Rusza ostatni w perspektywie budżetowej 2007-2013 nabór wniosków z działania 312 „Tworzenie i rozwój mikroprzedsiębiorstw”

W przyszłym tygodniu ruszają dotacje w ramach jednego z najpopularniejszych rolniczych programów. Od 15 kwietnia można starać się nawet o 300 tys. zł na rozwój lub założenie firmy na obszarach wiejskich. To oznacza, że powstaną nowe przedsiębiorstwa i miejsca pracy.

Od 15 do 26 kwietnia trwa nabór wniosków w ramach programu „Tworzenie i rozwój mikroprzedsiębiorstw”.

– Dotychczas odbyły się trzy nabory: w pierwszym mieliśmy niecałe 5 tys. ubiegających się o wsparcie, w drugim było już ponad 10 tys., a w trzecim prawie 16 tys. Teraz też spodziewamy się szerokiego grona. Dysponujemy dużą kwotą, bo ponad 2 mld złotych na wsparcie w ramach 15 województw – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Grażyna Wereszczyńska, dyrektorka Departamentu Działań Inwestycyjnych w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

O pieniądze mogą ubiegać się mieszkańcy wszystkich województw z wyjątkiem Wielkopolskiego, ponieważ tu został wyczerpany limit funduszy na ten program.

Dofinansowanie inwestycji otrzymają osoby, które nie podlegają ubezpieczeniu w pełnym zakresie w KRUS i zamierzają na obszarach wiejskich otworzyć lub rozwijać już istniejące mikroprzedsiębiorstwo, czyli firmę zatrudniającą do 10 osób, której obrót lub bilans roczny nie przekracza 2 mln euro.

– To jest najważniejsze z kryteriów – siedziba lub zamieszkiwanie na obszarze wiejskim. Są to gminy wiejskie, miejsko-wiejskie lub miejskie, z wyłączeniem miast powyżej 5 tys. mieszkańców – tłumaczy Grażyna Wereszczyńska.

Mikroprzedsiębiorca musi zatrudnić

W zamian za przyznanie pomocy należy utworzyć miejsca pracy na obszarze wiejskim. Tworząc jedno można uzyskać do 100 tys. zł, dwa stanowiska – do 200 tys. zł, a tworząc trzy i więcej miejsc pracy – do 300 tys. zł wsparcia (w okresie całego czasu trwania PROW 2007-2013). Agencja dofinansuje do 50 proc. poniesionych kosztów kwalifikowalnych.

Przedsiębiorca musi następnie utrzymać te stanowiska przez co najmniej dwa lata licząc od momentu wypłaty pieniędzy przez ARiMR. Natomiast firma musi być prowadzona przez 5 lat od dnia zawarcia umowy z agencją.

Jednak nie każdy rodzaj działalności gospodarczej uzyska dofinansowanie. Lista ponad 300 takich obszarów została określona przez ministra rolnictwa.

Pomoc – część kosztów kwalifikowalnych – wypłacana jest po rozliczeniu się z inwestycji. Możliwe jest jednak ubieganie się zaliczkę.

– Składając wniosek o przyznanie pomocy można od razu zaznaczyć, że zamierzamy skorzystać z zaliczki. Wówczas podczas zawarcia umowy należy przedłożyć dodatkową gwarancję ubezpieczeniową lub bankową na tę zaliczkę. Można wówczas uzyskać do 50 proc. kwoty pomocy przyznanej w ramach umowy z ARiMR. Po jej zawarciu beneficjent dostaje zaliczkę na konto – wyjaśnia Grażyna Wereszczyńska.

Wnioski o przyznanie pomocy wraz z załącznikami (są publikowane na stronie internetowej agencji arimr.gov.pl) należy złożyć osobiście lub korzystając z pomocy upoważnionych osób w oddziałach regionalnych ARiMR. Można je również przesłać listem poleconym. Pod koniec maja zostanie opublikowana lista rankingowa na stronie internetowej agencji. Od tego momentu agencja przystąpi do weryfikacji i oceny tych wniosków pod kątem przysługiwania pomocy.

Zdaniem analityków walutowych – w czerwcu kolejna obniżka stóp procentowych

Dziś rusza dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Na decyzję w sprawie stóp procentowych czekają m.in. rynki walutowe. W ostatnich miesiącach obniżono stopy do najniższego w historii poziomu, łącznie o 1,25 punktu procentowego. Nie musi to jednak oznaczać, że nie będą dalej obniżane.

– Stopy procentowe jeszcze spadną, ale nieznacznie – prognozuje dla Agencji Informacyjnej Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. – Wydaje mi się, że zostaną obniżone jeszcze o ćwierć punktu procentowego. Nie sądzę, by spadki były większe, gdyż Rada Polityki Pieniężnej dokonała już znaczących obniżek. Poza tym niektórzy ekonomiści w RPP sądzą, że obniżka stóp procentowych jest na dłuższą metę szkodliwa dla gospodarki.

Według Ignacego Morawskiego decyzja o obniżce nie zapadnie na rozpoczynającym się posiedzeniu, ale można spodziewać się jej w czerwcu.

W 2013 r. stopy procentowe były zmieniane już trzy razy: 10 stycznia, 7 lutego i 7 marca. Za każdym razem zmiany te wiązały się z obniżką wszystkich podstawowych stóp procentowych. Po obniżeniu stopy referencyjnej 7 marca br. o 0,5 pkt proc., wynosi ona 3,25 proc.

Zdaniem analityków walutowych pozostawienie stóp procentowych bez zmian może skutkować umacnianiem się złotego.

Jak podkreśla główny ekonomista PBP, w dłuższej perspektywie nie powinniśmy jednak oczekiwać znaczących wahań kursu złotego w stosunku do euro. W najbliższych miesiącach kurs euro do złotego będzie w dalszym ciągu utrzymywał się między 4,10 a 4,20 zł/euro.

– Co ciekawe, polska waluta jest ostatnio wyjątkowo stabilna – zauważa Ignacy Morawski. – Jeśli zaś zrealizuje się scenariusz prognozowanego ożywienia w gospodarce na przełomie tego i przyszłego roku, to cena euro może zejść bliżej 4 złotych. Nie można też wykluczyć zawirowań, wywołanych przez ewentualne pogłębienie kryzysu strefy euro.

Nie chce jednak oceniać, który scenariusz jest bardziej prawdopodobny. Z jednej strony mamy pogłębiające się problemy niektórych państw, m.in. na południu Europy i wciąż nieefektywna politykę ratowania eurolandu.

– Przez ostatnie 2-3 lata wydawało się, że wszystko zmierza ku temu, by strefa euro zaczęła trzeszczeć w posadach i powoli się rozpadać. Południe tkwi w recesji, Cypr znalazł się w sytuacji tragicznej, a w kolejce stoi Słowenia. Sektor bankowy jest słaby, nie prowadzi akcji kredytowej, a zaufanie obywateli do rządów, a tym bardziej do Brukseli drastycznie maleje – wylicza główny ekonomista PBP.

Z drugiej strony rozpad strefy euro nie jest jednak przesądzony, a spekulacja walutowa w oparciu o przekonanie o jej rychłym rozpadzie jest błędem.

– Istnieje determinacja polityczna w Europie, żeby strefę euro utrzymać i ratować – podkreśla Morawski. – Wielokrotnie okazywało się, że ci, którzy wieszczyli jej upadek nie mieli racji. Mimo negatywnych sygnałów płynących ze strefy euro, na rynkach panuje względny spokój. Nikt już nie chce zaangażować swoich pieniędzy na stawianie przeciwko strefie euro, bo takie strategie przynosiły jak dotychczas straty – dodaje rozmówca Newserii.

Podpisanie memorandum przez Gazprom i EuRoPolGaz to działanie Rosji przeciw Ukrainie, a nie gest w stronę Polski

– Podpisanie memorandum przez Gazprom i EuRoPolGaz ws. planowanego gazociągu to cios wymierzony we władze w Kijowie – uważa Dominik Smyrgała, ekspert ds. energetyki Polskiej Akademii Nauk. To kolejna rosyjska inwestycja gazowa, po Nord Stream i South Stream, która ma omijać terytorium Ukrainy i w ten sposób umożliwić Moskwie wywieranie nacisku na sąsiadów. Tym bardziej, że Kijów wciąż dąży do uniezależnienia się od dostaw ze Wschodu. Zdaniem eksperta, ze względów politycznych Polska nie powinna angażować się w tego typu projekty.

Gazociąg Jamał II już dawno miał być drugą nitką już istniejącego gazociągu, którym paliwo jest transportowane do Niemiec. Jego uruchomienie wstępnie planowane było na 2001 rok, ale pomysł budowy porzucono. Dominik Smyrgała podkreśla jednak, że koncepcja budowy gazociągu przez Polskę na Słowację i Węgry nie ma związku z projektem Jamał II, a jest to powrót do pomysłu tzw. „peremyczki”, czyli połączenia gazowego promowanego przez Gazprom jeszcze w latach 90-tych. Miało ono omijać Ukrainę, która w latach 80-tych stała się głównym krajem tranzytowym dla rosyjskiego gazu.

– Znacząca część rosyjskich mocy przesyłowych idzie przez terytorium Ukrainy. To w różnych okresach było nawet 80 proc., bo teraz przez Nord Stream jest nieco mniej. Teraz Rosjanie chcą zbudować równoległy rurociąg, tylko już po polskiej stronie, więc chodzi de facto o to, aby znaleźć sposób na ominięcie Ukrainy – tłumaczy Dominik Smyrgała, ekspert ds. energetyki PAN i Collegium Civitas.

Zabiegi Rosji świadczą również o tym, że budowa Nord Streamu i rozpoczęty projekt South Streamu są ekonomicznie nieopłacalne. Zdaniem eksperta, Rosjanie szukają więc tańszej alternatywy, by wywierać na Ukrainę nacisk w celu przejęcia jej infrastruktury przesyłowej, która jest znacznie tańsza od rosyjskich gazociągów. Dzień po podpisaniu memorandum strona rosyjska bezterminowo wstrzymała negocjacje z Ukrainą.

Pozycja Gazpromu na Ukrainie słabnie

Władze w Kijowie i Gazprom od wielu lat spierają się o cenę gazu. Kilkakrotnie Rosjanie odcinali dostawy surowca. W tej chwili Ukraina płaci za gaz więcej niż Niemcy – według danych ukraińskiego rządu to 530 dolarów za 1000 m3. Średnia dla państw Unii Europejskiej to nieco ponad 400 dolarów.

Między innymi dlatego rząd w Kijowie szuka alternatywnych źródeł dostaw gazu i szybko uniezależnia się od Gazpromu. Jeszcze w 2007 roku Ukraina kupiła od Rosji 51 miliardów m3 gazu. W ubiegłym roku już tylko 32,9 mld m3.

– Fakt, że Gazprom wystawił fakturę korygującą z klauzuli take-or-pay na 7 mld dolarów świadczy o tym, że Ukraina zmniejszyła import rosyjskiego gazu o jakieś 15 mld m3. Ponadto Ukraina bardzo intensywnie poszukuje gazu łupkowego i szybko podpisuje wszystkie dokumenty m.in. z Shellem, żeby ten gaz jak najszybciej zacząć produkować. Po trzecie, podpisała również umowy na import gazu na zasadzie rewersu z kierunku niemieckiego przez terytorium Węgier i Polski – wymienia Dominik Smyrgała.

To oznacza, że możliwość wywierania nacisku przez zakręcenia kurka z gazem jest już zdecydowanie mniejsza.

Spada też zużycie gazu w innych europejskich państwach, kupujących surowiec od Gazpromu. Jak wyjaśnia ekspert PAN, możliwości rurociągów rosyjskiej spółki są dużo większe niż faktyczny eksport do państw europejskich.

– Co więcej, tendencja jest raczej spadająca w związku z kryzysem, w związku z pojawieniem się technologii gazu skroplonego czy łupkami. Nawet same rosyjskie media piszą, że z punktu widzenia biznesu każda inwestycja w infrastrukturę, której i tak się nie wykorzysta, jest pozbawiona walorów ekonomicznych – mówi Dominik Smyrgała.

Nowy gazociąg w polskim interesie?

Memorandum podpisane przez EuRoPolGaz i Gazprom nie musi oznaczać, że gazociąg przez Polskę będzie opłacalny i czy w ogóle powstanie.

– Mogę wymienić co najmniej pięć memorandów na rurociągi, które nie powstały, w tym niestety Odessa-Brody-Płock. Jednak pytanie brzmi, czy z punktu widzenia naszej polityki powinniśmy wchodzić w takie układy. Moje prywatne zdanie jest takie, że nie. To będzie podlegało jeszcze analizie – mówi ekspert.

Tym bardziej, że – zgodnie z oczekiwaniami Rosjan – może to wpłynąć negatywnie na relacje na linii Ukraina – państwa Grupy Wyszehradzkiej.

– Każda inicjatywa rosyjska, która osłabia pozycję negocjacyjną Ukrainy albo powoduje, że Ukraina staje w opozycji wobec tych dwóch grup, czyli Grupy Wyszehradzkiej i w szerszym kontekście – Unii Europejskiej, jest Rosji na rękę – dodaje Smyrgała.

Jak podkreśla, Polska nie powinna traktować jako argumentu za inwestycją kwestii opłat tranzytowych. Już dziś są one raczej symboliczne.

– W naszej najnowszej umowie gazowej to jest jakieś dwadzieścia klika milionów złotych rocznie, to nie jest dużo. Do tego przepustowość tzw. „peremyczki”, przynajmniej z tego co do tej pory powiedziano, byłaby de facto o połowę mniejsza niż Jamału. Dlatego w tych kategoriach nie należy tego tak traktować – twierdzi ekspert.

Dodaje, że powinniśmy skupić się raczej na poszukiwaniu alternatywnych dostawców i budowie liberalnego rynku gazu, czyli zapewnieniu równego dostępu do rynku producentom gazu.

– Musi powstać infrastruktura, która umożliwi ewentualny import z Zachodu czy z innych regionów, jak na przykład gazoport, interkonektory z innymi państwami, pojawi się możliwość wydobycia naszego własnego gazu łupkowego. I wtedy rzeczywiście będzie możliwość tworzenia zrębów rynku gazu – podsumowuje.

Komentarz dzienny, 9 kwietnia 2013

Ostatnie dni przyniosły serię publikacji wyczekiwanych „twardych” danych z niemieckiej gospodarki za luty (piątek – zamówienia w przemyśle, poniedziałek – produkcja przemysłowa, dziś rano – eksport). Po rozczarowaniach w danych za styczeń oczekiwania wskazywały na częściowe odreagowanie w kolejnym miesiącu. W istocie, tak się stało, ale w dalszym ciągu nie widzimy powodów do rewizji naszego sceptycyzmu wobec rychłego ożywienia w niemieckiej gospodarce.

Komentarz dzienny, 8 kwietnia 2013

Rozczarowujący raport z amerykańskiego rynku pracy. Wzrost liczby miejsc pracy poza rolnictwem wyniósł w marcu zaledwie 88 tys. osób, stanowczo poniżej konsensusu rynkowego (nominalnie +200 tys., faktycznie zapewne ok. 150-160 tys.) i słabiej od poprzedniego odczytu (+268 tys. po rewizjach).

Równocześnie, spadła stopa bezrobocia (do 7,6%) i szerokie miary bezrobocia, co jednak z całą pewnością można przypisać spadkowi aktywności zawodowej (o 0,2 p. proc.). Zatrudnienie mierzone razem ze stopą bezrobocia (Current Population Survey) spadło tym razem o ponad 200 tys. osób – nie warto jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków, jako że w przeszłości podobne (lub większe) spadki m/m zdarzały się nawet równocześnie z dobrymi danymi NFP. Tutaj dużo lepsze dopasowania otrzymuje się porównując zmiany r/r zatrudnienia wg obydwu serii.

Dom Development, 4 kwietnia 2013

Zarząd Dom Development wnioskuje o przeznaczenie niemal całego zysku za 2012 na wypłatę dywidendy (91,0 mln PLN, 3,68 PLN/akcję). Implikuje to DYield w wysokości 12,1%, czyli ponad dwukrotnie więcej niż aktualna stopa dywidendy w Robygu. Jednocześnie Zarząd zdecydował, że w najbliższych latach będzie rekomendował Walnemu Zgromadzeniu zwiększenie wysokości dywidendy w stosunku do lat ubiegłych.

Uwolnienienie rynku energii elektrycznej zapewni nam niższe ceny energii – Decyzja należy do URE

Prawo już dziś pozwala na zawieranie jednej umowy na sprzedaż i dostawę prądu – przekonuje Łukasz Jankowski, ekspert ds. rynku energii. Jedna kompleksowa umowa to warunek, jaki Urząd Regulacji Energetyki stawia przed energetycznymi spółkami, by doszło do uwolnienia rynku. Spór nad kształtem tej umowy trwa już prawie dwa lata.

– Dyskusja na temat uwolnienia ceny w grupie G sprowadza się do mitycznego GUD-a kompleksowego, czyli Generalnej Umowy Dystrybucyjnej – mówi Agencji Informacyjnej Newseria radca prawny z Kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki domaga się, by spółki obrotu i dystrybucji zawarły do końca kwietnia porozumienie w sprawie zasad stosowania umowy kompleksowej – na sprzedaż i dostawę energii elektrycznej. Dzięki temu odbiorca w razie zmiany sprzedawcy, będzie podpisywał tylko jedną fakturę, a nie dwie oddzielne.

– Sytuacja jest kuriozalna, ponieważ prawo już dziś pozwala na takie rozwiązanie. Po pierwsze, przedsiębiorstwo obrotu może zawierać umowę kompleksową, której częścią jest umowa dystrybucyjna. Jest ona zawierana z przedsiębiorstwem dystrybucyjnym w imieniu i na rzecz odbiorcy końcowego. Wtedy odbiorca końcowy widziałby jedną fakturę, a rozliczenia odbywałyby się pomiędzy sprzedawcą a dystrybutorem niezależnie od odbiorcy końcowego, więc ten warunek byłby spełniony – tłumaczy Łukasz Jankowski.

Druga podstawa prawna, która pozwala na stosowanie jednej umowy, mówi o równoprawnym traktowaniu uczestników rynku.

– Każda spółka zajmująca się dystrybucją energii elektrycznej ma obowiązek równoprawnie traktować podmioty, graczy na tym rynku. W przypadku przedsiębiorstw obrotu oznacza to, że zasady, które oferuje dany dystrybutor jednemu sprzedawcy energii elektrycznej, powinny się odnosić do wszystkich sprzedawców – zwraca uwagę ekspert.

Wyjaśnia, że oznacza to, że jeżeli choć jeden sprzedawca energii elektrycznej u danego dystrybutora ma prawo świadczenia usługi kompleksowej i rozlicza się z tego z dystrybutorem, to takie samo prawo powinien mieć każdy sprzedawca.

Decyzja należy do URE

– Już dzisiaj ta instytucja mogłaby zadziałać, nie wymaga to żadnej zmiany przepisów. Co więcej, URE ma w ręku specyficzne instrumenty. W przypadku, gdyby przedsiębiorca zwrócił się do innego operatora systemu dystrybucyjnego o zawarcie GUD-a kompleksowego i ten by mu odmówił, to miałby prawo wnieść o rozstrzygnięcie sporu do prezesa URE – mówi Łukasz Jankowski.

Wówczas prezes URE mógłby w swoim rozstrzygnięciu zawrzeć postanowienia umowy kompleksowej. I w ten sposób wpłynąłby na kształt rynku i zachowania firm energetycznych.

– Tak naprawdę przedsiębiorstwa energetyczne nie są zainteresowane sprzedażą energii elektrycznej gospodarstwom domowym, mimo że jest to 25 proc. energii zużywanej w Polsce – uważa Łukasz Jankowski.

Dodaje, że przyczyn jest wiele, jedną z nich może być wysoki koszt obsługi tych klientów.

Aby prezes URE mógł dane przedsiębiorstwo zwolnić z obowiązku przedstawiania cen do zatwierdzenia, to przedsiębiorstwo musiałoby złożyć taki wniosek.

– O ile mi wiadomo tego typu wnioski do prezesa URE nie wpłynęły – dodaje radca. – A prezes ma narzędzia w tym kierunku. Jednym z nich może być forma komunikatu, takiego, jaki został wydany w przypadku rynku hurtowego gazu ziemnego. Tak samo prezes URE może wydać komunikaty dotyczące segmentu rynku energii elektrycznej dla gospodarstw domowych.

Taki dokument, określający, jakie warunki trzeba spełnić, by zostać zwolnionym z obowiązku przedstawiania cen do zatwierdzenia, mógłby zachęcić przedsiębiorstwa do składania takich wniosków.

Będą niższe ceny energii?

Prezes URE stoi na stanowisku, że z obowiązku przedstawiania taryf dla odbiorców prywatnych można dystrybutorów zwolnić tylko wtedy, gdy rynek stanie się w pełni konkurencyjny. Zdaniem rozmówcy Newserii już tak jest.

– Przepis uprawniający prezesa URE do tego, aby zwalniać przedsiębiorstwo z tego obowiązku, podaje tylko jedną podstawę: ma oceniać wyłącznie, czy działa ono na rynku konkurencyjnym. A co najmniej kilkanaście przedsiębiorstw ma ofertę dla grupy G i ten rynek jest konkurencyjny – mówi Jankowski.

Przekonuje, że pozytywnie wpłynęłoby to przede wszystkim na ceny energii.

– Wolny rynek raczej prowadzi do obniżenia cen niż do ich podwyższenia. Dotychczasowa regulacja cen wprost przeciwnie – uważa Łukasz Jankowski.

Unijne prawo nakłada na państwa członkowskie obowiązek uwolnienia rynku energii elektrycznej. Aby było to możliwe, konieczne jest m.in. uregulowanie kwestii tzw. sprzedaży awaryjnej i zagwarantowanie odbiorcy w gospodarstwie domowym prawa do zawarcia umowy kompleksowej po zmianie sprzedawcy.

Zyski kapitałowe nie łączą się w PIT z innymi dochodami – podatek trzeba rozliczyć oddzielnie

Zyski z akcji czy obligacji są rozliczane w PIT oddzielnie od innych dochodów. Informację o nich zawierają formularze PIT-8C, przesyłane przez instytucje finansowe do końca lutego. Trzeba jednak pamiętać, by doliczyć do nich także dochody z rynków kapitałowych uzyskanych za granicą. Podatek od lokat bankowych czy funduszy inwestycyjnych jest pobierany na bieżąco i nie ma konieczności rozliczania go samodzielnie.

Przychodami z kapitałów pieniężnych są między innymi: odsetki od wkładów oszczędnościowych i środków na rachunkach bankowych lub w innych formach oszczędzania, przechowywania lub inwestowania, przychody z obrotu papierami wartościowymi, jak również dywidendy i inne przychody z tytułu udziału w zyskach osób prawnych. Dochody z kapitałów pieniężnych rozliczyć należy na formularzu PIT-38.

– Trzeba pamiętać o tym, że te dochody nie podlegają łączeniu z dochodami opodatkowanymi według skali, a więc z umowy o pracę. Dochód ten wykazujemy w deklaracji PIT-38 i jest on opodatkowywany 19-proc. stawką podatku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Anna Misiak, szefowa zespołu ds. podatków osobistych w Kancelarii MDDP.

Nie rozlicza się jednak w PIT-38 zysków z lokat bankowych, oprocentowanych rachunków czy otwartych funduszy inwestycyjnych, ponieważ instytucje nimi zarządzające na bieżąco odprowadzają należny podatek. W praktyce samodzielnie muszą się rozliczyć posiadacze akcji czy obligacji, którzy posiadają rachunki w domach maklerskich. Do końca lutego powinni od nich otrzymać PIT-8C, w których są informacje o zyskach czy stratach związanych z działalnością inwestycyjną.

Przy rozliczaniu dochodów z kapitałów pieniężnych należy uwzględnić zarówno te uzyskiwane w Polsce, jak i za granicą i w tym przypadku, poza np. akcjami, trzeba zwykle także ująć dochody z zagranicznych funduszy.

– O ile w przypadku dochodów osiąganych na terenie Polski np. inwestycji w fundusze kapitałowe, podatek jest pobierany bezpośrednio przez płatnika, o tyle w przypadku inwestycji za granicą w fundusze inwestycyjne podatek musi być odprowadzony przez podatnika, ponieważ nie ma de facto płatnika w Polsce, który by ten podatek odprowadził. Podatnik musi zatem pamiętać o tym, że dochody z zagranicy musi zadeklarować w Polsce – tłumaczy ekspertka.

W przypadku uzyskiwania zysków kapitałowych podatnik ponosi też pewne koszty, które może odliczyć. Np. w przypadku sprzedaży papierów wartościowych lub akcji w spółce do takich kosztów można zaliczyć, np. prowizje z tytułu takiej sprzedaży czy też opłaty z tytułu prowadzenia rachunku maklerskiego. Obowiązek zapłaty podatku powstaje w momencie zbycia instrumentów finansowych, a zatem koszty ich zakupu mogą zostać rozliczone i uwzględnione w informacji PIT-8C dopiero po ich sprzedaży.

Z podatku od zysków kapitałowych zwolnione są akcje zakupione przed 1 stycznia 2004 r. w wyniku oferty publicznej na GPW, a także obligacje skarbowe zakupione przed 1 stycznia 2003 r.

Prezes KIG: promocja polskiej żywności na zagranicznych rynkach jest niewystarczająca

Według prezesa Krajowej Izby Gospodarczej, Andrzeja Arendarskiego Polsce brakuje spójnej strategii promocji żywności i intensywnych działań. Promocji polskich towarów nie pomagają takie inicjatywy jak list, w którym jedno ze stowarzyszeń skrytykowało aktora Daniela Olbrychskiego reklamującego polskie produkty sieci handlowej Biedronka. Takie działania mogą ograniczyć skuteczne działania marketingowe, jakim są reklamy z udziałem znanych w kraju lub na świecie osób.

List stowarzyszenia kierowanego przez Edwarda Gollenta wywołał w Polsce gorącą dyskusję na temat promocji polskiej żywności i angażowania w nią wybitnych osobistości ze sfery kultury i sztuki. Wyrażano w niej m.in. obawy, czy znane postaci nie będą odmawiać udziału w kampaniach promocyjnych firm, nie chcąc narazić się na ataki ze strony radykalnych organizacji.

W opinii Andrzeja Arendarskiego, inicjatywa stowarzyszenia nie powinna jednak zaszkodzić współpracy przedstawicieli świata kultury i sztuki ze światem reklamy.

– Raczej nie ma takiej obawy, ponieważ pan Gollent nie jest osobą z wielkim autorytetem. Aczkolwiek jest to bardzo niemiły zgrzyt, który zniechęca ludzi znanych do angażowania się w promocję polskiej żywności – twierdzi prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Należy oddzielić swoje partykularne sprawy, o które walczy fundacja pana Gollenta, od interesu naszej gospodarki, który polega m.in. na tym, że w promocję angażują się wybitne, znane osoby.

Podkreśla, że udział wybitnych osób, najlepiej znanych również poza granicami kraju, jest niezwykle ważny dla promocji polskich produktów.

– Już w latach 80-tych firma Animex, wtedy jeszcze państwowa, zatrudniła do reklamy polskiej szynki w Ameryce znakomitego, znanego aktora. Taki jest zwyczaj – dodaje Andrzej Arendarski.

Wyjaśnia, że to jedno z najskuteczniejszych działań marketingowych. Tym ważniejsze, że promocja polskich produktów – w opinii Arendarskiego – jest słabo rozwinięta.

– Nasz obraz w wielu społeczeństwach za granicą jest dużo gorszy niż rzeczywistość. Mamy bardzo dużo do odrobienia, a w szczególności musimy bardzo dobrze promować naszą żywność – postuluje prezes KIG. – Tym bardziej, że nie brak chętnych, żeby polską markę żywności zbrukać, publikując różne informacje czasami prawdziwe, często nie prawdziwe, które dotyczą szczególnie jakości i bezpieczeństwa.

Przykładem może być afera mięsna, która wybuchła na początku roku. Polscy producenci byli oskarżeni przez media z kilku krajów Europy o dokładanie koniny do wołowiny.

Potrzebne większe zaangażowanie w promocję

Zdaniem prezes KIG polskie władze nie mają spójnego pomysłu na promocję Polski i polskich produktów. Różnymi aspektami promocji zajmują się resort gospodarki, spraw zagranicznych, PAIiIZ i organizacje turystyczne.

– Bardzo chętnie widzielibyśmy powstanie takiej instytucji, która by działała na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego z udziałem biznesu i obu ministerstw, które są zaangażowane w promocje, czyli Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Gospodarki, aby wspólnie po pierwsze wypracować koncepcję, bo nie ma tej koncepcji promocji. Po drugie trzeba zająć się realizacją, wykorzystując do tego i pieniądze publiczne, i pieniądze firm – mówi Andrzej Arendarski.

Żywność to jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich towarów eksportowych. W ubiegłym roku polskie firmy sprzedały za granicę produkty o wartości ponad 17,5 miliarda euro. Promocja polskiej żywności na zagranicznych rynkach jest szczególnie ważna, jeśli uwzględnimy, jakie efekty jej produkcja ma dla rynku wewnętrznego. Daje zatrudnienie dziesiątkom tysięcy pracowników i setkom tysięcy zatrudnionym w przemyśle rolno-spożywczym.

– Wzrost produkcji żywności, to oczywiście są nowe miejsca pracy, choć ten wzrost nie jest tak proporcjonalny, bo wchodzą nowe technologie, nowe sposoby wytwarzania i one są bardzo oszczędne. Natomiast w dystrybucji, w handlu zagranicznym, wewnętrznym rzeczywiście to wymaga nowych stanowisk pracy – mówi Andrzej Arendarski.

Hotele pięciogwiazdkowe i all-inclusive coraz popularniejsze wśród Polaków

Rosną wymagania Polaków w odniesieniu do zagranicznych wyjazdów wakacyjnych. Coraz chętniej wybieramy hotele pięciogwiazdkowe oraz opcję all-inclusive. W 2012 r. średnio takie wakacje kosztowały niemal 5200 zł. Rośnie również popularność ofert first minute, czyli kupowanych z dużych wyprzedzeniem. Jednak wciąż najczęściej tuż przed wyjazdem dokonujemy rezerwacji w biurach podróży.

Jak wynika z raportu TravelPlanet, najpopularniejsze kierunki turystyczne Polaków to niezmiennie Egipt, Grecja i Turcja. Na dalszych miejscach w 2012 r. znalazły się Hiszpania oraz Tunezja, ale w tym roku popularna jest też Bułgaria. Egipt wygrywa ceną – to jeden z najtańszych kierunków. Zarówno tam, jak i w Turcji infrastruktura sprzyja wypoczynkowi razem z dziećmi.

Mimo że ceny wakacji zagranicznych od dwóch lat rosną, Polacy coraz chętniej wybierają ofertę z najwyższej półki. Średni koszt wyjazdu wzrósł w 2012 r. do niemal 5200 zł, w 2011 r. było to ok. 5000 zł.

– Mamy większe wymagania, chcemy mieć sprawdzone biuro, chcemy mieć lepszy hotel, chcemy mieć opcję all-inclusive, żeby na miejscu nie wydać więcej pieniędzy – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Anna Wolanowska, kierowniczka oddziału TravelPlanet.

Najpopularniejsze nadal są hotele czterogwiazdkowe – wybiera ja niemal 45 proc. wyjeżdżających. Jednak coraz więcej Polaków decyduje się na zakwaterowanie w luksusowych obiektach pięciogwiazdkowych. W 2012 r. taką ofertę wykupiła jedna czwarta klientów TravelPlanet. Spada za to popularność hoteli dwu- i jednogwiazdkowych oraz obiektów klasy turystycznej. Łącznie, według Raportu Podróżnika TravelPlanet, na takie wakacje zdecydowało się mniej niż 5 proc. wyjeżdżających.

Z oferty all-inclusive natomiast jeszcze w 2007 r. korzystała mniej niż połowa wyjeżdżających, natomiast w 2012 r. już ponad 76 proc.

– Klient, który wybiera opcje dwóch posiłków – śniadania i obiadokolacje, to z reguły płaci mniej, ale nie liczy, że na miejscu do tych kolacji będzie musiał dopłacić do napojów i do atrakcji, które są na miejscu, czyli np. korzystanie z niektórych aquaparków, przy opcji HB [ang. Half Board], może być odpłatne – mówi Wolanowska.

Najchętniej w ostatniej chwili i w spokojne regiony

Podróżujemy już prawie wyłącznie samolotem. W ubiegłym roku ponad 92 proc. wyjeżdżających korzystało z wycieczek czarterowych. Najwięcej Polaków wciąż korzysta z ofert last-minute i rezerwuje wyjazdy na mniej niż 10 dni przed wylotem. W 2012 r. zrobiło tak niemal 42 proc. wyjeżdżających. Ale popularne są również oferty first-minute, czyli rezerwowane z ponad dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

– Z tego względu, że na pewno jest to dużo atrakcyjniejsza cena i klient ma możliwość wyboru konkretnego zakwaterowania, konkretnego hotelu, nie jest to z góry narzucone, że kupujemy to, co zostało – tłumaczy Anna Wolanowska. Dodaje, że różnica cenowa może wynieść nawet 40 proc.

Według niej popularność last-minute zmalała w związku z bankructwami biur podróży. Polacy wolą teraz zapłacić nieco więcej, ale mieć pewność wyjazdu z dobrym biurem.

Na preferencje wakacyjne wpływ mają też bieżące wydarzenia polityczne. W 2011 r., jak wynika z badań TravelPlanet, mniej wyjazdów rezerwowano od lutego do maja. Polaków wystraszyły wtedy wydarzenia tzw. Arabskiej Wiosny i niepokoje w popularnych Egipcie i Tunezji. W 2012 r. mniej osób wyjeżdżało do Grecji z uwagi na kryzys gospodarczy i trwające strajki. Teraz Grecja wraca do łask, ale za to spada popularność Cypru.

Równocześnie coraz więcej osób decyduje się na wyjazdów do nowych krajów, m.in. do Gruzji oraz Czarnogóry.

– Coraz częściej są to raczej kurorty, w których już jest kilka obiektów, gdzie rodziny z dziećmi również mogą pojechać. Ale zazwyczaj są to wyjazdy we dwoje, gdzie turysta wynajmuje sobie samochód i na własną rękę zwiedza dany kraj – podkreśla kierowniczka oddziału punktu TravelPlanet.

Odsetek Polaków wyjeżdżających do krajów innych niż te w basenie Morza Śródziemnego oraz Bułgaria to wciąż jednak mniej niż 10 proc.

Full Service Leasing oraz wynajem długoterminowy cieszą się coraz większą popularnością

W trudnych czasach przedsiębiorcy stawiają na sprawdzone rozwiązania. Wszystko po to, by maksymalnie obniżyć poziom ryzyka związanego z zarządzaniem firmą, w tym również flotą aut służbowych. Ułatwieniem dla przedsiębiorców okazuje się korzystanie z wynajmu długoterminowego. A skoro już powierzamy zarządzanie flotą aut firmie zewnętrznej, to najchętniej w pełnym zakresie.

Full Service Leasing to obecnie najpopularniejsza forma wynajmu, obejmująca ponad 80% polskiego rynku Car Fleet Management. Z danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów za ostatni rok wynika, że już ponad 83 tys. pojazdów jest obsługiwanych przez przedsiębiorstwa CFM w pełnym zakresie.

Full Service Leasing jest wybierany przez klientów ze względu na kompleksowość, wygodę oraz stabilność kosztów obsługi pojazdów służbowych. Minimalizacja ryzyka związanego z zarządzaniem flotą i możliwość przeniesienia go na dostawce, ma obecnie kluczowe znaczenie dla firm. – przyznaje Artur Sulewski, dyrektor handlowy LeasePlan Fleet Management.

Niewątpliwie podstawową zaleta wynajmu długoterminowego jest brak konieczności mrożenia własnych środków finansowych. Ponadto raty stanowią koszt uzyskania przychodu, zmniejszając podstawę opodatkowania oraz poprawiając płynność finansową firmy. Jest to dla przedsiębiorców jedna z największych zachęt finansowych, w porównaniu z innymi formami finansowania, jak kredyt, czy leasing finansowy, których nie można rozliczyć w kosztach.

Druga grupa korzyści to strona operacyjna (serwisowa). Full Service Leasing daje możliwość ograniczenia kosztów każdej firmie – tak małej, jak i dużej – w pełnym zakresie. Chodzi tu nie tylko o koszty obsługi związanej z samym zarządzaniem flotą, ale – szczególnie w przypadku małych firm – także koszty księgowości, HR, jak również czas poświęcony przez dyrektora lub prezesa firmy na negocjowanie warunków kredytu czy planowanie odnowień floty.
FSL to produkt, po który coraz częściej sięgają mali i średni przedsiębiorcy. Obserwujemy zmianę trendu cięcia kosztów za wszelką cenę, na rzecz zainteresowania usługą kompleksową, która w ostatecznym rozrachunku nie będzie generować dodatkowych wydatków. Stawiamy na stabilność kosztów i to wyróżnia LeasePlan na tle konkurencji. – mówi Artur Sulewski, dyrektor handlowy LeasePlan Fleet Management.

Według danych PZWLP to właśnie LeasePlan w 2012 roku zarządzał największą liczbą aut w usłudze Full Service Leasing. Wyniki branży za 2012 rok wskazują, że obrany przez sektor CFM kierunek rozwoju usług i produktów finansowych jest jak najbardziej trafiony, co pozwala snuć prognozy stabilnego wzrostu.

World Trends, 8 kwietnia 2013

Piątkowy finisz na Wall Street ukazał, że globalne niedźwiedzie nie mają jeszcze zielonego światła do rozpoczęcia swej szarży na południe. S&P500 podczas ostatniej sesji mocno tracił doprowadzając do wyprzedaży akcji na najważniejszych europejskich parkietach, jednakże z każdą kolejną godziną zbliżającą do zakończenia pierwszego kwietniowego tygodnia skala spadków słabła.

Aż 55 proc. studentów i absolwentów szkół wyższych źle ocenia sytuację na rynku pracy

Bezrobocie wynosi obecnie w Polsce ponad 14 proc. i dotyka coraz częściej młodych ludzi, w tym absolwentów szkół wyższych. Wbrew popularnym opiniom, tzw. pokolenie Y to nie tylko osoby, które nad pracę zawodową przedkładają własny rozwój i osobiste szczęście. Jak pokazała trzecia edycja badania firmy doradczej Deloitte „Pierwsze kroki na rynku pracy” wśród wykształconych przedstawicieli tej generacji, będących potencjalnie najbardziej atrakcyjnymi pracownikami, można wyróżnić aż sześć typów charakteryzujących się skrajnie różnym podejściem do pracy i życia prywatnego. To, co ich łączy to wiara w siebie i optymizm co do znalezienia intersującego zajęcia. A także wygórowane wymagania finansowe. Jak pokazuje badanie Deloitte dzisiejszy student oczekuje już za pierwszą pracę pensji wyższej niż wynosi przeciętne wynagrodzenie w Polsce.

W nowej unijnej perspektywie budżetowej na walkę z bezrobociem wśród młodych ludzi przeznaczono aż 6 mld euro. Część z tych pieniędzy trafi także do Polski, gdzie sytuacja absolwentów na rynku pracy jest coraz trudniejsza. Jak wynika z badania „Pierwsze kroki na rynku pracy” przeprowadzonego w jedenastu państwach Europy Środkowej przez firmę doradczą Deloitte jedynie 17 proc. polskich studentów ocenia sytuację ekonomiczną w naszym kraju jako dobrą, 43 proc. jako przeciętną i aż 40 proc. jako złą. Jeszcze mniej optymistycznie respondenci myślą o sytuacji na rynku pracy. Jako dobrą lub bardzo dobrą ocenia ją zaledwie 11 proc. badanych, przeciwnego zdania jest aż 55 procent.

„Na tle regionu, Polaków można uznać za umiarkowanych pesymistów. Daleko im do optymizmu Litwinów, gdzie odsetek pozytywnych ocen był najwyższy w regionie (odpowiednio 24 i 25 proc. pozytywnych wskazań w pytaniach o ocenę gospodarki i rynku pracy). Z drugiej jednak strony poziom pozytywnych odpowiedzi przewyższa średnią dla wszystkich przebadanych krajów, która wynosi 10 proc. w przypadku pytań o sytuację ekonomiczną i około 9 proc. w ocenach rynku pracy. Najwięcej negatywnych ocen z kolei wystawili w tych dwóch pytaniach studenci z Bałkanów” – wyjaśnia Halina Frańczak, Dyrektor Clients & Markets Deloitte na Polskę i Europę Środkową.

Badanie Deloitte przyniosło ciekawe wnioski co do struktury pokolenia Y, czyli osób urodzonych w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych. Wbrew popularnym opiniom jego przedstawiciele to nie tylko młodzi ludzie dbający przede wszystkim o rozwój osobisty i work-life balance oraz nieprzywiązujący się do miejsca pracy. Jak pokazuje badanie Deloitte w ramach tzw. generacji Y można wyróżnić co najmniej sześć kategorii osób różniących się zasadniczo podejściem do pracy i kariery zawodowej. Na jednym biegunie są ci, dla których praca jest jedną z nadrzędnych wartości. Są wśród nich: Nastawieni na pracę (karierę stawiają na pierwszym miejscu), Wymagający (ceniący pracę, pieniądze, ale też czas wolny) oraz Poszukujący znaczenia (ważny jest osobisty rozwój związany zarówno z pracą, ale też z rodziną).

Po drugiej stronie znajdziemy zaś Unikających (praca nie jest ważną wartością), Beztroskich (stawiających przede wszystkim na przyjaciół i miłe spędzanie czasu) oraz Zdystansowanych (ceniących rodzinę, zdrowie i spokój). „Pokolenie Y stanowi niewątpliwie spore wyzwanie dla działów HR i to począwszy od etapu przygotowania skutecznych strategii przyciągania, rekrutacji i selekcji najbardziej utalentowanych młodych pracowników poprzez ich rozwój aż do utrzymania ich w firmie. Sukces na tym polu oznacza jednak również lepsze dopasowanie danego pracownika do konkretnej organizacji” – tłumaczy Łukasz Mlost, Menedżer w Dziale Zasobów Ludzkich Deloitte.

Praca zajmuje dość wysokie miejsce w hierarchii wartości w życiu młodych osób. Wskazało na nią jako istotną aż 62 proc. respondentów. I choć ciągle ważniejsza okazała się rodzina (86 proc.), zdrowie (82 proc.) czy własny rozwój (77 proc.), wynik ten obala mit, że dla pokolenia Y kariera nie ma zasadniczego znaczenia. „Oczywiście, że wśród dzisiejszych pięćdziesięciolatków, a nawet trzydziestolatków praca znalazłaby się w tej hierarchii na jeszcze wyższym miejscu. Ale taka kolejność priorytetów życiowych jest naturalna i związana z wiekiem i punktem kariery. Jest to więc sprawa wieku, a nie konkretnego pokolenia czy rocznika” – mówi Łukasz Mlost.

Dla osób wchodzących na rynek pracy istotne jest to, aby praca była interesująca (72 proc.), dawała możliwości osiągnięcia wyznaczonych celów (71 proc.) oraz uczenia się i zdobywania nowych kwalifikacji (68 proc.). Dla 61 proc. istotne są również dobre zarobki. Jak się okazuje za takie studenci uważają pensję powyżej średniej krajowej. Już osoby odbywające praktyki oczekują wynagrodzenia netto na poziomie o około 20 proc. wyższym niż wynosi aktualnie minimalna płaca. W przypadku pierwszego pełnoetatowego zajęcia chcą zarabiać 2,8 tys. zł, czyli o około 6 proc. więcej niż wynosi przeciętne wynagrodzenie w Polsce, choć jednocześnie deklarują, że pensja nie jest najważniejszym kryterium rozwoju zawodowego. Od przyszłych pracodawców oczekują raczej coachingu i możliwości posiadania mentora.

Młodzi ludzie, zdając sobie sprawę z niełatwej sytuacji na rynku pracy, są aktywni w zdobywaniu doświadczeń zawodowych. Aż 44 proc. polskich studentów w okresie przeprowadzenia badania pracowało lub odbywało praktyki, przy czym prawie 81 proc. respondentów nadal studiowało, zaś młodzi absolwenci stanowili 19 proc. badanej grupy. Dla porównania średnia dla całego regionu wynosi niecałe 40 proc. Równocześnie jakąkolwiek formą praktyk lub pracy zawodowej w trakcie studiów mogło się pochwalić dziewięciu na dziesięciu respondentów, co wyraźnie odróżniało Polaków na plus od studentów z pozostałych 10 krajów uczestniczących w badaniu. Jednocześnie, nie zawsze posiadane doświadczenia, jak choćby dorywcze prace sezonowe studenci uznają za najbardziej wartościowe w procesie poszukiwania pracy. „Za dużo cenniejsze uważają pracę lub praktyki za granicą związane z kierunkiem studiów lub prowadzenie własnej działalności gospodarczej. Jednak praktyczne doświadczenia w tych obszarach są udziałem stosunkowo niewielkiej grupy ankietowanych” – wyjaśnia Łukasz Mlost.

Niestety mamy do czynienia z przepaścią pomiędzy deklaracjami, a faktyczną aktywnością. Spośród tych, którzy szukali pracy aż połowa przyznała, że w ciągu pół roku wysłała jedynie około pięciu CV. Jednak studentom nie brakuje wiary w siebie i w swoje umiejętności. Lepsze postrzeganie siebie wyróżnia mężczyzn od kobiet, które generalnie są większymi pesymistkami nie tylko w zakresie oceny własnych predyspozycji, ale też sytuacji ekonomicznej i swoich szans na rynku pracy. Biorąc jednak pod uwagę średnie wyniki studenci i absolwenci wysoko oceniają swoją wartość jako aktualnych lub potencjalnych pracowników (73 proc.). Uważają też, że posiadają wyższe kompetencje na tle innych kandydatów poszukujących pracy (62 proc.) oraz z optymizmem patrzą na szanse znalezienia interesującego zajęcia w przeciągu najbliższych 12 miesięcy (49 proc.).

2/3 młodych gotowych się przeprowadzić, by znaleźć pracę

60-70 proc. młodych ludzi gtowych jest się przeprowadzić, by znaleźć lepszą pracę – wynika z przeprowadzonego przez firmę konsultingową Deloitte badania młodzieży z 11 krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Młodzi nie wyobrażają sobie pracy bez wynagrodzenia powyżej średniej krajowej, a na stażu powyżej płacy minimalnej.

W porównaniu z młodzieżą z pozostałych 10 badanych krajów Europy środkowo-wschodniej młodzi Polacy są umiarkowanymi optymistami. Lepiej swoje szanse na rynku pracy i sytuację gospodarczą oceniają mieszkańcy państw bałtyckich. Największymi pesymistami jest młodzież z krajów bałkańskich.

Młodzi Polacy są bardziej gotowi do przeprowadzki w celu znalezienia interesującej pracy. Deklaruje to 60-70 proc. badanych.

– Niezmiennie utrzymuje się wysoka gotowość do relokacji i ta gotowość obejmuje zarówno relokację wewnątrz tego samego kraju, jak i zagranicę. Tutaj również były istotne różnice, ponieważ w krajach bałkańskich studenci byli znacznie bardziej zainteresowani emigracją poza granice własnych krajów, natomiast w takich krajach jak Polska studenci również potencjalnie brali pod uwagę przeprowadzkę do innego miasta – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Mlost, menedżer w dziale zasobów ludzkich Deloitte.

Z badania, które firma Deloitte przeprowadziła między 10 października a 31 grudnia ubiegłego roku wynika, że interesująca praca jest kryterium dla 72 proc. badanych. Podobnie studenci ocenili możliwość osiągnięcia wyznaczonych celów oraz zdobywania nowych kwalifikacji (odpowiednio 71 i 68 proc.)

– Jeżeli chodzi o to, co może zatrzymać daną osobę u określonego pracodawcy, to pracodawca nie powinien zapominać o dostarczeniu takim osobom informacji zwrotnej, czy w postaci couching, czy w postaci mentoringu, jak również bardzo ważne jest korzystanie z dobrze sprawdzonych metod motywowania, na przykład doceniania pracy i zaangażowania, co okazuje się być bardzo istotnym elementem dla młodych osób, ponieważ istotny odsetek naszych respondentów stwierdził, że brak tego typu wzmocnień może być dla nich potencjalnym powodem do zmiany pracodawcy – mówi menedżer w dziale zasobów ludzkich Deloitte.

Studenci i absolwenci wysoko oceniają swoją wartość jako aktualnych lub potencjalnych pracowników (73 proc.). Ponad 60 proc. uważa, że ma wyższe kompetencje niż inni kandydaci, a blisko połowa wierzy, że w ciągu roku ma szansę znaleźć interesującą pracę.

– Przekłada się to również na ich oczekiwania finansowe. W związku z tym, jeżeli chodzi o praktyki, to zazwyczaj oczekują wynagrodzenia na poziomie minimum krajowego, natomiast jeżeli chodzi o pierwszą pracę, te oczekiwania istotnie rosną. W przypadku pierwszej pracy satysfakcjonującym poziomem wynagrodzenia byłaby zazwyczaj średnia krajowa – mówi Łukasz Mlost.

Dla osób odbywających praktyki satysfakcjonująca byłaby pensja na poziomie 20 proc. wyższym niż płaca minimalna. W przypadku pełnoetatowego zajęcia studenci chcą zarabiać 6 proc. więcej od przeciętnego wynagrodzenia w kraju.

Z badania wynika, że młodych ludzi wchodzących na rynek pracy można podzielić na 6 grup. Wśród osób, dla których praca stanowi istotną wartość eksperci wyróżnili trzy typy: „nastawionych na pracę”, którzy karierę stawiają na pierwszym miejscu; „wymagających”, ceniących pracę, pieniądze, ale też czas wolny; oraz „poszukujących znaczenia”, dla których ważny jest osobisty rozwój związany zarówno z pracą, ale też z rodziną.

Na drugim biegunie znalazły się trzy grupy młodych ludzi: „unikających”, dla których praca nie jest ważną wartością, „beztroskich”, którzy stawiają przede wszystkim na przyjaciół i miłe spędzanie czasu oraz „zdystansowanych”, ceniących rodzinę, zdrowie i spokój.

Polacy już w czasie studiów myślą o zwiększeniu swoich szans na rynku pracy. 44 proc. badanych osób już znalazło zatrudnienie lub odbywało praktyki zawodowe.

– Należy pamiętać, że grupa, którą badaliśmy, nie stanowi reprezentatywnej grupy wszystkich studentów w Polsce, to raczej grupa najbardziej poszukiwana przez pracodawców – są to studenci studiów dziennych, dobrych uczelni w dużych miastach, zazwyczaj kierunków biznesowych, prawniczych oraz technicznych – wyjaśnia Łukasz Mlost.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 kwietnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 kwietnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Spada eksport polskiej branży motoryzacyjnej

Spada eksport polskiej branży motoryzacyjnej. W ubiegłym roku jego wartość wyniosła ponad 17,5 mld euro, o 8 proc. mniej niż w rekordowym 2011 r. Spadek wynika głównie z malejącej sprzedaży samochodów osobowych. Aż 98 proc. wyprodukowanych samochodów trafia na rynki zagraniczne, głównie w UE, a tamtejsi konsumenci obecnie wstrzymują się z zakupami.

Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers– Kondycja przemysłu motoryzacyjnego w Polsce nie jest zła, ale z drugiej strony nie możemy powiedzieć, że jest dobra, bo niestety jesteśmy po fali zwolnień grupowych, jesteśmy w trakcie spadku produkcji samochodów, ale z drugiej strony wciąż bardzo silnym elementem jest sektor produkcji części i komponentów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl.

To w tym sektorze pracuje najwięcej osób, zdecydowanie więcej niż przy produkcji samochodów.

– Tutaj cały czas, może nie w tak wielkiej skali jak jeszcze kilka lat temu, obserwujemy inwestycje – mówi Rafał Orłowski. – Głównie to są tzw. reinwestycje, więc rozbudowanie istniejących zakładów albo budowa nowych przez firmy, które od kilkunastu lat w Polsce funkcjonują i produkują.

Orłowski dodaje, że coraz częściej firmy poszukują nie tylko pracowników fizycznych, ale i inżynierów. Powodem jest stopniowe poszerzanie działalności działów badawczych i rozwojowych działających w Polsce producentów. Zdaniem eksperta, są szanse, że tego typu inwestycje będą coraz częstsze na terenie Polski.

Eksport cierpi głównie przez kryzys w UE

Jednak eksport części i komponentów, ale też samochodów osobowych i towarowych kurczy się na skutek problemów u najważniejszych odbiorców. Szczególnie grudniowe wyniki eksportu branży motoryzacyjnej były słabe, bo odnotowano spadek aż o jedną piątą. Polska produkcja jest ściśle związana z sytuacją ekonomiczną w Europie, a w szczególności w Niemczech. To właśnie do naszych zachodnich sąsiadów trafia 40 proc. eksportowanych części. Grudniowy spadek da się wytłumaczyć malejącą produkcją samochodów w Niemczech.

W 2013 r. w związku z trudną sytuacją ekonomiczną w UE, polska branża również odnotuje spadki. Zdaniem Orłowskiego z całą pewnością tak będzie w segmencie samochodów osobowych i towarowych, bo zmaleje nie tylko eksport, ale i cała produkcja. Również producenci części, którzy w 2012 r. zanotowali w całym roku wzrost o 3 proc., muszą liczyć się ze spadkami.

Wzrostu, według eksperta, można spodziewać się najwcześniej w drugiej połowie 2014 r., a być może nawet później.

– Dopóki bezrobocie będzie wysokie, dopóki nie zaczną powstawać nowe miejsca pracy, tak długo zakup samochodów, a w związku z tym również produkcja samochodów i komponentów będzie na takim złym poziomie jak teraz – wyjaśnia Orłowski.

Tym bardziej, że eksperci nie widzą większych szans na zmianę sytuacji na rynkach zbytu w Unii Europejskiej. Co prawda udział eksportu poza UE stopniowo rośnie, ale konkurencja w tym segmencie jest zacięta. O eksport do krajów pozaunijnych walczą też producenci z Węgier, Czech czy Słowacji.

W ciągu 7 lat Polska powinna przeznaczyć 200 mld euro na politykę klimatyczną

Jak wynika z negocjacji z Brukselą, Polska powinna przeznaczyć z unijnego budżetu 20 proc. na politykę klimatyczną. Oznacza to około 200 mld zł w ciągu najbliższych siedmiu lat na ten cel. – Nie jesteśmy w stanie wydać takich pieniędzy na solary i wiatraki, a to oznacza, że nie dostaniemy wsparcia na rozbudowę dróg i kolei – uważa prof. Władysław Mielczarski, ekspert ds. energetyki.

Profesor wylicza, że skoro budżet UE wynosi 960 mld euro, zatem prawie 200 mld euro zostanie przeznaczonych na politykę klimatyczną.

– Polska ma dostać ponad 300 mld zł w funduszach strukturalnych, z których musimy przeznaczyć na cele klimatyczne 60 mld zł oraz 50 proc. udziału własnego. Czyli będzie to około 120 mld zł plus wewnętrzne finansowanie poprzez zielone certyfikaty i różnego rodzaju dotacje z funduszy ochrony środowiska na poziomie 60-70 mld zł. Na politykę klimatyczną przeznaczymy zatem w Polsce do roku 2020 około 200 mld złotych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Władysław Mielczarski, ekspert ds. energetyki.

Podkreśla, że Polska nie jest w stanie przeznaczyć tak ogromnych pieniędzy na ten właśnie cel. Poprzeczka została ustalono za wysoko.

– Problem polega na tym, że my nie mamy na co ich wydać. W przypadku technologii OZE jak wiatraki, czy solary, jesteśmy na granicy możliwości przyłączenia ich do systemu. To są źródła bardzo niestabilne, które powodują, że nie możemy mieć ich zbyt dużo – prof. Władysław Mielczarski.

Dlatego ekspert przestrzega, że więcej stracimy na tym budżecie niż zyskamy, ponieważ nie będziemy w stanie wykorzystać tych funduszy.

– Unia stawia warunek, że musimy te pieniądze przeznaczyć na politykę klimatyczną, bo jeżeli ich nie wykorzystamy, nie otrzymamy na fundusze strukturalne, na drogi i na koleje – tłumaczy. – W związku z tym, z tych 300 mld zł liczę, że maksimum zostanie skonsumowanych 150-200 mld zł.

Uwaga: „darmowe” aplikacje często służą pozyskaniu informacji z telefonu

Nieodpowiedzialne korzystanie ze smartfonów i tabletów niesie za sobą zagrożenie dla przechowywanych tam danych osobowych – nie tylko samego właściciela urządzenia, ale także wszystkich osób, o których informacje są zapisane np. w książce adresowej. Oficjalnie „darmowe” aplikacje też często służą pozyskaniu informacji z telefonu – przestrzega Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

– Aplikacje uzyskiwane bezpośrednio od tego, od kogo je zakupiliśmy lub ściągane z internetu poza „bajerami”, które nam oferują, mają w sobie coś jeszcze. Pamiętajmy, że nie ma nic za darmo. Jeżeli ten produkt jest darmowy, to prawdopodobnie my jesteśmy produktem, który jest sprzedawany. Płacimy walutą, jaką jest informacja o nas – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Wojciech Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Pułapki zawarte w tego typu aplikacjach wykorzystują pragnienie użytkownika do jak najszybszego dojścia do oferowanej usługi. W pośpiechu wiele osób wyraża nieświadomie zgodę na przekazanie swoich danych osobowych. Podobne zagrożenia wiążą się np. z synchronizacją smartfona, na którym przechowujemy informacje dotyczące klientów, rodziny, a także zbiory kontaktów, z komputerem pokładowym samochodu.

– Chcąc zsynchronizować muzykę, do której mamy dostęp przy pomocy iPada z komputerem samochodowym, jednocześnie dajemy dostęp do naszego kalendarza, zbioru naszych adresów kontaktowych, a także adresów naszych klientów i informacji o nich – tłumaczy Wiewiórowski. – Informacje te uzyska każdy serwisant firmy, od której kupiliśmy samochód. Przy pomocy tego samego łącza będzie mieć dostęp do informacji, która jest przekazywana przez komputer na temat samochodu, ale i informacji z naszego iPada.

Potrzeba więcej odpowiedzialności, a nie nowego prawa

Według Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych nie są jednak potrzebne kolejne regulacje prawne, lecz większa odpowiedzialność użytkowników nowoczesnych urządzeń, którzy muszą pamiętać, że to od nich w dużej mierze zależy, kto i w jaki sposób będzie miał dostęp do tych danych.

– Prawo ochrony konsumentów, ale również prawo ochrony danych osobowych dają odpowiednie remedia na tego typu zdarzenia – podkreśla Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. – Trzeba sobie zdawać sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, że to my jesteśmy administratorami tych danych, które znajdują się na naszych smartfonach. Po drugie zaś musimy zdawać sobie sprawę, że odpowiadamy za czynności, których dokonamy przy okazji synchronizowania, akceptowania różnego rodzaju regulaminów czy propozycji usług. A tego typu działanie może polegać na udostępnianiu osobom nieuprawnionym danych, w tym danych osobowych, do czego nie jesteśmy uprawnieni – dodaje.

Warszawa na drugim miejscu w Europie pod względem liczby IPO

Jak wynika z najnowszej kwartalnej ankiety PwC IPO Watch Europe, badającej liczbę oraz wartość pierwszych ofert publicznych (Initial Public Offering – IPO) na najważniejszych giełdach europejskich, w pierwszym kwartale 2013 roku nastąpił znaczny wzrost aktywności na rynkach IPO w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego – łączna wartość ofert na rynkach objętych badaniem wyniosła 3,2 mld euro, co stanowi wzrost o 40% względem pierwszego kwartału roku 2012, kiedy to łączna wartość ofert wyniosła 2,3 mld euro.

W porównaniu do czwartego kwartału 2012 roku wartość ofert była niższa o blisko 60%, jednak należy pamiętać, że pierwszy kwartał z reguły odznacza się niższą aktywnością.

Największe IPO miało miejsce na Deutsche Börse – wartość oferty spółki LEG Immobilien (sektor nieruchomości) wyniosła 1,2 mld euro. Na kolejnych pozycjach uplasowały się oferty na giełdzie w Londynie – spółki Esure (0,7 mld euro, sektor ubezpieczeń) oraz Greencoat UK Wind (0,3 mld euro, działalność inwestycyjna).

Warto podkreślić, że dwie z pięciu największych ofert w minionym kwartale – spółek Countrywide (0,2 mld euro, sektor nieruchomości) oraz wspomnianej już Esure – związane były z wyjściem dotychczasowych właścicieli – funduszy private equity. Ostatnią ofertą tego typu na rynku głównym w Londynie przed marcem bieżącego roku było IPO spółki AZ Electronics Materials w październiku 2010 roku. Tego rodzaju oferty stanowiły aż 47% łącznej wartości wszystkich IPO w Londynie oraz 28% łącznej wartości IPO w całej Europie w minionym kwartale. Można przypuszczać, że powyższy trend będziemy obserwować w kolejnych miesiącach – na początku kwietnia zadebiutowały spółki HellermannTyton w Londynie oraz Moleskine na Borsa Italiana – w obydwu przypadkach dotychczasowymi właścicielami były właśnie fundusze private equity.

Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, stwierdził:

„Sytuacja na giełdach europejskich w pierwszym kwartale zdaje się potwierdzać nadchodzące ożywienie na rynku pierwszych ofert publicznych, zwłaszcza, że duża liczba spółek jest już gotowa na IPO. Największy wzrost aktywności powinniśmy obserwować w sektorach: finansowym, ubezpieczeniowym i nieruchomości.

Duża część funduszy private equity już wcześniej rozważała debiut giełdowy jako jedną ze strategii wyjścia dla wielu posiadanych spółek portfelowych, jednak nie sprzyjały temu zmienność i niepewność na rynkach kapitałowych. Powodzenie ofert Countrywide i Esure powinno przyczynić się do wzrostu zaufania zarówno wśród inwestorów, jak i wśród spółek wstrzymujących się jeszcze z decyzją o debiucie giełdowym”.

Innym czynnikiem, który potwierdza zainteresowanie ofertami ze strony inwestorów i może zwiastować ożywienie na rynku pierwszych ofert publicznych, jest ostateczna cena oferowanych akcji, która zarówno w przypadku LEG Immobilien i Moleskine, jak i największych ofert na giełdzie w Londynie, nie została obniżona w stosunku do pierwotnie ustalonych widełek cenowych. Optymizmem napawa również fakt, że na koniec kwartału większość kluczowych ofert charakteryzowała się dodatnią stopą zwrotu względem ceny emisyjnej – najwięcej można było zyskać inwestując w akcje spółek:
Crest Nicholson (giełda w Londynie, sektor budownictwa i materiałów budowlanych) – 34% oraz Countrywide – 11%.

KOMENTARZ DO RYNKU POLSKIEGO

Oferta Polskiego Holdingu Nieruchomości największym IPO na warszawskiej giełdzie. Utrzymuje się niska aktywność na rynku NewConnect. W pierwszym kwartale 2013 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 13 debiutów (12 na NewConnect oraz 1 na rynku głównym). Łączna wartość IPO wyniosła 60 mln euro, z czego aż 57 mln euro stanowiła oferta Polskiego Holdingu Nieruchomości. Drugą i trzecią największą ofertą w Warszawie były IPO spółek z rynku alternatywnego – Medica Pro Familia (0,7 mln euro) oraz Setanta Finance Group (0,6 mln euro).

Warto podkreślić, że miniony kwartał cechował się niższą aktywnością na rynku alternatywnym zarówno w odniesieniu do czwartego kwartału 2012 roku, kiedy to odnotowano 16 IPO o łącznej wartości 21 mln euro, jak i względem analogicznego kwartału ubiegłego roku (21 IPO o łącznej wartości 6 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„W ostatnich miesiącach nastąpił zauważalny spadek aktywności na NewConnect. Widać wyraźnie, iż emitentom nie jest już tak łatwo pozyskiwać pieniądze od inwestorów na tym rynku, zwłaszcza na wątpliwe i słabo przygotowane projekty. Miejmy nadzieję, że w ślad za tym poprawi się jakość ofert pojawiających się na rynku alternatywnym i jego postrzeganie przez inwestorów. Pomóc w tym mogą ostatnie działania GPW, która dokonała przeglądu regulacji obowiązujących na NewConnect i wprowadziła w nich istotne zmiany.

Liczę na to, że kryzys cypryjski nie będzie miał trwałego wpływu na sytuację na rynku pierwotnym w kolejnych kwartałach i że sytuacja ta będzie coraz lepsza. Wszyscy uczestnicy rynku wiążą duże nadzieje z planowaną ofertą prywatyzacyjną Energi, która może być jednym z największych IPO w Europie w 2013 roku.”

Dodatkowe informacje
1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011 i 2012.

2. O IPO Watch Europe
Ankieta IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie w najważniejszych segmentach rynku akcji (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Szwajcarii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Włoszech) i jest przeprowadzana kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Ankieta dotyczy okresu od 1 stycznia do 31 marca 2013 roku i została sporządzona w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

3. O współtworzących ankietę
Ankieta została opracowana przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą szeroki zakres usług na rzecz firm oraz banków inwestycyjnych w zakresie wszelkich aspektów transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej, dobór właściwego rynku i zespołu doradczego, pomoc w analizie polityki rachunkowości oraz projektów konwersji sprawozdań finansowych na inne standardy rachunkowości, doradztwo na temat uregulowań prawnych dotyczących spółek giełdowych oraz przygotowywanie analiz operacyjnych i finansowych.

4. O PwC
PwC to firma działająca w 158 krajach, zatrudniająca ponad 180 tysięcy osób. Dzięki takiej różnorodności doświadczeń i szerokiej bazie wiedzy, jesteśmy w stanie pomóc naszym klientom sprostać wszelkim wyzwaniom biznesowym. Dostarczamy wysokiej jakości rozwiązania odpowiadające na problemy naszych klientów z zakresu prawno-podatkowego, biznesowego i audytorskiego. Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony: www.pwc.pl. Nazwa „PwC” odnosi się do firm wchodzących w skład sieci PricewaterhouseCoopers International Limited, z których każda stanowi odrębny i niezależny podmiot prawny.

Polska Rada Biznesu: debata na temat rozwoju usług świadczonych drogą elektroniczną i cyfryzacji instytucji publicznych

W dniu dzisiejszym w siedzibie Polskiej Rady Biznesu w Warszawie odbyła się debata zatytułowana „Elektronizacja zamówień publicznych” poświęcona wymianie doświadczeń między Polską a Finlandią w obszarze cyfryzacji instytucji publicznych w relacjach z biznesem.

W spotkaniu wzięli udział mi.in. Minister Administracji i Cyfryzacji Michał Boni oraz Krista Kiuru Minister Mieszkalnictwa i Łączności Finlandii. Organizatorem Forum była Skandynawsko-Polska Izba Gospodarcza oraz Itella Information firma, która aktywnie uczestniczyła w procesie digitalizacji sektora publicznego w Finlandii.

Rozwój usług świadczonych drogą elektroniczną oraz wykorzystanie technologii informacyjnych i komunikacyjnych w gospodarce oraz administracji publicznej w ostatnich czasach jest oznaką transformacji cywilizacyjnej w kierunku społeczeństwa informacyjnego. O znaczeniu tych zmian i ich wpływie na gospodarkę świadczą twarde dane: technologie informacyjne i komunikacyjne w ostatnich latach odpowiadają za około 1/4 wzrostu PKB oraz za 40% wzrostu produktywności w samej Unii Europejskiej.

Rozwiązania e-Procurement w dostawach publicznych odpowiednio wdrożone od strony prawnej, organizacyjnej i technicznej będą więc czynnikiem istotnych oszczędności zarówno dla budżetu Państwa, jak i dla przedsiębiorstw realizujących dostawy. Pozwolą na optymalizację realizowanych procesów dostaw, ich kontroli oraz rozliczeń, dając jednocześnie przedsiębiorcom nowoczesne narzędzie do współpracy z innymi niż publiczny sektorami. Wdrożenie elektronicznej platformy zamówień publicznych będzie realizacją jednego z celów Agendy Cyfrowej dla Europy. Agenda cyfrowa przedstawiona przez Komisję Europejską jest jednym z siedmiu filarów strategii Europa 2020, która ustala cele dla wzrostu Unii Europejskiej (UE) do roku 2020. Agenda cyfrowa proponuje lepsze wykorzystanie potencjału technologii informacyjnych i komunikacyjnych (TIK) dla wsparcia innowacji, wzrostu gospodarczego i postępu.

Mówi Tadeusz Rudnicki Ekspert Europejskiego i Polskiego Wielostronnego Forum Elektronicznego Fakturowania – Komisja Europejska opracowała założenia nowej Dyrektywy o dostawach publicznych, zgodnie z którą procesy przetargowe będą prowadzone wyłącznie drogą elektroniczną. Przewidywana publikacja nowej Dyrektywy – w pierwszej połowie 2013 z terminem ostatecznego jej wdrożenia najwcześniej w roku 2016. Jednocześnie Komisja Europejska przygotowuje propozycje nowych zasad dotyczących obsługi dostaw objętych przepisami o dostawach publicznych, w tym w szczególności elektronicznego fakturowania. Obecnie nowym impulsem są działania opisane w Komunikacie Single Market Act 2 – w tym Działanie Kluczowe 10 – e-fakturowanie jako standard fakturowania w dostawach publicznych. Ponadto uczynienie elektronicznego fakturowania dominującą metodą fakturowania w 2020 roku stanowić będzie realizację kolejnego z postulatów Agendy Cyfrowej dla Europy.

Polska bierze aktywny udział w europejskich projektach i działaniach związanych z realizacją zadań Strategii Europa 2020 i jej flagowej inicjatywy Agenda Cyfrowa dla Europy, w tym udział w projektach europejskich w administracji oraz projektach krajowych dotyczących elektronicznej współpracy B2B. Polskie przepisy dotyczące VAT oraz regulujące wykorzystanie e-faktur są w pełni zgodne z obowiązującą od 1 stycznia 2013 Dyrektywą VAT. Ministerstwo Gospodarki wraz z Ministerstwem Finansów prowadzą powołane w 2011 roku Krajowe Forum Elektronicznego Fakturowania. W najbliższym czasie planowane są prace nad utworzeniem krajowej strategii wdrażania elektronicznego fakturowania. Jednocześnie obserwowane są działania związane z rozszerzeniem dorobku projektu PEPPOL w obszarze e-fakturowania oraz obsługi dostaw publicznych na pozostałe kraje UE, w tym również w Polsce.

Finlandia jest w czołówce Krajów Członkowskich Unii Europejskiej w obszarze e-fakturowania oraz cyfryzacji administracji publicznej. Stąd fińska spółka skarbu państwa Itella Information wraz z Ambasadą Finlandii w Polsce oraz Polsko-Skandynawską Izbą Gospodarczą zaproponowały wymianę doświadczeń między krajami w obszarze elektronizacji zamówień publicznych i e-fakturowania. Do współpracy zaprosiły partnera merytorycznego w postaci Instytutu Logistyki i Magazynowania oraz Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji w celu zainicjowania dyskusji merytorycznej dotyczącej szeroko pojętej elektronizacji w biznesie i sektorze publicznym.

Mówi Minister Administracji i Cyfryzacji Michał Boni – Szczególnie interesujące wydają się doświadczenia z przebiegu procesu wdrażania e-fakturowania w administracji, zakres i efekty wykorzystania projektu PEPPOL, ustalone przez Finlandię miary efektywności wdrożenia e-fakturowania, wreszcie opinie i efekty wdrożenia e-fakturowania po stronie zaangażowanych przedsiębiorstw. Jesteśmy bardzo zainteresowani ewentualną współpracą i wymianą informacji
oraz doświadczeń np. w zakresie działań fińskiej administracji w obszarze e-fakturowania, w obszarze e-procurement, elektronicznej współpracy administracji z biznesem i obywatelami, a także w zakresie metod i treści edukacyjnych na różnych szczeblach edukacji w Finlandii.

Finlandia postrzegana jest jako kraj posiadający rozwinięty, nowoczesny system edukacyjny, który w dobry sposób potrafi przygotowywać młodzież oraz kadry przedsiębiorstw do wyzwań nowoczesnej gospodarki w społeczeństwie informatycznym. PEPPOL, czyli europejski projekt elektronizacji zakupów publicznych w Finlandii działa już od wielu lat. W zeszłym roku Norwegia również z wykorzystaniem PEPPOL wprowadziła w życie przepisy o obowiązkowym fakturowaniu elektronicznym dla dostawców objętych przepisami zamówień publicznych.

Miikka Savolainen, Dyrektor Zarządzający Itella Information Sp. z o.o dodaje – Itella współpracuje z Rządem Finlandii i Ministerstwem Skarbu w zakresie e-procurementu od 2002 roku. Dzięki naszym wspólnym wysiłkom, dziś ok. 80% przedsiębiorstw w Finlandii stosuje elektroniczny sposób rozliczeń i zamówień. To dla nas sukces, jednak nie składamy broni i dalej ciężko pracujemy aby ten wynik był jeszcze lepszy. Mamy nadzieję, że długofalowy proces elektronizacji zamówień publicznych w Polsce zakończy się równie dobrym wynikiem.

Podczas Kongresu e-faktury były jednym z najbardziej gorących tematów. Okazało się, że głównym hamulcem w ich stosowaniu było niejasne prawo. Firmy bały się, że w przypadku spraw sądowych, kontroli skarbowych etc., e-faktury nie będą uznane za dowód. Polskie prawo nie nadążało za dynamicznie zmieniającą się rzeczywistością. Jeszcze do niedawna korespondencja elektroniczna typu e-mail nie była dowodem w sądzie. Jednak dzięki upowszechnieniu tej formy komunikacji sądy w końcu uznały ją za pełnoprawny dowód w sprawie. W kuluarach rozpoczęto rozmowy o tym, że warto skorzystać z dobrych wzorców, nie trzeba wyważać otwartych drzwi, rozwiązania istnieją, funkcjonują i są już sprawdzone. Stąd powstał pomysł zorganizowania oddzielnej debaty dla kadry zarządzającej i CFO dot. elektronizacji w biznesie i sektorze publicznym.

Z uwagi na ogromne doświadczenie w tym obszarze Finlandii, jednego z leaderów w cyfryzacji w Europie, fińska spółka skarbu państwa Itella Information wraz z Ambasadą Finlandii w Polsce oraz Polsko-Skandynawską Izbą Handlową zaproponowały wymianę doświadczeń między krajami. Do współpracy zaprosiły partnera merytorycznego w postaci Instytutu Logistyki i Magazynowania oraz Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji w celu zainicjowania dyskusji merytorycznej dotyczącej szeroko pojętej elektronizacji w biznesie i sektorze publicznym, począwszy od e-fakturowania, aż do pełnego procesu elektronicznych zamówień publicznych. Wynikiem porozumienia stron powstał projekt e-Procurement Forum.

www.e-procurementforum.pl

Itella Information działa w Polsce od 2008 roku. Oferuje outsourcing procesów finansowo-księgowych i kadrowo-płacowych. Grupa Itella należy w 100% do fińskiego skarbu państwa. www.itella.pl

Po Cyprze czas na Słowenię? Banki w fatalnej sytuacji

Słowenia może być kolejnym po Cyprze krajem strefy euro, którego sektor bankowy będzie wymagał natychmiastowej pomocy . Rząd w Ljubljanie jest zdeterminowany, by dokapitalizować banki i wyprowadzić je na prostą. Przewagą tego kraju jest relatywnie niski dług publiczny, co może uchronić go przed czarnym scenariuszem.

Słowenia cierpi na podobne problemy, z jakimi od wielu miesięcy zmaga się wiele państw strefy euro, w tym Grecja, Cypr, Włochy i Hiszpania.

– Jej banki ponoszą ogromne straty i potrzebują natychmiastowego dokapitalizowania – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości.

Największy słoweński bank kredytowy, Nova Ljubljanska zanotował w ubiegłym roku 275 mln euro straty. Podobnie Nova Kreditna Banka Maribor, który zakończył rok 2012 z 205 mln euro na minusie.

Zdaniem Ignacego Morawskiego, Słowenia jest w o tyle dobrej sytuacji w porównaniu do innych krajów eurostrefy pogrążonych w kryzysie, że ma relatywnie niski dług publiczny.

– Relatywnie, bo on nie jest niski w liczbach bezwzględnych – przekracza 50 proc. PKB, ale kiedy porównamy to do średniej w strefie euro, która jest około 100 proc. PKB, to Słowenia ma jeszcze pole manewru – mówi główny ekonomista PBP.

Rząd premier Alenki Bratosek wydaje się być zdeterminowany, by dokapitalizować banki i rozpocząć tym samym proces ich głębokiej restrukturyzacji. Szybko podjęte kroki mogą uchronić kraj przed dramatycznym scenariuszem, pisanym dzisiaj przez Cypr.

– Działa tutaj taka psychologia kryzysu finansowego, to znaczy, jak jeden kraj wpadł w dziurę, to wszyscy się boją, że wpadnie kolejny i ten strach już jest czynnikiem, który ku tej dziurze pcha, jak samospełniająca się przepowiednia – tłumaczy Ignacy Morawski.

Zdaniem ekonomisty, kryzys cypryjski nie zachwiał znacząco zaufaniem klientów do sektora bankowego w Europie Zachodniej z tego powodu, że od dawna poziom zaufania nie jest wysoki. Wprawdzie wciąż duża część banków nie ma żadnego problemu z płynnością, dysponując swobodnym dostępem do pieniędzy z rynku, ale są i takie, które istnieją tylko dzięki pomocy Europejskiego Banku Centralnego.

Jednak sytuacja na Cyprze może znacząco zmienić podejście świata polityki i finansów do sytuacji w sektorze bankowym. Nie można wykluczyć, że schemat działania wypracowany i zastosowany w przypadku Cypru będzie powtórzony w innych krajach. Nie wykluczył tego szef eurogrupy i minister finansów Holandii, Jeroen Dijsselbloem.

– Nie ma sensu więcej wykładać setek miliardów dolarów czy euro na ratowanie banków z pieniędzy podatników. Lepiej to zrobić poprzez restrukturyzację tych banków nieefektywnych – mówi Morawski.

Zdaniem głównego ekonomisty Polskiego Banku Przedsiębiorczości sam pomysł restrukturyzacji sektora poprzez udział inwestorów jest słuszny, ale niesłuszne jest zakładanie z góry, że żaden rząd nie powinien w tym brać aktywnego udziału. A takie zapowiedzi również padły ze strony szefa eurogrupy. Może to mieć zgubny wpływ na całą strefę euro, która i tak trzeszczy w posadach i tylko dzięki woli politycznej udaje się zachować jej spójność. Nie wiadomo tylko, na jak długo.

– Jeżeli obywatele cypryjscy w końcu stracą zaufanie do strefy euro, to wyjdą z tej strefy, a jak wyjdzie jeden, to zobaczymy, co będzie dalej – przypomina Ignacy Morawski.

Minister Skarbu Państwa Mikołaj Budzanowski Finansistą Roku 2012

7 marca odbyła się Gala rozdania nagród FINANSISTA ROKU 2012, organizowana przez redakcję tygodnika ekonomicznego „Gazeta Finansowa”. W tym roku tytuł FINANSISTY ROKU przyznano już po raz 13. Laureatem nagrody został Mikołaj Budzanowski, Minister Skarbu Państwa za skuteczny nadzór nad majątkiem państwowym, aktywne i dynamiczne realizowanie polityki prywatyzacyjnej oraz odwagę i konsekwencję we wspieraniu inwestycji i innowacji w branży energetycznej. Kapituła przyznała również pięć wyróżnień Finansista Roku 2012 oraz Finansową Markę Roku 2013.

Redakcja „Gazety Finansowej” doceniła ministra Mikołaja Budzanowskiego za skuteczny nadzór nad majątkiem państwowym, aktywne i dynamiczne realizowanie polityki prywatyzacyjnej oraz odwagę i konsekwencję we wspieraniu inwestycji innowacji w branży energetycznej. Skuteczne zakończenie wielu ciągnących się procesów prywatyzacyjnych, walka o niższe ceny gazu dla Polski, oraz intensyfikacja poszukiwań gazu łupkowego, dają szansę nie tylko na niezależność energetyczną ale przede wszystkim na rozwój, nowoczesnej i konkurencyjnej, polskiej gospodarki.

W poprzednich latach honorowy tytuł Finansisty Roku otrzymali: Józef Wancer – Prezes Banku BPH, Wojciech Kostrzewa – Prezes BRE Bank, Andrzej Podsiadło – Prezes PKO BP, Maria Wiśniewska – Prezes PEKAO S.A., Leszek Balcerowicz – Prezes Narodowego Banku Polskiego, Wiesław Rozłucki – Prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Zyta Gilowska – Minister Finansów, Stanisław Kluza – szef Komisji Nadzoru Bankowego, Jan Krzysztof Bielecki – Prezes Banku Pekao S.A., dr Leszek Czarnecki – Prezes Getin Holding, dr Ludwik Sobolewski – Prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Waldemar Pawlak – Minister Gospodarki.

Rusza jedenasta polska edycja konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku

Od 2 kwietnia przedsiębiorcy mogą zgłaszać się do udziału w 11-tej edycji konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku. Polska jest w tym roku jednym z 54 krajów organizujących konkurs, którego światowy finał co roku odbywa się w Monte Carlo.

Jury konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku wyróżnia najlepszych twórców firm, charyzmatycznych przywódców biznesowych i innowacyjnych wizjonerów. W 10-letniej historii do konkursu zgłosiło się niemal 700 twórców firm. Z tego grona jury do finału zaprosiło 118 przedsiębiorców, a spośród nich wybrało 10-ciu najlepszych. Łączne przychody wszystkich finalistów konkursu wynosiły ponad 31 mld zł, zatrudniali oni łącznie ponad 70 tys. osób. O 10-ciu dotychczasowych Przedsiębiorcach Roku powstała książka „Łowcy Milionów”, która stała się bestsellerem.

– Nasz konkurs już od ponad dekady promuje ducha polskiej przedsiębiorczości, zarówno w kraju jak i na arenie międzynarodowej. Uczestnicy konkursu to wyjątkowi ludzie stanowiący o poziomie polskiego biznesu. Są źródłem inspiracji dla młodszego pokolenia przedsiębiorców oraz rozwijających się firm reprezentujących różne branże. Kandydaci pokazują niespożytą energię polskiego biznesu i rosnącą innowacyjność naszej gospodarki, promując przy tym swoje firmy, produkty i usługi. Dzięki konkursowi nawiązują też unikalne relacje biznesowe w kraju i za granicą – mówi Barbara Górska, Dyrektor konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy do 14 czerwca br wypełnić formularz aplikacyjny dostępny na stronie www.przedsiebiorcaroku.pl. Kandydaci mogą zgłaszać swój udział w trzech kategoriach konkursowych: Produkcja, Usługi, Nowy Biznes. W kategorii Nowy Biznes szansę na wygraną mają młode innowacyjne firmy, których działalność nie przekracza pięciu lat. Rozstrzygnięcie tegorocznej edycji konkursu, w tym przyznanie tytułu Przedsiębiorcy Roku 2013, nastąpi w listopadzie br podczas uroczystej Gali Finałowej, która będzie transmitowana przez dwie stacje telewizyjne: TVN24 i TVN CNBC.

Oceniając kandydatów, grono jurorskie w pełni niezależne od Ernst & Young, weźmie pod uwagę m.in. takie kryteria jak: przedsiębiorczość, strategia firmy, wyniki finansowe, działalność międzynarodowa, innowacyjność oraz relacje z pracownikami i otoczeniem, w którym dana firma funkcjonuje. Jurorzy dokonają wyboru również w oparciu o kryteria pozaekonomiczne, takie jak: pasja, determinacja, wizja, etyka, czy zaangażowanie w przedsięwzięcia na rzecz lokalnych społeczności.

W skład niezależnego od Ernst & Young Jury wchodzą wybitne osobistości polskiego biznesu oraz zwycięzcy minionych edycji konkursu:

Jan Krzysztof Bielecki – Przewodniczący Jury, Przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów
Leszek Czarnecki – Przewodniczący Rady Nadzorczej Getin Holding
Andrzej Dębowski – Prezes DIE Inwestycje
Ryszard Florek – Przedsiębiorca Roku 2010, Prezes Zarządu FAKRO
Michał Kiciński i Marcin Iwiński – Przedsiębiorcy Roku 2008, twórcy firmy CD Projekt
Jerzy Koźmiński – Prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności
Piotr Mikrut – Przedsiębiorca Roku 2009, Prezes Zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka
Krzysztof Pawiński – Przedsiębiorca Roku 2011, Prezes Grupy Maspex Wadowice
Ewald Raben – Przedsiębiorca Roku 2012, Prezes Grupy Raben
Jacek Siwicki – Prezes Enterprise Investors

„Dotychczasowymi zwycięzcami polskiej edycji konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku byli Krzysztof Pawłowski (Wyższa Szkoła Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu), Zbigniew Sosnowski (Kross), Tadeusz Winkowski (Quad/Graphics), Maciej Duda (Polski Koncern Mięsny DUDA), Dariusz Miłek (CCC), Michał Kiciński i Marcin Iwiński (CD Projekt), Piotr Mikrut (Śnieżka), Ryszard Florek (FAKRO) Krzysztof Pawiński (Grupa Maspex) oraz Ewald Raben (Grupa Raben).

Konkurs Ernst & Young Przedsiębiorca Roku to jedyna tej skali międzynarodowa inicjatywa promująca najlepszych przedsiębiorców na świecie. Konkurs realizowany jest od 1986 roku i obecnie zwycięzcy lokalnych edycji wybierani są w ponad 50-ciu krajach świata. W tym roku w światowym finale konkursu w Monte Carlo Polskę reprezentować będzie Przedsiębiorca Roku 2012, Ewald Raben, Prezes Grupy Raben.

Partnerzy konkursu: PKO BP, PKN Orlen, Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, Gazeta Wyborcza, Harvard Business Review Polska, Radio PiN, TVN24. Parterem strategicznym jest TVN CNBC.

Więcej informacji na stronie: www.przedsiebiorcaroku.pl

Polscy eksporterzy stali się ofiarami największej od lat fali oszustw

Z najnowszych analiz Euler Hermes Collections wynika, że polskie firmy mają niespotykane od lat problemy z odzyskaniem należności z tytułu eksportu.

– Obserwujemy bardzo szybko rosnący popyt na odzyskiwanie należności polskich eksporterów – i nie jest to kwestia tylko ostatnich tygodni, czy nawet miesięcy. Przez cały 2012 rok wartość i ilość zleceń od polskich eksporterów na odzyskanie ich należności była większa o blisko 50 proc. w porównaniu do 2011 roku (podczas gdy analogicznie polski eksport w 2012 r. vs. do 2011 r. liczony w euro wzrósł o niecałe 4 proc., a denominowany w złotych wg. cen bieżących wzrósł o ok. 7 procent) – mówi Tomasz Delman, Dyrektor Handlowy w Euler Hermes Collections.

Wzrost ten jest więc większy niż wzrost eksportu w tym okresie – jest to jednoznaczne potwierdzenie pogorszenia płynność finansowej na wielu, głównie europejskich rynkach. Struktura zleceń windykacji na rzecz polskich firm za granicą, jakie otrzymuje Euler Hermes Collections odpowiada strukturze polskich hitów eksportowych: nabywców znajduje, ale jednocześnie ma problemy z samodzielnym odzyskaniem należności, m.in. polski przemysł spożywczy (m.in. mięso) czy meblowy.

Oszustwa – narastający problem za granicą, a można przecież ich uniknąć…

– Oszustwa nie dotykają tylko dostawców z za granicy, generalnie cały rynek jest zdestabilizowany, najczęściej w branży mięsnej – mówi Agnieszka Sztyber, Dyrektor Windykacji Międzynarodowej w Euler Hermes Collections. Źródłem problemu nie są przy tym dostawcy z nowych krajów członkowskich, jak się usiłuje nieraz wskazać – np. branża mięsna w Wielkiej Brytanii jest także w skali lokalnej branżą podwyższonego ryzyka z dużą liczbą opóźnień płatności i nieprawidłowości (w tym oszustw). – Mamy z nimi do czynienia w bardzo zróżnicowanej formie – np. poprzez powoływanie firm, które z góry maja służyć tylko do wyłudzania towaru podczas swojej krótkiej działalności. Często, np. we Francji napotykaliśmy przypadki podszywania się od początku do końca – od złożenia zamówienia do odbioru towaru pod legalnie działającą, szanowaną firmę. Nierzadko też zamówienie składa rzetelny, sprawdzony kontrahent, ale oszustwo ma miejsce na samym końcu transakcji – przy dostawie, gdy ktoś nieuprawniony, a dobrze o niej poinformowany przejmuje towar (stosunkowo częste z kolei w Wielkiej Brytanii).

– Trudno powiedzieć, dlaczego polscy przedsiębiorcy wciąż maja mylne wyobrażenie o większym bezpieczeństwie, przejrzystości rynków zagranicznych – dając tym samym zagranicznym odbiorcom kredyt zaufania na wyrost – dodaje Agnieszka Sztyber z Euler Hermes Collections.

– Panuje chyba jakieś złudne wyobrażenie, iż prośba o dodatkowe wyjaśnienia może urazić kontrahenta, co wydaje się niewłaściwe w sytuacji szukania dodatkowych kanałów sprzedaży. Fatalne jest jednak pozbycie się towaru bez uzyskania zapłaty, stanie się ofiarą oszustwa, którego łatwo uniknąć, niespotykane już – a na pewno nie na taka skalę na rynku krajowym. Rzetelny kontrahent nie powinien mieć nic przeciwko próbom uzyskania dodatkowych informacji – wszyscy obecnie rozumieją dużą rolę bezpieczeństwa transakcji w tak trudnych dla biznesu czasach.

Portugalscy przedsiębiorcy dostrzegają potencjał, jaki tkwi w naszym rynku – wartość inwestycji w Polsce w 2012 roku przekroczyła 90 mln euro

vitor pinto– Polska może być atrakcyjną bazą „wypadową” dla portugalskich firm, planujących swoją ekspansję w Europie Wschodniej – ocenia Vitor Pinto, wiceprezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej. Nasz kraj postrzegany jest przez tamtejszych przedsiębiorców nie tylko jako bardzo dobry rynek zbytu, ale też jako szansa na poznanie mentalności kontrahentów z tej części Europy.

Portugalscy przedsiębiorcy dostrzegają potencjał, jaki tkwi w naszym rynku, przede wszystkim ze względu na jego wielkość. Portugalię zamieszkuje około 10,5 mln mieszkańców, Polskę niemal czterokrotnie więcej. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w konkretnych liczbach. Obroty handlowe między oboma krajami wyniosły w ubiegłym roku 860 mln euro. Co roku rosną o ok. 200 mln euro.

Przedsiębiorcy z Portugalii wciąż rzadko inwestują u nas większe pieniądze, np. lokalizując tutaj swoje fabryki czy taśmy montażowe.

– Są pewne ograniczenia dla przedsiębiorców, w szczególności zbyt wysokie podatki – tłumaczy to Vitor Pinto, wiceprezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej i jednocześnie starszy dyrektor Departamentu decyzji kredytowych przedsiębiorstw w Banku Millennium.

Mimo wszystko wartość portugalskich inwestycji w Polsce w 2012 roku przekroczyła 90 mln euro. Znajdujemy się na ósmym miejscu pośród największych portugalskich rynków inwestycyjnych, m.in. po Holandii, Hiszpanii, Brazylii i Angoli.

– Największym wyzwaniem dla portugalskich firm jest sprzedaż własnych produktów na polskim rynku. Poza tym portugalskie firmy chcą tutaj zostać, bo Polska może być świetną platformą służącą do ekspansji na kraje sąsiadujące, które są potencjalnymi rynkami zbytu dla firm i dla portugalskiego kapitału – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Vitor Pinto.

Chodzi przede wszystkim o kraje Europy Wschodniej. Polska jako członek Unii Europejskiej, jeden z kluczowych partnerów handlowych Niemiec, a jednocześnie kraj pozostający w bliskich relacjach z sąsiadami ze Wschodu służy przedsiębiorcom z południa Europy jako doskonały poligon doświadczalny, miejsce, gdzie mogą zdobyć konieczną wiedzę i doświadczenie, zanim zdecydują się rozszerzyć swoje inwestycje o Kijów, Mińsk czy Moskwę.

– Jeśli w Polsce firmy będą mieć bazę, to będzie im łatwiej po pierwsze rozpoznać rynek, po drugie spróbować na nim swoich sił. Mają szansę tam zaistnieć, ale najważniejsze jest poznanie tego rynku – uważa Pinto.

Państwowy dług publiczny na koniec 2012 r. wyniósł 840,5 mld zł

Państwowy dług publiczny na koniec 2012 r. wyniósł 840,5 mld zł wobec 815,3 mld zł na koniec 2011 r. Wg wstępnych szacunków relacja państwowego długu publicznego do PKB wyniosła 52,7% wobec 53,5% na koniec 2011 r. Spadek relacji długu publicznego do PKB w 2012 r. nastąpił po raz pierwszy od 2007 r.

Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (wg definicji UE) na koniec 2012 r. wyniósł 886,8 mld zł wobec 859,1 mld zł na koniec 2011 r., a jego relacja do PKB wyniosła 55,6% wobec 56,4% na koniec 2011 r.

Jeśli odliczy się przyrost wolnych środków zgromadzonych dodatkowo na prefinansowanie potrzeb pożyczkowych 2013 r., to relacja długu publicznego do PKB na koniec 2012 r. byłaby jeszcze niższa i wyniosła odpowiednio 51,9% w przypadku definicji polskiej i 54,8% w przypadku definicji unijnej.

Spadek relacji długu publicznego do PKB w 2012 r. nastąpił po raz pierwszy od 2007 r.

Odnosząc te dane do prognoz Komisji Europejskiej dla państw UE można stwierdzić, że w 2012 r. w Polsce miał miejsce najwyższy w całej Unii Europejskiej spadek relacji długu do PKB (bez uwzględnienia Grecji, której dług został zrestrukturyzowany i Węgier, gdzie znacjonalizowano OFE). Dla porównania, relacja długu do PKB uległa obniżeniu tylko w 6 z 27 państw UE podczas gdy w całej UE wzrosła o 4,1 p.proc., w Wielkiej Brytanii o 4,6 p.proc. a w Hiszpanii aż o 19,1 p.proc.

TVP kontynuuje restrukturyzację – bedą kolejne zwolnienia

TVP po raz kolejny zmienia strukturę organizacyjną. Od lipca uruchomiona zostanie Telewizyjna Agencja Informacyjna, która zajmie się tworzeniem materiałów informacyjnych oraz będzie gospodarzem „odświeżonego” TVP Info. To zaś może wymusić zmiany w zatrudnieniu. – Być może nie będziemy musieli korzystać z tak dużej liczby współpracowników – mówi prezes TVP Juliusz Braun.

Telewizyjna Agencja Informacyjna ma produkować materiały informacyjne na potrzeby wszystkich serwisów ukazujących się na antenie Telewizji Polskiej, m.in. „Wiadomości”, „Panoramy”, „Teleexpressu”. Jak podkreśla prezes, nie jest to odwzorowanie pomysłu sprzed lat.

– To jest trochę inna struktura, związana także ze zmianami technologicznymi – zaznacza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Juliusz Braun, prezes Zarządu Telewizji Polskiej S.A. – Jednak zasada, że produkcja informacji powinna być zintegrowana, w wielu stacjach telewizyjnych i w Polsce, i na świecie funkcjonuje.

Według Brauna, zasada ta się sprawdza. Rozdrobnienie, które ma dzisiaj miejsce w telewizji publicznej jest nieracjonalne z punktu widzenia interesów spółki, również ze względów ekonomicznych. Dlatego planowane zmiany mają wyjść publicznemu nadawcy na dobre.

– Po pierwsze, informacja będzie teraz lepsza, szybsza, a po drugie będzie tańsza – mówi szef TVP.

Wiązać to się może z kolejnymi zwolnieniami. W ubiegłym roku pracę w Telewizji Polskiej straciło już ponad 160 pracowników etatowych. Tym razem redukcja może dotknąć nie tylko „etatowców”, ale i osoby związane z TVP umowami cywilno-prawnymi, np. umowami o dzieło.

– Będzie to funkcjonować inaczej, ale oczywiście trzon pracowników związanych z informacją to muszą być etatowi pracownicy – tłumaczy Juliusz Braun. – W niektórych sektorach będzie potrzeba mniej osób, ale my też być może nie będziemy musieli korzystać wtedy z tak dużej liczby współpracowników.

Telewizyjna Agencja Informacyjna będzie „gospodarzem” kanału informacyjnego TVP Info, który zmieni sposób funkcjonowania. Będzie on oddzielony od kanałów tematycznych, regionalnych. Dzisiaj funkcjonują one wspólnie, w ramach jednej anteny. Ośrodki regionalne będą miały nową przestrzeń do działania. Współtworzyć będą 18-godzinny, a docelowo całodobowy program telewizyjny.

– Nowy kanał będzie tworzony wspólnie, przez oddziały, przez ośrodek programów regionalnych – mówi prezes TVP S.A. – W nim każdy będzie miał rozpiętych 3-5 godzin, stopniowo coraz więcej, ale to pasmo wspólne będzie budowane z programów stworzonych w regionach czy kupowanych dla tego wspólnego pasma.

Ma to zapobiegać pojawiającym się dziś problemom, np. w sytuacjach, gdy dzieje się coś ważnego na poziomie ogólnokrajowym i władze kanału muszą wybierać między ograniczeniem pasm lokalnych a ich funkcjonowaniem mimo to. Jak podkreśla prezes TVP, cierpią na tym przede wszystkim widzowie.

Solaris chce zdobywać zagraniczne rynki autobusami elektrycznymi. Już 80 proc. pojazdów trafia na eksport

Solaris kontynuuje ekspansję na rynkach zagranicznych. Spółka eksportuje już 80 proc. swojej produkcji do 26 krajów. Pojazdy Solarisa jeżdżą nie tylko w Europie, m.in. w Niemczech i na Węgrzech, ale nawet w Dubaju i na wyspie Reunion. Liczy też na nowe rynki, głównie dzięki wprowadzeniu na rynek autobusów elektrycznych. Pierwsze pojazdy w drugiej połowie roku trafią do miast w Niemczech i Austrii.

Zbigniew Palenica Solaris Bus Coach
Zbigniew Palenica, Solaris Bus & Coach

– Największym naszym rynkiem zbytu są Polska i Niemcy, choć w ubiegłym roku więcej sprzedaliśmy w Niemczech. Jeździ tam już ponad 2 tys. naszych sztuk – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Zbigniew Palenica, członek zarządu Solaris Bus & Coach. – Realizowany jest kontrakt na dostawę Solarisów do Warszawy. Realizujemy dostawy do naszych klientów włoskich i niemieckich.

Spółka walczy o kolejne rynki. Na początku marca producent podpisał umowę z przewoźnikiem w Belgradzie na dostawę 200 autobusów przegubowych Solaris Urbino 18. Kontrakt wart jest 64 mln euro. Jego realizacja planowana jest jeszcze w tym roku. Jak podkreśla przedstawiciele Solarisa, to duży sukces spółki, która w przetargu pokonała pięciu poważnych konkurentów.

Pojazdy Solarisa jeżdżą również m.in. na Węgrzech. Spółka zrealizowała już osiem dostaw do tego kraju. Trolejbusy Solaris Trollino jeżdżą po ulicach m.in. Budapesztu i Debreczyna.

– Do tych miast dostarczaliśmy również autobusy zarówno dla przewoźników miejskich, jak i przewoźników prywatnych, ale ten rynek jest hermetyczny, jest bardzo ciężko na nim konkurować. Nie będziemy się poddawać – mówi Palenica o rywalizacji na rynku węgierskim.

Solaris pracuje już nad nowym typem pojazdów – autobusami elektrycznymi, które będą znacznie bardziej przyjazne dla środowiska, co pozwoli na używanie ich także w centrach miast. Trwają testy nowego modelu, 12-metrowego Urbino 12 electric, który miał swoją premierę w ubiegłym roku.

– Wiążemy z tym pojazdem dłuższą przyszłość. W tej chwili są robione jazdy testowe. Objechał już bardzo wielu naszych klientów w Polsce i zagranicą, zbierane są doświadczenia – wyjaśnia Zbigniew Palenica.

Pierwsze zamówione elektryczne autobusy jeszcze w tym roku trafią do klientów – do Brunszwiku w Niemczech i Klagenfurtu w Austrii. W tym roku spółka planuje skoncentrować się na produkcji i sprzedaży tego typu pojazdów. Liczy na to, że zainteresowanie przewoźników elektrycznymi autobusami będzie rosło, szczególnie w nowej perspektywie unijnej, co pozwoli obniżyć koszty produkcji, a tym samym ich cenę. Na razie są one nawet dwukrotnie droższe od tradycyjnych pojazdów.

Od kwietnia obowiazują nowe stawki VAT dla wybranych produktów i usług

23 proc. zamiast 8 proc. – od kwietnia wzrasta VAT na kawę z mlekiem, co może spowodować, że konsumenci będą płacić więcej. Ale to nie jest jedyna zmiana podatkowa, która właśnie weszła w życie. Z podatku od towaru i usług nie będą już zwolnione materiały informacyjne, np. foldery czy ulotki. Na korzyść podatników działa za to uściślenie definicji terenów budowlanych, które ułatwia zwalnianie z VAT-u sprzedaży gruntów pod zabudowę.

Zmiany w VAT mogą odczuć smakosze kawy. Do tej pory kawy z mlekiem takie jak latte, cappuccino czy macchiato były traktowane jako napoje mleczne, czyli objęte obniżoną stawką VAT-u (8 proc.). Od 1 kwietnia każdy napój, w którym jest kawa, podlega już jednak pełnemu opodatkowaniu.

– Takie zmiany dotyczą też towarów związanych ze sztuką ludową, rękodziełem, różnego rodzaju wyroby sztuki ludowej. Również część wyrobów, które w ten sposób podpadały pod wyroby spożywcze, jednak trudno było bronić tego, że one są rzeczywiście przeznaczone do spożycia, to np. różnego rodzaju odpady mięsne – również objęte będą wyższym VAT-em – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Joanna Rudzka, doradca podatkowy z Kancelarii Prawnej SSW Spaczyński, Stefaniak i Wspólnicy S.K.A.

23-procentową stawką VAT będą też objęte usługi związane z nagraniami wideo czy projekcją filmów.

Pewne problemy może wywołać zmiana dotycząca materiałów informacyjnych. Do tej pory były one zwolnione z podatku od towarów i usług. Od 1 kwietnia to się jednak zmieniło. Joanna Rudzka podkreśla jednak, że drukowane materiały informacyjne, takie jak foldery czy ulotki, nadal mogą być zwolnione jako prezenty małej wartości.

– Będzie istotne przekazanie tych towarów o małej wartości na cele związane z działalnością gospodarczą. Będziemy musieli przygotować sobie jakąś argumentację, iż nie jest to jakieś przekazanie po prostu, ale jakiś cel gospodarczy za tym idzie – zauważa Joanna Rudzka.

Nowe definicje

Nieopodatkowane pozostaje za to przekazanie próbek produktów, ale zmieniła się ich definicja. Teraz próbka to egzemplarz, który można zidentyfikować jako próbkę, mający na celu promocję sprzedaży, nie może zaś służyć zaspokojeniu potrzeb odbiorcy. Jak podkreśla ekspertka, rozszerzona definicja może budzić wątpliwości, bo nie wiadomo, w jaki sposób należy identyfikować próbki, a na niektórych produktach może to być niemożliwe. Według niej dopiero praktyka i orzecznictwo organów podatkowych zweryfikuje to prawo, które w dużej mierze zależy od subiektywnej oceny.

Na korzyść podatników działa wprowadzenie od dawna oczekiwanej definicji terenów budowlanych. Do 1 kwietnia ich sprzedaż była objęta VAT-em w przeciwieństwie do np. terenów rolniczych. Do tej pory brakowało jednak definicji. W sytuacji, gdy brakowało planu zagospodarowania przestrzennego, co jest powszechne w Polsce, organy podatkowe opierały się o studia wykonalności. W ten sposób więcej gruntów było traktowanych jako budowlane, a ich sprzedaż była objęta VAT-em.

Według nowego prawa jedynie sprzedaż tych terenów, które są jednoznacznie określone w planie zagospodarowania przestrzennego jako przeznaczone pod zabudowę, będzie objęta VAT-em.

– Należy patrzeć tylko na to, co realnie wynika z przepisów, czyli z aktualnego planu, jeżeli go nie ma, na decyzję o warunkach zabudowy, jeżeli ona nie jest wydana – na rejestry gruntów. I to zostało potwierdzone w tej zmianie. Jest już jasne, że studium nie jest dla nas w ogóle tutaj żadnym kryterium traktowania, jeżeli nie ma aktualnego planu zagospodarowania przestrzennego ani nie wystąpiono o decyzje o wydaniu warunków zabudowy – mówi Joanna Rudzka.

Jan Kulczyk: sport pod wieloma względami podobny jest do biznesu

– Sport pod wieloma względami podobny jest do biznesu. Potrzebuje długofalowej strategii, wizji, przemyślanej taktyki działania, wykształcenia i charakteru – twierdzi Jan Kulczyk. Dlatego z jego inicjatywy jako przewodniczącego Rady Patronów Polskiego Komitetu Olimpijskiego doszło do pierwszego spotkania autorytetów polskiego sportu w ramach Okrągłego Stołu Polskiego Sportu. W debacie wzięło udział ponad 100 osób ze świata sportu, polityki i biznesu. W ciągu najbliższych miesięcy zespoły eksperckie ds. strategii, finansowania i legislacji przygotują konkretne rekomendacje, które mają wprowadzić polski sport na właściwe tory.

Kondycja polskiego sportu systematycznie się pogarsza. Świadczy o tym ranking medalowy Igrzysk Olimpijskich. Do 2000 r. Polska zajmowała w nim miejsce w pierwszej dwudziestce. Jednak po Igrzyskach w Atenach w 2004 r. Polacy spadli na 23. miejsce, a po Olimpiadzie w Pekinie cztery lata później – na miejsce 28. Dorobek medalowy Polaków na olimpiadzie w Londynie w ubiegłym roku pozwolił im na zajęcie dopiero 30. pozycji.

Dlatego eksperci mówią o potrzebie stworzenia dobrego planu dla sportu. Tym bardziej, że sport jest nie tylko rozrywką. To jeden z elementów budowania wizerunku Polski.

Zdaniem Jana Kulczyka, sport jest pod wieloma względami podobny do biznesu, nauki, kultury czy sztuki. Wszystkie te dziedziny wymagają odpowiedniego wykształcenia i charakteru.

– Sport, podobnie do biznesu wymaga przede wszystkim właściwego charakteru, dyscypliny, cierpliwości, wychowania, a przede wszystkim pasji i wyobraźni. Bez tych elementów nie będzie efektów – podkreśla przewodniczący Rady Patronów PKOl w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Dlatego właśnie mówienie o problemach sportu tylko w kontekście braku finansów jest dużym uproszczeniem. Mimo że udział środków na kulturę fizyczną w budżecie państwa jest z roku na rok coraz niższy. W 2012 roku przeznaczono na ten cel 0,17 proc. budżetu, a w tym roku ma to być dwa razy mniej (0,82 proc). W rekordowych pod tym względem latach 1989 i 1990 było to odpowiednio 0,55 proc. i 0,51 proc.

Rozwój sportu – zgodnie z sygnałami, jakie docierają do PKOl – hamują niedoskonałe regulacje, które ograniczają możliwości funkcjonowania organizacji sportowych, ale też niedocenianie lekcji wychowania fizycznego i zajęć sportowych przez dzieci i ich rodziców. W Polsce na 100 tysięcy mieszkańców przypada 35 klubów sportowych. U naszych zachodnich sąsiadów jest to prawie 100 klubów, a np. na Słowacji – 200.

Kluczem do sukcesu – zdaniem Jana Kulczyka – jest wykorzystanie potencjału, jaki drzemie w milionach Polaków.

– Mamy 40 milionów Polaków. To ogromny potencjał – mówi inicjator sportowego Okrągłego Stołu. – Wielokrotnie w historii udowadnialiśmy, że potrafimy walczyć, co w sporcie jest rzeczą niezbędną. To właśnie ta pasja, marzenie, by być lepszym, skuteczniejszym, bardziej wytrwałym i mieć sukcesy prowadzi do sukcesów.

W obradach sportowego Okrągłego Stołu wzięło udział ponad 100 osób ze świata sportu i polityki oraz biznesu, który wspiera polskich sportowców. Trzy zespoły eksperckie z zakresu finansowania, legislacji i strategii będą teraz pracować nad konkretnymi propozycjami zmian, które wpłyną na kondycję polskiego sportu.

– Cieszy mnie, że udało się wywołać tę debatę – mówi Jan Kulczyk. – Jestem zadowolony, że zebraliśmy tak zacne grono i to, że zaczynamy poważną dyskusję. Nie tylko o tym, co zrobić z polskim sportem, gdzie on powinien być, bo wszyscy wiemy jak marzyć. Ale też o tym, gdzie leży przyczyna takiej kondycji polskiego sportu – dodaje przewodniczący Rady Patronów Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Polkomtel, operator sieci Plus, podpisał umowę o współpracy z Vodafone

Podpisanie umowy z Vodafone to kolejny ważny krok Polkomtelu w kierunku zwiększania atrakcyjności usług oferowanych klientom, a także rozwoju całego rynku telekomunikacyjnego w Polsce. Podpisana w marcu umowa o współpracy między Polkomtelem a Vodafone obejmuje m.in. obsługę korporacji międzynarodowych oraz zapewnia dostęp do wspólnych produktów i usług dla klientów biznesowych i indywidualnych.

„Umowa z tak znaną i znaczącą na światowym rynku telekomunikacyjnym firmą, jak Vodafone to świetna wiadomość dla naszych klientów – jest to kolejny ważny krok ku temu aby oferować im więcej niż konkurencja. Jestem przekonany, że współpraca zaowocuje wieloma ciekawymi projektami biznesowymi, z korzyścią zarówno dla naszych obecnych, jak i nowych klientów” – powiedział Zygmunt Solorz-Żak, Prezes Zarządu Polkomtel Sp. z o.o.

Ważnym elementem współpracy pomiędzy obydwoma firmami jest wymiana doświadczeń oraz najlepszych praktyk rynkowych. Dzięki podpisanej umowie powstają możliwości wielu korzystnych synergii operacyjnych i oszczędnościowych dla Polkomtelu.

Ravinder Takkar, Prezes i Dyrektor Generalny Vodafone Partner Markets, skomentował umowę z Polkomtel w następujący sposób – „Nasza umowa z Polkomtelem daje Vodafone możliwość dalszego wzmocnienia swojej obecności w Europie Wschodniej. Jesteśmy zadowoleni z odnowienia naszych relacji z Polkomtelem w ramach społeczności Rynków Partnerskich, która obejmuje ponad 50 rynków na całym świecie.”

Vodafone Group Plc to z punktu widzenia przychodów jedna z największych firm telefonii komórkowej na świecie, posiadająca ok. 403 miliony abonentów. Obecnie Vodafone posiada udziały kapitałowe w firmach telekomunikacyjnych w ponad 30 krajach na pięciu kontynentach i współpracuje z ponad 50 sieciami partnerskimi na całym świecie. Operator był jednym z akcjonariuszy Polkomtelu przed przejęciem Spółki przez Zygmunta Solorza-Żaka.

Trendy w rozwoju e-commerce

Dzisiejszy świat pokazuje, że aby osiągnąć sukces w biznesie należy jednocześnie działać w tradycyjnej przestrzeni internetowej, na kanałach społecznościowych oraz na urządzeniach mobilnych. Branża e-commerce zarówno w Polsce jak i na świecie, pomimo spadku wartości pojedynczych zakupów, odnotowała optymistyczny wzrost liczby kupujących w sieci. Co ciekawe, polski rynek e-commerce jest jednym z najszybciej rozwijających się w całej Europie. Dlatego aby zwiększyć swoją szansę na sukces należy dostrzec zalety e-commerce i umiejętnie je wykorzystać.

W czym e-commerce jest lepsze od tradycyjnego sklepu?

Po pierwsze, e-commerce czyli e-sklep oferuje nie tylko niższe ceny, ale daje też ogromny wybór, nieosiągalny dla tradycyjnych sklepów stacjonarnych. Po drugie, handel elektroniczny pozwala na ogromną oszczędność czasu, dlatego dla wielu sprzedawców działalność online stała się główną formą wymiany towarów oraz kontaktu z klientami i kontrahentami. Jednak największą zaletą e-sklepu jest to, że funkcjonuje on 24 godziny na dobę, 365 dni w roku i jest dostępny dla każdego zawsze i wszędzie niezależnie od miejsca zamieszkania.

Czy e-commerce to pewna przyszłość?

Prognozy analityków dotyczące rynku e-commerce są bardzo optymistyczne. Pokazują one, że rosnąca liczba konsumentów korzystających z zakupów online oraz nowe kanały dystrybucji będą przyczyniały się do wzrostu liczby transakcji zawieranych tą drogą. Dlatego warto postawić na sprzedaż przez internet i zaangażować w nią kilka istotnych narzędzi jednocześnie.

Dlaczego warto zainwestować w e-sklep?

Prognozy specjalistów wyraźnie pokazują, że warto zainwestować w swój własny e-sklep i tym samym zwiększyć swoją konkurencyjność na rynku. Zanim jednak podejmiemy decyzję o uruchomieniu e-sklepu, musimy dokładnie przemyśleć co zrobić, aby był on miejscem chętnie odwiedzanym przez klientów. Podstawą sukcesu jest solidne wykonanie takiego sklepu, dlatego warto zlecić to profesjonalistom. Tylko fachowa realizacja e-sklepu sprawi, że nawet mała działalność może stać się dużym, znaczącym graczem na rynku internetowym.

Integracja e-sklepu z oprogramowaniem handlowo-magazynowym

Kiedy opracowaliśmy stronę wizualną naszego e-sklepu, warto jeszcze się zastanowić nad jego funkcjonalnością. Co takiego powinien posiadać, aby praca była szybka i przyjemna? Fakt, że do zarządzania sklepem internetowym niezbędne jest oprogramowanie e-commerce, nie budzi żadnych wątpliwości. Funkcjonalności tych systemów nie zapewnią jednak pełnej obsługi sprzedaży poza internetem. Tymczasem zastosowanie zintegrowanego z oprogramowaniem systemu do obsługi sprzedaży umożliwi efektywniejsze zarządzanie firmą, co w przyszłości zapewni szybsze realizowanie zamówień, kontrolę dostępności towarów oraz wyeliminowanie większości pomyłek i opóźnień. Pamiętajmy o tym, że sprawniejsza obsługa procentuje większym zadowoleniem klienta, który chętniej dokona kolejnego zakupu.

W czym pomoże mi zintegrowanie mojego sklepu internetowego z oprogramowaniem handlowo-magazynowym?

Dzięki zintegrowaniu e-sklepu z oprogramowaniem handlowo-magazynowym firma ma możliwość obsługi wszystkich elementów związanych ze sprzedażą, także tych bardzo zaawansowanych, niedostępnych w większości dostępnych rozwiązań e-commerce. Program magazynowo-fakturowy umożliwia sprawne wystawianie faktur i zarządzanie magazynem w firmie każdej wielkości.

Masz komfort i wygodę pracy, ponieważ:

możesz przeprowadzać analizy związane ze sprzedażą, zakupami oraz gospodarką magazynową dzięki bogatym możliwościom definiowania zestawień w programie;
każdy pracownik będzie mógł pracować na tych samych danych dzięki wersji sieciowej programu;

Korzyści dla właściciela z tytułu wdrożenia oprogramowania handlowo-magazynowego w sklepie internetowym:

1. Pobieranie stanów magazynowych i cenników:

możesz pobierać dokumenty pokazujące aktualne stany magazynowe;
możesz wybrać cennik, który będzie widoczny w Internecie.
2. Przesyłanie zamówień bezpośrednio do programu:

zamówienia złożone w Twoim sklepie internetowym trafią bezpośrednio do specjalnego folderu ,,zamówienia”. Do każdego zamówienia złożonego w ten sposób automatycznie możesz otrzymać paragon lub fakturę.
3. Rejestracja kontrahentów zamawiających w Internecie:

masz dodatkową możliwość udzielania indywidualnych warunków handlowych swoim kontrahentom;
masz możliwość obniżenia kosztów funkcjonowania działu handlowego.
Korzyści dla klienta z tytułu wdrożenia oprogramowania handlowo-magazynowego w sklepie internetowym:

Klienci sklepu internetowego, mimo że nie będą świadomi tego, jakie oprogramowanie jest wykorzystywane w Twoim e-sklepie, również odczują korzyści. Jakie konkretnie?

  1. Szybsza realizacja zamówień (co jest przecież najważniejsze w sprzedaży internetowej);
    brak ryzyka wystąpienia pomyłek, np. wysłanie paczki pod inny adres;
  2. pewność, że zamówienie się „nie zawieruszy”;
  3. pewność, że towar jest rzeczywiście dostępny w magazynie;
  4. możliwość kontaktu z obsługą klienta;
  5. dostęp do zawsze aktualnych informacji dotyczących oferty sklepu.

Zintegrowanie sklepu internetowego z oprogramowaniem handlowo-magazynowym sprawi, że obsługa e-sklepu stanie się przyjemna i szybka, a zaoszczędzony w ten sposób czas będziesz mógł wykorzystać na rozwój swojego biznesu. Z kolei Twoi klienci nie tylko będą wracać, by dokonać kolejnego zakupu, ale także zaczną polecać sklep internetowy swoim znajomym, dzięki czemu grono klientów będzie się stale poszerzać.

E-commerce w social mediach

Dobrze, tak więc jesteśmy już szczęśliwymi właścicielami aktywnie prosperującego e-sklepu, ale pytanie co zrobić, aby nasi klienci poczuli się z nim na stałe związani?

Możemy wykorzystać fakt, że większości klientom zależy na kontakcie z firmami bezpośrednio w serwisach społecznościowych i założyć konto naszego sklepu w portalu społecznościowym, np. Facebooku. Większość programów do tworzenia e-sklepów umożliwia tworzenie społeczności wokół sklepu dzięki integracji z najpopularniejszym serwisem społecznościowym. Media społecznościowe są ważnym kanałem obsługi klienta i skutecznie budują z nim długotrwałe relacje, które często mają wpływ na kształtowanie jego postawy i opinii, dlatego powinniśmy umiejętnie wykorzystać ten potencjał.

Korzyści płynące z własnego Fanpage’a na Facebooku:

  1. pozwala budować społeczność wokół Twojej firmy, produktów i usług;
  2. daje szansę na promowanie nie tylko firmy, ale również jej poszczególnych produktów oraz ofert promocyjnych;
  3. daje możliwość przeprowadzenia konkursów i akcji promocyjnych, które z pewnością pomogą zwiększyć liczbę użytkowników;
  4. daje możliwość promocji firmy dzięki marketingowi wirusowemu. Jeśli już klienci nas polubią, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będą nas promować wśród swoich znajomych;
  5. ułatwia nawiązywanie nowych kontaktów, dzięki którym tworzysz własną bazę klientów;
  6. pozwala poznać potrzeby klientów, dzięki możliwości wymiany opinii i komentarzy.

Pamiętaj, że Facebook to darmowa forma zaistnienia w przestrzeni społecznościowej, która skupia miliony Polaków oraz ogromny potencjał reklamowy, dlatego wykorzystaj tę szansę.

E-commerce a rozwój technologii i aplikacji

Teza, że firmy stawiające na innowacyjne rozwiązania staną się liderami swoich branż sprawdziła się. Gdy uczestnicy rynku e-commerce mówią o głównych trendach obserwowanych w branży, zarówno na świecie jak i w Polsce, często używają określenia „mobile boom”. To określenie odnosi się do szybkiego wzrostu liczby transakcji mobilnych (czyli zakupów online dokonanych za pośrednictwem urządzenia mobilnego takiego jak smartfon lub tablet). Polska nadal niedostatecznie wykorzystuje możliwości transakcji mobilnych, ale ich ilość szybko rośnie. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że aplikacje mobilne są sprawnym, a zarazem nowoczesnym narzędziem komunikującym sprzedawcę z odbiorcą. Ponadto większa część tych aplikacji zarabia sama na siebie. Kilkanaście lat temu rozwój internetu sprawił, że każda firma stworzyła swoją stronę www. Zauważalny i nieuchronny dziś rozwój rynku smartfonów oraz tabletów wywołał adekwatne zapotrzebowanie na oprogramowania mobilne. Tak więc już teraz warto zastanowić się i sprawdzić możliwość zastosowania ich w swoim biznesie.

CD PROJEKT otrzyma 1,5 mln euro dywidendy z GOG Ltd.

Notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych CD PROJEKT otrzyma równowartość 1,5 mln euro dywidendy od swojej spółki zależnej GOG Ltd. będącej właścicielem globalnej platformy cyfrowej dystrybucji gier GOG.com.

„GOG.com ma bardzo ambitne plany rozwoju w związku z którymi prowadzi ważne projekty badawcze. Pomimo to doskonałe wyniki tej spółki poparte świetnymi przepływami pieniężnymi pozwalają nam na wypłatę dywidendy bez szkody dla rozwoju spółki” – powiedział prezes Adam Kiciński.

Jednostkowy zysk netto segmentu globalnej cyfrowej dystrybucji za który w ramach Grupy CD PROJEKT odpowiada GOG.com w 2012 r. wyniósł 8,25 mln zł wobec 4,76 mln zł w roku 2011 r. Przychody wyniosły odpowiednio 42,1 mln zł wobec 24,9 mln zł przed rokiem. Z zysku za 2012 r. GOG.com wypłaci dywidendę w wysokości równowartości 1,5 mln euro.

„Działalność w obszarze cyfrowej dystrybucji jest jednym z naszych priorytetów. To sektor, który rozwija się bardzo szybko a GOG.com wypracował już na tym rynku bardzo mocną pozycję” – podkreślił Adam Kiciński. Strategia CD PROJEKT zakłada, że Grupa będzie budowała pozycję na rynku globalnym. GOG.com doskonale wpisuje się w te plany. Najlepiej znany jest na kluczowym rynku amerykańskim (choć ma klientów na całym świecie). W Polsce serwis generuje niecałe 2 procent swoich przychodów.

W 2012 r. GOG.com zrealizował wiele istotnych celów strategicznych, podwoił m.in. liczbę kont swoich klientów a także przekroczył poziom 2 mln unikalnych użytkowników miesięcznie. W trakcie jednej ze swoich promocji trafił do zestawienia 500 najpopularniejszych stron internetowych na świecie. W ciągu roku GOG.com podwoił też liczbę swoich dostawców (producentów i wydawców gier) jest ich już ponad stu. W skali świata GOG.com jest obecnie drugim co do popularności niezależnym serwisem cyfrowej dystrybucji gier w internecie z roku na rok dynamicznie zwiększającym zarówno poziom sprzedaży jak i wykazywany wynik finansowy.

W zeszłym tygodniu CD PROJEKT przedstawił aktualizację swojej strategii i plany na lata 2013-2016 informując m.in., że GOG.com prowadzi dwa duże projekty badawczo-rozwojowe, które mają na celu przyśpieszenie rozwoju platformy w kolejnych latach.

Łącznie Grupa CD PROJEKT zanotowała w 2012 r. rekordowe wyniki finansowe. Skonsolidowany zysk netto wzrósł rok do roku o 19% do poziomu 28,13 mln zł a przychody wzrosły o 20% przekraczając 164 mln zł w 2012 roku.

Zmiany w leasingu – ratunek przed spowolnieniem dla branży nieruchomości?

Z początkiem roku zaczęły obowiązywać uchwalone jesienią zapisy tzw. III ustawy deregulacyjnej. Zmiana przepisów istotnie wpływają na rynek leasingu, w tym w szczególności leasingu nieruchomości. Nowe zasady zmniejszają obciążenia dla leasingobiorców i ułatwiają istotnie pozyskanie finansowania dla dużych inwestycji. Mogą więc istotnie wpłynąć nie tylko na zwiększenie zainteresowania tą formą leasingu, ale także na sytuację firm operujących na rynku nieruchomości komercyjnych.

Jednym z największych problemów dla dużych inwestycji w nieruchomości w polskich miastach była do niedawna kwestia prawa własności do gruntu. Wiele działek w ścisłych centrach metropolii jest bowiem przedmiotem prawa wieczystego użytkowania. W przypadku dużych projektów budowlanych, takich jak centra handlowe i biurowce, dla których leasing jest optymalną z punktu widzenia inwestora formą finansowania, kwestia prawnego statusu działki była często poważnym problemem.

– Obowiązujące do niedawna przepisy powodowały cały szereg komplikacji, jeśli umowa leasingu obejmowała nieruchomość znajdującą się na gruncie, który był przedmiotem użytkowania wieczystego. W takich przypadkach stosowano szczególne konstrukcje łączące dwie umowy, tj. leasingu nieruchomości z dzierżawą prawa do wieczystego użytkowania – wyjaśnia Jacek Rakowski, Dyrektor Pionu Prawnego BRE Leasing. Dzięki najnowszym zmianom w prawie ten problem znika.

– W świetle nowych przepisów istnieje możliwość zawarcia umowy leasingu, którego przedmiotem jest prawo wieczystego użytkowania gruntów – wyjaśnia Jacka Rakowski z BRE Leasing. – Zmiana ułatwia znacząco dostęp do leasingu nieruchomości, w szczególności w przypadku dużych obiektów znajdujących się w granicach administracyjnych większych miast – dodaje.

Ustawa deregulacyjna umożliwia rozliczanie użytkowania wieczystego gruntów na dokładnie takich samych zasadach, jak ma to miejsce w przypadku własności. Tym samym korzystający z leasingu nieruchomości znajdujących się na takich gruntach nie będą musieli już obawiać się jakichkolwiek komplikacji prawnych i podatkowych. – Ułatwi to inwestycje związane z dużymi obiektami komercyjnymi w większych miastach, tj. biurowcami, hotelami lub centrami handlowymi. Wszelkie formalności niezbędne do przygotowania umowy leasingu nieruchomości będą znacznie prostsze, co z kolei będzie miało wpływ na obniżenie kosztów zawarcia transakcji – wyjaśnia Jacek Rakowski.

W ocenie eksperta BRE Leasing zmiany w obszarze ram prawnych dla leasingu nieruchomości będą istotnie wspierać przyrost inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce. – Zmiana przychodzi w bardzo dobrym momencie, usuwa bowiem ograniczenia które w połączeniu z trudniejszą sytuacją gospodarczą mogłoby zaburzyć obecny, wciąż jeszcze wzrostowy trend jeśli chodzi o udostępnianie nowych powierzchni biurowych i handlowych – mówi Rakowski.

Jak wynika z raportu Colliers International, łączna wielkość użytkowanej powierzchni biurowej na koniec 2012 wyniosła w Polsce 5,8 mln m2. W ubiegłym roku oddano 500 tys. m2 nowych powierzchni, a w 2013 r. całość zasobów powierzchni biurowej w Polsce ma wzrosnąć o ok. 630 tys. m2, z czego ponad połowa powstanie w Warszawie. Według danych firmy Jones Lang LaSalle w 2012 r. w całej Polsce oddano do użytku 16 nowych centrów handlowych oraz rozbudowano osiem istniejących, co oznacza, że na rynek napłynęło 373 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Dzięki zmianom przepisów, leasing może stać się jeszcze bardziej atrakcyjnym narzędziem finansowym, umożliwiającym nabywanie i bieżące użytkowanie nieruchomości przez przedsiębiorstwa.

Druga istotna zmiana przepisów dotyczy minimalnego okresu trwania umowy leasingu nieruchomości. Jego skrócenie z 10 do 5 lat również przyczyni się do popularyzacji tego rozwiązania. Jak zauważa Jacek Rakowski z BRE Leasing, zdobycie finansowania na wcześniej obowiązujący minimalny okres na jaki możliwy był leasing nieruchomości wynosił 10 lat. – Banki niechętnie finansowały tego typu długoterminowe umowy ze względu na stosunkowo wysokie ryzyko związane z potencjalną niewypłacalnością korzystającego, a jeśli już, robiły to na niezbyt atrakcyjnych warunkach – komentuje Jacek Rakowski. – Skrócenie minimalnego okresu leasingu o połowę urealni finansowanie tych transakcji i pozwoli firmom leasingowym na przedstawienie klientom znacznie korzystniejszych ofert – mówi.

Dodatkowo dzięki skróceniu minimalnego okresu leasingu pojawiła się możliwość określenia wysokości rat leasingowych przez cały czas trwania umowy. W przypadku okresu 10-letniego przewidzenie wysokości rat w tak odległej perspektywie było niemożliwe.

Zdaniem Jacka Rakowskiego z BRE Leasing, ułatwienia związane zawieraniem umowy leasingu mogą w istotny sposób przyczynić się do zwiększenia dostępu do finansowania na rynku nieruchomości komercyjnych. – Cieszy fakt, że postulowane już od dłuższego czasu przez przedstawicieli branży leasingowej zmiany spotkały się ze zrozumieniem i doczekały się uchwalenia – mówi Jacek Rakowski. – W szczególności teraz, w czasie spowolnienia gospodarczego, wszelkie udogodnienia wpływające na dostępność do finansowania dla przedsiębiorców są krokiem w dobrym kierunku – ocenia.

Rynek kosmetyków nadal rośnie – 3,1% w 2012, ponad 4% średnio do 2015

Według szacunków w 2012 roku w Polsce wydano ponad 19 mld zł na kosmetyki, z czego niemal 37% trafiło do drogerii sieciowych, a prawie 22% do sklepów Rossmann. W okresie 2013-2015 możemy spodziewać się średniorocznego wzrostu rynku na poziomie ponad 4%, jak wynika z najnowszego raportu PMR pt. „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2013. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Jak pokazują wyniki naszych badań przeprowadzonych w styczniu 2013 roku, jedynie 9% kupujących kosmetyki ocenia swoje wydatki kosmetyczne w 2012 r. jako niższe niż w 2011 r. Według 40% są one wyższe r/r, a w ocenie ponad połowy respondentów pozostały bez zmian. Trzy czwarte kupujących kosmetyki wydaje na nie do 100 zł miesięcznie.

Rynek kosmetyków rośnie głównie dzięki trzem kanałom dystrybucji

„Jednak, jak komentuje Dominika Kubacka, analityk firmy PMR i autor raportu, na wzroście rynku kosmetyków zyskują właściwie tylko nieliczni, przede wszystkim sieci drogerii, a i to głównie dzięki Rossmanowi oraz nowym graczom. W 2012 r. sieci kosmetyczne nadal rozwijały się, ale w mniejszym tempie niż do 2010 r., a placówek w sieciach tak ogółem, jak i patrząc na czołowych graczy, nie przybyło więcej niż w 2011 roku.” Dynamicznie rośnie sprzedaż kosmetyków w sklepach dyskontowych, które ogólnie zyskują na znaczeniu jako miejsce, gdzie Polacy coraz częściej robią zakupy, a także poprzez Internet, chociaż to na razie niewielka część rynku kosmetycznego (poniżej 4%). Z kolei znaczenie kanałów uzupełniających stopniowo spada.

W ciągu ostatnich pięciu lat (2007-2012) rynek kosmetyków w Polsce wzrósł o niemal 4,6 mld zł. W tym czasie sieci drogeryjne zwiększyły wartość obrotów o 3,9 mld zł, podczas gdy przychody samego Rossmanna skoczyły o 2,6 mld zł. W porównywalnym okresie miliard złotych zyskał segment dyskontów, a pół miliarda handel przez Internet.

Do najszybciej rosnących kosmetycznych kanałów dystrybucji, czyli sieci drogeryjnych, dyskontów i Internetu łącznie, trafia już co druga złotówka wydawana w Polsce na kosmetyki. Artykuły kosmetyczne kupowane są przede wszystkim w drogeriach, zwłaszcza sieciowych, ale sklepy wielkopowierzchniowe to nadal aż 30% całego rynku.

Rossmann wzmacnia swoją przewagę na rynku kosmetyków
Wyniki zrealizowanych przez nas w styczniu 2013 r. badań na grupie 405 osób kupujących kosmetyki nie pozostawiają wątpliwości, że sieć drogerii Rossmann jest liderem w sprzedaży kosmetyków w Polsce. Ponad połowa badanych (54%) deklaruje, że to przede wszystkim w jego sklepach robi zakupy kosmetyczne.

Rossmann dysponuje największą w Polsce siecią sklepów drogeryjnych, liczącą już ponad 700 placówek. W dodatku na lata 2013-2014 zamierza przyspieszyć program otwarć (nominalnie), tak aby na koniec tego okresu zarządzać tysiącem drogerii na terenie kraju. Plan przekłada się na konieczność uruchamiania 150 nowych sklepów pod szyldem Rossmann rocznie, a więc znacznie więcej niż do tej pory – w ciągu ostatnich trzech lat w sieci przybywało średnio 97 sklepów na rok. Z drugiej strony, względny przyrost liczby drogerii Rossmann utrzyma się na podobnym co dotychczas poziomie, ok. 20% r/r.

Do sukcesu lidera rynku kosmetycznego w Polsce, oprócz dynamicznej ekspansji, przyczynia się również rosnąca akceptacja konsumentów dla marek własnych, których sprzedaż zwiększa się kilka razy dynamiczniej niż rynek, a klienci oceniają te produkty nie gorzej niż ich markowe odpowiedniki, jak wynika z tegorocznych badań PMR.

W rezultacie Rossmann posiada już niemal 22% rynku kosmetyków w Polsce, ponad połowę udziałów w segmencie drogerii w Polsce, a 60% wśród sklepów sieciowych, według naszych wstępnych szacunków za 2012 r.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2013. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Płatna telewizja trendem na polskim rynku telekomunikacyjnym w 2013

Rynek płatnej telewizji w Polsce, mimo rosnącego nasycenia usługami, nadal rośnie. W tym roku przychody operatorów z dostarczania płatnej telewizji ponownie się poprawią. Polski rynek, choć nadal stosunkowo konserwatywny, stopniowo ewoluuje w stronę większej personalizacji i rozwoju usług na żądanie.

Dynamika zmian wartości rynku usług telekomunikacyjnych (rozumianego jako telefonia stacjonarna, telefonia komórkowa i internet) i rynku płatnej telewizji w Polsce nadal wykazuje wyraźną dysproporcję. Wartość przychodów z usług płatnej telewizji stale rośnie, podczas gdy rynek usług telekomunikacyjnych po wyraźnym spadku w 2009 r. w ostatnich trzech latach znajduje się w stagnacji. W tym roku, na skutek zmian regulacyjnych, rynek telekomunikacyjny po raz kolejny bardziej zdecydowanie straci na wartości. Sprzedaż usług płatnej telewizji, pomimo rosnącego nasycenia rynku, ponownie wzrośnie.

Według wstępnych danych PMR zawartych w raporcie „Rynek usług dodanych i multimedialnych 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”, na koniec 2012 r. w Polsce było ok. 12 mln abonentów płatnej telewizji. Warto podkreślić, że podobnie jak w Rumunii jest to rynek nasycony. Dla porównania w Rosji abonentów jest więcej o prawie 20 mln, w tym kraju jednak liczba gospodarstw domowych jest czterokrotnie wyższa, dlatego rynek, jako znacznie większy, nadal posiada potencjał. Należy zwrócić uwagę na fakt, że w przypadku platform cyfrowych o przypisaniu abonenta do danego kraju decyduje miejsce sprzedaży usługi, co niekoniecznie musi odpowiadać miejscu korzystania z niej. Część abonentów wykupuje usługę w jednym kraju, a potem zabiera dekoder do innego (np. emigranci).

Pod względem liczby abonentów dominującym segmentem rynku płatnej telewizji w Polsce był dostęp satelitarny, z którego korzystała większość abonentów tych usług w Polsce. Z roku na rok zmniejszający się udział odbiorców korzystających z oferty analogowej telewizji kablowej był drugim co do wielkości segmentem. Z kolei odsetek użytkowników cyfrowej telewizji kablowej w 2012 r. drugi rok z rzędu notuje wartość dwucyfrową. Usługi IPTV w 2012 r. nadal miały marginalny udział w rynku pod względem liczby użytkowników.

Do ważniejszych trendów globalnych w zakresie korzystania z usług płatnej telewizji należy zaliczyć multiekranowość, personalizację dostarczanego kontentu oraz coraz większy udział w mediach społecznościowych. Migracja w stronę trendu maksymalnego wykorzystania czasu spędzanego na oglądaniu TV, a także interakcja z serwisami social media są najbardziej widoczne wśród młodych widzów, którzy w pierwszej kolejności są skłonni korzystać z innowacyjnych technologii, usług i rozwiązań oferowanych przez operatorów.

Trendy światowe z czasem uwidaczniają się również w Polsce, gdzie rynek płatnej telewizji znajduje się w okresie zmian w sposobie absorpcji treści ze strony użytkowników końcowych. W przeciwieństwie do tradycyjnego modelu odbioru treści, w którym widz przyjmuje postawę pasywną, coraz częściej następuje jego aktywizacja. Z jednej strony treści wideo konsumowane są za pomocą dodatkowych urządzeń – komputerów oraz urządzeń przenośnych. Popularność nośników alternatywnych wobec telewizorów wskazuje na rosnącą tendencję personalizacji korzystania z usługi. Z drugiej strony, fala wymian telewizorów spowodowała zmianę sposobu korzystania z tego urządzenia w kierunku większej interaktywności odbiorcy końcowego. Według danych producentów obecnych na polskim rynku, w pierwszych miesiącach 2013 r. dynamicznie wzrósł odsetek nowo kupowanych telewizorów, które zostały podłączone do internetu. Przekłada się to na większe korzystanie z aplikacji ze strony użytkowników końcowych. Cały czas jednak, wspominając o trendach wzrostowych, należy pamiętać o skali tego zjawiska – w Polsce, podobnie jak na świecie, wciąż relatywnie niewielki odsetek ruchu w internecie jest generowany przez podłączone do sieci urządzenia inne niż komputery (np. smartfony, tablety, odbiorniki TV).

„Czy rozstania są trudne? Wydzielenie części biznesu sposobem na kryzys

Kryzys ekonomiczny, a przez to trudniejsze warunki prowadzenia biznesu, nakłaniają wielu przedsiębiorców do reorganizacji prowadzonej działalności i sprzedaży części firmy. Przewiduje się, że wartość tego typu operacji w skali całego świata zwiększy się z blisko 150 mld EUR w 2011 r. do około 290 mld EUR w 2012 r.* Z badania „Czy rozstania są trudne? Wydzielenie części biznesu” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że ponad połowa firm w najbliższych trzech latach sprzeda dwie lub trzy części swojego biznesu. Najczęściej wskazywanymi powodami takich decyzji jest potrzeba uporządkowania struktury organizacyjnej, skupienie się na podstawowej działalności oraz względy finansowe. Aby transakcja przyniosła pożądany efekt, konieczne jest właściwe przygotowanie całego procesu wydzielenia i sprzedaży.

W niepewnej sytuacji ekonomicznej coraz trudniej jest osiągać wysokie zyski oraz oferować dywidendy zadowalające udziałowców. Dlatego zbycie części działalności coraz częściej traktowane jest, jako alternatywny sposób tworzenia wartości firmy i poprawy jej wyników finansowych. „Po latach intensywnej aktywności w obszarze przejęć wiele firm funkcjonuje w oparciu o nieefektywne, rozbudowane struktury organizacyjne, których wartość trudno jest ocenić nawet ich udziałowcom. Pozbycie się części przedsiębiorstwa, (która np. nie pasuje do nowej strategii) pozwala na zwiększenie zyskowności pozostałych segmentów biznesu. Taka decyzja nie jest więc krokiem wstecz, lecz etapem tworzenia wartości i wzmacniania firmy na przyszłość” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Pod młotek w pierwszej kolejności idą te części działalności, które nie są kluczowe dla danej organizacji. Na taką strategię wskazało aż 97 proc. respondentów mających w planach transakcje zmierzające do dezinwestycji. Jednocześnie aż jedna piąta badanych (21 proc.) przyznała, że sprzedaż jest konieczna dla poprawy wyników finansowych ich spółek.

Badanie przeprowadzone w regionie EMEA udowodniło również, że wiele osób zarządzających, zbyt późno orientuje się, że w spółce lub jej części nie wszystko funkcjonuje prawidłowo, co skutkuje późniejszymi trudnościami w jej zbyciu. W ponad połowie firm, co prawda dokonuje się corocznej oceny działalności oraz strategii firmy, ale w prawie, co dziesiątej (8 proc.) dzieje się to już tylko, co dwa lata. Aż 36 proc. respondentów przyznało, że do takiej oceny dochodzi dopiero wtedy, gdy spółki nie osiągają spodziewanych wyników. Zdaniem ekspertów Deloitte takie podejście znacznie utrudnia proces wycofywania się z inwestycji. „Rynek karze przedsiębiorców za zaniedbania. Kto czeka ze sprzedażą firmy do momentu, aż przestanie ona osiągać zadowalające wyniki, ma potem trudności z jej zbyciem. Najlepiej jest dokonywać regularnej oceny, tak jak robi się to w funduszach private equity, po to, aby potencjalna sprzedaż przyniosła jak najwyższy zysk” – ocenia Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Niemal trzy czwarte respondentów ma przygotowany sformalizowany proces wycofywania się z inwestycji, co dowodzi, że takie działania nie są rzadkością. Do tych czynności należą m.in. sporządzenie sprawozdania finansowego oraz szczegółowych prognoz i planów dla wydzielanego segmentu biznesu przed jego sprzedażą. Niespełna dwie trzecie badanych uważa, że przed zbyciem działalności, kluczowe jest utworzenie dedykowanego wewnętrznego zespołu specjalistów, którzy wprowadzą niezbędne procedury. Z doświadczeń Deloitte wynika, że najbardziej udane transakcje odbywały się właśnie przy udziale i we wsparciu takich zespołów, których członkowie nie byli absorbowani innymi obowiązkami.

Przedsiębiorcy, którzy chcą sprzedać swoje firmy lub ich część, najczęściej szukają potencjalnych nabywców wśród inwestorów branżowych, zarówno w kraju, jak i zagranicą. Dzieje się tak w niemal dwóch trzecich przypadków. Nie docenia się za to funduszy private equity, które na co dzień zajmują się taką działalnością. Tylko jedna trzecia respondentów uwzględnia ich oferty przy podejmowaniu decyzji o wyborze inwestora. „Jest to bardzo krótkowzroczne myślenie. Fundusze private equity mają ogromne możliwości finansowe, większą siłę przetargową na tle konkurencji i poszukują najlepszych firm niezależnie od ich lokalizacji. Poza tym zwiększenie liczby potencjalnych nabywców zwykle powoduje podbijanie ceny” – uważa Ewa Grzejszczyk, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Największym rozczarowaniem dla przedsiębiorców w przypadku zbycia części firmy jest wydłużający się czas całego procesu. Połowa takich transakcji trwała dłużej niż zakładał to plan. Jedynie 6 proc. zostało zamkniętych szybciej niż planowano. Najczęstszym powodem takiego stanu rzeczy są: brak doświadczenia w przeprowadzeniu procesu, braki kadrowe oraz pułapki prawno-podatkowe, o których zbywający nie pomyślał wcześniej. Dodatkowo, wydzielenie biznesu wymaga odpowiedniej alokacji pracowników, podziału aktywów między spółką matką a wydzielaną częścią. Dużym wyzwaniem jest opracowanie modelu, w jaki sposób te dwie jednostki mają funkcjonować dalej w obszarach wspólnych oraz jak będą działały procesy wsparcia, takie jak m.in. księgowość, płace, administracja kadrowa, obsługa IT, zakupy, co z aktywami wspólnymi (np. biurowiec, umowa ubezpieczenia, transport, zastawy pod kredyty). Odpowiedzią na niektóre z tych wyzwań jest podpisanie odpowiednich umów pomiędzy spółką matką a jednostką wydzieloną o obsłudze w okresie przejściowym (tzw. TSA – Transitional Service Agreement).

„Badanie udowodniło, że kluczowe w osiągnięciu sukcesu jest właściwe przygotowanie samego procesu sprzedaży, ale też procesu przekazania wydzielonej części nabywcy i zapewnienie jej niezakłóconego funkcjonowania aż do czasu uzyskania względnej samodzielności. Do tego potrzebne jest odpowiednie planowanie od strony finansowej, prawnej i podatkowej oraz operacyjnej” – podsumowuje Joanna Dudek, radca prawny, Partner Associate, kancelaria prawnicza Deloitte Legal.

Znaczącym aspektem wydzielenia części biznesu są tzw. koszty osierocone, czyli pewna część kosztów stałych, która ponoszona była uprzednio w związku z obsługą większej grupy kapitałowej, w skład, której wchodziła jednostka stanowiąca przedmiot zbycia. Koszty osierocone często stanowią problem w przypadku wydzielenia i sprzedaży części biznesu, ponieważ trudno jest je zmniejszyć w krótkim okresie czasu. Koszty te mogą stanowić nawet ponad 7 proc. przychodów. „Dlatego należy jak najszybciej je zidentyfikować i zaplanować sposób ich zredukowania, ponieważ mogą pochłonąć nawet cały zysk ze sprzedaży” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Cyfrowy Polsat sprzedaje RS TV i kupuje Polskie Media S.A. – nadawcę TV4 i TV6

Cyfrowy Polsat zamierza skoncentrować się na podstawowej działalności, którą jest nadawanie programów radiowo-telewizyjnych. Tym prezes firmy tłumaczy sprzedaż spółki RS TV i zakup Polskich Mediów – nadawcy TV4 i TV 6. W związku z powyższymi zmianami Cyfrowy Polsat planuje pewne cięcia kosztów. Na razie nie wiadomo, czy będą się one wiązać ze zwolnieniami.

– Sprzedaliśmy spółkę RS TV, która świadczyła usługi techniczne transmisji sygnału telewizyjnego, ponieważ chcemy skupić się na podstawowej działalności grupy, jaką jest nadawanie programów radiowo-telewizyjnych oraz świadczenie usług płatnej telewizji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dominik Libicki, prezes zarządu Cyfrowego Polsatu.

Temu celowi służyło również nabycie spółki Polskie Media, nadającej programy TV4 i TV6. Na razie podpisano umowę warunkową, a proces sprzedaży ma być ostatecznie zakończony w lipcu br. Całkowity koszt zakupu to 99 mln złotych.

– Racjonalność zakupu TV4 i TV6 wynika z chęci powiększenia portfolio kanałów telewizji Polsat o kolejne bardzo interesujące kanały, które pomogą nam umocnić pozycję, zwiększyć udziały w oglądalności, a w konsekwencji udziały w rynku reklamowym – mówi Libicki. – TV4 i TV6 są obecne na multipleksach naziemnych i liczymy, że wraz ze wzrostem ich zasięgu oraz naszym know-how będziemy w stanie zarówno zwiększyć oglądalność tych kanałów jak i zoptymalizować koszty funkcjonowania.

Jeśli chodzi o planowaną linię programową kanałów, jak mówi Libicki, będzie ona składać się z programów, które są kupowane, ale niekoniecznie produkowane przez Polsat.

– Gdy zawieramy kontrakty z dużymi studiami, to jest duża ilość kontentu, której nie jesteśmy w stanie wyemitować na naszych antenach – wyjaśnia prezes Cyfrowego Polsatu. – Bardzo możliwe, że trafią one do TV4 i TV6.

Firma planuje zmiany w kupionych stacjach, jednak to wymaga jeszcze analizy ich sytuacji.

– Na pewno pewnego rodzaju optymalizacje nas czekają, nie wiem, czy będą one związane ze zwolnieniami, bardzo możliwe, że nie – powiedział Dominik Libicki podczas XIII Sympozjum Świata Telekomunikacji i Mediów.

Cyfrowy Polsat to największa w Europie Środkowo-Wschodniej platforma satelitarna. Pod względem liczby abonentów plasuje się na 4. miejscu w Europie. Z usług platformy działającej od 1999 r. (najpierw pod nazwą Polsat 2 Cyfrowy) korzysta ponad 3,5 miliona abonentów.

Pod koniec roku najdroższa częstotliwość w Polsce trafi na sprzedaż

Urząd Komunikacji Elektronicznej planuje przeprowadzenie w ostatnim kwartale roku aukcji na częstotliwości 800 MHz. To cenne dla operatorów telekomunikacyjnych pasmo, które umożliwi szybki przesył danych. Jego wartość jest jeszcze większa przez to, że to na razie ostatnie wolne częstotliwości, które trafią na rynek. Jak podkreśla prezes UKE, Magdalena Gaj, ich sprzedaż oprócz celu fiskalnego i inwestycyjnego ma również cel społeczny, którym jest zapewnienie wszystkim Polakom dostępu do szerokopasmowego internetu.

– Pieniądze są drugorzędne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Oczywiście mamy też cel fiskalny, ponieważ to najdroższa częstotliwość. Na pewno uzyskamy za nią bardzo satysfakcjonujące kwoty.

Ważniejsze, zdaniem Gaj, jest jednak zapewnienie operatorom telekomunikacyjnym dostępu do tych częstotliwości w kontekście inwestycji.

– Inwestycje te doprowadzą do realizacji przez Polskę celów Europejskiej Agendy Cyfrowej, a więc do dostarczenia szerokopasmowego internetu wszystkim obywatelom – twierdzi Gaj. – Chciałabym, żebyśmy w ten właśnie sposób patrzyli na aukcję.

Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej zauważa też, że częstotliwości, których dotyczyć będzie przetarg to ostatnie, które są dostępne do szybkiego przesyłu danych. Dlatego też firmy będą skłonne przeznaczyć znaczne sumy, by uzyskać do nich dostęp.

– Myślę, że kwoty mogą być interesujące, ale nie spłycajmy tego, bo ten przetarg ma też ogromny wymiar społeczny – podkreśliła Magdalena Gaj podczas XIII Sympozjum Świata Telekomunikacji i Mediów.

Pasmo 800 MHz obejmuje częstotliwości od 790 do 862 MHz. Są one uwalniane m.in. dzięki przechodzeniu z telewizji analogowej na cyfrową. W ubiegłym roku UKE szacowało, że z aukcji budżet może otrzymać 1,5-3 mld zł.

Coca-Cola: spada sprzedaż soków i nektarów, rośnie wody

Kryzys nie ominął branży napojów bezalkoholowych. Szczególnie spada popyt na te najdroższe, czyli soki i nektary. Minimalne wzrosty widać w sprzedaży napojów gazowanych. Wyraźnie natomiast rośnie sprzedaż wody, w ostatnim czasie nawet o 10 proc. rocznie. Sytuacja w Polsce i tak jest jednak lepsza niż w państwach europejskich, które boleśniej odczuły skutki spowolnienia gospodarczego.

Rośnie sprzedaż soków, ale nadal spośród napojów bezalkoholowych najwięcej pijemy wody – Spowolnienie gospodarcze odczuwa chyba cała gospodarka, nasza branża także. Praktycznie są kategorie, które od kilku lat sukcesywnie się kurczą. Niestety należą do nich soki, nektary, napoje owocowe, bo są to produkty droższe. To jest najprostszy przykład tego jak spowolnienie gospodarcze i spadek siły nabywczej, słabość tego, co mamy w portfelach wpływa na wybory konsumentów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Iwona Jacaszek, dyrektor ds. korporacyjnych Coca-Cola HBC Polska.

Popyt na te najdroższe napoje w ostatnich latach spadał w tempie dwucyfrowym. W ubiegłym roku spadki były nieco mniejsze. Klienci coraz chętniej kupują za to wodę.

– Sprzedaż wody przez ostatnie kilka lat, odkąd zaczęło się spowolnienie, rośnie o około 8-10 proc. rocznie. Znaczącą rolę w wynikach rocznych odgrywa oczywiście temperatura w lecie – mówi Iwona Jacaszek. – Rośnie też niewiele sprzedaż napojów gazowanych. To głównie dzięki naszej sprzedaży, bo nasza sprzedaż rośnie.

W krajach UE spadek sprzedaży jest podobny, a nawet większy.

– Jeżeli my w Polsce jako przemysł odczuwamy skutki spowolnienia gospodarczego, to można sobie wyobrazić, co się dzieje w państwach, których gospodarki się kurczą – zauważa Jacaszek. – Albo w krajach, będących na skraju załamania, takich jak Grecja, Hiszpania, Portugalia, gdzie stopa bezrobocia jest bardzo wysoka, a dochody dramatycznie spadają. Tam rzeczywiście nasza branża, tak jak każda inna, odczuwa te skutki i sprzedaż maleje.

Coca-Cola dostosowuje się do nowych warunków

Polski oddział Coca-Coli zamierza reagować na trudną sytuację rynkową.

– Firma przeprowadza szereg działań, począwszy od zwiększenia propozycji dla konsumentów w różnych kategoriach po zróżnicowanie opakowań, żeby konsumenci mieli większe możliwości wyboru – mówi dyrektor ds. korporacyjnych Coca-Cola HBC Polska. – Dostosowujemy się zarówno do spowolnienia gospodarczego i do zmiany nawyków zakupowych Polaków, którzy coraz częściej korzystają ze sklepów dyskontowych i wielkopowierzchniowych.

Podkreśla, że spółka szykuje się na ciężki rok i pełen wyzwań.

– Nie spodziewamy się, że w tym roku nastąpi poprawa – mówi Iwona Jacaszek. – Nie planujemy jednak zwolnień grupowych. Mimo sytuacji na rynku w zeszłym roku rozpoczęliśmy w naszym zakładzie wiodącym w Radzyminie duży program inwestycyjny wart ponad 150 mln złotych. Zatem to nie jest tak, że tylko szukamy oszczędności, ale i bardzo mocno inwestujemy, bo wierzymy w potencjał. Aktualne inwestycje zabezpieczą nasze potrzeby nie w przyszłym roku i nie w 2015, ale jeszcze w latach 2016-2018. Staramy się brać pod uwagę dłuższą perspektywę – dodaje.