Wyraźne ożywienie na rynku pracy specjalistów

Z najnowszego komunikatu Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w styczniu 2015 r. stopa bezrobocia była o 1,8 pkt. proc. niższa niż przed rokiem. Tendencję tę potwierdza analiza ogłoszeń opublikowanych  przez pracodawców w styczniu 2015 r. w największym polskim portalu rekrutacyjnym Pracuj.pl. Ożywienie na rynku pracy jest widoczne nie tylko poprzez rosnącą liczbę ogłoszeń opublikowanych przez pracodawców, lecz także poprzez wzrastające zaangażowanie w szukanie pracy samych pracowników, m.in. dynamiczny wzrost rejestracji nowych kandydatów w serwisie Pracuj.pl.

 Jak wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej pracodawcy w styczniu zgłosili o 29% więcej wolnych miejsc pracy niż miesiąc wcześniej. Tendencje te potwierdzają dane portalu Pracuj.pl, gdzie opublikowano w styczniu niemal 35 000 ofert, co oznacza 36% wzrost w stosunku do grudnia ubiegłego roku. Tradycyjnie początek roku jest momentem, w którym również wielu pracowników rozgląda się za nowymi wyzwaniami, dokonuje weryfikacji osiągnięć i poszukuje nowych możliwości zawodowych. W samym styczniu br. w portalu Pracuj.pl zarejestrowało się 48 228 specjalistów, co oznacza dynamiczny wzrost rok do roku o 21%. Obecnie w Pracuj.pl zarejestrowane jest ponad 3,5 mln osób, a liczba ta co miesiąc rośnie o około 50-60 tys. nowych rejestracji użytkowników.

Specjaliści poszukują lepszej pracy

 Rok 2014 na rynku pracy można uznać za udany. Rosła nie tylko liczba ofert pracy, lecz także liczba wysyłanych aplikacji, co pokazuje, że pracownicy uwierzyli, że mogą próbować zmienić pracę na lepszą. Porównanie drugiego półrocza 2014 roku do tego samego okresu w 2013 r. pokazuje 16% wzrost liczby składanych aplikacji poprzez serwis Pracuj.pl. Także pierwszy miesiąc 2015 r. zaowocował 3% wzrostem w tym obszarze. Zwiększone zapotrzebowanie pracodawców na pracowników przekłada się również na bardziej atrakcyjne wynagrodzenie dla specjalistów. Jak wynika z danych GUS, pensje Polaków systematycznie rosną. O tym, na jakie zarobki mogą liczyć eksperci poszczególnych branż, można się dowiedzieć z serwisu zarobki.pracuj.pl. Serwis dysponuje już prawie 900 000 wypełnionych ankiet, które dają obraz tego, jak w rzeczywistości kształtują się zarobki specjalistów w Polsce.

Skarb Państwa coraz mniej płaci za polskie obligacje. To może pogorszyć wyniki funduszy inwestycyjnych

CEO Magazyn Polska

Oprocentowanie polskich obligacji spadło do rekordowo niskiego poziomu. Nabywcy papierów dwuletnich są gotowi akceptować rentowność poniżej 1,7 proc. To potwierdza, że inwestorzy dobrze oceniają polską gospodarkę, ale jednocześnie jest to zapowiedź gorszych wyników funduszy inwestycyjnych.

Jedyny problem to słabsze zainteresowanie tak nisko oprocentowanymi obligacjami. Mimo że polskie papiery uważa się dziś za bardzo bezpieczne, to na bardziej ryzykownych rynkach można zarobić więcej. U nas zysk jest pewny, ale niewielki.

– Przestrzegałbym przed zbyt wygórowanymi oczekiwaniami co do tego, co można z obligacjami w tym roku zrobić, ile można zarobić – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Błażej Wajszczuk z BNP Paribas. – To jest rynek, na którym specjalnie nie ma zagrożeń. Sam fakt, że Europejski Bank Centralny będzie pompował w rynek 60 mld euro miesięcznie, stabilizuje rynek długu w całej Europie, także nasz. Natomiast pozostaje pytanie, jak głęboko możemy zejść z rentownościami. Aukcja w lutym pokazała, że dużego zainteresowania polskim rynkiem długu, przynajmniej z zagranicy, nie ma.

Polskie obligacje pozostają atrakcyjną inwestycją głównie dla polskich inwestorów instytucjonalnych. Dla inwestorów indywidualnych oferowane oprocentowanie było wyraźnie zbyt małe. W styczniu Skarb Państwa ulokował wśród nich obligacje warte niespełna 100 mln zł. To prawie siedem razy mniej niż w grudniu. Banki, fundusze inwestycyjne i wszystkie instytucje starające się bezpiecznie ulokować pieniądze nadal jednak sięgają po nie chętnie.

Dla Skarbu Państwa to jest wymarzona sytuacja – uważa Błażej Wajszczuk. Jest dosyć duży popyt, mimo wszystko stabilny, ze strony banków. Wydaje mi się, że jeżeli rentowności by trochę wzrosły, pojawiłby się znowu popyt ze strony inwestorów zagranicznych. Po drugie, Ministerstwo Finansów sprzedaje obligacje po historycznie niskich rentownościach, więc koszty obsługi długu w tym roku są niskie i nadal takie będą.

W czwartek ministerstwo sprzedało obligacje zapadające w 2017 roku z rentownościami 1,667 proc. i przeznaczone do wykupu w 2020 roku z rentownościami poniżej 2 proc. Popyt wyniósł 9,2 mld zł a maksymalna oferta wynosiła 5 mld zł, i taką kwotę udało się uzyskać. Na tej sytuacji z pewnością skorzystają finanse publiczne. Resort finansów nie tylko może taniej pozyskać pożyczkę na sfinansowanie deficytu, lecz także może dostać więcej czasu na jej spłatę.

Prawdopodobnie ministerstwo chciałby zrobić to, co robiło w zeszłym roku – prognozuje przedstawiciel BNP Paribas. Sfinansować potrzeby pożyczkowe w pierwszej połowie roku – jeżeli nie w całości, to w zdecydowanej większości. W ten sposób będzie miało, patrząc na cały rok, duży komfort w zarządzaniu długiem, podażą długu i w zarządzaniu płynnością. To można rozpatrywać tylko w superlatywach. Patrząc na to, co się dzieje z kosztami budżetu państwa, można powiedzieć, że będą one w tym roku niskie.

Korzystna dla państwa sytuacja na polskim rynku obligacji może pogorszyć wyniki obligacyjnych funduszy inwestycyjnych. Po bardzo dobrym roku, gdy wahały się one w granicach 10 proc., a w wypadku najlepszych nawet  20 proc.. może nastąpić załamanie i może być trudniej.

Przestrzegałbym przed zbyt wygórowanymi oczekiwaniami co do tego, co można z obligacjami w tym roku zrobić, ile można zarobić – zaznacza Błażej Wajszczuk z BNP Paribas. Rynek może nie sprostać swoim własnym oczekiwaniom, czyli nie powtórzyć takich wyników rok do roku przy tak niskich rentownościach.

2C Partners szuka pieniędzy na remonty kamienic. Pozyskane środki chce pomnożyć na warszawskiej Pradze

CEO Magazyn Polska

2C Partners planuje w tym roku kupić, zrewitalizować i sprzedać mieszkania o powierzchni 10 tys. mkw. Środków na remont zabytkowych kamienic spółka szuka na warszawskiej giełdzie. Notowana na NewConnect firma na głównym parkiecie zadebiutować chce jeszcze w 2015 roku.

2C Partners kupuje stare kamienice, przeprowadza w nich remont i zarabia na sprzedaży mieszkań. Głównie w Warszawie, choć ma na swym koncie projekty zrealizowane w prestiżowych rejonach Sopotu i Gliwic.

– W tym roku projekty, które są w trakcie realizacji lub planowania, obejmują powierzchnię prawie 10 tys. mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Tylec, prezes zarządu 2C Partners. – To w przeliczeniu na lokale da około 200 sztuk. Realizujemy teraz pierwszą emisję akcji, mamy w planach również większą. Intencją naszą jest to, żeby te dwie emisje pozwoliły jeszcze bardziej dynamicznie się rozwijać, by w perspektywie roku znaleźć się na rynku głównym.

Spółka w ramach publicznej emisji oferuje akcje za ponad 2,8 mln zł. Rozpoczęte już zapisy potrwają do 24 lutego, akcje przydzielone mają być do 2 marca, a  ich wprowadzenie do obrotu na NewConnect zaplanowane jest jeszcze w tym półroczu. Potem 2C Partners rozpocznie prace nad przeniesieniem się na główny rynek GPW.

Mamy takie poczucie, że w dużym stopniu wykorzystaliśmy to, co daje rynek NewConnect – ocenia Łukasz Tylec. – Pewną transparentność i otwartość w komunikacji z inwestorami. Chcielibyśmy jednak rozwijać się jeszcze szybciej, a NewConnect trochę nie sprzyja pozyskiwaniu finansowania i naszym planom, dlatego chcemy wydusić to, co można jeszcze wydusić z tego rynku, i przenieść się na rynek główny, na którym dużo więcej będzie możliwe.

Pieniądze pozyskane od inwestorów spółka chce przeznaczyć na kolejne projekty w Warszawie. Jej dotychczasowe wyniki wskazują na to, że działalność, jaką prowadzi, przynosi godziwe zyski. W zeszłym roku 2C Partners więcej niż podwoiła przychody, zwiększając je z niespełna 4 do ponad 9 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł do 7,3 mln zł z 1,7 mln rok wcześniej, a na czysto spółka zarobiła ponaddziesięciokrotnie więcej niż w 2013 roku – 4,9 mln zł.

Głównym celem emisji, którą w tej chwili prowadzimy, jest finansowanie zakupu budynku przy ul. Mińskiej, dokończenie procesu rewitalizacji budynku przy ul. Grochowskiej 282 oraz odrobina na kapitał obrotowy, tak aby przyspieszyć realizację takich projektów, które musimy dokończyć – komentuje obecną emisję prezes zarządu 2C Partners.

Na zakup budynku przy ul. Mińskiej na warszawskiej Pradze spółka chce przeznaczyć większość środków pozyskanych z obecnie prowadzonej emisji, ok.1,7 mln zł. Prezes Łukasz Tylec przekonuje jednak, że projekt jest tego wart.

– Jest to bardzo perspektywiczna lokalizacja, w bezpośrednim sąsiedztwie Soho Factory. Powierzchnia sięga 1 tys. mkw., jest tam 12 lokali. Na pewno jeszcze w tym roku będziemy sprzedawać i prowadzić proces rewitalizacji tego budynku. Oprócz tego mamy jeszcze parę projektów, które musimy dokończyć, i rozpoczęte negocjacje, często także podpisane umowy, ale nie chcę na razie zdradzać szczegółów. 

Eneris zamierza konsolidować sektor gospodarki odpadami i liczy na wyższe marże po restrukturyzacji przejmowanych przedsiębiorstw

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Eneris zamierza konsolidować sektor gospodarki odpadami, przejmując i kupując firm oraz większych przedsiębiorstw. Na rynku działają duże podmioty, należące także do grup międzynarodowych, mali przedsiębiorcy oraz firmy będące własnością samorządów. Połączenie procesów biznesowych ma pozwolić na wypracowanie większej marży w zysku w poszczególnych regionach.

Konkurencja na rynku gospodarki odpadami jest duża – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Barbara Koszułap, członek zarządu Eneris Polska. – Nadchodzi czas, kiedy trzeba będzie konsolidować procesy biznesowe, bo tylko takie działanie pozwoli na to, by uzyskać marżę z zysku, o którą chodzi w biznesie, a nie tylko taką, by przetrwać na rynku.

Eneris Polska, jak zapowiada Barbara Koszułap, zamierza brać aktywny udział w procesach konsolidacyjnych poprzez przejęcia oraz kupno działających przedsiębiorstw.

– Przygotowujemy się do tego, przejmując i zakupując spółki, które pozwolą nam czerpać korzyści poprzez realizację wyższej marży w zysku w regionach – deklaruje Barbara Koszułap. – Mamy też nadzieję, że konsolidacje, które w przyszłości odbędą się także w sektorze wodno-ściekowym, pozwolą prowadzić biznes w sposób bardziej efektywny, przynoszący realne korzyści przedsiębiorcom oraz dający możliwość przeprowadzenia restrukturyzacji.

Infrastruktura wodno-ściekowa, jak zauważa Barbara Koszułap, jest obecnie mocno zaniedbana i przestarzała pod względem technologicznym.

Jest również bardzo mało efektywna energetycznie – wskazuje członkini zarządu Eneris Polska. – Poprawę w tej dziedzinie najłatwiej i najlepiej osiągnąć, konsolidując branżę i znajdując środki finansowe na realizację przedsięwzięć modernizacyjnych.

Najbliższe przejęcia, jak zapowiada Barbara Koszułap, odbędą się w segmencie gospodarki odpadami. Na razie jednak przygotowywane transakcje objęte są tajemnicą handlową.

Ryzyko jest elementem, który stanowi bodziec do tego, żeby ewentualnie próbować wycofywać się z tego rynku i pozwalać innemu, mocniejszemu podmiotowi realizować cele biznesowe – uzasadnia celowość konsolidacji Barbara Koszułap. – Specjalizacja pozwala na to, żeby rynek zrestrukturyzował się sam. W wyniku tego poprawią się wskaźniki efektywności działania wszystkich działających w danym sektorze podmiotów.

Jest ona tym bardziej wskazana, że – jak twierdzi Barbara Koszułap – wzmożenie aktywności na tym rynku zapowiadają m.in. fundusze inwestycyjne.

Dostrzegamy, że jest bardzo wiele podmiotów zagranicznych zainteresowanych inwestowaniem w naszym kraju, głównie są to fundusze inwestycyjne – informuje Barbara Koszułap. – Rodzimi przedsiębiorcy także inwestują, rozwijają się, poszerzają swoje zasoby, majątek i zmierzają w kierunku konsolidacji.

Eneris Polska jest częścią grupy Eneris, która specjalizuje się w inwestycjach w spółki infrastrukturalne. Na początku listopada ubiegłego roku uzyskała zgodę Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) na przejęcie kontroli nad spółką Veolia Usługi dla Środowiska. Przejmowany podmiot tworzy holding sześciu spółek i ma cztery oddziały w kilkudziesięciu lokalizacjach na terenie całego kraju. Należące do niego firmy zagospodarowują rocznie ponad 376 tys. ton odpadów, obsługując rocznie ok. 1,13 mln mieszkańców oraz ponad 16 tys. klientów z sektora przemysłu i usług. W ramach prowadzonej gospodarki odpadami odzyskują 5587 MWh energii elektrycznej, która następnie trafia do sieci w formie zielonej energii.

Żniwa dla handlowców i restauratorów. Polacy wydadzą na walentynki nawet 1,5 mld zł

Polacy polubili święto zakochanych. Nie obchodzą go hucznie, raczej kameralnie, ale rosną walentynkowe budżety Polaków. To okazja dla handlowców, którzy po okresie styczniowego spowolnienia liczą na wzrost liczby klientów. Nie ma więc co liczyć na promocyjne ceny najpopularniejszych w to święto kwiatów, słodyczy i perfum. Szacuje się, że na prezenty i świętowanie dnia zakochanych Polacy mogą wydać nawet 1,5 mld zł. Fiskus tylko z tytułu podatku VAT zarobi ok. 170 mln zł.

Z badania SW Research wynika, że 38,4 proc. kobiet oraz 41,6 proc. mężczyzn zamierza wydać na walentynki od 51 do 100 zł. Z kolei 15,8 proc. kobiet oraz 21,5 proc. mężczyzn chce wydać więcej, a niemal co czwarta badana osoba, choć planuje obchodzić to święto, chce wydać mniej niż 50 zł.

Przedsiębiorcy wykorzystują ten moment do sowitego zarobku. Podnoszą ceny kwiatów, książek i oferują wiele atrakcyjnych ofert łączonych. W głównej mierze wzrasta zainteresowanie kwiatami. Kwiaciarnie mają nawet kilkukrotny wzrost sprzedaży. Zyskują także hotele, gastronomia i branża erotyczna – szacuje Tomasz Wojtasiewicz z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Badania wskazują, że dwie trzecie Polaków kupuje swoim bliskim prezent, a jego średnia cena to 67 zł. Jeżeli przyjęlibyśmy takie założenie, to wydamy na walentynki 1,5 mld zł.

To oznacza, że w ciągu jednego dnia fiskus może zarobić ok. 170 mln zł.

Mimo że wielu Polaków obchodzi walentynki, to większość robi to niezbyt hucznie. Wybierają raczej zacisze domowe i spędzenie wieczoru w towarzystwie ukochanej osoby. Jeżeli decydują się na wyjście, to najczęściej jest to teatr, kino lub restauracja. Coraz częściej zakochani wybierają także jakieś wyjazdy, na przykład wypoczynek w spa.

Walentynkowe prezenty i niespodzianki nie są zbyt kosztowne, ale kupując je, Polacy starają się sprostać oczekiwaniom ukochanej osoby, oczywiście z różnym skutkiem.

Polki oczekują od panów przede wszystkim kwiatów, biżuterii, kosmetyków i perfum, w następnej kolejności wskazują na książki czy płyty  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Morawiak z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – I faktycznie panowie takie prezenty dają swoim ukochanym, jeszcze od siebie przemycając słodycze. Natomiast Polkom trafianie w gusta partnerów idzie zdecydowanie gorzej. Panowie przede wszystkim chcieliby otrzymywać akcesoria elektroniczne lub gadżety samochodowe. Natomiast kobiety skupiają się na perfumach, słodyczach, książkach oraz płytach.

O ile na początku lat 90. walentynki uznawało 30 proc. Polaków, to obecnie jest ich dwa razy więcej. Wiedzą, że to nie jest święto religijne, ale nie traktują go jako święta komercyjnego.

 Polacy najczęściej spędzają walentynki w domu zwraca uwagę Agnieszka Morawiak. – Zakupy walentynkowe robimy przede wszystkim w tradycyjnych sklepach, rzadko w sieci. Raczej wybieramy się do dużych galerii handlowych, gdzie jest większy wybór prezentów oraz różne okazje cenowe, które nas nęcą.

Marketingowcy robią co mogą, by skorzystać na tym święcie biznesowo. Tym bardziej że przypada ono po styczniowym okresie spowolnienia w handlu. Co więcej, do świętowania próbują namówić również singli.

 W Polsce jest około 5-6 milionów takich osób. Antywalentynki są coraz głośniej obchodzone i mają coraz więcej zwolenników. Na przykład randka z samym sobą, czyli spędzenie dnia na przyjemnościach czy spotkania z innymi singlami, np. speed dating  mówi Morawiak.

J. Mordasewicz: Górnicy z państwowych kopalń muszą zrezygnować z przywilejów. Bez tego ich spółki upadną

Obecnie obowiązujące układy zbiorowe w spółkach węglowych, których większość należy do Skarbu Państwa, są winne obecnej sytuacji w górnictwie  uważa Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan. Jeśli górnicy nie zrezygnują z przywilejów, to jego zdaniem konieczne będzie postawienie zatrudniających ich spółek w stan upadłości.

– Podstawowym źródłem problemów spółek węglowych są oderwane od rzeczywistości układy zbiorowe pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Wynika z nich, że górnicy mają prawo do nagród nawet w sytuacji, kiedy spółka przynosi straty. Jak długo tych układów zbiorowych nie zmienimy, tak długo nie ma szansy na naprawę stanu górnictwa. Tak jest w Kompanii Węglowej i tak samo jest w Jastrzębskiej Spółce Węglowej.

W polskich kopalniach pracownicy zarabiają znacznie powyżej średniej krajowej. Do tego mają zagwarantowane dodatkowe apanaże, nawet gdy ich firma nie zarabia. Nie można tam zwolnić zbędnych pracowników ani zorganizować pracy w soboty, by poprawić wyniki kopalni.

Eksperci podkreślają, że wyniki spółek byłyby lepsze, gdyby nie zaniedbano branży wtedy, gdy koniunktura była dobra, czyli jeszcze kilka lat temu. Nawet przed rokiem za tonę węgla loco ARA, czyli do odbioru w portach Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia płacono ok. 80 dolarów. Dziś to ok. 60 dolarów. Tymczasem w 2008 roku ceny węgla sięgały 220 dolarów za tonę, a przez długi czas przekraczały 100 dolarów. W tym czasie polskie kopalnie miały spore zyski, których jednak nie przeznaczały na reformy ani inwestycje, tylko na wymuszane przez związkowców wzrosty płac. Tylko w 2011 roku średnie zarobki w górnictwie wzrosły o prawie 40 proc.

Doszliśmy do sytuacji, w której albo górnicy muszą wyrazić zgodę na zmianę układów zbiorowych, albo powinniśmy doprowadzić do likwidacji spółek, ogłoszenia ich upadłości – ocenia Jeremi Mordasewicz. W takiej sytuacji układy zbiorowe przestają funkcjonować. Górnikom należy się wówczas tylko zasiłek z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i sądzę, że dopiero tego rodzaju groźba może doprowadzić do ich otrzeźwienia.

Dziś bowiem państwowe spółki węglowe nie są w stanie zarabiać. Tylko cztery kopalnie, które miała zamknąć Kompania Węglowa, przyniosły spółce w 2014 roku 821 mln zł strat. Jastrzębska Spółka Węglowa miała w ciągu trzech pierwszych kwartałów zeszłego roku 425 mln zł straty na wydobyciu węgla. Dla porównania prywatna Bogdanka, gdzie nie obowiązują układy zbiorowe pracy z państwowych kopalń, osiągnęła w tym czasie 171 mln zł zysku.

Właścicielem, a przynajmniej głównym właścicielem spółek węglowych jest Skarb Państwa i żaden inwestor prywatny nie ma wpływu na to, co się dzieje w Kompanii Węglowej czy w JSW – podkreśla doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. Zmiany powinny mieć już miejsce przed pięcioma laty, kiedy mieliśmy doskonałą koniunkturę na węgiel. Wtedy, niestety, sprawy zostały zaniedbane, dlatego dzisiaj Skarb Państwa stoi przed bardzo trudnym wyzwaniem. Ale nie wydaje mi się, żeby mógł się cofnąć.

Jeżeli górnicy nie zgodzą się na wydłużenie pracy do sześciu dni w tygodniu (pod ziemią pięć) i uzależnienie wypłacanych nagród od wyników spółki, to ich firmy zbankrutują.

– Głównymi właścicielami węgla i majątku kopalń jesteśmy my, podatnicy polscy – przypomina Jeremi Mordasewicz. W związku z tym najwyższa pora zmienić relacje. Powinniśmy odnosić korzyści z tego, że spółki węglowe działają, nie możemy całości zysków przeznaczać na wynagrodzenia. Te spółki potrzebują ogromnych inwestycji i jeżeli nie ma przyzwolenia na zmianę obecnego stanu rzeczy ze strony górników, to trzeba spółkę postawić w stan upadłości.

Ropa naftowa znów potanieje. Na stacjach na razie stabilizacja, a nawet podwyżki

CEO Magazyn Polska

Ceny ropy naftowej na światowych rynkach mogą wkrótce ponownie spaść. Choć po odbiciu od początku lutego ceny ropy Brent utrzymują się na poziomie bliższym 60 niż 50 dolarów, to już niedługo baryłka tego surowca może znowu wrócić w okolice 50 dolarów i utrzymywać się na tym poziomie przez kilka tygodni. Oznacza to, że kierowcy mogą się spodziewać w najbliższych dniach dalszego wzrostu cen benzyny i diesla na stacjach, a potem ich stabilizacji.

Wydaje się, że najbliższe tygodnie mogą przynieść pewne odbicie w dół cen ropy naftowej. Przynajmniej na londyńskiej giełdzie spodziewam się około 50 dolarów za baryłkę – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z e-petrol.pl.

Cena baryłki ropy Brent osiągnęła minimum w połowie stycznia na poziomie niecałych 47 dolarów. Był to koniec trwającego od czerwca 2014 r. trendu spadkowego. Pod koniec ubiegłego miesiąca nastąpiło jednak wyraźne odbicie – był to procentowo pierwszy tak duży wzrost od połowy 2012 r. Od początku lutego baryłka ropy Brent kosztuje cały czas ponad 51 dolarów, a w pewnym momencie była nawet blisko 60 dolarów.

Bogucki ocenia, że ten trend zwyżkowy nie potrwa jednak długo. Podkreśla, że na globalnym rynku cały czas występuje nadpodaż surowca, a wciąż nie najlepsza kondycja światowej gospodarki hamuje popyt na ropę.

Tu należy upatrywać przyczyn zmian, które nastąpią w najbliższym czasie na rynku, czyli pewnego korekcyjnego odbicia cen w dół – twierdzi Bogucki. ‒ Musimy przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że wzrost, który w ostatnich dniach widzieliśmy, ma stosunkowo słabe i krótkotrwałe podstawy, bo mówi się o ograniczeniu chociażby liczby platform wiertniczych w Stanach Zjednoczonych. To jest już fakt znany od jakiegoś czasu i jego wpływ w tej chwili jest trochę przeszacowany.

Jak przypomina Bogucki, to krótkotrwałe odbicie cen ropy na rynkach światowych odczuli już także polscy kierowcy. Paliwo na stacjach podrożało i obecnie kosztuje średnio 4,35 zł za litr benzyny bezołowiowej 95 oraz 4,37 zł za litr oleju napędowego.

Choć to i tak znacznie niższy poziom niż jeszcze w listopadzie, kiedy za litr benzyny 95-oktanowej trzeba była płacić ponad 5 zł, Bogucki ocenia, że na obniżkę nie ma na razie nadziei.

W perspektywie najbliższych kilku dni nie możemy spodziewać się obniżek cen, a biorąc pod uwagę to, co się dzieje na rynku hurtowym, również i detal stacyjny może przynieść pewne podwyżki – przewiduje Bogucki.

Zaznacza, że ciekawą alternatywą dla kierowców może być autogaz, którego cena spadła już poniżej 2 zł za litr. Bogucki ocenia, że to jeszcze nie koniec spadków cen tego paliwa. Z kolei w paliwach tradycyjnych prognozuje stabilizację lub niewielkie wzrosty.

Dodaje, że w dłuższej perspektywie jest wiele czynników, które mogą wpłynąć na ceny ropy naftowej. To m.in. konkurencja Stanów Zjednoczonych, które od 2009 r. zwiększają wydobycie, z producentami zrzeszonymi w organizacji OPEC. Walka na giełdach ropy jest tak intensywna, że niektórzy analitycy spodziewają się spadku ceny baryłki nawet do 30 dolarów.

Spośród innych wydarzeń, na które warto zwracać uwagę, trzeba wspomnieć sytuacji w Europie Wschodniej – konflikcie na Ukrainie i sytuacji Rosji. Niewątpliwie to może mieć jakieś znaczenie dla rynku polskiego i środkowo-europejskiego, chociaż na razie tego w żaden sposób ani w cenach, ani w stabilności dostaw surowców do Polski nie widać – mówi Bogucki. ‒ Jeżeli doszłoby do jakiegokolwiek przyblokowania dostaw czy ruchu o charakterze militarnym, mogłoby to niewątpliwe wpłynąć prowzrostowo na ceny ropy.

Czynsze za powierzchnie magazynowe wciąż niskie. Deweloperzy liczą na stopniowe odbicie

Zmniejsza się powoli liczba magazynów i powierzchni magazynowych najwyższej jakości. Nie wpływa to jednak na wzrost czynszów, które w naszym kraju utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W tym roku nie będzie jeszcze odbicia, ale branża liczy na poprawę w 2016 r.

Jeżeli popatrzymy na aktualną sytuację na polskim rynku magazynowym, to zobaczymy, że podaż magazynów i powierzchni przemysłowych klasy A powoli maleje, poziom pustostanów też się redukuje. Ale sytuacja, którą mamy w Polsce, jest pewną anomalią w stosunku do innych rynków Europy Centralnej i Europy, bo cały czas poziom czynszów jest stabilny, niestety, stabilny na bardzo niskim historycznie poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Sapek, dyrektor zarządzający na Polskę firmy Prologis.

Jak wynika z raportu JLL, w 2014 roku czynsze efektywne (po uwzględnieniu ulgi i zachęty od właścicieli) były stabilne w okolicach Warszawy (2,1-2,8 euro z mkw. miesięcznie), na Górnym Śląsku (2,4-3,3 euro za mkw.) i w Polsce centralnej (2,1-2,8 mkw.). Spadły za to w Poznaniu (do 2,1-3 euro za mkw.) i we Wrocławiu (2,5-3,1 euro za mkw.).

Sapek zwraca uwagę na to, że cały region notuje dużą dynamikę przyrostu powierzchni magazynowych i przemysłowych. Polska wyróżnia się jednak poziomem czynszów, które czasami oscylują nawet w granicach 2 euro za mkw.

‒ Efektywne czynsze netto są prawie najniższe historycznie w Polsce. Wszystkie parametry ekonomiczne i finansowe w branży pokazują, że te czynsze powinny trochę wzrosnąć. Sądzę, że 2015 rok będzie jeszcze stabilny i w dużej mierze wpływ na to będą miały płynność nieruchomości, liczba inwestycji i zakupów oraz kapitał wpływający do Polski – tłumaczy Sapek.

Choć Prologis liczy na wzrost czynszów, to w tym roku nie są one jeszcze spodziewane.

Jak podkreśla Sapek, zakończony rok był dla rynku powierzchni magazynowych i przemysłowych bardzo dobry. Sam tylko Prologis, który utrzymuje ok. 25-proc. udział w tym rynku, rozpoczął i ukończył w Polsce budowę ponad 55 tys. mkw. nowej powierzchni (w Szczecinie i we Wrocławiu) oraz nabył ponad 160 tys. mkw. (w Gliwicach, Warszawie i Strykowie).

Polskie budowy stanowiły ok. jednej czwartej inwestycji Prologisu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a zakupione powierzchnie ‒ ok. 40 proc. regionalnego rynku.

Sapek dodaje, że w portfelu spółki dominują inwestycje pod konkretnego klienta. Inwestycje spekulacyjne, czyli budowane bez podpisanej umowy wynajmu, to nowa działalność firmy. W 2014 r. powstały dwa takie obiekty w Polsce – obydwa we Wrocławiu, w tym jeden został już całkowicie wynajęty, a drugi w 80 proc. Poza tym Prologis budował też spekulacyjnie w Pradze i Bratysławie.

W zeszłym roku bardzo selektywnie i bardzo rozsądnie zaczęliśmy podchodzić do budowy obiektów spekulacyjnych. Takie obiekty z małymi powierzchniami trzeba budować spekulacyjnie, bo są one tworzone dla innego rodzaju klienta, takiego, który musi najpierw zobaczyć powierzchnię, żeby ją wynająć – tłumaczy Sapek. ‒ Projekty spekulacyjne będą się pojawiać, ale Prologis będzie do nich podchodził bardzo selektywnie i ostrożnie, będą powstawały tylko w tych rejonach, w których jest bardzo niski poziom pustostanów.

Eksport branży mleczarskiej wzrósł o 15 proc. Mógłby bardziej, gdyby nie embargo rosyjskie

CEO Magazyn Polska

Polska branża mleczarska sprzedała w ubiegłym roku za granicę o 15 proc. więcej produktów niż w 2013 r. Ich wartość sięgnęła niemal 2 mld euro. Gdyby nie rosyjskie embargo, eksport byłby jeszcze wyższy, a jego dynamika mogłaby znacznie przekroczyć 20 proc. rok do roku. Hitem eksportowym było mleko w proszku, którego sprzedaż za granicę wzrosła aż o 70 proc.

Wzrost mógł być większy, bo w pierwszym okresie ubiegłego roku sięgał 23 proc. Niestety, weszło embargo rosyjskie, a sytuacja gospodarcza na Wschodzie spowodowała duże spadki i finalnie część produktów nie mogła być sprzedanych, np. sery, na które nie udało się znaleźć bardzo szybko innych rynków zbytu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Wcisło, prezes zarządu Kompass Poland, firmy zajmującej się dostarczaniem informacji biznesowej.

Mimo nie w pełni zrealizowanego potencjału branża mleczarska notowała wyniki eksportu lepsze niż cała polska gospodarka. Zgodnie ze wstępnymi danymi GUS za cały rok eksport w złotych wzrósł o 5,2 proc. w porównaniu z 2013 r. Cała branża rolno-spożywcza również zmniejszyła dynamikę wzrostu sprzedaży zagranicznej – jak mówi Wcisło, spadła ona z ok. 15 proc. w 2013 r. do ok. 5 proc. w ubiegłym.

Największym problemem dla eksporterów była sytuacja na Wschodzie. Embargo jest bardzo dotkliwe, bo odbiorcy w Rosji odpowiadali wcześniej za ok. 20 proc. sprzedaży zagranicznej polskiej branży mleczarskiej. Eksport produktów tego sektora do Rosji sięgał 500 mln zł. W ciągu pierwszych 7 miesięcy, czyli do momentu nałożenia embarga, branża mleczarska zwiększała eksport o 23 proc., ale po zatrzymaniu sprzedaży do Rosji całoroczny wzrost był o 8 pkt proc. niższy.

Ogólnie można powiedzieć, że jest dobrze, ale mogło być jeszcze lepiej – podsumowuje Wcisło.

Podkreśla, że niektórych towarów nie udało się sprzedać za granicę, w związku z czym trafiły na rynek krajowym z cenami o nawet 30-proc. niższymi. Tak było w przypadku serów, które stanowią 40 proc. całego eksportu branży mleczarskiej i są najważniejszą grupą produktową pod względem sprzedaży zagranicznej.15 proc. eksportowanych serów trafiało przed nałożeniem embarga do Rosji.

Szczególnie dobrze za granicą sprzedawało się mleko w proszku, którego eksport wzrósł w 2014 r. o 70 proc. W pierwszej części roku wzrosty przekraczały nawet 100 proc. Jak zaznacza Wcisło, polskie mleko w proszku trafia na wiele rynków, a być może także pośrednio do Rosji.

To nie tylko rynki dalekie, lecz także Czechy i Wielka Brytania. Białoruś też jest bardzo dużym odbiorcą tego produktu, co oznacza, że możemy liczyć ewentualnie na redystrybucję do Rosji przez Białoruś. Innymi hitami mogą być jogurty i świeże mleko – mówi Wcisło.

Białoruś jest bardzo ważnym rynkiem również dla eksporterów mleka świeżego. Cała sprzedaż zagraniczna tego produktu wzrosła w zeszłym roku o 25 proc., a większość trafiła właśnie do tego kraju.

Wcisło zaznacza, że ten rok powinien być równie dobry, choć bardzo dużą rolę odegra promocja polskich produktów. W ten sposób eksporterzy z naszego kraju mogą wyróżnić się na bardzo konkurencyjnym rynku mleczarskim.

Dochodzi do bardzo silnej konkurencji i polskie przedsiębiorstwa często nie dają sobie rady z dodatkowymi elementami, jak promocja na lokalnych rynkach i krótkie okresy dostaw itd. – tłumaczy Wcisło, zauważając, że w tym kontekście szczególnie cieszy rozwój sprzedaży mleka sproszkowanego. ‒ Ten rok może być dobry. Po pierwsze, według szacunków wzrost PKB sięgnie nawet 4 proc. Po drugie, mamy 82 mld euro dotacji unijnych na najbliższą kadencję, to też pomoże polskim przedsiębiorcom. Po trzecie, mamy klastry oraz dotacje unijne i fundusze państwowe na promocję produktów np. w Chinach, bo jest to bardzo duży potencjalny rynek zbytu, który może zastąpić Ukrainę i Rosję.

Chiński rynek wciąż jest trudno dostępny, a sprzedaż polskich serów w tym kraju stosunkowo nieduża. Od stycznia do października 2014 r. udało się wyeksportować do Państwa Środka jedynie 62 tony serów. Dla porównania, przez cały rok do Czech, jednego z ważniejszych odbiorców, polscy mleczarze sprzedali ponad 13 tys. ton.

Na rynek chiński jest opracowana strategia 20 mln zł inwestycji. Bez tej promocji byłoby trudno. Natomiast przy dobrej dystrybucji i promocji jest szansa nawiązania długofalowych relacji z odbiorcami – podkreśla Wcisło.

Polska ma szansę zostać liderem ekoinnowacji. Perspektywiczną dziedziną oszczędzanie energii i zasobów

Polska może stać się światowym potentatem w tworzeniu technologii ekologicznych. Wyzwania w dziedzinie ekologii, z którymi polskie firmy muszą sobie radzić na krajowym podwórku, zmuszają je do pracy nad nowoczesnymi rozwiązaniami. A te w następnej kolejności będą mogły być eksportowane do innych krajów.

Polski rynek jest teraz w przełomowym momencie. Wyzwaniem dla firm są unijne i krajowe regulacje, które mają na celu zwiększanie ochrony środowiska, ale jest wiele możliwości pozyskania finansowania na prace badawczo-rozwojowe.

Polskę i kraje unijne czekają w najbliższych latach poważne zadania. Emisja CO2 w krajach UE ma w 15 lat zostać zredukowana o 40 proc. 27 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. W tym czasie do 30 proc. ma zostać zredukowana ilość odpadów, których nie poddaje się recyklingowi, a KE pracuje nad jeszcze bardziej rygorystycznym planem.

Jednocześnie UE wspiera prace nad rozwiązaniem tych kwestii. W ciągu najbliższych pięciu lat Polska może liczyć na ponad 27 mld euro z unijnego programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko oraz na 8,6 mld euro z programu Inteligentny Rozwój. Duża część tych pieniędzy będzie wspierać badania oraz inwestycje związane z ochroną środowiska.

– Mamy bardzo duże pole do działania, jeżeli chodzi o możliwość finansowania zarówno prac badawczo-rozwojowych, jak i prac wdrożeniowych. Mamy możliwość realizacji projektów pilotażowych samodzielnie, jako przedsiębiorcy, oraz we współpracy z ośrodkami badawczo-rozwojowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Koszułap, członek zarządu Eneris Polska, spółki specjalizujący się w budowie i eksploatacji instalacji związanych z ochroną środowiska oraz zagospodarowywaniem odpadów i surowców. – Są też środki i możliwości, żeby móc potem te wdrożenia eksportować na zewnątrz. W tym zakresie zarówno Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jak i Ministerstwo Środowiska mają adekwatne instrumenty.

Do tej pory polskie firmy raczej wdrażały rozwiązania z Zachodu, teraz jest szansa, by zmienić ten stan rzeczy i stać się eksportem ekoinnowacji. Jak podkreśla Koszułap, największe jest zapotrzebowanie na nowoczesne technologie w dziedzinie energooszczędności i lepszego wykorzystania zasobów.

– Poza tym to ograniczenie negatywnego oddziaływania na środowisko, poprawa stopnia wykorzystania zasobów, którymi dysponujemy, oraz możliwości w jak największym zakresie zamykania cyklów technologicznych obiegu wody, surowców oraz pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych – wymienia ekspertka.

Równie ważne są zadania z zakresu gospodarki odpadami.

– Koncentrujemy się na odzysku surowcowym oraz na odzysku termicznym. Myślę, że największym obszarem zainteresowania z punktu widzenia rynku obecnie są technologie odzysku termicznego, czyli pozyskiwania energii odnawialnej z odpadów – podkreśla członek zarządu Eneris Polska. Z naszego punktu widzenia najważniejszym obecnie rozwiązaniem jest technologia spalania rusztowego, która jest najbardziej efektywna ekonomicznie, sprawdzona i pozwala naszym mieszkańcom najskuteczniej i najtaniej rozwiązywać problem odpadów.

Jak podkreśla, prace nad nowymi technologiami powinny uwzględniać nie tylko aspekt ekologiczny, lecz także ekonomiczny.

Krajowy rynek mebli rośnie wolniej niż eksport

CEO Magazyn Polska

Polski rynek mebli rośnie znacznie wolniej niż eksport krajowych producentów z tej branży. W ubiegłym roku za granicę sprzedano aż o 14 proc. więcej mebli, jednak w Polsce sprzedaż rosła znacznie wolniej. Szansa na wzrost jednak jest, bo Polacy coraz częściej wymieniają meble – średnio co 8 lat.

Rynek krajowy rośnie w nieznacznym stopniu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tadeusz Respondek, wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. ‒ Zmienia się jednak podejście do mebli. Dawniej klienci traktowali je jako zakup na całe życie. Młode pokolenie już dzisiaj nie chce takich mebli.

Tę zmianę widać szczególnie w segmencie luksusowych mebli. Jak podkreśla Respondek, obecnie Polacy średnio co 8 lat chcą zmieniać elementy wyposażenia mieszkania. To trend podobny do tego, jaki panuje np. w branży motoryzacyjnej. Według Respondka ta skłonność może się jeszcze nasilać, co doprowadzi do jeszcze częstszej wymiany mebli.

Poza większą częstotliwością zakupu krajowy rynek pobudza też poprawa koniunktury gospodarczej w Polsce. Zgodnie z badaniami OIGPM już w 2013 r. ponad 25 proc. klientów deklarowało, że kupiło w tamtym roku nowe meble. Wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa kupujących może przybywać.

Zakładamy, że wzbogacanie się Polaków ‒ mimo że potrafimy mocno na ten temat narzekać ‒ następuje i będzie następowało – ocenia Respondek.

Z ubiegłorocznych badań TNS Polska na zlecenie Agata Meble wynika, że dwie trzecie Polaków deklaruje konieczność wymiany mebli w swoim mieszkaniu. Częściej są to osoby młode, do 29 lat, oraz kobiety. Ponad połowa przyznała, że zamierza zmienić wystrój wnętrz w najbliższym czasie, w związku z tym kupi też nowe meble. Przy wyborze najczęściej wskazywanym kryterium jest jakość, stosunek ceny do jakości oraz styl mebli.

To jednak nie wystarcza, by napędzić rozwój sprzedaży na rynku krajowym. Jak przypomina Respondek, badania sprzed kilku lat pokazały, że Polacy są dziesięciokrotnie mniej skłonni niż Niemcy do wydawania pieniędzy na meble. O ile statystyczny Polak jest gotowy przeznaczyć na meble 40 euro, to przeciętny Niemiec – 400 euro.

Polska jako rynek wewnętrzny nie jest w stanie wchłonąć takiej ilości mebli, jaką produkuje polskie meblarstwo, dlatego jesteśmy skazani na eksport – podkreśla Respondek.

Obecnie niemal 90 proc. produkcji polskiej branży meblarskiej trafia na eksport, głównie do Niemiec. W ubiegłym roku sprzedaż za granicę wzrosła średnio o 14 proc., a do Hiszpanii i Chin o nawet ponad 30 proc. Wartość eksportu polskich mebli sięgnęła w zeszłym roku 8 mld euro. Polska jest czwartym największym eksporterem mebli na świecie i siódmym największym producentem.

Branża filmowa czeka na Oscary. Nominowane filmy nie są hitami wśród widzów

0

22 lutego zostaną wręczone Oscary. Choć środowisko filmowe czeka z niecierpliwością na rozstrzygnięcie, to nagrody nie wpływają jednak znacząco na frekwencję w kinach. Choć oglądalność nominowanych filmów rośnie, to jednak w porównaniu z megaprodukcjami widownia jest mniejsza.

Jesteśmy w przededniu rozdania Oscarów. Cała branża filmowa jest podekscytowana, wymieniane są nazwiska i tytuły filmów, przede wszystkim „Birdman”, „Gra Tajemnic” czy „Whiplash”– mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Salamon, dyrektor generalny Forum Film Poland. – Mamy osiem nominowanych tytułów, ale paradoksalnie takie filmy nie osiągają dużej frekwencji w kinach.

Poza wymienionymi filmami o tytuł najlepszego filmu walczą również „Boyhood”, „Grand Budapest Hotel”, „Snajper”, „Selma” i „Teoria wszystkiego”. „Birdman” w reżyserii Alexandra Gonzaleza Inarritu jest wymieniany jako główny faworyt. Zdobył nominacje we wszystkich najważniejszych kategoriach, m.in. dla najlepszego filmu, za reżyserię, scenariusz, zdjęcia i role pierwszoplanowe. Choć został doceniony przez Akademię Filmową, nie znalazł uznania wśród polskich widzów.

Jak wskazują dane Boxoffice, w pierwszym tygodniu po premierze obejrzało go 21 tys. osób. Dla porównania polską komedię „Wkręceni 2” – blisko 140 tys. Film „Whiplash”, inny oskarowy nominowany, zobaczyło w trzy tygodnie od premiery ok. 70 tys. osób. W ostatni weekend najchętniej oglądanym filmem były „Pingwiny z Madagaskaru” (ponad 224 tys. widzów), „Wkręceni 2” oraz „Ziarno prawdy” (odpowiednio 52 tys. i 46 tys. widzów). Dobrze poradził sobie „Grand Budapest Hotel”, który osiągnął sprzedaż 183 tys. biletów.

Masowa widownia nie chce ich oglądać. Myślę, że są one zbyt artystyczne jak na rynek – ocenia dyrektor generalny Forum Film Poland. – My, jako firma, mamy jeden tytuł w konkursie, czyli „Grę Tajemnic”. Liczymy, że zdobędzie Oscara. Przypomnę, że to film o Enigmie, ze wspaniałą rolą Benedicta Cumberbatcha [walczy o tytuł najlepszego aktora –  red.].

Podobnie było w ubiegłym roku. Najlepszy zdaniem Akademii Filmowej film, czyli „Zniewolony”, obejrzało ok. 100 tys. osób. Najpopularniejsze produkcje miały w Polsce nawet dwumilionową widownię. W przeciwieństwie do kasowych produkcji, oscarowe filmy są rozprowadzane w mniejszej liczbie kopii. Często też wprowadzane są do kin w podobnym czasie, co zmniejsza szanse na dużą frekwencję. Większą liczbę widzów może przyciągnąć zdobyta statuetka, zdaniem eksperta trudno jednak oczekiwać, żeby artystyczne filmy okazały się kasowymi hitami.

Myślę, że to reguła, że oscarowe produkcje nie są bardzo komercyjne. Ogólnie jest tak, że filmy festiwalowe w kinach są chętnie oglądane, ale raczej przez fanów kina, a nie przez masową widownię – podkreśla Salamon.

Kolejne piłkarskie mistrzostwa w Polsce to szansa dla mniejszych miast

0

Mistrzostwa Europy w piłce nożnej zawodników do lat 21 w 2017 r. mogą być szansą dla mniejszych miast w Polsce. Zainteresowanie rozgrywkami będzie wprawdzie znacznie niższe niż podczas Euro 2012, ale i tak przyznanie naszemu krajowi tych rozgrywek daje duże możliwości. Skorzystać mogą młodzi sportowcy, bo mecze oglądać będzie więcej menadżerów niż kibiców, poprawić powinna się także infrastruktura treningowa.

Dobrze, że tego typu imprezy mogą być organizowane w Polsce. One nie przyciąganą uwagi Europy. Podejrzewam, że nawet w samej Polsce nie będą nadmiernie widoczne, mimo wszystko będą się odbywały na naszych obiektach. Spełnią przede wszystkim funkcję o charakterze ideowym. Zawsze tego rodzaju impreza przyczynia się do rozwój, szczególnie piłkarstwa młodzieżowego i dziecięcego ‒ ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management Polska.

26 stycznia br. Polska została oficjalnie ogłoszona gospodarzem piłkarskich mistrzostw Europy do lat 21. Rozgrywki w naszym kraju będą pierwszymi w historii, w których zmierzy się 12 zespołów (teraz jest ich osiem). Polska kadra automatycznie otrzyma kwalifikację do mistrzostw. Mistrzostwa U-21 rozgrywane są co dwa lata, a w tym roku odbędą się w Czechach.

Kita podkreśla, że nie będzie to turniej podobny do Euro 2012 pod względem zainteresowania. Ocenia, że nawet wśród osób interesujących się sportem tylko co dziesiąta osoba będzie w ogóle świadoma, że taka impreza odbywa się w Polsce. To jednak nie oznacza, że na tym nie skorzystamy.

‒ Jakakolwiek duża europejska czy światowa impreza w ważnej dyscyplinie to duży sukces Polski. Mimo to skala rażenia i waga tego widowiska jest znacząco niższa ‒ mówi Kita.

Mistrzostwa U-21 mogą być natomiast dużą szansą dla polskich młodych sportowców. Z uwagi na rozgrywki mogą powstać nowe obiekty szkoleniowe i inne elementy infrastruktury sportowej. Przede wszystkich jest to jednak szansa dla najlepszych, by wypromować się wśród zagranicznych menadżerów.

Jak ocenia Kita, niewykluczone, że na trybunach w trakcie meczów będzie więcej menadżerów, przedstawicieli federacji i skautów zagranicznych klubów niż widzów. Zwłaszcza duże stadiony może być trudno zapełnić kibicami. Dlatego mecze nie będą odbywać się na największych arenach znanych z Euro 2012 (z wyjątkiem Stadionu Narodowego), lecz raczej w mniejszych miastach.

Arenami tych mistrzostw będą stadiony mniejsze o wielkości 12, 15 czy 20 tys. widzów, z wyjątkiem Stadionu Narodowego. To obiekty, gdzie łatwiej uzyskać dobrą frekwencję. To bardzo mocno wpłynie na rozwój rynku lokalnego. Z całą pewnością turniej będzie bardziej zauważalny w Gdyni, Kielcach, Lublinie niż np. w Poznaniu czy we Wrocławiu. Te stadiony są za duże, w tych miastach za dużo się dzieje ‒ wyjaśnia Kita.

Właśnie dlatego mniejsze miasta mogą wykorzystać rozgrywki w 2017 r. do tego, by wypromować nie tylko samo wydarzenie, lecz także społeczność lokalną i region. Tym bardziej że w wielu z nich powstały nowe stadiony, które są mniejsze niż te znane z Euro 2012, ale dobre dla mistrzostw w 2017 r.

Dla Lublina to może być fenomenalna okazja, żeby pokazać nowy obiekt, środowisko i region, w którym funkcjonuje. Piłka nożna też jest przy takich wydarzeniach ważna, ale ekonomia i promocja wokół również ‒ uważa Kita.

Show-biznes pomaga potrzebującym

Pokazują się na czerwonych dywanach nie tylko dlatego, że są znani i lubiani. Dzięki swojej popularności zwracają uwagę na istotne problemy. Polskie gwiazdy show-biznesu coraz częściej chcą pomagać.

„»Gwiazdy Dobroczynności« to ludzie, którzy wykorzystują swoją popularność, aby pomagać potrzebującym. Ich postawa i dobre serca są najpiękniejszym przykładem tego, że wystarczy odrobina woli, czasu i zainteresowania, aby zmienić czyjeś życie” – mówi serwisowi infoWire.pl Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce. Osoby medialne udzielają swojego wizerunku w kampaniach społecznych, zakładają własne fundacje i stowarzyszenia oraz zostają wolontariuszami i darczyńcami organizacji charytatywnych – w ten sposób działają na rzecz innych.

Martyna Wojciechowska, dziennikarka i podróżniczka, od lat wspiera inicjatywy ekologiczne, między innymi „Ratuj rysie” czy „Nie mów do mnie misiu”. „Pomaganie innym nadaje sens mojemu życiu i mojej pracy. Dobrze, że popularność mogę przełożyć na realizację szczytnych celów” – podkreśla podróżniczka.

Andrzej Piaseczny działa na rzecz zwiększania świadomości społeczeństwa na temat języka migowego. W tym celu promował akcję „Porozmawiaj ze mną”. „Osoby obdarzone szczęściem losu – a ja w dziedzinie zawodowej jestem szczęściarzem – są zobowiązane do tego, żeby oddawać więcej, niż dostają. Jeżeli tego nie robią, marnują swoją przyszłość” – mówi piosenkarz.

Paweł Małaszyński odwiedza w Klinice Onkologii i Hematologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego im. L. Zamenhofa w Białymstoku podopiecznych Fundacji „Pomóż Im”. Niedawno wziął udział w sesji do kalendarza „Bohater kontra bohater”. Dochód z jego sprzedaży jest przeznaczony na cele charytatywne. „Pomaganie daje mi pozytywny oddech – płuca mocniej nabierają powietrza. To niesamowite uczucie móc pokolorować komuś świat. Jeżeli macie taką możliwość, róbcie to jak najczęściej” – zachęca aktor.

Partnerstwo publiczno-prywatne czeka na zmiany legislacyjne

0

Przez sześć lat obowiązywania nowych regulacji dotyczących partnerstwa publiczno-prywatnego udało się zawrzeć tylko 84 umowy. Jeśli przygotowywana przez ministerstwo gospodarki nowelizacja funkcjonowania PPP zostanie wprowadzona w życie, to obecny rok i kolejne lata mogą stać się przełomowymi dla partnerstwa publiczno-prywatnego – uważa Konfederacja Lewiatan.

Przez sześć lat obowiązywania nowych regulacji dotyczących partnerstwa publiczno-prywatnego udało się zawrzeć tylko 84 umowy. Jeśli przygotowywana przez ministerstwo gospodarki nowelizacja funkcjonowania PPP zostanie wprowadzona w życie, to obecny rok i kolejne lata mogą stać się przełomowymi dla partnerstwa publiczno-prywatnego – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Z prowadzonego od 6 lat monitoringu rynku PPP http://bazappp.pl/ wynika, że z roku na zwiększa się liczba decyzji podmiotów publicznych zainteresowanych realizacją projektów w formule PPP, ale Polska w dalszym ciągu jest na początku drogi. Wszczęte postępowania o wyborze partnera prywatnego tylko w 24% kończą się sukcesem. Niska skuteczność wszczętych postępowań jest wypadkową braku wiedzy o PPP, umiejętności i standardów przygotowywania takich projektów, skłonności do minimalizowania kosztów ich przygotowywania i związanej z tym rezygnacji do przeprowadzania analiz przedrealizacyjnych i korzystania z fachowego doradztwa – mówi Irena Herbst, prezes zarządu Fundacji Centrum PPP.

Mamy odmienną od światowej strukturę sektorową. Najczęściej realizowane na świecie projekty dotyczą edukacji, transportu, szpitalnictwa. W Polsce najbardziej popularnymi sektorami, w których podmioty planują realizację projektów to sport i rekreacja oraz parkingi. Jednak od 2013 można zaobserwować zmiany w zakresie struktury sektorowej ogłaszanych projektów PPP (poza przedsięwzięciami sportowo-rekreacyjnymi oraz parkingowymi, JST planowały relatywnie dużo przedsięwzięć inwestycyjnych w formule PPP w energetyce, sektorze wodno-kanalizacyjnym oraz transportowym);
Podstawowym motywem decyzji o PPP jest pozyskanie kapitału i to bez konieczności powiększania długu publicznego (odpowiedni podział ryzyk to umożliwia). W konsekwencji mamy do czynienia z niskim udziałem projektów charakteryzujących się płatnością za dostępność oraz przewagą umów koncesyjnych.

– Nadal projekty PPP należą wyłącznie do domeny aktywności samorządów terytorialnych – nie powstał żaden projekt realizowany na szczeblu krajowym, na etapie przygotowań (dialog konkurencyjny) znajduje się jedynie jeden projekt – budowy sądu rejonowego (Nowy Sącz).
Głównymi czynnikami, które mogą doprowadzić do zwiększenia stosowania formuły PPP, są przede wszystkim wola polityczna władzy szczebla centralnego do stosowania PPP. Niezbędne jest opracowanie długoterminowej strategii rozwoju formuły PPP w Polsce , i ustanowienie instytucji wspierających jej upowszechnienie (koordynacja działań, centrum kompetencji opracowanie wzorców i standardów postępowania) – dodaje Irena Herbst.

Po latach funkcjonowania ustawy zidentyfikowano niezbędne zmiany legislacyjne. Jeśli przygotowywana przez MG nowelizacja uwarunkowań funkcjonowania PPP zostanie wprowadzona w życie, to rok 2015 i następne mogą stać się przełomowymi dla PPP w Polsce.
W ciągu 6 lat obowiązywania nowych regulacji prawnych dotyczących PPP oraz koncesji na roboty budowlane i usługi zawarto 84 umowy przy ogłoszonych 341 postępowaniach na wybór partnera prywatnego.
W całym okresie obowiązywania nowych regulacji prawnych w Polsce, rok rocznie liczba ogłoszeń zamyka się w przedziale 30-60, a liczba podpisanych umów waha się w granicach 15-20.

Do największych problemów rynku PPP w Polsce zalicza się bardzo niską przekładalność ogłoszeń o postępowaniach dotyczących wyboru partnera prywatnego na rzeczywiście podpisane umowy partnerstwa. W latach 2009-2014 24% postępowań zakończyło się podpisaniem umowy.
Zdecydowanie najbardziej skutecznymi regionami (przekładalność ogłoszeń na umowy) są województwo śląskie i wielkopolskie (odpowiednio 44 i 40 procent ogłoszeń z tych obszarów w latach 2009 – 2014 przełożyła się na zawarte umowy).

Konfederacja Lewiatan

Kim jest polski kierowca?

Jako kierowcy jesteśmy zbyt pewni siebie – tak można podsumować wyniki „Badania postaw posiadaczy samochodów”. I choć coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z zagrożeń na drodze, to nie rozwijamy umiejętności bezpiecznej jazdy.

Jeśli kierowca ma duże doświadczenie, może przekraczać dopuszczalną prędkość – tak sądzi większość badanych. Nic dziwnego, że pomysł zmniejszenia ograniczenia prędkości w terenie zabudowanym za dobry uważa aż 41% respondentów, a poza terenem zabudowanym – nawet 61% ankietowanych. Problem w tym, że do powstania większości szkód zgłaszanych ubezpieczycielom prowadzi nadmierna prędkość. W ubiegłym roku 13% badanych zostało ukaranych za szybką jazdę. Byli to głównie mężczyźni.

Najczęściej przestrzegamy przepisów w obecności pasażera. „2/3 ankietowanych przyznało, że czuje się odpowiedzialne za osobę, z którą podróżuje, więc jedzie ostrożniej. Tylko w nielicznych przypadkach obecność pasażera wpływa niekorzystnie na kierowcę: dekoncentruje, a nawet stresuje” – mówi serwisowi infoWire.pl Arkadiusz Bruliński z Ergo Hestii. Szczególną odpowiedzialność odczuwamy, przewożąc dziecko.3/4 badanych deklaruje, że zawsze umieszcza je w foteliku lub zapina mu pasy bezpieczeństwa. Niestety, aż1/3 ankietowanych przyznała, że przynajmniej raz na jakiś czas nie zapina pasów bezpieczeństwa, a 4% – że nie zapina ich nigdy.

Polski system szkolenia kierowców nie uczy zachowywania pokory na drodze i szacunku wobec innych uczestników ruchu. Poza tym kursanci często nie wiedzą, jak zachowuje się auto po przekroczeniu prędkości lub w trakcie hamowania awaryjnego. „To powoduje, że większość świeżo upieczonych kierowców przecenia swoje możliwości. Dlatego tak ważny jest udział w kursie bezpiecznej jazdy” – podkreśla rozmówca.

Mniej kontroli, większa skuteczność

Zdecydowanie większa skuteczność przy mniejszej liczbie kontroli rzetelnych podatników: administracja podatkowa koncentruje się na podmiotach, które uchylają się od opodatkowania. W 2013 r. na blisko 100 tys. kontroli podatkowych 1/3 była trafna pod kątem ograniczania unikania opodatkowania (z uszczupleniem powyżej 1.000 zł; skuteczność ponad 29 proc.).

Rok później przeprowadzono 77,5 tys. kontroli podatkowych, z czego 33,5 tys. to kontrole trafne (to już ponad 43 proc. skuteczności). Tym samym w minionym roku nastąpił 22 proc. spadek liczby przeprowadzonych kontroli i ingerencji w legalną działalność gospodarczą przy 15 proc. wzroście liczby kontroli trafnych w ograniczaniu szarej strefy.

Zależy nam, aby tak jak w przypadku kontroli celnych czy skarbowych, także działania administracji podatkowej były skuteczne w 70-80 proc. Do tego celu zmierzamy, zmniejszając liczbę kontroli i kierując je na podatników, którzy unikają rzetelnego rozliczania się z fiskusem. Chcemy ukierunkować nasz aparat na tych, którzy z premedytacją nie płacą podatków, a nie tych, którzy pomylili się w rozliczeniu – powiedział wiceminister finansów Jacek Kapica. Plany kontroli na ten rok przewidują znaczące ograniczenie ogólnej liczby kontroli i jednoczesny wzrost liczby kontroli trafnych.

Sukcesywne zmniejszanie liczby kontroli to model, który został wprowadzony i funkcjonuje w Służbie Celnej od kilku lat. W 2009 r. przeprowadzono blisko 273 tys. kontroli celnych przy skuteczności 61 proc., natomiast w 2013 r. przeprowadzono około 150 tys. kontroli celnych przy skuteczności 80 proc. Strategia ta została zauważona i jest doceniana przez podmioty prowadzące legalną działalność gospodarczą.

Również kontrole prowadzone przez urzędy kontroli skarbowej są coraz bardziej skuteczne. Działania tych urzędów, bez zwiększania liczby kontroli, przyniosły wykrycia nieprawidłowości na kwotę blisko 4 mld zł większą niż w 2013 r.

Wdrażanie planu kontroli dla administracji podatkowej przy założeniu mniejszej ingerencji wobec rzetelnych podatników  to obecnie priorytet Ministerstwa Finansów.

Fryzjer i dentysta uratują stacje paliw?

Kierowcy od jesieni ubiegłego roku zacierają ręce ciesząc się z coraz tańszego tankowania na stacjach benzynowych. Niestety jest też druga strona medalu – topniejące marże właścicieli stacji i widmo plajt – pisze portal Money.pl. Coraz bardziej realne jest, że ci z niewielkich miejscowości, tankujący na stacjach nie należących do koncernów lub większych sieci, będą musieli fatygować się dalej, by napełnić bak. Może się okazać, że właściciel stacyjki, na której to robią, z powodu rekordowo niskich marż będzie musiał zwinąć interes.

Pod nóż idą też plany inwestycyjne koncernów paliwowych. Zyski PKN Orlen i Grupy Lotos w 4 kwartale ubiegłego roku z powodu niskich cen ropy stopniały w sumie o około 1,6 mld złotych.

– Marże spadły ostatnio do minimalnych poziomów – około 2 procent – mówi w Money.pl Zdzisław Pisiński z Polskiej Izby Paliw Płynnych. Jeszcze niedawno były dwu, trzykrotnie wyższe. Na spadek marż, wymuszony dużą konkurencją, nałożył się spadek cen paliw, co jeszcze bardziej obniżyło zyski.

Z każdego litra sprzedanego paliwa prowadzącemu stację pozostaje od 8 do 10 groszy zysku. Pół roku temu – przy cenach paliw przekraczających 5 złotych – w jego kieszeni zostawało średnio 30-35 groszy.

Średnie ceny detaliczne paliw w Polsce

Źródło: e-petrol
Pb 98 4,59
Pb 95 4,35
ON 4,37
LPG 1,99

Średnia dobowa sprzedaż paliw na przeciętnej stacji sięga 4 900 litrów, co w miesiącu daje około 147 000 litrów. Zdaniem ekspertów, by utrzymać stacje tylko ze sprzedaży paliwa na takim poziomie, to wyłącznie na pokrycie kosztów jej funkcjonowania niezbędna jest marża w wysokości 25-30 groszy. 10 groszy marży na litrze paliwa to dla małej stacyjki – ekonomiczna śmierć. Tym bardziej, że większość stacji niezrzeszonych wykazuje sprzedaż poniżej 3 000 litrów paliwa na dobę.

Przy takiej sprzedaży właściciel stacji, żeby pokryć swoje koszty musi naliczać marżę na poziomie co najmniej 50-60 gr za litr. Oczywiście największa sprzedaż realizowana jest na stacjach koncernowych oraz położonych przy autostradach. Takie stacje mogą funkcjonować już przy marży 25 gr za litr.

Warto przy tym podkreślić, że paliwowy detal wymaga inwestycji, które zwracają się latami. Koszt wybudowania i wyposażenia stacji paliw waha się od 2 do 11 mln zł w zależności od tego, czy jest to niewielka stacyjka oferująca tylko podstawowe paliwa i LPG, czy duża stacja przy autostradzie lub ekpresówce. Czas zwrotu inwestycji też zależy od lokalizacji – waha się od kilku lat w dobrej lokalizacji do nawet 10 lat przy niewielkim ruchu.

– Nic nie wskazuje na to, że marże na stacjach w najbliższym czasie będą mogły pójść w górę – prognozuje Zdzisław Piksiński z PiPP. – Trudno powiedzieć, ilu właścicieli będzie musiało zrezygnować z tego biznesu. Sytuacja na pewno wymusi dalsze przetasowania na rynku. Już w ubiegłym roku obserwowaliśmy prawdziwą rzeź jeżeli chodzi małe stacyjki, spowodowane zmianami przepisów środowiskowych dotyczących zabezpieczenia zbiorników. Drobni właściciele nie byli w stanie spełnić wymogów. Teraz minimalne marże mogą pociągnąć kolejne stacje – tłumaczy.

Rzeczywiście tylko w ubiegłym roku z rynku zniknęło blisko 250 stacji. Czy w tym będzie podobnie?

– Właściciele mogą się bronić obudowując sprzedaż paliwa innymi usługami. To powszechne już przystacyjne sklepiki, bary i myjnie. Widziałem już nawet gabinety dentystyczne i zakłady fryzjerskie. Wszystko po to, by wypracować dodatkowy zysk i utrzymać się na rynku – mówi Piksiński.

Jego zdaniem szansą dla sieci, ale też organizacji zrzeszających niezależnych właścicieli, takich jak Moya, Delfin czy Huzar jest budowa stacji przy autostradach i trasach ekspresowych albo krajówkach. Tam i obrót i marże zawsze będą znacząco wyższe niż w innych lokalizacjach. Poza tym zrzeszone stacje mogą negocjować niższe ceny hurtowe dostarczanego paliwa.

Co z polskimi gigantami?

– Na spadek cen ropy najbardziej narażone są spółki PGNiG oraz Lotos, w mniejszym stopniu PKN Orlen – mówi portalowi Money.pl Kamil Szlaga, analityk spółek surowcowych z DM Trigon. Jak tłumaczy: różnica między nimi polega na tym, że dwie pierwsze są znacznie bardziej zaangażowane w wydobycie. – Kurs ropy naftowej w okolicach 50 dolarów za baryłkę to dla tych spółek próg bólu. Za nimi dopiero trzeci kwartał niskich cen. Jednak jeżeli ta sytuacja potrwa dłużej, to spółki z pewnością będą musiały przemyśleć swoją strategię.

 

Amerykański ubezpieczyciel zaatakowany przez hakerów

Anthem, jeden z największych prywatnych zakładów ubezpieczeń zdrowotnych w USA, padł ofiarą ataków hakerskich, podczas których doszło do włamania do bazy danych zawierającej informacje osobiste około 80 mln klientów i pracowników firmy. Jest to prawdopodobnie największy, ujawniony atak na spółkę opieki zdrowotnej na świecie!

Choć przedstawiciele firmy nie są w stanie precyzyjnie określić jaka ilość danych została skradziona, amerykańscy śledczy szacują, że były to dziesiątki milionów rekordów (pozycji) zawierających nazwiska, daty narodzin, adresy oraz numery ubezpieczeń społecznych. Jeżeli szacunki się potwierdzą, atak na Anthem Inc. będzie jedną z większych kradzieży danych personalnych w historii.

Ataki na przedsiębiorstwa to zagrożenie, ale i zarazem okazja dla firm ubezpieczeniowych na zarobek… W 2014 roku wartość  polis ubezpieczających firmy przed ryzkiem ataku hakerów sięgała ponad 2 mld USD rocznie na całym świecie. Zdecydowana większość tego typu ubezpieczeń przypada na Stany Zjednoczone, gdzie miały miejsce w minionych latach spektakularne ataki na karty płatnicze firmy Heartland, i sieci sklepów TJX i ostatni na Anthem Inc. Straty w przypadku pierwszych dwóch wymienionych firm przekroczyły 100 mln dol.

Tylko w ostatnim roku liczba cyberataków na świecie wzrosła o blisko 50 proc., co oznacza ponad 117 tys. włamań dziennie – wynika z  raportu PwC (PriceWatehouserCoopers) z grudnia 2014 r. Skala zjawiska w podobnym tempie rośnie również w Polsce. Straty są znaczące – PwC wyliczył, że światowa gospodarka może na tym tracić nawet 575 mld dol.

Dlatego sprzedaż polis w segmencie rynku zabezpieczającym prywatność, w który wchodzi także uniknięcie ataku hakerów, rośnie w USA w tempie 100–150% rocznie. – Oczywiście ten trend nie będzie trwał wiecznie – uważają analitycy jednej z największych fiirm reasekuracyjnych na świecie – MunichRe.

Do tej pory największym łupem hakerów podczas ataków na firmy z sektora opieki zdrowotnej były dane 4,5 mln klientów Community Health Systems, operatora sieci prywatnych szpitali w USA. Daniel Nutkis, CEO Health Information Trust Alliance – organizacji non-profit pomagającej firmom z sektora zdrowotnego w zabezpieczaniu sieci komputerowych, twierdzi że sektor ten jest nadzwyczaj podatny na zagrożenia sieciowe. Niewiele firm jest zdolnych do wykrywania i reagowania na ataki  takie jak ten na Anthem, mimo że Health Information Trust Alliance rozpoczął już proces ostrzegawczy i doradczy.

Według Keitha Birda z firmy Check Point, skradzione dane mogą zostać wykorzystane do dalszych ataków typu phishing, czyli takich w których hakerzy podszywają się pod inną osobę lub instytucje.

Zaopatrzeni w szczegółowe informacje, cyberprzestępcy będą starali się oszukać tych, których dane zostały skradzione, starając się zmusić ich do udostępnienia dalszych informacji takich jak numery kont czy hasła – twierdzi Bird.

Dla napastników to tylko gra liczb, lecz może mieć ona poważne konsekwencje dla klientów. Wiadomości phishingowe nadal są najczęstszym źródłem ataków socjotechnicznych. Klienci ubezpieczyciela powinni być zatem nad wyraz podejrzliwi wobec każdego maila czy nawet połączenia telefonicznego, których treść w jakikolwiek sposób może się odnosić do naruszenia danych – ostrzega  Keith Bird, dyrektor generalny Check Pointa w Wielkiej Brytanii.

Sam atak został uznany za „wyrafinowany”, a zastosowane w nim narzędzia należą do bardzo zaawansowanych. Chociaż wciąż nie odkryto kto stoi za włamaniem, wśród podejrzanych znajdują się hakerzy z Chin. Rzecznik prasowy FBI stwierdził, że agencja jest świadoma włamania do serwerów firmy Anthem i wciąż uważnie bada sprawę. Pochwalił również ubezpieczyciela, który bezzwłocznie poinformował FBI o podejrzliwych aktywnościach w sieci.

W wyniku ataku, Anthem Inc. zresetował wszelkie hasła pracowników z dostępem wyższego szczebla do swoich baz danych oraz zablokował dostęp, który wykorzystuje tylko jedno hasło.

Anthem ogłosił, że nie spodziewa się  by incydent jakkolwiek wpłynął na jego perspektywę finansową w 2015 roku, głównie dzięki odpowiedniemu planowaniu interwencyjnemu, przygotowującego firmę do tego typu incydentów.

Komunikat w sprawie wyznaczenia nowych terminów przekazania sprawozdań budżetowych w Informatycznym Systemie Obsługi Budżetu Państwa (TREZOR 3.0)

Na podstawie § 24 ust. 4 rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 15 stycznia 2014 r. w sprawie szczegółowego sposobu wykonywania budżetu państwa (Dz. U. z 2014 poz. 82, z późn. zm.)

Minister Finansów wyznacza:

  • dzień 16 lutego 2015 roku – dla dysponentów środków budżetu państwa III stopnia oraz urzędów skarbowych i izb celnych,
  • dzień 19 lutego 2015 roku – dla dysponentów środków budżetu państwa II stopnia i izb skarbowych,
  • dzień 23 lutego 2015 roku – dla dysponentów części budżetowych przekazujących do Ministerstwa Finansów sprawozdania własne jednostkowe i sprawozdania łączne

jako terminy przekazania sprawozdań za miesiąc styczeń 2015 roku w Informatycznym Systemie Obsługi Budżetu Państwa.

Lewiatan ocenia warunki udzielania pomocy na centra badawczo – rozwojowe firm

0

Konfederacja Lewiatan w pełni popiera finasowanie budowy nowych lub rozbudowy istniejących laboratoriów B+R, w tym zwłaszcza centrów badawczo – rozwojowych. Wsparcie przedsiębiorstw, które angażują się w prace B+R musi być absolutnym priorytetem Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020. Ma jednak pewne zastrzeżenia, co do propozycji konkretnych rozwiązań.

W 2013 r. 2467 polskich przedsiębiorstw było aktywnych badawczo, a nakłady prywatne na B+R w relacji do PKB wyniosły 0,33%, przy średniej UE-27 wynoszącej 1,31%. 57% tych nakładów było efektem zlecania prac B+R innym podmiotom, 43% wygenerowały przedsiębiorstwa samodzielnie. Zgodnie z danymi z 2010 r. tylko 100 firm miało wystarczający potencjał, aby sprzedawać własne usługi badawczo- rozwojowe. W 2015 r. 34 firmy posiadały status centrum badawczo- rozwojowego (CBR: przedsiębiorstwo, którego co najmniej 20% przychodów pochodzi ze sprzedaży usług B+R). Niewystarczające zasoby ludzkie, organizacyjne, know-how, brak własnej infrastruktury B+R to jedne z tych barier, które znacząco ograniczają aktywność B+R przedsiębiorstw.

Zwiększenie liczby firm, które prowadzą własne prace B+R, pomimo rosnących nakładów prywatnych na prace badawczo-rozwojowe, pozostaje dużym wyzwaniem. Tym bardziej więc wsparcie z funduszy unijnych oferowane takim firmom musi zostać „uszyte na miarę” – być dostosowane do ich potrzeb i oczekiwań.

Niestety, nie wszystkie zasady zaproponowane przez Ministerstwo Gospodarki w projekcie rozporządzenia w sprawie udzielania pomocy finansowanej na centra badawczo-rozwojowe przedsiębiorców w ramach PO IR 2014-2020, ocenionym przez Lewiatana, te kryteria spełniają .

– Nasze najważniejsze zastrzeżenie dotyczy koncepcji połączenia dwóch rodzajów pomocy publicznej, co oznacza możliwość wsparcia w jednym projekcie zarówno budowy infrastruktury B+R jak i prowadzenia zaplanowanych dla tej infrastruktury prac badawczo – rozwojowych. Rozwiązanie, chociaż jak mogłoby się wydawać, pozwoli na realizację kompleksowych przedsięwzięć , jedynie pozornie jest korzystne dla przedsiębiorców i gospodarki -mówi Marzena Chmielewska, dyrektorka departamentu funduszy europejskich Konfederacji Lewiatan.

Lewiatan obawia się, że jego efektem będą różne standardy wyboru oraz oceny projektów B+R w I osi Programu, wdrażanej przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, oraz w II osi, w której zaplanowano wsparcie CBR. W perspektywie 2007-2013 konkurencja pomiędzy podobnymi instrumentami powodowała, że przedsiębiorcy najczęściej wybierali to źródło finasowania, które było z ich punktu widzenia „łatwiejsze” do pozyskania lub skupiali się na tej części projektu, która była zgodna z ich bieżącymi potrzebami. W wielu przypadkach oznaczało to jednak, że projekty tylko pozornie realizowały stawiane przed nimi cele.

Poza tym możliwość przeznaczenia części środków projektu, którego celem jest wzmocnienie infrastruktury badawczo-rozwojowej, na prace B+R, może prowadzić do faktycznego zmniejszenia wsparcia publicznego przeznaczonego na budowę lub rozbudowę centrów badawczo- rozwojowych. Oczywiście oba typy projektów są potrzebne i powinny być finansowane z funduszy UE, jednak trzeba przypomnieć, że alokacja na prowadzenie prac B+R w I oś jest największa w całym Programie i wynosi 3,5 mld EURO, tymczasem alokacja dla II osi, z której tylko część zostanie przeznaczona na CBR, wynosi 0,82 mld EURO.
Sygnalizowane przez Lewiatana ryzyka: różne standardy wsparcia o podobnym charakterze i zawłaszczenie przez projekty badawczo-rozwojowe części środków przeznaczonych w PO IR na wsparcie infrastruktury B+R będą miały negatywny skutek dla spójności i przejrzystości interwencji publicznej na rzecz B+R.
Ponadto Lewiatan krytykuje dwa rozwiązanie szczegółowe, niekorzystne dla przedsiębiorców.

Pierwsze to wymóg współpracy przedsiębiorcy z jednostką naukową lub ośrodkiem innowacji. Taki przepis ogranicza swobodę firm, które nie mogą być zmuszane do współpracy z podmiotem zewnętrznym, jeśli taka potrzeba nie wynika wprost z samego projektu lub nie leży w ich interesie. Zbyt często analogiczne kryteria w latach 2007-2013 stanowiły barierę dla przedsiębiorców, którzy chcieli realizować projekty samodzielnie lub motywowały do nawiązywania fikcyjnej współpracy z jednostkami naukowymi, wyłącznie na potrzeby wniosku o dofinansowanie.

Drugie złe rozwiązanie polega na wprowadzeniu limitu 10% wydatków kwalifikowalnych na zakup gruntów niezabudowanych i zabudowanych oraz nabycie robót i materiałów budowalnych. W przepisach UE taki limit odniesiono wyłącznie do gruntów. Rozszerzenie go na roboty i materiały budowalne pogarsza warunki realizacji inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw, przy czym warto pamiętać, że w tego typu projektach zarówno materiały jak i roboty, ze względu na specyfikę przedsięwzięcia, mogą być droższe niż w standardowych projektach inwestycyjnych.

Konfederacja Lewiatan

IGTE: W ciągu roku od zmian w systemie emerytalnym OFE zarobiły 2,5 proc. Dzięki inwestycjom w obligacje mogłyby zarobić 17 mld zł więcej

Otwarte Fundusze Emerytalne w ciągu roku od zmian w systemie emerytalnym zarobiły dla klientów 2,5 proc. – informuje Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych. Zdaniem prezes tej organizacji, gdyby OFE nadal mogły inwestować w obligacje Skarbu Państwa, zysk mógłby być wyższy o 17 mld zł. Według Izby perspektywy OFE wyglądają obiecująco, bo w funduszach pozostało 2,5 mln osób, czyli znacznie więcej niż oczekiwano.

Po zmianach w prawie przez ostatni rok Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE) zarobiły około 2,5 proc. dla swoich klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – W porównaniu np. do funduszy inwestycyjnych, które zarobiły w tym samym okresie niespełna 1 proc., to dużo. Trzeba pamiętać, że od lutego ubiegłego roku OFE dysponują dużo mniejszą ilością aktywów, które mogą zainwestować. Przekłada się to oczywiście również na trochę niższe zyski dla klientów. Nie wolno im także lokować kapitałów w obligacje Skarbu Państwa. Gdyby to było możliwe, zysk klientów OFE byłby wyższy o blisko 17 mld zł.

Chodzi o ustawę z 6 grudnia 2013 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z określeniem zasad wypłaty emerytur ze środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych (Dz.U. 2013 poz. 1717), która weszła w życie na początku lutego ub.r. (część przepisów zaczęła obowiązywać od 15 stycznia 2014 roku). Zgodnie z zapisami noweli zmniejszony został udział środków przekazywanych do OFE, a członkostwo z obowiązkowego stało się dobrowolne. Jak uzasadnił ustawodawca, głównym celem nowego prawa było zapewnienie bezpieczeństwa obecnym i przyszłym emerytom, finansom publicznym oraz rynkom kapitałowym, zmniejszenie ponoszonych przez budżet państwa kosztów systemu emerytalnego i obniżenie poziomu długu publicznego w relacji do produktu krajowego brutto (PKB).

Jak spojrzymy na to szerzej, a tak trzeba patrzeć, jeżeli chodzi o długoletnie systemy emerytalne i OFE, to stopa zwrotu z okresu ostatnich trzech lat wyniosła ponad 27 proc. – zauważa Małgorzata Rusewicz. – To był najlepszy okres od siedmiu lat, jeżeli chodzi o zwrot z inwestycji i zyski dla klientów. OFE zdecydowanie lepiej inwestowały niż fundusze akcyjne, inwestycyjne i przynosiły dużo wyższe zyski niż zwykłe lokaty w bankach.

W br. zdaniem szefowej IGTE rynek wygląda dobrze. Po wejściu w życie ustawy do OFE zapisało się bowiem 2,5 mln osób, czyli znacznie więcej niż przewidywano. W dodatku są to w dużej części osoby młodsze, z wyższymi niż przeciętna dochodami, w wyniku czego składki do OFE są większe niż zakładano, uchwalając ustawę.

– Zarządzający muszą jednak dzisiaj dużo ostrożniej podchodzić do inwestycji – tłumaczy Rusewicz. – W związku z tym patrzą na takie elementy, jak jakość zarządzania spółką, rentowność, ale nie tylko w krótkiej, lecz także dłuższej perspektywie. Są to obecnie inwestycje kierowane raczej do większych, bardziej stabilnych firm, które rozwijają się może wolniej, ale za to trwale i konsekwentnie. Natomiast bez wątpienia uwaga funduszy kierować się będzie również w stronę obligacji korporacyjnych, które mogą stanowić równowagę dla bardziej ryzykownych akcji.

W wyniku nowelizacji i dyskusji, która jej towarzyszyła, świadomość członków i ewentualnych klientów funduszy, jak sądzi Rusewicz, jest obecnie wyższa.

– Trochę inaczej wygląda podejście do rynku kapitałowego, ponieważ wiara w jego stabilność została dość istotnie zachwiana – mówi Małgorzata Rusewicz. – Dużo gorszy jest także stan wiedzy na temat systemu emerytalnego w młodym pokoleniu. Osoby, które jeszcze studiują lub dopiero wchodzą na rynek pracy, nie wiedzą, co powinny zrobić, gdzie szukać informacji i co wybrać. Samo myślenie o kwestiach emerytalnych jest dla nich odległe.

W związku z tym IGTE, wspólnie z innymi organizacjami i uczelniami, jak informuje Rusewicz, przygotowuje projekt komunikacji w tym zakresie, kierowany do osób wchodzących na rynek pracy i studentów. Ma się on rozpocząć jeszcze w pierwszym kwartale br.

Jesteśmy już po rozmowach m.in. z Uniwersytetem Warszawskim, częścią organizacji pracodawców i firmami – wskazuje Rusewicz. – Chcielibyśmy pokazać rynek pracy, jak się on zmienia, określić oczekiwania i potrzeby pracodawców oraz doradzić, w jaki sposób można zabezpieczyć się na przyszłość, która może wymagać pozyskania dodatkowych środków.

BBI Development w połowie br. rozpocznie inwestycję w biurowo-handlową część inwestycji Koneser na warszawskiej Pradze

CEO Magazyn Polska

BBI Development w połowie br. planuje rozpoczęcie centralnej, biurowo-handlowej części swojej inwestycji na terenie byłej fabryki wódki Koneser na warszawskiej Pradze. W sumie na terenie inwestycji powstanie 75 tys. mkw. powierzchni użytkowej na potrzeby handlu, biur i klientów indywidualnych. Część pomieszczeń zostanie zaadaptowana na jedne z pierwszych soft loftów w Warszawie. W tym roku spółka planuje także m.in. rozpoczęcie budowy Centrum Marszałkowska na terenie po dawnym domu towarowym „Sezam”.

Obecnie na terenie byłej fabryki wódek Koneser kończymy pierwszy etap budowy loftów i soft loftów [budynków mieszkalnych wybudowanych od zera w stylu loftów – red.], a w połowie br. wraz z naszym partnerem firmą Liebrecht & Wood planujemy rozpoczęcie budowy drugiego centrum biurowego wraz z częścią handlową o powierzchni około 47 tys. mkw – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Skotnicki, prezes zarządu BBI Development. – To trochę mniej niż ma wysokościowiec Złota 44 w centrum stolicy czy Plac Unii, który oddaliśmy jesienią 2013 roku. Będzie to więc inwestycja, która zmieni prawą stronę Wisły w dobrym tego słowa znaczeniu.

W ramach inwestycji prowadzonej na terenie o powierzchni około pięciu hektarów, jak informuje prezes Skotnicki, powstanie w sumie 75 tys. mkw. powierzchni użytkowej. Będą tam między innymi jedne z pierwszych soft loftów w Warszawie.

Chcemy razem z Grupą Pernod Ricard Polish Vodka Association urządzić na terenie kompleksu muzeum wódki oraz hotel z centrum konferencyjnym i setką pokoi o wysokim standardzie – zapowiada Michał Skotnicki. – Będzie to wyjątkowa inwestycja: połączenie zabytków z nowoczesnością.

Uruchomione w październiku 2013 roku centrum Plac Unii zdaniem prezesa BBI Development potrzebuje jeszcze trochę czasu, aby osiągnąć optymalne wyniki. Jak wynika z raportu badającej rynek nieruchomości firmy Knight Frank, współczynnik pustostanów biurowych w Warszawie wynosi ok. 15 proc. Na stołecznym rynku jest obecnie około 600 tys. mkw. niewynajętej lub czekającej na kupca powierzchni biurowej i ciągle jej przybywa.

Liczba klientów Placu Unii rośnie z miesiąca na miesiąc, ale na pełne rozwinięcie centrum handlowego potrzeba trzech, czterech lat – przekonuje Skotnicki. – Z kolei część biurowa, która ma 41 tys. mkw powierzchni użytkowej, jest wynajęta już w prawie 70 proc i z każdym miesiącem mamy kolejnych najemców w klasie A. Trzeba pamiętać, że jest to Centralny Obszar Biznesu. Połączenie biur, handlu i prestiżowego miejsca sprawia, że mimo dużej podaży na rynku wciąż znajdujemy nowych najemców.

Spółka, jak zapewnia jej prezes, pracuje nad pozyskiwaniem nowych tego typu lokalizacji i raz na rok lub dwa lata stara się ogłaszać kolejne inwestycje.

W br. planujemy jeszcze rozpoczęcie budowy Centrum Marszałkowska na terenie dawnego domu towarowego „Sezam” – informuje Skotnicki. – W tej chwili trwa tam rozbiórka. Powstanie budynek o powierzchni 15 tys. mkw., w którym znajdą się biura (11 tys. mkw.) i lokale usługowe (4 tys. mkw.). Będzie to pierwszy obiekt na terenie Warszawy mający bezpośrednie połączenie z metrem i to na przecięciu dwóch linii. Prac rozpoczną się najprawdopodobniej w trzecim kw. tego roku. Budowa potrwa mniej więcej dwa lata. Chcielibyśmy oddać gotowy obiekt po drugim kwartale 2017 roku.

Po trzech kwartałach ub.r. przychody z inwestycji notowanej na rynku podstawowym spółki BBI Development wyniosły 25,6 mln zł i były niższe niż w analogicznym okresie 2013 roku o ponad połowę. Spółka zanotowała w tym czasie stratę netto w wysokości 5,6 mln zł zł wobec zysku w wysokości niemal 2 mln zł rok wcześniej.

M. Buczak (Quercus TFI): Turecka giełda wzrosła w ub.r. o ponad 30 proc. Oczekiwania dalszych wzrostów są jednak zbyt wygórowane

Turecka giełda w ub.r. wzrosła o 30 proc. Pomagała jej taniejąca ropa naftowa oraz poprawa sytuacji na rynkach wschodzących. Jednak zdaniem Marka Buczaka z Quercus TFI oczekiwania dalszych wzrostów są zbyt wygórowane. W czerwcu nad Bosforem odbędą się wybory parlamentarne. Podczas kampanii wyborczej politycy mogą naciskać na Bank Centralny oraz stopy procentowe, czego skutkiem może być presja na tamtejszą walutę. Chociaż akcje tureckich firm w br. mogą iść w górę, to istnieje duże ryzyko, że straty walutowe spowodują zmniejszenie zysków.

Miniony rok był bardzo udany dla spółek tureckich – podsumowuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Buczak, dyrektor ds. rynków zagranicznych Quercus TFI. – Tamtejsza giełda wzrosła o ponad 30 proc. Natomiast wydaje się, że oczekiwani co do dalszych wzrostów są zbyt wygórowane. W minionym roku bardzo pomagała taniejąca ropa naftowa, która poprawiała sytuację na rynkach wschodzących. Wydaje się, że br. będzie dużo trudniejszy. W czerwcu odbędą się w Turcji wybory parlamentarne. Widać, że już ruszyła kampania wyborcza, która wiąże się zazwyczaj z bardzo silną presją polityków na Bank Centralny oraz stopy procentowe, czego skutkiem jest presja na walutę. Mimo że tureckie akcje mogą w dalszym ciągu zyskiwać na wartości, to istnieje jednak duże ryzyko, że straty walutowe spowodują, że ewentualne zyski będą mniejsze.

Na wzrostach na stambulskiej giełdzie korzystali też polscy inwestorzy. Jak podają Analizy Online, fundusze akcji tureckich na polskim rynku miały w ub.r. najwyższe stopy zwrotu ze wszystkich klas funduszy – ponad 32 proc. Choć w tym roku wynik ten będzie trudny do powtórzenia, to zdaniem Marka Buczaka fundamenty tureckiej gospodarki oraz tamtejszych przedsiębiorstw są dobre.

W chwili obecnej tureckie spółki są notowane przy wskaźniku cena/zysk na około 10, tak jak inne rynki wchodzące – informuje Buczak. – W związku z tym uważam, że w br. inwestycje w Turcji nie będą łatwe, trzeba bardzo selektywnie podchodzić do doboru spółek. Sądzę jednak, że da się zarobić, tym bardziej że po bardzo dobrym styczniu ostatnie dni przyniosły dosyć silną korektę zarówno na tamtejszej giełdzie, jak i notowań tureckiej waluty. Po tych spadkach jest duża szansa na to, że za jakiś czas nastąpi odbicie. Sądzę, że docelowy przedział głównego indeksu giełdy BIST 100, w którym powinny poruszać się notowania, wynosi między 80 a 95 tys. punktów. Jest tu kilkunastoprocentowy potencjał wzrostu.

Według dyrektora ds. rynków zagranicznych Quercus TFI, tureckie banki mogą skorzystać na programie QE, który jest realizowany przez Europejski Bank Centralny (EBC).

Na pewno sektor bankowy może być ciekawy, tym bardziej że w ostatnim czasie notowania banków mocno spadły po silnych, ubiegłorocznych wzrostach – wskazuje Marek Buczak. – Bardzo interesującym sektorem jest także branża motoryzacyjna. Turcja bardzo dużo eksportuje samochodów do Unii Europejskiej. Jeżeli dzięki programom stymulacyjnym w UE nastąpiłoby ożywienie gospodarcze, to tureccy eksporterzy na pewno powinni je odczuć. Natomiast trzeba bardzo selektywnie podchodzić do portfela i wyboru spółek, dlatego że w ub.r. dużo się działo. Był typowy rynek byka, hossa, więc i bardzo duże dysproporcje w wycenach firm.

Turcja jako kraj, jak przypomina Buczak, jest bardzo dobrze postrzegana przez inwestorów zagranicznych, o czym świadczy choćby skala bezpośrednich inwestycji zagranicznych.

Pewnym zagrożeniem jest obecny rząd i prezydent mający zakusy trochę autokratyczne, co jest pewnym czynnikiem ryzyka – precyzuje Buczak. – Natomiast jeżeli chodzi o działalność koncernów międzynarodowych, to one już wiele lat temu doceniły płynność tamtejszego rynku oraz jego potencjał wzrostowy. Traktują Turcję jako swego rodzaju hub do ekspansji w regionie. W związku z tym kraj ten dla inwestorów niegiełdowych jest dosyć atrakcyjnym miejscem inwestycji. Ich model działania polega zazwyczaj na tym, że zakładają spółki JV (joint-venture, mieszane, zagraniczno-tureckie ­– red.). Bardzo licznie reprezentowana jest branża motoryzacyjna. Swoje fabryki ma tu między innymi Ford, Toyota, Fiat i Mercedes. 

Turecka gospodarka rozwija się w podobnym tempie jak Polska. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego wzrośnie w tym roku o 3,4 proc. Komisja Europejska szacuje tempo rozwoju nawet na 3,7 proc. To dużo mniej niż w 2010 roku, gdy wzrost był dwucyfrowy.

Resort nauki pracuje nad nowym programem umiędzynarodowienia polskich uczelni

Na polskich uczelniach studiuje 36 tys. studentów zagranicznych. To nieco ponad 2 proc. ogółu studiujących. Resort nauki i szkolnictwa wyższego chce, by w kolejnych latach odsetek ten był znacznie wyższy. Planuje też przyciągać na uczelnie zagranicznych naukowców.

Przygotowujemy w ministerstwie duży program umiędzynarodowienia polskich uczelni i polskiej nauki. Będziemy go niedługo prezentować. Mam nadzieję, że będziemy to robić wspólnie i w porozumieniu z rektorami i uczelniami – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Minister zaznacza, ze ścisła współpraca resortu nauki i środowiska akademickiego umożliwi przyspieszenie procesu umiędzynaradawiania uczelni. Chodzi o to, by przekonać jednostki, ich władze i studentów, że cudzoziemcy nie są dla nich obciążeniem, ale normalną częścią życia akademickiego, a nawet szansą na rozwój. Resort chce też, by krajowe uczelnie w większym stopniu otworzyły się na naukowców z zagranicy.

Jednym z wyzwań stojących przed MNiSW jest zachęcenie obcokrajowców do studiowania w Polsce. Jak podkreśla prof. Kolarska-Bobińska, zagraniczni studenci wspierają swoją obecnością nie tylko gospodarkę, lecz przede wszystkim same uczelnie, które potrzebują nowych studentów, nowych pomysłów i wykładowców z zagranicy.

W roku akademickim 2013/2014 w Polsce studiowało 36 tys. obcokrajowców ze 149 krajów. Względem poprzedniego roku był to 23-proc. wzrost. Stanowią oni 2,3 proc. studiujących. W niektórych krajach studiujący obcokrajowcy są ważną gałęzią gospodarki.

Dotychczas najwięcej mamy studentów z Ukrainy – zaznacza minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Według danych Fundacji Edukacyjnej „Perspektywy” w roku akademickim 2013/2014 w Polsce studiowało ponad 15 tys. Ukraińców. Na drugim i trzecim miejscu uplasowali się odpowiednio Białorusini (3 743 osób) i Norwegowie (1 580 osób).

Musimy się otworzyć na inne kraje. Podjęto już działania zmierzające ku temu – mówi prof. Lena Kolarska-Bobińska. – Nie wystarczy napisać na stronie internetowej „zapraszamy”, ale trzeba się też do tego przygotować. Muszą być osoby w administracji, które zajmą się studentami z zagranicy, osoby, które ułatwią im znalezienie mieszkania, oraz osoby, które będą uczyć po angielsku.

Jak podsumowuje minister, nie wystarczy jeden wykładowca, na uczelni musi pracować całe środowisko przyjazne studentom zagranicznym. Uczelnie chcące na to postawić, muszą przygotować się do tego, co tylko je wzmocni.

Dobry czas dla polskiej gospodarki. Pod koniec roku wzrost PKB może sięgnąć 4 proc.

Pod koniec roku wzrost gospodarczy w Polsce może sięgnąć 4 proc. Mimo że ceny przez najbliżej miesiące będą spadać, to na polską gospodarkę jednak nadal większy wpływ mają pozytywne niż negatywne czynniki.

– Jesteśmy w miarę optymistyczni co do perspektyw wzrostu na ten rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Radosław Bodys, główny ekonomista PKO BP. – Zakładamy, że będzie on powyżej 3,5-3,6 proc. średniorocznie, z tym że I połowa roku będzie trochę słabsza, od 3 do 3,5, a druga połowa –  mocniejsza, w okolicach 4 proc.

Większa część 2015 roku powinna upłynąć pod znakiem malejących cen. W ocenie głównego ekonomisty PKO BP deflacja może się pogłębić, w I kwartale osiągając około -1,5 proc., po czym począwszy od II kwartału, powinna stopniowo zacząć odbijać, przekraczając 0 w III kwartale. Dopiero w ostatnich miesiącach roku możemy oczekiwać powrotu inflacji na poziomie 1 proc.

Mamy do czynienia z ciekawą mieszanką deflacyjno-wzrostową, to jest trochę odwrotność stagflacji – podkreśla Radosław Bodys. – Mowa tu o pozytywnym wpływie cen surowców, w szczególności ropy, a wcześniej taniejącej żywności na wzrost gospodarczy. Szacujemy, że sama ropa może dodać między 0,7 a 1 punktu procentowego do wzrostu w tym roku, to jest bardzo pozytywny trend, więc jesteśmy optymistyczni.

To by oznaczało, że deflacja, a później niska inflacja przez cały rok będą wspierały konsumpcję i popyt krajowy poprzez pozytywny wpływ na realne dochody gospodarstw domowych. Niskie ceny będą zachęcały do zakupów, a fakt, że wynikają one z taniej ropy, którą Polska kupuje, a nie sprzedaje, nie zaszkodzi polskim firmom.

– Jest wiele czynników, które na ten wzrost będą wpływały pozytywne i negatywne – zwraca uwagę główny ekonomista PKO BP. Po stronie pozytywnej są niższe ceny ropy, niższe stopy procentowe i inwestycje publiczne. Łącznie te czynniki mogą dodać do wzrostu około 1,5 pkt proc. w tym roku. Po stronie negatywnej jest Rosja i mocniejszy frank szwajcarski. Te czynniki łącznie mogą odjąć około 0,7 pkt proc. Efekt netto jest wciąż pozytywny, około plus 0,7 pkt proc. do wzrostu w tym roku.

Na tegoroczny wzrost polskiej gospodarki wpływ mogą mieć też decyzje Rady Polityki Pieniężnej. Dziś stopy procentowe NBP są najniższe w historii, co nie znaczy jednak, że wobec panującej deflacji nie można ich obniżyć bardziej. Zwłaszcza że Rada po ostatnim posiedzeniu sygnalizowała taką możliwość już w marcu.

Polityka pieniężna jest w rozkroku między tendencjami deflacyjnymi a solidnym, stabilnym wzrostem gospodarczym – ocenia Radosław Bodys z PKO BP. Na to nakładają się trendy na rynku walutowym, gdzie mamy podwyższoną zmienność, i EBC, który luzuje politykę pieniężną. Rada jest w trudnej sytuacji, w naszym bazowym scenariuszu zakładamy, że obniży ona stopy w tym roku o 25-50 pb z zastrzeżeniem, że jeżeli mielibyśmy do czynienia z nasilającą się presją na aprecjację złotego, to te obniżki mogłyby być większe.

Mazowsze odda biedniejszym województwom 270 mln zł. Samorządowy projekt zmian w janosikowym trafi do Sejmu jeszcze w lutym

Województwo mazowieckie w tym roku zapłaci 272 mln zł z tytułu janosikowego. To dużo mniej niż w ubiegłym roku, kiedy wpłaty przekroczyły 600 mln zł. Obniżenie kwoty to efekt wyroków Trybunału Konstytucyjnego i sądu oraz porozumienia samorządów i Sejmu. Samorządowcy z Mazowsza proponują przepisy, które zapobiegną ponownemu wzrostowi tych opłat. Jeszcze w tym miesiącu projekt zmian ma trafić do Sejmu.

‒ Najważniejszym założeniem jest nieprzekraczanie 25 proc. naszych dochodów podatkowych. Do tego poziomu powinniśmy przekazywać wsparcie do innych województw ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.

Uzupełnieniem reguły jest uwzględnianie dochodów jedynie z roku ubiegłego, a nie dwóch lat wstecz. Dla przykładu, jak wyjaśnia Struzik, w 2013 roku dochody województwa mazowieckiego z podatku od osób prawnych okazały się niższe o 270 mln zł, a samorząd płacił janosikowe na podstawie dochodów z 2011 roku.

‒ Są jeszcze inne elementy, jak powołanie specjalnego funduszu, który dla innych województw mógłby stanowić ewentualną elastyczną poduszkę, gdyby się okazało, że dochodzi do nadmiernego obniżenia tych dochodów ‒ podkreśla marszałek.

Inną istotną składową zmian jest nowa kwalifikacja wpłat. Chodzi o to, aby nie były one bieżącym wydatkiem województwa, ponieważ są przeznaczone na rozwój innych województw. Zdaniem Struzika taka sytuacja zaburza każdemu samorządowi sprawozdawczość finansową i ogranicza możliwość kredytowania, bo tak wysoka wpłata na wydatki bieżące zamazuje rzeczywiste wydatki województwa.

W lutym samorząd województwa mazowieckiego złoży projekt ustawy regulujący janosikowe. Rząd zobowiązał się złożyć swój projekt do końca kwietnia.

‒ Projekt jest już gotowy, tak naprawdę czekamy teraz na to, co zaproponuje strona rządowa ‒ mówi Struzik.

Janosikowe to rodzaj daniny do budżetu państwa. Regulowane jest ustawą z 13 listopada 2003 roku o dochodach jednostek samorządu terytorialnego. Bogatsze jednostki (gminy, powiat, miasta, województwa), jeśli przekraczają pewne wskaźniki, płacą na rzecz biedniejszych podmiotów. Z ostatnich danych za 2013 rok łącznie janosikowe wyniosło 2,38 mld zł, z czego 1/3 zapłaciło województwo mazowieckie.

‒ Dzięki wyrokowi Trybunału Konstytucyjnemu i Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego oraz wsparciu ze strony posłów, a także pani premier Ewy Kopacz udało się zmniejszyć tegoroczną wpłatę do poziomu 272 mln zł. Według starych przepisów powinniśmy wpłacić 502 mln zł. To i tak stosunkowo mniej niż np. w roku 2013 i 2014, kiedy wpłaty przekraczały 660 i 650 mln zł, a to dlatego, że niestety w 2013 roku mieliśmy załamanie dochodów podatku CIT ‒ mówi Struzik.

W tym roku wpłata z tytułu janosikowego ze strony samorządu województwa mazowieckiego będzie zatem niższa o 45 proc, czyli o ponad 230 mln zł.

Coraz więcej Polaków kupuje jedzenie przez internet. Do 2018 r. wartość tego rynku się podwoi

Około 500 mln zł warty jest już rynek internetowych zakupów spożywczych. Do 2018 r. jego wartość ma się podwoić. Coraz więcej takich zakupów jest dokonywanych za pomocą urządzeń mobilnych – w ciągu ubiegłego roku ten wskaźnik wzrósł ponad czterokrotnie. Polacy coraz częściej kupują przez internet także świeże produkty. 

Szacuje się, że rynek e-commerce w Polsce jest wart dzisiaj 27 mld zł, z czego w zeszłym roku na zakupy spożywcze online klienci wydali blisko 500 mln zł. Wciąż wydaje się, że nie jest to dużo, zwłaszcza jeżeli porównamy się do dojrzałych rynków Europy Zachodniej. Nasz rynek spożywczy e-commerce rozwija się jednak bardzo dynamicznie i powiększa się o 20-25 proc. w każdym roku. Dzięki tak szybkiemu przyrostowi już w 2018 roku możemy osiągnąć 1 mld zł w sprzedaży – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Nowak z działu sprzedaży internetowej Tesco.

Zakupy produktów spożywczych przez internet są coraz popularniejsze, bo Polacy doceniają wygodę takiego rozwiązania. Większość klientów wybiera zakupy z dowozem do domu, choć coraz więcej zamawia produkty przez internet, a potem odbiera je w sklepach.

Internetowe zakupy zwykle są większe niż tradycyjne. Wartość średniego koszyka zamówień klienta portalu Tesco Ezakupy jest cztero-, a nawet pięciokrotnie większa i co roku rośnie o kolejnych kilka procent. Wynika to z tego, że coraz częściej poza produktami ciężkimi, takimi jak zgrzewki wody czy duże opakowania proszków do prania, klienci kupują przez internet także produkty świeże, takie jak owoce, warzywa i mięso. Koszyk produktów kupowanych przez sieć coraz mniej różni się składem od tradycyjnego, choć wciąż jest znacznie większy.

Zmienia się także sposób robienia zakupów wraz ze wzrostem sprzedaży smartfonów oraz rozwojem technologii mobilnej. Rośnie udział zamówień robionych z wykorzystaniem smartfonów i urządzeń mobilnych. W kwietniu minionego roku tylko 2 proc. zamówień było składanych poprzez smartfony, już w lipcu odnotowaliśmy 4 proc. takich zamówień, a rok skończyliśmy z 9-proc. udziałem zamówień składanych mobilnie – wyjaśnia Nowak.

Z racji tego, że coraz więcej osób zamawia produkty przez urządzenia mobilne, Tesco pracuje również nad tym kanałem. Już w maju ubiegłego roku spółka udostępniła aplikację na wszystkie najpopularniejsze systemy operacyjne. Do tej pory pobrało ją ponad 10 tys. użytkowników. W tym roku zmieniona została strona mobilna, dzięki czemu użytkownikom smartfonów łatwiej z niej korzystać.

W przyszłości planujemy rozwijać usługę „zamów i odbierz”, którą wprowadziliśmy w ostatnich latach. Już dziś około 5 proc. klientów decyduje się odebrać osobiście zakupy w sklepie. Widzimy potencjał tego kanału, dlatego będziemy go rozwijać – dodaje Nowak.

Portal e-commerce Tesco Ezakupy działa od 2012 r. Z tej usługi korzysta już ponad 100 tys. klientów, a ich liczba ma rosnąć. Spółka planuje rozszerzać ofertę dostawy o kolejne miasta i placówki, co zwiększy zasięg tej strony. Jak podkreśla Nowak, już teraz klienci Tesco z ponad 200 miast mogą kupować przez internet. W planach spółki jest poszerzenie zasięgu również w mniejszych miastach. Obecnie spółka umożliwia zakupy przez internet z 27 sklepów, co zapewnia dotarcie do 40 proc. gospodarstw domowych.

Wciąż brakuje regulacji renty dożywotniej. W ubiegłym roku liczba umów przekroczyła 500

Produkty kredytowe dla seniorów wciąż nie są w Polsce popularne, ale rynek systematycznie rośnie. W 2014 roku liczba umów podpisanych przez fundusze hipoteczne zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych sięgnęła 500. Po częściowej regulacji rynku – w części dotyczącej odwróconej hipoteki – branża czeka na przepisy w zakresie renty dożywotniej. To dwa podobne, ale jednocześnie bardzo różne produkty.

Są dwie zasadnicze różnice. W przypadku odwróconego kredytu hipotecznego klient będzie otrzymywał pieniądze przez określony w umowie czas. W przypadku renty świadczenie otrzymuje się dożywotnio. Drugą ważną różnicą jest moment przeniesienia własności nieruchomości. Przy odwróconej hipotece klient otrzymuje świadczenie, ale nadal jest właścicielem mieszkania bądź domu. W przypadku renty dożywotniej już w momencie podpisania umowy własność nieruchomość przechodzi na fundusz, ale senior ma prawo korzystać z tego mieszkania bądź domu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM.

Różnica dotycząca własności jest istotna dla potencjalnych spadkobierców. W przypadku odwróconej hipoteki po śmierci seniora mogą oni albo spłacić kredyt, albo sprzedać nieruchomość bankowi.

15 grudnia 2014 roku weszła w życie ustawa o odwróconej hipotece. Nowe przepisy zostały wprowadzone przede wszystkim z myślą o ochronie interesów seniorów korzystających z tego produktu. Na razie trudno mówić o efektach wprowadzenia tych regulacji, bo na rynku brakuje ofert odwróconego kredytu. Majkowski prognozuje, że taka pojawi się w bankach najwcześniej za dwa, trzy lata. Bankom się nie spieszy. Swoją opieszałość tłumaczą niskim zainteresowanie potencjalnych klientów. Jak jednak podkreśla Majkowski, popyt systematycznie rośnie.

W przypadku renty dożywotniej wysokość świadczenia jest zależna od kilku elementów. Najważniejszym jest wartość nieruchomości. Drugim, bardzo istotnym, jest oczekiwana długość życia, a to z kolei zależy od płci i wieku. Im jesteśmy starsi, tym możemy liczyć na większą kwotę, bo krótsza jest oczekiwana długość życia – mówi Robert Majkowski.

Przeciętne, dożywotnie świadczenie w Funduszu Hipotecznym DOM wynosi ok. 600 zł miesięcznie plus 2 tys. zł jednorazowej wypłaty w momencie podpisania umowy.

Jak wynika z raportu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych na koniec 2013 roku dwa największe fundusze hipoteczne – Dom i Familia – zarządzały nieruchomościami o wartości 67,6 mln zł. Liczba zawartych umów na rentę dożywotnią wyniosła 283. W ubiegłym roku prawie się podwoiła. W Wielkiej Brytanii rocznie podpisuje się 20-30 tys. nowych umów. W ciągu 20 lat zawarto tam 270 tys. umów hipoteki odwróconej zarówno w modelu sprzedażowym, jak i kredytowym.

Zdaniem prezesa Funduszu DOM zainteresowanie byłoby jeszcze większe, gdyby również renta dożywotnia była uregulowana ustawą. Teraz udzielane są w oparciu o przepisy kodeksu cywilnego. Prace nad nowymi przepisami trwają już kilka lat.

W ostatnich tygodniach ferie zimowe były popularnym tematem wśród internautów

Ferie zimowe były jednym z hitów polskiego internetu ostatnich tygodni. Pisano o nich w kontekście zarówno warunków pogodowych, jak i pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Większość wzmianek ukazała się na portalach o profilu ogólnoinformacyjnym. Cennym źródłem informacji o sposobach organizowania wypoczynku był Facebook.

Spośród zbadanych przez IMM tekstów na temat ferii zimowych publikowanych online, aż 77 proc. ukazało się w mediach ogólnoinformacyjnych, a jedynie 23 proc. w mediach tematycznych.

Instytut Monitorowania Mediów zauważył bardzo duże zainteresowanie tematem ferii zimowych w internecie. W ciągu miesiąca pojawiło się ponad 10 tys. wzmianek na temat ferii zimowych na forach społecznościowych i portalach, z czego ponad 5 tys. ukazało się w serwisach społecznościowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Bartosiewicz z Instytutu Monitorowania Mediów.

W niektórych województwach ferie rozpoczęły się w połowie stycznia, w innych – jeszcze trwają. Już na początku okresu wypoczynkowego wyjeżdżający i właściciele hoteli narzekali na bezśnieżną zimę. Wiele publikacji dotyczyło sposobów na spędzenie wolnego czasu w mieście.

Choć temat ferii zimowych dominował wśród portali ogólnoinformacyjnych, duże znaczenie miały publikacje na portalach tematycznych. Wśród pierwszej trójki portali, które najczęściej poruszały ten temat znalazły się: CzasDzieci.pl, portal StrefaImprez.pl oraz Podlasie24.pl.

Nie jest to przypadkowy wybór – ocenia Anna Bartosiewicz. – O feriach zimowych najczęściej piszą urzędy, instytucje, samorządy, portale informacyjno-kulturalne i parentingowe [strony, których adresatami są rodzice – red.]. 

W publikacjach w mediach społecznościowych dominował Facebook – w tym serwisie ukazało się 93 proc. wszystkich publikacji z social media. Pozostałe portale miały niewielki udział: 3 proc. wpisów o feriach zimowych pojawiło się na Plus.Google.pl, 2 proc. – na Twitterze i po 1 proc. na Photoblog.pl oraz Forum.Gazeta.pl.

Facebook pełni funkcję wielkiej tablicy informacyjnej, na której nie tylko urzędy i instytucje, lecz także szkoły narciarskie, ośrodki sportowe, domy kultury i inne organizacje, które zajmują się animacją kultury i szukają uczestników swoich zajęć, zamieszczały swoje ogłoszenia – wyjaśnia przedstawicielka IMM. – Wśród publikacji związanych z feriami zimowymi przeważały te, które zawierały wszelkiego rodzaju oferty warsztatów, turniejów, a także całkiem nietypowe propozycje, takie jak jazda na jednej narcie czy skiring.

Rosnąca fala komentarzy może być podpowiedzią dla marketerów na temat tego, gdzie szukać za pośrednictwem monitoringu mediów informacji na temat ich potencjalnych klientów, którym mogą zaoferować usługi z zakresu spędzania wolnego czasu.

Ze względu na dużą popularność Facebooka i Twittera oddzieliliśmy te media, dzięki czemu użytkownik może z łatwością ograniczyć swój monitoring właśnie do nich – podkreśla Anna Bartosiewicz. – Instytucje, które szukają kontaktu z odbiorcą w mediach społecznościowych, dzięki platformie IMM zyskują narzędzie do tego, żeby sprawdzić, gdzie komunikaty wysyła konkurencja i jak reagują na nie społeczności.

Nestlé zatrudni prawie 700 młodych ludzi do końca 2016 r. To element europejskiej walki z bezrobociem młodych

CEO Magazyn Polska

W Europie pięć milionów osób do 25. roku życia pozostaje bez pracy, ale statystyki się poprawiają. Programy na rzecz zatrudniania młodych ludzi podejmowane są na szczeblu unijnym i w poszczególnych krajach, coraz częściej angażują się w nie również firmy. W ubiegłym roku w Nestlé 235 młodych Polaków otrzymało ofertę pracy, stażu lub praktyk w koncernie. Do końca 2016 r. liczba ta ma wzrosnąć do 760, a w całej Europie program dotyczyć ma nawet 20 tys. młodych do 30. roku życia.

Tylko w Polsce zaoferowaliśmy prawie 700 miejsc osobom, które starały się o pracę, staż i praktyki, z czego przyjęliśmy 235. Do 2017 roku planujemy zatrudnić w sumie 760 osób. Możemy się więc pochwalić ogromnymi sukcesami w walce z bezrobociem – przekonuje Mariola Raudo, kierownik ds. rekrutacji i HR biznes partner Nestlé Polska.

Zgodnie z ogłoszoną w 2013 roku przez Nestlé „Europejską Inicjatywą na rzecz Zatrudniania Ludzi Młodych – Nestlé needs YOUth” w ciągu najbliższych trzech lat firma chce stworzyć możliwość zatrudnienia dla 20 tys. Europejczyków do 30. roku życia. Połowa z nich ma otrzymać propozycje pracy, natomiast druga połowa – oferty praktyk i staży.

Bardzo nas cieszy ogromne zrozumienie dla tej inicjatywy i to, że wiele instytucji rządowych, pozarządowych, organizacji studenckich i innych podmiotów chce się w nią zaangażować – wskazuje Mariola Raudo. – Mnóstwo instytucji zgłasza się do nas z ofertą wsparcia i współpracy. Bardzo się cieszymy z tego, że jest tak duża otwartość.

Nestlé jest również inicjatorem Sojuszu dla Młodych, do którego w ubiegłym roku przystąpiło kilku znaczących graczy, m.in. firmy Axa, EY, Facebook czy Google. Łącznie koncerny te mają zaoferować młodym 100 tys. miejsc pracy, staży i praktyk.

Nikt nie trzyma się ściśle planów, które były tylko założeniami. Robimy tyle, na ile pozwalają możliwości – wyjaśnia Raudo.

Według europejskiego urzędu statystycznego Eurostat w grudniu ubiegłego roku stopa bezrobocia w strefie euro wyniosła 11,4 proc. wobec 11,5 proc. w listopadzie, a w całej UE – 9,9 proc. Bezrobocie wśród osób do 25. roku życia wyniosło 21,4 proc. we wszystkich krajach Unii Europejskiej, co oznacza, że problem ten dotyczył prawie pięciu milionów osób w tym wieku. Najgorzej statystyki te wyglądają w Hiszpanii i Grecji, gdzie bez pracy jest ok. 50 proc. młodych ludzi.

Osoby, które do nas aplikują lub odbywają praktyki i staże, to ludzie z ogromną inicjatywą, którzy mają wiele pomysłów nie tylko dotyczących własnego rozwoju, lecz także usprawnienia całej organizacji – zauważa kierownik ds. rekrutacji i HR biznes partner Nestlé Polska.

Jak podkreśla, główną przyczyną problemów młodych na rynku pracy jest niedopasowanie założeń programowych szkół do oczekiwań pracodawców. Absolwentom brakuje więc odpowiednich kompetencji czy wiedzy na temat danej specjalizacji.

O ile osoby z wykształceniem ścisłym nie mają większych problemów ze znalezieniem zatrudnienia, to absolwenci kierunków humanistycznych stają przed trudniejszym zadaniem, ponieważ muszą dopasować swoje kompetencje do wymagań rynku.

Humaniści zaczynają szukać swoich dróg, w związku z czym takie kierunki także bierzemy pod uwagę – zapewnia Raudo. – Rozmawiamy o tym, jak rozwijać kompetencje miękkie, oraz o tym, jak pomóc takim osobom odnaleźć się na rynku pracy, który coraz częściej jest jednak ukierunkowany na bardzo eksperckie, zawodowe kierunki.

W koncernie w Polsce pracuje ok. pięciu tysięcy osób.

Za kilka miesięcy potanieją bilety lotnicze. Liniom skończą się wtedy kontrakty długoterminowe na paliwo

Ceny biletów lotniczych na razie nie tanieją, choć ceny paliwa spadają. Wszystko dlatego, że większość przewoźników kupuje paliwo ze znacznym wyprzedzeniem – dopóki ceny rosły, chroniło to linie przed wzrostem kosztów, ale z powodu trwającej od kilku miesięcy przeceny to rozwiązanie okazało się dla nich mniej korzystne. Niektóre linie mają już zakontraktowane nawet 90 proc. paliwa na ten rok po cenach znacznie wyższych niż obecne.

Linie lotnicze muszą starać się, aby wydatki na paliwo i na inne sfery działalności były w miarę przewidywalne, bo to przekłada się bezpośrednio na nasze koszty, a także na ceny biletów lotniczych. Akurat paliwo stanowi mniej więcej 20 proc. wszystkich kosztów operacyjnych linii lotniczych. Zabezpieczenia cen paliwa w postaci hedgingu [kontraktów długoterminowych – red.] stosowane są przez linie lotnicze od lat – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Emilia Osewska-Mądry, dyrektor wykonawcza Rady Przedstawicieli Linii Lotniczych w Polsce BARiP.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy baryłka ropy naftowej Brent potaniała niemal o 50 proc. i obecnie kosztuje ok. 56 dolarów. Paliwo lotnicze jest nieco droższe – według danych Międzynarodowego Stowarzyszenia Przewoźników Lotniczych (IATA) 23 stycznia średnia cena na światowych rynkach wynosiła niecałe 65 dolarów za baryłkę.

Linie lotnicze nie odczuły jednak tej przeceny, bo już wcześniej zakontraktowały paliwo na kolejne miesiące. Ryanair, największy niskokosztowy przewoźnik w Europie, zakupił już 90 proc. paliwa na 2015 r. w średniej cenie 95 dolarów za baryłkę i 90 proc. paliwa na 2016 r. po 92 dolary za baryłkę. W mniejszym stopniu hedging stosuje koncern IAG, do którego należy m.in. British Airways. Zgodnie z danymi z końca października grupa miała zakontraktowane 81 proc. paliwa na pierwszy kwartał 2015 r., ale już tylko 51 proc. na trzeci kwartał br.

Jak podkreśla Osewska-Mądry, każda linia sama decyduje o swoim profilu ryzyka. To tłumaczy różny poziom hedgingu u poszczególnych przewoźników.

Oprócz hedgingu mamy też sytuację na kursach walutowych, które niwelują trochę tę sytuację. Chodzi szczególnie o kurs dolara, który stanowi główną walutę zakupu paliwa lotniczego – dodaje Osewska-Mądry. ‒ W momencie, w którym paliwo lotnicze tanieje, linie lotnicze bacznie obserwują sytuację i starają się obniżać, gdy jest to możliwe, hedging. Jeśli porównalibyśmy hedging sprzed kilku lat i w tej chwili, to możemy powiedzieć, że jest on stosunkowo niski [procentowo – red.].

Dyrektor wykonawcza BARiP zwraca uwagę na to, że linie lotnicze funkcjonują z bardzo niskimi średnimi poziomami marży, więc spadek kosztów związanych z paliwem bardzo im pomoże. Ale z racji tego, że ceny biletów na całym rynku spadają nie tylko w ofercie przewoźników niskokosztowych, lecz także hybrydowych i tradycyjnych, linie lotnicze muszą szukać oszczędności gdzie indziej.

Z tego powodu nie wiadomo, jak przewoźnicy zareagują, gdy będą mogli już kupować tańsze paliwo. Dla niektórych nastąpi to już pod koniec tego roku (np. skandynawski SAS według danych z końca października na okres od sierpnia br. ma zakontraktowane jedynie 7 proc. droższego paliwa). Inne linie odczują zmianę później, np. Ryanair kupił już 35 proc. paliwa na 2017 r. po 68 dolarów za baryłkę. Osewska-Mądry podkreśla, że każdy przewoźnik ma inną strategię, ale wielu z nich może zdecydować się na wykorzystanie taniego paliwa do podniesienia marż.

Profil ryzyka, który linie lotnicze przyjmują przy swoim planowaniu, jest bardzo indywidualną sprawą, często utajnioną przez linie lotnicze. Natomiast możemy powiedzieć, że linie lotnicze, mając bardzo niskie marże zysku ze swojej działalności, będą się zastanawiać, czy nie podnieść ich chociaż tak, by przychody z działalności operacyjnej wynosiły nie 2 proc. w skali roku, tylko 3 czy 3,5 proc. – ocenia Osewska-Mądry.

W najnowszym raporcie kwartalnym Ryanair przewiduje, że tańsze paliwo doprowadzi do dalszego zaostrzenia konkurencji cenowej i tym samym przeceny biletów.

TVN chce dzięki dwóm nowym kanałom zwiększyć przychody z reklam produktów związanych ze zdrowiem, urodą i aktywnym stylem życia

0

TVN po dobrych wynikach za ubiegły rok zapowiada wiosenną ofensywę. Stacja pracuje nad uruchomieniem co najmniej dwóch nowych kanałów skierowanych do konkretnych i znaczących grup widzów: wykształconych kobiet oraz aktywnej młodzieży.

Na przełomie stycznia i lutego programy TVN oglądało niemal 11,9 proc. widzów w najatrakcyjniejszym dla reklamodawców przedziale wiekowym 16-49 lat. Stacja ustępowała pod tym względem jedynie Polsatowi, którego widownia była o ponad 1 pkt proc. większa. Według domu mediowego Starlink Grupa TVN miała jednak w 2014 roku 44,5 proc. udziału w całym polskim rynku telewizyjnym, wyprzedzając Polsat o niemal 15 pkt proc. Nowa oferta ma jeszcze bardziej poprawić te proporcje.

– Przygotowujemy dwa nowe kanały: TVN Fabuła i TVN Active albo Sportive. Zobaczymy jeszcze, jak będzie brzmiała ostateczna nazwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Markus Tellenbach, prezes TVN SA. – Chcemy zaprezentować te kanały wiosną i pokazać rynkowi i widowni nasze nowe pomysły. Kanały zostaną uruchomione niedługo po prezentacji.

Nowe kanały mają być dopasowane do najsilniej reprezentowanej grupy widzów stacji.

– Na podstawie badań ankietowych wiemy, że TVN oglądają głównie kobiety, mieszkańcy miast, osoby wykształcone, zatem kanał TVN Fabuła również będzie raczej skierowany do żeńskiej części widowni – przyznaje Markus Tellenbach. – TVN Fabuła w dużym stopniu oparta będzie na programie TVN.

Kolejny program poświęcony będzie aktywnemu stylowi życia, tematyce fitness i zdrowiu. Skierowany będzie do młodszej, bardziej aktywnej widowni.

– W przypadku TVN Active widownia będzie młodsza – zakłada prezes TVN SA. Nie dokonujemy tu zbytniego rozróżnienia na widownię męską i żeńską, ale będzie to kanał bardziej „energiczny”, będzie więcej akcji, więcej o stylu życia, zdrowiu, fitnessie, czyli tematy, które podobają się odrobinę młodszej widowni.

Nowe kanały są ofertą skierowaną nie tylko do widzów, lecz także do reklamodawców. Ponieważ profil stacji jest określony bardzo precyzyjnie, równie precyzyjnie można zakładać, jakie produkty czy firmy zechcą się tam promować.

– Jeśli chodzi o Active, to typowałbym takie marki, jak Nike czy Red Bull, czyli marki skierowane do młodszej, aktywnej widowni – uważa prezes Markus Tellenbach. – Na TVN Fabuła reklamowane będą produkty przydatne w gospodarstwie domowym, związane z dbaniem o urodę, zdrowym odżywianiem. Wszystko będzie nastawione na żeńską widownię.

W 2014 roku przychody TVN wyniosły 1,6 mld zł i były wyższe od tych z poprzedniego roku o 3,6 proc. Zysk EBITDA wyniósł 530 mln zł i był wyższy od zakładanego o 2 proc. oraz o 5 proc. lepszy od tego z 2013 roku. Netto grupa zarobiła 195 mln zł (zysk przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej) wobec straty 198 mln zł rok wcześniej.

Zastrzegłeś skradzioną „zbliżeniówkę”? Uważaj, złodziej może jej jeszcze użyć

Zastrzeżenie zbliżeniowej karty płatniczej nie zwalnia klienta z obowiązku monitorowania transakcji na koncie. Z analizy Bankier.pl wynika, że nawet zastrzeżoną kartą zbliżeniową złodziej może wykonać transakcje, którymi bank obciąży rachunek klienta.

Karty zbliżeniowe są bardzo popularne w Polsce – z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że stanowią już około 70 proc. „plastików” znajdujących się w naszych portfelach. Płatności do kwoty 50 zł nie są zatwierdzane kodem PIN. Wiąże się z tym ryzyko, że gdy zgubimy taki plastik, złodziej może dokonać kartą jeszcze kilku transakcji. Banki stosują co prawda mechanizmy chroniące przed takimi sytuacjami i nie pozwalają wydać zbliżeniowo więcej niż 150-250 zł. Później, nawet podczas transakcji zbliżeniowej, klient zostanie poproszony o wprowadzenie PIN-u, by zresetować licznik.

Z analizy Bankier.pl wynika jednak, że właściciele zgubionych lub ukradzionych kart zbliżeniowych powinni zachować ostrożność nawet po jej zastrzeżeniu. Może bowiem dojść do sytuacji, w której złodziej dokona za jej pomocą jeszcze jednej czy dwóch transakcji obciążających konto klienta.

– Niektóre karty zbliżeniowe mogą zachowywać się jak zombie – nawet po ich zastrzeżeniu, złodziej będzie mógł jeszcze dokonać płatności bezstykowej. Wynika to z faktu, że podczas autoryzacji karta nie łączy się z bankiem, by sprawdzić, czy na koncie są pieniądze. A dopóki nie połączy się z bankiem lub dopóki nie zablokują się liczniki, taka karta „nie wie”, że została zastrzeżona – wyjaśnia Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Żeby odzyskać od banku pieniądze, klient będzie musiał złożyć reklamację. Problem może pojawić się w sytuacji, gdy bardzo często płaci kartą – może po prostu nie wyłapać płatności wykonanych zastrzeżoną już kartą. Na szczęście będą to raczej transakcje na drobne kwoty.

Zmienił się Kodeks pracy

Zwiększenie wysokości płacy minimalnej, wprowadzenie ułatwień związanych z dostarczaniem wstępnych badań lekarskich oraz oskładkowanie wynagrodzeń członków rad nadzorczych – to zmiany w prawie pracy, które obowiązują od tego roku.

Z punktu widzenia dużej liczby pracowników najważniejszą zmianą jest wzrost minimalnego wynagrodzenia za pracę. Zwiększyło się ono o 70 zł i teraz wynosi 1750 zł brutto. Wraz ze wzrostem płacy minimalnej zmieniło się kilka kwot wykorzystywanych w rozliczeniach kadrowych, np. dodatek za pracę w nocy, najniższa podstawa wymiaru świadczeń chorobowych czy maksymalna wysokość odprawy.

Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy powinni być zadowoleni ze zmian dotyczących wykonywania wstępnych badań lekarskich. Od tego roku osoba, która zmienia pracę, nie musi być na nie kierowana, jeśli tylko przedstawi aktualne zaświadczenie lekarskie z byłego miejsca zatrudnienia, będzie pracować w takich samych lub podobnych warunkach jak dotychczas i między wygaśnięciem poprzedniej umowy a podpisaniem nowej nie minie więcej niż 30 dni. „Wyjątek stanowią pracownicy, którzy wykonują pracę w warunkach szczególnie niebezpiecznych. O tych osobach traktuje odrębne rozporządzenie” – mówi serwisowi infoWire.pl Rafał Wyziński z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.

Ostatnią zmianą jest oskładkowanie wynagrodzeń członków rad nadzorczych. Do tej pory byli oni zgłaszani do ubezpieczenia zdrowotnego. Od tego roku ich wynagrodzenia otrzymywane za pełnienie funkcji członka rady będą podlegały również obowiązkowemu ubezpieczeniu emerytalnemu i rentowemu. „Ta zmiana ma wyjątkowo charakter profiskalny. ZUS szacuje, że oskładkowanie tych wynagrodzeń przyniesie zyski wysokości kilkuset milionów złotych” – informuje ekspert.

Crowdfunding udziałowy alternatywą dla lokaty w banku

0

Inwestowanie społecznościowe w Polsce nabiera rozpędu. Wkracza do kolejnych branż stając się alternatywą dla tradycyjnych instrumentów finansowych.

Według szacunków firmy badawczej Massolution w roku 2013 dzięki mechanizmowi finansowania społecznościowego Internauci sfinansowali projekty na łączną kwotę 5,1 mld dolarów.

Czym jest crowdfunding?

Początek crowdfundingu sięga roku 1997, kiedy to Internauci z USA sfinansowali trasę koncertową zespołu Marillion. Dzięki temu oddolnemu, spontanicznemu ruchowi powstała metoda finansowania nieudziałowego czyli tzw. tradycyjny crowdfunding. W jego ramach Internauci przekazują niewielką kwotę pieniędzy na realizację danego projektu, a w zamian otrzymują gadżety, prezenty bądź preferencyjne warunki nabycia danego produktu. Właśnie dlatego crowdfunding nieudziałowy cieszy się dużą popularnością właśnie przy projektach kulturalnych i rozrywkowych, gdzie internauci z powodzeniem finansują początkujących artystów przy wydaniu płyty czy książki, nakręceniu teledysku, jak i przeznaczają dobrowolnie środki na organizację eventów kulturalnych.

Obecnie na popularności zyskuje nowy model finansowania społecznościowego – crowdfund investing, czyli inwestowanie społecznościowe, w ramach którego grupa inwestorów – od kilku do kilkuset – przeznaczając kapitał na realizację danego projektu, otrzymuje w zamian określoną część udziałów. W tym wypadku crowdfund investing nie ma więc charakteru dotacji, inwestorzy stają się pełnoprawnymi udziałowcami i co się z tym wiąże – otrzymują swoją część zysku z inwestycji.

Crowdfund investing na polskim podwórku

W Polsce crowdfunding udziałowy rośnie na popularności głównie dzięki kilku platformom realizującym projekty oparte na modelu inwestowania grupowego. Serwisy specjalizujące się w pozyskiwaniu potencjalnych inwestorów do inwestycji grupowej stanowią alternatywę dla tradycyjnych i często mniej dostępnych dla polskich przedsiębiorców dróg pozyskiwania kapitału na rozwój.

Na świecie crowdfunding udziałowy jest realizowany głównie w branży technologicznej, finansowane grupowo są często innowacyjne start-upy. Polscy inwestorzy  z różnych branż mogą pochwalić się pierwszymi przedsięwzięciami z zakresu crowdfund investingu zrealizowanymi z sukcesem bądź będącymi w trakcie realizacji, m.in. w takich branżach jak FMCG, nieruchomości czy usługi. Jak twierdzą eksperci, praktycznie każdy projekt może być sfinansowany na zasadzie crowdfundingu. W przypadku inwestowania grupowego kluczowy jest dobry, atrakcyjny inwestycyjnie pomysł, profesjonalne przygotowanie propozycji projektu, w tym dogłębna analiza związanych z nią ryzyk, a także – zaufanie społeczne.

Na kamienicach do remontu można zarabiać. Inwestycje w nieruchomości dla drobnych udziałowców To, że w projekcie crowdfundingowym bierze udział przeciętny Kowalski z niewielkim kapitałem to wartość i sens finansowania społecznościowego, ale w przypadku polskiego rynku, gdzie idea ta jest w początkowej fazie rozwoju – może to być też dużą przeszkodą, właśnie z racji niskiej świadomości i braku zaufania do tego typu przedsięwzięć – twierdzi Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI 1, firmy która poprzez crowdfunding udziałowy pozyskała 1,5 mln zł na zakup, remont oraz odsprzedaż kamienicy i już szykuje się do realizacji kolejnych projektów crowdfundingowych. Pomimo niskiej świadomości i braku zaufania do nowego stylu finansowania, eksperci przekonują, że inwestowanie społecznościowe ma wiele zalet, w tym przede wszystkim bezpieczeństwo inwestycji. – Crowdfunding udziałowy jest dobrą propozycją zwłaszcza dla drobnych inwestorów, dla których możliwości atrakcyjnego zainwestowania relatywnie niewielkiego kapitału są bardzo ograniczone. Jak z każdym projektem, z inwestycjami crowdfundingowymi wiąże się ryzyko biznesowe, niemniej nasze przedsięwzięcia są podejmowane po skrupulatnej weryfikacji wszelkich możliwych ryzyk – dodaje Kaźmierczak.

Jak pokazują dotychczasowe doświadczenia zagranicznych oraz polskich projektów z zakresu inwestowania grupowego – rynek crowdfundigu udziałowego ma duży potencjał. Potwierdza to prognoza Banku Światowego, który przewiduje, że do 2025 roku rynek udziałowego finansowania społecznościowego będzie wart na całym świecie nawet 96 miliardów dolarów, w tym prawie 14 miliardów w samej Europie. Wkrótce inwestowanie społecznościowe może stać się więc jednym ze sposobów Polaków na mnożenie swoich oszczędności.

Negocjator telefoniczny – zawód nie taki straszny jak go malują

Pracownik działu windykacji telefonicznej to zawód, który daje możliwość rozwoju i awansu. Osoby na tego typu stanowiska są regularnie poszukiwane przez działy HR firm zarządzających wierzytelnościami. Jednak w Polsce temu zawodowi towarzyszy wiele stereotypowych skojarzeń, co jest wynikiem m.in. braku wiedzy na jego temat. Tymczasem, jak się okazuje, praca negocjatora niesie ze sobą wiele możliwości.

Praca dla ambitnych

Jak wynika z doświadczeń Grupy Casus Finanse coraz częściej na stanowisko negocjatora windykacyjnego aplikują młode osoby po studiach, w wieku ok. 25 lat. To szansa zarówno dla osób, które jeszcze szukają swojego zawodowego powołania, jak i tych, którzy mają jasno zaplanowaną ścieżkę kariery. W obu przypadkach firmy zarządzające wierzytelnościami dają im możliwość rozwoju. Praca negocjatora telefonicznego to pierwszy krok do ich zawodowego awansu.

Niezbędne cechy

Osoby aplikujące na stanowisko negocjatora telefonicznego powinny posiadać określone cechy: muszą wykazywać się wysoką kulturą osobistą, umieć słuchać, być empatyczne i nastawione na znalezienie satysfakcjonującego rozwiązania. Praca na tym stanowisku pozwala dodatkowo rozwinąć umiejętności negocjacyjne i komunikacyjne. Przy czym warto zaznaczyć, że znacznie różni się ona od stanowiska typowo handlowego. W jej przypadku zarówno negocjator, jak i jego rozmówca nastawieni są na dialog, zmierzający do porozumienia. Dzięki temu rozmowa nie jest tak jednostronna, jak w przypadku wspomnianego już sprzedawcy, którego sukces zależy w dużej mierze od upodobań, wolnego czasu i zainteresowania ze strony potencjalnego klienta.

Całe spektrum możliwości

Warto zaznaczyć, że praca w firmie zarządzającej wierzytelnościami daje dużo większe możliwości niż praca w dziale windykacji konkretnej firmy. Grupa (taka jak np. Casus Finanse) składa się bowiem z kilku różnych spółek (m.in. kancelarii prawnej, firmy detektywistycznej) i osoby zatrudnione pierwotnie na stanowisku negocjatora telefonicznego, po rozpoznaniu ich cech i kompetencji, mogą awansować w całej strukturze. Najlepszym tego przykładem są pracownicy, którzy zaczynali swoją karierę na stanowisku negocjatora, a obecnie zasilają zespoły takich działów jak: HR, IT, Departament Obsługi Klienta czy Administracja.

„Szukamy negocjatorów, którzy myślą o swoim rozwoju zawodowym. Chcąc zmienić stereotypowe myślenie na temat tego stanowiska, poszukujemy osób z odpowiednimi umiejętnościami, które dzięki swojemu zaangażowaniu będą rzetelnie wykonywać powierzone obowiązki, a w przyszłości awansować w naszej rozbudowanej strukturze” – mówi Sławomir Szarek, Prezes Zarządu Grupy Casus Finanse.

Różnorodność i stabilizacja

Pracy negocjatora telefonicznego z pewnością nie można nazwać nudną. Wymaga bowiem bardzo dużego zaangażowania i indywidualnego podejścia do każdego rozmówcy. Poza tym negocjatorzy mogą liczyć na stabilne zatrudnienie. W przypadku Grupy Casus Finanse z pracownikami na tych stanowiskach zawierana jest umowa o pracę, dodatkowo otrzymują oni pakiet medyczny. Warto zaznaczyć też, że nowe osoby w zespole witane są osobiście przez Zarząd. Natomiast już w pierwszym dniu pełnopłatnej pracy nowo zatrudniona osoba bierze udział w 8-dniowym szkoleniu. Przez pierwsze 2 dni poznaje firmę, jej działy, managerów. Pozostałe dni to szkolenie stanowiskowe, które m.in. pozwala zapoznać się  z konkretnymi obowiązkami. Ten kurs to sposób na sprawdzenie czy praca negocjatora „jest dla mnie”. Dzięki temu zatrudniający może liczyć na długofalową współpracę i zaangażowanie ze strony nowo zatrudnionego pracownika, który świadomie podjął decyzję, ponieważ dostał możliwość wcześniejszego zapoznania się ze swoimi obowiązkami i charakterem branży.

Styczeń sprzyja specjalistom

W styczniu na portalu Pracuj.pl opublikowano 34 796 ofert pracy. Oznacza to 36% wzrost liczby ogłoszeń, w porównaniu z grudniem 2014 r. Najwięcej ofert pracy  adresowano do specjalistów handlu i sprzedaży, obsługi klienta, finansistów oraz ekspertów IT.

Ponad jedna trzecia wszystkich opublikowanych w styczniu ogłoszeń skierowana była do handlowców i sprzedawców – 13 861 ofert. Kolejną grupą poszukiwanych pracowników byli specjaliści do spraw obsługi klienta; im dedykowano 6 363 oferty pracy. Na trzecim miejscu uplasowali się finansiści, którzy mogli wybierać spośród 5 366 ogłoszeń, a tuż za podium znaleźli się specjaliści IT, którym dedykowano 5 269 ofert pracy.

Profesjonaliści poszukiwani

Największe zapotrzebowanie pojawiło się w obszarze usług profesjonalnych. Przede wszystkim, szukano ekspertów specjalizujących się w finansach, bankowości i ubezpieczeniach. Na tych specjalistów zapotrzebowanie było największe, zarówno wśród handlowców i sprzedawców, jak i pracowników obsługi klienta.

Dodatkowo o specjalistów handlu i sprzedaży upomniały się sieci handlowe, a także firmy związane z inżynierią, techniką i produkcją oraz farmacją i medycyną. Poszukiwano handlowców i sprzedawców z umiejętnościami związanymi z takimi segmentami, jak artykuły spożywcze, alkoholowe i tytoniowe. Wyraźnie wzrosło zapotrzebowanie na obsługę klienta w dziedzinie motoryzacja/transport. Tutaj zmiana sięga 20% na plus, w porównaniu rok do roku.

Popyt na sprzedawców usług profesjonalnych, odpowiadających za sprzedaż np. produktów bankowych, medycznych rośnie ze względu na rozwój sektora usługowego i coraz większy stopień specjalizacji i złożoności poszczególnych biznesów. Bankowość kontynuuje cały czas rozpoczętą drogę wychodzenia z oddziałów do klienta, co z kolei przekłada się na większą liczbę ofert dla pracowników zajmujących się obsługą klienta. Rośnie świadomość rynkowa, że obsługa klienta może być motorem wzrostu spółki, stąd coraz większe inwestycje firm w tym obszarze wyjaśnia Sebastian Popiel, członek zarządu firmy doradztwa personalnego People.

Specjaliści finansowi w cenie

Nowy rok sprzyja myśleniu o finansach, zarówno w aspekcie budżetów domowych, jak i firmowych, co znalazło odzwierciedlenie w zapotrzebowaniu na specjalistów z obszaru finansowego. Największe potrzeby zgłosiły działy księgowości, ogłoszenia dla ekspertów tej specjalizacji stanowiły niemal 40% wszystkich ofert z tego obszaru, dając jednocześnie wzrost rok do roku wynoszący 11%. Ponadto, poszukiwano głównie specjalistów od bankowości detalicznej, analiz ekonomicznych (wzrost o 16% rok do roku), audytu/podatków (wzrost o 12% rok do roku) oraz kontrolingu. Odnotowano również duży wzrost zapotrzebowania na specjalistów do spraw ryzyka (13% wzrost rok do roku).

– Specjaliści z sektora finansowego to grupa pracowników mocniej poszukiwana wraz
z poprawą wskaźników makroekonomicznych. Wraz ze stopniowym przeobrażaniem się Polski w gospodarkę rozwiniętą oraz coraz większymi środkami lokowanymi na giełdzie jest przestrzeń dla rozwoju bankowości inwestycyjnej, gdzie rok do roku odnotowano 40-proc. wzrost zapotrzebowania na specjalistów –
zauważa Sebastian Popiel, członek zarządu firmy doradztwa personalnego People.

IT, jak zawsze, w czołówce

 Specjaliści IT, to jedna z tych grup zawodowych, która o pracę martwić się, raczej, nie musi. W styczniu 2015 r. połowa ofert pracy dla tych specjalistów skierowana była do programistów.

– Rynek pracy dla specjalistów IT jest wciąż nienasycony i, tak naprawdę, eksperci są pożądani we wszystkich obszarach sektora informatycznego. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań opartych na nowych technologiach, tym bardziej, że poszerzyły się one o pełne energii i świeżych pomysłów startup-y. Dlatego ponad połowa ofert jest dedykowana programistom. Współcześnie ważną rolę odgrywa także bezpieczeństwo w sieci i analiza danych, więc specjaliści z tych dziedzin są również na liście poszukiwanych pracowników komentuje Rafał Dąbkowski, Bussiness Unit Director w Connectis.

Oprócz programistów poszukiwano także administratorów systemów, specjalistów wsparcia technicznego i helpdesku oraz testowania. Bardzo dynamicznie wzrosło także zapotrzebowanie na informatyków od analizy biznesowej (32% w stosunku do stycznia ubiegłego roku) oraz architektury (wzrost na poziomie 38%).

Gdzie najłatwiej o pracę dla specjalistów?

 Tradycyjnie już, największym rynkiem pracy pozostaje województwo mazowieckie. W każdej z omawianych specjalizacji najwięcej ofert pracy pochodziło właśnie z tego obszaru. Jednak i tutaj można dostrzec pewne prawidłowości.

W przypadku specjalistów handlu i sprzedaży – 17% wszystkich ofert pracy pochodziło z województwa mazowieckiego, po 9% z województw dolnośląskiego i wielkopolskiego, a po 8% z małopolskiego i dolnośląskiego. Eksperci do spraw obsługi klienta najłatwiej znaleźliby pracę w województwie mazowieckim (19% ofert), małopolskim – 10% ofert oraz dolnośląskim i wielkopolskim – 9% ofert.

 Jednak, już w przypadku finansistów i ekspertów IT, ponad jedna czwarta wszystkich ogłoszeń pochodziła z województwa mazowieckiego, odpowiednio 27% i 33%. Finansiści poszukiwani byli także w województwie małopolskim 15% oraz dolnośląskim i wielkopolskim – po 9% ogłoszeń. Na ekspertów IT, obok województwa mazowieckiego, było duże zapotrzebowanie w województwie dolnośląskim 13% oraz małopolskim 12%.

Źródło danych: portal Pracuj.pl, porównanie ofert pracy styczeń 2015 roku vs styczeń 2014 roku