Przyszłość rynku pracy rysuje się w dynamicznych barwach – błyskawiczna cyfryzacja miejsc pracy, presja na nowe umiejętności i konieczność strategicznego planowania kariery to tylko niektóre z trendów, które zdominują 2025 rok. Wnioski te płyną z opublikowanego dziś „Raportu Trendów 2025. Wynagrodzenia i rynek pracy – przyspieszenie adaptacji”, przygotowanego przez Manpower. Publikacja identyfikuje 16 kluczowych zmian, które ukształtują świat pracy z perspektywy zarówno pracowników, jak i kandydatów. Partnerem raportu jest portal pracy rocketjobs.pl.
Zestresowany jak menedżer
Według publikacji „Raport Trendów 2025. Wynagrodzenia i rynek pracy – przyspieszenie adaptacji”, znaczna część Millenialsów, czyli osób w wieku 28-43 lata, zajmuje stanowisko menedżera zarządzając pracą co najmniej jednej osoby. Mnogość obowiązków zarówno prywatnych, jak i zawodowych, a do tego dochodząca presja sprawiają, że 53% liderów średniego szczebla na świecie codziennie zmaga się ze stresem. Dlatego między innymi u swoich pracodawców cenią sobie dbałość o work-life balance, etyczne przywództwo oraz transparentne zarządzanie organizacją.
– Świat pracy ewoluuje niezwykle dynamicznie, przez co oczekiwania rynku, a przede wszystkim zespołów oraz talentów z którymi codziennie współpracują współcześni managerowie, zmieniają się błyskawicznie. To sprawia, że także ich rola staje się bardzo wymagająca – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor zatrudnienia stałego w Manpower. – Z jednej strony liderzy stają przed wymaganiami biznesowymi, są bowiem osobami odpowiedzialnymi za efekty pracy wielu zespołów. Zmagają się również z różnymi oczekiwaniami ze strony zatrudnionych osób, potrzebami indywidualnego podejścia do każdego z pracowników, presją płacową, ale także różnymi stylami koordynacji działań, czy zarządzania. Ta niełatwa rola, zwłaszcza w świecie rozproszonych zespołów, potrzebuje wyjątkowego połączenia kompetencji miękkich, świetnej komunikacji, wraz z umiejętnościami współpracy, analizy, odporności na stres – dodaje ekspertka.
Tomasz Walenczak, dyrektor generalny ManpowerGroup w Polsce podkreśla, że dla pracodawców obecny rok upłynie pod znakiem różnorodności zespołów oraz zmian pokoleniowych. – Jak pokazują dane z raportu, znaczna część firm traktuje działania na rzecz równości, inkluzywności i poczucia przynależności jako jeden z priorytetów w swoich strategiach HR. Zauważalne będzie również wypracowanie nowych modeli pracy oraz efekty dynamicznej transformacji cyfrowej. Elastyczność w miejscu pracy nabrała nowego znaczenia – pracodawcy coraz częściej oczekują, że zespoły będą wykonywać swoje obowiązki głównie z biura. Tymczasem dla pracowników wciąż kluczowa jest możliwość pracy w modelu hybrydowym, z przewagą dni spędzonych w home office – mówi Tomasz Walenczak.
Elastyczność inna, niż wszystkie
Jeszcze w 2020 roku obecność w biurach na świecie spadła o 90%, co zapoczątkowało globalną rewolucję modelu pracy. Jednak większa elastyczność dla jednych zespołów może być demotywująca dla pracowników, którzy są zobowiązani do pracy stacjonarnej. Dziś 76% osób pracujących hybrydowo twierdzi, że elastyczność pozytywnie wpływa na ich dobrostan i równowagę między życiem zawodowym a prywatnym (źródło: ManpowerGroup). Z kolei w grupie osób pracujących stacjonarnie przyznaje to 57%.
– Stabilność zatrudnienia, konkurencyjne wynagrodzenie, transparentność ofert, szczególnie w zakresie widełek finansowych, zyskują na znaczeniu w obliczu niepewności gospodarczej i trend z pewnością utrzyma się w 2025 roku. Jednym z priorytetów dla kandydatów jest też hybrydowy model pracy, a najchętniej również w elastycznych godzinach i choć wiele organizacji powraca do biur to możliwość pracy na home office wciąż jest pożądana przez aplikujących. W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości coraz ważniejsze dla pracowników stają się też komfort psychiczny i niski poziom stresu, przede wszystkim dla najmłodszego pokolenia kandydatów. Generacja Z zwraca także uwagę na sposób komunikacji w ogłoszeniach, liczy się jasność przekazu, inkluzywny język oraz równowaga między wymaganiami a ofertą dla kandydata – mówi Piotr Nowosielski, CEO portali pracy Just Join IT i rocketjobs.pl.
AI zwiększa presję na produktywność
Badanie ManpowerGroup wskazuje, że prawie połowa pracodawców (48%) na całym świecie już teraz korzysta z narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji, a kolejne 21% planuje je wdrożyć w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Analizy MIT mówią o tym, że najnowsze technologie mogą zwiększyć wydajność wysoko wykwalifikowanych pracowników nawet o 40% w porównaniu do tych, którzy jej nie używają. Choć nowe technologie z pewnością ułatwiają pracę, to z drugiej strony niemal połowa (47%) pracowników na świecie korzystających z AI twierdzi, że nie ma pomysłu na to, jak zwiększyć swoją produktywność, której oczekują ich przełożeni. Natomiast 77% uważa, że narzędzia sztucznej inteligencji paradoksalnie zmniejszyły ich produktywność i zwiększyły obciążenie pracą (źródło: Upwork).
– Implementacja sztucznej inteligencji w niemal każdej branży ma swoje dwa oblicza. Z jednej strony usprawnia wiele procesów, ułatwia pracę i rozwój, a w dobie niedoboru talentów ma szansę na uzupełnienie tej luki w codziennych działaniach pracowników. Z drugiej jednak wymusza na talentach sztuczne generowanie nowej jakości, nienaturalnego wzrostu produktywności, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do wypalenia zawodowego czy przedwczesnej zmiany ścieżki kariery – podkreśla Tomasz Walenczak.
W dobie codziennego wykorzystania zaawansowanych rozwiązań technologicznych nie należy zapominać o cyberbezpieczeństwie. Znalezienie pracowników IT o pożądanym profilu jest ważne jak nigdy dotąd. W 2024 roku niedobór specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa na świecie osiągnął 4 miliony. Pomimo globalnej niepewności gospodarczej, w tym samym roku aż 76% pracodawców z branży IT wciąż zmagało się z trudnościami w zatrudnieniu odpowiednio wykwalifikowanych pracowników nowych technologii.
Kariera w obliczu zmian, czyli czas na plan B, C i D
W najbliższych latach na całym świecie powstanie 69 milionów nowych miejsc pracy, a 83 miliony zostaną zlikwidowane (źródło: WEF). Eksperci przewidują również, że w porównaniu do 2016 roku wymagane umiejętności zmienią się o połowę w ciągu najbliższych kilku lat, a generatywna sztuczna inteligencja ma jeszcze bardziej przyspieszyć tę ewolucję (źródło: Microsoft). Większość osób przechodzi przez ten okres zmian zawodowych bez przygotowania i strategii. 7 na 10 liderów uważa, że ich zespoły mają plan na swoje kariery, z drugiej jednak strony tylko 27% pracowników się z tym zgadza. To sprawia, że rozwój zawodowy będzie stawać się jeszcze bardziej istotny, tak samo jak zdobywanie umiejętności, nowej wiedzy oraz odpowiednie podejście, które sprzyja zaangażowaniu, czy produktywności.
Zielona transformacja biznesu
Rosnąca presja ze strony konsumentów, inwestorów, ale także rządów w kwestii działań na rzecz zmian klimatycznych, nieuchronnie przyspiesza zieloną transformację biznesu. Wszystko to sprawia, że według WEF, do 2030 roku powstanie nawet 30 milionów nowych miejsc pracy. W przypadku kluczowych branż, takich jak produkcja, IT czy operacje, pracodawcy szacują, że nawet 57% umiejętności będzie musiało ulec zmianie, aby dostosować się do wymagań zrównoważonego rozwoju (źródło: ManpowerGroup). Niestety, znaczna część organizacji na świecie alarmuje o wyzwaniu, jakim jest niedobór talentów z pożądanymi kwalifikacjami, oraz jego przełożeniu na osiągnięcie przez firmy deklarowanych celów zrównoważonego rozwoju.
Jak zauważa Tomasz Walenczak, zielona transformacja biznesu, w związku z nowymi regulacjami unijnymi, zwiększonymi wymaganiami ze strony rynku, pracowników, ale także biznesu staje się coraz bardziej istotna. – Kandydaci w procesach rekrutacyjnych coraz częściej zwracają uwagę na działania potencjalnych pracodawców względem ESG, zrównoważonego rozwoju, a wprowadzane przepisy prawa generują zapotrzebowanie na nowe, związane z tym obszarem miejsca pracy, dlatego eksperci z odpowiednią wiedzą w zakresie zrównoważonego rozwoju, nowoczesnych zielonych rozwiązań, raportowania czy monitorowania tego typu działań mogą liczyć na wiele ciekawych ofert pracy – podsumowuje szef ManpowerGroup w Polsce.
Europa wielokrotnie udowodniła, że potrafi działać wspólnie w obliczu kryzysów, czego dowiodły reakcje na pandemię COVID-19, rosyjską inwazję na Ukrainę w 2022 roku czy negocjacje dotyczące brexitu. Obecnie jednak Unia zmaga się z nowym wyzwaniem – amerykańskimi próbami zakończenia konfliktu w Ukrainie poprzez bezpośrednie rozmowy z Rosją, prowadzone poza unijnymi strukturami. Brak spójnej strategii i wyraźnego przywództwa stał się szczególnie widoczny podczas spotkania w Arabii Saudyjskiej, gdzie negocjacje z Moskwą odbywały się bez udziału kluczowych polityków państw UE.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński wielokrotnie podkreślał, że rozmowy prowadzone bez udziału Kijowa nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. Tymczasem unijni dyplomaci, mimo prób uzyskania informacji od amerykańskiego wysłannika ds. Ukrainy Keitha Kellogga, nie otrzymali jasnych wyjaśnień co do stanowiska Stanów Zjednoczonych. Sytuację dodatkowo komplikują wewnętrzne podziały w Europie. Wyraźnym sygnałem braku jedności stało się opuszczenie przez kanclerza Niemiec Olafa Scholza spotkania w Paryżu, zorganizowanego przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Mimo zapowiedzi dalszych konsultacji, zbliżające się wybory (m.in. w Niemczech) utrudniają podejmowanie zdecydowanych kroków, co osłabia zdolność UE do przedstawienia wspólnej wizji.
Kluczowym problemem pozostaje ograniczony charakter europejskiej integracji w kwestiach bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. O ile państwa członkowskie potrafią działać razem w obszarach handlu i regulacji, o tyle w sprawach obronności często pojawiają się rozbieżności i sprzeczne interesy. Choć Unia potrafiła zjednoczyć się w odpowiedzi na rosyjską agresję w 2022 roku, istnieją liczne przykłady braku porozumienia, jak chociażby kryzys strefy euro czy kwestia wojny w Iraku sprzed 20 lat. Obecnie Stany Zjednoczone naciskają na Europę, by zwiększyła wydatki militarne na wsparcie Ukrainy, a wśród pojawiających się propozycji jest międzynarodowa misja pokojowa, popierana przez premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera. Jednak część przywódców, odnosi się do tej idei sceptycznie, obawiając się eskalacji konfliktu.
Nie pozostaje to bez wpływu na gospodarkę. Rosnąca presja na zwiększenie wydatków zbrojeniowych może ograniczyć finansowanie innych kluczowych sektorów, takich jak edukacja, infrastruktura czy ochrona zdrowia. Jednocześnie większe inwestycje w europejski przemysł obronny mogłyby pobudzić rozwój gospodarczy, tworzyć miejsca pracy i wspierać innowacje. Jednak trwający konflikt, sankcje nałożone na Rosję oraz zakłócenia w łańcuchach dostaw potęgują niepewność na rynkach finansowych i surowcowych, wzmagając presję inflacyjną i wpływając na codzienne życie obywateli UE. Coraz częściej pojawiają się głosy, że wsparcie Ukrainy nie powinno pochłaniać wszystkich zasobów i że konieczne jest znalezienie równowagi między bezpieczeństwem wschodnich granic a rozwiązaniem wewnętrznych problemów gospodarczych i społecznych.
Kluczowe znaczenie będzie miał kompromis między francuską wizją „strategicznej autonomii” a niemieckim przywiązaniem do relacji transatlantyckich. Emmanuel Macron opowiada się za uniezależnieniem Europy od Stanów Zjednoczonych i budową własnego systemu bezpieczeństwa, podczas gdy Niemcy obawiają się osłabienia więzi z NATO. Tymczasem w Waszyngtonie rosną oczekiwania, by UE jednoznacznie zadeklarowała większe zaangażowanie w obronność regionu. Amerykański sekretarz stanu Marco Rubio otwarcie zapytał europejskich przywódców o ich gotowość do poniesienia kosztów wojskowych i finansowych, co stawia Unię w trudnym położeniu, zwłaszcza że wielu liderów stoi przed nie popularnymi decyzjami w przededniu wyborów.
W rezultacie to Stany Zjednoczone i Rosja kształtują obecnie ramy negocjacji dotyczących przyszłości Ukrainy, podczas gdy Europa wciąż nie potrafi zdefiniować swojego stanowiska. Unijni politycy, przytłoczeni wewnętrznymi sporami i napiętymi harmonogramami wyborczymi, ryzykują znalezienie się w sytuacji, w której kluczowe decyzje zapadają bez ich udziału. Brak jednoznacznych rozwiązań zwiększa ryzyko zarówno dla stabilności politycznej i bezpieczeństwa, jak i dla dalszego wzrostu gospodarczego.
Agnieszka Krupa zastąpi Piotra Ruszowskiego na stanowisku dyrektora zarządzającego Allianz Partners Polska (działającego również pod marką Mondial Assistance). Jej 25-letnie doświadczenie managerskie ma pomóc firmie we wdrażaniu kolejnych zmian rozwojowych.
Agnieszka Krupa przejmie stery lidera na rynku usług assistance w Polsce od 1 kwietnia br. Będzie to dla niej powrót do organizacji, którą współtworzyła od podstaw. Obecnie do końca marca br. pełnić będzie rolę Global Head of Underwriting and Products w obszarze turystyki Allianz Partners. Wcześniej przez wiele lat zajmowała stanowiska kierownicze w Allianz Partners, w tym: dyrektor zarządzającej Allianz Partners Czech Republic & Slovakia, dyrektor Centrum Kompetencyjnego Travel i dyrektor Zarządzania Rynkiem, dyrektor sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance oraz dyrektor finansowej w Mondial Assistance/ Elvia Travel Insurance Polska.
– Z radością wracam do Allianz Partners Polska – dzisiaj już silnej części międzynarodowej grupy ubezpieczeniowej – podkreśla Agnieszka Krupa. Od kwietnia będę mogła kontynuować ten sukces z dotychczasowym zespołem, którego mocna reprezentacja w strukturach międzynarodowych Grupy Allianz Partners jest najlepszym potwierdzeniem wartości naszych ekspertów. To właśnie przede wszystkim na ludziach będę dalej opierać naszą przewagę konkurencyjną, ponieważ mamy ogromny know-how w zespole, który nadal jest głodny sukcesów. Gdy do tego dołożymy wsparcie i kulturę organizacyjną Allianz Partners, z optymizmem patrzę w przyszłość i możliwość realizacji założonych celów – dodaje Agnieszka Krupa.
– Gratuluję Agnieszce nowej roli, w której będzie nadzorować rozwój i strategię rynkową naszego polskiego biznesu – mówi Jolanty Karny, regionalna dyrektor zarządzająca na Europę w Allianz Partners. Chcemy wykorzystać jej doświadczenie w zarządzaniu i wdrażaniu zmian, co w połączeniu z mocnym zespołem może przynieść bardzo dobre wyniki. Jednocześnie chcę serdecznie podziękować Piotrowi Ruszowskiemu, który zostawia firmę w świetnej kondycji i jednocześnie pogratulować Grupie Allianz w Polsce, która zyskuje świetnego managera. Poprzeczka w kontekście wyników i stylu, w jakim je osiągał, jest zawieszona bardzo wysoko, dlatego tym bardziej cieszę się, że jego następczynią będzie tak doświadczona managerka a dodatkowo osoba z wewnątrz naszej organizacji – podsumowuje Jolanta Karny.
– Po niespełna 15 latach spędzonych w Mondial Assistance rozpoczynam nowy etap zawodowej podróży. Chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim tym, z którymi pracowałem i współpracowałem tworząc Mondiala – pracownikom i naszym podwykonawcom, partnerom i klientom. Duch assistance, otwartości i niesienia pomocy na pewno pozostanie ze mną, bo jest on częścią mojego DNA. Pozostawiam firmę w dobrych rękach Agnieszki Krupy i życzę mojemu dotychczasowemu zespołowi pod jej wodzą wielu sukcesów na drodze dalszego rozwoju – mówi Piotr Ruszowski.
Agnieszka Krupa przez ponad 25 lat w Grupie Allianz Partners znacząco przyczyniła się do jej rozwoju. Przekształciła funkcję underwritingową i produktową w obszarze ubezpieczeń turystycznych w całkowicie nowy (pionowy) model operacyjny; wspierała reorganizację biznesu turystycznego Allianz Partners po pandemii COVID-19, napędzając silny wzrost i wdrażając strategiczne działania naprawcze; z powodzeniem kierowała wdrażaniem produktów zapewniając konkurencyjną, zrównoważoną ofertę produktową.
Piotr Ruszowski od 1 kwietnia br. przenosi się do Grupy Allianz, gdzie jako członek zarządu TUiR Allianz Polska S.A. oraz TU Allianz Życie Polska S.A. będzie odpowiedzialny za obszar sprzedaży przez kanały zewnętrzne. Jego domeną będą dealerzy, multiagencje, pośrednicy finansowi, partnerzy strategiczni i bankowi (z wyjątkiem Santander Allianz) oraz brokerzy życiowi.
Święta w USA mają cudowną moc uspokajania rynków. Biorąc pod uwagę ilość zapowiedzi generowaną przez administrację nowego prezydenta, taki dzień im źle nie zrobi. W nocy Australia zgodnie z oczekiwaniami obniżyła stopy procentowe.
Dzień Prezydenta w USA
Wczoraj w USA mieliśmy Dzień Prezydenta. Teoretycznie jest to rocznica urodzin George’a Washingtona, ale Amerykanie przenieśli uroczystość ze stałej daty na 3 poniedziałek lutego, by zawsze tworzyć długi weekend, a nie dzielić tygodnia świętem na dwie części. Dzień wolny za oceanem to jednak również mniejsza płynność na rynkach. Tak też było w poniedziałek. Na rynkach światowych generalnie wiało nudą. Dolar się trochę umocnił względem euro, bo rosną szanse, że nie zobaczymy więcej niż jednej obniżki stóp procentowych za oceanem w tym roku. Z drugiej strony wciąż byliśmy w okolicach kursu 1,05 na głównej parze walutowej – czyli raczej słabego dolara, patrząc na ostatnie tygodnie.
Australia obniża stopy procentowe
W nocy doszło do obniżek stóp procentowych w Australii. Główna stopa spadła z 4,35% na 4,1%, co było zgodne z oczekiwaniami analityków. Jednym z powodów cięć jest spadek inflacji. Ceny w czwartym kwartale w Australii rosły o 2,4%. Był to najniższy wynik od pierwszego kwartału 2021 roku. Decyzja ta nie miała wpływu na notowania dolara australijskiego, gdyż była ona prognozowana przez inwestorów. Warto zwrócić uwagę, że prezes RBA zaznaczył, że decyzja ta, wbrew oczekiwaniom niektórych analityków nie oznacza rozpoczęcia cyklu obniżek, a ewentualne decyzje będą podejmowane w zależności od rozwoju sytuacji.
Sprytny plan pokojowy dla Ukrainy
Administracja Donalda Trumpa ma duże ambicje zakończyć rosyjską agresję na Ukrainę. Analiza, że stanowisko Rosji wydaje się mniej elastyczne, niż Ukrainy wydaje się słuszna. Problem w tym, że wniosek, że to jej postulatom należy przyznać całkowitą rację, jest bardzo ryzykowny. Obecna propozycja polegająca na oddaniu Rosjanom zdobyczy terytorialnych i przejęciu przez USA udziałów na Ukrainie, by odzyskać zaangażowanie finansowe w pomoc wojenną, była dużym zaskoczeniem. Rynki powoli się już uczą, że nową administrację Amerykanów należy ją oceniać dopiero po czynach, a nie słowach. Strategia USA przewiduje bowiem, że deklaruje się bardzo dużo, a jak się nie uda, to trzeba się wycofywać z określonych elementów. Obecnie rynki, w tym walutowe, wciąż wierzą w to, że konflikt zmierza ku końcowi. Widać to chociażby po wciąż wyjątkowo dobrej dyspozycji polskiego złotego względem euro. Nawet hrywna, mimo słabej passy od początku tygodnia odbiła odrobinę w górę.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
W 2024 r. UE zaimportowała 4,6 mld tanich paczek zwolnionych z cła. W USA wolumen takich przesyłek osiągnął 1,36 mld. Większość to zamówienia e-commerce z Chin, w Unii to 91%, w USA 60,8%, ale nadchodzi koniec zasady de minimis w imporcie i będzie to rewolucja w e‑handlu i logistyce. Choć bilans zysków i strat nie jest jeszcze dokładnie znany, to najpewniej straci lotnictwo, zyska logistyka kontraktowa, ale podrożeją e-zakupy, nawet o 62 euro rocznie. Oznacza to, że wyczekiwana stabilizacja nie nastąpi, należy się raczej przygotować na dynamiczne zwroty akcji i historie, jak ta o zwycięstwie chińskich paczek nad amerykańskimi celnikami.
W styczniowym prospekcie ekonomicznym Bank Światowy zakładał, że w 2025 r. będziemy obserwować wzrost globalnego handlu na poziomie 3,1% oraz 3,2% w 2026 r. PKB ma się powiększać w tempie 2,7% w tym i kolejnym roku, co miałoby potwierdzać, że wkraczamy w dłuższy okres wolniejszego, ale stabilnego wzrostu gospodarczego. Stabilizacja, a w zasadzie jej potrzeba, to jednocześnie słowo klucz, które pojawia się nie tylko w tej prognozie, ale również w dokumentach Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Światowego Forum Ekonomicznego. Tuż obok zapewnienia pewności warunków dla rozwoju i prowadzenia biznesu wymieniane są jednak sankcje, wojny celne, protekcjonizm, napięcia geopolityczne, nasilająca się niepewność i sprawy się komplikują.
W tym kontekście symulacje Banku Światowego pokazują, że wzrost taryf celnych o 10 pp., które nowa administracja USA nałożyłaby na wszystkich partnerów handlowych ma potencjał do zmniejszenia globalnego wzrostu gospodarczego o 0,2 pp. Taki ubytek nie uwzględnia jednak działań odwetowych ze strony partnerów, a jeśli takie działania zostałyby podjęte, to światowe PKB spadłoby o 0,3 pp. do poziomu 2,4%. To osłabiłoby potencjał wielu sektorów gospodarki i z pewnością ucierpiałby również transport i logistyka, wyjątkowo zależne od dynamiki w handlu, który przecież obsługują.
Cła uderzyły już w chiński import, w tym w branżę e-commerce, ale tylko na chwilę
Wydarzenia ostatnich tygodni pokazały, że zapowiedziana polityka celna USA będzie realizowana, czego przykładem jest 25% stawka na stal i aluminium, która zacznie obowiązywać od 12 marca. Cła w wysokości 10% zostały już skutecznie nałożone na cały import chińskich towarów. Przy okazji 1 lutego br. zawieszono zwolnienie de minimis dla paczek o niskiej wartości, czyli nieprzekraczających 800 dol. Przesyłki de minimis nie są objęte cłami i nie przechodzą przez standardową odprawę celną, co znacznie ułatwia ich procesowanie i obsługę logistyczną. To z tej luki korzystają chińskie platformy e-commerce, które szturmem zdobyły amerykański rynek i to właśnie w nie wymierzona była likwidacja wykluczenia. Ostatecznie wysokość opłat celnych wraz z wcześniej nałożonymi daninami i innymi opłatami wzrosła z dnia na dzień do nawet 38%. Bardzo szybko okazało się jednak, że służby celne nie są w stanie procesować tak gigantycznych wolumenów towarów i nieoclone paczki z Chin zaczęły piętrzyć się na lotniskach paraliżując odprawy. W ciągu 4 dni chiński e-commerce pokonał amerykańskich celników, bo zwolnienie de minimis ponownie aktywowano do czasu wypracowania zdolności operacyjnych pozwalających obsłużyć potok przesyłek liczonych w milionach dziennie.
Ile zatem potrzeba chińskich paczek, aby sparaliżować odprawę celną w USA?
Wyliczenia amerykańskiej Służby Celnej i Ochrony Granic (CBP), które pojawiły się w zaktualizowanym w lutym br. raporcie Congressional Research Service (CRS) wskazują, że w latach 2018 – 2021 aż 67,4% całego importu w ramach zwolnienia de minimis pochodziło z Chin. To towary wyceniane na 228,3 mld dol., a celnicy szacują, że tylko w 2023 r. w do USA zaimportowano miliard takich przesyłek o łącznej wartości 54,4 mld dol. Strona chińska deklaruje jednocześnie, że w tym samym okresie eksport do USA w reżimie de minimis wyniósł 18,4 mld dol., co stanowi zaledwie jedną trzecią całkowitego importu objętego ulgą celną, który podają amerykańskie służby. Choć CBP nie rozróżnia, jaki procent tego importu to przesyłki internetowe, to Komisja ds. Handlu Międzynarodowego szacuje, że tylko w 2022 r. aż 83% całkowitego importu zamówień e-commerce stanowiły przesyłki o niskiej wartości. CBP wylicza jednak, że w ciągu 10 lat wolumen de minimis wrósł o ponad 600% z 139 mln w 2015 r. do 1,36 mld w 2024 r., co oznacza towary o wartości 64,6 mld dol. Aż 60,8% wolumenu pochodziło z Chin, a 1,1 mld szt., czyli 80,9% całego importu tanich przesyłek do USA służono na lotniskach.
Czy Unii Europejskiej udałoby się okiełznać taki potok chińskiego e-commerce?
Jest to pytanie o tyle zasadne, że likwidacja zwolnienia de minimis jest już zapisana w strategii celnej Wspólnoty. Na mocy obowiązujących obecnie przepisów paczki o wartości do 150 euro, które są wysyłane bezpośrednio z państwa trzeciego do odbiorcy w UE są zwolnione z należności celnych. Likwidacja de minimis ma być częścią ambitnej i kompleksowej reformy celnej zaproponowanej przez Komisję Europejską w 2023 r., a zwolnienie dla importowanego e‑commerce ma przestać obowiązywać z dniem 1 marca 2028 r. Powodów wykonania takiego kroku jest kilka, z bezpieczeństwem konsumentów, walką z nieuczciwą konkurencją i oszustwami włącznie. W oficjalnych unijnych dokumentach przewija się nawet statystyka, że 65% przesyłek przekraczających granice Unii jest umyślnie niedoszacowanych, aby uniknąć ceł importowych. Zmiany mają się oczywiście Unii opłacać, bo zgodnie z oceną skutków reformy, dodatkowe należności celne pochodzące z importowanego handlu elektronicznego oszacowano na około 1 mld euro rocznie, a w dłuższej perspektywie 13 mld euro w ciągu 15 lat.
Zniesienie zwolnienia de minimis może nastąpić szybciej niż w 2028 r.
Takie plany zapowiedział już unijny komisarz ds. handlu i bezpieczeństwa gospodarczego, dla którego reforma Unijnego Kodeksu Celnego ma być priorytetem i będzie on dążył do implementacji zmian już w 2026 r. Szybsze wdrożenie ma służyć europejskim przedsiębiorcom i wyrównać szanse wobec platform e-commerce z państw trzecich.
O jakiej skali napływu de minimis do UE mowa?
Z informacji Komisji Europejskiej wynika, że w 2024 r. na rynek UE trafiło ok. 4,6 mld przesyłek o niskiej wartości, a 91% z nich pochodziło z Chin. To ponad 12,6 mln paczek dziennie, z czego prawie 11,5 mln z Państwa Środka. To dwa razy więcej niż w 2023 r. i trzy razy więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie tylko sześć państw członkowskich odpowiadało z zeszłym roku za obsługę 89% importu generowanego przez sprzedaż online. KE zaznacza, że coraz większą presję odczuwają unijne organy celne, gdyż produkty e-commerce stanowią już ponad 97% wszystkich unijnych deklaracji celnych.
Likwidacja de minimis odbije się na dynamice logistyki e-commerce
Według szacunków Transport Intelligence (Ti) globalna wartość usług logistycznych realizowanych na rzecz e‑commerce miała w 2024 r. osiągnąć wzrost 10,5% z ponad 449,3 mld euro w 2023 r. Oznacza to, że zeszłoroczne usługi logistyczne wyceniono na ponad 496,5 mld euro, a średnie tempo wzrostu na poziomie 10% miało się utrzymać aż do 2028 r. Oczywiście przy założeniu wzrostów w handlu, PKB oraz uspokojeniu napięć geopolitycznych i makroekonomicznych. Planowane, tak znaczące zmiany w globalnych przepływach e-commerce są zaprzeczeniem tych założeń, a w związku z tym mogą poważnie obniżyć perspektywy wzrostowe dla branży funkcjonującej w atmosferze ciągłej niepewności. Z silnego rozwoju e-handlu korzystał do tej pory także rynek przesyłek ekspresowych i paczek. Według danych z grudnia urósł on realnie w 2024 r. o 5,1%. Taki wzrost. zaowocował przychodami sięgającymi 544,7 mld euro i przełożył się na średnioroczny wzrost od 2020 r. wynoszący 5%. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dobre zeszłoroczne wyniki były także zasługą azjatyckich sprzedawców oraz produktów o niskiej wartości wprowadzanych, obsługiwanych i sprzedawanych na bogatych zachodnich rynkach.
Zmiany w cle i procedurach natychmiast odczuje e-handel i konsumenci
Z perspektywy konsumentów i platform likwidacja zwolnienia de minimis w Unii szybko wywołałaby cztery podstawowe efekty: wzrost cen i biurokracji, nasilenie outsourcingu procesów celnych oraz wydłużenie dostaw. Po pierwsze i najbardziej oczywiste, jeśli dojdzie do naliczenia cła to podrożeją zagraniczne e-zakupy. Planowane stawki mają się różnić w zależności od kwalifikacji produktu do tzw. koszyków, których ma być pięć w zakresie danin od 0% do 17%. Jeśli jednoczenie w życie wejdzie zmiana dotycząca tzw. uznanego importera, to za pobór i przekazanie opłat do urzędu celnego będzie odpowiadała platforma sprzedażowa. Dla serwisów oznacza to znaczące obciążenie biurokratyczne i większą odpowiedzialność, ponieważ poza rozliczeniami trzeba będzie wyegzekwować i przekazać także inne informacje, np. dokładniejszą charakterystykę towaru, certyfikaty środowiskowe i bezpieczeństwa.
Większa biurokracja to oczywiście większy koszt, więcej oddelegowanych zasobów i nakładu pracy. To z kolei może wywołać wzmożony outsourcing procedur importowych do agentów celnych – przynajmniej w początkowym okresie. Jest to jednocześnie dobra wiadomość operatorów logistycznych, którzy oferują tego typu usługi oraz dysponują zaktualizowaną i specjalistyczną wiedzą. Niestety nie ucieszą się konsumenci, ponieważ serwis agencyjny jest płatny, a koszt obsługi wraz z cłem w większym lub mniejszym stopniu wpłynie na cenę ich zamówienia. Ostatnią ważną konsekwencją przyszłorocznej likwidacji de minimis jest prawdopodobieństwo wydłużenia odpraw, zwłaszcza w szczytach transportowych. Paraliż obserwowany w USA raczej nie nastąpi, ponieważ UE przygotowuje już odpowiednie zaplecze informatyczne. Z drugiej strony, jeśli koniec zwolnienia ma nastąpić już za rok, a nie za trzy i nie wydarzy się to równolegle z uruchomieniem centralnej bazy danych celnych, tzw. Data Hub, to ryzyko chaosu wyraźnie wzrośnie, ponieważ administrację celną zaleje fala dodatkowych 12,6 mln przesyłek dziennie, które trzeba będzie obsłużyć bez zapowiadanego instrumentarium IT. W USA wystarczyły niecałe 4 mln, aby system się załamał.
Zmianie ulegnie struktura międzynarodowej logistyki handlu elektronicznego
W szerszej perspektywie likwidacja zwolnienia de minimis na drugim i trzecim rynku e-commerce świata wywoła głębokie zmiany w międzynarodowej logistyce zamówień internetowych. Nie obędzie się bez ofiar, ale będą także wygrani.
Największym poszkodowanym będzie lotnictwo towarowe, z którego w zdecydowanej większości korzystają chińskie platformy wysyłające tanie zamówienia bezpośrednio do klientów w Europie i USA. Połącznia Azja ‑ Ameryka Płn. i Azja – Europa to dwa najważniejsze szalki dla frachtu lotniczego na świecie. Natomiast w zeszłym roku przewoźnicy z trzech regionalnych rynków; Azji i Pacyfiku, Ameryki Płn. oraz Europy odpowiadali łącznie za 81,5% pracy przewozowej wykonanej w globalnym lotnictwie towarowym.
Opublikowane niedawno dane Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA) pokazują, że popyt na przewozy lotnicze liczone w tonokilometrach cargo (CTK) wzrósł w 2024 r. o imponujące 11,3%, co jest nowym rekordem. Wskaźnik CTK na trasach międzynarodowych wzrósł jeszcze bardziej, bo o 12,2%. IATA wprost wskazuje, że odpowiadały za to dwa podstawie czynniki, tj. utrzymujące się utrudnienia w żegludze oraz e-commerce, a zwłaszcza popyt na azjatyckie towary wysyłane do Europy i USA. Tylko w grudniu 2024 r. udział szlaków Azja – Ameryka Płn. i Azja – Europa w całym rynku cargo wyniósł 45% i wzrósł o odpowiednio 8% i 10,3%.
Kluczowy czynnik wzrostu może przerodzić się w poważne ryzyko
To za sprawą e-commerce zainteresowanie przesyłkami lotniczymi jest tak duże, że w największych chińskich portach zaciera się granica pomiędzy operacjami realizowanymi w szczycie przewozów i poza min. W zeszłym roku Boeing szacował nawet, że utrzymujący się na obecnym poziomie rozwój chińskiego e-handlu zmusi tamtejszych przewodników do powiększenia floty frachtowej o dodatkowe 190 maszyn do 2042 r, co będzie stanowić 20% wszystkich samolotów tego typu na świecie.
Imponujące wskaźniki i prognozy może jednak pogrzebać likwidacja zwolnienia celnego na chińskie produkty o niskiej wartości. Po wyjątkowo krótkim epizodzie z de minimis w USA platforma do rezerwacji frachtu Freightos poinformowała, że wycofanie przesyłek e-commerce z transportu lotniczego mogłoby spowodować obniżenie stawek na trasie z Chin do USA o 30% (z 5,09 do 3,65 dol./kg). Na rynku pojawi się nadpodaż przestrzeni ładunkowej, której nie będzie czym wypełnić, a znaczące spadki cen mogą się rozlać na inne regiony. Będzie to bardzo bolesny coś wymierzony w lotnicze cargo, a w takim scenariuszu nie ma większych szans na realizację prognozy IATA, która na 2025 r. przewiduje wzrost rynku na poziomie 5,8%. Według organizacji nie ma jednak wątpliwości, że branża będzie musiała dostosować się do nadchodzących zmian geopolitycznych, a początek roku w wydaniu nowej administracji w USA pokazał już jej silne zainteresowanie wykorzystaniem taryf celnych, które mogą uderzyć w dynamikę cargo także przez zwiększenie inflacji i obniżenie handlu.
Chiński e-commerce popłynie statkiem, ale żegluga kontenerowa odczuje to w niewielkim stopniu
Wydaje się, że racjonalnym scenariuszem w przypadku utraty opłacalności przewozów lotniczych dla pojedynczych zamówień internetowych jest przeniesienie wolumenów na oceny. Oznaczałoby to zauważalny odwrót od ekspresowych dostaw lotniczych i powrót do tradycyjnego modelu importowego, w którym towar jest kumulowany i wysyłany zbiorczo do centrów dystrybucji znajdujących się możliwie blisko rynków zbytu. Znacząco wydłużyłby się jednak tranzyt, ale pozwoliłoby to utrzymać niższe ceny produktów. Owszem, zwiększyłby się popyt na transport morski, a ze względu na nierównowagę w wymianie handlowej pomiędzy rynkami mogłoby nawet dojść do chwilowego zachwiania równowagi w dostępności kontenerów, jednak wpływ na ceny byłby relatywnie niewielki, ponieważ wolumen kilkunastu milionów małych paczek to nic spektakularnego w żegludze kontenerowej.
Jeśli za punkt wyjścia obrać dane opublikowane niedawno przez analityków z Rotate, mówiące o 2,3 mln ton lotniczego cargo zaimportowanego w zeszłym roku z Chin do USA, z czego 1,2 mln ton stanowiły paczki e-commerce o niskiej wartości, to niewiele wskazuje na to, aby przeniesienie nawet całego importu lotniczego z Chin do USA na statki dramatycznie wpłynęło na stawki i kondycję w transporcie oceanicznym. Jeśli bowiem w uroszczonej kalkulacji przyjąć średnią ładowność kontenera 20‑stopowego na 25 t, to import ten wymagałby 92 tys. kontenerów, które do wybrzeży USA mogłyby dostarczyć zaledwie 4 kontenerowce klasy ULCV (Ultra Large Container Vessel). Jednorazowo są one w stanie przemieścić nawet 24 346 TEU (TEU – ekwiwalent kontenera 20-stopowego). Natomiast jeśli na ocean miałyby trafić tylko chińskie przesyłki o niskiej wartości, to ich masa odpowiadałby 48 tys. TEU, które zmieściłyby się na dwóch takich statkach. Na 3 jednostki ULCV wszedłby z kolei cały zeszłoroczny import lotniczy z Unii Europejskiej do USA, który według Rotate wyniósł 1,4 mln ton. Warto jednak pamiętać, że w rzeczywistości transport towarów byłby rozłożony w czasie, dlatego skautki w żegludze byłyby rozmyte i przez to mniej odczuwalne.
Zmiana modelu importowego otworzyłaby możliwości dla logistyki kontraktowej i centrów fulfilment
Mało prawdopodobnym jest, aby chińskie platformy e-commerce porzuciły bogaty rynek w Europie i USA tylko dlatego, że zwolnienie z cła dla produktów o niskiej wartości przestanie obowiązywać. O nadchodzącej likwidacji zasady de minimis mówi się od dawna, zarówno w Unii, jak i za oceanem, a azjatyckie serwisy wskazują, że przygotowują się na taki scenariusz. Od kilku lat obserwujemy budowanie zdolności logistycznych wewnątrz rynków docelowych lub w ich pobliżu. Wiele azjatyckich serwisów e‑commerce ma już swoje centra dystrybucyjne w Niemczech, ale także w Czechach, w Polsce czy np. w Turcji. Przewidujemy, że ten proces będzie dalej postępował, na czym skorzysta sektor magazynowy, logistyka kontraktowa i centra dystrybucyjne. Powrót do bardziej standardowego schematu importowego pomoże także sektorowi transportowemu. Prawdziwymi wygranymi będą natomiast operatorzy, którzy będą potrafili zagwarantować niezawodny i kompleksowy pakiet rozwiązań, od usług agencyjnych, przez transport, magazynowanie, zarządzanie zapasami, fulfilment, aż po obsługę zwrotów. Może to być wyjątkowo pozytywny impuls dla logistyki e-commerce, zwłaszcza że dynamika wzrostowa w e-handlu osłabła, czy to z powodu dojrzałości rynków, czy z uwagi na zmiany nastrojów konsumenckich. Mogliśmy to już obserwować w końcówce 2024 r. w Polsce, gdzie wiele prognoz sprzedażowych nie zostało zrealizowanych, a z danych GUS wynika, że listopadowy udział e-commerce w całym handlu detalicznym pierwszy raz w 5-letniej historii pomiarów nie przekroczył 11%. Zazwyczaj listopad to najlepszy miesiąc w roku pod względem udziału. Na końcu warto także pamiętać, że popularność chińskich platform nie wzięła się znikąd. Klienci detaliczni po prostu są zainteresowani takimi ofertami i nie chcą z nich rezygnować, choć za zakupy będą musieli zapłacić odpowiednio więcej – mówi Marcin Smoła, dyrektor operacyjny w spółce ID Logistics Polska, świadczącej kompleksowe rozwiązania logistyczne i transportowe, obsługę e-commerce oraz zarządzanie łańcuchem dostaw w 18 krajach.
Europejski konsument zapłaci nawet dodatkowe 62 euro i to każdego roku
Według zeszłorocznych szacunków analityków z Copenhagen Economics, likwidacja zwolnienia celnego de minimis i potrzeba dostosowania się przedsiębiorców, platform, operatorów logistycznych i organów celnych do nowych przepisów będzie oznaczać wydatek sięgający 2,3 mld euro rocznie, z czego 2 mld zapłacą prywatne firmy i sektor handlowy, a na końcu również konsumenci. Kwota ta zakłada jednocześnie, że żadne inne czynniki nie ulegną zmianie, np. nie zostaną nałożone kolejne cła na import. Prędzej czy później podwyżki spadną jednak na klientów, co poskutkuje potencjalnym rocznym wzrostem cen o 62 euro na każdego indywidualnego konsumenta, którego zakupy internetowe są importowane do Unii. Średnie podwyżki mogą się wahać w przedziale od 10,6 do 19,1 euro na mieszkańca rocznie i jest to kwota wynikająca tylko dodatkowych opłat celnych. Jeśli natomiast wziąć pod uwagę dodatkowe koszty administracyjne wynikające z konieczności dostosowania się przedsiębiorstw, operatorów i handlu, to wzrastają one do przedziału 34,4 – 62,1 euro rocznie. Analitycy wyliczają np. ze para importowanych butów, która do tej pory kosztowała konsumenta 100 euro podrożeje o 17% plus ewentualne koszty obsługi logistycznej.
Klienci w USA i Europie chcą kupować towary z Chin
Propozycje w zakresie de minimis wydają się nie brać pod uwagę jednego fundamentalnego faktu, że zarówno w Europie, jak i w USA konsumenci robiący zagraniczne zakupy w sieci nie chcą rezygnować z tanich produktów z Chin, które zdominowały nawet rodzime platformy sprzedażowe. Dobrze pokazuje to zeszłoroczne badanie przeprowadzenie przez Jungle Scout, według którego, aż 71% wszystkich artykułów sprzedawanych zarówno przez hurtowników, jak i detalistów w serwisie Amazon zostało wyprodukowanych w Chinach. Sprzedawcy zapytani o to, z jakich krajów pochodzą oferowane przez nich towary, najczęściej wskazywali właśnie Państwo Środka, a Stany Zjednoczone z wynikiem 30% znalazły się na drugim miejscu. Podium zamknęły Indie z udziałem 14%. Towary wytwarzane w innych pojedynczych krajach nie przekroczyły poziomu 10%. To świetnie pokazuje, jak strategiczne znacznie nawet dla amerykańskiego giganta ma współpraca z chińskimi producentami i sprzedawcami. Amazon wręcz zabiega o azjatyckich sprzedawców. Otworzył nawet biuro w Shenzhen, gdzie organizuje spotkania dla producentów, umożliwiając im wejście na platformę. To w dużej mierze dzięki produktom z Chin firma osiągnęła w 2024 r. wzrost sprzedaży internetowej o 7,1% do poziomu 75,5 mld dol.
Dokładnie to samo dzieje się w Europie, czego przykładem jest Allegro, które również wpuściło chińskie przedsiębiorstwa na swoje strony. Z kolei według analiz francuskiej wywiadowni konsumenckiej Foxintelligence monitorującej rynek e-commerce w 10 europejskich krajach, w pierwszym półroczu 2024 r. aż 34% całkowitej sprzedaży e-commerce w Hiszpanii należało do serwisów Alibaba, Shein i Temu. We Włoszech było to 13%, we Francji 9%, w Niemczech 7% i 6% w Wielkiej Brytanii. Inne analizy Foxintelligence wskazują także, że chińskie Temu jest w tych państwach niemal zawsze na podium zakupowym w kategorii dom i kuchnia, odzież, uroda, narzędzia i majsterkowanie, gry i zabawy, komputery i elektronika, zdrowie oraz motoryzacja.
Polacy także bardzo dobrze przyjęli chińskie platformy, a np. Temu jest na najlepszej drodze do tego, aby stać się najczęściej odwiedzanym serwisem e-commerce nad Wisłą. Z grudniowego badania Mediapanel wynika, że odwiedziło go 18,24 mln osób, co odpowiada 61,3% internautów w Polsce. Pozostające na pozycji lidera Allegro przyciągnęło 18,96 mln użytkowników, czyli 63,7% internautów. Zmiana na czele stawki jest tym bardziej prawdopodobna, że Temu po raz kolejny pobiło własny rekord odwiedzin i dynamicznie rośnie. Dla porównania w grudniu 2023 r. różnica pomiędzy platformami wynosiła 5,73 mln użytkowników, a teraz dzieli je dokładnie 719 442 internautów.
Nowa linia frontu to surowce mineralne, zwłaszcza ziem rzadkich – kolejne odsłony tego konfliktu to: roszczenia prezydenta Trumpa dotyczące bogatej w minerały Grenlandii, propozycja umowy dotyczącej metali ziem rzadkich z Ukrainą ale także nasileniu walk w Demokratycznej Republice Konga, gdzie znajdują się największe na świecie rezerwy koltanu, kobaltu i tantalu
W tym kontekście nasilają się także spekulacje na niektórych metalach (lit, miedź, złoto)
Rekordowo wysokie ceny nie zniechęciły inwestorów do kupowania złota. Chiny zezwoliły niedawno lokalnym firmom ubezpieczeniowym na inwestowanie do 1% swoich aktywów w złoto, co jak szacujemy może o około 15% zwiększyć presję na wzrost jego cen
Banki centralne również kupują złoto, ponieważ poszczególne kraje starają się budować swoją odporność na bezpośrednie lub pośrednie cła lub sankcje ze strony USA. Szacujemy, że gdyby Chiny miały sprzedać 10% z posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych, aby środki te przeznaczyć na złoto, mogłoby to zwiększyć rentowność amerykańskich obligacji o blisko 10 pb.
Co wspólnego mają Grenlandia i Goma?
Minerały i zasoby stały się kluczowym polem bitwy w wojennej ekonomii. Od dłuższego czasu przodują w tym wyścigu Chiny, inwestujące w regionach takich jak Ameryka Łacińska i Afryka, aby zabezpieczyć kluczowe surowce dla swojego przemysłu wytwórczego.
Ale obecnie także Stany Zjednoczone zwracają uwagę na krytyczne surowce mineralne, co widać w roszczeniach prezydenta Trumpa dotyczących Grenlandii. Zależne od Danii terytorium jest nie tylko bogate w potencjalne zasoby ropy i gazu, ale także w 1,5 mln ton metrycznych minerałów ziem rzadkich (8 co do wielkości rezerwy na świecie), a także duże ilości uranu i innych minerałów. Podczas gdy Grenlandia raczej nie stanie się terytorium USA, to amerykańskie firmy prawdopodobnie zwiększą tam projekty wydobywcze, a duński rząd już wykazał wolę do otwarcia wyspy na szerszą współpracę, zarówno w zakresie wydobycia, jak i poprzez zwiększoną obecność amerykańskiego wojska.
Jednocześnie administracja prezydenta Trumpa zażądała od Ukrainy metali ziem rzadkich o wartości 500 mld USD w zamian za dalsze amerykańskie wsparcie w działaniach wojennych przeciwko Rosji. Ukraina posiada największe zasoby metali ziem rzadkich i krytycznych minerałów na kontynencie europejskim poza Rosją. Obejmuje to około 500 000 ton litu (10% światowych rezerw), 137 mln ton grafitu (20% światowych rezerw) i około 2% światowych rezerw uranu. Jednak wiele z tych kopalni i złóż znajduje się obecnie na terytorium kontrolowanym przez Rosję, co skomplikowałoby potencjalne porozumienie.
W opinii Allianz Trade kolejnym polem bitwy w globalnym wyścigu o minerały jest Afryka. Bogaty w niewykorzystane zasoby kontynent przyciągnął głównych graczy. Chiny dominują dzięki przewadze jaką zdobyły pierwsze wchodząc do gry i obecnie kontrolują całe łańcuchy dostaw, podczas gdy Stany Zjednoczone rozszerzają swoje wpływy, w szczególności poprzez korytarz Lobito, aby uzyskać dostęp do pasa miedzi w Zambii i Angoli. Francja wcześniej kontrolowała dostawy uranu z Nigru, a Maroko kontroluje Saharę Zachodnią ze względu na zasoby mineralne. Również UE podpisała umowy z kilkoma krajami afrykańskimi w celu zabezpieczenia dostaw minerałów, chociaż niektóre z nich, takie jak umowa z Rwandą, są kontrowersyjne. Rzeczywiście, od 2022 r. powiązana z Rwandą grupa proxy M23 podsycała konflikt w bogatej w minerały sąsiedniej Demokratycznej Republice Konga (DRK), oficjalnie powołując się na obawy o bezpieczeństwo… ale zbiegło się to w czasie z gwałtownym wzrostem eksportu minerałów z Rwandy. DRK posiada największe na świecie rezerwy koltanu, kobaltu i tantalu, niezbędne do transformacji energetycznej.
Rośnie spekulacja na niektórych metalach
W opinii Allianz Trade można oczekiwać wzrostu cen metali, ponieważ w ciągu najbliższych kilku kwartałów pojawią się napięcia w ich podaży. Od początku listopada 2024 r. ceny aluminium wzrosły o + 1%; ceny litu wzrosły o+ 6%, ale znacznie poniżej historycznych maksimów z końca 2022 r., podczas gdy ceny niklu spadły o -1%, a ceny kobaltu spadły o -11%. Sugeruje to, że inwestorzy na rynkach metali przede wszystkim uwzględniają niższy popyt na towary przemysłowe, takie jak samochody i wiatraki, a nie brali pod uwagę premii za ryzyko geopolityczne. Obserwujemy, że pozycjonowanie spekulacyjne jednak powoli rośnie – mierzone indeksem T Working, który ocenia równowagę między interesami handlowymi i finansowymi na rynku kontraktów terminowych (wysoki indeks oznacza nadwyżkę pozycjonowania finansowego w stosunku do potrzeb hedgingowych). Indeks spekulacyjny rośnie dla litu, miedzi i złota, ale nie dla kobaltu (wykres 1).
Rysunek 1: Wskaźnik T Workinga dla wybranych metali
Źródła: CFTC, Allianz Research
Wszystko, co się świeci, to złoto
W obliczu niepewności i ryzyka bardziej protekcjonistycznej administracji USA, zarówno inwestorzy, jak i banki centralne kupują rekordowo dużo złota. Podczas gdy amerykański dolar pozostaje na szczycie systemu finansowego, złoto pomimo jego rekordowo wysokich cen zyskuje na popularności jako bezpieczna przystań nie tylko dla inwestorów, ale także dla krajów, którym grożą cła lub sankcje. Zakupy złota przez inwestorów i banki centralne osiągnęły szczyt w IV kwartale 2024 r. (wykres 3). W ciągu ostatnich 15 lat wolumeny zakupów były wyższe tylko podczas wyprzedaży rynkowej i obaw o recesję na początku 2016 r. oraz podczas pandemii. Zainteresowanie złotem w najbliższej przyszłości prawdopodobnie utrzyma się, ponieważ wiele krajów wschodzących, z Chinami na czele, będzie próbowało zbudować odporność na bezpośrednią lub pośrednią politykę Stanów Zjednoczonych, która może im zaszkodzić. W listopadzie 2024 r. Bank Ludowy Chin (PBoC) zakupił 5 ton złota, a w grudniu 2024 r. dołożył kolejne 10 ton. Chiny zezwoliły również niedawno swoim krajowym firmom ubezpieczeniowym na inwestowanie do 1% swoich aktywów w złoto, przeznaczając na to docelowo do 27 mld USD. Przy obecnych cenach odpowiadałoby to około 290 tonom złota i mogłoby zwiększyć dalszą presję na wzrost cen złota o około 15%. Można się spodziewać, że uruchomienie nowych kopalni w ciągu najbliższych 5 lat zwiększy globalną podaż tego kruszcu o 3 do 4%, czyli o około 3 do 4 mln uncji rocznie do 2030 r. Projekty te będą realizowane głównie w Australii, Afryce Zachodniej, Pakistanie i Kanadzie. Podczas gdy w 2024 r. budżety na poszukiwania złota uległy zmniejszeniu, to w bieżącym 2025 r. mają już wzrosnąć o ponad 5%.
W opinii Allianz Trade Chiny już od 10 lat dywersyfikują swój portfel amerykańskich obligacjach skarbowych– w marcu 2013 r. posiadały one 23% tych wyemitowanych a pod koniec 2024 r. już (jedynie) około 9%. Nie sądzimy jednak, by Chiny w pełni przestawiły się z amerykańskich obligacji skarbowych na złoto, ponieważ byłoby to dość trudne z operacyjnego punktu widzenia. Co więcej, mogłoby to również równać się ze sprzedażą przez PBoC (Bank Ludowy Chin) obligacji amerykańskich UST z dyskontem przy jednoczesnym zakupie złota po zawyżonych cenach. Na podstawie ostatnich rynkowych przetasowań szacujemy, że gdyby Chiny sprzedały 10% swoich obecnych aktywów (o wartości około 70 mld USD) w celu przestawienia się na złoto, mogłoby to spowodować wzrost rentowności amerykańskich obligacji skarbowych o około 10 pb.
Wykres 2: Zakup złota przez inwestorów i banki centralne (w tonach)
Pakowanie przesyłek to jeden z najważniejszych elementów procesu logistycznego. Dobre opakowanie zapewnia nie tylko bezpieczeństwo przesyłanych towarów, ale także wpływa na koszty transportu. W tym artykule przedstawiamy najskuteczniejsze rozwiązania w zakresie opakowań, kartonów na dokumenty oraz folii stretch, które pomagają zapewnić odpowiednią ochronę i jednocześnie zminimalizować wydatki związane z wysyłką.
Jakie opakowanie wybrać do przesyłki?
Wybór odpowiedniego opakowania to pierwszy krok do zabezpieczenia przesyłki. W zależności od tego, co wysyłasz, możesz potrzebować różnych materiałów, które będą odpowiednio chronić towary i sprawią, że proces transportu będzie przebiegał bez problemów.
Wybór opakowania na podstawie rodzaju towaru
Zanim zdecydujesz się na konkretne opakowanie, warto zastanowić się nad rodzajem przesyłki. Delikatne przedmioty, takie jak elektronika, szkło czy biżuteria, wymagają bardziej zaawansowanego zabezpieczenia. W tym przypadku najlepiej sprawdzają się opakowania, które oferują dodatkową amortyzację, takie jak kartony z wypełnieniem ochronnym czy koperty bąbelkowe. Z kolei mniej wrażliwe produkty, takie jak książki, odzież czy zabawki, można zapakować w standardowe kartony, które zapewnią wystarczającą ochronę.
Dopasowanie rozmiaru opakowania
Pamiętaj, że rozmiar opakowania ma ogromne znaczenie. Zbyt duże opakowanie oznacza niepotrzebne wydatki na transport, a zbyt małe może prowadzić do uszkodzeń towaru. Dlatego warto wybierać opakowania, które są idealnie dopasowane do rozmiarów przesyłki – minimalizując puste przestrzenie i niepotrzebny nadmiar materiału.
Wysokiej jakości kartony na dokumenty to niezbędny element w każdej firmie, która musi przechowywać lub transportować dokumentację. Odpowiednie kartony zapewniają bezpieczeństwo akt, które mogą być szczególnie wrażliwe na uszkodzenia, zagięcia czy wilgoć.
Dlaczego warto postawić na kartony na dokumenty?
Kartony na dokumenty charakteryzują się wytrzymałością i odpowiednią pojemnością, dzięki czemu skutecznie chronią papiery przed uszkodzeniami. Ich solidna konstrukcja sprawia, że są one odporne na zagięcia i wilgoć. Dodatkowo, wiele kartonów na dokumenty ma system zamykania, co zapewnia dodatkowe bezpieczeństwo podczas transportu.
Kartony te pozwalają również na łatwą organizację dokumentów, co jest szczególnie ważne w przypadku przechowywania dużych ilości papierów w firmie. Pozwalają na ich uporządkowanie w sposób, który ułatwia późniejszy dostęp.
Folia stretch – skuteczna ochrona i stabilizacja przesyłek
Folia stretch to materiał, który od lat cieszy się popularnością wśród firm zajmujących się transportem towarów. Jej właściwości sprawiają, że jest niezastąpiona w procesie pakowania – szczególnie przy zabezpieczaniu ładunków na paletach czy transportowaniu dużych przesyłek.
Zastosowanie folii stretch w logistyce
Folia stretch wykazuje szereg cech, które sprawiają, że jest jednym z najbardziej wszechstronnych materiałów ochronnych. Oto jej kluczowe zalety:
Stabilizacja ładunków: Folia stretch skutecznie utrzymuje towary na paletach, zapobiegając ich przesuwaniu się podczas transportu. Dzięki temu towar dociera do celu w jednym kawałku, bez ryzyka uszkodzenia.
Ochrona przed wilgocią i zabrudzeniami: Folia stretch chroni produkty przed zanieczyszczeniami, kurzem, deszczem i wilgocią, co ma szczególne znaczenie przy transportowaniu produktów wrażliwych na tego typu czynniki.
Łatwość aplikacji: Folia stretch jest elastyczna, co pozwala na łatwe dopasowanie jej do różnych kształtów przesyłek. Jest również lekka, co pozwala na obniżenie kosztów wysyłki.
Aby proces pakowania był maksymalnie efektywny, warto przestrzegać kilku zasad, które pomogą zminimalizować ryzyko uszkodzenia towaru i obniżyć koszty transportu. Oto kilka wskazówek:
Dobierz opakowanie do charakterystyki towaru – delikatne przedmioty wymagają specjalistycznych materiałów ochronnych, takich jak folie bąbelkowe, podczas gdy mniej wrażliwe produkty mogą być pakowane w standardowe kartony.
Optymalizuj rozmiar opakowania – unikaj pustych przestrzeni w paczkach, aby zmniejszyć koszty transportu.
Wykorzystuj materiały ochronne – folia stretch, wypełnienia kartonów, folie bąbelkowe – te materiały pomogą w zabezpieczeniu przesyłek przed uszkodzeniami.
Szybkość pakowania – wybieraj materiały, które pozwalają na szybkie pakowanie, jednocześnie zapewniając odpowiednią ochronę przesyłek.
Odpowiednie opakowanie to klucz do sukcesu w procesie wysyłki. Dzięki odpowiednim materiałom pakującym możesz zminimalizować ryzyko uszkodzeń i obniżyć koszty transportu.
Ubezpieczenia na wypadek nieprawdziwości oświadczeń i zapewnień (W&I –warranty and indemnity insurance) są coraz częściej stosowane w transakcjach fuzji i przejęć w Polsce, stając się dla stron istotnym narzędziem w zarządzaniu ryzykiem – zauważają prawnicy międzynarodowej kancelarii DLA Piper. Z ubezpieczenia W&I częściej korzystają inwestorzy profesjonalni.
Aż 25 proc. transakcji fuzji i przejęć obsługiwanych przez DLA Piper w Polsce w 2024 r. było objętych ubezpieczeniem W&I. To wynik znacząco wyższy niż europejska średnia, która – jak wynika z raportu „DLA Piper Global M&A Intelligence Report 2023” – w ostatnich latach wynosiła około 15 proc. Po ubezpieczenia sięgają chętniej strony dużych transakcji – aż 71 proc. projektów zrealizowanych przez warszawski zespół DLA Piper, w których występowało ubezpieczenie W&I, przekraczało wartość 100 mln złotych. Według rankingu Mergermarket 2024, kancelaria DLA Piper obsłużyła w ubiegłym roku największą liczbę transakcji M&A w Polsce.
– Ubezpieczenie W&I wchodzi do kanonu kluczowych narzędzi zabezpieczających interesy stron w coraz większej liczbie transakcji fuzji i przejęć z udziałem polskich podmiotów.Usprawnia ono i znacząco przyspiesza proces negocjacji, a także pozytywnie wpływa na relacje stron – podkreśla Izabela Gębal, Counsel w zespole prawa handlowego, spółek oraz fuzji i przejęć w DLA Piper w Polsce. – Dotyczy to szczególnie sytuacji, gdy zarząd lub sprzedawca pozostają zaangażowani w działalność spółki po transakcji. Polski rynek transakcyjny jest zdecydowanie coraz bardziej otwarty na ten rodzaj ochrony, co potwierdza jego rosnące znaczenie.
Ubezpieczenie W&I chroni strony transakcji przed potencjalnymi stratami finansowymi wynikającymi z naruszenia oświadczeń i zapewnień złożonych kupującemu przez sprzedawcę na gruncie dokumentacji transakcyjnej. Ułatwia ono przeprowadzenie transakcji, gwarantując kupującemu skuteczne zabezpieczenie na wypadek, gdyby te oświadczenia i zapewnienia okazały się nieprawdziwe. W efekcie ryzyko finansowe zostaje przeniesione ze stron transakcji na ubezpieczyciela. Podobnie jak inne mechanizmy wykorzystywane w transakcjach M&A, ubezpieczenie W&I zostało zaczerpnięte z praktyki krajów anglosaskich oraz Europy Zachodniej, gdzie funkcjonuje od wielu lat. Standardowo stosowane jest w Wielkiej Brytanii, gdzie aż 40 proc. transakcji w 2024 r. podlegało temu zabezpieczeniu.
–Na rynku M&A obserwujemy globalny trend upraszczania i automatyzowania złożonych procesów transakcyjnych. Ubezpieczenia W&I wpisują się w ten kierunek, wspierając przejrzystość, efektywność i bezpieczeństwo transakcji – dodaje Jakub Marcinkowski, Partner współzarządzający zespołem prawa handlowego, spółek oraz fuzji i przejęć w DLA Piper w Polsce.
Z analizy DLA Piper wynika, że z ubezpieczenia W&I najczęściej korzystali inwestorzy profesjonalni, co pozostaje w zgodzie z globalnymi trendami i wpisuje się w genezę tego instrumentu, który pierwotnie rozwijał się w głównej mierze w odpowiedzi na ich potrzeby. Wśród podmiotów, które skorzystały z ubezpieczenia W&I w transakcjach realizowanych ze wsparciem DLA Piper, znalazły się również osoby fizyczne (założyciele spółek, zarządzający), inwestorzy strategiczni i spółki Skarbu Państwa.
Wszystkie ubezpieczenia W&I towarzyszące transakcjom, przy których doradzała kancelaria DLA Piper w Polsce, były polisami na rzecz kupującego (buy-side policy), tj. takimi, gdzie w przypadku stwierdzenia, że złożone przez sprzedawcę zapewnienie jest nieprawdziwe, kupujący może dochodzić ekwiwalentu finansowego bezpośrednio od ubezpieczyciela, z pominięciem sprzedawcy.
Choć formalnym beneficjentem ubezpieczenia W&I zasadniczo pozostają kupujący, sprzedawcy często partycypują w jego kosztach. W transakcjach przeprowadzonych przez zespół M&A kancelarii DLA Piper w 2024 r., strona sprzedająca uczestniczyła w kosztach polisy w 40 proc. przypadków, a udział finansowy wahał się od 30 do 100 proc. Podział kosztów wydaje się naturalny, ponieważ z punktu widzenia sprzedawcy, ubezpieczenie zdejmuje z niego potencjalny ciężar finansowy, który w braku ubezpieczenia musiałby ponieść samodzielnie, gdyby roszczenie kupującego okazało się zasadne.
Transakcje dotyczące polskich spółek były przeważnie obsługiwane przez brokerów i ubezpieczycieli mających polskich przedstawicieli. To pokazuje, że znajomość lokalnych uwarunkowań prawnych, biznesowych i kulturowych jest bardzo istotna, a podmioty inwestujące w rozwój polskich biur lub współpracę z lokalnymi specjalistami zyskują przewagę konkurencyjną.
Według najnowszych danych Ministerstwa Finansów, od stycznia do listopada 2024 roku wpływy z tzw. podatku Belki wyniosły 10,095 mld zł. To o 11,3% więcej niż w całym 2023 roku, kiedy kwota sięgnęła 9,069 mld zł. Z kolei w porównaniu z całym 2022 rokiem, ostatnio nastąpił wzrost aż o 75,5%. Wówczas wpływy z tego tytułu wyniosły 5,752 mld zł. Do tego trzeba dodać, że prognoza przychodów z ww. podatku przedstawiona w nowelizacji ustawy budżetowej na 2024 rok zakładała wpływy w wysokości 9,160 mld zł. Widać zatem, że już po jedenastu miesiącach ub.r. wpływy były wyższe od prognozowanych. Natomiast pełne dane za cały 2024 rok resort udostępni w marcu.
Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że od stycznia do listopada 2024 roku wpływy z podatku od zysków kapitałowych, zwanego popularnie podatkiem Belki, wyniosły 10,095 mld zł. Natomiast pełne zestawienie za zeszły rok będzie dostępne w marcu. Już jest oczywiste, że wpływy z pierwszych jedenastu miesięcy były o 11,3% wyższe niż w całym 2023 roku, kiedy wyniosły 9,069 mld zł. Do tego w ciągu jedenastu miesięcy zeszłego roku budżet państwa został wzmocniony z tytułu tego podatku kwotą o 75,5% wyższą niż w całym 2022 roku. Zdaniem radcy prawnego i doradcy podatkowego Marka Niczyporuka z kancelarii Ars Aequi, za wzrost wpływów odpowiada tryb życia Polaków, którzy ograniczają bieżące wydatki i trzymają pieniądze na kontach i lokatach. To właśnie zyski z tych między innymi źródeł opodatkowane są omawianą daniną.
– Taka sytuacja nie dziwi. W pandemii Polacy inwestowali wolne środki w obronie przed inflacją. Być może rok 2024 r. był takim czasem, w którym realizacja zysków miała większy wymiar. Wysoka inflacja w 2023 r. zachęcała Polaków do lokowania oszczędności w produkty chroniące wartość kapitału, m.in. w lokaty, obligacje czy fundusze inwestycyjne. Skoro w pierwszych jedenastu miesiącach 2024 r. wpływy wyniosły 10,095 mld zł, to na grudzień przypadnie dodatkowa część dochodów. Przyjmując ostrożne założenie, wpływy za ostatni miesiąc powinny stanowić ok. 7-10% rocznej sumy, a zatem łącznie mogą wynieść około 11 mld zł – prognozuje mec. Niczyporuk.
Z kolei dr Kamil Zubelewicz, wykładowca Collegium Civitas, członek Rady Polityki Pieniężnej (RPP) w latach 2016-2022, dodaje, że przyrosty agregatów monetarnych (czyli suma wartości gotówki w obiegu oraz depozytów bankowych o różnym stopniu płynności) sięgnęły 10%, czyli były wyraźnie szybsze niż w ostatnich latach. Ekonomiści obserwują stopniowy powrót tej dynamiki do poziomów sprzed pandemii.
– Równocześnie po stronie czynników kreacji pieniądza odnotowujemy prawie 20% przyrosty aktywów zagranicznych netto. Połączenie tych czynników z generalnie wyższymi nominalnymi stopami procentowymi pozwoliło na wzrosty wpływów z tzw. podatku Belki. W 2023 roku podwyżki cen były na tyle wysokie, że wyprzedzały tempo wzrostów agregatów pieniężnych. Pokazuje to stosunkową inercję zjawisk inflacyjnych w Polsce. Pamiętajmy jednak, że podatek Belki odnosi się do dochodów kapitałowych, a nie dochodów z sektora dóbr konsumpcyjnych – wyjaśnia były członek RPP.
Zdaniem dr. Zubelewicza, wpływy z omawianego podatku za cały 2024 rok mogą sięgnąć 10,5 mld zł. – Dane za jedenaście miesięcy 2024 roku mogły zaskoczyć, bo prawdopodobnie w Ministerstwie Finansów nie zakładano takich wzrostów podaży pieniądza. Nie należy jednak przeceniać znaczenia wpływów z podatku Belki dla stanu finansów państwa, bo stanowią one około 1,5% dochodów budżetu – dodaje ekspert z Collegium Civitas.
Udostępnione przez Ministerstwo Finansów dane zawierają rozbicie wpływów na zyski z poszczególnych produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych. W omawianych jedenastu miesiącach 2024 roku zryczałtowany podatek dochodowy od przychodów z odsetek lub innych przychodów od środków pieniężnych, zgromadzonych na rachunku podatnika lub w innych formach oszczędzania, przechowywania lub inwestowania, wyniósł 6,909 mld zł. Aż 3,186 mld zł dał budżetowi podatek od dochodów z odpłatnego zbycia papierów wartościowych lub pochodnych instrumentów finansowych, w tym z realizacji praw wynikających z tych instrumentów, z odpłatnego zbycia udziałów (akcji) oraz z tytułu objęcia udziałów (akcji) za wkład niepieniężny w postaci innej niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część.
– Po okresie wysokiej inflacji w latach 2022-2023 wiele osób szukało sposobów na ochronę kapitału. Wzrost oprocentowania lokat i popularność obligacji skarbowych indeksowanych inflacją sprawiły, że więcej osób gromadziło oszczędności w takich instrumentach, co przełożyło się na wyższe wpływy podatkowe – komentuje mec. Marek Niczyporuk.
Od lat kolejne rządy zapowiadają likwidację podatku od zysków kapitałowych. Taka zapowiedź pojawiła się również w „100 konkretach”, czyli w programie wyborczym Koalicji Obywatelskiej. W styczniu 2025 roku Ministerstwo Finansów przyznało w odpowiedzi na interpelację poselską, że projekt zmian w podatku jest po uzgodnieniach wewnętrznych, ale „na obecnym etapie prac wskazanie terminu ich zakończenia nie jest możliwe do określenia”. Dr Kamil Zubelewicz przyznaje, że polski system danin publicznych wymaga istotnych zmian, bo nadmiernie uderza w pracujących.
– Podmiot osiągający dochody jest najpierw obciążony podatkiem dochodowym, a potem pozostałą ich część może skonsumować lub oszczędzić. Konsumpcję obciąża VAT i akcyza, więc dla wielu gospodarstw niegenerujących oszczędności ich dochód jest podwójnie opodatkowany – najpierw PIT, potem VAT. Jeżeli jednak gospodarstwo domowe ma oszczędności pieniężne, to dotknie je podatek Belki, de facto majątkowy. Ale jeśli ktoś ma oszczędności niepieniężne, to podatku nie zapłaci. Wszystko dodatkowo komplikuje opodatkowanie gospodarstw domowych części przedsiębiorców, którzy często odliczają VAT i PIT od prywatnej konsumpcji. Równolegle wpływy z CIT w wielu korporacjach są dobrowolne lub symboliczne. W efekcie niektóre grupy są bardzo pokrzywdzone podatkami, inne względem nich uprzywilejowane – uważa dr Zubelewicz.
W ocenie eksperta z Collegium Civitas, skoro konsumpcja już jest objęta podatkiem VAT, to dla uniknięcia podwójnego opodatkowania dochodu podatki dochodowe można by właściwie znieść, o ile oszczędności pieniężne i niepieniężne (majątek) objęłaby jednolita danina. – Danina majątkowa zamiast podatku dochodowego byłaby ciekawym rozwiązaniem. Póki to nie nastąpi, utrzymywanie podatku Belki będzie niestety wybiórczo stosowaną karą za utrzymywanie oszczędności w pieniądzu, tym dotkliwszą, im wyższa inflacja i podążające za nią stopy procentowe – mówi dr Kamil Zubelewicz.
Z kolei ekspert z kancelarii Ars Aequi uważa, że podatek od zysków kapitałowych może zniechęcać Polaków do oszczędzania. Może nawet zostać uznany za niesprawiedliwy ze względu na to, że obciąża podatników, którzy inwestują wcześniej zarobione, a zatem i opodatkowane, przychody. Do tego mec. Marek Niczyporuk dodaje, że z pewnością należy rozważyć, czy wolimy mieć więcej pieniędzy w obrocie i inwestycjach, czy utrzymywać opodatkowanie zysków kapitałowych, co zmniejsza ilość pieniędzy na rynku.
63% polskich prezesów oczekuje wzrostu globalnego PKB w najbliższych 12 miesiącach, na świecie to 58%.
Aż 59% polskich liderów obawia się, że w dłuższej perspektywie czasu – najbliższej dekady – ich firmy mogą nie przetrwać bez zmiany modelu biznesowego. To wyraźnie więcej niż średnia globalna, wynosząca 42%.
Polscy prezesi patrząc na rodzimy rynek znacznie lepiej oceniają perspektywy wzrostu (83% wskazań) w najbliższym roku. Jednocześnie zapytani o swoją firmę w perspektywie ponad 10 lat, to globalni prezesi są nastawieni bardziej pozytywnie – 55% wobec 41% w Polsce.
Prawie 50% prezesów na świecie oczekuje, że projekty AI zwiększą zyski firmy już w najbliższych 12 miesiącach. Natomiast w Polsce jedynie 15% prezesów wyraża zaufanie do sztucznej inteligencji jako narzędzia wspierającego rozwój ich firm.
W najbliższych 10 latach największy wpływ na świecie na poszukiwanie nowych rozwiązań biznesowych mają: zmiany w środowisku regulacyjnym (42%), rosnące koszty produktów i usług (32%) oraz wysoka konkurencyjność (28%).
Zainteresowanie zwiększeniem zatrudnienia w najbliższych 12 miesiącach deklaruje 39% polskich szefów firm wobec 42% średniej na świecie. Zwalniać pracowników planuje 20% polskich prezesów wobec 17% globalnie.
Aż 47% polskich prezesów wskazuje na trudności z pozyskaniem odpowiednich talentów jako jedno z podstawowych wyzwań, podczas gdy globalnie ten odsetek jest niższy i wynosi 38%.
Kluczową barierą w Polsce w inicjowaniu inwestycji sprzyjających klimatowi wciąż pozostaje ograniczone finansowanie (28%), zaś na świecie barierą jest przede wszystkim przeregulowanie (24%).
Z polskiej edycji 28. badania CEO Survey “Czas koniecznych przemian” wynika, że pomimo licznych wyzwań, biznes z coraz większym optymizmem patrzy na perspektywy globalnego wzrostu gospodarczego. Jednocześnie zastanawia dystans polskich prezesów do innowacji technologicznych co może spowolnić rodzime ambicje.
“Polscy prezesi widzą potrzebę i konieczność fundamentalnych zmian. Musimy przyspieszyć naszą przemianę, lepiej wykorzystywać nowe technologie, jeszcze bardziej aktywnie poszukiwać nowych rozwiązań produktowych, usługowych czy nowych rynków. Szefowie firm w Polsce niewątpliwie chcą być liderami wykraczającymi poza aktualne biznesowe status quo. Jednocześnie w badaniu wybija się ograniczone zaufanie do nowych technologii, takich jak narzędzia wspierane przez sztuczną inteligencję. Pokazuje to pewien paradoks, w którym optymizm co do przyszłości gospodarki globalnej i otwartość na zmiany współistnieje u nas z większą ostrożnością. Na poziomie globalnym zaufanie i wiara w pozytywny wpływ sztucznej inteligencji na biznes jest jednoznaczna. Jednak realizowane projekty AI są dosyć świeżymi inicjatywami i aktualnie obserwujemy dopiero ich pierwsze rezultaty. Pomimo tego, w deklaracjach szefów firm na świecie panuje spory optymizm w tej kwestii, prawie 50% prezesów oczekuje, że projekty AI zwiększą zyski firmy już w najbliższych 12 miesiącach” – mówi Michał Mastalerz, prezes PwC Polska.
Szefowie firm na świecie są znacznie mniej skłonni niż rok temu do prognozowania spadku globalnego wzrostu gospodarczego, a bardziej do oczekiwania, że tempo wzrostu gospodarki poprawi się w 2025 roku (58% w porównaniu do 38% w zeszłym roku). Nie oznacza to, że dyrektorzy są przesadnymi optymistami: część z nich wciąż spodziewa się, że globalna gospodarka skurczy się w 2025 roku. Optymizm co do zwyżki PKB rośnie w Polsce i na świecie, natomiast polscy prezesi są bardziej pozytywnie nastawieni do przyszłości rodzimej gospodarki. Ta znacząca różnica naszych krajowych menedżerów (83%), a ich światowych odpowiedników (57%) (a np. w Niemczech odsetek ten jest jeszcze niższy i wynosi tylko 16%, co jest odzwierciedleniem nastrojów recesyjnych w tamtejszej gospodarce) może mieć przyczynę w rosnących nadziejach na odbicie koniunktury nad Wisłą, wraz z napływem środków unijnych z Krajowego Planu Odbudowy.
“Firmy stoją przed wyzwaniem równoważenia działań krótkoterminowych z koniecznością wdrażania długoterminowych zmian. Z jednej strony, inflacja, rosnące koszty energii, niepewność makroekonomiczna, wymuszają skupienie na bieżącej kontroli wydatków. Z drugiej strony, małe inwestycje w transformację technologiczną i działania proekologiczne może wpłynąć na utratę konkurencyjności w dłuższej perspektywie. Kluczowym kierunkiem dla firm powinno być przyspieszenie rozwoju poprzez rozwój elastycznych modeli operacyjnych, wykorzystanie danych i nowoczesnych technologii w procesach biznesowych. Automatyzacja, generatywna sztuczna inteligencja, rozwiązania chmurowe, wdrożenia nowoczesnych systemów CRM, ERP, to są dziś narzędzia niezbędne do efektywnej transformacji biznesu”– mówi Mariusz Dziurdzia, partner PwC Polska, członek zarządu ds. klientów i rynku.
Rynek pracy w Polsce staje się coraz bardziej wymagający, co szczególnie dotyka sektorów technologicznych oraz branż wymagających wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Aż 47% polskich prezesów wskazuje na trudności z pozyskaniem odpowiednich talentów jako jedno z kluczowych wyzwań, podczas gdy globalnie ten odsetek jest niższy i wynosi 38%. Równocześnie mimo wciąż utrzymującej się relatywnie niższej dynamice wzrostu gospodarczego szefowie firm zamierzają rekrutować więcej niż zwalniać.
“To wymaga od polskich firm nie tylko dostosowania modeli pracy do oczekiwań młodszych pokoleń, ale także zmiany podejścia do zarządzania zespołami. Działania związane z kapitałem ludzkim, które mają wpływ na skuteczną strategię rozwoju to także efektywne skorzystanie z doświadczeń pokolenia X, które wspiera fundamenty firmy i jest gotowe do ciągłego zwiększania swoich umiejętności. Elastyczność pracy, inwestycje w rozwój zawodowy oraz budowanie inkluzywnej kultury organizacyjnej stają się kluczowymi elementami, które mogą pomóc firmom przyciągnąć i utrzymać najlepszych pracowników każdego pokolenia” – twierdzi Katarzyna Podgórna, partnerka ds. kapitału ludzkiego, członkini zarządu PwC Polska.
Polskie firmy osiągają gorsze rezultaty związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w porównaniu do globalnych odpowiedników. Widać to niemal w każdej analizowanej kategorii. Jedynie 46% prezesów w Polsce deklaruje znaczącą poprawę efektywności w wykorzystaniu czasu pracowników oraz swojego własnego dzięki AI, wobec odpowiednio 56% i 53% na świecie. Podobnie ma się sprawa z wpływem na wzrost przychodów – 27% polskich prezesów dostrzega w tym udział sztucznej inteligencji, na świecie ten odsetek wynosi 32%. Widać też wyraźne luki w adopcji sztucznej inteligencji w Polsce w porównaniu do światowych praktyk. Polskie firmy muszą skoncentrować się na rozwoju data governance, edukacji liderów i pracowników oraz budowie kompetencji technologicznych tak, żeby skutecznie wykorzystać potencjał AI.
“Inwestycje w sztuczną inteligencję są koniecznością, ale muszą być poprzedzone budową solidnych fundamentów w zakresie zarządzania danymi (data governance), ale też zadbaniem o zgodność rozwiązań z najnowszymi regulacjami, jak AI Act. Polskie firmy, które już wdrażają AI, często nie osiągają oczekiwanych wyników. Brak odpowiedniej jakości danych oraz niedostateczne standardy zarządzania nimi stanowią główne bariery. Sztuczna Inteligencja jest tak skuteczna, jak dane, na których się opiera – organizacje muszą najpierw zapewnić spójność, kompletność i bezpieczeństwo swoich zbiorów danych, zanim zaczną inwestować w zaawansowane algorytmy” – mówi Marcin Makusak, partner PwC Polska, lider obszaru technology risk assurance i usług dla dyrektorów finansowych.
O badaniu
Badanie zostało przeprowadzone wśród 4701 światowych szefów firm, w tym 41 w Polsce i 153 w Europie Środkowo-Wschodniej na przełomie października i listopada 2024 roku.
Nie wszystkie procenty w wykresach sumują się do 100%, co wynika z ich zaokrąglania, możliwości wielokrotnego wyboru odpowiedzi oraz rezygnacji z wyświetlania niektórych odpowiedzi (takich jak „inny”, „żaden z powyższych” i „nie wiem”).
Poprzedni tydzień to dominacja euro nad dolarem, co zostało zwieńczone piątkowymi danymi o spadku sprzedaży detalicznej w USA. W tym otoczeniu zyskiwał złoty, który pozostaje silny także w poniedziałek, mimo delikatnego umocnienia amerykańskiej waluty.
Mieszane dane ze Stanów
W piątkowe popołudnie poznaliśmy mieszane dane z amerykańskiej gospodarki. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 4,2% r/r. Był to jednak spadek względem poprzedniego odczytu na poziomie 4,4% r/r. W ujęciu miesięcznym również odnotowano zniżkę o 0,9%, która była głębsza od prognoz na poziomie -0,1%. Lepsze okazały się za to wyniki produkcji przemysłowej. W ujęciu rocznym odnotowano wzrost o 2% (poprzednio 0,5%). W ujęciu miesięcznym zwyżka o 0,5% była powyżej konsensusu 0,3%. Ostatecznie inwestorzy większą rangę nadali pogorszeniu sprzedaży, co osłabiło amerykańską walutę. W Walentynki kurs EUR/USD wzrósł z 1,045 USD do 1,051 USD. Był to jednocześnie powrót głównej pary walutowej świata do tegorocznych szczytów z końca stycznia.
Brak Amerykanów nie osłabia ani dolara, ani złotego
W poniedziałek na eurodolarze obserwujemy odreagowanie piątkowych strat USD. Kurs EUR/USD po godzinie 14:30 spadł do 1,047 USD. Co ciekawe, dolar broni się mimo dzisiejszego braku Amerykanów, spowodowanego obchodzonym w USA Dniem Prezydenta. Po weekendzie na rynku pozostaje echo zakończonej konferencji bezpieczeństwa w Monachium. Z zapowiedzi USA wynika, że kraj ten chce samodzielnie prowadzić negocjacje z Rosją na temat konfliktu w Ukrainie, pomijając tym samym naszego wschodniego sąsiada, jak i marginalizując pozycję reszty Europy. W tym otoczeniu nieźle radzi sobie złoty, który pokazuje, że łatwo nie odda zysków z poprzedniego tygodnia. Mimo poniedziałkowego umocnienia dolara, krajowa waluta o godzinie 14:30 utrzymuje poziom 4,16 PLN na wykresie EUR/PLN. Kurs USD/PLN to 3,97 PLN, GBP/PLN to równe 5 PLN, a notowania CHF/PLN to 4,40 PLN. Złotego wspiera nie tylko perspektywa zakończenia wojny, ale utrzymujące się jastrzębie stanowisko RPP, mówiące o braku obniżek kosztu pieniądza w Polsce w najbliższych miesiącach. Teza została wsparta piątkowym odczytem inflacji konsumenckiej. Jej skok do 5,3% r/r przekroczył nawet wzrostowe oczekiwania na poziomie 5%.
Spokojny początek tygodnia
W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym brakuje istotnych danych. Do najciekawszych możemy zaliczyć wzrost PKB w Japonii, przy jednoczesnym spadku produkcji przemysłowej. Ciekawej zrobi się w drugiej połowie tygodnia. Już w środę – dane inflacyjne z Wielkiej Brytanii oraz protokół z posiedzenia FOMC. W czwartek, oprócz pakietu danych z krajowej gospodarki, poznamy decyzję w sprawie stóp procentowych w Chinach. W piątek kalendarz zostanie uzupełniony najnowszymi odczytami indeksów PMI dla przemysłu i usług, zarówno z gospodarek europejskich, jak i USA. Jeżeli jutrzejszy powrót Amerykanów do gry nie zwiększy zmienności na rynku, to z pewnością przyczynią się do tego liczne publikacje w drugiej połowie tygodnia.
Business Centre Club wszedł w skład zespołu „SprawdzaMy” pod przewodnictwem Rafała Brzoski, który, zgodnie z zapowiedzią premiera Donalda Tuska, opracował już pierwsze propozycje deregulacji mających na celu poprawy funkcjonowanie polskich firm.
Nowe otwarcie w kwestiach ułatwień dla przedsiębiorców
W miniony piątek odbyło się pierwsze spotkanie premiera Donalda Tuska z zespołem do spraw deregulacji pod przewodnictwem Rafała Brzoski.
To było dobre spotkanie – ocenili szef rządu i przedstawiciele biznesu.
„Cieszy nas fakt, że to przedsiębiorca będzie przewodniczył zespołowi ds. deregulacji, gdyż tylko taka osoba najlepiej zrozumie problemy i wyzwania jakie stoją przed naszym środowiskiem” – powiedział prezes Business Centre Club dr Jacek Goliszewski.
Dołączenie do zespołu ds. deregulacji kierowanego przez Rafała Brzoskę to naturalny krok w naszych działaniach na rzecz poprawy warunków prowadzenia biznesu w Polsce. – dodał prezes organizacji.
Cieszymy się, że doświadczenie i zaangażowanie naszych ekspertów będzie służyć w procesie tworzenia bardziej efektywnego i przejrzystego otoczenia prawnego dla polskich przedsiębiorcó Deklarujemy w tym zakresie pełną współpracę z panem Brzoską i wszystkimi organizacjami, które weszły w skład zespołu. – powiedział dr Łukasz Bernatowicz, prezes Związku Pracodawców BCC, wiceprezes Business Centre Club.
Rafał Brzoska przedstawił pierwsze propozycje
Naszą inicjatywę nazwaliśmy „sprawdzaMY”, aby podkreślić, że sprawdzamy, co możemy zmienić na lepsze (…) Tworzymy społeczną inicjatywę deregulacyjną, w której każdy może zgłosić swój pomysł na prostsze, lepsze prawo.” – twierdzi Rafał Brzoska.
Po 7 dniach Rafał Brzoska przedstawił pierwsze postulaty. Wśród nic znalazły się m.in.: zwiększenie liczby wydawanych interpretacji ogólnych przez Ministra Finansów, zmiany w wymogach raportowania ESG, ograniczenie nadużyć Urzedów Skarbowych w tym zmniejszenie liczby sporów podatkowych, niekaranie za niecelowe błędy i pomyłki, ograniczenie stosowania kar w VAT a także mniej agresywna praktyka egzekucji komorniczej i wykorzystanie potencjał sztucznej inteligencji.
– Jesteśmy członkami tej inicjatywy i podpisujemy się pod każdym prezentowanym postulatem. Wiele z nich przedstawialiśmy w formie Dużej Reformy Podatkowej BCC podczas spotkania z Ministrem Finansów pół roku temu. Mnogość tych propozycji może przytłaczać, ale to właśnie doskonale pokazuje w jak skomplikowanym systemie poruszają się na co dzień polscy przedsiębiorcy. Nasz system podatkowy nigdy nie należał do najprostszych, a po pamiętnej, fatalnej reformie, zwanej „Polskim Ładem” poziom absurdów i utrudnień zaczął osiągać potężne rozmiary. Negocjacje z premierem Tuskiem skupią się najpewniej wokół hierarchizacji postulatów i usystematyzowania, które z nich powinny być realizowane w pierwszej kolejności. Materiał, jaki otrzyma rząd jest doskonałym narzędziem do stworzenia spójnego, przyjaznego biznesowi środowiska i przekazania impulsu gospodarce. Mamy nadzieję, że politycy skorzystają z niego jak najszerzej. – mówi Sandra Żywiecka – Szul, Dyrektor ds. Analiz i Inicjatyw Gospodarczych.
Nie dyskutując nad koniecznością budowy CPK, martwi mnie sposób, w jaki ta inwestycja ma być wdrażana. Nie tylko może on zagrażać jej realizacji, ale też odzwierciedla niebezpieczne dla rozwoju polskiej gospodarki trzymanie się recept kapitalizmu państwowego odziedziczonych po poprzedniej koalicji rządzącej.
14 lutego „Rzeczpospolita” opublikowała entuzjastyczny wywiad z wiceministrem infrastruktury Maciejem Laskiem dotyczący budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego i towarzyszącej mu infrastruktury kolejowej. Nie zamierzam odnosić się do celowości i realizmu tej inwestycji, mimo że jeszcze dwa-trzy lata temu Donald Tusk nazywał ją „pomnikiem arogancji i ignorancji”, że „z punktu widzenia komunikacyjnego Polski to nie ma większego sensu” i że opieszałość PiSu w jej realizacji, na szczęście, umożliwi jej zablokowanie. Tak czy inaczej, po pewnych korektach, m.in. nieco ograniczających ten projekt i wydłużający jego realizację, CPK znowu znalazł się na sztandarach decydentów.
Chcę odnieść się do czegoś innego: decyzji rządu o tym, że wspomniana inwestycja będzie w 100% państwowa. Minister Lasek wymienia źródła finansowania: środki spółki Skarbu Państwa CPK, do której jako inwestor mniejszościowy dołączy inna spółka Skarbu Państwa – Polskie Porty Lotnicze (która zresztą od września 2023 r. w całości należy do CPK), obligacje Skarbu Państwa i kredyty. Rząd poprzedniej koalicji chciał dokooptować kapitał prywatny, zagraniczny – francuski i australijski, ale nowa władza z takiego pomysłu zrezygnowała; co więcej, obecnie wyklucza udział w inwestycji jakiegokolwiek kapitału prywatnego – nawet rodzimego. Na zadane wprost przez dziennikarza pytanie o potencjalny udział kapitału prywatnego minister Lasek także odpowiedział wprost: „Program wieloletni dzisiaj tego nie przewiduje”.
Równocześnie premier Donald Tusk w wystąpieniu na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych 10 lutego najczęściej używał dwóch wyrazów: „deregulacja” i „inwestycje”. I te dwa wyrazy mają zostać kluczem zapewniającym przełom w funkcjonowaniu polskiej gospodarki, awans naszego kraju do ligi najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Tyle że prawdziwa deregulacja, zwłaszcza z perspektywy spadku, który dostaliśmy od koalicji PiS, to nie tylko likwidacja barier biurokratycznych, uproszczenie prawa, obniżenie obciążeń podatkowych itp., to także likwidacja wielu barier dla przedsiębiorczości prywatnej w dostępie do sektorów zdominowanych przez państwo. Te bariery mnożyły się za poprzedniej koalicji, która prowadziła politykę selektywnego upaństwawiania gospodarki i wypierania kapitału prywatnego (w tym niekiedy również krajowego) z rynku. Ograniczało to wykorzystanie potencjału przedsiębiorczości prywatnej, w tym jej potencjału inwestycyjnego.
Tymczasem coraz więcej wskazuje na to, że nowa koalicja nie zamierza schodzić z tej ścieżki. Nie oznacza to oczywiście, że państwo nie powinno inwestować – jak najbardziej powinno, tyle że bez „rozpychania się” na rynku kapitałowym, bez tworzenia nieuzasadnionych barier dla kapitału prywatnego. Państwo powinno inwestować przede wszystkim w obszarach najbardziej istotnych dla rozwoju społeczno-gospodarczego, które nie są wystarczająco atrakcyjne dla kapitału prywatnego bądź kiedy kapitał prywatny nie jest w stanie zapewnić istotnych społecznie parametrów dóbr w tych obszarach produkowanych. Ale i w takim przypadku całkowita, programowa (jak w przypadku CPK) rezygnacja z udziału (nawet mniejszościowego, czyli bez utraty kontroli państwa nad realizacją całości inwestycji) kapitału prywatnego wydaje się marnowaniem istniejących zasobów: niepełnym wykorzystaniem prywatnych i osłabieniem możliwości inwestycyjnych państwa – kiedy uwolnione środki publiczne mogłyby być skierowane na realizację szerszego wachlarza społecznie istotnych projektów.
Nie wolno bagatelizować także problemu upolitycznienia własności państwowej, podatności spółek Skarbu Państwa na wykorzystanie przez wąskie grupy interesu powiązane z obecnie urzędującymi opcjami politycznymi kosztem realizacji interesu ogólnospołecznego – co szczególnie rozkwitło za rządów PiS. Brak partycypacji kapitału prywatnego taki proceder tylko ułatwia. Niestety, mimo całej retoryki zmiany, nie widzę żadnego przełomu w podejściu obecnie rządzącej koalicji do roli państwa w polskiej gospodarce – widzę natomiast kontynuację wprowadzonego przez PiS paradygmatu kapitalizmu państwowego – potężnego państwa-przedsiębiorcy, właściciela i inwestora, głównej siły zapewniającej rozwój społeczno-gospodarczy.
Autor jest członkiem TEP, profesorem na Wydziale Ekonomicznym UMCS w Lublinie, i członkiem Rady Fundacji CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Zajmuje się problematyką roli państwa w gospodarce, w szczególności w sektorze przedsiębiorstw. Opublikował m.in. monografie Polityka właścicielska państwa w okresie transformacji systemowej. Próba syntezy (UMCS, 2019) i State Corporate Control in Transition: Poland in a Comparative Perspective (Palgrave Macmillan, 2021).
W ostatnim czasie można zaobserwować wyraźne osłabienie inwestycji nazywanych „Trump trades”, które dotychczas cieszyły się rosnącą popularnością po wygranej Donalda Trumpa. Dotyczy to przede wszystkim dolara amerykańskiego i kryptowalut, które po początkowych silnych wzrostach obecnie tracą impet. Podobny spadkowy trend widać w notowaniach niektórych spółek powiązanych z polityką Trumpa, takich jak prywatne więzienia Geo Group czy Trump Media & Technology Group. Dodatkowo indeks S&P 500 od trzech tygodni nie osiągnął nowego szczytu, co budzi obawy części inwestorów o kondycję rynku akcji w USA.
Zgoła inaczej wygląda sytuacja na rynkach chińskich i europejskich. Indeks Hang Seng w Hongkongu zyskał blisko 13% od początku roku, a Euro Stoxx 50 przebił historyczny rekord pierwszy raz od 25 lat. Szczególnie mocno wyróżniają się chińskie spółki technologiczne: notowania Alibaba Group wzrosły o ponad 45%. Za taki stan rzeczy odpowiadają między innymi innowacje prezentowane przez tamtejsze firmy. Demonstracja sztucznej inteligencji DeepSeek pozytywnie wpłynęła na nastawienie inwestorów do chińskiego sektora nowych technologii, a wdrożenie systemu „God’s Eye” w samochodach elektrycznych BYD Co. dodatkowo wzmocniło wiarę w potencjał chińskich producentów.
Na amerykańskim rynku jedną z głównych obaw stanowi niepewność co do dalszych działań administracji prezydenta Trumpa. Brak wyraźnych decyzji w sprawie ceł oraz możliwość obniżenia rentowności obligacji skarbowych mogą w przyszłości dodatkowo osłabić dolara. W efekcie inwestorzy wykazują większą ostrożność w podejmowaniu decyzji, obserwując jednocześnie rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w USA.
Mimo to większość analityków studzi obawy o szybki koniec dobrej passy na Wall Street. Według nich obecne wahania to typowy przykład realizacji strategii „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Fundamenty gospodarki amerykańskiej pozostają mocne, a tempo jej wzrostu nadal przewyższa dynamikę notowaną w strefie euro. Dlatego eksperci zgodnie podkreślają, że perspektywa trwałej hossy w Stanach Zjednoczonych nie jest poważnie zagrożona.
Saga dotycząca polityki handlowej Donalda Trumpa trwa. Informacje te w pewien sposób kładą cień na publikacje danych makro. Stanowią one w tym momencie jedynie tło głównych wydarzeń. Wczorajsza konferencja prasowa nowego prezydenta była dość interesująca. Nakazał on swojej administracji rozważyć taryfy wzajemne wobec dużej liczby partnerów handlowych a także nałożyć cła na każdy kraj indywidualnie, w zależności od poniesionych strat.
W czasie trwania kampanii wyborczej mogliśmy usłyszeć z ust Trumpa o cłach jednakowych na wszystkie kraje. Polityka jest konsekwentnie realizowana ale w nieco odmiennym kształcie. Teraz większość państw zostanie nimi objęta ale w różnym stopniu, w zależności od poziomu rzeczywistej lub postrzeganej nierówności handlowej. Dobitnie zostały wykluczone wyjątki i wyraźnie zostało podkreślone, że taryfy na import samochodów mogą zostać wprowadzone wkrótce (na wyższych poziomach niż cła wzajemne). Na celowniku znalazła się Unia Europejska.
Pomimo tych komentarzy dolar amerykański osłabił się a główna para walutowa osiągnęła wczoraj swoje lokalne maksima w okolicy 1,0470. Dolara również nie umocniły środowe dane CPI oraz czwartkowe PPI.
Rynek koncentruje się aktualnie na fakcie, że każdy kraj będzie indywidualnie oceniany przed nałożeniem taryf. Brak aprecjacyjnego ruchu może świadczyć, że wiele już z tego zostało zdyskontowanych w cenach USD i kolejne doniesienia nie stanowią na ten moment czynnika umacniającego.
Patrząc na spekulacyjne pozycje netto raportowane przez CFTC widać ekstremalnie dodatnie pozycjonowanie się inwestorów spekulacyjnych . Zdecydowana przewaga „długich” pozycji mogła na ten moment osiągnąć swoje maksima, przynajmniej w krótkim terminie. Widać, że pozycja netto jest na podobnym poziomie jak w 2018 roku. Ten fakt może ograniczać w najbliższym czasie aprecjację USD. Istnieje ryzyko, że część „długich” pozycji będzie zamykana z powodu realizacji zysków. Nie oznacza to od razu zmianę trendu. Do tego musielibyśmy otrzymać wzrost „krótkich” pozycji, a ten proces nie będzie zmianą z dnia na dzień. Może to implikować zatem nieco większa korektę wzrostową na głównej parze walutowej, przynajmniej w okolice 1,06 lub 1,07. Zmiany trendu jednak na EURUSD nie oczekuję. Euro będzie wciąż osłabiane perspektywą luźnej polityki pieniężnej EBC a dodatkowo tracić będzie na skutek możliwych działań skierowanych przez Trumpa.
Ryzyko nałożenia znacznych ceł na import z UE jest wysokie a to będzie implikować deprecjację wspólnej waluty. Jednocześnie prawdopodobnie podniesie inflację w USA. Jednocześnie w świetle ostatnich komentarzy z Fed oraz zaskakująco wysokiej inflacji w Stanach Zjednoczonych na początku roku, dalsze obniżki stóp procentowych w USA stają się coraz mniej realne. W średnim terminie dolar powinien zatem wciąż czerpać przewagę względem euro.
Nastawienie do dolara może się zmienić dopiero wówczas, kiedy Fed radykalnie zmieni swoje podejście. Inwestorzy będą odwracać się od USD wtedy, kiedy zostanie zainicjowany ruch o 180 stopniu w komunikacji banku centralnego.
Podczas gdy pod względem politycznym uwaga skupiona jest obecnie na Donaldzie Trumpie, już 23.02 w Niemczech wybierany będzie nowy rząd. Będzie to dla euro punkt zwrotny czy też presja spadkowa jedynie ulegnie wzmocnieniu?
Kluczowe punkty:
Przedterminowe wybory w Niemczech odbędą się 23.02.
W sondażach prowadzą Unia i AfD.
Najbardziej prawdopodobna wydaje się Wielka Koalicja.
Najbardziej prawdopodobne wyniki raczej nie wywołają zamieszania na rynkach.
Rynki będą uważne na poparcie dla radykalnych partii i rozmowy koalicyjne.
Rośnie społeczne niezadowolenie z powodu stagnacji gospodarczej w największej gospodarce Europy. Mimo że gospodarka doświadczyła ożywienia się po spowolnieniu spowodowanym pandemią, w ciągu ostatnich dwóch lat jej PKB skurczył się w skali roku o 0,3% i 0,2%. Sprawia to, że wielkość gospodarki kraju, która niegdyś była stawiana za wzór, jest mniej więcej taka sama jak pięć lat temu.
Oczekuje się, że niemiecka gospodarka pozostanie hamulcowym wspólnego bloku w przewidywalnej przyszłości. Słabość przemysłu, szczególnie w sektorze motoryzacyjnym, jest jednym z głównych czynników, wadzą kryzys energetyczny i rywalizacja Chin. Projekcje dynamiki PKB Bundesbanku zostały w grudniu zrewidowane w dół – obecnie spodziewa się on wzrostu o zaledwie 0,2% w 2025 r. i poniżej 1% w kolejnych dwóch latach.
Czy czynniki wstrzymujące gospodarkę są raczej strukturalne, czy cykliczne, jest przedmiotem dyskusji, ale jej słabe wyniki przyczyniły się do istotnej zmiany krajobrazu politycznego kraju. W ostatnich latach obserwowaliśmy wzrost poparcia dla prawicowych polityków, a populistyczna, eurosceptyczna i antyimigracyjna Alternatywa dla Niemiec (AfD) notuje w sondażach wyniki rzędu 20% – dwa razy więcej niż w wyborach w 2021 r. Centro-prawicowa Unia (CDU/CSU), która historycznie dominuje w niemieckiej polityce, odnotowała podobny wzrost i obecnie ma ok. 30% względem 24% w 2021 r.
Przegranymi są Socjaliści (SPD) oraz liberałowie z Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) – członkowie koalicji Świateł drogowych, która rozpadła się w listopadzie w wyniku konfliktu między kanclerzem Scholzem (SPD) i ministrem finansów Linderem (FDP). SPD uzyskuje w sondażach poparcie o 10 pp. mniejsze niż w 2021 r. (25,7%). FDP, która cztery lata temu zdobyła 10% głosów, teraz w sondażach ma ich zaledwie ok. 4% i grozi jej niewejście do kolejnego Bundestagu (partia musi uzyskać co najmniej 5% w wyborach i wygrać w co najmniej trzech okręgach wyborczych, by być reprezentowaną). Zieloni, ostatni członek koalicji Świateł drogowych, są na podobnym poziomie co w 2021 r., kiedy otrzymali ok. 15% głosów.
Poparcie dla Lewicy (Die Linke) również nie uległo większej zmianie (w 2021 r. otrzymała 4,9% głosów, ale dostała się do Bundestagu). Co ciekawe, po lewej stronie pojawiła się nowa partia. Na początku 2024 r. powstał antyimigracyjny, populistyczny i eurosceptyczny Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW), którego poparcie wynosi w sondażach ok. 5%.
Jakie kwestie są najważniejsze?
Zgodnie z ankietą ARD-Deutschlandtrend z 9.01 najważniejsze dla głosujących kwestie to imigracja i gospodarka – pierwszą z nich jako kluczową uznało 37% respondentów (+14 pp. w ciągu miesiąca), drugą 34% (-11 pp.). AfD i BSW prezentują w owym względzie skrajne poglądy, zwrot ku bardziej restrykcyjnej kontroli jest jednak widoczny w szerokiej sferze politycznej. Bardziej restrykcyjną postawę przyjęła w szczególności Unia, przy polityce otwartości obstają zaś Zieloni i Lewica.
W ostatnich ankietach gospodarka tylko nieznacznie ustępuje pierwszemu miejscu. Wyjście ze stagnacji będzie dla głosujących bardzo istotne; jak można się spodziewać, strategie w tej kwestii różnią się diametralnie. Lewica, SPD i Zieloni opowiadają się za reformą hamulca zadłużenia (Schuldenbremse), która ogranicza roczny strukturalny deficyt budżetowy do 0,35% PKB. Ostrożniej do istotnych zmian w owym względzie wydaje się podchodzić Unia. Jej lider i prawdopodobnie kolejny kanclerz, Friedrich Merz, zasygnalizował jednak podczas niedawnej debaty telewizyjnej pewną otwartość na jego reformę. Warto również zauważyć, że Unia chce stymulować gospodarkę poprzez cięcia podatkowe, które nie znalazłyby pokrycia. Liberałowie i AfD sprzeciwiają się rozluźnieniu fiskalnych reguł.
Jedną z głównych przyczyn problemów niemieckiej gospodarki są wysokie ceny energii. Główne partie (Unia, SPD, Zieloni) ogólnie popierają dalszy rozwój energii odnawialnej. AfD opowiada się zaś za rozluźnienie restrykcji energetycznych i powrotem do atomu. Pomysł ten zdobył również uwagę Unii, ale sprzeciwiają mu się pozostałe dwie główne partie.
We wspomnianej ankiecie trzecie miejsce zajmują kwestie dotyczące polityki zagranicznej związane z konfliktami zbrojnymi i pokojem, a partie różnią się swoim podejściem do wojny rosyjsko-ukraińskiej. AfD i BSW chciałyby przestać zbroić Ukrainę i zacieśnić relacje z Rosją. Unia, Zieloni i FDP są po przeciwnej stronie, a SPD do owej kwestii podchodzi ze znaczną rezerwą.
Jakie mogą być wyniki wyborów?
Niemiecki system wyborczy jest mieszany. Wyborcy oddają dwa głosy na jednej karcie: na kandydata w swoim okręgu i na listę kandydatów partii w kraju związkowym. Drugi głos jest istotniejszy, ponieważ determinuje rozkład miejsc w parlamencie, a w 2025 r. jest jeszcze ważniejszy. Od tego roku parlament będzie liczył dokładnie 630 miejsc, czyli o ok. 100 mniej niż obecnie.
Niemal pewne jest, że żadna partia nie zdobędzie większości głosów potrzebnych do samodzielnego rządzenia, uwaga skupi się więc na potencjalnych koalicjach. Dla wszelkich dyskusji centralna będzie zapewne Unia (CDU/CSU), która zdecydowanie prowadzi w sondażach. Ze względu na swoje radykalne poglądy, które główne partie odrzucają, częścią żadnej koalicji nie będzie za to zapewne AfD, która także cieszy się sporym poparciem. Mało prawdopodobne jest również, by w skład takowej weszły lewicowe Die Linke oraz BSW, nawet jeśli zdołają dostać się do Bundestagu, co wcale nie jest pewne.
Najbardziej prawdopodobna wydaje się Wielka koalicja Unii i SPD. Czarno-zielona koalicja (Unia i Zieloni) również jest możliwa, nie będzie jednak raczej pierwszym wyborem Unii, pomysł krytykować będą bowiem liczni wysoko postawieni politycy – w tym lider CSU, Markus Söder. Na podstawie sondaży obie dwublokowe koalicje wydają się możliwe, podobnie jak trzyblokowa koalicja z FDP. Ostatecznie ideologicznie partia ta jest najbliżej Unii. Niemniej nie jest to szczególnie prawdopodobne, biorąc pod uwagę obecne poparcie dla FDP. Co więcej, połączenie w koalicji FDP i SPD może być trudne pod względem politycznym, biorąc pod uwagę konflikt między liderami partii – Scholzem i Linderem.
Jak może zareagować euro?
Wpływ wyborów w Niemczech na rynki finansowe jest jak na razie ograniczony. Inwestorów zajmują inne kwestie, szczególnie początek drugiej kadencji Trumpa, a zmienność kursu EUR/USD podyktowana jest głównie wiadomościami dotyczącymi ceł.
Najbardziej prawdopodobne wyniki wyborów w Niemczech wydają się nie zagrażać istotnie euro. Możliwe koalicje zapewniłyby kompromis między konserwatywno-liberalnym podejściem kładącym nacisk na deregulację i niższe podatki, a środowiskowo-socjalistycznym opowiadającym się za wyższymi wydatkami. Choć w pewnych aspektach taki balans może działać, może nie być tak korzystny dla zapewnienia jakże potrzebnych zmian starych polityk, które doprowadziły do rosnącej niezgody w niemieckim społeczeństwie.
Jako że nie dojdzie do uformowania rządu większościowego, największym zagrożeniem dla rynków finansowych może być przedłużanie się rozmów koalicyjnych, które mogą zająć tygodnie albo i miesiące. W 2017 r. Wielka koalicja uformowała się po blisko sześciu miesiącach po tym, jak fiaskiem zakończyły się rozmowy koalicyjne między CDU/CSU, Zielonymi i Wolnymi Demokratami. Po ostatnich wyborach w 2021 r. koalicyjny rząd Świateł drogowych powstał po 73 dniach. Rynki nie reagują dobrze na niepewność, a przedłużający się okres politycznej niepewności może ciążyć euro, jako że opóźniłby wprowadzenie reform niezbędnych, by pomóc niemieckiej gospodarce wyjść z kryzysu.
Zupełnie innym zagrożeniem może być silny wyniki prawicowej i eurosceptycznej AfD. Jeśli partia znacznie przebije sondaże, może dojść do zamieszania na rynkach, inwestorzy mogą przygotowywać się bowiem na wzrost siły ruchów populistycznych w Europie. Dobry wynik lewicy, szczególnie radykalnego BSW, również może zostać odebrany jako negatywny. Rosnąca fragmentacja polityczna może utrudnić stworzenie rządzącej koalicji, a silny BSW może zwiększyć przekonanie o rosnącym populizmie w sercu Europy.
Saga dotycząca polityki handlowej Donalda Trampa trwa. Informacje te w pewien sposób kładą cień na publikacje danych makro. Stanowią one w tym momencie jedynie tło głównych wydarzeń. Wczorajsza konferencja prasowa nowego prezydenta była dość interesująca. Nakazał on swojej administracji rozważyć taryfy wzajemne wobec dużej liczby partnerów handlowych a także nałożyć cła na każdy kraj indywidualnie, w zależności od poniesionych strat.
W czasie trwania kampanii wyborczej mogliśmy usłyszeć z ust Trumpa o cłach jednakowych na wszystkie kraje. Polityka jest konsekwentnie realizowana ale w nieco odmiennym kształcie. Teraz większość państw zostanie nimi objęta ale w różnym stopniu, w zależności od poziomu rzeczywistej lub postrzeganej nierówności handlowej. Dobitnie zostały wykluczone wyjątki i wyraźnie zostało podkreślone, że taryfy na import samochodów mogą zostać wprowadzone wkrótce (na wyższych poziomach niż cła wzajemne). Na celowniku znalazła się Unia Europejska.
Pomimo tych komentarzy dolar amerykański osłabił się a główna para walutowa osiągnęła wczoraj swoje lokalne maksima w okolicy 1,0470. Dolara również nie umocniły środowe dane CPI oraz czwartkowe PPI.
Rynek koncentruje się aktualnie na fakcie, że każdy kraj będzie indywidualnie oceniany przed nałożeniem taryf. Brak aprecjacyjnego ruchu może świadczyć, że wiele już z tego zostało zdyskontowanych w cenach USD i kolejne doniesienia nie stanowią na ten moment czynnika umacniającego.
Patrząc na spekulacyjne pozycje netto raportowane przez CFTC widać ekstremalnie dodatnie pozycjonowanie się inwestorów spekulacyjnych . Zdecydowana przewaga „długich” pozycji mogła na ten moment osiągnąć swoje maksima, przynajmniej w krótkim terminie. Widać, że pozycja netto jest na podobnym poziomie jak w 2018 roku. Ten fakt może ograniczać w najbliższym czasie aprecjację USD. Istnieje ryzyko, że część „długich” pozycji będzie zamykana z powodu realizacji zysków. Nie oznacza to od razu zmianę trendu. Do tego musielibyśmy otrzymać wzrost „krótkich” pozycji, a ten proces nie będzie zmianą z dnia na dzień. Może to implikować zatem nieco większa korektę wzrostową na głównej parze walutowej, przynajmniej w okolice 1,06 lub 1,07. Zmiany trendu jednak na EURUSD nie oczekuję. Euro będzie wciąż osłabiane perspektywą luźnej polityki pieniężnej EBC a dodatkowo tracić będzie na skutek możliwych działań skierowanych przez Trumpa.
Ryzyko nałożenia znacznych ceł na import z UE jest wysokie a to będzie implikować deprecjację wspólnej waluty. Jednocześnie prawdopodobnie podniesie inflację w USA. Jednocześnie w świetle ostatnich komentarzy z Fed oraz zaskakująco wysokiej inflacji w Stanach Zjednoczonych na początku roku, dalsze obniżki stóp procentowych w USA stają się coraz mniej realne. W średnim terminie dolar powinien zatem wciąż czerpać przewagę względem euro.
Nastawienie do dolara może się zmienić dopiero wówczas, kiedy Fed radykalnie zmieni swoje podejście. Inwestorzy będą odwracać się od USD wtedy, kiedy zostanie zainicjowany ruch o 180 stopniu w komunikacji banku centralnego.
Po ogłoszeniu znacznie wyższych od oczekiwań analityków wyników za czwarty kwartał kurs akcji Airbnb w handlu pozasesyjnym poszybował o ponad 14 proc., przebijając granicę 1600 dolarów. Ten sukces pokazuje, jak bardzo branża turystyczna odżyła po pandemicznym zastoju: w ubiegłym roku na europejskich lotniskach obsłużono rekordowe 2,5 mld pasażerów – o 1,8 proc. więcej niż w 2019 roku, ostatnim pełnym sezonie przed pandemią. Korzystają na tym firmy związane z sektorem turystycznym, w tym właśnie Airbnb. Mimo imponującego wzrostu notowań spółka stoi jednak przed poważnymi wyzwaniami – szczególnie w kontekście konkurencji ze strony Booking, który może się pochwalić niemal dwukrotnie wyższą marżą. Booking zaprezentuje swoje wyniki w przyszłym tygodniu.
Wczoraj Airbnb – platforma wynajmu mieszkań – opublikowała swoje wyniki finansowe za czwarty kwartał. Firma, niegdyś ikona ekonomii współdzielenia i pionier rewolucji w branży turystycznej, ma za sobą bardzo dobry okres, do czego przyczyniła się sprzyjająca koniunktura w światowej turystyce. Po ogłoszeniu wyników w handlu posesyjnym akcje Airbnb wzrosły o 15 proc. – był to wyraźny sygnał ożywienia po wcześniejszym okresie stagnacji. Zysk na akcję wyniósł 0,73 dolara, podczas gdy analitycy spodziewali się 0,63 dolara. Z kolei przychody wzrosły o 12 proc., do 2,48 mld dolarów (prognozy analityków wskazywały na 2,42 mld dolarów). Szczególnie dobrze rynek odebrał poprawę efektywności, choć jednocześnie należy zauważyć, że firma ma przed sobą wiele wyzwań.
Marża Airbnb wzrosła w czwartym kwartale do 19 proc. (z wcześniejszego poziomu 15 proc.), co pozwoliło firmie osiągnąć średni wynik w branży, wynoszący 18,6 proc. (dla pięciu największych firm z sektora internetowych usług turystycznych). Jednak konkurencja radzi sobie w tym zakresie znacznie lepiej. W przypadku Booking marża wynosi aż 31,2 proc., a Airbnb trudno zbliżyć się do tego poziomu. Wyniki Bookingu za czwarty kwartał poznamy w przyszłym tygodniu. Szacuje się, że w 2024 roku firma osiągnie przychody na poziomie 23,43 mld dolarów (wzrost z 21,37 mld dolarów w 2023 r.), a zysk na akcję (EPS) może wzrosnąć z 118,68 dol. w 2023 r. do 182,77 dol. w 2024 r. Jednak tutaj też nie można wykluczyć niespodzianki, bowiem branża turystyczna jest ostatnio rozgrzana do czerwoności.
Airbnb w 2024 roku pośredniczyła w rezerwacjach 491 mln noclegów i atrakcji, których łączna wartość wyniosła rekordowe 82 mld dolarów. Warto przy tym zaznaczyć, że firma obecnie nie raportuje osobno liczby noclegów, lecz prezentuje łączne dane dotyczące noclegów i innych oferowanych aktywności. Jest to celowy zabieg, który ma skłonić inwestorów, by nie skupiali się wyłącznie na liczbie noclegów, lecz spojrzeli szerzej na model biznesowy firmy. Należy jednak pamiętać, że nieco zaciemnia to pełny obraz działalności spółki. Podobnie zresztą niedawno postąpił Netflix, który przestał publikować dane o liczbie subskrybentów.
Inwestorzy pozytywnie ocenili ostatni kwartał działalności Airbnb, choć w kolejnych okresach firma zmierzy się z wieloma wyzwaniami i potencjalnymi ryzykami. Przede wszystkim musi radzić sobie z problemem „nadmiernej turystyki” („overtourism”) i coraz bardziej zacierającymi się różnicami pomiędzy nią a konkurencją (m.in. Booking). Dodatkowo, zaostrzone regulacje w różnych krajach mogą niekorzystnie wpłynąć na dalszy rozwój firmy, zwłaszcza jeśli władze będą ograniczać krótkoterminowy wynajem. Przepełnione turystami miasta, takie jak Wenecja, Dubrownik czy Barcelona, już teraz zmagają się z przeciążeniem infrastruktury i degradacją środowiska.
Z punktu widzenia inwestorów kluczowe znaczenie mają ryzyko regulacyjne, dalsza ekspansja oraz rozwój nowych produktów i usług. Coraz surowsze przepisy dotyczące wynajmu krótkoterminowego – wprowadzone już w wielu amerykańskich miastach oraz m.in. w Grecji i Hiszpanii – mogą znacząco ograniczyć działalność Airbnb. Firma pokłada jednak nadzieję w rozwoju w Ameryce Łacińskiej i Azji, które w dłuższej perspektywie mogą okazać się najważniejszymi źródłami wzrostu.
Nie ma wątpliwości, że wyniki Airbnb to efekt boomu na rynku turystycznym – podróże stają się coraz popularniejsze i znacznie przekraczają poziomy sprzed pandemii. Teraz wszystko zależy od menedżerów firmy – otwarte pozostaje pytanie, czy Airbnb będzie w stanie na stałe zwiększać przychody z pojedynczej rezerwacji. Poprawa marży w minionym kwartale daje w tym obszarze spore nadzieje. Może w tym pomóc dalsze udoskonalanie algorytmów dopasowywania i ustalania cen, co korzystnie wpłynęłoby na rentowność. Niemniej jednak dystans między Airbnb a Booking wciąż jest znaczący. Kluczowym motorem wzrostu może okazać się rosnący trend długoterminowych pobytów (30+ dni), związany z coraz większą liczbą cyfrowych nomadów. Już teraz rezerwacje dłuższe niż 30 dni stanowią 17 proc. całego biznesu Airbnb, a wszystko wskazuje na to, że odsetek ten może dalej rosnąć. Tymczasem konkurencja pomiędzy Airbnb a Booking (do której mogą się również włączyć międzynarodowe sieci hotelowe) zapowiada się niezwykle ciekawie i skłania do dyskusji o przyszłości podróżowania.
Do sądu w Zielonej Górze wpłynął wniosek o ogłoszenie upadłości kantoru Cinkciarz.pl złożony przez klienta, który oczekuje na wypłatę swoich środków. Taką decyzję wierzyciela spowodowała nieudana interwencja komornika. Czy w tej sytuacji wniosek upadłościowy jest dobrym sposobem na odzyskanie pieniędzy? Sprawę komentuje Przemysław Furmanek z kancelarii Lege Restrukturyzacje.
Generalnie restrukturyzacja firmy – dłużnika jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla wierzycieli niż jej upadłość. W postępowaniach upadłościowych często poziom zaspokojenia wierzycieli jest niewielki – 1-20 procent. Z kolei w ramach restrukturyzacji można liczyć na układ, który zakłada spłatę przynajmniej połowy zobowiązań.
Bardzo dobrym rozwiązaniem w przypadku Cinkciarz.pl będzie postępowanie sanacyjne. Oprócz restrukturyzacji zadłużenia, daje ono możliwość pozbawienia zarządu nad spółką aktualnych władz i ustanowienia w to miejsce doradcy restrukturyzacyjnego. Postępowanie sanacyjne sprzyja porozumieniu z wierzycielami i jednocześnie pozwala na zewnętrzny nadzór nad sytuacją spółki przez ogół wierzycieli.
Postępowanie sanacyjne zazwyczaj zwiększa szanse na spłatę wierzytelności. W przeciwieństwie do postępowania upadłościowego, nie opiera się jedynie na sprzedaży majątku spółki lub całego przedsiębiorstwa. Jego celem jest także kontynuowanie działalności zadłużonej firmy, dzięki czemu bieżące dochody mogą być przeznaczane na spłatę wierzycieli.
Ze względu na renomę Cinkciarz.pl i skalę jego działalności, warto rozważyć alternatywne rozwiązania wobec upadłości. Firma, która jeszcze niedawno sponsorowała reprezentację Polski w piłce nożnej, mogłaby skorzystać z restrukturyzacji pod nadzorem zarządcy i Sądu. Takie rozwiązanie pozwoliłoby na dalsze funkcjonowanie firmy i zwiększenie szans na lepszą spłatę wierzycieli w porównaniu do likwidacyjnej sprzedaży majątku.
Przemysław Furmanek – kancelaria Lege Restrukturyzacje
Podczas poniedziałkowej konferencji rządu premier Donald Tusk przedstawił plan gospodarczy, w którym zwrócono szczególną uwagę na kluczowe inwestycje oraz konkurencyjność polskiego biznesu. Premier zapowiedział przyspieszenie prac nad tzw. ustawą deregulacyjną. Tymczasem pracodawcy od kilku miesięcy walczą z poprawkami do ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium RP, sabotującej konkurencyjność polskiego biznesu. Niestety wygląda na to, że nikt z rządu przedsiębiorców nie chce wysłuchać. W tym temacie wypowiedzieli się przedstawiciele Pracodawców RP, Polskiego Forum HR, Federacji Przedsiębiorców Polskich, Konfederacji Lewiatan oraz Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy.
Projekt ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w zamierzeniu miał chronić cudzoziemców przed wyzyskiem, a w rzeczywistości uniemożliwi polskim przedsiębiorcom zatrudnianie pracowników cudzoziemskich w wielu branżach i nowoczesnych usługach.
– Obecnie trwają prace sejmowe nad projektem ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Projekt wywołał liczne kontrowersje i sprzeciw przedsiębiorców z uwagi na to, że dodano do niego przepisy o obligatoryjnym zatrudnianiu cudzoziemców na podstawie umowy o pracę – mówi Szymon Witkowski, główny legislator Pracodawcy RP.
Po interwencjach przedsiębiorców rząd obiecał złagodzenie jej zapisów, jednak ustawa wciąż pozostaje niezgodna z przepisami unijnymi i zawiera regulacje znacznie ograniczające konkurencyjność i elastyczność polskich firm. Dotyczy to w szczególności zmian w artykule 6 ust. 1 oraz art. 13 ust. 1 pkt 7. W obecnym brzmieniu przepisy ustawy o zatrudnianiu cudzoziemców są dyskryminujące, naruszają swobodę świadczenia usług i zagrażają elastyczności rynku pracy. Bez uwzględnienia zmian postulowanych przez organizacje pracodawców liczba dostępnych pracowników drastycznie się skurczy, co w wielu deficytowych zawodach może mieć poważne konsekwencje dla polskiej gospodarki.
– Słowo deregulacja padło wielokrotnie na poniedziałkowej konferencji prasowej Premiera Donalda Tuska, tymczasem procedowane są przepisy, które nie mają nic wspólnego z tym kierunkiem. W ciągu najbliższej dekady, w wyniku zmian demograficznych, zniknie nam ponad 2 mln pracowników. Przy najniższym w Europie niewykorzystanym potencjale rynku pracy, obecność cudzoziemców na naszym rynku to konieczność. Tymczasem na ubiegłotygodniowych posiedzeniach sejmowej Komisji Nadzwyczajnej rozpatrującej rządowy projekt ustawy dotyczący legalizacji zatrudnienia cudzoziemców, żaden z posłów nie był głosem pracodawców zainteresowany. Rząd zapewniał, że odszedł od pomysłu ograniczenia wydawania zezwoleń na pracę i rejestracji oświadczeń tylko w przypadku osób zatrudnionych na umowy o pracę, ale nie do końca tak się stało. Bariera ta pozostała nadal w przypadku pracowników tymczasowych. Przypomnę tylko, że agencje pracy tymczasowej zatrudniają co roku około 350 tys. obywateli państw trzecich, wspierając firmy w Polsce potrzebujące elastycznych rozwiązań w zatrudnieniu, pomagając cudzoziemcom nie tylko w ich życiu zawodowym, ale też codziennym. Nie widzę powodu, aby tak dyskryminujący przepis został utrzymany, w jego konsekwencji forma umowy będzie zależała nie od natury wykonywanych zadań, ale od narodowości. To nie tylko nierówne traktowanie, ale i cios w konkurencyjność polskiej gospodarki – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.
WYMÓG UMOWY O PRACĘ ORAZ PRACA NA RZECZ OSOBY TRZECIEJ – CIOS W KONKURENCYJNOŚĆ
Pomimo deklaracji złożonych na posiedzeniu Rady Ministrów 18 grudnia 2024 roku dotyczących usunięcia skrajnie niekorzystnych i krytykowanych przez przedsiębiorców zapisów obligujących do zatrudniania cudzoziemców wyłącznie na umowy o pracę, w trakcie prac sejmowej Komisji Nadzwyczajnej nie uwzględniono poprawek, które Premier Tusk obiecał przedsiębiorcom.
– Na szczęście w grudniu 2024 r. Premier zapowiedział rezygnację z tego wymogu, na skutek czego usunięto kontrowersyjne przepisy. Niestety nie wszystkie, wciąż obligatoryjnie na podstawie umowy o pracę cudzoziemców mają zatrudniać agencje pracy tymczasowej, które mają istotny udział w rynku. Wpłynie to znacząco na koszty przedsiębiorców, a więc również na cenę i dostępność usług. W projekcie znajdują się również inne niedociągnięcia, ale co do zasady jest tam cały szereg bardzo dobrych i pożądanych przez rynek rozwiązań, jak elektronizacja postępowań dotyczących zatrudniania obcokrajowców, czy rezygnacja z testu rynku pracy. Szkoda, że dobre rozwiązania zostały przyćmione przez te szkodliwe dla rynku – dodaje Szymon Witkowski.
Przedsiębiorcy wnoszą o usunięcie z art. 6 wymogu zatrudnienia na podstawie umowy o pracę.
– W związku z trwającymi w Sejmie pracami legislacyjnymi nad rządowym projektem ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej (druk nr 949), Federacja Przedsiębiorców Polskich zgłosiła negatywne stanowisko do proponowanego zapisu art. 6 projektu dotyczącego wydawania zezwolenia na pracę. Zapis ten jest nie do przyjęcia ze względu na bezzasadne różnicowanie sytuacji cudzoziemców w zależności od przyjętej formuły zatrudnienia. Nie ma uzasadnionych podstaw do wyłączenia możliwości współpracy agencji z cudzoziemcem na podstawie umowy cywilnoprawnej. Odmienne traktowanie tej kategorii pracujących nie wynika z posiadanych cech szczególnych, rodzaju powierzanych prac czy oferowanych warunków. Przeciwnie, zapotrzebowanie rynkowe ze względu na rodzaj świadczonych usług wymaga dopuszczenia wszelkich elastycznych form pracy. Zarówno umowy o pracę, jak i umowy cywilne są przewidziane w polskim systemie prawnym i mogą być stosowane w zależności od okoliczności oraz charakteru więzi łączącej strony. Niezrozumiałe jest stanowisko projektodawcy zakłócające racjonalne gospodarowanie personelem, zwłaszcza w obliczu jego deficytu, wysokich kosztów pracy i zmienności zapotrzebowania na pracę – komentuje Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka ds. prawa pracy, Federacja Przedsiębiorców Polskich.
– Cudzoziemcy od lat wypełniają luki w strategicznych sektorach polskiej gospodarki, w których brak pracowników bezpośrednio ogranicza konkurencyjność polskich firm. Zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy będzie nadal rosło ze względu na pogłębiającą się lukę podażową na rynku pracy oraz negatywne zjawiska demograficzne. Powinniśmy zatem dyskutować nie nad tym, czy dopuszczać cudzoziemców do polskiego rynku pracy, ale jak stworzyć sprawny, skuteczny i transparentny system legalizacji pobytu oraz zatrudnienia, który umożliwi skuteczną rekrutację zarówno do prac prostych, jak i specjalistycznych. Tymczasem niektóre rozwiązania zaproponowane w projekcie ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium RP mogą utrudniać zatrudnianie obywateli państw trzecich, co negatywnie wpłynie na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Mimo usunięcia z projektu krytykowanego przez pracodawców ograniczenia możliwości zatrudniania cudzoziemców wyłącznie na podstawie umów o pracę, przepisy nadal wymagają, aby agencje pracy tymczasowej zawierały z cudzoziemcami wyłącznie umowy o pracę, wykluczając współpracę na podstawie umów cywilnoprawnych – uważa Nadia Winiarska, ekspertka ds. Zatrudnienia, Departament Pracy, Konfederacja Lewiatan.
Konfederacja Lewiatan wniosła także swoje poprawki do art. 13 ust. 1, ponieważ w projekcie brakuje doprecyzowania, że praca cudzoziemca byłaby wykonywana na rzecz i pod kierownictwem osoby trzeciej.
– Legalizacja zatrudnienia cudzoziemców nie będzie możliwa w przypadku wykonywania pracy na rzecz osoby trzeciej. W takim kształcie przepis ten ogranicza możliwość świadczenia usług dla klientów pracodawcy – na przykład w branży sprzątającej, gdzie pracownicy wykonują usługi w biurach klientów, czy w sektorze IT, w którym specjaliści serwisują systemy informatyczne w siedzibach klientów – dodaje Nadia Winiarska.
Procedowanie ustawy w tym kształcie dziwi, tym bardziej że stoi ona w sprzeczności z wcześniej ogłaszaną strategią migracyjną rządu.
PRZEPISY TEJ USTAWY SĄ TAKŻE NIEZGODNE Z PRAWEM UNII EUROPEJSKIEJ
Według Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy przepisy projektu omawianej ustawy są także sprzeczne z prawem Unii Europejskiej, a konkretnie z art. 56 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, ponieważ prowadzą do zablokowania możliwości delegowania pracowników będących obywatelami państw trzecich z i do Polski tworząc tym samym niedozwoloną barierę ograniczającą przedsiębiorstwom korzystanie z europejskiej swobody świadczenia usług.
– Przyczyna tkwi w błędnej interpretacji przez Projektodawcę przepisów o delegowaniu pracowników, który traktuje je jako wynikające ze swobody przemieszczania się osób, a nie – zgodnie z prawem UE – ze swobody świadczenia usług. Projekt ustawy, wbrew prawu UE, uznaje takiego pracownika za osobę, która „nie podjęła pracy na terytorium RP”, co prowadzi do odmowy wydania zezwolenia na pracę. Tymczasem cudzoziemiec, który jest zatrudniony w Polsce i delegowany przez swojego pracodawcę do innego państwa członkowskiego, pozostaje uczestnikiem polskiego rynku pracy. Nieuwzględnienie w projekcie ustawy procedury uzyskiwania zezwolenia na pracę dla cudzoziemców zatrudnianych w celu czasowego delegowania do innych państw członkowskich UE spowoduje brak możliwości legalnego świadczenia usług przez polskich przedsiębiorców na terytorium tych państw – stwierdza dr Marcin Kiełbasa, radca prawny Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy.
Przedstawiciele ELMI zwracają uwagę, że projekt nie został w ogóle zweryfikowany pod kątem zgodności z art. 56 TFUE przez Ministra ds. Unii Europejskiej, co potwierdzają dostępne na stronie Rządowego Centrum Legislacji tabele zgodności z prawem UE. Również ich uwagami nikt z posłów się nie zainteresował.
W 2024 roku Grupa ORLEN dostarczyła do klientów blisko 244 tysiące ton skroplonego gazu, to prawie o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. LNG pochodzi głównie z terminalu w Świnoujściu, a także stacji przeładunku w Kłajpedzie i produkcji własnej. Skroplony gaz trafia m.in. do klientów indywidualnych z ograniczonym dostępem do sieci ogólnopolskiej.
Głównym punktem sprzedaży LNG Grupy ORLEN jest Terminal w Świnoujściu, z którego w ubiegłym roku wyjechało ponad 11 tysięcy cystern, dostarczając klientom 197 tysięcy ton gazu.
– Sprzedaż LNG małej skali przez Grupę ORLEN w Polsce systematycznie rośnie. To potwierdza zarówno atrakcyjność samego surowca, jak i naszej oferty handlowej. Skroplony gaz ziemny załadowany na cysterny zapewnia dostęp do niskoemisyjnego paliwa wszędzie tam, gdzie nie dociera krajowa sieć gazociągowa. Z drugiej strony rozwój rynku LNG małej skali wspiera transformację polskiej gospodarki, w której gaz odgrywa ważną rolę, zapewniając potrzebne ilości energii – powiedział Grzegorz Bujnowski, Dyrektor Wykonawczy ds. Handlu Gazem.
Do terminalu w Świnoujściu trafia skroplony gaz ziemny sprowadzany przez koncern statkami m.in. z USA, Kataru czy Norwegii. Większość ładunku podlega regazyfikacji i w formie lotnej jest wtłaczana do systemu gazociągów przesyłowych. Część pozostaje jednak w postaci skroplonej, co pozwala przewozić paliwo do odbiorców specjalnymi autocysternami i kontenerami kriogenicznymi.
Oprócz sprzedaży w terminalu w Świnoujściu, Grupa ORLEN wytwarza skroplony gaz ziemny również w swoich zakładach w Odolanowie i Grodzisku Wielkopolskim, a także prowadzi sprzedaż ze stacji przeładunku w Kłajpedzie, z której korzysta od 2020 roku. Łącznie w 2024 roku koncern wprowadził na rynek blisko 244 tys. ton LNG: z gazoportu w Świnoujściu – 197 tys. ton, z zakładów w Odolanowie i Grodzisku Wielkopolskim – ponad 22 tys. ton, z Kłajpedy – 25 tys. ton.
Wśród głównych odbiorców skroplonego LNG są klienci przemysłowi różnych branż, ale także odbiorcy indywidualni przyłączeni do wyspowych systemów gazowych. Systemy te nie mają połączenia z siecią ogólnopolską, dlatego gaz jest dostarczany tam w formie LNG, a następnie regazyfikowany w lokalnych stacjach regazyfikacyjnych. LNG wykorzystuje się również na terenach, które wprawdzie mają dostęp do ogólnopolskiej sieci dystrybucyjnej, ale popyt na gaz jest większy od możliwości dostaw istniejącymi gazociągami. W takim przypadku stacje regazyfikacji LNG uzupełniają podaż gazu w sieci, co umożliwia pełne zaspokojenie potrzeb odbiorców.
Początek roku tradycyjnie już przyniósł ożywienie na rynku najmu – widać to zarówno we wskaźnikach podaży, jak i popytu. Liczba wyszukiwań mieszkań na wynajem wzrosła o 41% w odniesieniu do grudnia, a na koniec stycznia dostępna baza ogłoszeń była o 15% większa w stosunku do ostatnich dni 2024. Średnia oferta cenowa pozostała stabilna. Jedynym miastem, w którym stawki spadły w ujęciu rocznym jest Warszawa.
Przez cały poprzedni rok zauważalne było obniżenie popytu na rynku najmu, z wyłączeniem jedynie okresu wakacyjnego (z miesiąca na miesiąc średnio o 3%). W styczniu 2025 odnotowano ponowny wzrost zainteresowania lokalami na wynajem w ujęciu miesięcznym. Liczba wyszukiwań wyniosła 53 tys., czyli o ponad 15 tys. więcej niż w grudniu. Jak wynika z danych Otodom nieruchomości dwupokojowe zanotowały najwyższy wskaźnik wyszukiwań (dokładnie 51%). To pokazuje kolejne z rzędu przesunięcie zainteresowania w kierunku mniejszych powierzchni.
Styczeń przyniósł też zmianę w postaci wzrostu liczby ogłoszeń, która uwidoczniła się w 14 spośród 16, analizowanych przez Otodom, największych miastach w Polsce. Na koniec miesiąca dostępnych było 24,1 tys. ofert. Największe odbicie podaży w porównaniu z grudniem widać w Olsztynie i Katowicach – odpowiednio o 54% i 20%. Uszczuplenie bazy odnotowały zaś jedynie Bydgoszcz (-2%) i Zielona Góra (-1%).
– W ubiegłym roku utrzymywał się trend stopniowego spadku dostępności lokali na wynajem, przez co nawet nieco wyraźniejsze niż w poprzednich latach styczniowe ożywienie (14% m/m w 01.2024 ) może być zastanawiające. Co interesujące, skala procentowego wzrostu liczby ofert w ubiegłym miesiącu była identyczna zarówno w odniesieniu do wszystkich 16 analizowanych lokalizacji, jak i przy uwzględnieniu jedynie siedmiu największych miast w Polsce. Na tak wyselekcjonowanym rynku na koniec stycznia dostępnych było 16 tys. ogłoszeń. To ponad 66% całej bazy – wyjaśnia Milena Chełchowska, analityczka Otodom.
Średnie ofertowe ceny w miejscu
W ciągu ostatniego roku ceny na rynku najmu rosły z miesiąca na miesiąc średnio o 1%. W styczniu za wynajem mieszkania trzeba było zapłacić średnio 3,7 tys. zł/mc (+2% r/r). A to oznacza kolejny miesiąc z rzędu ze stabilnymi stawkami.
Rozpiętość cen w największych polskich miastach wahała się od 1997 zł w Kielcach do 5017 zł w Warszawie. Co interesujące, stolica to jedyna lokalizacja, w której nastąpił spadek średnich stawek w ujęciu rocznym (-1,9% w stosunku do stycznia 2024 i -1,5% w stosunku do grudnia 2024). Z kolei największy wzrost rok do roku zanotowała Zielona Góra i to o 16%. Aktualnie koszt wynajmu mieszkania wynosi tam średnio 2542 zł.
W skali miesiąca ceny spadły w siedmiu miastach. Oprócz wspomnianej Warszawy to: Katowice, Kraków, Olsztyn, Poznań, Rzeszów i Szczecin. Największy wzrost wysokości czynszu widać zaś w Opolu (+3,2% m/m).
– Można było odnieść wrażenie, że w styczniu ceny pozostały na zbliżonym poziomie do tych z poprzednich miesięcy. Jeśli jednak nałożymy na to kontekst utrzymującej się inflacji, ta stabilizacja nominalnych cen w rzeczywistości oznacza realny spadek stawek na rynku najmu – dodaje Milena Chełchowska.
Analityczka Otodom zauważa też, że wzrost podaży i zaobserwowany rzeczywisty spadek cen mogą być pierwszymi oznakami wejścia w fazę korekty.
– Styczeń przyniósł nie tylko kontynuację osłabionego popytu, wzrost bazy ofert mieszkań na wynajem i realne obniżenie cen. Przyniósł też wydłużenie czasu ekspozycji ogłoszeń (+6% w ujęciu miesięcznym). Sytuację dodatkowo potęguje równoczesny przyrost podaży na rynku deweloperskim. Uwzględniając te wszystkie czynniki, możliwe jest, że obserwujemy początek procesu dostosowawczego i przejście w fazę korekty. To może być szczególnie ważne dla inwestorów, którzy w ostatnich latach kupowali nieruchomości na wynajem, licząc na wysoką dynamikę wzrostu cen i czynszów – tłumaczy Milena Chełchowska.
Donald Trump ponownie wywraca stolik? A może jednak sprząta po sobie bałagan? Trump postanowił na ten moment nie wojować na swoim podwórku, wojna handlowa dopiero eskaluje.
Donald Trump zignorował wcześniejsze ustalenia dotyczące ulg celnych dla Australii. Dolar australijski utrzymuje na ten moment zyski wygenerowane na fali pierwotnych negocjacji między prezydentem USA a premierem Australii, jednak wprowadzone przez noc taryfy handlowe na stal i aluminium stanowią źródło podwójnego ryzyka dla australijskiej waluty.
Amerykański prezydent po raz kolejny dał wyraz swojej nieprzewidywalności. Generalne cła na import stali i aluminium do USA wejdą w życie 12. marca “bez wyjątku i bez wykluczeń”, ogłosił Trump chwile po tym jak premier Australii pochwalił się, że prezydent USA rozważy ulgi dla swojego partnera handlowego.
– Rynki przyzwyczaiły się już trochę do szaleństw D.Trumpa podczas jego pierwszej kadencji, ale tym razem zaczął stosować cła bardziej do rozgrywki negocjacyjnej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maksymilian Kuch, analityk rynku akcji w XTB. – Przekonujemy się właśnie, że przed rozpoczęciem negocjacji będzie stosował strategię pokazywania swojej siły, narzucania warunków przeciwnikowi poprzez nakładanie najwyższych ceł.
Trump ma już za sobą całą serię decyzji, które na rynkach finansowych wywołują potężną zmienność. Pierwsze skutki były takie, że dolar amerykański zyskiwał, indeksy giełdowe traciły, ropa zyskiwała, a złoto dotarło do nowych historycznych szczytów.
Później okazało się jednak, że nowe taryfy na najbliższych sąsiadów USA nie wejdą w życie od razu, tylko będą opóźnione o miesiąc. Trump wiedział, że tak szerokie taryfy będą do podważenia przez Sąd Najwyższy, ale chciał zmusić swoich partnerów do uległości. Z tej perspektywy można stwierdzić, że było to genialne posunięcie. Pojawiła się nadzieja, że inflacja nie wzrośnie, PKB nie zostanie obniżone, choć niepewność w biznesie będzie się utrzymywać. Jednocześnie jednak może być ciężko osiągnąć cel Trumpa w postaci sprowadzenia produkcji w wielu sektorach ponownie do USA.
Taryfy nałożone na Chiny mają wynosić 10% na wszystkie produkty, ale Trump wcześniej wskazywał, że mogą one wzrosnąć nawet do 60%. Jednocześnie mają być prowadzone rozmowy z Chinami na temat opóźnienia ceł. Chiny wprowadzają swoje działania zwrotne. Nakładają 15% cła na węgiel i LNG, które są kluczowe z perspektywy amerykańskiego eksportu. Dodatkowo 10% na ropę oraz urządzenia rolnicze. Chiny decydują się wpisać niektóre amerykańskie przedsiębiorstwa na listę wątpliwych kontrahentów oraz rozpoczynają dochodzenie w sprawie Google’a.
Na dłuższą metę żadna wojna handlowa nie jest uzasadniona, a jej utrzymywanie może prowadzić do wyraźnego spowolnienia na całym świecie. Dopiero w momencie obowiązywania taryf przez kilka tygodni czy miesięcy będzie można ostatecznie odpowiedzieć, jaki będą one miały wpływ na gospodarkę (spadek PKB Stanów Zjednoczonych, wyższa inflacja i bardziej odległe perspektywy obniżek stóp procentowych) czy zwykłego konsumenta (samochód, który kosztuje 35 tys. USD będzie o 3 tys. dolarów droższy). Jedyne co można na ten moment stwierdzić, że rynek pozostanie mocno zmienny i można oczekiwać kolejnych dużych ruchów.
– Jednak długoterminowo strategia D.Trumpa jest o tyle korzystna dla USA, że firmy będą przenosić biznes do Stanów Zjednoczonych, ponieważ dostana ofertę w postaci ulg podatkowych i dopłat – komentuje ekspert XTB. – Natomiast krótkoterminowo inwestorzy obstawiają czarne scenariusze, szybko się z nich wycofują po otrzymaniu nowych informacji. Szukają bezpiecznych przystani i stąd nowy rekord cen złota. Zasoby złota przenoszone są z Londynu do Nowego Jorku, a czas oczekiwania na złoto wydłużył się do 4-6 tygodni. Kryptowaluty zaczęły się zachowywać w sposób skorelowany z akcjami, co też jest szczególną sytuacją.
Dla Polski bardzo istotne może okazać się to, że Trump zwraca się do Ukrainy, że jeśli ta zapewni napływ metali ziem rzadkich ze swoich terenów do USA, to może liczyć na sporą pomoc w sprzęcie militarnym. Warto zauważyć, że walki na terenie Ukrainy toczą się m.in. na tych obszarach, które są kluczowe z perspektywy surowców.
Trump rozmawiał telefonicznie z Putinem i liczy na spotkanie w Arabii Saudyjskiej. Niemniej w trakcie rozmowy miała też pojawić się propozycja dwóch spotkań: w Moskwie oraz w Waszyngtonie, co jest na ten moment wydaje się być mało prawdopodobne.
Choć rynki finansowe wydają się być pozytywnie nastawione, to jednak potencjalne zakończenie wojny czy jej zamrożenie może nie być bardzo korzystne dla samej Ukrainy. Pod koniec pierwszej połowy lutego warto zwrócić uwagę na wyraźne umocnienie aktywów w Europie. Euro zyskuje na szerokim rynku, przede wszystkim w stosunku do amerykańskiego dolara. EURUSD notuje ponownie poziomy powyżej 1,04. Zyskuje złoty i węgierski forint. Para EURPLN spadła poniżej poziomu 4,16, natomiast para USDPLN spadła poniżej 4,0. Mocne wzrosty widać również na europejskich indeksach. DAX wychodzi na nowe historyczne szczyty. WIG20 wzrasta do najwyższego poziomu od 2018 r.
Ministerstwo Rozwoju i Technologii zaprezentowało nową strategię rozwoju mieszkalnictwa pod nazwą „Klucz do mieszkania”. Program zakłada trzy główne filary: wsparcie mieszkalnictwa społecznego i komunalnego, rozwój własnościowego rynku mieszkaniowego oraz wprowadzenie instytucji inwestorów społecznych. Główne zmiany to zwiększenie finansowania dla gmin, ograniczenie możliwości wsparcia zakupu mieszkań na rynku wtórnym oraz nowe formy współpracy z inwestorami społecznymi.
Więcej środków na mieszkalnictwo społeczno-komunalne
Jednym z najważniejszych założeń programu jest zwiększenie finansowania dla gmin na budowę i modernizację mieszkań społecznych i komunalnych. Minister rozwoju i technologii Krzysztof Paszyk podkreślił zmianę podejścia do mieszkalnictwa:
– Najwięcej środków budżetowych przeznaczymy na te gałęzie mieszkalnictwa, które zapewnią godne warunki życia dla osób, które nie mogą pozwolić sobie na zakup mieszkania na własność.
Według nowych zasad gminy będą mogły otrzymać bezzwrotne dotacje na budowę nowych mieszkań lub remont pustostanów, pokrywające nawet 80% kosztów inwestycji. Budżet na ten cel wzrośnie z 1 mld zł w 2024 roku do co najmniej 2,5 mld zł w 2025 roku. Dzięki temu planuje się sfinansowanie budowy lub modernizacji około 15 tysięcy mieszkań w ramach społecznych inicjatyw mieszkaniowych (SIM) oraz towarzystw budownictwa społecznego (TBS). W kolejnych latach środki mają być jeszcze większe.
Polacy nadal chętnie inwestują w nieruchomości na własność, traktując je jako życiowy dorobek. Program „Pierwsze klucze” skierowany jest do osób, które nie posiadają własnego mieszkania ani domu i spełniają kryteria dochodowe. Aby ograniczyć nadużycia, program wyklucza zakup nieruchomości na rynku pierwotnym, czyli od deweloperów i flipperów. Wsparcie będzie dostępne tylko dla mieszkań i domów oddanych do użytku co najmniej pięć lat wcześniej, a ich dotychczasowy właściciel musi posiadać nieruchomość przez minimum trzy lata.
Program przewiduje także limity cen metra kwadratowego: 10 tys. zł w większości miast oraz 11 tys. zł w metropoliach takich jak Warszawa, Kraków, Gdańsk, Poznań i Wrocław. Gminy będą mogły dostosować limity cenowe do lokalnych warunków. W przypadku domów jednorodzinnych program umożliwia także wsparcie budowy metodą gospodarczą.
Inwestorzy społeczni jako nowy element rynku
Jednym z nowatorskich rozwiązań programu są „Inwestycje Pierwsze klucze”. Inwestorzy społeczni, tacy jak TBS-y, SIM-y czy spółdzielnie mieszkaniowe, będą mogli sprzedawać mieszkania z ograniczoną marżą – maksymalnie 25%. Oferta będzie skierowana wyłącznie do osób bez mieszkań, a wybór beneficjentów ma odbywać się na transparentnych zasadach. Jednocześnie inwestorzy będą zobowiązani do realizacji równoważnych inwestycji na tani wynajem lub w ramach spółdzielczych lokatorskich praw do lokalu.
Decydując się na sprzedaż mieszkań w ramach tego programu, inwestor zyska prawo do zarządzania częścią wspólną wspólnoty mieszkaniowej przez 10 lat. Rozwiązanie to opiera się na dotychczasowych doświadczeniach współpracy z TBS-ami, które realizowały już podobne projekty.
Dodatkowe działania wspierające seniorów i studentów
Ministerstwo Rozwoju i Technologii zapowiedziało także wprowadzenie rozwiązań mających na celu wsparcie osób starszych, niepełnosprawnych i studentów. Wśród nich znajdują się pierwszeństwo w wynajmie mieszkań komunalnych dostosowanych do potrzeb seniorów oraz możliwość przeprowadzki do takich lokali w zamian za wydzierżawienie gminie dotychczas zajmowanego mieszkania.
Dla studentów i młodych osób planowane jest wsparcie budowy i modernizacji akademików. Wysokość dotacji na te inwestycje może wynosić do 80% kosztów.
Podczas prezentacji nowego planu gospodarczego „Polska. Rok Przełomu” premier Donald Tusk oraz minister finansów Andrzej Domański przedstawili transformację energetyczną jako jeden z kluczowych filarów rozwoju polskiej gospodarki. Wśród zapowiedzianych działań znalazły się zarówno inwestycje w zieloną energię, jak i zmiany legislacyjne mające wspierać rozwój sektora energetycznego.
Transformacja energetyczna jako priorytet
Premier Tusk podkreślił strategiczne znaczenie energetyki dla rozwoju technologicznego i sukcesu gospodarczego Polski. Zwrócono uwagę na potrzebę przyspieszenia działań w obszarze zielonej energii, aby uczynić polską gospodarkę bardziej konkurencyjną i przyciągnąć nowe inwestycje.
Paulina Grądzik, zastępczyni dyrektora departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan, zaznaczyła, że rozwój sektora energetycznego jest kluczowy dla transformacji gospodarczej. – To od rozwoju energetyki zależy transformacja technologiczna i sukces gospodarczy. Aby przyciągnąć więcej inwestycji i stworzyć konkurencyjne warunki dla przedsiębiorstw, konieczne jest zwiększenie dostępności taniej, zielonej energii – powiedziała Grądzik.
Ustawa wiatrakowa w centrum uwagi
Jednym z istotnych elementów transformacji ma być rozwój energetyki wiatrowej na lądzie. Paulina Grądzik wskazała na konieczność pilnego procedowania tzw. ustawy wiatrakowej, która zakłada zmniejszenie minimalnej odległości instalacji wiatrowych od zabudowań z 700 do 500 metrów. Projekt ustawy, zdaniem Grądzik, może znacząco przyczynić się do odblokowania potencjału energetyki wiatrowej i realizacji założeń rządowego planu gospodarczego.
– Ta regulacja ma kluczowe znaczenie dla szybkiego uwolnienia potencjału energetyki wiatrowej na lądzie. Energia z wiatru jest najtańsza, dlatego jej rozwój jest niezbędny dla sukcesu transformacji energetycznej – podkreśliła Grądzik.
Projekt ustawy oczekuje obecnie na rozpatrzenie przez Stały Komitet Rady Ministrów, a jego dalsze procedowanie w Sejmie ma kluczowe znaczenie dla realizacji planu rządu.
Wyzwania systemu energetycznego
Podczas prezentacji planu zwrócono uwagę na takie kwestie jak stabilność dostaw energii i dywersyfikacja jej źródeł. Paulina Grądzik zauważyła jednak, że polski system energetyczny wciąż mierzy się z wieloma wyzwaniami, które wymagają kompleksowych działań.
– System energetyczny jest niezwykle złożony i kluczowy dla rozwoju gospodarki, ale jednocześnie wymaga rozwiązań, które uwzględnią jego specyfikę i wyzwania. Liczymy na konstruktywny dialog oraz deklarujemy gotowość wsparcia w poszukiwaniu optymalnych rozwiązań – dodała Grądzik.
W środę Senat uchwalił nowelizację ustawy o Służbie Więziennej, wprowadzającą możliwość zatrudniania pracowników cywilnych na wybranych stanowiskach kierowniczych w tej formacji. Zmiana przepisów ma na celu zwiększenie elastyczności oraz umożliwienie zatrudnienia specjalistów z zakresu finansów, inwestycji czy informatyki w strukturach Służby Więziennej (SW).
Dotychczas kierownicze stanowiska w Służbie Więziennej, z wyjątkiem funkcji dyrektora generalnego, były zarezerwowane wyłącznie dla funkcjonariuszy. Nowelizacja wprowadza możliwość, aby cywilni specjaliści obejmowali m.in. stanowiska zastępców dyrektora generalnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, a także zastępców dyrektorów okręgowych, zakładów karnych i aresztów śledczych. Nie zmienia to jednak faktu, że kluczowe funkcje, takie jak dyrektor zakładu karnego, dyrektor aresztu śledczego czy dyrektor okręgowy, pozostaną dostępne wyłącznie dla funkcjonariuszy SW.
Nowe możliwości i wyzwania
Minister Maria Ejchart, nadzorująca więziennictwo, podkreśliła znaczenie tej zmiany:
– Służba Więzienna potrzebuje elastyczności i specjalistów, którzy będą w stanie wdrożyć nowoczesne rozwiązania w zakresie zarządzania, finansów czy technologii. Nowelizacja ustawy to krok w stronę otwartości na cywilnych specjalistów, którzy wnosić będą nową jakość do zarządzania Służbą Więzienną.
Służba Więzienna realizuje nie tylko swoje podstawowe zadanie, jakim jest wykonywanie kar pozbawienia wolności, ale także prowadzi szereg działań organizacyjno-technicznych. Są to m.in. inwestycje w nowe jednostki penitencjarne, wdrażanie technologii informatycznych, takich jak Centralna Baza Danych Osób Pozbawionych Wolności czy System Dozoru Elektronicznego, oraz organizacja przetargów, np. na dostawy energii czy paliw. Zatrudnienie cywilnych specjalistów ma pomóc w profesjonalizacji tych obszarów.
Elastyczność w doborze kadry
Nowe przepisy dają przełożonym możliwość wyboru między zatrudnieniem funkcjonariusza SW a pracownika cywilnego na stanowiskach, które nie wymagają wykształcenia i doświadczenia w zakresie działalności operacyjnej SW. Wymogi dotyczące kandydatów na stanowiska kierownicze, zarówno cywilnych, jak i funkcjonariuszy, będą określane w rozporządzeniach wykonawczych do ustawy.
Kolejne kroki legislacyjne
Nowelizacja ustawy trafi teraz do podpisu prezydenta. Jeśli zostanie zatwierdzona, nowe przepisy wejdą w życie, umożliwiając zatrudnianie cywilnych specjalistów na określonych stanowiskach kierowniczych w Służbie Więziennej. Decyzja ta ma wzmocnić efektywność zarządzania i otworzyć drogę do wdrażania nowoczesnych rozwiązań w tej kluczowej instytucji.
W dniach 12-13 lutego 2025 roku wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz przebywał w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli, gdzie uczestniczył w posiedzeniu Rady Północnoatlantyckiej w formacie ministrów obrony. Spotkanie miało na celu omówienie kluczowych kwestii związanych z bezpieczeństwem międzynarodowym, w tym odstraszania, obrony, rozwoju zdolności obronnych oraz wdrażania zwiększonych wydatków obronnych przez państwa członkowskie.
Plan zwiększenia zdolności reagowania NATO
Podczas rozmów zaprezentowano plan mający na celu zwiększenie zdolności NATO do szybkiego reagowania na potencjalne zagrożenia. Wicepremier Kosiniak-Kamysz podkreślił, że przyjęte działania w sposób szczególny wzmacniają bezpieczeństwo wschodniej flanki sojuszu, w tym Polski. „Tutaj jedność sojusznicza jest podkreślona i zachowana” – zaznaczył minister.
Nowa misja NATO: Straż Bałtycka
Jednym z kluczowych tematów poruszonych podczas spotkania była nowa misja NATO – Straż Bałtycka. Misja ta, powstała z inicjatywy Polski i została aktywowana przez głównodowodzącego oraz sekretarza generalnego NATO. Jej celem jest ochrona infrastruktury krytycznej w regionie Morza Bałtyckiego, a w działania zaangażują się także państwa spoza regionu, w tym Francja i Belgia. Jak podkreślił wicepremier Kosiniak-Kamysz, misja ta jest jednym z konkretnych efektów działań Polski podczas trwającej prezydencji w Unii Europejskiej.
Zwiększone wydatki na obronność i przemysł zbrojeniowy
Podczas posiedzenia omówiono także konieczność zwiększenia wydatków na obronność w kontekście zmieniających się wyzwań bezpieczeństwa. Polska, która w tym roku osiągnie poziom 4,7% PKB przeznaczonego na obronność, jest jednym z liderów w tej dziedzinie. Kosiniak-Kamysz podkreślił, że wzrost wydatków jest niezbędny zarówno dla utrzymania obecności wojsk amerykańskich w Europie, jak i dla zapewnienia bezpieczeństwa w regionie.
Istotnym elementem rozmów była również kwestia inwestycji w przemysł zbrojeniowy. Polska zapowiedziała publikację Białej Księgi, w której przedstawiony zostanie plan realnych inwestycji na kwotę 500 miliardów euro w rozwój europejskiego przemysłu obronnego. Minister obrony zaznaczył, że w tej sprawie panuje szeroka zgoda wśród państw członkowskich.
Spotkanie Rady NATO-Ukraina
Drugiego dnia wizyty odbyło się także nieformalne spotkanie Rady NATO-Ukraina, w którym uczestniczył minister obrony Ukrainy Rustem Umerow oraz Wysoka Przedstawiciel UE ds. Zagranicznych i Bezpieczeństwa Kaja Kallas. Rozmowy dotyczyły bieżącej sytuacji bezpieczeństwa w regionie i współpracy między NATO a Ukrainą.
Spotkanie w Brukseli było jednym z cyklu przygotowujących do czerwcowego Szczytu NATO w Hadze, który będzie kolejnym ważnym etapem w definiowaniu przyszłych działań sojuszu.
1 marca w hotelu Hilton w Warszawie odbędzie się Wielka Gala Liderów Polskiego Biznesu oraz finał XXXII edycji konkursu Lider Polskiego Biznesu. Nagrodę specjalną BCC odbierze prof. Ewa Łętowska oraz Jerzy Owsiak.
Business Centre Club organizuje konkurs Lider Polskiego Biznesu od 1991 roku. Wydarzenie na stałe wpisało się w kalendarz polskich przedsiębiorców.
Podczas marcowej gali BCC nagrodzi polskie firmy, które mają szczególny wkład w rozwój polskiej gospodarki. Dodatkowo, jak co roku, przyznane zostaną nagrody specjalne.
– Wielka Gala Liderów Polskiego Biznesu to nie tylko prestiżowe wyróżnienia, ale także spotkanie wyjątkowych ludzi, którzy kształtują przyszłość polskiej gospodarki. To wieczór sukcesu, inspiracji i wspólnego świętowania. Szczególnym momentem Gali będzie wręczenie nagród specjalnych BCC, które honorują wybitne osiągnięcia oraz wkład w rozwój biznesu i społeczeństwa. – mówi dr Jacek Goliszewski, prezes Business Centre Club.
W latach ubiegłych BCC wyróżniło Nagrodą Specjalną Lidera Polskiego Biznesu m.in.: ambasadora Marka Brzezińskiego, prof. Adama Bodnara, Lecha Wałęsę i Jerzego Buzka.
W tym roku nagrody specjalne otrzymają Jerzy Owsiak – za wieloletnie, odważne i konsekwentne zaangażowanie w działalność charytatywną i społeczną, niesienie pomocy potrzebującym i nieoceniony wkład w rozwój systemu ochrony zdrowia w Polsce oraz prof.Ewa Łętowska, w uznaniu wybitnych zasług za działalność w obszarze prawa cywilnego, konstytucyjnego, administracyjnego, znaczący wkład w ochronę praw człowieka i budowanie społeczeństwa obywatelskiego oraz za umacnianie zasad państwa prawa i warunków niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania i rozwoju polskiej przedsiębiorczości.
Głównym punktem Gali jest uroczyste wręczenie Nominacji, a następnie Złotych Statuetek Lidera Polskiego Biznesu, które trafiają do firm i osób wyróżniających się innowacyjnością, etyką biznesową oraz wkładem w rozwój polskiej gospodarki. Dodatkowo przyznawane są Diamenty do Złotych Statuetek, a także Platynowe Statuetki Lidera Polskiego Biznesu honorujące firmy, które kontynuują swój dynamiczny rozwój.
Galę poprowadzi Joanna Racewicz. Część artystyczną rozpocznie koncert Kasi Cerekwickiej.
– Organizowana przez Business Centre Club Wielka Gala Liderów Polskiego Biznesu to prestiżowe wydarzenie, które przyciąga przedstawicieli różnych branż, liderów firm oraz kluczowe osobistości ze świata gospodarki i polityki. Dzisiejszy lider to osoba, która potrafi sprostać wyzwaniom, nie boi się zmian, a jednocześnie stawia na rozwój ludzi, innowacje oraz odpowiedzialność społeczną. Jestem pełen uznania dla wizji, odwagi i osiągnięć tegorocznych laureatów i serdecznie im gratuluję. – mówi Adam Struzik, Marszałek Województwa Mazowieckiego
– Bycie częścią środowiska BCC jest dla nas wymiernym znakiem naszego profesjonalizmu.Jesteśmy firmą z wizją, którą tworzy zespół zaangażowanych współpracowników skupionych na innowacyjnych rozwiązaniach inżynieryjnych wspólnie budując przyszłość – twierdzi Marcin Grubek, prezes Zarządu TG Plus.
– Jestem zaszczycony możliwością udziału w Wielkiej Gali Liderów Polskiego Biznesu. Future Group wspiera rozwój polskiego rynku, oferując innowacyjne rozwiązania HR, które pomagają w sukcesie biznesów. – dodaje Krzysztof Akonom, prezes Zarządu Future Group.
Patronat honorowy nad tegoroczną, 32. edycją konkursu Lider Polskiego Biznesu objęli: Minister Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Rozwoju i Technologii, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, Minister do spraw Unii Europejskiej, Marszałek Województwa Mazowieckiego oraz Prezydent miasta stołecznego Warszawy.
W czwartek 13 lutego 2025 r. TSUE wydał wyrok na podstawie pytań prejudycjalnych polskiego sądu dotyczących sankcji kredytu darmowego. W tej sprawie spółka handlowa zajmująca się skupem roszczeń dochodzi od banku zwrotu odsetek i pozostałych kosztów poniesionych na podstawie umowy pożyczki, powołując się na sankcję kredytu darmowego.
Po pierwsze, TSUE nie orzekł, że oprocentowanie kredytowanych kosztów jest niedopuszczalne. Według TSUE okoliczność, zgodnie z którą RRSO okazałaby się zawyżona, nie stanowi sama w sobie naruszenia obowiązku informacyjnego. To oznacza, że najpopularniejszy zarzut, na który masowo powołują się parakancelarie w sprawach SKD, został definitywnie zakwestionowany przez Trybunał.
Po drugie, TSUE stwierdził, że to do sądu krajowego należy ocena na ile przeciętny konsument – właściwie poinformowany oraz dostatecznie uważny i rozsądny – był w stanie na podstawie warunków umowy dotyczących zmiany opłat ocenić, jak może się zmienić wysokość jego zobowiązania.
Po trzecie, Trybunał podkreślił, że surowość sankcji przewidzianej w prawie krajowym powinna być adekwatna do wagi naruszeń i należy przestrzegać ogólnej zasady proporcjonalności, która wynika z prawa unijnego (pkt 49 wyroku). Dalej, w punkcie 54 i 58 wyroku, TSUE potwierdził, że sankcja kredytu darmowego może zostać uznana za nieproporcjonalną, jeżeli naruszenie obowiązków informacyjnych nie ma wpływu na decyzję konsumenta o zawarciu umowy.
TSUE potwierdził, że sankcji kredytu darmowego nie można stosować automatycznie. To do sądu krajowego należy ocena wagi naruszonych obowiązków przez kredytodawcę i ich wpływu na decyzję konsumenta o zawarciu umowy.
Wyrok potwierdza słuszność i konieczność zmiany przepisów o nieproporcjonalnej sankcji kredytu darmowego w Polsce, które są obecnie instrumentalnie wykorzystywane przez parakancelarie, budujące biznes na sprawach konsumenckich.
Podczas spotkania Premiera Donalda Tuska z przedstawicielami przedsiębiorców i środowiska biznesu podejmowano wiele ważnych tematów o deregulacji i inwestycjach. Mówiono też na temat poprawy logistyki – nie tylko logistyki związanej z transportem morskim, ale również z transportem kolejowym czy drogowym. Była mowa o nowoczesnych technologiach, o związku nauki i zdolności do komercjalizowania wynalazków. Kluczowa jednak będzie deregulacja – czyli sposób na spełnienie jednego z istotnych punktów wymienionych w raporcie Mario Draghiego, który mówił o tym, że Europa, jeżeli ma być konkurencyjna, to musi wyrzucać również część regulacji, które są nadmierne albo zbędne. Jest szereg regulacji europejskich, które definiują pewne ramy brzegowe – natomiast od krajowego ustawodawcy zależy, w jaki sposób i w jakim kształcie będą wdrażane oraz wprowadzane w życie. Bardzo często również w Polsce zdarza się, że do minimum europejskiego dochodzi zbyt restrykcyjne podejście urzędników i polityków – w efekcie powstają regulacje, przepisy, które są znacznie ostrzejsze niż minima wymagane przez Unię Europejską.
– Dla mnie hasłem i słowem kluczem do spotkania Premiera Donalda Tuska z biznesem jest słowo „nareszcie”. Nareszcie mamy nowe otwarcie adresowane do przedsiębiorców – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Wojciech Kostrzewa, Prezes Polskiej Rady Biznesu. – Premier zdecydował się na zaproszenie nas do dialogu, złożył bardzo ważne deklaracje. Będzie się z nami spotykał regularnie – to nie miało miejsca w przeszłości. Będzie się też wsłuchiwał w nasz głos, bo nam ufa. I myślę, że powołanie prezesa Brzoski – to jest odważny ruch do przodu, który pokazuje, że my możemy mieć coś do powiedzenia i możemy też dobrze podpowiedzieć, co można w prosty sposób poprawić, kierując się zdrowym rozsądkiem przedsiębiorcy. Jestem przekonany, że wspólnie będziemy wspomagać Rafała w jego wielkim zadaniu – bo to jest też szansa dla nas, jako dla tych, którzy polską gospodarkę budują i polską gospodarkę rozwijają. Zadeklarowane niemal 700 miliardów złotych inwestycji to z pewnością koło zamachowe gospodarki – choć decydować będzie skłonność do inwestowania przez krajowych przedsiębiorców. Mamy nadzieję, że rząd i większość parlamentarna zaoferują stabilność, ale również spełnienie warunków brzegowych – jak cena energii. My od dłuższego czasu domagamy się tego, żeby urzędnik, żeby polityk nie ograniczał naszej konkurencyjności i żeby rzeczywiście wprowadzanie w życie przepisów europejskich ograniczało się do minimum – dając nam wolną rękę w konkurowaniu o przecież ten sam rynek 450 milionów konsumentów na terenie całej Unii Europejskiej – wskazuje Wojciech Kostrzewa.
Niespodziewana rozmowa Donalda Trumpa z Władimirem Putinem wywołała istotne poruszenie na arenie międzynarodowej i znacząco wpłynęła na globalne rynki finansowe. Prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiedział podjęcie negocjacji pokojowych w sprawie zakończenia konfliktu w Ukrainie, co natychmiast odbiło się na notowaniach kluczowych surowców oraz amerykańskich spółek zbrojeniowych. Rynki zareagowały dynamicznie, prognozując możliwe konsekwencje ewentualnego porozumienia, które mogłoby wpłynąć na globalny układ sił politycznych i gospodarczych.
Głównym tematem rozmów przywódców była wojna w Ukrainie, a inicjatywa USA spotkała się z pozytywną reakcją Putina. Obie strony zadeklarowały otwartość na dalsze negocjacje, co może oznaczać nową fazę w relacjach amerykańsko-rosyjskich. Poza konfliktem w Europie, w agendzie rozmów znalazły się również kwestie związane z Bliskim Wschodem, sytuacją na globalnym rynku energetycznym, rozwojem sztucznej inteligencji oraz znaczeniem dolara w międzynarodowym systemie finansowym. Te zagadnienia odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu polityki światowych mocarstw, a ewentualne ustalenia między Waszyngtonem a Moskwą mogą wpłynąć na stabilność i strukturę globalnej gospodarki.
Tymczasem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odniósł się do tych doniesień z dużą ostrożnością, podkreślając, że Kijów niezmiennie dąży do pokoju, ale suwerenność oraz integralność terytorialna kraju pozostają jego absolutnym priorytetem. Ukraińskie władze obawiają się, że potencjalne porozumienie między USA a Rosją mogłoby prowadzić do ustaleń niekorzystnych dla Ukrainy, dlatego aktywnie zabiegają o dalsze międzynarodowe wsparcie, zarówno polityczne, jak i militarne. W celu skonsultowania strategii bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego Zełenski odbył spotkanie z nowo powołanym Sekretarzem Bezpieczeństwa USA, Scottem Bessentem, który odgrywa kluczową rolę w kształtowaniu polityki obronnej administracji Trumpa.
Rynki finansowe błyskawicznie zareagowały na sygnały dotyczące możliwej deeskalacji konfliktu. Notowania ropy WTI spadły w ciągu jednego dnia o 2,7% – to największy taki spadek od listopada 2024 roku. Zmniejszone obawy o przedłużający się konflikt oraz perspektywa stabilizacji na rynkach surowcowych wpłynęły na ceny ropy oraz gazu ziemnego, osłabiając notowania największych firm energetycznych. Energy Select Sector SPDR Fund, reprezentujący sektor naftowy i gazowy, zanotował spadek o 2,24%. Spadki odnotowały także koncerny zbrojeniowe – Lockheed Martin stracił 1,4%, Northrop Grumman 0,5%, a General Dynamics 1,86%. Inwestorzy zaczęli spekulować na temat możliwego ograniczenia wydatków obronnych w USA, co mogłoby doprowadzić do spowolnienia wzrostu firm z sektora militarnego, który od początku wojny w Ukrainie znacząco zyskiwał na wartości.
Jeśli negocjacje faktycznie nabiorą tempa, można spodziewać się dalszego spadku cen ropy oraz ograniczenia amerykańskich wydatków na zbrojenia. Ostateczny kształt porozumienia pozostaje jednak niepewny, a ewentualne ustalenia będą zależały od wyników dalszych rozmów oraz stanowiska pozostałych kluczowych graczy na arenie międzynarodowej, takich jak Unia Europejska, Chiny czy NATO. Dla Ukrainy oznacza to konieczność intensyfikacji działań dyplomatycznych i pozyskania dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa, aby uniknąć ewentualnych ustaleń pokojowych sprzecznych z jej interesami.
Kluczowym momentem mogą stać się rozmowy w kuluarach zbliżającej się Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, gdzie temat stabilności Europy i roli NATO ponownie znajdzie się w centrum uwagi. Spotkanie to zgromadzi czołowych światowych liderów, a jego przebieg może dostarczyć nowych informacji na temat dalszego kierunku działań dyplomatycznych. Potencjalne porozumienie między Waszyngtonem a Moskwą może nie tylko zmienić układ sił w regionie, lecz także wpłynąć na funkcjonowanie światowej gospodarki, zwłaszcza jeśli doprowadzi do trwałej zmiany w polityce energetycznej i obronnej największych gospodarek świata.
24% organizacji wdraża AI w finansach w zaawansowanym zakresie – to jeden z wniosków płynących z globalnego raportu KPMG „KPMG Global AI in Finance Report”. Spośród 2900 dyrektorów finansowych z kluczowych rynków na świecie, aż 71% zaimplementowało rozwiązania AI do procesów finansowych w swojej firmie, a co czwarty stosuje sztuczną inteligencję w większości z nich. Co więcej, 57% organizacji będących liderami wdrażania AI wskazuje, że osiągany zwrot z inwestycji (ROI) w tę technologię przewyższa ich oczekiwania.
Raport KPMG wskazuje, że zespoły księgowe oraz zajmujące się planowaniem finansowym należą do pionierów we wdrażaniu AI. Już 10% organizacji stosuje AI w tych obszarach na szeroką skalę, co czyni je najbardziej zaawansowanymi w adopcji tej technologii. Równolegle, prawie połowa firm wdraża sztuczną inteligencję w zarządzaniu finansami i ryzykiem, co pozwala na lepsze prognozowanie przepływów pieniężnych, skuteczniejsze wykrywanie oszustw i bardziej precyzyjną ocenę ryzyka kredytowego.
Sztuczna inteligencja zmienia sposób funkcjonowania działów finansowych, mając pozytywny wpływ zarówno na jakość, jak i efektywność ich działania. AI automatyzuje powtarzalne zadania i zmniejsza liczbę błędów, co pozwala firmom obniżyć koszty. Ułatwia także wdrażanie zmian regulacyjnych, mimo ich złożoności i częstych modyfikacji. Dzięki temu organizacje mogą skupić się na działaniach strategicznych. Jednak skuteczność AI zależy od jakości danych – im są one lepiej uporządkowane i wiarygodne, tym trafniejsze analizy i rekomendacje dostarcza system. Bez odpowiednich danych AI może generować błędne analizy i prowadzić do niewłaściwych wniosków.
Dlatego kluczowe jest odpowiedzialne zarządzanie AI, obejmujące przejrzystość, etykę i kontrolę jakości algorytmów. Firmy, które łączą nowoczesne technologie z dobrym nadzorem i kulturą odpowiedzialności, nie tylko optymalizują procesy finansowe, ale także budują trwałe zaufanie i przewagę na rynku – mówi Andrzej Gałkowski, Partner, Lider doradztwa dla sektora bankowego, Head of AI w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.
Zdecydowanie wolniejszy postęp widoczny jest w obszarze zarządzania podatkami – tylko około jedna trzecia firm testuje lub aktywnie wykorzystuje AI w tym zakresie. Wynika to głównie z wyzwań regulacyjnych oraz potrzeby łączenia technologii z ekspertyzą podatkową specjalistów.
Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje finanse, ale jej skuteczność zależy od integracji z wiedzą i danymi organizacji, które są dla niej paliwem napędzającym jej wydajność. Sukcesy we wdrażaniu AI odnoszą firmy, które nie traktują sztucznej inteligencji jako celu samego w sobie, lecz jako element szerszego systemu usprawnień. Kluczowe jest połączenie technologii z ludzką wiedzą i doświadczeniem oraz solidnymi procesami biznesowymi. Dzięki temu AI może efektywnie wspierać podejmowanie decyzji, przy minimalizacji ryzyka błędów. W nadchodzących latach liderami będą organizacje, które nie tylko wdrażają AI, ale także rozwijają kulturę jej odpowiedzialnego i świadomego wykorzystania – komentuje Leszek Ortyński, Dyrektor, Lider ds. AI i Data Science w KPMG w Polsce.
Największe wyzwania związane z wdrażaniem AI
Pomimo wielu korzyści, firmy stoją wciąż przed istotnymi trudnościami we wdrażaniu AI. Najczęściej wskazywanymi wyzwaniami są kwestie związane z bezpieczeństwem danych i prywatnością (57% wskazań), brak odpowiednich umiejętności w organizacjach (53%) oraz trudności w pozyskiwaniu spójnych danych (48%). Dodatkowo 45% firm wskazuje na wysokie koszty wdrożenia, a 40% zwraca uwagę na problem przejrzystości procesów AI.
Co istotne, organizacje będące liderami wdrażania AI są bardziej proaktywne w przeciwdziałaniu tym wyzwaniom – prawie 75% z nich wdrożyło zasady odpowiedzialnego korzystania ze sztucznej inteligencji. Dzięki takim działaniom możliwe jest minimalizowanie ryzyka i pełne wykorzystanie potencjału AI w finansach.
Badanie KPMG na temat postępów w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji w sprawozdawczości finansowej przeprowadzono w kwietniu 2024 roku. Objęło ono grupę 1800 dyrektorów finansowych firm z 10 głównych rynków światowych Ameryki Północnej, Europy i ASPAC. Dynamiczny rozwój AI był przyczynkiem do przeprowadzenia poszerzonego badnia we wrześniu 2024 roku, obejmującego dodatkowo Ametykę Łacińską, Azję i Pacyfik, Bliski Wschód i Afrykę. Grupę respondentów zwiększono do 2900, a poza sprawozdawczością finansową przeanalizowano aspekty dotyczące księgowości, ryzyka, operacji podatkowych i zarządzania finansami. Raport jest efektem analizy obu badań ankietowych.
Zygmunt Solorz-Żak, Rafał Brzoska i Sebastian Kulczyk to liderzy biznesu, których obecność w mediach internetowych w 2024 roku była oceniana najwyżej – wynika z analizy Instytutu Przywództwa. Publikacje z udziałem Zygmunta Solorza-Żaka osiągnęły wartość 10,43 mln zł, Rafała Brzoski – 8,67 mln zł, a Sebastiana Kulczyka – 4,16 mln zł.
Na co dzień zarządzają biznesami wartymi miliony, ale też pojawiają się mediach, budując rozpoznawalne marki osobiste. Instytut Przywództwa sprawdził, kto z polskich przedstawicieli biznesu jest najcenniejszy pod kątem obecności w doniesieniach na portalach internetowych. Do analizy wykorzystano wskaźnik ekwiwalentu reklamowego, czyli wartość w złotówkach, która określa, ile należałoby zapłacić za dany artykuł z udziałem przedstawiciela biznesu, gdyby był reklamą.
Na szczycie rankingu znalazł się Zygmunt Solorz-Żak z imponującym wynikiem ekwiwalentu reklamowego wynoszącym 10,43 mln zł. Wprawdzie jego aktywność biznesowa od lat przyciąga uwagę opinii publicznej, to jednak w zeszłym roku media interesowały się przede wszystkim sprawami sukcesji prowadzonych przez niego biznesów. Kolejne miejsca zajmują Rafał Brzoska, twórca InPost (8,67 mln zł) oraz inwestor Sebastian Kulczyk (4,16 mln zł).
– Łączna wartość medialna publikacji z udziałem pierwszej trójki przekroczyła kwotę 20 mln zł, co podkreśla istotną rolę liderów w polskim krajobrazie biznesowym i medialnym. Wysokie wyniki pokazują wpływ i zdolność biznesmenów do budowania rozpoznawalności w przestrzeni publicznej – komentuje wyniki rankingu Piotr Gąsiorowski, prezes Instytutu Przywództwa.
Różnorodność przedstawicieli biznesu w rankingu
W zestawieniu znaleźli się znani przedsiębiorcy reprezentujący różne branże, a wśród nich Dominika Kulczyk (publikacje o wartości 2,66 mln zł), Zbigniew Jakubas (2,49 mln zł) czy Józef Wojciechowski (2,22 mln z). Powyższe wyniki wskazują na wpływ medialny liderów polskiego biznesu.
– To zestawienie pokazuje, jak liderzy biznesu o różnym profilu budują swój wpływ medialny. Dominika Kulczyk, kojarzona z inwestycjami i działalnością filantropijną, Zbigniew Jakubas, działający w przemyśle i finansach, oraz Józef Wojciechowski, związany z rynkiem nieruchomości, reprezentują różne sposoby oddziaływania na opinię publiczną. Ich obecność w mediach może wynikać zarówno z aktywności biznesowej, jak i z podejmowanych inicjatyw społecznych czy inwestycji. Ciekawym aspektem jest też to, że niektórzy liderzy budują swój wizerunek poprzez aktywność medialną, podczas gdy inni, mimo unikania rozgłosu, i tak przyciągają uwagę opinii publicznej – tłumaczy Piotr Gąsiorowski.
Czy bycie „na świeczniku” pomaga w budowaniu firmy?
Medialność w świecie biznesu często kojarzy się z udzielaniem wywiadów oraz aktywnością w mediach społecznościowych czy debatach. Przypadek Tomasza Biernackiego, twórcy sieci Dino, świadczy jednak o tym, że swój wpływ na świat biznesu można budować również w sposób bardziej dyskretny.
Mimo że Biernacki konsekwentnie unika rozgłosu i nie pojawia się publicznie, jego firma osiągnęła jeden z największych sukcesów na polskim rynku spożywczym. Media regularnie analizują rozwój sieci Dino, co sprawia, że nawet niechęć jej założyciela do obecności w mediach nie ogranicza zainteresowania rozwijaną marką.
– To zjawisko podkreśla, że obecność w mediach – choć nie zawsze zamierzona – może wzmacniać pozycję rynkową firmy i jej właściciela. W przypadku Biernackiego, to same wyniki biznesowe oraz strategia ekspansji sprawiają, że jego nazwisko i marka Dino pozostają w centrum uwagi opinii publicznej – podsumowuje ekspert.
Wycena medialna obecności liderów biznesu na portalach internetowych w 2024 r. (na podstawie wartości ekwiwalentu reklamowego)
W ubiegłym tygodniu Światowa Rada Złota opublikowała kwartalny raport, który zamyka bilans całego 2024 roku. Raport nie tylko obrazuje sytuację na rynku złota, ale także wskazuje kilka istotnych trendów, które mogą kształtować rynek w nadchodzących latach. Zgodnie z danymi, podaż wynosiła w ubiegłym roku 4974,5 tony, co daje wzrost jedynie o 1% względem 2023 roku, natomiast podaż złota z recyklingu zanotowała aż 11% wzrost (do 1370 ton)! Stanowi to istotną kwestię, szczególnie w kontekście rosnących cen tego metalu szlachetnego. Czy wzrost cen złota sprawia, że wydobycie i odzyskiwanie złota staje się coraz to bardziej opłacalne? Komentarza udzielił ekspert Tavex.
40 nowych rekordów dla złota i dynamiczne wzrosty
W 2024 roku złoto osiągnęło 40 nowych rekordów cenowych. Średnia cena w IV kwartale wyniosła 2 663 USD/oz, co przełożyło się na średnią roczną cenę 2 386 USD/oz (+23% r/r). Ponadto podobnie jak w latach poprzednich, rynek był idealnie zbilansowany, najprawdopodobniej za sprawą umiejętnego balansowania pozycją OTC, a więc popytu na złoto generowanego na instrumentach pozagiełdowych. I choć całkowity popyt i podaż zanotowały jedynie 1% wzrostu względem roku 2023, to wydobycie wyniosło 3661 ton (jedynie o 17 ton wyższe r/r). Pokazuje to, że rosnące w ostatnim roku ceny kruszcu zwiększyły opłacalność recyklingu złota, a odzyskiwanie kruszcu jest jeszcze bardziej opłacalne.
Rosnące ceny złota to dobra wiadomość mogąca cieszyć podmioty zajmujące się branżą wydobywczą oraz recyklingiem, ale niekoniecznie jubilerów. Dla tej grupy coraz to wyższe ceny złota mogą niewątpliwie stać się nie lada wyzwaniem. Zgodnie z danymi, rok 2024 przyniósł spadek popytu na złoto ze strony tego sektora o 9%, osiągając wartość 2003,5 tony. Pocieszającym może okazać się fakt, że wartość zakupionej biżuterii wzrosła jednak o 9%, czyli do 144 miliardów USD z powodu rekordowych cen złota.
Optymistycznie wygląda sytuacja technologii, gdzie popyt na złoto wzrósł o 7% i był zdominowany przez sektor elektroniki, zyskując na znaczeniu zapewne dzięki rosnącej roli sztucznej inteligencji. W produkcji tego typu urządzeń niezwykle istotną rolę odgrywa również inny metal szlachetny – srebro, który jest kluczowym materiałem wykorzystywanym do rozwoju technologii, dlatego na przestrzeni lat będziemy pewnie obserwować wzrosty użyteczności także tego kruszcu.
W 2024 roku rynek inwestycyjny wykazał dynamiczny wzrost popytu na złoto, który zwiększył się o 25% i osiągnął poziom 1179,5 tony. Popyt na sztabki oraz przedmioty kolekcjonerskie wzrósł o około 10%, a na monety inwestycyjne zanotował spadki o 31%. Równocześnie zauważono, że spadek popytu na monety inwestycyjne równoważył się z wyższym popytem na sztabki. Ważnym elementem rynku inwestycyjnego były także zmiany w popycie na fundusze ETF, które odnotowały odpływ na poziomie jedynie 6,8 tony, co stanowi znaczną poprawę w porównaniu do 244 ton odpływów w 2023 roku – tłumaczy Tomasz Gessner, główny analityk Tavex.
Banki centralne zwiększają zakupy
Chociaż popyt ze strony banków centralnych, który wyniósł 1044,6 tony, był jedynie 1% niższy niż w roku 2023, warto zauważyć, że w ciągu ostatnich trzech lat banki centralne regularnie zwiększały swoje zakupy złota, co stanowi istotny trend w kontekście długoterminowej polityki monetarnej.
Zwiększający się popyt ze strony banków centralnych to sygnał, że złoto wciąż jest postrzegane jako stabilna forma zabezpieczenia rezerw w czasach globalnej niepewności. Wśród krajów, które zwiększyły zakupy złota w 2024 roku, wyróżnia się Polska, która zakupiła aż 90 ton złota. Wszystko to sprawia, że Narodowy Bank Polski był największym nabywcą złota w minionym roku – całkowite rezerwy złota Polski wynosiły na koniec roku 448 ton, co stanowiło 17% wszystkich rezerw walutowych kraju. Otwarcie mówi się o dążeniu do 20% udziału złota w rezerwach NBP – komentuje analityk. Jako uzupełnienie warto dodać, że w międzyczasie pozyskaliśmy już dane o aktywach rezerwowych NBP za styczeń, które obrazują, że rezerwy powiększyły się o kolejne 3 tony, a więc wynoszą obecnie 451 ton. Z kolei ich udział w całości aktywów rezerwowych zbliża się do 18% – dodaje Tomasz Gessner.
W zakresie ubiegłorocznych zakupów złota przez banki centralne, za Polską uplasowała się Turcja (+75 ton), a następnie Indie (+73 tony) i Chiny (+29 ton) – dwa z ostatnich wymienionych krajów stały się kluczowymi graczami na rynku. Warto zauważyć, że w Chinach oraz Indiach popyt na złote monety i sztabki był szczególnie silny. Także Czechy (+20 ton), Węgry (+16 ton), Serbia (+8 ton) i Gruzja (+7 ton) zwiększyły swoje rezerwy złota w 2024 roku. Trend ten wskazuje na zainteresowanie złotem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Patrząc na dane z 2024 roku, trudno nie zauważyć, że złoto wciąż pełni rolę zabezpieczenia przed inflacją i zmiennością rynków finansowych. Dynamika popytu, szczególnie w segmencie inwestycyjnym i banków centralnych, może wskazywać na dalszy wzrost zainteresowania złotem w nadchodzących latach. Biorąc pod uwagę stabilność podaży oraz rosnącą rolę złota w technologii, 2024 rok może okazać się początkiem nowego etapu na rynku metali szlachetnych – podsumowuje Tomasz Gessner, główny analityk Tavex.
Ruch w centrach i galeriach handlowych spadł w zeszłym roku o 3,5% w stosunku do 2023 roku. Na minusie znalazło się aż dwanaście województw, a tylko cztery były na plusie. Ponadto w tego typu obiektach rdr. ubyło 3,1% unikalnych klientów. Pod tym względem czternaście województw zaliczyło spadki, a dwa odnotowały minimalne wzrosty. W relacji rocznej nie zmieniła się natomiast częstotliwość robienia zakupów w tych placówkach. Takie są wyniki obserwacji zachowań blisko 1,5 miliona unikalnych konsumentów. Eksperci komentujący ww. dane są zaniepokojeni wynikami niektórych województw. Mogą one być efektem malejącej siły nabywczej ich mieszkańców.
W zeszłym roku ruch (footfall) w centrach i galeriach handlowych spadł o 3,5% w porównaniu z 2023 rokiem. Tak wykazał cykliczny raport, wydawany przez firmę technologiczną Proxi.cloud. Obserwacją objęto 1,5 mln klientów w 710 obiektach. Przy tym nie analizowano obrotów placówek handlowych, które nie są zależne od zagęszczenia ruchu czy liczby klientów.
– Spadek ruchu w centrach i galeriach handlowych jest niewielki, np. w porównaniu do inflacji w latach 2023-2024. Przede wszystkim jest rezultatem wzrostu znaczenia e-commerce. Ważnym czynnikiem jest aktywne wejście do Polski platform internetowych z Chin. Mają one bardzo atrakcyjne ceny, a do tego okres oczekiwania na dostawę został zdecydowanie skrócony – z miesiąca do kilku czy kilkunastu dni – komentuje dr hab. Jan Mikołajczyk z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, prof. UEP.
W przestrzeni publicznej pojawiały się informacje, że w 2024 roku piłkarskie Mistrzostwa Europy (od 14 czerwca do 14 lipca ub.r.), a w mniejszym stopniu – Letnie Igrzyska Olimpijskie (od 26 lipca do 11 sierpnia ub.r.), mogły przyciągnąć sporo konsumentów do ww. obiektów handlowych. Z danych zebranych do raportu wynika, że pierwsza z tych imprez sportowych mogła przyczynić się do krótkotrwałego wzrostu w galeriach i centrach handlowych. W czerwcu na turnieju odbyły się bowiem mecze reprezentacji Polski.
– W lipcu i sierpniu nastąpiły spadki ruchu. Nie widzimy więc przesłanek do tego, aby stwierdzić, że Igrzyska Olimpijskie pozytywnie przełożyły się na footfall w tych obiektach. Jednak trudno ocenić, jak on by wyglądał, gdyby nie zostały zorganizowane ww. imprezy sportowe – mówi Mateusz Chołuj z Proxi.cloud.
Z raportu wynika również, że w 2024 roku ruch w centrach i galeriach handlowych wzrósł rdr. w czterech województwach. Mowa tu o mazowieckim – 5,5% na plusie, świętokrzyskim – 5,3%, opolskim – 2,5%, a także łódzkim – 1,3%. Z kolei spadki rdr. odnotowano w dwunastu województwach. Największe z nich dotyczyły warmińsko-mazurskiego – 9,6% na minusie, lubelskiego – 8,9%, jak również podkarpackiego – 8,6%. W ocenie prof. Mikołajczyka, wzrosty są nieistotne statystycznie. Natomiast niepokojące są spadki w woj. warmińsko-mazurskim, lubelskim i podkarpackim. Mogą one być efektem malejącej siły nabywczej mieszkańców tych części Polski.
– Zróżnicowanie dynamiki footfallu r/r w województwach ma wiele czynników, których wpływ nie został sprawdzony w ramach tej konkretnej analizy. Niemniej jednak można się spodziewać, że znaczenie ma zróżnicowana sytuacja społeczno-ekonomiczna w poszczególnych częściach kraju. Ponadto trzeba pamiętać o czynnikach losowych, a więc o możliwych remontach części tych obiektów handlowych. Na takie dane wpływać może też różne tempo ekspansji sieci dyskontowych w poszczególnych regionach – analizuje Mateusz Nowak z Proxi.cloud.
Ponadto analiza wykazała, że w 2024 roku liczba unikalnych klientów (unique shoppers) w centrach i galeriach handlowych spadła o 3,1% w porównaniu z 2023 rokiem. W opinii autorów raportu, jest to nieznaczna zmiana, tak jak w przypadku footfallu. – Część klientów mogła zaniechać chodzenia do galerii handlowych z powodu popularyzacji usług e-commerce. Chętni są w stanie zamówić wiele produktów z dostawą. Z kolei inne osoby mogły nagle znaleźć się w gorszej sytuacji majątkowej, dlatego zrezygnowały z odwiedzania takich placówek handlowych w tym okresie – podkreśla Mateusz Nowak.
Bardziej szczegółowe dane pokazują, że w ub.r. liczba unikalnych klientów wzrosła rdr. w dwóch województwach, tj. w mazowieckim – o 0,3%, a także w opolskim – o 0,1%. Były to więc minimalne zmiany. Natomiast w czternastu województwach odnotowano spadki rdr. w tym zakresie. Największe z nich dotyczą warmińsko-mazurskiego – o 7,8%, lubelskiego – o 6,5%, jak również podlaskiego – o 5,3%.
– Podobnie jak w przypadku ruchu, zróżnicowanie dynamiki spadku unikalnych klientów między województwami zależeć może od kilku czynników. Mam na myśli m.in. sytuację społeczno-ekonomiczną, wydarzenia losowe, ale też nierównomierną ekspansję innych sieci handlowych – stwierdza Mateusz Chołuj z Proxi.cloud.
Do tego zaobserwowano, że w ub.r. średniomiesięczna średnia liczba wizyt w galeriach przypadająca na jednego konsumenta wyniosła 3,2. To dokładnie tyle samo, co w 2023 roku. – Dane te są potwierdzeniem niezmienności nawyków zakupowych klientów, którzy dalej odwiedzają tego typu placówki. Natomiast taka częstotliwość wizyt może oznaczać, że Polacy zaopatrują się w większość produktów codziennego użytku w innych typach sklepów. Takie zakupy robią np. w dyskontach lub korzystają z usług e-commerce – podsumowuje Mateusz Nowak.
Złoty radził sobie w 2024 r. lepiej niż pozostałe waluty regionu. Konsekwentnie umacnia się po październikowym osłabieniu, przekraczając swoje niedawne maksima. W styczniu kurs EUR/PLN spadł do najniższego od niemal siedmiu lat poziomu 4,20 i dotychczas w lutym kontynuował aprecjację. USD/PLN doświadcza większej zmienności, po części przez wygraną Trumpa w wyborach prezydenckich.
Kluczowe punkty:
Kurs EUR/PLN jest najniższy od 2018 r.
Złotego wspiera jastrzębi NBP.
Spodziewamy się powrotu do cięć stóp procentowych w 2025 r.
W średnim terminie PLN może być jedną z najbardziej odpornych walut EM.
Wzrost powinien przyspieszyć i być bardziej zbalansowany.
Wieści spoza kraju mogą prowadzić do większej zmienności i stanowić okresowo wyzwanie dla PLN.
Koniec wojny między Rosją i Ukrainą może poprawić sentyment wobec regionu i PLN.
Sądzimy, że ożywienie złotego po szokach związanych z pandemią i wojną rosyjsko-ukraińską właściwie już się zakończyło. Warto również zauważyć, że waluta doświadczyła silnej aprecjacji w ujęciu realnego efektywnego kursu wymiany, który w ciągu ostatnich dwóch i pół roku odnotował wzrost o ok. 20%, do najwyższego poziomu od czasu kryzysu finansowego z 2008 r.
Normalizacja w gospodarce sprzyja walucie
Relatywną odporność złotego można łączyć z tym, że sytuacja w polskiej gospodarce w dużej mierze doświadczyła normalizacji. Szereg kluczowych elementów – takich jak sytuacja bilansu płatniczego, aktywność gospodarcza i inflacja – powrócił do „stanu naturalnego” lub w jego okolice. Dynamika PKB w 2024 r. znacznie przyspieszyła, do 2,9%, po tym jak rok wcześniej była niemal płaska.
Gwałtowny spadek inflacji pozwolił na ożywienie realnych dochodów w 2024 r. Wydaje się jednak, że istotna ich część została zaoszczędzona, co sprawiło, że konsumpcja doświadczyła umiarkowanego wzrostu, a nie gwałtownego boomu. Jest to spowodowane po części faktem, że stopa oszczędności w Polsce była w latach 2022–2023 rekordowo niska. Ponadto, niepewność geopolityczna i wysoka inflacja wspierają ostrożność gospodarstw domowych.
Aktywność gospodarcza powinna w kolejnych latach jeszcze się wzmocnić, wspierana przez dużą absorpcję środków unijnych. Niemniej marazm gospodarczy w Europie i groźby amerykańskich ceł sugerują, że polski eksport pozostanie stłumiony.
Wykres 2: Dynamika PKB w Polsce (2015 – 2024)
Źródło: LSEG Datastream Data: 07/02/2025
Fundamenty nadal dobre
Stosunkowo dobre fundamenty Polski pozostają dla złotego dość korzystne. Słabszy eksport i ożywienie konsumpcji sprawiły, że nadwyżka na rachunku obrotów bieżących wyparowała, w średnim terminie notowany będzie jednak zapewne jedynie niewielki deficyt. Sytuacja fiskalna pozostaje wyzwaniem – wysoki deficyt wynoszący ok. 6% PKB będzie redukowany bardzo powoli, przez co stosunek długu polskiego sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB ma wzrosnąć z 53,5% w III kwartale 2024 r. do 60% w 2026 r. Polska jest objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu, poważniejsza jego redukcja rozpocznie się jednak najpewniej dopiero w przyszłym roku.
Niemniej stosunek długu do PKB jest w Polsce stosunkowo niski w porównaniu z wieloma podobnie rozwiniętymi krajami, a ratingi kraju pozostają stabilne. Spory deficyt Polski można po części przypisać wzrostowi wydatków militarnych – Polska przoduje pod tym względem w NATO (wydatki mają wzrosnąć z 4,1% PKB w 2024 r. do 4,7% w 2025 r.). Biorąc pod uwagę, że Trump nalega, by kraje NATO zwiększyły wydatki militarne do 5% PKB, może to wspierać relację Polski z USA.
Rok wyborczy – raczej bez fajerwerków
W tym roku odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Inwestorzy z radością przyjęli wyniki wyborów parlamentarnych z 2023 r., postrzegając nowy rząd jako bardziej liberalny, bardziej praworządny i stanowiący obietnicę ocieplenia stosunków z UE. Wygrana w tym roku faworyta, Rafała Trzaskowskiego, pozwoliłaby na lepszą współpracę między rządem i prezydentem, i może być przez inwestorów preferowana, wydaje się to jednak już w znacznej mierze zawarte w wycenie rynku.
Jastrzębi NBP zapewnia złotemu wsparcie
Spadek inflacji wzmocnił zakłady za obniżkami stóp procentowych NBP. Bank centralny w ubiegłym roku utrzymywał jednak stopę referencyjną na stałym poziomie 5,75%, dzięki czemu złoty zyskał solidne wsparcie. Inflacja znajduje się wciąż poza celem NBP (1,5–3,5%) – w grudniu ustabilizowała się na poziomie 4,7%. Bazowa dynamika cen pozostaje wysoka, ok. 4%, i powyżej celu od połowy 2021 r. Istotne dla cen konsumenckich są nie tylko decyzje regulacyjne, ale też wzrost płac, który dopiero niedawno niepewnie spadł poniżej 10%, oraz polityka fiskalna, która wciąż jest luźna.
Spodziewamy się powrotu do cięć stóp procentowych w 2025 r.
Prezes Adam Glapiński niedawno podkreślił te ryzyka. Choć wcześniej rozważał cięcia stóp procentowych NBP nawet w marcu 2025 r., to od grudnia jego retoryka stała się zaskakująco jastrzębia – wówczas zasygnalizował, że na cięcia być może będzie trzeba poczekać do 2026 r. Mimo że powrót do cięć w marcu wydaje się niemal wykluczony, jastrzębiość Glapińskiego nie do końca nas przekonuje i sądzimy, że RPP zdecyduje się w tym roku na kilka obniżek. Zgadzamy się z wycenami rynkowymi, które wskazują na 75–100 pb. cięć w 2025 r.
Wykres 3: Stopy procentowe w Polsce (2015 – 2025)
Źródło: LSEG Datastream Data: 07/02/2025
Złoty ma szansę dalej błyszczeć
Sądzimy, że w horyzoncie naszej prognozy złoty będzie jedną z lepiej radzących sobie walut rynków wschodzących. Obecnie spodziewamy się kursu EUR/PLN bliskiego 4,25 w 2025 i 2026 r. Silne partnerstwo Polski z USA, ograniczone powiązania z Chinami, brak zależności od surowców i zdrowe fundamenty sprawiają, że złoty jest dobrze przygotowany na drugą kadencję Trumpa. Perspektywy gospodarcze są korzystne, a wciąż wysokie stopy procentowe i silne fundamenty powinny wspierać złotego.
Dostrzegamy również możliwość dodatkowej aprecjacji w przypadku rozwiązania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego – możliwe, że do pewnego stopnia już ona następuje. Choć naszym zdaniem złoty jest obecnie dość silny, nie możemy z całą pewnością wykluczyć, że w krótkim terminie będzie nieco silniejszy, niż prognozujemy, szczególnie jeśli NBP będzie w dalszym ciągu stanowczo odmawiać cięć.
EUR/USD
USD/PLN
EUR/PLN*
Q1-2025
1,04
4,10
4,25
Q2-2025
1,04
4,10
4,25
Q3-2025
1,04
4,10
4,25
E-2025
1,04
4,10
4,25
E-2026
1,06
4,00
4,25
*prognoza EUR/PLN jest prognozą złotego,
prognoza EUR/USD ma kluczowe znaczenie dla prognozy USD/PLN
Autor: Roman Ziruk – starszy analityk rynkowy Ebury
Ceny ubezpieczeń na świecie spadły o 2% w czwartym kwartale 2024 r., po spadku o 1% w Q3 2024 r., co oznacza drugi z rzędu kwartalny spadek po siedmiu latach wzrostów stawek – wynika z najnowszego raportu Global Insurance Market Index, opublikowanego przez Marsh, wiodącego na świecie brokera ubezpieczeniowego i doradcę ds. ryzyka, należącego do Grupy Marsh McLennan (NYSE: MMC).
Wynik ten jest kontynuacją trendu spadkowego, który po raz pierwszy zaobserwowano w Indeksie w pierwszym kwartale 2021 roku, który jest napędzany przez wzmożoną konkurencję w ubezpieczeniach majątkowych, umiarkowany wzrost stawek OC, stabilizację cen w liniach finansowych oraz obniżki stawek dla ryzyk cybernetycznych.
W podziale na regiony, Pacyfik (-8%), Wielka Brytania (-5%), Azja (-3%), Europa (-2%) i Kanada (-2%) odnotowały spadki stawek w Q4 w ujęciu rok do roku, podczas gdy Ameryka Łacińska i Karaiby (LAC) oraz Indie, Bliski Wschód i Afryka (IMEA) odnotowały wzrosty o 1%. Stawki w Stanach Zjednoczonych pozostały na stabilnym poziomie po wzroście o 3% w Q3 2024.
Kluczowe wnioski:
Stawki ubezpieczeń majątkowych spadły o 3% na świecie, po spadku o 2% w Q3 2024 r. Region Pacyfiku odnotował największy spadek, wynoszący 8%; w USA i Wielkiej Brytanii spadki wyniosły 4%; natomiast Kanada, LAC i Azja odnotowały niskie jednocyfrowe spadki. Stawki polis majątkowych w Europie pozostały stabilne, a IMEA odnotowało wzrost o 3% w Q4. Globalny rynek ubezpieczeń majątkowych pozostaje wrażliwy na zdarzenia losowe, szczególnie na trwające pożary w Los Angeles, które prawdopodobnie wpłyną na łączną wartość strat katastroficznych w 2025 r.
Ceny ubezpieczeń OC wzrosły o 4% na świecie, po 6% w poprzednim kwartale. Stawki odpowiedzialności cywilnej w USA nadal rosły bardziej niż w innych regionach (7%). W Ameryce Łacińskiej i Karaibach odnotowało wzrost o 5%, podczas gdy w pozostałych regionach spadki wahały się od 2% do wzrostów o 1%.
Stawki dla linii finansowych i profesjonalnych spadły o 6% – dziesiąty kwartał spadków z rzędu – przy czym spadki stawek odnotowano we wszystkich regionach w wyniku silnej konkurencji i dostępnej pojemności.
Ceny ubezpieczeń cybernetycznych spadły o 7% na świecie – po spadku o 6% w poprzednim kwartale – przy spadkach we wszystkich regionach spowodowanych silną konkurencją zarówno wśród obecnych, jak i nowych ubezpieczycieli, a także ciągłą poprawą cyberbezpieczeństwa w wielu firmach.
„Złagodzenie stawek w ubezpieczeniach majątkowych, liniach finansowych i cybernetycznych jest pozytywnym zjawiskiem dla klientów, podczas gdy wyzwania w innych obszarach rynku, szczególnie w zakresie odpowiedzialności cywilnej w USA, są dotkliwe. Jesteśmy zaangażowani w pomoc klientom w zarządzaniu kosztami, ochronie ich bilansów i skutecznym poruszaniu się w zmieniających się warunkach rynkowych” – komentuje raport John Donnelly, Global Head of Placement w Marsh.
Blanka Kuzdro-Chodor, Dyrektor Działu Klienta Korporacyjnego, Marsh Polska: „Q4 2024 to kolejny kwartał, w którym zaobserwowaliśmy niewielki spadek stawek, mimo strat związanych z powodzią, które dotknęły rynek. To stanowi potwierdzenie globalnych trendów. Mamy nadzieję, że po wielu latach wzrostów stawek, trend spadkowy utrzyma się na dłużej. Z pewnością jest to dobra wiadomość dla naszych klientów. Zobaczymy, czy osiągnięte oszczędności przyczynią się do podejmowania świadomych decyzji dotyczących poszerzenia ochrony poprzez wybór dodatkowych produktów lub inwestycje w poprawę zarządzania ryzykiem”.
Marcin Zimowski, Dyrektor w Pionie Klientów Strategicznych, Marsh Polska: „Obserwacje dotyczące rynku światowego i europejskiego w zakresie ubezpieczeń majątkowych zdają się potwierdzać nasze dotychczasowe prognozy o stopniowym odwracaniu się wieloletniego trendu. W porównaniu z innymi regionami, Europa wciąż podchodzi do kalkulacji stawek dość konserwatywnie, ponieważ średnia cena ubezpieczeń majątkowych na rynkach europejskich nie uległa zmianie w porównaniu do roku poprzedniego, podczas gdy w poprzednim kwartale odnotowano 1% wzrost. Co ciekawe, spadki na rynkach międzynarodowych występują mimo głośnych medialnie szkód katastroficznych, które dotknęły różne regiony świata w 2024 roku. Nasze doświadczenia z lokalnego rynku wskazują na powielanie, choć z pewnym opóźnieniem, kierunku, w którym podąża szeroki rynek. Coraz więcej postępowań konkursowych kończy się utrzymaniem cen lub, w przypadku klientów, którzy szczególnie dbają o poprawę ryzyka, nawet niewielkimi spadkami. Niemniej, pewną bolączką polskiego rynku, z perspektywy osób poszukujących ochrony ubezpieczeniowej, pozostaje wciąż dość wąskie grono ubezpieczycieli, co negatywnie wpływa na możliwość uzyskania interesujących rozwiązań dla niektórych segmentów rynku lub rodzajów ryzyka”.
Małgorzata Splett, Dyrektor Praktyki FINPRO i Cyber w Regionie CEE, Marsh Polska: „W Q4 2024 r. zaobserwowaliśmy kontynuację spadku stawek ubezpieczeniowych w liniach finansowych i cybernetycznych. Większość klientów odnowiła swoje programy ubezpieczeniowe z składkami na poziomie zbliżonym do zeszłorocznych lub zyskała redukcję składki sięgającą kilkunastu procent. Warto zaznaczyć, że mówimy tutaj o uśrednionych danych, które nie uwzględniają indywidualnych czynników ryzyka i szkodowości. W przypadku ubezpieczeń D&O dla polskich klientów, przetasowania w zarządach spółek skarbu państwa oraz ich (na razie) medialne konsekwencje mają negatywny wpływ na rynek polis D&O. Wiele z tych podmiotów decyduje się na zakup wysokich sum ubezpieczenia, co sprawia, że lokalni ubezpieczyciele są ostrożniejsi w oferowaniu znaczących zniżek. W przeciwieństwie do tego, rynek europejski i brytyjski często wykazuje większą elastyczność cenową, jednak nasi zarządzający zazwyczaj preferują większe bezpieczeństwo w zakresie ciągłości ochrony. Dla klientów niepublicznych aktualnie alternatywą może być oferta zagraniczna, ale warto dokładnie rozważyć wszystkie za i przeciw takiego podejścia w rozmowach ze swoim doradcą. W liniach cybernetycznych obserwujemy, że nasi klienci stają się coraz bardziej świadomi ryzyka oraz konsekwencji szkód dla wyników finansowych swoich organizacji. Analizując generowane przez nas od wielu lat indywidualne raporty oceny ryzyka cyber, w tym raporty Blue[i], które stanowią punkt wyjścia dla większości procesów plasowania ubezpieczenia, zauważamy znaczną poprawę w zakresie dojrzałości cybernetycznej polskich organizacji. Pozytywny trend w składkach ubezpieczenia cyber nie będzie więc wynikał jedynie z bardziej miękkiego rynku, ale także z lepszej jakości ryzyka u naszych klientów”.
Maciej Kalbus, Zastępca Dyrektora, Departament Ryzyk Kredytowych, Marsh Polska: „W Polsce w 2024 roku presja na spadek cen na rynku ubezpieczeń należności była odczuwalna, podobnie jak na innych rynkach europejskich. Działo się tak mimo wzrostu liczby i wartości szkód, spowodowanych przede wszystkim rosnącą liczbą niewypłacalności kontrahentów z kluczowych rynków europejskich. Duże i średnie firmy, które nie doświadczyły problemów z niewypłacalnością, oraz te działające w lepiej postrzeganych branżach mogły liczyć na poprawę warunków cenowych. Sytuacja ta była również wynikiem wysokiej retencji biznesu u większości ubezpieczycieli, co zwiększyło agresywną politykę cenową konkurencji zainteresowanej przejęciem danej firmy. Wzrost niewypłacalności miał wpływ na ofertowanie podmiotów, które zmagały się z wysoką lub rosnącą częstotliwością szkód. W ich przypadku ubezpieczyciele starali się łagodzić wzrost stawek, modyfikując inne parametry polisowe, w szczególności udział własny oraz wprowadzając klauzule malus i franszyzy redukcyjne. W efekcie tych działań składka w segmencie całego polskiego rynku ubezpieczeń należności prawdopodobnie spadnie w porównaniu do roku 2023. Warto podkreślić, że w 2025 roku takie podejście ubezpieczycieli do ofertowania wciąż pozostaje aktualne”.
Medinice SA, notowana na GPW spółka MedTech, ma nowego członka Rady Nadzorczej. Do składu Rady, w drodze kooptacji, dołączył Paweł Sobkiewicz. To doświadczony ekspert z ponad 20-letnim doświadczeniem na rynku kapitałowym, specjalizujący się w emisji papierów wartościowych, ich wprowadzaniu na GPW oraz transakcjach fuzji i przejęć.
Paweł Sobkiewicz będzie niezależnym członkiem Rady Nadzorczej Medinice SA.
Nowy członek RN posiada wieloletnie doświadczenie na rynku kapitałowym, głównie w obszarze emisji papierów wartościowych oraz ich wprowadzaniu do obrotu na rynkach GPW.
– Jesteśmy przekonani, że doświadczenie i wiedza Pawła Sobkiewicza znacząco przyczynią się do dalszego rozwoju Medinice SA oraz realizacji naszych strategicznych celów. Jego ekspertyza w obszarze rynku kapitałowego i transakcji inwestycyjnych będzie dla nas dużym wsparciem. – mówi Sanjeev Choudhary, prezes zarządu Medinice SA.
Pan Paweł Sobkiewicz posiada wykształcenie wyższe ekonomiczne, jest absolwentem Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości w Warszawie. Studiował także na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył studia EMBA i kurs dla doradców inwestycyjnych. Ma ponad 20-letnie doświadczenie na rynku kapitałowym w obszarze emisji papierów wartościowych, wprowadzania ich na GPW oraz transakcji fuzji i przejęć.
Jego kariera zawodowa związana była głównie z domami i biurami maklerskimi. Swoje pierwsze szlify zdobywał w Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego w Warszawie S.A. Był związany również z Domem Maklerskim BGK S.A., gdzie obsługiwał m.in. procesy prywatyzacji przedsiębiorstw. W latach 2005-2016 był Dyrektorem Inwestycyjnym w spółce giełdowej Capital Partners S.A. Od 2007 r. zajmował stanowisko Wiceprezesa Zarządu w Domu Maklerskim Capital Partners S.A., gdzie kierował strategicznymi projektami związanymi z rynkiem kapitałowym. Był też Partnerem Zarządzającym w funduszu HBI Ventures oraz Senior Managerem w PKF Consult. Aktualnie prowadzi działalność doradczą realizując liczne projekty inwestycyjne oraz transakcje na rynku kapitałowym.
Pan Paweł Sobkiewicz ma też bogate doświadczenie z pracy w licznych radach nadzorczych spółek kapitałowych, w tym notowanych na rynkach prowadzonych i organizowanych przez Giełdę Papierów Wartościowych.
– Cieszę się, że dołączyłem do Rady Nadzorczej Medinice i mogę wspierać spółkę w jej dalszym rozwoju, zwłaszcza w tak istotnym momencie, w którym obecnie firma się znajduje. Liczę, że moje doświadczenie przyczyni się do realizacji kolejnych ambitnych planów biznesowych spółki, szczególnie tych o zasięgu globalnym. – dodaje Paweł Sobkiewicz, członek Rady Nadzorczej Medinice SA.
Rada Nadzorcza Medinice SA od lat składa się z grona doświadczonych ekspertów, w tym między innymi przez Pana Marcina Gołębickiego, zarządzającego największymi międzynarodowymi koncernami medycznymi w Europie, USA, Azji, Afryce i na Bliskim Wschodzie.
Zapowiedzi ceł na stal i aluminium stały się faktem, od 12 marca obowiązująca stawka na import do USA to 25%. Duży apetyt na krajowe aktywa, EUR/PLN na kolejnych minimach. Zaskakująco wysoki odczyt inflacji CPI na Węgrzech.
Cła na stal i aluminium stały się faktem – 25% od 12 marca bez wyjątków
Ta informacja nie jest niczym nowym, bo cła na import stali i aluminium do USA były już zapowiadane choćby w weekend. Niemniej jednak Donald Trump zawsze pobudza myślenie w stylu „a może jednak się rozmyśli”. Nic takiego tym razem nie miało miejsca, a od 12 marca stawki celne na import wspomnianych surowców wyniosą 25% „bez wyjątku i bez wykluczeń”. I trzeba przyznać, że niektórzy mogą czuć się tym faktem niejako oszukani. Choćby Australijczycy, których premier pochwalił się, że prezydent USA rozważa ulgi dla swoich partnerów handlowych. Wygląda więc na to, że ulg nie ma, bo po prostu Trump w tym momencie żadnego kraju nie traktuje jako swojego partnera. Nałożone cła w mniejszym stopniu uderzą akurat w Australię, bo eksport tych surowców do USA nie przekracza 5%, ale obawiać się mogą Kanadyjczycy i Meksykanie. EUR/USD na decyzję nie zareagował i ciągle oscyluje w okolicach 1,03.
Duży popyt na polskie aktywa
Mimo że krajowa giełda poprzedniego roku nie może zaliczyć do udanych (jak choćby argentyńska, gdzie notowano ponad 370% wzrostów), to 2025 zapowiada się dużo lepiej. Widać od początku roku apetyt na polskie aktywa. Poza parkietami to także rynek FX oraz krajowe obligacje. Jeśli chodzi o rynek długu, widzimy zauważalny spadek z poziomu 6 do 5,75% w przypadku 10-latek. Kurs EUR/PLN pokonuje od połowy stycznia kolejne wsparcia, by dzisiaj znaleźć się już poniżej poziomu 4,18. Co tak rozgrzewa popyt na krajowe aktywa? Głównym tematem jest oczywiście kwestia zakończenia wojny na Ukrainie. Nasz kraj miałby być głównym graczem udzielającym pomocy w odbudowie tego kraju. Na plus działa też polityka monetarna i utrzymywanie wysokich stóp procentowych. A ze „świeżych” tematów, wczorajsze zapowiedzi naszego rządu – ogromne inwestycje i zawrotny budżet na ten cel.
Powell przed Kongresem
Dzisiaj w kalendarzu wydarzeń makroekonomicznych zwraca uwagę przede wszystkim wystąpienie szefa Fed w Kongresie o 16.00, przy okazji prezentacji raportu na temat perspektyw gospodarczych i monetarnych. Analitycy zastanawiają się, czy będzie mały pstryczek w kierunku nowego prezydenta USA za wywołanie niepewności gospodarczej. Dzisiaj warto zwrócić uwagę również na wysoki odczyt inflacji CPI z Węgier. Oczekiwania były na poziomie 4,8%, podczas gdy wynik zakotwiczył na poziomie aż 5,5%. To także sporo wyżej niż w poprzednim miesiącu (4,6%). Bank centralny Węgier już 4 razy z rzędu utrzymywał stopę procentową na poziomie 6,5% po wcześniejszych cięciach. Wydaje się, że tym odczytem sprawił, że kolejne posiedzenie zapowiada się jako to nudne, gdyż żadnych zmian w polityce pieniężnej nie będzie. HUF dzisiaj umacnia się na szerokim rynku, bo wyższa CPI może sprawić, że Bank Węgier będzie zmuszony utrzymać stopy bez zmian w dłuższym terminie.
Autor: Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Walutomat.pl
Aktywność deweloperów na wrocławskim rynku biurowym w 2024 roku utrzymała się na ograniczonym poziomie. Najemcy podpisali umowy najmu na 146 000 m kw., co było drugim najwyższym wynikiem wśród rynków regionalnych. Nieznacznie niższy popyt wpłynął na wzrost współczynnika pustostanów do poziomu 19,3%.
Zasoby trzeciego pod względem wielkości – po Warszawie i Krakowie – rynku biurowego we Wrocławiu na koniec 2024 roku wyniosły 1,38 mln m kw.
W dalszym ciągu deweloperzy wykazywali się ostrożnym podejściem do rozpoczynania nowych projektów. W 2024 roku do użytku oddano zaledwie 38 000 m kw., a na etapie realizacji znajduje się jedynie 35 000 m kw.
„Popyt na powierzchnie biurowe we Wrocławiu pozostawał relatywnie stabilny. Wprawdzie wynik z ubiegłego roku był niższy o 12% od tego osiągniętego w 2023, ale warto zaznaczyć, że odnotowano wówczas drugi najwyższy poziom wynajmu w historii wrocławskiego rynku. W 2024 roku najemcy podpisali umowy najmu na 146 000 m kw., co stanowiło 21% całkowitego wolumenu transakcji zanotowanych poza Warszawą,”– powiedziała Anna Patrzyk-Sperzyńska, Associate Director w Knight Frank.
W strukturze transakcji, podobnie jak w większości badanych miast, zdecydowanie przeważały renegocjacje, których udział wyniósł 57%. Firmy w dalszym ciągu pozostają wrażliwe na koszty, które wiążą się z relokacją, takie jak wydatki na przeprowadzkę i dostosowanie powierzchni do potrzeb najemcy. Odsetek nowych umów w wolumenie transakcji wyniósł 36%, a ekspansji zaledwie 2%.
„Osłabienie popytu w 2024 roku przełożyło się na utrzymanie wysokiego wskaźnika pustostanów we Wrocławiu. Na koniec IV kwartału 2024 roku wyniósł on 19,3%, co wiązało się ze wzrostem o 1,1 pp. w porównaniu analogicznego okresu w 2023 roku. Jednak w porównaniu z poprzednim kwartałem odnotowano spadek o 0,4 pp., co może sygnalizować początek trendu spadkowego, zwłaszcza biorąc pod uwagę niewielką powierzchnię w trakcie budowy,”– dodał Michał Kusy, Junior Consultant, Research w Knight Frank.
Czynsze wywoławcze we Wrocławiu na koniec 2024 roku pozostały na stabilnym poziomie wynosząc od 10,00 do 16,00 EUR/m kw./miesiąc, jednak czynsze za najlepsze powierzchnie w nowopowstałych budynkach mogą przekraczać ten poziom. Opłaty eksploatacyjne również pozostały na stabilnym poziomie, mieszcząc się w przedziale od 16,00 do 31,00 PLN/m kw./miesiąc.