Spadają przychody i koszty J.W. Construction, rośnie zysk. W 2014 r. holding planuje uruchomić prace nad 10 projektami deweloperskimi.
Przychody ze sprzedaży J.W. Construction Holding S.A. spadły w I półroczu br. o 35,5 proc. w ujęciu rocznym do poziomu 116,94 mln zł.
Prawie 2-krotnie spadły koszty sprzedaży holdingu – do poziomu 88,6 mln zł, stąd wyższy niż rok wcześniej o 15,6 proc. zysk netto na poziomie 5,95 mln zł.
– W 2014 roku grupa kapitałowa zamierza uruchomić 10 projektów deweloperskich, z których największe to: Bliska Wola – etap B1, Bliska Wola – etap B2, Zielona Dolina II etap I, Berensona, Gdynia ul. Spokojna / Leśna etap I. Grupa spodziewa się, że na przełomie 2014 i 2015 planowane inwestycje deweloperskie pozwolą jej zwiększyć ofertę o ponad 2 300 lokali, którą to wielkość zamierza utrzymać w latach 2015–2016. Powinno to umożliwić zwiększenie liczby zawieranych umów przedwstępnych do poziomu około 1500-2000 rocznie – wylicza J.W. Construction w raporcie. – W perspektywie lat 2014–2016 grupa zamierza w oparciu o posiadany bank ziemi przystąpić do realizacji 27 nowych projektów deweloperskich i wprowadzić do sprzedaży 5.863 mieszkania o łącznej powierzchni użytkowej 283,4 tys. mkw.
W roku 2014 planowane jest uruchomienie budowy ponad 2300 lokali o powierzchni 114 tys. mkw. Dzięki temu razem z już realizowanymi inwestycjami, w tym roku w ofercie powinno znaleźć się ponad 2 800 lokali. W roku 2015 i 2016 grupa kapitałowa ma potencjał na uruchomienie następnych budów na około 3500 lokali (173 tys. mkw. mieszkań i 71 tys. mkw. powierzchni komercyjnej).
Przychody największych firm w Europie Środkowej i na Ukrainie w 2013 r. są na podobnym poziomie co w roku poprzednim, co jest oznaką stagnacji i wyhamowania dynamiki wzrostu przychodów. Rok wcześniej przychody wzrosły średnio o 3,3 proc. W tym roku spadek przychodów odnotowała niemal połowa z 500 analizowanych przez firmę doradczą Deloitte spółek (45 proc. względem 40 proc. w 2012 r.). Jedynym wyróżniającym się sektorem pod względem relatywnie wysokiego wzrostu przychodów jest branża wyrobów przemysłowych, która odnotowała średni wzrost na poziomie 2,9 proc. (najwyższy spośród analizowanych branż). Zdaniem ekspertów Deloitte niestabilna sytuacja na Ukrainie i wprowadzone rosyjskie sankcje gospodarcze mogą się przyczynić do dalszego pogorszenia uwarunkowań gospodarczych w regionie, co przełoży się na dalsze wyhamowanie rozwoju największych środkowoeuropejskich spółek.
Firma doradcza Deloitte po raz ósmy przeprowadziła analizę największych przedsiębiorstw w 18 krajach Europy Środkowej* i na Ukrainie (500 firm, 50 banków oraz 50 ubezpieczycieli).„Mimo pierwszych oznak ożywienia gospodarczego widocznego w poprzedniej edycji badania, rok 2013 nie był łatwy dla krajów środkowoeuropejskich. Tylko dwie z pięciu największych gospodarek regionu Węgry i Rumunia rozwijały się w szybszym tempie niż w 2012 roku. Sytuacja pozostałych trzech krajów Polski, Czech i Ukrainy nie zmieniła się znacząco w porównaniu do 2012 roku. Gospodarka Czech kontynuowała spadek PKB: zmiana PKB w 2013 roku -0,9 proc. względem zmiany PKB w 2012 roku wynoszącej -1,0 proc. Na Ukrainie panowała stagnacja” – wyjaśnia Tomasz Ochrymowicz, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Finansowego Deloitte. Warto przypomnieć, że jeszcze trzy lata temu wzrost PKB na Ukrainie wynosił 5,2 proc., a w Polsce 4,5 proc.
Jak w ubiegłym roku poradziły sobie największe spółki w Europie Środkowej?
Łącznie przychody 500 badanych przez Deloitte przedsiębiorstw wyniosły 712 mld euro, co oznacza spadek o 0,4 proc. (3 mld euro) w stosunku do wyniku z 2012 r. Jednak mediana wzrostu przychodów wyniosła 0 proc. w porównaniu do wzrostu 3,3 proc. rok temu i 10 proc. dwa lata wcześniej, co jest wyraźną oznaką dalszego i średnioterminowego trendu spowolnienia.
Największy wzrost przychodów w 2013 r. odnotował sektor wyrobów przemysłowych, który wzrósł o blisko 3 proc. Wpływ na ten wynik miała przede wszystkim dobra kondycja branży motoryzacyjnej. W ciągu ostatniego roku kilka globalnych firm z tego sektora zakończyło kolejne inwestycje w regionie Europy Środkowej (m.in. w Rumunii i na Węgrzech). Z kolei sektor dóbr konsumpcyjnych i transportu zanotował wzrost jedynie o 1,1 proc. W ubiegłym roku było to aż 4,8 proc. Branżę TMT (technologie, media i komunikacja) od kilku już lat dotyka spadek średnich przychodów (w 2013 roku – 4,9 proc.). Sektorem, który już drugi rok z rzędu odnotował największy spadek (-15,7 proc.) jest branża budowlana.
„Dodatkowo pierwszy kwartał tego roku pokazuje, że sytuacja w większości sektorów nadal się pogarsza, a średnia zmiana przychodów spółek jest ujemna i wyniosła -3,1 proc. w porównaniu do -0,5 proc. w pierwszym kwartale 2013 roku. Można mówić więc o wyraźnym i negatywnym trendzie w całym regionie” – mówi Patryk Darowski, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Trzy największe sektory, czyli energetyka i zasoby naturalne, wyroby przemysłowe oraz dobra konsumpcyjne i transport odpowiadają za 90 proc. sumy przychodów analizowanych spółek. W porównaniu z rokiem 2012, w roku 2013 nie doszło do większych zmian w reprezentacji sektorowej. Sektory dóbr konsumpcyjnych i transportu oraz farmaceutyków i ochrony zdrowia otrzymały po jednym miejscu na liście więcej niż w roku poprzednim, kosztem sektora TMT.
Wyniki badania wykazują niższy średni wzrost przychodów firm niż przed rokiem w większości krajów regionu. Największe gospodarki rozwijały się wolniej niż w 2012, wpływ na to miała m.in. niska konsumpcja prywatna. Czynnikiem podtrzymującym wzrost gospodarczy w 2013 r. był z kolei eksport wynikający z ożywienia w strefie euro. Najlepiej pod tym względem wypadła Litwa, której 13 spółek zanotowało średni wzrost przychodów na poziomie 6 proc. oraz Rumunia (4,7 proc.). Wzrost spółek rumuńskich częściowo wynikał jednak z aprecjacji leja – średni wzrost w walucie lokalnej wyniósł 3,9 proc. Spółki ukraińskie odznaczyły się znacznym wyhamowaniem średniego tempa wzrostu z 16,2 proc. za 2012 r. do 0 proc. wyrażonych w EUR.
Tak jak przed rokiem, wśród 500 największych firm regionu najwięcej pochodzi z Polski (161). Jednak biorąc pod uwagę okres ostatnich sześciu lat, udział rodzimych firm systematycznie spada – w 2008 r. było to 188 spółek. „Ma to związek w dużej mierze z procesami konsolidacyjnymi, które dokonały się w tym czasie w ramach polskich przedsiębiorstw, szczególnie w sektorze energetycznym, a także dynamicznym rozwojem firm z innych krajów regionu, jak chociażby Rumunii czy Ukrainy” – tłumaczy Jakub Wojtukiewicz, analityk w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Deloitte dodatkowo analizuje także branże bankową i ubezpieczeniową. W 2013 r. suma aktywów 50 największych banków wzrosła o 2,8 proc., wobec wzrostu o 5,4 proc. w 2012 roku. W aktualnym badaniu spośród 50 analizowanych instytucji finansowych 29 odnotowało wzrost aktywów (rok wcześniej 37). Mediana wzrostu dla wszystkich 50 banków z listy wyniosła 1,3 proc. i była niższa od ubiegłorocznego wzrostu o 4,9 proc. Tak jak w ubiegłym roku najliczniejszą reprezentację wśród banków posiada Polska, której udział w liście wynosi 30 proc. Kolejnymi krajami są Czechy i Węgry z udziałem po 14 proc.
W 2013 r. średni spadek składki przypisanej brutto dla ubezpieczycieli wyniósł 0,8 proc. Jest to spadek drugi rok z rzędu. W 2011 roku odnotowano wzrost w wysokości 1,5 proc. Suma składki przypisanej brutto, ubezpieczycieli uwzględnionych w rankingu, spadła o 3 proc., co świadczy o stagnacji w tym sektorze.
W jakiej sytuacji polska gospodarka jest po 25 latach? Skumulowany wzrost gospodarczy Polski wyniósł w tym czasie 230 proc. i jest to najlepszy wynik w całym regionie. Z drugiej strony w dalszym ciągu polskie PKB per capita jest dużo niższe od średniej unijnej, a gospodarki środkowoeuropejskie są wyraźnie mniejsze od największych gospodarek Unii Europejskiej. Sytuacji nie poprawia konflikt na Ukrainie i sankcje nałożone na kraje UE przez Rosję. W przypadku Polski embargo wpłynie przede wszystkim na handel mięsem wieprzowym, jabłkami oraz produktami mlecznymi. „W ubiegłym roku polski ekspert do Rosji był wart 10,8 mld USD, z czego łączna wartość towarów objętych embargiem wyniosła 1,1 mld USD. W pierwszej połowie tego roku eksport do Rosji spadł o 10,7 proc, do poziomu 4,4 proc. eksportu ogółem. Znacznie mniej eksportujemy także na Ukrainę” – mówi Patryk Darowski.
Zdaniem ekspertów Deloitte obecna sytuacja geopolityczna sprawia, że największe firmy regionu stoją przed ogromnym wyzwaniem. Dotyczy to szczególnie spółek energetycznych i surowcowych oraz producentów dóbr konsumpcyjnych. Dodatkowo, trwałość głównego czynnika prowzrostowego w krajach Europy Środkowej, czyli eksportu do krajów strefy euro, stoi pod znakiem zapytania, biorąc pod uwagę pogorszenie się nastrojów w Niemczech, o czym świadczą ostatnie odczyty wskaźnika ZEW (wskaźnik sentymentu, który obrazuje nastroje i opinie dotyczące rozwoju sytuacji gospodarczej w Niemczech). Także w Polsce wskaźnik PMI spadał od początku roku i w lipcu osiągnął wartość recesyjną. „Powstają pytanią, nie tylko czy największe spółki naszego regionu są w stanie przetrwać obecny kryzys, ale czy mają możliwości i potencjał, aby dalej się rozwijać i rosnąć. Atut taniej produkcji przy porównywalnej jakości, jak się wydaje, przestaje wystarczać. Obecne wyniki pokazują, że osiągane wzrosty przychodów to za mało, by myśleć o podbiciu świata, a tym bardziej Europy” – podsumowujeTomasz Ochrymowicz.
Dalkia Warszawa zaprasza do współpracy absolwentów studiów magisterskich, którzy chcą kontynuować karierę naukową i zdobywać praktyczną wiedzę w ramach Heat-Tech Center. Będą oni mieli możliwość przygotowania swojej pracy doktorskiej, biorąc jednocześnie udział w realizacji projektów R&D związanych z obszarem ich zainteresowań.
Heat-Tech Center jest ośrodkiem badawczo-rozwojowym, wspierającym Grupę Dalkia w wyborze technologii i sprzętu, oraz testowaniu nowych rozwiązań. Jednostka uruchomi w październiku tego roku program dla absolwentów studiów magisterskich „Doktoraty z Heat-Tech Center”. W ramach inicjatywy wybrani doktoranci pod kierunkiem opiekuna naukowego ze strony uczelni oraz opiekuna technicznego ze strony Heat-Tech Center będą mieli możliwość przygotowywania swojej pracy doktorskiej we współpracy z firmą energetyczną, zdobywając tym samym praktyczną wiedzę związaną z dziedziną ich zainteresowań. Oprócz wsparcia merytorycznego ze strony Heat-Tech Center, uczestnicy uzyskają dostęp do rzeczywistych danych z badań doświadczalnych, dostęp do różnych platform obliczeniowych oraz wynagrodzenie w ramach pracy w projektach badawczych.
Absolwenci będą mieli do wyboru cztery zagadnienia tematyczne, które będą bazą dla ich prac doktorskich. Zdefiniowane obszary to efektywność energetyczna budynków, eksploracja danych i statystyki w ciepłownictwie, inteligentne systemy ciepłownicze oraz materiały izolacyjne. Jednocześnie Dalkia Warszawa rozpocznie z uczelniami pełną współpracę zarówno w obszarze naukowym, jak i w realizacji wspólnego programu.
Rozpoczęcie programu jest przewidziane na październik 2014 roku. Aby wziąć w nim udział niezbędne jest spełnienie wszystkich wymagań stawianych przez uczelnię do rozpoczęcia studiów doktoranckich oraz uzyskanie zgody na temat pracy doktorskiej zaproponowany przez Heat-Tech Center. Kandydaci powinni również płynnie porozumiewać się w języku angielskim i posiadać umiejętność pracy w zespole.
– Dla Dalkii Warszawa współpraca ze środowiskiem naukowym to jedna z najważniejszych kwestii. Program „Doktoraty z Heat-Tech Center” jest szansą zarówno dla absolwentów na zdobycie praktycznej wiedzy dzięki pracy w firmie o zasięgu międzynarodowym, jak i dla nas – na współpracę z najzdolniejszymi specjalistami. Jesteśmy przekonani, że będzie się odbywać z korzyścią dla wszystkich stron – mówi Jacky Lacombe, prezes zarządu Dalkii Warszawa.
Już co drugi konsument (51%) twierdzi, że je przekąski co najmniej dwa razy dziennie, co jest wzrostem w odniesieniu do 48%, którzy podobne deklaracje składali przed dwoma laty. Trend jest wyraźnie rosnący…
Warto zaznaczyć, że w 2010 roku w podobny sposób deklarowało się jedynie 25% wszystkich konsumentów, co zauważalnie wskazuje na wzrastającą konsumpcję różnego rodzaju przekąsek. Wszystko wskazuje na to, że trend ten w najbliższych latach będzie tylko postępował.
Większa sprzedaż
Na potwierdzenie tych słów wystarczy spojrzeć na prognozy dotyczące wartości sprzedaży detalicznej herbatników, ciastek i innych kruchych przekąsek w Polsce w najbliższych latach. Jest to właściwe zobrazowanie konsumenckich trendów na polu wyników sprzedaży. W obecnym roku wartość ta ma wynieść 1 830 mln zł, za dwa lata 1 874 mln zł, podczas gdy jeszcze sześć lat temu wynosiła 1 689 mln zł (wszystkie dane KPMG na podstawie danych Euromonitor).
„Polacy lubią sobie podgryzać, co samo w sobie nie jest niczym złym, powiedziałbym nawet że dobrym, jeśli mówimy o zdrowych przekąskach, takich jak słomka ptysiowa. Stąd też nie może dziwić systematyczny wzrost ich konsumpcji, których na rynku mamy już bardzo duży wybór” – mówi Arkadiusz Drążek z firmy Brześć, produkującej bez konserwantowe wyroby cukiernicze.
Według Technomic, platformy badającej przemysł spożywczy, prawie jedna trzecia konsumentów (31%) uważa, że je więcej przekąsek niż przed dwoma laty. Konsumenci nie tylko częściej sięgają po przekąski, ale też samo pojęcie „przekąska” jest definiowane w szerszym zakresie. Obecnie jest to już właściwie każdy produkty, który nie jest większym posiłkiem, a więc może to być nie tylko słodycz, ale również owoc.
Co i kiedy jemy?
Technomic na próbie reprezentatywnej 1500 osób w wieku 18+ sprawdził, w jakich porach dnia najczęściej sięgamy po przekąskę (wybór dla każdej osoby ankietowanej był wielokrotny). Największą ochotę mamy po południu, gdy przekąska często jest naszym poobiednim deserem. Drugą najczęściej zaznaczaną odpowiedzią jest „późnym wieczorem”, gdy lekka przekąska zastępuje nam tradycyjną kolację.
Podobne pytanie Technomic zadał o rodzaj przekąsek, które kupujemy przynajmniej okazjonalnie. Tutaj wybór był również wielokrotny, a ankietowani najczęściej wskazywali na słodycze, orzechy oraz kruche przekąski.
Aby jeszcze lepiej zrozumieć zachowania konsumentów, ich preferencje oraz stosunek do konkretnych produktów, Technomic uaktualnił swój raport pod nazwą Snacking Occasion Consumer Trend. Na jego podstawie można wyciągnąć kilka bardzo ciekawych wniosków, m.in.:
konsumenci sięgają po przekąski zarówno między posiłkami (49% deklarowanych), jak również traktują je jako zastępstwo posiłków (45% zastępuje przekąską jeden lub dwa posiłki dziennie)
połowa konsumentów sugeruje się korzyściami zdrowotnymi przy wyborze przekąsek
60% konsumentów (55% w 2012 roku) przy wyborze przekąski bierze pod uwagę jej poręczność, czy da się ją zabrać w każde miejsce i z łatwością schować do każdej torebki
Netia zaprezentowała wyniki finansowe za II kw. 2014 r. Spółka odnotowała spadek przychodów, ale utrzymuje – głównie za sprawą coraz lepszych wyników na sieciach własnych – bardzo solidną rentowność. Spółka obniżyła całoroczną prognozę przychodów, podnosząc jednocześnie wydatki inwestycyjne. Dodatkowe środki na inwestycje pochodzą m.in. z oszczędności, wynikających z uproszczenia struktury organizacyjnej, w ramach programu Netia Lajt.
Adam Sawicki, Prezes Zarządu Netia S.A.
W II kw. 2014 r. przychody Netii wyniosły 422,2 mln zł, co oznacza spadek o 3 proc. w stosunku do I kw. br. Zmniejszenie przychodów było przede wszystkim spowodowane dalszym spadkiem liczby świadczonych usług (RGU) WLR i BSA oraz obniżek MTR-ów. Łączna liczba RGU wyniosła na koniec czerwca br. 2,424 mln (spadek o 2 proc. kwartał-do-kwartału), przy czym liczba usług na sieci własnej po raz kolejny wzrosła, w II kw. o blisko 1 proc.
Za sprawą wzrostu liczby usług świadczonych na własnych sieciach – zarówno w segmencie B2C, jak i B2B – spółce udało się utrzymać solidny poziom marży EBITDA w wysokości 29,6 proc. Skorygowany zysk EBITDA w II kw. br. wyniósł 125 mln zł ((spadek o 7 proc. w porównaniu do I kw. 2014 r.).
Optymalizacja a potem nowe wyzwania
– W lipcu rozpoczęliśmy program poprawy efektywności operacyjnej pod nazwą „Netia Lajt”. Ma on pozwolić firmie na bardziej sprawne i efektywne realizowanie zadań, które zostaną zdefiniowane w nowej strategii. –powiedział Adam Sawicki, Prezes Zarządu Netia S.A.
Projekt Netia Lajt ma usprawnić tempo podejmowania decyzji i poprawić efektywność działania m.in. poprzez spłaszczenie struktury organizacyjnej. Spółka spodziewa się uzyskania około 50 mln zł oszczędności w skali roku, które mają posłużyć do finansowania projektów rozwojowych spółki.
W ramach programu Netia, zredukowana została liczebność i rola zarządu na rzecz liczącego około 10 osób Zespołu Zarządzającego, w którego skład wchodzą kluczowi dyrektorzy.
W dniu 27 sierpnia br. ze skutkiem na koniec miesiąca, z zasiadania w zarządzie Netii zrezygnował Jonathan Eastick, który przez ponad 8 lat pełnił funkcję Dyrektora Finansowego. W tym samym dniu, skutkiem od 1 września br. Rada Nadzorcza powołała do zarządu Netii Pawła Szymańskiego, doświadczonego menadżera i finansistę, który wcześniej pełnił m.in. funkcje: prezesa DM Banku Handlowego, wiceprezesa PKN Orlen, prezesa Ruchu, a ostatnio wiceprezesa firmy Marvipol.
– Jon Eastick to niekwestionowany autorytet z zakresie finansów i znakomity menadżer. To m.in. dzięki Jonowi i zespołowi, który zbudował, Netia to firma zrównoważona, o zdrowych finansach i odpowiedniej skali działania, za co chciałbym mu bardzo podziękować. – powiedział Adam Sawicki.
– Cieszę się, że zdecydował się do nas dołączyć Paweł Szymański, osoba z bardzo bogatym doświadczeniem w realizacji wymagających projektów restrukturyzacyjnych i rozwojowych w wielu branżach. Bardzo liczę na jego świeże spojrzenie i jestem pewien, że znakomicie znajdzie się w nowej roli – dodał Adam Sawicki.
B2B – więcej sprzedanych usług
W segmencie klientów biznesowych (B2B) Netia wypracowała w II kw. br. przychody w wysokości 172 mln zł , co oznacza 1 proc. spadek w stosunku do I kw. br. Skorygowany zysk EBITDA wyniósł 78 mln zł (marża 48,3 proc.) i był nieco niższy niż w I kw. 2014 r., przede wszystkim za sprawą przeceny usług głosowych. Wzrosła natomiast o 2 proc., do 492 tys. liczba usług świadczonych klientom biznesowym. Już 81 proc. usług jest świadczonych klientom biznesowym na bazie własnych sieci Netii.
B2C – rekordowa marża zysku EBITDA
Z kolei w segmencie klientów indywidualnych (B2C) spółka osiągnęła przychód w wysokości 243 mln zł (4 proc. mniej niż w I kw. 2014 r.). Rekordowo wysoka (30,8 proc.) była natomiast marża Skorygowanego zysku EBITDA w kwocie 75 mln zł.
Liczba RGU w segmencie B2C spadła o 9 proc., w większości za sprawą spadku liczby niskomarżowych usług WLR i BSA, co jest następstwem strategicznej decyzji o odejściu od aktywnego pozyskiwania klientów na bazie tych usług regulowanych. W następstwie tego odsetek RGU na sieciach własnych wyniósł na koniec czerwca 2014 r. 40 proc. (wzrost o 4 punkty procentowe). W przypadku usług szerokopasmowego dostępu do internetu odsetek ten wyniósł na koniec II kw. 47 proc.
Liczba RGU telewizyjnych wyniosła na koniec czerwca br. 127 tys., o 27 proc. więcej niż w na koniec II kw. 2013 roku proc.
Już 35 proc. klientów usług na sieciach własnych Grupy Netia, korzysta w usług pakietowych z telewizją.
Lekka rewizja prognozy
Spółka kontynuowała inwestycje w rozwój sieci NGA, szczególnie koncentrując się na modernizacji sieci HFC po Aster w Warszawie i Krakowie, nabytej w ubiegłym roku od UPC Polska, na bazie której 18 sierpnia br. zaoferowała bardzo atrakcyjne oferty m.in. dostępu do internetu i TV. Kilka tygodni wcześniej spółka wprowadziła na rynek markę Dropss, z bardzo atrakcyjną ofertą dostępu do internetu bez dodatkowych kosztów utrzymania łącza, skierowaną przede wszystkim do dotychczasowych abonentów Neostrady Orange.
Spółka spodziewa się pozytywnego wpływu powyższych działań na wyniki w przyszłości. Wyniki pierwszego półrocza skłoniły jednak Zarząd Spółki do skorygowania prognozy na cały 2014 rok w zakresie poziomu przychodów z 1,735 mld zł do 1,675 mld. Podniesiona została jednocześnie o 15 mln zł prognoza nakładów inwestycyjnych (CAPEX). Bez zmian pozostały natomiast wysokości planowanych: Skorygowanego zysku EBITDA na poziomie 505 mln zł oraz Skorygowanego zysku operacyjnego w kwocie 75 mln zł.
Rosną przychody Getin Holding, spada zysk, głównie za sprawą straty spółki na Ukrainie. Getin przewiduje możliwość sprzedaży spółki rosyjskiej.
Skonsolidowane przychody z tytułu odsetek zanotowane przez Grupę Kapitałową Getin Holding wyniosły w I półroczu br. 731,3 mln zł. To o 9,4 proc. więcej w ujęciu rocznym. Przychody z tytułu prowizji i opłat grupy wyniosły 274,2 mln zł, o 8 proc. więcej rdr.
Zysk netto holdingu spadł jednak rdr o prawie 21 proc. do poziomu 90,1 mln zł. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej wyniósł 73,6 mln zł. i jest o 29 proc. niższy niż przed rokiem.
Największy udział w zysku netto miała Grupa Idea Bank (Polska) i było to 65 mln zł zysku netto w omawianym okresie. To o wiele więcej niż rok wcześniej, kiedy grupa zanotowała 29,4 mln zł. Sporą poprawę zysku miał także w ujęciu rocznym Getin Holding – 20,3 mln zł wobec 7,5 mln zł rok wcześniej. Działająca w Rosji Grupa Carcade zanotowała 13,6 mln zł zysku wobec 27,3 mln zł w I półroczu 2013 r. Grupa Idea Bank (Ukraina) miała natomiast stratę w wysokości 19,6 mln zł. Jest to wyraźne pogorszenie wobec zysku netto 11,1 mln zł rok wcześniej.
– Na przyszłe wyniki Idea Bank (Ukraina), może mieć wpływ sytuacja makroekonomiczna i polityczna, a w szczególności dalsze losy konfliktu zbrojnego we wschodniej części Ukrainy – prognozuje Getin Holding w raporcie. – Istnieje ryzyko spadku sprzedaży produktów Carcade i Idea Bank (Rosja) w wyniku pogarszania się sytuacji gospodarczej Federacji Rosyjskiej w związku z sankcjami nakładanymi przez USA, UE oraz poszczególne kraje.
16 września na Wall Street ma zadebiutować Alibaba, czyli chiński odpowiednik eBaya. Analitycy szacują, że może to być największe IPO w historii, gdyż spółka ma szansę zebrać nawet 26 mld dolarów. Alibaba chce przyciągnąć kapitał 80-proc. udziałem w szybko rosnącym rynku e-handlu, który korzysta na bogacącej się klasie średniej w Chinach. Równocześnie to znacznie mniej ryzykowna inwestycja niż ostatnie głośne i tej miary IPO za oceanem, czyli Facebook.
– Przede wszystkim jest to firma, która praktycznie od samego początku zarabia i to kolosalne pieniądze, podczas gdy Facebook bardzo długo szukał jakiegoś modelu biznesowego, żeby zarabiać te pieniądze. Dlatego inwestujący w Alibabę mogą czuć się dużo bardziej komfortowo w związku z tym, że ich biznes jest dużo bardziej sprawdzony i wiarygodny od Facebooka. Oczywiście pytanie, czy wartość tej firmy to jest 100 mld dolarów czy 200 mld dolarów, to jest zawsze bardzo trudne do oszacowania – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Majewski, wiceprezes zarządu Augeo Ventures, firmy doradczej specjalizującej się m.in. w doradztwie transakcyjnym przy emisji akcji na giełdzie.
Alibaba jest liderem na chińskim rynku e-commerce. Według danych „The Wall Street Journal” na jej internetowej platformie skupia się blisko 80 proc. handlu w chińskim internecie. W 2013 r. wartość wszystkich transakcji miała wynieść 243 mld USD – przekonuje spółka. Jej atrakcyjność inwestycyjna i niemal monopolistyczna pozycja to w dużym stopniu efekt państwowej kontroli i regulacji internetu w Chinach.
Debiut Alibaby na giełdzie w USA planowany jest na 16 września. Analitycy szacują, że spółka zbierze kapitał o wartości 20-26 mld dolarów, dzięki czemu może to być największy debiut w historii. Na amerykańskim rynku dotychczasowy rekord należy do Visa Inc., która w 2008 r. zebrała 19,65 mld dolarów (22,39 mld dolarów po uwzględnieniu inflacji) – wynika z wyliczeń Bloomberga. Z kolei rekordowym IPO w Chinach był Agricultural Bank of China, który na giełdzie w Szanghaju i Hongkongu pozyskał w 2010 r. 22,1 mld USD.
IPO Alibaby budzi największe emocje na rynku od debiutu w 2012 r. Facebooka, który plasuje się na 5. miejscu największych IPO w USA, z ofertą o wartości 16,49 mld USD (po uwzględnieniu inflacji). Perspektywy rozwoju chińskiego potentata e-commerce są jednak zupełnie inne – uważa Majewski.
– Dużo łatwiej jest powiedzieć, że ta firma będzie za 10 lat dalej istniała niż w przypadku Facebooka. Jak wiadomo sieci społecznościowe działają w cyklach, w Polsce mieliśmy Grono, Gadu-Gadu, Naszą Klasę i te wszystkie firmy przemijają. W Stanach też mieliśmy wiele sieci społecznościowych, o których już zapomniano albo niedługo zapomnimy. Taki sam los może też spotkać Facebooka – uważa Majewski.
Rynek czeka z niecierpliwością na ofertę publiczną Alibaby, ponieważ pozwoli ona zarabiać na szybko rosnącej liczebnie i bogacącej się klasie średniej w Chinach. Ryzyko dotyczące modelu biznesowego wydaje się być niewielkie, ale nie można tego powiedzieć o otoczeniu makroekonomicznym i prawnym, w którym działa Alibaba.
– Wiemy, że w Chinach jest teraz bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości, co może zachwiać konsumentami i w związku z tym może się pogorszyć też sytuacja Alibaby. Spółka jest też związana silnie poprzez swój system płatności z systemem finansowym Chin. Gdyby regulatorzy w Chinach się dobrali do spółki, która obsługuje płatności Alibaby, mogłoby to spowodować problemy – twierdzi wiceprezes Augeo Ventures.
Prawo w ChRL zabrania bezpośredniego kupna akcji chińskiej spółki przez zagranicznych inwestorów, dlatego w ramach IPO zaoferowane zostaną akcje spółki Alibaba Group Holding Ltd z siedzibą na Kajmanach, która będzie pośrednikiem mającym prawo do zysków z działalności w Chinach.
– Oczywiście sprzedażą akcji Alibaby zajmują się też duże instytucje finansowe, które przygotowały całą strukturę tak, żeby była w miarę bezpieczna dla inwestorów. System prawny amerykański czy system na Kajmanach, gdzie jest zarejestrowana spółka, to są systemy anglosaskie, które raczej budzą zaufanie inwestorów – uważa Majewski.
Asseco Poland zarabia na usługach i oprogramowaniu dla finansów i bankowości. Rosną w ujęciu rocznym przychody i zysk grupy.
O 7,4 proc. wzrosły przychody Grupy Asseco w I półroczu 2014 r. i wyniosły 2,9 mld zł.
Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wzrósł do poziomu 183,2 mln zł, czyli o niecałe 2 proc.
Asseco Poland, główna spółka grupy, najwięcej zysku wypracowała dzięki sprzedaży do sektora Finanse i Bankowość i było to 53,1 mln zł. Sprzedaż na rzecz Administracji Publicznej dała natomiast 44,6 mln zł zysku netto. Zysk jednostkowy spółki wyniósł w tym okresie 199,8 mln zł netto po 218,2 mln zł przed rokiem.
Przychody spółki lekko spadły do 647,9 mln zł z 653,1 mln zł przed rokiem.
LPP podało w komunikacie, że liczba akcji uprawnionych do udziału w podziale zysku za 2013 rok wynosi 1 812 145. W związku z tym dywidenda przypadająca na 1 akcję wyniesie 93,60 zł.
W II kwartale tego roku na Pracuj.pl było ponad 13 tys. ofert pracy na stanowiska związane z IT. Ponad połowa ofert pracy dedykowana jest programistom. W porównaniu do liczby ofert pracy w II kwartale 2013 roku dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na specjalistów od bezpieczeństwa, wzrost o 47%, oraz administrowania bazami danych, wzrost o 23%.
Poszukiwany: Programista
Niemal połowa ofert pracy z obszaru IT skierowana jest do programistów. Jak wynika z analizy serwisu Zarobki.pracuj.pl najbardziej w cenie jest znajomość programów .NET, JAVA, C++. Starsi programiści tych języków zarabiają przeciętnie (mediana) prawie 7 000 zł netto miesięcznie. Dwie kolejne najbardziej poszukiwane kategorie to specjaliści od administrowania systemami i testowania. „Zainteresowanie programistami, testerami i administratorami wynika z faktu, iż stanowiska te stanowią trzon każdego zespołu rozwijającego i utrzymującego aplikacje. Do tego dochodzi fakt, że Polska stała się zagłębiem programistycznym dla korporacji międzynarodowych. Nie bez znaczenia jest też silny rozwój krajowych podmiotów, które muszą się szybko dostosować do trendów w aplikacjach i serwowaniu usług klientom poprzez Internet” – komentuje Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska.
Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów od bezpieczeństwa i analizy danych
Największy wzrost liczby ofert na Pracuj.pl odnotowano zaś dla pracowników odpowiedzialnych za bezpieczeństwo/audyt (wzrost o 47%). „To kolejny kierunek rozwoju technologii IT, zmierzający do maksymalnego zabezpieczenia danych. Szczególnie w dobie urządzeń mobilnych, czy zdalnego dostępu do danych i usług” – komentuje Agnieszka Bahrynowska, Recruitment Team Leader w IBM Polska. „W zależności o jakim obszarze zabezpieczeń mówimy, poszukiwane są osoby z doświadczeniem w: przeprowadzaniu testów penetracyjnych, ewaluacji VA (vulnerability assesments), mile widziane są certyfikaty CPT, CISSP, czy CISM czy doświadczenie w poszczególnych obszarach security: od nadawania uprawnień (Identity and access management) po zarządzenie ryzykiem i działaniami profilaktycznymi” – wyjaśnia Bahrynowska.
Kolejne szybko rozwijające się specjalizacje to administrowanie bazami danych (wzrost liczby ofert o 23%)„Analiza, przechowywanie i zarządzanie danymi to jeden z kluczowych kierunków rozwoju branży IT, również strategii IBM (CAMSS- Cloud Analytics Mobile Social And Security) według naszych danych każdego dnia generowanych jest ok ok. 2,5 miliarda gigabajtów danych. Zarządzanie takimi danymi wymaga zasobów podobnie jak praca nad narzędziami zapewniającymi szybki i bezpieczny dostęp do takich danych. Big Data, Data mining, data analitics to kierunki, które będą prężnie rozwijać się w najbliższych miesiącach i kwartałach” – prognozuje Agnieszka Bahrynowska, Recruitment Team Leader w IBM Polska.
Wzrasta też zapotrzebowanie na testerów, w II kwartale 2014 roku było o 21% więcej ofert pracy niż w analogicznym okresie w 2013 roku. „Firmy coraz lepiej rozumieją jak dużo zależy od niezawodności i wydajności systemów. Zmieniło się też postrzeganie testera. Już od dawna nie jest to ręczne klikanie po aplikacji ale korzystanie z wielu zaawansowanych narzędzi przykładowo do zarządzania procesem testów i jego automatyzacji wymagających szerokiej wiedzy z zakresu architektury systemów, programowania, bezpieczeństwa.” – komentuje Maciej Chwiłoc, Dyrektor Rozwoju Produktu w Grupie Pracuj.
O 10% spadła zaś liczba ofert dla osób odpowiedzialnych za wsparcie techniczne/ helpdesk. Eksperci twierdzą zgodnie, że wynika to przede wszystkim z rozwoju aplikacji, które usprawniają obsługę zgłoszeń. „Aplikacje od strony użytkowników końcowych są proste w użyciu i intuicyjne, doszło też do automatyzacji wsparcia realizowanego przez aplikacje, a nie ludzi” – potwierdza Dariusz Świąder – prezes zarządu Linux Polska.
Najbardziej w cenie: mix umiejętności IT i zarządzania
Jak wynika z danych serwisu Zarobki.pracuj.pl specjaliści ds. IT są jednymi z najlepiej zarabiających. Do najlepiej opłacanych (a jednocześnie wymagających największych kompetencji) zawodów związanych z branżą technologii informacyjnych należy Architekt IT, może on liczyć na wynagrodzenie rzędu 8 500 zł netto (mediana). Bardzo dobrze wynagradzani są również specjaliści łączący wiedzę z IT z umiejętnością zarządzania zespołem, osoby zarządzające złożonymi projektami IT przeciętnie zarabiają około 7500 zł netto.
Specjaliści od IT mogą przebierać w ofertach pracy zarówno z małych jak i dużych firm, 49% ofert pochodziło z mikro i małych firm zatrudniających do 50 osób. Najwięcej ofert pracy pochodzi z firm zajmujących się telekomunikacją i zaawansowanymi technologiami, IT oraz z sektora bankowość, finanse, ubezpieczenia.
Te zmiany zapowiedział wczoraj w Sejmie Donald Tusk.
Zmniejszenie obciążeń podatkowych dla rodzin to krok w dobrym kierunku. Natomiast podwyżka świadczeń emerytalno-rentowych powinna być sfinansowana poprzez ograniczenie przywilejów emerytalnych, a nie dalsze zadłużanie się – uważa Konfederacja Lewiatan.
Zwiększenie ulg podatkowych na dzieci uznajemy za uzasadnione ze względów społecznych i ekonomicznych. Dzieci należy traktować jak inwestycję i dlatego trzeba wspierać rodziny, które ponoszą koszty ich wychowania.
Jeżeli jest polityczna wola do zwiększenia waloryzacji rent i emerytur to podwyżka ta powinna być sfinansowana poprzez ograniczenie przywilejów emerytalnych, aby nie zwiększyć już dziś ogromnego deficytu w funduszach emerytalnym i rentowym.
Widzimy sprzeczność między wypowiedzią premiera, który mówi o wykorzystaniu nadwyżki budżetowej w celu zwiększenia waloryzacji, a obecnym deficytem finansów publicznych rzędu 3 proc. PKB. O ile można tolerować deficyt w okresie recesji, to w czasie wzrostu gospodarczego jaki mamy obecnie, finanse publiczne powinny być w pełni zrównoważone. W przeciwnym razie grozi nam stałe narastanie zadłużenia państwa.
Zrównanie warunków wypowiedzenia umowy o pracę na czas określony i nieokreślony jest uzasadnione, pod warunkiem, że okresy wypowiedzenia będą powiązane ze stażem pracy i będą krótsze niż obecnie obowiązujące dla stałych umów. Dopuszczalny, łączny czas trwania umów na czas określony powinien wynosić 48 miesięcy.
Żałujemy, że w wystąpieniu premiera i ministrów zabrakło zapowiedzi konkretnych działań na rzecz zwiększenia konkurencyjności i innowacyjności polskiej gospodarki, np. wsparcia inwestowania w badania i rozwój, usprawnienia sądownictwa czy ułatwienia realizacji inwestycji budowalnych.
W przypadku ustawy dotyczącej ozusowania umów zleceń tylko 3 miesięczny okres vacatio legis stanowi naruszenie konstytucyjnych zasad ochrony zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa oraz dopuszczalności ograniczeń wolności działalności gospodarczej – uważa Konfederacja Lewiatan.
Dzisiaj, 28 sierpnia 2014 r. odbędzie się posiedzenie Podkomisji Stałej do spraw Rynku Pracy, sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, której przedmiotem będzie rozpatrzenie rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz niektórych innych ustaw (druk nr 2242). Ma on wprowadzić oskładkowanie umów zleceń do wysokości płacy minimalnej, czyli kiedy mamy do czynienia z kilkoma umowami zlecenia, zleceniobiorca opłaci składki od wszystkich umów aż nie zostanie opłacona składka od wysokości płacy minimalnej. Dotychczas składkę płacono od pierwszej lub wybranej umowy.- Popieramy tę zmianę, ale wskazujemy na konieczność jej wprowadzania z zachowaniem co najmniej 12 miesięcznego okresu vacatio legis. Taki okres jest konieczny dla przystosowania się firm do zmiany zwłaszcza w sytuacji, kiedy realizowane są długie kontrakty, których warunków nie da się szybko zmienić. Niestety w projekcie ustawy proponowany okres vacatio legis to zaledwie 3 miesiące – mówi dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan.
Istnieją poważne zagrożenia, że rządowy projekt ustawy okaże się niezgodny z Konstytucją w zakresie proponowanego okresu vacatio legis. Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał w orzecznictwie, że zasada demokratycznego państwa prawnego wymaga zapewnienia adresatowi normy prawnej określonego czasu na przystosowanie się do zmienionych regulacji i na bezpieczne podjęcie odpowiednich decyzji co do dalszego postępowania.
Zgodnie z opinią przygotowaną przez dr Ryszarda Piotrowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego 3 miesięczny okres vacatio legis w przypadku tej ustawy stanowi naruszenie konstytucyjnych zasad ochrony zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa oraz dopuszczalności ograniczeń wolności działalności gospodarczej. Narusza także zasadę racjonalności ustawodawcy, ponieważ ustalenie takiego okresu vacatio legis, który spowoduje wzrost kosztu pracy w warunkach braku możliwości zmiany cen za realizowane kontrakty, będzie prowadzić do zmniejszenia zatrudnienia lub obniżenia wynagrodzeń dla zleceniobiorców.
Proponowanie i przeprowadzanie przez parlament ustaw, co do których konstytucyjności można mieć poważne zastrzeżenia jest praktyką, która powoduje znaczące konsekwencje dla finansów publicznych oraz konieczność późniejszego pospiesznego naprawiania złych regulacji wynikającą z wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Taki przypadek miał miejsce w związku z wprowadzoną ustawą z 16 grudnia 2010 r. nowelizacją ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Przepisy, które zmusiły do rozwiązania umowy o pracę tych pracowników, którzy już wcześniej nabyli prawo do emerytury uznano za niekonstytucyjne w 2012 r. Tym razem odwrócenie negatywnych skutków przyjęcia niekonstytucyjnego przepisu będzie niemożliwe. Wiele osób straci pracę, wiele firm zbankrutuje lub zrezygnuje z realizacji kontraktów, a ich kontrahenci, będą musieli zmierzyć się z bałaganem wynikającym z konieczności zawierania nowych umów.
Konfederacja Lewiatan
Cyfrowy Polsat poprawia wyniki głównie z dzięki płatnej telewizji i dostępowi do szerokopasmowego internetu.
Przychody ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów Grupy Kapitałowej Cyfrowy Polsat S.A wzrosły w I półroczu 2014 r. o 5,8 proc. w ujęciu rocznym do poziomu 1,5 mld zł, wynika z raportu finansowego grupy. Są to dane nieuwzględniające wpływu z konsolidacji z Metelem, właściciela 100 proc. udziałów w Plusie. Włączając konsolidację, przychody w omawianym okresie wyniosły 2,5 mld zł, dzięki wzrostowi przychodów hurtowych. Natomiast przychody detaliczne od klientów wyniosły 1,7 mld zł, o 85 proc. więcej niż rok wcześniej.
– Wzrost wynika przede wszystkim ze wzrostu przychodów z opłat za usługi płatnej telewizji i telewizji internetowej oraz wzrostu przychodów z usług telekomunikacyjnych i zrealizowanego ruchu w ramach usługi dostępu do szerokopasmowego internetu – wyjaśniaja autorzy raportu finansowego.
Zysk netto wyniósł 230,3 mln zł, czyli o 31 proc. więcej rdr.
– Na podstawie danych Starlink, szacujemy, że w drugim kwartale 2014 roku zdobyliśmy 24,8 proc. udziału w polskim rynku reklamy telewizyjnej wartym około 1 076,3 mln zł (wartość kwartalna). Opierając się na tych estymacjach szacujemy, że w pierwszym półroczu 2014 roku nasz udział w rynku reklamy telewizyjnej wyniósł 24,9 proc., a jego wartość wyniosła około 1 908,0 mln zł (wartość półroczna) – podał Cyfrowy Polsat w raporcie.
Skonsolidowany zysk netto Enei w drugim kwartale 2014 r. był niemal o połowę wyższy, niż prognozowali analitycy. Energetyczna Grupa tworzy teraz centrum usług wspólnych i koncentruje się na działalności podstawowej, co łącznie ma przynieść 189 mln zł oszczędności do końca roku. Kontrola kosztów jest potrzebna, ponieważ realizacja strategii inwestycyjnej do 2020 r. spowoduje wzrost zadłużenia do 3-krotności zysku EBITDA.
– Mamy przygotowany program na 1 mld zł z Bankiem Gospodarstwa Krajowego i ostatnio podpisaliśmy również umowę z bankami PKO BP, Pekao SA i ING na przygotowanie programu emisji obligacji na 5 mld zł. Wszystkie te programy będą uruchamiane w zależności od potrzeb. W tej chwili bardzo mocno pracujemy zarówno nad akwizycjami w zakresie programów kogeneracyjnych i akwizycji spółek kogeneracyjnych, jak i badamy oraz wchodzimy w fazę due diligence poszczególnych farm wiatrowych i projektów OZE. W zależności od podjętych decyzji będziemy również uruchamiali poszczególne programy emisji obligacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dalida Gepfert, członek zarządu ds. finansowych w Enea SA.
Enea podpisała już wcześniej umowę na program emisji obligacji o wartości 4 mld zł, a także uzyskała kredyt z Europejskiego Banku Inwestycyjnego w wysokości 1,425 mld zł. Według szacunków spółki program inwestycyjny na lata 2014–2020 spowoduje wzrost wskaźnika zadłużenie/EBITDA do trzykrotności. Nakłady będą koncentrować się w segmencie wytwarzania i dystrybucji, a ich celem będzie stworzenie bardziej zdywersyfikowanej struktury aktywów. Priorytetową inwestycją Enei jest teraz budowa bloku węglowego w elektrowni w Kozienicach.
Realizację strategii ułatwią znacznie lepsze od prognoz wyniki za II kwartał br. Enea odnotowała 416,1 mln zł zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej, a rok wcześniej 158,4 mln zł. Analitycy ankietowani przez PAP spodziewali się wyniku netto na poziomie 282,4 mln zł. Skonsolidowane przychody wyniosły 2,466 mld zł i były lepsze od konsensusu o 6,6 proc.
W sprawozdaniu finansowym Enei za pierwsze półrocze 2014 r. można przeczytać także, że mimo prognozowanego wzrostu wskaźnika zadłużenia, pozycja finansowa grupy pozostanie bezpieczna. Na koniec II kwartału br. spółka miała 1,3 mld zł środków pieniężnych, które wesprą realizację strategii inwestycyjnej. Ponadto Enea będzie kontynuować redukcję kosztów, m.in. poprzez zmiany w strukturze organizacyjnej.
– To kwestia wycofania się z przedsięwzięć, które nie są naszą działalnością podstawową. Mam tutaj na myśli spółki transportowe oraz spółki, które zajmowały się działalnością IT, ale świadczyły usługi na zewnątrz. Te wszystkie podmioty w tej chwili są reorganizowane, a kompetencje, które mamy i które są potrzebne, przechodzą do spółek dedykowanych. Natomiast same podmioty jako takie przestają istnieć – twierdzi Gepfert.
W czerwcu 2014 r. Enea zakończyła integrację spółek w segmencie wytwarzania. Poznańska grupa koncentruje obecnie pracowników z obszaru IT, księgowości oraz obsługi klienta w spółce Enea Centrum, która ma być centrum usług wspólnych na rzecz podmiotów Grupy Enei. W niedalekiej przyszłości do Enei Centrum mają trafić również usługi HR oraz zakupy.
– Te wszystkie elementy razem dają właściwe efekty synergii. Już teraz, po pierwszym półroczu ten efekt jest na poziomie 75 mln zł, natomiast konsekwentnie poprzez wdrażanie takich projektów, jak wspólne zakupy, chcemy doprowadzić do tego, że poziom oszczędności w grupie będzie na poziomie 189 mln zł w skali całego roku – szacuje członek zarządu Enei.
Espirito Santo Investment Bank podniósł w raporcie z 27 sierpnia rekomendację dla PGNiG-u do „neutralnie” ze „sprzedaj”. Cena docelowa została jednak obniżona o 30 groszy.
Nowa cena docelowa według analityków BESI dla akcji PGNiG-u to 4,9 zł wobec 5,2 zł z poprzedniej rekomendacji. Na zakończenie sesji 27 sierpnia kurs gazowej spółki wyniósł 5,04 zł.
Zdaniem autorów raportu, produkcja PGNiG-u w kluczowym dla spółki segmencie wydobywczym będzie stopniowo spadać po osiągnięciu maksymalnego poziomu w tym roku. Wszystko z powodu niskiego zastępowania wydobytych baryłek nowymi rezerwami oraz braku aktywności spółki w obszarze fuzji i przejęć – napisano w raporcie.
Analitycy oczekują też w przyszłym roku 4-krotnego spadku wyników w segmencie obrotu i magazynowania, a spółka będzie musiała dokonać wyboru między utratą części klientów a sprzedażą gazu po ujemnej marży na TGE.
– BESI postrzega PGNiG jako jedyną w swoim spektrum inwestycyjnym spółkę z branży naftowej i gazowniczej, która wygeneruje ujemną dynamikę wyniku EBITDA oraz zysku netto w latach 2014–2016. Jednocześnie Spółka notowana jest z premią wobec spółek o podobnym profilu na poziomie 14 proc. i 18 proc. na wskaźniku EV/EBITDA kolejno w 2015P i 2016. Przy braku jednoznacznej kwantyfikacji wpływu liberalizacji rynku gazu w Polsce na działalność PGNiG oraz konieczności dokonania przejęć w celu rozwinięcia segmentu wydobywczego, BESI uważa, że jakakolwiek istotna jednorazowa dywidenda jest mało prawdopodobna – napisał Wojciech Kozłowski, analityk, Espirito Santo Investment Bank (BESI).
Wydarzenia na Ukrainie jak dotąd nie wywołały zauważalnej reakcji na rynkach finansowych. Większym zmartwieniem dla inwestorów jest groźba stagnacji i deflacji w strefie euro, która dodatkowo odczuje skutki rosyjskich sankcji odwetowych.
– To, co się dzieje na Ukrainie i w Rosji, w globalnych finansach już dawno zostało zdyskontowane. Na chwilę obecną my w Polsce podchodzimy z dużą zmiennością do tego, co nam podają media, mam na myśli zmienność sentymentu. Natomiast prawda jest taka, że jak się popatrzy na media zachodnie, to one gdzieś zaczynają powoli dyskontować jakieś lepsze dane płynące na linii Ukraina-Rosja. To znaczy zaczynają dostrzegać to, że tam może coś się poprawi i wszystko zakończymy taką wojnę podjazdową. Inwestorom nie polecałbym w chwili obecnej paniki, czyli ucieczki do takich klasyków gatunku, jak frank szwajcarski czy złoto – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Staniszewski, prezes zarządu Noble Funds TFI SA.
W jego ocenie jest już za późno na kupno tych instrumentów i realizację zysków. Drugim powodem takiej rady jest to, że z punktu widzenia rynków finansowych rozwój wydarzeń na wschodniej Ukrainie nie ma na razie większego znaczenia. Uspokojenie nastrojów widać także na rosyjskim rynku akcji – dolarowy indeks RTS po załamaniu w drugiej połowie lipca (spadek z ok. 1400 pkt do poniżej 1200 pkt) powoli odrabia straty i przekroczył poziom 1260 pkt.
Niewielki spadek premii za ryzyko widoczny jest także na rynku 10-letnich obligacji rosyjskiego rządu. W lipcu rentowności gwałtownie podskoczyły z poziomu poniżej 8,5 proc. do 9,8 proc., a obecnie wynoszą około 9,3 proc. Rubel w relacji do dolara pozostaje jednak słaby, kurs jest obecnie blisko wieloletniego minimum.
– Większe zagrożenie widziałbym w kontynuacji wzrostu PKB w światowej gospodarce, szczególnie w strefie euro. Bo ona jest tutaj na styku, a sankcje ze strony Rosji będą miały wpływ na PKB w strefie euro. Na pewno jest większym zagrożeniem to, w którym kierunku to pójdzie i czy Amerykanie będą w stanie powtarzać dynamikę wzrostu PKB – uważa Staniszewski.
Prognozy makroekonomiczne dla strefy euro oraz USA na razie wskazują, że PKB w najbliższych kwartałach będzie rósł. Większe ryzyko dotyczy strefy euro, gdzie groźba długotrwałej deflacji może zaszkodzić ożywieniu gospodarczemu, na co wskazywał niedawno prezes EBC Mario Draghi. Na taki scenariusz wskazują także rekordowe wyceny obligacji – rentowność niemieckich 10-letnich papierów skarbowych spadła poniżej 1 proc.
Jeszcze większa niepewność dotyczy rzeczywistej i prognozowanej koniunktury gospodarczej w Chinach. W tym roku indeks Shanghai Composite przełamał trwający od początku 2013 r. trend spadkowy i jest najwyżej od grudnia 2013 r. To może być skutek polityki rządu, który silnie ingeruje w gospodarkę i stara się nie dopuścić z jednej strony do jej przegrzania, a z drugiej do nadmiernego wyhamowania.
– Były oceny, że ta gospodarka rozwija się w tempie około 7-7,5 proc. Później okazało się, że dynamika spada, wówczas część inwestorów zaczęła panikować. Ale okazuje się znowu, że w końcówce roku gdzieś tam te prognozy idą znowu w kierunku 7,5 proc. Można to skonstatować w taki sposób, że tam jest ciągle bardzo dużo ręcznego sterowania i planowania. Jeżeli ktoś powie, że ma być 7,5, to później jest to 7,5 wzrostu PKB. Ja o Chiny w tej całej tej układance oczywiście bym się obawiał, ale najmniej – podsumowuje prezes Noble Funds TFI.
Na budowie gazoportu w Świnoujściu prace są zaawansowane w ponad 90 procentach, ale to, co pozostało, to kluczowe elementy, na które składają się m.in. próby rozruchowe. Pod koniec roku zostanie podjęta decyzja o ewentualnej rozbudowie, która pozwoliłaby zwiększyć możliwości terminalu o ok. 50 proc. do 7,5 mld metrów sześciennych gazu rocznie.
– Kończymy fazę budowlaną i przechodzimy do fazy rozruchowej. Zakładamy, że koniec fazy budowlanej nastąpi na przełomie 2014 i 2015 roku, tak żeby w kolejnych miesiącach przejść przez rozruchy i by terminal był gotowy do odbioru komercyjnych dostaw już w 2015 roku – mówi agencji Newseria Maciej Mazur, rzecznik prasowy inwestora, spółki Polskie LNG.
Do ukończenia prac brakuje już niewiele, kilka procent, choć jak podkreśla Mazur, to kluczowe elementy, m.in. próby rozruchowe na różnych surowcach, od azotu po LNG.
– To jest operacja, która jest podzielona na 650 mniejszych systemów i podsystemów. Każdy z nich musi się zakończyć, by mógł się rozpocząć kolejny. Stąd 8 proc. rzeczywiście może trwać, ale dla nas najważniejszy nie jest czas, lecz jakość i bezpieczeństwo tej inwestycji, bo ona ma służyć Polsce przez kolejnych 40-50 lat – podkreśla Mazur.
Mimo problemów z wykonawcą, który w połowie lipca br. zażądał podpisania aneksu do umowy z inwestorem, rzecznik spółki Polskie LNG nie spodziewa się, aby inwestycja miała zostać opóźniona lub by jej koszt okazały się wyższe niż planowano. Budowa terminalu wyniesie 3 mld zł, z czego 2,4 mld zł to kontrakt z konsorcjum na czele z włoską firmą Saipem.
– Terminale LNG jako inwestycje skomplikowane i złożone narażone są na wiele perturbacji. We Francji podobna inwestycja została oddana 36 miesięcy po terminie, we Włoszech – 27, w Wielkiej Brytanii – kilkanaście miesięcy. To naturalne, że wykonawca składa roszczenia. Nie ma jednak zagrożenia, że zejdzie z budowy. Naszym wspólnym celem jest zbudować ten terminal tak, by był jak najwyższej jakości, i nie otrzymujemy żadnych sygnałów, by było to w jakikolwiek sposób zagrożone – mówi Maciej Mazur
Zgodnie z planem dwa zbiorniki terminalu będą mógł przyjmować rocznie do 5 mld metrów sześciennych gazu. Rozważana jest budowa trzeciego zbiornika i powiększenie tzw. mocy regazyfikacyjnej terminalu do 7,5 mld metrów sześciennych.
– Obecnie trwają analizy – mówi rzecznik spółki Polskie LNG. – Rozwój rynku LNG na świecie, a w szczególności w basenie Morza Bałtyckiego, wskazuje, że taka rozbudowa byłaby zasadna. Terminal mógłby wyjść naprzeciw oczekiwaniom armatorów statkowych, którzy muszą przerzucić się z mazutu na paliwo mniej kaloryczne, takie jak LNG. Rozważamy również budowę dodatkowego stanowiska statkowego.
Ewentualną rozbudowę, jak podkreśla rzecznik, będzie można prowadzić niezależnie od stopnia ukończenia podstawowej inwestycji i eksploatacji dwóch pierwszych zbiorników. Decyzja w tej sprawie ma zostać podjęta na przełomie 2014 i 2015 roku.
Obecnie, jak informuje Maciej Mazur, na budowie gazoportu przeprowadzana jest próba wodna. Do pierwszego zbiornika, w którym będzie przechowywany skroplony gaz, wtłaczana jest woda morska. Celem jest sprawdzenie wytrzymałości i weryfikacja sposobu osiadania instalacji.
– Wtłaczamy 100 tys. metrów sześciennych, czyli 100 mln litrów wody morskiej – tłumaczy Mazur. – To jest obciążenie, któremu będzie poddany docelowo zbiornik wypełniony 160 tys. metrów sześciennych LNG. To gigantyczna waga. Tyle waży tysiąc samolotów Dreamliner. Zbiornik musi osiadać w normach: nie może ani za mało, ani za dużo. Próby na pierwszym zbiorniku wypadły bardzo pozytywnie.
Jeśli chodzi o fazę budowlaną to pozostały jeszcze prace wykończeniowe oraz sprawdzenie, czy cała instalacja funkcjonuje bez zarzutu i zgodnie z założeniami. Obecnie na budowie pracuje około 1,5 tys. osób. Prace są prowadzone na wszystkich obszarach terminalu – zarówno w części morskiej, jak i lądowej.
Według Ministerstwa Gospodarki zużycie gazu ziemnego w Polsce wyniosło w ub. roku blisko 16 mld metrów sześciennych. Z tej ilości w ramach kontraktu jamalskiego z Federacji Rosyjskiej sprowadzono ok. 9 mld (ok. 56 proc. zużycia i 77 proc. dostaw z zagranicy). Bilans Polski uzupełniany jest krajowym wydobyciem. W ub. roku do systemu trafiło ok. 4,3 mld metrów sześciennych pochodzącego ze złóż na terenie Polski surowca. Terminal do odbioru gazu LNG w Świnoujściu ma być istotnym elementem bezpieczeństwa energetycznego kraju w kontekście dywersyfikacji dostaw.
W lipcu liczba pasażerów obsługiwanych przez gdańskie lotnisko zwiększyła się o 26,9 proc. w stosunku do lipca 2013 r. Jak zapowiada prezes Portu Lotniczego w Gdańsku, lotnisko w tym roku obsłuży ponad 3 mln pasażerów. Rozwijane będą regionalne połączenia z Niemcami i krajami skandynawskimi. W planach jest również rozwój kierunków południowych, ale na ten temat na razie toczą się rozmowy z przewoźnikami. Zarząd portu liczy również na większy ruch na trasach krajowych.
– Obawialiśmy się, że nie uda nam się obsłużyć w tym roku trzech milionów pasażerów – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Kloskowski, prezes zarządu Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy. – Okazuje się, że zrobimy to z wielkim zapasem. Jeżeli w najbliższych latach uda się utrzymać wzrost między 5 a 10 proc. rocznie, będzie to bardzo dobry i godny Gdańska rezultat.
Jak informuje Kloskowski, lotnisko specjalizuje się obecnie w trzech kierunkach. Z połączeń do Niemiec, które są traktowane priorytetowo, korzystają przede wszystkim przedsiębiorcy prowadzący z naszym zachodnim sąsiadem wymianę gospodarczą. Drugi popularny kierunek to Wielka Brytania i połączenia z Londynem.
– Naszą perełką jest Skandynawia – wskazuje Kloskowski. – Mamy najlepiej rozwinięta sieć w Polsce, lepszą nawet niż port w Warszawie i staramy się ją dopieszczać. Oczywiście mieszkańcy naszego regionu błagają o słońce, czyli o kierunki południowe. Z tym mamy najtrudniej ze względu na północną lokalizację. Ale w przyszłości planujemy z przewoźnikami pewne rozwiązania. Jeżeli się powiodą, mam nadzieję, że Polacy będą zadowoleni.
Również kierunki krajowe z Gdańska będą rozwijane. Na ten segment stawia m.in. przewoźnik Ryanair. Jak podkreśla prezes portu, oferta ta będzie kierowana do pasażerów, którzy obecnie korzystają z połączeń autobusowych, kolejowych lub podróżują własnymi pojazdami.
– Mamy połączenia do Modlina, Krakowa i Wrocławia – informuje Kloskowski. – To jest dosyć ważny segment, który w najbliższych latach powinien się rozwijać i być może zastąpić OLT. Oczywiście nie w takiej samej skali. Połączenia Ryanaira oparte są o rachunek ekonomiczny. Myślę, że ten eksperyment może być rewolucją na krajowym rynku.
Niesławny OLT przyniósł lotnisku jednak pewne korzyści. Jak wskazuje Kloskowski, wielu pasażerów, którzy wcześniej podróżowali autem, koleją czy autobusem, postanowiło wypróbować krajowe połączenia lotnicze.
– Gdy przekonali się, że podróż do Krakowa, Warszawy czy Wrocławia może trwać nie dłużej niż 1,5 godziny, mieli później opory, aby korzystać z kolei czy samochodu – mówi prezes zarządu Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy. – Jeżeli więc cena Ryanaira będzie bliska innym rodzajom transportu, to sukces jest murowany.
Gdański port lotniczy liczy na zwiększony ruch wraz z rosnącym zainteresowaniem turystów Pomorzem. Pomóc w tym ma prowadzona na zagranicznych rynkach kampania promocyjna regionu. Dziś większość pasażerów to Polacy, ale już ok. 25 proc. ruchu generują przyloty w celach turystycznych.
– Z tych 25 proc. najwięcej mamy turystów ze Skandynawii, Niemiec i co ciekawe, z Hiszpanii. Zwiększone zainteresowanie województwem pomorskim wiążemy przede wszystkim z tzw. efektem Euro. Turyści odkryli wtedy, że w naszym regionie nie ma białych niedźwiedzi na ulicach i Wschód, wcześniej uważany za dziki, jest jednak cywilizowany. W Hiszpanii gospodarka powolutku się odbija, także myślę, że ten kierunek ma dobre rokowania – wskazuje Kloskowski
Na lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku w lipcu obsłużono blisko 373 tys. pasażerów, o 26,9 proc. więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej. W pierwszym półroczu wzrost wyniósł 12,5 proc. Statystykom lotniska pomogła dobra pogoda oraz wiele imprez sportowych i kulturowych.
Volvo zaprezentowało w Sztokholmie nową wersję największego w ofercie SUV-a, modelu XC90. Auto trafi do salonów w pierwszej połowie przyszłego roku, a w 2015 r. koncern chce sprzedać 50 tys. jego egzemplarzy. Połowa trafi do Stanów Zjednoczonych i Chin. Volvo XC90 ma być niezwykle bezpiecznym i luksusowo wykończonym modelem.
‒ To kontynuacja poprzedniego XC90, który był wielkim sukcesem Volvo. To pierwszy samochód na platformie SPA [Scalable Product Architecture, elastyczna platforma podwoziowa – red.]. Nowe XC90 pokazuje, jak w przyszłości będą wyglądać nasze samochody – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Henrik Svensson, senior commercial project leader w Volvo.
Nowy samochód to największy SUV (samochód sportowo-użytkowy) w ofercie Volvo. Zastępuje produkowany od 2002 r. model pierwszej generacji i trafi do salonów sprzedaży w 2015 r. Przedsprzedaż w internecie ruszy już we wrześniu w wersji limitowanej, a po kilku tygodniach w wersjach przeznaczonych do standardowej sprzedaży. Model XC90 będzie dostępny wyłącznie z silnikami czterocylindrowymi w dwóch wersjach benzynowych, dwóch z silnikami diesla i jednej, najmocniejszej, hybrydowej.
Jak zapowiadają przedstawiciele Volvo, nowy XC90 rozpoczyna odnowę całej gamy modelowej koncernu.
‒ W pierwszym roku chcemy sprzedać ok. 50 tysięcy samochodów, a w kolejnych latach ok. 80 tys. aut rocznie. Głównym rynkiem są Stany Zjednoczone, to największy rynek SUV-ów na świecie. Około 30 proc. naszych aut będzie sprzedawanych w USA. Również Chiny są dla nas niezmiernie ważne – to ok. 20 proc. naszej sprzedaży. Potem są duże rynki w Europie – Rosja, Wielka Brytania, Niemcy i oczywiście Szwecja – wylicza Svensson.
Nowy samochód ma być pierwszym krokiem do realizacji strategii Volvo, według której do 2020 r. w nowych autach tego producenta ma nie być wypadków śmiertelnych. Jak podkreśla Lotta Jakobsson, ekspertka ds. bezpieczeństwa w Volvo, ten cel będzie możliwy do osiągnięcia jedynie przy dobrej współpracy z władzami, które również muszą działać na rzecz poprawy bezpieczeństwa. W nowym modelu zastosowano technologie, które pozwalają nie tylko uniknąć obrażeń w trakcie kolizji, lecz przede wszystkim zapobiec wypadkom.
‒ Bardzo ważna jest funkcja automatycznego hamowania, która jest teraz w standardzie, a która dotyczy sytuacji na skrzyżowaniach. Inna ważna funkcja, dotyczy sytuacji, kiedy samochód wypada z trasy. Po pierwsze, pomagamy kierowcy, by w ogóle do takiej sytuacji nie doszło. Ale jeśli już to nastąpi, w aucie jest technologia, która przytrzymuje pasażerów w fotelach i zapewnia amortyzację przy zjechaniu na nierówny teren – wylicza Jakobsson.
Dodaje, że w XC90 znajdują się też rozwiązania, które przypominają kierowcom o potrzebie zrobienia przerwy i wspomagają zachowanie przez nich koncentracji. Inne rozwiązania utrzymują samochód na właściwym pasie jazdy. Automatyczne ściąganie pasów bezpieczeństwa unieruchamia kierowcę i pasażerów, a w opcjonalnym wyposażeniu możliwe jest też zamontowanie podobnego radaru z tyłu pojazdu – dodaje Mattias Bengtsson, który w koncernie odpowiada za technologie pozwalające uniknąć kolizji.
Poza bezpieczeństwem Volvo postawiło też na luksus. Robin Page, wiceprezes odpowiedzialny za design wnętrz, podkreśla, że najważniejszym elementem jest ekran dotykowy o przekątnej 12 cali, umieszczony na centralnej konsoli.
‒ To był punkt wyjścia w projektowaniu wnętrza. Chcieliśmy dać klientom to, do czego są przyzwyczajeni, korzystając z urządzeń mobilnych, jak iPad – wyjaśnia Page. ‒ Wokół tego zbudowaliśmy całą architekturę. Kluczem było utrzymanie skandynawskiego charakteru, prostych elementów wykończonych elementami najwyższej jakości. Do tego 4-5 perełek, na przykład dźwignia zmiany biegów z kryształem, pokrętło zmiany trybu jazdy z diamentowo wycinanym wykończeniem. To wszystko wprowadza jakość i daje efekt zachwytu, który powoduje, że klienci uśmiechają się w samochodzie.
Volvo zastosowało m.in. miękką skórę Nappa czy elementy z drewna orzechowego. Lity kryształ, który wbudowano w dźwignię zmiany biegów, wyprodukowała specjalizująca się w tego typu materiałach szwedzka firma Orrefors.
Niskie ceny ropy naftowej spowalniają wzrost cen towarów. Baryłka ropy Brent, dostępnej w Europie, kosztuje obecnie niecałe 103 dolary, a amerykańska ropa WTI ‒ niecałe 94 dolary. Pomimo niestabilnej sytuacji na wschodzie Europy i na Bliskim Wschodzie ceny mogą dalej spadać, bo słabe sygnały makroekonomiczne hamują popyt, a ograniczenie eksportu ropy z Rosji jest mało prawdopodobne.
‒ Choć obawiano się, że Rosjanie mogą zdecydować się na sankcje, które wpłyną na surowce energetyczne, również na ropę naftową, to na razie do niczego takiego nie doszło. Zresztą nie spodziewałabym się tego, ponieważ zakaz eksportu ropy naftowej z Rosji nie opłaca się ani Europie, ani samej Rosji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Dorota Sierakowska, analityczka Domu Maklerskiego BOŚ.
Ceny ropy naftowej Brent, wydobywanej na Morzu Północnym, oscylują od około roku w granicach 100-110 dolarów za baryłkę. Obecnie jej cena wynosi niespełna 103 dolary za baryłkę. Ropa WTI (West Texas Intermediate), którą handluje się głównie w Stanach Zjednoczonych, jest jeszcze tańsza i kosztuje obecnie 94 dolary za baryłkę. To znacznie mniej niż rekordowe poziomy obydwu wskaźników, które w 2008 r. sięgały nawet 140 dolarów za baryłkę.
Sierakowska ocenia jednak, że to nie koniec spadków. Ropa Brent może według niej spaść nawet poniżej 100 dolarów. Ceny amerykańskiej ropy obniża duża podaż i niewielki popyt, hamowany przez niezbyt optymistyczne sygnały makroekonomiczne płynące z tamtejszej gospodarki. Analityczka prognozuje jednak, że WTI utrzyma się na poziomie 92-93 dolarów. Zmienić może to interwencja krajów arabskich, dla których tak niskie ceny nie są opłacalne.
Tania ropa to natomiast bardzo dobry sygnał dla gospodarki.
‒ W wielu branżach wykorzystuje się różnego typu paliwa, więc spadające ceny ropy naftowej przekładają się na ceny paliw, co ma ogólnie korzystny wpływ na wiele branż, ponieważ obniża koszty przedsiębiorstw ‒ zaznacza Sierakowska. ‒ Spadające ceny surowców na ogół przyczyniają się później do niższej inflacji.
Na dalszy kierunek zmian wpłynie to, czy Amerykanie zdecydują się na eksport ropy naftowej. W Stanach od lat 70. obowiązuje prawny zakaz sprzedaży tego surowca za granicę. Z uwagi na nadwyżkę ropy w tym kraju możliwa jest jednak zmiana tej sytuacji.
‒ Jeżeli chodzi o wpływ Chin na notowania ropy, to z pewnością jest to wpływ od strony popytowej. Chiny są drugim największym po USA odbiorcą ropy naftowej na świecie, dlatego sytuacja gospodarcza w Chinach będzie bezpośrednio przekładała się na oczekiwania dotyczące globalnego popytu na ropę naftową – podkreśla Sierakowska.
Rośnie liczba polskich firm z certyfikatami zarządzania jakością. Zdobycie ich jest dla firmy nie tylko szansą na poprawę wiarygodności wśród partnerów biznesowych, lecz także metodą redukcji kosztów. Mniejsze firmy decydują się na wdrożenie procesów zgodnych ze standardami ISO, ale zdarza się, że nie ubiegają się o sam dokument.
‒ Certyfikacja porządkuje organizację, poprawia relacje biznesowe w całym łańcuchu dostaw. Samo wdrożenie systemu zarządzania jakością to przede wszystkim zmiana pracy całego zespołu dzięki wprowadzeniu wysokich standardów jakości w codziennym funkcjonowaniu firmy. Beneficjentem staje się nie tylko sama organizacja, lecz także wszyscy jej partnerzy biznesowi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Milena Zielińska, kierownik ds. rozwoju certyfikacji wyrobów w TÜV Rheinland Polska, firmie przyznającej certyfikaty zarządzania jakością.
Według Zielińskiej najwięcej firm było zainteresowanych certyfikatami w 2005 r. Był to efekt wstąpienia Polski do Unii Europejskiej i chęci nawiązania kontaktów biznesowych z firmami z zagranicy. Od tego czasu większość firm ubiegających się o certyfikat to przedsiębiorstwa, które odnawiają certyfikację, a nie ubiegają się o nią po raz pierwszy. Aplikacji związanych z odnowieniem dokumentu jest mniej więcej trzykrotnie więcej niż nowych certyfikacji – ocenia Zielińska. Aż ok. 90 proc. firm, które już uzyskały certyfikat, chce go utrzymać.
Najpopularniejszą normą, która podlega certyfikacji, jest ISO 9001. Zielińska przekonuje, że wdrożenie systemu zgodnego z wymaganiami tej normy jest dużą korzyścią dla firmy, choć wiąże się też z wydatkami.
‒ Bez wątpienia certyfikacja systemu zarządzania jakością poprawia konkurencyjność, relacje biznesowe i wiarygodność firmy. Bardzo często otwiera drzwi do realizacji inwestycji, bo w wymiarze krótkoterminowym oprócz zysków finansowych liczy się jakość i przewidywalność relacji biznesowych. Zaimplementowanie takiego standardu ma również wpływ na wynik ekonomiczny, ponieważ obniża koszty złej jakości – tłumaczy Zielińska.
Wyjaśnia, że taka certyfikacja może być pomocna w każdej branży – zarówno w branży IT, jak i w zakładach produkcyjnych. Coraz częściej o certyfikaty ubiegają się też jednostki publiczne, w tym szpitale i uczelnie. Zielińska dodaje, że poza certyfikacją na zgodność z ISO 9001 istnieją także inne normy, które regulują różne aspekty działalności firm, na przykład ISO 27001 to norma dotycząca zarządzania bezpieczeństwem informacji, a ISO 22000 to norma, która dotyczy zarządzania bezpieczeństwem żywności.
Nad wszystkimi normami czuwa Międzynarodowa Organizacja Standaryzacji (ISO), a certyfikaty są przyznawane przez niezależne firmy.
By otrzymać certyfikat, spółka lub jednostka publiczna musi wdrożyć zasady określone w wytycznych ISO. Dotyczą one zarządzania przedsiębiorstwem, struktury, komunikacji i uregulowania codziennej pracy. Zielińska jednak podkreśla, że samo wdrożenie tych procedur nie oznacza automatycznej certyfikacji.
‒ Przeważająca większość naszych klientów posiada certyfikowane standardy i systemy zarządzania. Natomiast bardzo dużo podmiotów małych, które nie mają takich budżetów czy potrzeb i nie współpracują z podmiotami z Europy Zachodniej, utrzymują systemy zarządzania bez certyfikacji dla swoich własnych – wyjaśnia Zielińska.
Przyznaje, że dla spółek to duży koszt, choć można go obniżyć poprzez współpracę z wyspecjalizowanymi firmami doradczymi. Certyfikacja jest szczególnie droga dla firm produkcyjnych, które muszą nie tylko dostosować organizację przedsiębiorstwa, lecz także często zainwestować w nowe urządzenia. Wydatki zwracają się jednak dzięki zwiększeniu wiarygodności i wynikającym z tego lepszym kontraktom. Często by w ogóle startować w przetargach publicznych lub walczyć o zamówienia od dużych firm prywatnych, spółki muszą wykazać się certyfikatami zarządzania jakością.
Obecnie trwają prace nad nową normą ISO 9001:2015, która zastąpi obecne wytyczne z 2008 r. Zieliński podkreśla, że za wcześnie, by mówić o dokładnym kształcie nowych regulacji, ale zapewne położą one większy nacisk na zaangażowanie najwyższego kierownictwa w działalność operacyjną firmy.
Ceny podręczników w tym roku są wyższe, ale nieznacznie. Wydawnictwa podniosły ceny o 1-4 proc. Księgarnie i sklepy nie mają jednak obowiązku trzymać się cen wydawców. Dlatego żeby nie przepłacić, przed zakupem podręczników rodzice powinni sprawdzić na stronach wydawnictw proponowane przez nich ceny.
– W księgarniach prowadzonych przez wydawców książki praktycznie nie zdrożały, kosztują 1-4 proc. więcej niż w zeszłym roku. Czyli jeśli ktoś w zeszłym roku za książki danego wydawcy zapłacił 100 zł, to w tym roku może to być 102 albo 104 zł, a w niektórych przypadkach 98 zł, ponieważ niektóre książki minimalnie staniały – mówi agencji Newseria Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych w Polskiej Izbie Książki.
Proponowana przez wydawców zmiana ceny nie oznacza, że w każdej księgarni będzie ona taka sama. Jak informuje Jarosław Matuszewski, podręczniki w cenach gwarantowanych przez wydawców można kupić jedynie w należących do nich księgarniach, głównie internetowych.
– Każdy z podmiotów ma swój punkt sprzedaży w sieci – informuje Matuszewski. – Można tam sprawdzić aktualne ceny, porównać do tych, które oferowane są w innych księgarniach, zobaczyć jak bardzo, książki podrożały w stosunku do ubiegłego roku.
Dlatego żeby nie przepłacić za komplet podręczników dla dziecka, rodzice powinni najpierw sprawdzić, jaki jest jego koszt sugerowany przez wydawców. Pomocne mogą być również porównywarki cen, które pozwolą wybrać najlepszą ofertę w sklepach internetowych.
– Z naszych doświadczeń wynika, że tzw. box, czyli komplet podręczników, np. do drugiej klasy szkoły podstawowej, który u wydawcy kosztuje 259 zł, na rynku oferowany jest w cenie od 220 do 320 zł. Rozpiętość jest zatem spora – podkreśla Matuszewski.
Jego zdaniem można na rynku znaleźć atrakcyjne ceny i choćby z tego powodu nie warto zostawiać zakupów na ostatnią chwilę.
– Książki nie zdrożały u wydawców, mogły podrożeć w poszczególnych punktach sprzedaży, stacjonarnych czy internetowych. To już decyzje właścicieli tych sklepów – mówi przedstawiciel Sekcji Wydawców Edukacyjnych PIK.
Oni również, jak zauważa Matuszewski, znajdują się pod presją, co ma związek z wprowadzaną reformą.
– W tym roku po raz pierwszy na rynek wchodzi bezpłatna książka do pierwszej klasy. Księgarze w tym roku nie będą mieli obrotu z tytułu sprzedaży podręczników dla pierwszoklasistów. W przyszłym odejdą obroty z handlu podręcznikami dla drugoklasistów oraz uczniów klas czwartej szkoły podstawowej i pierwszej gimnazjum. Z pewnością większe szanse pozostania na rynku mają ci sprzedawcy, którzy nie ograniczają się jedynie do handlu książką edukacyjną – mówi Matuszewski.
I przytacza dane z analizy przeprowadzonej przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, według której funkcjonowanie 1,8 tys. księgarni, czyli ponad trzech czwartych rynku, jest poważnie zagrożone.
CD Projekt ma już pomysły na kolejne gry mobilne po „The Witcher Battle Arena”, który ma być dostępny jesienią w wersji testowej. Spółka podejmie szczegółowe decyzje dopiero po tym, jak będą znane pierwsze wyniki sprzedaży „Wiedźmina” w wersji na tablety i smartfony. Rozwój segmentu mobilnego jest jednak priorytetem dla CD Projekt, ponieważ pozwala ograniczyć ryzyko biznesowe i ułatwia generowanie stabilnych przychodów.
– To jest duży rynek i bardzo szybko rosnący. „The Witcher Battle Arena”, czyli nasza gra mobilna, która właśnie wychodzi w zamkniętej becie, została zaprojektowana na tablety i komórki, ale głównie na tablety. Z czasem rynek gier mobilnych i rynek gier konsolowych będą się coraz bardziej przenikać, dlatego warto na nim być również ze strategicznego punktu widzenia. Już dziś można na tym rynku zarabiać – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Kiciński, prezes zarządu CD Projekt.
Kiciński zwraca uwagę na to, że specyfika gier mobilnych pozwala obniżyć ryzyko biznesowe każdego z projektów, ponieważ są one bardziej elastyczne po stronie kosztów. W przypadku dużych gier całe nakłady mają miejsce przed premierą produktu, kiedy można jedynie szacować sprzedaż i zyski.
– Gry mobilne, jak choćby „Battle Arena”, to coś w rodzaju serwisu. Startuje się z niedużym produktem, który się cały czas rozbudowuje, w międzyczasie dochodzą kolejni klienci, dzięki czemu można bardzo dobrze skalować koszty, co obniża ryzyko, a koszty wstępne są stosunkowo nieduże w porównaniu z kosztami, które ponosi się przy tworzeniu dużych gier. Z czasem, jeśli gra się spodoba, można stopniowo zwiększać budżet i czerpać miesiąc w miesiąc przychody – wyjaśnia prezes CD Projekt.
W przypadku gier na PC lub konsole przychody koncentrują się w pierwszych tygodniach po premierze, po czym stopniowo się obniżają. CD Projekt liczy na to, że dzięki marce, jaką udało się zbudować „Wiedźminowi”, i dalszemu rozszerzaniu gry mobilnej strumień przychodów zostanie utrzymany przez dłuższy okres. Dlatego też spółka zdecydowała się zrobić na razie tylko jedną, droższą grę „The Witcher Battle Arena”, choć teoretycznie mogłaby jeszcze zdywersyfikować ryzyko, produkując kilka tańszych gier.
Z drugiej jednak strony ryzyko jest ograniczone dzięki przywiązaniu graczy do marki oraz unikalności produktu, w który CD Projekt zainwestował już w przeszłości.
– Na rynku gier mobilnych przeważającą większość stanowią tzw. gry casualowe, czyli dla niedzielnego gracza, dla ludzi, którzy przez chwilę pograją sobie w „Angry Birds”. Oczywiście to jest fenomenalny produkt, bardzo chciałbym, żeby nasza firma miała taki sukces. Natomiast bardzo trudno jest się przebić z tego typu produktem, bo tych prostych, casualowych gier pokazuje się rocznie tysiące. W związku z tym szansa na to, że nasza gra będzie lepsza od tysięcy innych gier, jest stosunkowo nieduża. Natomiast nasza „TheWitcher Battle Arena” jest grą z gatunku MOBA, czyli Multiplayer Online Battle Arena, a takich gier mobilnych na rynku jest kilka – uważa Adam Kiciński.
Kiciński dodaje, że żadna z konkurencyjnych gier mobilnych nie osiągnęła jeszcze dużego komercyjnego sukcesu. Coraz więcej posiadaczy PC ma już jednak tablety, dlatego istnieje potencjał do wzrostu rynku. Pierwsza gra mobilna CD Projekt ma być dostępna jesienią dla wybranych użytkowników w testowej wersji. Zdaniem spółki pierwsze reakcje graczy w czasie pokazów były bardzo przychylne, ale decyzje odnośnie dalszego rozwoju segmentu mobilnego będą podjęte już po oficjalnej premierze „The Witcher Battle Arena”.
– Pytanie oczywiście, ilu graczy będzie grało i jak długo? Tego nie wiemy. To jest pierwsza gra mobilna, pewien eksperyment. Chcemy jednak, żeby ta część związana z rynkiem mobilnym była rozwijana i stawała się coraz mocniejszą kategorią w naszym biznesie, bo charakter biznesowy tego przedsięwzięcia jest bardzo dobry – podsumowuje prezes CD Projekt.
Zmiana w podejściu do ochrony znaków towarowych może okazać się kosztowna dla przedsiębiorców. Czarno-białe znaki nie są już uznawane za tożsame z innymi wariantami kolorystycznymi. Z tego powodu część przedsiębiorców, aby w pełni chronić własność intelektualną, będzie zmuszona do zarejestrowania każdej używanej przez nich wersji kolorystycznej znaku z osobna.
– Obecnie znaki towarowe, które zostaną zarejestrowane tylko w tonacji czarno-białej bądź w odcieniach szarości, czyli w trzech głównych wariantach, nie będą rozszerzać swojej ochrony dla kolorowych oznaczeń – mówi agencji Newseria Biznes Marek Porzeżyński, prawnik w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.
Te zmiany to efekt przyjętych w kwietniu wytycznych w zakresie ochrony znaków towarowych wypracowanych w ramach programu konwergencji koordynowanego przez unijny Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego. Jak podkreśla polski Urząd Patentowy, wytyczne mają pomóc w ujednoliceniu praktyki urzędów w zakresie określania podobieństwa i identyczności zarejestrowanych znaków czarno-białych (lub w skali szarości) i zgłoszonych znaków kolorowych w przypadkach zastrzeżenia pierwszeństwa, względnych podstaw odmowy i rzeczywistego używania.
W tym pierwszym przypadku przyjęto, że znak towarowy czarno-biały, dla którego zastrzegane jest pierwszeństwo, nie jest identyczny z tym samym znakiem w kolorze, chyba że różnice kolorystyczne są nieznaczne. Nieznaczna różnica to taka, którą konsument dostrzegłby wyłącznie przy porównaniu znaków zestawionych ze sobą. W praktyce oznacza to, że jeżeli zastrzeżono pierwszeństwo dla znaku towarowego w czarno-białej wersji kolorystycznej, a kolejnego zgłoszenia dokonuje się dla jego kolorowej odmiany, wówczas znaki te nie będą uznawane za identyczne, w związku z czym zastrzeżenie pierwszeństwa nie będzie obowiązywać, chyba że różnice są nieznaczne – wyjaśniono w komunikacie Urzędu Patentowego RP.
Do tego czasu postępowania różniły się w zależności od kraju.
– Polski Urząd Patentowy miał na przykład taką praktykę, że zarejestrowany znak towarowy czarno-biały bądź w odcieniach szarości również rozszerzał swoją ochronę na znaki towarowe używane w wariancie kolorystycznym – przypomina Porzeżyński.
Zdaniem eksperta nowe przepisy w przypadku większości firm nie będą oznaczały konieczności rejestrowania dodatkowych znaków. Jeśli różnice kolorystyczne są nieznaczne, wystarczy rejestracja jednej wersji kolorystycznej. Jeśli jednak dana firma używa do oznaczenia różnych linii produktów innych kolorów znaku, to aby skutecznie chronić swoją własność intelektualną, powinna zarejestrować każdą z nich.
– Przedsiębiorcy, którzy mają już zarejestrowane znaki towarowe, powinni ponownie zastanowić się, czy własność intelektualna w ich przedsiębiorstwie jest odpowiednio chroniona. Wiąże się to oczywiście z kosztami i zależy od skali działalności danej marki. Rejestracja jednego znaku towarowego wiąże się z jednym kosztem rejestracyjnym i jednym kosztem przedłużania ochrony. Taka opłata wnoszona jest co dziesięć lat – mówi prawnik.
Jednorazowa opłata to wydatek 550 zł (w postaci elektronicznej – 500 zł), za przedłużenie okresu ochronnego trzeba zapłacić, w zależności od klasy towarowej, 400 lub 450 zł.
W Polsce wytyczne zaczęły obowiązywać w połowie lipca br., podobnie jak w niektórych innych krajach UE. Nie będą one obowiązywały m.in. w Szwecji, Danii i Norwegii. Ponadto urzędy we Włoszech, Francji i Finlandii w ogóle nie uczestniczą w tym projekcie.
Ponad połowa internautów przyznaje się do tego, że świadomie ściąga z sieci filmy, muzykę i inne dobra kultury. Tylko 30 proc. jednak uważa, że to kradzież – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie portalu Legalna Kultura. Pozostali pobierają pliki z pirackich serwisów bez zahamowań. Eksperci PwC wyliczyli, że gospodarka traci na piractwie wideo 500-700 mln zł.
Co drugi internauta nie potrafi rozróżnić źródeł, z których korzysta. Również niewiele osób wie, jakie portale legalnie udostępniają filmy, muzykę czy materiały graficzne. Co więcej, już samo hasło „legalne źródło plików” kojarzy im się z wysokimi opłatami.
– Nie chodzi o to, żeby sprawdzać to, kto ile pobrał i dlaczego. Chodzi o to, żeby ludzie mieli świadomość, że istnieją w internecie miejsca, jak serwisy VOD, różnego rodzaju domeny publiczne, w których rzeczy są udostępniane i płatnie, i bezpłatnie, ale wszystkie legalnie. A ta legalność udostępniania jest właśnie najważniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Pawłowski, dziennikarz Legalnej Kultury.
Artyści podkreślają, że pobierając legalnie pliki z sieci, kupując płyty czy bilety do kina, można przyczynić się do rozwoju kultury. Czerpanie zysków z nielegalnego rozpowszechniania muzyki, filmów czy zdjęć w internecie szkodzi twórcom i instytucjom kultury, a w konsekwencji ogranicza możliwości tworzenia.
– Na piractwie najbardziej cierpi kino, ono jest najbardziej poszkodowane. Od kiedy pojawiły się takie serwisy, jak Spotify czy Deezer, ludzie częściej pobierają muzykę czy słuchają jej legalnie. Z kolei gry komputerowe są zabezpieczone w taki sposób, że trudno jest je piratować, po drugie, ta branża najlepiej uporała się z problemem piractwa, zabezpieczając się różnego rodzaju prawnymi rozwiązaniami – tłumaczy Rafał Pawłowski.
Straty dla twórców mogą być znaczące. Szacunki PwC mówią, że w wyniku piractwa wideo w internecie w ubiegłym roku wartość utraconego PKB wyniosła 500-700 mln zł. Z tego nawet 250 mln zł traci Skarb Państwa. Kwota ta stanowi równowartość rocznych wydatków resortu kultury na teatry.
PwC szacuje, że roczny wzrost piractwa w kraju do 2018 roku może wynieść między 29 a 54 proc. To oznacza, że w najbardziej pesymistycznym scenariuszu straty gospodarki z tego tytułu przekroczyłyby 6 mld zł (czyli dwukrotność budżetu MKiDN).
Ograniczaniu skali piractwa mają służyć takie inicjatywy, jak kampania Legalna Kultura. Jej celem jest m.in. zbudowanie bazy legalnych źródeł plików oraz stworzenie miejsca, w którym będzie można znaleźć porady prawne dotyczące ściągania materiałów z sieci. Projekt Legalna Kultura popierają m.in. Maja Ostaszewska, Andrzej Chyra, Piotr Najsztub i Antoni Królikowski.
– Wydaje mi się, że to nie jest do końca możliwe, żeby ludzie nie ściągali filmów, muzyki i innych dóbr kultury i sztuki z internetu, ponieważ są bardzo łatwo dostępne. Ale trzeba pracować nad tym, żeby jednocześnie za to w jakiś sposób płacili. Kradzież to przecież wstyd – mówi aktor Antoni Królikowski.
Choć przez większą część środowej sesji oba indeksy największych spółek na GPW pozostawały nad kreską, ostatecznie zakończyły notowania na minimalnym minusie.
WIG30 stracił ostatecznie 0,05 proc., a WIG20 – 0,06 proc. Pozostałe indeksy odnotowały wzrosty, WIG50 zyskał niemal 1 proc.
Liderem wzrostów wśród największych spółek okazała się ponownie JSW, która zyskała 2,74 proc.
Natomiast słabą sesję zaliczyły spółki energetyczne z WIG-u30. PGE straciła najmocniej, bo 1,72 proc. Enea – 1,56 proc., Tauron – 1,54 proc., a Energa 1,18 proc.
Obroty na głównym rynku wyniosły niespełna 703 mln zł, w tym na WIG-u30 – 631 mln zł.
MSP przygotowuje założenia do projektu ustawy, w myśl której niektóre przejęcia będą wymagać zgody ministra skarbu państwa.
MSP przygotowuje projekt ustawy umożliwiającej kontrolę zagranicznych inwestycji kapitałowych w Polsce. Zakłada on, że w niektórych przypadkach zakup lub sprzedaż akcji i udziałów polskich firm będzie wymagać zgody ministra skarbu państwa.
– Przykład Azotów, które obroniliśmy przed wrogim przejęciem dzięki skutecznej konsolidacji pokazuje, że potrzebujemy efektywnych narzędzi do ochrony naszego rynku i naszych interesów – zapowiedział w sejmie Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa.
Regulacje, które zaproponuje MSP mają być wzorowane na podobnych rozwiązaniach wprowadzonych już w Niemczech, Austrii, Francji, Włoszech i krajach anglosaskich, podkreśla ministerstwo. Założenia do ustawy przygotowywanej przez MSP zostaną przedstawione jeszcze jesienią.
– Polska była i jest otwarta na zagraniczne inwestycje kapitałowe, ale zdarza się, że intencje inwestorów nie zawsze są zbieżne z interesami polskiej gospodarki. Będziemy chronić nasze strategiczne aktywa, ale oczywiście w zgodzie ze światowymi standardami – powiedział Włodzimierz Karpiński.
MSP przygotowało projekt projekt ustawy, która ma ułatwić poszukiwanie i wydobycie gazu łupkowego.
Ministerstwo Skarbu Państwa przygotowało projekt ustawy, która ma który uprości procedury administracyjne związane z poszukiwaniem, wydobywaniem i przesyłaniem węglowodorów, powiedział w sejmie Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa. Spółki Skarbu Państwa do 2016 r. mają według szefa resortu zainwestować w poszukiwania tego surowca około 5 mld zł.
Projekt ustawy przygotowany przez MSP przewiduje skrócenie ustawowych terminów rozpatrywania spraw przez organy administracji oraz terminów odwoławczych, wskazanie jednego organu administracji jako głównego decydenta; ma nim być wojewoda. Uzgodnienia, pozwolenia, opinie, zgody i stanowiska mają być zastąpione poprzez niewiążące opinie. Wprowadzona ma być także zasada domniemania opinii pozytywnej.
– Bezpieczeństwo i niezależność energetyczna Polski jest priorytetem rządu i polityki właścicielskiej ministra skarbu, który nadzoruje strategiczne spółki energetyczne. Stawiamy na poszukiwanie własnych surowców i maksymalne wykorzystanie krajowych zasobów. Chcemy skorzystać z szansy na niezależność energetyczną, jaką mogą być występujące w Polsce zasoby gazu łupkowego – powiedział Włodzimierz Karpiński.
W te wakacje chętniej wyjeżdżamy na wczasy. Dwutygodniowy urlop weźmie blisko połowa pracujących klientów banku – wynika z ankiety ING Banku Śląskiego.
Polscy konsumenci mają za sobą dwa chude lata, podczas których szukali sposobów równoważenia domowych budżetów. Rozważając wydatki z których mogą zrezygnować, często wybór padał na wyjazdy wakacyjne. Gdy w drugiej połowie ubiegłego roku pojawiło się dynamiczne ożywienie, poprawiające nastroje konsumentów, przyszła pora na zrekompensowanie sobie okresu wyrzeczeń.
Ankieta przeprowadzona wśród klientów ING Banku Śląskiego wykazała znaczący przyrost odsetka osób planujących wyjazd wakacyjny w tym roku. Dwa lata temu wczasy planowało dwie trzecie pracujących respondentów (66%), dziś już czterech na pięciu (82%). Co więcej, wakacyjne wyjazdy są zdecydowanie dłuższe. Dwa lata temu „na parę dni” planowało wyjechać 20% badanych, teraz już tylko 10%. Wzrosła natomiast liczba osób planujących ponad 10-dniowe wakacje – w tym roku zadeklarowało tak 48% respondentów, w 2012 roku tylko 20%.
Warto nadmienić, że wyjazdy kilkudniowe nie kwalifikują się w oczach respondentów jako pełnowartościowe „urlopy”. Gdy zapytaliśmy ich o to czy wczasy spędzą w Polsce czy za granicą, 38% wskazało, że nigdzie nie jedzie, bo unika większych wydatków. Z kolei w przypadku pytania o długość planowanego urlopu, tylko 18% respondentów odpowiedziało, że nie planuje brać żadnych wolnych dni w te wakacje.
Taka zmiana w podejściu do wyjazdów wakacyjnych może odbić się na wynikach gospodarki, bo urlop poza krajem oznacza, że za granicę ucieka też siła nabywcza letników. Poza tym, niezależnie dokąd jedziemy, zakład pracy ma obniżone moce produkcyjne. Nasze badanie wskazuje zarówno na przyrost odsetka urlopów zagranicznych jak i, nawet większy, urlopów krajowych. Wielki powrót wakacyjnych wyjazdów zostawia więc pewne nadzieje na to, że obserwowana od kilku miesięcy słabość wyników prezentowanych przez gospodarkę to efekt wzmożonego urlopowania. Obawiamy się jednak, że faza dynamicznego ożywienia jest już za nami i na wyższy wzrost gospodarczy niż 3,4% r/r odnotowane w I kwartale przyjdzie nam poczekać do połowy przyszłego roku.
Qumak zwiększył w I półroczu przychody o niemal jedną trzecią do 293,2 mln zł. Zarobił też 4 mln złotych wobec ubiegłorocznej straty tej samej wysokości.
Przychody spółki informatyczno-technologicznej Qumak wzrosły o 32 proc. rdr do poziomu 293,2 mln zł. Zysk firmy to 4 mln zł i jest to znaczna poprawa wobec straty netto 4,1 mln zł rok wcześniej.
Najwięcej przychodów, bo 47,76 proc. pochodzi z segmentu Infrastrukturalne Technologie IT. To jest wzrost znaczenia segmentu, który stał się w ten sposób największym segmentem w strukturze grupy, ponieważ w I poł. 2014 r. segment miał 32,52 proc. udziałów w przychodach.
Spadł natomiast udział w przychodach segmentu Serwis i outsourcing specjalistów IT, który dominował jeszcze rok temu. W I półroczu ub.r. wygenerował 43,61 proc. przychodów grupy, a na koniec czerwca 2014 było to tylko 12,25 proc.
Prezes spółki Qumak Paweł Jaguś poinformował w środę na konferencji o planach nowego projektu biznesowego. Szczegóły spółka przedstawi we wrześniu.
Grupa ENERGA podpisała porozumienie o współpracy z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie. List intencyjny zakłada realizację wspólnych projektów w ramach Centrum Energetyki oraz kształcenie przyszłych absolwentów AGH w specjalizacjach zgodnych z profilem działalności Grupy ENERGA.
Dokument dotyczy między innymi współpracy w zakresie realizacji projektów służących rozwijaniu i wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań technologicznych, a także inicjowaniu wspólnych prac badawczo-rozwojowych. Służyć temu ma Centrum Energetyki AGH, które będzie stanowić miejsce połączenia wiedzy naukowej z biznesem. Centrum składa się z 38 specjalistycznych zespołów laboratoryjnych, które będą służyć m.in. badaniom w zakresie tzw. czystych technologii węglowych, badaniom nad biomasą, fotowoltaiką, energią jądrową, generacją energii z odpadów, czy sieciami przesyłowymi. Centrum będzie jednostką wykonawczą w obszarze biznes i rozwój dla przedsiębiorstw energetycznych, zarówno dla realizacji projektów o znaczeniu korporacyjnym, jak i w przypadku dużych, kluczowych gospodarczo projektów sektorowych.
– Propozycja niniejsza jest przeciwstawieństwem dotychczasowego modelu realizacji przedsięwzięć innowacyjnych, w którym dominowała rozproszona współpraca z zespołami naukowymi, inicjowana często przez te zespoły. Wyzwania stojące w nowej perspektywie finansowej wymagają podjęcia zagadnień kluczowych dla wzrostu konkurencyjności całej gospodarki reprezentowanej przez poszczególne sektory, zatem rola wiodąca winna przypaść przedsiębiorstwom m.in. takim jak ENERGA. Istotnym elementem strategii Centrum Energetyki AGH jest stworzenie podstaw pod trwałą, długookresową współpracę z ENERGĄ – twierdzi prof. dr hab. inż. Wojciech Nowak, Dyrektor Centrum Energetyki AGH.
– Wierzę, że współpraca Grupy ENERGA oraz tak znakomitej uczelni, jaką jest Akademia Górniczo-Hutnicza, czyli środowiska biznesu i nauki, będzie kluczem do rozwoju i wzrostu innowacyjności branży energetycznej. Duże oczekiwania w zakresie implementacji rozwiązań naukowych w biznesie wiążemy z powstającym przy Akademii Centrum Energetyki. Jako firma, która w coraz większym stopniu wykorzystuje inteligentne rozwiązania, wdrażając m.in. smart grid, jesteśmy szczególnie zainteresowani projektami w zakresie dystrybucji energii – podkreśla Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu ENERGA SA.
Porozumienie przewiduje, że segment dystrybucji Grupy ENERGA, będzie brał aktywny udział w pracach nad wspólnymi projektami w zakresie przesyłu i rozdziału energii elektrycznej.
Poza realizacją projektów badawczo-rozwojowych i komercjalizacją wyników badań, porozumienie między AGH i Grupą ENERGA obejmuje także współpracę w zakresie organizowania praktyk zawodowych, staży i szkoleń dla studentów oraz prowadzenia przez pracowników Grupy warsztatów i zajęć na różnych etapach kształcenia.
Akademia Górniczo-Hutnicza podpisała dotychczas podobne porozumienia o współpracy między innymi z takimi firmami jak: Siemens, Lotos czy KGHM.
AGH jest uznanym w międzynarodowym środowisku naukowym uniwersytetem, prowadzącym działalność badawczą i edukacyjną w zakresie nauk ścisłych stanowiących podstawę rozwoju maksymalnie szerokiego spektrum nauk stosowanych. Uczelnia wspiera wszelkie działania mające na celu tworzenie silnych zespołów badawczych: międzywydziałowych, międzyuczelnianych i międzynarodowych. Prowadząc badania naukowe, na wysokim światowym poziomie, w różnych dziedzinach i dyscyplinach naukowych zapewnia wysoki poziom kształcenia i rozwoju kadry, który stanowi jeden z fundamentalnych elementów funkcjonowania i pozycji uczelni.
Premier Donald Tusk rozdaje pieniądze. W swoim wystąpieniu przed Sejmem zapowiedział podwyżkę rent i emerytur o co najmniej 36 zł. Rząd ma również zamiar wesprzeć politykę prorodzinną. 400 mld złotych z nowej unijnej perspektywy zostanie rozdysponowane przez samorządy.
– Obecnie emerytury i renty waloryzowane są o wskaźnik inflacji oraz 20% realnego wzrostu płac. Obecnie inflacja jest bliska zeru, a wynagrodzenia rosną w tempie ok. 3,5%. Przy aktualnych zasadach waloryzacja emerytur wyniosłaby ok. 1 %. Przeciętna emerytura wzrosłaby co najwyżej o 20 zł. Ustalenie minimalnego wzrostu na poziomie co najmniej 36 zł jest korzystne dla większości emerytów i rencistów – przekonuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Plan Marshalla dla samorządów
Premier zapowiedział, że w najbliższych latach każde województwo w Polsce otrzyma ok. 15-20 mld zł na wykorzystanie środków UE. W sumie łącznie na politykę spójności wydamy 400 mld zł (ok. 340 mld zł z budżetu UE). Samorządy będą miały więcej pieniędzy do dyspozycji m.in. na inwestycje w infrastrukturę, rewitalizację miast oraz wsparcie przedsiębiorczości.
– 400 mld zł to trochę przesadzona kwota. Jednak to prawda, że w ramach nowej perspektywy na lata 2014-2020 Polsce przyznano blisko 340 mld zł z budżetu UE . Z tego ok. 80 mld zł ma trafić do przedsiębiorców w formie dotacji, gwarancji lub pożyczek na niski procent. To, czy rzeczywiście tak będzie zależy od naszych zdolności w wydatkowaniu tych pieniędzy. Ważne, by projekty były dobre, bo kolejne inwestycje w ekrany dźwiękoszczelne na autostradach, to marnotrawstwo – dodaje Piechowiak.
Więcej dla rodzin wielodzietnych
Rząd wprowadzi również zmiany w sposobie odliczania ulgi na dzieci dla dużych rodzin. Zgodnie z nimi nawet rodzice z niskim dochodem, który uniemożliwiał pełne odliczenie – otrzymają pełny zwrot, czyli ok. 4200 zł rocznie.
– To będzie kosztować budżet przynajmniej 4 mld zł. Ponadto stawia pod znakiem zapytania ogólny sens poboru podatku dochodowego. Podatnik będzie płacić dwa razy – najpierw za pobór podatku, a potem za jego redystrybucję. Oczywiście, nawet taka zmiana jest lepsza, niż pozostanie przy starym rozwiązaniu. Otwarte pozostaje pytanie, kogo 1 tys. euro rocznie przekona do tego, by posiadać trójkę dzieci – zastanawia się Piechowiak.
Zdaniem premiera działania rządu w kwestii polityki prorodzinnej już przekładają się na wzrost liczby urodzeń. W I półroczu 2014 roku urodziło się o 5 tys. więcej dzieci niż w analogicznym okresie rok temu.
– To nie jest zwykła kiełbasa wyborcza, ale konkretne pomysły. Niestety, będą nas sporo kosztować. Rachunek przyjdzie później w postaci wyższego VAT-u, deficytu czy innych opłat. Władza jest dobra dla wpływowych grup społecznych. Koszty pokryją głównie przedsiębiorcy i pracownicy sektora prywatnego. Jak na ironię, to właśnie w prywatnych firmach pensje są średnio o 20% niższe niż w sektorze publicznym – stwierdza Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.
Zapraszamy do oglądania transmisji online z konferencji wynikowej GK MCI za I półrocze 2014 r. w dniu 28 sierpnia o godzinie 9.00 na stronie http://gpwmedia.pl/mci/
Rośnie rdr liczba nowo zakładanych IKE, rośnie tez liczba wpłat na konta. Mniej zakłada się natomiast kont IKZE, rośnie za to ich wartość.
W I półroczu 2014 r. otwarto 25,3 tys kont IKE, w tym było 21,3 tys. założonych po raz pierwszy. Reszta były to konta IKE założone w związku z dokonaniem wypłaty transferowej z IKE lub założone w związku z dokonaniem wypłaty transferowej z programu emerytalnego, wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego. W tym samym okresie 2013 r. było o 23 proc. więcej otwartych kont.
W I poł. roku wpłacono ponad 466,8 mln zł na 208,2 tys. kont IKE. To więcej w porównaniu do wpłat w I poł. ub.r., kiedy wpłacono pieniądze na 211,6 tys. kont. Łączna suma to 447,7 mln zł. Konta należące do kobiet stanowiły 52,5 proc. wszystkich 816,7 tys. kont IKE aktywnych w I półroczu br. Był to minimalnie niższy współczynnik niż rok wcześniej, kiedy wyniósł 52,7 proc.
W omawianym okresie otwarto natomiast 20,1 tys. kont IKZE. W tym samym okresie ub.r. było to prawie 2-krotnie więcej, bo niemal 36 tys. nowych kont.
Na koniec okresu prowadzono łącznie 493,2 tys. kont IKZE na łączną kwotę 154,4 tys. zł. Rok wcześniej kont było więcej, mimo przeniesienia ponad tysiąca kont z IKE. Prawie dwukrotnie wzrosła jednak łączna wartość IKZE. Na koniec I półrocza 2013 r. było 509 tys. kont o łącznej wartości 80 tys. zł.
Alior Bank sprzedał Polbitę – właściciela sieci drogerii Natura spółce zależnej Peliona. Dzięki transakcji Alior poprawi wynik netto w III kw. o 31 mln zł.
Alior Bank sprzedał 100-proc. udziały w spółce Polbita Sp. z o.o., która jest właścicielem sieci drogerii Natura, poinformował bank w komunikacie. Polbita została sprzedana spółce zależnej Pelion S.A. – CEPD N.V., która jest właścicielem aptek Dbam o Zdrowie i serwisu doz.pl.
Warunkiem przejścia tytułu do udziałów w spółce Polbita Sp. z o.o. jest m.in. uzyskanie przez spółkę CEPD N.V. zgody Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na przedmiotową transakcję koncentracji.
– Zarząd Banku informuje, że w związku z powyższym zdarzeniem nastąpi utworzenie odpisu aktualizującego wycenę zbywanych aktywów trwałych w kwocie ok. 38 mln zł. Powyższy odpis będzie miał wpływ na zysk netto banku za III kwartał 2014 r. w szacowanej wysokości ok. 31 mln zł. – podał Alior Bank w komunikacie. Zarząd zaznacza jednak, że ostateczny wynik finansowy zostanie podany w raporcie za III kwartał 2014 r. 9 listopada 2014 r.
Szczególny sposób ochrony pracownika, który uległ wypadkowi dotyczy nie tylko sytuacji gdy ma on miejsce przy stanowisku pracy. Dotyczy to również zdarzeń, które mają miejsce do lub z pracy, jednak z pewnymi ograniczeniami. Kiedy i o jakie świadczenia można ubiegać się po takim wypadku?
Cechy wypadku
Za tytułowy wypadek uważa się nagłe zdarzenie wywołane przyczyną zewnętrzną, które nastąpiło w drodze do lub z miejsca wykonywania zatrudnienia, jeżeli droga ta była najkrótsza i nie została przerwana. – Trzeba doprecyzować, że nawet jeśli droga została przerwana, lecz przerwa była życiowo uzasadniona, a jej czas nie przekraczał granic potrzeby, a także wówczas jeśli droga, nie była najkrótsza lecz ze względów komunikacyjnych najdogodniejsza, wypadek jest kwalifikowany jako mający miejsce w drodze do lub z pracy- tłumaczy Izabela Tomasik, aplikant radcowski w TGC Corporate Lawyers. Warto podkreślić, że wypadek w drodze do pracy lub z pracy to nie to samo co wypadek przy pracy. Definiują je inne ustawy, a świadczenia przysługujące po ich nastąpieniu są różne. W przypadku pierwszego pracownikowi przysługują wynagrodzenie za czas choroby finansowane przez pracodawcę, świadczenia z ubezpieczenia chorobowego i rentowego, a w przypadku drugiego świadczenia z ubezpieczenia wypadkowego.
Wypadek i co dalej?
Podstawowym świadczeniem należnym z tytuły niezdolności do pracy spowodowanej wypadkiem w drodze do pracy lub z pracy jest w pierwszej kolejności wynagrodzenie chorobowe, które wypłaca pracodawca przez łączny okres nie dłuższy niż 33 dni (w przypadku pracownika, który ukończył 50. rok życia, 14 dni). Wynagrodzenie to, w wysokości 100% wynagrodzenia pracownika, przysługuje już od pierwszego dnia ubezpieczenia chorobowego.
Dłuższa niezdolność spowodowana przedmiotowym zdarzeniem będzie podstawą do otrzymywania przez pracownika zasiłku chorobowego z ubezpieczenia chorobowego. Przysługuje mu on przez okres trwania niezdolności do pracy z powodu choroby lub niemożności wykonywania pracy trwający nie dłużej niż przez 182 dni. Dalsza niezdolność ubezpieczonego do pracy, może być podstawą do wypłacenia świadczenia rehabilitacyjnego. Przysługuje ono, osobom które po wyczerpaniu zasiłku chorobowego nadal są niezdolne do pracy, a dalsze leczenie lub rehabilitacja lecznicza rokują odzyskanie zdolności do pracy. Przysługuje ono przez okres niezbędny do przywrócenia zdolności do pracy, nie dłuższy jednak niż przez 12 miesięcy. Po tym okresie, po wyczerpaniu wszystkich opisanych świadczeń, jeśli pracownik nadal nie będzie zdolny na skutek omawianego wypadku do pracy może ubiegać się o uzyskanie dalszych świadczeń z ubezpieczenia rentowego.
Warunkiem wypłaty wyżej wymienionych świadczeń w określonej wysokości jest uznanie, że zdarzenie, które spowodowało niezdolność do pracy ubezpieczonego może być zakwalifikowane, jako wypadek w drodze do pracy lub z pracy.
Co zrobić w momencie wypadku?
– Szczegółowe zasady oraz tryb uznawania zdarzenia za wypadek w drodze do pracy lub z pracy, sposób jego dokumentowania, wzór karty wypadku w drodze do pracy lub z pracy oraz termin jej sporządzania określa wydane na podstawie art. 57b ust. 4 Rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 24 grudnia 2002 r. obowiązujące od 1 stycznia 2003 r. Zgodnie z tym aktem ubezpieczony, który uległ wypadkowi w drodze do pracy lub z pracy, powinien zawiadomić niezwłocznie lub po ustaniu przeszkód uniemożliwiających niezwłoczne zawiadomienie o wypadku pracodawcę – podaje Izabela Tomasik. Uznanie zdarzenia za wypadek w drodze do pracy lub z pracy następuje na podstawie: oświadczenia poszkodowanego, członka jego rodziny lub świadków, co do czasu, miejsca i okoliczności zdarzenia, informacji i dowodów pochodzących od podmiotów badających okoliczności i przyczyny zdarzenia lub udzielających poszkodowanemu pierwszej pomocy (np. Policji bądź jednostki służby zdrowia) oraz ustaleń sporządzającego kartę. Ustalenie okoliczności wypadku w drodze do pracy lub z pracy jest dokonywane w karcie wypadku w drodze do pracy lub z pracy. Należy sporządzić ją po ustaleniu okoliczności i przyczyn zdarzenia, nie później jednak niż w terminie 14 dni od dnia uzyskania zawiadomienia o wypadku, w dwóch egzemplarzach, z których jeden otrzymuje poszkodowany lub członek jego rodziny, a drugi przechowuje się w dokumentacji powypadkowej. – Decyzję o uznaniu wypadku za wypadek w drodze do pracy lub z pracy podejmuje samodzielnie organ rentowy jakim jest ZUS.Warto pamiętać, że odpowiednie przepisy odnoszące się do wypadku w drodze do pracy i z pracy znajdują się w Ustawie z 25 czerwca 1999 r. o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa oraz w Ustawie z 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.
Przychody grupy PKM Duda wyniosły w I półroczu 2014 r. 875 mln zł, czyli o 4,1 proc. mniej rdr, skonsolidowany zysk netto spadł o 12,4 proc.
Zysk netto grupy wyniósł w I półroczu 8,6 mln zł. Zysk operacyjny zamknął się kwotą 16,61 mln zł wobec 17,35 mln zł rok temu.
– W swoich działania grupa odstąpiła od maksymalizacji wolumenów sprzedaży, a skoncentrowała się na zyskowności i zmianie polityki skupowej żywca – wyjaśnia spółka w komunikacie. – Wpływy z eksportu wyniosły 126 mln zł, czyli o 2,4 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2013 r., co dało 14,4-proc. udział w przychodach ogółem, przed rokiem – 14,15-proc.
Grupa PKM Duda działająca w branży mięsnej, zarabia głównie na rynku polskim.
– Oprócz rynku polskiego, z którego pochodzi ok. 90 proc. przychodów, najistotniejsze dla działalności spółki są rynki Unii Europejskiej i Ukrainy. – podaje spółka w raporcie. – Wśród potencjalnych ryzyk należy również uwzględnić pogarszającą się sytuację geopolityczną w związku z narastającym konfliktem pomiędzy Rosją i Ukrainą. Do tej pory konflikt ten spowodował pojawienie się embarga na handel istotnymi towarami zarówno ze strony Rosji jak również Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Najbardziej istotne dla Grupy jest zablokowanie rynku rosyjskiego na mięso wieprzowe pochodzące z terenu Unii Europejskiej, co przekłada się na ograniczenia w zakresie optymalnego lokowania produktów na rynki docelowe i utrudnienie w generowaniu wysokich marż.
Najwyższy wynik operacyjny PKM Duda osiągnął z działalności handlowej – 8,36 mln zł. Segment rolny zwierzęcy przyniósł 3,37 mln zł, a rolny roślinny – 784 tys. zł. Z działalności produkcyjnej PKM Duda miał 517 tys. zł wyniku operacyjnego.
Grupa Erbud wypracowała w I półroczu 8,04 mln zł zysku netto wobec 2,35 mln zł zysku rok temu. Przychody wzrosły o ponad jedną trzecią do 709 mln zł.
Erbud zarobił na czysto w I połowie roku ponad 8 mln zł, o 242 proc. więcej niż rok temu. Zysk operacyjny zwiększył się przeszło dwukrotnie do 16,61 mln zł.
Przychody wzrosły o 35 proc. do 709,1 mln zł.
Tak jak przed rokiem, lwia część przychodów grupy pochodziła z budownictwa kubaturowego, które przyniosło 600 mln zł, o 33,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 r. Najmocniej wzrósł jednak w strukturze grupy segment budownictwa energetycznego – o 81,7 proc. do ponad 41 mln zł. Mocna też była dynamika przychodów w budownictwie inżynieryjno-drogowym – o 70 proc. do 45,75 mln zł.
Jedynym sektorem działalności, w którym Erbud odnotował spadek przychodów był dział deweloperski. Uzyskał z niego 22,15 mln zł, o 16,7 proc. mniej niż rok temu.
Przedsiębiorcy z niecierpliwością wyczekują uruchomienia konkursów dotacyjnych z nowego budżetu Unii Europejskiej. Na razie wciąż brakuje szczegółów na temat konkretnych terminów i warunków naborów. Na podstawie dostępnych informacji można jednak wyciągnąć pewne wnioski pomagające w przygotowaniu się do nowej perspektywy finansowej na lata 2014 -2020. Co trzeba wiedzieć?
Polska została beneficjentem 82,5 mld euro przeznaczonych na realizację polityki spójności, czyli ma do rozdysponowania prawie 20 mld euro więcej niż w poprzednim okresie budżetowania. Jest o co walczyć, to najprawdopodobniej ostatni tak duży zastrzyk pieniędzy dla naszego kraju ze środków unijnych. Przedsiębiorcy mogą poszukiwać wsparcia finansowego na inwestycje w ramach programów ogólnokrajowych – Inteligentny Rozwój (PO IR), Polska Wschodnia (PO PW), Wiedza, Edukacja, Rozwój (PO WER), a także wśród propozycji regionalnych (RPO). Zmianą w stosunku do poprzedniego budżetu unijnego jest rozszerzenie oferty zwrotnych instrumentów finansowych, takich jak udzielane na preferencyjnych warunkach pożyczki czy poręczenia.
Gdzie realizować inwestycje?
Pula pieniędzy, jaką przydzielono województwom wynosi 31,28 mld euro, co stanowi aż około 40% całości budżetu polityki spójności. Poziom dofinansowań jest nierównomierny i waha się w zależności od regionu. Warto więc zapoznać się z dokładnymi kwotami przyznawanymi w poszczególnych województwach. Ważne jest również zwrócenie uwagi na zasady otrzymywania funduszy. Finansowane będę głównie te projekty, których działalność mieścić się będzie w ramach wybranych, wyspecjalizowanych obszarów, zgodnych z potencjałem danego regionu. Każde województwo indywidualnie określa własne priorytety gospodarcze i społeczne, tak zwane inteligentne specjalizacje (smart specialisation). –Są to branże, w ramach których regiony są najlepiej rozwinięte i mają predyspozycje do dalszego rozwoju, np. ze względów geograficznych lub środowiskowych. I tak wśród inteligentnych specjalizacji w województwie lubuskim możemy znaleźć przemysł drzewny i meblarski, a w łódzkim – włókienniczy i wzornictwo – mówi Paulina Puchalska, konsultant ds. funduszy UE w firmie ECDF. Dodatkowo pięć województw o najniższym PKB, tj. lubelskie, podlaskie, podkarpackie, świętokrzyskie i warmińsko – mazurskie objętych jest specjalnym dofinansowaniem w ramach PO Polska Wschodnia. Jego celem jest uzupełnienie działań na rzecz rozwoju i wzrostu konkurencyjności, które przeprowadzane są już na poziomie programów regionalnych i krajowych.
Formalności przede wszystkim
Chociaż Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju zapowiada ograniczenie formalności i uproszczenie procedur konkursowych, przedsiębiorcy chcący ubiegać się o dotację powinni zwrócić uwagę na przygotowanie dokumentów potwierdzających gotowość do realizacji planowanej inwestycji już na etapie aplikowania o dofinansowanie. I tak, jeśli projekt zakłada, np. przeprowadzenie prac budowlanych, przedsiębiorca powinien, przed złożeniem wniosku o dofinansowanie, zatroszczyć sięo uzyskanie pozwolenia na budowę i odpowiednich decyzji środowiskowych. Z kolei w konkursach, w których dużą wagę przykłada się do innowacji, bardzo znaczące mogą okazać się dokumenty związane z ochroną własności przemysłowej. – Pozyskanie dotacji będzie łatwiejsze, jeśli przedsiębiorca będzie dysponował technologią bądź produktem, co do których chociażby wszczęto procedurę ochronną. Dlatego ważne jest, aby przedsiębiorcy zadbali o jak najwcześniejsze uzyskanie odpowiedniej ochrony, np. w formie zgłoszenia patentowego lub zastrzeżenia wzoru użytkowego dla planowanych do wdrożenia innowacyjnych rozwiązań. Wiąże się to głównie z długim okresem trwania procedury przyznawania wskazanych form ochrony własności przemysłowej. Samo uzyskanie tzw. sprawozdania o stanie techniki, które jest pierwszą odpowiedzią na dokonane zgłoszenie , może zająć nawet pół roku – dodaje Paulina Puchalska.
Badania i rozwój w centrum zainteresowania
Istotną informacją dla ubiegających się o fundusze są zmiany w udzielanej pomocy. Znacznie trudniejsze będzie pozyskanie dofinansowania w programach krajowych na zakup nowych technologii, maszyn i urządzeń. W większej mierze wykorzystywane będą tutaj instrumenty zwrotne i mieszane. Pomoc bezzwrotna przeznaczana będzie głównie na współpracę sektorów biznesu i nauki. Ma to zwiększyć zainteresowanie przedsiębiorstw działalnością badawczo – rozwojową, służyć pobudzeniu innowacyjności oraz wzmocnieniu konkurencyjności rodzimych firm na rynku międzynarodowym. Współpraca między nauką i biznesem ma zwiększyć wykorzystywanie wyników prac badawczych w obszarach komercyjnych i być odpowiedzią na potrzeby rynku. Tego typu kooperacje firm prywatnych z instytucjami badawczymi i jednostkami administracyjnymi są często zawierane w ramach inicjatyw klastrowych. To właśnie one mają duże szanse na otrzymanie dotacji na swoje działania z nowego budżetu UE przez co znacznie zwiększyła się liczba klastrów w Polsce. Obecnie zarejestrowanych jest ich około 143. Najwięcej, bo 30 znajduje się w województwie mazowieckim, druga pod względem liczby jest Wielkopolska. Podmioty łączą się często w obrębie obszarów charakterystycznych dla danego regionu, jak na przykład Stowarzyszenie Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego „Dolina Lotnicza” znajdujące się w południowo-wschodniej Polsce, gdzie mieści się zagłębie przemysłu lotniczego. Coraz częściej powstają również bardziej nietypowe klastry o wysokim stopniu specjalizacji jak np. designu na Śląsku czy bieliźniany na Podlasiu – Nasza inicjatywa to odpowiedź na prężnie rozwijający się rynek związany z technologiami mobilnymi. Chcemy wspierać przedsiębiorców, którzy działają w tym obszarze i pobudzać innowacyjność całego regionu. Firmy uczestniczące w klastrze świadczą usługi nie odbiegające jakością od tych z zagranicy, ale ze względu na wysoką specjalizację potrzebują możliwości nawiązania współpracy z innymi przedsiębiorstwami, złączenia sił na rzecz podniesienia swojej konkurencyjności na rynku – mówi Marcin Paradowski, koordynator ECDF mKlaster.
Punkty za społeczną odpowiedzialność biznesu
Planując pozyskanie dofinansowania swoich inwestycji z UE przedsiębiorcy powinni również zwrócić uwagę na to, żeby ich przedsięwzięcia były nie tylko rentowne, ale spełniały wymogi w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu. Już w mijającej perspektywie finansowej często punktowane były działania właśnie z tego zakresu, w tym m.in. wspieranie powstawania nowych miejsc pracy, aktywizacja bezrobotnych, a także zaangażowanie w to, aby wytwarzany produkt czy świadczona usługa były przyjazne środowisku naturalnemu. Podobnych premii przy ocenie wniosków mogą spodziewać się wnioskodawcy w konkursach z nowego budżetu. Być może pojawią się również konkursy kładące nacisk głównie na CSR. Dofinansowanie na takie działania jest bardzo pożądane wśród przedsiębiorców, co udowodniła duża popularność ostatniego naboru do konkursu „Zwiększenie konkurencyjności regionów poprzez społeczną odpowiedzialność biznesu (CSR)” zorganizowanego w 2014 r. w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy. Do Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wpłynęły aż 322 wnioski o udzielenie wsparcia, z których dotację otrzymało 144.
Wiedza, edukacja, rozwój
Fundusze europejskie oferują pomoc nie tylko na finansowanie inwestycji. Przedsiębiorcy mogą sięgnąć również po środki na szkolenia i kursy dla pracowników. Wsparcie w tym zakresie otrzymają z PO Wiedza, Edukacja, Rozwój, który zastąpi dotychczasowy –Program Operacyjny Kapitał Ludzki. Będzie on działał w takich obszarach jak m.in.: zatrudnienie i mobilność pracowników, włączenie społeczne i walkę z ubóstwem czy wzmacnianie sprawności i efektywności państwa. Jednym z zadań programu będzie podejmowanie działań zmierzających do podnoszenia umiejętności i poziomu wiedzy wśród pracowników. Wspierani za pomocą oferowanych im praktyk i staży, będą również młodzi ludzie w wieku 15 do 24 lat pozostający od dłuższego czasu bez pracy. Udzielane i przyznawane im będą także pożyczki i dotacje na rozpoczęcie działalności gospodarczej.
Przedsiębiorcy mają do dyspozycji wiele instrumentów finansowych i programów, dzięki którym mogą pozyskać fundusze na swoją działalność. Istotne jest, aby jak najlepiej i z odpowiednim wyprzedzeniem przygotowali się do napisania wniosków, ponieważ konkursy powinny wystartować jeszcze w tym roku.
Kwota rzeczywistych, nieściągniętych i wymagalnych należności ZUS z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne przekroczyła w 2013 roku 55 mld zł. Mimo że ZUS wykorzystał całe spektrum narzędzi egzekucyjnych – od administracyjnych po karne – odzyskane dzięki nim należności w stosunku do ogólnej kwoty zaległości stanowiły w latach 2010-2012 zaledwie: 4,7 proc., 6,5 proc. i 6,2 proc. Dopiero w czerwcu 2013 r., po 8 latach od rozpoczęcia prac, wdrożono w ZUS system e-SEKIF, który stworzył warunki do oceny efektywności egzekucji i ustalenia rzeczywistej kwoty zaległości. Precyzyjne określenie tej kwoty będzie jednak możliwe po zakończeniu procesu weryfikacji danych na kontach płatników składek, które jest planowane na połowę 2015 roku.
W okresie objętym kontrolą prezes ZUS realizował działania mające na celu rzetelne określenie stanu zadłużenia płatników składek z tytułu ubezpieczenia społecznego, w tym przede wszystkim podjęcie decyzji o uruchomieniu systemu e-SEKIF. W celu zwiększenia ściągalności kwot należnych ZUS z tytułu zaległych składek prezes ZUS podejmował współpracę z innymi organami państwowymi (w tym z Ministrem Finansów, Ministrem Sprawiedliwości, a także Głównym Inspektorem Pracy).
W postępowaniach o dochodzenie należności ZUS korzystał ze wszystkich przewidzianych prawem narzędzi egzekucyjnych. Wszczęte postępowania egzekucyjne, w zdecydowanej większości prawidłowe, nie przyczyniły się jednak do zmniejszenia kwoty zaległości, i to pomimo ponoszenia względnie wysokich kosztów związanych z egzekucją. Co prawda w badanym okresie zarówno oddziały ZUS, jak i urzędy skarbowe odnotowały wzrost przychodów z własnej egzekucji, jednak ściągalność kwot w stosunku do całkowitej kwoty należności ZUS była w latach 2010-2012 bardzo niska. Odzyskane w wyniku działań egzekucyjnych należności ZUS stanowiły w tym okresie nieco ponad 7 proc. całkowitej kwoty należności (średnio 33,5 mld zł), a w I półroczu 2013 r. było to zaledwie 2 proc. z kwoty 55,4 mld zł (ZUS nie wygenerował i nie przekazał do NIK danych o kwocie należności nieobjętych działaniami egzekucyjnymi na dzień 31 grudnia 2013 r., tj. po wdrożeniu systemu e-SEKIF).
Niska ściągalność należności może wskazywać na spadek efektywności egzekucji w okresie objętym kontrolą, co potwierdzałby wzrost liczby niezrealizowanych tytułów wykonawczych: z 11,2 mln na kwotę 9,4 mld zł według stanu na koniec 2010 r. do 14,4 mln na kwotę 13,3 mld zł w I półroczu 2013 r. Jednak rzetelna ocena efektywności egzekucji nie była możliwa, ponieważ ZUS nie dysponował wiarygodnymi danymi w zakresie całkowitej kwoty zadłużenia.
Inspektorzy NIK zwrócili uwagę, że wzrost kwoty zadłużenia w badanym okresie dotyczył zarówno dłużników objętych działaniami egzekucyjnymi (przez oddziały ZUS, urzędy skarbowe oraz w innych trybach), jak i podmiotów, wobec których nie wszczęto postępowania egzekucyjnego. Od 31 grudnia 2012 r. do 31 sierpnia 2013 r. kwota zadłużenia podmiotów nieobjętych działaniami egzekucyjnymi wzrosła o 10,2 mld zł (o 153 proc.). Jednak użytkowany przez ZUS system informatyczny nie pozwalał na wyodrębnienie tych podmiotów w czasie kontroli NIK. Dopiero szczegółowa analiza akt 25 podmiotów o najwyższej kwocie zadłużenia na łączną kwotę 537,1 mln zł wykazała, że w większości przypadków nieobjęcie ich przez ZUS działaniami egzekucyjnymi było uzasadnione. Głównymi przyczynami niepodejmowania takich działań przez ZUS było m.in.: postępowanie upadłościowe, kompensacyjne, restrukturyzacyjne czy likwidacja podmiotu.
Nieprawidłowości:
1) ZUS:
brak pełnej wiedzy o stanie zadłużenia płatników składek na ubezpieczenia społeczne. Od 1999 r., w związku z reformą systemu emerytalnego, ZUS korzystał ze scentralizowanego Kompleksowego Systemu Informatycznego (KSI), obsługującego rozliczenia z płatnikami składek i świadczenia emerytalno-rentowe. System ten jednak nie pozwalał na określenie w sposób wiarygodny i bezsporny całkowitej kwoty zaległości ZUS. Wyliczenia prowadzono za pomocą uproszczonego algorytmu, co umożliwiało podawanie wyłącznie danych szacunkowych, obarczonych dużym błędem. Konsekwencją było wydłużenie i obniżenie skuteczności postępowania egzekucyjnego. Dopiero wdrożenie w czerwcu 2013 r. scentralizowanego systemu e-SEKIF stworzyło warunki do ustalenia kwoty rzeczywistych zaległości ZUS. Jednocześnie Izba zwraca uwagę, żeokreślenie rzeczywistej kwoty należności wobec ZUS w sposób wiarygodny i jednoznaczny możliwe będzie dopiero w połowie 2015 r. Wtedy bowiem ZUS planuje zakończenie procesu weryfikacji danych na kontach płatników składek;
nierówne traktowanie podmiotów zobowiązanych do opłacania składek polegające na odstępowaniu od postępowania egzekucyjnego. W przypadku dwóch podmiotów prowadzących działalność w obszarze służby zdrowia (zadłużonych łącznie na prawie 47 mln zł), III Oddział ZUS w Warszawie nie podjął działań egzekucyjnych, tłumacząc, że w przypadku instytucji o szczególnym znaczeniu zajęcie rachunków bankowych mogłoby doprowadzić do paraliżu placówek. W ocenie NIK zaniechanie postępowania egzekucyjnego stanowi naruszenie Art. 24 ust. 2 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych;
opóźnienia w prowadzeniu własnej egzekucji przez oddziały ZUS. Nieterminowe załatwianie spraw stwierdzono w 12 oddziałach ZUS (75 proc. objętych kontrolą). W 9 oddziałach (56,3 proc.) opóźnienia dotyczyły wysyłania upomnień do zalegających z płatnością płatników składek, jak również wystawiania tytułów wykonawczych – w 10 oddziałach (62,5 proc.). W 4 oddziałach (25 proc.) stwierdzono opóźnienia w przekazaniu tytułów do urzędów skarbowych. Przyczyną opóźnień było m.in. nadmierne obciążenie pracą osób odpowiedzialnych za ściąganie należności.
2) Urzędy skarbowe:
opóźnienia w prowadzeniu postępowań egzekucyjnych dotyczących zaległości ZUS. W 11 urzędach (69 proc.) stwierdzono przypadki opieszałego prowadzenia czynności po wydaniu postanowienia o skierowaniu tytułu do egzekucji. Nieprawidłowości, odnotowane w 10 urzędach (62 proc.), dotyczyły głównie opóźnień we wprowadzaniu danych lub dokonywania błędnych zapisów. W 11 urzędach (69 proc.) kontrola NIK ujawniła nieuzasadnione przerwy w czynnościach egzekucyjnych lub brak jakichkolwiek działań (od 13 proc. do 100 proc. zbadanych spraw). Nie zawsze wyegzekwowane wierzytelności ZUS były bezzwłocznie odprowadzane do ZUS – przypadki takie stwierdzono w 4 urzędach (25 proc.). Izba zauważa jednocześnie, że urzędy skarbowe prowadzą egzekucję najtrudniejszych należności, w przypadku których działania ZUS okazały się bezskuteczne, w związku z czym opóźnienia w tym zakresie mogą być w wielu sytuacjach usprawiedliwione;
niewykorzystywania wszystkich dostępnych instrumentów prawnych przy dochodzeniu należności. Takie przypadki miały miejsce w 5 urzędach skarbowych (31,3 proc. objętych kontrolą) i dotyczyły m.in. nieuzasadnionego umorzenia postępowania egzekucyjnego czy niepodjęcia próby zajęcia rachunku bankowego.
Wnioski NIK:
1) Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych:
ustalenie faktycznego globalnego stanu zadłużenia płatników z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne;
zintensyfikowanie prac nad ukończeniem jednolitej i kompletnej ewidencji analitycznej rozliczeń z płatnikami;
zintensyfikowanie nadzoru nad oddziałami w celu zwiększenia efektywności egzekucji zaległych składek, w tym zapewnienia terminowego wystawiania tytułów wykonawczych.
2) Dyrektorzy oddziałów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych:
objęcie postępowaniem egzekucyjnym wszystkich niezapłaconych należności z tytułu składek;
terminowe wszczynanie postępowań egzekucyjnych i prowadzenie poszczególnych czynności w ramach tych postępowań;
wyeliminowanie opóźnień w przekazywaniu spraw innym organom egzekucyjnym;
podjęcie działań wobec urzędów skarbowych w celu zwiększenia efektywności egzekucji prowadzonej przez te urzędy.
3) Naczelnicy urzędów skarbowych:
niezwłoczne podejmowanie czynności egzekucyjnych w stosunku do otrzymywanych z ZUS tytułów wykonawczych;
przekazywanie dokumentacji z egzekucji administracyjnej uprawnionym organom bez zbędnej zwłoki;
wykorzystywanie wszystkich środków egzekucyjnych w prowadzonych postępowaniach.
NIK zaleca też wzmocnienie współpracy pomiędzy ZUS a urzędami skarbowymi w celu zwiększenia skuteczności prowadzonej przez urzędy egzekucji wierzytelności Zakładu. Zdaniem NIK poprawa efektywności współpracy ZUS i urzędów skarbowych wymaga podjęcia wspólnych działań przez Ministra Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministra Finansów.
Niska ściągalność należności ZUS to – obok niżu demograficznego i emigracji – jedna z głównych przyczyn rosnącego deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są m.in. świadczenia emerytalne i rentowe. Pomimo ponad 56-proc. wzrostu wpływów ze składek w latach 2010-2013, deficyt FUS zwiększył się o prawie 200 proc. Izba podkreśla, że wzrost ściągalności należności ZUS może poprawić kondycję FUS. Z obliczeń NIK wynika, że zmniejszenie np. o jeden punkt procentowy ogólnej kwoty zaległości ZUS z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne, poprzez zwiększenie skuteczności działań egzekucyjnych, spowodowałoby uzyskanie dodatkowych wpływów dla poszczególnych lat okresu 2010- 2013 (I półrocze) odpowiednio w wysokości ok.: 340 mln zł, 320 mln zł, 340 mln zł oraz 530 mln zł.