W sektorze budowlanym panuje stagnacja, a większe ożywienie jest spodziewane po II kwartale. Negatywne trendy na rynku odczuwają m.in. firmy dostarczające komponenty elektrotechniczne dla sektora, w których sprzedaż w ramach projektów przemysłowych i infrastrukturalnych spada. Mimo to obroty dostawców elektrotechniki rosną w 10-proc. tempie. Segmentem, który napędza rynek, jest budownictwo mieszkaniowe i wykończeniowe.
– W zeszłym roku po pierwszych trzy kwartałach sprzedaż przekroczyła 381 mln zł, co dało ponadprzeciętną dynamikę ponad 50 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Folta, prezes zarządu TiM SA, dystrybutora artykułów elektrotechnicznych. – Oceniam, że cały rynek elektrotechniki i dystrybucji elektrotechnicznej rośnie o około 10 proc. i widać zdecydowanie naszą przewagę pod względem dynamiki sprzedaży nad resztą podmiotów.
Jak dodaje firma w III i IV kwartale 2014 roku odczuła nieco niższą dynamikę w sektorze budownictwa, a potwierdziły to dane GUS. Według ostatnich danych w grudniu w ujęciu rocznym produkcja przemysłowa wzrosła o 7,9 proc., a w całym roku – o 3,3 proc. Przedsiębiorstwa budowlane odnotowały w tym czasie wzrost o 3,6 proc.
– W 2015 roku szacuję, że cały sektor wzrośnie o około 5 proc., przy czym w I półroczu dynamika na poziomie 0 proc. będzie bardzo dobrym wynikiem – prognozuje Folta.
Prezes zarządu TiM SA tłumaczy, że I kwartał i I półrocze 2014 roku było bardzo dobre dla branży, ale tylko jeśli odniesiemy dane do kryzysowego 2013 roku. Nominalnie ubiegłoroczne wyniki były na poziomie sprzed 5 lat.
– Jeżeli chodzi o dynamikę sprzedaży i wartość nominalną sprzedaży, to cofnęliśmy się o 4-5 lat, do 2010 roku. Tak wygląda sektor i nasza sytuacja – podkreśla Krzysztof Folta.
Jego zdaniem obecnie najszybciej rozwijają się segmenty budownictwa mieszkaniowego i okołomieszkaniowego (wyposażenie mieszkań i małych firm). Spada zaś sprzedaż dla przemysłu i infrastruktury.
Walne Zgromadzenie Akcjonariusze TiM SA 13 stycznia podjęło decyzję o sprzedaży terenu magazynowego o powierzchni 13,33 ha w Siechnicach. W ocenie Krzysztofa Folty transakcja poprawi pozycję gotówkową firmy o 50 mln zł i powinna zostać ujęta najpóźniej w wyniku IV kwartału 2015 roku.
– W związku z transakcją przede wszystkim mamy dwa cele: wzrost środków obrotowych, bo wraz ze wzrostem obrotu rośnie wyraźnie zapotrzebowanie na środki obrotowe – mówi prezes zarządu TiM SA – Na pewno rozszerzymy ilość asortymentu na magazynie, przez to zapas magazynowy wzrośnie o około 30-40 mln zł.
Krzysztof Folta uzupełnia, że by zapas wzrósł będziemy rozszerzać asortyment oraz finansować należności. Firma do końca roku chce rozszerzyć asortyment z obecnego poziomu 47 tys. pozycji do 75 tys. produktów.
Spółka akcyjna TiM jest notowana na GPW od 1998 roku. Obecnie kurs akcji oscyluje wokół poziomu 6 zł, co daje kapitalizację w wysokości 130 mln zł.
Potencjał spadków na rynkach surowcowych wyczerpuje się, na co liczą spółki wydobywcze, m.in. KGHM i Bogdanka. Notowania firm z sektora, a zatem także ogólną koniunkturę na GPW może wesprzeć poprawiający się stan gospodarki, bowiem zdaniem ekspertów dołek na warszawskiej giełdzie miał miejsce w grudniu, a I kwartał 2015 roku jest ostatnim, w którym PKB spowalnia.
– Stawiałbym na spółki wydobywcze z WIG20, dlatego że prawdopodobnie fala spadkowa na rynku surowców dobiega końca lub już dobiegła, co widzimy chociażby po rynku ropy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management SA.
Cena europejskiej odmiany ropy Brent po wielomiesięcznych spadkach znalazła się w połowie stycznia na poziomie poniżej 47 dolarów za baryłkę. W kolejnych tygodniach notowania zwyżkowały, by obecnie znaleźć się już na poziomie ponad 60 dolarów.
Zdaniem Rzeźniczka w sytuacji zwyżki cen surowców spółki wydobywcze i surowcowe będą miały pole do tego, żeby poprawiać swoje wyniki. W Polsce niskie ceny surowców odczuł m.in. miedziowy gigant KGHM. Po trzech kwartałach 2014 roku zysk Polskiej Miedzi w ujęciu rocznym spadł o blisko 25 proc. i wyniósł 1,78 mld zł wobec 2,34 mld zł w analogicznym okresie rok wcześniej. Z kolei Bogdanka miała po trzech kwartałach 171,4 mln zł zysku netto wobec 224,44 mln zł rok wcześniej. Przedstawiciel Secus AM wierzy jednak w rychłą w poprawę wyników obu spółek oraz we wzrost kursu największego polskiego banku.
– Czarnym koniem zazwyczaj może być spółka, na którą nikt nie liczy, niewykluczone, że taką spółką okaże się JSW. Natomiast oczywiście ryzyko tutaj jest olbrzymie. Ale stawiając na spółki bardziej przewidywalne, obstawiłbym dwie spółki wydobywcze, czyli KGHM i Bogdankę, oraz bank PKO BP – podkreśla ekspert.
Jacek Rzeźniczak dodaje, że ogólna strategia inwestycyjna na rynku po blisko dwóch miesiącach tego roku raczej się nie zmieniła. To wynika z cykli makroekonomicznych, które zmieniają się w perspektywie co najmniej kilku miesięcy, a nie tygodni.
– W makroekonomii pierwszy kwartał tego roku prawdopodobnie będzie ostatnim z rzędu kwartałem, kiedy dynamika PKB w Polsce spada i wydaje się, że od kolejnego kwartału nasza gospodarka powinna stopniowo się rozpędzać. To jest scenariusz, który jest pozytywny dla inwestorów inwestujących na rynku akcji – przekonuje ekspert.
W IV kwartale, jak podał GUS, polska gospodarka rozwijała się w tempie 3 proc. rok do roku, wolniej niż w trzech poprzednich (3,4 proc. w I kw., 3,5 proc. w II kw. i 3,3 proc. w III kw.). Jacek Rzeźniczek dodaje, że zakładając poprawę w gospodarce, można przyjąć, że dołek na GPW w notowaniach z połowy grudnia mógł być tzw. twardym dnem. Potem powinno być już tylko lepiej. To wynika ze specyfiki giełdy, która w założeniach powinna wyprzedzać koniunkturę w gospodarce.
– To zresztą widać nie tylko po naszym WIG-u, lecz także po innych indeksach zaliczanych do emerging markets [rynków wschodzących] – mówi dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asser Management. – Strategia zakłada zatem raczej doważanie rynku akcji w kolejnych kwartałach.
Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych ma zastrzeżenia do projektu nowelizacji ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego obrotu oraz o spółkach publicznych. Według SEG kary za naruszenie obowiązków informacyjnych przez spółki giełdowe są zbyt wysokie, a Skarb Państwa traktowany jest w sposób uprzywilejowany. Zmianą prawa zajmie się dziś rząd.
‒ Są dwa powody, które sprawiają, że konieczna jest zmiana ustawy o ofercie. Pierwszy związany jest z dyrektywą o przejęciach spółek, jest to co prawda dyrektywa stosunkowo już stara, ale okazuje się, że nie wszystkie treści zostały właściwie zaimplementowane i stąd potrzeba doprecyzowania – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. – Drugi powód to implementacja dyrektywy transparency, która dotyczy przejrzystości spółek, a zatem raportowania okresowego. To jest dokument, który powinien być zaimplementowany do końca listopada tego roku.
Jak można przeczytać w uzasadnieniu do projektu Ministerstwa Finansów, nowelizacja ma poprawić funkcjonowanie instytucji wezwania do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji spółek publicznych oraz zapewnić pełniejszą ochronę akcjonariuszy mniejszościowych przejmowanych spółek.
Nowelizacja ma m.in. wprowadzić przepis, w myśl którego przekroczenie progu 33 lub 66 proc. głosów w spółce będzie możliwe jedynie po wezwaniu do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji tej spółki. Nowelizacja określa również m.in. minimalną cenę akcji.
Kachniewski tłumaczy, że zmiany te mają na celu uszczelnienie przepisów. Jak podkreśla, obecnie inwestorzy mogą wykorzystać luki i przejąć spółkę, nie wykorzystując pakietów akcji od udziałowców mniejszościowych po odpowiednich cenach i na wymaganych dyrektywą zasadami. Potwierdza to resort finansów, który argumentuje, że w niektórych przypadkach podmioty przejmujące mogą formalnie wypełnić obowiązki, co stwarza zagrożenie dla akcjonariuszy mniejszościowych.
W nowej ustawie znajdą się także wymogi dotyczące raportowania okresowego. Kachniewski podkreśla, że z punktu widzenia SEG problemem jest niewspółmierna wysokość sankcji za naruszenie obowiązków informacyjnych.
‒ Sankcje, niestety, są bardzo wysokie i mocno niewspółmierne do tego, co mamy na polskim rynku kapitałowym. Chodzi w szczególności o wartości. Jest możliwość nałożenia na osobę fizyczną kary w wysokości np. do 2 mln zł, co zdecydowanie odbiega od wielkości rynku i pieniędzy, które przez ten rynek przepływają. Podobnie, jeśli chodzi o kary nakładane na spółki giełdowe, które również będą wielokrotnie wyższe od tych, które były dotychczas stosowane. Moim zdaniem jest to nieadekwatne do wielkości rynku – ocenia Kachniewski.
Według niego nowe przepisy utrudnią funkcjonowanie na rynku kapitałowym, choć Kachniewski przyznaje, że wynikają one z prawa unijnego. Dlatego protesty w Polsce niewiele zmienią, choć wciąż jest pole do poprawy. SEG postuluje m.in. odejście od zasady multiplikacji kar.
Wątpliwości stowarzyszenia budzi także uprzywilejowana pozycja Skarbu Państwa jako właściciela większościowego. Jak tłumaczy Kachniewski, projekt ustawy daje państwu wyjątkowe uprawnienia w momencie przejmowania spółek.
‒ Jesteśmy temu jak najbardziej przeciwni, jest to też niezgodne z wymogami Unii Europejskiej i w żadnym innym kraju Unii tego typu rozwiązania nie są stosowane. Myślę, że nie mogą ono zostać przeforsowane, gdyby tak się stało, to niestety, miałoby to bardzo negatywny wpływ na rynek – podkreśla Kachniewski.
Bruksela pracuje nad zmianami w dyrektywach odpadowych. Poprzednie propozycje nie znalazły akceptacji u wszystkich państw, m.in. Polski. Problemem byłoby spełnienie wymogu wprowadzenia za 10 lat zakazu składowania odpadów podlegających recyklingowi, a do 2030 roku praktyczne wyeliminowanie składowania. To zbyt drogie rozwiązania, do których w dodatku brakuje technologii.
– Na razie oprotestowaliśmy te propozycje zmian w dyrektywach odpadowych [m.in. dyrektyw ws. opakowań, ws. pojazdów wycofanych z eksploatacji, ws. baterii i akumulatorów oraz ws. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego – red.]. Komisja Europejska zebrała uwagi wszystkich państw i pracuje dalej – mówi Janusz Ostapiuk, wiceminister środowiska. – Czekamy na nowe propozycje, będziemy o nich dyskutować. Na pewno nie będziemy aprobować pomysłów, które są niewykonalne z technicznego punktu widzenia lub które będą niemożliwe do spełnienia przez gospodarstwa domowe.
Z ubiegłorocznego przeglądu Komisji Europejskiej wynika, że kraje członkowskie coraz lepiej radzą sobie z gospodarką odpadami. Sześć krajów wspólnoty prawie całkowicie wyeliminowało składowanie odpadów – do 5 proc., a w niektórych regionach 85 proc. odpadów jest poddawanych recyklingowi. Są jednak kraje, gdzie współczynnik recyklingu jest na poziomie zaledwie 10 proc.
Dlatego Bruksela w połowie ubiegłego roku zaproponowała nowe cele do 2030 r. Zgodnie z propozycją poziom recyklingu odpadów opakowaniowych w 2030 r. powinien wzrosnąć do 80 proc., w przypadku odpadów komunalnych – do 70 proc. Za 10 lat miałby zacząć obowiązywać całkowity zakaz składowania tworzyw sztucznych, które nadają się ponownego przetworzenia. Natomiast w perspektywie 15 lat kraje UE powinny dążyć do całkowitego wyeliminowania składowania odpadów.
– Warunki zaprezentowane w nowym programie uznaliśmy, jako polski rząd, za niewykonalne w zakładanych terminach. Nie jesteśmy w stanie ich wypełnić z kilku powodów – po pierwsze, ze względów ekonomicznych. Aprobata tego programu niewątpliwie wiązałaby się ze znacznym podwyższeniem kosztów każdego gospodarstwa domowego związanych z odpadami – mówi Janusz Ostapiuk.
Drugim powodem są kwestie technologiczne. Jak podkreśla wiceminister, technologia ogranicza możliwość recyklingowania kilkukrotnie danego materiału.
– Papier recyklingowany dwa razy przestaje być papierem. Jest to potem tylko masa organiczna, którą można albo wywieść na składowisko, żeby się rozłożyła, albo spalić. Plastikowe butelki PET po dwukrotnym czy trzykrotnym przetworzeniu przestają być PET-em, struktura polimeru przestaje być strukturą polimeru. To też nadaje się tylko do wyprodukowania dywanika w samochodzie, a po dywaniku w samochodzie nie ma nic innego do zrobienia, po prostu się nie da – mówi Ostapiuk
Kolejny problem wiąże się z nakazem zmniejszenia o 30 proc. odpadów spożywczych, czyli pochodzących z produktów żywnościowych. Jak podkreśla ekspert, ta kwestia w całej UE nie jest bilansowana, są tylko ogólne opracowania mówiące o tym, ile żywności jest wyrzucanej.
Inna kwestią jest redukcja popiołu, który powstaje na skutek spalania węgla. Ostapiuk podkreśla, że to w przypadku gospodarki opartej na węglu – jak choćby w Polsce – jest prawie niemożliwe do wykonania.
– Tym bardziej że nasze elektrownie dobrze zagospodarowują popioły ze spalania węgla. Posiadają one całe instalacje przeznaczone do tego rodzaju procesów – argumentuje wiceminister.
Poprzedni rok był dobry z punktu widzenia rynku pracy –spadało bezrobocie i rosły wynagrodzenia, zwłaszcza realnie. Rok 2015 może być równie dobry, a nawet lepszy. Zdaniem Marty Petki-Zagajewskiej z Raiffeisen Polbanku Polsce mimo deflacji nie grozi presja na obniżanie wynagrodzeń, a oprócz spadku bezrobocia statystyki powinny zacząć pokazywać wyraźny wzrost zatrudnienia.
– Dynamika wzrostu wynagrodzeń utrzyma się na poziomie powyżej 3 proc., pomiędzy 3-4 proc. rok do roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku. – Styczeń może zaskakiwać, ponieważ to ciekawy miesiąc z punktu widzenia statystyki. Po pierwsze Główny Urząd Statystyczny zmienia bazę przedsiębiorstw, które stanowią źródło tych danych, więc sam ten czynnik sprawia, że te dane mogą odbiegać od oczekiwań. Po drugie, pomiędzy styczniem a grudniem w różnych latach różnie układają się wypłaty różnych dodatków do pensji i bonusów, które dosyć mocno te dane zaburzają.
Dla rynku pracy całkiem dobry był już 2014 rok. Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach w grudniu było wyższe o 3,2 proc. (prawie 160 zł) niż rok wcześniej, a w ciągu roku ceny spadły o 1,3 proc. Jednocześnie przy rosnących pensjach w zeszłym roku systematycznie spadało bezrobocie. Według GUS w grudniu wyniosło ono 11,5 proc., spadając z poziomu 13,4 proc. w grudniu 2013. To oznacza, że pod koniec roku bez pracy było w Polsce ponad 1,8 mln osób. Miejsc pracy przybywało jednak wolniej. W grudniu pracę miało o 58 tys. osób więcej niż rok wcześniej (1,1 proc.).
– W perspektywie całego 2015 roku będziemy mieli do czynienia z istotnie wyższym tempem wzrostu zatrudnienia, niż to miało miejsce w 2014 roku – uważa Marta Petka-Zagajewska. –To pokłosie tego, co już od dłuższego czasu obserwujemy w badaniach koniunktury, że przedsiębiorcy są optymistycznie nastrojeni, widzą wzrost popytu, a dzięki temu chętniej zwiększają zatrudnienie w swoich firmach.
Zjawisko to powinno – jej zdaniem – odbić się także w statystykach, bo GUS bada firmy zatrudniające powyżej 9 osób, a takich w porównaniu z ubiegłym rokiem powinno być zdecydowanie więcej. Coraz wyższa deflacja jednak niesie za sobą też pewne zagrożenia. Ceny spadają, więc słabsze są zyski producentów, w związku z tym mogą oni zacząć szukać oszczędności w wydatkach na wynagrodzenia. Zdaniem Marty Petki-Zagajewskiej to jednak raczej teoretyczne zagrożenie.
– To jest niebezpieczne, bo to by świadczyło o tym, że w gospodarce rodzi się coś, o czym często mówią członkowie Rady Polityki Pieniężnej, nazywając to spiralą deflacyjną – podkreśla główna ekonomistka Raiffeisen Polbank. – Totaki mechanizm, w którym gospodarka coraz bardziej będzie się pogrążać w deflacji, dlatego te dane są istotne z punktu widzenia także późniejszych decyzji RPP. Natomiast na razie zakładamy, że nic takiego się nie stanie.
Polska gospodarka staje się jednak coraz bardziej przyjazna dla pracowników. Jak podkreśla Petka-Zagajewska, dane powinny nastrajać optymistycznie.
– Po pierwsze, powinny one pokazywać, że rośnie nam zatrudnienie, tzn. więcej Polaków ma pracę, po drugie, za tę pracę otrzymują coraz wyższe wynagrodzenie– ocenia Marta Petka-Zagajewska Raiffeisen Polbank. –Może te 3-proc. dynamiki wynagrodzeń w ujęciu nominalnym nie przysparzają o zawrót głowy, trzeba jednak pamiętać o tym, że po drugiej stronie mamy coraz głębszą deflację, tak że w ujęciu realnym nasze wynagrodzenia przeciętnie wzrastają o około 5 proc., a to już jest pokaźny zastrzyk dla domowych budżetów.
Mazowsze generuje ponad 20 proc. polskiego PKB. Na jego terenie działa 740 tys. przedsiębiorstw, tutaj też skupia się potencjał naukowo-badawczy. Zgodnie z zatwierdzonym właśnie Regionalnym Programem Operacyjnym województwo dostanie w nowej perspektywie UE 2,1 mld euro. Wciąż jednak potrzebni są nowi inwestorzy, dlatego zarząd województwa przygotowuje nowe obszary aktywności gospodarczej.
– Mamy zarejestrowanych 740 tys. firm, z czego ponad 20 tys. z kapitałem zagranicznym. Jesteśmy też centrum bankowym, ubezpieczeniowym i centrum innowacji, bo 33 proc. polskiego potencjału naukowo-badawczego znajduje się właśnie na Mazowszu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.
Region wciąż jednak potrzebuje nowych inwestorów, dlatego przygotowywane są plany zagospodarowania przestrzennego w otoczeniu lotniska w Modlinie, wraz z nim powinna się rozwinąć turystyka w regionie. Planowana jest również rozbudowa linii kolejowej w okolicy. Priorytetowo traktowany jest także rozwój Przasnyskiej Strefy Gospodarczej i drugiej strefy w Chorzelach.
– Ciekawe miejsce, kilkaset hektarów przygotowanych do dużych inwestycji, dla wielkich oraz małych i średnich firm. Pozostałe tereny to Garwolińska Strefa Gospodarcza – 60 hektarów z przeznaczeniem na inwestycje, okolice Teresina, czyli subregion warszawsko-zachodni, w skład którego wchodzi powiat sochaczewski. To są obszary, na których powstaje bardzo dużo firmy, zwłaszcza logistycznych – zaznacza Struzik.
Inwestorów ma też przyciągać Płocki Park Przemysłowo-Technologiczny, przy koncernie Orlen, miejsce nowoczesnych usług biznesowych i działalności innowacyjnej. Na powierzchni 200 ha współistnieją ze sobą park przemysłowy, technologiczny i naukowo-badawczy. Centrum Usług Korporacyjnych otwarte w październiku ubiegłego roku i Laboratorium Centralne (jeszcze w tym roku będzie można skorzystać ze 180 miejsc laboratoryjnych) mają pozwolić na prowadzenie działalności gospodarczej firmom z różnych branż.
Marszałek województwa podkreśla, że równie ważne jest też wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw.
– To różnego rodzaju pomoc inwestycyjna i transfer technologii z uczelni i instytutów naukowo-badawczych do wytwarzania, oczywiście także pomoc w informatyzacji tych firm. Projekt „Internet dla Mazowsza”, który zostanie zakończony do końca 2015 roku, zapewni wszystkim firmom dostęp do szerokopasmowego internetu i będzie to jakościowa zmiana – zapowiada Struzik.
W perspektywie unijnej 2014-2020 do regionu może trafić z Brukseli ok. 3,8 mld euro. 2,1 mld zł w ramach zatwierdzonego przez KE w ubiegły piątek Regionalnego Programu Operacyjnego, zaś o kolejnych ok. 1,7 mld euro (z funduszy strukturalnych EFS i EFRR) beneficjenci z Mazowsza będą mogli ubiegać się w programach krajowych.
Na wsparcie mogą liczyć także start-upowcy, dzięki finansowaniu z funduszy początkowych czy łączonych funduszy europejskich z prywatnymi, np. poprzez Krajowy Fundusz Kapitałowy.
– Działa także Mazowiecki Fundusz Poręczeń Kredytowych i Mazowiecki Fundusz Pożyczkowy. Bardzo pomagają przedsiębiorcom nasze agencje – Mazowiecka Agencja Energetyczna i Agencja Rozwoju Mazowsza. Tych narzędzi i mechanizmów jest naprawdę dużo – przekonuje Struzik.
Mazowsze wytwarza 22 proc. polskiego PKB (woj. śląskie, drugie pod tym względem, odpowiada za 12,5 proc.).
– Ostatnie badania Głównego Urzędu Statystycznego, które dotyczą 2013 roku, pokazują, że z 1,660 bln zł, które Polska wytwarza w formie PKB, Mazowsze wytwarza 366 mld zł. Wedle kursu z 2013 roku to 120 mld dolarów, dla porównania to dwu razy więcej niż wynosi PKB Litwy – mówi Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.
Na Mazowszu jest najwyższe PKB w przeliczeniu na mieszkańca – 68,682 tys. zł (blisko 160 proc. średniej krajowej). To sprawia, że Mazowsze jest w Polsce liderem pod względem liczby działających firm czy jednostek naukowo-badawczych.
Ceny ubezpieczeń komunikacyjnych nie będą już spadać. Ubezpieczyciele muszą liczyć się ze wzrostem kosztów po wprowadzeniu bezpośredniej likwidacji szkód, co powinno nastąpić jeszcze w tym roku. Poza tym rośnie wartość roszczeń za szkody osobowe, a to może powodować konieczność podnoszenia stawek za polisy.
– Kolejna fala obniżek stawek ubezpieczeń komunikacyjnych, która pojawiła się pod koniec ubiegłego roku, została zatrzymana. Możemy mówić o pewnym końcu fali spadkowej w OC komunikacyjnym. Obecnie są one na poziomie stawek sprzed 10 lat – mówi agencji Newseria Biznes Dominik Stachiewicz, członek zarządu brokera ubezpieczeniowego Donoria.
W tym roku zgodnie z deklaracjami członków Polskiej Izby Ubezpieczeń firmy zaczną wdrażać bezpośrednią likwidację szkód. Oznacza to, że poszkodowany w wypadku będzie zgłaszał się do swojego ubezpieczyciela, a nie ubezpieczyciela sprawcy, żeby zlikwidować szkodę i uzyskać odszkodowanie. Potem firmy dokonają rozliczenia między sobą.
– W związku z tym spodziewamy się, że wzrosną koszty obsługi tego typu szkód, a to może wpłynąć na wzrost stawek – mówi Stachiewicz. – Z jednej strony ubezpieczyciele dalej będą walczyli o klienta, z drugiej strony będą musieli liczyć się ze wzrostem kosztów obsługi tych ubezpieczeń, a to przyczyni się naszym zdaniem do powolnego wzrostu cen w tym roku.
W ubiegłym roku rynek ubezpieczeń komunikacyjnych notował spadki, co miało związek ze spadkami stawek. Jak wynika z danych PIU, po III kwartałach składka przypisana brutto z ubezpieczeń OC posiadaczy pojazdów wyniosła 6 mld zł (spadek o 5 proc.) Składka przypisana brutto z ubezpieczeń autocasco wyniosła 3,9 mld zł (spadek o 0,89 proc.)
– Mimo to wzrosła nam liczba sprzedawanych polis, a to jest dobry prognostyk. Myślę, że w najbliższych latach będzie kontynuowana ta tendencja wzrostowa, szczególnie ze względu na rosnącą liczbę roszczeń, np. w ubezpieczeniach komunikacyjnych OC. Możemy także spodziewać się bardzo dużego wzrostu roszczeń szkód osobowych, a to również przełoży się na cenę ubezpieczeń komunikacyjnych – wyjaśnia ekspert.
Jak podkreśla, taka tendencja jest widoczna od kilku lat. Rośnie nie tylko liczba roszczeń, lecz także ich wartość.
– Jeszcze parę lat temu mówiliśmy o kwotach rzędu 100 tys. zł, dziś są to już kwoty przekraczające 1 mln zł. Rekordowe wypłaty w Polsce mamy już na poziomie kilku milionów złotych za jedną szkodę osobową z ubezpieczenia komunikacyjnego – mówi Dominik Stachiewicz. – Jest to wpływ rosnącej świadomości klientów oraz działalności wszelkiego rodzaju biur odszkodowawczych.
Zdaniem członka zarządu Donorii rynek ubezpieczeń komunikacyjnych będzie stawał się coraz bardziej nasycony, szczególnie w obszarze klientów indywidualnych. Z kolei w segmencie ubezpieczeń dla firm widoczna jest tendencja kupowania ubezpieczeń komunikacyjnych w pakiecie, czyli OC z dodatkowym autocasco i ewentualnie assistance.
– Szczególnie popularnym produktem jest ubezpieczenie assistance – w tym obszarze notujemy duży wzrost sprzedawanych polis oraz zwiększenie zakresu ubezpieczenia. To nie jest już zwykłe assistance, to także możliwość wynajmu pojazdu zastępczego na czas naprawy bądź inne dodatkowe usługi – wymienia Stachiewicz.
W ciągu ostatniego roku najwięcej pasażerów zyskały lotniska w Gdańsku i we Wrocławiu, natomiast porty w Szczecinie, Bydgoszczy i Łodzi mają coraz większe problemy z przyciągnięciem przewoźników i podróżnych. Budowa kolejnych portów lotniczych nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Nadal jest jednak miejsce dla małych lotnisk obsługujących prywatne samoloty.
‒ To był bardzo dobry rok dla polskich lotnisk. Większość z nich zanotowała poważne wzrosty. Rekordzistą okazało się lotnisko w Gdańsku, które po raz pierwszy w historii przekroczyło 3 mln pasażerów, także całkiem niezły rok miało lotnisko w Katowicach i we Wrocławiu. Niestety, nie dla wszystkich ten rok był aż tak dobry – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, parter w BBSG Baca Gościniarek i Wspólnicy Doradztwo Gospodarcze. ‒ Trend, który już od jakiegoś czasu obserwujemy, jest taki, że duzi stają się jeszcze więksi, a mali, niestety, zaczynają walczyć o przetrwanie.
W ubiegłym roku na wszystkich polskich lotniskach obsłużonych zostało ponad 27 mln podróżnych, czyli o niemal 9 proc. więcej niż w 2013 r. Liderem pozostaje Lotnisko Chopina w Warszawie, które przekroczyło 10,5 mln podróżnych. Największe wzrosty notowały jednak duże porty regionalne: Gdańsk (o niemal 15 proc.), Wrocław (ponad 11 proc.), Katowice i Poznań (po ok. 7 proc.) oraz Kraków (ok. 5 proc.).
Znacznie gorzej było na małych lotniskach. Bydgoszcz i Szczecin zanotowały ok. 13-proc. odpływ pasażerów, a Łódź straciła aż 28,2 proc. podróżnych rok do roku.
Gościniarek podkreśla, że istniejąca sieć lotnisk ma bardzo pozytywny wpływ na polską gospodarkę. Jak wynika z danych Międzynarodowej Rady Lotnisk (ACI Europe), lotniska w sposób bezpośredni i pośredni mogą generować nawet 3,8 proc. polskiego PKB.
‒ Szczególnym sposobem mierzenia wpływu jest „air connectivity”, czyli możliwość realizowania pewnych połączeń. Oczywiście ten wpływ lotnictwa jest trochę inny dla biznesu, trochę inny dla turystów, a trochę inny dla tych, którzy podróżują w celach prywatnych. Ale bez dobrych połączeń lotniczych, bez otwarcia na świat za pomocą lotnictwa, tak naprawdę nie mamy najmniejszych szans na to, by włączyć się w globalną, a nawet europejską gospodarkę – podkreśla Gościniarek.
To jednak nie oznacza, że w Polsce powinny powstawać kolejne lotniska pasażerskie. Uruchomione w zeszłym roku lotnisko w Radomiu ma olbrzymie trudności, by przyciągnąć pierwszą linię lotniczą. Nie wiadomo, jak poradzi sobie port lotniczy w Szczytnie-Szymanach, którego budowa zakończy się w tym roku.
Gościniarek zwraca jednak uwagę na to, że inaczej należy spojrzeć na lotniska sportowe, aeroklubowe i dla lotnictwa prywatnego. Takie niewielkie i tanie w utrzymaniu lotniska mogłyby znacznie zwiększyć dostępność i atrakcyjność biznesową mniejszych miast, gdzie często funkcjonują aerokluby lub istnieją dawne porty wojskowe.
‒ Mamy do dyspozycji ponad 100 lotnisk aeroklubowych, które w tej chwili obsługują głównie sport i turystykę. Jest cały szereg lotnisk powojskowych, które mogłyby spełniać taką rolę małych lotnisk lokalnych, które nie tylko obsługiwałyby ruch lotniczy, lecz także byłyby pewnego rodzaju generatorami rozwoju gospodarczego dla tych mniejszych miejscowości, np. dla Piły – ocenia Gościniarek.
Podkreśla, że największe zapotrzebowanie na tego typu lotniska występuje we wschodniej części kraju. Zastrzega jednak, że inwestycje w dużej mierze zależą od determinacji i zamożności samorządów, więc prędzej mogą zostać przeprowadzone na zachodzie.
Z kolei funkcjonujące lotniska cywilne muszą zwiększyć swoją efektywność, w tym poprzez zmniejszenie zatrudnienia. Gościniarek przekonuje, że pod tym względem porty lotnicze w Polsce wciąż są nieco w tyle za Zachodem, choć trudno o uogólnienia.
‒ Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Odnoszę wrażenie, że w porównaniu ze standardami z Europy Zachodniej czy ze Stanów Zjednoczonych ciągle jeszcze na polskich lotniskach zatrudnionych jest trochę za dużo ludzi. Myślę jednak, że ta różnica będzie się zmniejszała. Polskie lotniska mają coraz więcej doświadczenia, poprawiają swoją efektywność i aż tak duże zatrudnienie nie jest potrzebne do tego, by obsługiwać rosnący ruch lotniczy – twierdzi Gościniarek.
Według raportu ACI Europe porty lotnicze w Polsce generują łącznie 440 tys. miejsc pracy, z tego ponad 23 tys. bezpośrednio na lotniskach. Organizacja ocenia, że niemal 380 tys. miejsc pracy powstaje dzięki pobudzaniu gospodarki w związku z większą dostępnością lotniczą.
W ostatnim półroczu utrzymała się negatywna tendencja wśród mikroprzedsiębiorstw. W najgorszej kondycji znalazły się dwa sektory: budownictwo i rolnictwa. Blisko połowa przedsiębiorców stwierdziła, że w tym roku sytuacja nie ulegnie zmianie, a co czwarty obawia się jej pogorszenia. Mikrofirmy nie zamierzają jednak konkurować ceną, tylko chcą postawić na innowacje.
– Przedsiębiorcy na najbliższe miesiące patrzą trochę mniej optymistycznie, ponieważ są już doświadczeni negatywnymi wynikami finansowymi swoich firm – mówi agencji Newseria Biznes Alicja Zbytniewska z Firmy.net.
Blisko 30 proc. mikrofirm liczy w tym roku na poprawę sytuacji – wynika z badania Firmy.net i Instytutu Badań i Analiz. 25 proc. deklaruje, że może się ona pogorszyć. Wśród przedsiębiorców dominuje przekonanie, że kondycja ich firm powinna być stabilna, co nie znaczy, że dobra.
– Druga połowa 2014 roku wykazała, że sytuacja mikroprzedsiębiorstw nieustannie się pogarsza. Popyt jest dość niski, a to hamuje wzrosty sprzedaży. W tym roku jednak sprzedaż na rynku krajowym powinna delikatnie wzrosnąć – uważa Zbytniewska.
Mikroprzedsiębiorstwa zacięcie walczą o klientów i swoją pozycję na rynku. W poprzednim półroczu przede wszystkim polepszały swojej oferty, poszerzały jej i dopasowały do nowych potrzeb klientów. Strategia walki niskimi cenami nie przyniosła spodziewanych efektów, dlatego w tym roku coraz mniej firm chce konkurować ceną, stawiając na innowacje. Ponad 60 proc. przedsiębiorców deklaruje utrzymanie poziomu cen z poprzedniego roku, a tylko nieco ponad 20 proc. chce je podnosić, za to blisko połowa zamierza wprowadzać do oferty nowe produkty i usług, 40 proc. chce do tego wykorzystać nowe formy promocji, a co czwarty zastosuje nowe metody produkcji.
Z badania wynika, że najwięcej optymizmu na I połowę 2015 roku mają firmy z sektora usług i przemysłu. Gorsze nastroje panują wśród firm działających w handlu, rolnictwie i budownictwie, czyli w tych branżach, które częściej spodziewają się bardziej pogorszenia swojej sytuacji niż jej poprawy.
– Sektor budownictwa osiągnął niewystarczający poziom sprzedaży na rynku krajowym. Jeżeli chodzi o sektor rolnictwa, to tutaj wielkość sprzedaży na rynkach zagranicznych, szczególnie na rynku wschodnim, wpłynęła na złą kondycje finansową tych firm – wyjaśnia Zbytniewska. – Prognozy dla tych sektorów nie są optymistyczne.
Ze względu na dość pesymistyczne prognozy większość przedsiębiorców (ponad 80 proc.) nie planuje zwiększania zatrudnienia. W pozostałej grupie częściej planowane jest zwiększenie liczby pracowników (11,3 proc.), niż jej zmniejszenie (5,9 proc.).
Z badań wynika, że mikrofirmy, które działają na rynkach zagranicznych, dobrze sobie tam radzą. W II połowie 2014 r. ponad połowa utrzymywała stały poziom sprzedaży, a co piąta zanotowała wzrost.
– Prognozy co do działalności za granicą są dosyć optymistyczne. Więcej firm oczekuje wzrostów sprzedaży i wzrostów popytu na rynkach zagranicznych niż pogorszenia sytuacji – mówi Alicja Zbytniewska.
Niemal 7,3 mld zł wydały w ubiegłym roku firmy na reklamę w mediach. To o prawie 200 mln zł więcej niż rok wcześniej. Tradycyjnie rynek reklamy napędzały branże handlowa oraz farmaceutyczna, a pozytywnym sygnałem było zahamowanie spadków w sektorze FMCG, czyli dóbr szybko zbywalnych. Najatrakcyjniejszym dla reklamodawców medium jest nadal telewizja.
‒ Od lat, a szczególnie w ubiegłym roku, motorem napędowym polskiego rynku reklamy są zasadniczo dwie branże: handel oraz sektor farmaceutyczny – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lidia Kacprzycka, dyrektor generalny domu mediowego Starlink. ‒ Rynek reklamy w tamtym roku wzrósł o 193 mln zł, z czego handel wydał więcej o ponad 80 mln zł więcej, a farmacja ‒ o ponad 70 mln.
Sektor handlu wydał na reklamę niemal miliard złotych, czyli o 8,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Z kolei firmy z sektora farmaceutycznego przeznaczyły na promocję 870 mln zł, co stanowiło wzrost o 9,4 proc. rok do roku.
Kacprzycka podkreśla, że w ubiegłym roku zahamowany został spadek wydatków na reklamę w branży produktów szybko zbywalnych (FMCG). Ten sektor wydał na promocję o 0,4 proc. więcej niż w 2013 r. To bardzo istotne, bo jak podkreśla Kacprzycka, sektor FMCG jest najbardziej powiązany z koniunkturą gospodarczą. Dlatego odbicie w tym obszarze jest bardzo pozytywnym sygnałem dla całej gospodarki.
Spośród wszystkich kategorii produktów FMCG najbardziej wzrosły wydatki reklamowe producentów napojów i alkoholi – o ponad 18 proc. Natomiast producenci żywności wydali o 0,1 proc. mniej niż w 2013 r.
‒ To jest bardzo pozytywny trend i uważam, że to dobrze rokuje również na ten rok – ocenia Kacprzycka. ‒ Sektor FMCG jest bardzo wrażliwy na wszelkie wahania koniunktury. I to, co się działo w czasie kryzysu w Polsce, czyli spadki wydatków reklamowych, było w dużej mierze spowodowane sporymi tąpnięciami w tej branży.
Dodaje, że duże wzrosty notowały również inne branże. O ok. 10 proc. wzrosły wydatki w kategorii media, książki, CD i DVD oraz sprzęty domowe, meble i dekoracje, a o ok. 8 proc. ‒ w kategorii podróże, turystyka, hotele i restauracje oraz odzież i dodatki.
Na minusie w 2014 r. spośród największych reklamodawców były sektory finansowy (-5,4 proc.) oraz telekomunikacyjny (-0,5 proc.).
Kacprzycka zauważa, że w 2014 r. pogłębiła się przewaga telewizji jako głównego medium reklamowego. Do stacji telewizyjnych trafiło ponad 3,8 mld zł, czyli 52,3 proc. wszystkich wydatków reklamowych. To odpowiednio o ponad 200 mln zł i o 1,4 pkt proc. więcej niż w 2013 r.
‒ Właściwie wszystkie sektory zwiększyły swoje inwestycje telewizyjne. Jest kilka powodów. Po pierwsze, cyfryzacja bardzo dobrze wpłynęła na kondycję telewizji. Po drugie, miały miejsce jednorazowe wydarzenia, które były ciekawe dla widzów. Po trzecie, stacje telewizyjne zaczynają coraz więcej inwestować w swoje ramówki, dlatego że konkurencja jest gigantyczna i w dzisiejszych czasach trzeba się bardzo starać o to, by utrzymać widza. Pojawienie się multipleksów i wielu kanałów, które są na nich obecne, to bardzo ciekawa alternatywa dla reklamodawców – tłumaczy Kacprzycka.
Tracą największe stacje – TVP1, TVP2, TVN i Polsat. To wciąż najwięksi gracze na rynku reklamy telewizyjnej, ale inne kanały emitowane na multipleksach telewizji cyfrowej – poza tą czwórką – zanotowały wzrost aż o 27,8 proc. i zwiększyły swój udział w rynku o ponad 2,5 pkt proc., do poziomu 16,3 proc.
Lidia Kacprzycka ocenia, że w tym roku reklam nie będą napędzały takie wydarzenia, jak igrzyska olimpijskie lub mistrzostwa świata w piłkę nożną, ale za to rynek skorzysta na poprawiającej się koniunkturze gospodarczej. Duże wydatki na reklamę będą ponosić także nowi gracze na polskim rynku, w tym z sektora e-commerce.
‒ Maleje bezrobocie, następuje wzrost wynagrodzeń, inflacja jest na rekordowo niskim poziomie, to wszystko stymuluje zakupy. W związku z tym zwiększają się wydatki sieci handlowych, ludzie także wydają więcej. Zachodzą różne zmiany, rozwija się sektor e-commerce, pojawiają się nowi reklamodawcy i sklepy online, jak np. Zalando, które zaczynają się reklamować w mediach tradycyjnych – tłumaczy Kacprzycka.
Dom mediowy Starlink szacuje, że w 2015 r. wydatki na reklamę wzrosną o 2,7-3,3 proc.
Polska zajęła 7. miejsce w rankingu Education First EPIc, sprawdzającym znajomość języka angielskiego w firmach. Polaków wyprzedzili tylko mieszkańcy krajów skandynawskich, Holandii i Belgii. Dorośli Polacy coraz chętniej doskonalą swoje umiejętności językowe, ponieważ wiedzą, że jest to warunek zrobienia kariery zawodowej. Rosnącą popularnością cieszą się zagraniczne kursy językowe.
W pierwszej szóstce rankingu znalazły się kraje skandynawskie, Holandia i Belgia. Polska uplasowała się na 7. miejscu, wyprzedzając takie kraje, jak Niemcy i Szwajcaria. Z raportu wynika, że najsłabiej językiem angielskim posługują się pracownicy branży turystycznej, a najlepiej branży doradczej. Co ciekawe, pracownicy średniego i niższego szczebla z reguły władają językiem angielskim lepiej niż ich szefowie. Zdaniem ekspertów wysoka pozycja Polski w rankingu może wynikać ze zmian politycznych i społecznych, jakie zaszły w ciągu ostatnich 25 lat.
– Bardzo wielu młodych ludzi po przyłączeniu Polski do Unii Europejskie wyjechało za granicę, teraz wracają do kraju bogatsi o umiejętności językowe. Drugim powodem jest większa świadomość zarówno wśród pracodawców, jak i pracowników, że ciągle muszą podnosić swoje umiejętności językowe – mówi Piotr Majdan, dyrektor generalny Education First, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – To często jest kryterium awansu, sukcesu zawodowego czy podwyżki.
Potrzeba doskonalenia znajomości języka angielskiego pracowników – nie tylko w Polsce – wynika również z faktu, że według najnowszych badań JPMorgan Chase ponad 60 proc. przedsiębiorstw działa już na rynkach międzynarodowych, podczas gdy kilka lat temu było to niewiele ponad 40 proc.
Polscy pracownicy najczęściej sami inwestują w naukę języków obcych, zwłaszcza języka angielskiego. Wiele firm oferuje jednak udział w kursie językowym w ramach nagrody za osiągnięcia w pracy. Masowe zainteresowanie nauką języków obcych spowodowało wzrost popularności zagranicznych kursów. Polacy coraz częściej rezygnują ze spędzania urlopu na egzotycznej plaży, wybierając szkołę językową w jednym z dużych miast Europy lub Stanów Zjednoczonych.
– Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie zagranicznymi kursami, szczególnie wśród ludzi dorosłych i osób starszych. Często wyjeżdżają oni na kursy językowe do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Polacy chętnie uczą się również innych języków: hiszpańskiego w Hiszpanii czy francuskiego we Francji – mówi Piotr Majdan. – Jest to wzrost wynikający z wielu różnych potrzeb zawodowych. Co ciekawe, kobiety stanowią ponad 70 proc. studentów, którzy z nami wyjeżdżają z tej grupy osób dorosłych.
Kariera zawodowa to nie jedyny powód determinujący Polaków do nauki języka angielskiego. Równie ważna jest możliwość swobodnej konwersacji na międzynarodowych portalach społecznościowych, przeczytania zagranicznej książki w oryginale lub obejrzenia filmu bez napisów.
English Proficiency Index for Companies to druga edycja największego w świecie rankingu sprawdzającego poziom znajomości języka angielskiego w firmach. Badania przeprowadzono w 30 krajach na grupie 105 093 pracowników firm i instytucji rządowych.
Z pisania blogów można się utrzymywać. Nie wystarczy jednak sam pomysł i coś ciekawego do powiedzenia. Trzeba poświęcić się tej działalności, pisać systematycznie, a tekst uzupełniać dużą aktywnością w sferze, o której traktuje blog.
Recepta na sukces to duże grono czytelników. By je zdobyć, trzeba opisywać to, co ludzi interesuje, w sposób niepowtarzalny i poszerzający ich wiedzę. Bardzo ważna jest również kwestia zaufania.
– Dla blogera niezwykle ważne jest to, aby być wiarygodnym, bo to jest jego jedyna moc, jedyna przewaga rynkowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Szostek-Rejowska, group product manager Grupy Onet. – Czytelnicy ufają, że jeśli dany bloger, którego czytam, poleca mi jakiś produkt, to znaczy, że on go przetestował i nie ukrył przede mną wad. To jest różnica pomiędzy reklamą, którą się wykupuje w mediach tradycyjnych czy artykułach sponsorowanych, a reklamą, którą może zrobić bloger.
W praktyce oznacza to, że bloger może być sponsorowany, może pisać o tym, co podsunęli mu specjaliści od marketingu, musi jednak o tym informować i uczciwie opisać reklamowany towar czy usługę. Nie może bowiem utracić wiarygodności.
– Bardzo dużo blogerów zaczęło na blogowaniu zarabiać – ocenia Dorota Szostek-Rejowska. – Niektórzy z nich doszli do takiej wprawy i perfekcji, że stał się to ich główny zawód. Znam osobiście kilku blogerów, którzy zrezygnowali z pracy na etacie i utrzymują się tylko z pisania bloga. Oczywiście przy tym jest wiele różnych elementów, które wymagają pracy – blogerzy robią projekty poboczne, współpracują z różnymi markami, są ambasadorami. Natomiast potrafią z tego utrzymać siebie i całą rodzinę.
Z raportu „Polska Blogosfera 2014” serwisu Zblogowani.pl wynika, że blogi najczęściej prowadzą ludzie pomiędzy 19. a 35. rokiem życia. Z tej grupy pochodzi niemal 70 proc. autorów. Jednocześnie 85 proc. blogów prowadzą kobiety. Najwięcej, bo 21,6 proc. polskich blogów, poświęconych jest kuchni. Kolejne miejsca zajmują tematy związane z urodą (14,6 proc.) oraz szeroko pojętym lifestylem (13,2 proc.).
Czytelnicy natomiast najczęściej sięgają po tematykę lifestyle’ową. Tego typu blogi czyta 39 proc. kobiet i 22 proc. mężczyzn. Tematyka kulinarna interesuje 37 proc. kobiet i 20 proc. mężczyzn, natomiast refleksje i porady blogerów poświęcone urodzie interesują 39 proc. kobiet i 2 proc. mężczyzn.
– Żeby blog zarabiał, musi przede wszystkim mieć dużą wartość i wysoką jakość – zwraca uwagę przedstawicielka Grupy Onet. – Nigdy nie będzie się dużo zarabiało na blogu, który jest prowadzony od przypadku do przypadku, za którym nie stoi ciężka praca blogera i który dotyczy życia potocznego.
Sukces można odnieść również prowadząc bloga o tematyce biznesowej. Ubiegłorocznym laureatem konkursu na Blog Roku został Michał Szafrański, piszący bloga „Jak oszczędzać pieniądze”.
– Najczęściej blogerzy, którzy zarabiają, piszą teksty lifestyle’owe czy związane z modą i urodą, w przypadku Michała Szafrańskiego mówimy o całym obszarze finansowym – podkreśla Dorota Szostek-Rejowska. – Dotyczy to aspektu finansowego z naszego życia. Bardzo istotne jest to, by prowadzenie bloga było przemyślanie, by to było robione z pasją, bo wtedy idzie za tym jakość, a wtedy można robić bardzo fajne projekty.
Z końcem lutego br. (a dokładnie 2 marca, ponieważ ostatni dzień lutego przypada w tym roku w sobotę) upływa termin składania przez płatników podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podmioty niepełniące funkcji płatnika informacji PIT-8C, PIT 11, PIT-R, IFT-1R oraz rocznego obliczenia podatku PIT-40 za 2014 r. Dokumenty te należy wysłać podatnikowi oraz właściwemu urzędowi skarbowemu.
Informacje oraz roczne obliczenie podatku składane urzędowi skarbowemu w terminie do końca lutego przesyła się wyłącznie w formie dokumentu elektronicznego za pomocą środków komunikacji elektronicznej (termin na złożenie urzędowi informacji lub rocznego obliczenia podatku w formie papierowej upłynął z końcem stycznia).
Płatnicy podatku dochodowego od osób fizycznych, podmioty niepełniące funkcji płatnika w tym podatku oraz działające w ich imieniu biura rachunkowe, dokument elektroniczny podpisują bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu w rozumieniu ustawy o podpisie elektronicznym (tzw. BPE).
Płatnicy oraz podmioty niepełniący funkcji płatnika, będący osobami fizycznymi, e-deklaracje mogą składać bez konieczności stosowania BPE, podpisując je danymi autoryzującymi zgodnie z rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 24 grudnia 2012 r. w sprawie sposobu przesyłania deklaracji i podań oraz rodzajów podpisu elektronicznego, którymi powinny być opatrzone (Dz. U. z 2012 r. poz. 1537, z późn. zm.). Zmiany w składaniu dokumentów zostały wprowadzone ustawą z dnia 26 września 2014 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1563).
Jednocześnie należy zauważyć, że nowelizacja nie zmieniła sposobu składania ani podpisywania informacji oraz rocznego obliczenia podatku, których adresatem jest podatnik.
Jeśli poślizgnęliśmy się na nieodśnieżonym lub oblodzonym chodniku i doznaliśmy uszczerbku na zdrowiu, możemy domagać się odszkodowania, niezależnie od tego, czy np. biegliśmy czy założyliśmy nieodpowiednie obuwie.
Najważniejsze jest ustalenie podmiotu, od którego możemy domagać się rekompensaty, czyli odpowiadającego za odśnieżanie i odlodzenie miejsca, w którym doszło do wypadku. Nie ma problemu, gdy wydarzył się on np. na terenie spółdzielni, wspólnoty mieszkaniowej czy zakładu pracy. Gorzej, jeśli do nieszczęścia doszło na drodze publicznej. Trzeba wówczas sprawdzić, jakiego była ona rodzaju (krajowa, wojewódzka, powiatowa albo gminna) i kto jest jej zarządcą: Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, zarząd województwa, zarząd powiatu czy wójt, burmistrz lub prezydent miasta.
Za utrzymanie porządku na chodniku, który przylega do nieruchomości, odpowiada natomiast jej właściciel. Nieprzestrzeganie tego przepisu grozi mandatem do wysokości 500 zł. Jeśli jednak na chodniku przylegającym do nieruchomości dopuszczalne jest płatne parkowanie samochodów, wspomniany obowiązek przechodzi na podmiot, który pozwala na ten płatny postój pojazdów, czyli zwykle – gminę.
Czy Polacy poszkodowani w wyniku wypadku na oblodzonym chodniku często dochodzą swoich praw? „Dostrzegam ze swojej praktyki zwiększającą się świadomość ludzi, szczególnie przy poważniejszych uszczerbkach (złamaniach, zwichnięciach), które utrudniają pracę zarobkową. Wtedy determinacja do dochodzenia odszkodowania jest większa” – mówi serwisowi infoWire.pl Rafał Wyziński z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.
Na zaproszenie Prezesa NIK gościł w Polsce Volodymyr Zahorsky, przedstawiciel Krajowej Akademii Administracji Publicznej Ukrainy. Podczas niedzielnego Forum Europa-Ukraina poprowadził razem z Krzysztofem Kwiatkowskim panel poświęcony dotychczasowym rezultatom transformacji w swoim kraju.
Dyrektor Lwowskiego Instytutu Administracji Publicznej KAAP przebywał w Polsce z dwudniową wizytą (15-16 lutego). W niedzielę razem z prezesem NIK Krzysztofem Kwiatkowskim wziął udział w Łodzi w VIII Forum Europa – Ukraina. Szef Najwyższej Izby Kontroli uczestniczył w jej otwarciu, a następnie razem ze swoim gościem poprowadził panel: „Ukraina 2014 – sukces transformacji?”.
NIK aktywnie włącza się w przemiany zapoczątkowane na Majdanie. W styczniu Krzysztof Kwiatkowski podpisał w Kijowie porozumienie o współpracy Najwyższej Izby Kontroli z Krajową Akademią Administracji Publicznej Ukrainy. Polacy przeprowadzą systematyczne szkolenia dla studentów KAAP. Przyszli ukraińscy urzędnicy poznają zasady i standardy funkcjonowania administracji oraz poszczególnych służb w państwach UE. NIK ma też wiele do zaoferowania w dziedzinie metodologii kontroli finansów publicznych i prawidłowości ich rozliczania.
Wizyta Volodymyra Zahorskyego w Polsce zakończyła się spotkaniem z rektorem Uniwersytetu Łódzkiego prof. zw. dr hab. Włodzimierzem Nykielem oraz pracownikami Delegatury NIK w Łodzi. Volodymyr Zahorsky przybył tam z Orestem Krasivskim, ukraińskim profesorem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, znawcą stosunków polsko-ukraińskich.
Naczelna Rada Lekarska zaskarży pakiet onkologiczny do Trybunału Konstytucyjnego. Przeciwnicy nadal piętnują przede wszystkim segregację chorych. Okazuje się jednak, że plany radykalnych form protestu spełzły na niczym. Money.pl sprawdza, jak nowe przepisy działają w praktyce.
Prace nad treścią skargi zaczną się jeszcze w lutym, a dokument zostanie złożony w kwietniu. Zdaniem wynajętych przez NRL prawników, rozwiązania zawarte w pakiecie między innymi pogorszyły sytuację pacjentów nieonkologicznych oraz onkologicznych, którzy nie byli wcześniej objęci pakietem, zróżnicowały sytuację chorych korzystających z podstawowej opieki zdrowotnej oraz ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.
Już w grudniu prezes Maciej Hamankiewicz pisał w liście otwartym do pacjentów i lekarzy: Zmuszanie lekarzy do dokonywania wyboru, kogo mają leczyć w pierwszej kolejności, może prowadzić do dramatycznych dla pacjentów decyzji. Sposób diagnozowania chorych – proponowany przez Ministerstwo Zdrowia – przywołuje na myśl najgorsze skojarzenia związane z historycznie napiętnowanym słowem segregacja.
Akcję sprzeciwu wobec pakietu na początku miesiąca zapowiadały organizacje medyczne. Pomorskie Porozumienie Pracodawców Ochrony Zdrowia szykowało potrzebne do wypowiedzenia umowy wzory dokumentów dla blisko 200 zakładów, które zrzesza. A w ślad za nim miały iść kolejne filie PPOZ. Lekarze obawiali się przede wszystkim narzuconych terminów, w jakich trzeba zbadać pacjenta oraz problemów z otrzymaniem pieniędzy z Funduszu.
Po dwóch tygodniach widać, że plany masowych wymówień pakietu spełzły na niczym. W całej Polsce zdecydowało się na to w sumie tylko około 2,5 proc. szpitali i oddziałów ambulatoryjnej opieki specjalistycznej i ani jedna placówka Podstawowej Opieki Zdrowotnej – donosi Narodowy Fundusz Zdrowia.
Najwięcej rezygnacji wpłynęło do NFZ na Śląsku, Małopolsce, we wspomnianym województwie pomorskim oraz łódzkim i zachodniopomorskim – wynika z informacji przekazanych Money.pl przez wojewódzkie filie NFZ. Wydaje się, że organizacje lekarskie zmieniły taktykę.
– Wypowiadanie pakietu chyba nie jest do końca dobrym pomysłem. Lepiej pracować nad nim, wyławiać błędy i zgłaszać je do ministerstwa – wyjaśnia prezes PPOZ Bożena Janicka. – Liczymy na to, że znajdziemy się w zespole do spraw monitorowania pakietu, który ma powołać minister i będziemy mogli przedstawić nasze uwagi. Właśnie robimy podsumowanie.
Zespół jeszcze nie powstał. W resorcie Bartosza Arłukowicza udało się ustalić, że do grupy wejdą przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia oraz środowisk medycznych, jednak skład zostanie upubliczniony po jego ostatecznym zatwierdzeniu. Na to prawdopodobnie trzeba będzie jeszcze poczekać, ponieważ grupa ma zająć się oceną pakietu dopiero po pół roku jego funkcjonowania, a minęło dopiero 1,5 miesiąca.
Główne założenia pakietu onkologicznego są takie: w ciągu 9 tygodni od pierwszej wizyty u lekarza pacjent, u którego podejrzewa się raka, ma zostać skierowany na kurację. Procedura zaczyna się wtedy, gdy zostanie mu założona karta diagnostyki i leczenia onkologicznego (tzw. zielona karta, DiLO). Do tej pory w całym kraju wystawiono takich kart wystawiono ponad 47309. Najwięcej na Mazowszu, Śląsku, Wielkopolsce i Dolnym Śląsku.
Diagnostyka i leczenie onkologiczne mają być nielimitowane. Żeby zabezpieczyć się przed tym, że lekarze masowo zaczną zakładać karty DiLO pacjentom, co do których mają wątpliwości czy chorują na raka, czy nie, określono minimalny wskaźnik rozpoznawania choroby na poziomie 1/15.
– Oznacza to, że na 15 przypadków wydanych kart pacjentom z podejrzeniem nowotworu złośliwego, podczas diagnostyki zostanie potwierdzony co najmniej jeden przypadek choroby nowotworowej – tłumaczy Money.pl Sylwia Wądrzyk z biura komunikacji społecznej NFZ. – Wycena porady lekarza POZ związanej z wydaniem karty diagnostyki i leczenia onkologicznego uzależniona jest od osiągniętego uśrednionego wskaźnika rozpoznawania nowotworów.
Na razie ustalono, że każda taka porada przyniesie lekarzowi 50 złotych. Jednak, jak zapowiada NFZ, wycena porad realizowanych w tym zakresie w kolejnym miesiącu, uzależniona będzie od poziomu zachowania czujności onkologicznej. I tak dla świadczeniodawcy POZ, u którego lekarze wykazali się wysokim poziomem zachowania czujności onkologicznej (1 wykryty nowotwór na 5 wydanych kart) wartość tej porady będzie wyższa.
Lekarze przekonują jednak, że boją się, że te pieniądze do nich nie trafią. – Jeśli specjalista będzie prowadził jakiegoś pacjenta pod kątem onkologii i nagle okaże się, że rozpoznanie było błędne, sprawa zostanie przesunięta od razu do innego, limitowanego finansowania – tłumaczy Bożena Janicka.
Mariusz Wójtowicz, prezes Śląskiego PPOZ najbardziej krytykuje jednak kwestie finansowe. Jego zdaniem to nieprawda, że na realizację pakietu zostały przeznaczone jakieś znaczące dodatkowe środki. – Szczególnie jest to widoczne w opiece ambulatoryjnej oraz w szpitalnictwie, gdzie w 80 procentach pieniądze na pacjentów onkologicznych zostały po prostu przesunięte z innych dziedzin specjalizacji, na przykład chirurgii czy ginekologii – przekonuje w rozmowie z Money.pl.
Zapytane o to ministerstwo zdrowia stwierdziło, że zamierza przeprowadzić kompleksową reorganizację finansowania systemu ochrony zdrowia, co będzie wymagało przesunięciem pieniędzy oraz sprawdzaniem wydatków. Ostatecznie jednak, zdaniem resortu, założeniem projektu jest doprowadzenie do sytuacji, w której pacjenci będą leczeni przede wszystkim w trybie ambulatoryjnym. Leczenie szpitalne ma być prowadzone w tych przypadkach, w których będzie ono konieczne, a nie jedynie korzystne ze względów organizacyjnych. Zmiana dotychczas istniejącego modelu przyniesie oszczędności, które zostaną wykorzystane w ramach reorganizacji systemu finansowania w zakresie opieki onkologicznej.
Bankowość internetowa obchodzi swoją porcelanową rocznicę. Dokładnie 20 lat temu możliwość dokonywania operacji bankowych przez Internet wprowadził amerykański Security First Network Bank. Wydarzyło się to 20 lat po upowszechnieniu bankomatów w USA oraz 40 – po wydaniu pierwszej karty kredytowej. Co czeka nas za kolejne 20 lat? Jak i czym będziemy płacić w 2035 roku?
Era bankowości mobilnej rozpoczęła się w 1995 roku, kiedy Security First Network Bank w USA umożliwił świadczenie usług bankowych przez Internet. Trend ten do Europy przywędrował rok później, a pierwsze transakcje internetowe wprowadziły banki fińskie i szwedzkie. W Polsce z operacji bankowych przez Internet jako pierwsi skorzystali klienci łódzkiego Powszechnego Banku Gospodarczego S.A. Miało to miejsce w 1998 roku.
Dziś z komputerów z Internetem korzysta ok. 20 milionów Polaków, urządzeń mobilnych mamy ponad 50 milionów. Intensywnie rozwija się nie tylko rynek bankowości internetowej, ale także płatności mobilnych. Skoro już teraz możemy płacić kartą zbliżeniową lub za pomocą smartfona, co będzie za 20 lat? Bernadetta Madej, dyrektor działu handlowego Dotpay.pl, przedstawia możliwy kierunek zmian. Sprawdźmy jak według ekspertki może wyglądać rynek płatności w 2035 roku.
Zrezygnujemy z przelewów bankowych
Już dziś tradycyjne przelewy bankowe są stopniowo wypierane przez systemy płatności online wykorzystywane w czasie zakupów w Internecie. Dawno też straciły miano najpopularniejszego sposobu płatności, przynajmniej w ecommerce. Powody są oczywiste. Z jednej strony płatności mobilne to wygoda i bezpieczeństwo dla klienta, który nie musi ręcznie wklepywać danych do formularza przelewu na stronie banku. Z drugiej strony to korzyść dla sklepu, który nie czeka kilku godzin czy dni na przelew, ale otrzymuje pieniądze niezwłocznie po zakończeniu transakcji przez kupującego. Na pewno więc za 20 lat będziemy korzystać z systemów działających obok tradycyjnej bankowości, która straci na znaczeniu tak, jak przekazy pieniężne dokonywane za pośrednictwem poczty.
Bankowość internetowa odejdzie do lamusa
Dziś bankowość internetową aktywnie wykorzystuje ok. 50 proc. Polaków, jednak w 2035 roku liczba ta będzie zdecydowanie niższa. Dlaczego? Internauci coraz rzadziej będą korzystać z Internetu na komputerze, wybierając operacje dokonywane na urządzeniach mobilnych. I nie myślimy tylko o smartfonach i tabletach, ale także smartwatchach czy okularach do poszerzonej rzeczywistości. Rolę bankowości internetowej przejmie bankowość mobilna, dostępna zawsze i wszędzie, nie tylko na domowym komputerze.
Pozbędziemy się gotówki
Polska jest jednym z ostatnich krajów europejskich, w których nadal stosunkowo popularne są płatności za pobraniem. Tak jak w całej Europie, ta metoda płatności odejdzie w całkowite zapomnienie, a możliwe, że zabierze ze sobą także… gotówkę. Co kilka miesięcy pojawiają się głosy nawołujące do całkowitej rezygnacji z papierowego pieniądza. Celem tego kroku miałaby być lepsza ściągalność podatków oraz minimalizacja szarej strefy, efektem ubocznym – możliwość manipulowania kursami walut. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że w ciągu najbliższych 20 lat co najmniej jeden kraj europejski wyeliminuje gotówkę. A jeśli pomysł sprawdzi się, jego śladem na pewno pójdą rządy kolejnych krajów.
Będziemy płacić nadgarstkiem
W 2015 roku pierwsza firma zaoferowała pracownikom wszczepienie implantów za pomocą których mogą logować się do komputera czy otwierać drzwi. Ta sama technologia może zostać zastosowana do płacenia w sklepach czy automatach. Jak to działa?
Implant wszczepiony np. w nadgarstek może pozwolić płacić bez potrzeby korzystania z karty, telefonu czy innego urządzenia. To na pewno niesamowita wygoda i najwyższy poziom bezpieczeństwa, choć nie można zapominać o uwarunkowaniach kulturowych i obawach o prywatność. Dlatego spekuluje się, że w 2035 roku płatności przez implant mogą być spotykane, ale jeszcze nie zdominują rynku.
Zakupy zrobi robot
W 2035 roku pozwolenie na wydawanie naszych pieniędzy otrzyma… sprzęt gospodarstwa domowego. Na przykład lodówka dostanie miesięczny budżet i będzie musiała go optymalnie zagospodarować. Pozwolimy także odkurzaczowi zamawiać filtry wtedy, kiedy się skończą. Brzmi abstrakcyjnie? Producenci drukarek już wprowadzają abonamenty na tusze oferując zdalną kontrolę nad bieżącym zapotrzebowaniem. Pieniądze za zakup nowych elementów eksploatacyjnych po prostu pobierają z naszej karty kredytowej. W 2035 roku takie operacje będą na porządku dziennym.
Zamiast kasjera będzie automat
Kasjerzy będą spotykani zdecydowanie rzadziej niż do tej pory – ten proces został zapoczątkowany i na pewno będzie kontynuowany w przyszłości. Już teraz w dużych sieciach standardem stają się kasy samoobsługowe, samodzielne ważenie wybranych produktów spożywczych i inne czynności automatyzujące obsługę klienta. Co ciekawe, na świecie są sklepy, w których w ogóle nie znajdziemy obsługi (np. w Japonii).
Skąd wynika ten trend? Z faktu, że coraz mniej klientów będzie udawać się do sklepów stawiając na zakupy przez Internet i płatności online. Towar będzie zamawiany przez aplikację w telefonie, od razu opłacany, a po paru godzinach dowieziony przez kuriera prosto do naszego domu. A może kuriera zastąpi dron? Amazon już ogłosił takie plany.
Płatności będą niewidzialne
Ściągnięcie kilku złotych za batonik zakupiony w automacie. Ekspres samoczynnie zamawiający paczkę kawy. Aplikacja, która powiadamia o konieczności zapłacenia czynszu i wykonuje przelew. Tramwaj rozpoznający, że weszliśmy i obciążający nasze konto na przejazd. Rachunek w barze otwierający się automatycznie po identyfikacji naszego smartfona… Z biegiem lat drobnych płatności będzie przybywać, ale będziemy je dokonywać w mniej angażujący sposób niż do tej pory. Bez wątpienia zmieni to nasze nawyki i podejście do życia, oczywiście jeśli nowe systemy płatności będziemy wykorzystywali z umiarem.
Czy wszystkie opisane zmiany wejdą w życie w ciągu zaledwie 20 lat? – Nie stanie się to z dnia na dzień, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że 20 lat temu bankomaty dopiero wchodziły do Polski, a karty kredytowe były rzadkością, perspektywa wydaje się całkiem wiarygodna. Trzeba też pamiętać, że wszystkie technologie są testowane już dzisiaj. Obyśmy wykorzystali je z głową – podsumowuje Bernadetta Madej.
Przebieg procesu aplikacji na studia za granicą znacznie różni się od wymagań stawianych przez polskie uczelnie. Niektóre placówki wymagają wypełnienia specjalnego formularza, napisania eseju, bądź listu motywacyjnego. Często też, z dużym wyprzedzeniem należy potwierdzić znajomość języka, w którym będą prowadzone wykłady oraz poziom wiedzy z konkretnych dziedzin. O praktyczne wskazówki i podpowiedzi zapytaliśmy Joannę Jurek oraz Jerzego Szuniewicza, tegorocznych maturzystów i ambasadorów projektu ADAMED SmartUP, którzy aplikacje na wymarzone uczelnie mają już za sobą.
Kierunek Stany Zjednoczone
Przygotowania do aplikacji na studia w Stanach należy rozpocząć nawet rok lub półtora przed planowanym startem studiów. Większość amerykańskich uniwersytetów wymaga wypełnienia Common Application (www.commonapp.org/Login), którą można składać od sierpnia. Zostaniesz poproszony o podanie swoich danych i ocen oraz o wybór interesujących Cię uczelni. Potrzebne będą także rekomendacje od nauczycieli. Dodatkowo trzeba napisać esej na wybrany przez siebie temat składający się z maksymalnie 650 słów. Zastępuje on list motywacyjny, dlatego ważne jest, by zawrzeć w nim jak najwięcej informacji o własnych predyspozycjach i doświadczeniach. – Ważne, by pamiętać, że w tym przypadku esej nie jest miejscem, w którym powinniśmy powtarzać informacje o wykształceniu i doświadczeniu zawodowym – ma on mówić przede wszystkim o nas. Należy więc dobrze się zastanowić czym możemy się wyróżnić spośród tysiąca innych kandydatów.– radzi Jerzy Szuniewicz, młody naukowiec, który zdecydował się spróbować swoich sił w rekrutacji na amerykańskie uczelnie. – W podaniu definiuje się na jaką uczelnię oraz kierunek chcielibyśmy się dostać, uczelnia jednak może dokonać innego wyboru na podstawie nadesłanych informacji. Komfortowe jest to, że po pierwszym roku mamy możliwość zmiany kierunku. Na najlepszych uczelniach można też swobodnie łączyć przedmioty z różnych dziedzin – dodaje.
SAT i TOEFL zamiast matury
Wprawdzie międzynarodowa matura nie jest konieczna, by ubiegać się na studia za granicą, jednak decydując się na wyjazd do USA, należy jednak zdać tzw. SAT I i SAT II, czyli Scholastic Aptitude Test, odpowiednik polskiego egzaminu dojrzałości. Testy są organizowane kilka razy w roku w Warszawie oraz Krakowie. Do SAT można podchodzić nawet kilka razy w roku, pod uwagę brany będzie bowiem najlepszy z wyników. SAT I weryfikuje wiedzę z matematyki i języka angielskiego. Natomiast SAT II jest testem z wybranych przedmiotów – historii, matematyki (na poziomie wyższym niż SAT I), chemii, fizyki, biologii i języków obcych. Na rozgrzewkę możesz sprawdzić swój wynik w próbnym teście online: http://sat.collegeboard.org/practice/sat-practice-test. Wiele uczelni daje wybór zdawania egzaminu SAT lub ACT (American College Testing). TOEFL, czyli Test of English as a Foreign Language, sprawdza natomiast znajomość języka angielskiego. Podobnie jak w przypadku SAT można podejść do niego kilkakrotnie, a wynik zachowuje ważność przez dwa lata od jego napisania.
Siła argumentów, czyli personal statement
W Wielkiej Brytanii rekrutacja na studia odbywa się przez internetowy system UCAS (http://www.ucas.com). Na stronie wypełnia się aplikację, w której należy podać m.in. swoje dane, wykaz ocen i wykonywanych prac oraz referencje ze szkoły. Obowiązkową częścią aplikacji jest „personal statement” (PS) – esej na maksymalnie 4 tysiące znaków. Esej można rozpocząć od opisania swoich zainteresowań związanych z kierunkiem, który chcemy studiować. Ważne, by odpowiednio uargumentować wybór danej ścieżki kariery – podać przykłady odbytych staży, praktyk czy wolontariatów. W Twoim PS musisz odpowiedzieć na podstawowe pytania – dlaczego chesz studiować w Wielkiej Brytanii, czemu akurat na tym uniwersytecie oraz dlaczego właśnie ten kierunek. – List motywacyjny, tzw. personal statement to najważniejsza część aplikacji. Musimy się zastanowić, co chcemy w nim zawrzeć, by przekonać osoby po stronie uczelni, że warto w nas zainwestować. Po napisaniu wersji próbnej Twojego PS pokaż je rodzicom, nauczycielom lub znajomym. Zapytaj o ich sugestie i opinie – podpowiada Joanna Jurek, młody naukowiec. Asia edukację chciałaby kontynuować, na którejś ze szkockich uczelni. Czemu akurat Szkocja? – Znalazłam tam swój wymarzony kierunek, jakim jest biomedical sciences. W Polsce niestety nie ma go w takiej formie, jaka najbardziej mi odpowiada. Kluczowe znaczenie ma dla mnie również możliwość podniesienia umiejętności językowych – wyjaśnia. Pamiętaj o terminach
W systemie UCAS można wybrać do 5 kierunków (na różnych uczelniach), które chce się studiować. Termin złożenia aplikacji mija co roku 15 stycznia za wyjątkiem dwóch kierunków – weterynarii oraz medycyny, wtedy ostateczny termin przypada na 15. października. Osoby aplikujące na Oxford lub Cambridge powinny zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny szczegół – ze względu na specyfikę tych dwóch uczelni na studia pierwszego stopnia można aplikować tylko do jednej z nich. Z uwagi na obowiązkowe rozmowy kwalifikacyjne termin składania aplikacji na Oxbridge to również 15 października. Po otrzymaniu Twojej aplikacji uniwersytet może zaprosić Cię na rozmowę kwalifikacyjną, odrzucić Twoją aplikację lub dać Ci tzw. ofertę (offer). Otrzymasz w niej minimalne progi punktowe, którym musisz sprostać zdając maturę. W przypadku rozmów kwalifikacyjnych taka oferta pojawi się po ich zakończeniu. Spośród ofert wybierasz dwie, które najbardziej Ci odpowiadają. Po maturach, w sierpniu, otrzymujesz oficjalny wynik rekrutacji. Jeśli chodzi o USA – termin składania aplikacji to okres od połowy października do początku listopada dla „Early Decision” i styczeń dla większości pozostałych aplikacji. „Early Decision” oznacza aplikowanie na jeden wybrany uniwersytet z wyprzedzeniem. W przypadku sukcesu jest się prawnie zobligowanym do podjęcia studiów właśnie na tej uczelni. W przypadku „Early Decision” uniwersytety informują o swoich decyzjach już w połowie grudnia, natomiast w pozostałych przypadkach do początku kwietnia.
Koszty
Studia za granicą owiane są mitem dostępności jedynie dla najbogatszych uczniów. Nie jest to do końca zgodne z prawdą. W USA każdy uniwersytet indywidualnie ustala wysokość czesnego – średnia kwota wynosi od 15 do 30 tysięcy dolarów rocznie. Wyżywienie i zakwaterowanie to dodatkowe kilkanaście tysięcy. Do tego dochodzi jeszcze ubezpieczenie zdrowotne. Można jednak ubiegać się o znaczną pomoc w sfinansowaniu edukacji, którą oferują poszczególne uniwersytety. Na studia w Stanach można również wziąć kredyt. Pod adresem http://www.internationalstudentloan.com/ można porównać oferty pożyczek studenckich. Studia w Wielkiej Brytanii również są płatne (za wyjątkiem Szkocji, gdzie państwo płaci za studia obywateli krajów UE). Na rok akademicki 2015/2016 maksymalne czesne może wynieść około 9 000 funtów (koszty różnią się w zależności od uczelni). Studenci z krajów UE mogą ubiegać się o nieoprocentowany rządowy kredyt. Zaczyna się go spłacać dopiero wówczas, gdy Twoje zarobki przekroczą próg wyznaczony dla Twojego kraju zamieszkania. Ponadto warto na własną rękę poszukać programów oferujących pomoc w aplikacji na studia oraz umożliwiających otrzymanie stypendium naukowego. Taką inicjatywą jest program ADAMED SmartUP skierowany do młodzieży uzdolnionej w kierunkach nauk ścisłych i przyrodniczych. Obecnie trwa pierwszy etap rekrutacji, który został oparty o grę typu ARG (ang. alternate reality game). Na tych, którzy najlepiej poradzą sobie z naukowymi zawiłościami, czekają kolejne etapy rekrutacji – naukowy test online, a następnie rozmowy kwalifikacyjne prowadzone przez Radę Naukową Programu. Wyłoniona w ten sposób grupa weźmie udział w innowacyjnym obozie naukowym, podczas którego otrzyma możliwość przeprowadzania doświadczeń pod okiem wykwalifikowanej kadry naukowców. Najzdolniejsi zostaną objęci 10-miesięcznym programem mentoringowym przygotowującym do aplikacji na uczelnie wyższe w Polsce i za granicą oraz zawalczą o stypendia naukowe. Już dziś można zacząć przygotowywać się do udziału w drugiej edycji programu ADAMED SmartUP, która ruszy na jesieni br. Więcej informacji o projekcie znajdziesz na stronie www.adamedsmartup.pl.
Prognozy gospodarcze jednoznacznie wskazują na to, że polski rynek pracy powoli budzi się z zimowego snu. Rewolucji jeszcze nie będzie, ale pięcioprocentowy wzrost zatrudnienia w pierwszym kwartale 2015 roku, prognozowany przez Barometr Zatrudnienia ManpowerGroup, najwyraźniej zapowiada poprawę sytuacji. Zmieniają się też przepisy – ozusowanie zleceń z jednej strony może wpłynąć na brak podwyżek, a z drugiej strony może zachęcić pracodawców do zwiększenia ilości podpisywanych umów o pracę oraz oferowanych kandydatom okresów próbnych. Wszystkie te argumenty dążą do jednej konkluzji – nie jesteś zadowolony ze swojej dotychczasowej pracy? Czas rozejrzeć się za lepszą posadą!
Jakie branże spodziewają się ożywienia?
Nie będzie dla nikogo niespodzianką, że wciąż wśród najdynamiczniej rozwijających się branż niepodzielnie króluje IT. Wśród najbardziej poszukiwanych pracowników największą popularnością cieszą się programiści operujący kilkoma językami programowania, architekci systemów IT, project managerowie, testerzy oprogramowania i wdrożeniowcy. W tej branży cenieni są też pracownicy operujący umiejętnościami miękkimi – handlowcy, pracownicy działów wsparcia, a coraz częściej także prawnicy. Starając się o pracę w firmie IT warto jednak pamiętać o tym, żeby wybrać taką firmę, która zaoferuje pracownikowi możliwość rozwoju – udział w szkoleniach, pracę przy zróżnicowanych projektach, a także prężnie działający system motywacyjny. Dlaczego? Pracodawcy już teraz muszą pogodzić się z faktem, że coraz więcej specjalistów zakłada własną działalność bądź pracuje zdalnie dla firm zagranicznych. I że trzeba zadbać o to, by pracownik był ze swojego stanowiska zadowolony.
Podobnie sytuacja wygląda np. w działach handlowych firm oraz na stanowiskach menedżerskich. Już dawno minęły czasy, gdy handlowcowi wystarczył notes, skoroszyt z folderami i telefon. Dziś o skuteczności sprzedaży decyduje przede wszystkim dobrze zorganizowana baza danych o klientach oraz wypracowana sieć kontaktów. Praca w dziale handlowym dużej firmy, z kilkoma setkami kontrahentów, którymi trzeba się opiekować, bez zintegrowanego z magazynem narzędzia klasy CRM? Wysyłanie raportów w arkuszu excelowskim? To nie jest najlepsza posada dla ambitnego handlowca, dlatego warto rozejrzeć się za lepiej zarządzanym przedsiębiorstwem.
Szukanie pracy w dobrej firmie
Od czego zacząć szukanie pracy na lepszym stanowisku, w wiarygodnej i szanującej pracownika firmie? Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że wymarzonej posady nie znajdziemy ani na słupie ogłoszeniowym, ani w dodatku do lokalnej gazety – a chlubne wyjątki tylko potwierdzają regułę. Podstawą szukania pracy w nowoczesnym świecie jest przeszukiwanie Internetu. Rzecz jasna, nie należy ograniczać się do sporadycznego zerkania na strony z ogłoszeniami. Bez kompletnego, dobrze prowadzonego profilu na takich portalach społecznościowych, jak LinkedIn czy Goldenline, stworzonych specjalnie dla pracodawców i ich przyszłych pracowników oraz po to, by wymieniać między sobą doświadczenia zawodowe, nie ma co marzyć o spektakularnym awansie.
Świetnym przykładem może być tu portal GoWork.pl, który nie tylko gromadzi i udostępnia swoim użytkownikom oferty pracy, ale przede wszystkim umożliwia publikowanie opinii o firmach, stanowiskach i poszczególnych pracodawcach. Można się z niego dowiedzieć, gdzie czeka nas wytężona praca, gwarantująca za to możliwość rozwoju, a gdzie będziemy pracować spokojniej, lecz bez dodatkowej motywacji. Niektóre opinie bywają zaskakujące – złośliwym ex-pracownikom zdarza się np. zwierzać, że pili w pracy wódkę. Albo że obijali się na swoich stanowiskach przez ostatnie kilkanaście lat. Nie mówiąc już o tych firmach, w których stanowiska kierownicze obsadzane są po znajomości – dla nich internauci bywają naprawdę bezlitośni. Za to rzetelni pracodawcy dbający o swój zespół są zazwyczaj nagradzani pozytywnymi komentarzami, które są w stanie skutecznie przyciągnąć najlepszych specjalistów w danej dziedzinie.
Praca do Ciebie nie przyjeżdża? Ty wyjedź do pracy!
Jeszcze dekadę temu Polacy byli dużo bardziej sceptyczni w kwestii przeprowadzki spowodowanej pracą, jednak otwarcie granic wewnątrz UE zmieniło te tendencje. Obecnie jesteśmy dużo bardziej mobilni, przeprowadzamy się całymi rodzinami. Polskich emigrantów, według badań GUS jest już obecnie około 2,2 milionów. Co ciekawe, zmieniają się także trendy dotyczące migracji wewnątrz kraju. Najnowsze badania przeprowadzone przez TNS Polska podają, że aż 83 proc. studentów, którzy wzięli w nich udział, przeprowadzi się do innego miasta w Polsce, jeżeli nie znajdzie zatrudnienia w obecnym miejscu zamieszkania.
Badania dowodzą także, że studenci z mniejszych miast traktują je raczej jako jeden z przystanków na swojej drodze. Wielu z nich już w trakcie studiów zakłada, że przeprowadzi się do większego miasta. Z kolei studiujący w Warszawie stosunkowo rzadko myślą o wyjeździe (aż 25 proc. w ogóle nie bierze pod uwagę takiego rozwiązania). Jeżeli jednak praca w Gdańsku, Toruniu czy Łodzi nie będzie satysfakcjonująca – nawet blisko połowa studentów szybko i bez zbędnych sentymentów pożegna się z dotychczasowym adresem zamieszkania.
Jaki jest więc uniwersalny przepis na zawodowy sukces w 2015 roku? Po pierwsze, poszukuj pracodawców, którzy dadzą Ci szansę rozwoju i zagwarantują mobilizujący system pracy. Po drugie, obserwuj i daj się zobaczyć – szukaj pracy dzięki nowoczesnym narzędziom i nowym mediom, przygotuj profesjonalne profile na LinkedIn czy Goldenline, koniecznie załóż konta na takich portalach jak GoWork i sprawdź, co o pracodawcach mają do powiedzenia ich obecni i byli pracownicy. Po trzecie, precyzuj swoje wymagania raczej ze względu na umiejętności niż lokalizację – zamień frazy typu „praca w Olsztynie” na „praca w HR” czy „praca w IT”. Satysfakcjonujące zatrudnienie to wystarczający powód, by zapuścić korzenie w innym mieście.
Szukanie pracy nie zawsze jest przyjemne i emocjonujące – to już na początku często po prostu ciężka harówka, ale jeżeli zabierzesz się za ten proces z dobrym nastawieniem, to wiosnę możesz przywitać na nowym stanowisku. Rynek pracy w Polsce zaczyna rozkwitać – skorzystaj z tego jak najszybciej!
Obecnie wiele centrów handlowych boryka się z problemem pustostanów, a nowo otwierane obiekty na ogół są wynajęte w ponad 90 proc. Niski wskaźnik siły nabywczej w niektórych regionach i miastach oraz kanibalizacja wielu sklepów sieciowych powodują, że nawet duzi najemcy ostrożnie patrzą na lokalizowanie swoich kolejnych punktów sprzedaży w obiektach handlowych. Dlatego alternatywą dla właścicieli i zarządców galerii mogą być lokalni przedsiębiorcy, którzy doskonale znają potencjał danego rynku i prowadzą handel od kilkunastu lat.
Praktycznie w każdym nowo powstającym centrum handlowym, jak również w istniejących obiektach, znajduje się identyczny tenant-mix. Na pewno muszą znaleźć się najemcy strategiczni (tzw. anchor tenants), którzy przyciągną konsumentów, a także skłonią innych najemców do wynajęcia powierzchni w obiekcie. Najczęściej są to wiodące marki z sektora mody i akcesoriów. Jednak coraz częściej w realizowanych obiektach planowana jest przestrzeń dla lokalnych producentów/przedsiębiorców. W niektórych galeriach powierzchnia przeznaczona na wynajem lokalnych sieci wynosi nawet 10 proc. całkowitej podaży – mówi Maciej Mędrek, zastępca dyrektora z Zespole Wynajmu Powierzchni Handlowych, DTZ.
Lokalni najemcy wchodzą do galerii handlowych z kilku powodów. Po pierwsze, w centrach handlowych o słabszej pozycji rynkowej – zarówno w małych, jak i dużych miastach – widoczna jest presja na obniżkę czynszów. Taka sytuacja pozwala wynająć powierzchnie nie tylko dużym sieciom handlowym, ale również mniejszym regionalnym markom. Po drugie, lokalni przedsiębiorcy inwestujący w rozwój sieci sklepów zdają sobie sprawę, że bardziej opłacalne i pewne staje się ulokowanie punktu sprzedaży w centrum handlowym niż przy popularnej ulicy. Nawet pomimo znacznie wyższych kosztów wynajmu jest to zazwyczaj mniej ryzykowna inwestycja, bo może wygenerować wyższe przychody ze sprzedaży. Ponadto lokalni przedsiębiorcy coraz częściej decydują się na stworzenie własnej marki lub punktu usługowego na potrzeby danej galerii.
Trend tworzenia nowych marek odzieżowych, obuwniczych, jubilerskich, czy gastronomicznych na lokalnych rynkach jest widoczny od kilku lat. Wielu przedsiębiorców rozpoczyna biznes właśnie od otwarcia sklepów w centrach handlowych zlokalizowanych w rodzimych miastach. Już na samym początku działalności producenci przykładają dużą uwagę do jakości oferowanych produktów, która dorównuje sieciowym markom, a w niektórych przypadkach przewyższają je, oferując jakość za stosunkowo wyższą cenę. Dysponują również profesjonalnie przygotowanymi stronami internetowymi oraz aranżacją sklepu przywołującą na myśl znane marki dostępne w rozpoznawalnych i uczęszczanych centrach handlowych. Te czynniki powodują, że szybko zdobywają popularność wśród konsumentów, a odpowiednie działania biznesowe pozwalają na szybką ekspansję poprzez lokowanie sklepów w kolejnych centrach handlowych w mieście czy innych województwach – podkreśla Maciej Mędrek.
Prologis, lider rynku nieruchomości magazynowo-przemysłowych, chce w br. oddać do użytku 150 tys. metrów kwadratowych nowej powierzchni. Planuje zakończenie inwestycji m.in. w Strykowie i Poznaniu. Firma chce utrzymać wysoki, sięgający 25 proc., udział w krajowym rynku. W ubiegłym roku portfel nieruchomości przedsiębiorstwa w Europie Centralnej wzrósł o około pół miliona metrów kwadratowych. Jedną trzecią z tego stanowiły nowe inwestycje, resztę – zakupy istniejących obiektów.
– Prologis konsekwentnie od wielu lat utrzymuje poziom 25 proc. udziałów w polskim rynku nieruchomości magazynowo-przemysłowych i będzie się starał ten udział utrzymać – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Sapek, senior vice president i country manager na Polskę z firmy Prologis. – W zeszłym roku nasz portfel w Europie Centralnej wzrósł o pół mln mkw. Jedną trzecią z tego stanowił nowo wybudowane obiekty, reszta to były zakupy już istniejących realizacji. Nasz procent udziału w rynku będzie konsekwentnie odpowiadał parametrom i dynamice, z jaką rynek będzie się zmieniał. Sądzę, że w br. będzie to minimum 150 tys. mkw. nowej powierzchni w Polsce.
W najbliższym czasie firma, jak zapowiada Paweł Sapek, nie zamierza zmieniać lokalizacji, w których prowadzi działalność.
– Będziemy dalej rozwijać się tylko na głównych rynkach w Polsce – wskazuje Sapek. – Mamy duży areał ziemi w takich lokalizacjach, jak Górny i Dolny Śląsk, Poznań i centralna Polska. To właśnie z tymi punkty na mapie związane są nasze plany budowy kolejnych obiektów w ramach istniejących parków. W br. chcemy otworzyć dwie nowe inwestycje w naszych lokalizacjach w Strykowie i Poznaniu.
Mimo wysokiego udziału w rynku nieruchomości przemysłowo-magazynowych firma poszukiwać będzie nadal, jak przekonuje Paweł Sapek, możliwości przejęcia już uruchomionych obiektów, choć ze względu na dużą liczbę transakcji w 2014 roku, w obecnym roku może mniej okazji do transakcji.
– Prologis działa w Polsce już od ponad 17 lat i konsekwentnie od wielu lat jest niekwestionowanym liderem, deweloperem, właścicielem i zarządcą prawie 25 proc. portfela nieruchomości przemysłowych – przypomina Sapek. – Są to 23 parki i 108 budynków zlokalizowanych w głównych aglomeracjach miejskich w Polsce. My, mając tak duży tak udział w rynku, patrzymy również na możliwości przejęcia istniejących obiektów, chociaż 2015 rok po tak udanym 2014 roku będzie raczej pozbawiony ciekawych projektów, poza tym ceny istniejących nieruchomości ze względu na redukcję stóp kapitalizacji są coraz wyższe, a przez to coraz mniej opłacalne.
Według Pawła Sapka firma nadal będzie koncentrowała się na budowie dużych obiektów, tzw. wielkopowierzchniowych, które następnie przeznaczane będą pod działalność produkcyjną i magazyny.
– W tym roku oddaliśmy do użytku pierwszy budynek SBU (Small Business Unit), w którym można było wynająć mniejszą powierzchnię od 1500-2000 mkw. – wskazuje Sapek. – Zlokalizowany we Wrocławiu obiekt zbudowano spekulacyjnie. Pod koniec budowy został jednak w stu procentach wynajęty. Jednakże projekty związane z mniejszymi powierzchniami wynajmu będą przez nas wykonywane tylko selektywnie, jedynie jako element dodany do dużych parków. Chcemy jednak obsługiwać większą liczbę klientów.
Według JLL w ub. roku podpisano umowy najmu na łącznie ponad 2,06 mln mkw. powierzchni magazynowo-produkcyjnej, co było najlepszym wynikiem w historii polskiego rynku (o 6 proc. więcej niż podczas bardzo dobrego pod tym względem 2013 roku). Aż 1,4 mln mkw. przypadło na nowe kontrakty (wzrost o 7,5 proc.). O tak dobrym wyniku, jak twierdzą analitycy JLL, zadecydowała dobra koniunktura gospodarcza, rozwój infrastruktury drogowej oraz ekspansja sektora e-commerce, sieci handlowych i przedsiębiorstw produkcyjnych.
W czwartym kwartale ubiegłego roku produkt krajowy brutto Polski był o 3% wyższy niż rok wcześniej – podał Główny Urząd Statystyczny. Chociaż na tle Europy nasza gospodarka nie wypada najgorzej, to pewne przesłanki wskazywane przez Bankier.pl dają powody do obaw.
Dzisiejszy odczyt przedstawiony przez GUS był nieco niższy od oczekiwań analityków (3,1%). Po raz ostatni polska gospodarka rozwijała się tak wolno w IV kw. 2013 r. Ostatnie hamowanie przez dwa kwartały z rzędu przydarzyło się pod koniec 2012 r.
– Dlaczego ten w sumie niewielki spadek dynamiki (przecież wciąż oznaczający całkiem przyzwoity, jak na europejskie standardy, wzrost gospodarczy) tak mnie niepokoi? Bo w ciągu ostatnich 18 lat dwa kwartały z rzędu spadku rocznej dynamiki PKB zawsze kończyły się silnym spowolnieniem wzrostu gospodarczego w Polsce. Istnieje zagrożenie, że scenariusz się powtórzy, ale to wcale nie jest pewne – tłumaczy Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.
Opublikowane dziś dane GUS to tzw. „szybki szacunek”. Szacunek wstępny wzrostu PKB w III kwartale 2014 r. poznamy za dwa tygodnie, 27 lutego. Dopiero wówczas poznamy wartości składowych PKB, takich jak konsumpcja, inwestycje czy bilans handlu zagranicznego.
– Spadek dynamiki PKB w IV kw. to prawdopodobnie korekta lepszych od oczekiwanych wyników za III kw. Wówczas odczyt wskazywał na 3,3% wzrost rdr i było to duże zaskoczenie dla analityków, którzy patrząc wtedy na dane o PMI raczej spodziewali się niższej dynamiki. IV kw. jest gorszy od oczekiwań, ale to nie musi oznaczać pogorszenia koniunktury w 2015 roku. Zwłaszcza w sytuacji planowanego uruchomienia środków UE dla Polski, które już w drugiej połowie roku powinny dać nam silny impuls do znacznych wzrostów – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Pod względem wzrostu PKB nasz kraj dobrze wypada na tle europejskiej stawki. Według dzisiejszej publikacji Eurostatu, który porównywał wyrównane sezonowo wskaźniki wzrostu, Polska (3,1%) zajęła drugie miejsce, tuż za Węgrami (3,4%), a przed Wielką Brytanią (2,7%). Pozbawić drugiej lokaty Polskę mogłaby Irlandia, jednak „Szmaragdowa Wyspa” znalazła się w gronie tych krajów, dla których Eurostat nie podał dziś szczegółowych danych.
Po kilkunastu godzinach negocjacji między stroną społeczną a zarządem Jastrzębskiej Spółki Węglowej parafowano protokół uzgodnień, w którym zapisano m.in. porozumienie w sprawie wypłat „czternastek”.
Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji
Konflikt w JSW ujawnił, jak absurdalne zbiorowe układy pracy obowiązują w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Na ich podstawie trzynasta i czternasta pensja i inne dodatki do wynagrodzeń muszą być wypłacane nawet w sytuacji, kiedy spółka zamiast wypracować zysk, przynosi straty. W sytuacji pogorszenia koniunktury gospodarczej, z którym zawsze trzeba się liczyć i uporu związków zawodowych prowadzi to do utraty płynności finansowej i upadłości spółki.
Żeby kolejne państwowe firmy w przyszłości nie wpadły w taką pułapkę, należy bezzwłocznie zmienić zbiorowe układy pracy we wszystkich spółkach z udziałem Skarbu Państwa, uzależniając wypłatę trzynastej i czternastej pensji oraz innych dodatków do wynagrodzeń od możliwości finansowych spółki.
W przeciwnym razie rację będzie miał Jan Kochanowski, że „nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi.”
Liczba postępowań komorniczych bulwersujących opinię publiczną może się zwiększyć jeśli posłowie wprowadzą do ustawy o komornikach sądowych i egzekucji przepis podnoszący wymaganą skuteczność egzekucji do 35 proc. Konfederacja Lewiatan proponuje obniżenie tego wskaźnika do 25 proc. lub wprowadzenie jednego limitu spraw dla kancelarii komorniczych na poziomie 10 tys. spraw rocznie.
W ostatnich dniach bardzo mocno krytykowana jest bezwzględność komorników, w szczególności w przypadku egzekucji z ruchomości, polegająca na odbieraniu i szybkiej sprzedaży przedmiotów, niepozwalająca na skuteczne jej wstrzymanie. Przykładem takiego postępowania jest nagłośniona przez media tzw. sprawa sprzedaży traktora. Niestety, wydaje się, że postawa komornika w tej sprawie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom, jakie stawia komornikom sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka, która opowiedziała się, w przyjętym sprawozdaniu, za 35 proc. wskaźnikiem skuteczności egzekucji. Jedynie uzyskanie tak wygórowanego poziomu skuteczności umożliwi komornikom przyjęcie większej ilości spraw rocznie – maksymalnie 10 tys.
W bulwersującej opinię publiczną egzekucji, traktor został zajęty, natychmiast odebrany, a wkrótce sprzedany w prosty (komisowy) sposób. Obawiamy się, że jedynie takie postępowanie komorników, doprowadzi do uzyskania bardzo wysokiej skuteczności w sprawach trudnych, które trafią do nich po nowelizacji. Posłowie, chcąc wyeliminować rozwarstwienie kancelarii komorniczych wywołają falę społecznego oburzenia spowodowaną bezwzględnymi działaniami komorników, którzy będą do takich działań przymuszeni prawem nakładającym na nich uzyskiwanie 35 proc. skuteczności i to dodatkowo w ciągu 6 miesięcy (o czym stanowią już obecnie obowiązujące przepisy prawa).
Autorzy projektu nie dostrzegają, że w obecnej rzeczywistości gospodarczej wierzycielom nie zależy wyłącznie na skuteczności. Wielu rozumie możliwości finansowe osób zadłużonych i tym samym godzi się na spłatę zadłużenia w terminie znacznie dłuższym niż narzucone ustawą 6 miesięcy, często jest to od 12 do 24 miesięcy. Dla zdecydowanej większości wierzycieli dłużnik jest cały czas potencjalnym klientem. W związku z tym istotnym jest, aby nie został on wykluczony ze społeczeństwa, ale mógł w godny sposób regulować swoje zobowiązania i nadal funkcjonować w obrocie gospodarczym jako konsument. Nie będzie na to szans, gdy trafi on do egzekucji.
– Wielu komornikom nie będzie zależało na porozumieniu dłużnika i wierzyciela, tylko na bezwzględnej egzekucji praw wierzyciela m.in. poprzez zajęcie i szybką sprzedaż ruchomości. Wszelkie inne sposoby, np. zajęcie wynagrodzenia lub innego świadczenia mogą być zbyt czasochłonne i nie zagwarantują osiągnięcia 35% skuteczności, mimo, że są mniej uciążliwe dla dłużnika – mówi Krzysztof Kajda, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.
Kolejny argument przemawiający za obniżeniem wskaźnika skuteczności do 25 proc. wynika z analizy historycznej poziomu skuteczności egzekucji w Polsce. Aktualnie średnia skuteczność egzekucji jest poniżej 25 proc. (wg danych na I półrocze 2014 r. wynosiła 23,7 proc.). Proponowany przez Konfederację Lewiatan wskaźnik 25 proc. będzie „ciągnął skuteczność do góry”. Zwłaszcza, że taki wskaźnik wydaje się bardziej realny i możliwy do osiągnięcia (np. poprawą lub wdrożeniem w kancelariach nowych narzędzi informatycznych usprawniających ich funkcjonowanie).
Wskaźnik 35 proc. będzie niemożliwy do osiągniecia dla tych komorników, którzy dostaną chociaż niewielką liczbę spraw z tzw. wierzytelności masowych (wystarczy tak naprawdę kilkaset takich spraw). Wierzyciele potwierdzają, że często są one na tyle trudne, że nawet lokalne małe kancelarie są w stanie osiągnąć skuteczność na poziomie 18-20 proc.
Biorąc pod uwagę wskazane przez Konfederację Lewiatan zagrożenia wynikające z bardzo rygorystycznego wskaźnika skuteczności, na poziomie 35 proc., przy 6 miesięcznym okresie zaległości, proponujemy, jako alternatywne rozwiązanie dla obniżenia wskaźnika skuteczności do 25 proc., wprowadzenie jednego limitu spraw dla kancelarii komorniczych na poziomie 10.000 spraw rocznie.
Specjalizująca się w handlu elektroniką użytkową spółka AB w ub.r. znacznie poprawiła wyniki finansowe. Zapowiada, że w br. dalej będzie rozwijać ofertę produktową oraz należące do niej franczyzowe sieci sprzedaży Kakto w Polsce i Digimax w Czechach. Obecnie ponad 90 proc. obrotów z partnerami realizowane jest poprzez internet. Teraz spółka chce wesprzeć swoich partnerów w obsłudze klientów końcowych.
– Jesteśmy zadowoleni z wyników II kwartału – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Ochędzan, członek zarządu i dyrektor finansowy AB. – Rozwijamy się sukcesywnie we wszystkich obszarach, jakie realizujemy i to przynosi wymierne efekty. Proszę zwrócić uwagę na to, że nie tylko same obroty są istotne, lecz także rozwój bazy klienckiej i produktowej. Tylko przyjmując takie założenie, możemy osiągać kolejne sukcesy na rynku.
Wyniki za I półrocze roku obrotowego 2014/2015 AB poda 27 lutego. W poprzednim roku spółka uzyskała 5,76 mld zł przychodów ze sprzedaży i 57,3 mln zł zysku netto. Był to wzrost o odpowiednio 6 proc. i 37,5 proc. wobec poprzednich 12 miesięcy.
– Trudno wskazać jedno źródło poprawy wyników – przyznaje Grzegorz Ochędzan. – Podstawą naszego sukcesu jest IT i sprzedaż elektroniki użytkowej, ale spółka uruchamia także nowe projekty, poszerza bazę produktów i ofertę handlową zarówno dla partnerów, jak i konsumentów końcowych.
Z roku na rok firma, jak zauważa Grzegorz Ochędzan, umacnia swoją obecność na rynku AGD i RTV, gdzie z roku na rok staje się znaczącym, istotnym graczem. Korzystne dla spółki było także wejście – po przejęciu spółki Rekman – na bardzo rozdrobniony rynek zabawek. Profity przynosi również działalność kierowana w stronę przedsiębiorstw oraz rozwój sieci franczyzowych Kakto w Polsce i Digimax na terenie Czech (sprzedaż urządzeń teleinformatycznych i telekomunikacyjnych).
– Stajemy się spółką, która działa w wielu segmentach produktowych i sektorowych – tłumaczy Ochędzan. – Nowe obszary w coraz większym stopniu wpływają zarówno na poziom obrotów, jak i wyniki finansowe. A rezultat końcowy zawdzięczamy wysiłkowi, który codziennie ponosimy.
W dalszym ciągu, jak zapowiada Ochędzan, podstawową działalnością przedsiębiorstwa będzie IT oraz handel elektroniką użytkową.
– Jesteśmy już największym dystrybutorem tego rodzaju produktów w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej, mamy ofertę, na którą składa się 700 producentów i 70 tys. pozycji – przekonuje Ochędzan. – Natomiast w dalszym ciągu staramy się poszerzać zakres działania. W ubiegłym roku podpisaliśmy nowe kontrakty z Apple na dystrybucję iPhonów, Amicą i Beko na AGD. Będziemy sprzedawać także produkty sieciowe HP, NT&T i Huawei.
Obecnie ponad 90 proc. obrotów w ramach oferty dla partnerów firmy realizowane jest przez internet. Zarząd spółki zatem, jak informuje jej dyrektor finansowy, będzie poszerzał bazę klientów poprzez wsparcie kanału obsługi konsumentów końcowych (B2C).
– Po osiągnięciu bardzo wysokiego poziomu zaawansowania technologicznego produktów dla partnerów przeszedł czas na drugi etap rozwoju w zakresie e-commerce, a mianowicie wsparcie oferty naszych partnerów kierowanej do klientów końcowych – zapowiada Ochędzan. – Oferujemy w tym zakresie rozwiązania technologiczne i logistyczne. Są to gotowe do użycia platformy internetowe, Big Data (duże zbiory danych dotyczące klientów – red.), odpowiedni content, czyli sposób prezentacji produktów.
Bardzo istotne są jednak, jak twierdzi Ochędzan, rozwiązania logistyczne. Spółka opiera się w tym zakresie na współpracy w modelu dropshippingu, w którym zorganizowanie łańcucha dostaw w dużym stopniu, często w całości, bierze na siebie dostawca. AB oferuje w tym zakresie wysyłkę towarów klientom końcowym z wykorzystaniem kuriera i paczkomatów. Dostawa może także odbyć się tego samego dnia, w którym spływa zamówienie.
– Rozwiązania logistyczne definiują zachowanie naszych partnerów, to od nich uzależniają oni często współpracę z dostawcą – wskazuje Ochędzan. – Nasze rozwiązania są doceniane i bardzo mocno wpływają na ruch w magazynie.
Pod koniec stycznia agencja EuroRating obniżyła ośmiu działającym w Polsce bankom perspektywę ratingów kredytowych ze stabilnej do negatywnej. Jak tłumaczy Mariusz Bajda, analityk tej agencji, było to spowodowane bardzo dużym udziałem kredytów we franku szwajcarskim w ich aktywach. Jego zdaniem ostatnie propozycje Związku Banków Polskich powinny pomóc osobom zadłużonym w szwajcarskiej walucie.
– Banki, których perspektywa ratingowa została obniżona, mają bardzo duży udział kredytów frankowych w swoich aktywach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mariusz Bajda, analityk agencji ratingowej EuroRating. – Jest to rząd wielkości od 20 do 50 proc. portfela kredytowego, a w skali aktywów tych banków – od 16 do 30 proc. To bardzo duże zaangażowanie, które może znacząco wpłynąć na ich wskaźniki.
W połowie stycznia br. Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) zdecydował, że przestaje bronić kursu swojej narodowej waluty wobec euro. Od 2011 r. dbał o to, by notowania franka szwajcarskiego nie spadały poniżej poziomu 1,20 do euro., wprowadzając na rynek franki i skupując euro. Dla równowagi SNB po raz kolejny obniżył stopy procentowe (o 0,5 proc.). Mimo tego wentyla bezpieczeństwa, znacznie umocnił się kurs szwajcarskiej waluty, w której blisko 600 tys. Polaków spłaca kredyty (najczęściej hipoteczne). Obniżenie perspektywy ratingu dotknęło ośmiu banków: BPH, Millennium, BNP Paribas Bank Polska, Deutsche Bank Polska, Getin Noble, mBank, Raiffeisen Bank Polska oraz Santander Consumer Bank
– Nie spodziewamy się jednak w najbliższej perspektywie pogorszenia sytuacji ani banków, ani osób spłacających tego rodzaju pożyczki – deklaruje Mariusz Bajda. – Trudno powiedzieć, jak w dalej będzie kształtował się kurs franka do złotego. Będziemy to szczegółowo obserwować i analizować. Ale na razie banki zapowiadają zmniejszenie, a niektóre nawet całkowite zaprzestanie wypłaty dywidendy za 2014 rok i prawdopodobnie także za bieżący.
Zdaniem agencji EuroRating propozycje uregulowania sytuacji zgłoszone przez Komisję Nadzoru Finansowego są mało korzystne zarówno dla zadłużonych we franku, jak i samych banków. Zakładają one m.in. dobrowolne przewalutowanie kredytów po kursie z dnia wymiany i podzielenie pożyczki na dwie części: zabezpieczoną i niezabezpieczoną hipotecznie. W tej propozycji bank wziąłby na siebie spłatę połowy tej drugiej raty.
– Takie odgórne, automatyczne przewalutowanie wszystkich kredytów spowodowałoby znaczne straty zarówno w bankach, jak i wśród kredytobiorców – komentuje Bajda. – Mogłoby się również negatywnie przełożyć na całą gospodarkę.
Zdaniem analityka wystarczająca jest propozycja Związku Banków Polskich, która zakłada m.in. uwzględnienie ujemnej stawki LIBOR dla franka podczas wyliczania oprocentowania rat, a także tymczasową redukcję spreadu walutowego, czyli różnicy między kursami po jakich bank kupuje i sprzedaje waluty.
– Ważne, by banki dostosowały się do ujemnego LIBOR-u franka, zawężenie spreadów walutowych także pomoże kredytobiorcom – ocenia Bajda. – Ale lepszym rozwiązaniem byłoby elastyczne podejście banków do zadłużonych, niewymaganie od nich dodatkowych zabezpieczeń, nawet w przypadku trudności ze spłatą.
Na sytuację banków w najbliższym czasie, według tego analityka, może mieć także wpływ obniżenie stóp procentowych, zawężenie marży odsetkowej, drastyczne obniżenie prowizji interchange od obrotu kartami płatniczymi, potencjalne dodatkowe dopłaty do bankowego funduszu gwarancyjnego w przypadku bankructw kolejnych SKOK-ów.
– Ich sytuacja jest wciąż bardzo trudna, co ostatnio udowodnił raport NBP – mówi Bajda. – Według naszej oceny na razie sytuacja jest stabilna, najprawdopodobniej żaden bank, ewentualnie jeden lub dwa, będą wymagały kapitalizowania. Obecnie nie jest to konieczne.
Ponad rok po przekazaniu 51,5 proc. środków z OFE do ZUS-u nadal nie jest pewne, czy Trybunał Konstytucyjny nie zmieni kształtu reformy systemu emerytalnego. Wszystko z powodu skargi Rzecznik Praw Obywatelskich. Niewykluczone jest nawet całkowite zakwestionowanie przeniesienia środków z prywatnych funduszy do ZUS-u. Cała reforma to dla OFE duże wyzwanie organizacyjne i finansowe, a mechanizm suwaka powoduje słabszą rentowność inwestycji.
‒ Liczę na to, że Trybunał Konstytucyjny zgodzi się co do każdego z postawionych zarzutów. Ale to, co wydaje mi się najlepiej uargumentowane, to przede wszystkim zakaz reklamy niespotykany wcześniej w takim wymiarze ani w Polsce, ani na świecie, który narusza chociażby zasadę konkurencji i wolnej gospodarki. Po drugie, na pewno bardzo ważne jest pytanie postawione przez panią Rzecznik Praw Obywatelskich dotyczące samego przeniesienia i umorzenia 51,5 proc. aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.
Zgodnie z reformą systemu emerytalnego 51,5 proc. środków zgromadzonych na rachunkach w OFE zostało umorzonych 3 lutego 2014 r. Tego samego dnia fundusze przekazały do ZUS-u aktywa odpowiadające wartością umorzonym środkom. Jak podkreśla Rusewicz, dotyczyło to ok. 150 mld zł aktywów, a samo przekazanie było dużym wyzwaniem logistycznym.
Pod koniec października ub.r. zaczął funkcjonować tzw. suwak emerytalny, czyli stopniowe przenoszenie aktywów zgromadzonych przez osoby zbliżające się do wieku emerytalnego do ZUS-u. Zgodnie z nowymi przepisami to ZUS odpowiada za wypłaty emerytur, także tych zgromadzonych w OFE. Dlatego 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego fundusze stopniowo muszą zacząć przekazywać środki danej osoby do państwowego zakładu.
‒ To również wymagało dostosowania od strony technologicznej rozwiązań funkcjonujących w PTE do wymogów, które postawił przed nami ZUS i rząd. Ostatnie miesiące wiązały się z dużymi nakładami po stronie funduszy emerytalnych i towarzystw emerytalnych, jeżeli chodzi o wydatki na realizację tych zadań – wyjaśnia Rusewicz. ‒ Fundusze dysponują mniejszymi aktywami, wymagają w związku z tym mniejszej liczby osób do obsługi i niektóre fundusze podjęły decyzję o zmniejszeniu zatrudnienia bądź innym rozplanowaniu funkcjonowania firmy.
Nie jest jednak pewne, czy przepisy wkrótce nie ulegną zmianie. W Trybunale Konstytucyjnym są dwie skargi na ustawę z 2013 r. Pierwszą złożył prezydent Bronisław Komorowski, który wprawdzie nie kwestionuje samych podstaw reformy, ale pyta o legalność przepisów związanych z zakazem inwestowania w obligacje i nakazem inwestowania w akcje oraz zakazem reklamy OFE. Z kolei w połowie 2014 r. skargę złożyła Rzecznik Praw Obywatelskich.
‒ Jeżeli Trybunał Konstytucyjny uznałby, że to działanie jest niezgodne z konstytucją, to myślę, że cała reforma stanęłaby pod znakiem zapytania. Ważne jest też ewentualne cofnięcie zakazu inwestowanie w obligacje Skarbu Państwa. To na żadnym rynku światowym nie funkcjonuje. Gdyby była możliwość inwestowania w obligacje Skarbu Państwa, to by było tylko z zyskiem dla członków funduszy emerytalnych – zapewnia Rusewicz.
Dodaje, że również mechanizm suwaka emerytalnego jest niekorzystny dla Polaków. Ponieważ już 10 lat przed emeryturą rozpoczyna się przekazywanie środków z OFE do ZUS-u, oznacza to, że są one krócej inwestowane. Co więcej, dla funduszy to duże obciążenie finansowe. Rusewicz wskazuje, że by zapewnić możliwość przekazania środków do ZUS-u, OFE muszą utrzymywać wyższy poziom płynnej gotówki. To oznacza, że część środków jest inwestowana tylko w krótkoterminowe instrumenty, a część w ogóle nie pracuje.
W opinii MPiPS przedłożonej w TK wskazano ewentualne konsekwencje orzeczenia niekonstytucyjności. Po pierwsze, może to wpłynąć na stabilność finansów publicznych, ponieważ spowoduje wzrost państwowego długu publicznego o 152,3 mld zł (wg metodologii polskiej) oraz długu sektora instytucji rządowych i samorządowych (o 164 mld zł wg metodologii UE). Po drugie, wzrósłby deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Tylko na wypłaty świadczeń w 2014 r. potrzebne byłoby dodatkowe 14,7 mld zł. Orzeczenie niekonstytucyjności reformy oznaczałoby również konieczność wypłaty odszkodowań (m.in. z tytułu odsetek od umorzonych skarbowych papierów wartościowych, od utraconych korzyści) – ich szacunkowa wartość w 2014 r. to 12,7 mld zł.
Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który nie refunduje leków inkretynowych. Miesięczny koszt terapii lekami nowej generacji może sięgać nawet kilkuset złotych, dlatego pacjenci rzadko zgadzają się na takie leczenie.
– Liczba chorych na cukrzycę w Polsce – według Światowej Federacji Zdrowia – szacowana jest na ok. 3 mln, głównie jest to cukrzyca typu 2. Niestety, chorych nieustannie przybywa. Należy założyć, że w następnych latach mimo malejącej liczebności społeczeństwa liczba chorych na cukrzycę będzie rosła w wartościach bezwzględnych – mówi prof. Władysław Grzeszczak, kierownik katedry Kliniki Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Nefrologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.
Według informacji Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej Polska zajmuje 4. miejsce w Europie pod względem częstości występowania cukrzycy. 90 proc. chorych to osoby z cukrzycą typu 2, wynikającą głównie z otyłości, siedzącego trybu życia i nieprawidłowego odżywiania. Zdaniem ekspertów w kolejnych latach liczba chorych będzie stale rosła. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc wśród krajów Unii Europejskiej pod względem wydatków na leczenie jednego diabetyka. W leczeniu tej choroby stosuje się przede wszystkim metforminę oraz leki z grupy sulfonylomoczników.
– Sulfonylomoczniki nie są złymi lekami. Są jednak w sprzedaży od lat 50. ubiegłego wieku. Dziś powinno się już stosować nowsze leki, mam na myśli np. blokery DPP-IV czy też analogi GLP-1, czyli leki inkretynowe, które zmniejszają ryzyko wystąpienia incydentów hipoglikemii i wpływają na zmniejszenie masy ciała u chorych – mówi prof. Grzeszczak.
Leki inkretynowe zwiększają wydzielanie insuliny przez trzustkę, spowalniają opróżnianie żołądka z treści pokarmowej, a także hamują apetyt. Podczas ich zażywania nie dochodzi do przyrostu masy ciała, co jest bardzo ważne w leczeniu cukrzycy. Nie powodują one hipoglikemii, a więc incydentów zbytniego obniżenia poziomu cukru we krwi, które mogą prowadzić do poważnych powikłań.
Leki te dostępne są na rynku już od blisko 10 lat, w Polsce rzadko jednak są wykorzystywane w terapii cukrzycy ze względu na ich wysoki koszt.
– O ich refundację od dawna postulują pacjenci i diabetolodzy, do tej pory nie zostało to wprowadzone w życie przez regulatora. Mamy wrażenie, że dla części chorych pojawienie się leków inkretynowych byłoby bardzo ważne, bo są to leki drogie. Większa dostępność tych leków poprawiłaby jakość opieki i leczenia. Chory nie miałby hipoglikemii oraz powikłań ostrych i przewlekłych – mówi Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.
Zdaniem ekspertów wprowadzenie refundacji leków inkretynowych zmniejszyłoby w przyszłości koszty pośrednie, jakie ponosi państwo z tytułu leczenia cukrzycy. Tym bardziej że do najczęstszych powikłań cukrzycy należą problemy z sercem, nerkami czy wzrokiem. Do kosztów, poza bezpośrednimi nakładami na leczenie, należy również zaliczyć te pośrednie, związane z utratą produktywności osób chorych, trwałą niezdolnością do pracy i rentami. W Finlandii, w której leki inkretynowe są refundowane od blisko 4 lat, dzięki ich stosowaniu znacznie zmniejszyła się ilość hospitalizacji, a tym samym spadły wydatki z budżetu państwa na ten cel. W ten sposób koszty leczenia tymi lekami uległy zbilansowaniu.
W Polsce dużym problemem jest ponadto utrudniony dostęp do lekarzy specjalistów: nefrologów, okulistów, kardiologów i neurologów, oraz poradni diabetologicznych.
– Nowa kwestia związana z pakietem kolejkowym jest taka, że nie ma wskaźnika 3.0 dla pacjenta z cukrzycą i chorobą krążenia. To znaczy, że środków, które są przeznaczone na pacjentów z cukrzycą, dla lekarza rodzinnego w lecznictwie podstawowym jest mniej. Zamiast wskaźnika 3×96 zł na rok mamy ujednoliconą stawkę 140 zł rocznie. Czyli teoretycznie środków na takich pacjentów jest mniej, co oczywiście nie oznacza, że mają oni być przez nas gorzej leczeni. Ci pacjenci wymagają stałej i dobrej opieki zarówno jeśli chodzi o nakład naszej pracy, jak i liczne dodatkowe badania – mówi Michał Sutkowski.
Producenci chemii budowlanej liczą na poprawę sprzedaży, bo w roku wyborczym zwykle jest więcej inwestycji i remontów. Dodatkowo zostaną uruchomione fundusze unijne, które w części trafią na rewitalizację miast, a na tym też branża powinna skorzystać. Zagrożeniem są za to sytuacja na rynkach walutowych i niepokoje społeczne, które nie sprzyjają stabilnemu rozwojowi gospodarki. Przedstawiciele branży szacują, że w tym roku ceny chemii budowlanej mogą wzrosnąć.
Lepsza sytuacja polskiej gospodarki i uruchomienie funduszy unijnych to czynniki, które mogą sprzyjać rozwojowi rynku budowlano-montażowego. Wprawdzie na budowie infrastruktury drogowej producenci chemii budowlanej nie korzystają, czekają jednak na projekty związane z rewitalizacją miast, na którą z polityki spójności ma trafić ok. 25 mld zł. Branża wiąże również nadzieje z wyborami parlamentarnymi, które zwykle sprzyjają budowom i remontom.
– Zobaczymy, jak będzie wyglądało zadłużenie gmin i miast, ponieważ ustawa, która określa limity zadłużenia miast i gmin, w wielu przypadkach ogranicza miasta w prowadzeniu inwestycji. To prowadzi do tego, że część środków unijnych nie będzie mogła być wykorzystana, bo miasta nie będą miały możliwości sfinansowania części wkładu własnego – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Paweł Kisiel, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu w Grupie Atlas.
Kolejnym elementem ryzyka jest sytuacja na rynku walutowym. Zmiany kursu walutowego mogą przyczynić się do wzrostu cen materiałów chemii budowlanej, bo duża część komponentów chemicznych jest importowana.
– Z danych PSB wynika, że ceny chemii budowlanej w ubiegłym roku spadły o 0,3 proc. To nie był znaczny spadek. W tym roku przez zawirowania z kursami walut może się okazać, że ceny będą szły w górę – zaznacza Paweł Kisiel. – Pojawiają się prognozy mówiące o tym, że waluta polska będzie narażona na działania spekulacyjne. To nie jest klimat, który sprzyja stabilnemu rozwojowi.
Dodatkowym problemem są niepokoje społeczne – w ostatnich tygodniach strajkowali górnicy i rolnicy, wcześniej wiele mówiło się o problemie osób zadłużonych we frankach. Zdaniem eksperta to sytuacje, które powodują nerwowość na rynku. Dlatego ten rok – mimo sprzyjających czynników – może okazać się dość trudny.
Dla branży budowlanej poprzedni rok był za to całkiem dobry. Łagodna zima spowodowała, że wyniki firm w I kwartale były wyjątkowo dobre. Drugie półrocze nie było już tak dobre, ale na przestrzeni całego roku produkcja budowlano-montażowa była o 3,6 proc. wyższa niż w 2013 roku (wówczas zanotowano 12-proc. spadek). W grudniu wzrost był jeszcze większy – o 5 proc. w skali roku. Zanotowano jednak spadek produkcji o 3,8 proc. w firmach, których głównym rodzajem działalności jest stawianie budynków.
– W ramach tego wskaźnika zaliczane są również roboty ziemne, które niestety nie absorbują zbyt dużo materiałów chemii budowlanej – mówi Kisiel, podkreślając, że Atlas i tak rośnie szybciej niż rynek. – Jest to spowodowane przede wszystkim jakością serwisu, działaniami integracyjnymi w ramach grupy, a także nowymi produktami i grupami asortymentowymi. Myślę, że jesteśmy jedyną polską spółką, która ma tak rozbudowane działy badawczo-rozwojowe.
Raport firmy analitycznej PRM wskazuje, że wzrost w branży budowlanej w tym roku będzie kontynuowany i na koniec 2015 roku sięgnie 8 proc.
Siemens chce w tym roku intensywnie rozwijać w Polsce elektrownie wiatrowe. Koncern zapowiada postawienie na Pomorzu kilkudziesięciu wiatraków, których moc sięgnąć może 100 MW. Przyszłe inwestycje koncernu zależą jednak od praktycznego zastosowania przepisów nowej ustawy o OZE.
Intensywny rozwój energetyki odnawialnej w Polsce związany jest ze zobowiązaniami, jakie Polska przyjęła w zeszłym roku na unijnym szczycie klimatycznym. Do 2030 roku Unia Europejska ma zredukować emisję dwutlenku węgla o 40 proc. w stosunku do 1990 roku. Kraje mniej zamożne, jak Polska, mają być obciążone w mniejszym stopniu niż najbogatsze. W zamian nasz kraj dostanie też 7,5 mld zł na modernizację elektrowni oraz 27,5 mld euro na ochronę środowiska. Te gigantyczne kwoty powodują, że w Polsce opłaca się dziś budować np. elektrownie wiatrowe.
– Przygotowujemy się do instalacji dwóch nowych projektów– mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Przybylski z Siemensa, dyrektor branży Wind Power. –Jeden składa się z 16 turbin, drugi z trzech. W sumie jest to ok. 44 MW.
W ubiegłym tygodniu rozszerzona została umowa ze spółką Polenergia na dostawę, instalację i rozruch dodatkowych trzech turbin dla farmy Skurpie. Urządzenia te zwiększą moc elektrowni wiatrowej o 7 MW. W sumie Siemens dostarczy 19 turbin.
– Bardzo intensywnie pracujemy również nad dwoma kolejnymi projektami, każdy z nich ma po kilkanaście turbin, czyli po kilkadziesiąt megawatów – deklaruje dyrektor branży Wind Power Siemensa. –Liczymy na to, że uda się porozumieć z inwestorami i zbudować te projekty jeszcze w tym roku.
Planowane wiatraki nie będą jednak powstawać w całej Polsce. To drogie urządzenia i aby na siebie zarobiły, muszą pracować bardzo intensywnie. Tak dynamiczny rozwój energetyki wiatrowej oznacza, że w cenie są działki w wietrznych rejonach Polski.
– Wszystkie te projekty, o których mówiłem, znajdują się w północnej Polsce– informuje Paweł Przybylski. – Jest to związane z tym, że wietrzność na tych terenach jest najlepsza i firmy inwestujące w tamtych rejonach są w stanie uzyskać najlepsze stopy zwrotu z inwestycji.
Sejm w tym tygodniu zakończy prawdopodobnie prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii. Po poprawkach Senatu wróci ona do niższej izby parlamentu, a potem poczeka na podpis prezydenta. W dokumencie zapisano m.in., że od przyszłego roku producenci energii wiatrowej będą się ubiegać o zamówienia podczas aukcji, której zwycięzcami zostaną ci, którzy zobowiążą się dostarczać prąd najtaniej. Siemens ma precyzyjne plany inwestycyjne na rok 2015, jednak deklaracje dotyczące kolejnego roku uzależnia od tego, jakie przepisy ostatecznie zaczną obowiązywać i jakie będą ich skutki.
–Biorąc pod uwagę tylko te dwa projekty, nad którymi już pracujemy, które już przygotowujemy do realizacji, moc całkowita w energetyce wiatrowej w turbinach Siemensa w połowie tego roku osiągnie poziom około 260 MW – podkreśla Paweł Przybylski. – Jeśli chodzi o przyszły rok, to jest duża niewiadoma, będzie to zależało właśnie od tego, które projekty będą kwalifikowały się do aukcji, które z nich te aukcje wygrają i w których z nich będzie można zainstalować turbinę Siemensa.
Ponad trzy czwarte młodych Polaków ma bardzo dobre nastawienie do pracy na własny rachunek. Najlepsze nastawienie do przedsiębiorczości mają młodzi Skandynawowie (ponad 90 proc.), a najniższy potencjał wykazują młodzi Niemcy (60 proc.). Większość młodych Polaków uważa, że przedsiębiorczości można się nauczyć (77 proc.).
– Z roku na rok obserwujemy, że młodzi Polacy coraz częściej myślą o założeniu własnej firmy. Młodzi Polacy w zestawieniu na temat pozytywnego postrzegania przedsiębiorczości plasują się powyżej średniej z 38 krajów, w których to nastawienie badaliśmy. A są to kraje o bardzo bogatej tradycji przedsiębiorczości, jak np. Niemcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Pietrzak, dyrektor sprzedaży na region Europy Wschodniej w Amway.
Z badań robionych przez Amway wynika, że do przedsiębiorczości dobrze nastawieni są ludzie w krajach, gdzie o dobrobyt trzeba powalczyć. Wyjątkiem są kraje skandynawskie, gdzie pozytywne nastawienie wykazuje ponad 90 proc. społeczeństwa (Szwecja i Norwegia). Wśród państw bogatych, gdzie łatwiej żyć, korzystając ze społecznych zasobów, młodzież ma znacznie chłodniejszy stosunek do przedsiębiorczości.
– Meksyk jest absolutnym liderem w postrzeganiu przedsiębiorczości. Młodzi tam bardzo chętnie zakładają swoje biznesy – mówi Anna Pietrzak. – Z kolei w regionie, który objęłam (Europa Wschodnia), młodzi Słowacy wykazują najmniejszą skłonność do przedsiębiorczości, a największą młodzi Litwini. Polacy plasują się pomiędzy tymi dwoma krajami.
Najczęściej wskazywanym przez Polaków powodem pracy na własny rachunek jest chęć uniezależnienia się od pracodawcy (59 proc. wskazań). W następnej kolejności mówią o samorealizacji (52 proc.), możliwości dodatkowego zarobku (42 proc.), a także lepszym współgraniu czasu przeznaczonego na pracę i życie rodzinne (30 proc.).
Młodzi ankietowani przyznają, że łatwiej wystartować z własnym biznesem, kiedy dorasta się w otoczeniu przedsiębiorców i kiedy ma się dobre przykłady osób, które odniosły sukces, pracując na własny rachunek. Jednak 77 proc. młodych Polaków uważa, że przedsiębiorczości można się nauczyć, np. w szkole średniej lub na studiach.
– Bardzo dużo uwagi młodzi Polacy przykładają do aspektów praktycznych przedsiębiorczości. Sądzę, że właśnie tutaj jest bardzo dużo do zrobienia. W polskich szkołach, jako w jednych z niewielu w Europie, jest przedmiot – podstawy przedsiębiorczości, z tym że jest to przedmiot prowadzony przez teoretyków biznesu. Bardzo dobrze, że coś w tym kierunku jest robione, ale warto byłoby zrobić następny krok, żeby młodzi ludzie mogli się zetknąć z przedsiębiorcami, biznesmenami – zwraca uwagę Pietrzak.
45 proc. młodych Polaków oceniło ofertę edukacyjną w zakresie przedsiębiorczości za niewystarczającą.
Badania Amway na temat przedsiębiorczości są prowadzone od 2008 roku, obecnie przy naukowym wsparciu Uniwersytetu Technicznego w Monachium. Badania od początku są realizowane przez Instytut Badawczy GFK.
Po ponad 12 latach Volvo wprowadza nową generację modelu XC90. W weekend SUV klasy premium miał swoją oficjalną premierę w Polsce. Tego typu auta są w kraju coraz popularniejsze, a rynek wciąż nie jest nasycony, więc koncern liczy na sprzedaż co najmniej tysiąca aut rocznie. Nowy model oferuje szereg innowacyjnych systemów bezpieczeństwa, wysoki stopień elegancji i nowoczesne silniki. To pokłosie kilku lat badań i nakładów w wysokości ponad 90 mld koron szwedzkich.
– Segment największych i najdroższych SUV-ów jest bardzo wymagający. Takie samochody kosztują najczęściej od 250 do 400 tys. zł. To oznacza, że segment nie jest duży, bo modele, które cieszą się wielkim powodzeniem, sprzedają się w licznie 800-1000 sztuk– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland. – Natomiast dla importerów są bardzo dochodowymi, prestiżowymi, flagowymi samochodami, bo najczęściej wskazują kierunek, w jakim dana marka ewoluuje.
Koncern zakłada, że XC90 będzie znajdować około 1000 nabywców rocznie. To prawie 17 proc. całkowitej sprzedaży firmy w Polsce wynoszącej 6 tys. aut.
– To segment ważny jeśli chodzi o dochodowość i prestiż. Powinniśmy jednak spojrzeć na to z perspektywy globalnej – mówi Dojs.– Takie SUV-y cieszą się ogromnym powodzeniem w Azji, która jest wschodzącym rynkiem, oraz w USA, gdzie kierowcy uwielbiają duże samochody.
Stanisław Dojs prognozuje, że nowe auto na pewno sprzeda się w większej liczbie egzemplarzy niż jego poprzednik XC90, którego nabyło 600 tys. klientów na świecie.
– Naszym celem jest zostanie najbardziej pożądanym i najlepiej sprzedającym się dużym i superluksusowym SUV-em. Jeżeli spojrzymy na sprzedaż naszej konkurencji, to jest grubo ponad tysiąc samochodów rocznie, więc dużo miejsca jest na tym na rynku. Widzimy w nim ogromny potencjał– mówi Mariusz Nycz, dyrektor sprzedaży i marketingu Volvo Car Poland.
Nowy XC90 to – jak podkreśla – rewolucja technologiczna. W 93 proc. składa się z nowych materiałów i komponentów. Zmienione zostało prawie wszystko: od podwozia, przez nadwozie, aż po silniki.
– Stworzenie nowego modelu to ponad 40 mld zł. To dwa razy więcej niż budowa mostu nad Sundem pomiędzy Danią a Szwecją – podkreśla Mariusz Nycz.
W nowym modelu postawiono na najwyższe standardy bezpieczeństwa. Chodzi m.in. o zmodyfikowany system City Safety – połączenie kamery i radaru, które monitorują otoczenie auta i pomagają uniknąć wypadku czy kolizji. Inny system zapobiega kolizjom na skrzyżowaniach.
– W USA 50 proc. wypadków ma miejsce przy wypadnięciu z drogi. Dlatego w aucie jest system czujników i monitorów, które w momencie, gdy kierowcy zdarzy się zjechać z drogi, przygotowuje kierowcę i pasażerów na wypadek kolizji – np. napina pasy. To są te nowatorskie systemy, które Volvo wprowadziło w tym samochodzie – przekonuje Mariusz Nycz.
Nowy model XC90 oferuje trzy podstawowe opcje napędowe, silniki diesla, benzynowe i hybrydowe.
– Mamy diesla przednionapędowego – myślę, że to będzie nisza, diesla z czteronapędem 225 koni mechanicznych, silnik benzynowy w wersji 254 i 320 koni mechanicznych, również w wersji czteronapędowej, oraz – wisienka na torcie – bardzo mocną hybrydę 320+80, czyli łącznie 400 koni mechanicznych, z czego 80 generuje silnik elektryczny– tłumaczy Mariusz Nycz.
Producent liczy na to, że to diesel z napędem na cztery koła będzie najpopularniejszy, bo – wbrew obiegowej opinii – klienci w Polsce w zdecydowanej większości wybierają SUV-y z silnikami diesla, najlepiej z automatyczną skrzynią biegów.
– To samochód, który jednocześnie jest ekologiczny, bo zużywa niewiele paliwa, ale daje klientom, którzy lubią samochody benzynowe, to, co w marce premium jest bardzo ważne, czyli ciszę w kabinie – mówi Dojs i podkreśla, że w nowym modelu szczególnie zadbano o szczegóły, które uprzyjemniają użytkowanie auta. –Pierwszą rzeczą, na jaką zwrócimy uwagę, będzie zapach naturalnej skóry. Wszystkie elementy skórzane, drewniane i metalowe nie są imitacjami, to są prawdziwe materiały. Poza tym cały ekran jest dotykowy, co sprawia, że nie ma bałaganu przycisków, mamy też doskonałej jakości dźwięk audio, który generuje układ nagłośnieniowy złożony z 19 głośników.
Nowy model XC90 ma wytyczać kierunki rozwoju marki i innych nowych produktów, które Volvo w najbliższym czasie zamierza wprowadzać. Wiele elementów z wnętrza czy elementów zewnętrznych i wariantów silników ma pojawić się w nowych samochodach.
– Kolejnym wprowadzanym przez nas modelem będzie następca naszej największej limuzyny – S80. Będzie nosić nazwę S90 – mówi Mariusz Nycz.
Ograniczenia w handlu z Rosją nie wpływają znacząco na produkcję i sprzedaż mięsa drobiowego, bo dla polskich hodowców i producentów głównymi rynkami zbytu są kraje unijne. W tym roku pojawią się szanse na zdobycie nowych rynków, głównie Bliskiego i Dalekiego Wschodu.
– Producenci, którzy eksportowali na rynek rosyjski, odczuli skutki ograniczeń w handlu w swoich przychodach. Tamtejszy obszar nie jest jednak miejscem, w którym polskie drobiarstwo lokuje swoją sprzedaż. Główne kierunki to kraje Unii Europejskiej, jak Niemcy, Wielka Brytania i Czechy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Sośnicki, dyrektor dywizji surowcowo-mięsnej w firmie Indykpol. – Poza UE sporo sprzedajemy na Daleki Wschód, do Hongkongu oraz krajów afrykańskich.
Jak wynika z opublikowanego w grudniu ubiegłego roku raportu Komisji Europejskiej „Perspektywy dla rynków rolnych i dochodów rolniczych w UE w latach 2014-2024” w ciągu najbliższej dekady produkcja i spożycie drobiu na Starym Kontynencie znacząco wzrosną. Obecnie mieszkańcy krajów UE konsumują rocznie ok. 12,5 mln ton tego gatunku mięsa. Do 2024 roku spożycie ma wynieść 13,4 mln ton po wzroście o około 7 proc., w podobnym tempie będzie rosło wytwarzanie.
Produkcja najszybciej będzie rosła w nowych państwa członkowskich, zwłaszcza w Polsce, Rumunii i na Węgrzech. Kraje starej piętnastki zanotują wzrost średnio o 0,5 proc. Konsumpcja na jednego mieszkańca wzrośnie o 5 proc. do 22,8 kg. Udział drobiu w spożyciu mięsa ogółem w UE zwiększy się w tym czasie do 32 proc.
Polska jest jednym z wiodących producentów drobiu w UE. W ubiegłym roku produkcja przekroczyła 2,1 mln ton, z czego zagranicę trafiła prawie jedna trzecia. Konsumpcja w kraju to 27 kg na mieszkańca.
– Liderowanie zawdzięczamy nie tylko konkurencyjnym cenom, lecz przede wszystkim wysokiej jakości – tłumaczy Maciej Sośnicki. – Wymogi, które musi spełniać żywność trafiająca na unijne rynki, postawione są wysoko, a prawo jest w tym zakresie wyjątkowo restrykcyjne. W związku z tym powinniśmy docenić udział całego sektora drobiowego w eksporcie – od hodowców po producentów.
Popyt na drób rośnie na całym świecie, co będzie sprzyjało umacnianiu pozycji UE jako eksportera. Kraje UE mają ok. 10-proc. udział w światowym eksporcie białego mięsa. Głównie koncentruje się on na segmencie niższej jakości produktów, czyli tańszych elementów, które mają niższy popyt na wspólnotowym rynku.
Dynamika wzrostu sprzedaży z UE wyniesie średnio 2,2 proc. rocznie i do 2024 r. wzrośnie o 24 proc. do 1,6 mln ton. Zwiększą się wysyłki do krajów Bliskiego Wschodu, afrykańskich (głównie Ghany i Beninu) oraz azjatyckich (zwłaszcza Chin i Hongkongu). Na obecność na tych rynkach liczą również polscy producenci.
– Już w tym roku producentów czeka walka i zdobywanie nowych rynków pozaunijnych: dalekowschodnich i bliskowschodnich, otwierają się właśnie szanse sprzedaży polskiego drobiu w krajach azjatyckich – prognozuje Sośnicki. – Trzeba pamiętać, że będziemy tam walczyć z konkurencją, która z reguły ma znacznie niższe koszty produkcji i dzięki temu może oferować tańsze produkty.
Z tańszą konkurencją Polacy muszą również mierzyć się na rynkach UE. KE prognozuje wzrost importu o 32 proc. do ponad 1 mln ton. Sprzyjać temu będą wzrosty produkcji u głównych dostawców – w Brazylii i Tajlandii, odpowiednio o 17 proc. i 30 proc. do 2024 r.
Wysokim ubiegłorocznym wolumenom sprzyjała, jak twierdzi Sośnicki, dobra sytuacja na rynku potrzebnych do produkcji mięsa pasz.
– W ostatnim roku rynek zachowywał się dość stabilnie, nawet z lekkim trendem spadkowym w ostatnim kwartale – informuje dyrektor dywizji surowcowo-mięsnej w firmie Indykpol. – Konsekwencją tego była większa rentowność produkcji drobiowej w Polsce.
Internauci lubią słowa retro. Badania Instytutu Monitorowania Mediów wskazują, że w 2014 roku internauci użyli ich 280 tys. razy. Staromodne wyrażenia można znaleźć w mediach społecznościowych, częściej na Facebooku niż Twitterze. Niekiedy mają podkreślić wyjątkowość wypowiadającego, czasem używane są ironicznie. W niektóre słowa, jak „zacny”, „lico” czy „niewiasta”, internet tchnął drugie życie. Z badania wynika, że archaizmy lubią też dziennikarze, którzy słów retro użyli 52 tys. razy.
Badanie IMM wskazuje, że choć w modzie są neologizmy, to także i niektóre archaizmy wciąż nie zostały zapomniane. W ubiegłym roku internauci używali 280 tys. razy słów zagrożonych zapomnieniem. Niektóre w wypowiedziach pojawiały się często, nawet kilkadziesiąt razy.
– Archaizmy używane są najczęściej na Facebooku. W ciągu roku pojawiło się na nim ok. 80 tys. wpisów i komentarzy, które zawierały takie słowa – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów z Instytutu Monitorowania Mediów.
Przeważnie w ten sposób użytkownicy chcą podkreślić własną elokwencję lub nadać wypowiedzi żartobliwy czy ironiczny ton. Popularne „selfie” sprawiło, że w czołówce używanych wyrażeń retro znalazło się „lico” (14 tys. razy, w tym jako instagramowy hasztag). Często staromodne słowa można znaleźć na forum „Gazety Wyborczej” i skierowanego przede wszystkim do kobiet portalu Wizaz.pl.
– Nieco mniej archaicznej polszczyźnie sprzyja Twitter. Wynika to z tego, że mamy ograniczenie do 140 znaków i wydaje się, że w tak krótki komentarz trudniej jest wpleść takie słowa – ocenia ekspert z IMM.
Dzięki mediom społecznościowym część staromodnych wyrażeń wróciła do łask, np. „zacnie” dzięki internautom dostało drugie życie.
– Słowo, które nie jest może zapomniane, ale jednak staromodne, które ma wydźwięk może nieco nadmiernie wytworny, zrobiło karierę w internecie głównie dzięki memom, w których zaczęto go często używać w odniesieniu do rozmaitych zdarzeń z życia codziennego – komentuje Jadaś.
Z archaicznego słownika chętnie korzystają także dziennikarze (51 tys. razy), przede wszystkim „Gazety Wyborczej”. To w jej artykułach można znaleźć takie słowa jak „degrengolada”, „gawiedź” czy „koteria”.
– Zbliża się Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego i z tej okazji w Instytucie Monitorowania Mediów postanowiliśmy zbadać te nieco mniej znane i popularne zakątki naszego ojczystego języka – mówi Jadaś. – Zwróciliśmy się o pomoc do Biblioteki Śląskiej, która na podstawie sugestii internautów zgromadziła katalog słów zagrożonych zapomnieniem. Opierając się na tym, zbadaliśmy w mediach społecznościowych, jak często Polacy używają tych słów i jak bardzo są one zagrożone.
W użyciu są wciąż takie słowa, jak „dandys”, czy czasownik „zzuć”, które rozumie większość internautów. Są jednak słowa, które powoli zacierają się w pamięci, a w ciągu roku użyto ich w sieci zaledwie jeden raz lub nie użyto wcale
– Wśród nich jest słowo „tantny”, które oznacza kogoś wyjątkowo rozrzutnego, kto nieostrożnie obchodzi się z pieniędzmi. Bardzo rzadko używanym słowem jest „sabatnik”, które w zależności od regionu Polski oznacza wieloramienny lichtarz lub piec do wypieku chleba. To wynika z tego, że pewnych przedmiotów, które do niedawna były rzeczami użytku codziennego, już nie używamy, dlatego nie używamy też słów, które nazywały te przedmioty – tłumaczy ekspert.
Mało kto rozumie też staromodne słowa opisujące stopień pokrewieństwa. Praktycznie nie używa się rzeczownika „synowicy” (czyli bratanicy), niewiele osób wie, co oznacza „jątrew” (bratowa). Takie wyrażenia można przeważnie spotkać na stronach poświęconych dawniej używanym słowom. Część internautów wciąż używa słów „wydudlić” (wypić do dna), „szaławiła” (lekkoduch), „ścichapęk” (dzisiaj na określenie takiej osoby stosuje się wyrażenie „cicha woda”) czy „epuzer” (znacznie częściej używa się słowa „absztyfikant”).
20 mln kart z ponad 35 mln wydanych można płacić bezstykowo. Dynamicznie rośnie też liczba terminali, które obsługują taki sposób płatności. Polski rynek jest otwarty na nowinki technologiczne, dlatego eksperci spodziewają się równie dynamicznego wzrostu popularności płatności za pomocą urządzeń mobilnych.
– Pod względem innowacyjnego podejścia do kwestii płatności kartowych, Polska jest w czołówce. Kiedy kilka lat temu pojawiły się płatności bezstykowe, wątpiono, czy się przyjmą, zwłaszcza w Polsce, gdzie rynek nie był tak mocno rozwinięty, jak w innych krajach europejskich – mówi agencji Newseria Janusz Bober, prezes zarządu Polskich ePłatności.
Polska jest jednym z krajów, gdzie popularność płatności zbliżeniowych jest największa. Dane NBP wskazują, że do końca 2014 roku w Polsce wydano ponad 35 mln kart płatniczych. Szacuje się, że ponad 20 mln kart ma możliwość płatności zbliżeniowej. Rośnie też liczba terminali zbliżeniowych. Ponad połowa z 360 tys. wszystkich terminali ma taką funkcję.
Polacy doceniają taką formę płatności, przede wszystkim za wygodę, bo za transakcje do 50 zł można zapłacić bez wpisywania PIN-u.
– Zaczynają się też pojawiać płatności mobilne. Podobnie jak przy płatnościach bezstykowych, pojawiają się głosy, czy przyjmą się one w Polsce. Jestem przekonany, że za kilka lat będziemy mogli w ten sposób płacić już wszędzie – podkreśla ekspert.
Z badania TNS Polska wynika, że smartfony ma ponad 40 proc. osób, z płatności mobilnych korzysta jednak zaledwie 5 proc. Polaków. Zdaniem eksperta z Polskich ePłatności, Polacy są jednak otwarci na wszelkie nowinki technologiczne.
Mimo coraz większej popularności płatności bezgotówkowych, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Polska pójdzie w ślady krajów skandynawskich, gdzie 90 proc. płatności dokonywanych jest kartą. W Polsce wciąż 80 proc. stanowią transakcje gotówkowe.
– Rozwójsieci akceptacji w Polsce jest dynamiczny, szybszy niż w krajach europejskich, które mają ją już rozbudowaną. To, czy dojdziemy do modelu skandynawskiego, trudno przewidzieć. Jestem jednak przekonany, że udział płatności bezgotówkowych będzie systematycznie wzrastał – zaznacza Bober.
Jeżeli masz wątpliwości przy rozliczaniu podatku za rok 2014 wejdź na stronęwww.szybkipit.pl, skorzystaj z aplikacji pytaniowej i zapytaj naszych ekspertów z Krajowej Informacji Podatkowej.
Każdy, kto wypełniając PIT, chce uzyskać istotne dla niego informacje nt. rozliczeń, ma problemy czy wątpliwości, może je rozwiać z pomocą materiałów zawartych na stronie. Znajdują się tam między innymi wszystkie potrzebne formularze i broszury oraz kalkulatory podatkowe. Za jej pośrednictwem można też wysłać do swojego urzędu skarbowego roczne zeznania podatkowe przez aplikację e-Deklaracje Desktop.
A co najważniejsze strona szybkipit.pl ułatwia kontakt z ekspertami podatkowymi z Krajowej Informacji Podatkowej, którym można zadać bezpośrednio pytanie przez aplikację pytaniową. Każdy internauta może też swobodnie przeglądać wszystkie zadane pytania poprzez aplikację, np. po kategoriach tematycznych, za pomocą tagów lub najciekawszych czy najczęściej zadawanych pytań. Zadanie pytania przez użytkownika wymaga jedynie podania jego adresu e-mail, na który otrzyma on ID pytania, powalające później odnaleźć dane pytanie w aplikacji.
W ramach ogólnopolskiej akcji informacyjnej „Szybki PIT”, przygotowanej przez Ministerstwo Finansów, izby i urzędy skarbowe, zaplanowano również dyżury telefoniczne w Ministerstwie Finansów, dzień otwarty w urzędach skarbowych (7 marca), punkty rozliczeń w galeriach handlowych (13 – 15 marca) oraz wydłużone godziny pracy w ostatnich dniach rozliczenia (29 i 30 kwietnia).
Szczegółowe informacje o działaniach znajdziesz na stronie www.szybkipit.pl
Obserwuj również nasz fanpage Szybki PIT na portalu społecznościowym Facebook.
Produkt Krajowy Brutto wzrósł w IV kwartale 2014 roku , w ujęciu rocznym, o 3,0 proc., wobec 3,3 proc. wzrostu w poprzednim kwartale – podał Główny Urząd Statystyczny.
Komentarz dr Jacka Adamskiego, doradcy zarządu Konfederacji
Gospodarka Polski, razem z kilkoma krajami „nowej Europy”, wyróżnia się pod względem tempa wzrostu gospodarczego spośród państw UE. Według wstępnych szacunków w IV kwartale przyrost PKB w stosunku do analogicznego okresu 2013 roku sięgnął 3,0 proc. (3,1 proc. wyrównany sezonowo), tj. nieco poniżej konsensusu ekonomistów i jednocześnie utrzymał stabilne tempo wzrostu w skali kwartalnej – 0,6 proc.
Nieco lepsze wyniki osiągnęła w IV kwartale gospodarka Węgier i minimalnie słabsze takie kraje, jak Czechy, Słowacja, Słowenia i Rumunia. Udany IV kwartał miały w UE także odradzające się gospodarki W. Brytanii, Irlandii i Hiszpanii. Słabiej radzą sobie dotychczasowi liderzy wzrostu – kraje bałtyckie, w recesję weszła Finlandia. Te kraje zostały szczególnie dotknięte zapaścią rynków wschodnich. Załamanie się eksportu do Rosji i na Ukrainę zupełnie nie zaszkodziło Polsce. Z naszego największego rynku eksportowego, z Niemiec, nadeszły obiecujące wiadomości – odnotowano silny kwartalny wzrost PKB o 0,7 proc. tj. więcej niż tempo w Polsce.
Dopóki Polska opiera swój wzrost głównie na wzroście popytu wewnętrznego, a gospodarka Niemiec wykazuje ożywienie, nasze perspektywy wzrostu, wykonania budżetu za 2015 rok i poprawy stabilności finansowej pozostają niezagrożone.
W ramach współpracy międzynarodowej NIK pomogła w zeszłym roku w usprawnieniu systemu kontroli finansowej w NATO. Przeprowadzony w tym celu przegląd partnerski był przedsięwzięciem bez precedensu. O pionierskiej misji kontrolerów opowiada szef polskiego zespołu Wiesław Kurzyca.
To pierwszy przypadek, kiedy audytor Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego zwrócił się z prośbą do zewnętrznej instytucji o sprawdzenie poziomu swojej pracy. Na wniosek IBAN-u (ang. International Board of Auditors for NATO) specjalny zespół złożony z polskich i hiszpańskich kontrolerów oceniał od września do grudnia jakość nadzoru nad finansami sojuszu. Zadanie nie było proste, bo czas, jaki mieli do dyspozycji oceniający, był mocno ograniczony.
Trwający cztery miesiące przegląd partnerski, któremu przewodziła Najwyższa Izba Kontroli, był elementem programu wzmocnienia audytu w NATO. Jego przeprowadzenie pozwoliło na wskazanie kilku elementów w pracy IBAN-u, które można ulepszyć. Nie zmienia to jednak pozytywnej oceny, jaką wystawili tej instytucji polscy i hiszpańscy kontrolerzy. W opinii NIK i Trybunału Obrachunkowego Hiszpanii kontrola finansów w NATO jest prawidłowa i rzetelna, a audyt sojuszu działa wydajnie i efektywnie.
Zgodnie z umową w sprawie przeglądu partnerskiego raport pozostanie własnością IBAN-u. Po zapoznaniu się z jego ustaleniami audytorzy NATO prześlą go Radzie Północnoatlantyckiej.
Mobilna aplikacja Służby Celnej „Granica” zdobyła główną nagrodę w konkursie Mobile Trends Awards w kategorii „Podróże i Komunikacja”. Szef Służby Celnej nadinsp. Jacek Kapica odebrał wyróżnienie podczas uroczystej gali 12 lutego br. w Międzynarodowym Centrum Targowo-Kongresowym EXPO w Krakowie.
Była to już czwarta edycja konkursu. Nagrody zostały przyznane w 17 kategoriach przez kapitułę konkursową, w której skład weszli eksperci technologii informatycznych i mobilnych.
– Jesteśmy usatysfakcjonowani, że nasza aplikacja została zauważona i wyróżniona w konkursie Mobile Trends Awards – powiedział Szef Służby Celnej nadinsp. Jacek Kapica – Podróżny przekraczający granicę potrzebuje informacji aktualnej, a jednocześnie łatwo dostępnej – na smartfonie lub tablecie.
W czasie błyskawicznego postępu technologicznego i cyfryzacji otaczającego nas świata, Służba Celna aktywnie dostosowuje swoje usługi do nowych technologii, oferując nowoczesne rozwiązania dla swoich klientów. Służba Celna udostępniła bezpłatną aplikację mobilną „Granica” w grudniu 2014 r. Informuje ona o aktualnej sytuacji na polskich, drogowych przejściach granicznych z Rosją, Białorusią i Ukrainą, m.in. o długości kolejki, średnim czasie oczekiwania na odprawę czy prognozach zmiany tego czasu w najbliższych godzinach. Daje to możliwość zaplanowania podróży i wyboru najdogodniejszego przejścia granicznego.
Gala Mobile Trends Awards jest zwieńczeniem Targów Rozwiązań i Technologii Mobilnych Mobile-IT. Są one poświęcone zagadnieniom związanym z efektywnym wykorzystaniem technologii mobilnych w sektorze prywatnym i publicznym. Biorą w nich udział instytucje specjalistyczne, środowisko naukowe i badawcze oraz specjaliści i praktycy branżowi.
Więcej o aplikacji mobilnej „Granica” można przeczytać w artykule Nowa usługa Służby Celnej – mobilna aplikacja GRANICA.
12 lutego 2015 r. został ogłoszony wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w polskiej sprawie C-49/13 (Oil Trading Poland) dotyczący zasad opodatkowania olejów smarowych podatkiem akcyzowym.
Wyrok ten jest skutkiem wystąpienia do Trybunału Sprawiedliwości UE, na podstawie art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, przez Naczelny Sąd Administracyjny z następującym pytaniem prejudycjalnym „Czy art. 3 ust. 3 dyrektywy 92/12/EWG oraz aktualnie odpowiednio art. 1 ust. 3 lit. a) i akapit pierwszy dyrektywy Rady 2008/118/WE z dnia 16 grudnia 2008 r. w sprawie ogólnych zasad dotyczących podatku akcyzowego, uchylającej dyrektywę 92/12/EWG (Dz. Urz. UE L 9 z 14.01.2009 r., str. 12.) (dalej: dyrektywa 2008/118/WE) należy interpretować w ten sposób, że nie sprzeciwia się on nałożeniu przez państwo członkowskie na oleje smarowe oznaczone kodem CN 2710 19 71 – 2710 19 99, wykorzystywane do celów innych niż napędowe i grzewcze, podatku akcyzowego, według reguł właściwych dla ujednoliconego podatku akcyzowego nakładanego na konsumpcję produktów energetycznych?”.
W wyroku Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że artykuł 3 ust. 3 dyrektywy Rady 92/12/EWG z dnia 25 lutego 1992 r. w sprawie ogólnych warunków dotyczących wyrobów objętych podatkiem akcyzowym, ich przechowywania, przepływu oraz kontrolowania oraz art. 1 ust. 3 dyrektywy Rady 2008/118/WE z dnia 16 grudnia 2008 r. w sprawie ogólnych zasad dotyczących podatku akcyzowego, uchylającej dyrektywę 92/12, należy interpretować w ten sposób, że nie sprzeciwiają się one temu, aby produkty nienależące do zakresu stosowania tych dyrektyw, takie jak oleje smarowe wykorzystywane do celów innych niż napędowe i grzewcze, były objęte podatkiem regulowanym przez zasady identyczne jak te dotyczące systemu ujednoliconego podatku akcyzowego, ustanowionego przez rzeczone dyrektywy, jeżeli fakt objęcia rzeczonych produktów tym podatkiem nie powoduje formalności przy przekraczaniu granic w handlu pomiędzy państwami członkowskimi.
Ponadto TSUE stwierdza, że obowiązki takie jak przewidziane w art. 78 ust. 1 pkt 1, 3 i 4 ustawy o podatku akcyzowym (konieczność dokonywania zgłoszenia o planowanym nabyciu wewnątrzwspólnotowym, złożenia zabezpieczenia akcyzowego, deklaracji uproszczonej, dokonywania zapłaty akcyzy, prowadzenia ewidencji nabywanych wyrobów akcyzowych) nie mogą być uważane za stanowiące formalności przy przekraczaniu granic w handlu pomiędzy państwami członkowskimi, zakazane na podstawie art. 1 ust. 3 akapit drugi dyrektywy 2008/118.