W ciągu trzech miesięcy z gospodarki rosyjskiej odpłynęło 70 mld dolarów

Konflikt ukraiński, który spowodował zaostrzenie stosunków między Moskwą a światem zachodnim, odbija się na rosyjskiej gospodarce. Od początku roku z Rosji odpłynęło 70 mld dolarów  o 10 proc. więcej niż przez cały 2013 rok. Analitycy oceniają, że to również więcej, niż spodziewały się rosyjskie władze, decydując się na ten scenariusz działań. Bez względu na rozwój sytuacji na Wschodzie, utracone zaufanie inwestorów będzie Rosji bardzo trudno odzyskać.

Spadek zaufania do rynku widać w notowaniach głównego indeksu giełdy rosyjskiej – MICEX, który od października 2013 r. stracił na wartości ok. 13 proc.

Przez pierwsze trzy miesiące z rynku rosyjskiego wypłynęło 70 mld dolarów, a w ciągu całego zeszłego roku – 63 mld dolarów. I wprawdzie 2013 rok nie był najlepszym rokiem dla gospodarki i giełdy rosyjskiej, ale ta skala jest ogromna. Myślę, że Władimir Putin nie docenił siły rynków finansowych i skali tego ruchu – uważa Maciej Jędrzejak, dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska. – Najważniejszy element, który nie został wkalkulowany albo doszacowany, jest kompletny spadek zaufania do Rosji jako stabilnego partnera gospodarczego.

Jego zdaniem odbudowywanie tego zaufania będzie bardzo trudne.

Fundusze inwestycyjne już w tej chwili zamykają pozycje na rosyjskich spółkach notowanych na giełdzie w Londynie i Nowym Jorku, szczególnie na tych, które są związane z osobami objętymi restrykcjami i sankcjami – dodaje Maciej Jędrzejak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Na giełdzie w Londynie notowanych jest 29 spółek rosyjskich o wartości 260 mld funtów. Spółki o największej kapitalizacji to: Łukoil o wartości rynkowej 56 mld funtów, Gazprom – 55 mld funtów, Rosneft – 39 mld funtów, Novatek – 23 mld funtów. Straciły one na wartości od października 2013 r. średnio ok. 25 proc.

Zdaniem Jędrzejaka z pewnością znajdzie się grupa inwestorów, która będzie chciała na rozwoju wydarzeń skorzystać.

Niektórzy doszukują się okazji do zakupów. Przy słabym rublu rzeczywiście niektóre spółki, szczególnie te surowcowe, są atrakcyjne – podkreśla dyrektor zarządzający Saxo Banku.

Dodaje, że jednak większość inwestorów jeszcze przez wiele miesięcy będzie ostrożnie podchodzić do Rosji i rosyjskich spółek.

Na rozwój wydarzeń czekać będą również zachodnie firmy, które współpracują z Rosjanami.

Wiele koncernów, które w tej chwili bardzo intensywnie zainwestowało, nie mówię tu o inwestycjach finansowych, ale inwestycjach w fabryki czy chociażby w budowę kolejnych elementów rurociągów, związanych z inwestycjami Gazpromu, te firmy w tej chwili mają duży problem. One zyski, które generowały w Rosji, reinwestowały na tym terenie, a w tej chwili wycofały te zyski – dodaje Maciej Jędrzejak.

Według danych ONZ w 2013 r. bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Rosji osiągnęły poziom 93 mld dolarów, co plasowało Rosję na trzecim miejscu wśród krajów atrakcyjnych inwestycyjnie, po USA i Chinach.

Prognozy Banku Światowego wskazują, że PKB Rosji w wariancie pozytywnym wzrośnie o 1,3 proc., natomiast w wariancie negatywnym możemy mieć do czynienia ze skurczeniem się gospodarki o 1,8 proc. To wskazuje na to, że Rosja zmierza w kierunku recesji. Tym bardziej że jak wskazuje eksport, do tej pory na przemianach w tym kraju nie udało się zbudować odpowiedniego kapitału, o czym świadczy chociażby struktura rosyjskiego eksportu. Według danych Światowej Organizacji Handlu,  Rosja eksportuje 71,3 proc. ropy i gazu, 19,6 proc. towarów przetworzonych i 6 proc. produktów rolniczych.

To jest wskaźnik charakterystyczny dla państw afrykańskich, dla Zimbabwe na przykład. W Polsce dla porównania wskaźnik eksportu towarów przetworzonych to ponad 70 proc., w Niemczech – 85 proc., nawet Grecja, która pogrążona jest w kryzysie, ma ten wskaźnik na poziomie 30 proc. – analizuje Maciej Jędrzejak.

Zapisy ustawy o OZE mogą być niekonstytucyjne. Dyskryminują drobnych wytwórców energii odnawialnej

CEO Magazyn Polska

80 proc. hurtowej ceny energii to stawka, którą otrzymują posiadacze mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii za sprzedaż do sieci nadwyżek energii. Takie rozwiązanie wprowadził tzw. mały trójpak i utrzymuje je projekt ustawy o OZE. Fundacja ClientEarth uważa takie rozwiązanie za niekonstytucyjne. Narusza ono m.in. zasadę równości, ingeruje w prawa majątkowe, narusza ceny energii i wywłaszcza właścicieli źródeł wytwarzania z części wyprodukowanej energii.

Projekt ustawy o OZE przenosi zapisy z już obowiązujących regulacji z tzw. małego trójpaku. Możliwość produkcji energii elektrycznej na własne potrzeby i gwarancja sprzedaży nadwyżek do sieci ma prowadzić do popularyzacji wytwarzania rozproszonego, czyli małych, lokalnych instalacji produkujących energię odnawialną. Posiadacze takich instalacji to prosumenci – jednocześnie konsumenci i producenci energii. Tyle że ustawodawca pozwala prosumentom uzyskać tylko 80 proc. ceny hurtowej energii elektrycznej za sprzedaż nadwyżek do sieci.

To niekonstytucyjne z kilku powodów. Po pierwsze, zapis narusza zasadę równości: korporacje, profesjonalne firmy energetyczne otrzymują 100 proc., a drobni, indywidualni wytwórcy tylko 80 proc. – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Rybski, konstytucjonalista z fundacji ClientEarth.

Ministerstwo Gospodarki nierówne traktowanie prosumentów uzasadniało wskazując na koszty związane z przyłączeniem mikroinstalacji, jakie musi ponieść operator systemu, oraz zainstalowaniem liczników.

Tylko że z perspektywy prawa unijnego jest to obowiązek operatora systemu dystrybucyjnego i on ma ponieść koszty. Nie można prosumentów traktować inaczej niż dużych odbiorców – mówi Robert Rybski.

Poza tym ustawodawca wyjątek ten uzasadnia ważnym celem publicznym, czyli nakłanianiem prosumentów do wykorzystywania wytwarzanej energii w jak największym stopniu do celów własnych. Pomysł zużywania energii w miejscu wytworzenia wpisuje się w koncepcję budowy rozproszonego systemu wytwarzania, który ma odciążyć sieci dystrybucyjne i podnieść poziom bezpieczeństwa energetycznego.

Jeśli spojrzeć na ceny energii, prosumentowi zawsze bardziej opłaca się wykorzystywać wytwarzaną energię do celów własnych. Zatem uzasadnienie przywoływane przez Ministerstwo Gospodarki o konieczności zachęcania prosumentów jest nieadekwatne. Bez względu na cenę nadwyżek, zawsze lepiej zaoszczędzić energię, niż kupować ją w sieci – przekonuje prawnik.

To nie koniec zarzutów. Fundacja ClientEarth wskazuje, że ustawa narusza prawo własności.

80 proc. ceny to tak naprawdę odebranie części energii, czyli unicestwienie części własności. Dodatkowo ustawodawca dokonuje wywłaszczenia. Skoro nie widać tu wyraźnego interesu publicznego, to takie działania są sprzeczne z konstytucją – stwierdza Robert Rybski.

Konstytucjonalista podkreśla, że zapis jest też sprzeczny z konstytucyjną wolnością działalności gospodarczej.

Nawet jeśli prosument nie prowadzi działalności gospodarczej, to działa w celach zarobkowych i ze względu na ochronę środowiska, więc z perspektywy konstytucji taka aktywność będzie rozpatrywana w kontekście wolności działalności gospodarczej – uważa prawnik z fundacji ClientEarth.

Prawnik podkreśla, że takie rozwiązanie zaburza pewność inwestycyjną i nie zachęca do instalowania małych źródeł energii odnawialnej. Tym bardziej że firmy, które mają farmy wiatrowe i inne duże instalacje, nie są pozbawiane 20 proc. dochodu ze sprzedaży. W innych krajach Unii Europejskiej mikrogeneracja, czyli produkcja z niewielkich źródeł wytwarzania, cieszy się silnym wsparciem państwa, tym bardziej że posiadacze mikroinstalacji stają się także odpowiedzialni za produkowanie energii elektrycznej.

Dlatego proponuje się wyższe ceny – nawet o 200-300 proc. od cen hurtowych – gwarantujące zwrot z inwestycji w ciągu kilku lat. W takiej sytuacji obywatele chętnie wykładają własne środki – wyjaśnia Robert Rybski.

Dodaje, że takie inwestycje zabezpieczają przyszłość prosumentów, którzy zyskują dodatkowy dochód w trakcie całego okresu żywotności instalacji.

Grycan kontynuuje ekspansję w mniejszych miastach. Dziś otwiera kolejną lodziarnię

0

CEO Magazyn Polska

Dziś firma Grycan – Lody od pokoleń otwiera pierwszą lodziarnię w Siedlcach. W tym roku firma zamierza uruchomić w kraju kilkanaście nowych punktów, również w mniejszych miastach. Wśród nich pierwszą w województwie warmińsko-mazurskim – w Olsztynie.

Łącznie będziemy mieć 124 lodziarni na terenie Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Grycan, zarządzająca siecią lodziarni Grycan – Lody od pokoleń.

Choć marka jest kojarzona z dużymi miastami, takimi jak Warszawa, Trójmiasto czy Poznań, to coraz chętniej wchodzi także na rynki w mniejszych miejscowościach.

Kilka dni temu otworzyliśmy lodziarnię w Kaliszu, mamy też nasze lodziarnie w Sieradzu, Piotrowie Trybunalskim, we Włocławku czy w Inowrocławiu – mówi Małgorzata Grycan. – Nie ma nas jeszcze w województwie warmińsko-mazurskim, ale mogę uchylić rąbka tajemnicy, że w tym roku otworzymy lodziarnię w Olsztynie.

Marka jest szeroko znana na rynku polskim, a ponadto ma dwie lodziarnie w czeskiej Pradze i jedną w Ostrawie. Nie ma jednak konkretnych planów dotyczących rozwoju na rynku czeskim. 

Bez względu na wielkość miejscowości, firma oferuje ten sam asortyment.

– W zależności od lokalizacji różni się liczbą dostępnych smaków w takiej lodziarni – jest to wymuszone przez wielkość witryny lodowej – wyjaśnia Małgorzata Grycan. 

Oferta Grycana obejmuje ponad 60 smaków lodów. Od początku kwietnia na rynek ma wejść kolejny – lody sernikowe z dodatkiem bakalii. W sprzedaży detalicznej będą dostępne też lody jogurtowe z mango. W maju ma zostać wprowadzone odświeżone menu z nowymi deserami.

Nowa kampania reklamowa Banku Zachodniego WBK

W tym roku Bank Zachodni WBK chce otworzyć 400 tys. kont i jednocześnie przekonać kolejnych klientów do swojej bankowości mobilnej. Ma w tym pomóc promocja, do której można przystąpić od 24 marca do 18 maja. Założenie Konta Godnego Polecenia oraz aktywne korzystanie z karty do konta i BZ WBK24 mobile przez kolejne 10 miesięcy są nagradzane kwotą do 700 zł. Konto i bankowość mobilną reklamują tegoroczna gwiazda Banku Zachodniego WBK, Kevin Spacey, oraz polski aktor i twórca muzyczny, Arkadiusz Jakubik.

Akcja nowego spotu Banku Zachodniego WBK rozgrywa się w szatni sportowej, gdzie Arkadiusz Jakubik rozmawia z Kevinem Spacey o swoich wiosennych postanowieniach prowadzenia zdrowego, sportowego trybu życia. Codziennej aktywności ma towarzyszyć korzystanie z bankowości mobilnej Banku Zachodniego WBK. Chcemy podkreślić, że mobile banking w Banku Zachodnim WBK to idealne rozwiązanie dla osób, które żyją w biegu i chcą zarządzać finansami w maksymalnie wygodny dla nich sposób – mówi Artur Sikora, dyrektor Obszaru Komunikacji Korporacyjnej i Marketingu Banku Zachodniego WBK.
Do promocji „Mobilni zyskują więcej – nawet 700 zł dla Ciebie” można przystąpić od 24 marca do 18 maja br. Wszyscy, którzy w tym czasie otworzą Konto Godne Polecenia z kartą debetową oraz usługami bankowości elektronicznej BZWBK24 mobile, a następnie przez 10 miesięcy będą aktywnie korzystać z konta oraz z bankowości mobilnej, mogą otrzymać nawet do 700 zł nagrody. Pełną kwotę zyskają osoby, które regularnie co miesiąc spełnią określone w promocji warunki.

Za zrealizowanie transakcji kartą lub naklejką zbliżeniową wydanymi do konta na łączną kwotę minimum 300 zł, wykonanie co najmniej 3 przelewów internetowych lub 1 mobilnego oraz zapewnienie wpływu wynagrodzenia w wysokości min. 1000 zł, Klienci będą otrzymywać nagrodę główną, czyli 40 zł miesięcznie. Co miesiąc 30 zł nagrody dodatkowej Bank Zachodni WBK przyzna za skorzystanie za pomocą BZWBK24 mobile z minimum dwóch usług takich jak: wypłata z bankomatu bez użycia karty, przelew na numer telefonu komórkowego, jednorazowe doładowanie GSM za minimum 30 zł, zakupy mobilne lub zakup ubezpieczenia turystycznego. W tym momencie liczba rachunków w Banku Zachodnim WBK wynosi 2,810 mln. Do końca 2014 r. planujemy otworzyć 400 tys. RORów. Liczę, ze Kevin Spacey i promocja konta wesprą bardzo dobry produkt, jakim jest Konto Godne Polecenia – mówi Marcin Pawłowski, Dyrektor Departamentu Produktów Oszczędnościowych i Rozliczeniowych Banku Zachodniego WBK. Promocja jest przeznaczona dla Klientów banku, którzy minimum 12 miesięcy przed otwarciem rachunku nie posiadali w Banku Zachodnim WBK konta złotówkowego.

Promowane Konto Godne Polecenia jest w pełni mobilne. Oprócz całodobowego dostępu do bankowości elektronicznej BZWBK24 internet, w którym można online sprawdzać saldo rachunków, dokonywać transakcji i korzystać z usług bankowych NA KLIK (wybrane lokaty, konta oszczędnościowe czy karty kredytowe), właścicielom Konta Godnego Polecenia Bank Zachodni WBK zapewnia możliwość korzystania z nowoczesnych funkcji BZWBK24 mobile. Aby zarządzać finansami przez smartfon lub tablet wystarczy specjalna aplikacja mobilna. Aplikacja ta została opracowana przez Bank i jest udostępniana za darmo. Internauci uznali ją za najlepszą aplikację mobilną 2013 roku w konkursie Mobile Trends Awards.

Konto Godne Polecenia w Banku Zachodnim WBK jest prowadzone bezpłatne, podobnie jak realizacja Przelewów24, przelewów internetowych w systemie Elixir oraz płatności cykliczne takie jak zlecenie stałe oraz polecenie zapłaty. Właściciele Konta Godnego Polecenia mają także zapewnione darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów oznaczonych logo Banku Zachodniego WBK oraz PKO BP dokonywane kartami MasterCard Omni lub MasterCard PAYBACK Omni. Karty te wydawane są do Konta Godnego Polecenia bezpłatnie. Klienci nie są obciążani kosztami smsKodów służących do potwierdzania przelewów internetowych zrealizowanych z konta, ani eWyciągami przekazywanymi w BZWBK24 internet.

Nowa kampania reklamowa potwierdza, że rozwój bankowości mobilnej jest obecnie dla Banku Zachodniego WBK kluczowym obszarem rozwoju. Na początku marca Bank zapowiedział, że do końca 2015 r. zamierza pozyskać 1 mln klientów bankowości mobilnej, z których co najmniej połowa będzie realizowała transakcje przez BZWBK24 mobile.

Unia Europejska będzie nadzorować wdrażanie Ram Jakości Staży i Praktyk w państwach członkowskich

Podczas ostatniego posiedzenia Rada UE ds. Zatrudnienia, Polityki Społecznej, Zdrowia i Spraw Konsumenckich (EPSCO) przyjęła wniosek Rady UE w sprawie Europejskich Ram Jakości Staży i Praktyk. Ministrowie Rady UE uznali za konieczne wdrożenie założeń Ram w państwach członkowskich, Komisja Europejska zapowiedziała monitorowanie tego procesu.

Europejskie Ramy Jakości Staży i Praktyk to unijna recepta na wysoki poziom bezrobocia młodych oraz jeden z głównych tematów spotkania Rady EPSCO, które miało miejsce 10 marca w Brukseli. Zgodnie z opinią Rady, państwa członkowskie powinny dostosować swoje ustawodawstwo do założeń Ram, co doprowadzi do wzrostu efektywności edukacji praktycznej młodych i ułatwi im rozpoczęcie kariery zawodowej. Kluczowe założenia Ram to m.in. zawieranie pisemnej umowy o staż; cele dydaktyczne i szkoleniowe; warunki pracy mające zastosowanie do stażystów; rozsądny okres trwania stażu, czy odpowiednie uznawanie stażu. – Jednym z najskuteczniejszych narzędzi edukacji praktycznej młodych ludzi, a tym samym ograniczania zjawiska bezrobocia w tej grupie są staże i praktyki. Jednak aby faktycznie spełniały one swoją rolę muszą być przeprowadzane w sposób rzetelny. Dlatego uruchomiliśmy kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”, która ma na celu zachęcanie pracodawców do realizacji wysokiej jakości staży i praktyk, a młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, które wraz ze zrzeszonymi pracodawcami opracowało Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór norm wyznaczających kluczowe obszary realizacji staży i praktyk w firmach.

W ramach wspomnianej kampanii pojawiły się w Internecie spoty internetowe poświęcone stereotypom związanym z niską jakością staży i praktyk. Ich intencją jest zwrócenie uwagi na problemy młodych na rynku pracy wynikające z nieskutecznej edukacji praktycznej. Punktem kulminacyjnym kampanii będzie bieg, który odbędzie się 17 maja w Warszawie na Polu Mokotowskim. Więcej informacji na temat kampanii można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl, na profilu Programu na portalu Facebook, oraz na kanale You Tube.

Brytyjski inwestor zainwestuje 100 mlm złotych w nowoczesną sieć klubów fitness

CityFit, sieć fitness oferująca najnowocześniejszy sprzęt do ćwiczeń oraz niskie opłaty członkowskie, otwiera pierwszy klub w Polsce. Brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów w całym kraju. Ma na to 100 mln złotych.

CityFit zaoferuje wysokiej jakości usługi za opłatę znacznie niższą od obecnej średniej rynkowej. Wyróżnikiem firmy jest m.in. internetowy proces dołączenia do klubu, najwyższej jakości sprzęt i przejrzysta oferta, która pozwoli na elastyczne członkostwo bez konieczności podpisywania stałej umowy.

Pierwszy fitness klub CityFit planuje otworzyć w maju w Rzeszowie. Obiekt zlokalizowany w centrum handlowym Plaza Rzeszów (przy ulicy Rejtana 65) będzie otwarty 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Jeszcze w tym roku CityFit zamierza otworzyć kluby m.in. w Wałbrzychu i w Warszawie w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach.

– CityFit wprowadza na polski rynek innowacyjny model działania, który za granicą, nie tylko w Europie, cieszy się ogromnym powodzeniem i popularnością. Oferujemy wyraźnie atrakcyjniejszą cenę członkowską niż pozostałe kluby, oddając równocześnie do dyspozycji nowoczesne i innowacyjne wyposażenie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Wszystko to dostępne będzie z elastyczną ofertą, bez długoterminowych zobowiązań. Uważamy, że Polakom należą się najlepsze zachodnie standardy, jeśli chodzi o branżę fitness – mówi Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit.

CityFit w Plaza Rzeszów, podobnie jak pozostałe kluby tej sieci, będzie wyposażony w nowości rynku fitness, jak np. specjalne programy treningowe wbudowane w niektóre maszyny i nowoczesny system dostępu, oparty o odczyt danych z linii papilarnych, co zapewni członkom klubu łatwość dostępu, bez pamiętania o karcie członkowskiej. System ten jest równocześnie zupełnie bezpieczny jeśli chodzi o ochronę danych osobowych, wszystkie informacje są kodowane i nie mogą być w żaden inny sposób wykorzystywane.

W przeciwieństwie do większości sieci fitness klubów, CityFit nie będzie wymagał podpisywania stałych umów. Członkostwo odnawiane miesięcznie będzie można w każdym momencie zawiesić bądź anulować bez dodatkowej opłaty.

– Dzięki skupieniu się przez CityFit na samym meritum fitnessu, bez dodatkowych basenów czy odnowy biologicznej, a także dzięki zastosowaniu nowoczesnej technologii minimalizującej koszty obsługi, jesteśmy stanie zaoferować polskim Klientom najwyższą wartość korzystania z fitness klubu i wypełnić lukę na rynku – dodaje Nicholas Moses.
Spółka CityFit została założona przez brytyjski fundusz private equity. Jej celem jest rozwijanie na polskim rynku pierwszej sieci fitness klubów o niskich opłatach, bez stałych kontraktów, oferującej najnowocześniejsze wyposażenie.

Po zmianach zaproponowanych przez rząd firmom pożyczkowym nie opłaci się udzielanie pożyczek poniżej 700-800 zł

Planowane przez rząd zmiany w regulacjach rynku pożyczek nie tylko wyznaczą limit kosztów, jakimi firmy pożyczkowe będą mogły obciążyć klientów, lecz także zwiększą koszty całego procesu udzielania pożyczki. Instytut Analiz Rynkowych szacuje, że wzrośnie on o co najmniej 40 zł do ponad 200 zł. To wyeliminuje z rynku oferty mikropożyczek udzielanych na najkrótsze terminy.

Bezpośredni wpływ wszystkich proponowanych przez Ministerstwo Finansów zmian to jest dodatkowy koszt minimum 40 zł na pożyczce. Na to składa się kilka zasadniczych spraw, przede wszystkim niezbędne do przeprowadzenia prace rozwojowe w sferze informatycznej. To mogą być nie dziesiątki, a setki tysięcy złotych na prace informatyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Gębski z Instytutu Analiz Rynkowych, koordynator raportu  „Mikropożyczki w Polsce”.

Kolejnym źródłem dodatkowych kosztów udzielenia pożyczki może być pozyskanie informacji z Biura Informacji Kredytowej (BIK). Za takim rozwiązaniem opowiadała się Komisja Nadzoru Finansowego. Obecnie firmy udzielające pożyczek wykorzystują zewnętrzne bazy danych, prowadzone przez biura informacji gospodarczej.

Rozumiemy, że jest to w interesie zarówno firm pożyczkowych, jak i sektora finansowego, ale trzeba wiedzieć, że koszty BIK-u mogą sięgnąć nawet 25 zł na pożyczkę. Dzisiaj 38 proc. wniosków o pożyczki jest akceptowanych. Oznacza to, że na jedną aplikującą i zaakceptowaną osobę, dwie zostają odrzucone. Ktoś będzie musiał pokryć te koszty – wskazuje Gębski.

Po zmianach firmy pożyczkowe będą też musiały przeznaczyć więcej pieniędzy na reklamę, na komunikację z klientami. Ministerstwo Finansów proponuje zapis, który sprawi, że pożyczenie pieniędzy temu samemu klientowi w okresie krótszym niż 120 dni od poprzedniej pożyczki stanie się nieopłacalne. A to oznacza, że odesłanego z kwitkiem klienta będzie trzeba po upływie tego okresu ponownie przekonać do skorzystania z usług firmy.

Wzrost kosztów będzie najsilniej odczuwalny wśród małych firm, obsługujących segment mikropożyczek o najkrótszym terminie.

Bardzo trudne warunki funkcjonowania będą dotyczyły przedsiębiorstw pożyczkowych finansujących krótki termin czy też udzielających mikropożyczek, a więc pieniędzy potrzebnych na przeżycie weekendu, tygodnia, na nagłe, niespodziewane wydatki. Firmy udzielające pożyczek na terminy dłuższe – na rok, dwa lata dużo łatwiej mogą przystosować się do tych zmian. I to jest bardziej regulacja zrobiona dla nich – uważa Gębski.

Średni koszt związany z udzieleniem pojedynczej pożyczki wzrośnie według raportu do około 212 zł. To zdaniem eksperta oznacza, że firmom nie będzie się opłacało pożyczanie kwot niższych niż 700-800 zł, czyli praktycznie wyeliminuje z rynku mikropożyczki i specjalizujące się w nich podmioty. Z danych Związku Firm Pożyczkowych wynika, że średnia wartość pożyczki udzielanej przez internet (2/3 rynku) to niecałe 500 zł.

Z rynku mikropożyczek lub tzw. chwilówek korzystają najczęściej osoby zatrudnione na umowy cywilnoprawne, pracujące w systemie akordowym lub zadaniowym. Pieniądze służą najczęściej na pokrycie pilnych lub nieprzewidzianych wydatków, a nie na dodatkową konsumpcję.

Z naszych badań wynika, że więcej niż 30 proc. osób zaciągających mikropożyczki nie ma żadnej historii kredytowej w BIK-u. Są to osoby niekorzystające z banków również dlatego, że nie mogą, bo mają taką, a nie inną umowę. Dla tych ludzi nie będzie oferty w bankach czy w SKOK-ach. I jeżeli nie będą mogli pożyczyć w firmie pożyczkowej małej kwoty, będą musieli pójść do lombardu. Pytanie, czy o to tak naprawdę chodzi – przewiduje ekspert Instytutu Analiz Rynkowych.

Inną kwestią, budzącą wątpliwości ekspertów Instytutu Analiz Rynkowych, jest zapis o limicie kosztów windykacyjnych. Według Łukasza Gębskiego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stał dotychczas na stanowisku, że koszty windykacyjne muszą odzwierciedlać realne wydatki przedsiębiorców na ten cel. Ustawodawca proponuje jednak wyznaczanie ich w relacji procentowej do windykowanej kwoty, co zdaniem eksperta może sprawić, że przestanie się opłacać renegocjowanie niespłacanych rat. W tej sytuacji firmy poza jednorazowym ostrzeżeniem będą od razu przekazywały sprawę komornikowi, co także uderzy w konsumentów.

Instytut Jagielloński: przestarzały ręczny sposób poboru opłat za autostrady do likwidacji

Polska goni Europę w liczbie kilometrów autostrad i dróg ekspresowych, ale wciąż stosuje kosztowny i uciążliwy manualny sposób poboru opłat. Dzięki zlikwidowaniu punktów poboru przejazd autostradami stałby się płynniejszy. Instytut Jagielloński wskazuje też, że wprowadzenie automatycznego systemu przyniosłoby znaczne oszczędności.

– Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju powinno rozpocząć prace nad wprowadzeniem systemu, który uprościłby obecny system pobierania opłat. Naszym postulatem jest, by rozpoczęto prace nad rozszerzeniem systemu automatycznego o samochody pasażerskie. Prace należy rozpocząć teraz – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Dodaje: – System manualny jest drogi. Nie są to oszczędności, które spowodują, że będziemy mieć od razu dodatkowy tysiąc kilometrów autostrad, ale warto je zrobić, jeżeli jest taka możliwość.

Od 2008 r. przybyło niemal 2000 km autostrad i dróg ekspresowych. Sześć lat temu w Polsce było tylko 330 km dróg ekspresowych i 663 km autostrad. Do końca 2013 r. było ich łącznie już 2805 km. W tym roku, przypomina Roszkowski, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad planuje otworzyć kolejnych 380 km.

Spośród tych dróg wszystkie są płatne dla pojazdów o masie przekraczającej 3,5 tony. Kierowcy aut osobowych muszą płacić na autostradach. Ale tylko płatności dla kierowców ciężarówek są w pełni zautomatyzowane za pomocą elektronicznego systemu viaTOLL. Użytkownicy samochodów osobowych mogą płacić w ten sposób na autostradach zarządzanych przez GDDKiA, ale na razie korzysta z niego niewiele osób.

To jest dobry moment, żeby zastanowić się, jak ten tradycyjny system manualny zastąpić systemem elektronicznym. To jest naturalna konsekwencja, która po pierwsze powinna obniżyć obecne koszty, po drugie, sprawić, że będą mniejsze korki przy wjazdach na autostrady, i po trzecie, wprowadzić do systemu te drogi, które są objęte prywatnymi koncesjami – mówi Roszkowski.

Dodaje, że ręczny, czyli tzw. zamknięty system poboru opłat jest nienowoczesny i kosztowny. Wymaga zatrudnienia osób, które wydają bilety i pobierają opłaty. Niezbędna jest także budowa przystosowanej infrastruktury, takiej jak place i punkty poboru opłat, szlabany oraz budki dla pracowników.

Przejście na otwarty (automatyczny) system poboru opłat wyeliminowałoby te problemy. Wszystkie pojazdy – także poniżej 3,5 tony – musiałyby mieć odpowiednie urządzenie. Roszkowski nie chce jednak przesądzać tego, czy lepszym wyjściem jest rozszerzenie obecnego systemu, czy też budowa nowego.

Czy to będzie system viaTOLL, czy nie, to niech rozstrzygną przetargi i rozwiązanie, które przyjmie Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju – mówi Roszkowski.

Podkreśla, że wyborcze lata 2014 i 2015 są dobrą motywacją dla rządu, by przyspieszyć prace nad rozwiązaniem, które ułatwi życie kierowcom. Pierwszymi działaniami MIR powinny być dokładna ocena możliwych do uzyskania oszczędności, a także analiza tego, czy prawo pozwala na takie rozwiązania.

Jeszcze w tym roku mają ruszyć prace nad Krajowym Systemem Zarządzania Ruchem, który ma m.in. objąć sposób poboru opłat za autostrady.

Rządowy podręcznik – rodzice i nauczyciele martwią się o jakość nauczania

Rządowe plany wprowadzenia jednego podręcznika dla wszystkich pierwszoklasistów grożą obniżeniem jakości edukacji – przestrzegają środowiska nauczycieli i rodzice. Wątpliwości budzi bardzo krótki czas na jego napisanie, który może wpłynąć na pojawienie się błędów merytorycznych w publikacji i nieprzygotowanie nauczycieli do pracy z nią. Zdaniem przedstawicieli rodziców i środowisk nauczycielskich narzucenie szkołom rządowego podręcznika oraz pośpiech przy jego tworzeniu mogą zniweczyć słuszną ideę finansowania pomocy szkolnych przez państwo.

– Największe zagrożenie jest takie, że w ogóle nie wiemy, jaka będzie jakość tego podręcznika – mówi agencji informacyjnej Newseria Dorota Dziamska, ekspert Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. – Dlatego że Ministerstwo Edukacji Narodowej stało się wydawcą, pominięto wszelkie procedury. Ten podręcznik nie będzie miał rzeczoznawców, recenzentów, którzy go ocenią, nie będzie pilotażu.

Rodziców nie przekonuje nawet autorytet głównej autorki nowego podręcznika, Marii Lorek, której książki wprowadziły nową jakość do nauczania w początkach lat 90. Zdaniem Dziamskiej narzucenie podręcznika bez konsultacji i badań potrzeb jest błędem.

– Nawet największy autorytet, kiedy pisze podręcznik, książkę, ćwiczenia dla większej populacji dzieci, zawsze popełnia pewne błędy, dlatego taki podręcznik powinien być przede wszystkim oceniony przez pewną grupę nauczycieli. W ogóle powinien być pilotaż takiego podręcznika – mówi Dziamska.

Wtóruje jej Zygmunt Puchalski, wiceprezes zarządu głównego Społecznego Towarzystwa Oświatowego.

– To przerażające tempo. Ustawa pisana w ciągu kilku dni, wprowadzenie, napisanie w ciągu 4 miesięcy nowego podręcznika – lepszego od innych, bo takie jest założenie – to wszystko budzi niepokój ze względu na psucie jakości edukacji – podkreśla Puchalski.

Napisanie podręcznika zbiega się z pierwszym rokiem obowiązkowej edukacji dla części sześciolatków. To budzi dodatkowe obawy, bo do kłopotów organizacyjnych dochodzą metodyczne.

– Ma powstać podręcznik do pierwszej klasy, gdzie nadal są sześciolatki i siedmiolatki, czyli kilka roczników. Podstawa programowa nadal jest niepoprawiona, bo są w niej błędy, o czym nasza fundacja mówi od samego początku – mówi Dziamska. – Do tego powstaje podręcznik. A gdzie oprawa metodyczna? Gdzie seria szkoleń, jak z tym podręcznikiem pracować, do czego nauczyciele są przyzwyczajeni przez ostatnich 15–20 lat? Według mnie jest to niepoważne. I to kolejne małe barbarzyństwo, jeśli chodzi o dzieci. To jest eksperyment na dzieciach.

Zygmunt Puchalski zwraca też uwagę na to, że po wprowadzeniu rządowego podręcznika dotychczasowe doświadczenia w przygotowywaniu podręczników do nauczania początkowego mogą zostać zniweczone. A część funkcjonujących obecnie książek ma bardzo wysoką jakość.

Szkoda tego dorobku, i tego, że za 3 lata możemy już nie mieć takiego rynku i nie będziemy mieli do czego wracać – mówi wiceprezes STO.

Dorota Dziamska podkreśla, że nawet idea bezpłatności podręcznika nie do końca się sprawdzi. Wprawdzie część oferowanych obecnie dodatków, ćwiczeń i pomocy jest niepotrzebna, ale całkowite z nich rezygnowanie spowoduje, że rodzice – choć nie będą kupować podręcznika – i tak będą zmuszeni wydać pieniądze na dodatkowe materiały, na które w ujednoliconym i przechodnim podręczniku miejsca nie będzie.

– Podejrzewam, że pani minister poszła w tym kierunku, żeby zostawić klasyczny podręcznik, a żeby dodatków, wycinanek, dodatkowych zeszytów nie było, bo to sobie nauczyciele być może wymyślą sami. Oczywiście, że sobie wymyślą, ale zapukają do kieszeni rodziców, żeby kupić ten papier, tekturki i wszystko, co jest potrzebne – mówi Dziamska.

Operatorzy telekomunikacyjni liczą na wyższe przychody dzięki rosnącej sprzedaży smartfonów i tabletów

CEO Magazyn Polska

Rynek tabletów i smartfonów – mimo dynamicznych wzrostów w ostatnich latach – wciąż jest dla operatorów komórkowych bardzo perspektywiczny. Liczą oni nie tylko na większą sprzedaż tych urządzeń, lecz także na zwiększony popyt na transmisję danych, jaką generują smartfony i tablety. A to z kolei poprawia przychody operatorów.

Według danych firmy IDC, sprzedaż urządzeń mobilnych powoli wyhamowuje, jednak wciąż będzie można obserwować wzrosty. Szansę na nie dzięki zainteresowaniu takimi urządzeniami upatrują działające w Polsce spółki telekomunikacyjne.

 – Wskaźniki nasycenia tabletami i smartfonami w Polsce są wciąż niskie w porównaniu do rozwiniętych krajów w Europie i na świecie. Wciąż mamy ogromny potencjał wzrostu przed nasyceniem rynku, a to wpływa korzystnie na działających w Polsce operatorów – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Niewęgłowski, członek zarządu ds. strategii w P4, operatorze sieci Play.

Wszystkie firmy operujące sieciami telekomunikacyjnymi są korzystają z takiego stanu rzeczy, ponieważ napędza to zainteresowanie klienta usługami mobilnej transmisji danych.

 – Rosnące zainteresowanie konsumentów smartfonami i tabletami to dobry sygnał dla branży telekomunikacyjnej na nadchodzące lata – komentuje Jacek Niewęgłowski. – Operatorom telekomunikacyjnym bardzo się to podoba, ponieważ tego typu urządzenia oferują klientowi nowe funkcjonalności, które z kolei napędzają popyt na transmisję danych, co bardzo poprawia przychody operatorów.

 – Smartfony mamy na rynku już od 4-5 lat, a nasycenie nie jest tam, gdzie byśmy chcieli. Ubiegły rok był rokiem tabletów i sądzę, że najbliższy też będzie należał do tabletów, większych smartfonów i phabletów. To jest świetlana przyszłość – uważa Miroslav Rakowski, prezes zarządu T-Mobile Polska.

Także przedstawiciel P4 ocenia, że zainteresowanie klientów tabletami będzie się zwiększać. Na rynku pojawiają się nowe modele, bardziej funkcjonalne, o większej wydajności procesorów i większych ekranach, a ich ceny będą coraz niższe.

 – Biorąc pod uwagę spadające ceny, to jest rynek docelowy, a jego potencjał rośnie. Koszt produkcji w pełni funkcjonalnego tabletu stale maleje, co pozwala tworzyć coraz atrakcyjniejsze subsydiowane oferty dla konsumentów na rynku polskim. A powiedzmy sobie szczerze: rynek polski jest rzeczywiście na subsydia wysoko wyczulony i na cenę również – mówi przedstawiciel P4.

Jak podkreśla Niewęgłowski, przyszłością jest technologia LTE, którą operatorzy już oferują, i w najbliższym czasie wszystkie urządzenia, które pojawią się w sprzedaży, będą z nią kompatybilne.

 – Już widać duże zainteresowanie tymi ofertami i ich popularność wśród klientów, ale za wcześnie jeszcze na ogłaszanie konkretnych wyników – uważa Jacek Niewęgłowski.

Grycan rusza na podbój Azji. Na razie poprzez dostawy do sklepów, ale planuje też otwieranie lodziarń i franczyzę

0

CEO Magazyn Polska

Właściciele lodziarni Grycan – Lody od pokoleń planują podbój rynku chińskiego. Na razie poprzez sprzedaż w sklepach i sektorze HoReCa (rynek gastronomii hotelowej, restauracji i cateringu), później także poprzez lodziarnie własne i franczyzowe. – To nasz plan na kolejne lata – podkreśla Zbigniew Grycan. Kolejnym perspektywicznym rynkiem są sąsiednie Niemcy. Firma zapewnia, że lojalność zagranicznych klientów chce zdobyć, podobnie jak w Polsce, dzięki wysokiej jakości produktów.

Grycan – Lody od pokoleń zamierza w tym roku otworzyć kilkanaście nowych lodziarni (ma już ponad 120) i dotrzeć do klientów w odległych miejscach Polski z lodami litrowymi, półlitrowymi i jednoporcjowymi o pojemności 150 ml. Firma zapowiada rozwój w Niemczech i pracuje na rynkiem chińskim.

 – Niemcy to nasi najbliżsi sąsiedzi, a Chiny to olbrzymi rynek. Chcemy zmierzyć się z Azją. Mamy tam partnerów, będziemy na największych lodowych targach chińskich, prowadzimy próby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Grycan, prezes i założyciel firmy.

Twórca marki Grycan – Lody od pokoleń dodaje, że spółka na razie koncentruje się na handlu detalicznym i dostawach w ramach rynku HoReCa. Nie wyklucza jednak w perspektywie kilku kolejnych lat uruchamiania lodziarni oraz współpracy z franczyzobiorcami.

Zagraniczne rynki firma chce podbić, podobnie jak polski, dobrą jakością lodów i innych oferowanych produktów.

Udało nam się połączyć metody rzemieślnicze z metodami produkcyjnymi. Ponieważ wyrośliśmy obydwoje z mężem z rodzin o tradycjach cukierniczych, nasi ojcowie i dziadkowie robili lody, to my to wyssaliśmy z mlekiem matki. Wiedzieliśmy, na czym ten biznes polega – tłumaczy Elżbieta Grycan. – To jest użycie bardzo dobrych składników: śmietanki kremówki, żółtek jaj, orzechów, bakalii, czekolady, świeżych owoców – to jest źródłem sukcesu.

Rodzina Grycanów ma cukiernicze korzenie, a zanim w 2004 roku założyła obecną firmę, przez 20 lat rozwijała markę Zielona Budka, rozpowszechniając warszawski brand w całej Polsce. Grycan – Lody od pokoleń to nie tylko lody. W lodziarniach firma oferuje soki i koktajle owocowe, ciasta własnej produkcji czy rurki z kremem.

Robimy wszystko, żeby zadowolić i zaskoczyć w pozytywnym tego słowa znaczeniu naszych klientów, zaproponować im coś, czego właśnie szukają. To są m.in. zmieniające się oferty w zależności od pory roku czy świąt i innych okoliczności – przekonuje Elżbieta Grycan. – Staramy się odgadywać potrzeby klientów i cieszymy się, jeśli ma to odzwierciedlenie w sprzedaży.

Zakupy spożywcze przez internet coraz bardziej popularne. Powodzeniem cieszą się zwłaszcza napoje i chemia gospodarcza

CEO Magazyn Polska

Rośnie popularność sprzedaży internetowej produktów spożywczych. Wygoda związana z brakiem konieczności transportu towarów zachęca do kupowania w produktów większych ilościach, zwłaszcza wody czy chemii gospodarczej. Równocześnie klienci nie boją się już nabywać wędlin, warzyw, mięsa i innych świeżych produktów.  

Wygoda powoduje, że klienci nie mają problemu, żeby zamawiać większe ilości produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Krzaklewski z Alma Market SA, dyrektor projektu internetowego Alma24.pl. – Przykładowo średnie zamówienie wody mineralnej to 8 półtoralitrowych butelek, czyli niespotykanie dużo w porównaniu do sprzedaży offline. Znacznie większą popularnością niż w sklepach tradycyjnych cieszą się produkty sypkie i chemii gospodarczej.

W latach, gdy sprzedaż internetowa była w Polsce nowością, klienci mieli opory przed nabywaniem świeżych produktów.  

W tym momencie nie ma takich różnic – zauważa Krzaklewski. – Równie często jak w sklepach tradycyjnych sprzedajemy owoce, warzywa oraz mięso i wędliny. Często wędliny sprzedają się nawet lepiej niż w tradycyjnych placówkach.

W Alma Market udział sprzedaży internetowej w całości obrotów wynosi ok. 7–8 proc. W 2013 roku spółka uzyskała ze sprzedaży detalicznej produktów i materiałów 977 mln zł.

Sprzedajemy przez internet od siedmiu lat i największy wzrost odnotowywaliśmy w pierwszych latach. Trudno jest stale utrzymać tak dużą dynamikę przy coraz wyższej bazie, ale nadal jesteśmy zadowoleni z osiąganych wyników i planujemy utrzymać wzrosty sprzedaży w kolejnych latach. Koncentrujemy się na podnoszeniu jakości serwisu klienta i w powiązaniu z najwyższą jakością produktów uznajemy to za główne czynniki wzrostu w kolejnych latach – dodaje Krzaklewski.

Produkty Almy nabywają przez internet głównie posiadające dzieci kobiety powyżej 30. roku życia, mieszkające w dużych miastach. Średnia wartość zakupu to ok. 200 zł. Tradycyjne placówki Almy znajdują się we wszystkich polskich miastach wojewódzkich poza Kielcami i Białymstokiem, a sklepy internetowe dowożą towary także mieszkańcom ich okolic.

Rośnie sprzedaż nowych samochodów. Polski rynek atrakcyjny dla koncernów motoryzacyjnych

CEO Magazyn Polska

Poprawia się sytuacja na rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych. Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że w lutym w całej Unii Europejskiej sprzedano ich ponad 860 tys. (wzrost o 8 proc.), z czego w Polsce – około 32,5 tys. To wynik znacznie lepszy od ubiegłorocznego. Pomogła możliwość pełnego odliczenia VAT od aut z kratką.

Sprzedaż nowych aut osobowych w Polsce rośnie ósmy miesiąc z rzędu. W lutym była o 35 proc. wyższa niż przed rokiem. Rosnący popyt to m.in. efekt wygasającej z końcem marca możliwości odliczenia pełnego podatku VAT od tzw. samochodów z kratką (zakupiono ich 9,5 tys. sztuk). Dlatego eksperci oczekują, że ten miesiąc zakończy się jeszcze lepszym wynikiem.

Jednak wzrost sprzedaży odnotowano w całej Unii Europejskiej. Z salonów wyjechało o 8 proc. więcej nowych samochodów niż w lutym ubiegłego roku.

W całej Europie mamy do czynienia z pozytywnym trendem powolnego wzrostu sprzedaży – ocenia Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, firmy oferującej rozwiązania w zakresie selekcji i naprawy części i komponentów dla branży motoryzacyjnej w Europie. – Im więcej spokoju gospodarczego i politycznego, tym konsumenci będą częściej podejmować decyzje o zakupie nowego samochodu.

Wzrosty odnotowały m.in. rynki niemiecki (4,3 proc.), włoski (8,6 proc.) i brytyjski (3 proc.). Liczba rejestracji w Hiszpanii wzrosła o 17,8 proc. Na tym rynku, podobnym do Polski, rocznie rejestruje się ponad 600 tys. nowych samochodów. W Polsce – ok. 300 tys. To świadczy o wciąż niewykorzystanym potencjale nabywczym polskich konsumentów. Exact Systems szacuje, że w tym roku liczba nowych rejestracji może być o 5–10 proc. wyższa niż w 2013 r.

Z kolei o tym, że Polska może być nie tylko atrakcyjnym rynkiem zbytu, lecz także miejscem produkcji, świadczyć może decyzja Volkswagena o wybudowaniu fabryki we Wrześni. Jej budowa ruszy jesienią br. i pochłonie prawie 1 mld euro. Każdego roku linię produkcyjną wielkopolskich zakładów opuszczać ma ok. 85 tys. nowych samochodów Crafter.

Zdaniem ekspertów, Niemcy, decydując się na budowę fabryki w Polsce, wzięli pod uwagę kilka czynników, m.in. stabilną sytuację gospodarczo-polityczną, dobrze rozwiniętą infrastrukturę oraz wysokie kwalifikacje kadry pracowniczej przy stosunkowo niewielkich kosztach pracy. To dzięki temu w walce o montownię pojazdów Volkswagena Polska pokonała np. Turcję.

Koncern Volkswagena ma bardzo dobre doświadczenia z Antoninka pod Poznaniem, gdzie wytwarzane są samochody Caddy i Transporter T-5. Niemcy mieli więc ułatwione zadanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes szef Exact Systems.

Spore nadzieje na nowe miejsca pracy wiążą z tą inwestycją lokalne władze. Według szacunkowych wyliczeń jedno miejsce pracy stworzone w fabryce samochodów to około 3–4 miejsc pracy w przemyśle poddostawczym, który wytwarza części i komponenty do produkcji aut. W fabryce we Wrześni zatrudnienie znaleźć ma docelowo ok. 2 tys. osób.

To powinno spowodować, że cały przemysł motoryzacyjny w Polsce zyska około 8 tys. miejsc pracy – przewiduje Gos.

Dzięki współpracy z samorządami gospodarczymi przedsiębiorcom bardziej opłaca się recykling odpadów

Firmy coraz chętniej korzystają z możliwości przystępowania do porozumień z marszałkami województw w sprawie zbierania i recyklingu odpadów opakowaniowych. Od 1 stycznia, zgodnie z ustawą opakowaniową, obowiązek ten może być przez przedsiębiorcę realizowany samodzielnie lub przez przystąpienie do porozumienia w ramach organizacji samorządu gospodarczego, które reprezentują te firmy. Eksperci podkreślają, że ta druga możliwość jest nie tylko bardziej skuteczna, lecz także korzystniejsza dla przedsiębiorców.

Zgodnie z nowymi regulacjami każdy przedsiębiorca ma obowiązek ponosić koszty zbierania, odzysku i recyklingu tych odpadów opakowaniowych, które powstały po opakowaniach, w których wprowadził swoje produkty do obrotu. Czyli mówiąc wprost: każdy musi sprzątać po sobie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tadeusz Pokrywka, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Przemysłu Spożywczego i Opakowań (KIG PSiO).

Wyjaśnia, że dotychczasowe regulacje nie zobowiązywały przedsiębiorców do finansowania odzysku i recyklingu odpadów opakowaniowych powstałych po ich produktach. Producent wprowadzający do obrotu produkty w opakowaniach złożonych z różnych tworzyw (jak np. karton do napojów) do końca ubiegłego roku dofinansowywał zbieranie i recykling odpadów opakowaniowych w tak zwanym materiale dominującym, czyli tak naprawdę finansował zbieranie plastiku lub zbieranie papieru i tektury. Zmieniły to nowe przepisy, czyli ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi, która weszła w życie 1 stycznia br.

Nowa ustawa umożliwiła organizacjom samorządu gospodarczego, reprezentującym grupę przedsiębiorców wprowadzających produkty w opakowaniach wielomateriałowych, zawieranie porozumienia z marszałkiem województwa o utworzeniu i utrzymaniu systemu zbierania, transportu, odzysku lub unieszkodliwiania odpadów opakowaniowych.

Tadeusz Pokrywka podkreśla, że podobnie jak w monomateriałach realizowanych przez organizację odzysku, przedsiębiorca może zorganizować zagospodarowanie odpadów samodzielnie lub w drodze porozumienia z organizacją samorządu gospodarczego. Jeśli będzie działać na własną rękę, musi zagospodarować 100 proc. odpadów, które powstały z opakowań, które wprowadził do obrotu. W przypadku realizacji obowiązków w drodze porozumienia obowiązują go poziomy określone przez resort środowiska w odpowiednim rozporządzeniu.

– Przedsiębiorcy bardziej opłaca się realizować obowiązki w drodze porozumienia niż samemu. Firmy powinny zajmować się działalnością podstawową, czyli produkcją i wprowadzaniem produktów do obrotu, a odpady pozostawić wyspecjalizowanym spółkom – uważa Tadeusz Pokrywka.

Szef Izby wskazuje, że przez lata nikt nie zajmował się wielomateriałowymi odpadami opakowaniowymi oraz odpadami opakowaniowymi po środkach niebezpiecznych. Praktycznie większość tych odpadów lądowała na składowiskach. Krajowa Izba Gospodarcza Przemysłu Spożywczego i Opakowań od 2007 roku prowadzi program Rekarton, dzięki któremu zdołała zbudować dobrowolny system zbierania i recyklingu opakowań kartonowych po żywności płynnej.

Przedsiębiorca, który do końca ubiegłego roku płacił za DPR-y [dokumenty potwierdzające recykling – red.] na papier i tekturę, oraz dodatkowo wspierał program Rekarton, od pierwszego stycznia tego roku wspiera wyłącznie Dobrowolne Porozumienie Rekarton, czyli realnie odeszło mu finansowanie zbierania makulatury – przekonuje prezes.

W lutym Izba zawarła z marszałkiem województwa mazowieckiego porozumienie, do którego mogą przystępować przedsiębiorcy, którzy wprowadzają do obrotu produkty w opakowaniach wielomateriałowych oraz środki niebezpieczne w opakowaniach.

W ich imieniu organizujemy system zbierania, recyklingu i odzysku tego typu odpadów – informuje szef KIG PSiO.

Izba podpisała już blisko sto umów z przedsiębiorcami, głównie z regionalnymi instalacjami przetwarzania odpadów komunalnych oraz firmami gminnymi, na zbieranie tego typu odpadów opakowaniowych, a także współpracuje z  osobami zajmującymi się recyklingiem tego typu odpadów opakowaniowych.

Jak podkreśla Ministerstwo Środowiska, dzięki nowym przepisom z ustawy opakowaniowej, więcej opakowań będzie powtórnie przetwarzanych. Zwiększy się również przejrzystość rynku i ograniczy funkcjonowanie w szarej strefie organizacji odzysku (marszałkowie województw mają obowiązek prowadzenia rejestru przedsiębiorców, wprowadzających produkty w opakowaniach, zajmujących się obrotem odpadami opakowaniowymi, prowadzący ich odzysk lub recykling).

Bankowość internetowa i mobilna coraz popularniejsze. Z bankowości internetowej korzysta 12 mln Polaków

Do 2020 roku bankowość mobilna może udziałem w rynku prześcignąć bankowość internetową – wynika z prognoz firmy Deloitte. Wśród klientów na całym świecie popularność obu tych form dynamicznie rośnie, również w kraju. W Polsce z bankowości internetowej korzystało pod koniec 2013 r. o niemal 10 proc. więcej klientów niż rok wcześniej, z mobilnej – dwa razy tyle, co przed rokiem. Banki starają się wychodzić temu naprzeciw, prześcigając się w nowych mobilnych ofertach dla klientów.

Według raportu NetB@nk Związku Banków Polskich, z dostępu do usług bankowych przez internet korzystało w Polsce w ubiegłym roku 12 mln użytkowników, a dostęp do takich usług miało niemal 10 mln osób więcej. Z kolei z raportu Deloitte wynika, że płatności przez urządzenia mobilne dokonywało w zeszłym roku dwa razy tyle Polaków, co rok wcześniej. Prognozy firmy mówią o tym, że wraz z rosnącą liczbą urządzeń mobilnych na polskim rynku będzie rosło również zainteresowanie bankowością mobilną. Na całym świecie za sześć lat z tej formy korzystać będzie więcej klientów niż z konta przez internet.

To oznacza duże zmiany w ofercie banków, np. wprowadzanie specjalnych aplikacji, kolejnych funkcjonalności czy oferowanie usług dostępnych tylko przy użyciu urządzenia mobilnego.

–  Średnio około 10-15 proc. posiadaczy kont osobistych z dostępem do bankowości internetowej korzysta również z bankowości mobilnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Adamczyk, dyrektor bankowości internetowej Meritum Bank. – Myślę, że ten poziom uda się nam osiągnąć w pierwszym roku.

Meritum Bank wystartował właśnie z nową propozycją dla klientów. Przy pomocy aplikacji Meritum Bank Mobilny poprzez smartfony możliwe będą nie tylko przelewy, lecz także np. zakładanie kont osobistych i firmowych.

 – Meritum Bank Mobilny pozwala na założenie rachunków, różnego typu przelewy, np. do ZUS czy urzędu skarbowego, a także przelewy na numery telefonów komórkowych czy przelewy facebookowe. Osoby spłacające kredyty walutowe mogą skorzystać z rachunku e-Kantor – przekonuje Adamczyk.

Pod koniec kwietnia bank uruchomi też możliwość wydawania poleceń głosowych do aplikacji (np. realizacji transakcji czy zapytanie o saldo).

Na początku marca nowe funkcjonalności mobilne wprowadził również Bank Zachodni WBK. To m.in. możliwość zakupy biletów komunikacji miejskiej w 26 miastach kraju czy mobilna lokata. W ciągu 10 miesięcy ubiegłego roku liczba klientów banku korzystających z bankowości mobilnej wzrosła o 30 proc. W lutym korzystało z niej 250 tys. klientów, do końca przyszłego roku ma być ich ok. 1 mln – wynika z szacunków Banku Zachodniego WBK.

Do wzrostu popularności bankowości mobilnej przyczynia się ogólnoświatowy trend wzrostu liczby użytkowników smartfonów i tabletów. Sprzedaż tych urządzeń przewyższyła sprzedaż komputerów stacjonarnych. Według raportu firmy Deloitte i Allegro „Digital Trends 2013” ze smartfonów i tabletów korzysta w Polsce 8 mln osób.

Oświadczenie dot. wyroku Sądu Najwyższego z dnia 26 marca 2014 r.

0

Zarządu MCI Management SA („Spółka”, „MCI”) dotyczące wyroku Sądu Najwyższego („SN”) z dnia 26 marca 2014 roku w sprawie odszkodowania za utratę wartości spółki JTT Computer („JTT”).

Dzisiejszy wyrok SN uchylający korzystny dla MCI wyrok Wrocławskiego Sądu Apelacyjnego z dnia 17 stycznia 2013 r. i przekazujący sprawę do ponownego rozpoznania przez Sąd Apelacyjny przyjmujemy z dużym zaniepokojeniem, gdyż świadczy on o braku transparentności i dużej nieprzewidywalności polskiego systemu prawa.

Wierzymy w słuszność naszych racji już dwukrotnie potwierdzanych przez polskie sądy, dlatego zamierzamy dalej walczyć o sprawiedliwość dla JTT, licząc na pozytywny wyrok Sądu Apelacyjnego.

Mimo dzisiejszej decyzji SN MCI Management zamierza kontynuować realizację strategii inwestowania w Polsce i dalej wspierać polskie spółki technologiczne.

Zarząd MCI Management SA

Audyt cypryjskich spółek i grup. Ostatni dzwonek na odrobienie zaległości

Dla należących do UE krajów Europy Środkowej Cypr nie jest tak popularnym kierunkiem biznesowym, jak dla firm z Rosji czy Ukrainy. Mimo to, sporo polskich, czeskich i słowackich podmiotów wciąż wykorzystuje oferowane przez Cypr korzystne warunki podatkowe.

Choć cypryjski system finansowy wciąż jeszcze kusi przedsiębiorców, w ostatnich latach nastręczył im pewnych trudności. Od 1 stycznia 2013 roku obowiązuje ratyfikowany 9 listopada 2012 r. protokół między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Cypru o zmianie Umowy między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Cypru w sprawie unikania podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i majątku.

– Wprowadzone zmiany sprawiły, że od tego momentu, dla niektórych struktur podatkowych, prowadzenie biznesu na Cyprze przestało być atrakcyjne i opłacalne. Mimo to, liczba polskich podmiotów należących do firm cypryjskich nie spadła znacząco – mówi David J. James, Partner w Baker Tilly Poland Assurance. – Wciąż w pamięci mamy również zeszłoroczne wydarzenia związane z kryzysem finansowym na Cyprze i wprowadzeniem, w ramach porozumienia z „trojką”, wysokiego opodatkowania depozytów znajdujących się w cypryjskich bankach. Choć inicjatywa ta w dużej mierze uderzyła w zagranicznych inwestorów, wielu z nich pozostało wiernych systemowi bankowemu wyspy – dodaje David J. James.

Niewygodne raje

Obecnie rządy państw UE oraz Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju starają się wyeliminować praktyki międzynarodowych korporacji polegające na tzw. erozji bazy podatkowej i transferze zysków (BEPS), których oczywistym celem jest obniżenie obciążenia podatkowego. W batalii o poprawę stanu finansów publicznych, europejskie rządy próbują deprecjonować w mediach firmy, które sprawnie wykorzystują przepisy, które same ustaliły. Jako że praktyki optymalizacji podatkowej są przeważnie zgodne z prawem a działania rządów UE polegające na dewaluowaniu firm, które je stosują, nie przyniosły oczekiwanych skutków, zaczęto szukać innych sposobów na walkę z rajami podatkowymi. W ten sposób Cypr ponownie znalazł się w centrum politycznego zainteresowania. – Wykonany przez OECD przegląd miał za zadanie wskazać przyczyny, które uzasadnią wpisanie tego Państwa na listę krajów praktykujących tzw. szkodliwą konkurencję podatkową. Okazało się jednak, że rewizja nie przyniosła pożądanych rezultatów, a Cypr zdał ten egzamin śpiewająco – tłumaczy David J. James z Baker Tilly Poland Assurance.

Jednym problemem okazała się pewna niezgodność dotycząca składania sprawozdań finansowych przez zarejestrowane na Cyprze podmioty. Mimo że państwo posiada uregulowania prawne mówiące o obowiązku składania takich sprawozdań, okazało się, że połowa z nich tego zobowiązania nie dopełnia. Co więcej, problem ten w zasadzie nie dotyczy lokalnych firm (takich jak choćby hotele, restauracje, biura czy fabryki), które w przytłaczającej większości takie sprawozdania składają, ale właśnie zagranicznych podmiotów mających swoje siedziby na Cyprze. Dlatego OECD ostrzegło władze wyspy, że brak reakcji na taką niezgodność może skutkować wpisaniem państwa na czarną listę. Stąd ostrzeżenie wysłane przez Ministra Finansów Cypru.

Sprawozdanie finansowe obowiązkowe
Termin złożenia sprawozdania zbadanego przez biegłego rewidenta (z wykorzystaniem Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej) mija 31 grudnia, po dacie zakończenia roku obrotowego spółki. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy zeznanie podatkowe zostanie złożone w formie elektronicznej – wtedy termin ten ulega wydłużeniu do 31 marca następnego roku.

Aby spełnić oczekiwania OECD, cypryjskie organy podatkowe zwróciły się do wszystkich firm i organizacji, które nie złożyły jeszcze sprawozdań finansowych, z wezwaniem do wypełnienia wymaganych prawem formalności. Podmioty, które nie zrobią tego dla okresów sprawozdawczych od grudnia 2011 r. do 15 kwietnia 2014 roku, muszą liczyć się zarówno z konsekwencjami finansowymi (tj. grzywnami) jak i sankcjami w postaci kar pozbawienia wolności wobec osób zarządzających. Aby uniknąć więzienia, dyrektorzy mają dwa wyjścia – czym prędzej przeprowadzić audyt oraz przestawić zeznania podatkowe lub złożyć rezygnację. Trzeba pamiętać też, że bez cypryjskiego dyrektora, firma może utracić swoje przywileje podatkowe.

– Konsekwencje mogą być dotkliwe, dlatego firmy prowadzące biznes na Cyprze powinny zminimalizować ryzyko ich poniesienia. – podsumowuje David J. James z Baker Tilly Poland Assurance. – Aby w terminie dopełnić wszelkich formalności, warto od razu przystąpić do przygotowania wszelkich dokumentów. Warto rozważyć również współpracę z doświadczonymi, znającymi ten rynek podmiotami – w przypadku międzynarodowych spółek powiązanych z podmiotami zarejestrowanymi na Cyprze, kluczową determinantą sukcesu może być skorzystanie z usług audytora, mającego dostęp do know-how międzynarodowej sieci, doświadczonej w posługiwaniu się ponadpaństwowymi systemami i narzędziami pracy – dodaje ekspert.

Te adaptery i ładowarki stanowią zagrożenie dla zdrowia!

Komisja Europejska upubliczniła wykaz niebezpiecznych produktów – adapterów do prądu oraz ładowarek sieciowych, których użytkowanie może powodować zagrożenie dla życia i zdrowia konsumentów. Na liście znalazły się znane marki, jak np. Samsung, Michelin, Technolux, Rb Mobile, a także szereg urządzeń tzw. „no name”, czyli produktów (najczęściej podróbek) bez podanej informacji o producencie.

Do czego może doprowadzić użytkowanie produktów znajdujących się na „czarnej liście” Komisji Europejskiej? Główne zagrożenia to ryzyko porażenia prądem oraz wywołania spięcia w gniazdkach i doprowadzenia do pożaru. Taki scenariusz był możliwy w przypadku korzystania z ładowarki sieciowej marki Samsung (Chargeur secteur – connectique micro -USB), która do listy niebezpiecznych produktów Komisji Europejskiej została dodana w 2013 roku na wniosek Francji (produkt został też wycofany z rynku portugalskiego). Jak czytamy w wyjaśnieniu, urządzenie nie spełniało zasad określonych w dyrektywie niskonapięciowej oraz normach europejskich EN 60950.

Równie niebezpiecznym sprzętem była ładowarka podróżna Rb Mobile (Travel Charger dla Z320i), zgłoszona na listę Komisji Europejskiej przez Wielką Brytanię ze względu na niezgodność z dyrektywą niskonapięciową, normą europejską EN 61558 i brytyjską 1363. Użytkowanie produktu groziło ryzykiem porażenia prądem oraz wywołania pożaru ze względu na niewłaściwą konstrukcję (luźne przewody, niedobrane elementy zasilacza). Ładowarka nie posiadała też właściwych oznaczeń oraz instrukcji użytkowania.

Innym produktem wycofanym ze sprzedaży był adapter podróżny Michelin (model AC-002MT – przeznaczony do użytkowania w Wielkiej Brytanii, Europie, USA i Australii), zgłoszony na listę niebezpiecznych urządzeń przez Brytyjczyków w 2013 roku. Mechanizm zabezpieczający zastosowany w adapterze został niewłaściwie zaprojektowany, urządzenie nie spełniało też standardów IEC 60884. Dla porównania można wskazać adapter Technolux (model Enchufe), w którym producenci zapomnieli o właściwym zabezpieczeniu bolców, co powodowało ryzyko porażenia prądem w momencie podłączania adaptera do gniazdka. Produkt dostępny był na rynku hiszpańskim.

Intrygującym urządzeniem, przynajmniej dla Cypryjczyków, była mobilna ładowarka marki Celly przeznaczona dla iPoda – model Energy Star. Brak odpowiedniej izolacji, luźne przewody zasilające, brak instrukcji i informacji o bezpieczeństwie – produkt wylądował na liście Komisji Europejskiej w 2013 roku. Innym, „ciekawym” wynalazkiem była dostępna w Wielkiej Brytanii mobilna ładowarka (producent nieznany) – model TC98A. Lista grzechów była długa – zasilacz zastosowany w urządzeniu nie posiadał odpowiedniej izolacji pomiędzy obwodami, połączenia wewnętrzne były luźne i narażone na przerwanie. Zła konstrukcja powodowała możliwość uszkodzenia gniazdka w momencie rozłączania ładowarki, a także ryzyko przegrzania czy mechanicznego uszkodzenia samego urządzenia. Produkt został wycofany z rynku w 2013 roku.

Niewłaściwa izolacja, brak odpowiedniej wytrzymałości mechanicznej, możliwość przegrzania urządzenia, niezgodność z dyrektywną niskonapięciową – tak można zdefiniować niebezpieczną podróbkę, jaką była mobilna ładowarka do urządzeń iPad i iPhone – model TC E250 (producent nieznany). Urządzenie pojawiło się na rynku brytyjskim i zostało wycofane ze sprzedaży w 2013 roku.

Czarna lista adapterów podróżnych i ładowarek sieciowych wg danych Komisji Europejskiej z 2013 i 2014 roku:

Samsung – ładowarka sieciowa Chargeur secteur (connectique micro – USB)
HALOTEC – adaptery podróżne SK08207, SK08216 i SK08218
Rb Mobile – mobilna ładowarka dla Z320i
Mobilna ładowarka (producent nieznany) – model TC98A
Technolux – adapter podróżny Enchufe
Mobilna ładowarka do iPad i iPhone (producent nieznany) – model TC E250
RB Mobile – mobilna ładowarka model TC98A
CONNEX – adapter podróżny Adaptador de Corriente Universal
E.pro – adapter podróżny model DD-P3S
Matka Adapteri – adapter podróżny model 9625
Oshtraco – adapter podróżny model EA-1310
Somogy Elektronic – home by somogyi – adapter podróżny model AC 01B
Michelin – adapter podróżny model AC-002MT
CELLY – mobilna ładowarka Energy Star
Adapter podróżny (producent nieznany) – model TA – 3 – EEC181 / 042513
Domenique – adapter podróżny model EA1310
MINWA – adapter podróżny model MW Traveler
H – MWK – adapter podróżny model FA 507
CostMAD / Advanced Accessories – adapter podróżny Universal Worldwide Tourist Converter

Bezpieczny adapter do prądu czy mobilna ładowarka, czyli?

Pamiętajmy, że adapter do prądu czy mobilna ładowarka to urządzenia, które muszą spełniać określone normy, w tym przede wszystkim techniczne, by korzystanie z tego typu urządzeń było bezpieczne dla użytkowników. Zgodnie z danymi udostępnionymi przez SKROSS, to przede wszystkim:

zgodność z wymaganymi normami bezpieczeństwa – krajowymi i międzynarodowymi – potwierdzonymi przez IEC (International Electrotechnical Commission)
oznaczenie CE (Conformité Européenne) gwarantujące, że produkt spełnia wymagania dyrektyw tzw. „Nowego Podejścia” Unii Europejskiej
certyfikat niemieckiej, niezależnej organizacji TÜV Süd wydawany produktom o największej jakości
zgodność z RoHS, czyli unijną dyrektywą mającą prowadzić do zmniejszania ilości substancji niebezpiecznych przenikających do środowiska z odpadów elektrycznych i elektronicznych
właściwa konstrukcja, zabezpieczająca przed „iskrzeniem” mogącym powodować spadki napięcia, ryzyko uszkodzenia podłączonego urządzenia, a w skrajnych przypadkach – pożar
zastosowanie technologii „all-in-one”, czyli systemu chowanych suwaków chroniących urządzenie przed uszkodzeniem
zabezpieczenia dla dzieci w postaci listków uniemożliwiających włożenie np. długopisu

Dodajmy, że czarne listy produktów powstają w oparciu o unijny system Rapex, w którym uczestniczą wszystkie kraje UE, a także Islandia, Liechtenstein i Norwegia. Projekt funkcjonuje od przeszło 10 lat, działając w celu zapewniania wysokiego poziomu bezpieczeństwa konsumentów poprzez skuteczną komunikację pomiędzy państwami członkowskimi a Komisją Europejską. Wymiana informacji dotyczy zarówno produktów mogących stanowić zagrożenie dla zdrowia użytkowników, jak i środków podejmowanych przez dane kraje w kierunku ich wycofania z rynku.

Źródło: http://ec.europa.eu

Spotkanie Prezydenta RP z animatorami kultury

26 marca 2014 r. (środa) o godz. 19.00 w Pałacu Prezydenckim Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski spotka się z uczestnikami NieKongresu – pierwszego ogólnopolskiego spotkania animatorów kultury.  W zorganizowanych w Warszawie trzydniowych obradach NieKongresu uczestniczyć będzie kilkuset organizatorów projektów kulturalnych, pracowników instytucji kultury, szefów gminnych ośrodków kultury oraz lokalnych artystów z całego kraju. Tematem spotkania w Pałacu Prezydenckim będą m. in. tegoroczne obchody 25-lecia Wolności. Wieczór uświetni występ zespołu Zakopower. Podczas spotkania planowane jest wystąpienie Prezydenta RP.

Źródło: Prezydent.pl

Jak prowadzić biznes w Azji? Zbliża się koniec rekrutacji na szkolenia UE

Wiele polskich firm prowadzi współpracę biznesową z firmami z Azji. Jednak ze względu na duże różnice kulturowe, tylko niewiele projektów kończy się sukcesem. Dlatego Komisja Europejska od 35 lat organizuje i finansuje szkolenia w ramach Executive Training Programme, które przygotowują firmy do podbicia japońskiego i południowokoreańskiego rynku. Jak dotąd wzięło w nich udział 1116 menedżerów z krajów UE. Firmy, które chcą zgłosić swoich przedstawicieli na najbliższy cykl szkoleń, mają na to czas do połowy maja br. Rekrutację w Polsce prowadzi firma doradcza Deloitte.

W dotychczasowej 35-letniej historii szkoleń ETP (Executive Training Programme) wzięło udział ponad 800 firm z Unii Europejskiej. Aż 1037 menedżerów wyjechało do Japonii, a do Korei Południowej – która dołączyła do programu w 2002 r. – 79 osób. Co roku w szkoleniach biorą udział średnio 32 osoby. Jak dotąd ośmiu reprezentantów z Polski skorzystało z tej możliwości. Najwięcej, bo aż 209 pracowników do Azji wysłały firmy niemieckie.

„W 1979 roku Wspólnota Europejska zdecydowała się na stworzenie Executive Training Programme, w celu poprawy ujemnego bilansu handlowego z Japonią. Program jest kontynuowany do dnia dzisiejszego, przynosząc wymierne korzyści uczestnikom i ich firmom. Wystarczy wspomnieć, że te przedsiębiorstwa, które wysłały swoich przedstawicieli do Azji, w ciągu dziesięciu lat zanotowały wzrost obrotów średnio o 100 proc. na tym rynku, natomiast 65 proc. menedżerów, mających za sobą udział w szkoleniu w Japonii lub Korei, weszło w swoich firmach w skład wyższej kadry kierowniczej” – mówi Krzysztof Burkot, Koordynator programu Executive Training Programme w Deloitte Polska.

Program ETP skierowany jest nie tylko do dużych firm, ale także małych i średnich przedsiębiorstw. Szkolenie obejmuje trzy moduły (jeden w Londynie i dwa w Tokio lub Seulu) trwające łącznie 45 tygodni. Uczestnicy ETP zaczynają od intensywnej nauki języka obcego, pogłębienia wiedzy na temat kultury biznesowej oraz od kwestii społecznych i ekonomicznych w tamtym regionie. Zajęcia odbywają się na najlepszych uniwersytetach, cieszących się od lat dobrą renomą wśród Japończyków i Koreańczyków, co ma niezwykle duże znaczenie przy pierwszych kontaktach biznesowych. Cykl kończy się stażem w jednej z japońskich lub koreańskich firm.

„Najważniejsza była dla mnie możliwość doświadczenia Japonii „od środka”. Poznanie języka, kultury, także tej biznesowej, nawiązanie kontaktów i nauczenie się „życia”, czyli tego wszystkiego, czego nie można wyczytać z książek. Zrozumienie tamtejszego rynku oraz tego jak prowadzony jest japoński biznes pozwoliło podjąć mojej firmie właściwe decyzje, co do dalszych kroków biznesowych” – mówi jedna z uczestniczek ETP z Polski, która brała udział w Programie w cyklu 2012-2013.

O tym, że polscy przedsiębiorcy nie zawsze posiadają wystarczającą wiedzę nt. japońskiego i południowokoreańskiego rynku może świadczyć ich ograniczona aktywność w tamtym regionie. Z obydwoma krajami Polska odnotowuje ujemny bilans w wymianie handlowej. Jego wartość w 2013 r. między Polską i Japonią wyniosła 2,21 mld euro, z czego import stanowił 1,78 mld euro, a eksport do kraju kwitnącej wiśni 417 mln euro1. Polska liczy na szybką ratyfikację umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską, a Japonią, która ma przyczynić się do wzrostu unijnego eksportu. W 2012 r. obroty w handlu pomiędzy Polską a Koreą Południową wzrosły o 6 proc. w stosunku do 2011 roku osiągając poziom 3,9 mld euro, Polski eksport do Korei Płd. wzrósł w tym czasie aż o 37 proc. (do 412,4 mln euro), podczas gdy import wzrósł o 4 proc. (do 3,48 mld euro)2.

Informacje na temat programu, oferowanych szkoleń, procesu rekrutacji i osobistych doświadczeń uczestników można znaleźć na stronie internetowej www.euetp.eu, za pośrednictwem, której należy również składać dokumenty aplikacyjne.

Optymizm powraca na rynek HoReCa

2013 r. był rokiem stagnacji na rynku HoReCa, która wynikała z pogorszenia ogólnej sytuacji gospodarczej. Prognozy na ten rok i na najbliższe lata są pozytywne, jak pokazuje badanie rynku gastronomicznego zaprezentowane w raporcie „Rynek HoReCa w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Zeszły rok, według naszych szacunków, zakończył się dla całego rynku HoReCa minimalnym wzrostem do wartości 23 mld zł. Najlepiej funkcjonowały firmy z segmentu cateringu (Ca), natomiast pozostałe dwa rynki odnotowały korektę. Główną przyczyną stagnacji było spowolnienie gospodarki, co ponownie umocniło trend oszczędzania, bądź rezygnacji z niepotrzebnych wydatków zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Widocznym trendem jest obecnie między innymi poszukiwanie opcji bardziej ekonomicznych. Z drugiej strony pozytywnym czynnikiem jest wzrost liczby turystów zagranicznych odwiedzających Polskę (o 6,9% do 15,8 mln w 2013 r., według raportu Active Group dla Ministerstwa Sportu i Turystyki).

Prognoza dla rynku na 2014 rok jest już optymistyczna i, według danych PMR, wzrost wyniesie prawie 3%, a sytuacja będzie się polepszać z miesiąca na miesiąc. Co więcej, prognozy na kolejne lata są również optymistyczne.
Wracając do badania przeprowadzonego wśród placówek gastronomicznych, przeszło jedna trzecia badanych prognozuje, że sytuacja w 2014 r. będzie lepsza niż w roku poprzednim. Taki pozytywny wynik został zanotowany po raz pierwszy od kilku edycji naszego badania. Dotychczas prognozy na rok bieżący w chwili realizacji badania były ogólnie negatywne.
Poprawy sytuacji w branży spodziewa się niemal połowa przedstawicieli pizzerii oraz ponad 40% pracowników kawiarni i herbaciarni. Negatywne prognozy najczęściej pojawiały się wśród respondentów pracujących w restauracjach hotelowych i w barach alkoholowych.

Wśród głównych czynników wpływających na pozytywną prognozę sytuacji była wymieniana poprawa sytuacji ekonomicznej w kraju. Taką odpowiedź wyraził niemal co drugi badany, który spodziewa się lepszej sytuacji w branży. Oprócz tego, za poprawą sytuacji przemawia obserwowany wzrost sprzedaży powiązany z rosnącą liczbą klientów, a także poprawa nastrojów konsumenckich.

Badanie wśród placówek gastronomicznych w Polsce zostało zrealizowane w styczniu 2014 r. przez PMR na potrzeby raportu „Rynek HoReCa w Polsce 2014”. Badanie zrealizowano techniką wywiadów telefonicznych CATI. Zrealizowano 600 pełnowartościowych wywiadów. Respondentami byli właściciele lub współwłaściciele placówek gastronomicznych.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HoReCa w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Spółka Wyborowa SA poszukuje kupców na tereny inwestycyjne w Poznaniu

Spółka Wyborowa S.A. poszukuje kupców na tereny inwestycyjne położone nad brzegiem Jeziora Maltańskiego w Poznaniu. Projekt zakłada podzielenie nieruchomości o powierzchni 70 tys. m² na kilka części, z których każda będzie miała określoną funkcję tak, aby razem tworzyły przyjazny kompleks rekreacyjno-sportowy.

Do 2013 roku na nieruchomości przy ulicy Komandoria nad Jeziorem Maltańskim w Poznaniu produkcję prowadziła Wyborowa S.A. W wyniku uchwalonej przez radnych zmiany w planie zagospodarowania przestrzennego, która zakłada przekształcenie przeznaczenia nieruchomości z przemysłowego na rekreacyjno-sportowe, spółka musiała zakończyć produkcję w tym miejscu.

Aktualnie Wyborowa S.A. poszukuje kupców na tereny inwestycyjne w Poznaniu przy wsparciu firmy doradczej PwC, która specjalizuje się m.in. w doradztwie transakcyjnym dla sektora nieruchomości.

Podstawowym atutem działki jest jej atrakcyjna lokalizacja na popularnym wśród poznaniaków i nie tylko obszarze rekreacyjnym wokół Jeziora Maltańskiego. Nieruchomość znajduje się na północnym brzegu jeziora, które słynie z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych, oraz w sąsiedztwie Parku Tysiąclecia.

Nieruchomość obejmuje obszar ponad 70 tys. m˛, na którym znajduje się obecnie 34 budynków przemysłowych oraz jeden budynek mieszkalny o łącznej powierzchni użytkowej blisko 35 tys. m. W ramach projektu stworzenia na tym terenie przyjaznego dla mieszkańców i turystów kompleksu rekreacyjno-sportowego nieruchomość zostanie podzielona na mniejsze działki z określonym przeznaczeniem.

Zmiany w ofercie Apple: najbardziej przystępny cenowo model iPada z ekranem o przekątnej 9,7 cala ma teraz wyświetlacz Retina, jest wydajniejszy i wyposażony w lepsze kamery

iPad z wyświetlaczem Retina zajmuje miejsce iPada 2 jako najbardziej przystępny cenowo iPad z ekranem o przekątnej 9,7 cala. Dostępne będą modele Wi-Fi oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB. iPad czwartej generacji ma fantastyczny wyświetlacz Retina o przekątnej 9,7 cala, procesor A6X zaprojektowany przez Apple, ultraszybki interfejs Wi-Fi, 5-megapikselową kamerę iSight, która umożliwia także nagrywanie wideo w formacie HD 1080p, kamerę FaceTime HD oraz interfejs sieci LTE gotowy do pracy w różnych zakątkach świata¹ — a jego bateria wystarcza nawet na 10 godzin pracy.² iPad z wyświetlaczem Retina wyposażony jest w system iOS 7, który oferuje setki wspaniałych nowych funkcji, a wśród nich Centrum sterowania, Centrum powiadomień, udoskonaloną wielozadaniowość, AirDrop, ulepszone Zdjęcia, Safari i Siri oraz iTunes Radio.³

„W miejsce iPada 2 oferujemy teraz klientom mocniejszego, szybszego i bardziej wartościowego iPada z przepięknym wyświetlaczem Retina o przekątnej 9,7 cala, szybkim procesorem A6X i 5-megapikselową kamerą iSight”, powiedział Philip Schiller, wiceprezes Apple ds. marketingu globalnego. „Rodzina iPadów wyznacza najwyższy standard w świecie urządzeń mobilnych, a wszystkie modele zapewniają swoim użytkownikom dostęp do największego i najlepszego ekosystemu ponad 500 000 aplikacji zgromadzonych w App Store i zoptymalizowanych właśnie dla iPadów”.

Użytkownicy iPadów mogą korzystać z rewolucyjnego sklepu App Store, który oferuje ponad milion aplikacji dla użytkowników urządzeń iPhone, iPad i iPod touch w 155 krajach na całym świecie, w tym ponad 500 000 aplikacji stworzonych specjalnie dla iPada. Jak dotąd z App Store pobierano aplikacje już ponad 60 miliardów razy, a klienci mają do dyspozycji niezwykle bogatą ofertę aplikacji w 24 kategoriach, w tym prasę w Kiosku, gry i aplikacje rozrywkowe, aplikacje edukacyjne, dla dzieci, biznesowe, sportowe, dostarczające wiadomości, przydatne w podróży, dla zainteresowanych fitnessem i dbających o zdrowie. Rodzina iLife obejmująca aplikacje do pracy twórczej — iPhoto, iMovie i GarageBand — oraz rodzina aplikacji użytkowych iWork, czyli Pages, Numbers i Keynote, są ważnym składnikiem doświadczenia użytkowników urządzeń Apple. Teraz dostępne są bezpłatnie, przez co jeszcze więcej użytkowników iPada ma szansę skorzystać z tego wspaniałego oprogramowania — zoptymalizowanego dla architektury 64-bitowej i oferującego setki nowych funkcji.

Dostępność
iPad z wyświetlaczem Retina jest dostępny w kolorze czarnym i białym, w wersji Wi-Fi o pojemności 16 GB oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB. Ciemnoszare nakładki Smart Cover i etui Smart Case dla iPada z wyświetlaczem Retina są dostępne u wybranych sprzedawców Authorised Apple Reseller. iPad Air jest dostępny w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości w wersjach Wi-Fi o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB.

iPad mini z wyświetlaczem Retina jest dostępny w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości w wersjach Wi-Fi o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB. Ponadto w ofercie dostępny jest oryginalny iPad mini w wersji Wi-Fi 16 GB oraz Wi-Fi + Cellular 16 GB.

¹Technologia LTE jest dostępna w sieciach wybranych operatorów. Szybkość komunikacji sieciowej zależy od sieci operatora. Szczegółowe informacje można uzyskać od operatora.

²Wydajność baterii zależy od ustawień urządzenia, sposobu użytkowania i innych czynników. Rzeczywiste wyniki mogą odbiegać od podanych.

³Usługa iTunes Radio jest dostępna wraz z systemem iOS 7 w Stanach Zjednoczonych i Australii.

Optymalizacja wykorzystania przestrzeni magazynowej – kontenery siatkowe

Wybór odpowiednich pojemników do magazynowania i przenoszenia towarów zależy od trzech czynników – rodzaju przechowywanych produktów, wielkości i konstrukcji przestrzeni magazynowej oraz posiadanego budżetu. Gdy chcemy oszczędzić miejsce w magazynie, składujemy produkty o określonych gabarytach i wadze maksymalnie półciężkiej, warto postawić na ekonomiczne rozwiązania, jakimi są kontenery siatkowe.

Kontenery siatkowe to produkty, które pozwalają na efektywne zagospodarowanie przestrzeni magazynowej. Będą stanowiły doskonałe rozwiązanie praktycznie w każdej gałęzi przemysłu, w której występuje konieczność czy potrzeba gromadzenia i przenoszenia dużych ilości materiałów, półproduktów czy towarów określonego rodzaju. Głównym założeniem jest to, by produkty te posiadały kompaktowe rozmiary oraz określoną objętość.

Lekkie lub półciężkie

Szukając sposobów i miejsc wykorzystania kontenerów siatkowych na pewno można wskazać magazyny, w których znajdują się produkty lekkie, maksymalnie półciężkie – w ramach jednego kontenera umieścimy towar o łącznej wadze nieprzekraczającej 900 kilogramów. Siatkowa konstrukcja ogranicza możliwość wykorzystania takich pojemników do magazynowania substancji o konsystencji ciekłej czy sypkiej, nie sprawdzą się zatem przy przenoszeniu np. żwiru czy piasku. Jak najbardziej wykorzysta je natomiast producent mrożonek, rolnik czy magazyn materiałów motoryzacyjnych.

Kontenery siatkowe doskonale nadadzą się do procesów, w których towar powinien być widoczny lub łatwy do zidentyfikowania. Ponieważ pojemniki te jak najbardziej można układać w stosy, oszczędzając w ten sposób powierzchnię magazynową, tym bardzo wartościowa wydaje się być ich siatkowa forma ułatwiająca weryfikację zawartości niezależnie od poziomu, na którym zostaną umieszczone.

Innym kluczowym obszarem zastosowania kontenerów siatkowych jest wykorzystanie pojemników do magazynowania i przewożenia wszelkiego rodzaju odpadów (np. w miejsca ich utylizacji). Swoje zastosowanie znajdą zarówno przy przechowywaniu plastików, metali, makulatury, jak i wszystkich innych elementów o strukturze stałej.

Metalowe lub drewniane

W zależności od potrzeb przedsiębiorcy, można wybrać zarówno kontenery siatkowe z drewnianym dnem, jak i metalowym – z klapą zawieszaną (pojedynczą, podwójną) lub bez. Gdy posiadamy palety, wystarczy zakup wyłącznie nadstawek, co ograniczy ewentualne koszty – choć i tak nie są one zbyt wielkie. Pojemnik siatkowy o wymiarach zewnętrznych 1240 x 835 x 570 mm, wyposażony w podłogę drewnianą to koszt ok. 273 zł netto, z klapą zawieszaną – 286 zł netto. Przykładowo kontener siatkowy z blaszaną podłogą (1240 x 835 x 500 mm) to koszt 286 zł netto, a nadstawka na paletę EUR o wymiarach zewnętrznych 1200 x 800 x 865 mm będzie kosztować ok. 195 zł netto.

Źródło: Magazynuj.pl

Zmiany w handlu przez internet. Nowe przepisy zwiększą ochronę klientów robiących zakupy w sieci

Choć sprzedaż przez internet to tylko 3,5 proc. całej sprzedaży detalicznej w Polsce, to udział ten będzie rósł. Sprzyjać temu będzie nie tylko coraz większa liczba urządzeń połączonych z internetem, lecz także korzystniejsze dla konsumentów prawo, które daje więcej uprawnień niż w przypadku zakupu w sklepie stacjonarnym. W połowie czerwca mają wejść w życie jeszcze korzystniejsze dla konsumenta regulacje.

Ustawa implementująca unijną dyrektywę w tej sprawie powinna wejść w życie do 13 czerwca tego roku.

 – Ustawa będzie dotyczyć przede wszystkim umów zawieranych poza lokalem przedsiębiorstwa i na odległość, czyli zawieranych na przykład za pośrednictwem internetu – zaznacza Katarzyna Górna, prawniczka z kancelarii Accreo Legal.

Nowa dyrektywa ma ujednolicić przepisy dotyczące e-handlu w całej Unii Europejskiej. Obecnie przepisy unijne regulują jedynie część zasad, co skutkuje znacznymi różnicami – m.in. w terminie zwrotu towaru zakupionego za pośrednictwem internetu. W Polsce termin ten wynosi 10 dni, od wejścia w życie ustawy czas ten wydłuży się do 14 dni. Co istotne, ważna będzie data dostarczenia towaru, a nie zawarcia umowy. Podobnie będzie we wszystkich pozostałych krajach unijnych.

 – Dyrektywa wprowadza też nowe obowiązki informacyjne, czyli nakłada wymogi dotyczące informacji, których przedsiębiorca będzie musiał udzielić konsumentowi przed zawarciem umowy – zaznacza Katarzyna Górna.

Właściciele sklepów internetowych będą zobowiązani do informowania klientów o przysługujących im prawach. Nakłada to na nich między innymi obowiązek poinformowania, że w przypadku zwrotu towaru to na kliencie spoczywa obowiązek pokrycia wynikających z tego kosztów odesłania zakupionego produktu. Jeśli sprzedawca nie wywiąże się z tego zadania, ciężar opłat spadnie na sklep.

– Jedną z ważniejszych zmian, związanych z implementacją dyrektywy konsumenckiej, jest zintegrowanie przepisów dotyczących odpowiedzialności za wadę produktu, które do tej pory znajdowały się w dwóch osobnych ustawach, a teraz znajdą się w kodeksie cywilnym – mówi Katarzyna Górna.

Za wady sprzedanego przedmiotu odpowiada sprzedawca, chyba że klient w chwili zakupu zdawał sobie sprawę z usterek. Sprzedawca odpowiada również za uszkodzenia powstałe podczas transportu. Projekt ustawy przewiduje dwie formy reklamacji – gwarancję i rękojmię. Jeśli zakupiony towar ma wady, klient ma prawo do odstąpienia od umowy. Ponadto ustawa reguluje zasady dochodzenia przez sprzedawców odpowiedzialności za wadę towaru od producenta. Będą one oparte na rękojmi – na zasadzie ogólnej odpowiedzialności za niewykonanie zobowiązania z kodeksu cywilnego oraz na zasadzie regresu.

Zapisy nowej ustawy będą stosowane do umów zawartych po 13 czerwca. Ponadto ustawa nie przewiduje okresu przejściowego, co oznacza, że do tego dnia należy wprowadzić zmiany w sklepie internetowym i przygotować się na wdrożenie postanowień nowej ustawy.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Zmiana benchmarku subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek z oferty Union Investment TFI

Od 24 marca br. benchmark subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek zarządzanego przez Union Investment TFI jest oparty o nowy indeks WIG50.

W związku rozpoczęciem publikacji przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie indeksów WIG50 oraz WIG250, obejmujących odpowiednio 50 średnich i 250 małych spółek z Głównego Rynku GPW, nastąpiła zmiana benchmarku subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek (UniFundusze FIO) z oferty Union Investment TFI.

Od 24 marca br. skład benchmarku to: 90% WIG50 + 10% WIBID 1M.

To istotna zmiana, jako że różnice w strukturze pomiędzy indeksem sWIG80, który dotychczas służył za wzorzec oceny efektywności subfunduszu, a nowym WIG50 są duże. Ten ostatni zastępuje bowiem dotychczasowy indeks grupujący spółki o średniej kapitalizacji, podczas gdy odpowiednikiem indeksu sWIG80 jest obecnie WIG250.

– W naszej ocenie, konstrukcja indeksu WIG250 powoduje brak możliwości faktycznej replikacji benchmarku, ponieważ w jego skład w przeważającej mierze wchodzą spółki o bardzo małej kapitalizacji i niskiej płynności. Stąd decyzja o wyborze indeksu WIG50 – mówi Waldemar Wołos, Dyrektor ds. Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI.

– Zmiana benchmarku pociągnie za sobą przebudowę portfela, jednak wszelkie zmiany będą dokonywane sukcesywnie i powoli, zgodnie z interesem uczestników subfunduszu – dodaje Maciej Kik, zarządzający subfunduszem UniAkcje Małych i Średnich Spółek.

UniAkcje Małych i Średnich Spółek istnieje od 2007 r. Z wynikiem 33,67 proc. znalazł się wśród 10 najlepszych funduszy w 2013 r.*
* Źródło: Expander (07.01.2014)

KGHM w gronie firm, które zwiększyły wartość o ponad 15 proc.

0

Działający na trzech kontynentach KGHM koncentruje swoje siły na uruchomieniu flagowego projektu Sierra Gorda. Po uruchomieniu chilijskiej odkrywki spółka nie wyklucza dalszej ekspansji, zarówno geograficznej, jak i produktowej. Kluczową dźwignią wzrostu firmy mają być nadal metale nieżelazne i szlachetne.

Spółka inwestuje również w rozwój grafenu oraz analizuje zaangażowanie w wydobycie fosforytów, soli potasowych czy surowców energetycznych. KGHM posiada obecnie 49 proc. udziałów w spółce Nano Carbon, która pracuje nad komercyjnym wykorzystaniem grafenu. Jego możliwe obszary zastosowania to wyświetlacze dotykowe, produkcja energii odnawialnej z baterii słonecznych czy też monitoring zanieczyszczeń.

 – Dojście do surowców jest rzeczą podstawową. Obraliśmy ten kurs w 2009 roku, bazując na tym, że pozostajemy w core biznesie, w metalach kolorowych, gdzie metalem podstawowym jest miedź, ale również uzupełniamy to o srebro, złoto, platynę, pallad, nikiel i molibden  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM.

Miedziowa spółka została laureatem dolnośląskiej edycji Diamentów Forbesa – nagrody przyznawanej firmom, które najszybciej zwiększają swoją wartość.  Do grona laureatów trafiają te firmy, których przeciętny roczny wzrost wartości wynosi co najmniej 15 procent. Wycena przedsiębiorstw jest dokonywana metodą hybrydową, która łączy metodę dochodową i majątkową. Pozwala to lepiej oszacować wartość i potencjał rozwoju firm, a w rezultacie – ocenić sytuację całej gospodarki. Przez pryzmat tej nagrody widać ożywienie w polskiej gospodarce, które ma już stabilny charakter.

 – Wtedy, kiedy koniunktura jest dobra, grono Diamentów rośnie. Ostatnie lata nie były najlepsze, a w przedostatniej edycji liczba laureatów spadła. W ostatniej zaobserwowaliśmy odbicie. Pokonaliśmy barierę 2 tysięcy, co pokrywa się z tym, co dzieje się w polskiej gospodarce. Czyli widać poprawę, widać powrót dobrej koniunktury – twierdzi Jacek Pochłopień, zastępca redaktora naczelnego „Forbesa”.

Lista laureatów Diamentów Forbesa pokazuje także, w jakich branżach oraz regionach przedsiębiorcy radzą sobie najlepiej.

 – Jeszcze kilka lat temu prym wiodły przedsiębiorstwa budowlane, było ich wiele na naszej liście, teraz to się zmieniło. Widać firmy z sektora rolnego, spożywczego czy rolno-spożywczego. Pozostały firmy budowlane, ale jest ich mniej. Widać również spółki handlowe oraz, co nas bardzo cieszy, zaczęły pojawiać się coraz częściej firmy z obszaru nowoczesnych technologii. Są też przedsiębiorcy z branży medycznej, co burzy trochę mit, że na rynku usług medycznych nie da się zarobić – uważa Pochłopień.

W przekroju regionalnym najlepiej radzą sobie przedsiębiorcy z Mazowsza i Wielkopolski. Sytuacja w pozostałych regionach jest zróżnicowana, choć na mapie Polski widać coraz więcej prężnych ośrodków poza Warszawą.

 – Przykładem jest Dolny Śląsk, który ma wiele atutów – m.in. bliskość rozwiniętych rynków Niemiec i Czech, dobrze rozwiniętą infrastrukturę oraz prężnie działające specjalne strefy ekonomiczne. Dopełnia to prężnie rozwijająca się stolica regionu – twierdzi zastępca redaktora naczelnego „Forbesa” . – Lokomotywą samą w sobie jest Wrocław, z miejscową  bazą akademicką, z atmosferą i klimatem, który sprzyja przedsiębiorcom. Taką lokomotywą jest też KGHM Polska Miedź, która jednak promieniuje i rzutuje na cały region wraz z firmami ze swojego otoczenia.

Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM, potwierdza, że świetnie wykształceni pracownicy to jeden z głównych atutów Dolnego Śląska. Dlatego spółka stara się ich przyciągać, oferując perspektywę kariery w Ameryce Północnej lub Południowej.

 – Cały czas wierzę w młodość, w osoby, które kończą studia w naszym regionie. To naprawdę jest duża wartość. My również jesteśmy otwarci, stąd nasz program „Kopalnia Talentów”. Chcemy pozyskać młodych, ambitnych, inteligentnych ludzi do tego, żeby wzmacniali naszą pozycję. Wielu z nich już dzisiaj ma zatrudnienie w naszych kopalniach w Chile, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – mówi wiceprezes KGHM. – Spotykając tych ludzi właśnie tam, jestem dumny, że mamy młodych Polaków, którzy są świetnymi specjalistami.

Diamenty Forbesa najtrudniej zdobyć firmom dużym, których wartość bazowa już jest wysoka.

 – To jest kolejne wyróżnienie, które potwierdza pozycję KGHM nie tylko na Dolnym Śląsku, lecz także w Polsce. To jest dzisiaj firma globalna, która ma swoje aktywa w dwóch Amerykach  w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i w Chile. Chcielibyśmy, żeby KGHM kontynuował ścieżkę efektywnego rozwoju, a żeby to zrealizować, musimy być aktywni na światowym rynku surowcowym. Monitorujemy wszystkie ciekawe projekty, które mają potencjał do zwiększenia bazy zasobowej spółki – mówi Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM.

W województwie dolnośląskim w kategorii dużych firm pierwsze miejsce zajął Autoliv Poland. Na podium znalazły się także spółki Sitech i właśnie KGHM. W kategorii średnich firm zwycięzcą została spółka Pro Ascobloc, wyprzedzając DWS Draexlmaier Wyposażenie Wnętrz Samochodowych oraz Casetech Polska. Wśród małych firm laureatami zostały: Izerskie Centrum Pulmonologii i Chemioterapii Izer-Med, Automatec oraz Spółka Usługowa Piast Business Service.

W porównaniu do poprzednich edycji, wśród Diamentów Forbesa przybywa małych przedsiębiorstw. Według zastępcy redaktora naczelnego „Forbesa” to dowód na to, że po 25 latach transformacji polska gospodarka – oparta w ogromnym stopniu na małych i średnich firmach – coraz bardziej przypomina dojrzałe, rozwinięte gospodarki. Z drugiej strony, jego zdaniem, 25 lat przemian to wciąż niewiele i Polacy w dalszym ciągu uczą się efektywnego rozwijania i zarządzania firmami. To oznacza jednak, że polska gospodarka ma wciąż duże rezerwy, które mogą przyspieszyć jej rozwój.

Orange: dostawcy treści i usług powinni ponosić część kosztów rozwijania infrastruktury, by ceny dostępu do internetu nie rosły

Dzisiejszy model biznesowy funkcjonowania usług telekomunikacyjnych internetowych wymaga przedefiniowania – uważa Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska. Dostawcy treści i usług powinni – jego zdaniem – ponosić część kosztów dostarczania im usługi przez operatorów telekomunikacyjnych. W innym wypadku operatorom skończą się środki na inwestycje i będą ich szukać u odbiorców końcowych, podwyższając im ceny usług.

Wiceprezes Orange podkreśla, że ta nierównowaga na rynku wynika z tego, że w ostatnich latach dzięki powszechnemu dostępowi do internetu zmienił się model typowej usługi telekomunikacyjnej.

Kiedyś to było bardzo proste – operator budował sieć i na tej sieci kreował swoją własną usługę głosową, abonament, sprzedawał zamknięty łańcuch wartości. Dziś jest bardzo wielu graczy, którzy tworzą wartość dodaną, mających wpływ na koszty operatora, który musi dostarczyć usługę dostępu do internetu, ale nie partycypujący w tych kosztach w ogóle. Dlatego mówimy, że dzisiejszy model biznesowy funkcjonowania usług telekomunikacyjnych internetowych wymaga przedefiniowania – wyjaśnia Piotr Muszyński, wiceprezes ds. operacyjnych Orange Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Z punktu widzenia konsumentów zmiany na rynku telekomunikacyjnym są korzystne, natomiast dla operatorów, którzy kompleksowo przygotowują swoje usługi, już niekoniecznie.

– Mamy na lokalnych rynkach obowiązki nakładane na operatorów, regulacje, konieczność ponoszenia inwestycji i mamy globalnych dostawców usług, którzy działają ponadnarodowo, poza granicami kontynentów, nie mając żadnej relacji do lokalnego rynku, na którym operator musi ponosić określone koszty dostarczania usługi. I tutaj widzimy nierównowagę pomiędzy tym, co faktycznie stanowi strumień przychodów a budowaną wartością dodaną na infrastrukturze, która jest obłożona określonymi obowiązkami kosztowymi i regulacyjnymi – mówi Piotr Muszyński.

Jego zdaniem, utrzymywanie takiego modelu spowoduje, że operatorzy nie będą w stanie wyłożyć wystarczających środków na rozwijanie infrastruktury i zapewnienie odpowiedniej jakości usług. To z kolei może przełożyć się na ceny usług.

Ktoś te koszty ponieść musi, więc na pewno będziemy musieli szukać takiego modelu, który spowoduje, że to nie będzie tylko użytkownik końcowy. Jeżeli zgodzimy się na to, że on jest jedynym ogniwem w tym łańcuchu wartości, który będzie musiał ponieść ostateczny koszt, to możemy zapomnieć o tanim dostępie do internetu – przestrzega Piotr Muszyński. – Musi być model partycypacji, który spowoduje, że kreatorzy kontentu za określoną wartość świadczonej usługi będą ponosili koszty równolegle do kosztów, które ponosi końcowy użytkownik, korzystając z tego produktu.

Problem ten dotyczy również graczy na innych rynkach europejskich. Dużym utrudnieniem jest brak ujednoliconych przepisów i regulacji, ustalających odgórnie zasady funkcjonowania zarówno operatorów telekomunikacyjnych, jak i dostawców treści i usług na rynku europejskim.

 W Europie nie ma w ogóle jednolitego podejścia do próby uregulowania zasad funkcjonowania dostawców kontentu versus obowiązki nakładane na lokalnych operatorów. Nie ma wytycznych, rynki lokalne całkowicie się od siebie różnią – tłumaczy wiceprezes Orange Polska.

Problem braku odpowiednich regulacji jest jednak szerszy. Kiedyś rynek telekomunikacyjny był hermetyczny, dziś jest otwarty, ale jego otwartość rodzi nowe wyzwania dla regulatorów.

– Rynek jeszcze 20 lat temu był rynkiem zamkniętym, na danym lokalnym obszarze funkcjonował głównie jeden operator. Gigantycznego wyłomu w funkcjonowaniu tego modelu dokonał internet, tylko że ten wyłom nie został w porę zauważony przez regulatorów krajowych, przez regulatora europejskiego – zauważa Muszyński. – Nastąpił dynamiczny rozwój usług, który spowodował, że w tej próżni natychmiast wyrosła zupełnie nowa wartość dodana, z którą dzisiaj regulatorzy zupełnie nie wiedzą, co zrobić.

Rośnie światowy rynek loterii. Głównie dzięki Ameryce Południowej i Chinom

W ubiegłym roku sprzedaż loterii na całym świecie wzrosła o ponad 4 proc. – wynika z danych World Lottery Association. Wartość sprzedaży, porównując rok do roku, spada w Europie (-2 proc.), ale dynamicznie rośnie w Ameryce Południowej (21 proc.) czy Chinach (20 proc.). Ogólnie jednak od kilku lat wzrost sprzedaży jest co roku coraz mniejszy – dlatego loterie szukają zarobku, nie tylko uruchamiając nowe produkty, lecz także oferując też dodatkowe usługi – w tym finansowe.

– Z naszych obserwacji, jako dostawcy rozwiązań technologicznych dla loterii, wynika, że do tej pory im gorzej wiodło się gospodarkom, tym lepiej działały loterie. Im trudniejsza sytuacja gospodarcza, tym większe obroty na rynku loteryjnym – tłumaczy Wojciech Włodarczyk, prezes zarządu GTECH Poland. – Ludzie szukali nadziei na dodatkowy przychód w grach losowych.

Od pewnego czasu widać jednak zmianę tego trendu. W 2011 roku sprzedaż na światowych rynkach loteryjnych była na poziomie 13 proc., w 2012 – 8 proc., a w zeszłym – ponad 4 proc. Zdaniem Włodarczyka, w miarę utrzymywania się spowolnienia gospodarczego, społeczeństwa ubożeją i bardziej racjonalnie podchodzą do wydatków, również tych na gry liczbowe. Choć jest to bardzo mocno uzależnione od danego regionu świata. Stąd między innymi różnice w wynikach sprzedaży w Ameryce Łacińskiej gdzie – mimo nie najlepszej sytuacji ekonomicznej – osiągnięto ponad 20-proc. wzrost i Europy, która zakończyła 2013 rok na minusie.

– Rynek Ameryki Łacińskiej jest dość specyficzny, porównując np. do Europy. Tam udział w grach loteryjnych jest nie tylko szansą na wygranie pieniędzy. To także wiara w możliwość zmiany swojego życia, przeznaczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodarczyk. – Jeśli chodzi o Europę, to dobry wynik osiągnęła loteria czeska, gdzie wzrost rok do roku to prawie 25 proc. Ale tutaj mieliśmy efekt bazy, ponieważ sprzedaż w 2012 roku była w Czechach stosunkowo niska. Mamy też zadowalający wzrost w Finlandii, prawie 9 proc., ale ma to między innymi związek z konsekwentnym wdrażaniem w poprzednich latach nowych technologii i produktów przez fińska loterię – Veikkaus – dodaje prezes Włodarczyk.

W takich właśnie nowych produktach, kanałach dystrybucji i dodatkowych usługach loterie widzą swoją przyszłość – sama sprzedaż gier w kolekturach już nie wystarcza. Nawet w Chinach, gdzie w ubiegłym roku sprzedaż wzrosła o 20 proc., dobry wynik był efektem między innymi rozwoju sprzedaży ulicznej – kanału niespotykanego np. w Europie.

– Dostarczenie przez polskich inżynierów z GTECH terminala mobilnego dla jednej z loterii w Chinach stworzyło możliwość wyjścia do klienta. W tradycyjnym modelu, to klient musi wybrać się do kolektury, aby kupić los. Tutaj agenci sprzedaży, posiadający terminal mobilny, sprzedają losy na ulicy. Jest to zupełnie nowa filozofia, inne podejście do klienta. To rozwiązanie jest unikalne w skali światowej – mówi prezes GTECH Poland.

Jednym z najczęściej spotykanych sposobów na zwiększenie przychodów jest uruchamianie w punktach loteryjnych sprzedaży innych produktów niż loteryjne. Są to na przykład doładowania telefonów komórkowych, możliwość opłacenia rachunków czy wykupienia doładowania w usłudze sprzedaży energii elektrycznej typu pre-paid. Niektóre z takich rozwiązań stosuje też polska loteria.

– Totalizator Sportowy jest aktywną loterią i w ostatnich latach wdraża nowe produkty, starając się uzupełnić tradycyjną ofertę, czyli gry i loterie pieniężne – mówi Włodarczyk. – Myślę, że lokalnie bardzo ciekawym pomysłem będzie loteria pieniężna, która będzie wdrożona pod koniec marca. Produkt ten jest efektem współpracy czterech loterii: polskiej, czeskiej, słowackiej i węgierskiej.

Dzięki temu bardzo podobny produkt będzie mógł być sprzedawany w różnych krajach. Poszerzany będzie nie tylko zasięg terytorialny, lecz także będzie zwiększana liczba kanałów sprzedaży loterii. Według prezesa GTECH Poland, przyszłość należy do sprzedaży przez internet, w tym także przez urządzenia mobilne.

Lekarze alarmują: opieka nad chorymi po zawale wymaga poprawy

CEO Magazyn Polska

Od 1980 roku śmiertelność szpitalna z powodu zawału serca zmniejszyła się prawie czterokrotnie. Mimo to w Polsce każdego roku na zawał umiera prawie 200 tys. osób. Pacjenci po przebytym zawale serca należą do grupy zagrożonej kolejnymi problemami sercowo-naczyniowymi i do końca życia muszą przyjmować leki. NFZ nie wpisał jednak na listę refundacyjną leków przeciwpłytkowych, które ratują życie tej grupie pacjentów.

Jesteśmy w absolutnej czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o leczenie zawału w pierwszych godzinach – odbywa się to niesamowicie skutecznie. Problemem jest to, że pacjent, wychodząc po zawale ze szpitala, wymaga dalszej terapii – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Łukasz Kołtowski, kardiolog.

Chory po przebytym zawale należy do grupy podwyższonego ryzyka kolejnych problemów sercowo-naczyniowych. Do końca życia musi regularnie przyjmować leki, uczestniczyć w rehabilitacji kardiologicznej i dbać o dietę. Farmakoterapia u takich pacjentów do tej pory polegała na stosowaniu kwasu acetylosalicylowego i klopidogrelu. Obecnie dostępne są dwa nowoczesne leki, które są skuteczniejsze niż klopidogrel – prasugrel i tikagrelor. Przypomnijmy, koszt angioplastyki to 16 tys. złotych, podczas gdy roczny koszt nowoczesnej terapii to około 3 tys. zł. A co najważniejsze – leki te redukują ryzyko zgonu z przyczyn sercowo-naczyniowych w pierwszym miesiącu o 39 proc. i o 26 proc. po 15 miesiącach. Przyjmuje się je przez 12 miesięcy po zawale.

To są leki przeciwpłytkowe charakteryzujące się silniejszym efektem działania, redukujące ryzyko ostrzej zakrzepicy w stencie, czyli ryzyko ponownego zawału serca. Badania analizujące złożony efekt końcowy tych leków dowiodły, że w obu przypadkach jest on skuteczniejszy od klopidogrelu – tłumaczy Łukasz Kołtowski.

Zgodnie z aktualnymi wytycznymi u hospitalizowanych pacjentów z ostrym zawałem serca należy stosować w pierwszej kolejności prasugrel i tikagrelor. Klopidogrel podaje się tylko u chorych, u których dwa nowsze leki są przeciwwskazane. Po wypisie ze szpitala większość pacjentów jest jednak zmuszona przyjmować starszy, mniej skuteczniejszy lek, ponieważ tylko on znajduje się na liście refundacyjnej NFZ.

Narodowy Fundusz Zdrowia obawia się tzw. budget impact, czyli znacznego zwiększenia wydatków z uwagi na leczenie droższym lekiem. Z drugiej strony analizy farmakoekonomiczne wskazują, że refundacja prasugrelu i tikagreloru jest mimo wszystko opłacalna z punktu widzenia państwa. Wynika to z tego, że jest mniej powikłań i zawałów serca, w związku z czym jest mniej hospitalizacji – podkreśla kardiolog.

Brak refundacji prasugrelu i tikagreloru jest szczególnie dotkliwym problemem dla pacjentów cierpiących na cukrzycę, którzy znacznie słabiej reagują na klopidogrel oraz dla tych, którzy są genetycznie oporni na ten lek.

W Warszawie największy popyt na ekskluzywne obuwie na zamówienie

CEO Magazyn Polska

Luksusowe obuwie wykonane na indywidualne zamówienie kosztuje w Warszawie od 500 do 5 tys. złotych. Cena pary zależy od fasonu, użytych materiałów czy nakładu pracy szewca. Warunkiem utrzymania się na rynku tego rodzaju biznesu jest jednak spore zaplecze stałych, zamożnych klientów, w tym również tych, dla których noszenie unikatowych butów najwyższej jakości jest elementem rodzinnej tradycji. Największy popyt na tego rodzaju produkty jest na rynku stołecznym.

Wykonywanie obuwia na zamówienie, na miarę oraz naprawy, które wykonujemy przy butach lepszych i droższych, opłaca się, o ile ma się zaplecze w postaci dobrych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kamiński, mistrz szewstwa, członek Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów.

Na wykonanie indywidualnej pary obuwia z reguły trzeba poczekać około miesiąca. Wcześniej jednak klient musi zdecydować o fasonie, kolorze i materiałach, z których powstaną jego buty. O ile w Warszawie jest popyt na tego rodzaju usługi, o tyle w innych miastach Polski jest pod tym względem nieco gorzej.

– Warszawa jako miasto bogatsze od innych, w którym przebywa więcej ludzi biznesu, trochę zamożniejszych, ubierających się lepiej i drożej niż w innych miastach. Sprzyja to temu, aby taka firma jak nasza i jej podobne, bo jest kilka takich w Warszawie, mogły się utrzymać i z powodzeniem zarabiać – tłumaczy Jacek Kamiński.

Szewcy zdają sobie sprawę z tego, że poza kwestią finansów, barierą dla popytu na ich wyroby jest czas realizacji zamówienia. Z tego powodu wiele osób decyduje się na gotowe produkty.

Oczywiście konkurencją dla nas są sklepy, które oferują drogie, markowe buty, które można nabyć natychmiast, które mają ciekawe wzornictwo, ciekawe kolory, różne pomysły designerskie – przyznaje szewc.

Z drugiej jednak strony posiadanie unikatowych butów w swojej garderobie to dla koneserów obuwia nie tylko prestiż, lecz także element rodzinnej tradycji. Rzemieślnicy obuwniczy przyciągają ponadto klientów wieloletnią renomą w środowiskach artystycznych (m.in. teatrach) czy filmowych.

 Córki czy synowie dawnych naszych klientów robią sobie buty u nas. Właśnie następne pokolenie dojrzewa do tego, żeby sobie zamówić buty – dodaje Jacek Kamiński. – Nie musimy się specjalnie reklamować, chociaż tego nigdy za dużo, ponieważ jesteśmy już firmą istniejącą na rynku od wielu lat.

Za buty na zamówienie, podobnie jak za inne luksusowe dobra, trzeba sporo zapłacić. Najtańsze modele mieszczą się jednak w cenach porównywalnych do cen butów sklepowych ze średniej półki.

Buty na zamówienie kosztują od 500–1000 złotych do 20003000 zł, bywają i buty droższe ze względu na rodzaj skóry, mogą kosztować i 40005000 zł – wyjaśnia szewc.

Ceny butów szytych na miarę kształtują się w zależności od fasonu, użytych materiałów, a także od nakładów pracy rzemieślnika. W wielu przypadkach koszty zamówienia podwyższa m.in. konieczność wykonania próbnych modeli, czyli tzw. par przymiarkowych – niekiedy dwóch, a nawet trzech.

To oczywiście zależy od wielu aspektów, czy trzeba kopyto specjalnie dla kogoś szukać, dorabiać, bo wymaga jakiegoś specjalnego kształtu, specjalnej wysokości obcasa, czy trzeba zamawiać obcasy lub koturny, czy te buty wymagają próbnych modeli – wyjaśnia Jacek Kamiński.

O ile warszawscy szewcy nadal dobrze sobie radzą na rynku obuwniczym, o tyle szeroka i różnorodna oferta sklepowej konkurencji negatywnie przekłada się na ich popyt. Pokazuje to zarówno spadająca liczba indywidualnych zamówień, jak i ich częstotliwość.

Kiedyś pojedynczy klient zamawiał więcej butów w jakimś okresie, ponieważ nie było tych butów dostępnych na rynku – tłumaczy Jacek Kamiński. – Obecnie klienci przychodzą rzadziej, raz na dwa, trzy, cztery, pięć lat i zamawiają parę lub dwie pary butów.

Stokrotka wchodzi w segment mniejszych sklepów i wprowadza franczyzę. W tym roku powstanie 50 nowych placówek

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 50 nowych sklepów chce otworzyć w tym roku sieć Stokrotka. Mają to być zarówno duże supermarkety, jak i – co jest nowością –mniejsze sklepy. Celem na ten rok jest ponad 2 mld zł obrotu. Rozwój ma przyspieszyć uruchomienie formuły franczyzowej, co powinno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni. Już teraz Stokrotka jest jedną z największych polskich sieci.

 Podjęliśmy decyzję o rozwoju w mniejszym formacie, w formacie market – placówek o powierzchni 200–400 mkw. Czyli do kilkusetmetrowych supermarketów dodajemy bardzo ważny nowy format działalności. W 2014 roku planujemy otwarcie około 30 sklepów w formacie supermarket. Również w formacie market będzie to najprawdopodobniej kilkanaście sklepów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Krzysztof Trojanowski, dyrektor operacyjny i członek zarządu Stokrotki.

Poza rozwojem mniejszych sklepów Stokrotka zmienia też wystrój już istniejących punktów. W ubiegłym roku rozpoczął się proces zmiany formatu, w wyniku którego powstało ponad 20 wzorcowych sklepów. Trojanowski podkreśla, że dzięki temu zakupy mają stać się wygodniejsze, a asortyment zostanie poszerzony. W tym roku przebudowę ma przejść kilkadziesiąt sklepów. Zostaną one wybrane pod względem ekonomicznym, bo jak zaznacza Krzysztof Trojanowski, nie wszędzie opłaca się zmieniać wystrój.

Sklepów Stokrotki ma zacząć przybywać także dzięki rozwojowi sieci franczyzowej. Trojanowski zapowiada, że model takiej współpracy zostanie przedstawiony w ciągu kilku tygodni. Spółka chce rozwijać się organicznie, ale prowadzi także rozmowy z partnerami na temat wspólnych przedsięwzięć. Już teraz Stokrotka ma prawie 250 sklepów w całej Polsce, co daje sieci miejsce na podium wśród polskich sieci.

Tę naszą polskość podkreślamy również dużą liczbą produktów regionalnych, produktów polskich. To doceniają nasi klienci – powiedział w czasie Kongresu Poland & CEE Retail Summit Trojanowski. – Zatrudniamy w tym momencie ponad 7 tys. osób w całej Polsce, co pokazuje też, że jesteśmy dużym pracodawcą, istotnym w wielu miejscach naszego kraju. W 2014 roku zdecydowanie chcemy przekroczyć 2 mld obrotu i umocnić swoją pozycję istotnego gracza na rynku detalicznym w Polsce.

Trojanowski przypomina, że w ubiegłym roku Stokrotka poszerzyła działalność o własne zaplecze logistyczne. Wcześniej spółka korzystała z kilkudziesięciu dostawców zewnętrznych. W tej chwili 83 proc. towarów jest transportowanych własną siecią dystrybucyjną. Umożliwia to m.in. centrum dystrybucyjne w Teresinie o powierzchni prawie 30 tys. mkw. oraz 9 magazynów regionalnych.

Dzięki własnej sieci Stokrotka ma też lepszą kontrolę nad jakością. Szczególnie rygorystycznie kontrolowane są towary świeże, takie jak warzywa, owoce i mięso. Według Trojanowskiego przekłada się to na zaufanie klientów.

Co jest dalej dla nas istotne, to optymalizacja zarówno kosztowa, jak i optymalizacja w całym łańcuchu, nad tym będziemy pracować w 2014 roku – zapowiada Trojanowski. – Opracowaliśmy nowe logo, przyjazne, odpowiadające dzisiejszym czasom. W tym roku planujemy, aby wszystkie sklepy w Polsce miały jednolitą identyfikację wizualną, co pozwoli naszym klientom dobrze kojarzyć nas z naszych materiałów marketingowych i z gazetek, które otrzymują.

Dodaje, że bardzo dobre efekty miały pierwsze radiowe kampanie reklamowe. Przyznaje jednak, że dokończenie rebrandingu jest kluczowe, by w pełni wykorzystać możliwości tego kanału promocji.

B. Mońka: Wersje papierowe gazet nie znikną z rynku. Dla wydawców ważniejsza niż nośnik będzie jakość publikacji i ich ochrona

0

Choć większość gazet drukowanych ma już swoje wydania internetowe, prasa papierowa nie zniknie całkowicie z rynku – uważa Beata Mońka, ekspert rynku mediowego. Jej zdaniem, z punktu widzenia wydawców w przyszłości najbardziej istotna będzie jakość publikowanych treści i ich ochrona.

Elektroniczne wydania gazet, choć stają się w Polsce coraz popularniejsze, nie przynoszą na razie wydawcom dużych zarobków.

To, co widzimy na rynku, to już jest postępujący proces digitalizacji wydawnictw. Właściwie wszystkie gazety mają swoje wersje online’owe, jedne całkowicie zamykają się za paywallem [system opłat za dostęp do treści – red.], inne dopiero rozpoczynają ten proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Mońka, ekspert rynku mediowego oraz była prezes Gremi Business Communications.

Mimo że prasa drukowana traci na popularności (roczne spadki nakładów czasopism rzędu 7–8 proc. i 10–11 proc. w przypadku dzienników), to właśnie papier przynosi wydawnictwom największą część zarobków. Internetowa prasa cały czas jednak się rozwija. Za dostęp do bezpłatnych dotychczas treści w internetowych wydaniach gazet w większości przypadków czytelnik musi dziś zapłacić. Jak wynika z raportu pt. „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy papierowej i cyfrowej. Nowe platformy dostępu do treści. Transformacja prasy” – Polacy wciąż uważają koszty dostępu do internetu za zbyt wysokie. Wydawcy natomiast nie mają wpływu na strategie dostawców usług sieciowych, ale sami zabiegają – również w przypadku prasy – o zmianę wysokości podatku VAT.

Jednak, zdaniem Beaty Mońki, w najbliższych latach nie musimy się obawiać, że tradycyjne, papierowe gazety znikną z polskiego rynku.

Trend światowy pokazał, że to nie jest tak, że papier zupełnie zniknie. Niektórzy się już pokusili, żeby go zlikwidować, po czym go przywrócili – argumentuje. – Jednak w dobie postępującej konwergencji mediów to jest kwestia tego, jakiego rodzaju treści wysokiej jakości, w jaki sposób i gdzie czytelnik czy też widz może i chce oglądać oraz dostawać. To, czy to jest za pośrednictwem papieru, ekranów czy multiekranów, to już zależy od niego. Natomiast najważniejsza jest ta treść i jej ochrona.

Jej zdaniem, przyszłość prasy – zarówno masowej, jak i specjalistycznej – w dużej mierze będzie zależała od tego, na ile spełni ona oczekiwania swojej grupy docelowej, a co za tym idzie, również reklamodawców.

Zawsze jest to kwestia modelu biznesowego, czyli trafienia w gusta określonej grupy osób. To może też być wąska grupa osób, natomiast trzeba mieć taki model biznesowy, żeby na koniec dnia wydawnictwo, kanał czy inne medium, które dostarcza tego rodzaju treści, było rentowne – podkreśla Beata Mońka

Coraz więcej prestiżowych marek na swoją lokalizację wybiera ulicę Mokotowską w Warszawie

CEO Magazyn Polska

Warszawski Nowy Świat wciąż jest najdroższą ulicą w Polsce. Wiele marek jako swoją lokalizację wybiera jednak coraz bardziej popularną ulicę Mokotowską. Polskim lokalizacjom pod względem prestiżu daleko jednak jeszcze do nowojorskiej Piątej Alei, paryskich Pól Elizejskich czy najdroższej na świecie dzielnicy Causeway Bay w Hongkongu, ale czynsze w lokalach na najdroższych polskich ulicach zaczynają osiągać światowy poziom.

Każde miasto ma swoją najbardziej reprezentacyjną ulicę – wizytówkę, na której skupia się życie mieszkańców. Tu też najczęściej można spotkać turystów. Tak jest np. na Piotrkowskiej w Łodzi, na Długim Targu w Gdańsku czy na Monciaku w Sopocie. Pustostany przy głównych ulicach handlowych należą do rzadkości. Najczęściej lokale wynajmowane są na potrzeby butików, ekskluzywnych restauracji, drogerii czy banków.

Wedle wysokości czynszów wynajmu powierzchni Nowy Świat jest na 45. pozycji. Tu cena za metr kwadratowy wynajmu lokalu to poniżej 1 tys. euro, a jeżeli chodzi o top 10, to są kwoty między 10 a 20 tys. euro za metr kwadratowy. Więc jesteśmy jeszcze dosyć daleko, co z jednej strony jest na pewno nie lada kąskiem dla inwestorów, a z drugiej pokazuje, że nie jesteśmy zamożnym krajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Jedlińska z Cenatorium.

Z roku na rok powstaje coraz więcej nowoczesnych galerii, ale wiele marek, zwłaszcza tych luksusowych, szuka prestiżowych lokalizacji przy głównych ulicach miast. Tak jest np. w przypadku ulicy Mokotowskiej w Warszawie.

Na Mokotowskiej możemy znaleźć przede wszystkim ekskluzywne butiki: tutaj jest Zień i Lilou, który ma też swój salon na Polach Elizejskich. Przede wszystkim ta ulica została ukochana przez polskich projektantów. Od 2012 roku zostały tutaj zawarte transakcje na kwotę niemal 300 mln zł – rzeczywiście imponująco – mówi Katarzyna Jedlińska. – Jest dużo butików młodych designerów, zajmujących się wzornictwem użytkowym. To jest bardzo fajny kierunek i dosyć mocny. Są też bardzo fajne knajpki i bardzo dobre kancelarie prawne.

W porównaniu do danych z roku 2012, czynsze przy większości polskich ulic handlowych odnotowały kilkuprocentowy wzrost lub pozostały niezmienne.

W Warszawie jest jeszcze kilka miejsc, które mają potencjał: na pewno Stara Praga, Koneser, wszystkie miejsca, gdzie jest fragment starej Warszawy. Tak naprawdę trudno wyznaczyć w Warszawie centrum. Mamy biznesowy Mokotów, Służew, mamy ścisłe centrum w okolicy placu Trzech Krzyży, ale mamy też ulicę Marszałkowską, która tak naprawdę została zdominowana przez banki i, niestety, nie jest wykorzystywana przez modę, design czy kawiarenki – dodaje Katarzyna Jedlińska.

Outsourcing metodą na odciążenie firmy

Zlecanie zadań zewnętrznym podmiotom to jeden z istotnych elementów strategii zarządzania firmą. Z powodzeniem stosuje je wiele podmiotów gospodarczych: od najdrobniejszych, jednoosobowych firm począwszy, przez mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, na korporacjach skończywszy. Na takie działania wymyślono termin „outsourcing”, będący skrótem angielskich słów: outsider-resource-using, które można przetłumaczyć jako „korzystanie z zewnętrznych zasobów”.

Ideą outsourcingu jest delegowanie określonych funkcji czy projektów do przedsiębiorstw znajdujących się poza daną firmą. Zlecanie zadań „na zewnątrz” jest praktykowane głównie ze względu na możliwość redukcji kosztów. Pozostałe czynniki skłaniające menedżerów czy właścicieli firm do powierzania innym podmiotom pewnych obszarów swojej działalności to: oszczędność czasu, brak odpowiedniego sprzętu, wiedzy, doświadczenia niezbędnych do wykonania określonych funkcji.

Choć w zestawieniu usług, w przypadku których najczęściej korzysta się z rozwiązań outsourcingowych dominuje księgowość, do listy zlecanych zadań coraz częściej dołączają takie sektory rynku jak: rekrutacja, Human Resources (czyli zarządzanie zasobami ludzkimi), ochrona osób i mienia, tłumaczenia, reklama i public relations, obsługa prawna czy IT.

QR wraca do gry!

Kody QR ułatwiają życie, oszczędzają czas oraz są idealnym narzędziem promocji. Podążają tropem rewolucji mobilnej – stanowią doskonałe źródło informacji, pozwalając użytkownikowi uzyskać pożądane treści za pomocą jednego przycisku. Mowa o kodach QR, które szturmem odzyskują niegdyś utraconą pozycję.

Wprowadzając pierwsze kody QR, zarówno marketerzy, jak i reklamodawcy włożyli ogrom pracy w stworzenie efektywnych kampanii promocyjnych. Jednym z powodów, dla którego technologia Quik Response po cichu zniknęła jednak z rynku, jest fakt, iż nie sprostała ona wymogom ówczesnych trendów. Dziś uzbrojeni w pewny produkt marketerzy wydają się lepiej rozumieć jej potencjał. Kampanie dla kodów QR stanowią przede wszystkim kompilację wiedzy i doświadczenia, których zabrakło w trakcie pierwszego podejścia.

Pomimo tego, iż jeszcze kilka lat temu kody QR nie wzbudzały entuzjazmu wśród specjalistów z branży, dziś sytuacja ulega drastycznej zmianie – marketingowcy upatrują w nich nowych możliwości rozwojowych. Ogromna liczba ludzi aktywnie korzystających ze smartfonów, postawiła marketingowy świat wobec konieczności ciągłego rozwoju oraz wykorzystywania coraz bardziej kreatywnych sposobów na pozyskanie klienta. Dzięki uniwersalnej zasadzie funkcjonowania kodów, mają one niezwykle szerokie zastosowanie w wielu krajach.

Wydaje się, że historia zatoczyła koło. W tym konkretnym przypadku ponowne wykorzystanie technologii jest poparte jednak nie tylko odnalezieniem funkcjonalności oraz pozytywną reakcją ludzi. Marketingowcy zrozumieli również istotę estetyki. Uświadomiono sobie, iż atrakcyjne wizualnie kody QR mają pozytywny wpływ na sprzedaż.

Możliwości dla firm korzystających z kodów QR są w zasadzie nieograniczone – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Pamiętajmy, że kody QR zaprojektowane do szybkiego zakupu produktów i usług, stanowią również cenne źródło informacji.

Aktualne kody QR są bez wątpienia ulepszoną wersją swojego pierwowzoru. Generacja ta jest idealnie przystosowana do potrzeb użytkowników – wyrafinowana i atrakcyjna jak nigdy przedtem. Naszym zadaniem jest aby wykorzystać je w możliwe kreatywny sposób. Wszak informacja na wyciągnięcie ręki to nie przywilej. To wymóg XXI wieku – dodaje Kamila Szwagiel.

Wyniki finansowe Grupy Asseco za 2013 rok

0

W 2013 roku Grupa Asseco wypracowała 5,9 mld zł przychodów ze sprzedaży. Zysk operacyjny wyniósł 611 mln zł, a wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 394 mln zł. Przychody ze sprzedaży oprogramowania i usług własnych wzrosły o 7 proc., osiągając 4,5 mld zł.

Przychody ze sprzedaży wyniosły 5 898 mln zł, co stanowi 7% wzrost w stosunku do 2012 roku. Grupa Asseco wypracowała 394 mln zł zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej. Spółka konsekwentnie realizowała strategię wzrostu wyników dzięki sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych. W 2013 roku przychody z oprogramowania i usług własnych stanowiły 76% sprzedaży ogółem i wyniosły 4 474 mln PLN. Przychody były zdywersyfikowane sektorowo i rozkładały się odpowiednio: 40% na przedsiębiorstwa, 34% na bankowość i finanse, oraz 24% na administrację publiczną. Całkowita liczba podpisanych umów w Grupie wyniosła ponad 4,5 tys., potwierdzając dużą dywersyfikację portfela klientów.

W analizowanym okresie Grupa Asseco skutecznie realizowała przyjętą strategię rozwoju i rozszerzyła swoje działania o kolejne firmy i kraje. W 2013 roku rozpoczęła się działalności Grupy na rynku rosyjskim, gdzie z sukcesem zakończono akwizycję spółki R-Style Softlab, spółka w tym czasie weszła również na rynek gruziński poprzez nabycie spółki Onyx Consulting, które zmieniło nazwę na Asseco Georgia. W sukcesach międzynarodowych na uwagę zasługują rekordowe wyniki spółek izraelskich – Magic oraz Sapiens. Rynek finansowy bardzo wysoko docenił osiągnięcia tych spółek i wartość giełdowa obu firm na rynku amerykańskim osiągnęła najwyższe poziomy od dwóch lat. O stabilnej sytuacji Grupy Asseco świadczą także realizowane z sukcesem duże projekty i pozytywne zakończenie postępowań przetargowych, skutkujące podpisaniem wieloletnich umów utrzymaniowych u kluczowych klientów Grupy. Portfel zamówień na rok 2014 wynosi już 3,9 mld zł.

 

Konsekwentnie i skutecznie realizowana strategia rozwoju Grupy zaowocowała w 2013 roku umocnieniem pozycji Asseco na europejskim rynku informatycznym. Jako jedyna polska grupa IT Asseco znalazło się w pierwszej dziesiątce największych europejskich producentów oprogramowania, zajmując wysoką szóstą pozycję na liście Truffle 100.

 

Plany na 2014 rok zakładają dalszy rozwój Grupy Kapitałowej na rynkach międzynarodowych. Jednocześnie Asseco koncentruje się na tym, co jest największą przewagą konkurencyjną Grupy – produkcji i rozwoju własnych innowacyjnych rozwiązań informatycznych dla głównych sektorów gospodarki.

Branża ubezpieczeniowa chce zmiany zasad rozliczania szkód z OC. Odszkodowania wypłacać będzie firma poszkodowanego

0

CEO Magazyn Polska

W branży ubezpieczeniowej trwają dyskusje na temat zmiany zasady rozliczenia szkód z OC. Jeśli nowe propozycje wejdą w życie, to odszkodowanie wypłacać będzie firma poszkodowanego, która następnie otrzyma zwrot od zakładu sprawcy. Rozstrzygnięcie powinno nastąpić jeszcze w tym roku. – W imieniu PZU mogę powiedzieć, że tego typu rozwiązania bardzo mi się podobają – uważa Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA.  

Dla klienta proponowana zmiana to bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ będzie mógł on zlikwidować powstałą szkodę we własnym zakładzie ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Klesyk.  

Obecnie szkody powstałe w wyniku zdarzeń drogowych są zgłaszane w zakładzie ubezpieczeń, którego klientem jest sprawca. Następnie wysokość straty wycenia rzeczoznawca związany z tą firmą i na podstawie tej wyceny towarzystwo ubezpieczeniowe sprawcy dokonuje wypłaty. Według proponowanych zmian, szkoda zgłaszana byłaby w zakładzie poszkodowanego, który dokonywałby wypłaty odszkodowania na podstawie wyceny
niezależnego eksperta. Następnie towarzystwo, którego klientem jest sprawca szkody, musiałoby zwrócić koszty zakładowi poszkodowanego.  

Sądzę, że zmiana doprowadzi do przemiany sposobu patrzenia na OC samochodowe – twierdzi Klesyk. – Nie będzie ono traktowane tylko jako podatek, lecz także jako produkt, nad którego wyborem warto się zastanowić i z którego możemy uzyskać istotne korzyści.    

Na rynku jest jednak grupa firm ubezpieczeniowych, która nie popiera zmian.

 – Obawiać mogą się ci, którzy albo nie do końca uczciwie grają w kwestii likwidacji szkód, albo nie mają dobrych procedur likwidacji – przekonuje Klesyk.  

Zmiana wymaga porozumienia firm ubezpieczeniowych. Będzie dyskutowana na spotkaniach Polskiej Izby Ubezpieczeniowej – organizacji samorządu branżowego reprezentującej wszystkie działające w Polsce towarzystwa ubezpieczeniowe. Temat ten zostanie więc poruszony podczas Walnego Kongresu PIU w Sopocie w dniach 7–8 maja 2014 r. oraz podczas Walnego Zgromadzenia PIU.  

Trudno mi dokładnie powiedzieć, kiedy ta dyskusja się zakończy. Jednak, moim zdaniem, ostateczna decyzja zostanie podjęta w tym roku – twierdzi prezes zarządu PZU SA.  

KNF: trzy polskie banki mają problem ze współczynnikiem wypłacalności

0

CEO Magazyn Polska

Trzy polskie banki komercyjne nie spełniają wymaganego przez KNF poziomu współczynnika wypłacalności na poziomie 12 proc. Jeden ma problem z drugim ważnym kryterium kapitałowym współczynnikiem Tier 1, który nie powinien być niższy niż 9 proc. Choć polski sektor bankowy wydaje się bezpieczny, to zdaniem Andrzeja Reicha, dyrektora w KNF i członka zarządu EBA, jego wypłacalność jest niższa od unijnej średniej.

Nad bezpieczeństwem polskiego sektora bankowego już niedługo czuwać będzie Rada ds. Ryzyka Systemowego, w której główną rolę odgrywać będzie Narodowy Bank Polski. Jak mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Reich, dyrektor Departamentu Regulacji Bankowych, Instytucji Płatniczych i SKOK oraz członek zarządu Europejskiego Nadzoru Bankowego (EBA), resort finansów kończy już prace nad projektem odpowiedniej ustawy.

W Radzie Ryzyka Systemowego wiodącą rolę będzie odgrywał Narodowy Bank Polski – mówi Andrzej Reich. – Moim zdaniem odpowiednia ustawa jest na końcowym etapie prac w Ministerstwie Finansów.  

Według ostatnich danych współczynnik wypłacalności polskich banków jest nie najgorszy, bo oscyluje średnio wokół 15 proc., choć minimalny próg wynosi 12 proc. Jednak według członka zarządu EBA, poziom ten jest wciąż niższy od przeciętnego unijnego.

W związku z zaleceniami europejskich regulatorów, już w grudniu 2011 r. przewodniczący KNF, Andrzej Jakubiak, zalecił działającym w Polsce bankom utrzymywanie współczynnika Tier 1 na poziomie min. 9 proc., a współczynnika wypłacalności na poziomie min. 12 proc. KNF powtórzyła te wytyczne 21 marca 2014 r. Mimo pozostawania w tyle za średnią unijną, zdecydowana większość banków spełnia wymogi KNF.  

Niemal wszystkie banki spełniają te wytyczne – mówi Reich. – Trzy banki nie utrzymują poziomu 12 proc., a jeden bank nie osiąga poziomu 9 proc. W skali sektora to jest bardzo mało – dodaje.  

W kwietniu 2014 r. w ramach realizacji rekomendacji Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA) rozpoczną się tzw. stress-testy. W sprawdzeniu jakości aktywów, którymi dysponują polskie banki, weźmie udział 16 z nich.