Kontrole w firmach trzeba uregulować

0

Zasady przeprowadzania kontroli w firmach powinny być jasno określone, a każde odstępstwo od nich szczegółowo uzasadnione. Niestety, rozwiązania zawarte w projekcie ustawy Prawo działalności gospodarczej idą w przeciwnym kierunku. Ponadto w nowych przepisach przedsiębiorca nie ma prawa do ochrony, z własnej inicjatywny, tajemnicy jego korespondencji z prawnikiem – uważa Konfederacja Lewiatan.

Obecnie w art. 77 ust 2 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej mamy normę generalną stanowiącą, że „w zakresie nieuregulowanym w niniejszym rozdziale stosuje się przepisy ustaw szczególnych”. Natomiast w przepisach szczególnych wprowadza się rozwiązania wyłączające stosowanie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej w zakresie kontroli. Z taką sytuacją mamy do czynienia np. w ostatniej zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych w zakresie kontroli podmiotów leczniczych posiadających kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Z uwagi, iż w naszym kraju zdecydowaną większość stanowią mikro przedsiębiorstwa to w projektowanych przepisach powinna się znaleźć gwarancja np. zakazu prowadzenia w takich podmiotach kontroli krzyżowej, czy niemożność prowadzenia kontroli dłużej niż w określonym czasie.

– Wyłączanie tych przepisów w aktach szczególnych powoduje nierówne traktowanie podmiotów gospodarczych. Tym samym w pierwszej kolejności należałoby dokonać analizy obowiązujących przepisów właśnie pod kątem kontroli i wprowadzeniem jednolitych zasad do projektowanej ustawy z wyłączeniem możliwości kreowania odmiennych procedur w przepisach szczególnych – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.
Lewiatan pozytywnie ocenia propozycję uzupełnienia przepisów o regulację umożliwiającą złożenie skargi do sądu administracyjnego na postanowienie organu kontroli o kontynuowaniu czynności kontrolnych.

Przedsiębiorca powinien też mieć przyznane prawo do ochrony, z własnej inicjatywny, tajemnicy jego korespondencji z prawnikiem. To przecież przedsiębiorca, np. w trakcie kontroli czy przeszukania, jest podmiotem, który w pierwszej kolejności będzie rozważał skorzystanie z tej zasady, a nie prawnik, który sporządził opinię prawną, której okazania żądają kontrolujący, i którego może nawet nie być na miejscu przeszukania. Kwestia ta ma rzecz jasna ogromne znaczenie w sprawach branżowych, jak chociażby postępowaniach przed UOKiK, czy UKE. Warto rozpocząć dyskusję na temat kompleksowej regulacji w tym zakresie.
W ocenie Lewiatan ochroną miałaby być objęta nie tylko komunikacja z adwokatem i zewnętrznym radcą prawnym, lecz także z radcą prawnym związanym z danym przedsiębiorcą stosunkiem pracy. Przedmiotem ochrony powinny być wszystkie przejawy komunikacji z prawnikiem, w tym porady, opinie, projekty pism i inne materiały stanowiące przedmiot kontaktów przedsiębiorcy z prawnikiem.

Konfederacja Lewiatan

 

Nowy wiceprezes NIK

0

Rozpoczęła się procedura powołania nowego wiceprezesa NIK przez Marszałka Sejmu na wniosek Prezesa NIK. Sejmowa Komisja do Spraw Kontroli Państwowej zaopiniowała pozytywnie na to stanowisko Mieczysława Łuczaka.

Mieczysław Łuczak zasiada w Sejmie jako poseł od 2005 roku przez trzy kolejne kadencje. Działa ponad podziałami, merytorycznie zaangażowany w prace sejmowych komisji. Jest osobą spoza bieżących sporów politycznych.

W czasie swojej aktywności zawodowej poznał dogłębnie zagadnienia związane z obroną narodową, samorządem terytorialnym oraz wydatkowaniem środków unijnych. Był członkiem Zarządu Związku Powiatów Polskich, starostą wieluńskim, radnym i zarazem Przewodniczącym Zarządu Powiatu. Od 2005 roku jest posłem przez kolejne trzy kadencje, szczególnie zaangażowany w prace Komisji Obrony Narodowej.

Mieczysław Łuczak w ostatnich 10 latach nie pracował w żadnej instytucji, której wykonanie zadań kontroluje NIK, nie będzie miał więc żadnego konfliktu interesów w sprawowaniu nadzoru nad procesem kontrolnym.

Przed powołaniem na stanowisko wiceprezesa Mieczysław Łuczak złoży mandat poselski i legitymację partyjną (PSL). Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski w rozmowie Mieczysławem Łuczakiem uzgodnił, że w wypadku powołania na stanowisko wiceprezesa, Łuczak nie będzie nadzorował kontroli z zakresu rolnictwa, gospodarki, oraz pracy i spraw socjalnych.

Kursy spółek transportowych na GPW mogą iść w górę. Branży sprzyjają niskie ceny paliw i nieodległy start programów z nowej perspektywy UE

CEO Magazyn Polska

Firmy przewozowe w 2015 roku czeka dobra koniunktura. Powodem są spadające koszty dzięki dużo niższym cenom paliw oraz rozpoczęcie programów z perspektywy finansowej UE 2014-2020. To może wywołać znaczny impuls inwestycyjny, na czym spółki transportowe tylko powinny skorzystać.

Ze spadających cen surowców duże korzyści odniosły m.in. spółki transportowe – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Lis, zarządzający funduszami z BPH TFI. – Transport to sektor, w którym koszty bardzo szybko i prosto przekładają się na wyniki osiągane przez te spółki.

Jego zdaniem, w optymistycznym scenariuszu na spółkach transportowych z GPW w 2015 roku zwrot może być nawet dwucyfrowy.

Sytuacja giełdowa firm przewozowych notowanych na GPW jest często różna. Spedytor morski i kolejowy OT Logistics od debiutu w połowie 2013 r. wzrósł o ok. 5-6 proc., z kolei kurs przewoźnika PEKAES poprawił się niemal dwukrotnie. Akcje PCC Intermodal, przewoźnika bazującego zarówno na transporcie kolejowym, jak i samochodowym, są na poziomie sprzed dwóch lat. Na parkiecie występują także dużo mniejsze firmy, jak operator logistyczny i spedytor ATC Cargo, notowany na NewConnect, którego walory także są w tej samej cenie, co dwa lata temu a w porównaniu do stycznia 2014 r. spadły o 40 proc.

W przypadku, kiedy cena ropy spada tak jak miało to miejsce w ostatnich miesiącach o kilkadziesiąt procent, cena paliwa również spada o wysokie kilkadziesiąt procent – a takie spółki przyniosą dużo wyższe zyski. W tym roku powinien to być jeden z lepszych sektorów na naszym rynku – mówi Lis.

Kontrakty terminowe na europejską odmianę typu Brent w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadły o ponad 50 proc. W styczniu 2014 r. wartość jednej baryłki wynosiła około 110 dolarów, z kolei obecnie trzeba za nią zapłacić mniej niż 50 dolarów. Tańsza amerykańska ropa crude jest notowana na podobnym poziomie i porusza się w korytarzu 45-50 dolarów za baryłkę.

Z kolei według danych BM Reflex, 95-oktanowa benzyna bezołowiowa średnio kosztowała 4,51 zł/l, diesel był sprzedawany w tej samej cenie. W stosunku do połowy 2014 roku ceny paliw w Polsce spadły już o około 80-90 groszy na litrze.

Myślę, że powodem wzrostów sektora transportowego jest przede wszystkim sprzyjająca makroekonomia. Wchodzimy w nową perspektywę unijną, wszystkie wskaźniki wyprzedzające sugerują powrót na tę zeszłoroczną szybką ścieżkę wzrostu, co powoduje, że jestem optymistą – przekonuje zarządzający funduszami z BPH TFI.

W ramach nowej perspektywy finansowej UE na lata 2014-2020 Polska w ramach budżetu polityki spójności otrzyma 82,5 mld euro, z  czego 27,4 mld euro będzie przeznaczone na projekty infrastrukturalne. Według ekspertów większość programów operacyjnych powinna rozpocząć się jeszcze w I kw. tego roku. To z kolei da pracę i pieniądze konsumentom, a  w konsekwencji wzmocni wzrost gospodarczy.

Jak zaznacza ekspert, środki z nowej perspektywy UE powinny sprzyjać całej gospodarce, a nie tylko konkretnym sektorom czy branżom.

Jedno jest pewne – te pieniądze w dużej mierze trafią do naszej gospodarki i będą wpływały na wzrost gospodarczy. I to można liczyć przynajmniej w dziesiątych procentach rocznie – podsumowuje Jarosław Lis.

Kredyt Inkaso będzie inwestował w wierzytelności hipoteczne. Niższa marża osiągana w Polsce ma być wspomagana przez bardziej rentowne wierzytelności zagraniczne

0

CEO Magazyn Polska

Firma Kredyt Inkaso, specjalizująca się w obrocie wierzytelnościami detalicznymi i korporacyjnymi, będzie inwestowała w portfele kredytów hipotecznych. Nie zamierza jednak porzucać swojej podstawowej działalności. Pod koniec br. portfel wszystkich wierzytelności spółki ma być wart ok. miliarda zł, w tym 120 mln zł zostanie kupione za fundusze własne. Niższa marża w Polsce będzie wspomagana bardziej dochodową obecnie działalnością w Rumunii, Bułgarii oraz Rosji.

Przewidywaliśmy, że prędzej czy później banki zdecydują się na sprzedaż wierzytelności hipotecznych, więc przygotowywaliśmy się do tego, a teraz inwestujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Szewczyk, prezes zarządu Kredyt Inkaso. – Wychodzimy z założenia, że jako firma, która zarządza kompleksowo wierzytelnościami wszelkiego rodzaju, powinniśmy reagować na to, jaka jest podaż. Dzisiaj mamy zaoferowane do sprzedaży wierzytelności hipoteczne. Zakładamy, że w kolejnych latach także będziemy kupować tego rodzaju portfele. Nasze własne inwestycje w tym roku będą na poziomie około 120 mln zł. Pozwoli nam to globalnie zbudować portfel o wartości wyższej niż miliard zł.

Transakcje dotyczące wierzytelności hipotecznych, jak przypomina prezes Szewczyk, firma już przeprowadziła.

W pierwszej połowie ub.r. zrobiliśmy pilotaż na mniejszym portfelu – wskazuje Szewczyk. – Dało to nam pozytywne rezultaty, zdecydowaliśmy się więc kupić większy portfel od Banku Gospodarki Żywnościowej (BGŻ). Teraz będziemy szukać dalszych możliwości inwestowania w tego rodzaju aktywa.

W październiku Kredyt Inkaso poinformował o przejęciu od BGŻ wierzytelności hipotecznych o wartości 123 mln zł. Spółka jednak, jak zapewnia szef Kredyt Inkaso, nie zamierza rezygnować ze swojej podstawowej specjalizacji.

To nie jest tak, że obecnie koncentrujemy się tylko na wierzytelnościach hipotecznych, bo absolutnie nie chcemy porzucać inwestycji w niezabezpieczone portfele detaliczne czy korporacyjne – tłumaczy prezes Szewczyk. – Sięgamy po prostu po nowy produkt. Z naszego punktu widzenia inwestowanie w tego rodzaju aktywa jest bardzo ciekawe.

Na początku 2013 roku Kredyt Inkaso kupił pierwszą wierzytelność zagraniczną w Rumunii. W tym samym mniej więcej czasie spółka rozpoczęła działalność w Bułgarii. Zaległe płatności konsumenckie w obu tych krajach wyceniane są łącznie na około 3,3 mld zł. Spółka kupuje także wierzytelności w Rosji.

Nie zbudowaliśmy tam jednak dużego portfela, który ważyłby na wynikach grupy, w związku z czym spadek wartości rubla nie miał wpływu na naszą kondycję – przekonuje prezes Szewczyk. – Natomiast perspektywy tego rynku są zachęcające. Ze względu na sytuację gospodarczą rosyjskie banki są gotowe do sprzedaży wierzytelności we wczesnym okresie przeterminowania, czyli są to portfele, które w części generują od razu, od dnia nabycia, określony poziom przepływu, czego nie można powiedzieć o polskich. Po drugie – nadają się one do windykacji polubownej. Po trzecie – sytuacja banków rosyjskich, które zostały odcięte od finansowania z Europy, powoduje, że stały się one bardziej otwarte na sprzedaż wierzytelności. Można więc oczekiwać tu osiągnięcia wyższych rentowności od tych, które uzyskujemy w Polsce. Na pierwszych, niedużych portfelach, które likwidujemy w Rosji, osiągamy wskaźniki minimalne, ale są one dwukrotnie wyższe niż w naszym kraju.

Kredyt Inkaso spodziewa się, że rentowność prowadzonej w Polsce działalności w przyszłości może być niższa.

Naszą odpowiedzią jest właśnie wyjście na rynki zagraniczne, gdzie rentowności są dużo wyższe – tłumaczy prezes Paweł Szewczyk. – Dzięki temu Kredyt Inkaso będzie w stanie podnosić rentowność całych portfeli.

W pierwszej połowie roku obrotowego 2014/2015 Kredyt Inkaso osiągnął przychody w wysokości 45 mln 596 tys. zł, czyli o około 5 proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Spółka zarobiła 16,3 mln zł netto.

R. Irzyński (SII): Główny indeks warszawskiej giełdy WIG20 od trzech lat niemal nie rośnie. Warto inwestować w duże dywidendowe spółki Skarbu Państwa

CEO Magazyn Polska

Od kilku lat główny indeks warszawskiej giełdy pozostaje na niemal tym samym poziomie. Nie ma na razie sygnałów, by w tym roku miała tu nastąpić radykalna odmiana. To jednak nie oznacza, że zabraknie spółek, na których będzie można zarobić. Duże dywidendowe spółki z udziałem Skarbu Państwa powinny być opłacalną inwestycją w długim terminie ze względu na regularną dywidendę. Dobre perspektywy mają również spółki z sektora handlu detalicznego, podobnie jak spółki logistyczne i turystyczne.

Sytuacja na polskiej giełdzie wygląda znacznie gorzej niż na większości światowych rynków. Tam mamy do czynienia z systematycznymi wzrostami. U nas od niemal 3 lat wartość indeksu WIG20 utrzymuje się w widełkach 2100-2600 pkt.

Jak mówi bardzo stara i dobra metodologia inwestowania na giełdzie, należy trzymać się trendów i dopóki nie ma sygnałów dotyczących przerwania na giełdach zagranicznych tych rosnących, to należy po prostu z nimi grać mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

O ile jednak polska giełda jako całość raczej nie zacznie w najbliższych miesiącach gwałtownie rosnąć, to warto obserwować niektóre sektory. Są bowiem firmy, których akcje mogą zachowywać się inaczej niż cały rynek.

Wydaje mi się, że nadal warto inwestować długoterminowo w duże spółki wypłacające dywidendę, w których wciąż większościowym akcjonariuszem jest Skarb Państwa ocenia Rafał Irzyński. Jak widać w ostatnich latach, potrzeby budżetu państwa są nadal dość spore i Skarb Państwa będzie chciał wciąż uzyskiwać wysokie dywidendy ze swoich spółek, a pod ten trend mogą podłączyć się inni akcjonariusze, drobni, mniejszościowi.

W praktyce udziałowcy spółek dywidendowych mogą liczyć na stopę dywidendy w granicach 3-4 proc. Taki poziom zwrotu jest atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych i może ich skłonić do kupowania polskich spółek. Interesujące mogą być też spółki wykorzystujące w swej działalności spore ilości paliw. Taniejąca ropa sprawia, że działalność logistyczna czy turystyczna może się w tym roku okazać znacznie bardziej opłacalna niż w latach wcześniejszych, podobnie jak ta związana ze sprzedażą produktów i usług konsumentom.

 Branżą, która może mieć szansę na wzrosty, jest sektor z ekspozycją na sprzedaż detaliczną uważa główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Ostatnio GUS podaje dość dobre dane w zakresie spadku bezrobocia, wzrostu wynagrodzeń, a to przełoży się prawdopodobnie na wzrost wydatków konsumenckich. W związku z powyższym spółki np. mięsne, handlowe i odzieżowe mają szansę na zwiększenie przychodów ze sprzedaży.

Obok firm, które będą się pozytywnie wyróżniać, na warszawskim parkiecie znajdą się też spółki, które mogą przynieść straty. Z dużym prawdopodobieństwem będą to przedsiębiorstwa zaangażowane w działalność na Wschodzie. Nic nie wskazuje bowiem na to, by konflikt rosyjsko-ukraiński szybko się skończył, a tamtejsze gospodarki zaczęły normalnie działać. Warto też uważać na banki, których wyceny w ostatnich latach miały się znacznie lepiej niż innych spółek. Ich dobra passa może się skończyć.

Mamy do czynienia z niskimi stopami procentowymi przypomina Rafał Irzyński. To utrudnia kontynuację dynamik wzrostowych wyników finansowych banków, również analiza techniczna na wykresach banków nie wygląda już tak dobrze. W dodatku mamy zaostrzenia ze strony KNF-u, m.in. wprowadzenie wymaganego wkładu własnego do kredytów hipotecznych na poziomie 10 proc. i dalsze jego podwyższanie w kolejnych latach. To również wpłynie na chociażby na popyt na kredyty hipoteczne, czyli ważny produkt bankowy.

Morawski (BIZ Bank): Decyzja szwajcarskiego banku centralnego jest szokująca. Straty z tytułu umocnienia franka będą musiały podzielić między siebie zadłużone gospodarstwa domowe i banki

CEO Magazyn Polska

Wczorajsza niespodziewana decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego o rezygnacji z obrony kursu franka szwajcarskiego do euro wywołała chaos na rynkach, 20-proc. deprecjację złotego oraz wzrost obaw gospodarstw domowych o wysokość przyszłych zobowiązań. Na zmianach stracą nie tylko kredytobiorcy i sektor bankowy, lecz także cała gospodarka – wszystko z powodu przesunięcia kilku miliardów złotych rocznie z celów konsumpcyjnych na spłatę wyższych comiesięcznych rat w szwajcarskiej walucie. 

Jeszcze w poniedziałek przedstawiciel banku mówił, że utrzymywanie stałego czy minimalnego kursu euro-franka na poziomie 1,20 jest fundamentem polityki pieniężnej tego banku. A trzy dni później, w czwartek, bank zniósł obronę kursu, przez co kompletnie stracił wiarygodność – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.

W czwartek Szwajcarski Bank Narodowy zniósł ustanowiony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Złoty z poziomu 3,54 osłabił się o kilkadziesiąt groszy i ustabilizował się w okolicach 4,10-4,20 zł, a bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł. Ponadto SNB obniżył stopę procentową z -0,25 do -0,75, co jednak nie zdołało zrównoważyć skutków decyzji o rezygnacji z powiązania franka z euro.

Rozumiem, że Szwajcarzy doszli do wniosku, że mocna waluta im nie szkodzi, a drukowanie franków w celu niedopuszczenia do umocnienia kursu jest zbyt ryzykowne. Przypomnę jednak, że oni bronią franka przed umocnieniem, a nie osłabieniem. Mogli to robić w nieskończoność, dlatego że własnej waluty można wydrukować tyle, ile się chce – tłumaczy Morawski.

Jego zdaniem decyzja Narodowego Banku Szwajcarii wynika z przekonania, że silna waluta nie szkodzi za bardzo tamtejszej gospodarce. Na rynkach wywołała ona jednak szok i chaos. Na czwartkowej sesji na GPW indeks najbardziej wrażliwego na komunikat SNB sektora bankowego WIG-banki spadł o 5,46 proc. Najbardziej zniżkowały walory Getin Noble Banku (-16,10 proc.) oraz Banku Millennium (-10,32 proc.).

Wzrost kursu franka jest dla polskiej gospodarki zjawiskiem negatywnym z dwóch powodów: po pierwsze uderza w kieszenie kilkuset tysięcy osób, które mają kredyty we frankach szwajcarskich. Po drugie, wyrządza szkody w bilansach banków, co odbije się na zyskowności sektora bankowego i jego skłonności do udzielania kredytów – wyjaśnia główny ekonomista BIZ Banku.

Morawski zaznacza, że wpływ na polską gospodarkę nie będzie silny, ale mimo wszystko negatywny. W jego ocenie istotne jest to, na jakim poziomie kurs CHF/PLN ostatecznie się ustabilizuje. Może to być wartość zarówno 3,80, jak i 4,50 zł za franka szwajcarskiego.

Wydaje mi się, że wiele będzie też zależeć od czynnika politycznego. Gdyby politycy zaczęli aktywnie proponować rozwiązania prowadzące do wsparcia ludzi posiadających kredyty frankowe, np. kosztem banków, wówczas może się pojawić jeszcze większa niepewność w sektorze bankowym, co może mieć jeszcze bardziej negatywne konsekwencje – mówi ekspert.

Według niego po wczorajszej decyzji wiarygodność szwajcarskiego banku znacznie spadła, a jego ewentualne kolejne interwencje będą mniej wiarygodne, w związku z czym także mniej skuteczne.

Możemy wyobrazić sobie zarówno silny napływ kapitału do Szwajcarii z racji tego, że kraj ten jest traktowany jako jeden z najbezpieczniejszych na świecie. Ludzie kupują aktywa szwajcarskie tylko po to, żeby przechować kapitał, a nie po to, żeby zarobić. Z drugiej strony niskie stopy procentowe w Szwajcarii w niedługiej perspektywie mogą doprowadzić do osłabienia franka – prognozuje Ignacy Morawski.

Za decyzję banku centralnego Szwajcarii zapłacą zadłużone gospodarstwa domowe i banki

CEO Magazyn Polska

Wczorajsza niespodziewana decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego o rezygnacji z obrony kursu franka szwajcarskiego wobec euro wywołała chaos na rynkach. Szwajcarska waluta umocniła się o 20 proc. względem złotego, co wywołało obawy kredytobiorców o wysokość przyszłych zobowiązań. Na zmianach stracą nie tylko zadłużeni i sektor bankowy, lecz także cała gospodarka. Wszystko z powodu przesunięcia kilku miliardów złotych rocznie z celów konsumpcyjnych na spłatę wyższych comiesięcznych rat w szwajcarskiej walucie.

W czwartek Szwajcarski Bank Narodowy zniósł ustanowiony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Frank podrożał z 3,54 zł o kilkadziesiąt groszy i ustabilizował się w okolicach 4,10-4,20 zł, a bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł. Decyzja banku wywołała obawy zadłużonych we frankach i chaos na rynkach.

Wzrost kursu franka jest dla polskiej gospodarki zjawiskiem negatywnym. Uderza w kieszenie kilkuset tysięcy osób, które mają kredyty w tej walucie. A to, że kilkaset tysięcy osób będzie miało kredyt hipoteczny wart dużo więcej niż kupione za niego mieszkanie, ograniczy konsumpcję. Nie będzie to duże uderzenie w polską gospodarkę, nie mówię, że przez to wzrost gospodarczy nagle znacząco spadnie, ale mimo wszystko to odczujemy – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Po drugie, taki wzrost wyrządza szkody w bilansach banków, co odbije się na zyskowności sektora bankowego i jego skłonności do udzielania kredytów.

Na czwartkowej sesji na GPW indeks najbardziej wrażliwego na komunikat SNB sektora bankowego WIG-banki spadł o 5,46 proc. Najbardziej zniżkowały walory Getin Noble Banku (-16,10 proc.) oraz Banku Millennium (-10,32 proc.). Narodowy Bank Polski zapewnia jednak, że sektor bankowy pozostaje stabilny i odporny na szoki zewnętrzne.

Morawski zaznacza, że wpływ na polską gospodarkę nie będzie silny, ale mimo wszystko negatywny. W jego ocenie istotne jest to, na jakim poziomie kurs CHF/PLN ostatecznie się ustabilizuje. Może to być wartość zarówno 3,80, jak i 4,50 zł za franka szwajcarskiego.

Wiele zależeć będzie od czynnika politycznego. Gdyby politycy zaczęli aktywnie proponować rozwiązania prowadzące do wsparcia ludzi posiadających kredyty frankowe, np. kosztem banków, wówczas może się pojawić jeszcze większa niepewność w sektorze bankowym, co może mieć jeszcze bardziej negatywne konsekwencje – mówi ekspert.

SNB obniżył stopę procentową z -0,25 do -0,75, co jednak nie zdołało zrównoważyć skutków decyzji o rezygnacji z powiązania franka z euro.

Jeszcze w poniedziałek przedstawiciel banku mówił, że utrzymywanie minimalnego kursu EUR/CHF na poziomie 1,20 jest fundamentem polityki pieniężnej tego banku, a trzy dni później zniósł obronę kursu. SNB kompletnie stracił wiarygodność – ocenia Morawski. – Rozumiem, że Szwajcarzy doszli do wniosku, że mocna waluta im nie szkodzi, a drukowanie franków po to, by nie dopuścić do umocnienia kursu, jest zbyt ryzykowne.

Jego zdaniem kolejne ewentualne interwencje banku będą mniej wiarygodne, a przez to mniej skuteczne.

Możemy wyobrazić sobie zarówno silny napływ kapitału do Szwajcarii ze względu na to, że kraj ten jest traktowany jako jeden z najbezpieczniejszych na świecie. Ludzie kupują aktywa szwajcarskie tylko po to, żeby przechować kapitał, a nie po to, żeby zarobić. Z drugiej strony niskie stopy procentowe w Szwajcarii w niedługiej perspektywie mogą doprowadzić do osłabienia franka – prognozuje Ignacy Morawski.

Banki i ubezpieczyciele przygotowują się do wprowadzenia nowych regulacji na rynku. Liczą na wzrost sprzedaży polis w bankach

Z końcem marca zacznie obowiązywać Rekomendacja U Komisji Nadzoru Finansowego. Wymusza ona na bankach zmianę polityki sprzedaży ubezpieczeń wobec klientów np. zaciągających kredyt. Część zmian może wpłynąć na zmniejszenie sprzedaży polis, jednak z drugiej strony większa przejrzystość oferty powinna spowodować wzrost zainteresowania klientów tymi produktami.

Ta rekomendacja ma przede wszystkim ma bardzo duży wpływ na organizację sprzedaży ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes zarządu UNIQA Polska. – Banki będą musiały występować jako agenci ubezpieczeniowi, a wszystkie polisy ubezpieczeniowe będą musiały być sprzedawane w formie indywidualnej, a nie grupowej. Również prowizja, którą wypłacaliśmy dotychczas up-front, będzie musiała być rozłożona w czasie.

Dziś polisy kupowane przy zaciąganiu kredytu czy przy umowie o kartę zapewniają ubezpieczenie grupowe. Banki zarabiają jako pośrednicy na prowizji od sprzedaży. Po zmianach – zgodnie z Rekomendacją U – banki będą mogły oferować tego typu ubezpieczenia pod warunkiem, że zamienią umowy grupowe na indywidualne. W innym przypadku będą musiały zrezygnować z tej oferty. Poza tym polisy będą mogły sprzedawać tylko określone osoby, zarejestrowane przez KNF jako osoby fizyczne wykonujące działalność agencyjną.

To wszystko może spowodować, że skłonność banków do sprzedaży ubezpieczeń będzie malała – ocenia Andrzej Jarczyk.

Z drugiej strony zarówno ubezpieczyciele, jak i banki liczą na to, że wzrośnie zainteresowanie klientów takimi produktami. Rekomendacja U ma na celu zwiększenie ochrony klientów bancassurance. Konsumenci będą lepiej informowani o tym, że polisa towarzyszy danemu produktowi bankowemu.

Klient będzie więcej wiedzieć o produkcie, który kupuje. A w związku z tym, że ciśnienie na prowizje będzie mniejsze ze strony pośredników, będzie miał też gwarancję, że produkt, który kupuje, jest dla niego korzystniejszy, bardziej rentowny – mówi prezes UNIQA. – Banki i ubezpieczyciele pracują nad dostosowaniem się do tych zmian, nad przygotowaniem nowych produktów. Z pewnością będą one korzystniejsze z punktu widzenia klienta, dlatego też i popyt na tego rodzaju ubezpieczenia może się zwiększyć.

Dużą zmianą jest to, że klient będzie miał swobodę wyboru zakładu ubezpieczeń, z którego usług chce skorzystać.

Banki mają czas do końca marca na dostosowanie się do rekomendacji KNF.

Rynek pracy czekają duże zmiany prawne. Umowa na czas określony maksymalnie na 33 miesiące

CEO Magazyn Polska

Najprawdopodobniej w 2015 roku zostaną wprowadzone zmiany w Kodeksie pracy dotyczące ograniczenia umów terminowych i wzrostu stabilizacji zatrudnienia. Zgodnie z propozycją MPiPS przedsiębiorca będzie mógł zatrudnić pracownika w ramach maksymalnie trzech umów terminowych, ale nie dłużej niż na 33 miesiące. Kolejna umowa będzie umową o pracę na czas nieokreślony. Za 2,5 miesiąca liberalizacji ulegną przepisy dotyczące wykonywania badań lekarskich przez pracowników. 

Nowelizacja Kodeksu pracy wprowadza zmiany w zakresie umów na czas określony. Oprócz ograniczenia liczby i czasu trwania takich umów Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej proponuje wprowadzenie tylko jednego okresu próbnego.

Celem resortu pracy jest ograniczenie umów czasowych, czyli umów na czas określony, na rzecz umów na czas nieokreślony. Dzięki zmianom pracownicy odczują większą stabilność zatrudnienia i zyskają łatwość w ubieganiu się np. o kredyt – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Filipkiewicz z serwisu rekrutacyjnego Praca.pl.

Według ostatniej kwartalnej informacji o aktywności ekonomicznej ludności BAEL w III kwartale ubiegłego roku na umowach terminowych pracowało w Polsce 3,65 mln osób (28,9 proc. ogółu pracowników), co stanowi wzrost o 339 tys. (10,2 proc.) w stosunku do okresu sprzed roku.

1 kwietnia 2015 roku wejdą w życie przepisy dotyczące konieczności przeprowadzania wstępnych badań lekarskich przy zmianie pracy – nowe prawo zakłada, że z obowiązku tego wyłączone zostaną osoby podejmujące nową pracę w ciągu 30 dni od końca poprzedniego stosunku pracy. Pracownik będzie musiał tylko przedstawić aktualne orzeczenie lekarskie stwierdzające brak przeciwwskazań do pracy w określonych warunkach, a nowy pracodawca stwierdzi, że warunki opisane w skierowaniu na badania lekarskie są zbieżne z tymi występującymi na danym stanowisku pracy.

Ma to być ułatwieniem zarówno dla pracowników, jak i pracodawców.

Ponadto od 1 stycznia 2016 planowane jest ozusowanie wszystkich umów-zleceń, przygotowania do tych zmian zaczną się już w IV kwartale 2015 roku. Będzie to duża zmiana, która zdecydowanie podniesie koszty pracy na rynku – zaznacza ekspert z serwisu Praca.pl.

Obowiązek odprowadzania składek ZUS od umów-zleceń spowoduje wzrost kosztów zatrudnienia, co może odbić się na wynagrodzeniach pracowników. Niektórzy eksperci oceniają, że liczba umów o pracę nie wzrośnie, a zamiast tego pracodawcy mogą zatrudniać nowe osoby w ramach samozatrudnienia, czyli jednoosobowej działalności gospodarczej.

Ozusowanie umów dotknie przede wszystkim pracowników, którzy wykonują proste prace, czyli pracowników fizycznych – wymienia Filipkiewicz.

Pociągi będą bardziej punktualne. Planowane są inwestycje w sygnalizację kolejową

Stare urządzenia sygnalizacyjne spowalniają polską kolej i zwiększają koszty utrzymania infrastruktury. To się jednak zmieni, bo w ramach wartych ponad 10 miliardów euro inwestycji w nowej perspektywie budżetowej Unii Europejskiej wiele linii zyska nową sygnalizację. Pozwoli to na bardziej punktualne i bezpieczniejsze przejazdy, a także obniży koszty ponoszone przez PKP Polskie Linie Kolejowe.

Niektóre urządzenia sygnalizacyjne PKP mają niemalże 100 lat. Nie jest to ewenementem w skali Europy, podobnie jest w Niemczech. Tak stare urządzenia wymagają jednak dużych nakładów finansowych. Jest to związane z ich wysokimi kosztami ich utrzymaniem oraz koniecznością zatrudnienia wielu pracowników do obsługi – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Przyżycki, dyrektor zarządzający Thales Polska.

W najbliższych latach polska kolej będzie modernizowana dzięki środkom unijnym. W perspektywie 2014-2020 na projekty z tego obszaru transportu przewidziano ponad 10 mld euro. Modernizowane będą głównie te linie, na których do tej pory miało miejsce mniej inwestycji.

Jak wylicza Przyżycki, inwestycje współfinansowane przez UE obejmą m.in. magistralę E59 na odcinku Poznań-Szczecin, E75, czyli Rail Baltica z Warszawy do krajów bałtyckich, oraz E20 od Warszawy do granicy z Niemcami. Duże inwestycje są też planowane na linii łączącej Warszawę z Lublinem.

Tych prac na pewno będzie dużo. Dodatkowo dojdą wszelkiego rodzaju linie o znaczeniu lokalnym, regionalnym – zaznacza Przyżycki. ‒ Mówimy o kompleksowych modernizacjach linii kolejowych: począwszy od torów, poprzez system sieci trakcyjnej, telekomunikację, system sygnalizacji, a skończywszy na obiektach mostowych i inżynierskich.

Jak tłumaczy ekspert, wdrożenie nowoczesnego systemu sterowania ruchem, które produkuje Thales, pozwoli na bezpieczną jazdę powyżej 160 km/h, a budowa Lokalnego Centrum Sterowania, tzw. LCS, umożliwi m.in. sterowanie długimi, nawet kilkudziesięciokilometrowymi odcinkami linii kolejowych z jednego miejsca. Nowoczesna automatyka nie tylko zwiększy bezpieczeństwo, lecz także przyniesie oszczędności.

Nowe systemy instalowane w ramach inwestycji w LCS zwiększają także możliwość zdalnej diagnostyki, co pozwala na zmniejszenie awaryjności. Równocześnie zapewniają przewidywanie zdarzeń ruchowych, dzięki czemu mniej pociągów będzie opóźnionych.

System transportowy jest krwiobiegiem każdej gospodarki. Im bardziej jest atrakcyjny i efektywny, tym bardziej efektywna i konkurencyjna jest gospodarka – przekonuje Przyżycki. ‒ Inwestycje w polską kolej i w ogóle w system transportowy zwiększą więc naszą efektywność gospodarczą.

W Polsce Thales zaangażowany jest m.in. we wdrażanie najnowszych technologii w PKP PLK. Firma z powodzeniem zakończyła inwestycję zaprojektowania i zabudowy Europejskiego Systemu Sterowania Pociągiem (ETCS poziom 1). System został wdrożony na Centralnej Magistrali Kolejowej (CMK) na odcinku 225 km z Grodziska Mazowieckiego do Zawiercia. Jej głównym celem było zwiększenie bezpieczeństwa oraz podniesienie maksymalnej prędkości do 200 km/h. Obecnie Thales wdraża nowoczesne systemy automatyki kolejowej, m.in. na liniach łączących Warszawę z Trójmiastem oraz Łodzią, gdzie w ramach kontraktu dostarczy Europejski System Sterowania Pociągiem (ETCS poziom 2). Ponadto prowadzi prace modernizacyjne na linii E30 na odcinku Katowice-Kraków-Rzeszów.

Od niedzieli duże zmiany w ustawie o ochronie konkurencji. Nowe prawo ma skuteczniej walczyć ze zmowami cenowymi

0

CEO Magazyn Polska

W niedzielę zmieni się ustawa o ochronie konkurencji konsumentów. Nowością jest nałożenie na osoby fizyczne odpowiedzialności za antykonkurencyjne praktyki firmy oraz wprowadzenie środków zaradczych w prawie konkurencji. Prezes UOKiK będzie mógł nałożyć na osoby zarządzające przedsiębiorstwem karę do 2 mln zł. Zmiany zajdą również w procedurze łagodzenia kar, krótsze będzie też postępowanie w procedurze kontroli koncentracji. Eksperci zwracają jednak uwagę na to, że niektóre zapisy są nieprecyzyjne i wymagają uszczegółowienia. 

 

Nowelizacja zmienia nie tylko dotychczasowe przepisy, lecz także wprowadza szereg nowych instytucji, nieznanych dotychczas polskiemu prawu ochrony konkurencji – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paulina Józefczuk, menedżer zespołu prawa konkurencji w Kancelarii Wierzbowski Eversheds. – Celem regulacji miało być usprawnienie wykrywania i karania praktyk antykonkurencyjnych, a także przyspieszenie postępowania przed prezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jedna z najważniejszych zmian to wprowadzenie zasady odpowiedzialności osób fizycznych za antykonkurencyjne praktyki firm. Oznacza to, że zarówno prezes, wspólnicy spółki, jak i dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych będą mogli być obciążeni przez prezesa UOKiK karą finansową, nawet do 2 mln zł. Zgodnie z nowelizacją kara zarówno na firmę, jak i na osobę zarządzającą ma być nakładana w ramach jednej decyzji. Przy ustalaniu wysokości sankcji nie będzie jednak automatyzmu, ma być ona adekwatna do przewinienia i sytuacji finansowej danej osoby.

W mojej ocenie przepisy są bardzo nieprecyzyjne i pozostawiają prezesowi UOKiK duży margines uznania. Jednocześnie przy tak wysokim pułapie maksymalnym kary, który jest nieodpowiedni dla polskiego rynku, nie wprowadzono wystarczających gwarancji procesowych – ocenia ekspertka.

Nowością, jaką wprowadza ustawa, będzie instytucja środków zaradczych. W decyzji kończącej postępowanie prezes UOKiK będzie mógł wskazać działania, jakie należy podjąć w celu zaprzestania niedozwolonych praktyk.

Zmiany zajdą też w procedurze kontroli koncentracji. Ocena zgłaszanych koncentracji ma przebiegać dwuetapowo. W przypadkach niewzbudzających zastrzeżeń proces ma trwać miesiąc (dotychczas trwało to dwa miesiące). W skomplikowanych sytuacjach Urząd będzie miał na to cztery miesiące.

W mojej ocenie to znacznie przyspieszy proces koncentracji. Na podstawie dotychczasowych regulacji przedsiębiorcy nieraz musieli czekać wiele miesięcy na wydanie ostatecznego rozstrzygnięcia. Wedle szacunków UOKiK 80 proc. wszystkich zgłaszanych koncentracji stanowią te proste – podkreśla Józefczuk.

Ekspertka zaznacza, że dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie możliwości utajnienia części decyzji. Ma to ułatwić przedsiębiorcy negocjowanie sprzedaży części swojej firmy.

Inna będzie też procedura łagodzenia kar, czyli program leniency. Novum jest wprowadzenie do systemu łagodzenia kar instytucji leniency plus.

Zgodnie z nią kolejni wnioskodawcy będą mogli uzyskać dodatkowe obniżenie kary o nawet 30 proc., jeżeli zawiadomią prezesa urzędu o innym porozumieniu, o którego istnieniu organ dotychczas nie wiedział. – tłumaczy Józefczuk.

Na obniżkę kary do 10 proc. może liczyć przedsiębiorca, który zaakceptuje ustalenia. Skróci to czas postępowania w UOKiK.

Zgodnie z nową ustawą z roku (licząc od końca roku, w którym przedsiębiorca zaprzestał praktyki) do pięciu lat wydłuży się okres przedawnienia niedozwolonych praktyk.

Pomysł podatku od smartfonów i tabletów oburzył internautów

Internauci negatywnie ocenili propozycję rozszerzenia opłaty reprograficznej, potocznie zwanej podatkiem od piractwa, na smartfony i tablety. Większość komentarzy w social mediach miała negatywny wydźwięk. Natężenie dyskusji o pomyśle ZAiKS przypadło na okres wyborów samorządowych. Zdaniem ekspertów IMM oddźwięk, jaki ona wywołała, mógł mieć wpływ na wybory internautów przy urnie.

Opłata reprograficzna jest pobierana od producentów i dystrybutorów urządzeń i nośników umożliwiających kopiowanie utworów. Ma ona z założenia rekompensować twórcom straty wynikające z korzystania z danego utworu na użytek osobisty. Jej  wysokość stanowi od 1 do 3 proc. ceny urządzenia i jest wliczana w cenę m.in. magnetowidów czy kserokopiarek. ZAiKS proponuje, by do listy urządzeń dołączyć smartfony i tablety. Podatek będzie dotyczyć producentów i importerów, ale ostatecznie pewnie zwiększy on cenę danego urządzenia, co odczują konsumenci. To wzbudziło wśród internautów największe kontrowersje.

Postulowana zmiana to niby tylko do 3 proc. kosztu danego telefonu bądź innego sprzętu, ale pada pytanie: „Dlaczego my mamy płacić?”. Internauci sugerują, że zmiany niekoniecznie mają służyć ograniczeniu piractwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Koziar, specjalistka ds. mediów społecznościowych z Instytutu Monitorowania Mediów.

Jak podaje IMM, 52 proc. publikacji na ten temat pojawiło się na portalach internetowych, co trzecia została opublikowana na Facebooku, a 12 proc. tekstów na temat opłaty reprograficznej zamieścili blogerzy. IMM zbadał 3 tys. wypowiedzi, które w okresie od 1 września do 1 grudnia 2014 r. pojawiły się w internecie. Badano m.in. takie frazy, jak „podatek reprograficzny”, „podatek od piractwa” czy „opłata reprograficzna”.

77 proc. komentarzy zamieszczono na Facebooku (89 proc. z nich było negatywnych), a co szósty pojawił się na Twitterze.

– Sprawa odbiła się szerokim echem. Z nacechowanych emocjonalnie komentarzy w social media 93 proc. miało wymowę negatywną – tłumaczy Barbara Koziar. – Kiedy zbadaliśmy na Facebooku same komentarze do postów, to 77 proc. z nich było bardzo negatywnych.

IMM wskazuje, że krytyka w sieci mogła zaszkodzić nie tylko ZAiKS-owi, lecz także innym organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a w konsekwencji partii rządzącej.

To, jak wyborcy postrzegali propozycję wprowadzenia opłaty reprograficznej, mogło w jakimś stopniu przełożyć się na wyniki wyborów samorządowych – mówi ekspertka.

Jak pokazują badania, wiele osób liczy się ze zdaniem znajomych, ale szczególnie liderów opinii, którzy wpływają na poglądy i sposób postrzegania otoczenia. Raport IMM wskazuje, że: „Social media są potężnym narzędziem marketingowym, które z dużą siłą przerodzić można w konkretne rezultaty. Wraz z ilością publikowanych w social mediach opinii i komentarzy śniegowa kula nabiera rozpędu i rośnie w postępie geometrycznym”.

Tylko na Facebooku pojawiło się 1037 komentarzy do postów, co świadczy o popularności sprawy.

– To już jest pewna masa krytyczna, na podstawie której możemy wyciągać wnioski. Niewielu z nas coś komentuje w sieci, więc jeśli w tym przypadku było aż tyle komentarzy, to znaczy, że ktoś chciał o tym rozmawiać i był to temat żywy – zaznacza przedstawicielka IMM.

Jak dodaje Barbara Koziar, w sieci pojawiło się dużo neutralnych komentarzy na temat opłaty, ale zdarzały się także pozytywne.

– Jako komentarze pozytywne zaklasyfikowaliśmy te, które w pewien sposób próbowały pokazać, że może to być przydatne działanie. Według komentujących te 3 proc. to nie jest dużo, a taka opłata pozwoli na dofinansowanie osób, które tworzą, czyli twórców i artystów – tłumaczy ekspertka.

Według ubiegłorocznego badania na temat rynku mediów Federacji Konsumentów na pytanie o to, czym jest opłata reprograficzna, większość respondentów (56 proc,) nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Dla co dziesiątego jest to podatek, 15 proc. badanych wskazało opłatę „jako rekompensatę za możliwość korzystania z dobrodziejstw dozwolonego użytku prywatnego”. Nieco ponad 5 proc. odpowiedziało nawet, że to jest kara, którą konsumenci ponoszą za wysoki poziom piractwa w Polsce.

W dobie internetu mamy świadomość tego, że wszystko, co robimy, ma swój oddźwięk. Może warto więc najpierw takie pomysły poddawać dyskusji, rozważać, bardziej uzasadniać, a nie od razu o nich informować – podsumowuje Barbara Koziar.

Rynek artykułów sportowych jest wart 8 mld zł i rośnie w tempie 5 proc. rocznie. Branży sprzyja rosnąca popularność zdrowego trybu życia

CEO Magazyn Polska

Polacy aktywnie spędzają czas wolny. Coraz więcej osób preferuje zdrowy styl życia. Nic zatem dziwnego, że sektor artykułów sportowych od kilku lat rośnie i jego obroty sięgają już niemal 8 mld zł. Nowe tendencje wynikają z lepszej infrastruktury rekreacyjnej, organizacji dużych imprez sportowych czy bardziej przystępnej cenowo oferty sprzętu sportowego.

– Obserwujemy zmianę trybu życia Polaków. Rodacy zrozumieli, że nie można tylko prowadzić siedzącego trybu życia, że trzeba się ruszać dla swojego zdrowia. Nie chodzi oczywiście tylko o sport, ale ogólnie o rekreację. Zmianie ulegają sposoby spędzania wolnego czasu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Mikołajko, prezes Intersport Polska, spółki zajmującej się sprzedaży detaliczną artykułów sportowych.

Coraz więcej osób biega, chodzi na fitness, siłownie, jeździ na rowerach i uprawia lekki trekking. Aktywne stają się te osoby, które decydują się na zdrowy tryb życia.

Podobne spostrzeżenia płyną z raportu „Rynek artykułów sportowych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2016” ośrodka badawczego PMR Research. Wartość rynku szacowana jest na 7,94 mld zł, przy wzroście w ubiegłym roku o 5,2 proc. W kolejnych latach wzrosty powinny być podobne (4-5 proc.). Najbardziej dynamicznie rośnie sprzedaż w internecie, a największy boom dotyczy artykułów biegowych (wzrosty rzędu 30 proc. w ostatnich latach). Autorzy raportu zwiększenie popularności artykułów sportowych tłumaczą zróżnicowaną i coraz bardziej przystępną cenowo ofertą, rozwojem infrastruktury sportowej czy organizacją wielkich imprez sportowych w Polsce.

Mikołajko tłumaczy, że po okresie zachwytu tańszymi produktami w kilku ostatnich latach, ludzie zaczynają stawiać na jakość, co wynika z popularyzacji sportu.

– Jeżeli ktoś w butach wartych 50 bądź 100 zł biegał krótko i na krótkich dystansach, to nie zauważył różnicy. Jeżeli zaś ktoś biegał na dłuższych odcinkach, np. 5-kilometrowych, to na pewno poczuł różnicę między droższymi i tańszymi butami – przekonuje prezes Intersport Polska.

Jego zdaniem w ciągu ostatnich trzech latach rynek artykułów sportowych uległ znacznemu zróżnicowaniu, a w przyszłym roku jego segmentacja powinna być jeszcze bardziej widoczna. Spółka w raportach finansowych podkreśla istnienie czterech podstawowych kanałów dystrybucji. Pierwszy stanowią wielkopowierzchniowe sklepy (Go Sport, Decathlon), drugi sklepy monobrandowe (Nike, Puma), trzeci  stoiska sportowe w supermarketach, czwarty – specjalistyczne sklepy sportowe (rowerowe, runningowe itd.).

– Mamy sklepy, takie jak Decathlon, gdzie klienci kupują dużo i tanio, mamy sklepy ze środka stawki oraz takie, które stawiają na sprzedaż produktów ze średniej i wyższej półki cenowej – podsumowuje Artur Mikołajko. – Nasze wzrosty w działalności z ostatnich trzech lat potwierdzają zmiany pewnych tendencji w społeczeństwie.

Grupa Intersport w skali globalnej posiada 5200 sklepów w 37 krajach, generując przychody w wysokości 8,9 mld euro. 80 proc. obrotów spółka osiąga w Europie, co przekłada się na ok. 20-proc. udział w tym rynku.

Polacy coraz chętniej łączą wyjazdy na ferie z nauką języka

CEO Magazyn Polska

Zagraniczne wyjazdy na ferie zimowe coraz częściej łączone są z nauką języka obcego. Powodzeniem cieszą się podróże do Francji i Hiszpanii oraz na Maltę, gdzie temperatury są wyższe niż w Polsce, a dodatkowo można uczyć się języka angielskiego, hiszpańskiego czy włoskiego. Na znaczeniu zyskują także, szczególnie wśród osób dorosłych, wyjazdy edukacyjne do Stanów Zjednoczonych.

W porównaniu z zeszłym rokiem obserwujemy wzmożone zainteresowanie wyjazdami połączonymi z nauką języka obcego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Majdan, dyrektor generalny organizującej tego rodzaju podróże firmy Education First. – Poza językiem angielskim i standardowymi kierunkami, którymi są Cambridge, Oxford, Londyn w Wielkiej Brytanii, dużym zainteresowaniem cieszą się Paryż i Barcelona, czyli języki francuski oraz hiszpański. W okresie ferii, kiedy w Polsce mamy niskie temperatury, popularnością cieszy się również Malta, gdzie jest ponad 20 st. Celsjusza.

Mimo że jeżeli chodzi o języka angielskiego głównym kierunkiem pozostaje Wielka Brytania, to coraz chętniej wybierane są także Stany Zjednoczone. Na wyjazd za ocean decydują się nie tylko osoby młode.

Chętnie wyjeżdżają również dorośli, którzy po okresie poświątecznym zauważają, że mają jeszcze dosyć dużo niewykorzystanego urlopu i chcą go spędzić produktywnie. Zamiast kolejnych wakacji w Egipcie wybierają zatem pobyt w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędzają od dwóch do czterech tygodni – precyzuje Majdan. – Wynika to z tego, że chcą połączyć przyjemne z pożytecznym i polepszyć swoje szanse zawodowe, ucząc się języka.

Według dyrektora generalnego Education First rezerwacje tego rodzaju podróży są przez Polaków dokonywane z coraz większym wyprzedzeniem.

Nasze szkoły przyjmują studentów z całego świata, Polacy konkurują w nich o miejsce z Niemcami, Hiszpanami, Francuzami i Norwegami – wskazuje Piotr Majdan. – Ale widzimy, że to się zmienia – w tym sezonie mieliśmy bardzo dużo rezerwacji już przed świętami. Zdarzało się jednak, że musieliśmy odmawiać, bo nie mieliśmy już wolnego miejsca w szkole.

Wyjazdy połączone z nauką języka są bardzo popularne np. wśród Niemców czy Skandynawów

Młodzi Norwegowie, Szwedzi i Finowie wyjeżdżają na kurs językowy, uczą się, wracają i kontynuują naukę języka w szkole – zauważa Majdan. – Podróżują także po kilka razy w ciągu sezonu. Na wypoczynek połączony z nauką przeznaczają często całe wakacje, czyli do dwunastu tygodni.

Kierunki wyjazdów wybierane przez Polaków nie różnią się przy tym zasadniczo od tych, na które decydują się Niemcy. W krajach skandynawskich, z uwagi na wyższą zamożność tamtejszych społeczeństw, chętniej natomiast są wybierane bardziej egzotyczne, ale i droższe, destynacje. Oni uczą się np. hiszpańskiego na plażach Kostaryki.

Zainteresowanie intensywną nauką języków obcych rośnie w krajach rozwijających się na innych kontynentach. W Ameryce Południowej są to przede wszystkim Wenezuela, Kolumbia i Brazylia, w Azji – Japonia i Wietnam.

W Japonii nie ma jeszcze takiej świadomości, że język angielski jest potrzebny do sukcesu zawodowego. Duże przedsiębiorstwa japońskie operują po japońsku w swoim własnym kraju, stąd wielkiej potrzeby znajomości innych języków jeszcze nie ma. To się jednak powoli zmienia i młodzi Japończycy często wyjeżdżają za granicę nie tylko po to, żeby zwiedzać Europę, lecz także po to, by nauczyć się języka – mówi Majdan.

E-zakupy żywności wciąż mało popularne. Kupujemy w sieci kilkudziesięciokrotnie mniej niż mieszkańcy Europy Zachodniej

Wartość rynku internetowych zakupów żywności stanowi zaledwie 0,2 proc. całości sektora spożywczego w Polsce. To wciąż dużo mniej niż w krajach Europy Zachodniej, gdzie nawet 7 proc. obrotów jest generowanych w sieci. Polacy powoli zaczynają jednak dostrzegać zalety wirtualnych platform: brak kolejek przy kasach, dostawę do domu czy wybór produktów trudno dostępnych w sklepach stacjonarnych. 

Rynek zakupów spożywczych w internecie rozwija się coraz szybciej. Mimo że to nadal nisza, w ostatnich dwóch latach odnotowujemy na rynku wzrosty rzędu 30-40 proc. i widzimy zmianę zachowań konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Nicolas Jedraszak, prezes zarządu Frisco.pl, internetowego supermarketu z produktami żywnościowymi.

Wynika to ze zmiany potrzeb konsumenckich. Ludzie mają coraz mniej czasu dla siebie i chcą wykorzystywać go bardziej efektywnie. Jedraszak dodaje, że zakupy online pomagają w życiu codziennym, co powinno generować wzrost rynku.

Polacy powoli przekonują się do tej kategorii. W tej chwili mniej niż 1 proc. konsumentów korzysta z takich usług. Wiemy jednak, że potencjał jest znacznie większy – twierdzi prezes zarządu Frisco.pl.

Frisco.pl szacuje polski rynek e-żywności na 400-500 mln zł, przy 225 mld całości rynku spożywczego. W Anglii czy Francji penetracja rynku jest na poziomie kilkuprocentowym., co oznacza możliwy wielokrotny wzrost rynku żywnościowego e-commerce w Polsce.

Jak wynika z ekspertyzy agencji IGD, badającej globalny rynek żywności, w Wielkiej Brytanii w 2014 r. rynek żywności kupowanej w sieci był wart 7,7 mld funtów, przy 174,5 mld funtów wartości całego rynku. W 2019 r. wartości te mają odpowiednio wzrosnąć do 16,9 i 203 mld funtów.

Z kolei ubiegłoroczny raport agencji Gemius dla E-commerce Polska wskazuje, że 24 proc. internautów robi zakupy spożywcze w sieci. Rok i dwa lata wcześniej było to odpowiednio 13 proc. i 8 proc. Polscy internauci w ten sposób wydają średnio 70 zł miesięcznie. Co trzeci badany przyznał, że w przyszłości ma zamiar korzystać z e-delikatesów.

Spodziewamy się rozwoju rynku. Wzrosty powinny sięgać 30-40, może nawet 50 proc. rocznie. Nie patrzymy jednak na wzrosty rynku, tylko na jego potencjał. A ten jest na poziomie 5-6-7 proc. rynku spożywczego, a także całego rynku FMCG – mówi Jedraszak.

A. Kwiatkowski (B-Consulting): Dubaj może stać się atrakcyjnym miejscem do inwestowania

Obecność w Dubaju daje dostęp do rynków arabskich, hinduskich i afrykańskich, obejmujących w sumie niemal jedną trzecią ludności Ziemi. Inwestycjom w regionie sprzyja system fiskalny, w którym podatki są praktycznie równe zeru. Opłacalność udaje się jednak osiągnąć tylko prowadząc działalność w dużej skali, więc polskie firmy, niedysponujące opracowaną infrastrukturą dostaw, są niemal nieobecne w Dubaju.

Polskie inwestycje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA) są stosunkowo zapóźnione – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Kwiatkowski, partner w firmie doradczej B-Consulting. – Inwestujemy, ale w śladowej ilości w porównaniu z większymi krajami Unii Europejskiej. Najlepiej byłoby to po prostu nadrobić. Szczególnie teraz, czyli w momencie, kiedy zamknął się rynek naszych wschodnich sąsiadów i trzeba myśleć o alternatywach.

Prowadzenie przedsięwzięć w Dubaju zdaniem partnera B-Consulting jest stosunkowo proste, bo sprzyja im system fiskalny oparty na prawie brytyjskim.

Jest dużo elementów, które przyciągają tam inwestorów z całego świata: strefy wolnocłowe, w których przepisy są jasne, precyzyjne, a przede wszystkim podatki praktycznie równe zeru – wskazuje Kwiatkowski. – Głównym problemem jest skala działalności. Zaczyna się to opłacać w momencie, kiedy przewozi się naprawdę sporo kontenerów i zdobywa duże kontrakty.

Na przeszkodzie w ich realizacji stoi, jak uważa Kwiatkowski, bariera infrastrukturalna. Aby dostarczyć duże ilości towarów, trzeba najpierw sporo zainwestować.

Jeżeli chcemy wejść na ten rynek, to kontaktujemy się zazwyczaj z dystrybutorem lokalnym, który odbiera potężne ilości produktów – tłumaczy Aleksander Kwiatkowski. – Musimy więc przewieźć towar w kontenerach, statkami i składować go tam, na miejscu. To spore koszty, które trzeba ponieść. Dlatego nasi producenci wolą opierać się na tych, którzy już zbudowali odpowiednią do tego infrastrukturę. To jednak powoduje, że to oni spijają śmietankę., a krajowy wytwórca dostaje tylko minimalne wynagrodzenie.

Tymczasem rynek ZEA to miejsce, z którego można atakować – zdaniem Kwiatkowskiego – znacznie większe obszary potencjalnej konsumpcji.

Już same Emiraty są bogate, a oprócz tego mamy potężny rynek hinduski: Indie, Pakistan oraz gigantyczną Afrykę – wskazuje Kwiatkowski. – Państwa czarnego kontynentu naprawdę zaczynają rosnąć w siłę. W tej chwili dostęp do internetu jest tam stosunkowo prosty i tani, a świadomość konsumentów bardzo szybko rośnie. Afryka jest jednym z najszybciej rosnących rynków na świecie. Pojawia się tylko pytanie, jak długo będzie się powiększał oraz o jakie wartości.

Także względy demograficzne, jak uważa Kwiatkowski, przemawiają na korzyść inwestycji w tamtym regionie.

Europa kostnieje i trudno się po niej spodziewać gwałtownych wzrostów, szczególnie konsumpcji – zauważa Kwiatkowski. – Tymczasem Afryka, ZEA i Azja to nowe rynki, młodzi ludzie, bardzo często z większą siłą nabywczą niż w krajach Unii Europejskiej.

Praktycznie każda gałąź gospodarki, jak twierdzi ekspert, ma szanse na uplasowanie swoich produktów i usług na tych rynkach. Zdaniem Fahada Al Gergawi, prezesa Dubai Investment Development Agency, z którym niedawno rozmawiała Newseria, największe szanse na sukces mają firmy zajmujące się produkcją żywności, budowlane i działające w obszarze służby zdrowia.

Jeśli chodzi o wysokie technologie, to praktycznie wszyscy duzi już tam są obecni, bo wiadomo, że jeśli się jest w danym regionie, to dużo łatwiej wejść na rynek i tam sprzedawać – informuje Aleksander Kwiatkowski. – Bardzo trudno natomiast będąc w Warszawie cokolwiek prowadzić tam interesy, w zasadzie w każdym sektorze. Nas praktycznie, procentowo rzecz biorąc, tam nie ma. Natomiast inni używają Dubaju i strefy w Jebel Ali, jednego z największych na świecie portów, właśnie do tego, żeby wejść na rynki arabskie, hinduski i całego obszaru, który z naszego punktu widzenia jest stosunkowo odległy.

P. Sieradzan (Everest): W tym roku polskie spółki powinny dać zarobić inwestorom. Zagrożeniem jest tylko sytuacja międzynarodowa

CEO Magazyn Polska

2015 rok powinien przynieść ożywienie polskiej gospodarce i zyski inwestorom, którzy dobrze wytypują korzystające na poprawie koniunktury spółki giełdowe. Korzystna koniunktura zapowiada się m.in. dla eksporterów i branży finansowej. Jest też szansa na ożywienie na rynku nieruchomości. Nie wolno jednak zapominać o zagranicznych zagrożeniach dla naszego wzrostu.

– Dotyczy to oczywiście sytuacji na Ukrainie i w Rosji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Sieradzan, prezes zarządu Everest TFI. – Duży wpływ będzie też miało to, co będzie się działo w Unii Europejskiej w kontekście zarówno tych bardziej rozwiniętych gospodarek i możliwego QE [quantitative easing, zwiększenie wielkości podaży pieniądza w obiegu – red.], jak i gospodarek gorszych, chociażby greckiej, która też może wywołać trochę zamieszania. Dalej przechodzimy do czynniki globalne, czyli Stanów Zjednoczonych i Chin, które zwalniają coraz bardziej.

W Grecji 25 stycznia odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne, ogłoszone po tym, jak w grudniu parlament mimo trzech prób nie zdołał wybrać prezydenta. Z kolei w Chinach, choć trudno twierdzić, że kraj, którego PKB rośnie obecnie ok. 7 proc. rocznie, pogrąża się w kryzysie, tempo wzrostu jest znacznie słabsze niż rekordowe 14 proc. w 2007 roku. Dla Polski nie jest to najlepsza wiadomość i nie wynika tylko z tego, że i polska, i chińska gospodarka wciąż taktowanie są przez inwestorów na świecie jak jedna grupa rynków wschodzących, tzw. emerging markets.

Polska powinna już wchodzić w kategorię developed markets – zaznacza Piotr Sieradzan, podkreślając, że tak się jednak nie dzieje. Mimo że chińska gospodarka nie ma bezpośredniego przełożenia na gospodarkę polską, to biorąc pod uwagę fakt, że jest to również gospodarka wciąż zaliczana do emerging markets i że Chiny mają ogromny wpływ na to, co się dzieje globalnie, to jest to może nawet ważniejsze dla Polski niż jakieś pojedyncze czynniki lokalne.

Mimo zagrożeń perspektywy polskich spółek w tym roku są zupełnie niezłe. Szczególnie duże i silne powinny sobie świetnie radzić już w pierwszych miesiącach. 2015 rok na warszawskiej giełdzie zapowiada się więc wzrostowo.

– Impuls wzrostowy powinien przyjść jednak od dużych spółek – prognozuje prezes Everest TFI. – Dopiero później, po kilku miesiącach wzrostów na rynku, mniejsi inwestorzy mogą dołączyć. Jeśli chodzi o branże, no to na pewno musimy patrzeć na to, co się dzieje dookoła. Rosnący dolar, słabnące euro i słabnący przy tym złoty wskazują na spółki, które zajmują się eksportem na rynki, gdzie transakcje są rozliczane w dolarach.

Zaznacza jednak, że warto pamiętać o zagrożeniach międzynarodowych. Eksporterzy zorientowani na rynki wschodnie raczej nie będą się zaliczać do spółek o wybitnych wynikach. W innych branżach dobra koniunktura z 2014 roku powinna się utrzymywać i w 2015 roku.

– Pewnie branża finansowa nie będzie się zachowywała najgorzej, biorąc pod uwagę to, co się dzieje w polskiej gospodarce – uważa Piotr Sieradzan z Everest TFI. Aczkolwiek należy tu raczej podchodzić do tego wybiórczo, ponieważ to był sektor, który jakiś czas już nieźle sobie radził. Raczej byłbym jeszcze ostrożnie nastawiony do sektorów konsumpcyjnych, jednak pojedyncze firmy, w szczególności przemysłowe z sektora małych i średnich spółek, mogą okazać się ciekawe.

Osoby, które są gotowe na pewne ryzyko, powinny się przyjrzeć sektorowi nieruchomości, który, jak ocenia prezes Everest TFI, najgorsze wydaje się mieć już za sobą.

– Pytanie, czy odbicie pojawi się w najbliższym czasie, czy będziemy musieli na nie jeszcze poczekać. Kiedy spojrzymy na wyniki tych spółek, to wyraźnie zobaczymy pewne ożywienie, być może to samo pokażą wyceny.

W tym roku może potanieć gaz. Wolny rynek, import z Niemiec i łagodna zima korzystne dla odbiorców

CEO Magazyn Polska

Gaz na polskim rynku będzie w tym roku taniał. Analitycy oczekują spadków m.in. ze względu na łagodną zimę oraz rosnące możliwości importu gazu z Niemiec, gdzie do tej pory ceny były niższe niż w Polsce. Rynek zmienia się również pod wpływem postępującej liberalizacji i rosnącej płynności na Towarowej Giełdzie Energii.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynkach zagranicznych, czynniki makroekonomiczne, wysokie stany napełnienia magazynów oraz prognozy wyższych temperatur zimą, należy oczekiwać stabilnych cen na obecnym poziomie lub nawet trendu malejącego w I, II czy III kwartale – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kasprzak, członek zarządu ds. operacyjnych Hermes Energy Group.

Kasprzak podkreśla, że na prognozowany spadek cen wpływa także wzrost możliwości importu gazu z Niemiec, dzięki rozbudowaniu fizycznego rewersu na Gazociągu Jamalskim. To powinno zwiększyć bezpieczeństwo dostaw gazu oraz doprowadzić do wyrównania cen gazu w Polsce i Niemczech.

Zachęta cenowa do importu gazu i wprowadzania go na TGE korzystnie wpływa na płynność obrotu na giełdzie.

Ta sytuacja ma teraz miejsce i będzie wpływać na krokowy wzrost płynności. Po drugie, poziom obliga giełdowego do realizacji przez PGNiG wzrasta, więc ta płynność będzie naturalnie wzrastać – podkreśla Kasprzak.

W tym roku już 55 proc. całego gazu sprzedawanego przez PGNiG musi być wprowadzone do obrotu na TGE. Jak podkreśla Kasprzak, obligo jest obecnie realizowane. Umożliwiło to wydzielenie z PGNiG spółki PGNiG Obrót Detaliczny, która na mocy sukcesji generalnej przejęła wszystkich odbiorców indywidualnych spółki, a sama kupuje gaz na TGE od spółki matki.

Obligo jest realizowane,a płynność na Towarowej Giełdzie Energii wzrosła kilkunastokrotnie. To bardzo pozytywny sygnał – ocenia Kasprzak.

Na rosnącym wolumenie gazu sprzedawanego na wolnym rynku skorzystają też klienci. Dzięki liberalizacji odbiorcy mogą zmieniać dostawcę gazu, choć, jak przypomina Kasprzak, do tej pory większość osób traktowała taką możliwość z dużą ostrożnością.

W 2014 roku mieliśmy do czynienia z umożliwieniem realnej zmiany sprzedawcy paliwa gazowego. Natomiast wielu odbiorców końcowych, zgodnie z naszymi doświadczeniami, odbierało ten rok jako rok testowy. W ich odczuciu ten rynek jest młody, nie rozumieją go, dlatego chcieliby zobaczyć, czy takie podmioty jak nasz czy inne będą w stanie dostarczać ten gaz i jaki wpływ będzie miał kryzys na Ukrainie – tłumaczy Kasprzak.

Dodaje, że już teraz można powiedzieć, że kryzys na Ukrainie i inne perturbacje nie wpłyną na bezpieczeństwo dostaw gazu w Polsce. Dlatego Kasprzak oczekuje, że w 2015 r. wzrośnie liczba odbiorców detalicznych decydujących się na zmianę dostawcy.

Coraz mniej młodych bez pracy. Firmy dostrzegają potrzebę walki o tych pracowników

CEO Magazyn Polska

Poprawia się sytuacja na rynku pracy dla osób młodych. Bezrobocie w tej grupie wciąż jest dwukrotnie wyższe niż w całym społeczeństwie, ale zmiany następują dynamicznie. Pracodawcy coraz aktywniej zabiegają o młodych pracowników i budują swój atrakcyjny wizerunek w tej grupie. Pomagają również rządowe programy wsparcia.

Młodym wciąż jest trudniej na rynku pracy. W tej chwili według Eurostatu bezrobocie wśród osób do 25. roku życia wynosi 23,2 proc. W porównaniu z poprzednim rokiem, kiedy to bezrobocie wynosiło 27,7 proc., widać poprawę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Zgodnie z ostatnimi danymi Eurostatu za listopad 2014 r. bezrobocie spadło już poniżej średniej dla strefy euro (23,6 proc.) i tylko o 1,5 pkt proc. przekracza średnią dla całej Unii Europejskiej. Jest jednak nie tylko dwukrotnie wyższe w porównaniu z ogólnym poziomem bezrobocia, lecz także gorsze niż w niektórych krajach regionu. W Czechach tylko 15,6 proc. osób poniżej 25. roku życia pozostaje bez pracy, a na Węgrzech wskaźnik ten wynosi 19,8 proc. (w październiku). Średnią podnoszą m.in. Hiszpania i Grecja, gdzie bezrobocie młodych przekracza 50 proc., a także Chorwacja i Włochy, gdzie wynosi ponad 45 proc.

Palikowski podkreśla jednak, że te niekorzystne dane będą się poprawiać. Młodym będzie coraz łatwiej o pracę, bo przedsiębiorcy zaczynają aktywnie zabiegać o pracowników z tej grupy wiekowej.

Jest coraz więcej firm, które bardzo świadomie przeznaczają środki finansowe w postaci różnych inwestycji w employer branding, czyli budowanie swojego wizerunku w grupach docelowych: wśród uczniów szkół technicznych, zawodowych, studentów, absolwentów, a także profesjonalistów – tłumaczy prezes PSZK. ‒ Wizerunek dobrego pracodawcy jest w tej chwili coraz bardziej istotny choćby ze względów na demografię.

Palikowski zwraca uwagę na to, że powodem wyższego niż w całym społeczeństwie bezrobocia młodych jest przede wszystkim zły system kształcenia, który nie uwzględnia aspektu praktycznego oraz współpracy z przedsiębiorcami. Choć w prawie są już mechanizmy, które mogą poprawić tę sytuację, Palikowski ocenia, że środowiska nauki i biznesu nie rozumieją wzajemnie swoich potrzeb.

Według niego wina za tę sytuację spada w równym stopniu na obydwie strony, a także na młodych pracowników, którzy sami nie zawsze rozumieją swoją sytuację na rynku pracy. Palikowski podkreśla, że PSZK aktywnie promuje dobre postawy wśród pracodawców. W ramach takich działań wypracowano Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk. Obecnie trwa budowa platformy ułatwiającej rozmowy i współpracę stron na rynku pracy.

Ciekawa jest także inicjatywa resortu skarbu, który ogłosił konkurs dla utalentowanych młodych ludzi, chcących odbyć staż w spółkach skarbu państwa. Są takie inicjatywy, wiem, że różne resorty pracują nad wspólnymi działaniami w zakresie szkolnictwa zawodowego, więc jest dużo przykładów pozytywnych myślenia o szkolnictwie zawodowym i w ogóle o zarządzaniu kapitałem ludzkim w skali makro – podkreśla Palikowski.

Nie brakuje również ciekawych inicjatyw na szczeblach samorządowych i w poszczególnych firm. PSZK zamierza w tym roku wspierać i nagłaśniać najciekawsze pomysły, dzięki którym ma się poprawić współpraca przedsiębiorców z sektorem edukacyjnym oraz z samymi młodymi pracownikami.

Palikowski zwraca jednak uwagę na to, że już teraz najlepsi młodzi pracownicy nie mają problemu ze znalezieniem pracy. Ważne jest przede wszystkim to, by wiedzieli, co chcą robić, i konsekwentnie zmierzali w tym kierunku.

Osoby, które świadomie planują swoją karierę, i to już od wczesnych lat szkolnych, i które myślą o swoim funkcjonowaniu na rynku pracy, zawsze są w takiej pozycji, która pozwala im wybierać. Wojna o talenty trwa od zawsze. Myślę, że z przyczyn demograficznych ta walka o młodych, zdolnych ludzi będzie coraz bardziej zacięta – prognozuje Palikowski.

Eksport z Polski rośnie pomimo embarga i sytuacji na Ukrainie. Skutki odczuła co piąta firma

CEO Magazyn Polska

Choć rosyjskie embargo i problemy odbiorców polskich produktów odbiły się na działalności co piątego eksportera, to sama wartość eksportu po trzech kwartałach 2014 roku wzrosła o ponad 4 proc. Zmieniły się jednak rynki. Firmy w Polsce aktywnie poszukują nowych odbiorców w innych krajach.

Sytuacja eksporterów po pół roku od wprowadzenia embarga jest relatywnie dobra. Faktem jest, że zmieniły się kierunki. W dalszym ciągu dominującymi rynkami są niemiecki i francuski. Natomiast niebagatelną wartość miał rynek rosyjski, który odpowiadał za aż 20 proc. polskiego eksportu – mówi agencji Newseria Krzysztof Kuniewicz, dyrektor generalny Bibby Financial Services.

Według danych GUS w okresie styczeń-listopad 2014 r. eksport towarów z Polski wyniósł prawie 150,5 mld euro. W porównaniu z pierwszymi jedenastoma miesiącami 2013 r. był większy o 4,8 proc. Import rósł nieznacznie szybciej (5 proc.), a deficyt obrotów w handlu zagranicznym wyniósł 1,7 mld euro.

Z badania przeprowadzonego wśród firm przez Bibby Financial Services wynika, że w III kwartale prawie 20 proc. przedsiębiorstw odczuło negatywne skutki sytuacji na Wschodzie. Embargo rosyjskie i ograniczona konsumpcja na Ukrainie negatywnie wpłynęły na rozwój ich biznesu.

Dane GUS pokazują, że eksport na rynki rozwinięte wzrósł do listopada włącznie o 7,2 proc, za to do krajów Europy Środkowo-Wschodniej spadł niemal o 17 proc. Eksport do Rosji zmalał w tym czasie o 13,5 proc., a na Ukrainę – o 27,3 proc.

Według Kuniewicza na rynku miały miejsce kompensujące się zmiany, które były efektem działań samych przedsiębiorstw aktywnie zabiegających i poszukujących alternatywnych form i kierunków sprzedaży.

 Prawie 40 proc. firm aktywnie poszukuje nowych kontrahentów. 8 proc. stwierdziło, że zagraniczni kontrahenci pojawili się u nich sami. To jest dobra wiadomość – mówi dyrektor.

Dodaje jednocześnie, że coraz więcej przedsiębiorstw nie czeka już na to, aż coś się zmieni, tylko szuka nowych rynków. Znacząco rośnie wymiana handlowa z państwami UE oraz takimi krajami, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Singapur, Chiny, Kanada czy RPA.

Ekspert podkreśla jednak, że tylko ponad 6 proc. przedsiębiorców korzysta z instytucjonalnych form wsparcia eksportu. Instytucje wymieniane najczęściej jako pomocne to: PARP, Ministerstwo Gospodarki, EEN (Enterprises Europe Network) i Agencja Rynku Rolnego.

Ze względu na duże ryzyko przedsiębiorstwa coraz częściej przy poszukiwaniu potencjalnego odbiorcy swoich produktów zasięgają informacji o kontrahentach w wywiadowniach gospodarczych.

Rośnie popularność ubezpieczenia kredytu kupieckiego, obserwujemy także wzrost zainteresowania faktoringiem eksportowym, który łączy funkcje finansowania i po części także przejęcia ryzyka niewypłacalności kontrahentów – wylicza Kuniewicz.

Jego zdaniem eksporterzy – mimo niezłych wyników w ubiegłym roku – biorą pod uwagę również negatywne scenariusze rozwoju sytuacji w tym roku.

Świadczy o tym choćby spadek wartości Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców, który z dość wysokiej wartości notowanej wiosną na poziomie 59 proc. spadł do poziomu 53 proc., czyli do poziomu niższego niż jeszcze rok temu – podsumowuje dyrektor generalny.

Praca staje się bardziej mobilna. Muszą się do tego dostosować producenci urządzeń biurowych

CEO Magazyn Polska

W tym roku 37 proc. pracowników zdecyduje się na model pracy zdalnej – wynika z analiz IDC. W wielu firmach trudno sobie wyobrazić pracę bez urządzeń mobilnych. Producenci sprzętu biurowego muszą za tymi tendencjami podążać. Inteligentne rozwiązania z zakresu zarządzania dokumentacją czy wydrukiem mogą pozwolić na znaczne oszczędności w firmie.

Szacuje się, że środowisko wydruku to koszt od 1 do 3 proc. przychodów całego przedsiębiorstwa, a zdarzają się nawet przypadki, gdzie koszty z tym związane dochodzą nawet do 12 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Nuckowski, dyrektor działu usług w Xerox Polska. – Jeżeli spojrzymy natomiast na całość zarządzania dokumentami i informacją, to może to być nawet kilkadziesiąt procent dochodów. 

Z danych KPMG wynika, że w Polsce mniej więcej połowa firm monitoruje koszty wydruku. W przypadku dużych firm odsetek ten jest jeszcze wyższy (61 proc.).

Firmy wdrażają nowoczesne rozwiązania biurowe nie tylko ze względu na oszczędności. Zmienia się model pracy – coraz więcej osób pracuje na urządzeniach mobilnych lub zdalnie i często muszą mieć dostęp do mobilnego wydruku. Poza tym coraz więcej firm decyduje się na outsourcing środowiska wydruku, czyli zlecenie go zewnętrznym firmom.

Zapotrzebowanie firm na tego typu usługi jest coraz większe. Polska, podobnie jak w innych dziedzinach, przeskoczyła okres powolnego rozwoju i sięga od razu po najnowsze trendy światowe, czyli wydruk mobilny, politykę bezpieczeństwa i pełny outsourcing środowiska wydruku. Nasz rynek jest pod tym względem wyjątkowo nowoczesny. Szacuje się, że jego wielkość będzie już niedługo większa niż we Włoszech czy Hiszpanii – mówi Nuckowski.

Jak podkreśla, po nowoczesne rozwiązania sięgają już nie tylko duże korporacje, lecz także mniejsze i średnie firmy.

Według KPMG najczęstszym źródłem informacji na temat kosztów wydruku jest audyt realizowany własnymi zasobami firmy – w ten sposób postępuje ponad połowa przedsiębiorstw monitorujących koszty wydruku.

Najpierw przyglądamy się infrastrukturze wydrukowej, optymalizujemy ją oraz poszczególne urządzenia. W drugim etapie przyglądamy się integracji ze środowiskiem wydruku pod kątem mobilności i wewnętrznej polityki bezpieczeństwa przedsiębiorstwa – precyzuje szef działu usług firmy Xerox. – W trzeciej fazie przyglądamy się samemu procesowi produkcji informacji na dokumencie i w miarę możliwości, przy użyciu narzędzi informatycznych, automatyzujmy proces.

Kwestie bezpieczeństwa mają w tym względzie dla firm duże znaczenie. Powoli przekonują się one, że zlecenie usług na zewnątrz czy technologia chmury może być równie bezpieczna lub nawet bezpieczniejsza niż rozwiązania stosowane do tej pory.

Wciąż jednak panuje dosyć konserwatywne przekonanie, że wszystko powinno być zamknięte, zaszyfrowane i najlepiej znajdować się w siedzibie przedsiębiorstwa – tłumaczy Nuckowski. – Rozwiązania chmurowe czy outsourcingowe mają więc mały problem z przebiciem się do osób zarządzających takimi obszarami. Myślę jednak, że to tylko kwestia czasu, roku, dwóch, trzech lat, i te rozwiązania trafią do powszechnego użytku.

Nowe centra handlowe będą mniejsze i będą powstawać głównie w mniejszych miastach

0

W Polsce działa obecnie ok. 440 galerii handlowych. Mimo że duże miasta i aglomeracje są już nasycone takimi obiektami, to możemy się tam spodziewać kolejnych otwarć. W najbliższych latach przewidywany jest także boom inwestycyjny w mniejszych miastach oraz rozwój centrów osiedlowych. Jest też szansa na to, że w Polsce – wzorem Paryża czy Londynu – będą rozwijać się ulice handlowe. 

Według danych, które zbiera Polska Rada Centrów Handlowych (PRCH), w kraju funkcjonuje ponad 440 centrów handlowych. Prawie 60 proc. tych obiektów zlokalizowanych jest w dużych aglomeracjach, takich jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań czy Trójmiasto – mówi agencji Newseria Biznes Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalna Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Według PRCH prawie 90 proc. to tradycyjne centra handlowe, czyli takie, w których dominuje jedna z dużych sieci spożywczych, wokół której jest galeria kilkudziesięciu punktów handlowo-usługowych. Pozostałe obiekty to przede wszystkim centra wyprzedażowe i parki handlowe, których w Polsce nadal jest stosunkowo niewiele w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Zazwyczaj w centrum handlowym w Polsce jest ok. 50-60 punktów handlowo-usługowych, choć te duże i bardzo duże galerie skupiają ich ponad 100.

Według raportu Retail Research Forum, przygotowywanego pod egidą Polskiej Rady Centrów Handlowych, największe nasycenie powierzchnią handlową jest przede wszystkim w ośmiu największych miastach w Polsce, gdzie na koniec 2014 roku wynosiło około 600 mkw. na 1000 mieszkańców

W Polsce handel to głównie centra i nowoczesne obiekty handlowe. Z kolei w miastach takich jak Paryż, Berlin czy Londyn mamy również ulice handlowe, gdzie skupia się spora część biznesu. Porównując zatem nasycenie nowoczesną powierzchnią handlową, warto spojrzeć na handel w szerszym kontekście, nie zawężając go wyłącznie do galerii – mówi dyrektor generalna PRCH. – Opracowaliśmy raport, w którym dokonaliśmy analizy potencjału i możliwych kierunków rozwoju ulic handlowych w ośmiu największych miastach w kraju. To ważne, aby władze miast dostrzegły miastotwórcze znaczenie handlu i jego ożywczy charakter. Firmy zrzeszone w PRCH mają wiedzę, kompetencje i umiejętności nabyte podczas tworzenia centrów handlowych, które wzorem innych europejskich miast można z powodzeniem przekładać na handel miejski.

Jak podkreśla, Rada rozpoczęła w ubiegłym roku współpracę z ośmioma największymi miastami właśnie po to, aby handel i usługi wróciły na ulice centrów miast. Zainteresowanie PRCH ulicami handlowymi i wysokie nasycenie powierzchnią handlową w największych aglomeracjach nie oznaczają, że w Polsce nie będą powstawać kolejne galerie.

Kraków, Wrocław i Warszawa to przykład miast, w których powstaną w ciągu najbliższych lat nowe centra – informuje Anna Szmeja-Kroplewska. – Inwestorzy obiektów wchodzących na bardzo nasycone i konkurencyjne rynki bardzo szczegółowo analizują dziś konkurencję, potencjał, siłę nabywczą oraz aspiracje potencjalnych klientów. Te projekty powstają dużo wolniej, a o ich sukcesie będzie decydować nie tylko oferta handlowa, lecz przede wszystkim jakości usług, rodzaj oferty rozrywkowo-restauracyjnej oraz umiejętność wykorzystania nowoczesnych technologii i narzędzi komunikacji.

Coraz częściej deweloperzy stawiają także na mniejsze miasta, takie od 100 do 200 tys. mieszkańców.

Od co najmniej 5 lat najwięcej centrów handlowych powstaje w mniejszych miejscowościach i to bezdyskusyjnie będzie dominujący trend w najbliższym czasie – dodaje Anna Szmeja-Kroplewska. – Powstaną także małe, osiedlowe centra handlowe, czyli centra convenience, gdzie przy stosunkowo niewielkim operatorze spożywczym mamy mniej więcej 10 punktów handlowo-usługowych, takich jak pralnia, szewc, dobra piekarnia oraz punkty oferujące produkty pierwszej potrzeby – mówi dyrektor generalna PRCH.

Kolejnym obserwowanym trendem będzie modernizacja już istniejących obiektów, ponieważ wiele spośród 440 galerii wymaga przebudowy lub rozbudowy. Podobnie jak w przypadku nowych obiektów, istniejące już centra, aby utrzymać swoją pozycję rynkową, muszą się zmieniać i podążać w kierunku wyznaczanym przez zwyczaje zakupowe klientów, stawiając na rozbudowę stref gastronomicznych i rozrywkowych, które cieszą się stale rosnącą popularnością wśród odwiedzających.

Według raportu firmy Cushman & Wakefield w Europie łączna powierzchnia handlowa to ponad 161 mln mkw. (4,5 proc. wzrostu względem 2013 roku). Największym rynkiem pozostaje Francja (ok. 17,6 mln mkw.) Na kolejnych miejscach znalazły się Rosja (17,5 mln mkw.) i Wielka Brytania (16,98 mln mkw.). W Polsce łączna powierzchnia w obiektach handlowych to ponad 10 mln mkw.

Polska została sklasyfikowana na trzecim miejscu w Europie Środkowo-Wschodniej oraz piątym w Europie pod względem planowanej powierzchni handlowej do końca 2015 r.

Ruch w biurach podróży z powodu ferii rośnie. Najpopularniejsze narty w Alpach i wypoczynek na Kanarach

W poniedziałek uczniowie z czterech województw rozpoczną ferie. Ruch w biurach podróży jest większy niż przed rokiem. Ciepła zima w kraju skłania miłośników nart do wyjazdu do Austrii czy Włoch. Nie brakuje jednak turystów, którzy w środku zimy wybierają wypoczynek na ciepłych plażach Wysp Kanaryjskich, Maroka czy Egiptu.

Ferie to najpopularniejszy czas zimowego wypoczynku. W tym roku wiele rodzin spędzi je za granicą. Notujemy 18-proc. wzrost liczby klientów, którzy wyjadą w tym czasie, porównując do analogicznego okresu poprzedniego roku. Królują narty, aczkolwiek nie brakuje również zwolenników ciepłych temperatur i rodzinnego wypoczynku w słońcu – mówi agencji Newseria Biznes Magda Plutecka-Dydoń, rzecznik prasowy biura podróży Neckermann Polska.

W ubiegłym sezonie zimowym ponad 70 proc. wszystkich korzystających z usług biur podróży wybrało plażowanie – wynika z badania Travelplanet i Expander Advisors dotyczącego sezonu zimowego 2013/2014 (od 10 grudnia do końca marca). Plutecka-Dydoń podkreśla, że początek roku to dobry okres dla poszukujących okazji, można wówczas znaleźć atrakcyjne cenowo wyjazdy. Największą popularnością cieszą się Wyspy Kanaryjskie, Maroko i Egipt, ale rośnie także liczba osób wybierających egzotykę.

W tym roku możemy mówić o wzroście zainteresowania dalekimi kierunkami, również ze względu na wiele możliwości wylotu i atrakcyjne ceny. Bezpośrednie loty na Kubę czy do Meksyku powodują, że te kierunki są coraz chętniej wybierane przez rodziny na ferie – mówi Plutecka-Dydoń.

Największym zainteresowaniem cieszą się komfortowe hotele położone przy plaży z bogatą infrastrukturą zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Za tygodniowe wakacje w Egipcie w hotelu z opcją all inclusive trzyosobowa rodzina zapłaci od 5,4 tys. zł. Niewiele więcej za pobyt na Wyspach Kanaryjskich. Egzotyka to propozycja dla bardziej zamożnych, jedna osoba musi liczyć się z kosztami ok. 5-6 tys. zł.

W ubiegłym roku na narty zdecydowało się 28 proc. wszystkich wyjeżdżających na urlop w sezonie zimowym (badania Travelplanet i Expander Advisors). Zdecydowana większość miłośników białego szaleństwa, bo blisko 80 proc., wybrała stoki w Austrii i we Włoszech. W tym roku liczba ta może być jeszcze większa. Turystów skłania do tego ciepła zima w kraju, bo w Alpach, w przeciwieństwie do polskich gór, śniegu jest pod dostatkiem. Rodziny doceniają też dobrą infrastrukturę i atrakcje dla najmłodszych.

W większości kurortów bez kłopotów znajdziemy szkółkę narciarską, gdzie będziemy mogli zostawić dziecko pod okiem profesjonalistów. Wiele ośrodków we Włoszech, w Austrii, a także Czechach czy na Słowacji oferuje dodatkowe atrakcje, takie jak tory saneczkowe, lodowiska czy zabawę w snowparkach – wymienia Plutecka-Dydoń.

Podkreśla, że ceny imprez narciarskich za granicą są porównywalne do tych w ubiegłym roku. Tańsza jest benzyna, co cieszy turystów, którzy zdecydowali się na opcję z dojazdem własnym. Wzrosła za to średnia cena przeznaczana przez klientów Neckermanna na rodzinny wypoczynek na nartach. Powodem jest to, że wybierają oni coraz wyższy standard hoteli.

Tygodniowy wypoczynek w Austrii, w rejonie Kaprun, w hotelu 3-gwiazdkowym z dwoma posiłkami będzie kosztował rodzinę – dwie osoby dorosłe i dziecko – już od 2,4 tys. zł, w Czechach, w Harrachovie, od 1,6 tys. zł – ocenia rzeczniczka Neckermann Polska.

PSB: W tym roku ceny materiałów budowlanych nie będą rosły. Może się zwiększyć za to ich sprzedaż

CEO Magazyn Polska

Ceny materiałów budowlanych w ubiegłym roku utrzymywały się na stałym poziomie. Sprzedawcy spodziewają się, że w tym będzie podobnie. Duże nadzieje na wyższe obroty wiążą z rosnąca liczbą pozwoleń na budowę. Marże jednak pozostaną prawdopodobnie na podobnym poziomie jak w 2014 roku.

– Ubiegły rok upłynął pod znakiem wyjątkowej stabilizacji cen materiałów budowlanych – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Kwapisz, zastępca dyrektora ds. handlowych w warszawskiej filii spółki Polskie Składy Budowlane, jednej z największych sieci handlujących tym asortymentem. – Przez cały rok obserwowaliśmy te same ceny, co było wyjątkowe dla naszej branży. Przykładem mogą być izolacje termiczne. Wcześniej w zasadzie co miesiąc mieliśmy aktualizację cenników, jednak od lipca do listopada ubiegłego roku obowiązywał ten sam cennik i to u wszystkich producentów. Takiej stabilizacji rynek dawno nie widział.

Według Grupy PSB w grudniu w porównaniu z poprzednim miesiącem wzrosły jedynie ceny suchej zabudowy (o 1,5 proc.), pokryć folii dachowych i rynien (o 0,3 proc.). Spadły natomiast w siedmiu grupach wyrobów: najbardziej silikatów (o 4 proc. ) i ceramicznych materiałów ściennych (o 2,2 proc.). Minimalnie była też niższe ceny gazobetonów, drewna oraz produktów drewnopochodnych, chemii budowlanej, izolacji wodochronnych i termicznych. W pozostałych grupach produktów ceny nie uległy zmianie.

W przypadku naszej branży wszyscy  hurtownicy, dystrybutorzy, generalni wykonawcy i podwykonawcy, mało zarabiają – informuje Szymon Kwapisz. – Obecnie marże są już na bardzo niskim poziomie, co dotyczy także producentów materiałów budowlanych. Nie ma więc z czego obniżać cen.

Pewne nadzieje branża wiąże ze wzrostem liczby pozwoleń na budowę, które w najbliższych miesiącach powinny zaowocować rozpoczęciem nowych inwestycji. Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego w listopadzie ubiegłego roku wydano pozwolenia na budowę 10 782 mieszkań – o 15,7 proc. więcej niż rok wcześniej. 11 miesięcy 2014 roku zamknęło się wydaniem pozwoleń na budowę ponad 144 404 mieszkań (o 14,3 proc. więcej niż w tym okresie 2013 roku, kiedy odnotowano spadek o blisko 18 proc.). W tym czasie o 15,3 proc. wzrosła też liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto (do 139 547).

Czekamy na lepsze czasy na rynku – twierdzi Szymon Kwapisz. –  Liczymy na to, że będzie jeszcze więcej pozwoleń na budowę, ale to liczba rozpoczętych budów pokaże, czy będziemy mogli więcej sprzedawać.

Przychody PSB SA (centrali) ze sprzedaży materiałów budowlanych (do sieci Grupy PSB)  w grudniu 2014 r. były o prawie 4 proc. niższe niż przed rokiem oraz o 24 proc. mniejsze niż w listopadzie ubiegłego roku. Sprzedaż po dwunastu miesiącach natomiast ukształtowała się na poziomie o 11 proc. wyższym niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Polski rynek monitoringu samochodów ma duży potencjał. Będzie rósł wraz ze zwiększającymi się flotami aut służbowych

Na krajowych drogach przybywa służbowych samochodów, a z systemów śledzenia motoryzacyjnych flot korzysta nie więcej niż 40 proc. polskich przedsiębiorców. Dlatego firmy działające w tym segmencie oceniają ten rynek jako perspektywiczny. Przekonują, że systemy monitoringu pozwalają poprawić procesy logistyczne w firmie, a w konsekwencji prowadzą do oszczędności.

Z raportu firmy GE Capital opublikowanego pod koniec 2013 roku wynika, że globalnie ponad 80 proc. osób zarządzających flotami twierdzi, iż w kolejnych 24 miesiącach wzrośnie liczba aut w ich flotach lub przynajmniej utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Choć w Polsce floty cały czas się powiększają, to większość, bo ok. 60 proc. przedsiębiorców, nadal nie korzysta z nowoczesnych form zarządzania nimi. Dlatego Cartrack próbuje ich przekonać do tego, że warto skorzystać z takich typu usług.

Oszczędności się pojawiają, jeśli firma, która kupi system monitoringu, będzie z niego korzystać. Dużo pracujemy z klientami już po zakupie, niejako zmuszając ich, żeby używali naszego systemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartłomiej Dębski, prezes zarządu Cartrack Polska, firmy oferującej systemy monitoringu GPS.

Takie systemy nie tylko daje możliwość odnalezienia skradzionego samochodu, lecz także pozwala na bieżąco obserwować należące do firmy auta, co daje szansę na zwiększenie efektywności ich wykorzystania, usprawnienie procesów logistycznych, ograniczenie zbędnych przebiegów i kontrolę zużycia paliwa. Pomaga to też generować oszczędności na bazie dziennej (do 40 proc.).

Cartrack działa w wielu krajach Europy, Azji oraz Afryki. Siedziba główna spółki znajduje się w RPA i to właśnie na giełdzie w Johannesburgu spółka zadebiutowała pod koniec ubiegłego roku. Firma liczy na to, że pozwoli jej to umocnić obecność na rynkach, na których już funkcjonuje oraz zdobyć nowe.

Pierwszym zadaniem jest zwiększanie świadomości marki na rynkach lokalnych – mówi Dębski. – To są rynki, na których już Cartrack istnieje, a jesteśmy obecni w tym momencie w 18 krajach, gdzie monitorujemy ponad 400 tys. pojazdów. Drugi  ekspansja na kolejne rynki. Myślimy przede wszystkim o rynkach azjatyckich, europejskich oraz kolejnych rynkach afrykańskich, na których jeszcze nas nie ma.

W Afryce Cartrack obecny jest poza RPA w Angoli, Botswanie, Kenii, Malawi, Mozambiku, Namibii, Nigerii, Rwandzie, Suazi, Tanzanii i Zimbabwe. W Azji – na Filipinach, w Malezji i Singapurze, natomiast w Europie firma działa już w Hiszpanii, Portugalii oraz Polsce. Jak podkreśla prezes polskiej spółki, firma osiągnęła tu spory sukces dzięki swemu niskokosztowemu modelowi działalności.

Sprzedajemy ponad 15 tys. usług do samochodów w skali miesiąca. To znaczy, że instalujemy nasze systemy w 500 samochodach dziennie – mówi Dębski.

Rośnie świadomość polskich konsumentów. Są gotowi płacić drożej za ekologiczną, certyfikowaną żywność

CEO Magazyn Polska

Połowa konsumentów w Polsce ufa markom z rynkowym certyfikatem bardziej niż tym bez oznaczenia – wynika z badania organizacji Marine Stewardship Council. Dotyczy to również produktów rybnych. Choć wprawdzie cena jest wciąż najważniejszym kryterium przy ich wyborze, to coraz więcej konsumentów przyznaje, że są gotowi zapłacić więcej za ryby oznaczone certyfikatem.

W naszych badaniach ponad 60 proc. Niemców zadeklarowało, że rozpoznaje nasze logo, a większość sieci sprzedażowych podkreśla, że ma 100 proc. produktów certyfikowanych. Również polscy konsumenci zadeklarowali, że są gotowi zapłacić więcej za logo, które daje im gwarancję, że ten produkt pochodzi ze zrównoważonych połowów [39 proc. badanych – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Dębicka, project manager Poland z Marine Stewardship Council, organizacji opracowującej standardy w zakresie zrównoważonego rybołówstwa.

Jak przyznaje, produkty oznaczone certyfikatem rzeczywiście mogą, ale nie muszą być droższe.

Nie ma to bezpośredniego przełożenia – zaznacza Dębicka. – Nasze badania jednak pokazują, że np. na rynku angielskim biała ryba jest sprzedawana średnio 10-14 proc. drożej. Bardzo często marki luksusowe, które są z reguły droższe, prędzej sięgają po certyfikaty, więc jest to nieznaczna różnica cenowa, która jednak nie jest aż tak duża jak przy innych, ekologicznych produktach.

Blisko 90 proc. konsumentów kieruje się przy wyborze ceną, jednak coraz ważniejsze są rozpoznawalność marki (75 proc. wskazań) i pochodzenie produktów ze zrównoważonych źródeł (58 proc.).

Globalne badanie wykazało, że blisko połowa respondentów ufa markom z certyfikatem bardziej niż tym nieoznakowanym. W Polsce wskaźnik ten wynosi 51 proc. Niezależne certyfikaty i ekoznaki konsumenci wskazują jako najbardziej wiarygodne zaraz po rekomendacjach rodziny i przyjaciół.

Jak podkreśla Dębicka, zmieniające się wybory konsumenckie są o tyle ważne, że 90 proc. stad ryb na świecie jest zagrożonych przełowieniem, czyli nadmierną eksploatacją łowisk.

Żywe zasoby mórz i owoce morza stanowią podstawowe źródło białka dla blisko połowy ludności na świecie. Jest to drugi największy problem po zmianach klimatu, którym w tej chwili żyje świat i z którym musimy sobie poradzić – mówi ekspertka MSC.

Dlatego MSC chce namawiać Polaków do kupowania ryb (z mórz, oceanów i śródlądowych) i owoców morza ze zrównoważonych łowisk. Rolą organizacji jest też zapewnienie jak największej liczby tego typu produktów na rynku. W tym celu edukuje przedsiębiorstwa rybackie i przetwórców oraz wydaje im certyfikaty, które potwierdzają, że oferowane przez nich ryby były łowione w sposób niezagrażający środowisku.

MSC stworzyło standardy, które pozwalają certyfikować łowiska, żeby przedsiębiorstwa łowiły w sposób zrównoważony, czyli nie łowiły więcej, niż muszą, i żeby dany gatunek ryb mógł się rozradzać, by być dla nas i przyszłych pokoleń – mówi Dębicka. – Mamy przetwórców, cały łańcuch dostaw, przez które ryba przechodzi, zanim trafia na talerze. Każdy z tych przetwórców musi zapewnić pełną identyfikowalność, że ten surowiec, który został połowiony w sposób zrównoważony, dotarł do niego jako zrównoważony produkt. I na samym końcu są sieci handlowe i konsument.

Certyfikat i logo MSC cieszą się dużą rozpoznawalnością np. na rynku niemieckim. W pierwszej kolejności certyfikaty mają być przyznawane w rybołówstwie dorszowym, śledzi i szprotów.

Planujesz podbój chińskiego rynku?

Szanghaj (Shanghai, chiń.: 上海; pinyin: Shànghǎi) – największe miasto w Chinach, położone w delcie rzeki Jangcy
Szanghaj (Shanghai, chiń.: 上海; pinyin: Shànghǎi) – największe miasto w Chinach, położone w delcie rzeki Jangcy

Jeśli chodzi o biznes – Chiny potrafią być jak obosieczny miecz. Ostatnio osiągnęły status największej gospodarki na świecie, ale w takich aspektach jak wpływ kulturowy, czy udział w kształtowaniu świata nadal zostają daleko w tyle za Zachodem. To dlatego, że ekonomiczną potęgę Chiny zawdzięczają nie efektywnemu zarządzaniu gospodarką i rządem, a po prostu swojemu rozmiarowi. Chiński rząd jest karkołomnym połączeniem staromodnego komunizmu i nowoczesnej praktyczności. Według niektórych, taki stan rzeczy nie wytrwa długo. Łamane są prawa człowieka w kwestiach niezależności i wolności słowa (jak pokazuje choćby ostatnie potraktowanie protestantów w Hong Kongu).

tłumaczenia chiński

Nie ma to jednak znaczenia czy pracujesz w jakiej branży pracujesz – chińskiemu rynkowi trudno się oprzeć. Sam jego rozmiar świadczy o oceanie okazji, nowoczesna infrastruktura (gdzieniegdzie) ułatwia robienie interesów, a brak prawnych regulacji w niektórych obszarach inwestycji stwarza dużo mniejsze zagrożenie, niż np. w Rosji. Są jednak rzeczy, o których warto pamiętać, robiąc interesy w Chinach.

Cenzura

Obieg informacji w Chinach jest w dużym stopniu kontrolowany przez władzę. Obywatele mają tam zgoła inny dostęp do internetu, czy innych źródeł informacji i środków komunikacji niż my.  Chiński rząd nie kryje się z podglądaniem obywateli i zakazuje pewnych technologii, np. Google, oraz zastępuje je swoimi, kontrolowanymi przez rząd.

Oczywiście żadne z tych ograniczeń nie zabrania Ci robienia uczciwych interesów, jednak nie oznacza to, że będziesz mógł to robić w taki sam sposób, jak gdziekolwiek indziej. Bądź rozważny kiedy rozmawiasz ze swoimi kontaktami i nie poruszaj tematów, które mogą być niebezpieczne, nawet w luźnych rozmowach.

Zwyczaje

Kiedy uzgadniasz coś z Chińczykiem, staraj się jasno omówić każdy detal. W języku chińskim czas przyszły nie istnieje, dlatego mówienie, że zajmiesz się czymś w przyszłości nie ma sensu. Nawet, jeśli podasz konkretną datę i czas możesz spowodować chaos, bo Twój rozmówca nie będzie wiedział, czy mówisz o przeszłości czy przyszłości.

Chińczycy uwielbiają negocjować, a poza tym panuje wśród nich przekonanie, że pochopna decyzja to błąd, dlatego pamiętaj o cierpliwości. Jeśli przyzwyczaiłeś się do błyskawicznych decyzji zachodnich firm – zapomnij o tym, bądź pozytywny i pozwól by to Twoi rozmówcy nadawali tempo.

I najważniejsze, pamiętaj, że nie możesz po prostu tanecznym krokiem wejść do Chin i od razu robić interesy. Z powodów prawnych, ale i społecznych najpierw musisz stworzyć sieć kontaktów. Wykorzystaj kontakty, które masz, by przedstawiły Cię, nawet przez internet, kolejnym osobom. Dopiero, kiedy masz jakieś znajomości na miejscu wyrusz tam w biznesową podróż w poszukiwaniu partnerów, klientów lub czegokolwiek innego. W Chinach, im więcej ludzi znasz, tym łatwiej Ci pójdzie.

Prognozy rynku kapitałowego na 2015 | Investors.pl

Investors.pl: Komentarz video Dyrektora Departamentu Inwestycji Investors TFI — opinie i prognozy rynkowe, listopad 2014. Zapraszamy do obejrzenia!

Polska może połączyć usługami telekomunikacyjnymi Wschód z Zachodem Europy. ATM SA chce stworzyć kolokacyjny hub.

W Polsce może powstać kolokacyjny hub świadczący usługi dla klientów ze Wschodu i z Zachodu. Atrakcyjne położenie naszego kraju zamierza wykorzystać spółka ATM SA, operator sieci ATMAN i dostawca usług w centrach danych.

W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedana przez ATM SA powierzchnia kolokacyjna zwiększyła się o 24 proc. Z serwerowni spółki korzystają firmy o różnej wielkości i z różnych branż, w tym największe instytucje finansowe i operatorzy telekomunikacyjni działający w Polsce, media tradycyjne i internetowe, ale także instytucje publiczne.

 — Usługi w centrach danych są i pozostaną zasadniczą działalnością spółki, natomiast usługi transmisyjne, choć są ważną częścią biznesu, będą raczej wspomagać sprzedaż kolokacji — mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tadeusz Czichon, prezes zarządu ATM SA. — Z ofertą tzw. dużej kolokacji planujemy dotrzeć do jeszcze większej liczby firm i organizacji posiadających rozbudowane zasoby IT, obsługiwane na razie w oparciu o własne serwerownie. Przedstawiając zalety outsourcingu, chcemy zachęcić te przedsiębiorstwa do skorzystania z oferty ATM SA — profesjonalnego dostawcy kolokacji, co przełoży się na pozytywny efekt ekonomiczny dla tych firm.

Spółka przekonuje, że korzystanie z zewnętrznych serwerowni jest tańsze, bezpieczniejsze i efektywne ekonomicznie. Klienci otrzymują najwyższej jakości usługi bez konieczności utrzymywania kadry specjalistów i rozbudowanej infrastruktury teleinformatycznej.

W najbliższym czasie z pewnością będziemy kłaść nacisk na sprzedaż automatyczną czy quasi-automatyczną — zaznacza Tadeusz Czichon. — Mowa o zdalnej sprzedaży prostych usług z pomocą narzędzi internetowych. Chodzi tu m.in. o dzierżawę serwerów dedykowanych, oferowanych pod marką EcoSerwer, czy usługi Private Cloud. Te rozwiązania, dzięki przyjaznym użytkownikowi narzędziom internetowym mogą być oferowane niezależnie od lokalizacji klienta. Sprzedaż automatyczna stanowi obecnie 10 proc. całkowitej sprzedaży usług kolokacyjnych w centrach danych ATM SA.

Spółka zamierza w większym stopniu oferować swoje usługi klientom z zagranicy, którzy nie prowadzą działalności w Polsce. Dziś udział sprzedaży zagranicznej w przychodach spółki nie jest jeszcze znaczący. Zdaniem prezesa ATM SA w najbliższym czasie ten udział będzie rósł. Wynika to raczej z obserwacji trendów, które powinny nastąpić w branży telekomunikacyjnej, niż z twardej analizy liczbowej.

ATM S.A. ocenia, że Polska jest idealnym krajem do stworzenia kolokacyjnego hubu w regionie. Atutem naszego kraju jest położenie i już istniejące łącza telekomunikacyjne, wysokiej klasy oferta techniczna, zasoby inżynierskie, dobrzy fachowcy i wreszcie atrakcyjne ceny. Spółka obserwuje rosnące zainteresowanie swoimi usługami ze strony potencjalnych dużych zachodnich klientów, szukających miejsca dla kolokacji swoich zasobów w naszym regionie Europy. Polska, a konkretnie Warszawa, doskonale się do tego nadaje właśnie ze względu na swoje położenie. Dla ATM atrakcyjne są także rynki po wschodniej stronie naszych granic, gdzie z kolei Polska już jest postrzegana jako najbliższe miejsce w Unii Europejskiej, które jest w stanie zapewnić kolokowanie sprzętu, przechowywanie danych i ich przetwarzanie zgodnie ze standardami europejskimi.

Niska skuteczność polskich firm w walce o europejskie granty

0

 We wrześniowo-październikowej edycji Instrumentu europejskie firmy złożyły 2542 wnioski o dofinansowanie. 277 przedsiębiorstw pozyskało granty. Doświadczenie z poprzednich programów europejskich pomaga osiągnąć sukces – liderami w pozyskiwaniu dotacji na innowacje są Hiszpania, Włochy i Wielka Brytania.

Do tej pory opublikowane zostały wyniki 3 rozdań Instrumentu dla MŚP w ramach programu Horyzont 2020.  W każdym z konkursów konsekwentnie najwięcej wniosków o dofinansowanie pochodziło z przedsiębiorstw z największych krajów członkowskich. Najbardziej aktywnym krajem we wszystkich rozdaniach okazały się Włochy a tuż za nimi Hiszpania, Wielka Brytania, Francja i Niemcy.

Granty z europejskiego programu wspierającego innowacje Instrument dla MŚP przyznawane są dla projektów w dwóch fazach rozwojowych. Pomysły w Fazie 1 mogą pozyskać dotację w wysokości 50 tysięcy euro. Projekty bardziej rozwinięte, wpisujące się w wymagania Fazy 2 mogą liczyć na większe wsparcie: do 5 milionów euro w sektorze zdrowie oraz do 2,5 miliona euro w pozostałych sektorach.

W Fazie 1 liderami wciąż Hiszpania, Włochy i Wielka Brytania.

W rozdaniu wrześniowo-październikowym złożono 1944 wnioski, z czego tylko 237 spełniało wszystkie wymagane kryteria. Prawie 9 milionów euro zostało rozdzielone między 178 najlepszych projektów, które będą realizowane przez 199 firm z 25 krajów. Najwięcej grantów pozyskały firmy z Włoch – 36, Hiszpanii – 31 oraz Wielkiej Brytanii – 19. Żadne z polskich przedsiębiorstw nie otrzymało dotacji.

W obu dotychczasowych rozdaniach Fazy 1 najlepiej wypada Hiszpania, gdzie dofinansowania pozyskały łącznie aż 72 firmy. Bardzo dobrze wyglądają również Włochy z 59 firmami nagrodzonymi i Wielka Brytania z 46. Te trzy kraje mają imponujące wyniki – zdobyły łącznie prawie 50% budżetu Fazy 1. Druga połowa budżetu została rozdzielona między pozostałe 22 kraje.

Od lat współpracujemy z firmami hiszpańskimi przy programach finansowanych bezpośrednio z Komisji Europejskiej.Bardzo ważny jest mocny pomysł, ale bez dobrego zaprezentowania się, wręcz zareklamowania we wniosku, nie ma co liczyć na dotację.” – mówi Alicja Grzegorzek z Ateknea Solutions, międzynarodowej firmy pomagającej pozyskać dotacje z Instrumentu. – „Hiszpanie najpierw przeprowadzają dokładny research, żeby upewnić się, że pomysł jest innowacyjny w skali europejskiej. Przygotowują solidny biznesplan i mają jasny pomysł na komercjalizację. Bardzo często korzystają ze wsparcia firm, które specjalizują się w pisaniu wniosków – żeby wniosek formalnie i merytorycznie był na wysokim poziomie. Wyniki mają najlepsze w Europie.”

Pierwsze wyniki dla projektów w Fazie 2

Było to pierwsze ogłoszenie wyników dla projektów w Fazie 2, w której złożono 580 wniosków. Ponad 108 milionów euro trafi do 78 przedsiębiorstw z 18 krajów. Poza grantem każda z firm będzie mogła skorzystać z 12 dni bussines coachingu.

Najskuteczniejsze, podobnie jak w Fazie 1, okazały się tzw. stare kraje unii europejskiej – aż 70% budżetu trafiło do: Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, Hiszpanii, Szwecji i Niemiec. Pozostałymi 30 milionami euro podzieliły się przedsiębiorstwa z 12 krajów, w tym Polski. Wielka Brytania, pomimo eurosceptycznego wizerunku, jest największym beneficjentem tej fazy z grantami o łącznej wartości 17 milionów euro.  Polskie konsorcjum firm OptiNav i SKA pozyskało dotację w wysokości 0,6 miliona euro.

Polska na tle innych krajów

Polskie MŚP z każdym konkursem są coraz aktywniejsze w staraniach o dofinansowanie z Instrumentu dla MŚP. W trzech konkursach Fazy 1 polskie MŚP złożyły ponad 260 wniosków, a w ramach Fazy 2 były to 32 wnioski. Na 333 projekty Fazy 1 sfinansowane w całej Europie tylko 1 wniosek pochodzi z Polski. W przypadku Fazy 2, w której beneficjentami zostało 78 MŚP z różnych krajów europejskich, tylko 2 są polskimi firmami, które wspólnie będą realizować jeden projekt.

„Wielu ekspertów załamuje ręce na słabymi wynikami polskich firm w Instrumencie. W dużej mierze wynikają one to z braku doświadczenia – polscy przedsiębiorcy przygotowują wnioski do Instrumentu analogicznie, jak na poziomie krajowym. A to niestety nie wystarcza, bo konkurują z dużo bardziej doświadczonymi graczami z całej Europy. – mówi Grzegorzek. – Trudno tu kogokolwiek winić, nasi przedsiębiorcy nie mieli okazji przejść przez programy europejskie i poznać ich specyfiki. Brakuje również wsparcia firm doradczych mających realne doświadczenie z poprzednich programach Komisji Europejskiej, nie tylko przy pisaniu wniosków. Doświadczenie z poziomu krajowego to zbyt mało.” 

 

Nabór wniosków do obu faz Instrumentu jest ciągły, daty graniczne rozdzielają poszczególne konkursy. W 2015 roku przewidziane są 4 daty:  18.03, 17.06, 17.09, 16.12.

Kontrole w 2015 roku

0

NIK rozpoczęła realizację planu kontroli na 2015 rok. Plan został uchwalony pod koniec października 2014 roku przez Kolegium Izby. Propozycje tematów kontroli sformułowano na podstawie analizy ryzyka przeprowadzonej przez poszczególne delegatury i departamenty NIK, zagadnienia zgłoszone we wnioskach parlamentarzystów oraz zawarte w skargach obywateli.

W 2015 r. NIK planuje przeprowadzenie 110 kontroli, w tym:

  • 104 kontroli planowych;
  • kontrolę wykonania budżetu państwa w 2014 r. w 102 częściach budżetowych i wybranych podmiotach, których plany finansowe są ujęte w ustawie budżetowej;
  • kontrolę wykonania założeń polityki pieniężnej w 2014 r.;
  • audyt finansowy Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN) za 2014 r.;
  • audyt finansowy Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN) za 2015 r.;
  • audyt finansowy Rady Europy (RE) za 2014 r.;
  • audyt finansowy Rady Europy (RE) za 2015 r.

Z przyjętych do Planu pracy NIK 109 kontroli (bez kontroli wykonania budżetu państwa) 84 będą realizowane jako kontrole koordynowane, czyli kontrole w których uczestniczy więcej niż jedna jednostka kontrolna NIK, a 25 jako kontrole niekoordynowane. W 2015 r. będą także kontynuowane kontrole rozpoczęte w roku 2014 (tzw. kontrole przechodzące).

Po giełdowym debiucie Dekpol będzie szukać dodatkowych pieniędzy na inwestycje, nie wyklucza emisji obligacji

0

CEO Magazyn Polska

Dekpol liczy na to, że jego przychody z produkcji urządzeń budowlanych w ciągu czterech lat wzrosną czterokrotnie. Spółka po giełdowym debiucie zamierza zainwestować pozyskane 30 mln zł w rozwój swej działalności. Szuka też dodatkowych źródeł kapitału. O ewentualnych nowych emisjach poinformuje jeszcze w I kwartale.

Działalność produkcyjna Dekpolu to na razie najskromniejszy z segmentów, na których firma się opiera. W zeszłym roku przyniosła jej – według prognoz – zaledwie 12 mln zł przychodu, podczas gdy działalność deweloperska 19 mln, a generalne wykonawstwo 208 mln zł.

 Strategicznie dla nas oczywiście są trzy kierunki, które mamy, trzy filary: generalne wykonawstwo, działalność deweloperska i produkcja – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Tuchlin, prezes Dekpolu.  Jesteśmy przekonani, że przychody z produkcji w ciągu 3-4 lata zwiększą się czterokrotnie.

Rozbudowę fabryki części do koparek Dekpol zamierza zakończyć w czerwcu i wtedy ma ona osiągnąć pełną moc produkcyjną. Spółka planuje też, że w ciągu kolejnych lat zdobędzie dla swych podzespołów do maszyn kolejne rynki zbytu. Dziś sprzedaje je w całej Europie, jednak szykuje się także do podboju pozostałych kontynentów.

Giełdowy debiut Dekpolu przed niespełna tygodniem był pierwszy w tym roku na warszawskiej giełdzie. Spółka zyskała zaufanie inwestorów instytucjonalnych, OFE i TFI, bowiem to oni zakupili większość jej akcji. Firma liczyła jednak, że ze sprzedaży akcji pozyska przeszło dwa razy więcej pieniędzy, niż to się udało. Planowała, że z 70 mln zł z giełdy 25 mln przeznaczy na bank ziemi, 15 mln na kapitał obrotowy, a 10 mln na budowane w Norwegii mieszkania. 20 mln zł miało być przeznaczone na rozwój fabryki łyżek do koparek.

Jeśli chodzi o wpłaty akcjonariuszy, to zebraliśmy łącznie 30 mln potwierdza Mariusz Tuchlin. Przeznaczymy je na nasze plany inwestycyjne, które były opisane w prospekcie, czyli wzmocnienie naszych trzech segmentów działalności. Pozostałe środki, bo planowaliśmy większą emisję, ale ona jest na trochę niższym poziomie, zostaną uzupełnione o środki kredytowe, ewentualnie o obligacje. Ale dokładną korektę podamy w I kw. 2015 roku.

Najlepiej Dekpol zarabia na działalności deweloperskiej. Obecnie spółka sprzedaje mieszkania w Gdańsku i Tczewie. Oferuje klientom ponad 200 lokali i buduje kolejne. Liczy na to, że do 2017 roku sprzeda ich 700. W tym roku ma nadzieję utrzymać co najmniej taki poziom jak w roku 2014 i bardzo dobrze ocenia sytuację na tym rynku.

2014 rok był bardzo dobry, przynajmniej dla nas, gdyż udało nam się sprzedać 220 lokali mieszkalnych. Myślę, że obecny też będzie dobrym rokiem ocenia prezes Dekpolu.

Mimo mniejszych od zaplanowanych dochodów ze sprzedaży akcji, prezes i główny udziałowiec Dekpolu deklaruje, że jest zadowolony z wejścia spółki na warszawki parkiet. Jak podkreśla, to ważny dzień.

Dla mnie osobiście był to w sposób szczególny ważny dzień, był to też wyjątkowy dzień dla Dekpolu i jego zarządu. Bardzo dobrze, że to pierwszy debiut w tym roku. Uważam, że był dobry, dlatego będziemy z tej daty, z tego terminu i z tej decyzji zadowoleni.

Komentarz indeksowy Bossafx 14 stycznia 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 14 stycznia 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Program naprawczy dla Kompanii Węglowej poprawiłby wyniki całej branży wydobywczej

Nie ma dobrej alternatywy dla planu naprawczego, jaki dla Kompanii Węglowej przygotował rząd – oceniają analitycy. Ich zdaniem nie tylko radykalnie ograniczy on straty spółki, lecz także poprawi wyniki całej branży wydobywczej w Polsce. Jeśli zostanie zrealizowany, KW ma szanse na dodatni wynik operacyjny w 2016 roku.

Z rządowego planu naprawczego dla Kompanii Węglowej wynika, że spółka ponosi dziś miesięcznie ok. 200 mln zł strat na działalności operacyjnej. Pod koniec ubiegłego roku jej długi przekraczały 4,2 mld zł.

W obecnej sytuacji należy po prostu jak najszybciej wprowadzić ten program w życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Gątarz, analityk UniCredit CAIB Polska. – Trudno dyskutować o alternatywach. Ograniczenie mocy produkcyjnych, a przede wszystkim wyłączenie kopalń, które generują olbrzymie straty, to w tym momencie konieczność. Jeśli tego nie zrobimy, to Kompania Węglowa będzie musiała wstrzymać produkcję, a wtedy zwyczajnie powinna zostać postawiona w stan upadłości.

Cztery przeznaczone do zamknięcia kopalnie odpowiedzialne są za 80 proc. strat Kompanii Węglowej. Produkują one węgiel znacznie drożej, niż są w stanie sprzedać. W KWK Brzeszcze każdą tonę węgla sprzedaje się o 265 zł taniej, niż kosztowało jej wydobycie. W KWK Pokój do każdej tony węgla dopłacić trzeba 67 zł.

– Ograniczenie produkcji na Śląsku, przynajmniej w średnim terminie, powinno doprowadzić do tego, że rynek węgla energetycznego w Polsce stanie się bardziej zbilansowany – ocenia Marcin Gątarz. – Dla producentów takich jak Bogdanka powinno mieć to pozytywne skutki, czyli prowadzić do stabilizacji ceny w kolejnych okresach oraz otwierać pole do tego, by zagospodarować kawałek tego rynku.

Zamknięcie nierentownych kopalń będzie oznaczało nie tylko mniejsze straty, lecz także mniej węgla na polskim rynku. Jednak zdaniem Gątarza będzie to raczej szansa na zrównanie popytu i podaży na rynku, a nie okazja dla konkurencji, by zwiększać wydobycie.

Wprowadzenie wszystkich zapisów programu naprawczego oznacza jednak, że za rok Kompania Węglowa powinna wyjść na prostą.

Plan zakłada, że w 2015 roku, a szczególnie w 2016 roku, nowa spółka będzie generowała pozytywny wynik operacyjny. Wydaje się, że jest to możliwe do osiągnięcia – podkreśla analityk UniCredit CAIB Polska. – Straty po wyłączeniu najmniej rentownych kopalń już dzisiaj nie są na takim zatrważającym poziomie, aby nie można ich było skompensować poprzez poprawę efektywności, szczególnie jeżeli mówimy o kosztach pracy i wykorzystaniu aktywów, czyli wprowadzeniu szóstego dnia pracy. Wydaje się, że pozytywny wynik operacyjny, zwłaszcza w 2016 r., jest realny do osiągnięcia po takiej restrukturyzacji.

Zdaniem eksperta na Jastrzębską Spółkę Węglową większy wpływ niż zamykanie kopalń będzie mieć właśnie zwiększanie efektywności pracy czynnych zakładów, czyli wprowadzenie roboczych sobót przy zachowaniu pięciodniowego tygodnia pracy górnika, a także zmiana systemu wynagradzania z wprowadzeniem części zmiennej, która zależałaby od wyników spółki.

Myślę, że w kolejnych okresach, czyli może już w 2016 roku, pojawi się szansa na to, by takie rozwiązania wprowadzić także w JSW – uważa Marcin Gątarz. – To powinno pomóc tej spółce od strony zarówno kosztowej, jaki i lepszego wykorzystania aktywów, które ta spółka posiada. Podsumowując wszystko, wpływ na cały sektor powinien być w dłuższym okresie pozytywny.

Program naprawczy dla Kompanii Węglowej poprawi wyniki całej branży wydobywczej

Nie ma dobrej alternatywy dla planu naprawczego, jaki dla Kompanii Węglowej przygotował rząd – oceniają analitycy. Ich zdaniem nie tylko radykalnie ograniczy on straty spółki, lecz także poprawi wyniki całej branży wydobywczej w Polsce. Jeśli zostanie zrealizowany, KW ma szanse na dodatni wynik operacyjny w 2016 roku.

Z rządowego planu naprawczego dla Kompanii Węglowej wynika, że spółka ponosi dziś miesięcznie ok. 200 mln zł strat na działalności operacyjnej. Pod koniec ubiegłego roku jej długi przekraczały 4,2 mld zł.

W obecnej sytuacji należy po prostu jak najszybciej wprowadzić ten program w życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Gątarz, analityk UniCredit CAIB Polska. – Trudno dyskutować o alternatywach. Ograniczenie mocy produkcyjnych, a przede wszystkim wyłączenie kopalń, które generują olbrzymie straty, to w tym momencie konieczność. Jeśli tego nie zrobimy, to Kompania Węglowa będzie musiała wstrzymać produkcję, a wtedy zwyczajnie powinna zostać postawiona w stan upadłości.

Cztery przeznaczone do zamknięcia kopalnie odpowiedzialne są za 80 proc. strat Kompanii Węglowej. Produkują one węgiel znacznie drożej, niż są w stanie sprzedać. W KWK Brzeszcze każdą tonę węgla sprzedaje się o 265 zł taniej, niż kosztowało jej wydobycie. W KWK Pokój do każdej tony węgla dopłacić trzeba 67 zł.

– Ograniczenie produkcji na Śląsku, przynajmniej w średnim terminie, powinno doprowadzić do tego, że rynek węgla energetycznego w Polsce stanie się bardziej zbilansowany – ocenia Marcin Gątarz. – Dla producentów takich jak Bogdanka powinno mieć to pozytywne skutki, czyli prowadzić do stabilizacji ceny w kolejnych okresach oraz otwierać pole do tego, by zagospodarować kawałek tego rynku.

Zamknięcie nierentownych kopalń będzie oznaczało nie tylko mniejsze straty, lecz także mniej węgla na polskim rynku. Jednak zdaniem Gątarza będzie to raczej szansa na zrównanie popytu i podaży na rynku, a nie okazja dla konkurencji, by zwiększać wydobycie.

Wprowadzenie wszystkich zapisów programu naprawczego oznacza jednak, że za rok Kompania Węglowa powinna wyjść na prostą.

Plan zakłada, że w 2015 roku, a szczególnie w 2016 roku, nowa spółka będzie generowała pozytywny wynik operacyjny. Wydaje się, że jest to możliwe do osiągnięcia – podkreśla analityk UniCredit CAIB Polska. – Straty po wyłączeniu najmniej rentownych kopalń już dzisiaj nie są na takim zatrważającym poziomie, aby nie można ich było skompensować poprzez poprawę efektywności, szczególnie jeżeli mówimy o kosztach pracy i wykorzystaniu aktywów, czyli wprowadzeniu szóstego dnia pracy. Wydaje się, że pozytywny wynik operacyjny, zwłaszcza w 2016 r., jest realny do osiągnięcia po takiej restrukturyzacji.

Zdaniem eksperta na Jastrzębską Spółkę Węglową większy wpływ niż zamykanie kopalń będzie mieć właśnie zwiększanie efektywności pracy czynnych zakładów, czyli wprowadzenie roboczych sobót przy zachowaniu pięciodniowego tygodnia pracy górnika, a także zmiana systemu wynagradzania z wprowadzeniem części zmiennej, która zależałaby od wyników spółki.

Myślę, że w kolejnych okresach, czyli może już w 2016 roku, pojawi się szansa na to, by takie rozwiązania wprowadzić także w JSW – uważa Marcin Gątarz. – To powinno pomóc tej spółce od strony zarówno kosztowej, jaki i lepszego wykorzystania aktywów, które ta spółka posiada. Podsumowując wszystko, wpływ na cały sektor powinien być w dłuższym okresie pozytywny.

Stanisław Kluza: RPP nie powinna obniżać stóp procentowych. Deflacja to niewystarczający powód

CEO Magazyn Polska

Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje w środę o poziomie stóp procentowych NBP. Wielu ekonomistów i analityków uważa, że polskiej gospodarce przydałoby się wsparcie w postaci kolejnej obniżki, a takiej decyzji sprzyjają spadające ostatnio w Polsce ceny. Większość ekspertów zakłada jednak, że stopy pozostaną bez zmian przez dłuższy czas.

Jedną z wartości, jaką może wnieść polityka pieniężna do gospodarki, jest jej stabilność i przewidywalność mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Stanisław Kluza, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej i były minister finansów. – Zatem w szczególności przestrzegałbym przed nadmiernie częstymi obniżkami bądź podwyżkami stóp procentowych, a także zmianami z fali obniżek w fale podwyżek. Utrzymywanie stabilnej i trwałej stopy procentowej w średnim bądź czasami nawet dłuższym okresie – jeżeli nie ma ewidentnych symptomów, że należałoby ją zmienić – jest najlepszą polityką.

Ceny w Polsce spadają od lipca. W listopadzie były one średnio o 0,6 proc. niższe niż rok wcześniej, a prognozy ekonomistów przewidują, że w grudniu ceny spadły o 0,9 proc. wobec grudnia 2013 r. W ich ocenie także kolejne miesiące nie powinny przynieść wyraźnego powrotu inflacji. W tej sytuacji odległe wydaje się osiągnięcie celu NBP jakim jest wzrost cen na poziomie 2,5 proc.

Z jednej strony widzimy, że dziś, na bieżąco, w krótkim okresie jest ona znacząco poniżej celu Banku Centralnego przyznaje Stanisław Kluza. – Polityka pieniężna jednak nie powinna reagować tylko na sytuację bieżącą, być adaptacyjna lub krótkookresowa. Powinna patrzeć przynajmniej w średnim okresie. Średniookresowe czynniki, i wewnętrzne, i zewnętrzne, sprawiają, że poziom stóp procentowych i poziom równowag, który mamy, powinien być utrzymany chyba w dużym horyzoncie czasu.

Stopy procentowe NBP są dziś najniższe w historii. Jeżeli bank komercyjny potrzebuje pieniędzy, może je pożyczyć w banku centralnym, płacąc za to według stopy lombardowej, wynoszącej obecnie 3 proc. To oznacza, że żaden bankier nie zaoferuje dziś klientowi wyżej oprocentowanej lokaty, chyba że jego bank jest w fazie intensywnej ekspansji i chce przyciągnąć klientów, dopłacając do działalności. Nawet 3-proc. zysk jednak niespecjalnie kusi Polaków.

Jednym z defektów polskiej gospodarki i takiego ryzyka makroekonomicznego, które może przysporzyć w przyszłości problemów, jest stosunkowo niska stopa oszczędności zwraca uwagę były minister finansów. Dlatego jeżeli Polska chciałaby odbudowywać właśnie tę zmienną oszczędności, powinna zastanowić się nad pewną równowagą stóp procentowych, która przynajmniej nie będzie szkodziła jakiemuś stabilnemu, bezpiecznemu poziomowi oszczędności w gospodarce.

Rada Polityki Pieniężnej będzie odgrywać w tym roku bardzo ważną rolę. Jak podkreśla Stanisław Kluza, od impulsów polityki pieniężnej będzie zależało wiele elementów sprawnej polityki makroekonomicznej państwa. Te sygnały powinny być więc wyważone.

W polityce pieniężnej szczególna jest rola prezesa Narodowego Banku Polskiego, który jako makroekonomista powinien być liderem czytelnego komunikatu makroekonomicznego, pewnego scenariusza makroekonomicznego, który powinien budować, który powinien również przez swoje działania promować. Dlatego uważam, że polityka pieniężna i prezes NBP będą odgrywać szczególną rolę w 2015 roku.

Szczecińska hala sportowa zmieni nazwę na Azoty Arena. Grupa Azoty liczy na promocję międzynarodową dzięki sukcesom Chemika Police

Szczecińska hala widowisko-sportowa Arena Szczecin zmieni nazwę na Arena Azoty. Chemiczna grupa chce wykorzystać nazwę hali do promocji własnej marki nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. W szczecińskim obiekcie swoje mecze rozgrywa m.in. zespół Chemika Police, którego siatkarki odnoszą sukcesy także w rozgrywkach międzynarodowych.

Ten zamysł powstał jeszcze przed końcem budowy hali sportowej. Już wtedy rozmawialiśmy z prezydentem Szczecina o tym, żeby ta hala miała nazwę Azoty Arena i ten pomysł urzeczywistniliśmy po kilku miesiącach negocjacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jałosiński, wiceprezes zarządu Grupy Azoty oraz prezes zarządu Grupy Azoty Police. ‒ Promowanie przez sport przynosi wymierne korzyści spółce. My te korzyści oczywiście mamy, na przykład w postaci lepszej sprzedaży naszych produktów.

Szczecińska hala Arena Szczecin została oddana do użytku 1 sierpnia 2014 r. i może pomieścić na trybunach ponad 5 tys. widzów. Poza regularnymi rozgrywkami sportowymi odbyły się tam także m.in. koncerty, gale sportów walki, festiwale i przyznania nagród muzycznych oraz przedstawienia baletowe. Przy hali znajduje się także centrum treningowe oraz sale konferencyjne.

Hala będzie nosiła nazwę Azoty Arena przez co najmniej trzy lata. Równocześnie wiceprezes Grupy Azoty zastrzega, że nie należy mówić o sponsoringu hali ‒ Grupa Azoty będzie jedynie uczestniczyła w kosztach utrzymania obiektu.

Regularne mecze rozgrywają w niej zespoły koszykówki, piłki ręcznej i – co najważniejsze dla Grupy Azotów – siatkarki Chemika Police. Ten naszpikowany gwiazdami zespół po kilkunastu słabszych latach wrócił w poprzednim sezonie do najwyższej klasy rozgrywkowej i przebojem zwyciężył w lidze, Pucharze Polski oraz zdobył Superpuchar Polski.

Szczecin jest bliski Policom właśnie dlatego, że tam rozgrywają mecze siatkarki Chemika Police i trzeba przyznać, że tym sposobem zachęcamy szczecinian do tego, żeby przyszli kibicować zespołowi, który jest przecież zespołem spoza Szczecina, co nie jest łatwym elementem – zwraca uwagę Jałosiński.

Dzięki umowie z operatorem szczecińskiej hali Grupa Azoty liczy na promocję swojej marki i produktów nie tylko w Polsce. Po sukcesie na krajowych parkietach w tym sezonie Chemik Police liczy na dobry wynik w Lidze Mistrzyń, a wyniki dotychczasowych meczów potwierdzają duży potencjał.

Jałosiński zwraca również uwagę na to, że promocja poprzez sport nie tylko jest szansą na wzmocnienie marki na zagranicznych rynkach, lecz także jest bardzo skutecznym narzędziem dotarcia do dużej grupy osób.

Poza sportem nie ma takiego elementu, który by przyciągał tak dużo ludzi i miał kontakt z taką rzeszą publiczności, bo żadne działania kulturalne nie mają takiego przekazu – zwraca uwagę Jałosiński. ‒ Choć oczywiście nie skupiamy się tylko na sporcie, popieramy też inne działania związane z promowaniem naszej marki, ale to sport jest numerem jeden.

Jałosiński zastrzega jednak, że Grupa Azoty starannie wybiera sportowców, których wspiera. Na sponsoring mają szanse jedynie najlepsi i odnoszący sukcesy na arenach międzynarodowych. Wśród nich są m.in. siatkarze ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, żużlowcy Unii Tarnów oraz narciarze (Grupa Azoty jest partnerem Polskiego Związku Narciarstwa), w tym m.in. skoczkowie oraz biegacze.

Dział kadr już nie tylko od naliczania pensji. Rośnie znacznie strategicznego zarządzania zasobami ludzkimi

Wielopokoleniowość to coraz większe wyzwanie dla dużych korporacji. Działy personalne muszą pogodzić wymagania młodych pracowników z oczekiwaniami osób starszych. By zatrzymać pracowników, firmy muszą im nie tylko oferować atrakcyjne wynagrodzenia, lecz także umożliwiać rozwój zawodowy i osobisty.

2015 rok to moment, od którego zaczynamy myśleć o wielopokoleniowej organizacji. Strategiczna rola HR to już nie tylko zatrudnianie pracowników, zatrudnianie ich pod projekty. Musimy pamiętać o tym, że mamy do czynienia z pracownikami zorientowanymi na budowanie swojej kariery, oczekujący coraz więcej od pracodawcy, dlatego my jako dział personalny powinniśmy wiedzieć więcej na temat istniejącej kadry – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Rusek, dyrektor ds. personalnych w SAP Polska.

Katarzyna Rusek podkreśla, że działy personalne w dużych firmach muszą przejść transformację. Obecnie ich rola często sprowadza się do administrowania zasobami ludzkimi, a ich wpływ na strategiczne decyzje spółek jest niewielki. To jednak musi się zmienić. Według Rusek aż 80 proc. zarządów firm nie ma wystarczającej wiedzy na temat swoich pracowników.

Bez takiej wiedzy nie można skutecznie prowadzić rekrutacji ani zarządzać pracownikami. Ci z kolei coraz częściej chcą mieć szanse na rozwój zawodowy, oczekują więc szkoleń, mentoringu i innych narzędzi.

Mówimy o kompleksowej ofercie, która przyciąga pracownika do firmy i go tam zatrzymuje. To jest branding, to są zadania, jakie stawiamy przed pracownikami, jakie dajemy im szanse rozwoju – wylicza Katarzyna Rusek.

Ocenia, że działy personalne będą ogrywały coraz ważniejszą rolę, bo coraz większe będą wyzwania związane z wielopokoleniowością firm oraz ogólną sytuacją gospodarczą. Zmiany wymusi odradzający się rynek pracownika. Jak wynika z badań WorkForce 2020 zleconych przez SAP, większość firm zastanawia się nad zwiększeniem zatrudnienia poprzez pozyskanie konsultantów lub pracowników tymczasowych. To jednak może być trudne w obecnej sytuacji rynkowej, dlatego firmy powinny skupić się na zdobyciu wiedzy na temat już zatrudnionych osób i umożliwieniu im rozwoju.

Rola działu personalnego będzie ewoluowała od funkcji administracyjnej i personalnej, aż do coraz bardziej strategicznej roli. Te zmiany następują zresztą już teraz. Partner biznesowy – to jest rola, o której się coraz częściej słyszy. Myślę jednak, że te przeobrażenia będą jeszcze głębsze, że pójdą w stronę strategicznego zarządzania – prognozuje Rusek.

Mobilny portfel zastąpi tradycyjny. 80 proc. smartfonów jest przygotowanych do płatności zbliżeniowych

2015 rok może być przełomowy dla rozwoju płatności mobilnych. Firma Deloitte prognozuje, że co dziesiąty smartfon na świecie zostanie wykorzystany do płatności mobilnych przynajmniej raz w miesiącu. Zdecydowana większość tych urządzeń jest wyposażona w technologię NFC, która umożliwia płatności zbliżeniowe, a coraz więcej osób przekonuje się do tego sposobu płatności.

Jestem pewien, że płatności mobilne przejdą drogę zbliżeniowych i już niebawem staną się polskim hitem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Kurowski, dyrektor Visa Europe w Polsce. – Już 40 proc. transakcji, jakie obserwujemy w Visa Europe, dokonywanych jest zbliżeniowo. 70 proc. sieci akceptacji, którą dysponujemy w Polsce, ma przystosowane do takiej sprzedaży terminale, a do końca 2017 roku wszystkie urządzenia w Polsce będą posiadały funkcjonalność zbliżeniową.

Jak podkreśla, to najważniejsze czynniki, które mogą przyczynić się do dynamicznego rozwoju płatności za pomocą urządzeń mobilnych – obok podobieństwa płacenia smartfonem zbliżeniowo do płacenia w taki sam sposób kartą.

Po 2-3 latach widzimy, że była to bardzo trafiona inwestycja i Polska stała się liderem pod tym względem w Europie – przypomina Kurowski. – Płatność za pomocą telefonu komórkowego jest kolejnym etapem rozwoju płatności zbliżeniowej. Opiera się ona na wyciągnięciu z kieszeni odpowiednio przygotowanego i skonfigurowanego urządzenia zamiast karty z portfela i zbliżeniu go do obsługującego takie transakcje czytnika.

Prognozuje, że 2015 rok może być dla rozwoju tych płatności przełomowy ze względu na wdrożenie płatności mobilnych opartych o chmurę i tzw. technologię HCE (Host Card Emulation), które pozwalają na szybkie udostępnienie płatności zbliżeniowych dużej grupie klientów. Dzięki niej użytkownicy smartfonów wyposażonych w technologię NFC (Near Field Communication z ang. komunikacja bliskiego zasięgu) będą mogli korzystać ze zbliżeniowych płatności mobilnych niezależnie od sieci komórkowej, z którą są związani umową, i bez konieczności wymiany karty SIM.

– Zaczniemy się żegnać nie tylko z gotówką, lecz także plastikową kartą płatniczą – uważa Kurowski. – Kilka tygodni temu przystąpienie do Host Card Emulation razem z nami ogłosiło dziewięć banków członkowskich Visa.

Z tej grupy Getin Noble Bank właśnie ogłosił rozpoczęcie pilotażu usługi.

W upowszechnianiu mobilnych płatności zbliżeniowych na przeszkodzie wciąż stoją, jak przyznaje Kurowski, przyzwyczajenia konsumentów oraz liczba obsługujących standard NFC urządzeń w kieszeniach Polaków.

Jeżeli dzisiaj czuję się dobrze z gotówką, to trudno mi się od niej odzwyczaić, chyba że pojawiają się pewne zachęty ze strony banków – wskazuje Kurowski. – Drugi aspekt to dostępność telefonów przygotowanych do tego rodzaju płatności, czyli tych z technologią NFC, która umożliwia wymianę informacji pomiędzy urządzeniem i czytnikiem. Ostatnie dane z polskiego rynku wskazują, że prawie połowa telefonów jest w nią wyposażona. Według deklaracji sprzedawców, czyli głównie operatorów telekomunikacyjnych oraz producentów urządzeń, 70-80 proc. nowych aparatów, które trafiają na krajowy rynek, to smartfony z NFC.

Jak podkreśla, coraz więcej producentów oferuje również odpowiednie oprogramowanie, bez którego płatności zbliżeniowe telefonem nie są możliwe.

Wszystkie działania, które obserwujemy w Polsce i na arenie międzynarodowej oraz regulacje Komisji Europejskiej są nakierowane na zmniejszanie barier w zakresie akceptacji transakcji bezgotówkowych – mówi Kurowski. – Jestem więc bardzo optymistycznie nastawiony. Płatności mobilne to nie przyszłość, ale rzeczywistość 2015 roku. Myślę, że jak spotkamy się w nadchodzącym roku, to będziemy mogli go podsumować w kontekście dużego sukcesu, jaki odniosły tego rodzaju płatności.

Z grudniowego raportu NBP wynika, że w III kwartale 2014 r. przy użyciu kart przeprowadzono 494,1 mln transakcji bezgotówkowych na łączną kwotę 41,2 mld zł, co w porównaniu z poprzednim kwartałem stanowiło wzrost odpowiednio o 13,4 proc. i 9,6 proc. Karta płatnicza (jest ich ponad 35 mln) została wykorzystana do realizacji płatności bezgotówkowych średnio ok. 13 razy. Udział transakcji bezgotówkowych we wszystkich transakcjach kartami wzrósł w ciągu roku do 34,2 proc. z 30,5 proc.

Według Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec III kwartału br. w Polsce funkcjonowało ponad 57,250 mln kart SIM. To oznacza, że tylko między czerwcem i wrześniem na polskim rynku przybyło 399 tys. nowych. Tak zwana penetracja telefonii komórkowej w Polsce wynosi obecnie ponad 148,7 proc.

Ceny mieszkań we Wrocławiu stanęły w miejscu. Średnio metr kosztuje 5,5 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Wrocławski rynek deweloperski jest rozdrobniony, co wzmacnia konkurencję i stabilizuje ceny. Te w III kwartale ubiegłego roku utrzymywały się na zbliżonym do ubiegłego roku poziomie. Największą popularnością cieszą się mieszkania w centrum miasta lub dobrze z nim skomunikowane. Szukają ich nie tylko młodzi ludzie, lecz także inwestorzy, którzy kupują pod wynajem.

Wrocław jest bardzo rozdrobnionym rynkiem – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Kuźniar, prezes zarządu spółki Lokum Deweloper. – Prowadzi na nim działalność wielu deweloperów o różnej skali i segmencie działania.

Według raportu analizującego rynek deweloperski AMRON-SARFiN w III kwartale ub.r. średnia cena transakcyjna na wrocławskim rynku nieruchomości wyniosła 5 432 zł (5 626 zł dla lokali do 75 mkw.)

W stolicy Dolnego Śląska jest spora rozpiętość cen, bo oferowane są bardzo różne lokalizacje – wskazuje Kuźniar. – Klienci najbardziej szukają mieszkań w centrum, z dobrym dojazdem, korzystnie skomunikowanych, w otoczeniu szkół i ośrodków kulturalnych. Nasze lokalizacje odpowiadają tym potrzebom, więc cieszą się sporym zainteresowaniem.

Z uwagi m.in. na ograniczoną powierzchnię wolnych terenów pod zabudowę takie nieruchomości uważane są za tzw. dobra rzadkie. W związku z tym, prócz oczywistych walorów użytkowych, dłużej niż mieszkania na obrzeżach miasta utrzymują swoją wartość rynkową.

Oddalone od centrum lokalizacje w momencie zakupu wydają się atrakcyjne, bo są w niższej cenie – tłumaczy Kuźniar. – Tymczasem później jest to dobro praktycznie niezbywalne. Nasze lokalizacje to centrum, południowe bądź zachodnie dzielnice. Wybieramy tylko takie miejsca, gdzie klient, który zechce sprzedać swój lokal, zawsze znajdzie nabywcę.

Zgodnie z danymi Banku Gospodarstwa Krajowego w ubiegłym roku we Wrocławiu złożono 712 wniosków o kredyt w programie Mieszkanie dla Młodych. Limit dla stolicy Dolnego Śląska to 5 112,3 zł (do końca III kwartału było to 4 984 zł).

– Szukamy nieruchomości pod przyszłe inwestycje na rynku warszawskim i krakowskim, które dałyby nam podobne wskaźniki finansowe, ale przede wszystkim, które dałyby nam podobny produkt jak we Wrocławiu – mówi Kuźniar.