160 mln zł z funduszy unijnych na rozwój i wdrażanie innowacji dla MŚP

0

Firmy, które planują wdrażanie innowacji, nie muszą z nich rezygnować, mimo trwającej pandemii. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ma do rozdysponowania 160 mln zł z funduszy europejskich na takie projekty w czterech konkursach „Bony na innowacje dla MŚP”. O dotacje mogą ubiegać się mikro-, małe i średnie firmy z całego kraju, niezależnie od branży. VIII runda naboru potrwa do 30 września br.

„Bony na innowacje dla MŚP” to dwuetapowy konkurs dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców. Etap 1 umożliwia sfinansowanie w jednostkach naukowych usług badawczo-rozwojowych potrzebnych do opracowania nowego lub znacząco ulepszonego produktu, technologii lub projektu wzorniczego. Dotacja na ten cel może stanowić do 85 proc. wartości projektu, a przedsiębiorcy mogą liczyć nawet na 340 tys. zł.

„+Bony na innowacje+ to jedno z najbardziej przystępnych źródeł finansowania innowacji dla MŚP w Polsce. PARP udziela dotacji z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój w postaci +bonów+ od 2015 r. Do dziś zawarliśmy z przedsiębiorcami około 900 umów na łączną kwotę ponad 220 mln zł. Co ciekawe zainteresowanie tego typu wsparciem utrzymuje się na wysokim poziomie pomimo pandemii. Tylko w trzech ostatnich rundach pierwszego etapu konkursu o wsparcie wnioskowały 544 przedsiębiorstwa, łącznie na kwotę ponad 152 mln zł” – mówi Anna Forin, dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych PARP.

Pomyślne ukończenie etapu usługowego pozwala sięgnąć po dofinansowanie wdrożenia pomysłu na innowację w ramach etapu inwestycyjnego. Całkowity koszt projektu musi się zamknąć w kwocie 800 tys. zł, a przedsiębiorcy mogą otrzymać maksymalnie 560 tys. zł (wkład własny wynosi co najmniej 30 proc.). Pozyskane środki można przeznaczyć m.in. na zakup: maszyn i urządzeń, patentów, licencji, know-how albo innych praw własności intelektualnej, niezbędnych do wdrożenia opracowanej innowacji.

„Firmy, które nie mają potencjału w tym zakresie, a chcą się rozwijać w oparciu o innowacje otrzymują realną pomoc w przeprowadzeniu prac B+R. Średnia wartość dotacji oscyluje wokół 250 tys. zł w etapie usługowym i ok. 400 tys. zł w inwestycyjnym” – zapowiada dyrektor Forin.

Równolegle trwają konkursy na dofinansowanie projektów wpisujących się w realizację programu „Dostępność Plus”. Firmy ubiegające się o dotacje w tych konkursach muszą wykazać, że opracowane przez nich rozwiązania ułatwią codzienne funkcjonowanie osób z ograniczeniami funkcjonalnymi oraz trwałymi lub czasowymi ograniczeniami sprawności, czyli poza niepełnosprawnymi, np. seniorów czy kobiety w ciąży.
Nabór wniosków do etapu 1 usługowego potrwa do 30 września br. Zakończenie naborów do etapu 2 – inwestycyjnego zaplanowano na 30 grudnia 2020 r.

Wyniki ITMAGINATION za I półrocze 2020 r. Dywersyfikacja geograficzna i branżowa pomogła w czasie pandemii

0

Polski software house w pierwszych 6. miesiącach 2020 roku zanotował 44 miliony zł przychodów (wzrost o 11 proc. r/r) i 7,2 miliona zł zysku EBITDA (poprawa o 39 proc.). Dobre wyniki finansowe to efekt kontynuacji rozwoju na rynkach zagranicznych i specjalizacji w innowacyjnych usługach IT dla dużych międzynarodowych firm.

W pierwszej połowie 2020 roku ITMAGINATION miało 44 milionów zł przychodu z tytułu usług tworzenia oprogramowania, co jest wynikiem lepszym o 11 proc. w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Zysk EBTIDA wyniósł 7,2 miliona zł i był wyższy o 39 proc. w ujęciu rok do roku. Wzrost przychodów to przede wszystkim efekt kontynuacji rozwoju na rynkach zagranicznych, a w szczególności w USA. Działania oszczędnościowe podjęte jeszcze w 2019 roku przyczyniły się do dobrego wyniku EBTIDA, a dalsze obniżanie kosztów działalności w bieżącym roku, wsparło efektywność kosztową.

– Pierwsze półrocze 2020 roku zapamiętamy na długo. Epidemia koronawirusa sprawiła, że wszyscy na świecie zmierzyliśmy się z niespotykanymi do tej pory wyzwaniami. Przejście w tryb 100 proc. pracy zdalnej odbyło się w ciągu jednego dnia, ponieważ wszystkie usługi realizujemy w chmurze. Do dzisiaj wszyscy pracownicy, bez uszczerbku na wydajności, pracują w domach, a nasi klienci chwalą sobie stabilną i nieprzerwaną współpracę. Pomimo wymagającej sytuacji na rynku i dużej niepewności, pierwsze półrocze zakończyliśmy dobrym wynikiem. 44 miliony zł przychodów i ponad 7 milionów zł EBITDA to dla nas ważny sygnał, że nawet w trakcie globalnego kryzysu nasze kompetencje i model prowadzenia biznesu dają owoce. – mówi Daniel Arak, współzałożyciel i członek zarządu ITMAGINATION

Długoterminową strategią firmy jest postawienie na rozwój na rynkach zachodnich. Te starania z każdym kwartałem przynoszą wymierne efekty operacyjne i finansowe. Klienci zagraniczni generują obecnie ok. 77 proc. całkowitych przychodów, a do końca 2020 roku ich udział powinien zwiększyć się do 80 proc. Przewagą konkurencyjną i argumentem przemawiającym na korzyść polskiego software house’u w oczach międzynarodowych firm jest fakt, że ITMAGINATION wyspecjalizowało się w tworzeniu innowacji dla konkretnych branż m.in. FinTech.

– Współpraca z dużymi firmami pozwala nam zachować stabilność, zwłaszcza gdy na rynkach panuje niepewność. W ostatnich miesiącach ITMAGINATION pokazało swoją wartość. Udowodniliśmy naszym klientom, że jesteśmy elastyczni i potrafimy sprawnie dostosować rozwiązania technologiczne do nowych potrzeb. Koncentrujemy się na dalszym wzroście biznesu poprzez rozwój naszych pracowników i zwiększanie kompetencji, tworzenie innowacyjnych produktów oraz dalszą ekspansję międzynarodową. – podsumowuje Daniel Arak

Minimum 100 tys. zł wkładu własnego. Nowa norma przy zakupie mieszkania

Jeszcze nie tak dawno za kwotę 100 tys. zł można było kupić własne mieszkanie, dziś to suma tak niewielka, że ledwo wystarczy na wkład własny. Jak pokazują statystyki BIK, liczba wniosków o kredyt na zakup wymarzonego mieszkania spadła blisko o połowę. Słabo również jest z ich przyznawalnością, ponieważ banki zaostrzyły kryteria przyznawania pożyczek. W rezultacie, własne cztery kąty stają się trudnym do zrealizowania marzeniem. Co wobec tego mogą zrobić osoby, które chcą zmienić adres?

Katastrofa wisi w powietrzu

Ekonomiści ostrzegają, że skutki COVID-19 będą dramatyczne. Ucierpi zarówno rozpędzona Azja, która nie osiągnie wzrostu gospodarczego po raz pierwszy od 60 lat oraz gospodarki USA i Europy, które odnotują spadek o 6% do 8%. Nie pozostanie to bez wpływu na zatrudnienie, eksperci z International Labour Organisation szacują, że globalna utrata miejsc pracy wyniesie ponad 200 mln. To wszystko oznacza tylko jedno, katastrofa ekonomiczna wisi w powietrzu. – Zablokowanie i częściowe zamknięcie gospodarki miało kluczowe znaczenie dla powstrzymania pandemii i co za tym idzie, ratowania życia. Jednak to, co jest dobre dla zdrowia człowieka, działa morderczo na gospodarkę. Specjaliści z Międzynarodowego Funduszu Walutowego oczekują, że światowa gospodarka skurczy się w tym roku o 3%. Istnieje realne zagrożenie, że przed nami kolejny wielki kryzys finansowy – zauważa Marta Telenda z firmy Colivia, poznańskiego startup z branży nieruchomości, który specjalizuje się w colivingu.

Nieufny jak bank

Każdy wielki kryzys ekonomiczny ma swoje przyczyny i nie bierze się z przypadku. Nie inaczej jest tym razem. Na skutek globalnego lockdownu, stabilność krajowej i globalnej gospodarki zostały zagrożone. Ryzyko to coś, czego banki wystrzegają się, jak ognia, dlatego instytucje finansowe szybko zareagowały, zaostrzając politykę kredytową. – Ostatnia kwartalna ankieta NBP pokazała, że banki zaczynają się obawiać o wypłacalność swoich klientów, stąd ograniczają możliwość otrzymania kredytu mieszkaniowego – zauważa Bartosz Kuczewski, członek komisji stałej w Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz Dyrektor Strategii i Rozwoju Biznesu w firmie ePortfel24.pl. Ekspert zwraca uwagę na to, że: – Obserwujemy bardzo niekorzystną sytuację na rynku kredytów hipotecznych. Po pierwsze od lat ceny nieruchomości rosną. Według GUS pomiędzy 2005 a 2020 średnia cena za metr kwadratowy podskoczyła o ponad 80%. Po drugie zmieniły się kryteria dotyczące wkładu własnego, który od trzech lat wynosi 20% z możliwością obniżenia tej wartości o połowę, jeżeli klient wykupi ubezpieczenie niskiego wkładu. Jednak na skutek pandemii, banki tak zmieniły swoją ofertę, że dopiero od 30% możemy mówić o atrakcyjnej cenowo ofercie. Ponadto na skutek zmian ustawodawczych wprowadzonych w wyniku pandemii oraz drastycznego obniżenia stóp procentowych coraz ciężej można w ogóle uzyskać kredyt mieszkaniowy, ponieważ banki zostały zmuszone do zaostrzenia polityki związanej z ryzykiem kredytowym.

Rok rozczarowań

Jak wynika z danych udostępnionych przez Biuro Informacji Kredytowej, średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 286,2 tys. PLN. Oznacza to, że wkład własny, jaki muszą wnieść osoby zainteresowane zakupem własnej nieruchomości, powinien być nie mniejszy niż około 100 tys. PLN. – Dla wielu ludzi to wręcz absurdalna kwota. Połowa, a może nawet więcej wniosków jest odrzucana z powodu jak to bank nazywa, braku oferty. Następnie przychodzi frustracja, rozczarowanie i nerwy. Dla nas to już niemal codzienność dlatego zaczęliśmy ostrzegać klientów przed złożeniem wniosku, że może być ciężko – przyznaje doradca hipoteczny jednego z najbardziej rozpoznawalnych banków, który funkcjonuje na polskim rynku.

Ze zgromadzonych przez BIK statystyk jasno wynika, że w lipcu 2020 o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,75 tys. klientów, co w porównaniu z zeszłorocznym wynikiem na poziomie 41,39 tys. oznacza spadek o 6,4%. To i tak o wiele lepiej niż w kwietniu 2020, który był najgorszym miesiącem pod tym względem. Wówczas liczba złożonych wniosków spadła niemal o połowę.

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, z miesiąca na miesiąc popyt na pożyczkę hipoteczną rośnie, systematycznie zwiększa się liczbę złożonych wniosków, co nie oznacza, że jednocześnie wzrosła liczba udzielonych kredytów. – Dane zebrane przez BIK pozornie mogą wydawać się krzepiące. Jednak pamiętajmy o tym, że statystyki dotyczące wyłącznie wniosków są mylące. Na razie mamy pewność, że zwiększył się popyt, ale czy wzrosła również sprzedaż? O tym dowiemy się najszybciej za 2-3 miesiące, ponieważ mniej więcej tyle trwa procedura wnioskowania o pożyczkę hipoteczną i jej uruchomienie. Zaostrzone kryteria kredytowe i surowa ocena wypłacalności, oznaczają tylko jedno – niższą przyznawalność. W 2020 r. kredyt mieszkaniowy i własne 4 kąty mogą okazać się luksusem. – twierdzi ekspert, Bartosz Kuczewski z ePortfel24.pl, porównywarki kredytów z rynku bankowego i pozabankowego.

Kultura wynajmu

Skoro więc nie zakup, to może wynajem? Jak wynika z raportu opracowanego przez firmę Expander, średnia cena wynajmu za metr kwadratowy wynosi w Warszawie blisko 60 PLN, co przy 50-metrowym mieszkaniu oznacza cenę wyjściową na poziomie 3000 tys. PLN. – I to bez uwzględnienia mediów/opłat licznikowych. Myli się również ten, kto sądzi, że dzięki COVID-owi ceny drastycznie spadną. Jak podają twórcy raportu, w porównaniu z marcem 2019, obecne koszty dzierżawy mieszkania wzrosły o około 8%. – Utrudnienia w uzyskaniu kredytowania na zakup mieszkania oraz ogólny brak zainteresowania inwestycjami prowadzą do spadku liczby mieszkań do zakupu. A im mniejsza liczba mieszkań znajduje się obrocie, tym mamy bardziej ograniczony wybór tych, które aktualnie są wystawione do najmu, a to z kolei blokuje jakikolwiek spadek cen za metr kwadratowy – mówi Marta Telenda z Colivii.

Jeszcze do niedawna nie było alternatywy, osoba poszukująca własnego lokum musiała ograniczyć się do dwóch form własności: zakupu i posiadania, albo wynajmu i dzierżawienia. Jednak w ostatnim czasie pojawiło się kolejne wyjście – coliving.

Dziś życie w miastach nabrało o wiele większego tempa. Jest coraz mniej czasu na spędzanie go ze znajomymi, przez co ciężko jest po prostu poznać nowych ludzi. Coliving daje możliwość poznania wielu osób, a także skupienia się na codziennych obowiązkach – mówi Natalia Kędzia, mieszkająca w colivingowym projekcie firmy Colivia w Poznaniu.

Przyszły lokator zyskuje więc nie tylko dach nad głową, ale również w jego portfelu zachodzą pozytywne zmiany. Miesięczne oszczędności mogą być niemałe, Pani Natalia płaci teraz mniej niż XX PLN miesięcznie za mieszkanie w centrum Poznania, a dodatkowo nie czuje się samotna, ponieważ we wspólnocie przebywa razem z innymi lokatorami. Ta nowa filozofia życia łączy grupę obcych sobie ludzi w ramach wspólnej przestrzeni, takiej jak salon czy kuchnia. Sypialnie są prywatne, zaś łazienki współdzielone pomiędzy kilka osób, więc zgoda na coliving nie oznacza braku prywatności.

Zamiast kupować muzykę, dzierżawimy ją od zewnętrznych firm, nasze ulubione kawałki nigdy już nie będą naszą własnością. Filmy, zamiast przechowywać na płytach DVD, wolimy streamować z sieci. Niedługo nawet gry wideo będą przesyłane z serwerów Google czy Microsoft, a żeby z nich skorzystać, będziemy potrzebowali jedynie pada. Czemu więc ta sama zasada własności miałaby nie sprawdzić się w przypadku przestrzeni życiowej, jaką jest mieszkanie? – pyta retorycznie CEO poznańskiej Colivii.

Jedną z największych zmian, jakie pojawiły się u zarania nowego stulecia, jest odejście od posiadania rzeczy na własność i zwrot w kierunku nowoczesnych modeli dzierżawy, a biorąc pod uwagę potrzebę zachowania niezależności, mobilności i optymalizacji kosztów życia, coliving wydaje się ciekawą alternatywą dla konwencjonalnych form zamieszkania – nie tylko dla młodych pokoleń. Zalety tego rozwiązania doceni każdy, kto chociaż raz poczuł się samotny, wracając do pustego mieszkania, bądź ten, kto ze względu na własne wybory czy też obowiązki zawodowe, nie może pozwolić sobie na posiadanie stałego lokum.

Jak pandemia zmieniła rynek pracy?

Zmiany w związku z pandemią dotknęły również rynek pracy. Przedsiębiorcy musieli zweryfikować nie tylko swoją strategię biznesową, ale także podejście do pracowników. Wiele firm było zmuszonych do cięć etatów czy znacznych redukcji. Teraz gdy gospodarka wchodzi w okres „nowej normalności”, przedsiębiorcy mają czas na złapanie oddechu. Jednak wiedzą, że muszą przygotować się na drugą falę koronawirusa na jesieni. Jak zmieni się w związku z tym rynek pracy? Kogo przedsiębiorcy potrzebują w firmie i na jakich warunkach?

Okres „nowej normalności”

Od czerwca możemy mówić już o wejściu w okres „nowej normalności”. Firmy dostosowały swoją strategię biznesową do nowych warunków, dlatego mogą znów myśleć o zatrudnianiu pracowników. Najnowsze dane pokazują, że w czerwcu 2020 roku do urzędów pracy zgłoszono 91 tys. wolnych miejsc pracy, czyli o 15,4 proc. więcej niż miesiąc wcześniej. Przeciętne zatrudnienie wzrosło w porównaniu do maja o 0,2 p.p., a przeciętne wynagrodzenie brutto również było wyższe o 3,2 p.p. Dodatkowo, zwiększył się ruch na portalach o pracę, coraz więcej firm wstawia ogłoszenia. Według badania Grant Thornton i firmy Element, w czerwcu 2020 roku na 50 największych portalach rekrutacyjnych pojawiło się 246,2 tys. nowych ofert pracy, czyli odnotowano wzrost o 26,1 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Natomiast w porównaniu do ubiegłego roku liczba ofert spadła o 16,3 proc. Optymistyczną wizję psuje jednak wzrost liczby osób zarejestrowanych w urzędach pracy. Przewidywania dotyczące bezrobocia są różne, jednak każdy scenariusz uwzględnia znaczy wzrost liczby osób, które nie znajdą pracy do końca tego roku pracy.

Kogo szukają pracodawcy?

Według badania Grant Thornton i Element wśród 10 przeanalizowanych zawodów największe spadki w liczbie ofert pracy odnotowano wśród pracowników administracji, IT i ochrony. Coraz mniej firm szukało również analityków biznesowych czy kierowców. Jednocześnie więcej ogłoszeń kierowano do głównych księgowych. Dodatkowo firmy szukają specjalistów w dziedzinie digital oraz związanych z logistyką. Według raportu agencji zatrudnienia OTTO Work Force wynika, że branżą, która intensywnie rozwija się w czasie epidemii, jest e-commerce, co generuje popyt na pracowników logistyki i usług kurierskich.

Co z pracownikami tymczasowymi?

Według OTTO Work Force 72 proc. nowych pracowników tymczasowych znalazło pracę właśnie w obszarze e-commerce, przede wszystkim w usługach kurierskich. W czasie epidemii 25 proc. osób znalazło pracę w logistyce, 23 proc. w produkcji, a 5 proc. w branży spożywczej. Zmiana branży była związana z kryzysem. 68 proc. nowo zatrudnionych pracowników tymczasowych wskazało, że w wyniku pandemii musiało zmienić obszar pracy.

Zmiany w prowadzeniu firmy

Przedsiębiorcy, aby utrzymać cashflow i zabezpieczyć firmę finansowo, szukali alternatywnych sposobów zaoszczędzenia pieniędzy.  Dlatego firmy w okresie kwarantanny coraz mocniej zaczęły ciąć koszty – zarówno pracownicze (zwolnienia, redukcje etatów, przejście na outsourcing), jak i infrastrukturalne (ograniczenie wynajmu biur). Tak jak pokazują wyżej wymienione badania, przedsiębiorcy zrezygnowali z pracowników zatrudnionych w administracji, marketingu czy HR. Powód? W momencie kryzysowym, firmy zweryfikowały wartość pracowników, czasami opłacało się bardziej docenić finansowo jedną osobę, niż płacić za kilka etatów, Zwłaszcza, kiedy pracownicy nie do końca sprawdzali się w swojej roli. Recepcjonistki w związku ze zmniejszeniem powierzchni biurowych i pracą zdalną, mają mniej obowiązków, stąd ponowna decyzja o redukcji etatów. W związku z trudną do przewidzenia przyszłością, coraz więcej firm zastanawia się nad zatrudnianiem pracowników tymczasowych w modelu outsourcingowym.

Obserwujemy, że pandemia przyspieszyła zmiany, jakie już wcześniej zachodziły na rynku pracy. Cyfrowe platformy ze zleceniami „na godziny”, popularne wcześniej głównie w sektorze IT, obecnie zdobywają coraz więcej użytkowników również w innych branżach. Służby kadrowe przedsiębiorstw handlowych, logistycznych, gastronomicznych, FMCG, firm produkcyjnych BPO/SSC przekonują się, że na tak niepewnym i zmiennym rynku, jaki stworzyła pandemia, pracownicy tymczasowi są optymalnym – organizacyjnie i kosztowo – wyborem. – mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow.

Gig economy – alternatywa dla etatu

Cięcie kosztów w firmie jest zrozumiałe, jednak należy pamiętać, że firma bez pracownika nie będzie przynosić zysków. Dlatego warto rozważyć inne formy zatrudnienia, aby móc wykorzystać w pełni potencjał pracownika – czyli zatrudniać na okres wzmożonego zapotrzebowania. Dlatego dobrym rozwiązaniem wydaje się skorzystanie z modelu gig economy. To trend w gospodarce, który opiera się na realizacji zadań i projektów oferowanych poprzez platformy cyfrowe. To wygodny sposób zarówno dla pracownika, ponieważ daje mu niezależność, jak i dla pracodawcy. Firma nie musi od razu decydować się na długotrwałe koszty związane z zatrudnianiem pracownika, a pracownik, który chce dorobić, albo potrzebuje elastyczności – wybiera odpowiednią dla niego ofertę pracy na dany dzień czy okres.

Nowe technologie

Firmy z kandydatami wciąż kontaktują się 100% zdalnie. Nic dziwnego, to obecnie najbezpieczniejsza forma kontaktu. Głównym narzędziem pozostają maile oraz rozmowy online przez Skype, czy Microsoft Teams, warto jednak wyjść poza te formy i do szukania pracowników wykorzystać aplikacje. To łatwa forma komunikacji, która w szybki sposób daje pracownikowi możliwość aplikowania na wybrane stanowisko, a pracodawcy – szybką weryfikację kandydata. System ten idealnie wpasowuje się w model gig economy, zwłaszcza gdy firma chce na szybko zatrudnić pracowników. Dlatego można spodziewać się, że przedsiębiorcy będą coraz częściej korzystać z tej formy rekrutacji.

Magazyny nie dają się wirusowi

Rynek powierzchni magazynowo-logistycznych dobrze zniósł pierwszą falę turbulencji wywołanych globalną pandemią i jak dotychczas wydaje się być najlepiej uodporniony na kryzys w porównaniu z innymi sektorami rynku nieruchomości komercyjnych. Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland podsumowując pierwsze półrocze 2020 roku na rynku nieruchomości przemysłowych, wskazują na rekordowy popyt, spadek wskaźnika pustostanów, dynamiczny rozwój nie tylko wiodących stref, ale też lokalizacji określanych jako rozwojowe, jak np. coraz bardziej popularny region Zachód. Zwracają jednak uwagę, że dalsze skutki pandemii i spowolnienie gospodarcze mogą przełożyć się na wzrost niepewności i ewentualne wyhamowanie sektora.

Mocna nowa podaż

Z raportu „Rynek Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w Polsce, At a Glance, Q2 2020” wynika, że pomimo pandemii, sektor magazynowy w Polsce nadal rozwija się w najszybszym tempie w Europie i w I połowie br. urósł o prawie 1 mln m kw., z czego ok. 60 proc. nowej podaży przypadło na okres od kwietnia do czerwca. Najwięcej nowej powierzchni przybyło w strefach: Warszawa II (353 tys. m kw.), Dolny Śląsk (193 tys. m kw.) i Górny Śląsk (180 tys. m kw.), a na czele listy największych nowo oddanych obiektów znalazły się: A2 Warsaw Park Grodzisk (104 tys. m kw.) oraz P3 Mszczonów (58 tys. m kw.).

Siła w regionach

Pandemia i duży wolumen powierzchni oddanej do użytku w ostatnich latach nie wyhamowały aktywności deweloperów. Na koniec czerwca w budowie było ponad 1,9 mln m kw. nowoczesnych magazynów. Najwięcej w strefach Górny Śląsk (435 tys. m kw.) i Warszawa II (324 tys. m kw.). Autorzy raportu zwracają uwagę, że mimo tego, iż 60 proc. nowo powstającej powierzchni przypada na główne klastry magazynowe, to odnotować należy rosnącą pozycję regionu rozwojowego, jakim jest strefa Zachód. Na placach budów znajduje się tam około 256 tys. m kw., z czego gros to realizacja Panattoni BTS w Świebodzinie (204 tys. m kw.). Region przy granicy polsko-niemieckiej korzysta z potencjału, jaki daje bliskość ogromnego, niemieckiego rynku, trasa S3 i dalszy rozwój infrastruktury drogowej.

– Dywersyfikacja rynku trwa, a deweloperzy coraz lepiej czują się na obszarach mniej rozwiniętych pod względem powierzchni magazynowych. Zielone światło dostają projekty zlokalizowane w Polsce zachodniej i północno-wschodniej, z których część to obiekty BTS. To trend, który będzie się nasilał. Wpływ na to ma nie tylko dobry dostęp do zasobów ludzkich, ale i mocno poprawiająca się infrastruktura. Interesującym przykładem klastra rozwijającego się jest strefa Trójmiasto, w której buduje się 237 tys. m kw. nowoczesnych magazynów. Ich ukończenie oznaczać będzie zwiększenie całkowitych zasobów powierzchni magazynowej w tym regionie o ponad 32 proc. – Martyna Kajka, Associate Director, Dział Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

O potencjale rozwojowym mniejszych regionów świadczy też wyodrębnienie w drugim kwartale w sektorze powierzchni magazynowych strefy Opole. W jej skład wchodzić będą obiekty znajdujące się w województwie opolskim. Niewątpliwymi atutami nowej strefy są: bliskość rynku niemieckiego, lokalizacja wzdłuż autostrady A4 oraz dość dobry dostęp do siły roboczej.

Wysoki popyt i mniej pustostanów

W pierwszym półroczu zanotowano 2,4 mln m kw. popytu brutto i była to najwyższa wartość w historii. Autorzy raportu podkreślają, że w samym drugim kwartale popyt brutto osiągnął poziom 1,3 mln m kw., przewyższając tym samym wolumen z poprzednich trzech miesięcy o około 20 proc. Ma na to wpływ również sytuacja gospodarcza, która skłoniła wielu najemców do podjęcia renegocjacji i przedłużenia trwających umów najmu. Jednocześnie odnotowano zmiany w strukturze najmu i zmniejszenie udziału popytu netto z 80 proc. w całkowitym wynajmie w miesiącach styczeń-marzec, do 70 proc. w miesiącach kwiecień-maj. Na koniec czerwca wskaźnik niewynajętych powierzchni magazynowych spadł, w porównaniu do pierwszego kwartału, o 0,6 p.p. i osiągnął poziom 7 proc. Autorzy raportu zwracają uwagę, że pomimo rekordów, jakie w ostatnich lata biła nowa podaż, udział dostępnej powierzchni wciąż pozostaje na relatywnie niskim poziomie.

– Sektor magazynowo-przemysłowy płynnie przejechał pierwszy ostry zakręt spowodowany pandemią. To bardzo dobra informacja nie tylko dla rynku i gospodarki, ale również dla nas jako społeczeństwa. Powrót do poziomu produkcji i konsumpcji sprzed pandemii z pewnością zajmie sporo czasu, ale trudno go sobie wyobrazić bez silnego i zdrowego sektora logistycznego. Przed nami czas reorganizacji łańcuchów dostaw i procesów logistycznych, a także dostosowywanie do nowych modeli biznesowych i nowych priorytetów, które już pojawiają się po stronie najemców – Igor Roguski, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

Sektor magazynowy w Polsce może być beneficjentem nowej rzeczywistości, którą kreuje globalna pandemia i wynikający z niej kryzys światowej gospodarki. Najbardziej oczywisty czynnik stymulacji rozwoju branży to szybki wzrost e-commerce przekładający się na wzmożony popyt na obiekty w których te procesy są obsługiwane. Trend ten obejmuje nie tylko przedsiębiorstwa oferujące możliwość zakupów przez internet, ale również cały łańcuch innych firm, które zapewnią dostarczenie przesyłki do finalnego odbiorcy. Dodatkowo, dochodzące do Europy sygnały sugerują, że powierzchnie magazynowe w Polsce stają się coraz bardziej atrakcyjne dla firm produkcyjnych, które wcześniej przeniosły swoją działalność do Azji. Wybuch pandemii poważnie zaburzył płynność działania w Chinach i innych krajach azjatyckich, a w konsekwencji łańcuchy dostaw towarów czy podzespołów do Europy zostały przerwane na dłuższy czas. Polski rynek przemysłowy, ze swoim wciąż dużym potencjałem rozwoju, dobrym połączeniem transportowym z pozostałymi krajami Unii Europejskiej, dostępem do wykwalifikowanej kadry i atrakcyjnymi uwarunkowaniami finansowymi, może skorzystać na obecnej sytuacji w światowej gospodarce i jeszcze bardziej się umocnić.

Zawsze można zakładać najkorzystniejszy rezultat – sytuacja na rynku walutowym

Globalne indeksy rynku akcji zmierzają do zanotowania piątego z rzędu wzrostowego miesiąca. Inwestorzy w dalszym ciągu znajdują pocieszenie w odważnych decyzjach politycznych na rzecz wsparcia ożywienia i nadziejach na przyspieszenie prac nad szczepionką na wirusa. Zmiany w strategii Fed dają przestrzeń do utrzymania apetytu na ryzyko.

Na koniec okresu wakacyjnego zasady gry nie ulegają zmianie. Mimo, że ostatnie tygodnie przyniosły niepokojący wzrost liczby zachorowań, głównie w USA i Europie, to jednak nie jest to czynnik hamujący rajd ryzyka na rynkach. Inwestorzy żonglują argumentami, które pozwalają im zachować optymizm. Opracowanie skutecznej szczepionki, która może być wprowadzona do dystrybucji jeszcze w tym roku, jest pierwszym zaworem bezpieczeństwa, ale nawet jeśli lekarstwo przyjdzie później, to generalne przekonanie wyklucza powtórkę globalnego lockdownu. Całość spokoju inwestorów dopełnia wszechobecne wsparcie banków centralnych, nie zważając (jeszcze) na cenę masowej ekspansji monetarnej.

Patrząc w przyszłość, wrzesień może przynieść kilka czynników ryzyka, które zmącą spokój, ale na razie przemykają poza radarem inwestorów. Tradycyjnie polityka wprowadza najwięcej zamieszania. Spór USA-Chiny toczy się na wielu frontach, a ostatnim rozdziałem się kontrowersje związane z popularną aplikacją do nagrywania krótkich filmików. Chińska aplikacja jest niepożądana na terytorium USA, chyba że zostanie sprzedana, ale według ostatnich informacji chiński rząd rości sobie prawo do wydania pozwolenia na ewentualną transakcję. Z USA wiąże się też ryzyko wyborów prezydenckich (zaplanowanych na 3 listopada) – po zaaprobowaniu kandydatów obu partii podczas narodowych konwencji kampania ruszy na pełnych obrotach, podczas gdy inwestorzy jeszcze nie przeszli do dyskontowania potencjalnych skutków pozostania Trumpa w Białym Domu lub jego wymiany na Bidena. Zaostrzenie polityki wobec Chin oraz podwyżki podatków do dwa główne ryzyka. Wreszcie brexit przypomina o sobie od czasu do czasu, a jesteśmy coraz bliżej października, do kiedy muszą zostać ustalone przynajmniej ramy umowy handlowej Wielkiej Brytanii z UE. Według weekendowych doniesień strona brytyjska może odejść od rozmów, jeśli Bruksela nie porzuci żądań związanych z wspieraniem przez państwo sektora prywatnego (by nie tworzyć niesprawiedliwych przewag konkurencyjnych).

Inwestorzy nauczyli się jednak, że ryzyka polityczne potrafią pojawiać się i znikać z dnia na dzień, stanowiska przywódców i polityków w kluczowych tematach często ewoluują, a porozumienia pojawiają się na ostatnią chwilę. Zatem póki nic nie trafi ostatecznie na papier, zawsze można zakładać najmniej nieprzyjemny rezultat. Tymczasem powrót ożywienia i pompowanie taniego pieniądza w ryzykowne aktywa jest faktem.

O ile dane makro nie zachwieją wiarą w ożywienie, rynki podtrzymają tryb risk-on. W tym tygodniu pod lupą będą odczyty indeksów PMI i ISM oraz raport NFP. Dziś pierwsze wskazania wskaźników PMI z Chin wypadły zgodnie z prognozami, co pomaga podtrzymać pozytywne nastroje. Odczyty z Europy i USA zaczną napływać od wtorku. W międzyczasie rynki będą śledzić komentarze przedstawicieli Fed – w poniedziałek uwaga będzie na przemówieniu wiceprezesa Claridy. Rynek zdaje się nie do końca przekonany, co wnosi zmiana strategii Fed i więcej informacji od członków FOMC może nadać bardziej zdecydowany kierunek dla USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy pandemią podzielone

Pandemia i lockdown jako sposób walki z COVID-19 podzieliły firmy. Połowa nie bez problemów powróciła do wcześniejszej kondycji, nieliczni ją nawet poprawili, ale drugiej połowie nie udało się przywrócić skali działania sprzed pandemii. Przegrani w większości spisali już ten rok na straty. Najczęściej szansy na szybkie odzyskanie utraconej sytuacji ekonomicznej nie widzą transport i usługi – wynika z badania zrealizowanego przez Keralla Research na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Wszystko przez ograniczenie liczby zamówień i odpływ klientów.

Kilka miesięcy po wybuchu pandemii i lockdownie pojawiły się już pierwsze, wstępne odpowiedzi na pytania, kiedy to wszystko się skończy, jak w nowej rzeczywistości odnajduje się biznes i jakie są szanse, że sobie poradzi. Czy przedsiębiorcy widzą w ogóle na to perspektywy, szczególnie, że do kryzysowej normalności trzeba będzie się przyzwyczaić, bo pandemia i ograniczenia w działaniu nie ustępują?

Według badania Keralla Research zrealizowanego dla BIG InfoMonitor w przypadku 19 na 100 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw lockdown nic nie zmienił w działalności. Z wirusem musiała się jednak skonfrontować zdecydowana większość przedsiębiorstw i ostatecznie na prostą do końca lipca wyszło 29 proc. firm, a prawie 6 proc. nawet się poprawiło w porównaniu z sytuacją przed COVID-19. Podsumowując 54 proc. przedstawicieli MSP wykazało się odpornością lub też umiejętnością radzenia sobie w trudnych warunkach, albo też jednym i drugim, jednocześnie niewiele mniej, bo 44 proc. nie powróciło do swojej wcześniejszej skali działania.

nastroje 1.png

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Kryzys wywołany lockdownem nie jest podobny do normalnego spowolnienia gospodarczego. Obecnie w trudnej sytuacji znalazły się firmy, których łańcuch dostaw został przerwany z powodu kłopotów dostawców lub odbiorców. Dużym ryzykiem obarczone są też przedsiębiorstwa słabo zautomatyzowane, ponieważ pod znakiem zapytania stoi możliwość kontynowania działalności w sytuacji zarażenia załogi – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Najbardziej przegrani są jednak ci, na których ofertę po prostu nie podniósł się popyt. I czego by zarządzający firmą nie robili i tak nie są w stanie wpłynąć na sytuację – dodaje.

Kto stracił

Podział na szczęściarzy i przegranych nie przebiega w prosty sposób pomiędzy sektorami, w każdej grupie są przedstawiciele przemysłu, budownictwa, handlu, usług czy transportu. Choć akurat w transporcie przekonanie o pogorszeniu kondycji przez pandemię jest bardziej powszechne (55 proc.) niż w innych sektorach, a w budownictwie zdarza się rzadziej (23 proc.).

– W transporcie, który skarży się najbardziej, ucierpiał przede wszystkim przewóz osób. Na tygodnie zamarły przejazdy do szkół czy do pracy. Nieliczne są wyjazdy turystyczne. Spadki zanotował również przewóz towarów. Na dodatek na przewoźników kłopoty już od dłuższego czasu spadają z kilku stron: kosztowne są wydatki na technologię, we znaki daje się też pakiet mobilności (zamykanie dostępu do rynków zagranicznych), jednocześnie rosną koszty w kraju – wynagrodzeń kierowców, licencji, napraw czy paliwa. A od marca doszedł do tego COVID-19. Dobrze prosperuje jedynie działalność kurierska, w tym mikroprzedsiębiorcy pracujący na rzecz dużych operatorów – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

nastroje 2.jpg

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Najmniej skarży się budownictwo, bo mimo lockdownu rozpoczęte inwestycje były kontynuowane, ale liczba nowych projektów spada, pod znakiem zapytania stoją budowy nowych biurowców czy centrów handlowych. To ostatecznie przełoży się na mniejsze zapotrzebowanie na usługi firm budowlanych. Po drodze do nowej rzeczywistości pogarsza się też płynność finansowa a nawet wypłacalność części zleceniodawców trwających inwestycji.

– W handlu zdecydowanie piętą achillesową jest wyłącznie sprzedaż stacjonarna, bo zakupy w sieci wciąż są bardziej popularne niż przed pandemią. W sprzedaży o kondycji w znacznym stopniu decyduje profil i oferta firmy. Trudno porównać notowany w ostatnich tygodniach popyt na art. spożywcze, sprzęt IT, RTV, AGD czy materiały budowalne ze sprzedażą odzieży, obuwia, biżuterii czy samochodów – mówi Sławomir Grzelczak. – Z kolei w usługach obiekty fitness i kina mają się znacznie gorzej niż fryzjerzy czy kosmetyczki. Jednak niemal we wszystkich usługach, gdzie w grę wchodzi spotkanie z klientem, wzrosły koszty, bo czas przewidziany na wizytę w salonach piękności, ale też w gabinetach stomatologicznych czy lekarskich, został wydłużony tak, by nie narażać klientów i pacjentów na spotkania w poczekalni. A dłuższy czas realizacji usługi to albo spadek obrotów albo wyższe ceny – dodaje. W przemyśle cierpią m.in. kooperanci branży motoryzacyjnej, po tym jak gwałtownie spadła sprzedaż aut. Również kooperanci branży lotniczej bardzo odczuli skutki kłopotów producentów samolotów.

Tylko co czwarta firma liczy na poprawę jeszcze w tym roku

Co dalej? Spośród firm, którym lockdown zaszkodził najbardziej i nie wróciły do stanu sprzed koronawirusa, jedynie jedna czwarta przedsiębiorstw spodziewa się, że odzyska wcześniejszą kondycję do końca grudnia. Reszta spisała ten rok na straty, koncentrując się na przetrwaniu trudnego okresu. Jedna trzecia liczy, że dojdzie do siebie w 2021 r., a 38 proc. w ogóle boi się prognozować, kiedy może to nastąpić. Na poprawę w przyszłym roku częściej stawiają przedstawiciele przemysłu – 49 proc. i handlu 37 proc. Niepewność co do tego, czy i kiedy będzie lepiej, towarzyszy głównie firmom budowlanym (70 proc.), transportowym (48 proc.) i usługowym (45 proc.).

Niepewne perspektywy odbierają ochotę do inwestycji

O powadze sytuacji świadczy blokada na inwestycje. Aż 48,2 proc. przedsiębiorców w najbliższych trzech miesiącach nie zamierza inwestować. Pozostali, zapewne z myślą o automatyzacji, stawiają przede wszystkim na maszyny i technologie. Na kolejnych miejscach znalazły się działania reklamowe, które w chwili gdy inni oszczędzają mają szansę być bardziej dostrzeżone. A także zatrudnienie pracowników, bo wzrosły możliwości znalezienia dobrego fachowca po zwolnieniach jakie przeprowadziło wiele przedsiębiorstw. Na kolejnych pozycjach jest chęć zakupu samochodu, szkolenia załogi oraz oprogramowanie.

nastroje3.jpg

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Lockdown jest też w głowach klientów

– Odpowiedzi przedsiębiorców nie pozostawiają wątpliwości, u podstaw kłopotów leży spadek zamówień oraz odpływ klientów. Odsetek firm, które informują, że są w gorszej kondycji niż przed pandemią, wynoszący 44 proc., jest niemal identyczny z udziałem firm odpowiadających, że z powodu koronawirusa liczba klientów spadła – 45 proc. Jednie 3,2 proc. respondentów odnotowało wzrost popytu, a dla połowy koronakryzys nie przyniósł w tym względzie żadnej zmiany – mówi Sławomir Grzelczak.

nastroje4.jpg

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Klienci, czy to firmy, czy konsumenci, zdaniem badanych nie kupują głównie z powodu oszczędności, wykazując się daleko idącą ostrożnością w gospodarowaniu budżetami. Z drugiej strony, według więcej niż co czwartego przedstawiciela MSP, klientów jest mniej, bo obawiają się zarażenia. Przy wzrastającej fali zachorowań, udział konsumentów, którzy nie tyle z pobudek finansowych co przede wszystkim z lęku przed wirusem, nie pójdą na siłownię, do kina, teatru czy do kosmetyczki i w wiele innych miejsc, niestety może być jeszcze wyższy – mówi Sławomir Grzelczak.

Eksport polskiej żywności rośnie mimo pandemii. Dobra reputacja krajowego mięsa kluczowa dla wyników sprzedaży

Jak wynika z danych resortu rolnictwa, w I połowie br. sprzedaż zagraniczna polskich artykułów rolno-spożywczych wyniosła 16,4 mld euro i była o 7 proc. większa niż przed rokiem. Znaczący jest w tym udział eksportu żywca, mięsa i jego przetworów, a jego wielkość zależy w dużej mierze od bezpieczeństwa żywności. Branża zmaga się z takimi problemami jak ASF czy ptasia grypa, a dodatkowo szkodzą jej luki w procedurach, które mogą skutkować takimi zjawiskami jak tzw. afera leżakowa z początków 2019 roku. To ma wpływ na wizerunek polskiego mięsa, a co za tym idzie także na jego eksport.

W I półroczu branża mięsna sprzedała za granicę towary o wartości 3,1 mld euro. Był to wynik o 4 proc. gorszy niż w I połowie 2019 roku. Wpływ na to miała przede wszystkim pandemia i ograniczenia w handlu zagranicznym. Zmalały zamówienia do Unii Europejskiej, Chin i krajów muzułmańskich, a producenci mięsa są w dużym stopniu uzależnieni od eksportu. Od czerwca jednak sytuacja w całym segmencie sprzedaży towarów rolno-spożywczych się poprawia. Eksperci podkreślają, że to zasługa dobrej reputacji polskiej żywności.

Polska żywność jest raczej bezpieczna, natomiast pewne działania czy właściwie ich brak może spowodować, że ta żywność może stać się niebezpieczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Wojciechowski, prezes Fundacji Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności. – Przykładem tutaj może być brak wdrożenia rozporządzenia 625, które weszło w życie w połowie grudnia ubiegłego roku, ale niestety nie zostało w pełni implementowane, w związku z tym różne uwarunkowania związane z bezpieczeństwem żywności mogą na tym ucierpieć.

Parlament Europejski 15 marca 2017 roku przyjął rozporządzenie 2017/625 dotyczące urzędowych kontroli żywności i pasz. Większość przepisów miała zacząć obowiązywać od 14 grudnia 2019 roku. Jako rozporządzenie nie wymaga wprowadzenia do prawa krajowego ustawą, ale potrzebuje przepisów wykonawczych i realizacji. Nowe prawo ujednoliciło m.in. procedury kontrolne żywności i pasz na etapach produkcji, przetwórstwa, dystrybucji i sprzedaży, także w krajach trzecich oraz w przypadku żywności importowanej. Kontrole powinny być przeprowadzane bez uprzedzenia i obejmować nie tylko same surowce i produkty, ale także wyposażenie ubojni lub producenta.

Dotyczy to również ustawy weterynaryjnej, która miała wejść w życie w ubiegłym roku. Niestety prace nad nią się przeciągnęły. Ona miała uregulować relacje pomiędzy hodowcami, producentami żywności pochodzenia zwierzęcego a urzędową kontrolą żywności – wyjaśnia Tadeusz Wojciechowski. – Inspekcja Weterynaryjna jest tutaj języczkiem u wagi, jeśli chodzi o ASF i sprawy związane z bydłem, które było nielegalnie pozyskiwane do konsumpcji, czy też hodowlą trzody chlewnej, łącznie z płacami, które do tej pory też nie zostały uregulowane. W związku z tym urzędowa kontrola żywności jest mocno spauperyzowana, nie jest w stanie wykonywać w sposób efektywny swoich czynności.

W połowie czerwca pojawiła się informacja o akcji policji w ubojni w Jaroszkach, wsi położonej na północny-wschód od Łodzi. Znaleziono tam transport przeznaczonych na ubój, leżących z powodu choroby krów. Tadeusz Wojciechowski przypomina też aferę ze stycznia ubiegłego roku, kiedy „Superwizjer” TVN poinformował o tym, że w zakładzie w Kalinowie na Mazowszu włączano do łańcucha dostaw mięso z chorych krów, tzw. leżaków. Informacja ta odbiła się szerokim echem w zagranicznych mediach. Tego typu mięso z Polski (niekoniecznie z tego właśnie zakładu) trafiło bowiem także do sklepów we Francji.

Sprawa ucichła, nie została w sposób należyty załatwiona. Miał być wdrożony monitoring, miały być kamery w zakładach, gdzie dokonuje się uboju bydła, żeby wyeliminować wszelkiego rodzaju nieprawidłowości, niestety nie zostało to wdrożone – informuje prezes Fundacji Polskiego Forum Bezpieczeństwa Żywności. – Tego typu afery mogą mieć bardzo poważne reperkusje, jeśli chodzi o wizerunek polskiej żywności.

Podkreśla, że wszelkie wątpliwości co do jakości jakiegokolwiek polskiego produktu mogą rzucić cień na opinię o całym eksporcie rolno-spożywczym. A ten w ubiegłym roku sięgnął 31,4 mld euro. Największy udział w jego strukturze mają żywiec, mięso i przetwory mięsne – 21 proc., a więc produkty najbardziej podatne na zanieczyszczenie lub skażenie.

Kolejna wątpliwość dotyczy rzeźni rolniczych. W lutym bieżącego roku weszła ustawa, która umożliwiła ich powstawanie. Procedury związane z bezpieczeństwem i higieną żywności są w nich dużo mniej restrykcyjne, nie trzeba wprowadzać systemu HACCP, czyli te obostrzenia właściwie są żadne, natomiast uprawnienia do eksportu są takie same jak dla dużych zakładów produkujących mięso – mówi Tadeusz Wojciechowski. – Do tego dochodzą kwalifikacje tzw. ubojowca, który ma prawo wykonywać ten zawód bez żadnej praktyki, po trzygodzinnym szkoleniu przeprowadzonym przez powiatowego lekarza weterynarii. Jeśli te restrykcje będą tak poluzowane, to może się okazać, że wizerunek polskiej żywności znowu na tym ucierpi.

Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności powstało w lipcu 2019 roku i funkcjonuje w formie think tanku. Jest organizacją typu non profit zajmującą się badaniem i analizą w zakresie bezpieczeństwa, jakości żywności pochodzenia roślinnego i zwierzęcego „od pola do stołu”, ochrony życia i zdrowia oraz interesów ekonomicznych konsumentów, jak również promocji jakości żywności.

Ponad połowa Polaków chce powrotu niedziel handlowych. Projekt przepisów w tej sprawie już jest

0

Kolejne niedziele handlowe w tym roku wypadną dopiero w grudniu. Po okresie zamknięcia galerii handlowych i załamaniu sprzedaży w tradycyjnym handlu możliwość prowadzenia działalności przez siedem dni w tygodniu byłaby dużym wsparciem dla branży. – Szacujemy, że rocznie mogłoby to przełożyć się nawet na 4-proc. wzrost wizyt w sklepach i 2-proc. wzrost obrotów, co w obecnej sytuacji jest bardzo istotne – mówi Anna Szmeja, prezes Retail Institute, i zaznacza, że przywrócenie niedzielnego handlu musiałoby wiązać się z zagwarantowaniem określonych praw pracownikom. Projekt przepisów w tej sprawie przygotowała strona pracodawców w Radzie Dialogu Społecznego.

– Należałoby zadbać o wiele różnych elementów, które są związane ze zniesieniem zakazu handlu w niedzielę, m.in. o zagwarantowanie osobom zatrudnionym w handlu określonej liczby dni wolnych właśnie w niedziele, ale również uniemożliwienie firmom ucieczki od stabilnych warunków zatrudnienia w stronę tzw. umów śmieciowych, które ewidentnie byłyby niekorzystnym rozwiązaniem dla setek tysięcy osób zatrudnionych w handlu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Szmeja.

Pracodawcy, którzy są częścią Rady Dialogu Społecznego, przygotowali projekt tymczasowego zniesienia zakazu handlu w niedziele, które miałoby obowiązywać w czasie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii oraz 180 dni po ich odwołaniu. Propozycja przepisów przewiduje zagwarantowanie pracownikom branży handlowej dwóch niedziel wolnych w okresie kolejnych czterech tygodni. Dotyczyłoby to zarówno osób zatrudnionych na etacie, jak i na umowach cywilnoprawnych.

Jak podkreśla prezes Retail Institute, powrót do niedziel handlowych jest bardzo potrzebny, bo firmy poniosły ogromny wysiłek finansowy i organizacyjny, aby poradzić sobie ze skutkami lockdownu i odbudować biznes po ponownym otwarciu galerii handlowych, które nastąpiło 4 maja. Raport Retail Institute obejmujący 140 monitorowanych centrów handlowych wskazuje, że w marcu obroty najemców spadły o 62 proc. r/r. Cały I kwartał zakończył się na prawie 19-proc. minusie, jeśli chodzi o obroty, i blisko 22-proc., jeśli chodzi o odwiedzalność. Z kolei przychody galerii między 14 marca a 4 maja spadły praktycznie do zera, podczas gdy właściciele obiektów ponosili wszelkie koszty związane z ich funkcjonowaniem w ograniczonym zakresie. Eksperci instytutu obliczyli, że w I półroczu br. zagregowana wartość czynszów i kosztów wspólnych spadła o 16,7 proc., przy czym w kwietniu spadek był największy i wyniósł 83,8 proc.

Zniesienie zakazu handlu w niedziele ucieszyłoby nie tylko firmy działające w branży. Z badania wykonanego na zlecenie CBRE wynika, że 51 proc. Polaków chciałoby powrotu niedzielnego handlu. Przeciwnego zdania jest co trzeci respondent, a 16 proc. ankietowanych nie ma wyrobionej opinii na ten temat. Co ciekawe, zwolenników handlu w niedziele jest tyle samo zarówno na wsi, jak i w miastach do 500 tys. mieszkańców. Z kolei w największych miejscowościach (powyżej 500 tys. mieszkańców) aż 57 proc. osób uważa, że wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę było błędem.

Mam nadzieję, że rząd zwróci uwagę na to, że handel jest istotną częścią gospodarki, a firmy handlowe są płatnikami VAT-u i innych podatków. Poza tym powrót do handlu w niedziele jest możliwy bez większych trudności, a może dość szybko złagodzić skutki kryzysu w branży handlowej wywołanego koronawirusem – dodaje prezes Retail Institute.

Pozostałe możliwości wspierania branży na pewno generują po stronie budżetu państwa dużo większe trudności, a przede wszystkim obciążenia finansowe. Mowa np. o zwolnieniu galerii handlowych z podatku od nieruchomości oraz wprowadzeniu tzw. metod kasowych w rozliczeniu podatków VAT i CIT.

Prezes Retail Institute zaznacza, że dla branży handlowej korzystne będą wszelkie działania, które przyczynią się do stymulowania popytu wewnętrznego. Więcej odwiedzin w galeriach handlowych ma wpływ na wyniki finansowe marek i na obroty sieci handlowych, które wynajmują im lokale.

Pierwsze miesiące pandemii były dla handlu okresem redukcji etatów, cięcia wynagrodzeń, walki o marże, ale również bardzo dużych oszczędności w innych obszarach. Handel w niedziele miałby pozytywny wpływ na kondycję firm, a tym samym ich skłonność do zwiększania zatrudnienia – zauważa Anna Szmeja.

Jak pokazuje badanie CBRE, dla wielu osób niedziela pozostaje jednym z nielicznych dni, kiedy mogą wybrać się na zakupy. Poza tym rozłożenie ruchu na siedem zamiast sześciu dni w tygodniu pozwala w dobie koronawirusa sprawniej dopasować się do wytycznych związanych m.in. z unikaniem tłumów oraz zachowywaniem odstępu między osobami odwiedzającymi centra handlowe i sklepy. Zniesienie zakazu handlu w niedzielę byłoby również korzystne dla punktów gastronomicznych zlokalizowanych w centrach handlowych oraz części pracowników, głównie studentów, którzy właśnie w sobotę i niedzielę mogą podjąć pracę.

Kolejne kraje dołączają do europejskiego systemu opłat drogowych. To ułatwienie dla kierowców i właścicieli firm transportowych

Ogólnoeuropejski system opłat drogowych EETS staje się rzeczywistością. Zamiast kilku krajowych urządzeń do naliczania opłat kierowcy pojazdów transportowych mogą korzystać z jednego, co znacznie ułatwia samo wnoszenie opłat, ale też ich rozliczanie w firmach transportowych. Po wjechaniu na obszar danego państwa urządzenie dostosowuje się do lokalnego systemu i nalicza odpowiednie stawki. Jednym z takich urządzeń jest DKV Box Europe, które jest dostosowane do systemów w kilku krajach europejskich, wkrótce także w Polsce.

– Do niedawna każdy kraj z elektronicznym systemem naliczania opłat drogowych zobowiązywał przewoźników do montażu dedykowanych mu urządzeń w ciężkich pojazdach transportowych. To oczywiście znacząco ograniczyło pole widzenia kierowców, bo tych urządzeń było nawet dziesięć na jednej szybie. Unia Europejska, wydając specjalne dyrektywy, nakazała państwom członkowskim przyjęcie jednego wspólnego urządzenia, które rozwiązało te problemy – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Derdziak, kierownik ds. sprzedaży w DKV Euro Service.

Ogólnoeuropejski system opłat drogowych EETS ujednolica systemy poboru e-myta we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. Różnice w przepisach, technologiach systemów czy stawkach podatkowych między poszczególnymi krajami utrudniały pracę międzynarodowych przewoźników. Dodatkowo wiązało się to z kosztownym montażem urządzeń pokładowych właściwych dla poszczególnych systemów. Stąd prace nad wprowadzeniem jednego urządzenia, za pomocą którego można płacić we wszystkich krajach, w których wdrożono system EETS.

Jednym z prekursorów akceptacji urządzeń EETS było konsorcjum DKV, Daimlera i T-Systems, które stworzyło urządzenie DKV Box Europe. Obecnie działa ono już w Belgii, Niemczech, Austrii, Francji, Portugalii i Hiszpanii. Wkrótce dołączą kolejne kraje, w tym Węgry, Słowenia, Czechy i Polska. Eksperci DKV podkreślają, że to duże wyzwanie organizacyjne, ponieważ wymaga porozumienia między operatorami i właścicielami poszczególnych systemów – chodzi zarówno o państwa, jak i prywatnych właścicieli autostrad.

– Urządzenie nalicza opłaty drogowe automatycznie, bez konieczności zatrzymywania się na punktach opłat drogowych. Wystarczy podpiąć się do zasilania, ustawić liczbę osi pojazdu oraz dopuszczalną masę całkowitą zestawu i ruszać w drogę. Kierowcy z pewnością docenią fakt, że na szybie mają tylko jedno urządzenie, a nie wiele różnych boxów na różne kraje, które ograniczają pole widzenia – przekonuje Cezary Wiśniewski, doradca klienta w DKV Euro Service.

DKV Box Europe może być stosowane w systemach satelitarnych wykorzystujących łączność GNSS/GSM oraz mikrofalowym DSRC. Po wjechaniu na obszar danego państwa dostosowuje się do lokalnego systemu i nalicza takie same opłaty jak urządzenia krajowe.

– Główną korzyścią dla przewoźników korzystających z instalacji DKV Box Europe jest przede wszystkim możliwość rozliczenia wielu opłat drogowych w wielu krajach za pomocą tylko jednego urządzenia. Dodatkowo przewoźnik otrzymuje tylko jedną fakturę z odroczonym terminem płatności bez konieczności ładowania urządzeń. Gwarantuje to maksymalne uproszczenie księgowości – podkreśla Cezary Wiśniewski. – Nasi klienci mogą też dołączyć do programu zniżek i rabatów na wybranych sieciach autostrad.

Pośrednicy zajmują się też zwrotem VAT od opłat drogowych w poszczególnych państwach.

Docelowo, jak wskazują przedstawiciele DKV, urządzenie ma nie tylko ułatwić opłaty drogowe, ale w przyszłości pomóc też zarządzać flotą.

– Nie koncentrujemy się tylko na opłatach drogowych, myślimy również o przyszłości, czyli o pomocy w rozliczaniu i zarządzaniu flotą pojazdów, którą posiada dane przedsiębiorstwo. Mam na myśli systemy pomagające na przykład śledzić auto, wspierać nawigację oraz pracować wspólnie z tachografami, pomagając tym samym w rozliczeniu czasu pracy kierowców – tłumaczy Mariusz Derdziak. – Przyszłość widzimy w rozwoju technologii i analizy Big Data. Wszystkie te składniki wpłyną na to, że firmy transportowe będą funkcjonować oszczędniej i efektywniej.

Polacy podczas pandemii lepiej się odżywiają i częściej uprawiają sport. Dobre nawyki chcą utrzymać na dłużej

Okres pandemii koronawirusa skłonił Polaków do refleksji w kwestii zdrowego odżywiania, pielęgnacji i aktywności fizycznej. To główny wniosek z badania „Dieta i pielęgnacja w dobie pandemii”, wykonanego przez SW Research na zlecenie Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. Aż 81 proc. badanych uznało, że warto zdrowiej się odżywiać, a prawie 75 proc., że czas zacząć uprawiać sport i ćwiczyć. Co więcej, wiele z tych osób wdrożyło dobre nawyki do swojego życia i chce je zachować również po zakończeniu pandemii. Są jednak także mniej optymistyczne statystyki – aż 16 proc. badanych ograniczyło aktywność fizyczną, a jedna trzecia przytyła.

Pandemia koronawirusa pokazała, że ludzie potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach i dostosować się nawet do bardzo dotkliwych restrykcji – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Aleksandra Nowicka-Jasztal, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. – Jako społeczeństwo jesteśmy różni i czas pandemii nieco inaczej wpływał na każdego z nas. Generalnie można jednak podsumować, że ludzie w okresie izolacji mieli więcej czasu i być może ten czynnik spowodował, że skoncentrowali się na swoim zdrowiu.

W okresie społecznej kwarantanny 36 proc. badanych częściej samodzielnie przygotowywało posiłki, 33 proc. częściej niż przed pandemią jadło zdrowiej, a 31 proc. planowało posiłki z wyprzedzeniem. Znacznie rzadziej kupowaliśmy gotowe produkty i jedliśmy fast-foody.

Konsumenci zwracali większą uwagę na to, co wchodzi w skład posiłku, czytali etykiety produktów. Starali się też mniej marnować żywności, wykorzystywać zapasy, które zgromadzili podczas pandemii – mówi dr n. med. Aleksandra Nowicka-Jasztal.

Z badania wynika, że około 20 proc. respondentów zredukowało masę ciała podczas kwarantanny. Może to mieć związek z tym, że około 18 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało, że przed pandemią koronawirusa nie wykonywało aktywności fizycznej, ale w wyniku izolacji wprowadziło ten nawyk do swojego życia.

Ogółem 3/4 respondentów stwierdziło, że w czasie pandemii warto zacząć ćwiczyć i uprawiać aktywność fizyczną. Mam nadzieję, że te postanowienia pozostaną z nami po zakończeniu pandemii – mówi ekspertka WSB w Gdańsku.

Jest jednak i druga strona medalu. Pandemia nie na wszystkich zadziałała równie motywująco. 16 proc. badanych przyznaje, że rozleniwiło się i porzuciło aktywność fizyczną po wprowadzeniu lockdownu. 33 proc. deklaruje, że w trakcie izolacji przytyło.

Może to być spowodowane wieloma czynnikami, np. swobodnym dostępem do lodówki, zmniejszeniem liczby i intensywności treningów. Nadwyżka kaloryczna, którą spożywaliśmy, w opozycji do tego, ile wydatkowaliśmy energii, mogła spowodować wzrost wagi. Oczywiście zapewne zdarzały się też przypadki, że ludzie jedli więcej z uwagi na stres albo po prostu z nudów. Często też sama świadomość, że mamy w domu zapasy niezdrowej żywności, np. słodyczy, wpływa na to, że częściej sięgamy po te produkty – zauważa Aleksandra Nowicka-Jasztal.

Z badania WSB wynika, że czas izolacji Polacy wykorzystali na zabiegi pielęgnacyjne na skórę i włosy. Wprawdzie nie mogli w tym okresie korzystać z profesjonalnych usług w gabinetach kosmetycznych i fryzjerskich, ale robili to w warunkach domowych. Jedna trzecia badanych pań twierdzi, że sama robiła sobie maseczki na twarz. Zmieniło się też podejście kobiet do makijażu – prawie 36 proc. przyznało, że maluje się delikatniej, a co czwarta respondentka deklaruje, że tak też zostanie po zakończeniu pandemii. 22 proc. kobiet w czasie izolacji stworzyło własny kosmetyk w warunkach domowych. Najczęściej były to maseczki i peelingi do twarzy oraz maski do włosów.

Próby produkcji własnych kosmetyków to bardzo dobry trend ze względu na to, że mamy świadomość, co jest w środku, wiemy, w jakim opakowaniu będziemy przechowywać kosmetyk, a często może on być tańszą alternatywą dla produktów drogeryjnych dostępnych w sprzedaży – zaznacza ekspertka.

Pozytywną obserwacją, która wynika z badania Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku, jest wyraźna skłonność respondentów do utrzymania dobrych nawyków prozdrowotnych na dłużej.

– Oczywiście pozostaje kwestia motywacji i rozstrzygnięcia, czy jest ona zewnętrzna, czy wewnętrzna, czy to z nas płynie chęć poprawy swojego stanu zdrowia i ciała dodaje Aleksandra Nowicka-Jasztal. – Warto zwrócić uwagę również na rolę specjalistów i fachowego wsparcia w utrzymaniu postanowień. Każdy, kto czuje, że nie do końca potrafi sobie poradzić z wytrwałością i utrzymaniem zmian wprowadzonych podczas pandemii, powinien skorzystać z porady dietetyka, psychodietetyka lub innej osoby wykwalifikowanej w danej dziedzinie.

Chociaż w czasie pierwszych miesięcy pandemii zainteresowanie konsultacjami u dietetyka spadło o około 4 proc., to internauci chętnie korzystali z porad publikowanych w mediach społecznościowych, forach i blogach. Ponad 75 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało takie same lub większe zainteresowanie tematyką zdrowia podczas przeglądania social mediów czy stron internetowych.

Wirtualna rzeczywistość wkracza do polskich kin. Widzowie będą śledzić przebieg akcji w filmie z dowolnej perspektywy

Technologia wirtualnej rzeczywistości powoli wkracza do mainstreamowego użytku i coraz częściej wykorzystywana jest także w świecie filmu i teatru. Produkcje zrealizowane w VR pozwalają śledzić przebieg akcji z dowolnej perspektywy, dzięki czemu to widz decyduje o konstrukcji poszczególnych kadrów. Potencjał filmów VR dostrzega zarówno widownia festiwalowa, jak i przedstawiciele placówek edukacyjno-kulturalnych.

– Jestem przekonany, że wirtualna rzeczywistość będzie kolejną płaszczyzną, z której będziemy korzystać, konsumując kulturę i część rozrywki. Jest platformą, która dopiero startuje. Okularów, na których pokazuję film, na świecie jest obecnie milion. To nie jest rozwiązanie wszędobylskie, rynek nie istnieje i jest to pionierski projekt na skalę polską i europejską – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Maiński, reżyser filmu „Sztynort 1935”.

Do realizacji filmu opowiadającego przebieg fikcyjnej kolacji, w trakcie której bohaterowie rozważają skutki wprowadzenia ustaw norymberskich, reżyser wykorzystał kamery rejestrujące obraz w zakresie 180 stopni. Dzięki temu zabiegowi widz oglądający „Sztynort 1935” w goglach VR może z perspektywy pierwszej osoby zagłębić się w przebieg akcji i kierować swoją uwagę w dowolne miejsce szerokiego kadru, dopasowując optykę odbioru do własnych preferencji.

– Musimy uważać na odruchy, język, do którego widz jest przyzwyczajony, a my go nie znamy, w związku z czym to się wydarza i jest ekscytujące. Po pierwsze, w filmie VR mamy do czynienia z kulą bądź połową kuli, a nie kadrem. Po drugie, mamy stereoskopię, czyli każde oko dostaje inną informację, dzięki czemu uzyskujemy efekt głębi obrazu. I trzecia rzecz, która jest niedoceniana, to dźwięk ambisoniczny, tzn. generowany w trakcie projekcji. Formuła filmu VR różni się od tradycyjnego tym, że jesteśmy w środku akcji, a nie widzami. Możemy rozejrzeć się dookoła i zobaczyć, co dzieje się w miejscu, w którym jesteśmy – tłumaczy reżyser.

Po technologię VR sięgnęli również twórcy filmu fabularnego „Wiktoria 1920” zrealizowanego przez studio Cinematic VR z okazji 100. rocznicy Bitwy Warszawskiej. Przy realizacji tej produkcji wykorzystano system kamer dookolnych, które umożliwiły rejestrację 360-stopniowego obrazu. Twórcy zdecydowali się także na osadzenie widza w roli jednego z bohaterów – odbiorca wciela się w kuriera, który ma dostarczyć meldunek z frontu do jednego ze sztabów.

– To, że nagrywana jest kula, a nie kadr, powoduje, że przy drugim obejrzeniu filmu nagle okazuje się, że po prawej stronie od rozmówcy coś się dzieje, czego wcześniej nie zobaczyliśmy i co zupełnie zmienia fabułę. To też jest część języka i tego, jak pracować z filmem VR-owym i jak prowadzić widza w takim świecie – tłumaczy Jakub Maiński

O tym, jak istotną rolę zaczynają odgrywać produkcje realizowane w VR, najlepiej świadczy ich rosnące znaczenie podczas ogólnoświatowych festiwali filmowych. Organizatorzy Międzynarodowego  Festiwalu Filmowego w Wenecji zorganizowali specjalny konkurs dla twórców realizujących swoje dzieła w wirtualnej rzeczywistości. Dopuszczono do niego 31 filmów, a akredytowani uczestnicy festiwalu będą mogli obejrzeć je online za pośrednictwem takich platform jak HTC Viveport, Facebook Oculus, VRChat czy VRrOOm.

Filmy VR doczekały się także własnego ogólnoświatowego festiwalu discover.film Virtual Reality Festival. Za tym przedsięwzięciem stoi platforma discover.film, która dostarcza darmowe krótkometrażowe filmy odbiorcom z przeszło 190 krajów świata.

– Możemy się spodziewać więcej treści VR w momencie, w którym widzowie zobaczą, że od niego nie boli głowa i w fizjologicznie komfortowy sposób możemy dostać unikalne treści, które nas wciągają i angażują. Do tej pory około 200 osób obejrzało nasz film i były tylko trzy przypadki przerwania i to ze względów zewnętrznych. W momencie, w którym branża zorientuje się, że to działa i ludzie nie tylko są ciekawi, ale też chcą wracać, pojawi się rynek. Dla twórców to jest pasjonujące narzędzie, jestem przekonany, że będzie ich do niego ciągnąć – przewiduje reżyser filmu „Sztynort 1935”.

Według Grand View Research globalna wartość branży wirtualnej rzeczywistości w 2019 roku wynosiła 10,32 mld dol. Szacuje się, że do 2027 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,6 proc.

Autonomiczne łodzie przyspieszą eksplorację mórz i oceanów. Udało się już zobrazować m.in. dno Rowu Mariańskiego

Choć ludzkość lata już na Księżyc i wysyła sondy na Marsa, a wkrótce na Jowisza, to dno morskie wciąż pozostaje największą niewiadomą. Dotąd jedynie 20 proc. dna zostało zbadane. Wykorzystanie zaawansowanych systemów nawigacji satelitarnej do konstrukcji statków badawczych umożliwi zdalne kontrolowanie bezzałogowych łodzi wykorzystywanych do badania dna morskiego. Firmie SEA-KIT udało się z powodzeniem ukończyć pierwszą misję tego typu. Statek Maxlimer podczas eksperymentalnej misji zmapował przeszło 1000 kilometrów kwadratowych oceanicznych głębin.

Mapowanie dna morskiego jest procesem znacznie żmudniejszym i trudniejszym niż obrazowanie powierzchni ciał niebieskich Układu Słonecznego. Choć zespołowi naukowców z amerykańskiej agencji kosmicznej NASA i Lunar and Planetary Institute udało się stworzyć w 2020 roku kompleksową mapę powierzchni Księżyca, dotychczas ludzkość zmapowała niespełna 20 proc. powierzchni ziemskiego dna oceanicznego.

W przyspieszeniu procesu tworzenia map mórz i oceanów pomogą bezzałogowe statki.

– Podczas swojej 22-dniowej misji statek Maxlimer wykorzystał satelity na niebie, aby pokazać nam, co możemy zrobić pod powierzchnią morza. Zrobotyzowane łodzie mogą radykalnie zmienić sposób, w jaki pracujemy na morzu, a ten projekt, wspierany przez Brytyjską Agencję Kosmiczną, dał nam wyjątkowy wgląd w przyszły potencjał operacji morskich z wykorzystaniem satelity ​– przekonuje Graham Turnock, szef Brytyjskiej Agencji Kosmicznej.

Maxlimer, który opracowano w ramach konkursu Shell Ocean Discovery XPRIZE, to łódź naukowa zbudowana przez inżynierów z SEA-KIT. Nie tylko udało się pomyślnie zobrazować przeszło 1000 kilometrów kwadratowych dna oceanicznego, statek okazał się także niezwykle ekonomiczny. Zespół odpowiedzialny za projekt zakładał, że dzięki wykorzystaniu silnika hybrydowego po zakończeniu misji w zbiornikach Maxlimera pozostanie jeszcze 300-400 litrów paliwa. Tymczasem statek dobił do portu z 1300-litrowym zapasem.

​– To, co zaczęło się jako naukowe wyzwanie podjęte przez utalentowanych członków zespołu absolwentów fundacji GEBCO-Nippon, stało się wielokrotnie nagradzaną technologią, która teraz przekształciła się w rentowną firmę handlową. Dokładnie taki innowacyjny ekosystem starały się stworzyć GEBCO i The Nippon Foundation, uruchamiając Seabed 2030 ​– wskazuje Jamie McMichael-Phillips, dyrektor programu Seabed 2030.

Ramowy plan projektu Seabed 2030 zakłada wykorzystanie nowoczesnych technologii do pełnego zobrazowania dna oceanicznego, aby ułatwić proces nawigacji morskiej oraz poprawić narzędzia naukowe do modelowania zmian klimatycznych, cyrkulacji oceanów czy przewidywania tsunami. Od momentu powołania programu poczyniono zauważalne postępy na drodze mapowania oceanów – w 2017 roku naukowcy zobrazowali jedynie 6 proc. powierzchni oceanów, do 2020 roku udało się zwiększyć ten odsetek do 19 proc.

W przyszłości takie pojazdy jak Maxlimer będą mogły funkcjonować w pełni autonomicznie, a rola operatorów ograniczy się jedynie do kontrolowania przebiegu misji. Twórcy łodzi liczą także na to, że podobne bezzałogowe pojazdy mogłyby zostać wykorzystane również w przemyśle m.in. do rozciągania kabli komunikacyjnych między kontynentami.

SEA-KIT nie jest jedyną firmą, która wykorzystuje zaawansowane technologie autonomiczne w procesie mapowania dna oceanicznego. W maju 2020 roku rosyjski bezzałogowy aparat podwodny Witjaz’-D zszedł na dno Rowu Mariańskiego na głębokość 10028 metrów. Pojazd zobrazował powierzchnię, wykonał szereg zdjęć oraz nagrań filmowych. Jest to pierwszy w pełni autonomiczny aparat podwodny, któremu udało się zejść tak głęboko pod powierzchnię oceanu.

​– Dane zebrane podczas podróży po Atlantyku będą cennym dodatkiem do globalnych badań dna morskiego ​– wskazuje Jamie McMichael-Phillips, dyrektor programu Seabed 2030. ​– Co ważniejsze, jest to kolejny kamień milowy na drodze do rozwoju tego rodzaju skalowalnej i przyjaznej dla środowiska technologii, której będziemy potrzebować, aby osiągnąć nasz cel, jakim jest mapowanie całego dna oceanów na świecie do końca dekady.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku autonomicznych statków w 2018 roku wyniosła 6,1 mld dol. Przewiduje się, że do 2030 roku wzrośnie do 13,8 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7 proc.

Rzecznik MŚP: Ponad połowa przedsiębiorców niepokoi się o przyszłość

Ponad połowa przedsiębiorców niepokoi się o przyszłość – potwierdzają badania przeprowadzone na zlecenie Rzecznika MŚP przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna.

Epidemia koronawirusa wywiera negatywny wpływ na wyniki działalności gospodarczej i nastroje większości przedsiębiorców. Choć duża część z nich jest zadowolona z pomocy udzielonej przez rząd, to spodziewają się kolejnych problemów w następnych miesiącach – wynika z badań opracowanych przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna ogólnopolski panel badawczy na zamówienie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców i Centrum im. Adama Smitha.

Przed wybuchem epidemii nastroje wśród osób prowadzących działalność były pozytywne. 67% oceniało kondycję swojej firmy na raczej dobrą, a 16% jako bardzo dobrą. Jako złą – 15%, 3% badanych jako bardzo złą. Pół roku po wprowadzeniu rygorów epidemicznych 34% respondentów odpowiedziało, że epidemia miała negatywny wpływ na ich biznesy, 28% uznało jej skutki za bardzo negatywne, 29% nie dostrzega żadnego wpływu, a zaledwie 9% badanych przedsiębiorców ocenia, że epidemia miała pozytywny wpływ na wyniki ich firm.

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

— Pandemia, niestety, zrzuciła nas ze ścieżki ciągłego wzrostu. Po bardzo dobrych ostatnich latach przedsiębiorcy w wielu branżach spodziewali się, że rok 2020 będzie rekordowy. Rzeczywistość okazała się brutalna i konieczne jest liczenie strat. Te badania potwierdziły to, o czym mówię od tygodni – kolejny lockdown oznaczałby zapaść gospodarki, a co za tym idzie – zapaść systemu zdrowia. Większość firm go nie przetrwa – komentuje wyniki badań rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

Przedsiębiorcy spodziewają się, że warunki do prowadzenia biznesu mogą ulec pogorszeniu. Ponad 60% uznaje, że warunki te będą złe lub bardzo złe, a tylko 36% – że będą one dobre lub bardzo dobre. Nieco lepiej oceniana jest kondycja własnej firmy. 51% uznaje kondycję własnego przedsiębiorstwa za dobrą lub bardzo dobrą, choć to i tak spadek o ponad 15% do okresu sprzed pandemii. Prawie 40% uznaje kondycję firmy za złą lub bardzo złą, podczas gdy wcześniej współczynnik ten nie przekraczał 20%.

Ankietowani podzieleni są w ocenie tzw. Tarcz Antykryzysowych. Niemal połowa z nich ocenia wpływ pomocy udzielanej firmom w ramach tarcz za korzystny (30% pozytywnych odpowiedzi, 13% bardzo pozytywnych), i niemal połowa jako szkodliwy (negatywnie 25%, zdecydowanie negatywnie 19%). 13% ankietowanych nie miało zdania na ten temat.

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha

— W zapaści przedsiębiorcom oprócz tarcz finansowych potrzebna była „tarcza antyurzędnicza”. Czas był niepotrzebnie tracony przez przedsiębiorców jak i urzędników na ponowne dostarczanie danych, które od dawna znajdują się w systemach informatycznych ZUS i urzędów skarbowych. Przeżyta zapaść powinna doprowadzić do przeorganizowania administracji w sektor usług świadczonych cyfrowo dla przedsiębiorców. Nie znamy dnia, ani godziny kiedy jakościowa, a nie liczbowa administracja będzie najlepszą tarczą antykryzysową – mówi Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, partnera badania.

Większość przedsiębiorców wnioski pomocowe wypełniała samodzielnie lub przy pomocy wcześniej zatrudnionych pracowników bądź usługodawców. Tylko 10% korzystało z pomocy zewnętrznych prawników czy firm doradczych. 12% ankietowanych wskazało, że w trakcie wypełniania wniosku pomógł im urzędnik właściwej instytucji. Ponad połowa uznała wnioski za proste lub bardzo proste (odpowiednio 41% i 12%), 35% jako trudne bądź bardzo trudne (25% i 10%).

Największą trudnością w uzyskiwaniu pomocy było samo zdobycie informacji, o jaką pomoc dany podmiot może się ubiegać (wskazało na to aż 23% ankietowanych). Mniejszym problemem było zdobycie archiwalnych danych na temat swojej firmy (20%), czy skontaktowanie się z urzędem (18%).

— Najbardziej niepokoją dane wskazujące na to, że aż 44% ankietowanych przedsiębiorców nie wyobraża sobie utrzymania działalności przy obowiązywaniu obostrzeń epidemicznych, a tylko 38% respondentów nie uzależnia dalszego funkcjonowania swojej firmy od stanu epidemii – podsumowuje rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

Badanie przeprowadzono na grupie 694 właścicieli firm.

Problemy związane z bezrobociem dopiero przed nami. Jak rządy państw próbują ratować miejsca pracy

W lipcu 2020 r. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było niższe o 2,3% r/r i wyniosło 6 252,0 tys. osób. Poważniejsze problemy związane z bezrobociem dopiero przed nami. Czy tydzień pracy powinien trwać cztery dni?

W USA przyjęto program wypłacania bardzo wysokich zasiłków dla bezrobotnych. W wielu przypadkach zasiłki były wyższe niż wynagrodzenia za pracę, które otrzymywali przed pandemią.

Inne podejście dominuje w Europie, gdzie przyjęto programy redukujące potencjalne zwolnienia z pracy. W Niemczech program ochrony miejsc pracy zakłada dopłaty do wynagrodzeń dla pracowników, których czas pracy jest ograniczany. Państwo dopłaca różnicę pomiędzy wcześniejszym i obecnym wynagrodzeniem.

– Wydawało się, że z tego skorzystają firmy znajdujące się w ogromnych tarapatach, jednak stało się inaczej, w kwietniu program ten objął aż 7 mln pracowników – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rząd niemiecki wydłużył okres obowiązywania tego programu, firmy mogą zgłaszać swój akces do końca roku, a okres ochronny potrwa 24 miesiące.

Niemcy są jednak w dobrej sytuacji budżetowej. Rząd nie przesadzał z wydatkami, obawiając się skutków przewidywanej recesji stworzono nadwyżkę w budżecie państwa. Tak postąpiło też kilka innych krajów UE, ale nie dotyczy to Polski, której tegoroczny deficyt budżetowy wyniesie 109 mld zł i będzie rekordowy, a znacząca część wydatków została „ukryta” w różnych państwowych instytucjach, których finanse według polskiej metodologii nie są wliczane do oficjalnego deficytu budżetu rządowego.

– Niemcy sobie z tym poradzą, ale moje wątpliwości dotyczą tego czy taki sposób postępowania jest opłacalny na dłuższą metę, bo zachowywane są miejsca pracy w nieefektywnych spółkach, a nie powstają nowe w bardziej efektywnych częściach gospodarki – komentuje ekspert XTB. – Lepszym rozwiązaniem byłoby obniżenie podatku dochodowego.

Gdy w Polsce będziemy wiedzieć więcej jakie firmy i dlaczego dostały pomoc rządową, kontrowersje z tym związane będą coraz liczniejsze. O ile w początkowym okresie pandemii istotna była szybkość przeciwdziałania, to obecnie powinniśmy szukać innych rozwiązań. W Niemczech dyskutowane jest wprowadzenie dochodu minimalnego, a także zredukowanie tygodnia pracy z 5 do 4 dni.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 31.08-4.09.2020

Rynki kończą z wakacyjnym marazmem i inwestorzy liczą na ożywienie handlu i garść świeżych impulsów. Z mijającego tygodnia pozostaje gorący temat zmiany strategii Fed w kwestii sprowadzania inflacji do celu. Konsekwencje dla USD są istotniejsze w dłuższym horyzoncie, ale decyzja Fed daje przestrzeń do utrzymania apetytu na ryzyko. O ile oczywiście dane makro nie zachwieją wiarą w ożywienie, co będzie testowane przy odczytach PMI/ISM i raporcie NFP.

Przyszły tydzień: ISM/PMI, NFP, zamówienia z Niemiec, PKB/CPI z Polski, RBA, rynek pracy z Kanady

USA

W USA uwaga będzie na danych i świeżych komentarzach z Fed. Raport z rynku pracy (pt) ma wskazać kontynuowany przyrost zatrudnienia, ale tempo powinno słabnąc jako efekt trudności wynikających z rosnącej liczby zachorowań. Aktywność biznesu w sierpniu pozostawała na trajektorii wzrostowej, co powinno przełożyć się na solidne wyniki ISM (wt, czw). Spośród przedstawicieli Fed główna uwaga będzie na wystąpieniach Claridy (pon) i Brainard (wt) z zarządu Fed, ale o perspektywach gospodarczych będą się wypowiadać również Mester (śr) i Evans (czw). Rynek zdaje się nie do końca przekonany, co wnosi zmiana strategii Fed i więcej informacji od członków FOMC może nadać bardziej zdecydowany kierunek dla USD.

Strefa euro

W strefie euro rewizja wskaźników PMI (wt, czw) powinna być neutralna dla EUR. Inflacja (wt) pozostaje nisko przy trudnościach w gromadzeniu danych i wpływie czynników jednorazowych (jak odroczenia letnich wyprzedaży we Francji i Włoszech). Pozytywnie powinien odznaczyć się wzrost zamówień przemysłowych w Niemczech (pt). Z perspektywy EUR ważne będą aspekty techniczne handlu i czy zakończenie wakacyjnego marazmu przywróci pęd dla wzrostów EUR/USD w kierunku 1,20.

Wielka Brytania

Finalne odczyty PMI z Wielkiej Brytanii (wt, czw) nie powinny odbiegać od wstępnych, mocnych wyników. Trzeba jednak pamiętać, że wynik świadczy jedynie o odczuciach biznesu względem sytuacji z poprzedniego miesiąca, a nie o sile ożywienia. Z tego względu reakcje GBP na dane są umiarkowane. Funt w dalszym ciągu korzysta z rajdu ryzykownych aktywów i odwijaniu krótkich pozycji przy praktycznie zerowych obawach inwestorów o ewentualne komplikacje w negocjacjach umowy handlowej Wielkiej Brytanii z UE. To może odżyć w kolejnych tygodniach, ale na razie słabość dolara winduje GBP/USD.

Polska

W Polsce rewizja szacunków PKB za II kw. (pon) dostarczy informacji o komponentach wzrostu. Spodziewamy się dwucyfrowego spadku inwestycji i prawie 10-procentowego tąpnięcia konsumpcji prywatnej. Ogólnie jednak skala załamania była mniejsza od oczekiwań, a rynek większą uwagę skupia na tempie odbicia w III kw. W tym kontekście oczekujemy wzrostu PMI dla przemysłu w sierpniu (wt) do 54,2 z 52,8. EUR/PLN zakotwiczył się blisko 4,40. Słabość dolara na głównych rynkach powinna sprzyjać złotemu, ale pole do umocnienia jest w naszej ocenie ograniczone.

Chiny

Ożywienie gospodarcze Chin jest kluczowym tematem dla budowy globalnego apetytu na ryzyko. W przyszłym tygodniu sierpniowe wskaźniki PMI z przemysłu I usług (pon, wt, czw) powinny wskazać na kontynuację odbicia, choć przy słabnącym tempie, biorąc pod uwagę, że dalsza poprawa zaczyna być silnie uzależniona od kondycji rynków eksportowych.

Australia

W Australii posiedzenie RBA (wt) nie powinno przynieść zmian i reakcji rynku. PKB za II kw. (śr) podkreśli szkody, jakie pandemia wyrządziła w gospodarce, choć dla AUD ważniejsze jest tempo odbudowy i jego dowody, m.in. w lipcowej sprzedaży detalicznej (pt) – ryzykiem dla ogólnokrajowego odbicia konsumpcji jest lokalny lockdown Melbourne. W Kanadzie w raporcie z rynku pracy (pt) ważne będą trendy w zatrudnieniu. W lipcu za gros wzrostu odpowiadało zatrudnienie w niepełnym wymiarze godzin. Przesunięcie ciężaru w stronę pełnych etatów będzie sygnałem zdrowienia rynku pracy. W środowisku, w którym Fed zamierza tolerować wyższą inflację, dobrze powinny odnajdować się waluty surowcowe jako naturalne zabezpieczenie przed inflacją. W tym klimacie AUD, NZD i CAD mogą brylować na tle innych walut G10.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W pandemii rynek e-learningu rośnie na potrzebach biznesu

W e-nauczaniu leżą dziś ogromne przychody. Szacuje się, że rynek e-learningu urośnie do 2026 r. ok. 8% w CAGR, z 200 mln USD w 2020 roku  do 370 mln USD w 2036 r[1]. Warunki pandemii spowodowały, że w skali globalnej i w kraju klasyczne szkolenia oraz treningi odchodzą w zasadzie w niepamięć. Raport PIFS[2] wskazuje, że ponad 75% firm w sektorze szkoleniowym doświadcza znaczącego spadku przychodów, niemal 50% przebadanych firm planuje wdrażać e-learning właśnie, a już 44% prowadzi szkolenia o takim charakterze.

Języczkiem u wagi dla biznesu staje się w obszarze e-learningu cyberbezpieczeństwo i kwalifikacje cyfrowe  – w tym wypełnianie luki kompetencyjnej zasobów IT wspierających rozwój firm.

Mimo globalnych wzrostów w obszarze e-learningów, polski sektor szkoleniowy odczuł także spadek zainteresowania tą częścią oferty, którą realizował online. Nie znamy dokładnych przyczyn, niemniej możemy domniemywać, że tematyka i proponowana forma e-learningu nie spełniała potrzeb firm szukających wsparcia w budowaniu wiedzy zespołów.

Sytuacja makro

W krótkim czasie od lockdownu globalnej gospodarki biznes i organizacje dokonały prawdziwej transformacji cyfrowej – w pierwszym rzucie dotyczyła ona przejścia w tryb pracy zdalnej. Główną potrzebą firm stało się przystosowanie procesów do komunikowania i działań operacyjnych online.  Poziom cyfryzacji oferty sektora szkoleniowego w tym obszarze okazał się niewystarczająco wysoki, aby sprostać skali potrzeb i… tematyce.

Deweloperzy szkoleń – Managed Services

Wykorzystanie aplikacji służących powyższym celom oraz prawidłowa i efektywna obsługa cyfrowego zaplecza wymagała pilnego transferu wiedzy i  dostępności w formie e-szkoleń. Warto tu zwrócić uwagę, że najlepiej przygotowany do zaistniałej sytuacji był sektor IT – sami dostawcy oprogramowania do komunikacji, globalni gracze dostarczający narzędzia i ich biznesowi partnerzy.

Otworzyło to ścieżkę do tego rynku ekspertom z sektora Managed Services – zaawansowanych usług IT. Firmy Managed Services, mają już spore doświadczenia w obsłudze platform e-learningowych i budowania e-szkoleń dla najbardziej wymagających organizacji i korporacji na świecie. Co prawda deweloperzy szkoleń nie budują rozwiązań masowych, z których na ogół korzystał dotąd rynek szkoleniowy, ale wyznaczają wiodące trendy i wyrastają na pionierów nowoczesnego e-learningu.

Managed Services, dzięki ponadprzeciętnym kompetencjom cyfrowym wchodzi na rynek szkoleń dla biznesu ze zdigitalizowaną rzeczywistością, nie tylko jako dostawca usług, ale też jako sprytna konkurencja w niektórych obszarach.

Onboarding i podnoszenie kwalifikacji cyfrowych

Biznes potrzebuje obsługi i działania w coraz nowocześniejszych aplikacjach biznesowych. Funkcjonujące już rozwiązania lub te wprowadzane wymagają od użytkowników sprawnego działania. Przyuczenie nie może się jednak odbywać się w środowisku produkcyjnym. Ryzyko wprowadzenia nieodpowiednich lub kłopotliwych zmian jest dla biznesu zbyt duże. Dane, z którymi pracują w cyfrowym środowisku zatrudnieni, stanowią przecież o bezpieczeństwie ciągłości biznesowej i jakości obsługi klienta.

Sektor Managed Service niweluje podobne ryzyko w biznesie oferując zaawansowane usługi wsparcia szkoleniowego. W rozwiązaniach typu „sandbox” odzwierciedlających realne środowisko aplikacyjne na platformie Learning Management System (LMS), deweloperzy szkoleń proponują też instrukcje, podpowiedzi i ćwiczenia w realizacji zadań pracowniczych.

Luka kompetencyjna w zasobach IT

Prócz nauki systemu lub wypełniania zadań w aplikacjach biznesowych podobne rozwiązania mogą służyć także w szybkich szkoleniach programistów czy specjalistów do obsługi gotowych systemów chmurowych w formie SaaS czy własnych (on-premise) rozwiązań. Kompetencji IT w biznesie po prostu brakuje, a są niezbędne do jego rozwoju. E-learning stanowi doskonałe narzędzie do nauki obsługi mocno zautomatyzowanego już dostarczania aplikacji i ich rozwoju. Dla specjalistów IT powstają już całe programy szkoleniowe, które na poszczególnych etapach weryfikują wiedzę i umiejętności specjalistów. Tą drogą biznes zapewnia sobie zasoby cyfrowe na przyszłość i bezpieczeństwo rozwoju cyfrowej struktury ponieważ dostęp do realizacji poszczególnych zadań uczestnicy takich programów uzyskują po weryfikacji kompetencji w programach e-learningowych.

Cyberbezpieczeństwo

Bezpieczne środowiska odzwierciedlające rzeczywiste środowiska e-pracy i bezpieczna cyberprzestrzeń są dziś prawdziwym wyzwaniem dla biznesu. Człowiek – pracownik nie nadąża za cyfrowymi zmianami i nie rozumie do końca technologii, która go otacza i dlatego pozostaje najsłabszym ogniwem w politykach bezpieczeństwa cyfrowego.

Rozwiązania Managed Services proponowane w zakresie e-learningu dla cyberezpieczeństwa wychodzą krok przed tradycyjne. Opierają się na narzędziach, które są skuteczniejsze dla pokoleń wyrosłych w świecie mobile i gier komputerowych niż spisane instrukcje. Obok wspomnianego już środowiska typu „sandbox” w obszarze cyberbezpieczeństwa wykorzystuje się już dziś zjawisko gejmingu. Dla e-pokoleń rozgrywka, w której mogą wcielić się w osobę wykrywającą luki zabezpieczeń, albo unikająca ataków będzie najbardziej efektywny poprzez budowanie cyfrowych doświadczeń. Z badań i przyjmowanych dla podobnych rozwiązań mierników wiemy, że rozpoznawanie zagrożeń i radzenie sobie z nimi po szkoleniach e-lerning jest na znacznie wyższym poziomie niż po tradycyjnych. Te ostatnie wymagają od użytkownika aplikacji teoretycznej wiedzy do cyfrowego środowiska i analizy podejmowanych działań, na którą pracownik po prostu nie ma czasu lub nie potrafi przeprowadzić. E-learning uczy angażując zmysły użytkowników w proces poznawczy, w bezpiecznym, cyfrowym środowisku.

Kamil Bojarski, ekspert e-lerningu w Transition Technologies Managed Services

[1] Raport https://www.gminsights.com/industry-analysis/elearning-market-size

[2] https://www.rada.pifs.org.pl/index.php/2020/07/29/66-firm-szkoleniowych-bez-srodkow-na-dostosowanie-sie-do-warunkow-pandemii/

Spółki Skarbu Państwa najbardziej odporne na kryzys wywołany pandemią Covid-19

Spółki Skarbu Państwa są najbardziej odporne na kryzys wywołany pandemią Covid-19 i odgrywają kluczową rolę w jego przezwyciężaniu – wynika z raportu przygotowanego przez ekonomistów Banku Pekao S.A.

Najnowszy raport Banku Pekao „Siła napędowa czy hamulec rozwoju? Rola spółek Skarbu Państwa w kontekście kryzysu Covid-19” pokazuje stabilizujące działanie firm państwowych w strategicznych obszarach gospodarki. Narodowi czempioni mają potencjał, by przyczynić się do szybszego wychodzenia z recesji spowodowanej pandemią.
„Chcieliśmy trochę odczarować ten sektor. Nasz raport jest próbą podsumowania, zebrania w jednym miejscu informacji i wniosków co do jednego z elementów arsenału państwowego, którym są spółki Skarbu Państwa. Spółki te mogą pełnić rolę instrumentu polityki gospodarczej. To jest bardzo specyficzny instrument o charakterze punktowego czasami uderzenia” – wyjaśnił Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao S.A. i autor raportu.

Ekonomiści z Pekao podkreślają w raporcie, że rolę państwa w gospodarce najlepiej widać w sytuacjach kryzysowych. Wynika to m.in. z możliwości prowadzenia polityki antycyklicznej, polegającej na łagodzeniu skutków recesji i przyspieszeniu odbicia gospodarczego, by zapobiec masowym upadkom przedsiębiorstw i bezrobociu.
Rok 2020 w gospodarce światowej to rok gigantycznych niespodzianek, bezprecedensowej recesji oraz szybkiej i kompleksowej odpowiedzi państw na najgłębszy od dekady spadek globalnego PKB. Nadzwyczajne okoliczności wymagają nadzwyczajnych działań. Już na początku kryzysu wywołanego Covid-19 rządy krajów G20 przeznaczyły 3,5 proc. PKB na działania pomocowe – siedem razy więcej niż w pierwszych miesiącach globalnego kryzysu finansowego z 2008 roku.

„W warunkach kryzysowych szczególnego znaczenia nabiera kwestia stabilności działania oraz aspekt możliwości inwestycyjnych. Koncerny państwowe są bardzo ważnym i stabilnym źródłem dochodów podatkowych, dużym i pewnym pracodawcą, a obecność kapitału krajowego w sektorze bankowym zapewnia ciągłość finansowania polskiej gospodarki” – podkreślił Ernest Pytlarczyk.

11 z 15 największych pracodawców w kraju to firmy państwowe zatrudniające łącznie ponad 400 tys. osób. Są to również najwięksi podatnicy, których wpływy do budżetu państwa stanowią ok. 22 proc. wszystkich wpływów z CIT. W 2018 roku 15 największych firm państwowych zapłaciło w sumie ok. 10 mld zł podatku od dochodów.
Do spółek zarządzanych przez Skarb Państwa należą silne kapitałowo, zyskowne i dynamicznie rozwijające się koncerny. Stanowią przeciwwagę zarówno dla podmiotów zagranicznych, jak i wciąż słabo rozwiniętego sektora firm z polskim kapitałem prywatnym. Są to również najwięksi inwestorzy w kraju, realizujący projekty o strategicznym znaczeniu dla rozwoju infrastrukturalnego Polski.

„Inwestycje są kołem zamachowym polskiej gospodarki. Siłą gospodarki są silne przedsiębiorstwa. Przed nami konieczność jak najszybszego powrotu na ścieżkę dynamicznego wzrostu, dlatego potrzebne są ambitne, prowadzone na dużą skalę inwestycje, a spółki Skarbu Państwa to dzisiaj liderzy dużych inwestycji w Polsce” – powiedział Jacek Sasin, wicepremier i minister Aktywów Państwowych.

Wg danych Ministerstwa Aktywów Państwowych pod kontrolą Skarbu Państwa działają obecnie 353 firmy. Liczba ta nie uwzględnia spółek zależnych, które wchodzą w skład poszczególnych grup kapitałowych. W 2019 roku wartość nakładów inwestycyjnych spółek Skarbu Państwa notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych przekroczyła 37 mld zł, co stanowi 70 proc. łącznych nakładów spółek giełdowych.

Zdaniem analityków Banku Pekao w najbliższej przyszłości ten potencjał należy ukierunkować na inwestycje w zaawansowane technologie, innowacyjność, działalność badawczo-rozwojową oraz aktywność w zakresie zagranicznych fuzji i przejęć.

Struktura branżowa spółek Skarbu Państwa odzwierciedla światowe tendencje. Państwowy „portfel”, generujący ok. 57 proc. przychodów, obejmuje: energetykę i gazownictwo, górnictwo i wydobycie, usługi finansowe oraz transport i logistykę.

„Prezentujemy dane. Nie narzucamy twardych wniosków – pozostawiamy je czytelnikowi. Chcieliśmy pokazać, że w kryzysie rola spółek Skarbu Państwa może być bardzo istotna. Chcieliśmy też pokazać, w jakich sektorach własność państwowa ma rację bytu, a w jakich jej nie ma” – zaznaczył Ernest Pytlarczyk.
Zdaniem głównego ekonomisty Banku Pekao S.A. własność państwowa raczej nie ma racji bytu w sektorach, które nie są strategiczne i nie są związane z bezpieczeństwem narodowym – dotyczy to szczególnie tych działów gospodarki, w których jest duże rozdrobnienie i duża konkurencja.

Sektory, w których koncentruje się własność państwowa odpowiadają za blisko 40 proc. wytwarzanej w Polsce wartości dodanej. Eksperci z Pekao podkreślają w raporcie, że uwarunkowania polskiej gospodarki – w tym czynniki historyczne, które sprawiły, że zasoby prywatnego kapitału w Polsce są mocno ograniczone – uzasadniają znaczny udział państwa we własności przedsiębiorstw.

Sektor finansowy stanowi „krwioobieg” gospodarki. Przejęcie kontroli przez państwo nad Bankiem Pekao S.A. – drugim największym bankiem w Polsce – sprawiło, że udział kapitału krajowego w polskim sektorze bankowym ponownie przekroczył poziom 50 proc., charakterystyczny dla dużych krajów Europy Zachodniej.
Silna obecność państwa w sektorach o strategicznym znaczeniu dla gospodarki jest zjawiskiem powszechnym w wielu krajach. W 37 państwach skupionych w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) 26 proc. firm państwowych działa w sektorze finansowym, 21 proc. w energetyce, 18 proc. w transporcie, a 11 proc. w sektorze wydobywczym.

Future Health Index 2020

Kultura organizacyjna, dostęp do najnowocześniejszego sprzętu i technologii, work-life balance a także możliwość wsparcia mentorskiego są dla przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego najważniejszymi czynnikami, branymi pod uwagę podczas wyboru miejsca pracy – wynika z raportu Future Health Index 2020, przygotowanego na zlecenie firmy Philips. Piąta już edycja globalnego raportu, w którym drugi rok z rzędu uczestniczą przedstawiciele służby zdrowia z Polski, przedstawia nastroje panujące wśród tej grupy pracowników uwzględniając zarówno ich obawy, jak i nadzieje.  Tegoroczny raport dodatkowo skupia się na tej części pracowników sektora zdrowia, która będzie kształtować służbę zdrowia przyszłości, tj. osobach do 40 roku życia.

  • 72 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce twierdzi, że wdrożenie nowych technologii jest istotne dla ich pracy, a 88 proc. deklaruje, że dostęp do najnowocześniejszego sprzętu jest kluczowy przy wyborze miejsca pracy,
  • Zdaniem 34 proc. respondentów raportu Future Health Index 2020 w Polsce, cyfrowa dokumentacja medyczna (np. systemy EMR i EHR) jest, mimo swojej niedoskonałości, najbardziej obiecującym narzędziem poprawiającym opiekę nad pacjentem w ciągu najbliższych pięciu lat,
  • 65 proc. przedstawicieli młodego pokolenia pracowników służby zdrowia w Polsce uważa, że zdobyte przez nich wykształcenie medyczne nie przygotowało ich do wykonywania zadań związanych z zarządzaniem w biznesie na pełnionym stanowisku,
  • Aż 94 proc. respondentów przy wyborze miejsca pracy zwraca uwagę na kulturę organizacyjną w nim panującą,
  • 83 proc. z objętych badaniem przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego
    w Polsce regularnie doświadcza stresu związanego z pracą.

Raport Future Health Index 2020: „Era możliwości: Nowe pokolenie akceleratorem zmian
w opiece zdrowotnej”
przedstawia analizę oczekiwań młodego pokolenia przedstawicieli służby zdrowia w wieku poniżej 40. roku życia wobec technologii, szkoleń i satysfakcji zawodowej, jak również opisuje ich rzeczywiste doświadczenia jako personelu medycznego. W raporcie pokazane zostały także rozbieżności pomiędzy otrzymaną edukacją a oczekiwaniami związanymi z transformacją opieki zdrowotnej poprzez wdrożenie nowych technologii i cyfryzację oraz rzeczywistością, w jakiej funkcjonują jako personel medyczny.

Dzisiejsze młode pokolenie przedstawicieli służby zdrowia w ciągu najbliższych lat stanowić będzie większość globalnej kadry medycznej i to na jego barkach spocznie odpowiedzialność za kształt, formę i jakość usług medycznych. Wnioski płynące z tegorocznej edycji raportu Future Health Index 2020 potwierdzają, że młodzi pracownicy służby zdrowia są ambitni i oddani swoim pacjentom. mówi Reinier Schlatmann, Prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej – To osoby, które wychowywały się i edukowały w rzeczywistości, w której świat jest globalną wioską, a korzystanie z technologii stanowi normę. Nowe technologie postrzegane są przez tę grupę jako podstawowy fundament transformacji ochrony zdrowia, sposób na zapewnienie właściwej i kompleksowej opieki nad pacjentem, a także jako czynnik zmniejszający poziom stresu oraz wpływający na poprawę zadowolenia z wykonywanej pracy. – dodaje Schlatmann.

Rzeczywistość pracy w zawodzie a oczekiwania

60 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce wyraża zadowolenie z pracy w opiece zdrowotnej, ale tylko 41 proc. respondentów z Polski potwierdza, że rzeczywistość pracy w zawodzie jest zgodna z ich oczekiwaniami. Tymczasem średnia dla wszystkich krajów objętych badaniem wynosi odpowiednio 80 proc. i 58 proc.

Podobnie jak w innych krajach objętych badaniem, wielu przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce twierdzi także, że ich wykształcenie nie zapewniło im kilku kluczowych nieklinicznych umiejętności niezbędnych do właściwego wykonywania zawodu. 65 proc. respondentów z Polski uważa, że edukacja nie przygotowała ich do zarządzania w biznesie, a 43 proc. z badanych wskazało na brak edukacji w zakresie poprawy efektywności placówek medycznych.

To, co charakteryzuje respondentów raportu Future Health Index 2020 w Polsce to świadomość, że edukacja medyczna nie zapewniła im kilku kluczowych nieklinicznych umiejętności. Tymczasem wykonywanie zawodu, w tak silnie regulowanym prawnie i zróżnicowanym pod względem struktury sektorze wymaga posiadania wiedzy oraz umiejętności o charakterze zarządczym i administracyjnym. Rozumienie procesów organizacyjnych, technologicznych, znajomości prawa i ekonomii rynku zdrowia to atut nie tylko menedżerów zdrowia, ale wszystkich pracowników tego sektora. – podkreśla dr n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia oraz Center of Value Based HealthcarePragnąc budować system nakierowany na pacjentów, zdolny do stałego podnoszenia wartości zdrowotnej, musimy dostrzegać oczekiwania i zaspakajać potrzeby także pracowników tego sektora. Bez zaangażowania lekarzy i pielęgniarek nie uda się efektywnie realizować celów polityki zdrowotnej. Wielu z przedstawicieli tego środowiska ma ciekawe pomysły na usprawnienie swoich organizacji oraz całego systemu. Często przestrzeń ich wpływu jest jednak ograniczona. Tymczasem to właśnie poczucie sprawczości czyni nas podmiotami, buduje naszą lojalność i odpowiedzialność za środowisko, w którym żyjemy i pracujemy. Dajmy młodym medykom przestrzeń do rozwoju, stwórzmy im warunki do wdrażania zmian, zburzmy mury hierarchii, które hamują ich inicjatywę, zniechęcają do działania. – dodaje Gałązka-Sobotka.

Pomimo sygnalizowanych przez młode pokolenie służby zdrowia rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością pracy w zawodzie, liderzy ochrony zdrowia w Polsce mają możliwość podjęcia działań, które poprawią poziom zadowolenia młodych medyków z pracy, co ma szansę przełożyć się na wzrost skłonności do polecania przez nich tej ścieżki kariery innym – obecnie 43 proc. respondentów z Polski poleciłoby innym karierę w medycynie (średnia dla wszystkich badanych krajów wynosi 67 proc.). Umożliwienie przez kadrę zarządzającą odbycia dodatkowych szkoleń, czy nowe doświadczenia np. w pracy z technologiami cyfrowymi mogą znacząco wpłynąć na zmniejszenie tych rozbieżności. Wnioski z raportu Future Health Index 2020 jasno pokazują, że te aspekty są kluczowe dla poprawy zadowolenia z pracy wśród młodych przedstawicieli personelu medycznego.

Nowe technologie a proces transformacji opieki zdrowotnej

Przedstawiciele młodego pokolenia personelu medycznego wyraźnie podkreślają, że nowe  technologie i zbiory danych mogą znacząco polepszyć ich doświadczenia zawodowe. Aż 76 proc.  ankietowanych w Polsce zgadza się, że cyfrowe technologie mogą zmniejszyć obciążenie wywołane ilością obowiązków służbowych, a 60 proc. spodziewa się, że przyczynią się do zmniejszenia u nich poziomu stresu związanego z pracą. Pomimo, że 43 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce twierdzi, że wie w jaki sposób wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji zawiązanych z opieką nad pacjentem, nadal jest wiele do zrobienia w tym zakresie. Większość z badanych przyznaje jednocześnie, że szkolenia z wykorzystania nowych technologii (59 proc.) i personel pomocniczy do wprowadzania danych (67 proc.) pomogłyby im bardziej efektywnie wykorzystywać cyfrowe dane dotyczące pacjentów.

Młode pokolenie sektora opieki zdrowotnej, wychowane u progu czwartej rewolucji technologicznej, w sposób naturalny sięga po nowoczesne środki komunikacji, cyfrowe metody przetwarzania i wymiany danych oraz technologie mobilne i internetowe. Jego przedstawiciele to osoby, które na co dzień swobodnie używają rozwiązań cyfrowych w życiu prywatnym oraz zawodowym, szukają nowej wiedzy i chcą się szkolić, czerpią pasję z pomagania pacjentom, a także chcą angażować się w działania operacyjne swoich placówek, biorąc odpowiedzialność za kształtowanie systemu opieki zdrowotnej.  – wyjaśnia dr n. med. Łukasz Kołtowski z I Katedry i Kliniki Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – Dobrą informacją jest to, że 43 proc.  przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce potrafi wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji zawiązanych z opieką nad pacjentem. Z drugiej strony aż 33% przyznaje, że nie potrafi wykorzystywać tego typu danych w odpowiedni sposób. Wskazuje to na konieczność podjęcia działań edukacyjnych i szkoleniowych w celu zaadresowania potrzeb młodego pokolenia w tym zakresie. Kolejnym wyzwaniem pozostaje także kwestia integracji systemów danych, 62% młodych przedstawicieli personelu medycznego w Polsce dostrzega istotne ograniczenia w zakresie możliwości udostępniania cyfrowych danych medycznych pacjentów. Młode pokolenie intuicyjnie czuje, że sprawna komunikacja
z możliwością współdzielenia danych medycznych z poziomu dowolnego urządzenia mobilnego zwiększa efektywność świadczeń i redukuje błędy w trakcie opieki nad chorym.”–
dodaje Kołtowski

Brak interoperacyjności stanowi główną barierę w procesie wdrażania dodatkowych medycznych technologii informacyjnych. 62 proc. respondentów w Polsce zgadza się, że ograniczenia dotyczące udostępniania często powodują niekompletność danych medycznych pacjentów, a 57 proc. ankietowanych uważa, że nie dysponuje wystarczającą ilością danych medycznych pacjentów, aby wykorzystywać je do podejmowania decyzji o leczeniu.

Idealne środowisko pracy

Młodzi przedstawiciele personelu medycznego muszą sobie radzić z ogromną odpowiedzialnością i długimi godzinami pracy, co powoduje u nich stres, a potencjalnie też wypalenie zawodowe. Aż 83 proc. polskich respondentów (średnia dla 15 badanych krajów: 74 proc.) przyznaje, że regularnie odczuwa stres związany z pracą, a 75 proc. potwierdza, że zdobyte przez nich wykształcenie medyczne przygotowało ich zaledwie w niewielkim stopniu lub nie przygotowało ich wcale do radzenia sobie z presją związaną z wykonywanym przez nich zawodem.

Raport Future Health Index 2020 zwraca także uwagę na wyraźną, wśród młodego personelu medycznego, potrzebę funkcjonowania w środowisku pracy sprzyjającym współpracy i zapewniającym elastyczność. Przy wyborze placówki medycznej jako miejsca zatrudnienia czynniki takie jak kultura organizacyjna miejsca pracy (dla 94 proc. respondentów w Polsce), dostęp do najnowocześniejszego sprzętu czy technologii (88 proc.), work-life balance (84 proc.), czy wsparcie mentorskie (65 proc.) mają kluczowe znaczenie, ważniejsze nawet niż wysokie wyniki leczenia pacjentów danej placówki (62 proc.), czy jej reputacja (51 proc.).

Ciężar dokonania transformacji opieki zdrowotnej spoczywa na barkach nowego pokolenia personelu medycznego, lecz zbyt często opinie jego przedstawicieli nie są w pełni rozumiane i brane pod uwagę przy wprowadzeniu zmian. Musimy wsłuchać się w te głosy już teraz, żeby przyniosły odpowiedni rezultat w przyszłości. — powiedział Jan Kimpen, dyrektor ds. medycznych w Philips.  – Z raportu Future Health Index 2020 wynika, że jesteśmy w kluczowym momencie rozwoju ku przyszłości opieki zdrowotnej. Choć zmiany nie nastąpią z dnia na dzień, zebrane informacje powinny stanowić motywację dla liderów branży opieki zdrowotnej do wyleczenia systemu z niektórych dręczących go bolączek, aby w przyszłości umożliwić osiąganie pożądanych wyników. – dodał Kimpen.

Raport Future Health Index 2020 opiera się na danych z szeroko zakrojonego badania ankietowego, zrealizowanego wśród przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego. Przedstawiono w nim wyniki badań przeprowadzonych wśród niemal 3 tysięcy respondentów z 15 krajów, którzy odpowiedzieli na pytania dotyczące swojego przygotowania do zarządzania opieką medyczną w przyszłości.

Raport dla Polski dostępny jest na stronie Future Health Index 2020.

Philips od 2016r. prowadzi własne badania, by pomóc określić gotowość poszczególnych krajów do podjęcia globalnych wyzwań związanych ze zdrowiem oraz z budową wydajnych
i efektywnych systemów opieki zdrowotnej. Szczegółowe informacje dotyczące metodologii badania Future Health Index oraz pełen raport globalny z 2020 r. dostępne są na stronie internetowej Future Health Index.

[1] Badanie ankietowe przeprowadzono we współpracy z SERMO, niezależną firmą zajmującą się globalnymi badaniami rynkowymi, w okresie od 15 listopada do 27 grudnia 2019 r. w 15 krajach (Australia, Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Japonia, Holandia, Polska, Rumunia, Rosja, Arabia Saudyjska, Singapur, Republika Południowej Afryki i Stany Zjednoczone). Ankiety przeprowadzano w rodzimych językach respondentów. Dane zbierano online oraz offline (odpowiednio do potrzeb każdego z krajów), a wielkość próby wynosiła 200 przedstawicieli personelu medycznego w wieku poniżej 40 lat w każdym z państw. Wyjątek stanowiły Singapur i Australia3, w których badana próba była nieco mniejsza. Wypełnienie ankiety zajmowało około 15 minut. Całkowita liczebność próby obejmuje 2867 pracowników opieki zdrowotnej w wieku poniżej 40 lat (zdefiniowanych jako wszyscy pracownicy medyczni, w tym lekarze, personel pielęgniarski, chirurdzy, radiolodzy itp.), którzy uzyskali wyższe wykształcenie medyczne pierwszego stopnia. Dodatkowo, aby całościowo zrozumieć funkcjonujące obecnie systemy opieki zdrowotnej na świecie w badaniu z 2020 r., ankietowe badania ilościowe połączono z jakościowymi badaniami online w grupach fokusowych, które przeprowadzono w styczniu i lutym 2020r.

COVID-19 trochę namieszał, ale z pozytywnym wpływem

Patrząc z perspektywy pierwszego półrocza oraz z punktu widzenia zarządcy nieruchomości dostrzegamy kilka wyraźnych trendów na konie roku i początek kolejnego. Jednym z nich, silnie związanym z aktualną sytuacją pandemiczną jest modyfikacja funkcjonowania wspólnot mieszkaniowych. Zdalne zebrania mieszkańców i głosowanie będą najsilniejszym trendem nadchodzących miesięcy. Wspólnoty, które nie przeszły cyfrowej modernizacji mają wiele do nadrobienia.

Istotną modyfikacją w pracy i funkcjonowaniu wspólnot mieszkaniowych w Polsce będzie element spotkań, głosowań i zebrań. Wszystkie te powyższe czynności już od jakiegoś czasu powinny odbywać się zdalnie. Mimo luzowania obostrzeń i powrotu do możliwości przeprowadzenia pewnych czynności osobiście, prawdziwie profesjonalni zarządcy uruchomili narzędzia online, które pomagają załatwić wszystkie wspólnotowe sprawy w 100% bez kontaktu osobistego. Co więcej, profesjonaliści czynią starania, aby Rząd wpisał na stałe stosowne regulacje w ustawę o własności lokali związane z procedowaniem spraw administracyjnych w sposób zdalny – z wykorzystaniem odpowiednich narzędzi informatycznych. Na dzień dzisiejszy, każda ze wspólnot która chce w taki sposób procedować musi najpierw podjąć stosowną uchwałę i ją przegłosować w tradycyjny sposób – np. zbierając podpisy od drzwi do drzwi poprzez pracownika firmy zarządzającej daną nieruchomością lub reprezentanta Zarządu. Wspólnoty, które liczą na zmianę obostrzeń i rychły powrót do normalności mogą się zwyczajnie bardzo zdziwić. Przed nami kolejna fala pandemii i nie ma co się oszukiwać – mimo bardziej zrównoważonego podejścia Rządu do lockdownu, obostrzenia w sektorze administracji budynkami są bezinwazyjne i konieczne. Te firmy, które zwlekają z wdrożeniem rozwiązań informatycznych do bardziej sprawnego i efektywnego funkcjonowania będą musiały to zrobić tak czy inaczej i przegrają walkę z konkurencją, która będzie już w tej materii bardzo sprawna. Na rynku jest obecnie dostępnych kilka bądź kilkanaście narzędzi, które można kupić i wdrożyć praktycznie od ręki. Są to rozwiązania dedykowane dla branży zarządzania nieruchomościami bądź wymagające niewielkich modyfikacji i dostosowania do naszej pracy. My z tego typu rozwiązań autorskich korzystamy od lat i zapewniam, nie taki wilk straszny jak go malują.

Autor: Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

Bezrobocie wzrośnie

Po kryzysie, spowodowanym przez epidemię koronawirusa, doświadczymy bardzo dużych zmian na rynku pracy. Chociaż obecne statystyki urzędów pracy nastrajają optymistycznie – ekonomiści przypuszczają, że echa marcowych zwolnień będziemy odczuwać jeszcze do końca czerwca. Aktualne dane dotyczące bezrobocia pokazują, że do urzędu pracy po zasiłek i ubezpieczenie zgłosiło się od początku kryzysu 50 tysięcy nowych osób. To niedużo, w porównaniu na przykład ze Stanami Zjednoczonymi – gdzie każdego tygodnia przybywało od 3 do 7 milionów bezrobotnych. Ta niska liczba najprawdopodobniej jest jednak konsekwencją przestojów w urzędzie pracy, który aktywował tryb działalności online. To mogło utrudnić wielu osobom aplikowanie o status osoby bezrobotnej. Inną sprawą są rozwiązane w marcu umowy o pracę, którym jeszcze nie skończył się okres wypowiedzenia. Ci bezrobotni pojawią się w systemie dopiero w kolejnych miesiącach. Wtedy będziemy mogli zobaczyć prawdziwą skalę kryzysu na rynku pracy.

– Istnieje ryzyko, że konsekwencje fali zwolnień z marca pojawią się w oficjalnych danych dopiero pod koniec drugiego kwartału. Dlatego kwiecień, maj i czerwiec będzie czasem, gdzie tych miejsc pracy będzie gwałtownie ubywało – a bezrobocie urośnie w skali, jakiej nie widzieliśmy od bardzo długiego czasu – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Prognozy Komisji Europejskiej wskazują, że pod koniec roku bezrobocie sięgnie 7,5%. Ten wskaźnik wynika z badań ankietowych – a nie z rejestracji w urzędach pracy, których dane nie w pełni odzwierciedlają rzeczywistą sytuację w kraju. Spodziewamy się więc głębokiego szoku na rynku pracy, jaki będzie się pojawiać się z pewnym opóźnieniem. Sytuacja zmieni się diametralnie dla pracowników najbardziej dotkniętych sektorów – takich, jak gastronomia, hotelarstwo i usługi świadczone bezpośrednio na rzecz konsumentów. Ci pracownicy już stracili zatrudnienie i będą musieli szukać go w innych sektorach. Będziemy mieli mniej sezonowych pracowników – na przykład w rolnictwie, gdzie do tej pory pracę wykonywali w większości obcokrajowcy. Sytuacja na rynku pracy zmieni się więc o sto osiemdziesiąt stopni, co na pewno wpłynie na warunki zatrudnienia – przewiduje Kozłowski.

Ceny prądu wzrosną? Powinniśmy się na to przygotować

Od początku roku da się zauważyć spadek cen energii elektrycznej. Cena za megawatogodzinę energii zauważalnie spadła na giełdzie towarowej. Oprócz nielicznych wyjątków – takich jak nagły, rekordowy wzrost 22 czerwca, stawka utrzymuje się na średnim poziomie 250 zł/MWh. Oczywiście ma to duży związek z obniżonym zapotrzebowaniem na energię elektryczną – spowodowanym epidemią koronawirusa. Zamrożenie gospodarki, zmniejszenie obrotów firm w wielu sektorach, przystopowanie produkcji i usług – to wszystko sprawia, że energii elektrycznej zużywaliśmy mniej. A gdy spada popyt, spada również cena. Duży wpływ na aktualną sytuację na towarowej giełdzie energii ma również obniżenie ceny za uprawnienia do emisji CO2. Każda firma, której działalność emituje do atmosfery dwutlenek węgla, musi posiadać na to odpowiednie uprawnienia – a wiadomo, że CO2 jest ubocznym produktem wytwarzania energii elektrycznej z węgla. Dlatego niższe ceny uprawnień oznaczają również niższe ceny prądu. Nie wiadomo jednak, jak długo taka sytuacja na giełdzie towarowej się utrzyma.

– Po tym, jak gospodarka w maju, czerwcu i w lipcu zaczęła się rozpędzać, cena uprawnień do emisji CO2 gwałtownie poszybowała. Utrzymuje się teraz w okolicach 30 euro za tonę – cenie niewidzianej od kilku lat. To wskazuje, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy, jeśli faktycznie gospodarki europejskie wrócą na poprzednie tory, znowu będziemy mieli do czynienia z wysokimi cenami energii. Przede wszystkim dla biznesu i przemysłu energochłonnego – powiedział serwisowi eNewsroom Bartłomiej Sawicki, redaktor serwisu Biznesalert.pl. – Na straży klientów indywidualnych wciąż stoi jednak Urząd Regulacji Energetyki, który nie pozwala na zmiany stawek za prąd dostarczany do gospodarstw domowych. Kilka dni temu URE odrzucił prośby o nowe wnioski taryfowe dwóm firmom elektroenergetycznym, które chciały podnieść ceny energii – stwierdził, że nie ma ku temu podstaw. Nie musimy więc martwić się nagłym wzrostem domowych rachunków. Równocześnie Ministerstwo Klimatu pracuje nad ustawą o rekompensatach cen energii za ten rok, które miałyby być wypłacone w przyszłym roku. Ten projekt nie ujrzał jednak jeszcze światła dziennego. W międzyczasie możemy się spodziewać, że jeśli gospodarka wróci na ponowne tory i wrócą wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 – wrócą także wysokie ceny energii. Jeśli jednak stanie się inaczej, ceny energii powinny ustabilizować się na obecnym, niskim poziomie – prognozuje Sawicki.

Ponad połowa przedsiębiorców niepokoi się o przyszłość – potwierdzają badania przeprowadzone na zlecenie Rzecznika MŚP przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna

Epidemia koronawirusa wywiera negatywny wpływ na wyniki działalności gospodarczej i nastroje większości przedsiębiorców. Choć duża część z nich jest zadowolona z pomocy udzielonej przez rząd, to spodziewają się kolejnych problemów w następnych miesiącach – wynika z badań opracowanych przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna ogólnopolski panel badawczy na zamówienie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców i Centrum im. Adama Smitha.

Przed wybuchem epidemii nastroje wśród osób prowadzących działalność były pozytywne. 67% oceniało kondycję swojej firmy na raczej dobrą, a 16% jako bardzo dobrą. Jako złą – 15%, 3% badanych jako bardzo złą. Pół roku po wprowadzeniu rygorów epidemicznych 34% respondentów odpowiedziało, że epidemia miała negatywny wpływ na ich biznesy, 28% uznało jej skutki za bardzo negatywne, 29% nie dostrzega żadnego wpływu, a zaledwie 9% badanych przedsiębiorców ocenia, że epidemia miała pozytywny wpływ na wyniki ich firm.

— Pandemia, niestety, zrzuciła nas ze ścieżki ciągłego wzrostu. Po bardzo dobrych ostatnich latach przedsiębiorcy w wielu branżach spodziewali się, że rok 2020 będzie rekordowy. Rzeczywistość okazała się brutalna i konieczne jest liczenie strat. Te badania potwierdziły to, o czym mówię od tygodni – kolejny lockdown oznaczałby zapaść gospodarki, a co za tym idzie – zapaść systemu zdrowia. Większość firm go nie przetrwa – komentuje wyniki badań rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

Przedsiębiorcy spodziewają się, że warunki do prowadzenia biznesu mogą ulec pogorszeniu. Ponad 60% uznaje, że warunki te będą złe lub bardzo złe, a tylko 36% – że będą one dobre lub bardzo dobre. Nieco lepiej oceniana jest kondycja własnej firmy. 51% uznaje kondycję własnego przedsiębiorstwa za dobrą lub bardzo dobrą, choć to i tak spadek o ponad 15% do okresu sprzed pandemii. Prawie 40% uznaje kondycję firmy za złą lub bardzo złą, podczas gdy wcześniej współczynnik ten nie przekraczał 20%.

Ankietowani podzieleni są w ocenie tzw. Tarcz Antykryzysowych. Niemal połowa z nich ocenia wpływ pomocy udzielanej firmom w ramach tarcz za korzystny (30% pozytywnych odpowiedzi, 13% bardzo pozytywnych), i niemal połowa jako szkodliwy (negatywnie 25%, zdecydowanie negatywnie 19%). 13% ankietowanych nie miało zdania na ten temat.

— W zapaści przedsiębiorcom oprócz tarcz finansowych potrzebna była „tarcza antyurzędnicza”. Czas był niepotrzebnie tracony przez przedsiębiorców jak i urzędników na ponowne dostarczanie danych, które od dawna znajdują się w systemach informatycznych ZUS i urzędów skarbowych. Przeżyta zapaść powinna doprowadzić do przeorganizowania administracji w sektor usług świadczonych cyfrowo dla przedsiębiorców. Nie znamy dnia, ani godziny kiedy jakościowa, a nie liczbowa administracja będzie najlepszą tarczą antykryzysową – mówi Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, partnera badania.

Większość przedsiębiorców wnioski pomocowe wypełniała samodzielnie lub przy pomocy wcześniej zatrudnionych pracowników bądź usługodawców. Tylko 10% korzystało z pomocy zewnętrznych prawników czy firm doradczych. 12% ankietowanych wskazało, że w trakcie wypełniania wniosku pomógł im urzędnik właściwej instytucji. Ponad połowa uznała wnioski za proste lub bardzo proste (odpowiednio 41% i 12%), 35% jako trudne bądź bardzo trudne (25% i 10%).

Największą trudnością w uzyskiwaniu pomocy było samo zdobycie informacji, o jaką pomoc dany podmiot może się ubiegać (wskazało na to aż 23% ankietowanych). Mniejszym problemem było zdobycie archiwalnych danych na temat swojej firmy (20%), czy skontaktowanie się z urzędem (18%).

— Najbardziej niepokoją dane wskazujące na to, że aż 44% ankietowanych przedsiębiorców nie wyobraża sobie utrzymania działalności przy obowiązywaniu obostrzeń epidemicznych, a tylko 38% respondentów nie uzależnia dalszego funkcjonowania swojej firmy od stanu epidemii – podsumowuje rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

Badanie przeprowadzono na grupie 694 właścicieli firm.

Zamieszanie na EUR USD

Czwartek przyniósł wiele sygnałów mających wpływ na rynki walutowe. Były to nie tylko dane makroekonomiczne, ale przede wszystkim wystąpienie prezesa FED na konferencji w Jackson Hole.

Kolejne lepsze dane z USA

Wczoraj o 14:30 opublikowano dane na temat wzrostu PKB w USA. Właściwie bardziej precyzyjnie powinno się użyć określenia zmiany PKB, gdyż w dobie pandemii często są to spadki. W USA spadek wyniósł 31,7% i był mniejszy od oczekiwań. Warto jednak zwrócić uwagę na specyficzną manierę danych zza oceanu. Prezentowane dane są bowiem uwzględniane na kwartał i symulowane, jak cały rok prezentowałby się w takich warunkach. W rezultacie wiemy, jak zachowałaby się gospodarka USA mając cztery z rzędu pandemiczne 2 kwartały. Wątpliwe, by tak czarny scenariusz był w ogóle możliwy. Potwierdza to stabilizacja wniosków o zasiłek dla bezrobotnych tylko delikatnie powyżej 1 mln. Dolar tego dnia i tak czekał na wypowiedzi prezesa FED.

Co powiedziano w  Jackson Hole?

Kończy się spotkanie w Jackson Hole, punktem kulminacyjnym jest wystąpienie prezesa FED. To jego słowa na temat polityki monetarnej najpewniej wskażą drogę walutom na najbliższe dni. Poznaliśmy między innymi cel inflacyjny wynoszący powyżej 2%. Obecna polityka monetarna ma być utrzymywany tak długo, jak ceny nie wzrosną wyraźnie powyżej tego poziomu. Oznacza to najprawdopodobniej długie przebywanie stóp procentowych na obecnym poziomie. Reakcją jest ponowny wzrost kursu dolara do 1,18 dolara za 1 euro. Umocnienie to jednak nie utrzymało się długo na rynku.

Dane z Europy

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy pakiet danych z różnych europejskich państw. Najważniejsze było PKB za II kwartał z Francji. Spadek wyniósł 13,8%, aczkolwiek w realiach lockdownu covidowego nie jest to zaskoczeniem, pokryło się to zresztą z oczekiwaniami rynkowymi. Drugim ważnym odczytem była sprzedaż detaliczna w Hiszpanii. Spada ona 3,9%, co i tak jest lepsze niż dane sprzed miesiąca, mówiące o 4,7%. Ostatnim ważnym odczytem jest Indeks Instytutu KOF ze Szwajcarii, który wypadł znacznie lepiej od oczekiwań.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,

15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Państwo beneficjentem budżetu 2021

Rząd przyjął projekt budżetu na 2021 rok. Przewiduje on dochody na poziomie 403,7 mld zł, a wydatki w wysokości 486 mld zł.

W 2021 roku będziemy mieli do czynienia z dużym długiem i tylko nieznacznie zredukujemy tempo zadłużania się (deficyt 82,3 mld zł). Jest to efekt powolnego zwiększania transparentności finansów publicznych, wywołanej obecnością europejskiej metodologii opisu długu. Innymi słowy, zaliczenie wydatków Polskiego Funduszu Rozwoju do sektora rządowego zwiększa wysokość zadłużenia. W świetle deklaracji, resort finansów nie zakłada powiększania funduszy celowych. Co więcej, część wydatków z 2021 roku zamierza zabudżetować jeszcze w tym roku. Pozwala to tworzyć wobec inwestorów zagranicznych narrację, w której tylko 2020 rok staje się odstępstwem od dotychczasowej polityki zmniejszania zadłużenia, a późniejsze działania tworzą gładki powrót na długookresową ścieżkę.

Pozytywnie oceniamy działania proinwestycyjne, w szczególności estoński CIT, który powinien być stosowany możliwie szeroko. Uważamy jednak, że bariery inwestycji firm są złożone i o ile znaczące odbicie w stopie inwestycji jest możliwe, jeszcze w 2021 odbędzie się dzięki dużym inwestycjom publicznym (zwłaszcza europejskim). Należy więc zadbać o to, by były to inwestycje prorozwojowe. Taki charakter mają niewątpliwie wydatki na służbę zdrowia czy naukę i szkolnictwo wyższe, przy czym ich wzrosty pozostają znacznie mniej spektakularne, jeśli zauważyć, że efekt wzrostu gospodarczego jest niwelowany przez niższy PKB w tym roku.

Konsumpcja pozostanie w 2021 roku głównym motorem wzrostu, a rząd będzie bez wątpienia beneficjentem działań prospołecznych (m.in. wyższej płacy minimalnej, zwaloryzowanych świadczeń emerytalnych oraz dodatkowych emerytur, świadczeń dla rodziny). To z jednej strony większa podstawa składek i podatków, z drugiej strony zdolność do absorpcji wyższych podatków konsumpcyjnych. Obecnie zapowiedziane jest wprowadzenie podatku handlowego, którego konstrukcja niemal automatycznie prowadzi do przeniesienia go na klientów. Ministerstwo Finansów oczekuje 1,5 mld złotych wpływów z tego tytułu. Podobnie z podatkiem cukrowym, który nie jest oficjalnie zaanonsowany, jego wprowadzenie odbywa się sprzecznie z obowiązującym prawem, ale zarazem rząd się z niego nie wycofał.

W świetle zapewnień premiera, w budżecie 2021 nie znajdziemy przychodów ze zniesienia limitu 30-krotności.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Konfederacja Lewiatan

Badanie Fortinet: przedsiębiorstwa muszą dostosować się do wyzwań związanych z bezpieczeństwem pracy zdalnej w długoterminowej perspektywie

Fortinet, światowy lider w dziedzinie zintegrowanych i zautomatyzowanych rozwiązań cyberochronnych, przedstawił wyniki „Raportu o cyberbezpieczeństwie pracy zdalnej 2020”. Publikacja poświęcona jest wyzwaniom związanym z ochroną środowisk IT, przed którymi stanęły przedsiębiorstwa w efekcie nagłego przejścia na model pracy zdalnej na początku tego roku. Poruszane są też kwestie inwestycji, które mają na celu zabezpieczenie środowiska pracy zdalnej w 2020 roku i później.

Nagła zmiana modelu pracy była wyzwaniem dla większości przedsiębiorstw

Pandemia COVID-19 szybko rozprzestrzeniła się w pierwszej połowie 2020 roku. W efekcie wiele firm na całym świecie zostało zmuszonych do przejścia na model pracy zdalnej praktycznie z dnia na dzień. Prawie dwie trzecie badanych musiało szybko skierować do pracy z domu połowę swoich pracowników. Ponadto, większość respondentów stwierdziła, że tak szybka zmiana stanowiła wyzwanie dla ich przedsiębiorstwa: 83% określiło je jako umiarkowane, bardzo trudne lub ekstremalnie trudne. Jedynie 3% badanych stwierdziło, że w ogóle nie było to problemem.

Rozwijające się środowisko pracy zdalnej, zwiększone uzależnienie od korzystania z urządzeń osobistych oraz napływ pracowników uzyskujących dostęp do danych poza siecią korporacyjną stworzyły cyberprzestępcom okazję do bezprecedensowej aktywności. Znaleźli oni wiele sposobów, aby na ogromną skalę czerpać korzyści z pandemii: od tworzenia oportunistycznych ataków phishingowych i związanych z pocztą elektroniczną, przez ransomware, po przestępczość inicjowaną przez rządy państw. W efekcie 60% przedsiębiorstw doświadczyło wzrostu liczby prób naruszenia bezpieczeństwa IT podczas przechodzenia na pracę zdalną, a 34% zgłosiło realne ataki na swoje sieci.

W obliczu wzrostu liczby pracowników łączących się zdalnie z siecią korporacyjną oraz wzrostu liczby prób włamań i cyberataków, przedsiębiorstwa wskazały najtrudniejsze aspekty dotyczące przejścia na nowy model pracy. Były to: zapewnienie bezpiecznych połączeń, ciągłości działania i dostępu do aplikacji o krytycznym znaczeniu dla biznesu.

W czasie przeprowadzania badań okazało się również, że w wyniku pandemii przedsiębiorstwa zainwestowały już w kluczowe technologie. Prawie połowa z nich przeznaczyła kolejne środki na rozwiązania VPN i bezpieczeństwo chmury obliczeniowej, a prawie 40% zatrudniło  wykwalifikowanych specjalistów IT lub kupiło rozwiązania kontrolujące dostęp do sieci (NAC).

Nadal istnieją obszary do poprawy: niemal wszystkie przedsiębiorstwa będą więcej inwestować w bezpieczną pracę zdalną

Biorąc pod uwagę liczbę prób ataków oraz zwiększoną liczbę cyberzagrożeń, na które narażeni są pracownicy zdalni, firmy muszą rozważyć, które mechanizmy i rozwiązania są potrzebne do dalszego zabezpieczania pracy zdalnej. Strategie ochronne należy dostosować tak, aby uwzględnić rozszerzenie sieci o dom pracownika.

– Od czerwca tego roku przewidywane jest długoterminowe przejście na pracę zdalną, przy czym prawie 30% przedsiębiorstw spodziewa się, że także po ustaniu pandemii ponad połowa ich pracowników będzie pracować na odległość w pełnym wymiarze godzin.

– Prawie wszystkie przedsiębiorstwa spodziewają się, że zabezpieczenie środowiska pracy zdalnej w perspektywie długoterminowej będzie wymagało dalszych inwestycji. Prawie 60% badanych wyda na to w ciągu najbliższych dwóch lat ponad 250 tys. USD.

– Większość ankietowanych zamierza dokonać niezaplanowanych aktualizacji istniejących systemów, aby zabezpieczyć środowiska pracy zdalnej. Wiele z nich planuje również skorzystać z narzędzi, które wcześniej nie były stosowane.

– Tylko 40% badanych posiadało przed pandemią plan zapewnienia ciągłości działania. Jednak w wyniku szybkiego przestawienia się na pracę zdalną 32% przedsiębiorstw poczyniło w tym obszarze dalsze inwestycje.

Chociaż od początku pandemii przedsiębiorstwa poczyniły znaczne postępy w zabezpieczaniu środowiska pracy zdalnej, to wyniki badań wskazują na kilka obszarów, które wciąż mogą zostać poprawione:

Uwierzytelnianie wieloskładnikowe – badanie wykazało, że przed pandemią 65% firm korzystało z rozwiązań typu VPN, ale tylko 37% używało uwierzytelniania wieloskładnikowego. Sieci VPN odgrywają ważną rolę, ale są one po prostu jednym z elementów zabezpieczenia dostępu. W związku z tym zaleca się, aby przedsiębiorstwa rozważyły wdrożenie uwierzytelnienia wieloskładnikowego, jeśli do tej pory tego nie zrobiły.

Bezpieczeństwo urządzeń końcowych i kontrola dostępu do sieci (NAC) – odpowiednio 76% i 72% firm planuje aktualizację lub wdrożenie rozwiązań typu NAC lub EDR (ochrony urządzeń końcowych). W związku z pracą zdalną przedsiębiorstwa muszą kontrolować rosnącą ilość niezaufanego sprzętu podłączanego do sieci, co z dnia na dzień stwarza nowe wyzwania w zakresie bezpieczeństwa. Dzięki zastosowaniu rozwiązań NAC zespoły IT uzyskują większą widoczność użytkowników i urządzeń w swojej sieci oraz kontrolę nad nimi. Rozwiązania EDR zapewniają zaawansowaną ochronę przed zagrożeniami w czasie rzeczywistym zarówno przed, jak i po zainfekowaniu złośliwym oprogramowaniem.

Zdefiniowana programowo rozległa sieć komputerowa (SD-WAN) dla domu – 64% firm planuje wdrożenie sieci SD-WAN albo jej rozszerzenie tak, aby była rozciągnięta także na domowe biura pracowników. Kluczową zaletą objęcia funkcjami SD-WAN pracowników zdalnych, zwłaszcza tzw. superużytkowników z dostępem do najważniejszych zasobów, jest to, że mogą oni korzystać ze zdalnego dostępu na żądanie do zasobów o dynamicznie skalowalnej wydajności, niezależnie od tego, czy mają bezpośredni dostęp do sieci lokalnej.

Bezpieczny dostęp do usług brzegowych (Secure Access Service Edge, SASE) – 17% firm zainwestowało w rozwiązania SASE przed pandemią, a 16% – w wyniku pandemii. Ponadto 58% planuje zainwestować w tego typu narzędzia w przyszłości. Chociaż SASE jest nową metodą zapewniania dostępu, to coraz częściej postrzegana jest jako okazja do połączenia funkcji sieciowych i bezpieczeństwa z funkcjami WAN, aby zapewniać dynamiczny i chroniony dostęp do zasobów przedsiębiorstwach.

Wykwalifikowani specjaliści ds. bezpieczeństwa – Na początku pandemii tylko 55% firm dysponowało wystarczającą liczbą wykwalifikowanych pracowników IT, którzy mogli wspierać przejście na model pracy zdalnej. I choć 73% badanych zadeklarowało zamiar dalszego inwestowania w ekspertów IT w ciągu najbliższych 24 miesięcy, to historyczny brak wykwalifikowanych specjalistów ds. bezpieczeństwa IT może stanowić wyzwanie.

Raport powstał na podstawie badania przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku. Uczestnicy pochodzili z 17 krajów i reprezentowali niemal wszystkie branże gospodarki oraz sektor publiczny. Szczegółowe informacje na temat badania, a także wiele płynących z niego wniosków można znaleźć na blogu Fortinet.

John Maddison, EVP of Products i CMO w Fortinet: Pandemia COVID-19 będzie miała trwały wpływ na sposób, w jaki przedsiębiorstwa inwestują w cyberbezpieczeństwo. Ponad 90% z nich planuje w ciągu najbliższych dwóch lat przeznaczyć więcej środków na ochronę środowisk pracy zdalnej. Biorąc pod uwagę stale rosnącą liczbę możliwych celów ataku, fale cyberzagrożeń wymierzonych w pracowników zdalnych oraz utrzymującą się lukę kompetencyjną w obszarze cyberbezpieczeństwa, firmy muszą rozważyć, jakie strategie i podejście są potrzebne do zabezpieczenia nowego modelu pracy w długoterminowej perspektywie. Przedsiębiorstwa mają możliwość zmaksymalizowania opłacalności inwestycji dzięki platformom cyberbezpieczeństwa zaprojektowanym w celu zapewnienia kompleksowej widoczności całej infrastruktury cyfrowej i jej ochrony: środowiska sieciowego, aplikacyjnego, wielochmurowego i mobilnego. Trwające przejście na pracę zdalną będzie wymagało także czegoś więcej niż tylko rozwiązań technicznych – szkolenia i świadomości w zakresie cyberbezpieczeństwa, które powinny pozostać priorytetami dla firm.

Tomasz Gębka nowym dyrektorem Zakładu Tychy FCA Poland

FCA Poland informuje o zmianie na stanowisku dyrektora Zakładu Tychy. Po 46 latach pracy w strukturach koncernu, w tym ostatnich dziewięciu na stanowisku dyrektora tyskiego Zakładu i członka zarządu firmy, odszedł na emeryturę Antoni Greń. Na jego miejsce został powołany Tomasz Gębka, który przez ostatnie pięć lat pełnił funkcję dyrektora Zakładu FCA w Belvidere, Illinois w Stanach Zjednoczonych Ameryki, produkującego samochody marki Jeep.

Tomasz Gębka wraca do Polski, by rozpocząć kolejny rozdział w swojej karierze zawodowej na stanowisku dyrektora Zakładu Tychy FCA Poland, uhonorowanego poziomem Gold w World Class Manufacturing (WCM) i produkującego dziś modele Fiat 500, Abarth 595 oraz Lancię Ypsilon.

Antoni Greń

Inż. Antoni Greń, absolwent Politechniki Łódzkiej, rozpoczął pracę w Zakładzie Mechaniki Fabryki Samochodów Małolitrażowych w 1974 r. W 1997 r. wyjechał do Włoch, gdzie w Fiat Auto w Zakładzie Mirafiori Meccanica zarządzał koordynacją prac w Służbie Jakości. Po dwóch latach wrócił do Fiat Auto Poland jako kierownik Służby Jakości Fiat Auto Poland Tychy. W 2004 r. ponownie przeniósł się do Włoch, gdzie pracował w centralnej służbie jakości w obszarze Manufacturing Fiat Auto w Turynie, a następnie w Zakładzie w Melfi. Po powrocie do Polski w 2007 r. kierował obszarem jakości w Zakładzie Tychy, a pięć lat później został kierownikiem produkcji i logistyki. Od września 2012 roku pełnił funkcję dyrektora Zakładu Tychy Fiata Auto Poland i członka zarządu firmy. Pod jego przywództwem 6 grudnia 2013 r. Zakład otrzymał złoty poziom WCM, zintegrowanej metodologii zarządzania przedsiębiorstwem według najwyższych standardów światowych w zakresie bezpieczeństwa, ochrony środowiska naturalnego, utrzymania ruchu, logistyki i jakości. Za swoje zasługi inż. Greń otrzymał tytuł Diamentowego Inżyniera (2018) czytelników „Przeglądu Technicznego”.

Tomasz Gębka

Tomasz Gębka, absolwent Politechniki Śląskiej w Gliwicach, pracę w FCA Poland (dawniej Fiat Auto Poland) rozpoczął w 2005 r. W tym okresie brał aktywny udział we wdrażaniu rozwiązań technicznych oraz w aplikację i rozwój metodologii WCM w Zakładzie Tychy. Pierwsze doświadczenie międzynarodowe zdobył w latach 2007-2008 w World Class Manufacturing Development Center w Turynie, gdzie współpracował z działami centralnymi i zakładami produkcyjnymi koncernu we Włoszech, Turcji i innych krajach (fabryki CNH). W 2008 r. wrócił do Zakładu Tychy na stanowisko kierownika Utrzymania Ruchu jednostki produkcyjnej Spawalnia. W tych latach Zakład Tychy zdobył dwa prestiżowe tytuły w WCM – Bronze Level w 2007 r. i Silver Level dwa lata później.

W latach 2012- 2014 Tomasz Gębka został oddelegowany do Włoch na stanowisko szefa wydziału produkcyjnego Spawalnia w zakładzie Giambattista Vico w Pomigliano d’Arco, gdzie była uruchamiana produkcja nowego Fiata Panda. W tym okresie Zakład zdobył najpierw Silver, a potem Gold Level WCM. W latach 2014-2015 Gębka pełnił funkcję szefa Wydziału Montażu w Zakładzie Avv. Giovanni Agnelli produkującego Maserati Quattroporte i Ghibli. W 2015 r. został powołany na stanowisko dyrektora Zakładu Giambattista Vico w Pomigliano d’Arco, a rok później objął funkcję dyrektora Zakładu FCA w Belvidere w Ameryce Północnej. W ramach pełnionych obowiązków Tomasz Gębka zreorganizował strukturę Zakładu, przygotowując go do uruchomienia nowego produktu – produkcji Jeep Cherokee w 2017 r. i new MCA Jeep Cherokee w 2018 r., a ostatnio Tomasz Gębka objął stanowisko dyrektora Zakładu Tychy.

FCA Poland – Zakład Tychy

Zakład Tychy FCA Poland (Tychy) jest jednym z największych zakładów produkcyjnych FCA. Zajmuje powierzchnię 2,4 mln m2, z czego na hale produkcyjne i budynki usługowe przypada 0,5 mln m2. W Zakładzie pracuje obecnie ok. 2,5 tys. osób, a na jego terenie znajduje się 56 firm świadczących usługi na rzecz fabryki. Z jego linii montażowych co ok. 1 minutę zjeżdża nowy samochód.

W 2019 roku zakład FCA w Tychach wyprodukował łącznie 263 176 samochodów marek Fiat, Abarth i Lancia, w tym: 179 689 szt. Fiata 500, 21 015 szt. Abartha 595 oraz 62 472 szt. Lancii Ypsilon. To łącznie 3 728 sztuk więcej niż w 2018 roku.

Miniony rok był pełen jubileuszy i powodów do świętowania dla pracowników i dyrekcji zakładu w Tychach. W 2019 roku FCA Poland uroczyście obchodziła wyprodukowanie 12-milionowego samochodu w historii zakładów FCA w Polsce. W minionym roku obchodzono również 70. urodziny marki Abarth. Dla uczczenia tego szczególnego jubileuszu powstała, produkowana w Tychach, nowa wersja – Abarth 695 70° Anniversario.

FCA Poland jest jednym z największych pracodawców w regionie – zatrudniał na koniec ubiegłego roku prawie 2 500 osób. Nieustannie poszukuje innowacyjnych rozwiązań oraz udoskonaleń organizacji pracy. Jednym z elementów wpływających na rozwój jest Plant Academy – projekt, który ma na celu rozwój umiejętności technicznych oraz przywódczych pracowników.

Dla gospodarki niezwykle istotną i dochodową gałęzią jest eksport, a kluczowe znaczenie w polskim eksporcie ma motoryzacja. 99% wyprodukowanych w 2019 roku samochodów marek: Fiat, Abarth i Lancia (tj. 260 842 sztuki) wyeksportowano na 58 rynków świata.

Podczas kryzysu e-commerce zyskał nie tylko nowych klientów

W czasie epidemii i związanych z nią obostrzeń e-sklepy stały się dla handlu kołem ratunkowym. Według danych platformy e-commerce PrestaShop, ich liczba wzrosła o 39% w porównaniu do stanu sprzed lockdownu. Najwyższy na świecie wzrost sprzedaży w kanale e-commerce w 2020 roku notuje Europa Środkowo-Wschodnia – 21,5% (średnia globalna to 16,5%).[1] Według szacunków w Polsce wartość ta będzie jeszcze wyższa i wyniesie 26% rok do roku.[2] Jednak kryzys przyniósł nie tylko wzrost sprzedaży w sieci i liczby e-sklepów. Skłonił też e-commerce do wykorzystania na szerszą skalę cyfrowych narzędzi, takich jak automatyczni asystenci, nowoczesna analityka do śledzenia ścieżki klientów czy inteligentne personalizowanie ofert i rabatów pod ich preferencje. 

Znany trend, przyspieszone efekty

Jeszcze przed wybuchem epidemii sprzedaż dynamicznie przenosiła się do sieci: w ubiegłym roku w czasie Cyber Monday w Polsce wydatki wzrosły o 30% w porównaniu z 2018 r. Zawarto transakcje łącznie na 2 mld złotych.[3] Na rynkowe trendy i przyzwyczajenia konsumentów wpływa m.in. stały wzrost liczby użytkowników internetu, popularyzacja pracy zdalnej czy e-urzędów. Dlatego nawet gdyby obecny kryzys się nie wydarzył, handel i tak ulegałby w najbliższych latach cyfrowym zmianom. Epidemia znacznie przyspieszyła ten proces. Dzięki temu polskie firmy dogoniły europejską średnią. Udział handlu internetowego w przychodach rodzimych przedsiębiorstw plasuje się już na poziomie ok. 18%.[4] 

Klient stawia na wygodę

Cyfryzacja handlu nie będzie znacząco hamowała po ustabilizowaniu się sytuacji. Według prognoz do 2025 roku już co piąta złotówka będzie wydawana w sieci.[5] Przyzwyczajenia klientów trwale się zmieniły, przywykli oni do bezpieczeństwa i wygody cyfrowych rozwiązań. Wśród zalet e-sklepów skłaniających do zakupów w sieci już 66% Polaków wskazuje wygodę (w roku 2019 było to 58%).[6] Widać to także po zniesieniu obostrzeń: mimo powrotu do tradycyjnych kanałów handlowych w lipcu tego roku poziom wydatków internetowych wyniósł prawie 140% wartości z 2019 roku.[7]

Cyfryzacja to więcej niż e-sklep

W ostatnich miesiącach e-commerce kładł nacisk na komunikację z klientami i poprawianie wygody czy szybkości robienia zakupów. Na dodatkowe moduły i usługi, takie jak bezpieczne płatności czy newslettery, wydano o 44% więcej, niż przed wybuchem epidemii.[8] Większą wagę zaczęto przykładać do narzędzi które pomagają w analizowaniu całego procesu, przez który przechodzi klient (tzw. customer journey) czy personalizowaniu wyświetlanych ofert i kodów rabatowych. W skracaniu dystansu między klientami a sprzedawcą pomagać zaczęły automatyczne chat boty, które śledzą przesyłki, pomagają w zwrotach i reklamacjach, odpowiadają na pytania.

Mimo rosnącej popularności e-handlu samo uruchomienie internetowego sklepu nie wystarczy. Klienci w sieci są bardziej wymagający, dokonują wyborów świadomie i racjonalnie. Dlatego szczególne znaczenie na rynku e-commerce będą miały cyfrowe narzędzia i doświadczenia, jakie firmy wyniosły z kryzysu. Aby dopasować się do nowej sytuacji przedsiębiorcy modernizowali strony internetowe i wdrażali na nich dodatkowe funkcje, szkolili pracowników, poszerzali kanały sprzedaży i szukali nowych klientów w sieci. Zaowocuje to większą elastycznością i umiejętnością szybkiego dopasowywania się do zmian nawyków i preferencji konsumentów – wskazuje Luca Mastroianni, Head of International w firmie PrestaShop.

[1] Raport Global Ecommerce 2020, eMarketer, Maj 2020.

[2] Raport PMR Handel internetowy w Polsce 2020. Analiza i prognoza rozwoju rynku e-commerce na lata 2020-2025.

[3] Według danych Krajowej Izby Rozliczeniowej, https://www.kir.pl/kontakt/biuro-prasowe/komunikaty-prasowe/ip2019/black-friday-i-cyber-monday-to-generatory-zysku-dla-e-commerce,40.html

[4] Według analiz Santander Banku: https://media.santander.pl/pr/548992/pandemia-motorem-wzrostu-dla-e-commerce-czy-rok-2020-bedzie-rekordowy-dla-branzy-e-commerce-w-polsce

[5] Raport PMR Handel internetowy w Polsce 2020. Analiza i prognoza rozwoju rynku e-commerce na lata 2020-2025.

[6] Raport E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska, 2020

[7] Według analiz Santander Banku: https://media.santander.pl/pr/548992/pandemia-motorem-wzrostu-dla-e-commerce-czy-rok-2020-bedzie-rekordowy-dla-branzy-e-commerce-w-polsce

[8] Według danych platformy rozwiązań e-commerce PrestaShop.

Szczególne procedury rozliczania podatku od towarów i usług w zakresie dostawy towarów używanych, dzieł sztuki, przedmiotów kolekcjonerskich i antyków

Specjalne zasady opodatkowania VAT zostały przewidziane dla dostawy towarów używanych, dzieł sztuki, przedmiotów kolekcjonerskich oraz antyków. Istotą szczególnej procedury jest opodatkowanie podatkiem VAT samej marży ze sprzedaży tych towarów. Należy jednak zwrócić uwagę na zakres przedmiotowy tej procedury, który został określony w art. 120 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług. Oznacza to, że nie każdy towar może podlegać tym szczególnym uregulowaniom, a dodatkowo należy zwrócić uwagę także na szczególne warunki stosowania procedury.

Towary objęte procedurą

W pierwszej kolejności, aby ustalić jakie towary mogą korzystać z tej szczególnej procedury, należy zapoznać się z definicjami umieszczonymi w art. 120 ust. 1 ustawy o VAT. Przykładowo jako dzieła sztuki rozumie się towary, mające walor artystyczny, unikatowy. W ust. 1) tegoż przepisu ustawodawca dokładnie opisuje co należy rozumieć przez działa sztuki, m.in. są to obrazy, kolaże, oryginalne rzeźby oraz posągi, tkaniny ścienne, niektóre fotografie.

Jako przedmioty kolekcjonerskie należy rozumieć m.in. znaczki pocztowe lub skarbowe stemple pocztowe, koperty pierwszego obiegu, a także różnego rodzaju kolekcje mające szczególną wartość i przedmioty kolekcjonerskie. Antyki to z kolei przedmioty niezaliczone do dwóch powyższych grup jeżeli ich wiek przekracza 100 lat. Ostatni punkt to towary używane, przez które należy rozumieć co do zasady ruchome dobra materialne, nadające się do dalszego użytku. Jak wskazał Naczelny Sąd Administracyjny, towary używane to wszystkie towary, które nie są fabrycznie nowe (por. wyrok NSA z dnia 11.01.2019 r., sygn. I FSK 313/17).

Z uwagi na fakt, że procedura VAT marża jest w tym przypadku szczególnym sposobem rozliczenia, istotne jest, aby towary spełniały dokładnie kryteria określone przez ustawodawcę, dlatego podatnik powinien każdorazowo przeanalizować czy sprzedawany towar spełnia jedną z definicji ustawowych wskazanych powyżej.

Podstawa opodatkowania

Zgodnie z art. 120 ust. 4 ustawy o VAT w przypadku dostawy towarów używanych, dzieł sztuki, przedmiotów kolekcjonerskich i antyków opodatkowaniu uprzednio nabytych w związku z prowadzeniem działalności gospodarczej podstawę opodatkowania stanowi marża wynikająca z różnicy pomiędzy kwotą sprzedaży, a kwotą nabycia.

Jako kwotę sprzedaży należy rozumieć zgodnie z art. 120 ust. 1 pkt 5) ustawy o VAT całkowitą kwotę jaką podatnik otrzymał/otrzyma w związku z dostawą, uwzględniając dotacje, podatki, cła, opłaty, transport, ubezpieczenia, opakowania, prowizje etc. W podobny sposób została określona kwota nabycia, stanowiąca poza ceną nabycia także wszelkie pozostałe koszty związane z nabyciem.

Jeżeli z jakichś powodów skalkulowanie marży na podstawie powyższego wzoru będzie niemożliwe, podatnik może za zgodą naczelnika urzędu skarbowego, obliczyć marżę bazując na różnicy pomiędzy łączną wartością dokonanych dostaw, a łączną wartością dokonanych nabyć określonego rodzaju przedmiotów kolekcjonerskich w danym okresie rozliczeniowym. Łączne wartości odnoszą się do sumy poszczególnych kwot nabyć i poszczególnych kwot sprzedaży. Powyższa regulacja odnosi się jedynie do przedmiotów kolekcjonerskich, a nie obejmuje pozostałych kategorii czyli dzieł sztuki, antyków i towarów używanych. Takie uproszczone rozliczenie podatnik musi utrzymać przez okres minimum 2 lat, począwszy od końca miesiąca, w którym naczelnik został o nim zawiadomiony. W sytuacji, gdy łączna wartość nabyć w okresie 12 miesięcy przekracza łączną wartość sprzedaży podatnik traci prawo do uproszczonej procedury rozliczania.

Dodatkowy warunek

W celu skorzystania ze szczególnej procedury marży istotne jest od jakiego podmiotu podatnik nabył towary. Przedmioty te mogą być nabyte od osób fizycznych, prawnych niebędących podatnikami, podatników zwolnionych z opodatkowania przedmiotowo lub podmiotowo, sytuacji gdy nabycie następuje w ramach procedury szczególnej marży. Oznacza to zasadniczo, że zastosowanie procedury marży może być dokonane w sytuacji gdy podatnik nie odliczył VAT przy ich nabyciu (por. wyrok WSA Poznań z dnia 16.01.2019 r., sygn. I SA/Po 710/18).

Istotne jest, że to na podatniku ciąży obowiązek udowodnienia w jakich okolicznościach nabył towary, które objęte są procedurą marży i czy rzeczywiście transakcja nabycia nie podlegała opodatkowaniu VAT. Przykładowo okoliczność, że podatnik nabył towar na giełdzie i nie weryfikował swojego kontrahenta, nie zwalnia go z obowiązku dokumentacji i należytej staranności (por. wyrok NSA z dnia 30.08.2018 r., sygn. I FSK 1313/16). W szczególności jak wskazują sądy administracyjne podatnik powinien zweryfikować swojego kontrahenta, a tłumaczenia, że nie był on wskazany na fakturze nie mają znaczenia, a wręcz powinny wskazywać na możliwość uczestniczenia w oszustwie (por. wyrok NSA z dnia 29.05.2019 r., sygn. I FSK 329/19).

Dodatkowy warunek w przypadku sprzedaży w ramach szczególnej procedury marży to w przypadku podatników prowadzących także sprzedaż opodatkowaną zobowiązanie w prowadzonej ewidencji do wyodrębnienia sprzedaży w szczególnej procedurze marży. Ponadto procedury marży nie można zastosować w przypadku nowych środków transportu będących przedmiotem wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów.

 

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Czy epidemia przyspieszy powstawanie inteligentnych miast przyszłości? 

  1. Czym jest smart city – inteligentne miasto?
  2. Obszary i sektory, w których warto rozwijać ideę smart city.
  3. Przestrzenie, w których pandemia przyspieszyła rozwój inteligentnych miast.
  4. Na kim wzorować się po epidemii – dobre przykłady.
  5. Pierwsze projekty inteligentnych miast powstające w Polsce od kilku lat. 
  1. Czym jest smart city – inteligentne miasto?

Istnieje kilka koncepcji opisujących ideę smart city. Oto jedna z nich: inteligentne miasto oznacza zrównoważony rozwój obszarów zurbanizowanych przy poprawie atrakcyjności przestrzeni miejskiej i zachowaniu wysokiej jakości życia i zdrowia mieszkańców.

Masowa urbanizacja powoduje, że miasta na całym świecie znalazły się w centrum wyzwań społecznych i środowiskowych. Żyje w nich już ok. 3,5 mld ludzi. Wg prognoz demograficznych do 2050 roku ta liczba ulegnie co najmniej podwojeniu, sięgając być może nawet 7,5 mld. To równowartość 75% globalnej populacji (Smart cities: shaping the society of 2030, UNESCO Publishing, 2019). Wyzwania związane z zapewnieniem mieszkańcom terenów zurbanizowanych komfortowych warunków życia będą rosnąć. Tymczasem, wg Światowej Organizacji Zdrowia, już teraz 92% miejskiej populacji nie ma dostępu do czystego powietrza.

Tak szybka urbanizacja wymaga dostosowania procesów zachodzących w tkance miejskiej, aby wraz z rozwojem miast zwiększał się komfort życia jego mieszkańców. Mam na myśli poprawę mobilności, innowacje cyfrowe, modernizacje obiektów i wdrażanie inteligentnych usług. Rozwijanie atrakcyjności ekonomicznej obszarów metropolitalnych nie powinno narażać zasobów naturalnych, dlatego należy dążyć do zmniejszania wpływu miast na środowisko. W poszukiwaniu innowacji trzeba założyć tworzenie zrównoważonego modelu urbanizacji i rozwoju regionalnego – dopiero to sprawi, że inteligentne miasta będą realną szansą na lepsze życie wspólnoty.

  1. Obszary i sektory, w których warto rozwijać ideę smart city. 

Budowa inteligentnego miasta to zespół różnorodnych działań możliwych do zastosowania w wielu obszarach. Warto wymienić przynajmniej kilka: inteligentne oświetlenie publiczne i drogowe, łączność i telekomunikacja, ochrona wideo, transport i mobilność, infrastruktura dla edukacji i opieki zdrowotnej, narzędzia dla usług publicznych, uzdatnianie wody i przetwarzanie odpadów, pomiar jakości powietrza.

Obszar działań należy do wielu sektorów – to władze samorządowe, opieka zdrowotna, edukacja, szkolenia i badania, budynki komercyjne i handel detaliczny, miejsca wypoczynku, kultura, sport, religia, konwencje, sieci komunikacyjne czy transport publiczny.

  1. Przestrzenie, w których pandemia przyspieszyła rozwój inteligentnych miast.

Od marca w mediach pojawiają się zapowiedzi dotyczące rewolucji cyfrowej, którą inicjuje, przyspiesza, a czasem nawet wymusza epidemia. Podobny trend stał się udziałem idei smart city. Miasta na całym świecie doświadczyły kryzysu wywołanego przez pandemię. Wezwania do zachowania dystansu społecznego, ograniczenia w przemieszczaniu się, zamykane urzędy, zawieszana komunikacja publiczna – to tylko niektóre z jego przejawów. Wprowadzone w życie rozwiązania ułatwiają funkcjonowanie mieszkańcom, w wielu przypadkach spełniając kryterium budowy inteligentnego miasta. Część z nich zapewne pozostanie z nami na dłużej, być może nawet na stałe. Przykładów jest wiele:

  • stałe spotkania live w mediach społecznościowych organizowane przez prezydenta Wrocławia – Jacka Sutryka i prezydenta Poznania – Jacka Jaśkowiaka,
  • e-urząd – sieci strukturalne umożliwiające podłączenie wielu komputerów, zwiększanie mocy i bezpieczeństwa serwerowni,
  • przeprowadzenie sesji Rady Miasta w formie wideokonferencji połączonej z transmisją (Rada Miasta Szczecina),
  • CityBoxOffice – mobilny punkt obsługi poprzez wideokonferencje – Otwock,
  • urzędowe paczkomaty w kilku miastach czy zewnętrzne okienka z bezkontaktowymi dziennikami podawczymi,
  • wsparcie samorządów dla systemu edukacji – przekazywanie bezpłatnych komputerów dzieciom, zwiększanie przepustowości i mocy miejskich sieci internetowych,
  • monitoring wizyjny oraz drony do automatycznej detekcji skupisk ludzi i niezwłocznego powiadamiania odpowiednich służb – służące zachowaniu zdrowia mieszkańców i zwiększania ich bezpieczeństwa,
  • ozonowanie ulic i mebli miejskich (Warszawa, Łódź, Białystok, Wołomin, Stalowa Wola),
  • przekazanie każdemu mieszkańcowi wielorazowej maseczki ochronnej (Olsztyn, Racibórz, Kętrzyn, Skierniewice)
  • maseczkomaty instalowane w miejscach spotkań mieszkańców.

Technologie, których wdrażanie ciągnęło się latami, w wielu miastach zostały uruchomione w ciągu tygodni, a nawet dni. Znalazły się dodatkowe pieniądze na działania podnoszące poziom bezpieczeństwa i zdrowia mieszkańców. I nie chodzi tu tylko o akcje prospołeczne, jak przeciwdziałanie gromadzeniu się mieszkańców czy rozdawanie środków ochronnych, ale również o stricte rozwojowe: uruchamianie usług, które pozwalają korzystać z urzędów i infrastruktury samorządowej w bezpieczny, zdalny sposób.

  1. Na kim wzorować się po epidemii – dobre przykłady.

Ustanie pandemii prawdopodobnie osłabi tempo przekształcania miast w służące mieszkańcom inteligentne struktury. Samorządom może zabraknąć nie tylko środków, ale także pomysłów i determinacji. Dlatego warto wzorować się na miejscach, które mocno rozwinęły u siebie ideę smart city. Przykładem aktywnej budowy inteligentnego miasta jest holenderska Breda, której miejska infrastruktura zawiera sieć czujników, m.in. jakości powietrza i wody. Stały dostęp do danych pozwala na bieżąco kontrolować stan tych zasobów i już w zarodku zwalczać ewentualne zagrożenia. W Bredzie uruchomiono też pilotażowy projekt inteligentnego oświetlenia. Zbliżający się samochód powoduje automatyczne zwiększenie natężenie oświetlenia ulicznego, gdy ulica jest pusta, jego natężenie spada. Instalowane są kierunkowe oświetlacze LED nad przejściami dla pieszych, a żółte włączniki na słupach stosowane do zmiany cyklu świateł na zielone dla pieszych zastępowane są kamerami z zaawansowanym przetwarzaniem obrazu. Dzięki temu eliminowana jest konieczność dotykania powierzchni włącznika przez wiele osób.

W planie jest instalacja czujników powiadamiających o konieczności konserwacji ulic. Wiele z tych działań zostało tam zrealizowanych dzięki technologii SPIE.

Tego rodzaju zmiany poprawiają jakość życia w miastach, zwiększając poczucie bezpieczeństwa i pozytywnie wpływając na zdrowie mieszkańców. Równie ważna jest ekonomia stosowanie automatycznych czujników, zaawansowanych kamer czy inteligentnego oświetlenia pozwala na stałe zmniejszanie wydatków publicznych.

Podobnie jest z budownictwem komercyjnym – w wielu krajach normą jest stosowanie założeń BIM (Building Information Modelling), czyli cyfrowego modelowania wszystkich instalacji. W Wielkiej Brytanii kryteria BIM musi spełniać każdy nowo projektowany budynek. Wykorzystanie tej technologii pozwala zmniejszyć koszty budowy i funkcjonowania obiektu, co przyczynia się do powstawania inteligentnych miast. BIM w coraz większym zakresie stosowana jest także w Polsce.

Firma SPIE Building Solutions także ma sporo doświadczeń w zakresie rozwiązań dla inteligentnych miast. Zrealizowany przez nas system zaopatrujący szpital Klinikum am Bruderwald w klimatyzację, ogrzewanie, energię elektryczną i parę zapewnia 50% energii elektrycznej i 54% ciepła pozyskiwanego na miejscu. Zmniejsza emisję CO2 o 7 000 ton rocznie. Dzięki takim parametrom budynek otrzymał w 2019 roku nagrodę obiektu roku przyznawaną przez niezależny niemiecki magazyn Energie & Management.

Inny przykład to energooszczędne oświetlenie uliczne we francuskim Tain l’Hermitage.

1226 lamp zastąpiliśmy oświetleniem LED. W pierwszym roku miasto poczyniło 72% oszczędności energii i odnotowało mniejsze o 160 kWh zużycie prądu.

W Polsce z sukcesem zakończyliśmy największy z dotychczas realizowanych projekt wymiany oświetlenia ulicznego w jednym pakiecie. W Sosnowcu miejsce 7694 wysłużonych opraw sodowych i rtęciowych zajęły lampy w technologii LED. Przed wymianą w skali roku Sosnowiec wydawał prawie 7 mln zł na oświetlenie uliczne. Po zamontowaniu lamp w technologii LED w budżecie gminy zostaje ok. 1,5 mln zł rocznie. Oprócz oszczędności wzrosło również bezpieczeństwo. Lampy LED gwarantują lepszą widoczność na drogach.

  1. Pierwsze projekty inteligentnych miast powstające w Polsce od kilku lat.

Przeciętne polskie miasto nie zalicza się do europejskiej czołówki smart city. Nie oznacza to jednak, że nic się u nas nie dzieje – realizujemy coraz więcej ciekawych projektów. Oto przykłady:

  • Elektromobilność – coraz więcej samorządów kupuje pojazdy elektryczne służące do transportu publicznego czy wykonywania zadań lokalnych (Policja, Straż Miejska, służby sprzątające).
  • Jedna z naszych spółek – SPIE Elbud Gdańsk zrealizowała w Sosnowcu projekt wymiany oświetlenia ulicznego na ledowe – inteligentne (7 tys. opraw). Zainstalowano tam także czujniki natężenia ruchu na wzór Bredy.
  • Modernizację oświetlenia pozwalającą na mniejsze zużycie energii przeprowadziliśmy na stadionie – nomen omen – Energi w Gdańsku.
  • W wielu miejscach instalujemy i nadzorujemy telewizję dozorową, zwiększającą bezpieczeństwo mieszkańców w parkach czy przestrzeniach publicznych.
  • Działamy także w kierunku poprawy efektywności transportu publicznego – w Grudziądzu uruchomiliśmy na pętlach stacje pantografowe do ładowania autobusów podczas dnia, a w zajezdni stacje mniejszej mocy do ładowania nocą. Eksploatacja autobusów elektrycznych pozwala zmniejszyć koszty i ograniczyć emisję zanieczyszczeń w przestrzeni publicznej.
  • W miastach pojawiają się systemy doświetlenia przejść dla pieszych oraz oprawy oświetlające same pasy.

Polskie miasta nie staną się w pełni smart dzisiaj ani jutro. Problemem pozostanie pozyskiwanie środków. Optymizm budzi za to coraz powszechniejszy dostęp do technologii i pozytywne nastawienie samorządów. W czasach, gdy wielu z nas przełącza się na pracę zdalną, inwestycje w sieci 5G, Wi-Fi i światłowody są konieczne, aby stworzyć optymalną infrastrukturę cyfrową – to właśnie ona jest kamieniem węgielnym każdego inteligentnego miasta. Paradoksem jest, że aby móc to wyraźnie zobaczyć, potrzebowaliśmy tak potężnego kryzysu, jak pandemia COVID-19, która zmusiła miliony ludzi do pracy z domu. Oczekuje się, że systemy oparte na technologiach światłowodowych, powszechnie wprowadzane na rynek w Holandii, Francji i Niemczech, również w Polsce szybko rozwiną się w nadchodzących latach. Szczególne wymagania, takie jak miejskie systemy nadzoru wideo, również wpływają na rozwój tej i innych technologii wspierających szybką transmisję dużych ilości danych.

Zrównoważone, inteligentne planowanie urbanistyczne jest szybko rosnącym rynkiem z kilkoma bardzo silnymi czynnikami wzrostu. Do rozwijanej od wielu już lat e-mobilności, która jest szczególnie ważna we Francji, Niemczech, Szwajcarii i krajach Beneluksu, gdzie środki rządowe sprzyjają rozwojowi, podobnie zaczynają podchodzić inne kraje. W tym Polska.

Transmisja obecnych miast w smart city przyspiesza. Jest efektywna i korzystna dla mieszkańców. Ważne jest, aby w tym procesie działać w przemyślany i skoordynowany sposób, z wizją tego, co chcemy osiągnąć.

Autor: Grzegorz Pióro – Technical Development Manager, SPIE Building Solutions Sp. z o. o.

5 najczęstszych błędów popełnianych podczas rejestracji spółki z o. o.

Osoby, które pierwszy raz zakładają własną firmę, często decydują się na formę jednoosobowej działalności gospodarczej. Z czasem może się okazać, że firma się rozrasta, a korzystniejszym rozwiązaniem byłaby spółka. Przekształcenie jdg w spółkę jest możliwe, ale trzeba pamiętać o tym, że błędy w rejestracji nowego podmiotu mogą być kosztowne. Eksperci inFakt podpowiadają, jak ich uniknąć.

Przekształcenie w spółkę odbywa się na zasadzie sukcesji praw i obowiązków. Nowo powstająca jednostka staje się więc stroną umów, które wcześniej były związane z poprzednim podmiotem. W takiej sytuacji nie trzeba zawierać nowych porozumień albo podpisywać aneksów z pracownikami, którzy pracowali do tej pory dla jednoosobowej działalności oraz z kontrahentami, z którymi jdg miała podpisane umowy. Automatycznie na spółkę przechodzą także kredyty i leasingi zaciągnięte w ramach jednoosobowej działalności.

Przekształcenie jednoosobowej działalności w spółkę nie pozwoli jednak na ucieczkę od firmowych długów – podkreśla Piotr Ciszewski, specjalista ds. podatków w firmie inFakt. – Przepisy stanowią, że przedsiębiorca będący osobą fizyczną odpowiada za swoje długi, które powstały w czasie, gdy prowadził jdg, przez trzy lata od przekształcenia działalności w spółkę.

Kosztowne literówki

Błędy dokonane podczas przekształcenia mogą skutkować utratą czasu i pieniędzy, a dla nowo powstających firm to bardzo cenne zasoby. Przy rejestracji firmy trzeba dokonać dwóch opłat:

  • za wpis do KRS (250 zł, jeśli firma jest zakładana przez internet; 500 zł, jeśli u notariusza),
  • za wpis do Monitora Sądowego i Gospodarczego (100 zł).

W wyniku nawet drobnego błędu (np. pomyłki w numerze PESEL), KRS odrzuci wniosek. O ile można się postarać o zwrot wpłaty za wpis do MSiG, to za wpis do KRS środków nie da się odzyskać. – Sądy stoją na stanowisku, że opłata należy się za rozpatrzenie wniosku. KRS, rozpatrując wniosek negatywnie, wykonał powierzone zadanie, a wina leży po stronie tego, kto zrobił błąd – mówi ekspert inFakt.

Warto jednak pamiętać, że po odrzuceniu pierwszego wniosku o wpis do KRS, przy kolejnym można złożyć prośbę o zaliczenie wcześniejszej opłaty na poczet nowego wniosku.

Jakie pozostałe, najczęściej popełniane błędy, można jeszcze wskazać?

  • Niedotrzymanie terminu złożenia wniosku – na złożenie wniosku o wpis do KRS ustawodawca wyznaczył 7 dni od momentu spisania umowy spółki (jeżeli umowa była zawarta przez portal S24) albo 6 miesięcy (jeżeli umowa jest w formie aktu notarialnego). Przekroczenie tych terminów skutkuje odrzuceniem wniosku. Wpłacone pieniądze przepadają, a całą procedurę należy zacząć od początku.
  • Wybranie błędnej nazwy dla spółki – pomimo powszechnego przekonania, że można wybrać dowolną nazwę dla swojej firmy, istnieją pewne obostrzenia. Przykładowo, w nazwie nie można używać słów takich jak „bank” lub „towarzystwo ubezpieczeniowe”, jeżeli nie są spełnione dodatkowe wymogi dotyczące ich wykorzystania. Ponadto w nazwie nie można używać form prawnych prowadzonej działalności, czyli np. nie można nazwać firmy: „Agencja Reklamowa spółka cywilna”. Przekształcając jdg w spółkę, przedsiębiorca może zachować dotychczasową nazwę firmy, która zostanie uzupełniona o oznaczenie „spółka z ograniczoną odpowiedzialnością” albo zdecydować się na nową nazwę. Jeśli wybierze drugą możliwość, to do nowej nazwy przez 12 miesięcy musi dokładać człon „dawniej tutaj stara nazwa firmy”. – Chodzi o to, żeby kontrahenci wiedzieli, że mają do czynienia z tym samym podmiotem, który już znają i wiedzieli, że niedawno się przekształcił i zmienił nazwę – mówi Piotr Ciszewski.
  • Brak dokumentów i załączników – minimum wymaganych dokumentów przy rejestracji spółki to umowa spółki oraz lista wspólników. – Czasami tych dokumentów może być więcej, ale nie zawsze rejestrujący spółkę wie, że musi coś jeszcze dołączyć. Pewnym ułatwieniem jest zakładanie spółki z o.o. przez portal S24. Ten system jest tak skonstruowany, że jeżeli nie wypełnimy obowiązkowego pola lub nie dodamy wymaganego załącznika, to nie będzie można przejść do następnego etapu wypełniania formularza – podpowiada ekspert inFakt.
  • Złożenie wniosku do niewłaściwego Sądu Rejestrowego – właściwy Sąd Rejestrowy to ten, który obejmuje zasięgiem działania adres, pod którym znajduje się siedziba spółki. Bywają sytuacje, kiedy wspólnicy błędnie składają wnioski – np. do sądu wybranego ze względu na adres ich zameldowania.

Dlaczego spółka się opłaca?

Jak wskazuje Piotr Ciszewski, największa zaleta wynikająca z założenia spółki z o.o. to ograniczona odpowiedzialność wspólników – tylko do wysokości wniesionych wkładów. Natomiast osoba fizyczna prowadząca własną działalność gospodarczą odpowiada swoim całym majątkiem, także prywatnym. Warto również dodać, że przedsiębiorcy, którzy nie chcą mieć powiązania między wcześniejszą jdg a nową spółką, często decydują się na zamknięcie jednoosobowej działalności i założenie nowej spółki.

Budimex oddaje do użytkowania Centrum Komunikacyjne w Kielcach

– Powierzchnia użytkowa dworca wynosi 3 577,81 mkw. 

– Obiekt został gruntownie zmodernizowany i dostosowany do najwyższych standardów obsługi podróżnych.

– Wartość inwestycji realizowanej przez Budimex to blisko 69 mln zł brutto.

27 sierpnia 2020 roku, po upływie 24 miesięcy od podpisania umowy, odbyło się oficjalne zakończenie budowy i przekazanie do użytkowania Centrum Komunikacyjnego w Kielcach. Inwestorem modernizacji i przebudowy charakterystycznego dworca autobusowego przy ulicy Czarnowskiej 12 jest Zarząd Transportu Miejskiego.

Budimex zakończył prace przy budowie Centrum Komunikacyjnego w Kielcach.

Nowoczesny i funkcjonalny węzeł transportowy obsłuży przewoźników komunikacji miejskiej, busów, autobusów dalekobieżnych i międzynarodowych. Obiekt posłuży również jako centrum spotkań i wydarzeń kulturalno-rozrywkowych.

„Cieszymy się, że zrealizowaliśmy kolejną ważną inwestycję infrastrukturalną, która przyczyni się do zwiększenia komfortu podróżujących. Jak zawsze zadbaliśmy o wysoką jakość projektu oraz wykonaliśmy go z dbałością o każdy detal – mówi Dariusz Blocher, prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimexu. – Sam obiekt stał się unikalny na skalę światową. Warto w tym miejscu podkreślić, że dworzec zachował swój oryginalny i niepowtarzalny charakter” – tłumaczy Barbara Damian, dyrektor ZTM Kielce.

Historyczny dworzec

Zachowanie oryginalnego wyglądu dworca było głównym zadaniem generalnego wykonawcy, który był odpowiedzialny za odnowienie gmachu, zachowując przy tym jego charakterystyczny kształt spodka. Budimex zadbał o detale historyczne – napis „dworzec” oraz kilka elementów świetlików dachowych zostało odwzorowanych i umieszczonych w ich pierwotnym miejscu. Oryginalne elementy przekazano do Muzeum „Polska na Kołach” w Busku Zdroju.

W ramach projektu zrealizowano także wyburzenia, przebudowę systemu informacji dla pasażera i przebudowę istniejących peronów. „W całym obiekcie zostało ułożonych ponad 105 km kabli i przewodów oraz około 2700 sztuk opraw oświetleniowych, które posiadają sterowanie zależne od potrzeb obsługi pasażera, pory dnia czy natężenia ruchu pasażerskiego – mówi Grzegorz Tomporowski, kierownik budowy CK w Kielcach. – Jednym z najnowocześniejszych rozwiązań są wbudowane w elewacje przyciemniające szyby elektrochromowe, każda o powierzchni około 9 mkw. Sprowadzono je specjalnie ze Stanów Zjednoczonych, a ich oprogramowanie pochodzi od szwajcarskiej firmy technologicznej” – dodaje Grzegorz Tomporowski.

Przy budowie Centrum każdego dnia pracowało średnio ponad 100 osób, a do realizacji inwestycji zaangażowano ponad 180 podwykonawców. Przez ostatnie miesiące były wykonywane prace wykończeniowe – zamontowano elementy dekoracyjne na zadaszeniach wszystkich poziomów dworca autobusowego, podłogi oraz obiekty małej architektury wewnątrz dworca i na placu przed budynkiem. Powierzchnia użytkowa obiektu wynosi 3 577 mkw.

„W gmachu nowego dworca zostały wyeliminowane bariery i utworzone przestrzenie przyjazne osobom z niepełnosprawnościami. Obiekt wyposażono m.in. w podjazdy dla wózków, windy, prezentację informacji pasażerskiej za pomocą przekazu graficznego, dźwiękowego oraz dotykowego. Wszystkie te udogodnienia mają za zadanie pobudzić mobilność osób z niepełnosprawnościami i osób z ograniczoną zdolnością ruchową, w takim stopniu, aby chciały one korzystać z infrastruktury komunikacyjnej w takim samym stopniu jak to robią osoby w pełni sprawne” – tłumaczy Barbara Damian, dyrektor ZTM Kielce.

Wirtualna rzeczywistość

Na terenie Centrum Komunikacyjnego powstała również multimedialna biblioteka – tzw. STREFA VR, która została wyposażona w 9 stanowisk z odpowiednio skonfigurowanymi urządzeniami m.in. konsolami do gier. Z atrakcji mogą skorzystać wszyscy pasażerowie dworca. Oprócz tego podróżujący mogą skorzystać z Mediateki, która jest filią Miejskiej Biblioteki Publicznej w Kielcach. Multimedialna biblioteka to najnowocześniejsza tego typu placówka w regionie. Centrum Komunikacyjne to kluczowa inwestycja dla miasta, która w znacznej mierze przyczyni się do usprawnienia i upłynnienia ruchu pasażerskiego.

Zdalnie i stacjonarnie. Czy hybrydowy model pracy to rozwiązanie na czas pandemii?

Wielu pracodawców z uwagą śledzi informacje o tym, jak będzie wyglądać powrót dzieci do szkół. Już wiosną okazało się, że model nauczania dzieci ma istotny wpływ na to, jak pracujemy. O ile wiosną firmy musiały zareagować od razu, o tyle teraz mogą się przygotować na nową rzeczywistość. I coraz bardziej przychylnym okiem patrzą na pracę w modelu hybrydowym.

Hybrydowy model pracy to – mówiąc ogólnie – połączenie pracy zdalnej i stacjonarnej, w różnych konfiguracjach. Choć obecnie zyskuje popularność na fali epidemii koronawirusa, nie jest rozwiązaniem nowym. Przeciwnie, duże, nowoczesne firmy nastawione na budowanie wellbeing pracowników, wykorzystują go od dawna.

Na początku pandemii wiele przedsiębiorstw, w trosce o bezpieczeństwo pracowników, zdecydowanie przeszło na pracę zdalną. Jednak już dziś widać, że taki model nie zawsze się sprawdza, bo np. nie każdy pracownik ma w domu warunki do tego, aby w skupieniu wykonywać powierzone zadania. Może to wynikać z obecności innych domowników, np. dzieci, które uczęszczają na zajęcia online. A może też być związane po prostu z nieumiejętnością pracy w domu, gdzie zawsze jest coś do zrobienia. W tej sytuacji rozwiązaniem jest model hybrydowy, pozwalający na dostosowanie sposobu pracy do potrzeb, możliwości i oczekiwań poszczególnych pracowników.

Najpopularniejsze odmiany hybrydowego modelu pracy to:

  • podział na stałe sekcje: zespoły pracujące tylko stacjonarnie i tylko zdalnie,
  • wersja rotacyjna: zespół zostaje podzielony na grupy pracujące zdalnie i stacjonarnie – co jakiś czas grupy te się wymieniają,
  • indywidualny wybór: w tej opcji pracownicy zazwyczaj pracują zdalnie, jednak biuro przez cały czas jest do ich dyspozycji.

Wybór konkretnej odmiany uzależniony jest od wielu czynników, m.in. specyfiki pracy, branży, kultury organizacyjnej, rodzaju sprzętu niezbędnego do poprawnego wykonywania pracy oraz jego dostępności, itp. Wymaga też przemodelowania myślenia o funkcji, jaką ma pełnić biuro.

„W modelu hybrydowym biuro nie jest już tylko miejscem pracy, w większym stopniu pełni funkcję integracyjną. Bo nie jest istotne miejsce, ale cel pracy. I właśnie podejście do celów i delegowania zadań to największe wyzwanie, jakie zarówno w modelu hybrydowym, jak i pracy zdalnej – muszą podjąć pracodawcy oraz pracownicy” – wyjaśnia Paweł Wysocki, Prezes Zarządu firmy Quercus Sp. z o.o., która zajmuje się wdrażaniem rozwiązań SAP w obszarze HR. „W przypadku pracy zdalnej sprawdza się zadaniowy system pracy z czytelnym delegowaniem zadań do realizacji w określonym czasie. Niezbędne jest też zaufanie, ale i możliwość kontrolowania postępów i statusów dostępności poszczególnych pracowników”.

Ekspert Quercus zauważa, że od czasu wybuchu epidemii koronawirusa nastąpił skokowy rozwój narzędzi umożliwiających pracę zdalną, jak np. Teams. Wciąż pojawiają się nowe rozwiązania i aplikacje, opracowywane w oparciu o potrzeby, które zostały zidentyfikowane w czasie pracy zdalnej lub hybrydowej. Te potrzeby nie dotyczą takich kwestii, jak: dostęp do sprzętu czy Internetu, ustawienie grafików pracy zdalnej i stacjonarnej. Dotyczą przede wszystkim komunikacji i integracji. Dlatego narzędzia do pracy zdalnej posiadają opcje pokoi integracyjnych, czatów, komunikatorów, które mają zastąpić korytarzowe pogawędki (będące przecież najlepszym źródłem informacji w firmie).

„Trzeba pamiętać, że firmę tworzą ludzie, którzy podczas spotkań wymieniają poglądy i wiedzę. To buduje relacje i firmę. Z tego powodu jako zagrożenie – związane z modelem hybrydowym czy samą pracą zdalną – wymienia się możliwość rozluźnienia więzi w zespole. Tu z pomocą przychodzą nowoczesne narzędzia, jak platformy komunikacyjne i platformy do zarządzania projektami. Umożliwiają one nie tylko porozumiewanie się w czasie rzeczywistym, ale i pracę wspólną czy współdzielenie kalendarzy. Te rozwiązania wspierają zaś zespołowe podejście do powierzonych zadań. W umacnianiu więzi zespołowych sprawdzają się także stałe spotkania online, niekoniecznie związane z pracą” – podkreśla Prezes Zarządu Quercus Sp. z o.o.

Podejście do pracy w układzie hybrydowym w trudnych czasach pandemii to rozwiązanie, które wspiera zdrowie pracowników. Dzięki temu ograniczamy ryzyko zarażenia się np. w czasie dojazdu do pracy komunikacją publiczną, a także możliwość ewentualnego rozprzestrzeniania się wirusa wśród członków zespołu (co może wiązać się z koniecznością czasowego zamknięcia firmy z uwagi na kwarantannę).

Rozwiązanie to ma też inne, korzystne aspekty: oszczędność czasu (praca bez dojazdów) i kosztów eksploatacji biura, lepsze wykorzystanie czasu pracy (pracownicy pracujący zgodnie z preferencjami zazwyczaj są wydajniejsi), możliwość zatrudnienia większej liczby pracowników (brak ograniczeń powierzchniowych), lepsze wykorzystanie potencjału talentów (przywiązanie ich do firmy dzięki zapewnieniu preferowanych warunków pracy).

Wszystko to jednak będzie możliwe tylko pod warunkiem, że – jako pracodawcy – zrozumiemy, że praca w modelu hybrydowym daje pracownikom nie tylko wolność i satysfakcję, przynosi też wyzwania komunikacyjne i zagrożenia związane z poczuciem izolacji. I nad tymi ostatnimi aspektami musimy się pochylić.

Praca w modelu mieszanym – dobre praktyki

  1. Spotykajcie się online: warto w stałych terminach organizować wideokonferencje, aby uniknąć poczucia izolacji, zwłaszcza u pracowników stale pracujących zdalnie. Uwaga! W przypadku modelu hybrydowego także pracownicy pracujący stacjonarnie powinni w konferencji uczestniczyć zdalnie, aby wyrównać szanse udziału w dyskusji.
  2. Nie ograniczaj możliwości korzystania z komunikatorów – wspieraj nawiązywanie mniej formalnych relacji i integrację rozproszonego zespołu.
  3. Organizuj wspólne „wyjścia online”, np. spotkanie na pogaduchy przy kawie, wspólne jedzenie pizzy, itp.
  4. Wprowadź przejrzyste zasady komunikacji: pamiętaj, że w przypadku komunikacji niewerbalnej łatwo o nadinterpretacje i nieporozumienia, staraj się przekazywać proste, czytelne komunikaty. Reaguj na informacje zwrotne. Stwórz przestrzeń do dyskusji – zarówno grupowej, np. podczas codziennych odpraw, jak i indywidualnie.
  5. Jeśli to możliwe – organizuj spotkania offline, dbaj o integrację zespołu i poczucie wspólnoty.

Bez zbędnej zwłoki – sytuacja na rynku walutowym

Prezes Powell zaskoczył rynek przedstawiając podsumowanie z rewizji strategii Fed dużo wcześniej niż się spodziewano. Kierunek, w jakim zmierzać będzie polityka monetarna, jest zgodny z oczekiwaniami, co osłabiło końcowy efekt dla dolara, choć strategia potwierdza, że stopy procentowe pozostaną nisko na długo.

Nowe założenia polityki przewidują dążenie do uśrednienia inflacji na 2 proc. w horyzoncie czasowym, tym samym pozwalając na przejściowe „przestrzelenie” celu, by skompensować okresy niskiej inflacji. Ponadto Fed nie będzie już decydował się na podnoszenie stóp procentowych, kiedy stopa bezrobocia spadnie poniżej długoterminowego poziomu równowagi, a raczej Fed skupi się na działaniu ku wzroście zatrudnienia we wszystkich grupach demograficznych. Zdaniem Powella może to być osiągnięte tylko przy współpracy z rządem i wprowadzeniu dodatkowej stymulacji fiskalnej.

Dolar wstępnie zareagował silny osłabieniem, które jednak szybko zostało odwrócony. Powell osiągnął element zaskoczenia, który wyparował, kiedy rynek rozczarował się brakiem liczbowego określenia formuły ile i na jak długo Fed będzie dopuszczał do przestrzelenia celu inflacyjnego. Innymi słowy, czy po roku pozostawania inflacji poniżej 2 proc. Fed poczeka pełny rok z inflacją powyżej celu, zanim zacznie podnosić stopy procentowe? Asymetryczne odniesienie do zatrudnienia sugeruje utrzymanie gołębiej polityki dużo dłużej, ale położenie nacisku na ingerencję Kongresu i administracji Białego Domu implikuje zwiększone zadłużenie państwa. Tolerancja wyższej inflacji i wzrost emisji obligacji doprowadziły do wzrostu rentowności obligacji długoterminowych (+10 pb na dziesięciolatkach) pomimo gołębiego wydźwięku przemówienia Powella i zachwiały wzmocnioną w ostatnim czasie korelacją między rentownościami i siłą dolara. To zła wiadomość dla USD/JPY i potencjalny balast dla rynku akcji.

Jednak w ogólnym ujęciu Fed pozostaje gołębi i to bardziej niż był dotychczas. Zakomunikowane wczoraj zmiany w strategii pozostawiają szerokie pole do interpretacji i kształtowania przyszłej ścieżki polityki. Fed celowo pozostawił sobie elastyczność, którą jednak rynek nie do końca wie, jak zdyskontować. Wczorajsze cofnięcie po wstępne przecenie USD sugeruje asekuracyjną sprzedaż faktów (szczególnie że zamieszanie potęgował skok rentowności długu). Rynek pozostanie jednak wysoce wrażliwy na kolejne sygnały z Fed, w tym oficjalny forward guidance na wrześniowym posiedzeniu FOMC. Fed w żadnym razie nie przeszkadza w dominującym rajdzie ryzykownych aktywów, co z resztą widać dziś rano w odbudowie wzrostów AUD i GBP.

Jakby sytuacja japońskiego jena była za mało skomplikowana (słaby USD = mocny JPY, ale wzrost rentowności jest pozytywny dla USD/JPY), dziś rano raporty donoszą o rezygnacji premiera Japonii Shinzo Abe z powodów zdrowotnych. Perspektywa zakończenia Abenomiki, która od 2012 nieskutecznie stara się pobudzić ożywienie gospodarcze poprzez połączone siły ekspansji fiskalnej i monetarnej, przełożyła się na umocnienie JPY. Mam jednak wątpliwości co do słuszności tego ruchu. Następca Abe wciąż będzie członkiem jego własnej partii, zatem ewentualne zmiany w polityce gospodarczej nie będą znaczne. Jest też mało prawdopodobne, aby zmiana premiera wpłynęła na porzucenie kursu przez Bank Japonii, który dalej walczy o oddalenie widma deflacji. Oczekujemy, że JPY powinien być silniejszy w dłuższym horyzoncie, ale nie z powodu zmian na stanowisku premiera Japonii. W międzyczasie presja z rynku długu USA może równoważyć spekulacje o zmianie polityki gospodarczej Japonii.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Płatność przy użyciu jednego spojrzenia – transakcje przyszłości bez zbędnych atrybutów

W jaki sposób działa PayEye?

PayEye, jako pierwsza firma na świecie, komercyjnie wprowadziła autorskie rozwiązanie płatnicze payeye, a dokładniej cały ekosystem płatniczy payeye, który działa w oparciu o rozpoznawanie tęczówki oka człowieka. Z payeye można korzystać od 24 czerwca 2020 roku pilotażowo w Polsce, we Wrocławiu – w mieście, w którym ma swoją siedzibę i w którym powstała idea payeye. Myśląc o projekcie sięgnęliśmy do swoich marzeń o bezpiecznym i wolnym świecie, w którym każdy może zrealizować transakcję bez zbędnych atrybutów, by w pełni móc cieszyć się z życia. Myśleliśmy o świecie, w którym technologia działa w kooperacji z naturą. Od marzeń przeszliśmy do weryfikacji, poszukiwań, badań, analiz. Po dwóch latach pracy firma PayEye zbudowała kompletny, niezależny i bezpieczny system płatniczy, na który składają się m.in urządzenia płatnicze służące do akceptacji transakcji w punktach handlowo-usługowych oraz portfel elektroniczny dla Użytkowników, a także algorytmy przetwarzające tęczówkę na wzorzec biometryczny (payeye kod). Dzięki czemu firma PayEye może samodzielnie obsługiwać procesy identyfikacji Użytkowników i rozliczać transakcje. Sieć współpracujących z PayEye Partnerów budujemy samodzielnie, ale uprzedzając pytanie – tak, prowadzimy rozmowy z firmami dystrybuującymi terminale płatnicze na polskim rynku i bierzemy pod uwagę ich wsparcie w procesie dystrybucji. Oferowana klientom indywidualnym usługa payeye gwarantuje bezpłatne konto payeye oraz usługę płatniczą potwierdzania transakcji jednym spojrzeniem. W odróżnieniu od innych sposobów potwierdzania transakcji w przypadku rozwiązania payeye nie trzeba pamiętać o wzięciu ze sobą karty, naładowanego telefonu czy gotówki, wystarczy nasza fizyczna obecność i możliwość spojrzenia na specjalnie Urządzenie Płatnicze PayEye, które znajduje się w punktach sieci partnerskiej Spółki. Jak wygląda proces zakładania konta i rozpoczęcia płatności biometrią? Bardzo analogicznie do uruchamiania i korzystania z dowolnego konta w banku. Konto payeye można założyć szybko i wygodnie online. W związku z tym, że firma PayEye jest małą instytucją płatniczą i podlega nadzorowi KNF, to konieczne będzie zweryfikowanie tożsamości użytkownika na podstawie dokumentu – dowodu osobistego lub paszportu oraz zdjęcia “selfie”. Aktywacja konta Użytkownika nastąpi po dokonaniu tradycyjnego przelewu na dowolną kwotę. Kolejne zasilenia będą mogły być realizowane również za pośrednictwem Systemu Płatności Online Dotpay. Po zakończeniu rejestracji Użytkownik – u dowolnego Partnera PayEye – tworzy indywidualny payeye kod (wzorzec na bazie tęczówki oka). Po tych trzech prostych krokach można korzystać z płatności payeye.

Jak stworzyć biometryczny wzorzec?

Wzorzec biometryczny, to wzorzec naszej tęczówki oka, który jest gwarantem bezpiecznego potwierdzania transakcji oraz umożliwia wykorzystanie pełnię możliwości systemu płatniczego payeye. Zatem, wzorcem biometrycznym jest payeye kod wytworzony na bazie naszej tęczówki oka. Jak się go tworzy? Po założeniu konta, szybko i bezdotykowo na Urządzeniu Płatniczym PayEye w dowolnym miejscu, w którym oferowana jest usługa payeye. [pełna lista znajduje się na stronie internetowej www.payeye.com]. By nastąpiła identyfikacja użytkownika i potwierdzenie transakcji niezbędne jest porównanie payeye kodu ze wzorcem podstawowym (oczami osoby żyjącej – Użytkownika). To oznacza, że każdy Użytkownik systemu PayEye może spać spokojnie, bo nikt poza nim nie jest w stanie potwierdzić płatności realizowanej z jego konta payeye.

Czy korzystanie z usługi wiąże się ze skutkami ubocznymi, np. z zagrożeniem dla wzroku?

Wszelkie badania wskazują, że tęczówka jest najbezpieczniejszą biometryczną metodą identyfikacji użytkownika. Nasz autorski system płatności oparty jest na unikalnym wzorcu tęczówki oka ludzkiego, która dzięki swoim cechom osobowym zwiększa bezpieczeństwo transakcji, a na tym, jako twórcom ekosytemu PayEye, zależy nam najbardziej. Z uwagi na rodzaj kamer oraz ustawienia, które są zastosowane w naszych Urządzeniach Płatniczych PayEye, użytkownicy mogą być spokojni zarówno o swoje finanse, jak i zdrowie. Nasze urządzenia płatnicze posiadają certyfikat bezpieczeństwa i są wyposażone w specjalne kamery na podczerwień i gdy są stosowane zgodnie z przeznaczeniem – do potwierdzania płatności – są jak najbardziej bezpieczne dla użytkowników. Nasze kamery zdefiniowane są na odczyt tęczówek oczu z odległości około 25 cm. Nasza technologia przekształca obraz tęczówki na payeye kod (unikalny kod na bazie obrazu tęczówki oka) i w takiej formie przechowywany jest w bazie o najwyższym poziomie zabezpieczeń. Uprzedzając kolejne pytanie: Nie przechowujemy zdjęć tęczówek, a tylko stworzony na bazie obrazu tęczówki unikalny kod tzw. payeye kod. Naszym celem jest proponować nowe rozwiązanie, alternatywny sposób płacenia oparty o najlepsze zabezpieczenie – tęczówkę oka. Dajemy użytkownikom wybór, jednocześnie mając świadomość, że część konsumentów nie od razu zdecyduje się skorzystać z płatności payeye.

 Czy to rozwiązanie jest niezawodne?

Każde rozwiązanie stworzone przez człowieka podlega niejednokrotnym próbom i testom zanim zostanie udostępnione klientom. Codziennie dbamy o najwyższy poziom bezpieczeństwa danych naszych Klientów i w tym celu stosujemy wszelkie najnowocześniejsze rozwiązania oraz najlepsze praktyki w zakresie bezpieczeństwa, zarządzania dostępem, rejestrowaniem i monitorowaniem oraz szyfrowaniem danych.

Co w przypadku, gdy ktoś używa szkieł kontaktowych? Czy usługa będzie działać w taki sam sposób?

Zalecamy generowanie wzorca (payeye kodu) bez okularów, by był jak najbardziej precyzyjny. Płatności natomiast mogą być potwierdzane zarówno w soczewkach, jak i w okularach korekcyjnych Wpisujemy się w konieczność realizacji wymagań dyrektywy PSD2 i zupełnym przypadkiem odpowiadamy także na nową potrzebę rynku – możliwość realizowania płatności z zakrytymi nosem i ustami. Jakie są zalety technologii opartej o skan tęczówki, względem innych rozwiązań? Przede wszystkim najwyższe bezpieczeństwo i nieodkryta dotychczas wygoda. Zaczynając od wygody, cóż oczy mamy zawsze przy sobie. Nie musimy się martwić rozładowanym telefonem, brakiem karty czy zajętymi rękami. W każdej z wymienionych sytuacji płatność payeye może być potwierdzona… jednym spojrzeniem. Wszelkie badania wskazują, że tęczówka jest najbezpieczniejszą biometryczną metodą identyfikacji użytkownika. Nasz autorski system płatności oparty jest na unikalnym wzorcu tęczówki oka ludzkiego, która dzięki swoim cechom osobowym zwiększa bezpieczeństwo transakcji a na tym – jako twórcom ekosytemu PayEye – zależy nam najbardziej. Poza tym, my nie przechowujemy zdjęć tęczówek, a tylko stworzony na bazie obrazu tęczówki unikalny kod tzw. payeye kod.

Jak wyglądają zabezpieczenia konta?

Jako pionierzy czujemy odpowiedzialność za tworzenie czegoś nowego – kompletnego systemu płatniczego. Działamy w sferze finansów, płatności, dlatego też nie tylko czujemy ogromną odpowiedzialność, ale wdrażając system PayEye korzystamy z naszej siły napędowej – jaką jest wizja oraz z dobrodziejstw nauki, techniki oraz doświadczeń naszego Zespołu. Naszą ideę usługi i produktu, które zwiększają komfort życia i podwyższają bezpieczeństwo płatności staramy się wdrażać w sposób metodyczny i najlepszy dla Użytkowników i Partnerów. Wszelkie badania wskazują, że tęczówka jest najbezpieczniejszą biometryczną metodą identyfikacji użytkownika. Nasz autorski system płatności oparty jest na unikalnym wzorcu tęczówki oka ludzkiego, która dzięki swoim cechom osobowym zwiększa bezpieczeństwo transakcji, a na tym – jako twórcom ekosytemu PayEye – zależy nam najbardziej. Poza tym, my nie przechowujemy zdjęć tęczówek, a tylko stworzony na bazie obrazu tęczówki unikalny kod tzw. payeye kod. Dodatkowo dostęp do konta wymaga przy logowaniu podwójnego uwierzytelniania, czyli podania zarówno hasła jak i kodu sms, który przychodzi na nasz numer telefonu podany w procesie rejestracji.

Czy macie plany rozszerzenia usługi o kolejne możliwości? Np. wykorzystywanie w płatnościach internetowych?

Nasz ekosystem płatniczy jest kompletny i niezależny. Może być rozwinięty o moduły współpracy zarówno z bankami, dystrybutorami terminali płatniczych, jak i bankomatami a także wykorzystany przy płatnościach e-commerce. Prowadzimy rozmowy w tym zakresie, ale to nie jest moment na informowanie o szczegółach.

Czy klienci chętnie korzystają innowacyjnej możliwości?

Konsumenci są zaciekawieni a ich liczba codziennie wzrasta. Osoby, które brały udział w zorganizowanych przez nas badaniach konsumenckich w drugiej połowie 2019 roku, cały czas trzymały za nas kciuki a dzisiaj… już są naszymi klientami. Klienci, którzy spróbowali usługi payeye są zadowoleni i chętnie z niej korzystają. Dzielą się z nami swoimi doświadczeniami podkreślając wygodę, swobodę oraz lekkość rozwiązania. Od czerwca do dzisiaj – końca sierpnia – liczba punktów wzrosła od 1 do aż do prawie 60 w stolicy Dolnego Śląska. [aktualna mapa znajduje się na www.payeye.com].

Jakie plany rozwoju ma spółka w krótko- i długoterminowej perspektywie?

Przez pierwsze kilka miesięcy zamierzamy kontynuować pilotaż we Wrocławiu na większej skali Partnerów i konsumentów. Dopiero później planujemy pojawić się w kolejnych miastach w Polsce. Ponadto na badania i rozwój naszego systemu otrzymaliśmy dofinansowanie z Unii Europejskiej, więc plan działań mamy szczegółowo rozpisany w harmonogramie przedstawionym do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR). Prace już trwają. Czeka nas mnóstwo ciekawych działań, wdrożeń oraz wyzwań, czyli z pewnością na nudę nie będziemy narzekać. Pierwszy sukces za nami – udostępniliśmy produkt w naszym rodzinnym mieście, niedługo przyjdzie czas na kolejne miasta w Polsce, zapewne zaczniemy od Warszawy a kolejny krok milowy to możliwość udostępniania payeye w każdym kraju Europy.

Lewiatan proponuje ograniczenie lub zawieszenie podatku bankowego

• Przynajmniej ograniczenie podatku bankowego lub zawieszenie elementów szczególnie utrudniających sytuację klientów, firm i banków w kryzysie COVID-19 – proponuje Konfederacja Lewiatan.
• Podatek od niektórych instytucji finansowych, czyli tzw. ,,podatek bankowy”, pogarsza sytuację przedsiębiorstw, zwiększa ryzyko makroekonomiczne, zmniejsza korzyści klientów banków i obniża konkurencyjność banków.

– Podatek przede wszystkim obciąża akcję kredytową skierowaną do przedsiębiorstw ze względu na sposób jego obliczania i fakt, że podstawą opodatkowania są aktywa składające się m.in. z kredytów. Zwiększa ryzyko makroekonomiczne, bo wywiera ujemny wpływ na rynek międzybankowy (zwiększa walor krótkoterminowości rynku) i pozyskiwanie kapitału zewnętrznego (inwestycje) – mówi mec. Adrian Zwoliński, ekspert Konfederacji Lewiatan.

– Podatek zmniejsza korzyści klientów banków, skutkuje bowiem wzrostem cen lub niższą opłacalnością usług bankowych. Obniża również konkurencyjność polskiego sektora bankowego wobec banków zagranicznych (m.in. spadek atrakcyjności dla inwestorów) oraz demobilizuje ekspansję inwestycyjną w obszarze fuzji i przejęć. Zwłaszcza dzisiaj, w dobie kryzysu wywołanego pandemią COVID-19, ujemnego szoku i podażowego i popytowego, zagrożenia bezrobociem i niepewną sytuacją dla wielu przedsiębiorstw, podatek bankowy wymaga przemyślenia i ograniczeń. Dalszy kryzys wywołany pandemią COVID-19, jak i ekonomiczne wyzwania, które będą towarzyszyły wychodzeniu z kryzysu, stanowią dziś w dużej mierze znak zapytania, stąd trzeba redukować mechanizmy tworzące systemowe ryzyko. Takim jest podatek bankowy – dodaje Adrian Zwoliński.

Dodatkowo, konstrukcja podatku zwiększa negatywne skutki: poszczególne elementy podatku jak jego wysokość (znaczna na tle innych państw UE) i kształt (m.in. podstawa opodatkowania, brak KUP, w przypadku podmiotów typu instytucje pożyczkowe powstaje podwójne opodatkowanie) wzmacniają jego negatywne skutki.

Konfederacja Lewiatan

Estoński CIT to dobre rozwiązanie. Powinien objąć jak największą liczbę przedsiębiorstw

• Resort finansów zapowiada wprowadzenie od 1 stycznia 2021 roku tzw. estońskiego CIT.
• Konfederacja Lewiatan uważa, że może on się stać realną zachętą do podejmowania przez firmy nowych inwestycji w środki trwałe. Prace nad podatkiem powinny być kontynuowane, aby doprecyzować niektóre szczegółowe rozwiązania.

– Wyrażamy uznanie dla inicjatywy Ministerstwa Finansów wprowadzenia w Polsce alternatywnego systemu opodatkowania w podatku dochodowym od osób prawnych, który pozwoli przedsiębiorcom nie płacić podatku CIT tak długo, jak długo wypracowany zysk będzie pozostawał w firmie oraz możliwości wcześniejszego zaliczania do kosztów uzyskania przychodów planowanych wydatków inwestycyjnych – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Te rozwiązania będą realną zachętą do podejmowania nowych inwestycji w środki trwałe, przełożą się na poprawę płynności finansowej firm oraz zmniejszenie obowiązków administracyjnych związanych ze składaniem zeznań podatkowych.

Prace nad tą regulacją powinny być kontynuowane, a nowe rozwiązania zacząć obowiązywać z początkiem 2021 r.

– Są pewne szczegóły projektu, o które warto postulować, m.in dotyczące liberalizacji określonych warunków progowych uprawniających do preferencyjnego rozliczenia (m.in. zwiększenie limitu przychodu – obecnie 50 mln zł, zmniejszenie warunku zatrudniania przez firmę co najmniej trzech pracowników, umożliwienie stosowania rozwiązania spółkom, których właścicielami są inne osoby prawne). W naszej ocenie proponowane rozwiązania powinny być dostępne dla możliwie największej liczby przedsiębiorców – dodaje Przemysław Pruszyński.

Konfederacja Lewiatan

Akcje krakowskiego producenta gier zyskały na otwarciu ponad 300%

0

Starward Industries, krakowski producent gier z segmentu AA+, zadebiutował jako 7. spółka na rynku NewConnect w 2020 r. oraz jako 31. spółka z branży gier w historii polskiego rynku kapitałowego. Akcje debiutanta zyskały uznanie inwestorów. Na otwarciu wyceniono je na 168 zł – blisko 310% wyżej od ceny odniesienia, którą była cena akcji w pre – IPO (41 zł), pierwsze transakcje odbyły się 6 dni po debiucie.

Starward Industries to 31 notowana na NewConnect spółka z branży gier wideo, a także 7 spółka debiutująca na nim w tym roku. – Mamy nadzieję, że akcje Starward Industries będą atrakcyjną inwestycją zarówno dla tych inwestorów, których mamy już na pokładzie oraz tych, którzy kupią nasza akcje na dzisiejszej i kolejnych sesjach. – komentuje Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.

Doświadczony krakowski zespół kontynuuje działania związane z produkcją na bazie twórczości Stanisława Lema. Premiera gry tworzonej na silniku Unreal Engine zaplanowana jest do końca 2021, czyli w roku, w którym przypada setna rocznica urodzin słynnego pisarza science-fiction. Produkcja pojawi się na komputery osobiste oraz konsole. Jest to pierwsza gradaptacja prozy krakowskiego pisarza.

– Twórczość Lema od dziesięcioleci inspiruje kolejne pokolenia artystów oraz innych twórców, w tym nasz zespół. Idee pisarza są fenomenalnym lepiszczem spajającym ambicje i talenty wszystkich zaangażowanych w proces twórczy. Sama świadomość, że realizujemy adaptację utworu Lema, który w wielu kręgach jest postrzegany jako ikona gatunku science-fiction, dodatkowo nas motywuje. Konsekwentnie realizujemy kolejne etapy produkcji gry – w poprzednim miesiącu zakończyliśmy realizację siódmego kamienia milowego. Już niedługo rozpoczniemy bardziej otwarte działania marketingowe, promujące naszą grę. – dodaje prezes.

Gra będzie oferowała rozgrywkę z perspektywy pierwszej osoby (FPP), utrzymaną w klimacie Atompunk i okraszoną wysokiej jakości grafiką. Może to nasuwać estetyczne skojarzenia m.in. z serią Fallout, która osiągnęła międzynarodowy rozgłos.

Rada Przedsiębiorczości apeluje o zamrożenie płacy minimalnej

Zwiększenie bezrobocia, szarej strefy i inflacji – taki może być efekt podniesienia płacy minimalnej w Polsce do poziomu rekordowego w Unii Europejskiej w okresie największego kryzysu od kilkudziesięciu lat. Rada Przedsiębiorczości apeluje o zamrożenie płacy minimalnej i reformę algorytmu jej ustalania.

Płaca minimalna jest w Polsce bardzo ważną instytucją, która ma pełnić zarówno funkcję społeczną, jak i ekonomiczną. Obie te funkcje są równie istotne. Tymczasem, obecny projekt podwyższenia minimalnego wynagrodzenia, wprowadzany w czasach poważnego spowolnienia gospodarki, wydaje się zupełnie pomijać przesłanki ekonomiczne i negatywne konsekwencje dla rynku pracy. Przy tak dużej niepewności, ryzyku drugiej fali epidemii, bardzo trudnej sytuacji firm, w szczególności mikro i małych przedsiębiorstw, apelujemy o odpowiedzialność i roztropność przy decyzjach o poziomie płacy minimalnej. Zasady ustalania płacy minimalnej zawarto w Art. 65 Konstytucji RP. W tym samym artykule zapisano też, że „władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia ….”. Z kolei Konwencja 131 Międzynarodowej Organizacji Pracy z 1970 r. wyraźnie wskazuje w Art. 3, że przy określaniu poziomu płacy minimalnej powinno się brać pod uwagę zarówno potrzeby pracowników i ich rodzin (przy uwzględnieniu ogólnego poziomu płac w kraju, kosztów utrzymania, świadczeń z tytułu ubezpieczeń społecznych i poziomu stopy życiowej innych grup społecznych), jak i czynniki natury gospodarczej (łącznie z wymaganiami rozwoju gospodarczego, poziomem wydajności pracy, dążeniem do osiągnięcia i utrzymania wysokiego poziomu zatrudnienia).

W 2020 r. Polska zanotuje głęboką recesję. Kryzys COVID-19 wymaga zweryfikowania wszystkich dotychczasowych prognoz i szczególnej uważności na konsekwencje ekonomiczne podejmowanych działań. Przy tym stanie gospodarki i rynku pracy, już wzrost płacy minimalnej do 2600 zł w 2020 r. okazuje się dla firm istotnym zobowiązaniem. Na początku 2020 r. inflacja w Polsce wzrosła prawie do 5 proc. r/r, a obecnie utrzymuje się na poziomie powyżej 3 proc. r/r. Jest to drugi najwyższy poziom inflacji w całej Unii Europejskiej. I jest to jeden z kosztów ekonomicznych podniesienia płacy minimalnej.

Płaca minimalna zaplanowana na rok 2021 miała według pierwotnych założeń wynieść niemal połowę średniej płacy. Biorąc pod uwagę obecne prognozy, przebije 51 proc., czyli z nadmiarem osiągniemy cel zapisany w ustawie o płacy minimalnej. Dalsze zwiększenie płacy minimalnej do 2800 zł spowoduje, że jej relacja do średniej płacy w naszym kraju przekroczy 53 proc. Co więcej, zbliży się do 60 proc. mediany wynagrodzeń i będzie to jeden z najwyższych poziomów w Unii Europejskiej.

Kryzys będzie trwał też w 2021 r., a PKB nie powróci do poziomu sprzed kryzysu. Według prognozy rządowej, PKB będzie nadal mniejszy o ok. 1 proc. w porównaniu z rokiem 2019, a według scenariusza ostrzegawczego OECD, po dwóch latach PKB będzie mniejszy nawet o ponad 7 proc. Na koniec 2021 r. stan zatrudnienia będzie mniejszy według rządu o ponad 330 tys. osób, a inwestycje będą mniejsze według NBP o ponad 15 proc. I w tym okresie, okresie największego kryzysu w historii polskiej gospodarki, płaca minimalna wzrośnie o prawie jedną czwartą. Jednocześnie, w tym samym czasie ogólne płace w gospodarce zwiększą się jedynie o ok. 7 proc. Jeżeli decyzja o podwyżce płacy minimalnej się zmaterializuje, będzie to ogromne, dodatkowe ryzyko dla naszej gospodarki, a w szczególności dla miejsc pracy. Tym bardziej, że według danych Ministerstwa Finansów ponad 63 proc. etatów w mikro firmach jest związana z płacą minimalną.

W ocenie skutków regulacji, nawet sam resort pracy stwierdza, że zbyt „gwałtowne – przede wszystkim niedostosowane do tempa wzrostu produktywności – podniesienie minimalnego wynagrodzenia za pracę, może niekorzystnie oddziaływać na gospodarkę przyczyniając się do powstania ryzyka wystąpienia inflacji, spadku zatrudnienia lub wzrostu bezrobocia, w szczególności wśród osób o niskich kwalifikacjach”.

Ponadto, rząd jako największy pracodawca w kraju zdecydował, że w warunkach kryzysu gospodarczego należy zamrozić wynagrodzenia w sferze budżetowej.

W regule wydatkowej, w związku z sytuacją kryzysową, rząd „dodał klauzulę” wyjścia związaną ze stanem epidemii, która pozwala swobodniej realizować politykę budżetową państwa i odstąpić na czas kryzysu od formuły limitu wydatków. Analogicznie potrzebna nam jest „klauzula wyjścia” dla płacy minimalnej. Teraz nie czas na algorytmy czy obietnice wyborcze. Najważniejsze jest wyjście z kryzysu, utrzymanie jak największej liczby miejsc pracy, niedopuszczenie do wzrostu inflacji i szarej strefy. Ryzyko, że negatywne konsekwencje wzrostu płacy minimalnej przewyższą efekty socjalne jest ogromne.

W roku 2021 płaca minimalna powinna zostać utrzymana na poziomie z roku 2020, tj. na poziomie 2600 zł. Konieczna jest też reforma algorytmu ustalania płacy minimalnej, aby na trwałe uwzględniał on sytuacje nadzwyczajne i kryzysowe. 

Grupa CDRL podsumowuje I półrocze 2020 r.

0

Grupa CDRL, właściciel marek Coccodrillo oraz Buslik, w pierwszym półroczu br. uzyskała 180,4 mln przychodów, które były niższe o 20 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Od początku roku spółka odnotowała stratę w wysokości 25,8 mln zł wobec zysku w kwocie 0,36 mln zł rok wcześniej. Bezpośredni wpływ na wyniki spółki miały wprowadzone ograniczenia w handlu oraz niepewne nastroje konsumentów spowodowane pandemią koronawirusa SARS-CoV-2.

Jednostkowo, w pierwszym półroczu spółka wykazała stratę w kwocie 8,8 mln zł wobec zysku w wysokości 8,1 mln rok wcześniej. Na poziomie działalności operacyjnej strata w Grupie wyniosła 5 134 tys. zł, w porównaniu do zysku w kwocie 2 388 tys. zł w analogicznym okresie poprzedniego roku. Różnica ta to realny koszt działań takich jak zawiązane odpisy oraz różnice kursowe.

Ostatnie miesiące były czasem trudnym dla gospodarki, a w szczególności dla branży handlowej. Okres zamknięcia naszych sklepów w galeriach handlowych był dla nas czasem podszytym niepewnością i wymagającym od nas wielu trudnych, a jednocześnie szybkich decyzji. W każdym przypadku kierowaliśmy się troską o bezpieczeństwo i zdrowie naszych pracowników oraz klientów. Pragniemy podkreślić także, że nie zmniejszyliśmy zatrudnienia z powodu pandemii – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL.

Sytuacja związana z rozprzestrzenianiem się koronawirusa dotknęła wszystkie spółki w Grupie –istotny wpływ na wyniki miał wzrost kosztów finansowych, a w tym przede wszystkim różnic kursowych w białoruskiej spółce zależnej spowodowany znaczącym spadkiem kursu rubla białoruskiego.

Na znaczeniu nieustannie zyskuje rynek e-commerce, a Grupa CDRL jest beneficjentem tego wzrostowego trendu. Pandemia spowodowała znaczącą zmianę nawyków zakupowych, czego dowodem są wzrosty sprzedaży w sklepie internetowym i znaczący wzrost rozpoznawalności marki Coccodrillo w Internecie. W styczniu spółka zakończyła prace związane z wdrożeniem nowego systemu klasy ERP oraz platformy pod sklep internetowy. Modernizacja ta, oraz posiadane zaplecze logistyczne sprawiły, że w czasie zamknięcia galerii handlowych, e-commerce stał się głównym kanałem sprzedaży na rynku polskim.

Choć sytuacja związana z pandemią wciąż jest niepewna, to z optymizmem patrzymy w przyszłość. Od ponownego otwarcia sklepów w galeriach handlowych sprzedaż w sklepach stacjonarnych systematycznie wzrasta. Trzymamy jednak rękę na pulsie i staramy się przygotować na wszystkie możliwe scenariusze – dodaje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.