Polacy terminowo regulujący płatności mogą budować pozytywną historię kredytową

Krajowy Rejestr Długów promuje uczciwych płatników. Platforma internetowa FairPay, czyli rejestr osób, które terminowo opłacają rachunki i inne zobowiązania, mimo że działa od niespełna trzech miesięcy, już zgromadziła 100 tys. informacji gospodarczych, a do końca 2015 r. liczba ta ma urosnąć nawet ośmiokrotnie.

W Krajowym Rejestrze Długów zaczęliśmy gromadzić informację pozytywną w specjalnej części rejestru, nazywanej FairPay – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów. – Rejestr stworzony jest dla klientów, którzy płacą swoje rachunki na czas oraz firm, które doceniają klientów wywiązujących się ze swoich zobowiązań finansowych.

Program został uruchomiony 15 października. Użytkownik, zakładając konto w serwisie fairpay.pl, może śledzić w rejestrze własną sytuację kredytową, może także sprawdzić dowolne przedsiębiorstwo. Poza tym FairPay umożliwia dopisanie uczciwego dłużnika do rejestru.

Głównym założeniem programu jest jednak rejestracja terminowego regulowania należności z ostatnich 12 miesięcy. W takim celu użytkownik winien wysłać wniosek do przedsiębiorstwa (banku, operatora sieci komórkowej, dostawcy internetu itp.), który może zamieścić w rejestrze korzystną informację o płatniku.

Pozytywna informacja służy kształtowaniu dobrego wizerunku na rynku. Osoby płacące zobowiązania na czas powinny się tym chwalić, a fakt terminowej wpłaty powinien być uwzględniony i doceniony przez innych przedsiębiorców. Mają oni bowiem do czynienia z rzetelnym płatnikiem i mogą zaoferować mu w przyszłości lepsze warunki – tłumaczy prezes KRD.

Jego zdaniem na świecie od dawna istnieją podobne inicjatywy, m.in. w Stanach Zjednoczonych, gdzie młodzi ludzie dbają o pozytywną historię płatniczą i często zaciągają kredyty tylko po to, aby budować dobry wizerunek.

Podejrzewam, że z końcem 2014 r. w programie FairPay znalazło się około 100 tys. informacji gospodarczych. W przyszłym roku pojawia się 700, może 800 tys. nowych informacji – mówi ekspert.

Jak zaznacza Adam Łącki, w rejestrach typu BIG czy BIK przeważają informacje pozytywne, stanowią one 80-90 proc. wszystkich danych.

Informacja negatywna to tylko 10-20 proc. rejestrów. Mając wgląd do obu tych informacji, będzie mogli ocenić zachowania płatnicze przedsiębiorców i konsumentów, z którymi mamy do czynienia – przekonuje Łącki.

Według danych KRD z listopada całkowite zadłużenie Polaków wynosi 15,84 mld zł. Statystycznym dłużnikiem jest mężczyzna, mieszkaniec województwa mazowieckiego lub śląskiego, w wieku 25-34 lata, który średnio jest winny swoim wierzycielom 7 909 zł.

Rozpoczęliśmy współpracę z kilkunastoma dużymi przedsiębiorstwami, które są ambasadorami programu FairPay. Te firmy już nagradzają swoich dobrych klientów – za ich zgodą umieszczają w programie informacje o wywiązywaniu się z płatności na czas – podsumowuje Adam Łącki.

Ambasadorami programu FairPay SA takie marki, jak: Play, PGE, Idea Bank, Idea Money, Bibby Financial Services, Poczta Polska, Vivus.pl, Net Credit, Incredit, Ekspres Kasa, Tempo Finanse, Cemex, Poznański Fundusz Poręczeń Kredytowych, Inicjatywa Mikro oraz program Rzetelna Firma.

Nieudaną imprezę sylwestrową można reklamować. Organizator powinien zwrócić część kosztów

0

Zakupiony bilet na imprezę sylwestrową jest umową, dlatego mamy prawo żądać rekompensaty za niedopełnienie jej warunków. Najlepiej zawrzeć umowę na piśmie, gdzie wyraźnie będzie zaznaczona np. liczba ciepłych dań, rodzaj i forma muzyki. Ułatwi to dochodzenie roszczeń w przypadku niedotrzymania warunków balu sylwestrowego. Reklamować można też nieudaną fryzurę i makijaż.

Zawsze warto reklamować wszystkie produkty i usługi niezgodne z umową, począwszy od jogurtu, a skończywszy na imprezie sylwestrowej. To są nasze pieniądze, ale decyzja należy do konsumenta, który musi być świadomy swoich praw – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak podkreśla, konsumenci często rezygnują z reklamacji. Nie tylko dlatego, że nie było wyraźnie zaznaczonych warunków, lecz także dlatego, że po prostu im się nie chce, wolą też nie wdawać się w kłótnie z organizatorem. Część nie wierzy także w efektywność reklamacji. To błąd, przekonuje Majchrzak i tłumaczy, że każdy ma prawo do produktu czy usługi wykonywanej zgodnie z umową, za którą zapłacił.

Bilet na imprezę sylwestrową to tak naprawdę umowa, określa datę, miejsce i warunki – mówi ekspertka. – Warto pamiętać, żeby przed wykupieniem biletu sprecyzować z organizatorem, nawet mailowo, wszystkie istotne elementy imprezy sylwestrowej.

Warunki balu najlepiej ustalić na piśmie, ułatwi to ewentualne dochodzenie zwrotu części kosztów. Reklamować można mniejszą niż umówiona liczbę ciepłych posiłków, serwowanych napojów czy muzykę Jeśli organizator oferował muzykę na żywo, a była puszczana z płyt, to jest to podstawą do dochodzenia swoich praw. Organizator powinien wówczas obniżyć cenę imprezy za niedopełnienie warunków.

Część rzeczy da się wyeliminować jeszcze na miejscu. Natomiast są takie, które będą nam przeszkadzać już po balu. Dlatego zabawmy się w sylwestrowego detektywa, zbierajmy dowody, nagrania, zeznania innych osób. Będzie łatwiej udowodnić, że umowa była wykonywana niezgodnie z jej warunkami – podkreśla Majchrzak.

Reklamację należy zgłosić na piśmie, a organizator ma 14 dni na zajęcie stanowiska w sprawie. Warto pamiętać, że także za źle zrobioną fryzurę czy makijaż można żądać zwrotu części kosztów, a w przypadku istotnej szkody, np. zniszczenia włosów lub choroby wywołanej przez zabieg kosmetyczny, także odszkodowania. Można się go też domagać, jeżeli po nieprawidłowo wykonanej usłudze klient był zmuszony skorzystać z usług innej firmy. Do udokumentowania szkody potrzebne będą rachunki.

I. Rokicka (Ipopema Securities): Dywidenda z PZU wyniesie przynajmniej 29 zł na akcję

0

CEO Magazyn Polska

Największy polski ubezpieczyciel w najbliższych latach powinien niezmiennie wypłacać wysokie dywidendy. Z zysku za 2014 r. rynek przewiduje wypłatę w granicach 30 złotych na 1 akcję. Zgodnie z zaleceniami Komisji Nadzoru Finansowego PZU jednak nie będzie jużmogło wypłacić wcześniejszej dywidendy zaliczkowej.

– W mojej opinii minimalnym poziomem dywidendy, którą spółka PZU SA wypłaci w następnym roku z zysków za 2014 r., będzie 29 zł przypadające na 1 akcję. Rynek aktualnie spodziewa się wyższej wartości, w okolicach 34–35 zł. Ostateczna wartość dywidendy będzie zależeć jednak od wyniku jednostkowego PZU SA w IV kwartale – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities.

Na koniec września 2014 r. PZU osiągnęło zysk netto w wysokości 1,99 mld zł, a w analogicznym okresie w roku poprzednim 5,0 mld zł. Jednak na tak dużą różnicę duży wpływ miała działalność inwestycyjna. Do września 2013 r. wygenerowała ona 4,4 mld zł, a w tym samym okresie rok później 1,7 mld zł.

– W kwestii dywidendy z PZU sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana niż w przypadku banków. Zgodnie z polityką dywidendową KNF dostrzegam jeden aspekt, który może być potencjalnie negatywnym zaskoczeniem dla akcjonariuszy spółki – twierdzi Iza Rokicka. – Ubezpieczyciel nie może wypłacić dywidendy z kapitałów, czyli może ją wypłacić tylko z bieżących zysków.

Chodzi o wypłatę dodatkowej dywidendy z kapitału zaliczkowego. Ewentualne negatywne zaskoczenie może wynikać z braku zgody KNF na taką odroczoną wypłatę.

– Akcjonariusze spodziewają się, że spółka wypłaci część dywidendy odroczonej, co jest drugim stopniem realizacji polityki kapitałowej rozpoczętej już w ubiegłym roku. Zarząd PZU obiecał akcjonariuszom około 15 zł na akcję w ciągu dwóch lat. Pierwsza transza miała być płatna w 2015 r., druga w 2016 r. – tłumaczy ekspert Ipopema Securities.

Na początku grudnia Komisja Nadzoru Finansowego zaprezentowała nowe stanowisko w kwestii polityki dywidendowej instytucji finansowych, w tym zakładów ubezpieczeń i reasekuracji.

Komisja zezwala na wypłatę do 75 proc. zysku w postaci dywidendy przy spełnieniu następujących warunków: ocena ryzyka BION wynosi 1 (dobra) lub 2 (zadowalająca), zakład ubezpieczeń nie jest objęty programem naprawczym, w 2014 r. nie wykazał on niedoboru środków własnych na pokrycie marginesu wypłacalności lub kapitału gwarancyjnego. Ponadto firma musi na koniec roku wykazać się wskaźnikiem pokrycia wymagań kapitałowych w wysokości 160 proc. (dział I) lub 200 proc. (dział II). Innym wymogiem są pozytywnie zakończone stress-testy na dzień 31 grudnia 2014 r.

Przy spełnieniu kolejnych dodatkowych warunków zakład ubezpieczeniowy może wypłacić 100 proc. zysku netto w postaci dywidendy.

Pod względem współczynników kapitałowych spółkę PZU w dalszym ciągu stać na wypłatę bardzo wysokiej dywidendy – uspokaja Rokicka. – Co do zasady spółka przez kilka najbliższych lat powinna wypłacać wysoką dywidendę, nawet mimo wprowadzenia reguły Wypłacalność II (Solvency II).

Przyjęta w październiku 2014 r. dyrektywa Komisji Europejskiej o wypłacalności Solvency II wprowadza jednolite dla wszystkich krajów UE zasady zarządzania ryzykiem i wymogi kapitałowe. Nowe, bardziej restrykcyjne przepisy dotyczą zakładów ubezpieczeniowych i banków, wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2016 r.

– Porównując politykę dywidendową sektora bankowego i ubezpieczeniowego, dostrzegamy, że w pierwszym mamy przynajmniej 10 podmiotów, które obserwujemy. W drugim patrzymy tylko na PZU – mówi Rokicka. – W mojej opinii PZU w 2015 r. będzie oferować wyższą dywidendę niż bank Pekao SA czy Citi Handlowy.

Za 2013 r. Grupa PZU na dywidendę przeznaczyła 4,66 mld zł, czyli 91,3 proc. zysku netto. Dywidenda na akcję wyniosła 54 zł. W latach 2010-2012 zysk netto był zwykle niższy – od 2,58 do 3,51 mld zł, ale stopa dywidendy zawsze była wysoka – od 63 do 99 proc., co oznacza, że na jedną akcję przypadało 22-29 zł podzielonego zysku.

DM BDM: Spodziewamy się spadków cen ropy naftowej lub ich utrzymania na obecnym poziomie

CEO Magazyn Polska

Choć od dwóch tygodni cena ropy naftowej przestała spadać, nic nie wskazuje na to, by w najbliższych miesiącach surowiec ten miał znacząco podrożeć. Analitycy liczą się raczej z dalszymi spadkami cen na światowych giełdach. Kraje OPEC, które mogłyby zmienić tę tendencję, zbierają się dopiero latem przyszłego roku.

Ropa zaczęła tanieć w połowie roku i do połowy grudnia jej ceny spadły o niemal połowę. Baryłka ropy Brent potaniała z ponad 110 dolarów do mniej niż 60. Teksańska ropa WTI kosztuje poniżej 55 dolarów za baryłkę. Dziś analitycy nie zastanawiają się więc, czy w najbliższym czasie ceny ropy znacząco wzrosną, ale czy jeszcze spadną.

– Trudno o tym wyrokować mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pado, analityk DM BDM. Tak naprawdę rynek ropy jest teraz rynkiem bardziej podaży, mamy dużą podaż ropy ze Stanów Zjednoczonych, do tego kraje arabskie także chcą walczyć o rynek. W trudnej sytuacji jest Rosja, która nie może ograniczyć wydobycia, ponieważ potrzebuje pieniędzy na bieżąco do budżetu.

Amerykańska decyzja o zwiększeniu wydobycia i eksportu ropy okazała się najdotkliwszą z sankcji, jaka spadła na Kreml. Rosjanie, by bilansować swój budżet, muszą dostawać za baryłkę ponad 100 dolarów. Przy obecnych cenach zaczyna im brakować środków. W rezultacie ich rezerwy z lat prosperity stopniały z 416 mld dolarów do ok 360 mld.

Wydaje się, że do połowy 2015 roku, czyli do następnego posiedzenia OPEC, na rynku ropy nie nastąpi nic pozytywnego dla jej producentów, nie będzie raczej wzrostu cen  uważa Krzysztof Pado. Spodziewamy się, że te ceny mogą jeszcze nawet teraz spaść lub będą rosnąć do obecnych poziomów.

Bowiem nikt z dużych graczy na rynku nie ma interesu w tym, by podnosić ceny ropy. Arabia Saudyjska, gdzie wydobycie należy do najtańszych, nadal dobrze zarabia i już zapowiedziała, że nie zmniejszy wydobycia. Z racji tego, że obecny poziom cen odpowiada tym, od których on zależy, nie należy raczej oczekiwać ani większych wzrostów, ani kolejnych gwałtownych spadków. Widać to po ostatnich notowaniach, które od połowy grudnia utrzymują się na stałym poziomie.

Bardzo trudno to oszacować przyznaje analityk DM BDM. Rynek ropy poddaje się różnym czynnikom, dlatego nie ma co wyrokować, jaka może być cena ropy. Nie spodziewam się na pewno tych 15 dolarów, ponieważ to jest dużo poniżej kosztów wydobycia. 50-60 dolarów to jest minimalny poziom, który na tym rynku raczej zanotuje się w średnim terminie.

Niskie ceny ropy na świecie mają też oczywiście wpływ na ceny paliw na stacjach. O ile jednak ropa potaniała o 50 proc., benzyna w Polsce już tylko o kilkanaście proc.

– Należy pamiętać o tym, że ceny paliw nie składają się tylko z samych cen ropy przypomina Krzysztof Pado z DM BDM. Ona stanowi mniej niż 2 zł, a większość to są podatki, do tego podatki sztywne. Przez to cena benzyny nie spada tak szybko jak cena ropy.

Konieczność samodzielnego oszczędzania na emerytury to szansa dla rynku kapitałowego

CEO Magazyn Polska

Rok 2014 był czasem transferu ponad połowy środków zgromadzonych w OFE do ZUS. Ekonomiści zgadzają się jednak, że nawet gdyby pozostawić system w dotychczasowym kształcie, emerytury dzisiejszych 30- i 40-latków będą głodowe. Stopa zastąpienia, czyli relacja ostatniej pensji do pierwszej emerytury, w perspektywie kilkudziesięciu lat może spaść z obecnych 50 proc. nawet do 20-30 proc. Pojawia się zatem, często jeszcze przez wielu nieuświadomiona, konieczność gromadzenia własnych oszczędności, głównie poprzez produkty inwestycyjne i ubezpieczeniowe. To szansa na przyspieszenie na rynku kapitałowym.

– 2014 rok wywołał ogromną burzę w sektorze emerytalnym, najpierw poprzez przejęcie części aktywów OFE, a potem przez możliwość wyboru tego, czy chcemy być członkiem funduszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Lewandowski, prezes zarządu Pioneer Pekao TFI

3 lutego 2014 r. OFE przekazały do ZUS papiery dłużne o wartości 153 mld zł, po czym zostały one umorzone, a ich wartości dopisane do indywidualnych kont ubezpieczonych w ZUS. Z kolei w okresie od 1 kwietnia do 31 lipca członkowie funduszy emerytalnych wybierali, czy chcą pozostawić części swojej składki emerytalnej w OFE, czy chcą przenieść całości do ZUS.

Zaskakująco dużo osób zdecydowało się na OFE, szczególnie w ostatnich dniach wyboru. Pieniędzy na rynku finansowym będzie w związku z tym więcej, niż wynikało to z prognoz, choć łączna suma napływów będzie dużo niższa niż dawniej – ocenia Lewandowski.

Spośród 16,6 mln członków funduszy emerytalnych w kapitałowym systemie emerytalnym pozostało 2,56 mln osób, czyli ponad 15 proc. tych, którzy przekazali 2,92 proc. swojej składki do wybranego OFE.

– Rozwiązania, które w tej chwili mamy, czyli obowiązkowy ZUS i okrojone fundusze emerytalne, to za mało, aby zapewnić obecnie pracującym odpowiedni poziom środków na emeryturze – tłumaczy ekspert Pioneer Pekao TFI.

Lewandowski ocenia, że w takich realiach koniecznością stają się indywidualne decyzje o dodatkowych oszczędnościach.

– Pogarszająca się sytuacja emerytalna może tylko pozytywnie wpłynąć na polski rynek kapitałowy. Jeśli będziemy mieli coraz więcej osób pragnących oszczędzać we własnym zakresie na przyszłą emeryturę, to osoby te będą poszukiwały instrumentów finansowych umożliwiających im takie działania – przekonuje Krzysztof Lewandowski.

Jak dodaje, wybór produktów inwestycyjnych i ubezpieczeniowych będzie powodował wyższy napływ środków pieniężnych na rynek kapitałowy. Niewiadomą jest tempo takiego napływu. Problemem wciąż pozostaje niska świadomość emerytalna w społeczeństwie.

Według tegorocznego raportu Fundacji Kronenberga, „Postawy Polaków wobec oszczędzania”, tylko 16 proc. obywateli regularnie odkłada środki na emeryturę. A według innego badania, instytutu IMAS International na zlecenie Grupy Ubezpieczeniowej Europa, zaledwie 29 proc. obecnych emerytów pozytywnie ocenia swoje przygotowanie finansowe do emerytury.

W obecnie istniejących warunkach główną rolę w zmianie postaw powinno przejąć państwo. Mowa tu o preferencjach podatkowych, ale i szeregu innych rozwiązań, które spowodują wzrost świadomości oszczędzania we własnym zakresie – mówi prezes Pioneer Pekao TFI. – Rolą państwa jest pokazanie społeczeństwu, że tylko własne oszczędności pozwolą godnie żyć na emeryturze.

W ramach tzw. III filara najpopularniejszymi rozwiązaniami są Indywidualne Konta Emerytalne i Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Mimo niedawnych zmian w OFE Polacy w niewielkim stopniu skłaniają się ku tym rozwiązaniom.

Członkami IKE na dzień 30 czerwca 2014 r. było 816 tys. osób, co stanowi zaledwie 5,2 proc. ogółu pracujących. Na kontach IKE zgromadzono 4,66 mld zł. W stosunku do połowy 2013 r. liczba członków się nie zmieniła, a wartość zarządzanych środków wzrosła o 0,88 mld zł.

Z kolei Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego w I połowie 2014 r. posiadało 493 tys. pracujących (3,1 proc. ogółu pracujących) i liczba ta w ciągu 12 miesięcy spadła o 16 tys. Na kontach IKZE 30 czerwca br. znajdowało się 154 mln zł.

A. Stefaniak (DMK): w pierwszej połowie 2015 roku złoty się osłabi

CEO Magazyn Polska

Ewentualna decyzja o obniżce stóp procentowych, tempo rozwoju gospodarczego oraz deflacja będą miały największy wpływ na notowania złotego w przyszłym roku. W pierwszym półroczu polska waluta może tracić na wartości, w drugim powinna się umacniać.

Do czerwca przyszłego roku złoty będzie dalej tracił na wartości i spodziewam się tego, że będziemy mieć nowe maksymalne poziomy na głównych parach związanych z krajową walutą – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy DMK. – Myślę, że dolar-złoty ma szansę dynamicznie pokonać poziom 3,50 i zbliżyć się do 3,80. Para euro-złoty powinna wrócić w okolice 4,20-4,30, a frank szwajcarski przetestować bardzo ważne poziomy w okolicach 3,50. Będą one zagrożone ich przełamaniem i uważam, że do czerwca możemy spodziewać się nawet 3,60 zł za franka.

Zdaniem Andrzeja Stefaniaka, najważniejsze czynniki, które będą wpływać na złotego w przyszłym roku, to po pierwsze dyskontowanie możliwości kolejnej obniżki stóp procentowych w Polsce.

Jeśli taka obniżka nastąpi, a rynek nie jest tego pewny, będzie to element, który osłabi krajową walutę – wskazuje Stefaniak. – Jeżeli do niej nie dojdzie, wesprze to złotego.

Kolejnym czynnikiem wpływającym na zachowania krajowej waluty w przyszłym roku, jak zauważa Andrzej Stefaniak, będą dane makroekonomiczne o stanie polskiej gospodarki.

Istotne jest to, czy ona w końcu odbije oraz to, jaka będzie dynamika wzrostu PKB, a przede wszystkim czy on przyspieszy – mówi Andrzej Stefaniak. – Wreszcie najważniejsza chyba rzecz to deflacja. Warto czekać na informacje o tym, czy spadek cen się utrzyma, czy też szybko zostanie zanegowany. Jeżeli będzie się pogłębiał lub pozostanie na tym samym poziomie, mocno wesprze to perspektywę kolejnych obniżek stóp procentowych. A wówczas złoty z pewnością będzie się osłabiać. W takim wypadku myślę, że to scenariusz bazowy.

W drugim półroczu zdaniem dealera walutowego firmy DMK sytuacja złotego będzie jeszcze ciekawsza.

Uważam, że negatywne czynniki dla złotego już się wtedy wyczerpią, a programy Unii Europejskiej i napływ środków będą powodować, że złoty znowu zacznie zyskiwać na wartości – przypuszcza Andrzej Stefaniak. – Myślę zatem, że pierwsza połowa będzie niekorzystna dla złotego, a druga – odwrotnie. Cały 2015 rok powinniśmy zakończyć na zbliżonych do obecnych poziomach.

Odpowiedzialność społeczna spółek giełdowych przyciąga inwestorów, także zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy giełdowi, w tym zagraniczni, coraz bardziej doceniają spółki stawiające na działalność społecznie odpowiedzialną (CSR). Zrzeszający najlepsze na tym polu spółki giełdowe indeks Respect od listopada 2009 r. zapewnił 70-proc. stopę zwrotu. Uczestnictwo w tym indeksie może dać przewagę nad konkurencyjnymi spółkami, bo CSR to gwarancja m.in. przewidywalności danej spółki.

Działanie w sposób społecznie odpowiedzialny doceniają inwestorzy. Gwarantuje ono przewidywalność korporacji i świadczy o tym, że funkcjonuje ona w sposób zgodny z etyką biznesową, a to się liczy coraz bardziej. Firma, która jest zaangażowana społecznie i realizuje wszystkie cele w strategii CSR, jest również bardziej przewidywalna dla partnerów i współpracowników. Dlatego zwracamy uwagę na zaangażowanie naszych pracowników w różnego rodzaju działania prospołeczne ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Nowohoński, członek zarządu ds. finansowych Orange Polska, spółki, która w indeksie Respect jest od początku jego powstania, czyli od pięciu lat.

Obowiązujący od tygodnia nowy skład indeksu Respect zawiera 24 spółki. Kryteria znalezienia się na tej liście są bardzo rygorystyczne ‒ spółki muszą nie tylko wykazać się dobrą płynnością, lecz także w sposób nienaganny komunikować się z rynkiem, wykazać się szeroko zakrojonymi działaniami społecznie odpowiedzialnymi oraz przejść niezależną weryfikację.

Maciej Nowohoński podkreśla, że Orange był uwzględniany we wszystkich dotychczasowych edycjach tego indeksu. Dla spółki CSR jest równie istotnym elementem obecności na giełdzie, jak działania typowo finansowe związane z raportowaniem wyników finansowych lub wypłatą dywidend.

Korporacje, które działają w Polsce, powinny być społecznie odpowiedzialne. Zwracać szczególną uwagę na aspekty społeczne, ekologiczne oraz związane z cywilizowanym i etycznym działaniem w biznesie – przekonuje Nowohoński. Wylicza działania w tym obszarze: ‒ Co szósty pracownik naszej firmy w tym roku zaangażował się w wolontariat. Prowadzimy działalność dobroczynną. W tym roku wydaliśmy na te cele już około 18 mln zł. Ponad połowa faktur, które dzisiaj wysyłamy do naszych klientów, jest w formie elektronicznej.

Dzięki takim działaniom spółki stają się znacznie atrakcyjniejsze dla zagranicznych inwestorów. Tomasz Wiśniewski, wicedyrektor Działu Rozwoju Produktów Informacyjnych i Indeksów Giełdy Papierów Wartościowych, podkreśla, że spółki z indeksu Respect mogą wygrać walkę o inwestorów z podmiotami notowanymi np. w Pradze lub Budapeszcie, które nie wyróżniają w taki stopniu jak one społeczną odpowiedzialnością.

Dla inwestorów zagranicznych jest to dodatkowe kryterium, które decyduje o inwestycji w daną spółkę – podkreśla Wiśniewski. ‒ Docierają do nas sygnały, że wiele spółek jest pytanych przez inwestorów zagranicznych o kwestie CSR-owe i wówczas mówią, że jak najbardziej coś takiego robią, wypełniają pewne wymogi, publikują raporty i są uczestnikami indeksu giełdowego, a to przekłada się na odbiór tych spółek przez inwestorów.

Dodatkowe środki dla lekarzy rodzinnych. Od stycznia zaczyna obowiązywać pakiet onkologiczny

CEO Magazyn Polska

Pakiet onkologiczny ma ułatwić dostęp do lekarzy specjalistów i skrócić czas diagnozowania i leczenia. Dzięki niemu mają wzrosnąć szanse pacjentów z nowotworami na skuteczną terapię. Zdaniem części specjalistów pakiet może być jednak dużym wyzwaniem dla służby zdrowia, mimo że wdrażane zmiany od lat były postulowane przez pacjentów. Istnieje obawa, czy lekarze pierwszego kontaktu poradzą sobie z nowymi zadaniami w diagnostyce i czy starczy środków na realizację założeń pakietu.

Pierwsze miesiące będą kłopotliwe dla wszystkich, również dla pacjentów. Staramy się jednak informować, jak będzie wyglądała tzw. szybka ścieżka diagnostyczna i szybka ścieżka onkologiczna. Pakiet ten uwzględnia postulaty, które od lat były zgłaszane przez pacjentów – mówi agencji Newseria Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych i prezes fundacji Wygrajmy Zdrowie.

Proces leczenia będzie się zaczynać w gabinecie podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Lekarz pierwszego kontaktu przy podejrzeniu choroby nowotworowej będzie miał dwa tygodnie na zlecenie podstawowych badań diagnostycznych i zdecydowanie, czy skierować pacjenta do specjalisty. Gdy dotrzyma terminów i wykryje chorobę, może liczyć na stawkę motywacyjną, niezależną od stawki kapitacyjnej, która uległa zwiększeniu o 1/3. Następne dwa tygodnie ma zająć diagnostyka u lekarza specjalisty, a kolejne dwa, w razie potwierdzenia choroby nowotworowej, pogłębiona diagnostyka, która ma określić rodzaj i umiejscowienie raka oraz planowaną terapię. Pacjent ma na tym etapie otrzymać opiekuna, który poprowadzi go przez cały proces leczenia. Według Naczelnej Rady Lekarskiej pakiet oznacza destabilizację systemu opieki zdrowotnej i pogorszenie szans leczenia pozostałych chorych.

Pojawiają się pytania, co z innymi pacjentami. Ale przecież oni również będą beneficjentami tego systemu. Jeżeli ten system zadziała, to powinien zadziałać również w przyszłości pakiet diabetologiczny oraz każdy inny. Jeżeli te rozwiązania się sprawdzą, powinny być wprowadzane także w innych obszarach, a wtedy wszyscy pacjenci zostaną objęci udogodnieniami oraz szybszą ścieżką diagnostyczną i szybką ścieżką leczniczą – mówi Szymon Chrostowski.

Pakiet onkologiczny znosi ponadto limity w onkologii oraz ogranicza leczenie szpitalne. Część hospitalizacji ma być zastąpiona przez wizyty w ambulatorium lub przychodni. Ma to być nie tylko tańsze z punktu widzenia opieki medycznej, lecz także wygodniejsze dla pacjenta. Zdaniem specjalistów problemem może być przerzucenie ciężaru wykrycia choroby na lekarzy rodzinnych.

To budzi duże kontrowersje samego środowiska lekarskiego, lekarzy POZ-u, z tego względu, że lekarze ci są nieprzygotowani, by zajmować onkologią. To nie jest do końca prawda, dlatego że lekarz pierwszego kontaktu ma zwrócić uwagę na pewnego rodzaju objawy, po to, żeby zlecić konkretne badania diagnostyczne, nadać kartę pacjenta onkologicznego – mówi Chrostowski.

Zadanie to mają im ułatwić szkolenia oraz wachlarz badań diagnostycznych, dzięki którym będą mieli więcej narzędzi niezbędnych do wykrycia choroby nowotworowej. Resort zdrowia po rozmowie z przedstawicielami środowisk lekarskich ograniczył jednak listę dodatkowych badań do sześciu. Na ich realizację ministerstwo przeznaczy ponad 1 mld zł.

Największe błędy dotyczą samej komunikacji. Jest wiele szpitali, które nie wiedzą, na czym będzie polegać pakiet onkologiczny. Nie wiedzą, w jaki sposób ten system zadziała i jak wdrożyć go w placówce. Również lekarze nie są do końca poinformowani o zbliżających się zmianach. My ze swojej strony, jako organizacje pacjenckie, staramy się informować społeczeństwo i pacjentów onkologicznych o zasadach, o tym, jak to wygląda od strony pacjenta, czego może się on domagać i jakie ma prawa w tym systemie – mówi Szymon Chrostowski.

Wielu lekarzy sceptycznie podchodzi do zmian. Rozmowy z resortem zdrowia trwają. Podczas wczorajszej konferencji minister zdrowia Bartosz Arłukowicz poinformował, że podpisane kontrakty na przyszły rok ma 60 proc. przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, w których pracuje 68 proc. lekarzy. Zdaniem specjalistów polska opieka medyczna potrzebuje minimum roku na sprawne przeprowadzenie całej reformy i wdrożenie nowych rozwiązań.

Od przyszłego roku ślub możliwy poza urzędem stanu cywilnego

CEO Magazyn Polska

Nie będzie już przymusu zawierania związku małżeńskiego w siedzibie urzędu stanu cywilnego. Do tej pory było to ograniczone do wyjątkowych sytuacji, od stycznia będzie zależało od wyboru małżonków, ale też będzie się wiązało z dodatkowym kosztem. Wprowadzony zostanie także elektroniczny rejestr aktów urodzeń, małżeństw i zgonów, dzięki czemu uzyskanie odpisu będzie możliwe w dowolnym urzędzie w kraju.

Nowa ustawa wprowadza szereg udogodnień, w szczególności możliwość rejestracji aktu stanu cywilnego w systemie teleinformatycznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Stanuch, radca prawny w Kancelarii DLA Piper. – Dla obywateli oznacza to, że będą mogli uzyskiwać odpisy z urzędów stanu cywilnego nie tylko właściwych dla swojej siedziby, lecz także w innych urzędach na terenie całej Polski. Będzie można je uzyskać również w formie elektronicznej.

Wniosek nie będzie musiał składać się z wniosku papierowego, wystarczy wniosek drogą elektroniczną. Kierownictwa urzędów stanu cywilnego uzyskają również dostęp do systemu teleinformatycznego, więc w razie potrzeby – bez konieczności zasięgania informacji od obywateli – będą mogli przejrzeć je w systemie.

Założeniem całej ustawy jest przeniesienie w krótszym czasie wszelkiego rodzaju ewidencji właśnie do systemów teleinformatycznych, tak żeby później uniknąć obiegu papierów. Dzięki temu zostanie ograniczona zbędna papierologia – mówi Sławomir Stanuch.

Zmiany w Prawie o aktach stanu cywilnego zakładają również możliwość zawierania małżeństw poza siedzibą urzędu stanu cywilnego. Dotychczas było to możliwe tylko w uzasadnionych wypadkach, np. ze względu na pobyt w szpitalu czy zakładzie karnym.

Ustawa pozwoli na zawieranie małżeństw poza siedzibą USC, na przykład w miejscu, które kojarzy się z miłym wydarzeniem, poznaniem małżonka itp. Możliwość taka będzie się wiązała jednak z pewnymi kosztami. Ustawodawca przewiduje, że nie powinny one przekraczać 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia – mówi radca prawny z Kancelarii DLA Piper.

Zgodnie z danymi GUS za listopad przeciętne wynagrodzenie brutto przekroczyło 4 tys. zł. Rozporządzenie resortu spraw wewnętrznych zakłada jednak, że ta opłata będzie wynosiła 1 tys. zł. Kwota ta będzie dochodem dla danej gminy. Liczba małżeństw zawieranych poza USC to ponad 2 tys. rocznie.

Nowa ustawa wprowadzi też nowe zaświadczenie o stanie cywilnym, które ma ułatwić postępowanie administracyjne. Będzie mieć to szczególne znaczenie dla osób, które chcą zawrzeć małżeństwo za granicą. W pierwotnej propozycji na zaświadczeniu miało nie być informacji o płci współmałżonka, ale wywołało to obawy środowisk konserwatywnych.

Protestowały one, twierdząc, że brak ujawnienia płci w zaświadczeniu doprowadzi do sytuacji, w której obywatel Polski mógłby zawrzeć związek małżeński z osobą tej samej płci tam, gdzie dozwolone są takie małżeństwa – zauważa Stanuch. – Z drugiej strony pojawiały się uwagi, że ujawnienie płci współmałżonka może dyskryminować osoby, które takie zaświadczenie, z takim właśnie założeniem, wybierają. Ostatecznie dokument będzie zawierał płeć współmałżonka.

Tym samym jeżeli w świetle polskiego prawa planowane małżeństwo nie spełni wymogów, które są przed nim stawiane (na przykład miałoby być związkiem jednopłciowym), kierownik USC może odmówić wydania zaświadczenia.

Zgodnie z nową ustawą pojawi się również możliwość nadawania dzieciom imion obcych. Imiona te nie będą musiały wskazywać na płeć, ale będą musiały być z nią powiązane – mówi Sławomir Stanuch

2014 rok rekordowo dobry dla deweloperów. Przyszły rok nie powinien być gorszy

CEO Magazyn Polska

Pod względem liczby sprzedanych mieszkań na deweloperskim rynku pierwotnym ten rok będzie rekordowy. W przyszłym roku jest szansa na powtórzenie tego wyniku. Eksperci oczekują rosnącej stopniowo podaży i trochę mniejszego popytu. Sytuacji nie powinien pogorszyć wymóg 10-proc. wkładu własnego, a wspomagać będzie program Mieszkanie dla Młodych.

Wiele wskazuje na to, że ten rok pod względem liczby mieszkań sprzedanych na rynku pierwotnym w Polsce będzie rekordowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku firmy REAS. – Z całą pewnością jesteśmy w górnej fazie cyklu, jeśli chodzi o popyt, za którym idzie podaż wraz z mieszkaniami wprowadzonymi do sprzedaży. Mamy już za sobą moment równowagi, czyli zrównoważenia liczby sprzedanych lokali i wprowadzanych w danym okresie na rynek, ale wciąż jesteśmy bardzo blisko tego punktu.

Według Głównego Urzędu Statystycznego po trzech kwartałach br. w całym kraju oddano do użytku 100 138 mieszkań, czyli o 1,9 proc. mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Wydano natomiast ponad 120 tys. pozwoleń na budowę, czyli o 14,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku, kiedy odnotowano spadek o nieco ponad 18 proc. Wzrosła także (do ponad 114,5 tys., czyli o 17 proc.) liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, wobec spadku przed rokiem o 16,2 proc.

Następny rok – zdaniem Kuniewicz – powinno być równie dobry pod względem sprzedażowym. Nie należy spodziewać się ani załamania sprzedaży, ani gwałtownej hossy.

Wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli spokojny, dobry rok sprzedażowy z powoli rosnącą podażą – przekonuje Katarzyna Kuniewicz. – Mamy przygotowane do wprowadzania na rynek nowe projekty deweloperów, którzy wcześniej przetestowali bardzo różne realizacje, jeśli chodzi o segmentację, lokalizację, odbiorców itp., oraz takich, którzy wychodzili z Warszawy jako swojego pierwszego rynku na zewnątrz z sukcesem.

Jak podkreśla, po stronie popytowej uruchomiły się wszystkie grupy: od najniższej, która kwalifikuje się do programu Mieszanie dla Młodych, po inwestorów, który lokują w mieszkania oszczędności i kapitał.

Zwiększenie od stycznia na skutek rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego wymaganego przez banki wkładu własnego podczas ubiegania się o kredyt hipoteczny do 10 proc. nie powinno wpłynąć na zmniejszenie popytu.

Sposób wdrażania rekomendacji był znany od dawna, więc wydaje się, że mamy do czynienia z zaakceptowanym przez wszystkie strony popytu i podaży faktem – ocenia Kuniewicz. – Już w br. bardzo trudno było uzyskać kredyt, mając tylko 5 proc. wkładu własnego. 10 proc. jest racjonalnym wymaganiem i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to dobra rekomendacja.

Program MdM pomoże nabywcom, którzy najbardziej odczują zwiększenie wkładu własnego podczas zaciągania kredytu. Obecnie w Warszawie kwalifikują się do niego mieszkania, których cena nie przekracza 6 583,1 tys. zł za metr kwadratowy.

Mamy grupę osób, których nie stać na inną nieruchomość niż ta, która jest poniżej limitu – wskazuje Kuniewicz. – MdM rozwiązuje niejako ten problem. Jeżeli takie było założenie programu, to chylę czoła, bo tak to właśnie zadziała. Grupa, która zostanie najbardziej uderzona większym wkładem własnym, uzyska wsparcie i to nie hipotetyczne, lecz rzeczywiste, w momencie kupowania mieszkania.

Program powinien w dalszym ciągu wspierać sprzedaż, tym bardziej jeśli limity będą rosły. Jak podkreśla ekspertka, w takiej sytuacji możliwa jest powtórka wyniku ponad 16 tys. sprzedanych mieszkań na rynku warszawskim.

Polski rynek, jak zauważa Kuniewicz, ma za sobą bardzo trudny okres po kryzysie 2009 roku. Pozostały na nim przedsiębiorstwa doświadczone, które obecnie zachowują się bardzo spokojnie.

Wydaje się, że mamy teraz najlepszą fazę na rynku, który jest przecież cykliczny, jesteśmy teraz w górnych limitach popytowych – zauważa Katarzyna Kuniewicz. – Jak zwykle najciekawsze jest to, jak długo potrwa dobry okres. Bo to, że popyt nie będzie tylko rosnąć, jest pewne. Kto tego faktu nie akceptuje, nie powinien działać na rynku mieszkaniowym.

Lekarze, prawnicy i mechanicy z kasami fiskalnymi. Od stycznia obowiązek ten dotknie 70 tys. przedsiębiorców

Od 1 stycznia zwiększa się katalog usług, których sprzedaż podlega ewidencjonowaniu za pomocą kas fiskalnych. Obowiązek ten będą mieli m.in. prawnicy, lekarze, kosmetyczki, mechanicy czy firmy prowadzące działalność gastronomiczną. Przedsiębiorcy mają czas do 1 marca na dostosowanie się do przepisów. Resort finansów szacuje, że zmiany dotkną ok. 70 tys. podmiotów i pozwolą na zwiększenie wpływów do budżetu państwa o ponad 90 mln zł.

Od 1 stycznia ustawodawca rozszerzył katalog towarów i usług, których sprzedaż podlega bezwzględnemu ewidencjonowaniu za pomocą kasy rejestrującej – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Matarewicz, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Najmocniej te zmiany odczują mali przedsiębiorcy. Ustawodawca rozszerzył ten katalog, ponieważ w jego przekonaniu pewne branże i pewne zawody są narażone na zwiększanie się szarej strefy.

To m.in. naprawa pojazdów samochodowych, usługi świadczone przez lekarzy, stomatologów i prawników (z wyjątkiem notariuszy). Do dostosowania się do zmian będą zobowiązani przede wszystkim mali przedsiębiorcy – salony kosmetyczne, firmy gastronomiczne (z wyłączeniem usług świadczonych w samolotach i stołówkach szkolnych). Obowiązkowi fiskalizacji będzie podlegać też sprzedaż wód toaletowych i perfum – z wyjątkiem sprzedaży na pokładzie samolotów.

Nie jest tak, że już od 1 stycznia przedsiębiorcy muszą mieć kasę. Jeżeli do tej pory nie mieli obowiązku posiadania kasy, to wykonując daną usługę w styczniu na rzecz osoby fizycznej nieprowadzącej działalności gospodarczej, mają dwa miesiące od zakończenia miesiąca, w którym wykonali usługę na to, żeby rozpocząć fiskalizację – wyjaśnia ekspert z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Bezwzględny obowiązek ewidencjonowania oznacza, że w przypadku tych przedsiębiorców limit obrotów 20 tys. zł nie będzie miał znaczenia.

Nawet jeśli podatnik nie przekroczy tego progu, będzie zobowiązany do ewidencjonowania za pomocą kasy sprzedaży na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej i rolników ryczałtowych – mówi Jacek Matarewicz. – Bezwzględnie oznacza również, że nawet jeżeli towar czy usługa mieściłyby się w katalogu towarów i usług zwolnionych przedmiotowo, to i tak podlegałyby fiskalizacji.

Dotyczy to sytuacji, kiedy dana usługa czy towar byłyby opłacane poprzez przelewy bankowe czy pocztowe. Przy takich formach płatności możliwe jest zwolnienie z obowiązku fiskalizacji. Nie będzie ono jednak możliwe w przypadku nowej grupy towarów i usług wymienionych w rozporządzeniu resortu finansów.

Ustawodawca oczywiście pozostawił zwolnienie podmiotowe i szereg zwolnień przedmiotowych. Zwolnienie podmiotowe dotyczą sprzedawców, którzy świadczą inne usługi i sprzedają inne towary niż te wymienione w katalogu – oni mają obowiązek fiskalizacji dopiero po przekroczeniu 20 tys. zł obrotu sprzedaży na rzecz osób fizycznych. Oczywiście te 20 tys. zł jest proporcjonalnie przeliczane w skali roku – wyjaśnia doradca podatkowy.

Z obowiązku ewidencjonowania będą zwolnione usługi związane m.in. z odprowadzaniem ścieków, zbieraniem odpadów, transportem osób, pocztowe czy związane z noclegiem.

Jak podkreśla ekspert, według nowych przepisów jednorazowa sprzedaż środków trwałych nie musi być zewidencjonowana.

Chodzi o zwolnienie z obowiązku ewidencjonowania sprzedaży towarów i usług, które zaliczane były do środków trwałych lub wartości niematerialnych i prawnych przedsiębiorcy podlegających amortyzacji w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym. Ustawodawca wyszedł naprzeciw potrzebom rynku i od 1 stycznia nie ma obowiązku, by fiskalizować sporadyczne sprzedaże majątku firmowego. Dotychczas budziło to wątpliwości – wyjaśnia Jacek Matarewicz.

Na dostosowanie się do zmian przedsiębiorcy będą mieć czas do 1 marca. Zakup kas będzie refundowany – nawet w 90 proc., ale nie więcej niż 700 zł. Ministerstwo Finansów szacuje, że zmiany dotkną ok. 70 tys. podmiotów. Wpływy do budżetu mają się zwiększyć o co najmniej 94 mln zł.

Od 1 stycznia zmiany w ochronie danych osobowych. Wzrośnie rola administratorów bezpieczeństwa informacji w firmach

0

CEO Magazyn Polska

W nowym roku firmy, w których dochodzi do przetwarzania danych osobowych, będą musiały uregulować status administratorów bezpieczeństwa informacji. ABI mają być wewnętrznymi inspektorami ochrony danych, którzy będą nadzorować proces przetwarzania danych w firmie i doradzać innym pracownikom w tym zakresie. Na mocy wchodzącej w życie 1 stycznia nowelizacji ustawy GIODO uzyska nowe uprawnienia i będzie mógł – poprzez takiego administratora – dokonać tzw. sprawdzenia w danej firmie. Dotyczy to de facto wszystkich firm zatrudniających więcej niż jednego pracownika.

Zmiany koncentrują się na trzech obszarach: przede wszystkim przyznają szersze kompetencje Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych (GIODO) – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Kozieł, ekspertka ds. ochrony danych osobowych w Kancelarii Lex Artist. – Będzie on prowadził rejestr działających w przedsiębiorstwach tzw. administratorów bezpieczeństwa informacji oraz uzyska możliwość przeprowadzenia w każdym podmiocie, gdzie dochodzi do przetwarzania danych osobowych, tzw. sprawdzenia. Czynność tą będą wykonywali właśnie ABI.

Zadaniem ABI ma być kontrola i nadzór nad właściwym przetwarzaniem danych osobowych oraz prowadzenie w tym zakresie dokumentacji w firmie. Ma też doradzać innym pracownikom mającym dostęp do danych osobowych. Nowym obowiązkiem firmy będzie uregulowanie statusu ABI w strukturze przedsiębiorstwa. Organizacja, która zgłosi ABI do GIODO, nie będzie musiała każdorazowo rejestrować zbiorów danych. Jak podkreślają eksperci, świadomość firm i administratorów danych w firmach na temat ochrony danych osobowych nie jest jeszcze zbyt wysoka.

Obecnie o administratorach mówi jeden, i to bardzo krótki przepis – przypomina Kozieł. – Po wejściu w życie nowego prawa będą wprowadzone ustawowe regulacje dotyczące kompetencji osoby, która może piastować taką funkcję. Nowelizacja wskazuje również status w hierarchii przedsiębiorstwa takiej osoby, czego obecnie także brakuje.

Zgodnie z nowymi przepisami osoba, która będzie pełniła funkcję ABI, powinna m.in. mieć wyższe wykształcenie, być niekarana za przestępstwo z winy umyślnej i mieć odpowiednią wiedzę z przepisów o ochronie danych osobowych. Pozycja takiej osoby, poprzez uregulowanie jej statusu w przedsiębiorstwie, będzie mocniejsza niż do tej pory.

Nowela zmniejsza obowiązki administracyjne firm prowadzących działalność globalną. Przekazywane poza Europejski Obszar Płatniczy dane osobowe zawarte m.in. w umowach międzynarodowych nie będą wymagały każdorazowej zgody GIODO.

Wiele podmiotów, spółek, organizacji coraz częściej działa globalnie poza Europejskim Obszarem Gospodarczym na rynkach państwa trzecich – zauważa ekspertka ds. ochrony danych osobowych w Kancelarii Lex Artis. – Dane przekazywane są do Stanów Zjednoczonych czy Indii. Nowe przepisy decydują, że nie będzie konieczne uzyskiwanie każdorazowej zgody na taką operację ze strony GIODO. Jest to więc spore ułatwienie dla przedsiębiorstw prowadzących działalność globalną.

Nowelizacja dotyczy wszystkich podmiotów, zatrudniających choćby jednego pracownika.

Wszędzie tam dochodzi już bowiem do przetwarzania danych osobowych – wskazuje Kozieł. – W momencie przyjęcia do pracy co najmniej jednego zatrudnionego właściciel firmy lub wyznaczona przez niego osoba ma już do czynienia z danymi osobowymi. Bez względu na branżę czy strukturę właścicielską nowe regulacje będą się odnosiły do wszystkich podmiotów spełniających takie warunki.

Nowelizacja ustawy z 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych wchodzi w życie 1 stycznia, ale przedsiębiorstwa będą miały pół roku na dostosowanie statusu ABI do obowiązujących przepisów (do 30 czerwca przyszłego roku).

Trzynastki, bonusy i premie roczne. W grudniu pracownicy dostają średnio 5 proc. więcej niż w listopadzie

W grudniu pracodawcy wypłacają swoim pracownikom średnio 5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej – wynika z badania HRK wśród pracowników międzynarodowych korporacji. Wpływ na zwiększone wynagrodzenia mają premie roczne, benefity – nie tylko świąteczne, oraz trzynastki, które istnieją nie tylko w sektorze publicznym.

– Trudno powiedzieć, czy na wzrost wynagrodzeń w grudniu ma wpływ tylko trzynasta pensja, czyli tzw. trzynastka. Obecnie bardziej wynika on z tego, że firmy są nastawione na wynik pracowników, a co za tym idzie wynika on z premii rocznych. Czy są to premie dla sprzedawców, czy działów wspierających, to jednak wzrost wynagrodzeń zależy wyłącznie od pracy tych osób w ciągu 12 miesięcy – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Uhlik, partner w HRK.

Z danych HRK wynika, że wiele międzynarodowych firm przyznaje swoim pracownikom tzw. trzynastkę, czyli dodatkową pensję, premię regulaminową, która zwykle kojarzona jest z sektorem publicznym. Taką praktykę stosują m.in. firmy z branży IT. Jednak popularniejsze są premie uznaniowe, np. premie roczne. W odróżnieniu od trzynastek są one przyznawane w zależności od indywidualnych osiągnięć pracownika. Ich przyznanie oraz wysokość zależy od decyzji pracodawcy, a pracownikom nie przysługują roszczenia o ich wypłatę. Wysokość premii ustala menadżer, oceniając podwładnego w ramach ustalonych kryteriów.

Firmy kuszą premiami, a może to być od 10 do 40 proc. pensji rocznej w grudniu – mówi Uhlik.

Takie premie są traktowane jako nagroda i wyróżnienie za dobrze wykonaną pracę. W przypadku najlepszych pracowników mogą one sięgać nawet równowartości całorocznego wynagrodzenia.

Dane zebrane przez HRK Payroll Consulting wśród blisko 40 tys. pracowników międzynarodowych korporacji wskazują, że grudniowe pensje są średnio o 5 proc. wyższe.

W niektórych korporacjach niewielkie różnice między benefitami w listopadzie, grudniu czy styczniu mogą wynikać z tego, że te firmy dobrze płacą. Firmy, które dają nieco mniejsze comiesięczne wynagrodzenia, starają się podnieść swoją atrakcyjność poprzez dodatkowe benefity w grudniu, np. bony, ekwiwalent pieniężny. Ale firmy, które potrafią zaoferować bardzo dobre warunki płacowe, stawiają na to, by zmotywować pracownika w ciągu roku – mówi Piotr Uhlik.

W grudniu pracownicy często otrzymują również dodatkowe bonusy w postaci bonów zakupowych, dodatków świątecznych, karnetów itp.

Od kilku lat jest podobnie. Idziemy w stronę Zachodu. Rodzaj benefitów zależy od tego, czym się firma zajmuje. Producent słodyczy może dać pracownikowi kosz czekolad czy bombonierek, a firma produkująca piwa  kilka skrzynek piwa – mówi partner w HRK.

60 proc. pracowników otrzymuje różnego rodzaju dodatki w ciągu roku. Poza prezentami typowo świątecznymi bardzo istotne są takie świadczenia, jak opieka medyczna, grupowe ubezpieczenie, karty fitness, dofinansowanie nauki czy programy oszczędnościowo-emerytalne.

Znaczącym benefitem jest opieka medyczna, która jest zresztą bardzo rozszerzona, bo dotyczy nie tylko pracownika, lecz także jego rodziny – partnera, dzieci, rodziców. Niektóre firmy dają też stomatologa czy prywatny szpital na czas porodu, a to jest bardzo istotne. Kolejna rzecz to samochód i wysokie progi benzynowe, które pracownicy rzadko przekraczają – mówi Piotr Uhlik.

Zmieniają się zasady pozyskania dofinansowania na zatrudnienie osób niepełnosprawnych. Kwoty nie będą jednak wyższe

Pracodawca łatwiej otrzyma dofinansowanie do wynagrodzenia osoby z niepełnosprawnością i zostaną mu zwrócone koszty szkolenia i zatrudnienia asystenta dla osoby niepełnosprawnej. To główne zmiany, które wejdą w życie od stycznia. Wartości samego dofinansowania nie zmienią się – osoba ze znacznym stopniem niepełnosprawności podobnie jak w 2014 roku otrzyma dodatkowo 1800 zł.

1 stycznia 2015 roku wejdzie w życie wiele nowych przepisów, które wiążą się z zatrudnianiem osób niepełnosprawnych oraz uzyskiwaniem pomocy publicznej na zatrudnianie tychże osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny z Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

Chodzi o nowelizację ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych, która 28 listopada została przyjęta przez Sejm, a 23 grudnia podpisana przez Prezydenta RP. Nowe regulacje wynikają z dostosowania polskich przepisów do regulacji KE.

Najważniejsza zmiana w ocenie Brząkowskiego dotyczy uzyskiwania dofinansowania do wynagrodzeń niepełnosprawnych pracowników z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Obecnie aby otrzymać dofinansowanie, należy w przypadku nowego pracownika niepełnosprawnego uzyskać tzw. efekt zachęty. Chodzi o wyliczenie wskaźników pokazujących, że zatrudnienie takiej osoby spowoduje wzrost przeciętnego zatrudnienia ogółem oraz wzrost przeciętnego zatrudnienia osób niepełnosprawnych.

– Ułatwienie będzie polegało na wykazaniu przez pracodawcę ogólnego wzrostu zatrudnienia tylko osób niepełnosprawnych. Tym samym uzyskanie efektu zachęty będzie łatwiejsze, a przez to szybciej pracodawcy dostaną dofinansowanie do wynagrodzeń – tłumaczy Mateusz Brząkowski.

Zmienią się także przepisy związane z refundacjami na wyposażenie kosztów zatrudnienia osób niepełnosprawnych, np. kosztów szkoleniowych czy tych związanych z wyposażeniem stanowiska pracy.

Według starych zasad przy zatrudnianiu osoby pomagającej osobie niepełnosprawnej nie było możliwości sfinansowania szkolenia dla tej osoby. Natomiast od 1 stycznia pracodawca sfinansuje nie tylko sam koszt wynagrodzenia asystenta osoby niepełnosprawnej, lecz także będzie mógł go przeszkolić z pieniędzy z PFRON-u – zaznacza radca prawny.

Z kolei niekorzystną zmianą jest spadek stopy refundacji ze środków PFRON z 80 do 70 proc. kosztów szkolenia osoby niepełnosprawnej.

Plan budżetowy PFRON na 2015 rok nie zmienia się w sposób radykalny. Budżet funduszu to 4,8 mld zł, z czego 3 mld stanowi dofinansowanie wynagrodzeń pracowników niepełnosprawnych.

Refundacje na wyposażenie stanowiska pracy wynikają z góry założonej kwoty budżetowej. Pomoc zawsze uzyskają jednak tylko ci, którzy pierwsi złożyli wniosek – twierdzi Brząkowski.

Sytuacja wygląda inaczej w przypadku dofinansowań wynagrodzeń. Jak tłumaczy Mateusz Brząkowski, każdy pracodawca, który złożył wniosek, musi tę pomoc otrzymać. To powoduje, że kwota maksymalnego dofinansowania jest systematycznie obniżana.

Od kilku lat dostrzegamy, że wysokość pomocy jest coraz mniejsza. Co roku widzimy nowelizacje, które obniżają kwotę tej pomocy. Porównując jednak kwoty sprzed 5 lat z dzisiejszymi, widzimy, że w przypadku osób z lekkim czy umiarkowanym stopniem niepełnosprawności te pieniądze są mniejsze o jedną trzecią, a w niektórych przypadkach nawet o połowę – zauważa ekspert z POPON-u.

Podkreśla, że coraz mniejsza pomoc finansowa jest obecnie głównym powodem zwalniania osób niepełnosprawnych.

W 2015 r. pracodawcy zatrudniający osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności otrzymają 1800 zł, z umiarkowanym stopniem – 1125 zł oraz 450 zł w przypadku lekkich dysfunkcji zdrowotnych. Dodatkowe 600 zł dopłaty do wynagrodzenia otrzyma osoba z jednym z tzw. schorzeń specjalnych.

Według Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r., w Polsce jest 4,7 mln osób niepełnosprawnych. Z kolei zgodnie z danymi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) w II kw. 2014 r. współczynnik aktywności zawodowej osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym wyniósł 27,2 proc., wskaźnik zatrudnienia – 22,5 proc., a stopa bezrobocia – 17,4 proc.

W ciągu 10 lat polski rynek cygar wzrósł piętnastokrotnie. Wciąż jest jednak dużo mniejszy niż na Zachodzie

0

Nawet 22 mln cygar kupili w tym roku Polacy. Choć rynek ten od wejścia Polski do UE urósł ok. 15 razy, to wciąż w Polsce pali się znacznie mniej cygar niż w krajach Europy Zachodniej. W Niemczech, Francji, a nawet mniejszym Beneluksie sprzedaż cygar przekracza miliard sztuk rocznie. Dobrej jakości cygaro można kupić już za 20-30 zł, więc jak podkreślają przedstawiciele branży, jest to luksus dostępny dla każdego.

Rynek cygar w Polsce jest w fazie rozwojowej. Dostrzeżemy to, gdy porównamy go do rynków zachodnich, nie tylko Europy Zachodniej, lecz także innych rynków rozwiniętych, gdzie cygaro jako produkt, choć jest poniekąd atrybutem luksusu, jest też produktem bardzo powszechnym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Jaroszewicz, dyrektor generalny Premium Cigars, importera m.in. kubańskich cygar.

Jak przypomina Jaroszewicz, przełomowym momentem dla polskiego rynku cygar było wstąpienie Polski do Unii Europejskiej. Spowodowało to dużą obniżkę ceł na ten produkt z poziomu kilkuset procent do ‒ w zależności od kraju pochodzenia ‒ od 0,9 do 26 proc. To przełożyło się na ceny – cygara potaniały tak samo, jak elektronika oraz markowe alkohole.

Od tego czasu konsumenci zaczęli kupować cygara w kraju, a wielkość rynku wzrosła nawet piętnastokrotnie.

W liczbę 22 mln sprzedanych cygar w Polsce wlicza się zarówno ręczne, jak i maszynowe cygara, a także cygaretki. Zdecydowanym liderem rynku są cygara kubańskie, a ok. 3-5 proc. rynku to cygara najwyższej klasy. Ten odsetek jest w Polsce podobny do innych krajów.

Pomimo wzrostu polskiego rynku wciąż jesteśmy jednak znacznie mniejszymi miłośnikami cygar niż mieszkańcy innych krajów europejskich.

Nasze poziomy sprzedaży ogromnie różnią się od poziomów z Europy Zachodniej. Ocenia się, że Beneluks sprzedaje miliard sztuk, Francja  prawie 1,5 mld sztuk – wylicza Jaroszewicz.

Jak wynika z danych Euromonitor International w Niemczech, które są liderem europejskiego rynku cygar, w 2010 r. spalono niemal 4 mld cygar.

Jak podkreśla Jaroszewicz, w tej chwili za 40-50 zł można kupić cygaro jednej z najlepszych marek, którym potem można się delektować przez, w zależności od typu cygara, nawet ponad godzinę. Za połowę tej kwoty można już kupić dobrej jakości cygaro. To, jak zwraca uwagę Jaroszewicz, znacznie niższe ceny niż inne dobra uważane za luksusowe.

Większe kwoty wydają tzw. afficionados, czyli miłośnicy cygar, regularnie kupujący i palący cygara. Zaznacza także, że w przypadku amatorów tego typu używki palenie ma zupełnie inny wymiar.

Podobnie jak dobry, markowy alkohol, który nie ma nic wspólnego z piciem, to jest degustacja, to są małe porcje, poszukujemy smaku, głębi, tak samo jest i w cygarze – podkreśla Jaroszewicz. ‒ Osoba, która pożąda tego rodzaju luksusu i przyjemności, musi być świadomym odbiorcą.

Branża motoryzacyjna umacnia swoją pozycję

Branża motoryzacyjna umacnia swoją pozycję w polskiej gospodarce. Eksport produktów motoryzacyjnych stanowi już ok. 14-15 proc. ogółu wartości eksportu towarowego. Od kilku lat stale rośnie rola producentów części i akcesoriów samochodowych, których bardzo dobre wyniki przekładają się na wzrost całej motobranży w Polsce.

Oficjalne dane pokazują, że w skali roku eksport produktów motoryzacyjnych, który jest główną siłą napędową motobranży, wynosi ok. 14-15 proc. (14,4 proc. w 2013 r.) wartości całego polskiego eksportu towarowego. Znaczenie sektora dla gospodarki potwierdzają też m.in. dane dotyczące działalności w specjalnych strefach ekonomicznych – motobranża przeważa w 6 z 14 funkcjonujących nad Wisłą SSE.

W Polsce działalność prowadzi obecnie ok. 1,3 tys. producentów motoryzacyjnych, a cały sektor – razem z przedsiębiorstwami handlowo-usługowymi – to ponad 80 tys. firm.

Części dźwignią motobranży

Jak wynika z niedawnego raportu pn. „Branża motoryzacyjna w Polsce. Liczby, podsumowania, analizy”, opublikowanego przez Stowarzyszenie Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych (SDCM), między 2008 a 2013 r. wartość produkcji części i akcesoriów wzrosła nominalnie aż o 69 proc. (z 30,3 do 51,1 mld zł). Równocześnie na znaczeniu traci produkcja samochodów – stagnacja, a nawet spadki liczby wyprodukowanych pojazdów osobowych, widoczne są od mniej więcej 2009 r.

Zdaniem Aleksandra Szczyrby, CEO polskiej firmy Ferroz Export, która zajmuje sie eksportem układów wydechowych, również w 2015 r. branża motoryzacyjna będzie jednym z mocniejszych sektorów polskiej gospodarki. Głównym motorem rozwoju ma być eksport części i akcesoriów do innych krajów, w tym przede wszystkim państw Europy Zachodniej.

W 2014 r. wartość eksportowanych z Polski części i akcesoriów samochodowych najprawdopodobniej przekroczy łącznie 30 mld zł. Będzie to już o blisko 10 mld zł więcej względem wartości eksportu pojazdów. Kwoty te z roku na rok zmieniają się na korzyść części i akcesoriów, co pokazuje znaczenie ich producentów dla całej gospodarki kraju. Jest to również o tyle ciekawe, że w społecznym odbiorze branża motoryzacyjna kojarzona jest głównie z fabrykami dużych koncernów zagranicznych, a nie producentami części oryginalnych czy też części przeznaczonych na rynek wtórny” – komentuje Aleksander Szczyrba.

Rosnąca rola branży motoryzacyjnej jest widoczna także w odniesieniu do finansów publicznych. Według oficjalnych danych za 2012 r., wpływy z tytułu podatku od towarów i usług (VAT) związanego z działalnością motobranży wynoszą w skali roku aż 6,2 mld zł. Z tej kwoty blisko połowa (2,8 mld zł) przypadła na sprzedaż części, akcesoriów oraz usług motoryzacyjnych.

Branża odprowadza też duże kwoty w formie składek na ubezpieczenia społeczne pracowników. W 2013 r. było to ok. 4,7 mld zł. Jak oszacowała tymczasem firma doradcza KPMG, liczba osób zatrudnionych w szeroko pojętym sektorze motoryzacyjnym sięga w Polsce już ok. 350 tys., notując przy tym od kilku lat stały wzrost.

Raport o kosztach utrzymania Sejmu, Senatu, prezydenta i premiera w 2015 roku

Ponad 40 mln zł na odprawy, 16,6 mln zł na nowe biura z przejściem podziemnym, a także 11,3 mln zł na odznaczenia i ordery – to tylko niewielka część wydatków, przewidzianych w budżecie dwuizbowego parlamentu, prezydenta i premiera, za których działalność w 2015 roku zapłacimy przeszło 850 mln zł. Jak ustalił portal Money.pl, żadna z tych instytucji nie planuje oszczędności – trzy zwiększą budżet, a jedna utrzyma go na tym samym poziomie.

Rekordzistą okazała się Kancelaria Sejmu, która w porównaniu z bieżącym rokiem zwiększy wydatki o 51 mln zł. Wzrost będzie związany z zakończeniem kadencji parlamentu. Planowane wydatki na ten cel to to 32,2 mln zł. Największą część tej kwoty będą stanowiły odprawy posłów – 9,5 mln zł. „Odchodne” dostaną również ich pracownicy (1,9 mln zł), doradcy marszałka Sejmu (2,5 mln zł) oraz zatrudnieni w biurach kół poselskich (589 tys. zł).

Jeśli w jesiennych wyborach wybierzemy 300 nowych przedstawicieli – a takie są założenia Kancelarii Sejmu – październikowe wypłaty otrzyma 600 osób. Pochłonie to 3,3 mln zł, ale na tym nie koniec. Nowo wybrani mogą liczyć na pieniądze na wynajem i wyposażenie gabinetu, natomiast odchodzący parlamentarzyści dostaną zwrot opłat, związanych z wypowiedzeniem umów najmu.

Budżet Kancelarii Sejmu na 2015 rok
Źródło: Kancelaria Sejmu
2014 2015
Plan budżetowy 407,8 458,2
Świadczenia dla osób fizycznych 85,7 87,3
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 294,5 326,5
Wydatki majątkowe 27,5 45.1

Koszty związane ze zmianą kadencji zostaną pokryte z puli na wydatki bieżące, która obejmie 326,5 mln zł. Jak pisze Money.pl, na pozostałe 294 mln zł złożą się zadania związane z działalnością izby niższej i jej organów obsługa i dokumentowanie posiedzeń Sejmu i prac komisji, współpraca międzynarodowa, popularyzacja wiedzy o parlamencie czy też wsparcie merytoryczne posłów.

Drugim powodem zwiększenia budżetu, są prace remontowo-budowlane, które uwzględniono w puli majątkowej. Przy ulicy Maszyńskiego za 16,6 mln zł powstają nowe biura. Będzie z nich korzystała Komisja do Spraw Służb Specjalnych oraz Straż Marszałkowska, która otrzyma nowoczesne centrum monitoringu.

Z kolei 87,3 mln zł kosztować będzie prowadzenie biur poselskich oraz wypłatę diet parlamentarnych. Według najnowszych danych Najwyższej Izby Kontroli przeciętne zatrudnienie w Kancelarii, w przeliczeniu na pełne etaty, wynosi 1206 osób, a średnie miesięczne wynagrodzenie 8183 zł brutto.

Droższy Senat

Planowany budżet Senatu na 2015 rok to 100,3 mln zł. Będzie wyższy w stosunku do 2014 roku o 5,9 mln zł. – Wzrost jest związany z realizacją zadań dotyczących zmiany kadencji – tłumaczy w Money.pl Aleksandra Leicht z Kancelarii Senatu. – Koszty zostały ustalone na poziomie niższym niż przy wyborach w 2011 roku, na poziomie 89 proc. W warunkach porównywalnych – bez opłat związanych ze zmianą kadencji – plan wydatków jest niższy o 1,9 mln zł.

Budżet Kancelarii Senatu na 2015 rok
Źródło: Kancelaria Senatu
2014 2015
Plan budżetowy 94,2 100,3
Świadczenia dla osób fizycznych 19,1 19,1
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 70,2 78,4
Wydatki majątkowe 4,9 2,7

Plany Kancelarii Senatu zdominują wydatki bieżące. Za obsługę i dokumentowanie posiedzeń izby wyższej, komisji senackich, wsparcie merytoryczne senatorów, a także zapewnienie warunków organizacyjno-technicznych zapłacimy 78,4 mln zł. Zmiana kadencji to koszt około 8 mln zł.

Druga pozycja w senackim budżecie to świadczenia na prowadzenie biur oraz na diety parlamentarne (19,1 mln zł). W porównaniu do 2014 roku zostaną utrzymane na identycznym poziomie. Wydatki majątkowe na 2015 rok będą przeznaczone na stworzenie zintegrowanego systemu bezpieczeństwa oraz remont klimatyzacji i wentylacji. Wyniosą 2,7 mln zł.

Według najnowszych danych Najwyższej Izby Kontroli, przeciętne zatrudnienie w urzędzie, w przeliczeniu na pełne etaty, wynosi 286 osób, a średnie miesięczne wynagrodzenie 7510 zł brutto.

Premier nie oszczędza

Ponad 125 milionów złotych przewidziano w projekcie przyszłorocznego budżetu na działalność Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Oznacza to wzrost o 26 tys. zł w stosunku do ustawy budżetowej na 2014 rok.

Na 93,7 mln zł zaplanowano koszty bieżące, czyli między innymi uposażenia 560 pracowników. Według danych Najwyższej Izby Kontroli, ich średnie miesięczne wynagrodzenie to 7768 złotych brutto. Poza wypłatami z tej kwoty pokrywane będą zakupy towarów i usług, a także inne opłaty związane z funkcjonowaniem jednostek budżetowych i realizacją ich statutowych zadań.

Budżet KPRM na 2015 rok
Źródło: Projekt budżetu
2014 2015
Plan budżetowy 125,1 125,1
Dotacje i subwencje 20,6 20,6
Świadczenia dla osób fizycznych 2,3 2,4
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 90,4 93,7
Wydatki majątkowe 4,5 1,5

Przeszło 20 mln zł przeznaczonych zostanie na dotacje i subwencje, 6,9 mln zł na współfinansowanie projektów z udziałem środków unijnych, a 1,5 mln zł na wydatki budżetowe. Na dotacje podmiotowe dla jednostek nadzorowanych przez premiera zaplanowano 125 mln zł. Pieniądze z kancelarii trafią między innymi do Ośrodka Studiów Wschodnich (9 mln zł), Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (8 mln zł), Rady do Spraw Uchodźców (700 tys. zł) i Rady do Spraw Polaków na Wschodzie (120 tys. zł).

U prezydenta bez rewolucji

Kancelaria Prezydenta nie zamierza wydać ani mniej, ani więcej niż w 2014 roku. – Projekt budżetu został określony na tym samym poziomie i wynosi 167,6 mln zł – tłumaczy w Money.pl Agnieszka Rylska-Tabaczyńsk z Kancelarii Prezydenta RP. – 3 grudnia projekt był rozpatrywany przez Sejmową Komisję Finansów Publicznych, która nie wprowadziła żadnych poprawek.

Dokładnie tyle samo wyniosą świadczenia dla osób fizycznych (1,1 mln zł), z których utrzymywane są biura byłych prezydentów (około 454 tys. zł), wypłaca się odszkodowania i odprawy pracowników (383 tys. zł), a także kupuje odzież reprezentacyjną (60,5 tys. zł).

Budżet Kancelarii Prezydenta na 2015 rok
Źródło: Kancelaria Prezydenta
2014 2015
Plan budżetowy 167,6 167,6
Dotacje i subwencje 30 30
Świadczenia dla osób fizycznych 1,1 1,1
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 128,5 128,5
Wydatki majątkowe 8,1 8,1

Bez zmian pozostaną wydatki bieżące, stanowiące największą część budżetu (128,5 mln zł). Ponad 96 procent tej kwoty przeznacza się na zakup towarów i usług, a także wynagrodzenia i pochodne od wynagrodzeń blisko 400 osób, które według danych NIK zarabiają miesięcznie średnio 9205 zł brutto.

Działalność Biura Bezpieczeństwa Narodowego w przyszłym roku kosztować ma 13,9 mln zł, a Narodowy Fundusz Rewaloryzacji Zabytków Krakowa za 30 mln zł będzie mógł odnowić zabytkowe budynki przed Światowymi Dniami Młodzieży w 2016 roku.

Dodatkowo w budżecie uwzględnia się tak zwane wydatki majątkowe. W 2015 roku zaplanowano je na kwotę 8,1 mln zł. Jak ustalił portal Money.pl, pracownicy będą mogli liczyć na nowy sprzęt telekomunikacyjny, biurowy, energetyczny, teleinformatyczny, a na komputerach ma pojawić się nowsze oprogramowanie. Plany przewidują też 11,3 mln zł na uroczystości związane z przyznawaniem przez prezydenta orderów i odznaczeń.

NIK o ochronie powietrza przed zanieczyszczeniami

Polska od lat ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w Unii Europejskiej. W wielu miastach stężenie toksycznych i rakotwórczych substancji – pyłu PM10 i benzo(a)pirenu – wielokrotnie przekracza dopuszczalne normy. Mimo że miasta wydawały olbrzymie sumy na walkę z zanieczyszczeniami powietrza, jego jakość poprawiła się tylko nieznacznie. W konsekwencji Polska za niedotrzymanie standardów jakości powietrza określonych w unijnej dyrektywie może otrzymać nawet 4 mld zł kary.

Według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ponad 3,5 mln osób na świecie umiera rocznie z powodu zanieczyszczenia powietrza. Szacuje się, że w Polsce z tego powodu traci życie ok. 45 tys. osób rocznie. Niestety dane te, choć są szokujące, nie powinny dziwić, skoro Polska od lat ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w całej Unii Europejskiej. Według informacji Europejskiej Agencji Środowiska aż 6 polskich miast znalazło się w pierwszej dziesiątce miast europejskich z największą liczbą dni w roku, w których przekroczono dobowe dopuszczalne stężenie pyłu PM10 (pozostałe cztery miasta są w Bułgarii). Najgorzej z polskich miast wypada Kraków, w którym limity przekroczone były przez 150 dni w roku, w Nowym Sączu przez 126 dni, w Gliwicach i Zabrzu przez 125 dni, w Sosnowcu przez 124 dni, a w Katowicach przez 123 dni.

Największym problemem dla jakości powietrza w naszym kraju jest ponadnormatywne stężenie pyłu zawieszonego (PM10 i PM2,5) oraz benzo(a)pirenu (B(a)P). Wysokie stężenie pyłu zawieszonego powoduje i pogłębia choroby płuc i układu krążenia. Z kolei benzo(a)piren jest związkiem silnie rakotwórczym. Tymczasem we wszystkich kontrolowanych miastach w 2013 r. dopuszczalne stężenie benzo(a)pirenu przekroczone zostało średnio o 500 proc. Najwyższe stężenie B(a)P odnotowano w Nowym Sączu – limity przekroczone jedenastokrotnie, a w Głubczycach (w woj. opolskim) dziesięciokrotnie. Z kolei w czterech miastach (Kraków, Nowy Sącz, Katowice i Dąbrowa Górnicza) przekroczone zostało średnioroczne stężenie PM10. W skali kraju w latach 2010-2013 przekroczono dopuszczalne poziomy pyłu PM10 w ponad 75 proc. wszystkich stref, w których dokonuje się oceny jakości powietrza, a w przypadku benzo(a)pirenu w ok. 90 proc. stref.

W latach 2009-2012 główną przyczyną zanieczyszczenia powietrza pyłem PM10 (od 82 proc. do 92,8 proc.) była tzw. niska emisja, pochodząca z domowych pieców i lokalnych kotłowni węglowych, w których spalanie odbywa się w nieefektywny sposób. Pozostałe przyczyny to zanieczyszczenia komunikacyjne (od 5,4 do 7 proc.) i przemysłowe (od 1,8 do 9 proc.). Jednak lokalnie mogą występować także inne tendencje. Na przykład w Warszawie zanieczyszczenia komunikacyjne stanowiły 63 proc. wszystkich zanieczyszczeń.

W Polsce w kontrolowanym okresie (2008 – I półrocze 2014) nawet nie zbliżyliśmy się do unijnych norm jakości powietrza. Jak zauważa NIK, niedotrzymanie standardów jakości powietrza określonych w unijnej dyrektywie CAFE może mieć dla naszego kraju dotkliwe skutki finansowe. Grozi nam postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości, który może nałożyć na Polskę 4 mld zł kary za niedopełnienie unijnej dyrektywy.

Większość samorządów – w czterech z pięciu kontrolowanych województw (z wyjątkiem śląskiego) – opracowały, choć czasem z opóźnieniem nawet kilkunastomiesięcznym, Programy ochrony powietrza. Niestety w niektórych województwach Programy te opracowywano odrębnie dla każdej strefy, a nawet dla poszczególnych substancji, co znacznie zwiększało ich liczbę. Przykładowo w woj. mazowieckim funkcjonowały aż 23 różne programy naprawcze, uchwalone przez sejmik. Zdaniem NIK taka praktyka zmniejszyła czytelność i przejrzystość tych dokumentów. Jako dobry przykład Izba podaje woj. małopolskie, które w 2009 r. uchwaliło jeden zbiorczy program dla wszystkich stref, w których przekroczono limity zanieczyszczenia powietrza. Jedynie programy obowiązujące w woj. małopolskim i śląskim zawierały mechanizmy pozwalające na ocenę stopnia ich realizacji i skuteczności podejmowanych działań naprawczych.

Kontrolowane miasta w różnym stopniu i zakresie prowadziły działania naprawcze określone w Programie ochrony powietrza w zakresie ograniczania emisji ze źródeł powierzchniowych (obszary zabudowy mieszkaniowej, obejmujące zakłady rzemieślnicze i usługowe, obiekty użyteczności publicznej oraz lokalne drogi), liniowych (głównie trasy komunikacyjne) i punktowych (fabryki, zakłady pracy). Łącznie miasta wydały 3 mld 76 mln zł na poprawę jakości powietrza. Na redukcję emisji liniowej przeznaczono – 2,7 mld (budowa nowych ciągów komunikacyjnych, utrzymanie i remonty nawierzchni ulic, budowa linii tramwajowych, wdrożenie systemów sterowania ruchem, wymiana taboru autobusowego, czyszczenie nawierzchni dróg, rozbudowa sieci ścieżek rowerowych, tworzenie parkingów), na zmniejszenie emisji powierzchniowej – 366 mln zł (wdrażanie programów ograniczania niskiej emisji – PONE, ocieplanie budynków komunalnych, modernizacje systemów ciepłowniczych miejskich przedsiębiorstw dostarczających ciepło). Z kolei na redukcję emisji punktowej wydano 13 mln zł (m.in. na wydawanie pozwoleń na wprowadzanie gazów lub pyłów do powietrza oraz na prowadzenie postępowań kompensacyjnych).

W ocenie NIK, skala i tempo podejmowanych działań były jednak niewystarczające w odniesieniu do utrzymującej się złej jakości powietrza. Inwestycje o charakterze komunikacyjnym czy związane z ocieplaniem budynków mają jedynie pośredni wpływ na zmniejszenie emisji i stężeń szkodliwych substancji w powietrzu. Niektóre miasta przeprowadzały wręcz chybione akcje, np. w Nowym Sączu, w którym głównym problemem dla czystości powietrza zimą jest palenie w domach węglem, dofinansowano jedynie montaż 82 kolektorów słonecznych, zamiast wdrażać program ograniczenia niskiej emisji.

W 7 z 10 miast realizowano programy ograniczania niskiej emisji lub podobne instrumenty, które umożliwiały mieszkańcom uzyskanie dofinansowania na wymianę przestarzałych pieców i kotłów na bardziej ekologiczne. W Krakowie w latach 2012-2013 wydano w ramach tego programu ponad 17 mln zł, dzięki czemu zlikwidowano prawie 2 tys. palenisk węglowych i 271 kotłowni na paliwo stałe oraz zainstalowano 132 odnawialne źródła energii (122 kolektory słoneczne i 10 pomp ciepła). Jak zauważa NIK, jedynie Kraków ustanowił program osłonowy, zapewniający mieszkańcom dopłaty do wyższych kosztów ogrzewania po wymianie paleniska węglowego na inny rodzaj ogrzewania. Zdaniem NIK samorządy powinny stworzyć długofalowy system zachęt do wymiany wysokoemisyjnych kotłów węglowych. Ważne jest, by mieszkańcy otrzymali wsparcie finansowe nie tylko na samą wymianę pieców, ale należy im zapewnić także rekompensaty z tytułu zwiększonych kosztów paliwa innego niż węgiel.

Żadna z 10 skontrolowanych gmin nie przeprowadziła pełnej inwentaryzacji źródeł emisji powierzchniowej, która pomogłaby ustalić liczbę palenisk węglowych na jej terenie (jedynie Kraków w 2013 r. zlecił pilotażową inwentaryzację w rejonach występowania największych stężeń zanieczyszczeń pyłem PM10). Tym samym samorządy nie miały wystarczającego rozeznania potrzeb i skali działań naprawczych, które należy przeprowadzić, by osiągnąć docelowe normy jakości powietrza.

Inspekcja Ochrony Środowiska dopiero od 2012 r., w efekcie nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska, mogła kontrolować realizację zadań określonych w Programach ochrony powietrza. Jednakże pomimo upływu ponad dwóch lat, objęte kontrolą wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska podjęły zaledwie pojedyncze kontrole samorządów w zakresie opracowania tych Programów oraz realizacji określonych w nich zadań. Ponadto, gdy Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska kontrolowały podmioty wprowadzające gazy lub pyły do powietrza, tylko w niewielkim stopniu korzystały z własnych pomiarów.

W ocenie NIK Ministerstwo Środowiska zbyt późno rozpoczęło współpracę z innymi resortami (w tym Ministerstwem Gospodarki) w celu ustanowienia standardów emisyjnych dla nowych kotłów węglowych w gospodarstwach domowych oraz minimalnych wymagań jakościowych dla węgla. Co istotne takich standardów nie opracowano do dnia dzisiejszego. Nie opracowano również krajowego programu ochrony powietrza, bo Ministerstwo przystąpiło do prac dopiero w tym roku.

Wnioski NIK

Ponieważ jakość powietrza na terenie kontrolowanych województw nie uległa w ostatnich latach zdecydowanej poprawie, w ocenie NIK Ministerstwo Środowiska, w porozumieniu z Ministerstwem Gospodarki, powinny określić i ustanowić standardy emisyjne dla nowych kotłów węglowych małej mocy wykorzystywanych w gospodarstwach domowych oraz określić minimalne wymagania jakościowe dla paliw stałych (m.in. węgla).

Ponadto Ministerstwo Środowiska powinno przyśpieszyć prace nad opracowaniem krajowego programu ochrony powietrza. Konieczne jest też stworzenie i dokładne określenie w nim wskaźników realizacji Programów ochrony powietrza, żeby na bieżąco można było monitorować działania samorządów w tym zakresie. Z kolei Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska muszą zwiększyć liczbę i zakres kontroli programów ochrony powietrza, które realizują samorządy.

Koncepcja rozwoju Krajowej Informacji Podatkowej

Analiza funkcjonowania Krajowej Informacji Podatkowej (KIP) zainicjowała zmiany w jej strukturze organizacyjnej i funkcjonowaniu. Zmiany te mają zapewnić optymalne wsparcie podatników. KIP stanie się ogólnokrajowym punktem informacji podatkowej, głównym centrum informacji podatkowej dla podatników i pracowników administracji podatkowej.

Jacek Kapica – Podsekretarz Stanu, zatwierdził 29 grudnia 2014 r. „Koncepcję rozwoju Krajowej Informacji Podatkowej.”  Głównym założeniem projektowanych zmian jest stworzenie z Krajowej Informacji Podatkowej ogólnokrajowego punktu informacji podatkowej, obsługującego wiele kanałów komunikacji, prezentującego kompletną i jednolitą informację na temat podatków (zarówno w udzielanych odpowiedziach, jak i wydawanych interpretacjach), przyjętą i stosowaną konsekwentnie przez wszystkie jednostki administracji podatkowej. Do narzędzi włączonych do nowej struktury będzie należeć Portal Podatkowy, który jako istotny kanał dystrybucji informacji podatkowej będzie uzupełniał takie możliwości komunikacyjne  jak e-mail, infolinia, Baza Wiedzy Administracji Podatkowej, czy też interpretacje indywidualne przepisów prawa podatkowego.

Utworzenie z Krajowej Informacji Podatkowej głównego centrum informacji podatkowej dla podatnika i pracowników administracji podatkowej sprzyjać będzie jednolitemu stosowaniu prawa przez organy podatkowe. Wzmocnienie KIP przyspieszy również wydawanie interpretacji indywidualnych.

Jednolita dla podatników i urzędów skarbowych informacja na temat przepisów prawa podatkowego oraz ich interpretacji przez Krajową Informację Podatkową da podatnikom pewność co do sposobu stosowania przez organy administracji podatkowej przepisów prawa podatkowego oraz zwiększy poczucie stabilizacji w tym obszarze. Powinno to przyczynić się do większej dobrowolności w wypełnianiu obowiązków podatkowych, zmniejszenia liczby popełnianych błędów, skutkujących uszczupleniami lub opóźnieniami wpływów podatkowych do budżetu państwa, jak również do ograniczenia wizyt podatników w urzędach skarbowych.

„Koncepcja rozwoju Krajowej Informacji Podatkowej” stanowi uwieńczenie prac prowadzonych w zakresie modernizacji Krajowej Informacji Podatkowej. Dokument zawiera opis funkcjonowania Krajowej Informacji Podatkowej w dotychczasowej formule oraz przedstawia pożądane kierunki rozwoju. W załącznikach dodatkowo przedstawiono propozycje centralizacji Krajowej Informacji Podatkowej, koncepcję specjalizacji rzeczowej biur Krajowej Informacji Podatkowej oraz analizę działania podobnych do Krajowej Informacji Podatkowej instytucji w innych krajach.

Boryszew rusza na podbój USA. Fabryka w Meksyku ma dostarczać części samochodowe na rynek amerykański

0

CEO Magazyn Polska

Boryszew planuje wydać w 2015 r. na inwestycje do 160 mln zł. Głównie chce rozwijać produkcję dla przemysłu motoryzacyjnego w Polsce. Zamierza jednak też rozpocząć z Meksyku ekspansję na rynek w Stanach Zjednoczonych.

– W największym stopniu inwestować będziemy w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szeliga, prezes zarządu Grupy Boryszew.  Jeżeli chodzi o motoryzację, to na pierwszym miejscu jest zakład w Tychach i pod Toruniem oraz budowa nowego zakładu w Toruniu.

Boryszew podkreśla, że należy do największych grup przemysłowych w Polsce. Spółka to dziś nie tylko producent wyrobów z tworzyw sztucznych. Jej fabryki zajmują się też przetwarzaniem metali nieżelaznych oraz wyrobem podzespołów dla przemysłu samochodowego. W toruńskiej Elanie Boryszew planuje m.in. stworzyć fabrykę części do Volkswagena, z którym ściśle współpracuje. W Ostaszewie pod Toruniem spółka ma też fabrykę części samochodowych przejętą kilka miesięcy temu od japońskiej spółki Tensho.

– W motoryzację zainwestujemy około 80 mln zł, w przetwórstwo metali nieżelaznych około 60 mln zł, a w pozostałe segmenty od 10 do 15 mln zł, może 20 mln zł, szczególnie w segment chemiczny. W sumie przeznaczymy na inwestycje od 140 do 160 mln zł.

W latach 2010-2012 grupa przejęła kilka niemieckich fabryk motoryzacyjnych, umacniając swą pozycję na tym rynku. W sumie Boryszew ma swoje fabryki w 11 krajach. W najbliższym czasie ma w planach kolejne zagraniczne inwestycje.

– Kilka miesięcy temu zdecydowaliśmy się na ważny dla naszej grupy obszar inwestycyjny, czyli wejście do Meksyku, które oznacza rozpoczęcie sprzedaży do Ameryki Północnej  podkreśla prezes Grupy Boryszew.  To jest ogromny i ważny rynek z punktu widzenia motoryzacji. To są również nowi klienci, dla których do tej pory nie istnieliśmy, myślę tu o General Motors.

Zakład w Meksyku może też produkować części dla swego tradycyjnego partnera z Polski Volkswagena oraz dla BMW. Obie marki samochodów bardzo intensywnie rozwijają się bowiem w Ameryce Północnej. Fabryka ma powstać już wkrótce, a za 3-4 lata ma być to na tamtejszym rynku zakład  co najmniej średniej wielkości, który będzie zatrudniał 200-300 osób.

– Spodziewam się, że w ciągu 3-4 lat zakład w Meksyku powinien osiągnąć przynajmniej 30 mln dolarów rocznej sprzedaży – informuje prezes Piotr Szeliga z Grupy Boryszew. – Będziemy startować z obrotem rzędu 10 mln dolarów w pierwszym roku i przewidujemy bardzo intensywny rozwój. Liczymy na naszego głównego klient, ale trzeba zaznaczyć od razu, że w ogóle samochody europejskie dobrze sprzedają się w Ameryce Północnej. Liczymy również na dotarcie do klientów północnoamerykańskich.

Według raportu opublikowanego przez spółkę Boryszew miał po trzech kwartałach przychody przekraczające 3,8 mld zł, czyli o niemal 140 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający jednostce dominującej przekraczał 76 mln zł wobec niespełna 13 mln zł w tym samym czasie w 2013 roku.

Polskie spółki giełdowe są względnie tanie. To może zwiększyć liczbę fuzji i przejęć na naszym rynku

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku wielu zagranicznych inwestorów będzie myśleć o Polsce jako o miejscu na ulokowanie swego kapitału. Wyceny polskich spółek na giełdzie są atrakcyjne i można oczekiwać, że zwiększy to w przyszłym roku tempo fuzji i przejęć na naszym rynku.

W mijającym roku zagraniczni inwestorzy chcieli u nas kupować ciekawe firmy, ale wielu odstraszała wysoka cena. W regionie wygrywała na tym Turcja, gdzie jak podaje firma doradcza EY, w I półroczu doszło do 153 fuzji i przejęć wartych w sumie 5,5 mld dolarów. W Polsce w tym czasie podobnych transakcji było 112, a ich wartość nie przekroczyła 2,5 mld dolarów.

Widać to było zarówno wśród dużych spółek, grup kapitałowych, jak i funduszy private equity mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu kancelarii doradczej BTFG Audit. – Z jednej strony mówi się o tym, że rynek polski jest dobrym rynkiem, ponieważ jest oparty na bardzo stabilnej gospodarce, z drugiej strony często następuje zderzenie rzeczywistości z oczekiwaniami inwestorów – wyceny, są zbyt wysokie, by mogli je zaakceptować, więc część z nich szuka lepszych możliwości inwestycyjnych za granicą.

Sytuację może zmienić stabilizacja na polskiej giełdzie. Po wycofaniu z niej pieniędzy OFE wyceny wielu spółek spadły, więc jest teraz znacznie większa szansa na to, że sprzedającym i kupującym uda się uzgodnić kompromisową cenę, bo wskaźniki spółek giełdowych często służą jako benchmark dla całego rynku.

Oczekuję większej pokory ze strony sprzedających – podkreśla  Adam Ruciński. Z uwagi na to, że koniunktura na warszawskim parkiecie nie jest najlepsza, zainteresowanie inwestorów giełdą jest mniejsze, a to przekłada się na wyceny. Tym samym nie mieliśmy do czynienia z takim bardzo nieprzyjemnym momentem, kiedy to inwestor private equity, przychodząc do spółki, oferował jej cenę, oferował jej partnerstwo, a spółka kładła mu na stole gazetę ze wskaźnikami ceny do zysku, ceny do wartości księgowej, które były naprawdę astronomiczne, przez co nie pozwalały w rozsądny sposób na zawarcie tej transakcji.

W 2015 roku obok dotychczasowego trendu, czyli poszukiwania przez duże grupy kapitałowe możliwości inwestycyjnych, by się rozwijać i dywersyfikować swoją działalność, można oczekiwać wzmożonej aktywności funduszy private equity i venture capital.

– Część inwestorów zagranicznych postrzega Polskę bardzo dobrze i ma przygotowane środki, by tę działalność inwestycyjną w Polsce rozwijać uważa prezes BTFG Audit. Zobaczymy, ile z tych pieniędzy tak naprawdę trafi do Polski, a ile do całego regionu, ponieważ nigdy nie mówimy o jednym kraju, lecz o regionie. Musimy walczyć o te pieniądze i zobaczymy, na ile to się nam uda.

Obecnie nie należy oczekiwać, że kupujący będą mieli wielkie problemy z porozumieniem się ze stroną sprzedającą. Ceny spółek na warszawskiej giełdzie są relatywnie niskie i atrakcyjne dla nabywców. Szczególnie takich, którzy nie są zainteresowani spekulacją, lecz zarządzaniem i czerpaniem zysku z działalności spółek.

Jeśli spojrzymy na rynek polski, to dostrzeżemy, że ten rynek będzie teraz bardziej znormalizowany zwraca uwagę prezes Adam Ruciński z BTFG Audit. To dobrze, ponieważ teraz w wyniku reformy OFE, którego rola spadła, wyceny zaczynają normalnieć.

M. Czachor (Erste Securities): W nadchodzącym roku lekki wzrost obrotów spółek z sektora dystrybucji leków, ale kursy pozostaną stabilne

CEO Magazyn Polska

Administracyjne zmniejszenie marży hurtowej na leki refundowane z 6 do 5 proc. zrodziło trudną sytuację dla podmiotów z branży dystrybutorów leków. Rynek oczekuje stabilizacji prawnej w najbliższych latach i poprawy osiąganych wyników. Niskie stopy procentowe pomagają spółkom w obniżce kosztów finansowych.

– W sektorze dystrybucji leków, do którego zaliczamy m.in. Farmacol, Pelion czy Neucę, w 2015 r. spodziewam się lekkich wzrostów wynikających z nasilania procesów starzenia się społeczeństwa i niewielką poprawą marż – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska

Jego zdaniem mimo niezbyt atrakcyjnej wyceny spółek z sektora ich kursy nie zmienią się znacząco w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Od początku 2014 roku wartość akcji Farmacolu spadła o 30 proc., Pelion obniżył swoje notowania o 22 proc., a Neuca o 20 proc. To m.in. pokłosie wprowadzonych zmian legislacyjnych.

– W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z obniżką sztywnej marży na leki refundowane, co bardzo obniżyło wyniki spółek z całego sektora – mówi Marek Czachor. – Czynnik zmian w prawie wywiera decydujący wpływ na sytuację w branży.

W 2014 r. urzędowa marża hurtowa na leki refundowane została obniżona z 6 do 5 proc. Aktualnie prowadzone są prace nad nowelizacją ustawy Prawo farmaceutyczne, w ramach których postuluje się zakaz wywozu deficytowych leków do zagranicznych hurtowni z krajowego rynku. Tego typu praktyki wynikają ze znacznej różnicy cen farmaceutyków poza granicami Polski.

Zmiana marży odcisnęła swoje piętno na wynikach spółek. Pelion w okresie I-III kw. 2014 r. zanotował spadek zysku netto przypisanego akcjonariuszom podmiotu dominującego o 55 proc. do wartości 30,7 mln zł z 68,5 mln zł rok wcześniej. Z kolei Neuca obniżyła zyski o 25 proc. z 66,7 mln zł do 50,2 mln zł po wyłączeniu zdarzeń jednorazowych. Farmacol zarobił w tym czasie 63,32 mln zł, o 22,5 proc. mniej niż rok wcześniej.

– Przy analizie spółek z sektora dystrybucji leków przede wszystkim zwróciłbym uwagę na ich płynność, czyli cashflow jaki te spółki generują, i poziom należności. Widzimy, że część aptek i szpitali ma problemy płynnościowe, co skutkuje wydłużaniem terminów płatności – wyjaśnia analityk domu maklerskiego.

Jak dodaje ekspert, istotne są nie tyle zyski pokazane w rachunku zysków i strat, ile operacyjne przepływy pieniężne. W ocenie Czachora polityka ostrożnościowa i ta związana z zarządzaniem ryzykiem kredytowym polskich dystrybutorów jest konserwatywna, ale właściwa.

– Moim zdaniem polscy dystrybutorzy leków w kolejnych latach dołączą do procesów globalnej konsolidacji w branży albo zostaną przejęci przez graczy międzynarodowych.

Pelion, Farmacol i Neuca kontrolują 2/3 polskiego rynku, a tylko Pelion zdecydował się wyjść za granicę. Podmioty z sektora są bierne w kwestii ekspansji, a w branży światowej dominują raczej procesy konsolidacyjne.

– Środowisko niskich stóp procentowych wpłynęło na obniżkę kosztów finansowych raportowanych przez spółki dystrybucyjne. – tłumaczy Czachor. – Dystrybucja leków opiera się na wysokim zaangażowaniu kapitału pracującego [aktywa obrotowe, zobowiązania bieżące – red.], co prowadzi do wzrostu długu wśród spółek. Z kolei wyraźny spadek WIBOR-u pozwolił firmom obniżyć koszty.

Rada Polityki Pieniężnej w październiku br. dokonała ostatniej obniżki poziomu stóp procentowych. Podstawowa referencyjna stopa procentowa spadła o 50 punktów bazowych z 2,5 proc. do 2,0 proc.

Jak wynika z raportu ośrodka badawczego PMR Research z listopada br., rynek dystrybucji farmaceutyków jest warty 24,4 mld zł i w tym roku zanotował 2-proc. wzrost. Zdaniem ekspertów lata 2015-2019 okażą się lepsze dla branży ze względu na jej stabilizację wywołaną brakiem zapowiedzi kolejnych obniżek marży hurtowej na leki refundowane.

Ceny prądu i gazu bez większych zmian

CEO Magazyn Polska

Ceny gazu i prądu na początku 2015 r. pozostaną niemal bez zmian w stosunku do obecnego roku. Zatwierdzona przez Urząd Regulacji Energetyki taryfa PGNiG zakłada nieznaczną obniżkę cen samego gazu, ale podrożeje za to dystrybucja. W obszarze energii elektrycznej pomimo 90-proc. wzrostu liczby osób zmieniających sprzedawcę prądu konkurencja nie zapobiegła minimalnej podwyżce.

Jeżeli chodzi o paliwo gazowe, to ceny nie ulegają zmianie. Co prawda samo paliwo lekko tanieje, ale koszty dystrybucji wzrastają. Tym samym następuje kompensacja, więc odbiorcy z gospodarstw domowych nie powinni zauważyć żadnego wzrostu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Bando, prezes Urzędu Regulacji Energetyki. ‒ Energia elektryczna notuje bardzo niewielki wzrost. W zależności od miejsca zamieszkania odbiorcy w gospodarstwach domowych możemy się spodziewać wzrostu od 1 do 2 zł w skali miesiąca.

Na ceny gazu duży wpływ mają niezbędne inwestycje. Z tego powodu podrożały koszty przesyłu – o od 1,5 proc. dla odbiorców EuRoPol Gazu do 6,4 proc. dla odbiorców Gaz-System. Sam gaz dla klientów PGNiG Odbiór Detaliczny jednak potanieje o od 0,8 do 1,8 proc. w zależności od typu gazu. Dla odbiorców przemysłowych spadki wyniosą 1,4 proc. lub 4 proc.

Prezes URE przypomina, że taryfy gazowe zostały zatwierdzone jedynie na cztery miesiące. W marcu urząd przeprowadzi analizę, która w obliczu zmieniających się warunków na tym rynku może doprowadzić do zatwierdzenia innych taryf.

Jak wyjaśnia Bando, prąd nieznacznie podrożeje, bo rosną koszty dystrybucji. Firmy zajmujące się przesyłem energii muszą pozyskać środki na inwestycje, które są niezbędne z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, m.in. takie, które zapobiegną przerwom w dostawach w trudnych warunkach pogodowych.

Musimy odbudować nasze sieci dystrybucyjne i przesyłowe, musimy wzmocnić konstrukcje wsporcze, wybudować nowe transformatory, a to wszystko trzeba finansować. To finansowanie to właśnie część dystrybucyjna w naszych rachunkach, stąd niewielki wzrost – musimy ponosić te nakłady, to jest kwestia bezpieczeństwa – zaznacza Bando.

Za niewielki wzrost odpowiadają również coraz większe wymagania dotyczące zielonych certyfikatów, czyli zapewnienia odpowiedniego udziału energii odnawialnej. Bando dodaje, że w cenie energii elektrycznej zawarte są również obowiązki związane ze wspieraniem kogeneracji, czyli równoczesnej produkcji ciepła i energii elektrycznej w elektrociepłowniach.

Energia elektryczna nieznacznie podrożeje pomimo uwolnienia rynku. Już 400 tys. odbiorców zdecydowało się zmienić sprzedawcę prądu – w tym roku liczba zmian wzrosła o 90 proc. wśród odbiorców indywidualnych i o 30 proc. wśród firm.

Bando zwraca jednak uwagę na to, że URE nie zależy na samych zmianach sprzedawców, lecz przede wszystkim na tym, by były one przeprowadzane bezpiecznie.

Dla mnie najważniejsze jest to, by ludzie, którzy dokonali zmiany, nie poczuli, że ich sytuacja się pogorszyła. Więc lepiej wolniej i bezpieczniej – podkreśla Bando. ‒ To, co budzi naszą szczególną troskę, to to, że zdarzają się nieuczciwi sprzedawcy czy pośrednicy. Takie działania nigdy nie uzyskają naszej akceptacji. Stąd też apel do wszystkich odbiorców energii: uważnie czytajcie oferty.

Od stycznia ważne zmiany w CIT

0

CEO Magazyn Polska

Od 1 stycznia przedsiębiorców czekają zmiany w podatkach. Zgodnie z nowymi przepisami zmieniają się zasady tzw. cienkiej kapitalizacji. Do kosztów uzyskania przychodu nie będą mogły być zaliczane odsetki od pożyczek od podmiotów powiązanych pośrednio. Do tej pory ograniczenie to dotyczyło tylko podmiotów powiązanych bezpośrednio. Eksperci podkreślają, że zmiany nie upraszczają przepisów, a dla przedsiębiorców oznaczają większe obciążenia.

Wśród wielu zmian, jakie wchodzą w życie od stycznia 2015 roku, najważniejsze są te dotyczące przepisów o tzw. cienkiej kapitalizacji, datio in solutum [świadczenie w miejsce wykonania – red.]. Z praktycznego punktu widzenia istotne znaczenie mają też zmiany dotyczące dokumentacji podatkowych, m.in. certyfikatów rezydencji – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosława Zugaj, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Zdaniem Mirosławy Zugaj istotne dla spółek będą zmiany dotyczące cienkiej kapitalizacji, czyli sytuacji, gdy podmiot będący udziałowcem danej spółki finansuje jej działalność poprzez udzielane pożyczki. Takie działania pozwalają na obniżanie należności podatkowych. Inny będzie zakres podmiotów, od których zaciągnięta pożyczka podlega przepisom o cienkiej kapitalizacji. Dotychczas do kosztów uzyskania przychodu nie mogły być zaliczane odsetki od pożyczek udzielanych między podmiotami związanym bezpośrednio. Od 2015 roku będzie to dotyczyło także podmiotów związanych pośrednio (czyli podmiotów, które posiadają w kapitale podatnika oraz w kapitale podmiotu udzielającego podatnikowi pożyczki udział pośredni wynoszący minimów 25 proc. udziałów lub akcji).

Zmianie ulega też zasada liczenia odsetek, które nie mogą stanowić kosztów uzyskania przychodu. Do końca tego roku parametrem, do którego należało się odnosić, była wartość zadłużenia i trzykrotność kapitału zakładowego. Od stycznia 2015 roku będzie to nadal wartość zadłużenia i wysokość kapitału własnego, ale w proporcji 1:1 – mówi ekspertka.

W ustawie doprecyzowany zostanie też sposób wyliczenia tej części odsetek, która podlega wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodu. Zaliczone do kosztów będą mogły być odsetki do wysokości stopy referencyjnej NBP powiększonej o 1,25 proc. pomnożonej przez wartość podatkową aktywów. Łączna wartość odsetek w ciągu roku nie może przekroczyć połowy uzyskanego zysku operacyjnego podatnika.

Drugą ważną zmianą jest to, że przychodem podatnika będzie od nowego roku wysokość świadczenia pieniężnego, które ureguluje on w formie niepieniężnej. Jeśli podatnik miał zobowiązanie z tytułu pożyczki czy kredytu i nie spłacał go w gotówce, ale np. przeniósł własność nieruchomości, to wartość zobowiązania uregulowanego w ten sposób będzie przychodem. Co ważne, jeżeli wartość świadczenia niepieniężnego będzie większa niż wartość zobowiązania pieniężnego, przychodem będzie wartość rynkowa zobowiązania niepieniężnego – mówi Zugaj.

Podaje przykład, zgodnie z którym jeżeli spółka miała wypłacić swojemu wspólnikowi 10 tys. zł dywidendy, ale przeniosła na niego własność nieruchomości o wartości 100 tys. zł, to przychodem dla tej spółki będzie 100 tys. zł.

Ekspertka podkreśla, że wprowadzane zmiany nie tylko nie upraszczają przepisów, lecz także dla przedsiębiorców mogą oznaczać wyższe obciążenia podatkowe.

Dla podatników, którzy utrzymują kontakty z zagranicznymi kontrahentami, ustawa doprecyzowuje zasady stosowania certyfikatów rezydencji, czyli dokumentów potwierdzających rezydencję podatkową zagranicznego kontrahenta, i ustalania ich terminu ważności. W przypadku certyfikatu bez wskazanego terminu ważności przyjmuje się, że powinien być on honorowany przez podatnika przez 12 miesięcy. W przypadku niedopełnienia przez zagraniczny podmiot aktualizacji certyfikatu odpowiedzialność spadnie właśnie na niego. Posiadanie tego dokumentu umożliwia m.in. zastosowanie zwolnień z podatku u źródła lub obniżonych stawek tego podatku na podstawie np. umów międzynarodowych.

Dochody członków rad nadzorczych będą ozusowane. Od nowego roku składki emerytalne i rentowe będą obowiązkowe

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku od wynagrodzeń członków rad nadzorczych będą odprowadzane składki na ZUS. Spółki obliguje do tego znowelizowana ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych. To może oznaczać większe wydatki spółek i mniejsze dochody członków rad.

Dotąd członkowie rad nadzorczych od swego wynagrodzenia poza podatkiem płacili jedynie składki zdrowotne.

– Teraz obowiązkowa będzie składka emerytalna, rentowa oraz zdrowotna, nieobowiązkowa będzie natomiast wypadkowa i chorobowa mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Zwolińska, radca prawny z Kancelarii DLA Piper. – Składki będą odprowadzane niezależnie od tego, czy członek rady nadzorczej ma jakiś inny dochód, na przykład z innych umów: umowy o pracę czy umowy-zlecenia, a także niezależnie od tego, czy jest emerytem lub rencistą.

Podstawą wymiaru składki będzie wynagrodzenie otrzymywane przez członka rady nadzorczej. Realnie zostanie ono pomniejszone o 11,26 proc., natomiast spółka będzie musiała zapłacić za ubezpieczonego 16,26 proc. jego wynagrodzenia.

W Polsce rady nadzorcze działają w spółkach. Obowiązkowe są w spółkach akcyjnych oraz tych spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością, w których jest ponad 25 wspólników, a kapitał przekracza 0,5 mln zł. W pozostałych zależą od woli udziałowców. W każdej radzie zasiadają co najmniej trzy osoby, a w niektórych spółkach co najmniej pięć osób.

– Trochę inaczej może wyglądać ta sytuacja w przypadku członków rady nadzorczej spółek publicznych, spółek z udziałem Skarbu Państwa, a inaczej w przypadku członków rady nadzorczej spółek prywatnych mówi radca prawny Kancelarii DLA Piper. – W spółce prywatnej może być taka sytuacja, że wynagrodzenie członka rady nadzorczej może zostać powiększone o wysokość składki, którą należy odprowadzić. W ten sposób po zmianach jego wynagrodzenie nie ulegnie zmianie. W przypadku spółek z udziałem Skarbu Państwa nie będzie takiej swobody powiększenia tego wynagrodzenia.

W przypadku spółek z udziałem Skarbu Państwa, gdzie członkowie rad nadzorczych otrzymują maksymalne wynagrodzenie, nie będzie to możliwe. W ich wypadku podstawą do wyliczenia maksymalnego wynagrodzenia jest tzw. kwota bazowa. Ta zaś jest już od dłuższego czasu zamrożona. W 2014 r. podstawą było miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (bez wypłat nagród z zysku) w IV kwartale 2011 roku.

Na rynku wtórnym w Warszawie najbardziej cenione mieszkania sprzed 1960 r. i z ostatnich 15 lat

Prawie połowa transakcji na wtórnym rynku mieszkaniowym w Warszawie obejmuje lokale w blokach z wielkiej płyty budowanych w latach 1960-1990. Tylko jedna czwarta rynku to mieszkania wybudowane po 2000 r. W niektórych dzielnicach mogą one być jednak nawet droższe niż mieszkanie nowe – na Żoliborzu nawet o ponad tysiąc złotych. W cenie są też stare lokale sprzed 1960 r.

Najdroższe są te mieszkania, które powstały po roku 2000. W części dzielnic są one nawet droższe od mieszkań obecnie oferowanych przez deweloperów na rynku pierwotnym. Wynika to z różnych czynników. Część osób kupiła te mieszkania w okresie hossy i nie chce ich sprzedawać ze stratą. Te mieszkania jednak się sprzedają, również dlatego że w okresie hossy deweloperzy nie oszczędzali – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation.

Po zastoju w latach 90. (mieszkania z tego okresu to tylko 6 proc. rynku wtórnego) na początku tego wieku powstało wiele nowych inwestycji. Znajdowały się one często w najlepszych dostępnych lokalizacjach, a standard mieszkań był wysoki. To tłumaczy wyższą cenę tych mieszkań nawet od tych obecnie budowanych.

Jak wynika z raportu Emmerson Evaluation, mieszkania z roku 2000 na rynku wtórnym są droższe niż nowe lokale m.in. na Żoliborzu (o prawie 1,4 tys. zł za mkw.), Ursynowie (o prawie 500 zł) i w Śródmieściu (ponad 200 zł). Z drugiej strony w Wawrze mieszkania na rynku pierwotnym są o prawie 1,2 tys. zł droższe.

Dobrze wartość zachowują też mieszkania sprzed ponad półwiecza. Lokale oddane do roku 1960 były budowane w cenionej dziś technologii murowanej, a do tego znajdują się zwykle w centralnych lokalizacjach w mieście.

Są takie dzielnice w Warszawie, w których praktycznie nie ma mieszkań sprzed roku 1960  przykładem może być Ursynów czy Białołęka. Są też dzielnice, gdzie udział tych budynków jest dosyć duży, na przykład Praga-Północ – wyjaśnia Książak. ‒ Największy sprzedaje się jednak mieszkań z okresu wielkiej płyty, czyli lat 1960-1990  to ponad połowa transakcji, które odbyły się w Warszawie w pierwszym półroczu.

Na Pradze-Północ mieszkania sprzed 1960 r. to aż 71 proc. wszystkich transakcji na rynku. Starsze lokale mają również spory udział na Ochocie (57 proc.) i w Śródmieściu (56 proc.).

Ponad 55-letnie mieszkania są najdroższe w Śródmieściu (prawie 9,7 tys. zł za mkw.), na Żoliborzu (niemal 8,3 tys. zł) oraz Mokotowie (7,8 tys. zł). Najtaniej lokale sprzed 1960 r. można kupić w Ursusie i Rembertowie.

Książak dodaje, że podsumowując cały rynek, można powiedzieć, że w tym roku zaobserwowano niewielki wzrost cen. Jednak z uwagi na rosnącą podaż nowych mieszkań i duże inwestycje deweloperów, wkrótce ten trend wyhamuje. Książak ocenia, że w 2015 r. nastąpi stabilizacja cen – mogą one wahać się co najwyżej o 1-2 proc. w górę lub w dół.

Admiral Boats inwestuje w Tczewie. Spółka skonsoliduje produkcję łodzi tam i w Bojanie

0

CEO Magazyn Polska

Spółka Admiral Boats inwestuje w możliwości produkcyjne zakupionej w 2013 r. stoczni rzecznej w Tczewie. Do lutego przyszłego roku zakończy się budowa hali, w której produkowane będą duże elementy z laminatu. Docelowo spółka planuje skonsolidować produkcję w dwóch miejscach – w siedzibie zakładu w Bojanie koło Gdyni oraz w Tczewie, gdzie będą powstawać również wielkogabarytowe elementy stalowe.

Basen portowy, pochylnia, urządzenia skipowe i duża powierzchnia hal przemysłowych idealnie nadają się do tego, by produkować tam duże elementy zarówno stalowych okrętów, jak i lądowych. I w tym kierunku między innymi będziemy rozwijać jedną z naszych gałęzi działalności – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats.

Spółka zakupiła majątek po upadłej Stoczni Tczew już w maju 2013 r. Pierwsze łodzie wyprodukowane w nowych zakładach opuściły Tczew w marcu br. Admiral Boats rozpoczął duży program inwestycyjny w tej stoczni. Jak podkreśla Bartoszewicz, zakłada on stopniowy rozwój, a pierwszy etap rozbudowy zakończy się już wkrótce.

Proces inwestycyjny, który sobie założyliśmy, czyli dobudowanie hali i modernizację obecnej infrastruktury, planujemy zakończyć najpóźniej do lutego przyszłego roku – mówi Bartoszewicz.

Nowy zakład produkcyjny to dla spółki również szansa na konsolidację produkcji i tym samym redukcję kosztów. Siedziba firmy mieści się w Bojanie, nieopodal Gdyni, ok. 60 km od Tczewa. Możliwości produkcyjne zakładów w Bojanie nie były jednak wystarczające i dotychczas spółka musiała wynajmować hale w trzech innych miejscowościach.

Bartoszewicz podkreśla, że takie rozwiązanie było nieefektywne kosztowo oraz z punktu widzenia zarządzania. Wyklucza jednak zmianę siedziby spółki lub rezygnację z produkcji w Bojanie, również ze względu na pracowników.

Nie zawsze wszystkim pracownikom będzie służyło przeniesienie produkcji w jedno miejsce, a my staramy się uwzględniać także dobro pracowników. Nie ma też powodu, by pozbywać się nieruchomości, które są naszą własnością. Sprzedawanie ich w tej chwili nie wydaje mi się rozsądne – podkreśla Bartoszewicz.

Branża budowlana miała nie najlepszy rok. Perspektywy są jednak znacznie lepsze, zwłaszcza w segmencie drogowym

CEO Magazyn Polska

To nie był dobry rok dla spółek budowlanych. Ich wyniki rozczarowały inwestorów, a ceny akcji większości są nieco niższe niż pod koniec zeszłego roku. Wiele wskazuje jednak na to, że 2015 rok będzie dla części z nich zdecydowanie lepszy.

Problemem polskiej branży budowlanej była w 2014 r. luka w dopływie środków unijnych. Te z perspektywy 2007-2013 kończono wydawać, zaś tych z perspektywy 2014-2020 jeszcze nie zaczęto. W rezultacie sporo firm realizowało projekty komercyjne, a duża konkurencja wymuszała niższe marże.

Spółki, które były obecne w segmencie drogowym, przeniosły część mocy do segmentu kubaturowego mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pado, analityk DM BDM. W 2015 roku, kiedy ruszą inwestycje w segmencie drogowym, konkurencja powinna się trochę zmniejszyć. Wydaje się jednak, że marże w tym segmencie są na dosyć niskim poziomie, poza tym dosyć duża konkurencja, dlatego trudno oczekiwać, że te marże będą sporo wyższe od obecnych.

O ile jednak wyniki większości spółek budowlanych w roku 2014 są oceniane jako przeciętne, o tyle podpisane kontrakty i rozpoczęte inwestycje wyglądają już znacznie lepiej. Pozwalają inwestorom oczekiwać znacznie lepszych wyników w przyszłym roku.

Rok jednak przyniósł sporo kontraktów w segmencie drogowym, startują również projekty unijne, no i jest segment energetyczny zwraca uwagę Krzysztof Pado. Natomiast pod względem wyników branża budowlana rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę w wynikach można pokazywać różne rzeczy. Ogólnie początek księgowania kontraktów powinien charakteryzować się wyższymi marżami i spółki pewnie będą podchodzić do tego dosyć optymistycznie.

Co istotne, na rynku nie widać jeszcze jakiegoś mocnego wzrostu cen materiałów, więc wydaje się, że rentowność działających w branży budowlanej firm również powinna wzrosnąć.

Ciekawym segmentem wydaje się sektor energetyczny ocenia analityk DM BDM. W 2014 roku dopięte zostały sprawy formalne związane z dużymi inwestycjami energetycznymi w Opolu, Jaworznie i Kozienicach. Te kontrakty szybciej lub wolniej wchodzą w fazę realizacji. Wydaje się więc, że spółki podwykonawcze z tego sektora energetycznego powinny pokazywać coraz lepsze wyniki w ciągu najbliższych dwóch lat.

Na rynku jest też kilka ciekawych spółek, których kursy systematycznie rosną, zauważa Krzysztof Pado. Zwraca m.in. uwagę na Mostostal Zabrze, który przeszedł w ostatnich dwóch latach dosyć dużą restrukturyzację, a dodatkowo spółka sprzedała lub jest w trakcie sprzedaży nieruchomości, które pozwolą zasilić w istotny sposób kapitał w 2015 roku. Jest też Polimex-Mostostal, który przechodzi stopniową restrukturyzację.

Wydaje się, że najtrudniejsze chwile spółki są już za nią, ponieważ udało się skonwertować obligacje na kapitał. Oczywiście skutkuje to bardzo negatywnymi informacjami dla akcjonariuszy, bo ta emisja konwertująca była na bardzo niskich poziomach. Przed spółką jeszcze wyzwanie sprzedaży segmentu produkcyjnego, z którego mogłaby pozyskać gotówkę na działalność. Co do perspektyw Polimeksu, to ta spółka na pewno jest dużo mniejszym podmiotem niż to było trzy, cztery lata temu. Jest obecnie takim starszym podmiotem średnim, a nie liderem rynku i skupia się na kontraktach energetycznych.

Natomiast zdaniem Krzysztofa Pady w przyszłym roku nie ma co jeszcze liczyć na odbicie w segmencie budownictwa kolejowego. Kolejne miesiące będą czasem rozliczania starych kontraktów, a przychody z nowej perspektywy inwestorzy zobaczą dopiero w wynikach za 2016 rok.

DM BOŚ: ropa może jeszcze potanieć, ale potencjał spadków nie jest już duży

CEO Magazyn Polska

O ponad 40 procent spadły ceny ropy w 2014 roku, a ich obecny poziom ok. 60 dolarów za baryłkę wcale nie musi oznaczać końca spadków. Na wyraźne zanegowanie trendu na razie się nie zanosi, bo produkcja w Stanach Zjednoczonych i Arabii Saudyjskiej utrzymuje się na wysokim poziomie. Pozostałe państwa skupione w kartelu OPEC także nie zamierzają jej zmniejszyć. Ale przy takich poziomach cen anulowane są niektóre inwestycje. Notowania mają zatem potencjał spadkowy, ale nie jest on już zbyt duży.

Na pewno na rynku ropy naftowej teraz wyraźnie widzimy trend spadkowy i dopóki nie zostanie on zanegowany, dopóty możemy się spodziewać dalszych spadków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Trudno, przynajmniej na razie, ocenić, jak długo i w jakim zakresie mogą jeszcze spaść jej notowania. Na pewno dużo będzie zależało od tego, co zrobią kraje, które surowiec ten produkują oraz jak zareagują na przedłużający się już okres niskich cen ropy naftowej.

Produkcja ropy w Stanach Zjednoczonych pozostaje na wysokim poziomie i raczej utrzyma się na nim również na początku przyszłego roku.

Wciąż widzimy również, że Arabia Saudyjska, która wytwarza ogromne ilości ropy, nie zdecyduje się na razie na jakiekolwiek cięcia produkcji – zauważa Dorota Sierakowska. – Ostatnio pojawiły się także informacje o tym, że w styczniu eksport ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej do Chin pozostanie na stabilnym poziomie, co pokazuje, że kraj ten raczej będzie się również starał utrzymać swój udział w rynku niezależnie od poziomu cen, nie ograniczając produkcji.

Docelowego poziomu cen ropy jednak, jak twierdzi Sierakowska, nie sposób określić. Pojawiły się, co prawda, spekulacje, że może on spaść do 50, 30, a nawet 15 dol. za baryłkę. Są one jednak – jej zdaniem – przedwczesne.

Dużo rzeczy będzie się wyjaśniało w kolejnych kilku miesiącach – prognozuje Dorota Sierakowska. – Na pewno większość krajów nie może sobie pozwolić, aby notowania ropy naftowej długo pozostawały na poziomach niższych niż 50 dolarów za baryłkę, ponieważ taki w większości jest koszt wydobycia. W najbardziej komfortowej sytuacji pod tym względem jest oczywiście Arabia Saudyjska, gdzie koszt wydobycia wynosi zaledwie kilkanaście dol. Kraj ten jest więc najlepiej przygotowany na niskie ceny. Nie sądzę jednak, by notowania mogły zejść do takiego poziomu.

Już przy obecnych cenach ropy naftowej, jak zauważa Sierakowska, niektóre kraje rewidują plany inwestycyjne w infrastrukturę wydobywczą.

Anulowane są niektóre projekty, które miały zostać wprowadzone w przyszłym roku, inne przesuwane są na bliżej nieokreśloną przyszłość – argumentuje Dorota Sierakowska. – Widać zatem, że już obecne notowania, czyli poziom około sześćdziesięciu dolarów za baryłkę zarówno w przypadku ceny ropy WTI, amerykańskiej, jak i ropy Brent, powoduje, że niektórzy producenci zaczynają rewidować plany. Sądzę więc, że notowania ropy naftowej mają jeszcze potencjał spadkowy. Ale nie jest on już zbyt duży.

16 grudnia cena baryłki amerykańskiej ropy WTI spadła do rekordowo niskiego poziomu poniżej 55 dol. za baryłkę, a ropa Brent poniżej 59 dolarów. Ostatni raz czarne złoto było tak nisko wyceniane w 2009 roku.

Minęła hossa na rynku dłużnych papierów skarbowych. W 2015 r. alternatywą będą bardziej ryzykowne obligacje korporacyjne

CEO Magazyn Polska

Rynek obligacji skarbowych w 2014 r. był wyjątkowo łaskawy dla inwestorów. Głównym powodem okazał się konflikt na Wschodzie, który skierował kapitał ku bezpiecznym aktywom. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że w przyszłym roku na równie wysokie zarobki nie należy liczyć. Większe zyski mogą dać obligacje korporacyjne i samorządowe.

2014 rok zapisze się jako kolejny bardzo dobry okres na rynku obligacji. Jeśli zainwestowalibyśmy w styczniu w polskie 10-letnie obligacje skarbowe i sprzedalibyśmy je w listopadzie tego roku, zrealizowalibyśmy dochód powyżej 20 proc., czyli bardzo wysoki jak na taką bezpieczną klasę aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Investor Błażej Wajszczuk, analityk BNP Paribas.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy dochodowy indeks obligacji skarbowych TBSP.Index (Treasury BondSpot Poland) wzrósł o ok. 9 proc. z poziomu 1500 pkt do 1640 pkt. Wskaźnik bierze pod uwagę 18 serii papierów dłużnych o rynkowej wartości 380 mld zł.

Ekspert ocenia, że w 2015 r. podobne stopy zwrotu na rynku skarbowych papierów dłużnych nie będą możliwe.

W przyszłym roku nie ma szans na realizację tak pozytywnego scenariusza. Żeby inwestorzy mogli uzyskać 20-proc. stopę zwrotu, rentowności obligacji musiałyby spaść do poziomów ujemnych – przekonuje Wajszczuk. – Z drugiej strony patrząc na realne wysokie stopy procentowe i mniejsze oczekiwania co do ich obniżek, nie spodziewałbym się większej wyprzedaży na rynku obligacji.

Jak tłumaczy analityk BNP Paribas, głównym czynnikiem atrakcyjności takich instrumentów był konflikt na Ukrainie. Najpierw spowodował gorsze oceny polskiej i europejskiej gospodarki, co zwróciło uwagę inwestorów ku obligacjom jako papierom bezpiecznym.

Drugim powodem stały się obustronne sankcje Rosji i Europy, co pogorszyło odczyty inflacji i PKB. Poza tym październikowa obniżka stóp procentowych przez RPP tylko spotęgowała rosnące wyceny obligacji skarbowych – zaznacza Błażej Wajszczuk.

W 2015 r. sytuacja na rynku będzie zależeć głównie od działań banków centralnych. W styczniu inwestorzy oczekują decyzji EBC co do możliwego uruchomienia programu luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów (głównie obligacji) od banków komercyjnych i rządów w zamian za gotówkę mającą pobudzić gospodarkę. Powodem m.in. coraz niższa inflacja – EBC w strefie euro w 2014 r. szacuje jej odczyt na poziomie 0,3 proc.

Rynki równie uważnie obserwują kroki amerykańskiego Fedu w kontekście zapowiadanej podwyżki stóp procentowych. Trzecim, nowym czynnikiem są notowania ropy naftowej. Jeśli obserwowana cena około 60 dolarów za baryłkę utrzyma się, będziemy mieli do czynienia z niesamowitym przepływem dobrobytu z krajów eksporterów do krajów importerów surowców, co na pewno będzie wspierać wzrost gospodarczy, także w Polsce – mówi Błażej Wajszczuk.

Szansą dla inwestorów szukających atrakcyjnego zwrotu są obligacje korporacyjne i samorządowe, które mimo wyższego ryzyka są w pewnym stopniu kontrolowane i przewidywalne.

W przyszłym roku na pewno inwestorzy będą poszukiwać rentowności i ta klasa aktywów z pewnością będzie się rozwijać, szczególnie po wejściu w życie niedawno przyjętej Ustawy o obligacjach – przyznaje ekspert.

28 listopada Sejm uchwalił nową Ustawę o obligacjach. Akt prawny wejdzie w życie 1 lipca 2015 r. i zastąpi ustawę za 1995 r. Przede wszystkim projekt ma na celu pobudzenie rozwoju rynku nieskarbowych papierów dłużnych. Jedną z istotnych zmian jest ustanowienie instytucji zgromadzenia obligatariuszy, czyli podmiotu reprezentującego inwestorów danej serii obligacji wobec emitenta.  

Oczekiwana stopa zwrotu zależy od podjętego przez nas ryzyka kredytowego emitenta. Sektor budowlany oferuje zwroty 300-400 punktów [3-4 proc. – red.] wyższe niż obligacje skarbowe, miasto Warszawa – około 100-150 pkt. Im wyższe ryzyko, tym rentowności bardziej atrakcyjne. Musimy jednak pamiętać, że kupując takie papiery, kupujemy ryzyko dłużne spółki – podsumowuje Błażej Wajszczuk.

Ostatnim dużym przykładem upadłości spółki, której obligacje były notowane na Catalyst, jest deweloper GC Investment. 2 grudnia Sąd Rejonowy w Katowicach wydał postanowienie o upadłości firmy z możliwością zawarcia układu. Tym samym spółka nie wykupiła papierów serii W o nominale 17,5 mln zł. Dla ich posiadaczy to dodatkowe trudności i komplikacje z odzyskaniem wierzytelności. 

Rynek centrów handlowych kwitnie. Powstają galerie w mniejszych miejscowościach, a duże obiekty w aglomeracjach są modernizowane

0

CEO Magazyn Polska

Na rynku centrów handlowych nie ma zastoju. Inwestorzy wciąż stawiają nowe obiekty oraz rozpoczynają modernizację istniejących. Polacy bowiem nie tylko coraz chętniej odwiedzają galerie, lecz także spędzają w nich coraz więcej czasu.

Jest to trend widoczny nie tylko w Polsce, lecz także całej Europie. Centrum handlowe coraz częściej staje się dla klientów miejscem spotkań, rozrywki, spędzania wolnego czasu. Inwestorzy to dostrzegli i poszerzają część gastronomiczną i lifestylową, aby dostarczyć ludziom takiej przestrzeni, jakiej oczekują.

Klienci korzystają z obiektów handlowych nie tylko po to, aby dokonać zakupu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. Coraz chętniej korzystają z części rozrywkowej, restauracyjnej, jest to między innymi związane z tym, że łatwo jest zaparkować samochód na dużych i nowoczesnych parkingach, które znajdują się przy galeriach handlowych To jest dzisiaj taki społeczny meeting point dla wielu osób.

W Polsce działa ponad 430 wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, których łączna powierzchnia przekracza 10 mln mkw. Z tego w tym roku jak podaje firma doradcza Cushman & Wakefield wybudowano już ponad 300 tys. mkw. Większość z istniejących centów handlowych powstała jednak przed 2009 rokiem, a ponad 40 proc. ma więcej niż 10 lat dodaje firma DTZ. To oznacza, że wiele obiektów czeka modernizacja. Jej celem jest tak zmienić centrum, by zatrzymać w nim klienta jak najdłużej.

Myślę, że to klienci trochę ten trend spowodowali zwraca uwagę Anna Szmeja-Kroplewska.  To oni są tą częścią rynku, która wymusiła niejako na inwestorach powiększanie tej części food-courtowej, bo po prostu chcieli z niej korzystać i to, że obserwowaliśmy wzmożony ruch w częściach restauracyjnych w obiektach handlowych w Polsce, było konsekwencją zainteresowania klientów restauracjami i kawiarniami. Inwestorzy podejmują pracę, aby właśnie taką przyjazną powierzchnię w centrach stworzyć.

Centrum handlowe to wielka i kosztowna inwestycja. Właściciele starają się je więc modernizować tak, by ani na chwilę nie przestały zarabiać. To oznacza, że remont trzeba zorganizować w taki sposób, by nie odstraszał klientów.

Myślę, że dla klienta najważniejsze jest to, aby prace związane z modernizacją, przebudową czy rozbudową nie wpływały na komfort związany z przebywaniem w obiekcie ocenia dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. Na bezpieczeństwo czy dobre samopoczucie, to jest tak naprawdę największym wyzwaniem, zarówno zarządcy, jak i inwestora. Natomiast skala modernizacji to bardzo indywidualna kwestia.

Czasem wystarczą stosunkowo niewielkie prace, związane ze zmianą małej architektury, np.: wymianą ławek, zieleni i mebli w częściach restauracyjnych Innym razem konieczne są dużo większe i bardziej skomplikowane prace remontowe części wspólnych, ciągów komunikacyjnych z klatek schodowych czy toalet. Jednak te modernizacje nie wystarczą na chłonnym polskim rynku. Polacy są coraz zamożniejsi i swoje centra handlowe chcą mieć też mieszkańcy mniejszych miast.

To są dwa niezależne trendy podkreśla Anna Szmeja-Kroplewska z PRCH. Na pewno będą powstawały nowe galerie w mniejszych miastach. Natomiast analizując wiek istniejących dużych centrów w dużych miastach, naturalną kolejną rzeczy jest to, że wraz z rosnącą konkurencją na rynku pojawia się też potrzeba unowocześnienia i stworzenia atrakcyjnego miejsca właśnie dla klientów w starszych obiektach.

Od jutra nowe obowiązki e-sklepów i telemarketerów. Na zwrot towaru kupionego online będzie 14 dni

CEO Magazyn Polska

Z 10 do 14 dni wydłuży się czas, w jakim konsument będzie mógł zwrócić zakupiony w sieci lub przez telefon produkt – to jedna z istotniejszych zmian, jakie od jutra wprowadzi ustawa o prawach konsumentach. Nowe przepisy zwiększają również obowiązki informacyjne przedsiębiorców. Będą oni musieli wyraźnie informować m.in. o wszystkich kosztach zakupu, a w przypadku dodatkowych płatności każdorazowo będą musieli uzyskać na nią zgodę klienta.

Przedsiębiorcy w toku zawierania umowy będą mieli obowiązek podawania całkowitej ceny produktu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). – Dotychczas nie zawsze było jasne, ile zapłacimy na koniec transakcji. Konsument musiał dopytywać przedsiębiorcę, jakie składniki składają się na ostateczną cenę. W nowym reżimie prawnym to przedsiębiorca będzie musiał jasno komunikować, jaka jest finalna wartość produkt.

Przedsiębiorca będzie musiał poinformować konsumenta o wzorze formularza odstąpienia od umowy. Ustawa z 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta wprowadza także obowiązek informowania kupujących o tym, że ewentualny spór dotyczący transakcji można rozwiązać polubownie. Nowe przepisy wydłużą również czas, jaki konsument ma na zwrot zakupionego towaru (lub odstąpienie od umowy) bez podawania przyczyny – od 25 grudnia będzie to 14 dni. Taki sam termin będzie obowiązywał również w innych krajach Unii Europejskiej.

Jeżeli kupujemy produkt na pokazie czy w internecie, to mamy takie uprawnienia, jakie przysługują konsumentom w sklepie stacjonarnym – przypomina Dorota Karczewska. – Możemy więc towar rozpakować i obejrzeć, natomiast nie wolno nam go używać.

Za ewentualny zwrot towaru bezpośrednio zapłaci konsument. Ale będzie on miał prawo zażądać zwrotu ceny razem z kosztami dostarczenia.

Finalnie będzie tak, że w jedną stronę za przesyłkę towaru zapłaci konsument, a w drugą – sprzedawca – wyjaśnia wiceprezes UOKiK.

Gdy zakupiony towar okaże się wadliwy, konsument będzie mógł wybrać między jego naprawą, wymianą, obniżeniem ceny lub odstąpieniem od umowy. 

Przedsiębiorca będzie musiał każdorazowo uzyskiwać zgodę konsumenta na wszelkie dodatkowe płatności wykraczające poza uzgodnione wynagrodzenie. Jeśli przedsiębiorca nie otrzyma wyraźnej zgody konsumenta, klient będzie miał prawo do zwrotu uiszczonej płatności dodatkowej.

Zmiany będą dotyczyły również sprzedaży przez telefon. Po 25 grudnia telemarketerzy będą musieli od razu poinformować o tym, że celem nawiązania kontaktu jest zawarcie umowy kupna-sprzedaży.

Po pierwsze, telemarketer poinformuje o tym, że mamy zawrzeć umowę. Po drugie, prześle na trwałym nośniku lub w formie papierowej informację o umowie – wylicza Karczewska. – Samo przesłanie informacji do konsumenta nie powoduje zawarcia umowy. Musi on potwierdzić, również na nośniku trwałym lub w formie papierowej, że na takich warunkach umowę chce zawrzeć. Zgoda nie może przy tym być dorozumiana. Ostatecznie kupujący musi powiedzieć tak i wiedzieć, na co się zgadza. Ostatnie zdanie należy do niego.

W przypadku portali aukcyjnych nowa ustawa nie obejmuje umów zawieranych pomiędzy przedsiębiorstwami ani samymi konsumentami.

Nowe przepisy dotyczą tylko relacji konsument-przedsiębiorca, czyli tych, gdzie z jednej strony mamy słabszego uczestnika rynku, z drugiej – profesjonalistę – podkreśla wiceprezes UOKiK. – Jeśli ten ostatni nie spełni niektórych wymagań ustawy, na przykład nie poinformuje o możliwości odstąpienia od umowy, wówczas konsument nabywa prawo odstąpienia od transakcji w ciągu roku.

Za nieprzestrzeganie przepisów przedsiębiorca musi liczyć się z karą grzywny do 5 000 zł.

Marża na stacjach paliw wynosi zaledwie 3-5 proc. Polacy kupują więcej tańszej benzyny

CEO Magazyn Polska

W związku z koniecznością posiadania zapasów i w zależności od ich poziomu ceny produktów naftowych na stacjach benzynowych dopiero po kilku dniach odzwierciedlają poziomy notowań na rynku hurtowym. Jak informuje Urszula Cieślak z BM Reflex, spadające ceny nie mają wpływu na marże detalistów, które wynoszą obecnie nie więcej niż 5 proc. Zwykle jednak powodują większe obroty, co wynika ze zwiększonej sprzedaży paliw i innych produktów w sklepie przy stacji.

O tym, ile właściciele stacji benzynowych płacą za paliwo kupowane hurtowo w rafineriach, decyduje sytuacja na rynku ropy naftowej oraz rynku walutowym – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Urszula Cieślak ze specjalizującej się w analizach rynku paliw firmy BM Reflex. – Ceny te tak naprawdę reagują każdego dnia: każdorazowy spadek cen ropy naftowej w notowaniach na rynku europejskim i w konsekwencji spadek cen paliw gotowych przekłada się automatycznie na poziom cen hurtowych.

Odbiorca końcowy, czyli kierowca, także obserwuje zmiany cen na stacjach. Ale, jak zauważa Urszula Cieślak, w detalu reagują one wolniej na aktualne notowania ropy naftowej i walut.

Powodem są zapasy paliw na stacjach – tłumaczy Cieślak. – Rafineria z dnia na dzień może reagować zmianą cen hurtowych. Placówki detaliczne natomiast w pewnym sensie są ograniczone poziomem zapasu. Cykl jego rotacji powoduje, że zmian z rynku hurtowego kierowcy nie obserwują już następnego dnia. Stacja musi najpierw sprzedać paliwo, które wcześniej kupiła w rafinerii po innej cenie. W zależności od poziomu zapasów trwa to krócej lub dłużej.

W ciągu miesiąca ropa Brent potaniała o blisko 23 proc. Na stacjach paliw ceny systematycznie spadają, ale nie w takim tempie. Odzwierciedlenie aktualnych notowań ropy naftowej oraz na rynku walutowym może trwać od kilku do kilkunastu dni.

Gdy cena detaliczna na stacji może być niższa, obrót następuje szybciej i właściciel częściej zgłasza się po kolejną partię paliwa do wytwórcy – mówi Cieślak. – Uzyskuje więc lepszą cenę, bo kupuje więcej. Może więc także z tego powodu taniej sprzedawać benzynę i inne produkty naftowe odbiorcom końcowym, czyli kierowcom.

Środowisko niskich cen ropy naftowej nie ma natomiast większego wpływu na marże osiągane przez właścicieli stacji benzynowych, które wynoszą od 3 do 5 proc.

Dla sytuacji samej stacji nie ma tak naprawdę większego znaczenia, jaka jest tendencja na rynku – precyzuje Cieślak. – Oczywiście łatwiej sprzedaje się, kiedy poziom cen jest niski. Sprzedaż na stacji jest wtedy zazwyczaj wyższa, a więc i przychody rosną. Poziom marż w dłuższym okresie jest natomiast stały i niestety teraz dosyć niski. To już nie są te lata, kiedy na sprzedaży benzyny czy oleju napędowego można było zarabiać ponad 10 proc. Dzisiaj dobrze jeśli to jest 5 proc.

Więcej zarabiają stacje, które prócz samego paliwa oferują także usługi okołopaliwowe (na przykład sprzedaż podstawowych produktów spożywczych, hot dogów czy innych, przyrządzanych na miejscu potraw fastfoodowych).

Mają one z reguły wyższą marże niż paliwo. Gdy konsumenci częściej tankują tańsze paliwa, również obroty z tego rodzaju usługa zazwyczaj są większe – zauważa Cieślak.

Około 15 proc. zabawek na rynku ma certyfikaty bezpieczeństwa. Zainteresowanie producentów certyfikacją dynamicznie rośnie

Producenci zabawek coraz częściej chcą się wyróżnić na rynku dzięki certyfikatom bezpieczeństwa dla swoich produktów. Dla eksporterów to wręcz konieczność, by dotrzeć do największych zagranicznych sieci handlowych. Już od połowy roku firmy certyfikujące obserwują wzrost liczby firm aplikujących o certyfikaty, by uzyskać je przed okresem świątecznym.

Zauważamy trend rosnący w certyfikacji. Coraz więcej firm stara się o certyfikat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Michał Bak, kierownik laboratorium mechanicznego TÜV Rheinland Polska. ‒ Często naszymi klientami są firmy, które zajmują się dystrybucją i dostarczaniem wyrobów do sieci handlowych zarówno w Polsce, jak i w krajach Europy Zachodniej, np.: w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii, ponieważ wymagają one bezwzględnie certyfikatów bezpieczeństwa.

TÜV Rheinland zajmuje się certyfikacją zabawek pod kątem kryteriów bezpieczeństwa zawartych w unijnej dyrektywie z 2009 r., a także norm takich jak EN 71 i EN 62115. Ekspert zwraca uwagę na to, że te same normy obowiązują w całej UE, dlatego produkty certyfikowane w Polsce mogą być eksportowane do całej wspólnoty. Nieco inne wymagania obowiązują w Stanach Zjednoczonych, dlatego produkty eksportowane na ten rynek muszą być przebadane pod nieco innym kątem. Niektórzy producenci decydują się również na taką certyfikację.

Bąk zaznacza, że poza samym potwierdzeniem bezpieczeństwa i zgodności z normami, certyfikat daje producentom zabawek przewagę konkurencyjną na rynku.

Jeżeli wyrób jest certyfikowany przez TÜV Rheinland, może być oznakowany znakiem zgodności firmy i dzięki temu uzyskuje przewagę konkurencyjną nad innymi podmiotami zajmującymi się również sprzedażą czy dystrybucją zabawek. Certyfikując zabawki w TÜV Rheinland, producent otrzymuje certyfikat, który jest uznawany nie tylko w Polsce, lecz także na rynkach międzynarodowych – zaznacza Bak.

Ruch w zakresie certyfikacji zabawek w pewnym stopniu napędzają święta. Dla producentów to okres znacznie większej sprzedaży. O certyfikaty muszą zacząć ubiegać się jednak znacznie wcześniej, dlatego dla TÜV Rheinland zwiększony ruch w tym segmencie jest widoczny już w połowie roku. Ekspert mówi jednak, że firma przez cały rok ma takie samo natężenie pracy. Wynika to z tego, że TÜV Rheinland zajmuje się certyfikacją wyrobów z bardzo wielu branż. Dodaje, że mimo rosnącej liczby firm większość z nich otrzymuje certyfikat. Nawet jeśli przy pierwszym badaniu zostaną zidentyfikowane problemy, to w raporcie z badań znajdują się wskazówki, mówiące co trzeba poprawić w produkcie, a przy drugim podejściu zwykle certyfikat jest już przyznawany. Większość klientów TÜV Rheinland Polska to firmy krajowe – dodaje Bak.

Za pracę w święta przysługują dodatkowe dni wolne lub wyższe wynagrodzenie. Za zlecanie pracy niezgodnie z przepisami pracodawcom grożą kary

CEO Magazyn Polska

Pierwszy i drugi dzień świąt to co do zasady dni wolne od pracy. Mogą w nie pracować osoby wykonujące zajęcia, które spełniają codzienne potrzeby ludności, a od niedawna również pracownicy centrów usług wspólnych. Pracodawca za pracę w święta musi jednak zapewnić pracownikowi dzień wolny od pracy lub dodatkowe wynagrodzenie. Za zlecanie pracy niezgodnie z przepisami zatrudniającym grożą grzywny nawet do 30 tys. zł.

Ustawa o dniach wolnych od pracy wymienia 13 świąt, w trakcie których praca co do zasady jest zabroniona. Kodeks pracy jednak wskazuje, w jakich okolicznościach jest ona dopuszczalna. W święta mogą pracować ci, którzy wykonują prace niezbędne dla codziennych potrzeb ludności, przy niezbędnych remontach, przy nagłych akcjach ratunkowych, to jest też często praktykowane w pracy zmianowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Nowak, radca prawny w Kancelarii DLA Piper.

Art. 151 k.p. wymienia przypadki, kiedy praca w dni świąteczne jest dozwolona. Pracownik może wykonywać zajęcia, które są spełniają codzienne potrzeby ludności (m.in. transport, komunikacja, rolnictwo, gastronomia, hotelarstwo, służby publiczne).

Od niedawna w 13 dni świątecznych pracować mogą również osoby zajmujące się usługami transgranicznymi, jeśli w kraju odbioru tych usług dany dzień pozostaje dniem roboczym. Umożliwia to nowelizacja kodeksu pracy, która weszła w życie w marcu br. Celem zmian było dostosowanie polskiego prawa do nowych trendów i wymagań rynku pracy. Szczególnie dotyczy to centrów outsourcingowych i usług wspólnych. Według danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ADSL) sektor BPO/SCC zatrudnia w Polsce ponad 120 tys. specjalistów w 400 centrach usług wspólnych.

Jeśli już pracownik zgodnie z przepisami świadczy pracę w dzień świąteczny, to przede wszystkim pracodawca musi zapewnić mu dzień wolny od pracy. Nawet jeśli pracownik pracuje tylko jedną godzinę w święto, to w zamian należy mu się cały dzień wolny – tłumaczy Dominika Nowak.

Jak podkreśla radca prawny, w przypadku niewyznaczenia pracownikowi dnia wolnego, takiej osobie należy się dodatek w wysokości 100 proc. za każdą godzinę przepracowaną w święto.

Wigilia jest zwykłym dniem roboczym, niewymienionym w ustawie o dniach wolnych od pracy. Jak najbardziej pracodawca może poprosić pracownika o jego obecność w tym dniu w miejscu pracy – mówi radca prawny z Kancelarii DLA Piper.

Jak dodaje Dominika Nowak, osobistą decyzją pracodawcy jest ewentualne zwolnienie pracownika od świadczonych obowiązków lub skrócenie jego czasu pracy w Wigilię.

Pracodawcy powinni pamiętać, że zlecanie pracy w dni świąteczne niezgodnie z przepisami prawa pracy jest traktowane jako wykroczenie przeciwko prawom pracownika, za co grozi grzywna od 1 tys. do teoretycznie nawet 30 tys. zł – przestrzega Dominika Nowak.

Jedna trzecia Polaków wyrzuca artykuły spożywcze. Najczęściej pieczywo, warzywa, owoce, wędliny, jogurty

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak przyznaje, że zdarza mu się wyrzucać żywność. Najczęściej są to produkty świeże, jak pieczywo, warzywa, wędliny oraz produkty mleczne. Zjawisko to nasila się w okresie świątecznym, bo Polacy często kupują zbyt dużo i gotują za duże porcje. Nieznaczna zmiana nawyków zakupowych i konsumenckich może ograniczyć problem.

W Polsce rocznie marnuje się ok. 9 mln ton żywności, za co w większości odpowiedzialny jest sektor produkcji. Konsumenci jednak również mają znaczący udział w statystykach. Polacy wyrzucają ok. 2 mln ton żywności.

Polacy przyznają się do tego, że zdarza im się wyrzucać żywność. Czyni tak jedna trzecia mieszkańców naszego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Kowalewska, koordynatorka ds. programów edukacyjnych i współpracy międzynarodowej w Federacji Polskich Banków Żywności. – Okres świąteczny jest specyficzny, bo więcej kupujemy, przyrządzamy i – niestety – większa ilość żywności wyląduje w koszu. Będą to potrawy, których nie zdążymy zjeść, np. sałatki, ciasta.

Na co dzień Polacy najczęściej wyrzucają produkty, które szybko tracą świeżość, np. pieczywo, wędliny, owoce i warzywa oraz produkty mleczne.

Jak podkreśla Kowalewska, do ograniczenia skali zjawiska może przyczynić się zmiana nawyków zakupowych i konsumenckich – wcześniej zaplanowane i rozważnie robione zakupy czy przygotowywanie mniejszych porcji.

Trzeba się zastanowić nad tym, gdzie te święta spędzimy: w domu, na wyjeździe, u znajomych czy rodziny. Wtedy wiemy, ile mniej więcej i czego będziemy potrzebować – zauważa Maria Kowalewska. – Jeśli to my organizujemy świąteczne  spotkanie, warto zapytać rodzinę, ile osób spędzi z nami te święta. Na podstawie tych wszystkich informacji będziemy mogli przygotować porządne menu, które zapewne uwzględni tradycyjne dwanaście potraw. Ale nie muszą one być bardzo duże. Nikt z nas nie jest w stanie zjeść wielkich porcji dwunastu potraw.

Ważne jest również odpowiednie przechowywanie potraw.

Przygotowaną sałatkę warto dopiero na sam koniec wymieszać z majonezem, bo w ten sposób postoi w lodówce. Na ryby i mięsa też mamy podpowiedzi. Można z nich robić pasty, dodać jajek, warzyw, coś jeszcze domieszać i stworzyć nowe, gotowe potrawy. Pamiętajmy, że dużo rzeczy można zamrozić. Dobrze znosi to na przykład bigos. Ciasta drożdżowe możemy spokojnie przechowywać nieco dłużej, nawet w temperaturze pokojowej – radzi Kowalewska.

Przyznaje, że wśród polskich konsumentów powoli rośnie świadomość na temat tego, jakie są konsekwencje marnowania żywności, widać to w systematycznie poprawiających się statystykach.

Marnowana żywność ma wpływ na zarówno środowisko naturalne, jak i ceny. Bo im mniej surowca jest na rynku, tym wyższa jego wartość. A jeśli żywność drożeje, to coraz mniej ludzi na nią stać. Jest to zjawisko globalne i myślę, że warto zdać sobie z niego sprawę, również w kontekście własnej kieszeni. Jeśli nie wyrzucimy jedzenia, to będziemy mieć oszczędności, zostanie nam więcej środków, które możemy wydać na coś innego – tłumaczy Maria Kowalewska.

Banki żywności radzą, jak nie marnować żywności na stronie NieMarnuje.pl. Oprócz porad i przepisów na nowe potrawy strona zachęca również do wspierania potrzebujących.

– Chcielibyśmy dotrzeć do producentów żywności, sklepikarzy i sieci handlowych, które również mogą realnie ograniczać marnowanie żywności, przekazując ją na cele charytatywne, do banków żywności lub wspierając inne inicjatywy – potwierdza Maria Kowalewska. – Myślę, że jeśli wszyscy byśmy się zmobilizowali: rolnictwo, przetwórstwo, handel i konsumenci, to naprawdę udałoby się nam ograniczanie marnowania żywności.

Tegoroczny karp wyjątkowo tani. Ceny detaliczne poniżej kosztów produkcji

CEO Magazyn Polska

W tym sezonie producenci karpi się nie obłowią. Przed świętami Polacy na popularnego karpia wydadzą najmniej od lat. Ceny zaczynają się od 8-9 zł za kilogram w dyskontach i supermarketach, a kończą na kilkunastu złotych bezpośrednio od właścicieli łowisk i stawów hodowlanych. Niskie ceny odstraszają importerów z Czech, Litwy, Węgier, a nawet Chin.

W tym roku karp jest historycznie tani – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Hryszko z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – W sklepach wielkopowierzchniowych obserwujemy ceny na poziomie 9 złotych. W handlu targowiskowym to około 11 zł.

Zdaniem eksperta główną przyczyną niskich cen jest nadprodukcja spowodowana korzystnymi warunkami klimatycznymi chowu karpia. W Polsce w ciągu ostatnich trzech lat produkcja wynosiła około 14,5 tys. ton tego gatunku ryby, a w bieżącym roku wzrosła do 19 tys. ton.

Ceny są tak niskie, że jeszcze do niedawna główni konkurenci polskich producentów, czyli importerzy karpia z Czech, Litwy i Węgier, mówią, że nie opłaca się im sprzedawać u nas w kraju – zaznacza Hryszko.

Na aktualnej sytuacji cierpią producenci, sprzedając karpia poniżej kosztów produkcji. Zwłaszcza że rynek jest ewidentnie sezonowy i nie można liczyć na odbicie wcześniej niż za rok. Na okres świąteczny przypada bowiem 95-proc. całorocznej konsumpcji karpia.

Z oceny Instytutu Rybactwa Śródlądowego oraz mojej wynika, że koszt produkcji kilograma karpia jest na poziomie około 11 zł, choć sami producenci wskazują na nieco wyższe koszty, nawet w okolicach 12 zł – mówi Krzysztof Hryszko. – Niestety, przy takim poziomie cen nasi producenci nie zarobią, a wręcz możemy mówić o generowaniu strat w takiej produkcji.

Sposobem na ograniczenie skutków trudnej sytuacji na rynku może być unijna certyfikacja niektórych gatunków karpia. Rybacki Zakład Doświadczalny w Zatorze koło Krakowa w 2011 r. uzyskał wpis karpia zatorskiego na unijną listę produktów o chronionej nazwie pochodzenia. Między innymi dzięki temu jego producenci sprzedają ryby nieco drożej – po 14 zł za kilogram.

W 2013 r. spożycie ryb w Polsce na jedną osobę wyniosło 12 kg – to mniej więcej połowa średniej unijnej. Najpopularniejsze są mintaje (2,7 kg na mieszkańca), dalej śledzie, łososie, makrele i szproty. Karp na stołach Polaków to przede wszystkim potrawa wigilijna, a spożycie tej ryby na osobę nie przekracza rocznie 0,5 kg.

Pod choinkę Polacy wolą dostać książkę niż pieniądze. Większość zostanie obdarowana kryminałem lub powieścią sensacyjną

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa Polaków chciałaby pod choinką znaleźć książki. Tyle samo z nas po prezent wybierze się właśnie do księgarni  wynika z badań firmy Deloitte. Wybierając książkę na prezent, Polacy nie kupują swoich ulubionych autorów, szukają raczej nowości lub literackiej klasyki. Najchętniej kupowane pozycje to kryminały i powieści sensacyjne.

Badania przeprowadzone przez firmę Deloitte pokazują, że w tym roku książki podaruje swojej rodzinie i przyjaciołom aż 41 proc. Polaków. Książkowe prezenty równie chętnie wręczają zarówno mężczyźni (40 proc.), jak i kobiety (43 proc.). Książka okazała się też najbardziej pożądanym prezentem o znalezieniu jej pod choinką marzy bowiem aż 42 proc. respondentów, podczas gdy tylko 38 proc. chciałoby dostać gotówkę. Polacy, zwłaszcza kobiety, lubią wręczać prezenty praktyczne, a za taki uważają właśnie książki. Jest to także ich zdaniem upominek uniwersalny.

– Pierwszy pomysł, na jaki wpadają ludzie, szukając prezentu świątecznego, to książka, bo to jest uniwersalny podarunek, którym możemy obdarować zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Książka to jest dobry prezent dla każdego, w każdym wieku. Coraz więcej osób czyta – to nie prawda, że Polacy nie czytają książek. A w grudniu rzeczywiście zainteresowanie pozycjami wydawniczymi bardzo wzrasta – mówi Karolina Wójtowicz, sprzedawca w księgarni Matras, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Osoby, które regularnie czytają, mają swoich ulubionych pisarzy, gatunki literackie i tematykę. Szukając książkowego upominku, Polacy nie zawsze kierują się jednak swoimi preferencjami. Najczęściej wybierają modne nowości lub literacką klasykę. Chętnie też zdają się na opinię sprzedawców księgarni.

– Najczęściej wybierane są kryminały i powieści grozy, np. najnowsza książka Stephena Kinga „Przebudzenie”. Zależy też dla kogo kupujemy książkę, bo kobiety wolą czytać powieści obyczajowe, romanse i powieści historyczne, choć nie jest to regułą – dobra powieść sensacyjna też ucieszy na pewno wiele kobiet – mówi Karolina Wójtowicz.

Nie tylko Polacy chętnie podarują bliskim literackie upominki pod choinkę. Z badań firmy Deloitte, przeprowadzonych w siedemnastu krajach, wynika, że książka będzie najpopularniejszym prezentem gwiazdkowym także w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i we Włoszech.

30 proc. Polaków stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku

30 proc. Polaków <a title=stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku" title="30 proc. Polaków stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku" />

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak odczuwa stres przed świętami Bożego Narodzenia. Często jest on wywołany nadmiarem obowiązków związanych z przygotowaniami, koniecznością spędzania czasu z teściami lub dawno niewidzianymi członkami rodziny, korkami i kolejkami w sklepach. To może prowadzić do kłótni w rodzinie. Aby cieszyć się atmosferą świąt i odpoczynkiem, psycholodzy doradzają taktyczną pokorę, czyli odłożenie na bok negatywnych emocji i urazów.

Badania TNS OBOP pokazują, że 38 proc. Polaków lubi święta Bożego Narodzenia za możliwość spędzenia czasu z rodziną. Jedna trzecia ceni ten czas za możliwość odpoczynku od pracy. Stres nie pozwala jednak odpocząć i cieszyć się wolnymi dniami. Psychologowie są także zdania, że dla większości rodaków wypoczynek jest związany ze zmianą otoczenia, tymczasem większość nie wyjeżdża na święta.

Z badań przeprowadzonych przez firmę Groupon wynika, że ponad 30 proc. Polaków odczuwa stres przed świętami Bożego Narodzenia. Jego przyczynami są nadmiar obowiązków związanych z przygotowaniami, konieczność spędzania czasu z teściami lub dawno niewidzianymi członkami rodziny, korki, kolejki w sklepach i konieczność wyszukiwania świątecznych upominków.

Dzisiaj, żeby odpocząć, trzeba się na to zaprogramować, zarówno zaplanować wyjazd czy spędzenie wolnego czasu, jak i zaprogramować swój mózg, swoje myślenie i przeżywanie. To jest działanie związane z przygotowanie siebie i swoich najbliższych do tego, by przejść na tryb odpoczynku, czyli inny rodzaj działania i myślenia. Nie wszyscy są gotowi do tych wszystkich kroków – mówi dr Leszek Mellibruda, psycholog biznesu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Spędzanie wspólnego czasu z osobami, które się słabo zna, jest dla wielu Polaków czynnikiem stresogennym i stanowi raczej przykry obowiązek niż relaks. Przedświąteczny stres potęguje ponadto inne problemy, np. związane z pracą lub życiem osobistym. W okresie przed przedświątecznym w gorączce przygotowań i kupowania prezentów wielu partnerów ma problemy z porozumieniem się, częściej dochodzi do kłótni. Zdarza się, że zmęczenie nadmiarem obowiązków związanych z przygotowaniem wigilijnej kolacji przeradza się w złość i frustracje, wyładowywaną na najbliższych osobach.

Czas świątecznym może być dla partnerów momentem spiętrzania się między nimi emocji z różnych powodów. Czasami są to sytuacje związane ze stresem, napięciem, denerwujemy się, czy wszystko się powiedzie, czy wszystko zostanie zrealizowane, bo przychodzą goście. I są takie osoby, które nie wytrzymują tego napięcia, mają problem z samokontrolą. Wszystkie te osoby będą miały problematyczne święta – mówi dr Leszek Mellibruda.

Psychologowie radzą, aby przed świętami nie narzucać sobie zbyt wielu obowiązków. Najważniejsze jest jednak panowanie nad emocjami, aby nie dopuścić do napiętej atmosfery pomiędzy członkami rodziny. Jeśli wizytę u teściów lub mniej lubianych członków rodziny odbiera się jako przymus, warto podejść do tego z tzw. taktyczną pokorą.

Taktyczna pokora to jest wyraz dojrzałości człowieka. Kiedy swoje osobiste urazy potrafi zawiesić na kołku i dla dobra rodziny, w imię oczekiwań partnera, partnerki czy dzieci dostosować się do tej sytuacji. Nie można tego robić na siłę, ale można to robić z rozumem. A rozum ma taką potęgę, że potrafi kontrolować nasze emocje. W takich sytuacjach zachęcałbym do tego, żeby nie pogłębiać kiedyś wykopanych rowów w relacjach, tylko spróbować trochę dyplomacji rodzinnej – radzi Mellibruda.

Psycholog radzi ponadto, aby nie robić sobie zbyt dużych oczekiwań w związku ze świętami i zaakceptować fakt, że świąteczne spotkanie z bliskimi nie musi przypominać wyidealizowanych sytuacji z telewizyjnych reklam. Zmiana podejścia pomoże uniknąć rozczarowań i związanych z nimi frustracji.

W Polsce rozwijają się nowe formy dobroczynności. Pomagamy nie tylko od święta

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej wspierają dobroczynność i filantropię. Sukcesy święci nie tylko Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, lecz także nowe inicjatywy, takie jak „Szlachetna Paczka”, program „Działaj Lokalnie”, pozabudżetowe programy stypendialne czy platformy finansowania społecznościowego. Mimo rozwoju wielu form wsparcia potrzebujących, Polska nadal zajmuje odległe miejsce w prestiżowym międzynarodowym rankingu World Giving Index, mierzącym skalę dobroczynności w danym kraju.

Z jednej strony wspieranie dobroczynności w Polsce wygląda coraz lepiej. Polacy nie ograniczają się tylko do wspierania takich projektów, jak Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy przekazanie 1 proc. podatku na organizacje charytatywne. Jednak patrząc z na to drugiej strony, zajmujemy dalekie miejsca w międzynarodowych rankingach badających stopień pomocy dla potrzebujących – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

W ostatnim czasie sytuacja jednak zmienia się na lepsze, na co wskazuje sukces ostatniej edycji „Szlachetnej Paczki”. W tym roku ponad 700 tys. darczyńców przekazało pomoc 19,58 tys. rodzin. Wartość wsparcia wyniosła 41,24 mln zł. Jak zaznacza Łukasiak, wymaga to nie tylko zaangażowania pieniędzy, lecz także czasu – rzeczy wskazane przez potrzebujących trzeba kupić, zapakować, a potem zawieźć do magazynu. Jego zdaniem to oznacza, że Polacy powoli zaczynają rozumieć dobroczynność jako realne zaangażowanie, a nie tylko symboliczne.

 Ważną rzeczą jest rozwój dobroczynności na poziomie lokalnym. W ramach tylko jednego programu Działaj Lokalnie” zostało dofinansowanych ponad 7 tys. lokalnych projektów. Są to projekty dość proste, ale równie ważne, np. budowa placu zabaw, ścieżki edukacyjnej czy zorganizowanie wydarzenia dla dzieci – podkreśla Paweł Łukasiak.  

Łukasiak zwraca także uwagę na wzrost zaangażowania we wspieranie społecznych programów stypendialnych. Jak tłumaczy, wartość stypendiów fundowanych przez jednostki poza budżetem państwa to już około 0,5 mld zł.

Upływający rok okazał się przełomowy pod względem wspierania przez Polaków nowoczesnych form dobroczynności, jak platformy SiePomaga.pl czy PolakPotrafi.pl. Nawet polscy olimpijczycy znaleźli w ten sposób wsparcie finansowe – mówi Paweł Łukasiak.

Obydwie platformy wpisują się w ideę finansowania społecznościowego, tzw. crowdfundingu, ale dotyczą pomocy dla potrzebujących. Jak informuje serwis SiePomaga.pl, do tej pory udało się zebrać 17,27 mln zł dzięki wsparciu 195,97 tys. darczyńców (pomagaczy). Z kolei PolakPotrafi.pl szczyci się zebranymi 5,73 mln zł, z czego największy projekt dotyczył kwoty 284,11 tys. zł.

W tym roku znowelizowano ważną ustawę. Prezydent podpisał nową Ustawę o zbiórkach publicznych z 1933 roku. Główna zmiana sprawia, że wpłaty na konto organizacji nie będą już zbiórką publiczną. Każda organizacja nie będzie każdorazowo zobowiązana występować o zgodę na przeprowadzenie takiej zbiórki poprzez konta. W przyszłym roku reforma powinna wpłynąć na poprawę statystyk – przekonuje prezes Akademii.

Chodzi o ustawę, która weszła w życie 18 lipca 2014 r. Oprócz zniesienia obowiązku występowania o zgodę na zbiórkę, akt prawny wprowadza możliwość zbiórki pieniędzy lub darów przez internet. Ponadto zlikwidowano opłatę skarbową dla organizatorów zbiórek (84 zł) oraz obowiązek publikowania sprawozdań w prasie z ich przebiegu.

Z jednej strony należy cieszyć się z tego, że pojawiają się takie ogólnokrajowe rozwiązania, jak „Szlachetna Paczka”, czy lokalne inicjatywy, jak  choćby „Działaj Lokalnie”. Ważne, że coraz więcej z nas potrafi działać jako grupa, a nie samodzielnie. Cieszy również zaangażowanie w sposób coraz bardziej zaawansowany, przemyślany, angażujący osobę i rodzinę. Już nie ograniczamy się tylko do statystycznych 5 zł wrzucanych do puszki czy przekazania 1 proc. podatku – stwierdza Łukasiak.

Według eksperta mimo pozytywnych zmian cały czas zajmujemy odległe 94. miejsce w rankingu World Giving Index, co nie jest powodem do zadowolenia.

Myślę, że jesteśmy społeczeństwem dojrzałym i na tyle bogatym, że pomaganie innym, którzy są w trudnej sytuacji, mogłoby się odbywać na większą skalę. Z jednej strony należy pochwalić, ale z drugiej strony przypomnieć, że jest jeszcze dużo do zrobienia – podsumowuje prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.