GPW chce słuchać klientów. Niewykluczone, że w najbliższych dwóch latach cały zysk giełdy trafi do inwestorów

CEO Magazyn Polska

Warszawska giełda chce rozwijać dotychczasowe obszary działalności, zamierza jednak rozwijać także nowe. Zaktualizowana strategia GPW nie przewiduje w najbliższych dwóch latach wydatków na duże projekty inwestycyjne, co oznacza, że na dywidendę spółka może przeznaczyć nawet 100 proc. zysku.

Inwestorzy dobrze przyjęli zaktualizowaną strategię GPW. W dniu jej publikacji akcje GPW zdrożały o 13 proc. na zamknięciu sesji.

 W swojej strategii giełda zwraca się w kierunku klientów, to oni mają być w centrum naszego zainteresowania. Chcemy wsłuchiwać się w ich potrzeby, by móc zaproponować im atrakcyjną ofertę – mówi Mirosław Szczepański, wiceprezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – W strategii zarząd GPW założyła koncentrację na tych liniach biznesowych, w których mam największe kompetencje, czyli dalszym rozwijaniu rynku kasowego, rynku obligacji i rynku terminowego.

Jednym z filarów odnowionej strategii jest również rynek towarowy, który giełda od kilku lat rozwija. GPW stawia też na kompleksową ofertę informacyjną zbudowaną na bazie danych pochodzących z różnych źródeł.

 Oprócz tego chcielibyśmy wprowadzać również nowe linie biznesowe, zamierzamy to jednak robić w granicach naszych kompetencji – mówi Szczepański. – Zależy nam także na optymalizowaniu funkcjonowania naszej grupy, dlatego duży nacisk kładziemy na redukcję kosztów.

Dla inwestorów równie ważna jak plany dotyczące rozwoju GPW jest polityka dywidendowa. Pieniądze dla akcjonariuszy mogą stanowić nawet 100 proc. zysku. To znacząca zmiana, bo do tej pory strategia przewidywała wypłatę od 30 do 50 proc. skonsolidowanego zysku netto GPW.

 Obecnie jest to ponad 60 proc. skonsolidowanego zysku netto. Przy czym w najbliższych dwóch latach poziom wypłaty dywidendy przypadającej na jedną akcję wyniesie 2 zł 40 gr w nadchodzących roku i 2 zł 60 gr w 2016 roku, co oznacza, że poziom dywidendy powinien sięgać okolic 100 proc. – wylicza wiceprezes GPW.

To jest możliwe przy założeniu, że nie będzie w tym czasie żadnych potrzeb inwestycyjnych – a takich zaktualizowana strategia nie przewiduje.

 Wydaje mi się, że udało się znaleźć złoty środek w naszych planach. Na pewno chcemy dynamicznego rozwoju, ale chcemy również, żeby te cele, które stawiamy przed sobą, były możliwe do zrealizowania do 2020 roku – mówi Szczepański.

Decyzja RPP nie jest już tak oczywista. Spadek stóp prawdopodobny, ale możliwe też wstrzymanie obniżek

CEO Magazyn Polska

Informacje płynące z polskiej gospodarki mogą sprawić, że Rada Polityki Pieniężnej nie obniży dziś stóp procentowych mimo zapowiedzi sprzed miesiąca. Po sierpniowych złych danych makroekonomicznych sytuacja poprawiła się na tyle, że jeśli nawet RPP zdecyduje się na kontynuację obniżek, będzie to ruch minimalny. Wiele zależy od nowej projekcji inflacji, chociaż od listopada ceny w ujęciu rocznym powinny już rosnąć.

We wrześniu lepsze od oczekiwań okazały się między innymi dane o produkcji przemysłowej (+4,2 proc. rdr), inflacji (-0,3 proc. rdr) czy bezrobociu (11,5 proc.). To sprawia, że obniżka stóp nie jest już tak prawdopodobna, jak jeszcze kilka tygodni temu. Dodatkowo opublikowany w poniedziałek wskaźnik PMI wzrósł do 51,2 pkt z 49,56 pkt we wrześniu, więc nie tylko powrócił powyżej 50 pkt, co świadczy o rozwoju sektora, lecz także był wyższy niż oczekiwali tego ekonomiści. Ogólna koniunktura w polskim przemyśle jest więc – według tego odczytu – najlepsza od 6 miesięcy.

Te dane mogą przesądzić o tym, że Rada Polityki Pieniężnej na tym posiedzeniu jednak nie obniży stóp procentowych – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Jeżeli taka obniżka miałaby jednak miejsce, prawdopodobnie nie byłoby to więcej niż 25 punktów bazowych, a więc główna stopa, stopa referencyjna, spadłaby z obecnych 2 proc. do poziomu 1,75.

Kluczowa dla decyzji Rady okaże się prawdopodobnie nowa projekcja inflacji. Jeśli ta wykaże, że ceny będą rosły w bardzo niewielkim stopniu w ciągu najbliższego roku, to prawdopodobieństwo obniżek stanie się znacznie większe. Może nawet sięgnąć 50 punktów proc.

– Na posiedzeniu październikowym Rada obcięła stopy procentowe o 50 punktów bazowych. Była to obniżka znacznie głębsza od oczekiwań rynkowych, a w komunikacie zostało zapowiedziane, że na posiedzeniu listopadowym te obniżki mogą być kontynuowane – ocenia Kurtek.

Inflacja powinna jednak powoli zacząć piąć się w górę – ocenia ekonomistka. Jej zdaniem wrześniowe ustabilizowanie się cen trzeba odczytywać jako początek odbicia. Choć po danych październikowych ekonomiści oczekują utrzymania lub lekkiego pogłębienia spadków cen, to od listopada wskaźnik powinien już przybrać wartości zerowe lub mieć nawet niewielkie wzrosty – przewiduje rozmówczyni agencji informacyjnej Newseria.

Rosną wydatki polskich przedsiębiorstw na prace badawczo-rozwojowe

CEO Magazyn Polska

Rosną wydatki przedsiębiorstw na badania i rozwój. W ubiegłym roku wyniosły 6,29 mld zł, co oznacza wzrost o ponad 17 proc. względem ubiegłego roku – wynika z najnowszych danych GUS. Kolejne lat mogą przynieść jeszcze większe wzrosty. Zwiększanie nakładów na innowacje w kolejnych dwóch latach deklaruje blisko połowa przedsiębiorców. 

Przedsiębiorcy częściej, więcej i chętniej inwestują w badania i rozwój, czyli w swoje innowacje. Niedługo możemy się stać takim małym Izraelem, czyli pionierem w dziedzinie innowacyjności w tym regionie Europy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Cieśla z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR).

Dane GUS pokazują, że w ubiegłym roku nakłady brutto na badania i prace rozwojowe (czynnik GERD) w Polsce wyniosły ponad 14,4 mld zł. Względem 2012 roku oznacza to wzrost o 17 mln zł. Wskaźnik ten jako udział nakładów wewnętrznych w PKB wyniósł 0,87 proc. PKB (0,89 w 2012 roku). Znacznie wzrosły wydatki na badania i rozwój w sektorze przedsiębiorstw (wskaźnik BERD). W ubiegłym roku przekroczyły 6,2 mld zł. Rok wcześniej było to 5,3 mld zł, a w 2010 roku ok. 2,7 mld zł. Dziś przedsiębiorstwa odpowiadają za ponad 43 proc. wartości nakładów wewnętrznych ogółem (dla porównania w 2012 roku wskaźnik ten wyniósł 37 proc.).

Patrząc na relację do PKB, może się wydawać, że jest pewna stagnacja. Jeżeli jednak popatrzymy na stosunek czynników GERD do BERD i to, że przez ostatnie trzy lata nakłady przedsiębiorców na inwestycje wzrosły o 80 proc., to uważam, że naprawdę jest się z czego cieszyć – podkreśla Cieśla.

Do wzrostu wydatków firm na prace badawczo-rozwojowe przyczyniły się m.in. konkursy organizowane przez NCBR. W latach 2010–2013 Centrum podpisało 2755 umów, z czego 1637 dotyczyło wsparcia dla przedsiębiorstw (indywidualnie lub występujących wspólnie z innymi podmiotami).

Należy pamiętać o tym, że sektor przedsiębiorców to ten, w którym dokonuje się rzeczywista komercjalizacja prac badawczo-rozwojowych. To właśnie pod okiem przedsiębiorców wynalazki są wdrażane do przemysłu i dlatego powinniśmy się cieszyć z tak dynamicznie rosnącego już od trzech lat współczynnika – tłumaczy ekspert.

Dobra perspektywa sprawia, że coraz więcej firm postanawia zwiększyć nakłady na innowacyjność zarówno w krótkiej, jak i dłuższej perspektywie. Tegoroczne badania Deloitte wskazują, że 47 proc. firm planuje zwiększenie nakładów w ciągu najbliższych dwóch lat (przy średniej w Europie Środkowo- Wschodniej na poziomie 41 proc.), zaś w ciągu 5 lat deklaruje to 61 proc. badanych (57 proc. w regionie).

Pacjent po przebytej chorobie nowotworowej jest jak kukułcze jajo

Utrudniony dostęp do badań kontrolnych oraz wędrówki od lekarza do lekarza to częste problemy, z którymi borykają się osoby po przebytej chorobie nowotworowej – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Społecznej Fundacji „Ludzie dla ludzi” i AXA ŻycieLekarze rodzinni nie zawsze wiedzą, jak leczyć byłego pacjenta onkologicznego, nie mogą też skierować go na niektóre badania diagnostyczne, więc odsyłają do onkologa. Onkolodzy z kolei są zdania, że dalsze leczenie tych dolegliwości może odbywać się poza ośrodkiem specjalistycznym. Dostęp do lekarzy specjalistów wiąże się jednak z długimi kolejkami i często z podróżami do innego miasta. W ten sposób błędne koło się zamyka, a pacjent, który pokonał raka, czuje, że nie ma dla niego miejsca w tak zorganizowanym systemie opieki zdrowotnej.

Co roku wyrywa się nowotwór u ponad 145 tys. Polaków, z czego 52 tys. przeżywa. Doświadczenia pacjentów, którzy brali udział w badaniu, pokazują, że nawet wygrana z chorobą nie oznacza końca walki.

Pacjent onkologiczny jest niejako naznaczony. Ktoś, kto przeszedł chorobę onkologiczną, jest i zawsze będzie w systemie traktowany jako pacjent onkologiczny. W związku z tym mamy do czynienia z tzw. spychologią, czyli odsyłaniem pacjenta z miejsca do miejsca – wyjaśnia dr Dariusz Godlewski, dyrektor Ośrodka Profilaktyki i Epidemiologii Nowotworów OPEN w Poznaniu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Oczywiście jest to rzecz naganna. Być może jednym z powodów jest to, że pacjent wymaga nieco większej liczby badań kontrolnych, nieco szerszej wiedzy lekarza.

Z rozmów z pacjentami biorącymi udział w badaniu wynika, że jeśli udało im się przeżyć koszmar diagnozowania i leczenia raka, to muszą przygotować się na kolejny, tym razem związany z leczeniem objawów ubocznych i innych, „normalnych chorób”. Leczenie grypy, nadciśnienia, reumatyzmu u chorych po zakończonej terapii onkologicznej to dla wielu lekarzy wyzwanie obarczone dodatkowym ryzykiem. Łatwiej i bezpieczniej takiego pacjenta odesłać do onkologa. Onkolodzy nie mogą natomiast zajmować się wszystkimi przypadłościami byłych pacjentów, nawet jeśli dolegliwości są wynikiem przebytego raka.

Pacjent po terapii nowotworowej wymaga wyjątkowej czujności ze strony lekarza pierwszego kontaktu, bowiem nawet błahe choroby, takie jak przeziębienie, mogą być bardzo groźne dla jego zdrowia. Terapia pacjenta onkologicznego jest bowiem bardzo obciążająca dla jego organizmu. Często poza leczeniem chirurgicznym niezbędna jest również radioterapia lub chemioterapia, które mogą skutkować zaburzeniami w pracy innych narządów niż te zaatakowane przez nowotwór. Onkolodzy są zdania, że dalsze leczenie tych dolegliwości może odbywać się poza ośrodkiem specjalistycznym. Jeśli pacjent potrzebuje badania, niech zwróci się po nie do swojego onkologa – brzmi jednak niepisana zasada, na którą zwracali uwagę uczestnicy badania.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, kto powinien pełnić rolę przewodnika po leczeniu onkologicznym, bo z jednej strony placówki onkologiczne odcinają się od takich chorych. Uważają, że oni są już wyleczeni. Z drugiej strony nie można tego zrzucać na barki lekarza rodzinnego, bo on nie jest do tego odpowiednio przygotowany: zarówno jeśli chodzi o poziom wiedzy, jak i zakres kompetencji. Na przykład nie może kierować na niektóre badania diagnostyczne, które w przypadku monitorowania stanu zdrowia pacjenta po leczeniu onkologicznym są niezbędne. Jest tutaj pewna luka w organizacji systemu opieki zdrowotnej – mówi dr Dariusz Godlewski.

Dodatkową kwestią są koszty związane z dojazdami. Wykonywanie badań kontrolnych może też być dla pacjenta problemem, jeśli wiąże się z wyjazdem do innego miasta. Wielu z nich ma problemy z poruszaniem się lub stan zdrowia utrudnia im podróżowanie. Stąd już tylko krok od rezygnacji z badań profilaktycznych po nowotworze, które w pierwszym okresie od zakończenia leczenia powinny odbywać się nawet co miesiąc.

Często się zdarza, że chorzy rezygnują z prowadzonej terapii, ponieważ nie stać ich na ponoszenie dodatkowych kosztów związanych np. z przemieszczaniem się z jednego miasta do drugiego – potwierdza dr Godlewski.

Media coraz częściej czytane na tabletach i smartfonach. Rośnie też zainteresowanie serwisami tematycznymi i społecznościowymi

CEO Magazyn Polska

Konsumenci mediów coraz częściej wybierają bardziej specjalistyczne, dostosowane do ich upodobań treści i serwisy branżowe. To, co do tej pory obserwowane było w prasie i telewizji, dziś jest charakterystyczne dla internetu. Rośnie też popyt na media społecznościowe i platformy mobilne. Zmieniające się trendy muszą brać pod uwagę reklamodawcy i agencje reklamowe.

Według ostatniego, publikowanego co miesiąc, badania Megapanel PBI/Gemius w sierpniu spadki zarówno zasięgu, jak i liczby odwiedzających zanotowała większość najpopularniejszych krajowych portali horyzontalnych na czele z Onetem (RASP), Wirtualną Polską, Gazeta.pl i Interią.

Popyt na media ze strony użytkowników jest, ale on się bardzo zmienia. Widz nam się zmienia i jego preferencje również. Coraz częściej poszukuje konkretnych treści w konkretnych niszach. To powoduje pewną fragmentaryzację mediów, co już obserwowaliśmy w telewizji, prasie i radiu. Teraz zjawisko to zaczyna dotykać bardzo poważnie internetu. Stąd wciąż jeszcze duża, ale już nierosnąca popularność portali internetowych, a większe zainteresowanie serwisami internetowymi – mówi Marcin Duszyński, partner zarządzający Capital One Advisers, firmy doradczej na rynku transakcji fuzji i przejęć.

Chociaż w skali miesiąca spadły też zasięg i liczba użytkowników Facebooka, to zdaniem Marcina Duszyńskiego większe jest także zapotrzebowanie na media społecznościowe. Zmieniają się również platformy, poprzez które użytkownicy konsumują media. Spośród pierwszej dziesiątki wydawców odwiedzanych z największej liczby przeglądarek mobilnych (według Megapanel) wszyscy odnotowali w sierpniu wzrost popularności.

Podaż próbuje nadążyć za tymi zmianami, jest to jednak proces powolny – twierdzi Duszyński. – Duże korporacje wciąż mają bowiem trudności z podejmowaniem szybkich decyzji i nie nadążają za zmieniającymi się trendami. Stąd mniejsze firmy mają większe szanse na wykreowanie nowej, ciekawej oferty dla użytkownika.

Do zmieniających się trendów muszą się dostosowywać również reklamodawcy i agencje reklamowe.

Tak jak same media w tej chwili przeżywają pewien kryzys tożsamości, czyli muszą znaleźć odpowiedź na pytanie, w którą stronę zmierzać i w jaki sposób, co jest związane z bardzo dużymi zmianami na rynku mediów, tak samo agencje reklamowe w tej chwili szukają nowych ścieżek, ponieważ tempo rozwoju budżetów reklamowych nie nadąża za potrzebami rozwojowymi tych agencji. Szukają one nowych ścieżek, nowych podmiotów, bardzo dużo się dzieje w tej chwili, a będzie się działo jeszcze wciąż – zapewnia Marcin Duszyński. – Mówię głównie o internecie, ale dotyczy to także mediów związanych z mobilnymi platformami.

W jego ocenie wiele będzie działo się również na samym rynku mediowym. Zachodzące zmiany powodują, że duże koncerny medialne wciąż są zainteresowane polskim rynkiem.

Ciągle dostajemy zapytania ze strony wielkich koncernów mediowych oraz firm, które działają na pograniczu mediów i reklamy. Jesteśmy w stałym kontakcie z największymi agencjami reklamowymi na świecie. Wymieniamy się informacjami, zainteresowanie Polską jest wciąż bardzo duże, wciąż jednak jesteśmy jednak marginalnym ze względu na swoją skalę i głębię finansową – podkreśla partner zarządzający Capital One Advisers.

Zmiany będą zachodzić również w sposobie zarabiania przez media. Wciąż głównym źródłem finansowania są budżety reklamowe, ale rośnie udział źródła, jakim są użytkownicy.

Monetyzacja związana z użytkownikiem ulega bardzo szybkiej transformacji. Proces ten związany jest z kilkoma podstawowymi źródłami. Po pierwsze z subskrypcją, która akurat w Polsce rozwija się bardzo powoli ze względu na sytuację ekonomiczną użytkownika, po drugie z wykorzystywaniem na przykład informacji dotyczących konsumenta za pośrednictwem takich modeli, jak big data, gdzie po prostu te dane marketingowe się sprzedaje – mówi Marcin Duszyński.

Skala nieprawidłowości w branży metali nieżelaznych może sięgać setek milionów złotych. Firmy apelują o zmianę w VAT

CEO Magazyn Polska

Po wprowadzeniu odwróconego podatku VAT w branży stalowej wzrosła liczba nieprawidłowości w obrocie metalami nieżelaznymi: cynkiem, ołowiem, aluminium, niklem. Dane krajowe i unijne dotyczące importu i eksportu tych metali wskazują na rozbieżności w wysokości 400 mln zł. Za znaczną ich część mogą odpowiadać właśnie nieprawidłowości w zakresie odprowadzania podatku od towarów i usług.

Od momentu, kiedy odwrotnym obciążeniem została objęta stal oraz półprodukty z miedzi [październik 2013 – red.], widzimy wzrost możliwych nieprawidłowości w obrocie cynkiem i ołowiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Pacześ, członek zarządu ds. ekonomiczno-handlowych, dyrektor finansowy Huty Cynku „Miasteczko Śląskie”.

Jak podkreśla, trudno jest oszacować straty, jakie branża i budżet ponosi z tego tytułu. O skali problemu mogą jednak świadczyć rozbieżności w danych polskich i Eurostatu na temat eksportu i importu tych metali. Wskazują one na nieprawidłowości rzędu 400 mln zł.

Naszym zdaniem duża część tych rozbieżności może świadczyć o nieprawidłowościach w obrocie metalami w zakresie odprowadzenia podatku VAT – dodaje.

Rozwiązaniem problemów branży byłoby wprowadzenie mechanizmu odwróconego VAT – na wzór mechanizmu wprowadzonego w październiku ubiegłego roku w obrocie półwyrobami stalowymi i miedzią. Dzięki temu udało się ograniczyć szarą strefę w branży stalowej, która – jak podawała Polska Unia Dystrybutorów Stali – mogła kontrolować nawet połowę rynku prętów zbrojeniowych w Polsce.

Ten mechanizm jest skuteczny, co widać między innymi w obrocie stalą. Nieuczciwy proceder polega na tym, że w handlu powstają tzw. łańcuszki, czyli powstają firmy, które po miesiącu, dwóch czy trzech znikają i nie odprowadzają podatku VAT do budżetu państwa. W proponowanym rozwiązaniu podatek VAT jest odprowadzany przez ostatecznego konsumenta metalu, produktu i nie ma firm, które nam znikają w łańcuszku pomiędzy sprzedawcą a ostatecznym odbiorcą – podkreśla Pacześ.

Nieprawidłowości w handlu metalami nieżelaznymi to bolączka nie tylko polskiego rynku. Poważne konsekwencje tego procederu odczuwają również firmy słowackie, czeskie i węgierskie. W Niemczech zdecydowano się na wprowadzenie mechanizmu odwróconego VAT, mimo że – jak wyjaśnia Pacześ – VAT u zachodnich sąsiadów jest niższy, a zatem i opłacalność wyłudzeń jest mniejsza.

Jesteśmy na etapie nowelizacji ustawy o zmianie ustawy o podatkach od towarów i usług. Uważamy, że w jej ramach oprócz złota i elektroniki należałoby objąć mechanizmem odwrotnego obciążenia metale nieżelazne, takie jak cynk, ołów, aluminium i nikiel – apeluje przedstawiciel Huty Cynku „Miasteczko Śląskie”.

Wynajmujący w Polsce rzadziej korzystają z usług agentów nieruchomości niż ich zachodni sąsiedzi. Głównie decydują się na to właściciele droższych mieszkań

CEO Magazyn Polska

Ponad 3 tys. zł miesięcznie ‒ tyle wynosi średni czynsz wynajętego przy pomocy agenta nieruchomości mieszkania w Warszawie. To cena wyższa niż przeciętna na rynku, bo z usług agentów korzystają najczęściej właściciele droższych lokali. W Polsce taki sposób wynajmu jest wciąż znacznie mniej popularny niż na Zachodzie.

Różnica między polskim rynkiem nieruchomości a rynkami zagranicznymi polega na tym, że za granicą więcej osób poszukuje mieszkania z pomocą agencji nieruchomości. To właśnie chcemy w Polsce zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes David Rice, prezes firmy Starbroker, która pomaga nawiązać współpracę pomiędzy właścicielami nieruchomości i agentami nieruchomości.

Rice podkreśla, że taka współpraca ma sens jedynie wtedy, gdy właściciel ma do zaoferowania nieco droższe mieszkanie na wynajem, bo tylko wtedy agent może liczyć na zadowalającą prowizję od wynajmu. Średni czynsz wynajmowanego w ten sposób mieszkania w Warszawie to 3,3 tys. zł miesięcznie. Największym powodzeniem cieszą się lokale 2-3-pokojowe o powierzchni 60-70 mkw.

Choć wynajmujący starają się wynegocjować niższą cenę, różnica między ceną ofertową a transakcyjną nie jest zwykle duża. Właścicielom, którzy są skłonni obniżyć wyjściowe stawki, zwykle w krótszym czasie są w stanie wynająć lub sprzedać mieszkanie.

‒ Najwięcej ofert jest w Warszawie, to oczywiste, ponieważ to największe miasto w Polsce, jest to także miejsce, w którym rozpoczęliśmy naszą działalność – dodaje Rice.

Ekspert zwraca uwagę na to, że problemem na rynku jest z jednej strony brak zaufania do agentów, a z drugiej ich stosunkowo niewielka aktywność. Poprawa tych dwóch aspektów, również poprzez większą jawność działań pośredników, powinna wpłynąć na większą efektywność sprzedaży. Rice podkreśla, że liczy się zarówno lepsze przeszkolenie agentów, jak i możliwość udostępniania ich życiorysów lub referencji, dzięki czemu klienci będą im bardziej ufali.

Podatnicy zapłacą miliardy za wprowadzenie ustawy hazardowej

Część przepisów ustawy hazardowej jest niezgodna z prawem UE. Dla budżetu Polski oznacza to stratę 12,8 mld zł. Prawie 2/3 tej sumy mogą wynieść odszkodowania dla przedsiębiorców z branży automatów do gier. Wszystko z powodu nieprzemyślanych działań Ministerstwa Finansów.

„Uchwalono bubel prawny z pełną tego świadomością. Orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej było dość jednoznaczne: przepisy ustawy hazardowej były przepisami technicznymi, wymagającymi notyfikacji” – mówi serwisowi infoWire.pl Marek Kułakowski, analityk Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP). O notyfikację ustawy nie zadbano, choć było wiadomo, że trzeba to zrobić. Mimo to w 2010 r. weszła ona w życie. Jak twierdzi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP, była to decyzja niezrozumiała, mająca na celu krótkotrwały efekt PR-owski.

O ile przed wprowadzeniem przepisów branża automatów do gier była legalna i regulowana – podlegała opodatkowaniu, o tyle obecnie „[…] jest legalna, ale zderegulowana – działa w oparciu o swobodę działalności gospodarczej, w wyniku czego przedsiębiorcy podatku od automatów już nie płacą. Suma strat z tego tytułu od początku 2010 r. do końca 2013 to przeszło 4 mld zł” – wyjaśnia Marek Kułakowski.

Jeszcze więcej pieniędzy Państwo będzie musiało przeznaczyć na odszkodowania. Ponieważ przepisy ustawy hazardowej stosowane wobec przedsiębiorców z branży automatów do gier nie zostały notyfikowane, a więc de facto były bezprawne, będą domagali się oni rekompensaty. Szacuje się, że odszkodowania mogą wynieść nawet 8 mld zł.

To jednak nie koniec strat dla budżetu, które według ZPP przyniosły działania Ministerstwa Finansów. Błędem było też coroczne podnoszenie akcyzy na wyroby tytoniowe oraz alkohol – wpływy z podatków się zmniejszyły, a jednocześnie rozrosła się szara strefa.

Energetyka i duże spółki dywidendowe to obecnie najlepsze inwestycje. Lepiej unikać banków i sektora surowców

CEO Magazyn Polska

W najbliższym czasie najpewniejszą inwestycją powinny być spółki energetyczne i paliwowe. Gorsze perspektywy rysują się dla akcji firm surowcowych i banków. Wkrótce może nadejść czas na kupowanie udziałów w małych i średnich spółkach, które powinny jako pierwsze zareagować na ożywienie gospodarcze prognozowane na przyszły rok.

Jak ocenia Jacek Rzeźniczek, główny analityk Secus Asset Management, w grupie spółek, które są najbardziej perspektywiczne w najbliższym czasie, na pierwsze miejsce wybija się energetyka.

 Spółki energetyczne, które w ostatnich miesiącach, wykazywały się wyraźną siłą relatywną w stosunku do całego rynku, mają szansę tę siłę relatywną utrzymać. To widać chociażby po zachowaniu największych spółek tego sektora, czyli PGE i Tauronu. Obie te spółki w ostatnich dniach poprawiły swoje maksima z września, a to pokazuje ich siłę relatywną.

Spółki energetyczne mają przed sobą dobry czas również ze względu na ustalenia ostatniego szczytu energetycznego – odsunięcie w czasie osiągnięcie limitu emisji CO2 aż do 2030 roku pozwala spokojnie zaplanować inwestycje w sektorze i rozsądnie planować politykę cenową. Dodatkowym argumentem przemawiającym za inwestowaniem w spółki energetyczne jest spadek rentowności polskich obligacji.

– Jeżeli spółki energetyczne są postrzegane jako spółki dywidendowe, to przy niskich rentownościach obligacji ich ceny powinny w odniesieniu do dywidend rosnąć – tłumaczy Rzeźniczek. Ten sam argument przemawia za akcjami PZU.

Obok energetyki jako sektor perspektywiczny ekspert wymienia także spółki paliwowe – w szczególności PKN Orlen, który pokazał bardzo dobre wyniki za trzeci kwartał.

Na drugim biegunie są – zdaniem rozmówcy Newserii Inwestor – banki, które mogą negatywne zaskakiwać. Tutaj czynnikiem decydującym jest ostatnia obniżka stóp procentowych, szczególnie stopy lombardowej. A według rynku to nie koniec obniżek.

– Inwestorzy, wcześniej wyceniając banki, szacowali, że banki w przyszłym roku mogą poprawić swoje wyniki finansowe, ale wobec rozpoczęcia tego cyklu obniżek, prawdopodobnie nie uda im się tych wyników poprawić.

Do tego dochodzi spowolnienie gospodarcze, które może powodować obniżenie zainteresowania kredytami zarówno wśród firm, jak i konsumentów. Może się ono także odbić negatywnie na spółkach surowcowych, których ekspert radzi w najbliższym czasie unikać.

Obecnie nie jest też dobry czas na zakup spółek małych i średnich – one najszybciej reagują na poprawę w gospodarce, ale też są zwykle najbardziej poszkodowane podczas spowolnienia. Dlatego na MSP przyjdzie jeszcze czas – mówi Rzeźniczek.

-– Indeks PMI dla polskiego przemysłu, chociaż w ostatnim miesiącu lekko pozytywie zaskoczył, to jednak jest w kilkumiesięcznej tendencji spadkowej. Dopóki w takiej pozostanie, to spółki małe i średnie mogą znajdować się pod presją – przewidywał jeszcze przed bardzo dobrym październikowym odczytem indeksu Jacek Rzeźniczek.

Jego wyższa od oczekiwań i wyższa od progu 50 pkt wartość (51,2 pkt) mogą potwierdzać, że gospodarka wraca na ścieżkę wzrostu. Jeśli październikowy PMI nie okaże się jedynym dobrym sygnałem i także inne wskaźniki, zwłaszcza te wyprzedzające, zaczną się odwracać – wtedy będzie dobry moment na to, by zainwestować w małe i średnie firmy.

Obligacje ciągle w cenie mimo niskich stóp procentowych. Inwestorzy szukają sposobu na przeczekanie burzliwych miesięcy

Przewidywane na koniec przyszłego roku odbicie w gospodarce będzie sprzyjało inwestycjom w akcje, ale na razie sytuacja makroekonomiczna powoduje wzrost atrakcyjności obligacji. Niskie stopy procentowe i prawdopodobieństwo ich dalszych obniżek, zerowa inflacja i dość odległa perspektywa powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu sprzyjają inwestowaniu w dług, podobnie jak sytuacja w USA i strefie euro.

Na rynek obligacji na świecie największy wpływ mają przede wszystkim niskie stopy procentowe w USA.

Nie oczekujemy bardzo szybkiego wzrostu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Właściwie ostatnio musieliśmy przeszacować nasze oczekiwania co do rynkowych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i ciągle oczekujemy, że amerykański bank centralny, nie będzie się śpieszył z podnoszeniem stóp procentowych – mówi Magdalena Polan, główna ekonomistka ds. Europy Środkowo-Wschodniej banku Goldman Sachs.

Informacje z gospodarki amerykańskiej są jednak coraz bardziej pozytywne i oczekiwanie na podwyżkę stóp przez Fed wydają się być coraz bardziej uzasadnione – wzrost gospodarczy przyspiesza, a bezrobocie spada. Dane za III kwartał pokazały wzrost PKB o 3,5 proc. w ujęciu zannualizowanym, podczas gdy ekonomiści spodziewali się wzrostu o 3 proc. Bezrobocie natomiast spadło poniżej 6 proc. Zupełnie inaczej jest w krajach strefy euro. Tu niskie stopy nie pomagają i EBC jest zmuszony sięgnąć po bardziej inwazyjne środki prowadzenia polityki pieniężnej – w tym podobny do zakończonego właśnie przez Amerykanów skup aktywów.

Polska oraz polski rynek długu i stóp procentowych jest bardzo silnie zintegrowany z tym globalnym rynkiem. Dlatego będziemy mieli presję w kierunku niższych stóp procentowych – przewiduje ekonomistka. – Do tego nasz własny cykl, niska inflacja, niskie stopy procentowe banku centralnego oraz perspektywa dalszych obniżek stóp procentowych przez polski bank centralny wpływają na to, że dług na pewno będzie ciągle tani dla emitentów i drogi dla kupujących.

A to oznacza, że obligacje, choć nisko oprocentowane – są coraz droższe. Wynika to z tego, że z jednej strony inwestorzy szukają sposobu na ulokowanie kapitału na trudne i nieprzewidywalne czasy. Z drugiej strony to efekt przewidywań, że w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu miesięcy sytuacja w naszej gospodarce się poprawi. To wszystko oznacza, że polskie papiery pozostają bezpiecznym miejscem na przeczekanie dekoniunktury, a także sposobem na sprawdzenie, jak nowa sytuacja na Zachodzie (koniec QE w USA i początek skupu ABS w strefie euro) wpłynie na gospodarkę.

W Polsce bankrutuje coraz więcej firm zaopatrujących sektor budowlany

Opublikowane w październiku orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 680 milionów złotych, a zatrudniały one razem, według ostatnich dostępnych danych, ok. 2,4 tys. osób. W stosunku do sytuacji sprzed roku większa była w październiku liczba opublikowanych informacji o upadłościach firm usługowych i handlowych. 
W ciągu dziesięciu miesięcy tego roku sądy opublikowały orzeczenia o upadłości 711 przedsiębiorstw działających w Polsce, podczas gdy w tym samym okresie ubiegłego roku było to 798 opublikowanych upadłości. Wrzesień był drugim w tym roku miesiącem (obok maja), gdy liczba upadłości była wyższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

–    Wśród przyczyn upadłości firm wymienić można kwestie popytowe, ale w większości przypadków decydujące są jednak problemy z płynnością finansową (wysokie koszty stałe, w tym obsługa zadłużenia na potrzeby inwestycji a z drugiej strony – niska rentowność sprzedaży jako efekt ostrej konkurencji cenowej ale także małej innowacyjności).
–    Wśród największych upadłości pod względem realizowanego obrotu wyjątkowo wyrównana liczba firm produkcyjnych (3), dystrybutorów hurtowych (3) oraz firm budowlanych (2) i usługowych (2). Dopiero wśród firm mniejszych (kilka-kilkanaście milionów złotych obrotu) najwięcej było firm usługowych i handlowych.
–    Pomimo lepszej niż w roku ubiegłym koniunktury w budownictwie to właśnie bankructwa producentów zaopatrujących sektor budowlany zdominowały zestawienie upadłości firm produkcyjnych (9 z 15 upadłości firm produkcyjnych w październiku).
–    Odwrotnie w handlu hurtowym – tutaj jedynie 3 z 15 opublikowanych informacji o upadłości hurtowni dotyczyła tych sprzedających art. budowlane. Zdecydowana większość hurtowni, które zbankrutowały sprzedawała art. konsumpcyjne: żywność, ale też art. wyposażenia mieszkań.
–    Bilans postępowań naprawczych na minusie: rozpoczęto 9 postępowań układowych, ale równocześnie zanotowano 12 przypadków zakończenia niepowodzeniem rozpoczętych wcześniej postępowań naprawczych, zmienionych obecnie na upadłość likwidacyjną.
Sytuacja na krawędzi (poprawy – ale wciąż na krawędzi…)
Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka – Liczba upadłości waha się w poszczególnych miesiącach, ale generalnie jest niższa niż w roku ubiegłym. Czy to jest przełom? Na pewno nie. I nie chodzi tu jedynie o matematykę – spadek liczby bankructw o około 10%, ale wciąż jest ich dwukrotnie więcej niż jeszcze 5-6 lat temu… Przełomu w kwestii liczby upadłości nie mamy, ponieważ nie ma go wciąż w gospodarce, brak jest czynników postępującej i trwałej poprawy sytuacji i w ślad za tym znaczącego zmniejszania się liczby upadłości. Zarówno w skali krajowej, jak i najistotniejszego, unijnego runku eksportowego sytuacja jest na krawędzi poprawy (co i tak jest plusem – lepsze to niż krawędź kryzysu…). Słabnący popyt w Europie (i niewiele lepszy na rynku krajowym) był ewidentny jeszcze przed embargiem i wojną handlową z Rosją, które to tylko uwypukliły problemy nadprodukcji i niskiej rentowności wielu sektorów (w tym spożywczego). Kilkuprocentowy wzrost wartości realizowanych inwestycji jest lepszy niż kilkunastoprocentowy ich spadek w ubiegłym roku, ale tak jak kończąca się już odbudowa zapasów jest jeszcze zbyt słaby (punkt wyjścia odnosi się bowiem do rekordowo niskiego poziomu z roku ubiegłego) do pobudzenia całości gospodarki (wide – upadłości firm produkujących na potrzeby budownictwa).

Dlaczego polskie firmy upadają? Przyczyn jest wiele, ale prawie zawsze dominuje problem z płynnością finansową, a nie z popytem
– Niech wszystkiego nie przesłania nam embargo w handlu z Rosją – przykre są problemy wielu firm nim dotkniętych, ale o wiele więcej polskich przedsiębiorstw ma problemy innego rodzaju. W Polsce w odróżnieniu od wielu krajów Europy Zachodniej mamy generalnie nie problem z popytem, ale raczej z rentownością obrotu – mówi Maciej Harczuk, Prezes Zarządu Euler Hermes Collections. To kontrowersyjna teza, ale da się ją uzasadnić. Patrząc chociażby na wyniki firm, o których upadłości opublikowano informacje w październiku zauważyć można, iż chociaż obrót w niektórych przypadkach rósł a w innych spadał, to generalnie wspólny był wzrost wskaźnika zadłużenia tych firm – w 2013 średnio o ok. 20% w stosunku do 2012 roku. Tak więc nawet gdy firmy nie traciły rynku, utrzymywały obroty, to odbywało się to kosztem ich marży i rentowności. Na zachodzie firmy w tej sytuacji restrukturyzują działalność, w Polsce jest to często niemożliwe – nie można ograniczyć sprzedaży z powodu kosztów stałych, wysokich za przyczyną zobowiązań inwestycyjnych z ostatnich lat. Nasze firmy bronią też obrotu i bieżących przepływów finansowych gdyż w Polsce, jako w kraju o krótszych tradycjach wolnorynkowych polskie firmy mają mniejsze zasoby zgromadzonych środków własnych w porównaniu do firm zachodnioeuropejskich. Bez dywersyfikacji działalności a przede wszystkim bez jej innowacyjności, wartości dodanej nie uda się odwrócić tego trendu – firmy skazane będą na walkę jedynie ceną, co w dłuższej perspektywie nie kończy się nigdy dobrze.

Upadały firmy zaopatrujące budownictwo
– Postępującym spadkiem rentowności wytłumaczyć można problemy wielu producentów i dystrybutorów zaopatrujących budownictwo mówi Michał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes. – Producenci chemii budowlanej, stolarki, konstrukcji stalowych, elementów hydrauliczno-grzewczych zajęli w ostatnim miesiącu w zestawieniu publikowanych upadłości miejsce tak licznych jeszcze niedawno firm dostarczających (głównie na eksport) części i całe maszyny oraz art. motoryzacyjne.

Żywność – częściej mamy do czynienia z upadłościami dystrybutorów niż producentów
Zaskoczeniem nie była upadłość spółdzielni produkcyjnej dostarczającej żywiec wieprzowy, ale częstsze są przypadki upadłości firm handlowych, dystrybucyjnych. Nie tylko w odniesieniu do żywności, ale także pozostałych art. konsumenckich – w tym art. elektrycznych i wyposażenia mieszkań. O ile producentów dotknęły głównie restrykcje eksportowe, to firmy handlujące żywnością mają także problemy na rynku krajowym. Sprzyja temu duża konkurencja na rynku wewnątrzunijnym (Polska jest m.in. importerem netto wieprzowiny – więcej jej sprowadzamy, niż sprzedajemy za granicę) oraz bliskie stagnacji tempo wzrostu wydatków konsumpcyjnych.

Usługi – problemy dotknęły m.in. także firm finansowych oraz transportowych
Kłopoty miały już nie tylko tradycyjnie przedsiębiorstwa z branż hotelarskiej czy gastronomicznej oraz licznie występując w ostatnich miesiącach w statystyce upadłości firmy sektora reklamowego i poligraficznego. Ponownie pojawiają się w ogłoszeniach o upadłościach firmy transportowe i obsługujące transport. Rzadko notowane w tym gronie były dotychczas także firmy pośrednictwa finansowego (największa upadłość w październiku to przypadek kasy oszczędnościowo-kredytowej). Pomimo dobrej koniunktury mieszkaniowej nie dla wszystkich jest miejsce na tym zmieniającym się rynku – w ciągu ostatniego miesiąca było pięć publikacji o upadłościach deweloperów.
Budownictwo – kiedy w statystyce upadłości pojawią się firmy realizujące inwestycje kolejowe i energetyczne?
– Wartość produkcji budowlano-montażowej w sektorze kolejowym wzrosła w pierwszym półroczu o ponad 50% w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Wzrost tak duży jak jeszcze niedawna niemoc kolei w wydawaniu środków na inwestycje – komentuje Michał Modrzejewski – czym po części tłumaczyć można tak duży procentowo wzrost na tym polu. Miejmy nadzieję, że proces wyłaniania wykonawców a przede wszystkim odbioru i finansowania prac będzie chociaż po części sprawniejszy niż w budownictwie drogowym, w którym ponownie nowym inwestycjom towarzyszą upadłości firm z branży budownictwa drogowego i prac wyspecjalizowanych (kanalizacyjnych etc.). Co ciekawe – w statystyce upadłości pojawiła się nawet firma związana z wykopami i wierceniami. Ponieważ nie jest to na razie szersze zjawisko to trudno wyciągać wnioski czy to brak perspektyw na gaz z łupków (co byłoby złe) czy raczej organizacja i finansowanie prac (jak to w budownictwie) były przyczyną jej problemów.

Październik – lekki spadek liczby upadłości (chociaż wciąż są one liczne) w woj. małopolskim; wzrost ich liczby w centrum kraju – województwach wielkopolskim, łódzkim i mazowieckim
Przesunięcie ciężaru upadłości wśród firm produkcyjnych z przemysłu maszynowego i motoryzacyjnego (reprezentowanego licznie na Dolnym Śląsku) w kierunku firm zaopatrujących budownictwo wpłynęło na odwrócenie trendu wzrostu ich liczby w woj. dolnośląskim.
Na Mazowszu dwa zaskakujące fakty: był nim nie tylko wzrost liczby upadłości, ale także to, iż stoi za tym w dużym stopniu budownictwo i firmy produkcyjne obok handlu i firm usługowych (dominujących tutaj w przeszłości).  Upadłości w województwie łódzkim były bardzo zróżnicowane w podziale na branże, podobnie w woj. wielkopolskim, chociaż tutaj dominowało w zestawieniu tym razem nie budownictwo, ale handel hurtowy. Za znaczną liczbą upadłości w woj. zachodniopomorskim stoi w równym stopniu sektor budowlany, produkcyjny i handlowy (bez usług). Podobnie było w Małopolsce – upadłości firm budowlanych i hurtowni uzupełniło bankructwo jedynej firmy usługowej – (mało) w tej sytuacji wesołego miasteczka. W przypadku woj. podkarpackiego po raz kolejny sprawdza się prawda, iż o skutkach ekonomicznych i społecznych upadłości w regionie świadczy nie ich ilość, ale wielkość i znaczenie dla regionu upadających firm. Niestety – ponownie jedna z największych upadłości (a największą w sektorze produkcyjnym) dotyczyła przedsiębiorstwa z Podkarpacia: tym razem był to znany zakład naprawy i produkcji taboru kolejowego, zatrudniający ostatnio 500 osób (a w czasach prosperity i ponad 1000).

NIK o bezpieczeństwie na drogach

Przypisanie MSW wiodącej roli w koordynowaniu i egzekwowaniu działań na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym, wieloletni program finansowania przedsięwzięć w tym zakresie, włączenie ITD do Policji, pozbawienie straży gminnych możliwości korzystania z fotoradarów mobilnych, zmiany w przepisach oraz przede wszystkim dalsze inwestowanie w budowę dróg, autostrad i modernizację istniejącej infrastruktury drogowej – to tylko niektóre z wniosków NIK po kontrolach stanu bezpieczeństwa na drogach.

Stan bezpieczeństwa na polskich drogach w ciągu ostatnich dziesięciu lat ulegał poprawie. Jest to niewątpliwie efekt szeregu działań podejmowanych przez organy państwa, w tym zwłaszcza Policję, samorządy terytorialne, instytucje naukowe, organizacje pozarządowe, przedstawicieli mediów, a także osoby prywatne. Na przestrzeni ostatnich 10 lat liczba śmiertelnych ofiar wypadków spadła o 41 procent, a liczba osób rannych o 31 procent. Tendencja spadkowa utrzymuje się w całym dziesięcioletnim okresie i to pomimo stałego wzrostu liczby pojazdów poruszających się po polskich drogach.

Liczba ofiar śmiertelnych wypadków w przeliczeniu na 1 mln mieszkańców – Polska na tle wybranych krajów Unii Europejskiej

Liczba ofiar śmiertelnych wypadków w przeliczeniu na 1 mln mieszkańców - Polska na tle wybranych krajów Unii Europejskiej

Na podstawie przeprowadzonych kontroli NIK  stwierdza, że najistotniejszymi przyczynami tego stanu rzeczy są:

1) Niedostateczna infrastruktura drogowa

Mimo systematycznej poprawy, sieć polskich dróg publicznych nie jest nadal w pełni przystosowana do przenoszenia coraz intensywniejszego ruchu samochodowego. Wciążbrakuje w Polsce dróg dwujezdniowych (autostrad i dróg ekspresowych), zmniejszających możliwość wystąpienia najgroźniejszych wypadków (zderzenia czołowego i bocznego).

Na drogach jednojezdniowych o dużym natężeniu ruchu brakuje m.in.:

  • dodatkowych pasów, które umożliwiają na pewnych odcinkach bezpieczne wyprzedzanie,
  • bezkolizyjnych skrzyżowań, rond lub tzw. lewoskrętów z osobnymi światłami,
  • świateł na przejściach, tam gdzie występuje duże natężenie ruchu,
  • chodników wzdłuż dróg wiodących przez wsie i małe miasta,
  • odseparowania ruchu pieszych i rowerzystów od ruchu samochodów w dużych miastach.

Najwyższa Izba Kontroli nie polemizuje z Policją, która wskazuje, że jazda z niedozwoloną prędkością, niedostosowaną do warunków na jezdni jest najczęstszą przyczyną wypadków. NIK zwraca jednak uwagę, że wskazywana przez Policję przyczyna dotyczy istniejącej obecnie infrastruktury drogowej – zdaniem NIK dalece niewystarczającej dla osiągnięcia realnej poprawy stanu bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Opinię NIK podzielają także ankietowani przez Izbę policjanci z pionu ruchu drogowego oraz większość ekspertów zewnętrznych.

Oprócz nowych inwestycji niezbędna jest też modernizacja istniejącej sieci dróg. Na jednej piątej długości dróg sieci krajowej konieczne jest podjęcie niezbędnych prac remontowych. Na ponad 12 procentach długości dróg prace te powinny być przeprowadzone w trybie pilnym.

Przeprowadzone kontrole wykazały, że zarządy dróg w większości przypadków nie wywiązywały się z obowiązków utrzymania eksploatowanego zasobu w należytym stanie technicznym. Nie dokonywano obligatoryjnych przeglądów technicznych budowli drogowych. Nie zapewniono też odpowiedniego poziomu finansowania napraw.

Od wielu lat nakłady na wykonywanie prac remontowych na drogach krajowych są niewystarczające w stosunku do potrzeb, a tymczasem same tylko odcinki zniszczone przez koleiny i wymagające natychmiastowych napraw występują na ok. 3 tys. km, czyli blisko 15 proc. długości dróg krajowych.

Bezpieczeństwo na drogach ogranicza także:

2) Zła organizacja ruchu drogowego

Nagminnie występowały przypadki niesporządzania planów organizacji ruchu, będących m.in podstawą sytuowania znaków drogowych i urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Kontrolerzy stwierdzali też niejednokrotnie, że istniejące na drogach oznakowanie nie jest  dostosowane do przyjętej organizacji.

W efekcie w wielu miejscach nadmiar znaków utrudniał odczytanie ich znaczenia, w innych zaś brakowało znaków wymaganych organizacją ruchu, bądź były niewidoczne dla kierowców. Nierzadko znaki przysłonięte były przez gałęzie drzew albo wszechobecne na poboczach, zwłaszcza w pobliżu dużych miast, tablice reklamowe.

NIK stwierdziła w swoich kontrolach również problemy dotyczące

3) Błędy w systemie nadzoru nad ruchem drogowym

Policja

Obok niewątpliwego wzrostu aktywności policji drogowej, który przyczynił się do zmniejszenia liczby wypadków Najwyższa Izba Kontroli odnotowała w czasie kontroli, że ponad 40 proc. policjantów z drogówki nie ukończyło wymaganego specjalistycznego przeszkolenia w zakresie ruchu drogowego.

Taki stan rzeczy może mieć wpływ na rzetelność dokonywanych przez policjantów ustaleń, dotyczących zdarzeń na drodze, oceny uczestników ruchu, decyzji o nałożeniu mandatu, zwłaszcza w skomplikowanych sytuacjach, a także na zdolność do pomagania kierowcom np. za pomocą ręcznego kierowania ruchem na dużych skrzyżowaniach. NIK zauważa, że działania naprawcze w tym zakresie zostały przez Policję podjęte jeszcze w czasie trwania kontroli.

Tylko niewielki odsetek funkcjonariuszy drogówki ukończył nieobowiązkowe szkolenia dotyczące wybranych istotnych zagadnień w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Np. kurs dotyczący czynności na miejscu zdarzenia drogowego (wypadku, kolizji) ukończyło niespełna 7 proc. policjantów, kurs obsługi wideorejestratorów –  8,5 proc., a kontroli tachografów cyfrowych – niecałe 15 procent. Policja drogowa posiada na wyposażeniu ponad 700 motocykli, jednak przeszkolonych pod tym kątem było tylko 530 policjantów, a kurs doskonalenia techniki jazdy samochodem ukończyło zaledwie 15 proc. policjantów drogówki.

Izba odnotowała też, że  większość skontrolowanych jednostek Policji nie miała wystarczającej liczby pojazdów, sprzętu technicznego oraz umundurowania w stosunku do obowiązujących norm wyposażenia. Zwracamy uwagę, że ponad 1/3 policyjnych pojazdów jest zużyta i kwalifikuje się do wymiany.

Kontrolerzy NIK zauważyli też, że policjanci niekiedy błędnie rejestrowali dane na temat wypadków i kolizji w kartach zdarzenia drogowego i w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji(SEWiK). W policyjnym systemie nt. zdarzeń drogowych brakuje skutecznych mechanizmów, weryfikujących wiarygodność wprowadzonych danych.  W ocenie NIK błędy i niedostatki systemu SEWiK mogą mieć  wpływ na rzetelność analiz dotyczących bezpieczeństwa na drogach, na przykład liczby kolizji. W Polsce nie ma obowiązku wzywania Policji na miejsce wszystkich kolizji. W 2012 r. Policja odnotowała prawie 340 tys. kolizji na drogach publicznych, podczas gdy firmom ubezpieczeniowym w tym samym czasie zgłoszono  prawie 400 tys. kolizji.

ITD

W ocenie NIK, choć fotoradary będące w dyspozycji Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego usytuowano we właściwych miejscach (na podstawie rzetelnych analiz), to jednak cały system automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym nie był w pełni skuteczny, bo nie zapewniał podjęcia wymaganych na podstawie przepisów prawa działań we wszystkich przypadkach ujawnionych wykroczeń.

Istnieje prawny obowiązek rejestracji pojazdów, które przekroczyły dopuszczalną prędkość o 11 i więcej kilometrów na godzinę. Inspektorzy transportu drogowego nie byli jednak do tego ani technicznie, ani kadrowo przygotowani. NIK ustaliła, że progi wyzwolenia zdjęć przez fotoradary ustawiono, gdy prędkość pojazdu przekraczała dopuszczalną o 25 – a niekiedy nawet o 30-35 km/h, podczas gdy maksymalny tolerowany prawem błąd wynosił 10 km/h.

Tolerancja w ustawieniach fotoradaru wyzwalającego zdjęcie przy prędkościach większych od dopuszczalnej o 25-35 km/h  jest nie tylko niezgodna z obowiązującymi przepisami, ale także utrwala niebezpieczny zwyczaj znacznego przekraczania przez wielu kierowców dozwolonej prędkości. To z kolei wydłuża drogę hamowania i co za tym idzie zwiększa ryzyko wypadków w miejscach szczególnie niebezpiecznych.

Nie wszystkie zdjęcia z fotoradarów są przetwarzane. Z wyliczeń NIK wynika np., że  tylko od czerwca 2011 roku do września 2013 roku Inspektorat nie nałożył 72 tys. kar o szacunkowej wartości ok. 19,5 mln zł. Szczególną trudność, ze względu na brak odpowiednich regulacji stanowiły zdjęcia samochodów z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi.

Niedostateczne zasoby kadrowe Inspekcji Transportu Drogowego oraz problemy ze statusem pracowników sprawiają, że inspektorzy transportu drogowego w ograniczony sposób pełnią służbę w dni wolne od pracy oraz w porze nocnej. Wiedzą o tym dobrze kierowcy ciężarówek, którzy z różnych przyczyn chcą uniknąć kontroli

NIK ustaliła w trakcie badań kontrolnych, że blisko 40 proc. sprawców ujawnionych przez Inspekcję przypadków niestosowania się do ograniczeń prędkości nie zostaje za to ukaranych, a tym samym nie dostaje też punktów karnych i unika innych konsekwencji, takich jak np. zatrzymanie prawa jazdy, tylko dlatego, że właściciele pojazdów odmawiają wskazania kierującego pojazdem. Tym samym piraci drogowi unikają najpoważniejszych konsekwencji swoich czynów (np. odebrania prawa jazdy).

W ocenie NIK, tak duża możliwa skala odmów dowodzi, że obecne rozwiązania prawne w tym zakresie nie funkcjonują prawidłowo. Biorąc pod uwagę obowiązujące przepisy oraz fakt, że przy występującej skali ich naruszeń, możliwość skutecznego ścigania osób popełniających wykroczenia jest tak ograniczona, NIK uważa, że należy zmienić tryb odpowiedzialności w tym zakresie .

Ważnym elementem nadzoru nad ruchem drogowych chcą być

Straże gminne i miejskie

NIK uważa, że zaangażowanie strażników gminnych i miejskich w obsługę fotoradarów, zwłaszcza przenośnych, jest podyktowane w wielu wypadkach nie tyle służbą na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym, co przede wszystkim chęcią pozyskiwania pieniędzy do gminnej kasy.

W kolejnej już kontroli NIK stwierdziła, m.in. że strażnicy kontrolują, jak tego prawo wymaga – w miejscach uzgodnionych z policją, ale dzieje się tak tylko na początku i na końcu służby. W trakcie wykonywania zadań strażnicy z fotoradarem mobilnym przenoszą się w miejsca nieuzgodnione z policją, za to przynoszące większe wpływy do budżetu gminy. Aktywność prewencyjna i represyjna niektórych straży gminnych czy miejskich niemal w całości koncentruje się na obsłudze fotoradarów.

Nie budziła natomiast zastrzeżeń NIK lokalizacja większości samorządowych fotoradarów stacjonarnych. Ich maszty stanęły najczęściej w miejscach, gdzie wcześniej dochodziło do niebezpiecznych wypadków.

Pieniądze z fotoradarów stacjonarnych i przenośnych samorządy mają przeznaczać na poprawę infrastruktury i inne działania związane z podnoszeniem bezpieczeństwa  ruchu drogowego. Tymczasem prowadzona w gminach kontrolowanych przez NIK ewidencja księgowa najczęściej nie pozwalała na wyodrębnienie środków uzyskanych z mandatów nałożonych za wykroczenia ujawnione przy pomocy fotoradarów, a tym samym na ocenę, czy zostały one wykorzystane zgodnie z obwiązującymi przepisami .

W Polsce w istocie nie funkcjonuje

4) Brak powszechnego, spójnego systemu oddziaływania na bezpieczeństwo w ruchu drogowym

Na zmniejszenie skuteczności podejmowanych działań ma wpływ przede wszystkimrozproszona odpowiedzialność za problemy zarządzania bezpieczeństwem ruchu drogowego. Przykładowo: tylko za prowadzenie działań edukacyjnych w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego odpowiada osiem, a za kontrolę prędkości sześć różnych, rozproszonych podmiotów.

Nie ma w Polsce jednego organu władzy publicznej, którego zakres kompetencji pozwoliłby na skuteczne koordynowanie oraz, co szczególnie istotne, skuteczne egzekwowanie realizacji niezbędnych działań w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Istniejąca Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, jak pokazują doświadczenia z lat ubiegłych, nie była w stanie skutecznie wypełniać tej funkcji.

Skutkiem tego, działania podejmowane przez poszczególne podmioty odpowiedzialne za realizację polityki państwa w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego były niespójne, a przez to ich skuteczność była znacznie niższa, niż wynikałoby to  z zaangażowanych sił i środków.

Istotnym problemem nieskutecznie i nieefektywnie funkcjonującego systemu było

5) Niedostateczne finansowanie zadań

Wydatki w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego były finansowane z budżetów poszczególnych instytucji, realizujących zadania w tym zakresie. Warto zauważyć, że szereg podmiotów realizuje zadania zbliżone do siebie (np. Policja i GITD). To powoduje rozproszenie środków finansowych, a tym samym ich nieskuteczne i nieefektywne wykorzystywanie. Tak naprawdę nie wiadomo, jakie środki wydawane były wprost na bezpieczeństwo ruchu drogowego, bo zabrakło w poszczególnych instytucjach mierników oceny skuteczności powiązanych z poniesionymi nakładami. Poszczególnym podmiotom trudno więc udowodnić, które działania i w jakim stopniu znacząco przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa, a które nie mają większego znaczenia. Niestety kontrolowane instytucje zamiast dowodów w tym zakresie przedstawiały kontrolerom NIK teoretyczne rozważania i intuicyjne przeświadczenia, niepoparte rzetelnymi analizami.


WNIOSKI

NIK proponuje zdecydowane zwiększenie dynamiki działań państwa w obszarze bezpieczeństwa na polskich drogach. Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli należy:

1) Zbudować  na drodze ustawowej krajowy System Zarządzania i Kontroli Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego oraz powierzyć koordynację działań w ramach tego systemu jednemu organowi.

System Zarządzania i Kontroli Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego byłby ustanowionym ustawą zespołem instytucji i działań, mających na celu zapewnienie oraz stałą poprawę bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

W ramach proponowanego systemu ustawowy obowiązek koordynacji wszelkich działań służących  bezpieczeństwu w ruchu drogowym przypisać należy  jednemu organowi  władzy publicznej – zdaniem Najwyższej Izby Kontroli – najlepiej ministrowi właściwemu w sprawach wewnętrznych – wyposażając go równocześnie  w odpowiednie prerogatywy względem wszystkich podmiotów realizujących specjalistyczne zadania w ramach systemu.

Organ ten  upoważniony byłby do koordynowania działań innych organów administracji publicznej, organizacji pozarządowych i instytucji w zakresie bezpieczeństwa na drogach (w tym monitorowania) oraz, co bardzo ważne, do egzekwowania realizacji przedsięwzięć w ramach osiągania zaplanowanych celów.

Zadania jakie przypisano Krajowej Radzie Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w art. 140c ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym  powinny stać się zadaniami własnymi ministra spraw wewnętrznych, a ustawa powinna określić jego kompetencje w sposób pozwalający na skuteczne egzekwowanie realizacji zadań w ramach systemu. Przy okazji warto też  rozważyć przekazanie wojewodom jako zadania własnego obowiązków dotyczących koordynowania i określania kierunków działań administracji publicznej w sprawach bezpieczeństwa ruchu drogowego w województwie.

System Zarządzania i Kontroli Bezpieczeństwa  Ruchu  Drogowego tworzyć powinni:

  • minister właściwy do spraw wewnętrznych oraz podległe mu Policja, Straż Pożarna i jednostki systemu ratowniczo – gaśniczego oraz Straż Graniczna,
  • minister właściwy do spraw infrastruktury oraz transportu oraz podległa mu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad
  • minister właściwy do spraw zdrowia oraz podległe mu jednostki  Państwowego Ratownictwa Medycznego,
  • marszałkowie województw,
  • wojewodowie,
  • organy zarządzające ruchem na drogach krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych,
  • zarządcy dróg krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych,
  • jednostki organizacyjne oraz organizacje pozarządowe których statutowy zakres działalności obejmuje sprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

W celu efektywnego funkcjonowania systemu należy:

2) Zapewnić stabilne finansowanie zadań w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego

Pierwszym krokiem powinno być rzetelne oszacowanie aktualnych wydatków państwa na  zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom ruchu drogowego, a następnie niezbędna racjonalizacja dokonywanych wydatków oraz przypisanie całej tej kwoty do części budżetowej, której dysponentem jest minister właściwy do spraw wewnętrznych. Byłyby to pieniądze przeznaczone  na realizację Projektu służącego  zapewnieniu i poprawie bezpieczeństwa na drogach.

Pożądane więc byłoby finansowanie przedsięwzięć z zakresu podnoszenia bezpieczeństwa na drogach w oparciu o wieloletni Program Poprawy Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego z konkretnie wskazanymi kwotami do wydania w poszczególnych latach.

NIK proponuje też:

3) Przeprowadzenie gruntownej reorganizacji struktur odpowiedzialnych za funkcjonowanie systemu nadzoru nad ruchem drogowym.

Po pierwsze należy  włączyć ITD do Policji.

Zmiana ta będzie miała pozytywny wpływ na skuteczność i efektywność prowadzonych działań, pozwoli skoncentrować siły i środki, lepiej zaplanować podejmowane przedsięwzięcia oraz wyeliminować dublowanie się zadań. Przyczyni się to do efektywniejszego wydatkowania pieniędzy z budżetu państwa, pozwoli na przypisanie odpowiedzialności za efekty realizowanych działań, wydatnie – etatowo i sprzętowo – wzmocni policyjny pion ruchu drogowego.

Ostatecznie, włączenie ITD do Policji doprowadzi do powstania jednolitej działającej przez całą dobę/siedem dni w tygodniu formacji, kompleksowo zajmującej się problematyką bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Po drugie NIK w zakresie reorganizacji zadań proponuje:

ograniczyć kompetencje straży miejskich i gminnych w zakresie kontroli prędkości.

Zadania w tym zakresie powinny być wykonywane wyłącznie przez Policję (zwłaszcza po włączeniu do niej ITD). Umożliwiłoby to prowadzenie spójnej, kompleksowej polityki w zakresie nadzoru nad bezpieczeństwem ruchu drogowego w skali całego kraju. Pozwoliłoby to również skoncentrować się strażom miejskim i gminnym na realizacji innych, istotnych z punktu widzenia lokalnych społeczności zadań.

Alternatywnie NIK proponuje pozostawienie strażom miejskim i gminnym uprawnień do kontroli wyłącznie z wykorzystaniem fotoradarów stacjonarnych (w miejscach uzgadnianych z Policją), pozbawiając straże uprawnień do używania fotoradarów mobilnych.

W ocenie NIK konieczne jest także:

4) Szersze wykorzystanie badań naukowych, w tym zwłaszcza w celu przygotowania i oceny skuteczności różnych przedsięwzięć na rzecz poprawy bezpieczeństwa i wskazania źródeł zagrożeń uczestników ruchu drogowego NIK proponuje rozważyć możliwość stworzenia nowoczesnego wiodącego ośrodka badawczo-rozwojowego.

Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie przedstawia też

5) Propozycje zmian w obowiązujących przepisach. W szczególności zmian wymaga tryb nakładania mandatów za przekroczenie prędkości.

Doświadczenia GITD, a także innych krajów, wskazują, że procedura w sprawach o wykroczenia nie przystaje do skali rejestrowanych wykroczeń drogowych. W istocie tryb ten prowadzi do karania na masową skalę właścicieli pojazdu za odmowę wskazania kierującego, a nie za jazdę z niedozwoloną prędkością. W państwach takich jak np. Austria, Holandia, Niemcy, czy też Włochy stosowane są różne formy mieszanej odpowiedzialności sprawców naruszeń przepisów drogowych. W modelach tych zaobserwować można m.in. rozróżnienie trybu odpowiedzialności prawnokarnej i administracyjnoprawnej ze względu na wagę czynów stanowiących naruszenie przepisów ruchu drogowego i przyporządkowania trybu.

W ocenie NIK wprowadzenie mieszanych trybów odpowiedzialności może pomóc organom państwa w skoncentrowaniu się na konsekwentnym identyfikowaniu, ściganiu i karaniu najgroźniejszych piratów drogowych. W przypadku pozostałych drobniejszych wykroczeń, karanie w trybie administracyjnym właścicieli pojazdów może przyczynić się do  osiągnięcia efektu prewencyjnego za pomocą nieuchronnej i szybko wymierzonej kary, od której jednak zawsze można się będzie odwołać do sądu administracyjnego.

NIK składa tę propozycję i jest gotowa do społecznej debaty, która powinna uwzględnić zarówno potrzebę sprawnego ścigania piratów drogowych jak i nieuchronnego i szybkiego karania setek tysięcy sprawców drobniejszych naruszeń przepisów – ujawnionych przez fotoradary – oczywiście przy zachowaniu zasady proporcjonalności w stosunku do gwarantowanych konstytucyjnie praw i wolności obywatelskich.

NIK zwraca także uwagę, że dodatkowo uregulowania wymaga:

karanie cudzoziemców dopuszczających się naruszeń przepisów ruchu drogowego.

NIK wskazuje przy tym, że zwiększenie skuteczności w tym zakresie może być osiągnięte poprzez wprowadzenie rozwiązań umożliwiających sprawdzenie w Systemie Centralnym CANARD, odprawianych na przejściach granicznych pojazdów zarejestrowanych w państwach spoza Unii Europejskiej, i w przypadku pozytywnej weryfikacji, nałożenie mandatu.


Liczba kilometrów autostrad i dróg ekspresowych

Liczba kilometrów autostrad i dróg ekspresowych

Najwyższa Izba Kontroli uważa, że w Polsce nie dojdzie do radykalnego zwiększenia poziomu bezpieczeństwa na drogach bez:

  • dalszej budowy dróg dwujezdniowych (autostrad i dróg ekspresowych) i przeniesienia na nie większości ruchu pozamiejskiego – ograniczy to w znaczący sposób najgroźniejsze wypadki drogowe, powstałe wskutek zderzeń czołowych i bocznych,
  • poszerzania dróg jednojezdniowych o pobocza i pasy bezpiecznego wyprzedzania,
  • wyodrębniania pasów i sygnalizacji świetlnej do bezpiecznego skrętu w lewo, bez możliwego równocześnie ruch pojazdów jadących prosto na pasie w przeciwnym kierunku,
  • rozwiązań chroniących pieszych: chodników, kładek, przejść podziemnych, zamkniętych dla ruchu pojazdów placów i deptaków, sygnalizacji świetlnej przy przejściach w miejscach dużego natężenia ruchu,
  • rozwiązań chroniących rowerzystów, czyli m.in. wyodrębnionych ścieżek rowerowych,
  • rozwoju i promowania komunikacji miejskiej,
  • i wreszcie bez promowania właściwych zachowań wśród uczestników ruchu drogowego  -uczenia wzajemnego poszanowania się przez kierowców, pieszych, rowerzystów, świadomości konsekwencji naruszenia przepisów.

G.Maliszewski (Millennium): Tegoroczny deficyt nie powinien przekroczyć 34 mld zł

Sprzedaż detaliczna we wrześniu wzrosła o 2,4 proc. Realnie wzrost wyniósł ponad 3 proc. (prognoza) Wykonanie tegorocznego budżetu państwa coraz bardziej odbiega od ustawowych założeń. Potwierdza to coraz lepszą kondycję polskiej gospodarki. Większe są wpływy, mniejsze wydatki i znacznie mniejszy deficyt. Po październiku szacuje się go na 30 mld zł.

W ustawie budżetowej zapisano, że dochody państwa w tym roku sięgną niemal 277 mld zł, a wydatki przekroczą 324 mld zł. To miało oznaczać deficyt na poziomie 47,5 mld zł. Tymczasem we wrześniu dochody budżetowe przekroczyły już 209 mld zł, a wydatki 231 mld zł. Deficyt wyniósł więc zaledwie 22 mld zł. Według pierwszych danych po październiku nie powinien on przekroczyć 30 mld zł. Harmonogram dochodów i wydatków budżetu państwa zakładał, że po październiku deficyt w budżecie sięgnie 43,5 mld zł.

– Jest to efekt z jednej strony lepszej realizacji dochodów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Szczególnie dochodów podatkowych, których wykonanie jest wyższe niż ubiegłoroczne i wyższe niż plan. To pokazuje, że kondycja gospodarki jest nieco lepsza, niż się spodziewano i wyraźnie lepsza niż w ubiegłym roku. Przede wszystkim w zakresie popytu krajowego.

W Polsce spada bowiem bezrobocie, rosną wynagrodzenia, a przy tym spadają ceny towarów i usług. Wyższa jest produkcja, a rosnąca sprzedaż detaliczna i konsumpcja wpływają na wzrost dochodów podatkowych. Przede wszystkim z VAT-u i akcyzy, ale też podatków od dochodów i podatków pośrednich.

– W tym samym czasie budżet utrzymuje dyscyplinę po stronie wydatków – dodaje główny ekonomista Banku Millennium. – Oszczędności wydatkowe pochodzą przede wszystkim z niższych kosztach obsługi długu publicznego. Wiąże się to z jednej strony ze spadkiem stóp procentowych i niższymi rentownościami obligacji, z drugiej strony jest to efekt zmian w systemie emerytalnym i mniejszych kosztów obsługi zadłużenia w związku z brakiem konieczności transferu czy emisji obligacji dla Otwartych Funduszy Emerytalnych.

W rezultacie deficyt budżetowy jest wyraźnie niższy, niż założono w budżecie i – jak ocenia Grzegorz Maliszewski – w całym roku może być o co najmniej 13 mld zł niższy niż planowano na ten rok.

– Przypomnę, że plan budżetowy założony był na poziomie 47 mld zł, a prawdopodobne wykonanie znajdzie się poniżej 34 mld zł.  

Te lepsze parametry budżetu nie powinny mieć istotnego wpływu na notowania złotego. Inwestorzy wzięli już pod uwagę możliwość znaczącego obniżenia polskiego deficytu. Zresztą jak zwraca uwagę główny ekonomista Banku Millennium, na notowania złotego wpływ mają głównie trendy globalne i ryzyko geopolityczne. Można natomiast liczyć na wzrost zainteresowania polskimi obligacjami.

Niższy deficyt to niższe emisje obligacji, niższa ich podaż, a przy ciągłym zainteresowaniu inwestorów polskim długiem niewątpliwie wpływa to na spadek rentowności i wzrost cen papierów skarbowych – prognozuje Grzegorz Maliszewski. – Natomiast w dalszym ciągu głównym wyznacznikiem sentymentu są trendy globalne i sentyment globalny, to on w ostatnich tygodniach wyznacza sentyment na rynku polskich obligacji. Natomiast niewątpliwie sytuacja fiskalna sprzyja temu, żeby ten sentyment utrzymał się pozytywny.

Giełda chce zwiększyć liczbę inwestorów indywidualnych

CEO Magazyn Polska

W Polsce jest otwartych ponad 1,5 mln rachunków maklerskich, ale aktywnie inwestuje tylko ok. 300 tys. inwestorów indywidualnych. Może być ich więcej dzięki wspólnym działaniom spółek, domów maklerskich i samej giełdy.

Na warszawskim parkiecie od trzech lat nie widać wyraźnego kierunku, w jakim podążałyby kursy spółek. WIG20 w tym okresie wzrósł o ponad 3 proc.

Według Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych w Polsce zarejestrowanych jest ponad 1,5 mln rachunków inwestycyjnych. Liczbę aktywnych szacuje się jednak na 200-300 tys. Od kilku lat sytuacja się nie zmienia.

Trzeba inwestorom indywidualnym bardzo pomagać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mirosław Szczepański, wiceprezes GPW w Warszawie. – Powinniśmy stwarzać im takie warunki, aby czuli się na rynku bezpiecznie. Myślę, że tutaj duża odpowiedzialność leży po stronie spółek giełdowych. Na pewno chodzi głównie o właściwe, rzetelne wypełnianie obowiązków informacyjnych.

Duża odpowiedzialność leży też po stronie domów maklerskich, czyli pośredników obrotu. To u nich powinny być stwarzane odpowiednie warunki, które przyciągają inwestorów indywidualnych do rynku giełdowego.

Przede wszystkim bardzo ważna jest edukacja, ochrona inwestorów i dostarczanie im wiedzy niezbędnej do tego, aby podejmowane decyzje inwestycyjne były jak najbardziej optymalne i przemyślane – ocenia Mirosław Szczepański.

Sama Giełda Papierów Wartościowych musi zapewnić możliwie najbardziej efektywny system notujący, a w przypadku rynku instrumentów pochodnych – jak najlepsze instrumenty do inwestowania.

Powinniśmy również dbać o to, aby jakość spółek giełdowych była jak najwyższa – mówi wiceprezes GPW. Giełda oczywiście podejmuje takie działania, zwłaszcza na rynku NewConnect. Ostatnio podnieśliśmy standardy, aby zwiększyć zaufanie do rynku kapitałowego inwestorów indywidualnych.

Tego typu działania mają duże znaczenie dla drobnych inwestorów, którzy na rynku alternatywnym generują aż 62 proc. obrotów. Na giełdę przyciąga ich możliwość zarobku na rosnących kursach akcji lub dynamicznie zmieniających się cenach instrumentów pochodnych.

– O tym decyduje koniunktura – uważa Mirosław Szczepański. – To ona przyciąga do rynku giełdowego, do rynku kapitałowego. Wtedy inwestorzy po prostu bardziej interesują się giełdą i bardziej interesują się inwestowaniem. W przypadku rynku instrumentów pochodnych ważna jest także zmienność, która determinuje decyzje inwestycyjne.

Kolejnym czynnikiem, który skłania inwestorów do angażowania pieniędzy na rynku kapitałowym, jest płynność. Związana jest ona z aktywnością inwestorów.

– Choć to inwestorzy dostarczają płynności, to ich do rynku także przyciąga płynność – zauważa  Mirosław Szczepański z zarządu warszawskiej giełdy. – To stwarza taki samonapędzający się mechanizm, sprzężenie zwrotne. Im więcej inwestorów, tym większa płynność. Im większa płynność, tym więcej inwestorów – i o to powinniśmy dbać.

Amerykańska firma 3M uważa Polskę za dobry kraj do rozwoju innowacji. W kolejnych latach zwiększy inwestycje

0

CEO Magazyn Polska

Więcej środków na badania i rozwój oraz dalsze inwestycje w zakłady produkcyjne – to plany oddziału amerykańskiej firmy 3M w Polsce na najbliższe lata. Szczególnie ważne są nakłady na innowacje, bo – jak podkreślają przedstawiciele spółki – jedną trzecią sprzedaży generują produkty wprowadzone na rynek w ostatnich pięciu latach. Globalnie 3M przeznacza na ten cel ok. 1,7 mld dolarów.

Innowacja to część naszego DNA. Inwestujemy w badania i rozwój na całym świecie niemal 6 proc. całej naszej sprzedaży – to około 1,7 mld dolarów. W Polsce mamy Centrum Badań i Rozwoju mieszczące się przy zakładach produkcyjnych we Wrocławiu. Tam zajmujemy się opracowywaniem oraz udoskonalaniem nowych produktów i rozwiązań na rynek lokalny i zagraniczny – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Arana Araya, dyrektor zarządzający 3M Poland.

3M zgłasza co roku ok. 3 tys. patentów. W tym roku firmie udało się zgłosić stutysięczny patent. Jak podkreśla Araya, to plasuje firmę w światowej czołówce pod względem liczby patentów i posiadanej własności intelektualnej.

Każdego roku mamy nowe produkty, a 30 proc. naszej sprzedaży generują produkty wprowadzone na rynek w ciągu ostatnich 5 lat. Każdego dnia pracujemy nad nowymi produktami, również dla polskiego rynku, które mają poprawić jakość życia codziennego Polaków – wyjaśnia dyrektor zarządzający 3M Poland.

3M obecne jest na polskim rynku od 23 lat. Przez ostatnie dziesięć lat zainwestowało w dziesięć nowych zakładów, zlokalizowanych głównie w okolicach Wrocławia. W samym zaś Wrocławiu w ramach tzw. 3M Superhub otwarto firmowe Centrum Innowacji, w którym można zapoznać się na żywo z rozwiązaniami i technologiami 3M wykorzystywanymi do opracowywania nowych produktów. W swojej ofercie 3M Poland posiada ponad 10 tys. produktów z takich dziedzin, jak ochrona zdrowia, przemysł, elektronika i energetyka, bezpieczeństwo i grafika oraz produkty konsumenckie.

Strategia biznesowa firmy zakłada, że z Polski ma w przyszłości pochodzić ok. 70 proc. produkcji eksportowanej do krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Do tej pory firma zainwestowała w kraju ponad 400 mln dolarów.

Polska to świetny kraj do inwestowania i rozwoju. 3M jest tu obecny od 23 lat. Nasz biznes rozwija się zgodnie z założeniami, a prognozy na kolejne lata są bardzo dobre. Widzimy więc duże możliwości rozwoju naszej działalności w Polsce – mówi Sebastian Arana Araya.

Jak pokazują dotychczasowe wyniki, dla 3M Polska jest atrakcyjnym miejscem do dokonywania kolejnych inwestycji. Firma skupia się na rozwoju komunikacji, inwestuje w promocję swojej marki oraz współpracę z lokalną społecznością. Częścią tych działań jest uruchomiona w październiku br. kampania „Łączą nas innowacje”, której celem jest zbadanie poziomu innowacyjności wśród Polaków oraz podniesienie świadomości społecznej na temat znaczenia i roli innowacyjnych rozwiązań w życiu codziennym.

Polacy wydadzą na organizację świąt co najmniej 500 zł. Większość uważa, że to zbyt dużo

CEO Magazyn Polska

65 proc. Polaków na organizacje tegorocznych świąt Bożego Narodzenia zamierza wydać co najmniej 500 zł wynikacyklicznego badania Barometr Providenta. Większość respondentów przyznała, że wydaje na ten cel zbyt dużo. Bez względu na osiągane zarobki i wykształcenie Polacy uważają, że przygotowania do świąt poważnie obciążają domowy budżet.

Blisko 87 proc. badanych na organizację świąt przeznacza pieniądze z bieżących dochodów oraz oszczędności.

– Większość Polaków przygotowując święta, zdecyduje się na skorzystanie z bieżących dochodów bądź oszczędności przygotowanych specjalnie na ten okres – mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska. Około 8 proc. badanych zadeklarowało, że pożyczy pieniądze w banku, 5 proc. w instytucji finansowej, pozostałe osoby jeszcze nie wiedzą, w jaki sposób zorganizują pieniądze.

Dwie trzecie ankietowanych zamierza na organizację świąt wydać co najmniej 500 zł. Większość oceniła, że wydaje na ten cel za dużo, choć opinia w tej kwestii inaczej wygląda w zależności od miejsca zamieszkania. Ponad połowa mieszkańców wsi przyznaje, że można spędzać święta równie uroczyście, wydając znacznie mniej, niż mają to w zwyczaju. W miastach odsetek ten sięga 37 proc.

Dużą część wydatków pochłania zakup prezentów dla najbliższych.

Decydując się na przygotowanie prezentów, powinniśmy pamiętać, że dysponując kwotą 50 zł powinniśmy podarować kosmetyk, bo takie są oczekiwania – zwraca uwagę Przemysław Kasza. Jeżeli mamy kwotę 200 zł, to prezentem powinna być elektronika. W przypadku kwoty powyżej 500 zł powinna to być elektronika lub wyposażenie domu.

Średnio Polak znajduje pod choinką trzy prezenty. Większość, bo 63 proc. osób z wyższym wykształceniem, liczy, że dostaną ich więcej. Najmniejsze oczekiwania wobec prezentów wykazują osoby z podstawowym wykształceniem. Około 31 proc. badanych w ogóle nie spodziewa się, że otrzyma w tym roku prezent.

Przygotowania świąteczne to jednak nie tylko wydatki i prezenty.

Polacy przygotowując się do świąt, w zdecydowanej większości przypadków deklarują, że będą sprzątać, gotować i robić zakupy – podkreśla Przemysław Kasza. – Dotyczy to ponad 90 proc. wskazań dla każdego z tych przypadków. Duża część osób swoje zaangażowanie w święta widzi jeszcze w podróżach świątecznych, przygotowaniu prezentów oraz dekorowaniu mieszkania.

Okazuje się, że im lepiej jesteśmy wykształceni, tym częściej dzielimy się obowiązkami. Według 81 proc. badanych kobiet trud przygotowań świątecznych leży jednak głównie po ich stronie. Z tym stanowiskiem nie do końca zgadzają się mężczyźni 41 proc. z nich uważa, że ich wkład jest równie istotny.

Polskie firmy mogą eksportować do Chin więcej produktów

CEO Magazyn Polska

Wyzwaniem dla polskich firm jest poszukiwanie na chińskim rynku takich obszarów, w których można zrównoważyć wymianę handlową – uważa Waldemar Pawlak, były premier i minister gospodarki. Duże szanse stwarza sektor rolno-spożywczy oraz przemysł. Pomocne może też być zwiększenie inwestycji chińskich w polskie firmy.  

Kiedy korporacje międzynarodowe inwestowały w Polsce, to między krajami macierzystymi tych korporacji a Polską radykalnie poprawiał się handel. Było to związane z handlem komponentami, technologią i współpracą w zakresie produktów gotowych. Myślę, że jeżeli chińskie firmy zaczną inwestować w konkretne firmy w Polsce, to wtedy wymiana handlowa zrównoważy się szybciej – uważa Waldemar Pawlak, były premier i minister gospodarki, prezes Fundacji Polski Kongres Gospodarczy

Jak wynika z danych GUS, eksport polskich towarów do Chin wyniósł w 2013 roku 1,6 mld euro. W pierwszej połowie 2014 roku sprzedaż sięgnęła 760 mln euro, co oznacza 0,3-proc. spadek w porównaniu z I półroczem 2013 roku. Wartość importowanych towarów jest prawie dziesięciokrotnie większa. W I półroczu import zwiększył się do 7,8 mld euro (o 13,4 proc.), co pogłębiło deficyt w wymianie handlowej do ponad 7 mld euro (o ok. 920 mln euro).

Chiny mają dużą nadwyżkę w eksporcie do Polski. Wyzwaniem dla naszej gospodarki jest znalezienie takich obszarów, które pozwoliłyby tę wymianę handlową zrównoważyć. Perspektywicznymi produktami jest żywność, sektor rolny, również w przemyśle możemy znaleźć ciekawe przykłady partnerstwa – mówi agencji Newseria Biznes Pawlak.

Chińskie inwestycje stanowią 0,25 proc. wszystkich zagranicznych inwestycji. Niewiele lepszy wynik notuje się w perspektywie całej Europy – 2,2 proc. (dane Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych). Chińczycy skupiają się na fuzjach i przejęciach już istniejących przedsiębiorstw, rzadko decydują się na budowę fabryk. Jak podkreśla Pawlak, Chińczycy szukają takich obszarów, w których mogą spodziewać się dobrego wzrostu kapitału, przede wszystkim w przemyśle.

W ostatnim okresie takimi inwestycjami były Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku oraz Huta Stalowa Wola. To technologie w obszarze przemysłowym, które zapewniają długotrwały rozwój – zaznacza Pawlak. – Chińczycy nie idą w inwestycje finansowe, lecz raczej w kierunku przemysłu.

Kierunkami przyszłych chińskich inwestycji mogą być takie branże, jak informatyka, przetwórstwo spożywcze czy centra naukowo-badawcze.

Rozwój polsko-chińskich stosunków mogłaby poprawić instytucja wspierająca takie relacje. Wielokrotnie pojawiał się pomysł stworzenia polsko-chińskiego banku inwestycyjnego. Według Waldemara Pawlaka można jednak wykorzystać do tego już istniejące na polskim rynku chińskie banki. Działalność Bank of China i Industrial and Commercial Bank of China to dobra podstawa do budowania tego typu instytucji.

Dzisiaj na przykład wymiana złotego na yuan nie stanowi problemu, to już można robić bez pośrednictwa waluty trzeciej. Warto więc przeanalizować sytuację, bo może się okazać, że istniejące instytucje w zupełności wystarczają, a potrzeba tylko większej i bardziej bezpośredniej liczby kontaktów, które będą owocowały konkretnymi projektami – podsumowuje Pawlak.

Spodziewane kolejne spadki cen żywności. Rosną straty spowodowane rosyjskim embargiem

CEO Magazyn Polska

Rosyjskie embargo już dziś skutkuje niższymi cenami, a w miesiącach zimowych, kiedy na rynek trafią zapasy z chłodni, ceny mogą spaść jeszcze bardziej. Rozwiązaniem części problemów sadowników może być wsparcie przetwórstwa. Przetworzony produkt jest trwalszy, można go dłużej przechowywać i na więcej sposób zagospodarować. Większe są też szanse jego sprzedaży, również na nowych rynkach zbytu.

Polska to największy eksporter jabłek na świecie. Dane Związku Sadowników RP wskazują, że w ubiegłym roku Polska wyeksportowała 1,2 mln ton tych owoców, z czego większość trafiła do Rosji. Wprowadzone embargo istotnie wpłynęło na kondycję polskich sadowników. Znacząco spadły ceny jabłek: o ile w ubiegłym roku płacono 40-50 gr za kilogram, w tym roku jest to 12-15 gr.

Problem dotyczy jednej odmiany, idared, która cieszyła się powodzeniem w Rosji. To odmiana konsumpcyjna, nie przemysłowa, więc sadownicy liczą na to, że uda się ją jeszcze zagospodarować. Jeśli nie, to na przełomie roku, w styczniu i lutym, jabłka zaczną z chłodni trafiać na rynek, a wtedy ceny mogą być jeszcze niższe. Może to spowodować silny kryzys – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zagórski, prezes zarządu Fundacji Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej.

Bankructwo części producentów może skutkować zniszczeniem części sadów. To zaś oznacza, że w przypadku poprawy sytuacji na rynku Polsce będzie trudno utrzymać pozycję światowego lidera w eksporcie jabłek.

Zdaniem Zagórskiego wsparcie proponowane przez Komisję Europejską jest niewystarczające, a przede wszystkim nieadekwatne do sytuacji. Przy oddaniu jabłek na cele charytatywne rolnicy mogą liczyć na 70 gr rekompensaty za każdy kilogram owoców. Jeśli zdecydują się na zniszczenie zbiorów, cena wynosi 24 gr.

To instrument wątpliwy ekonomicznie i racjonalnie z punktu widzenia agrotechnicznego. Jabłka zakwaszają glebę. W latach urodzaju w sadach zostawało 10-15 proc. jabłek i wymagało to dużych zabiegów agrotechnicznych. Nikt nie zaryzykuje zostawienia teraz wszystkich owoców, bo nie wiadomo, jak gleba na to zareaguje – zaznacza Zagórski.

Jak podkreśla, dobrym rozwiązaniem mogłoby być wsparcie przetwórstwa, tak by można było zagospodarować większą część owoców w trwały sposób. To dałoby możliwość dłuższego przechowywania owoców (np. w postaci koncentratu jabłkowego), co z kolei zwiększa również możliwości ich przekazania na cele charytatywne. Nie tylko do polskich organizacji, lecz także do innych krajów, np. Ukrainy.

Produkt przetworzony ma większą możliwość zbytu. Gdybyśmy dopłacili do przetworzenia jabłek w koncentrat, a nie do ich zniszczenia, to jest szansa, że koncentrat moglibyśmy później wyeksportować. Koszt transportu inaczej się rozkłada, można poszukać innych rynków zbytu. Zniszczenie produkcji rolniczej to najgorsze rozwiązanie – ocenia prezes FEFRWP. – Nie mówimy zresztą tylko o jabłkach, prędzej czy później dotyczyć to będzie także innych owoców i warzyw.

Od przyszłego roku owoce mają trafić na rynki arabskie (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska), azjatyckie (Chiny, Indie, Malezja, Indonezja) oraz do krajów bałkańskich. Jak podkreśla Zagórski, warto wprowadzić rozwiązanie, które pozwoli uratować sady i zachować w przyszłości pozycję lidera eksportu.

Nie wiemy, ile taka sytuacja będzie trwała, embargo może trwać nawet kilka lat. Ale może się też okazać, że problem zostanie szybko rozwiązany. Wtedy stracimy plantacje, rynki i wypracowaną pozycję, a to trudno będzie odbudować – podsumowuje Marek Zagórski.

Coccodrillo zwiększa liczbę sklepów. Chce umocnić swoją pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej

0

CEO Magazyn Polska

Coccodrillo planuje systematyczny rozwój sklepów stacjonarnych. Na koniec 2013 roku sieć miała w Polsce 187 sklepów, obecnie jest ich już ponad 200. Firma chce także umocnić swoją pozycję jednego z liderów branży odzieży dziecięcej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W osiągnięciu większych zysków ma pomóc utworzenie nowej wersji sklepu internetowego, dostępnej w kilku językach.

Rynek produktów dla dzieci jest coraz większy. Jak wynika z danych firmy PMR w ubiegłym roku jego wartość przekroczyła 8,7 mld zł, co oznacza wzrost o 1,6 proc. względem 2012 roku. Eksperci oceniają, że w tym roku wzrośnie on o ok. 3 proc., do 9 mld zł, w najbliższych latach dynamika ma być jeszcze większa – ok. 4 proc. Największym segmentem rynku pozostaje odzież i obuwie dziecięce, które w ubiegłym roku generowały połowę sprzedaży. Firmy z branży notują coraz lepsze wyniki.

Choć we wrześniu obroty były o 10 proc. niższe od zakładanych, to od połowy października sprzedaż wzrosła. Bardzo dobrym miesiącem był sierpień. Mamy nadzieję, że w następnych miesiącach obroty będą na zadowalającym poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Przybyła, wiceprezes zarządu spółki CDRL, właściciela marki Coccodrillo.

W pierwszej połowie roku grupa miała 71,7 mln zł przychodu i ponad 6 mln zł zysku netto (w analogicznym okresie 2013 roku firma zanotowała stratę 0,8 mln zł). Dobre wyniki sprawiły, że firma planuje dalszy rozwój – na inwestycję i rozbudowę już istniejących sklepów wyda ok. 25 mln zł.

W najbliższym czasie będziemy rozwijać sieć sklepów stacjonarnych, w szczególności w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Planujemy też uruchomienie w I kw. 2015 roku nowej wersji sklepu internetowego – zapowiada Przybyła.

Liczba sklepów Coccodrillo systematycznie rośnie. Na koniec 2013 roku sieć liczyła 342 placówki – 187 w Polsce, 135 na terenie Unii Europejskiej i 20 w innych krajach. W poprzednich latach łączna liczba sklepów nie przekraczała 300 (294 w 2012 roku i 234 w 2011 roku). Dziś w Polsce firma ma 205 placówek, a do końca roku ma ich być 219.

Rozwój ma być możliwy również dzięki otwarciu nowej wersji sklepu internetowego. Od 2010 roku e-zakupy można robić w Polsce, od ubiegłego roku możliwe są w Czechach i Niemczech. Jak przyznaje wiceprezes CDRL, sklep internetowy cieszy się dużym zainteresowaniem klientów i obroty z roku na rok są coraz większe.

Dobrze sprzedają się przede wszystkim towary związane z promocjami, wyprzedażami. Obecnie pracujemy nad tym, by nasz sklep internetowy bardziej promował sprzedaż nowych kolekcji – przyznaje Przybyła.

Planowane na I kw. 2015 roku otwarcie nowego sklepu online, dostępnego w kilku językach (oprócz czeskiego i niemieckiego, także w języku słowackim, rosyjskim i angielskim) może pomóc w zwiększeniu liczby klientów.

Będzie to również związane z inwestycjami w reklamę w poszczególnych krajach. Trudno w tej chwili powiedzieć, czy sklepy przyjmą się na wszystkich rynkach. Liczymy przede wszystkim na Czechy, gdzie mamy starszą wersję strony internetowej i sklep dobrze na tym rynku działa – ocenia Przybyła.

Polska może ponownie awansować w przyszłorocznym rankingu „Doing Business”. Głównie dzięki zmianie prawa budowlanego

CEO Magazyn Polska

Poprawa pozycji Polski w raporcie „Doing Business” cieszy ekspertów, ale zaznaczają oni, że wynika przede wszystkim z aktywności samych przedsiębiorstw. Jak zauważa Wojciech Warski z Business Centre Club, problemem nadal są niesprzyjające działania rządu i procedury prawa gospodarczego, które praktycznie się nie zmieniły. W przyszłym roku możliwy jest jednak kolejny awans.

W przygotowywanym przez Bank Światowy rankingu przyjazności prowadzenia działalności gospodarczej „Doing Business” Polska po raz szósty z rzędu poprawiła swoją pozycję. W najnowszej edycji raportu, obejmującej dane z 2014 roku, nasz kraj zajął 32. miejsce. Z państw Europy Środkowej i Wschodniej wyżej uplasowała się większość krajów bałtyckich, niżej – Czechy, Węgry oraz Słowacja. W ubiegłym roku Polska zajęła 45. pozycję.

Zdaniem Wojciecha Warskiego, eksperta ds. gospodarki, przewodniczącego Konwentu Business Centre Club (BCC), w przyszłym roku możemy oczekiwać mimo wszystko kolejnej poprawy pozycji Polski w tym prestiżowym rankingu. Zapowiadane są bowiem bardzo daleko idące zmiany w przyznawaniu pozwoleń na budowę.

– W tym roku nie było to oceniane, bo na razie jest faktem medialnym – mówi Wojciech Warski agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Bardzo nas to cieszy i trzymamy kciuki za to, żeby po drodze nieznane siły nie wywróciły tej dużej reformy lub drastycznie jej nie zniekształciły. Ale owoce przyniesie ona dopiero w przyszłym roku.

Zgodnie z propozycją nowelizacji ustawy Prawo budowlane w przypadku wielu obiektów pozwolenie na budowę zostanie zastąpione przez zgłoszenie. Dotyczyć to będzie m.in. mniejszych garaży, parkingów, placów postojowych czy obiektów magazynowych. Zostanie również ograniczona lista obowiązkowych elementów projektu budowlanego.

Jak podkreśla Wojciech Warski, najważniejsze jest to, że w tym roku Polska znowu uplasowała się o kilka pozycji wyżej. Jego zdaniem narzuca się jednak obserwacja, że te elementy, które zależą od aktywności przedsiębiorstw, oceniane są pozytywnie. Natomiast te związane z działaniami rządu, legislacji, prawa – praktycznie się nie zmieniły.

Oznacza to, że średnia wyciągnięta z tych wszystkich kryteriów posunęła nas do przodu, ale gdyby rząd nie stosował taktyki de facto braku działań w wielu obszarach, bylibyśmy znacznie dalej – wskazuje Warski.

Obszarem, który w raporcie prezentuje się najlepiej, są usługi finansowe i wspieranie w tej dziedzinie działalności gospodarczej.

– Pozytywnie oceniane jest wspieranie działań inwestycyjnych i proeksportowych, gwarancje itp. –  zauważa Warski. – Natomiast dostęp małych i średnich przedsiębiorstw do kredytu inwestycyjnego został oceniony konserwatywnie. To znaczy, że pod tym względem wciąż jest tak sobie.

Pozytywem, który został zauważony przez ekspertów Banku Światowego, jest też stała poprawa w zakładaniu działalności gospodarczej i upraszczanie procedur.

– Jest to suma działań wielu instytucji, z którymi przedsiębiorca styka się na samym początku – tłumaczy Warski. – Ale jest to styk jednorazowy. Jak już działalność ruszy, a różnego rodzaju udogodnienia i chwilowe ulgi, którymi można się cieszyć w pierwszym roku, zostaną wykorzystane, to zderza się z rzeczywistością. A ona, niestety, tak szybko nie ulega w Polsce poprawie.

W urzędach, jak przekonuje przewodniczący Konwentu BCC, przedsiębiorca wciąż traktowany jest nieufnie. Kłopotliwy jest także brak dialogu społecznego.

Komisja Trójstronna stała się de facto dwustronna, chociaż działa – mówi Wojciech Warski. – Natomiast dla poprawy kondycji gospodarczej konieczna jest reforma prawa pracy i relacji ze związkami zawodowymi, które wciąż są skansenem wyrwanym z PRL-u.

Negatywna jest praktyka stosowania w Polsce prawa gospodarczego. Wprawdzie skraca się czas rozpatrywania spraw w sądach gospodarczych, poprawa jednak następuje wolno.

Jeżeli czas rozpatrywania spraw zmniejsza się z tysiąca dni do dziewięciuset, to praktycznie rzecz biorąc, nie jest to odczuwalne przez przedsiębiorców – zauważa Warski. – Gdyby to było skrócenie z tysiąca o połowę, to wtedy można by powiedzieć, że jest lepiej.

Sądy gospodarcze są sparaliżowane z uwagi na to, że opierają się o pracę biegłych sądowych, których brakuje.

Dobrych, fachowych biegłych nie ma, bo stawki urzędowe są na śmiesznym poziomie – tłumaczy Warski. – W związku z tym opinie są z przysłowiowej łapanki i co gorsza, bardzo niskiej jakości. To jest zagrożenie, bo można mieć rację obiektywną i przegrać w sądzie na skutek niekompetentnej opinii.

Konta oszczędnościowe oprocentowane jeszcze wyżej niż lokaty. Przy wyborze trzeba jednak uważać na pułapki

CEO Magazyn Polska

W ofercie banków można znaleźć konta oszczędnościowe z oprocentowaniem wyższym niż na lokatach. Często jest to jedynie chwyt marketingowy. O jakości takiej oferty świadczyć powinno nie tylko oprocentowanie, lecz także czas jego obowiązywania, limit środków na rachunku oraz zakres i cena ewentualnych produktów dodatkowych, od których uruchomienia bank uzależnia otwarcie konta.

Konta oszczędnościowe wciąż jeszcze oprocentowane są wyżej niż lokaty mimo obniżki stóp procentowych i oczekiwań rynku co do kolejnych cięć Rady Polityki Pieniężnej. Jak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria mówi Michał Sadrak, analityk Open Finance, wybierając konto oszczędnościowe, klienci wciąż kierują się przede wszystkim oprocentowaniem.

To zrozumiałe, ponieważ każdy chce uzyskać jak najwyższe odsetki – przyznaje Michał Sadrak. – Bardzo często oprocentowanie jest jednak tylko wabikiem marketingowym, który do instytucji finansowej ma przyciągnąć klientów. Wybierając konto oszczędnościowe, trzeba zwrócić uwagę także na kilka innych elementów.

Przede wszystkim warto dowiedzieć się, czy warunkiem otwarcia konta oszczędnościowego nie jest założenie rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego (tzw. ROR), co może generować dodatkowe koszty za jego obsługę.

Warto także sprawdzić ceny przelewów, które z takiego konta będą wykonywane – wskazuje Sadrak. – Regułą jest, że pierwszy transfer środków w miesiącu jest bezpłatny. Natomiast kolejne mogą kosztować. Jeżeli okaże się, że za drugi przelew i kolejne trzeba zapłacić na przykład 10 zł, to bank może obciążyć właściciela rachunku całkiem wysokimi kosztami. Dlatego zakładając konto oszczędnościowe, powinniśmy sprawdzać nie tylko samą wysokość oprocentowania, lecz także inne opłaty i produkty, które będą związane z rachunkiem.

Poza tym oprocentowanie konta oszczędnościowego, jak zauważa analityk Open Finance, może być wysokie tylko w okresie promocyjnym. Potem może spaść nawet o połowę.

Banki często gwarantują wysokie oprocentowanie, ale na bardzo krótki okres, na przykład na miesiąc lub dwa – informuje Sadrak. – Promocja może dać zarobić na przykład 3,5-4 proc. w skali roku, natomiast potem oprocentowanie bywa ograniczane do 2 proc., w wyniku czego odsetki tak naprawdę są mniejsze o połowę.

Może się też zdarzyć, co nierzadko ma miejsce, że wysokie oprocentowanie będzie zarezerwowane dla nowych klientów.

To trik znany z rynku lokat, gdzie banki płacą znacznie więcej niż średnia rynkowa, ale tylko tym klientom, którzy ulokują u nich nowe oszczędności, ewentualnie przyjdą z innego banku, czyli konkurencji – tłumaczy Michał Sadrak. – Może się też zdarzyć, że saldo takiego konta będzie ograniczone. Wtedy nic nam po koncie oprocentowanym na 3,5 czy 4 proc. w skali roku, jeżeli mamy do ulokowania 100 tys. zł, a promocja przewiduje korzystne odsetki tylko do 10 tys. zł.

Obecnie na najlepszych kontach oszczędnościowych klienci mogą zarobić w granicach 3 proc. w skali roku, czasem więcej.

Ważna uwaga: są to oferty wprowadzane na rynek jeszcze przed obniżką stóp procentowych, którą wprowadziła Rada Polityki Pieniężnej – zastrzega Sadrak. – Jest to spowodowane tym, że oprocentowanie kont oszczędnościowych spada znacznie wolniej niż lokat. Obniżenie oprocentowania tych ostatnich może zostać wprowadzone z dnia na dzień. Natomiast w przypadku kont oszczędnościowych banki muszą poinformować klientów o obniżce z wyprzedzeniem, zwykle jedno- lub trzymiesięcznym. Ostatnie cięcie stóp procentowych zauważymy w ofertach kont oszczędnościowych prawdopodobnie dopiero za miesiąc czy dwa.

Polscy producenci gier wideo mają silną pozycję na rynku

CEO Magazyn Polska

W 2017 roku globalny rynek gier wideo ma przekroczyć 100 mld dolarów – wynika z raportu Digi-Capital. Budżety produkcji cyfrowych nierzadko są większe od tych, jakimi dysponują producenci filmowi. Polskie firmy na tym rynku radzą sobie bardzo dobrze. Pojawia się coraz więcej krajowych tytułów, które zbierają bardzo pozytywne recenzje i szybko stają się rozpoznawalne wśród graczy na całym świecie.

Jak zauważa Piotr Babieno, prezes zarządu Bloober Team, producenta gry wideo Basement Crawl, polskiej produkcji na konsolę PlayStation nowej generacji (PS4), w Polsce funkcjonują dwa rynki gier wideo: kupujących oraz deweloperów (wytwórców).

Jeżeli chodzi o deweloperów, to uważam, że jesteśmy jednym z najlepszych regionów w Europie – przekonuje Piotr Babieno. – Mamy naprawdę świetne firmy, które odniosły sukces. Pojawia się coraz więcej tytułów, które są rozpoznawalne na świecie. W tej chwili jesteśmy jedną z głównych rynków branży gier wideo na świecie.

Do polskich produkcji, które zdobyły serca fanów, można zaliczyć opartą na prozie Andrzeja Sapkowskiego serię „Witcher” („Wiedźmin”) produkowaną przez warszawskie studio CD Projekt RED, „Call of Juarez” i „Dead Island” (obie firmowane przez Techland), „Sniper: Ghost Warrior” (City Interactive). Ogromną popularnością cieszyła się także seria „Anomaly” (11 bit studios) dostępna początkowo jedynie na platformie iOS firmy Apple.

Dziś branża gier przekroczyła obrotami branżę filmową i muzyczną razem wzięte, więc to jest olbrzymi potencjał. Już szacuje się, że w 2017 roku w stosunku do tego roku będziemy mieli 27-proc. wzrost przychodów. Rynek jest w bardzo dobrej kondycji, a przychody z niego na pewno będą się zwiększały – twierdzi Babieno w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Fani gier wideo mogą oczekiwać coraz więcej nowinek w produkcjach wysokobudżetowych. Rosnąć powinna także liczba dostępnych na rynku gier niezależnych producentów (tzw. indie).

Pomiędzy nimi pojawią się deweloperzy, którzy wcześniej pracowali w dużych studiach, a obecnie tworzą gry ze środka, którego moim zdaniem obecnie brakuje – twierdzi Piotr Babieno. – Wydaje mi się, że będzie coraz większy nacisk na to, aby tytuły były innowacyjne. Obecnie w Apple Store jest już grubo ponad milion gier. Aby zaistnieć na rynku, trzeba się wyróżnić, dać graczom coś, czego jeszcze nikt wcześniej im nie zaoferował.

Analitycy oceniają, że najszybciej rosnącym segmentem rynku będą gry na urządzenia mobilne. Za trzy lata – zgodnie z szacunkami Digi-Capital – będzie on stanowił 60 proc. rynku gier. Dobre perspektywy rysują się również przed konsolami stacjonarnymi.

PS4 oraz Xbox One sprzedają się bardzo dobrze – zapewnia Babieno. – PS4 ma znacznie więcej nabywców, ale pamiętajmy, że jej największy konkurent dopiero niedawno oficjalnie wszedł na rynek polski. Mam nadzieję, że w perspektywie kolejnych 4-5 lat magiczne 50 mln sztuk na świecie na pewno będą osiągnięte.

O ile jeszcze na początku lat 90. budżety gier oscylowały wokół 100 tys. dol., o tyle dzisiejsze produkcje dysponują środkami przekraczającymi 100 mln dol. Tylko na promocję gry „Wiedźmin 2” w 2011 roku CD Projekt wydał 6 mln zł.

Za co pracodawca może ukarać pracownika

Za naruszenie zasad obowiązujących w miejscu pracy mogą grozić kara porządkowa, dyscyplinarna, odpowiedzialność materialna, a nawet karna. Jak i za co pracownik może zostać ukarany przez pracodawcę?

Kodeks pracy definiuje trzy rodzaje kar: naganę, upomnienie oraz karę pieniężną. „Dwie pierwsze mogą być zastosowane przez pracodawcę np. w sytuacji nieprzestrzegania ustalonych godzin pracy” – mówi serwisowi infoWire.pl Agnieszka Banaszkiewicz, radca prawny z Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy. Kara pieniężna może zostać nałożona na pracownika za niestosowanie się do przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy, przepisów pożarowych czy stawienie się do pracy pod wpływem alkoholu.

W przypadku nieusprawiedliwionej nieobecności pracodawca ma prawo zastosować upomnienie, naganę, karę finansową lub nawet zwolnienić dyscyplinarnie, w zależności od interpretacji i okoliczności zdarzenia. „Wysokość kary pieniężnej zależna jest od wysokości wynagrodzenia danego pracownika. Suma kar nie może być wyższa niż dziesiąta część miesięcznej pensji” – informuje prawniczka.

Kara porządkowa nie może być zastosowana po upływie 2 tygodni od dowiedzenia się pracodawcy o naruszeniu zasad przez pracownika ani 3 miesięcy od danego incydentu. Przed nałożeniem kary pracodawca ma obowiązek wysłuchać pracownika. Decyzja o karze musi być przekazana w formie pisemnej. Pracownik może się od niej odwołać, jak również skierować sprawę do sądu. Wpis do akt osobowych o nałożonej karze usuwa się po upływie roku nienagannej pracy.

Pracodawca nie może stosować innych kar niż zawarte w Kodeksie pracy. Jeśli to zrobi, popełni wykroczenie, za które grozi kara grzywny w przedziale od 1000 do 30000 zł.

Wskaźnik PMI w górę, rośnie zatrudnienie

W październiku br. wskaźnik PMI polskiego sektora przemysłowego wzrósł o 1,7 pkt m/m i wyniósł 51,2 pkt – poinformował HSBC.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Wydaje się, że nie sprawdzą się obawy, że przemysł spowolni też w czwartym kwartale. Co prawda trzeci kwartał był rzeczywiście słaby, ale październikowe odbicie, wskazuje, że przemysł jest silniejszy niż wynikało to z jego kondycji w miesiącach letnich.
Wyraźnie wzrosły wskaźniki wielkości produkcji i nowych zamówień, przy czym, co bardzo ważne, większe były nowe zamówienia na rynku polskim. Zamówienia eksportowe natomiast są ciągle mniejsze niż w pierwszej połowie roku. Wynika to zapewne z faktu, że na rynku rosyjskim i ukraińskim nie tylko nie przybywa nowych zamówień, ale kurczą się te stare. Jednocześnie, co warto podkreślić, eksport rósł, nawet w miesiącach letnich, co oznacza, że firmom udało się „przerzucić” część sprzedaży z Rosji i Ukrainy na rynki Unii Europejskiej.
Ważne, że maleją zapasy wyrobów gotowych, maleje też liczba firm wykazujących ich wzrost, co potwierdza ożywienie sprzedaży.

Cieszy odnotowywany już od 15 miesięcy wzrost zatrudnienia. Optymistyczne są również perspektywy na kolejne miesiące. Przedsiębiorstwa wyciągając wnioski z lat 2006-2007, kiedy miały kłopoty ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników na rynku pracy, w sytuacji gdy gospodarka przyspieszyła, już dzisiaj, na razie ostrożnie, ale systematycznie zwiększają zatrudnienie. Zdają sobie bowiem sprawę, że gdy gospodarka będzie się rzeczywiście dalej rozwijała, znalezienie pracowników o poszukiwanych kompetencjach, będzie o wiele trudniejsze.

Konfederacja Lewiatan

Specjalna strona internetowa opracowana przez UOKiK

0

prawakonsumenta.uokik.gov.pl – to adres specjalnej strony internetowej opracowanej przez UOKiK. Przybliża przepisy ustawy o prawach konsumenta. Jeśli jesteś przedsiębiorcą i masz wątpliwości dotyczące zakupów przez Internet, poza lokalem przedsiębiorstwa lub w tradycyjnym sklepie – odwiedź serwis, który pomoże przygotować twoją firmę do zmian prawnych. W akcji edukacyjnej bierze udział 14 instytucji, które informują o nowych przepisach

Już prawie 1,5 tys. przedsiębiorców oraz izb ich zrzeszających znalazło w swoich skrzynkach mailowych przygotowany przez UOKiK pakiet  informacji dotyczący nowych przepisów. 25 grudnia wchodzi w życie ustawa o prawach konsumenta. Zmienią się zasady dotyczące sprzedaży przez Internet, na pokazach, prezentacjach, a także w sklepach tradycyjnych. Już teraz przedsiębiorcy mogą szykować się do nadchodzących zmian, korzystając ze specjalnie stworzonego portalu – www.prawakonsumenta.uokik.gov.pl. Jeśli jesteś przedsiębiorcą, koniecznie odwiedź ten adres.

Strona internetowa opisuje stan prawny obowiązujący od 25 grudnia, ze szczególnym uwzględnieniem praw konsumentów i obowiązków sprzedawców. Przedsiębiorcy korzystając z prostych przykładów, mogą łatwo i szybko zapoznać się np. ze zmianami w procedurze reklamacyjnej, dowiedzieć się, czy wszystkie produkty są objęte rękojmią. Przykładowo: jeżeli towar się zepsuje, konsument będzie mógł dochodzić swoich praw w ramach tej ochrony, wybierając między: wymianą, naprawą, obniżeniem ceny i  – gdy wada jest istotna – odstąpieniem od umowy, czyli zwrotem pieniędzy. Jeżeli przedsiębiorca nie zgodzi się z tym wyborem, będzie mógł zaproponować inne rozwiązanie. Jednak, gdy rzecz ponownie się zepsuje lub sprzedawca nie wywiąże się ze swoich obowiązków i nie usunie wady, klient ma prawo żądać obniżenia ceny lub zwrotu pieniędzy i jego roszczenie musi być spełnione. Pomocny podczas składania reklamacji w ramach rękojmi będzie schemat opracowany przez UOKiK.

Ustawa o prawach konsumenta wdraża do polskiego porządku przepisy Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw konsumentów, które będą obowiązywać we wszystkich krajach UE. Dzięki ujednoliceniu przepisów przedsiębiorcom będzie łatwiej działać na rynkach zagranicznych. Najważniejsze zmiany, o których powinni wiedzieć e-sprzedawcy:

  1. Wydłużenie czasu na odstąpienie kupującego od umowy zawartej przez Internet (czyli na odległość) oraz na pokazie (czyli poza lokalem przedsiębiorstwa) z 10 do 14 dni.
  2. Uregulowanie kwestii kosztów odesłania towaru. Warto wiedzieć, że w sytuacji rezygnacji z zakupów – to konsument poniesie koszty odesłania towaru, a sprzedawca zwróci oprócz ceny produktu także koszt jego wysłania, ale tylko najtańszy przez siebie oferowany.
  3. Zapłata za zmniejszenie wartości towaru. Konsument ma prawo obejrzeć dostarczony towar w taki sposób, w jaki mógłby to zrobić w sklepie stacjonarnym. Jeżeli rzecz nie spełnia jego wymagań, nie może używać jej dowolnie. Gdy tak się stanie i klient będzie chciał odstąpić od umowy, przedsiębiorca ma prawo obciążyć go dodatkowymi kosztami w związku ze zmniejszeniem wartości towaru.
  4. Jasne terminy zwrotu kosztów zakupu. Jeśli konsument zrezygnował z e-zakupów i wysłał oświadczenie, to sprzedawca będzie miał prawo wstrzymać się ze zwrotem  pieniędzy za rzecz oraz kosztów jej wysyłki do czasu otrzymania od konsumenta towaru lub potwierdzenia jego nadania.
  5. Dodatkowe koszty zakazane. Za skorzystanie z określonej formy płatności przedsiębiorcy nie wolno żądać od konsumenta opłaty przewyższającej koszty poniesione przez sprzedawcę z tego tytułu. Dodatkowa opłata – np. za płatność kartą – nie może być wyższa od prowizji, którą uiści w związku z tym sprzedawca.

Warto już teraz poznać wszystkie obowiązki informacyjne, z których każdy sprzedawca będzie musiał się wywiązywać już od 25 grudnia. Zachęcamy do pobierania gotowych formularzy ze strony www.prawakonsumenta.uokik.gov.pl – dotyczących m.in. obniżenia ceny, zwrotu towaru, odstąpienia od umowy zawartej na odległość, które ułatwią konsumentom korzystanie z ich praw, a przedsiębiorcom – wywiązanie się z obowiązków. Dodatkowo, najważniejsze zasady zawierania umów z konsumentami opisują najnowsze publikacje  Przepisy konsumenckie dla przedsiębiorców oraz Vademecum konsumenta, a także ulotki: Zakupy przez Internet i Jak kupować? Można je pobrać ze strony internetowej UOKiK lub zamówić w wersji drukowanej.

Do działań UOKiK promujących nowe prawo przyłączyły się: Europejskie Centrum Konsumenckie, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Sportu i Turystyki, Ministerstwo Sprawiedliwości, Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, Urząd Regulacji Energetyki, Urząd Transportu Kolejowego, Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Urząd Lotnictwa Cywilnego, Urząd Komunikacji Elektronicznej i Stowarzyszenie Konsumentów Polskich.

Citi Handlowy: Polska gospodarka największe spowolnienie ma już za sobą. Istotnego ożywienia spodziewamy się w 2015 roku

CEO Magazyn Polska

Wrześniowe dane o sprzedaży detalicznej (wzrost o 1,6 proc. rok do roku i spadek o 0,9 proc. w stosunku do sierpnia) rozczarowały analityków. Jak jednak podkreśla Jakub Wojciechowski z banku Citi Handlowego, nie wpłyną one zasadniczo na zakładane rezultaty całej gospodarki w 2014 roku. Jego zdaniem największe spowolnienie ma ona już za sobą, a w 2015 roku spodziewany jest istotny wzrost.

Dane o sprzedaży detalicznej wpisują się w nasz scenariusz spowolnienia w drugiej połowie tego roku, który zakładamy – zauważa Jakub Wojciechowski, analityk Biura Doradztwa Inwestycyjnego banku Citi Handlowego. – Wydaje się, że największe spowolnienie mamy już za sobą i kolejne miesiące przyniosą ustabilizowanie odczytów na mniej więcej podobnym poziomie, cały czas jednak dużo poniżej potencjału, jaki ma polska gospodarka. Prawdziwe ożywienie powinno przyjść w 2015 roku, kiedy spodziewamy się wzrostu na poziomie 3,4 proc. rok do roku, w stosunku do około 3 proc. w roku bieżącym.

Motorem wzrostu – zdaniem analityka – będzie z jednej strony rynek wewnętrzny, z drugiej – wpływy z eksportu, który wciąż notuje bardzo dobre wyniki (według Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych sprzedaż zagraniczna w bieżącym roku wzrośnie o 8,3 proc. w stosunku do ubiegłego roku, a w 2015 roku – o 11,1 proc.).

Na wzrost gospodarki wpływ powinien mieć cały sektor prywatny, a więc konsumenci oraz przedsiębiorstwa. Nie bez znaczenia będzie też poprawa sytuacji w naszym najbliższym otoczeniu, gospodarce europejskiej, a przede wszystkim u naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec – przekonuje Wojciechowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor. – Sądzimy, że spowolnienie za naszą zachodnią granicą ma charakter cykliczny i długoterminowy, ale nie przerodzi się w dłuższą recesję, która mogłaby dotknąć mocniej Polskę.

Podane 10 dni temu przez Główny Urząd Statystyczny dane o sprzedaży detalicznej, jak przyznaje Wojciechowski, wyłamują się jednak z pozytywnego trendu ostatnich tygodni, kiedy publikowane wskaźniki zaskakiwały rynek raczej pozytywnie.

W ostatnim czasie PMI [wskaźniki obrazujące stan sektora wytwórczego – przyp. red.] minimalnie wzrosły, co było zaskoczeniem pozytywnym, mieliśmy lepszy odczyt produkcji przemysłowej, cały czas mamy bardzo silny rynek pracy, bo realny wzrost wynagrodzeń jest dodatni, dynamika duża i stopa bezrobocia spada – wylicza Wojciechowski. – Sytuacja jest więc zróżnicowana. Nie jest to na pewno obraz gospodarki szybko rosnącej. Natomiast nie ma także jakiegoś dużego problemu. Wydaje nam się, że spowolnienie jest tymczasowe.

Dane o sprzedaży detalicznej nie powinny być jednak łączone – zdaniem analityka – z ostatnimi odczytami indeksu PMI, który we wrześniu, po kilku miesiącach spadków, zaczął iść do góry (obecnie wynosi 49,5 pkt). UZUPEŁNIĆ O DANE 3 LISTOPADA I WTEDY PUBLIKACJA

Na sprzedaż wpływają czynniki bardziej o charakterze lokalnym i nie łączyłbym ich bezpośrednio z PMI, które są dość mocno powiązane z jego odczytami w całej strefie euro – argumentuje Wojciechowski. – W związku z tym, że widzieliśmy dość wyraźną poprawę w gospodarce niemieckiej i całym Eurolandzie, krajowy PMI dla przemysłu był ostatnio wyraźnie wyższy niż oczekiwania. Wydaje nam się, że odczyty tego wskaźnika w Polsce nadal będą się poprawiać.

Fitch: W tym roku szykuje się rekord na rynku obligacji nieskarbowych. Od 2009 roku wzrósł on trzyipółkrotnie, a do września br. firmy wyemitowały więcej papierów niż w całym ub.r.

CEO Magazyn Polska

Bardzo niskie stopy procentowe i związana z nimi niska zyskowność lokat i obligacji skarbowych spowodowały napływ kapitału na rynek nieskarbowych papierów dłużnych. Od 2009 roku jego wartość wzrosła ponadtrzykrotnie i obecnie wynosi około 140 mld zł. Przedsiębiorstwa zapowiadają kolejne emisje obligacji i euroobligacji korporacyjnych. Nie wiadomo, czy w przyszłym roku uda się pobić tegoroczny rekord pod względem wartości i liczby emisji, chociaż zwiększenie limitów na inwestycje ze strony funduszy emerytalnych nastraja optymistycznie.

Sytuacja na rynku nieskarbowych papierów wartościowych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie, żeby nie powiedzieć, że jest to najszybciej rosnąca część rynku kapitałowego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Dudziński, dyrektor agencji ratingowej Fitch, odpowiedzialny za zarządzanie relacjami (relationship management) w zakresie przedsiębiorstw Europy Środkowo-Wschodniej. – Jeszcze w roku 2009 cała wartość rynku nieskarbowych papierów wartościowych wyniosła około 40 mld złotych, podczas gdy na koniec września br. był on już wart w granicach 140 mld. Ten rok będzie rekordowy, ponieważ już po dziewięciu miesiącach wyemitowano więcej papierów niż w całym zeszłym roku.

Rynek polski, jak wskazuje Dudziński, wpisuje się w trendy ogólnoświatowe i europejskie. Szczególnie ten ostatni bardzo zaczął rozwijać się w ostatnich latach.

W mojej opinii ma to związek z napływem środków zarówno do funduszy inwestujących w obligacje, przede wszystkim korporacyjne, jak i banków. W środowisku bardzo niskich stóp procentowych oferowanych na lokatach i obligacjach skarbowych klienci szukają innych rozwiązań – tłumaczy Dudziński.

Najszybszą dynamikę rozwoju, jak informuje dyrektor agencji ratingowej Fitch, mają obligacje korporacyjne emitowane przez przedsiębiorstwa niefinansowe.

Jedną z przyczyn jest po prostu chęć dywersyfikacji finansowania – przekonuje Dudziński. – Dotychczas przedsiębiorstwa, szczególnie w Polsce, finansowały się głównie – a w niektórych przypadkach tylko – kredytami bankowymi. Kryzys uświadomił im, że warto pozyskiwać kapitał z różnych źródeł.

Drugą przyczyną, jak dowodzi Dudziński, jest duży napływ na ten rynek kapitału ze strony funduszy inwestycyjnych, który spowodował obniżkę spreadów, czyli marż.

Kolejny element to długość takiego finansowania – mówi Mirosław Dudziński. – Co do zasady finansowanie w formie kredytów, szczególnie dla mniejszych firm, jest raczej krótkoterminowe, podczas gdy na rynku obligacji przedsiębiorstwa mają szansą pozyskać dłuższe finansowanie. W przypadku najlepszych firm nie tylko dziesięcio-, ale nawet kilkunastoletnie.

Do tego trzeba dodać spadające zarówno w Polsce, jak i Eurolandzie stopy procentowe, czyli relatywnie niski koszt pozyskiwania tego rodzaju finansowania.

Końcówka roku pod względem wartości emisji będzie również mocna – przypuszcza Dudziński. – Jest teraz kilka transakcji na rynku, między innymi Tauron planuje wyemitować w najbliższych dniach 1 mld złotych, Inter Cars 150 mln, kolejne transze może wyemitować Enea.

Tauron poinformował w ubiegły czwartek o zamiarze emisji obligacji na 1,75 mld zł. Rozliczenie emisji nastąpi 4 listopada.

Dużo polskich przedsiębiorstw, jak informuje Mirosław Dudziński, wyemitowało w br. także euroobligacje.

Było to prawie 3 mld euro, gdzie największym tegorocznym emitentem do tej pory jest Play z emisją o wartości 1 mld 300 mln euro – przypomina Dudziński. – Mieliśmy też w tym roku emisję PKN na pół miliarda euro, PGE wartości 638 mln euro i Synthosu na 350 mln euro. Obecnie roadshow prowadzi Jastrzębska Spółka Węglowa.

Przyszły rok w opinii tego analityka będzie również mocny, ale nie ma pewności, czy uda się pobić tego roczny rekord.

Z drugiej strony pamiętajmy o tym, że otwarte fundusze emerytalne od przeszłego roku będą miały wyższe limity na inwestowanie w inne aktywa niż akcje i rynek zakłada, że OFE staną się bardziej aktywnym graczem – zauważa Dudziński. – Pieniądze prawdopodobnie cały czas będą płynęły do tego rodzaju funduszy, ponieważ inwestorzy będą poszukiwali inwestycji bardziej dochodowych niż lokaty i obligacje skarbowe.

Polimex-Mostostal zmienia strategię biznesową. Spółka skoncentruje się na energetyce i petrochemii

0

CEO Magazyn Polska

Zrestrukturyzowany Polimex-Mostostal będzie się koncentrował na budownictwie dla energetyki oraz petrochemii. Budownictwo drogowe, na którym potknęła się spółka, będzie dla niej działalnością drugorzędną.

W 2013 roku przychody Polimeksu-Mostostalu wynosiły 2,4 mld zł. Jego łączne zobowiązania wynosiły 3 mld zł, a po pierwszym półroczu 2014 spadły do 2,6 mld zł.

Zagrożony upadłością Polimex stanął na nogi dzięki restrukturyzacji finansowej polegającej na konwersji zobowiązań na akcje. Jej łączna wartość może wynieść 0,5 mld zł. Spółce pomogła Agencja Rozwoju Przemysłu, która kupiła większość wartych 140 mln zł obligacji, jakie spółka wyemitowała. W kłopoty wpędziły Polimex kontrakty drogowe z unijnej perspektywy 2007-2013.

– Przedefiniowali całą strategię biznesową grupy Polimex i zdecydowaliśmy się wycofać z budownictwa drogowego i skierować gros naszych mocy w dwa  bardziej perspektywiczne sektory – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Stańczuk, p.o. prezesa zarządu Polimeksu-Mostostalu. – Jeden to przemysł petrochemiczny, drugi – przemysł energetyczny.

W obu branżach spółka ma duże doświadczenie, sporo skończonych projektów oraz kilka inwestycji w trakcie realizacji. W sektorze petrochemicznym i energetycznym będzie się skupiać lwia część działalności operacyjnej grupy Polimex.

– Ponieważ udało nam się wybrnąć z tarapatów finansowych, czego efektem jest podpisanie umowy restrukturyzacji finansowej z wierzycielami finansowymi, to kolejnym wyzwaniem dla nas to, by tak pokierować działaniami spółki, żeby te dwie działalności operacyjne jak najszybciej stanęły na nogi – zaznacza Maciej Stańczuk.

Wielkie inwestycje w polskiej energetyce już się rozpoczęły. Polimex prowadzi inwestycje w elektrowni Kozienice i Opole, trwa budowa bloku w Jaworznie, a jeszcze w tym roku ma ruszyć inwestycja w Turowie.

W sektorze energetycznym widzimy w tej chwili największą perspektywę rozwojową – ocenia p.o. prezesa Polimeksu-Mostostalu. Będziemy mieli do czynienia w najbliższych 5 latach ze spiętrzeniem kontraktów w sektorze energetycznym. To będą te żniwa, na które generalni wykonawcy czekali od wielu lat. To już w tej chwili się dzieje.

Prezes Polimeksu zapewnia, że spółka wyciągnęła wnioski z autostradowej pułapki, w jaką wpadła. Podkreśla też, że w inwestycje w branży energetycznej czy petrochemicznej zaangażowane są zupełnie inne firmy niż w inwestycje drogowe.

Sektor energetyczny to nie jest sektor dla każdego, gdzie każda spółka może przejść prekwalifikacje, tak jak to niestety działo się w budownictwie drogowym – tłumaczy prezes Maciej Stańczuk. – Tu trzeba mieć duże doświadczenie, trzeba mieć referencje, a my to wszystko mamy. Z pewnością w sektorze energetycznym nie grozi nam powtórzenie tej wywrotki.

Polimex na razie koncentruje się na zdobywaniu zamówień na polskim rynku. Z czasem nie wyklucza jednak zabiegów o budowlane kontrakty na świecie.

W tej chwili musimy pozyskać kilka kontraktów na rynku lokalnym, żeby tę spółkę rozruszać. Natomiast w przeciwieństwie do szeregu innych spółek budowlanych, które funkcjonują w grupach kapitałowych kontrolowanych przez zagraniczne koncerny, nie mamy takich ograniczeń, że musimy się skupiać tylko na rynku polskim podkreśla Maciej Stańczuk.

Ceny gazu mogą być niższe. Pomogą w tym nowe inwestycje

CEO Magazyn Polska

Realizowane i planowane inwestycje w systemie gazowym, takie jak terminal w Świnoujściu i gazociąg Bernau-Szczecin, zwiększą bezpieczeństwo energetyczne Polski, bo otworzą nasz kraj na dostawy surowca z różnych kierunków świata. Dziś zdecydowana większość importowanego surowca pochodzi z Rosji. Im więcej możliwości dywersyfikacji dostaw, tym lepsza pozycja Polski w negocjacjach cenowych z Gazpromem – ocenia Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Obecnie Gaz-System prowadzi szereg inwestycji mających na celu zapewnienie rozwoju infrastruktury transgranicznej w takim stopniu, żeby możliwości importowe były coraz większe – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytut Sobieskiego. – Dodatkowo cały czas budowany jest terminal LNG w Świnoujściu, który docelowo ma służyć bezpieczeństwu, ale też dywersyfikacji dostaw błękitnego paliwa, otwierając rynek polski na dostawy praktycznie z całego świata.

Dodatkowo w przygotowaniu jest projekt gazociągu Bernau-Szczecin realizowany przez spółkę Polenergia. Nowe połączenie ma być strategicznym elementem korytarza gazowego Zachód-Wschód, który połączy system ukraiński z zachodnią Europą, czyniąc z Polski ważny kraj tranzytowy.

Chodzi o to, by wykorzystać pewną synergię interesów między Polską a Ukrainą, kupować gaz na rynkach europejskich i przesłać go za pośrednictwem polskiej sieci gazociągów także na Ukrainę – tłumaczy Zajdler. – Z drugiej strony można by wtedy korzystać z możliwości magazynowych naszego sąsiada, który ma ogromne zbiorniki niedaleko polskiej granicy. Zwiększyłoby to znacznie możliwości tworzenia zapasów w obu krajach i poprawiło sytuację w zakresie bezpieczeństwa i dywersyfikacji kierunków dostaw.

Polenergia przekonuje, że ten projekt jest szansą dla gazoportu w Świnoujściu, bo skroplony gaz mógłby być transportowany przez nowe połączenie Bernau-Szczecin do odbiorców w Niemczech lub poprzez europejską sieć przesyłową do innych krajów europejskich. Spółka podkreśla, że budowa gazoportu i interkonektorów to projekty uzupełniające się, a moce przesyłowe gazoportu LNG mają w umowach zagwarantowane pierwszeństwo przesyłu. Nie ma też ryzyka utraty kontroli nad gazociągiem. Polenergia nie może go sprzedać przez 10 lat, a po tym okresie prawo pierwokupu ma polski Gaz-System.

Jak w rozmowie z Newserią wyjaśniał Zbigniew Prokopowicz, prezes Polenergii, nowy gazociąg daje Polsce możliwość zakupu 3 mld m³ gazu z kierunków niezależnych od rosyjskiego, z możliwością rozbudowy tych przepustowości o kolejne 2 mld.

Nowe możliwości dywersyfikacji dostaw mają przyczynić się do obniżenia cen importowanego surowca. W ocenie Zajdlera, mogą one być mocnym argumentem w negocjacjach PGNiG z Gazpromem ws. nowego kontraktu po 2022 roku. W tym czasie sytuacja Polski się zmieni, bo terminal LNG będzie czynny już w przyszłym roku, a Gazociąg Bernau-Szczecin może ruszyć już na przełomie 2018 i 2019 roku.

Na przykładzie Litwy, która od niedawna ma terminal pływający, widzimy, że tylko z racji potencjalnej możliwości dywersyfikacji cena gazu z Rosji jest na tyle atrakcyjna, że inwestycja przynosi korzyści – mówi Robert Zajdler. – Wiedząc, że Litwa ma już możliwość zapewnienia dostaw z innego kierunku, Gazprom przystąpił do negocjacji i zaproponował odpowiednio niższą cenę niż ta, która wynikała z wcześniej podpisanego kontraktu.

Zapotrzebowanie na gaz w Polsce dziś wynosi 15-16 mld m³. Szacunki mówią, że do 2020 roku popyt może wzrosnąć do ok. 20 mld m³.

M. Sawicki: w nowej perspektywie unijnej stawiamy na poprawę sytuacji gospodarstw rodzinnych, szczególnie tych najmniejszych

CEO Magazyn Polska

Wzmocnienie słabszych ekonomicznie gospodarstw rodzinnych i ich modernizacja dająca stabilizację finansową – to priorytety nowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Dla mniejszych gospodarstw przewidziane są premier w wysokości 60 tys. zł. O wsparcie inwestycji mogą się ubiegać także grupy producenckie – 3 mln zł na jedną, w przypadku kilku – 15 mln zł. Program ma być gotowy w połowie listopada.

PROW powinien zostać zaakceptowany w połowie listopada, wciąż jeszcze trwa wprowadzanie poprawek dotyczących ekologizacji rolnictwa uzgodnionych z Komisją Europejską.

Mam nadzieję, że do połowy listopada zdążymy. Wprowadzane są ostatnie poprawki uzgodnione z Komisją Europejską. UE duży nacisk kładzie na zwiększenie ekologizacji rolnictwa, a polskie rolnictwo jest już bardzo ekologiczne. Nam bardziej zależy na inwestycjach prorozwojowych, które dadzą stabilizację finansową, gospodarczą i dochodową. W drugiej kolejności stawiamy na kwestie związane z ochroną środowiska – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Niska intensywność prowadzonej przez polskich rolników działalności (wedle danych Ministerstwa Rolnictwa tylko 17,8 proc. gospodarstw ocenianych jest jako intensywne) powoduje, że rolnictwo prowadzone jest w sposób ekologiczny. Rolnictwo odpowiada za 9 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Minister podkreśla, że najważniejsze w nowym PROW-ie jest wsparcie gospodarstw, zwłaszcza tych najmniejszych.

Nowa perspektywa stawia na wzmocnienie gospodarstw rodzinnych w ramach dwóch dużych projektów. Jeden z nich dotyczy gospodarstw, których produkcja nie przekracza 10 tys. euro. Dla tych mniejszych, słabszych ekonomicznie przewidziana jest premia w wysokości 60 tys. zł bez udziału środków własnych – mówi Sawicki.

W Polsce przeważają małe gospodarstwa rolne, z czego większość (70 proc.) nie przekracza 5 ha, a produkcja – 4 tys. euro. Wsparcie dla tych najsłabszych może odwrócić negatywny trend. W latach 2002–2011 liczba gospodarstw rolnych zmniejszyła się bowiem o blisko 25 proc., do 2,25 mln, z czego 1,9 mln prowadziło działalność rolniczą. Z danych GUS wynika, że liczba gospodarstw rolnych do 2012 roku zmniejszyła się o kolejne 10 proc. Problemem polskiego rolnictwa jest również duże rozdrobnienie gospodarstw, program ma wpłynąć na zwiększenie współpracy między nimi.

Dobrze byłoby, gdyby te gospodarstwa mogły działać zespołowo: łączyć premie i wspólnie dokonywać zakupów maszyn, urządzeń czy nawet linii technologicznych do przetwarzania swojego produktu – ocenia minister rolnictwa.

Gospodarstwa mogą też ubiegać się o wsparcie na modernizacje – jego wysokość będzie zależeć od rodzaju prowadzonej działalności. Najwięcej, bo 900 tys. zł, będzie można otrzymać na operacje realizowane w ramach rozwoju produkcji prosiąt, 500 tys. zł – na wsparcie inwestycji budowlanych i 200 tys. zł na zakup maszyn i urządzeń produkcyjnych.

– Gospodarstwa rodzinne będą również mogły korzystać z projektu grup producenckich. Przewidziane są 3 mln zł na jedną grupę z własnym dofinansowaniem w wysokości 50 proc. Jeśli grup utworzy się kilka, będą miały jeden cel i określoną grupę wspólnie wytwarzanych produktów, to będą mogły dostać 15 mln zł na inwestycje w zakresie przechowywania, przerabiania i sprzedaży – mówi Marek Sawicki.

EBC przejmuje nadzór nad bankami strefy euro. W Polsce te same normy, ale nadal nadzór KNF-u

CEO Magazyn Polska

Komisja Nadzoru Finansowego będzie stosowała wobec polskich banków takie same kryteria oceny i wymogi, jak Europejski Bank Centralny wobec banków strefy euro, ale Polska nie podda się bezpośrednio ocenie EBC – uważa Jacek Chwedoruk z Rothschilda. Wspólny nadzór to podstawa unii bankowej, do której przystąpienie jest dla Polski obecnie dobrowolne. Obowiązkowe stanie się dopiero po przyjęciu przez nasz kraj waluty euro.

Z punktu widzenia polskiego regulatora jest duża niechęć do oddania regulacji polskimi bankami bez istotnych mechanizmów, które są dostępne dla banków będących w strefie euro. Wydaje mi się, że polski nadzór będzie stosował kryteria spójne z europejską unią bankową, ale do czasu kiedy nasz harmonogram przystąpienia do euro nie będzie gotowy, po prostu nie przystąpimy do unii bankowej – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Chwedoruk, dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschild.

EBC przejmie nadzór nad największymi unijnymi bankami 4 listopada. To drugi filar unii bankowej, której zasady uzgodnili pod koniec ubiegłego roku przywódcy państw Unii Europejskiej. Nadzorowi będą podlegać wszystkie banki o sumie bilansowej przekraczającej 30 mld euro. Niezależnie od tego, czy Polska przystąpi do unii bankowej, nadzór pośrednio obejmie polskie banki należące do dużych międzynarodowych graczy. Jedynym bankiem o wystarczająco dużej sumie bilansowej, który ma dominujący kapitał polski, jest PKO BP.

Pod koniec października w ramach przygotowań do objęcia banków swoim nadzorem EBC opublikował wyniki stress-testów. Sprawdzały one, czy banki są wystarczająco dobrze przygotowane na ewentualny kryzys finansowy.

Te stress-testy miały za zadanie dać nowemu regulatorowi wspólną bazę informacyjną o wszystkich bankach, które będzie nadzorował, czyli tu mówimy o stu kilkudziesięciu największych czy systemowych bankach europejskich – mówi Chwedoruk.

Spośród 130 przebadanych banków 25 nie spełniło wymagań stress-testów. Jednak tylko połowa z nich (13 banków) dostała zalecenie wszczęcia programu naprawczego.

Drugi aspekt unii bankowej to są normy i przepisy, które zostały już ustalone znacznie wcześniej, z pełnym harmonogramem przystosowania się banków w następnych dwóch latach – dodaje Chwedoruk. ‒ To dosyć wymagający harmonogram dla banków europejskich, zakładający podwyższanie kapitału czy utrzymywanie wysokich norm kapitałowych.

Chwedoruk dodaje, że w obliczu tych wymagających norm wprowadzenie kolejnych przepisów spowoduje tylko niepotrzebną komplikację.

Stress-testy EBC pokazały, że sytuacja europejskich banków jest lepsza niż się obawiano. Wiele spośród banków o najgorszych wynikach od czasu przeprowadzenia badań już podwyższyło swój kapitał.

FM Bank PBP: Niskie stopy procentowe są wyzwaniem dla wszystkich. Chcemy pozyskać osoby, które nie są zadowolone z usług innych banków

FM Bank PBP zapowiada, że będzie walczył o klientów, którzy nie są zadowoleni z usług świadczonych przez inne banki. Swoją ofertę kieruje przede wszystkim do sektora przedsiębiorstw. Jak zauważa Sławomir Lachowski, prezes zarządu FM Banku, uważany za pioniera nowoczesnej, opartej na rozwiązaniach technologicznych bankowości, poziom świadomości klienta zwiększył się na tyle, że dzisiaj jest on już w stanie ocenić ofertę i podjąć szybką decyzję o zmianie instytucji finansowej.

Czasy, które mam jeszcze w pamięci, kiedy kierowany przeze mnie mBank pozyskiwał tysiąc klientów dziennie, kiedy można było pozyskiwać milion nowych, wchodzących na rynek bankowy klientów w ciągu roku, należą do przeszłości – przypomina Sławomir Lachowski, prezes zarządu FM Bank PBP. – Od tego czasu poziom ubankowienia w Polsce znacznie wzrósł i jednocześnie zwiększył się poziom świadomości klienta. Dzisiaj jest on w stanie ocenić ofertę, z której korzysta i podjąć szybką decyzję o zmianie banku. Będziemy korzystać z rezerwuaru klientów, którzy nie są w pełni usatysfakcjonowani poziomem jakości oraz cenami usług oferowanych przez inne instytucje.

Analiza zwyczajów płatniczych zrealizowana przez Narodowy Bank Polski w 2012 r. wykazała, że 77 proc. dorosłych Polaków ma rachunek bankowy. W metodologii badania nie uwzględniono jednak osób, które mają kilka kont. FM Bank PBP, jak zapowiada jego prezes, zamierza walczyć o klientów konkurencyjną ofertą lokat, które nie są związane z terminami oraz kredytami, zarówno dla podmiotów już prowadzących działalność gospodarczą, jak i start-upów.

Zarówno BIZ Bank, jak i Bank Smart oferują pożyczki dla start-upów, czyli ludzi, którzy dopiero podejmują inicjatywę stworzenia sobie miejsca pracy, co wiąże się z potrzebą finansową – mówi Lachowski agencji Newseria. – Kredyt na start to pożyczka, który można otrzymać w BIZ Banku, głównie na działalności tradycyjne. Smart natomiast jako bank internetowo-mobilny, nieposiadający oddziałów, pozyskuje klientów przez telefon i internet. Jest on więc skierowany przede wszystkim do przedstawicieli gospodarki cyfrowej. To głównie młodzi ludzie, którzy zastanawiają się, czy iść do korporacji, czy też rozpocząć własną działalność. Chcemy im pomagać.

Spadające stopy procentowe, jak zauważa Sławomir Lachowski, są wyzwaniem dla całego sektora bankowego.

Warto pamiętać jednak, że my nie zarabiamy na stopach procentowych, tylko na marży i zdolności do tego, żeby pozyskać finansowanie od klientów, a następnie udzielić im kredytów z odpowiednią marżą pokrywająca ryzyko – wskazuje Lachowski. – Nie mamy problemów z przeszłością i portfelami pożyczek, które wcześniej były udzielane, a dzisiaj są mniej rentowne. Przede wszystkim jesteśmy w stanie zrealizować model oparty na transakcjach oraz opłatach i prowizjach, które jednocześnie zrekompensują nasz wkład pracy i pozwolą klientom mieć przekonanie, że korzystanie z naszych usług im się opłaca.

Szczurek chce wiedzieć więcej niż Google i Facebook

29 października 2014 r. minister Szczurek podpisał porozumienie zakładające wymianę informacji podatkowych oraz wprowadzenie skutecznych narzędzi przeciwdziałających transgranicznym oszustwom podatkowym i unikaniu opodatkowania (tzw. Competent Authority Agreement, CAA). W praktyce umowa ta oznacza sprzedaż danych polskich podatników międzynarodowym instytucjom ściągającym podatki z innych państw.

– Porozumienie zakłada wdrożenie w państwach-sygnatariuszach standardu AEOI (Automatic Exchange of Information), który zobowiązuje do raportowania o działaniach finansowych nierezydentów. Cel wdrożenia porozumienia jest jeden – uzyskanie możliwie dużo informacji na temat działań, jakie obywatel podejmuje poza obszarem swojej rezydencji – tłumaczy Piotr Szulczewski, analityk Bankier.pl.

Informacje, które przekazywane będą automatycznie między organami różnych państw, mogą pozwalać m.in. na ściganie mandatów podatkowych lub dotyczyć istotnych informacji o majątku niezbędnym do prowadzenia postępowania egzekucyjnego przez fiskusa.

Nie uciekniesz przed swoim fiskusem

Raportowanie odbywać się ma bez konieczności uzyskiwania zgody sądów poszczególnych państw. Transparentność, czyli przejrzystość działań na terytorium innych krajów, zapewniać ma szeroki katalog organów i instytucji, które zobowiązane będą przekazywać wymagane dane. Zobowiązanymi będą nie tylko banki, ale również inne instytucje finansowe i ubezpieczeniowe, podmioty zarządzające inwestycjami czy fundusze powiernicze.

– Osoby fizyczne wpłacają dwukrotnie więcej podatku dochodowego niż firmy m.in. właśnie wskutek unikania przez nich opodatkowania w różnych rajach podatkowych. Uszczelnienie systemu niekoniecznie musi się przełożyć na wzrost dochodów polskiego budżetu. Pamiętajmy, że Polska też jest atrakcyjna pod względem podatkowym dla firm i osób z państw z wyższymi obciążeniami. Niewykluczone, że na międzynarodowej wymianie informacji na początku trochę stracimy, chociaż w dłuższym okresie będzie to korzystne dla całej UE – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Koniec z płaceniem długów po zmarłych

0

Przejmujesz spadek po zmarłym i okazuje się, że to dług, który trzeba spłacić? Nie musisz się martwić. Rząd wprowadził zmiany w Kodeksie cywilnym ograniczające dziedziczenie długów.

W Polsce 90% spadków przyjmowanych jest wprost, przez milczenie – wyjaśnia notariusz Leszek Zabielski. W ten sposób wiele osób przejmuje długi po rodzinie – często są one bardzo wysokie.

W sierpniu Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks cywilny. Przewiduje on, że spadkobierca nie będzie odpowiadać w całości za długi zmarłego. Będą one spłacane tylko do wysokości aktywów spadkowych. „Jeżeli wartość stanu czynnego spadku wynosi 50 tys. zł, a dług jest równy kwocie 100 tys. zł, to wierzyciel będzie mógł domagać się zapłaty jedynie 50 tys. zł” – czytamy na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości.

Zaproponowany przepis może utrudnić osobom w wieku emerytalnym zaciąganie kredytów w banku – twierdzi notariusz. Obecnie nie ma z tym większego problemu, bo instytucje finansowe zakładają, że jak zobowiązania finansowego nie spłaci sam zaciągający, to zrobi to po jego śmierci rodzina. Zmiany mogą natomiast sprawić, że banki będą udzielały osobom starszym kredytu tylko na krótki czas i bardzo wysoki procent – aby zabezpieczyć się przed śmiercią kredytobiorcy.

Kontrowersyjne zmiany w ustawie ”śmieciowej”

0

Niejasność i niespójność przepisów w projekcie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach może skłaniać nierzetelne gminy do stosowania „własnej ich interpretacji” oraz dawać pretekst dla prób obejścia przepisów przewidujących obowiązek organizowania przetargów na odbiór i zagospodarowanie śmieci – uważa Konfederacja Lewiatan.

Przyjęta przez Sejm 10 października 2014 r. ustawa o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw, nad którą pracuje obecnie Senat, wprowadza zmiany, których znaczenie jest niejasne. Budzą one szereg wątpliwości i mogą mieć negatywny wpływ na obecnie obowiązujące rozwiązania systemowe w zakresie organizacji odbierania i zagospodarowywania odpadów komunalnych w Polsce.

– Chodzi o wykreślenie przepisu o organizacji przetargu na odbiór i zagospodarowanie odpadów (w konsekwencji pozostawienie obowiązku organizacji jedynie przetargu na odbieranie odpadów komunalnych), a także wprowadzenie do ustawy zapisu, zgodnie z którym gmina wykonuje zadanie „gospodarowania odpadami” na zasadach określonych w ustawie z 20 grudnia 1996 r. o gospodarce komunalnej – mówi Daria Kulczycka, dyrektor departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan jednoznacznie opowiada się za utrzymaniem, wypracowanego mozolnie 3 lata temu przez wszystkie zainteresowane strony, rozwiązania w zakresie organizacji przetargów w gospodarce odpadami komunalnymi. Dlatego, apeluje do senatorów o wykreślenie z projektu ustawy kontrowersyjnych przepisów.

– Przywrócenie dotychczasowego brzmienia ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach w zakresie organizacji przetargów na odbieranie oraz na odbieranie i zagospodarowanie odpadów jest konieczne i będzie stanowiło uszanowanie wypracowanego wspólnie kompromisu, bez którego – co warto podkreślić jeszcze raz – nie doszłoby w 2011roku do przebudowy systemu gospodarki odpadami komunalnymi – dodaje Daria Kulczycka.

Konfederacja Lewiatan, jako jedyna organizacja pracodawców, popierała zmiany do ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach przyjęte w 2011 roku, polegające na przekazaniu władztwa nad odpadami komunalnymi gminom. Miały one umożliwić realizację celów europejskiej dyrektywy o odpadach, zwłaszcza w zakresie osiągania odpowiednich poziomów odzysku i recyklingu.

Warunkiem wprowadzenia takich zmian było jednak uszanowanie i zachowanie wykształconej na tym rynku od ponad 20 lat zasady wolnej konkurencji. Rozwiązanie, które wówczas wypracowano stanowiło kompromis pomiędzy rządem, samorządami i przedsiębiorcami. Rezultatem tego kompromisu, bez którego nie byłoby zgody na przemodelowanie systemu gospodarki odpadami komunalnymi w Polsce, było zagwarantowanie przez gminy konkurencyjnego sposobu wyboru podmiotu, który zapewni odbiór lub odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych.

Konfederacja Lewiatan

 

Zgoda UOKiK: Döhler i Binder

0

UOKiK wydał zgodę na koncentrację przedsiębiorców zajmujących się produkcją koncentratów owocowych i skupem owoców. Przejęcie przez Döhler części mienia spółki Binder nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji

Döhler prowadzi działalność w zakresie produkcji soków i koncentratów owocowych (głównie jabłkowego) do produkcji napojów. Przejmowana część mienia spółki Binder to zakład w Tarczynie, w którym produkowane są mrożone owoce i warzywa oraz koncentraty z jabłek i musów owocowych.

Przedsiębiorcy działają na rynku produkcji koncentratu jabłkowego. Ma on wymiar co najmniej europejski, o czym świadczy m.in. fakt, że większość produkcji Döhler i Binder jest eksportowana do innych krajów. Wspólnym rynkiem dla uczestników koncentracji jest również  krajowy rynek zakupu jabłek przemysłowych.

Analiza UOKiK wykazała, ze koncentracja nie będzie miała negatywnego wpływu na wymienione rynki. Przede wszystkim nie dojdzie na nich do uzyskania przez Döhler pozycji dominującej. Spółka nadal będzie musiała  liczyć się z konkurentami oraz kontrahentami.

Zgodnie z przepisami, transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu

Wyposażenie samochodów – kontrola IH

0

Linki holownicze, łańcuchy i pasy do mocowania ładunków a także uchwyty rowerowe – to popularne elementy wyposażenia samochodów. 36,6 proc. z 309 skontrolowanych partii produktów wzbudziło zastrzeżenia Inspekcji Handlowej głównie z powodu nieprawidłowego oznakowania

 

Paweł Ratyński, UOKiK
Porady Pawła Ratyńskiego z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na temat wyposażenia samochodów

Przeprowadzona w II kwartale br. na zlecenie UOKiK kontrola Inspekcji Handlowej dotyczyła bezpieczeństwa linek holowniczych, uchwytów do przewożenia rowerów, pasów  i łańcuchów do mocowania ładunków, a więc tych elementów wyposażenia samochodowego, które mogą stwarzać poważne zagrożenie dla pieszych i innych uczestników ruchu.

Inspektorzy skontrolowali 309 partii produktów. 36,6 proc. z nich zostało zakwestionowanych z powodu nieprawidłowego oznakowania. Najczęściej zastrzeżenia dotyczyły niekompletnej i niedokładnej instrukcji użytkowania, braku informacji w języku polskim, oznaczeń na produkcie, danych przedsiębiorcy odpowiedzialnego za wprowadzenie produktu na rynek. Tegoroczna kontrola wykazała nieznaczne pogorszenie wyników, w porównaniu z rokiem 2013 (blisko 4 proc.).

Poważne uchybienia inspektorzy stwierdzili jedynie w przypadku trzech partii linek holowniczych, które zostały wycofane ze sprzedaży. Jedna z nich okazała się niewystarczająco wytrzymała i groziła zerwaniem podczas holowania. Dwie inne nie spełniały przepisów o ruchu drogowym, zgodnie z którymi odległość między pojazdami holowanymi powinna wynosić od 4 m do 6 (miały długości 3,48 m i 3,66 m).

Cieszy fakt, że we wszystkich pozostałych przypadkach przedsiębiorcy po zapoznaniu się z uwagami inspektorów podjęli dobrowolne działania naprawcze: uzupełniali brakujące informacje, albo też zwracali nieprawidłowo oznakowane towary do dostawców natomiast w przypadku wadliwych linek holowniczych, wycofali je niezwłocznie z obrotu handlowego.

Więcej informacji o przeprowadzonych kontrolach i bezpieczeństwie można uzyskać w wojewódzkich inspektoratach Inspekcji Handlowej.

Kupując wyposażenie samochodu, pamiętaj:

  • Sprawdź, czy instrukcja obsługi i montażu jest przygotowana w języku polskim, zapoznaj się z nią i upewnij, że jesteś w stanie bezpiecznie zamontować wyposażenie samodzielnie.
  • W przypadku linek holowniczych – pamiętaj, że używanie linek o nieodpowiedniej długości jest zabronione. Zgodnie z kodeksem drogowym obowiązującym w Polsce, odległość między pojazdem holowanych i holującym powinna wynosić od 4 do 6 m.
  • Zapoznaj się z oznakowaniem produktu, jeśli jest ono niedokładne, niepełne i niestaranne, bądź ostrożny. Sprzeczne informacje bezpośrednio na produkcie i w instrukcji użytkowania powinny wzbudzić podejrzenia.
  • W przypadku zakupów internetowych – masz 10 dni na odstąpienie od umowy bez podania przyczyny. Wystarczy odesłać produkt do sprzedawcy wraz z wypełnionym oświadczeniem, które powinieneś otrzymać od sprzedawcy. Dzięki nowym przepisom od 25 grudnia br czas ten wydłuży się do 14 dni.
  • Reklamacja wadliwego towaru? Zgłoś ją do sprzedawcy opisując, na czym polega wada,
  • W każdym wypadku, gdy masz podejrzenia, że produkt może stwarzać zagrożenie, możesz sprawdzić, czy nie znajduje się on w rejestrze wyrobów niezgodnych z wymaganiami na stronie internetowej UOKiK lub w w Europejskim Systemie Szybkiej Wymiany Informacji o Produktach Niebezpiecznych RAPEX .  Możesz również zgłosić się do Inspekcji Handlowej, której dane znajdują na stronie Urzędu, a także zawiadomić UOKiK, za pośrednictwem poczty lub korzystając ze specjalnego formularza.

Jasne zasady promocji – wyrok sądu

Bank, który oferuje konsumentom nagrody pieniężne ma obowiązek w jasny sposób informować o wszystkich warunkach jej przyznawania. Tym bardziej, że konsument wybierając produkty bankowe zwraca uwagę na atrakcyjną ofertę, w szczególności możliwość wygranej – przypomniał  Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów

Wyrok dotyczy decyzji z grudnia 2012 roku w sprawie  banku Polbank EFG (obecnie Raiffeisen Bank Polska). UOKiK stwierdził wówczas, że przedsiębiorca wprowadzał konsumentów w błąd, obiecując nagrodę pieniężną użytkownikom Mistrzowskiego Konta Osobistego. Bank określił warunki otrzymywania miesięcznej premii – należało aktywnie korzystać z karty płatniczej oraz zapewniać na rachunku środki umożliwiające pobranie opłaty za jego prowadzenie. Ani w regulaminie, ani w tabeli opłat i prowizji bank nie informował jednak, że dodatkowym warunkiem przyznania nagrody jest zapewnienie tych środków w konkretnym dniu, na koniec miesiąca.  W ocenie Urzędu konsument mógł otwierać rachunek, a następnie decydować się na korzystanie z karty płatniczej, kierując się informacjami o warunkach promocji, które były przedstawione niedokładnie. Wprowadzanie konsumentów w błąd stanowi niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.

Przedsiębiorca odwołał się od decyzji do sądu, ten jednak wyrokiem z 29 września (XVII Ama 57/13) potwierdził rozstrzygnięcie UOKiK i oddalił odwołanie w całości. Utrzymał też nałożoną na przedsiębiorcę karę w wysokości 605 955 zł. Wyrok jest nieprawomocny, przedsiębiorcy przysługuje apelacja.

Compliance w spółce zmniejsza ryzyko problemów związanych ze zmianą prawa

0

CEO Magazyn Polska

Brak szybkiej reakcji na zmieniające się przepisy prawne może dla spółek wiązać się z ryzykiem strat. Dlatego Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie promuje ideę compliance, czyli rozwoju w spółkach funkcji, która pomaga im dostosować działalność do zmian w otoczeniu regulacyjnym.

Prawo w Polsce i UE często się zmienia. Jeśli firmy za nim nie nadążają, to są narażone na straty. Coraz częściej tworzą więc działy compliance, które mają pracować na rzecz ochrony firm przed ryzykiem zmiany prawa.

– Compliance pełni funkcję prewencyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr Wojciech Nagel, compliance officer Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Ma zabezpieczyć spółkę przez rozmaity ryzykiem zarówno reputacyjnym, prawnymi, jak i konfliktu interesów, niezgodności prawnej. To jest obszar zarządzania ryzykiem funkcjonowania organizacji.

Rocznie w Polsce Sejm uchwala około 150 ustaw. Dodatkowo ministerstwa, urzędy centralne czy organy nadzoru wydają rozporządzenia oraz zarządzenia. Dział compliance monitoruje nowe regulacje, tak aby firma mogła się na bieżąco do nich dostosowywać.

– Compliance funkcjonuje na styku biznesu z otoczeniem regulacyjnym, relacji zewnętrznych. Czyli są to nakładające się na siebie pola aktywności biznesowej, umownej, zakupów i zamówień publicznych – podkreśla Wojciech Nagel.

Compliance ma szczególne znaczenie dla GPW jako spółki i operatora rynku kapitałowego.

– Kontrola i mitygowanie ryzyka jest elementem działalności na giełdzie od dawna – zaznacza compliance officer na GPW. – Giełda jest promotorem ładu korporacyjnego dla spółek notowanych i od wielu lat stosuje zasady dobrych praktyk w swojej działalności, a także promuje ich wdrażanie na rynku. Formalnie funkcja compliance została utworzona w zeszłym roku. Natomiast do tej pory było to zarządzane na innych poziomach działalności organizacji.

GPW promując ideę compliance w spółkach, zachęca je do stałej kontroli zmian w prawie, organizuje konferencje i szkolenia. Przykładowo ostatnia konferencja dotyczyła funkcji zarządzania ryzykiem zamówień publicznych.

– Giełda stara się integrować środowisko compliance na rynku finansowym i poza nim – deklaruje dr Nagel. – To jest trzecia konferencja w tym roku. Współdziałamy z Centrum Compliance Europejskiego Uniwersytetu Viadrina, z naszymi partnerami merytorycznymi, z którymi – jak w przypadku CBA i KNF – mamy podpisane jako GPW porozumienie o współpracy w zakresie rozwijania kultury compliance na rynku finansowym.