Do 2019 r. wydatki na reklamę online mają stanowić 20 proc. budżetów marketingowych

Znaczenie reklamy internetowej rośnie. Wartość tego rynku w Polsce jest szacowana na 1,2 mld zł. Już teraz firmy przeznaczają ok. 17 proc. budżetów marketingowych na tego rodzaju promocję, a udział ten ma stopniowo wzrastać. Sparc Media ocenia, że za cztery lata będzie on wynosił co najmniej 20 proc., bo wydatki na reklamę internetową rosną o kilka procent rocznie kosztem nakładów na inne kanały.

Telewizja to wciąż najważniejszy kanał, jednak spodziewamy się, że do końca dekady wydatki związane z reklamą online przekroczą nakłady na to najpopularniejsze obecnie medium – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wout van Damme, prezes specjalizującej się w automatycznych zakupach czasu i powierzchni w mediach firmy Sparc Media. – W tej chwili na rynkach Europy Wschodniej 17 proc. budżetów marketingowych jest przeznaczane na kanał online, a w ciągu najbliższych czterech latach udział ten powinien przekroczyć 20 proc. 

W jego ocenie sytuacja w Polsce będzie podobna, co na pozostałych rynkach wschodnioeuropejskich.

Wydatki na reklamę online wzrastają co roku. Jak podkreśla Wout van Damme, rocznie zwiększają się one o ok. 6 proc., kosztem nakładów na inne kanały. Mimo że telewizja pozostaje dominującym medium, to eksperci spodziewają się, że do 2020 r. wyprzedzi ją internet. Tym bardziej że na rynku pojawia się coraz więcej narzędzi do skutecznego marketingu internetowego. Sparc Media dostrzega np. szybki wzrost wydatków na tzw. programmatic media buying, czyli marketing oparty o programowanie cyfrowe, automatyczne uruchamianie poszczególnych reklam lub kanałów emisji.

Odbywa się to w sposób zautomatyzowany, co zasadniczo oznacza, że systemy komputerowe realizują całe kampanie reklamowe – tłumaczy Wout van Damme. – Z pewnością widać tendencję do większej automatyzacji i lepszych wyników. Kiedyś wszystko było robione ręcznie, dziś mamy skomplikowane algorytmy do optymalizowania kampanii i gwarantowania lepszych wyników klientom. W tym segmencie jest jednak jeszcze możliwa poprawa efektywności.

Jak wynika z raportu „Wpływ internetu na gospodarkę w Polsce” IAB Polska i PwC, który powołuje się na dane Adexon, wydatki na reklamę internetową kupowaną w sposób automatyczny to ok. 90 mln zł, czyli 10 proc. wydatków na reklamę typu display. W tym roku udział ten ma wzrosnąć do 16 proc., a w 2015  roku ma stanowić 25-30 proc. wydatków na reklamę display.

Chcemy, żeby reklamodawcy nadążali za tym, co się dzieje, rozumieli zachodzące zmiany. Widzimy, że polski rynek bardzo chętnie przyjmuje nowe technologie, lubi nowości, jest chętny do uczenia się i adaptowania najnowszych trendów – mówi prezes Sparc Media.

Na pojedyncze banery online odbiorcy stali się już odporni. Nie gwarantują one efektu marketingowego, bo często są pomijane lub nawet obdarzane negatywną emocją (przeszkadzają w konsumpcji treści).

Szukając sposobów na zaangażowanie internautów, przyciągnięcie ich uwagi, branża powinna skupić się na nowych produktach – uważa Wout van Damme. – Możemy częściowo to osiągnąć poprzez lepsze wykorzystanie reklam, rozbudowujących się do większych jednostek, marketing natywny, czyli moduły bardziej przypominające treści na stronach internetowych, przez serwisy społecznościowe, można wreszcie lepiej personalizować reklamy. Jako branża powinniśmy mieć pewność, że docieramy z przekazem do właściwych odbiorców i proponujemy produkt zainteresowanym nim właśnie, konsumentom.

Szef Sparc Media jest zadowolony z obecności kierowanej przez niego firmy w Polsce. Na polskim rynku spółka rozpoczęła działalność w 2013 roku otwierając pierwsze biuro w Krakowie.

Cudzoziemcy chętnie podejmują pracę w Polsce. Rośnie ryzyko nadużyć ze strony nieuczciwych pracodawców

 

Zbigniew Wafflard z agencji pracy EastWestLink
Zbigniew Wafflard z agencji pracy EastWestLink

Rośnie zainteresowanie obcokrajowców pobytem i pracą w Polsce. W ciągu 11 miesięcy 2014 roku o blisko jedną piątą zwiększyła się liczba ważnych kart pobytu. Wraz ze wzrostem zatrudnienia obcokrajowców wzrasta jednak ryzyko nadużyć ze strony nieuczciwych pracodawców oraz innych nieprawidłowości przy zatrudnianiu.

Najczęstsze nieprawidłowości to brak odpowiedniego zezwolenia na pracę lub niezgodność danych na zezwoleniu na pracę bądź innym dokumencie legalizującym zatrudnienie cudzoziemca w Polsce z danymi obecnymi na umowie między pracodawcą i pracownikiem. Zdarzają się też sytuacje – choć rzadziej – że cudzoziemiec nie ma zezwolenia pobytowego uprawniającego go do pobytu na terytorium RP – mówi agencji Newseria Biznes Zbigniew Wafflard z agencji pracy EastWestLink, która jest organizatorem projektu „Bezpieczna praca w Polsce”. Agencja służy ograniczaniu nieprawidłowości przy zatrudnianiu cudzoziemców.

Na polskim rynku pracy z roku na rok przybywa cudzoziemców. To m.in. efekt migracji polskich pracowników do takich krajów, jak Niemcy czy Wielka Brytania. Rośnie zapotrzebowanie na dodatkowych pracowników przede wszystkim w budownictwie, przetwórstwie przemysłowym czy transporcie.

W okresie od stycznia do listopada 2014 roku zanotowano 19-proc. wzrost ważnych kart pobytu. Posiada je 144 tys. cudzoziemców, z czego najwięcej obywateli Ukrainy (38 tys.), Wietnamu (13 tys.) oraz Rosji (12,5 tys.). Na stałym poziomie utrzymuje się liczba wydanych zezwoleń na pracę. Z danych resortu pracy wynika, że w ubiegłym roku było ich ponad 39 tys. Jak podkreśla Wafflard, Ukraińcy stanowią 80 proc. cudzoziemców podejmujących pracę w Polsce.

Dane resortu pracy wskazują, że skala zatrudnienia cudzoziemców rośnie przede wszystkim w ramach tzw. procedury uproszczonej, czyli na podstawie oświadczeń pracodawców o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi.

– Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na pracę i zatrudnienia cudzoziemców rośnie, niestety, również liczba nieprawidłowości występujących na rynku pracy, wśród nich również przypadki nadużyć ze strony pracodawców w stosunku do obywateli państw trzecich – mówi Zbigniew Wafflard. – W latach 2010-2012 Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła kontrolę u około 6 tys. polskich pracodawców i u prawie połowa z nich wykryła nieprawidłowości.

Podejmowane są działania, które mają zmniejszyć skalę nieprawidłowości, także na gruncie prawnym. Od 2012 roku obowiązuje Ustawa o skutkach powierzania wykonywania pracy cudzoziemcom przebywającym wbrew przepisom na terytorium RP. Pracodawca ma obowiązek sprawdzać dokument pobytowy i przez cały okres pracy posiadać jego kserokopię. W maju ubiegłego roku weszła w życie ustawa o cudzoziemcach, która m.in. wydłuża z 2 do 3 lat zezwolenie na pobyt tymczasowy i wprowadza jedno zezwolenie na pobyt i pracę w Polsce. Pracodawca, u którego stwierdzono nadużycia, musi wypłacić cudzoziemcowi zaległe wynagrodzenie i pokryć koszty powrotu do kraju pochodzenia.

Należy zachować złoty środek, czyli utrzymać liberalne przepisy dotyczące zatrudnianie obywateli państw trzecich. Przykładem jest procedura uproszczona, która umożliwią obywatelom Rosji, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i Gruzji podejmowanie pracy w Polsce przez sześć miesięcy w ciągu roku bez zezwolenia na pracę. Należy też pamiętać, że procedury mają za zadanie ograniczać przypadki nadużyć – zaznacza ekspert z agencji pracy EWL.

W lipcu 2014 roku ruszyła też kampania informacyjna „Bezpieczna praca w Polsce”. Ma ona poprawić wiedzę pracodawców o procedurze zatrudnienia. Prowadzone są też szkolenia i warsztaty dla cudzoziemców, które pokazują korzyści płynące z legalnego zatrudnienia. W Warszawie powstał punkt konsultacyjny (przy Dworcu Zachodnim), ruszyła też strona internetowa.

Mamy nadzieję, że liczba nieprawidłowości będzie maleć dzięki większej liczbie tego typu projektów informacyjnych. Nie jesteśmy jedyną instytucją, która prowadzi takie działania. Wiele organizacji pozarządowych również stara się edukować w tej kwestii pracodawców i pracowników na polskim rynku pracy, jesteśmy więc dobrej myśli – podsumowuje Zbigniew Wafflard.

Rynek żywności ekologicznej w Polsce wart jest 600-650 mln złotych. Każdego roku rośnie o 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Polacy przywiązują coraz większą wagę do zdrowego odżywiania, a co za tym idzie – rośnie popularność żywności ekologicznej. Naturalne produkty pochodzące z upraw, w których nie stosuje się sztucznych nawozów, i przetwarzane bez udziału konserwantów, można już kupić nie tylko na bazarach i w osiedlowych sklepach, lecz także w hipermarketach i przez internet. Rynek żywności ekologicznej w Polsce wart jest  600-650 mln złotych.

– Żywność ekologiczna to przede wszystkim produkty bez domieszek, polepszaczy smaku, konserwantów i chemii. Mają wysokie wartości odżywcze i dobrze wpływają na trawienie. Dzięki temu mamy więcej energii i czujemy się dobrze – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Kamil Chudzik, dyrektor zarządzający Delisam.pl, delikatesów sprzedających żywność ekologiczną.

Do produkcji takiej żywności nie mogą być używane żadne sztuczne dodatki. Dotyczy to zarówno gospodarstw rolnych, jak i firm zajmujących się przetwórstwem.

– O tym, że żywność jest ekologiczna, świadczy certyfikat – zielony listek. Warunki jego uzyskania są dość restrykcyjne, ale dla kupujących jest on gwarancją tego, że dany produkt jest wytwarzany w sposób naturalny i że możemy spodziewać się najwyższej jakości – tłumaczy Kamil Chudzik.

Rynek produktów ekologicznych jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się sektorów w branży spożywczej. Szacuje się, że w Polsce jest on wart 600-650 mln złotych. Polacy coraz częściej zwracają uwagę na to, jaka żywność trafia na ich stoły, czytają etykiety, szukają certyfikatów i stosują się do porad dietetyków.

Produkty ekologiczne są coraz bardziej dostępne i coraz więcej sklepów chce je mieć w swoim asortymencie. Nawet w sieciach handlowych pojawiają się już półki, gdzie są one eksponowane. Niestety, na razie jeszcze często są one drogie. Zresztą utrwalił się już taki stereotyp łączący produkt ekologiczny z wysoką ceną – mówi Chudzik.

Wybierając ekologiczną żywność, warto również zwrócić uwagę na lokalne produkty, wytworzone w odległości maksymalnie 100 km od miejsca zakupu. Nie wymagają one długiego transportu, nie potrzebują więc ani hermetycznych opakowań, ani daleko idącego przetwarzania.

Ludzie coraz częściej szukają produktów ekologicznych w sieci. Widać wyraźny trend i choćby na podstawie badań z wyszukiwarki Google można powiedzieć, że coraz więcej ludzi dopisuje do zwykłej nazwy produktu przedrostek eko- czy ekologiczny. Znajduje to także odzwierciedlenie w rosnącej liczbie sklepów ekologicznych w internecie – dodaje Kamil Chudzik.

Popyt na produkty z ekocertyfikatami rośnie w tempie ok. 20 proc. rocznie.

Co czeka polską gospodarkę w 2015 r.?

Uzasadnione jest przyjęcie dwóch scenariuszy wzrostu polskiej gospodarki w 2015 r. – neutralnego, podobnego do 2014 r. oraz „pesymistycznego”, zakładającego m.in. że pogorszeniu ulegnie sytuacja w Rosji i na Ukrainie oraz że nastąpi destabilizacja w UE wywołana zmianami politycznymi w Grecji, co będzie prowadzić do osłabiania się euro wobec dolara. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz wzrostu gospodarczego na poziomie 3,5 proc. – uważa dr Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacja Lewiatan.

Rok 2014 – gospodarka stabilnie do góry mimo destabilizacji za wschodnią granicą i słabości wzrostu w krajach Unii Europejskiej

– Wzrost gospodarczy w Polsce w 2014 r. budowało spożycie indywidualne i inwestycje. To „kombinacja” czynników charakterystyczna dla okresu dobrej koniunktury. Towarzyszył mu ujemny wpływ eksportu netto na wzrost PKB – rosły bowiem potrzeby importowe gospodarki. Towarzyszyła mu także odbudowa zapasów. Nie mamy danych za 4. kwartał, ale wszystko wskazuje, że PKB wzrósł w 2014 r. o 3,4 proc. – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

To zupełnie inaczej niż w poprzednich dwóch latach (2012, 2013), gdy motorem wzrostu był eksport netto, a wzrost PKB wyniósł 1,8 proc. i 1,7 proc. W 2014 r. nieznacznie zmieniła się struktura tworzenia wartości dodanej brutto – ciągle największe znaczenie dla naszej gospodarki ma przemysł (wytworzył ponad 25 proc. wartości dodanej brutto) i … handel (ok. 20 proc.). Jednak ich udział w tworzeniu wartości dodanej brutto zmienił się (wzrósł) nieznacznie. Rok 2014 był natomiast bardzo dobry dla sektora transport i gospodarka magazynowa (do sektora tego zalicza się transport drogowy, rurociągowy, wodny, lotniczy, magazynowanie i działalność usługową wspomagającą transport oraz działalność pocztową i kurierską) – wartość dodana brutto wytworzona przez ten sektor wzrosła ok. 10 proc., a udział w wartości dodanej brutto wzrósł z ok. 5,8 proc. do prawie 6,5 proc.). Był to także dobry rok dla sektora finansowego i ubezpieczeniowego, aczkolwiek tylko jego 1. połowa (wzrost wartości dodanej brutto o prawie 15 proc.), bowiem 3. i 4. kwartał były słabe. To efekt niskich stóp procentowych, a także silnej walki konkurencyjnej na rynku ubezpieczeń. Najciekawsze jest jednak to, że wzrost w 2014 r. dokonał się przy prawie zerowej inflacji. Taka sytuacja nie zdarzyła się nigdy w polskiej gospodarce.

Rok 2014 – przedsiębiorstwa z niezłym wynikiem finansowym mimo niskiego wzrostu przychodów
Przedsiębiorstwa średnie i duże (tylko dla tej populacji dostępne są dane GUS dotyczące wyników finansowych, na razie po 3. kwartałach) w niewielkim stopniu zwiększyły swoje przychody w 2014 r. (o ok. 2-2,5 proc.). Jednak zarządzanie kosztami, w tym bardzo ostrożna odbudowa zapasów, dało pozytywny efekt w postaci większego wzrostu dochodu (zysków). I to nie kosztem ograniczania wzrostu wynagrodzeń, bowiem te rosły znacznie szybciej niż koszty ogółem. Nastąpiło też większe otwarcie się na rynki zewnętrzne (więcej przedsiębiorstw sprzedawało na eksport). I co najważniejsze – firmy inwestowały. Po 3. kwartałach inwestycje przedsiębiorstw (w cenach stałych) były wyższe o 15 proc. r/r. Wszystko wskazuje na to, że dynamika ta utrzymała się w całym 2014 r., co dało silne wsparcie wzrostowi polskiej gospodarki. Inwestowały przede wszystkim firmy z sektora transport i gospodarka magazynowa, z sektora gospodarowania ściekami i odpadami, energetycznego, a także firmy przemysłowe. Przedsiębiorstwa małe, średnie i duże (zatrudniające od 10 pracowników) zwiększały też systematycznie zatrudnienie. Nie było tu „fajerwerków’, bo zatrudnienie wzrosło o ok. 50 tys. osób, co poprawiło i ustabilizowało sytuację na rynku pracy. Efektem było zwiększenie przez Polaków skłonności do konsumpcji, a ta przełożyła się na wzrost PKB.
Nie wszystko jednak szło dobrze – strata netto w tych firmach, które nie radziły sobie w 2014 r. (przede wszystkim górnictwo) była znacząco wyższa niż w 2013 r.

Polska gospodarka, przedsiębiorstwa poradziły sobie w 2014 r. całkiem dobrze, mimo destabilizacji za wschodnia granicą i jej konsekwencji dla polskiego eksportu oraz ciągle słabości większości europejskich gospodarek.
Starujemy w 2015 r. mając świadomość, że on też nie będzie łatwy, bowiem te ryzyka, które występowały w 2014 r. będą ciągle aktualne. A do nich mogą dojść nowe.

Rok 2015 – gospodarka w górę 3,5 proc. czy „tylko” 2,8 proc.
Uzasadnione jest przyjęcie dwóch scenariuszy wzrostu polskiej gospodarki w 2015 r. – (1) neutralnego, podobnego do 2014 r. oraz (2) „pesymistycznego. Umacniać się będzie też złoty do euro, co może negatywnie wpłynąć na konkurencyjność polskiego eksportu.

– Wzrost gospodarczy w 2015 r. może być zatem kopią 2014 r., ale z rosnącym tempem wzrostu PKB w kolejnych kwartałach i nieco inną strukturą – większym udziałem spożycia indywidualnego i publicznego, a mniejszym inwestycji. I ciągle niewielkim wzrostem zapasów i ujemną kontrybucją eksportu netto – dodaje dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.
Ale może także zostać osłabiony przez niestabilną sytuację na wschodzie i utrwalającą się słabość większości europejskich gospodarek. Na ten scenariusz mogą wskazywać październikowe i listopadowe zmiany prognoz wzrostu PKB dla Polski przedstawione chociażby przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Komisję Europejską, a także przez NBP (Instytut Ekonomiczny NBP) – są one niższe w stosunku do poprzednich prognoz (poza prognozą IMF, ale np. IE NBP obniżył prognozę wzrostu PKB z 3,6 proc. do 3 proc.). Ale także różnią się między sobą (IMF – 3,3 proc., KE – 2,8 proc., IE NBP – 3 proc.), co wskazuje na rosnącą niepewność co do rozwoju sytuacji w ważnym dla polskiej gospodarki otoczeniu.
Jednak dotychczasowe doświadczenia przedsiębiorstw (tworzą przecież prawie ¾ polskiego PKB), które wskazują, że pojawianie się i materializacja kolejnych ryzyk tylko zwiększa ich aktywność, poszukiwanie nowych możliwości biznesowych, pozwalają na przyjęcie za bardziej prawdopodobny scenariusza wzrostu gospodarczego w 2015 r. na poziomie 3,5 proc.
Należy zakładać, że ta aktywność i poszukiwanie nowych możliwości biznesowych przez przedsiębiorstwa utrzyma dynamikę eksportu na poziomie 5-6 proc. Ale także utrzyma wyższą dynamikę importu, co negatywnie wpłynie na wzrost PKB (eksport netto).

Problemem będą w 2015 r. inwestycje, bowiem nie można prognozować ich wzrostu na poziomie wyższym 6-7 proc. (w 2014 r. było to zapewne ok. 10 proc.). Wynika to z wysokiego tempa inwestycji przedsiębiorstw w 2014 r. (ok. 15 proc.), a także z braku uruchomienia w 2015 r. środków europejskich na skalę pozwalającą na silniejszy wzrost inwestycji publicznych.
2015 rok to także niska inflacja, a w 1. połowie roku – deflacja, co powinno mieć wpływ na decyzje Rady Polityki Pieniężnej i obniżenie stopy referencyjnej o 50 punktów bazowych.

Rok 2015 – przedsiębiorstwa ostrożne w inwestycjach i zatrudnianiu, coraz bardziej otwarte na (dalsze) rynki zewnętrzne
Niska inflacja w 2015 r. wpłynie na niewielki 4-4,5 proc. wzrost przychodów ze sprzedaży. Wzrost kosztów będzie niższy, a tym samym poprawi się rentowność firm i ich wynik finansowy, przede wszystkim firm średnich i małych (rentowność sprzedaży netto nie powinna być niższa niż 4,5 proc.). Przedsiębiorstwa nauczyły się już radzić sobie z niepewnością i coraz lepiej zarządzają ryzykiem. Będą zatem pilnowały kosztów, m.in. zwiększając outsourcing, a także pilnując wzrostu zapasów, aby nie wpływał negatywnie na płynność finansową. Robiły to już w 2014 r. z pozytywnym skutkiem.
Ponieważ nie spodziewają się silniejszego niż w 2014 r. wzrostu rynku wewnętrznego, ciągle będą zainteresowane eksportem – eksporterzy jego wzrostem, a firmy jeszcze nie eksportujące znalezieniem dla siebie nowych rynków poza Polska, co powinno skutkować utrzymaniem 6-7 proc. dynamiki eksportu.

W 2015 r. ruszy szybciej budownictwo (m.in. w wyniku uruchomienia w 2. połowie roku środków europejskich). W dalszym ciągu dobrze będzie sobie radził transport i gospodarka magazynowa, będzie rosło zapotrzebowanie na usługi kurierskie, usługi dla biznesu (m.in. efekt wzrostu outsourcingu), poprawi się sytuacja w sektorze informacja i komunikacja, który relatywnie słabiej radził sobie w 2014 r.

Przedsiębiorstwa będą miały także ciągle dobrą płynność finansową. Płynność gotówkowa (zdolność do natychmiastowej spłaty zobowiązań krótkoterminowych) nie spadnie poniżej 30 proc. Oznacza to, że będą dobrymi partnerami dla instytucji finansowych, pod warunkiem, że same będą zgłaszały popyt na kapitał. Nie należy się jednak spodziewać silnego wzrostu zapotrzebowania na pieniądz, bo przedsiębiorstwa zakumulowały swoje zyski i w pierwszej kolejności korzystać będą z kapitałów własnych. A także dlatego, że nie należy spodziewać się w 2015 r. wysokiego wzrostu nakładów inwestycyjnych przedsiębiorstw, bowiem firmy zainwestowały sporo już w 2014 r. Przedsiębiorstwa z sektora MMŚP finansowały swoje inwestycje głównie ze środków własnych, a także silnie korzystały z leasingu. Tak będzie także w 2015 r., ale wzrost inwestycji w sektorze przedsiębiorstw wyniesie nie więcej niż 6-7 proc.

Przedsiębiorstwa nauczone doświadczeniami tak z okresu lat 2008-2009, a także 2011-2012, będą w dalszym ciągu ostrożne w zwiększaniu zatrudnienia na umowach kodeksowych. Można się jednak spodziewać wzrostu zatrudnienia informatyków, osób z zawodowym przygotowaniem w ochronie zdrowia. Zwiększać zatrudnienie będą także przedsiębiorstwa budowlane. Pracy będzie więcej w obsłudze biznesu (działalność profesjonalna, naukowa i techniczna), ale niekoniecznie będzie to oznaczało wzrost zatrudnienia na etatach. Natomiast 2015 r. będzie okresem zmian w sektorze finansowym. Banki wyraźnie szykują się do zmian modelu biznesowego – odchodzenia od tradycyjnych placówek do bankowości internetowej. Należy się zatem spodziewać spadku zatrudnienia w instytucjach finansowych.

Na pewno będą jednak rosły w sektorze przedsiębiorstw wynagrodzenia i to w stopniu silniejszym niż w 2014 r., w granicach 5,0-5,5 proc. (w 2014 r. wzrost o 4 proc.). Jednak wzrost ten będzie silnie zróżnicowany zawodowo, sektorowo, a także regionalnie. Tak się już zresztą dzieje od kilku lat, jednak proces ten w 2015 r. będzie silniejszy. Popyt na informatyków czy inżynierów i techników, a także na pracowników „medycznych” będzie większy w regionach bardziej rozwiniętych, a tym samym tam wynagrodzenia będą rosły silniej niż w regionach o słabszej gospodarce.

Przedsiębiorstwa nauczyły się już „żyć” w warunkach podwyższonego ryzyka i średniego tempa wzrostu. Zmieniają swoje modele biznesowe, bardziej otwierają się na świat zewnętrzny. Coraz lepiej zarządzają ryzykiem. Powoli zwiększają zatrudnienie, ale nie maja problemów ze zwiększaniem wynagrodzeń (rosły i będą rosły w 2015 r. szybciej niż koszty ogółem). Dzięki temu polska gospodarka może liczyć w 2015 r. na wzrost na poziomie 3,5 proc. Chyba że znowu świat zewnętrzny oszaleje.

Konfederacja Lewiatan

Kolejny dobry rok dla osób poszukujących nowych wyzwań zawodowych

Raport Pracuj.pl „Rynek Pracy Specjalistów 2014”

Coroczny raport, przygotowany na podstawie analizy ogłoszeń o pracę zamieszczanych w największym polskim portalu rekrutacyjnym Pracuj.pl, pozwala z coraz większym optymizmem patrzeć na rynek pracy. Już drugi rok z rzędu możemy obserwować systematyczny wzrost liczby ogłoszeń utrzymujący się na zbliżonym do 8% poziomie.

  • 386 520 ofert pracy na portalu Pracuj.pl w 2014 roku
  • 7,8% wzrost liczby ofert w porównaniu z rokiem 2013
  • 22,5% wzrost liczby ofert pracy z branży transport i logistyka
  • 13,4% wzrost liczby ofert pracy z branży budownictwo i nieruchomości
  • 24% wzrost zapotrzebowania na specjalistów ds. HR
  • Największy przyrost zapotrzebowania na pracowników z firm zatrudniających do 10 pracowników

Rok 2014 był rekordowy pod kątem liczby ofert pracy opublikowanych na Pracuj.pl  (386 520 ofert pracy). Pracodawcy wykazali optymizm, który zaowocował zwiększeniem liczby ogłoszeń o pracę o prawie 17% w stosunku do 2012 roku (330 428 ofert) oraz prawie 8% wzrostem w stosunku do 2013 roku (358 478 ofert).

W jakiej branży najłatwiej było znaleźć pracę w 2014 r.?

Pierwsza piątka branż, publikująca najwięcej ofert pracy, nie uległa zmianie w stosunku do roku poprzedniego. Od lat niezmiennie liderem pozostaje handel i sprzedaż – w 2014 r. zaoferowano 84 331 miejsc pracy, co stanowiło 22% ogółu ofert dając 1,5% wzrost rok do roku. Na kolejnych miejscach uplasowały się: bankowość, finanse i ubezpieczenia (wzrost liczby ofert pracy o 8,4%), telekomunikacja i zaawansowane technologie (spadek o 11%), przemysł ciężki (wzrost o 6,2%) oraz budownictwo i nieruchomości (wzrost liczby ofert pracy o 13,4%).

Kolejną branżą, która złapała oddech po kilkuletniej zapaści, jest turystyka, hotelarstwo i gastronomia; tutaj odnotowano niemal 30% wzrost ogłoszeń o pracę (wzrost o dokładnie 29,4%). Może oznaczać to, że Polaków nie tylko stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale i na wydawanie pieniędzy na przyjemności – co jest jednym z symptomów świadczących o jakości gospodarki. Mocno trzyma się także transport i logistyka –  podobnie, jak w poprzednim roku zaobserwowano wzrost liczby ofert pracy o niemal ¼ (wzrost o 22,5% w porównaniu do 2013 r.).

Jacy specjaliści byli w cenie?

Z danych Pracuj.pl wynika, że w 2014 r. najwięcej ofert pracy było dla handlowców (155 458 ogłoszeń o pracę), pracowników do spraw obsługi klienta (74 568 ofert) oraz specjalistów do spraw finansów (64 718 ofert) i IT (55 973 ofert). Wśród ogłoszeń dla finansistów szczególnie wzrosło zapotrzebowanie na pracowników bankowości, zarówno odpowiedzialnych za bankowość detaliczną, jak i korporacyjną.

Największy wzrost zapotrzebowania odnotowano dla pracowników związanych z turystyką, liczba ofert pracy dla tych specjalistów wzrosła o 35,6%. Także pracownicy produkcji (17% więcej ogłoszeń niż przed rokiem) oraz logistycy (wzrost liczby ofert pracy o 12%) nie mieli w 2014 r. powodów do narzekań.

Zaobserwować można także wciąż rosnącą liczbę ofert dla specjalistów z obszaru HR oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Co prawda w 2014 nie pobito rekordu z 2013 (wzrost o 43%), jednak wzrost liczby ofert pracy na poziomie 23,9% to sygnał utrzymującego się pozytywnego trendu. Trwające rekrutacje, powiększająca się liczba zatrudnionych to czynniki mające wpływ na zapotrzebowanie rynku na specjalistów ds. HR.

Odnotowano również kilkunastoprocentowy wzrost liczby ofert pracy z branży budownictwo i nieruchomości. Najczęściej w tej branży poszukiwani są handlowcy i budowlańcy, jednak zapotrzebowanie na tych specjalistów utrzymuje się na podobnym poziomie co w 2013 roku. Wzrósł za to popyt na inżynierów (wzrost liczby ofert pracy o 7,3%).

Gdzie najłatwiej o pracę?

W 2014 r. województwo mazowieckie okazało się zdecydowanym liderem, zarówno pod względem liczby ofert, stanowiących jedną piątą wszystkich ogłoszeń o pracę (83 545 ofert), jak i dynamiki wzrostu (o 22,6% więcej ofert niż przed rokiem). Przy czym warto dodać, że 74% ofert z woj. mazowieckiego pochodziła z Warszawy. Tuż za liderem plasują się województwa: wielkopolskie (wzrost liczby ofert pracy o 15,5%), dolnośląskie (wzrost o 12,8%) oraz małopolskie (wzrost o 10,2%). Jedną z przyczyn tak dużych wzrostów może być fakt, że lokalizacje te są chętnie wybierane na centra usług wspólnych. Przybyło także ofert zagranicznych, o 15,9%.

Najwięcej ogłoszeń o pracę opublikowały firmy zatrudniające powyżej 250 osób, jednak najdynamiczniejszy wzrost widać w sektorze firm najmniejszych, zatrudniających do 10 osób. Te przedsiębiorstwa złożyły w 2014 roku 68 029 ofert pracy, o 17,3% więcej niż w 2013. Może to oznaczać, że utrzymuje się pozytywna tendencja na rynku pozwalająca mikroprzedsiębiorcom na rozwój i idące za tym zwiększanie zatrudnienia.

Komentarz Przemysława Gacka, prezesa zarządu Grupy Pracuj S.A.:

Rok 2014 możemy uznać za udany. Rosła nie tylko liczba ofert pracy, ale również liczba wysyłanych aplikacji, co pokazuje, że pracownicy uwierzyli, że mogą próbować zmienić pracę na lepszą. Mimo niektórych badań, które wskazywały małą gotowość Polaków do zmiany pracy, z naszych obserwacji wynika, że wzrost liczby osób poszukujących pracy jest wyraźny i ta tendencja powinna się utrzymać. Ożywienie na rynku pracy potwierdzają również dane GUS pokazujące malejący poziom bezrobocia i wzrost realnej wartości płac.

Po ostatnim kryzysie pracodawcy zwiększają zatrudnienie w sposób ostrożny, jednak zapotrzebowanie na pracowników systematycznie rośnie. Poprawę stanu gospodarki widać w zwiększonym zapotrzebowaniu na pracowników odpowiedzialnych za produkcję i logistykę. Wzrost zapotrzebowania na tych specjalistów pokazuje, że Polska gospodarka jest w stosunkowo dobrym stanie. Wynik wskaźnika polskiego sektora przemysłowego PMI sygnalizuje wyraźną poprawę warunków w polskim sektorze przemysłowym. Potwierdzają to nasze dane, które ukazują kilkunastoprocentowy wzrost ofert pracy dla pracowników produkcyjnych.

Oferty pracy dla IT to czwarta najbardziej liczna kategoria ofert pracy w naszym serwisie, połowa z nich dedykowana jest programistom. Jednak rosnąca rola sieci informatycznych i zwiększająca się liczba danych, które są magazynowane, sprawia, że w obszarze IT obserwujemy stały wzrost zapotrzebowania na osoby odpowiedzialne za audyt i bezpieczeństwo danych. Obszar IT to nie jedyny obszar, w który obserwujemy rynek pracownika. Pracodawcy mają coraz większe problemy ze znalezieniem odpowiednich handlowców, również inżynierowie coraz częściej dyktują warunki zatrudnienia. Podejrzewam, że w przyszłym roku będzie coraz więcej obszarów, w których będziemy dostrzegać rynek pracownika.

Cały czas obserwujemy rosnące zapotrzebowanie na specjalistów ds. HR i zarządzania zasobami ludzkimi. Trend ten utrzymuje się już od zeszłego roku, co potwierdza, że wzrost ofert pracy w tym obszarze zwiastuje ożywienie na rynku pracy.

Mimo wyraźnego ożywienia na rynku pracy w Polsce trudno przewidzieć, jak bardzo ten trend będzie się pogłębiał w 2015 roku.  Zagrożeniami dla dalszego ożywienia mogą być ciągle bardzo niestabilna sytuacja na Wschodzie oraz cały czas niepokojąca kondycja finansowa strefy euro. Z naszych doświadczeń wynika jednak, że jakiekolwiek obawy pracodawców widoczne są praktycznie natychmiast w spadku liczby publikowanych ogłoszeń o pracę. Ostatni kwartał 2014 roku pokazuje, że pracodawcy optymistycznie – a nawet bardzo optymistycznie – patrzą w przyszłość.

Niska kapitalizacja nie pozwala Admiral Boats przejść z NewConnect na główny rynek GPW

0

Producent rekreacyjnych i sportowych łodzi motorowych – Admiral Boats, w 2015 r. zamierza przejść z giełdy alternatywnej NewConnect na główny parkiet GPW. Prospekt już w sierpniu został zaakceptowany przez KNF, ale przeszkodą pozostaje niska kapitalizacja spółki, co jest pokłosiem gorszym wyników finansowych. Te wynikają z nakładów inwestycyjnych na modernizację stoczni w Tczewie i reorganizacji kontaktów handlowych. Spółka poszukuje nowych kontrahentów zagranicznych i dywersyfikuje biznes.

– W 2015 r. chcielibyśmy przejść na główny parkiet GPW. Od kilku miesięcy mamy zatwierdzony prospekt emisyjny, ale nie spełniamy warunku formalnego, czyli wymaganej kapitalizacji, czeka nas jeszcze wiele pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats, spółki przemysłu jachtowego i stoczniowego.

Kurs akcji Admiral Boats w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadł o dwie trzecie z poziomu 0,8-0,9 zł do 0,2-0,25 zł, co daje firmie kapitalizację w wysokości  ok. 16 mln zł. Według wymagań GPW spółki notowane na NC i planujące przejście na parkiet główny muszą wykazywać się kapitalizacją minimum 48 mln zł, czyli w przypadku producenta łodzi, jego akcji musiałyby być notowane przynajmniej po 0,7 zł.

Andrzej Bartoszewicz zaznacza, że przejście na główny rynek notowań to realizacje zobowiązań wobec akcjonariuszy, którzy udzielali firmie kapitału w 2012 i 2013 r.

– Nie rozważamy emisji akcji. Wcześniejsze emisje umożliwiły nam przygotowanie premier nowych modeli łodzi oraz zakup stoczni w Tczewie. W tym momencie raczej realizujemy program wykupu obligacji niż emisję nowych akcji  – mówi Bartoszewicz.

W najbliższy piątek na Catalyst wygasną notowane obligacje serii D (ADB0115 – wartość emisji 1,05 mln zł) i E (ADM0115 – wartość emisji 3,27 mln zł), a Admiral Boats wykupi je 16 stycznia 2015 r., ostatnią sesją notowań papierów był 5 stycznia.

Według raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce w 2014 r.” Polacy rocznie wydają na zakup jachtów 144 mln zł, a w 2017 r. prognozuje się wzrost rynku do 176 mln zł. Z kolei z danych Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych wynika, że w Polsce rocznie powstaje 22 tys. jednostek pływających, z czego 95 proc. trafia na eksport.

– Najbardziej perspektywicznymi krajami dla naszej firmy są Dania, Francja i Hiszpania. Obserwujemy tam największą dynamikę i wzrosty sprzedaży – wymienia Bartoszewicz.

Jak tłumaczy, firma woli skupić się na rozwoju w obrębie Europy ze względu na bliskość rynków i łatwiejszą logistykę.

– Poszukujemy rynków zbytu w jak najbliższym zasięgu, tam, gdzie moglibyśmy wywiązywać się ze swoich zobowiązań gwarancyjnych. Na koszty dostawy, transportu i serwisu istotny wpływ wywiera docelowa lokalizacja klientów. Wysłanie łodzi nawet do Rosji, w rejon Morza Czarnego, już jest dla nas kłopotliwe, gdyż koszty serwisowania w tak odległych miejscach mogą nie być opłacalne – wyjaśnia prezes zarządu Admiral Boats.

Jednocześnie prezes spółki podkreśla, że w bliskiej perspektywie firma nie planuje działań akwizycyjnych, choć obserwuje kilka firm.

– Podstawowym celem firmy jest dywersyfikacja sprzedaży. Nie chcemy skupiać uwagi tylko na produkcji łodzi z laminatu. Dlatego rozwijamy również produkcję okrętową w zakresie m.in. żeglugi śródlądowej oraz wykonujemy remonty jednostek w naszej stoczni w Tczewie – mówi Bartoszewicz. – W 2014 roku firma wyremontowała w Tczewie pięć lodołamaczy oraz jedną bazę dla płetwonurków.

Oprócz remontowanych powierzchni powstały nowe wydziały: laminowania i konstrukcji stalowych oraz szwalnia. Spółka docelowo zamierza w stoczni zatrudnić ok. 200 osób, m.in. monterów, ślusarzy, lakierników i spawaczy.

W okresie I–III kw. 2014 r. spółka wypracowała zysk netto w wysokości 610,2 tys. zł (przy 2,53 mln w analogicznym okresie 2013 r.). Przychody ze sprzedaży wyniosły 33,51 mln zł wobec 37,50 mln zł w okresie styczeń-wrzesień 2013 r.

Jak komunikuje spółka, w pierwszych 9 miesiącach 2014 r., firma sprzedała 659 łodzi (spadek o 17,7 proc. r/r), co wynika z wcześniejszego zakupu (w 2013 r.) łodzi przez dealerów z Holandii i zmiany konwencji współpracy z niemieckim odbiorcą o braku realizacji kontraktu z dealerem w Rosji. Z drugiej strony przez 9 miesięcy 2014 r. sprzedaż łodzi do Szwecji wzrosła dziewięciokrotnie (r/r). Gorsze wyniki finansowe wynikały także z nakładów poniesionych na modernizację zakładu produkcyjnego w Tczewie.

Słabnące euro i drożejący dolar korzystne dla polskich spółek. Wyniki wielu firm powinny się w tym roku poprawić

CEO Magazyn Polska

Ten rok powinien być korzystny dla polskich spółek. Wzmacniający się dolar i słabnące euro poprawią zyski azjatyckich i europejskich firm, na czym powinien zyskać także polski eksport. Wiele przedsiębiorstw zyska także dzięki inwestycjom finansowanym pieniędzmi z Unii Europejskiej.

Na międzynarodowych rynkach oczekuje się w najbliższych miesiącach dwóch ważnych procesów. Luzowania polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny oraz zaostrzania tejże przez amerykański Zarząd Rezerwy Federalnej. Skutkiem będą słabnące euro i drożejący dolar. Obie waluty mogą w tym roku zbliżyć się do parytetu, gdy 1 dolar będzie kosztował 1 euro.

2015 rok to umacniający się dolar – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Dekarz, zarządzający portfelami w RDM Wealth Management. – W końcówce 2015 roku prawdopodobnie czeka nas podwyżka stóp procentowych, czyli zupełnie inna sytuacja niż chociażby w strefie euro, gdzie myśli się o tym, że w pierwszym kwartale rozpocznie się luzowanie ilościowe, czyli quantitative easing, które de facto właśnie skończyło się w Stanach Zjednoczonych.

Rosnący dolar i spadające ceny surowców będą miały korzystny wpływ na rynki akcji, głównie azjatyckich, ale też polskich. Nasze firmy będą lepiej zarabiały nie tylko na handlu z USA. Również nasz największy importer, czyli strefa euro, powinna rozwijać się szybciej dzięki korzystnej relacji waluty europejskiej do dolara.

– Jeśli chodzi o rynek polski, to oczywiście przede wszystkim mamy do czynienia ze stymulacją fiskalną wynikającą chociażby z faktu, że będziemy w tym roku pobierać fundusze ze strefy euro, rusza w tym roku kolejne rozdanie – ocenia Jacek Dekarz. – Dodatkowo prawdopodobnie stopy procentowe mogą jeszcze spaść, czyli polityka pieniężna będzie bardzo luźna, a to powinno być dobre środowisko do wzrostów zysków spółek na polskiej giełdzie. Myślę, że będą one lepsze niż w 2014 r.

Wśród spółek giełdowych największe szanse na dobre wyniki mają te, które skorzystają na realizacji inwestycji ze środków unijnych. Warto też zwracać uwagę na tych, którzy skorzystają na luzowaniu polskiej polityki pieniężnej zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio, dzięki pieniądzom o które łatwiej będzie ich klientom. Zdaniem Jacka Dekarza obecny poziom stóp procentowych nie musi oznaczać końca obniżek.

Sektorem, który powinien się lepiej zachowywać na polskiej giełdzie, jest na pewno branża budowlana – uważa zarządzający portfelami RDM Wealth Management. – To ten sektor związany jest z środkami unijnymi, których wykorzystanie ruszy w pierwszych kwartałach tego roku.

Pozytywny wpływ na kondycję polskich firm będą też miały niskie ceny na światowych rynkach paliw. Ropa jest dziś bardzo tania. Ropa Brent systematycznie tanieje i na początku stycznia cena baryłki spadła poniżej 51 dolarów. Amerykańska WTI kosztuje już mniej niż 50 dolarów. To sprawia, że tanieją paliwa, a więc gospodarka może kupować ich więcej.

Co do spółek z naszej branży rafineryjnej, to tutaj oczywiście patrzymy głównie na Orlen i Lotos – podkreśla Jacek Dekarz z RDM Wealth Management. – Marże rafineryjne cały czas są na nie najgorszym poziomie, ale to są spółki, wydaje się, dosyć chimeryczne. Jeżeli będzie, oczywiście, napływ na rynek, to one też powinny gdzieś tam partycypować pozytywnie.

Według Jacka Dekarza warto zwrócić w tym roku uwagę na obligacje korporacyjne firm z wymienionych sektorów, bo choć akcje powinny drożeć, to wzrost ten zagrożony jest niepewną sytuację geopolityczną.

Natomiast jeśli chodzi o inwestycje w spółki spoza Polski, to analityk poleca region Azji, zwłaszcza Japonię i Indie.

Dobrym rynkiem będzie na pewno Japonia lub chociażby takie kraje, jak Indie, gdzie są duże inwestycje infrastrukturalne, stabilna, rosnąca gospodarka i inflacja w ryzach. Myślę, że konsumpcyjny popyt będzie powodował, że ten rynek będzie znów na poziomie co najmniej 5 proc. w skali PKB. Sądzę, że spółki z tego regionu będą preferowane – wskazuje Jacek Dekarz.

Crédit Agricole: Możliwa kolejna obniżka stóp procentowych w Szwajcarii. Kredytobiorcy zauważą niższą ratę, ale różnica nie będzie znacząca

CEO Magazyn Polska

Grudniowa decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego o obniżce poziom stóp procentowych jest korzystna, ale mało odczuwalna dla zadłużonych we frankach szwajcarskich. Stawki LIBOR spadły wprawdzie do poziomów ujemnych, ale od kilku lat większość oprocentowania to i tak marża banków. W razie nasilenia kryzysu w Rosji niewykluczone są jednak kolejne obniżki. 

To oczywiście korzystna sytuacja dla wszystkich, którzy zaciągnęli kredyt denominowany we frankach szwajcarskich. Takie kredyty zwykle były oprocentowane według formuły: stawka LIBOR plus marża banku, a w takiej sytuacji stawka LIBOR spada – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole Bank Polska.

18 grudnia Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) obniżył depozytową stopę procentową do -0,25 proc. i tym samym docelowy poziom LIBOR CHF 3M to obecnie od -0,75 proc. do 0,25 proc. Na rynku stawka 3-miesięcznego LIBOR-u spadła na razie do -0,063 proc.

Jak prognozuje ekonomista, dla kredytobiorców to być może nie koniec pozytywnych zmian. Jeśli dojdzie do dalszego nasilenia kryzysu w Rosji, a więc sytuacji odpływu kapitału z tego kraju do tzw. bezpiecznych portów, to napływ kapitału portfelowego np. do Szwajcarii może wymusić kolejne działania podejmowane przez SNB. Już w grudniu bank ten poza obniżką stóp zwiększył rezerwy walutowe o 32 mld franków do 495 mld franków. Mimo to frank po chwilowym osłabieniu znów powrócił do poziomu 1,20 za euro. Zmiany będą zmierzać do spadku presji na umocnienie waluty krajowej.

To może być bliska perspektywa, oczywiście jeśli kryzys rosyjski będzie się nasilał. Ostatnie posiedzenie Narodowego Banku Szwajcarii nie było planowane, a kolejne posiedzenie i zawarta na nim potencjalna decyzja również może takie być, może także nastąpić względnie szybko przewiduje Borowski.

Jego zdaniem SNB może w jeszcze szerszym zakresie stosować swoje podstawowe dwa instrumenty, czyli obniżkę stóp procentowych oraz nawet zmianę sztywnego kursu franka szwajcarskiego wobec euro, czyli osłabienie szwajcarskiej waluty.

Mówimy o dalszym obniżeniu stopy depozytowej do jeszcze bardziej ujemnego poziomu oraz możliwej kolejnej dewaluacji franka – centralnego parytetu względem euro, czyli osłabienie franka po to, żeby zmniejszyć zyski lokujących pieniądze w Szwajcarii – ocenia ekspert.– Sumaryczny wpływ obniżki stawek LIBOR będzie jednak niewielki, tym bardziej że kurs franka w stosunku do euro nie uległ zasadniczej zmianie. To musiałyby być bardzo istotne zmiany, aby kredytobiorcy odczuli to w swoich portfelach, widząc wyraźnie niższy poziom spłacanej raty.

Zwykle banki w momencie ustalania warunków umów kredytowych często przyjmowały oprocentowanie w postaci LIBOR CHF 3M plus 1 proc. marży banku. Stawka LIBOR CHF 3M w II połowie grudnia była notowana w granicach -0,0600 do -0,0400 proc. Przed decyzją SNB notowania oscylowały wokół 0,0050 proc. Zatem dla przykładu ruch szwajcarskiego banku dla polskiego kredytobiorcy może oznaczać niższe raty kredytu o np. 0,045 proc., co dla 300 tys. zł daje roczne odsetki niższe o 135 zł (miesięcznie o 11,25 zł).

Sytuacja Szwajcarii jest szczególna. To kraj bardzo niskiego ryzyka, w którym inwestorzy chętnie lokują nadwyżki płynności w przypadkach zwiększonej niepewności – zaznacza Jakub Borowski.Dlatego wątpię, aby europejskie banki centralne brały przykład z Narodowego Banku Szwajcarii, który prowadzi bardziej niestandardową politykę pieniężną niż EBC. Nie sądzę, żeby Europejski Bank Centralny chciał dalej obniżać stopę depozytową, która już jest ujemna. Natomiast w przypadku kursu walutowego nie jest możliwe, żeby Europejski Bank Centralny mógł ustawić kurs parytetowy euro w stosunku do dolara. Taka polityka byłaby nieskuteczna ocenia Borowski.

Ekspert uważa, że jeśli inwestorzy będą akceptować niskie, ujemny stopy zwrotu z krótkoterminowych lokat we franku szwajcarskim, to SNB może osłabić swoją walutę, co pośrednio wywołałoby umocnienie złotego w stosunku do franka.

– Widać, że pęka kolejny mit – mit o tym, że możemy obniżać stopy procentowe, ale nie zobaczymy ich ujemnego poziomu. Już mamy ujemny poziom stóp procentowych na rynku międzybankowym, stawka LIBOR 3-miesięczna też jest już ujemna, co oznacza, że bank centralny w sposób nadal skuteczny oddziałuje na poziom stóp procentowych krótkoterminowych na rynku międzybankowym wskazuje główny ekonomista Crédit Agricole Bank Polska. To nie jest tak, że przejście od dodatnich do ujemnych stóp nie jest możliwe. To jest Rubikon, ale ten Rubikon można przekroczyć i Narodowy Bank Szwajcarii to zrobił.

Na sprzedaż trafia coraz więcej długów. Firmy windykacyjne kupują pierwsze portfele hipoteczne

Perspektywy dla firm windykacyjnych są bardzo dobre. W najbliższych latach przy możliwym wzroście stóp procentowych raty kredytobiorców wzrosną, a część z nich nie będzie w stanie spłacać wyższych zobowiązań. Mogą one trafić do firm zarządzających wierzytelnościami. Według ostatniego raportu NBP o stanie rynku mieszkaniowego zagrożone długi stanowią już ponad 10 mld zł.

– Szacujemy, że w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2014 r. na rynek trafiło już około 11 mld zł wierzytelności, widzimy 2-3-miliardowy wzrost w stosunku do 2013 r. Szacujemy, że cały 2014 r. zamknie się podażą na poziomie 15 mld zł – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Szewczyk, prezes zarządu Kredyt Inkaso, spółki zarządzającej wierzytelnościami.

Jak podaje Konferencja Przedsiębiorców Finansowych, zrzeszająca firmy windykacyjne, już po I kw. 2014 r. wartość obsługiwanych wierzytelności wynosiła 51,35 mld zł i była wyższa o prawie 30 mld zł w stosunku do ostatniego kwartału 2010 roku. 32,66 mld zł stanowiło zadłużenie zarządzane przez fundusze sekurytyzacyjne.

Większość wierzytelności oferowanych na sprzedaż to długi konsumenckie. Są one niezabezpieczone z okresem przeterminowania od dwóch do czterech lat. To taki rynkowy standard, który my ocenimy według wskaźnika DPD [liczba dni zaległości w spłacie – red.]. Im jest ten wskaźnik krótszy, tym wierzytelność oceniana jest jako ciekawsza z punktu widzenia inwestycyjnego – tłumaczy prezes zarządu Kredyt Inkaso.

Jak podaje BIG InfoMonitor i BIK, we wrześniu 2014 r. łączny konsumpcyjny dług wyniósł 41,55 mld zł. Problemy ze spłatą należności miało 2,38 mln osób, zatem średnio na dłużnika przypada ponad 17 tys. zł, choć 2/3 osób jest zadłużonych na nie więcej niż 5 tys. zł. Co piąta nieoddana złotówka pochodziła ze Śląska (7,8 mld zł).

Drugą istotną częścią rynku są wierzytelności korporacyjne, dotyczące zarówno małych, jak i większych przedsiębiorstw.

W przypadku kolejnej grupy, czyli wierzytelności hipotecznych, w 2014 r. to była pewna nowość, ponieważ był to pierwszy rok, kiedy te wierzytelności w tak masowej skali zaczęły trafiać do sprzedaży – mówi Szewczyk.

Na rynku w ubiegłym roku Getin Bank sprzedał 1 mld zł (wartość dla banku wraz z odsetkami to 1,7 mld zł) wierzytelności za 340 mln zł. 44 proc. złych długów stanowiły wierzytelności hipoteczne (ok. 0,7 mld zł). Z kolei 16 grudnia spółka Kruk SA poinformowała w komunikacie o podpisaniu z bankiem BZ WBK umowy, której „przedmiotem jest nabycie portfela wierzytelności zabezpieczonych hipoteką oraz zastawem rejestrowym o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 443 mln zł za cenę w wysokości 70,2 mln zł”.

Podobne transakcje mogą coraz częściej mieć miejsce. NBP podaje, że na koniec 2013 r. wartość zagrożonych kredytów hipotecznych, a więc potencjalnie przeznaczonych na sprzedaż, przekroczyła 10 mld zł (spośród 336 mld zł całości hipotecznej ekspozycji kredytowej).

Wzrost popularności sprzedaży wierzytelności przez banki wynika z kilku czynników. Po pierwsze, fundusze sekurytyzacyjne i w ogóle same przepisy o sekurytyzacji motywują banki do sprzedaży, ponieważ banki korzystają w ten sposób z tarczy podatkowej. Po drugie, to naturalny proces czyszczenia bilansów bankowych – wymienia Paweł Szewczyk.

Trzecim powodem jest specjalizacja i wysoki poziom zaawansowania firm windykacyjnych i zarządzających wierzytelnościami. Według Szewczyka patrząc na organizację procesów likwidacji portfeli NPL (wierzytelności nieregularnych), firmy windykacyjne i zarządzające wierzytelnościami lepiej ściągają należności niż banki.

Polska na tle Europy Środkowo-Wschodniej wyróżnia się dojrzałością rynku, szczególnie dojrzałością banków w oferowaniu wierzytelności do sprzedaży według pewnej wystandaryzowanej procedury – mówi Szewczyk. – Jako firmy windykacyjne jesteśmy w stanie przewidzieć tryb, w jakim bank będzie sprzedawał wierzytelności, znamy to i możemy się do tego przygotować.

W jego ocenie w innych krajach rynki są na innym etapie rozwoju, nie dysponują szerokim spektrum narzędzi do likwidacji przeterminowanych portfeli, m.in. sądem elektronicznym dostępnym w Polsce. Takie rynki jak bułgarski, rumuński czy rosyjski są na wcześniejszym etapie rozwoju, a transakcje ze względu na brak pewnej standaryzacji często odbywają się ad hoc.

 W Polsce wierzytelności są oferowane w stosunkowo późnym okresie przeterminowania, zwykle po 2-4 lata. Z kolei jeżeli porównamy to z rynkami innych krajów, to na przykład jesteśmy w stanie kupować w Rosji wierzytelności o okresie przeterminowania od 90 do 180 dni, a w Rumunii – od 180 do 360 dni. To pokazuje, że tam banki wcześniej decydują się na sprzedaż tych wierzytelności – ocenia Paweł Szewczyk.

Przychody klubów piłkarskich w ostatnim sezonie wyniosły prawie 0,5 mld zł. Stadiony ekstraklasy odwiedziło aż 2,5 mln kibiców

0

CEO Magazyn Polska

Kluby ekstraklasy w 2013 r. osiągnęły 459 mln przychodów, przy tylko 50 mln zł straty. Coraz lepsze wyniki finansowe wynikają nie tylko ze wzrostu popularności piłki nożnej transmitowanej w telewizji, lecz także większego bezpieczeństwa na stadionach. Najbogatszym klubem jest Legia Warszawa, która dystansuje pod względem przychodów Lecha Poznań (114 mln zł wobec 65,24 mln zł). Pomimo niewątpliwego rozwoju rynku piłkarski biznes w Polsce nadal dzieli duży dystans do europejskich gigantów.

Zgodnie z opublikowanym po zakończeniu ubiegłego sezonu piłkarskiego raportem Ekstraklasy i firmy doradczej EY wynika, że przychody wszystkich klubów ekstraklasy to ok. 0,5 mld zł. 25 proc. tych budżetów jest generowanych przez sprzedaż praw mediowych i marketingowych przez spółkę Ekstraklasa SA – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Animucki, wiceprezes Ekstraklasy SA.

Jak dodaje, środki te są przeznaczane między innymi na szkolenie młodzieży, transfery zawodników czy ich pensje. Choć w ostatnim czasie także wiele pieniędzy kluby przeznaczają na produkty zachęcające kibiców do uczestnictwa w meczach, jak np. aplikacje mobilne.

Raport precyzuje przychody klubów na poziomie 459 mln zł, co w stosunku poprzedniego sezonu stanowi wzrost o 10 proc. Najbogatszym klubem została Legia Warszawa – do kasy warszawskiego klubu w 2013 r. wpłynęło 114,26 mln zł. Niektóre kluby ze względu na złą sytuację finansową musiały radykalnie obniżyć wydatki (Wisła Kraków o 19 proc., Widzew Łódź o 10 proc.), mimo to wyniki 16 drużyn są lepsze niż sezon wcześniej. Łączna strata wyniosła 50 mln zł w stosunku do 110 mln zł z 2012 r. Zyskami mogą pochwalić się Legia Warszawa, Lech Poznań i Zawisza Bydgoszcz.

W ubiegłym sezonie zanotowaliśmy rekordową liczbę kibiców, którzy przyszli na stadiony ekstraklasy prawie 2,5 mln osób. Trzeba też pamiętać, że 14 z 16 obiektów to nowe stadiony, wybudowane po 2008 roku, więc jest na nich bezpiecznie i komfortowo, dlatego można przyjść na mecz nie tylko ze znajomymi, lecz także z dziećmi – przekonuje Animucki.

Marcin Animucki zaznacza, że w ostatnich miesiącach na meczach znacząco wzrosło bezpieczeństwo.

To było najspokojniejsze pół roku w polskiej piłce od wielu lat, a kary dyscyplinarne spadły o około 60 proc. Widzimy zaangażowanie zarówno klubów, policji, jak i samorządów, które zacieśniają ze sobą współpracę i dzięki temu dochodzi do coraz mniejszej liczby incydentów. Co więcej, przez ostatnie sześć miesięcy rozgrywek w tym sezonie żaden stadion nie został zamknięty przez wojewodów czy władze administracyjne – zaznacza Animucki.

Według ostatniej edycji raportu PZPN na temat organizacji i bezpieczeństwa meczów w sezonie 2013/2014 na 296 rozegranych spotkań w 68 doszło do użycia środków pirotechnicznych, w 35 odnotowano incydenty rzucania przez kibiców przedmiotami, w 13 przypadkach doszło do wandalizmu na stadionie, a zachowania antysemickie i rasistowskie miały miejsce w trakcie czterech spotkaniach.

W ubiegłym sezonie średnia frekwencja na meczach sięgnęła 8,32 tys. osób i w stosunku rocznym się nie zmieniła, choć nominalnie spotkania ekstraklasy obejrzało o 466 tys. osób więcej. Powodem była zmiana systemu rozgrywek i zwiększenie liczby meczów.

Jak tłumaczy wiceprezes spółki Ekstraklasa SA, to przekłada się wyższe przychody z ticketingu, zarówno w odniesieniu do osób fizycznych, jak i przedsiębiorców.

Liczba skyboksów, czyli lóż dla kibiców VIP, urosła w dużym tempie i dzisiaj każdy stadion posiada takie miejsca biznesowe. Dla klubów generuje to główne wpływy z ticketingu z dnia meczowego.

Autorzy raportu wskazują, że tzw. przychody z dnia meczu (sprzedaż biletów i karnetów) w 2013 r. stanowiły 14 proc. całkowitych przychodów klubów.

Bardzo dobrze prezentuje się również oglądalność spotkań piłkarskich w telewizji. 12 mln osób obejrzało przynajmniej 5 minut meczu w poprzednim sezonie, a wartość ekspozycji reklamowej wyniosła 0,57 mld zł.

Na rynku odpadów za dużo biurokracji, a za mało konkurencji. W rezultacie ceny mogą wzrosnąć o 30 proc.

CEO Magazyn Polska

Polski rynek odpadów komunalnych jest zbiurokratyzowany i mało konkurencyjny wynika z raportu Instytutu Sobieskiego. Jeżeli nic się nie zmieni, to ceny, jakie Polacy płacą za wywóz śmieci, mogą wzrosnąć o kolejne 30 proc.

Na polskim rynku odpadów w 2013 roku wprowadzono rewolucyjna zmianę. Odpowiedzialność za odbiór odpadów i gospodarowanie nimi przejęły od właścicieli nieruchomości gminy. Na drodze przetargu wybierają one firmy, którym zlecają te zadania. W latach 2006-2013 koszty wywozu śmieci w Polsce podwoiły się, a w samym tylko 2013 roku wzrosły blisko o jedną trzecią. W wyniku przeprowadzonych przez gminy postępowań przetargowych wartość zawartych umów na odbiór i (lub) zagospodarowanie odpadów komunalnych sięgnęła ok. 3,3 mld zł. W 2014 roku – po kolejnych przetargach – wzrosła ona o 2 proc. Eksperci szacują, że w kolejnych latach wartość rynku wzrośnie do ok. 5 mld zł.

– Główny Urząd Statystyczny wskazuje, że w 2013 roku, czyli w roku przeprowadzenia reformy, ceny odbioru odpadów komunalnych wzrosły o około 30 proc., dokładnie 29,6 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Styś, ekspert w dziedzinie gospodarowania odpadami komunalnymi Instytutu Sobieskiego. – Prognozowane są dalsze wzrosty cen. Naukowcy ze Szkoły Głównej Handlowej opracowali raport, na który my się powołujemy, zakładając w nim, że ceny mogą wzrosnąć o kolejne 30 proc.

Ceny płacone za wywóz śmieci rosną szybko, ale nie idzie za tym wzrost jakości usług na tym rynku. Z jednej strony przyczyną są wyższe koszty utylizacji odpadów. Zgodnie z unijnymi przepisami Polska musi stosować bardziej ekologiczne i droższe metody ich przetwarzania. Z drugiej jednak strony za wzrost cen na tym rynku odpowiada rozrastająca się biurokracja oraz słaba konkurencja – mimo że na tym rynku działa dziś ok. 3,7 tys. firm i jest obecnych kilku międzynarodowych potentatów. W wyniku postępowań przetargowych przeprowadzonych przez gminy w 2013 r. zlecenie wykonywania tych usług otrzymało 673 podmiotów.

Według ekspertów Instytutu Sobieskiego w latach 2009-2013 liczba podmiotów na rynku wzrosła o ponad 17 proc., natomiast ceny – o ponad połowę. Oznacza to, że w systemie gospodarowania odpadami nie ma podstawowej rynkowej zależności konkurencji do ceny.

– Jeżeli nie uda się tego rynku, mówiąc językiem kolokwialnym, poluzować, wpuścić do niego więcej konkurencji, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że potencjalny Kowalski, właściciel nieruchomości, będzie płacił więcej i będzie otrzymywał porównywalnystandard. Ten standard się nie polepszy – przestrzega Tomasz Styś.

Rynek gospodarowania odpadami czekają w najbliższym czasie kolejne zmiany.

– Dwie najbardziej podstawowe rzeczy, na które warto zwrócić uwagę, to są nowelizacje dwóch ustaw konstytutywnych dla rynku gospodarowania odpadami: ustawy o utrzymaniu czystości, o porządku w gminach, która niesie ze sobą pewne zmiany i przede wszystkim ustawy o odpadach, która wprowadza na rynek nowego gracza, ponadregionalne instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych w postaci spalarni – zwraca uwagę ekspert Instytutu Sobieskiego.

Nowe przepisy wprowadzają też m.in. maksymalne opłaty za wywóz śmieci oraz obowiązek segregacji odpadów. Ten ostatni zapis ma nas przygotować do kolejnego wyzwania, które stawia przed rynkiem Unia Europejska, czyli radykalnego ograniczenia ilości śmieci, jakie mogą trafić na wysypiska.

– Do 2030 roku rynek odpadów ma być tzw. rynkiem o obiegu zamkniętym – tłumaczy Tomasz Styś. – Czyli większość wytworzonych odpadów zarówno komunalnych, jak i opakowaniowych ma wracać na rynek. Obecnie na składowiska rocznie trafia około 7 mln ton odpadów. Jeżeli Komisja Europejska przeforsuje swoje plany do 2030 roku będziemy mogli składować jedynie 0,6 mln ton – jak na perspektywę 15 lat jest to zmiana rewolucyjna.

W latach 2014-2020 na projekty związane z priorytetami dotyczącymi szeroko rozumianego gospodarowania odpadami przeznaczono ok. 4,7 mld zł w ramach dofinansowania z funduszy UE.

List polecony wyślemy bez wychodzenia z domu. Nowe technologie wspierają tradycyjne usługi

Klienci Poczty Polskiej mogą już wysyłać listy polecone także z domu lub biura dzięki nowej usłudze dostępnej na platformie Envelo. Potwierdzenie nadania i odbioru klient otrzymuje w pliku PDF, podobnie jak w przypadku przelewów elektronicznych w bankach.

Nadana w ten sposób przesyłka zostanie automatycznie wydrukowana, zapakowana w kopertę i dostarczona adresatowi przez listonosza Poczty Polskiej.

Jeśli chcemy skorzystać z takiej usługi, to musimy być zarejestrowanym użytkownikiem platformy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Świdwiński, prezes spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe. – Wchodzimy na platformę, naciskamy przycisk ,,nowa przesyłka’’, komponujemy list, możemy do niego dodać także załączniki i wybieramy sposób jego dostarczenia, czy jest to list polecony, czy polecony ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru. Wciskamy „enter” i sprawa jest załatwiona.

Po nadaniu przesyłki nadejdzie powiadomienie w formacie PDF. Będzie ono podobne do tego, które klient otrzymuje po dokonaniu przelewu elektronicznego w banku. Odpowiednio przygotowany plik w formacie PDF jest wystarczającym potwierdzeniem, że list polecony został wysłany.

Użytkownik dostaje informację o czterech statusach – mówi Grzegorz Świdwiński. – Informujemy go o tym, że przyjęliśmy zlecenie do realizacji, że zostało wydrukowane, że zostało nadane do operatora pocztowego i że zostało odebrane, jeśli ktoś wybrał opcję potwierdzenia odbioru. W tym momencie prawo pocztowe mówi, że datą nadania jest data przekazania do operatora pocztowego. Natomiast my chcemy, żeby datą nadania była data naciśnięcia „enter”, i nad tym w tym momencie pracujemy.

Platforma Envelo działa od roku. Początkowo umożliwiała skorzystanie z trzech usług. Oprócz neolistu, czyli listu nadawanego przez internet, a doręczanego przez listonosza, były to: neokartka, czyli kartka pocztowa nadawana za pośrednictwem internetu, którą adresat otrzymuje w formie drukowanej, oraz neoznaczek, czyli znaczek do samodzielnego wydruku (w połowie listopada pojawiły się neoznaczki na listy polecone). W kwietniu uruchomione zostały usługi dla wystawców i odbiorców faktur, czyli Neofaktura i Neorachunki.

Wraz z uruchomieniem neolistu rejestrowanego wprowadzamy też inne zmiany na platformie Envelo – podkreśla Świdwiński. – Nowy design skrzynki, tzw. mailboksa, przygotowanie do pełnej integracji pomiędzy listami elektronicznymi i korespondencją papierową – wymienia.

Należąca do grupy kapitałowej Poczta Polska spółka Poczta Polska Usługi Cyfrowe łączy tradycyjne usługi pocztowe z nowoczesnymi kanałami komunikacji internetowej. Umożliwia wygodny dostęp do oferty Envelo za pomocą urządzeń mobilnych i stacjonarnych.

Uruchamiamy też tzw. Konto Zaufane i skrzynkę, która będzie w przyszłości służyła do nadawania listów elektronicznych poleconych – informuje prezes Świdwiński.

80 proc. pracodawców oferuje benefity. Dla pracowników najcenniejsze są szkolenia i prywatna opieka medyczna

CEO Magazyn Polska

Pieniądze nie są wystarczającym sposobem wynagradzania i motywowania pracowników – wynika z badania Benefit Systems oraz HRNews.pl. 66,7 proc. respondentów wśród pozapłacowych świadczeń na pierwszym miejscu wybrało kursy doszkalające oraz dodatkową opiekę medyczną. Zajęcia sportowe są ważne dla 44,4 proc. badanych.

Dzisiaj około 80 proc. przedsiębiorstw stosuje świadczenia pozapłacowe. Firmy szukają pomysłów na to, by na długo związać pracownika ze sobą, szczególnie takiego, w którym widzą wartość wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Grochowska, dyrektor ds. rozwoju produktów w Benefit Systems, spółce obecnej na rynku pozapłacowych świadczeń dla pracowników.

W jej ocenie pracodawcy coraz częściej dostrzegają konieczność motywowania nie tylko najwyższej kadry zarządzającej, lecz także szeregowych pracowników.

Teraz poszukiwanie powszechnych programów jest coraz częstsze. Pracodawcy podkreślają w trakcie rozmów o systemach wynagradzania pozapłacowego, że są one bardzo potrzebne mówi ekspertka.

Z badań wynika, że 15 proc. firm deklaruje zamiar rozwijania wachlarza świadczeń pozapłacowych, a zaledwie 1 proc. ma w planach redukcję tej oferty.

Wśród świadczeń pozapłacowych najbardziej popularna jest opieka medyczna oraz ubezpieczenia. Z takich form wynagradzania firmy korzysztają najczęściej, wiąże się to z tym, że pracownicy je doceniają mówi Grochowska.

Kobiety poszukują i doceniają świadczenia zapewniające im możliwości rozwoju. Coraz popularniejsza w tej grupie jest możliwość pracy w systemie home office. Mężczyźni z kolei deklarują większe zainteresowanie awansem oraz premiami finansowymi.

Firmy, które mają zróżnicowaną strukturę wiekową pracowników, poszukują nowych rozwiązań. Pokolenie baby boomers oczekuje raczej stabilizacji, czyli potrzebuje takich świadczeń, które pozwalają kojarzyć firmę z przyszłością i pewną stabilizacją. Z kolei pokolenie, które nazywamy pokoleniem X, Y, Z ma zupełnie inne potrzeby twierdzi Grochowska. – Im pracownicy są młodsi, tym potrzebują mniej stabilizacji. Raczej stawiają oni na swoje zainteresowania i aktywności.

Trzech na czterech pracowników nigdy nie zostało przez pracodawcę zapytanych o to, czego życzyliby sobie w ramach kafeteryjnego systemu wynagrodzeń. To błąd, bo przypadkowy benefit może nie spełnić swojej motywacyjnej funkcji.

Ekspertka podkreśla, że trudno też rozwijać system benefitów, kiedy baza płacowa w firmie jest niewystarczająca lub panuje zła atmosfera w pracy. Przedsiębiorstwa, które nie dbają o te dwa czynniki, niekoniecznie odniosą sukces w motywowaniu i zatrzymywaniu pracowników w firmie. 56,8 proc. badanych pracowników satysfakcjonuje poziom zarobków, ale prawie co trzeci badany uważa, że jego wynagrodzenie jest zbyt niskie.

Według raportu zaledwie co dziesiąty ankietowany wskazuje na regularność wynagrodzenia pozapłacowego w swojej firmie. Z kolei tylko w 56,4 proc. przypadków rodzaj i wysokość przyznanego dodatku zależy od pełnionego stanowiska i pozycji w firmie.

Polscy klienci private banking inwestują bardziej krótkoterminowo i ryzykownie niż Ci zachodnioeuropejscy

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce przybywa osób zamożnych. Jest ich już 880 tys., a do 2016 r. będzie ich ponad milion. To dla nich banki rozwijają specjalne usługi z zakresu private banking, premium banking i wealth management, czyli m.in. szyte na miarę doradztwo inwestycyjne, prestiżowe karty kredytowe czy usługi concierge. Nowym zjawiskiem jest rosnące zapotrzebowanie na pomoc związaną z sukcesją majątku.

Polski private banking w dalszym ciągu jest nieco inny niż ten zachodni. Jesteśmy społeczeństwem, które cały czas szuka zysku. Klientów private banking interesują przede wszystkim inwestycje i depozyty, może nawet w odwrotnej kolejności: depozyt i inwestycja, która ma wygenerować dodatkowy dochód wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Pałac, menadżer Zespołu Usług Doradczych Friedrich Wilhelm Raiffeisen, czyli bankowości prywatnej Raiffeisen Polbank.

Jak dodaje, cechą charakterystyczną Polaków jako inwestorów jest stosunkowo krótki horyzont inwestycyjny, zwłaszcza w porównaniu z krajami zachodnimi, gdzie fortuny były tworzone latami, przekazywane z pokolenia na pokolenie, a horyzont inwestycyjny sięgał tam kilkunastu lub kilkudziesięciu lat.

U nas oczekiwanie jest takie, że w ciągu roku, dwóch lub trzech lat pieniądze przyniosą wysoki zwrot, co oczywiście powoduje także, że polscy klienci są nieco bardziej otwarci na ryzyko tłumaczy Pałac.

Ekspert stwierdza, że w Polsce klienci private bankingu wciąż uważają, że bank nie jest im potrzebny do nabycia nieruchomości. Dokładnie odwrotnie niż na Zachodzie, gdzie wielu klientów inwestuje w produkty, będące pochodną rynku nieruchomości (m.in. fundusze, certyfikaty).

Według raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2014” osoby bogate o dochodach przekraczających 20 tys. zł brutto, w 61 proc. są posiadaczami drogich nieruchomości (powyżej 17,03 tys. zł za mkw.) Co drugi z nich bezpośrednio nabywa takie obiekty w celach inwestycyjnych. Z kolei wartość całego rynku luksusowych nieruchomości w 2013 r. wynosiła 1,1 mld zł, a w 2017 r. według prognoz ma wzrosnąć do 1,35 mld zł.

Widzimy coraz większe zainteresowanie klientów usługami nie do końca bankowymi, ale jednocześnie usługami, w których bank może ich wesprzeć. Mam na przykład na myśli sukcesję majątku zaznacza ekspert z Raiffeisen Polbank. Jesteśmy w takiej sytuacji rynkowej, że pokolenie polskich milionerów, które rozpoczynało swoją karierę zawodową na początku przemian ustrojowych, w tej chwili dochodzi do wieku emerytalnego. Zastanawia się, co zrobić ze swoim majątkiem, jak go przekazać, jak go zabezpieczyć w przypadku, kiedy ich zabraknie.

Krzysztof Pałac tłumaczy, że bank wspiera takich klientów poprzez nawiązanie współpracy z wyspecjalizowanymi instytucjami, szczególnie kancelariami prawnymi.

Jako naród jesteśmy cały czas na dorobku, dysponujemy jednak nieco niższym kapitałem niż pozostała część Europy. Kryterium wejścia do usługi private banking w Polsce jest kwota ok. 1 mln złotych, podczas gdy w pozostałej części Europy i świata warunkiem jest posiadanie 1 mln dolarów bądź euro – mówi Pałac. – Dla klientów dysponujących niższymi środkami niż 1 mln zł jest usługa premium banking, gdzie standardy są być może nieco niższe, ale przedstawiona oferta jest zdecydowanie szersza niż w bankowości detalicznej.

Łagodniejsze kryterium dochodowe nad Wisłą wynika z mniejszej zamożności polskiego społeczeństwa.

Pieniądze lubią ciszę, a tym samym nie ma dokładnych statystyk, które pokazują trendy na rynku. Z dostępnych danych wynika, że w tej chwili osób definiowanych jako zamożne, czyli z dochodami powyżej 85 tys. zł rocznie, mamy w Polsce 880 tys. Ta liczba powinna się systematycznie zwiększać, o mniej więcej 6-7 proc. rocznie. W 2016 roku powinniśmy przekroczyć 1 mln prognozuje Krzysztof Pałac.

Jak jednak podkreśla, osoba zarabiająca 85 tys. zł rocznie brutto nie staje się automatycznie klientem private banking, chyba że wcześniej uzbierała wymaganą kwotę, zazwyczaj dorabiając się jej własną pracą.

Typowy klient polskiego private bankingu to przede wszystkim przedsiębiorca. Statystyki mówią, że jest to mieszkaniec dużego miasta, liczącego ponad 250 tys. osób, w wieku między od 40 do 60 lat, a jego majątek pochodzi z pracy zarobkowej podsumowuje przedstawiciel Raiffeisen Polbank.

Według danych KPMG, z usług bankowości prywatnej korzysta 20 proc. osób definiowanych jako zamożne (7,1-10 tys. zł dochody miesięczne brutto) oraz 46-47 proc. osób bardzo zamożnych i bogatych (powyżej 20 tys. zł dochodu). Na polskim rynku usługi z zakresu private banking i wealth management oferuje 12 banków.

Rośnie rynek internetowych rezerwacji hoteli. Małe i średnie przedsiębiorstwa coraz ważniejszym klientem

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba Polaków rezerwujących hotele przez internet. Rynek jest podzielony między trzech największych graczy, czyli: HRS, Booking.com i Trivago.pl. Wzrosty na całym rynku są dwucyfrowe, a dzięki rosnącej liczbie wyjazdów Polaków i odwrocie od tradycyjnych kanałów rezerwacyjnych, perspektywy są bardzo dobre.

2014 rok był z perspektywy naszego regionu bardzo dobrym rokiem pod względem liczby rezerwacji hotelowych dokonywanych za pośrednictwem internetu. Wbrew temu, co działo się w polityce i ekonomii u naszych sąsiadów, cała branża hotelowa może zakończyć 2014 rok na plusie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Dąbrowski, dyrektor generalny HRS w Polsce.

Firmy zajmujące się pośredniczeniem w rezerwacjach internetowych zanotowały wzrost liczby użytkowników. Wynika to nie tylko z ogólnej poprawy na rynku, lecz także z odwrotu od tradycyjnych kanałów sprzedaży.

Polacy – jak ocenia Dąbrowski – docenili elastyczność i szeroki wybór ofert zamieszczanych na platformach internetowych. Dlatego zarówno HRS, jak i większość jego konkurentów zanotowali w tym roku dwucyfrowe wzrosty liczby rezerwacji. Polska jest dla tych firm lepszym rynkiem niż inne kraje w Europie.

Średnia liczba wyjazdów w ciągu roku w Polsce cały czas w stabilny sposób rośnie – zwraca uwagę Dąbrowski i dodaje: ‒ Odnotowujemy bardzo silny trend migracji klientów, którzy wcześniej korzystali z tradycyjnych metod rezerwacji hotelowych w stronę internetu. Charakterystycznym dla 2014 roku trendem jest aktywizacja średnich i małych przedsiębiorstw. Wiele firm adresuje swoje oferty właśnie do tego segmentu rynku.

Z punktu widzenia firm zajmujących się internetowymi rezerwacjami hotelu atrakcyjne są małe i średnie przedsiębiorstwa z branż telekomunikacyjnej lub energetycznej. To zbyt małe firmy, by mogły same skutecznie negocjować ceny z hotelami. Dlatego pośrednictwo takich firm jak HRS jest dla nich bardzo korzystne.

Są zmuszone do zadeklarowania jakiegoś konkretnego potencjału noclegów w skali roku, żeby uzyskać atrakcyjne stawki. My konsolidujemy ich potencjał i negocjujemy w ich imieniu z naszymi partnerami hotelowymi, co stanowi oczywistą korzyść dla każdej ze stron zaangażowanych w ten proces – tłumaczy Dąbrowski. ‒ Stworzyliśmy grupę zakupową HRS, której główną misją jest danie średnim i małym przedsiębiorstwom dokładnie tej samej siły zakupowej, jaką dysponują duże korporacje.

Dąbrowski dodaje, że HRS koncentruje się również na działaniach zwiększających przejrzystość cen. Według niego często firmy reklamują przeceny w wysokości nawet 70 proc., podczas gdy w rzeczywistości zniżka wynosi jedynie 20-30 proc. Wynika to z tego, że firmy nie komunikują jednoznacznie ceny, od której naliczana jest zniżka.

To szczególnie istotny temat w kontekście naszej grupy zakupowej dla średnich i małych przedsiębiorstw, bo mamy tutaj do czynienia z klientem świetnie zorientowanym w temacie, który bardzo często dokonuje rezerwacji samodzielnie i doskonale zna wartość swoich rezerwacji hotelowych, więc trudno go czymś zaskoczyć – przekonuje Dąbrowski.

Wyjazd na narty powinien być ubezpieczony. Polisa może uchronić przed gigantycznymi wydatkami

Ferie za pasem i wielu Polaków już szykuje się do wyjazdów zimowych. Przed wejściem na stok warto jednak pomyśleć o ubezpieczeniu. Odpowiednia polisa może uchronić przed ogromnymi wydatkami. Koszty leczenia i transportu poszkodowanych w wypadkach sięgają niekiedy kilkudziesięciu tysięcy euro.

Polisa od następstw nieszczęśliwych wypadków może się przydać bez względu na planowaną aktywność sportową, miejsce wypoczynku  w Polsce czy za granicą, a także to, jak to będzie wyjazd  samotny czy rodzinny.

 Gwarantuje pomoc medyczną oraz odszkodowanie w sytuacji uszczerbku na zdrowiu podczas uprawiania sportów zimowych mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Morańska z Europ Assistance Polska. – Dobre polisy charakteryzują się również tym, że pomagają w procesie rehabilitacji, jeżeli dojdzie do bardzo poważnego wypadku. Dzięki temu ubezpieczyciel towarzyszy nam podczas całego okresu rekonwalescencji.

Dostępne ubezpieczenia turystycznego można rozszerzyć o amatorskie uprawianie sportów bądź uprawianie sportów ekstremalnych. Tylko z tak dobranym ubezpieczeniem można czuć się bezpiecznie na stoku. Tym bardziej że ewentualne koszty pomocy medycznej oraz leczenia przede wszystkim za granicą są dużo wyższe niż w Polsce. W Unii Europejskiej zwykłe koszty transportu medycznego sięgają niekiedy kilkudziesięciu tysięcy euro. Transport medyczny z użyciem helikoptera bądź transport samolotem medycznym może być wielokrotnie droższy.

 Niejednokrotnie wypadki bądź urazy na stoku wymagają transportu w pozycji leżącej, a taki transport powrotny do kraju jest dużo droższy niż w Polsce, jego organizacja również bywa bardzo czasochłonna i trudna, np. jeżeli do wypadku doszło w kraju, którego języka nie znamy. Polisa ubezpieczeniowa zdejmuje z nas ciężar organizacji takiej pomocy medycznej oraz przejmuje jej koszty  wyjaśnia Morańska.

Podkreśla, że dobra polisa to nie tylko wysoka suma ubezpieczenia, lecz także szereg dodatkowych świadczeń. Niektóre z nich obejmują nie tylko organizację pomocy medycznej, transportu czy leczenia, lecz także opiekę nad dziećmi bądź organizację transportu dzieci do Polski, ochronę sprzętu narciarskiego czy pomoc specjalisty w razie zdarzenia losowego w mieszkaniu podczas nieobecności ubezpieczonego (np. włamanie czy zalanie).

– Polisy dla narciarzy i snowboardzistów charakteryzują się tym, że mają zakres świadczeń dostosowany do potrzeb takich sportowców zaznacza Małgorzata Morańska. – Na przykład zwracają nam koszty zakupu karnetu bądź wypożyczenia sprzętu narciarskiego w sytuacji, gdy ze względu na złe warunki pogodowe stok narciarski będzie zamknięty.

Wyjeżdżając na narty, warto również zadbać o ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej na wypadek szkód wyrządzonych osobom bądź mieniu osób trzecich. Bez niego w razie spowodowania wypadku na stoku będziemy musieli pokryć koszty ewentualnych szkód z własnej kieszeni.

Kupując polisę, warto zapoznać się z jej ogólnymi warunkami ubezpieczenia. To one mówią jednoznacznie, kiedy możemy liczyć na pomoc ubezpieczyciela i jakie są wyłączenia.

Nowotwór pęcherza moczowego występuje prawie cztery razy częściej u palaczy niż u osób niepalących

CEO Magazyn Polska

151 tys. Europejczyków, w tym 6 tys. Polaków, co roku dowiaduje się o tym, że choruje na nowotwór pęcherza moczowego. Choroba najczęściej dotyka mężczyzn, a jej ryzyko wzrasta u palaczy i pracowników przemysłu chemicznego. Ten typ nowotworu jest często rozpoznawany zbyt późno, ponieważ jego objawy przypominają symptomy zapalenia cewki moczowej lub pęcherza moczowego. Pakiet onkologiczny, który wszedł w życie 1 stycznia, może usprawnić diagnostykę choroby.

Jak podaje czasopismo medyczne „European Journal of Cancer”, rak pęcherza moczowego jest piątym najczęściej występującym nowotworem w Europie. Co roku diagnozuje się go u ponad 151 tys. osób. Polskie statystyki są równie niepokojące.

– Nowotwór pęcherza moczowego rocznie wykrywa się u ponad 6 tys. osób. Jest to czwarty nowotwór w Polsce pod względem zgonów. W przeważającej części chorują na niego mężczyźni – mówi agencji informacyjnej Newseria Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Według Cancer Research UK, brytyjskiej organizacji zajmującej się badaniami nad rakiem, jedynie 28 proc. przypadków choroby dotyczy kobiet. Co ciekawe, aż 42 proc. wszystkich nowotworów pęcherza moczowego jest związane ze stylem życia, a nie genami. Przykładowo, ryzyko zachorowania na nowotwór pęcherza moczowego jest 3,8 razy wyższe u palaczy niż u osób, które nigdy nie paliły.

– Bardzo niewiele osób wie, że palenie wpływa nie tylko na nowotwór płuca, lecz także na nowotwór pęcherza moczowego. Oprócz palenia, ryzyko choroby podwyższa przebywanie w środowisku, gdzie jest bardzo dużo chemikaliów, czyli np. farby, oleje, paliwa. Trzecim czynnikiem są oczywiście uwarunkowania środowiskowe i genetyczne – wylicza Szymon Chrostowski.

Leczenie i rokowania zależą od tego, jak głęboko nowotwór wrósł w ścianę pęcherza.

– Jeśli guz jest jeszcze w obrębie pęcherza moczowego, to mamy sytuację w miarę dobrą. Problem pojawia się, kiedy choroba ze środka pęcherza wnika w jego ścianki, a często też wychodzi poza jego strukturę i nacieka na inne narządy – tłumaczy Chrostowski.

Niestety, rak pęcherza moczowego często jest diagnozowany zbyt późno, ponieważ jego objawy przypominają symptomy zapalenia cewki moczowej lub pęcherza moczowego, przez co lekarze często wdrażają leczenie farmakologiczne, nie zlecając pogłębionej diagnostyki.

– Te sprawy ma wyjaśnić pakiet onkologiczny, który obowiązuje od 1 stycznia. Najpierw trzeba będzie wyeliminować chorobę nowotworową, zlecając odpowiednią diagnostykę, a dopiero potem przechodzić do tych innych, mniej śmiercionośnych chorób, które również są związane z pęcherzem moczowym – dodaje rozmówca.

Onkolodzy apelują, by nie lekceważyć objawów, które mogą świadczyć o nowotworze pęcherza moczowego. Każdy pacjent, który zaobserwuje w moczu krew, powinien wykonać badanie ogólne moczu oraz USG jamy brzusznej z oceną pęcherza moczowego.

NIK o fermach zwierząt

Wielkoprzemysłowe fermy zwierząt są często bardzo uciążliwe dla osób mieszkających w ich sąsiedztwie i środowiska naturalnego. Tymczasem nadzór nad fermami wielkoprzemysłowymi jest dziurawy, bo wyznaczone do kontroli instytucje nie współpracują ze sobą tak, jak powinny: mają rozbieżne dane i nie wymieniają się informacjami. Wykorzystują to niektórzy właściciele ferm i, w zgodzie z prawem, dzielą „na papierze” duże fermy na mniejsze. Podlegają dzięki temu mniej rygorystycznym przepisom, co sprawia, że ich fermy są bardzo uciążliwe dla sąsiadów i środowiska.

W Polsce działają 864 wielkoprzemysłowe fermy zwierząt. Od roku 2010 r. ich liczba wzrosła o 112. Mają one ogromny wpływ na jakość i warunki życia ludzi mieszkających w ich sąsiedztwie, zwłaszcza najbliższym. Fermy wydzielają uciążliwe odory. Poza tym niewłaściwe magazynowanie, wylewanie i utylizowanie powstających w fermach ogromnych ilości nieczystości (np. gnojowicy, obornika) prowadzi do poważnych zagrożeń dla środowiska naturalnego i zdrowia człowieka (np. nadmierne nawożenie gleb odchodami zwierzęcymi zanieczyszcza wody gruntowe).

Omijanie prawa

W świetle obowiązującej ustawy Prawo ochrony środowiska, właściciele ferm wielkoprzemysłowych mogą bez trudu obchodzić przepisy dot. ochrony środowiska. Teoretycznie do prowadzenia fermy wielkoprzemysłowej potrzebne jest tzw. pozwolenie zintegrowane, nakładające na właścicieli wiele wymogów związanych z ochroną środowiska: takie fermy muszą np. przestrzegać warunków poboru wód i emisji hałasu, prawidłowo wykorzystywać energię, a także przestrzegać zasad wykorzystania wytwarzanych na fermie odchodów zwierzęcych jako nawozu naturalnego. Fermy wielkoprzemysłowe podlegają też systematycznej (raz w roku lub co dwa lata), planowej kontroli Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska. W praktyce szansę uniknięcia tych wszystkich wymogów daje podział fermy. Mniejsze fermy nie mają bowiem obowiązku posiadania pozwolenia zintegrowanego. W zależności od wielkości wymaga się od nich jedynie tzw. pozwoleń sektorowych, które są o wiele mniej rygorystyczne. W przypadku średnich ferm (do 1500 tuczników, 600 macior lub 40 tys. kur) istnieje tylko obowiązek zgłaszania prowadzonej działalności do Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska. Jeszcze mniejsze fermy (poniżej 429 tuczników, 171 macior lub 15 tys. kur) nie mają nawet tego obowiązku.

NIK zwraca uwagę, że część właścicieli ferm wielkoprzemysłowych wykorzystuje tę prawną furtkę i formalnie, w urzędowej dokumentacji dzieli swoje gospodarstwa na mniejsze, choć w rzeczywistości nie przeprowadza żadnych zmian. Powstałe w wyniku formalnego wyodrębnienia małe podmioty działają nadal w ramach jednego organizmu fermy wielkoprzemysłowej, tyle, że już bez konieczności występowania i przestrzegania zapisów pozwolenia zintegrowanego.

Często taki podział ferm polega jedynie na wydzierżawieniu lub użyczeniu kilku jej budynków innej osobie, np. komuś z rodziny. W 2012 r. właścicielka fermy drobiu w miejscowości T., uzyskała pozwolenie zintegrowane. W trakcie kontroli w lipcu 2013 r. przedstawiła umowę użyczenia zawartą między nią a jej córką, na mocy której dwa kurniki zostały podzielone. Dzięki temu pozwolenie zintegrowane wygaszono i fermę zwolniono od stosowania wielu wymogów, które musiała wcześniej spełniać.

W latach 2011-2013 kontrole tylko jednej wojewódzkiej inspekcji ochrony środowiska (w Warszawie) ujawniły podział 13 ferm drobiu i trzody chlewnej. W ten sposób powstało 31 mniejszych ferm, które nie musiały już posiadać pozwolenia zintegrowanego. Na przykład Gospodarstwo Rolne w S., prowadzące 3134 stanowiska dla tuczników, nie posiadało wymaganego pozwolenia zintegrowanego i nie spełniało wynikających z niego wymogów. Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska wszczął więc procedurę, wstrzymującą działalność fermy. Jednak już w trakcie postępowania został poinformowany, że ferma ta została podzielona na dwa odrębne podmioty, niepodlegające już przepisom zobowiązującym do uzyskania pozwolenia zintegrowanego. Inspektorowi Ochrony Środowiska pozostało jedynie umorzenie postępowania w sprawie zamknięcia fermy.

Izba wnioskowała o zmianę przepisów w tej sprawie już podczas poprzedniej kontroli wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej w 2006 r. Zgodnie z sugestią NIK planowano wprowadzenie przepisów zobowiązujących do posiadania pozwolenia zintegrowanego niezależnie od formalnie dokonanych podziałów ferm wielkoprzemysłowych w ramach nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska. Jednak po konsultacjach społecznych planów zaniechano. Wyniki obecnej kontroli NIK potwierdziły, że proceder celowego podziału ferm wielkoprzemysłowych nadal istnieje.

Problem nieprzyjemnych zapachów nadal nieuregulowany

Wpływające do władz i inspekcji lokalnych, skargi na działalność ferm wielkoprzemysłowych dotyczą głównie wytwarzanego przez nie odoru i hałasu. Tymczasem ustalenia kontrolerów NIK wykazały, że wciąż nie wypracowano skutecznego sposobu przeciwdziałania uciążliwości zapachowej, pomimo tego, że Ministerstwo Środowiska pracowało nad odpowiednią ustawą pięć lat. Wielokrotnie zmieniano założenia projektu tej ustawy, prowadzono kolejne konsultacje międzyresortowe i społeczne, aż wreszcie, podjęto decyzję o zaniechaniu prac, ze względu na duży sprzeciw samorządowców i przedstawicieli poszczególnych branż gospodarki. Ministerstwo Środowiska oceniło, że obecnie nie ma możliwości przeprowadzenia z sukcesem procesu legislacyjnego projektu ustawy „odorowej” i sprawa uciążliwości zapachowej wróciła do uzgodnień międzyresortowych. Ministerstwo Środowiska we współpracy z właściwymi resortami (m.in. z ministerstwami rolnictwa i zdrowia) nie chce tworzyć nowej ustawy, tylko zmieniać obowiązujące przepisy tak, aby wyeliminować problem zapachów wydobywających się z ferm. NIK wnioskuje o przyspieszenie tych działań, ponieważ brak przepisów powoduje, że fermy mogą narażać na tego rodzaju uciążliwości okolicznych mieszkańców, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności.

NIK zwraca także uwagę, że Minister Środowiska nie wydał rozporządzenia w sprawie punktu odniesienia i wartości granicznych substancji zapachowych w powietrzu oraz metod oceny zapachu, choć upoważniała go do tego ustawa. Przedstawiciele Ministerstwa uważają, że wprowadzenie rozporządzenia skutkowałoby restrykcyjnym karaniem i groziło zamykaniem zakładów z powodu produkowanych przez nie zapachów, a i tak nie rozwiązałoby wszystkich problemów.

Największe wątpliwości budzi bowiem metodyka badania, która jako jedyne narzędzia pomiaru uciążliwości zapachowej, wykorzystuje ludzki węch, co zdaniem urzędników ministerstwa nie gwarantuje obiektywizmu przeprowadzanych badań.

Potrzebna lepsza kontrola ferm

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli żadna z inspekcji odpowiedzialnych za kontrolowanie ferm wielkoprzemysłowych (Inspekcja Weterynaryjna, Inspekcja Ochrony Środowiska i Państwowa Inspekcja Sanitarna) nie robiła tego właściwie. W zależności od uciążliwości dla ludzi i środowiska, fermy przyporządkowywane są do odpowiednich kategorii ryzyka i zgodnie z nimi powinny być kontrolowane co rok lub co dwa lata. Tymczasem np. Inspekcja Ochrony Środowiska w latach 2011-2013 nie skontrolowała wszystkich wielkoprzemysłowych ferm świń, zaliczanych do pierwszej, najbardziej rygorystycznej, kategorii ryzyka (np. w 2011 r. nie sprawdzono sześciu takich ferm).

Wątpliwości NIK budzi także częstotliwość kontroli wielkoprzemysłowych ferm drobiu. Teoretycznie zalicza się je do drugiej kategorii ryzyka, zatem powinny być kontrolowane co dwa lata. Jednak Główny Inspektorat Ochrony Środowiska dopuścił możliwość jeszcze rzadszych kontroli. Nie doprecyzował przy tej okazji jednak wymaganej częstotliwości kontroli, co oznacza, że obecnie panuje pełna dowolność w tym zakresie. Np. w latach 2011-2013 Inspekcja Ochrony Środowiska kontrolowała co roku tylko od 34 proc. do 42 proc. ferm drobiu.

Ferm zwierząt dostatecznie nie kontrolowała także Państwowa Inspekcja Sanitarna. Żadna ze sprawdzonych przez NIK ośmiu powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych nie miała w swojej ewidencji aktualnych danych o wszystkich fermach podlegających ich nadzorowi. Brak aktualnych danych, np. o liczbie ferm zwierząt – w ocenie NIK – uniemożliwiał nadzór nad panującymi tam warunkami higieny pracy.

Brak współpracy weterynarzy i inspekcji ochrony środowiska

NIK ujawniła także, że istotne rozbieżności w danych występowały także pomiędzy poszczególnymi inspekcjami. Ewidencja wielkoprzemysłowych ferm zwierząt wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska różniła się od ewidencji inspekcji weterynaryjnej. Na przykład liczba ferm świń objętych nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej w 2013 r. wyniosła 180, podczas gdy Inspekcja Ochrony Środowiska, zgodnie ze swoimi danymi, nadzorowała w tym samym roku tylko 145 ferm świń. Jeszcze bardziej różniły się dane dotyczące ferm drobiu. W 2013 r. na liście Inspekcji Weterynaryjnej figurowały 954 fermy drobiu, a w Inspekcji Ochrony Środowiska tylko 686.

Efektów nie przynosiła także współpraca pomiędzy Inspekcją Weterynaryjną i Inspekcją Ochrony Środowiska, polegająca na wymianie informacji o liczbie i stanie wielkoprzemysłowych ferm świń, drobiu oraz zwierząt futerkowych. Zgodnie z założeniami inspekcje miały – na zasadzie wzajemności – powiadamiać się o wszelkich przypadkach nieprawidłowości na fermach. Tymczasem pomiędzy 2011 a 2013 r. tylko ośmiu wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska przekazywało regularnie (co pół roku) wojewódzkim lekarzom weterynarii informacje o skontrolowanych fermach. Równie rzadko wojewódzcy lekarze weterynarii informowali o swoich kontrolach inspektorów ochrony środowiska.

NIK zleca kontrole

Na zlecenie Najwyższej Izby Kontroli Inspekcja Ochrony Środowiska, Inspekcja Weterynaryjna, Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz Nadzór Budowlany przeprowadziły kontrole w fermach zwierząt na terenie województw: łódzkiego, kujawsko-pomorskiego, zachodnio-pomorskiego oraz pomorskiego. Kontrolami objęto wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej i drobiu oraz fermy zwierząt futerkowych.

Na 61 ferm (20 trzody chlewnej, 21 drobiu, 20 zwierząt futerkowych) skontrolowanych przez inspekcję weterynaryjną, w 22 stwierdzono nieprawidłowości. Dotyczyły one głównie braku należytej czystości budynków oraz niewłaściwego stanu sanitarno-higienicznego ich otoczenia oraz niewystarczającej liczby mat dezynfekcyjnych zabezpieczających wjazd do gospodarstwa. Wątpliwości inspektorów wzbudził także sposób przechowywania zwłok zwierząt, które w kilku przypadkach były składowane w źle oznakowanych kontenerach, niezabezpieczonych przed dostępem zwierząt.

W kilku przypadkach inspekcja weterynaryjna odnotowała także brak właściwej opieki nad zwierzętami. Trzymano je w szkodliwych warunkach – np. świnie nie miały zapewnionej odpowiedniej powierzchni, wystarczającego oświetlenia, nie usuwano im odchodów i resztek pasz. W fermach drobiu z kolei kury były stłoczone w klatkach, a w fermach zwierząt futerkowych zbyt mała powierzchnia klatek powodowała uszkodzenia i urazy ciała.

Inspekcja Ochrony Środowiska skontrolowała 62 fermy wielkoprzemysłowe – 18 z nich nie przestrzegało warunków pozwoleń zintegrowanych, m.in. nie monitorowano hałasu, nie wykonywano wcale lub niewłaściwie badano pobieraną wodę. Na jednej z ferm w województwie kujawsko-pomorskim wprowadzano ścieki sanitarne do lagun na gnojowicę, służącą jako nawóz. W trzech fermach świń w zachodniopomorskim niewłaściwie monitorowano wody podziemne w rejonie zagospodarowania odchodów. Natomiast w fermie świń w łódzkim niewłaściwe przechowywano odchody (w nieprawidłowo przykrytych zbiornikach w złym stanie technicznym).

Spośród 20 ferm zwierząt futerkowych poddanych kontroli, nieprawidłowości stwierdzono w 15 fermach. W pięciu przypadkach właściciele składowali obornik pod klatkami norek, co mogło spowodować przedostanie się do gruntu ścieków ze związkami azotu. W jednym przypadku ścieki z fermy wyprowadzano do ziemi.

Wnioski NIK skierowane do Ministra Środowiska dotyczyły:

  • opracowania projektu nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska, wprowadzającej obowiązek posiadania pozwolenia zintegrowanego przez wszystkie fermy powiązane technologicznie i położone na terenie sąsiednich zakładów. Najwyższa Izba Kontroli za priorytetową uznaje zmianę prawa uniemożliwiającą obchodzenie przepisów ochrony środowiska przez formalne dzielenie wielkoprzemysłowych ferm zwierząt;
  • przyśpieszenia działań, we współpracy z właściwymi ministrami, które doprowadzą do przyjęcia takich uregulowań prawnych, które skutecznie doprowadzą do przeciwdziałania uciążliwości zapachowej.

Do Głównego Lekarza Weterynarii oraz Głównego Inspektora Ochrony Środowiska NIK wnioskowała o:

  • wprowadzenie lepszego nadzoru nad działalnością inspekcji, tak aby zapewnić pełną kontrolę nad fermami zwierząt;
  • poprawę współpracy pomiędzy inspekcjami w zakresie nadzoru nad fermami zwierząt.

NIK o odpadach medycznych

System utylizacji odpadów medycznych jest w Polsce nieszczelny. NIK zwraca uwagę, że zwykle niedoceniane i bagatelizowane procedury postępowania oraz rzetelna dokumentacja akurat w tym wypadku są zbyt ważne, by je zaniedbywać. Prowadzi to do kłopotów z monitorowaniem niebezpiecznych odpadów. Spore ryzyko stwarza też przewożenie odpadów na duże odległości: szpitale często wybierają spalarnię najtańszą a niekoniecznie najbliższą, kierując się ceną za usługę zamiast bezpieczeństwem obywateli i środowiska.

W Polsce średnio rocznie wytwarza się ok. 44 tys. ton odpadów medycznych (ok. 40 tys. podmiotów wytworzyło w latach 2011-2013 około 133 tys. ton odpadów medycznych). Aż 90 proc. z nich to odpady niebezpieczne, głównie zakaźne, dlatego bardzo istotne jest przestrzeganie wszelkich procedur bezpieczeństwa przy ich przechowywaniu, odbiorze, transporcie i utylizacji. Najwięcej odpadów medycznych – aż 1/5 – wytworzono łącznie w województwach śląskim i mazowieckim.

Segregacja

NIK w dziesięciu  z 12 skontrolowanych szpitali wykryła szereg błędów w postępowaniu z odpadami medycznymi. Poważne nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim segregacji.Odpadów nie sortowano lub mieszano ze sobą ich różne rodzaje, na workach i pojemnikach z odpadami brakowało kodów, które określałyby ich rodzaj, zdarzało się też, że worki były przepełnione, co w efekcie uniemożliwiało ich bezpiecznie zamknięcie.Ponadto odpady przechowywano w workach niewłaściwego koloru, często brakowało szczegółów pozwalających na identyfikację w nagłych wypadkach: nie podawano informacji o tym, kto je wytworzył ani daty zamknięcia.

W pięciu szpitalach nie dotrzymywano wymaganych warunków magazynowania odpadów medycznych (w tym dopuszczalnego czasu i wymaganej temperatury magazynowania).Pomieszczenia magazynowe nie były zabezpieczone przed dostępem osób nieupoważnionych, a także przed dostępem owadów, gryzoni i innych zwierząt, które mogą roznosić zarazki. Magazyny nie miały też wentylacji oraz brakowało w nich wydzielonych boksów na poszczególne rodzaje odpadów medycznych. W trzech szpitalach nie przestrzegano również warunków transportu wewnętrznego odpadów medycznych z miejsca ich powstania do miejsca składowania np. nie używano zamykanych wózków.

Zdaniem NIK wszystkie nieprawidłowości związane z sortowaniem i magazynowaniem odpadów medycznych zagrażały zdrowiu ludzi oraz środowisku. O najważniejszych Izba powiadomiła Głównego Inspektora  Ochrony Środowiska, a także wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska w Warszawie i Rzeszowie.

Ewidencja

Szpitale są zobowiązane do prowadzenia ewidencji odpadów medycznych wytwarzanych i przekazywanych do utylizacji. Połowa skontrolowanych szpitali obowiązkową ewidencję odpadów prowadziła niezgodnie z obowiązującym katalogiem i listą odpadów niebezpiecznych. Co więcej, kontrolerzy wskazali niezgodności pomiędzy ilością odpadów zewidencjonowanych a ilością przekazanych do unieszkodliwienia – w sumie zaniżono ilość odpadów prawie o cztery tony.

Przykładowo w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Skierniewicach pracownicy świadomie zapisali w kartach ewidencji i kartach przekazania cztery tony odpadów o kodzie 18 01 03 (m.in. odpady, które zawierają żywe drobnoustroje chorobotwórcze lub ich toksyny) jako odpady o kodzie 18 01 04, które są mniej groźne (m.in. narzędzia do operacji bez przedmiotów ostrych, opatrunki, odzież jednorazowego użytku, rękawiczki, strzykawki bez igieł). Zrobili tak, ponieważ przekroczyli dopuszczalny limit odpadów o kodzie 18 01 03. Z kolei Szpital Bródnowski w Warszawie w ogóle nie prowadził ewidencji odpadów o kodzie 18 01 04 i przekazywał je do utylizacji jako odpady komunalne. Niezewidencjonowanych w ten sposób odpadów mogło być nawet 40 ton rocznie (tyle szpital planował wytworzyć).

W ocenie NIK nierzetelne prowadzenie ewidencji odpadów, może skutkować zawyżaniem masy odpadów przez firmy odbierające, a tym samym kosztów ich unieszkodliwiania, które ponoszą szpitale. Takie działanie w konsekwencji może sprzyjać korupcji. Z kolei przekazywanie niepełnych danych marszałkom województw uniemożliwia im rzetelne prowadzenie bazy danych, niezbędnych do nadzorowania przepływu odpadów, zwłaszcza zakaźnych i niebezpiecznych .

Najwyższa Izba Kontroli wykryła, że marszałkowie województw nie posiadali informacji dotyczących utylizacji prawie 7 tys. ton zakaźnych odpadów medycznych. Ogółem w latach 2011-2013 wytworzono w Polsce 120,8 tys. ton niebezpiecznych odpadów medycznych, a unieszkodliwiono 113,9 tys. ton. Oznacza to, że z systemu zniknęła ogromna masa groźnych dla życia ludzkiego odpadów. Nie wiadomo co się z nimi stało – czy  faktycznie zostały zniszczone, ale na skutek bałaganu nie można tego stwierdzić, czy też pozbyto się ich w inny sposób.

Zdecydowana większość kontrolowanych szpitali (10 z 12) nie występowała do firm, które utylizowały zakaźne odpady medyczne o wydanie dokumentu potwierdzającego unieszkodliwienie tych odpadów. Szpitale tłumaczyły się brakiem odpowiednich przepisów wykonawczych, określających wzór takiego potwierdzenia (Minister Środowiska wydał rozporządzenie 13 stycznia 2014 r., czyli dopiero po roku od wejścia w życie ustawy o odpadach) oraz interpretacją Ministerstwa Środowiska, która zwalniała je z tego obowiązku.

Jednak zdaniem NIK szpitale powinny dbać o to, by móc udowodnić, że przekazane przez nie odpady faktycznie zostały we właściwy sposób unieszkodliwione, zarówno dla własnego bezpieczeństwa, jak i dla bezpieczeństwa ludzi i środowiska. W ocenie NIK brak wzoru dokumentu nie wyklucza żądania od spalarni pisemnego potwierdzenia utylizacji tak nierzadko groźnych odpadów.

Utylizacja

Z roku na rok maleje w Polsce liczba spalarni odpadów medycznych. W 2011 r. było ich 54, dwa lata później – jedynie 42. Mniejsza konkurencja na rynku powoduje, że to spalarnie dyktują cenę za jaką odbierają odpady od szpitali. Stawki różniły się w zależności od czasu i regionu i wahały się w granicach od 1,22 zł/kg (Centrum Opieki Medycznej w Jarosławiu w 2011 r.) do 3,24 zł/kg (SPZOZ w Łapach).

Praktykę wożenia niebezpiecznych odpadów po całym kraju, w poszukiwaniu najtańszego odbiorcy miała ukrócić zasada bliskości, która wprowadziła zakaz unieszkodliwiania zakaźnych odpadów medycznych poza obszarem województwa, na którym zostały wytworzone. Jednak lokalizacja spalarni zakaźnych odpadów medycznych w Polsce nie zawsze gwarantuje możliwość unieszkodliwiania ich – zgodnie z przepisami – w tym województwie, w którym zostały wytworzone. Dlatego, w przypadku gdy istniejące spalarnie nie mają wolnych mocy przerobowych lub na terenie danego województwa spalarni po prostu nie ma, dopuszcza się transport odpadów do spalarni najbliżej położonej.

Jak jednak wynika z ustaleń NIK aż połowa kontrolowanych szpitali nie przestrzegała zasady bliskości i odpady medyczne transportowane były nieraz setki kilometrów, do innych województw. Z szacunkowych danych wynika, że w latach 2011-2013 pomiędzy województwami przewieziono aż 45 proc. wszystkich wytworzonych odpadów zakaźnych (ok. 55 tys. ton).  

Nie zawsze o ryzykownej operacji transportu zakaźnych odpadów medycznych rozstrzygają powody obiektywne, czasem decydowały o tym czynniki ekonomiczne i traktowanie ceny jako głównego kryterium wyboru spalarni.

W latach 2011-2013 nie było np. czynnej instalacji unieszkodliwiania odpadów medycznych w województwie lubelskim, na terenie którego wytworzono w tym czasie 7,3 tys. ton odpadów medycznych (w tym 6,3 tys. ton zakaźnych). Z kolei na Mazowszu wydajność jedynej czynnej instalacji umożliwia unieszkodliwienie tylko ok. 5 proc. zakaźnych odpadów medycznych z tego województwa.

Kontrolerzy wskazują jednak także na przypadek Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku, z którego odpady transportowane były do instalacji: w Ostrołęce (ok. 213 km od szpitala), w Tczewie (ok. 187 km od szpitala) lub Chojnicach (ok. 185 km od szpitala). Działo się tak, chociaż w Bydgoszczy (w odległości 93 i 97 km od szpitala) znajdowały się dwie instalacje do unieszkodliwiania odpadów medycznych, a najbliżej położona instalacja zlokalizowana była w Koninie – 85 km od szpitala. W tym wypadku niestosowanie przez szpital zasady bliskości podyktowane było wyłącznie względami ekonomicznymi.

Na zlecenie NIK Inspekcja Ochrony Środowiska skontrolowała 29 spalarni zakaźnych odpadów medycznych. Nieprawidłowości stwierdzono w 18 z nich:

  • w co trzeciej spalarni nie wykonywano wymaganych pomiarów emisji zanieczyszczeń powietrza lub wykonywano je z częstotliwością inną, niż określona w przepisach;
  • ponadto wyniki wykonanych pomiarów przekazywano wojewódzkim inspektorom ochrony środowiska i marszałkom województw nieterminowo;
  • pięć spalarni unieszkodliwiło odpady w większej ilości, niż wynikało z posiadanych zezwoleń;
  • w czterech spalarniach nieprawidłowo magazynowano zakaźne odpady medyczne;
  • również w czterech spalarniach nie prowadzono lub nierzetelnie prowadzono ewidencję odpadów.

Wnioski NIK

Mając na względzie bezpieczeństwo ludzi i środowiska NIK zwraca się do Ministra Środowiska o podjęcie skutecznych działań w celu poprawy stanu przestrzegania zasady bliskości przy postępowaniu z zakaźnymi odpadami medycznymi. W ocenie NIK przestrzeganie zasady bliskości powinno być warunkiem udzielania przez szpitale zamówienia publicznego na odbiór i unieszkodliwianie odpadów medycznych.

Z kolei Minister Zdrowia powinien bezzwłocznie uregulować kwestię dopuszczalnych sposobów unieszkodliwiania zakaźnych odpadów medycznych, tak, aby zgodnie z obowiązującą ustawą nowe rozporządzenie dopuszczało tylko i wyłącznie spalanie zakaźnych odpadów medycznych. NIK zwraca uwagę, że wciąż obowiązujące rozporządzenie dopuszcza – wbrew ustawie – także inne metody utylizacji. A jak wynika z informacji uzyskanych od marszałków na terenie województw zachodniopomorskiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego, wciąż znajdowały się instalacje do unieszkodliwiania odpadów zakaźnych w inny sposób, niż poprzez  przekształcanie termiczne.

Siedem z dziesięciu szpitali, do których przekazano wnioski pokontrolne dot. m.in. transportu i magazynowania odpadów, częstotliwości wymiany pojemników i znakowania worków na odpady, wyeliminowało już nieprawidłowości. Pięć skontrolowanych szpitali zrealizowało wnioski dotyczące prawidłowego prowadzenia ewidencji odpadów i przekazywania rzetelnych danych o rodzajach i ilości odpadów marszałkom województw.

NIK będzie pomagać Trybunałowi Obrachunkowemu z Mołdawii

Jednym z priorytetów aktywności Izby jest pomoc organom kontroli z państw przygotowujących się do pełnej integracji z Unią Europejską. NIK wspiera już kontrolerów z Ukrainy i Gruzji. Teraz do grona wspieranych przez NIK krajów dołączy Mołdawia. Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski zaprosił do złożenia wizyty w Polsce Serafima Urecheana, szefa mołdawskiego naczelnego organu kontroli (Curtea de Conturi). NIK chce zaproponować mołdawskim partnerom m.in. pomoc w przygotowaniu kontrolerów do prowadzenia kontroli wydatkowania środków unijnych. Zaproszenie zostało przekazane na ręce ambasadora Mołdawii w Polsce Iurie Bodruga.

Izba pomaga już w tworzeniu ukraińskiej administracji publicznej. Współpracuje przy opracowywaniu regulaminu ukraińskiej kancelarii prezesa rady ministrów, pomaga w przygotowaniu reform samorządowych, udziela konsultacji przy nowej ustawie o służbie cywilnej. NIK wdraża także program staży dla najlepszych absolwentów ukraińskiej Krajowej Akademii Administracji Publicznej. Prezes Krzysztof Kwiatkowski podpisał porozumienie z prezesem Izby Obrachunkowej Ukrainy Romanem Magutą jeszcze w maju 2014 roku, na mocy którego NIK organizuje szkolenia dla ukraińskich kontrolerów, zwłaszcza w zakresie dostosowywania się do procedur obowiązujących w UE. Dotyczyć one będą m.in. kontroli długu publicznego oraz audytu finansowego, zapobiegania i zwalczania korupcji, a także rozumienia roli najwyższych organów kontroli w tym zakresie.

Co jeszcze NIK robi dla Ukrainy? Współpracuje z Izbą Obrachunkową Ukrainy w zakresie metodologii kontroli, prowadzi wspólnie analizy, konferencje, seminaria, spotkania robocze, oraz przede wszystkim kontrole równoległe (m.in. zanieczyszczenia rzeki Bug, w której udział wzięli kontrolerzy z Polski, Ukrainy i Białorusi). Polska wsparła też Ukrainę w zorganizowaniu spotkania grupy zadaniowej ds. kontroli wykorzystania funduszy przeznaczonych na zapobieganie i likwidację katastrof i klęsk żywiołowych (polscy kontrolerzy są wybitnymi ekspertami w tym zakresie). NIK podpisała również porozumienie z ukraińską, pozarządową organizacją Centrum Informacji „Majdan Monitoring”, która chce demokratycznych reform w swym kraju – specjaliści z NIK będą uczyć Ukraińców jak skutecznie kontrolować władze publiczne.

Nie tylko Ukraina może liczyć na wsparcie NIK w projektach szkoleniowych i międzynarodowych, które pomogą administracji ukraińskiej w dostosowywaniu się do procedur obowiązujących w Unii Europejskiej. Najwyższa Izba Kontroli jest także pomocna dla Państwowego Urzędu Kontroli Gruzji. Przekazuje mu w ramach projektu współpracy bliźniaczej (twinningowej) doświadczenia potrzebne w dostosowywaniu się do struktur europejskich. Komisja Europejska wybrała Polskę i Niemcy do realizacji tego projektu. Jego celem jest instytucjonalne wzmocnienie Urzędu Kontroli Państwowej Gruzji. NIK dzieli się więc doświadczeniami m.in. z zakresu audytu finansowego i standardów kontroli obowiązujących w Unii Europejskiej. Projekt ma być realizowany przez najbliższe dwa lata.

Trwa dyskusja o potrzebie wzmożenia inwestycji w UE

Minister finansów Mateusz Szczurek, na zaproszenie przewodniczącego frakcji Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE) Guy’a Verhofstadta,  wziął udział w konferencji nt. pobudzenia gospodarki i inwestycji w Europie. Spotkanie odbyło się 6 stycznia br. w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Minister odniósł się do Planu inwestycyjnego dla Europy, przedstawionego w listopadzie ubiegłego roku przez Komisję Europejską, który będzie przedmiotem unijnych prac legislacyjnych w pierwszej połowie 2015 r. Podkreślił, że propozycja KE jest dobrym punktem wyjścia dla dalszych prac, ale zaproponowany Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych (EFSI) w obecnej formie jest niedofinansowany. To może prowadzić do realizacji tylko niewielkiego zakresu, mało ryzykownych projektów, które najpewniej i tak uzyskałyby finansowanie z rynku, a co za tym idzie do wypierania inwestycji prywatnych, czyli osiągnięcia dokładnie odwrotnego efektu od zamierzonego.  – Niedofinansowanie EFSI jest problemem, który może zostać rozwiązany przez wpłaty kapitału przez państwa członkowskie. Aby umożliwić wszystkim państwom członkowskim udział w EFSI, ich wpłaty do Funduszu nie powinny zwiększać deficytów budżetowych zgodnie z regułami statystycznymi, na których straży stoi Eurostat, tak jak ma to miejsce w przypadku wpłat do Europejskiego Mechanizmu Stabilności – wyjaśnił Mateusz Szczurek. – Jest to zadanie dla Komisji, która wkrótce ma przedstawić wniosek legislacyjny ws. EFSI – dodał.Zdaniem ministra to dodatkowe zaangażowanie państw członkowskich w Fundusz ułatwi także odpowiednie zaprojektowanie struktury zarządzającej nim.

Minister Szczurek przedstawił również 3 warunki polskiej wpłaty do EFSI: Polska nie może być jedynym krajem, który wpłaca; wkład powinien być właściwie traktowany statystycznie, nie powinien być zaliczany do deficytu budżetowego; należy zapewnić odpowiednią rolę  w nadzorze strategicznym dla  krajów wpłacających do Funduszu.

Jak zaznaczył, obecna napięta sytuacja w strefie euro wymusza podjęcie pilnych działań w sprawie pobudzenia inwestycji w Europie. Utworzenie nowego funduszu powinno zostać wykorzystane także do rozważenia, czy EFSI nie mógłby/powinien stać się stałym, integralnym elementem Paktu Stabilności i Wzrostu, jako dodatkowy antycykliczny mechanizm inwestycyjny. Dzięki temu Pakt byłby łatwiejszy do przestrzegania i wyegzekwowania również w złych czasach.

Dotowanie deficytowych kopalń jest gospodarczym absurdem

Kopalnie generujące największe straty zostaną zamknięte przewiduje plan naprawczy dla stojącej na skraju bankructwa Kompanii Węglowej. Decyzja rządu o wygaszeniu trwale nierentownych kopalń i uzależnieniu wynagrodzeń w górnictwie od wyników spółek węglowych jest słuszna, choć podjęta zdecydowanie zbyt późno – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Doceniamy ciężką i niebezpieczną pracę górników, ale dotowanie trwale nierentownych kopalń jest gospodarczym absurdem i marnotrawstwem pieniędzy podatników.
Transferowanie zysków z kopalń zyskownych do trwale nierentownych ogranicza możliwości modernizacji tych pierwszych i skazuje całe polskie górnictwo węgla kamiennego na bankructwo. Związkowcy i politycy opowiadający się za utrzymaniem wszystkich – nawet przynoszących straty kopalń – powinni wskazać skąd zamierzają wziąć pieniądze na ich stałe dotowanie i kto za to ma płacić.

O ile wspieranie trwale nierentownych kopalń jest marnotrawstwem publicznych pieniędzy, o tyle przeznaczenie ponad 2 mld zł na wygaszenie kopalń, pomoc dla zwalnianych górników i wsparcie rozwoju przemysłu na Śląsku uznajemy za uzasadnione. Choć inne branże mogą pozazdrościć takiego wsparcia.

Górnicy powinni być wdzięczni polskim podatnikom, którzy po raz kolejny dofinansują branżę i zamiast blokować nieuchronne zamykanie kopalń, powinni włączyć się w modernizację śląskiej gospodarki.

Konfederacja Lewiatan

S. Ozga (DM PKO BP): W tym roku spółki energetyczne mogą przynieść mniejsze zyski niż w poprzednim

CEO Magazyn Polska

Spółki energetyczne są przygotowane na zwiększone wydatki na inwestycje w 2015 roku. Branża czeka na ustawę o OZE oraz strategię rozwoju polskiej energetyki do 2050 r. Mają one pojawić się jeszcze w I kwartale 2015 r. Natomiast inwestorzy po świetnym 2014 r. powinni uważniej wybierać spółki z sektora do swoich portfeli.

2014 rok okazał się bardzo dobry dla energetyki, mieliśmy wiele pozytywnych zjawisk, takich jak operacyjna rezerwa mocy, która w dużym stopniu przyczyniła się do wzrostu cen energii i poprawy wyników spółek. Równie pozytywnie inwestorzy odebrali ustalenia unijnego szczytu klimatycznego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Stanisław Ozga, analityk Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Zdaniem eksperta 2015 rok może okazać się nieco gorszy. Indeks sektora WIG-energia wzrósł w 2014 r. o ponad 22 proc., a w szczytowym momencie pod koniec października zyskiwał, porównując do początku roku, przeszło 37 proc. W związku z tym w nowym roku trudno będzie powtórzyć podobny scenariusz. Według Ozgi w 2015 roku zyski spółek energetycznych mogą być niższe, a sama sytuacja wśród poszczególnych firm będzie bardziej zróżnicowana.

Kurs akcji Energi w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrósł o ponad 43,5 proc., PGE – 14,3 proc., Tauronu – 13 proc., Enei – niecałe 12 proc., a czeskiego CEZ-u – 17,4 proc.

Spółki energetyczne zakładają w swoich budżetach wzrost inwestycji i zadłużenia. 2015 rok i kolejne lata będą na pewno okresami zwiększonych nakładów inwestycyjnych, co będzie skutkowało wzrostem zadłużenia. Natomiast same inwestycje, jak i ich finansowanie są przygotowywane od wielu lat – mówi Ozga.

Strategicznymi, a zarazem najdroższymi inwestycjami w ciągu najbliższych kilkunastu lat będą m.in. elektrownia Opole (koszt ok. 11,6 mld zł), elektrownia Kozienice II (koszt 6,4 mld zł) czy magazyny gazu w Husowie, Mogilnie, Kosakowie i Wierzchowicach (łączny koszt 4,4 mld zł). Poza tym cały czas trwają prace planistyczne dotyczące budowy elektrowni atomowej w Choczewie bądź Żarnowcu. Obecnie projekt jest na etapie badań środowiskowych i bezpieczeństwa.

Jednym z istotnych czynników, który wpłynie na sytuację sektora energetycznego, będzie ustawa o odnawialnych źródłach energii, której wejście w życie jest planowane na luty bądź marzec.

Oczekujemy, że ustawa o OZE powinna pojawić się na początku 2015 roku. Jej wpływ na spółki energetyczne będzie widoczny głównie poprzez mniejszą rentowność współspalania biomasy, czyli zmniejszenie wynagradzania współspalania z obecnie jednego do połowy zielonego certyfikatu certyfikatu – tłumaczy przedstawiciel Domu Maklerskiego PKO BP. – Zniknie również wsparcie w postaci zielonych certyfikatów dla elektrowni wodnych o mocy powyżej 5 MW. Takie obiekty stanowią zdecydowaną większość elektrowni wodnych w portfelu spółek energetycznych.

Najważniejszą zmianą jest wprowadzenie systemu aukcji, w ramach których odbywałyby się przetargi na energię z OZE. Wsparcie ze strony państwa dla wytwórcy obowiązywałoby przez 15 lat.

Dla sektora istotny może być także inny dokument, który prawdopodobnie ujrzymy w ciągu najbliższych kilku tygodni, czyli strategia rozwoju polskiej energetyki do roku 2050 dodaje Stanisław Ozga.

Projekt „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki zakłada, że w 2020 r. udział odnawialnych źródeł energii wzrośnie do 15 proc. Po kolejnych 10 latach odsetek energii pochodzącej z OZE ma być jeszcze wyższy. Eksperci szacują, że może to być nawet około 20 proc.

Dokument, który ukazał się w połowie 2014 roku, mówi także o malejącej roli węgla w kolejnych latach oraz istotnym rozwoju energetyki jądrowej.

Franklin Templeton: Już 15 proc. Polaków zainwestowało w fundusze globalne. To sposób na dywersyfikację portfela

CEO Magazyn Polska

Już 15 proc. Polaków zaangażowało się w inwestycje o charakterze globalnym. Zdaniem Michała Staszkiewicza z Franklin Templeton Investments to dobra propozycja dywersyfikacji inwestycji. W ciągu ostatnich pięciu lat fundusze akcji amerykańskich czy europejskich dały wyższe stopy zwrotu niż pozostałe, a tzw. luksemburskie dodatkowo były i są stosunkowo bezpieczne.

Od wielu lat zauważamy zwiększone zainteresowanie inwestycjami zagranicznymi ze strony Polaków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Staszkiewicz, Regional Sales Head Franklin Templeton Investments. – W ostatnim raporcie firmy analitycznej Analizy Online, która regularnie publikuje aktywa polskich funduszy inwestycyjnych, widać wyraźnie trend, który został już zauważony przez inwestorów. Jak się okazuje, ok. 15 proc. aktywów jest obecnie zaangażowanych za granicą. Mam na myśli aktywa inwestowane poprzez zarówno krajowe fundusze inwestycyjne, jak i luksemburskie.

Szczególnie korzystny dla tego rodzaju instytucji był trzeci kwartał 2014 r. Jak wynika z raportu Analiz Online, funduszom oferowanym przez zagraniczne instytucje udało się bowiem utrzymać dwucyfrową dynamikę wzrostu aktywów. Od czerwca do września aktywa powiększyły się o 13,6 proc. do 6,68 mld zł. To najwyższy poziom w historii monitorowania tego segmentu rynku.

Fundusze zagraniczne dają przede wszystkim możliwość zainwestowania na rynkach globalnych – tłumaczy Michał Staszkiewicz. – Jest to doskonała okazja, żeby zaistnieć na świecie, który jest zupełnie inny niż ten otaczający nas lokalnie. Jak wiemy w horyzoncie ostatnich pięciu lat rynki rozwinięte, takie jak Stany Zjednoczone czy Europa, dały znacznie wyższe stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału niż polskie akcje.

W trzecim kwartale 2014 r. klienci najchętniej wpłacali środki do funduszy akcji azjatyckich oraz inwestujących globalnie.

Polscy inwestorzy znajdują coraz więcej możliwości do zarabiania pieniędzy – ocenia Michał Staszkiewicz. – Fundusze zagraniczne to naturalny element dywersyfikacji portfela, ponieważ inwestując globalnie, zawsze możemy znaleźć bardzo interesujące oferty, mówię tu zarówno o akcjach, jak i obligacjach. Uważam, że jest to także bardzo interesujące rozwiązanie dla inwestycji alternatywnych.

Zdaniem Staszkiewicza jest to również stosunkowo bezpieczna forma inwestowania.

Fundusze luksemburskie podlegają pod dyrektywę unijną UCITS, która wręcz wymaga od zarządzających zachowania bardzo wysokiej staranności podczas zarządzania inwestycjami [chodzi o Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/65/WE z 13 lipca 2009 roku w sprawie koordynacji przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych odnoszących się do przedsiębiorstw zbiorowego inwestowania w zbywalne papiery wartościowe – red.]. Prowadzone tam analizy i zarządzanie ryzykiem są na bardzo wysokim poziomie, co ma szczególne znaczenie, bo zapewnia wysokie bezpieczeństwo tych inwestycji.

P. Sieradzan (Everest TFI): W 2015 powinien wzrosnąć popyt na polskie obligacje. Niskie stopy NBP zmniejszą zainteresowanie bankowymi lokatami

CEO Magazyn Polska

Choć nie ma szans na powtórkę zysków z obligacji z 2014 r., nadchodzące miesiące mogą jeszcze ożywić ten rynek. Analitycy nie wykluczają kolejnej obniżki stóp procentowych NBP przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowoduje dalszy odpływ środków z bankowych lokat. Pieniądze inwestorów mogą więc trafić na rynek papierów dłużnych.

W przypadku obligacji skarbowych kluczową rzeczą są dane makro i Rada Polityki Pieniężnej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Sieradzan, prezes zarządu Everest TFI. Wygląda na to, że Rada Polityki Pieniężnej w końcu będzie musiała pójść tym torem, jakim pójdzie EBC, i zacząć obniżać stopy procentowe bardziej dynamicznie. Moim zdaniem nie nastąpi to jednak w bliskiej przyszłości.

Dane makroekonomiczne skłaniają do inwestycji w polskie obligacje. Wygląda na to, że PKB rośnie w przyzwoitym, ponad 3-proc. tempie, bezrobocie spada, a firmy radzą sobie zupełnie dobrze. Dowodzą tego choćby listopadowy i grudniowy odczyt indeksu PMI dla przemysłu, który pozostaje wyraźnie powyżej granicy 50 pkt, oddzielającej rozwój sektora od jego kurczenia się.

Zobaczymy, jak będą wyglądały kwestie dochodów i bilansu polskiego budżetu – podkreśla Piotr Sieradzan. Nie wydaje mi się, żeby to był rynek, który zapewni nam hossę, jest to jednak ciekawy segment. Pamiętajmy, że polskie obligacje skarbowe w porównaniu z obligacjami skarbowymi innych krajów o podobnym ryzyku wciąż oferują dość wysokie rentowności i dość duży zarobek.

Rynek polskich obligacji nie oferował dotychczas zbyt atrakcyjnych zysków. Przez lata na tle giełdy i lokat bankowych wypadał niezbyt imponująco. Dziś jednak ani banki, ani giełda nie wyglądają już tak atrakcyjnie jak kilka lat temu, a ubiegły rok pokazał, że na obligacjach można zarobić lepiej niż na akcjach mimo niższego ryzyka.

O ile dla polskiego inwestora, który przyzwyczaił się do tego i przyzwyczaił się chociażby do wojny na rynku depozytów bankowych, która jeszcze jakiś czas temu miała tutaj miejsce, te stopy zwrotu nie są bardzo wysokie, to dla inwestorów z Europy Zachodniej może się okazać, że w granicach ich bezpieczeństwa to jest jedna z lepszych inwestycji ocenia prezes zarządu Everest TFI.

Jeszcze lepiej wyglądają potencjalne zyski z operacji korporacyjnych. Tu jednak trzeba uważać, ponieważ sytuacja finansowa emitentów tych obligacji jest bardzo zróżnicowana.

– Od dłuższego czasu mówiło się, że ten rynek będzie się w Polsce dynamicznie rozwijał zwraca uwagę Piotr Sieradzan prezes Everest TFI. –Dynamiczny rozwój trwa od  kilku lat i prawdopodobnie najbliższe lata również będą bardzo ciekawe. Trzeba jednak uważać, komu pożyczamy pieniądze mówiąc wprost, dlatego że wciąż jeszcze emitenci, którzy oferują wysokie premie, to są Ci, którzy z reguły są w stosunkowo kiepskiej kondycji finansowej i te premie są uzasadnione ryzykiem podejmowanym przez kogoś, kto takie obligacje nabędzie.

Strajki i spadające ceny węgla zagrażają kondycji spółek wydobywczych. Inwestycje w kopalnie ryzykowne

CEO Magazyn Polska

Akcje spółek węglowych zostały już mocno przecenione, ale spółki te nadal obarczone są dużym ryzykiem. Wybuch strajków w kolejnych kopalniach wywołany rządowymi propozycjami zmian w Kompanii Węglowej może się okazać groźny dla branży, podobnie jak spadające na świecie ceny węgla.

Ogłoszony przez rząd program restrukturyzacji Kompanii Węglowej ma kosztować 2,3 mld zł. To koszt zamknięcia czterech kopalń i związanych z tym działań osłonowych dla pracowników. Z 11 tys. pracujących w tych zakładach osób większość znajdzie zatrudnienie w nowej spółce, która powstanie w miejsce KW, a ok. 3 tys. zostanie zwolnionych. Rząd proponuje im odprawy i programy osłonowe. Górnicze związki odrzucają propozycję i organizują strajki.

– Wciąż otwartym pytaniem pozostaje kondycja spółek wydobywczych. Mam tu na myśli przede wszystkim giełdowe JSW i Bogdankę, ale również firmy związane z tym sektorem, czyli np. Kopex i Famur. Nie wiadomo, jak ostatecznie przyjmie to strona społeczna, związki zawodowe, górnicy, w jakim stopniu ich potencjalne protesty i negocjacje wpłyną na ostateczny kształt tych wszystkich zmian. Potencjalne strajki, nawet jednodniowe, to są wielomilionowe straty dla tych spółek, co może się w dużym stopniu odbić na wynikach kwartalnych czy nawet rocznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Bez restrukturyzacji straty Kompanii Węglowej w ciągu najbliższych pięciu lat sięgną co najmniej 10 mld zł. To wersja optymistyczna, bo jeżeli ceny węgla nadal będą spadały, straty mogą być nawet dwa razy większe. Strajki, jakie szykują górnicze związki, mogą się okazać zabójcze dla firmy, która i tak ma gigantyczne problemy, a do końca stycznia grozi jej utrata płynności finansowej.

Drugim argumentem i bardzo dużą niewiadomą przy inwestycjach w spółki węglowe jest również cena rynkowa węgla, która w bardzo dużym stopniu decyduje o stronie przychodów spółek wydobywczych – podkreśla Irzyński.

Kluczowa dla Europy cena węgla ARA, czyli stawki w zespole portów Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, nieprzerwanie spada od sierpnia zeszłego roku. Od lata koszt tony surowca z ponad 80 dolarów spadł do nieco ponad 60 dolarów (w zależności od rodzaju kontraktu).

W rezultacie ceny polskich spółek węglowych także są dziś bardzo niskie. W ciągu ostatniego półrocza akcje Jastrzębskiej Spółki Węglowej spadły z prawie 50 zł do ok. 20 zł.

Patrząc na wyceny w długim terminie, chociażby na wartości aktywów pokrytych kapitałem własnym, możemy sądzić, że te spółki już są odpowiednio wycenione, wciąż jednak bardzo dużą niewiadomą są propozycje zmian, a poziom ryzyka z nimi związany nadal jest spory – przestrzega główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Nowe zasady zatrudniania niepełnosprawnych. POPON: potrzebne są dalsze zmiany

Od stycznia rozszerzony został krąg osób niepełnosprawnych, za które pracodawca może otrzymać zwrot kosztów poniesionych w związku z ich zatrudnieniem. Złagodzone zostają też warunki uzyskania dofinansowania do wynagrodzeń niepełnosprawnych. Zdaniem prezesa POPON-u zmiany są jednak niewystarczające i niedostosowane do obecnej sytuacji na rynku. Dobrym rozwiązaniem może być zwiększenie zatrudnienia osób niepełnosprawnych w sferze budżetowej.

Przepisy, które weszły w życie od nowego roku, nie wpływają ani na pogorszenie, ani na poprawę sytuacji, gdyż jest to kolejne rozporządzenie unijne, które sankcjonuje obowiązujące przepisy. Mogły być znacznie gorsze, gdyby nie nacisk krajów członkowskich Unii – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Zając, prezes Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych. – To dobra wiadomość, gdyż na pewno nie spowoduje tak drastycznych perturbacji na rynku pracy, jakie mogłyby być w momencie, gdyby tego dofinansowania nie było.

Pierwotna wersja rozporządzenia unijnego przewidywała ograniczenie dopuszczalnej pomocy publicznej do 150 mln zł rocznie. Tymczasem na dofinansowanie wynagrodzeń Polski Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych potrzebuje ok. 3 mld zł rocznie.

Nowelizacja ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych przewiduje, że do kosztów poniesionych w związku z zatrudnieniem niepełnosprawnych można zaliczyć m.in. zakup urządzeń ułatwiających wykonywanie pracy czy przystosowanie pomieszczeń. Ponadto w przypadku zatrudnienia nowego pracownika niepełnosprawnego warunkiem uzyskania na niego dofinansowania jest wzrost netto zatrudnienia ogólnego w przedsiębiorstwie, a nie jak do końca 2014 r. wykazanie wzrostu zatrudnienia pracowników niepełnosprawnych.

Wszyscy mówią, że trzeba wspierać osoby niepełnosprawne. Kiedy jednak dochodzimy do konkretów, okazuje się, że nie ma pieniędzy, obcinana jest dotacja budżetowa i oszczędzamy na ogół, niestety, na tej najsłabszej grupie społecznej, czyli na osobach niepełnosprawnych. Trzeba pamiętać, że funkcje państwa w zakresie rehabilitacji zawodowej i zatrudniania osób niepełnosprawnych obecnie przejęły i cały czas sprawują przedsiębiorcy, którzy posiadają status zakładu pracy chronionej, teraz również przedsiębiorcy z otwartego rynku – podkreśla Zając.

Według Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych coraz więcej firm rezygnuje z udziału w państwowym systemie dofinansowania zatrudnienia takich osób. Powodem jest m.in. obniżenie wysokości dodatków, co nastąpiło w kwietniu. W rezultacie w 2014 roku około 100 firm zrezygnowało ze statusu zakładu pracy chronionej.

Przedsiębiorcy, którzy zatrudniają co najmniej 25 osób i nie osiągają wskaźnika zatrudnienia osób niepełnosprawnych na poziomie 6 proc., muszą co miesiąc płacić równowartość iloczynu 40,65 proc. przeciętnego wynagrodzenia i liczby pracowników brakujących do osiągnięcia wymaganego pułapu zatrudnienia.

Zdaniem prezesa POPON-u przyszłością mogłoby być zwiększenie zatrudnienia niepełnosprawnych w sferze budżetowej. Skorzystaliby na tym nie tylko niepełnosprawni, lecz także urzędy, które w ten sposób mogłyby ocieplić swój wizerunek. Zając podkreśla jednak, że aby zmienić sytuację osób niepełnosprawnych, konieczna byłaby całkowita zmiana regulacji i ustawy.

Powinniśmy przeformułować zasady dotyczące orzekania o niepełnosprawności, bo teraz rodzą wiele niejasności. Przepisów nie rozumieją zarówno ci, którzy dostają orzeczenie, jak i przedsiębiorcy, którzy muszą z tego orzeczenia korzystać przy zatrudnianiu osoby niepełnosprawnej. Wymagają one zmian, nowego spojrzenia na życie gospodarcze, osoby niepełnosprawne i niepełnosprawnych pracowników – podkreśla Jan Zając.

W 2014 r. wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych sięgnęła 3 mld euro. Rośnie znaczenie miast regionalnych

CEO Magazyn Polska

W minionym roku wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych zmniejszyła się do około 3 mld euro z 3,2 mld euro w 2013 roku. Spadek przede wszystkim wynika z tego, że wiele transakcji rozpoczętych w 2014 roku zostanie zamkniętych dopiero w pierwszych miesiącach tego roku. Na rynku pojawia się coraz więcej inwestorów, którzy poszukują atrakcyjnych powierzchni biurowych, handlowych czy magazynowych, coraz częściej poza Warszawą.

Sytuacja na rynku inwestycyjnym w Polsce jest bardzo dobra. Rynek staje się coraz bardziej płynny, a do Polski napływa coraz więcej inwestorów. Szukają różnego typu nieruchomości – nie tylko w Warszawie, lecz także w innych miastach regionalnych. Dużym zainteresowaniem, poza biurowcami, cieszą się centra handlowe oraz projekty magazynowe – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający w Polsce Colliers International.

Rekordowego poziomu ponad 3,2 mld euro z 2013 r. nie udało się pobić. Łączną wartość transakcji z 2014 r. Colliers szacuje na ok. 3 mld euro.

 W dużej mierze wynika to z tego, że znaczna część rozpoczętych w 2014 roku transakcji zostanie zamknięta dopiero w pierwszych miesiącach 2015 roku – przyznaje Rajska-Wolińska.

Na rynku jest mniej produktów inwestycyjnych, czyli mniej nieruchomości trafia na sprzedaż, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.

To oznacza, że fundusze, które kupiły nieruchomości w Polsce w poprzednich latach, są zadowolone ze swoich aktywów. Natomiast popyt ze strony inwestorów na najlepsze nowe nieruchomości przewyższa podaż oferowaną przez deweloperów – wyjaśnia partner zarządzający w Polsce Colliers International.

Ceny nieruchomości komercyjnych rosną. W Warszawie są zdecydowanie wyższe niż w innych dużych miastach kraju.

Najlepsze budynki biurowe w Warszawie można sprzedać nawet za 5,5 tys. euro za mkw. W miastach regionalnych ceny są znacznie niższe: mówimy tu o przedziale od 2 do 2,5 tys. euro za mkw. – mówi.

Budynki magazynowe sprzedają się w cenie 500-750 euro za mkw. Nowoczesne budynki logistyczne z funkcją biurową w Warszawie osiągają ceny nawet 1 tys. euro za metr, a transakcje nabycia centrów handlowych zamykają się w granicach 2,5-4,5 tys. euro za mkw., w zależności od wielkości miasta.

W I połowie 2014 r. wartość transakcji wyniosła 1,4 mld euro, z czego nieco ponad połowa dotyczyła nieruchomości biurowych. Ich udział w rynku jednak spada, bo w I półroczu 2013 r. wynosił 58 proc. Rośnie za to znaczenie powierzchni magazynowych – w I połowie roku ich udział wzrósł z 15 proc. w 2013 r. do 22 proc. Jedna czwarta transakcji dotyczyła powierzchni handlowych.

Do najbardziej spektakularnych transakcji na rynku powierzchni biurowych można na pewno zaliczyć nabycie biurowców Rondo 1 oraz Metropolitan łącznie za ponad 500 mln euro przez Deutsche Wealth & Asset Management, nabycie przez Starwood Capital Group biurowców należących do Ghelamco (T-Mobile Office Park, Łopuszańska Business Park i Katowice Business Point) oraz nabycie biurowca Atrium 1 przez Deka Immobilien – wymienia Monika Rajska-Wolińska.

Coraz większą uwagę inwestorzy zwracają na rynki regionalne. Warto tu wymienić takie transakcje, jak sprzedaż Centrum Biurowego Lubicz w Krakowie, sprzedaż wrocławskiego biurowca Green Day czy wreszcie sprzedaż krakowskiego kompleksu biurowego Aquarius Business House.

Te wszystkie transakcje w miastach regionalnych to znakomity sygnał dla rynku, który pokazuje, że nabywcy są już skłonni do poważnych inwestycji w nieruchomości komercyjne, także te poza Warszawą – zaznacza Monika Rajska-Wolińska.

Colliers ocenia, że sytuacja gospodarczo-polityczna na Ukrainie nie wywarła negatywnego wpływu na branżę, bowiem Polska jest traktowana jako homogeniczna część Unii Europejskiej. Świadczy o tym zamknięcie znaczących transakcji w Polsce, co pokazuje, że inwestorzy nie obawiają się inwestycji nad Wisłą. W ubiegłym roku najbardziej aktywne na polskim rynku były fundusze WP Carey, Starwood, Griffin, Hillwood czy Blackstone. Jak podkreśla Rajska-Wolińska, widać również zainteresowanie funduszy z Kanady, Australii oraz Chin i Korei. Aktywni są również inwestorzy z Dalekiego Wschodu.

Rośnie popularność samochodów hybrydowych w Polsce. Toyota w 2014 r. sprzedała 2,5 tys. takich aut

CEO Magazyn Polska

Miniony rok Toyota zaliczy do udanych. W 2014 r. japoński producent sprzedał 30 626 aut, co oznacza wzrost o 31 proc. w stosunku do 2013 r. Najbliższe miesiące powinny być równie dobre – branży pomagają poprawiający się stan gospodarki i niskie stopy procentowe, które zniechęcają konsumentów do trzymania gotówki w bankach. Na popularności zyskują samochody hybrydowe. Toyota zanotowała wzrost sprzedaży takich aut o 65 proc.

2014 rok był wyjątkowo dobrym okresem dla Toyoty: osiągnęliśmy ponad 30-proc. wzrost sprzedaży Toyoty i ponad 100-proc. wzrost sprzedaży Lexusa. Wprowadziliśmy też kilka nowych modeli – mówi agencji Informacyjnej Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes zarządu Toyota Motor Poland.

Toyota w 2014 r. sprzedała w Polsce 30 626 sztuk samochodów (wzrost o 31 proc.) i tym samym uplasowała się na drugim miejscu po Skodzie  pod względem liczby sprzedanych aut (sprzedaż na poziomie 40 593 szt.). Udział marki w całym rynku to 9,4 proc., a model klasy C – Toyota Corolla – okazał się najpopularniejszym autem na rynku w wersji sedan (sprzedano 3 307 szt. modelu).

W 2014 r. najlepiej sprzedawały się modele Yaris i Auris. Oba modele mają też wersje z napędami hybrydowymi. To były nasze hity sprzedażowe. Najpopularniejszym modelem Lexusa był NX, czyli mały SUV, który wprowadziliśmy w połowie roku – dodaje Pawlak.

Jak tłumaczy, model NX równie często jest nabywany w Stanach Zjednoczonych, gdzie produkcję właściciele marki musieli zwiększyć dwukrotnie.

Bardzo cieszy nas szybko rosnąca sprzedaż aut hybrydowych. Udało nam się przekonać klientów do tego, że baterie w samochodach hybrydowych to nie jest problem, bo są objęte 10-letnią gwarancją. To nie są auta, które mogą się zepsuć. To są nasze najbardziej niezawodne samochody. Nie ma w nich wielu komponentów, które psują się w normalnych autach – tłumaczy Pawlak – Dodatkowo auta hybrydowe są już w tej chwili w niższych cenach niż samochody np. z silnikami wysokoprężnymi. Biorąc zatem pod uwagę oszczędności, które wynikają ze zużycia paliwa, można powiedzieć, że są to jedne z najtańszych aut na rynku.

Toyota na rynku polskim odnotowała 65-proc. wzrost sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym. Firma oferuje cztery modele z takim napędem – Prius, Prius Plus, Yaris i Auris. Dwa ostatnie są motorem sprzedaży aut w tym segmencie. Yaris sprzedał się w 726 egzemplarzach, a Auris – w 1742.  W tym drugim modelu już co piąty klient wybiera napęd hybrydowy (20 proc. z łącznej sprzedaży 8 702 szt.).

Rynek w Polsce wciąż ma ogromny potencjał wzrostu. Mimo że cały czas rośnie, wciąż jest na bardzo niskim poziomie. Nie wynika to jednak z siły nabywczej Polaków, dlatego że w krajach o podobnej lub niższej sile nabywczej samochodów nowych sprzedaje się dużo więcej. Powód? W innych krajach ludzie większą uwagę przywiązują do tego, że nowe auta są bezpieczniejsze – podkreśla Pawlak.

Według niego w Polsce o bezpieczeństwie mówi się tylko w wąskim kontekście prędkości, a to zbyt mało, by mówić o bezpiecznym aucie.

Zupełnie inaczej w sytuacji awaryjnej zachowuje się samochód nowy, który jest wyposażony we wszystkie układy stabilizacyjne, ma nowe opony, nowe zawieszenie, amortyzatory, a zupełnie inaczej będzie się zachowywał samochód 15- czy 20-letni, a tych na polskich drogach jest najwięcej – przekonuje Pawlak.

Z danych PZPM wynika, że w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 327 tys. nowych aut osobowych – to o ok. 13 proc. więcej niż w 2013 r. Sytuacja gospodarcza powinna sprzyjać sprzedaży nowych samochodów w 2015 r. Niskie stopy procentowe będą zniechęcać konsumentów do trzymania pieniędzy w bankach w postaci depozytów i skłaniać do ich wydawania. Tańsze są również kredyty.

Konsumpcja rośnie, sprzedaje się coraz więcej mieszkań, więc liczymy na to, że także coraz więcej osób będzie kupować nowe auta – podsumowuje Jacek Pawlak.

Bezpieczeństwo IT priorytetem dla firm w 2015 r. Skala zagrożeń rośnie lawinowo

Skala ataków ze strony cyberprzestępców rośnie w szybkim tempie. W 2014 r. wiele firm było ofiarami włamań. Gospodarka globalna traci na tym nawet pół miliarda dolarów rocznie. Dlatego w tym roku bezpieczeństwo systemów IT będzie dla firm najważniejsze. Biznes skoncentruje się również na technologii chmury, mobilności oraz internecie rzeczy.

Z danych CERT Orange Polska wynika, że w okresie od stycznia do listopada br. liczba ataków odmowy dostępu typu DDoS powiększyła się o 40 proc., porównując do 2013 roku. Wzrósł też poziom skomplikowania i liczba zaawansowanych zagrożeń. CERT Orange zidentyfikowało ponad 100 tys. prób ataków tego typu, co pokazuje skalę problemu. W ostatnim półroczu cyberataki przybrały na sile. Dotyczyły one przede wszystkim dużych firm, instytucji finansowych, banków i spółek Skarbu Państwa.

Myślę, że jednym z głównych zmagań firm i szefów IT będzie to, aby odpowiednio zabezpieczyć systemy przed tymi atakami – mówi Leszek Hołda, prezes zarządu Integrated Solutions.

Jak wynika z badania PwC, w tym roku na bezpieczeństwo firmy przeznaczyły średnio 5,5 proc. nakładów na IT. Blisko połowa ankietowanych stwierdziła, że spodziewa się wzrostu wydatków na ten cel w kolejnym roku, a mniej niż 30 proc. zamierza utrzymać je na dotychczasowym poziomie.

Kolejnym filarem, wokół którego będą się rozwijać nowe technologie, jest mobilność.

Około 60 proc. sprzedawanych urządzeń to smartfony. Oczywiście z tym wiążą się duże ułatwienia i rozszerzenie funkcjonalności po stronie użytkownika końcowego, ale pojawia się również kwestia odpowiedniego zabezpieczenia danych na smartfonach. W związku z tym możemy spodziewać się dużej dynamiki wzrostu systemów mobile device management [oprogramowanie służące do zdalnego zarządzania urządzeniami przenośnymi pracowników – red.] – prognozuje Leszek Hołda.

Ekspert podkreśla, że w I półroczu 2014 roku spółka sprzedała tyle rozwiązań z tego segmentu, ile przez cały ubiegły rok. To pokazuje, że firmy coraz bardziej interesują się tego typu technologiami.

Trzeci ważny dla IT sektor to internet rzeczy, szczególnie technologia machine to machine, polegająca na komunikacji między maszynami. Według prognoz firmy Gartner do 2020 roku rynek internetu rzeczy będzie wart ok. 300 mld dolarów. Firma IDC prognozuje, że do tego czasu połączonych ze sobą będzie aż 30 mld urządzeń.

Te technologie będą znajdowały zastosowania w coraz to nowszych obszarach naszego życia codziennego, także w rozwiązaniach biznesowych – podsumowuje prezes IS.

Wszystko to sprawia, że firmy rozszerzają portfolio rozwiązania dla biznesu.

Idziemy w kierunku rozwiązań z chmury, które oznaczają szybką implementację i niską barierę kosztową wejścia. W chmurze są dostępne zarówno rozwiązania security, jak i mobile device management. To są podstawowe elementy, które spowodują że rozwiązania chmurowe będą coraz bardziej adaptowane przez dostawców – zapowiada prezes Integrated Solutions

Dane pokazują, że rozwiązania chmurowe dużo szybciej przyjmują się w Stanach Zjednoczonych niż w Europie. Można się jednak spodziewać, że Europa będzie zmuszona także osiągnąć poziom amerykański, co da impuls do rozwoju właśnie tego obszaru IT.

Ceny mleka nadal będą spadać. Odbicie możliwe dopiero w połowie roku

CEO Magazyn Polska

Duża produkcja mleka na krajowym, europejskim, a także światowym rynku spowoduje spadkowe tendencje cenowe w pierwszych miesiącach 2015 roku – przewiduje Bank BGŻ. Sytuacja w branży mleczarskiej może się zacząć poprawiać dopiero na przełomie trzeciego i czwartego kwartału.

Produkcja mleka w Polsce w 2014 roku wzrosła o blisko 2 proc. w porównaniu z 2013 rokiem i wyniosła 12,8 mln ton – wynika z prognoz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Państwowego Instytutu Badawczego. Z kolei przewidywany przez GUS wzrost produkcji mleka w całej Unii Europejskiej wyniósł w ubiegłym roku 1,6 proc., a w 2015 roku zwiększy się o kolejne 1,5 proc. Natomiast według FAO produkcja mleka na świecie wzrosła o 2,4 proc. do 792 mln ton. Oznacza to nadprodukcję, która sprawia, że od początku 2014 roku ceny mleka w skupie ciągle spadają. Spadek ten od stycznia do października zeszłego roku wyniósł aż 20 proc. Obecnie za litr mleka w skupie producenci otrzymują nieco ponad 1,2 zł. Polscy wytwórcy dodatkowo zaczynają odczuwać negatywne skutki rosyjskiego embarga na produkty mleczne.

– W przypadku rynku mleka ok. 9-10 proc. wartości eksportu szło na rynek rosyjski, więc to znaczenie rynku rosyjskiego było dosyć duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Skrzypczyk, koordynator zespołu analiz sektora rolno-spożywczego w Banku BGŻ.

Obowiązujące od sierpnia 2014 roku rosyjskie embargo na polskie mleko i produkty mleczarskie uderzyło głównie w producentów serów, a to właśnie sery w poprzednich latach stanowiły ponad 70 proc. całego eksportu branży mleczarskiej do Rosji.

Ważnymi rynkami dla producentów serów są Unia Europejska, Rosja i USA. Oczywiście Stany Zjednoczone to dosyć obiecujący rynek, ale tam trudno zaistnieć, zwłaszcza konkurując z serami z Francji czy Holandii – wyjaśnia analityczka BGŻ.

W 2013 r. Polska wyeksportowała do Rosji produkty mleczne o wartości prawie 141,4 mln euro, co stanowiło 8,4 proc. wartości całkowitego polskiego eksportu produktów mlecznych. Po zamknięciu rynku rosyjskiego nowych odbiorców swoich produktów musieli poszukać także producenci mleka, masła, śmietany oraz jogurtów, serków i twarożków.

– Pojawiają się nowe rynki zbytu, więcej wysyłamy przede wszystkim do krajów Afryki Północnej, możliwy jest cały czas rozwój eksportu do Chin i Azji Południowo-Wschodniej – wyjaśnia Skrzypczyk.

Dodaje jednak, że rynek rosyjski trudno będzie zastąpić innymi rynkami.

Dla przetwórców pewnie ten rok, przynajmniej jego pierwsza połowa, może być nadal trudna – podsumowuje Skrzypczyk.

Po trzech kwartałach 2014 r. eksport produktów z grupy obejmującej przetwory ze zboża, mąki, mleka lub skrobi i pieczywa cukierniczego wyniósł ok. 1 mld euro i był o jedną piątą wyższy niż przed rokiem. Z kolei wśród produktów pochodzenia zwierzęcego eksport grupy obejmującej m.in. produkty mleczne, jaja ptasie i miód naturalny wzrósł o ponad 15 proc. (do 1,6 mld euro).

Na wzrost popytu na polskie produkty mleczarskie mogą przełożyć się optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego w krajach Afryki Północnej, takich jak Egipt. Tam, podobnie jak w Chinach, nabywców znajdą jednak przede wszystkim rodzimi producenci mleka w proszku. Polscy producenci będą musieli jednak zapłacić do unijnej kasy ponad 46 mln euro kary za przekroczenie ustalonych przez Unię Europejską kwot limitu produkcji mleka. Jak poinformowała Komisja Europejska, w ubiegłym roku rozliczeniowym, czyli od kwietnia 2013 roku do marca 2014 roku, Polska przekroczyła przyznane limity o 1,7 proc., czyli o 166 tys. ton. 1 kwietnia 2015 r. system kwotowania produkcji mleka przestanie obowiązywać. To jednak może spowodować dalszy wzrost produkcji mleka w UE.

70 proc. biletów na wydarzenia muzyczne, kulturalne i sportowe jest kupowanych online. Co piąty przez urządzenie mobilne

CEO Magazyn Polska

Bilety na koncerty czy mecze są kupowane głównie przez internet. W spółce Eventim – jednym z liderów tego rynku – już 70 proc. biletów jest nabywanych online, coraz częściej również przez urządzenia mobilne. To często jedyny sposób na zdobycie biletu na koncert popularnej gwiazdy czy zespołu. Nierzadko takie bilety rozchodzą się w ciągu kilku minut.

Już od kilku lat obserwujemy wyraźny wzrost w trendach sprzedaży. Przede wszystkim zyskuje na znaczeniu kanał online, co widać po liczbie sprzedanych w ten sposób biletów. W odniesieniu do 2010 roku, kiedy 37 proc. biletów sprzedawaliśmy przez internetowy kanał sprzedaży, w 2014 roku zaobserwowaliśmy sprzedaż na poziomie powyżej 70 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Drachal, szef operacji Eventimu.

Pozostałą część firma sprzedaje poprzez sieć partnerską salonów, m.in. Empik, Media Markt, Saturn i Media Expert.

Szef operacji Eventimu dodaje, że coraz więcej osób nabywa bilety poprzez urządzenia mobilne. W 2014 r. w taki sposób bilety kupiło 20 proc. klientów firmy.

W branży na popularności tracą bilety nabywane w tradycyjny sposób, czyli w kasach teatrów czy kasach biletowych przed halami koncertowymi. Drachal podkreśla, że na miejscu przed imprezą często nie ma już możliwości zakupu biletów, gdyż sprzedają się one dużo wcześniej, a klienci nie powinni czekać z ich nabyciem do dnia koncertu.

Mamy imprezy, na które tysiące biletów potrafi sprzedać się w ciągu kilku minut. Organizatorowi koncertu bardzo zależy na sprzedaży wszystkich miejsc na wydarzenie, bo każdy niesprzedany bilet jest dla niego podwójną stratą – po pierwsze z racji pustego miejsca, a po drugie dlatego że organizator włożył wysiłek i pieniądze w wypromowanie danego wydarzenia – wyjaśnia ekspert.

Drachal zaznacza, że cena biletu rzadko bywa decydującym kryterium jego nabycia. To wynika ze specyfiki branży, która dostarcza emocje i tym samym klienci nie zwracają aż tyle uwagi na cenę, lecz na możliwość uczestnictwa w danym wydarzeniu.

Najdroższe są bilety na występy supergwiazd. Z racji samej logistyki wydarzenia jego koszt musi być wyższy niż imprezy, która jest np. organizowana przez ligę sportową, finansowaną częściowo przez sponsorów czy państwo – mówi przedstawiciel spółki Eventim.

W jego ocenie bilety na wydarzenia sportowe najczęściej znajdują nabywców w regionie, gdzie impreza jest organizowana lub z którego wywodzą się drużyny. W przypadku wydarzeń ogólnopolskich 50 proc. widzów jest z regionu, natomiast druga połowa to reszta kraju i goście zagraniczni.

Klientem Eventimu jest przede wszystkim osoba, która ceni swój czas. Spotykamy ludzi starszych, którym bilety kupili wnuczkowie, spotykamy ludzi młodych i tych w średnim wieku. Cały czas większość naszych klientów stanowią mężczyźni – 53 proc. Prawie co trzecim kupującym jest mieszkaniec województwa mazowieckiego – tłumaczy ekspert.

W ofercie Eventimu dominują imprezy kulturalne, ale firma chce też bardziej zaangażować się w sprzedaż biletów na wydarzenia sportowe.

W Polsce rośnie zainteresowanie łodziami motorowymi. Nasze produkty trafiają jednak głównie na rynki zagraniczne

CEO Magazyn Polska

97 proc. z ponad tysiąca wyprodukowanych przez Admiral Boats łodzi motorowych trafia na eksport. Główni odbiorcy to Holendrzy, Szwedzi i Brytyjczycy. Choć sprzedaż na krajowym rynku jest niewielka, to zainteresowanie z roku na rok rośnie. Władze spółki spodziewają się dalszego wzrostu ze względu na rozbudowywaną infrastrukturę wodną.

Rozwijająca się infrastruktura w kraju spowoduje, że udział sprzedaży na rynek wewnętrzny będzie coraz bardziej rósł. Sprzedaliśmy parę łódek nad Zalew Zegrzyński, kilka łódek do kurortów morskich nad Bałtykiem. Cały czas widzimy bardzo duże zainteresowanie. Nasz zakład jest zlokalizowany przy głównej drodze, którą można skrócić dojazd na Hel, dlatego bardzo często w sezonie przyjeżdżają do nas ludzie i pytają, czy mogą kupić taką czy inną łódkę – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats.

Na eksport trafia blisko 97 proc. produkcji Admiral Boats. Liczba produkowanych rocznie łodzi to 1,1-1,5 tys. sztuk rocznie. Spółka eksportuje do 11 krajów, przede wszystkim na rynki Europy Zachodniej i Północnej – w zależności od rodzajów łodzi. W ofercie spółki znajdują się cztery linie produktowe i 60 modeli łodzi.

Admiral Line jest łodzią popularną przede wszystkim w Holandii, wykorzystywaną do pływania po kanałach. Spółka szacuje, że w kategorii łodzi do 5 m długości posiada ok. 30 proc. rynku.

Drugą grupą jest Fish Line, czyli łódki nieco większe, od 5,5 do 6,5 metra, dla wędkarzy. Wykorzystywane są głównie przez Norwegów, ale znajdują też nabywców w Anglii, Niemczech, Holandii i Szwecji. Bardzo dobrze przyjęła się łódka Tuna Open 560 – zaznacza prezes Admiral Boats.

Łodzie rekreacyjne (Classic Line) oraz sportowe (Ocean Master Line) najlepiej sprzedają się w krajach skandynawskich – Szwecji i Norwegii.

Zakończenie pierwszego etapu modernizacji zakładu w Tczewie pozwoli na większe możliwości produkcyjne, a w związku z tym na ekspansję na nowe rynki (m.in. do Francji, Chorwacji i krajów Bliskiego Wschodu).

Rok 2014 pod względem pogody był bardzo udany. To spowodowało spiętrzenie zamówień w krótkim czasie – w okresie wiosennym. Niestety, procesu produkcyjnego nie da się skrócić, więc części zamówień nie mogliśmy zrealizować – wyjaśnia Andrzej Bartoszewicz. – W marcu zobowiązaliśmy się też do dostarczenia dużej produkcji do Rosji. Ze względu na różne okoliczności – światowe i ekonomiczne – nie doszło to jednak do skutku.

Jak wynika z danych firmy, mimo dobrego sezonu w III kw. przychody netto ze sprzedaży spadły o ponad 10 proc. względem ubiegłego roku i wyniosły 9,5 mln zł. Powodem były wcześniejsze zakupy dużego odbiorcy z Holandii i zmiana zasad współpracy z odbiorcą z Niemiec. Problemem było również niezrealizowane zamówienie z Rosji, za to sukcesem był ponad 10-krotny wzrost obrotów ze Szwecją.

W tym roku podjęliśmy program reorganizacji naszego systemu sprzedaży. Podnieśliśmy ceny, co spowodowało, że spadła nieco chęć zakupowa potencjalnych klientów, jednak w ten sposób wyeliminowaliśmy z naszego portfolio produkty najmniej efektywne. Przeprowadziliśmy też dużą restrukturyzację kosztową, przez co marża bezpośrednia w tym roku była zdecydowanie wyższa – tłumaczy Bartoszewicz.

Wysoką rentowność spółka odnotowała zarówno w III kwartale, jak i w całym roku. Marża na sprzedaży w III kwartale wyniosła ponad 32 proc. Marże spółki rosną również w wyniku zwiększania sprzedaży lepiej wyposażonych łodzi.

Ośmiu na dziesięciu internautów jednocześnie ogląda TV i surfuje w sieci. Multiscreening szansą dla reklamodawców

CEO Magazyn Polska

Przeciętny Polak ogląda TV więcej niż cztery godziny dziennie. Na niegasnącą popularność telewizji wpływają internauci. Trzech na czterech z nich każdego dnia korzysta także z tego medium. Branża reklamowa widzi szansę na rozwój rynku właśnie w multiscreeningu, czyli jednoczesnemu konsumowaniu przez użytkownika zarówno przekazu telewizyjnego, jak i internetowego. 83 proc. użytkowników sieci to multiscreenerzy, a 70 proc. internautów ogląda materiały telewizyjne online.

– Cały czas króluje telewizja, a wieści o jej śmierci są przedwczesne. To właśnie na ten środek masowego przekazu reklamodawcy przeznaczają najwięcej, lokując tam aż 45 proc. budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Kawecki, prezes zarządu domu mediowego Mindshare Polska. – Co więcej, nie spada konsumpcja telewizji, a nawet obserwujemy lekki trend wzrostowy. Przeciętny Polak w grupie 4+ ogląda TV powyżej czterech godzin dziennie. 

Zdaniem Kaweckiego przyczyną może być rosnąca liczba nowych kanałów telewizyjnych, również tematycznych. Widz w mniejszym stopniu wiąże się z konkretną stacją telewizyjną, a bardziej podąża za dobrym, interesującym go przekazem.

Reklama wideo w internecie nie jest zagrożeniem dla telewizji i odwrotnie. To wynika ze zjawiska multiscreeningu, czyli jednoczesnego konsumowania przez użytkowników telewizji i treści wideo na urządzeniach przenośnych – mówi Kawecki.

Jak wynika z raportu „Multiscreening 2014” agencji IRCenter, w segmencie darmowej telewizji 2/3 badanych telewidzów wykorzystuje komputer jako drugi ekran, co drugi z nich wybiera telefon, a 26 proc. respondentów preferuje tablet. 37 proc. respondentów zdarzyło się oglądać telewizję na tablecie lub telefonie. 64 proc. osób w trakcie oglądania reklam telewizyjnych w ramach płatnych kanałów kablowych sięga po telefon. Co siedemnasty respondent deklaruje zakup poprzez telefon lub tablet produktów zauważonych w telewizji, co świadczy o potencjale multiscreeningu.

– Sądzimy, że ten trend będzie rosnąć. Domy mediowe są na to przygotowane, powstają nowe produkty i narzędzia, które umożliwiają serwowanie reklamy w telewizji i internecie w tym samym czasie. Co więcej, takie treści będą się różnić, czyli treść reklamy w telewizji to niejako zaproszenie do konsumowania poszerzonej treści reklamy w produktach wideo w internecie – podsumowuje Adrian Kawecki.

Z kolei dane Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska z lipca 2014 r. wskazują na to, że 74 proc. internautów codziennie lub prawie codziennie ogląda telewizję, a sześciu na dziesięciu z nich słucha stacji radiowych. Z drugiej strony w stosunku do danych z 2011 r. odsetek internautów regularnie korzystających z danego medium spadł najmniej w przypadku TV.

Ponadto IAB Polska wskazuje, że 16 proc. internautów korzysta z kilku ekranów cyfrowych wielokrotnie w ciągu dnia, codziennie wielu urządzeń jednocześnie używa co piąty badany.

Zmiany w ulgach na dzieci

0

Od 2015 r. obowiązują nowe zasady odliczania ulg na dzieci. Zmianie uległa wysokość limitów, jak również zasada odliczania ulgi przez osoby płacące podatki niższe od jej wysokości.

Wyższe limity obowiązują przy odliczaniu ulgi na trzecie dziecko (do tej pory była to kwota 1668 zł, po zmianach wynosi 2 tys. zł) oraz czwarte i każde kolejne (wzrost z 2224 zł na 2700 zł). W przypadku pierwszego i drugiego dziecka kwota odliczenia się nie zmieniła i wynosi 1112,04 zł.

„Ulgi prorodzinnej nie mogą odliczyć rodzice mający jedno dziecko, których dochody przekraczają 112 tys. zł rocznie. W przypadku osób samotnie wychowujących dziecko dochód ten nie może przekroczyć 56 tys.” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola. Kryterium to nie ma żadnego znaczenia w sytuacji, kiedy odliczamy ulgę za dwoje lub więcej dzieci.

Zmianie uległa też zasada odliczania ulgi przez osoby płacące podatki niższe od jej wysokości. Do tej pory ulga u takich podatników nie mogła być większą niż kwota podatku. Od 2015 r. osoby te będą miały zrekompensowaną brakującą kwotę w postaci dodatkowego zwrotu pieniędzy. Uzyskają go z urzędu skarbowego na podstawie zeznania podatkowego i załączonego do niego dokumentu.

Według Ministerstwa Finansów na zmianach skorzysta ponad milion rodzin. Ulga prorodzinna przysługuje na każde małoletnie dziecko. Skorzystać z niej mogą także rodzice pełnoletnich osób niepełnosprawnych oraz osób do 25. roku życia, które się uczą.

Rok 2015 będzie ważny dla europejskiej polityki klimatyczno-energetycznej

Po październikowej Radzie Europejskiej, na której przyjęto ramy polityki klimatyczno-energetycznej do 2030 roku, dyskusja o przyszłości polityki klimatycznej i energetycznej nabrała tempa. W 2015 r. będą podejmowane decyzje, których konsekwencje biznes będzie ponosił przez kolejne dekady – ocenia Konfederacja Lewiatan.

W tym roku podziewamy się propozycji dotyczących:
– narzędzi chroniących europejski przemysł przed ucieczką emisji tzw. carbon leakage,
– zasad funkcjonowania funduszu transformacji sektora energetyki oraz
– mechanizmu przydzielania darmowych uprawnień dla energetyki.

Wszystkie powyższe kwestie związane są z funkcjonowaniem systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS) w okresie 2020 -2030. Oznacza to, że system EU ETS pozostanie centralnym narzędziem polityki klimatycznej jeszcze przez długie lata.

Tryb prac budzi wiele wątpliwości

Zanim jednak mechanizmy działania handlu emisjami po 2020 roku zostaną przez Komisję przedstawione, ma zostać przyjęta decyzja dotycząca rezerwy zapewniającej stabilność na rynku EU ETS (tzw. MSR – Market Stability Reserve).

Propozycja KE dotycząca MSR ma na celu stworzenie mechanizmu, który zlikwiduje istniejącą nadwyżkę uprawnień na rynku i doprowadzi do równowagi między popytem a podażą. Skutkiem tego działania będzie wzrost cen uprawnień i stworzenie impulsu dla inwestycji niskoemisyjnych. Takie interwencje są zgodne z oczekiwaniami dużej części sektora energetycznego w Europie, jednak nie są popierane przez przemysł, który z jednej strony dostarcza technologii niskoemisyjnych, ale z drugiej jest bardzo wrażliwy na wzrost cen energii. Jeśli znane byłyby przemysłowi mechanizmy ochrony przed bezpośrednią oraz pośrednią ucieczką emisji, to z pewnością rozmowy na temat rezerwy MSR byłyby bardziej konstruktywne.

Komisja Europejska proponując taki tryb prac – najpierw rezerwa MSR, a potem strukturalna reforma EU ETS obejmująca narzędzia ochrony przed ucieczką emisji do 2030 roku – postawiła europejski przemysł pod ścianą, dobrze wiedząc, że kwestie związane z ochroną przemysłu są priorytetem.

Niestety taki tryb prac jest niekorzystny dla wszystkich, bo zamiast przeprowadzić gruntowną i całościową reformę EU ETS, skupiamy się na doraźnych działaniach naprawczych. W konsekwencji inwestorzy tracą wiarę, że system handlu emisjami jest narzędziem rynkowym nienarażonym na ciągłe interwencje ze strony Komisji. Dopiero co politycy zdecydowali o czasowym wyjęciu 900 mln uprawnień z rynku (tzw. Backloadingu), które mają wrócić do obiegu 2019 roku, a już w ramach debaty o MSR pojawiają się głosy, aby te uprawnienia w ogóle nie wróciły na rynek. To zmiana zasad w trakcie gry, żeby nie powiedzieć gra nie fair.

MSR w szczegółach

Projekt decyzji dotyczący rezerwy MSR jest obecnie przedmiotem prac Parlamentu Europejskiego. W połowie stycznia będzie przyjmowana opinia Komisji ITRE, a w połowie lutego 2015 roku opinia Komisji ENVI dotycząca rezerwy stabilizacyjnej. Dotychczasowe poprawki Parlamentu są bardzo zróżnicowane, ale widać silną grupę (S&D, ALDE oraz Greens) która będzie próbowała zaostrzyć propozycję Komisji Europejskiej poprzez wcześniejsze wprowadzenie rezerwy MSR w życie (w 2017 roku, zamiast 2021 roku), wchłonięcie uprawnień z backloadingu bezpośrednio do rezerwy MSR i zaostrzenie mechanizmu jej działania. Z drugiej strony coraz mocniej przebijają się propozycje, aby chronić przemysł przyznając mu darmowe uprawnienia z rezerwy MSR.

– Biorąc pod uwagę dotychczasowy sposób działania Komisji, zabezpieczenie darmowych przydziałów dla najbardziej efektywnych instalacji przemysłowych w horyzoncie do 2030 roku, jest bardzo zasadne. Uważamy, że najskuteczniejszym działaniem jest rezygnacja z międzysektorowego współczynnika korygującego tzw. C-factor i wykorzystanie uprawnień z rezerwy MSR na pokrycie dodatkowych przydziałów dla przemysłu. Taki mechanizm zapewni właściwą ochronę konkurencyjności przemysłu, a jednocześnie będzie stymulował do ograniczania oddziaływania na środowisko poprzez utrzymanie systemu benchmarków – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Odnośnie poprawek zaostrzających mechanizmy działania MSR Lewiatan na stanowisku, że do właściwej oceny skutków poszczególnych wariantów MSR, konieczne są analizy i dane, które powinno przedstawić KOBIZE, prezentujące jak poszczególne propozycje wpłyną na ilość i cenę uprawnień na rynku. Są to kluczowe informacje, które pozwolą rzetelnie dokonać oceny skutków i podjąć korzystną dla Polski decyzję.

Konfederacja Lewiatan

W tym roku zatrudnienie będzie dalej rosło

W 2015 roku zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw może osiągnąć ok. 5 600 tys., natomiast stopa bezrobocia może po raz pierwszy od 5 lat spaść poniżej 10 proc. Początek roku prawdopodobnie będzie, jak zwykle okresem wzrostu bezrobocia i spadku zatrudnienia, jednak już w II kw. nastąpi wyraźna poprawa – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Rok 2014 skończył się relatywnie dobrą sytuacją na rynku pracy. Pod koniec roku zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw rosło coraz szybciej (niemal o 1 proc. co miesiąc), natomiast poziom bezrobocia dość długo nie wykazywał efektu sezonowego i nie wzrastał. Ponadto relatywnie duża była, zwłaszcza w porównaniu z podobnym okresem w latach poprzednich, liczba zgłaszanych do urzędów pracy ofert zatrudnienia. W przyszłym roku przy wzroście gospodarczym wyraźnie powyżej 3 proc. należy spodziewać się wzmocnienia tych pozytywnych tendencji.

Wzrostu zatrudnienia można się spodziewać w wielu branżach. Powody do optymizmu daje produkcja przemysłowa, gdzie prawdopodobnie wzrośnie zapotrzebowanie na operatorów i monterów maszyn oraz inżynierów. Rosnąć powinno także zatrudnienie w budownictwie, transporcie i logistyce, handlu, hotelarstwie i gastronomii. Szanse na znalezienie pracy będą mieli specjaliści, zwłaszcza przygotowani do pracy w środowisku międzynarodowym. Będzie to efekt dobrych warunków do rozwoju w Polsce międzynarodowych usług biznesowych. W dalszym ciągu na brak ofert pracy nie będą narzekać informatycy. Przybędzie także ofert pracy w opiece zdrowotnej.

Efektem pozytywnych tendencji na rynku pracy będzie rosnąca konkurencja pracodawców o pracowników spełniających ich oczekiwania. Osoby o wysokich kwalifikacjach i doświadczeniu zawodowym będą szczególnie cenione, co może przełożyć się na tendencję do konkurencji cenowej o pracowników. W związku z tym możliwe jest także przyspieszenie tempa wzrostu wynagrodzeń.

Konfederacja Lewiatan

 

Klienci firm pożyczkowych będą lepiej chronieni

Projekt ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, przygotowany przez Ministerstwo Finansów, może pomóc w zwiększeniu poziomu ochrony klientów instytucji finansowych, a w szczególności konsumentów korzystających z usług firm pożyczkowych – uważa Konfederacja Lewiatan.

Pod koniec 2014 r. Ministerstwo Finansów opublikowało projekt ustawy o zmianie ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, ustawy – prawo bankowe oraz niektórych innych ustaw. Projekt co do zasady należy ocenić pozytywnie.

Regulacja wprowadza m.in. ograniczenie możliwości pobierania nadmiernych opłat, prowizji i odsetek w umowach o kredyt konsumencki, co ma na celu przeciwdziałanie popadnięciu kredytobiorców w tzw. spiralę zadłużenia. Pozytywnie należy też ocenić propozycję rozszerzenia na wszystkie sektory rynku finansowego uprawnień Komisji Nadzoru Finansowego do prowadzenia postępowania wyjaśniającego wobec podmiotów, co do których zachodzi podejrzenie, że wykonują działalność nielegalnie, np. bez zezwolenia. Umożliwi to szybsze i skuteczniejsze wykrywanie zachowań niezgodnych z prawem. Jednocześnie należy zadbać o to, aby osoby, w stosunku do których takie postępowanie może być skierowane, miały zapewnione odpowiednie narzędzia obrony przed potencjalnym nadużyciem tych uprawnień.

– Warto natomiast wrócić do dyskusji nad pomysłem utworzenia odrębnego rejestru tzw. instytucji pożyczkowych, co zakładała pierwotna wersja projektu założeń przygotowana przez Ministerstwo Finansów. W założeniach tych proponowano bowiem reglamentację działalności polegającej na udzielaniu kredytów konsumenckich przez instytucje pożyczkowe. Zakładano, że prowadzenie takiej działalności byłoby działalnością regulowaną i wymagałoby uzyskania wpisu do odpowiedniego rejestru, po spełnieniu określonych w ustawie warunków. Z propozycji tej zrezygnowano, a tymczasem, jawny i powszechny dostęp do informacji o podmiotach legalnie działających w obszarze udzielania kredytów konsumenckich przyczyniłby się do transparentności i przejrzystości tego segmentu rynku, z korzyścią dla konsumentów – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan

100 dni rządu premier Ewy Kopacz

Wyższe ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych i dynamiczny rozwój programu wsparcia przedsiębiorców, a także przygotowania do nowej Ordynacji podatkowej i poważnych zmian w funkcjonowaniu administracji podatkowej to przykłady działań Ministerstwa Finansów zaprezentowane 7 stycznia 2015 r. podczas podsumowania 100 dni rządu premier Ewy Kopacz.

Na początku konferencji prasowej w Kancelarii Premiera 7 stycznia 2015 r.szefowa rządu wyraziła wyrazy solidarności z narodem francuskim w związku z zamachem terrorystycznym w Paryżu. Następnie premier Ewa Kopacz przedstawiła najważniejsze dokonania kierowanego przez siebie rządu w ciągu pierwszych miesięcy oraz plany na bliską przyszłość. W tym kontekście należy wymienić następujące najważniejsze działania, w które zaangażowany jest resort finansów:

Wprowadzenie wyższej ulgi podatkowej dla rodzin wielodzietnych

Od 1 stycznia 2015 r. o 20% wzrosła kwota ulgi na trzecie i każde kolejne dziecko, co oznacza, że roczna ulga na trzecie dziecko zwiększyła się z 1 668,12 zł do 2 000,04 zł, a na kolejne dzieci z 2 224,08 zł do 2 700 zł. Z tego rozwiązania będzie mogło skorzystać ponad milion rodzin, w których wychowuje się ok. dwa miliony dzieci. Ponad 97% rodzin – płatników PIT – będzie mogło wykorzystać tę ulgę w pełni. Rząd przyjął projekt ustawy dotyczącej wyższych ulg 30 września 2014 r.

Wprowadzenie szybszego zwrotu podatku dla rodzin wielodzietnych

W listopadzie 2014 r. Ministerstwo Finansów zdecydowało, że rodziny wielodzietne mogą otrzymać szybszy zwrot podatku dochodowego w 2015 r. Termin zwrotu został skrócony z trzech miesięcy do jednego.

Wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę”

Dziś, jeśli rodzice przekroczą próg dochodowy uprawniający ich do świadczeń socjalnych, tracą całą kwotę. Rząd proponuje prostą zasadę: „złotówka za złotówkę”. Oznacza to, że zamiast zabierać rodzicom całe świadczenie, będzie ono pomniejszone tylko o taką kwotę, o jaką przekroczyli próg. Zachęci to rodziców do podejmowania pracy, a także do wychodzenia z szarej strefy. – To bardzo ważne szczególnie dla tej części naszego społeczeństwa, która korzysta z pomocy społecznej. Tę ustawę wyjątkowo sobie cenię – powiedziała premier Ewa Kopacz o projekcie skierowanym do konsultacji społecznych 7 stycznia 2015 r. Rozwiązanie to wejdzie w życie od stycznia 2016 r.

Wsparcie dla przyzakładowych żłobków i przedszkoli

Powstaną nowe przyzakładowe żłobki i przedszkola, przez co łatwiej będzie łączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym. W latach 2015-2020 zostanie przeznaczonych na ten cel ponad 2 mld zł (w ramach środków europejskich i specjalnego systemu ulg w podatku CIT). Projekt będzie finansowany częściowo w ramach regionalnych programów operacyjnych realizowanych przez samorządy województw. Natomiast uruchomienie wsparcia finansowego pochodzącego z systemu ulg w podatku CIT planowane jest w styczniu 2016 r. – Ministerstwo Finansów pracuje nad kwestią ulg w tym podatku dla przedsiębiorstw, które tworzyłyby żłobki przyzakładowe – poinformowała premier Kopacz.

Przyjęcie budżetu na rok 2015

W tym roku deficyt spadnie poniżej 3% PKB, tym samym Polska wyjdzie z procedury nadmiernego deficytu. Dużo niższym deficytem niż planowano (poniżej 30 mld zł zamiast 47,5 mld zł) zamyka się budżet państwa w 2014 roku.To efekt dobrej realizacji budżetu, ale także wynik racjonalnej i oszczędnej polityki wydatkowej. Projekt ustawy budżetowej został przyjęty przez rząd 24 września 2014 r.

Założenia do projektu nowej ordynacji podatkowej

Nowe przepisy podatkowe mają być jasne, precyzyjne i przyjazne dla uczciwych podatników. Nad nową ordynacją podatkową pracuje Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego. Jeszcze przed marcem, jak zapowiedziała premier Ewa Kopacz, komisja przedłoży Ministerstwu Finansów kierunkowe założenia do nowej ordynacji. Następnie projekt zostanie skierowany na Radę Ministrów i poddany konsultacjom społecznym.

Wydłużenie do 2016 r. gwarancji de minimis

Program de minimis został wydłużony do 2016 r. Od początku funkcjonowania programu (marzec 2013 r.) udzielono gwarancji na kwotę  15,8 mld dla 73 500 przedsiębiorców. Pozwoliło to na udzielenie kredytów w kwocie ok. 28 mld zł. Rozporządzenie ministra finansów z 3 grudnia 2014 r. dotyczące wydłużenia programu de minimis do końca 2016 r. weszło w życie 26 grudnia 2014 r.

Więcej środków dla przedsiębiorczości

19 grudnia 2014 r. Rada Nadzorcza BGK przyjęła plan finansowy, w którym założono wzrost wartości finansowania przedsiębiorstw o ponad 6 mld zł (z 19 mld w 2014 r. do 25 mld w 2015 r.). Podpisanie umów dotyczących finansowania inwestycji, m.in. w branży energetycznej czy chemicznej zaplanowano na I połowę 2015 r.

Ułatwienia dla podatników i zmiany w urzędach skarbowych

W 2015 r. dzięki nowym fukcjom systemu e-Podatki każdy będzie miał łatwy i bezpieczny dostęp do swojego konta podatnika. Podatnicy uzyskają taką samą, spójną informację niezależnie od tego, do którego urzędu skarbowego przyjdą z pytaniami. Zwiększona zostanie przepustowość infolinii podatkowej. Powstanie internetowa Baza Wiedzy Administracji Podatkowej. Podatnik będzie mógł załatwić swoje sprawy w dowolnym urzędzie. Pracownik urzędu skarbowego obsłuży obywateli także z zakresu działania innych instytucji, np. ZUS, Służby Celnej. Przez pierwsze 18 miesięcy prowadzenia działalności mikroprzedsiębiorcy będą mogli liczyć na pomoc asystenta podatnika. Wyspecjalizowane urzędy skarbowe skoncentrują się wyłącznie na obsłudze największych podmiotów budujących potencjał gospodarczy państwa.

Wprowadzenie korzystniejszych zasad waloryzacji rent i emerytur w 2015

W budżecie wygospodarowano środki na kwotową waloryzację emerytur i rent na poziomie min. 36 zł dla świadczeń poniżej 3333 zł, co nastąpi 1 marca 2015 r. Gdyby zastosować wyłącznie procentowy system waloryzacji, obowiązujący m.in. w 2014 r., najniższa emerytura wzrosłaby jedynie o ok. 9 zł. Z szacunków resortu pracy wynika, że wprowadzone zmiany sposobu waloryzacji w 2015 r. to koszt ok. 1,8 mld zł, a łącznie na waloryzację emerytur i rent trafi w tym roku ok. 3,7 mld zł. Projekt nowelizacji ustawy dotyczący waloryzacji został przyjęty przez rząd 30 września 2014 r.

Międzynarodowych inwestorów czeka niespokojny rok. Najlepszą inwestycją mogą się okazać akcje azjatyckie

CEO Magazyn Polska

W 2015 roku na zyski z inwestycji mogą liczyć ci, którzy aktywnie zarządzają swoim portfelem. Nie zanosi się bowiem na spokojny rok. Wiele wskazuje na to, że czarnym koniem mogą się okazać akcje spółek azjatyckich (z wyjątkiem chińskich).

– Kupno w styczniu i trzymanie do grudnia – taka strategia wcale nie musi wyjść nam na dobre mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Dekarz, zarządzający portfelami RDM Wealth Management. Zmienność będzie tak duża, że w tym przypadku będzie się trzeba po prostu wykazać dobrym zarządzaniem alokacją w odpowiednich momentach i z wyprzedzaniem pewnych minikryzysów, które mogą mieć miejsce w 2015 roku.

Już miniony rok dał inwestorom przedsmak tego, co czeka ich w obecnym. W styczniu nikt nie przewidywał wojny na Ukrainie, załamania gospodarki rosyjskiej i ropy po 50 dolarów za baryłkę. W 2015 roku podobnie znaczących i dramatycznych wydarzeń też nie powinno zabraknąć.

Końcówka 2014 roku to tak naprawdę obraz tego, co możemy widzieć w 2015 roku, czyli okres o dużo większej zmienności na rynkach finansowych ocenia Jacek Dekarz. – Takimi ogniskami zapalnymi, które widzieliśmy już w drugiej połowie roku 2014, mogą być potencjalny kryzys rosyjski czy rysowanie się scenariusza japonizacji strefy euro, czyli de facto wejście w długotrwałą deflację. Kolejnym ryzykiem, o którym też należy myśleć, jest „twarde lądowanie” w Chinach.

Ogólnie światowa gospodarka powinna się w tym roku rozwijać trochę szybciej niż w ubiegłym. Motorem tego wzrostu będą Stany Zjednoczone oraz Azja, jednak bez Chin, gdzie oznaki spowolnienia są coraz silniejsze. Według prognoz chiński PKB mógł w IV kwartale 2014 roku spowolnić do 7,2 proc. po 7,3 proc. w III kwartale (dane zostaną opublikowane 20 stycznia). Jeszcze w 2010 roku chińska gospodarka wzrosła o 10,4 proc. Skutkiem chińskiego spowolnienia będzie coraz mocniejszy dolar oraz mniejsza liczba transakcji handlowych na świecie.

Oczywiście, ofiarą tego padną głównie kraje surowcowe, czyli kraje, które eksportują surowce prognozuje zarządzający portfelami RDM Wealth Management.  Dolar będzie się umacniał, być może osiągniemy parytet do euro w 2015 roku. Inflacja będzie bardzo niska przez to, że właśnie m.in. surowce będą na niskim poziomie, a to będzie wykładnią niższego popytu z Chin i umacniającego się dolara.

Jak mówi Dekarz, 20 proc. spadku cen ropy naftowej to 0,5 proc. wzrostu światowego PKB i o 1 proc. niższa inflacja. Oczywiście te pozytywne skutki taniejących surowców odczują głównie te kraje, które muszą je kupować. W praktyce poprawią się wyniku tamtejszych firm i wzrośnie popyt na ich akcje.

Preferowanymi krajami, jeśli chodzi o akcje, będą te kraje, które są per saldo importerami surowców oraz te, które de facto są w stanie zyskać na wzroście w Stanach Zjednoczonych zapowiada Jacek Dekarz z RDM Wealth Management.  Oprócz akcji Stanów Zjednoczonych tak naprawdę tymi, które mogą być dużo silniejsze, a przynajmniej tymi, których zysk na akcje będzie dużo silniejszy niż na innych rynkach, będą akcje azjatyckie. Rynek azjatycki w ogóle korzysta ze wzrostu w Stanach Zjednoczonych, ponieważ tam głównie eksportowane są dobra konsumpcyjne.