Polskę czeka kolejna dekada wielkich inwestycji. Trzeba je lepiej przygotować

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych lat Polskę czekają gigantyczne inwestycje. Według ostrożnych szacunków przeznaczonych na nie zostanie około ćwierć biliona złotych. Eksperci zwracają uwagę na to, że trzeba dobrze przygotować się do wydawania tak wielkich pieniędzy, by nie zachwiać gospodarką.

Tylko firmy energetyczne zamierzają w najbliżej dekadzie wydać na unowocześnienie swoich mocy wytwórczych ok. 130 mld zł. Rząd, jak zadeklarowała w exposé premier Ewa Kopacz, planuje przeznaczyć na budowę dróg 93 mld zł, na rozbudowę portów – 11 mld zł, a na modernizację kolei – ok. 7 mld zł.

Tak wielkie inwestycje wymagają zmian w przepisach, przygotowania przetargów, wreszcie gotowości samych firm, które będą te inwestycje realizować.

– Po prostu te programy są zbyt duże na nieprzygotowany rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Różacki, dyrektor wykonawczy na Polskę Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe. – Powodują zaburzenia, nierównowagę i większość konsekwencji z tego później wynikających odbija się, niestety, na wykonawcach, jakości programu, jego wydłużeniu, co ani nie jest korzystne z punktu widzenia wydawanych środków, ani później z racji skutków, jakie pozostawiają te programy.

Przykładem może być pierwszy program autostradowy, który zamiast wzmocnienia firm budowlanych spowodował wśród nich spustoszenie. By uniknąć podobnych błędów, musimy znacznie lepiej przygotować zarówno biznes, jak i państwo.

– To przygotowanie powinno również obejmować zagadnienia prawne, specustawy, dostosowanie rozwiązań w ustawie o zamówieniach publicznych, standaryzację umów z wykonawcami pomiędzy wykonawcami a zlecającymi. I przede wszystkim – czas realizacji tych zadań, rozłożenie ich w czasie – doradza Wiesław Różacki.

W jego ocenie koncentracja wielu inwestycji w bardzo krótkim okresie powoduje zachwianie równowagi zarówno w zasobach ludzkich, jak i zasobach materiałowych.

Windowane są ceny, spada jakość i skutki mamy takie, jakie widzieliśmy w poprzednich programach inwestycyjnych – przestrzega dyrektor wykonawczy na Polskę Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe.

Na nadmierną koncentrację inwestycji szczególnie wrażliwy jest polski rynek pracy. W Polsce brakuje specjalistów, by jednocześnie prowadzić kilka dużych budów w tej samej branży. Podczas realizacji podobnych projektów pracownicy z odpowiednim doświadczeniem są na wagę złota.

Inżynierowie to jest zapewne mniejszy problem, bo ich jest relatywnie dużo – uważa Wiesław Różacki. – Natomiast są zawody specjalistyczne, jeżeli mówimy o energetyce, to są to spawacze, jeżeli mówimy o projektach drogowych, to jest to nadzór. To jest kwestia nie tylko tytułu czy wykształcenia, lecz także doświadczenia tych osób.

SII: Przeciętny inwestor indywidualny jest coraz bogatszy, ma więcej spółek i coraz dłuższy horyzont inwestycji. Średnia wartość jego portfela to około 30 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Wartość portfela przeciętnego inwestora indywidualnego na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie wynosi nieco ponad 30 tys. zł. Jak jednak wynika z badań Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII) z roku na rok jest ona coraz większa, podobnie jak liczba posiadanych spółek. W porównaniu z inwestorami na rozwiniętych rynkach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych różnice wciąż są ogromne. Zdaniem dr. Michała Masłowskiego ze SII z roku na rok będą one jednak coraz mniej wyraźne.

Według Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) na rynku głównym przeważają inwestorzy zagraniczni, którzy w pierwszej połowie br. wygenerowali 49 proc. obrotów. Udział krajowych instytucji finansowych (przede wszystkim podmiotów świadczących usługi animatorów oraz funduszy inwestycyjnych) wyniósł 38 proc. Jedynie za 13 proc. obrotów na rynku głównym akcji odpowiadali inwestorzy indywidualni. W stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku ich udział zmniejszył się o 1 pkt proc.

Jak wynika z przeprowadzanych cyklicznie badań Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, największą grupę uczestników rynku w tym segmencie (ponad 90 proc.) stanowią mężczyźni w wieku ok. 38 lat, z wyższym wykształceniem, obecni na rynku od ok. ośmiu lat.

Przeciętny inwestor indywidualny ma zaangażowane na giełdzie około trzydziestu kilku tysięcy złotych, jego horyzont inwestycyjny wynosi około roku – mówi w rozmowie z agencją Newseria Inwestor dr Michał Masłowski, wiceprezes zarządu SII. – Nie jeździ na walne zgromadzenia spółek giełdowych ani nie uczestniczy w spotkaniach zarządów.

W porównaniu z rozwiniętymi rynkami Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, jak twierdzi dr Masłowski, różnice są ogromne.

Na rynkach zachodnich taki przeciętny inwestor indywidualny – Niemiec, Belg, Francuz, Anglik czy Amerykanin – ma około pięćdziesięciu paru lat, na tamtejszych giełdach inwestuje bowiem bardzo dużo emerytów i rencistów – mówi dr Masłowski. – W Polsce stanowią oni około 7 proc. inwestorów, na rynkach zachodnich – solidne kilkadziesiąt.

Zdaniem Masłowskiego różnica w zachowaniu i sposobach inwestowania wynikają z tego, że zaawansowani wiekiem inwestorzy indywidualni na rynkach zagranicznych nie borykają się z takimi problemami życia codziennego, jak 38-latkowie w Polsce.

Krajowy inwestor indywidualny w tym wieku pracuje, ma dzieci, buduje dom i zajmuje się tego rodzaju obowiązkami, a nie inwestowaniem na giełdzie –wskazuje dr Masłowski. – Natomiast Niemiec dzieci ma odchowane, dom wybudowany i – to najważniejsza różnica – ma pieniądze, które może zainwestować. W związku z tym ma także czas na to, by uczestniczyć w spotkaniach z zarządami spółek, jeździć na walne zgromadzenia akcjonariuszy itp.

Z czasem jednak ten wizerunek przeciętnego, krajowego inwestora indywidualnego wyraźnie się zmienia. W latach 90. ubiegłego wieku, jak informuje wiceprezes zarządu SII, w tej grupie przeważali nastawieni na osiągnięcie szybkiego zysku spekulanci. Dzisiaj coraz więcej jest inwestorów długoterminowych, których horyzont lokowania kapitału w akcje, obligacje i instrumenty pochodne jest dłuższy.

Obserwujemy to zjawisko przynajmniej od kilku lat, bardzo powoli, ale widać taką tendencję – przekonuje dr Masłowski. – Będziemy się zrównywali pod tym względem z rynkami zachodnimi, przeciętny, polski inwestor coraz bardziej będzie przypominał Niemca, Belga czy Francuza. Ale musi upłynąć jeszcze około 15-20 lat.

Portfel krajowego inwestora indywidualnego, jak informuje dr Masłowski, jest coraz grubszy, zarówno pod względem wartości, jak i liczby posiadanych udziałów w spółkach. Jak wynika z danych GPW, już obecnie stanowią oni największą grupę inwestorów na rynkach NewConnect (62 proc.), instrumentów pochodnych (46 proc.) oraz opcji (48 proc.).

Przeciętny polski inwestor indywidualny ma z roku na rok coraz więcej pieniędzy i spółek w portfelu, wydłuża się także czas inwestowania na giełdzie – zauważa dr Masłowski. – Także pod tym względem widać tendencję równania do rynków światowych. Tego, niestety, nie da się zrobić w chwilę. Nie doskoczymy z dnia na dzień do zachodnich standardów. Mam taką teorię, że inwestowanie na giełdzie w Polsce będzie powszechne, a długi horyzont zacznie cechować polskiego inwestora wtedy, kiedy ci, którzy mieli 18 lat w dniu rozpoczęcia działalności giełdy, będą mieć 58-60 lat. Musi to więc jeszcze trochę potrwać.

Przedsiębiorcy popierają aukcję na częstotliwości LTE. Jej opóźnianie może kosztować Polskę miliardy złotych

CEO Magazyn Polska

Powszechny dostęp do szybkiego internetu przyspieszy rozwój przedsiębiorczości, a tym samym będzie impulsem do znaczącego wzrostu PKB kraju  uważają eksperci i postulują szybkie rozstrzygnięcie aukcji na częstotliwości w pasmach 800 i 2600 MHz. Zgodnie z założeniami UKE aukcja powinna rozpocząć się jeszcze w tym roku, a w przyszłym mogłaby ruszyć budowa sieci. 

Zagospodarowanie nowej częstotliwości upowszechni dostęp do szybkiego i mobilnego internetu, a to będzie miało oczywiście wpływ na nas wszystkich i na naszą gospodarkę – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji Lewiatan, która w swoim oświadczeniu jednoznacznie opowiedziała się za przeprowadzeniem aukcji. Popierają ją też zrzeszone w Konfederacji firmy Orange, T-Mobile i Polkomtel.

10 października Urząd Komunikacji Elektronicznej ogłosił aukcję na częstotliwości z pasm 800 i 2600 MHz. Do wylicytowania jest 5 rezerwacji po 5 MHz częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne pod względem zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu, oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz. Oferty wstępne można składać do 24 listopada. Rozpoczęcie akcji zaplanowano na 24 grudnia.

Aukcja na częstotliwości dla LTE miała nastąpić już rok temu. Na drodze stanęły problemy proceduralne. Jak podkreśla Mordasewicz, to przekłada się na realne kwoty. Deloitte w 2012 roku szacował, że do 2020 roku dzięki technologii LTE polskie PKB może zyskać dodatkowe 106 mld zł. To kilkanaście miliardów złotych rocznie i nie stać nas na ich stratę.

W rozmowie z agencją informacyjną Newseria Magdalena Gaj prognozowała, że efekty pozytywnie rozstrzygniętej aukcji – w postaci szybkiego internetu – w najmniejszych gminach mogą być odczuwalne już na przełomie 2015 i 2016 roku.

– Dostęp do mobilnego internetu LTE będzie stymulował innowacyjność przedsiębiorców, którzy dzięki temu będą mogli oferować nowe usługi, nowe produkty na rynku. To z kolei wpłynie na przyspieszenie wzrostu gospodarczego – mówi Jeremi Mordasewicz.

Eksperci podkreślają, że dzięki ogłoszonej przez UKE aukcji mamy większe szanse na realizację wytycznych Europejskiej Agendy Cyfrowej. Przewiduje ona, że do 2020 roku każdy mieszkaniec Unii Europejskiej ma mieć dostęp do szybkiego internetu.

– Nowe pasma będziemy mogli wykorzystać do oferowania usług mobilnego, szybkiego internetu o parametrach, jakich wymaga od nas Europejska Agenda Cyfrowa. Potrzebujemy zdrowego miksu zarówno rozwiązań stacjonarnych, jak i mobilnych oraz hybrydowych, tak by wszystkie gospodarstwa domowe mogły uzyskać dostęp do internetu o wysokich parametrach – przekonuje Jeremi Mordasewicz.

KNF: obligacje nieskarbowe to ważny element rynku finansowego

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe, a więc niewielkie oprocentowanie depozytów bankowych, zachęcają inwestorów indywidualnych do poszukiwania instrumentów, które dają wyższy zwrot z kapitału. Ci inwestorzy, którzy są niechętni ryzyku związanemu z rynkiem akcji, poszukują alternatywnej formy lokowania. Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego może nią być rynek nieskarbowych papierów dłużnych. Ale tylko wtedy, kiedy będzie transparentny i wiarygodny.

Uważam, że rynek obligacji korporacyjnych, papierów dłużnych, jest jednym z istotniejszych elementów, którym państwo powinno poświęcić uwagę, zarówno z punktu widzenia pozyskiwania stabilnych źródeł finansowania, jak i pewnej stabilizacji, jeśli chodzi o sektor bankowy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Na wsparcie komisji mogą liczyć działania związane z ratingowaniem takich papierów i notowaniem ich na rynku Catalyst. Komisja propaguje rozwój papierów dłużnych, budując zaufanie do nich poprzez na przykład jasne zasady wchodzenia na ten rynek.

Ubiegły miesiąc nie był korzystny dla sektora nieskarbowych papierów dłużnych, czyli dla obligacji korporacyjnych (emitowanych przez przedsiębiorstwa), obligacji komunalnych (emitowanych przez samorządy) oraz listów zastawnych. Przez ostatnie 20 miesięcy saldo wpłat i umorzeń nie spadało poniżej 100 mln zł, we wrześniu natomiast wyniosło zaledwie 18,4 mln zł. Łączna wartość aktywów netto powierzonych funduszom obligacji korporacyjnych wyniosła 10,62 mld zł.

Jeśli popatrzymy na dzisiejszą sytuację, to zobaczymy, że środowisko niskich stóp procentowych wiąże się z bardzo niskim oprocentowaniem depozytów bankowych – wskazuje Jakubiak. – To zachęca zwłaszcza inwestorów indywidualnych do poszukiwania takich instrumentów, które dadzą wyższy zwrot z kapitału. Po negatywnych doświadczeniach z rynku akcji, po załamaniu giełdowym z roku 2008 i następnych lat, inwestorzy poszukują alternatywnej formy inwestowania. I może nią być rynek dłużnych papierów korporacyjnych.

Zdaniem szefa KNF warunkiem jest transparentność tego sektora oraz wypracowanie kapitału zaufania ze strony inwestorów. Papiery dłużne notowane są na rynku Catalyst od 30 września 2009 roku. W ubiegłym miesiącu największe napływy kapitału odnotowały Arka BZ WBK Obligacji Korporacyjnych (64 mln zł) i Arka Prestiż Obligacji Korporacyjnych (34,9 mln zł). Największy w tej kategorii Open Finance Obligacji Przedsiębiorstw FIZ AN pozyskał 33,5 mln zł i obecnie zarządza przeszło 1,86 mld zł. Licząc razem z nim, na 18 funduszy tego rodzaju pięć może się pochwalić aktywami przekraczającymi 1 mld zł.

Wielokrotnie podkreślałem, że na rynku kapitałowym nie mogą funkcjonować podmioty, które nie budzą zaufania – mówi Jakubiak. – Pierwsza, druga czy trzecia sytuacja kryzysowa spowoduje, że inwestorzy odwrócą się od całego rynku i straty poniosą również instytucje porządne, w sposób obiektywny, jasny i przejrzysty przedstawiające swoją sytuację finansową.

Polacy rzadko kupują żywność w internecie. Powodem jest obawa o świeżość produktów i wysokie koszty dostawy

CEO Magazyn Polska

Handel w internecie szybko zbywalnymi produktami, czyli żywnością czy produktami do sprzątania, prania i mycia, nie stanowi nawet pół procent całości polskiego e-handlu. To znacznie mniej niż europejska średnia. Niedowartościowanie tego rynku pozwala prognozować jego szybki rozwój w przyszłości.

Rynek sprzedaży online jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się sektorem polskiego handlu. Szacuje się, że w 2014 roku osiągnie wartość około 26-30 mld zł. Najpopularniejsze branże w sektorze sprzedaży online to elektronika i odzież. Natomiast specjaliści w Polsce i za granicą szacują, że rok 2014 i 2015 będzie należał do FMCG – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Kwieciński, prezes Supersam.pl.

Polacy najchętniej kupują online odzież i obuwie (62 proc.) oraz sprzęt RTV (59 proc.). Handel towarami FMCG (szybko zbywalnymi) stanowi mniej niż 0,4 proc. branży e-commerce. Średnia w UE jest znacznie wyższa. W Wielkiej Brytanii przeciętny koszyk zakupowy w systemie click and collect (czyli zamów i odbierz w najbliższym sklepie) jest pięciokrotnie większy niż w tradycyjnych sklepach. Jak podkreśla Kwieciński, ten model jest odpowiedzią na największą obawę Polaków związaną z zakupem żywności online.

Największe bariery rozwoju zakupów przez internet to: obawa konsumentów o wysokie koszty dostawy żywności ze sklepu do domu oraz świeżość produktów. Wydaje się, że możliwość odbioru zakupów w sklepie może być tym, co rozwiązuje te obawy. Czyli klient ma pełną kontrolę nad jakością towaru, który zamawia przez internet i wygodę, że zakupy odbiera bez kolejki o wyznaczonej porze – wyjaśnia Tomasz Kwieciński.

Jego zdaniem wprowadzenie formy zakupów click and collect do placówek detalicznych, również tych najmniejszych, może przyspieszyć rozwój branży e-commerce w Polsce. W rozwijaniu internetowych kanałów sprzedażowych pomóc mają takie firmy, jak sklep Supersam.pl, który na swojej platformie internetowej umożliwia detalistom i sieciom detalicznym prezentację klientom swojej oferty produktowej online. W bazie firmy funkcjonuje obecnie ponad 100 tys. artykułów i indeksów opisanych produktów.

Nasza spółka zajmuje się przede wszystkim wsparciem placówek detalicznych w generowaniu zamówień online, zarówno w aspekcie obsługi IT, aktualizowania baz produktowych, jak i marketingu efektywnościowego. Sklepy muszą skupić się na jednym: na właściwym procesie obsługi klienta, czyli przygotowaniu do odbioru osobistego zamówionych przez internautę zakupów. Naszą technologię udostępniamy zarówno indywidualnym graczom, jak i dużym sieciom handlowym – wyjaśnia Kwieciński.

Jego zdaniem taka możliwość ułatwia tradycyjnym detalistom podjęcie decyzji o rozpoczęciu sprzedaży przez internet.

W 24 godziny mogą uruchomić swoje stoisko online dostępne dla lokalnych mieszkańców w promieniu kilku kilometrów od sklepu. Model click & collect nie wymaga praktycznie żadnych inwestycji ze strony sklepu – mówi Kwieciński.

Według opublikowanego badania „E-commerce w Polsce” sporządzonego w 2014 r. przez Gemius dla e-Commerce Polska najwięcej Polaków kojarzy e-handel z marką Allegro, którą spontanicznie kojarzy 76 proc. internautów. 28 proc. kojarzy portal Tablica.pl (aktualnie OLX.pl), 16 procent eBay, a 11 proc. – Ceneo. Jeśli chodzi o zakupy spożywcze najbardziej rozpoznawalne są takie strony, jak alma24.pl, etesco.pl i allegro.pl.

Wittchen: Wszystkie nasze torebki w Lidlu zostały wyprzedane. Udało nam się trafić do klientów z klasy średniej

0

CEO Magazyn Polska

Na początku października w sklepach Lidl dostępne były skórzane torebki Wittchen w promocyjnych cenach. Każdą można było kupić za 249 zł, podczas gdy w salonie firmowym Wittchen kosztują one dwukrotnie więcej. Akcja spotkała się z ogromnym zainteresowaniem klientek, które ustawiały się w kolejkach już przed otwarciem sklepu.

To już nasza trzecia akcja z Lidlem. Chcieliśmy w ten sposób dotrzeć do klientów z klasy średniej. Taki klient bardzo często boi się wejść do naszych salonów, ponieważ uważa, że nasze produkty są bardzo drogie i nie na jego kieszeń. Stąd też nasz krok. Być może za kilka lat zadowolony z jakości i użytkowania naszych produktów, wróci do naszych salonów – powiedziała agencji informacyjnej Newseria Aleksandra Defitowska, dyrektor sprzedaży Wittchen.

Wittchen i Lidl rozpoczęły współpracę w 2012 roku. Wtedy w ofercie dyskontu znalazły się skórzane akcesoria marki Wittchen. Rok później po raz pierwszy Lidl zaoferował klientkom torebki słynnego producenta ekskluzywnej galanterii skórzanej. Chętnych zarówno rok temu, jak i obecnie było więcej niż torebek.

Wszystkie zostały wyprzedane. My jesteśmy otwarci na taką współpracę, świat dąży do globalizacji dużych marek z markami niszowymi. Musimy być otwarci na to, co się dzieje na świecie, czego oczekują klienci i za tym właśnie podążamy. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, że nasze torebki cieszą się taką popularnością – powiedziała Aleksandra Defitowska w wywiadzie udzielonym na gali Luksusowa Marka Roku 2014.

Ekskluzywne produkty coraz częściej znajdują się w ofercie popularnych dyskontów i sieciówek. Jedną z pierwszych marek premium, które zdecydowały się na taką współpracę, był włoski dom mody Versace. W 2011 roku Versace przygotował kolekcję dla H&M, w której znalazły się sukienki i spódnice z czystego jedwabiu, kurtki z naturalnej skóry, bezrękawniki z kaszmiru i czystej wełny. Rok później limitowaną kolekcję wiosenną dla szwedzkiej sieciówki zaprojektował włoski dom mody Marni.

Współpracę luksusowych marek z sieciówkami i dyskontami skrytykowali m.in. Domenico Dolce i Stefano Gabbana. Słynni włoscy projektanci porównali tę sytuację do kupowania dobrego dorsza za 5 euro. Ich zdaniem ubrania marek premium produkowane dla sieciówek są słabej jakości. Opinię włoskich kreatorów zdaje się potwierdzać kolekcja Versace dla H&M, która nie spełniła oczekiwań klientek. Wiele ubrań zostało zwróconych do sklepów ze względu na niski standard wykonania. Wittchen zapewnia, że nawet torebki przeznaczone do sprzedaży w sieci Lidl były najwyższej jakości.

Polacy wciąż jedzą mało ryb. To szansa na rozwój firm przetwórczych i eksporterów

Polski rynek ryb i owoców morza nie wygląda imponująco. Przeciętnie Polak rocznie zjada 12 kg ryb, podczas gdy średnia w Europie to 22 kg, a na świecie 24 kg na osobę. To wyzwanie i szansa dla polskich firm działających w tej branży.

Jeszcze słabiej Polska wypada na tle rynku hiszpańskiego, gdzie rocznie zjada się ponad 40 kg ryb na głowę, portugalskiego – z ponad 50 kg czy japońskiego – z ponad 70 kg ryb rocznie na osobę.

Przy 12 kg na osobę naprawdę mamy przyszłość przed sobą – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Bogusław Kowalski, prezes zarządu spółki Graal. – Tym bardziej że ryba jest postrzegana jako produkt zdrowy. To produkt coraz popularniejszy na naszych stołach.

Graal jest polskim liderem w produkcji konserw rybnych. Produkuje i sprzedaje też mrożonki, ryby świeże oraz wszelkiego rodzaju przetwory z ryb i innych owoców morza. Przychody netto grupy kapitałowej w I półroczu przekroczyły 409 mln zł i były o 90 mln zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł w tym czasie 8,4 mln zł przy zysku 7,9 mln zł w I półroczu 2013.

– Na rynku polskim osiągnęliśmy pozycję lidera w branży rybnej, więc będziemy się rozwijać, ale gdzieś oczywiście jest kres tego rozwoju – podkreśla prezes Graala. – Nie możemy cały czas przyrastać o 25 proc. Największe możliwości widzimy poza granicami Polski, co zresztą skutecznie realizujemy, bo nasz eksport stale rośnie.

Swoje przetwory Graal sprzedaje na całym świecie. Poza rynkiem europejskim wyroby polskiej spółki trafiają do Stanów Zjednoczonych, Japonii, Australii, a nawet tak egzotycznych krajów, jak Mongolia czy Jamajka. Grupę Kapitałową Graal tworzą cztery firmy, które spółka przejęła i zmodernizowała.

– Musieliśmy zmienić nie tylko kulturę pracy w tych firmach, lecz także park maszynowy – wyjaśnia prezes Kowalski. – Temu poświęciliśmy bardzo dużo czasu. Proces modernizacji zakończyliśmy w roku 2012 i od tego czasu notujemy dużo lepsze wyniki niż w poprzednich latach. Poprzednio więcej czasu poświęcaliśmy na zbudowanie solidnej firmy, która może wyprodukować produkty bezpieczne, o najwyższej jakości i w relatywnie dobrych cenach.

Koniec lata to najgorszy okres dla branży rybnej, zima – najlepszy. Prawdziwe żniwa to okres świąteczny. Na tym rynku liczy się bowiem tradycja i pora roku.

– Postrzegamy ryby jako produkt świąteczny. To jest przyzwyczajenie nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Na pewno wpływ ma też pogoda w naszym regionie. Ludzie spożywają więcej ryb wtedy, kiedy jest chłodniej – tłumaczy Bogusław Kowalski.

W tej sytuacji Graal, który nie może narzekać na swój wynik półroczny, deklaruje, że całoroczny będzie zdecydowanie lepszy od ubiegłorocznego.

Po I półroczu mamy ponad 20-proc. wzrost sprzedaży. III kwartał jest zawsze najsłabszy w naszej branży, ale IV kwartał to szczyt sezonu, dlatego będzie miał największy wpływ na wyniki – zapowiada Bogusław Kowalski.

Sprzedaż opon w Polsce rośnie szybciej niż w Europie. Duże wzrosty w segmencie rolniczym

CEO Magazyn Polska

W I półroczu sprzedaż opon letnich i sportowych była wyższa o 14 proc. niż przed rokiem, podczas gdy w Europie wzrost wyniósł 6 proc. W ostatnim kwartale sprzedano o 3 proc. więcej nowych opon do samochodów osobowych. Zmalała sprzedaż opon do aut ciężarowych, a o blisko 50 proc. wzrosła sprzedaż opon rolniczych. Całoroczne wyniki będą zależały jednak w dużej mierze od IV kwartału, bo to zwykle jeden z dwóch szczytów sprzedaży.

Z informacji podanych przez ETRMA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Opon i Gumy), wynika, że w zeszłym roku sprzedaż ogumienia letniego w Polsce spadła o 13,6 proc., zaś zimowego – o 0,36 proc.

I półrocze to nie były hurraoptymistyczne dane. One były nieco lepsze niż w ubiegłym roku, który był kryzysowy. W III kwartale mamy niewielkie wzrosty w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o samochody osobowe i ciężarowe, czyli odpowiednio 5 proc. i 6 proc. W Polsce sprzedaż samochodów osobowych w III kwartale wzrosła o 3 proc., a sprzedaż aut ciężarowych spadła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

W I półroczu w Polsce sprzedaż opon letnich i sportowych wzrosła o 14 proc. (w Europie o 6 proc.), o 12 proc. w segmencie opon do samochodów terenowych 4×4, aż o 47 proc. w segmencie opon rolniczych i o 20 proc. w przemysłowych. Duże wzrosty w dwóch ostatnich grupach były związane z dużymi inwestycjami w rolnictwie, górnictwie i przemyśle. Sarnecki podkreśla, że ten trend cały czas jest widoczny.

Sprzedaż opon do samochodów osobowych również wiąże się z rosnącą liczbą rejestracji. Polska cały czas wyprzedza dynamikę wzrostu w skali całej Europy.

To, co ma wpływ na sprzedaż opon, to oczywiście rejestracja samochodów, w tym szczególnie nowych samochodów. Rynek oponiarski dzieli się na dwie główne odnogi: sprzedaż do fabryk na pierwszy montaż oraz sprzedaż użytkownikom na rynku wtórnym. I tak naprawdę kombinacja tych dwóch zależności wpływa na ostateczną sprzedaż opon – wyjaśnia Sarnecki.

Dodaje, że dla całorocznych wyników branży oponiarskiej ważny będzie IV kwartał. To zwykle jeden z dwóch szczytów sprzedaży związany z popytem na opony zimowe, które stanowią nawet ponad 50 proc. sprzedaży w Polsce. Sarnecki zaznacza, że choć dane z letniego szczytu są optymistyczne, to dopiero zima zweryfikuje koniunkturę w branży.

Sarnecki podkreśla, że niewielki wpływ na sprzedaż będzie miało nowe rozporządzenie unijne, zgodnie z którym od 1 listopada w nowych oponach do samochodów osobowych obowiązkowo montowane będą czujniki ciśnienia. Sarnecki podkreśla, że rozporządzenie nie zmienia tak naprawdę technologii produkcji opon, a za montaż czujników odpowiadają inne firmy, nie producenci opon.

Czujniki nie są montowane podczas produkowania opony, tylko podczas montażu samochodów w fabryce – wyjaśnia dyrektor generalny PZPO. Dodaje: ‒ Jest to bardzo ważny element budowania świadomości kierowców o używaniu opon. Jako branża wspieraliśmy uchwalenie tych przepisów w Brukseli. Uważamy, że to będzie miało znaczący wpływ na poprawę bezpieczeństwa, ponieważ kierowcy będą na bieżąco informowani o spadku ciśnienia w oponie. Niższe ciśnienie to nie tylko większe zużycie paliwa, lecz także wydłużona droga hamowania, gorsze prowadzenie i szybsze zniszczenie opony – przypomina.

Obecnie PZPO zaleca, by kierowcy co najmniej raz w miesiącu, a najlepiej przy każdym tankowaniu pojazdu sprawdzali ciśnienie w oponach. Jest to szczególnie ważne w takim czasie jak obecnie, kiedy mamy duże wahania temperatury w ciągu tygodnia. Raport PZPO z 2013 roku wskazuje, że tylko 39 proc. kierowców sprawdza ciśnienie w oponie raz na jakiś czas.

Posiadacze nowych samochodów kupionych po 1 listopada nie będą już musieli ręcznie sprawdzać ciśnienia, bo czujniki przekażą kierowcy informacje o zbyt małej (lub zbyt dużej) ilości powietrza w oponach.

Są dwa typy czujników. Pierwszy służy do bezpośredniego pomiaru, jest montowany w kole. Drugi to czujnik mierzący obroty opony, oczywiście odpowiednio skalibrowane. Dlatego akurat w przypadku czujników jedyną rzeczą, o której kierowca będzie musiał pamiętać, jest to, żeby zmieniać opony w samochodzie z czujnikami w dobrych serwisach oponiarskich – podkreśla Sarnecki. – Muszą tego przestrzegać szczególnie kierowcy jeżdżący na oponach typu run-flat, w których nie czuć od razu spadku ciśnienia. Długotrwała jazda na przebitych oponach tego typu może doprowadzić do eksplozji opony i nagłej utraty panowania na samochodem. W takich oponach szczególnie trzeba dbać o prawidłową procedurę wymiany, bo zachowanie sprawności czujników ciśnienia ma bezpośredni wpływ na zdrowie i życie kierowców – wskazuje.

Wideorelacja z konferencji wynikowej za III kwartał 2014 r.

0

Szanowni Państwo,

Zarząd MCI Management S.A. zaprasza do udziału w transmisji internetowej prezentacji wyników finansowych za III kwartał 2014 r.

Transmisja rozpocznie się w dniu 5 listopada (środa) o godz. 9.30 i będzie dostępna pod adresem:
http://gpwmedia.pl/mci/

Za jazdę autem i parkowanie w lesie grozi kara

0

Samochodem można poruszać się w lesie wyłącznie po drogach publicznych i państwowych oraz oznaczonych drogach leśnych – tak mówi ustawa o Lasach Państwowych.

Co więcej, samochodu nie wolno pozostawiać w przypadkowym miejscu w lesie. To nadleśnictwo wyznacza trasy oraz zatoczki do publicznego użytku i stosownie je oznacza. „Za niewiedzę lub zlekceważenie przepisów grozi mandat karny w wysokości do 500 zł” – przypomina w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Mateusz Bartkiewicz z Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy.

Zakaz nie dotyczy pracowników leśnych, osób posiadających grunty rolne w okolicach lasów, właścicieli majątków z terenami leśnymi oraz funkcjonariuszy straży granicznej, pożarnej i pogotowia ratunkowego. Wyjątkiem objęci są również inwalidzi poruszający się pojazdami przystosowanymi do ich potrzeb.

Służby leśne, aby zmniejszyć liczbę osób nagminnie łamiących przepisy, instalują kamery w miejscach najbardziej uczęszczanych, np. przez grzybiarzy. Dlatego zanim wjedziemy do lasu, warto się upewnić, czy nie popełniamy przestępstwa, i skontaktować z nadleśnictwem lub urzędem gminy.

Dlaczego Amazon w Polsce robi trzydniowy weekend?

0

Pracownicy polskich centrów logistycznych koncernu Amazon będą pracować w dość nietypowym systemie 4 razy 10 godzin w tygodniu. – To kwestia oszczędności – tłumaczy w rozmowie z portalem Money.pl Tim Collins,  wiceprezes amerykańskiego koncernu, odpowiedzialny za operacje logistyczne w Europie.

W trzech magazynach w Polsce – dwa działają w Bielanach Wrocławskich, trzecie w Sadach pod Poznaniem – pracować będzie w sumie 4,5 tysiąca pracowników etatowych i – w okresie świątecznego boomu zakupowego kolejne 7,5 tysiąca robotników tymczasowych. Amazon zastosował dla nich nietypowy system pracy – 4 dni w tygodniu po 10 godzin.

– To bardzo nowatorskie rozwiązanie, ale bardzo praktyczne. Dzięki temu 40 godzin pracy tygodniowo nasi ludzie wyrabiają w cztery, a nie pięć dni – tłumaczy Tim Collins w rozmowie z Money.pl. – W efekcie mają kolejny bonus – trzydniowy weekend. Kto by tak nie chciał?

Wiceprezes największego amerykańskiego koncernu, zajmującego się e-handlem przyznaje jednak, że chodzi nie tylko o zadowolenie pracowników, ale i o bardzo wymierne oszczędności. Tym bardziej, że pracownicy dojeżdżają, lub są dowożeni do zakładów z miejscowości odległych nawet o 100 kilometrów.

– Taki system pracy to również niższe koszty transportu. Ludzie rzadziej jeżdżą do i z pracy, więc zużywają mniej paliwa i nie stoją w korkach – wyjaśnia Tim Collins. – Oszczędzają dwadzieścia procent kosztów i czasu dojazdów. Transport zbiorowy też jest oczywiście odpowiednio tańszy.

Pytany o falę strajków, jakie niemiecki związek zawodowy Ver.di zorganizował w pięciu z dziewięciu tamtejszych centrach logistycznych koncernu, Tim Collins bagatelizuje sprawę.  – To, co dzieje się w tej chwili w Niemczech, nie ma wpływu na funkcjonowanie sklepu, ani na tempo dostaw i dla klientów jest w zasadzie nieodczuwalne – wyjaśnia w rozmowie z Money.pl. – Protesty dotyczą bardzo niewielkiej grupy. Ponad 80 procent naszych niemieckich pracowników codziennie przychodzi do pracy i wypełnia swoje obowiązki.

Collins zapewnił, że nawet jeśli w Niemczech dojdzie do zapowiadanego, grudniowego strajku, nie odbije się to na polskich pracownikach. A czy w centach Wrocławiu i Poznaniu powstaną związki zawodowe? – Pracownicy mają możliwość zrzeszania się, tworzenia rad pracowniczych i innych form komunikowania się z kierownictwem – odpowiada Collins. – Przestrzegamy wszystkich praw pracowniczych, a komunikacja z załogą to podstawa.

M. Goliszewski: Uczeni podjęli decyzję pod presją jednostronnych publikacji

CEO Magazyn Polska

Zamiast ocenić treść pracy krytykowano wyrwane z kontekstu fragmenty – uważa Marek Goliszewski, którego praca doktorska nie została uznana przez Radę Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Prezes BCC odpiera też zarzuty dotyczące konfliktu interesów. – Uczeni ulegli napastliwym artykułom niektórych dziennikarzy – podkreśla Goliszewski.

W środę rada Wydziału Zarządzania UW odmówiła uznania pracy doktorskiej Marka Goliszewskiego.

Trudno mi uznać tę decyzję za sensowną, skoro komisja egzaminacyjna wyłoniona przez tę samą radę zarekomendowała radzie pozytywną ocenę dysertacji doktorskiej. Wydaje się, że uczeni ulegli napastliwym artykułom niektórych dziennikarzy z Gazety Wyborczej i podjęli taką decyzję, która ma negatywne reperkusje, chociażby przez to, że obserwują to studenci Wydziału Zarządzania, których uczy się podejmowania racjonalnych, mądrych i odważnych decyzji, a tutaj mają tego zaprzeczenie – mówi agencji Newseria Biznes Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club.

Jak podkreśla, tym samym zakwestionowano kompetencje i rzetelność profesorów Wydziału Zarządzania UW.

30 czerwca Marek Goliszewski obronił na Wydziale Zarządzania UW pracę doktorską pt. „Wpływy sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze”. W komentarzu opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” Jacek Żakowski skrytykował doktorat jako banalny i zarzucił promotorom pracy konflikt interesów. Marek Goliszewski jest bowiem członkiem Rady Przedsiębiorczości przy Wydziale Zarządzania.

To, że zaproszono mnie do Rady Biznesu Wydziału Zarządzania to była zbieżność, a nie konflikt interesów – zaznacza w rozmowie Marek Goliszewski. – Mieliśmy sobie wzajemnie pomóc. Ja, szukając miejsc w przedsiębiorstwach na staże dla studentów, miejsca pracy dla absolwentów. Wydział Zarządzania uwzględniał moje uwagi dotyczące programu nauczania, który jest niezbędny po to, żeby pracodawcy mieli wykwalifikowanych pracowników, a absolwenci mieli pracę.

Prezes BCC jako kłamstwo określa sugestie, że był sponsorem wydziału, że ktokolwiek tam dostał od niego pieniądze. Atakującym go publicystom zarzuca brak rzetelności.

Do mnie oprócz jednego telefonu nikt w tej sprawie z „Gazety Wyborczej” nie zadzwonił, natomiast codziennie ukazywały się atakujące artykuły, które nie podnosiły merytorycznie żadnych zarzutów, natomiast starały się oddziaływać na emocje ludzi, że, oto bogaty biznesmen kupił sobie doktorat – podkreśla prezes BCC. – Odbieram tę decyzję osobiście, ale bardziej z racji zawodu, który wykonuję, jako atak na ludzi gospodarki, na to, że w Polsce szerzy się fobia podejrzeń. Nie ufamy sobie wzajemnie, oskarżamy się, że jak ktoś się z kimś zna, to już musi być jakiś deal robiony, jakaś korupcja wchodzić w grę. To jest dla higieny naszego życia społecznego bardzo niedobre.

Jego zdaniem decyzja rady to efekt ataków medialnych niektórych dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Goliszewski zarzuca im, że krytykowane fragmenty pracy były wyrwane z kontekstu.

Publikacje kilku dziennikarzy, związanych ze środowiskiem lewicowym, niechętnym przedsiębiorcom, ludziom gospodarki w zasadzie odnosiły się tylko do fragmentów pracy, które miały sens wówczas, kiedy problem byłby analizowany całościowo. Nikt nie odniósł się do problemu, który jest w tej pracy zaznaczony – ubolewa autor.

Samą pracę doktorską Marka Goliszewskiego oceniano różnie: przeciwnicy mówili o niekonwencjonalnej formie, zwolennicy o nowatorskim ujęciu tematu.

Nie mnie oceniać naukowość tej pracy, zrobili to członkowie komisji egzaminacyjnej, dwóch recenzentów spoza Uniwersytetu, promotor i dlatego wnioskowali do rady wydziału, żeby tę pracę zaakceptować – mówi Marek Goliszewski. – Natomiast nikt z publicystów, którzy rozpętali tę nagonkę, nie podjął się dyskusji w sprawach najbardziej istotnych zawartych w tej pracy istotnych dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

W kolejnych rankingach będzie trudno o awans

Polska w prestiżowym rankingu Doing Business Banku Światowego znalazła się na 32 miejscu i ucieka regionalnym konkurentom.

Komentarz Krzysztofa Kajdy, dyrektora departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan

32. miejsce Polski w rankingu świadczy o tym, ze wciąż ponad 30 państw tworzy dla swoich przedsiębiorców lepsze warunki do prowadzenia działalności gospodarczej. Konfederacja Lewiatan uważa, że naszym celem powinno być przesunięcie się z czwartej do, co najmniej, drugiej dziesiątki państw w ciągu dziesięciu lat. Najgorzej wypadamy w kategoriach: uzyskiwania pozwoleń na budowę, dochodzenia należności na drodze sądowej i egzekucyjnej oraz rozliczania podatków. Jest to zbieżne z opiniami przedsiębiorców.

Opinie średnich i dużych przedsiębiorców w większym stopniu pokrywają się z tezami zawartymi w rankingu Doing Business aniżeli przedsiębiorców małych. Przykładem jest pozytywna ocena wystawiona przez Bank Światowy dostępowi do kredytów w Polsce, tymczasem mali przedsiębiorcy twierdzą, że owszem, ale tylko większym firmom łatwo jest uzyskać zewnętrzne finansowanie.

Konfederacja Lewiatan nie podziela optymizmu rządzących co do spodziewanego wzrostu notowań Polski w kolejnych rankingach. Zapowiadane pozytywne zmiany w prawie budowlanym , prawie restrukturyzacyjnym czy też prawie działalności gospodarczej mogą zostać zniweczone przez planowane przez rząd rozwiązania dotyczące m.in. podatków. Wpływ na to może mieć wprowadzenie, projektowanej w ordynacji podatkowe, klauzuli obejścia prawa, która ze względu na swoją ogólną i nieprecyzyjną konstrukcję oraz niezwykle niski próg stosowania, wymusi na podatnikach analizę większości zawieranych transakcji pod kątem zagrożenia zastosowania klauzuli. Pociągnie to za sobą zarówno konieczność poniesienia dodatkowych nakładów pracy, jak i kapitału. Wpływ na ryzyko i koszty prowadzenia działalności gospodarczej będzie mieć również planowane zmarginalizowanie znaczenia interpretacji indywidualnych prawa podatkowego. Pozycji Polski w tym rankingu na pewno nie poprawią działania zmierzające do zwiększenia obciążeń podatkowych, takie jak: opodatkowanie spółek komandytowo-akcyjnych, ograniczenie możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodów finansowania długiem oraz obejmowanie kolejnych rodzajów działalności obowiązkowym prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących.

W obszarze egzekucji umów, gdzie od lat pozycja Polski jest niesatysfakcjonująca, zagrożeniem jest projekt nowelizacji ustawy o komornikach sądowych radykalnie ograniczający prawo wyboru komornika na terenie całego kraju. Ten projektowany eksperyment na całym systemie egzekucji może zaprzepaścić, wieloletnią pracę wielu środowisk zmierzającą do zwiększania atrakcyjności Polski, jako obszaru do inwestowania. Raport Banku Światowego pokazuje, że w Polsce, w kolejnych latach, powoli poprawiają się wskaźniki związane z dochodzeniem należności. Zmniejszenie wolności wyboru komorników wpłynie na spadek pozycji Polski w raporcie, a zatem również na zmniejszenie atrakcyjności kraju, jako miejsca do inwestowania. W raportach Banku Światowego i jego rankingach brane są bowiem pod uwagę wyłącznie realne udogodnienia dla wierzycieli w danym kraju, uzyskane m.in. na podstawie opinii i ankiet prowadzonych wśród przedsiębiorców, w tym wierzycieli.

Konfederacja Lewiatan

10 priorytetów dla nowej Komisji Europejskiej

Odbudowa konkurencyjności Europy jest kluczem do zmniejszenia bezrobocia – to główne przesłanie dla nowej Komisji Europejskiej (KE). Listę priorytetów europejskiego biznesu ogłosiło wczoraj BUSINESSEUROPE, największa organizacja pracodawców w UE.

Na liście 10 priorytetów i 10 działań koniecznych do podjęcia przez nową KE już w pierwszym roku funkcjonowania wskazano przede wszystkim na poprawę klimatu inwestycyjnego w Europie i pobudzenie przedsiębiorczości, co powinno przyczynić się do powstania nowych miejsc pracy.

– Europa znajduje się na rozdrożu, a zarazem na początku nowego cyklu politycznego. Jean- Claude Juncker powinien nadać wyraźny priorytet konkurencyjności, mądrze ukierunkowanemu inwestowaniu i nalegać na reformy. To najlepszy sposób, by zmniejszyć skalę bezrobocia, które dziś dotyczy 25 mln Europejczyków – powiedziała Emma Marcegaglia, prezydent BUSINESSEUROPE.

Środowisko pracodawców skupionych w BUSINESSEUROPE stawia na przemysł.
– Podczas rozmów z przedstawicielami administracji brukselskiej podkreślamy, że wzrost udział przemysłu w unijnym PKB do 20 proc. w perspektywie kolejnych sześciu lat mógłby zaowocować stworzeniem setek tysięcy nowych miejsc pracy – dodała dr Anna Kwiatkiewicz, dyrektor Biura Lewiatana w Brukseli.

Wśród 10 priorytetów dla nowej Komisji Europejskiej znalazły się:

1. Skupienie się na lepszej koordynacji działań wszystkich komisarzy i uznanie konkurencyjności za priorytet przy tworzeniu nowych propozycji legislacyjnych – począwszy od pierwszego dnia urzędowania.
2. Przedstawienie zapowiedzianego europejskiego planu inwestycyjnego, zapewnienie lepszego dostępu do finansowania i efektywnej unii bankowej.
3. Zwiększenie udziału przemysłu w wytwarzaniu unijnego PKB do poziomu minimum 20 proc. przed 2020 rokiem.
4. Przedstawienie elastycznego pakietu polityki energetycznej i klimatycznej UE 2030, który będzie można dostosować do wyniku negocjacji światowego szczytu klimatycznego w Paryżu w 2015 roku. Reforma unijnego systemu sprzedaży uprawnień po 2020 roku skierowana na utrzymanie przemysłu w Europie.
5. Prace na rzecz sfinalizowania ambitnego Porozumienia w Dziedzinie Handlu i Inwestycji ze Stanami Zjednoczonymi (ang. TTIP) z uwzględnieniem odpowiedniego mechanizmu dla ochrony inwestycji.
6. Kontunuowanie przeglądu strategii Europa 2020 i poprawa koordynacji polityki gospodarczej.
7. Znalezienie odpowiedniej równowagi pomiędzy ochroną prywatności obywateli a swobodą przepływu danych, przy określaniu długofalowej strategii dla jednolitego rynku cyfrowego.
8. Zbudowanie kompromisu w sprawie europejskich ram dla reform rynku pracy w krajach członkowskich, które doprowadzą do zwiększenia wzrostu i tworzenia nowych miejsc zatrudnienia.
9. Przygotowanie propozycji legislacyjnych w oparciu o zasadę lepszego stanowienia prawa oraz ocenę skutków, w tym uwzględnienie efektu kumulowania się przepisów.
10. Określenie kompleksowej wizji kierunku, w którym powinna zmierzać Unia do 2020 roku.

Polska coraz bardziej przyjazna biznesowi

Polska zajęła 32. miejsce w zestawieniu 189 państw ocenianych pod kątem łatwości prowadzenia prywatnych firm. Z rankingu Banku Światowego Doing Business na 2015 r. wynika, że ułatwienia poprawiające klimat biznesowy w naszym kraju  zapewniają Polsce status lidera Europy Środkowo-Wschodniej.

Polska znalazła się w tegorocznym rankingu Banku Światowego tuż za Francją i przed Hiszpanią, wyprzedając pozostałe gospodarki centralnej Europy (Czechy, Słowację i Węgry). Pierwsze miejsce na świecie zajął Singapur,  tuż za nim uplasowały się Nowa Zelandia, Hongkong i Dania.

Raport Doing Business na 2015 r. wskazuje, że w Polsce jest coraz łatwiej założyć nową firmę (np. dzięki zniesieniu wymogu rejestracji działalności gospodarczej w Państwowym Inspektoracie Pracy), uproszczono też np. przekazywanie majątku (dzięki wprowadzeniu procedur umożliwiających załatwienie formalności on-line oraz obniżeniu płatności notarialnych). Ponadto Bank Światowy odnotował  ułatwienia w handlu transgranicznym oraz pozyskiwaniu zezwoleń na budowę, a także zmniejszenie kosztów pozyskiwania energii elektrycznej.

Wysoka pozycja Polski w najnowszym raporcie Doing Business jest odzwierciedleniem naszych działań, ograniczających bariery administracyjne – ocenił minister finansów Mateusz Szczurek.Przypomnę, że dwa lata temu jedną z głównych konkluzji raportu Banku Światowego było stwierdzenie, że Polska najszybciej na świecie przeprowadza reformy ułatwiające prowadzenie biznesu. Ten proces cały czas jest kontynuowany,  co widać w tegorocznym rankingu. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że zostało jeszcze sporo do zrobienia – stąd zapowiedzi zmian w expose Pani Premier, które będziemy systematycznie wprowadzać – dodał minister.

W kategorii „handel transgraniczny” Polska awansowała w stosunku do ubiegłego roku o 5 pozycji. W raporcie doceniono zwłaszcza skrócenie odprawy towarów w portach morskich do jednego dnia, co jest bardzo dobrym wynikiem w porównaniu z wieloma innymi krajami. Aby to osiągnąć, Służba Celna, uwzględniając specyfikę odpraw morskich, wdrożyła nową usługę „odprawę przed przybyciem”. Daje ona przedsiębiorcom możliwość przekazania w zgłoszeniu celnym informacji dotyczących przesyłki jeszcze przed dostarczeniem towaru, co znacząco przyspiesza odprawę celną. Jest to element zainicjowanego przez Służbę Celną rozwiązania w polskich portach morskich, polegającego na przeprowadzeniu wszystkich czynności urzędowych, niezbędnych do dopuszczenia towaru do obrotu (przez wszystkie służby), w ciągu 24 godzin od momentu przedstawienia towaru do kontroli granicznej (projekt porty24). Służba Celna także koordynuje ten projekt.

Jest to kolejna zewnętrzna, pozytywna ocena działań Służby Celnej po październikowym raporcie Komisji Europejskiej w ramach programu „Eurobarometr”, dotyczącym elektronicznych usług. Polska Służba Celna zajęła tam pierwsze miejsce w kategorii wpływu usług elektronicznych na uproszczenie procedur celnych oraz w kategorii spowodowania obniżenia kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw.

Służba Celna konsekwentnie wdraża nowe usługi i ułatwienia dla przedsiębiorców, a tym samym sprzyja rozwojowi gospodarczemu kraju.

Umowa ws. automatycznej wymiany informacji finansowych

Wymianę informacji podatkowych oraz wprowadzenie skutecznych narzędzi przeciwdziałających transgranicznym oszustwom podatkowym i unikaniu opodatkowania na poziomie europejskim zakłada porozumienie Competent Authority Agreement (CAA), podpisane przez ministra finansów Mateusza Szczurka 29 października br. w Berlinie przy okazji corocznego spotkania Global Forum on Transparency and Exchange of Tax Information.

Competent Authority Agreement (CAA) to wielostronne porozumienia właściwych władz odpowiedzialnych za wymianę informacji podatkowych i zobowiązanie do  przeprowadzenia w krajowych systemach prawnych zmian, wdrażających procedury Common Reporting Standard (CRS). Działania te mają umożliwić pozyskiwanie informacji z instytucji finansowych w stosunku do rachunków zidentyfikowanych przez nie jako prowadzone dla nierezydentów lub podmiotów przez nie kontrolowanych.

Deklaracja 46 państw i terytoriów, w tym Polski (tzw. grupa Early Adopters), dotycząca priorytetowego wprowadzenia nowych standardów wymiany informacji, została podjęta podczas ubiegłorocznego Global Forum w Dżakarcie.

Poparcie przez G20 sfinalizowanego w ramach OECD standardu automatycznej wymiany informacji finansowych dla celów podatkowych (Common Reporting Standard – CRS), przewidującego identyfikację i raportowanie przez krajowe instytucje finansowe informacji o rachunkach nierezydentów innych państw, bazuje na rozwiązaniach przewidzianych w FATCA. Porozumienie ma na celu jak najszersze rozpropagowanie tego standardu, również w krajach niebędących członkami OECD, uznawanych powszechnie za raje podatkowe, tak aby stał się on skutecznym narzędziem zwalczania i eliminowania transgranicznych oszustw podatkowych i uchylania się od opodatkowania.

Podpisanie przez ministra Szczurka porozumienia CAA wpisuje się w działania Polski popierające zmiany zachodzące w systemie wymiany informacji podatkowych oraz wprowadzających skuteczne narzędzia zwalczające i eliminujące transgraniczne oszustwa podatkowe i unikanie opodatkowania na poziomie europejskim. Działania te, wraz z umową FATCA oraz finalizacją prac w Radzie UE nad zmianą dyrektywy o współpracy administracyjnej, będą stanowić podstawę do prac nad zmianami w ustawodawstwie krajowym, zmierzającymi do wdrożenia międzynarodowych zobowiązań.

Szybka realizacja standardu CRS przez zaangażowane państwa będzie stanowić polityczny impuls do przystępowania do tej formy współpracy również innych państw – stron Konwencji o wzajemnej pomocy administracyjnej w sprawach podatkowych z 1988 r., stanowiącej  formalną podstawą dla zawarcia porozumienia CAA.

NIK kontroluje Pocztę Polską

Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła kontrolę dostępności usług pocztowych. Izba sprawdzi, jak Poczta Polska SA wykonuje zadania operatora wyznaczonego do świadczenia powszechnych usług pocztowych. W ramach kontroli NIK przygotowała na stronie Izby (nik.gov.pl) anonimową ankietę dla wszystkich klientów poczty. 

Przesyłki listowe i paczki pocztowe powinny być dostarczane co najmniej w każdy dzień roboczy i nie mniej niż przez 5 dni w tygodniu. NIK sprawdzi, czy placówki pocztowe wywiązują się z tego obowiązku. Kontrolerzy Izby w szczególny sposób przyjrzą się doręczaniu listów poleconych i paczek.

Poprzednia kontrola NIK (w 2011 roku) wykazała, że dostęp do usług świadczonych przez Pocztę Polską S.A. pozostawał ograniczony. Jedynie 20 urzędów pocztowych w kraju prowadziło działalność przez całą dobę. W większości przypadków placówki pocztowe były czynne w miastach od godz. 8.00 do 18.00, a na obszarach wiejskich jeszcze krócej, bo od godz. 8.00 do 15.00.

Jednym z głównych problemów Poczty Polskiej był fakt, że listonosze zbyt często, zamiast dostarczać paczki i listy polecone, pozostawiali w skrzynkach awiza. Taka praktyka  przerzucania ciężaru odbioru przesyłek na klientów i pracowników placówek pocztowych powodowała wydłużenie kolejek i czasu obsługi.

NIK sprawdzi, czy w tym zakresie nastąpiła poprawa usług.

Dostępność usług pocztowych jest jednym z wyznaczników warunków życia obywateli, dlatego NIK postanowiła w ramach tej kontroli poznać opinie konsumentów na temat jakości usług świadczonych przez Pocztę Polską SA. W tym celu Izba opracowała internetową ankietę, która pozwoli na uzyskanie informacji, czy usługi pocztowe świadczone przez spółkę spełniają oczekiwania klientów oraz czy w ostatnich trzech latach nastąpiła poprawa obsługi. Ankieta jest całkowicie anonimowa. Opinie klientów Poczty Polskiej będą pomocne przy formułowaniu zaleceń pokontrolnych NIK.

Goldman Sachs: Na rynku walutowym euro będzie tanieć, dolar drożeć, a złoty pozostanie stabilny

CEO Magazyn Polska

Na rynku walutowym w najbliższych miesiącach euro powinno się osłabiać, a dolar umacniać. Analitycy największych wahań oczekują na rynkach wschodzących. Złoty jednak będzie należał do stabilnych walut.

Mocnym wahaniom mogą ulegać kursy tureckiej liry czy południowoafrykańskiego randa – prognozują stratedzy Goldman Sachs. Największy wpływ na rynek walutowy będzie miała jednak zmiana polityki pieniężnej, jaka dokonuje się właśnie w strefie euro i USA.

– Kurs euro do dolara będzie się zmieniał – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Magdalena Polan, główna ekonomistka ds. Europy Środkowo-Wschodniej banku Goldman Sachs. – Niedawno zmieniliśmy naszą perspektywę długoterminową kursu euro i dolara w kierunku wzmocnienia dolara i osłabienia euro z powodu rozjeżdżających się kierunków polityki monetarnej, czyli wyższych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i niższych w Europie.

Stratedzy banku Goldman Sachs prognozują, że w perspektywie 2-3 lat dolar zrówna się wartością z euro. Polski złoty na tym tle ma być bardzo stabilną walutą.

– Złoty nie powinien być bardzo czuły ani na zmiany stóp procentowych za granicą, których i tak za bardzo nie oczekujemy, ani na wiadomości o tym, co się dzieje w Rosji i na Ukrainie – ocenia Magdalena Polan. – Złoty trochę wyprzedał się na tych wiadomościach w lecie w tym roku, ale to były bardzo małe zmiany.

Osłabienie złotego widoczne było głównie do dolara, gdzie od początku roku polska waluta straciła ponad 9 proc., podczas gdy do euro zaledwie nieco ponad 1,5 proc.

Na tle innych rynków wschodzących polska gospodarka radzi sobie względnie dobrze. Bezrobocie spada, PKB rośnie i mimo że ani ten spadek, ani wzrost nie są imponujące, inwestorzy doceniają ich dynamikę. Według Goldman Sachs kurs złotego będzie się zmieniał, ale tylko w pewnym przedziale.

– Oczekujemy więc, że będzie w miarę stabilny –  uważa główna ekonomistka banku ds. Europy Środkowo-Wschodniej. – Zdecydowanie bardziej stabilny, jeżeli pomyślimy o innych walutach, niż kursy walutowe krajów, gdzie ciągle jest dużo do zrobienia w dziedzinie ograniczenia deficytu obrotu rachunków bieżących, zrównoważenia gospodarki czy ograniczenia wzrostu długu zagranicznego. Na przykład w takich krajach, jak Turcja, Republika Południowej Afryki czy nawet Węgry.

Analitycy zwracają uwagę na tzw. „fragile five”, czyli o „delikatną piątkę” państw, które są bardziej czułe na to, co się dzieje na świecie, wymieniają tu takie kraje, jak Brazylia, Indonezja, Indie.

– Ciągle myślimy o tym, że Turcja i lira turecka jest w miarę wrażliwa na to, co się dzieje na zewnątrz Turcji i na rynku globalnych stóp procentowych, a także na to, co dzieje się w ich własnej polityce makroekonomicznej – zwraca uwagę Magdalena Polan z banku Goldman Sachs. – Oczekujemy też dużych zmian na rynku randa, czyli w Afryce Południowej. Widzimy ryzyko dla innych walut na rynkach wschodzących, które nie dokończyły tego dostosowania zewnętrznego.

Koniec roku będzie trudny dla ubezpieczycieli. W perspektywie kilku lat ich zyski jednak będą rosły

CEO Magazyn Polska

Kondycja polskich firm ubezpieczeniowych jest dobra, ale ich zyski trudno uznać za imponujące. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się PZU. Końcówka roku jednak zapowiada się gorzej i dla branży, i dla największego polskiego ubezpieczyciela. Pozytywne dla branży są prognozy kilkuletnie.

Jak podała Komisja Nadzoru Finansowego, zysk netto polskich firm ubezpieczeniowych w I półroczu przekraczał 4,4 mld zł i był o ponad 33,4 proc niższy niż przed rokiem.

O ponad 31 proc., do 1,8 mld zł, wzrósł w tym czasie zysk netto osiągnięty dzięki ubezpieczeniom na życie. Zysk netto, jaki branża osiągnęła na ubezpieczeniach majątkowych, był wprawdzie wyższy i przekraczał 2,5 mld zł, jednak w porównaniu z poprzednim rokiem spadł on o ponad 50 proc.

Drugie półrocze także nie powinno przynieść przełomu.

– Jeżeli koncentrujemy się na tym najbliższym okresie, to, niestety, sytuacja nie wygląda aż tak różowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. – W najlepszym wypadku należy oczekiwać stabilizacji rynku, niewykluczone jednak, że może on nieznacznie spaść. Widać na rynku dość dużą presję na cenę ubezpieczeń.

O ile najbliższe miesiące nie zapowiadają się dla polskich ubezpieczycieli przełomowo, perspektywy na dalszą przyszłość, kolejne trzy do pięciu lat, wyglądają znacznie lepiej.

– Wydaje się, że polski rynek ubezpieczeń ma perspektywy wzrostu – ocenia analityk Ipopema Securities. – Tak zwane wskaźniki penetracji, czyli wskaźniki opisujące, jakie jest pokrycie produktami ubezpieczeniowymi w Polsce, znajduje się na relatywnie niskich poziomach względem krajów europejskich. Tu perspektywy są jak najbardziej pozytywne.

Na warszawskiej giełdzie notowany jest tylko jeden polski ubezpieczyciel, ale za to największy – PZU. Zysk netto Grupy PZU po I półroczu wyniósł 1,7 mld zł i był o 2,7 proc. wyższy niż przed rokiem.

Rzeczywiście, na chwilę obecną spółka przy spadających stopach procentowych i rosnących cenach obligacji bardzo ładnie zarabia w takim otoczeniu – uważa Iza Rokicka. – Nie oczekuję, żeby tutaj sytuacja się zmieniła, na przykład przy okazji publikacji wyników za trzeci kwartał.

PZU opublikuje raport finansowy za III kwartał 13 listopada. W kolejnych miesiącach jednak, jak mówi Iza Rokicka, po całej branży ubezpieczeniowej zbyt wiele oczekiwać już nie należy. Wyniki za II półrocze będą gorsze niż za pierwsze sześć miesięcy.

– W PZU prawdopodobnie [będą] nieco gorsze niż to miało miejsce w pierwszym półroczu – podkreśla Iza Rokicka z Ipopema Securities. – Szczególnie gorszego wyniku spodziewałabym się  w czwartym kwartale, wtedy sezonowo jest on obciążony wyższymi rezerwami, wyższymi kosztami i na tym cierpi zysk netto.

Choć wyniki branży nie imponują, a perspektywy kolejnych miesięcy są słabe, spadków cen akcji PZU na giełdzie oczekiwać raczej nie należy. Dopóki rentowności obligacji skarbowych są niskie, a więc ceny wysokie, akcje ubezpieczyciela pozostaną atrakcyjne.

– Kurs akcji moim zdaniem jest bardzo mocno skorelowany z wynikiem działalności inwestycyjnej PZU, a ten z kolei bardzo mocno skorelowany jest z zachowaniem się rynku obligacji – prognozuje analityk Ipopema Securities. – Więc dopóki rynek obligacji będzie stabilny czy też dalej rosnący, dopóty nie spodziewałabym się korekty na wycenie akcji PZU. Z chwilą kiedy rentowności zaczną rosnąć, z dużym prawdopodobieństwem odbije się to też negatywnie na wycenie akcji PZU.

Z punktu widzenia analizy technicznej WIG20 jest w trendzie spadkowym. Ostatnie wzrosty to tylko korekta

CEO Magazyn Polska

Ostatnie niewielkie wzrosty indeksu WIG20 to nie jest zmiana trendu – ocenia Przemysław Smoliński, analityk techniczny DM PKO BP. Niektóre spółki radzą sobie całkiem dobrze, ale te największe, nawet jeśli chwilowo rosną, nie przełamały tendencji spadkowych. Z punktu widzenia analizy technicznej następnych kilka tygodni przyniesie kilkuprocentowy spadek indeksu.

– Cały czas oczywiście można spodziewać się ruchu w górę, natomiast w obecnej chwili należy go interpretować w kategoriach korekcyjnego odbicia, a nie zmiany tendencji na wzrostową. Ta tendencja w horyzoncie najbliższych dni, tygodni cały czas jest spadkowa – mówi Przemysław Smoliński.

Zdaniem analityka spadki w pesymistycznym scenariuszu mogą sięgnąć nawet 10 proc., ale bardziej prawdopodobne jest 5 proc.

Rynek utrzymują głównie duże spółki. Jedną z nich jest Asseco Poland, która od połowy października podrożała o ponad 5 proc. i ma szanse kontynuować kilkumiesięczny trend wzrostowy. Nieco gorzej w ostatnim tygodniu wypadło PZU, ale długookresowo spółka ta też pozostaje w trendzie wzrostowym.

Na razie nie pojawiły się sygnały zakończenia tego trendu, a wręcz odwrotnie. Przy spadkach, które objęły większość rynku, te spółki zachowują się relatywnie najsilniej. W związku z tym można przewidywać, że cały czas popyt na tych spółkach jest aktywny i w dalszym ciągu te wzrosty będą kontynuowane.

Z drugiej strony są największe spółki WIG20 – jak KGHM czy Pekao SA – na razie rozczarowują, mimo że na ostatnich sesjach ich kursy lekko rosły. To długo nie potrwa – ocenia Smoliński.

– Raczej ten ruch należy odczytywać jako ruch korekcyjny. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ciągu najbliższych dni pojawiły się sygnały sprzedaży i były kontynuowane spadki z ostatnich tygodni.

Analityk podobnie ocenia sytuację Kernela, który dość silnie rośnie od połowy października, choć od końca czerwca straciła jedną czwartą wartości. Według niego ostatnie wzrosty to także krótkoterminowa korekta.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze, dosyć silne spadki tej spółki, to cały czas w średnim czy w dłuższym horyzoncie obowiązuje scenariusz spadkowy – podsumowuje Smoliński.

Ronson podtrzymuje prognozę sprzedaży mieszkań na 2014 rok. W kolejnym chce zwiększyć ich liczbę o 30 proc.

CEO Magazyn Polska

Ronson może przekroczyć tegoroczny plan sprzedaży mieszkań, zakładający zbycie 650 lokali. Do połowy października wykonał go już niemal 90 proc. Rok 2015 ma przynieść 30-proc. wzrost. Co więcej, zaczynają się sprzedawać mieszkania o 15-20 mkw. większe niż w poprzednich, chudych latach.

W pierwszym półroczu 2014 roku deweloperzy sprzedali 40 proc. więcej mieszkań niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Dane GUS-u wskazują, że wzrosła też liczba wydanych zezwoleń na budowę (o 44,6 proc.) i rozpoczętych budów mieszkań – o ponad 50 proc. Ronson, notowany na GPW deweloper, działający głównie na rynkach warszawskim, poznańskim i wrocławskim, już sprzedał tyle mieszkań, ile w rekordowym do tej pory ubiegłym roku.

W tym roku sprzedaliśmy już 570 mieszkań, czyli dokładnie tyle, ile w całym 2013 roku. Plan na ten rok to 650 lokali i na pewno go zrealizujemy, być może nawet z nadwyżką. W 2015 roku zadanie mamy bardziej ambitne i chcemy osiągnąć wynik 850 mieszkań – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Gutowski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Ronson Development.

Większa sprzedaż mieszkań nie oznacza jednak, że rośnie stopień zamożności Polaków. Banki chętniej niż jeszcze kilka lat temu udzielają kredytów, niższe oprocentowanie przyciąga też coraz więcej klientów. Część osób decyduje się na zakup lokali z racji niskich stóp procentowych. Rentowność wynajmu mieszkań, w zależności od miast, może wynieść 8-10 proc.

Wpływ na rynek ma też program Mieszkanie dla Młodych. Zachęca on część osób do działania, czyli zakupu swojego pierwszego mieszkania – tłumaczy ekspert.

Program ze względu na obowiązujące limity spowodował niewielki wzrost cen mieszkań, 1,7-2,5 proc. w części większych miast (dane firmy Reas). W Warszawie MdM miał niewielki wpływ na rynek. W stolicy 10-15 proc. mieszkań na rynku mieści się w limicie, który kwalifikuje je do programu MdM (6,5 tys. zł przy średniej cenie dla rynku 7,5 tys. zł). Także we Wrocławiu program nie wpłynął znacząco na sytuację na rynku (5 tys. zł limitu przy średniej ok. 6 tys. zł).

Dużo wyższy procent takich mieszkań znajduje się na rynku poznańskim czy trójmiejskim z limitem ponad 5 tys. Tu duża część rynku kwalifikuje się do programu MdM. W związku z tym to tam on ma niebagatelne znaczenie – zaznacza Gutowski.

Preferencje mieszkaniowe Polaków od kilku lat utrzymują się na zbliżonym poziomie. Największym zainteresowaniem cieszą się niewielkie (45-50 mkw.) mieszkania, przeważnie 2-pokojowe. Jak jednak podkreśla Gutowski, coraz częściej kupowane są lokale nieco większe, 2- lub 3-pokojowe, o powierzchni do 60 metrów. Deweloper koncentruje się na rynku stołecznym, coraz intensywniej inwestuje także w Poznaniu.

Aktualnie najważniejszym naszym rynkiem jest Warszawa. Na wicelidera wyrasta zdecydowanie Poznań, gdzie prowadzimy w tej chwili już 3 inwestycje, poszukujemy też w tym mieście kolejnych działek do zakupu – zaznacza Gutowski.

Dodaje, że wpływ na sytuację na rynku mieszkań miała ustawa deweloperska, choć nie odbiła się na największych przedsiębiorstwach. Wprowadziła ona obowiązek posiadania przez deweloperów funduszy powierniczych dla swoich inwestycji. W związku z tym na rynku utrzymały się firmy, które profesjonalnie zajmowały się budową i sprzedażą lokali użytkowych, zniknęły zaś te półamatorskie. Jak podkreśla Gutowski, ustawa ucywilizowała branżę.

– Nastąpiła swego rodzaju konsolidacja rynku. Sporo firm wypadło z rynku między innymi dzięki temu, że ustawa zaczęła funkcjonować – ocenia ekspert z Ronson Development.

Za 4-5 lat Polska może uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu

CEO Magazyn Polska

W ciągu 4-5 lat Polska będzie mogła zdecydowanie zdywersyfikować dostawy gazu – ocenia prof. Marek Ziółkowski, przewodniczący senackiej Komisji Gospodarki Narodowej. Warunkiem jest rozbudowa infrastruktury – chodzi nie tylko o terminal LNG, lecz także o interkonektory łączące Ukrainę, Polskę i cały region z krajami zachodu. Jednym z kluczowych projektów takiego tranzytowego połączenia jest gazociąg Bernau-Szczecin, którym mogłoby płynąć nawet 5 mld m³ gazu rocznie. I to w obu kierunkach, stwarzając tym samym możliwości eksportowe dla terminalu LNG.

Sytuacja na rynku gazu i dywersyfikacja dostaw surowca były najważniejszymi tematami środowego posiedzenia Komisji Gospodarki Narodowej w Senacie.

Trzeba po pierwsze zbudować infrastrukturę, czyli połączyć się z innymi sieciami gazowymi, co da możliwość sprowadzania gazu z różnych kierunków. Potem muszą być możliwości magazynowania i liberalizacja cen gazu – wymienia prof. Marek Ziółkowski, przewodniczący senackiej Komisji Gospodarki Narodowej w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – W horyzoncie 4-5 lat, czyli ok. 2018-2019 roku, większość tych projektów będzie już zrealizowana.

Dziś zapotrzebowanie na gaz wynosi w Polsce ok. 15 mld m³. Z tego 4 mld pochodzą z zasobów własnych, a 11 mld – z importu, głównie z Rosji. Szacuje się, że do 2020 roku konsumpcja surowca może wzrosnąć do ok. 20 mld m³, dlatego tak istotne – według ekspertów – jest poszukiwanie alternatywnych źródeł dostaw. Na razie sprowadzanie większych ilości gazu z Zachodu jest niemożliwe ze względów infrastrukturalnych. Kluczowe dla poprawy sytuacji na rynku gazu w Polsce będzie uruchomienie terminalu LNG w Świnoujściu oraz budowa interkonektorów między Ukrainą, Polską a sąsiednimi krajami: Litwą, Słowacją, Czechami i Niemcami. Pozwoli to na włączenie Ukrainy oraz Polski do europejskiego systemu gazowego, a z Polski uczyni ważny kraj tranzytowy, wzmacniając naszą rolę i pozycję, a tym samym zwiększając bezpieczeństwo energetyczne (ok. 40-proc. wzrost ilości gazu transportowanego polską siecią).

Na korzyści połączenia z europejskim systemem przesyłowym wskazuje także inwestor gazociągu Bernau-Szczecin, spółka Polenergia.

Połączenie to daje nam możliwości zakupu gazu w ilości 3 mld m³ z kierunków niezależnych od rosyjskiego, z możliwością rozbudowy tych przepustowości o kolejne 2 mld. W związku z tym możliwe byłoby pozyskanie 5 mld m³ gazu niezależnie od kierunku rosyjskiego. Buduje to również znaczną poprawę konkurencyjności cenowej gazu z uwagi na możliwość jego zakupu na rynku niemieckim, gdzie ceny są niższe – podkreśla Zbigniew Prokopowicz, prezes Polenergii.

Spółka zapewnia, że projekt mógłby być gotowy w 2019 roku. Realizacja inwestycji w tym terminie zdecydowanie wzmocniłaby pozycję PGNiG w przyszłych negocjacjach z Gazpromem na temat dostaw i cen gazu po wygaśnięciu obecnego kontraktu.

Proponowany przez Polenergię gazociąg byłby częścią korytarza Zachód-Wschód, włączającego w europejski rynek gazu również Ukrainę. Jak podkreśla Prokopowicz, projekt miałby duże znaczenie nie tylko dla bezpieczeństwa energetycznego Polski, lecz także całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Gazociąg miałby dostęp do surowca z Morza Północnego, czyli do systemu europejskiego, w którym gazu rosyjskiego jest zaledwie ok. 12 proc. Oznacza to rzeczywistą dywersyfikację i uniezależnienie od strony rosyjskiej.

Dzisiaj, w przypadku problemów z dostawą gazu z kierunku wschodniego, Polska może korzystać z rewersu na Gazociągu Jamalskim. Jednak tam płynie gaz rosyjski, a do rewersu niezbędna jest zgoda Gazpromu. Dodatkowym elementem zabezpieczającym polskie interesy jest zakaz sprzedaży interkonektora przez 10 lat, a po tym okresie pierwszeństwo jego zakupu przez polską spółkę Gaz-System.

Projekt ma już zabezpieczone wszystkie pozwolenia na budowę. Mamy również podpisane umowy z operatorami przesyłowymi na terenie Niemiec, które pozwalają na wyprowadzenie 5 mld m³ gazu z Niemiec do Polski, jak również na wprowadzenie do Niemiec 3 mld m³ – wyjaśnia Prokopowicz.

Taka inwestycja stwarza też dodatkowe możliwości dla polskiego gazoportu w Świnoujściu. Skroplony gaz mógłby być transportowany przez połączenie Bernau-Szczecin do odbiorców w Niemczech czy poprzez europejską sieć przesyłową do innych krajów europejskich. Dlatego zdaniem ekspertów budowa gazoportu i interkonektorów to projekty uzupełniające się, a moce przesyłowe gazoportu LNG mają w umowach zagwarantowane pierwszeństwo przesyłu.

Instytut Sobieskiego: zakup przez PGNiG udziałów w złożach norweskich może zwiększyć wartość spółki

CEO Magazyn Polska

Kupno za blisko 1 mld zł przez PGNiG udziałów w czterech złożach na Norweskim Szelfie Kontynentalnym zwiększy – zdaniem eksperta Instytutu Sobieskiego – bezpieczeństwo energetyczne Polski. Ponadto rzeczywista cena inwestycji wyniesie niecałe 550 mln zł, ponieważ spółka zaliczy na poczet transakcji zyski ze sprzedaży ropy i gazu, licząc od 1 stycznia 2014 r. Dzięki transakcji spółka powiększy zasoby własne gazu, będzie mieć dostęp do nowoczesnych technologii, a nadwyżki błękitnego paliwa będzie mogła sprzedać za granicą.

Dla samego przedsiębiorstwa transakcja jest istotna z uwagi na to, że jest to dość rentowna część działalności, na której tego typu spółki mogą zwiększać swoją wartość, jeżeli chodzi o portfel inwestycji oraz dochody – tłumaczy Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Transakcja oznacza wejście w jeszcze większym zakresie na rynki zagraniczne, w interakcję z innymi firmami, które już na tych złożach działają. Oprócz korzyści inwestycyjnych, finansowych jest to również zdobywanie większego know-how i dostęp do nowoczesnych technologii.

Spółka PGNiG Upstream International kupiła udziały w czterech złożach na Norweskim Szelfie Kontynentalnym: w trzech złożach produkcyjnych oraz w jednym w fazie zagospodarowania. Wydobycie z tych złóż (w części PGNiG) jest szacowane na poziomie ok. 320 tys. ton ropy naftowej i 90 mln m sześc. gazu ziemnego. Dzięki temu produkcja poza granicami kraju wzrośnie o ok. 60 proc., a zwiększony poziom wydobycia ropy będzie możliwy do utrzymania przez kolejne 10 lat – poinformowali przedstawiciele PGNiG.

Z krajowego punktu widzenia transakcja pozwoli PGNiG zwiększyć zasoby własne gazu, które firma będzie mogła sprzedać na rynku krajowym bądź za granicą.

Transakcja jest także ważna z uwagi na znaczenie spółki dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski – przekonuje Zajdler. – PGNiG będzie w większym zakresie gwarantem tego bezpieczeństwa.

To, jak szybko nastąpi zwrot z inwestycji – zdaniem Roberta Zajdlera – zależy od polityki inwestycyjnej przedsiębiorstwa, jednak już teraz widać, że inwestycja ma potencjał. Ekspert podkreśla, że wartość wynegocjowanej ceny za udziały w złożach wynosi ok. 1 mld zł, ale rzeczywisty wypływ gotówki z PGNiG w związku z inwestycją będzie stanowił niewiele więcej niż połowę tej kwoty. Jest to wynik tegorocznego wydobycia, które zostanie zaliczone na poczet kosztów złoża.

Na zwrot z inwestycji w dużej mierze będzie miała wpływ również chłonność rynków europejskich – tłumaczy Zajdler. – W tej chwili jest pewna nadpodaż gazu, która dość mocno wpływa na to, że błękitne paliwo tanieje.

Wybór złóż norweskich – zdaniem eksperta Instytutu Sobieskiego – był dobry. Spółka musiała wziąć pod uwagę zarówno stabilność prawną oraz fiskalną oferenta, jak i odległość od rynków zbytu.

Norwegia jest stabilnym państwem do tego rodzaju działalności, chodzi przede wszystkim o system prawny i obciążenia podatkowe, co z punktu widzenia spółki ma istotne znaczenie, gdyż gwarantuje pewną przewidywalność – tłumaczy Robert Zajdler. – Z punktu widzenia miejsca też ma znaczenie, dlatego że rynkiem zbytu dla gazu prawdopodobnie będą państwa europejskie. Bliskość produkcji i konsumpcji będzie miała wpływała na możliwości sprzedaży oraz koszty transportu.

PGNiG zapewnia, że kupno udziałów w złożach norweskich nie wpłynie na program inwestycyjny przedsiębiorstwa w Polsce.

Znaczna część kosztów tej inwestycji będzie pokrywana niejako z przyszłych zysków z wydobycia tego gazu – mówi Zajdler. – A zatem tak naprawdę środki, jakie spółka przeznacza na to, są w jakiejś części niezależne od tych, jakie ma na wydobycie gazu na terytorium Polski.

Parlamentarzyści apelują o zakup okrętów podwodnych wraz z pociskami manewrującymi wartych 7,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Parlamentarny Zespół do spraw Wojska Polskiego apeluje o zakup okrętów podwodnych nowego typu zdolnych przenosić pociski manewrujące. Parlamentarzyści w swoim stanowisku przekazanym ministrowi obrony narodowej podkreślają, że tylko takie okręty realnie wzmocnią bezpieczeństwo strategiczne Polski. Uważają także, że warto od razu zakupić również same pociski manewrujące.

Według parlamentarnego Zespołu ds. Wojsk Polskiego i ekspertów, którzy współpracowali przy tworzeniu tego stanowiska, niezbędne jest, by Polska zakupiła okręty podwodne zdolne do przenoszenia pocisków manewrujących, bo tylko wtedy te okręty będą realną siłą nie tylko na Bałtyku, lecz także będą kluczowym elementem polskiej tarczy, której jednym z najważniejszych zadań jest odstraszanie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego i członek zespołu.

Jego zdaniem zakup pocisków powinien był połączony z zamówieniem na okręty.

Wydaje się, że niezbędne jest, by kupić okręty razem z rakietami, tak by nasi marynarze byli od początku eksploatacji okrętów przygotowywani do realizacji zadań z wykorzystaniem najnowszych technologii związanych z pociskami manewrującym ‒ uważa Kister.

Ekspert dodaje, że wspólny zakup pocisków manewrujących i okrętów podwodnych zdolnych do ich przenoszenia może być też dobrą decyzją z punktu widzenia kosztów. Kister ocenia, że osobne zakupy spowodowałyby zwiększenie kosztów.

Pociski manewrujące, które są trudne do wykrycia, które mają wielki zasięg i którymi można razić cele zlokalizowane w głębi lądu, mogą być dla nas szczególnie istotnym narzędziem do prowadzenia naszej polityki międzynarodowej i polityki bezpieczeństwa, zarówno na Bałtyku, jak i na innych akwenach morskich – podkreśla dr Łukasz Kister.

Program zakupu trzech nowych okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej (Orka) to największy kontrakt w ramach trwającej modernizacji polskiego wojska. Podpisanie umowy z dostawcą planowane jest na przyszły rok, a dostawa okrętów ma nastąpi w latach 2022-2023. Kontrakt może być warty nawet 7,5 mld zł.

Eksperci zwracają uwagę na to, że w przetargu ważne są nie tylko parametry samych okrętów, lecz także zdolność przenoszenia pocisków manewrujących. Tego typu broń umożliwia atak z otwartego morza celów naziemnych położonych nawet kilkaset kilometrów od brzegu. Pociski są odpalane z trudnych do wykrycia okrętów podwodnych, w związku z czym mają bardzo istotne znaczenie odstraszające, bo przeciwnicy nie wiedzą, kiedy i skąd mają spodziewać się ataku odwetowego.

Ważnym czynnikiem przy wyborze oferty, jak przypomina Kister, powinien być też montaż okrętów w Polsce.

Proces modernizacji naszego wojska powinien odbywać się w oparciu o polonizację, unarodowienie tego sprzętu. Okręty podwodne odgrywają kluczową rolę. Jesteśmy zdolni do wspierania międzynarodowych dużych koncernów zbrojeniowych w budowie okrętów podwodnych, sami nie jesteśmy w stanie ich w całości wybudować. Ale zakup powinien być związany z przeniesieniem technologii i sposobu budowy do naszych stoczni – podkreśla Kister.

W przetargu wystartuje trzech producentów – francuski DCNS, szwedzki SAAB oraz niemiecki TKMS. Pierwszy z tych podmiotów już zadeklarował, że dwa spośród trzech okrętów zostaną zmontowane w gdyńskiej stoczni Nauta, a polscy pracownicy będą mieli bardzo duży udział w realizacji zamówienia. Tego właśnie wymagają parlamentarzyści z Zespołu ds. Wojska Polskiego, którzy apelują, by okręty nie były w Polsce tylko montowane z gotowych części, lecz by powstały przy realnym współudziale polskich pracowników i przemysłu.

PKP Cargo w rok od debiutu na giełdzie ma ponad 50-proc. udział w rynku. Mimo wielu wyzwań spółka utrzymuje wysoką rentowność

CEO Magazyn Polska

W rok od giełdowego debiutu PKP Cargo zwiększyło swój udział w rynku do ponad 50 proc. Największy polski przewoźnik zainwestował w tym roku już ćwierć miliarda złotych w modernizację i zakup taboru, ogłosił też, że zamierza przejąć kilku zagranicznych przewoźników. Jak podkreślają przedstawiciele PKP Cargo, spółka mimo wielu wyzwań na rynku zwiększa zyski.

Z danych Urzędu Transportu Kolejowego wynika, że masa towarów przewożonych w Polsce pomiędzy styczniem a sierpniem spadła o 1,6 proc. W  I półroczu PKP Cargo miało 2,1 mld zł przychodów, o 8 proc. mniej niż w tym samym okresie 2013 roku. Spółka zdołała jednak zmniejszyć w tym czasie swe koszty operacyjne o 11 proc., do 1,9 mld zł, co pozwoliło jej zwiększyć zysk netto o 67 proc., do 128 mln zł.

Pierwsze dwa kwartały pokazały, że potrafimy trzymać koszty pod kontrolą i dostosować się do zmieniającego rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Purwin, prezes PKP Cargo. – Jest to rok bardzo wymagający, bo eksport polskiego węgla, który tradycyjnie obsługujemy, jest na bardzo niskim poziomie.

PKP Cargo dokładnie rok temu zadebiutowało na warszawskim parkiecie. Oferta publiczna została dobrze przyjęta przez rynek, a swój pierwszy dzień notowań przewoźnik zakończył ponad 19-proc. wzrostem kursu akcji. Jak podkreśla Purwin, spółka znalazła się w gronie tych podmiotów, których udziały są mile widziane w portfelach inwestycyjnych.

Nasze akcje są atrakcyjne między innymi dlatego, że nie ma tak dużych podmiotów z tej branży notowanych na europejskich parkietach. Co prawda są dwie spółki rosyjskie notowane na giełdzie w Londynie, jednak ich wartość w ciągu ostatniego roku spadła o ok. 20 proc., podczas gdy wartość naszej spółki od momentu sprzedaży akcji w ofercie publicznej wzrosła o ok. 400 mln zł – mówi prezes PKP Cargo.

Dzisiaj cena akcji spółki jest o 13 proc. powyżej ceny z IPO. Inwestorzy, którzy sprzedali papiery spółki w lutym br., mieli szansę zarobić nawet 39 proc.

W długim terminie mamy unikalne atuty oraz wiarygodną strategię ich wykorzystania w celu zwiększenia przychodów oraz zysków. Krótkoterminowo mamy zdolność do wypłaty stosunkowo wysokiej dywidendy – mówi Adam Purwin.

PKP Cargo jest największym polskim przewoźnikiem towarowym – udział spółki w rodzimym rynku przekroczył 50 proc. Jak podkreśla Purwin, narodowi przewoźnicy w innych krajach UE potrafią kontrolować nawet 90 proc. rynku przewozów towarowych.

Dobre wyniki i zaufanie inwestorów pozwalają polskiej spółce na rozwój, także przez akwizycje. PKP Cargo chce przejąć m.in. Pol-Miedź Trans oraz Port Gdański Eksploatację.

Realizujemy akwizycje, które pozwalają nam budować coraz dłuższe łańcuchy logistyczne – deklaruje prezes PKP Cargo. – Myślę tutaj zwłaszcza o akwizycji spółki Port Gdański Eksploatacja, którą realizujemy wspólnie z naszym konsorcjantem – spółką Węglokoks, która jest też naszym kluczowym klientem. Ta akwizycja da nam przede wszystkim bezpośredni dostęp do morza i pozwoli umocnić się nam na kluczowym dla europejskiego transportu korytarzu biegnącym od Morza Bałtyckiego aż po Adriatyk.

W centrum zainteresowania spółki są również konkurenci z zagranicznych rynków: CTL Logistics czy czeskie AWT.

PKP Cargo jest drugim największym europejskim przewoźnikiem, a strategia rozwoju poprzez akwizycję pomaga nam wyjść poza granice Polski – deklaruje prezes Adam Purwin. – Te kroki mają pozwolić nam lepiej wykorzystać nasz tabor i pokazać poza granicami Polski, że jesteśmy dobrą konkurencją dla innych przewoźników z Unii Europejskiej zarówno w wymiarze europejskim, jak i krajowym.

W I półroczu spółka zainwestowała ponad 240 mln zł w tabor – o 106 mln zł więcej niż przed rokiem. Prezes podkreśla, że w ten sposób PKP Cargo może niwelować skutki związane z remontem torów prowadzonym na wielką skalę przez PKP PLK. Polskie Linie Kolejowe w tym roku wydadzą na remont infrastruktury 7 mld zł, w kolejnych latach nakłady mają być jeszcze większe. Efektem będzie poprawa prędkości handlowej, ale dzień oznacza to wiele zamknięć na liniach kolejowych. Dlatego średnia prędkość przewozów towarowych spadła do 20 km/h. W innych krajach europejskich jest na poziomie 50-60 km/h.

Żeby wykonać tę samą pracę przewozową, potrzebujemy 2-3 razy więcej taboru niż podmioty, które operują na rynkach, które już ten etap transformacji i modernizacji sieci przeszły – tłumaczy prezes spółki. – W związku z czym dzisiaj główną siłą PKP Cargo jest przede wszystkim własny tabor, duża flota i ludzie, którzy potrafią w odpowiedni sposób zarządzać tymi aktywami, w sytuacji szczególnej dla polskich kolei.

FM Bank stawia na obsługę mikroprzedsiębiorców i bankowość mobilną

Zamiast w nowe placówki FM Bank zamierza inwestować w rozwój bankowości mobilnej. W ocenie szefów tego najmniejszego polskiego banku komercyjnego przyszłością bankowości są smartfony, a nie oddziały. Drugim kierunkiem rozwoju jest obsługa mikrofirm.

Przy strategii rozwoju bankowości mobilnej koszty banku są znacznie niższe, bo nie trzeba utrzymywać rzeszy pracowników oraz płacić za kosztowne lokale w dobrych punktach miast. Bank zamierza więc oferować znacznie atrakcyjniejsze usługi, bo urządzenia pozwalające z nich korzystać ma w kieszeni coraz więcej Polaków.

– Obecnie 40 proc. polskiej populacji ma smartfony – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Lachowski, prezes zarządu FM Bank PBP. – W ciągu najbliższych 3 lat będzie to 80 proc. Tyle ludzi będzie miało w swojej kieszeni urządzenie, które pozwoli na szybki, łatwy, a przede wszystkim tani dostęp do usług bankowych w pełnym zakresie.

Sławomir Lachowski, twórca sukcesu mBanku, stara się poprawić wizerunek FM Bank PBP, który został zmuszony przez Komisję Nadzoru Finansowego do przeprowadzenia programu naprawczego. W połowie 2011 roku PBP czyli Polski Bank Przedsiębiorczości zwiększył stratę do 2 mln zł. Rok później bank poniósł kolejną stratę w wyniku upadku spółki, której obligacje nabył i został zmuszony do połączenia z FM Bankiem. W 2013 roku zysk netto FM Bank PBP przekroczył 6,1 mln zł.

Obecnie FM Bank oferuje swoje usługi małym przedsiębiorstwom – jako BIZ Bank, oraz klientom indywidualnym – jako Bank SMART.

– Chcemy być najlepszym bankiem dla mikroprzedsiębiorstw – podkreśla  Sławomir Lachowski. – I jeżeli nawet za 5 lat w dalszym ciągu będziemy najmniejszym polskim bankiem komercyjnym, to chcielibyśmy być w tym segmencie bankiem najlepszym.

By zdobyć klientów indywidualnych, FM bank stawia na cenę i mobilność. Pozbycie się oddziałów oznacza redukcję kosztów o 40 proc. w stosunku do bazy kosztowej banku uniwersalnego. To, czego bank nie wydaje, pozwala zmniejszyć koszty klientów. O ile są gotowi korzystać z usług za pomocą własnego urządzenia.

– Finanse zmieniają się całkowicie – zwraca uwagę prezes FM Bank PBP. – Znacząca i zwiększająca się ciągle część klientów nie potrzebuje już oddziałów. I poprzez internet, a obecnie już za pośrednictwem tabletu i smartfona jest w stanie zrealizować wszystkie potrzeby finansowe taniej, bezpośrednio w miejscu, w którym przebywa, niezależnie od strefy czasowej i miejsca na kuli ziemskiej.

Zdaniem prezesa taka jest przyszłość bankowości. Tradycyjne banki z oddziałami zostaną w przyszłości zastąpione przez finansowe dyskonty.

– W odróżnieniu od świata rzeczywistego, gdzie dyskonty kojarzą się z niskimi cenami i niekoniecznie z najlepszą jakością, to dzięki gospodarce cyfrowej i takim urządzeniom będziemy w stanie za niższą cenę zaoferować lepszą jakość niż w bankowości tradycyjnej w oddziałach – przewiduje prezes Sławomir Lachowski.

Ubezpieczenia samochodów – wyrok sądu

Utrudnianie wypłaty odszkodowania za skradziony samochód, gdy konsument nie dostarczył oryginalnych kluczyków, czy nie przedstawił dowodu rejestracyjnego – taką klauzulę zakwestionował UOKiK w 2013 roku, analizując umowy Compensa TU Vienna Insurance Group. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów niedawno potwierdził decyzję Urzędu

Wyrok sądu dotyczy decyzji UOKiK z 2012 roku. Podczas postępowania Urząd przeanalizował ogólne warunki ubezpieczeń pojazdów stosowane przez Compensa TU Vienna Insurance Group od 2009 roku. Wątpliwości wzbudziło 11 klauzul.

Zgodnie z jednym z kwestionowanych postanowień spółka automatycznie decydowała o niewypłaceniu pieniędzy za skradziony pojazd lub jego wyposażenie, gdy konsument nie dostarczył oryginalnych kluczyków, wcześniej nie poinformował o ich dorobieniu, czy nie przedstawił dowodu rejestracyjnego. Zdaniem Urzędu, przewidywana sankcja była zbyt surowa, a dorobienie kluczyków, zgubienie dokumentów mogło w ogóle nie mieć wpływu na kradzież. UOKiK nakazał zaprzestanie stosowania tej klauzuli.

Wątpliwości Urzędu wzbudziło też postanowienie, które w razie wypadku obligowało konsumenta do skorzystania w pierwszej kolejności z pomocy oferowanej przez producenta pojazdu w ramach gwarancji, a nie z wykupionego u TU Compensa ubezpieczenia. W takiej sytuacji wybór powinien należeć do ubezpieczonego. Zdaniem UOKiK, TU Compensa nie miała prawa zobowiązywać klientów do korzystania z gwarancji producenta samochodu, i jednocześnie pobierać składkę. TU Compensa zaprzestała stosowania kwestionowanego postanowienia.

UOKiK uznał, że TU Compensa naruszyła zbiorowe interesy konsumentów i nałożył na spółkę karę w wysokości 5 306 391 zł. Przedsiębiorca odwołał się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. 13 października 2014 roku sąd oddalił odwołanie ubezpieczyciela, zgodził się z argumentami Urzędu wobec każdej z 11 klauzul, podtrzymał także karę finansową. Sygnatura sprawy XVII AmA 116/12.

 

Innowacyjność największym wyzwaniem dla szefów firm technologicznych

Największym wyzwaniem dla prezesów firm, które zgłosiły swój udział do corocznego środkowoeuropejskiego rankingu „Deloitte Technology Fast 50”, jest zarządzanie innowacją oraz relacje z klientami. Z kolei to, co pozwala firmie rosnąć to wykwalifikowani pracownicy oraz rozwój produktów. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, problem z dostępnością, jakością oraz utrzymaniem kadr to główna bariera i największe zagrożenie młodych, dynamicznie rosnących przedsiębiorstw z Europy Środkowej. Nie zmienia to jednak faktu, że jedna trzecia prezesów planuje w tym roku utrzymać tempo wzrostu przychodów w przedziale 26- 50 proc.

Badanie zostało przeprowadzone pomiędzy majem a lipcem 2014 r. Wzięli w nim udział prezesi lub dyrektorzy zarządzający firm, które zgłosiły swój udział do 15. edycji konkursu„Deloitte Technology Fast 50 CE 2014”.  Wśród ankietowanych znalazły się spółki z Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Litwy, Łotwy, Polski, Rumunii, Serbii, Słowacji, Słowenii oraz Węgier.

Aktualnie, zdecydowanie największym wyzwaniem, jakie stoi przed CEO jest zarządzanie innowacją (20 proc.), a w ślad za nią relacje z klientem (16,7 proc.). Na trzecim miejscu znalazło się zarządzanie talentami (14,5 proc.). „Konkurencyjność w gospodarkach globalnych jest oparta o umiejętne wykorzystanie nowych rozwiązań. Innowacyjność na co dzień zakłóca dotychczasowe, rynkowe status quo. Jednocześnie, firmy z Europy Środkowej są na początku tej ścieżki: uczą się jak skutecznie zarządzać cyklem innowacji, jak wypracować równowagę między ambicjami i możliwościami organizacji. To trochę jak wyprawa w nieznane, nieco jak 25 lat temu, gdy liberalizowaliśmy nasza gospodarkę. Innowacyjność przestała być opcjonalna, a CEO, muszą dopracować własne procesy, narzędzia by udźwignąć konkurencyjność w nowym wymiarze.” – wyjaśnia Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Zarządzająca zespołem Growth and Innovation w Polsce, Deloitte.

Dwa najważniejsze czynniki, które wspierają wzrost, to zdaniem ankietowanych, wykwalifikowani pracownicy (20,5 proc.) oraz rozwój produktów (18,4 proc.). Prezesi podkreślali w swoich ankietach, że dla ich firm charakterystyczna i nieustanna jest „ucieczka do przodu”, którą ogranicza zarówno dostępność wykwalifikowanych pracowników, jak i nieprzewidywalna skuteczność procesu innowacyjnego. Podnoszenie skuteczności sprzedaży i marketingu czy wejście z produktem w odpowiednim momencie na rynek są przez badanych wymieniane zdecydowanie w drugiej kolejności.

Prezesi firm technologicznie innowacyjnych nisko oceniają rolę lidera jako czynnika wnoszącego największy wkład w rozwój ich firm. Silne przywództwo wymienia jedynie niespełna 8 proc. badanych. „Nie oznacza to oczywiście, że nie ma ono znaczenia, ale zdecydowanie nie widać w tym podejściu syndromu Steve’a Jobsa, co może być dobrym sygnałem dla wielu młodych przedstawicieli pokolenia Y pragnących stworzyć własne nowoczesne firmy technologiczne. Nasze badanie wyraźnie pokazało, że odpowiedni ludzie i rozwój produktów są ważniejsze dla rozwoju firmy niż charyzmatyczna osobowość lidera” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte, Lider konkursu w Polsce.

Nic więc dziwnego, że CEO pytani o czynniki wzrostu firmy w najbliższych dwunastu miesiącach ponownie wskazali na wysokiej jakości kadry (17,4 proc.) oraz rozwój obecnych produktów (13,7 proc.). Przyszły wzrost bardziej niż obecny powinien być ich zdaniem wspierany przez ekspansję na nowych rynkach (12,6 proc. wskazań). Młode firmy technologiczne nie planują zbyt intensywnych działań akwizycyjnych. Tylko 2,1 proc. badanych wskazało je jako jeden z trzech najważniejszych czynników wspierających wzrost na najbliższe dwanaście miesięcy.

Jakie największe zagrożenia dla swojego biznesu widzą szefowie firm? Ponownie „wygrał” czynnik ludzki, ponieważ ponad 28 proc. badanych wymienia w tym obszarze dostęp do wykwalifikowanych kadr. Wyniki badań z ostatnich lat pozwalają wnioskować, że zagrożenie związane z kapitałem ludzkim jest permanentne.

CEO Magazyn Polska

„Firmy technologiczne, których rozwój w ostatnich latach był bardzo dynamiczny, borykają się z szeregiem dylematów dotyczących planów na przyszłość. Trzycyfrowe tempo rozwoju, które charakteryzowało je w pierwszych latach działalności, jest praktycznie obecnie nie do utrzymania, gdyż po kilku latach spółki osiągają pewien stopień dojrzałości i oczywiście odpowiednią skalę. Pytanie o scenariusze na przyszłość wydaje się jednym z najbardziej fundamentalnych” – mówi Piotr Świętochowski. Najczęściej szefowie firm technologicznych stawiają na organiczny wzrost – taki scenariusz wskazało 54,7 proc. badanych. W następnej kolejności respondenci wymieniają ekspansję zagraniczną (38,1 proc.) oraz zmiany własnościowe i sprzedaż firmy. Jednak ta odpowiedź została wybrana jedynie przez 3 proc. badanych.

Wciąż jednak młode firmy technologiczne mierzą swój przyszły sukces utrzymaniem wysokiego tempa wzrostu przychodów. Jedna trzecia prezesów deklaruje, że w tym roku utrzyma to tempo na poziomie 26-50 proc. Podobny odsetek odpowiedzi zyskał przedział 11-25 proc.„Osiągnięcie tak wysokiego wzrostu przychodów będzie wielkim osiągnięciem i zakładane plany firm są objawem prawdziwego optymizmu na rynkach Europy Środkowej” – mówi Piotr Świętochowski. Dodatkowo, 17 proc. badanych CEO mówi o spodziewanym wzroście przychodów pomiędzy 50 a 100 proc., a co dziesiąty respondent ma nadzieję, że jego firma podwoi przychody.

Spodziewany wzrost przychodów w 2014 roku wg CEO

CEO Magazyn Polska

 

Dynamicznie rozwijające się firmy technologiczne z Europy Środkowej chcą zwiększyć (wobec wysokości z 2013 roku) swoje nakłady na badania i rozwój w ciągu najbliższego roku/dwóch – takie deklaracje składa 52,3 proc. badanych prezesów. Wydatki na B+R chce utrzymać na tym samym poziomie 46,2 proc. Interesujące jest to, że żadna z firm nie planuje obniżenia inwestycji w innowacje, podczas gdy w badaniu największych firm innowacyjnych, które Deloitte przeprowadził w lipcu br., 6 proc. firm z Europy Środkowej deklarowało taki plan.

Jaki procent rocznych obrotów przeznaczyliście w 2013 roku na B+R?

CEO Magazyn Polska

 

„Wzrost nakładów na B+R jest odzwierciedleniem wagi przykładanej do nowych miar konkurencyjności globalnej. Jednocześnie, warto zwrócić uwagę na to, że ankietowani najczęściej finansują te wydatki z własnych środków, nie korzystając z funduszy strukturalnych. Prawdziwa innowacyjność boi się mało elastycznych ram pomocy publicznej (funduszy UE), tymczasem w Polsce (inaczej niż w pozostałych krajach regionu) nadal nie wprowadzono skutecznie podatkowych instrumentów wsparcia dla przedsiębiorców angażujących swoje zasoby w realizację projektów badawczo- rozwojowych” – podsumowuje Magdalena Burnat-Mikosz.

Bezskuteczna egzekucja wobec spółki z o. o.? Nic straconego!

0

Często zdarza się, że ani zasadność roszczenia, ani nawet prawomocny nakaz zapłaty nie oznaczają zaspokojenia roszczeń wierzycieli. Zwykle dlatego, że majątek spółki nie wystarcza na pokrycie zobowiązań wobec wszystkich wierzycieli. Czy bezskuteczna egzekucja należności wobec spółki oznacza bezpowrotną utratę gotówki? Niekoniecznie – przekonuje Tomasz Celary, adwokat współpracujący z Kancelarią Prawną Pragma Inkaso S A.

Zgodnie z art. 299 kodeksu spółek handlowych, jeżeli egzekucja przeciwko spółce okazała się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają za jej zobowiązania. Choć sprawy takie budzą kontrowersje, a gros zniechęconych wierzycieli poprzestaje na stwierdzeniu bezskutecznej egzekucji wobec spółki, to praktyka pokazuje, że w wielu przypadkach wierzycielom udaje się skutecznie dochodzić roszczeń od byłych członków zarządu.

– Wierzyciele pozbawieni profesjonalnego wsparcia rzadko korzystają z możliwości, jakie stwarza instytucja uregulowana w art. 299 KSH. Przede wszystkim nie zawsze wiedzą o możliwości dochodzenia odpowiedzialności od członków zarządu. Ponadto, obawiają się czaso- i kosztochłonnego procesu. Jeżeli jednak można przypuszczać, że majątek osobisty członków zarządu pozwoli na zaspokojenie roszczenia, zawsze warto skorzystać z tej możliwości –przekonuje adwokat Tomasz Celary.

Odpowiedzialność osobista i solidarna

Odpowiedzialność osobista członków zarządu oznacza, że odpowiadają oni swoim majątkiem prywatnym za całość zobowiązań spółki, solidarna zaś – że wszyscy przedstawiciele spółki z o. o. odpowiadają za cały dług. Przesłanką do dochodzenia odpowiedzialności wobec członka zarządu jest stwierdzona bezskuteczność egzekucji wobec spółki. Oznacza, że przed dochodzeniem roszczeń od członków zarządu konieczne jest najpierw uzyskanie tytułu wykonawczego przeciwko spółce, a następnie – co do zasady – przeprowadzenie egzekucji, zakończonej bezskutecznością.

Istnieją jednak wyjątki uprawniające wierzyciela do wytoczenia powództwa członkom zarządu, nawet jeżeli nie stwierdzono bezskutecznej egzekucji wobec samej spółki. Kiedy? W sytuacji, gdy są oczywiste powody wskazujące, że postępowanie egzekucyjne wobec spółki nie przyniesie skutku. Na przykład wówczas, gdy wniosek o ogłoszenie upadłości spółki został oddalony, ponieważ majątek dłużnika nie wystarczał na zaspokojenie kosztów postępowania upadłościowego. Wykazanie bezskuteczności egzekucji prowadzonej przez innego wierzyciela pozwoli również wystąpić z powództwem wobec członka zarządu.

W praktyce często okazuje się, że cały majątek wykorzystywany do działalności operacyjnej spółki stanowił wyłączną własność członków zarządu. W innych przypadkach, nawet w toku postępowania sądowego wobec spółki, członkowie zarządu przenoszą poszczególne składniki majątkowe ze spółki do swoich majątków osobistych. Pod względem prawnym takie działania są bezskuteczne i wynikają z nieznajomości obowiązującego prawa, w tym przypadku niewiedzy po stronie osób pełniących funkcję członków zarządu – dodaje Tomasz Celary.

Praktyka: czyli kto, kiedy i za co odpowiada?

Odpowiedzialność za zobowiązania spółki ponoszą osoby, które były członkami zarządu w czasie, kiedy zobowiązania te powstały i stały się wymagalne. Warto wiedzieć, iż członek zarządu ponosi odpowiedzialność za zobowiązania spółki również po wykreśleniu go z Krajowego Rejestru Sądowego. Zakres odpowiedzialności członków zarządu jest szeroki i obejmuje wszystkie zobowiązania zarówno publicznoprawne jak i prywatnoprawne, jak również roszczenia pracownicze, co do których egzekucja okazała się bezskuteczna.

– Mogę potwierdzić, że w licznych przypadkach udaje się już polubownie uzyskać zaspokojenie roszczeń od członków zarządu. Standardową procedurą w kancelarii prawnej Pragma Inkaso po przeprowadzonej bezskutecznej egzekucji wobec spółki jest wystosowanie wezwania do zapłaty w stosunku do członków zarządu, zawierającego podstawy prawne na jakich zostało wystosowane, jak również opis stanu faktycznego. Przypadki, w których na tym etapie członkowie zarządu decydują się uregulować należność nie należą do rzadkości. Jeżeli dłużnik wie, że nie istnieją przesłanki zwalniające go od odpowiedzialności za zobowiązania spółki, decyduje się dobrowolnie dokonać zapłaty. W ten sposób może bowiem uniknąć żmudnego procesu i egzekucji komorniczej, w toku której straciłby możliwość decydowania z jakich składników majątku zostaną zaspokojone roszczenia wierzycieli – wyjaśnia Tomasz Celary.

Poza samymi należnościami głównymi, wierzyciele są uprawnieni do dochodzenia od członka zarządu także zwrotu odsetek ustawowych za czas opóźnienia oraz kosztów sądowych, a także kosztów bezskutecznej egzekucji. W tym kontekście warto skalkulować ewentualne zyski związane z uzyskaniem nakazu zapłaty wobec członka zarządu.

Kiedy odzyskanie pieniędzy od członków zarządu nie będzie możliwe?

Członkowie zarządu unikną odpowiedzialności jeżeli udowodnią, że we właściwym czasie tzn. kiedy zaistniały ku temu przesłanki, został złożony wniosek o upadłość lub postępowanie układowe. Nieprecyzyjne sformułowanie „właściwy czas” może nastręczać trudności, w praktyce jednak chodzi o to, że wniosek powinien zostać złożony w momencie, kiedy majątku spółki wystarcza jeszcze na równomierne, choć częściowe zaspokojenie roszczeń wszystkich wierzycieli. Kiedy wniosek został złożony w momencie, gdy majątek spółki nie pozwalał już na zaspokojenie roszczeń wierzycieli czy pokrycie kosztów postępowania upadłościowego, wówczas członkowie zarządu nie mogą liczyć na zwolnienie z odpowiedzialności. Jeżeli wierzyciel w ciągu trzech lat od momentu stwierdzenia bezskuteczności egzekucji wierzytelności przeciwko spółce nie zdecyduje się na wytoczenie powództwa członkowi zarządu, ten będzie mógł podnieść przed sądem zarzut przedawnienia i tym samym uniknąć odpowiedzialności.

– Bez wątpienia tego rodzaju procesy od strony merytorycznej są trudne, bywają również czasochłonne. Zwykle pozwani członkowie zarządu nie poddają się bez walki, ale to nie powód do zniechęcenia wierzyciela. Wręcz przeciwnie, często stanowi to sygnał, że pozwany członek zarządu posiada majątek, z którego można skutecznie zaspokoić roszczenia wierzycieli – podsumowuje Tomasz Celary.

Ekonomiści oczekują zakończenia przez Fed w październiku skupu aktywów. Podwyżka stóp najwcześniej w roku 2015

CEO Magazyn Polska

Większość ekonomistów jest zdania, że na dzisiejszym posiedzeniu amerykańska Rezerwa Federalna zakończy pomocowy skup aktywów. Na podwyżkę stóp trzeba będzie poczekać co najmniej do połowy przyszłego roku.

Fed rozpoczął politykę łatwego dostępu do pieniądza 6 lat temu po krachu na amerykańskim rynku bankowym. W rezultacie w USA są dziś niemal zerowe stopy procentowe (główna wynosi 0-0,25 proc.), a bilans zarządu rezerwy federalnej obciąża blisko 4,5 bln dolarów skupionych obligacji i papierów skarbowych.

– Amerykańska gospodarka rozwija się i tak dużo szybciej niż gospodarka europejska, bezrobocie tam spada, zaludnienie rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Oczywiście spadek bezrobocia i wzrost zatrudnienia nie jest tak szybki, jak chcieliby Amerykanie. Wciąż wiele osób, które miały pracę przed kryzysem, teraz nie pracuje. Ale w tym środowisku kryzysowym, które dotyka kraje rozwinięte, Stany Zjednoczone radzą sobie relatywnie najlepiej.

W tej sytuacji wiele wskazuje na to, że Fed zakończy program pompowania w gospodarkę kolejnych pieniędzy. Na podniesienie stóp na razie się jeszcze nie zdecyduje.

– Fed zakończy skup aktywów najprawdopodobniej na najbliższym posiedzeniu, aczkolwiek spekuluje się, że przedłuży skup o kilkanaście tygodni – ocenia Ignacy Morawski. – Moim zdaniem to nie ma wielkiego wpływu na jego realną gospodarkę, czy to teraz zostanie zakończone, czy za kilkanaście tygodni, czy za kilka miesięcy.

W ciągu trwania programu udało się w Stanach Zjednoczonych zbić bezrobocie poniżej 6 proc. z 10 proc. w październiku 2009 r. i powrócić do coraz szybszego wzrostu PKB po jego spadku w tymże 2009 roku. Ostatni kwartał w ujęciu zannualizowanym wykazał dynamikę na poziomie 4,6 proc.

– Nie wydaje mi się, żeby Fed dalej musiał stymulować gospodarkę – uważa główny ekonomista BIZ Banku. –  Robi to już od sześciu lat. Gdyby musiał stymulować ja dalej, to znaczy, że coś jest nie tak, że polityka pieniężna ma bardzo niską skuteczność.

Po zakończeniu skupu aktywów kolejnym krokiem, jakiego analitycy spodziewają się po amerykańskim zarządzie Rezerwy Federalnej jest podwyżka stóp procentowych. Co do terminu podjęcia tej decyzji opinie są podzielone, mało jednak prawdopodobne, by nastąpiło to wcześniej niż w połowie przyszłego roku .

– Z drugiej strony niektórzy wskazują, że wprawdzie bezrobocie jest niskie, ale masa ludzi w ogóle wypadła z rynku pracy, ani nie pracuje, ani nie zarejestrowała się jako bezrobotni, czyli są nieaktywni zawodowo – zwraca uwagę Ignacy Morawski. –  Czyli to jest taki argument, że niskie bezrobocie nie odzwierciedla słabości rynku pracy. Ludzie, którzy używają tego argumentu wskazują, że Fed powinien utrzymywać zerowe stopy procentowe jeszcze do 2016 roku. 

Jak mówi główny ekonomista BIZ Banku, szanse na to, by podwyżki nastąpiły w przyszłym roku lub w roku 2016 rozkładają się po równo. Ze wskazaniem na rok 2015.

– Wydaje mi się, że Fed zacznie podwyżki stóp procentowych w drugiej połowie przyszłego roku, po to, żeby móc dokonywać ich bardzo powoli, raz na kwartał, raz na pół roku. Czyli to nie będzie cała seria podwyżek po 25 punktów bazowych co miesiąc-dwa miesiące, raczej 25 punktów bazowych raz na kwartał, raz na pół roku, po to żeby stopniowo oswajać gospodarkę z wyższymi stopami procentowymi.

Polski Kongres Rolnictwa

Polski Kongres Rolnictwa 2014Podlaska wieś potrzebuje pomocy – apelowali rolnicy podczas Polskiego Kongresu Rolnictwa, który odbył się 22 października w Białymstoku.

Dyskusję o problemach i wyzwaniach polskiego rolnictwa prowadził dziekan Wydziału Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu Białostockiego prof. Henryk Wnorowski. W rozmowie Andrzej Remisiewicz, Krajowy Mistrz Agroligi z 2011 r., podkreślił, że Podlasie to kraina mlekiem i miodem płynąca. Ale nie brak tu również wielu poważnych problemów, których rozwiązanie utrudnia brak silnej reprezentacji rolników. Dzięki odważnym i mądrym decyzjom powstało wiele firm, prężnych gospodarstw czy ciekawych inicjatyw. Ale wciąż brakuje wsparcia i pomysłu jak zjednoczyć polską wieś, przedsiębiorców i samorządy. „Ile jeszcze biedy musi być na polskiej wsi, żebyśmy zaczęli razem działać? Dziś w Białymstoku odbywa się Kongres Rolnictwa z udziałem premiera Pawlaka. Czemu nie ma tu tłumu rolników? Czy nie interesuje nas przyszłość? A może już osiągnęliśmy taki dobrobyt?” – pytał retorycznie Remisiewicz. I apelował do samorządowców, aby wkładali dużo serca i zaangażowania w codzienną pracę na rzecz wsi, a nie jedynie przed wyborami.

Barbara Groele z KUPS podkreślała, że to od samych rolników w dużej mierze zależy kondycja sektora. „Inicjatywa musi być oddolna. Jak najczęściej powinniśmy spotykać się w szerokim gronie, rozmawiać o problemach, stworzyć jednolity i silny głos branży”.

Województwo podlaskie słynie z prężnego mleczarstwa, które obecnie przeżywa problemy związane z rosyjskim embargiem, a także przekroczeniem kwot mlecznych. „W naszej branży to my, rolnicy, jesteśmy właścicielami zakładów produkcyjnych. Tyle, że tych zakładów jest zdecydowanie za dużo. Konsolidacja pozwoliłaby nam stworzyć jeden front w rozmowach z sieciami handlowymi czy władzami. Dzięki niej możemy zyskać większą stabilność” – zasygnalizował Jan Zawadzki, właściciel jednej z najnowocześniejszych obór w Europie, przewodniczący Rady Nadzorczej SM Mlekpol z Grajewa. Hodowca dodał, że jego spółdzielnia przejęła 13 zakładów, co oczywiście niosło ze sobą duże koszty, ale dziś gwarantuje dużą stabilność. Spółdzielnia dziennie przerabia 4 mln l mleka i oferuje swoim dostawcom najwyższe stawki za surowiec.

Zawadzki odniósł się także do problemu związanego z przekroczeniem kwot mlecznych. „Polscy rolnicy z pewnością zapłacą kary za przekroczenie kwot. Prognozuje się, że będą one w wysokości 1 zł lub więcej. I niestety zapłacą je ci, którzy inwestowali w rozwój. Kary w połączeniu z ratami kredytów i niestabilną sytuacją rynkową mogą doprowadzić do bankructwa wielu gospodarstw”.

Obecnie bodaj najważniejszym problemem, jaki dotknął województwo jest wystąpienie wirusa ASF i duża populacja dzików.„Trzoda jako pierwszy kierunek produkcji rolniczej odczuła rosyjskie embargo. A do tego mamy jeszcze ASF. Dziki, które ten wirus roznoszą, mają obecnie bardzo dużą populację. Zagrażają nie tylko nam, ale także hodowcom bydła (niszczą użytki zielone) i rolnikom uprawiającym kukurydzę” – zasygnalizował hodowca Adam Kochański.

Bożena Jelska – Jarosz zaalarmowała, że hodowcy z Podlasia zostali pozostawieni samym sobie. „W Warszawie nie chcą nawet wierzyć, że nasza sytuacja jest tak tragiczna. Obiecano nam rekompensaty do końca roku, ale Bruksela stwierdziła, że będzie to stymulowało hodowlę trzody w strefie czerwonej. Nie dano nam także zapowiadanych pieniędzy na bioasekurację. Obiecano polowania zbiorowe na dziki, ale nic się w tym kierunku nie robi. Żądamy pomocy w walce z ASF! Ta pomoc musi przyjść z instytucji centralnych, samorząd wojewódzki nie jest już w stanie poradzić sobie z taką skalą problemu”.

Rolnicy retorycznie pytali dlaczego państwo, prawny właściciel dzików, nie walczy z wirusem afrykańskiego pomoru świń. Dlaczego każe utylizować świnie, skoro to nie one roznoszą wirusa. Niestety odpowiedź na te pytania była niemożliwa, a konkluzja nie napawała optymizmem – nikt rolnikom nie pomoże, dopóki oni sami tego nie zrobią.

Jednocześnie rolnicy głosem Andrzeja Remisiewicza zaapelowali do władz lokalnych i przedstawicieli instytucji związanych z rolnictwem o zorganizowanie roboczego spotkania, na którym możliwe byłoby znalezienie wyjścia z tej dramatycznej sytuacji.

Aktualne problemy polskiego rolnictwa

Przyszłość polskiego rolnictwa, aktualne problemy związane z wirusem ASF i rosyjskim embargo, kary za przekroczenie kwot produkcji mleka oraz możliwości współpracy nauki z praktyką. To tylko niektóre z tematów poruszonych podczas piątego spotkania w ramach Polskiego Kongresu Rolnictwa, które odbyło się 22 października w Białymstoku.

„Województwo podlaskie słynie ze wspaniałego rolnictwa. Ale w nowej perspektywie budżetowej musimy nauczyć się jeszcze lepiej wyciskać „brukselkę”- powiedział były premier i minister gospodarki Waldemar Pawlak podczas otwarcia Kongresu.

O tym, w jaki sposób środki unijne wpłynęły na podlaską wieś i rolnictwo opowiedział wicemarszałek Mieczysław Kazimierz Baszko: „mamy w regionie firmy przetwórcze na najwyższym poziomie. Nasi producenci maszyn wysyłają swoje wyroby na cały świat. Województwo jest bogate w różnorodność, a jego rozwój widać co roku na targach w Szepietowie”.

Wicewojewoda podlaski Wojciech Dzierzgowski zaznaczył, że władze województwa prowadzą szereg działań mających na celu poprawę życia i pracy oraz zapobiegających problemom związanym z wirusem afrykańskiego pomoru świń i dużą populacją dzików.

„Jesteśmy popularni ze względu na produkcję rolno-spożywczą. Zajmujemy czołowe miejsce w kraju pod względem ilości produktów regionalnych – aż 50 z nich znajduje się na liście MRiRW. Zdobywamy liczne nagrody – w ciągu 20 lat wygraliśmy już ok. 20 kulinarnych „Pereł” na poznańskich targach. Warto się tym pochwalić i promować te bogactwo na szeroką skalę”- zaapelowała Ewa Kulikowska, dyrektor Departamentu Rolnictwa i Obszarów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego.

W debacie pod hasłem „Branża rolno-spożywcza motorem napędowym polskiej gospodarki” uczestniczył także zastępca dyrektora Podlaskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego – Marek Skarżyński, który zasygnalizował, że to właśnie firmy i rolnicy z Podlasia są w największym stopniu dotknięci rosyjskim embargiem. Dyrektor dodał jednocześnie, że PODR posiada kadrę wykwalifikowanych doradców, którzy starają się odpowiedzieć na wszystkie potrzeby rolników. Jednakże warto zaznaczyć, że w województwie na 500 gospodarstw przypada tylko jeden doradca.

Z kolei Ryszard Łapiński, wiceprezes Podlaskiej Izby Rolniczej podkreślił, że „całe nieszczęście rolnictwa wywodzi się z Wiejskiej. Samorząd województwa podlaskiego nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z walką z ASF i ze zminimalizowaniem katastrofalnie dużej populacji dzików. Ziemia, po której chodzą te zwierzęta jest nasza. Ale dziki to przecież własność skarbu państwa. Dlaczego więc problem z nimi jest już po stronie rolników?”. Dodał jednocześnie, że to nie w Białymstoku powinny być załatwiane najważniejsze problemy rolnictwa i polskiej wsi. To Warszawa ze swoimi urzędami centralnymi musi stanąć na wysokości zadania. „Podlaska Izba Rolnicza jest postrzegana jako ta, która ciągle narzeka. Ale my mówimy prawdę, niezależnie od tego czy jest ona wygodna. Czas na realizację deklaracji!” – zaapelował Łapiński.

Profesor Wnorowski, dziekan na Uniwersytecie Białostockim przedstawił zgromadzonym pogląd na przedsiębiorczość, która jest kluczowym warunkiem rozwoju. I podkreślił, że „najpełniej umiejętności przedsiębiorczych ludzi ujawniają się we własnych gospodarstwach rolnych. W dzisiejszych czasach wymiarem patriotyzmu gospodarczego jest sukces w biznesie, również w agrobiznesie.”

W trakcie otwarcia Kongresu wręczono nagrody pochodzącym z Podlasia laureatkom konkursu „Jagna 2014”. Uhonorowane zostały: Anna Kułak z gminy Dąbrowa Białostocka oraz Anna Antoszuk z gminy Rudka. Przyznano również statuetki laureatom wojewódzkiego szczebla konkursu Krajowej Sieci Obszarów Wiejskich „Przyjazna Wieś”, którego celem jest nagrodzenie najlepszych projektów infrastrukturalnych przeprowadzonych na obszarach wiejskich.

Kolejny Polski Kongres Rolnictwa odbędzie się 13 listopada w Olsztynie. Już dziś serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w dyskusji o kondycji sektora rolno-spożywczego!

Sytuacja gospodarcza nie ulegnie zmianie – umiarkowany optymizm funduszy private equity

Sytuacja gospodarcza w Unii Europejskiej, a także w regionie Europy Środkowej stabilizuje się. Jednak wydarzenia polityczne na Ukrainie mają wpływ na decyzje inwestorów. Choć prawie trzy czwarte przedstawicieli funduszy private equity z Europy Środkowej ocenia, że w najbliższym półroczu warunki ekonomiczne będą takie same jak dotychczas, to zwiększyła się liczba osób, które oczekują ich pogorszenia. Jak wynika z najnowszej edycji badania „Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, 42% ankietowanych zadeklarowało, że w kolejnych sześciu miesiącach skupi się na dalszym rozwoju istniejącego portfolio. Nie oznacza to jednak, że inwestorzy przestaną poszukiwać możliwości biznesowych – tyle samo respondentów wskazało, że będą się koncentrować na nowych inwestycjach.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Bieżąca edycja pokazuje, że przedstawiciele tego sektora nadal uważają sytuację gospodarczą w Europie – w tym w naszym regionie – za stabilną, ale na ich nastroje negatywny wpływ może mieć konflikt na Ukrainie i sankcje nakładane przez kraje UE na Rosję. Stąd spadek wskaźnika/indeksu optymizmu, który wynosi obecnie 114 (spadek ze 144)*.  Niemniej nadal pozostaje on na stosunkowo wysokim poziomie.

CEO Magazyn Polska

„Pierwszy raz od dwóch lat mamy do czynienia z pogorszeniem nastrojów, co pokazuje wyraźnie, że bieżące wydarzenia geopolityczne mogą mieć duży wpływ na poziom zaufania na rynkach finansowych. Jakkolwiek inne czynniki np. dostępność kapitału mogą oddziaływać na indeks równie mocno. W efekcie wróciliśmy do poziomu optymizmu sprzed roku, ale wciąż trzeba pamiętać, że jest on dużo wyższy niż wtedy, kiedy mieliśmy do czynienia z najsilniejszą falą kryzysu finansowego, czyli w latach 2008 i 2012” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Polsce, Deloitte.

Zdecydowana większość, bo aż 74 proc. respondentów spodziewa się, że w najbliższym półroczu warunki gospodarcze pozostaną bez zmian, a to oznacza, że w Europie Środkowej panuje stabilizacja. Tych, którzy uważają, że warunki się pogorszą, w obecnej edycji badania jest 16 proc. czyli dwa razy więcej niż pół roku temu. Aż sześciokrotnie (z 61 do 10 proc.) spadła liczba tych przedstawicieli PE, którzy przewidują, że sytuacja ekonomiczna ulegnie poprawie.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy liczba funduszy, które skoncentrują się na nowych inwestycjach sięgnie 42 proc. Pół roku wcześniej było to 50 proc. Tyle samo osób zamierza skupić się na zarządzaniu dotychczasowym portfolio (wzrost o 11 pp. w porównaniu do ostatniej fali badania). „Chociaż wskaźnik pokazuje nam lekki spadek zainteresowania nowymi inwestycjami, inwestorzy nadal poszukują możliwości biznesowych. Strategie „kupuj i buduj” napędzają akwizycje przez spółki z istniejącego portfela”– tłumaczy Mark Jung.

Jakie są przewidywania przedstawicieli private equity w odniesieniu do przeciętnej wartości transakcji? Niewielki odsetek ankietowanych (5 proc.) przewiduje spadek wartości, a 11 proc. spodziewa się transakcji o wartości większej (spadek o 4 pp w porównaniu do poprzedniej edycji badania). Jednak zdecydowana większość ankietowanych (84%)  uważa, że rozmiar transakcji w ciągu najbliższego pół roku się nie zmieni – co jest zgodne z trendem prezentowanym w badaniu w ciągu ostatnich 5 lat. Ponad 60 proc. ankietowanych spodziewa się, że aktywność na rynku private equity w ciągu najbliższych sześciu miesięcy pozostanie na tym samym poziomie. Znacznie, bo aż o 30 pp. zmniejszył się odsetek respondentów, którzy oczekują wzrostu tej aktywności. W tej chwili myśli tak 32 proc. reprezentantów tego sektora. Z kolei 5 proc. badanych spodziewa się jej zmniejszenia.

Ponad połowa przedstawicieli funduszy private equity (53 proc.) zadeklarowała, że w ciągu kolejnych sześciu miesięcy tyle samo spółek ze swojego portfolio sprzeda, co kupi. Może to wynikać z kilku czynników. Przede wszystkim cykl pozyskiwania kapitału motywuje niektóre fundusze do wygenerowania właśnie teraz zwrotów dla inwestorów funduszy. Po drugie, bardzo istotnym pozostaje fakt „dojrzewania” spółek portfelowych do ich sprzedaży. I wreszcie nie bez znaczenia jest to, że rynek dysponuje kapitałem, który może zostać przeznaczony na inwestycje.

Ostatnie miesiące były okresem dużej aktywności na rynku sprzedaży. I tak fundusz Abris Capital Partners. zdecydował się sprzedać Alumetal, Advent International sprzedał Ultimo i Eko Holding, a fundusz Montagu Private Equity sprzedał 100% swoich udziałów w Euromedic. Odsetek osób, które spodziewają się, że więcej sprzedadzą niż kupią w ciągu ostatniego pół roku spadła z 35 do 21 proc., a tych, którzy planują wręcz odwrotny ruch z 46 na 26 proc.
Komu będą sprzedawać spółki ze swojego portfolio? Blisko trzy czwarte  (74%)  ankietowanych spodziewa się, że będą to inwestorzy strategiczni.

Aż 79 proc. ankietowanych spodziewa się, że dostęp do finansowania dłużnego pozostanie na tym samym poziomie. O 11 pp. do 16 proc. spadł odsetek tych, którzy oczekują poprawy sytuacji w tym obszarze. Ponad 40 proc. badanych spodziewa się zwiększenia efektywności ich inwestycji. Z kolei 53 proc. uważa, że pozostania ona na niezmienionym poziomie.

Jakie firmy będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy private equity? Niezmiennie będą to liderzy rynku. Obecnie uważa tak 58 proc. ankietowanych (wzrost o 4 pp.). Z kolei w opinii 42 proc. będą to przedsiębiorstwa średniej wielkości. Z orbity zainteresowania inwestorów zniknęły start-upy. Zdaniem ekspertów Deloitte ta dość zachowawcza postawa może świadczyć o powracającej awersji do ryzyka.

Niepokój ekonomistów spowodowany recesją w strefie euro oraz obawy towarzyszące spowolnieniu tempa wzrostu gospodarczego w Chinach wywarły wpływ nie tylko na fundusze private equity w Europie Środkowej, ale na całym świecie. Dodatkowo nakłada się na to jeszcze sytuacja na Ukrainie. Jednak kraje Europy Środkowej, szczególnie Polska, Czechy i Słowacja i utrzymają swoją przewagę i wysoki potencjał długofalowego wzrostu w porównaniu ze strefą euro. Od dłuższego czasu inflacja jest niska, dług publiczny również udaje się utrzymać w ryzach, a sektor bankowy cieszy się dobrą kondycją, a te czynniki niewątpliwie będą sprzyjać powstawaniu nowych możliwości biznesowych” – podsumowuje Mark Jung.

Światowy Tydzień Przedsiębiorczości już po raz siódmy w Polsce

150 krajów, tysiące bezpłatnych szkoleń, wykładów i debat. 17 listopada rusza siódma edycja Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości – największego na świecie wydarzenia wspierającego przyszłych i obecnych przedsiębiorców.

Pomysłodawcami Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości są premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, prezes amerykańskiej Fundacji Kauffmana – Carl Schramm oraz brytyjska rządowo-biznesowa organizacja Make Your Mark. Global Entrepreneurship Week to już właściwie międzynarodowy ruch społeczny. To inicjatywa wyjątkowa, bo gromadząca instytucje państwowe, prywatne i pozarządowe, firmy i szkoły, uniwersytety i osoby prywatne. Wszystkie te podmioty przez jeden tydzień w roku organizują bezpłatne szkolenia, wykłady i debaty, które wspierają rozwój przedsiębiorczości w danym kraju.

Przedsiębiorczość traktujemy tu jako szersze pojęcie: nie tylko prowadzenie własnej działalności gospodarczej, ale przede wszystkim bycie aktywnym, świadomym swoich mocnych stron i nastawionym na rozwój. To dlatego podczas Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości organizowane są również wydarzenia przeznaczone dla osób, które niekoniecznie chcą zakładać własny biznes. Zdaniem Komisji Europejskiej, przedsiębiorczość w tym szerokim znaczeniu to postawa kluczowa na dzisiejszym rynku pracy. Warto rozwijać ją już od najmłodszych lat, dlatego wiele z organizowanych w ramach ŚTP wydarzeń skierowanych jest do dzieci i młodzieży. – mówi Justyna Politańska, prezes Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

Pełna lista wydarzeń znajduje się na stronie www.tydzienprzedsiebiorczosci.pl. Wystarczy skorzystać z ogólnopolskiej wyszukiwarki, a następnie zapisać się na wybrane wydarzenie przez stronę lub bezpośrednio u organizatora.

Koordynatorzy polskiej edycji projektu postawili sobie w tym roku jeszcze jeden cel: poprawę wizerunku polskich przedsiębiorców. Własna działalność gospodarcza wciąż nie jest w Polsce popularnym wyborem, w dużej mierze z powodu negatywnego obrazu przedsiębiorcy. Przekaz, jaki dociera do nas, najczęściej mówi: „firmy wykorzystują swoich pracowników”, „kombinują jak płacić niższe podatki”, „nie płacą świadczeń ZUS, nie pozwalają korzystać z urlopów”.

Nie przeczymy, że takie sytuacje mają miejsce. Ale o pozytywnej roli przedsiębiorców w polskiej gospodarce, o ich ciężkiej pracy i wspieraniu lokalnych społeczności mało kto mówi. Stąd pomysł na przeprowadzenie konkursu „Twarze Przedsiębiorczości” – mówi Hanna Pieńczykowska z Fundacji ŚTP.

Podczas inauguracji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości 18 listopada, poznamy zwycięzców w kategoriach „Młody przedsiębiorca”, „Firma wspierająca młodych” i „Instytucja wspierająca przedsiębiorczość”. Liczba i jakość zgłoszeń bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Już wkrótce o tych wyjątkowych, lokalnych bohaterach, będziemy opowiadać na łamach strony tydzienprzedsiebiorczosci.pl i w mediach społecznościowych – dodaje Pieńczykowska.

Sponsorami VII edycji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości są Bank Gospodarstwa Krajowego, Europejski Fundusz Leasingowy i Amway. Patronat honorowy nad wydarzeniem objęli: Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, PARP, Prezydent m.st Warszawy i Konfederacja Lewiatan.

Oświadczenia majątkowe szefów PTE nie powinny być publicznie dostępne

Włączenie do listy osób zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych, m. in. członków zarządów i członków organów nadzorczych powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE) to zły pomysł – uważa Konfederacja Lewiatan.

Projekt ustawy o oświadczeniach o stanie majątkowym osób pełniących funkcje publiczne rozszerza katalog osób zobowiązanych do ich składania. Co do zasady Lewiatan popiera kierunek zmian, który zmierza do ujednolicenia standardów dotyczących formy i treści oświadczeń oraz sposobu ich kontroli. Projekt stwarza jednak także zagrożenia i może niekorzystnie wpływać na prowadzenie działalności gospodarczej.

Z punktu widzenia organizacji zrzeszającej prywatnych przedsiębiorców, szczególne wątpliwości budzi zamiar rozszerzenia zakresu dotychczas obowiązujących przepisów ustawy z sierpnia 1997 r. o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych zarówno w zakresie przedmiotowym – znacznie szerszy katalog elementów składanego oświadczenia, jak również podmiotowym – dotychczas obowiązkiem składania oświadczeń majątkowych nie byli objęci członkowie organów nadzorczych towarzystw emerytalnych.

Nowe przepisy przewidują nałożenie obowiązku składania oświadczeń majątkowych, m. in. na członków zarządów i członków organów nadzorczych powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE). Zdaniem Lewiatana nie ma żadnego uzasadnienia dla takiej regulacji ponieważ członkowie zarządów czy rad nadzorczych PTE nie są osobami pełniącymi funkcje publiczne, gdyż PTE to podmioty prywatne i niefinansowane przez państwo.

Należy też pamiętać, że już w obecnym stanie prawnym członkowie zarządów PTE składają oświadczenia majątkowe KNF, przy czym oświadczenia te są poufne i nie podlegają ujawnieniu. Tymczasem, składanie oświadczeń majątkowych, zawierających ze swojej istoty dane o istotnej wrażliwości, które następnie są ujawniane do wiadomości publicznej, stanowi istotne i nieuzasadnione ograniczenie konstytucyjnie zagwarantowanego prawa do prywatności.

Konfederacja Lewiatan

Tylko Fed może zahamować długoterminowe wzrosty w USA. Spółki pokazują bardzo dobre wyniki

CEO Magazyn Polska

Lepsze od oczekiwań wyniki spółek w USA to efekt nie tyle ich znacząco lepszej sytuacji, ile obniżania prognoz w ostatnich kilku tygodniach. Dla rynku ważniejsze jest to, o ile te prognozy zostaną pobite przez dane ze spółek. Amerykańska gospodarka ma się jednak dobrze i wygląda na to, że w ciągu najbliższego roku giełdy będą dość mocno rosły. Jedynym hamulcem, który dziś inwestorzy mogą brać pod uwagę, jest możliwy wzrost inflacji w Stanach, a co za tym idzie – znacząco wyższe niż obecnie stopy procentowe.

– Jeszcze 3 miesiące temu inwestorzy oczekiwali, że wyniki spółek w Stanach Zjednoczonych wzrosną o 8 proc. rok do roku, teraz jest to zakotwiczone na poziomie około 5 proc. Jeżeli chodzi o poszczególne sektory, to w samym październiku z 10 sektorów aż 9 zanotowało obniżki prognoz zysków – mówi Jakub Wojciechowski, analityk Biura Doradztwa Inwestycyjnego Citi Handlowego.

Nic więc dziwnego, że podawane właśnie informacje są oceniane jako dobre. 79 proc. spółek z indeksu S&P 500, które do tej pory pokazały swoje wyniki, chwalą się lepszymi od oczekiwań analityków notowaniami pod względem zysku netto.

Natomiast, co jest charakterystyczne dla rynku amerykańskiego, bardzo często zyski spółek pobijają prognozy analityków czy zarządu. W związku z czym nie jest istotne to, czy pobiją prognozy, lecz bardziej to, o ile. I tutaj spodziewamy się, że to może być nawet kilka procent – 2-3 proc. – ocenia Wojciechowski.

Taka polityka dotycząca wyników nie zmienia faktu, że amerykańska gospodarka pozostaje najsilniejszym rynkiem wśród wszystkich krajów rozwiniętych. Poprawia się systematycznie sytuacja na rynku pracy, nastroje konsumentów i przedsiębiorców, zyski także wciąż rosną. Zdaniem analityków Citi Handlowego S&P 500 do końca przyszłego roku osiągnie 2200 punktów. Obecnie jest w okolicach ponad 1960 punktów.

– Wydaje nam się, że w długim terminie to wszystko powinno wpływać bardzo pozytywnie na indeks S&P 500 i ogólnie na indeksy w Stanach. W związku z tym, że będziemy widzieli cały czas dodatnią dynamikę zysków spółek, a to będzie napędzało wzrost na giełdach. Myślę, że w perspektywie 1,5 roku czy roku te wzrosty powinny mieć wymiar dwucyfrowy – przewiduje rozmówca Newserii Inwestor.

Jak zauważa, na rynku daje się odczuć pewną nerwowość związaną z wygaszaniem przez Fed programu skupu aktywów. Program pomocowy QE oznaczał miliardy dolarów pompowane co miesiąc na rynek. To w krótszej perspektywie nieco hamuje decyzje inwestorów, ale – z drugiej strony – zakończenie programu było zapowiadane dużo wcześniej i nie jest żadnym zaskoczeniem. Dużo istotniejsze jest teraz to, jak Fed zachowa się w sprawie stóp procentowych.

Jeżeli stopy będą podnoszone dużo szybciej niż spodziewa się tego rynek, wtedy mogłoby to oznaczać, że amerykańska gospodarka jest już mocno rozpędzona. A patrząc historycznie, korelacja pomiędzy wzrostem stóp procentowych a indeksami akcji była negatywna. Czyli jeżeli stopy wzrastały, to indeksy akcji traciły.

Zdaniem Wojciechowskiego dla rynku istotne będzie znaczące podniesienie stóp – jeśliby wzrosły ponad 2-2,5 proc., to będzie to miało widoczne przełożenie na poziomy indeksów.

Jeżeli inflacja będzie galopowała bardzo mocno, to wtedy stopy będą podnoszone bardziej radykalnie i to będzie miało negatywny wpływ na gospodarkę i giełdę. Natomiast podwyżki o 25 punktów bazowych czy 0,5 punktu procentowego to coś, czego rynki akcji nie powinny zauważyć.

Radpol mimo spadku zysku jest zadowolony z wyników w 2014 roku

0

CEO Magazyn Polska

Radpol jest zadowolony z wyników osiągniętych w tym roku. Po III kwartałach spółka ma 60,6 mln zł przychodów – tyle samo, co w zeszłym roku. Jej zysk netto spadł o 3,6 proc. do 5,4 mln zł. Po urealnieniu wygląda to znacznie lepiej.

Radpol produkuje izolację termokurczliwą dla energetyki, przewody wodne, kanalizacyjne i gazowe. W zeszłym roku Radpol kupił spółkę Finpol produkującą rury dla ciepłownictwa. Ta transakcja znacząco wpłynęła na jego tegoroczne wyniki.

– Jeżeli wyeliminować to zdarzenie jednorazowe, widzimy, że realnie nasz biznes na poziomie EBITDA i zysku netto rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pióro, prezes zarządu Radpol SA.

Gdy uwzględnić tę transakcję, po 9 miesiącach grupa Radpol odnotowuje 27-proc. wzrost przychodów do 157,5 mln zł i 35-proc. wzrost urealnionego zysku netto.

– Grupa Radpol do niedawna była znana przede wszystkim jako podmiot działający na rynku energetycznym – podkreśla prezes. Wraz z zakupem spółki Finpol, produkującej sieci rur preizolowanych, udział sprzedaży w sektorze ciepłownictwa znacznie wzrósł. Mogę więc mówić o tym, że nasz udział w  branży ciepłowniczej wzrósł i będzie wzrastał. Przestaliśmy być firmą działająca na rynku energetycznym, zaczęliśmy być firmą działająca na rynku energetycznym i ciepłowniczym w sposób zrównoważony.

Swoje wyroby Radpol sprzedaje nie tylko w Polsce. Spółka ma klientów w całej Unii Europejskiej, zarówno w naszym regionie, jak i na Zachodzie.

Wśród naszych klientów są duże firmy energetyczne i duże podmioty ciepłownicze – informuje Krzysztof Pióro. – Są to bardzo interesujące biznesy inwestycyjne, w które każdego roku są angażowane bardzo duże pieniądze. Będziemy się trzymać tych rynków.

Sprzedaż zagraniczna wzrosła w 3 kwartałach o 10 proc., krajowa – o 25 proc. Spółka poprawiła marże, a w przyszłym roku zamierza osiągnąć 10-proc. rentowność.

– Zyskujemy bardziej interesujące marże na większości grup naszych produktów, począwszy od produktów termokurczliwych sieciowanych, które produkujemy w naszym zakładzie w Człuchowie, poprzez rury preizolowane, do takich wyrobów dla energetyki, jak słupy z betonu wirowanego i izolatory ceramiczne ocenia.

Plany Radpolu zakładają dalszy dynamiczny wzrost sprzedaży, zarówno w Polsce, jak i za granicą.

– Bardzo dużo pracy wkładamy w to, by zdobywać nowych klientów w krajach eksportowych, budując długookresowe relacje z dużymi podmiotami w Niemczech, krajach skandynawskich i Szwajcarii, tak aby w przyszłości notować satysfakcjonujące wzrosty w eksporcie – zapowiada prezes zarządu Radpol SA.

Resort rolnictwa chce zaproponować producentom żywności długoterminowe umowy handlowe. Mają one ustabilizować ceny na rynku

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w tym tygodniu resort rolnictwa chce przedstawić projekt przepisów dotyczących długoterminowych warunków umownych na sprzedaż produktów rolnych. Trwałe warunki mają uchronić producentów żywności przed znaczącymi spadkami cen w trakcie kryzysów takich jak ten wywołany rosyjskim embargiem. Zdaniem ministra rolnictwa producenci byliby też mniej narażeni na spadek konsumpcji, gdyby handel w większym stopniu odbywał się bezpośrednio między klientami a producentami.

Nie tylko szukamy nowych rynków zbytu, lecz  także chcemy zaproponować trwałe warunki umowne. Gdyby rolnicy z przedsiębiorcami, przetwórcami, i handlem byli związani trwałymi umowami, to z pewnością spadki cen nie byłyby aż tak wielkie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. ‒ Jeszcze w tym tygodniu chcę przyjąć ostatecznie projekt dotyczący organizacji producenckich, tam są rozdziały dotyczące warunków umownych, i dać go do konsultacji społecznej.

Sawicki podkreśla, że trwałe warunki umowne to dla organizacji producenckich szansa na utrzymanie wyższych cen nawet w okresie kryzysu. Gdy ceny produktów rolnych były wyższe, producenci nie byli zbyt skorzy do zawierania takich umów, natomiast w trakcie kryzysu, jak podkreśla Sawicki, godzą się na taki ustawowy wymóg.

Sawicki jest przekonany, że obecny kryzys nie potrwa długo. Wynika to chociażby z rosnącego zapotrzebowania na żywność na całym świecie. Jego zdaniem nawet jeśli Rosja utrzyma embargo na unijną żywność, to kryzys będzie odczuwalny jeszcze co najwyżej przez kolejne 3-4 miesiące. Jeśli jednak zakaz importu produktów z UE do Rosji zostanie zniesiony, to ożywienie nastąpi wcześniej.

Minister rolnictwa podkreśla, że mechanizmy stabilizujące ceny i tak muszą zostać wprowadzone, bo w podatnym na kryzysy rolnictwie nie można zapobiec przyszłym dołkom cenowym.

Według niego skutki dekoniunktury mogłyby być mniej odczuwalne dla producentów, gdyby handel w większym stopniu odbywał się bezpośrednio między konsumentami a producentami, bez pośrednictwa sieci handlowych i dystrybutorów. Sawicki ocenia, że to bardzo skuteczny mechanizm zapobiegania dużym spadkom cen w trakcie kryzysu.

Duże gospodarstwa, które uczestniczą w tym ogromnym łańcuchu żywnościowym pośredników, przetwórców, hurtowników i sprzedawców, najczęściej w warunkach kryzysowych najwięcej tracą – podkreśla minister rolnictwa. ‒ Nawet w warunkach kryzysowych konsumenci tak bardzo nie zbiednieli. Gdyby byli przyzwyczajeni do stałego dostawcy dobrego produktu, to z pewnością nie obniżaliby ceny zakupowej.

Resort rolnictwa chce też wspierać rynki lokalne. Sawicki przypomina, że już od lipca 2011 r. obowiązuje program „Mój Rynek”. W jego ramach wyremontowano i zbudowano już ponad 160 rynków, a do uczestnictwa w programie zgłosiło się 330 samorządów. Do dofinansowania kwalifikują się tylko te projekty, które gwarantują co najmniej 50-proc. udział produktów rolnych w sprzedaży na danym targu.

W jednych miejscach jest to robione lepiej, w innych gorzej, dlatego myślę, że nie tylko kontrola, lecz także inne instrumenty działania o charakterze promocyjnym będą musiały być wdrożone – podkreśla Sawicki.

Resort rolnictwa w ciągu najbliższych kilku miesięcy chce przeprowadzić konkurs na najlepszy produkt regionalny na każdym rynku. Ocenie będą podlegały tylko produkty rolne odmian występujących na danym obszarze lub przetwory wykonane zgodnie z lokalną recepturą. W kolejnych etapach resort będzie wyróżniał produkty na szczeblu wojewódzkim, a w maju lub czerwcu przyszłego roku nastąpi ogólnopolski finał.

Goldman Sachs: Po krótkim spowolnieniu wzrost PKB przyspieszy w drugiej połowie 2015 r.

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka może spowolnić w końcówce tego roku i na początku przyszłego, ale w drugiej połowie 2015 r. nastąpi odbicie – oceniają ekonomiści Goldman Sachs. Delikatny wzrost napędzają inwestycje, również te finansowane ze środków europejskich, a pomagają niskie stopy procentowe oraz tani złoty. W Polsce niepotrzebne są tak duże zmiany jak w Grecji czy Hiszpanii, co dobrze rokuje na przyszłość.

Jesteśmy w miarę optymistyczni co do perspektyw polskiej gospodarki, szczególnie porównując ją do innych gospodarek w Europie Zachodniej i Europie Środkowo-Wschodniej. Oczekujemy, że będzie ona rosła. Nie oczekujemy żadnego ryzyka recesji lub głębokiego spowolnienia w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Polan, główna ekonomistka ds. Europy Środkowo-Wschodniej w banku Goldman Sachs. ‒ Oczekujemy jeszcze trochę większego spowolnienia tempa wzrostu, szczególnie kwartał do kwartału, co przeniesie się na spowolnienie wzrostu w drugiej połowie tego roku i na początku 2015 roku.

Choć w pierwszym półroczu produkt krajowy brutto wzrósł o 3,5 proc., ekonomiści są zgodni co do tego, że drugie półrocze będzie gorsze. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje całoroczny wzrost na poziomie 3,2 proc., choć w samym drugim półroczu może on być poniżej 3 proc.

Polan podkreśla, że na spowolnienie w drugiej połowie roku wpłyną ograniczenia w handlu z Rosją oraz słabsza koniunktura w strefie euro. Zapewnia jednak, że nie ma ryzyka ani wystąpienia recesji, ani głębokiego i trwałego spowolnienia. Już za kilka miesięcy gospodarka powinna odbić, a wzrost PKB przyspieszyć.

Tak samo jak w przypadku gospodarek amerykańskiej i europejskiej, szczególnie niemieckiej, oczekujemy, że odbicie na rynkach zewnętrznych i bardzo łatwe warunki finansowe, czyli niskie stopy procentowe i lekkie osłabienie złotego, będą wpływały na to, że polska gospodarka odbije się w drugiej połowie przyszłego roku – prognozuje Polan.

Podkreśla, że po głębokim kryzysie odbicie we wszystkich gospodarkach jest powolne i stopniowe. W Polsce, z uwagi na to, że nasza gospodarka w ostatnich latach nie wpadła w recesję, i tak jest szybsze niż w Europie Zachodniej. Według Polan nie powinno dziwić to, że w trakcie powolnego odbudowywania wzrostu gospodarczego w wielu krajach występują miesiące i kwartały stagnacji lub nawet delikatnego spadku PKB.

Polska gospodarka będzie podążała za tymi globalnymi trendami. Na szczęście istnieje też silniejszy krajowy trend, który wpływa na siłę popytu wewnętrznego, czyli rosną inwestycje, ponieważ wzrost produktywności w Polsce jest ciągle wyższy niż w krajach najbardziej rozwiniętych. Do tego dochodzą fundusze europejskie, które też wspierają inwestycje państwowe i popyt krajowy – wylicza Polan.

Dodaje, że mocną stroną polskiej gospodarki jest brak konieczności głębokiej restrukturyzacji. W takiej sytuacji są kraje z południa Europy – Hiszpania, Portugalia i Grecja – które muszą np. całkowicie przebudowywać swój system bankowy. W Polsce nie wystąpiła tez bańka na rynku nieruchomości, a kryzys w tym sektorze nie był aż tak głęboki, jak w innych krajach.

Te czynniki, lepsza sytuacja na rynku kredytowym, a także dążenie Polaków do zrównania poziomu życia z Europą Zachodnią napędzają wzrost popytu krajowego, który pozytywnie wpływa na wzrost PKB. Polan dodaje, że dzięki tym zróżnicowanym źródłom dobrej koniunktury coraz lepsza sytuacja będzie zarówno pod względem inwestycji, konsumpcji, jak i eksportu.

 Z racji tego, że rząd musi trzymać deficyt poniżej 3 proc. i musi trzymać w ryzach nasz dług publiczny, nie oczekuję z tej strony większego impulsu dla gospodarki, z wyjątkiem inwestycji publicznych wspieranych przez fundusze europejskie – dodaje Polan.