J.W. Construction podsumowuje I półrocze 2020 roku

0

W I półroczu 2020 roku Grupa J.W. Construction osiągnęła przychody ze sprzedaży na poziomie 68,4 mln zł, co oznacza ich spadek o ok. 60 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, wypracowała zysk brutto ze sprzedaży w wysokości 11,4 mln zł oraz wykazała stratę netto na poziomie – 15,4 mln zł. Marża brutto ze sprzedaży była równa 16,6 proc.

Sprzedaż Spółki komentuje Małgorzata Ostrowska, członek Zarządu, Dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży J.W. Construction Holding S.A.:
– Pierwsze półrocze, a w szczególności drugi kwartał 2020 upłynęły pod wpływem pandemii COVID-19. W okresie pandemii odnotowaliśmy spadek bieżącej sprzedaży lokali (około 30 proc. licząc I półrocze 2020 roku do I półrocza 2019 roku).

Wyniki Spółki komentuje Małgorzata Szwarc-Sroka, członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.:
-Jednak to nie poziomy zawartych umów z klientami, a cykle realizacji projektów deweloperskich oraz okres zablokowania działalności hotelarskiej, wpłynęły na wartości wykazanych wyników. W I półroczu 2020 roku grupa JWCH nie uzyskała pozwoleń na użytkowanie inwestycji, nadal prowadząc szeroki zakres prac realizacyjnych, który zostanie odzwierciedlony w wynikach finansowych kolejnych okresów. Grupa JWCH, w raportowanym okresie, realizowała budowę 9 inwestycji, obejmujących 2 627 lokali o powierzchni 129 tys. m kw. W trakcie przygotowania jest kolejnych 19 inwestycji, obejmujących około 5 500 lokali, a także powierzchnie komercyjne, łącznie na około 380 tys. m kw., co należy podkreślić w różnych lokalizacjach: Warszawie i okolicach, w Krakowie, Łodzi, Szczecinie, Gdańsku i Chorzowie.

Pomimo pandemii COVID-19, budowy, w przeważającej większości, realizowane były zgodnie z harmonogramami, a wysokie zaawansowanie sprzedaży inwestycji pozwoli Grupie rozpoznać nadwyżki z realizowanych projektów po zakończeniu procesów budowlanych i uzyskaniu niezbędnych pozwoleń

W okresie od połowy marca do maja br., hotele grupy JWCH były zamknięte, co znalazło swoje odzwierciedlenie, obok nałożenia się cyklów realizacji budów, w wyniku finansowym. Należy jednak zauważyć, że obiekty hotelowe zachowywały pełną zdolność do podjęcia działalności operacyjnej, która, na nowo, została podjęta od czerwca br.. W przejściowym okresie, gdy działalność hotelarska była zablokowana, pracownicy w większości przebywali na postojowym, co pozwoliło Spółce skorzystać z programów tarczy antykryzysowej, dofinansowania do wynagrodzeń.

Pandemia zmieniła rynek lodów. W tym roku Polacy znacznie częściej kupują te w większych opakowaniach

W Polsce przeciętny konsument spożywa ok. 4–5 litrów lodów rocznie. To niewiele w porównaniu z rynkiem amerykańskim czy skandynawskim, co oznacza, że potencjał wzrostu wciąż jest duży. Pandemia koronawirusa i związane z nią obostrzenia zmieniły strukturę sprzedaży w tym segmencie. Polacy zamiast dotychczas wybieranych najczęściej formatów impulsowych, czyli lodów w rożku lub na patyku, zaczęli sięgać po większe opakowania familijne. Co ciekawe, w czasie najbardziej restrykcyjnych obostrzeń związanych z COVID-19 dynamicznie rosła sprzedaż lodów przez kanał e-commerce, a mrożone desery pojawiły się nawet w opcji z dostawą.

– W ciągu kilku ostatnich lat rynek systematycznie rósł i zakładamy, że w perspektywie średnioterminowej ta tendencja się utrzyma. Poziom konsumpcji lodów w Polsce znacznie odbiega od tej w krajach Europy Zachodniej, Skandynawii czy USA. Przewidujemy jednak, że coraz częściej rodzimi konsumenci będą wybierać lody nie tylko wtedy, kiedy potrzebują orzeźwienia, ale także jako deser – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Rogowski, dyrektor kategorii lody w firmie Wedel.

Do czasów pandemii sprzedaż lodów w Polsce rosła z roku na rok. Z danych agencji Nielsen wynika, że roczna wartość sprzedaży lodów w okresie sierpień 2019 – lipiec 2020 roku wyniosła 2,78 mld zł i jest to spadek o 2,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. W tym samym czasie wolumenowo sprzedaż wyniosła 185 mln litrów ze spadkiem 7,6 proc. Na zmniejszenie tych wyników decydujący wpływ miały straty poniesione w kwietniu i czerwcu tego roku, które cechowały się ujemną dynamiką. Od stycznia do lipca br. rynek lodów odnotował spadek o 4,7 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku. Jego wartość wyniosła 1,77 mld zł (względem 1,86 mln zł przed rokiem). Wolumenowo sprzedaż kształtowała się na poziomie 117,2 mln litrów, co oznacza spadek o 8,5 proc. względem 128,2 mln litrów rok do roku (dane E.Wedel za Nielsen  Panel Handlu Detalicznego, „Cała Polska z Dyskontami (Food)”, sprzedaż wartościowa i wolumenowa, okres styczeńlipiec 2019 i styczeńlipiec 2020 oraz sierpień 2018 – lipiec 2019 i sierpień 2019 – lipiec 2020, kategoria: Lody).

W Polsce przeciętny konsument spożywa ok. 4–5 litrów lodów rocznie. W Szwecji spożycie jest mniej więcej trzykrotnie większe, a w USA – nawet czterokrotnie.

– Polacy są tradycjonalistami – do najpopularniejszych smaków należą wanilia, truskawka i czekolada, która jest też ulubionym lodowym dodatkiem. Modne są także owocowe monosmaki, takie jak mango czy marakuja, oraz zestawienia na zasadzie kontrastu, np. słony karmel i słodka czekolada – mówi Marcin Rogowski, wymieniając najważniejsze trendy na rynku lodów. – W tym roku, w przeciwieństwie do lat ubiegłych, obserwujemy rosnącą popularność formatów familijnych i multipacków. Konsumenci rzadziej niż zazwyczaj wybierają warianty impulsowe, tj. lody na patyku czy w rożku. Popularna jest multitekstura, czyli łączenie różnych struktur w lodach: kremowego nadzienia, chrupiących dodatków, kruchej polewy.

Multitekstura to jeden z dominujących obecnie trendów na lodowym rynku – nie tylko w Polsce, ale i w Wielkiej Brytanii, gdzie 73 proc. konsumentów lubi i wybiera lody o różnych teksturach, np. chrupiące lub twarde (Mintel, „The Future Of Ice Cream: 2020”). W sklepach można zauważyć także lodowe wersje znanych słodyczy, które cieszą się rosnącą popularnością. Dobrym przykładem z wedlowskiego portfolio jest Ptasie Mleczko, które jako lód na patyku zadebiutowało w 2018 roku (obecnie dostępne w pięciu smakach), a od tego sezonu występuje także w półlitrowym formacie familijnym.

Tradycyjne upodobania mają też Amerykanie, których ulubionym smakiem lodów jest czekoladowy. Wybiera go ok. 17 proc. konsumentów – wynika z ankiety przeprowadzonej w lipcu tego roku przez firmę badawczą YouGov. Na drugim miejscu plasuje się wanilia (15 proc.), a dalej ex aequo truskawka, mięta z czekoladą i masło orzechowe (po 8 proc.). Wraz z rosnącą na całym świecie popularnością japońskiej kuchni w lodach coraz częściej wykorzystuje się też tamtejsze smaki, jak np. matcha, hojicha (zielona herbata) czy yuzu. Hitem w USA są ostatnio mochi, czyli lody w ryżowym cieście, które bazują na tradycyjnym japońskim deserze. Ciekawostką na rynku w Rosji są natomiast lody z popularną w tym kraju kaszą gryczaną.

– Polscy konsumenci chętnie próbują nowości. Producenci odpowiadają na tę potrzebę, opracowując nowe formaty (np. lody zamknięte w saszetce), nawiązując współpracę w ramach co-brandingu czy wprowadzając do oferty nowe wersje smakowe – mówi dyrektor kategorii lody w firmie Wedel.

Podążając za kolejnym trendem double brandingu, marka Wedel podjęła współpracę z firmą Hortex, wprowadzając na rynek Sorbet Mango z białą czekoladą. Podobnie jak w innych segmentach rynku FMCG, tak i w lodach jednym z trendów dominujących jest też wygoda, wynikająca z coraz szybszego stylu życia konsumentów. Stąd też coraz większa popularność lodów w saszetkach, czyli tzw. pouchach. Z drugiej strony w Polsce cały czas na znaczeniu zyskują lody w opakowaniach familijnych (powyżej 600 ml) oraz multipacki.

– Polacy wybierali te formaty głównie podczas zakupów w trakcie pandemii, kiedy – w związku z zaleceniem pozostania w domach – w sklepach bywali rzadziej. Obowiązek zakrywania nosa i ust w miejscach publicznych dodatkowo wpłynął na zmianę nawyków. Częściej wybierano więc formaty większe lub zbiorcze, do konsumpcji na kilka razy, a nie impulsowe, które spożywa się zazwyczaj od razu po zakupie – mówi Marcin Rogowski.

Jak podkreśla ekspert Wedla, w krajach skandynawskich, Europie Środkowej i Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych lody familijne i multipacki mają dużo większy, nawet 70-proc. udział w rynku. Dlatego marka zakłada, że większe formaty będą zyskiwać również w Polsce.

– U nas jeszcze do niedawna dominowały lody impulsowe, ale w tym roku zaczęło się to zmieniać. Zakładamy, że kategoria lodów w większych opakowaniach w Polsce będzie wciąż rosnąć, analogicznie do rynków zachodnich – mówi.

Co istotne, pandemia koronawirusa i związane z nią obostrzenia spowodowały nie tylko zmianę struktury sprzedaży pod względem formatów. Zmieniły się też dotychczasowe kanały sprzedaży. Marka Wedel podaje, że w czasie najbardziej restrykcyjnych obostrzeń związanych z COVID-19 sprzedaż lodów przez kanał e-commerce dynamicznie rosła. Producenci musieli się dostosować do nowych realiów. Na przykład w sieci Pijalni Czekolady E.Wedel, poza daniami i napojami z karty, w opcji dostawy przez Uber Eats pojawiły się również lody.

Wiele europejskich linii lotniczych przeżywa poważne turbulencje. Polski przewoźnik szuka w tym szansy na zdobycie nowych rynków

Ruch lotniczy powoli się odradza, ale jak podaje Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego, do stanu sprzed pandemii wróci najwcześniej za 4–5 lat. Spowolnienie powoduje poważne perturbacje na rynku. – Od marca w Europie zbankrutowało lub weszło w ochronę przed wierzycielami 39 linii lotniczych – mówi Andrzej Kobielski z Enter Air. Dla polskiego przewoźnika, który nawet w czasie pandemii i lockdownu nie zaprzestał działalności, to może oznaczać szansę na wejście na nowe rynki.

 Pandemia koronawirusa niestety nie oszczędziła większości branż, w tym branży przewozów lotniczych. To uderzenie było potężne. Straty branży w samej Europie liczone są w setkach miliardów euro. Grupa Lufthansy w ciągu 6 miesięcy straciła ponad 4 mld euro, podobnie IAC, czyli British Airways, oraz Air France KLM, gdzie straty sięgnęły 4,2 mld euro. To tylko trzy linie lotnicze, ale skoro w Europie mamy ich ponad 100, to łatwo sobie wyobrazić, o jakich kwotach mówimy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych w Enter Air.

W lipcu, po trzech miesiącach zamknięcia połączeń międzynarodowych, ruch lotniczy zaczął się powoli odradzać. Z danych Międzynarodowej Rady Portów Lotniczych (ACI) wynika, że ruch pasażerski na europejskich lotniskach był w lipcu o blisko 78 proc. mniejszy niż w analogicznym okresie 2019 roku. To jednak znacznie lepszy wynik niż w czerwcu, gdy spadek sięgał 93 proc. Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego (IATA) prognozuje, że powrót do stanu sprzed pandemii zajmie 4–5 lat. IATA ocenia, że w całym roku spadek popytu wyniesie 54 proc., a straty lotnictwa przekroczą 84 mld dol. Podobnie może być w 2021 roku, w dużej mierze ze względu na wstrzymane ruch między Europą a USA czy Chinami.

– Samo odmrożenie lotów nastąpiło, operować można, natomiast nadal zamknięcie takiego rynku, jakim jest rynek Ameryki Północnej powoduje, że większość przewoźników sieciowych nadal nie ma dokąd latać – zauważa Andrzej Kobielski. – To, co nas limituje, to decyzje poszczególnych państw o tym, że do danego kraju można bądź nie można polecieć, bądź można, ale jedynie z ważnym negatywnym testem na koronawirusa.

Najwięksi europejscy przewoźnicy wciąż liczą straty, ale wiele z nich może jednak skorzystać z rządowej pomocy. Przykładowo Lufthansa otrzymała pożyczkę w wysokości 6 mld euro (6,8 mld dolarów) z niemieckiego funduszu stabilizacji gospodarczej na dokapitalizowanie i kolejne 3 mld euro (3,4 mld dolarów)w ramach gwarancji państwa. Air France KLM otrzymał 7 mld euro od francuskiego rządu i 3,4 mld euro od Holandii.

– W Europie ten proces idzie dość szybko, linie dostawały doraźne pożyczki od rządu bądź gwarantowane przez rząd, a dalsze, większe transze są procedowane, bo muszą zostać zatwierdzone przez Komisję Europejską. W Polsce mamy tak naprawdę dwie liczące się linie lotnicze: przewoźnika sieciowego, czyli Polskie Linie Lotnicze LOT oraz Enter Air – druga największa linia lotnicza w Polsce. My tej pomocy jako takiej na razie nie dostaliśmy – wskazuje Andrzej Kobielski. – Liczymy na nią, wystąpiliśmy o nią, natomiast proces zatwierdzania jest długotrwały i czasochłonny.

Mimo wybuchu pandemii koronawirusa przychody Enter Air w I kwartale br. wzrosły o 11,8 proc. rdr. i wyniosły 207,1 mln zł. Jak wyjaśnia członek zarządu ds. handlowych, cały czas kondycja spółki jest bardzo dobra. To zasługa m.in. zmiany struktury kosztowej, wynegocjowania przesunięcia terminów płatności rat leasingowych i ograniczenia kosztów stałych do minimum. Poza tym przewoźnik wykonywał poza Polską rejsy repatriacyjne na zlecenie rządów innych państw, dlatego kryzys związany z pandemią dotknął go w nieco mniejszym stopniu niż inne linie.

– Staliśmy się stałym gościem w Afryce Środkowej, Afryce Południowej, do której dowoziliśmy pracowników platform wiertniczych, Czerwonego Krzyża, służby zdrowia i żołnierzy. To spowodowało, że w momencie otwarcia byliśmy już cały czas linią aktywną. Mieliśmy cashflow, który jest kluczem do przetrwania dla wszystkich przewoźników – tłumaczy Kobielski. – W tej chwili przewozy, które stanowią mniej więcej 40 proc. tego, co planowaliśmy, są realizowane

Polska linia planuje dalszy rozwój i wejście na inne rynki, zwłaszcza że mimo pandemii dysponuje wciąż taką samą flotą.

– Od marca w Europie zbankrutowało lub weszło w ochronę przed wierzycielami 39 linii lotniczych. Trudno powiedzieć, czy one przetrwają. Wierzymy, że mając cały czas taką samą flotę jak przed COVID-em, będziemy mieli szansę na wejście w rynki opuszczone przez linie lotnicze, które nie wytrzymają obecnej kryzysowej sytuacji – mówi Andrzej Kobielski.

Enter Air jest czwartą linią turystyczną w Europie pod względem floty, obecnie posiada 22 Boeingi 737-800 oraz dwa Boeingi 737-8 MAX. W połowie sierpnia Enter Air poinformował o porozumieniu z Boeingiem w kwestii odszkodowania za straty poniesione w wyniku uziemienia „Maxów” i przesunięcia dostaw czterech wcześniej zamówionych samolotów. Kolejne dwie maszyny miały się pojawić we flocie polskiej linii lotniczej na przełomie tego i następnego roku, ale strony uzgodniły, że nastąpi to ponad 2,5 roku później. Dostawy dodatkowych samolotów zaczną się za 6 lat. Po zrealizowaniu całego zamówienia za 7 lat Enter Air będzie miał we flocie 10 nowych boeingów.

Miliony złotych na wsparcie seniorów w czasie pandemii. Rząd wspiera domy opieki społecznej i rozwija projekty aktywizujących osoby starsze

Zmieniają się regulacje dotyczące pracy w całodobowych domach pomocy społecznej. – Wprowadziliśmy pracę rotacyjną, która pozwoli DPS-om przeorganizować pracę personelu – podkreśla Marlena Maląg, minister rodziny, pracy i polityki społecznej, dodając, że celem jest zapewnienie bezpieczeństwa podopiecznym i pracownikom, ale też niezakłócona działalność tych placówek. Do tej pory w ramach przeciwdziałania negatywnym skutkom epidemii koronawirusa ponad 370 mln trafiło na potrzeby DPSów. To tylko część działań, które rząd realizuje dla seniorów.

Wprowadziliśmy rozwiązania ustawowe, poza przygotowanymi na początku rekomendacjami. Przygotowując się do jesieni i ewentualnego wznowienia zachorowań, wprowadziliśmy ustawowo pracę rotacyjną, która pozwoli domom pomocy społecznej tak zorganizować prace personelu, aby nie dochodziło do zakażenia w domach pomocy społecznej – mówi agencji Newseria Biznes Marlena Maląg, minister rodziny, pracy i polityki społecznej.

Aby zapewnić ciągłość funkcjonowania DPS-ów, resort polityki społecznej zaproponował przede wszystkim zmianę systemu i rozkładu czasu pracy czy pracy w godzinach nadliczbowych (która będzie wymagała wcześniejszej zgody pracownika). Uregulowano także kwestię realizowania przez pracowników prawa do odpoczynku w wyznaczonym przez pracodawcę miejscu, bez możliwości jego opuszczania. Ministerstwo zaleca także ograniczanie kontaktów mieszkańców z osobami z zewnątrz oraz przeprowadzanie testów wśród pracowników oraz nowo przyjętych osób, a także ich czasowe odizolowanie.

Domy pomocy społecznej należą do zadań własnych jednostek samorządu terytorialnego. natomiast od samego początku epidemii koronawirusa w Polsce rząd wspierał samorządowców w realizowaniu tych zadań. Stąd przekazane środki ochrony indywidualnej, a także wsparcie finansowe – mówi Marlena Maląg.

Z unijnych środków w ramach priorytetów Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój, za które odpowiada ministerstwo rodziny, na wsparcie mieszkańców i kadry domów pomocy społecznej przeznaczono 327 mln zł. Z tego ponad połowa trafi do pracowników placówek jako dodatkowe wynagrodzenie. Dodatkowo z rezerwy celowej budżetu państwa do samorządów na wsparcie w prowadzeniu DPS-ów trafiło 50 mln zł.

Jak przekonuje minister, to tylko część wsparcia, na jakie mogą liczyć seniorzy w okresie pandemii.

– Należy zwrócić uwagę na świadczenia, które mają dodatkowy wymiar dla  seniorów. Z jednej strony trzynasta emerytura stanowi dodatkowe wsparcie, które pomaga im przetrwać ten trudny czas. Z drugiej strony to także wsparcie z ośrodków polityki społecznej, a także nowa inicjatywa – centra usług społecznych. To pilotażowe rozwiązanie, które ma powstać w 30 miastach. Przeznaczymy 100 mln zł, aby wspierać seniorów – wymienia Marlena Maląg.

Centrum usług społecznych ma być miejscem, w którym w razie potrzeby wszyscy mieszkańcy otrzymają kompleksowe wsparcie, a także informacje o usługach społecznych dla mieszkańcach gminy, nie tylko dotychczasowych podopiecznych pomocy społecznej. Zgodnie z zapowiedziami resortu, będzie służyć rozwojowi i integracji lokalnych usług społecznych.

– To także takie programy jak waloryzacja rent i emerytur na godnym poziomie, ale także ustawowo wprowadzenie trzynastej i zapowiedź czternastej emerytury, która została już przez rząd przygotowana i czeka na prace sejmowe. Tylko waloryzacja rent i emerytur oraz 13. emerytura w roku 2020 to ponad 22 mld zł – wylicza minister rodziny, pracy i polityki społecznej.

O ile „trzynastki” trafiają do ok. 8 mln seniorów (dane ZUS), o tyle „czternastkę” mają dostać tylko ci, których uposażenie wynosi do 120 proc. średniej emerytury. W przypadku pozostałych osób świadczenie ma być pomniejszane o taką kwotę, o jaką ich emerytura przekracza limit. Szacuje się, że takie pomniejszone świadczenia będą dotyczyć 10 proc. uprawnionych. Rząd zapowiada też, że waloryzacja emerytur ma zostać utrzymana co najmniej na poziomie 70 zł.

– Ale to niejedyne wsparcie w tym trudnym czasie. To także Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych – program adresowany dla organizacji pozarządowych na projekty aktywizujące osoby starsze, z rehabilitacją. Rocznie przekazywaliśmy na ten cel 40 mln zł, zrealizowaliśmy ponad 1,9 tys. projektów, a 800 tys. osób zostało objętych wsparciem – wskazuje Maląg.

W ramach tegorocznej edycji projektu dofinansowanie otrzymały 304 projekty na łączną kwotę blisko 38 mln zł.

Wsparciem dla starszych osób jest też program Senior+. W jego ramach rozbudowywana jest sieć dziennych domów oraz klubów seniora. W latach 2015–2019 utworzono ponad 770 placówek Senior+, a istniejące placówki otrzymują dofinansowanie do działalności. Tylko w 2019 roku powstało 280 miejsc dla seniorów.

Innym rządowym wsparciem jest program Opieka 75+, który zwiększa dostępność usług opiekuńczych, w tym specjalistycznych, dla seniorów powyżej 75. roku życia z małych gmin do 60 tys. mieszkańców.

 Te wszystkie środki z polityki społecznej przekazywane na politykę prorodzinną, nie tylko dla seniorów, ale także dla rodzin z małymi dziećmi, to 4 proc. produktu krajowego brutto. W 2015 roku były one na poziomie 1,8 proc. PKB – zaznacza Marlena Maląg. – Systemowe rozwiązania dla seniorów będą dalej przez nas wprowadzane i są wyzwaniem na kolejne lata. Mają one odzwierciedlenie w strategii polityki senioralnej do 2030 roku „Bezpieczeństwo. Uczestnictwo. Solidarność”.

Szpitale dziecięce będą bardziej innowacyjne i przyjazne dla małych pacjentów. Problemem jest nadmiar procedur i biurokracji

Wizyty pacjentów i ich rodzin w szpitalach dziecięcych wiążą się z dużym stresem, związanym nie tylko ze stanem zdrowia dziecka, lecz również wszystkimi procedurami administracyjnymi, które towarzyszą przyjęciu i leczeniu. Eksperci Fundacji K.I.D.S. podkreślają, że dziecięcy szpital przyszłości powinien być miejscem bardziej przyjaznym dla pacjentów i personelu. – Chcemy do tych placówek wprowadzać technologie, do których przyzwyczailiśmy się w życiu codziennym, żeby kontakt z pacjentem, jego przyjęcie do szpitala oraz pobyt w poradni przebiegały zgodnie z najwyższymi standardami medycznymi, ale również były jak najmniej obarczone stresem oraz zbędną papierologią – mówi dr n. med. Marek Migdał, dyrektor Instytutu Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka i przewodniczący Rady Fundacji K.I.D.S.

Wprowadzanie światowych standardów dziecięcych szpitali do Polski wymaga zmian, które ułatwią kontakt pacjenta z placówką oraz zmniejszą do minimum stres związany z pobytem w szpitalu.

Chcemy wdrażać nowe technologie, do których przyzwyczailiśmy się już w naszym codziennym życiu, a których wciąż brakuje w szpitalach. Na przykład bezpośredni kontakt z bankiem nie musi się już odbywać osobiście, wiele rzeczy można zrobić przez internet. W szpitalu też możemy wiele aspektów usprawnić, żeby pacjent bez problemu mógł znaleźć odpowiednią placówkę, poradnię, lekarza czy oddział – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Marek Migdał, dyrektor Instytutu Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka i przewodniczący Rady Fundacji K.I.D.S. (Klub Innowatorów Dziecięcych Szpitali).

Podobne usprawnienia to jeden z elementów „Dziecięcego szpitala przyszłości”, o którym mówi raport przygotowany przez ekspertów K.I.D.S. Fundacja obserwowała sytuację placówek medycznych w Polsce i za granicą. Na tej podstawie powstał raport, który identyfikuje obszary zmian w szpitalach i proponuje nowoczesne rozwiązania. Kluczowe obszary, które zostały wyróżnione w raporcie, to m.in. digitalizacja, zintegrowana opieka, rozwiązania telemedyczne oraz nastawienie na poprawę doświadczeń pacjenta i pracownika.

Badania do raportu były prowadzone m.in. w Centrum Zdrowia Dziecka. Pacjenci i ich rodziny zwracali przede wszystkim uwagę na to, żeby jak najwięcej informacji otrzymywać jeszcze przed przyjazdem do szpitala i jak najwięcej formalności załatwić z domu.

Zgłaszali m.in. to, że dużo czasu zajmują procedury administracyjne i wszystkie czynności, które trzeba wykonać, zanim dziecko dostanie się w ręce personelu medycznego. Chodzi m.in. o dane, na podstawie których sprawdzamy i potwierdzamy, czy pacjent ma uprawnienie do korzystania z bezpłatnych świadczeń, finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Rodzice często się w nich mylą albo zapominają zabrać dokumenty z domu. A każdy błąd sprawia, że NFZ nie rozlicza danego świadczenia – mówi przewodniczący Rady Fundacji K.I.D.S.

Dziecięcy szpital przyszłości powinien być przyjazny pacjentom i ich rodzinom. Ale musi być także przyjazny dla pracowników, czyli żeby mieli oni odpowiednie przygotowanie i narzędzia do tego, żeby jak najlepiej i najbardziej zrozumiale komunikować się z pacjentami i ich rodzicami.

Czasami musimy przekazywać rodzicom bardzo trudne informacje o tym, że dziecko wymaga specjalistycznego, długotrwałego leczenia. Jednak wiedza medyczna jest tak skomplikowana, że rodzice mają problem z jej zrozumieniem  tłumaczy dr Marek Migdał.

W tym obszarze pomogłyby takie rozwiązania jak np. zamieszczenie części informacji na stronach internetowych szpitali czy aplikacje dla pacjentów i rodziców, gdzie każdy z poziomu smarftona mógłby znaleźć dodatkowe informacje przekazane prostym językiem.

Potrzebujemy też narzędzi ułatwiających rejestrację, ustalenie dokładnej godziny przyjęcia do poradni czy szpitala, ale także usprawniających wszelkie działania już na terenie szpitala oraz po powrocie pacjenta do domu – mówi dyrektor Instytutu Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka.

Jednym z głównych problemów wszystkich szpitali w Polsce są luki kadrowe oraz niedostateczne dofinansowanie. Nie inaczej jest w placówkach wyspecjalizowanych w leczeniu dzieci.

Wysoko specjalistyczne szpitale pediatryczne, które nie prowadzą świadczeń w innych obszarach medycyny, mają jeszcze większy problem z dofinansowaniem, dlatego że niektóre procedury pediatryczne są niedoszacowane przez NFZ, a koszty często są wyższe. Na przykład dorosła osoba, która poddaje się badaniu rezonansem magnetycznym, nie potrzebuje znieczulenia, natomiast u dziecka musimy przeprowadzić głęboką sedację albo znieczulenie, żeby mogło wytrzymać 40 minut bez ruchu. Obie te procedury są tak samo wyceniane, więc w przypadku takiego dziecka musimy dokładać kilkaset złotych – mówi dr Marek Migdał.

Pandemia przyspieszyła wprowadzenie innowacji do branży eventowej. Przyszłością jest sztuczna inteligencja i sterowanie wydarzeniami za pomocą fal mózgowych

COVID-19 spowodował gigantyczne straty w niemal każdej branży. Koronawirus szczególnie dotknął branżę eventową. Zgodnie z szacunkami firmy PredictHQ odwołanie tylko 10 największych wydarzeń technologicznych spowodowało straty przekraczające miliard dolarów. Dlatego coraz częściej organizacja wydarzeń przenosi się do świata online. Na znaczeniu zyskują technologie rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. – Przyszłością branży jest sztuczna inteligencja – przekonuje Jakub Ćwikliński, wiceprezes agencji eventowej El Padre.

– W eventach online pojawiło się bardzo dużo nowych technologii. Były one oczywiście znane już dotychczas i szeroko wykorzystywane, aczkolwiek dzięki pandemii zyskały nowe życie i dają dużo większe możliwości. Głównie mówimy tu o wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Ćwikliński

Kryzys związany z koronawirusem wymusza na firmach eventowych niestandardowe podejście do komunikacji i organizacji eventów. W wyniku odwołania tylko 10 największych wydarzeń technologicznych bezpośrednie straty przekraczają 1 mld dol. (szacunki PredictHQ). Największą stratę, blisko 0,5 mld dol., przyniosło odwołanie technologicznego eventu Mobile World Congress w Barcelonie.

Rośnie z kolei zapotrzebowanie na organizację eventów online. Niektóre firmy, takie jak Microsoft i Apple, szybko  zdecydowały, że zamiast anulować duże wydarzenia dla programistów przestawią je na format dostępny tylko online. To zaś sprawia, że na znaczeniu w branży eventowej zyskują nowe technologie, wcześniej stosowane marginalnie lub tylko przy większych wydarzeniach. W dobie pandemii koronawirusa stały się niemal codziennością.

–  W przypadku VR dajemy uczestnikom możliwość przeniesienia się w przestrzeń, którą dla nich przygotowaliśmy. Wiele badań mówi o tym, że ludzie, którzy zakładają okulary VR-owe, twierdzą, że to, co się działo w VR, było ciekawsze i bardziej rzeczywiste niż to, co jest na żywo. Rozszerzona rzeczywistość, czyli umieszczanie obiektów trójwymiarowych w przestrzeni, których fizycznie nie ma, też jest teraz bardzo mocno eksploatowana. To nie tyle odkrywane, ale wdrażane do świata eventów rozwiązania, które wcześniej były albo bardzo drogie, albo bardzo trudne w realizacji – tłumaczy, wiceprezes agencji eventowej El Padre.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość umożliwiają przeprowadzenie największych wydarzeń eventowych praktycznie z jednego studia. Uczestnicy mają wrażenie, jakby faktycznie byli podczas imprezy, mogą przy tym korzystać z dodatkowych rozwiązań, np. przybliżać określone punkty, dopasowywać otoczenie do własnych potrzeb i samemu zmieniać doświadczenie.

– Wydarzeń online będzie dużo więcej, a rozwiązania w nich zastosowane będą adaptowane do zwykłych wydarzeń jako te atrakcyjne, które pojawiły się teraz z olbrzymią mocą. Dlatego myślę, że rozszerzona czy wirtualna rzeczywistość będą na pewno bardzo mocno eksploatowane. Do tego na pewno dojdzie sterowanie głosowe, sterowanie falami mózgowymi czy sterowanie podczerwienią – wymienia ekspert.

O ile rozszerzona i wirtualna rzeczywistość były już stosowane w branży eventowej, o tyle przyszłością jest sztuczna inteligencja.

Pierwsze testy pokazały, że sztuczna inteligencja może całkowicie zmienić doświadczenie uczestnika wydarzenia. Kamery na podstawie mimiki twarzy wywnioskują, które elementy przykuwają uwagę i są przyjemne dla użytkownika, a które wzbudzają jego niechęć. Falami mózgowymi można już sterować protezami czy wózkami, w przyszłości będzie można samemu stworzyć atrakcyjne wydarzenie. W przyszłości także VR i AR szerzej wejdą do świata rozrywki, a ich zastosowań nie można jeszcze w pełni przewidzieć.

– Kilkadziesiąt lat temu mieliśmy grę Pong z dwoma prostokątami i odbijaną piłeczką, dzisiaj mamy gry komputerowe, w których trudno odróżnić rzeczywistość od świata wirtualnego. Jeśli więc przyjmiemy, że nastąpi rozwój nowych technologii w branży eventowej, a nastąpi, to możemy się spodziewać, że w pewnym momencie trudno będzie odróżnić to, co się dzieje w świecie wirtualnym, od tego, co w świecie rzeczywistym. Klienci i organizatorzy eventów będą chcieli dostarczyć jak najwięcej takich doświadczeń swoim odbiorcom – zapowiada Jakub Ćwikliński.

Inteligentne zegarki i opaski mogą pomóc w śledzeniu koronawirusa. Umożliwi to nowa specyfikacja łączności Bluetooth

Aplikacje na smartfony są szeroko stosowane w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Kraje opracowują je, aby śledzić jego rozprzestrzenianie się. Aplikacje działają jednak wyłącznie na smartfonach, z których część osób w ogóle nie korzysta. Dlatego Bluetooth SIG, który zarządza standardem Bluetooth, ogłosił, że trwają prace nad dołączeniem do systemów śledzenia koronawirusa wszystkich inteligentnych urządzeń na ciało – opasek czy zegarków.

– Istnieje kilka grup populacji, które mają kluczowe znaczenie dla zarządzania rozprzestrzenianiem się chorób takich jak COVID-19, a nie korzystają szeroko ze smartfonów. To stanowi wyzwanie dla systemów powiadamiania o narażeniu opartych na smartfonach – wskazuje Elisa Resconi, profesor fizyki na Uniwersytecie Technicznym w Monachium.

Dlatego też Bluetooth Special Interest Group (SIG), odpowiedzialna za zdefiniowanie nowych standardów Bluetooth, ogłosiła niedawno, że pracuje nad nową specyfikacją BLE, która umożliwi śledzenie kontaktów z osobami zakażonymi koronawirusem na wszystkich inteligentnych urządzeniach do noszenia.

Obecnie system powiadamiania o narażeniu (ENS) firmy Google i Apple do śledzenia kontaktów COVID-19 na smartfonach opiera się na technologii Bluetooth Low Energy (BLE). Wykorzystuje nowy podzbiór specyfikacji BLE „Usługa wykrywania kontaktów BLE”, zaprojektowany przez te dwie firmy. Dodatkowo wiele krajów tworzy własne aplikacje do stworzenia mapy potencjalnych zakażeń i systemów alarmujących. Wszystkie jednak opierają się na smartfonach, tym samym nie obejmują części społeczeństwa, która z nich nie korzysta, np. najmłodszych czy starsze osoby.

Jeśli aplikacje śledzenia koronawirusa udałoby się wdrożyć w inteligentnych urządzeniach do noszenia na ciele, system ostrzegania byłby znacznie bardziej precyzyjny. Dzięki Bluetooth takie informacje mogłyby zbierać inteligentne zegarki czy opaski monitorujące stan zdrowia starszych osób.

– Bardzo skuteczną metodą rozszerzenia zasięgu systemów ostrzegawczych o chorobach takich jak COVID-19 byłoby włączenie do nich urządzeń do noszenia, tzw. wearables – przekonuje Elisa Resconi.

Obecnie ponad 130 firm członkowskich Bluetooth zebrało się w nowej grupie roboczej Bluetooth SIG Notification Working Group (ENWG), aby zdefiniować metodę dodawania obsługi śledzenia kontaktów do urządzeń do noszenia przy jednoczesnym zachowaniu tej samej prywatności i ochrony, jaką zapewnia ENS.

– To niezwykle inspirujące widzieć współpracę społeczności Bluetooth w poszukiwaniu i tworzeniu innowacyjnych sposobów wykorzystania tej technologii w celu rozwiązania problemu pandemii COVID-19 – mówi Mark Powell, dyrektor generalny Bluetooth SIG.

Do tej pory na całym świecie potwierdzono ponad 24 mln przypadków zakażeń wirusem SARS-CoV-2.

Sheth Madhav obejmie stanowisko CEO realme w Europie i Indiach

  • Madhav Sheth zostanie Wiceprezesem realme oraz CEO realme w Europie i Indiach
  • Madhav, który stoi za sukcesem realme w Indiach, będzie odpowiedzialny za wdrażanie strategii i rozwój marki na Starym Kontynencie

realme, najszybciej rozwijająca się marka smartfonów na świecie, informuje, że Madhav Sheth zostanie nowym CEO realme w Europie. Sheth obejmie stanowisko Wiceprezesa realme, oprócz przejęcia kierownictwa nad działaniami w Europie, pozostanie CEO realme w Indiach.

Od tego momentu, Madhav będzie  zarządzał wszystkimi działaniami marki na rynku,  wyznaczał strategię i kierunki rozwoju w obszarze korporacyjnym i produktowym, a także odpowiadał za kreowanie wizerunku i reputację realme.

W 2017 roku Madhav dołączył do OPPO jako Dyrektor ds. Sprzedaży i pełniąc to stanowisko odgrywał kluczową rolę w rozwoju kanałów sprzedaży offline. Dzięki wypracowaniu świetnych wyników, w maju 2018 roku dołączył do założyciela realme Sky Li, aby wprowadzić tę markę na rynek w Indiach.

Jego zaangażowanie i wysiłek zaprowadziły realme na drugie miejsce największych marek telefonów pod kątem sprzedaży online oraz czwarte w rankingu producentów smartfonów ogółem w Indiach.

Sheth  został wyróżniony prestiżowymi nagrodami w Indiach, takimi jak “Technologiczna osobowość roku” przez Dainika Jagrana czy “40 under 40” – plebiscyt organizowany przez  Business World.

“Jestem podekscytowany tym, że będę pełnił rolę CEO również w Europie. Ten rynek jest dla nas kolejnym kluczowym etapem rozwoju, po tym ja udało się nam osiągnąć sukces na rynkach azjatyckich. Ściśle współpracujemy z naszymi partnerami aby mocno zaznaczyć naszą obecność, zarówno offline, jak i w kanałach online.” – mówi  Madhav Sheth.

Jednym z celów Madhava na tym nowym etapie jest zapewnienie realme miejsca w gronie 5 największych producentów smartfonów w Europie, w obydwu kanałach sprzedaży, offline i online.

Świetne wyniki za pierwszą połowę 2020 roku

W lipcu realme osiągnęło liczbę 40 milionów użytkowników. Firma kontynuuje globalny rozwój i jest aktualnie obecna na 59 rynkach na całym świecie, z wyłączeniem Ameryki Północnej. Dodatkowo, realme znalazło się na 7 miejscu światowej klasyfikacji producentów smartfonów za pierwszy kwartał 2020 roku.  Te dane to kolejny wyznacznik szybkiego rozwoju marki.

Dodatkowo, Firma może pochwalić się aż 11% wzrostem w drugim kwartale – jest to jedyny dwucyfrowy wynik wśród największych marek. . Poinformowano również, że realme jest obecnie w TOP 4 marek smartfonów w Tajlandii, Indiach, Kambodży i Egipcie, a także w TOP 5 w Birmie, Indonezji, Wietnamie, na Filipinach i Ukrainie.

O realme

realme to marka technologiczna, specjalizująca się w produkcji smartfonów i produktów IoT o najwyższej jakości, najlepszym designie i wydajności. realme zajmuje 7 miejsce na świecie jako producent tego typu sprzętu i znajduje się w oficjalnym zestawieniu największych marek smartfonów według globalnych statystyk. W 2019 r. sprzedaż produktów realme na świecie osiągnęła poziom 25 milionów, notując przy tym 808% wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim. Ten wynik plasuje realme na pierwszym miejscu wśród producentów, czyniąc z niego najszybciej rozwijającą się markę smartfonów na świecie. Kamieniem milowym obecności marki w tym rejonie jest 1 milion sprzedanych telefonów w ciągu zaledwie 3 dni w samych Indiach, gdzie realme jest obecnie jedną z 4 najlepiej sprzedających się marek. W lipcu 2020 roku realme osiągnęło pułap 40 milionów sprzedanych smartfonów i znajduje się w TOP5 pod kątem sprzedaży na 9 rynkach. Firma działa obecnie na 59 rynkach na całym świecie. 2 kwietnia 2020 roku realme weszło na polski, stając się z miejsca jednym z najważniejszych graczy w branży.

Provema spłaca w terminie kolejne obligacje

Provema Sp. z o.o. w terminie spłaca swoje obligacje serii C i D. Spółka kontynuuje prace nad rozwojem algorytmów sztucznej inteligencji służących do oceny ryzyka kredytowego. Jednocześnie umacnia swoją pozycję na rynku pożyczek konsumenckich. Rynkowy sukces firmy jest efektem automatyzacji kluczowych procesów biznesowych, dzięki którym możliwy jest radykalny spadek kosztów operacyjnych przy jednoczesnym spadku szkodowości udzielanych pożyczek.

Jak mówi Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu, kłopoty dotykające tradycyjną branżę bankową w związku z obecnym kryzysem gospodarczym, nie dotyczą większości przedsiębiorstw z sektora innowacyjnych technologii finansowych. Dzięki niskim kosztom operacyjnym, sprawnym wykorzystywaniu internetowych kanałów marketingowych i sprzedażowych oraz umiejętności szybkiego dostosowania oferty do potrzeb klientów, zdobywają one coraz większy udział w rynku kosztem sektora bankowości tradycyjnej.

Zdaniem Tomczyka przyszłość rynków finansowych należy do przedsiębiorstw, które będą w stanie wypracować strategię łączącą zalety tradycyjnych banków i innowacyjnych startupów finansowych. Siła kapitałowa tradycyjnych banków powinna być połączona z charakterystyczną dla fintechów umiejętnością operowania w warunkach podwyższonego ryzyka.

Provema to firma o stuprocentowo polskim kapitale, rozwijająca się dzięki środkom własnym, zyskowi z działalności operacyjnej oraz środkom pozyskanym od inwestorów.

Cisco ogłasza chęć przejęcia firmy BabbleLabs, której technologia pozwala niwelować hałasy podczas telekonferencji

  • Pozyskana wraz z przejęciem BabbleLabs technologia niwelowania hałasu i poprawy jakości rozmowy przyczyni się do ulepszenia doświadczeń użytkowników podczas spotkań wideo za pośrednictwem Cisco Webex, niezależnie od tego, gdzie się znajdują i z jakiego urządzenia korzystają.
  • Przejęcie stanowi element strategii Cisco, zakładającej rozwój i pozyskiwanie technologii, dzięki czemu firma kontynuuje wdrażanie inteligentnych rozwiązań w platformie Cisco Webex, pomagając użytkownikom w bardziej produktywnej pracy.
  • Wdrożenie technologii przyczyni się do zapewnienia prywatności klientów i bezpieczeństwa w chmurze (w myśli zasady „security by design”). Zakłócenia będą niwelowane u źródła (po stronie użytkownika, który je wywołuje).

Hałasy w tle podczas telekonferencji rozpraszają uczestników i stanowią jeden z głównych problemów współczesnych środowisk pracy. Chcąc pomóc użytkownikom zniwelować zakłócenia, takie jak szczekanie psa, odgłosy kosiarki czy alarm samochodowy, Cisco ogłosiło chęć przejęcia prywatnej firmy BabbleLabs, Inc. z siedzibą w Campbell, w Kalifornii.

BabbleLabs wykorzystuje sztuczną inteligencję do odróżniania mowy ludzkiej od innych odgłosów, co wpływa na poprawę jakości telekonferencji. To coś więcej niż zwykłe tłumienie hałasu.

Technologia BabbleLabs:

  • Rozróżnia mowę od hałasów w tle;
  • Usuwa hałas w tle w czasie rzeczywistym;
  • Poprawia jakość rozmów i usprawnia komunikację, niezależenie od języka w jakim jest prowadzona.

Jak wynika z globalnego badania Cisco* dotyczącego przyszłości pracy, 98% pracowników przyznaje, że doświadczyło zakłóceń podczas spotkań wideo pracując z domu, co było dla nich frustrujące. Niechciany hałas w tle znalazł się na szczycie listy najbardziej frustrujących czynników, które mogą wystąpić podczas telekonferencji.

Dzięki technologii BabbleLabs, Cisco wprowadzi funkcję redukcji szumów do swojego portfolio produktów do współpracy. Najpierw firma skoncentruje się na integracji BabbleLabs, aby zapewnić użytkownikom Cisco Webex najlepsze możliwe doświadczenia audio, niezależnie od tego, gdzie się znajdują i w jaki sposób łączą się z aplikacją Webex (np. w sali konferencyjnej, czy poprzez urządzenie mobilne). BabbleLabs wpisuje się w strategię Cisco koncentrującą się na bezpiecznej współpracy dzięki temu, że dźwięk przetwarzany jest w 100 procentach u źródła, czyli po stronie użytkownika. W ten sposób BabbleLabs spełnia restrykcyjne wymogi dotyczące bezpieczeństwa danych w myśl zasady „security by design”, które stanowią podstawę kultury bezpieczeństwa Cisco.

„Udane spotkanie wymaga dźwięku dobrej jakości” – powiedział Jeetu Patel, starszy wiceprezes i dyrektor generalny Cisco Security and Applications Business Unit. „Niezmiernie cieszymy się, że możemy powitać zespół wysoko wykwalifikowanych inżynierów BabbleLabs. Ich technologia zapewni naszym klientom kolejne istotne ulepszenie – automatyczne redukowanie niepożądanego hałasu. Wszystko po to, aby zagwarantować wyjątkowe wrażania podczas spotkań Webex”.

„Cieszymy się, że stajemy się częścią Cisco Collaboration Group” – powiedział Chris Rowen, dyrektor generalny i współzałożyciel BabbleLabs. „Zespół Cisco podziela naszą pasję do rozmowy, która jest podstawą współpracy i komunikacji. Platforma do współpracy firmy Cisco pozwoli nam szybko przeskalować naszą wyjątkową technologię ulepszania mowy dla setek milionów użytkowników Webex”.

Najważniejsze informacje:

  • Zakończenie procesu akwizycji zaplanowano na pierwszy kwartał 2021 roku fiskalnego Cisco, pod warunkiem spełnienia zwyczajowych warunków zamknięcia transakcji i uzyskania wymaganych zezwoleń regulacyjnych.
  • Po sfinalizowaniu transakcji zespół BabbleLabs dołączy do kierowanej przez Javeda Khana Cisco Collaboration Group, która jest częścią działu Cisco Security and Applications Business, prowadzonego przez Jeetu Patela.
  • Rozwiązaniom do współpracy od Cisco zaufało 95% firm z listy Fortune 500.

Przejęcie firmy BabbleLabs opiera się na inwestycjach Cisco dokonywanych w obszarze technologii sztucznej inteligencji w ciągu ostatnich trzech lat – wszystkie one mają na celu zwiększenie bezpieczeństwa, efektywności i produktywności komunikacji. Firma Cisco jest wyjątkowo skoncentrowana na usprawnianiu każdego etapu codziennej pracy. Dotyczy to m.in.: dostarczania kluczowych informacji osobom, które biorą udział w spotkaniach przed ich rozpoczęciem oraz możliwości dowiedzenia się kto będzie w nich uczestniczył. Co więcej, w trakcie spotkań użytkownicy mogą cieszyć się zoptymalizowanym dźwiękiem i obrazem, korzystać z ustawień niestandardowego tła w dowolnym systemie operacyjnym, bezdotykowo przesyłać pomysły i pliki, automatycznie sporządzać notatki w formie audio-wizualnej i wysyłać je po zakończeniu rozmowy, czy na bieżąco prowadzić transkrypcję.

Dodatkowe źródła:

  • Więcej szczegółów znaleźć można we wpisie na blogu Javeda Khana, lidera Cisco Collaboration.
  • Wpis na blogu Chrisa Rowena, CEO oraz CFO w BabbleLabs.
  • By uzyskać więcej informacji na temat Cisco Webex, odwiedź stronę https://www.webex.com/.

* Wkrótce zostaną opublikowane wyniki ankiety poświęconej zmianom w środowisku pracy wywołanym przez COVID-19. W lipcu 2020 roku Cisco przeprowadziło badanie wśród 1 569 wykwalifikowanych respondentów na całym świecie – specjalistów z branży IT, HR oraz ekspertów w małych i większych przedsiębiorstwach, reprezentujących wszystkie szczeble zaawansowania zawodowego. Badanie objęło Chiny, kraje z regionu EMEA, Azji i Pacyfiku oraz Ameryki Północnej.

Ile kosztuje przygotowanie jabłek do sprzedaży?

Falę bankructw w branży handlu owocami i warzywami obserwujemy od lat. Bankrutują producenci, grupy producenckie, jak i firmy prywatne. Sytuacji sektora nie pomaga pandemia COVID-19 i rosnące wraz z nią koszty produkcji, transportu, czy pracy.

Jak informuje Unia Owocowa, obecny czas jest szczególnie trudny dla organizacji producenckich. Grupy obecnie dokładają wszelkich starań, by umożliwić podmiotom rentowne funkcjonowanie po okresie pandemii.

Czy sadownicy mogą zabezpieczyć się przed bankructwem? TAK, pod warunkiem, że sami sadownicy, jak i podmioty wprowadzające owoce do sprzedaży zaczną prawidłowo liczyć koszty. Zastosowanie się do poniższych zasad pozwoli na uzyskanie wyższych cen zarówno dla producentów, jak i grup producenckich, czy firm prywatnych.

Poniżej błędy, które prowadzą do braku rentowności z prowadzonej działalności:

  • Brak kosztów amortyzacji w cenach sprzedaży

To największy błąd w kalkulowaniu cen sprzedaży. Amortyzacja jest kosztem niepieniężnym, lecz bardzo ważnym. Duża część producentów oraz firm otrzymała wsparcie przy budowie obiektów czy przy zakupie maszyn oraz środków transportu. Niestety maszyny się zużywają
i wymagają serwisów, a budynki remontów. Nie uwzględniając w cenach sprzedaży kosztu amortyzacji, nie będziemy w stanie odtworzyć danego środka trwałego, co zagrozi dalszemu funkcjonowaniu gospodarstwa czy firmy.

Już w tej chwili wiele grup nie jest w stanie sortować owoców na jakość ze względu na zniszczone maszyny, których koszty napraw przewyższają możliwości finansowe producentów.

WSKAZÓWKA: Do 1 kilograma powinno się wkalkulowywać około 10 groszy kosztów amortyzacji.

  • Brak kalkulowania tzw. „rozważek”

Struktura sprzedaży w ostatnich latach zmienia się w stronę mniejszych opakowań. Głównymi klientami stają się sieci handlowe z dużą ilością indeksów. Jabłko jest konfekcjonowane i sprzedawane w opakowaniach od 1 kg do 6-7 kg.

Zarówno przepisy, jak i klienci wymagają, aby w opakowaniach była minimum wymagana waga netto, więc podczas produkcji w każdym opakowaniu znajduje się więcej towaru, który jest oddawany bezpłatnie. Oczywiście, im mniejsze opakowanie, tym większa strata. I tak, dla przykładu: pakując torbę 1 kg na każdym opakowaniu mamy średnią stratę około 10 dekagramów, co daje 10% wartości sprzedaży.

W firmach „rozważka” to około 3% towaru, co przy średniej wielkości grupie sprzedającej około 20 tys. ton, daje rocznie ponad 600 tys. kg towaru, który został załadowany bez wynagrodzenia.

WSKAZÓWKA: Do 1 kg powinno się kalkulować od 3 do 5 groszy kosztów „rozważki” w zależności od cen surowca.

  • Brak kalkulowania tzw. „wysuszek”

Średni czas rotacji jabłka w magazynie to około 30 dni. W tym okresie około 1% masy jabłek wyparowuje, co przy średniej firmie daje ubytek w postaci 200 000 kg rocznie.

WSKAZÓWKA: Do 1 kg powinno się kalkulować około 1-2 groszy w zależności od cen surowca.

  • Brak kalkulowania zwiększonej ceny zakupu przy sprzedaży jabłek o wyższych parametrach

W związku w ciągłym podnoszeniem poprzeczek jakościowych przez odbiorców, owoce jakie są sprzedawane to tzw. „szyneczka” (owoce klasy premium). Aby je pozyskać, należy przesortować dwa razy więcej towaru. Otrzymany odpad jest praktycznie niesprzedawalny albo sprzedawalny w cenie drugiej klasy lub do przemysłu.

Aby sprzedać 100 kg Ligola o wybarwieniu minimum 40% i kalibrze 75/85, musimy przesortować przynajmniej 250 kg surowca, z którego większość później trafi do przemysłu lub zostanie sprzedana w cenach zakupu.

WSKAZÓWKA: Oznacza to, że tak wyselekcjonowany towar powinien być wyceniany przynajmniej dwukrotnie drożej.

  • Brak kalkulowania faktycznych kosztów pracy

Koszty liczone są często na podstawie krótkiego wycinka pracy, kiedy to wydajności są „sztuczne”. W całorocznym procesie sortowania i pakowania jest wiele przestojów, awarii, jak również występuje bardzo duża rotacja pracowników, którzy w konsekwencji często nie są odpowiednio wydajni. Szczególnie w dobie nadchodzących zbiorów i braku siły roboczej, koszty pracy znacząco wzrosną i należy brać to pod uwagę.

  • Brak kalkulowania kosztów dostaw owoców do stacji pakujących oraz zwrotu skrzyń

Czasy, kiedy to producent przywoził towar „na gotowo” kończą się. Każdego dnia musimy wywieźć skrzynie, a następnie zwieźć owoce do stacji pakujących. Samochody są nieefektywne przy takich kursach. W efekcie transport jest dużym składnikiem kosztów końcowych.

Średni koszt transportu to około 3-6 groszy do kg (w zależności od odległości).

  • Brak kalkulowania zwrotów i reklamacji

Ze względu na obrót świeżymi owocami, reklamacje i zwroty nie są rzadkością i stanowią codzienność działań operacyjnych. Aby normalnie funkcjonować, musimy brać je pod uwagę. W szczególności w stosunku do wielu firm handlowych, które tylko pełnią rolę pośrednika
i mają za zadanie zamknąć transakcję zawsze na plusie przerzucając ryzyko na dostawcę. Nie możemy zapominać, że sprzedajemy naturalny produkt, który potrafi się różnie zachować.

Przy marżach wynoszących czasami 1% może się okazać, że wartość reklamacji decyduje
o dalszym losie producenta/grupy producenckiej/firmy handlowej.

  • Brak kalkulowania kosztów chłodnictwa i przechowalnictwa

Aby zachować jakość sprzedawanego jabłka, powinniśmy bardzo wcześnie oferować towar
z kontrolowanej atmosfery. Przechowalnictwo bardzo zwiększa cenę surowca, w szczególności po podwyżkach cen energii sięgających 70%.

Do ceny jesiennej powinniśmy dołożyć koszty:

  • transportu zwozu owoców
  • skrzyń
  • logistyki magazynowej
  • zabezpieczeń przechowalniczych
  • amortyzacji komór
  • monitoringu jakości
  • energii
  • zaangażowania finansowego do jesiennego zakupu
  • dużo większego odpadu produkcyjnego liczonego od wszystkich wyżej wymienionych kosztów
  • kilkuprocentowej wysuszki.

 

  • Brak kalkulowania w cenach sprzedaży kosztów certyfikacji

Większe wymagania w stosunku do bezpieczeństwa naszych jabłek powodują, że
w strukturze kosztów firmy certyfikacje i badania stanowią coraz większą pozycję. Integrowana produkcja, Global Gap, HACCAP, BRC, badania laboratoryjne, firmy doradcze. Szkolenia to w średniej wielkości grupie wydatek na poziomie przynajmniej 300 000 zł rocznie.

WSKAZÓWKA: Do kilograma powinno się doliczać dodatkowe 1-2 grosze.

Oczywiście do powyższych kosztów dochodzą stałe koszty związane z: podatkami lokalnymi, administracją, produkcją, magazynowaniem, utrzymaniem ruchu, handlem, ubezpieczeniami itp.

Na załączonej grafice widnieje kalkulacja wyprodukowania jednego kilograma jabłka o wysokich wymaganiach jakościowych i wąskiej specyfikacji (jabłko klasy premium w kartonie 7 kg). Cena nie uwzględnia kosztów transportu oraz wielu innych mniejszych kosztów wynikających z prowadzenia działalności gospodarczej, chociażby takich jak nieuregulowanie należności przez kupującego.

Poniżej informacja jak liczą Włosi, Belgowie, Niemcy – poziom cen można określić dodając do ceny surowca kwotę:

  • Jabłko luz – 0,18 EUR/kg
  • Jabłko podwójna wytłoczka – 0,21 EUR/kg
  • Jabłko pojedyncza wytłoczka – 0,23 EUR/kg
  • Jabłko torba – 0,17 EUR/kg
  • Jabłko tacka – 0,25 EUR/kg

Powyższa kalkulacja jest jedynie wzorem przedstawiającym sposób ustalania ceny. Ponadto finalna cena jest regulowana poprzez wiele innych elementów, takich jak m.in. jakość, wybarwienie, rynki zbytu.

Można powiedzieć, że w Polsce mamy niższe koszty pracy i to prawda, lecz sadownicy powinni przyjmować takie stawki jak w/w, ponieważ mamy przynajmniej dwukrotnie mniejszą wydajność. We Włoszech sześcioosobowy zespół na linii pakuje około 4400 kg jabłka na godzinę,
a w Polsce 1800-2200 kg i to przy dobrym surowcu.

Należy przyznać, że w przeciągu ostatnich 5 lat wielu producentów dostrzegło swoje błędy i zaczęło liczyć swoje koszty.

Przed nadchodzącym sezonem warto jeszcze raz przyjrzeć się rosnącym kosztom i zadać sobie pytanie – czy moje gospodarstwo, czy moja firma będzie jeszcze funkcjonować za rok? Jeżeli nieumiejętnie liczymy koszty, to ktoś za to będzie musiał zapłacić. Czy to będzie producent lub firma? Na pewno nie klient – i będzie miał rację.

200 miliardów USD w kieszeni. Taki rekord ustanowił właśnie Jeff Bezos

W 1994 roku, Jeff Bezos musiał odpowiedzieć na pytanie, jakie zadał mu jego pierwszy inwestor – własny ojciec. Senior rodu Bezosów, zanim przekazał mu 250 tys. USD zapytał: “A czym właściwie jest ten cały internet?” Z końcem sierpnia 2020, majątek właściciela serwisu Amazon, przekroczył magiczną barierę 200 mld USD. Czyni go to nie tylko najbogatszą osobą na świecie, ale i pierwszą, która osiągnęła ten pułap. Co można zrobić z taką kwotą?

Od handlarza książkami do najbogatszego człowieka na Ziemi – to historia tak imponująca, że niemal nierealna. A jednak, dzięki rewolucji internetowej i intensyfikacji naszej aktywności w sieci, którą spotęgował między innymi globalny lockdown, Jeff Bezos, osiągnął wszystko, o czym może marzyć biznesmen.

Analitycy magazynu Forbes od dłuższego czasu bacznie obserwują to, jak zmienia się wartość największej platformy marketplace na świecie: Amazon. Dzięki rosnącemu popytowi na zakupy w sieci, wartość wyceny amerykańskiego giganta e-commerce wynosi dziś ponad 1.7 bln USD. Rezonuje to na wielkość majątku Jeffa Bezosa, który aktualnie posiada około 54 mln udziałów w utworzonej przez siebie firmie.

Właściciel światowego hegemona e-commerce święci triumfy. Mawia się, że rynek nie cierpi pustki i zawsze zmierza do równowagi. Podobnie jest w przypadku handlu. Wydawać by się mogło, że zamknięte centra handlowe i butiki zniszczą detalistów. Owszem, ale tylko tych, którzy swoją działalność opierają głównie na fizycznych punktach sprzedaży. Jak pokazuje przykład Amazona, firmy wciąż mogą zarabiać i się bogacić. Jedne drzwi się zamykają, a w ich miejsce otwierają się kolejne. Biznes musi mieć oczy szeroko otwarte. Dla wielu firm jedynym ratunkiem przed kryzysem jest ekspansja do internetu – mówi Sascha Stockem, CEO Nethansy, która ściśle współpracuje z Amazonem i wspiera biznes w rozpoczęciu działalności na tej międzynarodowej platformie handlowej.

Bogaty jak…

56-latek jest pierwszą osobą na świecie, której udało się zgromadzić fortunę o wartości 200 mld USD. Najbogatszy człowiek świata – to brzmi dumnie. Jednak co to właściwie znaczy?

Według danych opublikowanych przez NBP, aktywa rezerwowe, jakie zgromadziła Polska, wynoszą dziś około 120 mld USD – możemy nazwać to czymś w rodzaju oszczędności państwowych. Kwota ta wydaje się astronomiczna, tak długo jak nie zestawimy tego z majątkiem Amerykanina Jeffa Bezosa, który wynosi prawie 2 razy więcej.

To kwota tak duża, że mimo iż 26 sierpnia, w oficjalnym oświadczeniu ujawniono, że Bezos przekazał  nieujawnionej organizacji non-profit 7548 akcji Amazona o łącznej wartości około 26 mln USD, to jego majątek wciąż wyceniany jest na 205 mld USD.

Szacuje się, że najbogatszy Polak, Michał Sołowow zgromadził kapitał w wysokości nieco ponad 4 mld USD. Za tę kwotę można by wybudować np. siedem Stadionów Narodowych, co pozwoliłoby nam na samodzielną realizację międzynarodowego turnieju w piłce nożnej. Brzmi imponująco? To wciąż niewiele w porównaniu z majątkiem Amerykanina, który zgromadził… 50 razy tyle!

To astronomiczna wartość, nawet jak na międzynarodowe warunki. Założyciel i dyrektor generalny Amazona posiada majątek większy o prawie 90 mld USD od drugiego na liście najbogatszych ludzi na świecie, Billa Gatesa.

Gdyby pewnego dnia Jeff Bezos nie miał akurat, gdzie się podziać to za kwotę 3 mld USD mógłby sobie kupić np. pałac Buckingham. Okazuje się, że właściciel Amazona jest w stanie zarobić więcej w ciągu zaledwie jednego dnia! Oczywiście sam pałac nie jest na sprzedaż, ale dokładnie tyle według agencji nieruchomości Foxtons, wynosi szacunkowa wartość najsłynniejszego brytyjskiego symbolu rodziny królewskiej.

Bogatszy niż ktokolwiek wcześniej

Nawet uwzględniając inflację, Forbes uważa, że majątek Bezosa jest największy, jaki kiedykolwiek zgromadzono. Osobą, która była najbliżej tego wyniku, był obecny drugi najbogatszy człowiek na świecie – Bill Gates. U szczytu bańki internetowej, kiedy Microsoft osiągnął swój szczyt w 1999 r., wartość majątku Gatesa przekroczyła 100 mld USD, co uwzględniając inflację i warunki ekonomiczne, dziś wynosiłoby około 158 mld USD.

Co ciekawe – nic nie wskazuje na to, by wartość ta miała przestać rosnąć. Zmiana nawyków konsumenckich, dla której katalizatorem był koronawirus, spowodowała, że od początku roku akcje Amazon wzrosły o prawie 80%. A wraz z tym pęczniał majątek Bezosa, który jeszcze 1 stycznia wyceniany był na około 115 mld USD. Około 11% udziałów Bezosa w Amazon stanowi ponad 90% jego majątku.

Bezos byłby jeszcze bogatszy, gdyby nie najdroższa ugoda rozwodowa w historii. W zeszłym roku słynny miliarder rozstał się ze swoją dotychczasową żoną MacKenzie Scott, a w ramach ugody zgodził się przekazać jej 25% swoich udziałów w Amazonie. Ta część akcji warta jest obecnie bagatela… 63 mld USD.

Jeff Bezos to wizjoner, jakich niewielu we współczesnej historii biznesu. Każda epoka ma swojego bohatera, dla poprzednich pokoleń był to Rockefeller, Edison czy Ford. To cierpliwy i niestroniący od gorzkiego smaku porażki człowiek. Najlepszy przykład to jego ogromny upór we  wprowadzaniu Kindle’a na rynek, mimo że posiadał znikome doświadczenie w tworzeniu sprzętu. Uzasadniał to tym, że firma musi się wzmacniać, jeśli zamierza realizować swoją strategię długoterminowego rozwoju – zauważa Sascha Stockem, CEO Nethansy.

Jakiś czas temu Jeff Bezos został zapytany o to, co stoi za jego sukcesem? Skromny miliarder twierdzi, że najważniejsza lekcja, jaką otrzymał od życia: – Zawsze wykazuj chęć i zdolność do próbowania nowych rzeczy, dochodzenia do wniosków i sprawdzania, czego realnie chcą otaczający Cię ludzie. To naprawdę się opłaca, nawet w życiu codziennym. Więc gdy następnym razem, spotkasz się z zupełnie nowym problem – nie poddawaj się, bądź jak założyciel Amazona. Jak pokazuje historia – jest ponad 200 miliardów powodów, aby się nie poddawać.

Problemy wschodnich walut – komentarz walutowy

Kondycja rosyjskiej waluty jest słaba, a głośno mówi się o możliwych sankcjach ze strony Unii Europejskiej. W odwrocie jest również białoruski rubel, ale patrząc na sytuację po “demokratycznych” wyborach ciężko się temu dziwić.

Lepsze dane z USA

Wczoraj po południu poznaliśmy dane z USA na temat zamówień na dobra. Okazały się one lepsze od oczekiwań, zarówno w ujęciu bez środków transportu, jak i tych trwałego użytku. W obu przypadkach mamy też wyraźny wzrost. Dolar zareagował na te dane w miarę neutralnie, utrzymując się lekko powyżej poziomu 1,18 dolara za jedno euro, wokół którego oscyluje od początku tygodnia.

Dane o PKB ze Szwajcarii

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB, a właściwie jego spadku, w Szwajcarii. W sytuacji lockdownu dane PKB są często wyjątkowo słabe, aczkolwiek i tak potrafią miło zaskoczyć. Spadek o 9,3% w skali roku jest np. dobrą informacją, bo oczekiwano większej recesji. Po tych danych kontynuowany był trwający od kilku dni ruch umacniający franka względem euro. Jest on relatywnie słaby, więc nie ma większego przełożenia na koszt franka, aczkolwiek jeżeli będzie trwał, to będzie odczuwalny w ratach kredytów frankowych.

Problemy rubla

Ostatnie tygodnie są trudne zarówno dla rosyjskiego, jak i białoruskiego rubla. Wybory na Białorusi, oficjalnie wygrane przez Łukaszenkę, tylko pogorszyły i tak trudną sytuację tych walut. Zatrucie znanego rosyjskiego opozycjonisty dodatkowo zwiększa szansę pojawianie się sankcji, czego boi się wielu inwestorów. Nie bez znaczenia jest też strach pewnej części analityków względem zwycięstwa Bidena w wyborach prezydenckich w USA. Jest on uważany za znacznie mniej przychylnego Rosji niż obecny prezydent Donald Trump.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

 

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Popyt na sprzęt IT nie słabnie. Laptopy wciąż poszukiwane.

0

Sprzęt IT do pracy i nauki zdalnej cieszył się w ostatnich miesiącach zainteresowaniem i zapowiada się, iż w najbliższym czasie nie będzie ono słabnąć. Według badania przeprowadzonego przez RTV EURO AGD, aż 94 proc. ankietowanych kupiło w ciągu ostatnich 6 miesięcy sprzęt komputerowy lub planuje taki zakup w najbliższym półroczu. 

Z badania RTV EURO AGD wynika, iż wśród nabywających ostatnio sprzęt IT, największą popularnością cieszyły się laptopy (wskazane przez blisko 45 proc. badanych) i urządzenia peryferyjne, takie jak myszki i klawiatury (55 proc.). Co ciekawe, zdecydowana większość respondentów deklarowała, że kupowany przez nich przenośny komputer był drugim (dla 56 proc.) lub nawet trzecim (27 proc.) w ich gospodarstwie domowym.

– Wiele rodzin w ostatnich miesiącach stanęło przed koniecznością zakupu kolejnego laptopa do domu, bo praca i nauka zdalna spowodowały, że kilku członków rodziny musiało jednocześnie korzystać z komputera – mówi Karol Grzegorek, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Według przeprowadzonego przez nas badania, w ubiegłym półroczu na zakup laptopa zdecydowało się prawie 45 proc. ankietowanych. Dla porównania, komputer stacjonarny wybrało jedynie 12 proc. Tak duża popularność laptopów wynika przede wszystkim z coraz większej potrzeby mobilności, ale sprzyjają temu również atrakcyjne oferty i promocje. Obecnie dobrej klasy sprzęt, zarówno do nauki, jak i pracy, można kupić już w granicach 2 tysięcy złotych.

Komputer osobisty niezbędny do nauki

Wiele osób zwlekało jednak z zakupem nowego sprzętu komputerowego lub akcesoriów, aby decyzję podjąć przed nadchodzącym rokiem szkolnym i akademickim. Co ciekawe, blisko 20 proc. badanych przyznaje, że kupiło niedawno sprzęt komputerowy, ale zamierza w najbliższym czasie dokupić kolejny. Według 82 proc. respondentów potrzeba korzystania z komputera osobistego przez uczniów i studentów znacznie wzrosła w ostatnim czasie, z kolei 67 proc. uważa, że zapotrzebowanie to zwiększy się jeszcze w nadchodzącym roku szkolnym lub utrzyma na podobnym poziomie.

– Konieczność szybkiego wyszukania informacji, aplikacje elektroniczne i narzędzia do nauki online sprawiają, że komputer osobisty staje się dla uczniów i studentów niezbędny. Nie zastąpi go tablet czy smartfon, choć dla pokolenia digital natives jest on prywatnym centrum zarządzania i kontaktów – dodaje Karol Grzegorek, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Wymagania związane z nauczaniem zdalnym pokazały wielu osobom, że bez dobrego, szybkiego laptopa trudno efektywnie pracować. Coraz więcej szkół i uczelni korzysta z rozwiązań multimedialnych, w tym prezentacji, a to wymaga odpowiedniego sprzętu komputerowego.

Polacy produkują coraz więcej śmieci. Część z nich każdy z nas może użyć ponownie

Zaśmiecone lasy, łąki czy nawet ulice niestety nie należą do rzadkości. Jednym z powodów takiej sytuacji może być rosnąca produkcja odpadów. Jak pokazują statystyki, z roku na rok nad Wisłą jest ich coraz więcej. Dlatego warto zastanowić się, czy rzeczywiście musimy wytwarzać tak gigantyczne ilości śmieci i czy każdy pozornie już wykorzystany produkt, a nawet opakowanie, musi trafić do kosza.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętny Polak w 2019 r. wytworzył aż 332 kg odpadów komunalnych. Niestety, ilość produkowanych śmieci corocznie wzrasta. W 2018 r. na jednego mieszkańca naszego kraju przypadało 325 kg odpadów, a w 2015 r. było to niemal o 50 kg mniej niż obecnie – 283 kg.

To liczby, które mogą martwić. W 2019 r., w ujęciu rocznym, zmalała bowiem ilość odpadów komunalnych przeznaczonych do recyklingu, a jednocześnie wzrosła o prawie 10 proc. masa zebranych odpadów, które miały trafić na składowiska. Warto przy tym zauważyć, że w latach 2010-2019 liczba czynnych składowisk odpadów zmniejszyła się o ponad 56 proc. W tym czasie też ogólna powierzchnia tego typu obiektów skurczyła się z 2479,4 do 1670 ha – mówi Felice Scoccimarro, ekspert ds. gospodarowania odpadami, prezes Amest Sp. z o.o.

Ekologiczne wzorce

Jak w 2018 r. wskazywali eksperci WWF, statystyczny Polak rocznie wykorzystywał nawet 490 torebek foliowych. Mieszkańcy krajów nordyckich, Duńczycy czy Finowie, jedynie… 4. Tymczasem popularne „foliówki” stanowią olbrzymie zagrożenie dla środowiska. Choć są używane średnio tylko przez 25 minut to rozkładają się znacznie dłużej – nawet 400 lat.

Trend dotyczący korzystania z „reklamówek” zmienia się, ale nadal jest problemem. To, w jakim stopniu są one obecne w naszym życiu, jest ściśle powiązane z przyzwyczajeniami. Kupując warzywa czy owoce, nie ma potrzeby, by każdy ich rodzaj pakować do oddzielnej siatki. Idąc na zakupy, możemy zabrać ze sobą wiklinowy kosz czy bawełnianą torbę. W sezonie letnim istotnym problemem jest też wysoki popyt na jednorazowe, plastikowe sztućce i talerze. Wybór, np. podczas grillowania, wielorazowej zastawy z pewnością będzie nie tylko bardziej ekologiczny, ale także korzystniejszy dla naszych portfeli ­­­– zauważa Felice Scoccimarro.

Krokiem do zmniejszenia liczby toreb plastikowych było wprowadzenie opłaty recyklingowej. Jak pokazują przykłady z zagranicy, to dobry kierunek. Tylko w ciągu roku w Irlandii udało się zredukować zużycie „foliówek” o 90 proc., a w nieodległej Wielkiej Brytanii o 85 proc.

Nie każdy odpad musi od razu trafić do śmietnika

Pomysłem na ograniczenie ilości produkowanych odpadów jest również danie mu drugiego życia. W ten sposób do recyklingu nie musi trafiać np. słoik po dżemie. Z powodzeniem sprawdzi się on po umyciu przy przechowywaniu przypraw czy przygotowanych przez siebie przetworów. Podobnie warto wykorzystać inne odpady – puszka po konserwach posłuży jako doniczka. Można w niej zasiać zioła, które nie tylko trafią na talerze, ale także wprowadzą do kuchni wspaniałe aromaty.

Jeżeli już jednak zdecydujemy, że dany produkt czy opakowanie nie nadaje się do powtórnego użycia, zadbajmy o to, by odpad trafił do właściwego pojemnika na śmieci. Segregowanie umożliwia bowiem sprawniejsze przeprowadzenie procesu recyklingu. Z popularnych butelek PET odzyskuje się włókna poliestrowe, służące do wyrobu odzieży. Do wyprodukowania ciepłego polaru, który sprawdzi się m.in. podczas górskich wędrówek, wystarczy jedynie 35 zużytych opakowań tego typu.

Już ponad 100 tys. ofiar trojana Qbot. Uwaga na fałszywe maile.

Nowa, jeszcze bardziej destrukcyjna forma malware’u Qbot, przejmującego dane przeglądarki, numery kart kredytowych i inne dane bankowości elektronicznej zagraża firmom i osobom fizycznym – ostrzegają eksperci z firmy Check Point. Do tej pory ofiarą trojana padło 100 tys. użytkowników na całym świecie, co czyni go obecnie prawdopodobnie najbardziej rozpowszechnionym złośliwym oprogramowaniem.

Badacze Check Pointa zidentyfikowali w ostatnich miesiącach kilka kampanii hakerskich wykorzystujących nową odmianę trojana Qbot, które były przeprowadzone w okresie od marca do sierpnia 2020 r. W jednej z nich Qbot był dystrybuowany przez innego szkodnika – trojana bankowego Emotet, co wskazuje na zupełnie nową technikę dystrybucji tego złośliwego oprogramowania. Co więcej nowy Qbot posiada również odświeżoną infrastrukturę c&c (dowodzenia i kontroli), dającą hakerom jeszcze więcej możliwości działania. 

Najnowsza wersja malware’u ewoluowała, stając się – jak ocenia Check Point – wysoce ustrukturyzowaną i wielowarstwową. Według badaczy trojan stał się złośliwym odpowiednikiem szwajcarskiego scyzoryka, który potrafi m.in. wykradać informacje (w tym hasła, e-maile, dane kart kredytowych), instalować oprogramowanie ransomware czy dokonywać nieautoryzowanych transakcji bankowych.

Przechwytywanie wątków e-mail

Początkowy łańcuch infekcji rozpoczyna się od wysłania specjalnie spreparowanych wiadomości e-mail do organizacji lub osób prywatnych. Każda z wiadomości e-mail zawiera adres URL do pliku ZIP ze złośliwym plikiem Visual Basic Script (VBS), który zawiera kod wykonawczy w systemie Windows.

Po zainfekowaniu komputera, Qbot aktywuje specjalny „moduł do zbierania wiadomości e-mail”, który wyodrębnia wszystkie wątki wiadomości e-mail z konta Outlook ofiary i przesyła je na zakodowany na stałe serwer zdalny. Skradzione wiadomości e-mail są następnie wykorzystywane w przyszłych kampaniach spamowych, co ułatwia nakłonienie użytkowników do kliknięcia zainfekowanych załączników, ponieważ spam wydaje się kontynuować istniejącą wymianę e-maili.

Nasze badania pokazują, że nawet starsze formy złośliwego oprogramowania można aktualizować o nowe funkcje, aby uczynić je niebezpiecznym i trwałym zagrożeniem. Hakerzy intensywnie inwestują w rozwój Qbota, aby umożliwić kradzież danych na masową skalę – zarówno od organizacji, jak i osób fizycznych. Byliśmy świadkami kampanii złośliwego spamu, które rozpowszechniały Qbota bezpośrednio, a także takich, które wykorzystywały inne infrastruktury infekcyjne do dalszego rozprzestrzeniania zagrożenia. Mamy nadzieję, że nasze obserwacje i badania nad Qbotem pomogą położyć kres temu zagrożeniu. – mówi Yaniv Balmas, szef działu badan cybernetycznych w Check Point – Na razie zdecydowanie polecam uważne obserwowanie e-maili pod kątem oznak wskazujących na próbę wyłudzenia informacji – nawet jeśli wiadomość e-mail wydaje się pochodzić z zaufanego źródła – dodaje ekspert Check Pointa

Jak na razie głównym celem ataków Qbota były Stany Zjednoczone, w których zanotowano prawie 29% wszystkich infekcji. Na celowniku hakerów byli również użytkownicy z Indii, Izraela i Włoch – w tych krajach odnotowano odpowiednio 7% wszystkich ataków.

Udana emisja obligacji White Stone

Sukcesem zakończyła się czwarta i zarazem największa w historii White Stone Development emisja obligacji – deweloper pozyskał 25 mln zł na realizację planowanych projektów mieszkaniowych i komercyjnych. Trzyletnie obligacje serii D oprocentowane są na poziomie 6 proc. w skali roku (oprocentowanie stałe). Emitent zamierza zadebiutować na rynku ASO Catalyst wprowadzając tam właśnie te obligacje.

White Stone Development jest spółką dominującą w utworzonej w 2015 r. Grupie Kapitałowej. Grupa ta koncentruje swoje działania na realizacji inwestycji mieszkaniowych i komercyjnych na rynku warszawskim oraz szczecińskim. Do tej pory White Stone sprzedał przeszło 1,2 tys. lokali mieszkalnych realizowanych w ramach 5 wieloetapowych projektów. W pierwszym półroczu 2020 r. White Stone podpisał 195 umów sprzedaży, a w całym 2019 r. sprzedał ponad 280 mieszkań.

W swoim portfolio firma posiada aktualnie 2 projekty biurowe (kompleks HOL 7.7 oraz budynek Celebro) i 1 biurowo-komercyjny (Fort Mokotów) o łącznej powierzchni najmu przekraczającej 32 tys. mkw. W zakupionym w 2019 r. kompleksie przy ul. Cybernetyki 7 i 7 a trwa proces modernizacji i rekomercjalizacji. Również w historycznym obiekcie, jakim jest Fort, kończy się rekomercjalizacja.

W skład Grupy wchodzi także SPS Construction, generalny wykonawca dla budownictwa kubaturowego oraz MAAT4, spółka zajmująca się generalnym wykonawstwem instalacji elektroenergetycznych.

Konsekwentnie realizujemy nasze plany. Szykujemy się do startu kolejnych projektów mieszkaniowych na wcześniej zakupionych gruntach. Niedługo rozpoczniemy budowy na Mokotowie i w podwarszawskim Józefosławiu. Pozytywny odzew ze strony inwestorów podczas ostatniej emisji obligacji pokazuje, że nasz sposób prowadzenia biznesu na rynku nieruchomości jest dobrze oceniany przez rynek. – Anna Suchodolska, co-CEO i CFO w White Stone Development

Duży popyt na obligacje pomimo dużej zmienności na rynkach

Popyt na 3-letnie obligacje spółki przekroczył zakładane 25 mln zł i dokonana została redukcja zapisów. Obligacje serii D zostały zabezpieczone hipoteką. Organizatorem emisji był Michael/Ström Dom Maklerski S.A.

Od 2015 r. spółka dokonała czterech emisji obligacji pozyskując łącznie 56 mln zł na finansowanie inwestycji.

Chcemy w pełni transparentnie komunikować się z rynkiem, dlatego po raz pierwszy zamierzamy ubiegać się o wprowadzenie obligacji White Stone na Catalyst.
Anna Suchodolska, co-CEO i CFO w White Stone Development

96% użytkowników fotowoltaiki zadowolonych ze swojej instalacji. Pierwszy raport Oferteo.pl o fotowoltaice

Polacy wybierają fotowoltaikę w trosce o środowisko oraz o własny portfel. 96% użytkowników jest zadowolonych z decyzji o montażu paneli, a 37% myśli już nad powiększeniem swojej instalacji – wynika z pierwszego raportu Oferteo.pl o fotowoltaice. Największą przeszkodą na drodze do czystej energii jest biurokracja.

Fotowoltaika w Polsce

W ciągu ostatnich kilku lat popularność przydomowych instalacji fotowoltaicznych gwałtownie wzrosła. Coraz więcej właścicieli nieruchomości postanawia rozpocząć produkcję własnej energii elektrycznej w sposób przyjazny dla środowiska.

Według danych Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej Polska PV z końcem 2019 roku w Polsce było już ponad 160 tysięcy mikroinstalacji. Oznacza to, że pod koniec ubiegłego roku panele zamontowane były na co 36. budynku mieszkalnym (prawie 3% domów). Natomiast moc zainstalowanej fotowoltaiki w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym dnia 1 sierpnia 2020 roku wyniosła 2261,347 MW (megawatów).

38,9% instalacji zostało podłączonych do PGE Dystrybucja, 29,6% do sieci Tauron Dystrybucja, a 16,6% – Energi Operator.

Do fotowoltaiki przekonują oszczędności

anmieta3

Wyniki badania przeprowadzonego przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług w zakresie dostawy i montażu fotowoltaiki z usługodawcami, dowodzą, że głównym argumentem, który przekonuje Polaków do podjęcia decyzji o inwestycji w fotowoltaikę jest oszczędność. Chęć ograniczenia kosztów energii przekonała w ubiegłym roku do montażu paneli aż 84% inwestorów. Kolejną kwestią, którą się często kierowali, była ekologia wskazywana przez 57% badanych. Niemal co trzeci ankietowany chciał skorzystać z nowoczesnych rozwiązań. 8% uczestników badania zostało przekonanych do paneli fotowoltaicznych przez zadowolonych z tego rozwiązania znajomych.

Działania związane z montażem paneli podejmujemy najczęściej wiosną. Najwięcej zapytań pochodziło w ubiegłym roku z maja (14%), kwietnia (13,5%) oraz marca (13%). Sporo pracy fachowcy mają także w czerwcu i lipcu (odpowiednio 9 i 8%).

Na jak dużą instalację się zdecydować?

ankieta2

Aż 50% instalacji fotowoltaicznych zamontowanych w 2019 roku miało moc 6-10 kWp (kilowatt-peak). Taki zestaw produkuje około 600-1000 kWh energii elektrycznej rocznie. 46% badanych zdecydowało się natomiast na instalację o mocy 2-5 kWp, co powinno dawać odpowiednio 200-500 kWh na rok, czyli zaspokoić zapotrzebowanie energetyczne średniej wielkości gospodarstwa domowego.

Zestawy paneli, na które decydują się Polacy, zajmują zwykle powierzchnię od 21 do 30 m2 (25% badanych). Popularne są również mniejsze instalacje 11-20 m2 (23%) albo te nieco większe 31-40 m2 (17%). Co ciekawe, w ubiegłym roku aż 18% badanych zamontowało na swojej posesji panele, które zajmowały powyżej 41 m2.

Formalności zniechęcają do ekologii?

ankieta4

Inwestorzy pytani o to, co w całym procesie sprawiło im najwięcej trudności, najczęściej wskazywali biurokrację. Walkę z formalnościami źle wspomina aż 29% badanych. Wiele wysiłku wkładano także w znalezienie odpowiedniego wykonawcy oraz wybór sprzętu.

Znaczna część osób, które w ostatnim czasie zdecydowała się na montaż paneli fotowoltaicznych przyznała, że wybór odpowiedniego wykonawcy przysporzył im wielu trudności. Obecnie dziedzina ta staje się w Polsce coraz popularniejsza, a co za tym idzie – na rynku pojawia się coraz więcej firm specjalistycznych. Wielu wykonawców zajmuje się nie tylko montażem paneli, ale także pomaga w doborze odpowiedniego sprzętu, określeniu zapotrzebowania energetycznego, a nawet załatwieniu formalności i dofinansowania. Odpowiednio wybrany specjalista może więc pomóc zleceniodawcy uporać się ze wszystkimi najbardziej problematycznymi kwestiami w całym procesie – komentuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. 

To była dobra decyzja

ankieta1

Wiele osób wciąż może mieć wątpliwości, czy warto inwestować w fotowoltaikę. Odpowiedzi tych, którzy już się na nią zdecydowali, powinny studzić te obawy. Aż 96% osób, które rozpoczęły produkcję ekologicznej energii na własny użytek, jest zadowolona z tego wyboru. 37% deklaruje, że w przyszłości planuje rozbudować swoją instalację.

Czy można wygrać z zatorami płatniczymi?

W walce z zatorami płatniczymi firmy zyskały nowego sprzymierzeńca: UOKiK. Zgodnie z zapisami ustawy, która weszła w życie na początku bieżącego roku, Urząd bierze pod lupę największych dłużników, których płatności wobec dostawców są przeterminowane ponad 60 dni. Wciąż jednak nierozwiązana pozostaje inna kwestia przyczyniająca się do powstawania zatorów płatniczych – stosowanie w umowach handlowych zakazów cesji wierzytelności.

Z perspektywy firmy faktoringowej, która na co dzień obserwuje przedsiębiorstwa sprzedające z odroczonym terminem płatności, czas oczekiwania na zapłatę od odbiorcy nie jest wcale największym problemem. Kluczowa jest swoboda dysponowania wierzytelnością, czyli np. możliwość przekazania jej do faktoringu czy windykacji – komentuje Jerzy Dąbrowski, prezes Bibby Financial Services. – Tymczasem małe i średnie przedsiębiorstwa często zmuszone są zaakceptować narzucony w umowie przez większego i silniejszego odbiorcę zakaz cesji wierzytelności. To praktycznie wiąże ręce – nawet jeśli taki odbiorca spóźnia się notorycznie z płatnością, przedsiębiorca nie może nic zrobić, tylko czekać na pieniądze.

Zakaz cesji umieszczany jest często w draftach umów, które dostawcy z sektora MŚP otrzymują od dużych kontrahentów, np. supermarketów. Otrzymanie projektu umowy to ostatni dzwonek, żeby podjąć negocjacje i spróbować zmienić zapis. Jeśli firma podpisze umowę z zakazem cesji, straci możliwość przekazywania faktur do faktoringu, a tym samym odetnie sobie drogę do finansowania w sytuacji sprzedaży z długim terminem płatności.

Cieszę się, że nieuczciwe praktyki stosowane przez sieci handlowe, zostaną wreszcie prześwietlone przez UOKiK – dodaje Jerzy Dąbrowski. – To ważny krok w kierunku uzdrowienia relacji pomiędzy MŚP a dużymi, silnymi odbiorcami. Przy tej okazji warto nagłaśniać kwestię zakazów cesji. Wciąż zbyt mało firm wie, jakie to rodzi konsekwencje i jak ewentualnie negocjować zmianę tego zapisu w umowach. Tutaj szczególnie istotna może okazać się pomoc faktora, który podpowie odpowiednie argumenty w negocjacjach, lub wręcz będzie w nich towarzyszył.

Brak możliwości sięgnięcia po finansowanie działalności w oparciu o faktury to poważna bariera ograniczająca swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Dlatego Polski Związek Faktorów, do którego należy również Bibby Financial Services, od dwóch lat prowadzi działania zmierzające do zmian w prawie. Proces ten jest długotrwały i skomplikowany, ponieważ prawo do zakazu cesji jest gwarantowane w Kodeksie Cywilnym.

Enel X w Polskiej Izbie Przemysłu Chemicznego

Enel X poinformował o przystąpieniu do Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego, organizacji zrzeszającej największe polskie i zagraniczne firmy chemiczne działające w kraju. Należąca do międzynarodowej grupy Enel firma jest w Polsce największym agregatorem usług DSR, umożliwiającymi energochłonnym odbiorcom energii – m. in. z branży chemicznej – udział w krajowym rynku mocy.

Enel X to największy w Polsce agregator usług DSR. Za jego pośrednictwem odbiorcy energii mają możliwość udziału w rynku mocy i zarabiania na tzw. usługach Demand Response. W zamian za wynagrodzenie wypłacane przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE), odbiorcy deklarują gotowość do czasowego ograniczenia poboru energii w przypadku krytycznych deficytów mocy, co wpływa na bezpieczeństwo i stabilizację Krajowego Systemu Elektroenergetycznego.

Dzięki instytucji agregatora na rynku mocy zarabiać mogą już średniej wielkości odbiorcy. Agregator reprezentuje ich wobec PSE, zapewnia prawne i technologiczne wsparcie, przede wszystkim zaś minimalizuje ryzyko związane z możliwością faktycznego wezwania do redukcji poboru energii.

Polska Izba Przemysłu Chemicznego (PIPC) to organizacja reprezentująca szeroko rozumianą branżę chemiczną. W jej skład wchodzą producenci chemikaliów, przedsiębiorstwa sektora petrochemicznego i rafineryjnego, firmy transportowe i dystrybucyjne, biura projektowe, firmy konsultingowe i instytuty naukowe. Łącznie PIPC zrzesza 148 podmiotów. Do kompetencji PIPC należy reprezentowanie podmiotów przemysłu chemicznego wobec administracji publicznej, m. in. w obszarze zrównoważonego rozwoju, polityki energetyczno – klimatycznej i ochrony środowiska. Jako członek Europejskiej Rady Przemysłu Chemicznego CEFIC reprezentuje polski przemysł chemiczny na arenie międzynarodowej.

Przemysł chemiczny, należący do energochłonnych gałęzi gospodarki, ma szczególny potencjał umożliwiający udział w rynku mocy i czerpanie dochodów z usług Demand Response. Członkostwo Enel X w PIPC z pewnością ten udział ułatwi. Obie organizacje planują współpracę w zakresie edukacji na temat możliwości, jakie daje rynek mocy odbiorcom energii, zaczynając od obecności Enel X na wrześniowym Kongresie Polska Chemia.

Grupa Enel, do której należy Enel X to jeden z czołowych globalnych koncernów energetycznych, producent i dystrybutor energii, największy na świecie wytwórca energii z odnawialnych źródeł. Obecny jest w 33 krajach, na pięciu kontynentach. Ostatnio grupa opublikowała wyniki finansowe za pierwszą połowę roku 2020, odnotowując 5,6 proc. wzrost dochodu netto z działalności operacyjnej.

Zakupy przed pierwszym dzwonkiem

0

Nowy i pełen wyzwań rok szkolny za pasem. Niektórzy najpotrzebniejsze artykuły dla uczniów zakupili już dużo wcześniej, inni ze względu na niepewną sytuację związaną z powrotem do stacjonarnego nauczania, wstrzymywali się do ostatniej chwili z kompletowaniem wyprawki szkolnej dla swoich dzieci. Jak wyglądają tegoroczne zakupy tuż przed pierwszym dzwonkiem? Jak kształtują się zachowania konsumentów?

Wyprawka szkolna – mimo trwającej do pewnego momentu niepewności związanej z powrotem do szkół – ma się bardzo dobrze. Kupujemy dużo i chętnie. Badania CBOS z 2018 roku pokazały, że na skompletowanie potrzebnych przyborów na nowy rok szkolny dla uczniów, konsumenci wydają średnio ok. tysiąca złotych. W tym roku na wyprawkę szkolną wydamy dużo więcej niż miało to miejsce w latach poprzednich.

Klienci nie zrezygnowali w tym roku z dokonania kompleksowych zakupów przed nowym rokiem szkolnym. To, co zaobserwowaliśmy to różne podejście do tego tematu naszych klientów. Jedni zdecydowali się na kompletowanie wyprawki dla swoich pociech już w środku wakacji, inni rozkładali zakupy w czasie i systematycznie zaopatrywali się w kolejne potrzebne rzeczy i akcesoria szkolne. Jeszcze inni zdecydowali się na większe jednorazowe zakupy na sam koniec wakacji. Są też konsumenci, którzy zakupili artykuły szkolne w sklepach internetowych i odbierali swoje zamówienia u naszych najemców – mówi Andrzej Cieślik, dyrektor Portu Łódź. Centrum handlowe jest pod tym względem bardzo wdzięcznym miejscem, możemy tu kupić kompleksowo wszystko co potrzebne do szkoły w jednym miejscu i jednego dnia – dodaje dyrektor.

Badanie SW Research dla Empiku wykazało, że aż 59% konsumentów przeznacza  na tegoroczną wyprawkę szkolną znacznie większy budżet niż rok temu. Kupujemy kompleksowo, nie tylko typowe artykuły szkolne, jak plecaki, zeszyty czy podręczniki ale zaopatrujemy nasze pociechy także w nową garderobę, głównie sportową przeznaczoną do różnego rodzaju aktywności fizycznej. Dużym zainteresowaniem cieszą się też sklepy ze sprzętem elektronicznym, a także te oferujące wyposażenie do pokoju ucznia.

To, co zaobserwowaliśmy to fakt, że coraz więcej klientów wybiera się na „zakupy do szkoły” rodzinnie, spędzamy ze sobą czas, pozwalamy naszym dzieciom na podejmowanie decyzji co do zawartości wyprawki szkolnej, a na koniec po zakupach idziemy wspólnie np. lody czy korzystamy z innych atrakcji oferowanych przez centrum handlowe – podsumowuje dyrektor Portu Łódź.

Klienci na początku roku szkolnego nie zapominają także o zajęciach pozaszkolnych i pasjach swoich pociech. Rodzice zaopatrują dzieci w akcesoria dedykowane danej dziedzinie sportu. Chętnie odwiedzamy też sklepy ze sprzętem audio i wideo oraz księgarnie, w których poza tematycznymi książkami, zakupić można akcesoria do rozwijania hobby, jak np. akcesoria do malowania, czy tworzenia przestrzennych modeli z drewna oraz wiele innych elementów asortymentu pozwalającego rozwijać kreatywność i pasje dzieci.

Inwestowanie w dobie koronawirusa. Rośnie zainteresowanie nieruchomościami nad Bałtykiem.

Pandemia zmieniła nie tylko naszą codzienność, ale i wakacyjne plany. W związku z niepewną sytuacją epidemiczną, aż 90% Polaków planujących wyjechać na urlop, zamierza spędzić go w Polsce. Szczególnie dużą popularnością wśród turystów cieszą się nadbałtyckie miejscowości. Wraz z tym trendem, rośnie zainteresowanie inwestorów nieruchomościami zlokalizowanymi nad morzem.

Długi lockdown, zmęczenie przymusowym przebywaniem w czterech ścianach, a co za tym idzie rosnąca potrzeba zmiany otoczenia sprawiły, że w tym roku Polacy ruszyli na wakacje szybciej niż zazwyczaj. Najbardziej popularną polską destynacją jest Bałtyk, gdzie już wiosną pojawiło się wielu urlopowiczów.

Rośnie popyt na wakacje w Polsce

Od kilku lat przybywa turystów nad polskim morzem. Podczas ubiegłorocznych wakacji na plażach wypoczywało ok. 6-7 mln osób. Jak twierdzą przedstawiciele branży turystycznej, w tym roku będzie ich nawet o pół miliona więcej. To blisko 20 proc. wzrost w porównaniu do wakacji sprzed sześciu lat.

W minionych sezonach wczasowicze wybierali polskie wybrzeże zamiast zagranicznych kurortów, m.in. ze względu na  czyste i duże plaże, coraz lepszy standard bazy noclegowej oraz  możliwości szybkiego dojazdu, dzięki nowym kilkupasmowym drogom prowadzącym na północ kraju. Jednym z powodów rezygnacji z wyjazdów zagranicznych był także strach przed terroryzmem.

Obecnie zwiększony popyt na urlop w kraju został wywołany przez sytuację epidemiczną na całym świecie. Mimo, że granice Polski są już otwarte, a ruch lotniczy został wznowiony, to podróże zagraniczne nadal są utrudnione. Wiele państw wciąż blokuje przyjazdy turystów ze względu na dużą liczbę zachorowań, wydłużone są procedury związane z wejściem na pokład samolotu a cała sytuacja, nawet jeśli stabilna, wydaje się niepewna.  To wszystko zniechęca do dalekich podróży.

Według badania Profitroom blisko 80% Polaków zaplanowało w tym roku wyjazd wypoczynkowy, z czego ponad 90% spędzi go w kraju. Natomiast jak podaje Polska Organizacja Turystyczna 27% osób, które zadeklarowały chęć podróży po Polsce, wybierze się nad morze.

Nasz kraj cieszy się również dużą popularnością wśród zagranicznych turystów. Stanowią oni ponad 20% wszystkich gości polskich obiektów turystycznych. Według unijnych ekspertów, Polska jest jednym z najbardziej bezpiecznych miejsc na spędzenie tegorocznych wakacji. W dobie ograniczeń lotniczych, istotny jest również fakt, że aż 60% turystów zagranicznych przyjeżdżających do Polski to obywatele państw sąsiednich. Nad polskie morze przyjeżdżają głównie mieszkańcy Niemiec, którym sprzyja nowoczesna infrastruktura drogowa łącząca oba kraje.

Nieruchomości na własność

W dobie koronawirusa wyraźnie wzrosło zainteresowanie inwestycjami możliwie najmniej ryzykownymi, odpornymi na wahania koniunktury. Stąd obserwowany większy popyt na nieruchomości, kupowane głównie w celach inwestycyjnych. Tę tendencję pomagają budować również rekordowo niskie stopy procentowe, które zniechęcają do gromadzenia kapitału na lokatach.

– Biorąc pod uwagę coraz większe zainteresowanie turystów pobytem nad polskim morzem oraz rosnące koszty takiego wypoczynku, dobrym pomysłem jest zakup apartamentu w popularnej miejscowości na wybrzeżu Bałtyku – mówi Ewa Zięciak, właścicielka Sea & Lake – kompleksu luksusowych apartamentów w Mielnie. – To coraz popularniejszy w Polsce sposób inwestowania w nieruchomości. Rodzimy odpowiednik brytyjskiego „holiday home”, służy zarówno zaspokajaniu potrzeb wypoczynkowych właściciela, jak i celom inwestycyjnym pod wynajem krótkoterminowy.

Z raportu firmy Emmerson Evaluation wynika, że w ostatnim czasie mamy do czynienia z prawdziwym boomem na tego typu nieruchomości. Jest to efekt dynamicznie rosnącego popytu. Największą popularnością cieszą się apartamenty zlokalizowane w atrakcyjnych miejscowościach turystycznych nad Bałtykiem, m.in. w Mielnie, Juracie, Świnoujściu, Kołobrzegu czy Międzyzdrojach. Właśnie tam jest zlokalizowanych blisko 40% tego typu obiektów.

Wysoki zwrot z inwestycji

Zaledwie 20% nabywców kupuje mieszkania nad morzem w celu zamieszkania w nich na stałe. Większość traktuje je jako dobrą lokatę kapitału. Według ekspertów z branży nieruchomości, na rynku polskim najbardziej intratną inwestycją są kurorty nadmorskie.

– Bezpieczeństwo inwestycji w apartamenty nad morzem jest bardzo wysokie – mówi Ewa Zięciak. Wynika z gwarancji osiągania zysków z najmu w długim terminie i ze wzrostu wartości nieruchomości w czasie. Zyski z wynajmu krótkoterminowego apartamentów w dobrej nadmorskiej lokalizacji mogą sięgać nawet 8 proc. Na tyle szacujemy zwrot z inwestycji w apartamenty Sea & Lake w roku 2020, w kolejnych spodziewamy się dalszych wzrostów. Warto jednocześnie pamiętać, że w tym aspekcie lokalizacja jest absolutnie kluczowa. Inwestorzy szukają dziś miejsc ustronnych, jednak dobrze skomunikowanych, z zapleczem kulturalno-rozrywkowym w sąsiednich miastach. – dodaje.

Kompleks apartamentów Sea & Lake zbudowany został nieprzypadkowo na mierzei pomiędzy jednym z największych polskich jezior a Bałtykiem, w środku lasu, jednak niedaleko Mielna i Koszalina. Powstający kanał żeglugowy połączy wkrótce oba akweny, dzięki czemu mieszkańcy będą mogli wypłynąć jachtem na otwarte morze dosłownie spod drzwi. To unikatowa lokalizacja na skalę europejską. I właśnie takie inwestycje, z wyraźnymi wyróżnikami, nie tylko w zakresie luksusowego standardu, ale i lokalizacji, są dziś najbardziej poszukiwane przez kupujących.

Obłożenie nadmorskich obiektów noclegowych podczas wakacji sięga corocznie 80-100%. Najwyższą rentowność osiągają właśnie luksusowe apartamenty, wykończone w wysokim standardzie z widokiem na morze lub jezioro, położone w prestiżowych miejscowościach, często odwiedzanych przez turystów, również poza sezonem wakacyjnym. Takich inwestycji wciąż jest w Polsce niewiele, dlatego popyt na nie utrzymuje się na wysokim poziomie.

– Na zwiększenie wartości apartamentów nadmorskich wpływać będzie również coraz bardziej ograniczona podaż mieszkań, wynikająca z kurczących się zasobów gruntów pod zabudowę – uważa Ewa Zięciak. – Może to doprowadzić w przyszłości do dalszych wzrostów cen, a w konsekwencji i wartości nieruchomości położonych w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach.

Krótkoterminowy wynajem apartamentów wakacyjnych stanowi obecnie jeden z hitów inwestycyjnych. Dzięki popularnym platformom internetowym, takim jak booking.com czy airbnb.pl właściciel takiej nieruchomości może ze swoją ofertą dotrzeć do tysięcy, a nawet milionów potencjalnych odbiorców z całego świata. Warto również pamiętać, że nieruchomości to jedna z najpewniejszych inwestycji, szczególnie w niepewnych czasach.

Jakie rodzaje paliwa są najpopularniejsze w europejskich krajach?

Czy samochody na gaz są popularne jedynie w Polsce? Jak wypada nasz kraj na tle innych europejskich państw pod względem udziału diesli i elektryków? Eksperci Ubea.pl sprawdzają.

Eksperci porównywarki Ubea.pl sprawdzili niedawno, że około 14% samochodów osobowych jeżdżących po polskich drogach posiada aktualnie instalację gazową (LPG). Tak wysoki wynik mógł zaskoczyć wiele osób.

Porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl, w ramach uzupełnienia tematu, postanowiła sprawdzić, czy na tle innych krajów Starego Kontynentu Polska wyróżnia się dużym udziałem samochodów osobowych na gaz. Taką analizę można przeprowadzić dzięki danym Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów (ACEA).

Eksperci Ubea.pl sprawdzili także popularność innych rodzajów paliwa w poszczególnych krajach. Przekonaj się, gdzie całkowicie dominuje benzyna, a gdzie dobrze radzą sobie diesle.

Jak wypada Polska na tle innych europejskich krajów?

Na początek warto sprawdzić, jak Polska przedstawia się pod względem popularności różnych rodzajów napędu na tle całej Unii Europejskiej (dane pochodzą z końca 2018 r, więc uwzględniają jeszcze Wielką Brytanię). Różnice polskich i przeciętnych wyników Unii prezentują się następująco:

– benzyna:

l Polska: 52,9% samochodów osobowych

l Unia Europejska: 54% samochodów osobowych

– diesel:

l Polska: 31,2%

l UE: 41,9%

– hybryda:

l Polska: 0,0%

l UE: 0,8%

– prąd elektryczny:

l Polska: 0,3%

l UE: 0,2%

– LPG oraz inne paliwa gazowe:

l Polska: 13,9%

l UE: 2,8%

– inne paliwa:

l Polska: 1,7%

l UE: 0,3%

W których krajach auta na gaz są popularne?

Pod względem popularności samochodów zasilanych gazem LPG Polska jest unijnym liderem. Pod koniec 2018 r. Polacy posiadali ok. 3,3 mln – 3,4 mln takich aut. Podobnie było we Włoszech, ale w tym kraju procentowy udział aut jeżdżących na gazie był znacznie niższy (8,6% we Włoszech, a w Polsce 13,9%).

Poza Polską i Włochami dużą popularnością aut na gaz wyróżniała się także Łotwa (7%).

Gdzie dominuje benzyna, a gdzie diesel?

W wielu krajach procentowy udział aut zasilanych benzyną oraz takich z silnikiem diesla jest dość wyrównany. Są jednak państwa, w których dominuje jeden z tych rodzajów zasilania samochodów.

Bardzo dużą popularnością aut z silnikiem diesla cechowała się w 2018 r. Litwa (75,2%), Łotwa (60,9%), Hiszpania (60,0%) oraz Francja (59,1%). Samochody osobowe na benzynę zdecydowanie przeważały natomiast w Grecji (92,4%) oraz Holandii (79,6%)” – podkreśla Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Który kraj jest liderem pod względem elektryków?

Pod względem udziału samochodów napędzanych tylko prądem Polska osiągnęła pod koniec 2018 r. wynik zbliżony do europejskiej średniej. Warto jednak podkreślić, że w przypadku elektryków sytuacja wygląda dość specyficznie.

Mamy do czynienia z jednym, bardzo wyraźnym, europejskim liderem, jakim jest Norwegia. W Kraju Fiordów pod koniec 2018 r. już 7,2% samochodów było zasilanych tylko prądem. Druga w kolejności Holandia osiągnęła wynik wynoszący jedynie 0,5%” – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

rodzaje-paliwa-w-europie-tab-ubea

DHL Supply Chain z nową dyrektor zarządzającą

0

Monika Duda jest pierwszą kobietą w strukturze DHL Supply Chain w Polsce, która obejmie tak wysokie stanowisko kierownicze. Będzie odpowiedzialna za dynamiczny rozwój i wzmocnienie pozycji DHL Supply Chain, a także za zarządzanie międzynarodowym i krajowym portfolio klientów firmy, która nad Wisłą zatrudnia ponad 4 tys. pracowników. Monika Duda zastąpi na stanowisku Piotra Okurowskiego, który zostaje w firmie i w roli dyrektora zarządzającego będzie odpowiadał za rozwój biznesu DHL Supply Chain na Słowacji.

Monika Duda posiada ponad 13-letnie doświadczenie w pracy dla międzynarodowych korporacji, specjalizuje się w strategicznym zarządzaniu łańcuchami dostaw, zarządzaniu działami operacyjnymi i w rozwoju biznesu.

W dotychczasowej karierze Monika Duda była zaangażowana w projekty logistyczne realizowane dla renomowanych graczy z sektorów retail i e-commerce, w tym między innymi dla: IKEA, Carrefour, Auchan, Hutchinson i P&G. W przeszłości zajmowała stanowisko Associate Director w departamencie powierzchni logistycznych, magazynowych i przemysłowych w Cushman&Wakefield, międzynarodowej firmie doradczej działającej na rynku nieruchomości komercyjnych. Odpowiadała za rozwój linii biznesowej, za zarządzanie relacjami z kluczowymi klientami i partnerami biznesowymi, a także za koordynację prac zespołu zajmującego się doradztwem w zakresie powierzchni logistycznych. Przed objęciem stanowiska, nowa dyrektor zarządzającej DHL Supply Chain Monika Duda, od września 2016 roku była partnerem w M4 Real Estate, firmie specjalizującej się w kompleksowym doradztwie logistycznym, inwestycyjnym i deweloperskim, a także w wynajmie powierzchni magazynowych i logistycznych oraz w realizacji projektów BTS i BTO.

Bardzo się cieszę, że będę mogła być częścią zespołu DHL Supply Chain, światowego lidera w logistyce 3PL. To dla mnie bardzo duże wyróżnienie, szczególnie, że po raz pierwszy mówimy o zajęciu przez kobietę tak wysokiego stanowiska kierowniczego w polskich strukturach DHL Supply Chain. To szansa na większą różnorodność, którą zamierzam wykorzystać aktywnie zarządzając firmą i realizując ambitną strategię rozwoju – mówi Monika Duda, dyrektor zarządzająca DHL Supply Chain.

W Polsce pracujemy dla wielu międzynarodowych i krajowych klientów, każdy z nich oczekuje serwisu na światowym poziomie. To nasz priorytet, który codziennie realizujemy wspólnie z ponad 4 tysiącami pracowników w 20 lokalizacjach w całym kraju. Cieszę się, że Monika stanęła za sterami firmy i jestem przekonany, że jako nowa dyrektor zarządzająca będzie gwarancją pomyślności wielu nowych projektów, wdrażania innowacji i ciągłego podnoszenia standardu naszych usług. Zaangażowanie, ambicja i podejście Moniki są i będą niecenioną wartością w rozwoju DHL Supply Chain w Polsce – mówi Andries Retief, CEO Central and Eastern Europe, DHL Supply Chain.

Angaż Moniki Dudy na wysokie stanowisko kierownicze to nowy rozdział dla całego sektora TSL, który pokazuje ogromny potencjał kobiet w rolach nowoczesnych liderek i menedżerek wysokiego szczebla. To krok, którym DHL Supply Chin potwierdza swoje zaangażowanie w zmienianie i otwieranie świata logistyki dla kobiet chcących zarządzać firmami i organizacjami. Doświadczenie Moniki Dudy w sektorach logistyki i nieruchomości komercyjnych będzie bardzo mocnym argumentem w umacnianiu DHL Supply Chain na pozycji rynkowego lidera.

Znaczący wzrost płacy minimalnej zaszkodzi gospodarce

• Wynagrodzenie minimalne w 2021 roku, w sytuacji kiedy nie ma możliwości zamrożenia mechanizmu jego wzrostu, powinno wynieść 2716 zł, a stawka godzinowa 17,7 zł – napisała Konfederacja Lewiatan w stanowisku do projektu rozporządzenia rządu w tej sprawie.
• Zdaniem pracodawców obecna sytuacja gospodarcza nie uzasadnia znaczącego wzrostu płacy minimalnej.

Rząd zaproponował, aby w przyszłym roku wynagrodzenie minimalne wynosiło 2 800 zł, a stawka godzinowa 18,3 zł.

– Nie stać nas, w czasie recesji, na tak wysoką podwyżkę płacy minimalnej. Dla firm oznaczać to będzie dalszy wzrost kosztów pracy, w sytuacji kiedy od kilku miesięcy zmagają się ze skutkami pandemii COVID-19. Część przedsiębiorstw będzie miała problemy z utrzymaniem zatrudnienia – mówi Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Kondycja gospodarki nie uzasadnia wysokiej podwyżki

Obecna sytuacja gospodarcza nie uzasadnia znaczącego wzrostu wynagrodzenia minimalnego. Jeśli przy ustalaniu płacy minimalnej na 2020 rok rząd argumentował, że „biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy i utrzymującą się dobrą koniunkturę gospodarczą rząd postanowił o ustaleniu płacy minimalnej na jeszcze wyższym poziomie, właśnie 2600 złotych”, trudno znaleźć merytoryczne uzasadnienie dla podnoszenia jej o więcej niż kolejne 116 złotych w dobie recesji. Już założenia do budżetu 2021 pozwalają stwierdzić, że rząd zakłada, że w przyszłym roku nie wrócimy do PKB z 2019 roku. Prognozy NBP są jeszcze bardziej pesymistyczne.

Wzrost płacy minimalnej zwiększy koszty pracy

Wzrost płacy minimalnej zwiększy koszty pracy w bardzo trudnym czasie. Wiele firm jest teraz mocno zadłużonych w ZUS, w bankach, firmach leasingowych, u kontrahentów. Zaciągnęły długi, żeby ochronić miejsca pracy i nie zwalniać pracowników w sytuacji kryzysu. W przyszłym roku, kiedy będą musiały zacząć spłacać długi, dodatkowy nieuzasadniony wzrost kosztów może doprowadzić do opóźnionej fali upadłości.

Zbyt wysoka płaca minimalna wyprze z legalnego rynku pracy osoby najniżej produktywne

Wzrost wynagrodzenia minimalnego brutto z 2600 zł do 2716 zł oznacza wzrost kosztów pracy z 3132,48 do 3312,98 zł, a jeśli przyjąć zaproponowany przez rząd poziom 2 800 zł jeszcze więcej. Tak znaczny wzrost płacy minimalnej oznacza, że firmy mikro i małe, ale w warunkach kryzysowych także część większych firm będzie miało trudności z utrzymaniem zatrudnienia. Wyższe bezrobocie, czy wzrost szarej strefy, które będą konsekwencją tej decyzji, to z kolei mniejsze dochody z PIT i do FUS oraz większe koszty Funduszu Pracy.

Przy obecnym rozkładzie wynagrodzeń w gospodarce zbyt szybkie podnoszenie płacy minimalnej (716 zł w ciągu 4 lat) powoduje kompresję wynagrodzeń, zaburzając ich informacyjną funkcję. Niewielka różnica między płacą pracownika wykonującego najprostsze prace w ramach umowy kodeksowej a urzędnika, czy pielęgniarza demotywuje do pracy w trudnych zawodach zwiększając ryzyko masowej emigracji i selekcji negatywnej. Podobnych skutków można oczekiwać na terenach słabiej rozwiniętych, a przez to oferujących systematycznie niższe wynagrodzenia.

Konfederacja Lewiatan

 

Polpharma Biologics i Uniwersytet Warszawski podpisują umowę o współpracy

0

Polpharma Biologics i Uniwersytet Warszawski podpisują umowę o współpracy –
to kolejny krok ku międzynarodowej platformie współpracy naukowej
tworzonej przez firmę.

Polpharma Biologics, największa polska firma biotechnologiczna, zajmująca się rozwojem i wytwarzaniem leków biopodobnych oraz innowacyjnych leków biologicznych i Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zaczynają współpracę naukową i edukacyjną. Pierwsze wspólne przedsięwzięcie ujrzy światło dzienne już wiosną 2021 roku. To kolejna uczelnia, z którą Polpharma Biologics wchodzi w bliską współpracę, po Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Firma ma w planach stworzenie międzynarodowej platformy współpracy naukowej i podjęła już rozmowy z holenderskim ośrodkiem naukowym. Tak bliska współpraca z uczelniami i zaangażowanie w edukację to inwestycja firmy w powstający sektor biotechnologii w Polsce oraz zmiana podejścia do nauki opierająca się na przekonaniu, że praktyczne umiejętności są kluczowym elementem edukacji.

Uniwersytet Warszawski zajmuje czołowe miejsce wśród polskich uczelni prowadzących kierunek „biotechnologia”, oferując szerokie wykształcenie w obszarze studiów przyrodniczych. W ramach procesu edukacji studenci zdobywają wiedzę i umiejętność zastosowania technik molekularnych
i biotechnologicznych. Absolwenci kierunku są przygotowani do podjęcia pracy w laboratoriach badawczych, analitycznych i diagnostycznych, firmach farmaceutycznych oraz wykonywania prac badawczych z użyciem materiału biologicznego.

Polpharma Biologics to firma biofarmaceutyczna zajmująca się rozwojem i wytwarzaniem leków biopodobnych oraz innowacyjnych leków biologicznych. Zatrudnia już ponad 650 wysokiej klasy specjalistów, naukowców i inżynierów, posiada nowoczesne laboratoria oraz zaplecze produkcyjne oferujące możliwość rozwoju i produkcji leków biologicznych. Najlepsi w swojej klasie specjaliści z całego świata (w tym już ponad 50 polskich biotechnologów, którzy wrócili do kraju), przewodzą operacjom i dzielą się wiedzą zdobytą w najlepszych firmach biotechnologicznych na świecie. Polpharma Biologics prowadzi ścisłą współpracę z ośrodkami naukowymi, np. z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym, a aż 10% jej pracowników posiada tytuł doktora.

„Rozmowy na temat długofalowej współpracy pomiędzy UW a Polpharmą Biologics trwały od wielu miesięcy. Uniwersytet współpracuje z ważnymi podmiotami gospodarczymi i cieszymy się, że do tej grupy dołącza Polpharma Biologics – wiodąca polska firma stawiająca na rozwój badań, których wyniki są następnie wdrażane w produkcji. Nasze wspólne działania będą obejmować zarówno dedykowane kształcenie wysokospecjalistycznej kadry, która zasili ośrodki badawcze Polpharmy, jak i współpracę przy projektach badawczych. Zamierzamy też wspólnie ubiegać się o środki na prowadzenie badań o przełomowym charakterze. A dla studentów i doktorantów UW umowa ta otwiera drogę do odbywania praktyk i poznania specyfiki pracy w nowoczesnych laboratoriach nastawionych na badania stosowane i rozwój innowacyjnych produktów. Myślę, że doświadczenia trwającej pandemii jasno pokazują, jak istotna jest umiejętność szybkiego przekładania osiągnięć naukowych na produkty mogące pomóc nam wszystkim” – mówi prof. Marcin Pałys, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

„Podpisanie umowy z Uniwersytetem Warszawskim ogromnie nas cieszy. Polpharma Biologics zatrudnia najlepszych specjalistów z całego świata umożliwiając transfer know-how i zawodowy rozwój w sektorze biotechnologii na niespotykaną dotąd w Polsce skalę.  Tylko w zeszłym roku zatrudniliśmy ponad 200 osób, a do końca 2020 rekrutujemy kolejne 270 osób. Od dawna współpracujemy z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym. Podpisanie umowy i zawiązanie współpracy z Uniwersytetem Warszawskim to dla nas kolejny krok w tworzeniu platformy wymiany unikalnej wiedzy i doświadczeń. Biotechnologii nie da się nauczyć tylko z podręczników – podstawowym elementem są praktyczne doświadczenia w laboratorium i na linii produkcyjnej, a na tym nikt w Polsce nie zna się tak dobrze jak my. Dzielenie się tą wiedzą – zarówno na poziomie współpracy z ośrodkami naukowymi jak i poprzez programy stażowe traktujemy jako inwestycję w powstający niemal od zera sektor biotechnologii w Polsce.” – mówi Agnieszka Kosowska, dyrektor ds. prawnych i relacji zewnętrznych Polpharma Biologics. 

Współpraca Polpharmy Biologics z Uniwersytetem Warszawskim to kolejny krok w kierunku stworzenia wspólnej platformy wymiany wiedzy i doświadczeń między światem nauki i biznesu jak również rozwoju sposobu kształcenia wyspecjalizowanej kadry biotechnologicznej w Polsce i w Europie. Pierwsze efekty współpracy będziemy mogli zobaczyć już wiosną przyszłego roku. Firma od dawna ściśle współpracuje z ośrodkami naukowymi m.in. z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym. Prowadzi też rozmowy dotyczące współpracy z holenderskim ośrodkiem naukowym, gdzie znajduje się jeden oddziałów Polpharmy Biologics. Równolegle firma rozwija program stażowy Laboratorium Kariery, który skierowany jest do absolwentów i studentów ostatnich lat kierunków biotechnologia, biologia, chemia oraz nauk pokrewnych.

Grupa Plast-Box: zyski w górę

0

Zysk netto Grupy Kapitałowej Plast-Box w I połowie 2020 roku wyniósł 5,5 mln zł i był wyższy w stosunku do wyniku w tym samym okresie 2019 roku o 27,6%, czyli o 1,2 mln zł. Skonsolidowana EBITDA sięgnęła 16,7 mln zł notując wzrost o 28,1% w ujęciu rok do roku. Bardzo dobre rezultaty na poziomie EBITDA jak i zysku netto zostały wypracowane przy niższych o 9,0% przychodach, które po dwóch kwartałach br. wyniosły 101,8 mln zł.

W pierwszym półroczu, ze względu na wprowadzony stan epidemii, nasze działania skoncentrowane były przede wszystkim na optymalizacji procesów i utrzymaniu projektów. Dokładaliśmy wszelkich starań, aby wykorzystywać know-how do wspierania naszych partnerów biznesowych w tym trudnym czasie. Dywersyfikacja geograficzna, wspierana branżową, produktową oraz technologiczną pozwoliła nam na zrównoważone funkcjonowanie nawet w bardzo niestabilnym okresie pandemii. Największe ograniczenia obserwowaliśmy w kwietniu br., ale z każdym kolejnym miesiącem sytuacja istotnie się poprawiała. W najbliższą przyszłość patrzymy z umiarkowanym optymizmem, gdyż rynek nie jest jeszcze do końca przewidywalny – ocenia prezes zarządu Plast-Box S.A. Grzegorz Pawlak.

Spółka matka Grupy – Plast-Box S.A. zakończyła I półrocze tego roku jednostkowym zyskiem netto w wysokości 2,6 mln zł przy przychodach ze sprzedaży w kwocie 70,8 mln zł. Z kolei zysk EBITDA sięgnął w tym okresie 10,0 mln zł i był wyższy o 27,5% w porównaniu do I półrocza 2019 roku.

Na rynkach eksportowych w I półroczu 2020 roku Grupa Kapitałowa Plast-Box wypracowała 55,7 mln zł przychodów ze sprzedaży, generując w ten sposób 54,7% skonsolidowanych obrotów. Kluczowymi zagranicznymi rynkami zbytu dla wyrobów Grupy pozostają kraje unijne oraz Europy Wschodniej, do których sprzedaż w okresie pierwszych 6 miesięcy br. wyniosła  odpowiednio 30,0 i 25,5 mln zł.

Intensyfikujemy działania sprzedażowe na rynkach zagranicznych, konsekwentnie dywersyfikujemy zarówno rynki zbytu jak i portfolio produktowe, by zapewnić Grupie bezpieczeństwo i stabilność przychodów w kolejnych okresach. Trwają prace nad rozbudową struktury sprzedażowej, aby zwiększyć portfel projektów zagranicznych na kluczowych rynkach, a także rozpoznawalność należącej do Grupy marki Stark Partner – mówi Grzegorz Pawlak.

Od początku bieżącego roku łączne nakłady inwestycyjne w spółkach należących do Grupy utrzymały się na poziomie zbliżonym do roku ubiegłego tj. 4,4 mln zł. Główna ich część została przeznaczona na modernizację i rozbudowę linii produkcyjnych. Sytuacja finansowa Grupy Plast-Box jest na tyle stabilna i przewidywalna, że Walne Zgromadzenie Plast-Box S.A. podjęło uchwałę o wypłacie  dywidendy z zysku za rok 2019 w wysokości 3,8 mln zł, co daje 0,09 zł na jedną akcję. Wypłata dywidendy nastąpi w dniu 1 października 2020 roku.

Naszym nadrzędnym celem jest zwiększanie wartości spółki dla akcjonariuszy. Realizujemy ambitną, ale zrównoważoną strategię rozwoju, która pozwala nam zwiększać skalę biznesu i jednocześnie wypracowywać nadwyżkę gotówkową, którą w tym roku podzielimy się z akcjonariuszami – podsumowuje Grzegorz Pawlak.

Grupa Kapitałowa Plast-Box to koncern produkcyjny, obejmujący dynamicznie rozwijające się spółki, wśród których podmiotem dominującym jest spółka Plast-Box S.A., notowana od 2004 roku na GPW. W skład Grupy wchodzi obecnie 7 podmiotów prowadzących swoją działalność w Polsce i Europie Wschodniej. Główną osią działalności Grupy jest wytwarzanie, przetwórstwo i sprzedaż opakowań z tworzyw sztucznych, oferowanych segmentowi B2B.

Oxygen S.A. z nowym inwestorem branżowym – The Knights of Unity obejmie ponad 16% udziału w kapitale firmy

Notowana na rynku NewConnect Grupa Kapitałowa Oxygen S.A. (dawniej Premium Fund S.A.) wzmacnia swoje struktury inwestorskie o znaną w branży gamingowej Spółkę The Knights of Unity.

26 sierpnia 2020 roku Prezes Spółki The Knights of Unity, Piotr Sobolewski, podpisał w imieniu firmy umowę objęcia 14.026.404 akcji serii G Oxygen S.A. za łączną kwotę w wysokości ponad 3,5 mln zł. Zostały one objęte w zamian za wkład niepieniężny w postaci udziałów w Spółce Mousetrap Games Sp. z o.o.

Objęcie tych akcji jest konsekwencją podjęcia przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Oxygen S.A. z dnia 25.08.2020 r., uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego w drodze nowej emisji akcji serii G. Akcje te mają zostać zaoferowane udziałowcom Mousetrap Games Sp. z o.o. oraz objęte przez nich do 30 września 2020 roku. Kapitał zakładowy Oxygen S.A. po zarejestrowaniu emisji akcji serii G wynosić będzie 8.623.860,10 zł.

  • Objęcie akcji Oxygen S.A. przez udziałowców Mousetrap Games to realizacja zapowiadanych wcześniej zmian w Spółce. Cieszę się, że mimo sytuacji pandemii działamy konsekwentnie i rozwijamy naszą Grupę Kapitałową. Współpraca z The Knights of Unity przebiega wzorowo i jest to dla naszych spółek potężne wsparcie merytoryczne – mówi Edward Mężyk, Prezes Oxygen S.A.
  • W The Knights of Unity mamy doświadczenie w tworzeniu gier na różne platformy, a dzięki współpracy z Oxygen możemy wkroczyć w świat wydawania gier mobilnych. Uważamy, że w game devie warto się wspierać, dlatego chętnie pomagamy na co dzień w rozwoju spółek z grupy Oxygen. Wymiana doświadczenia za doświadczenie to najzdrowszy barter – mówi Piotr Sobolewski, Prezes The Knights of Unity.

Uchwały Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Oxygen S.A.

W czasie Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia podjęte zostało kilkanaście istotnych uchwał. Poza podniesieniem kapitału zakładowego uchwalono m.in. nowy statut spółki Oxygen S.A. i dokonano zmian w składzie Rady Nadzorczej. Po odwołaniu ze stanowiska Marcina Bużantowicza oraz złożonej rezygnacji Łukasza Łozińskiego, do składu organu nadzorczego spółki Oxygen S.A. zostali powołani Jakub Niestrój, Prezes Crowdway Sp. z o.o. i Paweł Obara, Prezes Glass Cannon Unplugged Sp. z o.o.

Wyprzedaż rocznika 2020 – czy w tym roku będą cenowe okazje na nowe auta?

Zakup nowego samochodu to jedna ze strategicznych decyzji, którą kierowcy podejmują co kilka lat. Dotychczas najczęściej było tak, że łowcy okazji czekali do końca roku na rozpoczęcie sezonu wyprzedaży danego rocznika i jeździli od dealera do dealera. Tegoroczne wyprzedaże mogą być inne, gdyż pandemia spowodowała zakłócenie globalnego łańcucha dostaw, ograniczając mocno dostępność nowych aut. Wszystko wskazuje też na to, że ceny samochodów będą rosły.

W opinii analityków platformy samochodowej Automarket tegoroczna jesień, podczas której zaczynają się wyprzedaże nowych samochodów z rocznika 2020, może być okresem nietypowym dla całej branży motoryzacyjnej. Z powodu pandemii Covid-19, na całym świecie zostały przerwane łańcuchy dostaw i wiele firm nadal boryka się z trudnościami produkcyjnymi i realizacją bieżących zamówień. Tylko do początku czerwca z europejskich fabryk wyjechało niemal o 2,5 mln mniej  aut w porównaniu poprzednim rokiem. Dodatkowo kwarantanna oraz zawirowania ekonomiczne spowodowały w pierwszej połowie roku znaczący spadek popytu, zamówień oraz rejestracji nowych aut.

– Na rynku nadal dostępna jest ograniczona oferta samochodów nowych, które zakupić możemy od ręki. Czas oczekiwania na auto z indywidualną konfiguracją przekracza kilka miesięcy. Ze względu na przestoje w fabrykach, w tym roku wyprodukowano znacznie mniej aut, w związku z tym wyprzedaże mogą dotyczyć tylko okrojonych modeli samochodów – mówi Krzysztof Blinowski, zarządzający platformą Automarket.

Eksperci PKO Banku Polskiego w raporcie „Automarket w internecie – Covid-19 zmienia branżę samochodową”, zwracają uwagę, że wraz z prognozowanym wzrostem polskiej gospodarki oraz poprawą nastrojów konsumenckich, zainteresowanie pojazdami nowymi może stopniowo wzrastać. Już teraz niektórzy analitycy rynku motoryzacyjnego wskazują, że upolowanie okazji podczas wyprzedaży na koniec roku będzie trudniejsze niż dotychczas, a ceny mogą być mniej atrakcyjne niż w latach poprzednich. Obecnie na krajowym rynku widać ożywienie popytu i wzrost zainteresowania zakupem samochodu. Może to wynikać z tego, że coraz więcej osób zaczyna obawiać się, że jesienią będziemy mieć do czynienia z drugą falą pandemii.

– Po wiosennych spadkach, spowodowanych zamknięciem salonów, obserwujemy wzrost wizyt klientów oraz zakupów nowych aut. Klienci wrócili i realizują swoje potrzeby motoryzacyjne, intensywnie wybierając dostępne modele nowych samochodów  – mówi Konrad Romanowski, właściciel Toyota & Lexus Romanowski.

Co trzeci Polak wykorzystuje internet przy zakupie wyprawki szkolnej

Polacy chętnie korzystają z sieci przygotowując wyprawki szkolne swoim dzieciom. Jak wynika z badania Wonga Polska zrealizowanego przez Kantar Millward Brown, w internecie zamawia je 28 proc. ankietowanych. Sklepy stacjonarne wybiera 30 proc., z czego 7 proc. wcześniej sprawdza produkty w sieci. Rodzice cenią zakupy online między innymi za wygodę, niższą cenę i łatwy dostęp do opinii innych użytkowników.

Wielkimi krokami zbliża się początek roku szkolnego, a z nim zakup wyprawki szkolnej. Spora część rodziców, zamiast tradycyjnego sklepu stacjonarnego, wykorzystuje do tego internet. Jak wynika z badania Wonga Polska „Cyfrowe zwyczaje Polaków”, przy przygotowywaniu wyprawki z sieci korzysta 35 proc. ankietowanych, przy czym 28 proc. dokonuje zakupu online, a 7 proc. czerpie niezbędne informacje o produktach, przed skorzystaniem ze sklepu stacjonarnego.

Różne sposoby na zakupy

Najwięcej badanych (22 proc.) kompletując wyprawkę szkolną wybiera się bezpośrednio do sklepu stacjonarnego, ogląda potrzebne produkty i kupuje je na miejscu. 14 proc. szuka informacji w internecie i następnie wybrane rzeczy zamawiam online. Z kolei co dziesiąty ankietowany zaczyna od obejrzenia produktów w sklepie stacjonarnym, a po ich wyłonieniu kupuje je w internecie – po znalezieniu najlepszej oferty. 7 proc. badanych, gdy znajdzie już potrzebne rzeczy w sieci, udaje się do punkty handlowego, żeby zobaczyć je „na żywo” i ostatecznie zamówić w internecie. Co ciekawe, przy zakupie wyprawki szkolnej tylko 1 proc. ankietowanych radzi się znajomych lub rodziny.

– Polacy chętnie wykorzystują internet do zakupy wyprawki szkolnej. Niezależnie od sposobu, w sumie aż 28 proc. ankietowanych ostatecznie zamawia je w internecie. Na pierwszy rzut oka może to wydawać się niedużo, jednak biorąc pod uwagę tylko osoby, które przygotowują wyprawkę, jest to już co drugi ankietowany. Stacjonarnie kupuje rzeczy z tej kategorii 30 proc., z czego 7 proc. wcześniej szuka na ich temat informacji w internecie, a więc również wykorzystuje sieć w procesie zakupowym – zauważa Aneta Gergont-Gałązka, dyrektor departamentu marketingu w Wonga Polska.

cotrzecipolak2

Przede wszystkim wygoda i niższa cena

Zdaniem aż 70 proc. Polaków kompletowanie wyprawki szkolnej przez internet jest zdecydowanie wygodniejsze i pozwala zaoszczędzić czas. 62 proc. ankietowanych uważa, że zakupy w interecie bardziej się opłacają, ponieważ tego typu produkty są tam tańsze – przeciwnie uważa tylko 6 proc. 56 proc. docenia również możliwość przeczytania opinii innych użytkowników.

Blisko co drugi badany docenia zakupy internetowe za możliwość szybkiego zwrotu lub reklamacji zamówionych produktów. Według 42 proc. w sieci oferta wyprawek szkolnych jest także bardziej przejrzysta i czytelniejsza.

cotrzecipolak1

– Jak wynika z naszego cyklu „Cyfrowe zwyczaje Polaków”, Polacy chętnie robią zakupy w sieci i coraz bardziej się do nich przyzwyczajają. Widać to między innymi po liczbie osób, które obawiają się, że zamówione w internecie produkty nie będą się zgadzać z wcześniejszym opisem na stronie. Jeszcze w lutym tego roku, wskazywało na to aż 44 proc. ankietowanych, a teraz odsetek ten spadł do 30 pkt proc. Podobnie jest w przypadku bezpieczeństwa danych osobowych w sieci. Na początku naszego badania takie obawy zgłaszało 28 proc. ankietowanych, a obecnie ma je już tylko 14 proc. W oby przypadkach zauważamy systematyczny spadek, co potwierdza rosnącą popularność zakupów online – podsumowuje Aneta Gergont-Gałązka z Wonga Polska.

Milenialsi widzą w pandemii szansę

Przed kryzysem prawie połowa przedstawicieli pokolenia Y w Polsce deklarowała, że chce w ciągu dwóch lat zmienić pracę. Chociaż młodzi ludzie mocno odczuli konsekwencje pandemii, jeśli chodzi o utrzymanie czy rozpoczęcie pracy, okazali się też grupą najbardziej odporną psychicznie na nową sytuację. W trakcie pandemii aż o 8 pp. spadła liczba przedstawicieli pokolenia Y na świecie, którzy przyznają, że odczuwają stres ciągle lub przez większość czasu. Pojawienie się koronawirusa okazało się też dla nich impulsem do zmian. Z najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte „Global Millennial Survey 2020”, wynika bowiem, że młodzi chcą być motorem przemian. Niemal 3 na 4 przedstawicieli pokolenia Y i Z twierdzi, że kryzys zainspirował ich do wywierania pozytywnego wpływu na lokalne społeczności. 

Tegoroczna, dziewiąta edycja badania składa się z dwóch części. W pierwszej firma doradcza Deloitte zapytała o opinię prawie 18,5 tys. przedstawicieli pokolenia Y i Z, tj. osób urodzonych odpowiednio między styczniem 1983 roku a grudniem 1994 roku, oraz urodzonych w drugiej połowie lat 90. i po 2000 roku, pochodzących z 43 krajów, w tym z Polski. Druga część to przeprowadzona już po wybuchu pandemii COVID-19 wśród ponad 9 tys. osób z 13 krajów dodatkowa ankieta dotycząca wpływu kryzysu na respondentów, ich karierę zawodową, a także potencjalnych skutków pandemii w dłuższej perspektywie czasowej oraz tego, jak przedstawiciele obu pokoleń teraz sobie z nią radzą.

Autorzy badania podkreślają, że zaledwie jedna trzecia milenialsów i 38 proc. przedstawicieli pokolenia Z biorących udział w dodatkowym badaniu deklaruje, że ani ich sytuacja zawodowa, ani dochody nie ucierpiały na skutek pandemii. Co więcej, traktują kryzys jako szansę na „zresetowanie się”. 76 proc. milenialsów i prawie tyle samo przedstawicieli pokolenia Z na świecie deklaruje, że pandemia zainspirowała ich do zmiany swojego życia na lepsze. A prawie trzy czwarte milenialsów i 68 proc. osób z pokolenia Z w odpowiedzi na nią podjęło działania mające wywrzeć pozytywny wpływ na lokalną społeczność.

Pandemia nie taka straszna

Stres i dobre samopoczucie to kwestie, które dla młodych pokoleń mają nadrzędne znaczenie w kontekście miejsca pracy. Aż 39 proc. polskich milenialsów przyznaje, że odczuwa niepokój lub stres niemal bez przerwy. W skali globalnej takich odpowiedzi było jeszcze więcej – 44 proc. Ankieta przeprowadzona przez Deloitte już w czasie pandemii pokazuje, że ta obniżyła poziom stresu respondentów o 7 pp. i 8 pp. odpowiednio dla przedstawicieli pokoleń Z i Y.

– Naszym zdaniem ta zmiana to dowód na to, jak zbawienny wpływ może mieć częstszy kontakt z rodziną i wolniejsze tempo życia. Zapewne nie bez wpływu pozostaje fakt, że w ostatnich miesiącach mniej czasu spędzaliśmy w korkach, zatłoczonych pociągach czy metrze. 17 proc. polskich badanych przyznało, że przed pandemią zdarzało im się nie pójść do pracy z powodu stresu. Podobnie odpowiedział prawie co trzeci badany na świecie – mówi John Guziak, Partner, Lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce. Ekspert dodaje, że w Polsce tylko niespełna jedna trzecia tych pracowników przedstawiła pracodawcy prawdziwy powód swojej nieobecności, podczas gdy globalnie robiła tak prawie połowa badanych. Warto odnotować, że milenialsi, którzy otwarcie informowali o przyczynie nieobecności, trzy razy częściej odpowiadali, że ich firma zapewnia duże wsparcie psychologiczne.

Czynnikiem stresogennym u ponad połowy polskich respondentów jest dobro rodziny. W dalszej kolejności najczęstszym powodem stresu są przyszłość finansowa oraz zdrowie (po 42 proc.), kariera zawodowa (41 proc.), a dopiero na piątym miejscu aktualna sytuacja finansowa (40 proc.). W ujęciu globalnym to przyszłość osobistych finansów jest najbardziej stresującym czynnikiem. Mimo to, ponad połowa milenialsów oraz 43 proc. przedstawicieli pokolenia Z twierdzi, że byłaby w stanie poradzić sobie z nieoczekiwanym dużym wydatkiem. 

Katastrofa klimatyczna nie mniej ważna niż koronawirus

Zmiany klimatyczne były głównym zmartwieniem pokolenia Y i Z przed wybuchem pandemii i pojawienie się koronawirusa tego nie zmieniło. Globalnie – dopiero na drugim i trzecim miejscu są obawy o zdrowie i zatrudnienie. Prawie trzy czwarte badanych w kraju jest zdania, że zmiany klimatyczne są spowodowane przede wszystkim działalnością człowieka, podczas gdy podobnie myśli aż 83 proc. zapytanych na świecie. Pierwsza część badania pokazała też, że ponad jedna trzecia milenialsów w Polsce i ponad połowa na świecie uważa, że jest zbyt późno, by naprawić szkody wyrządzone środowisku.

Odsetek ankietowanych, którzy tak odpowiedzieli w badaniu przeprowadzonym już po wybuchu pandemii był niższy. Możliwe, że ograniczenie działalności gospodarczej, które przełożyło się na mniejsze zużycie energii, a co za tym idzie, niższy poziom zanieczyszczeń, dało nadzieję, że klimat i planetę można jeszcze uratować – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Jednocześnie od ubiegłego roku wzrósł pesymizm związany ze skutecznością działań podejmowanych w celu ochrony naszej planety. W Polsce przybyło w ciągu roku o 7pp. respondentów, którzy oceniają je negatywnie i aż o 18 pp. ubyło optymistów. Dla kontrastu, na świecie pozytywnie te kroki ocenia aż 40 proc. badanych.

80 proc. wszystkich uczestników badania dodatkowego jest zdania, że rządy i biznes muszą dołożyć większych starań w celu lepszej ochrony środowiska naturalnego, lecz niemal dwie trzecie z nich obawia się, że problem zostanie przysłonięty przez negatywne skutki gospodarcze pandemii.

Dla badanych dbałość firmy o środowisko ma kluczowe znaczenie przy wyborze pracy oraz w zachowaniu lojalności wobec pracodawcy. Wpływ na środowisko dla aż 29 proc. przedstawicieli pokolenia Y był powodem zakończenia współpracy z pracodawcą i niemal dla takiej samej liczby powodem jej nawiązania.

Wymiana autorytetów

Największym zaufaniem wśród przedstawicieli pokolenia Y zarówno w Polsce, jak i na świecie, cieszą się liderzy organizacji pozarządowych i organizacji non-profit. Zdaniem ponad połowy badanych – one także wywierają na świat pozytywny wpływ. Mimo rosnącej lojalności wobec pracodawców, coraz mniej pozytywne są opinie nt. biznesu. Liderom biznesu ufa tylko nieco ponad 10 proc. polskich milenialsów, a tylko co trzeci ankietowany uważa, że liderzy biznesowi mają pozytywny wpływ na świat. – Czy to ze względu na fakt, że pracodawcy zaczęli uwzględniać potrzeby pracowników, czy też dlatego, że milenialsi szukali stabilizacji jeszcze przed wybuchem pandemii, po raz pierwszy większa liczba przedstawicieli pokolenia Y w badaniu globalnym przyznała, że chce kontynuować zatrudnienie u swojego obecnego pracodawcy przez co najmniej pięć lat, niż że planuje odejść z pracy w ciągu kolejnych 24 miesięcy. Co interesujące w Polsce te wyniki różnią się zasadniczo od danych na całym świecie i 44 proc. ankietowanych polskich milenialsów chce w ciągu dwóch lat zmienić pracę. Tu widzimy trend wzrostowy – mówi Joanna Świerzyńska, Partner w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Jak zauważa ekspertka aż o 13 pp. ubyło tych, którzy chcą zostać w jednej firmie dłużej niż 5 lat.

Mimo, że globalnie trzech na pięciu przedstawicieli pokolenia Y i Z jest zdania, że biznes pokazał podczas pandemii prawdziwe zaangażowanie w sprawy społeczne, spadła liczba ankietowanych, którzy uważają, że przedsiębiorstwa wywierają pozytywny wpływ na społeczeństwo. Wśród polskich milenialsów odsetek ten spadł nawet dość radyklanie. W tegorocznym badaniu uważa tak 36 proc. zapytanych, podczas gdy w zeszłym roku takiego zdania była ponad połowa ankietowanych. Co ciekawe, ten spadek choć widoczny także na świecie globalnie wynosi jedynie 4 pp.

– Z tegorocznego raportu wyłania się obraz naprawdę wytrwałego pokolenia, któremu kryzys dodał sił. Przed wybuchem pandemii tylko 22 proc. ankietowanych w Polsce uważało, że będzie bardziej zadowolonych z życia niż ich rodzice. Kryzys jednak pokazał, jak szybko biznes, czyli pracodawcy potrafią dostosować się do nowej rzeczywistości. Pokoleniom Y i Z nie wystarcza już tylko nadzieja, że świat po ustaniu pandemii będzie lepszy – chcą być motorem przemian. Z kolei biznes dostał wyraźny sygnał, że młodzi postawią na firmy, które faktycznie realizują przyświecającą im misję. By w nowej rzeczywistości być liczącym się graczem, nie można tego sygnału zlekceważyć – podsumowuje John Guziak.

Miejmy to już za sobą – raport walutowy

W końcu dotarliśmy do czwartku i za kilka godzin zakończy się odliczanie do wystąpienia prezesa Fed otwierającego wirtualne sympozjum Jackson Hole. Przemówienie Powella będzie bez wątpienia gołębie w swojej treści, ale by być takim odebrane przez rynki, będzie potrzebny element zaskoczenia. Rynki są w trybie nerwowego wyczekiwania, do czego dochodzi efekt końca miesiąca i wakacyjne obniżenie płynności.

Jak taka mieszanka może zaburzyć sytuację rynkową, mogliśmy się przekonać wczoraj. Wprawdzie ostry i szybki spadek EUR/USD po naruszeniu 1,18 został później odkręcony, to pokazuje, że poza słowami szefa Fed nic innego aktualnie nie nadaje kierunku i większość inwestorów do tego momentu trzymało się z boku. Zapoczątkowana w połowie lipca fala deprecjacji USD wytraciła swoje wstępne paliwo i teraz potrzeba czegoś mocniejszego, by na nowo przekonać inwestorów, że kursy nie zaszły za wysoko i za szybko. W słabości dolara już częściowo zawarte są oczekiwania na utrzymywanie przez Fed ultra-gołębiej polityki na dłużej, dlatego zwykła konfirmacja tego przez Powella nie wystarczy. Jeśli nie dostaniemy czegoś wyjątkowego, np. w postaci założeń nowej strategii dla celu inflacyjnego (z dopuszczeniem jego przestrzelenia na pewien okres czasu), na rynku pojawi się nieodparta chęć spieniężenia dotychczasowych zysków z deprecjacji USD i poczekania z boku na nowy impuls. Stawka jest wysoka, a zmiany cen mogą być duże, biorąc pod uwagę, jak niepłynny stał się forex w sierpniu. A jednak wciąż nie brakuje równoważących oczekiwań, że Powell potrafi dyrygować oczekiwaniami, a co jest szczególnie ważne w obecnych, trudnych czasach.

Można dyskutować, że rynki niepotrzebnie podniosły rangę dzisiejszego przemówienia, skoro nie jest to miejsce na prezentowanie oficjalnego stanowiska Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Ale pieniądz lubi zmienność i gdyby nie było Jackson Hole, ten tydzień na rynku walutowym byłby okropnie nudny.

Problemy z płynnością dotknęły waluty Europy Środkowo-Wschodniej, w tym złotego. Dotychczasowa ujemna korelacja EUR/PLN z EUR/USD przestała działać, za to region znalazł się pod presją nasilonych odpływów z węgierskiego forinta, który przewodził w osłabieniu. Co się stało? Jedyna istotna zmiana w Węgrzech to wtorkowa decyzja banku centralnego o rozszerzeniu QE, choć była ona okraszona równoważącym oświadczeniem sugerującym brak chęci banku do dalszego luzowania. We wtorek HUF zdołał wymazać wstępne osłabienie wynikające z decyzji banku centralnego, stąd tłumaczenie wczorajszego osłabienia opóźnioną reakcją na zmiany w polityce pieniężnej wydaje się naciągane. Także presja dotykająca wszystkie waluty regionu nie pasuje do tradycyjnego schematu – zwykle regionalne kwestie wpływają na premiowanie jednej waluty nad drugą, w tym przypadku np. poprzez kupno PLN/HUF. Wygląda mi to bardziej na ograniczanie ekspozycji w walutach wrażliwych na wahnięcia EUR/USD. Niektórzy inwestorzy mogą się obawiać, że przemówienie Powella da pretekst od umocnienia dolara z negatywnym odbiciem na walutach rynków wschodzących, co rodzi preferencje do redukcji ryzyka. We wczorajszym ruchu nie upatruję momentu zwrotnego dla perspektyw EUR/PLN w krótkim terminie – kurs jest zakotwiczony na 4,40 w oczekiwaniu na przerwanie konsolidacji EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Spożywczaki ostatnim bastionem tradycyjnego handlu? Według analityków Nielsena – nie do zdobycia

Jak wynika z raportu Nielsena, mimo najszczerszych chęci zwolenników e-zakupów, handel tradycyjny nie zniknie, a na pewno nie w branży spożywczej. Mimo że już co czwarty konsument zamawia artykuły spożywcze przez internet, a grubo ponad połowa wkrótce tego spróbuje, to jednocześnie aż 61% respondentów ankiety twierdzi, że nadal uważa zakupy spożywcze w sklepie za „przyjemne i angażujące doświadczenie”, które chcą realizować z rodziną. Czy popularne spożywczaki są ostatnim bastionem tradycyjnego handlu?

Kina przyciągają zapachem świeżo prażonego maślanego popcornu, kawiarnie zachęcają do wizyty zwolenników kawy jej, hipnotyzując kawoszy dźwiękiem mielonej kawy. Zakupy spożywcze zaś… są źródłem doskonałej rozrywki i podobnie jak kina i kawiarnie, szybko nie upadną, mimo że na rynku znajdują się wygodniejsze alternatywy, takie jak chociażby Netflix, domowe, automatyczne ekspresy do kawy i oczywiście – zakupy spożywcze przez internet.

Na skutek globalnej pandemii ludzie utknęli w domach. Dla wielu osób zamawianie online było jedynym sposobem, by zapewnić sobie dostęp do podstawowych dóbr. Jak sprawdzili specjaliści z Adobe, w maju 2020 r., konsumenci wydali na zakupy online 78% więcej niż w analogicznym okresie w roku poprzednim. Dzięki temu ludzie tacy jak Jeff Bezos, odnotowali na swoich kontach rekordowe zyski. Dla gigantów ecommerce było to istne biznesowe el Dorado – wzbogacić mogła  niemal każda firma, która oparła swój model biznesowy o handel online i digitalizację – mówi Sascha Stockem z Nethansy, sopockiej spółki specjalizującej się we w kompleksowym wsparciu sprzedaży na Amazonie. Słowa Stockema znajdują odzwierciedlenie w liczbach. Szef Amazona, będącego największą na świecie platformą handlową, w ciągu ostatnich 3 miesięcy  zarobił wg. Bloomberga ponad 5 mld USD.

Zakupy to dobra zabawa

W ankiecie przeprowadzonej przez firmę konsultingową Nielsen wzięło udział 30 tys. respondentów z 60 krajów. Amerykanie chcieli dowiedzieć się, w jaki sposób technologia cyfrowa wpłynie na przyszły krajobraz sprzedaży detalicznej.

Jak wykazały wyniki badania, w konfrontacji e-commerce kontra tradycyjna sprzedaż detaliczna, sklepy fizyczne nie stoją na przegranej pozycji. Okazuje się, że sposób robienia zakupów sprzed epoki internetu ma kilka asów w rękawie, szczególnie gdy w grę wchodzi sprzedaż dóbr szybkozbywalnych. Z przeprowadzonej przez Nielsena ankiety dowiadujemy się, że dla większości respondentów na świecie (61%), wizyta w sklepie spożywczym jest przyjemnym i angażującym doświadczeniem. Podobny odsetek (57%) uważa, że ​​zakupy spożywcze w sklepie detalicznym to świetny sposób na spędzenie części dnia z rodziną.

Powąchanie świeżych pomarańczy, sprawdzanie twardości i sprężystości skórki pomidora czy samodzielny dobór mięsa o odpowiedniej strukturze i ilości otłuszczenia – nie sposób tego  wykonać robiąc zakupy spożywcze w sieci. Ze względu na to, że są to produkty hodowane naturalnie, a nie preparowane w fabryce, nie możemy oczekiwać od nich standaryzacji i seryjnej powtarzalności. To m.in. dlatego spora część konsumentów wciąż chętnie odwiedza sklepy stacjonarne – tłumaczy fenomen spożywczaków CEO Nethansy.

Skrzyżowanie doświadczeń

Specjaliści z Nielsena mają też cenną radę dla przedsiębiorców. Biznes musi pamiętać o tym, że doświadczenia online i te w świecie wirtualnym nieustannie się przeplatają, a współcześni klienci nie ograniczają się do realizacji potrzeb zakupowych do jednego kanału sprzedaży.  Dlatego firmy muszą nas angażować już na wczesnym etapie zakupu. Na ścieżce zakupowej, jaką realizuje klient, znajduje się wiele punktów kontaktowych, które obejmują znalezienie sklepu, tworzenie list zakupów, sprawdzanie cen, badanie produktów, dzielenie się recenzjami oraz treściami reklamowymi w mediach społecznościowych i wreszcie – sam zakup.

Nadeszła era handlu połączonego – powiedział Patrick Dodd, prezes pionu globalnego handlu detalicznego w firmie Nielsen. Konsumenci nie robią już zakupów wyłącznie w trybie online lub offline; raczej stosują podejście mieszane, wykorzystując kanał, który najlepiej odpowiada ich potrzebom. Odnoszący największe sukcesy detaliści i producenci będą funkcjonować na skrzyżowaniu światów fizycznych i wirtualnych, wykorzystując technologię, która pozwoli im zadowolić kupujących, gdziekolwiek i kiedykolwiek chcą robić zakupy – mówi ekspert amerykańskiej firmy analitycznej.

Rzeczywiście, biorąc pod uwagę wyniki badań, większość ludzi nie polega tylko i wyłącznie na jednym ze sposobów realizacji zakupów i zazwyczaj używają mieszanki obu. Jednak niektórzy kupujący częściej wybierają internet niż inni. Co nie powinno być specjalnym zaskoczeniem to fakt, że grupą, która najchętniej robi zakupy spożywcze w sieci są Millenialsi (osoby w wieku 21-34). W tej grupie pokoleniowej kupuje w ten sposób aż 30 proc respondentów. Po przeciwnej stronie znalazły się osoby, które ukończyły 65 rok życia. Zaledwie jeden na dziesięciu seniorów wybiera uzupełnia zapasy przy pomocy internetu.

Ponieważ badanie przeprowadzone było globalne, analitycy mieli możliwość sprawdzenia, który z regionów najchętniej robi zakupy spożywcze online. Ta forma kupowania żywności jest najmniej popularna w Europie (45%), a największym zainteresowaniem cieszy się w regionie Pacyficznej Azji i Ameryce Łacińskiej (oba 60%).

– Na razie trudno przewidzieć wszystkie konsekwencje szalejącej epidemii. Wiadomo już natomiast, że zamrożenie gospodarki zmieniło zachowanie konsumentów. Na własnej skórze przekonali się bowiem o ogromnym potencjalne e-commerce – twierdzi Sascha Stockem i dodaje: – Z internetowych rozwiązań korzystali również ci najbardziej oporni,  przyzwyczajeni do tradycyjnej formy uzupełniania zapasów. Nagle okazało się, że wychodzenie z domu wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem, a zakupy trzeba przecież zrobić. Powiedzieć, że sprzedawcy online wyszli z kryzysu obronną ręką, to nic nie powiedzieć.

Pandemia COVID-19 stała się katalizatorem zmian w strukturze handlu, przyspieszając transfer do online, jednak nie oznacza to, że marki powinny zacząć likwidować swoje sklepy stacjonarne. Rekordowe wyniki finansowe działają na wyobraźnie, ale patrząc na dane przedstawione przez sopocką spółkę Nethansa, sytuacja zaczyna się powoli normalizować i kilkuset procentowe wzrosty, stają się jedynie wspomnieniem.

Współpracujące z nami firmy odnotowały gigantyczny wzrost zamówień na platformie Amazona, nie tylko w okresie trwania pandemii, ale również w późniejszym czasie, gdy kolejne ograniczenia zostały zdjęte, a gospodarki odmrożone – mówi CEO Nethansy i na poparcie swoich słów przedstawia konkretne przykłady: – Firmy z branż żywności ekologicznej i suplementów diety w marcu i kwietniu odnotowały wzrost zamówień o odpowiednio 700 i 500 procent w porównaniu z okresem sprzed pandemii. Według naszych liczby w czerwcu sytuacja się uspokoiła, ale obroty i tak pozostały mniej więcej na poziomie o połowę wyższym niż przed lockdownem.

Badanie Nielsena potwierdziły to, co dla większości społeczeństwa wydaje się być sprawą oczywistą: dopóki żyjemy w ciele, zakupy w fizycznych punktach sprzedaży nie odejdą w niepamięć. Pozostaje tylko pytanie, jaki kawałek retailowego tortu ostatecznie zagarnie e-commerce? O balansie fifty fifty może chyba zapomnieć.

„L4” potęgują kłopoty małych przedsiębiorstw

Pandemia Covid-19 to nie tylko stan zagrożenia zdrowia publicznego. To także kryzys gospodarczy, który wyjątkowo mocno uderza w małe i średnie przedsiębiorstwa, a szczególnie boleśnie odczuli go pracodawcy zatrudniający do 20-30 osób. Nieobecność każdego pracownika jest w takich przedsiębiorstwach szczególnie odczuwalna. Dlatego wśród ich właścicieli ogromnie wzrosło zainteresowanie kontrolą pojedynczych zwolnień chorobowych.

Przedsiębiorcy zmagają się z pandemią

Jak pokazuje sierpniowa edycja ogólnopolskiego badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP”, aż 93,8% firm skarży się, że cały czas nie działa na pełnych obrotach. Przedsiębiorstwa te w większości były zmuszone ograniczyć, bądź częściowo lub całkowicie zawiesić produkcję, sprzedaż czy świadczenie usług. Jednocześnie ubywa także firm, które spodziewają się poprawy sytuacji w przyszłości. Obecnie jest to 21% badanych, podczas gdy miesiąc temu było ich o 7 pp. więcej, a jeszcze wcześniej wiarę w poprawę wykazywał co trzeci badany.[1] Dodatkowo, okazuje się, że dla większości polskich przedsiębiorców wyzwaniem jest nie tylko koronawirus, ale także pojedyncze zwolnienia lekarskie pobierane w trakcie trwania pandemii przez pracowników. Część z nich wykorzystuje w tym czasie koniunkturę na zwolnienia chorobowe i w rekordowym wymiarze przebywa na L4 mimo, że faktycznie nie jest chora.

L4 potęguje skutki wywołane Covid-19

Do firmy doradczej Conperio, zajmującej się audytem absencji chorobowej zgłaszają się podczas pandemii przedsiębiorcy z różnych branż. Wśród nich jest m.in. niepubliczny zakład opieki zdrowotnej zatrudniający około 20 osób, w którym to w ostatnich miesiącach pielęgniarki i pielęgniarze w znacznej większość udali się na „L4”. Była to na tyle odczuwalna absencja, że w zakładzie drastycznie zabrakło rąk do pracy – specjalistów, którzy mogliby zająć się starszymi, wymagającymi stałej opieki osobami. Z prośbą o pomoc zgłosiła się także właścicielka dwóch sklepów spożywczych, zatrudniająca łącznie kilkanaście osób. Gdy kilku pracowników udało się na zwolnienie, pojawił się problem z ustalaniem grafiku oraz zapewnieniem utrzymania otwarcia godzin sklepów. W pewnym momencie z 12 zatrudnionych osób została połowa. Pracownicy przestali się wyrabiać próbując przejmować obowiązki pozostałych nieobecnych współpracowników.

– Dostrzegamy znaczący przyrost wniosków o kontrolę od małych przedsiębiorców. To w takich firmach brak pojedynczych osób najbardziej wpływa na produktywność. Przypominam, bo wciąż nie każdy o tym wie, że jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego pracownika, ma prawo go skontrolować. Jednorazowe zlecenie zamówić można poprzez stronę internetową. Kontrole pracowników przeprowadzane są na terenie całego kraju, w ciągu 1-3 dni roboczych od przyjęciu zlecenia. Weryfikacja czy pracownik przebywa w miejscu wskazanym na druku zwolnienia chorobowego prowadzona jest w standardzie korporacyjnym, a nasze know-how zdobyte podczas wieloletniej współpracy z międzynarodowymi firmami dostępne jest również dla małych i średnich przedsiębiorców mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio.

ZUS nie pomaga

Sytuację pogarsza także fakt, że właściciele małych przedsiębiorstw nie mogą liczyć na wsparcie z ZUS-u. Z uwagi na ograniczoną liczbę pracowników, ZUS nie jest w stanie przetworzyć tak dużych wolumenów kontroli, jaka byłaby konieczna do weryfikacji wszystkich zwolnień wśród polskich pracowników. W tej sytuacji jedyną alternatywą dla pracodawców staje się pomoc świadczona przez wyspecjalizowane firmy prowadzące kontrole na zlecenie.

Obecnie, dzięki m.in. rządowym programom pomocowym, mniejsi przedsiębiorcy przystosowują się do nowej rzeczywistości i uczą się w niej funkcjonować. W efektywnej odbudowie ich firm do pozycji sprzed lockdownu, jednym z kluczowych aspektów będzie to, by mieć pracowników w zakładzie pracy, a nie na lewym L4 podsumowuje Mikołaj Zając.

CI Games publikuje wyniki za I półrocze

0

Grupa CI Games, wypracowała w I półroczu  br. ponad 27 mln zł przychodów netto ze sprzedaży. To wynik prawie czterokrotnie wyższy w porównaniu do osiągniętego w analogicznym okresie ubiegłego roku. Od stycznia do czerwca br. skonsolidowany zysk brutto wyniósł ok. 5,8 mln zł i został pomniejszony głównie o niegotówkową zmianę sald podatku odroczonego w wysokości 1 mln zł. Zysk netto w tym czasie osiągnął poziom ponad 4,7 mln zł, w porównaniu do straty w pierwszym półroczu 2019 roku.

Przychody netto ze sprzedaży Grupy w okresie 12 miesięcy, od lipca 2019 do czerwca 2020, wyniosły ok. 67,4 mln zł. Zysk brutto w tym czasie wyniósł ponad 14 mln zł i został pomniejszony głównie o niegotówkową zmianę sald podatku odroczonego w wysokości 4 mln zł. W okresie 12 miesięcy, od lipca 2019 do czerwca 2020, zysk netto Grupy wyniósł 10 mln zł.

– Jestem zadowolony z wyników grupy CI Games za pierwsze półrocze 2020. Ostatnie 12 raportowanych miesięcy to bardzo dobry okres zarówno pod kątem rozwoju spółki jak i wyników finansowych. Wypracowane przychody ze sprzedaży na poziomie 67 mln zł oraz 10 mln zł zysku netto za ten okres jasno pokazują, że skutecznie realizujemy naszą strategię. Podkreśla to również, że Spółka ma solidne fundamenty do dalszego rozwoju i jednocześnie dodaje nam jeszcze więcej wiary w nasze ambitne plany  – mówi Marek Tymiński, prezes CI Games.

Spółka prowadzi prace nad Sniper Ghost Warrior Contracts 2, Lords of the Fallen 2 oraz kolejnym projektem związanym z serią SGW. 24 sierpnia Zarząd CI Games podjął uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego Spółki w granicach kapitału docelowego, w drodze emisji do 21 mln akcji zwykłych na okaziciela serii I. Cena minimalna została ustalona na poziomie nie niższym niż 1,20 zł. Pozyskane środki z emisji Spółka planuje przeznaczyć na finansowanie obecnych projektów, w tym Lords of the Fallen 2, zamiast potencjalnego finansowania ze strony współwydawcy, z którym prowadzi negocjacje.

Po interwencji Rzecznika MŚP Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedziało korzystne zmiany dla przedsiębiorców

Po interwencji Rzecznika MŚP Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedziało korzystne zmiany dla przedsiębiorców prowadzących kina w zakresie ciążących na nich obowiązków sprawozdawczych

W styczniu 2020 r. wszedł w życie przepis art. 19a ustawy z dnia 30 czerwca 2005 r. o kinematografii (Dz. U. z 2019 r. poz. 2199, ze zm.; dalej: „Ustawa”), zgodnie z którym podmiot prowadzący kino przekazuje Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej dzienne dane o liczbie widzów, liczbie sprzedanych biletów i zaakceptowanych znakach legitymacyjnych oraz przychodach z tytułu sprzedaży biletów w odniesieniu do każdego filmu wyświetlanego w danym dniu, a także miesięczne dane o przychodach z tytułu wyświetlania filmów i reklam w kinie. Terminy przekazywania tych danych określono w ust. 3 tego przepisu. Na podstawie art. 19a ust. 4 Ustawy Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dniu 31 stycznia 2020 r. wydał rozporządzenie w sprawie przekazywania danych Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej przez podmioty prowadzące kino (Dz. U. z 2020 r. poz. 257, dalej: ,,Rozporządzenie”).

W związku z wprowadzeniem powyższego obowiązku sprawozdawczego, do Rzecznika MŚP dotarły sygnały o istotnych utrudnieniach i barierach w prowadzeniu działalności gospodarczej w zakresie kin związanych z nadmiernym i nieproporcjonalnym charakterem tej regulacji, w pewnych sytuacjach wręcz niemożliwym do zrealizowania przy jednoczesnym zagrożeniu ich niedopełnienia sankcją do 100 tys. zł. Środowisko przedsiębiorców podnosiło w szczególności, że zakres żądanych danych zgodnie z Rozporządzeniem jest szerszy aniżeli ten wynikający z Ustawy. Przykładowo, Rozporządzenie obliguje do podania liczby zaakceptowanych znaków legitymacyjnych z podziałem na rodzaje znaków legitymacyjnych uznawanych w danym kinie – Ustawa nie wymaga podania tego podziału. Co więcej, niezwykle problematyczny dla przedsiębiorców prowadzących kina jest wynikający z Ustawy termin raportowania o przychodach z wyświetlania filmów i reklam, przypadający na pierwszy dzień roboczy kolejnego miesiąca, kiedy to rozliczenie wszystkich przychodów z poprzedniego miesiąca w pełni nie następuje. Ponadto przedsiębiorcy podnieśli, że nie zostali poinformowani, gdzie powinni raportować dane oraz za pomocą jakiego systemu.

O powyższych barierach i zastrzeżeniach przedsiębiorców Rzecznik MŚP poinformował Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pismami z dnia 20 marca, 12 maja oraz 10 lipca 2020 r. z wnioskiem o podjęcie koniecznych działań w tym zakresie. Rzecznik MŚP wskazał m.in., że zakres danych objętych obowiązkiem sprawozdawczości wynikający z Rozporządzenia jest nieproporcjonalny i nadmierny w stosunku do zakresu danych wskazanego w Ustawie, a termin raportowania o przychodach z działalności kin powinien być realny i uwzględniać specyfikę prowadzonej działalności gospodarczej.

W odpowiedzi pismem z dnia 27 lipca 2020 r. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało, że podniesione problemy i docierające zastrzeżenia m.in. w zakresie terminów przewidzianych do składania sprawozdań są na bieżąco analizowane, przy czym już obecnie planowane jest przeprowadzenie nowelizacji Ustawy również w zakresie przedmiotowych obowiązków sprawozdawczych. Resort kultury wskazał przy tym, że w okresie pandemii od dnia 31 marca 2020 r. zawieszono obowiązek raportowania przez podmiot prowadzący kino w przypadku nieosiągania przychodów. Jednocześnie zapewniono, że w procesie nowelizacji Ustawy planowane jest również przeprowadzenie szerokich konsultacji publicznych, umożliwiających wypowiedzenie się każdej ze stron.

Jaką firmę kurierską wybierają internauci, gdy cena wysyłki nie gra roli?

Polacy lubią mieć wybór. Nie inaczej jest w przypadku decydowania o sposobie dostarczenia paczki z towarami zakupionymi przez internet. Firma fulfillmentowa IMKER sprawdziła, jaką firmę kurierską preferują klienci obsługiwanych przez nią sklepów, kiedy te oferują taki sam koszt dostawy.

Z raportu E-commerce w Polsce 2020 wynika, że dla aż 53 proc. polskich internautów, jednym z czynników decydujących o zakupach w internecie jest możliwość wyboru spośród kilku sposobów dostarczenia bądź odbioru przesyłki.

Firma IMKER przeanalizowała preferencje klientów obsługiwanych przez nią sklepów internetowych w wyborze przewoźników od stycznia do lipca tego roku. Z danych dotyczących ponad 180 tys. zamówień w 150 sklepach wynika, że do marca 2020 Poczta Polska była niekwestionowanym liderem wśród kupujących. Pandemia zrewidowała jednak potrzeby klientów i możliwości Poczty.

przewoznik1

Metody dostawy dostępne w sklepach

Sklepy internetowe obsługiwane przez IMKER oferują zazwyczaj co najmniej trzy sposoby wysyłki, tak aby zadbać o różne potrzeby kupujących. Dla większości klientów końcowych wybór determinuje cena. Dla tych, którzy nie lubią przepłacać, sklepy oferują zazwyczaj dwa sposoby doręczenia przesyłek: Paczka w Ruchu oraz Poczta Polska. Kolejnym popularnym wyborem sklepów internetowych są Paczkomaty InPost, przeznaczone przede wszystkim dla osób, które chcą samodzielnie decydować o tym, kiedy i skąd odbiorą paczkę.

Aby odpowiedzieć na potrzeby klientów, którzy chcą swoje zakupy otrzymać jak najszybciej, sklepy umożliwiają także wybór usług kurierskich DPD, które w ponad 98 proc. przypadków doręczane są już na drugi dzień roboczy. W regulaminie DPD znajduje się deklaracja, że doręczenie nastąpi do dwóch dni roboczych po nadaniu i przekroczenie tego terminu raczej się nie zdarza.

 Wciąż najwięcej paczek wysyłamy za pośrednictwem Poczty Polskiej. Zauważyliśmy jednak poważny spadek zainteresowania tą formą wysyłki w trakcie trzech miesięcy od marca do maja. W tym czasie klienci znacznie częściej wybierali Paczkomaty InPost, które za sprawą nowej funkcji w aplikacji, umożliwiającej bezdotykowe otwarcie paczkomatu, były bezpieczniejsze  niż bezpośredni odbiór od listonosza czy kuriera – komentuje Magdalena Bednarz, Kierownik Działu Obsługi Klienta w IMKER.

Wybór kuriera przy jednakowej cenie

Zdarza się, że sklepy internetowe umożliwiają swoim klientom wybór dostawy w jednej, ujednoliconej cenie, niezależnie od przewoźnika. Dzieje się tak często w ramach specjalnej promocji czy z okazji premiery nowego produktu. Na podstawie wysyłek ponad 10 tys. zamówień z kilkunastu sklepów współpracujących z IMKER, m.in. joannaglogaza.com, ansin.pl, devstyle.pl, agnieszkazapart.pl, które na pewien czas zrównały ceny za różne metody dostawy, można zaobserwować, że klienci najchętniej wybierają wysyłkę do paczkomatu. Drugim najpopularniejszym wyborem jest Poczta Polska, a trzecim kurier DPD.

– Odbiór przesyłki nadanej pocztą bywa utrudniony, zwłaszcza gdy w momencie doręczenia listonosz lub kurier paczkowy nie zastanie nikogo w domu. Taka przesyłka jest zwracana do Urzędu Pocztowego i dopiero tam można ją odebrać, ale tylko w określonych godzinach. Dla klientów jest to nieszczególnie wygodna opcja. Dostajemy też informację o tym, że listonosze zwłaszcza w dużych miastach, nie podejmują próby dostarczenia paczek o nawet niewielkich gabarytach, a jedynie zostawiają awizo, co zmusza klientów do wybrania się na pocztę w godzinach jej pracy i stania w kolejce po odbiór paczki. Zwłaszcza w obecnej sytuacji epidemicznej, nie jest to wygodny sposób odbioru przesyłki – twierdzi ekspert IMKER.

przewoznik2
przewoznik3

przewoznik4

Przesyłki zagraniczne

Pandemia nie pozostała bez wpływu na przesyłki międzynarodowe. W IMKER przesyłki międzynarodowe obsługuje Fedex, DPD i GLOBAL Expres (usługa międzynarodowa Poczty Polskiej). Zainteresowanie tym ostatnim spadło wśród klientów sklepów obsługiwanych przez IMKER aż o 91 proc.

– Przed pandemią Global Ekspres był bardzo atrakcyjną formą dostawy na teren m. in. USA, Kanady i Australii. Oferował możliwość wysyłki do 43 krajów. Teraz ograniczył się jedynie do siedmiu na terenie Unii Europejskiej. Dlatego nasi partnerzy e-commerce częściej wybierają DPD lub Fedex. Obie firmy umożliwiają wysyłki do zdecydowanej większości krajów na świecie – podsumowuje Bednarz.

Nowe standardy leczenia udarów mózgów z dofinansowaniem ABM

Gdański Uniwersytet Medyczny rozpoczyna badanie dotyczące farmakologicznego leczenia pacjentów z udarem niedokrwiennym mózgu. Realizacja projektu możliwa jest dzięki ponad 20 mln zł dofinansowania ze środków Agencji Badań Medycznych w ramach konkursu na realizację niekomercyjnych badań klinicznych.

W ramach projektu zbadana zostanie skuteczność schematu kilkuetapowej innowacyjnej terapii dla pacjentów w ostrej fazie udaru niedokrwiennego spowodowanego zamknięciem średnich i małych tętnic mózgu, którzy przed udarem czynnie przyjmowali leki przeciwzakrzepowe. Jest to najliczniejsza grupa chorych z udarem mózgu, dla której – pomimo odpowiednio wczesnej reakcji (pogotowie – oddział udarowy) – nie istnieje rutynowa terapia mogąca przywrócić mózgowy przepływ krwi. Oznacza to, że nie można zaproponować pacjentowi żadnego leczenia, które mogłoby radykalnie poprawić jego rokowanie.

Udar mózgu jest najczęstszą przyczyną trwałej złożonej niepełnosprawności ludzi dorosłych na świecie i jedną z najczęstszych przyczyn zgonów. Aż 85% wszystkich udarów mózgu stanowią udary niedokrwienne, które są spowodowane ostrym zamknięciem lub krytycznym zwężeniem tętnicy wewnątrzczaszkowej lub domózgowej.

Bezpośrednią przyczyną ponad 20% ostrych udarów niedokrwiennych mózgu jest zatorowość sercowo-tętnicza. Skrzepliny w jamach serca tworzą się najczęściej u pacjentów z migotaniem przedsionków. Jeśli migotaniu przedsionków towarzyszy jeden z innych czynników ryzyka udaru, prawdopodobieństwo jego wystąpienia jest bardzo duże. W celu obniżenia ryzyka w tej grupie pacjentów, stosuje się doustnie leki przeciwzakrzepowe bądź – w rzadkich, szczególnych sytuacjach klinicznych – podskórnie podaje się heparyny. Chociaż postępowanie takie obniża ryzyko zachorowania na udar niedokrwienny mózgu nawet o ponad 80%, to ciągle pozostaje ono znacznie wyższe niż w tzw. populacji ogólnej – podkreśla prof. dr hab. Bartosz Karaszewski – lider projektu.

Szacuje się, że w Polsce liczba udarów niedokrwiennych mózgu, które wystąpiły pomimo przyjmowania leków przeciwzakrzepowych, wynosi ok. 8 tys. rocznie, a ich liczba, podobnie jak na świecie, rośnie. U stosunkowo niewielkiej liczby spośród tych chorych można podjąć leczenie metodą trombektomii mechanicznej, pozostali nie kwalifikują się do żadnego typu leczenia przyczynowego – reperfuzyjnego. Niniejsze badanie ma na celu opracowanie pierwszej terapii przyczynowej dla tej grupy pacjentówpodsumowuje prof. dr hab. Bartosz Karaszewski.

Projekt ma format wieloośrodkowy, partnerem zagranicznym jest University College London z brytyjskim National Hospital for Neurology and Neurosurgery.

Wyniki projektu mogą znacząco zmienić światowe standardy leczenia udarów mózgu, wytyczyć nowe ścieżki postępowania i każdego roku pozwolić na powrót do normalnego życia po udarze dodatkowo wielu tysiącom osób na świecie.

Banki coraz lepiej blokują wyłudzenia kredytów. Ale niepokoi wzrost podejmowanych prób

Jak informuje Związek Banków Polskich, od stycznia do czerwca 2020 roku udaremniono ponad 3 tys. prób wyłudzeń kredytów. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, takich zdarzeń odnotowano o przeszło 800 więcej. Dzięki podjętym działaniom w pierwszej połowie br. uniknięto utraty ponad 125 mln złotych. Natomiast wcześniej w statystykach widzimy prawie 156 mln złotych. W minionym półroczu największa kwota prób wyłudzeń kredytów wyniosła 2,4 mln zł, a w pierwszej połowie ubiegłego roku – 20 mln zł. Ostatnio oszuści najbardziej chcieli się obłowić w woj. mazowieckim, wielkopolskim i dolnośląskim.

W pierwszej połowie 2020 roku udaremniono 3053 próby wyłudzeń kredytów. Jak wynika z danych Związku Banków Polskich, to aż o 814 więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wówczas odnotowano ich łącznie 2239, w tym w I kwartale – 1117, a w kolejnym – 1122. Natomiast od stycznia do marca br. takich zdarzeń było 1373, a od samego kwietnia do czerwca – 1680.

– Ten rok wygląda przedziwnie. W drugim kwartale br. mieliśmy lockdown, społeczeństwo przebywało w domach. Natomiast przestępcy pozyskują dokumenty tożsamości Polaków np. w galeriach handlowych, a one były zamknięte. Prawdopodobnie wykorzystywali więc m.in. dowody osobiste, które zostały skradzione lub zgubione w latach wcześniejszych. One mają przecież dziesięcioletni okres ważności. Zdarza się, że nawet po pięciu latach od ich zastrzeżenia pojawiają się próby dokonania działań przestępczych w oparciu o nie – komentuje dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich.

Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, ekspert z serwisu ChronPESEL.pl, w ostatnich miesiącach obserwujemy wzmożoną aktywność oszustów, którzy próbują wykorzystać epidemię. Chcą zdobyć informacje na nasz temat, które mogą być potem wykorzystane do wyłudzenia pieniędzy. I zaznacza, że społeczeństwo jest dzisiaj bardziej świadome w zakresie ochrony swoich danych osobowych. Jednak są sytuacje, kiedy je udostępniamy, np. robiąc zakupy w sieci. A nikt z nas nie ma stuprocentowej gwarancji, co do tego, w jaki sposób i przez kogo te informacje są zabezpieczane.

– W dobie pandemii COVID–19 zwiększenie dostępności i popularności usług online stwarza przestępcom nowe możliwości wyłudzeń. Identyfikacja i weryfikacja tożsamości w tym kanale – bez fizycznego kontaktu – niosła i niesie za sobą zwiększone ryzyko. Obecna sytuacja niejako wymusiła na bankach i firmach pożyczkowych konieczność stosowania zaawansowanych mechanizmów weryfikacyjnych. A przez ich popularyzację system finansowy jest coraz lepiej zabezpieczany przed zdarzeniami związanymi z kradzieżą tożsamości – podkreśla Bartosz Wójcicki, dyrektor Biura Usług Antyfraudowych w BIK SA.

W pierwszym półroczu br. łączna kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów wyniosła 125,3 mln zł. Złożyły się na nią 62,1 mln zł z okresu od stycznia do marca, a także 63,2 mln zł od kwietnia do czerwca. Natomiast wynik z analogicznych sześciu miesięcy ubiegłego roku był wyższy o 30,3 mln zł, tj. – 155,6 mln zł. Wtedy w pierwszym kwartale odnotowano w statystykach 63,3 mln zł, a w drugim – aż 92,3 mln zł.

– Na podstawie szacunków rynkowych możemy stwierdzić, że w całym 2019 roku oszuści wyłudzili prawie 1,7 mld zł. Inne dane mówią o 6 tys. osób, które w zeszłym roku padły ofiarą oszustw wykorzystujących bankowość mobilną. Te liczby dotyczą jednak tylko sytuacji, o których wiemy, bo  udało się odpowiednio szybko zareagować albo poszkodowani zostali poinformowani o zobowiązaniu finansowym, które na ich dane zostało zaciągnięte – mówi Bartłomiej Drozd.

Z danych ZBP wynika, że w pierwszej połowie br. największa kwota prób wyłudzeń kredytów wyniosła 2,4 mln zł. Natomiast w statystykach za analogiczny okres ubiegłego roku było to 20 mln zł. W pierwszym z tych przypadków oszuści działali w województwie mazowieckim, a w drugim – w śląskim. Z kolei w II kwartale br. średnia kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów wyniosła 25,4 tys. zł, a rok wcześniej przekroczyła 36,5 tys. zł.

– Kwota największej udaremnionej próby wyłudzenia się obniża. To oznacza, że za działalność przestępczą związaną z wykorzystaniem dokumentów tożsamości nie biorą się już grupy profesjonalne. Tym procederem zajmują się amatorzy. Profesjonaliści wiedzą, że system dokumentów zastrzeżonych jest coraz bardziej szczelny. Podobne zjawisko w sektorze finansowym obserwowaliśmy przy okazji fizycznych napadów na placówki bankowe i bankomaty – wyjaśnia dr Barbrich.

W drugim kwartale br. łączna kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów w województwie mazowieckim wyniosła 14,9 mln zł. Dalej znalazły się wielkopolskie – 7,8 mln zł, dolnośląskie – 7,4 mln zł, śląskie – 6,7 mln zł oraz małopolskie – 5,3 mln zł. Natomiast na końcu zestawienia widzimy podlaskie – 0,2 mln zł, opolskie – 0,3 mln zł oraz podkarpackie – 0,5 mln zł.

– Mówiąc kolokwialnie, poluje się tam, gdzie zwierzyny jest najwięcej. Świat przestępczy patrzy więc, gdzie są najwyższe dochody i tam próbuje podejmować najwięcej wyłudzeń. Zazwyczaj w naszych statystykach przewodzą Mazowsze i Śląsk. One, ale także w dużej mierze ściana zachodnia, to najbogatsze regiony w Polsce – mówi ekspert ze Związku Banków Polskich.

Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, poszkodowany nie zawsze szybko dowiaduje się o wycieku danych osobowych. Zdarza się, że dochodzi do tego dopiero w momencie otrzymania wezwania do zapłaty lub wpisania do Krajowego Rejestru Długów. Zdaniem eksperta, dużo ważniejsze niż identyfikowanie oszustów próbujących wyłudzić pieniądze jest monitorowanie sytuacji, w których ktoś usiłuje wykorzystać nasze dane. Dzięki temu mamy możliwość szybkiej reakcji. Niezależnie od tego, czy do próby oszustwa doszło w banku, firmie pożyczkowej czy sklepie ze sprzętem elektronicznym.

– Ściśle współpracujemy z MSWiA i policją. Zależy nam na tym, żeby z przestępczego kręgu wyeliminować profesjonalistów. Z kolei amatorzy popełniają tak dużo błędów, że dotarcie do nich następuje bardzo szybko. Niekiedy następuje to jeszcze przed próbą założenia konta bankowego czy wyłudzenia pożyczki na skradziony dowód osobisty – podsumowuje dr Barbrich.

Newsletter BIK o rynku pożyczkowym, lipiec 2020 r.

0

W lipcu 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły finansowania na kwotę 367 mln zł, przyznając 168,0 tys. pożyczek. Obecne odczyty, w porównaniu do lipca 2019 r. wskazują, że w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą o (-47,2%), w ujęciu liczbowym także odnotowały spadek o (-36,0%). Średnia wartość udzielonej w lipcu 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 186 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w lipcu 2019 r. o (-15,9%).

W okresie styczeń–lipiec 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK przyznały o (-27,6%) mniej pożyczek niż w analogicznym okresie zeszłego roku, a w ujęciu wartościowym udzieliły finansowania na kwotę niższą o (-37,6%). Łącznie w okresie styczeń–lipiec 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 1 191,7 tys. pożyczek na łączną kwotę 2,679 mld zł.

Lipcowy Newsletter BIK o rynku pożyczkowym jest pierwszym wydaniem obejmującym cały okres lockdownu i już częściowo okres defrostingu, dlatego w celu dokonania analizy siedmiu miesięcy 2020 r., należy wyodrębnić trzy fazy. Pierwszą, występującą do połowy marca, którą można nazwać okresem „normalnym” czy „przedpandemicznym”, „fazę lockdownu”, obejmującą dwa miesiące: kwiecień i maj, oraz „fazę defrostingu”, dotyczącą czerwca i lipca.

– Już w marcowym wydaniu Newslettera sygnalizowałem trudności, jakie wystąpią na rynku pożyczek pozabankowych w kolejnych miesiącach. Niestety moje prognozy spełniły się. Widać już jednak, że z miesiąca na miesiąc sytuacja lekko się poprawia – komentuje prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Należy zwrócić uwagę, że sprzedaż firm pożyczkowych jest determinowana kilkoma czynnikami. Po pierwsze popytem na pożyczki. Po ogromnej zapaści w kwietniu – zapytania do BIK na poziomie 1/3 zapytań z kwietnia 2019 r., od maja br. popyt powoli się odbudowuje. W lipcu było to już ok. 40%. Ponadto niekorzystne zmiany legislacyjne istotnie obniżające górny pułap możliwych do osiągnięcia przychodów przez firmy pożyczkowe, przy wysokim już dzisiaj i rosnącym w wyniku pandemii poziomie ryzyka powodują, że działalność firm pożyczkowych jest znacznie mniej dochodowa. Dopełnieniem niekorzystnego obrazu rynku dla sektora pożyczkowego jest utrudnienie w zdobyciu finansowania przez niektóre firmy pożyczkowe. Czynniki te wpływają na stronę podażową rynku pożyczek pozabankowych – wyraźnie ograniczając liczbę oraz wartość udzielanych pożyczek – podsumowuje prof. Rogowski.

Specyficzna sytuacja na rynku firm pożyczkowych jest uwarunkowana tylko częściowo efektem ograniczeń wywołanych nadzwyczajnym okresem pandemii.

– W ostatnich miesiącach instytucje pożyczkowe znalazły się w ekstremalnie trudnej sytuacji. Z jednej strony nagle pojawiły się negatywne regulacje, które obniżyły maksymalne koszty pozaodsetkowe poniżej poziomu rentowności wielu produktów pożyczkowych, a z drugiej – sama niepewność związana z pandemią mocno negatywnie wpłynęła na działalność operacyjną instytucji pożyczkowych. To poskutkowało koniecznością wstrzymania akcji pożyczkowej celem reorganizacji modeli sprzedażowych i dostosowania oferty do przejściowych regulacji – komentuje Jarosław Ryba, prezes Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych. 

– W ostatnim czasie odnotowujemy powrót popytu na produkty pożyczkowe, co potwierdzają dane Biura Informacji Kredytowej. Przyszłość jest jednak wciąż niepewna – firmy muszą stawić czoła rosnącemu poziomowi ryzyka i jednocześnie mocno kontrolować koszty. Jednakże w dłuższej perspektywie śmiało możemy powiedzieć, że rynek – chociaż niewątpliwie w kryzysie – wciąż ma olbrzymi potencjał do rozwoju. Konsumenci poszukują rozwiązań pożyczkowych, które są szybkie i wygodne, a takie właśnie zapewniają lendtechy. To najlepszy sygnał, że czas już odmrozić lendtech – konkluduje prezes Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych.