Czy nowe przepisy dotyczące warunków technicznych budynków wpłyną na ceny mieszkań?

Jak duży wpływ na proces budowlany będzie miała nowelizacja rozporządzenia o Warunkach Technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki, która ma wejść w życie we wrześniu br.? Co wprowadzane zmiany oznaczają dla sektora? Jak nowe wytyczne wpłyną na ceny mieszkań? Sondę przygotował serwis nieruchomości dompress.pl.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę, Wrocław i Łódź w Grupie Robyg

Nowelizacja Warunków Technicznych, która ma wejść w życie we wrześniu br. będzie miała bardzo istotny wpływ na cały proces budowlany. Skala zmian, jakie wprowadzają nowe przepisy, jest największa od wielu lat. Obejmuje, zarówno wymagania dotyczące efektywności energetycznej i izolacji, jak i bezpieczeństwa pożarowego, akustyki, dostępności oraz wyposażenia budynków w rozwiązania proekologiczne, takie jak instalacje OZE czy punkty ładowania. To oznacza, że projektowanie i realizacja inwestycji staną się bardziej złożone, a standard techniczny nowych budynków wyraźnie wzrośnie.

Z punktu widzenia sektora, zmiany te mają dwojaki charakter. Z jednej strony zdecydowanie podnoszą jakość przyszłego budownictwa, budynki będą bardziej energooszczędne, trwalsze, cichsze i lepiej dostosowane do potrzeb starzejącego się społeczeństwa. Z drugiej jednak strony niosą ze sobą znaczący wzrost kosztów realizacji projektów. Wzrost wymogów dotyczących materiałów, instalacji czy standardów wykonawstwa przełoży się na wyższe koszty budowy, co w naturalny sposób będzie skutkować wzrostem cen mieszkań, zwłaszcza w segmencie nowych inwestycji. Część deweloperów już sygnalizuje, że wprowadzenie nowych regulacji może wymagać rewizji harmonogramów i opłacalności części projektów.

Najbardziej odczuwalne będą zmiany związane z obowiązkowymi udogodnieniami, takimi, jak windy w budynkach wielorodzinnych oraz z podwyższonymi standardami izolacyjności i bezpieczeństwa pożarowego. To elementy, które nie tylko poprawią komfort użytkowników, lecz także znacząco zwiększą koszt jednostkowy każdego metra kwadratowego. W efekcie sektor może czekać pewna segmentacja. Projekty wyższej jakości zyskają przewagę konkurencyjną, natomiast inwestycje o charakterze ekonomicznym mogą być trudniej realizowane.

Czy wszystkie zmiany są potrzebne i uzasadnione? W dużej części tak. Podwyższanie standardów energetycznych, bezpieczeństwa i dostępności to kierunek zgodny z europejskimi trendami i wymaganiami klimatycznymi. Wątpliwości budzi natomiast tempo oraz skala obciążeń finansowych nakładanych na branżę w krótkim okresie. Zbyt szybkie wdrożenie wielu kosztownych wymogów jednocześnie może prowadzić do ograniczenia podaży nowych mieszkań i wzrostu ich cen ponad naturalny poziom rynkowy.

Podsumowując, nowe Warunki Techniczne 2026 oznaczają jakościowy krok naprzód dla polskiego budownictwa, ale jednocześnie stanowią wyzwanie dla deweloperów i wykonawców. W krótkiej perspektywie wpłyną na wzrost kosztów budowy i cen mieszkań, natomiast w długiej mogą przyczynić się do powstania bardziej nowoczesnego, trwałego i energooszczędnego zasobu mieszkaniowego w Polsce.

Sebastian Bieńkowski, dyrektor Działu Inwestycji Nickel Development

Nowelizacja rozporządzenia o Warunkach Technicznych (WT), która ma wejść w życie we wrześniu br. znacząco przełoży się na cały proces budowlany. Wynika to przede wszystkim z konieczności dostosowania krajowych przepisów do unijnych norm efektywności energetycznej, wymogów podnoszących jakość życia i dostępność budynków, a także z aktualizacji regulacji przeciwpożarowych, które mają realnie zwiększyć poziom bezpieczeństwa użytkowników.

Wśród zmian szczególnie wysoko oceniam te dotyczące przystosowania garaży i piwnic do pełnienia funkcji miejsc doraźnego schronienia ludności. To rozwiązania, które wzmacniają ochronę mieszkańców i nadają projektom dodatkową wartość użytkową.

Oczywiście nowe przepisy będą wymagały modyfikacji, zarówno w bieżących projektach, jak i w doborze materiałów, jednak nie postrzegamy tych działań jako obciążających. To naturalny krok w stronę oczekiwanej transformacji energetycznej, wspierającej zrównoważony rozwój i wyższą efektywność budynków.

Należy natomiast liczyć się z tym, że wdrożenie nowych regulacji przełoży się na wzrost kosztów realizacji inwestycji, a w konsekwencji na wyższe ceny mieszkań. Szacujemy, że będzie to wzrost rzędu kilku procent.

Renata Mc Cabe – Kudla, Country Manager w Grupo Lar Polska

Nowelizacja Warunków Technicznych 2026 wprowadza istotne zmiany, wyższe standardy akustyczne, bardziej rygorystyczne wymagania energetyczne, dodatkowe wymogi dla placów zabaw oraz surowsze przepisy przeciwpożarowe.

Te regulacje podniosą koszty budowy ze względu na droższe materiały, bardziej złożone instalacje i wyższy standard wykończenia, co przełoży się na ceny mieszkań. Zaznaczamy, że jednocześnie poprawią bezpieczeństwo i komfort użytkowania. Warto pamiętać, że założenia mogą jeszcze ulec zmianie.

Magdalena Wrona, Head of Design w Archicom

Nowelizacja rozporządzenia o Warunkach Technicznych, planowana na wrzesień br. nie powinna mieć istotnego wpływu na proces realizacji naszych inwestycji, wzrost cen mieszkań ani znacząco zmieniać modelu projektowania, który już dziś opiera się na wysokich standardach bezpieczeństwa i jakości. Wiele z proponowanych zapisów, takich jak ograniczenie stosowania ostrych zakończeń ogrodzeń czy część wymagań funkcjonalnych już teraz znajduje odzwierciedlenie w praktyce projektowej Archicom.

Potencjalnie największe znaczenie dla sektora mogą mieć zmiany dotyczące zwiększonych wymagań w zakresie odporności pożarowej elewacji oraz podniesienia parametrów akustycznych przegród, ponieważ mogą one wpływać, zarówno na rozwiązania techniczne, jak i koszty realizacji. Na obecnym etapie trudno jednak precyzyjnie oszacować skalę tego wpływu. Mówimy bowiem o projekcie przepisów, który może jeszcze ulec modyfikacjom w toku procesu legislacyjnego.

Mariusz Gajżewski, Head of Sales, Marketing and Communication BPI Real Estate Poland

Planowana nowelizacja wprowadzi szereg istotnych zmian, m.in. zwiększenie dostępu do światła dziennego w mieszkaniach, większe odstępy między budynkami oraz bardziej restrykcyjne wymogi dotyczące efektywności energetycznej. Regulacje te niewątpliwie podniosą jakość nowo powstających inwestycji i standard życia mieszkańców, jednak w praktyce mogą przełożyć się na wzrost kosztów budowy oraz ograniczenie możliwości zabudowy działek. W efekcie prawdopodobnym skutkiem będzie wzrost cen mieszkań na rynku pierwotnym.

W przypadku naszych realizacji nie przewidujemy negatywnego wpływu tych zmian. Projekty BPI Real Estate Poland są planowane w sposób świadomy i zrównoważony. Nie zakładamy maksymalnego wykorzystania działek pod kątem PUM-u, ponieważ priorytetem jest dla nas jakość przestrzeni, funkcjonalność układów mieszkań, dostęp do światła naturalnego i komfort mieszkańców. Dlatego nowe regulacje są w naszej ocenie przede wszystkim korzystne i kierują rynek w stronę długoterminowej poprawy standardów.

Uważam, że jest to krok w dobrą stronę, choć część zapisów wymaga jeszcze doprecyzowania w odniesieniu do realiów rynkowych, tak aby wpływ regulacji był zrównoważony, zarówno dla inwestorów, jak i dla mieszkańców.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu, Grupa CTE

Wejście w życie nowelizacji Warunków Technicznych planowane na wrzesień 2026 roku może być jednym z ważniejszych momentów dla rynku mieszkaniowego w Polsce. Z naszej perspektywy to zmiany potrzebne, choć wymagające, które wyraźnie podniosą standard nowego budownictwa, a przez to mogą również zmienić strukturę kosztów i ceny mieszkań. Nie da się ukryć, że nowe wymagania pociągną za sobą wyższe koszty budowy. W branży już mówi się o wzroście kosztów nawet o 10-15 proc., głównie ze względu na droższe materiały (np. lepsza izolacja, materiały ognioodporne), wzmocnione przegrody, bardziej skomplikowaną technologię i dokładniejszy montaż.

Trzeba jednak zauważyć, że nie wszystkie założone w nowym rozporządzeniu rozwiązania przyniosą proporcjonalne korzyści. Oszczędność energii może być minimalna, jeśli poprzednie standardy były już blisko optymalnych. To oznacza, że ceny nowych mieszkań, projektowanych w oparciu o nowe warunki techniczne mogą być wyższe. W zamian nabywcy otrzymają jednak wyższy komfort i dłuższą trwałość budynków mieszkalnych.

Ogólnie oceniamy nowe Warunki Techniczne jako krok w dobrym kierunku. Podnoszenie standardów jakości, bezpieczeństwa, akustyki i energooszczędności to realna odpowiedź na oczekiwania współczesnych nabywców. To także sygnał, że budownictwo mieszkaniowe w Polsce dojrzewa i idzie w stronę budynków bardziej przyjaznych, długowiecznych, komfortowych.

Jednocześnie ważne jest, by nowe przepisy były stosowane z umiarem i rozsądkiem, z uwzględnieniem realnych korzyści dla użytkownika, a nie tylko formalnego „ścigania się” na parametry. Zbyt szybkie i ostre zaostrzenia norm mogą podnieść ceny nieruchomości ponad możliwości wielu klientów, bez proporcjonalnej poprawy komfortu.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Tak jak każda taka zmiana, nowelizacja rozporządzenia o Warunkach Technicznych podniesie koszty budowy, a co za tym idzie może wpłynąć na wzrost cen mieszkań.

Damian Tomasik, prezes zarządu Alter Investment

Nowelizacja przyniesie istotne zmiany w projektowaniu i przygotowaniu inwestycji. Już na etapie koncepcji konieczne będzie bardziej szczegółowe analizowanie zacienienia, odległości, funkcjonalności oraz jakości przestrzeni. Część działek może mieć niższą chłonność, co wpłynie zarówno na kalkulacje deweloperów, jak i na ceny mieszkań. Zmiany mają poprawić jakość zabudowy, choć część zapisów jest zbyt restrykcyjna i może ograniczać podaż.

Tomasz Czuchra, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Nowelizacja Warunków Technicznych, która zacznie obowiązywać jesienią 2026 roku, znacząco wpłynie na proces budowlany przede wszystkim przez konieczność dostosowania dokumentacji, rozwiązań projektowych i technologii do nowych wymagań. Zakres regulacji obejmie m.in. standard przestrzeni wspólnych, efektywność energetyczną i elementy funkcjonalności budynków, co wymagać będzie wcześniejszego planowania i odpowiednich korekt projektowych.

Jednocześnie należy pamiętać, że każde podniesienie standardów oznacza wyższe koszty budowy, a więc finalnie przełoży się na ceny mieszkań. W wielu obszarach zmiany są potrzebne i uzasadnione, szczególnie tam, gdzie poprawiają jakość użytkową czy energooszczędność budynków. Skala regulacji musi być jednak wdrażana z rozwagą, aby nie doprowadzić do ograniczenia podaży lub nadmiernego obciążenia nabywców.

Z punktu widzenia branży nowe wytyczne są impulsem modernizacyjnym, ale wiążą się z koniecznością wcześniejszego planowania i korekt projektowych, co zwiększa czas przygotowania inwestycji. Deweloperzy będą więc musieli uwzględnić te koszty i ryzyka w harmonogramach i kalkulacjach, co sprawia, że ceny mieszkań prawdopodobnie będą stopniowo rosły wraz z wejściem przepisów w życie.

Marcin Laskowski nowym prezesem Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej

W poniedziałek, 12 stycznia 2026 r., odbyło się Nadzwyczajne Krajowe Zgromadzenie Członków Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej (PTEC). Podczas obrad członkowie Towarzystwa podjęli decyzje dotyczące zmian w składzie Zarządu oraz przyznania członkostwa honorowego.

W trakcie Zgromadzenia dokonano wyboru prezesa zarządu PTEC. Na to stanowisko powołano Marcina Laskowskiego, Wiceprezesa Zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej oraz uzupełniono skład zarządu o Mariusza Michałka, Wiceprezesa Zarządu PGE Energia Ciepła. Jednocześnie zarząd PTEC w nowym składzie zdecydował o wyborze wiceprezesa Towarzystwa, którym został Andrzej Gajewski, Prezes Zarządu ORLEN Termika.

Marcin Laskowski, Prezes Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej
Marcin Laskowski, Prezes Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej

Rok 2026 będzie kluczowy dla sektora ciepłownictwa systemowego. To czas wdrażania istotnych regulacji krajowych oraz prac nad dokumentami strategicznymi – zarówno na poziomie krajowym, jak i unijnym – które przesądzą o tempie i modelu transformacji w kolejnych latach. PTEC będzie aktywnie zaangażowane w dialog na poziomie europejskim, bo właśnie teraz zapadają decyzje dotyczące szczegółowych rozwiązań regulacyjnych i mechanizmów finansowania transformacji dostępnych przez najbliższe lata. Naszym celem jest reprezentowanie interesów sektora w sposób merytoryczny i odpowiedzialny, tak aby proponowane regulacje były wykonalne inwestycyjnie i zapewniały bezpieczeństwo dostaw ciepła i energii elektrycznej – podkreślił Marcin Laskowski, Prezes Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej – Jestem przekonany, że PTEC będzie nadal organizacją aktywnie wspierającą sektor i administrację w poszukiwaniu optymalnych rozwiązań transformacyjnych.

Nadzwyczajne Krajowe Zgromadzenie Członków Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej (PTEC) zdecydowało również o przyznaniu członkostwa honorowego – Sławomirowi Krystkowi. Przyznanie członkostwa honorowego PTEC jest wyrazem uznania dla jego zaangażowania w rozwój polskiego ciepłownictwa systemowego oraz integrację środowiska elektrociepłowniczego. Jako pierwszy prezes Towarzystwa oraz współtwórca kluczowych instytucji branżowych odegrał istotną rolę w profesjonalizacji sektora, co znalazło potwierdzenie zarówno w dorobku zawodowym, jak i licznych odznaczeniach państwowych i branżowych. Dzięki ogromnemu doświadczeniu zawodowemu, wiedzy technicznej oraz pomysłowości usprawnił pracę w elektrociepłowniach, całe swoje życie zawodowe wiążąc z energetyką.

Marcin Laskowski zastąpił na stanowisku prezesa zarządu PTEC – Dariusza Marca, który kierował organizacją od czerwca 2024 r.

Marcin Laskowski – Wiceprezes Zarządu ds. Regulacji, PGE Polska Grupa Energetyczna

Absolwent Politechniki Warszawskiej oraz MBA Executive, manager certyfikowany przez International Project Management Association. Od 27 lat specjalizuje się w dziedzinie rozwoju energetyki.

Jako wieloletni dyrektor Departamentu Inwestycji w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych koordynował rozwój krajowej sieci elektroenergetycznej a także brał czynny udział w tworzeniu regulacji prawnych dedykowanych energetyce.

Zarządzał m.in. projektem elektroenergetycznym Polska-Litwa współfinansowanym ze środków europejskich oraz budową i rozbudową sieci przesyłowej na EURO 2012.

Przez ostatnie lata w ramach Polskiej Grupy Biogazowej, będącej częścią francuskiego koncernu Total Energies, przygotowywał oraz realizował szereg projektów energetycznych. W Polskiej Grupie Biogazowej pełnił funkcję Prezesa Zarządu spółki PGB Inwestycje, a także Wiceprezesa Zarządu spółki PGB Serwis.

Obecnie pełni funkcję Wiceprezesa ds. regulacji w Polskiej Grupie Energetycznej oraz zasiada w organach zarządczych kilku organizacji branżowych sektora energetycznego. Jako Wiceprezes Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej (PKEE) reprezentuje Polskę w międzynarodowej organizacji Eurelectric. Ponadto zajmuje stanowisko Prezesa Zarządu Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej (PTEC), Wiceprzewodniczącego Polskiego Komitetu Światowej Rady Energetycznej (World Energy Council – WEC), oraz Członka Zarządu Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie (TGPE). Dodatkowo został powołany w skład Komitetu ds. Energii i Polityki Klimatycznej przy Krajowej Izbie Gospodarczej (KIG).

Andrzej Gajewski – Prezes Zarządu ORLEN Termika S.A.

Absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na kierunku menadżerskim. W latach 2007–2008 uczestnik niestacjonarnych studiów doktoranckich w Kolegium Zarządzania i Finansów SGH.

Posiada 28-letnie doświadczenie zawodowe na stanowiskach kierowniczych w obszarze finansów i zarządzania.

W latach 2004 – 2010 związany z PSE Operator S.A. – jako dyrektor i wiceprezes ds. finansowych, odpowiedzialny za strategiczne projekty energetyczne, w tym „uskarbowienie operatora sieci przesyłowej”, negocjacje umowy na połączenie Polska-Litwa, utworzenie Zarządcy Rozliczeń S.A. – spółki odpowiedzialnej za rozliczenie kontraktów długoterminowych energii elektrycznej.

W latach 2013-2014 Prezes Zarządu PGNiG TERMIKA S.A. W latach 2015-2024 Członek Zarządu Mazowieckiego Funduszu Poręczeń sp. z o.o., spółki udzielającej poręczenia kredytów, pożyczek, leasingów, wadiów przetargowych oraz należytego wykonania umowy.

Pełnił funkcje Przewodniczącego Rady Nadzorczej Spółki PL2012+ (2014-2016), Projekt Warszawa sp. z o.o. (2020-2021) oraz zasiadał w radach nadzorczych spółek PSE Zachód sp. z o.o., Zarządca Rozliczeń S.A., Energia dla Firm sp. z o.o.

Posiada uprawnienia do zasiadania w Radach Nadzorczych Spółek Skarbu Państwa.

Przewodniczący Rady Nadzorczej Elektrociepłowni Stalowa Wola S.A., wiceprezes zarządu Polskiego Towarzystwa Energetyki Cieplnej i członek zarządu Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie.

Mariusz Michałek – Wiceprezes Zarządu PGE Energia Ciepła

Mariusz Michałek posiada ponad 24 letnie doświadczenie zawodowe w zakresie kreowania, kierowania i zarządzania podległym mu obszarem w przemyśle i energetyce, zarówno w międzynarodowych koncernach, jak i spółkach prawa handlowego z udziałem Skarbu Państwa. W 2024 roku pełnił również funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Elektrociepłowni Zawodowych.

Mariusz Michałek jest absolwentem Wydziału Elektrycznego Politechniki Częstochowskiej. Ukończył również Fakultatywne Studium Przygotowania Pedagogicznego na Politechnice Częstochowskiej, Menedżerskie Studia Podyplomowe w WSB Dąbrowa Górnicza, Podyplomowe Studia w zakresie Prawo Gospodarcze i Handlowe na Uniwersytecie Śląskim oraz studia Executive MBA organizowane przez Instytut Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Uczestniczył także w wielu szkoleniach i seminariach z obszaru zarządzania, finansów, komunikacji i perswazji.

W trakcie kariery zawodowej m.in. ponad 4 lata pracował na stanowisku dyrektora PGE Energia Ciepła Oddziału nr 1 w Krakowie, 6 lat w Grupie Tauron, jako wiceprezes zarządu Tauron Wytwarzanie Serwis oraz jako dyrektor operacyjny – prokurent w Tauron Serwis, 14 lat w Danfoss Poland – części duńskiego koncernu Danfoss w okresie rozwoju sprzedaży oraz produkcji na rynku polskim. Uczestniczył w realizacji inwestycyjnych projektów w energetyce, strategicznych projektów związanych m.in. z poprawą efektywności biznesowej oraz projektów realizowanych w ramach Funduszy norweskich i EOG.

Najlepsze i najgorsze lotniska w Polsce oczami pasażerów. TOP 15 na 2026

Jak wyglądają polskie lotniska oczami pasażerów? Fly4free.pl przygotowało raport, który pokazuje, gdzie podróżnym podróżuje się komfortowo, a które porty wciąż sprawiają problemy. Tegoroczny ranking powstał na podstawie opinii pasażerów w Google – i od razu wyłania liderów: najwyższe noty zdobył Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy, a najniższe – Port Lotniczy Modlin, który boryka się z ciasnotą terminala i rosnącą liczbą pasażerów.

W raporcie znajdziesz nie tylko średnie oceny lotnisk, ale też komentarze eksperta ds. praw pasażerów oraz analizę najczęstszych problemów, takich jak opóźnienia, odwołane loty czy niedogodności na terminalach. To praktyczny przewodnik dla wszystkich planujących podróż samolotem po Polsce w 2026 roku.

Jak powstaje ranking Fly4free.pl

Tegoroczna edycja to trzecia odsłona rankingu, który wyłania zarówno najlepsze, jak i najgorsze lotniska w kraju. Podstawą zestawienia są średnie oceny pasażerów w serwisie Google, w skali od 1 do 5.

W 2026 roku wprowadzono ważną zmianę – brak klasyfikowania lotnisk ex aequo. Jeśli dwa porty uzyskają identyczną ocenę, wyżej plasuje się większe lotnisko, które obsługuje więcej pasażerów. To uwzględnia fakt, że duże lotniska mają trudniejsze zadanie, obsługując tysiące osób każdego dnia.

Najlepsze lotniska w Polsce – podium pasażerów

  1. Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy – 4,4
    Pasażerowie chwalą nowoczesne terminale, przejrzyste oznakowanie i nieskazitelną czystość, zwłaszcza w toaletach. Przestronne poczekalnie to duży plus, choć punktów do ładowania elektroniki wciąż brakuje.
  2. Port Lotniczy Rzeszów-Jasionka – 4,4
    Lotnisko wyróżnia się czystością, funkcjonalnością i miłą obsługą. Plusem jest wygodny dojazd i przystępne ceny parkingów, minusem ograniczona liczba miejsc tuż przy terminalu.
  3. Port Lotniczy Wrocław-Strachowice im. Mikołaja Kopernika – 4,3
    Pomimo modernizacji i czasowego zamknięcia terminali pasażerowie doceniają sklepy, restauracje i sprawną kontrolę bezpieczeństwa. Problemem pozostają kolejki do kontroli paszportowej oraz chaos wywołany przez tanie linie lotnicze.

Najgorzej oceniane lotniska w Polsce

Na końcu zestawienia znajduje się Port Lotniczy Modlin – 3,5, gdzie ciasny terminal nie nadąża za rosnącą liczbą połączeń Ryanair, Wizz Air i Air Arabia. Tymczasowe namioty mają poprawić sytuację do końca 2027 roku.

Nieco wyżej znalazły się Port Lotniczy Szczecin-Goleniów im. NSZZ „Solidarność” – 3,7 oraz Port Lotniczy Katowice-Pyrzowice – 3,7. Niska ocena Katowic wynika głównie z przeciążenia w sezonie wiosenno-letnim w tym licznych opóźnień i odwołań lotów.

Pasażerowie powinni dokumentować opóźnienia i odwołania lotów, zbierać potwierdzenia i korzystać z przysługujących im praw. Tylko wtedy można realnie odzyskać należne odszkodowanie– podkreśla ekspert do prawa pasażerów z AirCashBack.

Opóźnienia i odwołania – nie zawsze wina lotniska

Choć pasażerowie często obwiniają lotnisko za opóźnienia, odwołania czy zagubiony bagaż, w

większości przypadków odpowiedzialna jest linia lotnicza, a nie port lotniczy. To przewoźnik decyduje o odwołaniu lotu, zmianie godziny odlotu lub przekierowaniu pasażerów, a także odpowiada za komunikację z podróżnymi oraz zapewnienie posiłków i ewentualnego zakwaterowania.

Frustracja pasażerów często kierowana jest na lotnisko, ponieważ to tam widzą chaos w terminalu – kolejki, brak informacji lub tłok w poczekalniach. W rzeczywistości większość problemów wynika z decyzji przewoźnika, np. odwołania lotu z powodu problemów technicznych, opóźnień w wcześniejszych połączeniach czy niekorzystnych warunków pogodowych.

Znajomość przysługujących praw pozwala pasażerom skutecznie reagować i dochodzić odszkodowania lub wsparcia ze strony linii lotniczej. Prawa pasażerów są określone w rozporządzeniu UE 261/2004, które gwarantuje m.in.:

  • odszkodowanie w przypadku odwołania lub opóźnienia lotu powyżej 3 godzin,
  • prawo do posiłków i napojów podczas długiego oczekiwania,
  • prawo do opieki i zakwaterowania, jeśli konieczna jest noc na lotnisku lub przymusowa zmiana lotu na następny dzień.

Dzięki znajomości tych zasad pasażerowie mogą nie tylko zminimalizować stres związany z opóźnieniami, ale też skutecznie domagać się rekompensaty – zarówno finansowej, jak i w formie wsparcia na lotnisku, np. w postaci noclegu czy voucherów na posiłki.

Lotniska z największą liczbą problemów

Najwięcej trudności odnotowują:

  1. Port Lotniczy Warszawa-Chopin – przeciążone terminale powodują najwięcej opóźnień.
  2. Port Lotniczy Kraków-Balice im. Jana Pawła II – w sezonie letnim tłok i ograniczona przepustowość generują liczne odwołania.
  3. Port Lotniczy Katowice-Pyrzowice – sezonowy wzrost ruchu i loty czarterowe zwiększają liczbę problemów w okresie wiosenno-letnim.

Znajomość tych danych i praw pasażerów pozwala lepiej przygotować się do podróży i skutecznie domagać się odszkodowania.

Pełny ranking TOP 15 lotnisk w Polsce 2026

Najlepsze lotniska:

  1. Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy – 4,4
  2. Port Lotniczy Rzeszów-Jasionka – 4,4
  3. Port Lotniczy Wrocław-Strachowice im. Mikołaja Kopernika – 4,3
  4. Port Lotniczy Warszawa-Chopin – 4,2
  5. Port Lotniczy Radom-Sadków – 4,2
  6. Port Lotniczy Szymany – 4,2
  7. Port Lotniczy Lublin – 4,1
  8. Port Lotniczy Kraków-Balice im. Jana Pawła II – 4,0
  9. Port Lotniczy Zielona Góra-Babimost – 4,0
  10. Port Lotniczy Łódź-Lublinek – 3,8

Najgorzej oceniane:
11. Port Lotniczy Bydgoszcz-Szwederowo – 3,8
12. Port Lotniczy Szczecin-Goleniów im. NSZZ „Solidarność” – 3,7
13. Port Lotniczy Katowice-Pyrzowice – 3,7
14. Port Lotniczy Modlin – 3,5

Rynek biur 2026. Strategiczny pragmatyzm w inwestycjach

Sektor biurowy wchodzi w okres pogłębionej weryfikacji jakościowej i finansowej. Decyzje, dotyczące nowych projektów, modernizacji czy najmu poparte są teraz bardziej wnikliwymi analizami oraz twardą kalkulacją. W 2026 roku obserwować będziemy nasilanie się tej tendencji.      

Nowa podaż biur w Polsce pozostaje bardzo ograniczona, a liczba realizowanych projektów spadła do najniższych poziomów od lat. Rachunek ekonomiczny nie sprzyja nowym inwestycjom biurowym. Barierą dla ich realizacji są wysokie koszty finansowania i budowy, potęgowane rygorystycznymi wymogami ESG.

Zapytania ofertowe wymagają obecnie określenia twardych danych, jak zużycie energii, ślad węglowy, czy jakość powietrza. Regulacje UE pozostają jednak elastyczne, a terminy i ambicje unijne korygowane, co dodatkowo premiuje twardą kalkulację biznesową nad deklaracje.

W praktyce deweloperzy posiadający atrakcyjne grunty w centrach miast często nie realizują projektów stricte biurowych bez uzupełnienia ich o funkcję mieszkaniową lub usługową. Dla najemców oznacza to mniejszą liczbę adresów stricte biurowych w najlepszych lokalizacjach i dłuższy czas oczekiwania na nową powierzchnię.

W nadchodzącym czasie na  rynek trafiać będą wyłącznie dobrze zaplanowane inwestycje w najlepszych lokalizacjach, z realnym planem komercjalizacji, najczęściej o charakterze wielofunkcyjnym. Deficyt wysokiej jakości powierzchni biurowych, szczególnie odczuwalny w Warszawie, może w dłuższej perspektywie pobudzić aktywność deweloperów, jednak będzie to raczej stopniowa ewolucja niż gwałtowny zwrot.

Znikające biurowce zastępuje mieszkaniówka

Przy obecnych stopach zwrotu, relatywnie niskich czynszach biurowych oraz ograniczonym popycie inwestycyjnym, projekty biurowe nie mogą konkurować z inwestycjami mieszkaniowymi. Deweloperzy wyhamowali ich realizację i częściowo przestawiają się na budowę mieszkań. Powodem są niższe przychody z wynajmu biur w Polsce w porównaniu z rynkami Europy Zachodniej, przy bardziej zbliżonych stopach zwrotu z wynajmu mieszkań. Kapitał wybiera aktywa łatwiejsze do sprzedaży i finansowania, o korzystniejszym profilu ryzyka.

Starsza zabudowa biurowa częściej konwertuje w inne funkcje niż jest modernizowana albo zastępowana nowymi budynkami biurowymi. Przez decyzje inwestorów przemawia czysty pragmatyzm. W wielu wypadkach remonty starszych biurowców są po prostu nieopłacalne, szczególnie jeśli dotyczą budynków energochłonnych, o nieefektywnych układach i w słabych lokalizacjach. Każda złotówka włożona tam w wymianę instalacji czy fasadę nie przełoży się, ani na stawkę, ani na wyższy popyt. W takich sytuacjach należy uczciwie wskazać potrzebę zmiany funkcji lub sprzedaży aktywa, zamiast pudrować wskaźniki. Greenwashing teraz już nie działa.

Sukcesywne wyburzanie starszych biurowców i zastępowanie ich zabudową mieszkaniową prowadzi do stopniowego kurczenia się zasobów biurowych w największych miastach, przede wszystkim w Warszawie. Projekty oparte na przebudowie realizowane są wyłącznie w tych przypadkach, kiedy inwestycje „spinają się”, kiedy liczby jasno pokazują korzyści w postaci niższych kosztów operacyjnych i stabilnej płynności najmu. Tym samym, w 2026 toku przewagę rynkową zyskiwać będą inwestycje z mocnym produktem i hybrydową funkcją.

Dobry adres vs strategiczna ekonomia

Największym zainteresowaniem najemców cieszą się biura w nowoczesnych budynkach w najlepszych lokalizacjach, które utrzymują stabilne, a miejscami lekko rosnące stawki czynszowe. Jednocześnie wybór powierzchni w pozostałych segmentach rynku systematycznie się kurczy. Wyzwaniem staje się w tej chwili, nie tylko znalezienie dużych powierzchni, ale również modułów o średnim metrażu, szczególnie w Warszawie. Dla najemców oznacza to konieczność wcześniejszego inicjowania procesu najmu, na 12–18-miesięcy przed zakończeniem obowiązujących umów.

W obecnych, coraz bardziej wymagających warunkach biznesowych firmy coraz częściej stają przed wyborem pomiędzy topową lokalizacją i przestrzenią w wysokim standardzie a zmodernizowanym budynkiem, oferującym funkcjonalność i akceptowalny komfort w rozsądniejszym budżecie. Kluczowe znaczenie ma tu kompromis biznesowy w horyzoncie 5–7 lat.

W tej sytuacji negocjacje muszą wykraczać szerzej, poza stawkę czynszową i obejmować budżety aranżacyjne, prace pod klucz, harmonogram czynszu oraz elastyczność metrażu, tj. prawo do zwiększania lub zmniejszenia zajmowanej powierzchni w czasie trwania umowy.

Elastyczne modele najmu

W organizacjach coraz liczniej realizowane są scenariusze wspierające trend powrotu pracowników do biur i wdrażane rozwiązania, umożliwiające pracę w biurach rozproszonych w różnych lokalizacjach.

Zwrot ku elastycznym powierzchniom biurowym staje się powszechnym elementem w strategii wynajmu. W siedmiu największych miastach w Polsce ich zasoby wynoszą około 420 tys. mkw., a udział w rynku w Warszawie i Krakowie sięga jedynie 4 proc. To wciąż niewiele w porównaniu z rynkami Europy Zachodniej, gdzie segment flex odpowiada za około 20 proc. zasobów, co wskazuje na spory potencjał wzrostu tego segmentu w Polsce.

Format flex sprawdza się, zarówno przy wejściu na nowe rynki, pracy projektowej i pilotażach, jak i w codziennym funkcjonowaniu zespołów. W 2026 roku wiele organizacji będzie łączyć różne modele biurowe, jednocześnie zwiększając presję na powrót pracowników do biur. Po latach pracy hybrydowej biuro ponownie pełni kluczową rolę w budowaniu relacji, kultury organizacyjnej i efektywnej współpracy. Rosnące znaczenie zyskują przestrzenie wspierające interakcje, dobra akustyka, oświetlenie oraz udogodnienia ułatwiające codzienne funkcjonowanie.

W 2026 roku przewagę zyskają najemcy, którzy przyjmą krótsze horyzonty decyzyjne, postawią na elastyczne umowy i będą gotowi szybko korygować strategię w dynamicznie zmieniających się warunkach rynkowych.

Działy finansowe chcą automatyzacji z AI, lecz brakuje „danych gotowych na AI”

Turbulencje geopolityczne, niedobór talentów i zmiany regulacyjne napędzają wdrażanie sztucznej inteligencji w działach podatkowych i finansowych – wynika z najnowszej edycji międzynarodowego badania EY Tax and Finance Operations. Prawie 9 na 10 (86%) liderów z tych obszarów priorytetowo traktuje wykorzystanie nowoczesnych technologii do analiz predykcyjnych lub automatycznego raportowania. Jednocześnie jak pokazuje badanie – Jak polskie firmy wdrażają AI – nad Wisłą sztuczna inteligencja znacznie rzadziej pojawia się w obszarze finansów (35%) niż ma to miejsce w IT (51%) lub obsłudze klienta (48%).

– Aby utrzymać się na czele i reagować na dynamicznie zmieniające się otoczenie regulacyjne, zespoły finansowe muszą rozwijać swoje modele operacyjne. Działy te pomagają firmom tak przetwarzać dane finansowe, aby były one jasne, zrozumiałe i szybko dostępne dla decydentów. Dzięki temu zarządy przedsiębiorstw mogą wykorzystywać je do szybkiego i precyzyjnego podejmowania strategicznych decyzji – mówi Jerzy Toczyński, Partner w Zespole Sprawozdawczości Podatkowej w Dziale Doradztwa Podatkowego, EY Polska.

W 4. edycji międzynarodowego badania EY – Tax and Finance Operations – wzięło udział 1600 dyrektorów odpowiedzialnych za obszar finansowy i podatkowy Z ich odpowiedzi wynika, że wdrażanie nowoczesnych technologii w działach podatkowych jest utrudnione. Badani oceniają, że ponad połowa (51%) funkcji podatkowych i finansowych jest wciąż na wczesnym etapie dojrzałości w zakresie zarządzania danymi.

Badanie wskazuje również, że firmy mają problem z jakością i ilością danych. Niemal połowa (45%) dyrektorów podatkowych zauważa, że największą przeszkodę w realizacji wizji i celu ich działów stanowi brak możliwości realizacji zrównoważonego planu w zakresie danych, sztucznej inteligencji i technologii.

Rozproszenie informacji to poważna bariera

Ośmiu na dziesięciu (80%) respondentów twierdzi, że niewystarczająca ilość danych gotowych na AI stanowi dla nich największą barierę w rozwoju sztucznej inteligencji w ich organizacjach. Zdaniem 91% respondentów, dane ich organizacji są przechowywane w zbyt wielu silosach, zwłaszcza na lokalnych dyskach twardych.

To wyzwanie widoczny jest także w raporcie EY – Jak polskie firmy wdrażają AI. Wynika z niego, że w 2025 r. 4 na 10 firm ma dane w stanie realnie nadającym się do wykorzystania przez AI – większość organizacji albo widzi konkretne braki jakościowe, albo nie ma jeszcze pełnej wiedzy o stanie swoich zasobów.

W efekcie, w 2025 r. tylko 35% średnich i dużych firm działających nad Wisłą wdrożyło AI w obszarze finansów, który jest szczególnie wrażliwy na kwestie jakości informacji. Sztuczna inteligencja zdecydowanie częściej implementowana jest w działach IT (51%), obsługi klienta (48%), marketingu i analizy rynku (47%) oraz sprzedaży (42%).

Nie są to jedyne ważkie kwestie do rozwiązania. Jedną z kluczowych aspektów wskazanych przez badanie EY – Tax and Finance Operations – jest niedobór talentów. 61% respondentów obawia się osłabienia swoich działów po przejściu na emeryturę starszych specjalistów, a 66% twierdzi, że mniejsza liczba nowych księgowych wchodzących do zawodu będzie miała negatywny wpływ na zaspokojenie potrzeb kadrowych.

– Aby sprostać wyzwaniom związanym z transformacją kadrową, zespoły podatkowe i finansowe powinny wspierać rozwój kompetencji w zakresie analitycznego myślenia, pracy z danymi oraz nowoczesnych technologii. Połączenie doświadczenia obecnych specjalistów z nowymi umiejętnościami pozwoli na skuteczne wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji i zapewni zespołom elastyczność oraz gotowość na przyszłe zmiany – dodaje Jerzy Toczyński.

O badaniu
Tegoroczna edycja badania EY – Tax and Finance Operations – została przeprowadzona w okresie lipiec-wrzesień 2025 r. na grupie 1600 liderów obszarów podatkowych i finansowych. Reprezentowali oni 30 regionów oraz 22 branże gospodarki.

Badanie – Jak polskie firmy wdrażają AI – zrealizowano na zlecenie EY przez CubeResearch wśród 499 polskich firm: 45% działa w produkcji, 33% w usługach, 22% w handlu. 56% respondentów pochodziło z firm średniej wielkości, 44% z dużych. Trzecia edycja została przeprowadzona w ostatnim kwartale 2025 roku.

Dematerializacja akcji – rząd chce przedłużyć „moc dowodową” papierowych akcji. Ekspert ostrzega przed ryzykiem

0

Czy Polska cofa się w walce z praniem pieniędzy? Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło projekt ustawy o zmianie Kodeksu spółek handlowych, którego jeden z kluczowych elementów budzi poważne wątpliwości z perspektywy międzynarodowych standardów przeciwdziałania praniu pieniędzy. Chodzi o przepis art. 28 projektu, który wydłuża moc dowodową papierowych dokumentów akcji o kolejne dwa lata.

Stan prac legislacyjnych

Projekt nowelizacji (druk sejmowy nr 2027) został wniesiony do Sejmu 28 listopada 2025 roku i przechodzi przez proces legislacyjny w przyspieszonym tempie. Po skierowaniu do I czytania 2 grudnia 2025 roku, projekt został rozpatrzony na posiedzeniu Sejmu 17 grudnia 2025 roku, a już następnego dnia Komisja Nadzwyczajna do spraw zmian w kodyfikacjach przedstawiła sprawozdanie (druk nr 2087). Projekt oczekuje obecnie na II czytanie i głosowanie.

Ekspresowe tempo prac legislacyjnych wynikać ma z konieczności wejścia ustawy w życie ustawy przed 1 marca 2026 roku. Tego dnia bowiem wygasa — zgodnie z obowiązującymi przepisami — możliwość posługiwania się papierowymi dokumentami akcji w celu wykazania praw udziałowych wobec spółki. Kluczowy przepis nowelizacji (art. 28 projektu) wchodzi w życie 28 lutego 2026 roku, dosłownie dzień przed tym terminem, przedłużając tę możliwość o kolejne dwa lata. Pozostałe przepisy nowelizacji wejdą w życie dopiero po upływie 12 miesięcy od ogłoszenia ustawy.

Tak przyspieszone procedowanie ogranicza możliwość pogłębionej debaty parlamentarnej i refleksji nad najbardziej kontrowersyjnymi elementami projektu — w tym nad pytaniem, czy przedłużanie okresu funkcjonowania papierowych akcji jest właściwą odpowiedzią na problem ich niezarejestrowania.

Papierowe akcje jako instrument ukrywania majątku

Zanim przejdziemy do analizy szczegółowych rozwiązań projektu, warto zatrzymać się nad fundamentalnym pytaniem: czemu właściwie służą papierowe dokumenty akcji, które nie zostały zarejestrowane w elektronicznym rejestrze akcjonariuszy niemal pięć lat po wejściu w życie obowiązku dematerializacji?

Brak rejestracji nie jest stanem neutralnym. Dla akcjonariusza oznacza niemożność wykonywania praw korporacyjnych — głosowania na walnych zgromadzeniach, otrzymywania dywidendy, uczestniczenia w podwyższeniu kapitału. Dla zarządu spółki niewykonanie obowiązku zawarcia umowy o prowadzenie rejestru wiąże się z odpowiedzialnością karną i groźbą grzywny. Obie strony ponoszą więc realne koszty. Trudno zakładać, że taki stan rzeczy utrzymuje się przez pięć lat przypadkiem — wskutek zwykłego niedbalstwa czy niewiedzy.

Racjonalna analiza prowadzi do odmiennego wniosku: znaczna część niezarejestrowanych akcji pozostaje poza rejestrem na skutek świadomej decyzji ich posiadaczy. Decyzji, która — mimo formalnych niedogodności — przynosi konkretną korzyść: anonimowość.

Zarówno akcje na okaziciela, jak i papierowe akcje imienne stanowią od lat skuteczne narzędzie ukrywania majątku. Cele mogą być legalne — ochrona prywatności, dyskrecja w sprawach rodzinnych. Mogą być też nielegalne — pranie pieniędzy, unikanie egzekucji, ukrywanie aktywów przed wierzycielami lub organami podatkowymi.

W tym świetle wydłużenie okresu przejściowego nabiera innego znaczenia. Służy nie tylko ochronie akcjonariuszy pokrzywdzonych bezczynnością zarządów spółek. Służy także — a może przede wszystkim — przedłużeniu okresu, w którym papierowe dokumenty akcji mogą pełnić funkcję instrumentu ukrywania majątku.

Mechanizm ryzyka: dlaczego papierowe akcje są problemem

Aby zrozumieć skalę zagrożenia, należy wyjaśnić, w jaki sposób papierowe dokumenty akcji umożliwiają obchodzenie standardów AML. Akcja na okaziciela to fizyczny dokument, w którym spółka emitująca nie rejestruje nazwiska właściciela. Własność określa wyłącznie fizyczne posiadanie papierowego certyfikatu. Przeniesienie własności następuje przez zwykłe wręczenie dokumentu — bez powiadomienia spółki, bez wpisu do jakiegokolwiek rejestru, bez śladu w systemie bankowym. Osoba fizyczna może w ten sposób przenieść majątek o wartości milionów złotych, wręczając kopertę z dokumentami, nie pozostawiając żadnego śladu dla organów podatkowych czy instytucji finansowych.

Ale problem nie ogranicza się do akcji na okaziciela. Również akcje imienne w formie papierowej mogą funkcjonować jako instrumenty quasi-anonimowe, jeśli właściciel podpisze formularz przeniesienia własności, pozostawiając pole nabywcy puste (tzw. blank transfer). Taki dokument może następnie krążyć między kolejnymi posiadaczami, z których żaden nie figuruje w księdze akcyjnej spółki, dopóki ostatni z nich nie zdecyduje się ujawnić swojej tożsamości. Powstaje w ten sposób „okres duchów” — czas, w którym beneficjent rzeczywisty pozostaje niewidoczny zarówno dla spółki, jak i dla regulatora.

Taksonomia ryzyka AML

Organy regulacyjne klasyfikują papierowe dokumenty akcji jako instrumenty wysokiego ryzyka ze względu na trzy kluczowe cechy.Po pierwsze, anonimowość własności. Beneficjent rzeczywisty nie figuruje w żadnym centralnym rejestrze ani w dokumentacji spółki. Banki nie są w stanie zweryfikować statusu UBO (Ultimate Beneficial Owner) względem list sankcyjnych czy baz danych PEP (Politically Exposed Persons).

Po drugie, brak możliwości śledzenia transferów. Zmiany własności następują prywatnie, bez znaczników czasowych i bez świadków. Przestępcy mogą przeprowadzać własność przez wielu „słupów” w ciągu dni, czyniąc ustalenie źródła środków praktycznie niemożliwym.

Model „Panama Papers”

Śledztwa dziennikarskie ujawniły, że akcje na okaziciela były powszechnie wykorzystywane do posiadania rachunków bankowych i nieruchomości. Typowa struktura obejmowała spółkę z Brytyjskich Wysp Dziewiczych lub Panamy (z akcjami na okaziciela) posiadającą nieruchomość w Londynie. Fizyczne certyfikaty akcji przechowywano w sejfie prawnika. Gdy beneficjent rzeczywisty chciał sprzedać nieruchomość, po prostu wręczał certyfikaty akcji nabywcy. Żaden tytuł własności nieruchomości nie zmieniał właściciela, żaden podatek od transakcji nie był płacony, żaden bank nie widział operacji.

Ten sam model funkcjonował – i potencjalnie nadal funkcjonuje – w Polsce w odniesieniu do niezarejestrowanych akcji spółek niepublicznych.

Uzasadnienie ministerstwa

Ministerstwo Sprawiedliwości argumentuje, że wydłużenie terminu jest konieczne dla ochrony akcjonariuszy. Jak wynika z danych zgromadzonych przez projektodawcę, znaczna część spółek niepublicznych nie wykonała obowiązku zawarcia umowy o prowadzenie rejestru akcjonariuszy. Zdarzały się także przypadki zawarcia umowy o prowadzenie rejestru akcjonariuszy bez przekazania niezbędnych dokumentów umożliwiających założenie tego rejestru.

W uzasadnieniu projektu czytamy: „Akcjonariusze zostali pozbawieni możliwości rejestracji posiadanych akcji, dlatego nie powinni ponosić negatywnych konsekwencji działań niezgodnych z przepisami prawa dokonanych przez zarządy spółek.

Ministerstwo wskazuje również na zgłaszane problemy związane z utratą lub zniszczeniem dokumentów akcji. Wobec uchylenia art. 357 k.s.h. nie jest obecnie możliwe wydanie duplikatu dokumentu akcji. Jak wskazuje uzasadnienie projektu: „Jeżeli akcjonariusz nie może skorzystać z uproszczonej formy wykazania swoich praw udziałowych, np. z powodu zniszczenia dokumentu akcji, a nie wystąpił o wydanie duplikatu akcji na podstawie postanowień statutu lub art. 357 § 3 k.s.h. (przed uchyleniem tego przepisu), może jedynie dowodzić swoich praw na drodze sądowej, co wymaga odpowiedniego czasu na przeprowadzenie postępowania”. Argumentacja ta jest zrozumiała i sytuacja akcjonariuszy rzeczywiście pokrzywdzonych przez zaniechania zarządów spółek wymaga zabezpieczenia.

Pytanie jednak brzmi: jaka jest proporcja między akcjonariuszami pokrzywdzonymi a tymi, którzy świadomie pozostają poza rejestrem? I czy właściwą odpowiedzią na problem niewykonania obowiązków przez spółki jest przedłużanie okresu, w którym papierowe dokumenty zachowują jakąkolwiek moc prawną?

Niezdematerializowane akcje jako globalny problem AML

Problem papierowych dokumentów akcji, które nie podlegają rejestracji umożliwiającej identyfikację beneficjenta rzeczywistego, stanowi jedno z najpoważniejszych wyzwań dla globalnego systemu przeciwdziałania praniu pieniędzy. Dlatego międzynarodowy konsensus regulacyjny przesunął się od „regulacji” do „eliminacji” takich instrumentów.

Stanowisko FATF

Financial Action Task Force, międzyrządowa organizacja wyznaczająca globalne standardy przeciwdziałania praniu pieniędzy, od lat identyfikuje akcje na okaziciela jako istotne zagrożenie dla przejrzystości beneficjentów rzeczywistych. Znowelizowana w marcu 2022 roku Rekomendacja FATF nr 24 wymaga od państw podjęcia zdecydowanych działań wobec takich instrumentów. Państwa powinny zakazać emisji nowych akcji na okaziciela oraz wymagać konwersji lub immobilizacji istniejących akcji „w rozsądnym terminie”, który FATF ocenia jako okres około dwóch lat.

Wytyczne FATF z marca 2023 roku precyzują, że kluczowymi cechami akcji na okaziciela są: fizyczna forma dokumentu oraz niemożność ustalenia tożsamości właściciela. Definicja obejmuje również „inne podobne instrumenty bez możliwości identyfikacji właściciela”. FATF wyraźnie podkreśla, że akcje na okaziciela stwarzają zwiększone ryzyko prania pieniędzy i finansowania terroryzmu ze względu na ukrycie tożsamości posiadaczy certyfikatów.

Wymogi Unii Europejskiej

Rozporządzenie UE 2024/1624 w sprawie przeciwdziałania praniu pieniędzy, które wejdzie w życie 10 lipca 2027 roku, zawiera w art. 79 jednoznaczne i surowe wymogi dotyczące akcji na okaziciela, stanowiące część szerszego pakietu środków ograniczania ryzyka wynikającego z instrumentów anonimowych.

Zgodnie z art. 79 ust. 3 rozporządzenia, spółki mają zakaz emitowania akcji na okaziciela. Istniejące akcje na okaziciela muszą zostać przekształcone w akcje imienne, poddane immobilizacji w rozumieniu rozporządzenia (UE) nr 909/2014 lub zdeponowane w instytucji finansowej do dnia 10 lipca 2029 roku.

Kluczowe znaczenie ma mechanizm sankcji przewidziany w rozporządzeniu. W przypadku istniejących akcji na okaziciela, które nie zostały przekształcone, poddane immobilizacji lub zdeponowane do dnia 10 lipca 2029 roku, wszystkie prawa głosu i prawa do podziału zysków związane z tymi akcjami zostają automatycznie zawieszone do czasu ich przekształcenia, immobilizacji lub zdeponowania.

Co więcej, rozporządzenie przewiduje ostateczny termin: wszystkie akcje na okaziciela, które nie zostały przekształcone, poddane immobilizacji lub zdeponowane do dnia 10 lipca 2030 roku, zostają anulowane, co prowadzi do obniżenia kapitału zakładowego o odpowiednią kwotę.

Globalna tendencja do eliminacji

Zdecydowana większość jurysdykcji całkowicie zniosła akcje na okaziciela. Co więcej, nawet tam gdzie akcje na okaziciela pozostają technicznie legalne, napotykają poważne praktyczne ograniczenia. Banki odmawiają otwierania rachunków dla spółek z akcjami na okaziciela ze względu na niemożność prowadzenia ciągłej weryfikacji KYC. Globalny system finansowy jest zbudowany na zasadzie znajomości ostatecznego beneficjenta rzeczywistego każdego rachunku.

Polska reforma z 2019 roku

Na tym tle polska reforma dematerializacyjna z 2019 roku jawiła się jako wzorcowy przykład implementacji międzynarodowych standardów AML — i to w wersji rozszerzonej. Ustawa z dnia 30 sierpnia 2019 roku wprowadziła w Polsce powszechną i obligatoryjną dematerializację wszystkich akcji spółek niepublicznych — zarówno akcji na okaziciela, jak i akcji imiennych. Od 1 marca 2021 roku dokumenty akcji w formie papierowej utraciły moc prawną, a wszystkie akcje muszą istnieć wyłącznie jako zapisy elektroniczne w rejestrach akcjonariuszy prowadzonych przez uprawnione podmioty.

Warto podkreślić, że polska reforma poszła znacznie dalej niż wymogi międzynarodowe, które koncentrują się przede wszystkim na akcjach na okaziciela. Ustawodawca słusznie uznał, że pełna dematerializacja wszystkich akcji — niezależnie od ich rodzaju — najlepiej służy przejrzystości obrotu i identyfikacji beneficjentów rzeczywistych.

Zgodnie z pierwotnym brzmieniem art. 15 ustawy nowelizującej: „1. Moc obowiązująca dokumentów akcji wydanych przez spółkę wygasa z mocy prawa z dniem 1 marca 2021 r. (…) 2. Dokument akcji zachowuje moc dowodową wyłącznie w zakresie wykazywania przez akcjonariusza wobec spółki, że przysługują mu prawa udziałowe, przez okres pięciu lat od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy”.

Co istotne, już sama konstrukcja art. 15 ustawy nowelizującej zawierała mechanizm de facto zawieszenia praw korporacyjnych akcjonariuszy niewpisanych do rejestru. Skoro od 1 marca 2021 r. moc obowiązująca dokumentów akcji wygasła, a dokument zachowuje jedynie moc dowodową „wyłącznie w zakresie wykazywania przez akcjonariusza wobec spółki, że przysługują mu prawa udziałowe”, to akcjonariusz nieposiadający wpisu w rejestrze nie może wykonywać praw głosu ani uczestniczyć w zgromadzeniach. Dokument akcji służy więc tylko do legitymowania się w celu uzyskania wpisu do rejestru — nie zaś do bezpośredniego wykonywania praw korporacyjnych.

Polski ustawodawca już w 2019 roku wprowadził zatem rozwiązanie zbliżone do mechanizmu zawieszenia praw rekomendowanego przez FATF i przyjętego następnie w rozporządzeniu UE 2024/1624. Reforma ta realizowała postulaty FATF dotyczące zapewnienia adekwatnych, dokładnych i aktualnych informacji o beneficjentach rzeczywistych.

Jak słusznie wskazuje uzasadnienie projektu nowelizacji: „Reforma pozwoliła na stworzenie jednolitych ram prawnych autonomicznego reżimu obrotu akcjami spółek poza obrotem na rynku zorganizowanym, a także ograniczyła zakres ryzyk związanych z rozporządzaniem papierami wartościowymi. Cele, jakie zakładał prawodawca, niewątpliwie zostały osiągnięte”.

Istota zmiany: wydłużenie mocy dowodowej

Ustawodawca przewidział okres przejściowy: papierowe dokumenty akcji miały zachować ograniczoną moc dowodową przez pięć lat, czyli do 1 marca 2026 roku. W tym czasie akcjonariusze mogli posługiwać się starymi dokumentami wyłącznie w celu wykazania wobec spółki, że przysługują im prawa udziałowe — po to, by ostatecznie zarejestrować swoje akcje w formie elektronicznej.

Projekt nowelizacji wydłuża ten termin do siedmiu lat, przesuwając datę graniczną na 1 marca 2028 roku

W tym kontekście wydłużenie mocy dowodowej papierowych dokumentów akcji o kolejne dwa lata stanowi ruch w kierunku przeciwnym do międzynarodowych standardów — nie dlatego, że wprowadza nową możliwość wykonywania praw z niezarejestrowanych akcji (takiej możliwości i tak nie ma od 1 marca 2021 r.), lecz dlatego, że odsuwa w czasie konieczność ostatecznego rozwiązania problemu akcji pozostających trwale poza rejestrem.

Problem ten jest szczególnie poważny w przypadku niezarejestrowanych akcji na okaziciela. Jak przyznaje sam projektodawca w uzasadnieniu art. 32 projektu: „w przypadku akcji na okaziciela, które nie zostały zarejestrowane, brak jest możliwości identyfikacji uprawnionego akcjonariusza”. Oznacza to, że przez kolejne dwa lata w obrocie mogą funkcjonować instrumenty całkowicie anonimowe — wprawdzie bez możliwości wykonywania z nich praw korporacyjnych, ale wciąż z możliwością legitymowania się nimi wobec spółki i potencjalnego uzyskania wpisu do rejestru.

Rezygnacja z podziału na akcje imienne i na okaziciela

Projekt nowelizacji wprowadza również istotną zmianę systemową — rezygnację z dotychczasowej klasyfikacji akcji na akcje imienne i na okaziciela. Jak wskazuje uzasadnienie: „Obligatoryjna dematerializacja akcji spowodowała, że każda akcja – bez względu na to, czy jest akcją na okaziciela czy akcją imienną – ma status akcji rejestrowej, umożliwiającej identyfikację także akcjonariusza uprawnionego do praw z akcji na okaziciela. Wobec tego utrzymanie obecnej klasyfikacji akcji na akcje imienne i na okaziciela nie ma uzasadnienia”.

Ta zmiana jest logiczną konsekwencją dematerializacji i zasługuje na aprobatę z perspektywy standardów AML. Jednakże projektowany art. 32 przewiduje utrzymanie podziału akcji na imienne i na okaziciela w odniesieniu do akcji, które nie zostały jeszcze zarejestrowane. Uzasadnienie wyjaśnia: „Wynika to z faktu, że w przypadku akcji na okaziciela, które nie zostały zarejestrowane, brak jest możliwości identyfikacji uprawnionego akcjonariusza”.

Należy przy tym zwrócić uwagę na zróżnicowane terminy wejścia w życie tych zmian. O ile wydłużenie mocy dowodowej dokumentów akcji zacznie obowiązywać już 28 lutego 2026 roku, o tyle zniesienie podziału na akcje imienne i na okaziciela nastąpi dopiero po upływie 12 miesięcy od ogłoszenia ustawy. Ta asymetria oznacza, że przez pewien okres będą równolegle funkcjonować dwa reżimy: nowy termin mocy dowodowej papierowych dokumentów oraz dotychczasowa klasyfikacja akcji.

Orzecznictwo: wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie

Warto odnotować, że w orzecznictwie pojawia się już interpretacja przepisów przejściowych korzystna dla akcjonariuszy niewpisanych do rejestru. Sąd Apelacyjny w Krakowie w wyroku z dnia 20 czerwca 2024 r. (sygn. akt I AGa 91/23), wydanym w sprawie dotyczącej wieloletniego sporu korporacyjnego, w którym powódce bezprawnie odmówiono wpisu do rejestru akcjonariuszy, sformułował istotne tezy dotyczące ochrony praw materialnie uprawnionych akcjonariuszy.

Sąd stwierdził, że dematerializacja dokumentów akcji nie powoduje utraty przez akcjonariusza praw wynikających z akcji: „Regulacja ta jednak nie prowadzi do utraty statusu akcjonariusza i nie pozbawia praw korporacyjnych jak i praw majątkowych (legitymacji materialnej) osoby, której te prawa przysługiwały”. Sąd uznał również, że wpis do rejestru akcjonariuszy ma charakter deklaratoryjny (domniemanie wzruszalne), a akcjonariusz może dowodzić skuteczności nabycia praw akcyjnych także w procesie sądowym.

Jednocześnie sąd apelacyjny podkreślił, że brak wpisu do rejestru akcjonariuszy ma konsekwencje dla legitymacji formalnej. W rozpatrywanej sprawie sąd oddalił apelację w części dotyczącej żądania stwierdzenia nieważności uchwał, uznając, że „nie było więc żadnych formalnych podstaw do zawiadomienia powódki o zwołaniu walnego zgromadzenia akcjonariuszy”. Sąd wskazał jednak, że akcjonariusz materialnie uprawniony, lecz niewpisany do rejestru, może być uznany za „akcjonariusza bezzasadnie niedopuszczonego” w rozumieniu art. 422 § 2 pkt 3 KSH, co otwiera drogę do żądania uchylenia uchwał.

Orzeczenie to pozostaje w złożonej relacji z projektem nowelizacji. Z jednej strony potwierdza, że akcjonariusze materialnie uprawnieni nie tracą swoich praw wskutek braku wpisu do rejestru i mogą dochodzić ochrony na drodze sądowej. Z drugiej strony pokazuje, że droga sądowa jest skomplikowana i czasochłonna — sprawa, której dotyczy wyrok, toczyła się latami i nadal nie została ostatecznie rozstrzygnięta.

Z perspektywy standardów AML ścieżka sądowa może być jednak preferowana, gdyż nie wymaga przedłużania okresu funkcjonowania w obrocie papierowych dokumentów akcji, w tym potencjalnie anonimowych akcji na okaziciela — choć należy mieć świadomość, że stawia ona przed pokrzywdzonymi akcjonariuszami znacznie wyższe wymagania dowodowe i proceduralne.

Polska regulacja a model unijny

Porównanie polskiej regulacji z 2019 roku z rozporządzeniem UE 2024/1624 ujawnia istotne podobieństwo konstrukcyjne. W obu przypadkach zastosowano dwuetapowy mechanizm: najpierw zawieszenie możliwości wykonywania praw korporacyjnych z niezarejestrowanych akcji, a następnie — w modelu unijnym — ich anulowanie po upływie ostatecznego terminu.

Polska regulacja art. 15 ustawy nowelizującej już od 1 marca 2021 r. realizuje pierwszy etap tego mechanizmu. Wygaśnięcie mocy obowiązującej dokumentów akcji przy jednoczesnym zachowaniu jedynie ograniczonej mocy dowodowej oznacza, że akcjonariusz niewpisany do rejestru nie może wykonywać praw głosu ani praw majątkowych — może jedynie wykazywać wobec spółki, że przysługują mu prawa udziałowe, w celu uzyskania wpisu. Jest to funkcjonalny odpowiednik zawieszenia praw przewidzianego w art. 79 ust. 3 rozporządzenia UE.

Kluczowa różnica polega na tym, że rozporządzenie UE przewiduje drugi etap — automatyczne anulowanie niezarejestrowanych akcji po 10 lipca 2030 roku. Polska regulacja takiego mechanizmu nie zawiera. Zamiast przejść do kolejnego etapu i wprowadzić ostateczny termin z sankcją anulowania, projekt nowelizacji wydłuża okres przejściowy, odsuwając w czasie moment, w którym trzeba będzie zmierzyć się z problemem akcji trwale pozostających poza rejestrem.

Ryzyko dla ratingu AML Polski

W kontekście cyklicznych ewaluacji Polski przez MONEYVAL (Komitet Ekspertów Rady Europy ds. Oceny Środków Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy) wydłużenie mocy dowodowej papierowych akcji może zostać odczytane jako osłabienie reżimu przejrzystości beneficjentów rzeczywistych.

Ewaluatorzy MONEYVAL oceniają nie tylko literę prawa, ale również jego skuteczność w praktyce. Fakt, że znaczna część spółek nie wykonała obowiązku dematerializacji, a odpowiedzią państwa jest przedłużenie okresu przejściowego zamiast wprowadzenia ostatecznego terminu z sankcją anulowania, może być interpretowany jako słabość systemu.

Wytyczne FATF podkreślają, że ewaluacje wzajemne wykazują generalnie niewystarczający poziom skuteczności w zwalczaniu nadużyć osób prawnych dla celów prania pieniędzy i finansowania terroryzmu na poziomie globalnym. Zgodność z Natychmiastowym Rezultatem 5 (dotyczącym przejrzystości beneficjentów rzeczywistych) jest najniższa spośród wszystkich rezultatów, a jedynie 9% państw spełnia wymogi skuteczności w tym zakresie. Polska, przedłużając okres funkcjonowania papierowych dokumentów akcji, ryzykuje pogorszenie swojej pozycji w tej statystyce.

Alternatywne rozwiązania

Ministerstwo Sprawiedliwości w odpowiedzi na uwagi zgłoszone w procesie legislacyjnym wskazało, że wprowadzenie bardziej radykalnych rozwiązań — takich jak przymusowy wykup lub umorzenie niezarejestrowanych akcji — byłoby przedwczesne bez dokładnej analizy skali problemu.

Resort argumentuje: „Bez takich ustaleń wprowadzanie rozwiązań dążących do pozbawienia akcjonariuszy ich praw wynikających z akcji byłoby przedwczesne, a przede wszystkim obarczone dużym ryzykiem przyjęcia błędnych założeń, które skutkować mogłyby pokrzywdzeniem akcjonariuszy oraz spółek”.

Ministerstwo powołuje się również na konstytucyjne gwarancje prawa własności, wskazując że pozbawienie praw udziałowych powinno nastąpić jedynie za wynagrodzeniem, zgodnie z art. 21, 64 ust. 3 oraz art. 31 ust. 3 Konstytucji RP.

Argumentacja ta jest zrozumiała, jednak nie zmienia faktu, że wydłużanie okresów przejściowych nie rozwiązuje problemu, a jedynie odsuwa go w czasie.

Wprowadzenie ostatecznego terminu z sankcją anulowania

Zamiast przedłużać moc dowodową dokumentów, racjonalniejsze byłoby wprowadzenie mechanizmu przewidzianego w rozporządzeniu UE 2024/1624 — ostatecznego terminu, po którego upływie niezarejestrowane akcje ulegają anulowaniu z mocy prawa.

Rozporządzenie UE 2024/1624 w art. 79 ust. 3 przewiduje, że wszystkie akcje na okaziciela, które nie zostały przekształcone, poddane immobilizacji lub zdeponowane do dnia 10 lipca 2030 roku, zostają anulowane. Jak wskazują wytyczne FATF, we Francji posiadacze fizycznych akcji na okaziciela, którzy nie zarejestrowali akcji w wyznaczonym 18-miesięcznym terminie, zostali pozbawieni prawa głosu, ale nie samych akcji. Dopiero po pięciu latach niezarejestrowane akcje podlegały przymusowej sprzedaży przez emitenta. Taki stopniowany mechanizm sankcji mógłby stanowić wzór dla polskiego ustawodawcy.

Polska i tak będzie musiała dostosować swoje przepisy do wymogów rozporządzenia UE 2024/1624 przed 10 lipca 2029 roku. Zamiast przedłużać okres przejściowy do 2028 roku, racjonalniejsze byłoby wykorzystanie obecnej nowelizacji do wprowadzenia mechanizmu zgodnego z przyszłymi wymogami unijnymi — co zapewniłoby spójność legislacyjną i uniknęłoby konieczności kolejnej nowelizacji w krótkim czasie.

Wnioski

Wydłużenie mocy dowodowej papierowych dokumentów akcji z pięciu do siedmiu lat stanowi rozwiązanie, które można zrozumieć z perspektywy ochrony akcjonariuszy pokrzywdzonych bezczynnością zarządów spółek. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to krok wstecz z perspektywy międzynarodowych standardów przeciwdziałania praniu pieniędzy.

Polska regulacja z 2019 roku była pionierska — już wówczas wprowadzono mechanizm de facto zawieszenia praw korporacyjnych akcjonariuszy niewpisanych do rejestru, wyprzedzając rozwiązania przyjęte później w rozporządzeniu UE 2024/1624. Logicznym następnym krokiem byłoby wprowadzenie ostatecznego terminu z sankcją anulowania niezarejestrowanych akcji — tak jak przewiduje to rozporządzenie unijne. Zamiast tego projekt nowelizacji wydłuża okres przejściowy, odsuwając w czasie konieczność zmierzenia się z problemem akcji pozostających trwale poza rejestrem.

Szczególne wątpliwości budzi fakt, że wydłużenie dotyczy także niezarejestrowanych akcji na okaziciela, w przypadku których — jak przyznaje sam projektodawca — „brak jest możliwości identyfikacji uprawnionego akcjonariusza”. Przez kolejne dwa lata w obrocie mogą więc funkcjonować instrumenty całkowicie anonimowe, co stoi w sprzeczności z fundamentalnymi założeniami międzynarodowych standardów AML.

FATF i Unia Europejska jednoznacznie zmierzają ku całkowitej eliminacji akcji na okaziciela w formie dokumentowej lub ich ścisłej immobilizacji z pełną identyfikacją beneficjentów. Rozporządzenie UE 2024/1624 przewiduje przy tym precyzyjny harmonogram: zakaz emisji nowych akcji na okaziciela, obowiązek konwersji lub immobilizacji do 10 lipca 2029 roku, automatyczne zawieszenie praw z niezarejestrowanych akcji, a ostatecznie ich anulowanie po 10 lipca 2030 roku.

Ministerstwo Sprawiedliwości stoi przed trudnym dylematem: chronić akcjonariuszy, którzy nie ponoszą winy za zaniechania zarządów, czy konsekwentnie realizować międzynarodowe standardy przejrzystości. Wybrano rozwiązanie kompromisowe, które jednak może osłabić pozycję Polski w międzynarodowych ocenach reżimu AML.

Warto, by ustawodawca rozważył, czy doraźna ochrona akcjonariuszy jest warta długoterminowych kosztów reputacyjnych. Być może skuteczniejsze byłoby wprowadzenie mechanizmów zgodnych z rozporządzeniem UE 2024/1624 — ostatecznego terminu z sankcją anulowania niezarejestrowanych akcji — zamiast przedłużania okresu funkcjonowania papierowych dokumentów w obrocie. Doświadczenia Francji i Szwajcarii, przywołane w wytycznych FATF, a teraz usankcjonowane w prawie unijnym, pokazują, że możliwe jest pogodzenie ochrony praw akcjonariuszy z konsekwentną realizacją celów przejrzystości — poprzez stopniowane sankcje i wyznaczenie jasnych, ostatecznych terminów.

Trendy i wyzwania dla działów HR w 2026 roku

Rok 2026 przynosi nowe wyzwania dla działów HR. Pracodawcy muszą dostosować się do nowych przepisów dotyczących jawności wynagrodzeń, przy jednoczesnym zwiększeniu efektywności pakietów benefitów pracowniczych oraz opracowaniu skutecznej strategii zatrzymania talentów. Globalne raporty (Aon, Deloitte, WEF) oraz polskie badania (m.in. Hays, Randstad) pokazują, że HR stoi u progu istotnej transformacji – od kultury organizacyjnej, przez narzędzia, po regulacje prawne. W Aon Polska przeanalizowaliśmy kluczowe trendy na podstawie danych z najnowszych raportów rynkowych.

TREND 1.       Transparentność wynagrodzeń

Pod koniec 2025 roku opublikowano wyczekiwany przez wszystkich projekt ustawy implementującej postanowienie dyrektywny unijnej dotyczącej transparentności wynagrodzeń do polskiego porządku prawnego. „Tajemnica wynagrodzenia” odchodzi do lamusa. Dla naszego rynku jest to nie tylko zmiana porządku prawnego, ale również rewolucja kulturowa. W kraju nad Wisłą zarobki to ciągle temat tabu. Nie lubimy i nie umiemy rozmawiać o pieniądzach. Poza oczywistymi kwestiami, którymi muszą zająć się pracodawcy, żeby spełnić nałożone wymagania, jak jasna architektura stanowisk pracy, kryteria wynagradzania czy kontrolowanie luki płacowej, warto zwrócić uwagę na często niedocenianą kwestię – komunikację. Zadbanie o odpowiedni przepływ informacji i formę ich podania będzie kluczowym elementem całej zmiany i na pewno będzie to jeden z głównych elementów, na których działy HR będą koncentrowały się w 2026 roku. 

TREND 2.       Mądrzejsze benefity pracownicze

Już od kilku lat pracodawcy borykają się z szybko rosnącymi kosztami benefitów pracowniczych, szczególnie w zakresie prywatnej opieki medycznej. Dwucyfrowy wskaźnik inflacji medycznej, który towarzyszy nam od czasów pandemii, daje się już wszystkim mocno we znaki. Dodatkowo benefity pracownicze przechodzą ewolucję od pakietu “must-have” do strategicznego narzędzia HR. Jeszcze niedawno prywatna opieka medyczna czy grupowe ubezpieczenie na życie były przewagą konkurencyjną – dziś to podstawowy standard rynkowy. Potwierdzają to dane: 93% polskich pracodawców oferuje sponsorowaną opiekę medyczną, a 84% zapewnia ubezpieczenie na życie/NNW. Podobnie jest globalnie – np. ubezpieczenie na życie oraz program EAP należą do najczęściej wdrażanych minimalnych świadczeń w międzynarodowych korporacjach (w obu przypadkach 73% firm globalnie je gwarantuje)[1]. To pokazuje, że firmy na całym świecie zapewniają pracownikom pewien “pakiet bezpieczeństwa”: zdrowie, życie, podstawowe zabezpieczenie finansowe.

W Polsce byliśmy w ostatnich latach świadkami rozszerzania katalogu benefitów, często ponad standard. Rosnące koszty spowodowały jednak, że pracodawcy zaczęli się bacznie przyglądać efektywności tych rozwiązań. Wiadomym jest, że zaopiekowany pracownik jest efektywny i lojalny. Pracodawcy zaczynają to coraz dokładniej mierzyć i przeliczać na oszczędności. Dlatego tak ważne jest, aby rozwiązania benefitowe nie były zlepkiem przypadkowych pomysłów różnych grup interesów, ale stanowiły spójną strategię, a ich wpływ na pracowników powinien być cyklicznie mierzony i analizowany.

TREND 3.       Dobrostan psychiczny pracowników

Dobrostan psychiczny stał się kluczowym elementem oferty pracodawcy. Jeszcze kilka lat temu mało kto traktował wsparcie psychologiczne jako benefit – dziś programy Employee Assistance Program (EAP) (anonimowe konsultacje z psychologiem, infolinie wsparcia) są wprowadzane masowo. Na świecie EAP to jeden z najczęstszych elementów globalnych pakietów (wspomniane 73% firm ma EAP w pakiecie minimalnym)[1], a i w Polsce 41% firm już udostępnia formalne programy wsparcia pracownikom. Równocześnie rośnie popularność szkoleń i warsztatów z radzenia sobie ze stresem, programów mindfulness, inicjatyw promujących work-life balance. Pandemia i praca zdalna przyspieszyły te zmiany – pracodawcy widzą, że przeciążenie i wypalenie zawodowe realnie uderza w produktywność. Wg. danych ZUS zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania stanowią jedną z pięciu najczęstszych przyczyn absencji chorobowych pracowników, a ich udział ciągle rośnie (2023 – 11%, 2024 – 12,6%)[9]. W efekcie budżety na wellbeing już nie są postrzegane jako fanaberia, lecz inwestycja z konkretnym zwrotem (mniejsza absencja, większe zaangażowanie). 

TREND 4.       Profilaktyka zdrowotna

Rosnące koszty prywatnej opieki medycznej, jak również liczba dni absencji chorobowej na jednego ubezpieczonego powodują coraz większy fokus działów na prewencji. Trend ten łączy się płynnie z dbaniem o dobrostan pracowników oraz polityką ściągania pracowników do biur. Coraz większa liczba pracodawców decyduje się na organizację akcji badań profilaktycznych i edukacyjnych dla pracowników. Widać tutaj zwrot w kierunku zaplanowanego kalendarza takich inicjatyw na cały rok z góry, zamiast organizowania akcji adhoc. Zaplanowane akcje profilaktyczne wpisują się idealnie w całość strategii benefitowej i przemyślanego planu utrzymania talentów. A możliwości jest tutaj naprawdę wiele, od webinarów o zdrowym odżywianiu czy ergonomii stanowiska pracy, bo warsztaty kulinarne, badania krwi, masaże, a nawet mobilną tężnię solankową.

TREND 5.       Technologia i AI w HR

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednym trendzie: automatyzacja procesów HR i wykorzystanie sztucznej inteligencji. W 2025 r. tylko 10% firm w Europie deklarowało pełną gotowość do wykorzystania AI w HR, a AIHR podkreśla, że wiele działów HR ma trudność z wdrażaniem nowych technologii[7]. Jednak nie da się uciec od narzędzi – od rekrutacji (ATS z AI selekcjonującymi CV), przez chatboty kadrowe odpowiadające pracownikom na pytania, po analitykę predykcyjną (np. modele wskazujące, którzy pracownicy są obarczenie wysokim ryzykiem odejścia). W 2026 HR-owcy będą musieli łączyć “człowieczeństwo” (empatię, etykę) z “danymi” (data-driven HR). Technologia może pomóc w retencji – np. algorytmy identyfikujące spadek zaangażowania i sugerujące interwencje – ale niewłaściwie używana może też zaszkodzić (obawy o inwigilację, uprzedzenia algorytmów). Dlatego pojawia się rola HR-u jako strażnika etyki AI. Organizacje, które odpowiednio przeszkolą działy HR w korzystaniu z nowych narzędzi, zyskają przewagę (efektywniejsze procesy, lepsze decyzje personalne). Ale równie ważne będzie budowanie zaufania pracowników do tych narzędzi (transparentność algorytmów, zapewnienie, że AI wspiera, a nie ocenia potajemnie).

Podsumowanie

HR w 2026 roku stanie się obszarem licznych zmian oraz strategicznych działań dla firm. Z jednej strony, twarde regulacje prawne (jawność płac) wymuszą konkretne działania. Z drugiej strony, miękkie czynniki (oczekiwania pracowników co do rozwoju, kultury, wartości) będą decydować o sukcesie w przyciąganiu i utrzymaniu talentów. Jedno jest pewne: działy HR nigdy dotąd nie były tak blisko centrum decyzyjnego biznesu jak teraz. Od skuteczności HR zależy, czy organizacja zbuduje zdolność adaptacji na przyszłość.

Co to oznacza w praktyce dla polskich pracodawców? Przede wszystkim, potrzebna jest proaktywna postawa. Firmy, które już dziś inwestują w analizy danych (np. audyty płacowe, benchmarki benefitów) i dialog z pracownikami, jutro będą kilka kroków przed konkurencją. Ekspercka wiedza poparta danymi – np. z raportów Aon – pozwoli podejmować lepsze decyzje: jakie działania podjąć w celu zniwelowania luki płacowej, jakie benefity realnie podniosą satysfakcję pracowników, jak zaplanować rozwój kompetencji.

Rok 2026 może być czasem wzmocnienia tej przewagi – o ile potraktujemy wyzwania HR nie jak przeszkodę, lecz jak szansę na ulepszenie organizacji. Bo ostatecznie, jak mówi jedna z podstawowych zasad zarządzania: “Dbaj o pracowników, a oni zadbają o twój biznes”.

Źródła

[1] Global minimum benefits standards are becoming the new normal, Aon reports

[2] Aon Employee Benefit Survey 2024

[4] Jawne wynagrodzenia w ofertach pracy – nowelizacja Kodeksu pracy …

[5] 2025_Global_Pay_Transparency_Study – Aon

[6] Gi-Group-Holding-Barometr-rynku-pracy_edycja-19

[7] Wyzwania HR w dobie transformacji rynku pracy

[8] Raport. Absencja chorobowa w 2024 r. – ZUS

Transport i logistyka najbardziej obawiają się cyberzagrożeń, turbulencji gospodarczych i wzrostu konkurencji

  • Ataki cybernetyczne i naruszenia danych to obecnie najważniejsze ryzyko dla branży TSL – wynika z 10. edycji „Globalnego badania zarządzania ryzykiem 2025” przygotowanego przez Aon. Aż 17,7% firm z sektora poniosło straty z tego tytułu w ciągu ostatnich 12 miesięcy.
  • W kolejnych trzech latach na znaczeniu zyskają także ryzyka związane ze wzrostem konkurencji oraz spowolnieniem gospodarczym.
  • Wypadki w pracy pozostają największym źródłem faktycznych strat – dotknęły aż 64,7% ankietowanych organizacji, przewyższając wszystkie inne kategorie ryzyka.

Branża transportu i logistyki stoi w obliczu bezprecedensowego splotu zagrożeń, w którym tradycyjne ryzyka operacyjne spotykają się z nowymi wyzwaniami technologicznymi i geopolitycznymi – wynika z 10. edycji „Globalnego badania zarządzania ryzykiem 2025” przygotowanego przez Aon (Global Risk Management Survey). Badanie objęło niemal 3000 respondentów z 63 krajów, w tym przedstawicieli branży TSL z całego świata.

Cyberbezpieczeństwo na szczycie listy obaw

Na pierwszym miejscu listy najbardziej krytycznych ryzyk dla branży transportu i logistyki znalazły się ataki cybernetyczne i naruszenia danych. To zagrożenie wyprzedziło tradycyjne obawy o spowolnienie gospodarcze (2. miejsce) i przerwy w prowadzeniu działalności (3. miejsce). Na kolejnych pozycjach znalazły się: wzrost konkurencji, zmiany regulacji prawnych oraz zakłócenia w procesie dystrybucji lub łańcuchu dostaw.

Co niepokojące, 17,7% firm z branży TSL już poniosło straty związane z cyberatakami w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Dlatego też świadomość zagrożenia rośnie – aż 85,3% organizacji wdrożyło plany lub formalne przeglądy dotyczące ryzyka cybernetycznego, co jest najwyższym wskaźnikiem spośród wszystkich kategorii ryzyka.

– Branża transportu i logistyki znajduje się dziś na pierwszej linii frontu cyfrowych zagrożeń. Ataki ransomware mogą sparaliżować całe łańcuchy dostaw w ciągu godzin, dlatego cyberbezpieczeństwo nie jest już tylko kwestią IT, ale fundamentem ciągłości biznesowej – wyjaśnia Piotr Rudzki, Cyber Practice Leader, Aon Polska.

Na znaczeniu w ciągu najbliższych trzech lat zyskają natomiast najbardziej zagrożenia związane ze wzrostem konkurencji oraz spowolnieniem gospodarczym, które zajęły w zestawieniu ryzyk przyszłości odpowiednio 1. oraz 3. miejsce.

Wypadki w pracy – największe źródło faktycznych strat

Chociaż wypadki w pracy zajęły dopiero 8. miejsce na liście najważniejszych ryzyk, w praktyce okazały się najbardziej kosztowne dla branży. Aż 64,7% organizacji poniosło straty związane z wypadkami pracowników w ciągu ostatnich 12 miesięcy – to najwyższy wskaźnik spośród wszystkich kategorii ryzyka w badaniu.

Wysoki poziom wypadkowości w branży TSL wynika z charakteru pracy – kierowcy, magazynierzy i operatorzy maszyn narażeni są na liczne zagrożenia fizyczne. Problem ten wymaga systematycznego podejścia do zarządzania bezpieczeństwem i higieną pracy, które wdrożyło 71,4% firm z sektora.

Czynnik geopolityczny i klimatyczny

Zmienność geopolityczna zajęła 9. miejsce na liście najważniejszych ryzyk, a jej wpływ na działalność firm logistycznych w perspektywie trzech lat oceniany jest jako znaczący. Aż 38,9% respondentów z branży przewiduje umiarkowany wpływ wydarzeń geopolitycznych na łańcuchy dostaw, a kolejne 32,5% – wpływ znaczny.

Podobnie kształtują się obawy dotyczące ryzyka klimatycznego. Pogoda i katastrofy naturalne znalazły się na 10. miejscu listy bieżących zagrożeń, przy czym 38,8% firm już poniosło z tego tytułu straty. W perspektywie trzech lat 38,9% organizacji wskazuje na umiarkowany wpływ zmian klimatycznych na działalność, a 14,3% na wpływ znaczny.

Rosnące koszty ryzyka i struktura zarządzania

Branża TSL mierzy się z rosnącymi kosztami ryzyka ubezpieczalnego. Blisko połowa respondentów (48,2%) potwierdza wzrost łącznego kosztu ryzyka, podczas gdy tylko 10,8% obserwuje jego spadek. 66,1% firm z branży TSL posiada formalny departament zarządzania ryzykiem lub ubezpieczeń, co jest nieco poniżej średniej globalnej (68,4%). W odpowiedzi na narastające wyzwania, firmy zwiększają jednak inwestycje w zarządzanie ryzykiem – zarówno poprzez wewnętrzną rekrutację, jak i korzystanie z usług zewnętrznych konsultantów.

– Widzimy wyraźnie, że tradycyjne ryzyka operacyjne – wypadki, uszkodzenia mienia – łączą się dziś z nowymi wyzwaniami: niestabilnością geopolityczną, zmianami klimatycznymi i presją konkurencyjną. Firmy TSL muszą myśleć holistycznie o zarządzaniu ryzykiem. Pojedyncze zdarzenie może uruchomić efekt domina w całym łańcuchu wartości – dodaje Mariusz Guz, Członek Zarządu Aon Polska.

O badaniu

Globalne badanie zarządzania ryzykiem Aon 2025 zostało przeprowadzone w formie internetowej ankiety od kwietnia do czerwca 2025 roku. Wzięło w nim udział 2941 decydentów z 63 krajów i 16 sektorów branżowych, w tym przedstawiciele branży transportu i logistyki z całego świata.

Mniej mandatów i wykroczeń, ale skala naruszeń wciąż duża. Dane PIP za trzy kwartały 2025 r.

W pierwszych trzech kwartałach ub.r. inspektorzy pracy przeprowadzili o ok. 3,5 tys. mniej kontroli niż w analogicznym okresie 2024 roku. Z danych udostępnionych przez GIP PIP wynika, że spadła rdr. liczba wydanych decyzji ogółem, w tym w związku z naruszeniami w zakresie BHP. Mniej rok do roku było też decyzji płacowych, ale w tym przypadku wzrosła ich łączna kwota. Reakcją na stwierdzone wykroczenia przeciwko prawom pracownika były m.in. mandaty karne i wnioski do sądu. Natomiast w związku z podejrzeniem przestępstwa złożono zawiadomienia do prokuratury.

Według danych udostępnionych przez GIP PIP, w pierwszych trzech kwartałach ub.r. inspektorzy pracy przeprowadzili ponad 43 tys. kontroli. To mniej niż w analogicznym okresie 2024 roku, kiedy takich działań było 46,5 tys. Podejmowane czynności kontrolne dotyczyły prawnej ochrony pracy, legalności zatrudnienia czy zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków pracy.

– To umiarkowana liczba kontroli, ani wyjątkowo wysoka, ani zaskakująco niska. W Polsce mamy ponad 2,5 mln aktywnych podmiotów gospodarczych, a więc 43 tys. ww. czynności to ok. 1,7% firm. Mniejsza o ok. 3,5 tys. liczba kontroli względem roku poprzedniego może świadczyć o stabilizacji działań PIP lub o ograniczeniach kadrowych w PIP. Ostatni aspekt należy uznać za istotny dla efektywności działań tej instytucji w świetle szerokiego i poszerzającego się zakresu jej ustawowych zadań, a tym samych potencjalnych tematów kontroli – komentuje dr hab. Jacek Borowicz z Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jak stwierdza Katarzyna Lorenc, ekspertka BCC ds. rynku pracy oraz zarządzania i efektywności pracy, liczba zgłoszeń naruszeń może być niższa. Od wielu lat przedsiębiorcy poprawiają bowiem warunki pracy. Weszła też ustawa o sygnalistach, wzmocnione są działania compliance w firmach. W efekcie wiele nieprawidłowości może być zgłaszanych najpierw wewnętrznie. A jeśli one nie zadziałają, to o sprawach mogą być zawiadamiane urzędy, sądy itd.

– PIP to służba wyspecjalizowana, która z pewnością koncentruje się na jakości i skuteczności kontroli, a nie tylko na ich liczbie. Nie można też utożsamiać mniejszej liczby kontroli z mniejszą liczbą nieprawidłowości. Z przedstawionych danych taki wniosek nie wynika. Ponadto w wielu regionach kraju zmniejsza się rynek pracy. Sporo pracowników może więc nie zgłaszać nieprawidłowości w obawie o utratę zatrudnienia – wyjaśnia Aldona Międlar-Adamska, radca prawny z kancelarii Ars Aequi.

W związku ze stwierdzonymi w czasie kontroli naruszeniami inspektorzy pracy wydali od stycznia do września br. 170,6 tys. decyzji ogółem, w tym w wyniku naruszeń w zakresie BHP – 165,8 tys. decyzji. W analogicznym okresie ubiegłego roku było to odpowiednio 186,8 tys. i 182,4 tys. W sytuacji stwierdzenia zagrożenia zdrowia lub życia ludzkiego inspektorzy pracy wydali w trzech kwartałach br. m.in. 52,3 tys. decyzji (dot. 285,5 tys. osób) z rygorem natychmiastowej wykonalności (art. 108 Kpa, rok wcześniej odpowiednio – ponad 57,1 tys. i dot. 266,9 tys. osób), 3,6 tys. decyzji (dot. 10 tys. osób) o wstrzymaniu prac (rok wcześniej – 5,5 tys. decyzji dot. 14,1 tys. osób) czy 6,1 tys. decyzji (dot. 21,7 tys. osób) o wstrzymaniu eksploatacji maszyn (rok wcześniej – 7,1 tys. decyzji dot. 23,8 tys. osób).

– Inspektorzy pracy nadal w pierwszym rzędzie często identyfikują poważne zagrożenia dla zdrowia i życia pracowników. Wynika to z naruszeń przepisów BHP, które – jak można zasadnie domniemywać – niejednokrotnie wynikają z tego, że pracodawcy poszukują oszczędności lub ułatwień organizacyjnych ze szkodą dla zdrowia i życia swoich pracowników. Choć prezentowane liczby są nieco niższe niż rok wcześniej, należy ocenić, że skala interwencji pozostaje wysoka – dotyczy setek tysięcy osób – analizuje dr hab. Jacek Borowicz.

Z kolei Katarzyna Lorenc podkreśla, że w wielu firmach działania BHP stają się elementem działań zabiegania o markę pracodawcy i doświadczeń pracownika. Należy zauważyć tendencję spadkową, ale każde naruszenie, które może mieć wpływ na życie i zdrowie, powinno być traktowane poważnie. Według ekspertki BCC, niepokoją cyfry w tysiącach. – One świadczą o tym, że wewnętrzne zespoły BHP, funkcje nieformalnych ambasadorów BHP mają wiele do zrobienia. Dwustronna komunikacja na temat bezpieczeństwa i warunków pracy nadal jest wyzwaniem – wskazuje Katarzyna Lorenc.

W wyniku stwierdzonych nieprawidłowości inspektorzy wydawali także decyzje płacowe. W trzech kwartałach br. było ich 4,8 tys. na łączną kwotę ponad 169,3 mln zł (dotyczyły one 28,6 tys. osób). Natomiast w danych za analogiczny okres ubiegłego roku widzimy 4,4 tys. decyzji na kwotę 92,3 mln zł (dot. 24,1 tys. osób).

– W moim odczuciu, wyłania się wniosek, że pracodawcy odczuwają problemy z płynnością. Przedsiębiorcy wiedzą bowiem, że płacenie wynagrodzeń pracowniczych jest dla nich kwestią kluczową dla prowadzenia działalności. Większość zdaje sobie sprawę z tego, że bez pracowników ich biznes nie będzie funkcjonował i jeśli mają opóźnienia płatnicze to nie w obszarze wynagrodzeń. To bardzo niepokojący trend – przekonuje Aldona Międlar-Adamska.

Podczas kontroli inspektorzy pracy stwierdzili w trzech kwartałach ub.r. ponad 35,8 tys. wykroczeń przeciwko prawom pracownika (w analogicznym okresie ub.r. – 41,2 tys.). W związku z wykroczeniami wystawili w tym roku 12 tys. mandatów karnych na łączną kwotę 16,5 mln zł (rok wcześniej – 13,9 tys. mandatów na kwotę 18,1 mln zł). Ponadto zastosowali środki wychowawcze – 6,1 tys. (rok wcześniej – 6,4 tys.), do sądu skierowali 512 wniosków (562 wnioski). W przypadku podejrzenia przestępstwa przeciwko prawom pracownika złożyli zawiadomienia do prokuratury, w ubiegłym roku – 215, a w 2024 roku – 219.

– Powyższe dane wskazują na większą surowość kar, ich kwota spada wolniej niż liczba wykroczeń. Wnioski do sądów czy prokuratorów to jeszcze nie wyroki, a liczba zgłoszeń w relacji do stwierdzonych wykroczeń stanowi promil. To oznacza, że poważne tematy trafiają się rzadko. Potwierdza to pozytywną tendencję w działaniach pracodawców względem personelu – mówi Katarzyna Lorenc.

Według dr. hab. Jacka Borowicza, choć ww. sytuacji było mniej niż rok wcześniej, to nadal jednak mamy do czynienia z dużą liczbą przypadków wymagających reakcji – od mandatów po zawiadomienia do prokuratury. Dane te można więc ocenić jako umiarkowanie niepokojące. Tysiące naruszeń rocznie oznaczają, że wielu pracodawców nadal nie przestrzega podstawowych przepisów prawa pracy. Zdaniem eksperta z Uniwersytetu Wrocławskiego, warto zwrócić uwagę na kategorię „zawiadomienia do prokuratury”. Ponad 200 przypadków podejrzenia przestępstwa to sygnał, że niektóre naruszenia mają charakter poważny i systemowy.

Promocje pod lupą UOKiK: Zalando z karą 30,9 mln zł, Temu – 5,9 mln zł

0

Nie każda obniżka oznacza realną oszczędność – a nie każda promocja jest tak atrakcyjna, jak sugerują komunikaty sprzedażowe. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał dwie decyzje, w których uznał, że klienci platform Zalando oraz Temu nie byli prawidłowo informowani o obniżkach cen. Łączna wysokość nałożonych kar wyniosła blisko 37 mln zł.

Najniższa cena z 30 dni – obowiązek, nie opcja

Kluczowym elementem sprawy jest obowiązek informowania o najniższej cenie z 30 dni przed obniżką, wprowadzony do polskiego prawa w 2023 r. w wyniku implementacji tzw. dyrektywy Omnibus. Informacja ta ma stanowić podstawowy punkt odniesienia przy ocenie rzeczywistej skali rabatu.

Jak podkreśla Tomasz Chróstny, przedsiębiorcy są zobowiązani do rzetelnego prezentowania promocji – niezależnie od kanału sprzedaży czy formy reklamy. Manipulowanie cenami referencyjnymi lub selektywne ich prezentowanie narusza zbiorowe interesy konsumentów i będzie skutkować sankcjami.

Zalando: brak informacji i manipulowanie punktem odniesienia

W przypadku Zalando UOKiK ustalił, że przez długi czas klienci polskiej wersji serwisu nie mieli dostępu do informacji o najniższej cenie z 30 dni przed obniżką – ani na stronie produktu, ani w reklamach zewnętrznych. Nawet po rozpoczęciu jej prezentowania spółka robiła to w sposób nierzetelny.

Urząd wskazał na powtarzające się przypadki modyfikowania „najniższej ceny” bez faktycznej zmiany ceny sprzedaży, co powodowało sztuczne zawyżanie wysokości rabatu. Dodatkowo Zalando obliczało procentowe obniżki w odniesieniu do cen „początkowych” lub „regularnych”, a nie do wymaganej ustawowo ceny z ostatnich 30 dni, przez co promocje wydawały się bardziej atrakcyjne, niż były w rzeczywistości.

Za dwie praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów Prezes UOKiK nałożył na Zalando SE z siedzibą w Berlinie karę 30 945 000 zł. Decyzja jest nieprawomocna – spółce przysługuje odwołanie do sądu. Równolegle UOKiK prowadzi wobec Zalando odrębne postępowanie dotyczące nieudzielenia żądanych informacji.

Temu: niespójne i błędne dane o promocjach

Nieprawidłowości stwierdzono również na platformie Temu, obsługiwanej w UE przez spółkę Whaleco Technology Limited z siedzibą w Dublinie. Analiza strony internetowej i aplikacji mobilnej wykazała, że informacje o najniższej cenie z 30 dni przed obniżką nie zawsze były podawane, a jeśli się pojawiały – bywały nieprawdziwe lub niespójne.

UOKiK zidentyfikował m.in. sytuacje, w których:

  • zmieniała się cena sprzedaży, ale „najniższa cena z 30 dni” była błędna,
  • zmieniały się obie ceny, jednak nadal prezentowano nieprawidłowe dane,
  • cena sprzedaży pozostawała bez zmian, lecz dzień po dniu zmieniała się rzekoma najniższa cena z 30 dni.

W toku postępowania Temu zaniechało kwestionowanych praktyk i ujednoliciło sposób prezentowania promocji. Mimo to Prezes UOKiK nałożył na spółkę karę 5 910 900 zł. Decyzja również ma charakter nieprawomocny.

Dlaczego to ważne dla konsumentów

Jak pokazują badania UOKiK i Komisji Europejskiej, konsumenci w dużej mierze ufają prezentowanym rabatom procentowym, często nie weryfikując ich podstawy. Efekt tzw. zakotwiczenia sprawia, że wysoka wartość procentowa obniżki jest automatycznie odbierana jako realna korzyść – nawet jeśli została obliczona na podstawie zawyżonej lub fikcyjnej ceny referencyjnej.

Dlatego informacja o najniższej cenie z 30 dni przed obniżką ma kluczowe znaczenie dla podejmowania świadomych decyzji zakupowych.

Kontrole trwają

Prezes UOKiK zapowiada dalsze działania kontrolne zarówno w e-commerce, jak i w handlu stacjonarnym. Obecnie prowadzone są postępowania m.in. wobec spółek Media Markt, Sephora, Glovo, Shell Polska, AzaGroup (Renee i Born2Be) oraz Jeronimo Martins Polska. Urząd wystosował także ponad 70 tzw. wystąpień miękkich, wskazujących przedsiębiorcom, jak prawidłowo oznaczać promocje.

Jak podkreśla UOKiK, promocja to element strategii sprzedażowej, ale wiąże się z konkretnymi obowiązkami prawnymi. Ich lekceważenie może okazać się kosztowne.

Stanowisko Zalando

Po publikacji artykułu dotyczącego zarzutów UOKiK wobec Zalando redakcja otrzymała stanowisko spółki. Publikujemy je w całości poniżej.

„Po uchwaleniu dyrektywy Omnibus na poziomie europejskim podjęliśmy niezbędne kroki, by spełniać jej wymogi w jednolity sposób dla konsumentów w całej UE. Przepisy polskiego prawa, które zostały uchwalone w późniejszym okresie, różniły się od europejskich. UOKiK zdecydował się wszcząć postępowanie w sprawie naszych postępów związanych z ich wdrożeniem. Od samego początku i przez cały czas trwania sprawy byliśmy w stałym dialogu z UOKiK, odpowiadając na wszystkie pytania i informując o naszych działaniach związanych z implementacją lokalnych regulacji. Niezwłocznie wdrożyliśmy wszystkie wymagania przedstawione nam przez UOKiK, zgodnie z wytycznymi organu, na podstawie obowiązujących w Polsce przepisów. 

Aktualnie analizujemy decyzję Prezesa UOKiK i zamierzamy bronić naszego stanowiska, odwołując się od decyzji do sądu”.

Stanowisko Temu

Po publikacji tekstu otrzymaliśmy również oficjalne stanowisko Temu. Marka deklaruje pełną współpracę z UOKiK.

„W pełni współpracowaliśmy z UOKiK, uwzględniliśmy przekazane uwagi i wprowadziliśmy niezbędne zmiany. Będziemy nadal konstruktywnie współpracować z UOKiK, aby zapewniać jak najlepszą jakość usług naszym użytkownikom w Polsce.”

W oświadczeniu UOKiK zasygnalizował, że w trakcie prowadzonego postępowania Temu zmieniło kwestionowane praktyki i obecnie prezentuje jednolite informacje o promocjach w serwisie Temu:

Przedsiębiorca w trakcie prowadzonego postępowania zaniechał kwestionowanych praktyk i obecnie prezentuje jednolite informacje o promocjach w serwisie Temu.” (Źródło: https://uokik.gov.pl/obnizka-jaka-jest-kazdy-widzi-niekoniecznie-najnizsza-cena-z-30-dni-przed-obnizka-kary-dla-zalando-i-temu).

Bruksela stawia na środowisko, rolnicy na przetrwanie. Mercosur zaostrza konflikt

Kolejne modyfikacje systemu wsparcia rolnictwa w UE, bez zwiększenia skali pomocy, budzą obawy rolników, że otwarcie europejskiego rynku dla żywności z państw Ameryki Południowej spowoduje dalszy spadek opłacalności produkcji rolnej.

Kwestia umowy handlowej między Unią Europejską i Mercosurem od dłuższego czasu rodzi wiele dyskusji i wywołuje protesty rolników w Polsce oraz innych państwach UE. W związku z tym warto przyjrzeć się sytuacji sektora rolnego w Unii.

W tym miejscu należy przypomnieć protesty rolników, które przetoczyły się przez państwa UE na przełomie lat 2023-2024 i były prowadzone pod hasłem sprzeciwu wobec Europejskiego Zielonego Ładu. Efektem tych protestów było ogłoszenie przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen dialogu strategicznego z rolnikami. Owocem tych prac był raport z rekomendacjami dla polityki UE wobec sektora rolnego. Stał się on podstawą wizji dla sektora rolno-żywnościowego w Europie, przedstawionej przez obecną KE w lutym 2025 r.

Kroki te wydawały się wskazywać, że w Brukseli dostrzeżono problemy i wyzwania, przed którymi stoi sektor rolny w UE, co skutkować powinno podjęciem działań mających usprawnić unijną politykę wobec rolnictwa. Ten kierunek został jednak potem porzucony w dalszych działaniach KE. Chodzi przede wszystkim o propozycje dotyczące wieloletnich ram finansowych na lata 2028-2034 i reformy systemu wsparcia rolnictwa w ramach Wspólnej Polityki Rolnej (WPR).

Propozycje te są na tyle niejasne, że trudno jednoznacznie stwierdzić, jak w kolejnych latach będzie wyglądała polityka wobec sektora rolnego. Trudno nawet wskazać kwotę, która ma zostać przeznaczona na WPR.

W obliczu rosnących kosztów produkcji oraz konkurencji ze strony innych części świata, gdzie w ostatnich latach bardzo silnie rozwija się rolnictwo, trudno się więc dziwić, że rolnicy w UE obawiają się o swoją przyszłość. W związku z tym umowa handlowa UE-Mercosur dla wielu z nich stała się kroplą, która przelała czarę goryczy. To skutki braku stabilności polityki wobec tego sektora.

W ostatniej dekadzie Wspólna Polityka Rolna coraz silniej była ukierunkowana na kwestie środowiskowe. Najpierw wprowadzono tzw. zazielenienie płatności bezpośrednich, czyli najważniejszego instrumentu wsparcia rolników. W ramach planów strategicznych WPR 2023-2027 wdrażane są tzw. ekoschematy.

Propozycje dotyczące WPR, przedstawione przez KE w lipcu 2025 r., wskazują na kolejne modyfikacje systemu wsparcia bez zwiększenia skali pomocy dla sektora. Budzi to obawy rolników i w konsekwencji sprawia, że szersze otwarcie rynku UE na produkty rolne z państw Mercosuru wywołuje strach przed dalszym spadkiem opłacalności produkcji rolnej.

Można odnieść wrażenie, że KE uznała dialog z rolnikami za zakończony i mimo takich gestów, jak strategia odnowy pokoleniowej w rolnictwie, nie podejmuje działań, które będą skuteczniej odpowiadały na wyzwania stojące przed tym sektorem. Oddaje tym samym pole wszystkim zainteresowanym narastaniem niechęci wobec Unii Europejskiej.

Grok pod presją na wielu frontach: UE, Wielka Brytania, Francja, Indie – rośnie ryzyko sankcji dla X

Chatbot AI Grok, rozwijany przez firmę xAI Elona Muska, po tym jak udostępnił usługę generowania seksualnych deepfak’ów (roznegliżowanych zdjęć osób) na platformie X, znalazł się w centrum międzynarodowego skandalu. Eksperci Check Point alarmują – należy zamknąć lukę na poziomie modelu, aby polecenia i edycje prowadzące do sztucznego „rozbierania” użytkowników były blokowane.

W opinii ekspertów firmy Check Point, platformy powinny traktować ten problem jak incydent bezpieczeństwa i usuwać lukę na poziomie samego modelu, aby wykluczyć możliwość zniekształcania rzeczywistości jako treści seksualnych. Zwracają jednocześnie uwagę na fakt, iż brak międzynarodowych traktatów i wspólnych regulacji dotyczących AI sprawia, że platformy takie jak X starają się unikać odpowiedzialności. – Częściowe ograniczenia nie uchronią ofiar, których wizerunki zostały już stworzone, udostępnione i zapisane – podkreśla Charlotte Wilson z firmy Check Point.

Podobne stanowisko prezentuje rząd RP. – Niekontrolowana AI szaleje i wyrządza coraz większe szkody. Grok znów, z inspiracji Elona Muska testuje, jakie granice może przekroczyć…. Nie ma zgody na bezkarne łamanie prawa i tworzenie przez AI treści nielegalnych, niszczących ludzi i psychikę — zauważył Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski we wpisie na platformie X.

Powiedzmy to jasno, to że system, który obraża, promuje treści seksualne i narusza godność to wina zarządzania oraz braku zasad etycznych platformy — dodaje minister.

Skala problemu wywołała zdecydowaną reakcję władz na całym świecie. Unia Europejska określiła zachowanie Groka jako „nielegalne” i „odpychające”. O dochodzeniach mówili również urzędnicy we Francji, Indiach i Malezji.

Grok został uruchomiony w 2023 roku jako „ostrzejsza” alternatywa dla konkurencyjnych chatbotów, które posiadają więcej zabezpieczeń. Latem ubiegłego roku dodano funkcję generatora obrazów – Grok Imagine – wyposażono w tzw. „spicy mode”, umożliwiający tworzenie treści dla dorosłych. To właśnie ten element, w połączeniu z publiczną widocznością generowanych obrazów, sprawił, że kontrowersyjne treści mogły szybko rozprzestrzeniać się w internecie. W odpowiedzi na falę oburzenia i krytyki, Grok zaczął ograniczać możliwość generowania i edytowania obrazów dla większości użytkowników (dostępne obecnie dla do płacących subskrybentów).

Eksperci jednak zauważyli, że Grok przez ostatnie tygodnie spełniał liczne, potencjalnie złośliwe prośby użytkowników – od „ubierania” kobiet w bikini po umieszczanie ich w jednoznacznie seksualnych pozach. W kilku przypadkach pojawiły się poważne obawy, że wygenerowane obrazy mogą dotyczyć dzieci.

Przyszłość Groka pod znakiem zapytania

Skandal wokół Groka pokazuje, jak cienka jest granica między innowacją a odpowiedzialnością. Publiczna widoczność treści, „odważne” podejście do ‘’niezależności treści’’ i niewystarczające zabezpieczenia sprawiły, że chatbot Muska stał się symbolem problemów, z jakimi mierzy się dziś branża AI. Pytanie nie brzmi już, czy potrzebne są regulacje – ale jak szybko i jak skutecznie zostaną wdrożone, zanim technologia wyrządzi kolejne szkody.

Develia sprzedała rekordowe 3345 lokali w 2025 r., przekraczając roczny cel

0

W 2025 r. Develia na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych sprzedała 3345 lokali, o 5% więcej niż w 2024 r. i tym samym przekroczyła swój roczny cel, który wynosił 3100-3300 mieszkań. W minionym roku deweloper przekazał 2959 lokali – o 3% więcej niż w 2024 r. W samym IV kwartale 2025 r. spółka sprzedała 845 mieszkań i przekazała 996.

W 2025 r. Develia sprzedała na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych 3345 lokali (w tym 173 mieszkania w inwestycjach pozyskanych dzięki przejęciu Bouygues Immobilier Polska oraz 28 lokali w projektach realizowanych w ramach joint venture). Największą roczną sprzedaż Develia odnotowała w inwestycjach: Aleje Praskie i Bemowo Vita w Warszawie, Orawska Vita we Wrocławiu, Centralna Vita i City Vibe w Krakowie, Południe Vita w Gdańsku oraz Unii Lubelskiej w Poznaniu. W minionym roku deweloper przekazał 2959 lokali wobec 2865 w 2024 r.

Na koniec 2025 r. Develia miała zawarte 48 umów rezerwacyjnych, które po podjęciu decyzji przez klientów mogą w najbliższym okresie przekształcić się w umowy deweloperskie.

Kolejny rok z rzędu odnotowaliśmy rekordową sprzedaż i zrealizowaliśmy roczny plan z nadwyżką. Jednocześnie przekazaliśmy klientom najwyższą w historii spółki liczbę mieszkań, osiągając przyjęty na początku roku cel. Rezultaty wypracowane w 2025 r. potwierdziły i umocniły naszą pozycję w ścisłej czołówce rynku mieszkaniowego – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. – Bardzo dobry wynik sprzedaży za ostatni kwartał minionego roku – o 70% wyższy wobec analogicznego okresu 2024 r.  – potwierdza widoczne na rynku od kilku miesięcy ożywienie. W tym roku spodziewamy się dalszego, stopniowego wzrostu sprzedaży, czemu sprzyjać będą niższe stopy procentowe, rosnące wynagrodzenia oraz pozytywne perspektywy gospodarcze. W najbliższych tygodniach opublikujemy konkretne cele na ten rok – dodaje Andrzej Oślizło.

W IV kwartale 2025 r. Develia sprzedała 845 lokali w porównaniu do 497 w analogicznym okresie 2024 r. Najwięcej mieszkań znalazło nabywców w inwestycjach: Centralna Vita w Krakowie, Południe Vita w Gdańsku, Unii Lubelskiej w Poznaniu oraz Oliwska Vita i M Bemowo w Warszawie. Przekazania wyniosły 996 lokali wobec 1068 przed rokiem.

Pogoń za przyspieszającymi zagrożeniami. Cyberbezpieczeństwo w czasach sztucznej inteligencji

Sztuczna inteligencja w ostatnich latach wywróciła cyfrowy świat do góry nogami. Jej rozwój przyspieszył automatyzację, zrewolucjonizował analizę danych i otworzył drogę do nowych modeli działania. Jednocześnie wprowadził jednak ogromne turbulencje w obszarze cyberbezpieczeństwa, — uwypuklając problemy, o których branża mówi od lat: chroniczne braki kadrowe, niski poziom kompetencji użytkowników oraz narastający dług technologiczny w organizacjach.

W rzeczywistości, w której odmieniamy sztuczną inteligencję przez wszystkie przypadki, nawarstwiają się pytania o nasze bezpieczeństwo: jak przygotowani jesteśmy na różne scenariusze?

AI zmienia reguły gry

W debacie o cyberbezpieczeństwie łatwo ulec wrażeniu, że największym zagrożeniem są wyrafinowane techniki ataków. Tymczasem paradoks współczesności polega na czymś zupełnie innym. Mimo niebywałego postępu technologii, wciąż najpopularniejszymi narzędziami wykorzystywanymi do przeprowadzania skutecznych cyberataków okazują się te podstawowe – phishing, ransomware, czy socjotechnika.

Sztuczna inteligencja tylko wzmacnia tę asymetrię. Specjalnie trenowane modele językowe stały się narzędziem, które potrafi zwielokrotnić skuteczność działania zarówno obrońców, jak i atakujących. Przestępcy wykorzystują AI, przykładowo, do tworzenia bardziej przekonujących komunikatów, ale także do dynamicznego modyfikowania ataków typu rozproszonej odmowy usługi (DDoS). Komputer reaguje o wiele szybciej niż człowiek, dzięki czemu taki atak staje się trudniejszy do zatrzymania.

Ale ta sama mechanika działa po stronie obrony: algorytmy analizują anomalie, wykrywają nietypowe czy podejrzane zachowania użytkowników oraz automatycznie wprowadzają zmiany w konfiguracji. Te prace kiedyś wymagały interwencji specjalisty, a dziś mogą być wykonywane przez odpowiednio wytrenowany  model językowy.

Brakuje tylko jednego — ludzi, którzy te mechanizmy rozumieją i potrafią je wdrożyć. Zwłaszcza, że – jak pokazuje analiza Profesora MIT Institute, Darona Acemoglu – największe korzyści z AI wciąż pozostaną nieosiągnięte, dopóki nie pojawią się specjaliści zdolni zastosować tę technologię tam, gdzie jej potencjał jest największy — w „trudnych” zadaniach wymagających kontekstowej wiedzy i niezawodnych informacji, a nie tylko w prostych, łatwo mierzalnych procesach.

Branża rośnie, a specjalistów ubywa

Globalnie mówi się dziś o milionach wakatów w cyberbezpieczeństwie. Raport BCG / Global Cybersecurity Forum podaje, że aktualnie zatrudnionych jest ok. 7,1 mln cyberspecjalistów, a 2,8 mln miejsc pracy pozostaje nieobsadzonych. W tej alarmującej statystyce, Polska nie jest wyjątkiem. Firmy zmagają się z brakami w kadrze. Nie tylko ekspertów od AI, ale nawet podstawowych administratorów, analityków SOC, czy architektów bezpieczeństwa. Jeśli organizacje z trudem bronią się  przed codziennymi incydentami, trudno oczekiwać od nich wdrażania zaawansowanych technologii zabezpieczających. Tymczasem cyberprzestępcy nie zważają na takie ograniczenia. Inwestują w narzędzia i automatyzację, bo widzą potencjał dla  zwrotu z takiej inwestycji. Z ich punktu widzenia im bardziej efektywne narzędzie, tym szybciej przyniesie oczekiwany zysk.

Ta logika powoduje, że przestępczy ekosystem rozwija się szybciej niż korporacyjna zdolność obrony. Podczas gdy firmy walczą z ograniczeniami kadrowymi, budżetowymi i proceduralnymi, cyberprzestępcy działają bez takich barier, eksperymentując, skalując swoje operacje i błyskawicznie adaptując nowe technologie. To sprawia, że każda luka staje się dla nich realną przewagą, a różnica między dwiema stronami zmagań tylko się pogłębia.

Nowoczesność to inwestycje w odporność

Tam, gdzie brakuje motywacji do podjęcia działań zapobiegawczych, realną siłę oddziaływania ma regulator. W Polsce szczególnie widać to w sektorze finansowym, który dzięki obowiązkowym standardom stał się jedną z najlepiej zabezpieczonych branż w kraju. Formalne wymogi dotyczące procesów, odporności operacyjnej i testowania zabezpieczeń wymuszają inwestycje, które dla wielu firm byłyby trudne do uzasadnienia w logice zysku.

Regulacje pełnią więc rolę katalizatora — podnoszą poziom bezpieczeństwa, standaryzują praktyki i zmniejszają rozbieżności między organizacjami różniących się wielkością, czy dojrzałością organizacyjną. Co więcej, tworzą środowisko, w którym bezpieczeństwo przestaje być postrzegane jako duży koszt operacyjny, a staje się elementem odpowiedzialności instytucji wobec klientów i obsługiwanego rynku.

Polska jest jednym z najbardziej innowacyjnych rynków finansowych w Europie. Nie ograniczał nas dług technologiczny w postaci starej infrastruktury, dzięki czemu rozwój nowoczesnych form płatności, systemów autoryzacji czy rozwiązań mobilnych przebiegał u nas często szybciej niż na Zachodzie.

Im bardziej jednak powszechna jest technologia, tym chętniej jej możliwości testują cyberprzestępcy. Niedawny atak DDoS na Blika był tego dobrym przykładem — przy czym nie uderzał w bezpieczeństwo finansowe, lecz w dostępność systemu. Pokazał jednak, że nawet duże, wręcz powszechne w odbiorze społecznym  usługi mogą zostać zakłócone. W świecie cyberbezpieczeństwa nie istnieje bowiem „system nie do ruszenia”. Istnieje tylko określony poziom odporności — zdolności szybkiej reakcji, powrotu do funkcjonowania i wyciągania wniosków.

Gdzie rośnie ryzyko?

Choć w opinii publicznej największe emocje budzą wizje ataków aktorów sponsorowanych przez państwa, zdecydowana większość realnych incydentów ma dużo bardziej przyziemny charakter. Ataki na przedsiębiorstwa wodociągowe, oczyszczalnie ścieków czy lokalne systemy komunalne mogą nie być spektakularne, ale mają ogromny potencjał paraliżu i destabilizacji społeczeństwa — tym bardziej że, mimo ich pozornie „niskiego” poziomu technicznego, to właśnie state-sponsored actors często inicjują takie operacje, wykorzystując słabo zabezpieczoną infrastrukturę jako łatwy, a jednocześnie strategicznie skuteczny cel.

Dług technologiczny i zaniedbania w obszarze systemów bezpieczeństwa właśnie tych sektorów sprawiają, że stają się one jednymi z bardziej podatnych w kraju. W wielu przypadkach infrastruktura ta opiera się na przestarzałych systemach OT i IT, które nie były projektowane z myślą o współczesnych zagrożeniach cybernetycznych. Brakuje także wyspecjalizowanych kadr, a świadomość ryzyka wśród zarządzających często pozostaje na niskim poziomie. To sprawia, że nawet proste, niskokosztowe ataki mogą doprowadzić do realnych zakłóceń dostaw wody, przerw w usługach komunalnych czy zagrożeń dla zdrowia publicznego. W efekcie bezpieczeństwo cybernetyczne tych sektorów staje się kluczowym elementem ochrony funkcjonowania państwa i codziennego życia obywateli.

Największa luka? Człowiek.

Niezależnie od tego, jak zaawansowane narzędzia wdrożymy, podstawowy problem pozostaje niezmienny: człowiek jest najsłabszym ogniwem. Statystyki pokazują[i], że większość skutecznych ataków informatycznych wymaga choćby minimalnego udziału użytkownika zaatakowanego systemu — jego kliknięcia, otwarcia pliku, podania danych.

Czasem jest to błąd wynikający z nieuwagi, czasem z pośpiechu, a czasem z przeświadczenia, że „mnie to nie dotyczy”. Dopóki nie będziemy konsekwentnie pracować nad budowaniem i wzmacnianiem kultury bezpieczeństwa, a – najprościej rzecz ujmując – nie nauczymy pracowników, że cyberbezpieczeństwo jest częścią ich pracy, nawet najlepsze technologie nie wystarczą.

Rynek potrzebuje specjalistów i choć system edukacji działa z pełną siłą, by sprostać tym wymaganiom, to tworzenie klasycznych programów nauczania zajmuje oświacie lata. Cyberprzestępczość tymczasem zmienia się i rozwija coraz nowsze metody ataku w skali miesięcy. W efekcie formalne kształcenie często pozostaje krok za rynkiem.

Dlatego coraz większe znaczenie mają bardziej elastyczne formy nauki: laboratoria, kursy (techniczne lub podyplomowe) prowadzone przez praktyków, platformy i wydarzenia o charakterze CTF. Oczywiście nic nie zastąpi doświadczenia zdobywanego w trakcie zwalczania incydentów czy projektach wdrożeniowych. To tam powstają kompetencje, których rynek naprawdę potrzebuje.

Cyberbezpieczeństwo jutra

Świat cyfrowy nie zwalnia — a zagrożenia rosną szybciej niż większość organizacji potrafi na nie reagować. Sztuczna inteligencja wzmocniła narzędzia zarówno po stronie ochrony bezpieczeństwa, jak i tych działających przestępczo. Ale to jedynie ułatwienie a nie rozwiązanie kluczowych problemów: kwestii braku specjalistów, niewystarczającej świadomości społecznej na temat obecnych zagrożeń oraz zaniedbań technologicznych, które mogą umożliwiać nawet proste  cyberataki.

W takiej rzeczywistości najważniejsze staje się stworzenie systemu, w ramach którego możliwe jest szybsze wykrywanie incydentów, reagowanie i adaptowanie się do zmian. „Odporność na wszystko” pozostaje fikcją.

Cyberbezpieczeństwo nie jest już obszarem technologicznym, a fundamentem funkcjonowania państw, biznesów i społeczeństwa cyfrowego. Ważna jest świadomość, że decyzje, które podejmiemy dziś — kadrowe, inwestycyjne, edukacyjne — określą poziom naszej odporności na kolejną dekadę.

[i] https://www.upguard.com/blog/human-factors-in-cybersecurity

MLP Group z rekordem najmu: 363,2 tys. mkw. w 12 miesięcy, pustostany spadają do 4,5%

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy MLP Group wynajęła łącznie 363,2 tys. mkw. powierzchni, co oznacza wzrost o około 20% rok do roku oraz obniżyła wskaźnik pustostanów na koniec roku do poziomu 4,5%.

MLP Group dynamicznie zwiększa skalę działalności, osiągając rekordowe poziomy w obszarze leasingu. Na najlepszy w historii wynik złożyło się podpisanie 56 umów najmu. Struktura popytu jednoznacznie wskazuje na rosnącą atrakcyjność portfela Grupy. W 2025 roku Grupa pozyskała 39 nowych najemców, niemal dwukrotnie więcej niż w roku poprzednim, co potwierdza zdolność Grupy do skutecznego przyciągania firm poszukujących nowoczesnych, elastycznych i dobrze zlokalizowanych powierzchni logistycznych. Pozostała część transakcji dotyczyła przedłużeń umów z dotychczasowymi najemcami.

Doskonałe wyniki leasingowe przełożyły się bezpośrednio na istotną poprawę parametrów operacyjnych portfela. Efektem wysokiej aktywności leasingowej był spadek wskaźnika pustostanów do 4,5%*, z poziomu 8% na koniec września 2025 r. Średni ważony okres najmu wydłużył się natomiast do około 7,8 roku*, co dodatkowo wzmacnia stabilność i przewidywalność przepływów pieniężnych Grupy.

Pozostajemy optymistycznie nastawieni do warunków rynkowych, szczególnie w świetle bardzo dobrych wyników osiągniętych w drugiej połowie 2025 roku.  W 2025 roku zanotowaliśmy rekordowy rezultat leasingowy na poziomie 363,2 tys. mkw. oraz obniżyliśmy wskaźnik pustostanów do 4,5%. Potwierdza to skuteczność naszej strategii rozwoju na kluczowych rynkach europejskich oraz odzwierciedla antycykliczny, długoterminowy model wzrostu biznesu MLP Group. W 2026 roku będziemy dalej przyspieszać rozwój na rynkach core w Europie, w szczególności w Monachium, Hamburgu, Wiedniu, Warszawie i Wrocławiu – mówi Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

W 2026 roku MLP Group planuje uruchomienie kolejnych projektów w Polsce, m.in. we Wrocławiu, Rzeszowie, Warszawie i Poznaniu, przy jednoczesnej kontynuacji ekspansji na rynkach zagranicznych, w szczególności w Niemczech i Austrii. Grupa przygotowuje się do rozpoczęcia inwestycji w Monachium, Hamburgu oraz w rejonie Düsseldorfu, a także zabezpiecza kolejne grunty w Hamburgu i Monachium z myślą o realizacji projektów w drugiej połowie 2026 roku.

MLP Group prowadzi działalność w Polsce, Niemczech, Austrii i Rumunii, koncentrując się na rozwoju parków logistycznych klasy A, zarówno w segmencie city logistics, jak i dużych obiektów magazynowo-przemysłowych. Wszystkie projekty realizowane są zgodnie z najwyższymi standardami ESG, ze szczególnym naciskiem na efektywność energetyczną, niskoemisyjność oraz długoterminową wartość dla najemców i inwestorów.

*dane wstępne

Balnord i Tesi inwestują w fińską Avenue Biosciences – 5,7 mln USD na przełom w produkcji leków biologicznych

Fińska firma biotechnologiczna Avenue Biosciences zamknęła rundę seed extension o wartości 5,7 mln USD. Inwestycję prowadzą gdański fundusz Balnord oraz fiński Tesi. Technologia spółki, która znajduje zastosowanie w produkcji terapii onkologicznych, szczepionek czy leków na choroby rzadkie, osiąga wyniki 4-6 razy lepsze niż obecne standardy przemysłowe.

Firma rozwija platformę inżynierii białek, która umożliwia pomiar i optymalizację efektywności szlaku sekrecyjnego – kluczowego elementu produkcji białek terapeutycznych, który do tej pory pozostawał jednym z najmniej zrozumianych aspektów biotechnologii. Technologia Avenue Biosciences generuje tysiące wariantów białek terapeutycznych, osiągając lepszą wydajność i jakość niż dotychczasowe standardy przemysłowe. Pozwala to na szybsze wprowadzanie na rynek nowych terapii, często wcześniej niewykonalnych: od przeciwciał monoklonalnych, przez szczepionki i białka projektowane przez sztuczną inteligencję, po terapie genowe.

„Szlak sekrecyjny jest jedną z ostatnich niewiadomych w produkcji białek terapeutycznych. Mimo jego znaczenia, standardy branżowe opierają się od dekad na niewydajnych rozwiązaniach, testując jedynie niewielki zestaw bezpiecznych peptydów sygnałowych zamiast eksplorować tysiące wariantów sekwencji. Nasza technologia sprawia, że coraz bardziej złożone białka, takie jak te projektowane przez AI czy przeciwciała wielospecyficzne, stają się łatwiejsze w produkcji, co poprawia dostęp do ratujących życie terapii” – mówi Tero-Pekka Alastalo, CEO i współzałożyciel Avenue Biosciences.

Peptydy sygnałowe to nieodłączne komponenty białek, które mają ogromny, niewykorzystany potencjał w biotechnologii i bezpośrednio wpływają na produkcję i jakość białek na poziomie komórkowym.

„Nowe leki biologiczne, szczególnie w onkologii i immunologii, stają się coraz bardziej złożone. Jedną cząsteczką muszą wykonać kilka zadań naraz: znaleźć cel, aktywować odpowiedź immunologiczną, rozpoznać chore komórki. To poprawia skuteczność terapii, ale dramatycznie komplikuje produkcję, a często wręcz ją uniemożliwia” – dodaje Katja Rosti, COO, współzałożycielka i szefowa laboratorium w Helsinkach.

Co istotne, peptydy sygnałowe są usuwane z dojrzałego białka, dzięki czemu docelowa cząsteczka pozostaje zasadniczo taka sama jak oryginalna. To czyni podejście Avenue niezwykle użytecznym również w produkcji biosimilarów, tańszych odpowiedników istniejących terapii. Rynek leków biologicznych rośnie dynamicznie i szacuje się, że z dzisiejszego poziomu 450 mld USD do 2033 roku osiągnie wartość 600 mld USD. Obecnie w rozwoju jest ponad 12 tysięcy nowych terapii.

„Technologia Avenue odpowiada na największe wyzwania w biotechnologii: znacząco obniża koszty leków biologicznych i transformuje produkcję białek terapeutycznych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Połączenie pracy laboratoryjnej z uczeniem maszynowym umożliwia tworzenie zaawansowanych narzędzi predykcyjnych, celując w największe wąskie gardła branży. Zespół ma za sobą skalowanie i wyjście z poprzedniego biotechowego startupu na rynki globalne, a firma już współpracuje z renomowanymi partnerami z sektora. To rzadkość na tak wczesnym etapie rozwoju spółki biotechnologicznej” – komentuje Gabrielė Poteliunaitė, inwestorka w funduszu Balnord.

„Wiele przełomowych innowacji terapeutycznych pozostaje poza zasięgiem większości globalnej populacji. Widzimy znaczący potencjał wzrostu dla technologii Avenue, która ma głębokie korzenie w fińskich odkryciach naukowych i może stać się złotym standardem w swojej dziedzinie” – dodaje Miia Kaye, Investment Director w Tesi.

Obecna runda podnosi całkowitą kwotę pozyskanego przez Avenue Biosciences finansowania do 8,7 mln USD. W rundzie uczestniczyli również dotychczasowi inwestorzy: Voima Ventures, Inventure, University of Helsinki oraz Dimerent. Technologia firmy wywodzi się z wieloletnich badań prowadzonych na Uniwersytecie Helsińskim w Finlandii, w laboratorium prof. Ville Paavilainena.

* * *

Słownik pojęć:

Leki biologiczne to preparaty wytwarzane z wykorzystaniem żywych komórek, zaprojektowane do leczenia chorób poprzez celowanie w specyficzne szlaki metaboliczne w organizmie w sposób bardziej złożony niż tradycyjne leki. Nowoczesne leki biologiczne są dostępne od kilku dekad – typowe przykłady to ludzka insulina czy przeciwciała do leczenia raka piersi lub reumatoidalnego zapalenia stawów.

Peptydy sygnałowe regulują sekrecję białek. Działają jak etykiety adresowe, które wskazują komórce, dokąd wysłać nowe białko, a następnie są usuwane z dojrzałego białka.

Szlak sekrecyjny to komórkowa maszyneria przemieszczająca białka z miejsca ich syntezy do miejsca przeznaczenia (najczęściej na zewnątrz komórki, do błony komórkowej lub innych organelli). Jest to kluczowy etap w produkcji białek terapeutycznych, które muszą wydostać się z komórki.

Retikulum endoplazmatyczne (ER) to krytyczna część szlaku sekrecyjnego – miejsce produkcji i kontroli jakości białek w komórkach, gdzie białka są fałdowane i modyfikowane, aby mogły prawidłowo wykonywać swoje funkcje.

Fed pod ostrzałem, Iran w ogniu protestów. Rynki uciekają do złota

Kolejna odsłona ataku na niezależność amerykańskiego banku centralnego. Trump informuje, że „poważnie rozważa atak na Iran”. Po noworocznej przerwie do pracy wraca RPP – czy cięcie stóp możliwe jest już teraz?

Idąc dalej

W niedzielę w mediach pojawiła się informacja – co ciekawe nie ze strony administracji rządowej USA, a szefa Fed – o tym, że otrzymał on wezwanie do zeznania w śledztwie karnym prokuratury federalnej. Śledztwo ma dotyczyć wypowiedzi szefa banku centralnego przed Senatem w czerwcu ubiegłego roku, w sprawie remontu budynków Fed. Jest to więc kolejna odsłona konfliktu na linii Powell-Trump. Kością niezgody pozostaje aktualna wysokość stóp procentowych. Prezydent USA wielokrotnie słownie chciał wpłynąć na decyzję Fed, a wiele razy bezpośrednio pod adresem prezesa tej instytucji kierował dużo obelg. Kolejny etap w tej „wojnie” to znów eskalacja zjawiska erozji autonomii Fed, a co za tym idzie ryzyko dla inwestorów. Nie może więc dziwić kolejny ruch w górę na notowaniach złota, czyli bezpiecznej przystani kapitału.

Gotowi do rozmów… i do ataku

Dzisiaj o poranku cena uncji złota wyrażona w USD osiągnęła poziom 4600, co jest nowym rekordem notowań. Groźba zarzutów dla Fed ze strony prokuratury to jeden z argumentów za takim zachowaniem kursu. Inny znajdziemy po stronie wypowiedzi Trumpa o gotowości ataku na Iran, co podgrzewa i tak już gorącą atmosferę w geopolityce. Powodem interwencji USA, miałoby być tłumienie antyreżimowych protestów. Od kilku dni w niemal całym Iranie ludzie wyszli na ulicę, a powodem jest pogarszająca się sytuacja gospodarcza w kraju i inflacja sięgająca poziomu 40%. Chociaż eksperci twierdzą, że i tak jest ona dużo większa, a wartość celowo zaniżają władze. Poziom dynamiki cen sprawia, że mocno traci na wartości lokalna waluta. Na początku tego roku dolar amerykański kosztował blisko 1 mln riali irańskich. W piątek tamtejszy reżim dokonał medialnego blackoutu, co tylko eskalowało bunt społeczeństwa. Czy więc pomoc przyjdzie ze strony amerykańskiej? Wszystkie opcje są na stole, ale trzeba pamiętać, że ostatnie dni to zamieszanie USA w wiele „spraw” na różnych zakątkach świata – czy to interwencja w Wenezueli, wypowiedzi o Kubie, Kolumbii czy Grenlandii.

Reagować na dane czy czekać?

Z rodzimego rynku, kluczowa będzie środa i posiedzenie RPP, a dzień później konferencja prasowa prezesa. Po grudniowej decyzji i 6 obniżce stóp, komentarz ze strony Rady sugerował raczej wstrzymanie się z dalszymi ruchami, przynajmniej do marca. Kolejne jednak zaskoczenie ze strony inflacji i odczyt za ostatni miesiąc roku na poziomie 2,4%, znów otworzył furtkę do cięcia kosztu pieniądza. Sytuacja jest więc znów niepewna, a same wypowiedzi ze strony członków RPP – I. Dąbrowski sugeruje 50% szans na cięcie w styczniu – tworzą jeszcze większą aurę niepewności. W wypowiedziach analityków też nie ma jednomyślności, a znajdziemy i opcję obniżek stóp, ale i pauzy na tym posiedzeniu. Dla PLN ruch na stopach już teraz może spowodować delikatne osłabienie, ale nie będzie to duża presja sprzedażowa, gdyż w „cenach” na pierwsze półrocze dwa cięcie stóp już były.

Złoto na historycznym szczycie. Napięcia USA–Iran i spór o niezależność Fed podbijają popyt

Rok dopiero się rozpoczął, a złoto już zdążyło zapisać się w historii. Cena kruszcu przebiła pierwsze w tym roku ATH, przekraczając poziom 4600 dolarów za uncję. Eskalacja napięć na linii USA-Iran, podważanie niezależności Rezerwy Federalnej, słabe dane z amerykańskiego rynku pracy i narastające bariery handlowe wobec krajów BRICS sprawiają, że inwestorzy ponownie uciekają w aktywa uznawane za bezpieczne. Jak podkreśla Michał Tekliński, ekspert Goldsaver i Goldenmark, to nie chwilowy impuls, ale efekt kumulacji ryzyk, które coraz mocniej definiują globalny krajobraz finansowy.

W poniedziałek 12 stycznia 2026 r. złoto ustanowiło nowy rekord wszech czasów, przekraczając 4600 dolarów za uncję w notowaniach spot i sięgając poziomów, jakich nie widzieliśmy wcześniej. To kolejny sygnał, że rynek metali szlachetnych wciąż reaguje na poważne czynniki makro i geopolityczne.

Pierwszym czynnikiem są niejasności wokół niezależności Rezerwy Federalnej w USA. Informacje o groźbach zarzutów karnych wobec prezesa Fed Jerome’a Powella – uznane przez rynek za ingerencję polityczną – przyczyniły się do spadku wartości dolara i zwiększonego popytu na złoto jako zabezpieczenie przed ryzykiem politycznym i monetarnym.

Jerome Powell stwierdził, że potencjalne oskarżenie należy rozpatrywać w szerszym kontekście gróźb administracji i ciągłej presji na wywieranie wpływu na decyzje banku w sprawie stóp procentowych. Warto też przypomnieć, że powtarzające się ataki administracji Donalda Trumpa na Fed w ubiegłym roku były głównym czynnikiem osłabiającym dolara i wspierającym złoto.

Drugim kluczowym z nich jest eskalacja napięć między USA a Iranem. Rosnąca niepewność geopolityczna osłabia apetyt na ryzyko i zwiększa popyt na aktywa postrzegane za „bezpieczną przystań” jak złoto, które historycznie służy jako ochrona kapitału w czasach globalnych napięć.

Dodatkowo dane makroekonomiczne z USA wskazujące na słabszy rynek pracy jeszcze bardziej wzmocniły oczekiwania inwestorów co do przyszłych obniżek stóp procentowych, co sprzyja nieoprocentowanym aktywom inwestycyjnym takim jak złoto. Oczekiwania dotyczące luzowania polityki pieniężnej zwiększają atrakcyjność złota w kontekście kosztu alternatywnego.

Trzecim, choć często niedocenianym czynnikiem są taryfy i bariery handlowe nałożone na kraje BRICS, które dodają globalnej niepewności i mogą spowalniać wzrosty gospodarcze, jednocześnie zwiększając popyt na aktywa stabilne. W takim środowisku złoto często działa jak bezpieczna przystań, łącząc ochronę kapitału z potencjałem wzrostowym.

Podsumowując, dzisiejsze ATH nie jest jedynie technicznym ruchem na wykresie – to odzwierciedlenie kumulacji czynników ryzyka geopolitycznego, politycznego i makroekonomicznego, które obecnie dominują na rynkach światowych.

Konflikt Trump–Powell eskaluje. Dolar słabnie, złoto bije rekordy

Informacja o wezwaniu przewodniczącego Rezerwy Federalnej Jerome’a Powella przed ławę przysięgłych przez Departament Sprawiedliwości wywołała silne poruszenie na rynkach finansowych. Śledztwo dotyczy jego czerwcowych zeznań w Kongresie na temat znacznego wzrostu kosztów renowacji siedziby Fed. Choć Powell kategorycznie zaprzecza doniesieniom o luksusowym charakterze projektu i wskazuje na wzrost kosztów materiałów, pracy oraz nieprzewidziane problemy, jak skażenie budynku, sprawa nabiera wymiaru politycznego. Sam przewodniczący interpretuje działania władz jako próbę wywarcia presji na niezależność banku centralnego, szczególnie w kontekście prowadzonej polityki stóp procentowych.

Powell wyraźnie podkreślił, że stawką w tej sytuacji jest niezależność decyzyjna Fed – chodzi o to, czy stopy procentowe będą nadal ustalane wyłącznie na podstawie danych gospodarczych, takich jak inflacja i rynek pracy, czy też polityka pieniężna zostanie podporządkowana bieżącej agendzie administracji. Sprawa ta zaostrza trwający od lat konflikt między Powellem a prezydentem Donaldem Trumpem, który wielokrotnie wzywał do agresywnych obniżek stóp procentowych, argumentując to kosztami obsługi długu publicznego i wpływem stóp na sytuację gospodarczą. Trump zaprzeczył, jakoby miał wiedzę o toczącym się postępowaniu.

Rynki zareagowały nerwowo na informację o wezwaniu Powella. Kontrakty terminowe na amerykańskie akcje osłabiły się, notując chwilowy spadek S&P 500 o około 0.6%, dolar stracił na wartości, natomiast cena złota – tradycyjnie postrzeganego jako bezpieczna przystań w okresach niepewności – wzrosła do rekordowych poziomów. Inwestorzy zaczęli dostrzegać zwiększone ryzyko polityczne oraz możliwość zakłóceń w przewidywalności polityki pieniężnej USA.

W ostatnich miesiącach Fed trzykrotnie obniżył stopy procentowe o 0.25 punktu procentowego, sprowadzając je do przedziału 3.5–3.75%, jednak sygnalizował brak pośpiechu w podejmowaniu kolejnych decyzji. Obecnie rynek nie oczekuje zmian na najbliższym posiedzeniu Komitetu Otwartego Rynku (27–28 stycznia), jednak rosnąca presja polityczna i potencjalne konsekwencje instytucjonalne – jak zapowiedź senatora Thoma Tillisa o blokowaniu nominacji do zarządu Fed – mogą wpływać na przyszłe decyzje banku centralnego oraz jego zdolność do działania.

Eskalacja konfliktu nie tylko podważa zaufanie do instytucjonalnej niezależności Rezerwy Federalnej, ale także zwiększa ogólną niepewność polityczną i finansową. Może to przełożyć się na zmienność rynków oraz rewizję oczekiwań dotyczących przyszłej ścieżki stóp procentowych. W dłuższej perspektywie utrzymanie niezależności Fed będzie kluczowe dla stabilności amerykańskiej gospodarki i wiarygodności prowadzonej polityki monetarnej.

Agent AI w logistyce może być multiplikatorem zdolności, ale także problemów

Lekceważenie narzędzi AI może mieć katastrofalne skutki dla sprawności i konkurencyjności firm, równie poważane jak pośpieszne i wymuszone wdrożenia. Sztuczna inteligencja jest już na szczycie priorytetów inwestycyjnych, ale ogromna część projektów i tak kończy się niepowodzeniem, ponieważ firmy nie mają strategii i jasnych celów, nie są technicznie gotowe, kupują fałszywki lub ulegają psychologicznej presji rynku. Niewiele mówi się także o tym, że sama technologia nie jest doskonała, za to bardzo droga, implementacja jest skomplikowana, a na dodatek agent AI halucynuje i wymyśla rzeczywistość, która nie istnieje.

Robotyzacja procesów biznesowych (RPA), czyli algorytmy wykonujące powtarzalne czynności oparte na regułach, ale pozbawione zdolności uczenia się. Następnie zaawansowana analityka predykcyjna oraz uczenie maszynowe (ML), a w końcu generatywna sztuczna inteligencja (GenAI) wykazująca pewien zakres kreatywności i potrafiąca tworzyć nowe treści na podstawie prostych poleceń językowych. Tak w dużym uproszeniu można opisać przyrost autonomii i kolejne warstwy inteligencji dodawane do różnego typu oprogramowania. Ostatnia z wymienionych innowacji okazała się nie lada przełomem, a według wyliczeń IMF charakteryzuje się historycznie bezprecedensową szybkością adopcji, która osiągnęła 100 milionów użytkowników w zaledwie kilka miesięcy. To tempo znacznie szybsze niż w przypadku innych technologii ogólnego przeznaczenia, jak internet, telewizja kablowa czy telefonia komórkowa.

Dziś na ustach wszystkich są agenci AI, czyli nowe podejście do architektury systemów sztucznej inteligencji, które łączy poszczególne warstwy i zakresy autonomii. Z informacji publikowanych przez twórców takich rozwiązań można wręcz odnieść wrażenie, że agent AI to narzędzie niemal doskonałe, wszechstronne i niezastąpione, że w zasadzie trudniej wskazać rzeczy, których agent nie potrafi zrobić, niż te, które wykonuje z łatwością. Prawda okazuje się jednak nieco bardziej surowa niż marketingowe deklaracje producentów.

Agent AI, czyli co lub kto?

Agent AI to w dużym skrócie autonomiczny system algorytmów wykorzystujący zaawansowane techniki uczenia maszynowego i przetwarzania języka naturalnego, które pozwalają mu zrozumieć kontekst otoczenia, uczyć się na podstawie wcześniejszych interakcji, dobierać narzędzia i samodzielnie podejmować decyzje prowadzące do osiągnięcia wyznaczonego celu. Wszystko to może się odbywać przy ograniczonej do minimum ingerencji człowieka. W odróżnieniu od powszechnie stosowanej automatyzacji procesów, która działa w oparciu o precyzyjnie ustalone reguły, agent AI, analizując wzorce pochodzące z realnego świata, wielu systemów i źródeł jednocześnie, może dostosowywać się do nich i podejmować dynamiczne działania lub wydawać odpowiednie rekomendacje. To, czy agent będzie miał zdolność do uczenia się i modyfikowania własnego zachowania na podstawie wcześniejszych doświadczeń, zależy od jego rodzaju, ale są już rozwiązania, które to umożliwiają.

Agenci AI mogą zatem uczyć się polityki własnego funkcjonowania np. na podstawie systemu nagród lub kar otrzymywanych ze środowiska. Ogólna zasada jest jednak taka, że agent otrzymuje jasno zdefiniowany cel, którego realizację opiera na danych z otoczenia. Samodzielnie planuje i ten plan realizuje, a jeśli musi, to wykonuje operacje w innych systemach i korzysta z narzędzi zewnętrznych, cały czas dążąc do maksymalizacji efektywności. Dla pełniejszego zrozumienia tego zjawiska warto również dodać, że agent AI to nie humanoidalny robot a oprogramowanie, które nie ma zastąpić człowieka, ale ma wzmacniać jego działania w czasie rzeczywistym. Poszczególni agenci mogą działać wspólnie, a nadzorujący pracę ludzie zawsze mogą dodać kontekst do wniosków wygenerowanych przez takie systemy sztucznej inteligencji.

Potencjał wykorzystania sztucznej inteligencji od razu dostrzeżono w operacjach łańcucha dostaw

Według danych opublikowanych przez Gartnera, aż 27% liderów łańcucha dostaw postrzega inwestowanie w rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji jako jeden z trzech głównych czynników zapewniających uzyskanie przewagi konkurencyjnej lub umożliwiających wyeliminowanie niekorzystnej sytuacji konkurencyjnej. Dla 9% badanych jest to cel znajdujący się na szczycie listy. Podobne wnioski zawiera także raport IDC, według którego już w 2024 r. zaawansowana analityka oraz AI w łańcuchu dostaw były głównymi priorytetami inwestycyjnymi na najbliższe trzy lata.

Jakie realne i użyteczne role w procesach logistycznych oferują dziś agenci AI?

Kluczem do zrozumienia, czym jest agent AI i jakie zadania może wykonywać jest wyraźne odróżnienie jego funkcji od chatbota czy asystenta biernie reagującego na polecenia. Agent działa niezależnie, musi jak najszybciej zrealizować cel wytyczony przez człowieka, który go nadzoruje. Dopiero w tym kontekście widać, że realny potencjał inteligentnego algorytmu, np. w logistyce kontraktowej, leży przede wszystkim w obszarach wymagających dynamicznego podejmowania decyzji. Dobrym przykładem roli dla agenta jest planowanie pracy ludzi i sprzętu oraz ciągłe analizowanie mikrodecyzji operacyjnych, jak przydział slotów na rampach, bilansowanie obciążenia przychodzącego i wychodzącego czy reagowanie na nieplanowane wysyłki. System wielu agentów, reprezentujących różne interesy operacyjne (np. Outbound, Inbound, Rampa, Strażnik, SLA), może sprawnie wypracować optymalną decyzję, wykorzystując dane przetwarzane przez YMS, WMS i TMS. To pozwala skrócić lead time, uniknąć kar i poprawić wskaźniki bez angażowania dodatkowych zasobów kadrowych czy sprzętowych. Należy przy tym podkreślić, że choć technologia ta wymaga dopracowania, to nie jest to kolejny modny trend, lecz przeniesienie realnych mechanizmów rynkowych i predykcji na poziom, którego człowiek nie jest w stanie wykonać manualnie przy takim wolumenie – wyjaśnia Sławomir Rodak, dyrektor R&D oraz dyrektor komercyjny w spółce ID Logistics Polska, świadczącej kompleksowe rozwiązania logistyczne i transportowe, obsługę e-commerce oraz zarządzanie łańcuchem dostaw w 19 krajach.

Trzeba również zwrócić uwagę, że do wdrożeń tego typu należy podchodzić z odpowiednim przygotowaniem. Agent nie będzie działał skutecznie bez dojrzałego zaplecza technologicznego w obszarach takich jak machine learning czy computer vision. Rozwiązania tego typu będą miały sens dopiero wtedy, gdy będą działać na rzetelnych danych i w otoczeniu, które umożliwi im podejmowanie trafnych i szybkich decyzji. Bez odpowiedniego zaplecza sam agent niewiele zmieni w organizacji, może wręcz generować więcej problemów niż korzyści. Multiplikacja działa w tym przypadku w obie strony. Potwierdzają to liczne analizy, w których brak jasnej strategii, celów biznesowych czy właściwych informacji wejściowych jest przyczyną przerwania kosztownych wdrożeń. W ID Logistics myślimy dziś o agentach jako o kolejnej fazie rozwoju naszych kompetencji, skupiamy się na budowaniu niezbędnych fundamentów technologicznych i rozwoju projektów, które przynoszą realną wartość biznesową. Rozwijamy m.in. automatyczne wymiarowanie odzieży, predykcję zapotrzebowania na pracowników i systemy bezpieczeństwa oparte na wizji komputerowej. Przygotowujemy naszą organizację i technologie na etap, w którym agenci zaczną realnie zwiększać efektywność operacyjną, nie tylko jako pojedyncze rozwiązania, ale również jako sieć współpracujących systemów – dodaje Sławomir Rodak z ID Logistics.

Agent jest zdolny, ale potrzebuje dobrego zaplecza i równie zdolnych ludzi

Proaktywna zdolność agentów, dająca możliwość podejmowania szybszych i trafniejszych decyzji ma swoje ograniczenia, a wśród nich znajdują się te leżące po stronie samych organizacji. Z danych PwC opublikowanych w 2025 r. wynika na przykład, że dla 37% zarządzających operacjami i łańcuchem dostaw jednym z trzech największych wyzwań przy skutecznym skalowaniu rozwiązań sztucznej inteligencji jest dostępność i jakość wprowadzanych danych. Dla 42% jest to trudność integracji rozwiązań AI z istniejącymi systemami. Nie jest to rzecz nowa, ponieważ podobne problemy można było obserwować także przy wdrażaniu innych technologii w łańcuchu dostaw, jak rozwiązania chmurowe, których wykorzystywanie deklaruje 56% firm, czy cyfrowe bliźniaki, których używa 21% przedsiębiorstw. Wśród tych, którzy podjęli próby wdrożeń cyfrowych rozwiązań, ale ostatecznie deklarowali przynajmniej częściowe niezadowolenie z podjętych inwestycji, głównym powodem była skomplikowana integracja (47%), a zaraz za nią problemy z danymi (44%). Wysoko uplasowały się także ograniczone zdolności dostawców rozwiązań (35%) oraz kompetencje kadrowe wewnątrz firm (32%).

Marzenie o agentach bez własnych danych oznacza twarde lądowanie ambitnych założeń

Wyjątkowo realistyczne podejście przy wdrażaniu agentów prezentuje już szereg podmiotów, także tych działających w środowisku łańcucha dostaw. Dla przykładu FourKites argumentuje, że agent AI bez odpowiednich danych nie będzie w stanie przygotować czystych i sensownych odpowiedzi na powierzone mu zadania. Różnica pomiędzy udanymi wdrożeniami a kosztownymi porażkami sprowadza się w gruncie rzeczy właśnie do architektury danych i pracy agentów w roli kompleksowych wież kontrolnych z podglądem w czasie rzeczywistym na procesy zachodzące w obiektach, u dostawców, odbiorców, przewoźników i klientów. Bez takiego podejścia technologia ta staje się tylko kolejnym systemem ostrzegawczym generującym szum zamiast wartości.

Takiej logice wtóruje m.in. Światowe Forum Ekonomiczne (WEF), wskazując, że niespójne, nieaktualne lub niewiarygodne dane poważnie ograniczają skuteczność sztucznej inteligencji, a starsze systemy stwarzają dodatkowe przeszkody integracyjne. Sprawy nie ułatwiają również wymogi regulacyjne, dlatego organizacje muszą nadać priorytetowe znaczenie przygotowaniu swoich danych do wykorzystania w AI. Kluczowe znaczenie ma w związku z tym posiadanie jasnej strategii gromadzenia informacji zewnętrznych, które łączą tradycyjne źródła danych operacyjnych (poziomy zapasów, informacje dotyczące śledzenia i lokalizacji), sygnały ryzyka i dane dostawców (ich kondycja, wydarzenia geopolityczne, ryzyko finansowe) oraz dane nieustrukturyzowane (e-maile, notatki ze spotkań, wiadomości rynkowe).

Zintegrowany zbiór powinien tworzyć kompleksowy obraz łańcucha dostaw w czasie rzeczywistym. Według WEF tak opisane wzorcowe platformy są nadal w powijakach, choć to obraz trochę jaskrawszy niż wizja prezentowana jeszcze w 2024 r., kiedy organizacja sugerowała, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby system łańcucha dostaw został w pełni zautomatyzowany w najbliższym czasie. Główną przeszkodą jest fakt, że składa się on z dziesiątek branż oraz tysięcy firm i nie jest w stanie, a być może nie chce, zintegrować swoich pojedynczych systemów z najnowszymi technologiami. Pełna automatyzacja byłaby również powolna i niezwykle kapitałochłonna, wymagałaby współpracy, która jest trudna do osiągnięcia, zwłaszcza w wysoce konkurencyjnych obszarach, takich jak transport morski.

W tym kontekście nieco bardziej optymistycznie widzi to Gartner, który prognozuje, że do 2030 r. połowa przekrojowych rozwiązań do zarządzania łańcuchem dostaw, tj. spinających wiele działów i funkcji, może wykorzystywać inteligentnych agentów podejmujących samodzielne decyzje w ramach całego ekosystemu.

Optymizm już teraz udziela się kierownictwu wysokiego szczebla

Z badania IBM Institute for Business Value (IBV) i Oxford Economics przeprowadzonego wśród ponad 300 dyrektorów ds. łańcucha dostaw (CSCO) i dyrektorów operacyjnych (COO) pracujących w organizacjach wdrażających automatyzację opartą na sztucznej inteligencji wynika, że postrzegają oni agentów AI jako akcelerator biznesu. Aż 62% z nich zdaje sobie sprawę, że agenci wbudowani w operacyjne przepływy pracy przyspieszają podejmowanie działań, decyzji, tworzenie rekomendacji i komunikację. Jak wskazuje analiza, nawet 53% kadry kierowniczej w jakiejś formie wdraża automatyzację pracy za pomocą agentów AI, 22% rozwija wersje koncepcyjne, a 31% już je skaluje. Dodatkowo 70% dyrektorów uważa, że już w 2026 r. dzięki agentom AI ich pracownicy będą mogli dokładniej analizować dane i wspierać optymalizację w czasie rzeczywistym. Więcej, bo 76% twierdzi, że poprawi się ogólna wydajność procesów, a 57% oczekuje, że agenci AI będą tworzyć proaktywnie rekomendacje w oparciu o swoją wiedzę.

Gartner studzi nieco te nastroje, argumentując, że co prawda jest możliwe, aby w tak krótkim czasie nawet 95% decyzji opartych na danych było przynajmniej częściowo zautomatyzowanych, ale wciąż nie zmienia to faktu, że zaledwie 10% dyrektorów twierdzi, że ich firmy wykorzystują sztuczną inteligencję w sposób strategiczny. Jeszcze mniej liderów (9%) deklaruje, że organizacje mają jasno zdefiniowaną wizję sztucznej inteligencji, co ma kluczowe znaczenie dla płynnego wdrażania, funkcjonowania oraz finansowania rozwiązań. Opracowanie kompleksowej strategii wykorzystania AI w łańcuchu dostaw w przełomowy sposób, czyli taki, który umożliwia uzyskanie przewagi konkurencyjnej uwzględnia cztery kluczowe filary: wizję, wartość, ryzyko i wdrożenie. Dopiero ocena i możliwości implementacji tych czynników odsłania prawdziwy potencjał wykorzystania nowej technologii, nie tylko w operacjach łańcucha dostaw, ale także w innych obszarach.

A jeśli agenci AI nie są tak wszechstronni i inteligentni, jak deklarują ich twórcy?

Dane pokazują, że na młodej technologii, jaką są agenci AI, w pierwszej kolejności zyskują sektory, w których złożoność elementów i ich współzależność jest relatywnie niska. Według 3 412 przedstawicieli kadr zarządzających z różnych branż, których w zeszłym roku przebadał Gartner, największe pole do zastosowania agentów AI mają dziś przede wszystkim działy obsługi klienta (22%), daleko za nimi znajdują się działy marketingu (12%). Na kolejnych miejscach jest sprzedaż oraz aplikacje biznesowe (po 11%), a także operacje IT (10%). Dopiero na 9. pozycji znajdują są funkcje związane łańcuchami dostaw (5%), a jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo oddania kompetencji inteligentnym agentom widzi się obecnie w dziale zakupów (3%) i prawnym (2%).

Panuje raczej konserwatywne podejście

Dalsze analizy wskazują również, że nie wszyscy managerowie zgodnie i szeroko otworzyli firmy i portfele, aby wdrażać rozwiązania agentów AI. Znaczące inwestycje w ten obszar deklaruje obecnie 19% badanych, a podejście konserwatywne 42% kadr kierowniczych. Aż 31% postawiło na strategię wstrzymania się i obserwacji, a 8% w ogóle nie podjęło inwestycji.

Przez rynek przelewa się już fala nieudanych wdrożeń, a Gartner ocenia, że ponad 40% projektów związanych z agentami AI zostanie odwołana do 2027 r., czego powodem będą galopujące koszty, niejasna wartość biznesowa oraz nieadekwatna kontrola ryzyka. Dodatkowo na rynku widać rosnącą dysproporcję podaży nad popytem AI, czyli tzw. lukę adaptacyjną AI. Rozwiązania i innowacje proponowane przez twórców rosną wyraźnie szybciej niż możliwości ich zastosowania po stronie klientów.

Zdaniem analityków, to tylko jeden z wielu czynników, który w krótkim terminie doprowadzi do upadłości wielu dostawców inteligentnych algorytmów, po czym nastąpi konsolidacja i korekta rynku. Stanie się to po tym, jak opadnie silnie eksploatowany szum medialny, a wśród potencjalnych odbiorców minie psychologiczny strach przed pominięciem nowej technologii (ang. FOMO – Fear Of Missing Out) i górę wezmą fundamentalne prawidła ekonomii.

W dłuższej perspektywie wykształcą się wyspecjalizowane produkty dotyczące agentów AI, które będą spełniały realne oczekiwania klientów i jest to normalny cykl życia każdego produktu i technologii. Nie jest jednak wykluczone, że zanim to nastąpi, agenci AI staną się kolejną bańką spekulacyjną, jeśli inwestycje oderwą się od potencjału technologii do generowania realnej i proporcjonalnej wartości ekonomicznej przekładającej się na konkretne rezultaty biznesowe.

Oszustwo metodą na agentyczne FOMO

Strach przed pominięciem i pośpiech wdrożeniowy doprowadził już do poważnych patologii, co w przyszłości może zniechęcać firmy do podejmowania prób implementacji. Na rynku widać zjawisko FOMO, ale również tzw. agentic washing, czyli mechanizm fałszowania, w którym dostawcy oprogramowania przedstawiają istniejące produkty jako agentów AI. Są to na przykład zamaskowani wirtualni asystenci, rozwinięte systemy RPA i chatboty. Gartner ocenia, że globalnie zaledwie 130 twórców z dosłownie tysięcy dostawców oprogramowania reklamowanego jako agenci AI jest prawdziwych. Większości aplikacji udających agentów brakuje wartości biznesowej albo ROI, ponieważ modele nie weszły jeszcze w fazę dojrzałości i etap prawdziwie autonomicznego realizowania złożonych celów biznesowych. Jednym słowem rynek został zalany przez podróbki.

Agentycza bańka ma swoje problemy, ale jeśli nie pęknie, to się nie zatrzyma

Zdaniem Gartnera w 2028 r., już po konsolidacji i osiągnięciu większej dojrzałości, co najmniej 15% codziennych decyzji biznesowych będzie podejmowanych przez autonomicznych agentów, co będzie znaczącym wzrostem względem 2024 r., kiedy udział ten wynosił 0%. Dodatkowo 33% aplikacji oprogramowania biznesowego będzie zawierało algorytmy agentów AI, co będzie skokiem z poniżej 1% w 2024 r. Póki co analitycy sektora technologicznego zalecają jednak, aby na tym etapie rozwoju wdrażanie sztucznej inteligencji opartej na agentach rozpoczynać tylko wtedy, gdy przynosi ona wyraźną wartość i zwrot z inwestycji. Należy także pamiętać, że sama integracja z istniejącymi systemami jest technicznie skomplikowana, kosztowna i często zakłóca pracę przedsiębiorstwa.

Okres dojrzewania agentów będzie bardzo dynamiczny, ale jednocześnie bardzo opłacalny. W najlepszym scenariuszu przewiduje się, że do 2035 r. oparta na nich sztuczna inteligencja będzie generowała około 30%, czyli ponad 450 mld dol., przychodów przedsiębiorstw produkujących aplikacje biznesowe. To znacznie więcej niż w 2025 r., kiedy udział ten wynosił 2%. Z każdym rokiem upowszechniać mają się również nowe funkcjonalności. W 2027 r. pojedynczy wyspecjalizowani agenci będą współpracować ze sobą, aby rozwiązywać skomplikowane zadania i będzie to jedna trzecia wdrożeń.  Rok później będą tworzyć sieci ekosystemów i reagować dynamicznie w zmieniającym się środowisku. W 2029 r. wkroczymy w nowy wymiar współpracy pomiędzy agentami a ludźmi, a co najmniej 50% pracowników intelektualnych wykształci nowe umiejętności potrzebne do pracy, zarządzania, a nawet tworzenia agentów do rozwiązywania złożonych zadań.

Zanim ten futurystyczny scenariusz się zrealizuje, agent AI musi przestać zmyślać

Tak, agent AI zmyśla, a w zasadzie halucynuje, bo tak fachowo określa się wygenerowane rezultaty, które mają mało wspólnego z rzeczywistością. Halucynacje są jednym z poważniejszych czynników hamujących rozwój AI, mają charakter powszechny i póki co trudny do wyeliminowania. Google zwraca uwagę na przykład, że błędne wyniki może powodować niewystarczająca ilość danych szkoleniowych, ich tendencyjność, stronniczość lub nieprawidłowe założenia modelu AI. Może on po prostu nie rozumieć informacji o prawdziwym świecie, właściwości fizycznych czy pewnych faktów, a jeśli podczas szkolenia nauczy się nieprawidłowych wzorców, to doprowadzi to do halucynacji w postaci wyników, które są pozornie wiarygodne, ale w rzeczywistości nieprawdziwe lub pozbawione sensu. Open AI tłumaczy, że modele halucynują, gdyż standardowe procedury treningu i oceny premiują zgadywanie, zamiast przyznania się do niewiedzy. Z kolei IBM wyjaśnia, że halucynacje modeli są podobne do tego, w jaki sposób ludzie rozpoznają sylwetki lub kształty w chmurach, w pewien sposób dopowiadając sobie kontekst do tego co widzą.

Do tej pory nie udało się wyeliminować problemu halucynowania modeli AI, ale jego skala jest naprawdę poważna. Prowadzi to nie tylko do generowania fałszywych wyników, ale także podważa zaufanie do dostawców rozwiązań. Według szefów działów IT firm zatrudniających co najmniej 250 pracowników przebadanych w połowie 2025 r. przez Gartner, jest to jedna z głównych barier powstrzymujących przed wdrażaniem w pełni autonomicznych agentów. Zaledwie 19% respondentów wykazało wysokie lub całkowite zaufanie co do zdolności swojego dostawcy w zakresie zapewnienia ochrony przed halucynacjami. Znacznie więcej, bo 26% uznało jednak, że mimo wszystko agenci będą mieli transformacyjny wpływ na produktywność, a 53% uważała, że ​​ich wpływ będzie co najmniej znaczący.

WSA w Warszawie podtrzymał karę Prezesa UODO za naruszenie ochrony danych osobowych przez przedsiębiorstwo pogrzebowe

0

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie podtrzymał decyzję Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, wydaną przez Mirosław Wróblewski, w sprawie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych przez przedsiębiorstwo pogrzebowe. Sprawa dotyczyła zgubienia dokumentów zawierających dane klientów w trakcie ich transportu.

Kara za brak zabezpieczeń i brak zgłoszenia incydentu

Prezes UODO nałożył na administratora danych łączną karę w wysokości 33 tys. zł. Sankcja obejmowała dwa naruszenia: brak odpowiednich zabezpieczeń technicznych i organizacyjnych dla dokumentacji zawierającej dane osobowe oraz niedopełnienie obowiązku zgłoszenia organowi nadzorczemu incydentu naruszenia ochrony danych. W ocenie organu do zdarzenia doszło wskutek nieprzewidzenia ryzyka oraz niewdrożenia adekwatnych środków bezpieczeństwa.

Okoliczności zdarzenia

Dokumenty należące do przedsiębiorstwa pogrzebowego, zawierające dane osobowe klientów, zostały znalezione przez policję na poboczu drogi. Postępowanie prokuratorskie wykazało, że pracownik przewoził pudła z dokumentami na odkrytej pace samochodu. W trakcie transportu część pudeł spadła, czego pracownik nie zauważył, ponieważ przed wyjazdem nie dokonał ich przeliczenia.

Dodatkowo ustalono, że przed transportem dokumentacja była przechowywana niezgodnie z wewnętrznymi procedurami — w niezamykanym pomieszczeniu pod schodami lokalu przedsiębiorstwa. Przedłożona Prezesowi UODO analiza ryzyka nie uwzględniała zagrożeń związanych z transportem dokumentów ani oceny prawdopodobieństwa ich wystąpienia i potencjalnych skutków dla osób, których dane dotyczą.

Znaczenie analizy ryzyka

Organ nadzorczy wskazał, że prawidłowo przeprowadzona analiza ryzyka — obejmująca także etap transportu dokumentacji — mogła zapobiec incydentowi. Brak identyfikacji zagrożeń i adekwatnych zabezpieczeń został uznany za istotne uchybienie po stronie administratora danych.

Stanowisko sądu

Powyższe ustalenia potwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Sąd uznał, że Prezes UODO trafnie ocenił, iż administrator nie przewidział ryzyka i nie wdrożył środków bezpieczeństwa wymaganych przy przewożeniu papierowej dokumentacji zawierającej dane osobowe. Podkreślono również, że deklarowane przez przedsiębiorcę zabezpieczenia — przechowywanie dokumentów w zamkniętej szafie w zamykanym pomieszczeniu — w praktyce nie były stosowane.

WSA zwrócił uwagę, że jedyną osobą upoważnioną do dostępu do danych był pracownik biurowy, podczas gdy transport dokumentów zlecono innemu pracownikowi, zatrudnionemu jako żałobnik, bez odpowiednich upoważnień. Sąd ocenił, że Prezes UODO w sposób wyczerpujący zbadał okoliczności sprawy, zastosował prawidłową metodologię przy ustalaniu wysokości kary oraz rzetelnie uzasadnił swoje rozstrzygnięcie.

Sygnatura i podstawa

Wyrok zapadł w sprawie o sygn. II SA/Wa 1026/2. Sprawa administracyjna prowadzona była pod numerem DKN.5131.10.2023 i została opisana w komunikacie Prezesa UODO z dnia 15 kwietnia 2025 r.

Raport Gi Group: premie częściej dzielą niż łączą – stabilność wynagrodzeń wraca na pierwszy plan

Choć większość pracowników w produkcji i logistyce deklaruje, że model wynagrodzenia oparty na podstawie i premii zapewnia im względne poczucie bezpieczeństwa, to niemal co piąty uznaje go za nieprzewidywalny i niewystarczający. Zaledwie 7,8% respondentów wskazuje ten system jako zdecydowanie stabilny, wynika z raportu „Wynagrodzenia pracowników fizycznych w produkcji i logistyce” opracowanego przez Gi Group. Dane te pokazują rosnące znaczenie przejrzystości zasad wynagradzania i przewidywalności dochodów – także w przypadku ich zmiennych składników.

Premia motywuje, ale nie wszystkich i nie w tym samym stopniu

Z danych zawartych w raporcie Gi Group wynika, że skuteczność premii jako narzędzia motywacyjnego jest silnie zróżnicowana i wyraźnie zależna od cech demograficznych oraz poziomu wynagrodzenia. Wbrew założeniom wielu pracodawców, systemy premiowe nie są postrzegane jako jednoznacznie silny impuls do zwiększania zaangażowania.

Największą skuteczność dodatków pozapłacowych deklarują osoby w wieku 31–40 lat. Aż 14,9% z nich oceniło, że motywują je „bardzo mocno”, a 41,8% „dosyć mocno”. Dla porównania, wśród pracowników w wieku 18–30 lat dominowała odpowiedź „w średnim stopniu” (38,8%), a jedynie 10,2% zadeklarowała najwyższy poziom motywacji. W grupie powyżej 50. roku życia dodatki pozapłacowe nie pełnią istotnej funkcji – 6,3% wybrało opcję „bardzo mocno”, a aż 21,9% wskazało dwa najniższe poziomy na skali.

Różnice w ocenie systemu premiowego są widoczne również w zależności od zarobków. Najbardziej zmotywowani dodatkami są pracownicy otrzymujący 5001–6000 zł netto – 43,1% oceniło je jako „dosyć mocno” motywujące, a 11,8% – „bardzo mocno”. Z kolei w grupie z wynagrodzeniem poniżej 4000 zł netto odsetek wskazań na dwa najwyższe poziomy wyniósł 36,9%, co świadczy o niskiej skuteczności tego mechanizmu wśród niżej opłacanych pracowników.

Widoczne są również różnice ze względu na płeć. Mężczyźni częściej niż kobiety wybrali opcję „dosyć mocno” – odpowiednio 38,4% wobec 34,6%. Z kolei kobiety częściej wskazują najwyższy poziom motywacji – 18,5% wobec 9,6% wśród mężczyzn. Jednocześnie mężczyźni częściej niż kobiety deklarują brak motywacji – 6,4% wobec 4,9%.

Sama obecność premii w systemie wynagrodzeń nie wystarcza, by skutecznie motywować pracowników. Kluczowe znaczenie ma to, jak ten system jest skonstruowany – czy opiera się na jasnych, zrozumiałych zasadach i czy pracownik ma wpływ na efekt. Jeśli kryteria przyznawania dodatków są transparentne i powiązane z realnymi wynikami pracy, premia spełnia swoją funkcję. W przeciwnym razie rodzi poczucie uznaniowości i niesprawiedliwości, co może demotywować – podkreśla Anna Wesołowska, Dyrektor Zarządzająca Gi Group.Na ile system dodatków i premii motywuje Cię do lepszej pracy_Gi Group

Premia nie zawsze oznacza bezpieczeństwo

Model wynagrodzenia składający się z podstawy i premii wzbudza mieszane reakcje wśród pracowników produkcji i logistyki. Tylko 7,8% badanych wskazuje go jako zdecydowanie gwarantujący bezpieczeństwo finansowe, a 49% ocenia go raczej pozytywnie. Jednocześnie 20,8% respondentów postrzega go jako niewystarczający, a 22,3% nie potrafi jednoznacznie wyrazić swojej opinii. Odpowiedzi różnicują się w zależności od płci. Pozytywną ocenę wyraża 60,8% mężczyzn i 50,6% kobiet. Wśród pracownic wyraźnie częściej pojawiają się głosy niepewności – co czwarta unika jednoznacznej deklaracji, a 23,4% uznaje ten sposób wynagradzania za niestabilny.

Znaczenie ma także wiek. Największe poczucie finansowego bezpieczeństwa w takim modelu wynagrodzenia deklarują osoby powyżej 50. roku życia – 68,8% z nich uważa, że spełnia swoją funkcję. W grupie 41–50 lat ten odsetek wynosi 58,6%, a wśród najmłodszych pracowników (do 30. roku życia) – 59,2%. Najbardziej krytyczne podejście do niego występuje u osób w przedziale wiekowym 31–40 lat – jedynie 47,8% respondentów z tej grupy ocenia ten model pozytywnie, a aż 28,4% nie widzi w nim źródła stabilizacji.

Zróżnicowanie widoczne jest również przy podziale według poziomu dochodów. Największe zaufanie do formuły „podstawa + premia” deklarują osoby zarabiające 6001–8000 zł netto – 70,5% z nich ocenia ją korzystnie. Wśród pracowników o wynagrodzeniu poniżej 4000 zł ten odsetek wynosi 57,9%, a niemal co trzeci sygnalizuje brak pewności lub wręcz negatywne nastawienie do takiego rozwiązania.

Stabilność finansowa w oczach pracowników to nie tylko wysokość wynagrodzenia, ale przewidywalność wpływów. Premia, która jest niepewna i trudna do oszacowania, nie daje tego samego poczucia bezpieczeństwa co stała pensja. Widać to szczególnie w odpowiedziach osób o niższych dochodach i młodszych grupach wiekowych – komentuje Weronika Ziętara, Branch Manager, Gi Group.Czy system ,,wynagrodzenie podstawowe + premia'' daje Ci poczucie stabilności finansowej_Gi Group

Co zniechęca do premii?

Systemy premiowe mogą działać demotywująco, jeśli są niejasne, niesprawiedliwe lub zależne od zewnętrznych, niekontrolowanych czynników. Aż 47,6% badanych wskazuje, że głównym źródłem frustracji jest zależność premii od czynników, na które pracownik nie ma wpływu. Drugim najczęściej wskazywanym problemem jest jej zbyt niska wysokość (38,3%). Kolejne powody to nierówne traktowanie pracowników (29,6%) i brak przejrzystych zasad (23,8%). Co piąty badany przyznaje, że premia przestaje być nagrodą, a staje się oczekiwaną częścią pensji (22,8%), co znacząco obniża jej wartość motywacyjną.Co najbardziej demotywuje Cię w systemie premiowym_Gi Group

To nie tylko wysokość premii decyduje o jej motywacyjnym potencjale, lecz także poczucie sprawczości i zaufanie do zasad jej przyznawania. Pracownicy chcą wiedzieć, za co konkretnie mogą otrzymać premię, i mieć pewność, że obowiązujące kryteria są jasne, przejrzyste oraz adekwatne do specyfiki ich stanowiska. Jeśli te warunki nie są spełnione, premia przestaje być zachętą, a staje się źródłem frustracji – wyjaśnia Agnieszka Żak, Dyrektor Regionalna, Gi Group.

Pracownicy wolą wyższą podstawę niż obietnicę premii

Z badania Gi Group jasno wynika, że pracownicy produkcji i logistyki zdecydowanie preferują przewidywalność i stabilność wynagrodzenia. Aż 79% respondentów wskazuje, że wolałoby otrzymywać wyższą pensję podstawową kosztem potencjalnie wyższych premii. Tylko 13% deklaruje chęć wyboru niższej podstawy przy jednoczesnym potencjale wyższych dodatków. Preferencje dotyczące struktury wynagrodzenia mają wyraźne uwarunkowania demograficzne. Mężczyźni są bardziej skłonni zaakceptować niższą stałą pensję, jeśli wiąże się to z możliwością uzyskania wyższych dodatków finansowych. Kobiety z kolei częściej niż mężczyźni preferują wyższą podstawę wynagrodzenia, lecz z niższymi premiami. Podobne podejście obserwujemy wśród osób młodszych, które cenią finansową przewidywalność na wczesnym etapie kariery zawodowej.

Co ciekawe, największą skłonność do modelu opartego na premiach wykazują osoby w wieku 41–50 lat (17,2%) oraz respondenci otrzymujący miesięczne wynagrodzenie netto w przedziale 6001–8000 zł – blisko co piąty badany z tej grupy akceptuje większe uzależnienie dochodu od wyników. Może to sugerować większą pewność zawodową lub lepsze doświadczenia z funkcjonującymi systemami premiowymi wśród bardziej doświadczonych lub lepiej wynagradzanych pracowników.

Wysokość premii to nie wszystko – liczy się przejrzystość

Wnioski płynące z raportu Gi Group wskazują jednoznacznie: sama obecność składnika zmiennego w wynagrodzeniu nie wystarczy, by budować zaangażowanie i poczucie bezpieczeństwa. Coraz istotniejszym elementem systemów płacowych staje się ich przejrzystość – pracownicy oczekują jasnych reguł, zrozumiałych kryteriów i stabilności finansowej. Premia przestaje być atrakcyjna, jeśli jest trudna do przewidzenia i nieczytelna – nawet jeśli jest wypłacana regularnie. W tym kontekście dla firm kluczowe będzie nie tylko to, czy oferują premie, ale przede wszystkim – jak są one projektowane, komunikowane i wdrażane.

Raport „Wynagrodzenia pracowników fizycznych w produkcji i logistyce” jest dostępny do pobrania na stronie: https://pl.gigroup.com/dla-pracodawcow/raporty-rynkowe/wynagrodzenia_pracownikow_fizycznych_produkcja_logistyka_2025/?utm_source=press&utm_medium=komunikat&utm_campaign=gi_placowy_2025

O raporcie

Raport „Wynagrodzenia pracowników fizycznych w produkcji i logistyce” Gi Group został opracowany na podstawie danych GUS, informacji z ponad 60 firm o zróżnicowanym profilu działalności oraz danych z portali rekrutacyjnych i deklaracji kandydatów. W analizie wykorzystano aktualne dane dotyczące ofert pracy zebrane w październiku 2025 roku, odzwierciedlające bieżącą sytuację na rynku i oczekiwania pracodawców. Raport prezentuje miesięczne wynagrodzenia zasadnicze w kwotach brutto, z podziałem na wartości minimalne i maksymalne oraz zakresy premii charakterystycznych dla poszczególnych stanowisk. Dodatkowo uwzględniono wyniki badania SW Research, przeprowadzonego metodą CAWI w dniach 9–14 października 2025 roku wśród 206 pracowników sektora produkcji i logistyki wynagradzanych w systemie „podstawa + premia”.

NVIDIA i ABB pracują nad centrami AI nowej generacji. Kierunek transformacji pokazują… statki

ABB, globalna firma technologiczna, rozwija wraz z NVIDIA nową generację systemów zasilania dla centrów danych obsługujących sztuczną inteligencję. Współpraca koncentruje się na wykorzystaniu architektury opartej na prądzie stałym (DC), która pozwala znacząco ograniczyć straty energii i przygotować centra danych na gwałtowny wzrost potrzeb energetycznych związanych z rozwojem AI.

AI zużywa wielokrotnie więcej energii niż tradycyjne usługi IT i wymaga zupełnie innego podejścia do projektowania centrów danych. W praktyce oznacza to nie tylko większe zapotrzebowanie na moc, ale także rosnące koszty energii i coraz mniejszą przewidywalność wydatków operacyjnych. Współpraca ABB i NVIDIA ma ułatwić tworzenie centrów danych pod zastosowania AI, które będą w stanie obsługiwać bardzo duże obciążenia obliczeniowe przy niższych stratach energii i lepszej kontroli kosztów eksploatacji.

ABB wykorzysta przy realizacji projektu swoje wieloletnie doświadczenie w budowie wydajnych i energooszczędnych systemów zasilania wykorzystywanych m.in. w przemyśle morskim. Według obliczeń ABB, jednostki morskie wykorzystujące systemy o napięciu 1000 V DC i mocy do 20 MW, odnotowują spadek zużycia energii o 20-40 proc., a koszt ich utrzymania zredukowano prawie o jedną trzecią. Doświadczenia te pokazują, że architektura oparta na prądzie stałym może mieć zastosowanie także w centrach danych, które mierzą się dziś z podobnymi wyzwaniami w zakresie efektywności energetycznej i skalowalności.

Zapotrzebowanie na energię nawet 10-krotnie wyższe

Do trenowania sztucznej inteligencji i przetwarzania ogromnych zbiorów danych potrzeba nie tylko bardzo wydajnych procesorów, ale także infrastruktury zaprojektowanej pod kątem specyficznych obliczeń i ogromnej ilości energii. To ona w coraz większym stopniu determinuje koszty dostępu do AI.

Zdecydowana większość centrów danych była budowana przed erą sztucznej inteligencji i jest oparta na technologii prądu przemiennego (AC) i niższym napięciu. Projektowano je pod znacznie mniejszą gęstość mocy, a potrzeby technologii AI zmieniają te liczby drastycznie. Szacuje się zapotrzebowanie na moc może być nawet 10-krotnie wyższe niż w klasycznych systemach AC. Gdyby pozostać przy starej technologii, to straty energii byłyby gigantyczne i wymagałyby stosowania bardzo grubych kabli miedzianych. System zasilania prądem stałym 800 V od wielu lat wykorzystywany m.in. w przemyśle morskim, jest wydajniejszy, tańszy, a dzięki modułowej budowie, bardziej skalowalny. Ma on więc szereg zalet, nie tylko z punktu widzenia operatorów centrów danych, ale także ich klientów, którym zależy na jak najniższych kosztach dostępu do technologii tłumaczy Marcin Walewski z biznesu Elektryfikacji ABB w Polsce.

Około 40 proc. projektów badawczo-rozwojowych (R&D) realizowanych przez ABB w obszarze elektryfikacji koncentruje się dziś na technologiach kluczowych dla centrów nowej generacji. Obejmują one m.in. architekturę elektryczną, urządzenia zabezpieczające, dystrybucję prądu stałego oraz rozwiązania chłodzenia, które pozwalają przygotować infrastrukturę na znacznie wyższe obciążenia energetyczne generowane przez AI.

Wymagania wynikające ze znacznego wzrostu mocy w skali lokalnej pociągnęły za sobą potrzebę zwiększenia przepustowości systemów zasilania. Przejście na napięcie 800 V DC dla szaf serwerowych jest nieuniknione. Posiadamy technologie, które ułatwią taką transformację dodaje Marcin Walewski.

Nowa architektura zasilania dla fabryk AI

W ramach projektów R&D ABB wspiera prace nad wdrożeniem architektury opartej na prądzie stałym (DC) dla szaf serwerowych o mocy rzędu 1 MW oraz dla obiektów planowanych w skali gigawatowej, określanych przez NVIDIA jako „AI factories”, z perspektywą wdrożeń od 2027 roku.

Same fabryki AI nie są już dziś koncepcją teoretyczną – np. w Polsce działa już pierwszy ośrodek tego typu oparty na superkomputerze GPU (Graphics Processing Unit), a w planach jest budowa kolejnego. Rozwiązania tworzone wspólnie przez ABB i NVIDIA dotyczą kolejnego etapu rozwoju tego typu obiektów, związanego z dalszym wzrostem skali oraz nowymi wymaganiami energetycznymi.

– Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji rośnie zapotrzebowanie na moce obliczeniowe, a to wymaga nowego podejścia do dystrybucji energii, które poprawi efektywność i uprości projektowanieuważa Dion Harris, dyrektor ds. infrastruktury HPC, chmury i AI w firmie NVIDIA. Razem z ABB będziemy wspierać branżę w przejściu na architekturę 800 V DC. Umożliwi to stworzenie infrastruktury wysokiej gęstości, niezbędnej do rozwoju kolejnej generacji sztucznej inteligencjidodaje.

Zgodnie z prognozami Polskiego Stowarzyszenia Centrów Danych, opartymi na analizach rynku PMR, łączna moc polskich centrów danych ma osiągnąć co najmniej 500 MW do końca dekady, przy bardzo wysokim, około 25-procentowym średniorocznym tempie wzrostu. Coraz bardziej istotne staje się jednak nie tylko to, ile mocy przybywa, lecz czy nowe centra danych są projektowane od początku z myślą również o przyszłych obciążeniach generowanych przez sztuczną inteligencję.

Równolegle analizy oparte na danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych wskazują, że roczne zużycie energii przez centra danych w Polsce może w kolejnych latach zbliżyć się do 9 TWh. W ujęciu globalnym Międzynarodowa Agencja Energetyczna zalicza centra danych i obciążenia AI do najszybciej rosnących źródeł popytu na energię elektryczną.

W efekcie rozwój AI coraz silniej wiąże się z infrastrukturą energetyczną, a o tempie i opłacalności wdrożeń decyduje nie tylko dostęp do mocy obliczeniowej, lecz także efektywne i skalowalne systemy zasilania. Właśnie na tym obszarze koncentruje się współpraca ABB i NVIDIA, tworząc nowe fundementy dla rozwoju infrastruktury dla sztucznej inteligencji.

DeepSeek V4 już w lutym. AI ma usprawnić programowanie

Chiński rywal OpenAI nie zwalnia tempa. Jak donosi serwis The Information, startup DeepSeek planuje premierę nowej generacji swojego modelu sztucznej inteligencji – DeepSeek V4 – już w połowie lutego 2026 roku.

Zgodnie z doniesieniami pracowników spółki, nadchodząca wersja ma przynieść wyraźną poprawę w zakresie programowania oraz obsługi złożonych projektów informatycznych. Model V4 został zaprojektowany tak, aby efektywnie przetwarzać bardzo długie zapytania, co pozwala na głęboką analizę rozbudowanych kontekstów i baz kodu. Dzięki tym usprawnieniom chińskie narzędzie ma realnie konkurować z czołowymi rozwiązaniami z USA, w tym z flagowymi produktami OpenAI i Anthropic.

Strategia DeepSeek, oparta na udostępnianiu darmowych modeli open-source, skutecznie buduje globalną pozycję firmy, szczególnie w regionach wrażliwych na koszty. Raport AI for Good Lab firmy Microsoft wskazuje, że generatywna sztuczna inteligencja dociera już do ponad 16 proc. światowej populacji, a chiński startup jest jednym z głównych motorów tego wzrostu. Niska bariera wejścia sprawia, że narzędzia te zyskują ogromną popularność tam, gdzie zachodnie technologie są zbyt drogie lub trudniej dostępne.

Statystyki potwierdzają wyraźny podział geopolityczny w użytkowaniu AI. DeepSeek zdominował rynek chiński z udziałem na poziomie 89 proc., stając się jednocześnie kluczowym graczem w krajach objętych sankcjami, m.in. w Rosji, na Białorusi, w Iranie i na Kubie. Z raportu Microsoftu wynika również, że chiński startup buduje silną pozycję w Afryce. Autorzy opracowania sugerują, że o sukcesie platformy w tych regionach decyduje przede wszystkim niski próg wejścia i dostępność narzędzia.

Ekspansja DeepSeek spotyka się jednak z rosnącą nieufnością ze strony rządów państw zachodnich. Włochy, Australia, Tajwan i Korea Południowa zdecydowały się już na ograniczenia lub całkowite wykluczenie narzędzi firmy z użytku w administracji publicznej. Władze tych krajów podnoszą argumenty dotyczące ochrony danych, wskazując na ryzyko przechowywania wrażliwych informacji na chińskich serwerach oraz obawy przed możliwym wpływem państwowych struktur na działanie systemów AI.

Eksperci wskazują również na problem cenzury, zauważając, że modele DeepSeek w kwestiach politycznych funkcjonują w ścisłej zgodzie z chińskimi regulacjami informacyjnymi. Przedstawiciel Microsoftu podkreślił, że choć systemy te osiągają imponujące wyniki w dziedzinach ścisłych, takich jak matematyka, to w tematach wrażliwych dla Pekinu powielają narrację narzucaną przez państwowy aparat kontroli. Sama spółka odmówiła agencji Reuters komentarza w sprawie daty premiery modelu V4.

Gates apeluje o regulacje i inwestycje publiczne w bezpieczeństwo AI

W opublikowanym w piątek corocznym liście Bill Gates ostrzega, że szybki rozwój sztucznej inteligencji i postępujące zmiany klimatu tworzą ryzyka, z którymi same mechanizmy rynkowe mogą sobie nie poradzić. W tekście zatytułowanym „The Year Ahead: Optimism with Footnotes” („Optymizm z przypisami”) miliarder apeluje do rządów o przejęcie inicjatywy. Jego zdaniem państwa powinny aktywniej ograniczać zagrożenia i wspierać kluczowe technologie.

Według Gatesa szczególny niepokój budzą scenariusze, w których powszechnie dostępne narzędzia AI mogłyby zostać wykorzystane przez terrorystów do zaprojektowania broni biologicznej. Zdaniem współzałożyciela Microsoftu taka „inżynieryjna” katastrofa może w przyszłości okazać się groźniejsza niż naturalne pandemie, przed którymi ostrzegał publicznie już dekadę temu. Równie ważnym wyzwaniem mają być nadchodzące wstrząsy na rynku pracy, które w ciągu kilku lat wymuszą szybkie dostosowanie systemów edukacji oraz polityki społecznej.

Gates podkreśla, że bez globalnych mechanizmów wymuszających redukcję emisji sektor prywatny nie ma wystarczających bodźców, by szybko skalować zielone technologie. Jego zdaniem ciężar wspierania innowacji spada więc na rządy najbogatszych państw, które dzięki finansowaniu oraz zamówieniom publicznym mogą obniżać koszty wdrażania czystej energii.

Gates zwraca też uwagę na pilną potrzebę skutecznego nadzoru nad generatywną sztuczną inteligencją, podkreślając, że luki w zabezpieczeniach mogą niemal natychmiast odbijać się na życiu społecznym. Jako przykład przywołuje niedawne kontrowersje wokół chatbota Grok firmy xAI, któremu zarzucono generowanie nielegalnych treści, co wymusiło reakcję regulatorów oraz samej spółki. Jego zdaniem ta sytuacja dobrze pokazuje główną tezę listu: błędy w systemach bezpieczeństwa AI szybko przekładają się na realne problemy, które wymagają jasnych zasad i egzekwowania.

Mimo tych ostrzeżeń Gates podkreśla, że sztuczna inteligencja nadal może przynieść przełom m.in. w medycynie oraz w działaniach wspierających adaptację do zmian klimatu. Zastrzega jednak, że warunkiem jest równoległe wprowadzenie skutecznych reguł bezpieczeństwa, które ograniczą ryzyko nadużyć. W jego ujęciu „optymizm” ma sens tylko wtedy, gdy zarządzanie ryzykiem technologicznym stanie się równie ważne jak czerpanie z niego korzyści.

800 mld dolarów na odbudowę Ukrainy. Kluczowe spotkanie Zełenski–Trump w Davos

Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, zaplanowane na 19–23 stycznia, może okazać się kluczowym momentem dla powojennej przyszłości Ukrainy. W kuluarach szczytu ma dojść do spotkania prezydentów Wołodymyra Zełenskiego i Donalda Trumpa, którego celem jest finalizacja tzw. planu „dobrobytu”. Ta rozpisana na 10 lat strategia zakłada napływ inwestycji do ukraińskiej gospodarki o wartości sięgającej nawet 800 mld dolarów.

Premier Ukrainy Julija Swyrydenko przedstawiła na początku stycznia szacunkowe koszty odbudowy kraju, zaznaczając wyraźnie, że kalkulacja ta nie uwzględnia wydatków na cele wojskowe. W planie ujęto między innymi środki niezbędne do utrzymania stabilizacji makrofinansowej, wypłaty rekompensat za straty wojenne oraz fundusze na odbudowę zniszczonej infrastruktury. Aby zapewnić spójność międzynarodowych działań, szczegółowe założenia projektu zostały już przekazane doradcom do spraw bezpieczeństwa z piętnastu państw partnerskich.

Model finansowania planu opiera się na dywersyfikacji źródeł, łącząc pożyczki i granty z bezpośrednimi inwestycjami prywatnych przedsiębiorstw z USA. Kluczowym elementem tej strategii jest zawarta w kwietniu 2025 roku umowa surowcowa, która gwarantuje amerykańskim inwestorom uprzywilejowany dostęp do ukraińskich projektów wydobywczych. W ocenie Kijowa to właśnie ten mechanizm ma stać się impulsem przyciągającym prywatny kapitał i napędzającym szerszą skalę inwestycji w powojenną odbudowę.

Minister gospodarki Ołeksij Sobolew zapowiedział wdrożenie instrumentów ograniczających ryzyko inwestycyjne, w tym gwarancji państwowych oraz mechanizmów finansowania publiczno-prywatnego. Za kluczowe obszary uznano energetykę, infrastrukturę, przemysł oraz rozwój kapitału ludzkiego, co ma stanowić fundament powrotu na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Realizacja tych założeń już się rozpoczęła – 7 stycznia fundusz utworzony w ramach umowy surowcowej uruchomił platformę internetową służącą do przyjmowania propozycji projektów.

Równocześnie z rozmowami o odbudowie gospodarczej prowadzone są negocjacje dotyczące powojennych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. W grę wchodziła wizyta Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu, jednak europejscy partnerzy z Koalicji Woli rekomendowali, by do kluczowych rozmów doszło w Davos, w otoczeniu szerszego grona liderów i w mniej formalnej formule. Ważnym sygnałem był też niedawny szczyt w Paryżu, gdzie strona amerykańska po raz pierwszy oficjalnie poparła kompleksowe ramy gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy.

Wołodymyr Zełenski przekazał, że dwustronny dokument dotyczący gwarancji ze strony USA jest w zasadzie gotowy i czeka na ostateczną decyzję amerykańskiego przywódcy. Kijów zakłada, że włączenie Stanów Zjednoczonych w odbudowę – także poprzez projekty atrakcyjne dla amerykańskiego biznesu – zwiększy szanse na bardziej trwałe i konkretne zobowiązania polityczne. W tej logice bezpieczeństwo Ukrainy ma być powiązane z ochroną amerykańskich inwestycji, co miałoby wzmocnić determinację Waszyngtonu do długofalowego zaangażowania.

Nocne ograniczenia sprzedaży alkoholu przetasują handel. Kto skorzysta najbardziej?

Wprowadzane w kolejnych polskich miastach nocne zakazy sprzedaży alkoholu oraz zapowiadany zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw oficjalnie mają poprawić bezpieczeństwo i ograniczyć negatywne skutki nadmiernego spożycia alkoholu. Zdaniem ekspertów za tymi regulacjami kryje się jednak proces, który z punktu widzenia rynku może mieć daleko idące konsekwencje. Chodzi o redystrybucję deficytowych gminnych zezwoleń na sprzedaż alkoholu, prowadzącą do dalszej konsolidacji rynku w rękach największych sieci handlowych.

Najbardziej dotknięte skutkami nocnej prohibicji są małe sklepy osiedlowe. Dla wielu z nich późne godziny otwarcia lub handel całodobowy stanowią kluczową przewagę konkurencyjną wobec dużych sieci. Ograniczenie nocnej sprzedaży alkoholu oznacza gwałtowny spadek obrotów, który w części przypadków może prowadzić do zamknięcia działalności.

– „Dla wielu małych sklepów sprzedaż nocna nie jest dodatkiem, lecz fundamentem rentowności. Jej ograniczenie oznacza często utratę sensu ekonomicznego prowadzenia biznesu” – wskazuje Piotr Palutkiewicz, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute.

Upadek małych sklepów ma jednak konsekwencje wykraczające poza samą likwidację punktów handlowych. Każde zamknięcie oznacza zwolnienie koncesji na sprzedaż alkoholu, a te – w warunkach administracyjnych limitów – stają się zasobem o realnej wartości rynkowej. W największych miastach, gdzie limity zezwoleń są niemal wyczerpane, każda wolna koncesja jest natychmiast przejmowana przez większe podmioty.

Dane z końca 2025 roku pokazują, że w takich miastach jak Gdańsk, Wrocław czy Warszawa rynek zezwoleń znajduje się blisko administracyjnego „sufitu”. Oznacza to, że rozwój nowych punktów sprzedaży alkoholu jest możliwy niemal wyłącznie poprzez przejmowanie koncesji po zamykanych sklepach.

– „W sytuacji, gdy limity w dużych miastach są na wyczerpaniu, jedyną drogą rozwoju dużych sieci staje się przejmowanie zasobów po słabszych graczach. Nocna prohibicja, obniżając rentowność sklepów osiedlowych, w praktyce przyspiesza ten proces” – podkreśla Palutkiewicz.

Podobny mechanizm dotyczy stacji paliw. One również funkcjonują w ramach tych samych gminnych limitów koncesyjnych. Gdy sprzedaż alkoholu na stacjach zostaje zakazana lub staje się nieopłacalna, zezwolenia formalnie wracają do puli. W praktyce nie znikają jednak z rynku, lecz są szybko przejmowane przez sieci handlowe, dla których alkohol pozostaje ważnym elementem oferty.

Eksperci zwracają uwagę, że zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw może w jednym ruchu legislacyjnym uwolnić tysiące koncesji w skali kraju, przesuwając całą sprzedaż do handlu dziennego. Jednocześnie brak jest dowodów na to, że zmiana kanału sprzedaży realnie ogranicza poziom konsumpcji alkoholu.

– „Doświadczenia innych państw pokazują, że nie ma bezpośredniego związku między miejscem sprzedaży a całkowitym spożyciem alkoholu. Konsumpcja nie znika, zmienia się tylko miejsce zakupu” – zauważa Andrzej Strojny, analityk Warsaw Enterprise Institute.

Dodatkowo, jak podkreślają analitycy, spożycie alkoholu w Polsce od kilku lat systematycznie spada i osiągnęło najniższy poziom od kilkunastu lat. W tym kontekście wprowadzanie kolejnych, coraz bardziej restrykcyjnych rozwiązań prawnych budzi pytania o ich rzeczywiste cele.

– „Jeżeli konsumpcja maleje, a mimo to sięga się po tak drastyczne narzędzia regulacyjne, trudno nie odnieść wrażenia, że cele zdrowotne nie są jedynymi motywami tych zmian” – ocenia Strojny.

Opisany mechanizm idealnie wpisuje się w strategie największych sieci handlowych, które otwarcie deklarują dalsze zagęszczanie placówek w dużych miastach. Przy niemal całkowicie wyczerpanych limitach koncesji jedyną drogą ekspansji pozostaje przejmowanie zezwoleń po upadających mniejszych podmiotach. Nocna prohibicja i zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw sprzyjają temu procesowi, uwalniając setki dotąd „zablokowanych” koncesji.

– „Pod fasadą poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego dokonuje się cicha konsolidacja rynku. Koncesje tracone przez lokalnych przedsiębiorców i stacje paliw nie znikają, tylko zmieniają właścicieli, trafiając do dużych grup kapitałowych” – podsumowuje Andrzej Strojny.

Zdaniem ekspertów Warsaw Enterprise Institute nocna prohibicja oraz zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw opierają się na błędnym przekonaniu o skuteczności zakazów. Popyt na alkohol nie zanika, a poza dużymi sieciami na ograniczeniach może zyskać również szara strefa. W efekcie interwencjonizm państwa prowadzi do trwałej zmiany struktury rynku, przyspieszając jego konsolidację wokół największych graczy, którzy stają się głównymi beneficjentami regulacji wprowadzanych pod hasłem troski o zdrowie publiczne.

Szara strefa na rynku pożyczek rośnie. 15 proc. sektora i 5,1 mld zł obrotu rocznie

Szara strefa na rynku pożyczek pozabankowych w Polsce odpowiada już za ok. 15 proc. całego sektora i generuje ok. 5,1 mld zł obrotu rocznie – wynika z nowego raportu Warsaw Enterprise Institute (WEI) „Szara strefa w Polsce. Rynek pożyczek pozabankowych”. Autorzy szacują, że oznacza to ponad 1,25 mln transakcji rocznie zawieranych poza ramami prawa. Według WEI co szósta transakcja pożyczkowa odbywa się dziś bez nadzoru państwa i bez realnych gwarancji dla konsumenta.

W raporcie zwrócono uwagę na gwałtowny wzrost odsetka odrzuceń w legalnym segmencie. W I połowie 2025 r. aż 77 proc. wniosków składanych do instytucji pożyczkowych miało zakończyć się odmową. Jednocześnie 59 proc. wnioskodawców nie uzyskało finansowania w żadnej legalnie działającej firmie pożyczkowej. WEI wylicza, że w 2024 r. niemal 2,8 mln potrzeb pożyczkowych pozostało bez legalnego finansowania, mimo utrzymującego się popytu na pożyczki konsumenckie.

– To pierwsza próba zmierzenia czegoś, co z definicji jest niewidoczne. Szara strefa nie znika tylko dlatego, że państwo jej nie widzi – ona rośnie tam, gdzie regulacje uniemożliwiają legalnym podmiotom odpowiedź na realne potrzeby konsumentów – ocenia Wojciech Wyszomierski, analityk WEI. Według autorów raportu niemal połowa osób, którym odmówiono pożyczki, aktywnie szuka alternatywnego finansowania, a część z nich trafia do podmiotów działających poza prawem.

WEI wskazuje, że główną przyczyną wypychania klientów poza legalny rynek są regulacje ograniczające możliwość różnicowania oferty pod kątem ryzyka. Chodzi m.in. o sztywne limity kosztów pozaodsetkowych, obowiązek jednolitej oceny zdolności kredytowej i brak narzędzi do realnego „cenienia ryzyka” w produktach dla trudniejszych klientów. W efekcie legalne instytucje pożyczkowe mają prowadzić coraz bardziej zachowawczą politykę kredytową, a udział nowych klientów spadł – według danych z raportu – do 8,5 proc., mimo że liczba i wartość udzielanych pożyczek rosła (w ostatnich dwóch latach o 34 proc.).

Autorzy raportu podkreślają też społeczny wymiar problemu, wskazując na motywacje osób szukających pieniędzy „na już”. Z badań przywołanych przez WEI wynika, że w przypadku odmowy przez legalną instytucję aż 72,7 proc. osób poszukujących finansowania na potrzeby zdrowotne deklaruje gotowość skorzystania z szarej strefy. Wysokie wskaźniki dotyczą też bieżących zobowiązań (64 proc.) oraz potrzeb bliskich (59,8 proc.). Zdaniem WEI to sygnał, że dla części gospodarstw domowych pożyczka jest mechanizmem radzenia sobie z nagłymi wydatkami, a nie „konsumpcyjną fanaberią”.

– Państwo, zamiast realnie chronić konsumentów, wypycha ich poza legalny rynek. Tam nie obowiązują ani limity kosztów, ani standardy windykacyjne, ani jakiekolwiek gwarancje prawne – mówi Piotr Palutkiewicz, wiceprezes WEI. Według niego szara strefa oznacza nie tylko ryzyko dla klientów, ale też straty dla budżetu: brak podatków, brak kontroli i większe pole dla nadużyć, w tym agresywnej windykacji czy wpadania w spiralę zadłużenia.

WEI zwraca uwagę na to, że problem nie wynika z „nadmiernego zadłużenia Polaków” w skali makro. W raporcie przywołano, że zadłużenie gospodarstw domowych w relacji do PKB w Polsce wynosiło w I kwartale 2025 r. 22,5 proc., podczas gdy średnia unijna to 51,1 proc. Jednocześnie gospodarstwa domowe mają oszczędzać średnio ok. 10 proc. dochodu rozporządzalnego, przy ok. 15 proc. w UE.

W rekomendacjach WEI postuluje przegląd przepisów i rozważenie zmian, które zwiększą elastyczność legalnych firm w ocenie ryzyka i kształtowaniu produktów. Celem ma być ograniczenie odpływu klientów do szarej strefy, większa konkurencja na rynku oraz skuteczniejsze ściganie nielegalnych pożyczkodawców. Autorzy raportu prognozują, że bez „urealnienia” wybranych regulacji – w tym limitu kosztów pozaodsetkowych – odsetek odrzucanych wniosków może dalej rosnąć, a wraz z nim skala pożyczek udzielanych poza prawem.

Sejm przyjął ustawę o zawodzie psychologa. Powstanie samorząd, rejestr i nowe zasady odpowiedzialności

9 stycznia 2026 r. Sejm przyjął ustawę o zawodzie psychologa oraz samorządzie zawodowym psychologów. Teraz projektem zajmie się Senat. Nowe przepisy mają uporządkować rynek świadczeń psychologicznych, podnieść jakość usług i wzmocnić ochronę osób korzystających ze wsparcia.

– Zasługujemy na pewność, że pomoc psychologiczna jest udzielana przez wykwalifikowanego specjalistę – mówiła ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podczas pierwszego czytania.

Co zmieni ustawa

Ustawa wprowadza zamknięty katalog świadczeń psychologicznych, określa zasady uzyskania prawa do wykonywania zawodu oraz tworzy samorząd zawodowy psychologów. Kluczową nowością ma być Rejestr Psychologów, który pozwoli sprawdzić, czy dana osoba ma uprawnienia.

Wprowadzone zostaną też przepisy karne. Karalne będzie podszywanie się pod psychologa bez prawa wykonywania zawodu, a także udzielanie świadczeń psychologicznych bez wymaganych uprawnień.

Jakie świadczenia będą „świadczeniami psychologicznymi”

Ustawa ustanawia zamknięty katalog, do którego zalicza:

  • diagnozę psychologiczną,
  • opiniowanie psychologiczne,
  • orzekanie psychologiczne,
  • udzielanie pomocy psychologicznej.

Ma to uporządkować rynek, bo w dotychczasowych regulacjach katalog był otwarty i brakowało definicji usług, co utrudniało egzekwowanie odpowiedzialności.

Kto będzie mógł wykonywać zawód psychologa

Prawo wykonywania zawodu będzie przysługiwać osobie, która spełni łącznie warunki ustawowe, w tym ukończy:

  • studia I stopnia na kierunku psychologia oraz studia II stopnia na kierunku psychologia i uzyska tytuł magistra, albo
  • jednolite studia magisterskie na kierunku psychologia i uzyska tytuł magistra,
    albo posiada kwalifikacje uznane w Polsce (z UE) lub dyplom spoza UE uznany za równoważny.

Dodatkowo wymagana będzie m.in. pełnia praw publicznych i zdolność do czynności prawnych, brak prawomocnego skazania za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego oraz znajomość języka polskiego w stopniu niezbędnym do pracy.

Samo wykształcenie nie wystarczy – konieczny będzie też wpis do Rejestru Psychologów.

„Prawa nabyte” dla osób z magistrem psychologii

Nowa ustawa co do zasady wymaga ukończenia zarówno licencjatu, jak i magisterki na kierunku psychologia. Jednocześnie przewiduje ochronę praw nabytych. Osoby, które najpóźniej w dniu wejścia w życie ustawy ukończą w Polsce studia II stopnia na psychologii i uzyskają tytuł magistra (nawet jeśli licencjat był na innym kierunku), będą mogły wpisać się do rejestru i wykonywać zawód.

Do rejestru mają też mieć dostęp absolwenci jednolitych studiów magisterskich na kierunku „psychologia zdrowia” (oferowanych przez uczelnie medyczne), ze względu na pokrewieństwo programów kształcenia.

Samorząd psychologów i skargi pacjentów

Samorząd ma pełnić podwójną rolę: reprezentować środowisko oraz sprawować pieczę nad należytym wykonywaniem zawodu, który ma charakter zaufania publicznego. To samorząd będzie decydował o dopuszczeniu do zawodu (wpis do rejestru) i o sankcjach dyscyplinarnych, w tym zawieszeniu lub pozbawieniu prawa wykonywania zawodu.

Osoba pokrzywdzona będzie mogła złożyć do rzecznika dyscyplinarnego wniosek o wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Jeśli materiał dowodowy potwierdzi naruszenia, sprawa trafi do sądu dyscyplinarnego.

Opiekun dla nowych psychologów

Ustawa przewiduje obowiązkową współpracę z opiekunem dla osób rozpoczynających wykonywanie zawodu. Psycholog uzyska prawo do wykonywania zawodu z dniem wpisu do rejestru i będzie pracował samodzielnie, ale opiekun ma wspierać go w praktycznych aspektach pracy i standardach etycznych.

Współpraca ma trwać 150 godzin, z czego co najmniej 75 godzin w trybie stacjonarnym, w okresie od 9 do 24 miesięcy. Negatywna opinia końcowa opiekuna może skutkować skreśleniem z rejestru, przy czym przewidziano ścieżkę odwoławczą.

Psychoterapia nie tylko dla psychologów

Ustawa nie zastrzega prowadzenia psychoterapii wyłącznie dla psychologów. Wciąż funkcjonują różne ścieżki uzyskiwania uprawnień psychoterapeuty, a odrębne przepisy regulują zasady w systemie publicznym. Równolegle prowadzone są prace nad uregulowaniem zawodu psychoterapeuty.

Jeśli jednak psychoterapię prowadzi psycholog wpisany do rejestru, będzie go obowiązywać m.in. tajemnica zawodowa, zasady dokumentacji i odpowiedzialność dyscyplinarna wynikające z nowej ustawy.

Jawność rejestru i informacje o karach

Rejestr ma być jawny w ograniczonym zakresie: imię i nazwisko, numer i data wpisu oraz status „wykonujący” albo „niewykonujący zawodu”. Informacje o ukaraniu dyscyplinarnym nie będą jawne, natomiast pozbawienie prawa wykonywania zawodu będzie skutkować skreśleniem z rejestru. W przypadku zawieszenia psycholog pozostanie w rejestrze jako „niewykonujący zawodu”.

Kary za podszywanie się pod psychologa i pracę bez uprawnień

Nieuprawnione posługiwanie się tytułem „psycholog” ma być zagrożone grzywną, a jeśli celem było uzyskanie korzyści majątkowej – także karą ograniczenia wolności. Udzielanie świadczeń psychologicznych bez prawa wykonywania zawodu ma podlegać grzywnie albo ograniczeniu wolności, a w przypadku działania dla zysku lub wprowadzenia w błąd – również karze pozbawienia wolności do roku.

Co dalej

Po głosowaniu w Sejmie ustawą zajmie się Senat. Jeśli przepisy wejdą w życie bez istotnych zmian, rynek usług psychologicznych ma zostać ujednolicony: z jasnymi wymogami dostępu do zawodu, rejestrem uprawnień, obowiązkami etycznymi i realną odpowiedzialnością dyscyplinarną.

Plany finansowe Polaków na 2026 rok

Spośród 70 proc. Polaków, którzy na 2025 rok mieli jakiekolwiek plany finansowe, co czwarty zrealizował je w całości – wynika z badania przygotowanego dla BIG InfoMonitor. Wchodząc w 2026 rok, konsumenci częściej nastawiają się na stabilizację niż duże zmiany. W planach dominują ostrożność, kontrola wydatków i budowanie poduszki finansowej, a nie skokowy wzrost dochodów czy rewolucje zawodowe.

Jak Polacy podsumowują 2025: plany były, wykonanie częściowe

Badanie pokazuje, że ok. 30 proc. dorosłych Polaków nie planowało na 2025 rok żadnych działań finansowych. Wśród tych, którzy postanowienia mieli, 10 proc. nie zrealizowało ich w ogóle, 37 proc. zrealizowało je częściowo, a 23 proc. – w pełni. To oznacza, że większość kończy rok z poczuciem „zrobione, ale nie do końca”, co wprost przekłada się na bardziej zachowawcze podejście do kolejnych 12 miesięcy.

2026: mniej „dodawania gazu”, więcej kontrolowania kosztów

Na pytanie o wydatki inne niż podstawowe potrzeby, najczęściej wskazywanym kierunkiem na 2026 rok są remonty i wymiana sprzętów domowych (35 proc.). Niewiele mniej osób mówi o budowaniu poduszki finansowej na gorsze czasy (33 proc.), a 30 proc. planuje przeznaczyć środki na wakacje. Jednocześnie aż 26 proc. nie ma konkretnych planów wydatkowych na nowy rok.

Co ważne, w tegorocznych deklaracjach częściej pojawia się chęć ograniczania wydatków niż ich zwiększania. Wyjątek jest jeden – zdrowie i kondycja fizyczna. Tu więcej osób zapowiada wzrost nakładów (15 proc.) niż ich spadek (9 proc.). To sygnał, że część gospodarstw domowych traktuje wydatki zdrowotne jako „nie do ruszenia”, nawet gdy resztę budżetu chce zaciskać.

Oszczędzanie: jedna piąta chce odkładać więcej, ale dominuje ostrożność

W 2026 roku 21 proc. Polaków deklaruje, że chce odłożyć większą sumę niż w 2025 roku na cele takie jak zakup nieruchomości, podróże czy inwestycje. Z kolei 23 proc. planuje zwiększać oszczędności przez ograniczenie bieżących wydatków. Jednocześnie 6–7 proc. mówi wprost, że będzie oszczędzać mniej niż w mijającym roku. Po odfiltrowaniu odpowiedzi „trudno powiedzieć”, odsetek planujących zwiększenie oszczędności wynosi 27–29 proc.

W praktyce oznacza to, że skłonność do budowania rezerw jest zauważalna, ale odbywa się przede wszystkim metodą „porządkowania budżetu”, a nie poprzez duże skoki dochodów.

Najczęstszy scenariusz: „będzie podobnie jak było”

Najbardziej uderzający wniosek dotyczy oczekiwań: aż 42 proc. respondentów uważa, że ich sytuacja finansowa nie zmieni się w 2026 roku. Poprawy spodziewa się 17 proc., a pogorszenia 25 proc. Co istotne, przekonanie o braku zmian jest dziś wyraźnie częstsze niż przed rokiem (wzrost z 35 do 42 proc.). Równocześnie spadł zarówno udział „optymistów”, jak i „pesymistów”, co sugeruje chłodniejsze, bardziej wyczekujące nastroje.

Różnice widać też w grupach wiekowych: poprawy sytuacji częściej spodziewają się młodsi – od 10 proc. wśród osób 55+ do 29 proc. w grupie 25–34 lata.

Działania naprawcze: mniej „zmienię pracę”, więcej „przestanę przepalać”

W 2026 roku co czwarty Polak nie planuje żadnych działań, które miałyby poprawić jego sytuację finansową (24 proc.). Wśród pozostałych dominują proste mechanizmy kontroli budżetu: ograniczanie impulsywnych zakupów (44 proc.) oraz optymalizacja wydatków, np. szukanie tańszych ofert (39 proc.).

Charakterystyczne jest również to, że 53 proc. Polaków nie planuje zwiększania dochodów w 2026 roku – to o 4 pkt proc. więcej niż w analogicznym pytaniu rok wcześniej. Jeśli ktoś chce poprawić stronę przychodową, najczęściej myśli o dodatkowym źródle dochodu (26 proc.) albo sprzedaży zbędnych rzeczy (18 proc.). Zmianę pracy na lepszą deklaruje dopiero co dziesiąta osoba.

Jak wskazuje dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor, to potwierdza niską gotowość do „dużych ruchów” i przerzucenie ciężaru działań na stronę wydatkową, a nie dochodową.

Zadłużenie: deklaracje spłaty często przegrywają z rzeczywistością

Niemal trzy czwarte dorosłych Polaków deklaruje brak zaległych zobowiązań. Wśród 28 proc. mających zaległości, 10 proc. chce je spłacić w 2026 roku w całości, a 15 proc. – częściowo. BIG InfoMonitor przypomina jednak, że same deklaracje nie muszą oznaczać wykonania: w ubiegłym roku 11 proc. osób zapowiadało spłatę zaległości w całości, a faktycznie udało się to 5 proc. badanych.

Jednocześnie – mimo poprawy części wskaźników – średnia kwota przeterminowanego długu na osobę rośnie: w listopadzie 2025 wynosiła 34 288 zł wobec 33 309 zł rok wcześniej i 31 449 zł dwa lata wcześniej. Na koniec listopada 2025 roku ponad 2,4 mln Polaków miało łącznie przeszło 82,7 mld zł zaległych długów widocznych w bazach BIG InfoMonitor i BIK.

Zewnętrzne ryzyka wciąż na pierwszym miejscu

Aż 75 proc. badanych obawia się wpływu czynników zewnętrznych na własne finanse – takich jak inflacja, stopy procentowe, rynek pracy czy sytuacja geopolityczna. Duże obawy deklaruje 31 proc. respondentów (częściej kobiety niż mężczyźni).

W komentarzu do wyników dr hab. Waldemar Rogowski podkreśla, że 2026 rok może przynieść wysoką dynamikę PKB (nawet powyżej 4 proc.), przy nadal niskim bezrobociu i wolniejszym niż dawniej wzroście wynagrodzeń, ale jednocześnie z ograniczoną przestrzenią do dalszych dużych obniżek stóp procentowych. Jako główne zagrożenie dla gospodarstw domowych wskazuje rosnące ryzyko geopolityczne.

Ostrożny 2026: stabilizacja, kontrola wydatków i zdrowie jako priorytet

Z badania wyłania się obraz konsumenta, który nie zakłada ani gwałtownej poprawy, ani załamania – raczej chce „utrzymać kurs”. Plany finansowe na 2026 rok opierają się na codziennej dyscyplinie: pilnowaniu wydatków, szukaniu lepszych cen, budowaniu rezerw oraz selektywnym zwiększaniu nakładów na zdrowie. Przy niskiej gotowości do zmiany pracy i braku planów wzrostu dochodów u ponad połowy respondentów, to właśnie zachowania zakupowe i oszczędnościowe będą kluczowym testem realnej kondycji portfeli Polaków.

Badanie „Plany finansowe Polaków na 2026 rok” wykonane dla BIG InfoMonitor przez Keralla Research: omnibusowe badanie ilościowe CATI na próbie 1040 osób, grudzień 2025.

Cyberprzestępcy nie atakują wprost – wybierają zaplecze: dostawców, helpdesk, firmy outsourcingowe

Łańcuch dostaw to dziś najłatwiejszy i najmniej zauważalny punkt wejścia dla cyberprzestępców. Jak wynika z ostatnich analiz zespołu badawczego Palo Alto Networks, 28% incydentów bezpieczeństwa w Europie dotyczyło zewnętrznych partnerów firm. To oznacza, że prawdopodobieństwo takiego ataku jest dziś porównywalne z innymi metodami, które dotąd dominowały w raportach.

Jednocześnie eksperci podkreślają, że większość takich incydentów pozostaje niezauważona – albo zostaje błędnie przypisana bezpośredniemu celowi ataku. W rzeczywistości więc skala zagrożenia jest jeszcze większa, niż pokazują statystyki.

Cyberprzestępcy coraz częściej celują nie w główną organizację, ale w jej cyfrowe zaplecze – zewnętrznych dostawców, usługodawców technologicznych czy partnerów operacyjnych. Tam znajdują słabe ogniwa, mniej chronione, ale z pełnym dostępem. I właśnie dlatego firmy muszą przestać patrzeć na bezpieczeństwo wyłącznie przez pryzmat własnej infrastruktury. Realne zagrożenie często znajduje się poza ich bezpośrednim nadzorem, ale nadal w ramach ich cyfrowych powiązań – mówi Wojciech Gołębiowski, wiceprezes i dyrektor zarządzający Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Na świecie liczba ataków na łańcuch dostaw wzrosła o 100%

Zespół badawczy Palo Alto Networks, Unit 42, podaje, że w 2024 roku 28% incydentów w Europie dotyczyło naruszeń związanych ze stronami trzecimi – partnerami, dostawcami, podwykonawcami[1]. Raport Verizon „2025 Data Breach Investigation” wskazuje na podobny odsetek w ujęciu globalnym – 30%. W porównaniu rok do roku oznacza to dwukrotny wzrost incydentów z udziałem łańcucha dostaw[2].

Z analiz zespołu Unit 42 wynika, że najbardziej narażone na takie ataki są firmy technologiczne i finansowe.

W przypadku tego rodzaju incydentów cyberprzestępcy koncentrują się na dostawcach o bogatych zasobach danych i rozbudowanej sieci połączeń. Dane Palo Alto Networks wskazują, że głównym celem są firmy fintechowe, kancelarie prawne czy marki luksusowe. To właśnie przez takie organizacje można uzyskać dostęp do szerokiej grupy użytkowników i klientów, w tym takich o wysokiej wartości netto – wyjaśnia Wojciech Gołębiowski.

W Polsce z roku na rok gwałtownie rośnie skala cyberataków. Z danych CERT Polska wynika, że we wrześniu 2025 roku odnotowano aż 278% więcej zgłoszeń niż rok wcześniej[3]. Nie wszystkie są związane z łańcuchem dostaw, ale eksperci zaznaczają, że to właśnie w obszarze zależności zewnętrznych coraz trudniej kontrolować ryzyko.

W Polsce firmy często budują swoje strategie bezpieczeństwa w izolacji, nie biorąc pod uwagę, jak wiele zależy od ich partnerów. Tymczasem nawet niewielka firma outsourcingowa, która zyskała dostęp administracyjny do systemu klienta, może stać się idealnym celem ataku. Zdarza się, że podwykonawcy mają więcej uprawnień niż pracownicy firmy, a przy tym znacznie mniejsze możliwości obrony – komentuje Grzegorz Latosiński, dyrektor sprzedaży Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nie trzeba włamywać się przez drzwi, skoro okno jest otwarte

Z punktu widzenia cyberprzestępcy atak przez łańcuch dostaw jest idealny – tańszy i szybszy do zrealizowania oraz trudniejszy do wykrycia. Wystarczy znaleźć jednego partnera, który nie spełnia podstawowych norm cyberbezpieczeństwa, a ma połączenie z siecią głównej firmy.

Jak może wyglądać taki atak w praktyce? W ostatnich miesiącach zespół Unit 42 opublikował analizę działalności grupy Muddled Libra, która zaatakowała m.in. firmę outsourcingową, świadczącą usługi dla sektora finansowego i farmaceutycznego[4]. Cyberprzestępcy podszyli się pod pracowników helpdesku, przejęli dane logowania, a następnie zdobyli dostęp do kont z uprawnieniami administratora – a całość zajęła im mniej niż 40 minut. W ciągu 2 dni wyprowadzili ponad 100 GB danych, nie wzbudzając żadnych alarmów.

Ten przykład pokazuje, jak szybkie i skuteczne mogą być ataki prowadzone przez łańcuch dostaw, dzięki wykorzystaniu zaufania systemów do znanych podmiotów. Partnerzy mają dostęp przez API czy VPN, a niekiedy nawet klucze dostępu – i nikt tego nie kwestionuje. Gdy jedno z tych kont zostanie przejęte, atakujący działa jak osoba z wewnątrz. A przecież wielu firmom nadal brakuje świadomości skali zależności cyfrowych. Organizacje powinny zadać sobie pytanie – ilu partnerów ma dostęp do moich systemów? Ilu z nich korzysta z tych samych poświadczeń od lat? Ilu posiada prawa administratora? – podkreśla Tomasz Pietrzyk, starszy manager ds. rozwiązań technologicznych Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Realna odporność wymaga dziś zmiany myślenia. Firmy nie powinny zastanawiać się, czy atak się wydarzy, ale gdzie się zacznie i kto zostanie przez niego dotknięty. Najbardziej narażeni są ci, których nikt nie pyta o procedury bezpieczeństwa, czyli mniejsi partnerzy, techniczni dostawcy i firmy usługowe.

Postawa cyberaltruizmu nie jest kwestią dobrej woli, a strategią biznesową. Jeśli dostawca padnie ofiarą ataku, jego problemy błyskawicznie staną się twoimi. Pomagając mu się zabezpieczyć, firmy inwestują we własną stabilność cyfrową. Mniejsze przedsiębiorstwa nie zawsze mają środki czy wiedzę, ale mogą skorzystać z narzędzi, szkoleń i praktyk oferowanych przez większych partnerów – dodaje Grzegorz Latosiński.

[1] https://www.paloaltonetworks.com/resources/research/unit-42-incident-response-report

[2] https://www.verizon.com/business/resources/Tea/reports/2025-dbir-data-breach-investigations-report.pdf

[3] https://next.gazeta.pl/next/7,151243,32375608,szokujace-dane-o-278-proc-wzrosla-liczba-atakow-hakerskich.html

[4] https://unit42.paloaltonetworks.com/muddled-libra/

Victoria Dom: 1365 mieszkań sprzedanych w 2025 (+35%)

Victoria Dom – jeden z największych deweloperów mieszkaniowych w Polsce, ogłosił wyniki sprzedaży za IV kwartał 2025 r.  W tym czasie spółka sprzedała 444 mieszkania vs 152 w IV kw. 2024 r. tj. ponad 192% więcej. Całoroczna sprzedaż wyniosła 1365 vs 1014 mieszkań w 2024 tj. o blisko 35% więcej. W 2026 r. Victoria Dom planuje sprzedaż na poziomie 1600-1700 mieszkań.

 – Po serii obniżek stóp procentowych Narodowego Banku Centralnego w 2025 r., rynek mieszkaniowy budzi się z letargu. Od II kwartału sprzedaż sukcesywnie się odbudowuje, wraz z szeroka ofertą na rynku pierwotnym oraz bogatym wyborze gotowych mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym – ocenia Waldemar Wasiluk, Wiceprezes Zarządu Victorii Dom S.A. – Koszty kredytu hipotecznego poniżej 6% są poziomem coraz bardziej akceptowalnym dla kupujących, którzy coraz częściej korzystają z ofert banków przy zakupie mieszkań na własne potrzeby. Widzimy ten trend coraz wyraźniej w naszych biurach sprzedaży – dodaje.

Zdaniem Wiceprezesa Wasiluka w 2026 r. sprzedaż będzie rosła w popularnym segmencie oferowanym przez Victorię Dom zarówno w Warszawie jak i Krakowie oraz Gdyni, gdzie deweloper będzie wprowadzać nowe projekty do oferty sprzedaży. Victoria Dom planuje w 2026 r. sprzedaż na poziomie 1600-1700 mieszkań.

W 2025 r. Victoria Dom przekazała klientom 1275 mieszkań vs 1648 w roku 2024 tj. 23% mniej. Część przekazań sprzedanych mieszkań przesunęła się z grudnia 2025 r. na I kwartał 2026 r. i będzie ujęta w wyniku 2026 r.

Alkoholowi giganci tracą, rosną energetyki i napoje bezalkoholowe

  • Marki napojów bezalkoholowych notują 69 proc. zwrotu w pięć lat, podczas gdy alkoholowi giganci tracą grunt pod nogami – ich wyceny spadły w tym czasie o 26 proc.
  • Wyniki te odzwierciedlają rosnący popyt na alternatywy bezalkoholowe i niskoalkoholowe, który jest napędzany zmianą stylu życia i wyborów konsumenckich
  • Na czele wzrostów znajduje się firma z segmentu fitness i napojów energetycznych Celsius, która zapewniła inwestorom aż 211 proc. zwrotu. Z kolei grupy spirytusowe ciągną „koszyk alkoholowy” w dół, obciążając jego wyniki.

Wraz z rosnącą na całym świecie popularnością inicjatywy Dry January — zapoczątkowanej w Wielkiej Brytanii w 2013 roku przez organizację Alcohol Change UK i zachęcającej do miesięcznej abstynencji na początku roku — także w Polsce coraz więcej konsumentów sięga po alternatywy bez alkoholu. Nowa analiza platformy handlowo-inwestycyjnej eToro pokazuje, że zmiana ta coraz wyraźniej odbija się również na rynkach finansowych, przynosząc trzeźwe wnioski dla giełdowych producentów alkoholu.

eToro porównało dwa koszyki znanych marek napojów o równych wagach. Pierwszy obejmował producentów alkoholu: Diageo, Heineken, Pernod Ricard, Carlsberg oraz Anheuser-Busch InBev. Drugi tworzyły spółki bezalkoholowe: Coca-Cola, PepsiCo, Monster Beverage, Celsius Holdings oraz A.G. Barr.

W perspektywie ostatnich pięciu lat koszyk spółek bezalkoholowych wzrósł o 69 proc., podczas gdy koszyk producentów alkoholu zanotował spadek na poziomie 26 proc. Różnica widoczna jest nie tylko w długim terminie. W ciągu ostatnich 12 miesięcy marki bezalkoholowe zyskały 24 proc., podczas gdy producenci alkoholu stracili 6 proc. Jeszcze wyraźniej trend ten widać w horyzoncie trzyletnim: spółki bezalkoholowe odnotowały wzrost o 18 proc., a alkoholowe — spadek aż o 29 proc.

Paweł Majtkowski, analityk rynku eToro w Polsce, komentuje: „Dry January” to trend, który dynamicznie zyskuje na znaczeniu — szczególnie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, ale stopniowo także w Polsce. To już coś więcej niż sezonowy zwyczaj; to wyraźny sygnał szerszej zmiany stylu życia, zwłaszcza wśród młodszych konsumentów. Zmiana ta znajduje odzwierciedlenie również na rynkach finansowych. Tradycyjni producenci alkoholu coraz częściej mają trudności z utrzymaniem wzrostu, podczas gdy kapitał inwestorów płynie w stronę napojów bezalkoholowych i funkcjonalnych. Są one postrzegane jako zdrowsze, lepiej dopasowane do preferencji pokolenia Z, a jednocześnie oferujące wyższy potencjał wzrostu i większą siłę cenową. To jeszcze nie rewolucja, lecz ewolucja, która wyraźnie nabiera tempa.”

W obrębie koszyka alkoholowego wyniki w długim terminie pozostają słabe. Diageo i Pernod Ricard – właściciel polskich marek Wyborowa i Luksusowa – straciły w ciągu pięciu lat ponad 40 proc. wartości, a żadna ze spółek alkoholowych w grupie nie wygenerowała pozytywnego zwrotu w ciągu trzech lat. Producenci piwa wykazali pewną odporność w ostatnich 12 miesiącach: Carlsberg zyskał 21 proc., a Anheuser-Busch InBev 14 proc., jednak nie wystarczyło to, by zrekompensować szersze spadki.

Dla porównania, marki bezalkoholowe odnotowały szersze i bardziej stabilne wzrosty. Napędzały je przede wszystkim firmy z segmentu napojów energetycznych i funkcjonalnych. Celsius Holdings, właściciel marek CELSIUS i Rockstar Energy, zyskał w ciągu pięciu lat aż 211 proc., a Monster Beverage, właściciel marki Monster Energy, 71 proc. Również bardziej ugruntowane firmy z sektora napojów bezalkoholowych przyczyniły się do pozytywnych wyników: Coca-Cola wzrosła o 33 proc., a A.G. Barr o 28 proc. w tym samym okresie.

Paweł Majtkowski dodaje: „Inwestorzy coraz uważniej przyglądają się producentom napojów, a selektywność rośnie – tak samo jak wśród samych konsumentów. Dla firm jest to jasny sygnał, że sukces dzisiaj zależy nie tylko od siły marki, lecz także od innowacyjności, dopasowanej oferty produktowej oraz zdolności do szybkiego reagowania na zmieniające się nawyki konsumpcyjne. W takich warunkach zbyt szerokie portfolio może stać się przeszkodą, zamiast pomagać w rozwoju.”

Marka Zwrot po 1 roku Zwrot po 3 latach Zwrot po 5 latach
Producenci napojów alkoholowych
Diageo -33% -54% -43%
Heineken 0.5% -21% -21%
Pernod Ricard -30% -58% -51%
Carlsberg 21% -8% -12%
Anheuser-Busch InBev 14% -1% -2%
Avg basket -6% -29% -26%
Producenci napojów bezalkoholowych
Coca-Cola company 12% 11% 33%
PepsiCo -2% -18% 2%
Monster Beverage 50% 52% 71%
Celsius Holdings 53% 21% 211%
A.G. Barr 7% 25% 28%
Avg basket 24% 18% 69%

 Tabela przedstawia porównanie wyników: producenci alkoholu kontra producenci napojów bezalkoholowych. Wyniki historyczne nie stanowią gwarancji przyszłych rezultatów.

„Truman Show Scam”: elitarna grupa inwestorów, codzienne komentarze rynkowe, wykresy i eksperci… którzy nie istnieją

Elitarna grupa inwestorów, „analitycy”, codzienne komentarze rynkowe, regulaminy, umowy, a nawet aplikacja dostępna w oficjalnym sklepie – tak wygląda najnowsze oszustwo stworzone dzięki sztucznej inteligencji. Opisany przez Check Point Research OPCOPRO „Truman Show Scam” to nie pojedynczy phishing, a syntetyczny świat, w którym każdy element ma wzmacniać jedno kłamstwo.

„Oszustwo Truman Show” różni się od tego, do czego przywykliśmy. Zamiast malware’u czy prymitywnych stron podszywających się pod bank, przestępcy budują spójną narrację: społeczność, ekspertów, dokumenty, wyniki, „partnerstwa”, a nawet obecność medialną. Wszystko generowane lub kontrolowane przez atakujących. Ofiara nie dostaje jednej podejrzanej wiadomości, a zostaje wciągnięta w serial, w którym każdy odcinek ma prowadzić do wpłaty. Truman Show

Jak działa „Truman Show Scam” krok po kroku

Kontakt startuje od SMS-ów, komunikatorów lub reklam. Przekaz jest prosty: „wyjątkowy program”, „ponadprzeciętne zwroty”, „limitowane miejsca”. Celem nie jest od razu przelew, tylko przeniesienie rozmowy do prywatnej grupy na WhatsApp/Telegram, gdzie łatwiej kontrolować emocje i sceptycyzm.

W grupie czeka teatr: „eksperci” i „uczestnicy” rozmawiają płynnie w lokalnym języku, wrzucają profesjonalnie brzmiące komentarze rynkowe, pokazują codzienne „zyski”, podbijają entuzjazm i presję społeczną. Nie ma krytyki, nie ma wątpliwości — jest stałe pozytywne wzmocnienie i poczucie, że „wszyscy zarabiają”. To klasyczna socjotechnika ubrana w nowoczesne narzędzia.

Według analityków bezpieczeństwa z Check Point, nagle pojawia się kluczowy twist: ofiara dostaje instrukcję instalacji „oficjalnej” aplikacji OPCOPRO z legalnych sklepów. Aplikacja nie musi zawierać złośliwego kodu. Jest „malicious by design” – często to tylko WebView, czyli powłoka, która wyświetla treści z serwera. Choć nie ma realnego tradingu, są serwerowo generowane wykresy, transakcje i salda. To sprawia, że na telefonie wszystko wygląda jak prawdziwa platforma inwestycyjna.

Po ściągnięciu aplikacji pojawia się „weryfikacja tożsamości” (KYC): dowód/paszport i selfie/biometria. Potem depozyt — przelew lub krypto. W efekcie użytkownik traci pieniądze oraz dane, które mogą posłużyć do kolejnych przestępstw.app store

Sztuczna inteligencja nie jest „gadżetem”, a mnożnikiem siły. Pozwala skalować rozmowy wielojęzyczne, utrzymywać spójne persony bez dużego zespołu ludzi, automatyzować manipulację emocjami i szybko przenosić schemat między krajami oraz markami. To przesuwa oszustwa z poziomu „okazjonalnego polowania” do powtarzalnych systemów, które industrializują budowanie zaufania.

Choć wydaje się, że to wyłącznie „scam konsumencki”, to w praktyce skutki mogą wchodzić w obszar bezpieczeństwa organizacji:

  • Kradzież tożsamości ułatwia przejęcia kont: dokument + selfie to mocny zestaw do prób obejścia zabezpieczeń (np. ataki na procesy odzyskiwania dostępu, podszywanie się w kontaktach z help deskiem).
  • Presja finansowa tworzy ryzyko insiderskie: osoba, która straciła pieniądze i jest zastraszana lub „dociągana” do kolejnych wpłat, staje się podatniejsza na szantaż i manipulację.
  • Telefon jako najsłabsze ogniwo: aplikacja wyglądająca „normalnie” i dostępna w oficjalnym sklepie może ominąć czujność użytkownika i część firmowych kontroli, a mimo to prowadzić do działań wysokiego ryzyka.
  • Socjotechnika wobec wsparcia IT staje się łatwiejsza: gdy atakujący ma „dowody” (dane, dokumenty, wiarygodną legendę), rośnie skuteczność prób wyłudzenia.

Jak się bronić przed całym ekosystemem oszustw?

Jak zaznaczają badacze z Check Point Research, samo hasło „sprawdź, czy link nie jest podejrzany” to zdecydowanie za mało. Oszustwo działa jako lejek (komunikator → grupa → aplikacja → KYC → depozyt), dlatego należy spojrzeć na całość wzorców i infrastruktury, nie tylko na pojedynczy artefakt.     

Rady dla osób prywatnych:

  • Traktuj niezamówione „okazje inwestycyjne” jako ryzykowne z definicji.
  • Weryfikuj firmy przez oficjalne rejestry/regulatorów, a nie przez linki z czatu.
  • Nie wysyłaj dokumentów i selfie do nieznanych platform „KYC”.
  • Pamiętaj: depozyty krypto są w praktyce nieodwracalne.

Rady dla firm:

  • Zwiększ czujność wobec finansowych aplikacji WebView i całych „ekosystemów” wokół nich.
  • Szukaj klastrów domen/infrastruktury powiązanych z aplikacjami i kampaniami.
  • Wykrywaj lejki zachowań: czat → aplikacja → KYC → wpłata (to często bardziej diagnostyczne niż sam kod).
  • Zapewnij pracownikom łatwą ścieżkę zgłoszenia, jeśli padli ofiarą — bo „wstyd” i cisza zwiększają ryzyko wtórnych nadużyć.

W „Truman Show Scam” ofiara nie jest oszukiwana jednym kłamstwem. Ona jest otoczona kłamstwami tak szczelną warstwą, że świat wygląda na spójny: aplikacja, społeczność, eksperci, wyniki, dokumenty — wszystko wspiera jedną narrację. A skoro zaufanie da się dziś produkować masowo, to bezpieczeństwo musi działać systemowo – analizować zachowania i ekosystemy, nie tylko „podejrzane pliki”.

Creotech weźmie udział w opracowaniu pierwszego uniwersalnego odbiornika kwantowej dystrybucji klucza

Creotech Instruments S.A., notowany na GPW polski integrator misji kosmicznych, dołączył do międzynarodowego projektu budowy prototypu wielofunkcyjnego odbiornika kwantowej dystrybucji klucza (QKD) dla stacji naziemnych odbierających klucz kryptograficzny z satelity. Docelowo Spółka planuje stworzenie całej linii produktów z zakresu komunikacji kwantowej przy wsparciu wiodących programów UE. Wartość zamówienia Europejskiej Agencji Kosmicznej wynosi ok. 950 tys. euro.

Realizacja kwantowej dystrybucji klucza z satelity wymaga zbudowania kosztownej i zaawansowanej infrastruktury w segmencie naziemnym, opartej na optycznych stacjach naziemnych (Optical Ground Stations, OGS) wraz z dedykowanymi odbiornikami. Dotychczas odbiorniki QKD projektowano na potrzeby jednej konkretnej misji i realizacji protokołu bezpieczeństwa, np. w projekcie Eagle-1 (pierwszy europejski satelita QKD).

Tymczasem planowane są liczne misje satelitarne QKD, z których każda może obsługiwać protokół QKD i jego kodowanie w inny sposób. Uzasadnione ekonomicznie jest więc opracowanie kluczowych komponentów segmentu naziemnego tak, aby możliwe stało się ustanowienie połączenia z wieloma różnymi satelitami QKD, co dodatkowo ułatwi rozwój całej sieci. Projekt Multi-purpose Quantum Key Distribution receiver for optical ground stations (w skrócie: MPQR) stanowi odpowiedź na to wyzwanie.

Kwantowa dystrybucja klucza to dla nas strategiczny obszar rozwoju, w którym dostrzegamy wysoki potencjał biznesowy i jesteśmy gotowi na komercyjne wdrożenia już w bieżącym roku. Udział w projekcie budowy prototypu wielofunkcyjnego odbiornika QKD dla stacji naziemnych obsługujących transmisję kluczy z satelitów poszerza zakres zastosowań naszych technologii oraz wzmacnia naszą pozycję kluczowego europejskiego dostawcy” – mówi dr Anna Kamińska, Dyrektor Pionu Quantum Systems w Creotech Instruments S.A. oraz Prezes Zarządu Creotech Quantum S.A.

Creotech Instruments prowadzi obecnie kilka projektów dla ESA i Komisji Europejskiej w obszarze QKD. W ramach tych działań Spółka opracowuje ultra-czułe detektory pojedynczych fotonów oparte na technologii nadprzewodnikowej. Aby móc zinterpretować sygnał z satelity QKD, oprócz detektora niezbędny jest dedykowany odbiornik – to właśnie on zostanie opracowany przez konsorcjum pod przewodnictwem OHB System AG.

Creotech Instruments będzie odpowiedzialny za projekt i wykonanie elektroniki kontrolnej odbiornika oraz integrację z detektorem pojedynczych fotonów. Detektory te zostaną wykorzystane do demonstracji i testów nowego odbiornika. Dodatkowo doświadczenie zdobyte przy projekcie MPQR pozwoli na skuteczniejsze komercyjne wdrożenie pozostałych technologii rozwijanych w Creotech oraz rozszerzenie portfolio produktów w obszarze QKD o coraz bardziej zaawansowane komponenty i podsystemy stacji naziemnych.

Niedawno Spółka podpisała umowę na stworzenie mobilnej stacji naziemnej QKD w ramach projektu PIONIER-Q-SAT pod przewodnictwem NASK. Dzięki synergiom pomiędzy wymienionymi projektami, Spółka jeszcze mocniej rozszerzy kompetencje technologiczne i produktowe dla QKD z satelity w zakresie od kluczowych komponentów aż po zaawansowane podsystemy, jakim jest w szczególności odbiornik QKD.

Docelowo kwantowa dystrybucja klucza ma zostać wdrożona w infrastrukturach krytycznych w całej Europie w ciągu najbliższych kilku lat i obejmować sieci zarówno naziemne, jak i połączenia satelitarne. Realizacja projektu umożliwi Creotech wejście na ten dynamicznie rozwijający się rynek.

Liderem konsorcjum jest OHB System AG, a w jego skład, poza Creotech Instruments S.A., wchodzą OHB Digital Connect GmbH oraz Austrian Institute of Technology.

Wartość zamówienia ESA wynosi ok. 950 000 euro, z czego na Creotech przypada ok. 300 000 euro.

Rynek wtórny hamuje, aktywność kupujących w dół. Grudzień z rekordem sprzedaży nowych mieszkań

Grudzień przyniósł wyraźne wyhamowanie na rynku wtórnym: oferta mieszkań skurczyła się miesiąc do miesiąca we wszystkich siedmiu największych miastach, a aktywność kupujących spadła – w Warszawie liczba odpowiedzi na ogłoszenia zmalała aż o 24,6% względem listopada. Czy deweloperskie promocje i rabaty przesunęły popyt w stronę nowych mieszkań? Wstępne dane wskazują, że rynek deweloperski zamknął grudzień rekordem: w analizowanych miastach nabywców znalazło 5,2 tys. lokali.

Według danych Otodom spadek podaży na rynku wtórnym widać zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym. Najsilniejszą zmianę m/m odnotowano w Krakowie (-8,9%), natomiast r/r – we Wrocławiu (-29%). Wyjątkiem pozostają Katowice, gdzie w porównaniu do grudnia 2024 roku liczba ofert wzrosła o 3%.

W grudniu w siedmiu największych miastach w Polsce (Warszawa, Wrocław, Katowice, Kraków Trójmiasto, Łódź i Poznań) w serwisie Otodom dostępnych było 40,5 tys. ogłoszeń mieszkań “z drugiej ręki”, czyli o 15% mniej w ujęciu rocznym oraz prawie 7% mniej niż w listopadzie 2025 roku. Jednocześnie w minionym miesiącu deweloperzy wprowadzili do sprzedaży ponad 5,3 tys. lokali, dzięki czemu pula nowych mieszkań w analizowanych miastach ponownie przekroczyła 62 tys. Według danych Otodom, oznacza to, że grudniu kupujący mogli mieć nawet o połowę większy wybór na rynku deweloperskim niż na wtórnym.

 – Szersza pula ogłoszeń u deweloperów mogła zachęcić część klientów do rozważenia zakupu nowego lokalu, zwłaszcza pod koniec roku, gdy promocje i rabaty spłaszczają różnice cenowe, a wybór między mieszkaniem nowym a używanym przestaje być jednoznaczny. Dodatkowo rynek deweloperski zyskał istotny impuls wizerunkowy za sprawą wejścia w życie przepisów dotyczących jawności cen, w tym obowiązku ujawniania historii ich zmian. To zwiększyło przejrzystość ofert i ograniczyło niepewność po stronie klientów. W efekcie łatwiej porównać ceny – wyjaśnia Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego Otodom.

Nowe mieszkania studzą ceny na wtórnym

Według „Monitora nastrojów klientów nieruchomości” jeszcze w III kwartale 2025 roku 50% osób będących w procesie zakupu mieszkania lub domu preferowało rynek wtórny, a 23% wskazywało lokal od dewelopera. To, czy w IV kwartale doszło do zmiany tej proporcji, pokaże kolejna edycja raportu. Już teraz widać jednak, że silna podaż po stronie deweloperów zwiększyła konkurencję z rynkiem wtórnym i sprzyjała stabilizacji cen ofertowych mieszkań używanych. W tle tych zmian rośnie też zdolność kredytowa mieszkańców Polski i zainteresowanie kredytami hipotecznymi. Według danych BIK w grudniu 2025 r. liczba osób składających wnioski o kredyt mieszkaniowy wzrosła r/r o niemal 29%.

Jak wskazują dane Otodom w grudniu rozpiętość średnich stawek ofertowych między największymi rynkami nadal była znacząca. W Warszawie metr kwadratowy kosztował przeciętnie 18,5 tys. zł. Zaraz za stolicą plasują się Kraków i Trójmiasto, gdzie, podobnie jak miesiąc wcześniej, stawki oscylowały wokół 16 tys. zł/mkw. W przypadku Trójmiasta oznacza to wzrost o ponad 4,9% r/r. Najniższe ceny mieszkań używanych odnotowano w Łodzi (8,7 tys. zł/mkw.) i Katowicach (9,5 tys. zł/mkw.). Na tle pozostałych rynków wyróżnia się Wrocław, w którym zauważalny jest jedyny spadek rok do roku (-1,7%), a średnia cena ofertowa wyniosła w grudniu 13,3 tys. zł/mkw.

Aktywność kupujących w dół

Jak na tę sytuację reagują klienci? W grudniu liczba odpowiedzi na ogłoszenia w serwisie Otodom wyniosła 69 tys. W ujęciu miesięcznym aktywność kupujących wyraźnie zmalała – największy spadek odnotowano w Warszawie (-24,6% względem listopada 2025 r.), choć w perspektywie roku stolica rejestruje już wzrost o 11%. Kolejne największe spadki miesiąc do miesiąca widoczne były w Łodzi (-23,9%) i Krakowie (-22,3%). Najmniejszą zmianę względem listopada zanotowało Trójmiasto (-14,5%). Jednocześnie w ujęciu rocznym aktywność kupujących rośnie niemal we wszystkich analizowanych miastach – wyjątkiem pozostaje Łódź, gdzie liczba odpowiedzi na ogłoszenia spadła o 3% w porównaniu z grudniem 2024 roku.

– Spadek aktywności kupujących na rynku wtórnym w grudniu nie jest zaskoczeniem: to typowy efekt końcówki roku, kiedy część klientów wstrzymuje decyzje zakupowe i odkłada je na kolejne miesiące. Jednocześnie to rynek deweloperski zaskoczył skalą sprzedaży. Wielu kupujących, zachęconych tradycyjnie pojawiającymi się pod koniec roku promocjami i rabatami w przypadku nowych mieszkań, finalizowało transakcje, korzystając z atrakcyjnych okazji – podsumowuje Agata Stachowiak.

TD SYNNEX: 17,4 mld USD przychodów w Q4, EPS 3,04 USD. Wyniki powyżej prognoz

  • Przychody w wysokości 17,4 mld USD, co stanowi wzrost o 9,7% w ujęciu rok do roku i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 7,5% w ujęciu rok do roku.
  • Przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) w wysokości 24,3 mld USD, co stanowi wzrost o 14,7% w ujęciu rok do roku i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wzrosły o 12,6% w porównaniu z rokiem poprzednim.
  • Rozwodniony zysk na akcję („EPS”) w wysokości 3,04 USD oraz rozwodniony zysk na akcję nieobjęty standardami GAAP(1) w wysokości 3,83 USD, co stanowi wzrost o 24,0% w porównaniu z rokiem poprzednim.
  • Środki pieniężne z działalności operacyjnej wyniosły 1,5 mld USD, a wolne przepływy pieniężne(1) wyniosły 1,4 mld USD.
  • Zwrócono akcjonariuszom 209 mln USD w postaci 173 mln USD z tytułu wykupu akcji i 36 mln USD z tytułu dywidend.
  • Ogłoszono kwartalną dywidendę pieniężną w wysokości 0,48 USD na akcję zwykłą, co stanowi wzrost o 9% w ujęciu rok do roku.

„W czwartym kwartale nasze przychody brutto nieobjęte standardami GAAP wzrosły o 15% w ujęciu rok do roku, a rozwodniony zysk na akcję nieobjęty standardami GAAP wzrósł o 24% w ujęciu rok do roku, co stanowi nowy rekord dla naszej firmy i potwierdza wartość naszego zróżnicowanego modelu biznesowego oraz skuteczność realizacji naszej długoterminowej strategii”, powiedział Patrick Zammit, CEO of TD SYNNEX. „Wyniki te wieńczą znakomity rok dla naszej organizacji, w którym znacznie przekroczyliśmy nasze początkowe średnioterminowe cele przedstawione podczas Investor Day. Jesteśmy dobrze przygotowani na nadchodzący rok, dzięki naszemu wyspecjalizowanemu modelowi biznesowemu, niezrównanemu portfolio ukierunkowanemu na technologie o wyższym wzroście oraz ciągłemu skupieniu się na zapewnianiu najlepszych w swojej klasie doświadczeń dla klientów. Te atuty dają nam pewność, że jesteśmy w stanie osiągnąć trwały wzrost w dłuższej perspektywie czasowej”.

TD SYNNEX (NYSE: SNX) ogłosił dzisiaj wyniki finansowe za czwarty kwartał roku fiskalnego zakończonego 30 listopada 2025 r.

Skonsolidowane dane finansowe za czwarty kwartał roku fiskalnego 2025

GAAP
($ in millions, except earnings per share)            
    Q4 FY25   Q4 FY24   Net Change from Q4 FY24
Revenue   $             17,379   $             15,845   9.7 %
Gross profit   $              1,195   $              1,041   14.8 %
Gross margin   6.87 %   6.57 %   30 bps
Operating income   $                 399   $                 325   22.7 %
Operating margin   2.29 %   2.05 %   24 bps
Net income   $                 248   $                 195   27.5 %
Diluted EPS   $                3.04   $                2.29   32.8 %

 

Non-GAAP
($ in millions, except earnings per share)            
    Q4 FY25   Q4 FY24   Net Change from Q4 FY24
Gross billings(1)   $             24,327   $             21,211   14.7 %
Gross to net %(1)   (28.6) %   (25.3) %   (330) bps
Revenue   $             17,379   $             15,845   9.7 %
Gross profit   $              1,195   $              1,041   14.8 %
Gross margin   6.87 %   6.57 %   30 bps
Operating income(1)   $                 497   $                 422   17.9 %
Operating margin(1)   2.86 %   2.66 %   20 bps
Net income(1)   $                 313   $                 263   18.8 %
Diluted EPS(1)   $                3.83   $                3.09   24.0 %

Skonsolidowane wyniki finansowe za czwarty kwartał roku fiskalnego 2025 w porównaniu z czwartym kwartałem roku fiskalnego 2024 – najważniejsze informacje

  • Przychody wyniosły 17,4 mld USD w porównaniu z 15,8 mld USD, co oznacza wzrost o 9,7% i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 7,5% dzięki wzrostowi zarówno w portfolio rozwiązań zaawansowanych, jak i rozwiązań końcowych. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 5%.
  • Przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wyniosły 24,3 mld USD w porównaniu z 21,2 mld USD, co oznacza wzrost o 14,7% i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wzrosły o 12,6%.
  • Zysk brutto wyniósł 1,2 mld USD w porównaniu z 1,0 mld USD.
  • Marża brutto wyniosła 6,9% w porównaniu z 6,6%. Prezentacja dodatkowych przychodów w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów miała pozytywny wpływ na naszą marżę brutto o około 30 punktów bazowych.
  • Zysk operacyjny wyniósł 399 mln USD w porównaniu z 325 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 497 mln USD w porównaniu z 422 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 2,3% w porównaniu z 2,1%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 2,9% w porównaniu z 2,7%.
  • Rozwodniony zysk na akcję wyniósł 3,04 USD w porównaniu z 2,29 USD. Rozwodniony zysk na akcję nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 3,83 USD w porównaniu z 3,09 USD.
  • Środki pieniężne z działalności operacyjnej wyniosły 1,5 mld USD w porównaniu z 562 mln USD, a wolne przepływy pieniężne(1) wyniosły 1,4 mld USD w porównaniu z 513 mln USD.
  • Zwróciliśmy akcjonariuszom 209 mln USD w formie wykupu akcji i dywidend w porównaniu z 136 mln USD.

Najważniejsze dane finansowe regionów za czwarty kwartał roku fiskalnego 2025 w porównaniu z czwartym kwartałem roku fiskalnego 2024

Ameryka

  • Przychody wyniosły 9,5 mld USD w porównaniu z 9,2 mld USD, co oznacza wzrost o 2,9%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 3,0%. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 6%.
  • Wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wyniosła 14,1 mld USD w porównaniu z 12,9 mld USD, co oznacza wzrost o 9,3%. Przy stałym kursie walutowym(1) wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wzrosła o 9,4%.
  • Zysk operacyjny wyniósł 275 mln USD w porównaniu z 228 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 332 mln USD w porównaniu z 284 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 2,9% w porównaniu z 2,5%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 3,5% w porównaniu z 3,1%.

Europa:

  • Przychody wyniosły 6,5 mld USD w porównaniu z 5,5 mld USD, co oznacza wzrost o 18,1%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 11,2%. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 3%.
  • Wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wyniosła 8,4 mld USD w porównaniu z 7,0 mld USD, co oznacza wzrost o 20,8%. Przy stałym kursie walutowym(1) wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wzrosła o 14,0%.
  • Zysk operacyjny wyniósł 93 mln USD w porównaniu z 64 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 133 mln USD w porównaniu z 102 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 1,4% w porównaniu z 1,2%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 2,1% w porównaniu z 1,9%.

Azja-Pacyfik i Japonia (“APJ”):

  • Przychody wyniosły 1,4 mld USD w porównaniu z 1,1 mld USD, co oznacza wzrost o 24,7%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 26,1%. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 10%.
  • Przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wyniosły 1,8 mld USD w porównaniu z 1,4 mld USD, co oznacza wzrost o 34,2%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wzrosły o 35,8%.
  • Zysk operacyjny wyniósł 30 mln USD w porównaniu z 33 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 32 mln USD w porównaniu z 36 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 2,2% w porównaniu z 3,0%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 2,3% w porównaniu z 3,2%.

Prognoza na pierwszy kwartał roku fiskalnego 2026

Poniższe stwierdzenia opierają się na aktualnych oczekiwaniach TD SYNNEX dotyczących pierwszego kwartału roku fiskalnego 2026. Są to stwierdzenia dotyczące przyszłości, a rzeczywiste wyniki mogą się znacznie różnić. Wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) uwzględnia wpływ poniesionych kosztów i skompensowanych przychodów związanych ze sprzedażą umów serwisowych dostawców zewnętrznych, umów dotyczących oprogramowania jako usługi oraz niektórych umów realizacji zamówień, a pozostałe miary finansowe nieobjęte standardami GAAP nie uwzględniają wpływu kosztów przejęcia, integracji i restrukturyzacji, amortyzacji wartości niematerialnych, wynagrodzeń w formie akcji oraz związanych z tym skutków podatkowych.

    Q1 2026 Outlook
Revenue   $15.1 – $15.9 billion
Non-GAAP gross billings(1)   $22.7 – $23.7 billion
Net income   $166 – $206 million
Non-GAAP net income(1)   $243 – $283 million
Diluted earnings per share   $2.05 – $2.55
Non-GAAP diluted earnings per share(1)   $3.00 – $3.50
Estimated outstanding diluted weighted average shares   80.1 million

Dywidenda

TD SYNNEX ogłosiło dzisiaj, że zarząd spółki zadeklarował kwartalną dywidendę pieniężną w wysokości 0,48 USD na akcję zwykłą. Dywidenda zostanie wypłacona 30 stycznia 2026 r. akcjonariuszom zarejestrowanym na koniec dnia roboczego 16 stycznia 2026 r.

Prezydent podpisał ustawę o L4. Ekspert: bez wyciągnięcia realnych konsekwencji nic się nie zmieni

Podpisana przez prezydenta Karola Nawrockiego ustawa reformująca orzecznictwo lekarskie w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych ma usprawnić kontrole zwolnień chorobowych i skrócić czas oczekiwania na decyzje. Jednym z kluczowych elementów zmian jest możliwość dostępu do dokumentacji medycznej w toku kontroli L4 oraz poszerzenie katalogu osób uprawnionych do orzekania. Czy to realnie poprawi system? Sprawę komentuje Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy, prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w problematyce absencji chorobowych.

Dostęp do dokumentacji medycznej? Tak — ale tylko z realnymi konsekwencjami

Zdaniem Mikołaja Zająca, umożliwienie orzecznikom wglądu w dokumentację medyczną to krok w dobrym kierunku, na który rynek pracy czekał od lat.

Ten zapis mógłby, a wręcz powinien, mieć charakter obligatoryjny — ocenia prezes Conperio. — Problem polega na tym, że sam dostęp do dokumentów niczego jeszcze nie zmieni, jeśli za stwierdzonymi nadużyciami nie pójdą realne konsekwencje.

Jak podkreśla ekspert, bez egzekwowania odpowiedzialności nowy przepis może pozostać „martwy”.

Z naszych szacunków wynika, że dziś nawet 90–95 proc. spornych przypadków kończy się uznaniem przez orzeczników, że zwolnienie było zasadne —nawet wtedy, gdy przykłady nadużyć są jednoznaczne. Jeśli ten schemat się nie zmieni, reforma będzie tylko kosmetyczna — zaznacza Zając.

Szybsze orzeczenia kosztem jakości? To ryzykowny kierunek

Ustawa zakłada również skrócenie czasu oczekiwania na orzeczenia i poprawę warunków pracy w ZUS poprzez uzupełnienie braków kadrowych. W określonych sprawach orzecznikami mają zostać m.in. fizjoterapeuci oraz pielęgniarki i pielęgniarze. Ten element reformy budzi jednak poważne wątpliwości.

Pomijając fakt, że praca orzecznika nie jest dziś atrakcyjna nawet dla lekarzy, pozostaje pytanie o wystarczający poziom kompetencji innych zawodów medycznych do oceny decyzji lekarskich — mówi prezes Conperio. — To trochę tak, jakby prosić murarza, aby na podstawie projektu architektonicznego oceniał wytrzymałość mostu.

Zdaniem eksperta rynku pracy, przyspieszenie postępowań nie powinno odbywać się kosztem jakości i bezpieczeństwa systemu.

Jeżeli celem jest realne ograniczenie nadużyć L4 i odbudowa zaufania pracodawców do systemu, to kluczowe są kompetencje, odpowiedzialność i konsekwencja w działaniu — nie tylko statystyczne skracanie terminów — podsumowuje Mikołaj Zając.

Dziś decyzja Sądu Najwyższego USA ws. ceł. Dolar może dostać nowy impuls

Jeszcze nie tak dawno Amerykanie zamknęli rząd (kolejny shutdown już na horyzoncie z końcem stycznia) i trzymali nas w odczytowej mgle. Na początku nowego roku same dane z rynku pracy w USA nie wystarczą, aby dostarczyć nam odpowiednich emocji. Już dziś poznamy decyzję amerykańskiego Sądu Najwyższego ws. większej części ceł wprowadzonych przez Biały Dom. Czy w takim razie USD dostanie nowego paliwa do umocnienia, czy może rynek otrzyma pretekst do kontry i osłabienia dolara?

Moment zwrotny dla USD?

W piątek dolar znajdzie się pod wpływem dwóch kluczowych impulsów. O godz. 14:30 poznamy grudniowe dane amerykańskiego Departamentu Pracy. Jeżeli NFP znacząco rozminie się z oczekiwaniami, to inwestorzy mogą zacząć kwestionować bazowy scenariusz monetarny w USA (2 obniżki do końca roku). Jednak jeszcze bardziej cenotwórczym dla USD wydarzeniem ma szansę stać się dzisiejsza decyzja Sądu Najwyższego. O godz. 16 mamy poznać orzeczenie SN w sprawie legalności formalnej podstawy dla większości nałożonych w zeszłym roku ceł. W mojej ocenie aktualnie niezwykle trudno założyć, jak Biały Dom odpowie na niekorzystne orzeczenie. Ta niepewność może przyjąć dla dolara dwa oblicza. Dzień Wyzwolenia, kiedy prezydent Donald Trump ogłosił początek nowej ery w kontaktach handlowych USA, był początkiem trwałych kłopotów „zielonego”. W ten sposób kurs EUR/USD dotarł do 4-letnich maksimów (latem 2025). Czy wyrzucenie większej części polityki celnej do kosza również zostanie punktem zwrotnym na forex, a dolar rozpocznie swój pochód? W takim wypadku możemy spodziewać się zejścia eurodolara w kierunku 1,15 USD, czyli listopadowych dołków. Jednak na ten moment pozostaję sceptyczny co do trwałości lokalnej fali umocnienia amerykańskiej waluty. Zamieszanie w USA ma szansę stać się pretekstem do zmniejszenia ekspozycji na dolara. Dodatkowo do nowego układu będzie musiał dostosować się Fed, który już niedługo powinien poznać swojego szefa (a ten będzie za szybszym luzowaniem). Dlatego za scenariusz bazowy przyjmuję odbicie kursu EUR/USD na północ. Pomóc może w tym wypadku również technika, ponieważ aktualne notowania głównej pary są w rejonie 1,165 USD. Ten poziom już kilkukrotnie w ostatnich miesiącach odgrywał ważną rolę, a teraz ma szansę zadziałać jako wsparcie. Dodatkowe wsparcie mogą stanowić sesyjne średnie, a trwająca lokalna fala umocnienia zielonego (1,5 centa od świąt) to doskonały moment do kontry. Taki układ umacniałby trwającą od dwóch kwartałów konsolidację na EUR/USD,

PLN spokojny jak zwykle

Scenariusz słabszego USD powinien stanowić pozytywny sygnał dla PLN. Krótkoterminowo nie powinniśmy spodziewać się przełamania kluczowych poziomów na parach z głównymi walutami. Warto jednak zaznaczyć, że kurs EUR/PLN wciąż jest blisko istotnego technicznie wsparcia powyżej 4,20 PLN, gdzie wypadały zwyżkowe szczyty wiosną ubiegłego roku. Aktualny pozostaje trend zniżkowy na kursie euro i dopiero przekroczenie 4,23 PLN będzie ostrzeżeniem przed wyjściem górą z korytarza spadkowego. Pozytywnie zaskoczyła listopadowa sprzedaż detaliczna w strefie euro (+2,3% rdr, najlepszy rezultat od czerwca). Bez poważnych zmian na EUR/PLN nie ma szans na dużą zmienność także na USD/PLN. Dlatego w krótkim terminie trudno oczekiwać trwałego przełamania 3,60 zł na kursie dolara. W średnim terminie w dalszym ciągu widzę przestrzeń do osłabienia USD w kierunku przynajmniej 3,55 PLN. Frank szwajcarski podlega dziś niewielkim zmianom na rynku, a kurs CHF/PLN jest blisko 4,52 zł.

Sfinks z 216,1 mln zł sprzedaży gastronomicznej w 2025 r.

Sfinks Polska zanotował w IV kw. 2025 r. wzrost przychodów gastronomicznych do 57,03 mln zł, czyli o ponad 8,6% r/r. Narastająco od początku roku sprzedaż restauracji zarządzanych przez gastronomiczną grupę, z wyłączeniem sieci Piwiarnia nieobjętej raportowaniem, wyniosła 216,1 mln zł, czyli o  4,5% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Podobny wzrostowy trend uwidoczniła porównywalna sieć lokali działających na koniec każdego z okresów (L4L), w ramach której odnotowano sprzedaż gastronomiczną w wysokości 54,66 mln zł w IV kw. 2025 r. (8% wzrostu r/r) oraz 203,58 mln zł w całym 2025 r. (wzrost o 3,7%)

– Dane sprzedażowe IV kwartału potwierdzają odbudowywanie się naszych wyników po wielu miesiącach perturbacji w sieci związanych z licznymi przekształceniem restauracji własnych na franczyzę, które w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy dotknęły co czwarty lokal. Zmiana jest tak duża, że przychody gastronomiczne w IV kwartale przekroczyły 57 mln zł i w efekcie przebiły nawet wyniki III kwartału, który w rocznym cyklu sezonowym jest zazwyczaj u nas najlepszym okresem sprzedażowym. Co istotne, na wypracowane wzrosty przełożyła się m. in. wyższa wartość średniego rachunku w restauracjach. To również potwierdza, że sieć jest skutecznie przekształcana i odbudowywana. Spodziewamy się dalszego umocnienia tego pozytywnego trendu w kolejnych kwartałach – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Raportowana sprzedaż gastronomiczna obejmuje przychody ze sprzedaży netto osiągane przez lokale franczyzowe i własne w sieci Sfinks Polska. Sprzedaż gastronomiczna nie obejmuje przychodów sieci Piwiarnia. Jednocześnie spółka zwraca uwagę, że sprzedaż gastronomiczna nie jest tożsama z przychodami ze sprzedaży osiąganymi przez Sfinks Polska. Na te składają się przychody ze sprzedaży gastronomicznej wypracowywanej przez restauracje własne oraz przychody z opłat franczyzowych naliczane od sprzedaży gastronomicznej realizowanej przez restauracje franczyzowe. W tym drugim przypadku przychody ze sprzedaży gastronomicznej stanowią przychód franczyzobiorców.

***

Przychody gastronomiczne to przychody wszystkich lokali działających pod markami należącymi do Grupy Sfinks Polska, z wyłączeniem sieci Piwiarnia.