Altus TFI: Akcje powinny dać zarobić inwestorom w II połowie roku

CEO Magazyn Polska

Od początku roku na polskich i zagranicznych rynkach finansowych panuje duża zmienność. Jednak w Polsce akcje na GPW nie powinny niżej spaść. Mocniejsze wzrosty są spodziewane w II połowie roku wraz z przyspieszeniem wzrostu PKB oraz środkami z nowej perspektywy finansowej UE. W cenie powinny być przede wszystkim spółki eksportowe oraz banki i operatorzy energetyczni. Należy natomiast uważać, inwestując na niektórych rynkach zagranicznych, szczególnie rosyjskim i greckim. 

– 2015 rok będzie okresem dużej zmienności. Ceny akcji będą rosły i spadały, wydaje się nam jednak, że w perspektywie całego roku polski rynek akcji powinien dać zarobić pieniądze, dlatego że bardzo dużo negatywnych informacji uwzględniono już w cenach polskich spółek – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Osiecki, prezes Altus TFI. – Druga połowa roku powinna być lepsza dla posiadaczy akcji. Zakładamy, że wyniki finansowe spółek będą się poprawiały wraz ze wzrostem PKB i pieniędzmi płynącymi do nas z UE.

Na GPW od początku styczniu panuje trend boczny. Główny indeks giełdowy rozpoczął 2015 rok na poziomie 2309 pkt, obecnie oscyluje wokół 2350 pkt. Z kolei w ciągu ostatnich 12 miesięcy indeks nie zmienił radykalnie swoich notowań. W stosunku do lutego dzisiejszy odczyt jest niższy o 2-3 proc.

– Wydaje nam się, że ten rok potencjalnie może być najlepszy dla spółek, które są klasycznymi eksporterami mocno związanymi z gospodarkami krajów europejskich, krajów rozwiniętych czy gospodarką niemiecką, bo relatywnie słaba złotówka i przyspieszający wzrost PKB w Polsce będą po prostu pozytywnie napędzały i poprawiały wyniki takich spółek – mówi Piotr Osiecki.

Prezes Altus TFI prognozuje, że wyniki sektora bankowego w I kwartale okażą się słabe, by w dalszych miesiącach ulec poprawie. Innym ważnym segmentem rynku wpływającym na GPW jest energetyka i przyszłe decyzje Ministerstwa Skarbu Państwa na temat konsolidacji Energii, Enei, Tauronu i PGE. Zdaniem eksperta kursy spółek energetycznych mają potencjał do wzrostów, ale należy poczekać na rozstrzygnięcia w sprawie fuzji i przejęć kluczowych firm.

Jak dodaje, już od początku roku widać wysoką zmienność na różnych klasach aktywów, zarówno na akcjach, jak i obligacjach. Poza tym pojawiają się na rynku tzw. czarne łabędzie, czyli zdarzenia, które są trudne do przewidzenia i trudno na nich grać i zarabiać pieniądze. Przykładem jest styczniowa decyzja banku centralnego Szwajcarii o uwolnieniu kursu franka oraz uruchomienie programu QE przez Europejski Bank Centralny.

Patrząc na sytuację na rynkach zagranicznych, ekspert przestrzega przed inwestowaniem w aktywa tylko dlatego, że zostały ostatnio mocno przecenione. Jego zdaniem w przypadku Rosji nic nie zapowiada zmiany trendów na tym rynku, który od prawie roku niezmiennie znajduje się pod presją. Tym bardziej że UE zapowiada kolejne sankcje.

– Nie podchodziłbym do inwestowania w taki sposób, że skoro największy bank rosyjski Sbierbank spadł o kilkadziesiąt procent, to warto kupić jego akcje, to tak nie działa – ostrzega Osiecki.

Grecja również pozostaje ryzykownym rynkiem, szczególnie po wygranych wyborach przez partię Syriza, która nie wyklucza wyjścia ze strefy euro.

– Spadki na giełdzie w Atenach sięgają kilkunastu czy nawet 20 proc. To nie oznacza jednak, że są to dobre okazje do zakupów. Ale gdybym miał już wybierać, to na pewno wolałbym dzisiaj spółek greckich niż rosyjskich – podsumowuje prezes Altus TFI.

Dzięki umowie z francuskim zakładem frakcjonowania osocza Biomed chce przekroczyć 100 mln zł przychodów. Za rok uruchomi własny zakład

0

CEO Magazyn Polska

Wytwórnia Surowic i Szczepionek Biomed-Lublin zapowiada, że w tym roku potroi przychody. Jest to związane z kontraktem na frakcjonowanie osocza, jaki spółka podpisała z francuskim koncernem LFB Biomedicaments. Za rok Biomed zamierza rozpocząć przeprowadzanie tego procesu w budowanym właśnie zakładzie w Mielcu.

Umowę z LFB na frakcjonowanie ok. 50 tys. litrów osocza zakupionego przez spółkę od 13 Regionalnych Centrów Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa Biomed podpisał jeszcze w latem 2014 roku. Pierwsza dostawa gotowego preparatu osoczopodobnego dotarła do magazynów spółki na początku lutego. Biomed liczy na to, że te produkty pozwolą znacząco poprawić wyniki spółki.

– W 2015 roku chcemy zwiększyć przychody trzykrotnie, czyli z trzydziestu na sto parę milionów złotych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Waldemar Sierocki, prezes zarządu Biomed-Lublin Wytwórni Surowic i Szczepionek.

Z ostatniego raportu opublikowanego przez notowaną na GPW spółkę wynika, że w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 roku Biomed miał przychody przekraczające 28,5 mln zł, czyli o ponad 2 mln wyższe niż w tym samym czasie rok wcześniej. Spółka poniosła w tym czasie niemal 2 mln zł straty netto, przy 1,8 mln zł zysku w 2013 roku. Jak deklaruje prezes Sierocki, wraz ze wzrostem przychodów można oczekiwać poprawy wyniku netto.

Liczymy na to bardzo mocno. Wzrosty ma zapewnić nie tylko działalność podstawowa, lecz także działalności dodatkowa, czyli sprzedaż produktów krwiopochodnych: immunoglobuliny, albuminy i czynników krzepliwości krwi.

Lubelski Biomed buduje w Mielcu za niemal ćwierć miliarda złotych własny zakład frakcjonowania osocza. Inwestycja ma być gotowa w pierwszych miesiącach 2016 roku i powinna dostarczyć całe potrzebne w Polsce przetworzone osocze. Obecnie na potrzeby Polski przerabia się go za granicą ok. 200 tys. litrów rocznie.

Biomed inwestuje jednak nie tylko w produkcję. Spółka ma w swej ofercie ponad 60 produktów i wraz z polskimi naukowcami pracuje nad kolejnymi.

– Trzeba inwestować, by działać w tej branży – ocenia prezes Wytwórni Surowic i Szczepionek Biomed-Lublin. – Poza tym jeżeli popatrzymy na to z punktu widzenia pozyskania kapitału w ramach środków unijnych, to dużym plusem będzie współpraca nauki i gospodarki. Myślę, że jesteśmy w stanie się tu odnaleźć, mówię o pracach badawczo-rozwojowych, i mam nadzieję, że skorzystamy również m.in. z tego grantu.

W portfolio Biomedu obok preparatów krwiopochodnych są probiotyki, szczepionki oraz czopki. Wiele produktów, takich jak Lakcid, Distreptaza, szczepionka przeciwgruźlicza, Onko BCG, czyli preparat, który stosuje się przy leczeniu raka pęcherza moczowego, trafia na eksport, który już stanowi 34 proc. sprzedaży firmy.

– Sytuacja na Ukrainie ma wpływ na obniżenie zapotrzebowania na nasz preparat na Ukrainie, ale inne kraje wykazują wzrosty, w związku z tym tak mocno tego nie odczuwamy – mówi prezes Biomedu Waldemar Sierocki. – Może moglibyśmy sprzedawać trochę więcej. Etap modernizacji Biomedu, który trwał przez prawie 7 lat tej podstawowej działalności w Lublinie, przyczynił się do tego, że otrzymaliśmy certyfikaty GMP, czyli pozwolenia, które dają nam możliwości eksportowania i produkowania preparatów najwyższej jakości.

Abpol, dystrybutor prezerwatyw, suplementów diety i plastrów, chce podwoić ubiegłoroczną sprzedaż

0

CEO Magazyn Polska

Po słabszych wynikach w 2014 roku firma dystrybucyjna Abpol Company Polska zamierza podwoić sprzedaż. Spółka inwestuje w rozwój i liczy na to, że podpisze umowy z kolejnym sieciami handlowymi. Planuje także zwiększyć swój 3-proc. udział w polskim rynku prezerwatyw.

W zeszłym roku Abpol, sprzedający środki antykoncepcyjne, suplementy diety oraz materiały opatrunkowe, znacząco poszerzył dostępność swoich produktów na polskim rynku. Spółka podpisała umowy m.in. z takim sieciami, jak Kolporter, Intermarché, Netto oraz Eurocash. Ostatnio nawiązała współpracę ze Społem Szczecin.

– Oczekujemy szybkiego zaistnienia na rynku lokalnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Olgierd Wejner, dyrektor generalny Abpol Company Polska. – Mówimy tu o 60 sklepach w Szczecinie i okolicach, które są bardzo popularne wśród szczecinian. Do tej pory nasze produkty nie były dostępne w żadnej lokalnej sieci w tym mieście.

Spółka wiąże spore nadzieje z dystrybucją swoich wyrobów w salonikach prasowych, mowa tu o m.in. takich salonach, jak Traffic, Kolporter czy Świat Prasy. Jak informuje, trwają negocjacje z kolejnymi sieciami tego typu.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z obecności w tych sieciach. To wpływa nie tylko na wzrost sprzedaży naszych produktów, lecz także wizerunek, ponieważ są to sieci saloników prasowych, w których sama obecność naszego produktu pozwala zwiększyć jego rozpoznawalność wśród klientów – zaznacza Olgierd Wejner. – Przez tego typu sieci przewija się w ciągu roku bardzo duża liczba klientów, naszych potencjalnych konsumentów. Jeżeli ten nasz produkt jest widoczny w tych sieciach, to zapamiętują go, rozpoznają i potem, kiedy już chcą kupić taki produkt, sięgają po niego z większym zaufaniem.

Abpol deklaruje, że ma w planie dużo inwestycji w dalszy rozwój sprzedaży poprzez wejście do kolejnych sieci handlowych i podpisywanie kolejnych kontraktów, także z najtrudniejszymi partnerami, czyli sieciami sklepów wielkopowierzchniowych

– Oczywiście jest to bardzo trudna współpraca, ponieważ są to sieci, które oczekują bardzo dobrych warunków handlowych i bardzo dobrych możliwości płatniczych – zaznacza dyrektor generalny Abpol Company Polska. Ale staramy się podpisywać umowy z poszczególnymi sieciami, w zeszłym troku weszliśmy do kilku z nich,  w tym roku planujemy kolejne otwarcia. Jeżeli się uda, pomoże nam to znacznie zwiększyć obroty handlowe.

Po trzech kwartałach 2014 notowany na NewConnect Abpol Company Polska poinformował, że miał niemal 3,4 mln zł przychodu ze sprzedaży, czyli o niemal 22 proc. mniej niż rok wcześniej. Zysk netto spółki spadł do 73 tys. zł i był niższy od uzyskanego w analogicznym okresie 2013 roku o 74 proc. (raport za cały rok 2014 spółka opublikuje w piątek 13 lutego). Ten rok ma być zdecydowanie lepszy.

 Mamy plany, ale to zależy od tego, jak szybko uda nam się wprowadzić nasze produkty do kolejnych sieci handlowych. Zakładamy, że uda nam się podwoić ubiegłoroczną sprzedaż – deklaruje Olgierd Wejner.

Szef Abpol Company Polska zapowiada korektę strategii sprzedaży prezerwatyw. Spodziewa się, że po pierwszym roku jego firma ma już 2-3 proc. udział w tym rynku z tendencją rosnącą.

– Od lutego wprowadzamy na rynek opakowania dwunastosztukowe. Widzimy, że jest na nie zapotrzebowanie, ponieważ klienci szukają tańszych produktów. Liczymy na to, że ta grupa pozwoli nam zwiększyć poziom sprzedaży.

75 mld zł z funduszy unijnych trafi w tym roku do Polski. To głównie dzięki nim polska gospodarka będzie nadal rosła

Napięta sytuacja międzynarodowa i zmienna sytuacja na rynkach surowców i walut utrudniają prognozowanie rozwoju gospodarki w 2015 roku. Perspektywy dla Polski są jednak nie najgorsze. Nic nie powinno zagrozić wzrostowi PKB na poziomie 3 proc.

Najważniejsze dla polskiej gospodarki są nadal fundusze płynące z Unii Europejskiej. W 2015 roku Polska nadal będzie korzystać ze środków przydzielonych w ramach starej perspektywy, zakończonej w 2013 roku. W Unii obowiązuje bowiem zasada, że na skorzystanie z tych pieniędzy beneficjenci mają dodatkowe dwa lata. Do tego powinien zacząć płynąć strumień pieniędzy z nowej perspektywy. W ciągu najbliższych miesięcy polską gospodarkę zasili około 75 mld zł funduszy unijnych.

Jest to rekordowa kwota nawet w stosunku do najlepszego dotąd 2012 roku  podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Tomaszewski, prezes DNB Bank Polska. – Każde 10 mld środków unijnych to około 0,4 proc. wzrostu PKB. Więc gdyby założyć, że tej pomocy by nie było, polska gospodarka wzrosłaby w tym roku o ok. 0,5 proc. Oczywiście przy pewnych założeniach ceteris paribus, ale jednak ma to znaczący pozytywny wpływ na tempo polskiej gospodarki.

Duży zastrzyk z unijnej kasy powoduje, że wzrost PKB Polski w tym roku przekroczy 3 proc.

Z raportu DNB Bank Polska i Deloitte „Kierunki 2015: wyzwania globalne, krajowe szanse, prognozy sektorowe” wynika, że trzeba się liczyć m.in. z wolniejszym wzrostem popytu krajowego. Przyczyną będzie wolniejszy wzrost inwestycji. Z drugiej strony jednak ze względu na wzrost dochodów gospodarstw domowych powinno jednocześnie następować dalsze przyspieszenie realnej dynamiki konsumpcji.

Kolejny element to bardzo dynamicznie zmieniające się ceny surowców zwraca uwagę Artur Tomaszewski. Ich spadek, m.in. ropy, jest pozytywny dla polskiej gospodarki. Niższe ceny energii to wyższa konkurencyjność naszego przemysłu, a ponieważ nie jesteśmy wydobywcą ropy, tylko jej konsumentem działa to ewidentnie na naszą korzyść.

W 2015 roku spore zmiany czekają rynek walutowy. Inwestorzy raczej zgodnie oceniają, że złoty i euro będą słabły, a dolar wręcz przeciwnie. To ożywi polski eksport, ale już na inwestycje czy wyniki banków może oddziaływać negatywnie.

Główne ryzyka, na które wskazujemy, to zmienność walutowa, z którą mamy do czynienia w ostatnim czasie – ocenia prezes zarządu DNB Bank Polska.To wszystko może się przełożyć na niektóre branże. Zwłaszcza że mamy do czynienia z niską samodzielnością sektora finansowego. Polska jest w czołówce krajów, które są uzależnione od kapitału zagranicznego, i to stanowi ryzyko dla stabilności.

Jak podkreśla, wszystkie te prognozy są warunkowe, zależą bowiem od tego, jak rozwinie się sytuacja polityczna na świecie.

Z raportu wynika też, że w Polsce szykują się spore zmiany na rynku pracy. Można oczekiwać pojawienia się deficytu siły roboczej, gdyż liczba osób wchodzących na rynek pracy będzie niższa niż liczba osób z niego wychodzących. Ten stan ma się pogłębiać i zgodnie z prognozami firmy będą musiały płacić coraz więcej, by powstrzymać pracowników przed ucieczką do konkurencji.

J. Steinhoff: Górnicy w JSW muszą zrozumieć, że strajkiem doprowadzą do upadłości spółki

Związkowcy z Jastrzębskiej Spółki Węglowej muszą zacząć współpracować z zarządem, by ocalić spółkę – przekonuje Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. Każdy dzień strajku kosztuje JSW 27,5 mln zł. Protestujący górnicy nie powinni żądać lepszych warunków, bo to może doprowadzić do upadku spółki.

To jest kwestia ratowania Jastrzębskiej Spółki Węglowej przed upadłością, ratowania płynności spółki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki, przewodniczący Rady Krajowej Izby Gospodarczej. – Trzeba mieć świadomość, że każdy dzień strajku kosztuje prawie 30 mln zł. Tutaj nie można mówić o jakichkolwiek oczekiwaniach zwiększenia apanaży górników, trzeba zmienić system pracy, a część płacy musi być uzależniona od kondycji finansowej. Trzeba przede wszystkim myśleć o sytuacji Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Bezterminowy strajk w JSW trwa od 28 stycznia. W ubiegłym tygodniu protestujący oraz władze spółki podpisały protokół rozbieżności. Nie zakończył on jednak gwałtownych protestów. Po spokojniejszym weekendzie, w poniedziałek, doszło do kolejnych starć demonstrantów z policją przed siedzibą spółki, a we wtorek grupa górników rozpoczęła strajk głodowy.

W negocjacjach nie bierze udział Jarosław Zagórowski, prezes JSW. Związkowcy obarczają go winą za sytuację spółki i domagają się jego odejścia jako warunku zgody na restrukturyzację.

Steinhoff podkreśla jednak, że protestujący powinni przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego, w jakie sytuacji ekonomicznej znajduje się spółka. Stawia za wzór górników z prywatnych kopalń, które po głębokich restrukturyzacjach prosperują znacznie lepiej.

Jeżeli będziemy zaklinać rzeczywistość, tak jak miało to miejsce do tej pory, to niestety spółka może ogłosić upadłość, a to przełoży się na sytuację społeczną na Śląsku – przestrzega były wicepremier.

O konstruktywną współpracę załóg i władz spółek apeluje także właściciel, Ministerstwo Skarbu Państwa.

Z najwyższym niepokojem obserwujemy ostatnie wydarzenia w Jastrzębskiej Spółce Węglowej i zaostrzanie się strajku, który każdego dnia pogarsza sytuację finansową spółki. Tylko konstruktywny dialog i działania mogą ustabilizować sytuację, uratować miejsca pracy i powstrzymać narastające szkody – mówi cytowany w komunikacie prasowym MSP Rafał Baniak, wiceminister resortu skarbu.

MSP wystąpiło do zarządu JSW z żądaniem zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, na którym mają zostać podjęte uchwały w sprawie zmiany składu rady nadzorczej oraz zmian w statucie wzmacniających nadzór rady nadzorczej nad sytuacją finansową spółki. Resort domaga się też przeprowadzenia audytu w JSW.

Janusz Steinhoff dodaje, że sytuacja w polskim górnictwie to efekt wieloletniego braku działań restrukturyzacyjnych, na który nałożył się bardzo znaczny spadek cen węgla koksującego i energetycznego. To wszystko w jego ocenie doprowadziło do sytuacji najgorszej od 1989 r. Teraz, uważa Steinhoff, nie można już dłużej zwlekać – potrzebna jest restrukturyzacja oparta na programie dobrowolnych odejść.

Zatrudnienie musi zostać zmniejszone nie tylko w kopalniach przeznaczonych do likwidacji, lecz także w całym sektorze. Steinhoff szacuje, że nie będzie to tak głęboki program zmian, jak za rządów Jerzego Buzka, kiedy to zamknięto ponad 20 kopalń, a pracę straciło 100 tys. górników.

Redukcja zatrudnienia na zasadach pełnej dobrowolności otworzy możliwość likwidacji trwale nierentownych aktywów i wtedy będzie można górnictwo postawić na nogi. Jest to wielki problem. Odnoszę wrażenie, że nie zabrano się do tego we właściwy sposób i we właściwym czasie – ocenia Steinhoff.

Grupa Azoty do 2017 roku zaoszczędzi o 1/3 więcej niż zakładała

0

Wdrażany w Grupie Azoty program doskonałości operacyjnej przynosi efekty. Już po pierwszym roku funkcjonowania oszczędności wyniosły blisko 30 mln zł, w tym mogą być nawet dwa razy większe. Już dziś wiadomo, że do 2017 roku uda się zyskać 30 proc. więcej, niż zakładano w strategii.

Nasz cel na 2017 rok to 300 mln zł, ale już dziś możemy powiedzieć po różnych kalkulacjach każdego działania w programie, że te efekty będą większe. Obliczamy, że będą ok. 30 proc. wyższe, niż zakładaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Jałosiński, wiceprezes zarządu Grupy Azoty, prezes zarządu Grupy Azoty Police.

Program doskonałości operacyjnej Azoty PRO jest jednym z trzech filarów strategii Grupy na lata 2014-2020. Dzięki niemu ma się wzmacniać jej pozycja konkurencyjna na rynku globalnym. Spółka liczy na wzrost efektywności i wydajności pracy, rozwój kadr, wzrost zaangażowania pracowników, wymianę doświadczeń i poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań biznesowych.

Przede wszystkim jednak na maksymalizację istniejących synergii. Grupa Azoty to gigant, w skład którego wchodzą wielkie zakłady chemiczne, m.in. Puławy, Police, Tarnów i Kędzierzyn.

To jest wykorzystanie pewnej wiedzy, która jest zgromadzona w poszczególnych spółkach – podkreśla Krzysztof Jałosiński. – Konsolidacja dała efekt w postaci wykorzystania i powielania najlepszych rozwiązań istniejących w spółkach.

W 2013 roku Grupa Azoty miała przychody ze sprzedaży sięgające 9,8 mld zł oraz 714 mln zysku netto. Po trzech kwartałach 2014 przychody spółki przekraczały 7,3 mld zł, a zysk netto sięgał 243,6 mln. Koszt własny ze sprzedaży spółki przekraczał w tym czasie 4 mld zł. W ocenie zarządu dzięki programowi doskonałości operacyjnej koszty spółki można obniżyć o 3-4 proc.

Po pierwszym roku funkcjonowania programu, to możemy pochwalić się tym, że uzyskaliśmy ok. 30 mln zł – mówi Jałosiński. – To nie tylko wynika z oszczędności, lecz także poprawy efektywności procesów, które realizujemy w spółce.

Oszczędności, zdaniem Krzysztofa Jałosińskiego, Grupa Azoty może osiągać w wielu sferach działalności – na poziomie produkcyjnym, menadżerskim, operacyjnym.

– Jeśli spojrzymy na przekrój programów, które realizujemy w ramach programu doskonałości operacyjnej, to dostrzeżemy, że są tam zarówno programy operacyjne, związane z produkcją, jak i strategiczne, związane z programem zaangażowaniem pracowników. To elementy, które przynoszą efekty nie w skali roku, na poziomie operacyjnym, lecz w skali kilku lat – mówi Jałosiński.

Realizowany przez Grupę Azoty program doskonałości operacyjnej jest czymś nowym w Polsce, na świecie jest już jednak standardem.

Wchodzimy w coś, co jest elementem działań i strategii poszczególnych spółek chemicznych – ocenia wiceprezes zarządu Grupy Azoty. – Nie mówię o polskich spółkach, ale np. o BASF, bo to jest marka, którą obserwujemy. Tam takie działania prowadzone są od dłuższego czasu i dziś wdrażają już kolejny programy. Chcielibyśmy dorównać światowym spółkom i być flagową firmą w Europie.

Prawie miliard telefonów z Androidem zagrożonych cyberatakami po decyzji firmy Google

Ponad 900 milionów użytkowników smartfonów na całym świecie może być bardziej narażonych na cyberataki. To efekt decyzji firmy Google o wycofaniu wsparcia informatycznego dla urządzeń z programem operacyjnym Android starszym niż wersja 4.4. Uchronić przed ewentualnym zagrożeniem może instalacja nowszej wersji systemu lub odpowiednich aplikacji ochronnych.

Google zadecydował, że komponent WebView – używany w przeglądarkach internetowych i różnego typu aplikacjach – w zaktualizowanej wersji będzie dostępny dla wersji Androida 4.4 KitKat oraz 5.0 Lollipop. Starsze wersje nie będą aktualizowane.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa jest to informacja bardzo niepokojąca – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Iwan, dyrektor zarządzający F-Secure Polska. – Już dziś wiemy, że w systemach Android znajdują się luki, które najprawdopodobniej ze względu na brak wsparcia, nie będą w przyszłości zabezpieczane, więc użytkownicy korzystający ze starszych wersji Androida narażają się na niebezpieczeństwo utraty danych, haseł, a w rezultacie ci, którzy korzystają z bankowości elektronicznej przez urządzenie mobilne z Androidem, nawet na utratę pieniędzy.

Jak wynika z szacunków ekspertów, przez decyzję Google&HASH39;a zagrożona atakiem może być nawet ponad połowa wszystkich urządzeń dostępnych na rynku. Może to dotyczyć nawet 1 mld użytkowników na świecie. Tyle smartfonów z Androidem starszej wersji nadal jest w użyciu.

W tej sytuacji to właściciele zagrożonych telefonów powinni zadbać o bezpieczeństwo swoich danych. Najlepszym sposobem, który użytkownik może w miarę szybko przeprowadzić, jest upgrade systemu do nowszej wersji, tej która jest już wspierana.

Niestety, wiemy, że nie wszystkie urządzenia, zwłaszcza te starsze i słabsze, wspierają nowsze wersje i będą z nimi prawidłowo działały – zwraca uwagę Michał Iwan. – Jeżeli ten upgrade nie jest możliwy, użytkownik powinien z całą pewnością zainstalować na swoim urządzeniu aplikacje mobilną, taką jak chociażby F-Secure Mobile Security. Ta aplikacja daje użytkownikowi zabezpieczenie przed zagrożeniami, z którymi sam system Androida nie jest sobie w stanie poradzić.

Ponieważ nie wszyscy użytkownicy telefonów i tabletów ze starszymi wersjami Androida będą w stanie zabezpieczyć swe urządzenia, trzeba przynajmniej mieć świadomość zagrożenia. Specjaliści taką sytuację, do której dopuścił Google, nazywają rajem dla złodziei. By nie ułatwiać przestępcom działalności jeszcze bardziej, trzeba ograniczyć zaufanie do telefonu i zrezygnować z pewnych działań.

Powinniśmy unikać odwiedzania stron, miejsc w internecie, które nie cieszą się najlepszą reputacją. Powinniśmy korzystać  z aplikacji, chociażby do przeglądania stron www, które są aplikacjami znanymi i możliwie najbezpieczniejszymi – doradza dyrektor zarządzający F-Secure Polska.

Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o tym, że smartfon z Androidem w starszej wersji przypomina dziś dziurawy portfel. W żadnym razie nie wolno więc używać go do noszenia pieniędzy.

Musimy myśleć o tym zawsze, kiedy wykonujemy jakieś transakcje – podkreśla Michał Iwan. – Jeżeli mamy wątpliwości co do bezpieczeństwa urządzenia, to powinniśmy korzystać z innego.

Partnerstwo publiczno-prywatne wciąż mało popularne. Trwają prace nad zmianą prawa

0

Tylko około 60 inwestycji samorządowych jest prowadzonych w formie partnerstwa publiczno-prywatnego. Resort gospodarki pracuje nad założeniami do nowelizacji ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym, która ma zachęcić samorządy do tego typu finansowania, bo ma być ono coraz ważniejsze również przy projektach współfinansowanych przez Unię Europejską.

Rynek projektów PPP wciąż rozwija się niezadowalająco, bo tych projektów nie mamy zbyt dużo. W tej chwili szacujemy, że jest to około 60 podpisanych umów z zakresu partnerstwa publiczno-prywatnego, z czego nie wszystkie weszły w fazę realizacyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Kałuża, dyrektor Departamentu Wsparcia Projektów Partnerstwa Publiczno-Prywatnego w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. ‒ Rynek jest niedoskonały, ale są przesłanki jego dalszego rozwoju, w szczególności po wyeliminowaniu pewnych barier prawnych.

Jak zdradza Kałuża, w resorcie gospodarki trwają prace nad założeniami do projektu zmiany ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym. Nie chce mówić, kiedy założenia zostaną opublikowane, bo MIR pełni w tych pracach jedynie funkcję konsultacyjną, ale wiadomo, że jeszcze w I kwartale br. może pojawić się projekt nowelizacji. Jego uchwalenie potrwa kolejnych kilka miesięcy.

Resort gospodarki opublikował projekt założeń do projektu ustawy o zmianie ustawy o PPP po uzgodnieniach międzyresortowych i z innymi zainteresowanymi stronami. Ministerstwo proponuje m.in. wprowadzenie ułatwień w zawieraniu umowy z wykonawcą na dłużej niż cztery lata oraz zdefiniowanie części wydatków na PPP jako wydatków majątkowych.

Obydwa te aspekty są ważne i dziś hamują rozwój finansowania w formie PPP.

Wiele samorządów zgłasza przede wszystkim problem z ujęciem wydatków związanych z projektem PPP w zakresie podziału na wydatki majątkowe i bieżące. Ważne jest, by nie obciążało to bieżącego zadłużenia, czyli żeby samorządy mogły dalej inwestować – tłumaczy Kałuża. Dodaje: ‒ Niejasność tych przepisów powoduje, że wiele samorządów rezygnuje na etapie nawet wstępnych analiz z tej drogi, czekając na zmianę przepisów, które mamy nadzieję, wkrótce nastąpią.

Kałuża dodaje, że MIR stara się wspierać PPP również poprzez projekty pilotażowe realizowane z samorządami. Resort pomaga władzom lokalnym m.in. poprzez publikowanie analiz, dokumentacji oraz oferowanie wsparcia zespołu doradców.

Tego typu finansowanie może być stosowane przy bardzo różnych inwestycjach: od gospodarki odpadami (tu szczególnie cenne jest wsparcie z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko), przez infrastrukturę drogową i energetyczną, po budowę szpitali. Duży nacisk na PPP kładzie też Unia Europejska, która w rozporządzeniu ogólnym dotyczącym perspektywy finansowej 2014-2020 po raz pierwszy wyszczególniła rozdział poświęcony tego typu projektom.

‒ Są tam zapisy ułatwiające realizację projektów partnerstwa publiczno-prywatnego m.in. poprzez wyraźne zdefiniowanie, co jest partnerstwem, osobny rozdział dotyczący PPP, ułatwień w zakresie rachunku powierniczego, czyli możliwość wypłacania środków z funduszu tego rachunku nawet po okresie trwałości, czyli przez wiele lat, bowiem projekty PPP to najczęściej projekty 20-, 25-, 30-letnie. To są bardzo ważne ułatwienia, które zwiększą liczbę projektów hybrydowych, czyli łączących finansowanie unijne z finansowaniem prywatnym – tłumaczy Kałuża.

Rośnie liczba ubezpieczeń budowlanych. Głównie dzięki ożywieniu w branży

Poprawa koniunktury w sektorze budowlanym przekłada się na wzrost liczby zawieranych polis na rynku ubezpieczeń budowlano-montażowych. Przedsiębiorcy są też coraz bardziej świadomi korzyści wynikających z ubezpieczania prowadzonych inwestycji. Do wzrostu sprzedaży przyczyniają się też spadające stawki ubezpieczeniowe.

W branży budowlanej przez pewien czas panowała stagnacja, przez co borykała się ona z dużymi problemami. Dzisiaj widzimy bardzo duże ożywienie, wzrost liczby zawieranych kontraktów i podpisywanych umów kredytowych, a to przekłada się na wzrost popytu w ubezpieczeniach dla branży budowlano-montażowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Stachiewicz, członek zarządu spółki Donoria, firmy brokerskiej z sektora doradztwa ubezpieczeniowego.

To przede wszystkim ubezpieczenia majątkowe. Jak podkreśla ekspert, podobnie jak w innych segmentach rynku również w tym zmniejsza się stawka ubezpieczeniowa.

Bardzo dobrym aspektem jest poszerzanie zakresu ubezpieczenia, czyli możliwość wykupienia za tę samą cenę szerszego spektrum ubezpieczenia, co naszym zdaniem bardzo dobrze przekłada się na sposób zabezpieczenia inwestycji – tłumaczy Stachiewicz.

Druga kwestia charakterystyczna dla rynku to problem z gwarancjami. Powodem coraz trudniej dostępnych gwarancji jest w dalszym ciągu gorsza kondycja sektora budowlanego. Zdaniem członek zarządu spółki Donoria tendencja ta powinny ulec odwróceniu w ciągu kolejnego roku, dwóch lat.

– Ubezpieczyciele coraz mniej chętnie i elastycznie podchodzą do takiego ryzyka. Niestety, związane jest to z kondycją finansową samej branży i różnych podmiotów, które działają na tym rynku – mówi Dominik Stachiewicz. – Zabezpieczenie w postaci gwarancji ubezpieczeniowej będzie jeszcze przez pewien czas trudno dostępnym produktem.

Trend na rynku determinują przede wszystkim inwestorzy branżowi, którzy w większości przypadków posiłkują się kredytem (wymagającym odpowiedniego zabezpieczenia w postaci ubezpieczenia) bądź finansowaniem instytucjonalnym.

Myślę, że o rozwój ubezpieczeń w tym sektorze nie powinniśmy się raczej martwić. Średnie firmy budowlane czy nawet małe oraz inwestorzy lokujący swoje środki w niewielkie projekty również mają świadomość ubezpieczeniową, dlatego wolą zapłacić dzisiaj niewielkie pieniądze, bo faktycznie cena za to ubezpieczenie znacznie spadła, i spać spokojnie i mieć świadomość, że inwestycja jest dobrze zabezpieczona – podsumowuje Dominik Stachiewicz.

W jego ocenie liczba polis na rynku powinna rosnąć. W skali globalnej i zagregowanej niekoniecznie może być jednak widoczny wzrost łącznie płaconej składki, czego powodem jest tendencja spadku stawek ubezpieczeniowych.

Ubezpieczenia budowlano-montażowe są przede wszystkim przeznaczone dla inwestorów, generalnych wykonawców, firm podwykonawczych oraz dostawców towarów i materiałów (w ramach prowadzonych inwestycji).

Liczba kupujących muzykę w internecie znacząco rośnie. Nie oznacza to jednak śmierci płyty CD

Rośnie sprzedaż muzyki przez internet. Szczególną popularnością wśród Polaków cieszą się serwisy streamingowe, takie jak Spotify, WiMP czy Deezer. Tylko w pierwszej połowie 2014 roku dostęp do tego typu legalnych źródeł muzyki wykupiło o 61 proc. osób więcej niż rok wcześniej. Wbrew oczekiwaniom nie jest to równoznaczne z końcem płyty CD. Ten nośnik jest wciąż bardzo popularny wśród starszych miłośników muzyki.

Polski rynek muzyczny jest w dobrej sytuacji. W pierwszym półroczu 2014 roku był on wart 79 mln zł, czyli o 0,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Największy wpływ ma dynamicznie rozwijająca się sprzedaż cyfrowa, która już w 2013 roku stanowiła blisko 25 proc. całego rynku muzycznego. Polacy nadal chętnie korzystają z takich serwisów, jak iTunes, w którym płaci się za ściągnięcie konkretnego utworu. Coraz większą popularność zdobywają jednak serwisy streamingowe, takie jak Deezer, Spotify czy WiMP, które za miesięczny abonament oferują dostęp do blisko 25 milionów plików muzycznych. Tylko w pierwszym półroczu 2014 roku dostęp do tego typu serwisów wykupiło o 61 proc. więcej internautów niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

– Sprzedaż tradycyjnych płyt, którym wieszczono śmierć już dawno, ma się całkiem nieźle. Utrzymuje się ona prawie na tym samym poziomie, raz lekko spada, raz lekko wzrasta, w 2013 roku był wzrost, ale to są małe wahania, głównie wynikające z repertuaru, jaki w danym roku jest oferowany na rynku. Jeżeli w jednym roku mielibyśmy płyty Davida Guetty, Marka Knopflera, zespołów Metallica czy U2, to moglibyśmy być pewni, że sprzedaż będzie większa. Jeżeli największe gwiazdy nie wydają, to wtedy rok jest trochę słabszy – mówi Jan Kubicki, prezes Universal Music Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W pierwszej połowie 2014 roku sprzedaż nośników fizycznych spadła o 4,6 proc., nadal stanowi ona jednak ponad 70 proc. sprzedaży całej muzyki. Sprzedaż cyfrowa nastawiona jest przede wszystkim na młodego odbiorcę, natomiast wśród zwolenników fizycznych nośników dominują ludzie nieco starsi. Zdecydowana większość nabywców płyt CD to osoby powyżej 35. roku życia. Z danych Związku Producentów Audio-Video (ZPAV) wynika, że w 2014 roku na nośnikach fizycznych najlepiej sprzedawała się muzyka jazzowa.

Na wartość rynku muzycznego składają się ponadto tzw. non recorded income, czyli przychody pochodzące nie z samych nagrań, ale z tego, co się dzieje dookoła wykonawców, czyli z koncertów, reklam, udziału wykonawców w różnego rodzaju akcjach lub kampaniach. Zdaniem ekspertów zasady funkcjonowania artystów na rynku muzycznym nie zmieniły się zasadniczo w ciągu ostatnich lat. Zmianie uległy natomiast formy, w jakich wykonawcy potrafią przekuć muzykę na swoje dochody.

– Z muzyki da się żyć, i to całkiem godnie. Znam wielu wykonawców, dla których jest to jedyne źródło zarobku. Fajnym przykładem jest zespół The Rolling Stones, na których można by patrzeć jak na dinozaurów sceny muzycznej, a jest to w tej chwili jeden z najlepiej zarabiających zespołów z działalności niemuzycznej, czyli związanej z brandem, z logo. Jest mnóstwo młodych wykonawców, którzy wydawaliby się bardziej predysponowani do nowoczesnego zarabiania pieniędzy, natomiast okazało się, że poczciwi The Rolling Stones robią to w mistrzowski sposób. Nie trzeba być dwudziestolatkiem, żeby rozumieć współczesny świat sprzedaży muzyki i by z tego jeszcze dobrze żyć – mówi Jan Kubicki.

Zdaniem ekspertów obecna sytuacja na rynku muzycznym sprzyja debiutantom. Jeszcze pięć lat temu przebicie się początkującego muzyka na antenę radiową było praktycznie niemożliwe, dzisiaj na listach przebojów znajduje się bardzo wielu debiutantów. Za przykład służą bardzo udane debiuty Kasi Popowskiej, Margaret lub Dawida Podsiadły. Młodym wokalistom bardzo pomagają wciąż popularne wśród widzów muzyczne talent show, jak np. „The Voice of Poland”, „Must be the Music. Tylko muzyka” lub „X-Factor”.

Rośnie sprzedaż elektroniki ubieralnej. Polacy szczególnie chętnie kupują opaski treningowe i inteligentne zegarki

Światowa moda na wearables, czyli elektronikę ubieralną, przyjęła się także w Polsce. Największą popularnością wśród Polaków cieszą się opaski treningowe, mierzące funkcje ciała podczas aktywności fizycznej, oraz inteligentne zegarki. W 2014 roku sprzedaż tego typu gadżetów sięgnęła 100 tys., według szacunków w tym roku popyt na nie może wzrosnąć aż dziewięciokrotnie.

Elektronika ubieralna to zaawansowane technologicznie gadżety, takie jak inteligentne zegarki i biżuteria, opaski fitness czy okulary Google Glass, które nosi się jako część garderoby. W Polsce zainteresowanie tego typu urządzeniami dopiero się pojawiło, ale systematycznie rośnie. W 2014 roku wartość rynku elektroniki ubieralnej wyniosła ponad 40 mln zł, sprzedano ponad 100 tys. tego typu gadżetów. Według ekspertów w 2015 roku popyt na te dobra ma wzrosnąć aż dziewięciokrotnie.

– Ludzie noszą te urządzenia, ale daleko jeszcze do tego, by stało się to masowe. Podobnie kiedyś było ze smartfonami czy telefonami komórkowymi. Upłynie kilka lat, zanim ludzie zorientują się, w jaki sposób można je wykorzystywać. Jeszcze nie wiemy ile, bo może się też zdarzyć tak, że ludzie nie chwycą tego pomysłu mówi Jarosław Potiuk, dyrektor technologiczny Polidea, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zdaniem ekspertów 2015 rok będzie okresem wkroczenia na polski rynek nowych marek z zakresu wearables. Będą one proponowały najnowsze osiągnięcia z tej dziedziny, takie jak inteligentne śpioszki informujące o tym, co dzieje się z dzieckiem, czy urządzenia przypominające o konieczności zarezerwowania stolika w restauracji lub wizyty u lekarza. Obecnie jednym z najpopularniejszych tego typu urządzeń są opaski elektronicznie, które śledzą wydatek energetyczny organizmu i pomagają w procesie zrzucania wagi lub dbania o formę. Opaska przez cały dzień mierzy aktywność fizyczną, np. liczbę zrobionych kroków, liczbę spalonych kalorii podczas treningu bądź spaceru. Niektóre opaski wyposażone są także w funkcję analizy rytmu pracy serca w trakcie aktywności fizycznej. Coraz większą popularnością cieszy się także inteligentna biżuteria.

– Biżuteria, która zachowuje się różnie, w zależności od tego, jak człowiek się czuje. Jeżeli ktoś jest zadowolony to jest kolorowa, a jeżeli jest smutny –mniej kolorowa, po prostu odzwierciedla odczucia człowieka w danym momencie. Oczywiście, nie jest to możliwe w 100 proc., ale są różnego rodzaju eksperymenty, które pozwalają pokazać takie działanie. Inny przykład są pierścionki otwierające drzwi. Będą miały wbudowane odpowiednie urządzenie elektroniczne, które po zbliżeniu do drzwi automatycznie je otworzy – wymienia Jarosław Potiuk.

Ceny gadżetów z zakresu elektroniki ubieralnej są bardzo zróżnicowane. Opaskę treningową dobrej jakości można kupić za mniej niż 200 zł. Ceny inteligentnych zegarków wahają się między 300 a 1500 zł. Rynek wearable technology w Polsce dopiero się kształtuje, a więc ceny te z pewnością będą ulegać zmianom. Jest to w dużej mierze kwestia wykreowania konkretnych potrzeb i podpowiedzenia odbiorcom, jakie urządzenia mogą te potrzeby zaspokoić.

– Ważniejsza będzie świadomość niż cena, bo przecież telefony też kosztują sporo. One są wprawdzie w dużej mierze dofinansowywane przez operatorów komórkowych, ale ludzie chcą mieć telefony, bo już wiedzą, co one im dają. Korzystają z internetu, używają coraz więcej funkcjonalności, tak że to ich potrzeby napędzają rynek. Natomiast na rynku urządzeń ubieralnych jeszcze tego nacisku ze strony konsumentów nie ma, bo jeszcze nie zdają sobie do końca sprawy z tego, po co to jest, dlaczego i jak oni mogą z tego korzystać mówi Jarosław Potiuk.

Elektronika ubieralna ma przede wszystkim ułatwić codzienne życie. Eksperci zwracają jednak uwagę na ewentualne zagrożenia, wśród których wymieniają m.in. brak prywatności, łatwiejszą inwigilację ze strony hakerów, policji i innych służb, możliwość utraty osobistych danych i informacji, choćby o stanie zdrowia.

Nauka fizyki nie musi być nudna. Do zgłębiania tajników wiedzy zachęcają programy telewizyjne

Polska szkoła nie daje wystarczającej wiedzy praktycznej w zakresie fizyki, chemii i biologii, a zajęcia z tych przedmiotów niezainteresowanym uczniom wydają się mało ciekawe. Młodych do nauki mogą zachęcić programy telewizyjne, które w zabawny sposób pokazują, że nieznajomość podstawowych praw fizyki czy chemii w codziennym życiu szkodzi. Na antenie National Geographic Channel właśnie rozpoczęła się druga emisja „Anatomii głupoty według Richarda Hammonda”.

Z raportu o stanie edukacji w 2013 roku, przeprowadzonego przez Instytut Badań Edukacyjnych, wynika, że na lekcjach z przedmiotów przyrodniczych w zbyt małym stopniu realizowane są doświadczenia, obserwacje i pomiary, zwłaszcza przeprowadzane przez uczniów samodzielnie lub w małych grupach. Istnieje więc ogromne zapotrzebowanie na mówienie o naukach ścisłych w sposób przystępny, wzbogacony łatwo przyswajalnym słowem i obrazem, np. animacjami lub zdjęciami w zwolnionym tempie. Na potrzeby te w dużym stopniu odpowiada „Anatomia głupoty według Richarda Hammonda”, program, który na przykładzie rzeczywistych zdarzeń pokazuje, jak prawa fizyki, chemii i biologii rządzą codziennym życiem człowieka.

Takie programy pokazują, że nauki ścisłe to nie jest problem zamkniętych laboratoriów, w których naukowcy coś robią, oglądają, liczą i w zasadzie niewiele osób wie, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi. Nauki ścisłe to jest tu i teraz, dzięki tej wiedzy potrafię zrozumieć, dlaczego stoję, wiem, jak się zachować, kiedy jest ślisko na chodniku. Wiem, że jak chcę puszczać latawiec, to muszę mieć odpowiednią linkę. Ale też wiem, że jak puszczam latawiec, a niedaleko jest linia wysokiego napięcia, to to jest igranie z ogniem. Jest wiele różnych rzeczy, które z jednej strony mogą nas ustrzec przed nieszczęściem, a z drugiej strony ułatwiają nam życie – mówi Tomasz Rożek, dziennikarz naukowy i fizyk, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W swoim programie Richard Hammond wykorzystuje znalezione w internecie śmieszne filmy, zwane potocznie failami. Są to nagrania nieudanych wyczynów, jak przeskoczenie nad poruszającym się samochodem, wykonanie przewrotu w tył czy poderwanie przedniego koła motocykla na zatłoczonej ulicy. Brytyjski prezenter stara się naukowo uzasadnić przyczyny niepowodzeń kaskaderów-amatorów. Dzięki „Anatomii głupoty według Richarda Hammonda” widzowie mają okazję nie tylko poznać wpływ praw fizyki, chemii czy biologii na życie człowieka, lecz także nauczyć się na cudzych błędach, jak ich uniknąć.

Okazuje się, że na tego typu filmach można się czegoś nauczyć – na szczęście na cudzych błędach, a nie na własnych. Siła programu polega też na tym, że takie filmiki opatrzone mądrym komentarzem łatwo się roznoszą po internecie. Ludzie przekazują je sobie, rzeczywiście mogą się z tego pośmiać, ale przy okazji czegoś nauczyć – mówi Aleksandra Stanisławska z portalu CrazyNauka.pl.

Zdaniem ekspertów niskie zainteresowanie naukami ścisłymi może wynikać z błędów w polskiej edukacji. Dzieci w szkole uczone są pamięciowo, często bez zrozumienia, co zniechęca do nauki w szkole i poszukiwania wiedzy na własną rękę. Dlatego tak ważne jest popularyzowanie nauki, np. poprzez film, programy popularno-naukowe bądź ośrodki takie jak warszawskie Centrum Nauki Kopernik.

Jedną z nielicznych może rzeczy, które polska szkoła robi naprawdę bardzo dobrze, jest zabijanie ciekawości u małych dzieci. Rozumiem, że jak się ma w klasie 30 dzieci i każde zaczyna pytać, to jest po lekcji. Ale z drugiej strony nieodpowiadanie na te pytania jest dużym błędem – mówi Tomasz Rożek. – Cały czas podkreślam, że to jest wiedza podstawowa. Nie chodzi tu o wiedzę na poziomie uniwersyteckim. Nikt z nas nie ma tyle czasu i umiejętności, żeby posiąść wiedzę ze wszystkich dziedzin na poziomie profesjonalnym. Ale w 99 proc. przypadków nie trzeba wiedzy na poziomie uniwersyteckim. Wystarczy chwila zastanowienia i wiedza na poziomie szkoły podstawowej.

W drugiej serii „Anatomii głupoty według Richarda Hammonda” będzie można zobaczyć nie tylko klasyczne internetowe faile, lecz także nieudane próby zabaw szeroko komentowanych w mediach, m.in. Ice Bucket Challenge i planking. Planking, czyli zabawa polegająca na kładzeniu się w miejscu publicznym na brzuchu, twarzą w dół i z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała, i fotografowaniu się w takiej pozycji, była niezwykle popularna trzy lata temu. Ice Bucket Challenge to hit internetu minionego lata. Niektórzy jednak, nie znając praw fizyki, nie potrafili prawidłowo wylać na siebie kubła lodowatej wody. Richard Hammond zamierza wyjaśnić, co poszło nie tak, jak powinno, i dlaczego.

Polska może skorzystać na rozwoju sytuacji globalnej

Ropa, Rosja, dolar, strefa euro – wydarzenia skupione wokół tych haseł będą kształtować rzeczywistość gospodarczo-polityczną w roku 2015. Jak na tym tle poradzi sobie polska gospodarka i polskie firmy z takich sektorów jak telekomunikacja, informatyka, handel, przemysł spożywczy, branża motoryzacyjna czy opieka zdrowotna – analizują DNB Bank Polska i firma doradcza Deloitte w raporcie „Kierunki 2015: wyzwania globalne, krajowe szanse, prognozy sektorowe”.

Ropa, Rosja, waluty – tło dla wydarzeń w Polsce

Spadek cen ropy naftowej w drugiej połowie ubiegłego roku wydaje się być trwały. Teza ta znajduje odzwierciedlenie w grudniowej prognozie cen ropy opublikowanej przez EIA, która zakłada utrzymanie ceny ropy na poziomie średnio 68 USD / baryłkę w 2015 roku. Sytuację tę najdotkliwiej odczuwa Rosja, której dotychczasowa polityka odbudowy wpływów na terenach po byłym ZSRR była możliwa właśnie dzięki systematycznemu, począwszy od 2000 r., wzrostowi cen ropy naftowej.

– W 2014 r. największy wpływ na gospodarkę Rosji miały nie sankcje za aneksję Krymu i interwencja zbrojna we wschodniej Ukrainie, ale właśnie głęboki spadek cen ropy naftowej. Podobnie, jak to było w drugiej połowie 1998 r. i początkach 2009 r., tak w drugiej połowie 2014 r. spadek wartości rubla (w samym grudniu 2014 r. o 45 proc.) ma miejsce w okresie spadku cen ropy. I choć Bank Centralny Rosji broni się drastycznymi podwyżkami stóp procentowych i interwencjami na rynku walutowym, to rezerwy finansowe Rosji do obrony rubla są ograniczone, m.in. z powodu zachodniego embarga na dostęp do globalnych rynków finansowych. Dlatego potencjalny krach finansowy w Rosji w 2015 r. może mieć dużo poważniejsze skutki od załamania z 1998 roku, mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte Business Consulting.

Z drugiej strony mamy do czynienia z umacnianiem się kursu dolara wobec euro i innych walut (w tym złotego), co wynika z lepszej sytuacji gospodarki USA niż strefy euro. Kurs złotego do dolara, przez większość ubiegłego roku stabilny, znalazł się pod koniec roku w czołówce najsłabszych walut spośród krajów rozwijających się. Na kurs naszej waluty negatywnie wpływa ponadto konflikt rosyjsko-ukraiński, ze względu na fakt postrzegania złotego przez inwestorów jako waluty peryferyjnej (wpływ konfliktu na samą gospodarkę jest ograniczony – ze względu na słabe więzi handlowe). Istnieją też wewnętrzne powody zmienności kursu złotego w okresach niepokojów – takie jak dominujący udział kapitału zagranicznego na rynku finansowym czy słabość finansowa polskiej gospodarki. Indeks samodzielności finansowej (tzw. capital-freeze index) mierzący wrażliwość kraju na gwałtowny odpływ (lub brak napływu) kapitału zagranicznego wskazuje na Polskę, jako jedną z trzech gospodarek spośród krajów rozwijających o najwyższej wrażliwości na odpływ kapitału zagranicznego. Jeśli spojrzymy na strefę euro – to największym czynnikiem ryzyka kursowego w roku 2015 jest kalendarium polityczne – w tym roku odbywają się wybory w 8 krajach UE, pojawia się ryzyko wyjścia Grecji ze strefy euro, na horyzoncie jest też referendum w sprawie członkostwa w UE Wielkiej Brytanii.

Prognoza dla światowej gospodarki

Prognozy Banku DNB na rok 2015 wskazują, że gospodarki Chin i Indii dalej będą zwalniać, jednak będzie się to działo przy wciąż wysokim poziomie dynamiki PKB (6-7 proc.). Ożywienie gospodarcze w USA (około 3 proc.) kontrastuje ze stagnacją w strefie euro i Japonii (poniżej 1 proc.). Dynamika wzrostu gospodarczego w Anglii i w Polsce prognozowana jest na zbliżonym poziomie – około 3 proc. Natomiast Rosja pogrąży się prawdopodobnie w recesji spowodowanej spadkiem cen ropy naftowej i zachodnim embargiem. Rosja doświadczy także silnego wzrostu cen (z powodu deprecjacji rubla), podczas gdy inne gospodarki będą rejestrować inflację na niskim poziomie – około 1-2 proc. Ryzykiem dla strefy euro jest deflacja w części unijnych gospodarek, która przy niskim prognozowanym poziomie wzrostu gospodarczego, rodzi obawy o trwałą recesję.

Prognozy sektorowe dla Polski

W Polsce perspektywy rozwoju poszczególnych branż są zróżnicowane. Szacunki DNB i Deloitte wskazują na spadek dynamiki popytu krajowego – z powodu wolniejszego wzrostu inwestycji, co będzie jednak częściowo rekompensowane przez intensywny proces wykorzystywania końcówki unijnych funduszy z budżetu 2007-2013. Ze względu na wzrost dochodów gospodarstw domowych powinniśmy jednocześnie obserwować dalsze przyspieszenie realnej dynamiki konsumpcji. Z drugiej jednak strony – prawdopodobna deflacja spowoduje, że w cenach bieżących konsumpcja spowolni, podobnie jak cały popyt krajowy.

– W tej sytuacji należy się spodziewać, że przychody ze sprzedaży w sektorze telekomunikacyjno-informatycznym oraz handlu detalicznym i hurtowym (po słabym wzroście w 2014 r.) w 2015 r. nie będą rosły. Pomimo wzrostu nominalnych dochodów gospodarstw domowych spodziewamy się nadal wysokiego wzrostu przychodów ze sprzedaży usług w ochronie zdrowia, ale nieco poniżej poziomu w 2014 r. (15,5 proc.), mówi Artur Tomaszewski, Prezes Zarządu Banku DNB Polska.

Słaba koniunktura w UE w 2015 r. będzie natomiast sprzyjać wzrostowi przychodów polskiejbranży motoryzacyjnej – szacujemy, że będzie to 5,5 proc., zwłaszcza w obszarze części do pojazdów. Silniejszą poprawę dynamiki przychodów w branży spożywczej (szacujemy, że będzie to 2,6 proc.) będzie z kolei ograniczała nadal słaba koniunktura na Wschodzie, dodaje prezes Tomaszewski.

– Prognozy dla sektora energetycznego wpisują się w naszą długookresową symulację zużycia energii finalnej: wyższy wzrost gospodarczy – co najmniej 3 proc. – na tyle sprzyja procesom energooszczędnym, że z nadwyżką rekompensuje rosnące zużycie spowodowane wzrostem PKB i oznacza praktycznie brak wzrostu popytu na energię. Z kolei niższa dynamika wzrostu (ok. 1,5 proc.) powodowałaby spowolnienie procesów inwestycyjnych i wykorzystywanie istniejących, mniej efektywnych energetycznie technologii – a w efekcie wzrost popytu na energię, mówi Rafał Antczak.

Sytuacja polskich firm

Wpływ zmian kursu walutowego na sektor przedsiębiorstw w Polsce jest dość prosty. Import przedsiębiorstw na własne cele produkcyjne i inwestycyjne stanowi około 54 proc. importu ogółem. Jednocześnie import w sektorze przedsiębiorstw jest w znacznej mierze napędzany eksportem tych przedsiębiorstw – poza importem surowcowym to właśnie w branżach silnie zorientowanych na eksport koncentruje się import przedsiębiorstw. W tej sytuacji wydaje się, że zmienność kursu złotego nie powinna wpływać na sytuację firm, o ile tylko będą potrafiły zarządzać ryzykiem kursowym i nie będą próbowały spekulacji, jak miało to miejsce w drugiej połowie 2008 r.

Środki unijne, a wzrost polskiego PKB

Tempo wzrostu gospodarczego w Polsce w roku 2015 będzie pod dużym wpływem skali wykorzystania środków unijnych z perspektywy budżetowej 2007-2013. Fundusze, jakie pozostały do wydania powinny stworzyć zapotrzebowanie na usługi sektora telekomunikacyjno-informatycznego. Pozostałe sektory analizowane przez autorów raportu (przemysł spożywczy, branża motoryzacyjna, handel hurtowy i detaliczny, opieka zdrowotna) będą pośrednimi beneficjentami dużego napływu środków.

– Gdyby całkowicie odcięto strumień środków unijnych w 2015 r., PKB Polski wzrósłby zaledwie o 0,5 proc., zamiast prognozowanych 3,3 proc. Każde dodatkowe 10 mld PLN wykorzystanych środków unijnych daje w 2015 r. dodatkowy impuls do wzrostu PKB w wysokości ok. 0,4 pkt. proc. Rok 2015 ma szansę być rekordowy pod względem wykorzystania środków unijnych z perspektywy budżetowej 2007-2013: zakładając maksimum wydatkowania z poprzednich 4-kwartalnych okresów w poszczególnych programach – otrzymujemy kwotę 74 mld PLN, mówi Rafał Antczak.

Demografia, a siła robocza

Istotną zmianą strukturalną w polskiej gospodarce, jaką możemy zacząć obserwować już w 2015 r., będzie pojawienie się deficytu siły roboczej, gdyż liczba osób wchodzących na rynek pracy będzie niższa niż liczba osób z niego wychodzących. W kolejnych latach ujemny bilans będzie stale się powiększać, co dodatkowo będzie przyspieszać spadek stopy bezrobocia i wpływać na wzrost jednostkowych kosztów pracy – z negatywnymi konsekwencjami dla konkurencyjności polskich firm. Rozwiązaniem jest podnoszenie produktywności pracy (w czym nie sprzyja emigracja zarobkowa relatywnie lepiej wykształconych pracowników), co wymaga jednak znacznych nakładów na inwestycje w wyposażenie, umiejętności pracowników i jakość zarządzania.

MdM się zmienia, ale problemy pozostają

Zwiększenie dopłat oraz możliwość zakupu mieszkania od spółdzielni – to najważniejsze zmiany w programie „Mieszkanie dla młodych” (MdM). Główne problemy pozostaną jednak nadal nierozwiązane.

„Program ma sporo wad i nie do końca jest tym, czym miał być, czyli wspieraniem młodych ludzi w zakupie ich pierwszego mieszkania” – mówi serwisowi infoWire.pl analityk rynku nieruchomości Marcin Krasoń z Home Broker. Wydaje się zmiany mające wejść w życie w 2015 r. sytuacji tej raczej diametralnie nie poprawią. W obliczu problemów, którymi jest obciążony program, będą one raczej kosmetyczne.

Jedną z propozycji jest zwiększenie dopłat dla rodzin dwudzietnych (z 15 do 20%) i wielodzietnych (z 15 do 25%). „To jest bardzo dobry pomysł, żeby wspierać rozwój rodziny, ale pamiętajmy, że z programu korzystają raczej single albo małżeństwa bezdzietne” – zauważa ekspert. Pożytek z ułatwień będzie miała więc stosunkowo wąska grupa osób chcących nabyć mieszkanie w ramach programu.

Kolejną zmianą jest umożliwienie skorzystania z MdM przy zakupie mieszkania od spółdzielni. „To jest oczywiście dobry krok, ale spółdzielnie mieszkaniowe budują w Polsce bardzo mało. Polski rynek nieruchomości jest rynkiem deweloperów […], więc tak naprawdę odsetek osób, które będą mogły z tego skorzystać, jest, niestety, niewielki” – twierdzi Marcin Krasoń.

Jak zauważa rozmówca, jednym z głównych problemów MdM jest to, że program nie wspiera rynku wtórnego – można kupować tylko nieruchomości nowo wybudowane. Po drugie pomoc udzielana jest jedynie tym rodzinom, które prawdopodobnie i tak mogłyby kupić mieszkanie (dzięki programowi jest im po prostu łatwiej). Osoby bez zdolności kredytowej nie mogą natomiast liczyć na żadne wsparcie. Rozwiązania tych problemów ustawodawcy na razie jednak nie przewidują.

Zmiany w programie mają wejść w 2015 r. Kiedy dokładnie? Jeszcze nie wiadomo…

Pracodawcy nie chcą quasi podatku w prawie wodnym

0

Konsekwencją zmian w prawie wodnym przygotowanych przez ministerstwo środowiska byłaby likwidacja zwolnień z opłat za zwrotny pobór wody dla energetyki. Oznaczałoby to zarówno dla energetyki wodnej jak i cieplnej znaczny wzrost kosztów korzystania ze środowiska oraz kosztów produkcji, a w konsekwencji obciążenie społeczeństwa skutkami kolejnego quasi podatku – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Przepisy projektu ustawy Prawo wodne nie uwzględniają faktu, iż energetyka ponosi już od wielu lat realne nakłady finansowe związane z pobieraniem wody na cele energetyczne, w tym w ramach: opłat za pobór wody zużytej bezzwrotnie i zrzut ścieków, opłaty za odprowadzanie wody o temperaturze wyższej niż 26oC lub przekraczającej temperaturę naturalną oraz utrzymania i konserwacji obiektów hydrotechnicznych – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Ministerstwo Środowiska podejmując próbę nałożenia dodatkowych obowiązków finansowych na przedsiębiorstwa energetyczne powołuje się na stanowisko Komisji Europejskiej. Zostało
ono jednak zakwestionowane wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) z 11 września 2014 r. (sprawa C-525/12). Biorąc pod uwagę powyższe orzeczenie, oraz deklarację z uzasadnienia
do projektu ustawy Prawo wodne zasadne wydaje się utrzymanie dotychczasowego stanu prawnego.

Konfederacja Lewiatan

Pacjentom nie wolno zabronić dopłacania do ponadstandardowego leczenia

Zarówno minister zdrowia, jak i Narodowy Fundusz Zdrowia, stoją na stanowisku, że pacjentowi posiadającemu ubezpieczenie zdrowotne przysługuje tylko standard wynikający z rozporządzeń ministra zdrowia i zarządzeń prezesa NFZ – określających koszt poszczególnych procedur. Tym samym nakazuje się placówkom zdrowotnym oferowanie pacjentom świadczeń o określonym standardzie. W przypadku, gdy „standard” nie odpowiada potrzebom pacjenta może on wyłącznie skorzystać z pełnopłatnej usługi, nie może dopłacić np. do lepszych soczewek – zauważa Konfederacja Lewiatan.

Przepisy ustawy o zawodach lekarza i dentysty wprost nakazują lekarzowi wykonywać zawód zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej. Z drugiej strony przepisy ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wskazują jako jedno z fundamentalnych dla pacjenta jego prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej.
Pomimo braku ustawowej definicji „aktualnej wiedzy medycznej” jest zrozumiałe, że w pojęciu tym mieści się konieczność dostosowania diagnostyki i leczenia do indywidualnych potrzeb pacjenta.
Konfederacja Lewiatan nie może zgodzić się z istniejącą praktyką, która nie ma podstaw w obowiązujących przepisach. Już w zeszłym roku na zlecenie Konfederacji wybitni prawnicy (dr Ryszard Piotrowski, prof. dr hab. Paweł Sarnecki oraz prof. dr hab. Tadeusz Skoczny) wyraźnie wskazali, że nie ma podstaw prawnych do takiej interpretacji.

W wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 7 stycznia 2004 r. (K 14/03) wskazano, że „Konstytucja nie zakłada powszechnej dostępności do wszystkich znanych i stosowanych zgodnie z aktualnym stanem wiedzy medycznej świadczeń opieki zdrowotnej”. Oznacza to, że poprzez równy dostęp należy rozumieć możliwość otrzymania przez każdego świadczeniobiorcę określonego świadczenia, ale wybór czy chce skorzystać z takiej metody czy też z innej nie może być przez państwo ograniczany.
– Tym samym niejako „zmuszanie” zarówno pacjenta jak i lekarza do oferowania jedynie świadczeń mających pokrycie w finansowaniu ze środków NFZ stoi w rażącej sprzeczności z zasadami stojącymi u podstaw tworzenia systemu opieki zdrowotnej oraz konstytucyjnym prawem do życia – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Niestety, umowy z NFZ są tak skonstruowane, że pacjent nie ma możliwości faktycznego dochodzenia swoich praw. Stronami umów są bowiem NFZ i placówka medyczna.
Konfederacja Lewiatan stanowczo sprzeciwia się takiemu podejściu. Godzenie się na stosowaną praktykę oznaczałoby bowiem wyrażenie zgody na dyskryminację pomiędzy pacjentami, których stać na pełnopłatne usługi a tymi, którzy z uwagi na sytuację finansową mogą skorzystać jedynie z oferty wynikającej z umowy proponowanej przez NFZ.
Placówki świadczące usługi zdrowotne zrzeszone w Konfederacji mają wieloletnią praktykę i doświadczenie w leczeniu wielu schorzeń. Niekwestionowanym wymogiem działania w tej branży jest oferowanie usług na najwyższym poziomie i adekwatnych do potrzeb zdrowotnych pacjentów. Zmuszanie to działania wbrew tym zasadom narusza podstawowe wartości konstytucyjne i zasady etyczne osób wykonujących zawód medyczny.

Potwierdzeniem słuszności naszej tezy jest postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie z 20 listopada 2014 r. utrzymujące w mocy postanowienie Prokuratora Prokuratury Rejonowej Warszawa – Wola. Oddalając zarzuty stawiane Sensor Cliniq Sp. z o.o. i Wspólnicy Spółka komandytowa przez Narodowy Fundusz Zdrowia sąd wskazał w uzasadnieniu wprost, że wybór świadczenia ponadstandardowego „w żaden sposób nie pozbawia ubezpieczonego prawa do wykorzystania należnego mu wsparcia Narodowego funduszu Zdrowia. Wybór dopłaty do leczenia ponadstandardowego jest realizacją podmiotowego prawa tych pacjentów do ochrony ich zdrowia.”

Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na dodatkowy element dyskryminacji, który związany jest z wprowadzeniem do polskich przepisów prawa tzw. opieki transgranicznej. Na mocy dyrektywy unijnej pacjent ma prawo wyjechać do innego kraju UE, gdzie może otrzymać leczenie odpowiednie do swoich potrzeb. Po powrocie Fundusz obowiązany jest zwrócić pacjentowi kwotę równą kwocie „standardu” wynikającego z umów zawieranych z polskimi placówkami medycznymi. Tak stanowi prawo. Czy zatem Ministerstwu zależy na tym, aby pacjenci leczyli się za granicą? Dlaczego poprzez zawiłe interpretacje promujemy usługi medyczne świadczone za naszymi granicami kosztem polskich placówek? Dlaczego Polacy, których stać na wyjazd mogą otrzymać lepszą opiekę niż ci, którzy zostają w Polsce?

Konfederacja Lewiatan

W 2015 roku można oczekiwać ożywienia na polskim rynku fuzji i przejęć. Na sprzedaż trafią banki i firmy energetyczne

W 2015 roku liczba fuzji i przejęć na polskim rynku powinna wzrosnąć. Na sprzedaż wystawionych jest kilka banków, firm produkujących energię odnawialną oraz atrakcyjnych spółek, których pozbywają się państwowe firmy. Na nowego właściciela czeka też TVN.

Rok 2014 nie był zbyt korzystny dla polskiego rynku fuzji i przejęć. Łączna wartość transakcji, jak wynika z raportu kancelarii CMS oraz AIG i EMIS, wyniosła 4,5 mld euro, czyli o ponad 60 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadła też, o jedną czwartą, liczba transakcji o wartości przekraczającej milion euro – było ich 285.

– Rynek fuzji i przejęć w 2015 roku trzeba by chyba rozpatrywać w logicznym ciągu ostatnich kilku lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Chwedoruk, prezes polskiego oddziału banku inwestycyjnego Rothschild. – Ogólnie trend jest pozytywny, polski rynek fuzji i przejęć jest coraz szerszy, coraz ciekawszy i coraz bardziej aktywny, tych transakcji jest więcej nawet, jeżeli rok do roku zdarzają się duże fluktuacje ze względu właśnie na wartość pojedynczych dużych transakcji.

Niestety, w tym roku nie można liczyć na zbyt wiele prywatyzacji, ale jak oceniają analitycyjuż od paru lat jest ich mało i tu nie ma szans na poprawę sytuacji, bo najważniejsze podmioty zostały już sprywatyzowane. Brakuje zarówno ofert publicznych, jak i sprzedaży firm państwowych inwestorom strategicznym. Niemniej widać proces sprzedaży tzw. aktywów niestrategicznych przez duże firmy, często koncerny giełdowe. Grupa PKP np. szuka chętnych na swoją działalność telekomunikacyjną oraz energetyczną.

Ciekawych transakcji można też spodziewać się na rynku bankowym oraz energetycznym.

Dawno nie było tylu banków na sprzedaż ogłoszonych mniej czy bardziej oficjalnie – zwraca uwagę Jacek Chwedoruk. – Jakikolwiek bank średniej wielkości w Polsce to są sumy wielomiliardowe, jeżeli chodzi o wartość transakcji. I tutaj na pewno sporo będzie się działo. Cały czas występują transakcje związane z odnawialnymi źródłami energii. Firmy, które rozwijały projekty wiatrowe, w tej chwili są w fazie ich sprzedawania kolejnym funduszom, które już będą te projekty trzymały do momentu zakończenia żywotności farm wiatrowych. I to są też spore transakcje, często po kilkaset milionów euro.

Jest też kilka dużych firm, których właściciele ogłosili lub – jak się oczekuje na rynku – wkrótce ogłoszą zamiar ich sprzedaży. Jeszcze w tym roku może zostać np. dopięta transakcja zmiany właściciela telewizji TVN. Jak wskazuje Jacek Chwedoruk, są też firmy private equity, które zwykle działają w pewnym cyklu transakcyjnym, tzn. kupują i trzymają spółki przez 4-6 lat. W tym roku kolejnym kilku funduszom kończy się taki cykl inwestycyjny, więc można oczekiwać związanych z tym zmian właścicielskich.

– Jeżeli chodzi o nowych ciekawych inwestorów na naszym rynku, to wymieniłbym tzw. fundusze infrastrukturalne, których jeszcze do niedawna nie było – dodaje prezes polskiego oddziału banku inwestycyjnego Rothschild. – Chyba pierwszą dużą transakcją było nabycie dwa lata temu przez jeden z tych funduszy firmy Emitel. Fundusze infrastrukturalne inwestują w podmioty, które się charakteryzują stałymi przychodami w długim okresie i można stosunkowo łatwo wyliczyć stopę zwrotu, więc do ich inwestycji nadaje się bardzo wszelkiego rodzaju infrastruktura, zarówno telekomunikacyjna, jaki i transportowa czy drogowa. Myślę, że tutaj też możemy liczyć na transakcje.

Bisnode: Polskie firmy coraz dokładniej sprawdzają partnerów biznesowych. W tym roku kłopoty z utrzymaniem płynności może mieć branża spożywcza

0

CEO Magazyn Polska

Przed rozpoczęciem współpracy i w jej trakcie właściciele polskich firm coraz częściej i dokładniej sprawdzają partnerów biznesowych. Najwięcej pytań o podmioty z zagranicy dotyczy państw, z którymi Polska prowadzi intensywny handel, czyli Niemiec i Wielkiej Brytanii. Ale rośnie też udział krajów z południa Europy, przede wszystkim Włoch i Grecji. 

Polskie firmy bardzo szybko dojrzewają do tego, by mieć informacje o drugiej stronie oparte na faktach, liczbach, a nie tylko szacunkach i komentarzach rynkowych, bo to ma wpływ na prowadzenie biznesu – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju zajmującej się zarządzaniem ryzykiem biznesowym firmy Bisnode Polska. – Coraz bardziej istotne staje się to, czy mamy do czynienia z rekomendacją pozytywną, czy negatywną. Dotyczy to zarówno potencjalnego partnera, jak i już istniejącego. Warto bowiem pamiętać o tym, że tak samo ważne jest sprawdzenie kontrahenta przed rozpoczęciem współpracy, jak i w trakcie kooperacji. Dobrze rozpoczęta współpraca nie gwarantuje tego, że tak samo będzie się ona rozwijała w przyszłości.

W sektorze wymiany gospodarczej z zagranicą, jak wskazuje Robert Kremser, najczęściej sprawdzane są spółki z państw prowadzących intensywny handel z Polską, a więc głównie z terenu Unii Europejskiej, do której kierowana jest ponad połowa towarów i usług.

Nadal najwięcej pytań wciąż dotyczy Niemiec i Wielkiej Brytanii, ale rośnie udział krajów południowych, skąd importujemy bardzo często produkty żywnościowe – twierdzi Kremser. – W tej ostatniej grupie warto wymienić Włochy i Grecję.

Z danych i szacunków KUKE wynika, że w ubiegłym roku polski eksport wzrósł o 6,2 proc., do 158 mld euro. W tym roku ma wzrosnąć o kolejne 9,4 proc., do 173 mld euro. Zdaniem dyrektora ds. rozwoju firmy Bisnode Polska trudności mogą mieć jednak krajowe przedsiębiorstwa z branży spożywczej, głównie z sektora produkcji i przetwórczego.

Rok 2015 w ogóle może być zaskakujący – uważa Robert Kremser. – Na pewno polskim firmom nie służy zaostrzenie sytuacji na Wschodzie. Odczuwają to na pewno firmy specjalizujące się w produkcji żywności i przetwórstwie. Ich kondycja finansowa i tempo rozwoju będą na pewno słabsze. Nie ma co ukrywać, że kierunek wschodni był mocno obsadzony, jeśli chodzi o eksport produktów żywnościowych. Jego załamanie będzie powodowało, że nie wszystkie firmy zdążą na tyle zmienić strukturę produkcji i handlu, żeby pozyskać rynki. To może mocno uderzyć w firmy, których  co warto podkreślić  jest bardzo dużo. Wnoszą one znaczący wkład w wartość polskiego eksportu.

Część pytań firm o kondycję finansową kontrahentów wynika jednak, jak twierdzi Robert Kremser, z chęci zdobycia informacji na temat konkurencji.

Firmy próbują zebrać informacje dotyczące kondycji finansowej kluczowych przedsiębiorstw w branży, swoich największych konkurentów – tłumaczy dyrektor ds. rozwoju Bisnode Polska. – Raporty używane są także do tego, żeby przygotować grunt pod ewentualne akwizycje. Przedmiotem badania są wówczas spółki, które mogą być przedmiotem takiej transakcji.

Pod koniec ubiegłego roku tylko zadłużenie przedsiębiorstw zgłoszone do Krajowego Rejestru Długów wyniosło ok. 4,2 mld zł i w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zwiększyło się o ok. 570 mln zł. W porównaniu z 2009 roku długi firm są obecnie prawie cztery razy większe.

Rośnie prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych w marcu

W Polsce możliwe są jeszcze dwie obniżki stóp procentowych o łącznie 50 pb – tak wynika z notowań WIBOR-u na rynku kontraktów terminowych. Najbliższa obniżka może nastąpić w marcu, tym bardziej że RPP na lutowym posiedzeniu uznała taki ruch za prawdopodobny.

– W marcu obniżkę stóp procentowych rynek wycenia ze 100-proc. prawdopodobieństwem. Obecnie poziomem docelowym, gdzie miałby znaleźć się dołek w stopach procentowych w Polsce, jest 1,5 proc. Tak więc rynek wycenia jeszcze dwie obniżki (prawdopodobieństwo dla poziomu 1,75 proc. w marcu wynosi 34,9 proc., a dla 1,5 proc. aż 65,1 proc.) – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych HFT Brokers.

Jak dodaje, krzywa dochodowości, czyli stopy zwrotu osiągnięte poprzez lokatę kapitału w instrumenty o różnych terminach zapadalności, porusza się lekko w dolnym kierunku, co wskazuje, że rynek coraz bardziej oczekuje kolejnego ruchu RPP.

– Rada Polityki Pieniężnej broniła się przed obniżkami, mówiąc, że Europejski Bank Centralny już praktycznie zrobił to, co miał zrobić i to jest korzystne dla RPP, więc nie trzeba w Polsce dalej obniżać stóp, natomiast rynek dyskontuje zupełnie inną historię. Po lutowym posiedzeniu RPP wiemy jednak, że zaczęła ona przemawiać w gołębim tonie – tłumaczy ekspert.

W Polsce kontrakty na stopę procentową to kontrakty WIBOR z terminem jednego miesiąca (1M), trzech miesięcy (3M) lub sześciu (6M). W teorii kurs kontraktu to 100,00 punktów minus oczekiwana stopa procentowa. Wzrost kursu oznacza więc, że stawki będą spadać. Obecnie dla najpopularniejszego (np. w przypadku kredytów) 3-miesięcznego kontraktu WIBOR z lipcowym terminem wygaśnięcia kurs wynosi 98,57 pkt, czyli rynek oczekuje w ciągu 5 miesięcy poziomu WIBOR 3M rzędu 1,43 proc. Dla WIBOR 1M i 6M kursy znajdują się na podobnym poziomie.

Według Kosteckiego w strefie euro ruch EBC dotyczący wprowadzenia programu luzowania ilościowego przy jednoczesnym pozostawieniu stóp na dotychczasowym poziomie rynek dyskontował już w grudniu. Dzisiaj rynek oczekuje obniżki stóp procentowych podczas wakacji.

– W Szwajcarii oczywiście obserwowaliśmy bardzo drastyczny spadek kontraktów na stopę procentową. One pokazują, że jeszcze możemy zobaczyć obniżkę do -1 proc., jeżeli chodzi o poziom głównej stopy procentowej w Szwajcarii – wskazuje ekspert. – Obecnie sytuacja jest bardzo dynamiczna, ponieważ rynek poszukuje nowego punktu równowagi po tym szoku.

W jego ocenie prognozowany poziom stopy procentowej Szwajcarskiego Banku Narodowego mógłby spaść w perspektywie najbliższych sześciu miesięcy. Ale najciekawsza sytuacja ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie inwestorzy w każdym miesiącu inaczej wyceniają przyszłe poziomy stóp procentowych.

– Na początku roku ta krzywa poszła dość mocno do góry, czyli rynek zaczął wyceniać szybsze podwyżki. Następnie przesunęła się ona na późniejsze terminy, aby po piątkowych danych z amerykańskiego rynku pracy ponownie wskazać na szybsze tempo zaciskania polityki monetarnej. Można zatem powiedzieć, że Stany Zjednoczone to najbardziej dynamiczny rynek, jeżeli chodzi o ruchy na kontraktach na stopę procentową wyjaśnia Kostecki.

To wynik odmiennych informacji przekazywanych przez Fed. Na początku mówiono, że stopy mogą być podwyższone na koniec 2015 roku, a po grudniowej konferencji Janet Yellen oczekiwania przesunęły się na czerwiec. Kostecki mówi, że obecnie rynek oczekuje podwyżek z 40-proc. prawdopodobieństwem we wrześniu, choć możliwe, że te oczekiwania do tego czasu jeszcze się zmienią.

Daniel Kostecki tłumaczy, że na podstawie transakcji terminowej inwestorzy mogą już dzisiaj, przy oczekiwaniach dalszych obniżek stóp, zabezpieczyć poziom oprocentowania depozytu w przyszłości. Przy braku takiego kontraktu przepływ pieniężny w przyszłości przyniesie nam niższe oczekiwane odsetki.

– W ten sposób inwestorzy kupują lub sprzedają kontrakty i patrząc na popyt, dane i terminy tych kontraktów, czy są na przykład na trzy, czy sześć miesięcy do przodu, możemy obserwować, jak inwestorzy dzisiaj oceniają przyszłość poziomów stóp procentowych – tłumaczy analityk rynków finansowych HFT Brokers.

Jak uzupełnia, metoda pozwala przewidzieć, z jak dużym prawdopodobieństwem zmienią się stopy procentowe, choć rynek jedynie bierze pod uwagę dzisiejsze informacje i stara się je dyskontować w przyszłości.

W Wielkopolsce powstała najdłuższa w Polsce sieć szerokopasmowa. Do września w całym kraju 45 tys. km światłowodów

W Wielkopolsce zakończono budowę najdłuższej wojewódzkiej sieci szerokopasmowej. Powstała już niemal połowa z zaplanowanych 45 tys. kilometrów sieci. Reszta zostanie zbudowana do września, co na niespotykaną dotąd skalę rozszerzy dostęp do szybkiego internetu i usług e-administracji. Za parę lat światłowody mogą całkowicie zastąpić miedziane kable.

W tej chwili mamy wybudowanych 20,5 tys. km sieci światłowodowych. To jest prawie połowa planu. Ale jeżeli w grudniu i styczniu powstało ponad 10 tys. sieci, czyli prawie połowa z tych wybudowanych, nie mam wątpliwości, że zgodnie z planem sieć 45 tys. km światłowodów oplecie Polskę do końca września – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.

Budowa Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej została zakończona z końcem grudnia. To trzecia ukończona wojewódzka sieć światłowodów (po pomorskiej i lubuskiej) i najdłuższa w kraju. WSS ma niemal 4,6 tys. kilometrów i składa się z 31 węzłów sieci szkieletowej w stolicach powiatów oraz 576 węzłów dystrybucyjnych w gminach. Dofinansowany przez UE projekt wart był 410 mln zł.

Dwie sieci zostały już zbudowane w całości to są sieci, które mają od 1,6 do 1,8 tys. km, więc są trzykrotnie mniejsze niż ta na Pomorzu i w województwie lubuskim. Prawie zakończona jest też sieć dolnośląska – około 1,6 tys. km – wyjaśnia Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej.

Jak zwraca uwagę Leszek Wojtasiak, marszałek województwa wielkopolskiego, region ten otrzymał dofinansowanie na budowę sieci dostępowej w 16 powiatach. To nagroda za skuteczną realizację wcześniejszego etapu inwestycji. Komisja Europejska wyasygnowała dodatkowe 70 mln euro dla Wielkopolski z rezerwy wykonania, z czego 40 mln zostanie przeznaczonych właśnie na budowę sieci dostępowej.

Dzięki zakończeniu budowy WSS już teraz 73 proc. mieszkańców Wielkopolski jest w zasięgu sieci nowej generacji. Linia obejmuje niemal 3,3 mln osób i ponad 250 instytucji publicznych. Dzięki tej inwestycji operatorzy telekomunikacyjni będą mogli świadczyć usługi tam, gdzie sami nie doprowadziliby światłowodu, gdyż byłoby to dla nich nieopłacalne.

Obecnie trwa przetarg na operatora infrastruktury WSS. Janusz Kosiński, prezes spółki telekomunikacyjnej Inea, która ma niemal 75 proc. udziałów w WSS, zwraca uwagę na to, że dzięki takim inwestycjom światłowody stają się powszechne.

Te wszystkie sieci regionalne, w tym Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa, powstały po to, żeby światłowód dotarł pod strzechy, czyli wszędzie tam, gdzie dziś nie ma nawet miedzi – tłumaczy Kosiński. – Światłowód zaczyna zastępować wszelkiego rodzaju media przewodowe. Można się kłócić, czy to będzie za lat 5,  czy za 10, ale ostatecznie przewody nie będą do transmisji.

Marszałek województwa wielkopolskiego zwraca uwagę na to, że sieć dostępowa jest niezwykle ważna dla obywateli. To nie tylko szansa dla wielu z nich na lepszy dostęp do rynku pracy dzięki zatrudnieniu na odległość oraz wykonywaniu zadań przez sieć. Poprawi się także jakość usług publicznych, jak choćby służby zdrowia.

Będziemy mogli przesyłać zdjęcia z tomografu komputerowego, rezonansu magnetycznego, zdjęcia rentgenowskie i opisy choroby. Skróci nam to i ułatwi w dużej mierze konsultacje specjalistyczne, dostęp do wysokiej klasy specjalistów, rozpoznawanie chorób, zapobieganie im i prowadzenie akcji profilaktycznych. Nie będziemy musieli czekać długo w kolejce – przekonuje Wojtasiak. – Mówię o zdrowiu, ale to samo dotyczy edukacji, naszego bezpieczeństwa i wielu działań związanych z rozwojem gospodarczym, badaniami i nauką.

Andrzej Halicki podkreśla, że prace idą pełną para także w pozostałych regionach kraju, które budują sieci szerokopasmowe wolniej niż Wielkopolska. To priorytet dla resortu administracji i cyfryzacji – dzięki presji resortu prace trwają nawet zimą, a w niektórych województwach, gdzie już istnieje kilkaset kilometrów sieci, jeszcze jesienią inwestycje nie były rozpoczęte.

Minister administracji i cyfryzacji zaznacza, że cyfryzacja Polski to największy tego typu projekt w Europie. W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa UE przeznaczy dla naszego kraju 2,17 mld euro, z czego ok. miliarda euro ma zostać przeznaczone na budowę światłowodów do odbiorców końcowych.

Ramy podpisaliśmy w grudniu zeszłego roku, a w tej chwili opracowujemy kryteria inwestycyjne. Ten drugi etap, a więc dostęp do domu,firmy, także katalog usług i kompetencje  te wszystkie elementy będą obszarem bardzo dużych inwestycji przez najbliższe lata – podkreśla Halicki.

Obecne motory rozwoju rynku finansowego wyczerpują się. Szansą dla GPW obniżenie kosztów, integracja giełd towarowych i akwizycje

Rynek finansowy znajduje się w momencie przełomowym – wpływ prywatyzacji, OFE czy Unii Europejskiej wygasa, dlatego decydenci powinni szukać nowych rozwiązań. Giełda potrzebuje jednak nie tylko aktywnej roli funduszy emerytalnych, lecz także rozwoju nowych instrumentów finansowych oraz otwarcia się na zagranicznych inwestorów.

Rynek kapitałowy w Polsce jest w bardzo ważnym momencie, ponieważ obecnie dokonuje się wiele zmian w całym otoczeniu rynkowym. To przede wszystkim kwestia reformy OFE oraz powolnego końca procesu prywatyzacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Damian Szewczyk, członek zarządu stowarzyszenia Młodzi Reformują Polskę – To wymusza dodatkowe działania, bo naturalne mechanizmy wzrostu wyczerpały się lub za chwilę się wyczerpią.

W 2014 roku młodzi ekonomiści wraz z ekspertami przygotowali raport podsumowujący ostatnie 25 lat w polskiej gospodarce oraz nakreślający najważniejsze wyzwania stojące przed krajem. W części dotyczącej rynków finansowych opracowanie wskazuje, że rozwój GPW możliwy będzie, jeśli nastąpi poprawa jakości działań (obniżenie kosztów transakcyjnych i wzrost jakości), integracja giełdy (energetycznej, towarowej) oraz akwizycja zagranicznych parkietów.

Nasze badanie w tym zakresie mówi, że są potrzebne nowe instrumenty na rynku, potrzebne jest także znalezienie nowej grupy odbiorców, nowych inwestorów, którymi powinny być albo nowe formy zbiorowego oszczędzania, albo zastąpienie obecnych inwestorów częściowo inwestorami z zagranicy – tłumaczy Szewczyk, członek zarządu stowarzyszenia Młodzi Reformują Polskę, które przygotowało raport.

Jak dodaje, rekomendowane propozycje nie są nowe. To rozwiązania, które występują od dawna w niektórych systemach gospodarczych, m.in. w Skandynawii i państwach anglosaskich. Dla przykładu, raport wskazuje na zreformowaną rolę OFE na rynku. Powinny one inwestować bezpośrednio lub pośrednio w długoterminowe aktywa, podobnie jak fundusze infrastrukturalne lub private equity w Stanach Zjednoczonych. Poza tym reformatorzy postulują wprowadzenie w OFE multifunduszy i likwidację minimalnej stopy zwrotu na rzecz licencji dla firm inwestycyjnych.

Fundusze emerytalne reprezentują silny popyt i są bardzo ważne dla długoterminowego rozwoju rynku kapitałowego, ponieważ generują stabilny, długoterminowy akcjonariat – zaznacza członek zarządu Młodzi Reformują Polskę.

Damian Szewczyk wyróżnia działania, które miałyby służyć rozwojowi rynku kapitałowego w Polsce. Pierwszym z nich powinno być rozwiązanie obecnych problemów oraz wyznaczenie wyzwań dla rynku.

Wiele rozwiązań od wielu lat jest omawianych i występują one w projektach szeregu ustaw. Brakuje jednak woli politycznej i woli skutecznego ich wprowadzenia – ocenia Szewczyk. – Kolejną istotną rzeczą jest świadomość, że rynek kapitałowy na świecie zmienia się i to już są nie tylko klasyczne rynki akcji i obligacji, lecz także nowe produkty, które zwiększają atrakcyjność zagranicznych miejsc lokowania kapitału.

Zdaniem eksperta należy dostosować ofertę do bieżących potrzeb inwestorów, czyli zapewnić im nowe sposoby na inwestowanie.

GPW w 2015 roku planuje wprowadzić do swojej oferty kontrakty terminowe na energię elektryczną i gaz. W handlu nowymi instrumentami mogłyby uczestniczyć nie tylko duże grupy energetyczne, lecz także inni uczestnicy rynku, np. inwestorzy indywidualni.

Nowe elementy to jednak nie wszystko. Bez systemowego spojrzenia na cały problem rynku kapitałowego i pewnego rodzaju wyrównania zasad gry, które w tym momencie są trochę inne dla systemu bankowego, a trochę inne dla systemu rynku kapitałowego w Polsce, nie będzie możliwe wykorzystanie jego pełnego potencjału – podsumowuje Damian Szewczyk.

Rynek powierzchni magazynowej ma za sobą najlepszy rok w historii. 2015 rok może być jeszcze lepszy

CEO Magazyn Polska

2014 rok był wyjątkowo intensywny na rynku powierzchni magazynowej. Do użytku oddano ponad 1 mln mkw. nowej powierzchni i podpisano o 6 proc. więcej umów najmu niż w 2013 roku. Najwięcej zyskał rynek wrocławski i poznański. Deweloperzy budują coraz więcej obiektów na zasadach spekulacyjnych, czyli bez podpisanych umów. Biorąc pod uwagę rosnący popyt i ilość budowanej powierzchni, ten rok może okazać się jeszcze lepszy.

Rynek powierzchni magazynowych w 2014 roku w Polsce był rynkiem rekordowym. Oddano do użytku ponad milion mkw. nowej powierzchni, co jest wynikiem wszech czasów – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Olszewski, dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Europie Środkowo-Wschodniej w JLL.

Z podsumowania rynku nieruchomości magazynowych firmy doradczej JLL wynika, że w 2014 roku popyt brutto przekroczył 2 mln mkw., z czego 1,4 mln przypadło na popyt netto. To znacznie lepsze wyniki niż te osiągnięte w 2013 roku. Podpisano o 6 proc. więcej umów najmu, popyt netto był zaś o 7,5 proc. większy. Ekspert zaznacza, że wynajem powierzchni magazynowych wskazuje na poprawiający się stan polskiej gospodarki i dobrze wróży na przyszłość.

Tak wyraźne ożywienie w tym segmencie rynku nieruchomości daje bardzo solidne podstawy do tego, by z optymizmem myśleć o dalszym tempie rozwoju gospodarki w ogóle. To pokazuje, że konsumpcja jest na dosyć silnym poziomie i że inwestycje są śmiało czynione – podkreśla Olszewski.

W ubiegłym roku można było również zaobserwować zmianę w strategii deweloperów, którzy po raz pierwszy od 2007 roku kupowali grunty na zasadach spekulacyjnych, czyli rozpoczynali budowy jeszcze bez podpisanych umów najmu.

Świadczy to o ogromnym zaufaniu do polskiego rynku inwestorów, którzy własnymi pieniędzmi głosują za tym, że rynek ma naprawdę duże szanse rozwoju. Widzą dla siebie miejsce i wierzą w to, że klienci będą w dalszym ciągu wynajmować nowe budynki – ocenia Olszewski.

Polska jest największym rynkiem magazynowym w Europie Środkowo-Wschodniej (8,54 mln mkw.). Ze względu na najlepszą infrastrukturę i dobry rynek pracy, wciąż najwięcej zasobów magazynowych (92 proc.) znajduje się na pięciu największych rynkach – w okolicach Warszawy, Poznania, Wrocławia, w Polsce Centralnej i na Górnym Śląsku. Rozwinął się przede wszystkim rynek wrocławski, w 2014 roku to właśnie tam trafiło najwięcej nowej podaży (355 tys. mkw.). Dużo powierzchni magazynowej zyskał również Poznań (268 tys.) i Polska Centralna (138 tys.). Stosunkowo mało zyskała Warszawa, jednak wciąż pozostaje pod tym względem liderem (2,67 mln mkw. w okolicach Warszawy i samej stolicy).

Widzimy bardzo dużą aktywność deweloperów w pozostałych regionach. Podaż powierzchni magazynowej we Wrocławiu i Poznaniu przekracza 1 mln mkw, a na Górnym Śląsku 1,5 mln. Mimo wszystko to Warszawa pozostaje największym rynkiem magazynowym w Polsce z podażą przekraczającą 2,5 mln mkw. – mówi Tomasz Mika, dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce w firmie JLL.

Na koniec 2014 roku niewynajętych pozostawało ponad 830 tys. mkw. powierzchni magazynów, czyli ok. 10 proc. To o 1,6 proc. mniej niż rok wcześniej. Najwięcej powierzchni bez najemców znajduje się w Polsce Centralnej, w Warszawie i na Górnym Śląsku – ok. 11 proc. Wskaźnik pustostanów najniższy jest na zachodzie Polski – w Poznaniu pozostało zaledwie 2,5 proc. niewynajętej powierzchni, we Wrocławiu 5,7 proc., dlatego tu także ceny najmu są na najwyższym poziomie.

Im więcej niewynajętej powierzchni jest na rynku, tym chętniej deweloperzy opuszczają oczekiwane stawki czynszowe. Natomiast w sytuacji, kiedy współczynnik powierzchni niewynajętej spada poniżej około 5 proc., w zasadzie możemy mówić o rynku wynajmującego – podkreśla Olszewski.

Czynsze powierzchni magazynowej utrzymują się na stabilnym poziomie. W okolicach Warszawy kształtują się od 2,7 do 3,6 euro za mkw., na Górnym Śląsku to między od 3 do 3,7 euro. Nieznacznie spadły natomiast ceny we Wrocławiu (3-3,6 euro), znacznie mniej za wynajem trzeba zapłacić w Poznaniu (spadek z 3,3-3,8 euro do 2,9-3,5 euro za mkw.).

Rynek w Polsce jest bardzo konkurencyjny, deweloperzy rywalizują między sobą. To wszystko ma przełożenie na warunki finansowe oferowane najemcom. W najbliższych miesiącach nie należy się spodziewać dużych zmian. W niektórych lokalizacjach jest tendencja, żeby czynsze nieco wzrosły, szczególnie tam, gdzie jest niewiele dostępnej powierzchni od zaraz. Niemniej to nie będą znaczące ruchy – podkreśla Mika.

Choć 2014 rok był rekordowy, wszystko wskazuje na to, że podobnie będzie również i w tym roku. W budowie znajduje się obecnie blisko 700 tys. mkw. w ramach 30 projektów. Na wiosnę ruszą kolejne budowy. Eksperci przewidują, że więcej firm mogą przyciągnąć także pozostałe regiony Polski, przede wszystkim na wschodzie – okolice Lublina i Rzeszowa. Wciąż jednak najwięcej nowych powierzchni powstanie tam, gdzie jest zdecydowanie największa podaż.

Najwięcej buduje się w Poznaniu, to efekt dużych umów najmu podpisanych w ubiegłym roku. Warszawa, Górny Śląsk, Wrocław, Poznań i Łodzi to te lokalizacje, gdzie zdecydowanie najwięcej się dzieje i tu spodziewamy się kolejnych inwestycji – podsumowuje Tomasz Mika.

E-koszyk jest nawet pięć razy większy od tradycyjnego. Coraz więcej w nim świeżej żywności

CEO Magazyn Polska

Klienci za pośrednictwem internetu kupują 4-5 razy więcej niż podczas wizyty w tradycyjnym sklepie. W e-koszyku znajdują się już nie tylko ciężkie artykuły, jak napoje czy środki czystości, lecz także świeża żywność. Z e-zakupów oferowanych przez tradycyjne sklepy coraz częściej korzystają też firmy – stanowią już 5 proc. klientów. Najczęściej kupują żywność oraz artykuły biurowe i przemysłowe.

Rynek sprzedaży internetowej zmienia się, zmieniają się również trendy. Koszyk klientów e-zakupów Tesco jest cztero-, a nawet pięciokrotnie wyższy niż przeciętny koszyk w sklepie stacjonarnym, zmienia się także jego struktura – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Nowak, menadżer działu sprzedaży internetowej Tesco Polska.

Wielu klientów zaczęło korzystać z e-zakupów ze względu na wygodę. Dlatego w internetowym koszyku dominowały ciężkie artykuły, np. zgrzewki wody mineralnej, kartony mleka czy duże opakowania proszków do praca.

Z czasem zaczęli również dostrzegać jakość naszych produktów, dlatego coraz częściej w zamówieniach internetowych pojawiają się mięso, ryby, warzywa i owoce. Pod względem składu koszyk e-zakupów nie różni znacząco od koszyka w sklepie stacjonarnym, natomiast oczywiście różna jest jego wielkość – mówi Mariusz Nowak.

Statystyczny klient robiący e-zakupy to kobieta, pomiędzy 25. a 40. rokiem życia, najczęściej mężatka z dziećmi, o wyższym poziomie zamożności.

Wygodę zakupów internetowych doceniają też często osoby starsze. Obserwujemy, że ta grupa naszych klientów także rośnie – podkreśla Nowak.

E-zakupy Tesco mają też coraz więcej młodych klientów. To ta grupa najchętniej korzysta z urządzeń mobilnych przy zamawianiu w sklepie internetowym. Jak podkreśla Mariusz Nowak, ta forma zamawiania i ta grupa klientów mają duży potencjał.

Z serwisu e-zakupy coraz częściej korzystają także klienci biznesowi, głównie z branży gastronomicznej, hotelarskiej, a także przedszkola i szkoły. Dla nich, jak wynika z badań przeprowadzonych przez Tesco, najważniejsza jest wygoda, duży wybór towarów i niska opłata za dostawę.

Klienci biznesowi stanowią około 5 proc. ogółu i ich liczba stale rośnie. Korzystają z szerokiej gamy asortymentowej, wybierają zarówno produkty spożywcze, jak i artykuły biurowe, często też korzystają z naszej oferty przemysłowej – mówi Nowak. – Dzisiaj klienci indywidualni mogą płacić zarówno kartą online, jak i przy dostawie. Dla klientów biznesowych wprowadziliśmy dodatkowe udogodnienie – odroczoną płatność. Klient może zapłacić za swoje zakupy w ciągu 14 dni.

Tesco ma pozycje lidera na polskim rynku e-handlu dzięki dużej liczbie sklepów stacjonarnych. Obecnie internetowe zakupy obsługuje 27 hipermarketów, mających w swym zasięgu ponad 200 polskich miast i miasteczek. Obecnie roczna wartość rynku sprzedaży internetowej towarów FMCG (fast-moving consumer goods, artykuły szybko zbywalne) szacowana jest na 0,5 mld zł. Tesco zakłada, że w ciągu kolejnych trzech lat jego wartość się podwoi.

Polskie kluby piłkarskie uzyskały z letnich transferów ponad 10 mln euro, a wydały na nie ponad 4,5 mln euro

0

Na piłkarskim rynku jest okazja do transferów. Przez cały luty klubom wolno sprzedawać i kupować piłkarzy. Podczas poprzedniego, tzw. letniego okna transferowego, w lipcu i sierpniu sprzedano zawodników za 10,3 mln euro, a kupiono za 4,6 mln euro – wynika z raportu „Rynek transferów piłkarskich w Polsce” firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton.

Porównując do 2013 roku, polskie kluby wydały ok. 2,5 mln euro więcej na zakup zawodników, a jednocześnie zarobiły ok. 1,5 mln mniej na ich sprzedaży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Zaczyński, menadżer audytu w Grant Thornton. – To oznacza, że polskie kluby wzmocniły się w porównaniu do poprzedniego sezonu.

Wygląda bowiem na to, że polskie kluby coraz więcej inwestują w nowych graczy. Na wyniki sportowe jednak niekoniecznie się to przekłada. Gdańska Lechia nadal słabo wypada w rozgrywkach, mimo że w ostatnim okienku transferowym wymieniła najwięcej zawodników w lidze, kupując 21 nowych piłkarzy i wydając na nich prawie 2,7 mln euro.

W przypadku polskich klubów korelacja między wydatkami na nowych zawodników i wynikami sportowymi w zasadzie nie występuje – zwraca uwagę Paweł Zaczyński. – Chodzi o to, żeby kluby wydawały dużo, ale na mniejszą liczbę zawodników. Lechia wymieniła praktycznie dwie jedenastki za kwotę ok. 2,7 mln euro, a jej pozycja w tabeli to czwarte miejsce od końca. Legia, która wydała zdecydowanie mniej od Lechii, zajmuje pierwsze miejsce.

Lechia bowiem jednocześnie sprzedała jednego ze swych najlepszych graczy, Pawła Dawidowicza. Legia przeciwnie – nie sprzedała ani jednego zawodnika z podstawowej jedenastki. Dzięki temu znalazła się wśród klubów, którym zmiany pomogły osiągnąć sukces.

Kluby, które prowadzą dojrzałą politykę transferową, jak Legia Warszawa czy Lech Poznań, co roku najwięcej wydają lub zarabiają na transferach – podkreśla menadżer audytu w Grant Thornton. – Należy też zwrócić uwagę na to, że Legia, przygotowując się do tego sezonu, kluczowe transfery przeprowadziła rok wcześniej.

Na rynku transferów piłkarskich zdecydowanie najwięcej kosztują napastnicy i pomocnicy. Na tych transferach w Polsce najwięcej się zarabia. Największe zyski daje sprzedaż zawodnika do zagranicznego klubu.

Zdecydowanym liderem rynku transferowego pozostaje Lech Poznań, który skutecznie sprzedaje zawodników do lig zagranicznych. Na transferze samego Łukasza Teodorczyka klub latem zarobił 4 mln euro. Dobrze na tle konkurencji radziły sobie też Wisła Kraków, zarabiając w tym czasie 1,4 mln euro ,oraz Pogoń Szczecin, która z transferów pozyskała 680 tys. euro.

Letnie transfery są zazwyczaj znacznie bardziej kosztowne od zimowych. W lutym zeszłego roku polskie kluby uzyskały ze sprzedaży piłkarzy w sumie zaledwie 1,8 mln euro, a wydały na nowych zawodników 2 mln euro.

Letni bilans finansowy polskich transferów piłkarskich przed sezonem 2014/2015 należy do najwyższych w historii. Jedynie w rekordowym pod tym względem sezonie 2010/2011 wydano i zarobiono więcej. Za nowych piłkarzy zapłacono wtedy 8,2 mln euro, a ze sprzedaży uzyskano 14,6 mln euro. Tak wysokie wydatki nie są jednak niczym niezwykłym w piłkarskiej Europie.

Nadal pozostaje duży dystans jeśli chodzi o ligi zagraniczne i polską Ekstraklasę – zaznacza Paweł Zaczyński. – Wydatki łączne Ekstraklasy w tym roku to 4,6 mln euro. Kluby takie jak Olympiakos Pireus czy Anderlecht Bruksela wydają zdecydowanie więcej niż Polska.

Fizyki można uczyć przez rozrywkę. Na antenę National Geographic Channel wraca „Anatomia głupoty według Richarda Hammonda”

Polska szkoła nie daje wystarczającej wiedzy praktycznej w zakresie fizyki, chemii i biologii. Uzupełnieniem tradycyjnej edukacji stają się takie telewizyjne formaty, jak „Anatomia głupoty według Richarda Hammonda”. Program ten w bardzo przystępny sposób, na przykładzie śmiesznych filmów z internetu pokazuje, jak nauka wypełnia codzienne życie.

Z raportu o stanie edukacji w 2013 roku, przeprowadzonego przez Instytut Badań Edukacyjnych, wynika, że na lekcjach z przedmiotów przyrodniczych w zbyt małym stopniu realizowane są doświadczenia, obserwacje i pomiary, zwłaszcza przeprowadzane przez uczniów samodzielnie lub w małych grupach. Istnieje więc ogromne zapotrzebowanie na mówienie o naukach ścisłych w sposób przystępny, wzbogacony łatwo przyswajalnym słowem i obrazem, np. animacjami lub zdjęciami w zwolnionym tempie. Na potrzeby te w dużym stopniu odpowiada „Anatomia głupoty według Richarda Hammonda”, program, który na przykładzie rzeczywistych zdarzeń pokazuje, jak prawa fizyki, chemii i biologii rządzą codziennym życiem człowieka.

Takie programy pokazują, że nauki ścisłe to nie jest problem zamkniętych laboratoriów, w których naukowcy coś robią, oglądają, liczą i w zasadzie niewiele osób wie, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi. Nauki ścisłe to jest tu i teraz, dzięki tej wiedzy potrafię zrozumieć, dlaczego stoję, wiem, jak się zachować, kiedy jest ślisko na chodniku. Wiem, że jak chcę puszczać latawiec, to muszę mieć odpowiednią linkę. Ale też wiem, że jak puszczam latawiec, a niedaleko jest linia wysokiego napięcia, to to jest igranie z ogniem. Jest wiele różnych rzeczy, które z jednej strony mogą nas ustrzec przed nieszczęściem, a z drugiej strony ułatwiają nam życie – mówi Tomasz Rożek, dziennikarz naukowy i fizyk, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W swoim programie Richard Hammond wykorzystuje znalezione w internecie śmieszne filmy, zwane potocznie failami. Są to nagrania nieudanych wyczynów, jak przeskoczenie nad poruszającym się samochodem, wykonanie przewrotu w tył czy poderwanie przedniego koła motocykla na zatłoczonej ulicy. Brytyjski prezenter stara się naukowo uzasadnić przyczyny niepowodzeń kaskaderów-amatorów. Dzięki „Anatomii głupoty według Richarda Hammonda” widzowie mają okazję nie tylko poznać wpływ praw fizyki, chemii czy biologii na życie człowieka, lecz także nauczyć się na cudzych błędach, jak ich uniknąć.

Okazuje się, że na tego typu filmach można się czegoś nauczyć – na szczęście na cudzych błędach, a nie na własnych. Siła programu polega też na tym, że takie filmiki opatrzone mądrym komentarzem łatwo się roznoszą po internecie. Ludzie przekazują je sobie, rzeczywiście mogą się z tego pośmiać, ale przy okazji czegoś nauczyć – mówi Aleksandra Stanisławska z portalu CrazyScience.pl.

Zdaniem ekspertów niskie zainteresowanie naukami ścisłymi może wynikać z błędów w polskiej edukacji. Dzieci w szkole uczone są pamięciowo, często bez zrozumienia, co zniechęca do nauki w szkole i poszukiwania wiedzy na własną rękę. Dlatego tak ważne jest popularyzowanie nauki, np. poprzez film, programy popularno-naukowe bądź ośrodki takie jak warszawskie Centrum Nauki Kopernik.

Jedną z nielicznych może rzeczy, które polska szkoła robi naprawdę bardzo dobrze, jest zabijanie ciekawości u małych dzieci. Rozumiem, że jak się ma w klasie 30 dzieci i każde zaczyna pytać, to jest po lekcji. Ale z drugiej strony nieodpowiadanie na te pytania jest dużym błędem – mówi Tomasz Rożek. – Cały czas podkreślam, że to jest wiedza podstawowa. Nie chodzi tu o wiedzę na poziomie uniwersyteckim. Nikt z nas nie ma tyle czasu i umiejętności, żeby posiąść wiedzę ze wszystkich dziedzin na poziomie profesjonalnym. Ale w 99 proc. przypadków nie trzeba wiedzy na poziomie uniwersyteckim. Wystarczy chwila zastanowienia i wiedza na poziomie szkoły podstawowej.

W drugiej serii „Anatomii głupoty według Richarda Hammonda” będzie można zobaczyć nie tylko klasyczne internetowe faile, lecz także nieudane próby zabaw szeroko komentowanych w mediach, m.in. Ice Bucket Challenge i planking. Planking, czyli zabawa polegająca na kładzeniu się w miejscu publicznym na brzuchu, twarzą w dół i z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała, i fotografowaniu się w takiej pozycji, była niezwykle popularna trzy lata temu. Ice Bucket Challenge to hit internetu minionego lata. Niektórzy jednak, nie znając praw fizyki, nie potrafili prawidłowo wylać na siebie kubła lodowatej wody. Richard Hammond zamierza wyjaśnić, co poszło nie tak, jak powinno, i dlaczego. Pierwszy odcinek nowej odsłony popularnego programu dziś o godz. 21.00 na antenie National Geographic Channel.

Popyt na drewno coraz większy. Napędzają go rosnące zamówienia na meble z zagranicy

0

Lasy Państwowe w tym roku sprzedadzą 38 mln m sześc. W kolejnych 3-4 latach sprzedaż wzrośnie do 40 mln m sześc. Prawie w całości surowiec trafi do polskich przedsiębiorstw. Koniunktura na rynku jest dobra, bo rosną zamówienia na wyroby z drewna, głównie na meble od klientów z Europy Zachodniej.

Przemysł drzewny w dalszym ciągu się rozwija, czyli ten popyt jest coraz większy. Mamy w Polsce około 6 tys. firm na rynku drzewnym. Zaczynając od tych bardzo dużych, jak zakłady w Świeciu czy Kwidzynie, a kończąc na małych, lokalnych tartakach. Polski rynek drzewny ma właśnie tę specyfikę, że jest duża różnorodność podmiotów i cała sztuka sprzedaży drewna polega na tym, żebyśmy wszystkim dali równoprawny dostęp do rynku – mówi Adam Wasiak, dyrektor generalny przedsiębiorstwa Lasy Państwowe.

Przychody Lasów Państwowych to ponad 7 mld zł, z czego 90 proc. pochodzi ze sprzedaży drewna. W tym roku przedsiębiorstwo sprzeda ok. 38 mln m sześc. drewna. W ciągu ostatnich dwóch dekad pozyskanie surowca wzrosło dwukrotnie. W kolejnych 3-4 latach wzrośnie do 40 mln m sześc., które w całości skonsumują polskie zakładu przemysłu drzewnego.

Podstawowym czynnikiem wpływającym na polski rynek drzewny jest sytuacja gospodarcza u naszych największych importerów wyrobów z drewna. To przede wszystkim Niemcy, Francja, Austria i inne kraje Europy Zachodniej. Mamy wyraźną poprawę w gospodarkach tych państw, co przekłada się na poprawę naszej kondycji i przemysłu drzewnego. Mamy też nadzieję, że w przyszłości rynki wschodnie dla polskiego przemysłu drzewnego też będą dobrym miejscem do eksportu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Wasiak.

Duży wpływ na rynek mają również międzynarodowy obrót drewnem i ceny surowca na świecie.

Jeżeli na świecie spadają ceny drewna, u nas tak samo, ponieważ te ceny są porównywalne – mówi Wasiak.

Około 2,5 mln m sześc. drewna okrągłego, nieprzerobionego, trafia na eksport. Jak podkreśla Adam Wasiak, jest to równoważone przez import.

Nie jest to wielki problem, który wpływałby na kondycję Lasów Państwowych i przemysłu drzewnego z przyczyn bardzo prostych. Drewna nie da się transportować na setki czy tysiące kilometrów, bo jest to nieopłacalne, więc ten eksport funkcjonuje przy granicy zachodniej i południowej, do Niemiec, Czech czy na Słowację. Ale to jest około 2,5 mln m sześc. drewna, czyli drobna część sprzedaży naszego drewna do firm krajowych – podkreśla dyrektor generalny Lasów Państwowych.

Znacznie większe znaczenie ma eksport wyrobów z drewna. Polska jest jednym z większych w Europie eksporterów tego typu wyrobów, szczególnie mebli. Według Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli wartość sprzedaży zagranicznej polskich mebli w 2014 r. przekroczyła 8 mld euro. W ub.r. 84 proc. eksportowanych przez Polskę mebli trafiło do UE, a 16 proc. kupili odbiorcy z innych krajów świata.

Branża meblarska skupia ok. 24 tys. firm, z czego około 100 to duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 250 osób, ok. 350 – średnie (od 50 do 250 osób) i ok. 1500 – małe (od 10 do 50 osób). Sektor wytwarza ok. 2 proc. polskiego PKB.

Inwestorzy zarabiają na kryzysie rosyjskim. Dobrze sobie radzą eksporterzy z branży stalowej

0

CEO Magazyn Polska

Inwestowanie w akcje rosyjskich spółek jest obarczone dużym ryzykiem, ale może być także wysoce opłacalne – uważa Marek Buczak z Quercus TFI. Dobrze radzą sobie spółki eksportujące, szczególnie z branży stalowej, które koszty ponoszą w rublach, a zyski liczą w dolarach.

Na kryzysie rosyjskim można zarobić – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Buczak, dyrektor ds. rynków zagranicznych Quercus TFI. – Trzeba mieć jednak świadomość, że po bardzo słabym 2014 roku przejrzystość sytuacji w Rosji jest obecnie bardzo niska. Po silnej deprecjacji rubla mamy dzisiaj kłopoty związane ze stabilnością systemu finansowego. Problemem są także sankcje. Jeśli w najbliższych kwartałach nie zostaną zniesione, to na pewno będą ciążyć tamtejszej gospodarce.

Spadek wartości rubla poprawił sytuację głównych eksporterów, którzy koszty ponoszą w rublach, a przychody rozliczają w dolarach lub euro.

Jedną z ciekawszych branż jest obecnie sektor metalowy – wskazuje Buczak. – Tamtejsze firmy bazę kosztową mają głownie w rublach, natomiast przychody eksportowe rozliczają w amerykańskiej walucie. W związku z  tym w ostatnich miesiącach bardzo poprawiły marże.

Ryzykiem takiej inwestycji, jak przyznaje Buczak, jest groźba nałożenia przez Unię Europejską ceł importowych na wyroby rosyjskiego przemysłu.

Mogłoby się tak stać w wyniku kolejnej fali sankcji czy wojny handlowej – precyzuje Buczak. – Wysokie cła importowe na pewno odbiłyby się negatywnie na sytuacji finansowej rosyjskich przedsiębiorstw.

Ale obecnie wycena niemal wszystkich notowanych na moskiewskim parkiecie spółek jest niska. Kluczowy dla jej oceny wskaźnik cena/zysk wynosi około 3, gdy na stabilnych parkietach tzw. rynków wschodzących kształtuje się w okolicach 10.

Jeżeli zakładamy, że kryzys zostanie w przyszłości rozwiązany, to cały rynek rosyjski jest dzisiaj bardzo atrakcyjny – twierdzi Buczak. – Natomiast na pewno musimy selektywnie podchodzić do takiej inwestycji i skupiać się na kilku aspektach: ekspozycji spółki na rynek krajowy, poziomie zadłużenia oraz poziomie płynności obrotu. Trzeba pamiętać, że jednym z największych problemów inwestorów w ubiegłym roku był silny spadek wartości notowań.

Nie wiadomo także, w jaki sposób zachowywać się będzie rosyjska waluta. Jak przypomina ekspert, w 2014 roku Centralny Bank Rosji przeznaczył część rezerw walutowych na interwencję na rynku walutowym, ale nie było to skuteczne działanie.

Dzisiaj zakres notowań rubla nie zależy od działań podejmowanych przez bank centralny, chociaż w styczniu interwencyjnie podniesiono stopy procentowe, co trochę uspokoiło sytuację. Najważniejsza obecnie jest cena ropy naftowej. Rosja to kraj o wysokiej ekspozycji na ten surowiec i mechanizm jest bardzo prosty: gdy ropa tanieje, rubel także traci. W chwili obecnej jego wartość kształtuje się w przedziale 60-70 za dolara. Jeżeli zakładamy, że cena baryłki ropy Brent utrzyma się na poziomie ok. 50 dol., to potencjał dalszego osłabienia rosyjskiej waluty jest ograniczony – ocenia Marek Buczak.

Jego zdaniem każdy wzrost notowań ropy powyżej obecnych wartości pomoże Rosji. Po śmierci króla Arabii Saudyjskiej, nieformalnego lidera kartelu OPEC, atakach na pola naftowe w Libii oraz zapowiedziach ograniczenia inwestycji przez amerykańskie firmy wydobywcze tylko w ubiegłym tygodniu cena ropy Brent wzrosła o około 20 proc. i była to najszybsza aprecjacja od 2011 roku. Obecnie kosztuje już niemal 60 dolarów za baryłkę.

Jeżeli w br. cena ropy będzie kształtować się w okolicach 50 dol., gospodarka rosyjska skurczy się o około 4-5 proc., co nie jest tragedią – uważa Buczak. – Natomiast ważniejsze są perspektywy notowań w 2016 roku i kolejnych latach. Trwałe odbicie poprawiłoby sytuację budżetu i gospodarki. Jeszcze kilka miesięcy debatowano nad bankructwem Rosji, które dzisiaj jest nierealne, chociażby ze  względu na bardzo niski poziom zadłużenia. Stosunek długu publicznego do PKB tego kraju obecnie wynosi około 15 proc. Bardzo tania ropa w ciągu dekady wpłynęłaby na kondycję finansową Rosji. Ale jeśli zadyszka trwać będzie tylko w br., to kraj ten nie powinien mieć większych problemów finansowych.

W swojej ostatniej prognozie Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że w br. PKB Rosji zmaleje o 3 proc., a w 2016 roku – o 1 proc.

Coraz wyższe czynsze dla małych firm z Warszawy

Drobni warszawscy przedsiębiorcy zmagają się z rosnącymi stawkami najmu lokali, szczególnie handlowych. Te zaś w III kwartale urosły o prawie 6 proc. Małe i średnie firmy szukają wsparcia m.in. w Warszawskiej Izbie Przedsiębiorców, która pomaga, udzielając porad prawnych czy podejmując działania interwencyjne.

– Oceniając sytuację warszawskich firm, musielibyśmy podzielić przedsiębiorców na tych, którzy są związani z lokalami komunalnymi, czyli miejskimi, i tych, którzy są związani lokalami z innych źródeł. Ci z pierwszej grupy mają ciągłe problemy. Miasto szuka pieniędzy, ciągle zagląda do kieszeni przedsiębiorców. Dwa czy trzy lata temu został powołany zespół do spraw małych i średnich przedsiębiorstw, jednak w zasadzie nie działa, nie ma takiej komunikacji, jakiej byśmy chcieli – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Waldemar Piórek, prezes zarządu Warszawskiej Izby Przedsiębiorców.

Jednym z większych problemów warszawskich przedsiębiorców są rosnące ceny czynszów za lokale. Problem nie dotyka jednak tylko małych firm, lecz także większych podmiotów. Wskaźnik pustostanów, czyli niewynajętej powierzchni biurowej, wynosi już kilkanaście procent. Eksperci szacują, że z powodu wysokich stawek czynszu w Warszawie niewynajętych jest 500-600 tys. mkw. biur.

Rosnące koszty najmu szczególnie widoczne są w branży handlowej. W III kwartale 2014 roku według raportu międzynarodowej agencji nieruchomości Colliers International czynsze w Warszawie wzrosły o 5,6 proc., co stanowi najwyższy wzrost w ramach państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Waldemar Piórek chłodno ocenia aktualną sytuację właścicieli mikro- i małych firm w Polsce.

– W Polsce działa 98 proc. firm małych i średnich. Średnie są do tej kategorii „doklejone” po to, by nieco zaburzyć obraz. Tak naprawdę 98 proc. to firmy małe i mikro. One teraz niejednokrotnie pożerają swój własny ogon. Zwalniają ludzi, gdyż koszty prowadzenia działalności gospodarczej są z roku na rok większe. Jak do tego dołożymy to, że miasto również sięga po te pieniądze, to rysuje nam się mało ciekawy obraz – tłumaczy ekspert.

Jak dodaje, aby poprawić byt mikro- i małych firm, Warszawska Izba Przedsiębiorców między innymi uczestniczy w pracach komisji sejmowych, mających wpływ na bieg legislacyjny.

– Poza tym chcielibyśmy, żeby miasto uważało przedsiębiorców również za mieszkańców Warszawy, bo nieraz nam się wydaje, że jesteśmy trochę oderwani od rzeczywistości. Miasto rozwija się, chce być przyjazne dla wszystkich, niech będzie też przyjazne dla mieszkańców – postuluje Piórek.

W chwili obecnej ciężar kontaktu włodarzy miasta z przedsiębiorcami spadł na dzielnice, które zdaniem prezesa zarządu WIP kierują się własnymi priorytetami.

– Staramy się w każdej dzielnicy rozmawiać z burmistrzami i przedstawiać im lokalną sytuację przedsiębiorców – podsumowuje Waldemar Piórek.

Warszawska Izba Przedsiębiorców wspiera lokalne firmy nie tylko w sporach z Urzędem Miasta. WIP organizuje szereg inicjatyw, które m.in. mają docenić najlepsze podmioty w danych kategoriach.

Użytkownicy Bankier.pl przeciw podwyżkom dla nauczycieli

Rok 2015 rozpoczął się strajkami i protestami różnych grup zawodowych i społecznych. Po górnikach, rolnikach i frankowcach przychodzi czas na nauczycieli. Bankier.pl przeprowadził wśród 1800 swoich użytkowników badanie ankietowe, z którego wynika, że przeciw podwyżkom dla pracowników oświaty jest 54% pytanych.

Za podniesieniem płac opowiedziało się 43% badanych, 3% nie miało zdania. Wśród osób, które uznały, że nauczyciele powinni dostać podwyżki, ponad 54% chciałoby, by wyniosły one co najmniej 20% wynagrodzenia zasadniczego. Z analizy odpowiedzi wynika, że oczekiwana średnia podwyżka dla nauczycieli powinna wynieść ok. 22%. Tylko 36% pytanych jest za tym, by były one niższe niż 10%.

Z badania Bankier.pl wynika, że przeciętny nauczyciel ma status nauczyciela dyplomowanego, przepracowuje w tygodniu ok. 33 godziny (z tego przeprowadza ok. 18 lekcji), za co otrzymuje wynagrodzenie w kwocie ok. 2422 zł netto (400 zł poniżej średniej krajowej).

86% nauczycieli nie dorabia na korepetycjach

– Dane dotyczące zarobków nauczycieli nie napawają optymizmem. Średnie wynagrodzenie ankietowanej przez nas grupy to tylko 3382 zł brutto, czyli 2422 zł netto. Ponad 78% zarabia mniej niż 4000 zł brutto (2853 zł netto), a tyle obecnie wynosi średnia w sektorze przedsiębiorstw. Zarobki 31% nauczycieli kształtują się w przedziale od 1800 zł brutto (1320 zł netto) do 3000 zł brutto (2156 zł netto). 3% zatrudnionych ankietowanych zarabia mniej niż 1200 zł brutto. Co interesujące, 86% deklaruje, że nie udziela płatnych korepetycji – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Dokładne wyliczenie czasu pracy i zarobków nauczycieli stanowi jedną z głównych osi problemów sektora oświaty. Z naszego badania wynika, że przeciętny nauczyciel w ciągu tygodnia przeprowadza 17,9 lekcji. Do tego dochodzą inne obowiązki, m.in. administracyjne,  dyżury, spotkania z rodzicami, które sprawiają, że średni czas spędzony w szkole przez zapytanych przez nas nauczycieli wynosi ponad 25 godzin. Jednak więcej niż 27 godzin spędza w szkole tylko 40% respondentów.

Tylko co piąty nauczyciel jest za likwidacją Karty Nauczyciela

Co piąty pytany przez nas nauczyciel jest za likwidacją Karty nauczyciela, z czego aż 32% za główny powód podaje fakt, że ten akt prawny kładzie zbyt duży nacisk na ochronę słabych nauczycieli, często kosztem tych lepszych, którym ogranicza rozwój zawodowy i finansowy (21%).

O ile większość pytanych przez nas nauczycieli popiera pomysł podwyżek (84%), o tyle nie jest to tożsame z poparciem dla działań Związku Nauczycielstwa Polskiego. Taką deklarację złożyło tylko 25% naszych respondentów – 45% jest niezadowolonych z pracy ZNP, a 30% nie ma zdania. Równocześnie z działań Ministerstwa Edukacji Narodowej niezadowolonych jest aż 88% ankietowanych.

– Nauczyciel pełni niezwykle ważną funkcję publiczną i społeczną, nie powinniśmy dopuszczać więc do sytuacji, w której profesja ta będzie postrzegana jako gorsza od innych i przez to słabo wynagradzana. Jeżeli rodzice nie mają szacunku do nauczyciela szkoły państwowej, to ich dziecko przypuszczalnie nie będzie miało  szacunku do nikogo. Możemy mieć tylko żal do rządzących, że przez wiele lat nie zrobili nic, by najlepsi nauczyciele zarabiali godnie, a najgorsi tracili etaty – dodaje Łukasz Piechowiak.

Wzrost bezrobocia w styczniu nie oznacza pogorszenia na rynku pracy

Stopa bezrobocia pod koniec stycznia wyniosła 12,1 proc. – szacuje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Według wstępnych danych liczba bezrobotnych wzrosła o 94 tys. w stosunku do grudnia, a stopa bezrobocia o 0,6 pkt. proc. do poziomu 12,1 proc. Jest to wzrost typowy w danym okresie, a wynika z tzw. zjawiska sezonowości polskiego rynku pracy. Jest efektem ograniczenia aktywności w niektórych sektorach gospodarki. W styczniu skończyło się też część programów rynku pracy finansowanych ze środków na rok poprzedni, a nowe jeszcze nie zostały uruchomione.

Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że pomimo wzrostu liczba bezrobotnych jest o ponad 340 tys. mniejsza niż przed rokiem, a stopa bezrobocia o niemal 2 pkt. proc. niższa. Oznacza to, że choć tempo wzrostu bezrobocia jest najwyższe od 3 miesięcy, to jednak nie można mówić o odwróceniu pozytywnego trendu. Świadczy o tym chociażby fakt, że pracodawcy zgłosili w styczniu do urzędów blisko 71 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, niemal o 30 proc. więcej niż w grudniu. Wzrost liczby ofert nastąpił we wszystkich województwach. Dobre wyniki gospodarcze, wzrost produkcji przemysłowej i utrzymujący się wysoki poziom zatrudnienia w przemyśle wskazują na utrzymanie optymizmu co do rozwoju sytuacji na rynku pracy. Bezrobocie może jeszcze wzrosnąć w lutym, ale w dalszej części roku należy się spodziewać poprawy.
Konfederacja Lewiatan

Mężczyźni chętniej korzystają z urlopu ojcowskiego

129 tys. świeżo upieczonych ojców postanowiło skorzystać w 2014 r. z prawa do dwutygodniowego urlopu ojcowskiego. Warto wiedzieć, że przysługuje on również mężczyznom wychowującym dzieci adoptowane.

Zainteresowanie urlopem ojcowskim od momentu jego wprowadzenia (2011 r.) systematycznie rośnie. Liczba chętnych przybywa zwłaszcza, od kiedy czas urlopu został wydłużony, czyli od dwóch lat. „Ojcowie mają prawo do dwóch tygodni płatnego urlopu ojcowskiego, niezależnie od tego, czy matka jest w tym czasie na urlopie macierzyńskim, dodatkowym czy rodzicielskim” – wyjaśnia w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Radosław Milczarski z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. „Urlopu ojcowskiego nie wolno mylić z tacierzyńskim” – dodaje.

Z urlopu ojcowskiego można skorzystać do momentu ukończenia przez dziecko roku. Nie ma żadnego znaczenia, czy ojciec jest w związku formalnym, czy nie. Świadczenie przysługuje też mężczyźnie, który adoptował dziecko, pod warunkiem że nie ukończyło ono siódmego lub – gdy podjęto wobec niego decyzję o odroczeniu obowiązku szkolnego – dziesiątego roku życia.

Aby pójść na urlop ojcowski, mężczyzna musi nie później niż siedem dni przed planowanym wolnym złożyć do pracodawcy wniosek urlopowy wraz ze skróconym aktem urodzenia dziecka – informuje Radosław Milczarski. Podczas urlopu ojciec otrzymuje 100% swojego wynagrodzenia.

115 mln euro na medycynę przyszłości

Najnowszy projekt badawczy Innovative Medicine Initiative pozwoli opracować innowacyjne szczepionki przeciwko krztuścowi. Na walkę z chorobą, która jest jedną z głównych przyczyn zgonów dzieci na całym świecie, IMI przeznaczy aż 115 mln euro. Kwota ta pochodzi w połowie od Komisji Europejskiej, a w połowie od branży farmaceutycznej: spółek należących do Europejskiej Federacji Przemysłu i Stowarzyszeń Farmaceutycznych (EFPIA) oraz innych organizacji i partnerów, takich jak Fundacja Billa i Melindy Gates.

Projekt ulepszenia szczepionek jest kolejną wspólną inicjatywą przemysłu farmaceutycznego oraz Komisji Europejskiej realizowaną w ramach Innovative Medicine Initiative. W pracach nad poprawą jakości profilaktyki krztuśca obie instytucje wspierać będzie fundacja założona przez Billa i Melindę Gates. Jak podkreślali uczestnicy spotkania inicjującego projekt pomimo wypracowania powszechnych programów szczepień krztusiec pozostaje niezwykle niebezpieczną chorobą, która co roku rozpoznawana jest u około 16 mln dzieci na świecie. Ta ostra choroba zakaźna układu oddechowego odznacza się wysokim poziomem śmiertelności. Szacuje się, że rocznie z jej powodu umiera aż 195 tysięcy dzieci co czyni ją jedną z głównych przyczyn zgonów wśród nieletnich.

Również w Polsce krztusiec stanowi istotne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia. W 2012 roku odnotowano najwyższą od 40 lat liczbę nowych zachorowań – 4684 przypadków. Rok później, w 2013 zgłoszonych zostało 2185 zachorowań, jednak wyniki badań przeprowadzanych przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego wskazują, że realnie chorych dzieci i dorosłych jest znacznie więcej.

Szczepionki przeciwko krztuścowi w wielu krajach wpisane są do obowiązkowego kalendarza szczepień. Mimo to na całym świecie możemy zaobserwować stale wzrastającą liczbę chorych dzieci. Nowy projekt IMI umożliwi udoskonalenie istniejących rozwiązań, tak by zagwarantować ich większą efektywność. Aplikacje o granty w ramach projektu, który obejmuje również zdalną diagnostykę  chorób czy pracę nad metodami szybszego udostępnienia leków pacjentom, składać mogą instytucje naukowe, ośrodki akademickie, organizacje pozarządowe oraz firmy z całej Europy w tym również z Polski. IMI stanowi dla nich ogromną szansę na włączenie się w paneuropejskie projekty z zakresu biotechnologii, pozyskanie środków finansowych oraz skorzystania z udostępnionych przez firmy farmaceutyczne placówek badawczych. W sumie na wszystkie badania realizowane w ramach najnowszej odsłony IMI przeznaczono aż 115 mln euro. Termin składania aplikacji upływa 25 marca 2015 roku.

Prace nad stworzeniem nowej, skutecznej szczepionki na krztusiec są jednym z przykładów zaangażowania branży farmaceutycznej w rozwiązywanie istotnych, globalnych wyzwań zdrowotnych. Ważnym aspektem realizowanych przez IMI projektów jest także wspótworzenie przez Komisję Europejską i przemysł farmaceutyczny finansowych i logistycznych warunków dla międzynarodowej współpracy między instytucjami naukowymi, ośrodkami badawczymi czy środowiskiem akademickim. Mam nadzieje, że w ramach kolejnych odsłon IMI będziemy mogli mówić o badaniach realizowanych również przez Polskie instytucje. – mówi Paweł Sztwiertnia, Dyrektor Generalny INFARMY.

Inicjatywy IMI wspierają rozwój innowacji i za cel stawiają sobie przyspieszenie procesu powstawania ulepszonych i bezpiecznych dla pacjentów leków. IMI jest publiczno-prywatnym partnerstwem, a do jego powstania przyczyniła się m.in. EFPIA, której członkiem jest INFARMA oraz inne organizacje pozarządowe. Aplikacje mogą składać instytucje badawcze, uczelnie, przedsiębiorstwa i organizacje pozarządowe prowadzące działalność na terenie UE.

„Szybki handel”, mobilność i innowacyjność decyduje o sukcesie światowych sieci detalicznych

Przychody 250 największych detalistów wyniosły w ostatnim roku obrotowym (kończącym się najpóźniej w czerwcu 2014 r.) 4,35 biliona dolarów. Porównując rok do roku był to wzrost na poziomie 4,1 proc. Podobnie jak w poprzednich latach detaliści zawdzięczają ten wzrost głównie ekspansji na rynkach wschodzących. Jak wynika z najnowszej edycji corocznego raportu „2015 Global Powers of Retailing” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy ze STORES Media, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce jest Amazon.com. Aby sprostać rosnącym wymaganiom klientów handel detaliczny musi stać się bardziej mobilny, szybszy i innowacyjny.

Tempo wzrostu przychodów 250 największych detalistów spada nieprzerwanie od roku 2011. Obecny wzrost na poziomie 4,1 proc. wskazuje, że najwięksi detaliści na świecie odczuli słabsze warunki gospodarcze. Rok wcześniej było to 4,9 proc., a dwa lata wcześniej 5,1 proc. Jak wynika z raportu Deloitte średni wzrost w latach 2008-2013 wynosił 4,2 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w roku obrotowym 2013/2014 osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,7 mld dolarów (dane ostatniej na liście firmy), a średni ich poziom przypadający na jedną firmę wyniósł 17,4 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3,4 proc. (rok wcześniej 3,1 proc.) „Na te wyniki miała wpływ przede wszystkim sytuacja w strefie euro, spowolnienie w Chinach i Brazylii, ale także kryzys w Rosji, która na skutek unijnych sankcji odczuła znaczne ograniczenie możliwości zakupowych swoich obywateli. Prawdopodobnie sytuacja ta nie zmieni się również w tym roku obrotowym” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu, ekspert zespołu Consumer Business, Deloitte Polska.

Raport Deloitte wskazuje na główne trendy, które będą rządzić w najbliższych miesiącach światowym handlem detalicznym: turystyka, mobilność, „szybkość”, wrażenia klienta i innowacyjność.

Globalną sprzedaż w dużej mierze będzie napędzać turystyka. Rocznie ponad miliard ludzi wybiera zagraniczne podróże, wydając w tym czasie ponad bilion dolarów. Coraz częściej są to turyści z krajów wschodzących, reprezentujących klasę średnią. Szacuje się, że połowa z 16 mld euro ze sprzedaży francuskich towarów luksusowych jest uzależniona od turystów. Dlatego sieci handlowe muszą inwestować budowanie świadomości swoich marek nawet w krajach, w których nie prowadzą działalności operacyjnej.

Rozwój nowoczesnych technologii i rosnąca popularność smartfonów sprawia, że globalny handel detaliczny musi stawiać również na mobilność. Do 2015 roku 65 proc. populacji na świecie będzie korzystać z telefonu komórkowego, a 83 proc. stron internetowych będzie przeglądanych na tabletach i smartfonach. W czasie kolejnych trzech lat globalna sprzedaż za pośrednictwem urządzeń mobilnych przekroczy 638 mld dolarów, czyli tyle ile jeszcze rok temu wynosiła wartość całego handlu elektronicznego na świecie. Sieci handlowe nie mogą być na to zjawisko obojętne. Muszą w swoich sklepach udostępniać klientom darmowe Wi-Fi oraz dostosowywać swoje strony internetowe do urządzeń mobilnych.

Zdaniem ekspertów Deloitte światowym handlem detalicznym będzie rządziła także „szybkość”, trend który jest na tym rynku obecny od co najmniej dziesięciu lat, ale teraz będzie on jeszcze bardziej widoczny. Obejmuje on:

  • „szybką modę” (jak najszybsze udostępnienie do sprzedaży;
  • trendów prezentowanych na wybiegach);
  • produkty dostępne przez krótki okres czasu, co powoduje, że zakupy dokonywane są natychmiast;
  • sklepy tymczasowe tzw. pop-up, umożliwiające bardzo szybkie wprowadzenie produktów i usług na rynek;
  • budzące zainteresowanie: kasy samoobsługowe skracające lub likwidujące kolejki.

Sieci handlowe muszą maksymalnie skrócić swoje łańcuchy dostaw, aby zaspokoić oczekiwania klientów z pokolenia Y. Tym samym klientom trzeba też dostarczyć wrażeń, dlatego sieci oprócz zakupów coraz częściej proponują im, m.in.: kampanie w mediach społecznościowych, witryny interaktywne czy pokazy mody. Wszystko to ma jeszcze bardziej niż wcześniej zaangażować konsumentów i związać ich z daną marką. „Wymagania klientów nadal będą rosnąć, co stawia przed sieciami handlowymi duże wyzwania związane z wykorzystaniem nowych technologii i innowacyjnych rozwiązań. Obserwujemy na świecie, ale także i w Polsce rosnącą liczbę lokalizacji typu click and collect, wykorzystanie beaconów do zarządzania relacją z klientem, aplikacje i roboty porządkujące półki czy połączone w sieć Internetu Rzeczy sprzęty domowe w ofercie. Największe sieci, takie jak Wal-Mart czy Amazon intensywnie inwestują w laboratoria innowacji, a ich śladem zapewne podążą kolejni gracze na tym rynku” – uważa Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider Innovation Consulting w Deloitte.

Pomimo nie najlepszych warunków gospodarczych prawie 80 proc. firm obecnych w zestawieniu zanotowało wzrost przychodów w ostatnim zamkniętym roku obrotowym, a 179 spółek poprawiło swoją rentowność. Amerykańska sieć Wal-Mart nadal pozostaje największym światowym detalistą i generuje roczne przychody 4,5 razy wyższe niż jej najpoważniejszy konkurent. Na drugim miejscu znalazło się Costco, które awansowało o jedną pozycję. Kolejne miejsca zajmują: Carrefour, Schwarz Group, Tesco i Kroger – wszystkie osiągnęły przychody powyżej 98 mld dolarów. Tesco spadło z drugiego na piąte miejsce, zarówno na skutek zmniejszenia sprzedaży, jak i osłabienia kursu funta brytyjskiego względem dolara amerykańskiego. Jak przewidują eksperci Deloitte, zajmujący szóste miejsce Kroger, dzięki przejęciu supermarketów sieci Harris Teeter w styczniu 2014 roku, może w przyszłości znacznie poprawić swoją pozycję.

W ubiegłym roku obrotowym grupa 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów jedynie o 2 proc.

Dziesięciu największych detalistów na świecie/ TOP 10 Global Retailers – wykres poniżej

Prawie jedna czwarta przychodów sieci detalicznych, które znalazły się w TOP 250 pochodziła z działalności prowadzonej w innych krajach niż rodzime. W omawianym okresie detaliści działający na rynkach wschodzących nadal odnosili korzyści z wysokiego popytu wewnętrznego. W odróżnieniu od spółek z branży handlu detalicznego na rynkach rozwiniętych, które zmagały się z nienajlepszą sytuacją ekonomiczną, dobra koniunktura na rynkach wschodzących umożliwiła detalistom kontynuację agresywnego wzrostu. „Stawce przewodzili detaliści z regionu Afryki i Bliskiego Wschodu, których przychody wzrosły o prawie 13 proc., wyprzedzając spółki z sektora konsumpcyjnego Ameryki Południowej (10,4 proc.). Dla porównania wzrost przychodów detalistów operujących w Europie wyniósł jedynie 2,6 proc., a w Ameryce Północnej 3,1 proc. Aż 22 firmy z 90 europejskich spółek obecnych w zestawieniu zanotowały spadek przychodów” – mówi Magdalena Jończak.

Podobnie jak w poprzednim roku sektor FMCG stanowi ponad 50 proc. wszystkich detalistów w zestawieniu. Jednak po dwóch latach dominacji tego sektora, jeżeli chodzi o wzrost przychodów, w tym roku to branże modowa oraz artykułów sportowych i rekreacyjnych zanotowały większy ich wzrost, odpowiednio o 5,8 i 5,3 proc. Dla porównania w przypadku FMCG było to 4 proc. (rok temu 5,3 proc.). Wciąż najbardziej rentownym z handlowych działów jest moda i akcesoria, której średnia marża zysku netto wyniosła 7,6 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż w całym TOP250.

Po raz drugi w raporcie Deloitte znalazł się ranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. Aż 37 z nich znalazło się także na liście TOP 250, a 39 z nich prowadzi również sprzedaż tradycyjną. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (25) i Europie (19). Liderem w tym zestawieniu jest amerykańska grupa Amazon.com ze sprzedażą w 2013 roku na poziomie 61 mld dolarów. Na drugim i trzecim miejscu znajdują się odpowiednio chiński największy sprzedawca internetowy JD.com oraz Wal-Mart.

Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W roku obrotowym 2013 aż 40 firm z TOP 250 nie prowadziło działalności e-commerce. Z analizy Deloitte wynika, że były to głównie supermarkety oraz dyskonty spożywcze

TOP 5: Global e- retailers  – wykres poniżej.

Informacje o publikacji:

Raport „2015 Global Powers of Retailing. Embracing Innovation” przedstawia ranking 250 największych światowych sieci detalicznych oraz 50 największych e-sprzedawców. Opracowanie zawiera również prognozę dla gospodarki światowej, trendy w nadchodzących miesiącach oraz analizę kapitalizacji rynku w branży detalicznej. Ranking firm powstał na podstawie łącznej wielkości przychodów ze sprzedaży detalicznej, a nie tylko samych obrotów.Tegoroczna edycja raportu grupuje firmy na podstawie danych za ostatni zamknięty rok finansowy tj. FY 2013/2014 (obejmujący rok podatkowy kończący się najpóźniej w czerwcu 2014 r.). Dla celów niniejszej analizy w przychodach ze sprzedaży detalicznej uwzględnia się opłaty licencyjne i franszyzowe oraz przychody ze sprzedaży hurtowej do spółek stowarzyszonych/członkowskich lub innych kontrolowanych spółek zajmujących się sprzedażą hurtową lub sklepów w centrach handlowych.

Boruta-Zachem obniża koszty, podejmuje współpracę z zagranicznymi ośrodkami naukowymi oraz planuje akwizycje spółek technologicznych

0

CEO Magazyn Polska

Bydgoska spółka chemiczna Boruta-Zachem, produkująca biosurfaktanty wykorzystywane m.in. w kosmetykach i środkach czyszczących, w najbliższych miesiącach uruchomi nowy system CRM, który obniży koszty o 10 proc. Nie wyklucza także akwizycji firm technologicznych. Równie istotnym krokiem będzie pozyskanie we współpracy z uniwersytetami z Mediolanu i Ulsteru dofinansowania z UE na rozwój nowych produktów, które podwyższą konkurencyjność firmy na światowym rynku wartym 30 mld dolarów. Wyniki konkursu możliwe już w lutym.

– Obecnie cena surfaktyny jest horrendalnie wysoka, my będziemy ją będziemy produkować taniej. W zasadzie jesteśmy pierwszą firmą na świecie, która w tej technologii przemysłowej na tak dużą skalę będzie produkować surfaktynę – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu spółki chemicznej Boruta-Zachem produkującej surfaktynę, czyli substancję zmieniającą właściwości cieczy.

Spółka, planując produkcję bardziej konkurencyjnych produktów niż obecne na rynku, musi przeprowadzić szereg działań, choćby akwizycje, optymalizację kosztową, i zainwestować w rozbudowę działu badań i rozwoju, wykorzystując dotacje unijne.

– W 2013 roku pozyskaliśmy dofinansowanie w ramach programu B2B [w ramach POIG 8.2 – red.] na ponad 1,7 mln zł. Obecnie tworzony jest autorski zarządzający system informatyczny, optymalizujący produkcję i przygotowujący firmę do większej skali działalności – tłumaczy Marcin Pawlikowski. – To kompleksowy system CRM połączony z zarządzaniem produkcją i magazynami. Jego zadaniem będzie podejmowanie optymalnych decyzji zarządczych.

W chwili obecnej system został już oddany do testowania pracownikom, do użytku oddany będzie najprawdopodobniej w połowie roku, a już pod koniec 2015 r. Boruta-Zachem powinna odnotować pierwsze efekty w postaci obniżenia kosztów o 10 proc.

– Jednym z naszych celów w strategii na najbliższe lata jest również akwizycja. Dzisiaj trudno jest o tym mówić, ale obserwujemy kilka firm –  mówi Pawlikowski. – W kwestii przejęć naszym celem jest wzrost potencjału technologicznego i pozyskiwanie firm, ekspertów innowacyjnych, którzy widzą nisze rynkowe w pewnych dziedzinach. Mamy w planach przejęcia, wszystko zależy od sytuacji rynkowej i ceny.

Dyrektor zarządu Boruta-Zachem przy akwizycjach nie wyklucza udziału funduszy private equity. Jak jednak zaznacza, ostateczny dobór spółek leży w gestii zarządu, rady nadzorczej i głównych akcjonariuszy. Rola funduszy PE polegałaby na współfinansowaniu takich transakcji i inwestycji.

Boruta-Zachem w ramach funduszy z nowej unijnej perspektywy finansowej w 2014 roku złożyła wniosek o dofinansowanie w wysokości 1,5 mln euro na projekt B+R z zakresu biosurfaktantów.

– W ramach biosurfaktantów kryją się nie tylko substancje, którą my będziemy produkować, czyli surfaktyny, lecz także inne substancje i w ramach naszej instalacji przemysłowej chcemy rozszerzyć nasz asortyment biosurfaktantów. Udało nam się znaleźć za granicą naukowe wsparcie Uniwersytetu w Ulsterze i uczelni w Mediolanie, teraz czekamy tylko na rozstrzygnięcie projektu – podkreśla Marcin Pawlikowski.

Jak przewiduje wiceprezes, wyniki konkursu mogą być znane już w lutym.

Boruta-Zachem 2 lipca 2014 roku zadebiutowała na giełdzie NewConnect. Kapitalizacja spółki wynosi niespełna 70 mln zł, a kurs akcji znajduje się w trendzie spadkowym, choć obecna cena 0,50 zł ma poziom z dnia debiutu na parkiecie. W tym roku Boruta-Zachem zamierza przenieść się na rynek główny GPW.

Atlas szuka nowych rynków. Trwają rozmowy na temat ekspansji w Europie Środkowej

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Atlas szykuje się do wzmożonej ekspansji zagranicznej w regionie. Polski producent materiałów budowlanych, który jest już obecny w kilku państwach Europy Środkowej, prowadzi rozmowy z kolejnymi partnerami. Cel to znacząca pozycja nawet na pięciu zagranicznych rynkach.

Obecnie polski potentat jest niekwestionowanym liderem branży na rynku białoruskim. Zajmuje też znaczącą pozycję na Łotwie oraz w Rumunii. To jednak nie jest koniec ambitnych planów spółki, która jeszcze nie ujawnia, który kraj ma na celowniku, ale przyznaje, że rozmowy o już trwają.

Są takie plany, w tej chwili prowadzimy rozmowy z kilkoma spółkami w Polsce i jedną spółką zagraniczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Kisiel, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas. – Atlas głównie chce się rozwijać w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, ponieważ tu jest jeszcze potencjał rozwojowy. Rynki zachodnie są rynkami bardzo ułożonymi, stabilnymi, dlatego widzimy większe szanse na rozwój tutaj.

Na rynkach zachodniej Europy Atlas jest także obecny, jednak głównie dzięki swoim produktom. Obecnym nie tyle w sklepach z materiałami budowalnymi, co na placach budów.

Jesteśmy obecni praktycznie we wszystkich krajach Europy Zachodniej, bo nasi wykonawcy wyjeżdżają, są dzisiaj w wielu krajach Europy opowiada Paweł Kisiel. Tam, gdzie są nasi wykonawcy, tam są nasze produkty. Często też nasi partnerzy handlowi ze ściany zachodniej przygotowują wysyłki towaru pod koniec tygodnia albo przyjeżdżają do nich firmy wykonawcze, które pracują w Niemczech, i ładują w sobotę towar, a w poniedziałek już ten towar jest gdzieś na budowie w Niemczech.

Za granicą Atlas ma dwie spółki produkcyjne oraz trzy spółki handlowe. Sprzedaż eksportowa to obecnie około 20 proc. sprzedaży Grupy.

 W tej chwili naszym największym rynkiem zagranicznym jest Białoruś, gdzie jesteśmy większościowym udziałowcem firmy Taifun podkreśla wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas.Mamy tam obecnie trzy zakłady, dwa materiałów chemii budowlanej, jeden zakład perlitu, który został uruchomiony w 2014 roku, a w tym roku, w I kwartale, uruchomimy zakład produkcji papy. Wszystkie te zakłady są zlokalizowane w Grodnie. Firma Taifun jest głównym graczem na rynku chemii budowlanej na Białorusi.

W Rumunii, gdzie Grupa Atlas jest jednym z graczy, jest dużo większa konkurencja, a rynek jest bardzo rozdrobniony. Polski producent może się jednak pochwalić dużą dynamiką na tym rynku. Atlas korzysta tam z doświadczenia zdobytego w sferze marketingowej, sprzedażowej, bo jak podkreśla wiceprezes Paweł Kisiel  sztuką nie jest wyprodukować, lecz efektywnie i dobrze sprzedać. Spółka działa też w Rosji i na Ukrainie. W tej chwili raczej symboliczne, żeby zaznaczyć swe zainteresowanie rynkami tych państw.

Obecnie weryfikujemy swoje podejście do tych rynków, ponieważ sytuacja tam jest mocno niestabilna. Na Ukrainie możemy mówić o regularnej wojnie, w szczególności we jej wschodniej części. Musimy być bardzo ostrożni. Nie chcemy wycofać się z tych rynków, chcemy tam zostać, ale musimy zweryfikować swoją politykę.

Kolejna grupa przestępców paliwowych rozbita – oszustwa na co najmniej 330 mln zł

Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji wspólnie z policjantami Komendy Wojewódzkiej Policji i Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu oraz Kontrolą Skarbową, przy współdziałaniu z Generalnym Inspektorem Informacji Finansowej, Służbą Celną i Strażą Graniczną, rozbili międzynarodową grupę przestępczą zajmującą się nielegalnym obrotem paliwami na ogromną skalę.

W efekcie przeprowadzonych działań zatrzymano 13 osób ze ścisłego kierownictwa grupy przestępczej. Ponadto przeprowadzono czynności procesowe z udziałem kilkunastu innych osób. Ujawniono i zabezpieczono mienie podlegające zajęciu o łącznej wartości ok. 167 mln złotych.

Prowadzona na szeroką skalę realizacja sprawy, którą przeprowadzało 500 funkcjonariuszy wszystkich służb, przebiegała na terenie 9 województw i objęła ponad 60 lokalizacji. Były to miejsca zamieszkania osób, biura ze zgromadzoną dokumentacją oraz 7 baz paliwowych.

W toku trwającego wiele miesięcy śledztwa, prowadzonego pod nadzorem Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu, funkcjonariusze CBŚP wspólnie z Kontrolą Skarbową ustalili, że grupa wykorzystując mechanizm tzw. „znikającego podatnika” sprowadza do Polski z innych krajów Unii Europejskiej paliwo, nie składając wymaganych przepisami prawa stosownych deklaracji, uchylając się tym samym od uiszczenia należnego podatku VAT. Dostarczane do Polski paliwa wprowadzane były do obrotu przy wykorzystaniu fikcyjnych transakcji wykonywanych w obrębie powiązanych ze sobą i współpracujących podmiotów. Dodatkowo w cały obrót zaangażowane były w charakterze „operatorów finansowych” podmioty działające jako różnego rodzaju stowarzyszenia, które nie mogą prowadzić tego typu działalności. Utrudniano w ten sposób stwierdzenie przestępczego pochodzenia paliwa, jak i uzyskanych z tego procederu środków finansowych. Zyski z nielegalnej działalności inwestowane już były w różnego rodzaju legalne przedsięwzięcia, takie jak budowa osiedli mieszkaniowych oraz biurowców.

Grupa przestępcza mogła sprowadzić do Polski blisko 500 mln litrów paliwa o wartości 2 mld złotych. Szacunkowa wartość uszczupleń Skarbu Państwa wyniosła, co najmniej 330 mln złotych.
Na poczet grożących podejrzanym karom finansowym, dokonano zabezpieczenia składników majątkowych będących własnością podejrzanych m.in. w postaci szeregu nieruchomości, pieniędzy oraz udziałów w spółkach o łącznej wartości 167 milionów złotych.

Osobom zatrzymanym zostały przedstawione zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przy czym dwie z osób usłyszały zarzut kierowania tą grupą. Ponadto większość z nich usłyszała zarzut ukrywania środków finansowych pochodzących z przestępstwa oraz uchylania się od obowiązków podatkowych, co jest zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 8. Wobec 5 osób sąd zastosował środki zapobiegawcze w postaci tymczasowego aresztowania, a wobec pozostałych poręczenia majątkowe w kwotach do 100 tys. złotych.

Przeprowadzenie powyższej realizacji możliwe było dzięki doskonałej współpracy wszystkich zaangażowanych służb.

Altus TFI planuje przejęcia kolejnych firm z branży. Spółka miała w 2014 roku wyższe zyski niż w 2013 roku

0

CEO Magazyn Polska

Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Altus po przejęciu pod koniec stycznia SKOK TFI zapowiada kolejne fuzje. Firma deklaruje, że jej zyski w zeszłym roku wzrosły, i podkreśla, że inwestorzy Altusa zarobili mimo słabej koniunktury na warszawskim parkiecie.

W zeszłym roku na warszawskiej giełdzie bywały lepsze okresy, kiedy indeksy rosły, ale cały rok wypada raczej słabo. WIG20 stracił w tym czasie 3,54 proc. Mimo to udziały w funduszach Altusa strat nie przyniosły.

– Rok 2014 choć był bardzo trudny, ponieważ spadały płaskie indeksy, było mało zmienności, bardzo źle zachowały się małe i średnie spółki, które spadły w tamtym roku o ponad 16 proc., to pozwolił nam obronić wyniki inwestycyjne i większości funduszy pokazaliśmy niezerowe stopy zwrotu, a w kilku funduszach, szczególnie w funduszach dłużnych, udało nam się zrobić dobre dodatnie stopy zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Osiecki, prezes Altus TFI.

Z danych Analiz Online wynika, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy tylko jeden z 17 funduszy Altus miał ujemną stopę zwrotu, a rekordzista wzrósł o 12,7 proc. Aktywa zarządzane przez Altus TFI na koniec stycznia 2015 roku wynosiły 6,33 mld zł.

Właśnie pod koniec stycznia Altus podpisał umowę o przejęciu innego TFI, związanego z Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo-Kredytowymi. Za warte ok. 15 mln zł towarzystwo zapłaci własnymi akcjami i po uzyskaniu zgód regulatorów rynku, KNF oraz UOKiK, zwiększy sumę zarządzanych aktywów o 1 mld zł, do blisko 7,6 mld. Większą swobodę inwestycyjną Altus TFI zyskał pomyślnie wchodząc w zeszłym roku na GPW.

– Rok 2014 mimo że był trudny, to suma summarum był dla naszej firmy nie najgorszym rokiem – ocenia Piotr Osiecki. – Na pewno to, co nam się udało, to wejść na giełdę i pozyskać kapitał na akwizycję, nad tym bardzo mocno pracujemy i liczymy, że mimo wszystko uda nam się przejąć inne TFI w 2015 roku. Na obecny rok patrzymy z umiarkowanym optymizmem.

 

Dotychczas Altus TFI opublikował wyniki osiągnięte w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 roku. Wynika z nich, że dla spółki był to znacznie lepszy rok niż poprzedni. Jej przychody w tym czasie były o 11,5 mln zł wyższe i sięgały niemal 58,6 mln zł. Zysk netto Altus TFI był bliski 24 mln zł przy ponad 15 mln osiągniętych podczas trzech kwartałów 2013 roku.

Rzeczywiście ubiegły rok był dla nas dużo lepszy niż 2013 rok – podkreśla prezes Altus TFI. – Przypomnę, że w 2013 roku wypracowaliśmy 37,5 mln zysku netto. Natomiast cały czas się rozwijamy, budujemy aktywa i umiarkowanie optymistycznie patrzymy na 2015 rok, mimo dużej zmienności, której oczekujemy.

Altus TFI prowadzi m.in. tzw. fundusze zamknięte. W przeciwieństwie do funduszy otwartych przedmiotem inwestycji są tu certyfikaty inwestycyjne, które w przeciwieństwie do jednostek uczestnictwa w funduszach otwartych są niepodzielne, a wyjście z inwestycji może nastąpić wyłącznie w określonym momencie. Minimalna kwota inwestycji to 40 tys. euro. Fundusze takie mają większą swobodę inwestowania niż ich otwarte odpowiedniki.

– Fundusze zamknięte, są korzystniejsze i łatwiejsze dla zarządzających do zarządzania – ocenia Piotr Osiecki z Altus TFI. – Ograniczenia inwestycyjne i regulacje dotyczące tych funduszy są mniejsze niż w funduszach otwartych. Z punktu widzenia strategii absolutnej stopy zwrotu i naszych pozycji długich i krótkich longshortów, które budujemy na naszych portfelach, często wygodniej jest zarządzać funduszami zamkniętymi.

Prof. W. Orłowski: Większość postulatów związkowców to populizm. Państwo jako słaby właściciel jest zbyt skore do ustępstw

Zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej nie może ulegać populistycznym żądaniom związkowców i musi bronić interesu właścicieli – twierdzi prof. Witold Orłowski. Chociaż dialog jest potrzebny, a w niektórych przypadkach postulaty związków zawodowych są uzasadnione, to w obecnej sytuacji w górnictwie protestujący domagają się nierealnych i szkodliwych dla całego społeczeństwa działań. Państwo jest jednak zbyt słabym właścicielem, by egzekwować swój interes.

Można i trzeba o różnych problemach rozmawiać, ale po kolei, w zależności od tego, czy to jest rzeczywiście uzasadnione, czy nie, czy to jest możliwe do realizacji. Natomiast o postulacie „niech wszystkim zostaną podwyższone płace”, nie ma co rozmawiać, podobnie jak o postulacie „niech rząd zakaże importu tańszego węgla z zagranicy”. To jest postulat nie do zrealizowania, więc o tym nie ma co rozmawiać, to jest czysty populizm – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

W Jastrzębskiej Spółce Węglowej bezterminowy strajk trwa od 28 stycznia. Negocjacje związkowców z władzami spółki postępują bardzo powoli i na razie doprowadziły jedynie do sporządzenia protokołu rozbieżności. W negocjacjach nie uczestniczy prezes spółki Jarosław Zagórowski, którego odwołania domagają się związkowcy.

Prof. Orłowski podkreśla, że to właśnie zarząd spółki z prezesem na czele odpowiada za wyniki spółki. Choć interes pracowników powinien być uwzględniony przy zarządzaniu firmą, nie mogą oni podejmować decyzji personalnych i strategicznych. Związki zawodowe nie powinny w ocenie eksperta domagać się traktowania równego z zarządem spółki.

Ta struktura jest jednak często zaburzona w spółkach państwowych, bo Skarb Państwa jest zbyt słabym właścicielem – uznaje prof. Orłowski. Problemem jest to, że politycy poza interesem ekonomicznym muszą też myśleć o swoich notowaniach i wyborach, więc bardziej niż prywatny właściciel są skłonni do kompromisu ze związkowcami.

Jeżeli w którymś momencie związki zawodowe mówią, że nie lubią zarządu, nie dlatego, że ten zarząd robi błędy, tylko dlatego, że na przykład jest zbyt twardy i chce egzekwować interes właściciela, to państwo jako ten słaby właściciel nie bardzo potrafi stanąć murem za zarządem, raczej będzie negocjował ze związkami zawodowymi – wyjaśnia prof. Orłowski.

Takie zachowanie państwowego właściciela prowadzi często do zaprzepaszczenia zysków spółki. Nawet jeśli firmy są rentowne, to po nadmiernych kompromisach ze stroną związkową nie realizują w pełni swojego potencjału.

Zyski są rozdrapywane, a nie oddawane temu komu się należą, czyli właścicielowi, państwu, czyli nam wszystkim. Państwo jest długookresowo kiepskim właścicielem, chociażby dlatego że jest bardzo podatne na tego typu naciski – podkreśla prof. Orłowski.

Jego zdaniem łatwo zrozumieć polityków, którzy będąc u władzy, niezależnie od opcji politycznej, są skorzy do ustępstw wobec związkowców. Dlatego obecna sytuacja w JSW nie jest winą zarządu, który ma ograniczone pole manewru między roszczeniowymi pracownikami a słabym i uległym właścicielem.

Jednocześnie obecna sytuacja nie może być pretekstem do tego, by z góry skreślać dialog ze związkowcami. Ich żądania często są uzasadnione, na przykład wtedy, gdy domagają się zmiany formy zatrudnienia z narzucanych pracowników umów o dzieło na umowy o pracę. Strona społeczna pełni też funkcję kontrolną wobec działań władz spółek i może wskazać błędy kierownictwa. Jak jednak przekonuje prof. Orłowski, gdy związkowcy popadają w populizm, właściciel nie może się ugiąć. Żądania ograniczenia dostępu do importowanego węgla (sprzeczne z prawem unijnym) oraz próba wymuszenia zmian personalnych to właśnie tego typu postulaty.

Zarząd odpowiada przede wszystkim przed właścicielem i radą nadzorczą, a nie przed związkami zawodowymi – podkreśla prof. Orłowski. ‒ Związki zawodowe 25 lat spędziły na blokowaniu wszelkich prób prywatyzacji kopalń. Gdyby kopalnie były sprywatyzowane, pracowałoby tam znacznie mniej osób, oczywiście nie byłoby strajków, byłyby dobrze wynagradzane, ale jakby była trudna sytuacja, to dokonywano by redukcji kosztów, a nie jechano z kilofami straszyć polityków, skutecznie wymuszając na nich ustępstwa.

Mazowsze przeznaczy jedną trzecią budżetu na inwestycje. Po raz pierwszy od lat nakłady wzrosną

CEO Magazyn Polska

W tym roku budżet województwa mazowieckiego wyniesie 2,6 mld zł, z czego jedna trzecia zostanie przeznaczona na nowe i trwające inwestycje. Wydatki na ochronę zdrowia, kulturę i oświatę wyniosą po około 200 mln zł. W drugiej połowie roku rozpoczną się pierwsze inwestycje finansowane w ramach nowego okresu oprogramowania funduszy europejskich. Tylko z Regionalnego Programu Operacyjnego Mazowsze otrzyma w sumie 2,83 mld euro.

– Nasze wydatki będziemy dzielić na obszar inwestycyjny i nakłady bieżące, ale po raz pierwszy od wielu lat będzie to budżet, w którym zwiększymy wydatki inwestycyjne – powiedział agencji informacyjnej Newseria Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. – Na ten cel przeznaczymy prawie jedną trzecią pieniędzy w budżecie.

Przyczyną tak korzystnej sytuacji, jak tłumaczy marszałek, jest zmniejszenie janosikowego, czyli podatku płaconego przez najbogatsze województwa na rzecz najbiedniejszych. W ubiegłym roku Mazowsze zapłaciło z tego tytułu ok. 640 mln zł, na ten rok zobowiązania wynosiły 0,5 mld zł. W marcu ubiegłego roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że podatek jest niekonstytucyjny, bo nie pozostawia samorządom kwot wystarczających do wywiązania się z ich ustawowych obowiązków. Zgodnie z proponowanymi przez rząd zmianami Mazowsze zapłaci ponad 200 mln zł mniej.

Inwestycje będą dotyczyły przede wszystkim infrastruktury drogowej i mostowej – precyzuje Adam Struzik. – Mazowsze ma 3 tys. km dróg wojewódzkich, kilkaset obiektów mostowych inżynieryjnych i w związku z tym musimy przywrócić im finansowanie. Przeznaczymy w br. ponad 300 mln zł tylko na to, żeby utrzymywać infrastrukturę w przyzwoitym stanie.

Jedną z największych inwestycji będzie budowa dróg dojazdowych do nowego mostu w Solcu nad Wisłą.

Drugim ważnym obszarem, który będzie wspierany z budżetu województwa, będą wpłaty na utrzymanie i rozwój połączeń kolejowych. Na koleje trafi ponad 300 mln zł.

Dotację otrzymają Koleje Mazowieckie, którymi obecnie przemieszcza się 63 mln pasażerów, i Warszawska Kolej Dojazdowa mająca ponad 8 mln pasażerów – tłumaczy marszałek Mazowsza. – To bardzo ważne elementy mobilności Mazowsza: pracowników, studentów i wszystkich, którzy chcą dojechać i wyjechać z Warszawy.

Prawie 200 mln zł przeznaczonych zostanie na ochronę zdrowia, a na kulturę i oświatę – ok. 300 mln zł. Pieniądze trafią zarówno w formie inwestycji, jak i w postaci dofinansowania do działalności bieżącej.

W nowej perspektywie unijnej kluczowym projektem województwa będzie „Internet dla Mazowsza”. Zgodnie z jego założeniami wybudowana zostanie światłowodowa sieć szkieletowo-dystrybucyjna oraz dostępowa NGA (FTTB) w 33 miejscowościach. Celem projektu jest zapewnienie wszystkim mieszkańcom Mazowsza dostępu do sieci szerokopasmowej.

To jedna z największych inwestycji tego typu w Europie – przekonuje marszałek Struzik. – W tej chwili wyceniana jest na prawie 0,5 mld zł, z czego województwo przeznaczy na ten cel w tym roku ponad 50 mln zł. Nie jest to nowa inwestycja, ale kontynuowana.

W ramach nowego okresu programowania, jak zapowiada Adam Struzik, pierwsze inwestycje rozpoczną się mniej więcej w połowie br.

Mamy ciągle niedobory w infrastrukturze, ale program przyszłej perspektywy dotyczyć będzie głównie wsparcia przedsiębiorczości, dalszego rozwoju społeczeństwa informacyjnego, gospodarki niskoemisyjnej, czyli realizacji projektów optymalizujących zużycie energii – wymienia Struzik. – Takie projekty już zresztą realizujemy, np. wart ponad 40 mln zł projekt dla 12 szpitali dotyczący wykorzystania odnawialnych źródeł energii, które znacznie obniżą koszty funkcjonowania placówek. To w pewnym sensie kontynuacja rzeczy z zakończonej już perspektywy, która w tym roku będzie rozliczona.

W sumie w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego (RPO) Mazowsze ma otrzymać z funduszy europejskich 2,83 mld euro (obecnie 11,9 mld zł), z programów ogólnokrajowych kolejne 1,7 mld euro.