Czy kierowca może być pracownikiem delegowanym? Ile może zarobić?

Delegowany czy nie? W Niemczech, Holandii, Belgii, Austrii, we Włoszech i Francji, a także w Norwegii i Finlandii nie ma to znaczenia. Tamtejsi urzędnicy za nic mają mobilny charakter pracy. Jeśli kierowca realizuje międzynarodowe przewozy drogowe, to ma zarabiać minimalne wynagrodzenie obowiązujące w danym kraju. Nawet jeśli spędza w innym państwie EU niż rodzime zaledwie kilka godzin. Bezpieczeństwo właściwego rozliczenia płacy minimalnej jest istotne w przypadku kontroli, gdyż na przykład ustawa MiLoG przewiduje aż do 500 tysięcy euro kary. Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) podpowiada, jak jej uniknąć.

Kim jest pracownik delegowany?

Dyrektywa 96/71/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 16 grudnia 1996 r. dotycząca delegowania pracowników w ramach świadczenia usług. To ten akt prawny określa pracownika delegowanego jako zatrudnionego, który przez ograniczony czas wykonuje swoją pracę na terytorium innego państwa członkowskiego, niż to, w którym zwyczajowo pracuje. Na podstawie przepisów unijnych każdy pracownik ma prawo otrzymywania od pracodawcy wynagrodzenia co najmniej
w wysokości płacy minimalnej państwa przyjmującego.

Czy kierowca może być pracownikiem delegowanym?

Do momentu wprowadzenia pakietu mobilności dyrektywa 96/71/WE ma zastosowanie także do kierowców. Mimo mobilnego charakteru pracy kierowcy, przedsiębiorca powinien zapewnić co najmniej minimalne stawki wynagrodzenia pracownikowi wykonującemu pracę w państwie przyjmującym. Pod płacę minimalną podlegają przewozy kabotażowe, natomiast wyjęte spod tych obowiązków są przejazdy tranzytowe. W przypadku przewozów międzynarodowych z załadunkiem lub rozładunkiem w innym kraju to, czy dany przewóz podlega pod obowiązek wypłaty płacy minimalnej państwa przyjmującego, określa ten kraj w opublikowanych na dedykowanej stronie wytycznychmówi Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń z OCRK.

Ważne dla przedsiębiorcy i kierowcy

Do zagranicznej płacy minimalnej możemy wliczyć premie, ryczałt za nocleg oraz wynagrodzenie zasadnicze, które wypłacane jest za ogólną pracę kierowcy bez znaczenia, w jakim kraju jest wykonywana. Wynagrodzenie to może być zaliczane do zagranicznych minimalnych płac proporcjonalnie do godzin pracy w danym kraju.

Pozostałe składniki wynagrodzenia oraz dieta z tytułu podróży służbowej mogą być zaliczane do zagranicznej płacy minimalnej, ale tylko jeżeli dane państwo pozwoli na taką praktykę. Najczęściej stanowiska te publikowane są na stworzonych w tym celu platformach internetowych, w wytycznych dotyczących zasad rozliczania płacy minimalnej dla pracowników delegowanych. Obowiązek pełnego i jasnego dostępu do tych informacji wynika z Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/67/UE z dnia 15 maja 2014 r. – dodaje ekspert OCRK.

Płaca minimalna niemiecka

Do płacy minimalnej niemieckiej, oprócz opisanych wyżej składników, zaliczane są dodatki, takie jak dyżur oraz nadgodziny wypracowane na terytorium Niemiec. Obok wynagrodzenia do płacy zaliczana jest dieta pomniejszona o 8,37 € (zgodnie z niemieckim rozporządzeniem o ubezpieczeniu społecznym). Warto także zwrócić uwagę, iż sam czas pracy na terenie Niemiec nie jest wyznacznikiem  wysokości wyrównania, jakie zostanie wyliczone kierowcy. Istotnym czynnikiem jest także jego ogólny pobyt na terytorium tego kraju. Podczas przebywania w Niemczech kierowca będzie otrzymywał diety i ryczałty z tytułu zagranicznej podróży służbowej, które będą częścią płacy minimalnej, odpowiednio pomniejszając dopłaty. Wyższa dieta zagraniczna zwiększa należności kierowcy z tytułu podróży służbowej, które są wolne od podatku i składek ZUS do wysokości limitów ustalonych w Rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 29 stycznia 2013 r. w sprawie należności przysługujących pracownikowi zatrudnionemu w państwowej lub samorządowej jednostce sfery budżetowej z tytułu podróży służbowej. Wyrównania do zagranicznych minimalnych płac są wynagrodzeniem pracownika w związku z czym podlegają opodatkowaniu oraz składkom ZUS.

Przykładowe rozliczenie:Płaca minimalna niemiecka

Na wykresie nr 1 przedstawiono przykładowy czas pracy kierowcy w Niemczech. Należne wynagrodzenie minimalne za czas pracy na terenie Niemiec w tym wypadku wyniesie:

8:00 h x 9,19 € = 73,52 €

Wypłacone Polskie wynagrodzenie:

Stawka godzinowa pracownika (3 € x 8:00 h) = 24 €

Dieta (czas pobytu w Niemczech 19:00 h) = 49 €

Potracenie SVeV na wyżywienie            – 8,37 €

1 ryczałt za nocleg w Niemczech = 37,5 €

RAZEM = 102,13 €

Wyrównanie do minimalnej niemieckiej = 73,52 € – 102,13 €. W analizowanym przykładzie przedsiębiorca wypłacił wyższe wynagrodzenie niż to, wynikające z ustawy niemieckiej, w związku z czym nie musi niczego wyrównywać kierowcy. Natomiast w tabeli nr 1 pokazano, jak wysokość diety zagranicznej wpływa na ewentualną dopłatę za pracę na terytorium Niemiec. W wyliczeniach uwzględniono zaliczanie wyżej opisanych składników.

Czas pracy na terytorium Niemiec: 63:15
Wysokość diety zagranicznej: Wyrównanie do minimalnej
8 € 796,09 zł
10 € 745,73 zł
15 € 605,83 zł
20 € 465,93 zł
25 € 326,03 zł
30 € 186,13 zł
35 € 46,23 zł
49 € 0zł

Płaca minimalna francuska

Do minimalnej płacy we Francji zaliczane jest wynagrodzenie zasadnicze kierowcy oraz wypłacane dodatki za godziny nocne (tylko w przewozie rzeczy), godziny nadliczbowe i dyżury. Ponadto, przy poprawnym zapisie oraz argumentacji, częścią francuskiej płacy minimalnej może być ryczałt za nocleg. Sposób w jaki premia będzie zaliczana, zależy od jej przeznaczenia. Rozliczenie minimalnej płacy we Francji zgodnie z wytycznymi ma opierać się na francuskim kodeksie transportowym. Wysokość minimalnej stawki we Francji zależna jest od prowadzonego pojazdu, kwalifikacji kierowcy oraz rodzaju wykonywanych tras. Wyliczając minimalne wynagrodzenie należy wziąć pod uwagę szereg dodatków, o których mówią francuskie przepisy, takich jak dodatki: stażowe, za pracę
w nadgodzinach, za pracę w niedzielę i święta, za pracę w porze nocnej i amplitudy. W tabeli nr 2 przedstawiono przykładowe przeliczenie pracy kierowców na terytorium Francji w zależności od wyliczonego czasu pracy.

Minimalna płaca w Francji Czas pracy – Francja Wyrównanie
Kierowca 1 8:20:00 95,39 zł
Kierowca 2 1:52:00 0 zł
Kierowca 3 45:59:00 710,65 zł
Kierowca 4 28:50:00 44,25 zł
Kierowca 5 19:58:00 315,05 zł
Kierowca 6 35:25:00 487,41 zł
Kierowca 7 52:48:00 688,09 zł
Kierowca 8 11:21:00 0 zł

Optymalizacja kluczem do oszczędności

Bardzo istotne jest, aby wyliczenia wyrównań były wykonane prawidłowo, ponieważ za niedopełnienie tego obowiązku grożą przewoźnikowi dotkliwe kary. Zgodnie z Ustawą o regulacji ogólnej płacy minimalnej (Ustawa o płacy minimalnej – MiLoG), Rozdz. 3 § 21 (3) – naruszenie przepisów w przypadkach opisanych w ustępie 1 punkt 9 oraz w ustępie 2 może być ukarane grzywną wysokości do pięciuset tysięcy euro, w pozostałych przypadkach grzywną w wysokości do trzydziestu tysięcy euro – wyjaśnia ekspert.

Jednak nie należy rezygnować z optymalizacji rozliczeń. Takie działanie, oparte o doświadczenie i znajomość przepisów, pozwala do maksimum ograniczyć koszty przedsiębiorstwa w zakresie wypłat wyrównań. Odpowiednio dobrane należności z tytułu podróży służbowej pozwalają przedsiębiorcy ograniczać koszty związane z wynagrodzeniem kierowcy przy jednoczesnym utrzymaniu poziomu wypłaty „na rękę” kierowcy. Delegacje do limitów rozporządzenia są wolne od podatku i składek ZUS oraz jednocześnie będą wliczane do minimalnych płac (to w jakiej części, zależy od danego kraju), ograniczając możliwe dopłaty. Warto więc pytać specjalistów, którzy są na bieżąco ze wszystkimi regulacjami obowiązującymi w krajach Wspólnoty – dodaje Bartłomiej Zgudziak z OCRK.

Hossa na rynku obligacji

  • Rekordowy spadek rentowności obligacji
  • Budżet na 2020 wspiera rynek długu
  • Zagrożeniem rosnąca inflacja
Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Union Investment TFI
Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Union Investment TFI

Polskie rentowności osiągają kolejne rekordowo niskie wartości. Zysk na 10-letnich obligacjach skarbowych spadł do poziomu 1,70. To historycznie najniższa wartość tego wskaźnika. Polskie obligacje nie są wyjątkiem, podobne trendy obserwujemy też na innych rynkach. Widać to szczególnie w Niemczech.

Ta sytuacja jest pochodną tego, co dzieje się w globalnej gospodarce. W tym „dovish stance”, czyli gołębia postawa banków centralnych. Już dziś rynek wycenia na 100 proc., że Europejski Bank Centralny obniży stopy o 10 pb. Po lipcowym cięciu stóp procentowych przez FED i tutaj rynki oczekują dalszego poluzowania polityki fiskalnej i kolejnej obniżki stóp o 25 pb. W strefie euro również spodziewamy się działań zmierzających do pobudzenia zwalniającej gospodarki. Wszyscy boją się spowolnienia i trwa swoista rywalizacja pomiędzy bankami centralnymi, kto da więcej i podtrzyma wzrost gospodarczy. Dzisiejsze rekordowe poziomy na długu w naszej opinii nie oznaczają, że to już koniec. Naszym zdaniem wiele wskazuje na to, że możemy spodziewać się kolejnych rekordów.

Rząd opublikował projekt ustawy budżetowej. Budżet państwa ma być zrównoważony. Oznacza to, że wpływy i wydatki z budżetu zbilansują się. Taka sytuacja sprzyja obligacjom. Co prawda w przedstawionym projekcie nie uwzględniono podatku od sprzedaży detalicznej i tzw. trzynastej emerytury. W wyliczeniach uwzględniono wyższe wpływy z podatku VAT oraz składek ZUS od najlepiej zarabiających, którzy nie będą już korzystali z limitu dochodów w wysokości 30-krotności średniej pensji.

Wewnętrznym ryzykiem, na który musimy zwracać uwagę, jest sektor bankowy i to, co się wydarzy z kredytami udzielonymi we frankach. Kolejnym zagrożeniem lokalnym jest inflacja. W całym regionie w porównaniu do niskich rentowności inflacja jest dość wysoka. Zarówno Węgry i Czesi mają wysoką inflację w stosunku do długoterminowych obligacji. Rada Polityki Pieniężnej nie reaguje i w najbliższym czasie nie należy się spodziewać zmiany polityki w tym zakresie. Zakładamy, że stopy pozostaną na tym samym poziomie. Według wskaźników ekonomicznych inflacja będzie rosła do końca roku, najwyższych jej odczytów spodziewamy się na przełomie roku – w okolicach 3,5 proc. W pierwszych miesiącach przyszłego roku powinna zacząć spadać.

Formjacking rośnie: hakerzy atakują internetowe transakcje

Application Protection Report 2019[1] od F5 Labs wskazuje, że formularze online, jak strony logowania i koszyki zakupów, są coraz częściej przejmowane przez cyberprzestępców polujących na personalne dane finansowe (PFI). Formjacking przesyłający dane z przeglądarki internetowej klienta do lokalizacji kontrolowanej przez atakującego, pozostaje jedną z najczęstszych taktyk ataków. Stanowił aż 71% wszystkich analizowanych naruszeń danych w sieci w 2018, a w ostatnich dwóch latach wybija się na dominującą metodę ataków iniekcyjnych.

Tylko 83 incydenty przypisywane atakom formjacking wpłynęły w 2019 r. na bezpieczeństwo niemal 1,4 mln kart płatniczych. Najwięcej ataków (49%), które zakończyły się powodzeniem, wystąpiło w handlu detalicznym, 14% dotyczyło usług biznesowych zaś 11% skoncentrowało się na sektorze przemysłowym. Branża transportowa była atakowana tą metodą najczęściej (szczególnie personalne dane finansowe), stanowiąc aż 60% wszystkich kradzieży powiązanych z kartami kredytowymi.

Trendowi sprzyja decentralizacja usług i treści internetowych, która zwiększa możliwości ataku, coraz bardziej narażając firmy i konsumentów na kradzież haseł i kart kredytowych.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Formjacking przeżywa w ostatnich dwóch latach eksplozję popularności – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland. Dzieje się tak, ponieważ krytyczne komponenty kodów aplikacji sieciowych (np. koszyki zakupów czy systemy płatności online) są coraz częściej outsourcowane do strony trzeciej. Deweloperzy sieciowi korzystają z bibliotek kodów, a bywa że linkują swoje aplikacje bezpośrednio do skryptów obsługiwanych przez firmy zewnętrzne. W efekcie organizacje stają się bardziej podatne, bo ich kod jest ściągnięty z dziesiątków różnych źródeł. Niemal wszystkie te źródła są poza możliwością kontroli i wykraczają poza zabezpieczenia przedsiębiorstw. Dodajmy, że wiele stron internetowych korzysta z tych samych zasobów zewnętrznych: atakujący wiedzą, że wystarczy dokonać jednej zmiany schematu danych, żeby uzyskać dostęp do ogromnej publi potencjalnych ofiar – dodaje Wiśniewski.

Wprawdzie ataki iniekcyjne nie są nowością, niemniej F5 Labs twierdzi, że pozostaną rosnącym trendem.  Zgodnie z Exploit Database[2] 11% nowo odkrytych błędów w kodach (exploitów) w 2018 r. utworzyło część łańcucha ataków formjacking, włącznie ze zdalnym wykonaniem kodu (5,4%), dołączaniem plików – arbitrary file inclusion (3,8%) i zdalnym wykonaniem CMD (1,1%).

Ataki iniekcyjne zmieniają się wraz z naszymi zachowaniami – twierdzi Ireneusz Wiśniewski. Wykrywanie i ograniczanie tego typu błędów zależy od dostosowania kontroli i oceny sytuacji, nie tylko naprawy kodu. Im więcej kodu oddajemy w obce ręce, tym mniej widzimy i  kontrolujemy – dodaje.

Zalecenia F5 Labs dla zabezpieczenia operacji:

Stworzenie inwentaryzacji aplikacji internetowych obejmującej dokładny audyt treści stron trzecich. Proces jest wart przeprowadzenia, mimo że jest skomplikowany, bo poddostawcy (trzecia strona) zazwyczaj łączą się z kolejnymi, dodatkowymi witrynami i mają niskie standardy bezpieczeństwa.

Poprawianie środowiska. Chociaż łatanie niekoniecznie naprawia błędy w treściach pobranych z zewnątrz, to utrudnia rozprzestrzenianie się błędów z punktu początkowego, tzw. zaczepienia. Ponieważ ataki iniekcyjne w sieci są wszechstronną techniką, ważne jest też poprawianie aplikacji działających samodzielnie, aby zapobiegać uszkodzeniom powodowanym przez zasoby zewnętrzne.

Skanowanie podatności. CISCO od lat rekomenduje skanowanie zewnętrzne celem uzyskania hakerskiego obrazu sytuacji. Jest to bardzo ważne w sytuacji, gdy po stronie klienta gromadzone są ogromne ilości danych.

Monitorowanie zmian kodu. Niezależnie od tego, gdzie jest hostowany kod, ważne jest uzyskanie większej widoczności, bez względu na to, czy pojawiają się nowe luki, czy nie. Oznacza to monitorowanie pakietów GitHub i AWS S3, a także natywnych repozytoriów kodu.

Uwierzytelnianie wieloczynnikowe. Powinno być wdrażane w każdym systemie łączącym się z aktywami o dużym znaczeniu, ponieważ atak iniekcyjny, jest często używany do ominięcia uwierzytelnienia, żeby uzyskać dostęp do kodu serwera www. Szyfrowanie warstwy aplikacji może idealnie uzupełniać TLS/SSL, aby zachować poufność na poziomie przeglądarki. Wiele znanych produktów WAF (zapory sieciowej) ma taką możliwość, jednak zaawansowany WAF daje wyższy poziom widoczności i kontroli warstwy aplikacji, co pomaga w zmniejszeniu ryzyka rozproszonych, polimorficznych iniekcji.

Wdrożenie potencjału narzędzi oprogramowania serwera. Utworzenie Polityki Bezpieczeństwa treści (CSP) umożliwi blokowanie nieautoryzowanych iniekcji kodu na stronie internetowej lub w aplikacji. Metody internetowe SubResource Integrity (SRI) mogą sprawdzić, czy aplikacje od innych firm nie zostały zmienione. Oba narzędzia wymagają poprawnego dopasowania do aplikacji internetowej. W tej pracy przyda się solidny, elastyczny WAF.

Monitorowanie nowo zarejestrowanych domen i certyfikatów. Służą one często do hostowania szkodliwych skryptów, a wydają się nieszkodliwe dla użytkowników końcowych.

[1] Analiza wykorzystująca dane z 760 raportów

[2] https://www.exploit-db.com/

O co chodzi z tą Grenlandią?

  • Grenlandia języczkiem u wagi mocarstw
  • Zaostrza się wojna handlowa pomiędzy USA i Chinami
  • Globalny „risk-off” osłabia złotego
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI

Jak wyglądałyby rynki, gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump zakończył swoją aktywność na Twitterze, a Duńczycy zdecydowaliby się sprzedać deficytową Grenlandię? Tego nie wiemy i zapewne nie będziemy świadkiem żadnego z tych wydarzeń. Warto jednak przyjrzeć się działaniom gospodarza Białego Domu, które wpływają na światowe rynki.

O co chodzi z tą Grenlandią?

Skąd nagłe zainteresowanie Grenlandią? Odpowiedź jest prosta. Ocieplenie klimatu powoduje, że przez Morze Arktyczne można podróżować skracając drogę morską z Chin do Europy. Zatem ten szlak może mieć strategiczne znaczenie dla dalszego rozwoju chińskiej gospodarki. Apetyt na Grenlandię i jej bogate złoża surowców od lat ma także Rosja. Tym samym pomysł prezydenta Trumpa ma racjonalne podłoże ekonomiczne. Przejmując wyspę, Amerykanie nie tylko staliby się właścicielami licznych surowców i rzadkich minerałów, ale i zyskaliby przewagę strategiczną nad Rosją i Chinami.

To nie jest pierwszy raz, kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych próbuje odkupić wyspę od Duńczyków. Pierwsza taka propozycja pojawiła się w latach sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy w Białym Domu zasiadał Andrew Johnson – ten sam, który kupił od Rosji Alaskę. Druga propozycja pojawiła się po zakończeniu II wojny światowej. Prezydent Harry Truman oferował Duńczykom 100 mln dolarów za to terytorium. Dziś transakcja wydaje się niemożliwa. Chociaż ostatnie słowo mają sami mieszkańcy wyspy, którym umowa o autonomii Grenlandii daje prawo do decyzji w tej kwestii.

Tweety zamiast negocjacji

Od kilku miesięcy rynki reagują na kolejne wiadomości związane z wojną handlową pomiędzy Chinami i USA. Nastroje na globalnych rynkach wciąż kształtuje też obawa o recesję, której zapowiedzią jest spowolnienie gospodarcze. Do tego dochodzą problemy związane z brexitem.

Napięcie na linii Chiny i USA umacnia „risk-off”, który wspiera amerykańską walutę i utrzymuje hossę na obligacjach.

Zaskoczeniem była nagła decyzja Chin o nałożeniu ceł na amerykański import o wartości 75 miliardów dolarów. Pekin nie musiał długo czekać na reakcję Stanów Zjednoczonych. Wpis prezydenta Trumpa na Twitterze również zapowiedział kolejne cła na chińskie towary warte 550 miliardów dolarów rocznie. Mają one wejść w życie w dwóch etapach 1 września i 15 grudnia. Nasilenie konfliktu pociągnęło indeksy w dół, amerykański S&P500 zanotował tygodniową stratę w wysokości 1,4 proc.

Obecnie mamy do czynienia z dużą zmiennością rynków. Wystarczy przypomnieć, że w ciągu zaledwie pół roku Amerykańska Rezerwa Federalna zmieniła retorykę  o 180 stopni od zacieśnienia polityki fiskalnej do jej rozluźnienia. W lipcu br. obniżyła stopy procentowe  o 25 pb. We wrześniu rynek oczekuje kolejnej  obniżki, licząc na cięcie stóp o kolejne 25 pb. Już dziś rynek wycenia kolejne obniżki stóp na 75 proc. do końca stycznia. Wskaźniki makroekonomiczne pokazują spowolnienie, trudno jednak jeszcze dziś powiedzieć czy światowa gospodarka jest na skraju recesji. Prawdopodobieństwo recesji w najbliższych 12 miesiącach co prawda nieznacznie rośnie, wg. modelu Atlanty FEDu jej wystąpienie szacowane jest na blisko 30 proc.  Z uwagą przyglądamy się wskaźnikom wyprzedzającym i czekamy na decyzję banków centralnych i wprowadzenie zapowiadanych stymulusów fiskalnych. Czekamy na kolejne kroki FEDu, który  jest mocno naciskany przez prezydenta Donalda Trumpa.

Ryzykowne aktywa w odwrocie

Ostatni tydzień sierpnia był gorącym okresem na giełdach. Obserwowaliśmy korektę na ryzykownych klasach aktywów, takich jak akcje i surowce. Spadek zanotował MSCI World Indeks krajów rozwiniętych (- 0,8 proc.). W Niemczech wszystkie wskaźniki wyprzedzające pokazują spowolnienie gospodarki. Nasi zachodni sąsiedzi rozważają wprowadzenie stymulusów fiskalnych poprzez obniżenie podatku CIT. To dobra wiadomość dla spółek, w których budżecie zostałyby dodatkowe środki. Dla przypomnienia taki mechanizm pobudził  gospodarkę w 2017 r. w USA.

Czy wyrok TSUE zachwieje polskim rynkiem finansowym?

  • Prokonsumencki wyrok TSUE zagrożeniem dla sektora bankowego
  • Pierwsze publikacje wyników za II kwartał wyglądają obiecująco
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI

Na rynkach kapitałowych mamy do czynienia obecnie z dużą zmiennością. Na sytuację na warszawskiej giełdzie oprócz globalnych czynników wpływ mają w dużej mierze lokalne problemy, które w ostatnich dniach wysunęły się na pierwszy plan. Pierwszy to oczekiwanie na wrześniowe orzeczenie TSUE dotyczące kredytów udzielanych we frankach szwajcarskich. Niekorzystny dla sektora bankowego wyrok może zachwiać całym sektorem finansowym w Polsce. Banki silne kapitałowo raczej nie połamią sobie zębów na tych kredytach, jednak inne banki mogą nie podołać.

Drugim powodem jest opublikowana kilka dni temu obszerna analiza Biura Studiów i Analiz Sądu Najwyższego. Do tej pory uznawano, że problem klauzul abuzywnych, czyli umów zawierających niedozwolone zapisy, dotyczy tylko indeksowanych kredytów frankowych. Twórcy analizy twierdzą jednak, że wszystkie udzielone kredyty we frankach należy traktować tak samo. To już jest znaczny problem dla sektora bankowego. Według danych Najwyższej Izby Kontroli banki udzieliły 900 tys. kredytów we frankach szwajcarskich. Skumulowana wartość kredytów udzielonych w walucie szwajcarskiej w bankach notowanych na GPW przekracza 80 mld zł.

Tak proklienckie podejście do zawartych umów może generować gigantyczne straty dla banków i może mieć szersze konsekwencje dla całej gospodarki. Stąd właśnie silna przecena sektora bankowego, która spowodowała, że  w sierpniu indeks największych spółek WIG20 był jednym z najsłabszych na świecie.

Pierwsze wyniki spółek całkiem przyzwoite

Dobre wiadomości płyną z pierwszych publikacji wyników spółek giełdowych. Na pełne podsumowanie II kwartału br. musimy jeszcze poczekać, jednak pierwsze raporty pokazują, że – co do zasady – wyniki polskich spółek są przyzwoite. Słabsze wyniki pokazały jedynie spółki przemysłowe, szczególnie te z ekspozycją na zagranicę. Patrząc na poszczególne spółki widzimy jednak spore różnice. Bardzo dobrze radzi sobie handel detaliczny, co znalazło odzwierciedlenie w zachowaniu akcji takich spółek jak Dino, Eurocash czy właściciel Biedronki – Jeronimo Martins.

Polska atrakcyjnym rynkiem dla brytyjskich inwestorów

– Dzięki inwestycjom bezpośrednim firm z Wielkiej Brytanii w 2017 roku PKB Polski było wyższe o 15 mld zł – tak wynika z analizy Deloitte. Stało się to za sprawą napływu wiedzy, technologii oraz zwiększenia zasobu kapitału. Stopniowe zacieśnianie związków między tymi  państwami obserwuje się od 30 lat, a na ich zintensyfikowanie wpłynęły zmiany ustrojowe i wejście Polski do Unii Europejskiej. Eksperci firmy doradczej Deloitte w raporcie „Relacje gospodarcze pomiędzy Polską i Wielką Brytanią – wyjątkowe i trwałe partnerstwo” zauważają, że łączne zatrudnienie w brytyjskich firmach działających w Polsce wynosi blisko 115 tys. osób, a malejąca dysproporcja w poziomie rozwoju gospodarczego wpływa na zmianę w strukturze handlu między krajami. Od 1995 roku wymiana handlowa między Polską a Wielką Brytanią wzrosła ponad 500 proc., a w jej strukturze znajduje się coraz więcej dóbr i usług o wysokim stopniu zaawansowania.

W rankingu Banku Światowego Doing Business, czyli gospodarek z najbardziej przyjaznymi biznesowi przepisami Wielka Brytania i Polska zajmują odpowiednio 9. i 33. miejsce wśród 190 państw, wyprzedzając tym samym Czechy (35. miejsce) czy Węgry (53. miejsce.). – Znaczący odsetek przedsiębiorców, którzy inwestują nad Wisłą, pochodzi z Wielkiej Brytanii. Tym samym firmy brytyjskie, które w latach 90. XX w. pomagały tworzyć sektor prywatny w Polsce, dziś wspierają jego rozwój, a przez to innowacyjność naszej gospodarki. Polacy zaś są najliczniejszą mniejszością narodową w Wielkiej Brytanii – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Do 2017 r. Wielka Brytania ulokowała w naszym kraju ponad 48 miliardów zł, dzięki czemu polskie PKB w 2017 r. było o 15 mld zł wyższe.

Eksport, import, usługi

Udział Wielkiej Brytanii w eksporcie Polski wynosił 6,6 proc. w pierwszym kwartale 2019 r., a kraj ten, poza naszym głównym partnerem handlowym – Niemcami (27 proc.) – pozostaje w czołówce partnerów eksportowych Polski, z podobnym udziałem w eksporcie co Czechy (6,1 proc.).

Choć Polskę i Wielką Brytanię dzieli znaczna odległość geograficzna, kwestie importu i eksportu zbliżają te kraje regularnie od 30 lat. Podczas gdy w 1995 r. wartość wywozu produktów do Wielkiej Brytanii wyniosła niespełna miliard dolarów, to w 2018 r. było to już 16,6 miliardów w ujęciu nominalnym. Co ważne, ten wzrost został odnotowany we wszystkich głównych kategoriach produktów, a więc od elektroniki i maszyn, przez chemię i metale po minerały, produkcję tekstylną i spożywczą. Ta ostatnia zresztą może się pochwalić najbardziej spektakularną, bo ponad dwudziestokrotną zwyżką – mówi Damian Olko, Menedżer w zespole analiz ekonomicznych, Deloitte.

Eksport w tym sektorze wzrósł ze 143 milionów dolarów w 1995 r. do 3,21 miliardów w 2017 r. Najczęściej sprzedajemy do Wielkiej Brytanii produkty spożywcze, takie jak drób i czekolada.

W przypadku importu towarów brytyjskich do Polski również można mówić o znaczącym wzroście z około 1,5 miliarda dolarów w 1995 r. do 6,5 miliarda w 2018 r. Najchętniej przywozimy z Wielkiej Brytanii produkty chemiczne (ok. 25 proc. całego importu), takie jak na przykład leki oraz maszyny (ok. 19 proc. importu), w tym wyposażenie biurowe i komputery.

Po Niemczech i Szwajcarii, Wielka Brytania jest też ważnym odbiorcą usług z Polski (udział 7,3 proc.) i drugim eksporterem usług dla Polaków (udział 8,4 proc.).

Według ostatnich dostępnych danych z 2016 r. podmioty z siedzibą w Wielkiej Brytanii były najważniejszym partnerem handlowym Polski w międzynarodowej wymianie usług prawnych, księgowych oraz doradztwa w zakresie zarządzania i PR. Bilans kategorii usług z perspektywy Polski był dodatni. Udział Wielkiej Brytanii wynosił 19,9 proc. w odniesieniu do usług dostarczonych i 21,4 proc. w odniesieniu do usług nabytych przed podmioty działające w Polsce. Największą wartość usług dostarczonych do Wielkiej Brytanii wypracował sektor telekomunikacyjny i informatyczny, co miało związek z szybko rozwijającymi się centrami usług wspólnych w Polsce – mówi Irena Pichola.

Brytyjski wkład w polski wzrost

W 2016 r. nad Wisłą działało 387 brytyjskich przedsiębiorstw niefinansowych (czyli takich, których główną działalnością jest produkcja i obrót dobrami lub świadczenie usług niefinansowych) zatrudniających ponad 10 pracowników. Łącznie pracowało w nich ponad 110 tys. osób. Natomiast brytyjskie przedsiębiorstwa finansowe zatrudniają w Polsce ponad 4 tys. osób, a więc łącznie zatrudnienie w brytyjskich firmach sięga ok. 115 tys. osób.

–  Mimo zmieniającego się otoczenia międzynarodowego, relacje między Polską a Wielką Brytanią można określić mianem wyjątkowego i trwałego partnerstwa. Ostatnie stulecie, zwłaszcza okres po upadku komunizmu, to epoka rozkwitu naszych stosunków handlowych, których szybki rozwój przynosi korzyści obu krajom. Najlepszym dowodem rozwoju dwustronnej współpracy gospodarczej jest dynamicznie rosnąca wymiana handlowa, której wartość w latach 1995-2018 wzrosła ponad pięciokrotnie – mówi Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Jonathan Knott.

Najwięcej, bo aż 127 firm z brytyjskim kapitałem działa w przetwórstwie przemysłowym (38 tys. pracowników). Drugi w kolejności sektor to handel z 69 brytyjskimi firmami zatrudniającymi w sumie 43,7 tysiące pracowników. Bardzo liczne są też wyspecjalizowane firmy zajmujące się działalnością profesjonalną, naukową i techniczną – w 2016 r. było ich 74, ale ze względu na ich mniejsze rozmiary zatrudniały łącznie 13 tys. pracowników.

Polska jest postrzegana pozytywnie ze względu na wielkość gospodarki i jej rosnącą integrację z gospodarką światową i rynkiem unijnym, a także dostępność krajowych dostawców dóbr i usług. Bardzo cieszy mnie fakt, że firmy z brytyjskim kapitałem planują dalszy rozwój na polskim rynku: statystycznie 3 na 4 firmy chcą zwiększać zatrudnienie i nakłady inwestycyjne. Z optymizmem patrzę w przyszłość brytyjskich firm w Polsce – mówi Antoni F. Reczek, Prezes Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej

Różnica, która najbardziej rzuca się w oczy to wyższa wydajność pracy firm z brytyjskim kapitałem. Na pewno w jakimś stopniu jest to związane z większą skalą działalności i zatrudnienia, które przeciętnie jest prawie 5 razy większe niż rodzimych firm. Warto zwrócić uwagę na fakt, że – poza przetwórstwem przemysłowym – wyższa wydajność nie jest jednoznacznie związana z inwestycjami w aktywa materialne – mówi Damian Olko. We wszystkich analizowanych branżach wydatki na koszty osobowe firm brytyjskich są wyższe niż w przedsiębiorstwach polskich. W 2016 r. wydawały one przeciętnie na jednego pracownika o 36 proc. więcej (75 tys. zł wobec 56 tys. zł), na czym korzystali nie tylko pracownicy, ale także fiskus. Aż 63 proc. badanych przez Deloitte dużych brytyjskich przedsiębiorstw spodziewa się, że zatrudnienie w najbliższych 5 latach będą większe niż w analogicznym okresie wstecz, taką samą opinię odnośnie inwestycji ma 73 proc. ankietowanych.

Polacy na Wyspach

Od 2010 roku Wielka Brytania pozostaje najczęściej wybieranym przez obywateli Polski kierunkiem migracji. W 2018 roku na Wyspach mieszkało 905 tys. Polaków. O skali migracji i podróży między Polską a Wielką Brytanią świadczy liczba pasażerów obsłużonych w polskich portach lotniczych – w 2018 r. niemal 22 proc. (7,8 mln) z nich leciało do Wielkiej Brytanii. Dla Brytyjczyków wzrost zatrudnienia imigrantów z Polski oznacza intensywniejszy rozwój gospodarki oraz sprzyja wzrostowi przychodów do budżetu państwa. To także szansa ekspansji dla polskich firm, zwłaszcza z branży spożywczej. Wyliczenia za 2016 rok wskazują, że prawie 35 proc. emigrantów przekazywało część swoich zarobków do Polski. W 2017 roku wartość przekazów z Wielkiej Brytanii do Polski była drugą najwyższą – po Niemczech – i wyniosła 1,15 miliarda dolarów, co stanowiło 0,22 proc. PKB Polski wobec 1,3 proc. PKB przekazów ogółem.

Potencjał dalszej współpracy – zrównoważony rozwój

Działalność operacyjna i inwestycyjna brytyjskich firm przyczynia się także do realizacji zasad zrównoważonego rozwoju. Jednym z wielu przykładów wymiany doświadczeń i obiecującym obszarem jest transformacja energetyczna, ze szczególnym uwzględnieniem morskiej energetyki wiatrowej, której potencjał w Polsce szacowany jest na 10,3 GW. Wielka Brytania jest największym w Europie producentem energii z wiatru na morzu (8 GW rocznie), a do 2030 r. planuje wytwarzać w ten sposób nawet 30 GW. Innymi perspektywicznymi obszarami są zagadnienia elektromobilności, nowoczesnej infrastruktury transportowej oraz szeroko rozumianych technologii cyfrowych.

Globalne wyzwania związane np. ze zmianami klimatu, odpowiedzialną produkcją i konsumpcją czy czystą energią to jednocześnie ogromne szanse biznesowe, które mogą napędzać rozwój współpracy między Polską a Wielką Brytanią w nadchodzących latach.

Więcej o raporcie oraz panel z udziałem przedstawicieli brytyjskich firm już dzisiaj – 4 września o 17:15 – w Pawilonie Brytyjskim podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Biura jutra, czyli jak zmieni się środowisko pracy do 2029

Wraz z rozwojem technologii, coraz mocniej wkraczającą w nasze życie automatyzacją, zmieniają się potrzeby pracowników, charakter oraz definicja samej pracy. Postęp automatyzacji i sztucznej inteligencji przyczyni się do zaistnienia zupełnie nowych profesji. Jak podaje firma konsultingowa McKinsey, w wyniku rozwoju nowoczesnych technologii do 2030 roku powstanie na świecie nawet 50 mln nowych miejsc pracy, a zawód będzie musiało zmienić od 75 do 375 mln zatrudnionych. Na te zmiany będą musiały odpowiedzieć również nowoczesne biura, modyfikując swoje dotychczasowe oblicze. Jak twierdzą eksperci JLL, przestrzeń biurowa powinna odpowiadać na potrzeby pracowników w czasie rzeczywistym, a w przyszłości będą one definiowane także przez nowo powstające zawody.

Zmiany na rynku pracy są i będą napędzane przez nowoczesne technologie, które coraz częściej będą uzupełniać, usprawniać i redefiniować istniejące miejsca pracy, niż je zastępować. Skończą się czasy, w których ludzie musieli godzinami siedzieć nad arkuszami kalkulacyjnymi, przetwarzać informacje czy obsługiwać zapytania klientów. Maszyny usprawnią te zadania, a pracownicy będą mogli poświęcić czas na realizację bardziej skomplikowanych obowiązków, wymagających udziału człowieka. Ta perspektywa wpływa również na wygląd i funkcjonalność środowiska pracy.

Biura czekają zmiany

Zmieniające się obowiązki, narodziny nowych zawodów, przeformułowanie charakteru samej pracy powodują, że biuro w swojej podstawowej funkcjonalności zaczyna się dezaktualizować. Jak temu zapobiec? Według analiz JLL, można zidentyfikować trzy kluczowe poziomy, na których powinny koncentrować się firmy, aby ich biura w pełni odpowiadały na potrzeby pracowników. Tym pierwszym, namacalnym jest oczywiście wymiar fizyczny, czyli wszystko to, co widzimy, dotykamy i czujemy. To doświadczenia, który wywołuje w pracownikach design biura, jego plan, układ piętra, a także możliwość skorzystania z biurowej kawiarni, sali przeznaczonej do ćwiczeń, czy przestrzeni, w której pracownicy mogą się odprężyć i w nieformalnej atmosferze wymienić się myślami. Kluczowy jest także wymiar cyfrowy, odnoszący się do narzędzi, których pracownicy używają, by wykonać swoje zadania – urządzeń mobilnych, laptopów, rozwiązań wideokonferencyjnych, aplikacji, oprogramowania, narzędzi szkoleniowych. I w końcu, firmy muszą zwracać kluczową uwagę także na wymiar emocjonalny, czyli nadawanie sensu poszczególnym przestrzeniom. Istotny jest np. styl przywództwa, poczucie celu, jaki odczuwają pracownicy, struktura organizacyjna oraz środowisko ludzi, którzy tworzą organizację.

Guzman de Yarza Blache, EMEA Head of Workplace Strategy, JLL
Guzman de Yarza Blache, EMEA Head of Workplace Strategy, JLL

Aktualnie podstawę projektowania nowoczesnych przestrzeni biurowych stanowią dane. Co to oznacza? Obserwacja, mierzenie wskaźników i analiza – to one dyktują, w jaki sposób będzie wyglądać nasze biuro. Jednak w perspektywie 10 lat możemy spodziewać się przesunięcia w stronę projektowania responsywnego, które będzie miało na celu np. modyfikowanie warunków środowiska pracy w zależności od poziomu stresu. Będzie przypominać scenę teatralną – napędzaną danymi i sztuczną inteligencją przestrzeń ulegającą ciągłej zmianie. Dlaczego? Aby stworzyć pracownikom warunki, w których będą mogli odnosić sukcesy, bez problemu nawiązywać kontakt ze swoimi współpracownikami i po prostu osiągnąć maksymalne zadowolenie – mówi Guzman de Yarza Blache, EMEA Head of Workplace Strategy, JLL.

Przestrzeń szyta na miarę

Jak wynika z danych JLL, 10 lat temu firmy przeznaczały od 15 do 20 mkw. powierzchni na pracownika. W tym momencie na jedną osobę przypada od 10 do 15 mkw., a w 2029 będzie to prawdopodobnie od 5 do 10 mkw. przestrzeni. Jednocześnie rośnie udział elastycznych powierzchni do pracy w portfolio najemców, które za 10 lat mogą stanowić już 15-20% (dla porównania aktualnie wskaźnik ten oscyluje na poziomie 3-5%). Jak podkreśla Guzman de Yarza Blache, w miarę jak firmy ograniczają ilość przestrzeni przypadającej na jednego pracownika, decydują się one również na głęboką transformację swoich biur. Przestrzenie flex, miejsca dedykowane pracy kreatywnej i zespołowej – to wszystko jasno dowodzi, że pracodawcy starają się stworzyć biura szyte na miarę potrzeb swoich pracowników.

Jak pokazują ostatnie lata, elastyczne powierzchnie do pracy to jeden z najważniejszych trendów na rynkach biurowych. Segment powierzchni flex powstał na początku lat 80. – wówczas w Europie pojawiły się biura serwisowane, będące pierwszymi dostawcami elastycznych rozwiązań biurowych. W miarę rozwoju rynku, gdy coraz liczniej zaczęły pojawiać się start-upy, na popularności zyskały koncepty coworkingowe, a następnie – hybrydowe. W Polsce popyt na biura elastyczne stale rośnie. Największy jest w Warszawie, jednak rynki regionalne – Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań czy Łódź, nadal zwiększają swoją ofertę. Łączny wolumen elastycznych powierzchni w Polsce osiągnął przeszło 250 00 mkw. Coraz większe zapotrzebowanie na powierzchnie flex ma między innymi związek z sezonowymi zmianami popytu na przestrzenie biurowe, koniecznością wynajęcia dodatkowej przestrzeni na czas dodatkowego projektu biznesowego, czy w momencie nagłego wzrostu zatrudnienia. Dodatkowo, elastyczne przestrzenie biurowe są dla firm istotnym wsparciem wobec rozwijającego się rynku pracownika, kiedy to wielu pracodawców jest zaniepokojonych coraz większymi problemami z utrzymywaniem lub przyciąganiem specjalistów.

Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL
Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL

Na wyzwania związane z rozwijającym się rynkiem pracownika odpowiadają m.in. powierzchnie flex, które są doskonałą opcją dla coraz bardziej mobilnych i poszukujących innowacyjnych przestrzeni do pracy młodych ludzi. Warto przy tym zwrócić uwagę na szereg dodatkowych elementów w ofercie operatorów. Mowa tu na przykład o różnorodnych opcjach eventowych budujących społeczność wokół danej przestrzeni biurowej. To wartość dodana, poszukiwana przez coraz więcej pracodawców, dzięki której ich kultura organizacyjna idzie z duchem czasu – podsumowuje Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Doradztwa ds. Miejsca Pracy, JLL.

Nowe zawody zmienią świat

Gartner, jeden z największych technologicznych ośrodków analitycznych przewiduje, że wdrożenie w firmach samej sztucznej inteligencji do 2020 roku wyeliminuje 1,8 mln miejsc pracy na świecie, ale stworzy 2,3 mln kolejnych związanych z jej obsługą. Podobne zmiany mogą mieć miejsce w wielu innych branżach. Z punktu widzenia historii nie mamy jednak do czynienia z niczym nowym. Zawody znane naszym dziadkom już dawno odeszły w niepamięć, za to pojawiły się kolejne, w dużej mierze powstałe z uwagi na rozwój technologii.

Maciej Noga, Przewodniczący Rady Nadzorczej w Grupie Pracuj
Maciej Noga, Przewodniczący Rady Nadzorczej w Grupie Pracuj

Eksperci serwisu 80000hours.org przeprowadzili analizę rynku pracy, która wykazała, że mniejsze prawdopodobieństwo automatyzacji i dobrze płatna praca są zazwyczaj powiązane z umiejętnościami miękkimi. Do najważniejszych należą m.in. zdolność krytycznego myślenia, zarządzania czasem, rozwiązywania problemów, koordynacji i aktywnego uczenia się. W świecie technologii bardzo ważną rolę odgrywać będą więc cechy, które cenione są przez pracodawców, od wielu lat. Eksperci mogą przewidywać kolejne kierunki rozwoju automatyzacji i jej prędkość, natomiast to, w dużej mierze, od pracowników będzie zależeć, w jakim stopniu będą z niej korzystać – mówi Maciej Noga, Przewodniczący Rady Nadzorczej w Grupie Pracuj.

Coraz mocniej wkraczająca w nasze życie automatyzacja zwiększy produktywność pracowników, a przez to przyczyni się do wzrostu ich wynagrodzeń i oczekiwań. Z drugiej strony, nowe technologie mogą wymagać istotnych nakładów finansowych związanych z przebranżowieniem, a także zmianami środowiska pracy. Nowe kompetencje, często bardziej miękkie, ludzkie, bazujące na emocjach, kreatywności i elastyczności będą wymagały przestrzeni, które pozwolą na stymulowanie i rozwój tego, co jest tak bardzo ludzkie, odmienne od twardej robotyzacji.

Wszystkie te zmiany oznaczają dla kandydata i pracodawcy, że dziś coraz ważniejszą rolę odgrywa na rynku pracy otwarta głowa i chęć uczenia się nowych rzeczy. Automatyzacji podlegają przede wszystkim powtarzalne zadania, dlatego roboty wyeliminowały np. tak wielu maklerów giełdowych. Bez człowieka jednak technologia nie istnieje, to my nadajemy jej odpowiedni kierunek i wartość – podsumowuje Maciej Noga.

Jak podkreślają eksperci JLL biuro, w którym będzie funkcjonował pracownik przyszłości, powinno w czasie rzeczywistym odpowiadać na jego potrzeby. Modularna, zmienna przestrzeń, koncentrująca usługi, oferująca cały pakiet udogodnień, a także zapewniająca komfortowe miejsce nie tylko do pracy, ale także wyciszenia i chwili oddechu będzie tym, co może przechylić szalę zwycięstwa w wyścigu o pracownika jutra. Za 10 lat w każdym aspekcie ludzkiego życia najbardziej wartościowe, napędzające i przełamujące schematy będą doświadczenia. To co poza podstawowym produktem, usługą, można oferować klientowi, użytkownikowi czy pracownikowi będzie owocowało przewagą na rynku, również w kwestii pracy.

Wiemy więcej, nic nie wiemy

Funt jest wyżej po wczorajszych obradach w brytyjskim parlamencie, ale nie odbierałbym tego jako przejaw spadku szans na bezumowny brexit, ale bardziej jako wyraz kapitulacji części krótkich pozycji w obliczu coraz większej niepewności o dalszy tok wydarzeń. Funt z łatwością będzie targany w obu kierunkach w zależności, jakie nowe rewelacje przyniesie kolejny dzień.

Funt najpierw spad do 30-letnich minimów, by potem odbić w zagadkowych okolicznościach i wreszcie podciągnąć się do punktu wyjścia tego tygodnia w reakcji na wieczorne głosowania w Izbie Gmin. Zgodnie z oczekiwaniami posłowie przegłosowali wniosek o nadzwyczajne przejęcie kontroli nad tokiem obrad, co w rzeczywistości oznacza otwarcie drogi do przegłosowania aktu prawnego blokującego rządowi możliwość przeprowadzenia bezumownego brexitu. Jeśli wczorajsza większość parlamentarna utrzyma się do dzisiejszego głosowania nad legislacją, rząd będzie musiał starać się o odroczenie daty brexitu do 31 stycznia 2020 r., jeśli do 19 października nie zostanie podpisane porozumienie z UE. Z uwagi, że żadne prace nad porozumieniem nie trwają (strona brytyjska sprzeciwia się irlandzkiemu backstopowi, ale nie proponuje alternatywy), oznaczałoby to kolejne odroczenie. Jeśli ustawa przejdzie, premier Boris Johnson już jest gotowy z wnioskiem o przyspieszone wybory. Do tego jednak potrzebuje głosów opozycji (2/3 głosów Izby Gmin), a Partia Pracy uzależniła poparcie wniosku od zatwierdzenia odroczenia brexitu. To jest ryzykowna strategia, gdyż nie jest wykluczone, że rząd znajdzie furtkę, by zignorować postanowienia nowej ustawy. Ponadto wniosek o przyspieszone wybory nie zawiera w sobie terminu – co jeśli Johnson wyznaczy go po 31 października? Ponadto ustawa blokująca bezumowny brexit musi jeszcze przejść przez Izbę Lordów, by być obowiązująca – jeśli Izba Lordów nie zdąży z głosowaniem przed zawieszeniem prac parlamentu, cały plan opozycji legnie w gruzach. Dlatego uważam, że szanse na pozytywne rozstrzygnięcia dla funta wcale wyraźnie nie wzrosły. Niepewność pozostaje wysoka, a funt z łatwością będzie targany w obu kierunkach w zależności, jakie nowe rewelacje przyniesie kolejny dzień.

Indeks IMS dla przemysłu USA w sierpniu nieoczekiwanie spadł do 49,1 i pierwszy raz od trzech lat wskazał na kurczenie się aktywności w sektorze. Otrzymaliśmy dowód, że spowolnienie w globalnym przemyśle w końcu zaczyna przenikać na rynek amerykański. Sierpień jest też pierwszym miesiącem, który pokazuje reakcję firm na ostatnią eskalację wojny celnej z Chinami. W Europie i Chinach takie szokujące dane zapalałyby światło ostrzegawcze, ale w przypadku USA nie dajmy się ponieść emocjom. Dane bez wątpienia są złe, ale przemysł stanowi tylko 11 proc. PKB USA i to sektor usługowy jest dużo ważniejszy. A jak zdążyły pokazać odczyty z Eurolandu i Chin sektor usługowy pozostaje odporny na przejawy spowolnienia w przemyśle. Zatem z oceną kondycji gospodarki USA i implikacji dla wrześniowej decyzji Fed trzeba poczekać do odczytu ISM dla usług w czwartek. Mimo to nerwowość wokół USD narasta i dolar przestaje być łatwym kierunkiem ucieczki dla kapitału. Jednak jeśli kolejne odczyty (ISM, NFP) pokażą, że gospodarka ma się dobrze, USD wróci do łask.

Korekta dolara przynosi chwilę ulgi dla poturbowanych aktywów rynków wschodzących, na czym też korzysta złoty. Im dłużej panuje względny spokój na rynkach zewnętrznych, tym bardziej nieuzasadnione jest pozostawanie złotego na niskich poziomach. Ale ryzyka wciąż przeważają po negatywnej stronie, a niespodzianki takie, jak wczorajszy słaby ISM z USA, maja miejsce sporadycznie. W dłuższym okresie złoty będzie silniejszy, ale nie będzie to prosta droga.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stracone złudzenia, czyli pierwsze urodziny specustawy mieszkaniowej

Tzw. specustawa mieszkaniowa albo Lex Deweloper weszła w życie 22 sierpnia 2018 roku, niedawno więc obchodziła pierwszą rocznicę swojej misji. Jest najprawdopodobniej najbardziej rewolucyjnym, a zarazem kontrowersyjnym aktem prawnym regulującym rynek nieruchomości od początku transformacji. Pytanie, na ile skutecznym z rocznej perspektywy?

Ustawa o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących, potocznie zwana specustawą mieszkaniową bądź Lex Deweloper, miała w swoim założeniu przede wszystkim uprościć i maksymalnie skrócić procedury administracyjne wymagane do uruchomienia inwestycji mieszkaniowych, głównie w celu przyśpieszenia i zwiększenia skali programu Mieszkanie Plus.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl miało to działać na zasadzie koncepcji pozyskiwania pozwoleń na budowę na podstawie gminnej uchwały o ustaleniu lokalizacji inwestycji mieszkaniowej, która zastępuje w tej kwestii decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Przedmiotowe przepisy miały zatem stać się cudownym panaceum na powszechne w Polsce głębokie niedobory planów zagospodarowania przestrzennego. Wreszcie misją specustawy mieszkaniowej miało być przywrócenie – zablokowanego ustawą o kształtowaniu ustroju rolnego – służącego budownictwu mieszkaniowemu obrotu gruntami rolnymi położonymi w obrębach miast, połączonego z automatycznym i bezkosztowym odrolnieniem takich terenów. Pytanie, ile z tych ambitnych założeń udało się po roku działania specustawy zrealizować.

Niestety wygląda na to, że bardzo niewiele. Ustawodawca pomimo najlepszych chęci wsparcia inwestorów i pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki nie przewidział skali awersji do omawianych przepisów ze strony nie tylko samorządowców, ale także całej rzeszy urbanistów, architektów, czy miejskich aktywistów. Wszyscy oni w specustawie od początku widzą przede wszystkim ogromne zagrożenie dla zachowania ładu przestrzennego poprzez umożliwienie deweloperom niekontrolowanej ekspansji, która miałaby zastąpić i wyeliminować od lat pieczołowicie konstruowany system planowania przestrzennego. W tej sytuacji władze gminne wyposażone przez ustawę w instrumenty pozwalające na skutecznie odrzucanie wniosków inwestorów o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej, odrzucają je w najlepsze i torpedują kolejne podejścia firm deweloperskich.

Jakie to instrumenty?

Nowe przepisy stały się niestety zakładnikiem własnych standardów urbanistycznych, które w pierwotnej wersji ustawy określono na bardzo wymagającym poziomie, dopuszczając dodatkowo możliwość ustalania własnych, jeszcze bardziej rygorystycznych standardów przez gminy. Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl chodzi o dostęp do drogi publicznej, sieci wodno-kanalizacyjnej i elektroenergetycznej, odległości od przystanków transportu publicznego i co najważniejsze – odległości od szkół i przedszkoli z wyśrubowanymi limitami przyjęć dzieci z planowanych osiedli. Co więcej, zapewnienie miejsc w szkole lub przedszkolu dla odpowiedniej liczby dzieci miało być potwierdzone zaświadczeniem wójta, burmistrza albo prezydenta miasta, którego uzyskanie najczęściej graniczy z cudem.

Ponieważ przepisy powyższe okazały się nie do końca zgodne z prawem oświatowym, w ramach nowelizacji ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości zostały zmienione poprzez wykreślenie wymagań dotyczących przedszkoli, ale nie wyeliminowało to zamieszania jakie stało się już naturalnym środowiskiem funkcjonowania nowych przepisów. Co więcej, nowelizacja nie wprowadziła żadnych zmian, które miałyby w jakikolwiek sposób podnieść skuteczność ustawy, czyli z godnie z jej głównym celem i zadaniem kilkukrotnie skrócić okres przygotowania i realizacji inwestycji mieszkaniowych.

Co ciekawe, trudno znaleźć nawet jakiekolwiek dane na temat wolumenu wniosków, które w ramach misji specustawy mieszkaniowej doczekały się w całym kraju w ciągu roku szczęśliwego finału w postaci pozwolenia na budowę. Są źródła, które doliczyły się od kilku do kilkunastu takich sytuacji, jednak bez podawania jakichkolwiek szczegółów. W każdym razie na pewno gminnej uchwały o lokalizacji inwestycji nie doczekała się dotychczas żadna znacząca inwestycja w większym mieście. Co gorsza jednak trudno oczekiwać jakiejkolwiek zmiany tej tendencji w przewidywalnej przyszłości.

Summa summarum wiele wskazuje na to, że w przypadku specustawy mieszkaniowej mamy do czynienia z kolejnym niewypałem legislacyjnym w ramach tworzonych w ostatnich latach nieruchomościowych przepisów. Co gorsza, bezowocna pierwsza rocznica specustawy mieszkaniowej wróży jej jak najgorzej na kolejne lata jej kulejącej misji. Niestety marzenia o wysypie tanich gruntów rolnych pod budownictwo mieszkaniowe w miastach, czy tym bardziej o szybko taniejących mieszkaniach za sprawą wdrażanych w życie dobrodziejstw specustawy mieszkaniowej okazały się tylko szybko utraconym złudzeniem.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Giełdowy Indeks Produkcji dzieli niedolę GPW

Ostatnia sierpniowa sesja na GPW przyniosła lekkie odprężenie dla Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60), jednak pozwoliło to jedynie na zmniejszenie skali spadków, które dominowały przez cały miesiąc. Wynik 796.90 punktów indeksu GIP60 to wartość niższa o 7.08 proc., niż przed miesiącem i aż 20.31 proc. niższa od wartości bazowej indeksu ustalonej 1 stycznia 2016 roku na poziomie 1000 punktów. 

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc sierpień.

W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba z DSR S.A. – analityk i współtwórca GIP podaje: „Dla Giełdowego Indeksu Produkcji były to najgorsze wakacje w ponadtrzyletniej historii notowań. Nienajlepszy okres dla akcji polskich producentów sprawił, że indeks GIP60 zredukował swoją wartość do najniższych poziomów w historii”.

Czy ma to związek z wynikami polskich producentów? Czy wynika raczej z obaw inwestorów o perspektywy całej branży przemysłowej w Polsce i w Europie? A może największe znaczenie ma rynek, na którym notowane są akcje producentów? Warto zastanowić się nad tym zanim powakacyjny handel akcjami zacznie się na dobre.

Czy polscy producenci są tak słabi?

Na koniec sierpnia akcje 13 z 60 spółek wchodzących w skład indeksu GIP60 miały wyższe ceny niż miesiąc wcześniej, a ceny akcji 39 spółek niższe niż przed miesiącem – przewaga spółek spadkowych jest miażdżąca. Analizując średnie stopy zwrotu dla poszczególnych branż, sytuacja wygląda jeszcze poważniej. Jedynie akcjom producentów tworzyw sztucznych udało się wypracować średnią miesięczną stopę zwrotu większą od zera, ale i tak było to marne 0,01%. Najwięcej na wartości traciły spółki z branży chemicznej (-8.5 proc.), farmaceutycznej (-8.23 proc.) oraz tzw. projektanci z branży odzieżowej (-7.93 proc.). Kolor czerwony dominował na akcjach producentów praktycznie przez cały miesiąc, z wyjątkiem ostatniej sesji sierpnia, która pozwoliła indeksowi GIP60 nieznacznie zmniejszyć głębokość strat.

Koniec sierpnia i wrzesień to okres publikacji wyników półrocznych. W  momencie powstawania tego komentarza (2 września) swoje wyniki ogłosiła już niemal co trzecia spółka z GIP60, co pozwala nam przybliżyć sytuację w branży. W 72 proc. raportów można znaleźć informacje o wzroście przychodów spółek, a 56 proc. raportów wykazuje przychody zdecydowanie większe niż przed rokiem. Niestety nie w każdym przypadku przełożyło się to na poprawę zysków operacyjnych (55 proc. spadków EBIT r/r), za to nieco lepiej spółki radziły sobie z wypracowaniem zysków netto, bo aż 56 proc. spółek poprawiło tę kategorię wyników, w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Nielicznym spółkom udało się obniżyć zobowiązania, a prawie dwie trzecie z nich zwiększyło udział długu w swoich aktywach, jednak przeważnie do poziomów nieprzekraczających wysokości ich kapitałów własnych.

Trudno wyciągnąć głębsze wnioski na podstawie wyników tylko jednej trzeciej spółek z portfela GIP60, ale wyniki którymi dysponujemy z pewnością nie należą do najgorszych i nie uzasadniają tak dużej przeceny jak ta, z którą mamy do czynienia w ostatnich miesiącach.

Przemysłowe prosperity w pesymistycznej atmosferze

Nastroje w europejskim przemyśle od wielu miesięcy są dalekie od optymizmu. Badania przemysłowego PMI® wykazały negatywne nastroje (odczyty poniżej neutralnych 50 pkt.) niemal w każdej badanej gospodarce Europy – wyjątkami tutaj są Grecja i Holandia. Najpoważniejsza sytuacja panuje w Niemczech, gdzie nastroje spadają systematycznie od stycznia, a PMI® w tym czasie zanurkował do poziomu 43 punktów. W samym sierpniu nastroje uległy poprawie prawie w każdym zakątku Europy, jednak tylko Francji pozwoliło to wydostać się ponad pułap 50 punktów (51.1).

W Polsce nastroje również uległy poprawie, do najwyższego poziomu od trzech miesięcy, ale odczyt PMI® na poziomie 48.8 punktów ciągle sygnalizuje spowolnienie w przemyśle. Niepokojące jest to, że część ankiety dotycząca prognozy przedsiębiorców na najbliższe 12 miesięcy okazała się najgorsza od wielu lat.

Nastroje są istotne, jednak nie zawsze oddają rzeczywistą sytuację panującą w gospodarce, dlatego przyjrzyjmy się danym publikowanym przez Główny Urząd Statystyczny. Jak podaje GUS, produkcja sprzedana przemysłu poprawiła się w lipcu o 5.8 proc. r/r, co należy przyjąć z zadowoleniem po stosunkowo słabym czerwcu (-2.7 proc. r/r). Od początku roku produkcja sprzedana przemysłu rosła średnio w tempie 7.1 proc., co było wynikiem lepszym, niż w udanych pod tym względem latach 2017-2018. Mamy więc do czynienia z osłabieniem dynamiki wzrostu naszego przemysłu – komentuje Zaręba-jednak ciągle daleko do osłabienia sygnalizowanego przez wyniki ankiet wypełnianych przez pracowników firm przemysłowych.

Słabość biało-czerwonego parkietu

Skoro wyniki spółek produkcyjnych i sytuacja w całym przemyśle nie tłumaczy tak gwałtownej przeceny na akcjach tych spółek, to może źródła ostatnich niepowodzeń należy doszukiwać się w słabości całej polskiej giełdy akcji? Sytuacja na GPW w sierpniu nie oszczędzała praktycznie nikogo. Traciły zarówno największe spółki z WIG20 (-9.1 proc. m/m), jak i średnie spółki z MWIG40 (-6.3 proc. m/m) oraz małe spółki z SWIG80 (-3.2 proc. m/m), a indeks szerokiego rynku obsunął się w tym czasie o 7.2 proc.

Nie jest tajemnicą, że w ostatnim czasie warszawski parkiet jest na cenzurowanym i wzrost niepewności w skali globalnej, np. za sprawą napięcia na linii USA-Chiny, każdorazowo powoduje spadki na GPW i innych rynkach wschodzących. Spadek wartości S&P500 oraz dwucyfrowe wzrosty wartości złota, srebra, a nawet platyny, która ostatnio nie miała dobrej prasy, świadczą o tym, że w sierpniu niepewność na rynkach przybrała na sile i kapitał popłynął szerokim strumieniem w kierunku bezpieczniejszych przystani niż rynki akcji. Należy uznać, że również i tym razem staliśmy się ofiarą globalnych zawirowań.

Jednym z czynników, który dodatkowo może ciążyć akcjom spółek notowanych na warszawskiej GPW, jest plan dokończenia reformy Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE), które mają spore udziały w akcjonariacie niejednej spółki. Co prawda, dokończenie reformy OFE może obyć się bez dużej wyprzedaży akcji, jeśli spora grupa przyszłych emerytów zdecyduje się przenieść swoje środki z OFE do IKE, jednak trudno w tej chwili ocenić ile osób zdecyduje się na taki krok. Zwiększa to niepewność względem akcji, na których zaangażowanie OFE jest widoczne, a w GIP60 jest 36 takich spółek. U większości z nich (28) udział OFE w akcjonariacie przekracza 10%. Oczywiście ciągle jest możliwy scenariusz, w którym wiele osób zdecyduje się pozostawić swoje środki na giełdzie jako IKE, mimo 15% opłaty przekształceniowej, a wpływy z PPK zbalansują efekt podaży pozostałej części z OFE. Jednak jeszcze przez jakiś czas pozostaniemy w fazie domysłów, które mają negatywny wpływ na ryzyko inwestycji w polskie akcje.

Jak będzie?

Maciej Zaręba podaje w podsumowaniu: „Rozważania nad przyszłymi wartościami akcji polskich spółek produkcyjnych należy rozpocząć od analizy potencjału GPW do zerwania z dotychczasowym marazmem. Wyceny niektórych spółek znajdują się już poniżej wartości gotówki w ich kasach, a indeksy notują wieloletnie minima. Może to świadczyć o tym, że jesteśmy już blisko dna. Czy może być gorzej? Oczywiście, że może, ale wcale nie musi. Stosunkowo łatwo wyobrazić sobie scenariusz, w którym sytuacja globalna ustabilizuje się i kapitał zwróci uwagę na przecenione polskie spółki. W tej sytuacji również akcje polskich producentów mogą być bardzo ciekawą okazją inwestycyjną”.

Wzrost zadłużenia Polaków wyhamował. Było to możliwe m.in. dzięki wypłacie trzynastej emerytury

Wzrost zadłużenia Polaków wyhamował. Było to możliwe m.in. dzięki wypłacie trzynastej emerytury 1

Blisko 2,8 mln Polaków ma przeterminowane zobowiązania finansowe na łączną kwotę 76,6 mld zł. W II kwartale tego roku zadłużenie rosło wolniej niż w poprzednich. Wynika to m.in. z faktu, że w tym czasie wielu wierzycieli sprzedało długi firmom windykacyjnym, przez co na chwilę zniknęły z rejestrów. Druga przyczyna to świadczenia socjalne, np. trzynasta emerytura. Jak ocenia Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor, w obu przypadkach ten efekt będzie krótkotrwały.

– Tempo wzrostu zadłużenia Polaków nieco wyhamowało. Obecnie całkowite zadłużenie sięga około 76,6 mld zł i dotyczy ono 2,8 mln Polaków. W ostatnim kwartale przyrost był niewielki i to wyhamowanie dotyczy raczej długów pozakredytowych, czyli niezapłaconych rachunków za prąd, telewizję czy telefon, niż kredytowych, czyli bankowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Grzelczak, prezes zarządu Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Kredytowe i pozakredytowe długi Polaków w II kwartale br. zwiększyły się o niecałe 0,64 mld zł, czyli ponadtrzykrotnie mniej niż w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Natomiast liczba dłużników zmniejszyła się w tym czasie nieznacznie – o 2,8 tys. Wolniejsze tempo przyrostu zadłużenia nie oznacza jednak, że Polacy lepiej zaczęli spłacać swoje zobowiązania. Część firm wpisujących dłużników do BIG InfoMonitor sprzedała przeterminowane zobowiązania  i skreśliła dłużników z rejestru, chociaż dług pozostał.

– Taka sprzedaż na dużą skalę rzeczywiście nastąpiła w II kwartale br., ale widzimy już, że firmy windykacyjne na powrót wpisują dane do bazy dłużników. Tak więc jest to efekt krótkotrwały – mówi Sławomir Grzelczak. – Druga przyczyna to transfery socjalne. W II kwartale mieliśmy wsparcie dla seniorów ze strony państwa, czyli tzw. trzynastki, plus zapowiedź rozszerzenia programu Rodzina 500 plus i obietnicę niższych podatków. To też zawsze nieco wyhamowuje wzrost liczby dłużników w naszym rejestrze, ale zwykle są to efekty krótkotrwałe. Konsumpcjonizm działa w ten sposób, że jak mamy trochę więcej, to chcemy jeszcze więcej i zadłużamy się bardziej.

Jak wynika z badania Quality Watch dla BIG InfoMonitor, blisko co czwarty Polak jest gotów usprawiedliwić niespłacanie zobowiązań finansowych chęcią zapewniania odpowiedniego poziomu życia swojej rodzinie. Na liście powodów – obok zdarzeń losowych takich jak choroba (45 proc.) czy utrata pracy (20 proc.) – Polacy wymieniają także zbyt niskie zarobki (35 proc.) oraz za niskie emerytury i renty (22 proc.).

Bardziej skłonni do zadłużania się są mężczyźni, którzy stanowią 61,5 proc. wszystkich dłużników. Na dodatek mają również wyższe zaległości niż kobiety, bo należy do nich 67 proc. całkowitej sumy przeterminowanych zobowiązań.

– Średnia kwota zaległości wynosi obecnie ponad 27 tys. zł, przy czym w przypadku zobowiązań kredytowych jest ona dużo wyższa [prawie 30 tys. zł vs 18,7 tys. zł – red.], bo wpływ na nie mają m.in. kredyty hipoteczne. Jeżeli chodzi o zobowiązania pozakredytowe, tutaj niezmiennie wyróżniają się dłużnicy alimentacyjni. W ich przypadku długi mocno rosną, w tej chwili przekraczają już 32 tys. zł. Inne zobowiązania pozakredytowe, takie jak niezapłacone rachunki za telefon czy prąd, są niższe, bo w tym przypadku aż tak duża suma długu się nie uzbiera – mówi Sławomir Grzelczak.

Statystyki BIK i BIG InfoMonitor pokazują, że rekordzistą jest 63-letni mieszkaniec województwa lubelskiego, którego dług wynosi już prawie 71 mln zł. W pierwszej dziesiątce najbardziej zadłużonych Polaków aż pięcioro pochodzi z Mazowsza, a średnia ich wieku to około 54 lat. Kobiety zajmują w tym rankingu 3. oraz 9. miejsce. Z kolei najstarsza osoba w rankingu to 69-letni mężczyzna z Mazowsza, który zajmuje 10. pozycję z kwotą zaległości 26,6 mln zł.

– Największy problem ze spłatą długów mają osoby w wieku 45–54 lata. W tej grupie zobowiązania pozakredytowe sięgają aż 25 tys. zł i są dużo większe niż wśród osób między 35. a 44. rokiem życia czy seniorów – mówi Sławomir Grzelczak. – Natomiast wśród województw liderów mamy zawsze na ścianie zachodniej. Prowadzi Lubuskie, ponieważ tam najczęściej statystycznie można spotkać dłużnika – 116 osób na 1 tys. nie płaci zobowiązań w terminie. Na drugim miejscu, bardzo blisko, jest Zachodniopomorskie, dalej Dolnośląskie. Na drugim biegunie zdecydowanie najlepszą moralność płatniczą mamy na Podkarpaciu i w Małopolsce – tam zobowiązań nie płaci średnio 50 osób na 1 tys.

W ujęciu liczbowym najwięcej niesolidnych dłużników wywodzi się ze Śląska (390,5 tys. osób) oraz Mazowsza (362 tys.). Na kolejnych miejscach znalazły się natomiast województwa dolnośląskie (275 tys.) oraz wielkopolskie (254,2 tys.).

Polska potrzebuje ponad 20 lat, by dogonić Niemcy pod względem dochodu na mieszkańca. Problemy na rynku pracy mogą zahamować ten rozwój

Polska potrzebuje ponad 20 lat, by dogonić Niemcy pod względem dochodu na mieszkańca. Problemy na rynku pracy mogą zahamować ten rozwój 2

Wciąż największym wyzwaniem dla Polski i innych krajów Europy Środkowej jest skracanie dystansu rozwojowego do Zachodu. Jednak w najbliższych latach nasz kraj czeka spowolnienie gospodarcze, na które nie jest przygotowany. Zaradzić temu można poprzez przełamanie kryzysu demograficznego, stabilność podatków i solidarność krajów regionu w przyciąganiu inwestorów zagranicznych – podkreślali eksperci SGH i Instytutu Studiów Wschodnich podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Musimy zrobić wszystko, żeby zmienić wskaźniki demograficzne. Te w najbliższym czasie nie dają nam szans na to, abyśmy mogli powtórzyć tak niesamowity okres dla rozwoju naszej gospodarki jak ten, który miał miejsce do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy. – Okres między rokiem 1990 a 2018 był dla Polaków wyjątkowy i to powinniśmy podkreślać, bo nie ma w tej części Europy drugiego kraju, który odniósłby porównywalny z Polską sukces.

Według raportu Szkoły Głównej Handlowej i Instytut Studiów Wschodnich, zaprezentowanego na XXIX Forum Ekonomicznym w Krynicy, Polska dogoni Niemcy pod względem dochodu na mieszkańca w 2040 roku. Kilka lat temu prześcignęliśmy pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii, a za kilkanaście lat powinniśmy osiągnąć średnią unijną. Przez ostatnie niemal trzy dekady nasz kraj rozwijał się w średnim tempie 3,2 proc., najszybszym na kontynencie i trzy razy szybszym niż kraje starej Unii. Jednak starzenie się społeczeństwa i idący za nim brak pracowników mogą zastopować ten rozwój.

Niezwykle istotna jest też stabilizacja systemu podatkowego, tak aby kraje Europy Środkowej nie konkurowały między sobą w walce o inwestorów zewnętrznych różnego rodzaju preferencjami, które w dłuższym okresie przyniosą zarówno tym, którzy te preferencje formułują, jak i ich sąsiadom, same negatywne skutki – tłumaczy Zygmunt Berdychowski. – Działania zmierzające do stabilizacji systemu podatkowego odniosły sukces, zwłaszcza w kwestii podatku VAT. Dochodzimy do takiego momentu, w którym potrzeba kolejnych impulsów do tego, by taki sam sukces odnieść w przypadku innych podatków, np. akcyzy, podatku od firm. To są najważniejsze źródła dochodów budżetu państwa w tej części Europy.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach Polska będzie musiała stawić czoła spowolnieniu gospodarczemu spowodowanemu globalnymi czynnikami, takimi jak amerykańsko-chińska wojna handlowa i spadek zamówień u naszych największych partnerów handlowych, głównie Niemiec. PKB naszego kraju wzrosło w II kwartale o 4,4 proc., najwolniej od dwóch lat. Wskaźnik PMI, obrazujący nastroje w przemyśle już dziesiąty miesiąc z rzędu jest poniżej poziomu 50 pkt, co wskazuje na kurczenie się sektora, choć w sierpniu okazał się nieco wyższy niż w lipcu. Jednak prognozy odnośnie do najbliższych 12 miesięcy okazały się najsłabsze od wielu lat.

Myślę, że czeka nas istotne spowolnienie, nie mamy tak daleko idących analiz, by stwierdzić, czy w Polsce będzie to recesja – mówi prof. Marek Rocki, rektor Szkoły Głównej Handlowej. – Co prawda, analizy koniunktury wskazują na to, że ostatnio cykle są nieco krótsze i płytsze, jeśli chodzi o wahania, w związku z tym to, że gospodarka niemiecka spowolniła praktycznie do zera, może spowodować, że nasze tempo wzrostu też będzie się zbliżało do zera przez rok, dwa. Ale, jak to z cyklami gospodarczymi, to też daje optymizm za parę, paręnaście lat na odbicie.

Największym partnerem handlowym Polski pozostają niezmiennie Niemcy z udziałem w eksporcie za I półrocze na poziomie 27,3 proc. Tymczasem w II kwartale PKB Niemiec był na takim samym poziomie jak przed rokiem. W ujęciu kwartalnym wzrósł jedynie o 0,1 proc. W Polsce z kolei mimo wysokiego tempa wzrostu niezmiennie głównym jego czynnikiem pozostaje konsumpcja. Spożycie w sektorze gospodarstw domowych wzrosło o 4,4 proc. i było wyższe niż w I kwartale 2019 roku (3,9 proc.). Tempo wzrostu nakładów brutto na środki trwałe było natomiast słabsze niż w I kwartale 2019 roku (9,0 proc. vs 12,6 proc.).

Myślę, że polska gospodarka nie jest przygotowana [na to spowolnienie – red.]. Nasze analizy wskazują na to, że co prawda mamy wzrost, ale jest on niepewny poprzez zagrożenie paneuropejskie. Jednocześnie wzrost jest wspomagany przez konsumpcję, a nie przez inwestycje, szczególnie w sektorze prywatnym. Brak takich inwestycji, niestety, nie daje dobrych wskazań na przyszłość – konkluduje rektor SGH.

Ministerstwo Zdrowia wdraża duże zmiany w leczeniu schizofrenii. Nowy model może przynieść korzyść pacjentom i gospodarce

Ministerstwo Zdrowia wdraża duże zmiany w leczeniu schizofrenii. Nowy model może przynieść korzyść pacjentom i gospodarce 3

ZUS wydaje ponad 1 mld zł rocznie na świadczenia dla chorych na schizofrenię. Znaczna część pacjentów nie musiałaby przechodzić na rentę i mogłaby pozostać aktywna zawodowo, gdyby otrzymała właściwą opiekę medyczną. Zdaniem ekspertów sytuację chorych może poprawić większa dostępność leków o przedłużonym działaniu oraz zmiana modelu opieki szpitalnej na środowiskową, bazującą na lokalnych poradniach psychiatrycznych. 

Schizofrenia to choroba psychiczna o nieznanym podłożu. W jej przebiegu dochodzi do zaburzenia treści myślenia i spostrzegania, najczęściej w postaci urojeń i pseudohalucynacji słuchowych. Chory nie jest w stanie realnie ocenić samego siebie ani otoczenia, w którym się znajduje, w efekcie czego odsuwa się od świata i bliskich. Schizofrenia występuje stosunkowo często – na świecie choruje na nią 50 mln osób, w Polsce według szacunków NFZ ok. 200 tys. W powszechnym, mylnym przekonaniu, chorzy to osoby agresywne, nieobliczalne i niezdolne do funkcjonowania w społeczeństwie. Tymczasem ze schizofrenią można prowadzić niemal normalne życie, zarówno rodzinne, jak i zawodowe.

 Musimy mieć świadomość, że w wielu państwach pacjenci z tą jednostką chorobową są aktywni zawodowo i zmiany w organizacji opieki zdrowotnej, społecznej powinny pójść w tym kierunku, żeby przywracać osoby chore na rynek pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jerzy Gryglewicz, ekspert Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego.

Aby pacjenci mogli funkcjonować w społeczeństwie, niezbędne jest przede wszystkim odpowiednie leczenie, utrzymujące chorobę w stanie remisji. Tradycyjne leki należy przyjmować codziennie. Zdarza się, że chorzy nie zażywają farmaceutyków, gdyż uważają, że nie są one im potrzebne, lub zapominają o kolejnej dawce. Rozwiązaniem są nowoczesne leki o przedłużonym działaniu (LAT – long-acting treatment), podawane w zastrzyku raz na miesiąc, a nawet raz na kwartał. Z bezpłatnych terapii lekami o przedłużonym działaniu może skorzystać jednak jedynie kilka procent polskich pacjentów. Nie mają oni także dostępu do leków podawanych raz na trzy miesiące, mimo że są one już dostępne w większości krajów europejskich.

 Jest to tak samo skuteczny lek jak podawany w tabletkach. Dodatkowo generuje znacznie mniej objawów niepożądanych. To duży przełom w opiece nad tą grupą pacjentów. Zanim wprowadzono długodziałające leki przeciwpsychotyczne, często mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które się nazywa brakiem współpracy – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Gałecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dorosłych Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii.

Istotnym problemem jest także sposób prowadzenia leczenia w Polsce oparty na modelu azylowym, czyli szpitalnym, oraz brak skoordynowanej opieki. Konieczność hospitalizacji eliminuje pacjentów z życia zawodowego, nie służy także leczeniu – większość szpitali jest niedofinansowana i cierpi na brak wykwalifikowanego personelu, w dodatku znajduje się najczęściej w dużym oddaleniu od miejsca zamieszkania chorego. Pozytywną zmianę ma przynieść wdrożony w 2017 roku Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego.

 Jednym z głównych celów jest odejście od modelu azylowego, opartego na dużych szpitalach, hospitalizacjach w tradycyjnym modelu, na rzecz opieki środowiskowej – mówi dr Marek Balicki, pełnomocnik ministra zdrowia ds. reformy w psychiatrii.

W ramach programu od lipca 2018 roku w całej Polsce powstało 27 lokalnych centrów zdrowia psychicznego, gdzie chorzy mogą uzyskać szybką pomoc, od diagnozy po opracowanie planu leczenia. W centrach tych bez wcześniejszego umawiania się można się skonsultować z psychologiem lub psychiatrą. Twórcy programu chcą, by w razie konieczności leczenia szpitalnego, ono także odbywało się blisko miejsca zamieszkania pacjenta, głównie na niewielkich oddziałach psychiatrycznych w lokalnych szpitalach. Dzięki temu pacjent ma kontakt z rodziną i przyjaciółmi, co sprzyja powrotowi do zdrowia.

– Na tym polega przede wszystkim opieka środowiskowa, żeby przy pierwszym epizodzie szybko zareagować, utrzymywać remisję, nie pozwalać, żeby pacjent robił sobie wakacje lekowe lub z różnych przyczyn doszło do pogorszenia, co się może wiązać z zupełnie niezależnymi od pacjenta elementami – tłumaczy prof. Piotr Gałecki.

Obecnie 27 centrów zdrowia psychicznego, powstałych w ramach programu pilotażowego, jest w stanie obsłużyć 3 mln Polaków, czyli 10 proc. społeczeństwa. Koordynatorzy programu liczą na to, że do jego zakończenia taką formą opieki objętych zostanie 20 proc. dorosłych Polaków. Jednocześnie pracują nad innymi formami deinstytucjonalizacji opieki psychiatrycznej i rozwoju modelu środowiskowego.

 W perspektywie kolejnych 5–10 lat większość Polaków będzie miała w swojej dzielnicy, w swoim mieście albo powiecie centrum zdrowia psychicznego – mówi dr Marek Balicki.

Eksperci rekomendują ponadto tworzenie programów rehabilitacji zawodowej dla pacjentów chorych na schizofrenię. Zakład Ubezpieczeń Społecznych posiada środki na świadczenia prewencji rentowej, obecnie jednak są one niewielkie. Przeznaczenie większych kwot na aktywizację pacjentów mogłoby sprawić, że chorzy zamiast uzyskiwać świadczenia rentowe mogliby np. pracować w warunkach pracy chronionej w większym zakresie, niż to jest obecnie.

– Według map potrzeb zdrowotnych opublikowanych przez Ministerstwo Zdrowia pacjenci ze schizofrenią praktycznie nie mają świadczeń z zakresu rehabilitacji, mówię tu głównie o rehabilitacji zawodowej, więc to jest ten obszar, który wymaga poprawy – mówi dr Jerzy Gryglewicz.

Przywrócenie osób chorych na schizofrenię do życia społecznego i zawodowego ma istotne znaczenie również dla gospodarki. Schizofrenia to choroba ludzi młodych – diagnozę stawia się zazwyczaj pacjentom w wieku 18–30 lat, w pełni możliwości zawodowych. Obecnie 15 proc. chorych pozostaje jednak aktywnych na rynku pracy, ponad 60 proc. przechodzi natomiast na rentę. Generuje to znaczne koszty. W 2016 roku Zakład Ubezpieczeń Społecznych przeznaczył na świadczenia dla tej grupy chorych ponad 1 mld zł. Wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia związane z leczeniem były natomiast dwukrotnie niższe i wynosiły ponad 600 mln zł.

 Więcej wydajemy z ubezpieczeń społecznych na tę jednostkę chorobową niż ze zdrowotnych. Jedyną rekomendacją, która sama się nasuwa, jest to, że jeśli zwiększymy skuteczność leczenia tej jednostki chorobowej, a zwłaszcza jeśli zminimalizujemy objawy tej choroby, to jesteśmy w stanie zaoszczędzić duże środki w systemie ubezpieczeń społecznych – mówi dr Jerzy Gryglewicz.

Brak paragonu barierą w oddawaniu butelek zwrotnych po piwie. Grupa Żywiec chce to zmienić

Brak paragonu barierą w oddawaniu butelek zwrotnych po piwie. Grupa Żywiec chce to zmienić 4

Polacy konsumują około 98 litrów piwa rocznie w przeliczeniu na osobę. Większość jest sprzedawana w szklanych butelkach zwrotnych, jednak te nie zawsze wracają do producenta. Sprzedawcy najczęściej proszą o okazanie paragonu, tymczasem konsumenci nie zawsze go zachowują. Dlatego Grupa Żywiec uruchomiła kampanię „Daj butelce drugie życie”, w ramach której umożliwia konsumentom oddawanie butelek zwrotnych bez paragonu.

Polacy bardzo lubią piwo w butelce, niestety mają problem z ich zwrotem, ponieważ za każdym razem wymagany jest paragon, który poświadcza dokonanie zakupu w danym sklepie. Dlatego uruchomiliśmy ogólnopolską akcję „Daj butelce drugie życie”. Ułatwia ona w znaczny sposób oddawanie butelki w dowolnym punkcie biorącym udział w akcji, a dodatkowo świetnie wpływa na środowisko. Już dzisiaj nasi konsumenci mogą oddawać butelki w około 1 tys. sklepów – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Celejowski, dyrektor ds. sprzedaży Grupy Żywiec SA.

Aby oddać butelki zwrotne Grupy Żywiec, wystarczy znaleźć sklep, który bierze udział w akcji. Za każdą butelkę zwrotną marek Żywiec, Warka, Warka Radler, Tatra, Specjal, Królewskie, Leżajsk, Brackie i EB oddawaną bez paragonu konsument otrzyma 0,35 zł, nawet jeśli kupił piwo w innym sklepie. Mapa ponad 1 tys. sklepów, które już dziś biorą udział w kampanii, jest dostępna na stronie akcji zwrocbutelke.pl.

 Akcja cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Klienci szukają informacji i my też informujemy klientów o tej możliwości. Te informacje pojawiają się na plakatach, przed sklepem, w internecie, lokalnych mediach, a akcja się rozwija. Widzimy wzrost liczby oddawanych butelek – mówi Krzysztof Niemczyk, właściciel sklepu Tequila w Czechowicach-Dziedzicach.

Zanim podjęto decyzję o rozszerzeniu działań na cały kraj, Grupa Żywiec przeprowadziła pilotaż na terenie Województwa Śląskiego. Pilotaż miał sprawdzić, czy proponowane przez firmę rozwiązanie rzeczywiście wpływa na zwrotność butelek. Efekty pilotażu pokazały, że udało się zwiększyć liczbę zwróconych butelek o 20 proc. z korzyścią dla środowiska.

– Najważniejszą cechą, która skłoniła nas do udziału w tej akcji, jest ekologia. Wszyscy mówimy o tym, że trzeba oczyścić nasze otoczenie. Z drugiej strony sklep ma możliwość rozwoju – pojawiają się ludzie z regionu całego miasta i oddają u nas butelki, a to oznacza zdobywanie nowych klientów – mówi Krzysztof Niemczyk.

Oddawanie butelki zwrotnej to najlepszy wybór dla środowiska. Butelka może krążyć nawet 25 razy w ciągu 5 lat bez konieczności dodatkowego przetwarzania, ale to nie wszystko. Jej oddawanie ma też wpływ na emisje dwutlenku węgla, które w przypadku butelki zwrotnej są porównywalne do emisji generowanych podczas ładowania 3 smartfonów, podczas gdy w przypadku butelki bezzwrotnej – 37 smartfonów.

Jak wynika z danych Deloitte, piwo pije regularnie 22,8 mln Polaków, czyli około 73 proc. społeczeństwa. Roczna konsumpcja piwa w przeliczeniu na osobę wynosi około 98 litrów (dla porównania w Czechach jest to ok. 143 l piwa rocznie na osobę). Polska jest również jednym z wiodących producentów piwa w Europie.

Szkolnictwo zawodowe na nowych zasadach. Firmy będą miały większy wpływ na program kształcenia

Szkolnictwo zawodowe na nowych zasadach. Firmy będą miały większy wpływ na program kształcenia 5

Większy wpływ biznesu na szkolnictwo zawodowe, staże uczniowskie u pracodawców, obowiązkowa współpraca szkół z biznesem – z początkiem września w szkolnictwie zawodowym weszło wiele zmian, które mają ściślej powiązać edukację z rynkiem pracy i lepiej odpowiedzieć na potrzeby pracodawców. To konieczność, bo jak wynika z raportu Trenkwalder Polska, na polskim rynku pracy trwa hossa, a rotacja kadr w połączeniu z brakiem siły roboczej w coraz większym stopniu hamuje rozwój przedsiębiorstw. Te zmagają się obecnie z największym deficytem pracowników produkcyjnych.

Od września w szkolnictwie branżowym zmieni się kilka ważnych aspektów. Szkoły będą dwustopniowe i zakończone egzaminem zawodowym, dopuszczą też do matury i do studiów zawodowych. Bardzo ważne jest to, że będą one wręcz zmuszone do współpracy z biznesem, co oznacza, że biznes będzie brał udział w przygotowaniu programów zawodowych. Dopuszczone będzie finansowanie szkół przez prywatny biznes i ulgi podatkowe z tego tytułu. Wprowadzono też obowiązkowe staże i praktyki dla uczniów – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes Trenkwalder Polska i wiceprezes Polskiego Forum HR.

Jak podało MEN, od września w szkołach ponadpodstawowych (liceach ogólnokształcących, technikach, branżowych szkołach I stopnia i szkołach przysposabiających do pracy) rozpoczęło naukę w sumie ok. 1,5 mln uczniów. W szkolnictwie branżowym rozpoczęło się wdrażanie nowych podstaw programowych. We wszystkich klasach pierwszych szkół prowadzących kształcenie zawodowe (branżowych szkół I stopnia, pięcioletnich techników, klas dotychczasowych czteroletnich techników oraz szkół policealnych) będzie obowiązywała nowa klasyfikacja zawodów szkolnictwa branżowego.

Ustawa zmieniająca system kształcenia zawodowego, która weszła w życie 1 września br., wprowadza cały szereg nowych rozwiązań, które mają ściślej powiązać edukację z rynkiem pracy i lepiej odpowiadać na potrzeby pracodawców. Firmy zyskają większy wpływ na szkolnictwo zawodowe i będą mogły odliczyć od dochodu darowizny przekazane na rzecz takich szkół.

Na pewno potrzebne jest włączenie się związków pracodawców do tego projektu, bo trudno mi wyobrazić sobie firmę, która zatrudnia 50 czy 100 pracowników i finansuje 30-osobową klasę branżową – mówi Wojciech Ratajczyk.

Ustawa wprowadziła również obowiązkową współpracę szkół z pracodawcami, odbywającą się na zasadzie umowy lub porozumienia, obejmującego co najmniej jeden cykl kształcenia. Kolejną nowością są staże uczniowskie u pracodawców, odbywane na podstawie umowy. Te będą wliczane do okresu zatrudnienia, a pracodawca może wliczyć świadczenia wypłacane uczniowi w koszty uzyskania przychodu.

Dość ważnym aspektem jest podniesienie prestiżu szkół branżowych. Dzisiaj tylko 5 proc. absolwentów szkół podstawowych czy gimnazjów deklaruje chęć pójścia do takiej szkoły. Przez ostatnich blisko 30 lat to był zaniedbany obszar. Dlatego istotne jest zachęcanie młodych ludzi do pójścia do szkół branżowych – mówi Wojciech Ratajczyk.

Jak ocenia, biznes bardzo korzystnie ocenia zmiany wprowadzane w szkolnictwie zawodowym, chociaż na ich pełne efekty trzeba będzie poczekać kilka lat.

Z sierpniowego raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” Trenkwalder Polska wynika, że hossa na rynku pracy trwa. W ciągu ostatniego roku ponad 70 proc. firm zwiększyło zatrudnienie średnio o 10 proc., a 30 proc. przedsiębiorców zatrudniło więcej niż 50 osób. W ciągu najbliższego półrocza rekrutację nowych pracowników planuje 68 proc. polskich firm. Duże zapotrzebowanie to efekt wzrostu gospodarczego, ale i sporej rotacji kadr, z którą problem mają zwłaszcza podmioty z sektora MŚP. Ta – w połączeniu z brakiem siły roboczej – w coraz większym stopniu hamuje rozwój przedsiębiorstw.

– Są dwa obszary, w których najtrudniej jest dzisiaj pozyskać pracowników: przede wszystkim IT, ale już na drugim miejscu są operatorzy maszyn, później inżynierowie i specjaliści. Natomiast kiedy pytamy firmy, jakich pracowników najbardziej im brakuje, tutaj jest zupełna zmiana trendu w stosunku do ostatnich lat, bo przede wszystkim są to pracownicy produkcyjni – mówi prezes Trenkwalder Polska..

Pracodawcy zmagają się obecnie z największym deficytem pracowników fizycznych. „Niebieskie kołnierzyki” otwierają listę kandydatów najbardziej pożądanych przez firmy (39 proc. wskazań). Dopiero kolejne miejsca zajmują inżynierowie (15 proc. wskazań), sprzedawcy (11 proc. wskazań) oraz specjaliści IT (10 proc.).

Przy dzisiejszym rozwoju przemysłu i technologii najbardziej poszukiwani są specjaliści, którzy potrafią obsługiwać procesy produkcyjne, maszyny, urządzenia. Mocno rozwijającą się dziedziną jest też logistyka, transport – wymienia Wojciech Ratajczyk. – Bardzo poszukiwane są również wszystkie kierunki związane z IT, e-commerce, e-marketingiem. Nastała też złota era dla inżynierów związanych z mechatroniką, nowymi technologiami, biotechnologiami. W kontekście szkolnictwa technicznego dzisiaj poszukiwani są operatorzy maszyn, operatorzy procesów technologicznych, specjaliści wszelkiego rodzaju. Na pewno są też zawody, których jeszcze dziś nie bierzemy pod uwagę, a które pojawią się w najbliższym czasie.

Eksperci w raporcie „Rynek pracy oczami pracodawców” podkreślają też, że na aktualnej kondycji polskiego rynku pracy odbijają się fale emigracji zarobkowej pracowników fizycznych, kryzys demograficzny i wzrost osób biernych zawodowo czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorstw. W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie około 3–4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Działania, które załatają braki kadrowe, są potrzebne już, bo na ich efekty trzeba będzie poczekać przynajmniej kilka lat.

Bankowość otwiera się na innowacyjne rozwiązania. Fintechy już mogą korzystać z naszych danych przechowywanych w bankach

Bankowość otwiera się na innowacyjne rozwiązania. Fintechy już mogą korzystać z naszych danych przechowywanych w bankach 6

Z początkiem września weszła w życie dyrektywa PSD2, która wprowadzi istotne zmiany w sposobie funkcjonowania sektora finansowego. Oprócz wymuszenia na bankach stosowania silnych narzędzi uwierzytelniających wdroży możliwość powiązania rachunku bankowego z usługami zewnętrznych dostawców. Dzięki nim powstaną agregatory ułatwiające zarządzanie kontami w wielu bankach oraz innowacyjne aplikacje finansowe od firm trzecich.

– Otwarta bankowość zmieni na rynku finansów to, że banki będą dzielić się danymi klientów z zewnętrznymi podmiotami, które na bazie tych danych będą mogły zaoferować nowe usługi albo te same usługi, ale w inny sposób. Będzie można zrobić agregator kont, w jednej aplikacji będziemy zarządzać całością finansów, nie będzie już trzeba tego dzielić. Banki będą miały także dostęp do tych danych między sobą – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Sadaj z Revolut.

Wdrożenie otwartej bankowości jest jednym z elementów dyrektywy PSD2 przyjętej przez Parlament Europejski. Zgodnie z jej zapisami unijne banki mają do 14 września udostępnić zewnętrznym podmiotom (zwanym TPP) środowisko API, które umożliwi im przetwarzanie danych klientów korzystających z usług danej instytucji bankowej. Dzięki temu inne banki, serwisy płatnicze oraz start-upy fintechowe będą mogły projektować aplikacje finansowe korzystające ze środków, jakie gromadzimy w naszych bankach.

Jednym z narzędzi, które otrzymają do dyspozycji podmioty TPP, będzie Account Information Service, służące do agregowania informacji o rachunkach bankowych prowadzonych przez kilka instytucji. Usługę tego typu wprowadza Nest Bank, który w ramach modułu Moje Finanse wprowadził możliwość analizy historii operacji finansowych wykonywanych na wielu rachunkach we wszystkich bankach, z których korzysta dany klient.

Znacznie szersze możliwości otworzy przed programistami usługa Payment Initiation Service. To za jej pomocą będzie można projektować aplikacje, które nie tylko przeanalizują stan konta użytkownika, lecz także pozwolą inicjować za niego płatności.

– Otwarta bankowość pozwoli na większą integrację biznesu, zarówno od strony klientów, jak i dostawców. Mamy już usługę, w ramach której można zintegrować wydatki służbowe tak, żeby pracownicy nie musieli zbierać paragonów i wysyłać ich do księgowości. Możemy myśleć nawet o takich przykładach, że kontrahenci będą się ze sobą łączyć i na bazie API będą mogli samemu inicjować płatności. Możemy sobie wyobrazić sytuację, że mamy jakiegoś podwykonawcę, który po spełnieniu określonych kryteriów będzie po prostu klikał w guzik w swojej aplikacji. Płatność będzie w pełni zautomatyzowana – twierdzi ekspert.

Aby przygotować się na wdrożenie rozwiązań z zakresu otwartej bankowości, polskie instytucje finansowe przygotowały środowiska testowe, w ramach których instytucje TPP mogły się przygotować do wdrożenia innowacyjnych aplikacji. Pierwszym bankiem, który uruchomił takie środowisko, był Citi Handlowy, który zrealizował konkurs na najbardziej przyszłościową aplikację zgodną z dyrektywą PSD2. Z kolei przedstawiciele mBanku udostępnili swoje środowisko testowe nawet tym instytucjom, które nie uzyskały certyfikatu bezpieczeństwa. Decyzja ta miała zachęcić jak najszersze grono potencjalnych współpracowników do zapoznania się z API banku.

Wymuszenie przez Parlament Europejski otwarcia się banków na instytucje zewnętrzne jest odpowiedzią na ewolucję rynku finansowego realizowaną przez start-upy. Tradycyjna bankowość pozostaje w tyle za rozwiązaniami fintechowymi, które od dawna mają w swojej ofercie rozwiązania z zakresu otwartej bankowości. Revolut oddaje w ręce klientów usługę, która pozwala wykonywać transakcje w dowolnej walucie czy operować kryptowalutami, udostępnia także swoje API zewnętrznym start-upom, umożliwiając zintegrowanie płatności w zewnętrznych aplikacjach.

– Otwarta bankowość to dla banków, szczególnie takich nowoczesnych jak banki polskie, zarówno zagrożenie, jak i szansa. Fakt, że zewnętrzne podmioty i lokalne fintechy będą miały dostęp do danych będzie zmuszał banki do tego, żeby jeszcze szybciej, jeszcze bardziej innowacyjnie się rozwijać. Jeżeli na końcu to użytkownik będzie tematem tej rozmowy, to na pewno on z tego skorzysta i skorzysta cała branża. To może być impulsem do tego, żeby jak najwięcej innowacyjnych rozwiązań się pojawiało. Wydaje mi się, że mamy tak nowoczesne banki, że te rozwiązania będą mogły w końcu być eksportowane na zagraniczne rynki – twierdzi Karol Sadaj.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Branża szkoleniowa coraz chętniej sięga po technologię VR. W wirtualnym świecie nauczy, jak przeprowadzić zwalnianie pracowników

Branża szkoleniowa coraz chętniej sięga po technologię VR. W wirtualnym świecie nauczy, jak przeprowadzić zwalnianie pracowników 7

Wirtualna rzeczywistość nie jest domeną wyłącznie branży rozrywkowej. Coraz większą rolę pełni w sektorze biznesowym, gdzie wykorzystuje się ją m.in. do tworzenia realistycznie wyglądających środowisk szkoleniowych. Za pośrednictwem gogli VR można przeprowadzać kursy z obsługi dużych maszyn bez narażania fizycznego sprzętu na uszkodzenie. Wirtualna rzeczywistość wykorzystywana jest m.in. w branży lotniczej, górniczej czy medycznej. Powstają już nawet symulatory VR zaprogramowane z myślą o doskonaleniu umiejętności miękkich.

– Wirtualna rzeczywistość ma zastosowanie zarówno w branży entertainment, jak i w rozwiązaniach komercyjnych dla dużych firm przemysłowych, które starają się wykorzystać ją w kilku rejonach swojej działalności. Dużym elementem jest np. tworzenie wirtualnych symulatorów treningowych, na których kierowcy dużych maszyn i sprzętów czy strażacy starają się wykorzystać VR do tego, by nauczyć się działać w środowisku testowym, nieobjętym wielkim stresem. Natomiast ciągle jeszcze czekamy na większą popularyzację urządzeń do VR i AR – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Jaśkiewicz, prezes zarządu Simteract.

Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej sięgają po wyspecjalizowane szkolenia z branży VR. System taki opracowali m.in. pracownicy Politechniki Lubelskiej, którzy stworzyli symulator lotniczy VR Syntia. Zaprogramowano go z myślą o usprawnieniu procesu nauczania przyszłych pilotów samolotów, śmigłowców, a nawet operatorów dronów. Prace nad symulatorem obejmowały m.in. blisko dwa tysiące godzin testów, które miały pomóc przystosować zarówno sprzęt, jak i oprogramowanie do testowania potencjału przyszłych pracowników lotnictwa.

Po technologię wirtualnej rzeczywistości sięgnęło także stowarzyszenie Motopomocni, które we współpracy z firmą 4HELP VR zorganizowało cykl szkoleń VR na temat udzielania pierwszej pomocy. Organizacja wykorzystała gogle VR, aby zasymulować sytuacje, z jakimi motocykliści mogą się zetknąć w trakcie podróży. Szkolenie miało pomóc im przećwiczyć procedurę udzielania pierwszej pomocy w wysoce immersyjnym środowisku, symulując przebieg prawdziwej akcji ratunkowej.

Z kolei Simteract wykorzystuje swoją wiedzę w zakresie sztucznej inteligencji do tworzenia symulatorów VR. Aby zapewnić wysoką immersyjność doświadczeń firma korzysta ze środowiska graficznego z branży gamingowej – silników Unity 3D, Unreal Engine, CryEngine czy Unigine. Dzięki nim można stworzyć fotorealistyczne środowisko testowe i z wysoką precyzją odwzorować układ przyrządów w najbardziej skomplikowanych pojazdach.

– Mamy doświadczenie z tworzeniem symulatora nauki jazdy dla maszynistów prowadzących wielkie pociągi cargo. W tym przypadku są wyzwania związane z legislacją. Według prawa wszystkie elementy kabiny takiego pociągu muszą być fizyczne. W związku z tym stawiamy spory nacisk na to, żeby dało się stworzyć symulator, który daje realną odpowiedź na potrzeby użytkowników, realną wartość treningową. Im symulacja jest wiarygodniejsza, tym trening jest lepszy – tłumaczy ekspert.

Wirtualna rzeczywistość sprawdza się także w procesie nauczania umiejętności miękkich. Symulator VR od Talespin opracowany z myślą o pracownikach branży HR pozwala menadżerom przećwiczyć proces zwalniania pracowników w wirtualnym środowisku. Firma przygotowała szereg scenariuszy, w których rekruter musi poinformować pracownika imieniem Barry, że jego pracodawca rozwiązuje z nim umowę. Oprogramowanie ocenia, w jaki sposób menedżer prowadzi rozmowę i symuluje mimikę oraz sposób wypowiedzi zwalnianej osoby, aby przygotować szkolącą się osobę na to, jak w analogicznej sytuacji może postąpić żywy pracownik.

Nad szkoleniową aplikacją VR pracuje również Jastrzębska Spółka Węglowa, która chce wykorzystać gogle wirtualnej rzeczywistości do nauczania górników pracy zespołowej. Oprogramowanie ma nauczyć przyszłych pracowników, jak poruszać się w kopalnianych korytarzach, jak postępować w niebezpiecznych sytuacjach czy przeprowadzać akcje ratunkowe.

Wirtualna rzeczywistość może się także sprawdzić w procesie szkolenia pracowników branży medycznej. Firma InventionMed pracuje nad stworzeniem w Bydgoszczy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR, które będzie pełnić rolę wirtualnego szpitala i laboratorium testowego nowych technologii. Nadrzędnym celem funkcjonowania ośrodka będzie wdrożenie kompleksowych szkoleń medycznych wykorzystujących potencjał wirtualnej rzeczywistości.

Simteract chce wykorzystać swoje doświadczenie w projektowaniu rozrywkowych aplikacji VR na potrzeby branży biznesowej.

– Wykorzystujemy technologie, które stworzyliśmy w trakcie projektowania symulatorów treningowych: mamy możliwość stworzenia wirtualnego miasta w bardzo krótkim czasie, niemal automatycznie, mamy system inteligentnego ruchu drogowego, który można podpiąć pod symulator, albo grę wideo. Współpracujemy z jedną z firm globalnych, która zajmuje się tworzeniem oprogramowania inteligentnego samochodu, na naszym oprogramowaniu tworzymy symulator nauki jazdy. Ale nie dla człowieka, tylko dla inteligentnego auta – wymienia Marcin Jaśkiewicz

Według firmy badawczej Technavio wartość globalnego rynku VR dla edukacji wzrośnie do 2021 roku do 1,7 mld dol. W najbliższych latach rynek ten ma  się rozwijać w tempie 55 proc. w skali roku.

Showroom LivinnX w IKEA Kraków

To, jak finalnie będzie prezentowała się przestrzeń mieszkalna w akademiku LivinnX Kraków, można sprawdzić już nie tylko za sprawą odwiedzin biura wynajmu zaaranżowanego na terenie obiektu, ale i wizyty w IKEA Kraków. Na I piętrze sklepu obejrzeć można wnętrze przestrzeni przeznaczonej dla 1 osoby. Pokój z akademika LivinnX został odwzorowany z dbałością o wszystkie detale.

LivinnX Kraków to akademik powstający w ramach rewitalizacji budynku po dawnych zakładach Telpod przy ul. Romanowicza 4 w Krakowie. Już w nadchodzącym roku akademickim w obiekcie będzie mogło zamieszkać aż 710 osób. Do ich dyspozycji będzie 290 jednostek o różnej konfiguracji – 1-, 2-, 3- i 4-osobowych. Każda z nich – w pełni umeblowana – będzie posiadała strefę dzienną połączoną z aneksem kuchennym, przestrzeń sypialnianą oraz łazienkę. We wnętrzach znajdą się meble szwedzkiej marki IKEA. Firma zaopatrzy części mieszkalne akademika w sofy, łóżka, szafy, meble kuchenne oraz dodatki.

– Od początku prac nad tym projektem, zależało nam, aby mieszkańcom akademika dostarczyć nie tylko miejsca do spania, ale i takich rozwiązań, które z jednej strony pozwolą im skoncentrować się na nauce, a z drugiej – będą sprzyjały rozwojowi pasji, zawieraniu przyjaźni i kreatywnemu spędzaniu czasu. Wiedzieliśmy, że musimy stworzyć akademik, jakiego jeszcze nie było – oferujący nowoczesną i zarazem multifunkcjonalną przestrzeń o bardzo dobrym standardzie i designie. Naturalne było więc dla nas nawiązanie współpracy z IKEA – firmą, która zrewolucjonizowała rynek wnętrzarski. Doskonale zaprojektowane, nowoczesne meble IKEA idealnie wpasowały się w naszą wizję akademika. Jestem przekonany, że przyszli mieszkańcy LivinnX Kraków podzielą nasze zdanie – powiedział Jakub Bartos, Head of Residential w Golub GetHouse.

Gotowe aranżacje jednostek można obejrzeć na terenie akademika (pięć rodzajów pomieszczeń), a od niedawna także w krakowskim sklepie IKEA. Zaprezentowano tam „kawalerkę”, czyli pomieszczenie dedykowane jednej osobie.

LivinnX Kraków Showroom LivinnX w IKEA_1 Showroom LivinnX w IKEA_2 Showroom LivinnX w IKEA_3– Mamy mnóstwo rozwiązań, które idealnie wpasują się w potrzeby studentów. Cieszymy się, że dzięki współpracy z akademikiem LivinnX, mogliśmy zaprezentować je „na żywym organizmie”. Jedno z wnętrz przenieśliśmy do naszego sklepu. Jest to kawalerka w stylu scandinavian modern, wyposażona m.in. w wygodne łóżko, które w razie potrzeby można rozłożyć, pojemną szafę i  funkcjonalny aneks kuchenny ze stołem – powiedziała Katarzyna Kuś, Kierownik ds. Projektowania Wnętrz w IKEA Kraków.

Inwestorzy akademika rozumieją, jak ważne w życiu studenckim są rozrywka, możliwość realizacji pasji, nawiązywanie kontaktów, a także poczucie przynależności do społeczności. Dlatego poza jednostkami mieszkalnymi, zlokalizowanymi na sześciu kondygnacjach budynku, w akademiku LivinnX Kraków znajdzie się także 2000 m kw. udogodnień. Do dyspozycji mieszkańców będą m. in. specjalnie zaaranżowane strefy nauki i rozrywki, duża wspólna kuchnia, całodobowa siłownia, sauna, pokój do jogi, ścianka wspinaczkowa, pracownia artystyczna, a nawet taras z jacuzzi zlokalizowany na dachu budynku. Nie zabraknie także pralni i rowerowni. Na terenie obiektu znajdą się również ogólnodostępne przestrzenie, takie jak sklep spożywczy Lewiatan, restauracja Mr. Pancake, kawiarnia oraz drogeria. Na wzór międzynarodowych kampusów, akademik będzie nadzorowany całodobową telewizją CCTV. 24 godziny na dobę będzie czynna również recepcja i biuro ochrony.

Dzięki dogodnej lokalizacji, akademik jest dobrze skomunikowany z najważniejszymi szkołami wyższymi na terenie Krakowa. Sąsiedztwo Starego Miasta oraz dzielnicy Kazimierz zapewnia z kolei dostęp do infrastruktury kulturalno-usługowej, takiej jak: muzea, galerie sztuki, kluby, restauracje oraz Bulwary Wiślane.

Akademik realizowany jest przez Golub GetHouse we współpracy z amerykańską firmą CA Ventures International. Za projekt przebudowy budynku Telpod odpowiada renomowana krakowska pracownia architektoniczna IMB Asymetria, a generalnym wykonawcą inwestycji jest UNIBEP S.A.

Nadal można dokonywać rezerwacji miejsc w akademiku.

Za sprzedaż podróbek odpowie wynajmujący powierzchnię handlową, czy magazyn

Wiele firm wydzierżawiających pomieszczenia handlowe nie jest świadomych ryzyka poniesienia odpowiedzialności za sprzedaż towarów opatrzonych podrobionymi znakami towarowymi, której sami bezpośrednio nie prowadzą.

16 marca 2019 r. weszły w życie przepisy nowelizujące ustawę prawo własności przemysłowej, które wprowadziły wiele istotnych zmian w systemie ochrony tych praw własności intelektualnej, m.in. bezpośrednią podstawę dla odpowiedzialności za tzw. pośrednie naruszenie prawa do znaku towarowego.

Zgodnie ze zmienionym art. 296 ust. 3 PWP, z roszczeniami przewidzianymi za naruszenie prawa do znaku towarowego, a zatem roszczeniem o zaniechanie naruszeń, wydania bezpodstawnie uzyskanych korzyści, a w razie zawinionego naruszenia również naprawienia wyrządzonej szkody, można wystąpić również przeciwko osobie z usług której korzystano przy naruszeniu prawa ochronnego na znak towarowy.

Omawianą zmianę i rozszerzenie odpowiedzialności na dostawców usług, z których korzystano przy naruszeniu prawa ochronnego na znak towarowy uzasadniano w projekcie koniecznością uwzględnienia w polskim systemie prawnym dyspozycji wynikających z zapadłego jeszcze w 2016 r. wyroku Trybunału Sprawiedliwości ws. C-494/15, a także uzupełnienia implementacji art. 11 dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 29 kwietnia 2004 r. nr 2004/48/WE w sprawie egzekwowania praw własności intelektualnej (dalej „dyrektywa Enforcement”). Zgodnie z nim Państwa członkowskie powinny zapewnić właścicielom praw własności intelektualnej możliwość składania wniosku o zakaz wobec pośredników, z usług których korzysta strona trzecia do naruszania prawa własności intelektualnej.

Dotychczasowe orzecznictwo w zasadzie przesądziło o odpowiedzialności pośrednika internetowego przy naruszeniach prawa własności intelektualnej. Przy czym w przywołanym wcześniej wyroku TS podkreślił jednak, iż z treści dyrektywy Enforcement nie wynika, że jej zakres stosowania jest ograniczony do handlu elektronicznego. Wobec tego Trybunał uznał, iż zakresem pojęcia pośrednika, z usług którego korzysta osoba trzecia do naruszania prawa własności intelektualnej w rozumieniu przywołanego art. 11 – objęty jest również podmiot wydzierżawiający hale targowe innym podmiotom handlującym, spośród których część prowadzi sprzedaż towarów opatrzonych podrobionymi znakami towarowymi.

– Analogiczną odpowiedzialność będzie zatem ponosić również wynajmujący powierzchnie w centrum handlowym lub powierzchnie magazynową. Jednak zakres podmiotowy omawianej regulacji oraz przesłanki odpowiedzialności pośredników usług nie są jednoznaczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Stępkowski, radca prawny z kancelarii Zięba&Partners. – Nazbyt szeroka wykładnia pozwalałaby na kierowanie nakazów do podmiotów świadczących podstawowe usługi, nawet jeśli ich powiązanie z dokonanym naruszeniem jest bardzo odległe. Niewątpliwie zatem przesłanki te powinny być doprecyzowane w orzecznictwie z uwzględnieniem wskazań TS i celów dyrektywy Enforcement.

Mimo, iż omawiane zmiany weszły w życie już jakiś czas temu, wiele podmiotów, szczególnie na rynku nieruchomości nie jest świadomych ryzyka poniesienia odpowiedzialności w powyższym zakresie. Sporna pozostaje kwestia, jak dalece np. ewentualny wynajmujący powinien posuwać się w działaniach zapobiegających naruszeniom i jakich aktywności można od niego wymagać. W szczególności, czy musi podejmować aktywne działania w tym celu, przykładowo kontrolować stoiska handlowe i weryfikować oryginalność towarów. Oczywiście taki obowiązek wiązałby się dla niego z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów i byłby w praktyce trudny do realizacji.

– W celu zabezpieczenia właściciela przed pociągnięciem do odpowiedzialności sugeruje się wprowadzenie klauzul umownych chroniących przed odpowiedzialnością cywilnoprawną za naruszenie, np. w postaci klauzul indeminifikacyjnych, stosowanego rozszerzenia karach umownych lub możliwość natychmiastowego wypowiedzenia umowy najmu czy dzierżawy bezpośredniemu naruszycielowi – wyjaśnia prawnik z Zięba&Partners..

Należy przy tym wspomnieć, iż znowelizowany art. 296 ust. 3 PWP ogranicza odpowiedzialność dostawców usług do sytuacji w których dochodzi do naruszenia prawa ochronnego na znak towarowy oraz prawa z rejestracji oznaczenia geograficznego. Natomiast nie obejmuje przykładowo prawa z rejestracji wzoru przemysłowego, co nie znajduje uzasadnienia wobec zakresu regulacji dyrektywą Enforcement. Wobec tego można przypuszczać, iż w zakresie praw wyłącznych, nie objętych zmienionym art. 296 ust. 3 PWP, uprawnieni będą w dalszym ciągu zmuszeni odwoływać się do regulacji zawartych w art. 422 i 439 KC, których stosowanie nastręcza jednak dodatkowych problemów.

Czy konflikt między Iranem i USA doprowadzi do III wojny światowej?

Na światowej arenie politycznej wzrok przyciąga narastający konflikt między Iranem i USA – który według ekspertów może doprowadzić do kolejnej wojny – nie tylko w regionie Bliskiego Wschodu, lecz także na arenie światowej. Mimo tego, że wojna taka zniszczyłaby militarny potencjał Iranu i byłaby bardzo szkodliwa dla irańskiego systemu politycznego, wojskowego i społecznego – polityka Iranu pozostaje otwarcie agresywna. Głównym celem tej agresji jest Izrael, którego istnienie i niezależność od lat przeszkadza krajom islamskim. Otwarcie konfliktowa polityka i możliwe posiadanie przez Iran broni nuklearnej jest dla Izraela dużym zagrożeniem. Konflikt ten nie pozostaje jednak tylko sprawą regionu, ponieważ sojusz Izraela ze Stanami Zjednoczonymi jest szczególnie silny. W przypadku konfliktu zbrojnego USA byłoby liczącym się graczem w rozgrywającej się wojnie i to nie tylko ze względu na gospodarcze interesy Ameryki na Bliskim Wschodzie.

– Tu chodzi nie tylko o ropę naftową, ale także o konflikt między Iranem, a Izraelem. Iran odgrywa znaczną rolę w finansowaniu różnych grup, które destabilizują sytuację na Bliskim Wschodzie i zagrażają Izraelowi – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Konflikt ten angażuje również innych dużych graczy globalnej polityki. To wszystko stwarza ryzyko jeśli nie otwartej, dużej wojny – to na pewno znacznego zwiększenia kłopotów, również gospodarczych. To ryzyko jest brane pod uwagę przez rynki finansowe. Istnieje więc zagrożenie podwyższenia cen ropy – co stwarza problemy dla Polski i innych krajów importujących. Jest jednak czymś korzystnym dla Rosji, której zależy na podwyższeniu cen i zwiększaniu dochodów z eksportu. Tak więc działanie Iranu, chociaż szkodliwe dla samego Iranu, jest korzystne dla Rosji i angażuje USA – jest więc problemem w skali światowej – ocenia Gomułka.

Wzmożona aktywność cyberprzestępców

Cyberprzestępcy nieustannie szukają nowych okazji na ataki w przestrzeni cyfrowej i z coraz większą wprawą wykorzystują sposoby na unikanie wykrycia oraz techniki antyanalityczne. Z kolei indeks krajobrazu zagrożeń (Threat Landscape Index) jest wyższy o 4% w porównaniu z poprzednim rokiem. Za wzrost wskaźnika odpowiada przede wszystkim wzmożona aktywność eksploitów i innych rodzajów złośliwego oprogramowania.

Nowe standardy unikania wykrycia

Wiele nowoczesnych narzędzi typu malware zawiera funkcje unikania interakcji z oprogramowaniem ochronnym i innymi środkami wykrywania zagrożeń. Cyberprzestępcy dążą jednak do jeszcze skuteczniejszych sposobów unikania detekcji, korzystając z technik tzw. zaciemniania kodu i antyanalizy.

Za przykład wykorzystywania tych praktyk może służyć kampania spamu w Japonii. W jej trakcie do e-maili phishingowych dodawany był załącznik z uzbrojonym plikiem Excel zawierającym złośliwe makra. Zaprojektowano je w taki sposób, aby wyłączało narzędzia zabezpieczające, wykonywało dowolne komendy, wywoływało problemy z pamięcią urządzenia i działało tylko na japońskich systemach.

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

Kolejny przykład to jedna z wersji trojana bankowego Dridex, który przy każdym logowaniu użytkownika zmieniał nazwy i hashe plików, utrudniając odnalezienie złośliwego oprogramowania w zainfekowanym systemie. – Coraz powszechniejsze wykorzystywanie antyanalizy i praktyk unikania detekcji przypomina o potrzebie korzystania z ochrony wielowarstwowej i behawioralnego wykrywania zagrożeń – mówi Jolanta Malak, dyrektor polskiego oddziału firmy Fortinet.

Długoterminowa strategia ukrytych ataków

Złośliwe oprogramowanie Zegost było zastosowane w kampanii spearphishingowej, która wykorzystywała kilka ciekawych technik. Tak jak w przypadku innych rodzajów oprogramowania typu infostealer, głównym celem Zegosta jest zbieranie i potajemne wydobywanie informacji o urządzeniu ofiary. Wyróżnia go jednak unikalna konfiguracja, która ma chronić przed wykryciem. Zegost wyposażony jest np. w funkcję czyszczenia zapisów zdarzeń, co nie jest zazwyczaj charakterystyczną cechą złośliwego oprogramowania. Kolejną ciekawą funkcją wyróżniającą Zegosta jest komenda, która utrzymywała go w uśpieniu przed 14 lutego 2019. Dopiero po tej dacie rozpoczął się cykl infekowania.

Osoby odpowiedzialne za rozpowszechnianie Zegosta wykorzystują cały arsenał eksploitów, a więc luk w zabezpieczeniach, aby nawiązać i utrzymać połączenie z ofiarą. Dlatego jest to o wiele bardziej długoterminowe zagrożenie w porównaniu z innymi odpowiednikami tego oprogramowania.

Ukierunkowane ataki ransomware

Popularność ransomware’u nie zanika – oprogramowanie to stanowi poważne zagrożenie, czego dowodzą liczne ataki na infrastruktury miejskie czy lokalne jednostki samorządowe. Przestępcy korzystający z ransomware odchodzą od strategii szeroko zakrojonych kampanii celujących w przypadkowe ofiary, a skupiają się na ukierunkowanych atakach na ofiary mające możliwości lub powody, aby zapłacić okup. W niektórych przypadkach cyberprzestępcy przeprowadzali dokładny rekonesans przed skierowaniem ransomware’u na starannie dobrane systemy, aby zwiększyć szansę powodzenia ataku.

Dla przykładu ransomware o nazwie RobbinHood zaprojektowano w taki sposób, aby atakował infrastrukturę sieci przedsiębiorstwa. Oprogramowanie było w stanie wyłączać usługi Windows chroniące przed szyfrowaniem danych oraz przerywać połączenie ze współużywanymi dyskami.

Istnieje też nowszy ransomware, Sodinokibi, który pod względem funkcjonalności nie różni się znacznie od innych dostępnych narzędzi. Stwarza jednak problem, ponieważ wykorzystuje nową podatność – umożliwia uruchamianie dowolnych skryptów bez konieczności interakcji z użytkownikiem, w porównaniu np. z ransomware’em dostarczanym przez e-maile phishingowe.

Należy więc pamiętać o tym, jak ważne są regularne aktualizacje i szkolenia na temat bezpieczeństwa. Co więcej, podatności typu RDP (Remote Desktop Protocol), takie jak BlueKeep, wskazują, że zdalny dostęp do usług może stanowić okazję dla cyberprzestępców i być wykorzystany jako wektor ataku do rozpowszechniania ransomware’u.

Nowe możliwości w przestrzeni cyfrowej

Jednak domowe drukarki i infrastruktura krytyczna w przedsiębiorstwach to niejedyne cele cyberprzestępców. Pomiędzy nimi „wyrosła” nowa kategoria produktów odpowiedzialnych za kontrolowanie rozwiązań IT w gospodarstwach domowych oraz małych firmach. Tego typu inteligentne systemy nie przyciągają dużej uwagi cyberprzestępców w porównaniu z systemami przemysłowymi, ale wkrótce może się to zmienić. W wyniku niedawnych obserwacji zanotowano zwiększoną liczbę przypadków, gdzie celem ataków były urządzenia kontrolujące środowisko, kamery i systemy bezpieczeństwa. Co prawda tylko 1% podmiotów zanotował wykrycie złośliwego oprogramowania atakującego rozwiązania do zarządzania budynkami, ale jest to większy odsetek niż zauważa się zazwyczaj w przypadku rozwiązań typu ICS lub SCADA.

Cyberprzestępcy szukają też nowych sposobów na przejęcie kontroli nad urządzeniami w domach i przedsiębiorstwach. Niekiedy są to urządzenia, na które nie zwraca się uwagi przy tradycyjnym zarządzaniu środowiskiem IT. Należy przykładać szczególną uwagę do ich bezpieczeństwa, zwłaszcza że uzyskanie do nich dostępu przez cyberprzestępców może nieść poważne konsekwencje. Jest to szczególnie ważne w środowisku pracy zdalnej, gdzie bezpieczny dostęp odgrywa kluczową rolę.

Jak chronić swoją firmę: rozległe, zintegrowane i zautomatyzowane zabezpieczenia

Dynamiczna, proaktywna i dostępna w czasie rzeczywistym analiza zagrożeń może pomóc w przedstawieniu ewolucji metod cyberataków, a także rozpoznawaniu trendów i wskazywaniu priorytetów higieny cyberbezpieczeństwa,. Reagowanie na informacje o zagrożeniach traci na wartości, jeśli takie działania nie odbywają się w czasie rzeczywistym na każdym urządzeniu. Tylko działające w szerokiej skali, zautomatyzowane i zintegrowane rozwiązania zabezpieczające mogą zapewnić szybką i rozległą ochronę całemu środowisku sieci, od IoT po brzeg sieci, jej rdzeń oraz systemy wielochmurowe.

Informacje o raporcie i indeksie

Najnowszy „Threat Landscape Report” firmy Fortinet to regularny przegląd informacji zebranych w drugim kwartale 2019 r. przez FortiGuard Labs dzięki sieci sensorów rozlokowanych na całym świecie. Raport obejmuje również indeks krajobrazu zagrożeń (Threat Landscape Index) złożony ze wskaźników dotyczących jego trzech głównych obszarów (exploitów, złośliwego oprogramowania i botnetów) oraz prezentujący ich rozpowszechnienie i częstotliwość występowania w danym kwartale.

Jak szukać pomysłu na komunikację lokalnych firm w mediach społecznościowych?

Na mapie Polski pojawia się coraz więcej lokalnych punktów gastronomicznych, sklepów oraz punktów usługowych należących zarówno do wielkich sieci, jak i tych mniejszych, prywatnych lub rodzinnych biznesów. Każdemu z tych miejsc przyświeca jednak ten sam cel – jak najefektywniej dotrzeć do klientów ze swoją ofertą.

Każda lokalna firma szuka swojej przestrzeni w mediach społecznościowych, aby zwrócić uwagę potencjalnych klientów oraz komunikować się z obecnymi. Jak jednak podejść do prowadzenia profilu na Facebooku, aby użytkownik nie tylko zainteresował się naszym przekazem, ale również odwiedził dane miejsce i został z nim na dłużej?

Poznajmy swoich klientów

Podstawowe informacje o klientach i naszej grupie docelowej znajdziemy w Facebook Insights lub raportach Sotrender.  Na ich podstawie możemy postarać się określić, kto jest sympatykiem naszej firmy – osoby jakiej płci i w jakim wieku przeważają w statystykach. Należy też zwrócić uwagę na pewne zbieżności lub różnice w dostępnych danych demograficznych. Jednak niezależnie od tego czy fanami danego lokalnego biznesu w większości są kobiety czy mężczyźni, jedno jest pewne – prowadząc profil w social mediach, o klientach powinniśmy wiedzieć jak najwięcej. Przed podjęciem działań komunikacyjnych i marketingowych należy określić kim są nasi odbiorcy, gdzie mieszkają, co robią w pobliżu firmy czy jaki tryb życia prowadzą. Wszystko to pozwoli nie tylko lepiej przygotować publikowane treści, ale również odpowiednio je zaplanować i reklamować wśród potencjalnych klientów.

Określmy mocne i słabe strony naszej firmy oraz najbliższej konkurencji

Spójrzmy krytycznym okiem na to, co oferujemy swoim klientom. Zadajmy im pytanie, za co lubią nasz lokal, usługę, produkty? Odpowiedź pozwoli nam nie tylko dowiedzieć się co możemy poprawić, ale również na co nasi klienci zwracają szczególną uwagę podczas wyboru oferty. W ten sposób pozyskamy gotowe tematy do komunikacji w mediach społecznościowych. Jeśli cenią wystrój – publikujmy więcej zdjęć wnętrza, jeśli kochają nasz personel – przygotowujmy więcej materiałów, na których będą widoczni pracownicy. Sprawdźmy też jak działa konkurencja, zarówno ta bliższa jak i dalsza, ale… nie kopiujmy ich. Szukajmy przestrzeni dla siebie. Budujmy unikalny i wyjątkowy wizerunek.

Śledźmy rynek i trendy

To bardzo ważny punkt. Musimy być zawsze na bieżąco nie tylko w kwestii upodobań klientów i sezonowości oferty, ale również w temacie lokalnych wydarzeń i zmieniających się trendów w mediach społecznościowych. Nie zapominajmy, że nasz wirtualny profil dociera szerzej niż lokalny punkt, który jest podstawą naszego biznesu. Należy starać się wykorzystać bieżące trendy do promocji naszych działań. Działajmy sezonowo – wykorzystajmy okres wakacji na wyeksponowanie w ciekawy sposób oferty lodów lub chłodnych napoi na wynos w kontekście podróży, urlopu czy letniej rekreacji. Takie działania RTM doskonale sprawdzają się w angażowaniu potencjalnych klientów.

Jako agencja prowadzimy profile zarówno dużych marek, jak i lokalnych firm. W każdym przypadku staramy się monitorować na bieżąco sytuację rynkową i dopasowywać komunikację nie tylko do aktualnej oferty, ale również oczekiwań fanów. Efekty naszej pracy obserwujemy regularnie w raportach NapoleonCat oraz Sotrender. W znacznej mierze to owoc wieloletniej współpracy na linii klient-agencja, której nadrzędnym celem jest dbanie o dobrą komunikację z odbiorcami, jak również ciągłe stawianie sobie pytań: kim są klienci, jakie są mocne i słabe strony oferty. Zawsze również jesteśmy na bieżąco z najnowszymi trendami i śledzimy rynek. To tworzy klucz do skutecznej komunikacji.

Paweł Karaś, CEO Mint Media
Paweł Karaś, CEO Mint Media

Paweł Karaś – absolwent kierunku Zarządzanie i Inżynieria Produkcji na SGGW w Warszawie. Wieloletni ekspert digital marketingu z bogatym doświadczeniem zawodowym zdobytym, m.in. w Grupie ARBOmedia, gdzie odpowiadał za obsługę największych klientów agencyjnych sieci ARBOnetwork, w tym kierowanie brandem Facebook Now – działem sprzedaży serwisu Facebook. Współtworzył pierwsze w Polsce kampanie targetowane na iPhone’s oraz współpracował przy przygotowaniu i realizacji kompleksowych działań reklamowych w Internecie, m.in. dla takich klientów jak: Coca-Cola, McDonald’s, Nike, Avon, Orbis, LG czy TOSHIBA. Od kwietnia 2014 CEO Mint Media.

Wskaźnik viewability rośnie, a reklamodawcy chcą płacić za jakość

Rafał Barański, Senior traffic manager – Sieć reklamowa Społeczności
Rafał Barański, Senior traffic manager – Sieć reklamowa Społeczności

Viewability (widoczność) to wskaźnik, który powoli staje się podstawową „walutą”, w której rozliczane są reklamy w kampaniach online. Reklamodawcy oczekują jakości i pewności, że użytkownicy zobaczą ich przekaz reklamowy. Aktualnie niespełna 60% reklam w Internecie jest widocznych dla odbiorców, tym samym wydawcy serwisów muszą się dostosować i wprowadzić zmiany, które wpłyną na wzrost poziomu viewability.      

Rynek reklamy internetowej przez ostatnie lata uległ ogromnemu przeobrażeniu – pojawiły się nie tylko nowe rozwiązania i narzędzia, ale zmieniły się również oczekiwania reklamodawców. Zaczęli oni oczekiwać lepszej efektywności, a co się z tym wiąże – bardziej precyzyjnych pomiarów swoich kampanii. Reklamodawcy inwestując w reklamę – liczą na zwrot, dlatego chcą płacić za jakość oraz otoczenie, a nie liczbę pustych odsłon.

Czym jest widoczność w reklamie internetowej?

Przede wszystkim należy podkreślić, że pojawienie się wskaźnika viewability było odpowiedzią na potrzebę zwiększenia efektywności kampanii reklamowych w Internecie, w szczególności w zderzeniu z reklamami w tradycyjnych mediach i reklamą ATL. Wskaźnik ten pokazuje nam, czy użytkownik rzeczywiście widzi daną reklamę. Za widoczną (zgodnie ze standardami przyjętymi przez IAB Polska)      uznaje się kreację reklamową, gdzie nie mniej niż 50% jej pikseli jest widoczne w aktywnym oknie       przeglądarki przez minimum sekundę. Do tego standardu zaliczają się również reklamy wideo, ale tutaj minimum 50% pikseli reklamy musi być widoczne przez co najmniej 2 sekundy. Upraszczając – użytkownik musi przez sekundę zobaczyć minimum połowę kreacji graficznej b w ciągu 2 sekund połowę kreacji materiału wideo. Widoczność nie równa się odsłonom, a określa czy dany użytkownik miał styczność z reklamą.

Wskaźnik widoczności na wzroście

Sporządzany kwartalnie raport „Viewability Benchmark Report” firmy Meetrics pokazuje, że wskaźnik viewability (widoczności) w Polsce sukcesywnie rośnie. Chociaż wskaźnik ten w II kwartale tego roku zanotował spadek o jeden punkt procentowy, w porównaniu z I kwartałem tego roku, z 59% do 58%, to i tak jest on o 4 punkty procentowe wyższy niż w IV kwartale 2018 roku (w III kw. 2018 wynosił 53 proc., a w II kw. 50%). Do góry poszybowała również widoczność reklam wideo wyświetlanych w kampaniach typu display i w II kwartale tego roku wyniosła aż 60% – dla porównania w IV kw. 2018 było to 49%.

Obecnie widoczność staje się „walutą”, w której rozliczane są reklamy. Wynikiem tego jest pojawienie się nowych modeli rozliczeń, w tym vCPM, w którym płaci się za 1000 widocznych odsłon. Dążenie do podwyższenia skuteczności reklam jest ważne dla obu stron, dlatego nasze oferty mogą zapewnić nawet 90% widoczności, kiedy rynkowy benchmark wynosi zaledwie 58%. Pozwalają na to nasze narzędzia (w tym autorska technologia tri-table), dokładne monitorowanie rynku i zachowań internautów oraz specjalistyczna wiedza.

Plusy dla wydawców i reklamodawców

Na przestrzeni lat wydawcy stron internetowych dokładali kolejne miejsca reklamowe (często na dole strony, w miejscach niewidocznych dla użytkownika, tzw. “below the fold”), przez co zwiększali swoje dochody. Jednak z punktu widzenia reklamodawcy, nie było to korzystne, bowiem użytkownicy nie widzieli wszystkich reklam w danym serwisie. Wydawcy muszą pamiętać, że dodawanie kolejnych miejsc reklamowych, zmniejsza szansę na to, że użytkownik kliknie w daną kreację. Wydawców należących do naszej sieci reklamowej już od dłuższego czasu zachęcamy do optymalizacji miejsc reklamowych.

Bardzo często sugerujemy wydawcom rezygnację z takich nieefektywnych placementów, ze względu na uczciwość względem reklamodawców, ale i dużą świadomość ich nieskuteczności. Stale monitorujemy widoczność miejsc reklamowych na witrynach, które należą do sieci reklamowej Społeczności, przykładem jest tutaj popularny serwis Kwejk.pl. Zmieniliśmy na nim lokalizację reklam, a część usunęliśmy całkowicie. W wyniku tego działania średnia widoczność reklam w witrynie wzrosła z 40 do ponad 70 procent.

Dobrym przykładem jest również serwis Fotka.com, gdzie zredukowaliśmy liczbę miejsc reklamowych z 7 do 3, co przełożyło się nie tylko na wzrost dochodów Fotki, ale również na znaczne podniesienie wskaźnika widoczności reklam w serwisie. Reklamy stały się lepiej widoczne i tym samym częściej klikane przez użytkowników. Dla nas dużym plusem tej zmiany jest fakt, że klienci zdecydowanie chętniej realizują kampanie reklamowe w tym serwisie, bowiem widzą ich realne efekty, a jednocześnie nie przepłacają na placementach reklamowych, które dla użytkowników serwisu są niezauważalne.

Mniej reklam, ale bardziej skutecznych (np. w innych niż dotychczas lub lepiej dopasowanych miejscach na witrynie) przekłada się na bardziej efektywne kampanie dla reklamodawców, natomiast wydawcy osiągają wyższe stawki. Obserwujemy, że właściciele serwisów internetowych coraz chętniej skłaniają się ku ograniczaniu miejsc reklamowych. Zaczynają dostrzegać, że więcej reklam na stronie wcale nie oznacza więcej środków na rachunku bankowym.

Widoczność to wyższy CTR!

Wzrost widoczności reklamy bezpośrednio przekłada się na wyższy CTR (Click Through Rate – współczynnik kliknięć do wyświetleń reklamy), co jest m.in. dowodem na intencję użytkownika, który klika w reklamę. Dodatkowo, wraz ze wzrostem widoczności, rośnie świadomość treści reklamowych. Użytkownik wie, co ogląda i na jaką stronę się przeklikuje. To natomiast pomaga w optymalizacji kampanii, np. współczynnika odrzuceń. Możemy rezygnować z miejsc, z których ruch na stronę docelową jest bezwartościowy. Optymalizacja kampanii pod kątem widoczności polega m.in. na utrzymywaniu wskaźnika na poziomie oczekiwanym przez klienta. Zatem jeżeli klient oczekuje kampanii z minimum 80 procentową widocznością, takie założenia możemy zrealizować na witrynach zrzeszonych w naszej sieci reklamowej. Mamy wiele placementów reklamowych, które spełniają założenia dla kampanii z minimalną widocznością 60, 70, 80 czy nawet 90 procentową.

Należy pamiętać, że widoczność nie jest celem samym w sobie, ale jest to metoda pozwalająca zrealizować założone cele. Im większy poziom widoczności, tym lepsza realizacja zakładanych celów.

Rafał Barański, Senior traffic manager – Sieć reklamowa Społeczności

Obalamy mity o Google Ads

Obalamy mity o Google Ads

System reklamowy Google, który wyświetla reklamy tekstowe w wyszukiwarce Google i reklamy graficzne w sieci reklamowej, został uruchomiony w 2000 roku. Na początku nic nie wskazywało na to, że kilkanaście lat później będzie to jeden z najbardziej efektywnych systemów reklamowych.

Google Ads umożliwia tworzenie zaawansowanych kampanii reklamowych, kierowanie ich szczegółowo pod kątem lokalizacji czy docelowego odbiorcy oraz mierzenie efektów działań z dużą dokładnością. Samo korzystanie z narzędzia jest całkowicie darmowe, a najpopularniejszym modelem rozliczeń jest PPC czyli Pay Per Click – płacenie za kliknięcie w reklamę.

Przez kilkanaście lat działania, wokół Google Ads urosło sporo mitów. Jakie są najbardziej popularne z nich i ile w nich prawdy? Postaramy się odpowiedzieć.

Mit 1. Nikt nie klika w reklamy Google

To chyba mit, który obalić najprościej. Gdyby był on prawdą, to biorąc pod uwagę model rozliczeń (za kliknięcie), Google nie byłoby dzisiaj największą firmą mediową na świecie, a firmy, które zajmują się prowadzeniem kampanii Google Ads dla swoich klientów dawno by upadły. Mit ten może wynikać z tego, że faktycznie są osoby, które rzadko klikają w reklamy. Są to zazwyczaj użytkownicy szukający odpowiedzi na swoje pytanie, a nie konkretnego produktu. Wiedząc, że pod reklamą zazwyczaj kryje się oferta sprzedaży, celowo ją omijają.

Mit 2. Reklama w internecie jest uciążliwa dla użytkownika

Przyjęło się, że reklama graficzna w internecie jest uciążliwa, miga błyszczy i razi w oczy użytkownika. Do tego często wyskakuje w formie pop-upów. Sam Google odradza stosowania wyskakujących okienek, a reklama uciążliwa raczej nie będzie działać, dlatego większość firm jej już nie stosuje. W przypadku nieuczciwych praktyk, jak uciekający przycisk zamykający okno, Google może zablokować konto właściciela strony w systemie Google Ad Sense.

Mit 3. Reklama w Google to tylko wyszukiwarka

Google oferuje szeroki wachlarz możliwości reklamowania się w internecie. Reklama w wyszukiwarce to nie tylko reklama tekstowa ale też np. reklama produktowa, idealna dla sklepów internetowych.

Innymi formami jest reklama graficzna w sieci reklamowej Google (m.in. Gazeta.pl. Interia.pl, Onet.pl), reklama video na YouTube, reklamy na mapach Google, w poczcie Gmail czy w sklepie Google Play.

Mit 4. Nie sprzedaję w Internecie – nie potrzebuję Google Ads

Nawet jeśli Ty nie sprzedajesz w internecie to nie znaczy, że Twoi klienci nie będą Cię tam szukać. Coraz częściej użytkownicy szukają usługi lub produktu w internecie, a następnie kupują go stacjonarnie. Może być też odwrotnie – ktoś dostanie Twoją ulotkę, zobaczy plakat czy mignie mu gdzieś nazwa sklepu i będzie jej szukać w Google. Jeśli nie znajdzie Twojej strony może odejść do konkurencji, a Ty stracisz potencjalnego klienta.

Mit 5. Nie warto reklamować się na frazę brandową

Fraza Brandowa to inaczej nazwa Twojej firmy. Jeśli Twoja strona nie pojawia się wysoko na frazę brandową to reklama w Google Ads jest dobrym rozwiązaniem aby pojawić się na pierwszej stronie Google. Ale nawet jeśli organicznie wyświetlasz się wysoko to pamiętaj, że konkurencja nie śpi. Reklamowanie się na frazę brandową konkurencji, która nie jest zastrzeżona, jest legalne, więc konkurencja może zgarnąć Twoich potencjalnych klientów.

Mit 6. Nie ma znaczenia, na jaką stronę będę kierować reklamy

Ma, i to spore. Po pierwsze użytkownik klikając w reklamę spodziewa się już czegoś. Jeśli reklamujesz sukienki nie możesz użytkownika kierować na stronę ze spodniami. Taki użytkownik szybko ucieknie z Twojej strony, nie zadając sobie trudu wyszukania na niej sukienek.

Po drugie, Google również zwraca uwagę co jest na stronie. Jakość strony docelowej jest jednym z czynników wpływających na ranking Twojej reklamy. W skład oceny jakości wchodzą:

  • użyteczne, oryginalne i odpowiadające zapytaniu treści,
  • przejrzystość strony,
  • zaufanie użytkowników,
  • łatwa nawigacja,
  • szybkie ładowanie i działanie strony 

Mit 7. Nie widzę mojej reklamy w Google – to nie działa

Wszystko wydaje się ok – kampanie aktywne, konto doładowane i w panelu informacja o wyświetleniach reklamy. Ty jednak wpisując frazy w wyszukiwarce nie widzisz swoich reklam. Jeśli Twoje reklamy prowadzi agencja to bardzo możliwe, że wykluczyła Twoje IP aby uniknąć przepalenia budżetu. Jeśli sprawdzasz swoje reklamy to prawdopodobnie w nie nie klikniesz (żeby nie zapłacić za niepotrzebne kliknięcie). Wówczas CTR spada, a tym samym spada wynik jakości co może spowodować wzrost stawki za kliknięcie i w rezultacie Twoje reklamy będą droższe. Dalej chcesz sprawdzać czy reklama działa? Lepiej zrobić to w panelu Google Ads ?

To tylko kilka mitów związanych z reklamami Google Ads – z pewnością słyszałeś o innych, które krążą w internecie. Nic w tym dziwnego, że o tym co popularne mówi się dużo. Jeśli chcesz zobaczyć czy kampania Google opłaci się dla Twojego biznesu, nie czekaj tylko wypróbuj ten model reklamy. Google Ads to dużo pracy na koncie, optymalizacje kampanii i testowanie nowych rozwiązań. Google dostarcza sporo wskaźników monitorujących efektywność kampanii, z których możesz wyciągnąć wnioski i sam zweryfikować wszystkie mity, pojawiające się w sieci.

Kryzys rządowy we Włoszech. Kurs funta nurkuje. Australijczycy nie zmieniają stóp

Kolejne próby utworzenia rządu we Włoszech oznaczają dalsze emocje na rynkach walutowych. Niby wiadomo, że kraj ten często dostarcza rozrywki w postaci niezbyt stabilnej władzy, ale patrząc na program stworzony przez przyszłych koalicjantów (oczywiście, jeśli będzie on realizowany), to możemy spodziewać się następnych konfliktów z urzędnikami europejskimi, którzy boją się powtórki greckiego scenariusza.

Kryzys rządowy na południu Europy

Włosi przyzwyczaili nas już, że o wiele częściej zmieniają się tam rządy, niż odbywają wybory. Dzisiaj z internetowego głosowania (odbywającego się na stronie jednego z przyszłych koalicjantów) dowiemy się, czy powstanie kolejny rząd. Tym razem ma do niego wejść populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd i centrolewicowa Partia Demokratyczna. Obie formacje nie zaskoczyły programem koalicyjnym wyborców, ale udało im się to w przypadku analityków. Większość obywateli jest świadoma, że nikt nam tyle nie da, co polityk w trakcie kampanii wyborczej obieca. Problem w tym, że niektórzy mają wystarczająco rozwagi, by potem wszystkiego nie realizować. Teraz w kraju zadłużonym po uszy wdrożony ma być program obniżki podatków i zwiększonych wydatków. Czeka nas zatem bardzo szybka reakcja Unii Europejskiej i procedura nadmiernego deficytu. Warto zwrócić uwagę, że w tej chwili tylko niskie stopy procentowe w strefie euro pozwalają Włochom domykać budżet z tak małym deficytem. Niestety zasadniczo w tej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania dla wspólnej waluty. Jeżeli w głosowaniu zostanie zaakceptowana nowa konstrukcja rządu, to prawdopodobnie zobaczymy większą dziurę w kasie państwa, a co za tym idzie nieuchronny konflikt z europejskimi instytucjami. Jeśli nowy gabinet jednak się nie ukonstytuuje, to czeka nas jeszcze większy chaos, który również będzie złym sygnałem dla EUR.

Dokąd dopłyną na Wyspach?

Dzisiaj kończy się przerwa wakacyjna w brytyjskim parlamencie. Nietrudno się domyślić, że głównym tematem pozostaje brexit. Pojawiały się zapowiedzi zablokowania negocjacji premiera Borisa Johnsona w celu wymuszenia 3-miesięcznego opóźnienia w opuszczeniu Wspólnoty. Efektem byłoby kolejne przełożenie ostatecznego terminu, który tym samym zostałby przesunięty już niemal o rok w porównaniu do pierwotnych założeń. W tle konfliktu majaczy kwestia potencjalnych przyspieszonych wyborów, aczkolwiek wątpliwe jest, aby konserwatyści rzeczywiście chcieli do nich doprowadzić, biorąc pod uwagę wyniki sondaży. Efektem tych danych jest nurkowanie kursu funta. Jeszcze pod koniec tygodnia za brytyjską walutę płacono 4,85 zł, a dzisiaj są to okolice 4,78 zł. Jest to w dalszym ciągu prawie 15 groszy ponad dołek z połowy sierpnia, ale widać powrót niepewności u inwestorów.

Australia nie zmienia stóp procentowych

Po dwóch obniżkach w czerwcu i lipcu obecnie mamy drugi miesiąc bez zmian stóp procentowych w Australii. Ze względu na pogarszającą się koniunkturę na świecie, skutkującą spadkiem popytu na surowce przemysłowe, stopy w tym kraju są obniżane szybciej, aby wspomóc gospodarkę w trudnym momencie. Obniżka stóp to tańszy kredyt, który zachęca do wydawania, a nie oszczędzania. Dodatkowym efektem jest osłabienie waluty, skutkujące poprawą sytuacji eksporterów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Centralny Port Komunikacyjny i Polska Agencja Żeglugi Powietrznej będą współpracować przy planowaniu i budowie nowego lotniska

CPK i PAŻP podpisały umowę o współpracy, której celem jest przeprojektowanie przestrzeni powietrznej, zwiększenie przepustowości polskiego nieba i realizacja infrastruktury niezbędnej do obsługi Portu Lotniczego Solidarność.

Centralny Port Komunikacyjny (CPK) SolidarnośćZawarcie umowy zostało ogłoszone dziś podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. PAŻP zobowiązał się w niej do podjęcia działań mających na celu zwiększenie przepustowości przestrzeni powietrznej nad Polską, która jest niezbędna do funkcjonowania CPK. Umożliwi to rozwój rynku pasażerskiego w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej przy jednoczesnym zachowaniu najwyższego poziomu bezpieczeństwa w ruchu lotniczym. Dodatkowe ustalenia są takie, że PAŻP włączy się w prace nad planem generalnym (tzw. master planem) Portu Lotniczego Solidarność, który spółka CPK planuje zlecić na początku przyszłego roku
.
W związku z powstaniem nowego lotniska PAŻP planuje m.in. budowę i wyposażenie nowoczesnej wieży kontroli lotów (TWR) oraz przygotowanie infrastruktury łączności, nawigacji i dozorowania ruchu lotniczego (CNS). Przygotowania do obsługi CPK wymagają od PAŻP znaczących inwestycji w ludzi: do momentu otwarcia Portu Lotniczego Solidarność Agencja zamierza wyszkolić 400 dodatkowych kontrolerów. Tradycyjna służba kontroli lotniska ma być też uzupełniona o innowacyjne komponenty, np. tzw. zdalne wieże.

– Przesunięcie największego polskiego lotniska o 40 km na zachód oznacza daleko idące zmiany w funkcjonowaniu polskiej przestrzeni powietrznej. Budowa CPK to dla nas wyzwanie, ale też ogromna szansa, którą zamierzamy wykorzystać – zapewnia Janusz Janiszewski, pełniący obowiązki prezesa PAŻP. – Rozpoczęty właśnie proces przygotowań wymaga od nas zaangażowania specjalistów, a także licznych prac w obszarze technologicznym. Chcemy, żeby CPK był w pełni „cyfrowym” nowoczesnym lotniskiem, a wdrożone rozwiązania okazały się innowacyjne w skali regionu – dodaje.

– W tej chwili jesteśmy w trakcie konsultacji założeń portu lotniczego z partnerami strategicznymi CPK. W naszej ocenie, rola PAŻP jako podmiotu odpowiedzialnego za zarządzanie polska przestrzenią powietrzną jest w tym procesie kluczowa. Planując CPK, chcemy działać w bezpośrednim kontakcie z PAŻP na rzecz dynamicznego rozwoju sektora lotnictwa pasażerskiego w Polsce i dla bezpieczeństwa użytkowników przyszłego portu lotniczego – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

W kwietniu spółka CPK rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi, w tym z PAŻP. W lipcu zaczął działać powołany przez Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) komitet konsultacyjny CPK, w skład którego wchodzą przedstawiciele dużych światowych linii lotniczych korzystających obecnie z Lotniska Chopina.

IATA to także partner PAŻP przy pierwszej edycji Strategii Rozwoju Przestrzeni Powietrznej dla Polski (Airspace Strategy for Poland). Ogłoszony w listopadzie 2018 r. dokument obejmuje m.in. plany budowy CPK i wynikające z nich istotne zmiany w strukturach przestrzeni powietrznej. Aktualnie strategia jest aktualizowana i uzupełniana o dodatkowe elementy. Do 30 września PAŻP prowadzi konsultacje, do których zaprosił m.in. przedstawicieli linii lotniczych, portów regionalnych i aeroklubów.

W planach na najbliższe miesiące jest wybór partnera strategicznego CPK, czyli międzynarodowego podmiotu z doświadczeniem w zakresie projektowania, budowy i zarządzania lotniskami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie bieżąca współpraca ze spółką CPK i jej merytoryczne wsparcie na każdym etapie realizacji projektu. Spółka przygotowuje się do zlecenia master planu, który przedstawi m.in. prognozowany rozwój portu lotniczego w perspektywie ponad 10 lat, prognozy ruchu lotniczego, precyzyjne zwymiarowanie planowanej infrastruktury, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy inwestycji.

Część lotniskowa CPK przeszła Test Prywatnego Inwestora wykonany przez niezależną firmę konsultingową z tzw. wielkiej czwórki. Wyniki testu pokazały opłacalność budowy CPK dla potencjalnego inwestora prywatnego: zakładana stopa zwrotu wynosi ponad 10 proc. TPI pokazuje, że budowa CPK ma uzasadnienie ekonomiczne i dowodzi opłacalności z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.

Według wyliczeń Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w 2035 r. z usług lotniczych w Polsce skorzysta 94 mln pasażerów, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku.

PKB – co warto o nim wiedzieć?

PKB PolskaPKB, czyli produkt krajowy brutto, uznawany jest za podstawowy miernik rozwoju gospodarczego. Wyraża on łączną wartość towarów i usług, które zostały wytworzone w danym miejscu przez wybrany okres. Najczęściej podaje się go w przeliczeniu rocznym bądź kwartalnym. Istnieje kilka metod przeliczania tego wskaźnika. Którą z nich stosuje się najczęściej? Dlaczego PKB rodzi tak wiele kontrowersji?

PKB – co mierzy?

PKB służy do określania ilości dóbr i usług, które zostały wytworzone na terenie danego kraju w wybranym przedziale czasowym. Kwestia lokalizacji ma tutaj podstawowe znaczenie. Nieistotne jest bowiem pochodzenie kapitału, w tym przypadku kryterium stanowi miejsce produkcji (odwrotnie niż w przypadku PNB – Produkt Narodowy Brutto). PKB przelicza się na różne sposoby w zależności od wybranej metody. Spotkać można się również ze wskaźnikiem PKB per capita, czyli PKB podawanym w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Metody mierzenia PKB

Najczęściej wspomina się o trzech metodach mierzenia produktu krajowego produktu. Zalicza się do nich:

  • metoda dochodowa – polega na zsumowaniu dochodów uzyskanych przez wszystkich właścicieli produkcji w danym kraju,
  • metoda wydatkowa – w tym przypadku nie patrzymy na dochody, ale wydatki – zakłada się zatem, że PKB to suma wydatków wszystkich nabywców dóbr, które zostały wytworzone ciągu roku. Mowa jedynie o dobrach finalnych,
  • metoda produkcyjna – zgodnie z jej założeniami PKB to suma wartości dodanej, która
    została wytworzona przez podmioty gospodarujące. W praktyce oznacza to, że od wartości wytworzonych towarów bądź usług odejmuje się koszty produkcji.

Więcej na ten temat można przeczytać na stronie https://kapitalni.org/pl/porady-eksperta/tomasz-jaroszek/co-oznacza-pkb-produkt-krajowy-brutto-czemu-sluzy-jak-jest-obliczany-i-jak-go-rozumiec/id/354

PKB realny i nominalny

Pisząc o PKB warto przybliżyć jeszcze jeden podział dotyczący jego definicji. Wprowadza on rozróżnienie pomiędzy PKB realnym a nominalnym. Za PKB nominalne uznaje się realną wartość pieniądza. W przypadku PKB realnego pod uwagę brana jest również inflacja. Realna wartość pieniądza pomniejszona zostaje zatem o inflację (PKB nominalne dzielone jest przez indeks cen).

PKB – o czym nas informuje?

Wiemy już czym jest PKB i w jaki sposób się go mierzy. Co właściwie można z niego wywnioskować? Często mówi się, że jest to najważniejszy wskaźnik wzrostu gospodarczego. Znaczenie ma nie sam jego poziom, ale dynamika zmian. Jeśli PKB z roku na rok rośnie, to znak, że gospodarka danego kraju się rozwija. Jest to bardzo uproszczony wskaźnik, z tego też względu często poddaje się go krytyce. Zarzuca mu się m.in., że nie mierzy jakości życia w wybranym kraju i nie uwzględnia dystrybucji dochodu. Dane mogą być również nieco zaniżone, ponieważ PKB nie uwzględnia szarej strefy. Nie bierze przy tym pod uwagę wydatków z kredytów, traktując je tak samo jak każdy inny dochód.

Mimo że wskaźnik PKB poddawany jest krytyce, to obecnie jeden z najczęściej wykorzystywanych wskaźników do oceny stanu gospodarki. Choć trudno go uznać za idealny, to z pewnością pozwala wywnioskować czy możemy mówić o rozwoju czy regresie gospodarczym.

Weryfikacja cen transferowych

Polskie prawo podatkowe w ramach ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz wytyczne OECD w sprawie cen transferowych dla przedsiębiorstw wielonarodowych oraz administracji podatkowych formułuje pięć zasadniczych metod ustalania cen transakcyjnych, skupionych w ramach dwóch kategorii – metod tradycyjnych i metod zysku transakcyjnego.

Jak wybrać metodę weryfikacji cen transferowych?

Ceny transferowe weryfikuje się, stosując metodę, która jest najbardziej odpowiednia w danych okolicznościach. Ustawowy katalog przewiduje pięć możliwych sposobów: metodę porównywalnej ceny niekontrolowanej, ceny odprzedaży, rozsądnej marży „koszt plus”, marży transakcyjnej netto oraz podziału zysku, którą określa się za pomocą analizy rezydualnej oraz analizy udziału. Dodatkowo na mocy nowelizacji ustawy o CIT od 1 stycznia 2019 r. istnieje możliwość zastosowania również innej metody, o ile nie jest możliwe zastosowanie którejś z metod wskazanych powyżej.

Metoda MPCN

Metoda MPCN była przez długi czas najczęściej stosowaną metodą określania dochodów podmiotów powiązanych. Polega ona na porównaniu ceny danego przedmiotu transakcji ustalonej w transakcjach między podmiotami powiązanymi z ceną stosowaną w innych, porównywalnych transakcjach przez podmioty od siebie niezależne. W ten sposób można określić wartość rynkową transakcji zawartej między podmiotami powiązanymi. Można przy tym brać pod uwagę ceny stosowane przez dany podmiot na tym samym lub porównywalnym rynku w transakcjach z podmiotami niezależnymi albo ceny stosowane w porównywalnych transakcjach przez inne podmioty niezależne. Elementem wyróżniającym tę metodę jest przede wszystkim czynnik, który podlega porównaniu. W pozostałych metodach kryterium porównania stanowią określone wskaźniki rentowności. Tutaj natomiast przedmiotem badania jest cena transakcji.

Metoda ceny odprzedaży

Drugą metodą weryfikacji cen transferowych jest metoda ceny odprzedaży. Polega na obniżeniu ceny określonej w transakcji danego podmiotu z podmiotem niezależnym o marżę ceny odprzedaży. Oczywiście przyjmuje się, że dobra lub usługi zostały uprzednio nabyte przez dany podmiot od podmiotu z nim powiązanego. Z kolei marża ceny odprzedaży to suma, która zapewnia podmiotowi odprzedającemu pokrycie jego kosztów bezpośrednich i pośrednich związanych z dokonaną transakcją oraz gwarantuje zysk. Metoda odprzedaży możliwa jest do zastosowania jedynie w ściśle określonych przypadkach: gdy istnieje łańcuch kupna-sprzedaży, gdy nie ma zmian przedmiotu transakcji oraz gdy okres pomiędzy zakupem towaru a jego odprzedażą jest stosunkowo krótki.

Metoda rozsądnej marży („koszt plus”)

Z kolei metoda „koszt plus” opiera się na określeniu poziomu sumy bazy kosztowej i narzutu zysku kalkulowanego w odniesieniu do bazy kosztowej. Rynkowa wartość narzutu zysku może zostać określona dzięki poziomowi zysku, jaki dany podmiot uzyskuje w porównywalnych transakcjach z podmiotami niepowiązanymi w kontekście takiej samej bazy kosztowej lub chociażby porównywalnej bazy kosztowej. Trudność zastosowania tej metody polega na konieczności zachowania tożsamości kategorii kosztów bezpośrednich, pośrednich i kosztów ogólnych zarządu w transakcji badanej i transakcjach porównywalnych.

Metoda marży transakcyjnej netto

Jedną z alternatywnych metod jest metoda marży transakcyjnej netto. Jej celem jest określenie wskaźnika finansowego, który odzwierciedlałby relację pomiędzy marżą zysku netto a odpowiednią bazą. Marżą zysku netto jest natomiast odliczenie od przychodu osiągniętego w wyniku danej transakcji kontrolowanej kosztów związanych z realizacją tej transakcji. W praktyce metoda marży transakcyjnej netto jest dość podobna do metody „koszt plus” lub metody ceny odprzedaży. Wszystko zależy natomiast od specyfiki danej branży i istotnych okoliczności transakcji. Co ważne, w metodzie marży transakcji netto dobór odpowiednich kryteriów porównywalności nie odgrywa szczególnej roli.

Metoda podziału zysków (MPZ)

Wspomniane wyżej metody, czyli metoda MPCN, ceny odprzedaży i „koszt plus”, w praktyce powodują wiele problemów. Nie zawsze możliwe jest bowiem ich zastosowanie. Dzieje się tak przede wszystkim w przypadku, gdy przedmiotem transakcji są znaczące aktywa niematerialne lub transakcje o dość skomplikowanym charakterze. Alternatywą do metod transakcyjnych są tzw. metody zysku transakcyjnego, czyli metoda podziału zysków i metoda marży transakcyjnej netto. Metoda podziału zysków polega natomiast na określeniu łącznych zysków, jakie podmioty powiązane osiągnęły w związku z daną transakcją, a także podziału tych zysków. Oczywiście podziału dokonuje się w takiej samej proporcji, w jakiej tego podziału dokonałyby podmioty niezależne. Co również istotne, podziałowi podlega nie tylko zysk, ale również ewentualna strata. Metoda podziału zysków w odróżnieniu od wcześniej wymienionych metod transakcyjnych nie wymaga ścisłej porównywalności przedmiotu transakcji. Ważniejsze są w tym kontekście kryteria porównywalności.

Techniki wyceny

Nowelizacja, która weszła w życie z dniem 1 stycznia 2019 r., umożliwiła stosowanie metod poza tymi wyszczególnionymi w katalogu z ustawy o CIT. W branży budowlanej w odniesieniu do zbywanych nieruchomości popularna jest na przykład tzw. szósta metoda weryfikacji, czyli techniki wyceny. W tym przypadku pomija się dane porównawcze, ponieważ najczęściej trudno je znaleźć. Specyficzne nieruchomości różnią się zarówno przeznaczeniem, jak i lokalizacją oraz wykończeniem. Zasadne jest zatem wzięcie pod uwagę wyceny dokonanej przez niezależnych ekspertów.

Hierarchia stosowania metod weryfikacji cen transferowych

Co do zasady nie ma żadnej hierarchii stosowania metod weryfikacji cen transferowych. Podmiot zobowiązany powinien jedynie wybrać metodę najbardziej odpowiednią w danej sytuacji. Ten wybór musi zostać odpowiednio opisany w analizie porównawczej lub analizie zgodności. Niewątpliwie jednak podmioty powiązane winny się w tej kwestii kierować ogólną zasadą, zgodnie z którą ceny powinny zostać ustalone na warunkach, jakie zaakceptowały podmioty niepowiązane w podobnych okolicznościach.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polski pracownik coraz pewniejszy swoich umiejętności

  • Aż 80 proc. polskich pracowników optymistycznie myśli o swojej karierze w aktualnym miejscu pracy w perspektywie kolejnych 5 lat.
  • 86 proc. zatrudnionych jest przekonanych, że posiada odpowiednie umiejętności do osiągnięcia sukcesu zawodowego.

Stereotyp Polaka jako wiecznie narzekającego na swoją pracę odchodzi w zapomnienie. Jak wskazują wyniki corocznego raportu ADP „Workforce View in Europe” aż 80 proc. badanych Polaków optymistycznie myśli o następnych 5 latach w swoim aktualnym miejscu pracy. Polscy pracownicy są też bardziej pewni własnych umiejętności zawodowych. W porównaniu z zeszłorocznym raportem odsetek pracowników przekonanych, że posiada kwalifikacje, które gwarantują im sukces zawodowy, wzrósł o 6 p.p.

Optymizm wśród pracowników młodych i w średnim wieku

Do swojej przyszłości zawodowej bardzo optymistycznie podchodzą młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy. Według badania ADP myśli tak aż 79 proc. z nich. Pozytywnie swoją ścieżkę kariery oceniają także osoby niewiele starsze – aż 81 proc. pracowników od 25 do 34 roku życia. 86 proc. z nich jest również przekonana, że posiadane kwalifikacje przyczynią się do sukcesu w pracy. W swoje umiejętności najbardziej wierzą jednak respondenci w wieku 35-44, którzy mają już dłuższy staż pracy i większe doświadczenie. 89 proc. z nich odpowiedziało, że posiada kwalifikacje, które przyczynią się do sukcesu zawodowego.

Pracownik, który dobrze czuje się w miejscu pracy – jest doceniany przez pracodawcę, awansuje oraz spełnia się w projektach – z reguły optymistycznie myśli o swojej przyszłości w pracy. Pozytywnie swoje umiejętności postrzegać będą również osoby, które mają okazję np. brać udział w bezpłatnych szkoleniach czy kursach oraz posiadają gruntowne wykształcenie. Osoba pewna siebie i swoich kwalifikacji na pewno przyczyni się też do rozwoju firmy – mówi Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Kultura i sztuka – najbardziej pesymistyczna branża?

Branże, w których pracownicy są najbardziej optymistycznie nastawieni względem swojej kariery zawodowej, to sprzedaż, media i marketing – 89 proc., architektura i branża budowlana – 87 proc. oraz podróże i transport – 86 proc. Na przeciwnym biegunie jest kultura i sztuka. Wyniki raportu „Workforce View in Europe 2019” wskazują, że aż 33 proc. respondentów pracujących w tym obszarze pesymistycznie ocenia swoją przyszłość w miejscu pracy. Dodatkowo, aż co 5. osoba pracująca w instytucjach związanych z kulturą i sztuką nie jest pewna, czy posiada odpowiednie umiejętności, żeby osiągnąć sukces zawodowy.

Optymizm w całej Europie

Krajem, w którym pracownicy najbardziej pozytywnie myślą o swojej przyszłości w pracy, jest Holandia. Optymistycznie na swoją karierę zawodową w ciągu kolejnych 5 lat patrzy aż 86 proc. jej mieszkańców. Natomiast to najbardziej pesymistycznie postrzegają swoją przyszłość zawodową Francuzi – tylko 73 proc. z nich odpowiedziało, że optymistycznie ocenia swoją karierę w perspektywie następnych 5 lat. W porównaniu do innych krajów europejskich Polska plasuje się dokładnie na środku stawki.

– Średnia dla całej Europy i Polski jest podobna. Pokazuje to, że standardy w Unii Europejskiej się ujednolicają – rynek pracy staje się tożsamy, a więc pracownik zatrudniony w Polsce bez żadnych problemów odnajdzie się np. w tej samej firmie w Wielkiej Brytanii. Szeroki wachlarz możliwości, dzięki którym pracownik ma większe szanse na znalezienie odpowiadającej mu pracy, dopasowanej do jego kwalifikacji i zainteresowań znacząco przyczynia się do optymistycznego postrzegania przez Europejczyków swojej przyszłości zawodowej – podsumowuje Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Raport „The Workforce View in Europe 2019” jest dostępny pod adresem: http://bit.ly/raport_ADP_2019

O badaniu

„The Workforce View in Europe 2019” przedstawia opinie pracowników na temat aktualnego środowiska pracy oraz ich oczekiwania związane z przyszłością. Badanie zostało przeprowadzone przez niezależną agencję badań rynku Opinion Matters na zlecenie ADP w październiku 2018 r. Wśród z 10 585 dorosłych pracujących osób z ośmiu krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski, Hiszpanii, Szwajcarii oraz Wielkiej Brytanii.

Wspólna deklaracja Polski i USA krokiem milowym dla zapewnienia bezpieczeństwa sieci 5G

Premier Mateusz Morawiecki oraz Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence podpisali wspólną deklarację dotyczącą budowy sieci 5G. Porozumienie może oznaczać wykluczenie niektórych dostawców z procesu budowy sieci piątej generacji w naszym kraju. „Polska zgodnie z zasadą strategii win-win, dąży do budowy sieci 5G w bezpieczny sposób, a jednocześnie do stworzenia korzystnego ekosystemu dla rozwoju tej technologii w kraju” – komentuje Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki.

Budowa sieci 5G w Europie wciąż wywołuje emocje. Od kilku miesięcy Stany Zjednoczone próbują zablokować udział chińskich producentów w procesie tworzenia sieci piątej generacji nie tylko w USA, ale i na Starym Kontynencie. Podczas niedawnej wizyty Donalda Trumpa w Bukareszcie, prezydenci USA i Rumunii podpisali deklarację mogącą wykluczyć z procesu budowy sieci 5G podmioty niespełniające kryteriów bezpieczeństwa. Wczoraj podobne porozumienie Wiceprezydent Mike Pence podpisał z premierem Mateuszem Morawieckim.

Porozumienie dla bezpieczeństwa

„Ochrona tych sieci łączności następnej generacji przed zakłóceniami czy manipulacją oraz zapewnienie prywatności i indywidualnych swobód obywatelom Polski, Stanów Zjednoczonych i innych krajów ma zasadnicze znaczenie” – czytamy we Wspólnej Deklaracji Polski i USA na temat 5G. O konieczności zadbania o bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni, a także potrzebie wykorzystania technologii pochodzącej tylko od zaufanych dostawców, wiele razy mówili eksperci Instytutu Kościuszki – organizatorzy Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC. Według Izabeli Albrycht i dr Joanny Świątkowskiej – autorek raportu „Przyszłość 5G czyli Quo Vadis, Europo?”, podejmowane przez europejskich decydentów państwowych inicjatywy i deklaracje w sprawie budowy sieci piątej generacji będą miały ogromne znaczenie w kontekście wypracowania przyszłej pozycji gospodarczej Unii Europejskiej na świecie. Dlatego zalecają one aktywny udział europejskich podmiotów w telekomunikacyjnym wyścigu o 5G, również biorąc pod uwagę wykorzystanie własnego potencjału technologicznego. Pierwsze kroki w tym kierunku podjął już premier Mateusz Morawiecki, poruszając temat inwestycji w rozwój sieci 5G i cyberbezpieczeństwo podczas spotkania z prezesem firmy Ericsson.

Zdolność weryfikacji partnerów kluczem porozumienia

Jak alarmowała dr Joanna Świątkowska, dyrektor programowa CYBERSEC, ważne jest aby w Europie współpracować z państwami zaliczanymi do grupy „podobnie myślących”, takimi jak kraje sojuszu północnoatlantyckiego, Japonia czy Korea Południowa. Korzystając z rozwiązań dostarczanych przez dostawców zewnętrznych, państwa powinny mieć możliwość weryfikowania i kontrolowania ich produktów i usług. Do tego też zmierza podpisana ze Stanami Zjednoczonymi deklaracja dotycząca budowy sieci 5G w Polsce. Zakłada ona konieczność uważnej i kompetentnej oceny producentów oprogramowania stosowanego do stworzenia sieci piątej generacji.

„Wierzymy, że wszystkie kraje muszą dopilnować tego, żeby w naszych sieciach uczestniczyli jedynie zaufani i niezawodni dostawcy, co uchroni je przed nieuprawnionym dostępem lub zakłócaniem” – czytamy w deklaracji. Wg. dokumentu analiza dostawców powinna pozwolić ocenić, czy jest on kontrolowany przez obcy rząd. Pod uwagę brana jest m.in. analiza struktury własności. Weryfikacji podlega także to, czy dostawca kieruje się etyką biznesową oraz czy podlega porządkowi prawnemu, który zapewnia przejrzystość działalności firm.

W podpisanym dokumencie Stany Zjednoczone i Polska opowiedziały się za Propozycjami Praskimi, które kładą nacisk na tworzenie sieci 5G na bazie wolnej i uczciwej konkurencji, a także przejrzystości i rządów prawa. „Propozycje Praskie postulują rygorystyczną ocenę dostawców technologii 5G. Dziś pytanie brzmi: ile z pozostałych państw członkowskich UE pójdzie w ślady Polski?” – komentuje Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki. Dodaje także, że za dwa miesiące w Katowicach w czasie CYBERSEC w dyskusji o bezpieczeństwie sieci 5G w Unii Europejskiej udział weźmie m.in. Sir Julian King – unijny komisarz ds. Unii Bezpieczeństwa, Ciaran Martin – szef National Cyber Security Center z Wielkiej Brytanii, Arne Schönbohm – szef niemieckiego Office for Information Security, Karol Okoński – pełnomocnik polskiego rządu ds. cyberbezpieczeństwa, a także Rob Strayer – zastępca sekretarza Departamentu Stanu ds. Cyber and International Communications and Information Policy z USA. W tym czasie poznamy także wyniki ogólnounijnej oceny ryzyk związanych z budową sieci 5G, którą w Katowicach przedstawi osobiście Komisarz King.

Czy Polska jest zagrożona?

Podczas konferencji prasowej, która odbyła się po spotkaniu wiceprezydenta USA z Andrzejem Dudą, polski prezydent przyznał, że służby kontrwywiadowcze wykryły w ostatnim czasie działania, które mogą być zakwalifikowane jako szpiegostwo. Obecnie w tej sprawie toczy się postępowanie polskiej prokuratury, które może zakończyć się wniesieniem aktu oskarżenia. Jednakże zagrożenia wynikające z użycia sieci 5G nie odnoszą się jedynie do działań szpiegowskich. Izabela Albrycht podkreśla fakt, że 5G, będzie kolejnym narzędziem projekcji soft i hard power. Jest to szczególnie istotne z tego względu, iż w przyszłości sieć 5G będzie miała kluczowe zastosowanie militarne. W tym kontekście, odpowiedni dobór partnerów technologicznych oraz szczegółowa ich ocena wydaje się być tym bardziej uzasadniona.

Następne kroki

Po podpisaniu deklaracji, rzecznik rządu Piotr Müller zapowiedział, że kolejnym krokiem powinno być podjęcie się działań badawczo-rozwojowych w zakresie 5G, tworzenie ram bezpieczeństwa dla nowej sieci telefonii komórkowej, a docelowo trzeba będzie również wybrać dostawcę technologii, co już dziś budzi kontrowersje.

Trzy powody, by zainteresować się spółkami wypłacającymi coraz wyższą dywidendę

W warunkach słabnącego globalnego wzrostu gospodarczego i utrzymujących się napięć handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Nick Getaz i Matt Quinlan z zespołu Franklin Equity Group dostrzegają sygnały świadczące o tym, że niektórzy inwestorzy mogą tracić zainteresowanie akcjami charakteryzującymi się wysokim wzrostem, które były popularne podczas ostatniej hossy na amerykańskim rynku. Autorzy tłumaczą, dlaczego inwestorzy mogą w tej sytuacji zainteresować się „spółkami wypłacającymi coraz wyższą dywidendę” lub stabilnymi spółkami o potwierdzonej historii wzrostu dywidendy w różnych warunkach rynkowych.

Matthew Quinlan - Franklin Equity Group
Matthew Quinlan – Franklin Equity Group

W ciągu trzech ostatnich lat akcje spółek wyróżniających się wysokim wzrostem, w tym papiery niektórych przedsiębiorstw z sektora technologicznego, wywindowały hossę na amerykańskim rynku akcji na rekordowo wysokie poziomy. Te akcje osiągały lepsze wyniki na tle szerokiego rynku akcji, nawet w okresach geopolitycznej niepewności.

Niemniej jednak podczas ostatnich wzmożonych wahań rynkowych zauważyliśmy sygnały świadczące o tym, że wielu inwestorów skoncentrowanych na wzroście prawdopodobnie zaczyna nieco inaczej postrzegać sytuację. W warunkach utrzymujących się tarć w stosunkach handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz oznak spadku dynamiki wzrostu gospodarczego na świecie rynek najwyraźniej jest w większym stopniu zainteresowany stabilnymi spółkami o potwierdzonej historii zrównoważonego wzrostu dywidendy.

Nicholas Getaz – Franklin Equity Group
Nicholas Getaz – Franklin Equity Group

Dywidenda, często stanowiąca część zysków, to jeden ze sposobów, w jaki spółki mogą wynagradzać inwestorów. Dywidenda wypłacana jest zwykle w postaci regularnych, na przykład kwartalnych lub rocznych, wypłat środków pieniężnych.

Nie wszystkie spółki wypłacające dywidendę można jednak traktować jednakowo, a zarządzając naszą strategią, nie koncentrujemy się na wysokim dochodzie z dywidendy. Jako długoterminowi inwestorzy interesujemy się przede wszystkim spółkami o rosnącej dywidendzie lub spółkami, które w przeszłości notowały znaczący lub zrównoważony wzrost dywidendy, z kilku powodów omówionych poniżej.[1]

  1. Spółki wypłacające rosnącą dywidendę notują dobre wyniki w dłuższej perspektywie

Uważamy, że generujące wysoki dochód akcje spółek wysokiej jakości mogą stanowić atrakcyjną alternatywę dla inwestycji na rynku obligacji, ale często nie zapewniają stabilnego potencjału wzrostowego, który mogą oferować spółki wypłacające coraz wyższą dywidendę.

Według naszych analiz spółki podwyższające dywidendę zwykle notują większe wzrosty kursów akcji w dłuższej perspektywie w porównaniu ze spółkami, które utrzymują dywidendę na stałym poziomie lub jej nie wypłacają. Takie przedsiębiorstwa zwykle wyróżniają się także mniejszą zmiennością na tle pozostałych spółek.

Uważamy, że ta przewaga jest efektem solidnych modeli biznesowych i zaangażowania zarządów w wypłatę coraz wyższej dywidendy w warunkach wzrostów i spadków rynkowych.

2. Spółki podwyższające dywidendę zwykle należą do rynkowych liderów

Uważamy, że spółki, które spełniają nasze wymagania dotyczące wzrostu dywidendy, już na starcie mają sporą przewagę. Koncentrujemy się jednak na identyfikowaniu atutów, które zapewniają spółkom największe szanse na utrzymanie i umocnienie tej konkurencyjnej przewagi także w przyszłości.

Poszukujemy spółek wypłacających coraz większą dywidendę, które:

  • są liderami w swoich branżach lub niszach rynkowych;
  • mają ekspozycję na atrakcyjne możliwości sekularnego wzrostu, pozwalające liczyć na większą rentowność oraz
  • są zarządzane przez zespoły, które udowodniły, że potrafią podejmować trafne decyzje dotyczące alokacji kapitału, włącznie z inwestowaniem w przyszły wzrost i zwiększaniem dywidendy wypłacanej inwestorom.

Zauważyliśmy, że okres 10 lat rosnącej dywidendy to dobry wskaźnik solidnej kondycji spółki. Sądzimy, że na przestrzeni dekady większość spółek najprawdopodobniej doświadcza słabszego okresu ekonomicznego. Nasze doświadczenie podpowiada nam, że niektóre przedsiębiorstwa wykazują się jednak względnie większą odpornością.

Uważamy, że spółki, które potrafiły podwyższać dywidendę przez osiem z dziesięciu minionych lat (bez żadnych obniżek), potwierdziły tym samym swoją solidną kondycję finansową. Szukamy także przedsiębiorstw, które w takim horyzoncie czasowym przynajmniej podwoiły dywidendę wypłacaną inwestorom.

3. Spółki wypłacające coraz wyższą dywidendę pojawiają się w coraz większej liczbie sektorów

Od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-2009 grono spółek podnoszących dywidendę staje się coraz większe i bardziej zróżnicowane. Przed kryzysem ta kategoria była w większym stopniu zdominowana przez spółki finansowe, jednak w okresie kryzysu wiele banków obniżyło lub przestało wypłacać dywidendę.

Wiele spółek z sektora finansowego od tamtej pory zanotowało poprawę kondycji i konsekwentnie podwyższa dywidendę, powoli dołączając do grona przedsiębiorstw spełniających nasze kryteria. Jednocześnie spółki z innych sektorów, takich jak technologie, w pierwszych latach nowego stulecia inicjowały programy dywidendowe.

Obecnie znajdujemy coraz więcej spółek technologicznych spełniających nasze kryteria zwyżkującej dywidendy oraz dostrzegamy wypłacające coraz wyższe dywidendy przedsiębiorstwa przemysłowe.

Połączenie wszystkich elementów

W ramach naszej strategii korzystamy z czterech ilościowych filtrów pozwalających nam określić ramy spektrum inwestycyjnego obejmującego spółki wypłacające dywidendę oraz z filtra opartego na wartości, dzięki któremu upewniamy się, że nasz proces inwestycyjny przestrzega odpowiedniej dyscypliny w tym zakresie.

selekcja

Nie wszystkie wysokiej jakości spółki spełniają kryteria naszej selekcji, ale ten proces pozwala nam wybrać przedsiębiorstwa z potwierdzoną historią zrównoważonych i przewidywalnych wyników. To dla nas punkt wyjścia, w którym możemy skoncentrować się na wyszukiwaniu spółek mających, według nas, największe szanse na utrzymanie tej dobrej passy także w przyszłości.

Choć staramy się identyfikować spółki, które mają szansę utrzymać strumienie przychodów także w trudnych warunkach rynkowych, nie uważamy się za defensywnych inwestorów. Szukamy przedsiębiorstw o solidnym potencjale wzrostowym w sprzyjających warunkach rynkowych oraz zdolności do wykazania się większą odpornością, gdy sytuacja na rynkach staje się trudniejsza.

Uważamy, że kombinacja wzrostu dywidendy i solidnego modelu biznesowego, w połączeniu z rozsądną alokacją kapitału, powinna przekładać się na większe zyski i wzrost przepływów wolnej gotówki, co z kolei często stymuluje przyszłe inwestycje w dalszy wzrost, napędzając cykl wzrostowy i generując stabilny oraz rosnący strumień dochodów z dywidendy.

[1] Dywidendy nie są gwarantowane i mogą wzrosnąć, spaść lub zostać całkowicie wyeliminowane bez uprzedniego powiadomienia.

Kultura a chmura, czyli jak zwyczaje w firmie mogą wpłynąć na sukces migracji do chmury

Nowoczesne aplikacje chmurowe znajdują coraz więcej zastosowań – wiele organizacji decyduje się na takie rozwiązania, prostsze w obsłudze i utrzymaniu niż aplikacje lokalne. Jednak, aby przeniesienie do chmury zakończyło się sukcesem, nie można zapominać, że taka transformacja to przede wszystkim rewolucja kulturowa w organizacji.

Cytując za Beth Boettcher, wiceprezes Oracle ds. konsultingu w zakresie aplikacji: „przedsiębiorstwa, w których procesy decyzyjne mają charakter ściśle hierarchiczny — lub wręcz przeciwnie, są w zbyt dużym stopniu uzależnione od wypracowania konsensusu — będą miały trudności z dostosowaniem się do chmury. Jeśli kultura organizacji jest mało dynamiczna, proces migracji będzie znacznie wydłużony lub w pewnym momencie nawet zupełnie zatrzymany. Decydując się na implementację rozwiązania chmurowego, menedżerowie powinni zatem zmianę kultury potraktować jako nieodzowny element wdrożenia, na każdym jego etapie. I taka zmiana musi zaczynać się od samej góry”.

Po co nam chmura i kto tak naprawdę ją wdroży?

Pytani przez Boettcher szefowie firm rozważających migrację do chmury o ich cele, najczęściej odpowiadają, że chcą zmniejszyć złożoność, obniżyć koszty utrzymania, aby uwolnić zasoby na potrzeby bardziej innowacyjnych zadań, i poprawić doświadczenia użytkownika.

Jednak każdy z tych celów musi być częścią większej zmiany strategicznej i kulturowej.

Aplikacje chmurowe zapewniają pracownikom dostęp do znacznie większej ilości danych, a co za tym idzie – do zdecydowanie szerszego zakresu informacji. Co ważne, pracownicy muszą umieć działać na ich podstawie. Oddanie takiego stopnia sprawczości i decyzyjności to dla wielu organizacji ogromna zmiana – zmiana, która musi się rozpocząć na wczesnym etapie wdrażania chmury. Tylko przy takim założeniu realizacja projektu może zostać utrzymana na odpowiednim kursie.

„Jeśli jakaś decyzja podejmowana w trakcie implementacji chmury nie ma nic wspólnego z budżetem, zakresem lub harmonogramem i nie wpływa na nadrzędną strategię biznesową — co dotyczy ok. 80% decyzji podejmowanych podczas wdrażania chmury — nie ma potrzeby, aby zespół wdrożeniowy konsultował się z kadrą kierowniczą” — mówi Beth Boettcher. „Zespół musi mieć możliwość podejmowania takich decyzji oraz być obdarzony zaufaniem. Dla wielu menedżerów takie oddanie kontroli bywa naprawdę trudne”.

Decyzje, oczekiwania… czyli jak tworzyć wizję kultury opartej na chmurze

W procesie wdrażania chmury istotne jest, aby projekty zarządzane były wspólnie przez osoby odpowiedzialne – zwykle jest to dyrektor ds. IT współpracujący z szefem odpowiedniego obszaru biznesowego, np. dyrektorem działu kadr i/lub dyrektorem finansowym (w zależności od zakresu projektu). Te osoby muszą wypracować razem cele projektu, ale również, a może przede wszystkim, zastanowić się, czym ma się cechować przyszła kultura firmy oparta na chmurze oraz jak ją kształtować od samego początku projektu wdrożeniowego.

Dyrektor HR może na przykład założyć, że w ciągu 18 miesięcy w każdym kraju proces onboardingu nowego pracownika będzie się odbywał przy użyciu jednego systemu i składał z konkretnych, z góry ustalonych kroków. Wyjątki są przy tym niedopuszczalne (poza tymi wymaganymi lokalnym prawem pracy).

Jak mówi Boettcher, ten poziom konkretności zarysowuje bardzo wyraźny obraz oczekiwań i wyznacza parametry dla wszystkich osób podejmujących decyzje w trakcie wdrożenia. Stworzenie takiego konkretnego obrazu może pomóc w adaptacji do nowej kultury opartej na chmurze, gdzie procesy obsługiwane są według globalnych standardów. Przestarzała kultura oparta na systemach lokalnych często mogła skłaniać pracowników do ręcznych obejść procesu – mniej rozwinięta technologia nie zawsze zapewniała rozwiązania na miarę właściwych potrzeb biznesu. Następnie dyrektor HR powinien wyznaczyć właściciela każdego procesu biznesowego w obrębie określonego zakresu prac. Osoby te muszą mieć odpowiednią moc decyzyjną oraz wsparcie ekspertów z zespołu wdrożeniowego.

Grono decyzyjne powinna stanowić niewielka grupa ludzi – a uczestnicy projektu powinni być zorganizowani wokół osób odpowiedzialnych za poszczególne procesy. Dzięki temu właściciele danych obszarów będą w pełni rozumieć nowe możliwości aplikacji chmurowej i objęte projektem nowe procesy biznesowe. Będą też odpowiadać za aplikację i odczuwać dumę z jej udanego wdrożenia zarówno po uruchomieniu, jak i podczas stabilnego wprowadzania nowych funkcji.

Dodatkowe drogi do sukcesu w chmurze

Decydując się na transformację organizacji i implementację rozwiązań chmurowych, liderzy, chcąc kształtować nową kulturę, powinni zwrócić uwagę na kilka dodatkowych aspektów. Cytując Boettcher, można wyróżnić następujące, warte rozważenia, zagadnienia:

Nowe spojrzenie na organizację – jeśli zespół wdrożeniowy złożony będzie z osób, które w firmie przepracowały wiele lat, jest bardzo prawdopodobne, że będzie im trudno zaakceptować bez zastrzeżeń nowe procesy, sposób pracy etc., w myśl zasady „od lat wykonywaliśmy to zadanie w taki sposób, więc nie ma powodu, by to zmieniać”. Takie osoby będą się domagać dostosowania systemu zamiast wykorzystać dobre praktyki i standardy wbudowane w rozwiązania chmurowe. Dodatkowo, wszelkie personalizacje tak naprawdę przynoszą zbędne komplikacje. Zatem, o ile nie jest to absolutna konieczność, lepiej powstrzymać się od przystosowywania systemu chmurowych do indywidualnych wymogów organizacji.

Nowe formy współpracy pomiędzy IT i biznesem – wdrożenie rozwiązania chmurowego to nowy podział obowiązków – osoby odpowiedzialne za poszczególne obszary biznesowe nie wręczają już listy wymagań funkcjonalnych systemu działowi IT, aby wrócić do swoich obowiązków i czekać na gotowe rezultaty. Przy implementacji chmury biznes musi ręka w rękę współpracować z działem IT, aby mieć pewność, że procesy działają zgodnie z założeniem. Co więcej, z każdą aktualizacją systemu ta współpraca musi się odnawiać – osoby z biznesu muszą na bieżąco sprawdzać, jak nowe cechy systemu wpłyną na wykonywanie procesów oraz wyniki.

Liderzy jako „agenci zmiany” – osoby zarządzające organizacjami muszą stale śledzić, jakie nowe możliwości oferuje rozwój nowoczesnej technologii. Sztuczna inteligencja, machine learning, internet rzeczy, blockchain stwarzają nowe opcje dla biznesu. Liderzy powinni analizować te możliwości, sprawdzać, jakie benefity mogą one przynieść oraz propagować je w swoich organizacjach.

Nowe sposoby myślenia – nowoczesne organizacje, których kultura oparta jest na chmurze, potrzebują osób, które będą tę kulturę rozwijały poprzez nowe podejście do rozwiązywania problemów i myślenie projektowe. Firmy o takiej kulturze powinny skupić się na klientach wewnętrznych i zewnętrznych oraz kształtowaniu procesów w taki sposób, aby były one mniej oparte na hierarchii i biurokracji, a bardziej skłaniały pracowników do analizy informacji i działania. Przy pozyskiwaniu nowych talentów ważne jest, aby stawiać na osoby demonstrujące inteligentną niezależność.

Opracowanie artykułu: Antonina Hołówko, Principal Sales Consultant w Oracle

Znany japoński bank prognozuje na początku września krach na Wall Street

Jak wynika z informacji podanej przez bank Nomura, na początku września mogą nastąpić podobne spadki na amerykańskiej giełdzie, jak w 2008 roku. W opublikowanej prognozie analitycy zwracają uwagę m.in. na fundusze hedgingowe, które wycofują się z rynku. Do tych przewidywań odnosi się ekonomista – prof. Krzysztof Piech. Zdaniem eksperta, żaden analityk nie jest w stanie podać dokładnego terminu kryzysu. Obecnie nie widać też takiego zagrożenia na rynku. Wojna handlowa czy konflikt między USA i Chinami nie spowodują nagłego krachu giełdowego. A jeśli on nastąpi, to z pewnością odczuje go też GPW. Można zabezpieczyć się na trudniejsze czasy, np. zwiększając zapasy złota. I tak zrobił nasz bank centralny. Dobra koniunktura przecież kiedyś się skończy.

Prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego
Prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego

Analitycy znanego japońskiego banku Nomura prognozują rychły krach na Wall Street. Ich zdaniem, najpóźniej na początku września może dojść do podobnych spadków, jak w 2008 roku. Czy to realny scenariusz?

Prof. Piech: Generalnie krach jest możliwy i pewnie jeszcze będzie ich wiele na Wall Street. Natomiast nikt nie wie, kiedy do tego dojdzie. Każdy, kto mówi, że jest w stanie to przewidzieć, zwłaszcza wskazując określone dni, mija się z prawdą, bo tego nie da się zrobić. Terminy kryzysów są najtrudniejszą rzeczą do przewidzenia, jaka może się zdarzyć w naukach ekonomicznych. Nie ma takiego noblisty czy analityka, który byłby w stanie to dokładnie przepowiedzieć. Zresztą najpóźniej za kilkanaście dni się przekonamy, czy ww. bank miał rację.

Pan Profesor podchodzi z dystansem do tej prognozy?

Prof. Piech: Ta notatka dla inwestorów nie zawierała pogłębionej analizy sytuacji, np. modelu makroekonomicznego czy rynku finansowego. Nie było w niej niczego, co mogłoby pokazać konsekwencje pewnych reakcji. Każdy z nas może coś podobnego napisać. To jest kwestia odpowiednich zasięgów i to będzie czytane. Warto też zastanowić się nad tym, jaki interes miał bank w publikowaniu tego typu informacji. Na pewno wzrośnie przez to jego rozpoznawalność. Poprzedni kryzys z 2008 roku przewidziało raptem kilkanaście osób na świecie, w naszej części Europy – tylko ja. Powiedzieć, że coś się zdarzy, to jest jedna rzecz. Ale ważniejsze jest wskazanie przyczyn. A to nie jest już takie proste.

Według Nomury, z rynku wycofują się fundusze hedgingowe. To zwiększa ryzyko krachu?

Prof. Piech: Analitycy Nomury wskazali, że handel algorytmiczny zyskuje na znaczeniu, a to jest truizmem od wielu lat. Wiemy, że kryzys może być w jakiś sposób spowodowany przez ciąg zleceń wykonywanych przez boty i algorytmy. Takie rzeczy się zdarzają, ale jednak bardzo szybko się to koryguje, gdy okazuje się, że jest np. zlecenie, które uruchomiło wiele innych. To jeszcze nie jest coś, co może wywołać krach, najwyżej drobne tąpnięcie. Handel algorytmiczny to jest końcówka spirali, taki zapalnik. Co jest amunicją tej broni, tego za bardzo nie widać. Jest szereg czynników, ale na chwilę obecną żaden z nich nie jest na tyle alarmujący, żeby był w stanie uruchomić kryzys Wall Street.

Co mogłoby być takim czynnikiem?

Prof. Piech: Ostatni kryzys był na rynku nieruchomości, co dostrzegliśmy niespełna 2 lata przed upadkiem Lehman Brothers. Widać było spadki cen, tylko nie zauważyliśmy, jak poważnie w tę sytuację były zaangażowane banki amerykańskie. To dopiero wyszło na jaw w 2008 roku. Dziś nie widać takiego zagrożenia, w które rynek byłby zaangażowany. Można więc mówić o bańce spekulacyjnej, przynajmniej w niektórych miastach i krajach. Jednak to, co bardzo często się wiąże z kryzysem, w porównaniu ze zwykłą recesją, to element zaskoczenia. Naprawdę nie widać czegoś takiego, co realnie mogłoby rozpalić rynek.

Są jednak sytuacje, które budzą niepokój wśród inwestorów.

Prof. Piech: Tak. Jednak najważniejsze z nich, czyli wojna handlowa i konsekwencje sporu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, nie mogą spowodować nagłego krachu giełdowego. Bo impulsy kryzysowe, które przez ten kanał się rozchodzą, są bardzo, bardzo powolne. To jest coś, co może wywołać w długim czasie większe spowolnienie, ale nie krach jako taki. Analitycy Nomury wskazują na fundusze hedgingowe, ale one też reagują na jakieś bodźce, bardziej z pogranicza rynków finansowych i realnych, a tego przecież nie ma.

W jaki sposób ewentualny krach na Wall Street wpłynąłby na GPW?

Prof. Piech: Na naszą gospodarkę na pewno nie zadziałałby w jakiś znaczący sposób, ale na giełdę – może bardziej. Nie wykluczam również wpływu na polskiego złotego. Jednak ciekawsze jest to, co stanie się później, tzn. jak głęboki będzie to kryzys, ile czasu potrwa itd. Jeśli pojawi się duża niepewność, to wtedy uruchomią się nastroje pesymistyczne. Niepewność jest jak zła informacja, a może nawet jeszcze gorsza dla rynku, bo nie wiadomo, co trzeba dalej robić.

W jaki sposób przygotować się do takiej sytuacji?

Prof. Piech: Ponad rok temu mówiłem, że trzeba się zabezpieczyć przed kryzysem. Wtedy zasugerowałem zwiększenie zapasów złota i NBP posłuchał. Wynik banku centralnego na koniec roku będzie zapewne bardzo pozytywny i bardzo ucieszy ministra finansów, ktokolwiek nim będzie. I oczywiście to będzie się dobrze przekładało na budżet czy dodatkowe możliwości. Wiadomo, że dobra koniunktura kiedyś się skończy. Jednak trudno powiedzieć, czy będzie to za kilka miesięcy, czy może za 2-3 lata.

Co wtedy?

Prof. Piech: Mam pewne obawy. O ile poprzednio udało się wyjść obronną ręką, tak teraz gospodarka jest strasznie rozgrzana, ale mocą konsumpcji, której nie towarzyszy niestety wzrost oszczędności. W naszym kraju nie ma wystarczających zapasów, żeby przetrzymać dłużej recesję. Pesymizm może dość mocno uderzyć w PKB. I wtedy od mistrzostwa PR-owego rządu będzie zależało, czy społeczeństwo rzeczywiście ograniczy wydatki, czy może uda się je w jakiś sposób podtrzymać. W takiej sytuacji wyjdzie na jaw, czy mamy kompetentny rząd.

Rynek mody i dóbr luksusowych przyciąga uwagę inwestorów i funduszy private equity

Z roku na rok wartość rynku mody i dóbr luksusowych nieustannie rośnie, co sprawia, że o aktywa w tym sektorze starają się zarówno inwestorzy branżowi, jak i fundusze private equity. Na światowym rynku Fashion & Luxury Goods w 2018 roku przeprowadzonych zostało 265 fuzji i przejęć (M&A) o średniej wartości 233 mln dolarów. Według autorów raportu firmy doradczej Deloitte „Fashion & Luxury Private Equity and Investors Survey 2019”, wśród sektorów cieszących się największym zainteresowaniem znalazła się branża hotelowa oraz producenci luksusowej odzieży i akcesoriów. Optymistyczne prognozy dotyczą także kosmetyków, perfum oraz mebli – inwestorzy przewidują stały wzrost tych sektorów o ponad 10 proc. rocznie.

Autorzy czwartej edycji raportu Deloitte uwzględnili ponad dziesięć kategorii składających się na rynek Fashion & Luxury (F&L). Celem przeprowadzonego badania było wskazanie trendów rynkowych w poszczególnych segmentach oraz oczekiwań dotyczących aktywności M&A.

Liczba fuzji i przejęć rośnie

Kolejny rok z rzędu rynek mody i dóbr luksusowych okazał się być dobrym miejscem dla działalności inwestorów, którzy oczekują ponadprzeciętnej stopy zwrotu z inwestycji. W 2018 roku odnotowano 265 transakcji, czyli o 47 więcej niż w poprzednim roku, co zaowocowało wzrostem o 22 proc. Średnia wartość umów M&A wyniosła natomiast 233 mln dolarów (o 3 mln więcej r. do r.). Sektor osobistych dóbr luksusowych zanotował przyrost liczby fuzji i przejęć o 11, na co największy wpływ miała aktywność w obszarze kosmetyków i perfum – wzrost o 16 transakcji w porównaniu do 2017 roku. Branża ta stanowiła 17 proc. liczby wszystkich fuzji i przejęć na rynku Fashion & Luxury w 2018 roku. Z kolei spadek odnotowały branże zegarków i biżuterii (11 proc.), odzieży oraz akcesoriów (28 proc.) – odpowiednio o 1 oraz 4 transakcje.

W porównaniu do poprzednich lat, kiedy poza sektorem osobistych dóbr luksusowych liczba transakcji M&A nie zmieniała się radykalnie, rok 2018 był okresem najdynamiczniejszego rozwoju dla branży hotelarskiej. W tym sektorze odnotowano 28 proc. ogółu transakcji na rynku mody i dóbr luksusowych. Niedoceniony dotąd sektor hotelarski, w 2018 r. stał się bardziej atrakcyjny dla inwestorów branżowych, jak również dla funduszy private equity, będąc tym samym najliczniejszy pod względem ilości fuzji i przejęć – mówi Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w dziale doradztwa finansowego Deloitte.

Wzrost inwestycji był widoczny zwłaszcza w Europie, Ameryce Północnej, a także w regionie Azji i Pacyfiku. Analizy ekspertów Deloitte pokazują, że segment ten będzie rósł średnio 5-10 proc. rocznie.

Europa znów najaktywniejsza

Wraz ze wzrostem liczby fuzji i przejęć w sektorze mody i dóbr luksusowych średnia ich wartość zwiększyła się o 3 mln dolarów w porównaniu z rokiem ubiegłym. Największy wzrost rok do roku, o 561 proc., a także największą przeciętną wartość (945 mln dolarów), osiągnęły transakcje w sektorze samochodów luksusowych (w tym samochodów elektrycznych), jachtów oraz hoteli (odpowiednio o 407 proc. i 174 proc.). Spadki średniej wartości transakcji w minionym roku zaliczyły natomiast kategorie odzieży i akcesoriów, zegarków i biżuterii oraz kosmetyków i perfum, odpowiednio o 46, 15 oraz 84 proc.

Najpopularniejszym kierunkiem inwestorów w 2018 r. okazała się Europa. Do 150 transakcji M&A, czyli o 41 więcej niż rok wcześniej, doszło właśnie tutaj. Ponad połowa z nich dotyczyła segmentu hoteli oraz odzieży i akcesoriów. Niewielkie wzrosty zanotowano także w regionie Azji i Pacyfiku oraz Japonii, głównie dzięki branży zegarków i akcesoriów. Najsłabiej na tle innych wypadła Ameryka Północna oraz Bliski Wschód, które zanotowały, co prawda niewielki, ale jednak spadek liczby przeprowadzonych transakcji fuzji i przejęć – mówi Kamil Kucharczyk.

Największe fuzje i przejęcia

Największą transakcją (3,6 mld dolarów) w segmencie motoryzacji było przejęcie Beijing Electric Vehicle (firmy zajmującej się głównie produkcją i sprzedażą nowych pojazdów elektrycznych) przez BAIC BluePark. Z kolei na rynku hoteli jako największą transakcję można uznać umowę między siecią luksusowych hoteli marki Belmond a francuskim koncernem LVMH – wartość przejęcia osiągnęła 3,3 mld dolarów. Belmond to brytyjski koncern, który jest właścicielem nie tylko sieci 36 luksusowych hoteli, m.in. we Włoszech, Hiszpanii, Rosji, Wielkiej Brytanii czy USA, ale także firm oferujących luksusowe podróże koleją czy rejsy rzeczne. Nabycie udziałów włoskiego domu mody Versace przez amerykański koncern Michael Kors Holdings zostało uznane za największą akwizycję w segmencie odzieży i akcesoriów. Wartość tej transakcji wyniosła około 2,1 mld dolarów.

Dalsze wzrosty

Autorzy raportu Deloitte swoją uwagę skupili na tym jak inwestorzy postrzegają potencjalne wzrosty w branży mody i dóbr luksusowych w nadchodzących latach. Zdaniem respondentów, którzy uczestniczyli w badaniu, wskaźnik sprzedaży kluczowych graczy na rynku osobistych dóbr luksusowych do 2021 roku osiągnie 1,1-krotność jego obecnej wartości (ok. 4 proc. CAGR w okresie 2018-2021 r.). W przypadku innych rynków wynik ten wzrośnie 1,2-krotnie, co stanowi około 6 proc. CAGR (skumulowany roczny wskaźnik wzrostu).

Według analityków Deloitte, kolejne trzy lata powinny być udane dla całego rynku dóbr luksusowych, który będzie rósł średnio o 5-10 proc. w skali roku. Dużą aktywność funduszy private equity zanotuje przede wszystkim sektor kosmetyków i perfum oraz mebli ze wzrostem ponad 10 proc. rocznie. Przyrost od 5 do 10 proc. w ciągu roku odnotuje także segment odzieży i akcesoriów, hoteli oraz restauracji. Stabilna sytuacja utrzyma się natomiast w branży zegarków i biżuterii oraz selektywnej sprzedaży detalicznej.

Kierunki działań strategicznych

Według szacunków ekspertów Deloitte, w celu wzmocnienia lub dezinwestycji swoich portfeli w branży F&L, do wyprzedaży aktywów w 2019 r. może przystąpić około 43 proc. funduszy, doprowadzając do wzrostu rok do roku o 8,2 proc.

Dla wielu z nich powodem jest nie tylko możliwość dalszego inwestowania środków i osiągnięcie większej stopy zwrotu, ale także obawa związana z niedopasowaniem się do trendów rynkowych oraz utratą szans na efektywne zakończenie przeprowadzonych inwestycji – mówi Kamil Kucharczyk.

Możliwość inwestycji w branżę mody i dóbr luksusowych rozważa w tym roku 70 proc. wszystkich funduszy. Największy odsetek zainteresowany jest ulokowaniem swojego kapitału w sektorze odzieży i akcesoriów oraz kosmetyków i perfum (po 79 proc.). Z kolei 57, 36 i 29 proc. respondentów zainwestuje kolejno w rynek mebli, zegarków i biżuterii oraz w selektywną sprzedaż detaliczną.

Internacjonalizacja i poprawa efektywności są obecnie głównymi kierunkami strategicznymi przyjętymi przez inwestorów branży mody i dóbr luksusowych w celu zwiększenia wartości ich aktywów – dodaje ekspert.

Internet rzeczy w ochronie zdrowia – jak rozwija się kategoria IoMT?

Zgodnie z raportem firmy Forrester „How To Build A Healthcare IoT Platform”, dyrektorzy ds. informatyki w placówkach medycznych powinni stworzyć strategie wdrażania IoT lub ryzykować utratę rynku na rzecz bardziej zaangażowanych cyfrowo konkurentów. IoMT (Internet przedmiotów medycznych) dramatycznie zmienia krajobraz branży, a Deloitte Center for Healthcare Solutions twierdzi, że całkowity rynek IoMT ma wzrosnąć z 41 miliardów dolarów w 2017 roku do 158 miliardów dolarów w 2022 roku.

Rynek już teraz obfituje w inteligentne urządzenia zdrowotne i fitness – od zegarków po wagi – zdolne do przechwytywania danych takich jak masa ciała, dzienne zestawy ćwiczeń, tętno, poziom ciśnienia krwi i glukozy. A ponieważ innowatorzy tacy jak Apple, Fitbit i inni znajdują sposoby wykorzystania swoich urządzeń do diagnozowania migotania przedsionków, monitorowania depresji i zapewnienia poprawności przyjmowanych przez pacjenta leków, dostawcy usług medycznych będą mieli coraz większy dostęp do solidnej puli danych pacjentów, które mogą wykorzystać do lepszego diagnozowania, monitorowania, leczenia i zapobiegania chorobom oraz schorzeniom.

– Potencjał zwiększenia poziomu opieki nad pacjentem przy jednoczesnym obniżeniu jej kosztów jest ogromny. Jednak wszystkie nowe dane, generowane przez podłączone do sieci urządzenia, stawiają przed menedżerami IT w placówkach ochrony zdrowia kilka poważnych wyzwań, poczynając od faktu, że istniejąca infrastruktura nie jest po prostu przygotowana, aby poradzić sobie z napływem tak dużej ilości nowych danych – mówi Gerard Dermont, Head of Territory Sales Management w firmie Vertiv Poland. – Następnie, oczywiście, należy wziąć pod uwagę kwestie związane z bezpieczeństwem i regulacjami prawnymi.

Ponieważ działy IT wciąż poszukują sposobów na dalsze wspieranie rozwoju IoMT, oto kilka aspektów, na które eksperci Vertiv zwracają szczególną uwagę.

Fog computing zwiększy przepustowość

Warto wykorzystać potencjał przetwarzania w modelu fog computing w zarządzaniu zwiększoną ilością danych. Jest to działanie podobne do koncepcji mikrocentrów danych wdrażanych na brzegu sieci. Zasadniczo może pomóc w kontrolowaniu tego, co dostaje się do systemu, więc tylko najbardziej wartościowe i możliwe do wykorzystania dane są do niego wprowadzane.

Należy pamiętać o interoperacyjności

IoMT to nie jedyne urządzenia, które zwiększają ilość wyzwań związanych z interoperacyjnością w placówkach opieki zdrowotnej. W miarę jak branża zmierza w kierunku sprawnego przepływu danych pacjentów pomiędzy dostawcami, płatnikami i nimi samymi, głównym celem jest tworzenie standardów interoperacyjności. W przypadku IoMT wyzwania mogą być jeszcze bardziej złożone z powodu samej liczby urządzeń i ich producentów na rynku, także faktu, że urządzenia te mają różne sposoby komunikacji z siecią. IoMT opiera się również na technologiach łączności i interoperacyjności pomiędzy standardami bezprzewodowymi.

Ustanowienie strategii zarządzania cyberbezpieczeństwem specyficznej dla ochrony zdrowia

IoMT wprowadza zupełnie nowy katalog zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa w placówkach medycznych. Każde z tysięcy urządzeń wykorzystywanych mogłoby stanowić punkt wejścia do sieci dla cyberprzestępców. Zespoły IT potrzebują więc sposobów na śledzenie wszystkich urządzeń, identyfikowanie ich i ustalanie priorytetów dla tych, które stanowią największe zagrożenie dla bezpieczeństwa. Konieczne jest także prowadzenie regularnych kontroli, które przede wszystkim powinny obejmować ocenę stanu bezpieczeństwa.

Być na bieżąco z regulacjami

Zwiększone wykorzystanie urządzeń IoMT niewątpliwie skomplikuje wymóg zapewnienia prywatności pacjentów. Rzeczywiście, obecne przepisy dotyczące ochrony prywatności okazują się w pewnym stopniu przeszkodą w osiągnięciu celów interoperacyjności. W miarę jak IoMT będzie się rozszerzać, regulacje będą również musiały ewoluować. Instytucje będą musiały dołożyć starań, aby być na bieżąco z wymogami prawnymi.

Nadążać za zmianami

Biorąc pod uwagę szybkie zmiany w ilości i rodzajach przetwarzanych danych, elastyczność i skalowalność stają się bardzo istotne dla sieci. Działy IT potrzebują technologii i wstępnie skonfigurowanych rozwiązań infrastrukturalnych, które ułatwiają łączenie sprzętu w sieci i szybkie skalowanie w miarę potrzeb. Potrzebują one również pełnej widoczności i większej kontroli nad wszystkimi operacjami zależnymi od IT w sieci opieki zdrowotnej. Inwestowanie w inteligentne rozwiązania infrastrukturalne i usługi wspierające mogą pomóc w łatwiejszym zarządzaniu rosnącą złożonością IT w placówkach ochrony zdrowia oraz w przygotowaniu się na przyszłe zmiany.

W ciągu 5 lat zarobki Ukraińców w Polsce zwiększyły się o ponad 70%. Tylko w tym roku wzrost wyniesie nawet 20%

W I półroczu 2019 roku zarobki pracowników z Ukrainy zwiększyły się o 10% r/r. Na koniec tego roku wzrost może wynieść nawet 20% – wynika z danych Personnel Service. Eksperci firmy, która zajmuje się zatrudnianiem Ukraińców na potrzeby pracodawców w Polsce, zwracają uwagę, że w ciągu 5 lat zarobki pracowników z Ukrainy zwiększyły się o ponad 70%. Prym wiedzie branża budowlana, w której płace wzrosły niemal dwukrotnie. Można się jednak spodziewać, że zwiększające się zapotrzebowanie na kadrę zza granicy oraz zagrożenie odpływem Ukraińców do Niemiec jeszcze bardziej przyspieszy proces przyznawania podwyżek.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

Pracownicy z Ukrainy upatrują dużej szansy dla siebie w otwierającym się niemieckim rynku pracy. Już teraz część kadry ze Wschodu, ze względu na atrakcyjne zarobki, decyduje się pracować tam nielegalnie. Dla nas oznacza to oczywiście zaostrzoną konkurencję o Ukraińców, na co wskazują rosnące płace. Tylko w  pierwszym półroczu 2019 roku musieliśmy zwiększyć stawki godzinowe dla pracowników z Ukrainy o 10%. Spodziewamy się, że w całym 2019 roku podwyżki sięgną nawet 20% rok do roku. Sam wzrost płac to jednak za mało. Potrzebujemy dodatkowych zachęt, które zatrzymają Ukraińców w Polsce – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Jeszcze w 2014 roku średnie zarobki pracowników z Ukrainy utrzymywały się w okolicach 7,3 zł netto za godzinę, czyli były zbliżone do oferowanej wtedy stawki minimalnej. W ciągu pięciu lat wynagrodzenia Ukraińców zwiększyły się o ponad 70%, do poziomu oscylującego w okolicach 12 zł netto na godzinę (różnice w zależności od branży).

Budowlanka płaci najwięcej, nawet 18 zł netto na godzinę

Duży wpływ na oferowaną stawkę godzinową ma branża, w której kadra ze Wschodu znajduje pracę. Prym wiodła wtedy i wiedzie nadal budowlanka. W 2019 roku Ukrainiec pracujący na budowie może spodziewać się nawet 18 zł netto na godzinę netto. W przetwórstwie zarobki są nieco niższe i oscylują na poziomie 12,5 zł netto na godzinę. Podobny poziom wynagrodzeń oferuje branża produkcyjna – 12 zł netto na godzinę. Natomiast w usługach, czyli m.in. gastronomii, hotelarstwie czy fryzjerstwie, pracownik ze Wschodu zarobi 11,75 zł netto na godzinę. Rolnictwo nadal pozostaje w ogonie ze średnią stawką godzinową na poziomie stawki minimalnej, czyli 11,5 zł netto na godzinę.

Branża budowlana zdecydowanie się wyróżnia. Tak było od początku masowego zatrudniania pracowników z Ukrainy na polskim rynku pracy. W perspektywie pięcioletniej stawka godzinowa zwiększyła się nawet dwukrotnie, co pokazuje rosnące potrzeby kadrowe tego sektora. Branża budowlana mocno się rozwija, na co wskazują nastroje przedsiębiorców. Jak wynika z danych GUS, jeszcze w kwietniu tego roku wskaźnik koniunktury w budownictwie wyniósł wysokie +8,9, ale od tego momentu systematycznie spada. Można się domyślać, że firmy budowlane raczej nie martwią się o przyszłe zamówienia, a warunki realizacji obecnych inwestycji w obliczu wyzwań kadrowych – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ukraińcy zarabiają, ale też wydają więcej

Rosnące zarobki Ukraińców wpływają bezpośrednio na ich wydatki w Polsce. Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego za I kwartał 2019 roku wynika, że osoby z Ukrainy wydały w Polsce 1,59 mld zł, co w porównaniu do analogicznego okresu 5 lat temu oznacza wzrost o aż 45%.

Czy podwyżki wystarczą, żeby zatrzymać Ukraińców?

Decyzja niemieckiego rządu o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej to potencjalne zagrożenie dla polskiego rynku pracy. Zmiany dotyczące imigrantów posługujących się językiem niemieckim mają wejść w życie już w 2020 roku. Personnel Service szacuje, że w efekcie z Polski może odpłynąć nawet 250 tys. Ukraińców i to nie tylko specjalistów, ale też słabiej wykwalifikowanych pracowników, którzy zasilą szarą strefę.

Polska na razie nie może walczyć z niemieckimi stawkami, dlatego swoich przewag musimy szukać gdzie indziej. Pamiętajmy, że dotychczasowy charakter imigracji z Ukrainy w jakiejś części miał charakter osiedleńczy. Ci pracownicy z nami zostaną i o takich powinniśmy walczyć. Powinniśmy stworzyć dla Ukraińców warunki nie tylko do pracy, ale do życia. Dostęp do edukacji dla ich dzieci, pakiet ubezpieczeń społecznych, dostęp do służby zdrowia – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Kurs funta najniżej od prawie 3 lat

Funt jest najsłabszy do dolara od października 2016 r., gdyż spośród możliwych scenariuszy dotyczących brexitu większość nie rokuje pozytywnie dla Wielkiej Brytanii i jej waluty. Po wakacyjnej przerwie Westminster wraca do obrad i posłowie przeciwni polityce Borisa Johnson chcą zablokować jego dążenia do bezumownego brexitu. Ale Johnson nie zamierza poddać się bez walki, nawet jeśli oznaczałoby to przyspieszone wybory jeszcze przed datą brexitu 31 października.

Dziś po południu brytyjscy parlamentarzyści wracają do obrad i już pierwszego dnia czeka ich wiele pracy. Anty-Johnsonowy front w postaci partii opozycyjnych oraz buntowników z Partii Konserwatywnej szykuje legislację, która ma zablokować dążenia rządu do opuszczenia UE 31 października z porozumieniem lub bez, co faktycznie oznacza bezumowny brexit. Ale Boris Johnson nie zamierza bezczynnie czekać na wyrok i najpierw wystąpił z groźbami wobec pro-europejskich członków Partii Konserwatywnej – jeśli poprą ustawę wymuszającą na rządzie przedłużenie negocjacji (do 31 stycznia) w przypadku braku porozumienia, mogą pożegnać się z miejscem na w następnych wyborach. Jednak rebelianci powołali się na wyższość dobra kraju niż lojalność partyjną i Boris musiał zmienić strategię. Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, Johnson zgłosi wniosek o wotum zaufania dla rządu i po przegranej ogłosi nowe wybory 14 października. By do wyborów doszło, Johnson potrzebuje 2/3 głosów w Izbie Gmin za wnioskiem, co oznacza, że potrzebuje głosów opozycji. Biorąc pod uwagę nawoływania lidera Partii pracy Jeremy’ego Corbyna do odwołania rządu, Johnson powinien te głosy dostać. Wówczas czekamy na wynik nowych wyborów, po których zostanie bardzo mało czasu do szczytu UE (18-19 października), gdzie podjęte będą ostateczne decyzje odnośnie porozumienia lub odroczenia brexitu. Pierwsze w przypadku przegranej Johnsona w wyborach, drugie – gdy odzyska większość parlamentarną.

Co wydaje się wąskim drzewkiem scenariuszy, szybko się jednak rozrasta. Nieporozumienia wśród brytyjskich posłów nie będą czymś niezwykłym i albo ustawa blokująca rząd nie znajdzie wystarczającego poparcia, albo poparcie dla partii przeciwnych Johnsonowi będzie na tyle rozdrobnione, że nie uda się skonstruować trwałego rządu. Hipotetycznie opozycja może nie poprzeć wniosku o przyspieszone wybory, by uwiązać premiera w zobowiązanie odroczenia brexitu. Ale wtedy rząd może starać nie respektować nowej ustawy i szukać furtki, by dalej dążyć do bezumownego wyjścia z UE 31 października – takie rozwiązania nie wykluczył minister ds. brexitu Michael Gove. Wreszcie nie można wykluczyć, że w ostatniej chwili złagodnieje pozycja UE i przy wizji bezumownego brexitu dojdzie do podpisania pobocznych porozumień ułatwiających „rozwód” z Wielką Brytanią. Scenariusze można mnożyć, a historia uczy nas, że w brytyjskiej polityce wszystko jest możliwe, nawet odkopywanie zapisów nieaktywnych od XVII w. Pozytywne dla funta rozstrzygnięcia są w zdecydowanej mniejszości, co potęguje niepewności i skłonność inwestorów do zabezpieczania się przez ryzykiem najgorszego. Dyskutowałbym, że na samej niepewności (i przy małych, ale zawsze, nadziejach na szczęśliwe zakończenie) pole do dalszego osłabienia funta nie zostało duże (ok. 1-2 proc.). Jednocześnie jednak nie można niczego wykluczyć, jeśli chodzi o wpływ brytyjskiej polityki na GBP. Niczego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Optymalizacja procesów – najczęściej popełniane błędy

Dobrze zdefiniowane i odpowiednio zarządzane procesy biznesowe w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu mogą stanowić istotną przewagę konkurencyjną firmy. Na co należy zwrócić uwagę podczas pracy nad strategią optymalizacji procesów, aby zminimalizować ryzyko wystąpienia błędów?

Brak priorytetyzacji procesów

Aby dobrze przygotować organizację do wdrożenia zmian należy przeprowadzić wielowymiarową analizę, obejmującą określenie stadium dojrzałości procesowej. Wiele firm prace nad zwiększaniem swojej efektywności zaczyna bez określenia wagi poszczególnych procesów i odniesienia ich do podstawowej działalności przedsiębiorstwa. Wskazanie w jaki sposób dany proces wspiera wizję, misję i strategię organizacji pomoże w kolejnym kroku określić hierarchię procesów i wytypować  proces główny, który określa kluczowy cel działalności organizacji. Będzie to miało duże znaczenie przy alokowaniu zasobów do realizacji procesu. W ten sposób będą wykorzystane w najbardziej efektywny sposób.

Nie zdefiniowanie celu procesu

Drugim często popełnianym błędem jest brak określenia dokładnego celu procesu.

Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe
Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe

W wielu firmach dany proces jest wykonywany „od zawsze” i nikt nie zastawia się nad tym, czemu tak naprawdę służy.  Tymczasem może okazać się, że produkt końcowy procesu nie jest nikomu potrzebny. Tak dzieje się np. w przypadkach kiedy zostało zlikwidowane stanowisko, które było beneficjentem procesu, a pracownicy realizujący proces nie zostali o tym powiadomieni – mówi Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe.

Jeśli proces nie ma celu lub go utracił wykonywanie go niepotrzebnie absorbuje zasoby i generuje koszt, kluczowa jest więc jak najszybsza reakcja na taką zmianę.

Niewłaściwa komunikacja

Bardzo powszechnym problemem w zarządzaniu procesowym – i nie tylko – jest brak komunikacji.

Kadra kierownicza bardzo często może mieć zupełnie inne wyobrażenie przebiegu procesu niż pracownicy, którzy go realizują. Pojawia się wówczas efekt „ukrytej fabryki” – proces jest realizowany, ale tak jak chcą lub mogą go wykonać pracownicy bezpośrednio w ten proces zaangażowani – mówi Jacek Włodarczyk.

Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być różne. W wariancie pozytywnym pracownicy sami wypracowują model, który działa dużo sprawniej niż zaproponowana odgórnie wersja. Może też zdarzyć się sytuacja, w której proces jest realizowany w inny sposób dlatego, że tak jest pracownikom wygodniej.  Często w takich sytuacjach pojawia się stwierdzenie „że inaczej się nie da”, dlatego kluczowe jest wyjaśnienie zespołowi przyczyn, z powodu których proces powinien być realizowany w inny sposób.

Opór przed zmianą

Większość zmian budzi w pracownikach poczucie niepewności, czasem lęku.

Optymalizacja procesów jest postrzegana jako konieczność nauczenia się nowych rzeczy czy zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń, co często skutkuje próbą zachowania „status quo” – dodaje Jacek Włodarczyk.

Bardzo ważne w tym przypadku jest informowanie o proponowanych zmianach i skutkach jakie mogą one przynieść. Kluczowe jest podkreślenie korzyści dla organizacji i tego, jak przełożą się na pozytywne rezultaty dla poszczególnych członków zespołu.

Brak graficznego odwzorowania procesów

W trakcie przygotowania strategii optymalizacji procesów istotne jest również podejście do ich modelowania i opisywania. Obecnie trudno jest mówić o procesach nie uwzględniając w ich opisie systemów informatycznych. Dlatego bardzo ważne jest aby sposób, w który będą modelowane i optymalizowane, mógł w przejrzysty sposób być pokazany w formie diagramu lub innej grafiki. Pozwoli to zobrazować wsparcie danego procesu czy pojedynczego zadania przez system lub systemy i pokazać, np. jakie dokumenty i w którym systemie mają zostać wytworzone.

Pomimo dobrych wyników gospodarczych, złoty może pozostać osłabiony

Ostatnie tygodnie nie były dobre dla złotego. Widać to szczególnie w kursie wobec franka szwajcarskiego i dolara.

Frankowicze mają powody do zmartwień. Frank kosztuje już regularnie powyżej 4 zł. Kurs dolara zbliża się do tej bariery. I nie bardzo widać powody do zmian.

– Za słabością złotego stoi przede wszystkim kiepska europejska koniunktura gospodarcza – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – EBC już utrzymuje ujemne stopy procentowe, a oczekiwania są takie, że będzie je jeszcze obniżał i dlatego europejskie waluty naszego regionu są pod presją.

Z powodu obaw o światowe spowolnienie gospodarcze nie radzą sobie również inne waluty krajów wschodzących spoza Europy. Pesymizm narasta z powodu wojen handlowych.

Gdy osłabia się chiński juan, który jest najtańszy od lat, inwestorzy oceniają, że w relacji do juana nie mogą się wzmacniać inne waluty krajów wschodzących, bo każdy nich jest w jakimś stopniu handlowo powiązany z chińską gospodarką.

– Fundamenty złotego nie wyglądają źle, ale złoty traci z powodu zawirowań na światowych rynkach – komentuje ekspert XTB.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – sierpień 2019 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 4,0% rdr do 16,2 mld zł w sierpniu 2019 r.
  • Wzrost średniej dziennej wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku o 0,6% rdr do 771,8 mln zł w sierpniu 2019 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 20,9% rdr do poziomu 643,9 tys. szt. w sierpniu 2019 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 18,4% do poziomu 21,2 TWh w sierpniu 2019 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 6,6% rdr do 14,9 TWh w sierpniu 2019 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) na rynku spot o 283,1% rdr do 70,8 ktoe w sierpniu 2019 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 16,4 mld zł w sierpniu 2019 r., czyli o 4,6% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w sierpniu 2019 r. o 4,0% rdr do poziomu 16,2 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w sierpniu 2019 r. 771,8 mln zł, o 0,6% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec sierpnia 2019 r. wyniosła 56 739,53 pkt i była o 5,7% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w sierpniu 2019 r. odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 23,9% rdr do poziomu 137,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w sierpniu spadła o 23,2% rdr i wyniosła 129,2 mln zł.

W sierpniu 2019 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 643,9 tys. szt., czyli o 20,9% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 35,6% rdr do poziomu 378,5 tys. szt., a wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 42,5% rdr do 135,7 tys. szt. Kontrakty na waluty odnotowały spadek o 26,5% rdr do poziomu 96,6 tys. szt.

W sierpniu 2019 r. zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 110,1% rdr do poziomu 135,4 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 170,7% rdr do 14,1 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 91,7 mld zł na koniec sierpnia 2019 r. wobec 80,5 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w sierpniu 2019 r. o 117,0% rdr do poziomu 241,3 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w sierpniu 2019 r. 18,5 mld zł i była o 29,7% niższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w sierpniu 2019 r. wyniósł 21,2 TWh, co oznacza wzrost o 18,4% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 23,4% rdr do poziomu 2,5 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 17,7% rdr do poziomu 18,7 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł w sierpniu o 6,6% rdr do 14,9 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 94,2% do poziomu 1,3 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 2,3% rdr do poziomu 13,6 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł w sierpniu 2019 r. 1,6 TWh, co oznacza spadek o 64,4% rdr. Sierpniowe dane w tej linii biznesowej są jednak nieporównywalne rdr z uwagi na zakończenie notowań certyfikatów kogeneracyjnych, które nastąpiło w czerwcu 2019 r.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wzrósł o 283,1% rdr osiągając w sierpniu 2019 r. poziom 70,8 ktoe[3].

Kapitalizacja 410 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec sierpnia 2019 r. wyniosła 546,12 mld zł (124,56 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 460 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec sierpnia 2019 r. 1 086,2 mld zł (247,7 mld EUR).

Na rynku Catalyst w sierpniu 2019 r. zadebiutowały obligacje Polskiego Holdingu Nieruchomości (wartość oferty wyniosła 160 mln zł).

W sierpniu 2019 r. na GPW odbyły się 21 sesje giełdowe, w porównaniu do 22 sesji rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe