Doniesienia o postępach w rozmowach prowadzonych między Grecją a krajami Unii Europejskiej w pozytywny sposób wpłynęły na sytuację panującą na europejskich parkietach. W efekcie, w środę obserwowaliśmy znaczące zwyżki większości głównych indeksów giełdowych – niemiecki DAX zakończył wczorajszą sesję z wynikiem +1.26%, natomiast francuski CAC 40 – +1.95%.
Popołudniu pozytywne nastroje udziały się także inwestorom zza Oceanu. W reakcji na zapewnienia premiera Aleksisa Tsiprasa o bliskim porozumieniu z unijnymi kredytodawcami, indeks S&P 500 wzrósł do poziomu 2123.48 pkt, podczas gdy Nasdaq Composite sięgnął 5106,59 pkt.
Rano uwagę inwestorów przyciągnęły wiadomości napływające z Dalekiego Wschodu, gdzie zostały opublikowane dane obrazujące dynamikę sprzedaży detalicznej w Japonii. Popołudniu poznamy natomiast informacje o sytuacji panującej na amerykańskim rynku pracy – analitycy spodziewają się spadku liczby złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych do poziomu 274K.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Para USD/JPY odnotowała najwyższy poziom od 2002 r., sięgając maksimów z 2007 r., jednak potem nastąpiła ostra korekta w dół pod koniec sesji, ponieważ ruch ten wydaje się zbyt duży i przedwczesny. Odwrócenie wydaje się interesujące również i w innych parach, m.in. w parze GBP/JPY, która odnotowała najwyższe poziomy od czasu kryzysu finansowego.
Jest za wcześnie na obwieszczanie końca wyprzedaży JPY, jednak zobaczymy, jak pary z JPY poradzą sobie z konsolidacją po ostatnim przełamaniu oporu na poziomie 122,00 w parze USD/JPY. Rzecznik japońskiego rządu, Yoshihide Suga, w nocy interweniował po tym, jak para USD/JPY odnotowała kolejne maksima. Zdaniem rzecznika nieoczekiwane ruchy na rynku walutowym są niepożądane.
Wczorajszy dzień przypomniał nam, że jesteśmy nadal narażeni na ryzyko nieoczekiwanych doniesień z Grecji do czasu zawarcia bardziej trwałego „porozumienia” pomiędzy Grecją a jej wierzycielami. Wczoraj strona grecka poinformowała, że opracowywano projekt porozumienia. Informacja ta przyczyniła się do zwiększenia liczby zleceń kupna EUR po tym, jak para EUR/USD sięgnęła najniższego poziomu od miesiąca.
Minister finansów Niemiec, Schaeuble, wyraził wczoraj zdziwienie, że opinia Greków na temat trwających negocjacji była pozytywna, ponieważ jego zdaniem nie poczyniono większych postępów. Najwyraźniej jesteśmy jeszcze daleko od rozstrzygnięcia.
Opublikowany w nocy bardzo słaby odczyt wydatków kapitałowych w Australii zadał cios AUD we wszystkich parach, ponieważ dane te są szczególnie istotne dla gospodarki australijskiej, która opiera się głównie na górnictwie i surowcach. Odczyt wykazał -4,4% w ujęciu rok do roku, co oznacza największy spadek od 2009 r. Może to być wskaźnik wyprzedzający w stosunku do przyjęcia przez Reserve Bank of Australia bardziej umiarkowanego stanowiska na posiedzeniu w przyszły wtorek.
AUD/USD – wykres miesięczny
Para AUD/USD jest nadal ociężała przed posiedzeniem RBA w przyszły wtorek, ponieważ opublikowany w nocy odczyt wydatków kapitałowych wzmocnił oczekiwania, że wytyczne RBA będą bardziej umiarkowane. Od minimów poniżej poziomu 0,7550 nadal dzieli nas pewien dystans (mimo iż nie widać tego na wykresie miesięcznym, takim jak zaprezentowany poniżej), jednak nowa fala aprecjacji USD, np. w efekcie pozytywnych danych ze Stanów Zjednoczonych w przyszłym tygodniu, może spowodować, że para ta nieoczekiwanie odnotuje najniższe poziomy od 2009 r. Uwaga na mocną linię trendu od 2001 r. – znajduje się bliżej, jeżeli użyjemy skali logarytmicznej zamiast skali regularnej.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: aprecjacja chwilowo została wstrzymana, USD jest jednak nadal mocny względem słabych walut surowcowych. Inwestorzy powinni uważać na piątkową korektę PKB w I kwartale w Stanach Zjednoczonych – przewiduje się, że wskaźnik zostanie mocno obniżony, mimo iż w ujęciu ogólnym większe znaczenie mieć będą główne amerykańskie odczyty za maj opublikowane w przyszłym tygodniu.
EUR: kurs jest nieco korygowany w górę, co umożliwia test głównej strefy oporu (1,1000/50), zanim powrócimy do sprzedaży. Stałe ryzyko doniesień związanych z Grecją, które mogą skutkować akcją w dowolnym kierunku.
JPY: Japonia ustnie interweniowała po ostatnim ruchu, który wydaje się nieco zawyżony, biorąc pod uwagę brak ewidentnych bodźców. Parą, którą należy obserwować, jest nadal USD/JPY: wzrost jest prawdopodobny, dopóki poziomy zamknięcia będą powyżej poziomu 122,00.
GBP: dziś nastąpi korekta PKB; rajd funta wykazuje oznaki słabnięcia w niektórych parach. Nadal przewiduję spadek w parze GBP/USD; ciekawe, czy zaniknie również nadmierne umocnienie brytyjskiej waluty względem EUR, mimo iż korelacja pomiędzy parami EUR/USD i EUR/GBP może się utrzymać.
AUD: waluta straciła na wartości po słabym odczycie wydatków kapitałowych w I kwartale i może pozostać osłabiona ze względu na możliwość przyjęcia przez RBA umiarkowanego stanowiska na posiedzeniu w przyszły wtorek w związku z ostatnimi danymi. Para AUD/CAD to potencjalnie interesująca alternatywa dla pary AUD/USD w kontekście spadku AUD.
CAD: konsolidacja jest na razie bardzo delikatna i systematyczna, ponieważ ostatni rajd wydaje się bardzo wiarygodny i może podtrzymać konsolidację niżej nie zagrażając równocześnie potencjałowi wzrostu. Ruch powyżej poziomu 1,2500 w pełni potwierdzi prognozy wzrostu.
NZD: waluta umocniła się względem AUD po słabym australijskim odczycie, jednak istotny katalizator dla spadku w parze NZD/USD czeka poniżej poziomu 0,7200, jeżeli USD pozostanie mocny.
SEK: wczorajszy rajd rozwiał nadzieje na większą aprecjację SEK – powracamy zatem do osłabienia w związku z agresywnie umiarkowaną retoryką Riksbank.
NOK: jutrzejsze dane będą interesujące. Ropa gwałtownie traci na wartości od kilku sesji, skłaniam się zatem do spadku, w szczególności, jeżeli stopa bezrobocia utrzyma się na wysokim poziomie 3,0% lub wyżej, zamiast spaść do przewidywanego poziomu 2,9%.
Najważniejsze dane ekonomiczne
Japonia: handel detaliczny w kwietniu wykazał +0,4% m/m w porównaniu z przewidywanym +1,1%, natomiast w ujęciu r/r wykazał +5,0% w porównaniu z przewidywanym +5,5%
Australia: prywatne wydatki kapitałowe w I kw. wykazały -4,4% k/k w porównaniu z przewidywanym wynikiem -2,2%
Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)
Wielka Brytania: korekta PKB w I kw. (08:30)
Wielka Brytania: indeks usług w marcu (08:30)
Strefa euro: wyniki badania dotyczącego przemysłu, ekonomii, usług, zaufania konsumentów w maju (09:00)
Kanada: saldo na rachunku bieżącym w I kw. (12:30)
Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
Stany Zjednoczone: wskaźnik podpisanych umów sprzedaży domów w kwietniu (14:00)
Stany Zjednoczone: wystąpienie Kocherlakoty z Fed (18:45)
Nowa Zelandia: pozwolenia na budowę wydane w kwietniu (22:45)
Wielka Brytania: wskaźnik zaufania konsumentów GfK w maju (23:05)
Japonia: stopa bezrobocia w kwietniu (23:30)
Japonia: wydatki gospodarstw domowych ogółem w kwietniu (23:30)
Japonia: odczyt krajowego CPI w kwietniu (23:30)
Japonia: odczyt produkcji przemysłowej w kwietniu (23:50)
Australia: sprzedaż nowych domów (HIA) w kwietniu (01:00)
Nowa Zelandia: prognoza aktywności/wskaźnik zaufania przedsiębiorstw (ANZ) w maju (01:00)
Australia: kredyty w sektorze prywatnym w kwietniu (01:30)
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion
Gospodarka Stanów Zjednoczona urosła w I kwartale bieżącego roku zaledwie o 0,2 proc., a przed piątkowym drugim odczytem ekonomiści spodziewają się nawet spadku. Słabe dane znacząco oddalają perspektywę podwyżek stóp procentowych za oceanem. W przypadku poprawy koniunktury nastąpi ona najwcześniej we wrześniu. Przeciwny scenariusz grozi powrotem Fed do dodruku pieniądza i wojną walutową między najważniejszymi bankami centralnymi na świecie.
Protokół opublikowany po ostatnim posiedzeniu FOMC, czyli komitetu nadzorującego politykę pieniężną w Stanach Zjednoczonych, potwierdza, że podwyżka stóp procentowych w czerwcu jest mało prawdopodobna. Komunikat wskazuje na słabe dane makroekonomiczne płynące z największej światowej gospodarki, przyjmując, że spowolnienie może mieć charakter jedynie przejściowy.
– Widać to nie tylko w protokole z ostatniego posiedzenia. Z danych makro, które były publikowane wcześniej, już wynikało, że o czerwcowej podwyżce możemy zapomnieć. Według mnie to jest wysoce nieprawdopodobne. Może wrzesień, jeżeli dane makro będą w miarę dobre – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Według pierwszych danych za pierwsze trzy miesiące bieżącego roku dynamika PKB w Stanach Zjednoczonych wyhamowała prawie do zera, notując wzrost o zaledwie 0,2 proc. w ujęciu zanualizowanym (dana pokazuje, o ile w całym roku urosłaby gospodarka, gdyby rozwijała się w takim tempie, jak w danym kwartale wobec kwartału poprzedzającego). Nie jest to odczyt ostateczny; w piątek podana zostanie jego zrewidowana wartość, a ekonomiści spodziewają się wręcz spadku. Ostateczny odczyt zostanie przekazany do publicznej wiadomości pod koniec czerwca.
W opinii Piotra Kuczyńskiego w przypadku, gdyby dane makroekonomiczne za II kwartał okazały się równie słabe, możliwe jest, że podwyżka stóp procentowych zostanie przełożona jeszcze o rok. Realny jest także scenariusz, w którym Fed po raz kolejny zacznie drukować pieniądze w ramach programu skupu aktywów.
– W tej chwili mieliby konkurencję z Europejskim Bankiem Centralnym i z Bank of Japan, bo wtedy wszyscy by drukowali i wtedy ta wojna walutowa rzeczywiście by rozgorzała. Na razie Amerykanie są wstrzemięźliwi, dolar się umacnia, bo pozwolili na to, co biło w ich gospodarkę, m.in. stąd to osłabienie w I kw., to nie tylko efekt zimy – tłumaczy Piotr Kuczyński.
Dolar umacniał się niemal nieprzerwanie od połowy ubiegłego roku do połowy marca. Obecnie jest mocniejszy wobec euro o niemal jedną czwartą niż rok temu. Z kolei ogłoszony w styczniu, a rozpoczęty w marcu przez Europejski Bank Centralny program luzowania ilościowego, który zakłada skup obligacji państw strefy euro w kwocie blisko 1,1 biliona euro, sprzyja osłabianiu wspólnej waluty. Program potrwa do września 2016 roku. Podobna operacja realizowana jest także w Japonii.
– Gdyby tak włączyły się znowu drukarki i w Stanach, Europa musiałaby jeszcze mocniej drukować, Japonia również, i nie wiem, na czym by się to skończyło. Na pewno na dużej inflacji kiedyś – przewiduje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
W Japonii program luzowania ilościowego trwa od końca 2012 roku. W tym czasie jen osłabił się do dolara o 35 proc. Natomiast główny indeks japońskiej giełdy, Nikkei 225, wzrósł w tym czasie o niemal 140 proc.
– Taki scenariusz o dziwo na razie pomaga giełdom, dlatego że twierdzi się, że skoro podwyżki stóp są odsunięte w siną dal, to może nawet zwiększone zostanie poluzowanie ilościowe, czyli druk, bo to napędza indeksy, które rosną – tłumaczy Piotr Kuczyński
Analityk Domu Inwestycyjnego Xelion określa to zjawisko mianem inflacji na rynku akcyjnym. Ekspert zaznacza jednak, że musi istnieć pewien punkt, w którym dodruk pieniądza nie będzie w stanie zrekompensować pogarszającego się stanu realnej gospodarki.
– Kiedyś może przyjść taki moment, w którym te dane będą już za słabe, wtedy zaczęto by się lekko bać. Ale za chwilę znów by się pojawiło myślenie: acha, jak one są takie słabe, to Fed znowu włączy drukarki i znowu będzie szło do góry. Trudno opanować taki proces, on został uruchomiony kilka lat temu – mówi wypowiedź Piotr Kuczyński.
Rafako negocjuje z instytucjami finansowymi gwarancje, które są kluczowym warunkiem pozyskania nowych kontraktów i redukcji zadłużenia netto. Prezes spółki spodziewa się, że w II kwartale uda się zwiększyć limity gwarancyjne o ok. 50 mln zł, a więc o tyle, ile Rafako pozyskało w I kwartale. Od wielkości wynegocjowanych limitów zależy również wartość zapowiedzianej emisji akcji.
– W I kwartale tego roku udało nam się pozyskać 50 mln limitów gwarancyjnych z rynku ubezpieczeniowego. 20 mln z tych 50 mln to limit przeznaczony na transakcje zagraniczne, które z naszego punktu widzenia też są bardzo istotne, bo cały czas ofertujemy za granicą – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes Rafako.
Zwiększenie limitu dostępnych gwarancji bankowych oraz ubezpieczeniowych ma kluczowe znaczenie dla poprawy płynności finansowej spółki. Dzięki temu Rafako będzie mogło uwolnić gotówkę, która służy jako kaucja gwarancyjna realizowanych obecnie kontraktów. Potrzeby w zakresie limitów gwarancyjnych spółka szacuje na 350-400 mln zł w tym roku, co wynika z planowanego wzrostu sprzedaży na eksport.
– W tej chwili mamy złożonych około 60 ofert na około 100 mln euro w kontraktach zagranicznych i wszystkie te kontrakty w jakimś stopniu wymagają zabezpieczenia już na etapie składania oferty, czyli zabezpieczenia wadialnego. Stąd ten limit jest dla nas bardzo istotny, a 30 mln to jest limit na transakcje krajowe. Negocjujemy teraz dodatkowe limity i przynajmniej taka kwota jest spodziewana dość szybko, być może jeszcze w tym kwartale – tłumaczy Wasilewska-Semail.
W 2014 r. udział sprzedaży zagranicznej w sprzedaży ogółem wyniósł 15,3 proc. i był o 14,1 pkt proc. niższy w 2013 r. – wynika ze sprawozdania z działalności spółki w 2014 r. Całość przychodów ze sprzedaży w tym okresie wzrosła o 54,6 proc., a spółka poprawiła wynik netto z -140 mln zł do 24 mln zł. Podstawowym celem na najbliższe kwartały pozostaje wciąż poprawa marży EBIT oraz rentowności sprzedaży.
W celu zwiększenia wartości portfela zamówień oraz przychodów Rafako zapowiedziało emisję akcji. Akcjonariusze spółki zdecydowali w marcu o upoważnieniu zarządu do emisji nowych akcji o łącznej wartości nominalnej nie większej niż blisko 30,7 mln zł. Wielkość kapitału, jaką Rafako będzie chciało pozyskać na rynku, zależy jednak od powodzenia negocjacji z instytucjami finansowymi w sprawie gwarancji. Poza uzyskaniem limitów w wysokości 50 mln zł, spółka stara się również poprawić płynność finansową poprzez realizację samofinansujących się kontraktów, w których inwestorzy wypłacają zaliczki.
– Oczywiście to nie jest limit wystarczający na potrzeby kontraktacji spółki, która ma ambicje przynajmniej utrzymać taki poziom przychodów, jaki osiągnęła w ubiegłym roku, a tak naprawdę sukcesywnie go zwiększać – mówi prezes Rafako.
Rafako należy do największych polskich firm zajmujących się generalną realizacją inwestycji w zakresie kompletnych bloków energetycznych oraz projektowaniem, produkcją, budową, serwisem urządzeń i obiektów energetycznych. Od listopada 2011 roku Spółka wchodzi w skład Grupy PBG.
prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej
Polska spóźniła się z przejściem na elektroniczny system poboru opłat, który działa już w innych krajach UE – ocenia prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej. Zgodnie z zapowiedziami rządu powszechny system dla aut osobowych na autostradach płatnych prawdopodobnie nie pojawi się przed 2018 rokiem. Jest jednak szansa na rozszerzenie tego systemu na autostrady koncesyjne – w pierwszej kolejności na A4 pomiędzy Katowicami a Krakowem.
– Rozszerzanie systemu poboru opłat na autostradach skończyło się kryzysami, zwłaszcza w okresie wakacji. Ostrzegaliśmy, że pozostawienie ręcznego poboru opłat prędzej czy później doprowadzi do kryzysu. Ten kryzys wynika z tego, że założyliśmy, że z opóźnieniem w stosunku do innych krajów będziemy przechodzili z ręcznego na elektroniczny pobór opłat – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej.
Elektroniczny system poboru opłat viaTOLL obowiązuje w Polsce obecnie na drogach płatnych (autostradach, drogach ekspresowych i niektórych krajowych) dla samochodów ciężarowych. Kierowcy samochodów osobowych mogą z niego korzystać na fragmentach autostrad zarządzanych przez GDDKiA. Większość kierowców jednak wciąż płaci za przejazd ręcznie (na autostradach koncesyjnych nie mają wyboru), co w okresach największego natężenia ruchu powoduje duże zatory.
Prof. Suchorzewski ocenia, że mała popularność systemu viaAUTO dla samochodów osobowych wynika z konieczności zakupu specjalnego urządzenia, chociaż jego cena nie jest wysoka. Problemem jest również to, że e-myto nie daje żadnych korzyści na autostradach koncesyjnych. To jednak wkrótce może się zmienić, bo trwają rozmowy z koncesjonariuszami na temat objęcia tych odcinków systemami viaTOLL dla aut ciężarowych i nieobowiązkowym viaAUTO dla osobówek.
– Rozmowy z koncesjonariuszami są prowadzone w różnym tempie od jesieni zeszłego roku. Najbardziej zaawansowane są rozmowy ze Stalexport Autostrada Małopolska [koncesjonariusz autostrady A4 Kraków-Katowice – red.]. Uzgodniliśmy wszystkie szczegóły techniczne, organizacyjne i ekonomiczne. Stalexport jest skłonny, by ten projekt zrealizować i sfinansować po swojej stronie nakłady na infrastrukturę na swojej autostradzie – wyjaśnia Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services, spółki zarządzającej systemem viaTOLL.
Prof. Suchorzewski liczy na to, że szybkie wprowadzenie e-myta będzie możliwe dzięki zaangażowaniu rządu i dobrej współpracy z prywatnymi podmiotami. Jednak szanse na przyspieszenie są niewielkie – według ostatnich zapowiedzi minister infrastruktury Marii Wasiak e-myto może zostać wprowadzone powszechnie dla aut osobowych dopiero po zakończeniu obecnego kontraktu z Kapschem, czyli w 2018 r.
Taki system mógłby jednak docelowo być wykorzystany znacznie szerzej niż tylko do poboru opłat za autostrady. Można by w ten sposób pobierać opłaty np. za tunele czy mosty, a także różnicować stawki w zależności od godziny i dnia, by lepiej sterować natężeniem ruchu. I wcale nie musi być to droższe rozwiązanie dla kierowców.
– Można wymyślić taki system, w którym obciążenie społeczeństwa kosztami korzystania z dróg się nie zmieni. Tyle że część, którą dziś obywatele płacą np. w akcyzie paliwowej, byłaby uzyskana z systemu elektronicznego poboru opłat, więc rozbudowie systemu powinno też towarzyszyć zmniejszenie podatku akcyzowego. Chodzi o to, byśmy płacili naprawdę za używanie drogi danej kategorii. Jeśli to jest luksusowa droga, to trochę więcej, jak jedziemy w szczycie, to też trochę więcej, ale jak nocą lub w sobotę to trochę mniej – mówi prof. Suchorzewski.
Obecnie systemem viaTOLL dla aut ciężarowych objętych jest 2917 km dróg. W tym roku do systemu włączonych zostanie dodatkowych 250 km.
– Zakładamy, że być może w tym roku jeszcze będzie jakaś instrukcja i będzie można dołożyć kilkaset kilometrów. Ale to oczywiście nie zależy od nas, tylko od zamawiającego – mówi Cywiński.
Od uruchomienia w lipcu 2011 r. system przyniósł Polsce 4,4 mld zł wpływów. W systemie zarejestrowanych jest ponad 870 tys. pojazdów, urządzeń viaAUTO dla samochodów osobowych sprzedano 23,6 tys. razy.
W I kwartale w Łodzi powstało ponad 2 tysiące nowych miejsc pracy. To bezprecedensowe tempo – oceniają władze miasta. Liczą jednak, że będzie się ono utrzymywać, bo w regionie przybywa inwestycji wymagających zatrudniania dużych grup pracowników. Tu śmigłowce dla polskiej armii ma produkować Airbus Helicopters.
Centrum Polski, czyli właśnie okolice Łodzi, oceniane są jako jeden z najszybciej rozwijających się regionów kraju. Sprzyja mu nie tylko położenie, lecz także już zakończone oraz jeszcze prowadzone inwestycje infrastrukturalne. Tam właśnie krzyżują się najważniejsze polskie autostrady. Te już istniejące łączą bałtyckie porty, zachodnią granicę kraju oraz stolicę. Budowane dotrą do granicy wschodniej oraz na południe. To oznacza, że Łódź staje się dobrą lokalizacją dla inwestycji magazynowych, logistycznych oraz produkcyjnych.
– I kwartał tego roku był zadziwiająco dobry – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi. – Inwestorzy deklarują, że utworzyli ponad 2 tys. miejsc pracy, szczególnie w centrach usług. To jest to, co wspieramy od lat, ale faktycznie rozwój nastąpił w ostatnich 2-3 latach. Nigdy wcześniej nie było takiego tempa. Wracają deweloperzy i projekty, które były zamrożone.
Z danych ABSL wynika, że w ciągu dwóch lat od 2012 do 2014 roku zatrudnienie w sektorze usług wspólnych w Łodzi wzrosło o 57 proc.
Władze Łodzi oceniają, że na tym nie koniec. Już powstają kolejne obiekty, a w regionie cały czas pojawiają się nowi inwestorzy.
– Prowadzimy sporo rozmów– informuje Marek Cieślak. –Niewątpliwie to będą centra usług wspólnych, duże projekty logistyczne. Myślę, że otworzenie wschodniej obwodnicy Łodzi, czyli odcinka A1 między Rzgowem a Strykowem, niewątpliwie pomoże. To, że została uruchomiona S8, kawałek między Łodzią a Wrocławiem, także pomaga.
Zasoby powierzchni magazynowej w regionie łódzkim to 1,13 mln mkw. (dane Colliers International na koniec 2014 roku). W budowie pozostaje ponad 45 tys. mkw. W ciągu roku podpisano umowy najmu na łączną powierzchnię blisko 273 tys. mkw., z czego zdecydowana większość to umowy nowe.
Wiceprezydent Łodzi przyznaje, że pod względem inwestycji biurowych jego miasto nie ma szans na doścignięcie ogólnopolskiego lidera, czyli Warszawy, gdzie biurowce mają łącznie prawie 4,4 mln mkw. Liczy jednak na dobrą pozycję w rankingu. Na koniec ubiegłego roku w mieście oferowano ponad 241 tys. mkw. powierzchni biurowej, a w budowie było ok. 30 tys. mkw. To daje Łodzi szóstą pozycję wśród polskich miast.
– Liczba miejsc pracy w biurach i centrach usługowych będzie rosła. Parę dużych inwestycji i projektów logistycznych jest pod Łodzią. Patrząc z punktu widzenia aglomeracyjnego, to jest bardzo istotne, bo logistyka będzie się rozwijać na obrzeżach Łodzi. Największe centrum, UPS, które otworzyło się niedawno, stworzyło kilkadziesiąt nowych miejsc pracy. Zatrudnia także przemysł farmaceutyczny, np. duża fabryka Sandozu. Zatem perspektywy są bardzo optymistycznie.
Na przemysł Łódź bardzo dziś liczy. Tu bowiem śmigłowce dla polskiej armii produkować może Airbus Helicopters. Jako miasto akademickie Łódź może zapewnić pracodawcom wysoko wykwalifikowanych pracowników i współpracę instytutów badawczych.
– Bardzo dobrze oceniam decyzję ws. Airbusa, mam nadzieję, że będzie podtrzymana, bo to jest branża, która dotychczas w Łodzi rozwijała się na zasadzie współpracy między uczelnią i Airbusem. Teraz pojawia się realna możliwość budowania fabryki i montowania śmigłowców. To zupełnie nowa dziedzina, myślę, że ważna, choćby ze względu na rozwój wyższych uczelni – deklaruje wiceprezydent miasta.
Lidia Deja, szefowa marketingu i PR w firmie Apsys Polska
W Polsce działa około 450 nowoczesnych centrów handlowych, a 30 jest w trakcie budowy. Ich inwestorzy stawiają już nie tylko na funkcje komercyjne. Klienci oczekują bowiem coraz więcej od takich obiektów. Dlatego coraz większą część powierzchni zajmują punkty gastronomiczne, kluby fitness czy odnowy biologicznej, a same budynki nawiązują do okolicznej architektury oraz lokalnej tradycji miejsca.
– W ostatnich latach bardzo zmieniła się rola centrum handlowego w społeczności lokalnej, wielkomiejskiej – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lidia Deja, szefowa marketingu i PR w firmie Apsys Polska, operatora centrów handlowych. – W pewnym sensie także samoświadomość deweloperów i zarządców centrów handlowych uległa znacznej ewolucji.
Jak wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH), krajowi konsumenci mają obecnie do dyspozycji 450 galerii handlowych, co sytuuje Polskę w okolicach średniej unijnej. W budowie znajduje się jeszcze 30 tego rodzaju obiektów, choć nieco mniejszych.
Zdaniem szefowej marketingu i PR Apsys Polska wśród firm inwestujących w centra handlowe oraz zarządców tego rodzaju nieruchomości zaczyna dominować przekonanie, że obiekty te powinny być stawiane na lata. Konieczne jest zatem wpisanie ich zarówno w tkankę infrastruktury miejskiej, jak i społecznej.
– Odpowiedzialność biznesu nie ogranicza się już dzisiaj wyłącznie do zrównoważonego budownictwa – przekonuje Lidia Deja. – Istotne są także kwestie społeczne. W związku z tym właściwe projektowanie centrum jest nie tylko kwestią etyczną, lecz także ekonomiczną. Chodzi o to, żeby placówka znalazła swoje miejsce w społeczności lokalnej, była przyjazna, otworzyła się na miasto.
Przy dużej i wymagającej konkurencji na rynku centrów handlowych nie warto oszczędzać na badaniach opinii i konsultacjach społecznych. Znajomość klienta, wyczucie co do trendów społecznych i kulturowych oraz wiedza na temat nowinek technologicznych to podstawa przyjaznej ludziom i dobrze zaprojektowanej przestrzeni handlowej. Według Deji tego rodzaju nowoczesne placówki handlowe stają się swoistym hubem, wokół którego zaczynają rozkwitać usługi i inne funkcjonalności społeczne.
– Wiąże się to również ze zmianą oferty, z którą tego rodzaju placówki zwracają się do konsumenta – zauważa Lidia Deja. – Dzisiaj to już nie tylko handel, lecz także rozrywka, rekreacja i kultura. Centra handlowe oferują spotkania, koncerty, eventy i pokazy. Dzisiaj konsumenci nie przychodzą do galerii handlowej już tylko po zakupy, które robione są trochę przy okazji. Ludzie bardzo cenią swój czas, nie chcą go marnować, wolą spędzić go z rodziną, przyjaciółmi lub poświęcając się własnym pasjom. Stąd oferta gastronomiczna restauracji, kawiarni, pubów i barów jest tak szalenie istotna.
Szczególnie pod względem usług rekreacyjnych centra handlowe, jak twierdzi Lidia Deja, stają się coraz bardziej innowacyjne.
– Przytoczę przykład Posnanii, którą Apsys buduje właśnie w stolicy Wielkopolski, gdzie oprócz tradycyjnej oferty usług, jak kino i fitness, będzie basen, lodowisko, a dookoła centrum tereny zielone wraz ze ścieżkami rowerowymi, stacjami serwisowymi i punktami wypożyczenia roweru miejskiego – wymienia Lidia Deja. – To dobrze pokazuje, jak bardzo bierze się dziś pod uwagę zmianę potrzeb, zachowań i stylu życia współczesnego klienta.
Zgodnie z założeniami usytuowana przy rondzie Rataje inwestycja o powierzchni ponad 260 tys. mkw. (100 mkw. najmu) ma kosztować 300 mln euro. W nowej placówce znajdzie pracę około 6 tys. osób, ulokowanych zostanie 300 marek, 220 butików, 40 sklepów średnio- i wielkopowierzchniowych, 40 restauracji i kawiarń, będzie też 3,3 tys. miejsc parkingowych. Razem z budową powstaje ścieżka rowerowa o długości około sześciu kilometrów łącząca rondo Rataje z centrum Poznania. Otwarcie planowane jest na jesień 2016 roku.
dr Piotr Majewski, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu
Rynek pojazdów zabytkowych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Krajowi kolekcjonerzy posiadają ok. 50 tys. samochodów, a ich liczba cały czas rośnie. Wraz z rozwojem tego rynku przybywa firm, które zarabiają na kolekcjonerskiej pasji Polaków. To m.in. serwisy i ubezpieczyciele.
Pojazdy zabytkowe to głównie samochody i motocykle, choć wśród kolekcjonerów są też np. zbieracze starych traktorów, lokomobili, czołgów czy parowozów. Zbieranie motoryzacyjnych zabytków to na ogół kosztowne hobby, choć większość starych pojazdów z wiekiem raczej zyskuje na wartości. Dla kolekcjonerów potencjalne zyski nie są jednak głównym celem.
– Rynek samochodów klasycznych ciągle rośnie, ponieważ te samochody różnią się od samochodów współczesnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Piotr Majewski, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu. – Czasami są wykonane ręcznie, mają piękne detale, mówi się o nich, że mają duszę. Myślę, że odzwierciedla to ogólny trend poszukiwania przedmiotów starych, które estetyką istotnie różnią się od przedmiotów współczesnych.
Kolekcjonowanie starych pojazdów nie musi być drogie. Na tym rynku stosuje się podział na youngtimery i oldtimery. Te pierwsze na ogół kosztują nieco mniej. Zalicza się do nich pojazdy 30- i 40-letnie, które niekiedy można kupić nawet za kilkaset złotych. Górnej granicy praktycznie wyznaczyć się nie da, bowiem egzemplarze najdroższych zabytków motoryzacji kosztują dziś dziesiątki milionów dolarów, a ich ceny cały czas idą w górę. W zeszłym roku za Ferrari 250 GTO z 1962 roku zapłacono na aukcji ponad 38 mln dolarów. To rekordowa suma, jaką wydano na zabytkowy samochód, jednak w garażach kolekcjonerów znajdują się pojazdy, za które niewiele mniej płacono 5 czy 10 lat temu, i jak długo nie trafią na rynek, tak nie sposób oszacować, ile będą za nie skłonni zapłacić kolejni inwestorzy.
– Niektóre samochody mają pewne indywidualne cechy, które powodują, że ludzie ich pożądają, albo są po prostu ładne, albo posiadał je ktoś znany – tłumaczy dr Piotr Majewski. – Możliwe, że brały udział w jakichś słynnych produkcjach filmowych albo pozytywnie się kojarzą, bo ktoś taki samochód miał w dzieciństwie. Trudno określić jednoznacznie, ale w większości samochody kolekcjonerskie były kiedyś samochodami sportowymi bądź luksusowymi.
Szacuje się, że w Europie jest ponad 1,5 mln zabytkowych samochodów, a dynamika wzrostu jest dwucyfrowa. W branży samochodów zabytkowych pracuje bardzo wielu ludzi, którzy je naprawiają lub nimi handlują. Ta usługowa część rynku powoli tworzy się też w Polsce.
– Mamy cały przemysł dotyczący napraw, renowacji i utrzymywania aut w dobrej kondycji. Samochody zabytkowe nie są już produkowane, w związku z tym mogą występować problemy ze zdobyciem części zamiennych. Niektóre technologie, w których one były wykonane, wyszły już z użycia i jest problem z odnalezieniem fachowców, którzy mogliby to wykonać – mówi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.
Coraz większa jest również oferta ubezpieczycieli dla kolekcjonerów.
– Od niedawna mamy na rynku produkty ubezpieczeniowe autocasco, ponieważ niektóre z tych samochodów kosztują sporo, w związku z tym można już je ubezpieczać – podkreśla Majewski.
Pojazd zabytkowy to doskonałe połączenie hobby z inwestycją. Na przemyślanym zakupie raczej się nie traci, a dodatkowo jest wiele możliwości wykorzystania takiego auta czy motocyklu. Zarówno w Polsce, jak i w całej Europie odbywa się wiele rajdów, pokazów, konkursów i zlotów kolekcjonerskich. Można uczestniczyć w ekskluzywnych wycieczkach, nocując w zabytkowych zamkach i pałacach, ścigać się w kolekcjonerskich zawodach lub wraz z innymi pasjonatami brać udział w rekonstrukcjach militarnych.
– W Polsce mamy około 50 tys. takich samochodów, a ich liczba bardzo szybko rośnie, ponieważ staje się to bardzo modnym zajęciem – podkreśla dr Piotr Majewski. – Współczesne samochody nie spełniają oczekiwań miłośników starszych samochodów. Posiadacz klasyka to przeważnie mężczyzna, aczkolwiek jest w tym gronie także bardzo wiele pań.
Przybywa Polaków, którzy kupując nieruchomość, największą uwagę zwracają na cenę – wynika z najnowszego raportu serwisu OtoDom.pl. Nadal ważna, choć mniej niż w zeszłym roku, jest też lokalizacja. Coraz bardziej liczą się za to takie udogodnienia, jak duży balkon, miejsce parkingowe czy plac zabaw. 84 proc. nabywców mieszkań i domów zaciągało na ten cel bankowy kredyt, choć największa grupa – 27 proc. – ze środków własnych finansowała co najmniej 30 proc. inwestycji.
– Przede wszystkim dla klientów kluczowa jest lokalizacja, natomiast króluje też cena. To, które z tych kryteriów, jest istotniejsze, zależy od regionu. W Gdańsku bardziej zwracają uwagę na cenę, w przypadku naszych badań jest to 80 proc. respondentów, a w przypadku Krakowa zdecydowanie bardziej liczy się lokalizacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Rudnicka, dyrektor serwisu OtoDom.pl.
Koszt nieruchomości ma znaczenie dla 68 proc. nabywców, co oznacza, że ich liczba zwiększyła się od poprzedniego roku o 4 proc. Liczba osób zwracających uwagę na lokalizację spadła o 7 proc. i wynosi dziś 55 proc.
– Lokalizacja dla każdego znaczy coś innego, ale gdyby uśrednić wszystkie głosy, to można powiedzieć, że jest to przede wszystkim łatwy dojazd samochodem, czyli to wcale nie musi być w centrum miasta, może być na obrzeżach, łatwy dojazd komunikacją miejską, w mieście, ale nie w hałaśliwym centrum, czyli z dużą dostępnością terenów zielonych i w przyjaznej okolicy – zwraca Rudnicka.
Z badań TNS Polska dla OtoDom.pl wynika, że podejście Polaków do zakupu nieruchomości powoli zaczyna się zmieniać
– Te najważniejsze kryteria, czyli cena i lokalizacja, oddają trochę pola wszystkim pozostałym udogodnieniom – mówi Monika Rudnicka. – Czy jest balkon i taras, czy są miejsca parkingowe, czy jest ogrodzenie, czy są place zabaw. Takie aspekty zaczynają być elementem różnicującym dla każdego dewelopera.
Zaledwie 8 proc. badanych deklarowało, że chce kupić mieszkanie mniejsze niż 40 mkw., a 15 proc. szukało ponad 80 mkw. 27 proc. potrzebuje metrażu 51-60 mkw., a 73 proc. badanych chce mieć do dyspozycji 2-3 pokoje. 55 proc. Polaków deklaruje, że nieruchomość kupi tylko z rynku pierwotnego, od dewelopera.
– W tym zakresie też mamy różnice regionalne – zaznacza Monika Rudnicka. – Ze statystyki ogólnopolskiej bardzo mocno wybija się Warszawa, ponieważ klienci w stolicy chętnie kupują z rynku wtórnego. Prawdopodobnie wynika to z dostępności ofert, ich atrakcyjności i ceny, która jest dopasowana do kieszeni klienta. Inny jest też proces zakupu. W przypadku rynku wtórnego klienci mówią, że jest to dla nich lepszy wybór, bo mieszkanie już jest gotowe, mogą się od razu wprowadzić, mogą także negocjować cenę, co u dewelopera jest trudniejsze.
35 proc. Polaków, kupując nieruchomość od dewelopera, narzeka na czas oczekiwania na objęcie inwestycji, a 25 proc. na wyższe ceny. 21 proc. przyznaje, że obawia się, czy firma w której kupuje lokal, nie zbankrutuje. Zaledwie 10 proc., wybierając nieruchomość, interesuje się jednak opinią o deweloperze. To jednak zaczyna się zmieniać.
– W przyszłości marka dewelopera będzie miała kluczowe znaczenie w sprzedaży, bo teraz już widać, że deweloperzy, którzy mają dobrą markę i dobrze budują jakościowo, wygrywają – mówi Katarzyna Cyprynowska, prezes firmy Nowy Adres. – Kolejna rzecz to świadomość kosztów, które się ponosi, mieszkając w danej inwestycji. Ona też wzrasta.
Świadczy o tym m.in. wybór internautów w „Rankingu Inwestycji Deweloperskich”. Największa grupa z 280 tysięcy głosujących wybrała „Dom dla każdego” budowany w Krakowie przez Wawel Service. To osiedle ekologiczne, zazwyczaj droższe, przez co mniej popularne wśród przeciętnych polskich nabywców.
– Zrealizowaliśmy już dwie takie inwestycje i jesteśmy w trakcie kolejnych. Jest to kierunek, który musi się rozwijać i mamy nadzieję, że w tym kierunku będzie szło nasze budownictwo – mówi Grzegorz Zagrabski, członek zarządu Wawel Service. – Świadomość klienta w tym zakresie jest bardzo słaba. Często to my przy pierwszym kontakcie musimy go uświadamiać, jakie będzie mieć korzyści z zakupu takiego mieszkania. Klienci są trochę nieufni, ale w inwestycjach, które już zakończyliśmy, zauważyliśmy, że przekłada się to na portfel klienta.
Zwycięzca rankingu liczy więc, że nabywcy zaczną dostrzegać, że jakość, która kryje się za wyższą ceną osiedli ekologicznych, oznacza większe profity w przyszłości.
stres w miejscu pracy. Liczy na pomoc pracodawcy" title="Polski pracownik narzeka na stres w miejscu pracy. Liczy na pomoc pracodawcy" />
Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED
Polscy pracownicy doceniają programy zdrowotne w miejscu pracy, a dwie trzecie z nich korzysta. Ich zdaniem oferta pracodawców nie jest jednak wystarczająca. Najwięcej pracowników (45 proc.) liczy na wsparcie w walce ze stresem, ale większość go nie otrzymuje.
Dwie trzecie polskich pracowników uważa, że ich wydajność zawodowa wzrosłaby, gdyby ich aktualny stan zdrowia był lepszy. Dlatego cenią organizowane przez pracodawców programy prozdrowotne. Najwięcej pracowników liczy na wsparcie w zakresie zdrowia psychicznego i skutków stresu czy depresji (45 proc.) oraz profilaktyki chorób układu krążenia (39 proc.) – wynika z raportu „Zdrowie w miejscu pracy – diagnoza i oczekiwane zmiany”.
Choć walka ze stresem jest dla pracowników polskich firm najważniejszym, czego wymagają od programów zdrowotnych, to pracodawcy rzadko odpowiadają na to zapotrzebowanie
– Polska miała najgorszy wynik wśród badanych państw w zakresie faktycznej realizacji takich programów, a stres w miejscu pracy jestem tematem numer jeden. W Polsce wyraźnie zarysowana była także kwestia dostępu do opieki medycznej, rehabilitacji i usług stomatologicznych – mówi agencji Informacyjnej Newseria dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej, Grupa LUX MED.
Jednocześnie pracodawcy powszechnie deklarują zaangażowanie w programy zdrowotne dla pracowników. 76 proc. przedsiębiorców z Polski twierdzi, że prowadzi co najmniej jedno działanie w tym zakresie. Najbardziej popularnymi dziedzinami są programy opieki zdrowotnej (19 proc.), szczepienia (17 proc.) czy zniżki do klubów sportowych (18 proc.).
– Rosną nasze oczekiwania, będą zatem rosły potrzeby medyczne, w związku z tym na pewno musi nastąpić zmiana w obecnym systemie, bo ten jest niewystarczający. Myślę tutaj o dodatkowym finansowaniu opieki zdrowotnej, czy to w formie ubezpieczeń, czy współpłacenia – mówi Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Z badania wynika, że największą barierą powstrzymującą pracodawców przed zaangażowaniem się w zdrowie pracowników są koszty takich działań. Część firm wskazywała, że do większej profilaktyki skłoniłyby ich ulgi podatkowe w tej dziedzinie. Ankietowani wskazywali także na zbyt małe przekonanie o skuteczności programów zdrowotnych wśród kadry zarządzającej oraz brak wykwalifikowanych osób w firmach, które mogłyby się tym kompleksowo zająć.
Ci pracodawcy, którzy zdecydowali się na rozwój programów zdrowotnych, widzą jednak, że przynosi to korzyści. Ponad 40 proc. pracodawców zaobserwowało w swojej firmie pozytywne efekty takich inwestycji. Największe to spadek absencji, poprawa stanu zdrowia i zwiększenie zaangażowania zatrudnionych.
– Zwiększając świadomość zdrowotną poszczególnych pracowników, tłumacząc im, dlaczego działania profilaktyczne są tak ważne, możemy zwiększyć ich zdrowie. Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że ogromne znaczenie dla nich ma dbanie o zdrowie pracownika – mówi Jolanta Walusiak-Skorupa, kierownik Kliniki Chorób Zawodowych i Toksykologii Instytutu Medycyny Pracy im. Jerzego Nofera w Łodzi i prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Pracy.
Zaniedbanie przez pracodawców działań prozdrowotnych jest negatywnie oceniane przez pytanych pracowników, ale nie skłania ich to do rezygnacji z pracy. Dużo większy wpływ takie programy mają na osoby poszukujące pracy. Aż 43 proc. ankietowanych wskazywało, że zwraca na to uwagę.
Badanie „Zdrowie w miejscu pracy – diagnoza i oczekiwane zmiany” przeprowadzono na próbie 1600 menedżerów w firmach i 16800 pracowników z Polski, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Australii na zlecenie międzynarodowej grupy medycznej Bupa, której częścią jest LUX MED.
Embargo ze strony Rosji oraz ograniczenia w eksporcie do krajów azjatyckich są coraz bardziej odczuwane przez producentów mięsa. O blisko 20 proc. wzrósł odsetek przedsiębiorstw, których wyniki pogorszyły się w stosunku do 2013 roku. Ponad połowa firm źle ocenia swoją sytuację finansową. W dodatku deflacja powoduje, że szybko spada rentowność. Obecnie jest na poziomie 1-2 proc., czyli cztery razy niższym niż kilka lat temu.
– Sytuacja finansowa branży mięsnej zmienia się, niestety, na niekorzyść – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso. – Widać wyraźnie, że rok do roku jest coraz trudniej.
Według danych związku, organizacji zrzeszającej przeszło 100 producentów i przetwórców (w zdecydowanej większości małe i średnie przedsiębiorstwa), pod koniec 2013 roku tylko jedna czwarta firm źle oceniała swoją sytuację finansową. W ubiegłym roku odsetek ten był już przeszło dwa razy wyższy i wyniósł około 55 proc.
– Wynika to z samej konkurencji z innymi krajami, a także m.in. embarga rosyjskiego czy ASF (afrykańskiego pomoru świń – red.). To spowodowało, że rynki krajów trzecich, takie jak Japonia, Korea, Tajwan i Chiny, zostały zamknięte na polskie produkty – mówi Witold Choiński. – To wszystko zdecydowanie miało wpływ na sytuację finansową branży mięsnej.
Kondycja sektora ucierpiała na skutek utrzymującej się od lipca ubiegłego roku deflacja. W kwietniu tego roku, według Głównego Urzędu Statystycznego, ceny dóbr i usług konsumpcyjnych w stosunku do marca co prawda wzrosły o 0,4 proc, jednak w porównaniu z tym samym miesiącem 2014 r. były niższe o 1,1 proc.
– Na pewno w jakimś stopniu powoduje to, że mięso w zasadzie nie drożeje, a wręcz tanieje, co wpływa na sytuacje finansową i zyski – informuje Choiński.
Jeszcze kilka lat temu przeciętna rentowność w branży wynosiła około 7-8 proc. Obecnie rzadko przekracza 2 proc., a najczęściej kształtuje się na poziomie między 1 i 2 proc.
– I to jest już dobra rentowność – podkreśla prezes Związku Polskie Mięso. – Firmy wchodzące w ten segment działalności nadrabiają obrotem. Jest tendencja, żeby windować przychody, dzięki czemu można uzyskać jeszcze rentowność.
Według Związku Polskie Mięso wartość produkcji przemysłu mięsnego wynosi około 8,5 mld zł, co stanowi około 1,5 proc. PKB. Branża zatrudnia ponad 100 tys. osób (w uboju i przetwórstwie) oraz milion rolników, co łącznie stanowi ok. 7 proc. ogółu zatrudnionych w Polsce.
Wymiana handlowa i rozwój biznesu wpływają na rynek wydawniczy. Coraz większa współpraca z krajami azjatyckimi przekłada się na zainteresowanie czytelników publikacjami na temat tamtejszej kultury i języków. W tym roku takie książki mogą cieszyć się nawet o kilkadziesiąt procent większym zainteresowaniem niż rok wcześniej.
– Jako wydawnictwo musimy reagować na zmiany na rynku, także te związane z wymianą handlową. Widzimy, że oprócz zainteresowania krajami z którymi od dawna współpracujemy, jak Niemcy czy Wielka Brytania, rośnie również zainteresowanie krajami azjatyckimi – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skuba, dyrektor zarządzający Wydawnictwa Naukowego PWN.
Rośnie wymiana handlowa Polski z krajami azjatyckimi. Naszym najważniejszym partnerem na kontynencie są Chiny, coraz więcej inwestycji powstaje również w innych krajach regionu. Za zmianą kierunków biznesowych muszą podążać również wydawnictwa, a książki wchodzące na rynek powinny być dostosowane do nowych trendów. Dlatego na półkach w księgarniach coraz częściej można znaleźć podręczniki do nauki języków obcych i nie tylko tych tradycyjnych, jak angielski czy niemiecki. Rośnie zainteresowanie językami z Półwyspu Iberyjskiego i orientalnymi.
– W tym roku można się spodziewać kilkunasto-, a nawet kilkudziesięcioprocentowego wzrostu zainteresowania nauką języków orientalnych – tłumaczy Skuba. – Ale nauka to nie tylko język, lecz także kultura, system biznesowy i gospodarczy. Dlatego potraktowałbym jako całość i język, i wszystkie wydarzenia wokół samej nauki języka.
Jak wskazują badania Education First, brak znajomości języka jest jedną z głównych barier – wskazywanych przez firmy – we wchodzeniu na zagraniczne rynki.
W maju na polskim rynku pojawiło się pierwsze wydanie światowego bestsellera „Chineasy”. Jak przyznaje dyrektor PWN, choć język chiński, którym posługuje się ponad 1,3 mld osób na świecie, w Polsce wciąż jest mniej popularny niż języki europejskie, to nowa pozycja powinna przyciągnąć czytelników. Przede wszystkim dlatego, że autorka ShaoLan podeszła nowatorsko do nauki języka Państwa Środka, przekształcając kluczowe chiński znaki w piktogramy, które łatwiej zapamiętać.
Eksperci podkreślają, że język chiński jest jednym z najtrudniejszych na świecie. US Foreign Service Institute wskazuje, że potrzeba co najmniej 2,2 tys. godzin nauki, by osiągnąć w nim biegłość. W przypadku języka francuskiego potrzebne jest mniej niż 600 godzin.
– Liczymy na to, że sama formuła książki, tematyka i zainteresowanie kulturą chińską, zarówno po stronie biznesowej, jak i naukowej, akademickiej, przełoży się na satysfakcjonujące wyniki sprzedażowe – mówi Skuba i dodaje, że innym przykładem jest przewodnik „Język chiński. Pomocnik handlowy” dla osób, które zamierzają rozpocząć współpracę z Chinami. – Zawiera on zestaw podstawowych sformułowań, zwrotów i słów, które na pewno pomagają w nawiązaniu relacji z klientami biznesowymi w Państwie Środka.
W przypadku dużego zainteresowania książką PWN przygotuje kolejne pozycje, które w ciągu 2-3 lat pojawią się w sprzedaży. Skuba podkreśla, że wydawnictwo nie może zamykać się na inny rodzaj książek, nie skupiać się wyłącznie na podręcznikach akademickich, ale musi nadążać za zmianą trendów w biznesie.
Polskie wydanie „Chineasy” jest 13. wersją językową tego podręcznika. Jej partnerem została firma Tri-Ring Group Corp., która inwestuje w Europie. Jest głównym akcjonariuszem m.in. Fabryki Łożysk Tocznych w Kraśniku.
W Polsce zielone certyfikaty w biurowcach są już standardem, a najemcy coraz częściej szukają takich nieruchomości. Na rynku mieszkaniowym dopiero zaczynają się one pojawiać, jednak deweloperzy prognozują, że będą zyskiwać na znaczeniu. Tym bardziej że i klienci – wiedząc jakie korzyści one niosą dla zdrowia i kieszeni – będą gotowi płacić za takie mieszkanie więcej.
– W Polsce certyfikaty w mieszkaniówce to novum – mówi agencji Newseria Biznes Tymon Nowosielski, dyrektor operacyjny Bouygues Immobilier, dewelopera, którego inwestycje jako pierwsze w regionie uzyskały certyfikat HQE w budownictwie mieszkaniowym. – Każdy nowo wznoszony biurowiec, który chce aspirować do tego, żeby być dobrym projektem, z automatu ma już certyfikat. Jednakże w budownictwie mieszkaniowym istnieje obawa, że przysłowiowy Kowalski będzie musiał zapłacić dodatkowe pieniądze za certyfikat. Nasza inwestycja pokazuje, że nie do końca jest to prawdą, poza tym warto zwrócić uwagę na długoterminowe korzyści.
Jak podkreśla, zmiany na rynku są jednak kwestią czasu. Na Zachodzie certyfikaty przyznawane budynkom mieszkalnym są już standardem.
– Za kilka lat certyfikacja budynków mieszkalnych w systemach HQE lub innym stanie się takim samym standardem, jak ISO w certyfikacji zarządzania. Korzyści jest wiele. Można je zdefiniować przez element wartości, bo jakość budynku jest potwierdzona w oficjalny, sformalizowany sposób – mówi Nowosielski i prognozuje, że certyfikaty staną się w ciągu kilku lat również istotnym elementem na rynku wtórnym.
Inwestycje Accent Vert i Accent Eco na warszawskim Bemowie to pierwsze budynki mieszkalne w Europie Środkowo-Wschodniej, które otrzymały certyfikat HQE International przyznawany przez organizację CERWAY dla budownictwa przyjaznego dla środowiska. Inwestycja Accent Eco otrzymała certyfikat na poziomie „very good”.
– To są budynki dla rodzin, dla których to jest bardzo często pierwsze mieszkanie. Przyświecała nam taka idea, że jeżeli certyfikacja z punktu widzenia ekonomicznego sprawdzi się w budynkach właśnie w tym segmencie, to na pewno łatwiej będzie nam robić to w budynkach w segmencie wyższym, gdyż tam możemy dysponować większymi środkami – podkreśla Nowosielski.
Kryteria w HQE dzielą się na cztery bloki (łącznie 14 celów) – ochrona środowiska naturalnego, w którym powstaje budynek, komfort użytkowania, oszczędność energii oraz ochrona zdrowia mieszkańców.
– Cały proces projektowania i realizacji jest poddany reżimowi kontroli. Jeżeli weźmiemy pod uwagę dyscyplinę, którą narzuca certyfikacja HQE, żeby zdobyć certyfikację na poziomie „very good”, trzeba dokonać szeregu świadomych wyborów, dodatkowo te wybory należy udokumentować w formalny sposób, przedstawić je później niezależnemu audytorowi i dopiero to gwarantuje otrzymanie tego certyfikatu – tłumaczy Nowosielski.
Certyfikat gwarantuje, że deweloper zaplanował realizację swojej inwestycji, spełniając szereg ściśle określonych kryteriów sprzyjających ekologii oraz przyszłym użytkownikom. Oceniany jest między innymi wpływ budynku na otoczenie. Istotne jest również zarządzanie energią i gospodarką wodną. W jednym z warszawskich budynków została zaprojektowana instalacja paneli solarnych do podgrzewania wody. Stosowane są też odpowiednie materiały, które niwelują przypadki alergii, mieszkania są długotrwale wietrzone, a instalacje wodociągowe wielokrotnie płukane przed użytkowaniem.
– Innym elementem HQE jest odpowiedzialna budowa. Inwestor, który zdecydował się na certyfikat, musi precyzyjnie udokumentować to, co się dzieje z wszelkimi odpadami z tej budowy. W jaki sposób są składowane palety drewniane, czy są wywożone do powtórnego wykorzystania, w jaki sposób ziemia wywożona jest do jak najbliżej położonych miejsc składowania, tak żeby nie tworzyć zbędnego transportu – mówi dyrektor w Bouygues Immobilier.
MCI.TechVentures 1.0, fundusz zarządzany przez Grupę Kapitałową Private Equity Managers (Grupa PEManagers), podpisał umowę nabycia większościowego pakietu akcji spółki Pigu.lt (Spółka), lidera w segmencie e-commerce w Państwach Bałtyckich. Transakcja oczekuje obecnie na zgodę odpowiednich urzędów ochrony konkurencji.
Pigu.lt jest liderem e-commerce na Litwie i Łotwie, od 2014 roku dynamicznie rozwija swoją działalność w Estonii. Spółka osiąga przychody na poziomie blisko 50 mln EUR i posiada ponad milion zarejestrowanych klientów. W ofercie produktowej znajdziemy ok. 90 tys. produktów w tym sprzęt AGD, elektronikę, modę, kosmetyki i artykuły dziecięce.
– Akcjonariusze spółki są bardzo zadowoleni z możliwości współpracy z doświadczonym inwestorem e-commerce. Dzięki temu partnerstwu jeszcze bardziej wzmocnimy naszą wiodącą pozycję w Państwach Bałtyckich i otrzymamy wsparcie w oferowaniu naszym klientom jakości obsługi na najwyższym światowym poziomie – powiedział Mykolas Majauskas, Przewodniczący Rady Nadzorczej Pigu.lt.
– Potencjał spółki jest bardzo duży. Rynki krajów bałtyckich są zdecydowanie mniej nasycone niż zachodnia Europa, a zakupy internetowe stają się coraz bardziej popularne. Jednocześnie w tych właśnie krajach dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu i szeroko rozbudowanej infrastrukturze szerokopasmowej przewidujemy dynamiczny rozwój rynku e-commerce.– dodał Maciej Kowalski, Partner Inwestycyjny Private Equity Managers S.A.
Pigu.lt jest kolejną inwestycją Grupy PEManagers, po Morele.net, KupiVIP czy Mall.cz z segmentu e-commerce, co sprawia, że spółka w trakcie inwestycji otrzyma nie tylko wsparcie finansowe, ale także doświadczenie inwestycyjne i operacyjne menedżerów związanych z Grupą PEManagers.
O Pigu.lt.:
Spółka Pigu.lt to lider segmentu e-commerce, założony w 2007 r. Początkowo funkcjonował na rynku litewskim, w 2011 r. rozszerzył swój zasięg o Łotwę (jako 220.lv), od 2014 r. rozwija się dynamicznie w Estonii (jako www.kaup24.ee). Asortyment sklepu obejmuje segmenty: elektroniczny, sprzęt AGD, artykuły meblowe i wystroju wnętrz, branży modowej, kosmetyków, artykuły dziecięce, sportowe, itp.
Związkowcy chcieliby, aby minimalne wynagrodzenie za pracę wzrosło w przyszłym roku z 1750 zł do przynajmniej 1880 zł. Pracodawcy mówią o kwocie 1800 zł.
Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan
Płaca minimalna w wysokości 1800 zł w przyszłym roku byłaby rozsądnym kompromisem między oczekiwaniami pracowników, a możliwościami małych polskich firm.
Taki wniosek można wyciągnąć z sondażu przeprowadzonego wśród członków Konfederacji Lewiatan. W dużych miastach i dużych firmach do zaakceptowania byłaby nawet większa podwyżka. Trzeba jednak pamiętać, że członkami Lewiatana są przede wszystkim firmy średnie i duże.
W małych firmach, w szczególności działających w biednych regionach, wynagrodzenie minimalne powyżej 1800 zł może spowodować zwolnienia pracowników o niskich kwalifikacjach.
Konieczność podpisywania zdjęć, a zatem wskazywanie autora dzieła fotograficznego, jest podstawą pracy każdego fotografa i fotoedytora. Nikon Polska w ramach projektu Fotoprawo.pl od ponad 5 lat prowadzi regularne badania świadczące o tym, że media nie przykładają wagi do podpisywania zdjęć. Dlaczego tak się dzieje i jak ma się teoria do praktyki w kontekście zapisów Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych? Na te i inne pytania próbowano znaleźć odpowiedz podczas debaty zorganizowanej 14 maja w Warszawie w ramach tegorocznej edycji konkursu Grand Press Photo.
Statystyki prowadzone przez Fotoprawo.pl obrazujące praktykę podpisywania zdjęć w polskich mediach są wciąż niezadowalające, a zwyczaje większości redakcji i milcząca zgoda wielu agencji fotograficznych nie pomagają w ich poprawie. Co więcej, sami fotografowie często nie są świadomi swoich praw, a co za tym idzie nie wiedzą jak je chronić. Uczestnicy debaty w składzie Anna Brzezińska-Skarżyńska – redaktor naczelna PAP Foto, Ewa Morgunow – fotoedytorka miesięcznika ELLE, Marcin Janiszewski – kierownik agencji Newspix.pl, mec. Krzysztof Pluta z kancelarii prawnych Jakubowski Pluta i Wspólnicy oraz Wiktor Sobolewski, koordynator projektu Fotoprawo.pl z Nikon Polska, przekonywali, że stosowanie pełnego opisu zdjęć jest jednym ze sposobów, w jaki fotograf może i musi zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami. Wśród gości na sali znaleźli się fotografowie, fotoedytorzy, przedstawiciele agencji prasowych i fotograficznych oraz dziennikarze.
Nasze prawa autorskie są podstawą naszej pracy, to trzon naszego biznesu. Są kluczowe dla wiarygodności i pewności informacji. Jeżeli chcemy mieć autentyczne informacje, które są sprawdzone i których celem jest tylko i wyłącznie informowanie, a nie osiąganie celów politycznych, nie osiąganie celów handlowych, to musimy przestrzegać praw autorskich. To jest jedyna i prawdziwa wartość informacji, bez tego będziemy mieli sponsorów dystrybuowania informacji, ale to już nie będą w ogóle informacje. – tymi słowami, cytując Erica Baradata, szefa AFP Francuskiej Agencji Prasowej, rozpoczął spotkanie Wiktor Sobolewski.
Debata okazała się zderzeniem odmiennych punktów widzenia i ujawniła znaczące różnice między teorią i praktyką. Widać je było wyraźnie w kwestii podpisywania zdjęć anonimowych, czyli sytuacji, kiedy to sami fotografowie żądają zatajenia ich imienia i nazwiska. Wywołało to lawinę pytań, zwłaszcza ze strony fotoedytorów i agencji fotograficznych. Marcin Janiszewski, szef Newspix, Ringier Axel Springer Polska, podkreślił, że ponad połowa zdjęć, jakie trafiają do agencji jest celowo niepodpisana, pomimo tego, że doskonale wiadomo, kto jest autorem dzieła. Potwierdził zatem zasadę, że wielu fotografów zdjęć typu „paparazzi” pragnie pozostać anonimowymi. Anna Brzezińska-Skarżyńska, redaktor naczelna PAP Foto podkreślała, że poza takimi wyjątkami nie rozumie chęci ukrywania autorów zdjęć, zwłaszcza gdy robi to agencja w celu zatajenia danych przed konkurencją. Zwróciła uwagę, że do tego służy umowa o prawo do zdjęcia na wyłączność. – Nasze zdjęcia zawsze są podpisane imieniem i nazwiskiem autora oraz nazwą agencji. Nawet w regulaminie jest napisane, że zdjęcie musi być podpisane danymi autora i naszą agencją. Coraz częściej nakładamy na redakcję kary za niepodpisane zdjęcie, żądając trzykrotności ceny wyjściowej. – tłumaczy.
Ewa Morgunow, fotoedytorka miesięcznika ELLE przyznaje, że redakcje często w pośpiechu podpisują zdjęcia jedynie nazwą agencji, a sama odpowiedzialność za to jest bardzo rozmyta. – Prawo prasowe mówi wyraźnie, że odpowiedzialność ponosi redaktor naczelny i każdy kto uczestniczył w procesie tworzenia materiału. Zatem każdy, kto przyczynił się do publikacji takiego niepodpisanego materiału, może liczyć się z odpowiedzialnością. A prawo do podawania swojego imienia i nazwiska nie podlega zrzeczeniu. – skomentował Krzysztof Pluta.
Prawo autorskie nie odnosi się wyłącznie do przedmiotu podpisywania zdjęć, istnieje jeszcze zagadnienie ingerencji w zdjęcia, czy problem ochrony wizerunku. Dlatego uczestnicy debaty i organizatorzy projektu Fotoprawo.pl już teraz zapowiedzieli kontynuację tematu, aby doprowadzić do ujednolicenia zasad podpisywania utworów fotograficznych. W planach jest wypracowanie zbioru zasad określających przestrzeganie praw autorskich do zdjęć. Do projektu już teraz zapraszani są przedstawiciele mediów, fotoedytorzy i fotografowie. Pomysłodawcy projektu wierzą, że tylko dzięki zaangażowaniu tak szerokiego grona doświadczonych praktyków, będzie możliwe wypracowanie najlepszych standardów pracy i zachęcenie do ich powszechnego stosowania.
Podczas spotkania zaprezentowano również nowy wygląd portalu Fotoprawo.pl. Projekt stale się rozwija i poszerza zakres materiałów dostępnych na stronie, starając się jak najbardziej przybliżyć temat praw autorskich fotoedytorom i fotografom, którzy nie tylko współpracują z agencjami fotograficznymi i prasowymi, ale również prowadzą własną działalność, gdyż to zwłaszcza oni muszą pamiętać, aby zadbać o swój biznes. Projekt ma przed sobą ogromne wyzwanie, ponieważ tylko poprzez ustawiczne edukowanie kolejnych pokoleń specjalistów można z czasem upowszechnić świadomość prawa autorskiego w Polsce.
Na przestrzeni ostatniej dekady sposób komunikacji między ludźmi uległ zmianie. Social media stały się wszechobecne i ich rola urosła do rangi drugiej najpopularniejszej formy wymiany myśli i doświadczeń. Tegoroczne badanie Wave 8 pokazuje wyraźny trend w komunikacji, świadczący o dojrzewaniu polskich internautów, określany jako one2few zamiast one2many. Liczba regularnie utrzymywanych kontaktów za pomocą mediów społecznościowych nie odbiega obecnie znacząco od liczby kontaktów, które mamy w świecie rzeczywistym. Zgodnie z wynikami badania Wave 8, w Polsce social media często utożsamiane są z Facebookiem, z którego najczęściej korzysta 62,2% ankietowanych. Drugim wymienianym serwisem jest You Tube wymieniany przez 39% badanych, choć tu widać wyraźny spadek w stosunku do poprzedniej fali badania. Może to być efektem agresywnych działań Facebooka w obszarze video. Powoli wzrasta siła mniejszych platform takich jak: Instagram (3,8%), Pinterest (1,7%), Snapchat (2,2%). Na świecie częstotliwość z ich korzystania jest 2-3 większa, co może świadczyć o wysokim potencjale wzrostu w najbliższym czasie.
Jak budować komunikację z konsumentami?
Współczesne mechanizmy komunikacji międzyludzkiej znalazły swoje zastosowanie w wymianie treści pomiędzy markami i konsumentami za pośrednictwem social media. Postrzeganie marek przez pryzmat prowadzonej przez nie komunikacji w tych kanałach potrafi bowiem w znaczący sposób przyczynić się do poprawy lub pogorszenia ich wizerunku w świecie rzeczywistym.
Marka, która komunikuje się z konsumentami, powinna rozumieć potrzeby swoich odbiorców. Jest to kluczowe, aby stworzyć atrakcyjną platformę komunikacyjną, która będzie podstawę do stworzenia m.in. skutecznej strategii content marketingowej. Ta może być realizowana praktycznie we wszystkich kanałach komunikacji, z wykorzystaniem odpowiednich touchpointów i momentów, sercem jej jednak są dziś social media, będące w zasięgu ręki dzięki masowej smartfonizacji.
Komunikacja z fanami poprzez kanały społecznościowe powinna odbywać się na zasadzie partnerstwa, przyjacielskiej wymiany myśli i doświadczeń, w oparciu o zasady netykiety oraz kultury językowej. Sposób zaangażowania emocjonalnego fanów i postrzegania marek w social media przekłada się na ich lojalność oraz wzmocnienie lub osłabienie generalnego wizerunku.
Social media daje markom szanse na prowadzenie interaktywnego dialogu z konsumentami. Z roku na rok marki coraz lepiej rozumieją, że aktywność w social media nie polega na nachalnej promocji czy sprzedaży, lecz na długofalowym budowaniu relacji i zaangażowania z użytkownikami właśnie z wykorzystaniem contentu.
Content, który cenią Internauci
Wyniki Wave 8 pokazują, że użytkownicy social mediów są emocjonalnie związani z treściami, które udostępniają oraz markami, do których się przyłączają. Różnicę widać, kiedy analizujemy jakie treści lubią, a jakimi się dzielą. To bowiem określa ich wirtualny wizerunek. Dzielimy się zatem najczęściej treściami, które wyrażają nasz punkt widzenia, są zabawne i pozwalają rozwijać pasje. Często są to treści o charakterze rozrywkowym, które pozwalają im sprawiać na odbiorcach wrażenie kreatywnych albo takie, dzięki którym zyskują uznanie i akceptację społeczną, a tym samym promują własną osobę. Dzielimy się też contentem, który postrzegamy jako inspirujący lub użyteczny (np. DIY). Wyrażanie swojego zdania jest dla Internautów istotne, ale nie jest to dla nich kwestia priorytetowa. Doceniamy większość contentu, szczególnie jednak informacje które nas zaskakują i pozwalają zdobyć wiedzę.
W zależności od kategorii do której przypisana jest marka, internauci są skłonni poszerzyć jej społeczność, aby:
zdobywać wiedzę o produktach, nowościach, trendach
budować relacje z innymi dzieląc się treściami i opiniami
dbać o rozwój osobisty podnosząc swoje umiejętności, szczególnie zawodowe
zyskać uznanie i akceptację społeczną poprzez współudział w inicjatywach, które są ich zdaniem fajne
dostać atrakcyjny content, który pozwoli się rozerwać, wypełni czas dając darmową rozrywkę
Komunikacja marek może się także sprowadzać do realizowania bieżących zadań kampanii i aktywizowania fanów, np. za pomocą aplikacji, konkursów, przepisów czy zabaw językowych. Cele oraz rodzaj treści udostępnianych przez marki są zależne od ich typu. Konsumenci z kategorii consumer technology doceniają kontent, dzięki któremu zdobywają wiedzę lub który zapewnia im użyteczne wskazówki oraz gdy jest interesujący, kontrowersyjny i inicjuje dyskusję. Branża turystyczna powinna postawić bardziej na inspirowanie i rozwijanie pasji wśród potencjalnych klientów. Natomiast branża alkoholowa dobrze, aby pomagała nawiązywać kontakt z innymi i dostarczała rozrywkowy content.
„Wave 8: Wszystko, co chcieliście wiedzieć o contencie, a baliście się zapytać” to bardzo dogłębne badanie, obejmujące wiele aspektów komunikacji z podziałem na różnorodne branże.
Polacy poszukują bliższych naturze i bardziej tradycyjnych form wypoczynku. Dlatego agroturystyka cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W gospodarstwie agroturystycznym nie tylko dobrze zjemy, lecz także aktywnie spędzimy czas oraz zobaczymy, jak wygląda codzienność polskiej wsi.
Chcemy żyć wolniej, dlatego z zakorkowanych miast uciekamy w zacisze. Wykorzystują to polscy gospodarze, którzy coraz chętniej oferują swoją gościnność. Bez względu na wiek każdy znajdzie na wsi coś dla siebie. Jazda konna, wspólne zbieranie ziół, praca przy pasiece, opieka nad zwierzętami gospodarskimi czy wykonywanie rękodzieł – to nieliczne z atrakcji adresowanych do zmęczonych mieszkańców wielkich miast.
Agroturystyka to idealne rozwiązanie dla rodzin. Tereny wiejskie są przygotowane z myślą o bezpieczeństwie najmłodszych. Dzieci przez zabawę uczą się miejscowych tradycji, pod okiem gospodyń doglądają zwierząt i zdobywają wiedzę na ich temat, a dzięki wycieczkom edukacyjnym poznają przyrodę. „Co więcej, rodzice w ciągu dnia mają czas wolny dla siebie, ponieważ gospodynie z uprawnieniami pedagogicznymi zajmują się pociechami” – mówi serwisowi infoWire.pl dyrektor Sądeckiej Organizacji Turystycznej Bożena Srebro.
Wielbicielami terenów wiejskich oraz życzliwości rolników są także seniorzy. W gospodarstwach uczą się wypieku chleba, produkcji wina czy rękodzielnictwa. Równie chętnie uczestniczą w wieczorach poezji, wycieczkach oraz zajęciach z jazdy konnej. „Agroturystyka to forma wypoczynku dostosowana nie tylko do potrzeb osób starszych, lecz także ich budżetu” – podkreśla ekspertka.
Przed szybką jazdą ma odstraszać nie tylko zabieranie prawa jazdy – w maju zmieniły się stawki mandatów za przekroczenie prędkości. Dotychczas najwyższe wynosiły 500 zł, obecnie jest to ponad trzy razy więcej.
Wprowadzone kary są bardzo dotkliwe. Dla przykładu za przekroczenie prędkości o 41–50 km/h trzeba zapłacić 532 zł, jeżeli do wykroczenia doszło w terenie niezabudowanym, i 1064 zł, w przypadku gdy miało ono miejsce w terenie zabudowanym. Jeśli prędkość przekroczy się o ponad 50 km/h, policjant nie tylko wręcza mandat, lecz także odbiera prawo jazdy. Kierowcy, którzy zostali złapani na zbyt szybkiej jeździe po raz czwarty (i każdy kolejny) w ciągu roku od pierwszego wykroczenia, muszą płacić kary podwyższone o 50%.
Stawki mandatów w nowym taryfikatorze zależą od średniej krajowej z poprzedniego roku. Lepszym rozwiązaniem wydaje się wyliczanie ich od zarobków.
„Zmiany są dla kierowców druzgocące” – zaznacza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Krzysztof Kuberski z Fundacji Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych. „Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście przyczynią się do podniesienia bezpieczeństwa. Kierowców trzeba nauczyć, jak zmienić nawyki jazdy, a nie karać wysokimi mandatami, których nie będą w stanie zapłacić” – dodaje.
Większą karę niż do tej pory – 800 zł – przewidziano również za parkowanie bez uprawnień na kopercie. 100 zł zapłaci z kolei pieszy za brak wymaganych odblasków.
32 tysiące wyświetleń oraz 650 kliknięć w reklamę w skali miesiąca. To wynik możliwy do osiągnięcia przez szkołę językową wydającą na kampanię online 50 zł dziennie. O tym, jak wykorzystywać reklamę w wyszukiwarce do skutecznego eksponowania oferty szkoleniowej mówi najnowszy raport udostępniony przez Blink.pl.
Zgodnie z danymi opublikowanymi w ubiegłym roku przez English Proficiency Index, Polacy to jeden z najlepiej mówiących po angielsku narodów na świecie. Zajmujemy wysokie, bo aż szóste miejsce w światowym rankingu, wyprzedzając w tej dziedzinie m.in. Niemców, Francuzów i Czechów. – Jak pokazało badanie przeprowadzone przez naszych specjalistów, dużą popularnością cieszą się nie tylko kursy języka angielskiego, ale także niemieckiego, rosyjskiego, hiszpańskiego czy francuskiego. Zaobserwowano także wzmożone zainteresowanie Polaków nauką języka obcego na poziomie biznesowym oraz specjalistycznymi certyfikatami – tłumaczy Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl, firmy specjalizującej się w kampaniach SEM i SEO.
206 tys. klientów miesięcznie
Frazy związane z nauką języka obcego wyszukiwane są przez polskich internautów średnio 206 tysięcy razy miesięcznie! Najnowszy raport opublikowany przez Blink.pl pokazuje, jak wykorzystać ten potencjał do skutecznego wypromowania oferty szkoły językowej w internecie. Analiza objęła firmy zlokalizowane w największych miastach Polski, a samo badanie przeprowadzono na przełomie marca i kwietnia 2015 r. Na potrzeby symulacji założono, że szkoła językowa przeznaczy na reklamę w wyszukiwarce hipotetyczny budżet w wysokości 1 500 zł miesięcznie. Przyjęto też, że za kliknięcie CPC w reklamę nie zapłaci więcej niż 5 zł.
Dokonując analizy potencjału reklamy online dla branży szkoleniowej, specjaliści pod uwagę wzięli zestaw22-tu przykładowych fraz wpisywanych w wyszukiwarkę przez potencjalnych klientów szkół językowych. Były to: „FCE”, „nauka angielskiego”, „nauka niemieckiego”, „CAE”, „kurs angielskiego”, „nauka hiszpańskiego”, „nauka francuskiego”, „szkoła językowa”, „nauka rosyjskiego”, „kurs niemieckiego”, „Proficiency”, „kurs hiszpańskiego”, „certyfikat z angielskiego”, „kurs francuskiego”, „angielski w biznesie”, „kurs rosyjskiego”, „nauka języków obcych”, „certyfikat z niemieckiego”, „niemiecki w biznesie”, „dobra szkoła językowa”, „szkoła językowa opinie” oraz „ZDAF”.
Wrzesień pod znakiem języka angielskiego
Skuteczna reklama w wyszukiwarce to przekaz dostosowany do aktualnych potrzeb potencjalnego klienta. Przy planowaniu i realizowaniu takiej kampanii ważne jest zatem poznanie i uwzględnienie preferencji internauty oraz obowiązujących trendów sezonowych. Taki rozkład dla branży szkoleniowej pokazuje analiza dokonana przez Blink.pl. Jak czytamy w raporcie, frazy związane z nauką języka angielskiego najczęściej wyszukiwane są przez internautów we wrześniu, by wyraźny spadek osiągnąć na początku roku kalendarzowego. Warto więc postawić na zwartą kampanię reklamową nastawioną na tę frazę właśnie w sezonie wczesnojesiennym.
Co ciekawe, wyrażenie „nauka angielskiego” wpisywane jest w wyszukiwarkę Google równomiernie często we wszystkich województwach, z niewielką przewagą mazowieckiego i podkarpackiego.
W lubuskim stawiaj na niemiecki
Popularność wyszukiwania frazy „nauka niemieckiego” systematycznie rośnie już od 2010 roku. Podobnie, jak w wypadku „języka angielskiego”, potencjalni klienci szkół językowych interesują się nauką w styczniu i wrześniu, jednak w przeciwieństwie do angielskiego – szczyt styczniowy jest zdecydowanie wyższy!
Rozkład geograficzny dla frazy „nauka niemieckiego” wygląda zupełnie inaczej niż było to w przypadku wyrażenia „nauka angielskiego”. Wyraźnie widać, że im bliżej zachodniej granicy, tym zainteresowanie potencjalnych klientów kursami języka niemieckiego rośnie. Takie szkolenia największą popularnością cieszą w województwie lubuskim, a najmniejszą kujawsko-pomorskim.
W październiku promuj First Certificate in English
First Certificate in English to jeden z najpopularniejszych, honorowanych na całym świecie egzaminów językowych. Przeprowadzone badanie pokazało, że fraza „FCE” najczęściej wyszukiwana jest przez internatów wczesną jesienią, szczególnie w miesiącach wrzesień i październik.
Lepiej hiszpański niż francuski
Obserwacje dokonane przez specjalistów pokazały też zainteresowanie Polaków nauką języka hiszpańskiego i francuskiego. Jak się jednak okazało, szczególnie pierwszy z nich przyciąga sporą uwagę potencjalnych klientów.
Szkoły językowe w miastach
Analizując wyniki symulacji, widać jakie wyrażenia związane z nauką języków obcych cieszą się największą popularnością w zależności od miasta, z którego pochodzi zainteresowany internauta. Dla przykładu Poznaniacy najczęściej wybierają frazy „kurs angielskiego” (7 865 wyświetleń i 238 prognozowanych kliknięć w reklamę/mc), z kolei Warszawiacy wolą kombinację słów „nauka angielskiego” (5 825 wyświetleń i 367 kliknięć). Szacuje się, że w reklamę „nauka niemieckiego” miesięcznie może kliknąć 166, a reklamę „kurs niemieckiego” – 154 mieszkańców Wrocławia. Spore zainteresowanie nauką języka hiszpańskiego i francuskiego występuje w Krakowie – reklama po tej frazie może wyświetlić się odpowiednio 826 i 709 potencjalnym klientom. Z kolei kursami rosyjskiego najbardziej zainteresowani są mieszkańcy Gdańska – tutejsze szkoły językowe powinny promować się wg frazy „nauka rosyjskiego”, której reklama wyświetli się 430 potencjalnym klientom.
– Jak widać, tworzone przekazy reklamowe muszą uwzględniać trendy sezonowe pozwalające na wyświetlanie reklam klientom w czasie, kiedy znalezienie informacji na promowany temat jest najbardziej pożądane. Drugim, niezwykle ważnym czynnikiem determinującym powodzenie kampanii w wyszukiwarce Google jest planowanie geograficzne. Zainteresowanie daną frazą, a co za tym idzie koszt kliknięcia CPC, mogą się bowiem znacząco różnić w zależności od miasta, w którym dana szkoła się znajduje – tłumaczy dr inż. Artur Pajkert, ekspert z Blink.pl.
Z tego powodu specjaliści dodatkowo sprawdzili, jak będą kształtować się ceny za reklamę doprecyzowaną geograficznie, tj. nastawioną na dotarcie do internauty korzystającego z kombinacji słów „szkoła językowa” + nazwa miasta. Potencjalnie najdroższa kampania będzie w Warszawie, gdzie za kliknięcie w reklamę trzeba zapłacić 9,87 zł (1000 wyświetleń/mc po frazie „szkoła językowa warszawa”). Na tym rynku panuje jednak największa konkurencja (0,89/1). Najmniejsza występuje w Gdańsku (0,76/1), gdzie za kliknięcie w reklamę zapłaci się 4,53 zł (260 wyświetleń/mc). Najmniejsze koszty za kampanię poniesie natomiast szkoła językowa z Krakowa (0,61 zł).
Trzeba jednak pamiętać, że ceny za kliknięcie mogą się różnić kilkukrotnie, a bardzo ważnym wskaźnikiem determinującym rzeczywiście uzyskiwaną cenę kliknięcia jest jakość słów kluczowych w kampanii, która zależy m.in. od trafności reklam oraz jakości strony www szkoły. Dlatego tak ważnym elementem jest wybranie właściwej agencji, która zapewni przeprowadzenie dobrze przygotowanej kampanii.
e-klient i m-klient
Wydaje się, że poszukiwanie szkoły językowej jest czynnością, której nie wykonuje się „na szybko”. Rosnący udział urządzeń mobilnych na rynku powoduje jednak, że nie warto lekceważyć m-klienta. – Już teraz aż 14% potencjalnych klientów szkół językowych wykorzystuje urządzenia mobilne do znalezienia szkoły językowej. Oczywiście to nadal niewielki odsetek w stosunku do całości, niemniej zmieniająca się polityka Google połączona z systematycznym rozwojem m-commerce powinny stać się motorem napędowym do tworzenia stron responsywnych, tj. dostosowanych do widoku przez urządzenia mobilne – podsumowuje Jakub Dwernicki.
Co raz więcej raportów alarmuje o zwiększającej się ilości ataków hakerskich na banki internetowe. Radzimy jak najprościej chronić się przed utratą oszczędności.
Właściciele banków zapewniają, że klienci korzystający z usług online mogą spać spokojnie, a ich wirtualne pieniądze są tak samo bezpieczne jak te przechowywane w pancernych sejfach.
Nie są to wyłącznie puste deklaracje, bowiem instytucje finansowe w obszarze bezpieczeństwa kierują się rekomendacjami Generalnego Inspektoratu Nadzoru Bankowego. Ale należy pamiętać, że po drugiej stronie barykady stoją hakerzy dysponującymi bogatą wiedzą i arsenałem nowoczesnych narzędzi. Co gorsza, ich kreatywność oraz zuchwałość nie zna granic. Pod tym względem nie są wcale gorsi od legendarnego kasiarza Henryka Kwinto. Ilość cyberataków wymierzonych w instytucje finansowe wzrosła w 2014 roku o 44,5% – informuje firma w raporcie „G DATA Security Labs Malware”. To dane, które z pewnością budzą niepokój wśród wielu klientów e-banków. Warto pamiętać, że bezpieczeństwo usług finansowych nie zależy wyłącznie od przestrzegania zasad przez banki, ale również użytkowników. Nie bez przyczyny mówi się, że człowiek stanowi najsłabsze ogniwo systemu bezpieczeństwa. Jak zatem skutecznie chronić swoje pieniądze przed hakerami? Specjaliści z firmy G DATA opracowali pięć zasad bezpiecznego korzystania z bankowości online.
Zainstaluj dobry program antywirusowy
Komputer, z którego logujesz się do banku, powinien mieć odpowiedni program antywirusowy. Przyjrzyj się uważnie możliwościom aplikacji, tym bardziej, że chodzi o Twoje ciężko zarobione pieniądze. Optymalnym rozwiązaniem jest zastosowanie systemu z ochroną proaktywną. Działa on w ten sposób, że chroni dane również wtedy kiedy nie zna wirusa. Oprogramowanie kontroluje pamięć operacyjną i zapobiega jakiejkolwiek manipulacji danych płatniczych.
Nie zapominaj o aktualizacjach
Twórcy aplikacji bezpieczeństwa toczą permanentną wojnę z cyberprzestępcami. Ci ostatni potrafią tworzyć nowe wirusy niemal w mgnieniu oka. G DATA SecurityLabs w 2014 roku wykryła niemal 6 mln nowych odmian złośliwego oprogramowania. Dlatego pamiętaj o aktualizacjach oprogramowania antywirusowego. Każda nowa wersja jest lepiej przygotowana do ochrony Twojego komputera i danych.
Wymyśl piekielnie trudne hasło
O ile hakerzy wykazują się dużą kreatywnością, o tyle klienci e-banków potrafią być do znudzenia przewidywalni. Ich hasła dostępu do konta w banku online często zawierają datę urodzenia, drugie imię czy „zawiłe” kombinacje cyfr jak np. 123456 lub 777777. Czym kierować się przy tworzeniu haseł? Wykorzystuj kombinacje wielkich i małych liter oraz cyfr, a także znaki nie alfanumeryczne. Nie stosuj jednego hasła do wielu usług.
Loguj się do e-konta w bezpiecznych miejscach
Bankowość online pozwala na dokonywanie transakcji z dowolnego miejsca. Ale to tylko teoria. Kawiarenki internetowe, kina bądź restauracje z niezabezpieczoną siecią Wi-Fi są doskonałym miejscem do przeglądania witryn, serwisów społecznościowych czy wysyłania poczty elektronicznej. Jednak unikaj tych miejsc, jeśli chcesz obsługiwać swoje e-konto. Optymalnym miejscem do dokonywania transakcji online są własne cztery kąty, zaś najlepszym narzędziem komputer osobisty.
Nie reaguj na podejrzane e-maile
Phisihing to jedna z ulubionych metod wykorzystywanych przez sieciowych przestępców. Agresor tworzy niemal idealną kopię witryny internetowej banku, a następnie zachęca użytkownika do ujawnienia hasła czy numeru PIN poprzez spreparowany formularz. Cyberprzestępcy sięgają po różne metody, aby nakłonić klienta e-banku do odwiedzenia fałszywej strony, najczęściej wysyłają do nich e-maile. Dlatego bądź czujny i stosuj zasadę ograniczonego zaufania wobec korespondencji pochodzącej z nieznanych źródeł, rzekomych instytucji finansowych itp. Zanim klikniesz w link zawarty w e-mailu, uważnie sprawdź adres, do którego prowadzi.
Najdroższe mieszkania w Warszawie znajdziemy przy ul. Świętojańskiej. W pierwszej trójce najkosztowniejszych lokalizacji znalazły się również ulice Bitwy Pod Rokitną i Kruczkowskiego. Zaskakująco nisko, bo poza czołową „30” uplasowały się m.in. Krakowskie Przedmieście oraz ul. Świętokrzyska.
Tyle oczekiwania sprzedających. A jak wygląda ranking uwzględniający jedynie ceny transakcyjne? Tu w Top 10 króluje ul. Kopernika.
Dane Cenatorium, obejmujące Top 50 ulic w Warszawie wg cen transakcyjnych pokazują, żeobecniezdecydowanie najdroższy adres w stolicy to ul. Kopernika1. W ostatnim roku, w mieszczącej się tam rezydencji Foksal, klienci płacili za metr mieszkania ponad 26 tys. zł. Na tym tle blado wypada ul. Świętojańska, gdzie sprzedający średnio oczekują 18,2 tys. zł za m2, jednak przy podpisywaniu umowy cena wywoławcza spada do niecałych 11 tys. za m2. Nie dziwi to o tyle, że w tej lokalizacji, większość ofert dotyczy starego budownictwa (nawet z 1947 roku).
Gdybyśmy porządkowali zestawienie TOP 50, biorąc pod uwagę jedynie ceny transakcyjne w podanych lokalizacjach zebrane przez Cenatorium, to pierwsza dziesiątka wyglądałaby nieco inaczej niż sugerują to oferty. Wynika to nie tylko z umiejętności negocjacyjnych kupujących, ale i m.in. z faktu, że najbardziej prestiżowe adresy rzadko trafiają na listę publicznie dostępnych ogłoszeń. Znaczące różnice między cenami ofertowymi, a faktycznymi to też normalna sytuacja bo w czasie stagnacji na rynku mieszkaniowym zwiększa się przepaść między oczekiwaniami sprzedających a kupujących.
Prestiżowa okolica nie zawsze ma znaczenie jeśli weźmiemy pod uwagę konkretny lokal. Na warszawskim Powiślu jest wiele nowych, luksusowych apartamentowców, a obok nich są stare niezadbane kamienice. Sprzedający mieszkanie w tym drugim typie budynku, może oczekiwać wyższej ceny za swoje lokum ze względu na prestiżowe sąsiedztwo. Dla kupującego ta logika nie jest już tak oczywista. Ponadto warto pamiętać, że lokale klasy premium sprzedawane są bardziej dyskretnie. Dlatego często nie znajdziemy ich na portalach ofertowych. Równocześnie są takie miejsca jak ulica Parkowa, na której rok w rok odnotowujemy rekordową transakcję. Podaż jest tam jednak bardzo ograniczona, do poziomu 2-4 dużych transakcji rocznie, dlatego nie uwzględniliśmy jej w zestawieniu mówi Mariusz Kurzac, dyrektor generalny Cenatorium.
Gdyby jednak uwzględnić ul. Parkową w poniższym zestawieniu, jej pierwszeństwo jako „naj” nie podlegałoby dyskusji – cena transakcyjna za m2 apartamentu w sąsiedztwie Łazienek wyniosła w ostatnim roku 36 tys. zł.
Pozycja
Ulica
Średnia cena transakcyjna za m2 mieszkania z rynku wtórnego
1
Kopernika
26 031
2
Wybrzeże Kościuszkowskie
19 906
3
Leszczyńska
16 429
4
Rynek Starego Miasta
15 897
5
Kruczkowskiego
14 979
6
Bitwy pod Rokitną
14 790
7
Biały Kamień
14 106
8
Sułkowicka
14 048
9
Chodkiewicza
13 641
10
Krzywe Koło
12 885
Wysokie miejsce w zestawieniu cen transakcyjnych zajęły też inne śródmiejskie ulice, na których nie brakuje nowych inwestycji mieszkaniowych: to szczycące się bliskością parków, metra i Wisły lokalizacje na Powiślu czyli Wybrzeże Kościuszkowskie oraz ul. Leszczyńska.
Na 5. miejscu uplasowała się ul. Kruczkowskiego. Wciąż wysokie są ceny apartamentów w urokliwych miejscach Mokotowa (ul. Sułkowicka, Biały Kamień oraz Chodkiewicza) oraz na Żoliborzu (ul. Bitwy pod Rokitną). Tuż za podium znalazła się najbardziej prestiżowa staromiejska lokalizacja. Za mieszkanie przy Rynku Starego Miasta trzeba zapłacić średnio 15,9 tys. zł za m2, czyli o 30 proc. więcej niż na znajdującej się niedaleko ul. Krzywe Koło.
TOP 10 cen ofertowych prezentuje się nieco inaczej. Tu do czołówki wskakują mieszkania przy ulicach Nowy Świat oraz Świętojańskiej i Okólnik. Na tej pierwszej – chyba najsłynniejszej ulicy – w Polsce zauważalne są spore rozbieżności cenowe. Mieszkanie w nowszym budownictwie (2000 r.) kosztuje tu nawet 3,2 mln zł. Jeśli ktoś myśli o zakupie pod tym adresem lokum w kamienicy z 1920 r. wystarczy mu minimum 0,5 mln zł. Co ciekawe, różnica między średnią ceną wywoławczą a transakcyjną na Nowym Świecie sięga aż 35%. Pierwszą piątkę ofertowych hitów zamyka ul. Krzywe Koło na Starym Mieście, gdzie sprzedający oczekują średnio aż 16,7 tys. zł za m2 mieszkania. Większość lokali dostępnych w tej lokalizacji to mieszkania jedno i dwupokojowe z niewielkim metrażem.
Pozycja
Ulica
Średnia cena ofertowa za m2 mieszkania z rynku wtórnego
Średnia cena transakcyjna za m2 mieszkania z rynku wtórnego
1
Świętojańska
18 213
10 860
2
Bitwy Pod Rokitną
17 866
14 790
3
Kruczkowskiego
17 058
14 979
4
Nowy Świat
16 700
10 823
5
Krzywe Koło
16 650
12 885
6
Biały Kamień
16 337
14 106
7
Leszczyńska
16 282
16 429
8
Okólnik
16 164
11 655
9
Sułkowicka
15 849
14 048
10
Kopernika
15 165
26 031
Źródła danych: dane transakcyjne – Cenatorium, największa w Polsce baza aktualnych cen transakcyjnych nieruchomości, dane ofertowe -portal nieruchomości Morizon.pl, stan na kwiecień 2015
Na rynku walutowym wtorek upłynął pod znakiem kontynuacji zwyżek zapoczątkowanych podczas poniedziałkowej sesji – kurs EUR/PLN wzrósł wczoraj o 1.1%, do 4.1532, natomiast CHF/PLN o 1.2%, do 4.0169, przekraczając w ten sposób najwyższy poziom od lutego b.r.
Nie ulega wątpliwości, że w najbliższych dniach kluczowe znaczenie dla wyceny walut państw Europy Środkowo – Wschodniej będą miały informacje napływające z Grecji, gdzie w dalszym ciągu trwają negocjacje z unijnymi kredytodawcami. W wywiadzie udzielonym w poniedziałek dziennikowi „Les Echos”, Olivier Blanchard, główny ekonomista MFW, ocenił, że propozycja reform gospodarczych przedstawiona przez Ateny jest niewystarczająca, aby kraj uzyskał w tym roku pierwotną nadwyżkę budżetową, co jest warunkiem przedłużenia programu pomocy finansowej.
Nad ranem uwagę inwestorów przyciągnęła publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia BoJ. Zza Odry napłynęły natomiast wiadomości o wysokości indeksu zadufania konsumentów GfK, który w maju spadł do poziomu 93 pkt. Popołudniu decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie bank centralny Kanady.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Chiny wykonały kolejny ruch i może to być część nowej „drogi”…
Rzadko doradzam kupno pojedynczych akcji, jednak poniżej prezentuję osobistą strategię zaangażowania w trzy elementy, w których pokładam nadzieje w następnym pełnym cyklu (tj. w perspektywie nieprzekraczającej pięciu lat).
Jakie to trzy elementy? Wzrost Chin dzięki nowemu Jedwabnemu Szlakowi, wzrost cen towarów dzięki rudzie żelaza oraz wzrost w Australii dzięki branży wydobywczej.
Coraz więcej wskazuje na to, że Chiny zrealizują jeszcze więcej projektów infrastrukturalnych, i to być może jeszcze przed pełnym wdrożeniem internetowego korytarza ekonomicznego w ramach Jedwabnego Szlaku.
Dziś rano w Pekinie Krajowa Komisja Rozwoju i Reform ogłosiła listę 1 043 projektów w ramach tzw. partnerstw publiczno-prywatnych. Całkowita wartość tych inwestycji? Ponad 300 mld USD.
Równocześnie dziś rano w Sydney pojawiły się pogłoski, że Chiny złożyły do Australijskiej Komisji Oceny Inwestycji Zagranicznych wniosek o pozwolenie na inwestowanie w producenta rudy żelaza – spółkę Fortescue.
Już od dłuższego czasu czekałem na sygnał do kupna akcji wysoko lewarowanej spółki wydobywczej Fortescue; przekonało mnie niedawne refinansowanie obligacji tej spółki. Nie wiem, czy powyższe pogłoski się potwierdzą… jednak mój „model” przewiduje kupno na poziomie 2,65.
Rzut oka na wykresy rudy żelaza pozwala stwierdzić, że cena tego surowca obecnie rośnie po gwałtownym i długim spadku.
To inwestycja wysokiego ryzyka, jednak obejmuje wszystkie główne tematy, które moim zdaniem już wkrótce odgrywać będą główną rolę na wszystkich światowych rynkach.
Obniżenie podatku od wydobycia miedzi bez wątpienia wpłynie na rozwój branży, w tym możliwości realizowania nowych inwestycji. Ale to za mało – uważa Konfederacja Lewiatan, oceniając projekt ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin. Chcąc uczynić nasz system podatkowy konkurencyjnym konieczne jest połączenie kilku ulg i zachęt, które mogłyby obejmować m.in.: ulgę inwestycyjną, odroczenie poboru podatku czy przyspieszenie amortyzacji składników majątku.
Pozytywnie należy ocenić obniżenie stawki podatku od miedzi i wprowadzenie obowiązku corocznego składania przez rząd informacji do Sejmu dotyczącej wpływu nowych przepisów na sytuację sektora wydobywczego oraz finansów publicznych.
– W obecnym systemie podatkowym brakuje jednak wielu rozwiązań, które oddziaływałyby na rozwój nowych inwestycji w sektorze wydobywczym. A warto pamiętać, że mają one pozytywny wpływ na gospodarkę, biorąc pod uwagę ich dużą wartość, jak i kilkudziesięcioletni horyzont czasowy oraz brak możliwości przeniesienia do innego kraju z uwagi na lokalizację złoża. Z tej perspektywy nowe inwestycje przyczyniają się do wzrostu produkcji i PKB, a także do tworzenia nowych miejsc pracy i spadku bezrobocia – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.
Polska jest światowym liderem w liczbie udokumentowanych zasobów miedzi i ma szansę wyprzedzić takich światowych potentatów jak Kanada, Rosja czy Chiny. Jednakże, aby wykorzystać tę szansę konieczne jest zapewnienie dostępu do atrakcyjnych rezerw zalegających na głębokościach przekraczających 1500 m. W tym celu niezbędne jest przede wszystkim poniesienie wysokich nakładów inwestycyjnych na najnowsze technologie i budowę nowych zakładów górniczych.
System podatkowy powinien więc sprzyjać nowym inwestycjom w sektorze wydobycia, w tym wydobycia miedzi. Natomiast, obecny system opodatkowania wydobycia miedzi z całą pewnością odstrasza, a nie zachęca nowych inwestorów. Biorąc pod uwagę, iż w tym w sektorze nie ma obecnie wielu nowych inwestorów, tym bardziej niezrozumiały jest brak zmian uregulowań podatku od wydobycia niektórych kopalin, w zakresie rozwiązań sprzyjającym tworzeniu nowych inwestycji.
Nowe złoża miedzi są trudniejsze niż dotychczas eksploatowane – wymagają kopalni głębinowych, które z kolei wymagają znacznie więcej nakładów kapitałowych szczególnie w pierwszych fazach inwestycji. Aktywizację wydobycia z takich złóż i maksymalizację potencjału Polski w tym zakresie mogą zapewnić nowi inwestorzy dysponujący kapitałem. Tym bardziej strategia fiskalna powinna skupić się w pierwszej kolejności na przyciągnięciu znacznych inwestycji, niezbędnych do rozwoju polskiego sektora wydobycia miedzi, by dopiero później czerpać korzyści ze znaczącego strumienia wpływów do budżetu (z różnych podatków, nie tylko podatku od wydobycia niektórych kopalin).
Wydłużenie okresu zwrotu z inwestycji będące wynikiem obciążenia podatkiem od wydobycia niektórych kopalin w obecnym kształcie, bez mechanizmów równoważących ciężar podatku dla nowych inwestycji, nie jest i nie będzie do zaakceptowania przez inwestorów. Istotne pogorszenie ekonomiki nowych projektów wynika z faktu, iż podatek miedziowy musi być płacony już od pierwszego wydobycia miedzi i srebra, a z uwagi na istotne nakłady kapitałowe, zwrot z inwestycji będzie osiągnięty dopiero później.
Dlatego też, chcąc uczynić polski system podatkowy konkurencyjnym konieczne jest połączenie kilku ulg i zachęt podatkowych, które mogłyby obejmować m.in.:
• Ulgę inwestycyjną – prawo do odliczenia od podatku od wydobycia niektórych kopalin 100% lub więcej przedprodukcyjnych nakładów inwestycyjnych (tzw. uplift),
• Odroczenie poboru podatku od wydobycia niektórych kopalin w okresie, co najmniej 10 lat od rozpoczęcia nowej inwestycji lub obniżenie podatku w tym okresie,
• Przyspieszenie amortyzacji składników majątku tworzących i wykorzystywanych w zakładach górniczych miedzi do 5 lat.
Do końca tego roku prawie jedna trzecia sklepów w USA i 15-20 proc. w Wielkiej Brytanii zainstaluje beacony, które komunikując się z tabletami i smartfonami klientów, umożliwiają personalizację zakupów. W tym samym czasie na świecie przynajmniej raz w miesiącu 5 proc. smartfonów z technologią NFC zostanie użytych do płatności mobilnych. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów raportu „The Deloitte Consumer Review. Digital Predictions 2015”, technologie cyfrowe są ogromną szansą dla handlowców, którzy w ten sposób mogą ułatwić konsumentom zakupy, a jednocześnie zdobyć ich lojalność. Nowoczesne rozwiązania cyfrowe, w tym Internet Rzeczy wkraczają również w inne sfery codziennego życia, jak choćby wyposażenie domu. Jednak w obszarze smart home barierą hamującą dynamiczny rozwój urządzeń pozostają wysokie koszty instalacji i obsługi tego typu urządzeń.
Raport Deloitte, przygotowany w tym roku po raz dziesiąty, analizuje, jak trendy w sektorze TMT (technologia, media, telekomunikacja) przekładają się na życie i zwyczaje konsumentów.
Według ekspertów, w tym roku dojdzie do znaczącego skoku w używaniu telefonów komórkowych do płatności mobilnych. W 2015 roku 5 proc. z 600-650 mln smartfonów wyposażonych w NFC (Near Field Communication – komunikacja bliskiego zasięgu) zostanie użytych w tym celu podczas zakupów. „Płatności mobilne to nadal nisza, do której przyzwyczajają się zarówno klienci, jak i sprzedawcy oraz instytucje finansowe. Na pewno w najbliższym czasie nie zastąpią one ani gotówki ani kart płatniczych, ale można już mówić o widocznym wzroście w tym obszarze, skoro w połowie 2014 roku w roli portfela przynajmniej raz w miesiącu wystąpiło mniej niż 2,5 mln smartfonów wyposażonych w technologię NFC, podczas gdy do końca tego roku może to być już nawet 32,5 mln telefonów” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Technology, Media and Telecommunications Group Deloitte.
Zdaniem ekspertów Deloitte zainteresowanie wykorzystaniem nowoczesnych technologii w handlu będzie się koncentrować także wokół beaconów, czyli małych nadajników, które nieustannie sygnalizują swoją obecność. Sygnał ten, odebrany przez aplikację mobilną, wykorzystując technologię Bluetooth Smart, pozwala nawiązać kontakt z użytkownikiem telefonu lub tabletu. Możliwość precyzyjnego zlokalizowania klienta, zdobycie wiedzy na temat jego zwyczajów zakupowych czy też wreszcie dostarczenie mu informacji na temat promocji w momencie, gdy przekroczy próg sklepu, mogą zapewnić handlowcom przewagę konkurencyjną, a samych konsumentów zachęcić do robienia zakupów. W Wielkiej Brytanii 45 proc. właścicieli smartfonów zadeklarowało, że chce, aby sprzedawcy wysyłali im wiadomości, a 33 proc. z nich przyznało, że spersonalizowane wiadomości mają wpływ na ich decyzje zakupowe.
„Beacony będą miały ogromny wpływ na budowanie lojalności konsumentów wobec danej sieci handlowej, a także wygodę zakupów. Sprzedawcy muszą jednak uważać aby nie przesadzić i nie przekroczyć cienkiej granicy, ponieważ wciąż wielu klientów nie życzy sobie tego typu kontaktów, które odbierają jako wkraczanie w ich prywatną sferę. Otwartym pozostaje też pytanie czy zdobyte z pomocą beaconów dane osobowe konsumentów są prawidłowo zabezpieczone i chronione” – tłumaczy Jakub Rosiecki, Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że obecnie korzystanie z beaconów przez użytkowników wymaga spełnienia określonych warunków technologicznych. Przede wszystkim w telefonie musi być włączony Bluetooth i uruchomiona konkretna aplikacja, dzięki której odbiór informacji przesłanych za pośrednictwem beacona staje się możliwy.
Według raportu Deloitte, narzędziem, dzięki któremu handel tradycyjny może się uzupełniać ze sprzedażą internetową jest system click and collect, czyli „zamów online – odbierz w sklepie”. Liczba lokalizacji w systemie click and collect w Europie wzrośnie w 2015 roku do pół miliona, co stanowi wzrost o 20 proc. w stosunku do roku ubiegłego. System click and collect umożliwia nabywcom odbiór towarów zakupionych przez Internet w miejscach, takich jak wydzielona przestrzeń sklepu, centrum handlowe, paczkomat lub punkty ogólnodostępne, takie jak poczta czy stacja kolejowa. „Z punktu widzenia klienta, rozwiązania click and collect dają dodatkową swobodę w wyborze formy dostawy oraz pozwalają na odbiór towaru o dogodnej, w miarę dowolnej godzinie z wcześniej ustalonej lokalizacji. Z kolei z punktu widzenia samych sprzedawców click and collect jest zarówno szansą, ale też dużym wyzwaniem logistycznym” – mówi Jakub Wróbel.
Według wyliczeń ekspertów Deloitte z pół miliona punktów odbioru w systemie click and collect, które powstaną w tym roku w Europie, 333 tys. będą to automatyczne skrytki i paczkomaty, 130 tys. – miejsca użyczone przez pośredników (np. poczta), a jedynie 37 tys. to sklepy. W Wielkiej Brytanii, w której
e-commerce ma największy na świecie udział w handlu (13 proc.), click and collect stanowi jedną trzecią tej liczby. W ubiegłym roku Brytyjczycy złożyli w ten sposób 140 mln zamówień, a wartość rynku szacuje się na 8,7 mld dolarów, dwa razy więcej niż jeszcze w 2012 roku.
Eksperci Deloitte przeanalizowali również wpływ technologii cyfrowych na codzienne życie, w tym wyposażenie domów i mieszkań. Ich zdaniem do 2022 roku może być około 500 tzw. „inteligentnych urządzeń” podłączonych do domu. Przykładowo będą to inteligentne systemy oświetleniowe, ogrzewania, nawadniania trawników czy sprzęt AGD: ekspresy do kawy, lodówki i pralki. Jedną z barier, która nadal może ograniczać dynamiczniejszy rozwój Internetu Rzeczy w codziennym życiu są koszty zakupu i instalacji urządzeń – w wielu przypadkach nadal za wysokie dla części konsumentów. „Rynek konsumencki związany z inteligentnym domem znajduje się nadal we wstępnej fazie rozwoju, lecz należy przypuszczać, że w ciągu najbliższych lat klienci, wymieniając domowy sprzęt, chętniej będą sięgać po tego typu rozwiązania” – uważa Jakub Wróbel.
Technologia zmienia sposób, w jaki zachowują się konsumenci, dzięki dostarczaniu im informacji. Daje to dużo możliwości firmom, ale stwarza też zagrożenia. Z jednej strony konsumenci są coraz bardziej przywiązani do swoich urządzeń i oczekują od swoich ulubionych marek innowacyjnych, ciekawych rozwiązań, które ułatwiają im życie dostarczając informacji i pomagając w decyzjach. Z drugiej strony dostęp do informacji, porównywarek cenowych, opinii znajomych w mediach społecznościowych może zburzyć lojalność marki. „W pogoni za nowinkami technicznymi i sposobami przywiązania do siebie konsumenta, firmy nie powinny zapominać o tym, że technologia powinna być jedynie wsparciem. Lojalność marki buduje się w długim terminie głównie jakością produktów i usług” – podsumowuje Jakub Rosiecki.
Raport został opublikowany w marcu br. przez Deloitte UK. Cały raport dostępny na: www.deloitte.com/pl.
Sprawdzalność prognoz Deloitte:
Raport „The Deloitte Consumer Review. Digital Predictions 2015” jest ściśle powiązany z corocznymi globalnymi prognozami Deloitte ”TMT Predictions”. Prognozy te oparte są na informacjach pochodzących od klientów firm członkowskich (w ramach sieci Deloitte) z całego świata, jak również o informacje wewnętrzne (przekazane przez pracowników, partnerów i menedżerów specjalizujących się w zagadnieniach TMT) oraz pogłębione wywiady z analitykami branżowymi i rozmowy przeprowadzone z organizacjami handlowymi. Okazuje się, że trzynaście z czternastu prognoz z ubiegłorocznej edycji raportu „TMT Predictions” sprawdziło się. Wśród nich znalazły się przewidywania na temat rozwoju telewizyjnych płatnych kanałów sportowych i rynku tabletów czy też prognozy mówiące, że do końca 2014 roku nawet 50 mln gospodarstw domowych na świecie miało być w posiadaniu dwóch abonamentów telewizyjnych.
Polska energetyka jest w trakcie dużych zmian i przeobrażeń. Pomimo wielu inwestycji, które obecnie są realizowane, nadal ciężko jest sfinansować tak wielkie projekty. Banki, jak i wszelkie instytucje finansowe patrzą na takie inwestycje z dużą rezerwą. O ile pewne obawy są uzasadnione, to sektor energetyczny stoi przed dużym problem i wyzwaniem, z którym musi się zmierzyć. Z drugiej strony inwestycje te są konieczne i to nie tylko w obszarze nowych mocy wytwórczych, ale również infrastruktury – sieci energetyczne, systemy IT do zarządzania produkcją i dystrybucją energii. Co więc sprawia, że banki nie chcą finansować inwestycji w energetyce? – wyjaśnia prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki oraz prezes zarządu Transition Technologies.
prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki oraz prezes zarządu Transition Technologies
Finansowanie inwestycji w energetyce to duże wyzwanie dla instytucji finansowych, jak i dla inwestorów. Ich realizacja jest jednak niezbędna i kluczowa z punktu widzenia przyszłości gospodarki i jej prawidłowego funkcjonowania. Finansowanie takich projektów jest w ostatnim czasie bardzo problematyczne dla banków. Jeżeli już decydują się na udostępnienie kapitału, to kierują środki raczej wyłącznie na projekty energetyki odnawialnej, w mniejszym stopniu na elektrownie gazowe, a na pewno nie na jądrowe, których jednak moce wytwórcze są zdecydowanie większe. Z kolei elektrownie węglowe w ogóle nie mogą liczyć na dofinansowanie, zwłaszcza w Europie. Źródeł tych problemów należy dopatrywać się w kilku czynnikach.
Opłaty za emisję CO2 – coś co zabija energetykę węglową
W szczególnie ciężkiej sytuacji są nowe projekty w elektrowniach węglowych. Europejski Pakiet Klimatyczny i kolejne wersje europejskich regulacji, wymagają ponoszenia opłat za emitowany w procesie produkcji energii dwutlenek węgla. W elektrowni (zarówno na węgiel kamienny jak i brunatny) produkcja 1 MWh energii elektrycznej związana jest z emisją około 1 tony CO2. Powoduje to, że ten rodzaj wytwarzania obciążony jest dodatkowymi opłatami, co nie występuje w przypadku energetyki zielonej. Z kolei elektrownie gazowe z uwagi na o połowę mniejszą emisję CO2 zapłacą o połowę mniej. Problemem jest nie tylko koszt emisji w postaci kupowania pozwoleń, ale przede wszystkim ich nieprzewidywalność. Dziś zakup certyfikatu na emisję 1 tony CO2 to koszt około 7 Euro. Jednocześnie przewiduje się, że w przyszłości mogą one kosztować 30, a może nawet i 50 euro za tonę. Mechanizm wzrostu cen certyfikatów jest bowiem zagwarantowany poprzez powstanie tzw. MSR (Market Stability Reserve). W konsekwencji od 2019 r. MSR będzie mógł arbitralnie „wycofywać” część pozwoleń na CO2 z europejskiego rynku, aby podbijać ich cenę. Celem tych działań jest powiększenie konkurencyjności energetyki odnawialnej, kosztem węglowej. Pomimo polskich protestów przeciwko wcześniejszemu uruchomieniu MSR nie udało się tego wstrzymać, ze względu na mniejszościową koalicję.
Doprowadziło to do sytuacji, w której banki w żadnym wypadku nie będą chciały finansować inwestycji energetycznych, obłożonych dodatkowymi kosztami, a w szczególności kosztami, których nie sposób oszacować. Dodatkowo w oficjalnych wypowiedziach przedstawicieli Europejskiego Banku Inwestycyjnego pojawia się informacja, iż projekty energetyczne, w których emisja CO2 jest wyższa niż 0,5 t CO2 na 1 MWh nie będą finansowane. W konsekwencji będzie to oznaczać formalne „nie” dla energetyki węglowej w Europie.
Atom w podobnie ciężkiej sytuacji
Z podobnym problemem zmaga się również energetyka jądrowa. Tutaj podstawowym problemem jest konieczność inwestycji dużej ilości kapitału na etapie budowy oraz długi czas zwrotu z inwestycji. Już ten aspekt powoduje, że dla banków inwestycje te są ryzykowne. Dodatkowo energetyka jądrowa traktowana jest jako „brudna” energia nieposiadająca gwarantowanych taryf. Spoglądając na rynek europejski zauważyć można, że jedynie Brytyjczycy odeszli od tego sposobu patrzenia
i stworzyli własną wewnętrzną politykę tzw. Kontraktów Różnicowych. W systemie tym gwarantowana jest różnica między uzgodnioną taryfą, a ceną rynkową tzw. „strike price”. Jest to odmiana gwarantowanych taryf dla OZE, przeniesiona na energetykę atomową. W ten sposób Wielka Brytania udowadnia, że ten rodzaj wytwarzania energii jest „zeroemisyjny”. Tym samym w sensie gwarancji może być ona preferowana wśród inwestorów tak jak OZE. Taki mechanizm jest prawdopodobnie jedyną możliwością finansowania budowy w Polskim Programie Energetyki Jądrowej.
Gwarancja zwrotu z inwestycji to podstawowy problem
Najważniejszym czynnikiem dla banków, w związku z inwestycjami, jest gwarancja zwrotu z inwestycji. W energetyce taki zwrot uzyskuje się stosunkowo łatwo, jeśli cena sprzedaży produkowanej jest gwarantowana przez elektrownie energii elektrycznej. Przez wiele ostatnich lat zmonopolizowany polski sektor energetyczny zapewniał inwestorom takie gwarancje, a sama energetyka uchodziła za przewidywalny, ale zawsze opłacalny biznes.
Ostatnia dekada to okres silnego forsowania przez większość państw europejskich liberalizacji rynku energii i preferencji dla energetyki odnawialnej. W związku z tym sytuacja dla inwestorów stała się całkowicie nieprzewidywalna. Regulacje UE nie dopuszczają bowiem gwarancji cen dla energii produkowanej z węgla lub gazu. Natomiast energetyka zielona (odnawialna) – farmy wiatrowe czy elektrownie słoneczne – traktowane są na preferencyjnych warunkach. W przypadku tego źródła energii powszechne są tzw. taryfy gwarantowane (system feed-in-tariff), gdzie inwestor dokładnie wie za jaką cenę będzie sprzedawał energię. Zwykle jest to cena wyższa niż aktualna cena rynkowa. Należy również wspomnieć, że elektrownie oparte na naturalnych źródłach posiadają dodatkowe preferencje w sprzedaży. Energia z nich produkowana musi zostać odebrana do sieci. Tego typu rozwiązania oparte o tzw. system aukcyjny, gdzie inwestorzy będą proponowali taryfy z 15-letnią perspektywą, są również obecne w uchwalonej ustawie o OZE. Na aukcjach tych wybierane będą taryfy z najniższą ceną. Powyższe czynniki sprawiają, że inwestycje w energetykę zieloną stają się przewidywalne i zyskowne, a więc nie mają najmniejszych problemów z uzyskaniem finansowania.
Czy jest szansa na wyjście z energetycznego zacofania?
Na to pytanie nie ma niestety prostej odpowiedzi. Różne typy elektrowni charakteryzują się różną strukturą kosztów inwestycyjnych i kosztów zmiennych w postaci paliwa czy kosztów emisji. I tak z jednej strony mamy energetykę jądrową, która wymaga wielkich nakładów na budowę, przy jednoczesnych niskich kosztach paliwa i obsługi. Tutaj koszt zwrotu z inwestycji wynosi około 40 lat. Gdzieś po środku systemu kosztowego jest energetyka węglowa, gdzie mamy umiarkowane koszty budowy i jeszcze w chwili obecnej umiarkowane koszty paliwa. Wszystko jednak może się zmienić ze względu na potencjalnie wysoki koszt emisji CO2. Czas zwrotu z inwestycji wynosi od 20 do 30 lat. Po drugiej stronie znajdują się elektrownie gazowe, gdzie koszt inwestycji jest relatywnie niski, natomiast koszt błękitnego paliwa podlega w ostatnich latach istotnym wahaniom. W tym przypadku zwrot z inwestycji to około 15 lat.
Trzeba również brać pod uwagę stosunek do energetyki w większości krajów zachodniej Europy. Energetyka tzw. klasyczna jest tam traktowana, jako swego rodzaju ciężki balast, obciążony dodatkowym ryzykiem i kosztami, głównie związanymi z emisją CO2. W związku z tym koncerny energetyczne ponoszą straty czekając na odwrócenie trendu. Takim zwrotem mogłyby być braki w dostawach energii czy spektakularne awarie zasilania, które zwrócą uwagę społeczeństwa na problem bezpieczeństwa energetycznego. Niektóre kraje, jak Wielka Brytania poszukują innych metod gwarantowania finansowania, jak wspomniane kontrakty Różnicowe dla energetyki jądrowej.
Reasumując w perspektywie najbliższych lat, czyli co najmniej do 2020 roku nie będziemy mogli spodziewać się istotnego zwrotu w podejściu banków do finansowania inwestycji energetycznych. Będzie to okres niepewności i turbulencji dla sektora energetycznego. Unormowanie spraw związanych z emisjami CO2, odbicie gospodarcze i uporządkowanie spraw legislacyjnych to czynniki, które mogą postawić inwestycje energetyczne na nowe tory.
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, zgodnie z oczekiwaniami, wywołało wyprzedaż polskich aktywów. Negatywna reakcja warszawskiej giełdy okazała się szczególnie dotkliwa dla sektora bankowego. To zrozumiałe. Opodatkowanie aktywów banków czy rozwiązanie problemu „frankowiczów” według obietnicy złożonej w trakcie kampanii wyborczej uderzyłoby w wyniki polskich banków. Na szczęście dla inwestorów, pomysł przewalutowania kredytów hipotecznych udzielonych w CHF, po kursie po którym został zaciągnięty jest mało prawdopodobne.
W reakcji na wynik wyborów spadały również ceny polskich obligacji skarbowych. Główną przyczyną tego ruchu był wzrost ryzyka politycznego. Spełnienie się choćby części obietnic przedwyborczych kandydata Prawa i Sprawiedliwości przełożyłoby się na oczekiwania co do wzrostu inflacji w Polsce. Z kolei wyprzedaż na złotym związana jest z obawami inwestorów dotyczącymi luźnej polityki fiskalnej proponowanej przez PiS oraz oddalającą się perspektywą wprowadzenia euro.
Co zmiana głowy państwa oznacza dla inwestorów lokujących kapitał na warszawskiej giełdzie? Przede wszystkim niepewność. Pomimo że większość obietnic przedwyborczych prezydenta elekta ma charakter czysto populistyczny i prawdopodobieństwo ich realizacji jest niskie (nawet zakładając zwycięstwo PiS w jesiennych wyborach parlamentarnych), przez najbliższe miesiące inwestorzy będą karmieni kolejnymi obietnicami wyborczymi partii politycznych. Sytuacja taka nie sprzyja odważnym zakupom polskich akcji. Trudno tym samym liczyć na wakacyjną hossę.
Sprzedają się głównie nieduże mieszkania, niekoniecznie na kredyt
Firmy budujące mieszkania nie zwalniają tempa. W ciągu czterech pierwszych miesięcy 2015 roku deweloperzy rozpoczęli budowę o ponad jedną czwartą mieszkań więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Dane GUS mówią również o większej liczbie uzyskanych przez firmy pozwoleń na budowę. Szczególnie owocny okazał się kwiecień, w którym weszło na rynek o ponad 84 proc. więcej lokali niż rok wcześniej, co było najlepszym wynikiem od 3 lat.
Deweloperzy rozpoczynają wiele nowych inwestycji, a w biurach sprzedaży nie brakuje chętnych do zakupu. Firma Reas w raporcie za pierwszy kwartał tego roku, nie tylko wskazuje na rekordową sprzedaż mieszkań deweloperskich, ale i lekki wzrost średnich cen rynkowych. Do zakupu zdają się zachęcać tanie kredyty mieszkaniowe i podwyższany z roku na rok, obowiązkowy wkład własny do zaciąganych zobowiązań. Nisko oprocentowane kredyty nie są jednak główną przyczyną tak dobrej koniunktury na rynku nowych mieszkań.
Oszczędności lokowane w mieszkania
To środki wycofywane z banków, które nie przynoszą optymalnych zysków, lokowane w nieruchomościach pod wynajem, nakręcają rynek. Mieszkania o małym metrażu, w niewygórowanych cenach to dobra inwestycja, gwarantująca niezłą stopę zwrotu. Przy dobrze przemyślanym zakupie zysk może sięgnąć 6 proc. rocznie.
Deweloperzy przyznają, że w niektórych osiedlach przeważająca część mieszkań sprzedaje się bez wsparcia kredytowego. Choć są też projekty, w których większość kupujących korzysta z rządowych dopłat do kredytów w ramach programu Mieszkanie dla młodych. Niestety w niektórych miastach, jak np. w Krakowie, niełatwo jest znaleźć odpowiednio nisko wycenione mieszkania, żeby kwalifikowały się do programu.
Niezbyt dobrze z dostępnością dopłat jest też np. w Warszawie, gdzie według danych Reas, tylko niespełna 14 proc. mieszkań obejmuje MdM. W inwestycjach usytuowanych w centrum, w których ceny ofertowe mieszkań są wyższe od średnich stawek w mieście, na pewno ich nie znajdziemy. Lokali, do których dopłaci państwo, należy szukać przede wszystkim w Białołęce. – W projektach powstających w tej warszawskiej dzielnicy jest zdecydowanie najwięcej lokali, przy zakupie których można skorzystać z subwencji do kredytu. Ceny za metr są tu nawet o kilka tysięcy złotych niższe od średniej stawki dla miasta, sięgającej prawie 8 tys. zł – informuje Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa SA., która prowadzi inwestycję Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli. – Mieszkania w naszym projekcie kosztują 5500 zł/m kw., mają nieduże metraże, w związku z tym całą ofertę obejmuje program dopłat – podaje Wojciech Stisz.
Najszybciej znikają z oferty mieszkania do 55 m kw.
Inwestycja tej firmy, pod względem wielkości lokali, nie jest wyjątkiem na rynku, szczególnie w Warszawie, gdzie mieszkania należą do najdroższych w kraju. W tej chwili można już mówić o trendzie w budownictwie deweloperskim, dotyczącym projektowania na małych powierzchniach możliwie dużej liczby pomieszczeń. Wynika to z zapotrzebowania kupujących.
Największe wzięcie mają małe dwójki i trójki o metrażu do ok. 55 m kw. Taka powierzchnia umożliwia już dobre rozplanowanie mieszkania, a lokal nie kosztuje dużo. Na powierzchni niewiele przekraczającej trzydzieści metrów można z kolei wygospodarować dwa funkcjonalne pokoje. Takich ofert poszukują przede wszystkim młode osoby, które kupują swoje pierwsze mieszkanie. Deweloperzy wypuszczają na rynek coraz więcej mieszkań, na które może sobie pozwolić większe grono klientów, choć oczywiście na rynku pojawiają się różnego rodzaju inwestycje.
Mamy mniejsze możliwości nabywcze niż ponad 10 lat temu
Możliwości nabywcze młodych Polaków są teraz mniejsze niż w latach 2003 – 2004, kiedy średnia krajowa pensja netto wystarczała na zakup 1,3 – 1,4 m kw. mieszkania. Jak obliczają analitycy rynkowi, obecnie osoba zarabiająca na tym poziomie może sobie pozwolić na kupno 0,67 m kw. mieszkania. Wyliczenia dotyczą przeciętnej ceny mieszkań dla całego kraju, zatem w największych miastach, gdzie stawki są dwukrotnie wyższe niż średnia krajowa, możliwości nabywcze kupujących są znacząco mniejsze.
W latach 2003 – 2007 także miesięczna rata spłaty kredytu pochłaniała mniejszą część wynagrodzenia niż obecnie. Wtedy, jak wyliczają specjaliści na podstawie danych GUS i NBP, singiel zatrudniony na pełen etat wydawał jedynie 20 – 25 proc. swojego wynagrodzenia na spłatę kredytu, zaciągniętego w złotówkach z 20 proc. wkładem własnym, na zakup 50-metrowego mieszkania. Do wyliczenia ceny lokalu przyjęta została przeciętna stawka dla całego kraju.
W 2014 roku taka osoba musiała przeznaczyć na miesięczną ratę kredytową już jedną trzecią swojego wynagrodzenia. Jeżeli jednak, zamiast przeciętnej krajowej weźmiemy pod uwagę średnie ceny mieszkań w takich miastach jak Warszawa, Kraków, Wrocław, czy Poznań, w których kosztują one o 50 – 100 proc. więcej niż wynosi przeciętna stawka dla całej Polski, obciążenie kredytobiorcy będzie znacznie większe.
Wybory prezydenckie przypomniały konieczności brania pod uwagę przez inwestorów ryzyka politycznego. Należy rozpatrywać je nie tylko w kategoriach wpływu konkretnych zapowiedzi zawartych w programach poszczególnych ugrupowań na gospodarkę, czy jej fragmenty, ale także w kontekście niepewności. Ta zaś jak wiadomo, jest okolicznością bardzo nielubianą przez rynki. Niestety, stan niepewności będzie towarzyszył nam przez kilka najbliższych miesięcy.
Oczywiście nie oznacza to, że inwestorzy skazani są na nieustającą przecenę i ponoszenie strat. Raczej będą to powracające wahania nastrojów, w rytm kolejnych zapowiedzi, deklaracji i sondaży. Niemniej, nie wróży to łatwego życia na rynkach i choć okazji do zarobku prawdopodobnie nie zabraknie, to zyskami cieszyć się będą najbardziej doświadczeni i odważni gracze lub po prostu szczęściarze.
Choć zwykle z najbardziej nerwowymi reakcjami na niepokoje i niespodziewane rozstrzygnięcia mamy do czynienia na giełdzie, to jednak wydaje się, że większe obawy można mieć w przypadku sytuacji na rynkach długu i walutowym. Rynek akcji jest znacznie bardziej podatny na tendencje na giełdach zagranicznych, co akurat w naszym przypadku może być korzystne. Z kolei inwestorzy zagraniczni większą i bardziej trwałą negatywną presję wywierają na walutę i obligacje skarbowe. Także patrząc z makroekonomicznego punktu widzenia, zazwyczaj zmiany w polityce gospodarczej, takie jak plany dotyczące budżetu, podatków, polityki socjalnej, czy zadłużenia, mocniej oddziałują właśnie na walutę i koszt pieniądza, niż na notowania akcji.
W przypadku tych ostatnich, obecnie ryzyko wyraźnie widoczne jest jedynie w przypadku sektora bankowego i indeksu największych spółek, w którym ma on znaczący udział. Ale przecież wyborcze zapowiedzi i spekulacje nie muszą stanowić przeszkody dla wzrostu notowań walorów większości innych branż i spółek. Prawdopodobnie więc to na rynku akcji będzie można znaleźć atrakcyjne okazje inwestycyjne, choć, jak wspomniano, dostrzec je i wykorzystać nie będzie łatwo.,
————
Michał Stanek
Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej AgioFunds TFI S.A.
Wystąpienie Przewodniczącego Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów otworzy VI edycję konferencji ,,Private Equity Forum & Awards Gala”, która odbędzie się 8 czerwca 2015 roku w warszawskim Hotelu InterContinental. Przemówienie w trakcie wieńczącej konferencję Gali wręczenia ,,Diamentów Private Equity” wygłosi natomiast Prezes Zarządu PZU S.A. – Andrzej Klesyk.
Janusz Lewandowski Przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów
Konferencja ,,Private Equity Forum & Awards Gala” po raz kolejny skupi środowisko polskiego Private Equity w dyskusji na najbardziej kluczowe tematy dla gospodarki. Forum będzie całodniową debatą wokół najistotniejszych aspektów determinujących obraz polskiego Private Equity na tle międzynarodowym. Finałem konferencji będzie Gala wręczenia ,,Diamentów Private Equity”, którymi uhonorowane zostaną najbardziej wyróżniające się podmioty w branży Private Equity w Polsce w 10 kategoriach. Organizatorem Konkursu jest Executive Club, a jego patronat objęło Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych.
,,VI edycja naszej konferencji będzie okazją do przeanalizowania aktualnej sytuacji polskiego Private Equity, zdiagnozowania jego kluczowych problemów oraz nakreślenia perspektyw na przyszłość. Szczególny nacisk w debacie położony zostanie na rolę innowacji w kreowaniu rynku kapitałowego, jako aspektu, który może pełnić determinującą rolę w budowaniu silnej pozycji polskiego Private Equity na tle międzynarodowym” – mówi Beata Radomska, Prezes Executive Club i Członek Kapituły Konkursowej ,,Diamentów Private Equity”.
Po konferencji i Gali ,,Diamentów Private Equity” zaplanowano ekskluzywny bankiet, który uświetni występ finalisty The Voice of Poland, Mateusza Krauswursta z zespołem Madlove.
Internet odgrywa w naszym życiu coraz większą rolę. To nie tylko nieograniczone forum komunikacji i źródło informacji. Sieć jest też ogromną przestrzenią prowadzenia biznesu, a nawet zmagań sportowych. Dla wielu jest też nieodłącznym elementem życia, jak sen czy jedzenie, na które, jak się okazuje, również ma wpływ. Zdaniem ekspertów[1] kontakt z jasnym ekranem przed snem może utrudnić zaśnięcie i negatywnie oddziałuje na jakość wypoczynku. A jak internet zmienił to, co mamy na talerzu?
#foodporn #instafood
Jedzenie należy do podstawowych potrzeb naszego organizmu. Jemy, aby żyć, lecz przyjemność, jaką daje obcowanie z doskonale przygotowanymi i podanymi potrawami sprawia, że jedzenie jest też jedną z największych radości tego życia. Dzielimy się nią z bliskimi w czasie wspólnych posiłków lub gotowania, oraz z całym światem, poprzez internet. Portale społecznościowe zalewane są przez zdjęcia pokazujące pyszności z restauracji i te przygotowane w domowym zaciszu. Internauci fotografują zarówno wyszukane, egzotyczne specjały, jak i powszechne produkty dostępne w każdym sklepie. Publikują fani słodyczy, weganie, miłośnicy burgerów i amatorzy sushi, słowem – wszyscy. Na Instagramie tagiem #foodporn oznaczonych jest już ponad 55 mln zdjęć! To mniej więcej tyle, ilu w 2011 roku na całym świecie żyło ludzi deklarujących polską narodowość[2]. Z kolei wyszukując tag #instafood znajdziemy 43 mln postów. Nowa moda sprawiła, że większą rolę przykładamy do estetyki jedzenia. Fani dzielenia się swoimi doznaniami smakowymi poświęcają często wiele czasu najpierw przygotowując dania, a następnie je fotografując. Jednocześnie zjawisko pokazało też, jak niezdrowo się odżywiamy. Ogromna część zdjęć oznaczonych tymi tagami to tzw. „śmieciowe jedzenie”, co zwróciło uwagę niektórych środowisk. Firma Bolthouse Farms stworzyła Food Porn Index, który agreguje zdjęcia jedzenia i dzieli je na zdrowe (pokazujące owoce i warzywa) oraz niezdrowe (przedstawiające fast food i słodycze). Obecnie tych drugich jest niemal dwukrotnie więcej.
Rezerwacje, zamówienia i nie tylko…
Według danych Instytutu Homo Homini już ponad 64% Polaków zamawia jedzenie do domu lub pracy, a jak wynika z raportu Polska na talerzu 2015, co trzeci z nas przynajmniej od czasu do czasu jada w restauracjach. Szukając odpowiedniego lokalu, wybierając jedzenie z menu czy rezerwując stoliki coraz częściej wykorzystujemy internet czy nawet dedykowane aplikacje mobilne. Robi tak 38% klientów restauracji. Dzięki sieci uzyskujemy dostęp do szerokiej oferty wielu lokali i możemy z góry opłacić zamówienie, na tym jednak nie koniec korzyści. – Dzięki systemom informatycznym restauratorzy mogą oferować swoim gościom nie tylko możliwość kupowania jedzenia czy rezerwacji stolików, ale także dodatkowe udogodnienia – mówi Marcin Muras, dyrektor ds. rozwoju technologii w firmie UpMenu. – Istnieje np. możliwość śledzenia zamówienia za pomocą sygnału GPS, dzięki któremu klienci w każdej chwili mogą dowiedzieć się, gdzie jest dostawca z ich jedzeniem. Innym, bardzo wygodnym rozwiązaniem jest składanie zamówień poprzez profil restauracji na Facebooku.
Korzyści z wykorzystania internetu w relacjach z klientami odnoszą także restauratorzy. – Cześć osób taką formę kontaktu uważa za naturalną i najszybszą. Poza tym nie zawsze możemy wziąć telefon do ręki i prowadzić rozmowę. Wtedy przydaje się możliwość komunikacji on-line. – zauważa Andrzej Lubowicki, właściciel warszawskiej restauracji OTO!SUSHI. – W związku ze stałym wzrostem ilości zamówień w naszym lokalu trudno rozstrzygnąć, czy nowy system odegrał w tym procesie znaczącą rolę. Nie da się tego zmierzyć, ale w mojej opinii wpływa pozytywnie na ilość oraz, co ważne, wielkość zamówień. Z przeprowadzonej przez nas analizy wynika, że średnia wartość zakupów przez internet jest o prawie 10% wyższa od średniej wartości zamówień telefonicznych. Myślę, że różnica ta wiąże się między innymi z tym, że korzystając z systemu klienci mają wrażenie większej kontroli nad całym przebiegiem transakcji.
Coolomaty, czyli zakupy z dostawą do lodówki
Internet odcisnął się już mocno na tym, co i jak jemy w restauracjach. Niebawem może odmienić również nasze domowe kuchnie. Mimo, że możliwość robienia zakupów w sieci mamy już od dawna, to nadal niezbyt często zaopatrujemy się on-line w produkty spożywcze. Z badania przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia, wynika, że jedzenie w internecie kupuje zaledwie 9% z nas. To bardzo niewiele, biorąc pod uwagę, że z usług e-sklepów przynajmniej raz w miesiącu korzysta niemal połowa Polaków.[3] Żywność wolimy kupować osobiście z dwóch powodów – obawiamy się o świeżość produktów oraz przed zakupem chcemy ją obejrzeć lub dotknąć. Jeśli już decydujemy się na kupno jedzenia drogą elektroniczną, wybieramy towary z długim terminem przydatności – kawy, herbaty czy konserwy.[4] Niebawem jednak może się to zmienić.
W Poznaniu już pojawił się pierwszy coolomat, czyli terminal z lodówkami, w którym możemy odebrać żywność z gwarancją zachowania łańcucha chłodniczego (skrytki zachowują temperaturę do -20°C). Następne mają pojawić się w Warszawie. Jest to projekt Almy i Merlin.pl, ale nad podobnym lodówkomatami pracuje również Integer współpracujący z Allegro. Takie rozwiązania już sprawdzają się w Wielkiej Brytanii, Holandii i Francji, gdzie co trzecia osoba robiąca zakupy on-line odbiera je w wyznaczonych punktach, np. w specjalnych strefach przy marketach. O potencjale tego sektora rynku w Polsce świadczy rosnąca ilość e-sklepów oferujących żywność. Szacuje się, że w tym roku powiększy się ona o 6% i przekroczy liczbę 450.[5] To najprężniej rozwijająca się gałąź e-commerce w kraju.
– Pokolenie, dla którego internet jest nieodłączną częścią rzeczywistości jest już dorosłe – przypomina Marcin Muras z UpMenu. – To konsumenci traktujący sieć jako naturalną przestrzeń komunikacji, wymiany informacji a także zakupów. Właśnie do ich potrzeb dostosowywana jest oferta e-sklepów. Opcja „kup i odbierz” jest wygodna ponieważ pozwala zaoszczędzić czas poświęcany na wizytę w tradycyjnym sklepie, a takie rozwiązania są obecnie bardzo pożądane.
[1] Badania przeprowadzone w Brigham & Women’s Hospital
[2] Dane z Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 roku oraz Immigration and asylum: from 1900 to the present: Tom 1
[3] Badania agencji SW RESEARCH dla redakcji Newsweek
[4] Gemius oraz e-Commerce Polska
[5] Dane Sklepy24.pl/Gemius/Euromonitor International
Toyota po raz kolejny znalazła się na szczycie listy najcenniejszych marek motoryzacyjnych w rankingu BrandZ™ 100 Most Valuable Global Brands 2015. Badanie przeprowadziła firma Millward Brown Optimor, która wyceniła markę Toyoty na 28,9 mld dolarów (26,5 mld Euro). Lexus awansował w rankingu na 10. pozycję, w porównaniu do 11. miejsca w ubiegłym roku. Zdecydowały o tym systematyczne podnoszenie jakości produktów i szeroka gama odnowionych modeli. Wartość Lexusa wyceniono na 4,3 mld dolarów (3,9 mld Euro).
Ranking BrandZ™ ukazuje się od 10 lat. W tym czasie Toyota okazała się liderem branży motoryzacyjnej 8 razy. O dominującej pozycji marki decyduje innowacyjność firmy, wynikająca z szeroko zakrojonych badań nad nowymi technologiami, odważna polityka, najwyższa jakość i trwałość jej produktów oraz ogromny wkład we wdrażanie wizji zrównoważonej, świadomej mobilności. W 2014 roku firma wprowadziła na rynek pierwszy seryjny samochód na wodorowe ogniwa paliwowe – model Mirai. Nowatorski sedan jest już dostępny w Japonii. Na rynku europejskim i amerykańskim pojawi się w drugiej połowie tego roku.
Toyota okazała się pionierem nowej technologii już po raz drugi. W 1997 roku firma wprowadziła na rynek Toyotę Prius, pierwszy seryjny samochód hybrydowy. Od tamtej pory Toyota sprzedała na całym świecie ponad 7 milionów hybryd. Europejscy kierowcy mogą wybierać spośród 15 modeli Toyoty i Lexusa.
Toyota jest największym producentem samochodów na świecie. W 2014 roku koncern zwiększył sprzedaż o 2,5% do poziomu 10,2 milionów samochodów, co także pozytywnie wpłynęło na wartość marki w tegorocznym zestawieniu.
BrandZ™ Top 100 Most Valuable Global Brands 2015 to jedyne badanie mierzące postrzeganie marki na podstawie wywiadów z około 2 milionami konsumentów w 30 krajach na temat tysięcy marek oferujących produkty klientom indywidualnym. Według autorów raportu postrzeganie marki przez konsumentów ma kluczowe znaczenie w ocenie jej wartości. Ich zdaniem na budowanie marki składają się przede wszystkim: sposób funkcjonowania firmy, jakość dostarczanego produktu, przejrzystość pozycjonowania na rynku i silne przywództwo.
27 maja odbyła się uroczystość podpisania Aktu Erekcyjnego pod budowę inwestycji.Wydarzenie to było kulminacyjnym punktem wspólnych działań wielu ludzi, przedsiębiorstw oraz instytucji. Centrum w Zakroczymiu jest wyjątkowym przedsięwzięciem, które mogło być zrealizowane tylko poprzez zintegrowane działanie różnych podmiotów. Dlatego też w uroczystości wzięło udział wielu znamienitych gości, m.in.: m.in.: Janusz Piechociński, Wicepremier i Minister Gospodarki, Marek Karólewski, Prezes Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, Magdalena Biernacka, Starosta Nowodworski i Burmistrz Zakroczymia Artur Ciecierski. Inter Cars SA reprezentował Krzysztof Oleksowicz, założyciel, członek zarządu spółki. Gospodarzem uroczystości był natomiast Wojciech Aleksandrowicz, Prezes ILS Sp. z o.o., operatora logistycznego Inter Cars SA.
Apetyt na więcej
Uroczystość otworzył Wojciech Aleksandrowicz, który powitał gości, a następnie oddał głos Krzysztofowi Oleksowiczowi. Rok temu obchodziliśmy rocznicę wielkich zmian, 25 lat temu Polska stała się wolnym krajem – rozpoczął swoje przemówienie założyciel firmy. – Wolnym nie tylko politycznie, ale również gospodarczo. W tym roku Inter Cars obchodzi 25-lecie, dlatego można śmiało powiedzieć, że jest dzieckiem wolności. Dzięki wolnej gospodarce, dzisiaj firma jest jedną z największych spółek w Europie. Być może to jednak wciąż za mało, być może za rok lub kilka lat nasze apetyty będą rosnąć i zaczniemy działać jeszcze dalej, nie tylko w Europie. Jest to możliwe, a fundamentem tych działań jest inwestycja w Zakroczymiu – kontynuował K. Oleksowicz.
Krzysztof Oleksowicz odniósł się także do wzorowej współpracy pomiędzy spółką a instytucjami samorządowymi i państwowymi. Inter Cars SA po raz pierwszy skorzystała z pomocy publicznej, dzięki temu ta inwestycja jest tak duża i nowoczesna. Dlatego chciałbym podziękować władzom samorządowym za współpracę przy tworzeniu tego miejsca. Między nami były relacje partnerskie, dalekie od układu petent-urzędnik. Wspólnymi staraniami chcemy doprowadzić do sukcesu, z korzyściami dla każdej ze stron.
Rozwiązania na miarę XXI wieku
Następnie głos zabrał ponownie Wojciech Aleksandrowicz, który zaprezentował szczegóły dotyczące tej inwestycji.
Celem ILS, spółki należącej do Grupy Inter Cars, jest stworzenie strategicznego obiektu logistycznego opartego na innowacyjnych rozwiązaniach technologicznych, które ma wyraźnie zwiększyć wydajność przepływu towarów. Będzie nim Europejskie Centrum Logistyczne ILS w Zakroczymiu. Centrum to przejmie na siebie przyjęcie towarów od dostawców, realizację zamówień, wydań, konfekcjonowania i zwrotów oraz obsługę przeładunków cross-docking. Centrum będzie pracować wydajniej nie tylko przez wzgląd na ulokowanie czynności logistycznych w jednym miejscu, ale również przez zastosowane rozwiązania techniczne. Nowy magazyn ma zwiększyć wydajność przepływu towarów i umożliwić świadczenie usług logistycznych, co przełoży się na potencjał całej Grupy Inter Cars. Będzie głównym magazynem w całej logistyce firmy.
Europejskie Centrum Logistyczne będzie składało się z trzech hal o łącznej powierzchni magazynowej 40 000 m2. Na potrzeby centrum zostanie wybudowana nowoczesna hala o powierzchni 30 000 m2, na jego potrzeby zaadaptowano dwie znajdujące się na terenie hale o powierzchni po 5000 m2. Powstanie także trzykondygnacyjny budynek biurowy o łącznej powierzchni użytkowej 3600 m2, budynki gospodarcze, dyspozytornia oraz parking na prawie 600 miejsc.
Hala magazynowa ma posiadać kompletną, 4-poziomową zabudowę regałową, 17 000 miejsc paletowych i 18 000 miejsc półkowych oraz system taśmociągów o łącznej długości ok. 11 km, który połączy się dodatkowo z dwoma nowoczesnymi sorterami. Wysokość hali sięgnie 10 m. Budowa hali została zaplanowana w taki sposób, aby od początku września 2015 r. w hali była możliwość montażu taśmociągów, sorterów oraz regałów. Zabudowę regałową dostarczy firma Wandalex S.A. Jej powierzchnia zajmie 14 370 m2 na jednym poziomie. Na wszystkich czterech kondygnacjach będzie to łącznie ponad 56 000 m2! Waga zabudowy regałowej to prawie 1800 ton.
W dwóch mniejszych halach magazynowych o powierzchni po 5000 m2 będą składowane towary łatwopalne, blachy oraz opony i felgi.
Wiara we własne siły
Dobra polityka jest dobra tylko wtedy, kiedy służy ludziom – powiedział Wicepremier Janusz Piechociński. A najlepiej służy wtedy, kiedy służy gospodarce. W ten sposób Minister Gospodarki odniósł się do współpracy pomiędzy Inter Cars a regionalnymi samorządcami.
(…) Nasza siła bierze się ze zrozumienia starej prawdy, że razem możemy więcej. (…) Ważna jest wiara we własne siły, która pomaga nam postrzegać biznes w ramach dobrych relacji i szacunku dla każdego, szacunku dla właściciela i menadżera, ale także szacunku dla pracownika.
Mimo że nie mieliśmy dotąd w zwyczaju wprowadzać do specjalnych stref ekonomicznych inwestycji z pogranicza spedycji, logistyki i handlu, to to Centrum w takiej strefie się znalazło. Ponieważ po pierwsze wspiera polską ekspansję gospodarczą w branży, która jest bardzo rozwojowa. Po drugie jest to wsparcie dla firmy kapitału polskiego, która ma odwagę myśleć o nowych rynkach – dodał J. Piechociński.
W trakcie wystąpienia Janusz Piechociński wręczył Odznaki za Zasługi dla Gospodarki Rzeczypospolitej Polskiej firmie Inter Cars SA oraz odrębnie Krzysztofowi Oleksowiczowi. Odznaka za Zasługi dla Gospodarki Rzeczypospolitej Polskiej przyznawana jest przez Ministra Gospodarki, jak sama nazwa mówi, w uznaniu zasług poniesionych na rzecz rozwoju polskiej gospodarki. Odznaki przyznawane są za wybitne osiągnięcia w sferze innowacji, promocji polskiego przemysłu, wdrażania nowych technologii, prowadzenia działalności badawczo-rozwojowej oraz wprowadzania efektywnych metod zarządzania. Wyróżnieni tą nagrodą menadżerowie mają znaczący wkład w ustanawianie wysokich standardów prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, a działalność ich firm pozytywnie wpływa na konkurencyjność naszej gospodarki.
Wspólnymi siłami
Uroczystość podpisania Aktu Erekcyjnego Centrum w Zakroczymiu była jednocześnie uroczystą inauguracją Podstrefy Zakroczym Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Ponieważ w tym wielkim projekcie działo wiele podmiotów, dlatego pod aktem podpisało się wiele osób. Sygnatariuszami byli: Krzysztof Oleksowicz, Wojciech Aleksandrowicz, Janusz Piechociński – Wicepremier, Marek Karólewski Prezes Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, Magdalena Biernacka, Starosta Nowodworski i Burmistrz Zakroczymia Artur Ciecierski. W ten symboliczny sposób rozpoczęli wspólny projekt, który jest czymś więcej niż tylko komercyjną inwestycją. Jest to zaczątek rozwoju nie tylko północnego Mazowsza, ale także przyczyni się do rozwoju polskiej gospodarki.
Europejskie Centrum Logistyczne ILS, jakie pojawia się dzisiaj na mapie Polski, to najlepszy przykład tego, jak polskie przedsiębiorstwa wyrastają na europejskich gigantów– w ten sposób odniósł się do wydarzenia Maciej Kropidłowski, wiceprezes Citi Handlowy. Mam przy tym poczucie, że to dopiero początek dynamicznego rozwoju Grupy Kapitałowej Inter Cars. Cieszę się, że jako Citi Handlowy możemy być partnerem finansowym naszego klienta – Inter Cars w tym ambitnym planie międzynarodowej ekspansji, jaką konsekwentnie i skutecznie dzisiaj realizuje. Doskonale oddaje to istotę naszego programu Emerging Market Champions, w którym wspieramy rozwój polskich firm poza granicami Polski, na czym korzystają wszyscy – klient i polska gospodarka- podsumował M. Kropidłowski.
Beiersdorf AG – właściciel znanych w Polsce marek NIVEA i Eucerin – ogłosił kolejny wzrost rentowności. W pierwszym kwartale 2015 roku sprzedaż w ujęciu nominalnym zwiększyła się o 6,9% i wyniosła 1,706 mld euro wobec 1,596 mld euro rok wcześniej. Największy wzrost sprzedaży nastąpił w Europie Wschodniej i wyniósł aż 9,9%, do czego w największym stopniu przyczyniły się wyniki w Polsce oraz w Rosji.
Wynik z działalności operacyjnej (EBIT) Grupy, z wyłączeniem zdarzeń jednorazowych, wzrósł do 255 mln €, w stosunku do 235 mln € w ubiegłym roku. Marża EBIT wzrosła natomiast do 15,0%.
Stefan F. Heidenreich, dyrektor generalny Beiersdorf AG
“Wynik z działalności za pierwsze trzy miesiące roku 2015 był zgodny z prognozowanym. Nasza sprzedaż wzrosła w porównaniu z ostatnim kwartałem ubiegłego roku, który był rekordowy. Osiągnięta przez nas skonsolidowana marża EBIT ustanowiła nowy rekord w historii Beiersdorf. Dzięki wydajnej pracy w pierwszym kwartale, w kolejnych miesiącach nabierzemy rozpędu, by konsekwentnie podążać ścieżką wzrostu” – powiedział Stefan F. Heidenreich, dyrektor generalny Beiersdorf AG.
Segment działalności konsumentów
W segmencie działalności konsumentów osiągnięto organiczny wzrost sprzedaży o 0,7% w pierwszym kwartale roku 2015. W ujęciu nominalnym, sprzedaż wzrosła o 6,7% – z 1,323 mld euro w poprzednim roku do 1,411 mld euro. EBIT z wyłączeniem zdarzeń jednorazowych wzrósł z 193 mln do 204 mln euro, natomiast marża EBIT wyniosła 14,5%, w porównaniu z 14,6% w ubiegłym roku. Pozytywny wpływ na zeszłoroczny wynik miał jednak dochód jednorazowy w wysokości 10 mln euro.
Regionalne zróżnicowanie wyników w zakresie organicznego wzrostu sprzedaży:
Wzrost sprzedaży w Europie wyniósł 0,1%. Znaczący wzrost – aż o 9,9% w Europie Wschodniej – zniwelował spadek sprzedaży o 2,1% zanotowany w Europie Zachodniej. Podczas gdy istotny wzrost osiągnięto w Hiszpanii, Francji, a w szczególności w Rosji i Polsce, sprzedaż w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Szwajcarii spadła poniżej zeszłorocznego poziomu.
Wzrost sprzedaży Beiersdorf w regionie obu Ameryk wyniósł 7,8%. Szczególnie silny odnotowano w Ameryce Łacińskiej, gdzie sprzedaż Grupy zwiększyła się o 9,4%, w tym przede wszystkim po raz kolejny w Brazylii. W Ameryce Północnej sprzedaż wzrosła o 5,3%.
W regionie Afryki, Azji i Australii sprzedaż zmniejszyła się o 2,5% w stosunku do ubiegłego roku. Była to przede wszystkim konsekwencja mniejszej sprzedaży na rynku chińskim. Wyraźny wzrost sprzedaży osiągnięto natomiast w Indiach, Afryce Południowej i Turcji.
Segment działalności tesa
W segmencie działalności tesa, w ostatnim kwartale zanotowano organiczny wzrost sprzedaży o 0,4%. Sprzedaż w ujęciu nominalnym wzrosła o 8,1% – z 273 mln do 295 mln euro. Przyczynił się do tego przede wszystkim pozytywny trend w transakcjach realizowanych z klientami branży motoryzacyjnej. EBIT z wyłączeniem zdarzeń jednorazowych zwiększył się o 20% – z 42 mln do 51 mln euro, natomiast marża EBIT wyniosła 17,2% (w ubiegłym roku: 15,5%).
Potwierdzenie prognozy Beiersdorf na rok 2015
Na poziomie Grupy, Beiersdorf przewiduje dalszy wzrost sprzedaży o 3-5% w roku finansowym 2015 przy nieznacznym wzroście marży operacyjnej EBIT w porównaniu z rokiem 2014.
W segmencie działalności konsumentów przewiduje się wzrost sprzedaży powyżej wzrostu rynkowego, tj. o 3-5%. Oczekiwana marża operacyjna EBIT będzie nieco wyższa niż w roku poprzednim.
Również w przypadku tesa spodziewany jest wzrost sprzedaży o 3-5%. Zakładany jest przy tym spadek marży operacyjnej EBIT nieznacznie poniżej ubiegłorocznego poziomu.
Zwycięzcy European Business Awards 2014/2015 nagrodzeni na gali w Londynie
13 najlepszych firm w Europie, które ogłoszono zwycięzcami European Business Awards 2014/2015, prestiżowych nagród sponsorowanych przez RSM, świętowało wczorajszego wieczora na gali w Londynie. Zaszczycili ją swoją obecnością liderzy biznesu, politycy, ambasadorowie oraz naukowcy z całej Europy. Udział w ceremonii wzięli także przedstawiciele RSM Poland, jedynej w Polsce firmy należącej do RSM International, świadczącej z biur w Warszawie i Poznaniu usługi dla Klientów na terenie całej Polski, a często również poza jej granicami.
Zwycięskie firmy osiągnęły swój sukces po 16 miesiącach uczestnictwa w największym i jednym z najbardziej prestiżowych konkursów dla przedsiębiorstw w Europie, który w tym roku zgromadził ponad 24 000 firm i zebrał 170 000 głosów publiczności.
Najznakomitsi przedstawiciele biznesu wręczyli trofea zwycięzcom 11 konkursowych kategorii, nagrodzili laureata głosowania publiczności tytułem European Public Champion oraz wskazali zdobywcę Lifetime Achievement Award (lista wszystkich uhonorowanych poniżej).
Jean Stephens, CEO RSM, siódmej największej na świecie sieci niezależnych firm audytorskich, podatkowych i doradczych, powiedziała: „Poziom tegorocznych finalistów jest znakomity. Niezwykła przedsiębiorczość, innowacyjność i liczne sukcesy, które charakteryzują zdobywców Ruban d’Honneurs i zwycięzców wszystkich kategorii, pokazują jak wiele można osiągnąć w wymagających warunkach rynkowych. W RSM wiemy, jak ważne jest promowanie i nagradzanie znakomitości w biznesie, bo odnoszące sukcesy i najprężniej rozwijające się firmy są integralną siłą napędzającą wzrost i stymulującą gospodarkę. Wszyscy uczestnicy konkursu są chlubą swoich krajów i życzymy im dalszych sukcesów w przyszłości.”
„Serdecznie gratulujemy wszystkim zwycięzcom i cieszymy się, że aż 6 firm reprezentowało Polskę w finałowym wyścigu z najlepszymi europejskimi przedsiębiorstwami” – powiedział Bartosz MIŁASZEWSKI, Managing Partner RSM Poland. „Z dumą obserwujemy, jak dynamicznie rodzime firmy rozwijają się nie tylko w Polsce, ale też poza granicami kraju. Liczymy na dalsze sukcesy polskich przedsiębiorstw w kolejnych edycjach tego prestiżowego konkursu.”
Adrian Tripp, CEO European Business Awards, dodał: “Te wspaniałe firmy są najlepszymi z najlepszych. Adaptują się do zmiennych warunków otoczenia, wprowadzają innowacje, osiągają sukcesy finansowe i same tworzą możliwości rozwoju. Razem pracują na silniejszą wspólnotę biznesową w Europie i lepszą przyszłość dla każdego z nas.”
Zwycięzcy 11 konkursowych kategorii, zanim dotarli do finału, przeszli etap pisemnego zgłoszenia, oceny prezentacji wideo i bezpośrednich rozmów z panelem sędziowskim oraz zostali wytypowani do grona 709 Krajowych Zwycięzców i 110 laureatów Ruban d’Honneur.
W edycji 2014/2015 European Business Awards wzięli udział reprezentanci wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej oraz Turcja, Norwegia, Szwajcaria, Serbia i Macedonia. Ich łączny dochód przekroczył 1,5 tryliona euro, razem wygenerowali zyski na ponad 60 miliardów euro i zatrudniali ponad 2,5 miliona pracowników.
Konkurs European Business Awards, wspierany od początku przez głównego sponsora i rzecznika RSM International, ma już 9 lat a jego głównym celem jest nagradzanie oraz promowanie doskonałości, najlepszych praktyk i innowacji w europejskim środowisku biznesowym.
Do 2020 r. Polska ma do wykorzystania z unijnej polityki spójności 82,5 mld euro, na które niezbędne będzie pozyskanie przez polskie przedsiębiorstwa i samorządy ogromnych kwot na sfinansowanie wkładu własnego. Do tych celów idealnie nadaje się rynek kapitałowy – to jeden z wniosków z raportu „Rynek kapitałowy jako narzędzie finansowania rozwoju polskich regionów” przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Eksperci PwC szacują, że ponad 900 polskich dużych przedsiębiorstw ma potencjał wejścia na giełdę.
Ponad 900 dużych polskich przedsiębiorstw ma potencjał wejścia na giełdę.
82,5 mld euro ma Polska do wykorzystania do 2020 r. z unijnej polityki spójności. Rynek kapitałowy może być odpowiednim narzędziem dla przedsiębiorstw i samorządów do sfinansowania koniecznego wkładu własnego.
Aż 87% przedsiębiorstw finansujących się poprzez emisję akcji i debiut na giełdzie, miało skonsolidowane roczne przychody ze sprzedaży mniejsze niż 150 mln zł, a 56% mniejsze niż 15 mln zł. Z kolei na rynku Catalyst 66% emisji obligacji miało wartość mniejszą niż 30 mln zł. Potwierdza to, że rynek kapitałowy umożliwia finansowanie zarówno dużych, jak i małych przedsięwzięć.
69 mld zł to poziom zadłużenia samorządów terytorialnych na koniec 2013 r. Zaledwie 4% miało formę obligacji komunalnych notowanych na rynku Catalyst. Wraz z coraz większą świadomością możliwości oferowanych przez rynek kapitałowy, należy spodziewać się, że w nadchodzących latach udział ten istotnie wzrośnie, wzorem wielu innych krajów.
Spółki notowane na Głównym Rynku GPW zatrudniają 776 tys. osób, a wielkość ich łącznych przychodów to 536 mld zł.
Spółki giełdowe odpowiadają też za 23% łącznej wartości inwestycji zrealizowanych przez sektor przedsiębiorstw w skali kraju.
Przedsiębiorstwa obecne na rynku kapitałowego przyczyniają się do większej intensywności prowadzonej działalności badawczo-rozwojowej. Średnio 4,7% wynosi relacja nakładów na działalność badawczo-rozwojową do PKB w pięciu województwach, w których udział przychodów spółek giełdowych w całkowitych przychodach wszystkich firm jest najwyższy. W kolejnych 5 województwach relacja ta wynosi już tylko 1,4%, w pozostałych – zaledwie 0,3%.
„W minionym dwudziestopięcioleciu już ponad tysiąc polskich przedsiębiorstw pozyskało finansowanie poprzez giełdę emitując akcje lub obligacje. W rezultacie, rynek kapitałowy jest dziś silnie obecny w każdym regionie Polski. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że w obliczu nowych wyzwań, w kolejnych latach jego rola w finansowaniu rozwoju naszej gospodarki powinna wzrosnąć jeszcze bardziej” – twierdzi Jacek Socha, wiceprezes i partner w dziale doradztwa biznesowego PwC.
„Sukces gospodarczy Polski nie byłby możliwy bez dynamicznie rozwijającego się rynku kapitałowego. Dzięki temu warszawska giełda w ciągu blisko 25 lat stała się jedną z największych w naszej części Europy. Gama instrumentów oferowanych przez GPW daje duże możliwości pozyskania kapitału. Jeśli dodamy do tego doświadczenia i propozycje naszych Partnerów, to otrzymamy ofertę atrakcyjną dla różnej wielkości firm i samorządów. W ramach projektu „Kapitał dla rozwoju” chcemy dać im szansę zapoznania się z możliwościami, jakie oferuje polski rynek kapitałowy” – mówi Paweł Tamborski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Projekt „Kapitał dla rozwoju”
Projekt „Kapitał dla rozwoju” organizowany przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie we współpracy z Marszałkami Województw, Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych, Bankiem PKO BP, Bankiem Gospodarstwa Krajowego i Polskimi Inwestycjami Rozwojowymi to cykl 16 spotkań regionalnych dotyczących finansowania rozwoju firm i samorządów ze środków unijnych przy wsparciu rynku kapitałowego i innych form dofinansowania. Projekt jest realizowany od maja do listopada 2015 r. w największych miastach Polski, pod patronatem Ministerstwa Skarbu Państwa i Pracodawców RP.
Podczas spotkań uczestnicy dowiedzą się m.in. jak skutecznie pozyskać dotacje w nowej perspektywie unijnej 2014-2020 oraz jak firmy i samorządy mogą zdobyć środki na rozwój poprzez rynek kapitałowy.
Raport PwC „Rynek kapitałowy jako narzędzie finansowania rozwoju polskich regionów” został przygotowany na potrzeby projektu „Kapitał dla rozwoju”.
Szczegółowe informacje na temat projektu wraz z programami spotkań w poszczególnych miastach wojewódzkich są dostępne na stronie www.gpw.pl/kdr.
Znamy już pytanie referendalne w Wielkiej Brytanii. Zaskoczenia nie ma, natomiast rozpoczęły się spekulacje, co się stanie jeżeli kraj opuści struktury unijne. Dobre dane nadeszły z Hiszpanii, kraj ten zbiera owoce reform. Grecy w swojej drodze wychodzenia z kryzysu też podobno mają postęp.
Wielka Brytania podała treść pytania na referendum w 2017 roku. Brzmi ona:
“Czy Wielka Brytania powinna pozostać członkiem Unii Europejskiej?”
W zależności od tego, jak będą układać się sondaże, to zdanie może spędzać sen z powiek wielu europejskich polityków. Wyjście tak dużego państwa będzie olbrzymim ciosem wizerunkowym dla całej formacji. Nie bez znaczenia, pomimo wciąż utrzymywanych zniżek na składkę, będzie również aspekt finansowy tego wydarzenia.
Na wczorajszym posiedzeniu Bank Kanady podjął decyzję o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Inna decyzja zapadła na Węgrzech. Tamtejszy bank wbrew temu co robiły inne banki centralne, zamiast jednego mocnego kroku wybrał technikę drobnych ruchów. Po raz kolejny obniżył stopy procentowe o zaledwie 0,15%. W rezultacie wynoszą one 1,65%. Tak drobne ruchy powodują, że inwestorzy wciąż czekają na koniec procesu co pozostawia jeszcze większą dozę niepewności.
Od rana poznaliśmy dobre dane z Hiszpanii. PKB rośnie o 0,9%. Nie jest to oczywiście długoterminowy wskaźnik marzeń Hiszpanów. Jednakże patrząc na sytuację w kraju jest to początek lepszej tendencji. Również wzrost sprzedaży detalicznej o 4% sugeruje, że w kraju dzieje się lepiej.
Wczoraj na giełdach zapanował optymizm, gdyż nastąpiły postępy w negocjacjach Grecji z pożyczkodawcami. W sprawie domniemanych postępów wielu analityków prezentuje postawę biblijnego niewiernego Tomasza. Do momentu kiedy nie zobaczą porozumienia – nie uwierzą. Kraj ten negocjuje od 4 miesięcy. Wydawać by się mogło, że długo, ale należy pamiętać, że jest to pakiet, który był już uzgodniony z poprzednią władzą. Czyli pozycja wyjściowa, którą już raz obydwie strony zaakceptowały cały czas istnieje.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:30 – Wielka Brytania – wyniki zrewidowane PKB,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
EUR/PLN Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 28.02.2015 do 28.05.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700, utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum po wybiciu z kanału na 4,1550. Wsparciem jest górne ograniczenie poprzedniego trendu spadkowego na 4,0650, a następnie poziom 3,9700, czyli wspomniane ostatnie minima lokalne.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 28.02.2015 do 28.05.2015
Kurs CHF/PLN jeszcze do piątku poruszał się od ponad dwóch miesięcy w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400. Dla ruchu w dół wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 3,8750. W przypadku kontynuacji ruchu w górę opór stanowić będzie ostatnie maksimum na poziomie 4,0150.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 28.02.2015 do 28.05.2015
Kurs USD/PLN wybił się z trendu spadkowego. Wsparciem są okolice 3,5210, gdzie znajdują się ostatnie minima lokalne. Oporem jest ostatnie maksimum lokalne na 3,8200.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 28.02.2015 do 28.05.2015
Po dotarciu do niemal 6,0000 w marcu, kurs zawrócił dotarł do 5,4300 i ponownie wraca ku górze. Oporem dla obecnej korekty jest ostatnie maksimum na 5,8800. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 5,7000.
Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl