Lokum Deweloper chce rozszerzyć działalność dzięki debiutowi na GPW. Spółka chce wejść na parkiet w tym roku

CEO Magazyn Polska

Wrocławska spółka Lokum Deweloper pomyślnie zadebiutowała na rynku obligacji Catalyst i przymierza się do nowych inwestycji. Firma zamierza wejść na rynek krakowski i warszawski. W planach ma też debiut na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Na Catalyst Lokum zadebiutowała w drugiej połowie grudnia, sprzedając inwestorom całą pulę obligacji wartą 30 mln zł. Jak podkreśla prezes spółki Bartosz Kuźniar, emisja cieszyła się sporym zainteresowaniem inwestorów, a pozyskane środki zostaną przeznaczone na inwestycje.

– W większym stopniu środki te przeznaczone zostaną na rozpoczęcie budów na gruntach, które już zakupiliśmy – zapowiada w rozmowie z Newserią Inwestor prezes Lokum Deweloper. – W części, oczywiście, pokryjemy też nimi koszty nowo kupowanych działek. 

Datę wykupu obligacji Lokum wyznaczono na 31 maja 2016. Ich oprocentowanie to 6-miesięczny WIBOR powiększony o marżę uzależnioną od wartości wskaźnika dźwigni finansowej spółki, która może wynosić rocznie od 3,8 do 4,8 proc. Inwestycje, które spółka chce sfinansować dzięki pieniądzom inwestorów, to głównie już zaplanowane dwie budowy.

– Te miejsca to dwie lokalizacje szczególnie dla nas istotne. Pierwsza jest zlokalizowana we Wrocławiu na Tarnogaju, obok już zrealizowanego przez nas osiedla, które cieszyło się ogromnym zainteresowaniem klientów i uzyskało tytuł „Osiedla 25-lecia” w plebiscycie „Gazety Wrocławskiej” – informuje Bartosz Kuźniar, prezes Lokum Deweloper. – To jest Wrocław, ulica Klimasa, tam rozpoczniemy inwestycję, pierwszy jej etap to 150 mieszkań. Kolejna inwestycja zlokalizowana jest w samym centrum Wrocławia, przy ulicy Tęczowej. Będzie to duża inwestycja, kilkuetapowa. Tam również pierwszy etap to około 150 mieszkań.

W 2013 roku Lokum Deweloper osiągnął przychody na poziomie 100,5 mln zł, a zysk netto spółki przekraczał 20 mln zł. Do połowy 2014 roku jej przychody sięgały 47 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał 10 mln zł. Wśród planowanych na przyszły rok inwestycji prezes Lokum wymienia jeszcze dwa wrocławskie projekty.

– Obecnie realizujemy inwestycję przy ulicy Litomskiej, w szalenie atrakcyjnej lokalizacji ze względu na odległość do centrum (około kilometra) i bliskość obiektów rekreacyjnych (niedaleko do Odry) – podkreśla Bartosz Kuźniar. – Jednocześnie powstaje osiedle na Gądowie, w zachodniej części Wrocławia. To kolejne etapy inwestycji pod nazwa Lokum Da Vinci. W przyszłym roku przewidujemy także pozyskanie środków z emisji akcji, planujemy debiut na głównym parkiecie warszawskiej giełdy.

O parametrach tej emisji prezes jeszcze nie chce mówić, zaznaczając, że dopiero rozpoczęły się prace przygotowawcze, więc dopiero za pół roku będzie można porozmawiać o konkretach. Planuje, że ten debiut nastąpi w drugiej połowie 2015 roku.

– To oczywiście większa rozpoznawalność spółki, to na pewno jej rzetelna wycena, rynkowa wycena, to też środki, które możemy pozyskać, aby rozwijać kolejne rynki bez uszczerbku dla naszego rynku wrocławskiego i prowadzonych na nim działań – ocenia zalety wejścia na giełdę prezes Lokum Deweloper Bartosz Kuźniar.

Quercus TFI: Małe i średnie firmy budowlane oraz przemysłowe atrakcyjne dla inwestorów w 2015 r.

0

CEO Magazyn Polska

Małe i średnie spółki giełdowe mogą być w tym roku szczególnie atrakcyjne dla inwestorów. Ich wyceny są w tej chwili niższe, a szanse na wzrosty spore. Szczególnie obiecująco wyglądają branże budowlana i przemysłowa, bardziej ryzykowne wydają się banki i spółki importujące towary za dolary.

Najlepiej rokują spółki z szeroko rozumianego sektora budowlanego, choć cały czas można mieć wątpliwości, czy te sektory budowlany i okołobudowlany ruszą już w I połowie 2015 roku czy czasami nie będzie trzeba poczekać aż do drugiego półrocza – zastrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes zarządu Quercus TFI. – Grono spółek, które płacą dywidendy, a są obecnie przecenione, nisko wycenione, jest dość szerokie.

Jak podkreśla Buczek, małe i średnie spółki notowane na warszawskiej giełdzie są obecnie tańsze niż ich odpowiedniki na rynkach rozwiniętych. Dodaje, że taka sytuacja nie miała miejsca od rozpoczęcia działalności OFE na polskim rynku.

W całym 2014 roku indeks mWIG40, obejmujący 40 średnich spółek notowanych na GPW, zanotował wprawdzie wzrost o 4,7 proc., podczas gdy ogólnogiełdowy indeks WIG wzrósł o skromne 0,29 proc. Ale już indeks sWIG80, obejmujący małe spółki notowane w Warszawie, stracił w ciągu 2014 r. aż 15,3 proc.

Przy takich przecenach inwestorzy muszą wybrać odpowiednie branże. Poza budowlaną Buczek zwraca uwagę na przemysł.

Podobają nam się również spółki, które będą zyskiwać na taniejących surowcach, czyli głównie spółki przemysłowe, natomiast nie podobają nam się spółki, które importują w dolarze, ze względu na oczekiwane umocnienie amerykańskiej waluty. Nie podobają nam się też w pierwszych miesiącach 2015 roku banki, ze względu na oczekiwane słabe wyniki tego sektora w I kwartale 2015 roku – ocenia Buczek.

Dodaje, że dla sektora bankowego kolejne kwartały roku powinny być już lepsze. W całym roku wyniki banków powinny być według niego zbliżone do tych uzyskanych w 2014 roku. Dlatego Sebastian Buczek radzi zwracać uwagę na pojawiające się po drodze okazje do korzystnych inwestycji w tym sektorze.

Trwają prace nad regulacją rynku pożyczek. Branża i eksperci chcą stworzenia rejestru firm pożyczkowych

Rynek firm pożyczkowych czeka na ogłoszenie wyników konsultacji nowego projektu regulacji tej branży. Prace nad nowymi przepisami trwają już blisko dwa lata i zarówno przedstawiciele firm, jak i partnerzy społeczni, np. Konfederacja Lewiatan, apelują o ich przyspieszenie. Przekonują także do pomysłu utworzenia rejestru firm pożyczkowych, który znalazł się w pierwotnych założeniach resortu finansów.

– Taki rejestr mogłoby prowadzić Ministerstwo Gospodarki czy Komisja Nadzoru Finansowego, tutaj decyzja należy do ustawodawcy. Natomiast na pewno powinien być to organ publiczny i rejestr powinien być prowadzony na zasadach ustawowych i w sposób czytelny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes radca prawny Bartosz Wyżykowski z Departamentu Prawnego Konfederacji Lewiatan.

Jak podkreśla, proponowany początkowo przez Ministerstwo Finansów rejestr firm pożyczkowych pozwoliłby uporządkować sytuację na tym rynku i zwiększyłby ochronę konsumentów, którzy z usług tych firm korzystają. Taka potrzeba pojawiła się po sprawie Amber Gold, w której oszczędności życia straciło wielu klientów. Wtedy tylko firma wpisana do rejestru, byłaby instytucją pożyczkową, której można zaufać.

Konsumenci mieliby jasną informację na temat tego, które instytucje pożyczkowe prowadzą legalnie działalność w Polsce – zwraca uwagę Bartosz Wyżykowski. – Mogliby sprawdzić to w takim rejestrze, organy nadzoru również miałyby w jednym miejscu informację o tym rynku, a dzięki temu nadzór mógłby być skuteczniejszy i lepszy. Dla samych przedsiębiorców również mogłoby to być bardzo korzystne, dlatego że w tym projekcie wprowadza się nową definicję instytucji pożyczkowej.

Powołanie postulowanego przez przedsiębiorców rejestru firm pożyczkowych było pierwotnie zapisane w projekcie ustawy. Mimo że resort finansów postanowił go usunąć, jest szansa na to, że w wyniku prowadzonych konsultacji społecznych zapis uda się przywrócić. Pomysł taki popierają nie tylko partnerzy społeczni, lecz także same firmy pożyczkowe.

– Jako partnerzy społeczni mieliśmy możliwość przekazywania uwag – mówi radca prawny z Konfederacji Lewiatan. – Teraz czekamy na wyniki konsultacji społecznych, a więc na informację o tym, które z uwag zostały uwzględnione, a które nie. Być może odbędzie się konferencja uzgodnieniowa ws. tego projektu, natomiast fakt, że ten projekt został opublikowany to dobry znak, dlatego że daje szanse na to, że ta ważna dla konsumentów regulacja zostanie uchwalona jeszcze w tej kadencji Sejmu.

Prace nad nowymi przepisami trwają już blisko dwa lata.

Projektowana ustawa przewiduje, że firmy pożyczkowe muszą być spółkami akcyjnymi lub z ograniczoną odpowiedzialnością. By prowadzić tego typu działalność, trzeba mieć nie mniej niż 200 tys. zł kapitału własnego. Osoby zasiadające w zarządach takich spółek nie mogą być karane.

Za ewentualne oszustwa popełnione na tym rynku przewidziano kary więzienia do 10 lat i grzywny do 5 mln zł. Wprowadza też przepisy, które ograniczają maksymalne odsetki, maksymalne prowizje i maksymalne opłaty pobierane przez instytucje pożyczkowe.

Projekt zmierza do tego, żeby zwiększyć poziom ochrony konsumentów korzystających z usług tzw. instytucji finansowych pozabankowych – podkreśla Bartosz Wyżykowski. – Wprowadza się również zmiany, zwiększając kompetencje Komisji Nadzoru Finansowego, która nie tylko na rynku kapitałowym, lecz także na całym rynku finansowym miałaby prawo do tego, żeby badać, czy podmioty działające na tym rynku nie prowadzą na przykład nielegalnej działalności bankowej.

Pacjenci pomogą w zwiększeniu wczesnej wykrywalności raka. Włączą się w prace nad narodowym programem zwalczania nowotworów

CEO Magazyn Polska

Do prac nad nowym narodowym programem zwalczania chorób nowotworowych resort zdrowia zaprosił środowiska pacjenckie. Ich współpraca w tworzeniu strategii dla onkologii ma sprawić, że będzie ona znacznie efektywniejsza od obecnego programu, którego realizację NIK ocenił bardzo negatywnie.

Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych w nowej odsłonie zacznie działać w 2016 roku. Podobnie jak ten obowiązujący do końca 2015 roku ma on na celu zmniejszenie liczby zachorowań na nowotwory oraz zwiększenie wskaźnika wykrywalności raka we wczesnych stadiach. Tym samym Polska powinna odbić się z jednego z ostatnich miejsc w europejskich statystykach. Dążenia te wesprą organizacje pacjentów, które zostały zaproszone do rady programowej w Ministerstwie Zdrowia. Jej zadaniem jest opracowanie założeń przyszłego programu.

Wniesiemy na pewno wiele uwag i wiele wkładu merytorycznego z odbioru własnego, czyli tego, jak dotychczasowy program był realizowany z naszej strony. W ramach Pacjenckiej Strategii dla Onkologii, którą opracowało Obywatelskie Porozumienie na rzecz Onkologii, przygotowaliśmy dziesięć punktów, które mogą być wytycznymi dla narodowego programu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych i Fundacji „Wygrajmy Zdrowie”.

Współpraca przy realizacji profilaktyki, stworzenie centrum operacyjnego dla całego narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych oraz opracowywanie standardów i certyfikacja ośrodków leczenia nowotworów to trzy główne postulaty Koalicji. Jak zapewnia Szymon Chrostowski, ośrodki te mają największe doświadczenie w edukacji pacjentów i społeczeństwa, dlatego powinny mieć udział w koordynacji programu w różnych obszarach, m.in. profilaktyki czy zakupu sprzętu. Ten ostatni stanowi zresztą osobny problem i jest bolączką obecnego narodowego programu.

Obecnie w Polsce mamy tego sprzętu bardzo dużo. Jest to nieadekwatne do wysokości kontraktów, które posiadają szpitale, co powoduje, że ten sprzęt jest po prostu nieużywany, dlatego że nie wystarcza środków na funkcjonowanie tych aparatów, ale z racji tego, że jest ustawa, Ministerstwo Zdrowia jest zmuszane do kupowania takiego sprzętu jeszcze przez rok – przyznaje Chrostowski.

Ustawa nakazuje resortowi przeznaczać minimum 250 mln zł rocznie na realizację narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych, z czego przynajmniej 10 proc. na wczesne wykrywanie raka. Mimo że z budżetu idzie na ten cel nawet o 28 proc. więcej, profilaktyka jest w Polsce nieskuteczna. Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że na 21 mln imiennych zaproszeń na badania cytologiczne i mammograficzne wysłanych od 2009 roku przez Centralne i Wojewódzkie Ośrodki Koordynujące odpowiedziało jedynie 3,5 mln kobiet, czyli zaledwie 18 proc. Przesądza to o nieskuteczności całej akcji, mimo że sama wysyłka zaproszeń pochłonęła 30 mln zł. Żeby badania przesiewowe były skuteczne, musi się na nie zgłosić przynajmniej 3/4 populacji docelowej. Tak przynajmniej wskazują zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia i Komisji Europejskiej.

Mimo to badania przesiewowe są wciąż najskuteczniejszą metodą zapobiegania nowotworom i najlepszym sposobem ich wczesnego wykrywania. Dlatego kluczowe dla powodzenia przyszłego programu jest racjonalne wykorzystanie przeznaczonych na nie środków.

– Środki powinny zostać przesunięte przede wszystkim na profilaktykę, wczesne wykrywanie chorób nowotworowych, badania przesiewowe w różnych typach chorób, nie tylko w raku piersi, szyjki macicy czy jelita grubego, jak jest teraz, lecz także w kierunku innych nowotworów. To spowoduje, że wzrośnie wykrywalność na wczesnym etapie – zaznacza prezes Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych.

Dodaje, że równie istotna jest edukacja, która – jego zdaniem – powinna być realizowana nie tylko przez struktury publiczne, takie jak obecne centralne i wojewódzkie ośrodki koordynujące, lecz także przez organizacje zrzeszające pacjentów oraz inne organizacje pozarządowe.

Będą zmiany w Komisji Trójstronnej. Rząd, pracodawcy i związkowcy przygotowują nową formułę współpracy

Strona rządowa, organizacje pracodawców i związki zawodowe pracują nad nową formułą dialogu społecznego, która zastąpiłaby lub usprawniłaby Komisję Trójstronną. Inicjatywa zakłada m.in. większą równość partnerów, rotacyjne kierownictwo w Komisji każdej ze stron dialogu czy zmianę prowadzących dialog w terenie z wojewodów na marszałków województw. Strony porozumiały się już co do większości dyskutowanych zagadnień. Pozostałe rozmowy mają być zakończone do końca stycznia.  

 W ramach dialogu dwustronnego między związkami a pracodawcami uzgodniliśmy około 80 proc. problemów, które uznaliśmy za istotne do stworzenia ram dialogu centralnego – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Projekt stanowi odświeżenie i poprawienie formuły Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, która od ponad roku de facto nie funkcjonuje, bowiem związki zawodowe zawiesiły udział w pracach tejże komisji.

Pozostało nam oczywiście 20 proc., które mamy zamiar rozwiązać lub też zostawić jako rozbieżności do końca stycznia, dlatego że musimy przedstawić nasz dorobek jeszcze trzeciemu partnerowi, czyli rządowi – podkreśla prezydent Pracodawców RP.

7 stycznia odbyło się spotkanie u prezydenta Bronisława Komorowskiego, w którym udział wzięli przedstawiciele Konfederacji Lewiatan, Business Centre Club, Pracodawców RP, Związku Rzemiosła Polskiego, NSZZ „Solidarność”, OPZZ oraz Forum Związków Zawodowych. Stronę rządową reprezentował minister resortu pracy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Przede wszystkim uzgodniliśmy ramy, które pozwalają na równość wszystkich partnerów wobec siebie oraz większe możliwości prezentowania swoich opinii, m.in. poprzez inicjatywy ustawodawcze – wyjaśnia Malinowski. Chcemy wprowadzić zmianę, żeby ze strony quasi-rządowej głównymi rozgrywającymi w kwestii dialogu społecznego w terenie nie byli wojewodowie, lecz marszałkowie województw.

Kolejną zmianą byłyby nowe zasady sporządzania sprawozdań z prac Komisji Trójstronnej, tak by zwiększyć przejrzystości działań finansowanych z budżetu państwa.

Chcemy także wprowadzić rotacyjne kierownictwo. Każdy z partnerów będzie co pewien czas przejmował kierownictwo na rok jako przedstawiciel wszystkich stron, jednocześnie byłby odpowiedzialny za funkcjonowanie Komisji. Być może na wzór Brukseli będą to dwa lata, co wymaga jeszcze ustaleń ze stroną rządową – tłumaczy ekspert.

Jak dodaje, obecny na spotkaniu minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz zaproponował spotkanie z Ewą Kopacz już w przyszłym tygodniu, po to by poznać lepiej sytuację oraz ustalić pewien harmonogram prac.

Z kwestii administracyjnych zamierzeniem partnerów jest stworzenie samodzielnego, odrębnego biura, które zajmowałoby się przygotowywaniem potrzebnych opinii. Andrzej Malinowski podkreśla, że oprócz niewymiernych fundamentalnych zmian równie istotne jest zbudowanie technicznych warunków, które pozwolą na oszczędność czasu i sprawne prace Komisji.

Najważniejsze zmianą jest to, żeby nasze ustalenia były obowiązujące dla wszystkich trzech stron. Niestety, dotychczas spotykaliśmy się z sytuacjami, kiedy nawet przy ustaleniach trójstronnych przychodził na przykład pan minister Rostowski, minister finansów, który ze względu na dobro swojego urzędu, próbował nasze ustalenia podważyć. To się nie może powtórzyć w przyszłości – przestrzega.

Andrzej Malinowski wskazuje, że padła także propozycja zmiany nazwy Komisji Trójstronnej na Radę Dialogu Społecznego. Pracodawcy RP nie popierają zmiany. Według niego istotne jest stworzenie ram, której pozwolą Komisji Trójstronnej funkcjonować bez żadnych zakłóceń.

Widzimy, że dialog jest niezwykle potrzebny, bo jeśli chodzi o rozwój społeczno-gospodarczy Polski to mamy coraz więcej problemów wymagających porozumienia. Dlatego chcielibyśmy, aby ustawę o nowej formule dialogu społecznego prezydent podpisał jeszcze w czasie tej kadencji – podsumowuje Andrzej Malinowski.

Budżet dla Polskiej Agencji Kosmicznej może być znacznie mniejszy. Pierwsze krajowe programy finansowania technologii kosmicznych ruszą jeszcze w tym roku

W tym roku mogą ruszyć pierwsze krajowe programy dofinansowywania rozwoju technologii kosmicznych. Polska Agencja Kosmiczna, zgodnie z propozycją Sejmu, w pierwszym roku funkcjonowania miała otrzymać 30 mln zł. Senacka komisja proponuje jednak ograniczenie tego budżetu o 13 mln zł. Docelowo Agencja liczy jednak na nawet kilkukrotnie większe środki.

Sejm niedawno przyjął projekt ustawy, gdzie zadeklarowano, że powołana Polska Agencja Kosmiczna otrzyma budżet w wysokości 30 mln złotych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wojtkiewicz, dyrektor biura Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego. ‒ Jeżeli ta kwota pozostanie, to będzie to bardzo dobra wiadomość dla polskiego sektora kosmicznego, tym bardziej że tym budżetem będzie dysponowała bezpośrednio agencja i będzie mogła przez to realizować zadania i strategiczne cele polskiej polityki kosmicznej.

Senacka Komisja Budżetu i Finansów Publicznych oceniła jednak, że kwota 30 mln zł na pierwszy rok działalności jest zbyt wysoka. 13 mln zł z tej puli może powrócić do rezerwy ogólnej i częściowo trafić do Archiwów Państwowych i na program polsko-ukraińskiej współpracy młodzieży.

Jak podkreśla Wojtkiewicz, dzięki 30 mln zł (w początkowej wersji miało to być ok. 10 mln zł) PAK mogłaby w pełni zrealizować swoje zadania. Obejmują one m.in. koordynację polskiego sektora kosmicznego, uruchomienie biura z kadrą ekspertów oraz prowadzenie dialogu z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA).

Przyjęcie budżetu umożliwi uruchomienie programów dofinansowania już w przyszłym roku. Wojtkiewicz podkreśla, że choć polscy przedsiębiorcy i naukowcy mogą rywalizować w przetargach ogłaszanych przez ESA, której Polska jest członkiem od ponad dwóch lat, to krajowe środki są równie ważne.

‒ Jako przedsiębiorcy mamy nadzieję, że w ramach tej puli agencja będzie mogła uruchomić pierwsze programy dotyczące rozwoju technologii w obszarze sektora kosmicznego w Polsce, które nie będą finansowane z kontraktów ESA albo Unii Europejskiej, lecz z projektów krajowych. Program krajowy będzie mógł odpowiadać na właściwe potrzeby polskiego sektora kosmicznego, czyli rozwoju technologii, od najniższego poziomu zaawansowania technologicznego – podkreśla Wojtkiewicz.

Podkreśla, że 30 mln zł to wystarczająca kwota jak na pierwszy rok działalności PAK. Wystarczy, by opracować strategię i uruchomić pierwsze programy finansowania. Dzięki temu agencja będzie mogła wybrać właściwy kierunek działania przed opracowanie narodowego programu kosmicznego. By go jednak wdrożyć, będą potrzebne znacznie większe środki.

Żeby uruchomić pierwszy narodowy program kosmiczny, z którego mogliby skorzystać przedsiębiorcy i instytuty badawcze, kwota powinna być znacznie większa – twierdzi Wojtkiewicz. ‒ Wydaje się, że optymalny byłby budżet kilkukrotnie większy, nie 30 mln zł, lecz trzy razy więcej. Ale wszystko zależy od strategii, która zostanie opracowana w agencji.

Wojtkiewicz dodaje, że wysokość budżetu PAK powinna też zależeć od liczby i wartości kontraktów zawartych przez polskich przedsiębiorców z ESA. Szacuje, że ok. 80 proc. polskiej składki członkowskiej (28,7 mln euro w 2014 r.) powinno trafić z powrotem do kraju w formie zawartych umów.

Ponieważ trzy czwarte składki członkowskiej do ESA to dobrowolna kontrybucja państw członkowskich, Polska może zwiększyć swój wkład. Wojtkiewicz przekonuje, że jeśli wpłacimy więcej do tej agencji, to proporcjonalnie więcej środków wróci do Polski.

Podkreśla, że posiadanie krajowej agencji kosmicznej nie jest w żadnej mierze sprzeczne z członkostwem w ESA.

To daje możliwość realizacji programów własnych, krajowych dla firm, przedsiębiorców i instytutów badawczych z danego kraju. Posiadanie własnej agencji z własnym budżetem daje nam taką możliwość, ponieważ nie musimy konsultować kierunków rozwoju tego sektora gospodarki na forum europejskim. Dzięki temu możemy wyznaczać własne cele, rozwijać własne technologie i realizować własne programy – przekonuje Wojtkiewicz.

Ocenia, że realizowane w kraju programy nie będą tak duże i kosztowne, jak efekty współpracy międzynarodowej w ramach ESA. Mimo to polski przemysł kosmiczny oraz naukowcy mogą skorzystać na mniejszych, prostszych, ale równie potrzebnych projektach, dzięki którym nabiorą doświadczenia i wykształcą kadry.

Senat ma czas na poprawki do ustawy budżetowej do 12 stycznia. Jeśli proces legislacyjny będzie przebiegał bez problemów, to już 20 stycznia ustawa może trafić do podpisu prezydenta.

Od 18 stycznia kary indywidualne dla przedsiębiorców za zmowy cenowe. UOKiK czeka na skruszonych

0

Od 18 stycznia będą obowiązywały kary dla osób fizycznych czy zarządzających przedsiębiorstwem za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję. Przedsiębiorcy, którzy przed tym terminem dobrowolnie ujawnią swój udział w zmowie cenowej czy innym porozumieniu, mogą liczyć na niższe kary.

Apelujemy, żeby przedsiębiorcy, którzy biorą udział w zmowach, ujawniali się przed 18 stycznia, dlatego że pozwoli im to uniknąć kary indywidualnej – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Chmielowski z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – W ramach programu leniency [łagodzenia kar – red.] przedsiębiorca, który jako pierwszy ujawni takie porozumienie, może liczyć nawet na całkowite zwolnienie z kary. W przypadku kolejnych przedsiębiorców decydujących się na współpracę będzie stosowane zmniejszenie kary o 50 proc., a następni – o 30 i 20 proc.

18 stycznia wchodzi w życie nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, która obok istniejącej odpowiedzialności finansowej przedsiębiorców za porozumienia ograniczające konkurencję wprowadza odpowiedzialność osób zarządzających przedsiębiorstwem.

Głównym celem zmian jest zwiększenie skuteczności urzędu, czyli sprawniejsze wykrywanie niedozwolonych porozumień szkodzących konkurencji oraz szybsze ich eliminowanie – mówi Chmielowski.

Jego zdaniem osobista odpowiedzialność ma właśnie zapobiec temu, by osoby zarządzające świadomie decydowały się na naruszenie prawa. Może być również bodźcem dla przedsiębiorstw do wprowadzania systemu compliance, czyli reguł, którymi powinni kierować się pracownicy tak, aby nie naruszać prawa.

W przypadku przedsiębiorstwa wysokość kar się nie zmieni. Dalej będzie to do 10 proc. przychodów. Sam ten próg procentowy się nie zmieni. Natomiast zostaną wprowadzone kary indywidualne dla osób fizycznych czy zarządzających przedsiębiorstwem – wyjaśnia Maciej Chmielowski.

Dodaje, że kara indywidualna może wynieść nawet 2 mln zł.

W każdym przypadku będzie dokładnie analizowana i nakładana w zależności od możliwości finansowych oraz stopnia naruszenia przepisów – mówi Chmielowski.

Urząd liczy, że dzięki programowi leniency zwiększy się liczba wykrytych zmów cenowych i innych porozumień ograniczających konkurencję. Program łagodzenia kar z powodzeniem jest stosowany w innych państwach członkowskich UE.

Zostanie on zmodyfikowany w sposób korzystny dla przedsiębiorców. Wprowadzona zostanie tzw. instytucja leniency plus. Oznacza to, że przedsiębiorca, który jako kolejny zgłosi się do urzędu, będzie mógł ujawnić swój udział w innej zmowie cenowej i tym samym uzyskać dodatkowe 30 proc. obniżenia kary w tej pierwszej sprawie. Dodatkowo jeszcze mieć status pierwszego wnioskodawcy i całkowicie uniknąć kary finansowej w tej sprawie, którą ujawnił jako drugą – podsumowuje Chmielowski.

Niewielu Polaków odkłada dodatkowe pieniądze na emeryturę. Mimo że IKE i IKZE to sposób na inwestycje z ulgą podatkową

Polacy niechętnie odkładają dodatkowe pieniądze na emeryturę. Większość służących temu celowi kont w programach emerytalnych była w zeszłym roku nieaktywna. To oznacza, że nie wpłacano tam dodatkowych środków. I to mimo że zyski z tych inwestycji w przeciwieństwie do pozostałych produktów są do określonego limitu nieopodatkowane lub opodatkowane ryczałtowo. Jedynym minusem jest to, że na te zyski trzeba będzie poczekać.

Wprawdzie na podsumowanie zeszłego roku jest jeszcze za wcześnie, bo część wpłat nie jest dokonywana systematycznie i kumuluje się pod koniec roku, jednak nawet sumując wszystkie istniejące konta i zgromadzone tam środki, widać, że na gromadzenie dodatkowych pieniędzy na emeryturę zdecydowała się niewielka część pracujących Polaków.

W pierwszej połowie 2014 roku zasilanych kont IKE było zaledwie 25 proc. z 800 tys., natomiast w przypadku IKZE było to niespełna 10 proc. z 500 tys. mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy konsultingowej Mercer.  To pokazuje, że fizycznie istniejących kont, na które ciągle wpłacamy środki, jest niewiele.

W sumie na ponad milionie indywidualnych kont emerytalnych oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego Polacy zgromadzili dotąd niespełna 6 mld zł. To oznacza, że każdy odkładający zebrał średnio trochę ponad 4,5 tys. zł. Można więc powiedzieć, że ma środki na jednomiesięczną, przyzwoitą emeryturę.

Zdecydowanie powiedziałbym, może trochę naiwnie, że żeby pobudzić ten rynek, trzeba mówić o IKE i IKZE, bo moje doświadczenie jest takie, że to nie jest kwestia tego, że ludzie uznają zachęty fiskalne za niewystarczające, po prostu wielu z nas nie wie, że takie produkty funkcjonują – twierdzi Krzysztof Nowak.  Trzeba też powiedzieć, że limity wpłat na oba te produkty są niewielkie.

Oferowane w Polsce konta emerytalne pozwalają zaoszczędzić na podatku Belki. Od zarobionych dzięki IKE pieniędzy nie trzeba oddawać fiskusowi 19 proc., którym obciążone są inne zyski z inwestycji. Warunek jest taki, że wypłat nie można dokonać przed 60. rokiem życia lub 55. w przypadku posiadania praw do emerytury. W przypadku IKZE można też roczną kwotę inwestycji odpisać od podstawy opodatkowania. Niestety, to tylko odroczenie, bowiem 10-proc. podatek trzeba zapłacić z chwilą wypłaty środków. Nawet te ostrożne ulgi są jednak ograniczone limitami rocznych wpłat. W 2014 roku na IKE było to 11 238 zł, a na IKZE – 4 495 zł. W 2015 limity wzrosły odpowiednio do 11 877 zł i 4 750 zł.

Z tej perspektywy osoby najbardziej zamożne uznają, że w ten sposób nie zbudują swojego kapitału emerytalnego, a z drugiej strony osoby o niższych czy niewielkich dochodach powiedzą, że to jest wciąż za dużo dla nich – zauważa członek zarządu Mercer. Efekt jest taki, że jedni nie chcą inwestować, bo nie uznają tego za istotne, a drudzy nie mogą, bo uważają, że ich na to nie stać. Myślę, że obie grupy się mylą i trzeba namawiać wszystkich, żeby ci, co nie mają, starali się każdą złotówkę inwestować, bo lepszych produktów nie ma, a ci, którzy uznają, że są to małe limity, niech je wyczerpują do końca.

Przy zachęcaniu Polaków do emerytalnej oszczędności jest jednak większy problem niż słabe ulgi i niewielkie limity. Oba programy wydają się mało przejrzyste.

Ludzie nie tylko szukają efektywnych podatkowo produktów, lecz także próbują znaleźć produkty, do których będą mieli zaufanie, produkty transparentne, takie, które zrozumieją, i takie, które mogą dostarczyć im dochód. Tutaj w IKE i IKZE są pewne problemy podsumowuje Krzysztof Nowak.

Zapowiada się rok niewielkich wzrostów w branży motoryzacyjnej

Ponad 372 tysiące nowych samochodów osobowych i dostawczych zarejestrowali w ubiegłym roku Polacy. To ponad 12 proc. więcej niż w 2013 roku. W tym spodziewane są wzrosty nie tylko liczby nowych rejestracji, lecz także liczby produkowanych w Polsce aut. To za sprawą nowych inwestycji międzynarodowych koncernów. Przyrost będzie jednak niewielki.

‒ 2015 rok będzie się nadal charakteryzował wzrostami zarówno wolumenu produkcji aut w Polsce, jak i liczby rejestracji nowych samochodów, ale te wzrosty będą niewielkie. Według mnie powinniśmy zadbać o stymulację rządową i zachętę do tego, aby konsumenci udali się do salonów i zaczęli wymieniać stare samochody na nowe – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży Exact Systems, firmy zajmującej się kontrolą jakości w branży motoryzacyjnej.

Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 372,6 tysięcy nowych samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 t, co było wynikiem o 12,2 proc. lepszym niż w 2013 roku. Do tak dobrego wyniku przyczyniła się m.in. możliwość pełnego odliczenia VAT przy zakupie tzw. aut z kratką.

Opala przypomina, że obecne w Polsce międzynarodowe koncerny już w ubiegłym roku podjęły wiele istotnych dla rynku decyzji. W marcu Volkswagen zdecydował o ulokowaniu produkcji modelu Crafter w nowym zakładzie we Wrześni, a w maju należąca do tego samego koncernu Škoda zdecydowała o przeniesieniu produkcji nowego generacji modelu Roomster do fabryki w Poznaniu. W październiku General Motors ogłosił, że popularny Opel Astra piątej generacji będzie produkowany w Gliwicach, podobnie jak sprzedawany w Stanach Zjednoczonych Buick Cascada. Produkcję rozszerza także Fiat w swoich zakładach w Tychach.

Te decyzje zwiększą wolumen produkcji samochodów w Polsce, ale Opala podkreśla, że na razie nie ma mowy o powrocie do wielkości produkcji sprzed kryzysu.

Wzrost produkcji w Polsce to szansa dla poddostawców i innych firm rodzimych. Opala zwraca jednak uwagę na to, że musimy zadbać o zapewnienie odpowiedniej kadry dla tych firm. Postuluje zacieśnienie współpracy między szkolnictwem a przemysłem motoryzacyjnym, opartej m.in. o klasy patronackie.

Powinniśmy dbać o odpowiednie kształcenie przyszłej kadry inżynierskiej i menadżerskiej – podkreśla Opala. ‒ Według mnie bardzo ciekawe rozwiązanie wprowadziły np. niemieckie szkoły. Powinniśmy rozpocząć kształcenie dualne, nawet przygotować klasy patronackie, w których to przedsiębiorcy czy wybrani do tego eksperci mieliby wpływ na finalny kształt programów edukacyjnych.

Równocześnie w Polsce należy dbać jednak o popyt na nowe samochody, by poza produkcją na eksport rozwijać także rynek wewnętrzny. Choć liczba rejestracji stopniowo rośnie (w okresie styczeń-listopad 2014 r. wzrosła rok do roku o ponad 12 proc.), to rynek mógłby się rozwinąć jeszcze bardziej dzięki systemowi rządowego wsparcia.

W latach kryzysu takie schematy wprowadziło wiele europejskich krajów. Największy działał w Niemczech, gdzie w 2009 r. właściciele samochodów starszych niż 9 lat mogli liczyć na nawet 2,5 tys. euro dopłaty do zakupu nowego pojazdu. W ciągu kilku miesięcy z programu wartego łącznie 5 mld euro skorzystały prawie 2 miliony Niemców. Podobne programy funkcjonowały również m.in. w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Rumunii i na Słowacji.

IERiGŻ: polskie klastry w sektorach drobiarskim, mleczarskim i owoców jagodowych z szansą na silną pozycję w świecie

Klastry mogłyby w większym stopniu wspierać eksport produktów rolno-spożywczych. Przedstawiciele Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej podkreślają, że największe szanse stania się silnymi światowymi klastrami eksportującymi mają te w sektorach drobiarskim, mleczarskim oraz owoców jagodowych. Postulują o wsparcie publiczne dla tych obszarów, bo – jak zaznaczają – silne klastry eksportujące są siłą napędową gospodarek regionalnych.

W Polsce potencjał rozwojowy klastrów jest bardzo zróżnicowany regionalnie, choć te klastry mimo sukcesów eksportowych naszego sektora w porównaniu do klastrów w innych krajach rozwiniętych nie są najsilniejsze. Na podstawie przeprowadzonych analiz wydaje się, że klastry związane z sektorem drobiarskim, mleczarskim i owoców jagodowych powinny być w pierwszej kolejności przedmiotem wsparcia publicznego – uważa prof. Szczepan Figiel z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Eksport artykułów rolno-spożywczych po trzech kwartałach 2014 wzrósł o 5,2 proc. Trzy wymienione obszary mają w tym znaczący udział. Eksport mięsa drobiowego i przetworów drobiowych w ciągu ostatniej dekady wzrósł prawie czterokrotnie do 1,3 mld euro. Na eksport trafia prawie jedna trzecia produkcji, a ta w ostatnich siedmiu latach wzrosła o 50 proc. w przypadku mięsa i o 40 proc. w przypadku przetworów drobiowych. Drób stanowi ponad 6 proc. eksportu polskiego sektora rolno-spożywczego. Zainteresowanie eksportem w tym sektorze jest dużo większe niż np. wśród producentów wieprzowiny i wołowiny (44 proc. wobec 34 i 22 proc.).

Polska jest też siódmym producentem produktów mleczarskich w UE i czwartym producentem mleka krowiego z 8-proc. udziałem. Od 2004 wartość eksportu produktów mleczarskich wzrosła prawie dwukrotnie i stanowi ponad 8 proc. eksportu polskiego sektora rolno-żywnościowego. Z kolei produkcja owoców jagodowych sięga 500 tys. ton rocznie. Polska jest światowym liderem w produkcji malin i porzeczek. Eksport od 2004 roku wzrósł dwukrotnie i stanowi 2 proc. wartości eksportu polskiego sektora rolno-żywnościowego.

Jak podkreśla prof. Figiel, wsparcie klastrów eksportujących może sprzyjać wzrostowi polskiego eksportu. Mimo że polscy przedsiębiorcy z sektora rolno-spożywczego całkiem dobrze radzą sobie na tym polu, to właśnie klastry mogą służyć utrzymaniu lub wzmocnieniu przewag konkurencyjnych Polski w wymianie międzynarodowej.

Klaster to organizacja związana z konkretnym sektorem lub branżą, skupiająca przedsiębiorstwa na co dzień ze sobą konkurujące, ale w wybranej dziedzinie (na przykład eksporcie) prowadzące wspólne działania.

Zarówno naukowcy, jak i decydenci, animatorzy polityki gospodarczej, już od pewnego czasu interesują się nowymi rozwiązaniami mającymi na celu wsparcie konkurencyjnych struktur rynkowych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Szczepan Figiel. – Próbujemy odpowiedzieć na pytanie, jaki jest potencjał rozwojowy klastrów w sektorze rolno-spożywczym, w szczególności w zakresie eksportu. Za granicą mają one bowiem zasadnicze znaczenie.

Jak podkreśla, bez silnych klastrów eksportujących praktycznie niemożliwe jest osiągnięcie wysokiego poziomu rozwoju ekonomicznego w regionie.

W wyniku mapowania na podstawie wskaźników ekonomicznych można stwierdzić, jak zauważa prof. Figiel, że w sektorze mleczarskim przodują klastry podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz wielkopolskie. Branża owoców jagodowych to natomiast domena organizacji działających na terenie Mazowsza.

Tę listę można wydłużać, ale tak naprawdę jest to raptem kilka województw, cztery, może pięć, w których potencjał klastrowy wyraźnie jest silny – wskazuje prof. Figiel. – Przewagi ujawniają się w różny sposób i w zależności od tego, na podstawie jakich czynników ekonomicznych zostanie wykonane mapowanie.

Wsparcie instytucji otoczenia biznesu, do których należą klastry, jest jedynym z priorytetów nowej perspektywy unijnej 2014-2020. Pieniądze na ten cel mają pochodzić z programów Inteligentny Rozwój oraz Polska Wschodnia, a na rozwój klastrów o znaczeniu regionalnym – z 16 Regionalnych Programów Operacyjnych.

Wolontariat coraz popularniejszy. Już co piąty Polak dobrowolnie i za darmo pomaga innym

Polacy pomagają coraz więcej, coraz chętniej i już nie tylko przy okazji takich inicjatyw jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Ubiegły rok był przełomowy dla wolontariatu. Polacy zaangażowali się w nowe formy pomagania. Popularnością cieszyły się zwłaszcza wolontariat rodzinny czy e-wolontariat.

Z badań CBOS wynika, że odsetek wolontariuszy wzrósł z 20 proc. w 2011 roku do 26 proc. w 2013 roku. Wolontariuszkami najczęściej są młode kobiety, w wieku do 24 lat, z wyższym wykształceniem (53 proc.), osiągające relatywnie wysokie dochody i umiarkowanie religijne.

Tylko do fundacji Jurka Owsiaka co roku zgłasza się ponad 100 tys. wolontariusz, którzy chcą zbierać pieniądze w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tegorocznym 23. Wielkim Finale WOŚP pieniądze wrzucone do puszek 120 tys. wolontariuszy kwestujących na ulicach polskich miast przeznaczone zostaną na leczenie dzieci na szpitalnych oddziałach pediatrycznych i onkologicznych oraz opiekę medyczną seniorów. Mimo że inicjatywa Owsiaka od 22 lat mobilizuje setki tysięcy Polaków, dzięki którym fundacja zakupiła sprzęt medyczny wart w sumie ponad 590 mln zł, to wciąż w wolontariat rozumiany jako działalność na rzecz organizacji lub grup społecznych angażuje się tylko 18 proc. Polaków.

To nie jest wysoki wskaźnik w skali europejskiej czy światowej, ale jest tak niski dlatego, że jak wynika z badań, mamy mało czasu na to, żeby spędzać go z rodziną, a co dopiero jeszcze pójść gdzieś pomagać innym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

Dodaje, że rozwiązaniem tego problemu może być wolontariat rodzinny, który polega na angażowaniu całych rodzin w akcje pomocowe podejmowane przez szkoły, biblioteki, domy kultury czy organizacje pozarządowe.

Wolontariat rodzinny ma jeszcze jedną zaletę: rodzina to jest zespół, który już jest zgrany, czyli nie musimy np. dzielić zadań itd. Oni się świetnie sami organizują. Kilka rodzin potrafi zrobić bardzo duży projekt – wyjaśnia Łukasiak.

W Polsce dynamicznie rozwija się e-wolontariat, czyli wykorzystanie do pomagania różnych narzędzi internetowych. Wolontariat prowadzony przez sieć może się pochwalić rozbudowaną infrastrukturą, a przykładem sukcesu na tym polu jest choćby konkurs „Odkryj e-wolontariat” oraz jego europejska edycja „Discover e-volunteering”.

Coraz chętniej działania w ramach wolontariatu podejmują prezesi firm, którzy wprawdzie nie dysponują nadmiarem czasu, ale za to są osobami kluczowymi. Pomagają oni np. start-upom w wypracowaniu nowych rozwiązań, które mają przynieść zmianę na polu biznesowym i społecznym.

W ramach koalicji „Prezesi-wolontariusze” prezesi angażowali się w ubiegłym roku w najróżniejsze działania: od bardzo prostych działań akcyjnych, po to, co wydaje się tutaj najcenniejsze – pomaganie poprzez wiedzę i doświadczenie, czyli tzw. wolontariat kompetencji – wyjaśnia Paweł Łukasiak.

W 2013 roku 74 proc. Polaków wspomogło organizacje społeczne, przekazując im pieniądze lub dary rzeczowe. Najwięcej, bo aż 61 proc. badanych, wsparło Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się fundacje i stowarzyszenia zajmujące się działalnością charytatywną, które wspomogło 19 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się organizacje humanitarne (8 proc.) i religijne (6 proc.).

W taką działalność angażują się coraz to nowe grupy i pomagają różnymi nowymi metodami. Wierzę, że ten wskaźnik 18 proc. uda nam się podnieść, bo wolontariat jest coraz bardziej modny i popularny – twierdzi prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

Statystyki wskazują, że ta prognoza ma duże szanse na realizację, bo liczba wolontariuszy w Polsce rośnie z roku na rok. Wsparcie dla największego beneficjenta działań filantropijnych, czyli WOŚP, w ciągu pięciu lat wzrosło o blisko 20 proc. Z badań Stowarzyszenia Klon/Jawor „Zaangażowanie społeczne Polek i Polaków” wynika, że jeszcze w 2008 roku akcję Jurka Owsiaka wspomogło 42 proc. badanych, a rok temu już 61 proc. W tym roku może może być ich jeszcze więcej.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 stycznia 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 stycznia 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

MON: zakup okrętów podwodnych będzie zrealizowany wraz z pociskami manewrującymi

Zakup okrętów będzie zrealizowany wraz z pociskami manewrującymi zapewnia resort obrony narodowej. Eksperci podkreślają, że tylko taki połączony zakup zagwarantuje polskiej flocie realną możliwość wykorzystania broni odstraszania. Jest to istotne również z punktu widzenia zobowiązań Polski jako członka NATO. Trzy nowe okręty podwodne mają trafić do Marynarki Wojennej do 2023 roku.

Zakup okrętów będzie zrealizowany wraz z pociskami manewrującymi. Założenie jest takie, żeby zrobić to razem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes gen. bryg. Włodzimierz Nowak, dyrektor Departamentu Polityki Zbrojeniowej Ministerstwa Obrony Narodowej.

Jak podkreślają eksperci, połączony zakup okrętów podwodnych i pocisków manewrujących jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ tylko taka procedura pozwoli Polsce uniknąć problemów z wdrożeniem broni odstraszania. Okręty i pociski manewrujące to elementy jednego systemu, muszą ze sobą współdziałać, Inaczej są bezużyteczne. Odłożenie zakupu pocisków spowoduje, że okręty podwodne być może nigdy nie będą mogły wykorzystać swojego pełnego potencjału. MON może sobie bowiem nie poradzić z ich integracją i zapewnieniem ich współdziałania.

Siłą okrętów podwodnych jest to, że jest to rodzaj uzbrojenia, który bardzo trudno zlokalizować i w każdej chwili może służyć do uderzenia z nieznanego miejsca, w nieznanym kierunku. Posiadając środki takie jak rakiety manewrujące, może robić to na kilkaset kilometrów. Właśnie obawa przed tym, że może zostać użyty, jest elementem odstraszania – wyjaśnia Nowak. – Pociski manewrujące, które mają zasięgi kilkuset kilometrów, powodują, że zaplecze przeciwnika, czyli składy amunicji lotniska i składy paliw, muszą być dyslokowane dużo dalej od linii frontu. To utrudnia zaopatrzenie wojsk walczących, w związku z tym osłabia ich skuteczność.

Jak podkreślał ostatnio Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego generał Mieczysław Gocuł, pociski manewrujące pozwalają także na atakowanie centrów decyzyjnych przeciwnika.

Istotne jest też zapewnienie niezależności państwa w serwisowaniu okrętów podwodnych, szczególnie w kontekście ich roli w systemie odstraszania. Gotowość polskiego strategicznego uzbrojenia nie może być uzależniona od woli innych państw.

Powinniśmy być niezależni w zakresie posiadania i serwisowania tego typu środków – wyjaśnia generał Nowak. – Trudno jest dysponować środkami uzbrojenia, jeżeli przeglądy i serwisy trzeba wykonywać daleko od własnych granic. Lepiej jest to robić u siebie.

Postępowanie przetargowe w ramach programu Orka ma ruszyć na początku przyszłego roku. Nowe okręty mają być przynajmniej częściowo produkowane i montowane w polskich zakładach. Jak podkreśla generał, nie powinno to wpłynąć na cenę jednostek.

Nie będziemy tych okrętów budować od początku, czyli od fazy projektowania, poprzez pełny cykl produkcji, ponieważ nigdy tego nie robiliśmy. Będziemy musieli skorzystać z gotowych projektów lub rozwiązań państw, które nam to zaoferują – mówi dyrektor Departamentu Polityki Zbrojeniowej Ministerstwa Obrony Narodowej.

LiveBank – wirtualny oddział rusza w Banku Zachodnim WBK

Przedmiotem wdrożenia była innowacyjna platforma LiveBank, która po raz pierwszy została udostępniona także na urządzenia mobilne zarówno w wersji tabletowej, jak również na smartfony. W chwili obecnej dotyczy to urządzeń z systemami operacyjnymi Android, a w najbliższych dniach również iOS. W kolejnym etapie przedmiotem wdrożenia będzie aplikacja mobilna dla urządzeń z systemem Windows Phone.
Dla klientów Banku Zachodniego WBK oznacza to dostęp do zupełnie nowych kanałów obsługowych oraz zdecydowanie łatwiejsze korzystanie z usług oferowanych przez Bank, szczególnie w przypadku urządzeń mobilnych. Dzięki integracji LiveBank z bankowością internetową i mobilną, klienci Banku otrzymali w pełni transakcyjne narzędzie, które w przyszłości pozwoli im przeprowadzać nawet najbardziej skomplikowane operacje bankowe bez konieczności odwiedzenia placówki bankowej. Oprócz platformy, Software Mind zapewnił pełne doradztwo w zakresie usability i userexperience w wersji mobilnej oraz webowej, oraz stworzył nowoczesne stanowiska pracy dla konsultantów pracujących w trybie wideo.

„LiveBank to unikalna platforma, stworzona przez Software Mind, która wypełnia lukę między oddziałem banku, a kanałem internetowym. Tworzymy tym samym wirtualny oddział, który może oferować te same usługi co oddział tradycyjny, ale w połączeniu z mobilną łatwością obsługi. Co warte podkreślenia, dzięki nowej aplikacji, dostęp do platformy LiveBank jest także możliwy z urządzeń mobilnych takich jak tablety, czy smartfony. Jestem przekonany, że przyszłość branży bankowej leży w rozwiązaniach typu LiveBank, pozwalających znacząco ograniczyć koszty związane z obsługą oddziałów fizycznych. Zainteresowanie rynku jest bardzo duże. Prowadzimy rozmowy o wdrożeniu platformy nie tylko na rynkach Europejskich, ale także Bliskiego Wschodu” – mówi Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Software Mind i Wind Mobile.

LiveBank jest nowoczesną, unikalną platformą bankową pozwalającą stworzyć wirtualne kanały sprzedaży oraz obsługi klienta z wykorzystaniem transmisji video i współdzielenia pulpitu. Umożliwia ona również konsultantom interaktywną prezentację oferty i usług banków w czasie rzeczywistym. Dzięki mechanizmom uwierzytelniania i autoryzacji, platforma gwarantuje również pełne wsparcie realizowanych transakcji bankowych w wirtualnych oddziałach. Bardzo przydatną funkcją LiveBank jest możliwość tworzenia wideokonferencji „1+2”, która umożliwia klientowi jednoczesny kontakt ze swoim doradcą bankowym, jak i ekspertem w danej dziedzinie, np. maklerem. Co warte podkreślenia, ekrany interaktywne pozwalają każdej ze stron modyfikować parametry produktu, a efekty zmian są natychmiast widoczne zarówno dla klienta, jak i dla doradcy. Dzięki oferowanym funkcjonalnościom możliwe jest oferowanie najzamożniejszym klientom obsługi klasy VIP, za ułamek kosztów tradycyjnych usług.

„Cieszymy się, że dzięki LiveBank ponad 3,5 miliona klientów Banku Zachodniego WBK, trzeciego co do wielkości banku w Polsce, pozna rewolucyjną zmianę w korzystaniu z usług bankowości elektronicznej. Bank Zachodni WBK to bank, który niezwykle dynamicznie wprowadza nowoczesne rozwiązania IT i szeroko udostępnia swoim klientom najnowocześniejsze kanały kontaktu. Do tej pory w tym Banku istniał szereg usług i produktów, z których skorzystać można było wyłącznie w placówkach banku. Teraz dzięki platformie LiveBank, klienci Banku Zachodniego WBK uzyskają dostęp do wirtualnego oddziału bankowego, za pośrednictwem wygodnego serwisu internetowego i nowoczesnych narzędzi komunikacji. Co warte podkreślenia, dzięki nowej aplikacji, dostęp do platformy LiveBank będzie od dzisiaj możliwy także z urządzeń mobilnych, takich jak tablety czy smartfony”. – mówi Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Zarządu Software Mind i Wind Mobile.

 

Grupa Wind Mobile S.A.

Pracodawca może rozliczyć twój PIT

0

Jeżeli nie chcesz samodzielnie rozliczyć swoich rocznych dochodów towystarczy, że przed 10 stycznia zgłosisz to pracodawcy i skorzystasz z jego pomocy.

Aby skorzystać z tej możliwości, powinieneś złożyć przed 10 stycznia swojemu płatnikowi (pracodawcy) oświadczenie PIT-12.

Dotyczy to jednak tylko tych osób, które w 2014 r. uzyskały dochody tylko u jednego płatnika. Jeśli zmieniałeś pracę lub łączyłeś zatrudnienie w kilku różnych miejscach, będziesz musiał rozliczyć się sam.

W składanym oświadczeniu musisz stwierdzić, że przez cały rok uzyskiwałeś dochody u jednego pracodawcy i nie będziesz korzystał z ulg podatkowych oraz preferencyjnego rozliczenia dochodów (np. wspólnego opodatkowania dochodów małżonków).

Po złożeniu przez ciebie oświadczenia, pracodawca jest zobowiązany do obliczenia twojego rocznego podatku na formularzu PIT-40 i przekazania go do końca lutego tobie oraz urzędowi skarbowemu).

Jeżeli rozliczył cię pracodawca, a ty dodatkowo osiągnąłeś przychody np. z odpłatnego zbycia nieruchomości i praw majątkowych, z kapitałów pieniężnych, z działalności gospodarczej opodatkowanej jednolitą stawką 19% lub przychody opodatkowane ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych, będziesz wówczas musiał złożyć odrębne zeznanie przeznaczone do rozliczenia tych przychodów.

Złożenie oświadczenia PIT-12 i sporządzenie PIT-40 nie pozbawia cię prawa do złożenia zeznania PIT-36 lub PIT-37 do końca kwietnia – według ogólnie obowiązujących zasad. Dotyczy to na przykład sytuacji, gdy pomimo złożenia oświadczenia PIT-12 zechcesz skorzystać z ulg lub rozliczyć się wspólnie z małżonkiem.

Bilans zamknięcia „FOZZ w likwidacji” zatwierdzony

W dniu 31 grudnia 2014 roku dobiegł końca proces likwidacji Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. W dniu 5 stycznia br. Minister Finansów Pan Mateusz Szczurek zatwierdził bilans zamknięcia „FOZZ w likwidacji” sporządzony przez likwidatora Funduszu Panią Martę Maciążek.  

Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (dalej FOZZ) został utworzony w dniu 21 lutego 1989 r. na mocy ustawy z dnia 15 lutego 1989 r. o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (Dz. U. Nr 6, poz. 31 ze zm.). Celem działalności FOZZ miały być operacje redukcji polskiego zadłużenia. Środki FOZZ były wielokrotnie wykorzystywane w sposób niegospodarny lub niezgodny z celami przyświecającymi utworzeniu Funduszu. W efekcie Fundusz został postawiony w stan likwidacji (dalej „FOZZ w likwidacji”) ustawą z dnia 14 grudnia 1990 roku o zniesieniu i likwidacji niektórych funduszy (Dz. U. Nr 89 poz. 517, ze zm.). Ustawa ta weszła w życie w dniu 24 grudnia 1990 roku.

W czasie likwidacji „FOZZ w likwidacji” był stroną w ponad 50 postępowaniach sądowych w Polsce, jak i zagranicą. W świetle obowiązujących regulacji prawnych proces likwidacji nie mógł zostać zakończony do momentu wydania prawomocnych wyroków we wszystkich postępowaniach sądowych.

Zapoczątkowane  w 1998 roku postępowania sądowe, zarówno karne jak i cywilne, wobec osób odpowiedzialnych za spowodowanie strat FOZZ zostały zakończone w 2010 roku. W dniu 4 grudnia 2014 roku zapadł prawomocny wyrok w ostatnim postępowaniu sądowym toczącym się z udziałem „FOZZ w likwidacji”. W czerwcu 2014 roku został spieniężony ostatni składnik majątku pozostający w dyspozycji Funduszu.

Tym samym zostały spełnione najważniejsze przesłanki do podjęcia decyzji o zakończeniu likwidacji. Jednocześnie zostały sfinalizowane działania o charakterze organizacyjno-administracyjnym mające na celu zakończenie działalności Funduszu, w tym m.in.: rozwiązano umowy cywilno-prawne, których stroną był „FOZZ w likwidacji” oraz przekazano do Archiwum Akt Nowych całość dokumentacji zgromadzonej przez „FOZZ w likwidacji” od 1990 roku.

Wszystkie środki pieniężne zgromadzone przez „FOZZ w likwidacji” w toku likwidacji, w wysokości 32 746 905,95 zł, zostały przekazane na rachunek dochodów budżetu państwa w dniu 2 stycznia br. Oprócz ww. środków, po procesie likwidacji pozostały środki majątkowe w postaci wierzytelności, wynikające z zasądzonych wyroków sądowych. Wierzytelności te, na podstawie wcześniejszych uzgodnień z udziałem Ministra Skarbu Państwa, zostaną przekazane Wojewodzie Mazowieckiemu, którego zadaniem będzie ich odzyskiwanie w ramach postępowań egzekucyjnych.

Kleba Invest rozpoczyna realizację nowych parków handlowych w Olsztynku, Kutnie, Słupsku i Gdyni

W Polsce funkcjonuje już ponad 430 obiektów handlowych o powierzchni przekraczającej 10 mln mkw., ale w większości z nich zlokalizowana jest w dużych miastach. Tymczasem według danych GUS w małych miejscowościach i miastach poniżej 100 tys. mieszkańców mieszka prawie 72 proc. ludności. Spółka Kleba Invest dostrzega potencjał tkwiący w mniejszych ośrodkach i rozwija ofertę niewielkich parków handlowych o kilku tys. mkw. powierzchni.

Obecnie zakończyliśmy realizację dwóch parków handlowych w Chwaszczynie i podwarszawskich Markach. Nieruchomości w Olsztynku, Kutnie, Słupsku oraz Gdyni są na początkowym etapie procesu administracyjnego. To nasze plany na najbliższe tygodnie, natomiast w ciągu kolejnych dwóch lat planujemy realizację przynajmniej kilkunastu innych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jakub Makurat, prezes zarządu Kleba Invest, spółki zajmującej się realizacją i komercjalizacją obiektów handlowych.

Park Handlowy w Chwaszczynie zajmuje powierzchnię 1,9 tys. mkw., a w Markach – 4,7 tys. mkw. Razem z wcześniej otwartym obiektem w Pruszczu Gdańskim Kleba Invest zrealizowała już trzy takie projekty. Z kolei nowe przedsięwzięcia będą miały powierzchnię rzędu 1-5 tys. mkw., parkingi na 50-200 aut oraz przewidywany zasięg kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. W podobnych kompleksach klienci znajdą m.in. sklepy spożywcze, odzieżowe, obuwnicze, drogerie czy punkty usługowe.

Strategią Kleba Invest są parki handlowe pod marką Prima, która jest kompleksowym konceptem rozwoju nowoczesnego handlu w mniejszych ośrodkach miejskich – tłumaczy Jakub Makurat. –  Nasze parki handlowe to gotowy produkt inwestycyjny przeznaczony najczęściej dla inwestora finansowego, który będzie lokował w ten sposób swoje środki na dłuższy okres czasu.

Jak dodaje, rynek wielkopowierzchniowych galerii handlowych w centrach dużych miast doszedł do pewnego punktu zwrotnego, co może skierować uwagę inwestorów ku mniejszym obiektom w mniej popularnych ośrodkach miejskich.

Widzimy potencjał w mniejszych lokalizacjach, dlatego z naszej perspektywy rynek jest atrakcyjny, a stopy zwrotu w takich obiektach są efektywne – wyjaśnia Makurat.

Prezes spółki zapewnia, że firma osiąga dwucyfrowe marże.

Parki są najczęściej zlokalizowane wzdłuż ciągów komunikacyjnych i mają łatwy dostęp do parkingu. Ich zaletą jest brak powierzchni wspólnych, co jest ważne dla najemców – zachwala prezes Kleba Invest.

Jak mówi Jakub Makurat, koncepcja parków handlowych Prima została skonstruowana w odpowiedzi na oczekiwania najemców. Przyszli najemcy często zgłaszają pomysły na lokalizację miejsc. Najemcy tworzą trzon strategii, kształtując kolejne działania Kleba Invest.

W 2014 rok od strony biznesowej przede wszystkim budowaliśmy swoje aktywa. W wynikach finansowych na pewno będzie widać zdecydowany wzrost skali naszej działalności, mierzony sumą bilansową i aktywami, które posiadamy – mówi Makurat.

Dane finansowe z 2013 i 2014 r. są nieporównywalne (w bieżącym roku odnotowano dużo gorsze wyniki) ze względu na zmiany struktury finansowej i bilansowej. Natomiast na dzień 30 grudnia 2013 r. spółka wykazywała się aktywami obrotowymi w wysokości 19,89 mln zł i trwałymi – 15,61 mln zł. Na koniec III kw. 2014 r. wartości te wyniosły odpowiednio 38,45 mln zł i 8,17 mln zł.

Nasz biznes jest zdywersyfikowany od strony pozyskiwania kapitału. Podstawą jest kapitał własny i akcjonariat. Drugą część stanowią obligacje. W 2015 r. prawdopodobnie będziemy korzystali z takiej formy finansowania. Z kolei sam proces inwestycyjno-budowlany finansujemy we współpracy z bankami  – wymienia prezes zarządu Kleba Invest.

Spółka do tej pory wyemitowała jedenaście serii obligacji o łącznej wartości prawie 28 mln zł oraz cztery serie akcji (wartość akcji objętych przez inwestorów – 8,4 mln zł). 30 września 2014 r. kapitał własny Kleba Invest wyniósł 9,81 mln zł, a kapitalizacja spółki w tym dniu – 52,33 mln zł. Spółka ma zobowiązania długoterminowe z tytułu kredytów i pożyczek w wysokości 1,26 mln zł oraz obligacji – 5 mln zł. Z kolei w ujęciu krótkoterminowym Kleba Invest posiłkowała się wsparciem kredytowym (1,4 mln zł) i emisją dłużnych papierów wartościowych (18,73 mln zł).

Trzy czwarte samorządów chce wprowadzić inteligentne technologie miejskie. Pieniądze pozyskają ze środków unijnych

Nawet 2,17 miliarda euro mogą otrzymać polskie samorządy do 2020 r. na cyfryzację miast. Po środki na wdrażanie innowacyjnych rozwiązań chce sięgnąć niemal trzy czwarte samorządów. Wśród miast realizujących projekty smart city są m.in. Gdańsk, Legnica i Lublin.

Lata 2014-2020 to okres, w którym samorządy będą bardzo intensywnie wdrażać koncepcję inteligentnego miasta. Zrobiliśmy ankietę wśród przedstawicieli samorządów i okazało się, że głównym powodem, dla którego miasta są zainteresowane takimi rozwiązaniami, jest znacząca pula funduszy unijnych przeznaczona na takie działania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Leszek Hołda, prezes zarządu Integrated Solutions.

Hołda podkreśla, że 73 proc. przepytanych przez Integrated Solutions samorządów chce sięgać po środki unijne na wdrożenie rozwiązań smart city. Dla największej grupy z nich to szansa na usprawnienie ruchu w mieście, a dla około połowy samorządów to główna zaleta inteligentnych rozwiązań.

Jak wylicza Hołda, dzięki takim technologiom można zmniejszyć korki, zwiększyć płynność ruchu, a także poprawić efektywność komunikacji publicznej. Obecnie mieszkańcy polskich miast spędzają w korkach ok. 7 godzin miesięcznie.

Co trzeci samorząd jest zainteresowany rozwiązaniami z zakresu smart grid, czyli nowoczesnych systemów pomiarowych na wszystkich miejskich sieciach (37 proc. ‒ zdalny odczyt wody, a 32 proc. ‒ monitoring miejski). Hołda zaznacza, że dzięki temu miasta mogą dużo zaoszczędzić. W ramach technologii związanych z inteligentnymi miastami możliwe są też m.in. poprawa systemu sterowania oświetleniem ulicznym, inteligentne parkingi oraz wprowadzenie płatności bezgotówkowych za usługi miejskiej.

‒ Wierzymy mocno, że te inwestycje będą realizowane i w związku z tym stworzyliśmy zespół, który zajmuje się smart city w naszej firmie i będzie wspierał wszystkie samorządy i miasta w realizacji takich inwestycji – mówi Hołda.

Integrated Solutions pod koniec 2013 r. wygrało przetarg na instalację zintegrowanego systemu zarządzania ruchem i transportem publicznym w Legnicy. Jego instalacja zakończy się w kwietniu 2015 r., a przetarg jest wart ponad 21 mln zł (z czego 85 proc. pokrywają środki UE).

Leszek Hołda zwraca uwagę na to, że również w Gdańsku i Lublinie trwają intensywne działania związane z przygotowaniem do wdrożenia technologii smart city.

‒ Jesteśmy nadal na początku drogi do budowania inteligentnych miast. Jest dużo woli i chęci, a teraz także narzędzia, chociażby w postaci funduszy unijnych, które wspomogą realizację projektów – podkreśla Hołda. ‒ Ważne jest to, by dobrze zdefiniować potrzeby miasta i by finalnie jego mieszkańcy mieli jak największe korzyści z wdrożenia takich rozwiązań.

URE: Prądu w Polsce nie zabraknie. Więcej mocy wytwórczych oddamy do użytku, niż wycofamy

CEO Magazyn Polska

W styczniu tego roku oraz za rok mogą wystąpić niewielkie niedobory mocy dyspozycyjnej – wynika z raportu Urzędu Regulacji Energetyki. Badania URE pokazują jednak, że nie istnieje poważne ryzyko wystąpienia braku zaopatrzenia w energię elektryczną. Do 2028 r. oddanych zostanie ponad 18 GW nowych mocy, a wycofanych – tylko 5,2 GW.

‒ Nasz raport bazuje na prognozie zapotrzebowania na energię elektryczną i prognozie możliwości jej wytwarzania. Różnica tych dwóch danych oznacza konieczność poniesienia określonych nakładów inwestycyjnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Bando, prezes Urzędu Regulacji Energetyki. ‒ Na pewno, co pokazał raport, w najbliższych latach nie istnieje niebezpieczeństwo braku zaopatrzenia w energię elektryczną.

Zgodnie z raportem niewielkie niedobory mocy dyspozycyjnej mogą wystąpić jedynie w bieżącym miesiącu oraz w styczniu 2016 r. Szacowane są na odpowiednio 1,2 i 1,0 GW. Raport nie uwzględnia jednak możliwości importu mocy oraz produkcji jednostek nieujętych w badaniu.

W kolejnych latach energii elektrycznej na pewno nie zabraknie. Raport wykazał, że inwestycje o znacznym stopniu zaawansowania (planowane do oddania przed 2018 r.) obejmują 6 GW mocy. Najwięcej nowych mocy wytwórczych zostanie oddanych w latach 2017-2019 r.

Musimy przygotować się do trudnego okresu, jakim będzie druga połowa lat 20., bo wtedy według naszych prognoz zapotrzebowanie na energię elektryczną będzie przewyższało możliwości jej produkcji. Ale mamy wystarczająco dużo czasu, by wypracować odpowiednie mechanizmy – prognozuje Bando.

Aż 40 proc. nowych inwestycji to farmy wiatrowe. Tego typu energetyka ma zapewnić 7,5 GW z planowanych do 2028 r. 18 GW. 32 proc. inwestycji to jednostki na węgiel kamienny, a 22 proc. – na gaz ziemny.

Bando podkreśla jednak, że pomimo rozwoju różnych gałęzi energetyki odnawialnej, trudno jest wskazać jeden kluczowy segment inwestycji. Przekonuje, że zarówno energetyka odnawialna, jak i ta korzystająca z paliw kopalnych muszą współtworzyć system zabezpieczenia energetycznego Polski.

Nie ma możliwości, by gospodarka narodowa działała tylko w oparciu o energię odnawialną, np. wiatrową. Ta energia musi współgrać i współegzystować z energetyką w podstawie. W naszym wypadku są to elektrownie węglowe. I tyko wzajemna współpraca różnych źródeł daje stabilność i pewność w produkcji energii, w dostawach – podkreśla Bando.

To właśnie stabilność dostaw, a także zapewnienie wystarczającej rezerwy mocy to priorytety w zakresie bezpieczeństwa energetycznego kraju. Jak przypomina Bando, działają już mechanizmy rezerwy operacyjnej i rezerwy zimnej – dzięki nim elektrownie otrzymują środki na utrzymanie nierentownych mocy wytwórczych, które mogą zostać uruchomione w razie konieczności. Opłata ta jest przerzucana przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne na odbiorców prądu.

Bando zaznacza, że w raporcie uwzględniono inwestycje zakwalifikowane jako wykonalne. URE oceniało to m.in. na podstawie decyzji przyłączeniowej, finansowania i innych dokumentów.

Nie są to tylko projekty na papierze, nie są to tylko czyjeś myśli o prowadzeniu inwestycji – podkreśla Bando.

Zaznacza, że duże zmiany w obszarze inwestycji przyniesie nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii, która może zostać uchwalona przez Sejm w pierwszym półroczu br. Wprowadzi ona nowe mechanizmy dofinansowania zielonej energii – aukcje zastąpią zielone certyfikaty. Inwestorzy obawiają się jednak nowego, nieznanego systemu i chcą wykorzystać wciąż funkcjonujące mechanizmy. Bando jest jednak przekonany, że po upływie pewnego czasu nowa ustawa również będzie skutecznym sposobem wsparcia.

W pierwszym roku programu Mieszkanie dla Młodzych przepadła ponad połowa środków

0

CEO Magazyn Polska

W pierwszym roku obowiązywania programu Mieszkanie dla Młodych nie udało się wykorzystać nawet połowy przeznaczonych na niego środków. Problem od początku były limity cen mieszkań kwalifikowanych do dopłat, które odbiegały od tych oferowanych na rynku. Pomimo nieznacznego dostosowania analitycy nie oczekują znacznej poprawy.

Limit na 2014 rok nie zostanie wykorzystany nawet w połowie. To było oczywiste od początku, ponieważ konstrukcja programu uniemożliwiała wykorzystanie tego limitu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku REAS.

Jak wynika z danych BGK, do końca listopada na podstawie wniosków przekazanych do banku udało się wykorzystać 210,9 mln zł, czyli nieco ponad 35 proc. z zaplanowanych 600 mln zł dopłat. Kuniewicz podkreśla jednak, że program będzie trwał do 2018 r., więc jest jeszcze czas na poprawę wskaźników. Już na koniec listopada wykorzystano niemal 100 mln zł z limitu na 2015 r., czyli 13,8 proc. maksymalnej zaplanowanej kwoty. BGK otrzymał już też wnioski na 2016 r. (16 mln zł) i 2017 r. (156 tys. zł).

Kuniewicz zwraca jednak uwagę na to, że z uwagi na niedostosowane do sytuacji rynkowej limity cen, wykorzystanie środków różni się pomiędzy miastami. Na najlepszych dla młodych nabywców rynkach, czyli w Gdańsku i Łodzi, nawet połowa nowych mieszkań na rynku mogła uzyskać dopłatę w ramach programu MdM. Na początku roku, przed dostosowaniem limitów, poziom ten był jeszcze wyższy, a w Łodzi w pierwszym kwartale wynosił nawet 76 proc. dostępnych mieszkań.

Tuż za nimi jest Poznań, również ze świetnym limitem, zarówno w granicach administracyjnych miasta, jak i na obrzeżach. Na tych rynkach widzimy ogromną intensywność wykorzystania limitu i to jest rozsądne. Ale mamy takie rynki, jak choćby Kraków, w którym nawet po podwyższeniu limitu po III kw. tylko 7 proc. mieszkań na rynku pierwotnym kwalifikuje się do dopłaty – zwraca uwagę Kuniewicz.

Podkreśla, że to właśnie limity wpłyną na to, czy program dopłat będzie sukcesem. Na progi cenowe nie ma wpływu finansujący program BGK, ustalają go wojewodowie na podstawie danych GUS-u. Kuniewicz ocenia, że na razie nie widać zwiastunów lepszego dostosowania limitów do oferty na rynku.

Nic nie wskazuje na to, żeby limity w MdM były ustalane w taki sposób, żeby to miało związek z tym, ile mieszkań na danym rynku może być zakupione w takim limicie – krytykuje Kuniewicz. ‒ W zasadzie następuje oderwanie tego limitu od bieżącej sytuacji na rynku. Nie ma zmian w sposobie obliczania, nie ma też zapowiedzi, że będą jakiekolwiek zmiany w metodzie, którą się stosuje do obliczeń, w związku z tym nie ma przesłanek do tego, by powiedzieć, że teraz mniej więcej te limity będą podążały za rynkiem.

Analityczka REAS-a podkreśla, że przy obecnym niedopasowaniu limitów do cen rynkowych obserwowane są dwa zjawiska. Tam, gdzie limit jest bliższy cenom rynkowym, deweloperzy rzadziej dostosowują swoją ofertę do programu. Dla nabywców atrakcyjna jest wtedy nie tyle sama niska cena, ile możliwość uzyskania dopłaty. Program MdM w tych miastach wpływa przede wszystkim na zaplanowaną grupę docelową, czyli młodych nabywców.

Z kolei tam, gdzie ceny rynkowe są znacznie wyższe niż limit w programie, dla nabywców atrakcyjna jest już sama cena, a nie tylko dopłata. Dlatego zainteresowanie zakupem mieszkań kwalifikowanych do dopłat zgłaszają nie tylko młodzi Polacy, lecz także inni klientów, którzy na dopłatę nie mogą liczyć.

W związku z tym, jak szacuje Kuniewicz, całkowity wpływ programu MdM na rynek może być nawet dwukrotnie większy niż liczba mieszkań kupionych z dopłatą.

Jeżeli mówimy, że na jakimś rynku około 15 proc. mieszkań zostało sprzedanych  z dopłatą MdM, to wpływ tego programu na ten rynek był przynajmniej dwukrotnie większy. Dlatego, że korzystanie z ceny MdM na przykład na takim rynku jak warszawski samo w sobie było atrakcyjne, co oznaczało, że nie musiało się realizować w postaci wziętego kredytu. Wystarczyła cena zbliżona do limitów obowiązujących w programie – wyjaśnia Kuniewicz.

Obsługa tłumaczeniowa spotkań i targów w Krakowie

ICE KRAKÓW Congress CentreŻeby móc zacząć mówić językiem korzyści, musimy najpierw poznać potrzeby naszego potencjalnego Klienta, przy czym trzeba pamiętać, że komunikując się z nim w języku ojczystym wielokrotnie zwiększamy szansę na pozytywne zamknięcie transakcji.

Działamy lokalnie, ale myślimy globalnie. Kraków z roku na rok przyciąga coraz większą rzeszę zagranicznych inwestorów, wystawców i konferencji naukowych z udziałem gości zagranicznych. Dlatego też nasze Krakowskie Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o., przygotowało ofertę dedykowaną obsłudze tłumaczeniowej spotkań biznesowych, targów i sympozjów na terenie Krakowa – mówi Izabella Grzybowska Key Account Manager – 123Tłumacz.pl.

Zapraszamy do zapoznania się ze szczegółami oferty: tłumaczenia ustne w Krakowie

Pracodawcy krytykują ministra zdrowia

Konfederacja Lewiatan z niepokojem obserwuje działania ministra zdrowia dotyczące wdrażania tzw. pakietu onkologicznego i kolejkowego. O dialog i współpracę w walce z chorobami onkologicznymi apelowaliśmy już w lutym. Niestety, ministerstwo od początku traktowało świadczeniodawców jak wrogów.

– Uwagi zgłaszane w trakcie konsultacji społecznych zostały w całości odrzucone. Najgorsze było to, że na wiele pytań jeszcze w lipcu ministerstwo nie znało odpowiedzi. Prace parlamentarne prowadzono chaotycznie i w tempie, który nie pozwalał nikomu na rzetelną ocenę proponowanych zmian. Parlamentarzyści koalicji bez zmrużenia okiem zagłosowali za zmianami, których kształtu nikt nie znał. Sam minister wprost wskazywał, że procedury będą opisane w aktach wykonawczych do ustawy i zarządzeniach Prezesa NFZ – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz chwalił się, że jego pomysł będzie zupełne bezkosztowy.Ale to są mrzonki. Wskazywały na to wszystkie zainteresowane strony (szpitale, lekarze, konsultanci, stowarzyszenia pacjentów). – W maju nikt nie chciał nas słuchać. A teraz z trwogą słyszymy, że to wina lekarzy – mówi ekspertka Lewiatana.

Zaproponowana przez NFZ stawka na jednego pacjenta to 138,80zł (rocznie!). W zamian lekarz ma wydawać skierowania do okulisty i dermatologa. Dodatkowo będzie zlecał wykonanie m.in. USG tarczycy, czy pęcherza moczowego. A także kierować na badania edoskopowe – gastroskopię i kolonoskopię.

W przypadku podejrzenia choroby nowotworowej będzie uprawniony do wydania karty onkologicznej.
Za tym idą kolejne obowiązki raportowania i sprawozdawania do NFZ. Już dziś lekarze wskazują, że istniejąca biurokracja uniemożliwia im normalne funkcjonowanie. Brakuje czasu na badanie, bo trzeba wypełniać dokumenty. Teraz tych dokumentów jeszcze przybędzie.

Z uwagi na nieprzygotowanie do wdrożenia pakietu placówki medyczne nie mają pewności jak będą funkcjonowały po 1 stycznia 2015 r. Obawiają się wzmożonej kontroli NFZ i nakładania kar za niewykonanie jakiś czynności administracyjnych.

– Apelujemy zatem o tolerancję i czas na przygotowanie się placówek do wdrożenia tak trudnej reformy. Straszenie pacjentów nie jest wyjściem z sytuacji. Nie zmuszajmy wszystkich lekarzy do przyjęcia zmian, o których niewiele wiedzą. To nie jest tak, że do tej pory lekarze nie wykonywali badań przy podejrzeniu istnienia nowotworu. Wprowadzanie zmian w atmosferze wzajemnej niechęci i nietolerancji nie pomoże, a jedynie wprowadzi niepotrzebny niepokój wśród pacjentów – dodaje Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

J.K. Bielecki: Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej przejmują europejskie firmy

0

Polskie małe i średnie firmy widzą swoją szansę na rynku europejskim i coraz częściej próbują swoich sił, przejmując zachodnich konkurentów. –Polskim firmom nie wystarcza już organiczny rozwój, dlatego zaczynają myśleć o fuzjach i przejęciach, także w innych krajach Unii – przekonuje Jan Krzysztof Bielecki. Przykładem może być nie tak dawne przejęcie niemieckiego producenta środków czyszczących przez polską firmę kosmetyczną Global Cosmed.  

Optymizm w inwestycjach wydaje mi się już pewien, choć w skali makro być może tego jeszcze nie widać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Krzysztof Bielecki, były premier, ustępujący szef rady Gospodarczej przy Premierze RP. – Rozmawiając z polskimi przedsiębiorcami, można odczuć zainteresowanie nowymi inwestycjami.

Według ostatniego grudniowego odczytu Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców sytuacja sektora MSP jest cały czas przeciętna, ale wskazania indeksu wzrosły do poziomu 100,3 pkt z 96,2 pkt w listopadzie. Jak jednak zaznacza organizator badania, przedsiębiorcy oczekują też poprawy sytuacji w ciągu najbliższych 6 miesięcy, choć rośnie ich ostrożność. Tu wskaźnik spadł do 105,7 pkt z 107,4 pkt w listopadzie.

O fuzjach i przejęciach możemy mówić w dwóch wymiarach. Pierwszy dotyczy krajowego sektora finansowego. W mojej ocenie w sektorze bankowym kilka konsolidacji wydaje się możliwych – twierdzi Jan Krzysztof Bielecki.

Ostatnim przejęciem w sektorze jest nabycie 97,9 proc. akcji Meritum Banku ICB przez Alior Bank. UOKiK w komunikacie z 17 grudnia informuje, że Alior Bank przejmując aktywa Meritum Banku, nie wpłynie negatywnie na koncentrację w sektorze. Alior Bank zawarł przedwstępną umowę z  Innova Financial Holdings, WCP Coöperatief oraz EBOIR dotyczącą nabycia pakietu akcji za 352,5 mln zł.

Z kolei w ostatnim czasie na rynku pojawiła się informacja, podana przez agencje Reuters i Bloomberg, że austriacki Raiffeisen Bank International szuka nabywcy na Raiffeisen Bank Polska, który według szacunków – może być wart ok. 10 mld zł.

Drugim wymiarem są polscy przedsiębiorcy, którzy zaczynają wychodzić poza nasze granice. Polacy znajdują i przejmują małe i średnie firmy w krajach Europy Zachodniej. Coraz częściej nawet ze strefy euro – zaznacza były premier.

Były polski premier dodaje, że rozmawiając z polskimi przedsiębiorcami mówiącymi o przejęciu firmy niemieckiej w celu poprawy jakości zarządzania, odczuwa zdziwienie jak przy zjawisku zaskakującym i niebywałym.

Takim przykładem z ostatnich miesięcy było przejęcie aktywów niemieckiego producenta środków czyszczących i detergentów Domal wittol Wasch und Reinigungsmittel przez polskiego firmę kosmetyczną Global Cosmed. Wartość transakcji wyniosła 5,02 mln euro.

Polskich właścicieli mają ponadto: producent wyposażenia łazienek Hoesch (przejęty przez grupę Sanplast) oraz producent mebli biurowych Rohde & Grahl (właścicielem jest Grupa Nowy Styl). Brytyjska marka Rawlplug należy do wrocławskiego Koelnera. Przykładem polskiego przedsiębiorstwa, które stale rozwija się poprzez akwizycję, jest m.in. Maspex, który w grudniu ogłosił przejęcie aktywów Agros-Novy.

Sukces chińskich inwestycji zależy od sukcesu KPCh. Partia rządząca reformuje kraj, by utrzymać się u władzy

CEO Magazyn Polska

Wielu analityków uważa, że Chiny to świetne miejsce do inwestycji. Jeżeli wszystko będzie tam szło zgodnie z planami partii rządzącej, kraj ten czekają kolejne lata dynamicznego rozwoju. Komunistyczna Partia Chin przygotowała kilka reform, których powodzenie może przynieść kolejne impulsy wzrostowe Państwa Środka. Przyda się one bardzo, bo dane z chińskiej gospodarki potwierdzają spadek tempa jej wzrostu.

Chiny nie są ani krajem demokratycznym, ani wolnorynkowym. Władzę absolutną sprawuje tam partia komunistyczna i to od jej decyzji zależy pomyślność ewentualnych inwestycji. Zanim zacznie się robić interesy w tym kraju, warto więc uświadomić sobie, że nadrzędnym celem rządzących w tym kraju jest utrzymanie się przy władzy. Zatem jak długo działalność inwestora będzie zbieżna z celem władców Chin, może on liczyć na pomyślność.

– Ta władza jest bardzo skoncentrowana i de facto autorytarna, decyzje zapadają w dość szybkim tempie i przede wszystkim mają na celu spełnianie obietnic, które zostały złożone na poprzednich plenach Komunistycznej Partii Chin – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. – Chińczycy zrobią wszystko, po pierwsze, żeby utrzymać spokój od strony politycznej, spokój w kraju, po drugie, żeby wszystkie grupy interesów były w miarę zadowolone.

Dzisiaj gra w Chinach toczy się głównie o to, żeby wyrównać poziom zamożności wśród mieszkańców wybrzeża, gdzie ten jest wysoki, a środkiem kraju, czyli przede wszystkim terenami rolniczymi. Dla inwestorów ważne jest i to, że realizacja tego programu może przynieść wzrost zamożności ogromniej masy Chińczyków.

Chiny skupiają się dzisiaj na tym, żeby średnia płaca w 2020 roku była prawie o 100 proc. wyższa niż obecnie zwraca uwagę Aleksander Jawień. To jest gigantyczny wzrost, a to oznacza, że duże szanse upatrujemy w branżach konsumpcyjnych, branżach związanych z opieką zdrowotną, z zabezpieczeniem emerytalnym, ubezpieczeniami, dlatego właśnie tam płynie wiele pieniędzy, lokalnych chińskich oraz zagranicznych.

Dziś w bogatych regionach Chin następuje szybki rozwój rynku nieruchomości, gigantyczny przyrost liczby nowych samochodów, ogromnie wydatki na konsumpcję, co sprawia, że ceny luksusowych towarów w Hongkongu, Makau czy innych wielkich miastach są wyższe niż w Europie. Ten boom może się rozszerzyć na cały kraj.

– Będzie utrzymane wysokie tempo wzrostu, być może nie tak wysokie jak obecnie, ale i tak spójrzmy na to, że baza do wzrostu co roku rośnie podkreśla prezes Investment Fund Managers. – Jeżeli 10 lat temu mieliśmy małą bazę, to procentowy przyrost mógł być duży, dzisiaj ta baza do wzrostu jest o wiele większa. Więc wartościowo wzrost o 5 proc. dzisiaj jest większy niż 2 czy 3 lata temu.

Wśród realizowanych przez chińskie władze programów najbardziej brzemienna w skutki może się jednak okazać reforma meldunkowa. Meldunek uprawnia do całego zestawu benefitów, jak choćby prawo do opieki zdrowotnej, udziału w systemie emerytalnym czy zakupu mieszkania w mieście. 200-300 mln chłopów, którzy migrowali ze wsi do miejskich fabryk, mieszkało w barakach bez meldunku, prawa do opieki zdrowotnej, systemu emerytalnego, mieszkania. Gdy zyskają te prawa, ich zasoby trafią na rynek.

W tej grupie notowano duży poziom oszczędności, a większość tego nowego bogactwa była wysyłana w regiony wiejskie – opowiada Aleksander Jawień z Investment Fund Managers. Jeżeli ta reforma się wydarzy, to spowoduje, że w regionach miejskich poziom inwestycji w infrastrukturę, mieszkania i opiekę zdrowotną będzie skokowy, bo to jest efekt skali.

BTFG Audit: przed rynkiem funduszy private equity rysują się pozytywne perspektywy

Zdaniem ekspertów dzięki dobremu otoczeniu makroekonomicznemu i mniejszemu zaangażowaniu OFE na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie przed funduszami private equity rysuje się dobry czas. GPW bywa dla nich niekiedy szansą wyjścia z inwestycji, a w nowych warunkach rynkowych warszawski parkiet staje się bardziej obiektywnym miernikiem wartości.

Fundusze private equity nigdy nie przejmą rynku otwartych funduszy inwestycyjnych, ponieważ są to dwa różne segmenty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu BTFG Audit. – Natomiast GPW dla funduszy private equity może przyjąć rolę, jaką spełnia często inwestor strategiczny, czyli może być opcją wyjścia z inwestycji.

Jak dodaje, OFE inwestowały przede wszystkim w spółki notowane na warszawskim parkiecie, funduszom private equity rzadko na tym zależy, przynajmniej na wstępnym etapie.

Obecnie rynkowi fuzji sprzyja dobre otoczenie makroekonomiczne. Ryzyko związane z gospodarką Polski spada. Trudno oczekiwać, by duża spółka z Polski mogła pokazywać wyniki znacznie odbiegające od stanu gospodarki. Gospodarka sprzyja, niewątpliwie zainteresowanie krajem się zwiększa, a to przekłada się na zainteresowanie samymi spółkami – mówi Ruciński.

Produkt Krajowy Brutto w III kwartale 2014 r. w ujęciu rocznym był wyższy o 3,3 proc. (odsezonowany odczyt 0,9 proc. w ujęciu kwartalnym) wobec 3,5 proc. w II kw. rok do roku i popyt wewnętrzny wzrósł o 4,9 proc., a inwestycje o 9,9 proc. rok do roku. Ekonomiści nie spodziewają się w IV kw. odczytu PKB poniżej 3,0 proc. rok do roku.

Zgodnie z niedawnym raportem Navigator Capital i FORDATA w III kwartale 2014 r. w Polsce miały miejsca 42 transakcje z zakresu M&A (fuzji i przejęć), o przeciętnej wartości 25-100 mln zł. Największą transakcją (1,49 mld zł) było przejęcie KWK Knurów-Szczygłowice przez Jastrzębską Spółkę Węglową. W sektorze bankowym Alior Bank przejął Meritum Bank (w grudniu UOKiK zaakceptował podpisaną w październiku umowę nabycia w przez Alior Bank 97,9 proc. akcji na WZA o wartości 352,5 mln zł od funduszu Innova Financial Holdings, WCP Coöperatief oraz EBOIR).

Według prezesa zarządu BTFG Audit zarządzający funduszami private equity przede wszystkim zwracają uwagę na spółki rentowne, mające wizję, perspektywy rozwoju oraz dobrych menadżerów. Branża zdecydowanie ma mniejsze znaczenie.

Fundusze PE analizują prawie każdą spółkę, która jest w stanie sprawnie i dobrze się rozwijać. Dużym atutem jest przedstawienie przez spółkę wizji rozwoju poza polskim rynkiem, a nawet poza rynkami europejskimi.

Wyjątkowo atrakcyjnych spółek dla funduszy pozostaje na rynku niewiele. Jak tłumaczy Adam Ruciński, na świecie jest dużo wolnego kapitału, także w Polsce. Najczęściej powtarzaną wypowiedzią przez posiadających kapitał jest jednak to o braku interesujących okazji inwestycyjnych.

Bywa także tak, że inwestorzy, znajdując już przedsiębiorstwo godne uwagi, spotykają się z jego zbyt wysoką wyceną – zaznacza Ruciński. – Jeśli prześledzimy średnie i statystyki z zakresu fuzji i przejęć, to widzimy, że procesy połączenia spółek zwykle są nieudane, czyli dwa plus dwa nie daje czterech, czy pięciu, tylko często trzy.

Jak wyjaśnia ekspert, połączenie dwóch organizmów jest sprawą trudną i mało komu udaje się to zrobić, uzyskując szybki efekt synergii. Badania wskazują, że najczęściej menadżerowie wpadają w pułapkę psychologiczną, chcąc się wykazać i dokonać jedynej w życiu fuzji, ponieważ statystycznie fuzja przypada raz w życiu menadżera.

Dziś menadżerowie zdają już sobie sprawę z tego, że większości fuzji kończy się niepowodzeniem, dlatego z większą pokorą i sceptycyzmem podchodzą do takich procesów – mówi Ruciński.

Erste: spodziewana podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w końcu wymusi podobne posunięcia na innych bankach centralnych

Według domu inwestycyjnego Erste Securities Polska spodziewana w 2015 roku w Stanach Zjednoczonych podwyżka stóp procentowych spowoduje w dalszej perspektywie podobne posunięcia innych banków centralnych. Zdaniem Marka Czachora, analityka tej firmy, stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego nie będą już spadać i do końca roku prawdopodobnie pozostaną na niezmienionym poziomie. Na krajowe notowania giełdowe nadal duży wpływ będą mieć nastroje na parkietach zachodnich.

Obecnie jest już oczywiste, że w 2015 roku najprawdopodobniej dojdzie do pierwszej od dłuższego czasu podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, ale oczekiwania odnośnie momentu jej ogłoszenia są różne: jedni twierdzą, że stanie się to w trzecim kwartale, inni wskazują na drugi, pojawiają się też głosy, że stopy zostaną za oceanem podniesione już do marca – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk domu inwestycyjnego Erste Securities Polska. – O tym, że jest to realny scenariusz, świadczy choćby zachowanie się kurs euro-dolara.

Amerykańska waluta od maja zdecydowanie umacniała się wobec euro w ubiegłym roku. Z poziomu niemal 1,40 dolara za euro (w marcu i na początku maja) urosła do 1,20, w ciągu roku, wzmacniając się o ponad 13 proc.

– Wynika to także z tego, że gospodarka Stanów Zjednoczonych jest zdecydowanie w lepszej kondycji niż europejska. PKB Starego Kontynentu nie rośnie, analitycy spodziewają się więc dalszego osłabiania euro i spadku stóp procentowych, czyli zakupu papierów wartościowych skarbowych przez Europejski Bank Centralny. Natomiast za oceanem widzimy, że gospodarka się ustabilizowała, lekko się zwiększa, w związku z tym dotychczasowa bardzo luźna polityka monetarna wcześniej czy później powinna stać się konserwatywna.

Ta dysproporcja  zdaniem Marka Czachora – doprowadzi w najbliższych kwartałach do dalszych ruchów walutowych, ale wywrze także w dłuższym terminie nacisk na inne banki centralne, aby te podnosiły swoje stopy procentowe.

Jeżeli depozyty będą wyżej oprocentowane w Stanach, a dolar będzie się umacniać, to kapitał automatycznie powinien płynąć także za ocean – wyjaśnia Marek Czachor. – W momencie, gdy gospodarki krajów rozwijających się nadal nie będą rosły, pojawi się konieczność, żeby przyciągnąć inwestorów. Banki centralne będą więc musiały postępować podobnie jak Rezerwa Federalna, co dzisiaj, wobec ucieczki kapitału ze Wschodu, robi chociażby Centralny Bank Rosji.

Wobec odpływu kapitału z Rosji na skutek konfliktu o Ukrainę, Centralny Bank Rosji podnosił w ubiegłym roku stopy procentowe aż sześć razy. W tym dwukrotnie w grudniu wobec gwałtownego spadku wartości rubla. Przed inwazją na Ukrainę główna stopa w Rosji wynosiła 5,5 proc. Obecnie – 17 proc.

Z kolei stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego zostały w tym czasie mocno obniżone. Obecnie stopa referencyjna wynosi 2 proc., lombardowa – 3 proc., depozytowa – 1 proc., a redyskonta weksli – 2,25 proc. i są to rekordowo niskie poziomy.

Środowisko niskich stóp procentowych w założeniu powinno wspierać napływy środków do funduszy inwestycyjnych – zauważa analityk domu inwestycyjnego Erste Securities Polska. – Samo obniżenie stóp nie przyczyniło się jednak do wzrostów na giełdzie. Nie mamy dużych napływów do akcyjnych funduszy inwestycyjnych. Nowe środki trafiają natomiast do funduszy pieniężnych oraz papierów skarbowych. Mają one bowiem obecnie wyższą stopę zwrotu.

Według Marka Czachora w przyszłym roku polskie spółki kwotowane na GPW powinny pokazać średnio o 10 proc. lepsze wyniki finansowe niż w br. Ponieważ kursy większości z nich są niskie, powinno to wskazywać na możliwe wzrosty wartości akcji.

Porównując wycenę krajowych spółek do notowanych w Stanach Zjednoczonych, na innych rynkach wschodzących czy w Europie Zachodniej, widzimy, że poziomy ewaluacji nie są zbyt wymagające – mówi Czachor. – Pytanie o 2015 rok tak naprawdę jest pytanie o to, na ile firmy będą w stanie zaskoczyć inwestorów, jeżeli chodzi o tempo poprawy wyników. Rynek kapitałowy spodziewa się, że będzie to do 10 proc. rok do roku.

Polska giełda, jak wskazuje Marek Czachor, zachowywała się w br. gorzej niż parkiety zachodnioeuropejskie czy te w Stanach Zjednoczonych. Za wzrostami powinien przemawiać fakt, że główny czynnik tej rezerwy inwestorów już zniknął. Wiele zależeć będzie jednak od nastrojów na głównych światowych parkietach.

Według nas było to spowodowane tym, że część inwestorów obawiała się reformy emerytalnej – tłumaczy Czachor. – Jak wiemy, OFE nie zostały zmuszone do silnej sprzedaży akcji. Jeżeli chodzi o 2015 rok, to czynnikiem, który w znacznym stopniu będzie wpływał na GPW, będzie na pewno kierunek indeksów w Europie Zachodniej i Stanach. One z kolei w br. zachowywały się lepiej niż giełda w Warszawie. W związku z tym wcześniej czy później możemy spodziewać się korekty na tych rynkach. Na pewno będzie ona dotyczyła także GPW, ale pytanie o jej zasięg i terminowość pozostaje otwarte.

Atende: o słabszych wynikach w 2014 r. zdecydowały niższe od planowanych przychody z sektora publicznego

0

CEO Magazyn Polska

Specjalizująca się w integracji rozwiązań teleinformatycznych Grupa Atende prognozuje tegoroczne przychody ze sprzedaży na niższym od oczekiwanego poziomie. Jak tłumaczy Roman Szwed, jej prezes, będzie to wynikiem gorszych obrotów w sektorze publicznym. W innych sektorach firma zanotowała lepsze wyniki zarówno pod względem przychodów, jak i marż. Ogółem po trzech kwartałach 2014 r. wyniki Grupy były jednak gorsze od tych z bardzo dobrego dla spółki 2013 roku.

– Wolałbym, żeby nasze wyniki w 2014 roku były trochę lepsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roman Szwed, prezes zarządu technologicznej spółki Atende. – Rzeczywiście widać to trochę po wynikach z trzeciego kwartału, które nie były tak dobre, jak bym tego oczekiwał. Nasza działalność opiera się na czterech filarach: mamy telekomunikację i media, sektor publiczny, przemysł, handel i usługi oraz sektor finansowy. W zasadzie wszystkie, poza jednym, publicznym, nadal funkcjonują dobrze. Tam odnotowaliśmy postęp, to znaczy większe przychody i marże. Natomiast jeden sektor nas zawiódł: publiczny.

Szef Atende spodziewał się, że w ubiegły rok będzie okresem większej aktywności firm i instytucji publicznych z uwagi m.in. na kończącą się perspektywę finansową 2007-2014 i związaną z tym potrzebę wydania przyznanych im środków.

To jednak nie był dla nas satysfakcjonujący rok, nie odbyło się dużo przetargów, wiele z nich straciliśmy, niewiele wygraliśmy, kilka zostało przesuniętych na przyszły rok – ocenia Roman Szwed. – W zasadzie można powiedzieć, że w rezultacie tego wyniki spółki są trochę słabsze w sektorze publicznym i w związku z tym wynik przedsiębiorstwa także jest gorszy. Oczywiście staraliśmy się, żeby cały rok był tak dobry, jak to tylko możliwe. Wiadomo, że dla firm technologicznych czwarty kwartał zwykle jest najlepszy. Mam więc nadzieję, że całoroczny wynik nie będzie dla nas aż tak niekorzystny.

Trudno także porównywać ubiegłoroczne rezultaty finansowe, jak wskazuje prezes Atende, do 2013 roku, który dla spółki był wybitnie dobry. Paradoksalnie może to także spowodować, że wyniki finansowe przedsiębiorstwa w 2015 roku będą lepsze od zakładanych.

Być może znowu zdarzy się tak, że któryś z obszarów naszej działalności będzie trochę słabszy, ale na tym polega mądrość firmy, że chce mieć cztery nogi: jeżeli któraś troszeczkę osłabnie, to szansa, że stanie się tak również z innymi, jest niewielka – przekonuje prezes zarządu Grupy Atende. – W ten sposób zawsze wynik finansowy jest rozsądnie dodatni. Zresztą w tym roku rezultaty także będą dobre, bo nie tracimy przecież pieniędzy. Chcielibyśmy tylko dużo więcej zarabiać.

Grupa Atende jest spółką technologiczną specjalizującą się w integracji rozwiązań teleinformatycznych. W trzecim kwartale br. jej skonsolidowane przychody wyniosły 47,3 mln zł i w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku były niższe o 9 proc., a skonsolidowany zysk netto – 1,4 mln zł (spadek o blisko 70 proc.). Po trzech kwartałach było to 121,8 mln zł przychodów (spadek o 16 proc.) i 0,76 mln zł zysku (spadek o 87 proc.).

W. Wojciechowski (Invest Bank): W 2015 r. PKB na poziomie 3,4 proc., bezrobocie poniżej 11 proc. Ryzyko to możliwe spowolnienie w strefie euro, Rosji i na Ukrainie

Polska gospodarka w dalszym ciągu jest w dobrej kondycji. Styczniowe odczyty wskaźników PMI (52,8 pkt) potwierdzają dobrą koniunkturę w przemyśle, a pozytywny trend powinien być kontynuowany. Wiktor Wojciechowski z Invest Banku przewiduje wzrost gospodarczy wyraźnie powyżej 3 proc. i spadek bezrobocia, choć zagrożeniami pozostają czynniki poza granicami kraju.

Patrząc na bieżące wskaźniki koniunktury i fundamenty wzrostu gospodarczego w ostatnich kwartałach, sądzę, że głównym motorem rozwoju w 2015 roku pozostanie popyt krajowy, czyli spożycie gospodarstw domowych oraz inwestycje przedsiębiorstw – mówi Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Invest Banku.

Ministerstwo Gospodarki podniosło w grudniu swoją prognozę wzrostu PKB za cały 2014 rok do 3,4 proc., z 3,3 proc. Według ostatnich danych GUS wzrost gospodarczy w III kw. 2014 r. wyniósł 3,3 proc. rok do roku i 0,9 proc. kwartał do kwartału. Inwestycje były wyższe w ujęciu rocznym o 9,9 proc. rok do roku (wobec 8,7 proc. w II kw.), natomiast popyt krajowy wzrósł o 4,9 proc. (5,6 proc. II kw.).

Wzrostowi wydatków gospodarstw domowych będzie sprzyjała poprawa sytuacji na rynku pracy, czyli spadające bezrobocie, które zwiększy skłonność do wydawania zarobionych pieniędzy, a nie przeznaczania ich na oszczędności. Zakładam, że 2015 rok zamknie się wzrostem Produktu Krajowego Brutto na poziomie 3,4 proc. oraz wskaźnikiem bezrobocia rzędu 10,6-10,7 proc. – prognozuje Wojciechowski.

Konsumpcji wewnętrznej oprócz rosnących nominalnie płac i większej liczbie zatrudnionych sprzyja też deflacja, czyli spadek cen, który zwiększa siłę nabywczą portfeli Polaków. Przynajmniej w pierwszych kilku miesiącach roku trend ten, trwający już od połowy 2014 roku, powinien być kontynuowany.

Sądzę, że bardzo głęboka w ostatnich miesiącach deflacja przedłuży się na pewno jeszcze na I kwartał 2015 roku. Pewnie w II kwartale jednak ten indeks zmian cen będzie powoli zbiegał do zera – przewiduje ekonomista.

Jak zaznacza główny ekonomista Invest Banku, istnieje pewne ryzyko mogące osłabić wzrost gospodarczy w Polsce. To trzecia najistotniejsza obok inwestycji i popytu krajowego składowa PKB, czyli eksport. W tym wypadku chodzi o niższe od prognozowanego tempo poprawy aktywności gospodarczej w strefie euro czy bardziej dotkliwe reperkusje spowolnienia gospodarczego w Rosji i na Ukrainie.

Wydaje mi się, że odczyty PMI dla Polski w najbliższych miesiącach powinny wykazywać ożywienie w naszej gospodarce, choć niezbyt silne. Natomiast patrząc na to, co się dzieje ze wstępnym odczytem PMI dla Niemiec, czy z indeksem ZEW, który obrazuje kondycję w niemieckiej gospodarce, możemy wnioskować, że również polskie przedsiębiorstwa przemysłowe będą odczuwać poprawę koniunktury, która jest pochodną lekkiego ożywienia w samych Niemczech – przekonuje Wojciechowski.

Według ostatnich odczytów PMI w przemyśle dla europejskich gospodarek z 2 stycznia wskaźnik dla strefy euro wzrósł z 50,1 do 50,6 pkt (wstępny odczyt wynosił 50,8 pkt). W przypadku Niemiec odczyt wpisał się w oczekiwania (51,2 pkt), natomiast większość wyników dla pozostałych gospodarek rozczarowała (m.in. 4-miesięczne minimum – 47,5 pkt we Francji). Kondycja polskiego przemysłu nadal przekracza granicę 50 pkt, które oddzielają rozwój od spowolnienia – odczyt wyniósł 52,8 pkt i wpisuje się w konsensus rynkowy. Mimo spadku wobec listopada, gdy odczyt był zaskakująco wysoki (53,2 pkt), to najwyższy wynik od marca ubiegłego roku.

Pogarszającą sytuację w chińskim przemyśle potwierdzają najnowsze odczyty PMI dla Chin. W grudniu 2014 r. według wyliczeń biura statystycznego i Federacji Logistyki indeks PMI dla chińskiego przemysłu spadł do 50,1 pkt z 50,3 pkt miesiąc wcześniej. Z kolei według HSBC Holdings i Markit Economics odczyt wskaźnika zniżkował do 49,6 pkt (w listopadzie wskaźnik wyniósł 50,0 pkt). To pierwszy od maja 2014 r. spadek poniżej granicy ożywienia/spowolnienia, czyli 50,0 pkt.

Zdaniem Wiktora Wojciechowskiego słabsza kondycja chińskiej gospodarki będzie się przekładała na spadek cen surowców, w tym ropy naftowej.

Na sytuację polskiej gospodarki w przyszłym roku będą mieć wpływ także banki centralne, szczególnie Fed i EBC.

Nie wiemy, kiedy Fed zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych, choć bieżące dane z amerykańskiej gospodarki pokazują jej silny trend wzrostowy. Podwyżki stóp procentowych można oczekiwać po około sześciu miesiącach od zniknięcia z komunikatu zapisu o utrzymywaniu stóp na niezmienionym poziomie przez dłuższy czas [zapis zniknął 17 grudnia, choć został zastąpiony innym, słabszym, mówiącym o „cierpliwości w kwestii terminu rozpoczęcia normalizacji polityki monetarnej” przez Fed – red.] – tłumaczy Wiktor Wojciechowski.

Jak dodaje ekonomista, wyższe stopy mogą zachęcić kapitał do odpływu z rynków wschodzących, w tym Polski, na rynek amerykański, co może sprzyjać osłabieniu złotego. Byłby to czynnik, który przyspieszyłby tempo powrotu inflacji do celu 2,5 proc.

Wpływy budżetowe silnie zależą od inflacji – jeżeli inflacja zaskakuje in plus, to wpływy z VAT-u rosną. Moglibyśmy oczekiwać, że w 2014 roku ze względu na niską inflację realizacja wpływów z podatku VAT będzie niższa od oczekiwań, a tymczasem okazuje się, że tempo wzrostu popytu krajowego jest na tyle duże, że rekompensuje z nawiązką negatywny wpływ deflacji na wpływy podatkowe – przekonuje Wiktor Wojciechowski.

Ministerstwo Finansów podaje, że po październiku wpływy z podatku VAT wyniosły 105,49 mld zł, co stanowi 91,2 proc. planu na 2014 r. (115,7 mld zł). Według ekspertów rok może zamknąć się wpływami na poziomie 126 mld zł. Z kolei ustawa budżetowa na 2015 r. przewiduje pozyskanie podatku VAT na poziomie 134,6 mld zł.

W nowej perspektywie UE szansa na międzynarodowe centrum badawczo-rozwojowe w Polsce

CEO Magazyn Polska

W ramach perspektywy unijnej 2014-2020 Polska może poprawić jakość funkcjonowania sektora badawczo-rozwojowego (B+R). Chodzi tu nie tylko o współpracę nauki i biznesu, lecz także o projekt specjalnego międzynarodowego ośrodka badawczo-rozwojowego. Centrum badań wprowadziłoby nowej klasy infrastrukturę, kapitał ludzki oraz przyspieszyłoby toczące się prace naukowe w zakresie zaawansowanych technologii.

Unia Europejska w każdej perspektywie finansowej przeznacza – niezależnie od środków przypisanych poszczególnym krajom – około 20 mld euro na rozwój międzynarodowej infrastruktury badawczej, co pozwala na utworzenie w tym czasie kilkunastu tego typu centrów badawczych.

– W Polsce takiego centrum jeszcze nie mamy. Obecnie wyłaniają się dwie ciekawe propozycje, które mają szansę walczyć o miejsce na europejskiej mapie infrastruktury badawczej – tłumaczy Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości, firmy doradczej specjalizującej się w zakresie funduszy i projektów unijnych. – Jedną z nich jest Europejskie Laboratorium Materiałów Elamat, mające powstać w okolicach Rzeszowa, którego zadaniem byłyby prace nad rozwojem i badaniem materiałów na rzecz energetyki termojądrowej.

Drugim kandydatem do takiej dotacji mógłby być według wiceprezesa EuCP projekt utworzenia Narodowego Centrum Radioastronomii i Inżynierii Kosmicznej. W przygotowanie projektu zaangażowano wiele uczelni wyższych, którym przewodniczy Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika z Torunia.

– Główną korzyścią umiejscowienia w Polsce takich ośrodków jest nie tylko nowa infrastruktura, lecz przede wszystkim względy ekonomiczne i korzyści długookresowe – zaznacza Jerzy Kwieciński.

Jego zdaniem do tego typu miejsc przyjeżdżają najlepsi naukowcy z całego świata, a już sama możliwość kontaktów i współpracy generuje innowacyjne odkrycia.

– Na arenie europejskiej przykładami prezentującymi możliwości podobnych inicjatyw jest Centrum CERN w Szwajcarii, pod Genewą – zajmujące się badaniami jądrowymi oraz obecnie powstający próbny reaktor termojądrowy w Cadarache we Francji – wymienia Kwieciński.

W Polsce do sektora B+R zalicza się Polską Akademię Nauk, przedsiębiorstwa z własnym zapleczem badawczym, uczelnie wyższe prowadzące działalność w zakresie B+R oraz centra badawczo-rozwojowe (CBR). Według ostatnich informacji Ministerstwa Gospodarki na dzień 31 grudnia 2014 r. funkcjonują 33 ośrodki o statusie CBR.

– Polska nauka w latach 2007-2013 poprzez znaczną poprawę bazy dydaktycznej, edukacyjnej i znaczące inwestycje w centra badawcze w dużym stopniu skorzystała z środków unijnych. Ale teraz, w nowej perspektywie, powstała baza musi być wykorzystywana na potrzeby gospodarki, szczególnie przemysłu – podkreśla Jerzy Kwieciński. – Ważnym wyzwaniem będzie współpraca sektora nauki i biznesu, zwłaszcza we wspólnie prowadzonych badaniach, a później we wdrażaniu ich wyników.

Wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości ma nadzieję, że wspólna kooperacja powinna przynosić nie tylko satysfakcję, lecz także realne korzyści ekonomiczne zarówno przedsiębiorcom, jak i naukowcom.

W nadchodzącej perspektywie unijnej 2014-2020 krajowym programem realizującym tematykę zaawansowanych technologii będzie Inteligentny Rozwój ze środkami rzędu 8,61 mld euro. W minionym planie finansowym UE rolę wsparcia B+R pełnił program Innowacyjna Gospodarka o wartości 8,25 mld euro pomocy.

Kontrakty w sektorze obronnym coraz częściej realizują prywatne firmy. To szansa na pracę dla byłych wojskowych

Zwiększa się dostępność kontraktów w sektorze obronnym dla prywatnych podwykonawców. Dzięki obowiązującej już od prawie dwóch lat nowelizacji Prawa zamówień publicznych i obowiązkowi organizacji przetargów firmy zatrudniające byłych wojskowych mogą dać im szansę na kontynuację kariery w tym sektorze. To też możliwość budowania kompetencji całego polskiego przemysłu.

Od niedawna firmy komercyjne mogą działać w sektorze, który był kiedyś dość zamknięty i zarezerwowany tylko dla spółek skarbu państwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Lep, prezes zarządu Fights on Logistics, specjalizującej się w obszarze wsparcia dla wojskowej technologii lotniczej, m.in. serwisu technicznego samolotów F-16. ‒ Większość kadry związana z wojskową techniką lotniczą wywodzi się z Wojska Polskiego. Staramy się przyczyniać do tego, żeby ta wysoko wykwalifikowana kadra nie przenikała do branż, które nie są związane z ich pierwotną domeną.

Lep podkreśla, że zatrzymanie wysoko wykwalifikowanej kadry byłych wojskowych jest bardzo istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Wiele osób odchodzących do cywila kontynuuje karierę w zupełnie innych branżach, a dzięki zaangażowaniu ich przez przedsiębiorstwa komercyjne do realizacji zadań kontraktowych dla wojska ich umiejętności mogą zostać wykorzystane.

Wejście prywatnych przedsiębiorców do sektora obronnego ułatwiła nowelizacja Prawa zamówień publicznych, która weszła w życie w lutym 2013 r. Wprowadziła ona do polskiego prawa przepisy zawarte w unijnej dyrektywie obronnej 81/2009, zgodnie z którymi znacznie rozszerzony został katalog kontraktów, które trzeba zawierać po przetargu. Objął on m.in. wszystkie zamówienia resortu obrony z wyjątkiem tych uznanych za istotne dla bezpieczeństwa państwa, tajnych oraz regulowanych szczególnymi umowami międzynarodowymi.

Ze wszystkimi firmami, które są w Polsce, a zazwyczaj są to państwowe firmy, chcemy współpracować. Nie chcemy z nimi konkurować, bo mamy wspólny cel i wspólną misję, a siebie postrzegamy jako swoistego rodzaju partnera – zapewnia Lep. ‒ 2015 rok jest dla nas kluczowy, ponieważ większość postępowań, cała przemiana de facto teraz następuje. Liczymy na to, że będziemy w grze.

Dodaje, że poza sektorem państwowym i prywatnym ważną rolę odgrywają też zagraniczne firmy. Zwłaszcza w inwestycjach związanych z najnowszymi technologiami, z których korzysta polskie wojsko, zagraniczni partnerzy i producenci są kluczowymi partnerami.

Jak wyjaśnia Lep, w przypadku serwisowania polskich samolotów wielozadaniowych F-16 znaczna część technologii pozostaje w amerykańskich rękach, choć część prac wykonują bydgoskie Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2.

Nasza rola polega na tym, by kompetencje pochodzenia amerykańskiego przenosić do polskiego przemysłu zarówno prywatnego, jak i państwowego. Niektóre usługi świadczymy bezpośrednio, ale pomagamy też polskiemu przemysłowi budować kompetencje serwisowe związane z F-16 – tłumaczy Lep.

Ekspert zwraca uwagę na to, że wyzwań dla polskiego przemysłu będzie przybywało w miarę wycofywania technologii radzieckich, takich jak m.in. samoloty MiG-29 i Su-22. Zwiększanie udziału nowoczesnych, skomplikowanych i nieznanych do tej pory w Polsce technologii to szansa na korzystną dla całego sektora obronnego współpracę jednostek państwowych z prywatnymi przedsiębiorcami.

Co czwarta osoba kupująca w sieci korzysta z porównywarek cenowych. Pozwalają zaoszczędzić nawet kilkaset złotych miesięcznie

Internetowe porównywarki cen to coraz częściej wykorzystywane narzędzie. Dzięki zestawieniu cen różnych produktów z e-sklepów można zaoszczędzić sporo pieniędzy. Po pierwsze, konsument ma więcej czasu na zastanowienie i nie jest narażony na chwyty marketingowców, po drugie, może wybrać e-sklep z najlepszą ofertą. To szczególnie cenne w przedświątecznym szale zakupowym.

Internetowe porównywarki cen to coraz częściej wykorzystywane narzędzie. Dzięki zestawieniu cen różnych produktów z e-sklepów można zaoszczędzić sporo pieniędzy.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Deutsche Bank wynika, że Polacy coraz chętniej korzystają z porównywarek cen: aż 24 proc. ankietowanych przyznało, że kupując online, zawsze sprawdza ceny w tego typu serwisach. Według danych firmy Alleceny.pl internetowe porównywarki cen pozwalają zaoszczędzić nawet kilkaset złotych miesięcznie. Kupując w sklepach stacjonarnych, klienci bardzo często podejmują bowiem decyzje pod wpływem impulsu, wrzucając do koszyka zupełnie niepotrzebne lub zbyt drogie produkty. W dodatku duże markety stosują specjalne sztuczki, które mają skłonić konsumentów do większych i bardziej nieprzemyślanych zakupów. Internetowe porównywarki cen pozwalają uniknąć tego typu pułapek.

– Szczególnie w okresie przedświątecznym sklepy stacjonarne stosują szereg trików, aby przekonać nas do zakupów jak największej liczby produktów. Mówię tu o odpowiednim rozmieszczeniu produktów w sklepie, wspaniałych, kolorowych reklamach, a także o oddziaływaniu na nasze zmysły. Sklepy bardzo często rozpylają zapachy, np. świeżego pieczywa czy wypieków i ciastek, wszystko po to, abyśmy poczuli się jak w domu. Żebyśmy poczuli atmosferę świąt i w ten sposób kupili więcej produktów – mówi Paweł Dziennik, założyciel portalu Alleceny.pl, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Internetowe porównywarki cen pokazują, ile ten sam towar kosztuje w różnych sklepach, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. Dają one także możliwość wystawiania opinii i zapoznawania się z komentarzami innych użytkowników na temat jakości produktów i wiarygodności sklepów. W przypadku sklepów stacjonarnych klient otrzymuje zestawienia najniższych cen, natomiast w sklepach internetowych dodatkowo może złożyć zamówienie, a zakupy zostaną dostarczone prosto do jego domu. Porównywarki dają także możliwość obserwowania wartości koszyka, dzięki czemu kupujący jest w stanie cały czas kontrolować swoje wydatki i jeżeli koszyk przekracza założony budżet, może niepotrzebne produkty usunąć z koszyka.

– Porównywarka jest narzędziem intuicyjnym. Osoby, które składały już zamówienia poprzez sklepy internetowe czy serwisy aukcyjne nie będą miały absolutnie żadnych problemów z jej obsługą. Wystarczy wybrać produkty znajdujące się w porównywarce do koszyka i nacisnąć przycisk: porównaj ceny. Otrzymamy wtedy gotową listę najtańszych sklepów mówi Paweł Dziennik.

Internetowe porównywarki cen są bezpłatne dla klientów. Wszelkie koszty ponoszą sklepy, które podpisują z takim serwisem umowę.

Prywatnym teatrom w Polsce mogłyby pomóc odpisy podatkowe

Ponad 11 milionów widzów uczestniczyło w 2013 r. w przedstawieniach teatralnych. Choć większość spośród 170 teatrów i instytucji muzycznych należy do sektora publicznego, przybywa też placówek prywatnych. Ich utrzymanie nie jest proste, bo koszt jednego spektaklu na dużej scenie to nawet 150 tys. zł. Pomóc mogłyby odpisy podatkowe, podobne do tych funkcjonujących w Stanach Zjednoczonych.

Spektakl na dużej scenie kosztuje ok. 150 tys. zł, nie ma ludzkiej siły, żeby kosztował mniej, na małej scenie ‒ 70-80 tys. zł. Te pieniądze trzeba zebrać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Emilian Kamiński, aktor i właściciel Teatru Kamienica. ‒ Jeżeli mam kogoś, kto zechce mi pomóc, to on musi jeszcze zapłacić od tego 23-proc. VAT, co jest przecież bez sensu.

Kamiński wyjaśnia, że zupełnie inaczej funkcjonuje to w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec lat 80. do założenia własnego teatru natchnął go Joseph Papp, znany amerykański producent i reżyser teatralny. Kamiński wspomina, że Papp powiedział mu wtedy o obowiązującym po drugiej stronie Atlantyku systemie wsparcia, w myśl którego osoby finansujące teatry prywatne mogły liczyć na 8-proc. odpis podatkowy.

Teraz właściciele prywatnych teatrów cały czas muszą bardzo rozważnie gospodarować środkami finansowymi. Jak podkreśla Kamiński, zdobycie przez nich dotacji na spektakle jest bardzo trudne. Szansą jest jednak rosnącą liczba osób odwiedzających teatry.

Jak wynika z danych GUS, w 2013 r. w ponad 55 tys. przedstawień i koncertów w teatrach i instytucjach muzycznych uczestniczyło łącznie 11,5 mln widzów. Wartości te wzrosły w porównaniu z 2012 r. odpowiednio o 2,5 i 7,3 proc. Każdy ze 170 teatrów i instytucji muzycznych wystawił średnio 326 wydarzeń. Urząd informuje, że większość spośród tych placówek należy do sektora publicznego, ale nie precyzuje dokładnych danych.

Pieniądze są z tego takie, że mogę się utrzymać, ale muszę bardzo się pilnować. Muszę patrzeć bardzo na co wydaję pieniądze. Normalnie w teatrach, które są dotowane, nie szanuje się tak pieniędzy, ponieważ one są dane. Ja muszę na każde 100 zł zarobić, w związku z tym przyznaję, że każde 100 zł wydaję z rozwagą – mówi Kamiński.

Podkreśla, że wydawanie pieniędzy na bilety teatralne to jedna z ostatnich pozycji w domowym budżecie Polaków, dlatego w okresach gorszej koniunktury mniej osób odwiedzi teatry.

Szansą dla prywatnych teatrów jest specjalizacja i zbudowanie unikalnego wizerunku. Przewagą Kamienicy Kamińskiego jest ścisły związek z Warszawą i wystawianie wielu sztuk opowiadających o stolicy.

Warszawa bardzo potrzebuje warszawskich miejsc, takich, które się z nią utożsamiają, które ją kochają. To jest bardzo ważne i widzowie o tym mówią. Kamienica to jest więcej niż teatr – przekonuje Kamiński. ‒ Co jest ważne w miejscu takim, jak jest teatr? Tak zwany genius loci, czyli duch miejsca, a w Kamienicy on jest.

Dodaje, że poza spektaklami, takimi jak wystawione „Wiera Gran”, „Sceny z życia małżeńskiego”, „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, „Wroniec”, „Czarne serca”, a nawet „My, dzieci z dworca ZOO”, ważną rolę w funkcjonowaniu Kamienicy mają wydarzenia, konferencje, a nawet akcje społeczne. Jedną z nich jest kolacja wigilijna dla bezdomnych, na którą w 2013 roku przyszło 350 osób.

Mimo ciągłych wyzwań, Kamiński ma na ten rok ambitne plany. Największe wydarzenie związane jest z obchodami 40-lecia jego pracy zawodowej.

Obchodzę 40-lecie swojej pracy przy okazji sztuki, którą robi Krzysztof Jasiński, czyli „Kolacji na cztery ręce”. Grają tam Wiktor Zborowski, Olaf Lubaszenko i moja skromna osoba. Premiera tego spektaklu odbędzie się na XX Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach. Następnie będzie premiera w Kamienicy, a potem w Teatrze STU w Krakowie, czyli tam, gdzie króluje reżyser Krzysztof Jasiński – zapowiada właściciel Kamienicy. ‒ Mam też dużo innych planów, ale będę o nich mówił, jak już się potwierdzą.

Podejrzliwość hamuje przedsiębiorczość w Polsce. Pomóc mogłaby zmiana mentalności

Polacy to jeden z najlepiej wykształconych narodów na świecie. W 2017 roku 50 proc. społeczeństwa będzie mieć tytuł magistra. Wykształcenie nie idzie jednak w parze z wiedzą. Większość z nas wątpi w dobre intencje innych, jest też przekonana o tym, że duże pieniądze można zarobić tylko dzięki znajomościom. Zdaniem ekspertów bez zbudowania umiejętności miękkich i zmiany mentalności Polakom trudno będzie odnieść sukces.

Jako nacja jesteśmy odważni, przedsiębiorczy i wykształceni. Pod względem znajomości języka angielskiego zajmujemy 8. miejsce na świecie – mówi agencji Newseria Mateusz Grzesiak, psycholog i coach. – Mamy też wady. Tą fundamentalną, która przeszkadza nam w przedsiębiorczości, jest brak zaufania.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Diagnoza Społeczna, tylko 12 proc. Polaków wierzy w dobre intencje innych. To kilkakrotnie mniej niż w innych krajach europejskich. Niewiele więcej badanych, bo 16 proc., jest przekonanych, że ludzie starają się być pomocni. Polakom łatwiej jest uwierzyć w złe intencje, dlatego często sami atakują pierwsi.

Nie zmienia się nastawienie do zamożnych osób, wciąż powszechne jest przekonanie, że pierwszy milion trzeba ukraść.

75 proc. Polaków uważa, że duże pieniądze można zarobić tylko dzięki znajomościom i kombinując. 20 proc. z nich wierzy, że bogaty to złodziej. To ewenement na skalę światową – przekonuje ekspert.

Polacy są jednym z lepiej wykształconych narodów. Szacuje się, że w 2017 roku połowa społeczeństwa będzie miała tytuł magistra. Wykształcenie nie przekłada się jednak na zarobki, nie pomaga również w przedsiębiorczości. Polakom brakuje umiejętności miękkich, uważają je za mało istotne i bardziej wierzą w teorię. Grzesiak przekonuje, że najlepszą edukacją byłoby dzielenie się przedsiębiorców receptą na sukces i takie działania przyspieszą nasz rozwój.

Liczę, że powstaną takie pomysły, które przerosną każdego z nas indywidualnie i zaczniemy myśleć w kategoriach kolektywnych – nie tylko kiedy mamy będziemy mieli wspólnego wroga, lecz także wtedy, kiedy będziemy chcieli coś wspólnie budować. Wtedy powstanie nowa Polska, adekwatna do czasów, w których żyjemy, gdzie psychologia biznesu idzie w parze z przedsiębiorczością i pomaga ludziom się rozwijać – mówi Grzesiak.

Polskie firmy zaczynają dostrzegać potencjał YouTube. Co trzecia ma aktywny kanał w tym serwisie

Spośród 500 największych polskich przedsiębiorstw 38 proc. (190) ma własny kanał w serwisie YouTube. Firmy zaczynają dostrzegać potencjał tego typu kanałów, dlatego też te zajmujące się postprodukcją coraz częściej skupiają się na dostarczaniu kontentu na potrzeby tego typu portali internetowych i społecznościowych. Internet staje się coraz potężniejszym medium, które powoli wyprzedza telewizję.

To ostatnie dni telewizji, jaką znamy, bo internet już jest potężniejszym medium – podkreśla Michał Pawłowski, dyrektor kreatywny Chimney Poland, firmy zajmującej się m.in. postprodukcją.

Polskie firmy przekonują się do wykorzystywania internetu do promocji i kontaktu z klientami. Jak podkreśla Pawłowski,  jeszcze trochę brakuje im pod tym względem do przedsiębiorstw np. szwedzkich czy amerykańskich, ale to się powoli zmienia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Chimney na próbie 500 największych polskich przedsiębiorstw, 38 proc. z nich, czyli aż 190, ma własny kanał w serwisie YouTube, a w przypadku blisko jednej trzeciej, czyli 150, jest on aktywny (zamieszczony został na nim co najmniej jeden film w ciągu ostatniego roku). Tylko 23 firmy regularnie kontaktują się w ten sposób z rynkiem, zamieszczając przynajmniej jeden film tygodniowo.

Wśród setki najbardziej efektywnych firm w obszarze internetowej komunikacji wideo jeden zamieszczony film został obejrzany średnio blisko 15 tys. razy.

Jak wynika z badania krajowe przedsiębiorstwa w działaniach za pośrednictwem serwisu YouTube osiągają wysoką efektywność. Dziesięć najwyżej notowanych kanałów miało czterokrotnie większą efektywność, niż te, które znalazły się w drugiej dziesiątce. 65 aktywnych kanałów miało w ciągu 12 miesięcy poniżej 10 tys. odsłon, w 27 przypadkach oglądalność przekroczyła 10 tys.

Według analizy Megapanel PBI/Gemius w październiku serwis społecznościowy YouTube miał w Polsce 16,13 mln użytkowników (tzw. real users), czyli o 415,9 tys. więcej niż miesiąc wcześniej, oraz zasięg na poziomie 74,87 proc. W ciągu dwunastu miesięcy poprzedzających badanie firmy Chimney kanały YouTube stu największych polskich przedsiębiorstw miały łącznie 116 mln odsłon. Dla porównania analogiczne w Stanach Zjednoczonych osiągnęły 1,7 mld odsłon.

Nowa ustawa o obligacjach ułatwi firmom pozyskiwanie kapitału. Lepiej zabezpieczy też interesy wierzycieli

Kończą się prace legislacyjne nad nową ustawą o obligacjach. Ułatwi ona firmom pozyskiwanie kapitału. Z jednej strony wprowadzając nowe rodzaje papierów dłużnych, z drugiej lepiej chroniąc interesy obligatariuszy. Dokument po uchwaleniu przez Sejm i poprawkach Senatu trafił do Komisji Finansów Publicznych. Ma zacząć obowiązywać od 1 lipca 2015.

Ustawa ma ułatwić emisję papierów dłużnych firmom, które nie są związane z rynkiem finansowym. Precyzuje warunki emisji obligacji, a także obowiązki informacyjne emitenta. Wprowadza wreszcie instytucję zgromadzenia obligatariuszy.

Ta ustawa porządkuje wiele rzeczy, jeśli chodzi o łatwość emisji i dostęp do rynku dla podmiotów emitujących obligacje mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Błażej Wajszczuk, analityk BNP Paribas. W Polsce większość finansowania na rynku odbywa się poprzez kredyt bankowy, a ta ustawa umożliwia dywersyfikację finansowania.

Ustawa wprowadza jednocześnie nowe typy papierów dłużnych, obligacje podporządkowane, gdzie z góry zapisana jest kolejność roszczeń na wypadek bankructwa emitenta, oraz obligacje wieczyste, czyli papiery, które nie podlegają wykupowi, ale gwarantują wypłatę odsetek w formie renty wieczystej.

– Jest platforma Catalyst, która już funkcjonuje dobrze ocenia Błażej Wajszczuk. Trzeba ją tylko zasilić większą liczbą obligacji, żeby była tam większa płynność. Ta ustawa to umożliwi, bo wprowadza nowe rodzaje obligacji, które są odpowiedzią na większe zapotrzebowanie ze strony inwestorów.

Nie należy się jednak łudzić, że lepsze przepisy przyciągną na nasz rynek obligacji zagranicznych inwestorów. Dla niech większość polskich emisji jest po prostu za mała. Ich uwagę może przyciągnąć ewentualnie któryś z gigantów polskiej giełdy. Jakaś emisja benchmarkowa spółki z WIG20 o przynajmniej 200-300 mln euro nominału.

Wydaje mi się jednak, że kapitał zagraniczny, po to, by obsłużyć średnie i małe spółki i ich potrzeby płynnościowe, nie jest potrzebny ocenia analityk BNP Paribas. Mamy kapitał w kraju, mamy pieniądze na rachunkach bankowych, mamy zarządzających i fundusze, które są gotowe podjąć niewiele większe ryzyko, by osiągnąć wyższą stopę zwrotu, niż daje klasyczny instrument depozytowy.

Polskie spółki są też zbyt małe i nie dość zamożne, by korzystać z kosztownego ratingu. Jest on może przydatny przy zdobywaniu inwestorów do emisji obligacji, ale na takim rynku jak nasz właściwe raportowanie i właściwe opisanie reguł dotyczących informowania o sytuacji w spółce dla małych i średnich przedsiębiorstw są wystarczające, żeby w sposób jasny i klarowny komunikować się z inwestorami.

Oczywiście rating jest najlepszym sposobem komunikacji z rynkiem, choć jak wiemy z historii, nie jest wolny od błędów uważa Błażej Wajszczuk z BNP Paribas. Mimo wszystko dla małych i średnich emisji posiadanie ratingu jest po prostu zbyt drogie, tutaj wystarczy po prostu dobrze zbudowany system komunikacji i egzekwowanie go od inwestorów i przestrzeganie przez emitentów.

Prezes Infovide-Matrix: mimo trudnego roku osiągnęliśmy 20-proc. wzrost przychodów

0

Infovide-Matrix zdołała zwiększyć sprzedaż o 20 proc. rok do roku w pierwszych trzech kwartałach 2014 r. Mimo to spółka zanotowała stratę. W nadchodzącym roku nadzieję budzą nowe kontrakty z branżą finansową, energetyczną i użyteczności publicznej. Wyzwaniem dla firmy jest budowa nowych relacji z sektorem telekomunikacyjnym.

– Obecnie bierzemy udział w wielu przetargach. W sektorze publicznym uczestniczymy w kilku przetargach organizowanych przez ZUS oraz w jednym dużym konkursie Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Są to przedsięwzięcia rzędu kilkudziesięciu milionów złotych – mówi agencji informacyjnej Borys Stokalski, prezes zarządu Infovide-Matrix, dostawcy usług doradczych i rozwiązań zakresie IT.

W ocenie Stokalskiego rośnie zainteresowanie projektami IT ze strony sektora energetycznego. Pojawiają się pierwsze przetargi dotyczące inteligentnej infrastruktury pomiarowej.

Jesteśmy też zaangażowani w wiele ciekawych projektów w sektorze finansowym. W szczególności właśnie uruchamianym, po wygranym przetargu w jednym z banków – zdradza Borys Stokalski.

Jak mówi prezes Infovide-Matrix, największe wzrosty obrotów spółka notuje w sektorach publicznym, energetycznym oraz finansowym. Są to obszary, z którymi firma współpracuje od wielu lat. W okresie I-III kw. 2014 r. sektor finansowy i przemysłowo-energetyczny stanowiły po około 25 proc. ogółu przychodów, sektor publiczny odpowiadał za 13 proc. obrotów firmy.

2014 r. był okresem trudnym, ale dobrym dla Infovide-Matrix. W stosunku do roku ubiegłego osiągnęliśmy 20-proc. wzrost sprzedaży. Patrząc na podpisywane kontrakty, spodziewamy się podobnej dynamiki w przyszłym roku – zaznacza Stokalski.

Przychody Infovide-Matrix po III kwartałach 2014 r. wyniosły 148,20 mln zł i w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej wzrosły o 22 proc. z poziomu 121,89 mln zł. Zysk netto natomiast spadł z 2,45 mln zł do straty w wysokości 1,75 mln zł.

Wartość podpisanych kontraktów (tzw. backlog) na dzień 30 września wyniosła 147,6 mln zł i była o 18 proc. wyższa niż w porównywalnym momencie 2013 r. Główni klientami są banki (m.in. BPH, BZ WBK, BGŻ, Deutsche Bank), zakłady ubezpieczeń (Allianz, Compensa, Grupa Generali, PZU), podmioty z sektora energetycznego (Energa, PGNiG), zakłady przemysłowe (Mennica Polska, Maspex, Ströer Polska, Feroco), instytucje publiczne (MF, ZUS, Poczta Polska).

Wyzwaniem dla spółki w 2015 r. jest sektor telekomunikacyjny, bo ze względu na transformację branży wielkość obrotów naszej firmy z tą branżą spadała w ostatnich latach – powiedział Borys Stokalski.

Według niego przyszły rok pod tym względem powinien być nieco lepszy niż 2014 rok i firmie powinno udać się odwrócić niekorzystną dynamikę sprzedaży z klientami z sektora telekomunikacyjnego.

– Mamy wiele do zaproponowania klientom z tego sektora. Mamy duże doświadczenie w budowie usług konwergentnych, które są dla operatorów jednym z ważniejszych obszarów inwestycji. Rozwijamy naszą ofertę z zakresu business intelligence, tworząc innowacyjne rozwiązania do profilowania i personalizowania oferty operatorów. Konwergentne usługi oraz rozwiązania wspierające ich personalizację i monetyzację to dla nas ważne kierunki rozwoju oferty dla sektora telekomunikacji – tłumaczy Borys Stokalski.

Zapytany o przetarg na platformę wyborczą dla PKW Borys Stokalski stwierdził, że złe przygotowanie przetargu praktycznie uniemożliwiło składanie odpowiedzialnych ofert.

Widzieliśmy ten przetarg rozpisany na trzy miesiące przed wyborami, rozumieliśmy ryzyka i uznaliśmy, że dla dostawcy ten projekt jest projektem niemal samobójczym – zaznacza prezes Infovide-Matrix.

W przypadku lepiej jakościowo przygotowanego przetargu, o większym horyzoncie czasowym na realizację oferty firma poważnie rozważyłaby start w konkursie.

Spółka Infovide-Matrix SA jest jednym z 10 największych dostawców z zakresu IT w Polsce. Jest notowana na GPW od stycznia 2007 r. W ciągu ostatnich 12 miesięcy kurs akcji spadł o 35 proc. z  5 zł do około 3,25 zł, przy relatywnie stabilnym zachowaniu sektora – WIG-informatyka wzrósł w tym okresie o 4 proc. Obecna kapitalizacja spółki stanowi niecałe 40 mln zł, a wskaźniki fundamentalne wskazują (C/WK, C/P), że spółka jest niedowartościowana.

Według tegorocznego raportu ośrodka badawczego IDC udział Infovide-Matrix w polskim rynku konsultingu IT wyniósł 7,7 proc., co dało spółce 3. miejsce wśród dostawców usług konsultingowych i 3. miejsce w kategorii rozwiązań na zamówienie w Polsce.

Stabilne zyski i przychody Lokum Deweloper. Wrocławska spółka rozważa wejście na rynki Krakowa i Warszawy

Ponad 120 mln zł przychodów i ponad 20 mln zysku wypracuje w 2014 r. Lokum Deweloper. To wyniki nieco lepsze niż rok temu. Deweloper przymierza się do rozwoju poza rodzimym rynkiem wrocławskim, a szczególnie atrakcyjne są dla niego Kraków i Warszawa.

Prowadzimy stabilną politykę dotyczącą realizacji naszych inwestycji, co przekłada się na powtarzalność wyników przy zwiększaniu skali. Rokrocznie uzyskujemy marże na poziomie 20 proc. Jeszcze nie mamy danych grudniowych, ale już wiemy, że to jest [w 2014 roku] sto dwadzieścia kilka milionów przychodu i dwadzieścia kilka milionów zysku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper.

W 2013 r. spółka osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 100,5 mln zł oraz zysk EBITDA w wysokości 23,4 mln zł. Ubiegłoroczne wyniki są zatem zbliżone.

Kuźniar zdradza, że Lokum Deweloper już od roku szuka możliwości wejścia na nowe rynki. Spółka obecnie działa we Wrocławiu, gdzie ma siedzibę, ale planuje rozszerzyć działalność na rynki krakowski i warszawski. Kuźniar zastrzega jednak, że musi pojawić się możliwość zakupu działek odpowiedniej jakości.

Od roku poszukujemy działek w tych dwóch lokalizacjach i jeśli taka propozycja się pojawi, propozycja, która odpowiada naszemu profilowi, bo chcemy powielić tę jakość i ten sposób realizacji, jaki jest we Wrocławiu, to do tego rozwoju dojdzie, jesteśmy do tego przygotowani – zapowiada Kuźniar.

Prezes Lokum Dewelopera podkreśla, że w rozpoczynającym się roku największym wyzwaniem dla spółki będą nie tyle warunki makroekonomiczne, ile trudne do przewidzenia decyzje kupujących. Kuźniar zwraca uwagę na duże wahania i niepewność koniunktury.

Dodaje, że o ile deweloper jest w stanie zminimalizować przewidywalne i pozostające pod kontrolą spółki ryzyka, to czynniki makroekonomiczne i związane z sytuacją międzynarodową mogą zaskoczyć rynek.

Na razie ocena sytuacji jest jednak optymistyczna, o czym świadczy m.in. dostępność kredytów bankowych. Jak podkreśla Kuźniar, Lokum Deweloper nie ma żadnych trudności z pozyskaniem finansowania. Kredyty pozostaną dla spółki ważnym źródłem środków.

Cały czas korzystamy z kredytu bankowego, to jest naturalna forma ze względu na ustawę deweloperską, z uwagi na rachunki powiernicze. Pieniądze klientów trafiają na wyodrębnione i często zamknięte rachunki, więc naturalnym sposobem działania jest realizacja inwestycji w części z kredytu bankowego – podkreśla prezes spółki.

Dodaje, że resztę finansowania zapewnią albo środki własne, albo finansowanie dłużne. W połowie grudnia spółka wprowadziła na rynek Catalyst obligacje z terminem wykupu w październiku 2017 r. o łącznej wartości 30 mln zł.

P. Kuczyński (Xelion): Nie spodziewam się w styczniu decyzji Europejskiego Banku Centralnego o skupie obligacji rządowych

Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion, uważa, że Europejski Bank Centralny nie podejmie w styczniu decyzji o skupie obligacji rządowych. Jego zdaniem nie można jednak wykluczyć tego, że nie zrobi tego w przyszłości. Wszystko zależy od tego, czy w strefie euro pojawi się trwała deflacja.

Niewątpliwie polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego (EBC) w 2015 roku dalej będzie ultraliberalna – uważa Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – To, czy będzie skupował obligacje, zależy od tego, czy w strefie euro pojawi się deflacja i czy będzie się utrzymywała w dłuższym okresie. Ale nie spodziewam się podjęcia takiej decyzji już w styczniu.

W grudniu szef EBC Mario Draghi oświadczył, że Rada Prezesów EBC na początku przyszłego roku ponownie przeszacuje program stymulacyjny TLTRO (z ang. Targeted Longer-Term Refinancing Operation – operacja długoterminowego refinansowania banków z przeznaczeniem na kredyty). Jego zadaniem jest pobudzenie akcji kredytowej banków, kierowanej głównie do małych i średnich, europejskich przedsiębiorstw, która ma wesprzeć wzrost gospodarczy strefy euro.

Rozważać mogą, ale według mnie w styczniu nie podejmą decyzji o skupie obligacji skarbowych – komentuje Piotr Kuczyński. – Jedno jest dla mnie oczywiste: Mario Draghi i koledzy grożą użyciem tego środka, ale zrobią wszystko, żeby go nie użyć, ponieważ po nim nie ma już niczego. Kupno obligacji rządowych to broń ostateczna. Używa się jej tylko wtedy, gdy sytuacja jest naprawdę groźna. A ona jeszcze taka nie jest, deflacji nie ma, na pewno tak uciążliwej, jak w Japonii. Tam dusiła ona gospodarkę przez dwie dekady.

Podczas pierwszego przetargu w ramach TLTRO, który odbył się 18 września br., europejskie banki zgłosiły popyt w wysokości jedynie 82,6 mld euro na oferowane w jego ramach pożyczki.

EBC kupuje już pewne instrumenty z rynku, ale ciągle grozi skupem obligacji rządowych – przypomina Kuczyński. – Co prawda traktat z Maastricht mu na to nie pozwala, ale najpewniej znalazłoby się jakieś obejście, że na przykład nabywcą będzie jakaś firma, a EBC od niej odkupi. Ale czy niemiecki Trybunał Konstytucyjny to zaakceptuje? Tego nie wiem. Na pewno byłyby z tym duże problemy.

W ramach dwóch pierwszych rund pożyczek w ramach TLTRO, na które EBC zamierzał przeznaczyć ok. 400 mld euro, ostatecznie przyznano zaledwie nieco ponad połowę tej kwoty – 212,4 mld euro. Mają one być kontynuowane, zgodnie z zapowiedziami EBC, w każdym z kolejnych kwartałów aż do czerwca 2016 roku.

Jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy, to trudno się sprzeciwiać temu, co powiedział Mario Draghi, że spowolni, że nie będzie to prognozowane wcześniej ponad 1 proc., a najwyżej 0,7 proc. – zauważa Piotr Kuczyński. – To jest praktycznie stagnacja, a nie wzrost. Tymczasem stopy procentowe EBC są już prawie na poziomie zera. Stopa dyskontowa wynosi -0,2 proc. Więc to wszystko wygląda tak, że właściwie niewiele można w tej chwili zrobić.

W I połowie 2015 roku żywność będzie taniała. Dużo zależy jednak od sytuacji na Wschodzie

W grudniu ceny produktów spożywczych były o ok. 2 proc. niższe niż przed rokiem. Podobne prognozy dotyczą pierwszych miesięcy 2015 roku. Tańsze będą owoce, warzywa, mięso oraz przetwory mleczarskie. W II połowie roku dużo będzie zależeć od zbiorów oraz sytuacji na wschodzie Europy i ewentualnego utrzymania rosyjskiego embarga.

W grudniu koszyk żywnościowy był tańszy o 2-2,5 proc. Taka tendencja będzie się utrzymywała również w pierwszych miesiącach 2015 roku. Tańsze będą głównie owoce i warzywa. Tanieć będą też przetwory mleczarskie, bo w 2014 roku w większości przypadków były droższe. Mniej zapłacimy za mąkę, niektóre przetwory mączne i tłuszcze roślinne, przede wszystkim olej rzepakowy i słonecznikowy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Skrzypczyk, analityk sektora rolno-spożywczego w Banku Gospodarki Żywnościowej.

Rekordowe zbiory zbóż w Polsce i na świecie spowodowały w 2014 roku nadpodaż na rynku. GUS podaje, że zbiory podstawowych zbóż wyniosły ponad 26 mln ton, co oznacza 10-proc. wzrost względem ubiegłego roku. Także analiza banku BGŻ na sezon 2014/2015 wskazuje, że światowe zbiory pszenicy, kukurydzy i soi mają być rekordowo wysokie i wyniosą 2 466 mln ton.

Wysokie zbiory przede wszystkim zbóż oleistych wpływają na spadek cen w Polsce. Wysoka produkcja mleka i mięsa oraz rosyjskie embargo spowodują, że niższe ceny utrzymają się też w I połowie przyszłego roku – przekonuje analityk BGŻ.

Rosyjskie embargo na mięso i zamknięte rynki Chin, Japonii, Korei Płd. i Tajwanu (ze względu na wykrycie w Polsce przypadków afrykańskiego pomoru świń na początku 2014 roku) sprawiły, że mięso jest znacznie tańsze. Wieprzowina kosztuje nawet 10 proc. mniej niż przed rokiem, o 8 proc. spadły ceny wołowiny (dane Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej).

Znacznie niższe niż przed rokiem są też ceny owoców i warzyw. Jabłka – ze względu na nadpodaż spowodowaną rosyjskim embargiem – kosztują o połowę mniej niż w 2013 roku. Znacznie mniej płacimy też za warzywa, przede wszystkim ziemniaki, buraki czy cebulę. Choć ceny produktów mlecznych utrzymują się na wysokim poziomie, to pod koniec roku cena mleka spadła o 17 proc.

Prawdopodobnie wpływ na ceny żywności w tym roku będą miały te same czynniki co w 2014 roku – ocenia Skrzypczyk. – II połowa roku w dużym stopniu będzie zależała od zbiorów roślin oleistych oraz owoców i warzyw. Udział owoców i warzyw w koszyku żywnościowym sięga 15 proc., a zmiany cen są bardzo silne. Więc jeśli zbiory będą bardzo duże, to w II połowie roku też będą przeważały tendencje spadkowe. Jeżeli zbiory będą przeciętne lub niskie, to możemy mieć do czynienia ze wzrostem cen.

Jak podkreśla, ceny produktów w II połowie roku będą zależeć również od ewentualnego utrzymania rosyjskiego embarga i sytuacji międzynarodowej, przede wszystkim na Ukrainie.

Mocne osłabienie rubla wpływa na polską walutę. Osłabienie się złotego będzie powodowało, że eksport będzie coraz bardziej konkurencyjny i tym samym ceny mogą być na nieco wyższym poziomie. Natomiast umocnienie się złotego może skutkować spadkami cen w Polsce – zaznacza ekspertka.

Zmiany w ustawie o ochronie danych osobowych. Lepszy nadzór nad przetwarzaniem danych

CEO Magazyn Polska

Od początku roku obowiązują przepisy, które nakładają na firmy nowe obowiązki w zakresie ochrony danych osobowych i ułatwiają ich przetwarzanie. Od teraz działający w strukturach firmy administrator bezpieczeństwa informacji (ABI) będzie miał większy zakres obowiązków. Ustawa wprowadza także istotne uproszczenia w zakresie rejestracji zbiorów danych. Zgodnie z ustawą zwolnienie z obowiązku zgłoszenia zbioru obejmie także te zbiory, które nie są prowadzone w wersji elektronicznej i nie zawierają danych wrażliwych. Przedsiębiorca, który nie powoła ABI, będzie musiał rejestrować zbiory na dotychczasowych zasadach.

Ustawa przewiduje możliwość powołania administratora bezpieczeństwa informacji i określa jego strukturę w hierarchii. Ma to być osoba, która podlega bezpośrednio kierownikowi jednostki. Obecnie administratorem jest osoba pełniąca dowolne stanowisko, a obowiązki administratora bezpieczeństwa informacji są jej zlecane niejako dodatkowo. Teraz będzie musiała mieć zapewnioną niezależność organizacyjną – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Kozieł, ekspert ds. ochrony danych osobowych w Kancelarii Lex Artist.

Ustawa reguluje, że ABI może zostać osoba fizyczna o pełni praw do czynności prawnych, która korzysta z praw publicznych i nie była karana za umyślne przestępstwo. Nie może być to osoba przypadkowa, musi mieć odpowiednie kompetencje.

Administrator bezpieczeństwa informacji musi być osobą zajmującą się wyłącznie ochroną danych osobowych. Inne obowiązki może realizować jedynie wtedy, kiedy nie prowadzi to do konfliktu z wypełnianiem obowiązków nałożonych przez ustawę – zaznacza Kozieł.

Do obowiązków administratora będzie należało m.in. sprawdzanie zgodności przetwarzania danych z przepisami, nadzorowanie aktualności dokumentacji i prowadzenie rejestru zbioru danych.

Nie wszystkie zbiory trzeba będzie zgłaszać, tak jak obecnie, Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych, a ABI będzie taki rejestr prowadził wewnętrznie u każdego przedsiębiorcy, gdzie zostanie powołany. Zmiany dotyczą jedynie tych podmiotów, które zdecydują się na zarejestrowanie administratora danych osobowych. Jedną z zasadniczych zmian wynikających z nowelizacji jest bowiem to, że powołanie administratora będzie wymagało zgłoszenia do GIODO – tłumaczy ekspertka.

Zgłoszenie powołanego administratora musi nastąpić nie później niż w ciągu 30 dni od jego powołania (ten sam termin obowiązuje w przypadku odwołania). W związku z nowym rodzajem zgłoszeń GIODO ma prowadzić ogólnokrajowy jawny rejestr ABI.

Jak podkreśla Kozieł, ustawa ma zmniejszyć formalności administracyjne związane ze zgłaszaniem danych, zwiększy się też katalog zwolnień z obowiązku zgłaszania do GIODO.

Formalności związane ze zgłoszeniem zbiorów danych będą się koncentrowały wyłącznie w obrębie spółek, czyli nie trzeba będzie ich zgłaszać nigdzie indziej, jeżeli nie będziemy mieć tam danych wrażliwych – zaznacza ekspertka.

Małe przedsiębiorstwa ze względu na koszty związane z zatrudnieniem kompetentnych osób i koniecznością stworzenia nowego stanowiska, mogą zrezygnować z administratora. Większe spółki będą natomiast praktycznie musiały wyznaczyć pracownika lub osobę zatrudnioną na zasadzie outsourcingu.

Warto dostosować naszą dokumentację z zakresu ochrony danych osobowych do nowych wymogów prawnych, przygotować wzory rejestrów, które też będą musiały być prowadzone, i zastanowić się, kto będzie pełnił funkcję administratora – przypomina Iwona Kozieł.