30 proc. Polaków korzysta dziś z płatności online częściej niż przed pandemią. Jednak gotówki w obiegu przybyło więcej niż kiedykolwiek

0

30 proc. Polaków korzysta dziś z płatności online częściej niż przed pandemią. Jednak gotówki w obiegu przybyło więcej niż kiedykolwiek 1

Pandemia koronawirusa spopularyzowała płatności elektroniczne. W początkowym okresie Polacy częściej wykorzystywali płatności online podczas codziennych zakupów spożywczych, opłacania rachunków i zamówień w restauracjach. – Paradoksalnie zwiększyła się również ilość gotówki w obiegu. To pokazuje, że Polacy dostosowali się do trudnej sytuacji w dobie koronawirusa i starają się przezwyciężyć ją także na płaszczyźnie ekonomicznej – mówi Janusz Wdzięczak z Instytutu Sobieskiego.

Zagrożenia związane z pandemią koronawirusa zmobilizowały Polaków do wykorzystywania płatności online, ale zmieniły także podejście do oszczędzania.

Ujawniło się bardzo nietypowe zjawisko: z jednej strony zwiększyła się liczba transakcji zawieranych elektronicznie oraz płatności dokonywanych drogą elektroniczną. Jest to spowodowane kwestiami bezpieczeństwa. Polacy po wytycznych rządu zgodnych z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia zdecydowali się unikać pieniądza gotówkowego. Z drugiej strony ilość gotówki w obrocie wypłacona z kont bankowych także osiągnęła rekordowy poziom. Polacy uznali, że w czasach kryzysu chcą mieć gotówkę przy sobie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Wdzięczak, ekonomista z Instytutu Sobieskiego.

Z danych NBP przytaczanych w raporcie Instytutu Sobieskiego „Jak płacą Polacy w epoce pieniądza cyfrowego przed i po COVID-19” wynika, że w kwietniu br. w obiegu była gotówka o wartości 272 mld zł, czyli o ponad 20 mld zł wyższej niż w marcu. Z kolei marcowy wzrost, czyli w miesiącu, kiedy wybuchła w Polsce pandemia, wyniósł około 26 mld zł i był (pod względem nominalnym) największy w historii. Najnowsze dane NBP wskazują, że dziś w obiegu jest ponad 285,3 mld zł. To oznacza, że od maja do lipca wciąż notowane były wzrosty, ale dużo niższe niż w marcu i kwietniu (odpowiednio o 6,3 mld, o 4,1 mld i o 2,2 mld zł w kolejnych trzech miesiącach).

Według ekspertów Instytutu Sobieskiego wzrost zapotrzebowania na gotówkę należy również tłumaczyć sytuacją, że w początkowym okresie pandemii koronawirusa pojawiło się w sieci wiele fałszywych informacji na temat tego, że nastąpi zamknięcie sklepów spożywczych, banki przestaną działać, a rząd obłoży specjalnym podatkiem depozyty bankowe. Polacy zaczęli więc wycofywać pieniądze z kont, bojąc się zaburzeń w funkcjonowaniu systemów bankowych i płatniczych. Jednak nie wpłynęło to w żaden sposób na ograniczenie transakcji elektronicznych.

Podejście Polaków do pieniądza cyfrowego ewoluuje od początku XXI wieku, kiedy to Polska – o czym już mało kto pamięta – była jednym z pionierów bankowości elektronicznej. Obecnie społeczeństwo preferuje pieniądz cyfrowy w codziennych transakcjach np. podczas zakupów. Jesteśmy wciąż liderem w płatnościach bezdotykowych kartą – zauważa ekonomista z Instytutu Sobieskiego.

Ten rodzaj płatności zyskuje na popularności, tym bardziej że w ostatnich miesiącach podniesiono limit płatności zbliżeniowej bez konieczności podawania PIN-u z 50 do 100 zł.

Raport IS przytacza dane m.in. aplikacji Revolut, której użytkownicy znacząco zwiększyli wydatki na takich portalach jak Allegro czy Aliexpress. W okresie lockdownu Polacy częściej płacili elektronicznie za zamawiane jedzenie, ale też opłacali rachunki online.

Jednak zdaniem Janusza Wdzięczaka w przypadku bardziej skomplikowanych operacji, np. podczas zakupu polisy ubezpieczeniowej lub funduszy inwestycyjnych, Polacy są zdecydowanie bardziej konserwatywni i wolą je wykonywać w tradycyjny sposób.

W takich sytuacjach rzadziej korzystamy z aplikacji mobilnej w telefonie. Wolimy raczej odwiedzić agencję ubezpieczeniową i tam zasięgnąć informacji oraz wynegocjować odpowiednie warunki – dodaje ekonomista Instytutu Sobieskiego.

Trudno jednoznacznie ocenić, czy nowe nawyki Polaków dotyczące płatności pozostaną aktualne po pandemii koronawirusa.

– Zapewne niektóre udogodnienia, które ułatwiają życie, będą dalej wykorzystywane. Dla przykładu znacząco zwiększyła się liczba transakcji bezgotówkowych za tzw. media: prąd, gaz i to już raczej się nie zmieni. Choć z pewnością wraz z poprawą sytuacji epidemiologicznej część osób powróci do dawnych zwyczajów – przewiduje Janusz Wdzięczak. 

Spowolnienie w branży meblarskiej mniejsze, niż się spodziewano. Producenci liczą na pobudzenie eksportu dzięki pomocy rządu

Spowolnienie w branży meblarskiej mniejsze, niż się spodziewano. Producenci liczą na pobudzenie eksportu dzięki pomocy rządu 2

Branża meblarska na pandemii ucierpi mniej, niż się spodziewała. Na początku spadek produkcji sprzedanej sięgnął 35 proc., ale ostatecznie w całym roku może wynieść 3–6 proc. w porównaniu z 2019 rokiem. – Wynik będzie słabszy o ok. 3 mld zł – mówi Michał Strzelecki z Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. Najgorzej jest w firmach, które dostarczają meble do hoteli, restauracji i biur. Branża liczy na to, że pomoc Skarbu Państwa w zakresie ubezpieczenia kredytów kupieckich pozwoli zwiększać eksport.

Jak podkreślają analitycy PKO BP w analizie sektorowej, branża meblarska była jedną z najwcześniej i najsilniej dotkniętych kryzysem związanym z pandemią.

Na początku produkcja sprzedana branży meblowej spadła o 35 proc. Zamknięte zostały wtedy wszystkie sklepy, w których meblarze sprzedają 90 proc. swojej produkcji. Wszystkim się wydawało, że straty będą ogromne, ale sfera handlowa otworzyła się szybciej, niż się spodziewaliśmy. Ostatecznie szacujemy, że spadek produkcji sprzedanej w porównaniu z 2019 rokiem będzie na poziomie między 3 a 6 proc., czyli w granicach 3 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Michał Strzelecki, dyrektor biura w Ogólnopolskiej Izbie Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM).

Analiza PKO BP wskazuje, że w I kwartale przychody firm średnich i dużych były o 1,1 proc. niższe. Spadek w II kwartale był znacznie poważniejszy, bo produkcja sprzedana mebli była o 19 proc. niższa, choć w poszczególnych miesiącach notowała duże wahania – w kwietniu spadła o ponad 50 proc., ale odbiła już w czerwcu (wzrost o blisko 20 proc.).

Jak podkreśla ekspert, branża nie wróciła jeszcze do normalnej pracy. Z szacunków OIGPM wynika, że średnie wykorzystanie mocy produkcyjnych jest w granicach 60–70 proc., podczas kiedy przed pandemią było na poziomie 95 proc.

W tym roku prawdopodobnie nie uda się wrócić do poziomu sprzed pandemii i przekroczyć 50 mld zł, które udało nam się osiągnąć w 2019 roku – mówi Michał Strzelecki.

Z danych OIGPM wynika, że najlepsza sytuacja jest w segmencie mebli mieszkaniowych, bo konsumenci, przebywając znacznie częściej w domach, mają więcej czasu na remonty i zmianę wyposażenia. Firmy produkujące je do sprzedaży w handlu tradycyjnym otrzymały nowe zlecenia i pracują na pełnych obrotach. Z kolei najtrudniejsza sytuacja dotyczy firm działających na rynku kontraktowym w sektorze HoReCa, czyli dostarczających meble dla hoteli czy restauracji, a także do biur.

– W ich przypadku sytuacja szybko się nie poprawi, ponieważ klienci wciąż wstrzymują się z nowymi zamówieniami – mówi ekspert OIGPM. – Na pewno potrzebne są instrumenty pomocowe, które będą kreować popyt. To jest w tej chwili najważniejsze. Odzyskaliśmy płynność finansową, sporo miejsc pracy udało się uchronić, a teraz musimy kreować popyt. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że te działania mogą się odbywać na rynku polskim, który w zasadzie odpowiada tylko za około 10 proc. naszej produkcji sprzedanej, niemniej są to kwestie dla nas istotne.

Dobrym sygnałem jest też znaczna poprawa w eksporcie.

To wciąż nie są jeszcze te wielkości, które notowaliśmy w 2019 roku, ale sytuacja się poprawia. Nadrabiamy zaległości z marca, kwietnia i połowy maja – mówi Michał Strzelecki.

W II kwartale analitycy PKO BP spodziewają się spadku eksportu o 17–27 proc. w ujęciu rocznym, ale prognozują, że w III kwartale możliwy jest wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Polska branża meblowa w 90 proc. przeznacza swoje produkty na eksport, głównie do Europy Zachodniej. Wartość sprzedaży zagranicznej to 11 mld euro rocznie. Nasz kraj w rankingu eksporterów mebli zajmuje pierwsze miejsce w Europie i drugie na świecie. 

Branży meblarskiej może pomóc zniesienie zamrożenia przez ubezpieczycieli limitów kredytowych. Ubezpieczyciele w ten sposób zareagowali na zwiększone ryzyko w czasie pandemii. Jak podkreślają przedstawiciele OIGPM, brak możliwości zabezpieczenia należności handlowych to duża bariera dla funkcjonowania firm meblowych, które w efekcie zamiast skupiać się na realizacji zamówień, zmuszone są podejmować dramatyczne decyzje o ograniczeniu ekspozycji na ryzyko. Ministerstwo Rozwoju przygotowało odpowiednie przepisy w tej sprawie. Ustawę o wsparciu rynku ubezpieczeń należności handlowych w związku z przeciwdziałaniem skutkom gospodarczym COVID-19 prezydent podpisał 18 sierpnia br., a weszła w życie kilka dni później.

Nowy instrument wsparcia to reasekuracja kredytów kupieckich dla przedsiębiorców przez Skarb Państwa. Pozwoli on ubezpieczycielom scedować część ryzyka na Skarb Państwa w zamian za przekazanie części składki ubezpieczeniowej. Dzięki temu ograniczą oni swoje ryzyko związane z możliwym wzrostem liczby i wartości wypłacanych odszkodowań w czasie spowolnienia gospodarczego. Reasekuracja ubezpieczeń należności handlowych (powstałych w okresie od kwietnia do grudnia br.) będzie uzależniona od utrzymania limitów kredytowych dla firm na poziomie zbliżonym do tego sprzed pandemii.

– Możliwość utrzymania tych limitów kredytowych jest czynnikiem, który decyduje o poziomie współpracy, który możemy osiągnąć z naszymi klientami w Polsce i za granicą – mówi ekspert OIGPM. – Kwestie związane z tymi kredytami są dla nas niezmiernie ważne, bo to świadczy, po pierwsze, o stabilności naszej branży, a po drugie, o poziomie tego, co możemy sprzedać i w jaki sposób te kontrakty eksportowe możemy ubezpieczyć.

Jak wyjaśnia Ministerstwo Rozwoju, Skarb Państwa pokryje 80 proc. ryzyka do równowartości 243,75 proc. ubiegłorocznej składki. Powyżej tej kwoty pokryje wypłacane przez zakłady ubezpieczeń odszkodowania w całości. Jednocześnie odpowiedzialność Skarbu Państwa z tytułu wypłat odszkodowań nie przekroczy kwoty stanowiącej równowartość 375 proc. składki brutto zakładu ubezpieczeń pochodzącej z  ubezpieczenia należności w 2019 roku. Tego typu narzędzia wdrożono lub opracowano w kilku państwach UE. Polskie rozwiązanie jest wzorowane na pomyśle niemieckim.

Rozwiązania chmurowe w ostatnich miesiącach uratowały wiele firm przed upadkiem. Biznes wciąż ma jednak opory przed inwestycjami w ten obszar

Rozwiązania chmurowe w ostatnich miesiącach uratowały wiele firm przed upadkiem. Biznes wciąż ma jednak opory przed inwestycjami w ten obszar 3

W czasie pandemii technologie chmurowe pozwoliły firmom zachować ciągłość działania i utrzymać się na rynku. Koronawirus pokazał im, jak bardzo potrzebują chmury, i może stać się katalizatorem do jej wdrażania na szeroką skalę. Biznes w Polsce wciąż ma jednak opory przed inwestowaniem w chmurę. Obok barier mentalnych, takich jak obawy o poufność danych, są jeszcze te o charakterze prawnym. Dlatego zwłaszcza zagraniczni dostawcy chmury powinni przyłożyć większą wagę nie tylko do samej technologii, lecz także zapewnienia zgodności z polskim i unijnym prawodawstwem.

W trakcie pandemii chmura obliczeniowa uratowała wiele firm – zarówno w zakresie komunikowania się w ramach firmy i zespołów, jak i z klientami. Niewątpliwie COVID-19 stał się katalizatorem, żeby jeszcze szybciej i w większym zakresie wdrażać chmurę. Zdecydowana większość firm już na szczęście miała ją wdrożoną i dzięki temu mogła funkcjonować. To nie znaczy, że nie pojawili się szczególni bohaterowie – mówię tutaj o usługach, aplikacjach i wideokonferencjach odbywających się w chmurze obliczeniowej, które są wielkim wygranym pandemii i odkryciem dla wielu użytkowników – mówi agencji Newseria Biznes Xawery Konarski, wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jeszcze przed wybuchem pandemii 43 proc. firm w Polsce korzystało z technologii chmurowych, z czego 5 proc. zadeklarowało, że korzysta wyłącznie z chmury. Pozostałe przetwarzają dane dwutorowo – zarówno w chmurze, jak i w lokalnym centrum. Kolejne 17 proc. firm planowało też w najbliższym czasie przenieść do chmury część swoich usług – wynika z czerwcowego „Barometru cyberbezpieczeństwa. W kierunku rozwiązań chmurowych” KPMG.

Usługi chmurowe najczęściej wykorzystywane przez przedsiębiorstwa w Polsce to witryny internetowe (73 proc.), poczta elektroniczna (72 proc.) oraz usługi przestrzeni dyskowej (62 proc.). W dużo mniejszym zakresie firmy korzystają z systemów ERP (18 proc.) czy CRM w chmurze (15 proc.). W badaniu KPMG blisko 2/3 polskich przedsiębiorstw oceniło też, że usługi chmurowe pozytywnie wpływają na ciągłość działania procesów biznesów w organizacji.

– Ubiegłoroczne badanie dotyczące barier, jakie widzą polscy przedsiębiorcy w korzystaniu z chmury, pokazało, że część z nich miała charakter mentalny. Firmy po prostu nie do końca wiedziały, jakie są korzyści i zagrożenia związane z chmurą. Mam nadzieję, że teraz ta mentalna bariera zniknie – mówi Xawery Konarski.

Jak wskazuje, w Polsce przedsiębiorcy wciąż obawiają się przede wszystkim o poufność swoich danych oraz o to, gdzie są gromadzone. Te obawy częściowo potwierdzają też wyniki tegorocznego „Barometru cyberbezpieczeństwa” KPMG. Z badania wynika, że 23 proc. firm nie wierzy w bezpieczeństwo chmury publicznej, obawiając się utraty kontroli nad przetwarzanymi danymi. Tylko połowa firm uważa, że dzięki chmurze zwiększa się bezpieczeństwo przetwarzania danych. 

Obawa o poufność danych jest przesadna. Nie sądzę, żeby zagraniczni dostawcy usług chmurowych mieli potrzebę zaglądania do nich. Problemem jest natomiast dostęp służb w innych krajach do tych danych. Dobrym przykładem jest orzeczenie w sprawie Schrems wydane 16 lipca przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Zakwestionowało ono przesyłanie danych osobowych w chmurze do USA z uwagi na niekontrolowany dostęp amerykańskich służb do tych danych. To pokazuje, że obawy polskich przedsiębiorców podzielają też inni, więc one powinny być zaadresowane przez dostawców chmury, np. poprzez umożliwienie szyfrowania danych – wskazuje ekspert.

Obok barier mentalnych we wdrażaniu chmury są jeszcze te o charakterze prawnym. Z badania przeprowadzonego w marcu tego roku przez IDG Poland, Oktawave i 7bulls.com („Kompetencje chmurowe firm w Polsce 2020”) wynika, że zgodność z wymogami prawa i tzw. compliance jest dla menadżerów IT jednym z głównych kryteriów wyboru dostawcy usług chmurowych.

Wynika to przede wszystkim z konkretnych zagrożeń finansowych, które niesie ze sobą RODO. Rozporządzenie w skrajnych przypadkach pozwala regulatorom nakładać kary po 20 mln euro i więcej. To niewątpliwie spowodowało, że przedsiębiorcy szukają zgodności z przepisami prawa i to stało się jednym z głównych kryteriów. Jest to trwała tendencja. Trudno sobie wyobrazić, żeby odpowiedzialna instytucja finansowa, jednostka służby zdrowia czy kancelaria prawna korzystająca z chmury nie wskazywała jej zgodności z wymogami prawa jako jednej z najważniejszych kwestii – mówi wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jak podkreśla, szczególnie zagraniczni dostawcy chmury, którzy działają na polskim rynku, powinni przyłożyć większą wagę do zapewnienia, że oferowane przez nich rozwiązania są zgodne z polskim i unijnym prawodawstwem.

W Polsce użytkownicy aplikacji są chronieni na podobnych zasadach jak w całej UE. Mamy przepisy o ochronie danych osobowych i RODO oraz przepisy o cyberbezpieczeństwie. Jedne i drugie są regulacjami unijnymi lub są na nich wzorowane. Te regulacje są absolutnie wystarczające, ale problem tkwi czasem w podejściu regulatorów w poszczególnych krajach. Dobrze by było, żeby np. KNF czy UODO trochę pomogły i doradziły, w jaki sposób działać zgodnie z RODO, poprzez wydawanie różnego rodzaju wytycznych – wskazuje Xawery Konarski.

Samochody elektryczne mają coraz większe zasięgi i można je szybko ładować. Najwięksi producenci rozwijają ofertę ekologicznych pojazdów

Samochody elektryczne mają coraz większe zasięgi i można je szybko ładować. Najwięksi producenci rozwijają ofertę ekologicznych pojazdów 4

Po polskich drogach jeździ już ponad 13 tys. samochodów osobowych z napędem elektrycznym (w pełni elektrycznych oraz hybryd plug-in) – wskazuje Licznik Elektromobilności PSPA. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy roku ich liczba wzrosła o 78 proc. względem sytuacji sprzed roku i to pomimo spowolnienia wywołanego pandemią. Barierą są jednak relatywnie wysokie ceny aut elektrycznych oraz obawy przed ich częstym ładowaniem. To się jednak stopniowo zmienia. – Z biegiem czasu ceny regularnie spadają, zasięgi takich aut są coraz większe, a infrastruktura dynamicznie się rozwija – mówi Hubert Niedzielski z Volkswagena przy okazji prezentacji w Polsce oferty nowego elektrycznego modelu ID.3.

Jak wynika z Licznika Elektromobilności uruchomionego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych oraz Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, na koniec lipca w naszym kraju było zarejestrowanych ponad 13 tys. elektrycznych samochodów osobowych. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 2020 roku przybyło ich ok. 4 tys. To wzrost o 78 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wraz z rosnącą liczbą pojazdów rozbudowywana jest także infrastruktura – w Polsce funkcjonuje 1,2 tys. ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Jedna trzecia z nich to szybkie stacje ładowania prądem stałym.

Z badania przeprowadzonego w kwietniu br. przez InsightOut Lab we współpracy z marką Volkswagen wynika, że ponad połowa społeczeństwa chciałaby jeździć samochodem elektrycznym. Z kolei badanie PSPA wskazuje, że co czwarty Polak (28 proc.) deklaruje jego zakup w ciągu najbliższych trzech lat.

 Jako jedną z głównych barier w rozwoju rynku klienci cały czas identyfikują relatywnie wysokie ceny samochodów elektrycznych. Jednocześnie musimy brać pod uwagę fakt, że z biegiem czasu ceny takich aut będą cały czas maleć, podczas gdy spalinowych  wręcz odwrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Niedzielski, kierownik ds. PR marki Volkswagen.

Rzeczywiste zainteresowanie tym segmentem rynku mogłoby być jeszcze większe, gdyby nie stereotypowe postrzeganie rynku i wciąż mała wiedza na jego temat. Przykładowo 73 proc. badanych przez InsightOut Lab nie zdaje sobie sprawy, że auta elektryczne można ładować ze zwykłego gniazdka. 83 proc. nie wie, co zrobić, by móc zamontować domową stację ładowania samochodów. Z kolei 76 proc. zgadza się z tezą, że auta elektryczne mają za mały zasięg. Jednocześnie połowa badanych wskazuje, że średni zasięg wynosi do 200 km. Na ponad 300 km wskazało tylko 21 proc. ankietowanych, a to jest dziś wartość oferowana przez wiele modeli.

Często demonizowane ładowanie tak naprawdę może odbywać się rzadziej niż w przypadku naszych smartfonów. Producenci oferują bowiem samochody, które mogą zaproponować coraz większy zasięg – mówi ekspert. – Przełomowy dla nas Volkswagen ID.3 oferuje aż 550 kilometrów zasięgu w topowej wersji akumulatora. Jedną rzeczą jest zwiększanie zasięgu samochodów elektrycznych, a drugą jest rozbudowa infrastruktury czy wspieranie procesu ładowania tego typu aut także w warunkach domowych. Volkswagen ma do zaoferowania wallboxy, czyli ładowarki naścienne pozwalające łatwiej i szybciej ładować samochód elektryczny w warunkach domowych.

Volkswagen sprzedaż seryjnych wersji ID.3 rozpoczyna w Polsce od średniej wielkości akumulatora 58 kWh z zasięgiem na poziomie 426 km (według WLTP). Do wyboru jest także wersja z akumulatorem o pojemności 77 kWh, której zasięg wynosi 549 km (według WLTP). Wszystkie modele są oferowane z silnikiem o mocy 204 KM, a ich cena zaczyna się od nieco ponad 155 tys. zł. Później w ofercie pojawi się nieco tańsza wersja Pure (dostępna za mniej niż 130 tys. zł) z zasięgiem na poziomie 330 km.

– ID.3 to przełom nie tylko dla Volkswagena, ale dla całej elektromobilności. Mówimy tutaj o samochodzie dostępnym na atrakcyjnych warunkach finansowych, oferującym bardzo duży zasięg i wiele zaawansowanych rozwiązań technologicznych, takich jak np. wyświetlacz head-up zapewniający obraz w rozszerzonej rzeczywistości wyświetlany na przedniej szybie – podkreśla Hubert Niedzielski.

Docelowo oferta ID.3 obejmie pięć pakietów wyposażenia, dostępnych jako Basic lub Plus, w zależności od wersji. Każdy samochód wyposażony jest też w ID.Light, czyli pas diodowy pod przednią szybą, który intuicyjnie wspomaga kierowcę – światło sygnalizuje, że auto jest gotowe do drogi, pokazuje stopień naładowania akumulatora, przemieszcza się przy skręcaniu, reaguje, gdy zaistnieje potrzeba gwałtownego zahamowania.

 To samochód, który rozpoczyna ofensywę elektryczną marki Volkswagen. Na przestrzeni najbliższych lat będziemy oferowali wiele modeli zbudowanych na platformie MEB zaprojektowanej w taki sposób, by móc zaproponować przestronne samochody. O ile z zewnątrz model ID.3 można porównać wymiarami do gabarytów Golfa, o tyle w środku oferuje przestronność znaną chociażby z Passata – wskazuje przedstawiciel marki Volkswagen.

Nowa platforma została zaprojektowana specjalnie dla samochodów elektrycznych i pozwala na optymalne wykorzystanie możliwości, które niesie z sobą ta technologia. Małe silniki elektryczne umieszczone są bezpośrednio na osiach, a system baterii w podłodze, co obniża punkt ciężkości i zwiększa dynamikę. Na bazie platformy MEB mają powstawać kolejne pojazdy zeroemisyjne.

– Czekają nas wielomiliardowe inwestycje i bardzo dużo zmian w produkcji samochodów. ID.3 to również pierwsze auto produkowane przez nas w sposób zeroemisyjny. To jest kierunek, który obraliśmy. Do 2050 roku zarówno nasze samochody, jak i Volkswagen jako przedsiębiorstwo będą zeroemisyjne pod kątem emisji dwutlenku węgla – zapowiada Hubert Niedzielski. 

Frezy trzpieniowe – charakterystyka oraz budowa

Jednymi z najpopularniejszych frezów używanych obecnie w przemyśle to frezy trzpieniowe. Składają one się głównie z części roboczej, gdzie umieszczone są ostrza oraz części chwytowej przeznaczonej do mocowania narzędzia we frezarce. Frezy trzpieniowe o małych średnicach nazywane są frezami placowymi. Ze względu na cienką część chwytową, obróbka tymi narzędziami nie jest szczególnie wydajna. Z drugiej jednak strony, dzięki małym gabarytom, frezy palcowe do metalu mogą kształtować trudno dostępne powierzchnie na danym elemencie.

Budowa frezów palcowych do metalu

Jak wspomniano wcześniej, frez trzpieniowy palcowy zbudowany jest z części roboczej oraz części chwytowej. W części roboczej freza znajdziemy jego ostrza. Mogą one być usytuowane jedynie na części zewnętrznej ( walcowej ) i takie narzędzie stosowane jest, głównie do obróbki płaskich powierzchni. Istnieją też frezy palcowe do metalu, które posiadają ostrza również na część czołowej. Oznacza to, że takim narzędziem możemy frezować wgłębnie.

Geometria oraz kształt ostrzy zależne są od tego czy będziemy stosować dany frez trzpieniowy do obróbki zgrubne lub wykończeniowej. W przypadku obróbki zgrubnej bowiem, narzędzie powinno posiadać więcej rowków wiórowych o większych rozmiarach. W tym procesie bowiem zbierany naddatek jest duży co generuje więcej materiału odpadowego. Kąt pochylenia rowków wiórowych jest więc, mały podobnie jak liczba ostrzy, która najczęściej w tym wypadku wynosi 2. Często można w tym przypadku naleźć łamacze wióra, które występują pod postacią zaszlifowanych rowków lub falistej krawędzi skrawającej. W przypadku obróbki wykańczającej zaś, występuje mniejsza ilość wiórów i skupiamy się na jakości końcowej danego elementu. Dlatego też, frez do metalu palcowy posiada mniej rowków wiórowych co zwiększa wydajność obróbki. Nie znajdziemy tam też łamaczy wiórów, która zwiększają chropowatość obrabianej powierzchni. Większa liczba ostrzy ( 3 lub 4 i więcej ), posiada kształt linii śrubowej i jest nachylona pod kątem nawet do 60 °.

Części chwytowe frezów palcowych do metalu ( https://artykulytechniczne.pl/frezy-palcowe.html) możemy podzielić na dwa rodzaje. Pierwszym jest chwyt walcowy, który dodatkowo mniej więcej w połowie swojej długości posiada płaską część zabierakową, która przeznaczona jest do obróbki w cięższych warunkach pracy. Drugim rodzajem jest chwyt o kształcie stożka Morse’a. Jest on zbieżny ku swojej części tylnej co zapewnia pewne mocowanie oraz dobre centrowanie narzędzia we frezarce. Stosuje się go dla narzędzi o większych średnicach, gdzie istnieje ryzyko dużych obciążeń podczas obróbki.

Z jakim materiałów produkowane są frezy palcowe do stali

Możemy wyróżnić zasadniczo dwa rodzaje materiałów, które służą do wykonania frezów palcowych do metalu.

Pierwszym z nich jest stal szybkotnąca ( HSS ). Jest to materiał, który zapewnia wysoka wytrzymałość oraz sztywność każdego freza. Narzędziami wykonanymi z HSS możemy obrabiać takie materiały jak stal oraz staliwo. Jeżeli chcemy podwyższyć jego temperaturę pracy oraz twardość, należy zastosować frez trzpieniowy wykonany ze stali szybkotnącej z dodatkiem kobaltu ( HSSE ).

Narzędziami wykonanymi z HSSE, możemy obrabiać takie materiały jak stal, stal nierdzewną lub żeliwo. Frezy palcowe do stali powinny mieć twardość 62 HRC co zapewnia obróbkę przedmiotów o twardości do 35 HRC. Drugim rodzajem materiału stosowanego do wykonania frezów palcowych do metalu jest węglik spiekany, który zawiera takie pierwiastki jak wolfram lub kobalt. Zapewnia on pracę freza w bardzo wysokiej temperaturze oraz z dużą prędkością skrawania co zapewnia uzyskanie powierzchni o małej chropowatości oraz dużej dokładności.

frez widiowy zgrubny VHM

Na rynku można znaleźć jeszcze frezy palcowe węglikowe ( https://artykulytechniczne.pl/frezy-weglikowe-palcowe-vhm.html ) inaczej VHM do metalu powleczone specjalną powłoką ochronną. Może ona składać się z różnego rodzaju z różnych rodzajów węglików, azotków lub składników ceramicznych. Dzięki ich zastosowaniu uzyskuje się większa odporność termiczną oraz chemiczną powleczonego freza trzpieniowego. W czasie obróbki można więc zwiększyć obroty skrawania co przyczynia się do poprawy jakości powierzchni oraz dokładności wykonania. Cena frezów do metalu jest zależna od ich średnicy, materiały wykonania oraz producenta ale nie jest to jedyny aspekt jakim powinniśmy się kierować ponieważ kupując tanie frezy mogą być wykonane nie prawidłowo lub z tanich materiałów np. ze stali NC narzędziowej.

Cyberprzestępcy coraz częściej atakują użytkowników serwisów VOD. Przygotowują wiarygodnie wyglądające kopie stron i wyłudzają dane

Restrykcje pandemiczne przyczyniły się do gwałtownego wzrostu zainteresowania internetowymi platformami wideo. Tę sytuację postanowili wykorzystać cyberprzestępcy, którzy zwiększyli częstotliwość ataków phishingowych oraz liczbę internetowych oszustw skierowanych w stronę odbiorców platform VoD. Aktywność hakerów w okresie pandemii wzrosła nawet o 646 proc. W sieci pojawiły się fałszywe strony upodobniające się do popularnych platform, a scamerzy rozsyłają maile, które mają wyłudzić poufne dane od użytkowników serwisów filmowych.

– Pandemia wzmocniła nasze przyzwyczajenia związane z korzystaniem z platform streamingowych. Zwracamy uwagę na oszustów, którzy tworzą platformy przypominające te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, mają podobny layout i wyglądają wiarygodnie. Klienci przekazują swoje dane osobowe, a oszust później może je sprzedawać. I choć konsument nie ma dostępu do treści, to otrzymuje fakturę. Jeżeli jej nie zapłaci, otrzymuje wezwanie do zapłaty – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Katarzyna Słupek z Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

Zainteresowanie serwisami VoD w szczytowym okresie pandemii koronawirusa okazało się tak wysokie, że ich operatorzy zostali zmuszeni do obniżenia jakości transmisji, aby nadmiernie nie obciążać łącz internetowych. Skalę zainteresowania usługami tego typu najlepiej oddaje gwałtowny wzrost liczby subskrybentów – w pierwszym kwartale Netflix przyciągnął do siebie 15,8 mln nowych użytkowników, w drugim zaś 10,09 mln. Udany debiut zaliczył także serwis HBO Now, który w ciągu miesiąca pozyskał 4,1 mln klientów. Z kolei na samym początku wdrażania restrykcji pandemicznych, od 7 do 16 marca, liczba użytkowników Disney+ potroiła się.

Jednym z efektów ubocznych restrykcji pandemicznych okazał się także wzrost popularności pirackich serwisów filmowych. Z badań przeprowadzonych przez firmę zajmującą się śledzeniem nielegalnych treści wynika, że w ostatnim tygodniu marca zanotowano 40-proc. miesięczny wzrost zainteresowania stronami udostępniającymi nielegalne transmisje filmowe. Część z tych witryn mogła stanowić realne zagrożenie dla ich użytkowników.

– Korzystanie z nielegalnej platformy streamingowej grozi nam tym, że staniemy się ofiarą oszustwa. Cena korzystania z niej jest bardzo niska bądź możemy robić to bezpłatnie, ale jednocześnie nasz komputer może być zawirusowany, możemy dostać rachunek za korzystanie z platformy w momencie, w którym nie mamy dostępu do pełnych danych. Jeżeli dokonujemy rejestracji na fałszywą platformę streamingową, to istnieje bardzo duże ryzyko, że nasze dane osobowe będą wykorzystane w sposób niezgodny z prawem i taki oszust sprzeda je bez naszej zgody – ostrzega ekspertka.

O skali problemu na początku kwietnia informowała firma Mimecast wyspecjalizowana w chmurowych usługach mailowych. Eksperci ds. bezpieczeństwa spostrzegli, że na początku pandemii w ciągu jednego tygodnia zarejestrowano przeszło 700 podejrzanych witryn internetowych, które miały podszywać się pod platformę Netflix na potrzeby ataków phishingowych.

Z wyłudzeniami wymierzonymi w klientów platform VoD postanowili walczyć inżynierowie z National Cyber Security Centre, brytyjskiej jednostki rządowej wyspecjalizowanej w walce z cyberprzestępczością. W odpowiedzi na wzmożenie ataków phishingowych w czasie pandemii uruchomili usługę Suspicious Email Reporting Service ułatwiającą raportowanie podejrzanych witryn. Internauci mogą zgłaszać podejrzane maile na skrzynkę NCSC, a wyspecjalizowane algorytmy poddają je automatycznej analizie. Jeśli wykryją, że prowadzą do stron wyłudzających dane, witryny te są natychmiast zamykane.

– Przed dokonaniem rejestracji warto ocenić layout strony i sprawdzić, czy znajduje się na niej regulamin. Jeżeli tak, czy są tam pełne dane kontaktowe do przedsiębiorcy, czy przedstawiono proces reklamacji oraz dane biura obsługi klienta. Warto też sprawdzić wyświetlane reklamy. Jeżeli są to np. reklamy stron pornograficznych czy zakładów bukmacherskich, to często jest czerwona lampka, że mamy do czynienia z niewiarygodnym przedsiębiorcą i być może z oszustem. Warto także taką platformę wygooglować, sprawdzić opinie innych użytkowników, aby w ten sposób uniknąć ryzykownej rejestracji – sugeruje Katarzyna Słupek.

Z analizy bieżących zagrożeń internetowych wynika, że w okresie od marca do lipca zanotowano 646-proc. wzrost ataków phishingowych wymierzonych w użytkowników Netflixa w porównaniu do analogicznego okresu w 2020 roku. W lipcu, mimo poluzowania restrykcji pandemicznych w wielu krajach i spowolnienia przyrostu nowych użytkowników platform VoD, liczba ataków tego typu utrzymała się na podwyższonym poziomie. Specjaliści z Webroot zanotowali, że w porównaniu do lipca 2019 roku aktywność hakerów wzrosła o 60 proc.

Z problemem tym na początku sierpnia zetknęli się także użytkownicy z Polski. Przedstawiciele mBanku ostrzegli swoich klientów o mailach ze scamem, w którym cyberprzestępcy informowali o zawieszeniu konta w związku z błędem przy realizacji płatności. Po aktywowaniu odnośnika dołączonego do maila użytkownik był przekierowywany na fałszywą stronę logowania do Netflixa, a następnie strona prosiła go o podanie danych karty kredytowej, aby odnowić płatność.

Tak pozyskane informacje mogą posłużyć cyberprzestępcom do oczyszczenia naszego konta bankowego. Nie można także wykluczyć, że z podobnych mechanizmów wyłudzania danych korzysta część pirackich witryn filmowych.

– Jeżeli już dokonaliśmy rejestracji na nielegalnej platformie, skierujmy się do Rzecznika Konsumentów czy Europejskiego Centrum Konsumenckiego, do instytucji, które pomagają ocenić, czy mamy do czynienia z oszustem. Jeżeli tak, to kierujemy nasze kroki na policję i składamy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – wskazuje ekspertka.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa do 2025 roku wzrośnie do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Miniaturowe serce stworzone z komórek macierzystych pozwoli leczyć wrodzone choroby. W przyszłości pomoże pozbyć się innych schorzeń wieńcowych

Zespół naukowców z Michigan wyhodował miniaturowy model ludzkiego serca. Organoidy zostały stworzone za pomocą nowej struktury komórek macierzystych, która naśladuje środowiska rozwojowe embrionu i płodu. Pomoże lepiej zrozumieć rozwój serca płodu i wady, takie jak wrodzona choroba serca. – Dzięki organoidom serca możemy badać pochodzenie wrodzonych chorób serca i znaleźć sposoby, aby im zapobiec – przekonuje Aitor Aguirre z Michigan State University.

Organoidy wyhodowane z komórek macierzystych to maleńkie trójwymiarowe formacje ludzkiej tkanki, które faktycznie pełnią funkcje wielu typów komórek występujących w pełnowymiarowych organach. Naukowcy od lat pracują nad stworzeniem miniaturowych organów. Niedawno badacze z uniwersytetu w Michigan po raz pierwszy stworzyli w laboratorium miniaturowy model ludzkiego serca. Zawiera wszystkie pierwotne typy komórek serca, strukturę komór i tkanki naczyniowej. Cały proces trwał zaledwie kilka tygodni, co pozwoliło naukowcom obserwować w czasie rzeczywistym proces wzrostu ludzkiego serca płodu.

– Te małe serca stanowią niezwykle istotne modele do badania wszystkich rodzajów zaburzeń serca z niespotykaną wcześniej precyzją – podkreśla Aitor Aguirre, adiunkt w dziedzinie inżynierii biomedycznej w Instytucie Ilościowych Nauk i Inżynierii Zdrowia przy Michigan State University.

Organoidy ludzkiego serca zostały stworzone za pomocą nowej struktury komórek macierzystych, która naśladuje środowiska rozwojowe embrionu i płodu.

Organoidy ludzkie już same w sobie stanowią wyrafinowane narzędzie do badań. Ale ten postęp umożliwia też naukowcom badanie współdziałania ludzkich tkanek. Może to ograniczyć potrzebę badań nad lekami pochodzenia zwierzęcego, przyspieszy koncepcję medycyny precyzyjnej, a pewnego dnia doprowadzi do produkcji tkanek do przeszczepów w laboratoriach. Dotychczas naukowcom z Centrum Medycznego Szpitala Dziecięcego w Cincinnati udało się wyhodować jelita zawierające kosmki wchłaniające składniki odżywcze czy organoidy żołądka wytwarzające kwasy trawienne, a także połączony zestaw trzech narządów: wątroby, trzustki i dróg żółciowych. Niedawno powstały też miniaturowe nerki.

– Organoidy to samoorganizujące się trójwymiarowe konstrukcje komórek, które w znacznym stopniu odzwierciedlają właściwości i strukturę narządów – tłumaczy Yonatan Israeli z Michigan State University.

W stworzeniu miniaturowego modelu serca wykorzystano indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste – dorosłe komórki pacjenta, aby rozwinąć embrionalne serce. Zdaniem ekspertów oznacza to przełom w leczeniu wrodzonych chorób serca.

– Przeprowadziliśmy bioinżynieryjny proces, który pozwala komórkom macierzystym rozwinąć się tak jak w embrionie, do różnych typów komórek i struktur obecnych w sercu – wskazuje Aitor Aguirre. – Dajemy komórkom instrukcje, a one wiedzą, co mają zrobić, gdy zostaną spełnione wszystkie odpowiednie warunki.

Obecnie choroby serca są jedną z częstszych przyczyn zgonów. Miniaturowe serce stworzone z komórek macierzystych można by wykorzystać do badania nie tylko wrodzonych chorób serca, lecz także innych schorzeń sercowo-naczyniowych, takich jak kardiotoksyczność wywołana chemioterapią i wpływ cukrzycy na rozwijające się serce płodu.

– Obecnie w laboratorium wykorzystujemy organoidy serca do modelowania wrodzonej choroby serca – najczęstszej wady wrodzonej u ludzi, która dotyka prawie 1 proc. noworodków – wskazuje adiunkt z Michigan State University. – Dzięki organoidom możemy badać pochodzenie wrodzonych chorób serca i znaleźć sposoby, aby im zapobiec.

Organoidy pozwalają nie tylko opracować metodę walki z chorobami, ale pomagają też poznać właściwości organów. Co istotne, w ten sposób naukowcom udało się zniwelować problemy natury moralnej.

– Teraz możemy mieć to, co najlepsze z obu światów – precyzyjny ludzki model do badania chorób – maleńkie ludzkie serce. Bez wykorzystywania materiału płodowego lub naruszania zasad etycznych. To wielki krok naprzód – przekonuje Aitor Aguirre.

Ekotrendy w zarządzaniu nieruchomościami

Coraz większa świadomość zmian klimatycznych sprawia, że jednym z najdynamiczniej rozwijających się trendów są rozwiązania proekologiczne. Fotowoltaika, garaże wyposażone w ładowarki samochodów elektrycznych czy zwracanie uwagi na zieleń to elementy na które coraz częściej będą gościły na osiedlach mieszkaniowych.

W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.

W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.

Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Centralny Port Komunikacyjny – ruszają inwentaryzacje przyrodnicze wzdłuż planowanej linii dużych prędkości Warszawa – Łódź

Spółka Centralny Port Komunikacyjny podpisała pierwszą umowę na inwentaryzacje przyrodnicze: dla obszaru prawie 26 tys. ha terenu wzdłuż planowanej linii dużych prędkości Warszawa – Łódź. Do końca września analogicznymi badaniami ma zostać objętych w sumie 115 tys. hektarów wzdłuż 530 km przyszłych tras kolejowych.

Inwentaryzacje przyrodnicze to badania, które pozwalają na identyfikację chronionych, rzadkich lub zagrożonych elementów środowiska na terenach przeznaczonych pod przyszłe inwestycje. Jednocześnie jest to jeden z elementów procedury środowiskowej, która poprzedza uzyskanie oceny oddziaływania na środowisko, decyzji lokalizacyjnej, a później pozwolenia na budowę.

Inwentaryzacje_przyrodnicze_infografika_3_26082020 Działamy zgodnie z planem, naszym celem jest dotrzymanie zadeklarowanych harmonogramów. Ruszające właśnie inwentaryzacje przyrodnicze oznaczają dla CPK rozpoczęcie procedury inwestycyjnej. To ważny etap, który pozwoli spółce CPK pozyskać dane na potrzeby postępowania środowiskowego – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Inwentaryzacje przyrodnicze polegają na obserwacji i katalogowaniu istotnych elementów fauny i flory. Oczywiście, są to badania nieinwazyjne, które nie będą generować uciążliwości dla mieszkańców. To w ich interesie przeprowadzamy inwentaryzacje przyrodnicze. Naszym celem jest, żeby nowe linie kolejowe były jak najmniej uciążliwe zarówno dla mieszkańców, jak też  dla przyrody – podkreśla prezes spółki CPK Mikołaj Wild.

Zlecenie dotyczące odcinka Warszawa – Łódź to pierwsza z dziewięciu umów inwentaryzacyjnych, które CPK planuje podpisać w ciągu najbliższych tygodni. Dzięki nim do końca 2021 r. zostaną przeprowadzone inwentaryzacje przyrodnicze wzdłuż pierwszych 530 km planowanych linii kolejowych.Inwentaryzacje_przyrodnicze_infografika_2_26082020

Poniżej znajduje się lista inwestycji, na których będą prowadzone inwentaryzacje przyrodnicze:

  1. Warszawa – Łódź (bez węzła CPK)
  2. Sieradz Północny – Kępno
  3. Kępno – Czernica Wrocławska
  4. Łódź – Sieradz Północny
  5. Żarów – granica państwa (PL/CZ)
  6. Czernica Wrocławska – Wrocław
  7. Łętownia – Rzeszów
  8. Trawniki – Krasnystaw Miasto i Wólka Orłowska – Zamość
  9. Ostrołęka – Łomża

Harmonogram CPK zakłada, że te inwestycje będą realizowane w pierwszej kolejności, tak żeby móc rozpocząć przygotowawcze prace budowlane przed końcem 2023 r.

Powyższe inwestycje są planowane do realizacji przed końcem 2027 r. i pozwolą na znaczące skrócenie czasów przejazdu, np. z Warszawy:

  • do Łodzi (do 45 min), Sieradza (1 godz. 15 min) i Wrocławia (1 godz. 55 min); w ramach szprychy nr 9 w relacji: Warszaw – CPK – Łódź – Sieradz – Wrocław – Wałbrzych – granica z Czechami.
  • do Zamościa (do 2 godz. 15 min); w ramach szprychy nr 5 w relacji CPK – Warszawa – Lublin – Zamość – granica z Ukrainą.

Ponadto zostanie utworzone nowe połączenie z Warszawy do Łomży (z czasem przejazdu 1 godz. 20 min); w ramach szprychy nr 3 w relacji CPK – Warszawa – Ostrołęka – Łomża – Pisz – Giżycko.

Łączna powierzchnia terenów przeznaczonych do inwentaryzacji na potrzeby budowy linii kolejowych w ramach tego etapu to 114 tys. ha na terenie woj. mazowieckiego, łódzkiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego, podkarpackiego, lubelskiego i podlaskiego. Szacowana wartość umów tych umów to 7,5 mln zł netto.

Całość prac inwentaryzacyjnych powinna zostać wykonana w ciągu 16 miesięcy. Pierwsze dwa miesiące zajmie aktualizacja danych i analiza dokumentów pozyskanych z archiwów, z opracowań naukowych i od samorządów, a dotyczących obszaru przyszłej inwentaryzacji.

Następnie planowane jest wejście ekip badawczych w teren w celu identyfikacji chronionych, rzadkich, zagrożonych gatunków. Te prace na każdym odcinku potrwają 12 miesięcy, ponieważ badania muszą objąć wszystkie pory roku. Kolejne dwa miesiące przeznaczone są na zamknięcie raportu i odbiór usługi.

Powyższe kontrakty są częścią umowy ramowej, którą spółka CPK podpisała z sześcioma wykonawcami w grudniu ub. roku Szacowana łączna wartość zamówienia to ponad 26 mln zł. W postępowaniu komisja przetargowa wskazała firmy: Multiconsult, WYG, Daniel Maranda, Asanga, IdomFFP Enviro, Mosty Gdańsk i BBF.

Umowa została zawarta na pięć lat. Wyselekcjonowane firmy każdorazowo biorą teraz udział w organizowanych przez CPK zamówieniach cząstkowych. O konkretnym zleceniu na inwentaryzację przyrodniczą w ramach Programu Kolejowego CPK decyduje zaproponowana przez firmę cena.

Na przełomie września i października br. spółka CPK planuje podpisać umowę na inwentaryzacje przyrodnicze dla węzła CPK, czyli terenów przewidzianych pod budowę nowego lotniska przesiadkowego wraz z dworcem kolejowym i zbiegających się tutaj nowych linii kolejowych.

Inwestycje kolejowe CPK to łącznie prawie 1800 km nowych linii, które mają powstać do końca 2034 r. Na Program Kolejowy CPK składa się w sumie 12 tras  kolejowych, w tym 10 tzw. szprych prowadzących z różnych regionów Polski do Warszawy i CPK.

Połączą one CPK i Warszawę z większością regionów Polski, zapewniając czas przejazdu do 2,5 godz. Łącznie 179 powiatów zostanie skomunikowanych szybkimi połączeniami kolejowymi, a 24 mln ludzi znajdzie się w bezpośrednim zasięgu nowej sieci kolejowej. Jak zakłada najnowszy harmonogram, wszystkie roboty zostaną zrealizowane w latach 2023-2034.

Rekomendacje dotyczące projektowania opakowań w zgodzie z ekologią i ekonomią

Krajowa Izba Gospodarcza (KIG), wspólnie z przedstawicielami przemysłu opakowaniowego, przygotowała opracowanie „Środowiskowe aspekty projektowania opakowań”, mając na uwadze nowe wymagania UE związane z pakietem gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ) i konieczne zmiany prawne dotyczące gospodarowania odpadami oraz trwającą dyskusję na temat ostatecznego kształtu polskiego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Publikacja zawiera ekspercie rekomendacje w zakresie ekoprojektowania dla podstawowych grup opakowaniowych tj. aluminium, stali, papieru, szkła oraz tworzyw sztucznych.

Opakowania i odpady opakowaniowe mają ogromne znaczenie dla krajowego systemu gospodarki odpadami. Według GUS w 2019 roku na rynek krajowy trafiało z wyrobami 5,5 mln ton opakowań typu b2b oraz b2c. Aktualnie zarówno producenci opakowań jak i wprowadzający na rynek zapakowane produkty, stoją przed licznymi wyzwaniami związanymi z implementacją unijnego pakietu GOZ, szczególnie w zakresie ROP.

Nowy system ROP będzie łączył przydatność opakowania do recyklingu z kosztami za jego wprowadzenie na rynek. W przypadku opakowań, których recykling jest szczególnie trudny, przełoży się to na 20 – 30 krotny wzrost opłat dla przedsiębiorców wprowadzających te opakowania na rynek. Zgodnie z unijnymi wytycznymi, gospodarowanie odpadami opakowaniowymi nie powinno ograniczać się do ich zbierania i ponownego zagospodarowania. Bardzo istotny jest etap projektowania opakowań z uwzględnieniem kwestii środowiskowych oraz zapewnieniem ich przydatności do recyklingu. Autorzy opracowania „Środowiskowe aspekty projektowania opakowań” zgodnie wskazują na fundamentalne znaczenie takiego podejścia.

Wspomniana publikacja jest branżową inicjatywą na rzecz zebrania i uporządkowania wiedzy oraz oczekiwań w zakresie projektowania opakowań w oparciu o aspekty techniczne, logistyczne, a przede wszystkim środowiskowe. W opracowaniu przedstawiono wspólne rekomendacje producentów opakowań, co do możliwości ekoprojektowania zgodnie z ideą GOZ i przydatności do recyklingu.

Jak podkreślają autorzy opracowania, ekoprojektowanie zakłada dodatkowe planowanie i przygotowanie nowego produktu czy opakowania w sposób zgodny z ideą GOZ, a efektem takiego podejścia winny być opakowania, które są:

  • łatwe w demontażu oraz intuicyjne w segregacji po opróżnieniu ich całkowicie z zawartości,
  • na ogół wykonane z materiału jednorodnego, a jeśli nie, to łączone materiały powinny w prosty sposób dać się rozdzielić,
  • nadające się w całości do recyklingu, bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów ich przygotowania/doczyszczenia,
  • wykonane z materiału, który w znacznej części pochodzi z recyklingu.

Obecnie przedsiębiorcy wprowadzający produkty w opakowaniach, łożą w ramach istniejącego systemu ROP na zbiórkę i recykling opakowań ok. 100 mln zł rocznie – podkreśla Krzysztof Kawczyński z KIG. – Wstępne szacunki wskazują, że ze względu na konieczność wdrożenia odpadowego pakietu dyrektyw UE związanych z GOZ, opłaty te mogą ulec zwiększeniu nawet do kwoty ok. 2 – 2,5 mld zł od 2023 roku. – dodaje Krzysztof Kawczyński.

Planowane zmiany przełożą się na ponoszone koszty i konkurencyjność produktów w opakowaniach. Przedsiębiorcy mają ostatni moment, by dokonać przeglądów swoich opakowań i podjąć decyzje dotyczące zastąpienia niektórych opakowań innymi, bardziej przydatnymi do recyklingu, co pozwoli na uniknięcie poważnych kosztów za 2 – 3 lata. Najważniejsze decyzje w tym zakresie będą należeć do osób odpowiedzialnych za wybór opakowania w procesie tworzenia produktu.

Mamy nadzieję, że nasze opracowanie pozwoli przedsiębiorcom wprowadzającym na rynek produkty w opakowaniach lepiej przygotować się do czekających branżę w najbliższym czasie zmian regulacyjnych w ramach systemu ROP oraz związanych z tym kosztów, a także umożliwi wdrożenie rozwiązań, które przyczynią się do realizacji wyższych celów recyklingu zgodnych z unijną dyrektywą – podkreśla Jacek Wodzisławski z Fundacji RECAL.

Autorami i partnerami merytorycznymi publikacji pod auspicjami Krajowej Izby Gospodarczej są:

  • Fundacja na rzecz Odzysku Opakowań Aluminiowych RECAL – opakowania metalowe,
  • Fundacja PlasticsEurope Polska – opakowania z tworzyw sztucznych,
  • Stowarzyszenie Papierników Polskich – opakowania z papieru,
  • Związek Pracodawców „Polskie Szkło” – opakowania szklane.
  • Instytut Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO

Dzięki inicjatywie branży opakowaniowej do przedsiębiorców, firm zajmujących się recyklingiem, odpowiedzialnej administracji rządowej i samorządowej trafia bezpłatny poradnik z rekomendacjami, które pozwalają na lepsze przygotowanie się do realizacji wysokich celów GOZ w najbliższych latach przy optymalnych kosztach ponoszonych przez zainteresowanych producentów.

Rzecznik MŚP otrzymał od Ministra Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie ubiegania się o subwencję finansową przez przedsiębiorców, którzy zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące.

W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami, Rzecznik MŚP wystąpił do Minister Rozwoju z wnioskiem o wydanie objaśnień prawnych w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące.

Rzecznik otrzymał objaśnienia o następującej treści:

1. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 4 i 5 załącznika nr I do rozporządzenia 651/2014 w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba współpracująca w rozumieniu art. 8 ust. 11 ustawy o SUS?”

Zgodnie z postanowieniami rządowego Programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych Średnich Firm na potrzeby ustalenia statusu mikroprzedsiębiorcy, małego lub średniego przedsiębiorcy, jako podmiotu uprawnionego do udziału w rządowym programie udzielania beneficjentom subwencji finansowych „Tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Firm”, przez pracownika rozumie się wyłącznie osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, przy czym za pracowników nie uważa się pracowników na urlopach macierzyńskich, ojcowskich, rodzicielskich, wychowawczych i zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego. Wobec powyższego, przedsiębiorca może zaliczyć w ramach ogólnej liczby pracowników, ustalanej na potrzeby określenia statusu mikroprzedsiębiorcy albo MŚP, osobę współpracującą zgłoszoną do ubezpieczeń społecznych pod kodem 0511 – pod warunkiem, że osoba ta jest jednocześnie pracownikiem w świetle powyższej definicji.

2. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 5 załącznika nr Ido rozporządzenia 651/2014, w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba związana z przedsiębiorcą umową zlecenia?”

Na potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej udzielanej mikroprzedsiębiorcom w ramach Programu za pracownika uważa się: osobę fizyczną, która zgodnie z przepisami polskiego prawa pozostaje z beneficjentem w stosunku pracy oraz została zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia beneficjenta dla potrzeb określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi, z zastrzeżeniem, że stan zatrudnienia określa się w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy; lub współpracującą z beneficjentem, niezależnie od formy prawnej tej współpracy (w szczególności na podstawie umów cywilnoprawnych, takich jak umowa zlecenia lub umowa o dzieło), która była zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia dla potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi.

Podstawa prawna: art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. 2019, poz. 1292).

Platforma Żywnościowa – do końca września handel kontraktami terminowymi na towary rolno-spożywcze zwolniony z opłat giełdowych

  • Z dniem 31 sierpnia br. dobiega końca pilotaż Platformy Żywnościowej, realizowany przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR) i Grupę Kapitałową GPW (GPW, TGE, IRGiT) we współpracy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi
  • W okresie pilotażowym sprzedano łącznie 1250 ton pszenicy. W tym czasie do RTRS dołączyły 34 autoryzowane magazyny oraz trzy domy maklerskie
  • Do końca trwania pilotażu uczestnicy rynku rolnego pozostają zwolnieni z opłat giełdowych. Jednocześnie GK GPW podjęła decyzję o wydłużeniu tego okresu do końca września br.

W związku z dobiegającym końca okresem pilotażowym Platformy Żywnościowej odbyło się spotkanie komitetu sterującego projektu, na którym podsumowano realizację projektu. W spotkaniu udział wzięli: Sekretarz Stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych – Artur Soboń, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi – Ryszard Kamiński, Zastępca Dyrektora Generalnego KOWR – Wojciech Kędzia oraz Członek Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie – Izabela Olszewska.

– Wiosenna susza była dużym zagrożeniem, ale majowe opady przyszły w ostatnim momencie. Szacunki tegorocznych zbiorów zbóż zapowiadają dobre plony. Liczę, że udane zakończenie pilotażu skłoni większą liczbę rolników do korzystania ze sprzedaży ziarna za pośrednictwem giełdy. Ta forma daje nie tylko gwarancję obrotu, ale też pozwala na uzyskanie lepszej ceny, która nie jest obciążona zyskami rzeszy pośredników. To jest droga do uproszczenia i ucywilizowania całego łańcucha żywnościowego, a co za tym idzie i do sprawiedliwego podziału zysku pomiędzy wszystkimi uczestnikami. Sukces pilotażu jeszcze bardziej zachęca do dalszego rozwoju giełdowego rynku rolnego i poszerzenia palety oferowanych na niej produktów – mówi Jan Krzysztof Ardanowski, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Zakończenie okresu pilotażowego RTRS oznacza, że od 1 września br. będzie on prowadzony przez Towarową Giełdę Energii, spółkę zależną Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, na zasadach komercyjnych. W ramach promocji rynku rolnego oraz w celu zachęcenia do aktywnego uczestnictwa w rynku, po okresie żniw, GK GPW podjęła decyzję o zwolnieniu z pobierania opłat giełdowych na rynku rolnym do końca września.

– Cieszy mnie, że warszawska giełda, podążając w ślad za innymi rozwiniętymi operatorami giełdowymi, wchodzi w nowe sektory gospodarki i unowocześnia je. Poszerzenie oferty produktowej GK GPW o rynek rolny jest bardzo ważnym krokiem ku dalszemu rozwojowi rolnictwa w Polsce. Jesteśmy jednym z głównych producentów zbóż w UE. Sukces naszego projektu zapewni międzysektorowa współpraca podmiotów biznesowych, administracyjnych i naukowych – zaznacza Artur Soboń, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

W trakcie okresu pilotażowego do obrotu na RTRS wprowadzono dwa towary: od początku marca – pszenicę, a od końca lipca – żyto. Obrót tymi towarami odbywa się w dwóch równolegle funkcjonujących systemach: kursu jednolitego oraz aukcyjnym. Na etapie autoryzacji każdy magazyn wskazuje rodzaj towaru, jaki będzie przechowywał: pszenica i/lub żyto.

– Jestem bardzo wdzięczny wszystkim podmiotom zaangażowanym w tworzenie Platformy Żywnościowej za tak sprawną i efektywną współpracę. Mogę z pewnością powiedzieć, że dalsze zarządzanie tym projektem przekazujemy w dobre ręce. Wysokie kompetencje i niezawodna operacyjność GPW zapewnią rozwój i realizację założonych celów Platformy Żywnościowej, w czym jako KOWR będziemy dalej wspierać – mówi Wojciech Kędzia, Zastępca Dyrektora Generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Od momentu uruchomienia RTRS sprzedano na nim łącznie 1250 ton pszenicy w ramach jednej aukcji i dwóch sesji giełdowych w systemie kursu jednolitego. W ciągu sześciu miesięcy na giełdowym rynku rolnym zarejestrowano 34 autoryzowane magazyny oraz dopuszczono do działania trzy domy maklerskie.

– Platforma Żywnościowa to pionierski, nowatorski projekt, który wymaga zaangażowania wszystkich interesariuszy rynku. Choć pandemia koronawiursa w pewnym stopniu ograniczyła nasze plany biznesowe w okresie pilotażowym, planujemy realizować je i pozyskać jeszcze więcej uczestników RTRS w najbliższych miesiącach. Jednocześnie, zamierzamy wprowadzać do obrotu kolejne produkty oraz umożliwić handel kontraktami terminowymi na towary rolno-spożywcze – podkreśla Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi powierzyło KOWR jako podległej instytucji wykonawczej koordynację wdrożenia projektu Platforma Żywnościowa. KOWR jest liderem konsorcjum, w skład którego wchodzą także Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ) oraz Instytut Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego (IBPRS). Środki finansowe na pokrycie kosztów realizacji projektu pochodzą z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) w ramach programu GOSPOSTRATEG.

Podstawą działania Platformy Żywnościowej jest Towarowa Giełda Energii, Izba Rozliczeniowa Giełd Towarowych (IRGiT) i Magazyny Autoryzowane. TGE zapewnia transparentny obrót towarami rolnymi, izba rozliczeniowa – bezpieczeństwo rozliczeń finansowych, a Magazyny Autoryzowane – wysoką jakość przechowywanego towaru.

Zrównoważone relacje Europy Środkowo-Wschodniej i Stanów Zjednoczonych tematem konferencji Emerging Europe

Kluczowi decydenci, liderzy biznesu, przedstawiciele światowych i regionalnych mediów będą dyskutowali na temat przyszłości relacji państw Europy Środkowej i Wschodniej oraz Stanów Zjednoczonych podczas wirtualnej debaty „Emerging Europe and The United States: Towards 2030”. Spotkanie online organizowane przez wiodącą londyńską organizację zajmującą się sprawami regionu odbędzie się 27 sierpnia tego roku. Wydarzeniu towarzyszy badanie przeprowadzone wśród europejskich i amerykańskich organizacji handlowych, służb dyplomatycznych, biznesu i think-tanków na temat szans, wyzwań i zagrożeń dla transatlantyckiej współpracy. Jego wyniki i płynące z debaty wnioski zostaną przedstawione w raporcie po konferencji. Właśnie trwa rejestracja dla uczestników tego wirtualnego spotkania.

Debatę 27 sierpnia otworzy Mircea Geoană, zastępca sekretarza generalnego NATO, w przeszłości m.in. minister spraw zagranicznych Rumunii. Dyskusja o współpracy regionu ze Stanami Zjednoczonymi zostanie podzielona na cztery obszary, które będą dotyczyły: infrastruktury, energetyki, cyfrowej transformacji i ochrony zdrowia. Stany Zjednoczone są kluczowym partnerem dla krajów środkowej i wschodniej Europy. W samej Polsce wartość amerykańskich inwestycji przekracza 60 miliardów dolarów. W 2017 r. prezydent Donald Trump poparł Inicjatywę Trójmorza, stwierdzając, że ten projekt „przekształci i odbuduje cały region”. Rok później amerykański sekretarz ds. Energii Rick Perry ogłosił „Partnerstwo na rzecz transatlantyckiej współpracy energetycznej” (P-TEC). I wreszcie w marcu tego roku Macedonia Północna została 30. członkiem sojuszu NATO.

„Inicjatywa Trójmorza wydaje się mieć ponadpartyjne poparcie w Stanach Zjednoczonych, które chcą zaoferować pomoc państwom regionu w odpieraniu rosyjskiej i chińskiej presji ekonomicznej” – powiedział Andrew Wrobel, Partner Założyciel Emerging Europe. „Naszym zadaniem, jako organizacji koncentrującej się na zrównoważonym rozwoju Europy Środkowej i Wschodniej, jest przygotowywanie debaty o relacjach z Ameryką oraz zaangażowanie sektora prywatnego” – dodał Andrew Wrobel.

Konferencja online jest skierowana do polityków, przedsiębiorców, dziennikarzy mediów z regionu i przedstawicieli ośrodków badawczych. Wśród prelegentów znajdą się m.in. Tony Housh – Prezes Rady Dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce, Cristian Bușoi – eurodeputowany, członek Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii w Parlamencie Europejskim, Jarosław Ponder – dyrektor w Międzynarodowym Związku Telekomunikacyjnym. Swój udział w dyskusji potwierdzili także czołowi dziennikarze, m. in. Liz Claman z Fox Business Network i Kasia Madera z BBC.

Debatę poprzedza badanie, którego uczestnikami są dyplomaci i członkowie ośrodków analitycznych. Jego wyniki zostaną opublikowane w raporcie, który zostanie opracowany po debacie i zostanie szeroko rozdystrybuowany wśród kluczowych podmiotów we wszystkich 23 europejskich krajach wspieranych przez Emerging Europe. Rejestracja na to wydarzenie jest możliwa na stronie think tanku Emerging Europe.

Prezes PGNIG: mimo pandemii jesteśmy w bardzo dobrej kondycji

Pandemia koronawirusa osłabiła polską gospodarkę, ale na tle innych państw Europy, w tym Niemiec czy Włoch, wyglądamy dobrze. Z kolei PGNIG błyszczy na tle polskiej gospodarki osiągając najlepsze wyniki w historii – mówi Jerzy Kwieciński, prezes spółki Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo.

Drugi kwartał 2020 roku był dla polskiej gospodarki wyjątkowo trudny. Epidemia koronawirusa skutecznie przyczyniła się do znaczącego spadku wzrostu gospodarczego, który rok do roku wyniósł 8,2 proc. Z pozoru to dużo.

„Ale jeżeli spojrzymy na to, co się działo w skali całej gospodarki europejskiej, to nasz spadek jest mniej więcej dwa razy mniejszy niż średnia w Unii Europejskiej. U naszych sąsiadów Słowaków to było 12 proc, u Węgrów 14 proc. Również w Niemczech, u naszego głównego partnera handlowego było to 12 proc.” – wyjaśnia prezes Kwieciński.

Zauważa też, że wśród krajów położonych na południu Europy (Włochy, Hiszpania), bardziej dotkniętych epidemią koronawirusa, spadek ten wyniósł aż 20 proc.

„Na tym tle polska gospodarka naprawdę radzi sobie nieźle. Według prognoz Komisji Europejskiej spadek wzrostu w tym roku, który jest dla nas przewidywany – 4,6 proc. ma być najniższy w Europie, a w przyszłym roku mamy szybko odbić” – mówi prezes PGNIG.

Jego zdaniem tak jak polska gospodarka dobrze wygląda na tle Europy, tak PGNiG dobrze wypada na tle naszej gospodarki. „Możemy śmiało powiedzieć, że cała nasza grupa kapitałowa ma najlepsze wyniki w historii. Już rok temu wydawało się, że w pierwszym i drugim kwartale wyniki PGNIG będą historycznie najlepsze, ale ten rok jest jeszcze lepszy”- zapewnia Kwieciński. Wyniki PGNIG za drugi kwartał i pierwsze półrocze tego roku są najlepszymi rezultatami, jeśli chodzi o zysk operacyjny i zysk netto w przypadku całej polskiej giełdy.

„Kiedy nasz nowy zarząd przejmował stery na początku tego roku, byliśmy na 7. miejscu wśród spółek giełdowych. W czasie pandemii, w tym najbardziej krytycznym momencie w marcu nawet spadliśmy na 8. miejsce. A w tej chwili jesteśmy na 2. miejscu, po CD Projekcie i jesteśmy największą polską spółką przemysłową pod względem kapitalizacji” – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Według niego te rekordowe wyniki zostaną przebite dopiero za parę lat przez nową spółkę powstałą z połączenia PGNIG z Orlenem i Lotosem.

Program „Czyste Powietrze” – nowe zasady i kwoty dofinansowań

Ruszyła kolejna edycja Programu „Czyste Powietrze”, który zapewnia dopłaty do wymiany starych pieców oraz docieplenia domów jednorodzinnych. Rząd nie tylko wznowił działania, ale zwiększył również wysokość dofinansowania do nawet 30 000 złotych. To wszystko w ramach walki ze smogiem.

Mimo iż Program staje się coraz bardziej rozpoznawalny, a świadomość Polaków w zakresie ochrony środowiska stale wzrasta, to problem smogu w naszym kraju nadal pozostaje szczególnie uporczywy. Za taką sytuację odpowiada niska emisja, czyli uwalnianie do atmosfery szkodliwych substancji, która spowodowana jest głównie przez tak zwane „kopciuchy”. Program „Czyste Powietrze” podzielony został na trzy kategorie.

Dotacja

Polega na dofinansowaniu przedsięwzięć realizowanych przez beneficjentów uprawnionych do podstawowego oraz podwyższonego poziomu dofinansowania. To idealne rozwiązanie dla osób, których dochód roczny nie przekracza 100 000 złotych, lecz skorzystać mogą z tego także gminy (w formie pożyczki uzupełniającej dla beneficjentów) lub może ona zostać przeznaczona jako dofinansowanie na częściową spłatę kapitału kredytu bankowego. Co ważne, wnioski można składać on-line poprzez portal gov.pl. Zostaną one rozpatrzone szybciej, niż w poprzedniej edycji Programu, bo w ciągu 30 dni.

Poniżej dotacje dla poszczególnych kategorii kosztów kwalifikowanych:program czyste powietrze

Biorąc pod uwagę, że Polska jest jednym z czołowych producentów pelletu w Europie, warto wziąć pod uwagę to ekologiczne paliwo produkowane z biomasy w formie granulatu. W czasach coraz większej świadomości ekologicznej staje się to istotnym argumentem przy wyborze technologii ogrzewania budynków prywatnych. Również elektrownie i elektrociepłownie sukcesywnie zwiększają udział paliw z biomasy jako surowca w swojej produkcji.

Koszt ogrzewania budynku pelletem może być nawet o ponad 50% niższy niż w przypadku opalania olejem opałowym. W efekcie wymiana instalacji nawet w domu jednorodzinnym może zwrócić się już w ciągu dwóch lat. Dodatkowo, instalacje takie są praktycznie bezobsługowe – mówi Marcin Przybysz z firmy Maximer.

Stop smog

To dofinansowanie dla gmin na rzecz wsparcia dla domów jednorodzinnych osób ubogich energetycznie. Finansuje wymianę bądź likwidację oraz termomodernizację źródeł ciepła. Wnioskodawcą musi być gmina, która uzyska z budżetu państwa do 70% dofinansowania kosztów inwestycji.

Ulga termomodernizacyjna

Ulga polega na odliczeniu od podstawy obliczenia podatku (przychodów – w przypadku podatku zryczałtowanego) wydatków poniesionych na realizację przedsięwzięcia termomodernizacyjnego w budynku mieszkalnym jednorodzinnym. Ulga podatkowa może łączyć się z dotacją z Programu „Czyste Powietrze”, a odliczenia dokonuje się w zeznaniu za rok podatkowy, w którym poniesiono wydatek. Niemniej kwota odliczenia nie może przekroczyć 53 000 złotych w odniesieniu do wszystkich realizowanych przedsięwzięć termomodernizacyjnych w poszczególnych budynkach, których podatnik jest właścicielem lub współwłaścicielem.

Warto zatem już dziś pomyśleć o wymianie pieca i nie odwlekać tego na ostatnią chwilę przed sezonem grzewczym. Tym bardziej, że pierwsza część dotacji już ruszyła, a druga będzie dostępna lada moment.

Programista na swoim – ponad połowa pracowników w IT to samozatrudnieni

Ponad połowę ofert pracy (57 proc.) dla specjalistów IT w Polsce stanowią umowy B2B, wynika z niedawno opublikowanego raportu No Fluff Jobs. Rosnąca popularność projektowych i bardziej elastycznych form współpracy w branży IT wiąże się z intensywnym rozwojem całej branży, w tym rosnącym wynagrodzeniem dla najlepszych specjalistów. Kontrakty B2B nie są jednak zupełnie wolne od wad i pułapek, o czym wielu przedsiębiorców zapomina – komentuje Tomasz Klecor z kancelarii Legal Geek.

Wady i pułapki B2B

Po pierwsze, umowa B2B to nie umowa o pracę. Choć różnice między obiema formami zatrudnienia mogą wydawać się płynne, to warto na poziomie umowy je jasno wskazać. Kontrakt zakłada samodzielność w wykonywaniu zadań. Współpraca w ramach kontraktu B2B z założenia jest bardziej elastyczna niż w ramach stosunku pracy. Oczywiście osoba wykonująca zadania w ramach kontraktu może dysponować bardzo podobnym stanowiskiem roboczym jak pracownik na umowę o pracę, a zatem może także np. posługiwać się firmowym mailem czy wizytówką, ale musi to być uzasadnione rodzajem wykonywanych zadań.

Po drugie, kwestia praw autorskich. To również istotna różnica w stosunku do umów o pracę, które z założenia wiążą się z przeniesieniem tych praw na pracodawcę. Podpisując kontrakt B2B programista powinien określić czy umową przenosi prawa autorskie do np. kodu komputerowego czy też udziela jedynie licencji na niego. Używając pewnego porównania – różnica przypomina tę między sprzedażą a wynajęciem domu.

Jednocześnie warto ustalić tzw. pola eksploatacji, czyli do czego można wykorzystać np. kod komputerowy: czy tylko do rozwoju strony www czy też do aplikacji mobilnej? Działa to podobnie jak prawo jazdy: posiadając uprawnienia tylko do jazdy samochodem osobowym nie mogę prowadzić ciężarówki. Inną sprawa jest korzystanie z cudzego kodu w czasie wykonywania zleconych zadań. Zawsze należy zweryfikować, na podstawie jakich licencji powstał ten kod. Korzystanie z kodu niezgodnie z licencją go obejmującą może wiązać się z dotkliwymi konsekwencjami finansowymi (np. w rezultacie procesów cywilnoprawnych).

Tomasz Klecor, prawnik, partner w kancelarii Legal Geek, współtwórca Kreatora Legal Geek

Sztuczna inteligencja – co nas czeka za 10 lat?

Sztuczna inteligencja (AI) we współczesnym świecie zajmuje się niemal wszystkim. To gałąź informatyki która znajduje zastosowanie prawie w każdej znanej nam dziedzinie. Zaczynając od technologii typu telefony komórkowe, idąc przez internet tj. portale społecznościowe, sieci rozrywkowe a kończąc na medycynie czy świecie nieruchomości. Cechą AI jest wykorzystanie archetypów które eksploatując funkcje np. uczenia maszynowego rozwiązują kolejne problemy. Dzięki analizom i badaniom jest możliwość usprawniania czy reorganizacji danego rozwiązania z zakresu AI.

Sztuczna inteligencja zaczęła się rozwijać w dobie cyfryzacji i informatyzacji. Skoro komputer potrafi „przetwarzać” informacje przekazane przez człowieka to naturalnie zadaliśmy pytanie „Jak to wykorzystać?”. Tak zaczęły powstawać pierwsze proste algorytmy. Wszystko sprowadzało się do matematyki i równań. Jeżeli 2×5= 10 i zawsze będzie 10 to samo jest ze zbiorem danych. Pewne elementy będą nie zmienne należało więc usprawniać sekwencje wyłączając z obiegu czynnik ludzki. Obserwacje oczywiście wykazały, że da się przeprowadzić niektóre procesy z udziałem AI.

Algorytmy układane i rozwijane są w zakresie w którym będą wykorzystywane. Stawiamy tezę, znajdujemy odpowiedź i pracujemy nad najsprawniejszym, trafionym rozwiązaniem. AI to takie pomieszanie logiki, kombinatoryki, prawdopodobieństwa czyli wszystkiego tego czym zajmuje się szeroki zakres królowej nauk- matematyki oraz innych dziedzin np. psychologii czy filozofii. Żeby algorytm miał sens i działał musi korzystać ze zbioru informacji w zakresie w jakim jest tworzony. Np. jeżeli chcemy stworzyć algorytm potencjalnie zmniejszający liczbę fraudów w firmie to najpierw musimy zebrać dane w jakich przypadkach najczęściej ta spłacalność jest niska lub zerowa. Jeżeli chcemy udostępnić  użytkownikom bota głosowego to musimy zebrać maksymalną ilość problemów i pytań które się powielają. Wszystko to kwestia obserwacji i zbierania danych.

Algorytm czy człowiek?

Algorytmy są bardzo skuteczne i na pewno wielokrotnie usprawniają pracę w danym zakresie. Jeżeli chodzi o niezawodność to można  powiedzieć, że są i nie są. Nie, ponieważ mamy w historii kilka przykładów rozwiązań, które po prostu się nie sprawdziły. Tak bo mamy o wiele więcej technologii, która się przyjęła i wciąż przechodzi różne transformacje wskazując jak daleko idzie zaawansowana technologia. Tak naprawdę w każdej dziedzinie jakiś pomysł może finalnie się nie sprawdzić czy zawieść. Tak samo jest z AI. Jeżeli projekt jest dobry a archetypy skutecznie przetwarzają zbierane dane to obserwując i modyfikując na bieżąco proces możemy zminimalizować ryzyko zawodności systemów. Te same procesy może zweryfikować człowiek ale nie ulega wątpliwości, że w zdecydowanie dłuższym czasie. W przeciwieństwie do AI człowiek operując dłużej danym schematem najczęściej przy braku zmiennych zaczyna popełniać drobne błędy lub nie wykrywa tych, które się ujawniają. Nie ma dobrej odpowiedzi. W różnych sekwencjach bardziej produktywny będzie raz człowiek a raz algorytm.

Jednak pułapka sztucznej inteligencji jest podobna do mózgu człowieka, który mają ce same informacje może podjąć różne decyzje na przestrzeni czasu. Czyli wracając do klasycznego 2×5 będzie 10 natomiast na parametrach miękkich wynik może być różny, trudny do przewidzenia. Dlatego tak ważną kwestią jest szkolenie sieci i to ten proces zajmuje najwięcej pracy w całym procesie.

Sztuczna inteligencja przynajmniej na ten moment w wielu sytuacjach nie dorówna inteligencji człowieka ale nie temu ma służyć. Zadaniem AI jest usprawnianie procesów wszędzie tam gdzie gdzie kompetencje człowieka nie są priorytetem. Dla przykładu system zaczytywania dokumentów weryfikuje i sprawdza poprawność wypełnionych wniosków. Robi ich średnio 25 na godzinę. W tym czasie pracownik może skupiać się na innych zadaniach w których jego wiedza jest niezbędna.

Algorytmy AI mają pracować maksymalnie niezależnie od człowieka aby doskonalić a nie utrudniać różnorakie procesy.

AI zamiast człowieka

Mimo szerokiego zastosowania i możliwości wykorzystania AI czynnik ludzki będzie potrzebny. Być może w niektórych kwestiach będziemy mogli mocno wspierać się rozwiązaniami z tego zakresu ale to ciągle jest technologia i chociaż kolejne projekty udowadniają, że świetnie sobie radzą bez udziału człowieka to jednak wiedza i doświadczenie będą pożądane i niezbędne.

Jest ogromny postęp i progres nie tylko w świecie informatyki ale w zwykłym codziennym życiu. Jesteśmy obciążani kolejnymi obowiązkami, spędzamy długie godziny w pracy a badania mówią, że ludzie najczęściej gdzieś się spieszą. Tu przychodzi postęp i pozwala  korzystać z rozwiązań, które wspierają w tych najprostszych sprawach. Będąc na lotnisku możemy z poziomu telefonu zaciągnąć pożyczkę, zamówić taksówkę, zarezerwować hotel. Wszystko bez wykonywania połączeń. Wystarczy aplikacja. Boty głosowe rozpoznające  potrzeby sprawnie łączą z odpowiednim konsultantem bez kolejnego wciśnij 1, 2 czy tam 5. To wszystko ma służyć naszej wygodzie ale też oszczędności czasu. W wielu dziedzinach nawet jeżeli nie widzimy tego gołym okiem wpierają nas algorytmy sztucznej inteligencji i mają za zadanie usprawniać nasz żywot. Docelowo będzie zachowany balans. Tak trzeba.

Sztuczna inteligencja zaczyna się tam gdzie człowiek na widok procesu który robi maszyna mówi „WOW”. Tak jest kiedy wysiadam na dworcu w Warszawie włączam Siri (AI appla) i podpowiada mi aplikacje „mapy”, „freenow” oraz „bolt”.

Kierunki rozwoju sztucznej inteligencji

Wszystko wskazuje na to ze za 10 lat będziemy na każdym kroku otoczeni AI. Algorytmy oraz uczenie maszynowe jest coraz prostsze co powoduje ze już dzisiaj za pomocą Alexy od Amazon możemy zamawiać książki, zamówić pizzę, porozmawiać o życiu, wezwać pomoc kiedy wykryje zagrożenie.  Wiele rozwiązań jeszcze nie dotarło do Polski pomimo, że w Europie jesteśmy pionierami rozwiązań. Na przestrzeni kilki lat będziemy doświadczać na własne oczy wirtualne sekretariaty, ochronę AI, autonomiczne samochody, urządzenia rolnicze, samoloty. Będziemy mieli coraz większe zaufanie i jednocześnie będziemy coraz bardziej leniwi co spowoduje powierzanie coraz bardzie odpowiedzialnych procesów. Nie zatrzymają tego ludzie, rządy, organizacje. Wygoda wybierze.

Kiedy za 10 lat polecisz autonomicznym samolotem bez pilotów w wierzy kontrolnej AI będzie podejmowało decyzję o tym czy lądujesz czy nie. Może brzmi to dziwnie ale Stanisław Lem już dawno to przewidział i wszystko się sprawdza. W gruncie rzeczy człowiek jest bardzo prosty i od życia oczekuje tylko jedzenia oraz reprodukcji, pozostałe rzeczy są nieistotne.

Dlatego AI nigdy nie wyprze kontaktu z człowiekiem, emocji, przyjaźni, wrogów, potrzeby istnienia oraz dobrej zabawy. Za 10 lat nasze życie będzie wygodniejsze.

Autor: Grzegorz Szulik; prezes polskiego fintechu Provema

Ericsson i UNICEF inicjują globalne partnerstwo na rzecz zapewnienia szkołom połączenia internetowego

Trzyletnia inicjatywa, mająca na celu zidentyfikowanie luk w dostępie do internetu w 35 krajach, jest pierwszym kluczowym krokiem na drodze do podłączenia do sieci każdej szkoły na świecie. 

Firma Ericsson (NASDAQ: ERIC) i UNICEF ogłosiły dzisiaj strategiczne partnerstwo,
które pomoże w zmapowaniu łączności w szkołach w 35 krajach świata do końca 2023 r.
Jest to pierwszy kluczowy krok w kierunku zapewnienia każdemu dziecku możliwości dostępu do cyfrowego nauczania.

To wspólne przedsięwzięcie jest częścią inicjatywy Giga. Uruchomiona w ubiegłym roku
i prowadzona przez UNICEF oraz Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU),
Giga ma na celu zapewnienie połączenie internetowego w każdej szkole na świecie. Ericsson jest pierwszym partnerem z sektora prywatnego, który zaangażował się w tę inicjatywę i czyni to jako Globalny Partner UNICEF-u na rzecz Mapowania Łączności Szkół.

Według ITU, 360 milionów młodych ludzi nie ma obecnie dostępu do internetu. Skutkuje
to wykluczeniem, mniejszymi środkami na naukę i ograniczonymi możliwościami wykorzystania potencjału dzieci i młodzieży. Lepsza łączność zapewni dostęp do informacji, zwiększy szanse i możliwości, pozwalając pokoleniom dzieci i młodzieży szkolnej uczestniczyć w kształtowaniu własnej przyszłości.

– Pogłębiające się wykluczenie cyfrowe to jedna z wielu nierówności, które wzmocniła pandemia COVID-19 – powiedziała Charlotte Petri Gornitzka, Deputy Executive Director, Partnerships, UNICEF. – Zamknięcia szkół przy ograniczonych możliwościach zdalnego nauczania lub też zupełnym ich braku, spowodowały znaczne zakłócenie w edukacji dzieci
na całym świecie. Partnerstwo z firmą Ericsson przybliży nas do zapewnienia każdemu dziecku i młodemu człowiekowi dostępu do możliwości uczenia się przy użyciu internetu.

Ericsson będzie wspierać UNICEF finansowo, a także w zakresie inżynierii danych i data science, aby przyspieszyć mapowanie łączności w szkołach. W szczególności Ericsson będzie odpowiadać za gromadzenie, walidację, analizę, monitorowanie i wizualizację danych dotyczących łączności w szkołach w czasie rzeczywistym. W ten sposób uzyskane informacje pomogą rządom i sektorowi prywatnemu w projektowaniu i wdrażaniu cyfrowych rozwiązań, których umożliwią naukę dzieciom i młodzieży.

– Wyjątkowa pozycja firmy Ericsson sprawia, że możemy być kluczowym partnerem
w procesie wypełniania luki cyfrowej. Jest to możliwe dzięki naszej wiedzy technologicznej, globalnej skali działalności, kilkudziesięciu latom doświadczenia nabytego w ramach partnerstw publiczno-prywatnych oraz udowodnionym wynikom w zakresie zapewniania łączności między uczniami a nauczycielami – powiedziała Heather Johnson, wiceprezes ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialności firmy Ericsson.  – Współpraca z partnerami takimi jak UNICEF oraz ITU pomoże przyspieszyć włączanie szkół do sieci i stanowi realny krok na drodze do zlikwidowania wykluczenia cyfrowego.

– ITU wnosi swoją wiedzę i doświadczenie w zakresie polityki technologicznej do tej niezwykle istotnej inicjatywy podłączenia z internetem każdej szkoły na świecie – powiedziała Doreen Bogdan-Martin, Director ITU Telecommunication Development Bureau. – Jesteśmy podekscytowani tym, że Ericsson dołącza do inicjatywy Giga i pomoże zbudować narzędzia niezbędne do urzeczywistnienia tej idei.

Partnerstwo firmy Ericsson i UNICEF wpisuje się również w założenia inicjatywy globalnego przełomu w dziedzinie łączności cyfrowej „Generation Unlimited”, której celem jest zapewnienie młodym ludziom umiejętności cyfrowych, tak aby mogli w pełni i w znaczący sposób uczestniczyć w gospodarce cyfrowej. Generation Unlimited to globalne wielosektorowe partnerstwo, które ma na celu zaspokojenie pilnej potrzeby zwiększenia możliwości kształcenia, szkolenia i zatrudnienia dla młodych ludzi. Ponadto, partnerstwo UNICEF-Ericsson wspiera najnowszy program działania UNICEF-u w związku z COVID-19,
w którym organizacja wezwała do podjęcia globalnych działań na rzecz utrzymania nauki dzieci, wymagając tym samym priorytetowego potraktowania kwestii dostępu do internetu
na obszarach wiejskich i trudno dostępnych.

Rubel traci mimo wzrostów ropy – komentarz walutowy

Kondycja waluty naszego wschodniego sąsiada jest, delikatnie mówiąc, tragiczna. Po szczególnie bolesnym lipcu, kiedy rubel stracił około 10% wartości, teraz nawet wzrosty na ropie nie pozwalają mu się odbić.

Na zachodzie nie aż tak źle

Wczoraj poznaliśmy dane na temat Indeksu Instytutu Ifo z Niemiec. Jest to parametr obrazujący nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców. Uznawany jest za porównywalny pod kątem ważności z indeksem PMI. Był on lepszy od oczekiwań wynoszących 92,2 pkt i osiągnął 92,6 pkt. Nie są to jednak poziomy, które wskazywałyby na wyraźną poprawę. Jest po prostu mniej źle niż kilka miesięcy wcześniej w wyniku spowolnienia w gospodarce wywołanego lockdownem.

Hossa na ropie

Ropa naftowa po wczorajszych wzrostach jest najdroższa od marca i kosztuje już ponad 46 dolarów za baryłkę w przypadku ropy notowanej w Londynie i 43 dolarów w przypadku ropy notowanej w USA. Wzrosty oprócz rosnącego popytu i spadającej produkcji wsparł wczoraj również raport o stanie zapasów paliw API, który wskazał wyższe od oczekiwań spadki zapasów ropy naftowej. Pomimo tych wzrostów rosyjski rubel w dalszym ciągu kontynuuje swoją fatalną passę. Od początku roku rubel staniał o 1 grosz. Potencjalnie nie brzmi to źle, tylko był to spadek z 6 na 5 groszy.

Brexit bez postępu

Michel Barnier, główny negocjator unijny w sprawie brexitu, podsumował bardzo negatywnie ostatnią, siódmą rundę negocjacji. Zwraca on uwagę na niemal brak postępów w rozmowach i powoli kończący się czas. Teoretycznie okres przejściowy kończy się w grudniu, warto jednak zwrócić uwagę na konieczne procedury, w tym zatwierdzenie przez zarówno Parlament Europejski jak i Radę UE, co efektywnie skraca ten czas o 1-2 miesiące. Boris Johnson ponownie zapewnił, że nie będzie starał się o wydłużenie czasu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – zamówienia na dobra,

16:30 – USA – zmiana zapasów paliw.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak zmniejszyć ryzyko inwestora i zdobyć finansowanie dla startupu?

W niepewnej sytuacji gospodarczej podejście do oceny ryzyka zmienia się w odniesieniu do większości przedsiębiorstw. Firmom trudniej jest o kredyt ze względu na zaostrzające się kryteria bankowe, finansowanie ciężej jest zdobyć także start-upom, które dla funduszy z założenia są inwestycją wysokiego ryzyka. Co zatem zrobić, by w czasach kryzysu przekonać do siebie inwestora? Trzeba wczuć się w jego sposób myślenia i na tyle zniwelować potencjalne zagrożenia, by przedsięwzięcie nie jawiło się jako szczególnie niebezpieczne. Pieniądze dla start-upów cały czas są dostępne, ich zdobycie jest jednak trudniejsze i wymaga większego zaangażowania ze strony zainteresowanych.

Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym tłumaczy w jaki sposób fundusze VC oceniają stopień ryzyka inwestycyjnego oraz na co powinien zwrócić uwagę start-up starający się o finansowanie w obecnym otoczeniu makroekonomicznym.

Sytuacja, z którą musimy się mierzyć od kilku miesięcy sprawiła, że inwestorzy zaczęli koncentrować się przede wszystkim na swoim portfolio i wsparciu własnych spółek. Do nowych inwestycji podchodzą zdecydowanie bardziej selektywnie, ostrożnie obserwując rynek i zmieniające się trendy. Obecnie większość funduszy oczekuje dużych zmian w zakresie wycen, które w ostatnich latach sięgnęły niespotykanych wcześniej poziomów. Zmianie ulega też podejście do zapisów w umowach inwestycyjnych dotyczące ochrony kapitału, takich jak liquidation preference, które stają się bardziej restrykcyjne niż dotychczas. Wszystko to nie oznacza, że fundusze przestaną inwestować pieniądze, będą jednak bardziej skrupulatnie podchodzić do stosowanych przez siebie kryteriów oceny ryzyka.

Kryteria oceny projektu decydujące o sukcesie

Wstępna ocena projektu i ryzyka z nim związanego  – tzw. pre term sheet due diligence zaczyna się już przy pierwszym kontakcie z pomysłodawcami projektu. Jej celem jest zweryfikowanie czy projekt wpisuje się w kluczowe dla funduszu kryteria inwestycyjne. Na tym etapie oceniane są przede wszystkim trzy aspekty:

  • Produkt – powinien odpowiadać na realne potrzeby i mieć wyraźną przewagę konkurencyjną
  • Zespół – powinien posiadać niezbędne, uzupełniające się kompetencje
  • Rynek – powinien być wystarczająco duży, dynamiczny i z perspektywami rozwoju

Dla funduszu istotne przy ocenie projektu są także efektywne kanały dystrybucji oraz potencjał do zdobycia silnej pozycji na rynku. Po podpisaniu term sheetu, inwestor przystępuje do właściwej części, czyli tzw. confirmatory due diligence. W jego trakcie analizowane są aspekty projektu dotyczące m.in. zagadnień prawnych, podatkowych, technicznych, finansowych. Na tym etapie dokładnie badana jest kondycja firmy, w celu identyfikacji i oceny ryzyka związanego z planowaną inwestycją. W przypadku transakcji venture capital należy pamiętać, że żadne due diligence nie zabezpieczy funduszu przed wszelkimi ryzykami związanymi z daną inwestycją. Dzięki przeprowadzonemu badaniu można jednak te ryzyka zidentyfikować i zrozumieć, a dzięki temu również zminimalizować.

Jak przekonać inwestora?

Obecnie inwestorzy szukają przede wszystkim projektów odpornych na zawirowania gospodarcze, a szczególnie takich, które pomimo kryzysu mają szansę dynamicznie rosnąć. Dobrze widziana jest stabilność i elastyczność łańcucha dostaw, odpowiedni sposób zarządzania kadrą pracowniczą (zwłaszcza w warunkach pracy zdalnej), zastosowanie zaawansowanych technologii, strategia budowy lojalności klientów. W aktualnym otoczeniu dużego znaczenia nabiera szybkość i łatwość adaptacji do nowych okoliczności. To jak zarząd radzi sobie w trudnych warunkach jest dobrą miarą posiadanych kompetencji.

Rozmawiając z funduszem VC, start-upy powinny szczególnie eksponować te czynniki, które obniżają ryzyko inwestora i prezentują projekt jako atrakcyjną inwestycję. Wśród nich można wymienić takie elementy jak:

  • dokładne określenie potrzeb kapitałowych i realistyczny plan finansowy
  • potwierdzenie zdolności do generowania powtarzalnych przychodów (np. w modelu SaaS)
  • zweryfikowana rynkowo wartość oferowanych produktów i usług
  • możliwość zdalnego zarządzania procesami sprzedaży i dystrybucji
  • zabezpieczone, optymalne łańcuchy dostaw
  • wycena projektu pozwalająca zrealizować oczekiwany zwrot z inwestycji
  • prognoza na wykonalne wyjście z inwestycji (exit)

Kto ma największe szanse w czasach kryzysu?

Czasy pandemii sprawiły, że fundusze VC zaczęły intensywnie poszukiwać projektów, które odpowiadają  na nowopowstałe potrzeby oraz trendy, których rozwój pandemia przyspieszyła. Powodzeniem cieszą się innowacyjne rozwiązania związane z pracą i edukacją zdalną, rozwojem sektora e-commerce i telemedycyny, cyberbezpieczeństwem czy digitalizacją i automatyzacją procesów w finansach i księgowości. Inwestycje w tych obszarach mogą przynieść funduszom ponadprzeciętne zwroty. Mając na uwadze to, że trudniej będzie o kolejne rundy finansowania, będą liczyły się projekty o niskim poziomie tzw. cash burn. Takie, które mają największą szansę na to, aby dobrze radzić sobie na rynku nawet bez dalszego wsparcia inwestorów, czyli po prostu zarabiać pieniądze.

Założyciele start-upów muszą dziś włożyć znacznie więcej wysiłku w przekonanie inwestora, ale zdobycie finansowania wciąż jest możliwe. Nawet jeśli w danym momencie szanse na pozyskanie całości środków są niewielkie, warto rozważyć rundę pomostową. Mimo, że będzie to finansowanie niższe, niż pierwotnie planowano, może być łatwiejsze do pozyskania i przy wdrożeniu pewnych oszczędności, zapewnić stabilność działania w najtrudniejszym okresie.

Podlaski Fundusz Kapitałowy jest jednym z najstarszych funduszy venture capital działających w Polsce. Fundusz został utworzony w 1995 roku, w ramach Polsko-Brytyjskiego Programu Rozwoju Przedsiębiorczości. Od tamtej pory zrealizował kilkadziesiąt inwestycji na łączną kwotę ok. 45 mln zł, z sukcesem finalizując wiele transakcji. Fundusz oferuje przedsiębiorstwom finansowanie typu venture capital oraz private debt. Maksymalna kwota zaangażowania w jeden podmiot to 1,5 mln PLN. Z finansowania mogą korzystać startupy generujące pierwsze przychody ze sprzedaży, jak również firmy będące w fazie dalszego rozwoju i ekspansji.

Michał Zębik

Uczniowie wracają do szkół: nauka zdalna według Polaków

Od marca uczniowie odbywali lekcje online, natomiast od 1 września, zgodnie z zapowiedziami rządu, tryb nauczania ma być dostosowywany do panującej sytuacji epidemiologicznej. Większość dzieci wróci do szkół, jednak w przypadku pogorszenia się sytuacji w danym regionie nauka może odbywać się też online lub w trybie mieszanym. Jak dotychczasowe doświadczenia związane z nauką zdalną oceniają Polacy?

Trudne początki

Ograniczenie funkcjonowania szkół z powodu pandemii koronawirusa postawiło cały system edukacji przed wielkim wyzwaniem: konieczne było natychmiastowe przejście w tryb nauki zdalnej. W sondażu NEXERY, zrealizowanym krótko po wprowadzeniu w życie takiej formy zajęć, 39% rodziców zadeklarowało, że ich dzieci mają prowadzone lekcje online ze wszystkich przedmiotów szkolnych. 45% ankietowanych było natomiast zdania, że za pośrednictwem internetu odbywa się tylko część zajęć. Co dziesiąty rodzic (12%) uważał, że dzieci nie miały zorganizowanych lekcji w trybie zdalnym. Jak przyznawali badani, jedną z głównych barier dla nowego trybu nauki był brak dostępu do szybkiego i stabilnego internetu wśród części uczniów, który zdaniem 89% respondentów jest podstawowym narzędziem w nauce online. Jednocześnie, aż 90% rodziców zauważa, że niektórzy uczniowie mogą nie mieć dostępu do takiego łącza. 

– Na co dzień zarówno nauczyciele, jak i uczniowie naszej szkoły korzystają z internetu, a lekcje prowadzone są z wykorzystaniem różnorodnych platform edukacyjnych, takich jak: scholaris.pl, instaling.pl, e-podreczniki.pl, a także z aplikacji: learningapps.pl, instaling.pl oraz z zasobów słowników i encyklopedii internetowych. Podczas prowadzenia zajęć online nauczyciele korzystają głównie z portalu Facebook, komunikatora Messenger oraz z poczty elektronicznej. Problemem, z którym spotykamy się prowadząc nauczanie zdalne jest brak wystarczającej liczby sprzętu, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych, gdzie do dyspozycji dzieci jest tylko jeden komputer. Kilku uczniów z naszej szkoły natomiast nie ma w ogóle dostępu do komputera w domu. Barierą jest również dostęp do internetu, który na wsiach jest nadal ograniczony – komentuje Sławomir Staciwa, dyrektor Szkoły Podstawowej w Górnikach, w powiecie koneckim, w Regionie Świętokrzyskim. 

Narzędzia do nauki online

Przeniesienie edukacji do świata cyfrowego wymagało zastosowania nowych narzędzi pozwalających na naukę na odległość. Uczestnicy badania NEXERY na temat nauki online, jako najczęściej wykorzystywane narzędzie wskazywali platformy webinarowe lub e-learningowe, do których szkoła posiada dostęp. Takiej odpowiedzi udzieliła niemal połowa z nich (45%). Często wykorzystywane były także media społecznościowe (Facebook, Messenger, Youtube) oraz programy do komunikacji i telekonferencji (np. Skype, Microsoft Teams, Google Hangout), wskazywane odpowiednio przez 38% i 35% respondentów. Natomiast według co piątego rodzica (21%) zajęcia online odbywają się za pomocą internetowych serwisów edukacyjnych. 

Nasza szkoła od niedawna posiada dostęp do szybkiego internetu. Do każdej klasy zakupiony został też komputer, a niektóre sale są wyposażone w projektory i tablice interaktywne. Od niespełna roku wykorzystujemy także e-dziennik Librus. Niektórzy nauczyciele potrzebują też szkoleń w zakresie technologii informacyjno-komunikacyjnych, które pozwolą im sprawniej posługiwać się nowymi narzędziami. Brakuje też doświadczenia w prowadzeniu zdalnego nauczania, zarówno ze strony nauczycieli, jak i rodziców i uczniów. Podczas nauczania przez internet kadra pedagogiczna najczęściej korzysta z takich narzędzi jak: e-dziennik, platforma edukacyjna: e-podręczniki, media społecznościowe, komunikatory typu Messenger. Problematyczną kwestią jest brak sprzętu wśród uczniów i brak dostępu do szybkiego internetu w ich domach. Większość rodzin posiada jedynie internet mobilny, a w czasie intensywnej pracy zdalnej często występuje przeciążenie sieci – mówi Ewa Ostrowska, dyrektor Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Janowcu Kościelnym w Regionie Warmii i Mazur. 

Rola internetu w szkole według nauczycieli

Nauczyciele z Regionów NEXERY pytani o miejsce, w którym powinien być dostęp do szybkiego internetu, najliczniej (86%) wymieniają szkoły. Ta odpowiedź była wskazywana częściej niż dom (69%) czy urząd (61%). Jednocześnie, co trzeci z nich (34%) twierdzi, że szkoła, w której pracuje, ma w planach zwiększenie prędkości wykorzystywanego łącza. Wśród najważniejszych zalet dostępu do szybkiego i stabilnego dostępu do sieci niemal połowa nauczycieli (48%) wymienia możliwość uczestniczenia w przeznaczonych dla nich szkoleniach online, co pozwoli im na poszerzanie swoich kompetencji. Równie istotna jest dla nich możliwość uatrakcyjnienia prowadzonych zajęć. Zdaniem 46% ankietowanych szybki internet jest szczególnie pomocny przy prezentowaniu materiałów edukacyjnych zamieszczanych w serwisie YouTube podczas lekcji.

– Jak pokazały wyniki naszego raportu #RegionyNEXERY2020 pandemia Covid-19 wymusiła znaczne przyśpieszenie cyfryzacji w wielu dziedzinach życia, także w edukacji. Warto zwrócić przede wszystkim uwagę na fakt, że ponad połowa dzieci każdego dnia wykorzystuje sieć jako źródło wiedzy, a uczniowie zdaniem 43% ankietowanych są gotowi do zdalnego trybu nauczania. Dlatego można przypuszczać, że nauka online na stałe pozostanie częścią systemu edukacji. Jednak, by było to możliwe musimy zadbać o dobrej jakości dostęp do sieci na terenie całego kraju, ponieważ jak wynika z naszego sondażu, aż 90% respondentów uważa, że niektórzy uczniowie mogą nie mieć dostępu do szybkiego internetu. Dlatego tak ważne jest rozwijanie infrastruktury telekomunikacyjnej i przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu, co pozwali na wyrównanie szans w zakresie dostępu do edukacji – mówi Paweł Biarda, Członek Zarządu ds. Komercyjnych. 

Czy nauka online zostanie z nami na stałe?

Jak pokazały wyniki przeprowadzonego przez NEXERĘ sondażu, aż 54% rodziców przyznało, że ich dziecko codziennie lub prawie codziennie wykorzystuje internet do samodzielnej nauki niezależnie od epidemii koronawirusa. Czterech na dziesięciu badanych (43%) jest zdania, że polscy uczniowie są gotowi na naukę online. Nieco mniej optymistycznie oceniani są pod tym kątem nauczyciele oraz szkoły – analogicznie 35%
i 28% badanych uważa, że są oni przygotowani na to, aby prowadzić zdalne nauczanie. Jednocześnie ankietowani uważają, że dzieci powinny mieć więcej zajęć, które pokażą im jak poszerzać swoją wiedzę za pomocą internetu – takiego zdania jest 75% pytanych.

W edukacji najważniejsze ma być kształtowanie umiejętności, a nie przekazywanie teoretycznej wiedzy

• Zintegrowana Strategia Umiejętności 2030 nakreśla bardzo ambitną i ogólnie pożądaną wizję rozwoju Polski poprzez wzrost umiejętności. Zakłada zmianę modelu uczenia, abyśmy stali się społeczeństwem kreatywnym, potrafiącym korzystać z wiedzy.
• Zdaniem Konfederacji Lewiatan nie uda się tego osiągnąć bez modyfikacji podstawy programowej w ramach kształcenia podstawowego. Chodzi o to, aby uczyć umiejętności, a nie przekazywać tylko teoretyczną wiedzę.

Konfederacja Lewiatan przygotowała stanowisko dotyczące Zintegrowanej Strategii Umiejętności 2030.

– Podstawa programowa nadal promuje model uczenia się polegający na przyjmowaniu dużej ilości wiedzy, w sposób teoretyczny i mało doświadczalny (który – w obliczu ogromu materiału – i tak jest przez większość uczniów zapominany i nie daje im wymiernych korzyści na dalszych etapach uczenia się ani w życiu dorosłym). W modelu tym chodzi o przekazanie teoretycznej wiedzy, a nie kształtowanie umiejętności. Tymczasem nowe technologie dają dostęp do ogromnych zasobów wiedzy, z których uczniowie mogą na bieżąco korzystać. Zmiana jakościowa nastąpi tylko wtedy, gdy będzie ona stale dopasowywana do tych zmieniających się warunków. Kluczowe w edukacji powinno być zatem kształtowanie umiejętności, m.in.: nauczanie, jak korzystać z dostępnej wiedzy, jak podchodzić krytycznie do uzyskiwanych informacji, jak analizować informacje, jak łączyć je ze sobą i wyciągać wnioski – mówi Małgorzata Lelińska, wicedyrektorka departamentu funduszy europejskich Konfederacji Lewiatan.

Wymieniane w Zintegrowanej Strategii Umiejętności kierunki działań, dla których to Ministerstwo Edukacji Narodowej jest kluczową instytucją, są de facto przeglądem niedomagań obecnego systemu oświaty. Proponowane działania i kierunki przesycone są postulatami dotyczącymi stosowania współczesnych rozwiązań IT i ICT. Stopień przygotowania systemu oświatowego do wdrażania takiej strategii jest dalece niewystarczający. Problem nie polega wyłącznie na niedostatecznej infrastrukturze, chociaż w tym zakresie także są spore braki, co tak dobitnie pokazała próba kształcenia zdalnego w okresie pandemii koronawirusa. Głównym zagrożeniem jest brak nauczycieli, których kompetencje pozwolą na stosowanie takich rozwiązań.

W obszarze szkolnictwa wyższego wskazano głównie takie kierunki działań, które obecnie są skutecznie realizowane przez niektóre uczelnie. Natomiast wdrożenie ich na szerszą skalę wymaga sporego potencjału oraz know-how, których często brakuje większości szkół wyższych.

W strategii pominięto potrzebę systemowego wsparcia tych uczelni, które już dzisiaj posiadają w ofercie edukacyjnej ścieżki i formy kształcenia wpisujące się bezwzględnie w priorytety Strategii.

Deficyt specjalistów w systemie edukacji jest widoczny od lat, co gorsza – ze szkół odchodzą nauczyciele, których kompetencje pozwalają zmienić zawód. Nie da się temu zaradzić w aktualnych realiach płacowych polskiej oświaty. Próba kształcenia przyszłych nauczycieli na każdym kierunku studiów nie jest właściwym rozwiązaniem.

– Z perspektywy pracodawców, Zintegrowana Strategia Umiejętności nie wnosi specjalnie nic nowego wobec ich postulatów głoszonych od lat. Dostosowanie treści i form kształcenia do wymogów współczesnego rynku pracy jest wyzwaniem w każdym kraju, nie tylko w Polsce. Nie mamy systemu diagnozowania predyspozycji zawodowych, który pozwalałby kształcić młodzież w zawodach i specjalnościach, do których mają określone predyspozycje. Kluczowe jest włączenie w te procesy pracodawców i reprezentujących ich organizacji – dodaje Małgorzata Lelińska.

Wzmacnianie wykorzystania umiejętności w miejscu pracy, zarówno wśród kadr zarządzających i pracowników jest celem jak najbardziej trafnym. Jednak proponowane kierunki działań nie są w pełni spójnie z rzeczywistą strukturą gospodarki. Na warunki ich realizacji rzutuje przede wszystkim wielkość przedsiębiorstw – tych dużych, które mają kadrowe i organizacyjne możliwości rozwijania umiejętności w miejscu pracy, jest niewiele. Firmy mikro, małe i średnie, które dominują w gospodarce, nie będą w stanie realizować takich działań.

Strategia definiuje listę podmiotów odpowiedzialnych za wdrożenie ZSU na poziomie krajowym. Wymieniono 14 resortów oraz KPRM, co zapewne będzie wymagać utworzenia kolejnych administracyjnych podmiotów koordynujących wdrażanie. Zdecydowanie brakuje natomiast w tych założeniach współpracy z organizacjami pracodawców, które reprezentują firmy jako – z jednej strony – odbiorców efektów zakładanych w Strategii, a z drugiej także istotny element w łańcuchu instytucji odpowiedzialnych za rozwój umiejętności i realizację inwestycji w tym zakresie.

Konfederacja Lewiatan

Jedno zezwolenie przyspieszy procesy inwestycyjne

• Zastąpienie dotychczas wydawanych decyzji inwestycyjnych jednym zezwoleniem skróci czas niezbędny na dopełnienie wszelkich formalności związanych z prowadzeniem procesu inwestycyjnego.
• Objęcie instalacji radiokomunikacyjnych koniecznością uzyskiwania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach jest barierą administracyjno-prawną w zakresie budowy mobilnej infrastruktury telekomunikacyjnej – uważa Konfederacja Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan przygotowała stanowisko dotyczące opracowania i wdrożenia rozwiązań usprawniających krajowy proces inwestycyjny.

– Z satysfakcją przyjmujemy ogłoszoną przez Ministerstwo Rozwoju inicjatywę mającą na celu zebranie postulatów związanych z przyspieszeniem procesu inwestycyjnego oraz jego uproszczenie poprzez odejście od dotychczasowego systemu opierającego się na wielu sformalizowanych procedurach administracyjnych i zastąpienie dotychczas wydawanych decyzji inwestycyjnych jednym „zezwoleniem na inwestycję” – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Realizacja takiej procedury powinna być możliwa za pomocą pojedynczego punktu kontaktowego, który byłby odpowiedzialny za przeprowadzenie całości procedury od początku (złożenie „jednego wniosku” przez inwestora) do końca (wydanie „jednego pozwolenia”). Jednocześnie – w odniesieniu do treści informacji Ministerstwa Rozwoju – takie rozwiązanie powinno mieć charakter generalny, tj. nie być wyłącznie „zintegrowane z decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach”, a dotyczyć także innych inwestycji, które nie wymagają uzyskania tego rodzaju rozstrzygnięcia. Efektem skorzystania z jednego „zezwolenia na inwestycję”, powinno być skrócenie czasu niezbędnego na dopełnienie wszelkich formalności związanych z prowadzeniem procesu inwestycyjnego.

Nowe rozporządzenie kwalifikacyjne, przygotowane przez Ministerstwo Rozwoju, po raz kolejny zaliczyło instalacje radiokomunikacyjne do kategorii przedsięwzięć mogących zawsze znacząco lub potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko. Instalacje radiokomunikacyjne po raz kolejny w świetle regulacji krajowych zostały uznane za przedsięwzięcia mogące oddziaływać na środowisko, mimo że nie wynika to z regulacji unijnych.

– Objęcie instalacji radiokomunikacyjnych koniecznością potencjalnego uzyskiwania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach jest jedną z kluczowych barier administracyjno-prawnych w zakresie budowy mobilnej infrastruktury telekomunikacyjnej. Dlatego proponujemy wykreślenie takich instalacji z treści rozporządzenia kwalifikacyjnego – dodaje Dominik Gajewski.

Konfederacja Lewiatan

Rewolucyjne rozwiązanie w zakresie spersonalizowanej profilaktyki zdrowia. Polska firma stworzyła innowacyjną usługę opartą o wyniki badań genetycznych

Pierwsze na świecie rozwiązanie oparte o kompletne badanie DNA wszystkich 22 000 genów z wynikami prezentowanymi w aplikacji mobilnej, połączone z systemem wspierającym użytkownika w podejmowaniu dobrych decyzji związanych ze zdrowiem – polscy naukowcy z firmy IMAGENE.ME stworzyli usługę, która może zrewolucjonizować dotychczasowe podejście ludzi do dbania o własne zdrowie. To narzędzie, dzięki któremu będzie można zminimalizować ryzyko wystąpienia wielu chorób i cieszyć się zdrowym, aktywnym życiem.

W DNA człowieka zapisane są predyspozycje wpływające na jego zdrowie i sprawność w wielu aspektach życia. Od dawna badania genetyczne – oparte o analizę pojedynczych genów – przeprowadzane są w diagnostyce genetycznej i profilaktyce wybranych chorób, np. chorób nowotworowych. W wielu takich przypadkach badanie genetyczne pozostawiało niedosyt informacji. Obecnie nowe technologie badania DNA umożliwiają kompleksową analizę wszystkich genów w genomie człowieka. W opinii naukowców można to nazwać prawdziwą rewolucją – codziennie pojawia się nowa wiedza o predyspozycjach genetycznych i ich związku ze zdrowiem i życiem. Nauka potwierdza dziś, że poznanie swoich predyspozycji umożliwia podjęcie działań, które eliminują lub ograniczają ryzyko wystąpienia chorób lub innych dolegliwości. Kluczem do lepszego zdrowia i życia jest więc uzyskanie wiedzy i zrozumienie informacji, które zakodowane są w naszym DNA. Dotychczas brakowało jednak sposobu, aby taką wiedzę przybliżyć ludziom i wykorzystać ją dla skutecznej profilaktyki zdrowia.

Opierając się o wieloletnie doświadczenie w zakresie badań genetycznych, medycyny i biotechnologii oraz zaawansowanych technologii mobilnych i analizy danych, specjaliści z polskiej firmy IMAGENE.ME doszli do wniosku, że każdy powinien móc korzystać z wiedzy o predyspozycjach zapisanych w jego DNA. Stworzyli usługę Asystenta Zdrowia i Życia – pierwsze na świecie rozwiązanie, które łączy wyniki pełnego badania DNA, przedstawione w aplikacji mobilnej, z systemem wymiany informacji, wskazówek i zaleceń podpowiadających użytkownikowi, na co zwrócić uwagę, by skutecznie zadbać o swoje zdrowie.

Pierwszym krokiem jest analiza sekwencji wszystkich 22 000 genów. Następnie identyfikujemy miejsca, w których sekwencja DNA wykazuje pewne różnice w stosunku do sekwencji referencyjnej – identyfikujemy tzw. warianty genetyczne i przeprowadzamy ich głęboką, wielowarstwową interpretację. Opierając się na wysokiej jakości bazach danych, najnowszych doniesieniach naukowych oraz obszernej bazie wariantów genetycznych zinterpretowanych i opisanych szczegółowo przez specjalistów IMAGENE.ME, przygotowywany jest kompletny Raport Predyspozycji Genetycznych (RPG). W odróżnieniu od dostępnych na rynku produktów, obejmujących wąski zakres analizowanych obszarów – np. tylko choroby nowotworowe, tylko dieta, czy tylko predyspozycje sportowe – RPG zawiera kompleksowe informacje dotyczące wszystkich istotnych aspektów zdrowia i życia, na które mogą mieć wpływ geny – mówi dr hab. Mirosław Kwaśniewski, kierownik Centrum Bioinformatyki i Analizy Danych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku oraz prezes IMAGENE.ME.

W aplikacji IMAGENE.ME użytkownik otrzymuje wyniki badania wszystkich genów, a wraz z nimi także zalecenia i porady. Wynikają one z analizy jego wariantów genetycznych oraz informacji o sobie, które wprowadził do aplikacji, jak np. informacje o stylu życia, diecie, aktywności fizycznej, przebytych chorobach czy zainteresowaniach. System ‚uczy się’ użytkownika: stale aktualizuje informacje dotyczące predyspozycji genetycznych, analizuje styl życia i cechy użytkownika i na podstawie najnowszych, rzetelnych informacji naukowych dostarcza użytkownikowi cenne wskazówki prozdrowotne. To kluczowe, by nie zostawić kogoś z wiedzą, której nie będzie mógł wykorzystać. Dzięki otrzymaniu konkretnych wskazówek opartych o analizę DNA, można w sposób bardziej świadomy podejść do spraw związanych ze swoim zdrowiem i skuteczniej kształtować swoją przyszłość

Zdrowotne wskazówki aktualizowane na bieżąco

Jak podkreślają naukowcy, RPG jest na bieżąco uzupełniany o najnowsze odkrycia naukowe. To oznacza, że jeśli odkryte zostaną nowe powiązania między konkretną chorobą, lub szerzej – cechą – a genami, raport klienta w aplikacji zostanie natychmiast zaktualizowany.

Można to sobie wyobrazić na aktualnym przykładzie związanym z epidemią koronawirusa. Badacze z całego świata szukają obecnie zależności pomiędzy genami a zwiększonym ryzykiem zakażenia wirusem SARS-CoV-2 lub przebiegiem choroby COVID-19. Pierwsze potwierdzone wyniki ukazały się kilka tygodni temu i już teraz klienci IMAGENE.ME mogą uzyskać informację, czy w ich genomie są obecne warianty genetyczne predysponujące do znacznie cięższego przebiegu tej choroby. Spodziewamy się, że kolejne interesujące wyniki w tym zakresie pojawią się już wkrótce. Wówczas wprowadzimy je do systemu IMAGENE.ME, a użytkownik, który skorzystał wcześniej z naszego badania, dowie się, że jest na przykład w grupie osób, które mogą być bardziej podatne na zakażenie koronawirusem. W innych przypadkach działa to analogicznie. Kiedy odkrywany jest istotny związek konkretnego genu z jakąś chorobą, taka informacja niezwłocznie pojawia się w aplikacji przebadanej osoby – podkreśla dr Karolina Chwiałkowska z IMAGENE.ME.

Połączenie pozyskiwanych od użytkownika informacji o jego stylu życia z wynikami badań genetycznych to funkcjonalność, która wyróżnia IMAGENE.ME.

– W aplikacji każdy użytkownik może przesłać informacje dotyczące swoich aktywności, stylu życia czy obecnego stanu zdrowia. Te informacje, w połączeniu z kompletną wiedzą płynącą z badania DNA, pozwalają na tworzenie konkretnych zaleceń prozdrowotnych, idealnie dopasowanych do danej osoby. Czyli jeśli wiemy, że ktoś ma większe ryzyko zachorowania na cukrzycę, aplikacja zasugeruje tej osobie konkretne porady dotyczące możliwych działań prozdrowotnych, pozwalających zminimalizować ryzyko wystąpienia choroby. Nie jest to jednak wróżenie z fusów, a wykorzystanie obiektywnych informacji „zapisanych” w naszym DNA. Taka jest przyszłość medycyny – podsumowuje dr hab. Mirosław Kwaśniewski.

Wnioski płynące z kompletnego badania genetycznego w systemie IMAGENE.ME są więc istotnym wskazaniem, jakie działania można podjąć, aby skutecznie, w sposób spersonalizowany podejść do profilaktyki swojego zdrowia. Należy jednak zaznaczyć, że przeprowadzone w obrębie systemu wnioskowania oraz przedstawione wyniki nie są diagnozą medyczną. W przypadku problemów zdrowotnych lub niepokojących objawów, lub przed podjęciem jakichkolwiek decyzji medycznych, zawsze należy skonsultować się z lekarzem.

Badawcze odkrycie roku odpowiedzialne za rewolucję?

Firma IMAGENE.ME w 2020 roku skupiła się na niekomercyjnych projektach naukowych. W ramach międzynarodowej inicjatywy COVID-19 Host Genetics Initiative, IMAGENE.ME wraz z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku prowadzi największe w Polsce badania poszukujące związku między genami a odpowiedzią organizmu na zakażenie SARS-CoV-2 i przebiegiem choroby COVID-19. Liderem projektu IMAGENE.ME od początku jest dr hab. Mirosław Kwaśniewski. To doświadczony genetyk, biolog molekularny i bioinformatyk, związany z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku. Od lat realizuje projekty z zakresu medycyny spersonalizowanej i genomiki wielkoskalowej, skupione głównie wokół problemów chorób cywilizacyjnych, w szczególności nowotworów, cukrzycy typu II i chorób układu krążenia.

IMAGENE.ME tworzy zespół specjalistów z dziedziny biotechnologii, medycyny, genetyki i informatyki. Firma 26  sierpnia uruchomiła docelową wersję usługi. Obejmuje ona pełny pakiet: sekwencjonowanie i analizę całego eksomu, opracowanie indywidualnego Raportu Predyspozycji Genetycznych oraz dostęp do aplikacji (wspierającej codziennie działania prozdrowotne), która będzie regularnie rozwijana.

Czy kryzys gospodarczy dotknie branżę marketingu, public relations i reklamy?

Pandemia koronawirusa stała się powodem spadku obrotów wielu firm. Również branża marketingowa intensywnie odczuła skutki aktualnego kryzysu. Firmy oferujące usługi z zakresu marketingu, public relations czy reklamy dotknął problem pozyskiwania, jak i utrzymywania klientów. Szczególnie trudne okazały się podejmowane pod wpływem chwili rezygnacje firm ze współpracy z agencjami marketingowymi, motywowane strachem i chęcią szybkiej optymalizacji kosztów.

Na całym świecie najbardziej dotknięte pandemią COVID-19 zostały branże usługowe, czyli m.in. lotnictwo pasażerskie, turystyka, gastronomia, usługi czasu wolnego (np. kina i kluby fitness) i transportu, a także branża modowa oraz koncerny motoryzacyjne. Firmy zmuszone do chwilowego wstrzymania produkcji, zamknięcia salonów sprzedaży lub do redukcji etatów poszukują w pierwszej kolejności oszczędności w ramach swojego przedsiębiorstwa, rezygnując z działań – w opinii osób zarządzających – niebędących priorytetem. Wiele firm w czasie kwarantanny wstrzymało działania marketingowe z powodów ekonomicznych lub w przekonaniu, że nie przyniosą one oczekiwanych rezultatów.

Można powiedzieć, że im gorzej z naszą gospodarką, tym mocniej odbija się to na branży reklamowej. Działania marketingowe stały się dla wielu przedsiębiorców działaniami dodatkowym, niemieszczącymi się w zoptymalizowanym przez pandemię budżecie firmy. Aktywność reklamowa dla wielu jest postrzegana jako dodatek, a nie jeden z głównych cech prosperowania działalności przedsiębiorstwa – mówi Hanna Gehrke-Gut, właścicielka agencji GutPR i dodaje – Pandemia to czas wielkiej niewiadomej, dlatego przedstawicielom branży marketingowej/reklamy trudniej jest teraz pozyskać nowych klientów. Wiąże się to ze wstrzymaniem inwestowania przed firmy z wielu branż, które nie potrafią przewidzieć, jaki los je czeka z przyjściem ostatniego kwartału. Warto jednak pamiętać, że działania public relations są długotrwałe i nie dotyczą pojedynczych akcji promocyjnych, tylko uczą przedsiębiorstwa, jak skutecznie zarządzać wizerunkiem.

Co zrobić, by przetrwać?

Przedsiębiorstwa o stabilnej sytuacji ekonomicznej lub z branż mniej dotkniętych pandemią nadal inwestują i będą inwestować w marketing czy PR. Aktualna sytuacja jest jednak idealną okazją do przeformatowania wielu strategii, które w dłuższym okresie mogą okazać się wartościowe i przynieść firmie wiele korzyści. Warto wspomnieć też o tym, że aktualna cisza komunikacyjno-wizerunkowa ze strony konkurencji skłoniła wiele mniejszych firm do wykorzystania tej szansy i pokazanie swojej marki na rynku.

Kryzys gospodarczy to nie najlepszy moment na to, by zniknąć. Firmy, które są obecne wizerunkowo w świadomości konsumentów, odbierane są jako silniejsze. A pandemia nie będzie trwać wiecznie, dlatego warto być cały czas w gotowości. Oczywiście w pierwszej kolejności należy przemodelować strategię, lecz nie rezygnować z dotychczasowych działań. Działania komunikacyjne muszą być prowadzone w sposób ciągły, jednak z uwzględnieniem aktualnej sytuacji – dodaje Hanna Gehrke-Gut.

Nowa strategia

Umiejętność radzenia sobie w aktualnej sytuacji wymaga od firm wyjątkowej elastyczności i otwartości. W obecnej sytuacji działania komunikacyjne powinny zostać przemodelowane tak, by wspomagały sprawne funkcjonowanie przedsiębiorstwa w czasie kryzysu gospodarczego.

W aktualnej sytuacji należy dokładnie zastanowić się, czego potrzebuje dana firma i co może w tym trudnym czasie zaoferować swoim odbiorcom. Należy dokładnie przemyśleć każdy krok. Dostarczane treści muszą nieść ze sobą obustronne korzyści, zarówno dla przedsiębiorcy, jak i konsumenta. Jeśli pandemia wstrzymała naszą sprzedaż, nie oznacza to, że wstrzymała ją na zawsze. W tym czasie warto dostarczać treści nie tylko sprzedażowe, ale na przykład edukacyjne – dodaje Hanna Gehrke-Gut.

Dynamiczne zmiany, z którymi mierzymy się od połowy marca, sprawiły także, że przedstawiciele szeroko pojętej branży komunikacyjnej musieli przygotować strategie oparte na nowych kanałach. Komunikacja – zarówno z klientami, jak i partnerami biznesowymi przeniosła się do wirtualnego świata. W krótkim czasie należało przenieść swoje przedsiębiorstwo do sieci. Dużą popularnością cieszyły się webinary i live streamingi. Pandemia koronawirusa zachęciła także do korzystania z newsletterów i portali społecznościowych.

E-biznes dotyczy nie tylko naszych klientów. Lockdown w krótkim czasie pokazał, że praca zdalna może być równie wydajna i rzetelna, co praca w biurze. Wiele firm odkryło, że pomimo ich specyfiki, może być ona dobrze wykonywana i przynosić przedsiębiorstwu pozytywne skutki – dodaje właścicielka wrocławskiej Agencji GutPR.

Recepta na kryzys

Elastyczność, gotowość do działania i pomysłowość to główne cechy, którymi muszą wyróżniać się firmy marketingowe, PR-owe oraz reklamowe. Pomimo kryzysu, warto proponować klientom wpisywanie działań reklamowych w budżet firmy.

Kryzys gospodarczy z 2008 roku pokazał, że marki, które wstrzymały wszelkie działania komunikacyjne, odzyskiwały swoją pozycję sprzed kryzysu w dużo wolniejszym tempie. Należy jednak pamiętać, by ustalając nową strategię, nie zapomnieć o odpowiednim osadzeniu prowadzonej komunikacji w kontekście bieżących wydarzeń. Dobrym posunięciem będą działania edukacyjne czy prowadzenie działań CSR w alternatywie do podręcznikowej promocji produktów i usług. Przedstawiciele branż PR-owej w obecnej sytuacji mają być partnerem do rozmów, doradcą biznesowym, który pomoże odnaleźć się w trudnej dla wszystkich sytuacji – podsumowuje Hanna Gehrke-Gut. 

Zarządzanie poprzez otwartą organizację – Twoi pracownicy mają potencjał, o który nawet ich nie podejrzewasz

Red Hat jest organizacją, która wywodzi się w prostej linii ze społeczności open source. W niej każdy członek może mieć wkład w tworzenie najlepszego oprogramowania, dopisać swój kawałek kodu i tym samym rozwinąć jakiś projekt. Podobne wartości zostały zaszczepione w Red Hat i stały się sposobem na prowadzenie firmy, rozwijanie jej i osiąganie kolejnych sukcesów. Otwarta organizacja pozwala bowiem każdemu zabrać głos, a kadra zarządzająca i menagerowie nie żyją w przeświadczeniu o tym, że ich decyzje są zawsze nieomylne i najlepsze na świecie. Zarządzanie poprzez otwartą organizację to najlepszy sposób na cyfrową transformację każdej firmy.

Świat się zmienił i nadal zmienia. Jesteśmy coraz bardziej cyfrowi, żyjemy w połączonym cyfrowo świecie. Liderzy biznesowi doskonale rozumieją już, że cyfrowa transformacja ma kluczowe znaczenie do tego, aby firmy się rozwijały i osiągały trwałe sukcesy.  Wiele jednak zależy od podejścia kadry zarządzającej, kultury współpracy i przejrzystych dla wszystkich członków organizacji procesów.

Firma jak oprogramowanie open source? Tak – to działa!

Otwarta organizacja to taka, która angażuje społeczności zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz firmy. W ten sposób może ona szybciej reagować, ma dostęp do zasobów i utalentowanych osób poza organizacją oraz inspiruje, motywuje i wspiera pracowników na wszystkich poziomach. Zamiast wydawać odgórne polecenia, w otwartej organizacji pozwala się, aby to grupa ludzi pracowała nad danym tematem, a potem podejmowała decyzje. Zespoły nie są sztywno ograniczone, dzięki temu każdy w organizacji jeśli uważa, że może coś wnieść do danego projektu, ma prawo to zrobić. Nie ma tu znaczenia, jakie ktoś zajmuje miejsce w organizacji. W ten sposób osoby, które pozornie mają niewiele wspólnego z danym projektem, mogą go znacząco usprawnić albo wzbogacić. Działa to na podobnej zasadzie, jak tworzone jest oprogramowanie open source. Społeczności, w których nad danym projektem pracuje tysiące, czy nawet dziesiątki tysięcy osób generują ogromną liczbę fantastycznych pomysłów i innowacyjnych rozwiązań. O tym, jakie rozwiązanie jest najlepsze, co się sprawdzi, a co powinno zostać porzucone nie decyduje zarząd, a oczekiwania rynku, potrzeby klientów i tym kieruje się właśnie otwarta organizacja. Bardzo ważny jest ciekawy pomysł, innowacja, a te mogą pojawiać się w różnych strukturach firmy, dlatego tak istotne jest, aby każdy członek organizacji, ale także osoba spoza niej mogła się zaangażować w projekt, który jest mu bliski. W otwartej organizacji nie jesteśmy ograniczeni przez zasoby, a nawet największe światowe korporacje, choćby bardzo chciały nie są w stanie w zamkniętej strukturze przeanalizować wszystkich pomysłów czy też odnaleźć wszystkich najlepszych rozwiązań. To właśnie dlatego coraz więcej firm i branż otwiera się na zewnątrz. Dobrym przykładem jest sektor bankowy, który tradycyjnie postrzegany był jako bardzo hermetyczny i nie dopuszczający nikogo z zewnątrz. Obecnie obserwujemy, że banki coraz chętniej spoglądają w stronę otwartych standardów.

Otwarta organizacja to większe zaangażowanie pracowników

W tradycyjnych organizacjach o mocno hierarchicznym modelu podejmowania decyzji, te zapadają dość szybko. W przypadku otwartej organizacji proces jest dłuższy, ponieważ każdy może wnieść swoje uwagi, pomysły. Jednak w ogromnej mierze przekłada się to zaangażowanie pracowników. Każdy czuje się wówczas odpowiedzialny za swoje pomysły i angażuje się w to,  aby zostały one wdrożone w jak najbardziej efektywny i skuteczny sposób. Wiele organizacji boryka się z problemem odpowiedniego zaangażowania swoich pracowników. Kiedy ci pracują pod dyktando, ich pomysły są ignorowane i nie czują realnego wpływu na projekty, przy których pracują, brak zaangażowania będzie czymś oczywistym. Dlatego w otwartej organizacji patrzy się na pracowników, jako na członków społeczności, kolektyw, który pracując wspólnie i wspólnie podejmując decyzje jest znacznie bardziej zaangażowany. I nie chodzi tutaj wcale, aby pracownicy robili „jeszcze więcej”, a o to, aby dać organizacji możliwość dostępu do pomysłów, innowacji nawet od osób, których byśmy o takie zdolności nie podejrzewali.

Wzrasta również wiarygodności, zarówno wśród pracowników, jak klientów czy partnerów. Celowo w otwartej organizacji nie stawia się na demokrację, ale na merytokrację, gdzie argumenty stanowią najbardziej istotną wartość.

Pozwól pracownikom na samoorganizację

Menadżerowie w tradycyjnie zarządzanych organizacjach mają tendencję do skupiania wszystkich decyzji w swoich rękach. Wyobraźmy sobie firmę transportową, która obsługuje komunikację miejską w dużej stolicy. Jej autobusy notują opóźnienia już przy wyjeździe z bazy, więc menadżerowie podejmują decyzję o tym, że np. skraca się czas przeznaczony na sprzątanie pojazdów, skraca się czas na odprawę kierowców etc. Jednak to nie musi zadziałać i poprawić punktualności. Jeśli postawi się problem opóźnień pracownikom, jak to jest ważne np. dla kar płaconych miastu, a w konsekwencji zysków, zaangażuje się pracowników w rozwiązanie problemu, to oni sami zorganizują swoją pracę i procesy lepiej, niż odgórny nakaz. Dlatego ważne jest, aby w otwartej organizacji słuchać pracowników i dać im możliwość zmian i samodzielnego testowania tego, co najlepiej zadziała.

Zarządzanie poprzez otwartą organizację to przyszłość. W czasach, w których zmiany zachodzą błyskawicznie, daje ona ogromną elastyczność i łatwość dopasowania się do zmian. Pozwala też w prosty i przede wszystkim skuteczny sposób czerpać z zasobów poza organizacją, co pozwala łatwiej i szybciej osiągać założone cele.

Autor: Lee Miles, VP CEMEA w Red Hat

Kontroling w firmie. Krok po kroku

Wśród właścicieli firm produkcyjnych pokutuje przekonanie, że wdrożenie kontrolingu wiąże się z tonami papierów, ogromem biurokracji i trudnych do spełnienia wymogów. Wielu z nich uważa, że bez wyspecjalizowanego i – co za tym idzie – kosztownego oprogramowania do budżetowania nie da się wprowadzić korzystnych zmian w zarządzaniu firmą. Nic bardziej mylnego.

Co to jest kontroling?

Najprościej mówiąc to system sterowania przedsiębiorstwem łączący w sobie jednocześnie zadania planowania z przeprowadzaniem działań korygujących. Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości tak nie jest.
Stopień pracochłonności podczas wdrażania kontrolingu zależy od tego, jak szczegółowo chcemy monitorować poszczególne koszty. Natomiast zbudowanie spójnego systemu pomiaru kosztów produkcji oraz systemu dekretacji dokumentów kosztowych jest operacją stosunkowo prostą i mało absorbującą.

– W przypadku firmy o wielkości od 50 do 100 pracowników z powodzeniem da się zrealizować, w oparciu o dzienne karty pracy i formatki, budżetowanie w programie Excel. Przy konstruowaniu takiego systemu ważne jest, aby nie gromadzić danych, które nie są nam niezbędne, by nie ulegać myśleniu: „a to też będziemy zbierać, może nam się kiedyś przyda”. Lepiej skupić się na jednym lub dwóch wskaźnikach o kluczowym znaczeniu dla firmy, albo takich, na które firma ma największy wpływ – mówi Sebastian Uryn, ekspert z Grupy Doradczej Compertus.
Ogólnie ujmując – ewidencja powinna być jak najbardziej szczegółowa i precyzyjna, ale jednocześnie taka, żeby nie powodowała paraliżu w pracy i nie była zbyt uciążliwa w prowadzeniu. Przy wprowadzaniu takiej metody lepiej zaczynać od mniejszej szczegółowości i ją pogłębiać, niż odwrotnie.

Krok pierwszy

Firma w pierwszej kolejności powinna wyodrębnić w swojej strukturze tzw. MPK, czyli miejsca powstawania kosztów. Następnie należy podzielić swoje koszty na kategorie (najlepiej takie, które będą zrozumiałe dla menadżerów, a nie tylko dla działu finansowego), np. „druty do spawarek” albo „płyty offsetowe”, a nie „materiały pomocnicze”. Nazwy i klasyfikacja kosztów powinna być maksymalnie konkretna i przejrzysta.
– Kolejnym etapem jest wprowadzenie szczelnego systemu dekretacji kosztów (powinno się eliminować kategorie „inne koszty”, dlatego, że zawsze istnieje pokusa dekretowania do tej kategorii kosztów, których nie chce nam się opisać, a bardzo często zdarza się, że są one nieuzasadnione z punktu widzenia działalności firmy – mówi ekspert z firmy Compertus.
Najlepiej, gdy system taki będzie obsługiwany przez osoby dokonujące zakupu. W praktyce wygląda to następująco: faktura w pierwszej kolejności trafia do menadżera odpowiedzialnego za dany obszar kosztowy i to on dokonuje jej kwalifikacji na właściwe miejsce MPK oraz klasyfikuje klasę i grupę kosztu.

Krok drugi

Kolejnym krokiem jest wprowadzenie kart pracy do rozliczenia kosztów robocizny bezpośredniej. Należy opracować system przeksięgowywania kosztów tak, aby maksymalnie duża kwota była alokowana bezpośrednio do produktu, zlecenia lub klienta. Dopiero te, których nie da się rzeczywiście przypisać do żadnej z tych kategorii, powinny być alokowane na działy organizacyjne firmy. Na poszczególne MPK, albo inaczej centra zysku, powinny być również alokowane przychody ze sprzedaży poszczególnych produktów lub zleceń.

Krok trzeci

To czas na modyfikację swojego planu kont, aby system dekretacji był realizowany od razu na kontach księgowych. Innym rozwiązaniem jest wprowadzenie tzw. wymiarów kontrolingowych. Rozwiązanie takie jest dostępne w większości systemów informatycznych do zarządzania firmą. Co ważne, z modyfikacją planu kont polegającą na uszczegółowieniu ewidencji z reguły nie trzeba czekać do zakończenia roku obrachunkowego, ponieważ nie zmienia ona układu kont niezbędnych do sporządzania sprawozdań finansowych na potrzeby urzędu skarbowego, tylko polega na ich rozbiciu na podkonta.

Krok czwarty

Kolejnym bardzo ważnym krokiem jest udostepnienie osobom dekretującym poszczególne koszty raportów z poziomem wykonania budżetu kosztowego z ich obszarów.
– Można to zrobić poprzez rozsyłanie miesięcznych lub tygodniowych raportów albo nadanie odpowiednich dostępów tak, aby upoważnione osoby same mogły sporządzać takie zestawienia. Raport taki koniecznie powinien zawierać poziom realizacji w stosunku do planu oraz zmianę w stosunku do analogicznego okresu w poprzednim roku lub miesiącu. Taki sposób alokacji kosztów umożliwia prawidłowe wyliczenie stawek roboczogodzin na poszczególnych stanowiskach produkcyjnych oraz bardziej precyzyjne tworzenie kalkulacji. Przede wszystkim zaś umożliwia rzetelną ocenę rentowności wybranych produktów, linii produktowych, zleceń, obszarów działalności i klientów – radzi Sebastian Uryn.

Polacy coraz chętniej wybierają fundusze

0

Ze względu na decyzję RPP o obniżeniu stóp procentowych, od lutego do końca czerwca z lokat ubyło 40 mld zł. Konsumenci coraz częściej decydują się na fundusze inwestycyjne, wybierając te najbezpieczniejsze, z najmniejszym ryzykiem utraty kapitału. 

Tylko w czerwcu, na lokatach bankowych w Polsce było o 12,5 mld zł mniej niż w miesiącu poprzednim. W okresie od lutego do końca czerwca bieżącego roku, kwoty wycofane z lokat klientów prywatnych osiągnęły 40 mld zł.[1] Duży przyrost wpłat można natomiast zaobserwować w funduszach inwestycyjnych.

– Z danych największych TFI wynika, że lipiec był rekordowym miesiącem w sprzedaży funduszy. Aktywa funduszy z tego miesiąca przekroczyło 5 mld zł, co stanowi przyrost o 2 proc.[2] Klienci najchętniej sięgają po rozwiązania bezpieczne, które jednak mają szansę przynieść im obecnie wyższe zyski niż lokaty bankowe. A uwzględniając inflacje, mają szansę osiągnąć jakikolwiek zysk, co jest obecnie niemożliwe na lokatach bankowych – mówi Kamil Hajdamowicz, Zarządzający w Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group.

Bezpieczeństwo inwestycji priorytetem

Konsumenci najchętniej wybierają fundusze dłużne oraz inwestycje w obligacje. Te rozwiązania gwarantują najwyższy poziom bezpieczeństwa, porównywalny do lokat bankowych.

– Wiemy jak ważne dla naszych klientów jest bezpieczne inwestowanie, zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu wywołanego pandemią COVID-19. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, jak istotne jest posiadanie poduszki finansowej i oszczędności na czarną godzinę. Dlatego od wybuchu pandemii, konsumenci chętniej sięgają po rozwiązania, które pomogą im pomnożyć posiadany kapitał i nie martwić się o swoją przyszłość finansową – dodaje Kamil Hajdamowicz.

Alternatywy do tradycyjnych lokat

Zwykle pierwszym wyborem konsumentów, przy pomnażaniu kapitału były lokaty bankowe. Jednak obniżenie stóp procentowych, spowodowało, że sama lokata obecnie nie gwarantuje nawet ochrony wartości zgromadzonych funduszy przed inflacją.

Na rynku istnieje wiele produktów, dla osób, które chcą pomnażać swoje środki, nawet w dobie tak niskich stóp procentowych. Wśród nich można wymienić ubezpieczenie na życie z, coraz popularniejszym, Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym, Fundusze obligacji, czy Fundusze dochodów i dywidend z nieruchomości. Ubezpieczeniowy Fundusz Kapitałowy, jest rozwiązaniem chętnie wybieranym przez klientów, ponieważ oprócz możliwości pomnożenia kapitału, jest on także formą ubezpieczenia na życie, co daje dodatkową korzyść z posiadania takiego funduszu.

[1] https://www.rp.pl/Banki/307279920-Banki-nie-placa-odsetek-klienci-likwiduja-lokaty.html

[2] https://www.analizy.pl/raporty/25897/aktywa-funduszy-inwestycyjnych-lipiec-2020

 

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące.
W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami, Rzecznik MŚP wystąpił do Minister Rozwoju z wnioskiem o wydanie objaśnień prawnych w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące. 

Rzecznik otrzymał objaśnienia o następującej treści:

  1. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 4 i 5 załącznika nr I do rozporządzenia 651/2014 w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba współpracująca w rozumieniu art. 8 ust. 11 ustawy o SUS?”

Zgodnie z postanowieniami rządowego Programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych Średnich Firm na potrzeby ustalenia statusu mikroprzedsiębiorcy, małego lub średniego przedsiębiorcy, jako podmiotu uprawnionego do udziału w rządowym programie udzielania beneficjentom subwencji finansowych „Tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Firm”, przez pracownika rozumie się wyłącznie osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, przy czym za pracowników nie uważa się pracowników na urlopach macierzyńskich, ojcowskich, rodzicielskich, wychowawczych i zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego. Wobec powyższego, przedsiębiorca może zaliczyć w ramach ogólnej liczby pracowników, ustalanej na potrzeby określenia statusu mikroprzedsiębiorcy albo MŚP, osobę współpracującą zgłoszoną do ubezpieczeń społecznych pod kodem 0511 – pod warunkiem, że osoba ta jest jednocześnie pracownikiem w świetle powyższej definicji.

  1. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 5 załącznika nr Ido rozporządzenia 651/2014, w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba związana z przedsiębiorcą umową zlecenia?”

Na potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej udzielanej mikroprzedsiębiorcom w ramach Programu za pracownika uważa się: osobę fizyczną, która zgodnie z przepisami polskiego prawa pozostaje z beneficjentem w stosunku pracy oraz została zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia beneficjenta dla potrzeb określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi, z zastrzeżeniem, że stan zatrudnienia określa się w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy; lub współpracującą z beneficjentem, niezależnie od formy prawnej tej współpracy (w szczególności na podstawie umów cywilnoprawnych, takich jak umowa zlecenia lub umowa o dzieło), która była zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia dla potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi.

Podstawa prawna: art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. 2019, poz. 1292).

Podsumowanie wakacji 2020 – ceny noclegów i preferencje Polaków

Wakacje 2020 mają się ku końcowi. Sprawdziliśmy, jak w tym roku kształtowały się preferencje turystyczne Polaków. Ostatnie miesiące były wyjątkowo trudne, dlatego warto zobaczyć, ile zmieniły w podejściu do krajowych wyjazdów latem.

Nie da się zaprzeczyć, że sytuacja związana z covidem wymusiła na polskiej branży turystycznej wprowadzenie procedur związanych z bardziej restrykcyjnym podejściem do kwestii higieny w obiektach noclegowych. Oprócz tego 1 sierpnia wszedł w życie program Polski Bon Turystyczny, z którego skorzystało już wielu beneficjentów.
Przeanalizowaliśmy, gdzie turyści poszukiwali noclegu w letnich miesiącach, uwzględniając dane pochodzące z portalu Nocowanie.pl w okresie od czerwca do sierpnia 2020. – mówi Kamila Miciuła, kierownik PR portalu Nocowanie.pl.

W tym czasie stronę odwiedziło blisko 8 milionów użytkowników, którzy wygenerowali ponad 132 miliony odsłon, i wysłali prawie 3 miliony zapytań o nocleg. Te wyniki są lepsze niż dotyczące analogicznego okresu w roku 2019 – wtedy z portalu skorzystało około 7 milionów użytkowników, dokonujących ponad 110 milionów odsłon. Wysłali oni także ponad 2 miliony zapytań o nocleg. Tak duże zainteresowanie turystów potwierdza nasze wcześniejsze obserwacje. Już na początku czerwca prognozowaliśmy, że wakacje 2020 będą rekordowe. W związku z niepewną sytuacją na świecie Polacy postawili na bezpieczne noclegi w kraju – przede wszystkim takie, które informują o wprowadzonych u siebie zasadach bezpieczeństwa.

Morze, góry czy Mazury – gdzie w tym roku wypoczywali Polacy?

Wśród popularnych kierunków nie widać dużej zmiany w stosunku do ubiegłego roku. Pomiędzy czerwcem a sierpniem 2020 województwami najchętniej wybieranymi na wakacje były zachodniopomorskie i pomorskie (zebrały po 24% wszystkich zapytań kierowanych przez turystów), oraz małopolskie (18%). Na czwartym miejscu uplasowało się dolnośląskie (10%). Najmniejszym zainteresowaniem turystów cieszyły się województwa: łódzkie, lubuskie i opolskie. W zachodniej części Pomorza najpopularniejszymi kurortami są Mielno, Sarbinowo, Pobierowo oraz Kołobrzeg – o noclegi w tych miastach turyści pytają najczęściej. Natomiast w województwie pomorskim najchętniej wybierane są Władysławowo, Łeba, Krynica Morska, Karwia i Jastarnia. Możemy uogólnić, że Polacy dzielą się na fanów morza oraz amatorów gór. Na południu nadal króluje Zakopane – tam właśnie chce wypoczywać większość turystów. Poza tym w województwie małopolskim zainteresowaniem cieszy się także Szczawnica, Krościenko nad Dunajcem, Krynica-Zdrój
i Białka Tatrzańska. Co ciekawe, Kraków, który w 2019 był w TOP 3 miast w Małopolsce, teraz znalazł się poza pierwszą dziesiątką!

W porównaniu do ubiegłego roku, na Dolnym Śląsku nie widać większych zmian w popularnych

Kujawsko-pomorski COMPAS na czas pandemii

Gdzie szukać wiarygodnych informacji o epidemii Covid-19? Jak radzić sobie w trudnych momentach? Po jakie programy pomocowe sięgnąć, aby wesprzeć swoją firmę? Te pytania zadaje sobie obecnie wiele osób. W województwie kujawsko-pomorskim z odsieczą przychodzi COMPAS – Covidowy Omnibus i Mapa Pomocowych Akcji Specjalnych. To nowoczesny chatbot w aplikacji Messenger, który ma ułatwić życie mieszkańcom regionu. 

COMPAS został zaprojektowany na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego w Toruniu przez Instytut B61. Narzędzie jest ogólnodostępne i całkowicie darmowe. Użytkownicy znajdą w nim bieżące dane na temat sytuacji epidemiologicznej, zalecenia resortu zdrowia, wydarzenia kulturalne, a także informacje na temat programów wsparcia dla firm. Aby skorzystać z chatbota, wystarczy wejść na profil facebookowy  “Kujawsko-Pomorskie” i wysłać wiadomość, która zainicjuje konwersację z chatbotem.

Chatbot składa się z trzech części. Pierwsza jest skierowana do przedsiębiorców z regionu – można tam znaleźć wszystkie najważniejsze informacje o lokalnych i ogólnopolskich programach pomocowych i instytucjach oferujących wsparcie. Drugi moduł poświęcony jest kulturze, pasjom i podróżom: to kopalnia wiedzy o aktualnych wydarzeniach, atrakcjach czy uzdrowiskach. Znajdziemy tam również ciekawe projekty artystów z Kujaw i Pomorza oraz zaproszenia do najpiękniejszych zakątków województwa.

Trzecia część jest poświęcona kwestiom zdrowotnym: zarówno aktualnym przepisom i sposobom chronienia się przed koronawirusem, jak i wsparciu psychologicznemu.  Nie zabraknie porad ekspertów i wskazówek na temat radzenia sobie ze stresem związanym z obecną sytuacją.

Jan Świerkowski ze start-upu akademickiego B61 – spin-offu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika – zwraca uwagę, że jest to pierwszy taki projekt w Polsce. „Przez pandemię wszyscy znaleźliśmy się w nowej rzeczywistości i nie wiemy co nas czeka. Musimy szukać nowych rozwiązań, radzić sobie z gąszczem przepisów i stresem. Płyniemy w nieznane, dlatego każdemu może się przydać dobre narzędzie do nawigacji. Właśnie takim narzędziem jest kujawsko-pomorski COMPAS” – dodaje Świerkowski.

Twórcy zaznaczają, że zależało im na stworzeniu żywej, responsywnej aplikacji, z której mieszkańcy będą aktywnie korzystać. W COMPASie będą się więc pojawiać konkursy, quizy, jogowe wyzwanie dla każdego i artystyczne projekty. Chatbot to także miejsce, gdzie premierę będzie miał między innymi intrygujący audiobook z opowiadaniem Marcela Woźniaka – związanego z Toruniem autora powieści kryminalnych i biografii Leopolda Tyrmanda. Jest to pierwszy polski botbook, czyli historia stworzona specjalnie na potrzeby chatbota.

Chatbot powstał w ramach marszałkowskiego programu przeciwdziałania epidemii Covid-19 oraz łagodzenia jej skutków w sferze społecznej i gospodarczej. Program jest dofinansowany ze środków unijnych w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego.

Konsolidacja – sytuacja na rynku walutowym

Brak nowych informacji w temacie szczepionek i rozmów handlowych USA-Chiny i inwestorzy utracili pretekst do ciągnięcia wycen w jakimkolwiek kierunku. Zapatrzenie w jutrzejsze przemówienie prezesa Fed Powella oznacza, że najbliższe 24 godziny zaoferują niewiele w kontekście zmienności rynkowej.

Plan gry został ustalony: gołębie sygnały zmian w strategii Fed będą idealnym argumentem za wznowieniem deprecjacji USD, a brak takowych może prowadzić do okresowego upłynniania krótkich pozycji w dolarze. Generalny trend nie odmieni się, gdyż Fed nie zacznie nagle być jastrzębi, ale przy ryzyku niespełnienia oczekiwań przez Powella, dolarowe niedźwiedzie nie będą teraz angażowały się w budowanie nowych pozycji. Niepewność nakazuje bierne wyczekiwanie.

Do tego dochodzą techniczne aspekty handlu. Płynność wakacyjna jest niska i nie wiadomo, jak dużo kapitału potrzeba, by pchnąć kurs w stronę czyhającego stop lossa, który rozkręci spiralę domykanych pozycji sprzedaży (tzw. short squeeze). EUR/USD został zamrożony ponad 1,18, tj. okrągłym poziomem, który mogły stać się ważnymi punktem odniesienia dla krótkoterminowych spekulantów. Jak jeszcze w piątek obrona kupujących została postawiona przed 1,1750, tak teraz bliżej końca miesiąca istnieje ryzyko wstrzymania zakupów do czasu „zresetowania” miesięcznej stopy zwrotu. Wątpliwości narosły też wokół powrotu wzrostów GBP/USD, szczególnie po tym, jak w piątek brutalnie zostało stłumione wymazywanie korekty spadkowej. Na rynku wciąż widoczne jest przekonanie o przewadze strony kupującej, ale aktualnie jest za słabe, by ignorować ryzyko przemówienia Powella.
Bardziej zagmatwana jest sytuacja USD/JPY, gdzie oprócz ugrzęźnięcia dolara w miejscu, swoje 3 groszy dokłada rynek obligacji skarbowych. Od początku tygodnia rentowności 10-latek USA podskoczyły o 8 pb do 0,71 proc. – znaczący ruch, który przypomina zawirowania z pierwszej połowy sierpnia, kiedy rajd rentowności doprowadził do załamania notowań złota, ale też odbił się na zmienności na FX. Na rynku długu dostrzegalna jest nerwowość z tego samego powodu, co na rynku walutowym – słowa Powella mogą zaważyć na perspektywach polityki stóp procentowych, a zatem i na kształcie krzywej dochodowości. A przy wyciszeniu innych czynników ryzyka, USD/JPY reaguje na to, co akurat ma pod ręką.

W całym tym odliczaniu do wystąpienia Powella wydaje się, że mało co będzie mogło zmącić rynkowy spokój. USD prawdopodobnie zignoruje dane o zamówieniach na dobra trwałe tak, jak wczoraj bez reakcji obeszło się przy odczytach sprzedaży nowych domów czy indeksu zaufania konsumentów. Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie uważam, aby dane nie miały kompletnie znaczenia. Szczególnie niepokojące tąpnięcie indeksu nastrojów konsumentów (do 84,8 – najgorszy wynik od 2014 r.). To odliczanie godzin do przemówienia Powella odstawia na bok inne kwestie makroekonomiczne. Jednak dane wymagające zdyskontowania trafiają tylko do poczekalni i zostaną przypomniane, jak tylko USD wyjdzie z cienia Powella. Dane negatywne dla dolara, rentowności i problematyczne dla rynku akcji (choć kolejna informacja o szczepionkach może zagłuszyć rozterki Wall Street).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

5 powodów, dla których warto zainwestować w złoto

0

Obecna sytuacja na świecie, związana z pandemią COVID-19, napędza popyt na bezpieczne aktywa takie jak złoto. Coraz częściej zastanawiamy się nad tym w co warto zainwestować. Dostrzegamy potrzebę pomnażania i zabezpieczenia swojego majątku. Rosnącą popularnością indywidualnych inwestorów cieszą się metale szlachetne. Według danych firmy Tavex w marcu br. liczba sprzedanych złotych sztabek inwestycyjnych 1 oz. była większa o ponad 50 proc. w porównaniu do lutego br. Podobnie było w przypadku sztabek 100 gramowych. Popyt na nie wzrósł w analogicznym okresie o prawie 40 proc. Dlaczego warto kupić królewski kruszec?

Zyskujące na wartości złoto budzi coraz większą ciekawość. Jednak nadal wiele osób zastanawia się nad tym, czy taka inwestycja jest opłacalna. Firma Tavex – wiodący dealer metali szlachetnych – prezentuje 5 powodów, dla których warto zainteresować się tym kruszcem.

  1. Odporność na kryzysy

Fizyczne złoto uchroni nas przed trudnymi czasami. Inwestycja w kruszec może być zabezpieczeniem naszego portfela np. przed krachem amerykańskiej giełdy. Jest to obecnie o tyle istotne, że krążą głosy, że możemy być ponownie świadkami powstania bańki spekulacyjnej na Wall Street. Co więcej, analiza wartości złota w trakcie poprzednich światowych kryzysów gospodarczych, w tym obecnie panującego wywołanego pandemią COVID-19, jasno wskazuje, że ten metal szlachetny traktowany jest jako bezpieczna przystań dla kapitału. Lokowanie oszczędności w tym kruszcu uważane jest za zabezpieczenie przed spadkiem wartości pieniądza. Złoto chroni nas przed ryzykiem inflacyjnym.

  1. Elastyczność

Złoto nie narzuca nam konieczność regularnych wpłat oraz ponoszenia dodatkowych kosztów. W kruszec inwestujemy w dogodnym czasie i przeznaczamy na jego zakup wybraną przez nas kwotę.

Złote sztabki są najpopularniejszą i najprostszą formą inwestowania w fizyczne złoto. Najczęściej kupowane są produkty 1-uncjowe (ok. 31,1 g) oraz 100-gramowe. Możemy jednak postawić również na te, 1 gramowe, które dostępne są już nawet od około 300 zł za sztukę – podkreśla Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

  1. Brak ryzyka bankructwa

Złoto to od dawna jedna z najlepszych, długofalowych inwestycji, która udostępnia solidne stopy zwrotu cierpliwym inwestorom. Jego posiadanie nie wiąże się z wypłacaniem dywidend. Nie jest też obarczone ryzykiem bankructwa, co w sytuacji globalnego kryzysu jest niepodważalną zaletą inwestycji w złoto. Żadnego banku czy instytucji nie możemy uważać za pewną w stu procentach, na co dowodem mogą być ogłoszone podczas ostatniego kryzysu finansowego upadłości.

Co więcej, jest wolne od podatku VAT, a także od podatku od zysków kapitałowych, jeżeli sprzedamy je nie wcześniej niż po sześciu miesiącach od momentu zakupu.

  1. Niepodatność na ataki hackerskie

Fizyczne złoto nie boi się ani hackerów ani blackoutu. Jest również odporne na wszystkie inne komplikacje technologiczne. W momencie zagrożenia można je bez problemu schować lub zabrać ze sobą. Innych swoich aktywów w ten sposób nie uchronimy. Kruszec pozwala nam skumulować dużą wartość w stosunkowo małym gabarycie. Ponad 1 mln zł można zamknąć w 5 kg złotych sztabek.

  1. Niezależność

Złoto w formie fizycznej nie jest zależne od żadnych instytucji, które z dnia na dzień mogą zniknąć. Co więcej, rząd ma wpływ na ich funkcjonowanie za pośrednictwem różnych ustaw i przepisów. W każdej chwili coś może się zmienić na naszą niekorzyść.

W razie kryzysu bankowego i zachwiania się rynku walut, gdy banki zostaną zamknięte, bankomaty będą nieczynne, a płatności kartą zablokowane, złoto będzie prawdopodobnie jedynym akceptowanym środkiem wymiany, ponieważ jest ono niezależne od systemu bankowego – podsumowuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Etyka doradców bankowych

Przyszli doradcy bankowi są bardziej skłonni do bezwarunkowego przestrzegania standardów etycznych w relacjach z klientem – uważa dr Krzysztof Świeszczak z Uniwersytetu Łódzkiego.

Poszanowanie zasad i wartości etycznych przez pracowników sektora bankowego, a w szczególności doradców bankowych stanowiących pierwsze ogniwo relacji budowanych z klientami, przyczynia się do akcentowania roli banków jako instytucji zaufania społecznego.

Należy przy tym pamiętać, iż identyfikacja standardów etycznych odgrywa kluczową rolę w procesie kształtowania tożsamości banków, stanowiąc często element ich przewagi konkurencyjnej. Pomimo faktu, że poszczególne instytucje bankowe najczęściej posiadają swoje wewnętrzne regulacje dotyczące zdefiniowanych wartości i zasad etycznych, doradcy bankowi muszą mieć świadomość tego, że niektóre postawy są oczekiwane nie tylko ze względu na formalny zapis w oficjalnych dokumentach instytucji, dla których pracują, ale również, a niekiedy przede wszystkim, ze względu na funkcjonujący ład społeczno-gospodarczy.

Na podstawie analizy uwarunkowań postaw etycznych doradców bankowych zidentyfikowano czynniki determinujące poszanowanie standardów etycznych, a następnie zbadano różnice w sposobie postrzegania analizowanych uwarunkowań, co w konsekwencji umożliwiło zbudowanie zmiennych będących kategoriami zbiorczymi, obrazującymi opinie respondentów.

W tym celu zidentyfikowano stwierdzenia obrazujące potencjalne podejście do zidentyfikowanych uwarunkowań, które dzięki przeprowadzonym badaniom na grupach przyszłych doradców bankowych oraz obecnych doradców bankowych umożliwiły dokonanie analiz na obu grupach respondentów.

Na podstawie przeprowadzonych analiz w obszarach odpowiadających zidentyfikowanym uwarunkowaniom postaw etycznych doradców bankowych, zbudowano następujące zmienne:

  • Obawa przed pogorszeniem sytuacji zawodowej na rynku pracy.
  • Obawa przed marginalizacją pozycji w zespole.
  • Przekonanie o nieprzestrzeganiu standardów etycznych przez doradców bankowych.
  • Skłonność do bezwarunkowego przestrzegania standardów etycznych w relacjach z klientem.
  • Skłonność do przerzucania na klienta odpowiedzialności za podejmowane decyzje finansowe.

Średnie wartości analizowanych wskaźników dla obu grup (przyszłych doradców bankowych oraz doradców bankowych) przedstawia rysunek 1.

Rysunek 1. Różnice w opiniach przyszłych doradców bankowych oraz doradców bankowych w zakresie zidentyfikowanych uwarunkowań postaw etycznych doradców bankowych reprezentowanych przez zbudowane zmienne (średnie wartości punktowe odzwierciedlające skalę odpowiedzi).

rysunek bankwowość

Średnie poziomy zmiennych związanych z obawą przed pogorszeniem pozycji na rynku pracy oraz przed marginalizacją pozycji w zespole są do siebie zbliżone, natomiast w wyniku analizy pozostałych zmiennych zauważono, iż przyszli doradcy bankowi są bardziej przekonani o nieprzestrzeganiu standardów etycznych przez doradców bankowych, bardziej skłonni do bezwarunkowego przestrzegania standardów etycznych w relacjach z klientem oraz bardziej skłonni do przerzucania na klienta odpowiedzialności za podejmowane decyzje finansowe.

Autor: Krzysztof Świeszczak

Internet Rzeczy pod znakiem zettabajtów

Do 2025 roku liczba urządzeń podłączonych do sieci może osiągnąć prawie 55 miliardów na całym świecie, z czego 75 proc. będzie częścią platform działających w ramach tzw. Internetu Rzeczy. Dane generowane przez inteligentne urządzenia wyniosą 79,4 ZB (zettabajtów, czyli tryliardów bajtów). Już w ubiegłym roku ta liczba wynosiła 13,6 ZB – wynika z najnowszego raportu firmy badawczej IDC. Większość danych będzie pochodzić z zabezpieczeń i monitoringu wideo, ale znaczną część będą także pobierać aplikacje przemysłowe IoT.

Przewiduje się, że globalne wydatki na rozwój Internetu rzeczy (IoT) wzrosną w tym roku o 8,2 proc. Ze względu na kryzys gospodarczy wywołany koronawirusem oczekuje się powrotu do dwucyfrowego tempa wzrostu dopiero w 2021 roku. Natomiast roczna stopa wzrostu (CAGR) na najbliższe 4 lata szacowana jest na 11,3 proc. Co ciekawe, najszybszy, 19-procentowy, wzrost wydatków na IoT spodziewany jest na Bliskim Wschodzie i w Afryce a następnie w Europie Środkowej i Wschodniej (17 proc.).

Mimo, że wciąż borykamy się brakami kompetencyjnymi i niskim poziomem wiedzy na temat korzyści związanych z wdrożenia rozwiązań Internetu Rzeczy, to polski rynek tworzy niewykorzystany potencjał na wdrożenie rozwiązań z dziedziny technologii Internetu Rzeczy. Przyszłość wydaje się stać pod znakiem technologii IoT/M2M, a sieci LTE-M, obecnie wprowadzane przez operatorów będą w stanie obsłużyć nawet do kilkuset tysięcy inteligentnych urządzeń na tak małym obszarze, jak jeden kilometr kwadratowy. – mówi Rafał Kozłowski z Next IoT.

Z obserwacji Next IoT, firmy zajmującej się przetwarzaniem i analizą danych wynika, że najbliższe dwa lata będą stały pod znakiem swoistej „robotyzacji i datyzacji” polskiego biznesu. Zapotrzebowanie na implementacje technologii Internetu Rzeczy wzrośnie o 30 proc. Największy popyt będzie panował wśród firm z branży produkcyjnej. Badanie przeprowadzone przez Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych (IPAG), dowiodło, że przedsiębiorcy w Polsce uważają, że kluczem do przyspieszenia robotyzacji nad Wisłą jest szerzenie wiedzy o korzyściach ekonomicznych (46 proc.). Niepewna sytuacja gospodarcza wymusza na firmach produkcyjnych konieczność optymalizacji kosztów oraz zwiększenia efektywności pracy.

Coraz więcej firm jednak zmienia swoje podejście i zdaje sobie sprawę, że automatyzacja, robotyzacja i cyfryzacja produkcji są dla nich jedyną możliwością na przetrwanie na post-pandemicznym rynku. Wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców będzie nie tylko sama kwestia wdrożenia rozwiązań IoT, ale także systemów analizujących dane, szczególnie w kontekście efektywnej strategii ich badania oraz wykorzystania w biznesie. – dodaje Rafał Kozłowski z Next IoT.

Różnorodność dostępnych źródeł danych stworzy jednak trudności w stosowaniu oraz wdrażaniu platform IoT. Z szacunków Next IoT, tylko cztery na dziesięć firm w Polsce nie skarży się na brak specjalistycznej wiedzy, aby móc wykorzystać duże zbiory danych do dalszej analizy. Kluczowe znaczenie będzie miało w Polsce znalezienie sposobów na krótko- i długoterminową archiwizację oraz zarządzanie danymi. Zdaniem ekspertów z Next IoT agregacja danych z wielu źródeł oraz wygenerowanie wysokopoziomowej bazy pozwoli zwiększyć wyniki działów produkcji, jakości czy logistyki o średnio 15 proc.

Globalny kryzys w branży nieruchomość? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

0

Pandemia koronawirusa i wywołany nią kryzys ekonomiczny uderzyły w większość sektorów gospodarki. Nie ominęło to rynku nieruchomości, chociaż ucierpiał on nierównomiernie. Szybko pojawiły się też pytania o to, czy należy się spodziewać np. spadku cen mieszkań, jaki przyniósł poprzedni kryzys. Wszak minionych kilka lat to czas nieustannej hossy w tej branży. I niewiele na razie wskazuje, by miało się to skończyć. Postpandemiczny rynek nieruchomości może jednak ewoluować.

O tym, że rynek nieruchomości boryka się z kryzysem, świadczą chociażby dane  opublikowane przez Jones Lang LaSalle Incorporated. Amerykańska firma donosi, że bezpośrednie inwestycje w nieruchomości komercyjne w pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku skurczyły się w ujęciu globalnym do 321 miliardów dolarów. Spadek o 29 procent w porównaniu z rokiem poprzedzającym nastąpił w związku z powszechnym lockdownem i ograniczeniami podróżowania, które wstrzymały krótkoterminowe plany rozmieszczenia kapitału przez inwestorów.

Sytuacja na runku mieszkaniowym budzi mniejszy niepokój analityków, mimo że powodów do obaw nie brakuj. W pierwszym kwartale 2020 r. 13 państw zarejestrowało spadek cen nieruchomości z czego aż 9 znajduje się w Europie.

Szanghaj i Las Vegas to dwie różne historie

Większość ekspertów zajmujących się nieruchomościami zgadza się w jednej kwestii: wciąż jest zbyt wcześnie, by wyrokować, jak obecny kryzys wpłynie na tę branżę. Zwłaszcza długoterminowo. Pojawiają się również uwagi, by nie patrzeć na nią całościowo, bo dla poszczególnych kontynentów, krajów czy miast scenariusze mogą być diametralnie różne. To samo dotyczy konkretnych segmentów branży nieruchomości: sytuacja centrów logistycznych jest dzisiaj inna niż w przypadku hoteli, restauracji czy sklepów stacjonarnych. I podczas gdy ceny obiektów w Las Vegas, światowej stolicy rozrywki uzależnionej od turystów, mogą spaść, to w tym samym czasie w chińskich metropoliach widoczne są dalsze wzrosty wartości budynków. Serwis CNBC przywołuje nawet opinie specjalistów przestrzegające przed przegrzaniem tego rynku i możliwym pęknięciem bańki spekulacyjnej.

Działki rekreacyjne – złoto naszych czasów

W ostatnich miesiącach media sporo uwagi poświęciły Rodzinnym Ogródkom Działkowym. Ograniczenia w przemieszczaniu się ludności, potrzeba wyjścia z domu przy jednoczesnym nakazie utrzymywania odpowiedniej odległości od innych osób sprawiły, że działki rekreacyjne wróciły do łask. A ich ceny szybko poszybowały w górę. Narzekać nie mogli również właściciele magazynów oraz wszelkiej infrastruktury obsługującej handel internetowy. W dwóch ostatnich kwartałach przeżywał on bardzo dynamiczny wzrost.

Na przeciwnym biegunie były osoby czerpiące zyski z galerii handlowych. Na jakiś czas ruch w nich zamarł i wciąż wraca do dawnych poziomów. Dla niektórych sklepów czy nawet całych sieci oznaczało to zakończenie działalności. W podobny sposób ucierpiały branże rozrywkowa, gastronomiczna i hotelowa. O wielkim szoku może mówić segment wynajmu krótkoterminowego. Część właścicieli mieszkań oferowanych w tym modelu postanowiła nawet wrócić do wynajmu długoterminowego, który w obecnych czasach wydaje się być bardziej pewny.

Co z biurowcami? Działająca od dekad na rynku nieruchomości firma Engel & Völkers przekonuje, że tymczasowe spadki w tym biznesie mogą prowadzić do normalizacji. Od dawna na tym rynku utrzymywał się wysoki popyt, który na jakiś czas został wyhamowany. Pytaniem otwartym pozostaje, jak w dłuższej perspektywie czasu rozwinie się możliwość pracy zdalnej i ile firm rzeczywiście zrezygnuje w większych lub mniejszych przestrzeni biurowych w centrach miast.

Ceny mieszkań trzymają się mocno

Opisując sytuację na amerykańskim rynku domów, serwis Vox nie pozostawia złudzeń: nie należy się spodziewać spadków ich cen. W Polsce sytuacja wygląda podobnie. Krótko trwał okres zawieszenia, wyczekiwania, ale wszystko w miarę szybko wróciło do normy. Dotyczy to nawet rosnących cen. Z danych zebranych przez NBP wynika, że ceny metra kwadratowego w największych polskich miastach w I kw. bieżącego roku były o kilkanaście procent wyższe od tych w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Dane pochodzące z Biura Informacji Kredytowej wskazują, że w maju udzielono o 29 proc. mniej kredytów hipotecznych niż w analogicznym okresie roku 2019. Ktoś mógłby pomyśleć, że wynika to z mniejszego zainteresowania, ale prawda jest bardziej złożona. – W obliczu kryzysu banki przykręcają kurki z pieniędzmi i zdecydowanie trudniej będzie o kredyt hipoteczny. Zwłaszcza, gdy od klienta będzie się wymagać 30 proc. wkładu własnego. Część osób straciła pracę, inni pracują na tzw. śmieciówkach, są i tacy, których branże są dzisiaj obarczone dużym ryzykiem. I chociaż stopy procentowe są rekordowo niskie, wielu Polaków, mimo chęci, nie będzie mogło sobie pozwolić na własne „M” – tłumaczy Marta Telenda, prezes zarządu Colivii, pierwszej i na razie jedynej w Polsce firmy zajmującej się colivingiem, czyli ideą współdzielenia mieszkań.

Trudniejszy dostęp do kredytów nie oznacza jednak, że nie znajdą się chętni na mieszkania. Osoby, które posiadają odpowiedni kapitał, mogą go inwestować właśnie w nieruchomości. Zwłaszcza w mieszkania, uznawane za bezpieczną przystań w kryzysowych czasach. Niskie stopy procentowe oznaczają bowiem nie tylko niskie ceny kredytów, ale też kiepskie zyski z lokat. A właściwie ich brak. Trzeba też pamiętać, że w Polsce wciąż występuje poważna luka mieszkaniowa. Obecna wicepremier, Jadwiga Emilewicz kilka kwartałów temu oceniła, że w naszym kraju brakuje około 2 mln mieszkań. Wysoki popyt będzie się zatem utrzymywał, a pandemia nie wpłynie na ceny. Przynajmniej nie na ich spadek.

Odpada kupno, pozostaje wynajem… w nowej formule

Im trudniej będzie zdobyć kredyt, tym więcej osób zdecyduje się na wynajmowanie mieszkań. Ta zależność wydaje się pewna, ponieważ ludzie zawsze potrzebują dachu nad głową. Nie można jednak wykluczać, że coraz częściej będzie się to odbywać w nowym modelu, przywołanym już colivingu. Przewiduje on, że lokatorzy mieszkania posiadają swoje pokoje, zazwyczaj z łazienkami i współdzielą pozostałą część mieszkania. Akademiki dla dorosłych, jak określiła to część mediów z USA, gdzie rozwiązanie szybko zyskuje na popularności?

To niezbyt trafne porównanie, bo w tym przypadku zazwyczaj mowa o diametralnie wyższym standardzie i dodatkowych usługach, obejmujących sprzątanie, rozrywkę czy regularne dostarczanie owoców. Mieszkańcy mogą liczyć nie tylko na pełne wyposażenie mieszkania, ale też np. pomoc w znalezieniu lekarza, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie trzeba również wiązać się długoterminową umową i wpłacać wysokich kaucji. Na prostych i przyjaznych warunkach najemca staje się częścią społeczności. Nie trzeba samemu szukać współlokatorów i wynajmować mieszkania. Siła Colivingu polega na tym, że osoby zainteresowane takim współdzieleniem przestrzenii dostają wszystko jak na tacy. Bez zbędnych formalności i zobowiązań – tłumaczy prezes Telenda i dodaje: – Coliving powstał z myślą o ludziach młodych, którzy nie planują jeszcze zakładania rodziny, zapuszczania korzeni. Dla nich ważna jest mobilność, przeżycia i ta formuła je gwarantuje.

Tylko czy taki eksperyment może przetrwać próbę, jaką jest koronawirus? Serwis Sifted spytał o to przedstawicieli kilku firm z branży. Działające za naszą zachodnią granicą Quarters oraz Homefuly na początku pandemii rzeczywiście zauważyły spadek zainteresowania ich usługami – część lokatorów opuściła mieszkania. Sytuacja szybko zaczęła jednak wracać do normy. Okazało się, że ludzie bardziej boją się samotności niż pandemii. Można się spodziewać ewolucji tego modelu, rozwoju w nowych kierunkach, rozszerzaniu usług, jakie zostaną zaoferowane lokatorom czy tworzenia takich wspólnot nie tylko w centrach miast. Sama idea colivingu nie wydaje się jednak być krótkotrwałą modą.

Wbrew pozorom rynek nieruchomości jest bardzo elastyczny. Przykłady dużych miast pokazują, że jakaś przestrzeń może służyć do mieszkania, by stać się biurowcem i po jakimś czasie ponownie funkcjonować jako miejsce do życia. Gdy na Zachodzie okazało się, że zwykły wynajem przestaje się sprawdzać, stworzono coliving, który świetnie przyjął się w USA, a potem w Europie, gdzie korzysta już z niego kilkadziesiąt tysięcy osób. A skoro coś zadziałało w San Francisco i Berlinie, to dlaczego miałoby nie zadziałać w Warszawie i Poznaniu? Tu nie chodzi jedynie o mieszkanie – można powiedzieć, że to wręcz styl życia – zaznacza szefowa Colivii.

Nowinki stają się koniecznością

Skutkiem pandemii może być na rynku nieruchomości, podobnie jak w wielu innych branżach, szybsze i szersze wdrażanie cyfrowych rozwiązań. Do tej pory agenci czy właściciele obiektów zazwyczaj spotykali się z klientami w realu i prezentowali im lokal. Teraz na znaczeniu zyskały nie tylko rozmowy przez komunikatory, ale też np. prezentacje 3D, do tworzenia których używa się kamer 360°. Specjaliści z Engel & Völkers wskazują, że wirtualna wycieczka po domu czy mieszkaniu może nie wystarczyć, więc przygotowywane są – z pomocą dronów – także eskapady po sąsiedztwie. Nadal chodzi przecież o miejsce, w którym klient ma zamieszkać. Warto, by przed zakupem polubił też okolicę.

Rynek pracy w dobie pandemii. Plany, oczekiwania i obawy polskich pracowników

Pomimo pandemii Polacy nadal wykazują dość duży optymizm. Choć obawy o utratę pracy deklaruje najwyższy odsetek od 2017 roku, o przyszłość swojego zatrudnienia martwi się jedynie 15,9% pracujących, wynika z „Barometru Rynku Pracy” przeprowadzonego przez Work Service w lipcu br. W obliczu nowej sytuacji gospodarczej spadła liczba planujących zmianę miejsca pracy oraz spodziewających się podwyżki, a 40% obawiających się utraty pracy lub planujących jej zmianę bierze pod uwagę przekwalifikowanie się. Nadal jeden na dziesięciu Polaków rozważa wyemigrowanie w celach zarobkowych w ciągu najbliższego roku.

Przeprowadzony na przełomie czerwca i lipca br. „Barometr Rynku Pracy” pokazuje, w jakim stopniu Polacy odczuwają konse­kwencje pandemii i jak widzą swoją zawodową przyszłość. Badanie zostało przeprowadzone przez Kantar Polska, na zlecenie Work Service.

– Pandemia zmieniła gospodarkę i rynek pracy. Rosnące bezrobocie, niepewna koniunktura, redukcje i zamrożenie dużej liczby rekrutacji skutkują obawami szefów firm i pracowników. Pracujący Polacy zdają sobie sprawę z niestabilności sytuacji w dużo większym stopniu niż wiosną, choć nadal zauważalny jest duży optymizm – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service.

Obawy o utratę pracy

– Epidemia COVID-19 i wprowadzone w jej wyniku ograniczenia w funkcjonowaniu gospodarki spowodowały szereg zmian w życiu społecznym, gospodarczym, ale także zawodowym. Na początku spory niepokój wyrażali pracodawcy, obawiający się braku możliwości prowadzenia działalności i konieczności przeprowadzania zwolnień, jak i pracownicy, obawiający się utraty pracy, a zatem dochodu. Na obecnym etapie zbyt wcześnie mówić jeszcze o stabilizacji sytuacji na rynku pracy, jednak poziom rejestrowanego bezrobocia wbrew wstępnym szacunkom nie wzrósł aż tak znacząco, a co więcej z miesiąca na miesiąc tempo wzrostu bezrobocia rejestrowanego istotnie słabnie – komentuje badanie Marlena Maląg, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

W lipcu br. obawy o utratę zatrudnienia deklarowało 15,9% pracujących Polaków, 6,7% więcej niż w lutym. Jednocześnie zmniejszyła się liczba osób, które czują się spokojne o miejsca pracy, choć nadal jest ona bardzo wysoka – 81,1 %.Obawy o utratę pracy

– Przez ostatnie lata pewność zatrudnienia utrzymywała się w Polsce na stabilnym, wysokim poziomie. Nadal jest wysoka, choć ostatnie miesiące przyniosły zmianę trendu. Wraz z pogorszeniem sytuacji ekonomicznej wzrosła liczba obawiających się utraty pracy, zmalało grono osób, które nie martwią się o zawodową przyszłość – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service.

Największa niepewność o stabilność zatrudnienia jest widoczna w branży handlowej, usługach i produkcji, najmniejsza w sektorze publicznym. Osoby na kierowniczych stanowiskach mają najmniej obaw, najwięcej – młodsi specjaliści, pracujący na niepełny etat oraz osoby mające najniższe dochody.Obawy o utratę pracy 2Obawy o utratę pracy 3Obawy o utratę pracy 32

Plany zmiany pracy

Mniejsza pewność zatrudnienia wpływa na ostrożność w rozważaniu zmiany pracy – nie planuje podjęcia takich kroków 82% pracujących, 5,4% mniej niż w lutym br. Jednocześnie 14,7% badanych bierze pod uwagę zmianę ( na początku roku 20,1%). Chętniej myślą o zmianie zatrudnieni w produkcji, usługach i handlu, w najmniejszym stopniu pracownicy sektora publicznego. Rozważają ją częściej najmłodsi pracownicy, osoby zatrudnione na niepełny etat i umowę zlecenie, najmniej zarabiający. Na decyzję wpływa także stanowisko – im wyższe, tym mniejsza chęć zmiany.Plany zmiany pracy

Poszukiwanie pracy

Odsetek osób poszukujących pracy jest znacznie niższy niż na początku roku – ofert zatrudnienia szuka obecnie co piaty obawiający się utraty pracy lub zamierzający ją zmienić. Zdecydowana większość badanych nie podejmuje takich kroków.Poszukiwanie pracy 1Poszukiwanie pracyPoszukiwanie pracy 2

Polacy szukają ofert pracy przede wszystkim na portalach, przez znajomych i relacje osobiste. Innym popularnym sposobem poszukiwania zatrudnienia jest przeglądanie zakładek „Kariera” na stronach internetowych pracodawców. Nadal często wykorzystywanym źródłem informacji są portale społecznościowe oraz aplikacje mobilne.

Popularność poszczególnych sposobów szukania pracy od lat utrzymuje się na zbliżonym poziomie. Latem tego roku wzrósł odsetek szukających zatrudnienia przez znajomych, na portalach internetowych firm oraz przez zgłoszenie się do agencji pracy.jak polacy szukają pracy

Mniejsze oczekiwania płacowe

Jak wynika z Barometru, mniejsza pewność zatrudnienia wpłynęła na spadek liczby spodziewających się wzrostu wynagrodzenia. Ich odsetek zmalał o 15,5% w stosunku do lutego br. Po raz pierwszy od 2013 roku był niższy od odsetka oczekujących utrzymania wysokości wynagrodzenia. Jednocześnie o 15,8% zwiększyło się grono liczących na utrzymanie płac, co jest najwyższym wzrostem na przestrzeni ostatnich lat.Mniejsze oczekiwania płacowe

Najbardziej na podwyżkę liczą zarabiający najmniej, młodsi specjaliści, pracujący na niepełny etat i umowę zlecenie. Częściej oczekują jej pracownicy produkcji i usług, dużo rzadziej osoby na stanowiskach kierowniczych, samozatrudnieni i  pracujący na cały etat. jakiego wynagrodzenia oczekują polacy

Skłonność do przekwalifikowania się

Ponad 40% obawiających się utraty pracy i/lub planujących jej zmianę bierze pod uwagę zmianę zawodu.Skłonność do przekwalifikowania się

Najczęściej planują podjęcie takiej decyzji pracownicy niższego szczebla, pracujący na umowę zlecenie i samozatrudnieni, dużą grupę stanowią pracownicy sektora produkcji i usług. W mniejszym stopniu rozważają taką możliwość zatrudnieni na niepełny etat, osoby na stanowiskach kierowniczych oraz specjaliści. 59% badanych nie bierze pod uwagę przekwalifikowania się.zmiana zawodu

Plany emigracji zarobkowej

Odsetek osób, które rozważają podjęcie pracy poza granicami kraju od lat pozostaje na tym samym poziomie, nie zmalał na skutek pandemii. Emigrację zarobkową bierze pod uwagę 9,9% badanych, nie ma takich planów 87%. W porównaniu z lutym br. znacząco wzrósł odsetek osób niezdecydowanych, zmalał tych, które stanowczo nie zamierzają odrzucają taką możliwość. Bardziej przekonani do wyjazdu są mężczyźni, osoby mające wykształcenie średnie i zawodowe, osoby bezrobotne. Znacznie częściej myśli o emigracji zarobkowej pokolenie Y (25-36 latkowie).Plany emigracji zarobkowejPlany emigracji zarobkowej 2

Z „Barometru Rynku Pracy” wynika, że Polacy nadal najchętniej wyjechaliby do pracy do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii i Belgii.

Polacy nadal najchętniej wyjechaliby do pracy do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii i Belgii

Obawy przed automatyzacją pracy

Tylko jeden na dziesięciu pracujących obawia się automatyzacji własnego miejsca pracy. W tym gronie są przed wszystkim młodsi specjaliści, a także osoby zatrudnione na niepełny etat i najmniej zarabiający. Kobiety wyrażają takie obawy znacznie częściej niż mężczyźni. Najrzadziej niepokoją się osoby pracujące na stanowiskach kierowniczych i pracownicy sektora publicznego. Nie martwi się o utratę pracy z powodu automatyzacji zdecydowana większość badanych – 88,7%.Plany emigracji zarobkowejilu pracujących obawia się automatyzacji

– Gdyby wyniki badania nastrojów Polaków miały kształtować sytuację gospodarczą, można byłoby przyjąć, że nie grozi nam kryzys, a tylko czasowe spowolnienie. Choć pracownicy zachowują dużą ostrożność w swoich planach zawodowych i raczej zamierzają przeczekać trudny okres, nie obawiają się utraty pracy, a co za tym idzie radykalnego pogorszenia sytuacji materialnej. Powściągliwiej myślą o perspektywach zawodowych, ale nie postrzegają przyszłości w czarnych barwach. Te wyniki są bez wątpienia efektem stosunkowo krótkiego okresu mrożenia gospodarki, dużej interwencji związanej z ochroną miejsc pracy i zatrudnienia oraz dochodów Polaków. Optymizmu dostarczali też politycy, nie tylko podczas kampanii wyborczej. Biznes także zachował zimną krew i dzięki licznym działaniom oszczędnościowym i instrumentom tarczy antykryzysowej nie decydował się na znaczną redukcję zatrudnienia, a obecnie stara się wracać do normalnej działalności – podsumowuje wyniki Barometru dr hab. Jacek Męcina, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan.

Metodologia badania – XIV edycja badania Barometr Rynku Pracy została przeprowadzona w dniach 25.06.2020-8.07.2020 przez Kantar Polska na zlecenie Work Service. Zostało zrealizowane metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach badania syndykatowego Kartezjusz. Próbę 500 pracowników do większości pytań dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków (18+ lat). Próba bazowa odpowiadała strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. W pytaniach dotyczących emigracji zarobkowej próbę tę uzupełniono o bezrobotnych, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz uczących się – próba wraz z pracującymi 640. Dokładność wyników zależy od liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących Polaków N=500 to +/-4,47%, a próby potencjalnych pracowników N=640 +/- 3,94%.

Firmy z branży spożywczej muszą zainwestować 14,7 mld zł w cyfryzację, jeśli chcą zachować konkurencyjność

Obecna sytuacja wywołana koronawirusem SARS-CoV-2 i pojawienie się „nowej normalności” wymagają od firm inwestycji w cyfrowy rozwój i technologiczną modernizację, aby zachować konkurencyjność i dostosować się do nowych warunków. Według szacunków Siemens Financial Services, przedsiębiorstwa z branży food & beverage w ciągu najbliższych 5 lat powinny przeznaczyć – w ujęciu globalnym – 567 miliardów dolarów na cyfrową modernizację. Natomiast w Polsce koszty potrzebnych inwestycji sięgają blisko 14,7 miliarda złotych. We wdrożeniu technologicznej rewolucji niezbędne będzie jednak zapewnienie firmom elastycznych form finansowania.

COVID-19 wymusił na przedsiębiorstwach z sektora food & beverage nagłe dostosowanie się do nowych zachowań konsumentów i modyfikację modeli biznesowych. Jesteśmy świadkami „nowej normalności”, która wymaga od globalnych koncernów i MŚP dużej elastyczności oraz zdolności do przewidywania zmian rynkowych. Analitycy dostrzegają także trwałe zmiany na rynku spożywczym w perspektywie średnio i długoterminowej. Aby zachować konkurencyjność i spełniać oczekiwania konsumentów, niezbędne są inwestycje w rozwój cyfrowy i automatyzację procesów. Zgodnie z danymi FoodDrinkEurope z raportu Data & Trends 2019, już 74 proc. MŚP w Unii Europejskiej zainwestowało w technologie, które udoskonalają procesy produkcji i zarządzania.

Koronawirus pokazał, że sytuacja na rynku spożywczym i sposób dotarcia do klienta w każdym momencie mogą ulec zmianie. Natomiast doświadczenia z ostatniego kryzysu finansowego z 2008 roku uczą, że firmy z tej branży, które w trudnych czasach inwestują w cyfryzację i automatyzują procesy, na przestrzeni następnych lat osiągają lepsze wyniki od konkurencji. Nowoczesna firma, która podąża za trendami technologicznymi jest w stanie elastycznie dopasować swoją ofertę do zmieniającego się otoczenia i być bardziej efektywna operacyjnie oraz odporna na wstrząsy – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Cyfryzacja to klucz do stabilnego rozwoju

Zgodnie z modelem analitycznym opracowanym przez Siemens Financial Services, inwestycje w rozwój cyfrowy w branży food & beverage na świecie, w ciągu najbliższych 5 lat, powinny wynieść 567 miliardów dolarów. Tylko w Polsce tego typu nakłady mają osiągnąć wartość 14,7 miliarda złotych [1]. Obecne zawirowania wywołane koronawirusem są, wbrew pozorom, bardzo dobrym momentem na wdrażanie nowych technologii. Unowocześnienie procesu produkcji i zarządzania przedsiębiorstwem to większa elastyczność i efektywność biznesowa. A to w konsekwencji prowadzi do lepszych wyników finansowych. [1] Według kursu 1 dol. amerykański = 3,88 zł.

Kolejnym aspektem, który wspiera większą automatyzację są nowe wymogi w zakresie zachowywania dystansu społecznego i ograniczania obecności człowieka przy produkcji żywności – co redukuje ryzyko przenoszenia się bakterii i wirusów. Nie bez znaczenia pozostaje także rosnąca w społeczeństwach świadomość ekologiczna. Współczesne maszyny, które w procesie produkcji żywności wykorzystują sztuczną inteligencję i tzw. predictive maintenance, redukują zużycie surowców, monitorują stan produkowanej żywności i wspomagają gospodarkę odpadami.

Coraz mniej czasu na realizację strategii cyfrowego rozwoju

Postępująca cyfryzacja w branży food & beverage sprawia, że zawęża się tzw. okno do digitalizacji. Zwrócili na to uwagę już w ubiegłym roku specjaliści Siemens Financial Services w raporcie Countdown to The Tipping Point for Industry 4.0., w którym zapytali przedsiębiorców i ekspertów z całego świata, kiedy ich zdaniem nastąpi „punkt krytyczny” adaptacji nowych technologii. Chodzi o moment, gdy ponad 50 proc. wszystkich producentów przejdzie na model Przemysłu 4.0, tym samym wyprzedzając konkurentów. Z badania wynika, że czas na wprowadzenie koniecznych zmian w przypadku dużych firm wynosi 5 – 7 lat, natomiast wśród producentów z sektora MŚP  9  –  11 lat.

W kontekście polskich firm sektora spożywczego, warto przytoczyć dane krajowego badania Siemens Financial Services. Wynika z niego, że ponad 40 proc. małych i średnich przedsiębiorstw z branży food & beverage uważa, że pod względem stanu parku maszyn i urządzeń są mniej konkurencyjni niż firmy zagraniczne. Tylko 6 proc. twierdzi, że są gotowi do konkurowania lepiej od podmiotów z innych krajów. W porównaniu do pozostałych branż ujętych w badaniu (poligraficzna, metalowa, tworzyw sztucznych) to najsłabszy wynik.

Potrzebę inwestycji w cyfrową transformację potwierdzają także wyniki dużego raportu Siemens Polska „Digi Index 2020”, który pokazuje stopień digitalizacji firm produkcyjnych z czterech sektorów (automotive, food & beverage, maszynowy oraz chemiczny i farmaceutyczny). W 4-stopniowej skali index dla branży food & beverage wyniósł 1,7 pkt, co jest najniższym rezultatem ze wszystkich badanych sektorów i oznacza, że potrzeba pilnych inwestycji w tym obszarze.

Przytoczone dane jasno wskazują, że polskie firmy spożywcze powinny inwestować w cyfryzację i modernizować sprzęt, jeśli chcą zachować konkurencyjność. Nadchodzi moment, gdy wdrażanie najnowszych osiągnieć technologicznych staje się standardem.

Ponadto eksperci m.in. Horton International zwracają uwagę na wzrost znaczenia zjawiska „nearshoringu” (lokowanie działalności w krajach sąsiednich), który w momencie ograniczenia mobilności i zwiększenia kosztów transportu, ograniczy ryzyko przerwania łańcucha dostaw w kryzysowych momentach. Wdrożenie takiego modelu operacyjnego nie będzie jednak ani efektywne, ani opłacalne, jeśli firmy nie będą dysponować technologiami agile.

Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Finansowanie smart pomoże w cyfryzacji

Modernizacja parku maszynowego nie jest procesem czysto technologicznym, ale także wymagającym znacznych nakładów kapitałowych. Aby inwestycje przynosiły korzyści biznesowe, należy odpowiednio zaplanować proces finansowania. W efekcie częściowo przyspieszonej automatyzacji oraz zwężającego się okna cyfryzacji, do stabilnego rozwoju przedsiębiorstw niezbędne jest tzw. finansowanie smart, które pomaga zachować równowagę finansową firmy przy ponoszeniu nakładów na inwestycje w aktywa trwałe.

Finansowanie smart to indywidualne dopasowanie finansowania do aktualnej sytuacji przedsiębiorstwa, które nie obciąża nadmiernie budżetu, ale pozwala jednocześnie na rozwój. Nie jest sztuką udzielić kredytu czy leasingu, który spełni podstawowe wymagania klienta. We współpracy z firmami liczy się zaufanie i dostosowanie oferty do zmieniających się warunków wewnątrz organizacji oraz na konkurencyjnym rynku. Zdobywające popularność finansowanie smart jest idealnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców potrzebujących transformacji cyfrowej przy zachowaniu dotychczasowej stabilności biznesu – Grzegorz Jarzębski, Szef Sprzedaży Siemens Financial Services w Polsce

Dzięki elastycznym formom finansowania, firmy z sektora food & beverage mogą wdrażać innowacje i modernizować park maszynowy. Co ważne, proces inwestycji nie powoduje zachwiania efektywnością operacyjną, ponieważ płatności są dopasowywane do wyników finansowych przedsiębiorstwa.

Oszustwa na koronawirusa – jak działają przestępcy?

W czasie pandemii pojawiają się coraz częściej próby wykorzystania strachu przed koronawirusem do nieuczciwych zamiarów. Przestępcy podszywają się pod instytucje publiczne i rozsyłają sms-y czy maile służące wyłudzaniu danych, oferują bezwartościowe szczepionki czy testy, tworzą fałszywe sklepy. 

W sieci pojawiły się liczne ostrzeżenia i informacje o próbach przestępczych wykorzystujących emocje związane z pandemią. Wiedza o nich z pewnością może pomóc uchronić się przed działaniami oszustów “na koronawirusa”, upewnijmy się, że również nasi seniorzy są świadomi tych ryzyk.

SMS-y o szczepionkach na COVID

Ministerstwo Zdrowia ostrzega przed fałszywymi sms-ami o masowych szczepieniach przeciwko koronawirusowi i konieczności wniesienia opłaty za nie. Sms-y te mogą dotyczyć również wsparcia żywieniowego w związku z koronawirusem, do których dołączono link prowadzący do strony wyłudzającej dane.

Fałszywe są także sms-y informujące o przejęciu środków klientów banków przez NBP. Przykładowe treści to: “zgodnie z specustawą dt. koronawirus wszyscy obywatele RP będą szczepieni. Z refundacją koszt wynosi 70 PLN. Opłać, aby uniknąć kolejek” lub “Informujemy, iż zgodnie z ustawą dotyczącą koronawirusa państwa środki na rachunku zostaną przekazane do rezerw krajowych NBP. Zaloguj się aby zatrzymać 1000 PLN”. Przed takimi wiadomościami ostrzegają Komenda Główna Policji oraz Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa ZBP.

Są to próby phishingu, czyli wyłudzenia loginów, haseł czy kodów autoryzacyjnych. Celem było wywołanie obaw czy strachu, a uzasadnieniem była specjalna ustawa. Linki mogą też prowadzić do stron zawierających złośliwy kod przejmujący nasze urządzenie i oddający je pod kontrolę oszustów. Możliwe jest też wykorzystanie naszych danych osobowych do np. zaciągnięcia zobowiązań finansowych. Zwracam uwagę na brak interpunkcji, potoczną polszczyznę, błędy językowe – to często tzw. “dzwonki ostrzegawcze”, które powinny wzbudzić naszą czujność. Szanowana instytucja nie pozwoli sobie na taką formę komunikacji z klientami czy obywatelami – mówi Dariusz Polaczyk, Risk and Security Manager w finansowej spółce Currency One, prowadzącej serwisy wymiany walut Walutomat i InternetowyKantor.pl.

“Cudowne” specyfiki na wirusa

Oszuści nie działają jednak tylko w Internecie. Policja informowała w maju br. o pojawieniu się oszustw metodą “na koronawirusa”, które są nacelowane w głównej mierze na seniorów i polegają m.in. na sprzedaży “cudownych” specyfików, talizmanów, amuletów zwalczających koronawirusa lub produktów deficytowych. Oszuści podszywali się pod służby sanitarne czy Ministerstwo Zdrowia.

Wyłudzenia na Tarczę Antykryzysową

W marcu br. na stronach gov.pl pojawiło się ostrzeżenie przed fałszywymi sms-ami dotyczącymi Tarczy Antykryzysowej i informującymi o rzekomym przeterminowanym zadłużeniu podatkowym w Urzędzie Skarbowym, związanym z wprowadzeniem Tarczy. Dodatkowo w treści przestrzegano, że w przypadku braku reakcji na wezwanie wynagrodzenie dłużnika zostanie obniżone o 60 procent. Krajowa Administracja Skarbowa zalecała, aby te wiadomości traktować jako niebezpieczne i usuwać.

Portal cyberdefence24.pl informował z kolei o wiadomościach sms, które zawiadamiały o zaległości w ZUS na kwotę 3,71 PLN i niemożności uzyskania z tego powodu dopłaty z Tarczy Antykryzysowej. Załączony do wiadomości link prowadził do fałszywej strony płatności. Portal donosił również o fałszywej zbiórce pieniędzy na system ochrony zdrowia, środki z której miały wspomóc go w walce z koronawirusem.

Pojawiły się również relacje na temat fałszywych sklepów internetowych oferujących maseczki lub inne towary związane z wirusem.

W kwietniu br. niebezpiecznik.pl informował o pojawieniu się fałszywych sms-ów o otrzymaniu bezzwrotnej pożyczki w kwocie 5 lub 10 tys. zł. W celu jej uzyskania należało się zalogować (podając login i hasło do banku) na fałszywej stronie płatności, udostępniając dodatkowo swoje dane wrażliwe.

Nowa odmiana oszustw “na wnuczka”

Koronawirus wykorzystywany jest także w kolejnej odsłonie oszustw “na wnuczka” czy “policjanta”. Jak podało Radio Szczecin, do jednej z seniorek zadzwonił mężczyzna podający się za policjanta i poinformował, że córka kobiety zachorowała na koronawirusa i przebywa w szpitalu w ciężkim stanie. Potrzebna była szczepionka sprowadzana z USA, która kosztowała kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kobieta przekazała środki mężczyźnie, który przyszedł po nie do jej mieszkania. Po tym wydarzeniu Policja zaapelowała o czujność i przypomniała, że funkcjonariusze nigdy nie proszą o przekazywanie pieniędzy.

W lipcu ofiarą padła mieszkanka Łodzi, której syn przebywał w Niemczech. Podszywając się pod pracownika ochrony zdrowia, oszuści poinformowali ją, że syn ciężko zachorował na koronawirusa, a na dowód podali słuchawkę ciężko kaszlącemu mężczyźnie, który udając jej dziecko, płacząc, poprosił o wsparcie finansowe na szczepionkę. Kilkanaście tysięcy złotych zostało przekazane przez kobietę przybyłemu po nie kurierowi.

Inny przykład wspomnianej wyżej metody oszustwa opisał w kwietniu portal policja.pl. Dwoje bydgoszczan zostało oszukanych w ten sposób, że dzwoniący rzekomo policjant poinformował ich, że w pobliżu ich miejsca zamieszkania grasuje grupa przestępcza, która ma wiedzę o gotówce przechowywanej w ich domu. “Policjant” wydał polecenie przekazania środków Policji w celu zabezpieczenia ich, jednakże ze względu na koronawirusa muszą one zostać zdezynfekowane, dlatego mają być pozostawione w obrębie śmietnika. Złodzieje w ten sposób wzbogacili się o 100 tys. zł.

Nieuczciwe oferty i sklepy

UOKiK ostrzegał klientów przed różnymi nieuczciwymi ofertami, które pojawiły się w związku z epidemią koronawirusa. Dotyczyły one m.in. różnego rodzaju inwestycji mających bezpiecznie i wysoko pomnażać nasze oszczędności, specjalnych ubezpieczeń od koronawirusa, środków medycznych, suplementów diety czy szczepionek rzekomo chroniących przed zakażeniem, testów on-line, pomocy finansowej lub szkoleniowej dla przedsiębiorców warunkowanej wcześniejszą wpłatą, zbiórek pieniędzy obsługiwanych przez nieznane organizacje charytatywne – wylicza Dariusz Polaczyk z Currency One.

Urząd ostrzegał również przed różnego rodzaju fake newsami w postaci informacji o rządowych obligacjach przeznaczonych na walkę z koronawirusem czy też o zamrożeniu naszego konta przez rząd z uwagi na stan wyjątkowy i przestrzegał przed otwieraniem jakichkolwiek linków lub załączników przesyłanych w tych wiadomościach. Było też ostrzeżenie przed domokrążną sprzedażą maseczek, płynów do dezynfekcji, testów na wirusa itd., która może być pretekstem do wpuszczenia złodzieja do domu, jak również przed osobami podszywającymi się pod urzędników sanitarnych i nakazującymi opuszczenie mieszkania w związku z kontaktem z osobą zarażoną (aut.: w celu np. zdezynfekowania mieszkania).

Jak się chronić?

Eksperci od bezpieczeństwa finansowego w Walutomacie i InternetowyKantor.pl radzą, by przede wszystkim nie ulegać emocjom i jeśli cokolwiek wzbudzi nasz niepokój, wymaga podania wrażliwych danych czy przelania pieniędzy, dać sobie nieco czasu na przemyślenie sprawy, jeszcze raz chłodno ocenić, co nas niepokoi, i potwierdzić innym kanałem, że prośba pochodzi od prawdziwego nadawcy. Komunikaty instytucji publicznych umieszczane są na ich oficjalnych stronach internetowych i to te strony są źródłem rzetelnych informacji.

Czytajmy także uważnie treść każdego komunikatu autoryzacyjnego (np. sms-ów przesyłanych przez banki), sprawdzajmy adres w przeglądarce internetowej, jeśli to możliwe, zamieńmy autoryzację sms na autoryzację za pomocą aplikacji mobilnej, która jest bezpieczniejszą formą autoryzacji – doradza D. Polaczyk, ekspert bezpieczeństwa  z Currency One.

Jeżeli padliśmy ofiarą oszustwa, zgłośmy to naszemu bankowi oraz najbliższej jednostce Policji. W przypadku oszustw internetowych zgłośmy je również zespołowi reagowania na incydenty CERT.PL na stronie https://incydent.cert.pl/.

Potrzebne są szybkie decyzje dla przemysłów typu offshore

Powstanie warunków dla rozwoju przemysłów typu offshore to szansa dla polskiej branży stoczniowej. Potrzebne są jednak szybkie działania i zdecydowane decyzje rządu – ocenili zgodnie uczestnicy panelu „Flota offshore szansą dla polskich stoczni?”, który odbył się w ramach III edycji Forum Wizja Rozwoju w Gdyni. 

Zdaniem uczestników debaty przedsiębiorstwa branży morskiej już teraz są ważnym dostawcą sprzętu i usług dla globalnego sektora offshore, w szczególności w zakresie jednostek specjalistycznych. Podmioty te mają również ugruntowaną i silną pozycję na rynku europejskim.

Zdaniem Grzegorza Strzelczyka, prezesa zarządu Lotos Petrobaltic S.A. do końca tego roku powinien zostać utworzony narodowy operator offshore wind, który m.in. zlecałby budowę statków instalacyjnych dla farm wiatrowych oraz prace serwisowe w kontakcie z inwestorami. Jego zdaniem to ostatni dzwonek na powołanie takiego podmiotu.

Przypomniał, że zgodnie z obowiązującą polityką energetyczną farmy wiatrowe mają zacząć działać w latach 2023-2025. „Jeżeli proces inwestycyjny statków instalacyjnych trwa minimum ok. 36 miesięcy, to czas najwyższy, by podjąć decyzję i stworzyć narodowego operatora offshore” – podkreślił Strzelczyk. Ostrzegł, że w przeciwnym razie obcy operatorzy będą budować farmy wiatrowe dla polskich koncesjonariuszy na polskim szelfie.

W podobnym duchu wypowiadali się inni uczestnicy panelu. „Obserwujemy, że armatorzy odnawiają swoje floty, inwestują w nowoczesne technologie i wspierają stocznie, jak np. Kanada. Państwo to zainwestowało poprzez prywatnego inwestora i wybudowało nową stocznie tylko dlatego, żeby dbać o swoją gospodarkę morską” – powiedziała Dorota Arciszewska, prezes zarządu Polskich Linii Oceanicznych.

Według niej należy także i w Polsce wspierać oraz rozwijać stocznie, mimo wciąż trwającej pandemii. Na rynku pojawiają się nowe statki, nikt nie zasypuje gruszek w popiele.

Przemysł stoczniowy wymaga jednak wsparcia ze strony państwa. Odpowiednie kroki są już czynione. „Przykładem realnych działań są kroki podejmowane przez ARP, które wpisują się w Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego. To integrowanie aktywów w sferze państwowej i podejmowanie decyzji inwestycyjnych, by stworzyć warunki do dalszego rozwoju” – mówił Mateusz Berger, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Jako jeden z pozytywnych przykładów podał nadzorowana przez ARP spółkę Baltic Operator, która już zdobyła mocną pozycję międzynarodową. „Prowadzimy szereg działań inwestycyjnych, które mają stworzyć ekosystem i zaplecze do powstania energetyki offshore. Jeśli żadna spółka z udziałem Skarbu Państwa nie prowadziła do tej pory aktywnej działalności okrętowniczej, to nie jest możliwe, by w rok lub dwa lata dokonać diametralnej zmiany. Nasze działania mają na celu stworzenie dobrych warunków dla polskich przedsiębiorców” – stwierdził prezes Berger.