się bowiem ciągle silnym niedopasowaniem strukturalnym do potrzeb gospodarki. Niedawno radomscy przedsiębiorcy działający w branży metalowej, która silnie się w tym regionie rozrasta, informowali że nie mogą znaleźć pracowników z kwalifikacjami potrzebnymi w tej branży. A bezrobocie w Radomiu wynosi prawie 21 proc.!
Mimo, iż kwietniowy i majowy PMI jest niższy niż w 1. kwartale br., jednak ciągle kształtuje się istotnie powyżej progu 50 pkt. A to potwierdza, że sektor gospodarki, który generuje ponad 25 proc. wartości dodanej brutto, także w 2. kwartale br. będzie motorem wzrostu gospodarczego.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
USD nieco się skonsolidował przed przewidywaną znaczną korektą w dół amerykańskiego PKB w I kwartale, który w ujęciu zanualizowanym może przyjąć wartości zdecydowanie ujemne. Pytanie brzmi jednak, czy inwestorzy będą woleli skupić się na kilku odczytach, które ostatnio zaskakiwały nas pozytywnie i na nadziei, że najważniejsze dane za maj opublikowane w przyszłym tygodniu przeważą nad obawami związanymi z I kwartałem, które wydają się słabnąć (ostatecznie od III kwartału dzieli nas zaledwie kilka tygodni!).
Christine Lagarde z Międzynarodowego Funduszu Walutowego oświadczyła, że Grecja może opuścić strefę euro, co jednak nie oznacza końca wspólnej waluty. MFW zaproponował również Grecji przedłużenie terminu płatności o kolejne trzy tygodnie, aby umożliwić jej uregulowanie kwoty 1,6 mld EUR należnej w przyszłym miesiącu. Czy istnieje ryzyko, że okres niepewności w związku z sytuacją w Grecji zostanie przedłużony? To bardzo prawdopodobne…
Ujemny PKB Szwajcarii w I kwartale w ujęciu kwartał do kwartału nie był zaskoczeniem, ponieważ CHF narażony był na znaczny wstrząs rewaluacyjny 15 stycznia. SBN zachowuje względne milczenie, liżąc rany po problemach z pułapem kursu CHF, nie należy jednak sądzić, że szwajcarski bank centralny całkowicie wypadł z globalnej gry o dewaluację.
EUR/NOK
Para EUR/NOK dziś rano znajdowała się na interesującym poziomie oporu przed dzisiejszą publikacją istotnych danych – czy nadal będzie powracać w granice przedziału, czy też wybije się z powrotem do wyższego przedziału w przypadku kapitulacji.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: fakt, iż dzisiejsza korekta danych z I kwartał będzie brutalna, nie jest żadną tajemnicą, możemy zatem przetrwać ten raport z mocnym USD – lub w okolicach publikacji mogą wystąpić wahania, by i tak zamknąć sesję mocnym akcentem. W tym tygodniu dolar zdołał nas przekonać, że zmierza do ponownej aprecjacji i odnotował maksima cyklu względem JPY i NZD; w nadchodzących tygodniach do tego trendu dołączą pozostałe pary z USD, jeżeli dane ze Stanów Zjednoczonych w przyszłym tygodniu okażą się korzystne.
EUR: w parach walutowych EUR wydaje się odporne, jednak rajd względem USD stanowił łagodną konsolidację i czekam na kontynuację wyprzedaży w parze EUR/USD, jeżeli rynek nie zareaguje zbyt gwałtownie na dzisiejszą korektę w dół PKB. 1,1000 to ostateczna granica na zamknięciu w tej parze. Najbliższym kluczowym zdarzeniem związanym z ryzykiem dla euro będzie posiedzenie EBC w następną środę.
JPY: przedstawiciele dokonują werbalnych interwencji: minister finansów Taro Aso stwierdził, że deprecjacja JPY była „trudna” i że zamierza uważnie śledzić sytuację na rynku. Czy ostateczną granicą będzie poziom 125,00? W pozostałych parach JPY nieco zyskuje na wartości, w szczególności względem walut surowcowych.
GBP: walucie udało się wczoraj niewielkie odbicie, nie widzę jednak przeszkód, by para GBP/USD nie powróciła z poziomów ostatniego osłabienia w kierunku obszaru 1,5100/1,5000, który obecnie może stanowić dno przedziału. W parze EUR/GBP nastąpiła konsolidacja i kolejny sygnał nadający jej kierunek możemy otrzymać dopiero po posiedzeniu EBC w przyszłą środę.
CHF: dzisiejszy negatywny odczyt PKB i brak postępów w sprawie Grecji – podejrzewam, że SBN odpoczywa, biorąc pod uwagę, że ważony kurs CHF na zamknięciu był blisko najwyższego miesięcznego poziomu od stycznia. Ryzyko dla CHF jest spadkowe, jednak istnieje również dwukierunkowe ryzyko związane z nieoczekiwanymi doniesieniami w sprawie Grecji.
AUD: waluta znajduje się obecnie blisko minimów cyklu poniżej poziomu 0,7550; w przyszłym tygodniu może sięgnąć tych minimów w przypadku umiarkowanego komunikatu RBA we wtorek i w przypadku, gdyby dane ze Stanów Zjednoczonych zapewniły wsparcie USD.
CAD: walucie udało się niewielkie odbicie po tym, jak para USD/CAD wczoraj wybiła się powyżej poziomu 1,2500. Przewiduję wzrost w tej parze, mimo iż CAD to interesująca długa pozycja. Uwaga na dzisiejszy odczyt PKB w Kanadzie.
NZD: para NZD/USD sięgnęła nowego minimum – jeżeli ta sytuacja się utrzyma przy równoczesnym umocnieniu USD, dotrzemy do poziomu 0,7000, a następnie do poziomu 0,6850. Para AUD/NZD powróciła na ścieżkę rajdu – zobaczymy, czy ten kierunek się utrzyma po wtorkowym posiedzeniu RBA.
SEK: dziś poznamy odczyt PKB, a para EUR/SEK znajduje się niemal w połowie przedziału – co robić, gdy nie podoba mi się ani EUR, ani SEK? Para ta najprawdopodobniej w najbliższym czasie zareaguje zgodnie z kierunkiem danych.
NOK: dzisiejsze dane będą miały zasadnicze znaczenie, w szczególności w kontekście faktu, iż para EUR/NOK znajduje się na głównym poziomie oporu i 200-dniowej średniej ruchomej – przedział czy przełamanie? Zasadniczo dostrzegam ryzyko dalszego osłabienia NOK w przypadku umiarkowanej retoryki Norges Bank.
Najważniejsze dane ekonomiczne
Wielka Brytania: wskaźnik zaufania konsumentów w maju wykazał +1 w porównaniu z przewidywanym +4 i z odnotowanym w kwietniu +4
Japonia: stopa bezrobocia w kwietniu wyniosła 3,3% w porównaniu z przewidywanym poziomem 3,4% i z odnotowanym w marcu 3,4%
Japonia: wydatki gospodarstw domowych ogółem w kwietniu wykazały -1,3% r/r w porównaniu z przewidywanym poziomem +3,0%
Japonia: odczyt krajowego CPI w kwietniu wykazał +0,6% r/r zgodnie z przewidywaniami
Japonia: odczyt krajowego CPI w kwietniu z wyłączeniem świeżej żywności i energii wykazał +0,4% r/r w porównaniu z przewidywanym +0,3%
Japonia: wstępny odczyt produkcji przemysłowej w kwietniu wykazał +1,0% m/m i -0,1% r/r zgodnie z przewidywaniami, w porównaniu z odnotowanym w marcu -1,7% r/r
Australia: sprzedaż nowych domów w kwietniu wykazała +0,6% m/m
Szwajcaria: PKB w I kw. wykazał -0,2% k/k i +1,1% r/r z porównaniu z przewidywanymi odpowiednio 0,0%/+1,6% oraz z odnotowanym w IV kw. +1,9% r/r
Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)
Szwecja: PKB w I kw. (07:30)
Norwegia: sprzedaż detaliczna w kwietniu (08:00)
Norwegia: stopa bezrobocia w maju (08:00)
Kanada: PKB w marcu (12:30)
Stany Zjednoczone: korekta PKB w I kw. (12:30)
Stany Zjednoczone: Chicago PMI w maju (13:45)
Stany Zjednoczone: ostateczne wyniki ankiety Uniwersytetu Michigan w maju (14:00)
Wszystko wskazuje na to, że do momentu zakończenia negocjacji z unijnymi kredytodawcami, kluczowe znaczenie dla sytuacji panującej zarówno na rynku walut, jak i akcji, będą miały informacje napływające południa Europy. Zgodnie z zapowiedziami rzecznika prasowego greckiego rządu, Gabriela Sakellaridisa, widoczny od kilku dni wśród inwestorów optymizm ma swoje odzwierciedlenie w postępach w rozmowach z Brukselą. „Naszym celem jest osiągnięcie porozumienia z wierzycielami do niedzieli” – powiedział Sakellaridis w czasie wczorajszej konferencji prasowej. Zdaniem ekonomistów, termin ten jest jednak mało realny, a jego dotrzymanie wymagałoby od premiera Aleksisa Tsiprasa pójścia na liczne ustępstwa m.in w kwestii reform dotyczących rynku pracy i systemu emerytalnego. Nieco mniej entuzjastycznie na temat przyszłości Aten wypowiada się także szefowa MFW, Christine Lagarde. Jej zdaniem, jeśli Grecy nie uregulują swoich zobowiązań, zostaną pozbawieni dalszego finansowania, a ich wystąpienie ze strefy euro stanie się możliwe. Termin spłaty kolejnej transzy należności – w wysokości 300 mln euro – mija 5 czerwca.
W Europie dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji danych obrazujących dynamikę sprzedaży detalicznej w Niemczech oraz inflacji PPI we Francji. Uwagę inwestorów znad Wisły przyciągnęły także wiadomości o aktualnej sytuacji ekonomicznej w Polsce. Popołudniu zza Oceanu napłyną natomiast wiadomości na temat PKB w I kwartale (prognoza -0.8% k/k) oraz wysokości indeksu Uniwersytetu Michigan (prognoza 89.9 pkt).
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
500% zysku? Nawet tyle mogli zarobić Ci, którzy dekadę temu zainteresowali się rynkiem zabytkowych aut. Sporo można było też zarobić na dziełach sztuki, winie, whisky, ziemi rolnej i kolekcjonerskich monetach. Informacje na ten temat zebrał Lion’s Bank.
W 2014 roku średnie oprocentowanie lokat spadło poniżej 3%, giełda niespecjalnie pozwalała zarobić, a ceny nieruchomości pozostawały na niemal niezmienionym poziomie. Tym bardziej warto podkreślić, że wciąż są aktywa, w przypadku których notowane stopy zwrotu każą inwestorom przecierać oczy ze zdumienia.
Są one jednak najczęściej możliwe do zrealizowania na rynkach, w przypadku których inwestowanie bez odpowiedniej wiedzy może się skończyć sporymi stratami. Co więcej nawet osoby z największą wiedzą mogą mieć trudności z przewidzeniem korekty lub nie zauważą pompowania na danym rynku spekulacyjnej bańki. Niemniej warto wiedzieć gdzie dziś dwucyfrowe stopy zwrotu można było uzyskać w zaledwie rok.
Dwucyfrowe zyski w 2014 roku
Pod względem wzrostu wartości najlepiej w 2014 roku wypadły: zabytkowe samochody, ziemia rolna, whisky, dzieła sztuki i monety kolekcjonerskie. Wszystkie te aktywa pozwoliły zrealizować dwucyfrowe stopy zwrotu w zaledwie 12 miesięcy. Prym wiedzie w tej grupie ziemia rolna, której przeciętny wzrost wartości wyniósł aż 18,7% (IV kw. 2014 r. / IV kw. 2013 r.) – wynika z indeksu wartości ziemi rolnej stworzonego przez Lion’s Bank. Na kolejnych miejscach uplasowały się zabytkowe auta z wynikiem na poziomie 16% (dane HAGI), dzieła sztuki (15% dane Art Market Research), monety (13% dane Art Market Research) i whisky (11% dane Rare Whisky Vintage 50 Index).
Zmiany cen wybranych aktywów inwestycyjnych
Typ aktywów
Stopa zwrotu
Rok
5 lat
10 lat
Samochody
16%
140%
487%
Ziemia rolna w Polsce
19%
86%
406%
Dzieła sztuki
15%
61%
252%
Wino
7%
38%
234%
Monety
13%
92%
232%
Znaczki
3%
34%
195%
Biżuteria
2%
35%
168%
Diamenty
2%
73%
167%
Gitary
7%
-16%
73%
Chińska ceramika
9%
46%
69%
Zegarki
4%
49%
68%
Meble
-9%
-25%
-28%
Whisky
11%
190%
brak danych
Akcje na świecie (MSCI)
6%
67%
90%
Akcje w Warszawie (WIG)
0%
29%
93%
Źródło: Knight Frank, Rare Whisky Vintage 50 Index, The 42 Guitar Index; Dane za okres do 2014 r.
W gronie tym rok 2014 przyniósł dwa rekordy cenowe. Po pierwsze na aukcji organizowanej przez Bonhams za 38 mln USD nowego właściciela znalazło Ferrari 250 GTO Berlinetta z 1962 roku. Warto podkreślić, że kwota ta to równowartość około 600 – 700 przeciętnych polskich mieszkań.
Drugą rekordową transakcją była sprzedaż złotej monety, która miała upamiętnić koronację Edwarda VIII planowaną na 1937 rok. Po wybiciu dwóch monet próbnych okazało się jednak, że w grudniu 1936 przyszły król abdykował. Powstał tym samym bardzo rzadki numizmat, którego wartość rynek ocenił na aukcji urządzonej przez Baldwin’s na 516 tys. GBP. Jest to najwyższa cena jaką kiedykolwiek osiągnął brytyjski numizmat.
Stracić można było na meblach
Gorzej było w przypadku zabytkowych mebli (spadek o 9% zgodnie z danymi Art Market Research). Relatywnie niewysokie stopy zwrotu można było ponadto zrealizować inwestując z biżuterię (wzrost o 2% dane Art Market Research) i diamenty (wzrost o 2% dane Fancy Color Research Foundation). W tej ostatniej kategorii warto zwrócić uwagę na rekord cenowy. W 2014 roku na aukcji organizowanej przez Sotheby’s sprzedany został bowiem niebieski diament (The Mellon Blue Diamond) za 32,6 mln USD, co było najwyższą ceną osiągniętą w historii przez tego typu kamień.
W kontekście relatywnie niewielkich wzrostów cen na uwagę zasługuje także rynek kolekcjonerskich znaczków. Z katalogu, który bada zmiany ich cen na całym świecie (Stanley Gibbons) wynika, że przeciętnie filateliści zyskali w ubiegłym roku 3%. Znacznie bardziej elektryzującą informacją jest w tym wypadku fakt, że rok 2014 przyniósł na tym rynku kolejną rekordową transakcję. Dotyczyła ona niepozornego znaczka pochodzącego z Gujany Brytyjskiej. Ten z 1856 roku o nominale zaledwie 1 centa wyceniony został na 9,48 mln USD. Cenę tę tylko w ograniczonym stopniu tłumaczy fakt, że na świecie znany jest tylko jeden zachowany egzemplarz tego znaczka.
Od kilkuset złotych do kilkuset milionów
Powyższa lista inwestycji, które wykraczają poza tradycyjne produkty bankowe czy akcje, obligacje i fundusze inwestycyjne jest bardzo okrojona, bo i możliwości lokowania kapitału jest cała masa. Można na przykład zainwestować na rynku mieszkaniowym i czerpać przychody z wynajmu, wymienić gotówkę na monety o niskich nominałach zanim trafią do obiegu i liczyć na to, że w przyszłości będzie ktoś chciał za nie więcej zapłacić czy stworzyć kolekcję specjalnych edycji gier komputerowych i popularnych zabawek, które zachowane w nienaruszonym pudełku z wiekiem mogą zyskać na wartości.
Rozwiązań jest więc wiele, a każde z nich wymaga innej zasobności portfela. Podczas gdy na zbieranie monet okolicznościowych czy zabawek i gier wystarczy kilkaset złotych w ciągu roku, to już zakup nieruchomości, beczki whisky lub zabytkowego sportowego auta kosztować może od kilkudziesięciu tysięcy złotych do ponad 100 milionów złotych. Co więcej trzeba pamiętać, że inwestycje tego typu są przeważnie długoterminowe. Warto więc, aby lokowany kapitał mógł pozostać zainwestowany przez 5-10 lat. Oczekiwanie potrafi się opłacić. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że wyniki prezentowane przez wyżej wspomniane indeksy często prezentują zmiany cen hipotetycznego portfela butelek, aut, monet czy mebli, których ceny na bieżąco są badane, a wynik prezentowany w formie indeksu. W efekcie, pomimo wzrostu indeksu cen zabytkowych aut czy 100 butelek whisky o ponad kilkanaście procent w sakli roku, bez problemu można znaleźć egzemplarze, których ceny spadały.
Sprzedaż zagraniczna Inter Cars rozwija się znacznie szybciej niż dystrybucja krajowa. W drugiej połowie roku korzystna dynamika eksportu powinna być utrzymana. Spółka obecnie prowadzi działalność na dwunastu rynkach europejskich, głównie w krajach środkowej i wschodniej części Starego Kontynentu. W br. planowane jest wprowadzenie systemu filialnego we Włoszech.
– Inter Cars to obecnie dwanaście rynków geograficznych, z czego nasze spółki zagraniczne mają w tej chwili dużo większą dynamikę przychodów niż Polska, bo aż dwucyfrową – informuje agencję Newseria Inwestor Robert Kierzek, prezes zarządu spółki. – Myślę, że ta tendencja będzie się utrzymywała również w drugiej połowie roku. Asortyment mamy największy w tej części Europy. Chcemy się nastawić na poprawienie sprawności logistycznej. Części do samochodów ciężarowych, rynek opon oraz elementy wizualne to w tej chwili nasze priorytety.
Kluczowym rynkiem zagranicznym dla spółki, jak przekonuje Robert Kierzek, jest obecnie Rumunia, gdzie notowana jest największa sprzedaż. W br. Inter Cars planuje wprowadzenie systemu filialnego na rynku włoskim, drugim największym w europejskiej branży części zamiennych i akcesoriów samochodowych.
– Mamy bardzo świeży biznes na Słowenii, który też zaczyna się intensywnie rozwijać – zauważa prezes Kierzek. – Wydaje się jednak, że Włochy będą sporym wyzwaniem, więc na tym na razie chcemy się skupić. Oczywiście, jeżeli pozostałe rynki zagraniczne rosną w takim tempie, jak to pokazujemy w miesięcznych raportach, to jest tam też dużo do zrobienia. Szczególnie pod względem zorganizowania zaplecza logistycznego.
Obecność spółki we Włoszech związana jest z przejęciem w 2007 roku przedsiębiorstwa JC Auto.
– Odziedziczyliśmy po prostu włoską strukturę, spółkę, którą na początku chcieliśmy zamknąć – tłumaczy prezes zarządu Inter Cars. – Potem jednak zdecydowaliśmy o kontynuacji. Po kilku latach doszliśmy do wniosku, że rynek włoski, a szczególnie tamtejsza, bardzo zbliżona do polskiej, mentalność, jest dużą szansą na transfer naszego systemu filialnego. Próbujemy więc nasz biznes rozwijać także tam.
Polska jest europejskim zagłębiem części zamiennych do samochodów i akcesoriów. W ub.r. wartość produkcji sprzedanej wszystkich firm z tej branży wyniosła ok. 60 mld zł, z czego połowa trafiła na eksport. Inter Cars SA jest największym dystrybutorem tego rodzaju produktów w Europie Środkowej i Wschodniej. W pierwszym kwartale br. przychody spółki wyniosły blisko miliard zł (982,5 mln zł) i były o ponad 100 mln zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto zamknął się kwotą 35,8 mln zł wobec 34,5 mln zł w I kwartale 2014 r. Należące do firmy podmioty zależne prowadzą działalność na Ukrainie, w Czechach, na Litwie, Słowacji, Węgrzech, w Belgii, we Włoszech, w Chorwacji, Rumunii, na Cyprze, Łotwie, w Bułgarii, na Malcie oraz w Słowenii.
Marek Wójcik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji
Pod koniec miesiąca Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji uruchomi kolejne usługi w ramach platformy e-administracji ePUAP. Wśród e-usług uruchamianych jako pierwsze mają znaleźć się te najbardziej przydatne dla firm i indywidualnych odbiorców.Łatwiej będzie m.in. zarejestrować i prowadzić działalność gospodarczą.
– Modernizujemy ePUAP. Jeszcze pod koniec czerwca będziemy mogli uruchomić bardzo dużą nowych usług – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Wójcik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.
Jak podkreśla Wójcik, uruchomienie usługi przeciąga się, ponieważ resort chce mieć pewność, że po jej starcie nie będzie konieczności wprowadzania poprawek. Pierwotnie modernizacja platformy ePUAP (czyli ePUAP2) miał ruszyć w styczniu.
Przedstawiciel resortu zapewnia, że z nowego pakietu e-usług będą mogli korzystać zarówno indywidualni odbiorcy, np. w zakresie pomocy społecznej, jak i przedsiębiorcy.
– Będą to usługi ułatwiające np. proces rejestracji czy proces prowadzenia działalności. Ewidentnie skierowaliśmy się na te dwie grupy. Myślę, że mieszkańcy szybko odczują te zmiany– zapewnia Marek Wójcik.
Cyfryzacja administracji to jeden z elementów zmieniania jej na bardziej innowacyjną. Co ważne, jest to jeden z filarów programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Jak podkreśla Wójcik, innowacyjna administracja to przede wszystkim nakierowanie się na potrzeby odbiorcy.
– Mówimy o potrzebie dokonywania korekt działania administracji, uwzględniając to, co przed nami. To m.in. demograficzne korekty i to bardzo głębokie, rosnąca rola dużych obszarów metropolitalnych, coraz większe zainteresowanie mieszkańców korzystaniem z narzędzi informatycznych, a co najważniejsze – rosnąca rola partycypacji społecznej, czyli włączania obywateli w zarządzanie – wymienia przedstawiciel resortu. – Dla mnie innowacyjna administracja to m.in. taka, która potrafi współpracować ze swoimi odbiorcami dla realizacji wspólnych celów.
MAiC liczy na to, że ePUAP stanie się narzędziem nie tylko do załatwiania spraw przez obywateli, lecz także platformą do współpracy Polaków z rządem. Zmiana ta wymaga przede wszystkim budowy odpowiedniej infrastruktury, a także przełomu w myśleniu obywateli. To powoli się zmienia, coraz więcej osób korzysta z narzędzi informatycznych w codziennych życiu i chce w taki sposób kontaktować się z urzędami, więc oczekuje takich rozwiązań.
Z drugiej strony, jak wyjaśnia Wójcik, zmieniać się musi także administracja. Władze muszą stać się bardziej przyjazne i bardziej zachęcać do dzielenia się informacjami oraz wykonywania czynności administracyjnych elektronicznie. Chodzi także m.in. o łączenie się gmin przy realizacji niektórych zadań.
– Dziś mieszkańcy nie wiedzą, gdzie są realizowane niektóre usługi, kto ich obsługuje w zakresie telefonii, energii elektryczne czy gazu. W przypadku usług administracyjnych powinno być tak samo. Przez internet załatwiam sprawę szybciej, mam po drugiej stronie specjalistów i naprawdę nie będzie istotne to, czy to są osoby, które pracują w urzędzie w mojej gminie, czy jest to 300 km dalej – podkreśla Marek Wójcik.
Jak zwraca uwagę Wójcik, taka zmiana nastąpiła już np. w energetyce. Odbiorcy prądu nie interesują się tym, czy dzięki wprowadzanym zmianom administracja będzie bardziej przyjazna i będzie wychodzić naprzeciw potrzebom klientów.
– Oczywiście, znajdujemy takie miejsca, w których jesteśmy jak petent i do których wchodzimy na miękkich nogach. Kluczowe jest tu odwrócenie ról. Administracja musi stać się partnerem, instytucją, która wspomaga obywateli, a nie tylko wykorzystuje swoje władztwo – mówi podsekretarz stanu w resorcie administracji i cyfryzacji. – To są zmiany świadomościowe, w związku z tym trochę to potrwa i twierdzę nawet, że musi potrwać. Te zmiany muszą wynikać nie z rozsądku, bo ktoś mi każe, lecz z mojego wewnętrznego przekonania.
Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office
Optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski wciąż są uzależnione od Europy Zachodniej. Jeśli Niemcy i inne główne rynki nie zanotują w tym roku wyraźnego wzrostu, to również Polska może osiągnąć wzrost znacznie niższy od prognozowanych 3,4-3,5 proc. Żeby zapewnić wzrost w całej UE, potrzebne jest uwolnienie przedsiębiorczości.
– Cały czas polska gospodarka ma jeden znak zapytania. Jeżeli Europa nie ruszy, jeżeli Niemcy i pozostałe kraje Unii Europejskiej nie będą kontynuowały wzrostu, to rewizja prognoz PKB będzie natychmiastowa. W sytuacji, kiedy widzimy poprawę w Europie, 1,5 proc. wzrostu PKB, to można powiedzieć, że jesteśmy jedną z najmocniejszych i stabilniejszych gospodarek w regionie i każdy tego typu odczyt jest pozytywny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office.
Ministerstwo Finansów szacuje, że polska gospodarka zanotuje wzrost na poziomie 3,4 proc. PKB. Prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego są nawet bardziej optymistyczne i zakładają wzrost na poziomie 3,5 proc. PKB. Optymistycznie nastrajają również ostatnie dane GUS, z których wynika, że w I kwartale wzrost gospodarczy wyniósł 3,6 proc. Analitycy oceniają, że stabilny rozwój oparty o silny eksport i konsumpcję oraz przyspieszające inwestycje dobrze rokuje na przyszłość i ten rok może zakończyć się wyższym wynikiem od prognozowanego, czyli bliżej poziomu 4 proc.
Pawlak podkreśla, że są to bardzo dobre prognozy, które stawiają Polskę wśród europejskich liderów wzrostu. Jednak słabsze wyniki najważniejszych unijnych gospodarek są powodem do zmartwień. Szczególnie ważny dla Polski jest rynek niemiecki – trafia tam 28,2 proc. polskiego eksportu. Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów urosła jednak w zeszłym roku jedynie o 1,5 proc., a w tym roku prognozy mówią o zbliżonej lub nawet nieco słabszej dynamice. W pierwszym kwartale niemiecki PKB wzrósł o 1,1 proc. w ujęciu rocznym.
Pawlak dodaje, że dobre prognozy nie przekładają się na rynek akcji. Optymizmu inwestorów nie budzi Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych, czyli tzw. plan Junckera. Według Pawlaka do prawdziwego pobudzenia europejskich gospodarek potrzebna jest przede wszystkim liberalizacja i wspieranie przedsiębiorczości, a nie centralne plany.
– Te plan jest bardzo dobry marketingowo, natomiast nie ma tam treści. Ponieważ Unia Europejska wyasygnuje sama z siebie 16 mld euro, a reszta i tak ma spoczywać na barkach krajów, które są zadłużone. Sam program, który jest inicjatywą władz centralnych, nic tutaj nie zmieni – uważa Pawlak.
W ramach EFIS dodatkowe 5 mld euro zagwarantuje Europejski Bank Inwestycyjny. Ta inwestycja w wysokości 21 mld euro ma pobudzić projekty prywatne i rządowe warte łącznie ponad 300 mld euro.
Pawlak przekonuje jednak, że zamiast tak dużych planów, które zwiększą jedynie zadłużenie, wystarczyłoby zmienić kierunek działania. Odejście od rozbudowanych wydatków socjalnych i nastawienie się na wsparcie przedsiębiorców byłoby znacznie bardziej korzystne – argumentuje.
– W Europie są potrzebne zmiany strukturalne, czyli odejście od bardzo szerokiej polityki socjalnej w stronę uwolnienia przedsiębiorczości, zmniejszenia obciążeń podatkowych, dopiero wtedy można budować zamożność, a nie programami, które zabierają pieniądze jednym i rozdają innym – twierdzi Pawlak.
G – Energy planuje przejęcie spółki Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji. List intencyjny w tej sprawie, podpisany z Pro Oil Sp z o.o. przyznaje G-ENERGY wyłączność negocjacyjną do dnia 30 czerwca 2015 roku włącznie. Strony dopuściły możliwość wydłużenia tego terminu za obustronną zgodą wyrażoną na piśmie.
– Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji z siedzibą w województwie wielkopolskim to duży dystrybutor różnego rodzaju olejów i smarów, – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Bujak, wiceprezes zarządu G-Energy.
Jednocześnie 31.05.2015 był ostatnim dniem obowiązywania listu intencyjnego podpisanego ze spółką Orlen Oil na przejęcie jej udziałów w Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji. Obecnie spółka G – Energy nie prowadzi żadnych rozmów w tej sprawie z Grupą Orlen.
Środki na zakup Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji mają pochodzić z finansowania zewnętrznego ale także z planowanej obecnie emisji akcji. Środki pozyskane z emisji Spółka zamierza przeznaczyć także na dokapitalizowanie procesu zaangażowania kapitałowego w obszarze przetwarzania odpadów pościekowych.
Bujak zaznacza, że sfinansowanie przejęcia Platinum Oil nie ma być jedynym celem emisji nowych akcji, a jedynie uzupełnieniem tego procesu. Spółka zamierza dokapitalizować inne inwestycje kapitałowe w podmioty działające na rynku szeroko rozumianej energii. Obejmuje to zarówno nowe akwizycje, jak i rozwój już prowadzonych przez spółkę projektów.
– W Polsce oczyszczal nie mają istalacji do osuszania odpadów, zgodnie z unijnymi przepisami w 2016 roku nie będzie można już składować odpadów na składowiskach komunalnych, w Polsce aż 30 % trafia na składowiska, trzeba będzie je zagospodarować. Będziemy płacić olbrzymie kary UE. Dlatego rozwój tej technologii jest bardzo ważny nie tylko dla naszej firmy, lecz także dla całego kraju, a my chcemy być liderami tych zmian – zapowiada Bujak.
W październiku ubiegłego roku G-Energy zawarło porozumienie o współpracy z Zakładem Produkcyjno-Badawczym Politerm w Katowicach, i poprzez zaangażowanie kapitałowe zamierza osiągnąć zyski przetwarzania odpadów pościekowych na paliwo stałe.
Jak tłumaczy Bujak, stosowana przez Politerm technologia jest bardzo innowacyjna , a posiadane Patenty technologiczne wysoko ocenione przez najwyższej klasy specjalistów
3,. W Polsce istnieje duże zapotrzebowanie na nowe metody przetwarzania odpadów pościekowych na paliwo, więc jest to obszar bardzo perspektywiczny. Od przyszłego roku wszystkie odpady ściekowe będą musiały być spalane lub wykorzystywane ponownie. Na składowiska będą mogły trafiać tylko te, których wartość energetyczna jest zbyt mała, by opłacało się je spalać.
G-Energy cały czas zacieśnia współpracę z Politermem i pracuje nad zakupem jeszcze bardziej nowoczesnych i chronionych patentami technologii. Mają one m.in. zwiększyć kaloryczność produkowanego paliwa oraz umożliwić dostosowanie go do unijnych standardów dla biopaliw.
Jeszcze w ubiegłym roku G-Energy nabyło za 1,3 mln zł 50 proc. udziałów w spółce Bio Technology, która pracuje w województwie zachodniopomorskim nad instalacją przetwarzającą odpady na paliwo ciekłe. W procesie krakingu termicznego szczególnie tworzywa sztuczne, takie jak polietylen i polipropylen, są przekształcane w paliwo. Wartość inwestycji tej spółki to 25,7 mln zł, z czego 10,3 mln pochodzi z środków unijnych. Jak wynika z harmonogramu projekt zostanie zakończony w listopadzie br.
Sprzedaż bezpośrednia w Polsce sukcesywnie rośnie – w ubiegłym roku o 4 proc. Taką formą handlu zajmuje się już blisko milion osób, a chętnych przybywa. Handlowcy doceniają możliwość rozwoju własnej działalności i dużą elastyczność. Przedstawiciele branży oceniają, że będzie ona przyciągać więcej młodych ludzi, dla części może stać się alternatywą dla emigracji zarobkowej.
– W Polsce sprzedażą bezpośrednią zajmuje się około miliona osób, a dużo więcej może się dopiero zainteresować tego rodzaju działalnością. Jeżeli przyjrzymy się liczbie młodych ludzi, którzy wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy, to choćbyśmy mieli zatrzymać 10 proc. z nich, oferując im ciekawe rozwiązania, to jest to warte zachodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Igor Markowicz, prezes zarządu Vigget, firmy zajmującej się sprzedażą bezpośrednią.
Dane Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej wskazują, że w 2014 roku taką formą handlu zajmowało się 910 tys. osób, czyli 10 tys. więcej niż rok wcześniej. Jak podkreśla Markowicz, branża – poprzez to, że preferowane jest samozatrudnienie – przyciąga przede wszystkim przedsiębiorcze osoby, które chcą rozwijać swoją działalność i brać za nią pełną odpowiedzialność.
– Te osoby, które będą miały wynik, będą mogły się rozwijać, a to przełoży się na dobre zarobki. Z drugiej strony, firma sprzedaży bezpośredniej może sobie pozwolić na to, żeby taka osoba współpracowała z nią, nawet jeśli nie ma świetnych wyników. W przypadku pracy na etacie nie ma takiej możliwości, pracownik musi mieć bardzo wysoki wynik, wyśrubowany, a jeżeli nie spełnia tych oczekiwań, to po prostu jest zwolniony – mówi Markowicz, podkreślając, że pracownicy coraz częściej doceniają taką alternatywę na rynku pracy.
Jednocześnie to od przedsiębiorczości sprzedawców uzależnione są wyniki tej branży, a te w ostatnich latach są coraz lepsze. W ubiegłym roku przedsiębiorstwa skupione w Polskim Stowarzyszeniu Sprzedaży Bezpośredniej zanotowały 4 proc. wzrost, z 2,7 mld do blisko 3 mld zł.
– Myślę, że udział sprzedaży bezpośredniej w rynku będzie wzrastał, dlatego że ta forma sprzedaży wyzwala inicjatywę w osobach, które się nią zajmują – zarówno firma, jak i jej przedstawiciele są zorientowani na wyniki sprzedaży. Rozwój może być generowany przez coraz większe zainteresowanie osób, które do tej pory w tej branży nie działały, a byłyby zainteresowane prowadzeniem własnej działalności gospodarczej – podkreśla Andrzej Czernek, wiceprezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.
Branża sprzedaży bezpośredniej notuje też rosnącą liczbę klientów. Jak podkreśla Markiewicz, to nie tylko kwestia zaradnych sprzedawców, lecz także coraz lepszej jakości proponowanych produktów.
– Jeżeli firma, która działa w branży sprzedaży bezpośredniej, oferuje towar kiepskiej jakości, wtedy bardzo szybko będzie zweryfikowana przez klientów, bo branża przede wszystkim bazuje na opiniach klientów. Jeżeli klienci będą odstępowali od umów, będą reklamowali produkty, wówczas znikną one z rynku, bo bardzo ważne jest to, żeby produkty oferowane w sprzedaży bezpośredniej charakteryzowały się innowacyjnością i najwyższą jakością – mówi Andrzej Czernek.
Mimo rozwoju branży polski rynek wciąż jest daleko za rynkami zachodnimi. Sprzedaż całej branży w UE wyniosła w ubiegłym roku 24 mld euro.
– W krajach zachodnich sprzedaż bezpośrednia ma swoje tradycje ugruntowane od wielu lat. Ta forma sprzedaży wynika z doświadczeń i wiarygodności. Firmy sprzedaży bezpośredniej, które mają określoną pozycję na rynku i określone doświadczenia pracy z klientem, są bardziej wiarygodne. Nasz rynek jest jeszcze pod tym względem młody, ale ma duże perspektywy – dodaje wiceprezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.
Marek Kulesa, dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią
Zmiana sprzedawcy energii nie musi wiązać się z rezygnacją z otrzymywania jednej faktury za energię. Spółki obrotu coraz częściej oferują umowy kompleksowe, dzięki którym odbiorcy rozliczają się ze sprzedawcą i dystrybutorem energii za pomocą jednej płatności.
– Niestety, dotychczasowy system bazował na tym, że odbiorca po zmianie sprzedawcy otrzymywał dwie faktury: jedną za sprzedaż energii elektrycznej od sprzedawcy, drugą za usługę dystrybucji od OSD [operatora systemu dystrybucyjnego – red.]. Dziś każdy z nas może znaleźć sprzedawcę energii elektrycznej, który może zaproponować po zmianie sprzedawcy jedną fakturę – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Kulesa, dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią.
Po liberalizacji rynku energii skorzystanie z TPA, czyli możliwości zmiany sprzedawcy energii, często wiązało się z rezygnacją z umowy kompleksowej, w ramach której sprzedawca rozliczał się z odbiorcą tylko za pomocą jednej faktury. Nowi gracze na rynku nie mieli możliwości zaoferowania takiej umowy i konsumenci w efekcie musieli płacić dwie faktury. Jak podkreśla Marek Kulesa, to jednak się zmienia, rynek idzie w dobrą stronę i coraz częściej sprzedawcy, choć nadal nie wszyscy, oferują umowy kompleksowe.
Istotną rolę w tej zmianie odgrywają zabezpieczenia finansowe składane przez sprzedawcę operatorowi. W ramach oferty kompleksowej to sprzedawca energii rozlicza się z odbiorcą, a następnie przekazuje odpowiednią część uzyskanej kwoty dystrybutorowi. Dlatego, jak tłumaczy Marek Kulesa, zrozumiała jest potrzeba wykazania się odpowiednimi zabezpieczeniami, dzięki którym operatorzy czują się pewniej i godzą się na umowy kompleksowe.
– Część uczestników rynku chciałaby, żeby te zabezpieczenia były mniejsze albo żeby w ogóle ich nie było. Jestem przekonany, że większość tych spółek, które poważnie myślą o rynku energii elektrycznej, które handlują na większą skalę lub mają taki zamiar, jest w stanie wywiązać się z zabezpieczeń wynikających ze wzajemnej umowy pomiędzy operatorem systemu dystrybucyjnego, czyli odpowiedzialnym za transport energii elektrycznej, a sprzedawcą – mówi Marek Kulesa.
Marek Kulesa zauważa, że odpowiednich zabezpieczeń finansowych wymaga też Urząd Regulacji Energetyki podczas ubiegania się o koncesję. Są one związane z wielkością sprzedaży i opierają się na zadeklarowanym jej poziomie, jednak Kulesa odradza spółkom zaniżanie prognoz.
– Kiedy ubiegamy się o koncesję, czyli na tym pierwszym etapie, spółka musi zadeklarować, do jakiego segmentu będzie sprzedawać jakie ilości energii, Prezes URE wymaga najczęściej także zabezpieczenia finansowego. Uczulam wszystkie spółki, szczególnie te mniejsze, które deklarują małą liczbę klientów, a potem sprzedają na większą skalę, że Prezes URE ma możliwość sprawdzenia tego – mówi dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią.
Zauważa, że o ile w przypadku umów kompleksowych oraz zabezpieczeń finansowych polski rynek rozwija się coraz lepiej, o tyle gorzej jest w przypadku rzetelnego pomiaru zużytej energii. Jak wyjaśnia Marek Kulesa, problem wynika z wielu czynników.
W większości firm odbiorcy indywidualni nadal są rozliczani na podstawie prognoz, co wzbudza ich niezadowolenie, a do tego stwarza sytuację, w której opłaty nie muszą odzwierciedlać faktycznego zużycia. Skrócenie przerw pomiędzy odczytami jest możliwe, ale wiąże się z dodatkowymi opłatami dla odbiorców. Ci nie zawsze są gotowi, by płacić więcej za odczyty w zamian za częstsze rachunki. Niektóre firmy, zabiegając o przychylność klientów zainteresowanych lepszą kontrolą i możliwością zaoszczędzenia energii, wprowadziły już rozliczenia oparte na jej rzeczywistym, a nie prognozowanym zużyciu.
– Jeżeli ktoś wybrał okres roczny i zdecydował się płacić mniej za sam odczyt, to sprzedawca do rozliczeń pomiędzy okresem odczytowym musi wykorzystać prognozy. Ze strony operatorów i sprzedawców większość taryf umożliwia częstszy niż roczny czy półroczny odczyt, ale wiąże się to ze zwiększonymi stawkami. Niestety, z punktu widzenia jakości danych we współpracy z operatorem myślę, że dużo jest do zrobienia – dodaje Marek Kulesa.
Sebastian Gościniarek, ekspert lotniczy z firmy BBSG
Na kilka lat spowolnią inwestycje w polskim lotnictwie. Po zakończeniu dużych projektów finansowych z perspektywy budżetowej Unii Europejskiej na lata 2013-2020 nowe ruszą dopiero za 4-6 lat. Mimo tego przestoju w inwestycjach ruch lotniczy będzie nadal rósł dynamicznie, a skorzysta na tym cała gospodarka.
– Wielki boom inwestycyjny mamy już za sobą, przypadał na poprzedni okres programowania, kiedy wielkie inwestycje szły w rozwój infrastruktury naziemnej, zwłaszcza na lotniskach. Teraz nastąpi pewne uspokojenie, raczej dokończenie tych inwestycji, które się zaczęły i oczekiwanie na następny boom, który w przeciągu 4-5, a może 6 lat powinien się rozpocząć – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, ekspert lotniczy z firmy BBSG.
W unijnej perspektywie budżetowej na lata 2014-2020 porty lotnicze nie mogą liczyć na duże środki. Dofinansowanie w ograniczonym stopniu otrzymają jedynie największe lotniska wpisane do unijnej Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T. Lotnictwo w Polsce otrzymało jednak niższy priorytet niż inne środki transportu, co powoduje, że unijne dofinansowanie dla portów lotniczych będzie niewielkie.
Choć branża apeluje o zmianę tych priorytetów, Gościniarek przewiduje, że na kilka lat inwestycje spowolnią. W ostatnich latach, szczególnie przed mistrzostwami Euro 2012, większość portów lotniczych zbudowała nowe terminale i płaszczyzny lotniskowe, więc teraz nie mają problemów z brakiem przepustowości.
Rosnący ruch może jednak wymusić kolejną falę projektów zwiększających przepustowość za kilka lat. Gościniarek ocenia, że liczba pasażerów cały czas będzie rosnąć.
– Przed nami są lata bardzo dynamicznego rozwoju transportu lotniczego w Polsce. To wynika przede wszystkim z pewnego zapóźnienia Polski w stosunku do Europy Zachodniej, która jest naszym punktem odniesienia. A także z tego, że mimo wszystko polska gospodarka się rozwija, polskie społeczeństwo zaczyna być coraz bogatsze, a w związku z tym coraz intensywniej korzysta z transportu lotniczego – tłumaczy Gościniarek.
Potwierdzają to dane. W 2014 r. ruch lotniczy w Polsce zwiększył się o 8,3 proc., a rok wcześniej – o 2,2 proc. Zarówno dotychczasowa dynamika, jak i prognozy dla Polski wyprzedzają unijną średnią.
To dobra wiadomość dla gospodarki, bo jak podkreśla Gościniarek, wpływ transportu lotniczego na rozwój kraju jest niepodważalny.
– Nie ma wątpliwości co do tego, że transport lotniczy wpływa pozytywnie na PKB. Oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną czy to jest 1 proc., czy to jest 1,5, czy to jest 2,5 proc. Natomiast ten związek jest bardzo jasno udowodniony – przekonuje ekspert.
Gościniarek wylicza, że lotnictwo wpływa na gospodarkę zarówno bezpośrednio, poprzez tworzenie miejsc pracy oraz obrotów na lotniskach i w segmencie przewoźników, jak i pośrednio. Regiony dobrze dostępne drogą lotniczą są bardziej atrakcyjne dla inwestorów, a lokalnym przedsiębiorcom łatwiej zaistnieć na innych rynkach.
Jak wyliczała organizacja ACI Europe, skupiająca większość lotnisk w Europie, transport lotniczy generuje łącznie 4,1 proc. unijnego PKB rocznie. W Polsce ten wskaźnik wynosi 3,8 proc. ACI Europe ocenia także, że łącznie 440 tys. osób ma w Polsce pracę dzięki lotnictwu.
Dariusz Winek, główny ekonomista Bank Gospodarki Żywnościowej (BGŻ)
Koniunktura na rynku rolno-spożywczym obecnie nie jest najlepsza. Ceny żywności są bardzo niskie, a nastroje producentów najgorsze od lat. Sytuacja jednak powinna się poprawiać, m.in. za sprawą rosnącej konsumpcji i coraz większego eksportu. Z deflacją i ograniczeniami w eksporcie polscy producenci bardzo dobrze sobie radzą.
– Obecnie koniunktura rynku rolno-spożywczego na pewno nie jest dobra – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Winek, główny ekonomista Bank Gospodarki Żywnościowej (BGŻ). – Prowadzone wśród rolników badania wskazują, że koniunktura jest najgorsza od 4-5 lat. W związku z tym możemy powiedzieć, że z tej perspektywy sytuacja nie wygląda dobrze.
Jednym z powodów jest spadek cen produktów rolno-spożywczych. Jak informuje Fundacja Programów Pomocy dla Rolnictwa (FAMMU/FAPA) w kwietniu indeks cen żywności FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia) osiągnął wartość 171 pkt i znajdował się na najniższym poziomie od czerwca 2010 roku. Ponownie potaniały przetwory mleczne, które obecnie są o ok. jedną trzecią tańsze niż rok temu. Spadły też ceny zbóż, cukru i olejów roślinnych. Sam indeks był o ponad 40 pkt niższy niż w tym samym okresie 2014 roku i o 2 pkt niższy niż w marcu br. Kwietniowy odczyt był trzynastym z rzędu spadkiem miesięcznym. Ostatnio tak długi trend zniżkowy notowano pod koniec lat 90.
– Najgorszy okres, z którym mieliśmy do czynienia w zeszłym roku, szczególnie w drugiej jego połowie, mamy już na szczęście za sobą – uważa Dariusz Winek. – Perspektywy nie są już tak negatywne. Można powiedzieć, że w większości przypadków wolno nam oczekiwać stopniowej poprawy.
Szczególnie korzystnie rysują się perspektywy rozwoju eksportu. W pierwszym kwartale br. Polska sprzedała za granicę produkty rolno-spożywcze o wartości 5,4 mld euro, o 5,5 proc. wyższej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Rekordowym miesiącem był marzec, kiedy to krajowi producenci i pośrednicy ulokowali na rynkach zewnętrznych artykuły o wartości prawie 2 mld euro, o 11 proc. większej niż w marcu 2014 roku. Najwięcej żywności trafiło do Unii Europejskiej. Prócz Austrii, Danii, Finlandii i Słowacji handel z większością krajów UE ma dwucyfrową dynamikę.
– Eksport rośnie mimo embarga ze strony Rosji – zauważa główny ekonomista BGŻ. – Wydaje się więc, że wychodzimy obronną ręką z tego problemu. Z jednej strony jest to rozwój tzw. bajpasów, czyli eksportu na teren Rosji za pośrednictwem innych krajów. Tutaj główną rolę odgrywa Białoruś, ewentualnie Kazachstan czy Serbia.
Rośnie także handel z innymi, nowymi regionami. Krajowe firmy coraz więcej żywności sprzedają do Azji oraz na rynki, które wcześniej nie były eksploatowane (Filipiny, Wietnam). W Ameryce Łacińskiej, w Meksyku, bardzo dobrze sprzedają się polskie sery, ale embargo rosyjskie rekompensują przede wszystkim kraje bliskowschodnie, Afryka Północna oraz państwa arabskie.
– Mamy bardzo duży wzrost eksportu jabłek, innych owoców oraz produktów mlecznych do Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Arabii Saudyjskiej – ocenia Winek.
Z punktu widzenia polskich producentów żywności najważniejszy jest jednak rynek wewnętrzny, którego wartość wynosi około 170 mld zł. Eksport jest wart prawie dwa razy mniej (około 90 mld zł).
– Mimo dynamicznie rozwijającej się sprzedaży zagranicznej trudno abstrahować od krajowego rynku – podkreśla Winek. – W tej chwili producenci mogą oczekiwać stopniowego wzrostu marż. Nie będą one pod tak dużą presją jak ostatnio.
Zdaniem głównego ekonomisty Banku Gospodarki Żywnościowej nacisk na obniżki wynikał z intensywnej walki o klienta prowadzonej między różnymi formatami sklepów (dyskonty, super- i hipermarkety, delikatesy). Dziś presja producentów na redukcję cen i tym samym marż nie będzie już tak duża.
– Mamy jednak bardzo niskie ceny surowców rolnych – wskazuje Dariusz Winek. – W związku z tym przetwórcy żywności mogą zaproponować w tej chwili lepsze marże. To jednak zależy od sektora. Jeżeli mamy kłopoty z eksportem produktów mleczarskich, to wówczas marże tam też są niskie. Ale wydaje się, że druga połowa br. powinna prowadzić do stopniowej poprawy kondycji ekonomicznej całej branży.
Po maszynach i produktach branży chemicznej żywność jest trzecim towarem eksportowym Polski. Po pierwszym kwartale br. nadwyżka w handlu zagranicznym produktami rolno-spożywczymi wyniosła 1,7 mld euro.
Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży i marketingu Osiedla Alpha i Alpha Park
Budowane osiedla są coraz bardziej eko. Jednym z najpopularniejszych rozwiązań ekologicznych stosowanych przez deweloperów jest montaż paneli fotowoltaicznych na dachach budynków. Zielony prąd pozwala obniżyć mieszkańcom koszty zużycia energii elektrycznej średnio o 25 proc. Podobnie jest z instalacją oświetlenia LED-owego. Z kolei dzięki gromadzeniu deszczówki, która może być wykorzystywana do podlewania zieleni, można zaoszczędzić wodę.
Deweloperzy podkreślają, że przy wyborze nowego lokum nabywcy nieruchomości coraz częściej kierują się kryterium ekologicznym. Pytają o to, jakie materiały zostały użyte do budowy i wykończenia wnętrz oraz jakie rozwiązania będą zastosowane na osiedlu. Chodzi zarówno o ochronę środowiska, jak i o oszczędności.
– Wprowadzenie paneli fotowoltaicznych na dachu budynku przynosi ogromne korzyści zarówno mieszkańcom, jak i deweloperom. Po pierwsze, mamy o 1/4 niższe koszty zużycia energii elektrycznej. Zastosowanie rozwiązań fotowoltaicznych wpływa też bardzo na obniżenie kosztów utrzymania części wspólnych danego budynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży i marketingu Osiedla Alpha i Alpha Park.
Coraz częściej budynki mieszkalne są projektowane jako obiekty niskoenergetyczne, które będą zużywać nawet czterokrotnie mniej energii niż te tradycyjne. Niskie zużycie energii wynika nie tylko z dobrej izolacji domów i sprawnego ogrzewania, lecz także z cech architektonicznych. Chodzi o to, żeby dzienne pomieszczenia były umieszczone od południa, co zagwarantuje im naturalne oświetlenie słoneczne przez większą część dnia. Dzięki temu wnętrze szybko nagrzeje się i będzie wolniej tracić ciepło, dlatego będzie je można łatwiej i taniej ogrzać. Z kolei sypialnie z mniejszymi oknami powinny być położone od strony północnej.
– Coraz częściej na osiedlach pojawiają się również takie rozwiązania, jak LED-y. Oświetlenie LED-owe to przede wszystkim oszczędności, a także ochrona środowiska. Innym rozwiązaniem ekologicznym jest wykorzystanie wody deszczowej do podlewania wspólnej części zieleni. Wodę deszczową zbieramy w specjalnie do tego przygotowanych zbiornikach – tłumaczy Teresa Witkowska.
Rozwiązania architektoniczne obejmują również stosowanie naturalnych, przyjaznych środowisku materiałów budowlanych, takich jak drewno, kamień czy szkło.
– Rozwiązania ekologiczne są coraz bardziej przydatne, ale też coraz modniejsze. Deweloperzy stosują je coraz częściej i będą je stosować, ponieważ ludzie tego potrzebują. Ludzie są ciekawi, w jakich budynkach żyją, czy te budynki są przyjazne dla środowiska. Idziemy dalej, szukamy nowych rozwiązań, myślimy np. nad tym, aby na kolejnym naszym osiedlu przygotować WC dla psów – dodaje Teresa Witkowska.
Jak podkreśla, na ekologicznym osiedlu powinno też być jak najwięcej zielonych alejek i ścieżek rowerowych tak, żeby mieszkańcy mogli korzystać z jego oferty, nie używając samochodu.
Melania Popiel, dyrektor ds. komunikacji firmy Goodyear
Polacy są świadomi konieczności zmiany opon na letnie i zimowe, jednak nie zawsze dbają o zamontowane ogumienie. Wiele osób z oszczędności lub niewiedzy korzysta z opon bardzo długo, nie zwracając uwagi na poziom zużycia bieżnika. Korzystanie ze zużytych opon znacznie zmniejsza poziom bezpieczeństwa.
– Według różnych badań nawet 90 proc. Polaków ma świadomość, że trzeba opony wymieniać i to robi. Mają opony na wymianę w swoich garażach albo serwisach. Nadal jednak misją każdego producenta jest to, żeby uświadamiać i przypominać o wymianie tych opon, ponieważ od tego zależy nasze życie i nasze bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Melania Popiel, dyrektor ds. komunikacji firmy Goodyear.
Popiel zwraca jednak uwagę na to, że niższa jest świadomość tego, jakie znaczenie ma dbanie o już zamontowane opony. Polacy z różnych powodów nie kupują nowych opon wystarczająco często, przez co nie brakuje kierowców jeżdżących na zużytym ogumieniu. Najbardziej wyraźną oznaką, że czas już wymienić oponę, jest zużycie bieżnika, choć wiele innych uszkodzeń może być niewidocznych.
Jak podkreśla ekspertka, na rynku nie brakuje najwyższej klasy opon. Zatem tylko właśnie od świadomości i odpowiedzialności kierowców zależy to, jak często wymieniają ogumienie. Choć Popiel ocenia, że Polacy są pod tym względem lepszymi konsumentami niż np. obywatele Wielkiej Brytanii, gdzie mało kto zmienia opony na zimowe, dane nie są optymistyczne. W 2014 r. sprzedaż opon w Polsce spadła o 2 proc. Wynikało to jednak przede wszystkim z łagodnej zimy. Sprzedaż opon zimowych spadła aż o 13 proc., podczas gdy letnich wzrosła o 11 proc.
– Klimat w Polsce wręcz wymaga, żeby opony zmieniać – podkreśla Popiel. Dodaje: – Jako Polacy jesteśmy odpowiedzialni i zmieniamy opony. Ale należy jednak zwracać uwagę na to, żeby ta opona była bezpieczna, a bieżnik nie był kompletnie wykorzystany, tylko dobrej jakości, bo to nam zapewnia bezpieczeństwo.
Popiel zauważa także, że choć sprzedaż opon w Polsce nie rośnie, to zmieniają się wymagania klientów. Są one coraz wyższe, a osoby kupujące opony liczą także na fachową poradę przy doborze odpowiednich opon oraz ich profesjonalny serwis. Te słowa znajdują potwierdzenie w statystykach za ubiegły rok. Jak wynika z informacji Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego, marki premium, czyli Bridgestone, Continental i Michelin, są coraz popularniejsze wśród polskich kierowców. Średnia cena takiej opony w 2014 r. to 300 zł.
Sygnowany przez Poland Sotheby’s International Realty oraz magazyn Forbes
Po raz pierwszy w historii, polski rynek nieruchomości doczekał się specjalnego rankingu dedykowanego wyłącznie nieruchomościom luksusowym. Pionierski ranking przygotowany został wspólnie przez Poland Sotheby’s International Realty oraz magazyn Forbes. Zestawienie objęło 5 aglomeracji: Warszawę, Wrocław, Poznań, Kraków i Trójmiasto. Ujęto w nim 5 kategorii: luksusowe apartamenty, domy w mieście, nieruchomości historyczne i kamienice, tzw. second home, czyli drugie domy kupowane często w regionie lub destynacjach wakacyjnych, a także nieruchomości luksusowe o największym potencjale zwrotu z inwestycji. Obok prezentacji najciekawszych typów inwestycji w poszczególnych kategoriach, rankingowi towarzyszy także szereg wniosków dotyczących rynku: wyzwanie dla miast w postaci zagospodarowania brzegów rzek, kwestie rewitalizacji zabytkowych kamienic, utrzymanie przestrzeni zielonych – to tylko niektóre z wątków opracowania.
Marka Sotheby’s to na całym świecie symbol luksusu, najwyższej jakości i ekskluzywnych dóbr. Jesienią ubiegłego roku Sotheby’s International Realty (SIR), globalny nr 1 na rynku nieruchomości luksusowych, otworzył przedstawicielstwo w Warszawie. W ramach partnerstwa z Noble Bankiem, liderem bankowości prywatnej, oferuje zamożnym Polakom dostęp do najbardziej prestiżowych nieruchomości, rozsianych w Polsce i zagranicą. Specjalnie dla Magazynu Forbes, eksperci SIR Poland wskazali top lokalizacje i budynki w kategoriach nieruchomości premium.
Co to znaczy „nieruchomość luksusowa”?
Punktem wyjścia dla pierwszego w Polsce rankingu nieruchomości luksusowych było przyjęcie roboczej definicji tej kategorii. Na świecie za nieruchomość luksusową uznaje się kosztującą powyżej 1 miliona dolarów. W Polsce tą magiczną kwotą w przypadku Warszawy jest symboliczny milion złotych, w innych miastach natomiast – można już mówić o naprawdę luksusowych inwestycjach (np. apartamentach) w kwocie kilkuset tysięcy złotych. W rankingu znalazły się oczywiście również lokalizacje wyceniane na kilka czy kilkanaście milionów złotych, a eksperci Sotheby’s deklarują, że w ich ofercie znajdują się nawet perły o wartości kilkukrotnie wyższej… By zakwalifikować nieruchomość jako luksusową, kluczowa jest również prestiżowa lokalizacja i standard wykończenia, a także coraz bardziej zyskująca na znaczeniu bliskość terenów zielonych.
Dwór pod miastem czy penthouse w wysokościowcu?
Największym wyzwaniem przy tworzeniu rankingu było, zdaniem ekspertów, przyjęcie jednolitych kategorii dla wszystkich 5 wybranych do zestawienia aglomeracji. W przypadku każdego z miast rynek nieruchomości luksusowych charakteryzuje się bowiem specyficznymi, najczęściej uwarunkowanymi historycznie cechami, a podaż różnych rodzajów nieruchomości jest bardzo zróżnicowana. I tak na przykład: w Warszawie możemy mówić o bardzo szerokiej ofercie luksusowych apartamentów, pośród których klienci mogą wybierać w różnych lokalizacjach – od luksusowych wieżowców w centrum miasta po kameralną niską zabudowę na jego obrzeżach. Z kolei na wagę złota w stolicy będą nieliczne i rozchwytywane błyskawicznie apartamenty w historycznych kamienicach, z których niewiele przetrwało wojnę. Dla odmiany w miastach takich jak Wrocław czy Poznań, pięknych kamienic nie brakuje, ale większość z nich jest wciąż niezrewitalizowana. A charakterystyczne dla regionu dookoła miast są np. zabytkowe nieruchomości pałacowe czy dwory. W Poznaniu, dynamicznym regionie celującym w nieruchomościach logistycznych i biznesowych, wciąż można mówić o potrzebie rozwoju rynku ekskluzywnych apartamentów – takich inwestycji jest znacznie mniej, niż oczekiwaliby zamożni mieszkańcy. I wreszcie: w regionie Krakowa czy Trójmiasta mamy np. do czynienia z zupełnie innym niż gdzie indziej rynkiem tzw. weekendowych second homes – lokalizacje w urlopowych kurortach nad morzem czy w okolicach Zakopanego, wybierane chętnie przez najzamożniejszych Polaków ze wszystkich zakątków Polski, osiągają średnie ceny dużo wyższe niż gdzie indziej.
Wyraźnie widoczne są także trendy wspólne dla większości lub wszystkich aglomeracji. Jednym z nich jest np. diagnozowany przez ekspertów SIR wciąż niewykorzystany potencjał terenów położonych na brzegu przepływających przez miasta rzek – tzw. „waterfronts” („nad wodą/przy wodzie”), z całą infrastrukturą kanałów i marin, uznawane są dziś za przyszłość luksusowego budownictwa. Kolejnym trendem jest rosnący standard inwestycji apartamentowych – udogodnienia takie jak sauna, basen, konsultacje dekoratorów wnętrz i specjalnie projektowane tereny zielone wewnątrz enklaw, to dziś powoli oczywisty element oferty.
Finalnie twórcy rankingu zdecydowali się na zestawienie typów w 5 kategoriach:
1) luksusowe apartamenty;
2) domy w mieście;
3) nieruchomości historyczne i kamienice;
4) tzw. second home, czyli drugie domy kupowane często w regionie lub destynacjach wakacyjnych;
5) nieruchomości luksusowe o największym potencjale zwrotu z inwestycji.
W przypadku niektórych miast, szczególną uwagę poświęcono także unikalnym nieruchomościom
w regionie, np. dworom czy terenom uzdrowiskowym.
Nieruchomości pozornie nie do zdobycia…
Wszystkie wytypowane do zestawienia przez Poland Sotheby’s International Realty nieruchomości luksusowe to obiekty znajdujące się aktualnie w rynkowej ofercie. Jednocześnie…
…”Trzeba pamiętać o tym, że oferta, która jest upubliczniona np. na stronie internetowej, to wierzchołek góry lodowej. Największe perły na rynku nieruchomości luksusowych to zwykle bardzo dyskretne transakcje. W Polsce mamy setki ofert, które dotychczas nie ujrzały światła dziennego w katalogach czy na stronie internetowej. I nie ujrzą. To część naszej strategii. Mamy klientów, którzy po prostu nie chcą, by nieruchomość, którą planują sprzedać pojawiła się oficjalnie na rynku. Z różnych powodów, głównie dlatego, że należą one do osób bardzo znanych, bywalców list najbogatszych, osób rozpoznawalnych, które – ceniąc swoją prywatność – po prostu nie chcą, by transakcje były publiczne. Procedura dopięcia takiej transakcji też jest daleka od standardu – umawiamy się ze stronami na zachowanie poufności, zaś sami kupujący i sprzedający nigdy nie są przypadkowi. Może się zdarzyć, że posiadacz oferowanej nieruchomości będzie miał własne wymagania co do tego, kto może ją kupić. Element finansowy schodzi wówczas na drugi plan, wartość sentymentalna jest częścią transakcji.” – mówi Arkadiusz Wojciechowski, dyrektor zarządzający ds. rozwoju Poland Sotheby’s International Realty.
„Dobrym przykładem są np. historie klientów bankowości prywatnej, którzy marzą o domach w najbardziej prestiżowych dzielnicach dużych miast, gdzie praktycznie nie występuje już oficjalny, dostępny dla klienta z ulicy rynek. Na takie nieruchomości klienci są gotowi czekać nawet kilka lat, bo zwykle ich zakup jest realizacją marzenia, a nie pilną koniecznością. O ofertach wiedzą tylko naprawdę wyspecjalizowani znawcy – i tylko oni są w stanie je znaleźć. Klient, który chce kupić mieszkanie np. w konkretnej, prestiżowej kamienicy w Warszawie czy dom w konkretnym kwartale Żoliborza, nie znajdzie ich przez internet. To czasem podaż, którą trzeba wykreować – a to można zrobić tylko mając szeroką siatkę kontaktów. Znając klientów, jesteśmy też w stanie gwarantować jednym i drugim, nabywcy i sprzedającemu, że rozmawiają z poważnym partnerem. Bank jest także w stanie wesprzeć finansowo zakup nieruchomości” – dodaje Mariusz Latek, dyrektor zarządzający obszarem private banking w Noble Banku (cyt. za Forbes).
Kontekst biznesowy: rynek nieruchomości luksusowych w Polsce
Jak wynika z danych firmy KPMG oraz Euromonitor International, dynamicznie rośnie wartość całego polskiego rynku dóbr luksusowych – według prognoz, w 2016 roku osiągnie poziom blisko
12,9 mld zł, co oznacza wzrost o 20% w stosunku do 2013 roku. Segment nieruchomości luksusowych jest jednym z tych, gdzie można spodziewać się w tym okresie największej dynamiki – nawet do niemal 30% na plus. Co ważne, rozwój tego sektora jest naturalną pochodną dojrzewania i rozwoju gospodarki, podąża za wzrostem liczby milionerów. Tymczasem do końca najbliższej dekady jej liczebność w Polsce może wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent.
Przy tej korelacji trendów, naturalną tendencją będzie wzrost popytu właśnie na nieruchomości luksusowe. Od setek lat są one tradycyjnie jednym z żelaznych elementów portfela inwestycyjnego najbogatszych, dając mu stabilne oparcie i stanowiąc bezpieczną lokatę kapitału. Ponadto, apetyt na posiadanie prestiżowych domów czy wakacyjnych apartamentów w Polsce lub zagranicą jest naturalną konsekwencją zmian w stylu życia najzamożniejszych Polaków. „Trendy, które zauważamy na polskim rynku raczej nie odbiegają już dziś od światowych. Najzamożniejsi ludzie w Polsce, tak jak milionerzy na świecie, posiadają średnio trzy nieruchomości – częsty schemat to nieruchomość w stolicy, druga w rodzinnym regionie lub pod Warszawą i trzecia wakacyjna – w polskich kurortach lub zagranicą. Coraz częściej w tym ostatnim przypadku kończy się na obu – np. apartamencie nad polskim morzem czy domu na Mazurach, ale też rozważaniu inwestycji np. na francuskiej Rivierze czy w Toskanii, gdzie apartament może kosztować już tyle samo co np. na Helu, a czas podróży samolotem jest niemal porównywalny” – mówi Arkadiusz Wojciechowski, dyrektor zarządzający ds. rozwoju Poland Sotheby’s International Realty.
Ranking nieruchomości luksusowych – top lokalizacje wskazuje Poland Sotheby’s International Realty
Trójmiasto:
luksusowe apartamenty: Gdynia Orłowo oraz okolice Świętojańskiej, Placu Kaszubskiego
i skweru Kościuszki (apartamenty Art Deco i Baltiq Plaza; apartamenty w wieżowcu Transatlantyk); Sopot – kamienica „Na Fali”
domy w mieście – Gdynia Kamienna Góra; Gdańsk Oliwa; Sopot – domy przy plaży, przy
Al. Wojska Polskiego, ul. Drzymały lub Traugutta
nieruchomości historyczne i kamienice: Lwi Zamek w Gdańsku, sopocka Willa Krystyna, Garnizon – inwestycja na terenie wrzeszczańskich koszar
second home: Półwysep Helski (np. North House/ Hel czy ul. Mestwina w Juracie); Szwajcaria Kaszubska; ożywające w sezonie osiedla: Neptun Park w Jelitkowie i Parkur w Sopocie
potencjał inwestycyjny: Oliwa, Przymorze, Wrzeszcz; Stare Miasto (nowe apartamentowce wokół gdańskiej Starówki, mieszkania w kamienicach; Dolne Miasto); okolice molo w Brzeźnie
Dodatkowo: piękne dwory i pałace w regonie, np. Sasino
Wrocław
luksusowe apartamenty: najwyższy w Polsce budynek mieszkalny – Sky Tower; Ovo Wrocław
domy w mieście: domy i rezydencje na Karłowicach (np. Willa Walentyna); Zacisze i Zalesie
(np. osiedle Concerto Verona); Osiedle Malownicze
nieruchomości historyczne i kamienice: Pałac Alexandrów, Wieża Ciśnień, Kamieniczki na Rynku
second home: nieruchomości w dolnośląskich kurortach – Polanicy-Zdroju, Dusznikach, Kudowie, Lądku Zdrój; apartamenty w miejscowościach górskich – Szklarska Poręba, Karpacz, Zieleniec, Czarna Góra; Sobótka i okolice
potencjał inwestycyjny: Przedmieście Oławskie (kamienice objęte planem rewitalizacji oraz okolice rzeki), okolice Placu Grunwaldzkiego (odnawiane kamienice oraz nowe inwestycje, np. Wyspiańskiego 11); apartamenty na Rynku
Kraków
luksusowe apartamenty: Angel Wawel z jego największym w Polsce penthouse, Harmonica House, Apartamenty Twardowskiego
domy w mieście: domy w okolicach zachodniej Woli Justowskiej oraz północno-zachodnia część Krakowa z miejscowościami Zabierzów i Zielonki, a także Sarni Stok, Rząska
nieruchomości historyczne i kamienice: pięknie zrewitalizowane inwestycje np. przy ul. Rakowickiej 8 lub Ariańskiej 4 i 6
second home: najbardziej pożądanymi kierunkami, oprócz oczywiście Zakopanego, są: Rabka-Zdrój, Czorsztyn, okolice Bukowiny Tatrzańskiej
luksusowe apartamenty: inwestycje przy ul. Strzeleckiej oraz ul. Sikorskiego i ul. 28 czerwca 1956 roku, Nickel Development, projekt Botaniczna
domy w mieście: Sołacz, Stary Grunwald oraz Winogrady i okolice Parku Cytadela
nieruchomości historyczne i kamienice: ekskluzywne powierzchnie rewitalizowanej kamienicy przy ul. Młyńskiej 12; rewitalizowane kamienice przy ul. Wodnej oraz ul. Św. Wojciech
second home: piękne dwory i pałace: np. w okolicach Obornik w Wielkopolsce; pałac w Krześlicach; dwór w Separowie
potencjał inwestycyjny: Jeżyce, z piękną zabudową i kamienicami; Wilda; Górczyn (np. ulice Daleka, Bosa, Knapowskiego, Sielska)
domy w mieście: Kolonia Profesorska, Wilanów (np. ul. Biedronki), Stary Mokotów
nieruchomości historyczne i kamienice: Mokotowska 8, modernistyczna kamienica przy Noakowskiego, Hoża 50
second home: Konstancin-Jeziorna, Cosmopolitan (jako miejski apartament dla zamożnych warszawiaków, mieszkających w rezydencjach pod miastem czy biznesmenów z innych dużych miast, którzy chcą zostać np. na noc w stolicy)
potencjał inwestycyjny: Śródmieście Południowe, Stara Praga, Wola
PKB wzrósł w pierwszym kwartale 2015 r. o 3,6 proc. – GUS skorygował w górę swój szybki szacunek z połowy maja.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
PKB wzrósł o 3,6 proc. dzięki spożyciu, inwestycjom i eksportowi netto. Gdyby nie bardzo silny spadek zapasów – o 11,9 proc. – wzrost gospodarki byłby wyższy.
Wzrost spożycia indywidulanego o 3,1 proc., inwestycji o 11,4 proc., zdecydowanie szybszy wzrost eksportu niż importu przy jednoczesnym głębokim spadku zapasów pokazuje nam następujący obraz gospodarki:
– rosnące zatrudnienie (w sektorze przedsiębiorstw w 1 kwartale br. o 1,1 proc.) i wynagrodzenia (nominalnie o 4 proc., a realnie o ponad 5,5 proc., co łącznie ze wzrostem zatrudniania dało blisko 7 proc. realny wzrost funduszu płac), wpłynęły na wyższą skłonność gospodarstw domowych do konsumpcji, która zaowocowała wyższym o 3,1 proc. wzrostem spożycia indywidulanego niż w 1. kwartale 2014 r.;
– rosnący popyt konsumpcyjny i eksport doprowadził do zwiększenia i tak już wysokiego wykorzystania mocy wytwórczych. Skala tego popytu chyba zaskoczyła przedsiębiorstwa o czym świadczy siła spadku zapasów (o 11,9 proc.). Przy wysokim poziomie wykorzystania mocy wytwórczych (z badań NBP wynika, że w przetwórstwie przemysłowym i w usługach jest to ponad 81 proc., a w budownictwie blisko 85 proc.) jedyną szansą na szybkie dostosowanie się do rosnącego popytu jest wykorzystanie zapasów. Ale oznacza to także konieczność podjęcia inwestycji, bo zapasy nie będą w stanie wspierać podaży dłużej niż 2-3 miesiące;
– dlatego przedsiębiorstwa uruchomiły nowe inwestycje i to na skalę porównywalną z 1. kwartałem ubiegłego roku. Tak silny ich wzrost (przy wysokiej bazie) zwiększy potencjał wytwórczy gospodarki. Niezbędne będzie bowiem sprostanie rosnącemu popytowi krajowemu (konsumpcyjnemu i inwestycyjnemu) oraz zagranicznemu, a także odbudowa zapasów;
– poprawiająca się sytuacja w większości krajów UE, a przede wszystkim u naszych głównych partnerów handlowych, ale także (a może przede wszystkim) zdolność firm działających na polskim rynku do konkurowania na rynkach zewnętrznych, dała pozytywny efekt – silny, 8- procentowy wzrost eksportu. Jednocześnie import nie rósł tak szybko, mimo umacniania się złotego w 1. kwartale
Co nas czeka w 2. kwartale i całym 2015 r.? Na pewno dalszy wzrost popytu na pracę (wzrost zatrudnienia) i wzrost wynagrodzeń. Oznacza to, że przedsiębiorcy muszą przyjąć, że w 2. i kolejnych kwartałach br. mogą mieć kłopoty z pozyskaniem pracowników o potrzebnych im kwalifikacjach i kompetencjach (m.in. specjalistów IT, specjalistów od logistyki, inżynierów, techników, energetyków). A to oznacza silniejszy niż dotychczas wzrost wynagrodzeń, szczególnie w tych grupach zawodowych, które będą najbardziej poszukiwane.
Rosnąć będą także inwestycje. Niezbędne będzie odbudowywanie istotnie uszczuplonych w 1. kwartale br. zapasów. Ale rosnąć będzie także silniej import.
Obraz polskiej gospodarki po 1. kwartale 2015 r. (struktura wzrostu PKB) wskazuje, że jest szansa na wzrost nie 3,6-3,7 proc. co prognozowałam jeszcze niedawno, ale na wzrost o 0,1-0,2 punktu procentowego wyższy.
Zasady konkurencji w pośrednictwie ubezpieczeniowym, rola ubezpieczyciela w gospodarce oraz konkurencja i współpraca w ubezpieczeniach to niektóre tematy XVIII Kongresu Brokerów, który odbywa się Rawie Mazowieckiej w dniach 28-30 maja pod hasłem „Konkurencja i konkurencyjność na rynku ubezpieczeniowym”. W spotkaniu 28 maja br. wzięła udział wiceminister finansów Dorota Podedworna-Tarnowska.
Minister podziękowała środowisku brokerskiemu za kształtowanie i upowszechnianie zasad etyki zawodowej w działalności pośrednictwa ubezpieczeniowego i reasekuracyjnego oraz wkład w rozwój rynku ubezpieczeniowego i ochronę interesów konsumenckich. „Od liczby brokerów działających na rynku, ich pracy i zaangażowania oraz umiejętności sprawnego i rzetelnego identyfikowania ryzyka oraz od aktywności na rynku ubezpieczeniowym zależy w dużej mierze rozwój sektora ubezpieczeń” ¬– oceniła Dorota Podedworna-Tarnowska. Wskazała też, że rozwój całego rynku ubezpieczeniowego oraz silna konkurencja wewnątrz środowiska brokerskiego nakłada na tę grupę konieczność stałego podnoszenia standardów jakości usług.
Minister przypomniała o rozwiązaniach obowiązujących od 10 sierpnia 2014 r., kiedy weszła w życie ustawa z dnia 9 maja 2014 r. o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych (zwana II transzą deregulacyjną). Ułatwiła ona podjęcie i wykonywanie działalności brokera ubezpieczeniowego i reasekuracyjnego. Zniesiono m.in. konieczność zdawania egzaminu brokerskiego przez osoby, które przez co najmniej 5 lat wykonywały czynności bezpośrednio związane z czynnościami brokerskimi w zakresie ubezpieczeń (lub w zakresie reasekuracji) w okresie 10 lat bezpośrednio poprzedzających złożenie wniosku oraz posiadają pozytywną opinię brokera ubezpieczeniowego, pod kierunkiem którego wykonywały wyżej wskazane czynności. Egzaminu nie muszą zdawać również osoby, które Komisja Egzaminacyjna dla Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych zwolni z tego obowiązku. Chodzi o ukończenie uznanych przez ww. Komisję studiów wyższych, na których osoby te zdały egzaminy w formie pisemnej, a od ukończenia studiów nie upłynęło więcej niż 3 lata. Odpowiednio do zmian w ustawie o pośrednictwie ubezpieczeniowym wydano nowe akty wykonawcze.
12 czerwca 2014 r. opublikowana została Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie rynków instrumentów finansowych (MiFID 2), która wprowadziła m.in. nowe przepisy do dyrektywy z dnia 22 maja 2003 r. w sprawie pośrednictwa ubezpieczeniowego (IMD1). Jak przypomniała minister Podedworna-Tarnowska, miały one za zadanie przede wszystkim podniesienie poziomu ochrony ubezpieczających oraz poprawienie praktyki dotyczącej sprzedaży produktów inwestycyjnych opartych na ubezpieczeniach. Nowelizacja polegała na dodaniu do dyrektywy IMD1 definicji produktu inwestycyjnego opartego na ubezpieczeniu oraz przepisów, które odnoszą się do konfliktów interesów, ogólnych zasad i informacji przekazywanych klientom. Pośrednik ubezpieczeniowy i zakład ubezpieczeń będą zobowiązani do postępowania w sposób uczciwy, rzetelny i profesjonalny, zgodnie z najlepiej pojętym interesem swoich klientów, a przekazywane przez nich informacje, w tym materiały informacyjne, nie mogą wprowadzać w błąd.
„Na poziomie Unii Europejskiej toczą się zaawansowane prace nad projektem dyrektywy w sprawie dystrybucji ubezpieczeń (IMD2). Jej celem jest zapewnienie równych zasad działania wszystkim uczestnikom zajmującym się sprzedażą produktów ubezpieczeniowych oraz zwiększenie poziomu ochrony osób ubezpieczonych” – powiedziała Dorota Podedworna-Tarnowska. Projekt dyrektywy przewiduje m.in. rozszerzenie stosowania pierwotnej dyrektywy w sprawie pośrednictwa ubezpieczeniowego na wszystkie kanały dystrybucji. Projektowany akt ma regulować także obowiązki informacyjne względem konsumentów. Poza obowiązkiem przekazywania informacji w sposób zrozumiały, uczciwy, jasny i niewprowadzający w błąd, zgodnie z najlepszym interesem konsumenta, wprowadzi także dodatkowe obowiązki względem klientów (np. obowiązek ujawniania charakteru i natury wynagrodzenia). Dodatkowo podmiot oferujący ubezpieczeniowy produkt inwestycyjny będzie zobowiązany do poinformowania konsumenta o ryzyku związanym z przyjęciem proponowanych strategii inwestycyjnych.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
W latach 2011-2014 wskaźnik GLA, czyli wskaźnik łącznej powierzchni najmu w centrach handlowych w Polsce zwiększył się o blisko jedną trzecią – z 8,4 mln do 11,1 mln metrów kwadratowych.
W dużych miastach największy przyrost wskaźnika GLA odnotowano w Krakowie (o ponad 25 proc.), Szczecinie (o 30 proc.), Katowicach (o 30 proc.), Lublinie (o 50 proc.) oraz w Rzeszowie (o ponad 60 proc.). Równocześnie dynamika przyrostów wydatków konsumentów w tych miastach była niewspółmiernie mała. Na przykład w Lublinie przyrost wydatków w handlu był pięciokrotnie, a w Rzeszowie sześciokrotnie niższy niż przyrost wskaźnika powierzchni najmu (GLA). Trafne rozpoznanie rzeczywistej strefy oddziaływania oraz zamieszkującej ją grupy docelowej, jej potencjału i potrzeb, to główne wyzwania stojące przed menadżerami centrów handlowych w procesie poszukiwania skutecznego sposób na prowadzenie efektywnego pozycjonowania zarządzanej przez nich powierzchni handlowej.
Intensywna rozbudowa dostępnej powierzchni handlowej zmieniła ranking nasycenia powierzchnią najmu GLA na 1000 mieszkańców, szczególnie w miastach o liczbie ludności w przedziale 100-500 tys. W ciągu 3 analizowanych lat (2011-2014) z pierwszej dziesiątki miast o największym nasyceniu GLA wypadły: Wałbrzych, Tarnów i Zielona Góra. Ich miejsce zajęły Katowice, Kalisz i Lublin.
Analizując jakość istniejącej powierzchni handlowej, szczególnie warto przyjrzeć się dwóm miastom: Lublinowi, w którym nastąpił dwukrotny wzrost wskaźnika GLA oraz Rzeszowowi, w którym wskaźnik GLA wzrósł o dwie trzecie. Równocześnie w obu miastach siła nabywcza mieszkańców dla handlu detalicznego w ciągu ostatnich 3 lat wzrosła o około 10 proc. – w Rzeszowie o 9,9 proc., w Lublinie o 10,2 proc. Powyższe zestawienie jest ilustracją ogólnopolskiej tendencji nienadążania wzrostu wydatków konsumentów w handlu za przyrostem dostępnej powierzchni handlowej. W Lublinie przyrost wydatków w handlu jest pięciokrotnie niższy niż przyrost powierzchni handlowej, a w Rzeszowie sześciokrotnie niższy. Oznacza to, że nieznacznie wzrastająca pula pieniężna będąca w dyspozycji konsumentów, przypada na dynamicznie przyrastającą podaż oferty.
Mimo tych niekorzystnych tendencji centra handlowe w miastach o takich dysproporcjach mogą sprawnie funkcjonować. Analizowane rynki centrów handlowych należy traktować jak rynki posegmentowane, zarówno ze względu na typy obiektów, jak i typy grup docelowych.
W ujęciu ze względu na typy obiektów wyróżnić można dwa ich segmenty (celowo pominięto parki handlowe): segment klasyczny, czyli miejskie galerie handlowe, oferujące klientom nie tylko możliwość zakupów, ale również spędzenie wolnego czasu (kino, kręgle czy szersza oferta food court) oraz tzw. segment attached malls, których cechą wyróżniającą jest oferta hipermarketowa. W obu miastach nasycenie wskaźnikiem GLA w obu segmentach kształtuje się następująco:
Analiza obiektów w Lublinie uwidacznia dodatkowy podział segmentu klasycznego na 2 dodatkowe typy – obiekty śródmiejskie o nasyceniu 180 m2 na 1000 mieszkańców oraz obiekty peryferyjne o nasyceniu 396 m2 na 1000 mieszkańców. Każdy typ segmentu przyciąga inne grupy klientów, co ilustruje ważność właściwej oceny potencjału wskaźnika catchment area oraz analizy nasycenia lokalnych rynków, ich uprzedniego posegmentowania ze względu na typ centrów handlowych oraz typ ich grup docelowych.
W przypadku rynków wysoce nasyconych powierzchnią handlową należy odejść od, nierzadko mylącego, wskaźnika GLA na 1000 mieszkańców, na rzecz wskaźnika GLA na 1000 reprezentantów grupy docelowej. By tego dokonać, niezbędne jest przeanalizowanie siły oddziaływania obiektu handlowego i wynikający z niej potencjał rzeczywistego wskaźnika catchment area (zasięg, liczba potencjalnych klientów), zwyczajów zakupowych konsumentów, ich racjonalnych i emocjonalnych potrzeb związanych z zakupami oraz selekcji strategicznych i drugorzędnych grup docelowych wraz z definicją sposobów dotarcia. Tak przeprowadzone rozpoznanie rynku daje gwarancję posiadania pełnej wiedzy o tym, jaki ten rynek jest, jakimi prawami się rządzi, jaką pozycję posiadają obiekty konkurencyjne, kto jest rzeczywistym konkurentem, jak duży jest rynek konsumencki i ile jest wart, jakie ma oczekiwania, jakie cechują go zwyczaje zakupowe i styl życia. Pozyskana wiedza stanowi wstęp do prawidłowego pozycjonowania obiektu handlowego – zarówno nowego, jak i takiego, który wymaga remodellingu.
BalaBit IT Security prezentuje wyniki ankiety przeprowadzonej podczas warszawskiego VIII Forum Bezpieczeństwa i Audytu IT – SEMAFOR 2015 wśród praktyków bezpieczeństwa IT. Blisko 60 proc. ekspertów przyznało, że największym wyzwaniem dla bezpieczeństwa IT jest skuteczne wykrywanie i śledzenie podejrzanego zachowania użytkowników oraz zapobieganie groźnym incydentom.
Respondenci wskazali w ankiecie największe wyzwania bezpieczeństwa IT. Wśród nich wymienili według liczby wskazań:
Wykrywanie/ śledzenie podejrzanego zachowania użytkowników oraz zapobieganie incydentom – blisko 60 proc. badanych specjalistów ds. bezpieczeństwa IT wskazało, że jest to największe wyzwanie w ich pracy
Kontrola działalności administratorów systemu i superużytkowników (57 %)
Kontrola aktywności strony trzeciej, zewnętrznych partnerów usług IT (42 %)
Wsparcie wewnętrznych procesów biznesowych organizacji (np. raportowania) (38 %)
Przyspieszenie audytów IT i całego procesu dochodzenia śledczego (27 %)
Zmniejszenie kosztów zapewnienia zgodności organizacji z przepisami, regulacjami itp. (19 %)
Monitoring to podstawa
Ponad 93 % badanych profesjonalistów bezpieczeństwa IT przyznaje, że monitoring superużytkowników, takich jak administratorzy, może zwiększyć poziom bezpieczeństwa systemu IT ich firm.
Według respondentów organizacje chronią się przed wewnętrznymi cyberatakami między innymi za pomocą:
Firewalli, IDS/IPS – 86 % badanych
Systemu zarządzania prawami dostępu i menadżera haseł – 64 %
Rozwiązań do monitoringu aktywności użytkowników – 58 %
„To niepokojące, że tak wielu specjalistów IT wciąż ignoruje czynnik ludzki i nie bierze go jako priorytet przy planowaniu oraz modernizacji fizycznej i wirtualnej infrastruktury IT. Najczęściej używanym rozwiązaniem są firewalle, które są całkowicie nieskuteczne wobec ataków ukierunkowanych, zwłaszcza APT lub ataków wewnętrznych. Jak wynika z doniesień medialnych, tego typu ataki są coraz częstsze i nie są tylko naruszeniem bezpieczeństwa danych, ale także najbardziej kosztownymi w skutkach cyberatakami.” – powiedział Zoltán Györkő, prezes BalaBit IT Security.
Od alertu do ataku
Dodatkowo podczas ankiety zapytano profesjonalistów IT ile otrzymują dziennie alertów bezpieczeństwa. Więcej niż co czwarty respondent otrzymuje ponad 100 alertów bezpieczeństwa dziennie, a blisko 60 proc. mniej niż 50. Zespoły bezpieczeństwa IT w dużych polskich firmach składają się przeważnie od 5 do 10 specjalistów, którzy codziennie stoją przed wyzwaniem, badając wszystkie alerty bezpieczeństwa. Przeciętnie mają mniej niż 10 minut na alert, aby zadecydować, czy jest to atak (na przykład wyrafinowany atak APT) i wymaga dalszych badań, czy też nie. Nic dziwnego, że ponad 76 proc. firm już odczuła efekty ataków cybernetycznych (nie mamy informacji o niewykrytych, a obecnie trwających atakach). Natomiast blisko 80 proc. specjalistów ds. bezpieczeństwa IT stwierdziło, że w czasie rzeczywistym wykrywa się mniej niż co czwarty skuteczny cyberatak na firmowy system IT.
Według firmy BalaBit, automatyzacja jest priorytetem – maszyny mogą wykonać większość prac analitycznych, wybierając nietypowe działania na podstawie predefiniowanych reguł i samokształcących się algorytmów. Pozwoli to specjalistom bezpieczeństwa IT skoncentrować się na zadaniach, które wymagają ludzkiej inteligencji, tym samym podnosząc ogólna wydajność ich pracy.
O ankiecie
BalaBit IT Security przeprowadził badanie podczas warszawskiego VIII Forum Bezpieczeństwa i Audytu IT – SEMAFOR 2015 wśród praktyków bezpieczeństwa IT. Odpowiedzi udzieliło ponad 100 praktyków bezpieczeństwa IT, w tym dyrektorzy działów IT i bezpieczeństwa IT, administratorzy systemów, menadżerowie i inni pracownicy działów IT polskich firm. Ponad 60 proc. respondentów pracuje w dużych organizacjach zatrudniających ponad 500 osób, 27 proc. w średnich firmach, a 13 % w małych.
BalaBit IT Security jest innowacyjną europejską firmą bezpieczeństwa informacji, specjalizującą się w rozwiązaniach technologicznych do zarządzania rejestrami zdarzeń oraz monitoringu aktywności uprzywilejowanej. Chroni klientów przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami oraz wspiera organizacje w realizacji wymogów bezpieczeństwa i realizacji standardów zgodnych z normami prawnymi.
Zgodnie z ostatnim rankingiem Deloitte Technology Fast 50, BalaBit charakteryzuje się najdynamiczniejszym wzrostem wśród firm bezpieczeństwa IT w Europie Centralnej. Centrala firmy znajduje się w Luksemburgu, a lokalne oddziały są we Francji, Niemczech, Rosji, Wielkiej Brytanii i w USA. Firma współpracuje z partnerami z całego świata w ponad 40 krajach. Główny dział badań i rozwoju oraz globalne centrum wsparcia znajduje się na Węgrzech. BalaBit obsługuje klientów z całego świata w tym aż 23 największe firmy z listy Fortune 100.
Firma historycznie znana dzięki rozwiązaniu syslog-ng™, które służy do zarządzania rejestrami zdarzeń (logami) i aktualnie z niego korzysta ponad 1 milion organizacji na całym świecie. Pierwotnie tylko w wersji open source rozwiązanie syslog-ng™ jest podstawą rozwoju firmy BalaBit. Obecnie flagowym produktem firmy jest Shell Control Box™, innowacyjne rozwiązanie do monitoringu aktywności uprzywilejowanej.
W auli SGGW zorganizowana została konferencja na temat stanu ochrony zwierząt w Polsce. Celem konferencji było zdiagnozowanie sytuacji i sformułowanie wniosków służących poprawie ich ochrony. W Konferencji wzięli udział przedstawiciele organów administracji rządowej (ministrowie z MEN i MAiC) i samorządowej oraz organizacji pozarządowych.
W ostatnich miesiącach w Najwyższej Izbie Kontroli powstała Rada do Spraw Wspierania Działań na Rzecz Ochrony Zwierząt. W jej skład, obok kontrolerów z NIK, weszli także eksperci zajmujący się problematyką opieki nad zwierzętami oraz przedstawiciele organizacji pozarządowych. Rada ma formułę otwartą, będą do niej zapraszane kolejne osoby i organizacje, którym bliska jest tematyka ochrony zwierząt.
Najwyższa Izba Kontroli od wielu lat interesuje się problemem opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Z roku na rok przybywa porzucanych zwierząt. Ich liczba wzrosła od 2005 r. o ponad 25 procent. Na szczęście wzrasta też liczba adopcji. Wnioskami z raportów NIK zainteresowali się nie tylko parlamentarzyści, ale przede wszystkim przedstawiciele organizacji pozarządowych. Zainspirowali oni Izbę do zorganizowania konferencji w gronie ekspertów i samorządowców na temat opieki nad bezdomnymi zwierzętami.
Co wynika z dotychczasowych kontroli NIK?
W ponad 60 proc. gmin odławiano zwierzęta bez zapewnienia im miejsc w schroniskach. Odławianie psów i kotów „donikąd”, przy równoczesnym braku ich znakowania (czipowania) otwierało drogę do uśmiercania zwierząt lub wywożenia i wypuszczania ich w sąsiednich powiatach, względnie – prowadziło do umieszczania zwierząt w przepełnionych i nie zawsze zapewniających właściwe warunki schroniskach.
60 proc. gmin zlecało odławianie zwierząt podmiotom, które nie miały wszystkich wymaganych prawem zezwoleń.
80 proc. wszystkich pieniędzy teoretycznie przeznaczonych na opiekę nad zwierzętami w rzeczywistości trafiało do firm odławiających bezdomne zwierzęta. Na tej dość specyficznie rozumianej „opiece” nad zwierzętami zarabiają więc głównie hycle.
30 proc. pieniędzy przeznaczonych na opiekę nad zwierzętami wydano nielegalnie (płacąc firmom, które nie miały odpowiednich zezwoleń na wyłapywanie zwierząt i nie zapewniały im miejsc w schroniskach) lub niegospodarnie (płacąc schroniskom, które nie potrafiły zapewnić nawet minimalnych standardów opieki nad zwierzętami).
Połowa skontrolowanych gmin nie sprawdzała, co działo się ze schwytanymi, odłowionymi bezdomnymi zwierzętami.
W umowach z hyclami i schroniskami 60 proc. gmin nie zawarło żadnych wymagań dotyczących standardów opieki nad zwierzętami.
80 proc. gmin nie żądało od schronisk prowadzenia rzetelnych rejestrów przyjętych zwierząt, co ułatwiało – oględnie mówiąc – nierzetelną opiekę. Tylko nieliczne gminy znakowały (czipowały) bezdomne zwierzęta.
Ponad 60 proc. schronisk nie prowadziło rzetelnie ewidencji, a bez pełnej dokumentacji niemożliwe jest śledzenie przez gminy dalszych losów zwierząt umieszczanych w schroniskach lub oddawanych do adopcji. Bez odpowiednich rejestrów utrudnione jest także sprawdzanie prawidłowości wykorzystania środków publicznych przeznaczanych na ochronę zwierząt.
Ponad 80 proc. schronisk nie zapewniło odpowiednich warunków dla przyjętych zwierząt – głównie z powodu przepełnienia. Zdarzało się, że część wyłapywanych zwierząt była umieszczana w placówkach nieobjętych nadzorem weterynaryjnym (przytuliskach, hotelach itp.), gdzie często doświadczały okrutnego traktowania. Schroniska nie były w stanie zapewnić zwierzętom godnych warunków bytowania. Psy i koty nie miały odpowiednich pomieszczeń, legowisk ani wybiegów (w 71 proc. schronisk), przebywały w złych warunkach sanitarnych – zanieczyszczonych odchodami kojcach i boksach (w 43 proc. schronisk), często były źle karmione (w 21 proc. schronisk), a nawet narażone na zranienia.
Gminy, szczególnie małe, nie radziły sobie z problemem bezdomności zwierząt, głównie z powodu nieskutecznych działań ograniczających rozrodczość oraz braku schronisk bądź ich przepełnienia.
Niektóre samorządy, na szczęście nieliczne, wpadły na pomysł, że wszystkie bezdomne zwierzęta stanowią zagrożenie i nie zapewniały im w ogóle miejsc w schroniskach – zgadzając się tym samym na uśmiercanie psów i kotów przez hycli.
Obowiązkowo sterylizowano zwierzęta tylko w dwóch skontrolowanych schroniskach i dotyczyło to głównie zwierząt przeznaczonych do adopcji.
W związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami NIK sformułowała wnioski, które dotyczyły:
ustawowego obowiązku rejestracji i znakowania zwłaszcza bezdomnych psów (tzw. czipowanie), co pozwoliłoby na śledzenie losów wyłapywanych zwierząt, a także sprawdzanie, czy trafiły do schroniska oraz kiedy oddano je do adopcji. Czipowanie pomogłoby również w rozliczaniu schronisk z przekazanych im pieniędzy;
prawnego wymogu umożliwiającego prowadzenie schroniska pod warunkiem uprzedniego wydania przez inspekcję weterynaryjną decyzji stwierdzającej spełnienie przez organizatora wszystkich niezbędnych warunków;
ustawowego obowiązku zawierania w umowach z hyclami i schroniskami precyzyjnych wymagań dotyczących opieki nad zwierzętami. Gminy muszą też mieć możliwość – i chęć – zagwarantowania sobie w umowach prawa do prowadzenia w schroniskach kontroli;
wprowadzenia ustawowego obowiązku opieki nad bezdomnymi zwierzętami (co w kompleksowym procesie uczyni z wyłapywania tylko pierwszy etap opieki, którego następstwem będzie umieszczenie bezdomnego zwierzęcia w schronisku i przeprowadzenie adopcji), zamiast dotychczasowego obowiązku ochrony przed zwierzętami (co prowadziło do wyłapywania psów i kotów, dla których nie było miejsc w schroniskach);
ustanowienie gminnych programów opieki nad bezdomnymi zwierzętami aktami prawa miejscowego (co znacząco ułatwi egzekwowanie uchwalonych przepisów).
Wprowadzenie zaproponowanych przez NIK wniosków zależy w dużej mierze od administracji rządowej, w tym od Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji (stąd obecność jego przedstawicieli) oraz przede wszystkim od posłów i senatorów ze wszystkich ugrupowań.
NIK wraz z Radą, organizując przy pomocy SGGW konferencję, zdaje sobie sprawę jak ważna jest świadomość praw zwierząt oraz edukacja – wychowanie do dojrzałych, pełnych empatii postaw. „Zwierzę nie jest rzeczą” – trzeba o tym stale przypominać. Dlatego też w konferencji wzięli udział m.in. etycy (prof. Magdalena Środa) oraz przedstawiciele MEN.
Jedną z rekomendacji płynących z konferencji jest zwrócenie uwagi na to, jak ważnym środkiem w przeciwdziałaniu bezdomności zwierząt jest ograniczanie ich rozrodczości oraz promowanie adopcji. Prelegenci z organizacji pozarządowych oraz przedstawiciele samorządu mówili o swoich doświadczeniach w tym zakresie.
W 2014 r. Ukraińcy kupili w Polsce o 30 proc. więcej mieszkań niż rok wcześniej. Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok nabędą więcej lokali niż Niemcy, którzy przez ostatnie lata byli najbardziej aktywnymi inwestorami. Najpopularniejszym miastem jest dla obcokrajowców Warszawa.
Z raportu opublikowanego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wynika, że w 2014 r. cudzoziemcy kupili w Polsce 170 tys. metrów kwadratowych mieszkań. Przy założeniu, że mieszkanie ma 50-55 mkw. oznacza to zakup 3-3,5 tys. lokali. Najwięcej, bo prawie 18 proc., to inwestycje dokonane przez obywateli Niemiec, którzy kupili 30,2 tys. mkw. mieszkań, o 4 proc. więcej niż rok temu.
Warto jednak zwrócić uwagę na Ukraińców, którzy wg zestawienia MSW znajdują się na drugim miejscu na liście cudzoziemców kupujących w Polsce mieszkania. W ubiegłym roku nabyli oni 24,1 tys. mkw. mieszkań, co oznacza wzrost rok do roku o 30 proc. i ponad 14 proc. łącznego metrażu zakupów cudzoziemców będących osobami fizycznymi. W 2013 r. odsetek ten stanowił 11,4 proc., a w 2006 r. było to poniżej 5 proc. Tak dynamiczna zmiana jest prawdopodobnie związana z niestabilną sytuacją w ich kraju i atrakcyjnością polskiego rynku należącego do Unii Europejskiej.
W dalszym kręgu krajów, których obywatele kupują w Polsce najwięcej mieszkań są Wielka Brytania, Francja, Włochy, Białoruś i Rosja. Rosjanie odpowiadają za niespełna 4 proc. powierzchni mieszkań kupionych w ubiegłym roku przez obcokrajowców. Łącznie dziesiątka najaktywniejszych krajów to ponad 2/3 powierzchni wszystkich lokali.
Chińczycy coraz częstszymi inwestorami
Z danych MSW wynika, że w ubiegłym roku nieruchomości mieszkalne w Polsce kupili obywatele 92 krajów, wśród nich tak egzotycznych jak Wyspy Marshalla, Gwatemala, Dominikana czy Mauritius. W statystykach uwagę zwraca też wzrost aktywności inwestycyjnej obywateli Chin. W 2013 r. kupili oni 3 tys. mkw. mieszkań, a w ubiegłym roku było to już 4,8 tys. mkw., czyli około sto mieszkań. Wzrost powierzchni lokali kupionych przez Chińczyków wyniósł rok do roku prawie 60 proc.
Łącznie mieszkaniowe zakupy cudzoziemców będących osobami fizycznymi wzrosły o 4,6 proc. Gdy doliczyć do tego osoby prawne, będzie to 5,2 proc. Większość mieszkań kupowanych w Polsce to jednak inwestycje osób fizycznych (prawie 80 proc.). Wśród osób prawnych dominują podmioty z Cypru, co jest efektem popularności tego kraju wśród Polaków jako miejsca optymalizacji podatkowej. Za dużą częścią cypryjskich inwestycji stoją po prostu obywatele polscy.
Rocznie cudzoziemcy (łącznie osoby fizyczne i prawne) kupują w Polsce około 4-4,5 tys. mieszkań, w tym samym do użytkowania oddawanych jest 140-150 tys. nowych lokali, zatem zakupy cudzoziemców stanowią ok. 3 proc. rocznej liczby nowych mieszkań w naszym kraju.
Warszawa numerem jeden
Obcokrajowcy najwięcej mieszkań kupują w Warszawie. W 2014 r. było to 45,4 tys. mkw., co stanowi ponad jedną czwartą powierzchni mieszkań kupionych w Polsce przez osoby fizyczne z zagranicy. Nie jest to niespodzianka, wszak jest ona największym i najbardziej płynnym rynkiem nieruchomości w Polsce. Prawie 20 tys. mkw. kupiono w Krakowie, a niespełna 13 tys. mkw. we Wrocławiu. Kolejne najpopularniejsze miasta to Poznań, Łódź, Gdańsk i Szczecin. W podziale na województwa króluje naturalnie mazowieckie (niemal 60 tys. mkw. powierzchni mieszkań kupionych przez osoby fizyczne i 18 tys. mkw. kupione przez osoby prawne).
Prawo mówi, że kupujący w Polsce nieruchomość potrzebują na to zezwolenia MSW, ale nie dotyczy to zakupu mieszkań. W ich wypadku ministerstwo musi tylko gromadzić dane o transakcjach. Podaje je w corocznych raportach wyrażając kupione przez cudzoziemców mieszkania w metrach kwadratowych powierzchni.
W Polsce jest blisko 15 mln kredytobiorców. Według danych BIK w 2014 roku prawie, co drugi dorosły Polak miał kredyt. Z danych zebranych przez Skopos dla Kreditech Polska wynika, że ponad 50% pożyczających w internecie to mieszkający w dużych miastach mężczyźni, zaciągający pożyczki w wysokości do 2 tys. zł.
Jak wynika z informacji BIK, w samym tylko pierwszym kwartale Polacy pożyczyli 19,5 mld zł. Sporą część tej puli przez Internet – rynek pożyczek internetowych przekroczył już wartość 4,5 mld zł a do końca roku będzie to 5 mld zł. Szybkość i dyskrecja to najczęściej podawane powody korzystania z usług internetowych firm pożyczkowych.
Segmentacja dokonana przez Skopos dla Kreditech Polska wskazuje także na modele społeczne pożyczających przez internet. Lubią oni robić zakupy online i są konsumentami nowych mediów, a szybko dostępne pożyczki w sieci wybierają, jako te, które gwarantują natychmiastowe zaspokojenie potrzeb. W przywołanych w raporcie serwisach Kredito24 i Zaimo, pożycza głównie konsument określany mianem „pewny siebie przywódca” (40%). Dalej plasuje się mieszkający poza miastem „konformista” (22%), który lubi robić zakupy w internecie i aktywnie korzysta z bankowości online, a przejrzystość produktu lub usługi i bezpieczeństwo danych w Internecie traktuje, jako priorytet przy podejmowaniu decyzji finansowych. Listę profili zamyka ceniący swoją prywatność „pasywny i niezdecydowany singiel” (12%).
– Krótkie terminy spłaty i spora konkurencja wśród instytucji bankowych i poza bankowych sprawiają, że pożyczanie pieniędzy w sieci stało się naprawdę proste i wygodne. Badania wskazują, że z takich pożyczek korzysta coraz więcej aktywnych zawodowo i odpowiednio wyedukowanych ludzi, którzy wiedzą, że wiąże się to z kosztami, których wysokość lepiej poznać, przed zaciągnięciem pożyczki –podkreślaAleksander Rutkowski, dyrektor zarządzający w Kreditech Polska.
Zdaniem Rutkowskiego zainteresowanie pożyczkami będzie rosło, bo chociaż banki coraz chętniej udzielają kredytów konsumpcyjnych na bieżące potrzeby, nie wpływa to znacząco na zmiany popytu na mikropożyczki, ponieważ są to dwa różne produkty. Mikropożyczka to niska kwota na krótki okres, gdzie środki na koncie są dostępne w 15 minut. A takiej oferty w większości banków brak.
Pracodawcy sięgają po coraz bardziej ambitne metody pozyskiwania pracowników. Do nowoczesnych kanałów rekrutacji możemy zaliczyć już nie tylko social media, czy kreatywne billboardy, ale coraz częściej gry, a nawet astrologię biznesu. Kandydaci chętnie dzielą się swoimi wrażeniami po rozmowie kwalifikacyjnej na portalach opinii. Zapytaliśmy Wojciecha Kozickiego, przedstawiciela GoWork.pl, o najciekawsze przykłady takich nietypowych poszukiwań.
Diabelsko trudna rekrutacja
Agencja reklamowa Saatchi&Saatchi szukając pracowników do działu IT postanowiła dokonać wyboru na podstawie ich osiągnięć w grze Diablo III. Ta metoda miała zweryfikować umiejętność pracy zespołowej i kreatywność. Prawdziwe marzenie gracza! Poprzez grę – My Marriot Hotel, rekrutowała również firma Mariott International. Dopiero po osiągnięciu odpowiednio wysokiego poziomu w zarządzaniu wirtualnym hotelem i restauracją, kandydaci mogli wziąć udział w finalnym etapie rekrutacji. Z kolei Siemens rekrutował poprzez grę Plantville, w której najpierw trzeba było zostać menadżerem fabryki. Wymierne efekty dobrego wykorzystania Tweetera
Firma HCL Technologies zdecydowała się przeprowadzić rekrutację przez Tweetera. Przez kilka tygodni pod tagiem #CoolestInterviewEver publikowano zadania rekrutacyjne. Z najlepszą piątką uczestników akcji przeprowadzono wywiady, także na Tweeterze. Rekrutację promowały m.in. filmiki umieszczone w internecie. Poza wymiernym efektem uzyskania nowego, zdolnego pracownika, o ponad 20 proc. zwiększyła się ilość obserwatorów profilu firmy, co przełożyło się na 88 tys. nowych użytkowników. I kto tu jest demonem social media?
Fotograf trojański
Agencja reklamowa Jung von Matt, chcąc wyłuskać najlepszych art directorów z konkurencyjnych agencji reklamowych, użyła „fotografów trojańskich”. Podstawieni fotografowie dostarczali agencjom swoje portfolio z dyskretnie ukrytym przekazem rekrutacyjnym. Kampania idealnie trafiła w target, docierając do upragnionej grupy docelowej, a jednocześnie osiągnęła cel employer brandingowy.
Przystanek praca
Wrocławska Fabryka Volvo Polska, chcąc w krótkim czasie zatrudnić dużą liczbę pracowników, postanowiła nie czekać aż sami się zgłoszą. W teren wyruszyły specjalne autobusy, a podróżujący nimi specjaliści udzielali zainteresowanym informacji na temat proponowanego zatrudnienia. Akcję dumnie nazwano „Kierunek Volvo – przystanek praca”. Trudno byłoby o lepsze hasło tej kampanii.
Zmontuj sobie pracę
Jeden z czołowych producentów mebli, stwierdził że umiejętność ich samodzielnego składania
to istotne kryterium jakie powinien spełniać kandydat na nowego pracownika. Dlatego ulotka
z instrukcją rekrutacji była dołączona do mebli.
Lorem Ipsum
Agencja Jung von Matt przoduje w kreatywnych rekrutacjach. Szukając nowego dyrektora artystycznego zastosowała nietypową metodę. Na stronie Lorem Ipsum (lipsum.com) służącej do tworzenia przykładowych bloków tekstu – wykorzystywanych np. przez projektantów stron, plakatów, itp., podłączyli ogłoszenie informujące o otwartym stanowisku. Każdemu użytkownikowi który skorzystał z generatora znajdującego się na stronie wyświetlał się komunikat. Dzięki temu zabiegowi, do ogłoszenia dotarło 200 tys osób.
Oferta z krzyżówki
Warszawski oddział niemieckiej agencji Jung von Matt również skorzystał z kreatywnego sposobu rekrutacji poszukując copywriterów. W magazynie Brief zamieścił krzyżówkę, której rozwiązaniem był kod QR. Jego zeskanowanie i przejście na właściwa stronę internetową zapewniało przejście do kolejnego etapu rekrutacji. Kampania idealnie trafiła w target. Dodatkowo była też świetną reklamą, bo o działaniach agencji zrobiło się głośno w mediach.
Przez żołądek do serca pracownika
Luxsoft Polska postawił na argument cukierniczy. W krakowskich wieżowcach i biurach rozdawano darmowe pączki z listem, w którym była informacja o poszukiwanych informatykach. Nawet jeżeli łakocie nie trafiły w ręce idealnego kandydata, za polecenie właściwej osoby można było uzyskać korzyść finansową, albo… po prostu zjeść darmowego pączka.
Idealny kandydat wskazany przez gwiazdy
Choć może się to wydawać nieprawdopodobne, coraz więcej firm zamiast z własnego doświadczenia i intuicji korzysta z rad astrologów. Nie wierzycie? W 1997 roku powstało nawet ISBA, czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Astrologów Biznesu. Nie trudno wywróżyć, że biorąc pod uwagę jak kreatywnie i dynamicznie rozwija się sektor HR, czeka nas jeszcze wiele niespodzianek.
W trakcie marcowej konferencji Forum Bankowe, przedstawiciele Związku Banków Polskich (ZBP) zaprezentowali swoją koncepcję pomocy dla „frankowców”. Pomysł utworzenia dwóch funduszy wspierających kredytobiorców nie spotkał się z dużym entuzjazmem. Prezes KNF-u stwierdził nawet, że banki chcą przerzucić większość swoich kosztów i odpowiedzialności na budżet państwa. Mimo takich opinii, ZBP kontynuował prace nad swoim planem pomocowym. Zgodnie z obietnicą banków, pod koniec maja poznaliśmy szczegóły proponowanych rozwiązań.
Pomoc zostanie uruchomiona, gdy kurs CHF/PLN przekroczy 5 zł
Informacje zamieszczone na stronie internetowej ZBP wskazują, że bankowcy rozwinęli swój wcześniejszy plan pomocowy. Jego kluczowym elementem miał być Sektorowy Fundusz Stabilizacyjny – tłumaczy Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl. Według nowych założeń, banki utworzą oddzielne fundusze do stabilizacji rat. Zebrane środki zapewnią kredytobiorcom dopłaty po dużym wzroście kursu CHF/PLN. Ustalenia ZBP zaakceptowało dziesięć banków (BGŻ BNP, BPH, BZ WBK, Deutsche Bank, Getin Noble, mBank, Millennium, PKO BP, Raiffeisen Polbank i Santander Consumer Bank). W każdym z nich klient otrzyma dopłatę do raty (np. 0,3 zł za 1 CHF), gdy notowania franka przekroczą 5,00 zł. Pozostałe warunki pomocy zostaną ustalone indywidualnie. Dopłaty ratalne mają być przeznaczone dla klientów, którzy:
zaciągnęli kredyt waloryzowany do kursu waluty obcej na zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych i kupili dom (do 100 mkw. powierzchni użytkowej) lub lokal mieszkalny (do 75 mkw. powierzchni użytkowej)
podpiszą odpowiedni aneks do umowy kredytu w trakcie 6 miesięcy od utworzenia funduszu stabilizacyjnego
zgodzą się na przewalutowanie kredytu, gdy kurs CHF/PLN spadnie do ustalonego poziomu (np. 3,00 zł)
w momencie złożenia wniosku o aneks mają przeciętny dochód (z ostatnich 12 miesięcy) niższy od średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej
regularnie spłacali swój kredyt mieszkaniowy
Wydaje się, że najbardziej restrykcyjny jest wymóg dotyczący miesięcznego dochodu. Informacje, które NBP zaprezentował w marcowym raporcie o inflacji wskazują, że tylko 10% – 15% „frankowców” uzyskuje dochody zbliżone lub niższe od przeciętnych. Faktyczna atrakcyjność propozycji, którą ZBP ma dla takich osób, będzie zależała od wysokości dopłat oraz oczekiwanego kursu przewalutowania. Dokładne zasady dotowania rat w poszczególnych bankach zostaną jeszcze doprecyzowane przed uruchomieniem funduszy stabilizacyjnych. Wszystkie ustalenia zakończą się najpóźniej w czwartym kwartale bieżącego roku.
Banki oferują klientom również zwrotną pożyczkę restrukturyzacyjną
Kolejnym elementem bankowej oferty dla „frankowców” ma być Fundusz Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych (FWRKH). Skorzystają z niego też nabywcy mieszkań zadłużeni w innych walutach (np. euro i złotym). Banki zadeklarowały, że na restrukturyzację kredytów mogą przeznaczyć 125 mln zł. Działalność Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych ma zostać uregulowana przez ustawę. Zgodnie z pomysłem banków, swój wkład do FWRKH wniesie państwo. Przedstawiciele ZBP już wcześniej podkreślali, że instytucje państwowe ponoszą częściową odpowiedzialność za „frankowy” problem (m.in. ze względu na brak odpowiednich regulacji w latach mieszkaniowego boomu).
Pomoc Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych co do zasady ma być zwrotna. Z umorzenia dodatkowego długu skorzystają tylko wybrane osoby – dodaje analityk portalu RynekPierwotny.pl. Opisywany fundusz udzieli pożyczki na spłatę rat po jakimś zdarzeniu losowym (np. utracie pracy, chorobie lub śmierci małżonka). Zwrotna pomoc z FWRKH będzie wypłacana nie dłużej niż przez 12 miesięcy. Jej wartość nie przekroczy 1500 zł/m-c. Wsparcia nie otrzymają osoby, które kupiły duży lokal (> 75 mkw.) lub dom o powierzchni użytkowej powyżej 100 mkw.
Dłużnicy będą mogli zamienić nieruchomość bez przewalutowania
Dla wielu „frankowców” propozycja utworzenia funduszu restrukturyzacyjnego i stabilizacyjnego nie jest najbardziej istotna. Wydaje się, że większe zainteresowanie mogą wzbudzić dwa inne rozwiązania. Pierwsze z nich polega na przedłużeniu dotychczasowego pakietu pomocy do końca 2015 r. W ramach wspomnianego pakietu posiadacze kredytów waloryzowanych do franka mogą liczyć na:
uwzględnienie ujemnego LIBOR-u przy ustalaniu oprocentowania
niższy spread w bankowym kursie CHF/PLN
przewalutowanie po średnim kursie NBP (bez spreadu)
bardziej elastyczne podejście kredytodawcy w kwestii restrukturyzacji i przedłużenia okresu spłaty
rezygnację banku z dodatkowych zabezpieczeń kredytu (w przypadku terminowej spłaty)
Banki chcą uzupełnić swój pakiet o możliwość przenoszenia hipoteki bez spłaty długu. Na razie tylko Getin przeprowadza taką operację. Dwaj inni kredytodawcy (PKO BP oraz mBank), chcą pójść w jego ślady. Można oczekiwać, że wkrótce wzrośnie liczba banków pozwalających „frankowcom” na łatwą zamianę lokalu. ZBP wydał bowiem rekomendację określającą uproszczone zasady przenoszenia hipoteki (bez przewalutowania i spłaty kredytu).
Wprowadzenie nowych procedur oczywiście nie rozwiąże problemu nadmiernego zadłużenia. Takiego efektu nie będą miały również inne działania podejmowane przez Związek Banków Polskich. Brak bardziej kompleksowych planów ze strony sektora bankowego, otwiera drogę do przewalutowania na warunkach narzuconych przez polityków. Andrzej Prajsnar – RynekPierwotny.pl
8,5 miliona sztuk wierzytelności o wartości nominalnej niemal 57 miliardów PLN obsługują spółki zarządzające wierzytelnościami, objęte badaniem Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, w wyniku którego powstał raport „Wielkość polskiego rynku wierzytelności. IV kwartał 2014„.
W obu przypadkach oznacza to znaczący wzrost. W strukturze wierzytelności, zarządzanych przez Członków KPF, dominują te obsługiwane na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych. W tej kategorii wierzytelności znalazły się portfele o największej jednostkowej wartości, choć jeszcze rok wcześniej prym pod tym względem wiodły wierzytelności obsługiwane na zlecenie banków.
Skala wierzytelności obsługiwanych przez członków KPF
Na koniec 2014 roku wartość nominalna wierzytelności zarządzanych przez Członków KPF wyniosła prawie 57 mld PLN, co w porównaniu z poprzednim kwartałem oznacza wzrost o 6 mld, czyli o 13%. Natomiast w całym analizowanym okresie, ich wartość wzrosła 2,5-krotnie, o 36 mld PLN. Biorąc pod uwagę salda obserwowane na koniec poszczególnych lat, to wartość wierzytelności obsługiwanych przez firmy rosła średnio o 29% r/r.
W raporcie KPFwierzytelności podzielono na pięć kategorii. Dominującą pozycję pod względem wartościowym zajmują te zarządzane na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych, stanowiące 63% wszystkich wierzytelności obsługiwanych przez firmy członkowskie KPF. Te portfele cechowała też najwyższa średnia dynamika wzrostu w analizowanych latach – od końca 2011 do końca 2014 roku wartość portfeli w tym segmencie zwiększyła się o 20 mld PLN – z 16 mld do 36 mld PLN. Znaczący wzrost odnotowano także w odniesieniu do wierzytelności obsługiwanych przez inne fundusze sekurytyzacyjne. Tylko w ciągu ostatniego roku ich wartość z 3,7 mld PLN przyrosła do niemal 9 mld. Mniejsza, choć również warta odnotowania, jest dynamika wartości wierzytelności zarządzanych w imieniu banków – z 2,5 mld PLN na koniec 2010 roku do 4,6 mld na koniec roku 2014. Względnie niezmienna pozostawała natomiast wartość wierzytelności obsługiwanych w imieniu własnym firm – na koniec lat 2010 i 2014 było to odpowiednio 5,4 i 5,7 mld PLN.
W strukturze ilościowej na koniec 2014 roku również dominowały portfele zarządzane na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych. Między 2011 a 2014 rokiem liczba tych wierzytelności wzrosła ponad dwukrotnie – z 2,2 mln do 4,6 mln sztuk.
– W związku z faktem, iż rynek sekurytyzacyjny rozwija się szybciej, coraz więcej instytucji decyduje się na sprzedaż wierzytelności, bądź należności których odzyskanie stanowi duże zagrożenie. Decydują się na taki krok, chcąc utrzymać płynność finansową we własnej firmie. Z punku widzenia firmy windykacyjnej fundusz sekurytyzacyjny pozwala na łatwiejsze pozyskanie finansowania na kolejne zakupy wierzytelności – emitowane certyfikaty inwestycyjne mogą być (za pomocą obsługującego fundusz Towarzystwa Inwestycyjnego) dostarczane szerokiej rzeszy inwestorów, co pozwala na zakup kolejnych portfeli wierzytelności. Innym ważnym czynnikiem zakładania funduszy sekurytyzacyjnych jest fakt, że polskie prawo, w przypadku banków, premiuje zbywanie wierzytelności do funduszy sekurytyzacyjnych, ponieważ wiąże się to z korzyściami podatkowymi. Stąd też niektóre banki wymagają w założeniach przetargów, że nabywcą może być tylko i wyłącznie fundusz – mówi Karol Wenecki z For-Net S.A.
Wartość wierzytelności obsługiwanych w imieniu własnym firm oscylowała wokół poziomu 1,8 mln szt. Względnie mało wierzytelności firmy windykacyjne obsługiwały z kolei na rzecz banków – poniżej 1 mln sztuk w analizowanych latach. Przeciętna liczba obsługiwanych na koniec 2014 roku wierzytelności, przypadająca na jedną firmę objętą badaniem wynosiła w 531 tys. sztuk.
– Od zeszłego roku banki otworzyły się również na sprzedaż nowego rodzaju aktywów – portfeli zabezpieczonych hipoteką, co także przyczyniło się do wzrostu podaży wierzytelności na rynku. Miniony rok to kilka dużych transakcji na rynku, w których wartość jednorazowo sprzedawanego portfela wynosiła nawet ponad 1 miliard PLN. Dużej podaży odpowiada naturalnie duży popyt – jeśli posiada się profesjonalny zespół i skuteczne procesy operacyjne, to zakup wierzytelności jest po prostu dobrą inwestycją –uważa Karolina Barańska z Grupy KRUK S.A.
Koniunktura na rynku wierzytelności
W badaniu, na podstawie opinii praktyków biznesowych, dokonano analizy bieżącej sytuacji oraz przewidywań dotyczących przyszłej koniunktury na rynku zarządzania wierzytelnościami. Ocenie poddano stan windykacji na zlecenie oraz obrotu wierzytelnościami. W pierwszym z tych segmentów sytuację bieżącą w porównaniu z poprzednim rokiem ponad 2/3 firm oceniło neutralnie, a oceny negatywne nieznacznie przeważały nad pozytywnymi. W dłuższej perspektywie czasu również dominowały oceny neutralne, choć już z przewagą ocen pozytywnych.
Zdecydowanie korzystniejsze prognozy – wg przedstawicieli firm – rysują się przed rynkiem obrotu wierzytelnościami. Zarówno sytuację bieżącą, jak i sytuację przyszłą około ekspertów oceniło dobrze lub raczej dobrze.
– Wobec istotnych zmian jakie przyniosła zmiana przepisów ustawy o upadłości, zamieszania wokół BTE, coraz częstszych emisji portfeli bankowych zabezpieczonych hipotecznie oraz ( o czym nie można zapominać ) napiętego kalendarza wyborczego zarówno II półrocze 2015 jak i przyszły 2016 będą latami ciekawymi. Należy założyć, że przeciętny Kowalski chętniej będzie się obsadzał w roli dłużnika z racji dysponowania argumentem szybkiej ścieżki upadłości co wprost powinno przyczynić się do spadków cen portfeli wobec chęci zbywania przez banki „trudnych” dłużników. Powstały w ten sposób nawis w sektorze bankowym powinien szybko przełożyć się na istotne wahania cen portfeli z tendencją spadkową. Z kolei wierzytelności B2B trafiają na rynek coraz później i są coraz trudniejsze. Tutaj raczej spodziewać się należy raczej zmniejszenia wolumenu obsługiwanego przez firmy windykacyjne gdyż firmy – wierzyciele, już teraz w sposób zauważalny radzą sobie same coraz lepiej w odzyskiwaniu swych własnych wierzytelności – prognozuje Mariusz Piotrowski, Dyrektor ds. Zarządzania Wierzytelnościami Sekurytyzowanymi Indos S.A.
Badanie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych „Wielkość polskiego rynku wierzytelności”przeprowadzane jest w cyklu kwartalnym wśród firm członkowskich KPF, do których zaliczają się liderzy rynku zarządzania wierzytelnościami w Polsce. Źródło: KPF.
Posiadanie dzieci wiąże się nie tylko z olbrzymią odpowiedzialnością, lecz także wydatkami. Średnio wynoszą one 607 zł na jedno dziecko miesięcznie. Najwięcej pieniędzy (673 zł) muszą zarezerwować w budżecie rodzice pociech w wieku 10–12 lat. Podobno im dziecko starsze, tym mniej na nie wydajemy. Co kosztuje nas najbardziej?
Rodzice przeznaczają środki finansowe przede wszystkim na żywność (średnio 208 zł miesięcznie). Wydatki te są wyższe w dużych miastach. Wraz z wiekiem rodziców wzrastają (nawet o 80 zł). „Znaczną cześć pieniędzy (114 zł) przeznaczamy na zakup ubrań. Domowy budżet obciążają też opłaty związane ze szkołą i zajęciami pozalekcyjnymi, średnio 84 zł” – mówi serwisowi infoWire.pl Alina Stahl z Biura Informacji Kredytowej. 95 zł rezerwujemy na zabawki oraz spełnianie zachcianek dzieci – najwięcej wydają rodzice tych w wieku 3–5 lat. Na leczenie pociech przeznaczamy z kolei 64 zł.
Nie zapominamy również o edukacji finansowej – 49% dzieci otrzymuje kieszonkowe. Średnio jest to 39 zł na miesiąc. Wartość ta wzrasta wraz z wiekiem pociech. Te mające 13–15 lat otrzymują na własne potrzeby nawet 70 zł.
Jak widać, na dzieci wydajemy bardzo dużo. I nie ma się co dziwić. Przedstawiciele pokolenia Y – osoby urodzone w latach 1982–1995 – których coraz więcej zostaje rodzicami, chcą dać swoim pociechom to, czego sami często nie mieli.
51,6% stanowisk pracy nie spełnia wymogów ergonomii. Oznacza to, że większość polskich pracodawców nie zapewnia swoim pracownikom odpowiednich warunków do pracy, narażając ich tym samym na poważne schorzenia, spadek motywacji, a co za tym idzie również straty finansowe firmy. Jakie inne alarmujące dane o pracy w polskich biurach obnażył raport Ergotest?
Zaledwie 40% ankietowanych pracuje przy stanowisku pracy w wydzielonym miejscu z prawidłowo zachowaną – większą niż 80 cm – odległością od innych stanowisk, jednocześnie blisko co czwarty respondent (22,7%) przyznaje, że ma na swoim biurku zbyt mało miejsca na dokumenty. Swoboda ruchów i zachowanie odpowiednio ułożonej sylwetki chroni nas przed uciążliwymi schorzeniami, jednak aż 17% wszystkich uczestników badania przyznało, że nie ma wystarczającej ilości miejsca na nogi pod biurkiem. Oprócz dolegliwości związanych z kręgosłupem, do jakich może doprowadzić niedostateczna ilość miejsca na nogi, może również dochodzić do zaburzeń krążenia obwodowego, a w przypadku mężczyzn nawet do impotencji.
Wypowiedź: Jacek Świgost, Fellowes, organizator kampanii
Ponad 6 tys. deweloperów zebrało się w Moscone Center w San Francisco, aby wypić 5,7 tys. litrów kawy i dołączyć do milionów użytkowników, którzy oglądali transmisję na żywo z 8 corocznej konferencji Google I/O. Podczas niej pracownicy firmy Google opowiedzieli, nad czym ostatnio pracowali i co zamierzają zrobić w przyszłości.
Sundar Pichai, Senior Vice President, Products
Rozwój Androida W ciągu zaledwie kilku lat technologia mobilna całkowicie zmieniła sposób, w jaki poszukujemy informacji oraz rozrywki, komunikujemy się ze znajomymi i rodziną, a także wykonujemy różne rzeczy. Posiadanie superkomputera w kieszeni stało się dla nas czymś naturalnym; dzisiaj więcej wyszukiwań w Google odbywa się na urządzeniach przenośnych niż na komputerach stacjonarnych. Zgodnie z niektórymi szacunkami, na świecie jest już więcej urządzeń mobilnych niż wszystkich mieszkańców. A najlepszym dowodem na to, że jesteśmy świadkami mobilnej rewolucji jest rozwój Androida. Odbyliśmy długą drogę od momentu pojawienia się pierwszego telefonu z Androidem w 2008 r. Liczba użytkowników naszego systemu dynamicznie wzrosła i obecnie jest ich ponad miliard. Na rynku dostępnych jest ponad 4 tys. różnych urządzeń z Androidem, produkowanych przez ponad 400 firm i dostępnych w ofercie ponad 500 operatorów.
Urządzenia same w sobie również bardzo się zmieniły. W dzisiejszym “wieloekranowym” świecie możecie korzystać z Androida na swoich telefonach, tabletach, na nadgarstku, w samochodzie i w salonie, a także płynnie przełączać się między jednym urządzeniem, a drugim. Wiele tych nowych rodzajów urządzeń pojawiło się zaledwie w ciągu ostatniego roku. Możecie wybierać między siedmioma różnymi zegarkami z Android Wear, w różnych stylach, z różnymi paskami, a także ponad 1500 tarczami stworzonymi przed deweloperów.
Do końca 2015 r. pojawi się 35 modeli samochodów z systemem Android Auto, który ułatwi Wam dostęp do wyszukiwarki, Map, muzyki i wielu innych informacji poprzez samochodowy system multimedialny. A na rynku dostępne są już pierwsze urządzenia z Android TV.
Biorąc pod uwagę wszystkie nowe miejsca, w których korzystacie z urządzeń z Androidem, deweloperzy mają teraz jeszcze więcej możliwości, aby tworzyć nowe aplikacje, dzięki którym użytkownicy mogą się uczyć, angażować czy korzystać z rozrywki. Dzisiaj mówiliśmy o nowych narzędziach oraz funkcjach które udostępniamy deweloperom, by mogli tworzyć jeszcze lepsze rozwiązania dla systemu Android.
Android M – jeszcze większa wydajność i lepsze doświadczenie dla użytkowników Android M to jak dotąd najmocniejsza wersja Androida, do której wprowadziliśmy setki ulepszeń. Do najważniejszych z nich zaliczamy wydłużony cykl życia baterii oraz usprawniony system uprawnień w aplikacjach, dzięki któremu łatwiej zdecydujecie, do jakich informacji mogą mieć dostęp aplikacje w Waszych telefonach. Dzisiaj zapowiedzieliśmy również usługę Android Pay, która umożliwi Wam dokonywanie płatności za pomocą telefonu, nawet bez konieczności uruchomienia aplikacji. Cały czas pracujemy też nad tym, abyście mogli łatwiej wyszukiwać konkretne informacje w aplikacjach, jak również wprowadzamy ważne aktualizacje w Google Now (poniżej więcej informacji na ten temat!).
Lepsze zarządzanie światowymi zasobami informacji Wasze telefony komórkowe zawierają mnóstwo informacji, ale kiedy w danym momencie potrzebujecie odszukać konkretną rzecz, nie zawsze jest to proste – wiecie o czym mówimy, jeśli kiedykolwiek próbowaliście coś szybko znaleźć w mailu, uporządkować setki zdjęć na różnych urządzeniach albo szukaliście miejsca na kolację z przyjaciółmi. Na szczęście, wyszukiwanie i organizowanie informacji to specjalność Google (niektórzy mogą nawet nazwać to naszą misją).
Dlatego też wraz z nową wersją Androida M rozwijamy Google Now, aby umożliwić Wam wsparcie zawsze wtedy, kiedy tego potrzebujecie – jeśli chcecie np. sprawdzić, czy w nowej restauracji znajdzie się wolny stolik albo gdzie i kiedy możecie obejrzeć nowy film. Dodatkowo, teraz będzie Wam łatwiej wyszukiwać nowe aplikacje oraz konkretne treści w aplikacjach – co jest korzystne zarówno dla użytkowników, jak i dla deweloperów.
Lata badań i rozwoju nad uczeniem maszynowym znalazło odzwierciedlenie w naszych produktach. Stworzyliśmy jeszcze bardziej użyteczną Wyszukiwarkę, a Wasze skrzynki pocztowe uczyniliśmy bardziej intuicyjnymi. Od teraz pomożemy Wam także uporządkować Wasze zdjęcia. Dzisiaj zaprezentowaliśmy nową aplikację – Zdjęcia, która pozwala Wam przechowywać zdjęcia i filmy w jednym miejscu, przeglądać je jeszcze sprawniej, dodawać do nich efekty oraz dzielić się nimi na wiele sposobów.
Nowa platforma dla Internetu Rzeczy Otaczają nas urządzenia, które często funkcjonują niezależnie od siebie. Nasze codzienne życie byłoby dużo prostsze, gdyby wszystkie te technologie mogły się ze sobą komunikować – np. gdyby nasza aplikacja kulinarna mogła się porozumiewać z naszym inteligentnym piekarnikiem i ustawić temperaturę na idealnym poziomie. Albo poza domem – począwszy od aplikacji z rozkładami jazdy, która informuje o zmianach w ruchu drogowym, po gospodarstwa rolne, gdzie kombajny oraz systemy nawadniające mogą być kontrolowane z poziomu telefonu.
Mimo to istnieje jeszcze wiele wyzwań – doświadczenie użytkownika jest niespójne i niejasne. Producenci często zaczynają tworzenie kolejnych urządzeń od nowa – urządzenia nie współpracują ze sobą, a deweloperzy nie mają możliwości stworzenia rozwiązań działających spójnie między nimi.
Dołączcie do Projektu Brillo, nowej platformy wywodzącej się z systemu Android, która umożliwia deweloperom oraz producentom tworzenie urządzeń komunikujących się miedzy sobą. Częścią Brillo jest Weave – protokół komunikacyjny stworzony wspólnie z Nest, zestaw API dla deweloperów, podstawowy zestaw schematów oraz program certyfikacyjny, który ma zapewnić możliwość współpracy urządzeń i aplikacji. Mimo że projekt zostanie wprowadzony w drugiej połowie roku, zapowiedzieliśmy Brillo już dzisiaj, ponieważ zobowiązujemy się do wspierania ekosystemu, który pozwoli rozwijać się całej branży.
Nowe doświadczenia mobilne Mobilne technologie rozwinęły się na przestrzeni ostatnich kilku lat, z urządzeniami o różnych formatach ekranów w zależności od potrzeb użytkowników. Jednak jesteśmy dopiero na początku drogi jeśli chodzi o bardziej wciągające i angażujące doświadczenia mobilne. Rok temu podczas I/O ogłosiliśmy projekt Cardboard, który pozwala zamienić telefon w doświadczenie wirtualnej rzeczywistości. Obecnie na rynku jest już ponad 500 aplikacji Cardboard dla filmów, gier, podróży oraz nauki, a z Google Cardboard korzysta już ponad milion użytkowników. Dzisiaj ogłosiliśmy wsparcie dla deweloperów pracujących nad Google Cardboard na systemie iOS oraz zaprezentowaliśmy usługę Google Expeditions, która umozliwia uczniom odbywanie wirtualnych wycieczek za pośrednictwem Cardboard np. takich jak zwiedzanie podwodnego świata czy księżyca. Zapowiedzieliśmy też rozwiązanie Jump, które pozwala uchwycić obraz w formie wideo tak, jakbyście byli wewnątrz niego.
Kolejny miliard użytkowników Pierwszy miliard użytkowników internetu zaczął korzystać z sieci za pomocą komputerów stacjonarnych. Następny miliard to już użytkownicy innego rodzaju – korzystający z telefonów i smartfonów, które dają odmienne możliwości oraz generują nowe wyzwania. Pracujemy nad tym, by użytkownicy tych urządzeń mieli najlepsze doświadczenia związane z korzystaniem z naszych produktów.
Oprócz tworzenia urządzeń bardziej dostępnych, jak Chromebooki i urządzenia Android One (obecnie w siedmiu krajach), dokonujemy zmian, które umożliwią naszemu systemowi operacyjnemu pracę bez przeszkód nawet tam, gdzie nie ma dobrego połączenia z internetem. Wprowadziliśmy uproszczoną wersję wyników Wyszukiwarki w 13 krajach i obecnie 73 miliony osób korzysta z trybu oszczędzania danych w Chrome, aby wyszukiwać informacje jeszcze bardziej efektywnie. Wreszcie, zapowiedzieliśmy nowe mapy działające w trybie offline – zgadza się i jest dokładnie tym co myślicie – mapami nie potrzebującymi do działania sieci, w których można korzystać z nawigacji.
Rozwiązywanie złożonych problemów w mobilnym świecie
Już w pierwszych dniach funkcjonowania naszej Wyszukiwarki, naszym celem było tworzenie produktów dla każdego, wykorzystując techniczną wiedzę do rozwiązywania poważnych problemów. W dzisiejszym świecie, opartym na urządzeniach mobilnych, to podejście jest dla nas równie ważne – od poszukiwania informacji rozproszonych w wielu aplikacjach, po wsparcie w uporządkowaniu zdjęć Waszych dzieci; od wirtualnego zwiedzania Piramid, po zapewnienie dostępu do internetu kolejnemu miliardowi użytkowników.
Tworząc platformę, w ramach której każdy deweloper może dokonywać zmian, możemy dotrzeć do ludzi na całym świecie i umożliwić im korzystanie z internetu niezależnie od tego, kim są, z jakiego urządzenia korzystają i w jakim miejscu się znajdują.
Tak wygląda mobilna rewolucja. Nie możemy się doczekać, co będzie dalej.
Informatyczna spółka Sygnity zamierza wrócić na rynek telekomunikacyjny. Dostawca oprogramowania przygląda się też obszarom, w których dotychczas nie działał, takim jak nowe media. Zamierza wreszcie sięgnąć po środki unijne w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, zwłaszcza w dziedzinie szkolnictwa wyższego.
Sygnity to firma działająca obecnie na trzech rynkach: publicznym, utilities oraz bankowo-finansowym. Zamierza nadal rozwijać się w tych dziedzinach, udoskonalając produkty własne wraz z rozwojem nowych technologii. Szuka też kolejnych obszarów działania. Obecnie prowadzi rozmowy z klientami na temat projektów w branży telekomunikacyjnej i teleinformatycznej.
– Widzimy potencjał firmy właśnie w tych obszarach, o których mówiłem, czyli w takich usługach rozwiązań ICT – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roman Durka, wiceprezes zarządu Sygnity SA. –Każdy klient, który kupuje od nas rozwiązanie, czy to jest system bilingowy, czy jakikolwiek inny, nie używa tego rozwiązania w próżni. Chcemy być również doradcą klienta w zakresie maksymalnie optymalnej budowy infrastruktury ICT, jeśli chodzi o użytkowanie, zarówno naszych aplikacji, jak i innych, które już działają. Chcemy tak działać, by klient miał poczucie, że jego dane są bezpieczne.
Dla Sygnity oznacza to powrót do branży telekomunikacyjnej.
–Kiedyś straciliśmy rynek telekomunikacyjny i dzisiaj mocno pracujemy, żeby na ten rynek wrócić– deklaruje Roman Durka. –Nasza praca obejmuje nie tylko spotkania z klientami i przekonywanie ich, że jesteśmy dobrym partnerem, lecz także myślenie o tym, które produkty i usługi i na jakim poziomie zaoferować klientom z tej branży. Wydaje mi się, że już się te pomysły rodzą i zaczynamy znajdować wspólny język z potencjalnymi klientami.
Kolejnym obszarem zainteresowań spółki jest szybko rozwijający się rynek nowych mediów. Wiceprezes zarządu Sygnity SA przyznaje, że to poważne wyzwanie, bo nowe media dopiero się tworzą i trudno precyzyjnie zidentyfikować ich potrzeby.
– Na razie nie jesteśmy mocno obecni na tym rynku. Jest on tak różnorodny, ma tak zróżnicowane potrzeby, że trzeba dobrze się zastanowić, z jaką ofertą na ten rynek wejść.
W ramach unijnej perspektywy finansowej 2014-2020 z nowego budżetu polityki spójności Polska otrzyma 82,5 mld euro. Największy nacisk w tej perspektywie ma być położony na innowacje. Sygnity chce być przygotowane do skorzystania z unijnych środków, gdy strumień pieniędzy ruszy i – jak deklaruje wiceprezes spółki – szuka projektów w szkolnictwie wyższym. Chce także znaleźć najbardziej optymalny sposób ich zdobycia.
–Trzeba dobrze rozpoznać specyfikę tych finansów i budżetów. To nie są budżety przeznaczone jednoznacznie do wzięcia przez prywatne firmy, które mogą rozwinąć i zaoferować rynkowi swoje pomysły, chociaż częściowo też.Bardzo często znacznie łatwiej sięgnąć po te pieniądze w partnerstwie prywatno-publicznym i o tym też myślimy – mówi Durka. – Perspektywa się zbliża, pewnie w połowie przyszłego roku będą dostępne pierwsze fundusze, a teraz jest czas, żeby myśleć o tym, które obszary zdefiniować, tak by móc ubiegać się o fundusze i mieć gotowe projekty, kiedy pieniądze będą już dostępne.