Co dziesiąty Polak ma dodatkowe dochody ze swoich pasji. 60 proc. chciałoby w ten sposób zarabiać

Na realizacji swoich pasji chce zarabiać 60 proc. Polaków – wynika z badania Visa Europe. 10 proc. już osiąga dodatkowe dochody dzięki swoim zainteresowaniom. Ich wysokość zależy od branży, ale średnio to 8 tys. zł rocznie. Przed przekształceniem pasji w stałą działalność gospodarczą Polaków powstrzymuje lęk przed niepowodzeniem, brakiem klientów i wysokimi kosztami.

60 proc. Polaków deklaruje, że chciałoby zarabiać na realizacji swoich pasji. Z naszego badania, w którym wzięło udział 18 tys. respondentów z całej Europy, a w Polsce ok. 1 tys. osób, wynika, że w zależności od branży, w której Polacy chcą zarabiać, dochody kształtują się na poziomie 8 tys. zł rocznie – mówi agencji Newseria Adrian Kurowski, dyrektor Visa Europe w Polsce, która zleciła przeprowadzenie badania „Everyone in Business”.

Najwięcej można zarobić na usługach budowlano-remontowych (12 tys. zł), nieco mniej zarabiają designerzy i producenci biżuterii (odpowiednio 11 i 10 tys. zł rocznie). Na korepetycjach i opiece nad dziećmi można zyskać ok. 9 tys. zł.

W Polsce 10 proc. osób zarabia na swoich pasjach, a dodatkowe zarobki w stałą działalność chce przekształcić 77 proc. Polaków (przy średniej europejskiej 72 proc.). Najczęściej wskazują, że prowadzenie własnej firmy wiąże się z ryzykiem – Polacy nie wiedzą, czy na rynku jest miejsce na ich biznes, boją się małej liczby zleceń, nie znają obsługi płatności innych niż bezgotówkowe.

Większość przedsiębiorców zaczyna w tzw. e-commerce, czyli poprzez propagowanie swojej działalności w internecie. Chcą mieć możliwość sprzedania dóbr czy usług, które proponują, w najbardziej efektywny sposób. Visa Europe wspiera ten trend poprzez możliwość akceptacji kart płatniczych w środowisku online – podkreśla Kurowski.

Jak zaznacza ekspert, pozwala to na zyskanie nowych klientów nie tylko w kraju, lecz także poza jego granicami. Dla przedsiębiorców, którzy mają często bezpośredni kontakt z klientem, stworzono możliwość korzystania z mobilnego terminalu płatniczego (mPOS), gdzie akceptacja karty odbywa się za pomocą specjalnej aplikacji na smartfonie, w związku z tym w dowolnym miejscu lub czasie.

– W ten sposób odpowiadamy na potrzeby przedsiębiorców. Większość osób, które chcą realizować swoje pasje, chce je też monetyzować i komercjalizować. Dajemy im takie możliwości, ułatwiając interakcję z konsumentami na całym świecie, a to co zapewnia tym firmom sukces – przekonuje dyrektor Visa Europe w Polsce.

Przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z proponowanych rozwiązań. Duże znaczenie mają stawki interchange, czyli opłaty pobierane za transakcje bezgotówkowe. W lipcu 2014 roku zostały zmniejszone do 0,5 proc. wartości transakcji. Nowelizacja ustawy o usługach płatniczych, która ma wejść w życie pod koniec stycznia przewiduje, że stawki będą jeszcze niższe – w przypadku kart debetowych ma wynieść 0,2 proc., a kart kredytowych – 0,3 proc.

Zaletą mobilnych terminali jest też generowanie niższych kosztów, co jest korzystne zwłaszcza dla tych mikroprzedsiębiorców, którzy dopiero wchodzą na rynek.

Mamy do czynienia z innym modelem biznesowym niż dotychczas. W tradycyjnym modelu, oprócz kosztu dzierżawy za terminal płacimy prowizję. W mPOS-ach mamy do czynienia tylko z kwotowo bądź procentowo ustaloną prowizją – tłumaczy Kurowski.

Nowoczesne rozwiązania proponowane przez banki stają się coraz popularniejsze. Z danych Visa Europe wynika, że Polacy są na pierwszym miejscu w Europie pod względem liczby dokonywanych płatności zbliżeniowych. Znacznie pomógł w tym program rozwoju sieci akceptacji „Kartą Visa zapłacisz wszędzie”, w ramach którego od 2010 r. zostało dofinansowane uruchomienie 160 tys. terminali, z czego prawie połowa to terminale zbliżeniowe. Liczba takich urządzeń osiągnęła 280 tys.

Na potrzeby badania „Everyone in Business” został opracowany interaktywny quiz, który pozwala osobom zarabiającym na swoich zainteresowaniach lub myślących o tym sprawdzić, do jakiego typu przedsiębiorców należą oraz na jakie czynniki muszą zwrócić szczególną uwagę, zwiększając skalę działania.

W Warszawie powstanie pierwsza w kraju dwupoziomowa zajezdnia autobusowa

W 2018 r. powstanie dwupoziomowa zajezdnia dla warszawskich autobusów. Poza obiektem przy ul. Redutowej ma powstać też nowa zajezdnia na Białołęce oraz centrala Nadzoru Ruchu. Miejskie Zakłady Autobusowe same sfinansują te projekty, częściowo z oszczędności uzyskanych dzięki niskim cenom paliw.

Zajezdnia przy ulicy Redutowej jest teraz wyłączona z ruchu, obecnie prowadzony jest przetarg na dokumentację techniczną zupełnie nowego zakładu. Chcemy, żeby w roku 2018 ta zajezdnia zaczęła działać – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych.

Nowa zajezdnia przy ul. Redutowej na warszawskiej Woli ma być pierwszym w kraju dwupoziomowym obiektem tego typu. Stary budynek powstał w 1964 r., jednak dzisiaj nie jest już wykorzystywany.

MZA planuje także budowę zupełnie nowej zajezdni na Białołęce. Ma ona obsługiwać północną część stolicy. Kolejna planowana inwestycja to modernizacja lub budowa całkowicie nowej Centrali Nadzoru Ruchu. Te są jednak na razie tylko plany i nie wiadomo, kiedy inwestycje zostaną zrealizowane.

Stawicki dodaje, że na razie nawet w przypadku inwestycji przy ul. Redutowej nie można mówić o kosztach.

W momencie, kiedy będziemy dochodzili do szczegółów, czyli do przetargów na budowę Redutowej i innych inwestycji, będziemy znali ich wartość – podkreśla Stawicki. ‒ Liczymy przede wszystkim na środki własne spółki.

Rzecznik MZA zauważa, że finansowanie inwestycji ułatwiają niskie ceny paliw, dzięki którym nieco więcej pieniędzy zostaje w kasie spółki. Stawicki zaznacza, że oszczędności nie mają wpływu na bieżące funkcjonowanie spółki, ale umożliwiają obniżenie średniej wieku taboru czy rozbudowę infrastruktury.

My de facto przewidywaliśmy spadek ceny paliw. To nie jest dla nas całkowite zaskoczenie. Natomiast te kwoty są na pewno zauważalne i już rozplanowaliśmy, gdzie zamierzamy ulokować te oszczędności – dodaje Stawicki.

Rynek reklamowy na wyraźnym plusie

CEO Magazyn Polska

O 3-4 proc. wzrósł rynek reklamy w ubiegłym roku – ocenia dom mediowy Mindshare Polska. W tym roku dynamika wzrostu może być nieco wyższa. Wbrew prognozom rosną wydatki na reklamę telewizyjną mimo silnej konkurencji ze strony reklamy wideo w internecie. O ok. 30 proc. rośnie rynek reklam na urządzenia mobilne.

2014 rok pod względem dynamiki przypominał to, co działo się w branży rok wcześniej. Szacujemy, że cały rynek wzrósł o 3-4 proc. – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adrian Kawecki, prezes zarządu Mindshare Polska.

W tym roku tendencja wzrostowa powinna się utrzymywać. Prognozy mówią o 4-5-proc. tempie rozwoju rynku, mimo że zabraknie dużych wydarzeń medialnych, które zwykle stymulują wzrost wydatków reklamodawców.

Mimo wszystko prognozujemy wzrosty w reklamie telewizyjnej oraz dalszy wzrost reklamy internetowej przy jednoczesnym spadku prasowej i mniej więcej stabilnym udziale wydatków na outdoor czy kino – mówi Kawecki.

Według domu mediowego Starlink wartość rynku telewizyjnego w okresie I-III kw. 2014 r. wzrosła o 6,3 proc. rok do roku, czyli do 2,66 mld zł, co stanowi 51,8 proc. całego rynku (5,14 mld zł). Mindshare szacuje, że w 2015 r. ten rynek wzrośnie o ok. 3 proc.

Wnioskując z obserwowanego wypełnienia przerw reklamowych oraz popytu na czas antenowy, możemy spodziewać się dalszych wzrostów budżetów alokowanych w TV. Niewykluczone są także ruchy inflacyjne w przypadku poszczególnych polityk handlowych stacji telewizyjnych – mówi prezes Mindshare Polska.

Rynkowi telewizyjnemu nie szkodzi szybki rozwój reklamy internetowej, a szczególnie segmentu wideo. Kawecki ocenia, że może na to wpływać multiscreening, czyli jednoczesne konsumowanie mediów na kilku urządzeniach, np. TV i laptopie. Reklamodawcy uczą się, jak to zjawisko wykorzystywać, na przykład integrując reklamy publikowane w telewizji i internecie.

Reklama internetowa, szczególnie wideo, w tym roku będzie rozwijać się najszybciej. Dynamika wzrostu jednak wyhamuje – IAB prognozuje, że będzie to już wzrost jednocyfrowy.

Rynek reklam na urządzenia mobilne dopiero się tworzy, ale bardzo już dynamicznie rośnie. Jak pokazują nasze badania, możemy oczekiwać wzrostu na poziomie nawet 30 proc. – podkreśla Adrian Kawecki.

Wielkość budżetów marketingowych zależy od branży. Wśród branż, które wydają coraz więcej, znalazł się sektor farmaceutyczny. Stabilne pozostają budżety w sektorze telekomunikacyjnym i finansowym, spadają za to wydatki firm z sektora żywności. Coraz mniej wydaje się także na reklamę produktów użytku domowego, komputerów oraz sprzętu audio i video.

Przybywa rozwiązań prorodzinnych. Mimo to trudno będzie wyjść z depresji demograficznej

W Polsce wprowadza się coraz więcej rozwiązań prorodzinnych. Resort pracy konsultuje pomysł wprowadzenia świadczenia w wysokości 1 tys. zł miesięcznie dla rodziców, którzy nie mogą skorzystać z urlopu macierzyńskiego. Dla rodziców przewidziane są też większe ulgi podatkowe na dzieci, a kolejne firmy i instytucje oferują zniżki na Kartę Dużej Rodziny. Wprawdzie dane za I półrocze 2014 r. mówiły o wzroście liczby urodzeń, jednak eksperci ostrzegają, że na trwałe odwrócenie trendu spadkowego trzeba będzie jeszcze poczekać.

Sytuacja demograficzna w Polsce w okresie transformacji w zasadzie w sposób ciągły jest negatywna. W ostatnim roku rząd zaczął się zastanawiać nad tym, co można zrobić, by odwrócić ten trend. Przez ostatnie 20 lat mamy dzietność zbliżoną do 1,3 średniorocznie, ale można temu przeciwdziałać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista w Szkole Głównej Handlowej.

Od 1995 roku poziom dzietności w Polsce spada – z 1,62 do 1,3 w 2012 roku. Delikatnie wzrósł tylko w latach 2004-2009 (z 1,22 do 1,4).

Jak wynika z danych GUS, w I półroczu 2014 r. po raz pierwszy od lat urodziło się więcej dzieci niż rok wcześniej (o 2 tys.), jednak to nie musi oznaczać trwałej zmiany trendu. Mimo że w Polsce podejmowanych jest coraz więcej inicjatyw prorodzinnych.

To także kwestia dłuższych urlopów macierzyńskich czy udogodnień, np. Kart Dużej Rodziny uprawniających rodziny wielodzietne do zniżek. W ostatnich latach faktycznie zaczęło się dużo dziać w polityce rodzinnej – podkreśla Kluza.

W 2013 roku rząd wydłużył do roku urlopy macierzyńskie. MPiPS podaje, że skorzystało z nich 300 tys. osób. Według nowego projektu resortu od 2016 roku wsparcie uzyskają również osoby, które prawa do urlopu nie mają – ze względu na sytuację zawodową. Świadczenie w wysokości 1 tys. zł miesięcznie przez rok po urodzeniu dziecka będzie więc przysługiwało bezrobotnym, studentom, rolnikom i pracującym na umowach o dzieło. W przypadku wieloraczków kwota będzie odpowiednio większa. MPiPS szacuje, że potencjalnie może ze świadczenia skorzystać 125 tys. osób.

W 2014 roku weszły w życie zmiany w zasadach odliczania ulgi na dziecko. Skorzystają na tym przede wszystkim rodziny wielodzietne i najbiedniejsze. Ulga na trzecie, czwarte i kolejne dziecko wzrośnie o 20 proc. Szacunki Tax Care mówią, że kwota odpisu na trzecie dziecko wyniesie ok. 2 tys. zł, a za każde następne blisko 2,7 tys. Nowością jest też całkowity zwrot odpisu na dziecko. Zyskają mniej zamożni, którzy jeśli kwota podatku była niższa niż wysokość odpisu, tracili różnicę. Teraz tę część ulgi ma im zwrócić urząd skarbowy.

Zdaniem eksperta zmiany idą w dobrym kierunku, jednak na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać, a zarządzanie procesami społecznymi to największe wyzwanie, jakie stoi przed rządzącymi w najbliższych latach.

Mało liczne pokolenia zaczną wchodzić na rynek pracy, a liczne pokolenia schodzące z rynku pracy sprawią, że będziemy mieli do czynienia z nierównomierną strukturą wieku ludności – podkreśla były minister finansów. – Może to oznaczać, że albo trzeba będzie znacząco podnieść podatki i składki osób pracujących, co nie byłoby dobre, albo pójść w druga stronę, czyli istotnie obniżyć bieżącą wartość świadczeń emerytalnych, co również byłoby nieskuteczne.

Dla stabilnego rozwoju demograficznego na jedną parę powinno przypadać ponad dwoje dzieci. GUS obliczył, że jeśli nie uda się odwrócić niekorzystnej tendencji, to w 2035 roku liczba ludności w Polsce spadnie poniżej 36 mln, a osoby w wieku produkcyjnym będą stanowić 64 proc. (obecnie ok. 70 proc.). W 2060 roku będzie to zaledwie 54 proc.

Pytanie, kiedy jesteśmy w stanie wrócić do tej zasady dwójki dzieci, żeby nie pogłębiać luki demograficznej i liczyć na przynajmniej częściową zastępowalność pokoleń – mówi Kluza. – Odliczając osoby, które nie mogą mieć dzieci, na małżeństwo powinna przypadać trójka dzieci. To scenariusz mało prawdopodobny. Oznacza to, że w długim horyzoncie czasu nie możemy jeszcze liczyć na przełamanie problemu depresji demograficznej w Polsce – ocenia.

DM BPS: konsumenci mają pieniądze, inflacja jest niska, więc spółki detaliczne mogą dać zarobić inwestorom w tym roku

CEO Magazyn Polska

Spółki detaliczne mogą być beneficjentem zapowiadanego przez analityków wzrostu spożycia indywidualnego w tym roku Marcin Stebakow z DM Banku BPS za warte uwagi uznaje walory średniej wielkości firm z branży odzieżowo-obuwniczej szyjących w kraju. Ale dobrą stopą zwrotu może pochwalić się także sprzedająca ubranka dla najmłodszych, mająca sieć sklepów w Polsce i za granicą, spółka CDRL, właściciel marki Coccodrillo.

Jeśli chodzi o aktualne rekomendacje z branży odzieżowo-obuwniczej, to LPP i CCC mam na „sprzedaj”, pozostałe spółki zostały w tym rajdzie zrealizowane, mam tu na myśli Monnari i Bytom – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku Polskiej Spółdzielczości (BPS). – Ciekawie prezentuje się Solar, który ostatnio mocno rośnie, ale tutaj poziom zysku rok do roku jest diametralnie różny. Spółka ma problemy z corporate governance (ładem korporacyjnym, czyli zasadami i normami odnoszącymi się do zarządzania organizacją oraz relacjami między akcjonariuszami – red.). Ewentualne uporządkowanie struktury związanej z włączeniem spółki zależnej Grutex może spowodować pewne problemy ze zrozumieniem tego, jak ta spółka działa.

Ogólnie, jak twierdzi dyrektor DM Banku BPS, w branży odzieżowo-obuwniczej jest teraz wiele czynników, które negatywnie wpływają na rentowność. Inwestorzy będą więc oceniać poziom przychodów i kosztów.

Z racji wysokiej bazy dalej polecałbym spółki Gino Rossi oraz Bytom, które szyją m.in. w Polsce – wskazuje Marcin Stebakow. – Monnari wciąż jest bardzo ciekawą inwestycją. Cena Wojasa w dalszym ciągu nie dochodzi do mojego poziomu docelowego, czyli 12 zł. Prima Moda ma swoje problemy: jej akcji raczej bym nie rekomendował ze względu na to, że na poziomie zysku netto, po odliczeniu kosztów, firma nie generuje dodatniego wyniku, dlatego o wartości dla akcjonariuszy też nie może być na chwilę obecną mowy.

Ciekawie natomiast zapowiada się zdaniem analityka mająca sieć sklepów z odzieżą dla najmłodszych spółka CDRL, która zadebiutowała pod koniec października ub.r. Obecnie firma ma w Polsce (pod marką Coccodrillo) 200 salonów, a za granicą – 145 (między innymi w Austrii, Czechach, na Węgrzech, Słowacji, w Rumunii, krajach bałtyckich, a także Arabii Saudyjskiej, Mongolii oraz Libii). W ofercie publicznej jej walory sprzedawane były po 14,90 zł (w transzy dla inwestorów indywidualnych). Redukcja zapisów wyniosła prawie 82 proc., ale w pierwszym dniu notowań jedna akcja wyceniana była zaledwie o 2,68 proc. drożej. W połowie listopada ub.r. jednak ich cena osiągnęła dotychczasowe maksimum w wysokości około 20 zł (obecnie 18 zł).

Oferta Smyka jest, rzecz jasna, bardziej rozproszona ze względu na zabawki, Coccodrillo koncentruje się tylko na ubrankach – precyzuje Marcin Stebakow. – Ale to nowa spółka, która może stanowić ciekawy dodatek do portfela inwestora koncentrującego się na rynku detalicznym, pomijając inne wartości związane z dolarem czy popytem konsumenckim. Ten ostatni  według mnie  powinien się zresztą poprawiać głównie ze względu na lepsze perspektywy makroekonomiczne Polski. Konsumenci mają pieniądze, inflacja jest niska, dlatego spółki detaliczne, jak sądzę, mogą być beneficjentami wzrostu spożycia indywidualnego.

Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło w grudniu ubiegłego roku o 3,7 proc., podczas gdy oczekiwano wzrostu o 3 proc. Z kolei wskaźnik poziomu cen pozostawał szósty miesiąc z rzędu poniżej poziomu sprzed roku, a co więcej, spadek cen pogłębił się do 1 proc. To zwiększa siłę nabywczą konsumentów.

Spektrum spółek odzieżowo-obuwniczych, w które może angażować się inwestor, mogłoby być jednak szersze. Niestety, większość dużych przedsiębiorstw z branży odzieżowo-obuwniczej, jak zauważa Stebakow, woli się trzymać z dala od giełdowych notowań.

Kiedyś próbowały się sprzedać Wittchen oraz Kazar, być może, z racji koniunktury, spółki te wznowią procedurę w Komisji Nadzoru Finansowego związaną z prospektem emisyjnym i zechcą zadebiutować – przypuszcza Stebakow. – Pytanie tylko, jak to może być postrzegane. Obecnie wiadomo, że w sektorze detalicznym, szczególnie w branży spożywczej, trwa konsolidacja, czyli wykupywanie przez inwestorów finansowych albo branżowych podmiotów.

Ale analitycy, jak zapewnia Marcin Stebakow, nie mają informacji o konkretnych, nadchodzących ofertach publicznych i debiutach firm z tego sektora.

Wiadomo jednak, że to może być ukrywane aż do samego momentu podpisania czy zweryfikowania prospektu emisyjnego – zastrzega Stebakow. – Na pewno jest miejsce na takie spółki. Obecnie to ciekawy segment biznesu, szczególnie w kontekście informacji o popycie wewnętrznym. Sądzę więc, że część firm może wrócić do procedury prospektowej i jednak zadebiutować.

R. Sadoch (Plus Bank): w 2015 r. produkcja przemysłowa będzie rosnąć

CEO Magazyn Polska

Słaby złoty i poprawa koniunktury w Europie Zachodniej powinny napędzić polski przemysł w tym roku. Eksporterzy już udowodnili, że radzą sobie ze znalezieniem nowych rynków zbytu, a kurs europejskiej waluty jest dla nich bardzo korzystny. W związku z powyższym produkcja przemysłowa może rosnąć w 2015 r. szybciej niż w 2014 r.

W 2015 roku koniunktura w polskim przemyśle powinna się poprawiać. Gospodarka niemiecka, która jest naszym głównym partnerem handlowym, prawdopodobnie będzie rosła silniej niż w 2014 roku. Wskaźniki koniunktury pokazują, że poprawia się sytuacja w polskim sektorze przemysłowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku.

W styczniu nastroje wśród niemieckich analityków i inwestorów instytucjonalnych w odniesieniu do sytuacji gospodarczej kraju okazały się dużo lepsze od tych z grudnia oraz od oczekiwań. Indeks ZEW, opublikowany we wtorek, osiągnął wartość 48,4 pkt, najwyższą od 11 miesięcy. W grudniu miał on poziom niespełna 35 pkt, a ekonomiści spodziewali się styczniowego odczytu na poziomie 40 pkt. Według danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2014 r. ponad 26 proc. polskiego eksportu trafiło do Niemiec. Był to wzrost o ponad jeden punkt procentowy rok do roku.

Zgodnie z prognozami Ministerstwa Gospodarki w całym 2014 r. dynamika sprzedaży w przemyśle i budownictwie przekroczy 3 proc., a w samym tylko grudniu mogła sięgnąć 5 proc. rok do roku. Dokładne dane Główny Urząd Statystyczny poda w środę o 14:00.

Produkcję przemysłową napędza eksport, który korzysta na wciąż silnym wobec złotego euro. Dzięki temu, że europejska waluta kosztuje ponad 4,30 zł, polskie produkty stają się bardzo atrakcyjne cenowo na Zachodzie. To w ocenie eksperta powinno skompensować utratę rynków na Wschodzie związaną z rosyjskim embargiem oraz kryzysem na Ukrainie.

Ekonomista Plus Banku zwraca uwagę także na to, że producenci żywności już pokazali, że potrafią zdobywać nowe rynki zbytu, i to nie tylko na naszym kontynencie, lecz także w Azji i Afryce. Podobnie może dziać się w pozostałych branżach przemysłu.

W 2012 roku, gdy strefa euro pozostawała w trudnej kondycji, polscy producenci eksportowali na Wschód, do Rosji i na Ukrainę. Gdy ta sytuacja się odwróciła, środek ciężkości został przerzucony gdzie indziej. Zatem nie martwiłbym się o to, że polscy eksporterzy czy producenci nie poradzą sobie w niekorzystnej sytuacji – przekonuje Sadoch.

Kontrakty terminowe to inwestycja dla profesjonalistów. Trzeba mieć wiedzę, doświadczenie i szczęście

0

CEO Magazyn Polska

Kontrakt terminowy to instrument finansowy o wielkim potencjale. Pozwala inwestorom dużo zarobić nie tylko w czasie giełdowej hossy, lecz także podczas spadków. Niestety, źle wybrane instrumenty typu futures mogą przełożyć się na spore straty. Dlatego na tym rynku powinni grać tylko inwestorzy z dużą wiedzą i doświadczeniem. Można je zdobyć w rozpoczynającym się konkursie Futures Masters organizowanym przez GPW.

Kontrakt terminowy to instrument lewarowany, czyli taki, który korzysta z dźwigni finansowej, pomnażający zyski w razie udanych inwestycji, ale i zwielokrotniający straty w przypadku dokonania niewłaściwego wyboru.

 Tam, gdzie działa dźwignia finansowa, mamy do czynienia ze zwiększonym ryzykiem, jeżeli chodzi o porównanie z rynkiem kasowym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Neidek, analityk Domu Maklerskiego mBanku, jeden z mentorów w konkursie Futures Masters. Grając na kontraktach terminowych, należy mieć świadomość, że niewielki ruch instrumentu bazowego sprawia, że z kontraktu można uzyskać naprawdę pokaźną stopę zwrotu. Bo myślę, że dwucyfrowa stopa zwrotu zainwestowanego kapitału w ciągu jednego dnia to jest wysoki zarobek.

W ekonomii nie ma jednak cudów, więc potencjalnie wysokie zyski mogą też oznaczać wysokie straty.

Trzeba także myśleć o negatywnej stronie takiej inwestycji  podkreśla Piotr Neidek. – Mówię tu o ryzyku związanym z kontraktami terminowymi. Złe ustawienie poziomu stop-loss [wartości, przy której następuje automatyczne wyjście z inwestycji, zanim osiągnie ona niekorzystne poziomy – red.], zajęcie złej pozycji czy niezareagowanie na czas na zmieniające się warunki na rynku sprawia, że z początkowego kapitału dosyć dużo może stracić w ciągu jednego dnia. Dlatego kontrakty terminowe tak naprawdę powinny być instrumentem dostępnym tylko dla profesjonalnych inwestorów.

Wiedza i dobra strategia przy inwestycjach w kontrakty terminowe są bardzo ważne. Warto korzystać z analizy technicznej oraz ocenić kondycję spółek i całego rynku. Ale to nie wszystko.

Na rynku kontraktów terminowych duże znaczenie, jeżeli chodzi o prognozowanie przyszłości, ma szczęście zwraca uwagę analityk Domu Maklerskiego mBanku. Jak ma się nosa do bieżącego trendu, czyli tak naprawdę dobrze się czuje na przykład w układzie wzrostowym i potrafi zagrać dokładnie z trendem wzrostowym, no to wynik może okazać się naprawdę spektakularny. Gorzej, jeżeli jest się optymistą i trafi się w trend spadkowy. Tutaj szczęście to połowa sukcesu, a druga połowa to właśnie ta analiza.

Rynek kontraktów terminowych to wyzwanie, z którym mierzą się raczej giełdowi zawodowcy niż amatorzy. Zawodowcem zaś zostaje się dzięki wiedzy i doświadczeniu. Jedno i drugie można zdobyć w konkursie Futures Masters, organizowanym przez GPW, któremu patronuje też agencja informacyjna Newseria. Obecnie trwają zapisy oraz gra testowa. Właściwe zawody, w których wygrać można nagrody warte w sumie 70 tys. zł, rozpoczynają się 26 stycznia.

Zdaniem analityka DM mBanku jest to znakomity pomysł. Początkującym w osiąganiu sukcesów na tym rynku najbardziej przeszkadza psychologiczna bariera strachu o własny kapitał. W konkursie inwestuje się wirtualne pieniądze, bez ryzyka uszczerbku na własnym majątku, co umożliwia uczestnikom zagranie na rynku kontraktów z rozmachem. Kto przegra rundę, w kolejnym tygodniu wraca do gry z pełnym portfelem. To sprawia, że grający nie boją się podejmować ryzyka.

 Dobra rada dla uczestników brzmi tak: nie bójcie się ryzyka. Konkurs trwa pięć tygodni, czyli daje pięć szans na to, żeby zagrać agresywnie i wygrać, bo tutaj nie ma miejsca na liberalne strategie. Jest mało czasu na decyzję i dużo uczestników, ale aż pięć szans na to, by zaryzykować i wygrać, trzeba to wykorzystać. 

9 mln Polaków 50+ nie korzysta z internetu. Koszty wykluczenia cyfrowego to 24 mld zł

Blisko 80 proc. z 13 mln Polaków powyżej 50. roku życia nie korzysta z internetu. Wykluczenie cyfrowe oznacza 24 mld zł strat dla budżetu państwa i gospodarstw domowych. Eksperci podkreślają, że szkolenia to za mało, by przekonać ludzi w tej grupie wiekowej do internetu. Trzeba te osoby odpowiednio zmotywować i pokazać im, jakie korzyści może przynieść sieć.

Jeśli 9 mln Polaków w wieku 50+ przekonałoby się w jakimś stopniu do internetu, to wpłynęłoby to pozytywnie na naszą gospodarkę, bo ich nieobecność kosztuje nas rocznie 24 mld zł. Aby to się jednak udało, musimy wyjść do ludzi z ofertą, która nie będzie formalną edukacją, tylko czymś w rodzaju spotkań, podczas których postawimy wspólnie pierwsze kroki w internecie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes zarządu Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.

Jak przekonują eksperci, integracja cyfrowa tej grupy Polaków oznacza nowe możliwości podejmowania pracy lub zwiększania zarobków, a co za tym idzie dodatkowe składki na NFZ czy ZUS. Ponadto znaczące oszczędności są możliwe poprzez przeniesienie kontaktu z administracją do sieci. Jak wyliczyła firma PwC na zlecenie Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, ok. 2,4 mld zł mogliby zaoszczędzić sami zainteresowani – dzięki możliwości kupowania online i posiadaniu internetowego konta bankowego.

Musimy przestać uczyć, edukować, szkolić i zacząć zachęcać, motywować i inspirować – przekonuje Krzysztof Głomb. – To pozwoli pokonać podstawową w tym pokoleniu barierę, jaką jest zrobienie pierwszych kroków w internecie.

Jego zdaniem to bariera psychologiczna jest większym problemem dla wykluczonych cyfrowo niż samo opanowanie obsługi komputera i korzystania z sieci. Tym bardziej że osoby te potrzebują zwykle prostych umiejętności. Chcą wiedzieć, jak korzystać ze smartfona, tabletu, Skype’a,  jak skontaktować się z urzędem czy jak zrobić zakupy e-sklepem.

Dlatego programy muszą uwzględniać ten psychospołeczny element, który powoduje, że ponad 80 proc. ludzi w grupie 50+ nie decyduje się na to, by wziąć udział w jakichkolwiek zajęciach związanych z nauczeniem się korzystania ze świata cyfrowego – mówi prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. – To powinny być spotkania, w trakcie których oni dowiadują się najpierw o tym, jakie ich potrzeby codzienne mogą być realizowane przez internet, np. zakupy, dostęp do kultury, kontakt z bliskimi.

Jedną z inicjatyw, które temu służą, jest program Polska Cyfrowa Równych Szans, realizowany przez Stowarzyszenie oraz resort administracji i cyfryzacji. Na rzecz włączenia dorosłych w cyfrowy świat działają wolontariusze, lokalni animatorzy, tzw. latarnicy. W ciągu dwóch lat blisko 3 tys. wolontariuszy przeszkoliło ponad 175 tys. osób.

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa na cyfryzację społeczeństwa i administracji będzie do wykorzystania ponad 2 mld euro.

Kwestie wykluczenia cyfrowego w grupie 50+ były jednym z tematów konferencji „Jak cyfryzować Polskę? Gospodarczy i obywatelski wymiar nowoczesnych technologii telekomunikacyjnych i informatycznych” zorganizowanej przez Instytut Sobieskiego.

Rynek walutowy czeka na decyzję EBC. Jeżeli bank osłabi euro, frank może jeszcze podrożeć

CEO Magazyn Polska

Wkrótce kolejny dzień próby dla franka szwajcarskiego. Podczas czwartkowego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego może zapaść decyzja o wprowadzeniu programu skupu obligacji. To może osłabić euro i w konsekwencji jeszcze wzmocnić walutę Szwajcarii, także wobec złotego.

– Rynki spekulują, że 22 stycznia podczas posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego dojdzie do wprowadzenia programu QE, czyli luzowania ilościowego skupu obligacji, co dodatkowo spowoduje osłabienie euro. Zakładamy, że działanie banku Szwajcarii było pewnym wyprzedzeniem tego, co stanie się 22 stycznia – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange. – Na rynku będzie bardzo duże zamieszanie. Jeśli nie dojdzie do wprowadzenia programu QE, może być jeszcze bardziej ciekawie, bo wtedy euro będzie bardzo mocno zyskiwać, a złoty znowu powróci do trendu wzrostowego. To będzie szansa na umocnienie naszej waluty i ponowne zejście kursu franka w rejon 3,60.

Po spektakularnym umocnieniu 15 stycznia frank pozostaje relatywnie drogi. Mimo że od panicznej reakcji inwestorów szwajcarska waluta sporo straciła na wartości, nadal kosztuje ok. jednego euro i ok. 4,30 zł.

– Jeśli euro będzie się dalej osłabiać, to para EUR/CHF, która była powiązana z frankiem szwajcarskim, znowu zacznie spadać. Czyli w efekcie będziemy mieli pogłębienie spadków – mówi Marek Paciorkowski.

W ubiegłym tygodniu bank Szwajcarii podjął niespodziewaną decyzję o wstrzymaniu obrony swojej waluty na poziomie 1,20 do euro. Zaskoczony rynek zareagował skokowym wzmocnieniem wartości franka z niespełna 3,60 zł do ponad 5 zł, po czym nastąpiła jego stabilizacja na poziomie 4,25-4,30 zł.

– Na naszej platformie był to poziom 4,90, ale jako że była to ogromna zmienność, to spready na rynku bardzo się rozszerzyły. Nikt nie miał nawet szansy złożenia takiej transakcji, my zresztą też staraliśmy się w jakiś sposób bronić – opowiada Marek Paciorkowski.Tym bardziej że przy tak dużej zmienności bardzo trudno w ogóle trafić w cenę. Obroty musiały być bardzo duże i raczej były realizowane zlecenia oczekujące, przez co kurs w tym momencie zachował się niestabilnie.

Po pierwszej reakcji rynku, po tak silnym umocnieniu franka, inwestorzy zaczęli się reflektować. Aby zrównoważyć swoje niespodziewane posunięcie, bank Szwajcarii poinformował też, że obciął stopy procentowe. W ten sposób trochę uspokoił panikę na rynku.

Rynek zaczyna odreagowywać pierwszą falę umocnienia – tłumaczy Marek Paciorkowski.Po czym przez resztę dnia koryguje ten cały ruch, stabilizuje się. I kolejne dni przyniosą odpowiedź, czy to był wystrzał spekulacyjny i rynek powróci do równowagi sprzed decyzji, czy jednak inwestorzy znajdą w tym jakiś powód, aby dalej tę walutę umacniać, bo będą kolejne posunięcia.

Inwestorzy zadają sobie bowiem ważne pytanie: co stanie się 22 stycznia, co zrobi EBC i jak rynek na to zareaguje.

Przełom w leczeniu WZW C. Jest szansa na wygranie z wirusem

CEO Magazyn Polska

W Polsce na WZW C choruje ok. 230 tys. osób. Po 25 latach od wykrycia wirusa HCV naukowcy potrafią wyleczyć wywoływane przez niego wirusowe zapalenie wątroby typu C. Nowe leki mają niemal stuprocentową skuteczność, nie mają skutków ubocznych i działają znacznie szybciej niż dotychczas stosowane kombinacje leków. Nadzieją na walkę z chorobą są terapie z grupy ABT, skuteczne w genotypie 1B, czyli tym najczęściej występującym w naszej populacji.

Wirusowe zapalenie wątroby typu C różni się zasadniczo od innych typów wirusowych zapaleń wątroby. Charakteryzuje się przede wszystkim długim, nawet wieloletnim, bezobjawowym albo bardzo łagodnym przebiegiem. W efekcie najczęściej chory zgłasza się do lekarza, gdy jest już za późno na leczenie farmakologiczne.

Do zakażeń wirusem dochodzi głównie poprzez kontakt z zakażoną krwią i korzystanie z niejałowego sprzętu medycznego. WZW C jest główną przyczyną występowania marskości wątroby oraz raka wątrobowokomórkowego. Szacuje się, że na całym świecie na chorobę tę cierpi nawet 170 mln ludzi, w Polsce – 230 tys.

Są trzy elementy, które pomogłyby zlikwidować problem HCV w Polsce. Po pierwsze, musimy zahamować generowania nowych zakażeń. Po drugie, musimy w odpowiednim momencie zdiagnozować pacjentów, jeżeli nie wyjdziemy z systemowym badaniem przesiewowym, to pacjenci przyjdą do nas za późno. Po trzecie, musimy oczywiście udostępnić leki, a dysponujemy takimi o bardzo wysokiej skuteczności, nawet 90-100 proc. Dzięki temu jesteśmy w stanie wyleczyć populację osób zakażonych i pozbyć się wirusa HCV – mówi prof. dr hab. n. med. Waldemar Halota, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Collegium Medicum im. L. Rydygiera w Bydgoszczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Podstawowym celem leczenia zapalenia wątroby jest uzyskanie trwałego zahamowania namnażania się wirusa, a w konsekwencji remisja choroby. Jeszcze do niedawna skuteczność większości terapii lekowych, bardzo obciążających dla organizmu pacjenta, oceniana była między 50 a 70 proc. trwałych wyleczeń. W ostatnich latach naukowcy opracowali wiele nowych terapii, których skuteczność sięga nawet 100 proc. Są to leki określane jako DAA (direct acting antivirals), które hamują aktywność proteazy czy polimerazy HCV. Leki te są jednak bardzo drogie, w związku z czym nie w każdym kraju są dopuszczone do użytkowania.

Powoduje to perturbacje natury społecznej, ekonomicznej, prawnej i etycznej. Scenariusz minimum jest taki, że leki te będą dostępne dla niewielkiej liczby pacjentów w ramach tzw. programu lekowego, którego kryteria włączenia i wykluczenia będą bardzo wąskie i tylko nieliczni terapię uzyskają. Scenariusz maksimum to program, który zakłada, że leczymy wszystkich potrzebujących, być może byłby to narodowy program. Wtedy oczywiście musimy zadbać o to, żeby wykryć jak najwięcej osób, które mają wiremię, które mają tego wirusa we krwi, a potem zaoferować im skuteczne leczenie – mówi dr Krzysztof Łanda, prezes zarządu Fundacji Watch Health Care.

W zależności od tego, ilu pacjentów byłoby leczonych, zmieniałaby się cena efektywna tych nowoczesnych leków. Im większa liczba pacjentów, tym niższa cena leku wynegocjowana z Komisją Ekonomiczną i ministrem zdrowia. Zdaniem ekspertów skuteczne wyleczenie wszystkich osób zarażonych wirusem daje teoretyczną możliwość zmniejszenia rezerwuaru tego wirusa w społeczeństwie, czyli ograniczenie liczby osób chorych i zakażonych, które są potencjalnym źródłem zakażenia dla kolejnych ludzi. Nowe kombinacje leków są bardzo dobrze tolerowane przez chorych i do 12 tygodni skracają czas trwania kuracji. Dotychczasowe sposoby leczenia wywoływały bardzo często objawy grypopodobne, złe samopoczucie i depresję.

– Jest to inwestycja. Bo dzisiaj osób leczonych byłoby dużo, ale jeżeli je wyleczymy, to bardzo szybko możemy ograniczyć liczbę chorych, a dzięki temu w ciągu kilku lat zmniejszyć nakłady na leczenie – mówi dr Krzysztof Łanda.

Dotąd nie opracowano szczepionki przeciwko WZW C. Dla większości chorych jedynym ratunkiem jest przeszczep wątroby. W Polsce wykonuje się jednak zaledwie 30 transplantacji tego organu rocznie.

W walce z wirusowym zapaleniem wątroby typu C bardzo ważna jest profilaktyka, a więc niedopuszczanie do zakażenia. W tym celu należy unikać niesprawdzonych gabinetów kosmetycznych, salonów tatuażu, gabinetów medycznych, w których mogą nie zostać zachowane zasady czystości i sterylności igieł i narzędzi. W razie podejrzenia kontaktu z zakażoną krwią należy niezwłocznie udać się do lekarza pierwszego kontaktu i przeprowadzić badania krwi: na obecność przeciwciał anty-HCV, których pojawienie się może oznaczać zakażenie, próby wątrobowe oraz badanie metodą PCR, które wykaże, czy we krwi znajduje się materiał genetyczny wirusa.

Ferrero kończy budowę hali produkcyjnej i magazynów koło Grójca. Będzie wykorzystywać w nich zieloną energię z własnych źródeł

0

CEO Magazyn Polska

Ferrero, producent słodyczy, na przełomie lipca i sierpnia planuje zakończenie budowy nowej hali produkcyjnej oraz magazynu koło Grójca i rozpoczęcie montażu urządzeń. Nowe obiekty będą w większym stopniu korzystać z technologii ekologicznych. Firma chce zainwestować w kogenerację lub produkcję zielonej energii na własne potrzeby.

Stawiamy ogromną halę produkcyjną o powierzchni 20 tys. mkw. z budynkami towarzyszącymi oraz magazyn wysokiego składowania na 33 tys. miejsc paletowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Cezary Więcław, dyrektor generalny fabryki Ferrero Polska. – Jesteśmy zmuszeni do tego, by zwiększyć możliwości produkcyjne, a to wymaga wybudowania nowej powierzchni.

Obie inwestycje realizowane są w Belsku Dużym koło Grójca, gdzie do tej pory działa spółka. Część budowlana inwestycji ma się zakończyć na przełomie lipca i sierpnia. Zaraz potem rozpocznie się montaż urządzeń.

Przewidujemy zainstalowanie tam kilku różnych linii produkcyjnych, terminarz prac jest w tej chwili ustalany – tłumaczy Więcław. – Wyroby, które w tej chwili wytwarzamy, sprzedają się bardzo dobrze, rośnie również zapotrzebowanie naszych odbiorców. Nowa inwestycja jest właśnie po to, by sprostać coraz większym zamówieniom.

Ferrero zapowiada kolejne inwestycje – tym razem w energooszczędność. Trwają prace nad projektami w zakresie wykorzystania ekologicznych źródeł energii.

Mamy dwa urządzenia do kogeneracji [produkcja energii elektrycznej w połączeniu z wytwarzaniem ciepła użytkowego – red.]. Zastanawiamy się, w którym kierunku pójść: czy produkować zieloną energię, korzystając z wiatru i słońca, czy raczej rozbudowywać kogenerację – wskazuje dyrektor generalny fabryki Ferrero Polska.

Firma rozważa kilka projektów i na razie za wcześnie jest, by mówić o tym, który z nich zostanie zrealizowany.

Mamy wizję zielonego zakładu, w którym potrzeby energetyczne realizowane są we własnym zakresie. Czasami, na przykład w dni świąteczne czy wolne od pracy, energia będzie mogła być sprzedawana na zewnątrz, ale przede wszystkim będzie wspierać naszą produkcję – mówi Cezary Więcław.

Ferrero prowadzi działalność produkcyjną w Polsce od 1993 roku, kiedy powstała pierwsza fabryka w okolicach warszawskiego Wilanowa, w której pakowano drażetki Tic-Tac. W 1997 roku została uruchomiona fabryka w Belsku Dużym koło Grójca. Obecnie zakład realizuje zamówienia nie tylko na rynek polski, lecz także produkuje i konfekcjonuje na potrzeby odbiorców m.in. z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Włoch, Hiszpanii, krajów Europy Wschodniej i Środkowej. Produkty z fabryki w Belsku trafiają także na inne kontynenty, w sumie do około 60 krajów świata.

Poprawia się sytuacja branży budowlanej. Najlepiej sprzedają się niewielkie i w miarę niedrogie mieszkania

Branża budowlana powoli przyspiesza, ale deweloperzy wciąż notują wyniki znacznie gorsze niż w szczycie koniunktury kilka lat temu. J.W. Construction Holding w zeszłym roku sprzedało ok. tysiąca mieszkań – to niemal trzykrotnie mniej niż 7-8 lat temu. Najlepiej wciąż sprzedają się najtańsze, niewielkie mieszkania.

Myślę, że 2014 rok można zaliczyć do udanych. Na pewno był lepszy niż poprzednie kilka lat, a 2015 rok będzie przynajmniej porównywalny, jak nie lepszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Józef Kazimierz Wojciechowski, przewodniczący rady nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.

Wojciechowski zdradza, że w ubiegłym roku firma sprzedała ok. tysiąca mieszkań. Oznacza to odbicie po kilku latach znacznego spowolnienia. Jest to jednak wynik nieporównywalny z danymi sprzed 7-8 lat – wtedy J.W. Construction sprzedawało rocznie nawet 2,5-3 tys. lokali.

Szef rady nadzorczej dewelopera dodaje, że w tym roku dynamikę wzrostu sprzedaży spółka powinna utrzymać na poziomie dwucyfrowym. Wojciechowski nie chce jednak podawać dokładnych prognoz, by, jak mówi, nie rozczarować inwestorów.

W tym roku J.W. Construction rozpocznie nowe inwestycje w Gdyni, Katowicach i Warszawie na posiadanych już gruntach. W strukturze sprzedaży dominują najmniejsze, tanie lokale.

Duże mieszkania to rodzynki. Większość ludzi potrzebuje małego i taniego mieszkania, najlepiej we w miarę dobrej lokalizacji – wyjaśnia Wojciechowski.

Mimo niskich stóp procentowych, a tym samym słabego oprocentowania lokat bankowych, niewiele osób decyduje się na zakup mieszkania w ramach inwestycji. Wojciechowski podkreśla, że zakupy inwestycyjne to obecnie niewielki odsetek całego portfela.

Choć koniunktura poprawia się już po kilka latach spowolnienia, rynek wciąż jest wrażliwy. Przewodniczący rady nadzorczej podkreśla, że jednym z zagrożeń jest sytuacja na Ukrainie – niepewność gospodarcza i polityczna może przenieść się na rynek polski. Wojciechowski nie oczekuje podwyższenia stóp procentowych, co pozytywnie wpływa na dostępność kredytów, jednak dodaje, że niewiadomą jest też zachowanie inwestorów giełdowych w tym roku.

Trudnością dla deweloperów pozostaje skomplikowany i czasochłonny proces uzyskiwania pozwoleń na budowę, choć 2014 rok był pod tym względem nieporównywalnie lepszy od 2013 roku. Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku deweloperzy oddali do użytku 58,9 tys. mieszkań (co stanowiło 41,1 proc. ogólnej liczby mieszkań oddanych do użytkowania), czyli o 4,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie uzyskali oni pozwolenia na budowę niemal 77,5 tys. mieszkań, czyli o 38,3 proc. więcej niż w 2013 roku. Znaczący wzrost (o 35,8 proc.) odnotowano również w liczbie mieszkań, których budowę rozpoczęto.

Na rynek w ograniczonym stopniu wpłynie program Mieszanie dla Młodych, ponieważ rządowy program wsparcia wystartował już rok temu i deweloperzy poczynili odpowiednie przygotowania, a teraz realizują już tylko inwestycje.

Wzrost konsumpcji może spowodować ożywienie w sektorze opakowań

CEO Magazyn Polska

Wraz ze wzrostem spożycia mleka i soków poprawia się koniunktura na rynku opakowań. Firma Tetra Pak, lider tego rynku, stawia na coraz bardziej ekologiczne technologie pakowania produktów spożywczych, które pozwalają ich producentom na obniżenie kosztów produkcji, np. poprzez oszczędność wody, oraz ograniczają ilość marnowanej żywności. Na rynku najbardziej popularne są opakowania aseptyczne,  które gwarantują dłuższą trwałość wartościowych produktów, takich jak np. mleko.

Rynek opakowań, szczególnie opakowań do żywności płynnej, jest nierozerwalnie związany z przemysłem spożywczym. Wszelkie zjawiska dotyczące przemysłu spożywczego odbijają się na rynku opakowań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Kołton, dyrektor generalna Tetra Pak na rynek polski, czeski, węgierski i słowacki. ‒ W drugiej połowie roku obserwowaliśmy wzrost zarówno kategorii sokowej, jak i mleczarskiej.

Dzięki temu wzrosła również sprzedaż opakowań. Jest to odwrócenie trendu po słabszym pierwszym półroczu, kiedy konsumpcja mleka była niższa. To właśnie opakowania do tego produktu stanowią jedną z najważniejszych grup produktowych Tetra Pak.

Widzimy zdecydowanie większe zainteresowanie produktami o bardziej przyjaznymi dla środowiska. Na przestrzeni ostatnich miesięcy mieliśmy bardzo dużo zapytań o takie opakowania. Wydaje mi się, że właśnie w tym kierunku będą zmierzały innowacje w przemyśle zarówno sokowym, jak i mleczarskim – podkreśla Kołton.

Podkreśla, że również dla Tetra Pak ważne jest to, aby przekonać klientów do rozwiązań korzystnych dla środowiska naturalnego. Dlatego spółka promuje opakowania aseptyczne, w których produkcji jest liderem. To system sześciowarstwowego opakowania składającego się z warstwy papieru, folii aluminiowej i czterech warstw polietylenu umieszczonych między papierem i aluminium.

W takich opakowaniach najczęściej sprzedaje się soki i mleko, czyli produkty wrażliwe zarówno na tlen, jak i na światło – mówi dyrektor generalna Tetra Pak.

W połączeniu z opakowaniem aseptycznym stosuje się technologię UHT, polegającą na błyskawicznym podgrzaniu i schłodzeniu produktu. Pozwala to na wydłużenie jego terminu przydatności do spożycia bez utraty walorów smakowych i wartości odżywczych. To powoduje, że zmniejsza się skala wyrzucania żywności, a tym samym jej marnowania.

Większość opakowań, jakie Tetra Pak sprzedaje na rynkach w Polsce, Czechach, Słowacji i na Węgrzech, to opakowania litrowe. Szybko rośnie też sprzedaż mniejszych kartonów.

Widzimy dużą dynamikę wzrostu opakowań, które nazywamy „portion pack”, czyli opakowań mniejszych. Szczególnie jeżeli chodzi o te pełniące funkcję tzw. on-the-go, czyli umożliwiające konsumpcję produktów w samochodzie czy na wycieczce – podkreśla Małgorzata Kołton.

Prognozuje, że tego typu opakowania będą sprzedawać się w jeszcze większych ilościach.

Mieszkańcy miast chcą decydować o ważnych inwestycjach. Budżet obywatelski coraz popularniejszy

Budżet obywatelski to coraz powszechniejsza forma współdecydowania o społecznych inwestycjach w miastach. W Szczecinie w tegorocznej edycji projektu zagłosowało 48 tys. mieszkańców, czyli o ponad 60 proc. więcej niż w roku ubiegłym. W ramach budżetu obywatelskiego w tym roku władze miasta rozpoczną realizację dziewięciu projektów. Sześć z nich zostanie zrealizowanych w całości, pozostałe będą dokończone w kolejnym roku. 

– Budżet obywatelski w Szczecinie składa się z dwóch części. O pierwszej z nich mieszkańcy decydują w bezpośrednim głosowaniu. To około 5 mln zł podzielone na projekty dzielnicowe i ogólnomiejskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Krzystek, prezydent Szczecina.

W założeniach pula pierwszej części Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego to 5 mln zł podzielonych na pięć budżetów po 1 mln zł (jeden budżet finansuje tzw. projekt ogólnomiejski, cztery pozostałe służą inicjatywom dzielnicowym).

– Drugi element budżetu obywatelskiego to środki finansowe przyznawane radom osiedli. To jest kolejna kwota, która zabezpiecza podstawowe potrzeby w poszczególnych dzielnicach – zaznacza Krzystek.

Prezydent Szczecina podkreśla, że rady osiedli dawniej miały do dyspozycji po 100 tys. zł, a w chwili obecnej dysponują już 150 tys. zł.

– Cały czas budujemy przestrzeń do podejmowania decyzji przez mieszkańców oraz bezpośrednio przez organy osiedlowe, które wiedzą o tych często bardzo drobnych, ale ważnych potrzebach społeczności lokalnej – wyjaśnia prezydent. – To dobry kierunek. Widzimy też wzrost zainteresowania budżetem obywatelskim.

Jak dodaje, głosowanie nad budżetem obywatelskim w Szczecinie jest spersonalizowane. Aby móc zagłosować, należy wylegitymować się numerem PESEL.

W głosowaniu, które miało miejsce w październiku, można było oddać maksymalnie dwa głosy – jeden na zadanie ogólnomiejskie, drugie na projekt dzielnicowy. W głosowaniu ogólnomiejskim pierwsze miejsce zajął projekt budowy schroniska dla bezdomnych psów (7479 głosów, koszt 320 tys. zł), na drugiej pozycji uplasowała się Rowerowa Rewolucja, czyli stworzenie 20 ścieżek rowerowych (3844 głosy, koszt 1 mln zł). W głosowaniu internetowym wzięło udział 40,25 tys. osób, a łącznie – także w formie stacjonarnej w wyznaczonych punktach – blisko 50 tys. mieszkańców, w tym studenci i uczniowie od 16. roku życia.

Jaki będzie budżet obywatelski na 2016 rok? Dużo zależy od tego, jak zagłosują mieszkańcy. Mamy specjalny zespół, w skład którego wchodzą przede wszystkim mieszkańcy Szczecina i członkowie organizacji pozarządowych przy wsparciu urzędu miasta – mówi Piotr Krzystek. – Mamy za sobą dwie edycje takiego budżetu i parę lat doświadczeń z radami osiedli. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze do tego, by cały czas tę sferę współuczestniczenia obywateli w wydawaniu środków poszerzać.

Inicjatywę budżetu obywatelskiego (partycypacyjnego) podjęło już kilkadziesiąt polskich miast, wśród nich te największe, czyli Warszawa, Gdańsk, Kraków czy Łódź. Także te mniejsze ośrodki realizują ideę współdecydowania mieszkańców o inwestycjach w mieście, m.in. Świdnica, Elbląg i Puławy.

Najwięcej nowych ofert pracy w budownictwie, produkcji, handlu i transporcie

Budownictwo, produkcja, handel i transport to branże, w których w 2015 roku spodziewany jest największy wzrost zatrudnienia. Na brak ofert pracy tradycyjnie nie będą też narzekać informatycy oraz osoby dobrze znające języki obce, zwłaszcza te mniej popularne. Jak przewiduje ManpowerGroup w I kw. tego roku zatrudnienie może wzrosnąć o 5 proc.

Branże, w których spodziewany jest największy wzrost zatrudnienia, to budownictwo, produkcja przemysłowa, handel hurtowy i detaliczny, transport i komunikacja. Pracodawcy, podobnie jak w zeszłym roku, będą zgłaszali zapotrzebowanie na informatyków. Jest to związane z rozwojem nowoczesnych technologii w Polsce, a także środkami z Unii Europejskiej na cyfryzację sektora publicznego i podniesienie innowacyjności polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Filipkiewicz z portalu Praca.pl.

Dodatkowo coraz częściej specjaliści decydują się na budowanie własnych start-upów.

Mimo lepszej sytuacji gospodarczej i spadku bezrobocia (w grudniu bez pracy było 11,5 proc., w całym 2014 roku liczba bezrobotnych spadła o ponad 332 tys. osób) trudno spodziewać się, aby w 2015 roku można było już mówić o rynku pracownika. Tylko w niektórych branżach pracownicy mogą przebierać w ofertach pracy.

To przede wszystkim informatycy, inżynierowie i pracownicy sektora budowlanego. W tych branżach bardzo często to pracownicy mogą dyktować warunki pracodawcom – zaznacza ekspert.

Pracodawcy muszą więc liczyć się ze wzrostem nakładów na rekrutację – płace prawdopodobnie nie wzrosną, ale ważne będą dodatkowe benefity pozapłacowe.

Branża IT jest jedną z szybciej się rozwijających. Wedle danych Ministerstwa Gospodarki obecnie na rynku działa ponad 9 tys. firm, które zatrudniają 400 tys. osób. Zapotrzebowanie na informatyków jest jednak znacznie wyższe niż zasoby, szacuje się, że brakuje już blisko 50 tys. osób. Poszukiwani będą specjaliści z takich specjalizacji, jak analiza danych, big data, systemy bazodanowe czy business intelligence.

Spodziewamy się dalszego rozwoju centrów usług wspólnych. Polska wyrasta na lidera usług dla biznesu. Tutaj przede wszystkim na zatrudnienie będą mogły liczyć osoby, które znają języki obce, szczególnie te rzadsze – przekonuje Filipkiewicz.

Sektor centrów rozwoju rośnie szybko. O ile jeszcze kilka lat temu firmy inwestowały w centra badań i rozwoju poza granicami kraju, to dane Deloitte wskazują, że obecnie 38 proc. firm w Polsce deklaruje, że ma tu własne centrum.

Eksperci spodziewają się, że fala emigracji utrzyma się na wysokim poziomie. Badania Instytutu Millward Brown wskazują, że na początku 2014 roku 83 proc. młodych Polaków myśli bądź myślało o emigracji. Na wyjazd z kraju coraz częściej decydują się osoby lepiej wykształcone, które mają w Polsce pracę. Ich motywacją nie jest więc szybki zarobek, ale chęć stałego osiedlenia się za granicą.

Ograniczony zostanie w związku z tym dopływ do Polski gotówki wysyłanej przez pracujących tam obywateli i pojawi się duży deficyt specjalistów na polskim rynku pracy. Zostanie on zredukowany, ale tylko częściowo, poprzez pracowników z Europy Wschodniej, którzy coraz częściej traktują Polskę jako docelowy kierunek emigracji – mówi Filipkiewicz.

Z obserwacji serwisu Praca.pl wynika, że wiele branż zgłasza zapotrzebowanie na pracowników z kompetencjami umożliwiającymi zarządzanie zespołami. Od kilku miesięcy pojawia się więcej ogłoszeń rekrutacyjnych z obszaru menadżerskiego.

Zimą właściciele pojazdów powinni regularnie sprawdzać stan hamulców i akumulatora

CEO Magazyn Polska

Odpowiednia eksploatacja samochodu zimą pozwala uniknąć wielu kłopotliwych sytuacji – nie tylko problemów z uruchomieniem silnika, lecz także zmagania się z przymarzniętymi drzwiami czy wycieraczkami. Trzeba przede wszystkim dbać o kondycję akumulatora, alternatora i hamulców, używać płynów, które nie zamarzają w niskich temperaturach, a po każdym myciu auta wycierać do sucha uszczelki.

Na jezdni pokrytej lodem czy błotem pośniegowym droga hamowania znacznie się wydłuża, dlatego trzeba mieć pod stałą kontrolą układ hamulcowy i w razie potrzeby wymienić elementy, które są już zużyte. Podobnie jest z układem wtryskowym i systemem ładowania.

Zimą częściej włączmy oświetlenie i korzystamy z ogrzewania, przez co zużycie prądu w aucie rośnie, a to z kolei powoduje, że akumulator szybciej  się zużywa i traci swoje właściwości. W związku z tym raz na jakiś czas powinniśmy pojechać do specjalistycznego warsztatu i sprawdzić sprawność akumulatora i systemu ładowania w samochodzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Zenon Rudak, kierownik Centrum Technicznego Hella Polska.

Zużyty lub stary akumulator niewłaściwie ładowany może zawieść w najmniej oczekiwanym momencie. Niezbędny jest także regularny przegląd płynów eksploatacyjnych, szczególnie w układzie chłodzenia. Warto też regularnie sprawdzać ciśnienie w kołach, a także upewnić się, że mamy sprawne koło zapasowe – w razie konieczności napompować je oraz sprawdzić, czy mamy wszystkie narzędzie potrzebne do jego ewentualnej wymiany.

Większość innych przygotowań, które warto poczynić, kiedy prognozy zapowiadają mrozy lub opady śniegu, można wykonać samodzielnie. Każdy kierowca powinien być wyposażony w akcesoria do odśnieżania samochodu oraz odmrażacz do szyb w płynie.

Szczotka i skrobaczka zawsze się przydadzą. Pamiętajmy o tym, że jeżeli odśnieżamy samochód i zsuwamy śnieg z dachu i szyb, to dobrze byłoby oczyścić również światła. Światła zaśnieżone czy zalodzone są słabo widoczne, a to wpływa na nasze bezpieczeństwo na drodze. Polecam, by zawsze sprawdzić oświetlenie i by mieć żarówki zapasowe – tłumaczy Zenon Rudak.

Jeśli ktoś zdecydował się na wyjazd na ferie w góry, gdzie opady śniegu są częstsze i bardziej intensywne, w wyposażeniu auta powinny znaleźć się łopata do odśnieżania i łańcuchy śnieżne. Warto również przygotować się na sytuacje awaryjne, czyli trzymać w aucie ładowarkę do telefonu, koce czy czekoladę, które pomogą w momencie, gdy z przyczyn pogodowych trzeba będzie czekać w samochodzie na pomoc lub odblokowanie drogi.

Ekspert podkreśla, że w niższych temperaturach kierowcy powinni dbać o to, żeby mieć więcej paliwa w zbiorniku.

Mycie samochodów zimą nie jest popularne, ale trzeba to robić, żeby nie było na nim zbyt wiele soli, pyłu i różnych zanieczyszczeń. Samochód można umyć nawet podczas mrozów, trzeba tylko pamiętać o wytarciu do sucha wszystkich uszczelek drzwiowych, dzięki czemu nie przymarzną nam drzwi – mówi Rudak.

M. Gątarz (UniCredit): Kopalnie mogą być dobrą inwestycją. Bogdanka potrafi zarabiać mimo niskich cen węgla

CEO Magazyn Polska

Trudna sytuacja na rynku węgla nie do końca przekłada się na kondycję spółek wydobywczych z warszawskiej giełdy. Przyzwoicie prosperująca mimo słabych cen węgla Bogdanka może się okazać trafioną inwestycją.

Z problemem cen na węglowym rynku zmagają się wszystkie kopalnie. Węgiel zarówno energetyczny, jak i koksujący potaniał w ciągu ostatnich trzech lat o połowę. W tej sytuacji dla spółek wydobywczych kluczowa jest kwestia kosztów oraz inwestycji w zwiększenie wydobycia, czyli wolumenu sprzedaży.

Sam rynek też jest bardzo trudny, co widać po sytuacji kopalń śląskich podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Gątarz, analityk UniCredit CAIB Polska. – Natomiast Bogdanka jest producentem niskokosztowym, to jest jedna sprawa. Kolejny kwestią są rosnące wolumeny tej spółki, dzięki którym w tym roku – mimo słabych warunków na rynku węgla energetycznego – możemy się spodziewać wzrostu zysków w Bogdance. Co więcej, ta spółka powinna się też dzielić tym zyskiem z akcjonariuszami.

W IV kwartale Bogdanka wyprodukowała rekordową ilość węgla 2,56 mln ton. To o 21,3 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej (2,11 mln ton) oraz o 7,6 proc. więcej od wyniku osiągniętego w III kwartale 2014 roku (2,38 mln ton). W całym 2014 roku spółka wydobyła 9,19 mln ton węgla handlowego, czyli aż o 10 proc. więcej niż w 2013 roku.

– Bogdanka jest jednak w tej komfortowej sytuacji, że strona kosztowa jest pod kontrolą od dłuższego czasu, dzięki czemu dzisiaj spółka jest znacznie tańsza, mówię tu o kosztach wydobycia, niż pozostali konkurenci w Polsce – mówi Gątarz.

W rezultacie Bogdanka po trzech kwartałach zeszłego roku mogła się pochwalić zyskiem operacyjnym przekraczającym 226 mln zł. Analitycy oczekują więc, że w tym roku akcjonariusze spółki mogą liczyć na dywidendę, co może być dodatkową zachętą do inwestowania w nią.

Myślę, że w Bogdance możemy otrzymać stopę dywidendy przynajmniej na poziomie około 4 proc. prognozuje Marcin Gątarz z UniCredit CAIB Polska. Natomiast istnieje też możliwość, że będzie ona prawie dwukrotnie wyższa, jeżeli spółka wypłaciłaby cały zysk, co nie jest w tej chwili zgodne z jej polityką dywidendową, ale wydaje się możliwe.

Branża energetyczna wstrzymuje się z inwestycjami. Firmy czekają na rządową strategię rozwoju polskiej energetyki do połowy wieku

CEO Magazyn Polska

Branża energetyczna czeka na pakiet ustaw, które przesądzą o tym, w jakim kierunku ma się rozwijać polskie wytwarzanie prądu. Bez odpowiedzi na to pytanie trudno oczekiwać nowych inwestycji.

Najważniejszym dokumentem, na jaki czekają inwestorzy, jest strategia rozwoju polskiej energetyki do 2050 roku. Resort gospodarki zapowiada, że projekt będzie gotowy w ciągu kilku tygodni. Musi jednak uwzględnić ponad 200 poprawek zgłoszonych podczas konsultacji, a także plan naprawczy dla Kompanii Węglowej.

Pakiet ustaw energetycznych w Polsce już od kilku lat jest tematem dyskusji i prac rządu, jednak w dalszym ciągu nie widać ostatecznego efektu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum. –  Nam też trudno jest mówić o inwestycjach w konkretne aktywa czy rozwiązania, ponieważ nie wiemy, w jakich realiach przyjdzie nam później te projekty eksploatować. Tutaj kluczowe dla każdego inwestora i dla nas również są ramy prawne i tak długo, jak tych ram prawnych nie będzie, tak długo trudno nam będzie mówić o konkretnych projektach, podawać wielkość czy nawet paliwa, z których chcemy korzystać.

Z projektu „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” wynika, że z czasem Polska będzie ograniczać produkcję energii z węgla, zastępując ją energią jądrową. Do 2030 roku 20 proc. prądu w Polsce pochodzić ma ze źródeł odnawialnych.

Inwestujemy w poprawę efektywności sieci, rozbudowujemy te sieci, przyłączamy co roku nowych klientów podkreśla Izabela Van den Bossche. – Teraz dane za zeszły rok mówią o ponad 70 MW przyłączonych nowych klientów. Spółka się cały czas rozwija. Jest to bardziej rozwój organiczny. Jeśli chodzi o duże projekty, to pracujemy nad 2-3, ale w związku z tym, że w tej chwili nie ma jeszcze decyzji odnośnie przyszłości polskiej energetyki, jeśli chodzi o ramy prawne, to nasze inwestycje są wstrzymane.

Fiński koncern energetyczny Fortum sporo już w Polsce zainwestował. We Wrocławiu ma sieć ciepłowniczą i planuje budowę elektrociepłowni opartej o paliwo gazowe.

 Wszystko będzie zależało od tego, jak będzie wyglądał przyszły system prawny i system wsparcia dla tego typu projektów – zaznacza wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum. – Oprócz Wrocławia jesteśmy obecni w Częstochowie, gdzie mamy elektrociepłownię i sieć ciepłowniczą. Mamy też zespół elektrociepłowni w Zabrzu i Bytomiu, a Płocku sieć. Zarówno w Zabrzu, jak i w Bytomiu mamy dość już wysłużone bloki, które chcemy wymieniać, ale zanim to zrobimy, musimy wiedzieć, w jakich realiach przyjdzie nam operować.

Wygląda na to, że branża energetyczna doczeka się wreszcie ustawy o odnawialnych źródłach energii, którą Sejm uchwalił w ubiegły piątek. Musi jeszcze przejść przez Senat i zdobyć podpis prezydenta. Dla spółki ważniejsze jest jednak wsparcie kogeneracji, bo specjalizuje się ona (poza produkcją energii z wody i słońca) w budowie nowoczesnych elektrociepłowni.

Jest jeszcze wiele miast, w których elektrownie są już przestarzałe, bo były budowane w latach 70., w związku z czym trzeba będzie te bloki wymieniać na bardziej efektywne ocenia Izabela Van den Bossche, wiceprezes Fortum. – Widzimy tutaj dużo możliwości rozwoju, ale ich warunkiem jest stabilne prawo i oczywiście jakiekolwiek prawo. Bo w tej chwili dyskusja na temat ram prawnych toczy się już chyba 3 bądź 4 lata. Sytuacja ta spowodowała, że obecnie – jeśli dobrze mi się wydaje – żadna firma zagraniczna ani żaden duży inwestor nie rozwijają w polskiej energetyce projektów, a wszystko ze względu na tę niepewność.

Polski producent świec zapachowych Korona Candles chce zwiększyć nakłady na badania i rozwój do 2 proc. obrotu

0

CEO Magazyn Polska

Jeden z liderów rynku świec zapachowych Korona Candles z Wielunia wychodzi z produkcją poza Polskę. W amerykańskim stanie Virginia ruszyła fabryka firmy. W planach jest dwukrotny wzrost zatrudnienia, inwestycje oraz osiągnięcie progu rentowności w ciągu 3 lat, kiedy obroty mają sięgać 70 mln dolarów. Rozwój Korona Candles za oceanem to pokłosie nakładów na B+R, które firma chce zwiększyć z 1,5 do 2 proc. całkowitych przychodów.

Od początku działalności na badania i rozwój wydajemy duże pieniądze, czyli około 1,5 proc. naszych przychodów – w ubiegłym roku było to ponad 5 mln zł, a w planach mamy zwiększenie nakładów do 2 proc. ogólnych przychodów spółki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Jabłoński, prezes zarządu Korona Candles, producenta świec zapachowych – Dział rozwoju i badań to najważniejszy dział w naszej firmie, który pozwolił nam na inwestycje w Stanach Zjednoczonych. Bez nowej technologii i nowych idei nie mielibyśmy szans na to, by tam zaistnieć.

Firma na początku 2014 roku przejęła zamkniętą fabrykę komponentów samochodowych w USA, w stanie Virginia, i  właśnie uruchomiła produkcję. Teraz planuje zainwestować w fabrykę 20 mln dolarów i po 3 latach osiągnąć próg rentowności.

Spółka swój rozwój finansuje głównie z zysków, amortyzacji i kredytów inwestycyjnych.

W Stanach docelowo będziemy zatrudniali 170 osób, obecnie jest tam 90 pracowników. W Polsce od lat nasze zatrudnienie jest na stałym poziomie i sięga  w zależności od sezonowości – od 850 do 900 osób – mówi Krzysztof Jabłoński.

Firma niedawno zatrudniała w Wieluniu kilka osób, które obsługują spółkę córkę w USA, dając jej zaplecze logistyczne, serwisowe, IT i obsługę bankowości. Administrowanie Korona Candles Inc. w pełni odbywa się z Polski.

Przychody głównie generujemy z produkcji polskiej. W ubiegłym roku zamknęliśmy rok bilansowy sumą 360 mln zł przychodu. Z produkcji w pierwszym roku w Stanach Zjednoczonych planujemy osiągnąć przychody wielkości 11 mln dol., ale w perspektywie 3 lat ma to być już 70 mln dol. i oczywiście wierzymy, że już w trzecim roku  inwestycja okaże się zyskowna – przekonuje Jabłoński.

Prezes zarządu spółki zaznacza, że długoterminowym celem firmy w 2020 roku jest osiągnięcie 1 mld zł skonsolidowanego obrotu z obu spółek – polskiej i amerykańskiej.

Nowe produkty i rozwiązania techniczne idą w kierunku automatyzacji. Na rynku siła robocza jest coraz droższa, szczególnie w Stanach, w których pracownicy są trzykrotnie drożsi niż w Polsce – wyjaśnia ekspert.

Dla Korona Candles konkurencję kosztową stanowią przede wszystkim Chiny.

– Jesteśmy w biznesie private label, czyli marże nie są wysokie, ponieważ jesteśmy producentem towaru dla największych koncernów światowych, które zwracają uwagę na koszty. Na pewno dla nich argumentem są nasze dobre ceny i to, że jesteśmy solidnym dostawcą – podsumowuje Krzysztof Jabłoński.

Spółka dostarcza marki własne takim koncernom, jak Wal-Mart czy IKEA. Korona Candles w zakładzie w Wieluniu dziennie produkuje 8,7 mln sztuk świec, a roczny wolumen wynosi 2,5 mld szt. (mówimy tu o podgrzewaczach, świeczkach typu votive, w pojemnikach oraz świecach prasowanych). 2/3 asortymentu stanowią świece zapachowe.

Znikają bariery hamujące budowę sieci szerokopasmowych. UE przekaże ponad miliard euro na ten cel

CEO Magazyn Polska

Ustanowienie jednej instytucji koordynującej oraz zniesienie barier podatkowych i administracyjnych przyspieszy budowę sieci szerokopasmowych w Polsce. Na upowszechnienie dostępu do szybkiego internetu do 2020 r. Polska otrzyma ponad miliard euro z UE w ramach programu Polska Cyfrowa. Inwestorzy wiele nauczyli się w ciągu poprzedniej unijnej perspektywy i wiedzą, że duży potencjał tkwi w partnerstwie publiczno-prywatnym.

 Pierwsza kwestia to dobry koordynator: potrzebny jest nam jeden zarządca i wydaje się, że to Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji powinno pełnić tę funkcję. Druga kwestia to program: potrzebny jest nam jeden program, a nie kilka, tak jak było poprzednio, bo to wywołuje zamieszanie, gdzie te środki się znajdują – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Xawery Konarski, adwokat z Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Na początku grudnia zakończyły się negocjacje pomiędzy Polską i Komisją Europejską dotyczące alokacji środków z programu operacyjnego Polska Cyfrowa na lata 2014-2020. Budżet całego programu to 2,2 mld euro, a na samą budowę sieci szerokopasmowych otrzymamy 1,02 mld euro.

Dzięki doświadczeniom z poprzedniej perspektywy budżetowej inwestorzy mają szanse wydać te środki skutecznie. Jak podkreśla Konarski, wcześniejsze projekty pokazały, że inwestycje są realizowane lepiej, gdy prowadzą je podmioty prywatne, a nie samorządy.

6 lat doświadczeń wskazuje, że podmioty publiczne nie powinny same budować sieci szerokopasmowych, a potem ich eksploatować. Potrzebni są do tego profesjonaliści, podmioty prywatne, które to robią od lat, krótko mówiąc: operatorzy telekomunikacyjni – uważa Konarski.

Tomasz Kowal, dyrektor zarządzania inwestycjami w Orange Polska dodaje, że taki model w przypadku jego firmy sprawdził się już w praktyce. Firma zakończyła w ubiegłym roku realizację dwóch projektów finansowanych z Regionalnych Programów Operacyjnych, w ramach których zbudowała łącznie ponad 3 tys. kilometrów nowych sieci szerokopasmowych w województwach lubuskim i pomorskim.

To pokazuje, że modele współpracy partnera prywatnego, szczególnie tak dużego przedsiębiorstwa telekomunikacyjnego jakim jest Orange Polska, z partnerami publicznymi mogą być skuteczne – podkreśla Kowal.

Konarski dodaje, że otwarte pozostaje pytanie, w jakim modelu powinny współpracować podmioty publiczne i przedsiębiorcy prywatni.

Dzięki prowadzonym od kilku lat pracom i dyskusjom powoli znikają bariery inwestycji w sieci szerokopasmowe. Kowal przypomina, że kilka lat temu branża zidentyfikowała 58 problemów utrudniających realizację tych projektów. Choć jest ich coraz mniej – zmieniono m.in. ustawę o drogach publicznych w sposób, który ułatwia kładzenie światłowodów – wciąż pozostaje sporo do zrobienia.

Chcielibyśmy, aby koordynator wspierał nas w usuwaniu różnych barier prawnych, co już się zresztą odbywa. To dotyczy różnych spraw, zarówno kwestii ułatwień dotyczących np. zezwoleń na budowanie sieci szerokopasmowej, jak i kwestii fiskalnych, różnego rodzaju opłat. To są dwa podstawowe czynniki hamujące rozwój – podkreśla Konarski.

Kowal dodaje, że choć spośród 58 zidentyfikowanych barier na razie udało się usunąć jedynie pięć, to sytuacja inwestorów ulega stopniowej poprawie. Wciąż jednak pozostaje wiele do zrobienia. 

Kwestie barier w procesie budowania sieci szerokopasmowych były jednym z tematów konferencji „Jak cyfryzować Polskę? Gospodarczy i obywatelski wymiar nowoczesnych technologii telekomunikacyjnych i informatycznych” zorganizowanej przez Instytut Sobieskiego.

Nawet co dziesiąte auto kupione u polskiego dealera trafia za granicę. Rejestracje czasowe zaburzają dane rynkowe

CEO Magazyn Polska

Od wejścia Polski do Unii Europejskiej na krajowym rynku motoryzacyjnym rozwinął się reeksport samochodów osobowych. Najpierw auto jest rejestrowane w Polsce, a potem wywożone i sprzedawane za granicą. Zjawisku sprzyja korzystny kurs złotego wobec euro i możliwość zwrotu 23-proc. podatku VAT. Niektórzy dealerzy dzięki reeksportowi osiągają lepsze wyniki sprzedażowe, dla całości branży są to jednak niekorzystne praktyki, które fałszują faktyczny obraz rynku.

– W ostatnich latach pojawiło się niezwykłe zjawisko, polegające na tym, że część nowych samochodów rejestrowanych jako sprzedaż w Polsce wyjeżdża za granicę, co wprowadza dosyć duże zamieszanie na rynku wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes zarządu Toyota Motor Poland.

Ministerstwo Gospodarki szacuje, że około 10 proc. nowych samochodów rejestrowanych w Polsce jest reeksportowanych. W 2013 r. zarejestrowano (i sprzedano) 323 tys. aut, ale jak podaje MG, faktyczna chłonność rynku to 294 tys. samochodów (o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony).

Zdaniem Pawlaka pierwszym skutkiem takich praktyk jest zaburzony obraz popularności konkretnych modeli samochodów, która może nie wynikać ze sprzedaży aut polskim konsumentom, lecz ze zjawiska reeksportu.

Po drugie, bardzo często są to samochody eksportowane tylko przez niektórych dealerów i wtedy dealerzy innych marek mają dużo wyższe cele sprzedażowe, których nie mogą osiągnąć, przez co nie otrzymują bonusów czy premii. Podobna sytuacja dotyczy sprzedawców zaznacza prezes zarządu Toyota Motor Poland. Zamieszanie z tego powodu jest widoczne głównie w ujęciu regionalnym. Nagle w jakimś regionie dealer sprzedaje 300, 400 czy 500 samochodów, co nie ma nic wspólnego z lokalnym popytem na samochody na danym rynku.

Jak podkreśla resort gospodarki, reeksport może być wartością dodaną dla sieci dealerskiej, pozwalającą na zrekompensowanie spadku zakupów na rynku polskim.

Jacek Pawlak przekonuje, że problem powinien być jak najszybciej rozwiązany. W jego ocenie zmiany powinny polegać na tym, że tymczasowo rejestrowane i wywożone za granicę samochody powinny być potem w Polsce wyrejestrowywane, co miałoby swoje odzwierciedlenie w danych.

Nie sądzę, żeby cokolwiek się zmieniło w 2015 roku. Nie słyszałem o tym, żeby Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców czy jakakolwiek agencja rządowa miała się tym zająć. Mamy jednak nadzieję, że ktoś się tym zajmie i wyeliminuje takie praktyki, ponieważ nie ma to nic wspólnego ze sprzedażą w Polsce. Często cieszymy się, że rynek rośnie, niestety, często to mylne wrażenie, bo rośnie tylko reeksport podsumowuje Jacek Pawlak.

Na popularność wywozu aut za granicę wpływa polityka cenowa ich producentów, sytuacja gospodarcza w kraju importera, a przede wszystkim aktualny kurs złotego do euro.

S. Sikora (Citi Handlowy): Zadłużeni we frankach powinni zachować spokój. Kurs się ustabilizuje

CEO Magazyn Polska

Osoby z kredytami we frankach szwajcarskich powinny powstrzymać się przed gwałtownymi reakcjami – podkreśla Sławomir Sikora, prezes zarządu banku Citi Handlowy. Cierpliwość oraz skupowanie niewielkich ilości tej waluty zawczasu mogą uchronić przed wahaniem kursu franka aż do nadejścia stabilizacji.

Decyzja Banku Centralnego Szwajcarii nie była niespodziewana. Natomiast czas, w którym nastąpiła, był zaskoczeniem dla rynku, co zresztą odbiło się na notowaniach kursu waluty szwajcarskiej w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Sławomir Sikora, prezes zarządu Citi Handlowego. ‒ Ci, którzy mają kredyty we frankach, nie powinni reagować gwałtownie, tylko wyczekać chwili, w której rynek się ustabilizuje, bo spodziewam się, że taka stabilizacja nastąpi.

Kurs franka szwajcarskiego po czwartkowej decyzji Banku Centralnego Szwajcarii (SNB) o zakończeniu utrzymywania wartości waluty na poziomie 1,20 do euro poszybował na chwilę do poziomu ponad 5 zł. Na koniec dnia w czwartek kurs spadł do ok. 4,40 zł – nadal o prawie 25 proc. więcej niż dzień wcześniej. W poniedziałek polski złoty nieznacznie się umocnił, a kurs franka spadł poniżej 4,30 zł.

Szwajcarzy podjęli decyzję o uwolnieniu kursu franka, bo nie byli skłonni dalej go bronić. By utrzymać przelicznik na poziomie nie niższym niż 1,20, SNB musiał od dłuższego czasu zwiększać podaż swojej waluty i skupować euro.

Rosnące rezerwy walutowe w Szwajcarii były jednym z czynników wymuszających odejście od parytetu franka wobec euro – podkreśla Sikora.

Prezes Citi Handlowego zauważa, że metodą na zabezpieczenie się przed wahaniami kursu może być skupowanie niewielkich ilości franka szwajcarskiego z dużym wyprzedzeniem przed terminem spłaty raty. To może uchronić osoby z kredytem w tej walucie przed zbyt wysokim kursem w ciągu tego dnia. Sikora apeluje do uczestników rynku walutowego o rozwagę i spokój, a także o nieprowadzenie spekulacji w obecnej sytuacji.

Zaznacza jednak, że cała sytuacja w niewielkim stopniu dotyczy Citi Handlowego oraz jego klientów.

Bank praktycznie nie ma ekspozycji na osoby, które zaciągnęły kredyty we frankach szwajcarskich. Byliśmy jednym z tych banków, które tego unikały – zaznacza Sikora.

Citi Handlowy od listopada 2014 r. udostępnił klientom całościowy system z obsługą walut. Platforma umożliwia m.in. wymianę walut online po atrakcyjnych kursach oraz inwestowanie na rynku walutowym.

Ta usługa cieszy się dużym powodzeniem. Świadczy o tym chociażby fakt, że od października obroty walutowe z klientami indywidualnymi wzrosły blisko dwukrotnie – mówi Sikora.

Klientom z sektora private banking, czyli tym zamożnym, bank oferuje także rozbudowane usługi doradztwa i informowania o ryzyku – nie tylko związanym z kursami walut, lecz także m.in. z inwestowaniem na giełdzie.

S. Kluza (SGH): 2015 rok będzie dobry dla polskiej gospodarki. Głównie dzięki konsumpcji prywatnej

Zakupy konsumentów będą siłą napędową polskiej gospodarki w 2015 roku  uważa Stanisław Kluza, ekonomista z SGH i były minister finansów. Wciąż jeszcze wysokie bezrobocie powinno spadać, a inflacja sięgnie najwyżej 1,5 proc.

Jestem optymistą, jeżeli chodzi o rok 2015 – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista Szkoły Głównej Handlowej. – Niewątpliwie zmieniły się jednak czynniki wzrostu gospodarczego. Uważam, że bardzo przyzwoicie wygląda kwestia spożycia indywidualnego, czyli konsumpcji. Także produkcja przemysłowa ma się nie najgorzej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) od stycznia do września ub.r. sprzedaż zagraniczna polskich przedsiębiorstw (w ujęciu wartościowym) wyniosła 503 198,2 mln zł i była o 4,8 proc. wyższa niż w tym samym okresie rok wcześniej. Zmniejszyła się jednak znacznie (aż o 16 proc.) wartość eksportu do krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

To powoduje, że spada udział sprzedaży zagranicznej we wzroście gospodarczym – tłumaczy Kluza. – Dużym znakiem zapytania są także inwestycje. Mimo to oceniam, że wypadkowa dla tych zmiennych będzie dla Polski w tym roku korzystna. Mimo wszystkich zawirowań na styku rosyjsko-ukraińskim i ich konsekwencji gospodarczych.

Według GUS inflacja w grudniu po raz szósty z rzędu była ujemna, a ceny okazały się niższe niż rok wcześniej o 1 proc. Ekonomista SGH uważa jednak, że jest to sytuacja przejściowa.

Trend niskiej inflacji w Polsce ma szansę utrzymać się w tym roku, ale nie spodziewam się, żebyśmy mieli inflację ujemną, tak jak ma to miejsce obecnie – twierdzi Kluza. – Uważam, że ukształtuje się ona raczej w okolicach dolnej granicy tzw. przedziału polityki pieniężnej [od początku 2004 r. Narodowy Bank Polski realizuje tzw. ciągły cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnym przedziałem wahań w zakresie jednego proc. – red.].

Bezrobocie rejestrowane natomiast, zgodnie z danymi MPiPS, na koniec grudnia ukształtowało się na poziomie 11,5 proc. To wyraźnie mniej niż jeszcze w styczniu 2014 r., gdy sięgało 14 proc.

Bezrobocie jest przy tym wciąż na o tyle podwyższonym poziomie, że stosunkowo łatwo w tym roku będzie można je obniżyć – uważa były minister finansów i były przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Pewien głód pracy spowoduje, że wzrost zatrudnienia nie wywoła presji inflacyjnej. Myślę, że bardzo istotnym czynnikiem dla całej gospodarki będzie kwestia konsumpcji, czyli spożycia indywidualnego. Może to być główny element wzrostu.

27 stycznia GUS poda wstępne dane o PKB Polski w 2014 roku. Ekonomiści spodziewają się, że polska gospodarka wzrosła w ubiegłym roku o 3,4 proc.

Nowe przepisy Prawa geologicznego i górniczego niewystarczającym ułatwieniem dla firm wydobywczych

CEO Magazyn Polska

1 stycznia weszła w życie nowelizacja ustawy Prawo geologiczne i górnicze, której założeniem jest usprawnienie ścieżki poszukiwawczo-wydobywczej kopalin, szczególnie węglowodorów, oraz zwiększenie nadzoru państwa nad zasobami. Eksperci oceniają, że nie wszystkie ułatwienia wprowadzone ustawą są w ten sposób odbierane przez firmy wydobywcze.

W uzasadnieniu do ustawy możemy przeczytać, że ustawodawca chciał zwiększać nadzór i kontrolę nad złożami i kopalinami strategicznymi dla Skarbu Państwa. Jednocześnie chciał usprawnić działalność przedsiębiorców, przede wszystkim działających w branży węglowodorowej, oraz usunąć pewne luki w przepisach – tłumaczy Piotr Spaczyński, partner i radca prawny z Kancelarii SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy.

Nowelizacja ustawy Prawo geologiczne i górnicze wprowadziła m.in. jedną koncesję ministra środowiska na poszukiwanie, rozpoznawanie złoża i wydobywanie z niego przyznawaną na okres 10-30 lat. Nowe przepisy zawierają szereg ułatwień dla firm działających w branży. Umożliwiają m.in. wydobycie surowca jeszcze w trakcie fazy poszukiwania i rozpoznania. Dają też możliwość wykonania badania geofizycznego tylko na podstawie zgłoszenia, bez konieczności posiadania koncesji.

Wchodzą w życie nowe postępowania, takie jak postępowania kwalifikacyjne, które będą musiały przejść również spółki, w których znaczący udział ma Skarb Państwa, oraz postępowania koncesyjne, zupełnie nowe regulacje. Te zmiany dotyczą nie tylko węglowodorów, lecz także wszystkich kopalin. Są też zmiany, które nie zostaną potraktowane przez przedsiębiorców jako zapowiadane ułatwienia i usprawnienia – mówi Piotr Spaczyński.

Podmiot zainteresowany koncesją będzie sprawdzany w postępowaniu kwalifikacyjnym, m.in. czy posiada odpowiednie doświadczenie (rozpoznanie i udokumentowanie co najmniej jednego złoża węglowodorów lub prowadzenie wydobycia co najmniej przez 3 lata). Nowe przepisy wprowadziły też obowiązek ustanowienia zabezpieczenia z tytułu np. niewykonania lub nienależytego wykonania warunków określonych w koncesji (do 20 proc. wysokości kosztów prac geologicznych).

Ekspert zaznacza, że do ustawy nie powstały jeszcze rozporządzenia, które wskazywałyby procedury postępowań dla przedsiębiorców. Jego zdaniem część zmian, mimo że niektóre z nich są drobne, będzie wpływała na codzienną działalność firm wydobywczych, m.in. KGHM.

Mamy procedurę porównywania wniosków („open door”) w kopalniach niewęglowodorowych. Oznacza ona, że po wpłynięciu jednego wniosku koncesyjnego i jego opublikowaniu inni przedsiębiorcy będą zapraszani do składania swoich wniosków koncesyjnych – wyjaśnia Spaczyński. – Jest też kilka niuansów związanych np. z prawem pierwszeństwa do użytkowania górniczego, które zostało skrócone z 5 lat do 3 lat. Są również dodatkowe regulacje, które stanowią, iż po ustanowieniu użytkowania górniczego należy uzyskać koncesję w terminie roku, w przeciwnym razie ono wygaśnie.

Skrócenie okresu pierwszeństwa do użytkowania górniczego oznacza krótszy okres wyłączności na eksploatację danej powierzchni przez przedsiębiorstwo wydobywcze.

– Raczej należy wątpić, że nowe przepisy będą miały wpływ na sytuację inwestorów. Będą one wpływały przede wszystkim na codzienną działalność spółek w najbliższych miesiącach. Firmy z branży gazu ziemnego i ropy naftowej będą miały o wiele więcej zagwozdek – twierdzi ekspert z Kancelarii SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy. –  Cała branża potrzebuje usprawnień, ułatwień i zachęt, jednak obecne zmiany nie podążają w tym kierunku.

Ustawa wzmocniła uprawnienia kontrolne inspekcji ochrony środowiska i nadzoru górniczego. Przewiduje również monitorowanie przez ministra środowiska wykonywania koncesji.

Coraz większa rola społeczności lokalnych i internetowych. Platformy finansowania społecznościowego mogą zebrać w tym roku nawet miliard euro

CEO Magazyn Polska

Zainteresowanie crowdfundingiem w Polsce cały czas rośnie. Platformy, które pośredniczą w finansowaniu społecznościowym, notują kilkusetprocentowe wzrosty. Tę formę angażowania i finansowania powoli zaczynają doceniać również fundacje. Fundacja Aviva sięgnęła po takie finansowanie, by rozszerzyć liczbę wspieranych inicjatyw społecznych. Najpierw sama przyznała granty inicjatywom najwyżej ocenianym przez internautów, a kolejne 50 wspiera w pozyskiwaniu funduszy od indywidualnych darczyńców.

Zmiany, które zachodzą w większości krajów zarówno w Europie, jak i na świecie pokazują, że coraz mniejsza jest rola organizacji rządowych, a coraz większa rola społeczności lokalnych i internetowych. To daje ogromne szanse na istotny wzrost funduszy, które generują tego rodzaju aktywności społeczne. Unia Europejska szacuje, że w tym roku mniej więcej miliard euro zostanie zebrane w wyniku finansowania społecznego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Elżbieta Wójcik, prezes zarządu Fundacji Aviva.

Finansowanie crowdfundingowe w Polsce staje się coraz popularniejsze, i to nie tylko dla inicjatyw społecznych. Choć eksperci podkreślają, że jesteśmy na początku drogi rozwoju. Tego typu finansowanie wystartowało w Polsce w 2011 r. W ubiegłym roku Wspieram.to, jedną z największych polskich platform crowdfundingowych, odnotowała 400-proc. wzrost zebranych funduszy względem 2013 r. Prognozy obserwatorów mówiły, że globalnie uda się pozyskać dwa razy więcej niż rok wcześniej. Eksperci oczekują, że obecny rok będzie czasem dynamicznego rozwoju.

 Crowdfunding to jest trochę mrówcza praca, każdy dołoży swoją małą cegiełkę, czasami 10 zł, czasami 20 czy 50 zł, a niektórzy o wiele więcej i z tych pieniędzy zbiera się pełna, potrzebna kwota, finansująca cały projekt, który może kosztować 30 tys. zł, 50 tys. zł, a nawet więcej. To jest piękne w idei crowdfundingu – tłumaczy Michał Górecki, ambasador Wspieram.to.

Tylko poprzez Wspieram.to w czasie ich dwuletniej działalności zebrano już ok. 1,6 mln zł na 105 zgłoszonych projektów.

To daje ogromne nadzieje na przyszłość i jest fantastycznym sygnałem, że nasze społeczeństwo rzeczywiście staje się społeczeństwem obywatelskim, które rozumie, że nic się bez nas tak naprawdę nie dzieje. Nareszcie powoli przestajemy ograniczać się do  przekazania 1 proc. podatku, ale chce nam się coś dobrego zrobić samemu zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Każda forma, czy będzie to głosowanie, czy dotowanie, pomaga w realizacji inicjatywy – podsumowuje Elżbieta Wójcik.

Żeby zobrazować, jak duży potencjał drzemie w crowdfundingu, wystarczy pomyśleć sobie o tym, że jeżeli 100 tys. osób wpłaci nawet po 10 zł, czyli stosunkowo małą kwotę, to zbierzemy milion złotych ‒ podkreśla Michał Górecki.

Fundacja Aviva sięga po finansowanie społecznościowe, by rozszerzyć liczbę wspieranych inicjatyw społecznych.

Zdecydowaliśmy się na znalezienie formuły, która pozwoli naszym wnioskodawcom znaleźć pieniądze poprzez finansowanie społeczne. Tylko wtedy efektywnie, mając ograniczone budżety, jesteśmy w stanie rzeczywiście zrealizować ideę społeczną – wyjaśnia Wójcik.

Fundacja Aviva w 2. edycji konkursu „To dla mnie ważne” przyznała już dziewięciu inicjatywom granty na łączną sumę 220 tys. zł. Wszystkie te pomysły musiały koncentrować się wokół tworzenia w swojej okolicy miejsc sprzyjających rozwojowi dzieci, takich jak place zabaw czy skwery. Fundacja Aviva zdecydowała się także na wsparcie kolejnych inicjatyw.

Od początku grudnia przycisk „głosuj”, dzięki któremu internauci mogli wpłynąć na to, które inicjatywy dostaną grant, zastąpił przycisk „dotuj”. We współpracy z Wspieram.to Fundacja Aviva zdecydowała się umożliwić internautom finansowe wsparcie tych najbardziej popularnych inicjatyw, czyli cieszących się największym zaufaniem.

Mamy nadzieję, że większość osób, które uczestniczyły aktywnie w oddawaniu głosów na inicjatywy, które zostały zgłoszone do programu grantowego „To dla mnie ważne”, zdecyduje się również na wsparcie finansowe tych inicjatyw nawet symboliczną złotówką – mówi Wójcik. ‒ Wierzymy, że ta nowa formuła spotka się przynajmniej z tak dużym odzewem, z jakim spotkała się pierwsza część programu, czyli zbierania głosów na zgłoszone inicjatywy.

W pierwszej części programu internauci oddali ponad 1,2 mln głosów.

W ciągu dwóch pierwszych akcji „To dla mnie ważne” zgłoszono niemal 1000 pomysłów, na które oddano ponad 2 mln głosów. Tak duże zaangażowanie skłoniło Fundację Aviva do tego, by w tym roku zorganizować trzecią edycję programu. Jak zapowiada Wójcik, będzie ona kładła jeszcze większy nacisk na finansowanie społecznościowe.

Zgodnie ze specjalnymi zasadami crowdfundingowej części programu „To dla mnie ważne” nie obowiązują w nim zwykłe w finansowaniu społecznościowym warunki. Oznacza to, że niezależnie od kwoty przekazanej przez internautów projekt otrzyma wsparcie w takiej wysokości – jednak w zależności od tego, ile uda się zebrać, zmieni się skala realizacji inicjatywy. Zbiórka trwa do końca stycznia. Poza umieszczeniem informacji o danym projekcie na stronie internetowej programu Fundacja Aviva wspiera inicjatywy także poprzez pomoc w ich promowaniu.

Wynagrodzenia na świecie coraz wyższe. W Polsce w tym roku wzrosną o ok. 3 proc.

CEO Magazyn Polska

Przeciętny wzrost wynagrodzeń na świecie w 2015 r. wyniesie 5,4 proc. – wynika z prognoz firmy doradczej Hay Group. Średnie tempo zwiększania się dochodu będzie nieco wyższe niż w ubiegłym roku, zmienią się jednak globalni liderzy wzrostu. W Polsce podwyżki przy uwzględnieniu inflacji powinny być na poziomie bliskim 3 proc.

Realny wzrost wynagrodzeń w Polsce będzie oscylował na poziomie około 3 proc. To duży wzrost w porównaniu z tym, co było w ubiegłych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Norbert Matusiak, ekspert ds. wynagrodzeń w firmie Hay Group.

Na wysokość pensji w Polsce wpływ będzie mieć przede wszystkim niska inflacja (szacunki Hay Group zakładają ją na poziomie 0,3 proc.) oraz coraz lepsze wyniki sprzedażowe firm, co oznacza większą presję ze strony pracowników na podwyżki płac. Zmiany na rynku pracy będą powodować, że pracodawcy w obawie przed utratą specjalistów będą podnosić wynagrodzenia.

Powyżej średniej wynagrodzenia będą rosły w sektorach, w których jest silna presja pracowników na pracodawców: sektor IT albo sektor usług wspólnych. Poniżej średniej wynagrodzenia wzrosną w szeroko pojętym sektorze finansowym, w szczególności w bankach – prognozuje Norbert Matusiak.

Podobne wzrosty zanotują też inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Prognozy dla tego regionu są najlepsze na Starym Kontynencie.

Pracownicy w Europie mogą spodziewać się podwyżek w granicach 3,1 proc. Dzięki niskiej inflacji – szacowanej na poziomie 1,5 proc. – pensje wzrosną realnie o 1,6 proc. Na poprawę tego wyniku względem ubiegłego roku wpływ ma m.in. lepsza kondycja państw do tej pory zmagających się z poważnym kryzysem, m.in. Irlandii i Grecji.

W przypadku Grecji mamy paradoks, bo nominalny planowany wzrost wynagrodzeń to 1,3 proc., natomiast uwzględniając deflację, będzie to 2,5 proc. Czegoś takiego nie spotykaliśmy od lat – przyznaje Norbert Matusiak.

Z raportu Hay Group wynika, że kraje, które do tej pory napędzały globalny wzrost wynagrodzeń, w tym roku rokują gorzej. To m.in. Brazylia, Rosja i Turcja. Pracownicy z tych krajów mogą oczekiwać spadków płac realnych odpowiednio o 0,4 proc., 0,9 proc. oraz 0,1 proc. Na Ukrainie realne wynagrodzenia spadną o 3,9 proc.

Bardzo stabilna jest Ameryka Północna, za to Ameryka Południowa – bardzo zróżnicowana. Zaczynając od krajów takich jak Wenezuela, gdzie wzrosty wynagrodzeń sięgną nawet 40 proc., ale planowana inflacja to 60 proc., co da ponad 20-proc. spadek realnego wynagrodzenia, do Brazylii, gdzie realny wzrost wynagrodzeń będzie około zera – twierdzi ekspert ds. wynagrodzeń w firmie Hay Group.

W Azji wynagrodzenia będą rosły najmocniej. W Wietnamie, Indiach i Indonezji tempo będzie dwucyfrowe. Po uwzględnieniu inflacji wyniosą odpowiednio 6,6 proc., 2,1 proc. oraz 4,4 proc. W Chinach realny wzrost płac wyniesie 5,7 proc.

Pomimo niestabilnej sytuacji w niektórych regionach prognozowane płace na Bliskim Wschodzie i w Afryce wzrosną odpowiednio o 5,6 proc. oraz 6,9 proc. (ze względu na niską inflację realny wzrost będzie na poziomie 2,9 proc. oraz 2 proc.)

Firma Hay Group przygotowuje prognozy dotyczące wynagrodzeń na podstawie informacji uzyskanych od 16 mln pracowników z ponad 110 krajów.

Branża farmaceutyczna z rekordowymi przychodami. Najszybciej rośnie sprzedaż leków bez recepty

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz więcej wydają w aptekach – na leki bez recepty już ponad 11,5 mld zł. Sprzedaż pozaapteczna w supermarketach i na stacjach benzynowych to zaledwie 1,5 proc. rynku wartego prawie 30 mld zł. Branża osiągnęła stabilizację i znów rośnie po kryzysie z 2012 r. wywołanym ustawą refundacyjną.

Rynek apteczny w 2014 roku osiągnął najlepszy wynik w historii – prawie 28,5 mld zł przychodów. Przebijemy 2011 rok, który do tej pory był tym rekordowym – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarek Frąckowiak, prezes PharmaExpert, ośrodka badającego rynek farmaceutyczny. – Cały rynek w 2014 roku urósł o 2,7 proc., w związku z czym wyjdziemy z zapaści z 2012 r., która nastąpiła po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej.

Firma prognozuje, że 2014 r. wartość sprzedaży produktów farmaceutycznych w aptekach wyniosła około 28,5 mld zł, a rok wcześniej – 27,7 mld zł. Rynek rośnie od 2003 r. Wyjątkiem był 2012 r., kiedy branża zanotowała regres – przychody spadły z 28,1 mld do 26,5 mld zł w wyniku wprowadzenia ustawy refundacyjnej. Ustawa m.in. ustanowiła stałe ceny leków refundowanych, sztywne marże, zakaz reklamy i konieczność zawierania umów między aptekami a NFZ. Skutkiem zmian był spadek sprzedaży leków refundowanych o 20 proc. i tym samym szacowane o około 5 proc. mniejsze zyski firm farmaceutycznych.

Patrząc na strukturę sprzedaży, w 2014 r. największe wzrosty, rzędu 3,2 proc., odnotowaliśmy w przypadku sprzedaży produktów refundowanych. Za nimi idzie sprzedaż odręczna, czyli produkty sprzedawane bez recepty – wzrost około 2,5 proc., następnie produkty sprzedawane na receptę, ale pełnopłatne tutaj brak jest zmiany poziomu sprzedaży – wyjaśnia Frąckowiak.

Według danych PharmaExpert w grudniu wartość sprzedaży wyniosła 2,74 mld zł (wzrost o 3,8 proc. rok do roku), z czego 1 mld zł przypada na leki refundowane, 594 mln zł na pełnopłatne leki na receptę, a na sprzedaż odręczną – 1,2 mld zł. Statystyczna apteka w grudniu 2014 r. osiągnęła obroty rzędu 192 tys. zł przy średniej marży 26 proc.

Od dwóch lat sprzedaż odręczna prześciga pod względem wartości sprzedaży leki refundowane i taki trend jest kontynuowany. Jest to już ponad 11 mld zł. Produkty refundowane to około 10 mld zł. Natomiast jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie produkty na receptę, to jest to 16 mld zł, czyli nadal leki na receptę są motorem i główną wartością sprzedaży na rynku – wyjaśnia Frąckowiak.

Prezes PharmaExpert podkreśla, że w ramach produktów OTC sprzedawanych bez recepty najwyższe obroty notują w kolejności leki na przeziębienie, dermokosmetyki, leki trawienne i przeciwbólowe. Sprzedaż dermokosmetyków wynosi około 1,4 mld zł i (wzrost 2-3 proc.).

PharmaExpert nie monitoruje rynku pozaaptecznego, ale firma szacuje, że w takich miejscach jak supermarkety czy stacje benzynowe klienci na leki bez recepty wydają rocznie w granicach 400-500 mln zł.

– Konsumenci przede wszystkim mają o wiele większy wybór. Cały czas rejestruje się bardzo dużo nowych produktów, mimo że ustawa refundacyjna i negocjacje z Ministerstwem Zdrowia znacząco obniżyły ceny producentów leków. Dlatego firmy farmaceutyczne szukają remedium na rynku, który rośnie, jest stabilny i ciekawy – mówi ekspert. 

Według niego kluczem do wzrostu i poszukiwania rentowności są aktualnie produkty sprzedaży odręcznej.

Sankcje i taniejąca ropa bolączką Rosji. Bez nich sytuacja Ukrainy mogłaby być trudniejsza

Rosja coraz mocniej odczuwa skutki sankcji nałożonych przez USA i UE. PKB tego kraju w tym roku może zmniejszyć się o 5,5 proc, a inflacja wzrosnąć do kilkunastu procent. Moskwa traci wiarygodność w oczach inwestorów i przedsiębiorców, co skutkuje nie tylko odpływem kapitału, lecz także emigracją klasy średniej. Zdaniem ekspertów restrykcje nałożone na rosyjską gospodarkę oraz taniejąca ropa naftowa powstrzymały Kreml przed dalszą ekspansją na Ukrainie.

Trudna sytuacja gospodarcza Rosji, wywołana zarówno sankcjami, jak i spadkiem ceny ropy, spowodowała, że ten rynek stał się mniej perspektywiczny i mniej dochodowy dla eksporterów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Biznes Jarosław Ćwiek-Karpowicz, kierownik Biura Badań i Analiz z Polskiego Instytut Spraw Międzynarodowych. – Zarówno sankcje europejskie, jak i odpowiedź rosyjska utrudniają życie europejskim eksporterom, w tym również polskim firmom. Ogólny spadek eksportu do Rosji dotyczy jednak niemal wszystkich sektorów, nie tylko tych objętych sankcjami ze strony Rosji.

Jak podaje GUS, w okresie styczeń-listopad 2014 roku eksport do Rosji wyniósł 27,33 mld zł i tym samym spadł o 13,6 proc. w ujęciu rocznym. Rosja jest szóstym importem polskim produktów i usług z 4,3 proc. udziałem w strukturze polskiego eksportu (w okresie I-XI 2013 r. było to 5,3 proc.).

To m.in. sankcje ze strony krajów zachodnich przyczyniły się do pogorszenia sytuacji gospodarczej Rosji. Na skutek zakazu importu niektórych produktów znacząco wzrosła inflacja. Z prognozowanego poziomu 6-7 proc. wskaźnik wzrostu cen wzrósł do 11 proc., co powoduje spadek siły nabywczej Rosjan. W kolejnych miesiącach ceny będą rosły nawet mocniej – o 15-17 proc.

Na chwilę obecną celem Rosji jest doprowadzenie do częściowego zawieszenia sankcji bądź też ich odłożenia – tłumaczy ekspert. – Niektóre z nich zostały podjęte na okres jednego roku, ich termin zapadalności się zbliża będzie to marzec, sierpień, wrzesień tego roku. Możemy się spodziewać dyskusji w UE, czy Rosja nie zbliża się do pokojowego uregulowania konfliktu w Donbasie i czy niektóre z tych sankcji mogą być np. zawieszone.

Jak jednak wynika z wczorajszego spotkania unijnych ministrów spraw zagranicznych, państwa UE są zgodne w sprawie utrzymania sankcji. Ich zawieszenie lub zdjęcie będzie możliwe w przypadku wyraźnych sygnałów ze strony Rosji o gotowości do zakończenie konfliktu.

Sankcje nałożone na Rosję są bezprecedensowe ze względu na ważną rolę Rosji na arenie międzynarodowej (Rosja jest np. członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ). Zdaniem eksperta nawet jeśli niektóre kraje zgodzą się zawiesić wybrane restrykcje, to ogólny nieprzyjazny klimat dla inwestorów i przedsiębiorców będzie się utrzymywał.

Temat sankcji wobec Rosji nie zniknie szybko. Dyskusja wokół ich zasadności nie będzie w stanie odwrócić trendów, które widzimy w Rosji już dzisiaj – odwrotu zagranicznych inwestorów, braku perspektyw na dobre przyszłościowe porozumienia, ucieczki rosyjskiego kapitału, a także coraz większej emigracji rosyjskiej klasy średniej, która dostrzega, że warunki do życia w Rosji są coraz trudniejsze, zarówno te ekonomiczne, jak i te polityczne – mówi Jarosław Ćwiek-Karpowicz.

Drugą największą bolączką Rosji jest taniejąca ropa naftowa. W poniedziałek baryłka ropy Brent kosztowała nieco ponad 49 dolarów. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy notowania ropy obniżyły się o ponad 53 proc. W ostatnich dniach agencja Moody’s obniżyła prognozę dynamiki PKB Rosji w 2015 roku do -5,5 proc. Najbardziej bolesny jednak jest odpływ inwestycji zagranicznych oraz dewaluacja rosyjskiej waluty (rubel stracił 30 proc. w ciągu ostatnich pięciu miesięcy).

Ćwiek-Karpowicz zaznacza, że sankcje i niekorzystne zmiany na rynku surowców prawdopodobnie powstrzymały Rosję przez realizacją projektu Noworosji.

Widać, że rozmiar i dotkliwość sankcji były przez Rosję niedoszacowane. Gdyby nie one, prawdopodobnie projekt ten zostałby zrealizowany i separatyści kontrolowaliby dziś nie tylko Donbas, lecz także całe południe Ukrainy, a być może i Naddniestrze wraz z Mołdawią – zaznacza przedstawiciel PISM.

Spółki odzieżowe poprawiają rentowność i w dalszym ciągu mają potencjał do zwyżek kursu

0

CEO Magazyn Polska

Firmy odzieżowe osiągają lepsze wyniki sprzedaży, co przekłada się na wzrosty cen akcji. Dla inwestorów szczególnie atrakcyjne są spółki Bytom, Monnari czy Solar. Sektorowi sprzyja rynek najemcy, czyli otwieranie nowych centrów handlowych, co przyczynia się do ekspansji takich firm. Inwestorzy będą jednak w najbliższym czasie oczekiwać dostarczania zysków, pozytywnego cashflow, a niekiedy dywidendy. Nie wszystkie firmy spełniają te oczekiwania. Niewielka stagnacja w wynikach spółki LPP wywołana sytuacją na Wschodzie w ciągu ostatnich 12 miesięcy skutkowała dwucyfrowym spadkiem wartości akcji.

2014 rok był niewątpliwie bardzo dobrym okresem dla spółek odzieżowych ze względu na ich rozwój. Wszystkie spółki, które inwestowały wcześniej, ograniczając swoje koszty, skupiły się na poprawie rentowności. Z kolei wyniki nie są rewelacyjne, ale widzimy konsekwentną poprawę parametrów rentowności, co jest pokłosiem pracy włożonej w 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS.

Ekspert zaznacza, że stopy zwrotu na GPW w minionym roku nie były tak spektakularne jak rok wcześniej, kiedy kursy rosły nawet o 300-400 proc.

W 2014 roku kurs akcji spółki Bytom wzrósł o 25 proc., Monnari – 70 proc., CCC – 30 proc., a Vistuli – 12 proc.

2014 rok to w większym stopniu oczekiwania inwestorów na dojście wyników do wyśrubowanych poziomów wycen. Ostatnie wyniki sprzedażowe świadczą o tym, że spółki mogą dalej się rozwijać i zarabiać, przynosząc większą korzyść inwestorom – dodaje Stebakow.

Dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS wyjaśnia, że jedyną spółką, która negatywnie zaskoczyła pod względem wyników w grudniu, była LPP. Powodem była głównie ekspozycja sprzedażowa firmy na Ukrainę i Rosję, która skutkowała tylko 5-proc. wzrostem sprzedaży przy spadku marży handlowej.

W grudniu 2014 roku spółka LPP wypracowała przychody w wysokości 551 mln zł przy marży 56 proc. (spadek marży o 2 pkt proc. w stosunku rocznym). Z kolei w całym roku sprzedaż firmy wyniosła 4,76 mld zł (wzrost o 16 proc. rok do roku). Inwestorzy spodziewali się lepszych wyników – czego skutkiem jest aktualny spadek kursu o prawie 20 proc. w relacji do stycznia 2014 r.

W grudniu CCC zanotowało wzrosty sprzedaży. Prezes Piotr Nowjalis wspominał, że spółka, osiągając 2 mld zł przychodów w całym roku, może spokojnie realizować marże netto na poziomie 10 proc., co oznaczałoby 200 mln zł. To i tak będzie bardzo dobry, rekordowy wynik, gdyż w ubiegłym roku było to niecałe 120 mln, więc tutaj widzimy znaczącą poprawę – tłumaczy Marcin Stebakow.

Jak zauważa, w ostatnich dniach kursy spółek odzieżowych silnie rosną, co jest widoczne m.in. na spółkach Bytom, Monnari, czy Solar.

Spółki te podały niedawno dane sprzedażowe, a inwestorzy szukają firm, które nie są przewartościowane na wskaźnikach, np. Monnari albo Solar, które przed tymi wzrostami osiągały wskaźnik cena/zysk około 10 proc. za 2014 r.

Zdaniem analityka Bytom już jest drogi pod względem poziomu wskaźników, ale między 2013 a 2014 rokiem zysk wzrósł kilkukrotnie, co świadczy o kreowaniu wartości dla akcjonariuszy. W ocenie eksperta Bytom będzie mógł się pochwalić zyskami rzędu 5-6 mln zł, co da wskaźnik P/E w granicach 18-22. Wartość ta w dalszym ciągu jest jednak relatywnie niewielka, gdyż kluczowe spółki z branży mają wskaźnik cena/zysk nawet w granicach 30.

Istnieje naprawdę duże pole do rozwoju tej działalności, zwłaszcza że panuje rynek najemcy, dużo centrów handlowych jest wynajmowanych, a spółki chcą otwierać większe powierzchnie ze względu na większą kolekcję – przekonuje przedstawiciel DM Banku BPS.

Takie działania podejmuje m.in. Monnari oraz Bytom.

Inwestorzy teraz będą oczekiwali dostarczenia pewnych wartości zysków i może generowania pozytywnego cashflow oraz ewentualnie wypłaty dywidendy – prognozuje Marcin Stebakow.

W branży dywidendę wypłacają LPP i CCC. W ocenie eksperta, mimo że jej stopa jest na poziomie 1-2 proc., to inwestorzy pozytywnie odbierają taki podział ze względu na dobry zarząd i wyższą przejrzystość sytuacji w spółce.

Dywidenda z LPP za 2013 r. wyniosła 169,16 mln zł, czyli 93,72 zł na akcję (przy niespełna 400 mln zł zysku), co przy kursie na poziomie 7-8 tys. zł za akcję dałoby stopę dywidendy 1,2 proc. Z kolei CCC wypłaciło 61,44 mln zł (98,4 mln zysku) co daje 1,6 zł na akcję, czyli podobną stopę dywidendy jak w przypadku spółki LPP.

PFPŻ: Eksport produktów spożywczych w tym roku nie będzie łatwiejszy niż w ubiegłym. Spodziewamy się większej konkurencji, bo ceny surowców będą nadal spadać

CEO Magazyn Polska

Polska Federacja Producentów Żywności prognozuje, że eksport wyrobów spożywczych w tym roku nie będzie łatwiejszy niż w ubiegłym. Zarówno na rynku unijnym, jak i rynku państw trzecich konkurencja jest coraz większa, czego skutkiem są coraz niższe ceny. Według PFPŻ saldo wymiany zagranicznej żywności może lekko wzrosnąć, ale nie przekroczy raczej znacząco 5 mld euro. Podstawą nadal będą produkty i przetwory z mleka, mięsa, warzywa oraz owoce.

Na pewno dla branży spożywczej bieżący rok nie będzie łatwiejszy niż ubiegły – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ). – Wszystkie negatywne zjawiska, które zaszły w 2014 roku, chociażby embargo rosyjskie, prawdopodobnie będą trwać nadal. W związku z tym konkurencja zarówno na unijnym rynku wewnętrznym, pomiędzy poszczególnymi krajami, jak i na rynkach państw trzecich z pewnością będzie się zaostrzać.

PFPŻ prognozuje, że w 2015 roku mogą pojawić się trudności w dostępie do poszczególnych rynków zagranicznych.

Może pojawić się problem z dotarciem do konsumentów, na których zależy nam najbardziej, czyli tych pochodzących z krajów azjatyckich, ponieważ przypadki ASF [afrykańskiego pomoru świń – red.] w dalszym ciągu, niestety, mają miejsce, a związana z tym karencja trwa mniej więcej trzy lata – wskazuje Gantner. – Na eksport branży spożywczej oddziaływać będą także różne czynniki geopolityczne, które powodują chociażby, że część krajów arabskich, która jest dla nas relatywnie atrakcyjna, jest obarczona dosyć dużym ryzykiem eksportowym.

Według Głównego Urzędu Statystycznego po trzech kwartałach ubiegłego roku udział sprzedaży zagranicznej towarów rolno-spożywczych w eksporcie wyniósł 13 proc. i był dokładnie taki sam, jak po trzech kwartałach 2013 roku. Wartość tego eksportu wzrosła natomiast o 5,2 proc. do 15,7 mld euro. Import wyniósł w tym czasie 10,8 mld euro.

Można się spodziewać, że w tym roku eksport utrzyma się na tym samym poziomie, co w 2014 roku lub delikatnie wzrośnie – przekonuje dyrektor generalny PFPŻ. – Ale nie możemy już liczyć na tak spektakularne wzrosty, jakie mieliśmy w ubiegłych latach, które sięgały kilkunastu procent. Wchodzimy w okres stabilizacji, bardzo ostrej konkurencji oraz deflacji, która powoduje, że zarówno europejski, jak i krajowy rynek jest wysycony. Ceny surowców do produkcji i poszczególnych artykułów spadają, czego skutkiem jest jeszcze silniejszy wzrost konkurencji.

Od strony finansowej jednak, jak zauważa Andrzej Gantner, perspektywy polskiego eksportu produktów rolno-spożywczych wydają się bezpieczne.

Ogólnie, jeśli słaby złoty będzie się utrzymywał przynajmniej na takim poziomie, na jakim jest obecnie, to od strony finansowej nie będzie żadnych specjalnych zagrożeń, na co, nota bene, liczymy – zapewnia Gantner. – Jeśli na kurs krajowej waluty nałożymy spadające ceny surowców, to może to dać wartościowo całkiem pozytywne wyniki. Na pewno dobrze byłoby, gdyby wartość sprzedaży zagranicznej produktów rolno-spożywczych utrzymała się przynajmniej na poziomie pięciu miliardów euro dodatniego salda. Jest ono dla nas bardzo ważne, bo świadczy o tym, że jesteśmy bardziej lub mniej konkurencyjni.

Po pierwszych trzech kwartałach ub.r. saldo wymiany zagranicznej produktów rolno-spożywczych według GUS wyniosło 4,2 mld euro i było o 9,1 proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Najwięcej polskie firmy sprzedały do innych krajów Unii Europejskiej. Natomiast obroty w handlu z obszarem Wspólnoty Niepodległych Państw (m.in. Rosją, Białorusią, Kazachstanem) były o 16,1 proc. niższe niż podczas pierwszych dziewięciu miesięcy 2013 roku.

Mamy trzy podstawowe branże eksportujące, czyli producentów mleka, mięsa, warzyw i owoców oraz ich przetworów – informuje Andrzej Gantner. – Natomiast są także sektory, które co prawda sprzedają za granicą mniej, ale wartościowo także są bardzo istotne. Myślę tu o chociażby sektorze słodyczy, sektorze piekarsko-cukierniczy oraz sektorze napojów. Te trzy branże dosyć szybko się rozwijają i zwiększają eksport. Coraz bardziej istotny jest również reeksport. Polska sprowadza duże ilości takich surowców, jak kawa, herbata czy łosoś, które są przepakowywane i sprzedawane na inne rynki. Udział reeksportu w sprzedaży zagranicznej ciągle rośnie, a są to raczej produkty o wysokiej wartości dodanej i droższe.

I. Morawski (BIZ Bank): Ceny w Polsce wzrosną dopiero pod koniec tego roku. W I kwartale deflacja pogłębi się do 1,5 proc. rok do roku

Ceny w Polsce od zeszłego lata cały czas spadają w ujęciu rocznym i to coraz mocniej. Nic nie wskazuje też na to, by trend odwrócił się wcześniej niż za kilka miesięcy. Jeśli ropa nie zacznie wyraźnie drożeć, a złoty nie osłabi się jeszcze mocniej, ceny zaczną rosnąć dopiero pod koniec roku.

Mamy głęboką deflację, w grudniu wyniosła -1 proc, a pierwszy kwartał przyniesie prawdopodobnie spadek cen na poziomie 1,5 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Średnio w roku będziemy mieli deflację, natomiast wydaje mi się, że wyjdziemy z tej deflacji prawdopodobnie pod koniec tego roku. Chyba że ceny ropy na świecie znacząco odbiją, na co na razie się nie zanosi.

Według GUS ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadły w grudniu o 1 proc., licząc rok do roku, czyli silniej niż w pięciu poprzednich miesiącach, gdy były niższe o 0,2 (lipiec), 0,3 (sierpień i wrzesień) i 0,6 proc. (październik i listopad) oraz niż w analogicznych miesiącach 2013 roku. W całym 2014 roku ceny pozostały na poziomie niezmienionym wobec 2013 roku, przy czym w grudniu ceny paliw były aż o 10,2 proc. niższe niż rok wcześniej.

Niskie ceny są bowiem głównie skutkiem notowań ropy na świecie. Stany Zjednoczone zwiększyły w ubiegłym roku wydobycie eksport ropy, doprowadzając do gwałtownego spadku cen. Za baryłkę ropy Brent, która w połowie zeszłego roku kosztowała ok. 115 dolarów, dziś zapłacić trzeba ok. 50 dolarów.

Ale pamiętajmy, że ceny ropy są trudno przewidywalne zastrzega Ignacy Morawski.Zakładając, że ceny ropy zostaną na poziomie około 50 dolarów za baryłkę, a złoty nie osłabi się jakoś gwałtownie, można oczekiwać, że z deflacji wyjdziemy pewnie gdzieś pod koniec tego roku.

Na razie jednak wzrostu cen ropy nikt nie oczekuje. Wprawdzie Międzynarodowa Agencja Energii w najnowszej prognozie ograniczyła przewidywania wydobycia ropy w krajach spoza OPEC do 950 tys. baryłek dziennie z 1,3 mln ( z czego połowa przypadać ma na USA), ale dzienny popyt wynosić ma tylko 9000 tys. baryłek. Jednocześnie w ubiegłą środę podano, że zapasy ropy w Stanach wzrosły o 5,4 mln baryłek (oczekiwano wzrostu o 1,2 mln).

Kolejnym czynnikiem sprzyjającym deflacji jest taniejąca żywność. W całym 2014 roku była średnio tańsza o 0,9 proc., porównując do 2013 r., a w samym grudniu – o 3,5 proc., porównując do grudnia 2013.

Deflacja wynika głównie ze spadku cen żywności i paliw i jest pozytywna dla konsumentów, ponieważ zostaje im w kieszeni więcej pieniędzy na inne wydatki – podkreśla główny ekonomista BIZ Bank. Nie wydaje mi się, żeby deflacja sama w sobie była niebezpieczna dla gospodarki. Ona do pewnego stopnia odzwierciedla jej słabość. Fakt, że rozwijamy się w tempie umiarkowanym, a nie bardzo szybkim sprawia, że firmy nie mają bodźców do podnoszenia cen. Można więc powiedzieć, że niska inflacja jest w pewnym sensie odzwierciedleniem umiarkowanego wzrostu gospodarczego.

Z drugiej strony deflacja jest też dla gospodarki ożywcza. Siła nabywcza konsumentów rośnie, ich nastroje się poprawiają, są bardziej skłonni do wydawania pieniędzy. Tańsze paliwa to z kolei niższe koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Deflacja oznacza też niższe stopy procentowe i tańsze kredyty, zarówno konsumpcyjne dla obywateli, jak i inwestycyjne dla przedsiębiorstw.

Fakt, że spadają ceny paliw, czyli towaru, który tak naprawdę importujemy, wspiera wzrost gospodarczy w Polsce poprzez zwiększenie realnych wynagrodzeń zwraca uwagę Ignacy Morawski z BIZ Banku. Czyli te relacje pomiędzy inflacją i PKB przebiegają w dwóch kierunkach: z jednej strony nie najsilniejsze PKB na świecie dołuje inflację, z drugiej strony dzięki niskim cenom paliw inflacja powinna wspierać wzrost gospodarczy.

Produkcja aut w Polsce o połowę mniejsza niż pięć lat temu. Koncerny motoryzacyjne wolą lokalizować fabryki u naszych sąsiadów

W ostatnich latach koncerny motoryzacyjne częściej otwierały swoje fabryki u naszych sąsiadów. Spowodowało to, że w porównaniu z 2009 rokiem produkcja samochodów w Polsce spadła o połowę. Przyczyną takich zmian mógł być zbyt mały popyt na nowe auta w Polsce. Tylko w ubiegłym roku Polacy dwa razy więcej samochodów sprowadzili z zagranicy, niż kupili w salonach.

Polska nie jest motoryzacyjna potęgą. Z krajowych zakładów pochodzi zaledwie 0,7 proc. światowej produkcji nowych samochód i części do nich. Mimo to branża samochodowa stanowi znaczącą część polskiej gospodarki.

Motoryzacja odpowiada za 8 proc. całej wartości dodanej polskiej gospodarki. To tyle, co cała energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. – W branży zatrudnionych jest 800 tys. osób, czyli aż 6 proc. wszystkich pracujących w Polsce. Jeśli możemy mówić o jakimś trendzie wieloletnim, to jest on rosnący, bo znaczenie motoryzacji w polskiej gospodarce rośnie z roku na rok.

Branża motoryzacyjna to jest biznes globalny. Produkcja w Polsce przeznaczona jest głównie na eksport. Jak wskazuje raport DNB Bank Polska i Deloitte, największymi hitami eksportowymi są części i akcesoria (76 proc. produkcji trafia na eksport) oraz samochody osobowe (89 proc.). Blisko 80 proc. eksportu trafia do krajów UE – największym odbiorcą są Niemcy (29 proc.). Polski przemysł motoryzacyjny ma w UE silnie ugruntowaną pozycję, wręcz wypierając innych dostawców, np. z Chin czy Turcji.

Z drugiej strony jednak obserwujemy pewną stagnację, która przyszła po kryzysie w 2009 roku – zwraca uwagę Artur Tomaszewski. – Produkcja aut w Polsce spadła o połowę od tego momentu. Słaby jest również popyt wewnętrzny na nowe samochody.

Ze względu na słaby rynek wewnętrzny Polska w ostatnich latach często przegrywała z innymi państwami regionu w walce o zainteresowanie inwestorów z branży.

Mamy bardzo dobrze oceniane specjalne strefy ekonomiczne. Mamy poprawiającą się infrastrukturę transportową, która jest kluczowa w tej branży. Mamy relatywnie niskie koszty pracy, porównywalne do naszych sąsiadów. Mimo to w ostatnim czasie przegraliśmy kilka poważnych bitew z Czechami, ze Słowacją i z Węgrami o nowe inwestycje i nowych inwestorów – mówi prezes DNB Bank Polska. – Naszym zdaniem jednym z problemów może być problem ciągle słabego popytu wewnętrznego.

Jak podaje Samar, działające w Polsce koncerny samochodowe wyprodukowały w 2014 roku 578 tys. nowych  aut, o 0,56 proc. więcej niż rok wcześnie. Jednocześnie – jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego – Polacy kupili w tym czasie 327 tys. nowych samochodów,czyli o blisko 13 proc. więcej niż w roku 2013.

Kupujemy mało nowych samochodów. Nie jest to kwestia zamożności społeczeństwa, bo porównując do Czech, Węgier i Słowacji – czyli państw o podobnej zamożności obywateli – kupujemy dwukrotnie mniej nowych aut – ocenia Tomaszewski. – Naszym zdaniem problemem może być to, że importujemy zbyt wiele aut używanych. Rozwiązaniem mogłyby być jakieś systemy fiskalne, które stymulowałyby do zakup nowych aut, a ograniczały import używanych, czyniąc go mniej opłacalnym.

Z raportu PZPM wynika, że w 2014 roku sprowadziliśmy z zagranicy ponad 708 tys. używanych samochodów.

Ropa i węgiel nie podrożeją. Surowce potaniały z powodu spowolnienia gospodarczego na świecie

CEO Magazyn Polska

Na światowych rynkach utrzymuje się nadpodaż węgla i ropy naftowej. Dwa najważniejsze surowce energetyczne cały czas tanieją – na każde 10 dolarów spadku cen ropy naftowej przypada 3 dolary spadku cen węgla. Na duże odbicie nie ma szans, bo słaba koniunktura na świecie hamuje popyt, a do tego przybywa alternatywnych źródeł energii.

Patrząc w średnim horyzoncie, spadek cen baryłki ropy o 10 dolarów przekłada się na spadek cen tony węgla o około 3 dolarów. Ta relacja obowiązywała w całym 2014 roku, kiedy ceny ropy naftowej spadły o 50 proc., a ceny węgla obniżyły się o 16 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku.

Ekspert podkreśla, że w samym tylko grudniu cena ropy naftowej spadła o 20 dolarów, a węgla – o 6 dolarów. Ceny obydwu surowców energetycznych utrzymują się na dawno niewidzianych poziomach. Ropa naftowa kosztuje już poniżej 50 dolarów za baryłkę, czyli o ponad połowę mniej niż na początku 2014 r.

Węgiel w portach Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia (ARA) w 2014 r. spadł z ponad 80 dolarów za tonę do niecałych 70 dolarów za tonę, a od początku stycznia potaniał jeszcze bardziej i kosztuje teraz ok. 60 dolarów.

Sadoch zwraca uwagę na to, że węgiel tanieje już od 2012 r. Ceny tego surowca do tej pory spadały szybciej niż ceny ropy.

Katastrofalna sytuacja w polskim górnictwie wynika właśnie z tej dekoniunktury w ostatnich trzech latach. Ostatnie spadki cen ropy naftowej spowodowały, że ceny ropy i węgla znalazły się na podobnym poziomie – ocenia Sadoch. ‒ Niestety, cały czas utrzymująca się na wysokim poziomie podaż i w dalszym ciągu tłumiony popyt skutkują tym, że nie możemy oczekiwać w 2015 roku odbicia ani cen ropy naftowej, ani cen węgla.

Ekonomista zwraca uwagę także na to, że na niskie ceny obydwu ważnych surowców wpływa przede wszystkim słaba koniunktura w światowej gospodarce. Rewidowane w dół prognozy wzrostu gospodarczego na całym świecie oznaczają, że zapotrzebowanie zarówno na węgiel, jak i na ropę naftową jest niskie. Do tego rośnie produkcja energii z alternatywnych źródeł.

Rośnie produkcja z biopaliw, rośnie zużycie energii z niekonwencjonalnych źródeł energii. Cały czas te czynniki podażowe mają dość dużą wagę – dodaje Sadoch.

Ekspert ocenia, że w tej sytuacji odbicie cenowe, nawet jeśli wystąpi, to będzie bardzo słabe. Choć ropa naftowa z dużym prawdopodobieństwem nieco podrożeje, bo obecnie cena jest najniższa od 6 lat, będzie to wzrost umiarkowany i nie nastąpi zbyt szybko. Sadoch przewiduje, że ropa naftowa odbije dopiero przed końcem tego roku, ale nawet to nie podbije znacząco cen węgla.

Możemy nawiązać do takiej korelacji, że 1-proc. spadek lub wzrost cen ropy naftowej przekłada się na 0,3 proc. spadku lub wzrostu ceny węgla. W związku z tym nawet jeżeli cena ropy naftowej zacznie rosnąć, to wzrost cen węgiel będzie bardzo umiarkowany – przewiduje Sadoch.

Citi Handlowy walczy o zamożnych klientów. Otwiera nowy typ wyspecjalizowanych placówek

0

CEO Magazyn Polska

Usługi doradcze w placówkach i transakcje wykonywane online – w tę stronę zmierza bankowość prywatna w Polsce. Klientów tego sektora przybywa, bo już teraz w Polsce jest 120 tysięcy milionerów, a rynek bankowości prywatnej rośnie o 10-15 proc. rocznie. Walkę o udział w rynku zamożnych klientów zapowiada Citi Handlowy, którzy otworzył właśnie pierwszą w kraju nowoczesną placówkę Smart Citigold HUB.

Na polskim rynku jest prawdopodobnie ponad 100 tys. milionerów. Wcześniej ten segment klientów był obsługiwany przez tak zwane butikowe banki inwestycyjne. Banki detaliczne raczej nie zajmowały się bankowością prywatną z prawdziwego zdarzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Shahnawaz Rashid Lalani, dyrektor dystrybucji i i sieci sprzedaży w Citi Handlowy. – Szacujemy, że rynek będzie rósł w tempie 10-15 procent, a my postaramy się z tego wzrostu skorzystać.

Mimo że ponad 94 proc. transakcji klienci banku dokonują przez internet lub aplikację mobilną, wciąż jest duże zapotrzebowanie na fizyczne oddziały banków. Zmienia się jednak ich charakter.

Klienci potrzebują doradztwa finansowego. Chcą, żeby im wyjaśnić, jak funkcjonują poszczególne produkty w ofercie, jakie produkty powinni wybrać, jak oszczędzać na emeryturę, co powinni zrobić ze swoimi pieniędzmi, jakie inwestycje przeprowadzić, co się będzie działo na rynkach walutowych – wyjaśnia Brendan Carney, wiceprezes zarządu banku Citi Handlowy.

By walczyć o udział w sektorze bankowości prywatnej, czyli skierowanej do najbardziej zamożnych klientów, Citi Handlowy zaczyna rozwój sieci nowoczesnych placówek. W ubiegłym tygodniu w Gdańsku otworzono pierwszy w Polsce oddział Smart Citigold HUB dla klientów Citigold i Citigold Select (progi finansowe w tych segmentach wynoszą odpowiednio 300 tys. zł i 1,5 mln zł). Placówki tego typu mają koncentrować się właśnie na doradztwie. Carney oczekuje, że dzięki temu klienci dostrzegą wartości, jakie płyną z odwiedzenia oddziału, bo otrzymają tam usługi, których nie da się dostarczyć online.

Carney dodaje, że polski oddział Citi Handlowy skorzystał z rozwiązań wprowadzonych już w Ameryce Północnej, Łacińskiej i Azji. Oddziały Smart Citigold HUB to efekt połączenia tych inspiracji. Jak podkreśla wiceprezes banku, jest to rozwiązanie innowacyjne na skalę światową.

Nowe podejście ma pomóc Citi Handlowemu zawalczyć o rosnący rynek klientów bankowości prywatnej. Jak podkreśla wiceprezes zarządu, wraz ze wzrostem polskiego PKB będzie przybywać polskich firm odnoszących sukcesy na rynkach światowych. Bank zamierza dotrzeć do tego segmentu, ale nie zapomina również o zamożnych klientach indywidualnych.

Shahnawaz Lalani dodaje, że dzięki takiemu podejściu Citi Handlowy chce nie tylko zwiększyć udziały w rynku, lecz także pozyskać lojalnych klientów, którzy docenią zarówno ofertę banku, jak i poziom obsługi i doradztwa.

Nasza koncepcja polega na tym, by stać się zaufanym doradcą klientów, pierwszym bankiem, o którym powinni pomyśleć, jeśli będą chcieli spełnić swoje finansowe aspiracje – podkreśla Lalani.

Smart Citigold HUB znajduje się w centrum biurowym Neptun w Gdańsku, gdzie mieści się również oddział Smart Citi Handlowego. To nowy typ placówek banku – jest ich na razie 13 w całej Polsce. Różnią się od tradycyjnych oddziałów m.in. tym, że nie ma w nich biurek i kas, a strefa dla klienta jest otwarta. Korzystając ze sprzętu w oddziale, klient może dokonywać wszelkich transakcji, które do tej w placówce realizował przy tradycyjnym okienku. Może również skorzystać ze wsparcia doradców.

Sport ma wypromować Grupę Azoty. Zespół siatkarek z Polic będzie grał w Azoty Arenie

CEO Magazyn Polska

Grupa Azoty chce poprzez sport promować swoją markę na światowych rynkach. Dzięki wartej 2,1 mln zł umowie otwarta w sierpniu ubiegłego roku hala sportowo-widowiskowa w Szczecinie otrzymała nazwę Azoty Arena. W hali zagra m.in. Chemik Police – odnoszący sukcesy w kraju i Europie klub siatkarek, którego partnerem jest Grupa Azoty.

Sponsoring wydarzeń sportowych ma wiele cech, które będą pozytywnie wpływały na nasze działania. Chodzi tu nie tylko o sam wizerunek Grupy, lecz także o rozumienia spółki i poziom sprzedaży naszych produktów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Jarczewski, prezes zarządu Grupy Azoty. ‒ Firmy światowe dzisiaj inwestują w sport, bo jest to świetny kanał promocyjny.

Oddana do użytku 1 sierpnia ubiegłego roku hala w Szczecinie może pomieścić ponad 5 tys. kibiców. W skład kompleksu wchodzą również sale konferencyjne, centrum biurowo-administracyjne oraz sale treningowe. Cały obiekt ma powierzchnię ponad 100 tys. mkw. Hala będzie nosić nazwę Azoty Arena przez trzy lata.

W hali swoje mecze rozgrywa m.in. Chemik Police – żeński klub siatkówki, który w ubiegłym roku przebojem zdobył tytuł Mistrza Polski oraz Puchar Polski, a w tym roku odnosi sukcesy również w europejskiej Lidze Mistrzyń. Partnerem Chemika również jest Grupa Azoty.

Jarczewski podkreśla, że poprzez współpracę z tak dobrym klubem również Grupa Azoty realizuje swoje aspiracje. Zaznacza, że ambicje chemicznego koncernu wykraczają poza granice kraju.

Grupa Azoty to potężny podmiot gospodarczy, narodowy czempion przemysłowy działający w branży chemicznej. Działamy na rynkach światowych, a nasze aspiracje realizujemy, rozwijając działalność biznesową, sprzedaż i inwestycje – podkreśla prezes Azotów. – Promowanie działalności Grupy poprzez sport, który jest na najwyższym poziomie światowym, pozwala przekazywać ideę funkcjonowania i wizję Grupy szerszemu gronu.

Z zaangażowania Azotów w promocję sportu oraz ze współpracy przy finansowaniu hali sportowo-widowiskowej cieszą się władze Szczecina. Piotr Krzystek, prezydent miasta, zwraca uwagę nie tylko na aspekt finansowy, lecz także wartość społeczną tej współpracy. W całym budżecie miasta, wynoszącym ponad 2 mld zł, wpływy ze współpracy z Azotami są niewielką pozycją, jednak korzyści są mimo to bardzo istotne.

Współpraca jest dla obu stron korzystna. Cieszy nas to, że Grupa Azoty to podmiot mocno zaangażowany w rozwój regionu, a dzięki Zakładom Chemicznym Police jest jednym z największych przedsiębiorców województwa zachodniopomorskiego, zresztą jest to potentat na rynku nie tylko europejskim – podkreśla Krzystek.

Miasto będzie dokładać do utrzymania hali ponad 2 mln zł rocznie. Resztę kosztów pokrywa zarządzająca obiektem firma Arena Szczecin Operator, która organizuje tam również koncerty i inne wydarzenia rozrywkowe, choć podstawową funkcją hali są wydarzenia sportowe. W hali swoje mecze rozgrywają również inne zespoły, w tym należący do krajowej czołówki zespół piłkarzy ręcznych Gaz-System Pogoń Szczecin.

Przyszłość będzie zależała od dalszych rozmów i współpracy. Muszę powiedzieć, że pracuje nam się z prezydentem bardzo dobrze i wydaje się, że to jest źródło sukcesu – ocenia Krzysztof Jałosiński, wiceprezes zarządu Grupy Azoty i prezes zarządu Grupy Azoty Police. ‒ Robimy to też z myślą o kibicach to miejsce, gdzie przychodzi 5 tys. szczecinian, by oglądać tak dobre zespoły, jak Chemik Police.

Sprzedaż bezpośrednia w branży kosmetycznej to za mało. Avon rozwija sprzedaż online i tradycyjne sklepy

Kosmetyki są najczęściej kupowaną kategorią w systemie sprzedaży bezpośredniej. Firmy, które działają w tym kanale, równolegle rozwijają również sprzedaż online i tradycyjne sklepy. Połączenie tych systemów pozwala firmie Avon rosnąć szybciej niż rynek. Stacjonarny Avon Studio od grudnia działa w warszawskich Złotych Tarasach.

Jesteśmy wierni sprzedaży bezpośredniej, więc przede wszystkim to konsultantki docierają do naszych klientów i budują z nimi relacje. Oczywiście próbujemy podążać za czasem, w związku z czym łączymy nasz tradycyjny model sprzedaży z elementami, które są nowe i dopasowane do dzisiejszych realiów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Dariusz Świętek, dyrektor sprzedaży Avon Cosmetics Polska.

Na początku grudnia Avon otworzył swój pierwszy sklep stacjonarny Avon Studio w warszawskiej galerii Złote Tarasy. Oferta firmy jest w nim dostępna dla wszystkich klientów.

Nie jest to wyłom w naszym podejściu do sprzedaży bezpośredniej, dlatego że w tym miejscu klientów obsługują nasi konsultanci, nasi liderzy. A zatem sprzedaż cały czas jest realizowana w kanale sprzedaży bezpośredniej, ale po raz pierwszy klient może wejść do sklepu i kupić produkt, którym jest zainteresowany – mówi Dariusz Świętek.

Praca konsultantek wiąże się również z kolejnym kanałem sprzedaży, czyli internetem. Od 2013 roku możliwy jest zakup kosmetyków Avon przez stronę internetową.

Staramy się łączyć sprzedaż internetową ze sprzedażą bezpośrednią. To oznacza, że klient, który jest zainteresowany produktem, może kupić go od razu, oglądając w internecie. Stworzyliśmy jednak unikalny system łączenia klientów z naszymi konsultantkami i to właśnie one dostarczają mu produkt. Zatem z jednej strony wykorzystujemy nowoczesne medium, jakim jest internet, a z drugiej strony skutecznie staramy się je łączyć z naszym tradycyjnym modelem, czyli ze sprzedażą bezpośrednią – przekonuje dyrektor sprzedaży Avon Cosmetics Polska.

Sprzedaż przez internet dynamicznie rośnie. Avon wiąże z tym kanałem duże nadzieje, więc pracuje nad tym, by go rozwijać i zwiększać swoją obecność w sieci. Internet stał się też nieodłącznym narzędziem pracy konsultantek firmy. Jak informuje Świętek, dziś prawie wszystkie zamówienia składane są online. Dzięki mediom społecznościowym konsultantkom łatwiej jest też budować sieć klientów, co wpływa na wyniki sprzedażowe firmy.

– Sposób pozyskiwania klientów to dziś coraz rzadziej są bezpośrednie kontakty czy spotkania. Coraz większe znaczenie ma internet, przekazywanie  informacji i ofert tą drogą. Następują potężne zmiany jeżeli chodzi o zachowania naszych konsultantek, to z jakich mediów korzystają, z jakich narzędzi, w jaki sposób pozyskują nowych klientów i w jaki sposób utrzymują ich lokalność – mówi Dariusz Świętek.

Przekonuje, że ostatnie dwa lata pod względem wyników Avonu były satysfakcjonujące. Podkreśla, że firma rosła szybciej niż rynek, na którym działa.

Według Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej rynek ten w Polsce generuje roczne obroty na poziomie 2,775 mld zł. W 2013 roku liczba zamówień wyniosła ok. 38 mln, z czego 95 proc. zostało zrealizowanych w sprzedaży indywidualnej, reszta podczas prezentacji grupowych. Najczęściej kupowanymi produktami w tym kanale są kosmetyki.

40 proc. agencji zatrudnienia to firmy jednoosobowe. Przedstawiciele branży chcą podniesienia wymagań wobec podmiotów na rynku

Liczba pracowników tymczasowych z roku na rok rośnie o kilkanaście procent. Dzięki agencjom zatrudnienia co roku pracę znajduje pół miliona osób. Na rynku pośrednictwa pracy tymczasowej działa ponad 5 tys. podmiotów, z których aż 40 proc. to jednoosobowe firmy. Rosnąca popularność tego typu pracy powoduje, że potrzebne są nowe regulacje, które uporządkują ten rynek i będą lepiej chronić pracowników.

Z danych Polskiego Związku HR wynika, że na rynku działa ponad 5,2 tys. agencji, a 40 proc. z nich to firmy jednoosobowe.

– Jaki poziom bezpieczeństwa mogą one zapewnić pracownikom, których zatrudniają, wynajmują czy ewentualnie rekrutują? – mówi Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland i prezes Polskiego Forum HR, zrzeszającego największe agencje zatrudnienia. – Pewien poziom zabezpieczenia, które musiałyby posiadać firmy, żeby wejść na ten rynek, stanowiłby dla nich gwarancję, że otrzyma swoje wynagrodzenie w terminie, że ktoś go obsłuży, że będzie mógł skorzystać z dodatkowych szkoleń czy innych inicjatyw, które podniosą jego kwalifikacje.

Podniesienie wymogów dla podmiotów działających na rynku agencji zatrudnienia to jeden z postulatów Polskiego Forum HR, które domaga się regulacji tej branży. Dziś nie obowiązują ich żadne kryteria, co sprawia, że łatwo rozpocząć działalność. Fluktuacja na tym rynku jest znacząca – w 2013 roku w Krajowym Rejestrze Agencji Zatrudnienia pojawiło się 1,2 tys. nowych firm, a około 700 zostało z niego wykreślonych. To z kolei – w opinii ekspertów – przekłada się na różną jakość świadczonych usług i zwiększa ryzyko nadużyć.

Jak podkreśla Anna Wicha, trwają prace nad nowymi regulacjami tego rynku. W spotkaniach brali udział przedstawiciele m.in. związków zawodowych, organizacji pracodawców, agencji zatrudnienia oraz resortu pracy.

Jesteśmy w trakcie procesu, w trakcie uzgadniania pewnych zmian, które będą dotyczyć szerszej perspektywy, bo część z tych rekomendacji dotyczy ustalenia pewnych barier wejścia na ten rynek – podkreśla prezes Polskie Forum HR.

Uporządkowanie rynku i zwiększenie ochrony pracowników jest o tyle istotne, że znaczenie pracy tymczasowej rośnie. Co roku zwiększa się nie tylko liczba agencji, lecz także liczba pracowników, którzy za ich pośrednictwem znajdują zatrudnienie. Wynosi ona ok. 500 tys. rocznie. W III kwartale ubiegłego roku agencje zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniły łącznie 124 tys. pracowników tymczasowych, o 12,5 proc. więcej niż przed rokiem. Liczba etatów, na których zostali zatrudnieni, sięgnęła 60 tys. (o 10 proc. więcej).

Jest to ważne również w kontekście współpracy między agencjami zatrudnienia i publicznymi służbami, czyli urzędami pracy.

– Takiego ułożonego, ustandaryzowanego procesu współpracy między publicznymi i prywatnymi służbami zatrudnienia w Polsce nie ma. Staramy się jednak współpracować z ministerstwem, żeby takie programy wypracować. Sami zresztą zarekomendowaliśmy jako agencje zatrudnienia, że jesteśmy na to gotowi, pokazaliśmy pewne podstawy, na których chcemy współpracować. Mamy nadzieję, że rozpoczęta dyskusja zakończy się z pożytkiem dla tych wszystkich, którzy potrzebują wsparcia na rynku pracy – mówi Anna Wicha.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy dała większe możliwości aktywizacji osób bezrobotnych urzędom pracy (jednym z jej elementów było wprowadzenie tzw. bonów stażowych). UP zyskały m.in. możliwość delegowania usług do agencji zewnętrznych. W ramach programów pilotażowych mogą one obecnie współpracować z UP na rzecz najtrudniejszej grupy, czyli najbardziej oddalonych od rynku pracy osób trwale bezrobotnych.

Według danych resortu pracy stopa bezrobocia w końcu grudnia wyniosła 11,5 proc. (w porównaniu z listopadem wzrosła o 0,1 pkt proc.). Liczba bezrobotnych w całym 2014 roku spadła o 332,1 tys. (o 15,4 proc.). Pracodawcy zgłosili do urzędów pracy prawie 1,1 mln wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej.

Jutro upływa termin złożenia oświadczeń o formie opodatkowania przychodu z najmu mieszkań

Do wtorku mają czas osoby, które chcą zmienić sposób opodatkowania przychodów z najmu mieszkania. Dla osób, które dopiero zaczną wynajmować lokale, terminem złożenia oświadczenia jest 20. dzień miesiąca po uzyskaniu pierwszego przychodu albo koniec roku podatkowego, jeżeli pierwszy taki przychód osiągnęły w grudniu.

‒ Jeśli uzyskalibyśmy przychód w lutym, to musielibyśmy do 20 marca złożyć takie oświadczenie. Natomiast dla podatników, którzy wcześniej uzyskiwali przychody z najmu i opodatkowywali je według skali podatkowej, a teraz chcą zmienić tę formę opodatkowania, powinni to zrobić do 20 stycznia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Słomka, radca prawny i doradca podatkowy w kancelarii Galt.

W tym roku, podobnie jak w poprzednich, najem prywatny (czyli nie w ramach działalności gospodarczej) można rozliczać według skali podatkowej (18 lub 32 proc.) lub ryczałtem w wysokości 8,5 proc. przychodów. Ten drugi sposób jest znacznie prostszy, bo nie wymaga prowadzenia ewidencji przychodów i kosztów. Rozliczenie według skali podatkowej umożliwia za to właścicielowi odliczenie poniesionych wydatków na wynajmowany lokal, np. kosztów remontu.

Osoby już wynajmujące swoje lokale do 20 stycznia muszą złożyć do urzędu skarbowego oświadczenie o wyborze formy opodatkowania, jeśli chcą ją zmienić.

Od 1 stycznia zmieniły się też przepisy określające składanie zawiadomienia o opodatkowaniu przychodu z najmu, osiągane przez małżeństwo, w całości przez jednego z małżonków, między którymi istnieje wspólność majątkowa.

‒ Dotychczas jeśli małżonkowie chcieli opodatkować w całości przez jednego z nich przychody z tytułu najmu w formie zryczałtowanej, musieli co roku składać takie zawiadomienie. Od 1 stycznia wystarczy złożenie takiego zawiadomienia jednokrotnie i będzie ono obowiązywać także w kolejnych latach podatkowych – tłumaczy Słomka.

Złożenie kolejnego zawiadomienia będzie potrzebne jedynie wtedy, gdy zmienią się zasady opodatkowania – na przykład wtedy, gdy zmieni się małżonek odprowadzający podatek od przychodu z najmu.

Osoby, które wybrały ryczałt, muszą złożyć zeznanie na druku PIT-28 do 31 stycznia. Dla nich istotna będzie zmiana, jaką wprowadza nowelizacja przepisów Ordynacji podatkowej.

‒ To zmiana, która wydawała się kosmetyczna, jednak okazuje się, że niekorzystnie wpływa na termin składania zeznań rozliczenia podatku w przypadku, gdy termin przypada w dzień wolny od pracy – dodaje Wojciech Słomka.

Do tej pory jeśli termin płatności podatków, zaliczek na podatek dochodowy oraz składania deklaracji przypadał na dzień wolny, był on przesuwany na kolejny dzień roboczy. Teraz przesunięcie następuje na poprzedni dzień roboczy. Podatnicy muszą o tym pamiętać już w styczniu. Ostatni dzień tego miesiąca wypada w sobotę. Zgodnie ze starymi zasadami termin złożenia deklaracji i rozliczenia podatku zostałby zatem przesunięty na 2 lutego – według obecnych przepisów będzie to jednak 30 stycznia, czyli piątek.

Za pięć lat żywność ekologiczna i tradycyjna mogą mieć 10-proc. udział w produkcji rolno-spożywczej

CEO Magazyn Polska

Wraz ze wzrostem zamożności Polaków rosną ich wydatki na wysokiej jakości żywność. Produkty ekologiczne i tradycyjne, choć droższe, cieszą się coraz większą popularnością. Za pięć lat mogą stanowić ponad 10 proc. polskiej produkcji rolno-spożywczej.

W Polsce rynek produktów ekologicznych i tradycyjnych może jeszcze wzrosnąć 2-3 razy w ciągu najbliższych 5 lat. Powinniśmy więc osiągnąć 10 proc. udziału w całej produkcji rolno-spożywczej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Na razie rynek żywności premium nie jest duży. Szacuje się, że zaledwie ok. 3 proc. żywności sprzedawanej w Polsce można uznać za wyroby z wyższej półki. Na produkty ekologiczne i tradycyjne wciąż decyduje się niewielu konsumentów ze względu na ich wyższe ceny. Rozwój tego rynku będzie więc zależał od tempa bogacenia się społeczeństwa.

Polscy konsumenci są ubożsi niż niemieccy czy francuscy. Wraz ze wzrostem poziomu zamożności polskiego społeczeństwa udział tych produktów będzie rósł, bo jest dosyć duża akceptacja dla takich produktów i chęć ich nabywania – mówi Gantner.

Rynek samej tylko żywności ekologicznej w Polsce to ok. 0,3 proc. rynku spożywczego. Na Zachodzie sięga on 3-4 proc. Na produkty tego typu statystyczny Polak przeznacza rocznie 4 euro, podczas gdy Niemiec – 86 euro.

O tym, że do poziomu zamożności zachodnich sąsiadów wiele Polakom brakuje, świadczy udział wydatków na żywność w budżecie domowym. Im bogatsze społeczeństwo, tym procent ten jest mniejszy – zwiększają się bowiem wydatki na inne dobra. Polacy na żywność przeznaczają jedną czwartą swojego budżetu, Niemcy – jedną dziesiątą.

Polacy lubią kupować żywność ekologiczną związaną z produktami roślinnymi, również takimi, jak miód, jajka i produkty zwierzęce. Produkty tradycyjne to przede wszystkim wyroby wędliniarskie, sery czy pieczywo. To są kategorie, które dosyć szybko się rozwijają – mówi Andrzej Gantner.

Zdaniem dyrektora PFPŻ dużą popularnością cieszą się również półprodukty ekologiczne, które służą do wzbogacania innych produktów, np. ziarna zbóż czy nasiona.

Mimo że zainteresowanie produktami ekologicznymi i tradycyjnymi będzie nadal rosło, to musimy sobie powiedzieć, że to nie jest taki wzrost, który może pociągnąć rozwój polskiej gospodarki żywnościowej. To jest raczej bardzo przyjemny dodatek, który buduje wyobrażenie o jakości i smakowitości polskich produktów żywnościowych. Gros eksportu, to całe obciążenie eksportowe będzie ciągle spoczywało na dużych i największych firmach spożywczych – mówi Andrzej Gantner.

Szczepienia ochronne należy zrobić kilka tygodni przed wyjazdem do egzotycznego kraju

CEO Magazyn Polska

Zimą Polacy coraz częściej wybierają się w egzotyczne podróże. Przygotowując się do takiego wyjazdu, trzeba w odpowiednim czasie zadbać o kwestie medyczne. Podstawowe to szczepienia ochronne, np. przeciwko żółtej febrze czy wirusowemu zapaleniu wątroby. Osoby wyjeżdżające w tropiki powinny także posiadać wiedzę o występujących w danym regionie chorobach wywoływanych przez pasożyty, aby zaopatrzyć się w odpowiednie leki.

W 2013 roku ponad 70 proc. wyjeżdżających zimą wybrało wypoczynek w tropikach. Największą popularnością wciąż cieszą się bliższe kierunki, jak Wyspy Kanaryjskie czy Egipt, ale często wybierane są także Kuba, Meksyk i Tajlandia.

Polacy wyjeżdżający na egzotyczny urlop bardzo często zapominają o kwestiach medycznych, zwłaszcza o niezbędnych szczepieniach. Przygotowanie do takich wyjazdu należy rozpocząć co najmniej 4–6 tygodni przed wylotem. Postawą jest znalezienie lekarza medycyny podróży, aby wspólnie z nim dobrać szczepienia.

Każda strefa tropikalna wymaga innych leków, muszą one być wybrane wspólnie z lekarzem, który uwzględni także stan kliniczny pacjenta. Do tropików nie tylko wyjeżdżają ludzie młodzi, zdrowi, lecz także na przykład chorzy po przeszczepach, po zawałach mięśnia sercowego, z cukrzycą czy chorobami nerek. Wyjeżdżają także kobiety ciężarne i dzieci. To wszystko trzeba wziąć pod uwagę, planując przedwyjazdowe przygotowanie farmakologiczne – mówi prof. dr hab. Jerzy Stefaniak, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Szczepionki przeciwko żółtej febrze są obecnie obowiązkowe przy wjeździe do większości krajów Afryki tropikalnej i Ameryki Południowej. Świadectwo szczepienia jest ważne przez 10 lat. Odporność nabywana jest po 10 dniach od szczepienia. Bardzo ważne jest szczepienie przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B. Aby uzyskać pełną ochronę, podawane są trzy dawki szczepionki skojarzonej – druga przypada po miesiącu od pierwszej dawki, a trzecia po 6 miesiącach. Organizm uzyskuje odporność po 4 tygodniach od pierwszego szczepienia. Uodpornienie na zakażenie durem brzusznym i tężcem jest wskazane dla osób wyjeżdżających na dłuższy czas w regiony tropikalne.

Jest wiele chorób wywołanych przez pasożyty, na które nie ma szczepień. To są schistosomatoza, leiszmanioza czy pasożyty przewodu pokarmowego, jak ameboza. Przed wyjazdem trzeba więc nie tylko przygotować się farmakologicznie, lecz także poznać zasady niefarmakologicznego przygotowania – mówi prof. Stefaniak.

Chodzi przede wszystkim o zasady higieny tropikalnej. Podstawowe zalecenia lekarzy to spożywanie wody tylko z pewnego źródła, a więc z puszek czy butelek. Również przy myciu zębów należy unikać wody z kranu. Lekarze zalecają także unikanie kontaktu ze zwierzętami, zwłaszcza owadami, które mogą przenosić wiele chorób, np. malarię. Należy obierać wszystkie owoce i warzywa i unikać niegotowanego mięsa.

Nie wolno używać kostek lodu do napojów, bo nie wiadomo z jakiej wody ten lód został zrobiony, nie można spożywać surowych, półsurowych sałatek i chodzić boso – wymienia ekspert. – Należy unikać kontaktu ze zwierzętami, pod żadnym pozorem nie wolno wkładać rąk do dziupli czy nory, bo tam przed słońcem może chować się jakieś jadowite zwierzę, które może nas ukąsić.

Należy także unikać kąpieli w stojących słodkowodnych zbiornikach, aby uniknąć zarażenia schistosomatozą. Jest to grupa chorób wywoływanych przez rodzaj przywr występujących na kontynencie afrykańskim, wschodnich wybrzeżach Ameryki Południowej, w Azji Południowo-Wschodniej oraz krajach Bliskiego Wschodu. Choroba ma niską śmiertelność, ale może uszkodzić organy wewnętrzne, a u dzieci prowadzić do upośledzenia wzrostu i rozwoju zdolności percepcyjnych.

Po powrocie z tropików trzeba również zgłosić się do lekarza, by wykonać szereg badań, nawet jeżeli człowiek czuje się bardzo dobrze. Choroby  tropikalne mogą ujawniać się po wielu tygodniach, miesiącach, a nawet latach. W związku z tym może się okazać na przykład po dwóch latach, że ktoś choruje na chorobę śmiertelną, jaką jest choćby leiszmanioza trzewna, ale nikt wówczas o tym nie pomyśli i nie powiąże z wyjazdem do tropikalnego kraju – mówi prof. Jerzy Stefaniak.