Współpraca Poczty Polskiej z ZUS-em: ma być szybciej i taniej

Poczta Polska i ZUS zacieśniają współpracę. Wprowadzą Elektroniczne Potwierdzenie Odbioru (EPO), które ma sprawić, że klienci będą mieli pewność, co dzieje się z ich przesyłką, a ZUS i Poczta Polska zaoszczędzą tony papieru i czas. Obie instytucje są przygotowane na wprowadzenie tych zmian, muszą jednak czekać na zmianę przepisów.

– Na masową skalę od 1 kwietnia wprowadzimy Elektroniczne Potwierdzenie Odbioru – zapowiada w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Zbigniew Derdziuk, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Każdy dokument, który jest szczególnie ważny dla obywatela, jest wysyłany ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru. To jest taka żółta kartka, którą przykleja się do koperty.

Zamiast niej pojawi się kod, dzięki któremu Poczta Polska natychmiast po dostarczeniu przesyłki, potwierdzi ZUS-owi jej status. Czyli – czy dokument został wysłany i doręczony osobie zainteresowanej. Jeżeli jednak okaże się, że tradycyjny dowód jest potrzebny (dla np. sądów), poczta w dowolnym czasie wydrukuje go.

– To szybsze, tańsze i bezpieczniejsze rozwiązanie, zarówno dla poczty, jak i dla ZUS-u. Pozwala lepiej zarządzać tą usługą – od razu możemy sprawdzić w bazie, czy list został dostarczony – zapewnia Zbigniew Derdziuk. – Klient będzie miał większą łatwość zweryfikowania swoich danych, czy przesyłka rzeczywiście została wysłana, czy jakieś były ryzyka. Nie poniesie żadnych dodatkowych kosztów.

Wprowadzenie EPO jest możliwe dzięki nowej umowie z Pocztą Polską, która wygrała przetarg. Oszczędności mają być znaczne.

– To jest kilkadziesiąt razy taniej. ZUS jest dużym klientem poczty. Wydajemy rocznie na znaczki prawie 90 milionów złotych, a to jest kilkanaście milionów co roku na samej tej usłudze – podkreśla Zbigniew Derdziuk.

Wartość dwuletniej umowy związanej szerzej z przekazami listowo-paczkowymi to sto kilkadziesiąt milionów złotych. Cena zaproponowana przez Pocztę Polską była 53 proc. niższa od kwoty określającej wartość przedmiotu umowy. Oznacza to, że na współpracy z Pocztą ZUS zaoszczędzi rocznie ok. 69 mln zł.

– W tej umowie na dostarczenie korespondencji listowej i paczkowej zawarliśmy wszystkie nowoczesne rozwiązania technologiczne, które mogą usprawnić proces i obniżyć jego koszty. W tym między innymi elektroniczną wymianę informacji, przetwarzanie procesu reklamacyjnego, weryfikacyjnego oraz również tzw. elektroniczne potwierdzenie odbioru. Dzięki temu na pewno ulegnie skróceniu czas powrotu informacji, będą obniżone koszty, ale również koszty archiwizacji dokumentacji całej papierowej – mówi Newserii Janusz Wojtas, członek zarządu Poczty Polskiej.

W grę wchodzi aspekt nie tylko ekonomiczny, ale również ekologiczny.

– Poczta Polska podejmuje szereg działań, które związane są z działaniami ekologicznymi. Między innymi, niezależnie od tych związanych z wirtualizacją dokumentacji, czyli odchodzeniem od papieru, podjęliśmy również te dotyczące ekologicznych opakowań, np. przy przesyłce gabarytowej – wyjaśnia Janusz Wojtas.

W ciągu roku średnio ZUS wysyła ok. 60 mln przesyłek, z czego samych informacji o stanie konta ubezpieczonego – 19 mln. Formularzy PIT w tym okresie jest 8 mln, natomiast 25 mln to korespondencja, która jest niezbędna do bieżącej działalności Zakładu. To największa tego typu współpraca z Pocztą Polską w całym kraju, biorąc pod uwagę liczbę korespondencji.

W 2012 r. we wszystkich terenowych jednostkach zakładu przetestowano Elektroniczne Potwierdzenie Odbioru, czyli możliwość elektronicznego przekazywania informacji o odbiorze przesyłki przez adresata, dacie odbioru czy też zwrotu oraz o dacie awiza.

ZUS oraz Poczta są przygotowane do tego, by przejść na EPO już od 1 kwietnia tego roku. Będzie to możliwe wtedy, gdy zostaną wprowadzone odpowiednie zapisy w ustawie o postępowaniu egzekucyjnym w administracji oraz w Kodeksie postępowania cywilnego.

Ponad 2 miliony Polaków bez pracy a brakuje wykwalifikowanych pracowników

Praca w centrach outsourcingowych to szansa na zebranie wszechstronnej wiedzy i zdobycie międzynarodowego doświadczenia. Możliwość pracy w wielokulturowym środowisku to jeden z podstawowych atutów, wyróżniających przedsiębiorstwa z sektora usług biznesowych wśród innych pracodawców na polskim rynku.

W br. zatrudnienie w sektorze nowoczesnych usług przekroczy 100 tys. osób. Według prognoz może to być od 115 do 120 tys. nowych miejsc pracy. W porównaniu do 2009 roku liczba pracowników centrów usług w Polsce zwiększyła się o 50% – z 56,6 tys. do 85,0 tys. na koniec 2011 roku. Tylko w ciągu 2012 roku przybyło ok. 15 tys. nowych miejsc pracy.

Obecnie w Polsce działała ok. 350 centrów usług z kapitałem zagranicznym. Realizują bardzo szeroki zakres zadań z wielu obszarów takich jak m.in.: finanse i księgowość, podatki, usługi IT, badania i rozwój, obsługa klientów, marketing, zarządzanie łańcuchem dostaw, procesy transformacji biznesowej, zarządzanie zasobami ludzkimi, wsparcie procesów decyzyjnych, audyt finansowy, podatki i konsulting. Do najbardziej poszukiwanych pracowników w drugiej połowie 2012 r. według raportu Monster Worldwide Polska należeli specjaliści z branży IT, finansów i księgowości, sprzedaży oraz z sektora usług dla biznesu. Pracodawcy z branży IT poszukiwali i poszukują głównie programistów oraz inżynierów IT. W branży finansowej najczęściej poszukiwani są księgowi. Zatrudnienie w branży finansowej znajdą również analitycy finansowi i biznesowi.

Pracodawcy z branży handlowej poszukują głównie osób na stanowiska kierownicze oraz przedstawicieli handlowych. W sektorze usług dla biznesu najwięcej pracowników poszukiwano do działów obsługi klienta. Wyniki badania wynagrodzeń Antal International pokazują, że ponad połowa specjalistów i menedżerów w Polsce zarabia powyżej 8000 PLN brutto miesięcznie. Średnia pensja, na którą mogą liczyć pracownicy centrów usługowych przewyższa średnią krajową i wynosi ponad 4,5 tys. zł brutto. Przeciętne wynagrodzenie pracowników branży IT to 9700 PLN brutto a finansistów 8 700 PLN brutto.

– To bogaty rynek pracy jest jednym z głównych filarów, dzięki którym Polska zawdzięcza swój sukces na rynku usług biznesowych. Gwarantuje zagranicznym korporacją szeroką bazę specjalistów mówiących w językach obcych. Jesteśmy zaraz za plecami Indii, jeśli brać pod uwagę obsługę klientów w językach obcych – wyjaśnia Maciej Grabski, inwestor Olivia Business Centre w Gdańsku – największego kompleksu biurowego w Polsce północnej.

Zdecydowana większość, bo ponad 90% pracowników sektora nowoczesnych usług biznesowych to osoby z wyższym wykształceniem lub aktualnie studiujące. Można jednak zauważyć coraz większe zainteresowanie inwestorów absolwentami szkół średnich, zwłaszcza techników i liceów ekonomicznych, którzy często posiadają odpowiednie kompetencje, niezbędne do pracy w centrach usług.

Jedną z podstawowych kompetencji, wymaganą na niemal wszystkich stanowiskach, jest znajomość języka angielskiego. Średnia wieku pracowników to około 29-30 lat. Struktura płci różni się w zależności od typu centrum. W centrach świadczących głównie usługi outsourcingu IT oraz centrach R&D większość pracowników to mężczyźni, a w centrach usług wspólnych oraz centrach outsourcingowych świadczących usługi księgowe większość stanowią kobiety. Średni staż pracy wynosi około 3 lat i z roku na rok rośnie. Na rynku powoli wyłania się grupa osób, która świadomie planuje swoją ścieżkę kariery w centrach nowoczesnych usług biznesowych i zajmuje coraz wyższe stanowiska w hierarchii. Pracownicy ci często zmieniają miejsce zamieszkania w poszukiwaniu bardziej interesujących posad.

Jednak czy rzeczywiście jest tak pięknie? Jednym z najpoważniejszych problemów, z którym musi zmierzyć się sektor nowoczesnych usług jest deficyt nowych pracowników z doświadczeniem oraz w trwający na rynku pracy niedobór talentów. Jest to o tyle niepokojący problem, gdy weźmie się pod uwagę bezrobocie w Polsce. Według wstępnych szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia na koniec lutego wyniosła 14,4 proc. Sytuacja w głównych ośrodkach sektora usług biznesowych jest znacznie lepsza niż średnia w Polsce. Według danych na koniec lutego br. stopa bezrobocia w Warszawie wyniosła 4,8 proc., we Wrocławiu 6,2 proc., w Poznaniu 4,7 proc. a w Krakowie 6,5 proc. Również w Trójmieście wyróżnionym ostatnio tytułem „Best City of the Year” dla sektora BPO/SSC w konkursie Poland Outsourcing & Shared Services Awards Gala stopa bezrobocia jest poniżej średniej krajowej. W Gdańsku i w Gdyni wzrosła do 7,2 proc. a w Sopocie wyniosła 5,2 proc. Łącznie bez pracy jest już ponad 2,3 mln osób. Dramatycznie wygląda sytuacja wśród ludzi młodych. Bez pracy jest ponad 700 tys. osób do 30 roku życia, czyli 30 proc. wszystkich bezrobotnych w Polsce.

Teoretycznie firmy nie powinny mieć problemu ze znalezieniem kompetentnych pracowników. Niestety, jak wynika z badań grupy Manpower „Trendy HR w sektorze BPO/SSC” aż 75% ankietowanych firm ma problemy z pozyskaniem nowych pracowników na istotne dla ich działalności stanowiska, a ponad połowa zmaga się z ich rotacją. Dla większości firm branży BPO/SSC, podstawową przyczynę odczuwanych problemów z rekrutacją pracowników stanowi brak dostępnych kandydatów z odpowiednimi kwalifikacjami na rynku pracy oraz brak doświadczenia. Pojawiły się też deklaracje mówiące o wysokich wymaganiach finansowych aplikujących kandydatów a także brak znajomości języków obcych. Pośród najtrudniejszych do obsadzenia, respondenci podawali stanowiska IT, inżynierskie, specjalistyczne i kierownicze. Największym problemem wydaje się pozyskanie pracowników ze znajomością kilku języków obcych i jednocześnie określonych kompetencjach specjalistycznych. Rozwiązania tej sytuacji pracodawcy poszukują najczęściej we współpracy z agencjami zatrudnienia, a także w migracji zawodowej pracowników. Zatrudnienie kandydatów z innych krajów do oddziałów w Polsce rozważa czterech na pięciu ankietowanych pracodawców.

– Ponieważ Polska stała się poważnym graczem na rynku usług, firmy chcą kompetentnych pracowników. Bezpowrotnie minęły już czasy, kiedy w centrach biznesowych zatrudniani byli głównie absolwenci i studenci ostatnich lat studiów. Absolwentom wyższych uczelni coraz trudniej wchodzi się na rynek pracy w Polsce. Już od kilku lat pracodawcy alarmują, że uczelnie nie przygotowują studentów w wystarczającym stopniu do podjęcia pierwszej pracy w biznesie i kształcą ich w oderwaniu od realnych potrzeb rynku pracy oraz gospodarki – dodaje Maciej Grabski.

Najbliższy czas pokaże, czy polski sektor usług biznesowych utrzyma tak wysokie tempu wzrostu jak w ubiegłych latach. Już teraz w większości Polacy zarządzają procesami biznesowymi i finansowymi światowych korporacji. Doświadczenie, jakie posiadają polscy specjaliści pozwala na zarządzanie praktycznie każdym, nawet najbardziej zaawansowanymi złożonym procesem biznesowym. Niestety tyczy się to teraźniejszości. Naszym najsłabszym ogniwem w tej układance jest obecny system kształcenia młodych Polaków. Jeśli nie nastąpi radykalna zmiana w edukacji, to Polska może stracić swoją silną pozycję na rynku nowoczesnych usług dla biznesu w Europie.

TVN wstrzymuje się z planami emisji nowych obligacji. Czeka na lepszą sytuację rynkową

Grupa TVN na razie nie wróci do planów emisji obligacji, choć nie oznacza to, że ostatecznie wycofuje się z tego pomysłu. – Przyglądamy się kondycji rynku – mówi prezes Markus Tellenbach. Grupa utrzymuje swoją strategię refinansowania długów.

– Jeśli uznamy, że sytuacja na rynku jest właściwa, czyli pozwalająca otrzymać oprocentowanie na poziomie, który będzie korzystny dla naszych akcjonariuszy, to wtedy wrócimy na rynek – zapowiada Markus Tellenbach podczas Sympozjum Świata Telekomunikacji i Mediów.

Przekonuje, że Grupa ma silną pozycję i ma wsparcie ze strony agencji ratingowych, co pozwoli wrócić na rynek w odpowiednim dla niej czasie. Jak podkreśla, nie nastąpi to jednak w ciągu najbliższych kilku tygodni.

– Będziemy na bieżąco monitorować i bacznie obserwować sytuację na rynku obligacji. Przyjęliśmy taką taktykę, by być stale przygotowanym – dodaje prezes Grupy TVN.

Decyzję o emisji obligacji „Senior Notes” zarząd TVN SA ogłosił 19 marca. Ich wartość nominalna miała wynieść prawie 500 mln euro, a termin zapadalności został wyznaczony na 2020 rok. Pozyskane w ten sposób środki wraz z pieniędzmi pozyskanymi ze sprzedaży Grupy Onet.pl miały być wykorzystane do umorzenia całości obligacji „Senior Notes” z terminem zapadalności w 2017 r., zapłaty premii, naliczonych, ale niewypłaconych odsetek oraz wszystkich związanych z tym kosztów.

Trzy dni później spółka poinformowała o czasowym wstrzymaniu się z tą operacją, tłumacząc to niepewnością na rynkach związaną z sytuacją wokół Cypru. Markus Tellenbach wyjaśnia, że oferowane przez rynek oprocentowanie obligacji nie było korzystne dla akcjonariuszy.

15 kwietnia na GPW ruszy nowy system transakcyjny – Universal Trading Platform

Za trzy tygodnie na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych zostanie uruchomiony Universal Trading Platform – nowy system transakcyjny, stworzony przez NYSE – Euronext. Zastąpi on wysłużony Warset nabyty przed laty od giełdy paryskiej. – Staramy się uatrakcyjnić naszą ofertę pod względem technologicznym, przyciągając tym samym dobre spółki z regionu i spoza regionu – mówi Paweł Graniewski, członek zarządu GPW.

Nowy system transakcyjny stwarza przede wszystkim nowe możliwości działania.

– Jest szybszy, sprawniejszy, pozwala na większą ilość operacji, branie udziału nie tylko w obrocie akcjami, ale także instrumentami pochodnymi, których znaczenie cały czas bardzo rośnie – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Paweł Graniewski, delegowany przez Radę Giełdy do pełnienia funkcji w zarządzie giełdy.

Warset obsługiwał do 328 zleceń na sekundę. UTP przeprowadza w tym czasie 20 tys. takich transakcji. Nowa platforma pozwoli uatrakcyjnić ofertę warszawskiego parkietu pod względem technologicznym. Zarząd giełdy nie ukrywa, że zależy mu na zainteresowaniu kolejnych emitentów, również z zagranicy.

– Zarabiamy na obrocie, czyli zależy nam na tym, żeby były to spółki płynne i żeby cieszyły się zainteresowaniem inwestorów – wyjaśnia Graniewski. – Otwieramy się na wszystkie rynki, nie tylko krajów Europy Środkowo-Wschodniej, Grupy Wyszehradzkiej, ale także spoza regionu.

Region środkowoeuropejski silny na GPW

Dzisiaj na warszawskiej GPW notowanych jest dziesięć spółek z krajów Grupy Wyszehradzkiej – osiem czeskich, dwie słowackie oraz dwie węgierskie – znany koncern paliwowy MOL i ELSTAR, czyli średniej wielkości firma, zajmująca się techniką ciepłowniczą i oświetleniową. Według Pawła Graniewskiego ten kierunek wciąż ma duży potencjał.

– Na pewno mogłoby być tych spółek więcej, dlatego że polscy inwestorzy zarówno instytucjonalni, jak i indywidualni dosyć dobrze orientują się w społeczno- politycznych i gospodarczych realiach Węgier – mówi przedstawiciel GPW.

Zarząd giełdy wierzy, że uda się przyciągnąć więcej węgierskich emitentów na warszawski parkiet.

– Sądzę, że gdyby nam się to udało, na pewno by to się spotkało z dobrym odzewem. Oczywiście pozostaje kwestia wycen, płynności. Musimy pamiętać że na giełdzie w Budapeszcie 80 proc. indeksów jest generowanych przez cztery duże spółki, oprócz MOL to jest OTP, Matav i Gedeon Richter. Jeżeli te spółki miałyby potrzeby kapitałowe, na pewno by się spotkały z zainteresowaniem ze strony polskich inwestorów – mówi Paweł Graniewski.

Urząd Skarbowy kontroluje szarą strefę handlu produktami AGD, RTV i IT

Stanisław Kujawa, prezes Centrum Handlowego NexaPrzedłużające się kontrole Lubelskiego Urzędu Skarbowego i Urzędu Kontroli Skarbowej w Lublinie od kilku miesięcy niszczą jedną z najlepiej prosperujących firm na Lubelszczyźnie – Centrum Handlowe Nexa. Spółka ma problemy ze spłatą zobowiązań, a ze 173 osób, które jeszcze dwa lata temu pracowały w firmie, dziś zatrudnionych jest zaledwie 18. Kłopoty zaczęły się w ubiegłym roku, kiedy fiskus zamroził należny firmie zwrot podatku VAT.

CH Nexa zajmuje się sprzedażą detaliczną, hurtową i eksportem sprzętu AGD, RTV i IT od początku lat 90-tych. Dynamiczny rozwój zapewniło jej stworzenie sieci sklepów w strefie przygranicznej, z których korzystają obywatele Ukrainy, a także eksport do krajów bałtyckich.

Zgodnie z polskim prawem firmie przysługuje zwrot podatku VAT i to właśnie ten aspekt funkcjonowania CH Nexa sprawdzają urzędnicy skarbowi. Do czasu zakończenia postępowań kontrolnych, które urzędy przedłużają podając jako przyczynę konieczność dalszego postępowania wyjaśniającego, fiskus wstrzymuje firmie wypłatę około 30 milionów złotych z tytułu zapłaconego podatku VAT.

– Pretekstem ich niewypłacenia i niezwrócenia należnego nam VAT są tzw. postępowania kontrolne. Moja firma kupuje towar, płaci fakturę, płaci VAT, później eksportujemy ten towar, w związku z tym należy nam się od urzędu skarbowego zwrot podatku VAT. Jest to prosty i nieskomplikowany system. Przez 21 lat nie mieliśmy żadnych problemów, zaczęły się dopiero od października ubiegłego roku, kiedy powinien być pierwszy zwrot VAT-u – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Stanisław Kujawa, prezes Centrum Handlowego Nexa.

W ciągu ostatniego roku Urząd Skarbowy i Urząd Kontroli Skarbowej w Lublinie rozpoczęły w sumie 9 kontroli i postępowań kontrolnych wobec firmy. Wcześniej urzędnicy wielokrotnie sprawdzali dokumentację firmy. Do dziś zakończone zostały tylko dwie kontrole, które wykazały mało znaczące nieprawidłowości dotyczące niewielkich kwot. Jednak to nic nie zmieniło, gdyż Urząd Skarbowy, który je prowadził, skierował wniosek do Urzędu Kontroli Skarbowej o rozpoczęcie postępowania kontrolnego, w ramach którego w tej samej sprawie będą prowadzone po raz kolejny te same czynności.

– Postępowania kontrolne były przedłużane, sprawdzano z dużym opóźnieniem naszych dostawców, ale te kontrole także nie wykazały jakichkolwiek uchybień. Nasz dostawca wykazał całą sprzedaż, która była skierowana do mojej firmy. Więc jeśli chodzi o tzw. kontrolę krzyżową, te kontrole wypadły idealnie. Jeżeli chodzi o dokumentację potwierdzającą wywóz towaru, spełniliśmy wszystkie wymagania, które stawia Ministerstwo Finansów – wylicza Stanisław Kujawa.

Jako powód przedłużenia postępowania urzędnicy podają „konieczność przeprowadzenia dalszego postępowania dowodowego i wyjaśniającego”. Prezes spółki zaznacza, że postępowania Urząd przedłuża najczęściej w ostatnim dniu, kiedy firma powinna otrzymać zwrot VAT.

Problemy z płynnością

Suma zwrotu VAT, który zablokował Urząd Skarbowy w Lublinie to dziś ponad 30 milionów złotych. Firma straciła płynność, nie jest w stanie regulować należności, a banki, które dotąd ja obsługiwały, wypowiedziały CH Nexa kredyt kupiecki.

– Parę dni temu w mojej firmie pojawili się przedstawiciele dwóch banków, w których firma ma kredyty i oba konta zostały zablokowane. Dzisiaj mam przeterminowane płatności do moich dostawców. W związku z tym mam wstrzymane dostawy do mojej firmy. W konsekwencji dalej nie wykonam planów, które zostały na mnie nałożone, a jeśli nie wykonam planów, nie otrzymam gratyfikacji finansowej – podkreśla Stanisław Kujawa. I zapowiada: – To jest skala paru milionów złotych. Tych pieniędzy będę dodatkowo domagał się od Skarbu Państwa za głupotę i niekompetencję urzędników skarbowych z Lublina.

Wierzy, że spółkę uda się uratować, ale czasu jest coraz mniej. Na uregulowanie przeterminowanych płatności firmie zostało 3–4 tygodnie. Największe dotyczą dostaw od firmy Zelmer na sumę około 6 milionów złotych. Czarny scenariusz to ogłoszenie upadłości firmy.

– Sytuacja w ogóle jest kuriozalna. Z jednej strony mam przeterminowane płatności, a z drugiej strony mam ponad 30 mln złotych pieniędzy w urzędzie skarbowym, w którym się toczą postępowania – mówi Stanisław Kujawa. – Bezkarność urzędnicza jest zastraszająca. Kiedy parę lat temu był casus pana Kluski, sądziłem, że to jest jednorazowy wybryk. Dzisiaj dotyka to moją firmę. Ku rozczarowaniu urzędników z Lublina nie jestem cichy, spokojny, zrobię wszystko, żeby odzyskać pieniądze, żeby uratować firmę i żeby osoby odpowiedzialne za to zostały ukarane – mówi Stanisław Kujawa.

Spółka zgłosiła już sprawę do sądu, złożyła również zawiadomienie do prokuratury oraz Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Komentarz indeksowy BossaFX 28 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 28 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W 2013 roku Polacy kupią 255 tys. nowych aut

Skoda, Toyota i Volkswagen – to liderzy sprzedaży nowych samochodów w pierwszych 20 dniach marca. Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że co trzecie sprzedane w tym okresie auto to produkcja tych koncernów. Najchętniej kupowanym autem była Toyota Auris (551 sztuk). Sprzedaż nowych samochodów spada, ale zdaniem ekspertów z Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar zmianami w prawie można by tę tendencję odwrócić.

Polski rynek ma potencjał, a mimo to wciąż znajdujemy się w ogonie Europy, jeśli chodzi o sprzedaż nowych samochodów. Współczynnik chłonności rynku – jak informuje Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Samar – stawia Polskę na 23. miejscu w Unii Europejskiej.

– Na razie nie spodziewałbym się zmian w trendach sprzedażowych. Wydaje mi się, że sprzedaż będzie mniejsza niż w roku ubiegłym, nasze prognozy mówią o spadku do poziomu ok. 255 tysięcy sprzedanych i zarejestrowanych samochodów w Polsce. To mało jak na tak duży kraj – prognozuje Wojciech Drzewiecki.

Jak pokazują dane z rynku, klienci, którzy decydują się na wymianę auta na nowe coraz częściej zwracają uwagę na koszty eksploatacji, przede wszystkim spalanie paliwa, koszty utrzymania i utraty wartości pojazdu. Przykładowo świetną sprzedaż pokazała w ubiegłym roku Toyota Yaris z silnikiem hybrydowym, której spalanie nie przekracza 5 litrów na 100 kilometrów. Ten model auta kupują przede wszystkim klienci indywidualni.

– Klienci starają się wybrać auto, które z jednej strony spełni wszystkie pokładane w nim nadzieje, spełni nasze wymagania, w większości przypadków muszą to być samochody rodzinne, a więc stosunkowo duże, ale i oszczędne, a więc to zużycie paliwa musi być najniższe z możliwych – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Wojciech Drzewiecki. – Kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej kupowaliśmy to, co nam wpadło w ręce, bardzo często auta z dużymi silnikami, to wszystko nas bawiło, zresztą wtedy koszty paliwa były nieco inne. Dzisiaj sytuacja się zmienia.

Ku temu też powinna zmierzać polityka władz. Zdaniem prezesa Samaru, rząd powinien wprowadzić ułatwienia podatkowe, które mogłyby wpłynąć na cenę, a co za tym idzie, również na zainteresowanie nowymi autami.

– Naprawy wymaga obszar podatkowy, związany z podatkiem VAT. Drugi to jest podatek akcyzowy, który powinien zostać zlikwidowany i zastąpiony nową formułą podatkową – twierdzi Drzewiecki. – Trzecim elementem jest system kontroli technicznej. System powinien wyłapywać auta, których już nie da się naprawić, które już nie powinny jeździć po polskich drogach.

Jedną z propozycji jest próba rozwoju rynku „od dołu”. Miałoby to polegać na wprowadzeniu takich rozwiązań podatkowych, które sprawią, że bardziej będzie opłacało się kupować nowe samochody. Krokiem w tę stronę jest wprowadzenie podatku od emisji spalin, takie rozwiązanie obowiązuje m.in. w Holandii. W ten sposób rząd premiuje użytkowników małych samochodów miejskich, które charakteryzują się niskim spalaniem.

Na produkcję takich aut stawiają coraz częściej również koncerny samochodowe. Toyota, zachęcona sukcesem sprzedaży hybrydowego Yarisa i powodzeniem, zamierza w połowie kwietnia wprowadzić na rynek Aurisa z napędem hybrydowym. Tym bardziej, że nowa wersja tego samochodu cieszy się dużym zainteresowaniem klientów – była liderem sprzedaży w pierwszych trzech tygodniach marca. Jak zapewniają przedstawiciele koncernu, najbardziej zaawansowany technologicznie Auris będzie kusić nie tylko dobrą ceną, ale i niskimi kosztami użytkowania.

Koncerny motoryzacyjne wciąż zastanawiają się nad tym, jak zwiększyć sprzedaż. Tym bardziej, że polski rynek wciąż kształtowany jest przez firmy, które raz na jakiś czas wymieniają swoją flotę.

– Polacy do prywatnego użytku kupują niewiele aut. Podstawowym klientem jest dzisiaj klient instytucjonalny, to on decyduje o końcowym kształcie rynku. Stąd najpopularniejszym samochodem kupowanym w Polsce jest auto z segmentu klasy niższej-średniej, a nie auta małe, jak to jest na innych rynkach Europy – wyjaśnia szef Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

Jednak – jak przyznaje – segment klientów indywidualnych w kraju też stopniowo rośnie, chociaż Polacy ostrożnie planują takie zakupy

Krzysztof Gorzkowski laureatem nagrody Człowiek PR roku 2012

Na polskim rynku coraz częściej doceniane są osoby, które potrafią opowiadać o nowych rozwiązaniach, a nie tylko ci, którzy te rozwiązania tworzą – twierdzi Krzysztof Gorzkowski, dyrektor PR i marketingu w firmie Kapsch Telematic Services, laureat nagrody Człowiek PR roku 2012. Rola PR-owców staje się coraz ważniejsza, tym bardziej w trudnych kryzysowych czasach, kiedy firmy tną budżety na działania marketingowe, a część obowiązków z tego zakresu przenoszona jest właśnie na działy PR. Zdaniem Gorzkowskiego w najbliższych latach to będzie bardzo przyszłościowa branża.

Polski rynek PR należy do najnowocześniejszych w Europie. Paradoksalnie to efekt tego, że dość późno zaczął się rozwijać. Po 1989 roku początkujący w branży polscy PR-owcy uczyli się od najlepszych w Europie i wprowadzali najnowsze rozwiązania i narzędzia. Ostatnie lata przyspieszyły rozwój branży, sprzyja temu również obecne spowolnienie gospodarcze, które może oznaczać dla PR-owców znacznie więcej pracy.

– W czasach kryzysu budżety marketingowe często są cięte. Coraz większy nacisk kładzie się na działalność PR, żeby móc opowiadać o produktach, usługach, o marce nie tylko poprzez reklamy i klasyczne działania marketingowe, a właśnie poprzez nietypowe i często wcześniej nieużywane narzędzia PR, które powoli zdobywają sobie miejsce na rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Krzysztof Gorzkowski, dyrektor PR i marketingu Kapsch Telematic Services.

Do zadań, które stopniowo są przejmowane przez działy PR, należy promocja sprzedaży i kreowanie zachowań rynkowych. Z dynamicznymi zamianami w branży trzeba się liczyć jeszcze przez kolejne kilkanaście lat.

– Branża będzie zmieniała się wraz z rynkiem, wraz z mediami, które o tym rynku opowiadają. Będzie bardzo skoncentrowana na poszczególnych segmentach rynku. W coraz większym stopniu będzie zastępowała klasyczny marketing. To jest to, co – jak sądzę – będzie miało miejsce w ciągu kolejnych lat – prognozuje Krzysztof Gorzkowski.

Zmiany będą też dotyczyły sposobów komunikacji z dziennikarzami, choćby odejścia od klasycznej formy konferencji prasowych.

– Coraz częściej zastępujemy klasyczne konferencje prasowe innymi rodzajami briefingów czy spotkań z dziennikarzami, ale częstokroć do tych spotkań nie dochodzi, wirtualny świat wystarcza. Wystarczy dobra dystrybucja informacji, pod warunkiem, że ta informacja jest wiarygodna, interesująca i dobrze stargetowana, czyli trafia do tych dziennikarzy, którzy są zainteresowani daną branżą, danymi rozwiązaniami czy danym problemem. Jeśli trafia w próżnię, zostaje w tej przestrzeni niezauważona – mówi Krzysztof Gorzkowski.

Dziennikarstwo kontra PR

Zdaniem Krzysztofa Gorzkowskiego nie ma niebezpieczeństwa zatarcia granicy między PR a dziennikarstwem.

– Robimy dwie różne rzeczy. Ja jestem odpowiedzialny za wizerunek danej marki, danych produktów. Nie jestem odpowiedzialny za to, żeby komunikować się ze społeczeństwem, czyli za to, do czego wy jesteście powołani jako dziennikarze. Zatem te różnice zawsze będą i te różnice są potrzebne. Bez was my byśmy nie istnieli. Wy bez nas owszem – zaznacza dyrektor PR i marketingu w KTS.

Jego zdaniem, PR jest dziedziną, podobnie jak dziennikarstwo, której nie da się nauczyć w szkolnej ławce. Mimo to większość uczelni oferuje taki kierunek. Najważniejsza dla PR-owca jest jednak praktyka i możliwość uczenia się od najlepszych.

– 15-20 lat temu rzeczywiście PR był branżą, która rosła dynamicznie, ale nikt nie wiedział, z czym to się je. W tej chwili są ludzie, którzy już są wychowani i przez korporacje, i przez duże agencje, mieli okazję pracy na świecie wśród poważnych projektów dla poważnych firm. Zatem nasz zawodowy know how jest istotny. Myślę, że on się przyczynia do tego, że ta branża staje się ważna – mówi Krzysztof Gorzkowski.

Sytuacja na rynku certyfikatów jest nie jest normalna, państwo powinno interweniować

Rynek „zielonej” energii czeka na zmiany, ponieważ ceny za prąd stały się nieprzewidywalne. Resort gospodarki zapowiedział możliwość interwencyjnego skupu zielonych certyfikatów, dzięki temu państwo regulowałoby ten rynek. Pomysł popiera prezes Grupy Tauron, czołowej energetycznej polskiej spółki.

– To, co się zadziało na rynku certyfikatów jest nienormalne i interwencyjny skup powinien być jednym z rozwiązań ad hoc. Powinniśmy również pomyśleć o działaniu ustawowym, docelowym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dariusz Lubera, prezes grupy Tauron.

Tak prezes grupy skomentował propozycję wiceministra gospodarki Jerzego Witolda Pietrewicza, dotyczącą wdrożenia rozwiązań stabilizujących rynek energii elektrycznej. Chodzi o możliwość uruchomienia interwencyjnego skupu zielonych certyfikatów. Są to prawa majątkowe, które co roku muszą kupować spółki sprzedające energię odbiorcom, jeśli nie produkują jej wystarczająco dużo z odnawialnych źródeł. Ma to mobilizować do produkcji ekologicznej energii. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat jej produkcja była większa niż ustawowy obowiązek.

Dodatkowo część spółek zamiast kupować zielone certyfikaty, wolała odprowadzać tzw. opłatę zastępczą. To sprawiło, że doszło do akumulacji certyfikatów na rynku, a cena jaką trzeba za nie zapłacić spadła nawet do 30 proc. ich wartości. Stąd pomysły na zmianę systemu wsparcia produkcji energii z odnawialnych źródeł.

– Wyobrażam to sobie tak, żeby wyposażyć ministra gospodarki ustawowo w możliwość reagowania w zależności od tego, jaka jest sytuacja na rynku. I na przykład podwyższać obowiązek zakupu, który by zwiększał popyt na zielone certyfikaty. Zresztą nie tylko w obszarze zielonych certyfikatów. Podobna sytuacja może się pojawić w przypadku tych żółtych, w związku z tym rozwiązania docelowe są bardzo potrzebne – przekonuje Dariusz Lubera.

Zmiana systemu leży w interesie energetycznych spółek, ponieważ przekłada się to na ich zyski. Stąd też Tauron, podobnie jak np. PGE, wypowiada umowy dostawcom biomasy, ponieważ już nie opłaca się dorzucanie jej do kotłów z węglem w ramach tzw. współspalania.

Zmiany są niezbędne, jeśli Polska chce wypełnić unije zobowiązania. Do 2020 roku w finalnym zużyciu energii co najmniej 15,5 proc. ma pochodzić z odnawialnych źródeł energii, czyli prawie dwukrotnie więcej niż obecnie.

KNF zwiększa wymagania wobec banków w zakresie IT

Po 11 latach Komisja Nadzoru Finansowego wydała nową rekomendację D, dotyczącą zarządzania w obszarze IT przez banki. Dzięki temu nasze pieniądze mają być bezpieczniejsze. Choć, jak podkreślają eksperci, już teraz banki stosują zaawansowane rozwiązania w tym zakresie. Nowe zasady wejdą w życie pod koniec 2014 roku.

– Banki stosują coraz nowsze kanały dostępu dla klientów. Są to elektroniczne kanały dostępu, jest to bankowość mobilna. Jest szereg nowych elementów w tym zakresie, które musiały być jakoś zaadresowane przez tę rekomendację – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Tomasz Piwowarski, dyrektor departamentu inspekcji bankowych, instytucji płatniczych i spółdzielczych Komisji Nadzoru Finansowego.

Nowe obszary, które obejmie nowa rekomendacja D, to między innymi jakość zarządzania danymi, architektura danych w banku, obszar informacji zarządczej na wszystkich szczeblach organizacyjnych oraz ogólnie ujęty proces współpracy biznesu z branżą IT. Piwowarski podkreśla, że obszar IT jest bardzo istotny dla banków. Nowoczesne technologie są wykorzystywane do niemal wszystkiego, dlatego dobre praktyki w tym obszarze przekładają się na bezpieczeństwo funkcjonowania banków, a co za tym idzie – pieniędzy klientów.

Rekomendacja D zacznie obowiązywać dopiero 31 grudnia 2014 r.

– Musimy pamiętać, że mamy do czynienia z bardzo złożonym obszarem, który jest uregulowany przez tę rekomendację. Stąd w ramach konsultacji termin wejścia w życie został wydłużony, bo pierwotnie był przewidywany na 31 grudnia 2013 – podkreśla Tomasz Piwowarski.

KNF liczy, że dzięki dłuższemu czasowi wprowadzania w życie zmian banki lepiej i rzetelniej dostosują się do nowej rekomendacji.

Jacek Siemiończyk z Microsoftu uważa jednak, że nowa rekomendacja nie przynosi rewolucyjnych zmian. Mówi ona o praktykach, które największe organizacje finansowe mają już w różnym stopniu wdrożone. Siemiończyk dodaje, że dzięki działaniu KNF-u wzrośnie ciężar gatunkowy tych procedur. To powinno prowadzić do ich „dojrzewania”, a to z kolei będzie oznaczać większe bezpieczeństwo operacyjne.

Według niego problemem nie są jednak złe rozwiązania IT, lecz niewłaściwe procedury oraz błędy ludzkie, czyli strona operacyjna.

– Z naszych doświadczeń wynika, że obszar zarządzania usługami, obszar IT operations – czyli miejsce, o którym mówi rekomendacja D – tam w dalszym ciągu jest wiele rzeczy, które można by usprawnić. Systemy można by skonfigurować tak, żeby one były bezpieczne – tłumaczy Siemiończyk. – Najczęściej zawodzą procedury i ludzie. Procesy, które są bądź źle zdefiniowane, bądź nie są przestrzegane wystarczająco poprawnie.

Siemiończyk podkreśla jednak, że nie należy obawiać się o bezpieczeństwo banków od strony IT. Zwłaszcza w największych organizacjach, które oceniał Microsoft, strona operacyjna wygląda bardzo dojrzale.

To właśnie od liczby potrzebnych zmian będzie zależał koszt wdrożenia nowej rekomendacji KNF. Szczegółowe kwoty poznamy najwcześniej za około pół roku, bo tyle czasu mają banki na przeprowadzenie analizy luk i niezbędnych dostosowań.

– To będą pieniądze dla każdej organizacji bardzo różne w zależności od stopnia ich dojrzałości, wielkości tej organizacji. Trudno mówić o jednej, okrągłej sumie dla każdej, która byłaby jakaś reprezentatywna dla każdego podmiotu – mówi Siemiończyk.

– Banki muszą dokonać szczegółowej analizy luk i dostosowań, mają na to około 6 miesięcy. Dopiero po tym okresie banki będą mogły podsumować, czy rzeczywiście i z jaką skalą wydatków wiążą się dostosowania.Musimy pamiętać, że te wszystkie dostosowania mają przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo funkcjonowania w tym obszarze banków czyli bezpieczeństwo zdeponowanych przez klientów środków – dodaje Tomasz Piwowarski.

W najbliższych miesiącach wartość niespłaconych długów wyniesie 40 mld

W III, najpóźniej IV kwartale tego roku niespłacone długi Polaków wzrosną nawet do 40 mld zł – wynika z danych BIG InfoMonitor. Obecnie te zobowiązania sięgają już 38,5 mld zł. Najczęstsze długi konsumpcyjne nie przekraczają 5 tys. zł. Zaległości to problem także dla przedsiębiorców. Ponad połowa badanych firm deklaruje, że nie odczuła pozytywnie zmian w prawie, mających ograniczyć zatory płatnicze.

– Zobowiązania konsumpcyjne Polaków wzrosły znacząco, do poziomu 38,5 mld złotych. Warto dodać, że wzrosty w roku 2010 czy 2011 były zdecydowanie większe, wynosiły ponad 10,5 mld złotych rocznie. W roku 2012 jedynie 3 mld zł – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Hildebrand prezes BIG InfoMonitor.

Szacunki BIG InfoMonitora wskazują, że zobowiązania konsumpcyjne w 2013 r. będą miały tendencję rosnącą.

– Zakładamy, że zobowiązania osób fizycznych mogą wzrosnąć do poziomu 40 mld złotych w granicach III-IV kwartału 2013 r. Myślimy jednak, że nie będzie to bardzo dynamiczny wzrost jak w latach 2010-2011 – prognozuje prezes BIG InfoMonitor.

Z wieloma z nich można by sobie dość łatwo poradzić, ponieważ znaczna część długów Polaków to kwoty w wysokości kilku tysięcy złotych.

– Ponad 62 proc. tych wszystkich niespłaconych należności to są kwoty do 5 tys. złotych. Przy wewnętrznej dyscyplinie jesteśmy w stanie racjonalnie i w sposób dobry podejść do spłaty takiego długu. Przekładanie z miesiąca na miesiąc płatności regularnych albo odkładanie płatności na kolejny miesiąc, będzie powodowało wzrost naszego zadłużenia – podkreśla Mariusz Hildebrand.

Nowe przepisy nie hamują zatorów

Zadłużenie to problem także dla małych i średnich firm. Ponad 50 proc badanych przez BIG Infomonitor przedsiębiorców mówi, że bardzo odczuwa zatory płatnicze. Największe problemy z tym związane ma branża budowlana. Firmy nie wskazują przy tym, żeby zmiany w przepisach miały pozytywny i odczuwalny wpływ na ograniczenie zatorów płatniczych.

– Wchodzą w życie nowe rozwiązania prawne, wchodzą różne pomysły, żeby płatność czy rozliczenie faktury, zaliczenie jej w koszt następowało dopiero w momencie, gdy zostanie kasowo opłacona. Jednakże z głosów przedsiębiorców, które w tej chwili słyszymy, nie wynika, żeby to wpłynęło bardzo znacząco na poprawę tych relacji finansowych i wymianę między przedsiębiorcami – mówi Mariusz Hildebrand.

Jak podkreśla, ostrożności nigdy za wiele. Aby nie trafić na niesolidnego kontrahenta, należy sprawdzić jego wiarygodność.

– Każdy przedsiębiorca powinien także monitorować tego przedsiębiorcę w trakcie współpracy. Do niedawna ponad połowa przedsiębiorców w Polsce w ogóle nie sprawdzała swojego kontrahenta w żadnym z dostępnych źródeł informacyjnych. Jednak sprawdzenie wiarygodności finansowej kontrahenta jest ważne, bo pozwala nie narazić się na ryzyko utraty kontraktu czy pieniędzy – podsumowuje prezes BIG InfoMonitor.

Enea szuka pieniędzy na rozwój. Liczy na dodatkowe 800 mln

Enea stara się o około 800 mln zł z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, trwają właśnie ostatnie negocjacje. A jeszcze w tym roku spółka może uruchomić finansowanie poprzez emisję obligacji. Jest to możliwe dzięki umowie na sumę 950 mln zł zawartej z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym. Ten potężny zastrzyk pieniędzy zostanie przeznaczony na rozwój infrastruktury w segmencie dystrybucji, m.in. sieci elektroenergetycznych, co pozwoli na przyłączanie nowych użytkowników.

– Enea ma podpisaną umowę z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym na Kontrakt A w wysokości 950 mln zł, jednocześnie prowadzone są rozmowy dotyczące Kontraktu B zwiększającego wielkość środków, które bank udostępni Grupie Kapitałowej Enea na realizację inwestycji w obszarze dystrybucji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Krzysztof Zamasz, prezes Enei, jednej z czołowych polskich spółek energetycznych. – W tym roku chcemy domknąć transzę B i rozpocząć proces formalizowania umów, które pozwolą na upłynnienie tych środków na potrzeby inwestycyjne.

Europejski Bank Inwestycyjny jesienią udzielił Enei 15-letniego kredytu o wartości 950 mln zł. Okres jego dostępności wynosi 24 miesiące od daty zawarcia umowy. Kredyt zostanie wykorzystany w maksymalnie sześciu transzach. Wysokość każdej stanowić będzie równowartość kwoty nie niższej niż 100 mln zł za wyjątkiem ostatniej transzy, której wysokość odpowiadać będzie niewykorzystanej kwocie kredytu. Całkowity koszt programu spółka szacuje na około 3,24 mld zł.

Prezes podkreśla, że prace nad uruchomieniem tych środków cały czas trwają, m.in. w minionym tygodniu zapadły decyzje dotyczące warunków spłaty tych
transz. Krzysztof Zamasz zapewnia, że warunki finansowe są korzystane dla spółki.

– To jest jak najbardziej słuszny kierunek, który spowoduje budowę wartości całej grupy – uważa prezes Zamasz. – Nie ma tutaj momentów krytycznych, które powodowałyby ryzyka.

Pieniądze pozwolą na zmniejszenie strat w przesyle energii elektrycznej, co z kolei zwiększy energooszczędność. Dodatkowe fundusze pozwolą również na przyłączanie do sieci nowych użytkowników, w tym wiatrakowych inwestorów. Środki pozyskane z kredytu zostaną przeznaczone na modernizację i rozbudowę sieci energetycznych Enea Operator w północno-zachodniej Polsce.

– Te środki są dedykowane na infrastrukturę, którą mamy w operatorze. To jest bardzo korzystne dla grupy ze względu na to, że zostaną przeznaczone na bieżące potrzeby inwestycyjne, między innymi na nowe linie, transformatory, stacje, podłączenie nowych użytkowników systemu w tym wytwórców oraz użytkowników końcowych, modernizację sieci – informuje Krzysztof Zamasz.

Spółka stara się zdobyć pieniądze również z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

– Chcemy pozyskać te środki w powiązaniu z instytucjami komercyjnymi, to będą dwie transze. Jesteśmy na etapie kończącym negocjacje – dodaje prezes. O szczegółach nie chce jeszcze rozmawiać.

W ramach Grupy Kapitałowej Enea, prowadzi między innymi działalność związaną z dystrybucją (obrót energią elektryczną) i wytwarzaniem energii elektrycznej (Enea Wytwarzanie) oraz realizacją inwestycji elektroenergetycznych (Enea Operator).

Polacy coraz chętniej kupują w sieci

Polacy coraz chętniej kupują w sieci. Rozwijający się handel elektroniczny powoduje wzrost popytu na usługi logistyczne. W lutym rekordową sprzedaż miał Pocztex. Szybko rośnie sprzedaż przesyłki biznesowej i gabarytowej – usług paczkowych dedykowanych handlowi elektronicznemu. Wyższą sprzedaż niż przed rokiem ma także segment paczek zagranicznych. Najchętniej wysyłamy nimi towary do Niemiec, Anglii i USA.

Wygoda i oszczędność to główne powody robienia zakupów w e-sklepach. Dla klientów liczy się także jak szybko otrzymają zakupy i informacja o statusie przesyłki.

Pocztex – kurierskie ramię Poczty Polskie uległo całkowitemu przeobrażeniu. Firma wprowadziła powiadomienie odbiorcy SMS-em lub e-mailem o nadaniu przesyłki i planowanym terminie jej doręczenia. Jako jedyny dostawca logistyczny oferuje doręczanie przesyłki do 8 rano w miastach do 100 tys. mieszkańców. Zmiany w ofercie wpłynęły na wyniki odnotowywane w segmencie paczek kurierskich. Styczeń i luty były rekordowymi miesiącami – to wzrost o 70 procent w stosunku do analogicznych miesięcy 2011 roku. Stworzenie nowoczesnego Pocztexu to jeden z elementów strategii Poczty Polskiej, która zakłada zwiększenie potencjału spółki na rynku usług kurierskich.

Pół miliona przesyłek biznesowych wysłanych do końca lutego to rekordowy wynik i potwierdzenie dla bardzo mocnego trendu wzrostowego. – Co miesiąc sprzedaż tej usługi rośnie o 15 procent – mówi Sławomir Żurawski, dyrektor biura rozwoju usług KEP w Poczcie Polskiej. Oferta Poczty Polskiej dostępna jest w największych portalach aukcyjnych i sklepach wysyłkowych. Od stycznia w księgarni internetowej Merlin.pl i na Allegro.pl oferowana jest przesyłka biznesowa jako jeden ze sposobów dostarczenia zamówienia. Klienci korzystający z oferty biznesowej Poczty otrzymują także wiele dodatkowych korzyści. Odbiorca informowany jest SMS-em o mającym nastąpić doręczeniu przesyłki. Może sprawdzać status paczki w Internecie. Dzięki usłudze Elektronicznego Nadawcy, aplikacji dostępnej online, można szybko przygotować większe ilości przesyłek do nadania lub łatwo zarządzać własną bazą odbiorców.

Dla osób prywatnych i małych firm Poczta stworzyła Przesyłkę Gabarytową. Cena tej usługi, o maksymalnej wadze do 20 kg zależy wyłącznie od wielkości opakowania, które klient otrzymuje przy jej zakupie. To udogodnienie dla np. sprzedawców internetowych, którzy z góry znają cenę przesyłki. – W 2012 roku odnotowaliśmy kilkaset tysięcy wysłanych przesyłek gabarytowych. Dynamicznie zwiększamy obroty. W lutym mieliśmy już ponad 50 tysięcy nadań. Rosnący rynek sprzedaży internetowej jest dla nas szansą na umocnienie pozycji w sektorze logistycznym dla e-commerce. – mówi Sławomir Żurawski z Poczty Polskiej.

Bardzo dużo nadań jest z mniejszych miejscowości. To właśnie tam najprężniej rozwija się sektor e-commerce. – A Poczta Polska za pośrednictwem rozległej sieci placówek jest obecna praktycznie w każdym zakątku kraju – mówi Sławomir Żurawski.

Co wysyłamy najczęściej Pocztą Polską?

W badaniach przeprowadzonych przez Pocztę Polską, klienci deklarują, że w zdecydowanej większości wysyłają paczki do 10 kg Jedna trzecia klientów Poczty wysyła za jej pośrednictwem od 1 do 5 paczek rocznie.

Co trzecia osoba nadająca paczki w sieci placówek pocztowych zazwyczaj wysyła odzież, książki i dokumenty. Mężczyźni częściej wysyłają płyty CD, filmy, książki i gry komputerowe, zaś kobiety przodują w kategoriach odzieży i kosmetyków.

W gronie najczęściej wymienianych powodów korzystania z usług operatora znalazły się: największa w kraju sieć placówek pocztowych, bezpieczeństwo i gwarancja doręczenia, korzystna oferta cenowa oraz nowoczesny system śledzenia przesyłek.

Niemcy, Anglia i USA – tam Polacy wysyłają najwięcej paczek pocztowych

Wzrostową tendencję ma także sprzedaż zagranicznych paczek pocztowych. Porównując rok 2012 z 2011 wartość nadań w tej kategorii wzrosła o 25%. Polacy najwięcej paczek wysyłają do Wielkiej Brytanii – to blisko 15 proc. całego wolumenu paczek wysyłanych Pocztą Polską za granicę. Na drugim miejscu są Niemcy – 14 procent nadań. Popularnym kierunkiem są także USA, gdzie klienci Poczty wysłali w ubiegłym roku 12 procent paczek wychodzących z kraju. W dalszej kolejności są Irlandia – 5 proc., Francja – 4 proc., Norwegia – 3 proc., Włochy – 3 proc.

Raport UOKiK: Kontrola jakości paliw w 2012 roku

4,14 proc. próbek paliw ciekłych skontrolowanych przez Inspekcję Handlową w 2012 roku nie spełniało norm jakościowych – rok wcześniej było to 2,99 proc. Najgorzej wypadły wyniki oleju napędowego

Niedotrzymanie parametrów paliwa wpływa negatywnie na pracę silnika – może spowodować wzrost zużycia paliwa, pogorszenie stanu technicznego silnika, a w konsekwencji jego awarię. Naraża to użytkowników na ponoszenie kosztów napraw i remontów silników oraz dyskomfort jazdy. Dlatego inspektorzy Inspekcji Handlowej kontrolują niemal wszystkie rodzaje paliw dostępne na rynku: olej napędowy, benzynę, gaz LPG, biopaliwa. Obowiązująca od sześciu lat ustawa o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw pozwala na kontrolę na każdym etapie dystrybucji – od wytwórcy poprzez magazyny, hurtownie, transport aż po stacje paliwowe. Łącznie pobrano 1337 próbek z 1162 stacji, hurtowni, pobranych od producentów, magazynujących i transportujących paliwa. W tym roku na wniosek policji sprawdzono także dwie autocysterny transportujące paliwo – pobrano 6 próbek, zakwestionowano 5.

Stacje wybrane losowo

Jak pokazuje raport z losowych kontroli przeprowadzonych w 2012 roku, pogorszyła się jakość paliw ciekłych na stacjach benzynowych – 4,14 proc. przebadanych próbek nie spełniało norm (rok wcześniej było to 2,99 proc.). Poprawiła się jakość wlewanej do baków benzyny – 1,43 proc. przebadanych próbek (rok wcześniej 2,64 proc.). Pogorszyła jakość oleju napędowego – wymaganiom nie odpowiadało 7,84 proc. próbek (w 2011 roku – 3,45 proc.).

Największe odstępstwa od norm jakościowych paliw ciekłych stwierdzono w województwach: lubuskim – 15,79 proc. próbek, warmińsko-mazurskim – 11,11 proc. próbek, opolskie – 7,14 proc. próbek, łódzkie – 6,67 proc. próbek. Nieprawidłowości nie odnotowano w województwach: podlaskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim.

Przeprowadzona w 2012 roku losowa kontrola jakości gazu LPG wykazała nieprawidłowości w przypadku 1,03 proc. sprawdzonych próbek (rok wcześniej było to 1,8 proc.).

Inspekcja Handlowa sprawdzała też jakość oferowanych na rynku biopaliw ciekłych. Kontrola przeprowadzona na terenie całego kraju nie wykazała nieprawidłowości. W poprzednich latach było to odpowiednio: 5,83 proc. próbek w 2011, 12,5 proc. próbek w 2010 roku. Łącznie kontrolą objęto 39 stacji.

Stacje, na które napłynęły skargi

Inspekcja Handlowa przeprowadziła również kontrole stacji, na które napłynęły skargi kierowców, wytypowane przez organy ścigania oraz te, na których w poprzednich latach stwierdzono nieprawidłowości. Z pobranych 769 próbek oleju napędowego i benzyny na 679 stacjach, 89 zostało zakwestionowanych: 70 oleju napędowego (13,81 proc.) i 19 próbek benzyn (7,25 proc.). Zakwestionowano tylko 1 próbkę gazu LPG.

Najwięcej odstępstw od wymagań jakościowych paliw ciekłych zanotowano w województwach: łódzkim (21,43 proc. próbek), dolnośląskim (16,95 proc. próbek), śląskim (16,18 proc. próbek), lubuskim (15 proc. próbek).

Kwestionowane parametry

W przypadku oleju napędowego najczęściej kwestionowano za niską temperaturę zapłonu oraz niedotrzymanie limitu zawartości siarki – wahał się on od 13,2 mg/kg do >1500 mg/kg przy normie max. 10 mg/kg. Norma dla temperatury zapłonu wynosi powyżej 55ºC – tymczasem na niektórych stacjach wynosiła <40°C. Zbyt niska temperatura zapłonu stwarza niebezpieczeństwo wybuchu oparów oleju podczas nalewania paliwa z dystrybutora do baku. Duża ilość siarki natomiast przyczynia się do korozji silnika i zużycia jego niektórych elementów.

W przypadku benzyny najczęściej kwestionowano niedotrzymanie wymagań RON – badawczej liczby oktanowej. Zbyt niska liczba oktanowa może być powodem występowania w silniku spalania stukowego co oznacza nieprawidłowy przebieg spalania, powodujący głośną i nierównomierną pracę silnika oraz większe zużycie paliwa. Często niedotrzymywano wymaganego limitu zawartości siarki, co powoduje skrócenie żywotności katalizatora, a w konsekwencji w wielu nowoczesnych silnikach zakłócenie pracy systemu sterowania dawką paliwa i problemy z właściwą pracą silnika. Istnieje także niebezpieczeństwo korozji silnika.

Dla Polaków coraz mniej ważna wysokość pensji. Liczy się stabilność firmy i perspektywy zatrudnienia

Kryzys gospodarczy zmienił priorytety polskich pracowników. Od wysokiej pensji, która jeszcze dwa lata temu była najważniejszym kryterium wyboru pracy, dziś pracownicy bardziej cenią stabilną sytuację firmy. Kolejne kryterium to bezpieczeństwo zatrudnienia. Wysokość wynagrodzenia Polscy pracownicy, którzy wzięli udział w badaniu Randstad Award 2013 wymienili dopiero na piątym miejscu.

– Polacy w tej niepewnej sytuacji gospodarczej, z którą mają do czynienia, przede wszystkim cenią sobie profesjonalnych pracodawców, aspekty związane z bezpieczeństwem zatrudnienia, a dopiero potem zaczyna być dla nich ważne wynagrodzenie i jego wysokość – mówi Kajetan Słonina, dyrektor zarządzający Europy Wschodniej Randstad Polska.

Stabilną sytuację finansową pracodawcy i bezpieczeństwo zatrudnienia jako najważniejsze czynniki wskazało odpowiednio 72 i 70 proc. ankietowanych w badaniu Randstad Award 2013. Na wysokie zarobki wskazało 49 proc.

W przypadku, gdy ankietowani mogli wybrać tylko jeden czynnik 37 proc. wybrało stabilną sytuację finansowa, a tylko co dziewiąta osoba – wysokie wynagrodzenie (11 proc.).

– Widać, że pracownicy patrzą nie tylko na pieniądze, choć oczywiście to zależy również od tego, kto odpowiada. Dla ludzi z niższym wykształceniem to wynagrodzenie pojawia się trochę wyżej w odpowiedziach, ale jeśli uśrednimy odpowiedzi, a badaniem objęto 7 tysięcy osób i to była reprezentatywna grupa, to wynagrodzenie jest na dalszych pozycjach. To jest naprawdę istotna zmiana w porównaniu do poprzednich badań – mówi Kajetan Słonina.

Pieniądze to nie wszystko

Coraz bardziej istotne dla pracowników są również pozaekonomiczne aspekty pracy. Wśród pięciu najważniejszych czynników przy wyborze pracodawcy wyżej niż zarobki znalazły się również przyjazna atmosfera i interesująca praca (odpowiednio dla 54 i 50 proc.).

Przyjazna atmosfera pracy dla ankietowanych oznacza szacunek dla współpracowników (62 proc.), docenienie zaangażowania (58 proc.), współpracę w zespole (53 proc.) oraz otwartość i szczerość w komunikacji (50 proc.).

Ciekawa praca, która była wymieniania na czwartej pozycji, jest kojarzona z możliwością wykorzystania posiadanych umiejętności (55 proc.), docenianiem indywidualnych pomysłów (45 proc.) i okazją do zdobywania nowych umiejętności (43 proc.).

– Zmierzyliśmy też, dlaczego pracownicy odchodzą od danego pracodawcy. I tu na pierwszym miejscu pojawia się niesatysfakcjonujące wynagrodzenie, na kolejnym – zła atmosfera w pracy i brak możliwości rozwoju w danej firmie – mówi Kajetan Słonina.

Wśród najatrakcyjniejszych branż Polacy od 3 lat wymieniają te same: motoryzacyjną, branża energetyczna i elektrotechniczna. Za najlepszych pracodawców badani pracownicy uznali firmy KGHM Polska Miedź, Toyota Motor Manufacturing Polska i Volkswagen Poznań.

Carrefour otworzy w tym roku 250 nowych sklepów. Nie planuje natomiast rozwoju sprzedaży internetowej

Carrefour planuje otworzyć w tym roku 250 nowych sklepów. Mają to być w większości placówki franczyzowe. W efekcie ma nastąpić wzrost zatrudnienia, choć nie bezpośrednio w spółce. Firma nie planuje natomiast w najbliższym czasie rozwoju sprzedaży internetowej.

– Carrefour codziennie otwiera jeden lub nawet więcej sklepów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jean Anthoine, prezes Carrefour Polska. – W zeszłym roku otworzyliśmy ich 170. Z całą pewnością jest to element, który przyczynia się do tworzenia nowych miejsc pracy.

Większość nowych placówek to sklepy franczyzowe – Carrefour Express, które rozwijane są w dwóch formatach. Sklepy z zielonym logo o powierzchni 100 do 500 m2 są zlokalizowane w małych i większych miejscowościach. Z kolei sklepy Carrefour Express Convenience to placówki samoobsługowe, zlokalizowane w wielkich miastach. Oprócz typowych usług zapewniają także możliwość doładowania telefonów czy skorzystania z ksero.

Są one zarządzane przez przedsiębiorców, którzy otrzymują prawo działania pod szyldem Carrefoura. W Polsce powstało już 300 takich placówek, a planowanych jest uruchomienie kolejnych 200. Wzrost zatrudnienia w nich nie wiąże się więc bezpośrednio ze wzrostem zatrudnienia w firmie Carrefour.

Nie oznacza to jednak, że firma nie udziela pomocy franczyzobiorcom. Przeciwnie – Carrefour pomaga w wyborze odpowiedniej lokalizacji, zapewnia pomoc w rozplanowaniu sklepu, przekazanie strojów dla pracowników czy know-how na każdym etapie prowadzenia działalności.

– Carrefour ze swojej strony przyczynia się do rozwoju tych sklepów i przedsiębiorstw przez szkolenia, tworząc szkółki, w których nasi partnerzy handlowi mogą nabywać pewne umiejętności i je rozwijać – mówi Jean Anthoine. – Nasz model biznesowy, który w ten sposób propagujemy, jest bardzo udany. Potwierdziła to nagroda Hermesa, jaką Carrefour otrzymał w 2012 r. za koncept franczyzowy – dodaje.

Firma nie planuje w najbliższym czasie rozwoju sprzedaży internetowej. Jak podkreśla prezes, jest to bardzo perspektywiczny, ale jednocześnie bardzo trudny rynek.

– Trzeba ostrożnie wchodzić na ten rynek, robić to w sposób cierpliwy. Zamiast wyważać otwarte drzwi i wymyślać od zera biznes internetowy bardzo korzystne, naszym zdaniem, byłoby gdybyśmy mieli możliwość przejęcia działalności, która już istnieje i na tej bazie budować swoją działalność. Niemniej myśląc o tym, nie spieszymy się. Nie jest to w tej chwili w naszych bezpośrednich planach – twierdzi prezes Carrefour Polska.

Sieć Carrefour powstała we Francji w 1957 r. Działa w 31 państwach na 4 kontynentach. Na rynku polskim firma istnieje od 1997 r. Oprócz 300 sklepów franczyzowych posiada też 500 super- i hipermarketów, a także 40 centrów handlowych.

Komentarz indeksowy BossaFX 25 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 25 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Sprzedaż detaliczna spadła w lutym o 0,8 proc

Sprzedaż detaliczna spadła w lutym o 0,8 proc. w skali roku wobec wzrostu o 3,1 proc. w styczniu. – Pozytywne efekty statystyczne z ubiegłego miesiąca poszły w niepamięć, podobnie jak przesłanki pozytywnego wpływu opóźnionych wypłat dla rolników w tym roku – ocenia Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. W lutym – podobnie jak w 2009 roku, kiedy identyczny był także rozkład dni roboczych (-1 r/r, -2 m/m) – jedynie dwie kategorie sprzedaży zanotowały wzrost m/m (żywność jedynie o 0,2 proc. oraz najbardziej zmienna kategoria pozostałe). – Opublikowane równolegle badania koniunktury konsumenckiej GUS wskazują, że po korekcie w lutym marzec ponownie przyniósł pogorszenie sentymentu i gorsze oceny przyszłej sytuacji finansowej, które historycznie są dobrym prognostykiem konsumpcji prywatnej – dodaje ekonommista.

Duży wpływ miał znaczny spadek paliw (-5,2 proc. m/m) – obniżył dynamikę sprzedaży detalicznej o 1,4pp.; pozostałej sprzedaży w sklepach niewyspecjalizowanych (-4,6 proc. m/m) oraz samochodów (-2,6 proc. m/m) – ze względu na skalę bazy (i generalnie skalę ruchów pomiędzy styczniem a lutym) z poprzedniego roku właśnie ta kategoria była najtrudniejsza do prognozowania. – W tym miejscu widzimy konieczność zwrócenia uwagi czytelników na jeden istotny fakt. Spadek cen paliw był nie tylko fenomenem nominalnym, ale także realnym. Oznacza to, że w tym przypadku ta kategoria odzwierciedla cykliczne własności gospodarki – a więc słaby popyt – a nie tylko efekty cenowe. Ma to oczywiście duże znaczenie dla mimo wszystko negatywnej interpretacji całego agregatu – wyjaśnia Marcin Mazurek, starszy analityk BRE Banku.

Wspomniany układ kategorii powoduje, że sprzedaż bazowa po wyłączeniu różnych kombinacji kategorii: żywność, paliwa i samochody nieznacznie wzrosła w lutym – w granicach 0,3-1,0 proc. w skali roku. W ujęciu realnym sprzedaż bazowa po wyłączeniu żywności i paliw wzrosła o 0,8 proc. rok do roku. Spadek sprzedaży realnej wynikał zatem głównie z zachowania kategorii paliw (-5,7 proc. r/r) oraz żywności (-0,8 proc. r/r).

– Opublikowane dane – zarówno sprzedaż, jak i dane o optymizmie konsumentów – wskazują wyraźnie, że znaczące przyspieszenie konsumpcji w I kwartale nie zmaterializuje się, a presja na wzrost oszczędności jest silna, co widać po zmianach depozytów – mówi Ernest Pytlarczyk. – Tym samym dynamika PKB w I kwartale 2013 roku będzie znacząco niższa niż ta odnotowana pod koniec ubiegłego roku – nasze bieżące szacunki wskazują, że co najmniej o połowę – dodaje. Oznacza to, że luka popytowa w polskiej gospodarce powiększa się, zaś ostre spadki inflacji de facto zacieśniają politykę pieniężną (rosnące realne stopy procentowe). – Postawmy sprawę jasno – w takich okolicznościach Rada Polityki Pieniężnej może sobie spokojnie pozwolić na obniżki stóp procentowych. Jeśli dodamy do tego fakt, że cykliczna konieczność odbudowy stopy oszczędności czyni poziom realnej stopy procentowej nieistotnym dla skłonności do oszczędzania, może to przekonać RPP do dalszego dostosowania polityki pieniężnej, nawet przed lipcową projekcją inflacji i PKB – dodaje główny ekonomista BRE.

Z rynkowego punktu widzenia publikacja nie wywołała większych skutków ani na rynku stopy procentowej (2 punktowy range na rentownościach), ani na rynku walutowym.

Rady Nadzorcze polskich spółek profesjonalizują się

Rośnie świadomość akcjonariuszy, którzy wybierają członków rad nadzorczych. Zmienia się także ich skład, większość stanowią osoby z praktycznym doświadczeniem biznesowym, posiadające wyższe wykształcenie. Kluczowym wyzwaniem jest kontynuowanie budowy profesjonalnej kadry członków rad nadzorczych, jak i stworzenie adekwatnego modelu ich wynagradzania, powiązanego z odpowiedzialnością i oczekiwanym poziomem zaangażowania. Obecnie, połowa członków rad nadzorczych spółek spoza głównych indeksów, pobiera za swoją pracę poniżej 1,600 zł miesięcznie – to główne wyniki raportu „Rady Nadzorcze 2013. Skuteczność rad nadzorczych w spółkach notowanych na GPW” przygotowanego przez firmę doradczą PwC oraz firmę executive search Amrop.

Wyniki badania pokazują, że kluczowymi czynnikami decydującymi o skuteczności działania rad nadzorczych z perspektywy ich członków jest zróżnicowany skład, przewodniczący posiadający cechy dobrego przywódcy i organizatora, dobrze działające komitety w radzie, dobra komunikacja z zarządem i wynikające z niej wzajemne zaufanie, oraz konkurencyjne i motywujące wynagrodzenie członków rad.

Jednym z ważniejszych czynników warunkujących skuteczność działania rad nadzorczych jest posiadanie przez jej członków różnorodnych doświadczeń i kompetencji oraz praktyki biznesowej. Zdecydowana większość członków to mężczyźni (86%), z polskim paszportem (89%), powyżej 40 roku życia (77%), zasiadający w jednej radzie nadzorczej (90%) i posiadający wyższe wykształcenie. Wśród nich 36% to ekonomiści, a następnie inżynierowie i prawnicy – obie grupy po 15%. Otwartość na różnorodne poglądy, punkty widzenia i doświadczenia prowadzi do lepszej skuteczności tego organu. Nadal jednak, w radach nadzorczych spółek giełdowych udział kobiet wynosi niespełna 14%. Kobiety są także relatywnie rzadziej niż mężczyźni wybierane na przewodniczące tych organów.

Z badania PwC i Amrop wynika, że członek rady powinien charakteryzować się niezależnością poglądów i osądów, oraz odwagą cywilną. Bardzo istotna jest rola przewodniczącego rady nadzorczej, którego głównym zadaniem jest stworzenie właściwego stylu działania sprzyjającego zaangażowaniu wszystkich członków rady oraz budowanie konstruktywnych relacji między nimi a zarządem.

Wynagrodzenia członków rad nadzorczych spółek giełdowych są bardzo zróżnicowane. „Najwięcej zarabiają oczywiście przewodniczący rad nadzorczych spółek zaliczanych do WIG20, których przeciętne wynagrodzenie przekracza 150 tys. złotych, nieco mniej zarabiają przewodniczący rad spółek zaliczonych do WIG40 i WIG80. Przeciętnie osoba zasiadająca w radzie nadzorczej spółki należącej do WIG20 może oczekiwać płacy średnio o 151% wyższej niż analogiczna osoba w radzie w grupie „Pozostałych spółek” (czyli mniejszych niż WIG80). Niezależnie od innych czynników, sprawowanie funkcji przewodniczącego rady nadzorczej podnosi płacę (w porównaniu do zwykłego członka) o 51%, a stanowisko wiceprzewodniczącego o 28%. Wynagrodzenie z tytułu pełnienia funkcji członka rady nadzorczej jest bardzo ważne i należy analizować je biorąc pod uwagę szerszy kontekst odpowiedzialności i oczekiwanego poziomu zaangażowania” – mówi Tomasz Magda, Partner Zarządzający Amrop.

Polskie spółki nie wypracowały jeszcze optymalnego modelu powiązania wynagrodzenia z ryzykiem, skalą zaangażowania, odpowiedzialności i skalą działalności firm. Tylko niektórzy członkostwo w radzie traktują przede wszystkim jako wyzwanie i szansę na zdobycie dodatkowej wiedzy i doświadczenia. Dla większości profesjonalistów aspekt finansowy jest istotny, dlatego konkurencyjne i motywujące wynagrodzenie jest kluczowym czynnikiem warunkującym zaangażowanie członków rady i jej efektywność.

„Szczególnie w ostatnich latach znacznie mniejszej stabilności gospodarczej, pojawiających się nowych ryzyk (bankructw całych sektorów czy też krajów), ale też nowych szans, wzrasta oczekiwanie większego zaangażowania rady nadzorczej w dyskusje z zarządem na temat apetytu spółki na ryzyko. Wzrasta też oczekiwanie, że zgodnie z ustawowym obowiązkiem rada nadzorcza poprzez swój komitet audytu będzie monitorować efektywność systemów zarządzania ryzykiem i kontroli wewnętrznej w spółce. Dlatego też rośnie znaczenie komitetów audytu. Ich obecność w radach nadzorczych jest coraz bardziej doceniana. Istnieją one już w 41% spółek (w 39% w 2011) notowanych na GPW, a ich obecność w spółkach należących do WIG20 jest wręcz normą – tylko jedna ze spółek w tej grupie nie ma utworzonego w radzie komitetu audytu. Dzięki powołaniu tych organów rada może mieć większą kontrolę i wiedzę o najważniejszych obszarach funkcjonowania spółki, zaś analizę tych obszarów powierzyć osobom z najlepszymi kompetencjami w danym zakresie ze swojego grona ” – podkreśla Krzysztof Szułdrzyński, Partner firmy doradczej PwC.

Dobrze skonstruowana rada nadzorcza procentuje wiarygodnością wyborów zarządu, lepszym monitorowaniem systemów ryzyka, większym bezpieczeństwem spółki w długim okresie oraz zyskiem dla akcjonariuszy. Aby poprawić skuteczność tych organów, spółki powinny budować profesjonalną kadrę członków rad nadzorczych, zapewnić im właściwe narzędzia do realizacji działań oraz wprowadzić regularną ocenę ich funkcjonowania.

Cyberataki typu APT nowym frontem wojny

Ataki typu APT (ang. Advanced Persistent Threats) są złożonymi, długotrwałymi i wielostopniowymi działaniami kierowanymi przeciwko konkretnym osobom, organizacjom lub firmom. Najczęściej są one prowadzone przez atakujących, którzy miesiącami zbierają informacje o pracownikach danej organizacji, aby dopiero po jakimś czasie przystąpić do planowanego ataku. Wykorzystywane przez nich programy i narzędzia są tworzone i użytkowane w sposób minimalizujący szansę wykrycia niepożądanej aktywności przez atakowaną organizację. Dlatego też mogą bez żadnych przeszkód wykradać informacje tygodniami, a nawet miesiącami.

Przykłady ostatnich skutecznych ataków na firmy z Korei Południowej, Czech oraz polskie agendy rządowe pokazują, że cyberataki są nowym frontem nieustannej wojny państwa, organizacji przestępczych oraz firm komercyjnych.

Ataki typu APT różnią się od tych spotykanych dotychczas (gwałtownych i szybkich „rajdów” na organizacje) trudnością w wykryciu oraz szerokim zasięgiem. „Zaskoczenie i uraz przychodzą później, gdy wykradzione poufne dane i tajne informacje krążą już po rynku. Dopiero wtedy rozpoczynają się rozpaczliwe poszukiwania źródła ich wycieku. Ataki APT można porównać do szpiegostwa, które tym razem przeniosło się do wirtualnej rzeczywistości. Jak na razie obecnie wykorzystywane mechanizmy bezpieczeństwa nie stanowią dla APT skutecznej bariery” – wyjaśnia Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Kto może paść ofiarą tych cyberataków w modelu APT?
Właściwie każda spółka lub organizacja, która funkcjonuje w bardzo konkurencyjnym środowisku, ale na szczególnym celowniku są firmy oferujące nowoczesną technologię, zajmujące się badaniami i rozwojem oraz obracające poufnymi danymi. Ofiarą APT padają także firmy energetyczne czy koncerny samochodowe, a także instytucje istotne z perspektywy bezpieczeństwa lub obronności kraju. Najczęściej wykorzystywanym i najprostszym sposobem rozpoczęcia tego rodzaju ataków jest użycie poczty e-mail czy kont na portalach społecznościowych. „Przestępcy tworzą fałszywe profile całych zespołów z firmy, którą mają zamiar zaatakować i podszywają się pod jej pracowników. Skrupulatnie budują wirtualne tożsamości uwiarygadniając scenariusze, które następnie wykorzystują do pozyskania zaufania personelu lub współpracowników atakowanej organizacji. Gdy taka luka zostanie stworzona, dochodzi często do wielokrotnej kradzieży danych” – tłumaczy Cezary Piekarski, Starszy Menedżer Działu Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Autorzy raportu Deloitte porównują nową generację cyberprzestępców do działalności tradycyjnych grup przestępczych. Sprawcy ataków elektronicznych są bardzo trudni do zidentyfikowania, co utrudnia skuteczne ściganie tego typu przestępstw. Poza tym w interesie niektórych państw nie leży efektywne ściganie cybeprzestępstw, bo te same grupy bardzo często wykonują na zlecenie rządów pracę wywiadowczą. Powtarzające się oskarżenia o szpiegostwo elektroniczne pod adresem jednego z azjatyckich państw są emanacją nasilających się konfliktów w sieci Internet. Cyberataki typu APT stały się bardzo wygodnym oraz skutecznym narzędziem infiltracji obcych systemów obrony czy kradzieży tajemnic militarnych, przede wszystkim z racji na stosunkową łatwość przeprowadzenia (w porównaniu do tradycyjnych metod szpiegowskich) oraz niskie ryzyko ujawnienia faktycznego źródła oraz beneficjenta ataku.

Cyberszpiegostwo będzie się rozwijać, a ataki APT staną się coraz częstsze i coraz bardziej skuteczne m.in. także dlatego, że zarządy firm są w stanie przeznaczyć tylko minimum środków finansowych na ograniczenie potencjalnych zagrożeń. Tymczasem, jak udowadnia raport Deloitte, to właśnie członkowie zarządów i menedżerowie wyższego szczebla bardzo często padają ofiarą cyberataków. Tak było w przypadku jednego z koncernów samochodowych, w którym trzech wysoko postawionych menedżerów było źródłem wycieku poufnych informacji. Dlatego też, jak przekonują eksperci Deloitte, kierownictwo powinno być ogniwem częściej i dokładniej sprawdzanym niż reszta zespołu. Jest ono bowiem naturalną ofiarą ataku z racji szerokiego dostępu do danych, które mogą stać się przedmiotem kradzieży.

Co jeszcze można zrobić, aby uchronić swoją firmę przed atakami APT?
Kluczowym czynnikiem jest dokładna ocena potencjalnego ryzyka, polegająca m.in. na identyfikacji informacji, które mogą zostać wykradzione. Niezbędny jest również przegląd struktury organizacyjnej zespołów zajmujących się ochroną informacji i być może jej przebudowa. „Konieczne jest wdrożenie odpowiednich środków ochrony, ale także wypracowanie takiej kultury biznesu, która pozwoli na przeciwdziałanie potencjalnym atakom. Organizacje powinny dzielić się między sobą doświadczeniami z konfrontacji z cyberprzestępczością, być na bieżąco z nowinkami technologicznymi i nieustannie szukać potencjalnych luk w swoim systemie, pamiętając jednocześnie, że narzędziem w rękach przestępców może być każde urządzenie posiadające adres IP” – podsumowuje Jakub Bojanowski.

Kulczyk Oil Ventures notuje kolejne rekordowe wzrosty

Kulczyk Oil Ventures kończy rok z rekordowo wysokimi przychodami ze sprzedaży i kolejnymi znaczącymi wzrostami wydobycia. W 2012 r. ukraińskie aktywa KOV wygenerowały prawie 100 mln USD przychodu brutto, co oznacza ponad dwuipółkrotny wzrost w stosunku do 2011 r. Spółka wypracowała również rekordowo wysoki cash-flow, który dzisiaj jest już w stanie pokryć wszystkie koszty działalności Kulczyk Oil Ventures.

Doskonałe wyniki potwierdzone przez niezależnych ekspertów

Dzisiaj KOV jest dojrzałą spółką poszukiwawczo-wydobywczą – po raz pierwszy audytor zrezygnował z zastrzeżenia dotyczącego ciągłości działania, co oznacza, że jego zdaniem KOV osiągnęła trwałą zdolność do generowania przychodów i pozyskiwania kapitału wystarczających na pokrycie wszystkich kosztów prac poszukiwania oraz wydobycia ropy i gazu;

Według oceny EBOR, KUB-Gas jest modelowym przykładem prowadzenia inwestycji.

Konsekwentny wzrost przychodów ze sprzedaży

ponad 2,5-krotny wzrost przychodów ze sprzedaży ropy i gazu (netto dla KOV 56,1 mln USD 2012 vs. 19,8 mln USD w 2011); czwarty kwartał 2011 r. był 11. z rzędu kwartałem wzrostu przychodów ze sprzedaży ropy i gazu (wzrost o 91 proc. IV kw. 2012 vs. IV kw. 2011).

Rekordowy cash-flow

  • ponad 32-krotny wzrost wartości przepływów pieniężnych (38,7 mln USD w 2012 r. vs 1,2 mln USD w 2011 r.);
  • cash-flow generowany na Ukrainie jest w stanie pokryć wszystkie koszty działalności Kulczyk Oil Ventures;
  • wzrost zysku operacyjnego (netback) do 8,06 USD w 2012 vs. 6,23 USD w 2011 za tysiąc stóp sześc. gazu.

KOV dwuipółkrotnie zwiększa produkcję

średnie wydobycie gazu netto dla KOV osiągnęło ponad 450 tys. m sześc. gazu dziennie (vs. ok. 170 tys. m sześc. w 2011 r.); znaczący wzrost produkcji to efekt sukcesów poszukiwawczych i know-how zespołu technicznego KOV – w 2012 r. Spółka podłączyła do produkcji 6 nowych odwiertów i z sukcesem zakończyła operacje wdrażania nowych technologii wydobywczych.

Perspektywy na 2013

Do końca roku KOV wykona sześć nowych odwiertów na terenie swoich ukraińskich koncesji. Dodatkowo planuje pogłębić lub zmodernizować sześć kolejnych studni i zbudować sieci przesyłowe niezbędne do uruchomienia produkcji. Zarząd KOV zapowiada, że dzięki tym projektom Spółka zakończy 2013 rok z produkcją wyższą niż 2012 r.

Plany dotyczące Brunei obejmują wykonanie dwóch odwiertów przewidzianych w programie wierceń na 2013 r. Prace nad pierwszym z nich, „Uskokiem Lukut-1” rozpoczną się na początku kwietnia.

„To był rok doskonałych osiągnięć KOV, zarówno pod kątem działań operacyjnych, jak i wyników finansowych. Od momentu przejęcia przez KOV udziałów w KUB-Gasie, w każdym kolejnym kwartale notowaliśmy znaczący wzrost przychodów, które od czerwca 2010 r. wzrosły już ponad 80-krotnie. W tym czasie, dzienna produkcja gazu została zwiększona prawie cztery razy. Tak dobre wyniki są efektem ambitnych programów inwestycyjnych, sukcesów poszukiwawczych i nowych odwiertów oraz bardzo dobrych cen surowców. Z optymizmem patrzymy więc na najbliższe miesiące, chcemy utrzymać równie intensywne tempo prac i rozwoju produkcji. Naszym celem jest budowanie trwałej wartości dla akcjonariuszy KOV” – powiedział Tim Elliott, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny KOV.

Produkcja

W 2012 r. średnie dzienne wydobycie, netto dla KOV, wzrosło do 451,2 tys. m sześc., co oznacza wzrost rok do roku o 151 proc. 95 proc. produkcji stanowił gaz ziemny, którego średnie dzienne wydobycie, netto dla Spółki, wynosiło ponad 427,6 tys. m sześc. ( w porównaniu do średnio 169,9 tys. m sześc. dziennie w 2011 r.). W samym tylko IV kw. 2012 r. dzienna produkcja netto dla KOV wzrosła o 96 proc. do 498,4 tys. m sześc. (w porównaniu do 254,8 tys. m sześc. dziennie w IV kw. 2011 r.).

Ostrzeżenie dotyczące stwierdzeń:

Informacja o produkcji jest z reguły podawana w jednostkach takich jak baryłki ekwiwalentu ropy naftowej („boe” lub „Mboe” lub „MMboe”) lub też w jednostkach ekwiwalentu gazu („Mcfe” lub „MMcfe” lub „Bcfe”). Jednakże określenia BOE lub Mcfe mogą być mylące, w szczególności gdy używane są w oderwaniu od kontekstu. Współczynnik konwersji na boe, gdzie 6 Mcf = 1 baryłka, lub na Mcfe, gdzie 1 baryłka = 6 Mcf, wynika z metody zakładającej równoważność energetyczną w odniesieniu do danych z pomiarów uzyskanych na końcówce palnika, co nie odnosi się do wartości występujących na głowicy.

Inteligentne zarządzanie kartami SIM – nowe technologie Wind Mobile

W obliczu rosnącej konkurencji na rynku, operatorzy mobilni są pod coraz większą presją dotyczącą optymalizacji efektywności. Z pomocą przychodzą nowe produkty Wind Mobile.

Sprzedając karty SIM operatorzy muszą przypisać do karty SIM numer abonenta. Numery abonenta są cennym zasobem, który operator pozyskuje od regulatora. Dodatkowo przypisanie numeru abonenta powoduje wykorzystanie kosztownych zasobów licencyjnych w licznych systemach pracujących w sercu sieci. W efekcie karty SIM leżące na półkach w kioskach stanowią dla operatorów balast finansowy.

W odpowiedzi na to wyzwanie spółka Wind Mobile opracowała technologię pozwalającą na przypisywanie numerów telefonu do karty SIM dopiero po aktywacji karty. Ponadto dzięki nowej technologii aktywując kartę SIM abonent może skorzystać z dodatkowych usług – np. wybrać numer telefonu, który mu odpowiada.

Drugim wyzwaniem, z którym borykają się operatorzy mobilni są nieużywane karty SIM użytkowników systemu prepaid. Jeżeli użytkownik nie korzysta z karty w okresie, w którym operator jest zobowiązany utrzymywać jego numer, wewnętrzne zasoby licencyjne operatora są zużywane, a karta SIM nie przynosi dochodów. Jest bardzo duża ilość tego typu „uśpionych” kart. I w tym przypadku z pomocą operatorowi przychodzi nowa technologia Wind Mobile pozwalająca na „zahibernowanie” nieaktywnej karty SIM, co powoduje zwolnienie zasobów licencyjnych po stronie operatora. Następnie po ponownej aktywacji karty przez abonenta odbywa się „odhibernowanie” karty w sposób niezauważalny dla użytkownika.

„Nasze nowe technologie związane z inteligentnym zarządzaniem kartami SIM zapewniają duże oszczędności dla operatora. Technologie te wymagają bardzo głębokiej wiedzy odnośnie funkcjonowania serca sieci mobilnych, a dzięki unikalnym doświadczeniom, Wind Mobile jest w stanie te kompetencje dostarczyć. Rozmowy z pierwszymi klientami odnośnie wykorzystania naszych nowych technologii wyglądają bardzo optymistycznie. Liczymy, że nasze nowe produkty do inteligentnego zarządzania kartami SIM będą również atrakcyjne dla klientów zagranicznych.” – mówi Igor Bokun, prezes zarządu Wind Mobile

Polski rynek trudny dla branży farmaceutycznej. Firmy postawią na ekspansję zagraniczną

Trudna sytuacja na polskim rynku farmaceutycznym, rekordowo niskie marże i ceny leków, sprawiają, że Pelion, który zajmuje się zaopatrywaniem aptek i szpitali w leki, przygotowuje się do ekspansji zagranicznej. Obecny jest już na Litwie, gdzie – podobnie jak w Polsce – zalicza się do liderów dystrybucji farmaceutycznej. Teraz przyszedł czas na inne kraje UE.

– Nie mamy tutaj priorytetów. Będziemy się starali odszukać najlepsze lokalizacje na kolejną naszą inwestycję – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jacek Szwajcowski, prezes Pelion. – Dzięki temu, że Polska jest w Unii Europejskiej będzie nam dużo prościej.

1 stycznia br. po raz drugi obniżono marżę na leki refundowane w obrocie hurtowym. Teraz wynosi 6 proc., podczas gdy próg rentowności sprzedaży leków refundowanych to 6,6 proc. A na przyszły rok zaplanowana jest jeszcze jedna obniżka marży. Jak przekonują władze spółki, przy tak niskiej rentowności wykluczone są nowe inwestycje i tworzenie nowych miejsc pracy.

Ubiegły rok był dla spółki wyjątkowo trudny.

– Sprzedaż udało nam się utrzymać, co jest pewnym osiągnięciem, ale na pewno nie daje satysfakcji, dlatego że utrzymanie wyników, a nie ich podwyższenie satysfakcji nam nie daje – podkreśla prezes Pelion.

Ubiegły rok, w oczach zarządu spółki był wyjątkowo trudny. Zysk netto spadł o 30 proc., a rentowność netto nie sięga nawet 1 proc.

Negatywnie na rezultaty wpłynął segment sprzedaży detalicznej, na którym od stycznia 2012 roku zaczęły obowiązywać nowe przepisy dotyczące m.in. cen leków refundowanych.

– Niezwykle dużo straciliśmy w tym segmencie, działamy w tej chwili na marżach, które nie pozwalają nam funkcjonować – przyznaje prezes, dodając jednocześnie, że nie wpływa to pozytywnie również na sytuację klientów. – Marże, które zostały ustalone, są niezwykle niskie w porównaniu z innymi krajami europejskimi. W efekcie tego rola farmaceuty będzie się coraz bardziej sprowadzała do roli sprzedawcy, który musi po prostu szybko sprzedawać leki.

Pelion, czyli dawana Polska Grupa Farmaceutyczna jest jedną z największych w Polsce grup kapitałowych na rynku ochrony zdrowia. Zaopatruje w leki, zarówno apteki otwarte, jak i szpitale. Na rynku obecna jest od 23 lat, systematycznie umacniając swoją pozycję. Od 15 lat spółka notowana jest na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, dzięki czemu ugruntowała swoją pozycję, dziesięciokrotnie zwiększając sprzedaż.

Fuzja, która zmieni rynek. Kredyt Bank i BZ WBK w rękach Santandera

– Pojawienie się Santandera może za chwilę zmienić reguły gry na rynku – uważa Wojciech Sobieraj, prezes Alior Bank, oceniając fuzje należących do hiszpańskiej grupy banków BZ WBK oraz Kredyt Banku i powstanie jednego, dużego podmiotu, który stanie się trzecim bankiem w Polsce. Jednocześnie szef Aliora podkreśla, że nie obawia się konkurencji i widzi szanse na dalszy rozwój banku, którym kieruje.

Na połączenie BZ WBK i Kredyt Banku, podległych Banco Santander, w grudniu ubiegłego roku zgodziła się Komisja Nadzoru Finansowego. Zgodnie z planem fuzja powinna zakończyć się w 2014 roku, ale już jesienią tego roku banki zaczną działać pod jedną marką. Nowy bank zostanie trzecim graczem na krajowym rynku.

– To jest jeden z najlepszych na świecie banków detalicznych, którego jeszcze w Polsce nie było – mówi Agencji Informacyjnej Newseria szef Alior Banku, Wojciech Sobieraj. – Przychodzą do nas ludzie, którzy na całym świecie udowadniają na prawo i lewo, jak się robi porządną bankowość detaliczną.

W ocenie Sobieraja można założyć, że pojawienie się tak silnego gracza zmieni oblicze polskiego rynku, jego strukturę, jak również panujące na nim reguły. Nie oznacza to jednak, że konkurenci, w tym Alior Bank, są bez jakichkolwiek szans w walce o klienta.

– Alior jest bankiem, który będzie się wciąż rozwijał i wzrastał – mówi Sobieraj, dodając, że instytucja, którą kieruje dostrzega, dostosowuje się, a często sama kreuje zmiany, jakie zachodzą na rynku. Zmiany, które – w jego opinii – będą nadal postępować.

– Przede wszystkim ludzie przestaną chodzić do oddziałów, bo i po co – mówi. – Na razie oddziały są dominującym kanałem dystrybucji i kontaktu z klientem, a będą coraz mniejszym.

Jego zdaniem banki odchodzić także będą od obsługi call center. Tradycyjne kanały dostępu i formy promocji zostaną wyparte przez dużo szybsze i nowocześniejsze.

– Banki muszą się generalnie zmieniać tak, jak się zmienia wszystko, co związane z rewolucją technologiczną i socjalną – ocenia Sobieraj.

Alior Bank jest liderem sektora pod względem liczby pozyskiwanych klientów. W ubiegłym roku zwiększył swój portfel o kolejne 0,5 mln osób. Z jego usług w 2012 roku skorzystało łącznie około 1,49 mln klientów.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W kwietniu Skarb Państwa przeznaczy ponad 900 milionów na podwyżki dla nauczycieli akademickich

Pracownicy uczelni wyższych – zgodnie z obietnicą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – otrzymają podwyżki. Resort najpóźniej na początku kwietnia przekaże uczelniom informacje o wysokości dotacji na ten cel. Największe uniwersytety mogą dostać nawet kilkadziesiąt milionów złotych.

– W tej chwili przygotowujemy już indywidualne decyzje dla wszystkich uczelni o wysokości dodatkowych środków, które mają być skierowane w formie dotacji celowej na podwyżki dla nauczycieli akademickich – zapewnia prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Wiem, że Uniwersytet Warszawski uzyska dodatkowo blisko 40 mln zł przeznaczonych tylko na podwyżki, Uniwersytet Jagielloński – blisko 30 mln zł. To są już znaczne środki.

W tegorocznym budżecie na ten cel przeznaczono 900 mln zł. Informacje o wysokości dotacji, jak zapewnia minister nauki, będą znane być może jeszcze w marcu, a najpóźniej na samym początku kwietnia.

– O tym, w jaki sposób pieniądze zostaną dalej rozdysponowane, będą decydować przede wszystkim władze uczelni, senat, porozumienia ze związkami zawodowymi – mówi prof. Barbara Kudrycka Agencji Informacyjnej Newseria.

Oznacza to, że nie da się z góry przewidzieć, o ile wzrosną pensje konkretnych nauczycieli akademickich. Ministerstwo zakłada jednak, że podwyżki dla osób pracujących na podstawowym etacie będą wynosić co najmniej 9 proc. Program dotacji celowych będzie kontynuowany w 2014 i 2015 r. Docelowo pensje mają wzrosnąć o ok. 30 proc.

Obowiązujące od stycznia nowe przepisy dotyczące leasingu szansą na dynamiczny wzrost rynku

Umowy leasingu nie muszą być już problemem dla firm, które szukają oszczędności. Dzięki zmianom wprowadzonym od stycznia przez tzw. trzecią ustawę deregulacyjną, można „wyswobodzić” się z leasingu w razie np. kłopotów z terminowym opłacaniem rat. Leasing staje się teraz bardziej elastyczny, co może przyczynić się do wzrostu zainteresowania tą usługą także wśród przedsiębiorców, którzy dotychczas obawiali się takiej formy finansowania ze względu na stałe zobowiązanie finansowe. Nowe przepisy rozwiewają również wątpliwości prawne dotyczące sposobu wyliczania wartości początkowej przedmiotu w tzw. releasingu.

Ustawodawca umożliwił przeniesienie na wniosek korzystającego umowy leasingu na inny podmiot, który może ją kontynuować na takich samych zasadach jak poprzednik. Zasadniczym celem zmian, było zwiększenie elastyczności leasingu przede wszystkim z punktu widzenia przedsiębiorcy. – Jeśli z jakiś powodów regularne płacenie rat leasingowych staje się niemożliwe, dzięki nowym przepisom korzystający może przedstawić nowego klienta, który będzie kontynuował umowę – mówi Jacek Rakowski, Dyrektor Pionu Prawnego BRE Leasing. Do tej pory przepisy nie regulowały wprost tej kwestii cesji leasingu, co oznaczało, że urzędy skarbowe stały na stanowisku, że nowy podmiot musiał podpisać w takim przypadku zupełnie nową umowę, w innym przypadku leasingobiorca narażał się na cały szereg problemów podatkowych.

Jak przekonuje Jacek Rakowski wejście w życie zmian to bardzo dobra wiadomość dla tych firm, które chciałyby skorzystać z leasingu, mają jednak obawy, czy będą w stanie wywiązać się z umowy obowiązującej przez szereg kolejnych lat. – Jest to szczególnie istotne teraz, w warunkach spowolnienia gospodarczego, gdy wśród większej ilości firm mogą występować problemy z terminową obsługą zobowiązań – dodaje. – w takich przypadkach firma leasingowa będzie mogła nawet pomóc przedsiębiorcy w znalezieniu nowego podmiotu korzystającego – zapewnia.

Nowy przepis nie musi być jednak wcale wykorzystywany wyłącznie przez klientów przeżywających kłopoty finansowe. Z cesji może skorzystać również klient, który z dowolnej przyczyny chce zmienić przedmiot leasingu, np. podpisać umowę na nowszy model samochodu, czy bardziej nowoczesną maszynę czy też wyposażenie firmy.

Druga istotna zmiana dotyczy tzw. releasingu, czyli oddania przedmiotu leasingu w ponowne użytkowanie. Do niedawna, w myśl przepisów podatkowych, za wartość początkową przedmiotu leasingu uznawano koszt jego nabycia lub wytworzenia. Jak zaznacza Jacek Rakowski z BRE Leasing, kwestia ta od lat budziła wątpliwości firm leasingowych i ich klientów. – komentuje Jacek Rakowski.

Obecnie, wartość początkowa jest tożsama z wartością rynkową aktualną w danym momencie, co umożliwia leasingowanie przedmiotów o niższej wartości. Obowiązujące wcześniej przepisy powodowały, że ponowny leasing używanego samochodu był zupełnie nieopłacalny, dlatego większość firm nie była zainteresowana takim rozwiązaniem. W ocenie Jacka Rakowskiego rynek leasingu np. samochodów używanych może się istotnie zwiększyć.

Jeronimo Martins, właściciel sieci Biedronka otwiera sklepy w Kolumbii

Jeronimo Martins, właściciel sieci Biedronka, otworzył już pięć sklepów oraz pierwsze centrum dystrybucyjne w Kolumbii. To trzeci rynek, po Portugalii i Polsce, na którym spółka będzie prowadziła działalność. Jako pierwsi zakupy w sieci Ara mogli zrobić mieszkańcy miasta Pereira. Koncern chce wspierać współpracę polskich i kolumbijskich producentów m.in. poprzez wzajemne dostawy towarów.

– Jesteśmy na początku naszej inwestycji. Otwieramy dopiero pierwsze sklepy. Musimy się nauczyć tego rynku, zrozumieć go i dostosować nasze działanie do jego potrzeb – mówi Pedro Pereira da Silva, country manager Jeronimo Martins w Portugalii.

Pierwszy sklep został otwarty 13 marca, a w ciągu dwóch pierwszych dni działalności w Kolumbii sieć uruchomiła cztery kolejne punkty. Do końca 2013 r. Jeronimo Martins chce mieć 40 funkcjonujących sklepów Ara. Na inwestycje w tym roku spółka zaplanowała 100 mln euro.

Wejście do Kolumbii to dla Jeronimo Martins powrót do Ameryki Południowej po ponad dziesięciu latach. W 1997 spółka weszła na rynek brazylijski, ale po kilku latach zdecydowała o wycofaniu z tego kraju. Za Kolumbią przemawiają m.in. duży potencjał lokalnej gospodarki i dobre zaplecze logistyczne.

Najważniejszym rynkiem dla Jeronimo Martins pozostaje jednak Polska. Biedronka generuje ponad połowę zysków spółki. Dzięki rozszerzeniu działalności Jeronimo Martins zyskać mogą także polscy producenci i klienci sieci w Polsce. Spółka chce bowiem wspierać współpracę dostawców z obydwu krajów.

– Ułatwiamy obecnie kontakty na linii polscy producenci – kolumbijscy producenci. Oni prowadzą w tej chwili rozmowy. Niektórzy z nich współpracowali już ze sobą w Dubaju i w innych miejscach na świecie. To dobry sposób wymiany doświadczeń, robienie czegoś innego i wyjątkowego – mówi Pedro Pereira da Silva.

Niewykluczone, że dzięki temu w polskich Biedronkach pojawią się kolumbijskie produkty, a w sklepach Ara – polskie.

Producenci części samochodowych tracą rynek przez kradzieże oraz szarą strefę

Kradzieże części samochodowych i naprawy w szarej strefie osłabiają autoryzowane serwisy i firmy produkujące części. Branża ma problemy, bo wielu Polaków naprawiając samochód nie zastanawia się nad pochodzeniem części. Zmiany w prawie mogłyby pomóc uregulować sytuację.

– Gdybyśmy przy naprawach ubezpieczeniowych korzystali tylko i wyłącznie ze znanych źródeł dostaw i każda naprawa czy zakup każdej części musiałby być potwierdzony fakturą VAT-owską, to wtedy nie mielibyśmy takich problemów, a przynajmniej tę szarą strefę byśmy w jakiś sposób ograniczyli – uważa Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

W tej chwili poważnym problemem wciąż są kradzieże. Najpopularniejszym obiektem przestępstwa są te auta, na które jest największe zapotrzebowanie na rynku części zamiennych. Ponadto do Polski sprowadzanych jest wiele samochodów z zagranicy. Nie są one nawet rejestrowane, a części z nich szybko trafiają do szarej strefy.

– Myślę, że problemów nie unikniemy i dopóki rynek motoryzacyjny nie zostanie uzdrowiony, to wszyscy będziemy notowali problem – dodaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Drzewiecki. – Branża produkująca części notuje mniejsze wzrosty, a być może niektóre firmy – nawet spadki.

Obecnie prawo nie zachęca do napraw z wykorzystaniem części z legalnych źródeł. Ubezpieczyciele wypłacają bowiem odszkodowania „do ręki”, a poszkodowani w wypadkach szukają najtańszych warsztatów.

– Bardzo często zdarza się tak, że szukamy najtańszego warsztatu i nie do końca zastanawiamy się, skąd pochodzą części do napraw – zauważa Drzewiecki i apeluje o szybką zmianę przepisów.

Wyniki Grupy LW BOGDANKA S.A. po 2012 roku

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA, której jednostką dominującą jest Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. – najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, wypracowała w 2012 roku przychody w wysokości ponad 1,8 mld zł, czyli o 41% wyższe niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Skonsolidowany zysk operacyjny był wyższy od osiągniętego rok wcześniej o prawie 34,5% i wyniósł 357,3 mln zł, a zysk netto Grupy sięgnął 289,8 mln zł, co oznacza wzrost o blisko 31%.

Bartosz Drabikowski wiceprezes PKO BP: spowolnienie wpływa na plany rozwoju banku

Spowolnienie gospodarcze i zmiany w regulacjach sektora bankowego – dynamiczne otoczenie rynkowe może wymusić zmiany w modelu biznesowym banku – twierdzi Bartosz Drabikowski, wiceprezes PKO BP. To może oznaczać, że bank zdecyduje się na inne rozłożenie akcentów m.in. w polityce kredytowej czy ofercie produktowej.

Zdaniem wiceprezesa największego polskiego banku trudno jest dzisiaj formułować długofalową strategię. Mamy bowiem do czynienia z wyraźnym spowolnieniem gospodarczym, które znajduje swoje odzwierciedlenie w sektorze bankowym.

– Myślę, że w tej chwili właśnie obserwujemy dołek, ten najniższy moment w cyklu spowolnienia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bartosz Drabikowski. – W kolejnych kwartałach jest szansa na nieco wyższy wzrost gospodarczy, a wraz z nim na polepszenie dynamiki rynku kredytowego w stosunku do tej, którą obserwowaliśmy w 2012 roku oraz polepszenie wyników sektora bankowego.

Z drugiej strony, zmieniają się również regulacje rynkowe. Komisja Nadzoru Finansowego przygotowała zmiany w rekomendacji T i S. Liberalizacja ich zapisów zapewne w dalszej perspektywie nie pozostanie bez wpływu na rozwój sektora.

– Każda zmiana, zwłaszcza zmniejszająca obciążenia czy reżim regulacyjny powinna w jakimś czasie przekładać się pozytywnie na warunki funkcjonowania sektora – mówi wiceprezes PKO BP.

Te dwa czynniki mogą wpłynąć na potrzebę redefinicji modelu biznesowego banku.

– Może to oznaczać, że będziemy musieli nieco inaczej rozłożyć akcenty, jeśli chodzi o rozwój banku, o poszczególne segmenty rynku kredytowego. Myślę, że będzie trzeba również bardzo mocno odpowiedzieć, jak chcemy rozwijać relacje z klientami, jak doskonalić ofertę produktową, ale też pochylić się nad sytuacją w sektorze bankowym i spojrzeć na mniejsze instytucje, które mogą nie być w stanie dostarczyć odpowiednich stóp zwrotu, chociażby zwrotu z kapitału swoim akcjonariuszom, przez co mogą podlegać konsolidacji – mówi Bartosz Drabikowski.

Jego zdaniem potrzebne jest wielotorowe działanie, nie tylko na przetrwanie trudnej sytuacji na rynku, ale też w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego. Dlatego bank będzie koncentrować się zarówno na przedsiębiorcach, jak i na klientach indywidualnych.

– Przedsiębiorcy, zwłaszcza mali i średni są bardzo ważni, bo to oni tworzą połowę naszej gospodarki i blisko 70 proc. miejsc pracy. Ten sektor jest kluczowy dla gospodarki, dla poziomu bezrobocia – podkreśla Bartosz Drabikowski. – Natomiast o sile polskiej gospodarki decydują również konsumenci. Do tej pory silna, stabilna konsumpcja w ostatnim czasie jest nieco słabsza. Gdyby ona była przynajmniej stabilna, a miejmy nadzieję, że w kolejnych kwartałach będzie mogłą nieco silniej rosnąć, to byłby bardzo pozytywny czynnik wspierający wzrost gospodarczy w kraju.

Internet rzadko wykorzystywany jako narzędzie do pozyskiwania zagranicznych kontrahentów

Program Internetowa Rewolucja ma zachęcić małe i średnie firmy do otwarcia się na rynki zagraniczne przy pomocy internetu. Organizatorzy projektu, czyli m.in. Ministerstwo Gospodarki, PKPP Lewiatan i firma Google chcą pokazać polskim przedsiębiorcom, że eksport nie wiąże się z dużymi kosztami i trudnościami. Tym bardziej, że główne narzędzie, czyli internet, jest już powszechnie dostępne.

Artur Waliszewski
Artur Waliszewski, dyrektor polskiego oddziału Google’a

Celem projektu Internetowa Rewolucja jest skłonienie przedsiębiorców, szczególnie małe i średnie firmy, do wykorzystywania internetu w promocji swoich towarów i usług zagranicą. W ostatnich tygodniach jego twórcy udostępnili nowe narzędzia skierowane do eksporterów

– Proponujemy firmom możliwość zarejestrowania swojej witryny internetowej w europejskiej domenie .eu bez żadnych opłat. Oferujemy im możliwość tłumaczenia tego, co robią na 26 języków. Oprócz tego dajemy także wsparcie ekspertów – wymienia dyrektor Google Polska Artur Waliszewski.

Jego zdaniem wśród przedsiębiorców istnieje przekonanie, że próba wyjścia na zagraniczne rynki wiąże się z wysokimi nakładami finansowymi. I to hamuje firmy przed rozwijaniem eksportu.

– Z internetem można to robić sprawniej, taniej i szybciej – wyjaśnia Artur Waliszewski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Wierzymy też w naturalny rozwój firmy, że wcześniej czy później każdy będzie chciał poszukać swojej szansy również na rynkach zagranicznych.

Przykłady pokazują, że nie potrzeba na to dużych pieniędzy, a szansę na powodzenie takiego projektu ma każdy. Dyrektor Google wskazuje na przykład małej firmy, założonej przez grupę przyjaciół, sprzedającej średniowieczne stroje własnej produkcji. Dzięki internetowi sprzedaje je ona do różnych, nawet bardzo odległych krajów świata.

– Widać było, że nie zrobili tego dużymi nakładami, zrobili po prostu fajną stronę internetową, zadbali o to, żeby w różnych kręgach, w których się o tych tematach dyskutuje, było o nich słychać – mówi dyrektor Google Polska. – I teraz sprzedają wykonywane przez siebie średniowieczne stroje i miecze do Europy, Ameryki, Kanady czy Australii.

Wciąż niewiele mało firm z sektora MŚP wykorzystuje internet jako narzędzie eksportu. 37 proc. polskich przedsiębiorców uważa, że internet „zdecydowanie nie daje” im dostępu do klientów z innych rynków. Pod względem zamówień z zagranicy, które są realizowane przez sieć, Polska jest na jednym z ostatnich miejsc w UE – wyprzedza tylko Rumunię oraz Bułgarię.

10 lat po inwazji na Irak: skorzystały głównie państwa azjatyckie i Turcja. Polska w Iraku nieobecna

800 tysięcy ofiar wśród Irakijczyków, 4,5 tysiąca zabitych Amerykanów, wojna domowa w Iraku i wyniszczenie kraju – to bilans amerykańskiego ataku na Irak, do którego doszło dokładnie 10 lat temu, 20 marca 2003 roku. Inwazja kosztowała USA ponad bilion dolarów. Amerykanie ponieśli też koszty wizerunkowe – uzasadniali inwazję niebezpieczeństwem użycia przez reżim Saddama Husajna broni masowego rażenia, na co wskazywały błędne dane wywiadowcze. Irak 10 lat po ataku to kraj, który dopiero zaczyna się odbudowywać. I choć gospodarczo powinien sobie poradzić, to politycznie znalazł się w punkcie wyjścia.

Wojska amerykańskie zakończyły swoją misję pod koniec sierpnia 2010 roku, ale Irak to wciąż niestabilne politycznie państwo. Dziś celem ataków są rządzący krajem przedstawiciele większości szyickiej. Tylko we wtorek w serii zamachów terrorystycznych w Bagdadzie zginęło ponad 50 osób, a ponad 170 zostało rannych. Ze względów bezpieczeństwa rząd podjął decyzję o odłożeniu o kilka miesięcy zaplanowanych na 20 kwietnia wyborów regionalnych w dwóch prowincjach zdominowanych przez sunnitów.

Wyniszczony konfliktami kraj potrzebuje odbudowy. Perspektywy gospodarcze na przyszłość są bardzo dobre. Jak podkreśla Patrycja Sasnal z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w ciągu następnych czterech lat gospodarka Iraku ma się rozwijać w tempie średnio 9 proc. rocznie. Pieniądze rząd w Bagdadzie chce zdobyć dzięki wydobyciu ropy naftowej. Docelowo z irackich pól naftowych ma być wydobywanych 13 mln baryłek ropy dziennie, czyli ponad 4 razy więcej niż obecnie.

– Infrastruktura wydobycia i eksportu ropy ma się znacznie polepszyć. Międzynarodowe firmy naftowe stoją w kolejce po kontrakty w Iraku. Nie wszystkie, bo Exxon Mobil chce się teraz wycofać ze swojego pola naftowego. Tam są Chińczycy, są Europejczycy, Brytyjczycy, jest BP, Shell, Lukoil, jest chińska narodowa firma naftowa. Więc na pewno to wydobycie będzie rosnąć, bo potrzeba pieniędzy – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Patrycja Sasnal, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Irackie władze i firmy jako biznesowych partnerów coraz częściej wybierają jednak przedsiebiorców spoza Europy czy USA.

– Widać, że optyka iracka kieruje się w stronę Azji, a niekoniecznie w kierunku Zachodu i USA. Co ciekawe, jeśli chodzi o eksport iracki, to drugie i trzecie państwo-odbiorca to Chiny i Indie, jeśli chodzi o import to również dominują Chiny. Można zapytać, czy geopolitycznie ta operacja opłacała się USA, bo teraz rząd Al-Malikiego jest bliskim sojusznikiem Iranu, a to państwo, które powoduje największy ból głowy u Amerykanów – mówi analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polskim firmom, mimo pomocy dla amerykańskich wojsk i udziału polskiego kontyngentu w Iraku w latach 2003-2008, nie udało się tam zawrzeć ciekawych kontraktów. Przykłady pokazują, że zyskały za to państwa, które nie chciały dopuścić do wojny.

– Francja znacznie skorzystała na tej wojnie, a była przeciwna atakowi na Irak. Przypadek Turcji też jest interesujący, bo Turcja nie zezwoliła Amerykanom na użycie swoich baz w trakcie inwazji, a teraz z irackim Kurdystanem ma bardzo silne związki, właściwie kontrolują tamtejszą gospodarkę, co z kolei powoduje napięcia między Turcją a centralną władzą Iraku – dodaje Patrycja Sasnal.

Resort pracy przeznaczy 3,3 mld złotych na walkę z bezrobociem

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przeznaczy w tym roku blisko 3,3 mld złotych dla powiatowych urzędów pracy na aktywizację bezrobotnych. Ze wsparcia będą mogli skorzystać w dużej mierze młodzi ludzie, którym resort pracy pomaga rozpocząć karierę zawodową poprzez program „Młodzi na rynku pracy”. W ciągu kilku miesięcy ubiegłego roku skorzystało z niego 3 tysiące osób przed 30. rokiem życia. Ale urzędy pracy będą się skupiać również na wparciu dla bezrobotnych rodziców i osób 50+.

Program „Młodzi na rynku pracy” ruszył w połowie ubiegłego roku. Do końca grudnia skorzystało z niego jedynie 3 tys. osób do 30. roku życia. Ministerstwo przeznaczyło na ten cel w ubiegłym roku niecałe 40 mln zł.

– Korzystać z niego mogą osoby do 30. roku życia, które się zarejestrowały jako osoby bezrobotne. Ten program daje wiele szans rozwoju osobistego. Wyposaża beneficjenta w różnego rodzaju bony, które mają ułatwić zdobycie pracy i być aktywnym na rynku zawodowym – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Elżbieta Seredyn, podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej.

Projekt będzie realizowany przez powiatowe urzędy pracy jeszcze w tym i przyszłym roku.

– Wszystkie wnioski, które zostaną wypracowane mają posłużyć do stanowienia prawa w tym zakresie – podkreśla Elżbieta Seredyn.

Program będzie finansowany ze środków, które trafiają do urzędów pracy z Funduszu Pracy i rezerwy celowej ministra. Kto dokładnie i ile środków dostanie – nie wiadomo, bo to zależy od liczby osób uczestniczących w programie.

W tym roku na aktywną walkę z bezrobociem do powiatów trafi blisko 3,3 mld zł.

– Minister planuje te pieniądze przeznaczyć między innymi na aktywizacje młodej grupy społeczeństwa – wyjaśnia Elżbieta Seredyn. – Kluczowe są właśnie środki finansowe, które Minister Pracy i Polityki Społecznej skrupulatnie wydaje i dzieli, w szczególności na te grupy społeczne, które najbardziej potrzebują jego wsparcia.

Urzędy pracy w tym roku skupią się również na bezrobotnych rodzicach małych dzieci oraz osobach powyżej 50. roku życia.

Polska firma jako pierwsza na świecie zamienia twarde dyski w ciecz

Polska firma jako pierwsza na świecie stosuje innowacyjną technologię niszczenia nośników danych poprzez zamianę ich w płyn. To pewniejsza metoda niż obecnie stosowane, która gwarantuje, że zapisanych tam danych nie da się odzyskać, więc nie wpadną one w niepowołane ręce. Technologię opatentowała firma BOSSG Data Security.

– W Polsce, tak jak na świecie, stosuje się niszczenie mechaniczne, ewentualnie polem magnetycznym. Już od dawna wiadomo, że nie są to stuprocentowo skuteczne metody niszczenia danych, jednak wiele osób i instytucji wciąż o tym nie wie – mówi Paweł Markowski, prezes zarządu BOSSG Data Security.

Jak podkreśla Markowski, pewność dają tylko dwie metody – chemiczna lub termiczna. BOSSG oferuję tę pierwszą. Produktem końcowym jest jedynie ekologiczna ciecz. Według Markowskiego, gwarantuje to całkowite wymazanie danych.

Według niego wiele firm z zaskoczeniem reaguje na informację, że inne metody niszczenia nośników danych nie są tak bezpieczne.

– Przede wszystkim firmy niemieckie, z którymi rozmawiamy są zaskoczone, się dowiadują o możliwościach odzyskiwania danych. To jest problem, bo do tej pory wielu z nich było spokojnych o swoje dane, bo ktoś tam jakoś to niszczył – tak do tego podchodzili – mówi Markowski.

Jednak tak zniszczone dane można łatwo i tanio odzyskać. Już w 2004 roku było możliwe odzyskanie danych z ułamka milimetra kwadratowego nośnika. Jak podkreśla prezes BOSSG, w tej chwili nie ma technologii, która umożliwiałaby odzyskanie danych z nośnika zniszczonego w sposób chemiczny. Co ważne, zniszczenie dysku następuje na oczach klienta w mobilnym laboratorium. Firma oferuje pełen nadzór nad procedurą, wraz z podglądem. Zdaniem Markowskiego, to właśnie możliwość kontroli jest przewagą firmy. Huty, które niszczą dyski termicznie, nie gwarantują bowiem całkowitej szczelności.

– Oferujemy kilkanaście kamer w tym samochodzie, które monitorują zarówno środowisko wewnętrzne, jak i zewnętrzne plus dostosowujemy się do procedur klienta. Jeżeli to są informacje niejawne, możemy dokładać następne kamery, i jest możliwe wyprowadzenie sygnału z samochodu do centrum nadzorczego zewnętrznego, które jeszcze nadzoruje bezpośrednio naszą pracę – dodaje Rafał Iwaniec, wiceprezes BOSGG Data Security.

Na razie firma dysponuje tylko jednym mobilnym laboratorium, ale planowane są kolejne samochody tego typu.

– W tej chwili właśnie wykonaliśmy usługę, które obejmowała zniszenie naszym mobilnym narzędziem utylizacji danych ponad 4 tysięcy dysków. I okazało się, że to jest za mało. Mamy już koncepcję, co do kolejnych samochodów, tak żeby zróżnicować samochód do wielkości usługi, np. dla 10 dysków i dla 10 tys. dysków – mówi Markowski.

Rozwój firmy będzie postępował wraz ze wzrostem rynku. Coraz więcej przedsiębiorstw jest zainteresowanych taką technologią niszczenia danych.

– Potencjał jest ogromny. Co roku na świecie jest sprzedawanych prawie 400 milionów samych dysków twardych. Ogólnie nośników elektronicznych jest sprzedawanych prawie miliard – podkreśla prezes BSOGG Data Security.

BOSSG na razie do swojej działalności dokłada, głównie ze względu na olbrzymie koszty technologii. Markowski nie chce prognozować, kiedy spółka może zacząć zarabiać. Na razie celem jest wyjście na zero. Dodaje, że choć chce mierzyć siły na zamiary, w planach ma wejście do Niemiec i na inne rynki w Europie, a potem także do Stanów Zjednoczonych.

Głównym klientem firmy są przedsiębiorstwa i instytucje państwowe. Przedstawiciele BOSSG liczą również na kontrakty ze służbami. Spółka jest w trakcie pozyskiwania odpowiedniego certyfikatu od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by móc starać się o takie kontrakty. Na swoim koncie ma zlecenia dla administracji – m.in. z Najwyższej Izby Kontroli, Ministerstwem Rozwoju Regionalnego czy sądów.

– Mamy nadzieję, że w tym roku, w niedługiej perspektywie uzyskamy ten certyfikat i dzięki temu otworzą nam się drzwi do zleceń na obszar wojskowy, informacji niejawnych, gdzie rzeczywiście waga informacji, wiedza i świadomość o jej wadze jest znacznie większa niż powszechnie – mówi Markowski.

Czy Polska może stać się drugim Cyprem?

Trwa zamieszanie wokół pomocy finansowej dla Cypru i związanego z nim opodatkowania depozytów. W świecie finansów to bez wątpienia wydarzenie roku. Zgodnie z zapowiedziami, od każdego depozytu o wartości większej niż 100 tys. euro państwo potrąci pewien procent, który zostanie przeznaczony na ratowanie systemu bankowego. Bankier.pl uruchomił specjalną relację na żywo, w której monitoruje sytuację na rynkach w związku z wydarzeniami na Cyprze.

Po nocnych konsultacjach Eurogrupa zgodziła się złagodzić warunki stawiane przed Cyprem. Wydaje się, że zachowane zostaną oszczędności przeciętnych obywateli. Więcej stracą najbogatsi, w tym rosyjscy oligarchowie przechowujący pieniądze na Cyprze. Banki na wyspie pozostaną zamknięte do czwartku.

– Zabór depozytów w stylu cypryjskim teoretycznie może przytrafić się wszędzie na świecie. Każdy rząd ma do tego odpowiednie narzędzia. Tyle, że takie posunięcie to swoista broń atomowa, której państwo użyje tylko w ostateczności. Polskę od takiej konieczności dzielą lata świetlne oraz bufor w postaci 270 mld złotych zgromadzonych przez OFE – przekonuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Sytuacja na Cyprze powinna zmusić nas do reform

Zabezpieczeniem przed kryzysem są reformy, które uelastycznią naszą gospodarkę, co pozwoli jej szybciej reagować na zmiany warunków. Na tym polu kluczowe jest zadbanie, aby zadłużenie kraju wreszcie przestało rosnąć, gdyż przerośnięty dług może zniszczyć to, co osiągnęliśmy w ostatnich latach.

Nic nie wskazuje dziś na możliwość wybuchu w Polsce kryzysu podobnego do cypryjskiego. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy odporni na wszelkie kryzysowe wichry. Polski rząd powinien uczyć się na błędach, które pokazują, jakie rozwiązania są skuteczne, a jakie jedynie konserwują źródła trudności.

– Uniknięcie kryzysu zapewni nam dyscyplina na polu budżetowym oraz na płaszczyźnie polityki pieniężnej. Rozdęty dług publiczny połączony z niechęcią do reform to proszenie się o problemy. Także rekordowo niskie stopy procentowe są niebezpieczne, gdyż tworzą krótkotrwałą iluzję ożywienia. Odurzenie tanim kredytem było widoczne we wszystkich krajach, które obecnie balansują na krawędzi – przekonuje Piotr Lonczak, analityk Bankier.pl.

Polskie górnictwo węgla kamiennego coraz mniej konkurencyjne na światowych rynkach

Rosnące koszty i niepewność popytu to największe bolączki światowego górnictwa, na które wskazuje coroczny globalny raport firmy doradczej Deloitte „Tracking the trends 2013”. Podobne problemy ma również polskie górnictwo węgla kamiennego. Rodzime kopalnie ze względu na wysokie koszty wydobycia są coraz mniej konkurencyjne. Zapasy polskiego węgla wynoszą już 9 mln ton i problemy z ich sprzedażą narastają. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte koszty produkcji części krajowych spółek wydobywczych osiągnęły poziom, który może być poważnym zagrożeniem dla ich rentowności.

Podstawowym problemem branży wydobywczej na całym świecie (już drugi rok z rzędu) są rosnące koszty. Co gorsza, tendencja ta może się jeszcze pogłębić w najbliższym czasie ze względu na żądania podwyżkowe pracowników oraz rosnące koszty wynikające z regulacji. Autorzy raportu Deloitte podkreślają również, że spowolnienie gospodarcze w Chinach w połączeniu z rosnącą rozbieżnością między oficjalnymi prognozami globalnego popytu a rzeczywistym zapotrzebowaniem niekorzystnie wpływają na ceny surowców i w konsekwencji na decyzje inwestycyjne.

Problem ten nie ominął również polskiego górnictwa „Należy pamiętać, że przez ostatnie lata wzrostowi kosztów produkcji węgla kamiennego towarzyszył ciągły wzrost cen sprzedaży, co pozwalało na zachowanie rentowności przez polskie spółki wydobywcze. Obecnie wydaje się jednak, że presja ze strony importu będzie istotnie ograniczać możliwość dalszego kompensowania rosnących kosztów produkcji w cenach sprzedaży węgla”– wyjaśnia Marek Chlebus, Dyrektor w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Poza tym polskiemu górnictwu nie służą także uwarunkowania geologiczne i wynikające z nich wysokie koszty wydobycia. Biorąc pod uwagę jednostkowy koszt produkcji polskich kopalń, który obecnie kształtuje się na poziomie ok. 300 zł za tonę (ok. 100 dolarów), oraz prognozy analityków Banku Światowego na najbliższe lata mówiące o cenie sprzedaży węgla energetycznego na rynkach zagranicznych w granicach 90 – 100 dolarów za tonę, to przy obecnych kosztach produkcji możemy spodziewać się zagrożenia dla rentowności części polskich spółek wydobywczych. Dla porównania, koszt produkcji węgla przez producentów z Azji i Ameryki Południowej wynosi ok. 40 – 60 dolarów za tonę, a producentów rosyjskich poniżej 80 dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte, krajowe górnictwo w niedalekiej przyszłości musi się zmierzyć z presją obniżenia kosztów wydobycia, wzrostu efektywności produkcji oraz koniecznością dostosowania swoich planów operacyjnych do mniejszego popytu wynikającego ze spowolnienia gospodarczego. „Jeśli spółki wydobywcze nie podejmą konkretnych działań mających na celu ograniczenie kosztów produkcji, takich jak racjonalizacja wydatków, uzmiennienie kosztów czy wdrożenie dojrzałych mechanizmów weryfikacji i kontroli zobowiązań i wydatków, mogą trwale utracić konkurencyjność na światowych rynkach” – dodaje Marek Chlebus.

Podobnie jak spółki wydobywcze w innych częściach świata, także polskie borykają się z niemożnością dostosowania produkcji do popytu. Wysoki poziom kosztów stałych krajowego górnictwa ogranicza możliwość elastycznego reagowania na zmiany wielkości popytu. W konsekwencji mamy rosnące zapasy węgla, które w górnictwie wynoszą obecnie ok. 9 mln ton, a wliczając w to zapasy energetyki – łącznie ok. 14 mln ton. „Rosnące zapasy są realnym problemem dla górnictwa. Próba pozbycia się ich na krajowym rynku, o ile w ogóle wykonalna, musiałaby prawdopodobnie odbyć się istotnie poniżej dotychczasowych cen rynkowych, co w konsekwencji, spowodowałoby spory spadek marż spółek wydobywczych, nawet poniżej progu ich rentowności” – tłumaczy Tomasz Konik, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Te stojące przed branżą wydobywczą zadania dotyczą także jej polskiej części. „Polskie górnictwo musi w sposób ciągły dostosowywać się do zmieniających się warunków. Z jednej strony najważniejszym elementem pozostaje utrzymanie jego konkurencyjności, szczególnie w obliczu rosnącej presji ze strony węgla pochodzącego z importu. Z drugiej strony drastycznie wzrastają oczekiwania związane z wpływem górnictwa na całe otoczenie. W dzisiejszych czasach ekologia oraz strategia społecznej odpowiedzialności muszą być wbudowane w podstawowy schemat funkcjonowania przedsiębiorstwa wydobywczego” – podsumowuje Artur Maziarka, Partner w Dziale Audytu, Deloitte.

Dzieła sztuki nie poddają się kryzysowi – rynek sztuki kusi inwestorów

Dzieła sztuki wzbogacają życie, ale mogą to zrobić również w czysto materialnym sensie. Prace artystów mogą stać się bardzo dochodową inwestycją.

O większości rzeczy, które nas otaczają, trudno powiedzieć, że są niepowtarzalne. Sprzęt elektroniczny z logo nadgryzionego owocu, odzież wykonana na Dalekim Wschodzie czy meble ze szwedzkiego salonu. W dzisiejszym świecie niepowtarzalność najłatwiej znaleźć w sztuce. I nie dość, że daje nam ona szansę obcowania z czymś wyjątkowym, to jeszcze często pozwala na wyjątkowe zyski.

Ile można zarobić na sztuce?

Trafiona inwestycja w dzieło sztuki może przemienić się w fortunę. Znane wszystkim dzieło Edvarda Muncha „Krzyk” w ubiegłym roku zostało sprzedane za 119,9 mln dolarów. Gdyby jego twórca wiedział, jak niebotyczne ceny osiągnie w przyszłości jego obraz, pewnie złapałby się za głowę, jak namalowana przez niego postać. Dzieł sztuki, których ceny idą w miliony dolarów, nie brakuje. Z punktu widzenia inwestora liczy się jednak to, jakiego zysku można się spodziewać. Podpowiedź dają nam wyniki funduszy inwestycyjnych. A te wyglądają bardzo obiecująco. Fine Art Fund czy The Collectors Fund mogą się pochwalić średnią roczną stopą zwrotu wynoszącą ok. 25 proc.

Tak jak zachowanie warszawskiej giełdy papierów wartościowych poznamy, śledząc ruchy indeksu WIG czy WIG20, tak w przypadku rynku sztuki możemy się przyjrzeć indeksowi Mei Moses All Art. Pokazuje on, że lokując pieniądze w dzieła sztuki po sześciu latach, bo to odpowiednia perspektywa w przypadku takich inwestycji, można było zarobić 111,81 proc. I nie jest to jednorazowy przypadek. To wyliczenie wykonaliśmy na podstawie danych za ostatnie 60 lat.

Tylko sztuka cię nie oszuka

Takie hasło znalazło się na obrazie Pawła Jarodzkiego, i trzeba przyznać, że ma ono również finansowy wymiar. Inwestycje w sztukę okazują się bowiem bezpieczniejsze od innych sposobów lokowania pieniędzy. To dlatego, że nie zależą one aż tak mocno od tego, co się dzieje w globalnej gospodarce, a więc nie zachowują się tak samo, jak akcje, waluty czy kruszce.

Wystarczy spojrzeć na kilka wydarzeń z ostatnich lat. Kiedy w 2008 roku bankrutował bank Lehman Brothers, a na rynkach finansowych rozpoczęła się panika, miała miejsce rekordowa aukcja prac jednego artysty. W Londynie, w domu aukcyjnym Sotheby’s sprzedano prace Damiena Hirsta za 198 mln dolarów. W 2011 roku, kiedy kryzys szalał na świecie, domy aukcyjne miały najlepszy rok w historii – 11,57 mld dolarów przychodu. A gdy w ubiegłym roku z powodu nadmiernego zadłużenia niektórych państw członkowskich ważyła się przyszłość Unii Europejskiej, miała miejsce wspomniana już wcześniej sprzedaż „Krzyku” Muncha.

Dzieła sztuki nie poddają się kryzysowi, ich ceny nie lecą na łeb, na szyję, tylko trzymają swoją wartość. Można więc stwierdzić, że są bezpieczną lokatą kapitału. Szczególnie, że jeśli ktoś trzyma już część swoich oszczędności w akcjach czy nieruchomościach, to warto dla bezpieczeństwa postawić również na innego konia. To podstawowa zasada inwestowania znana jako dywersyfikacja.

Cudze chwalicie…

W przypadku kupowania dzieł sztuki obowiązuje zasada, która działa również na rynkach finansowych. Coś czym interesują się już wszyscy może i przyniesie zyski, ale będą one raczej przeciętne. Duży zarobek, to zdolność wyszukiwania inwestycyjnych okazji. Na rynku sztuki jest podobnie: przełomowe prace wychodzące poza przyjęte kanony za kilka lat mogą być warte miliony, a dzieła młodych, dobrze się zapowiadających artystów mogą za jakiś czas kosztować wielokrotnie więcej.

Idąc tym tropem, można się na przykład zainteresować pracami młodych polskich twórców. Wcale nie trzeba mieć milionów dolarów na koncie i jeździć na aukcje do Londynu czy Nowego Jorku. Ewentualnie po to, żeby za parę lat sprzedać dzieło polskiego artysty, który zdobędzie światowy rozgłos. Świetnym przykładem może być Jakub Julian Ziółkowski, którego prace w 2004 roku można było jeszcze kupić za kilkaset złotych. A już w 2011 roku, kiedy stał się sławny i wypłynął na międzynarodowe wody, jego obraz „Szpieg” został sprzedany za 21 250 dolarów. Oprócz niego światową karierę zrobili też Wilhelm Sasnal, Piotr Uklański czy Alina Szapocznikow, która jesienią miała wystawę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.

Cała sztuka, to znaleźć tych z młodych polskich artystów, którzy powtórzą ich sukces. Jeśli mamy odpowiednią wiedzę, to możemy zająć się takimi inwestycjami na własną rękę. W innym razie możemy skorzystać z pomocy profesjonalistów, którzy doradzą na co warto wydać pieniądze. A potem pozostaje już tylko kibicować artyście, którego dzieło kupiliśmy i trzymać kciuki, żeby zrobił oszałamiającą karierę.

W 2012 roku w polskich sądach złożono 4 091 wniosków o upadłość

Jak wynika z danych pozyskanych z Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2012 roku w polskich sądach złożono 4 091 wniosków o upadłość, z czego blisko 22 proc. postępowań zakończyło się ogłoszeniem upadłości. Liczba wniosków wzrosła w stosunku do roku 2011 o 16 proc., natomiast ogłoszonych upadłości było w 2012 r. więcej o 18 proc. Od 1 stycznia 2013 roku sądy ogłosiły już ponad 170 postanowień o upadłości polskich przedsiębiorstw, co wskazuje na utrzymujący się trend wzrostowy.

Bezwzględne liczby upadłości nie są w Polsce duże*, zatem analiza wniosków o upadłość pozwala nam spojrzeć na problem niewypłacalności znacznie szerzej. Każdy z ponad czterech tysięcy złożonych wniosków (z których blisko 900 zakończyło się bankructwem) oznaczał problemy dla dostawców niewypłacalnej firmy. Jeśli do tego dołączymy niezliczoną liczbę przypadków opóźnień płatności, widzimy, że płynność tysięcy polskich firm była i jest zagrożona – mówi Jarosław Jaworski, prezes Coface.

W ostatnim roku to utrata płynności była główną przyczyną bankructw. Rosnąca liczba wniosków o upadłość i ogłoszonych upadłości potwierdza, że problemy z płynnością dotyczą coraz większej liczby polskich firm. Utrzymujące się realne zagrożenie dla płynności coraz częściej jednak skłania polskich przedsiębiorców do zwiększenia kontroli odbiorców i lepszego zabezpieczania należności.

Spośród 4091 złożonych w 2012 r. wniosków o upadłość 730 zakończyło się ogłoszeniem upadłości w celu likwidacji majątku dłużnika, natomiast w 162 przypadkach orzeczono upadłość z możliwością zawarcia układu. Pozostałe blisko 3200 wniosków zostało załatwionych przez sądy w inny sposób. Wniosek o upadłość może złożyć zarówno sam dłużnik w sytuacji swojej niewypłacalności, jak i wierzyciel, wobec którego dłużnik nie reguluje zobowiązań. Prawo upadłościowe precyzyjnie określa przypadki, kiedy może to nastąpić i jakie formalności powinny zostać dopełnione. Sytuacje, kiedy sąd nie orzeka upadłości przedsiębiorstwa spowodowane są różnymi przyczynami, od braków formalnych, przez brak majątku, aż po oddalenie wniosku złożonego w złej wierze.

Największa liczba 1221 wniosków została przez sądy oddalona, ze względu na fakt, że:

– majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarczał na zaspokojenie kosztów postępowania (art. 13 prawa upadłościowego i naprawczego) lub

– opóźnienie w wykonaniu zobowiązań nie przekraczało trzech miesięcy, a suma niewykonanych zobowiązań nie przekraczała 10% wartości bilansowej przedsiębiorstwa dłużnika (art. 12).

Drugą pod względem liczby przypadków grupę stanowiły sytuacje, w których sąd decydował o prawomocnym zwrocie wniosku w związku ze złożeniem go w sposób nie odpowiadający wymogom ustawy (np. nienależycie opłacony lub złożony z brakującymi danymi).

Ponad 500 razy sądy decydowały o umorzeniu postępowania w sytuacjach gdy np. składający sam wycofał wniosek o upadłość lub wszyscy wierzyciele żądali umorzenie sprawy lub gdy majątek dłużnika (po wyłączeniu wszystkich zabezpieczeń) nie wystarczał na pokrycie roszczeń.

* Upadłości i wnioski o upadłość – barometr stanu gospodarki, który należy monitorować

Jak powiedziano na wstępie bezwzględne liczby ogłoszonych przez sądy upadłości nie są w Polsce duże, ponieważ dane przedstawiają jedynie firmy, wobec których zostało przeprowadzone oficjalne postępowanie upadłościowe, nie uwzględniają natomiast przedsiębiorców, którzy zakończyli aktywność gospodarczą poprzez likwidację lub zawieszenie działalności, a tych jest znacznie więcej.

Liczba upadłości jest jednak ważnym wskaźnikiem sytuacji gospodarczej. Coface monitoruje bankructwa od kilkunastu lat i statystyki potwierdzają, że wskaźnik liczby upadłości doskonale obrazuje okresy koniunktury i dekoniunktury (z zachowaniem kilkumiesięcznego przesunięcia w czasie, wynikającego z okresu trwania postępowań sądowych). Dla przedsiębiorców jeszcze bardziej wartościowym pozostaje jednak bieżące monitorowanie sytuacji odbiorcy, dzięki czemu możliwe jest wychwycenie informacji o złożeniu lub wycofaniu wniosku o upadłość.

W zdecydowanej większości przypadków złożenie wniosku o upadłość sygnalizuje poważne problemy dłużnika z zachowaniem płynności i powinno być sygnałem dla kontrahentów do podjęcia natychmiastowych kroków zabezpieczających należności i zrewidowania planów dalszej współpracy.

Samozatrudniony nie będzie musiał płacić podatków za inne firmy

Odpowiedzialność solidarna nabywcy za podatek, którego nie zapłacił sprzedający, ma nie dotknąć małych przedsiębiorców. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przerzucenia ściągania należności podatkowych na firmy to wyraźny sygnał, że państwo nie radzi sobie w tym zakresie.

Projekt zmiany ustawy o podatku od towarów i usług oraz Ordynacji podatkowej zakłada, że przedsiębiorca, który kupuje wybrane towary – stal, paliwo lub złoto – mógłby być pociągnięty do odpowiedzialności solidarnej za nieuregulowany podatek sprzedawcy wynikający z transakcji zakupu.

Co oznacza odpowiedzialność solidarna

Odpowiedzialnośc solidarna w omawianym przypadku oznacza, że fiskus może domagać się zapłacenia całej należności podatkowej lub jej części zarówno od sprzedawcy, jak też i nabywcy łącznie lub osobno. Jeżeli podatek zostanie uregulowany przez jedną ze stron, np. nabywcę, wtedy druga strona, czyli sprzedawca, jest z niego zwolniona, gdyż zobowiązanie wygasa. Jak to może wyglądać? Załóżmy, że firma A kupiła od firmy B pręty stalowe na kwotę brutto 100 000 zł. Na uregulowaną z tego tytułu fakturę przypada 18.699 zł VAT (o kwotę tę firma A ma prawo zmniejszyć swój VAT, czyli dokonać odliczenia).

Firma B nie zapłaciła jednak tej kwoty VAT fiskusowi. W takim przypadku organ podatkowy mógłby starać się odzyskać pieniądze nie tylko od firmy B, ale także ściągnąć należność z firmy A (jeżeli stwierdzi, że firma A miała uzasadnienie, by przypuszczać, że podatek może nie być uregulowany). W takiej sytuacji firma A wystąpiłaby de facto w roli ostatecznego konsumenta (konstrukcja VAT zakłada, że podatek ten ma obciążać faktycznie ostatecznego nabywcę).

W chwili obecnej projekt zakłada, że odpowiedzialność byłaby możliwa wtedy, gdy w momencie dostawy nabywca wiedział lub miał uzasadnione podstawy do tego, aby przypuszczać, że podatek (lub jego część) przypadający na dostawę tych towarów nie został lub nie zostanie wpłacony. Za uzasadnione podstawy projekt uznaje okoliczności towarzyszące dostawie lub szczególne warunki, na jakich została ona dokonana, w szczególności jeżeli cena za dostarczane towary była niższa od wartości rynkowej – z wyjątkiem sytuacji, w której podatnik dokonujący zakupu wykaże, że nie wiązały się one z niewpłaceniem podatku, przypadającego na dostawę tych towarów, na jakimkolwiek etapie ich obrotu.

Tankujesz na stacji – nie wybieraj najtańszej

W obecnym brzmieniu projektowane regulacje dopuszczałyby zatem także sytuację, w której każdy przedsiębiorca, który tankuje firmowe auto na stacji benzynowej oferującej ceny niższe niż konkurencja, mógłby zostać pociągnięty do zapłacenia podatku od tej transkacji, jeżeli stacja nie wywiązywałaby się ze swoich zobowiązań podatkowych. Byłoby to kuriozalne chociażby dlatego, że wiele firmowych samochodów to auta osobowe, w związku z czym użytkujący je przedsiębiorcy nie mają nawet prawa do odliczenia VAT. Taka sytuacja byłaby poza tym bardzo kosztowana – wiązałaby się z zaangażowaniem wielu urzędników, którzy musieliby przeprowadzić postępowanie i wydać decyzję o odpowiedzialności solidarnej, w której trzeba byłoby wskazać, jaka część podatku nieuregulowanego za dany okres rozliczeniowy przypada akurat na poszczególną transakcję.

Z zapewnień rzeczniczki Ministerstwa Finansów Wiesławy Dróżdż wynika jednak, że regulacje mają być poprawione, a odpowiedzialność ma dotyczyć przede wszystkim podmiotów zajmujących się profesjonalnym obrotem wymienionymi towarami.

Większe zagrożenie niż ochrona

Szykowane regulacje w założeniach mają na celu ochronę uczciwych przedsiębiorców z trzech branż: związanej z obrotem wyrobami stalowymi, paliwami i złotem. W obecnym brzemieniu stanowią one jednak bardziej zagrożenie niż szansę na ochornę. Po pierwsze, w dobie gospodarki wolnorynkowej cena jest jednym z istotnych czynników konkurencyjności firm i przedsiębiorcy niejednokrotnie podejmują działania, które pozwolą im zaoferować produkty po niższych cenach niż konkurencja. Jednocześnie niezrozumiałe jest, w jaki sposób dokonujący zakupu przedsiębiorca miałby wykazać, że nie wiązało się to z niewpłaceniem podatku „przypadającego na dostawę tych towarów, na jakimkolwiek etapie ich obrotu.” Nie ma bowiem obecnie możliwości, aby sprawdzić prawidłowość rozliczeń innej firmy z fiskusem.

Pilnujcie się sami

Chociaż wprowadzenie odpowiedzialności solidarnej nie budzi wątpliwości co do zgodności z Konstytucją RP czy dyrektywą unijną dotyczącą VAT-u, to wskazuje na pewnego rodzaju bezsilność organów państowych w walce z oszustami – z wykrywaniem przestępstw, ich ściganiem, a także egzekucją zaniżonych wartości podatku. Taka odpowiedzialność jest coraz częściej wykorzystywana także w innych państwach. Jak podaje rzecznik Ministerstwa Finansów, na odpowiedzialność solidarną zdecydowały się także: Belgia, Bułgaria, Hiszpania, Wielka Brytania, Luksemburg, Portugalia, Rumunia, Słowenia oraz Czechy i Słowacja. Jeżeli więc tak wiele państw przerzuca odpowiedzialność za ściąganie podatków na przedsiębiorców, choć właściwie należy to do ich kompetencji, powstaje pytanie, czy sama konstrukcja tego podatku jest właściwa lub czy organy ścigania nadążają za pomysłowością nieuczciwych podatników.

Katarzyna Rola-Stężycka, Tax Care