W ubiegłym tygodniu najgorzej radzącą sobie walutą G10 był dolar amerykański. Winą za jego słabość należy obarczyć retorykę prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella.
Podczas cyklicznego przemówienia prezesa Rezerwy Federalnej przed amerykańskim Kongresem ponownie padło wiele gołębich sformułowań. Retoryka Jerome’a Powella wyraźnie wskazywała na wysokie prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych Rezerwy Federalnej podczas nadchodzącego spotkania decyzyjnego w lipcu. Co prawda już następnego dnia wysoki odczyt dynamiki cen w Stanach Zjednoczonych kontrastował ze słowami przewodniczącego FOMC, jednak rynki zdawały się pomijać tę sprzeczność. W rezultacie w ubiegłym tygodniu dolar okazał się najgorzej radzącą sobie walutą w grupie G10.
W ostatnich dniach sporo działo się na rynkach wschodzących. Podczas gdy większość walut gospodarek należących do tego grona, na czele z realem brazylijskim, doświadczyło umocnienia, kurs liry tureckiej wyraźnie spadł po tym, jak prezydent Recep Erdogan usunął ze stanowiska dotychczasowego prezesa tureckiego banku centralnego.
Kalendarz ekonomiczny na nadchodzące dni jest zaskakująco pusty. O ile nadal nie można pominąć ryzyk, jakie generują konflikt handlowy na linii USA-Chiny oraz niepewność związana z Brexitem, spodziewamy się, że najbliższy tydzień przyniesie typowy dla okresu letniego spokój na rynku walutowym.
PLN
Polski złoty w ubiegłym tygodniu charakteryzował się pewną słabością. W ostatnich dniach poznaliśmy publikację lipcowej projekcji makroekonomicznej Działu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego, których fragmentem podzielił się prezes NBP kilka dni wcześniej. Projekcja zakłada wyższy od wcześniej szacowanego wzrost gospodarczy zarówno w tym, jak i przyszłym roku oraz jednocześnie utrzymywanie się dość umiarkowanej inflacji, zwłaszcza w tym roku.
Kalendarz ekonomiczny dla Polski w tym tygodniu jest wyjątkowo obfity. Wśród odczytów szczególną uwagę warto zwrócić na wtorkową publikację inflacji bazowej w czerwcu oraz dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w tym samym okresie, które poznamy w drugiej części tygodnia.
GBP
Publikacje ekonomiczne dla Wielkiej Brytanii nadal nie wskazują jednoznacznie, w jaki sposób niepewność związana z Brexitem wpływa na aktywność biznesu i zaufanie konsumentów. Brak silnego załamania w inwestycjach sugeruje, że brytyjskie firmy zachowują umiarkowany optymizm w obliczu prawdopodobieństwa Brexitu bez umowy, mimo że bukmacherzy wyceniają obecnie szanse na ten scenariusz na około 30%.
EUR
W minionym tygodniu pozytywnie zaskoczyły dane o produkcji przemysłowej w strefie euro w maju. O ile jak na realia rynkowe te dane są już dość stare, to zdają się one potwierdzać, że prawdopodobieństwo recesji we wspólnym bloku walutowym jest bardzo niskie. Aktywność europejskich konsumentów pozostaje wysoka, czemu sprzyja stabilne tempo kreacji miejsc pracy oraz umiarkowany wzrost realnych wynagrodzeń.
Euro nie zareagowało dotychczas na lepsze od oczekiwań dane makroekonomiczne, ponieważ w tle czai się możliwość ponownego poluzowania polityki monetarnej ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Stąd żeby zaobserwować jakiekolwiek umocnienie wspólnej europejskiej waluty, należałoby oczekiwać mniej gołębiej retoryki EBC. W najbliższym czasie jednak raczej nie ma co na to liczyć.
USD
Z zainteresowaniem obserwujemy rozwijającą się na naszych oczach dychotomię pomiędzy odczytami makroekonomicznymi z USA a komentarzami docierającymi ze strony decydentów. Z jednej strony Fed definitywnie przystroił się w „gołębie” pióra, a sam przewodniczący FOMC wyraźnie potwierdził zamiar obniżenia stóp procentowych podczas spotkania Rezerwy Federalnej w końcówce lipca. Z drugiej natomiast nowy odczyt inflacji bazowej w USA (nieuwzględniającego zmian cen najbardziej zmiennych komponentów tj. energii i żywności) pokazuje, że przez 18 miesięcy z rzędu dynamika cen w USA wynosiła co najmniej 2-procent, nie schodząc poniżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej.
Dane o bazowej inflacji CPI w czerwcu okazały się lepsze od oczekiwań konsensusu. Nie widać również sygnałów spowolnienia w danych o kreacji miejsc pracy, a z drugorzędnych publikacji na temat rynku pracy wyłania się obraz asertywnej i pewnej siebie siły roboczej. Uwzględniając ten, względnie dobry krajobraz makroekonomiczny uważamy, że w Stanach Zjednoczonych dojdzie do mniejszej liczby obniżek stóp procentowych, niż sugeruje to wycena kontraktów fed funds futures.
Elementy o wysokich właściwościach przewodzących, złącza do samochodów elektrycznych, personalizowane obudowy oraz detale do urządzeń elektronicznych – to wszystko można już dziś wydrukować w 3D. Z technologii tej korzystają na co dzień nie tylko tacy giganci jak Panasonic, Whirlpool czy Electrolux, ale i polskie firmy, które w druku 3D znalazły sposób na rozwój i sukces w starciu z konkurencją.
Z danych GUS wynika, że w minionych dwóch latach produkcja branży elektrotechnicznej wzrosła, wspomagając szybki rozwój polskiej gospodarki. Wynika to w dużej mierze z tego, że sektor ten odważnie sięga po innowacje technologiczne. Jedną z nich jest druk przestrzenny, który doskonale odnajduje się w produkcji małoseryjnej i nieregularnej – typowej przy konstruowaniu urządzeń takich jak defibrylatory, kardiomonitory czy kasy fiskalne.
Mała seria, duży kłopot
Firmy produkujące urządzenia elektroniczne bardzo często stają w obliczu problemów związanych z zakończeniem produkcji elementów czy podzespołów dostarczanych przez podwykonawców zewnętrznych. Jeszcze parę lat temu szukano by pewnie nowego dostawcy lub podjęto decyzję o zakończeniu produkcji – tracąc cenny czas i pieniądze. Dziś przedsiębiorstwa mają inną opcję – inwestycję w drukarkę 3D, dzięki której mogą na życzenie konstruować potrzebne detale czy narzędzia, a także wykonywać prototypy.
– Technologie addytywne zmieniły sposób, w jaki opracowywane są dziś profesjonalne urządzenia elektroniczne, a wykorzystanie druku 3D w małoseryjnej produkcji wydaje się już czymś zupełnie naturalnym – mówi Mateusz Sidorowicz, dyrektor marketingu w firmie 3DGence. – Firmy zamiast kupować drogie narzędzia i formy do produkcji – niezbędne w tradycyjnym procesie wytwarzania – mogą zainwestować w dobrą drukarkę 3D.
Druk 3D sprawdza się tam, gdzie istnieje potrzeba wyprodukowania niewielkiej liczby modeli, również personalizowanych. Zapewnia ciągłość pracy, uniezależniając firmy od dostawców zewnętrznych i proponowanej przez nich ceny, która zazwyczaj jest wyższa, gdy w grę wchodzi produkcja jednostkowa.
– Produkujemy kilkaset sztuk urządzeń rocznie i zawsze naszym największym kłopotem było pozyskanie podwykonawców detali konstrukcyjnych, mechanicznych, wykonywanych z tworzywa lub metalu, którzy niechętnie przyjmują takie zlecenia – mówi Wojciech Przybycień z EMTEL Śliwa. – Zdecydowaliśmy się kupić drukarkę 3D i od tego czasu jesteśmy samowystarczalni. W technologii druku 3D wykonujemy m.in. prototypy obudów naszych nowych kardiomonitorów.
Firma Emar z kolei, inwestując w przemysłową drukarkę, usprawniła swoje procesy produkcyjne – drukuje przyrządy technologiczne oraz wykonuje prototypy nowych urządzeń.
– Technologia druku 3D pozwala nam wytwarzać obiekty o złożonych kształtach. Korzystając z drukarki wyposażonej w dwie głowice, możemy z użyciem materiału podporowego produkować przedmioty skomplikowane geometrycznie z zachowaniem dużej precyzji i jakości wykonania – mówi Marcin Bartosiński z Emar Samoraj i spółka.
Cosmos is the limit
Druk 3D podąża w coraz ciekawszych kierunkach. Izraelska firma Nano Dimension, która produkuje w technologii 3D układy elektroniczne, otrzymała niedawno grant od rządu Izraela (Israel Innovation Authority) na sfinansowanie projektu drukowanych, ceramicznych materiałów 3D na potrzeby przemysłu kosmicznego. Aktualnie realizuje z firmą Harris Corporation roczny projekt dla NASA, w którym opracowywuje w 3D systemy kosmiczne o częstotliwości radiowej (RF).
– Z uwagą śledzimy, co dzieje się w branży druku 3D na świecie, i najbardziej podoba się nam to, że dobry sprzęt pozwala firmom na dużą samodzielność w procesie produkcji – dodaje Mateusz Sidorowicz z 3DGence. – Teraz projektanci i inżynierowie mogą błyskawicznie przejść od innowacyjnego pomysłu, przez badanie prototypu, do systemów testowych – samodzielnie drukując w 3D potrzebne komponenty, a nawet – jak się okazuje – własne wielowarstwowe płytki PCB. To wszystko sprawia, że mają większą kontrolę nad cyklami projektowymi, wzrasta też poziom bezpieczeństwa oraz spada cena produkcji.
Druk 3D w branży elektronicznej sprawia, że otwarci na innowacje projektanci i inżynierowie mogą nie tylko realizować swoje nawet najśmielsze pomysły, ale przy okazji optymalizować biznes – eliminować przestoje w produkcji, usprawniać prototypowanie i zaspokajać wymagania klientów, dopasowując produkty do ich potrzeb. Pamiętać jednak należy, że jak każda technologia, również ta posiada swoje ograniczenia i nie w każdym przypadku może być używana. Dlatego decyzja o wprowadzeniu jej do procesów produkcyjnych przedsiębiorstwa powinna być poprzedzona analizą ryzyka i testami, które potwierdzą słuszność jej zastosowania.
Po wyraźnej poprawie nastrojów MŚP w ubiegłym kwartale, optymizm sektora się pogorszył. W III kwartale br. Barometr EFL[1], wskaźnik monitorujący nastroje w mikro, małych i średnich firmach, osiągnął wartość 52,2 pkt. (-2,3 pkt. kw./kw.) i jest to najsłabszy wynik dla III kwartału od 2015 roku. Wszystko za sprawą pesymistycznych prognoz dotyczących inwestycji – ich wzrost planuje tylko 21 proc. przedsiębiorców. Inwestycyjny pesymizm utrzymuje się już od początku 2019 roku, co może wskazywać, że MŚP obawiają się spowolnienia w Polsce.
Wynik Barometru EFL na III kwartał 2019 roku wyniósł 52,2 pkt., czyli był o 2,3 pkt. proc. niższy niż w II kwartale br. i o 0,7 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2018 roku. Jednocześnie, osiągnięty poziom jest jednym z trzech najniższych od początku realizacji pomiaru Barometr EFL (od stycznia 2015 roku) – niższy był tylko w I kwartale tego roku (49,9 pkt.) oraz IV kwartale 2018 roku (51,1 pkt.).
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL
– Kondycję sektora mikro, małych i średnich firm w EFL monitorujemy już piąty rok i śmiało możemy wskazać na cykliczną powtarzalność wyników. Zgodnie z nią, między II a III kwartałem następuje obniżenie głównego wskaźnika, co zaobserwowaliśmy również w tym roku. Optymistycznym jest fakt, że odczyt wciąż znajduje się ponad progiem OR[2], co oznacza, że pomimo gorszych prognoz, mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach. Jednak biorąc pod uwagę pomiary z poprzednich lat, zgodnie z którymi nastroje słabną również pomiędzy III i IV kwartałem, spodziewamy się około 2-punktowego spadku w kolejnym pomiarze. W związku z tym istnieje duże ryzyko osiągnięcia wyniku poniżej granicy 50 pkt. już drugi raz w tym roku – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
W inwestycyjnym dołku
Za niską wartość głównego wskaźnika odpowiadają przede wszystkim oceny planowanych inwestycji. Tylko 21,1 proc. przedsiębiorców spodziewa się ich wzrostu, podobnie jak kwartał wcześniej (21,2 proc.) i tylko nieco więcej niż na początku roku (18,3 proc.). Więcej zarządzających firmami obawia się spadku inwestycji (28,2 proc.), co również miało miejsce w dwóch poprzednich kwartałach. Eksperci EFL zwracają uwagę, że tak słabych prognoz i długo trwającego inwestycyjnego pesymizmu nie było od początku realizacji badania.
Największymi pesymistami są najmniejsze firmy zatrudniające do 9 osób, wśród których ponad 31 proc. obawia się spadku inwestycji, a tylko niecałe 18 proc. liczy na ich wzrost. W przypadku małych firm liczących od 10 do 49 pracowników, niecałe 31 proc. zapytanych wskazało na spadek inwestycji, a 19 proc. na ich wzrost. Największymi optymistami są średnie firmy, wśród których więcej przedsiębiorców planuje zwiększenie inwestycji niż ich zmniejszenie (28 proc. vs. 21 proc.).
Warto dodać, że największa część MŚP nie spodziewa się żadnych zmian w obszarze inwestycji (42,7 proc.).
Sprzedaż nakręca przedsiębiorców
W przypadku oceny poziomu sprzedaży odsetek optymistów spadł, jednak wciąż jest jednym z lepszych wyników w historii pomiarów od roku 2015. Na większe zamówienia liczy 33,4 proc. zapytanych przedsiębiorców, o 6,6 pkt. proc. mniej niż w II kwartale br. Co więcej, wciąż utrzymuje się dosyć duża przewaga optymistów nad pesymistami wynosząca blisko 15 pkt. proc.
Optymizm w kontekście sprzedaży rośnie wraz z wielkością firmy. Największy wykazują firmy średnie – prawie 36 proc. z nich liczy na większe zamówienia, podczas gdy wśród małych ten odsetek wynosi 35 proc., a wśród mikro 30 proc.
W przypadku oceny płynności finansowej odsetek optymistów spadł o ponad 6 pkt. proc. i wyniósł 19 proc. Tym samym zbliżył się do poziomu z trzech pomiarów pomiędzy III kwartałem 2018 roku a I kwartałem tego roku, czyli do przedziału 18-20 proc.
Zmiany w prognozach dotyczących finansowania zewnętrznego pozostają niewielkie od przynajmniej 5 pomiarów , w których odsetek optymistów zawiera się w przedziale 9-12 proc.
Nawet kilka tysięcy złotych oszczędności rocznie dla każdego młodego podatnika (wg różnych szacunków) może przynieść wprowadzenie tzw. „zerowego PIT”. Wejdzie on w życie już 1 sierpnia 2019r. Ze szczegółami zmian powinny zapoznać się zarówno różne grupy pracodawców (typu MŚP, uczelnie, korporacje), jak i młodzi pracownicy. Nowe przepisy oznaczają nie tylko korzyści, ale również dodatkowe obowiązki.
Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.
Termin wejścia w życie „zerowego PIT” zbliża się nieuchronnie. Głos w dyskusji o zmieniających się przepisach w zakresie „Przychodów ze stosunku służbowego, stosunku pracy, pracy nakładczej, spółdzielczego stosunku pracy oraz umów zlecenia otrzymywanych przez podatnika do ukończenia 26. roku życia do wysokości nie przekraczającej w roku podatkowym kwoty 85 528 zł” zabrała również Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.:
Pilnować limitu
– Zmiana sposobu rozliczenia PIT w ciągu roku może wprowadzić pewne zamieszenie związane z pilnowaniem limitu. Należy pamiętać, że limit w roku 2019 będzie kalkulowany proporcjonalnie, czyli od sierpnia br. będzie wynosił 5/12 pierwszego progu tj. 35 636,67 zł. Na chwilę obecną ustawa nie określa jasno, kto ma pilnować przekroczenia kwoty oraz od jakiego momentu ma być naliczamy podatek. Podatnicy mogą mieć przecież różne źródła dochodu. Optymalnie byłoby, gdyby przepisy zaczęły obowiązać więc od nowego roku podatkowego (tj. od 1 stycznia 2020r.).
Pamiętać o innych obowiązkach
Zgodnie z zapisami ustawy płatnik nie będzie musiał obliczać i pobierać zaliczek na PIT (od sierpnia do grudnia), jeżeli młody podatnikzłoży stosowne oświadczenie, że jego dochody w całości zostaną objęte zwolnieniem PIT. Część podatku zostanie zwrócona młodemu podatnikowi podczas rozliczenia rocznego.
Warto zwrócić również uwagę na fakt, że nowa „ulga” nie zwolni też nikogo z obowiązku zapłaty składek emerytalnych i rentowych do ZUS oraz zdrowotnych do NFZ (jeśli dana forma zatrudnienia będzie ich wymagać). Nie zmieni się też sytuacja pracujących doktorantów. Zatrudniając się na umowę wskazaną w ustawie, będą oni zwolnieni tylko i wyłącznie z podatku dochodowego.
Rzeczywiście zyskać na zmianach
Na zmianach najwięcej zyskają zatem uczniowie i studenci pracujący na umowę zlecenie, w ramach której są oni także zwolnieni z opłacania składek ZUS. W praktyce każda umowa zlecenie oznacza dużo wyższe wynagrodzenie dla pracujących uczniów czy studentów i zerowe koszty dla pracodawców.
Wprowadzone rozwiązanie postawi wspomniane grupy na uprzywilejowanej pozycji. Z perspektywy finansowej pracodawcom jeszcze bardziej będzie opłacało się zatrudniać osoby uczące się do 26. roku życia niż wykwalifikowanych pracowników. Należy mieć jednak na uwadze fakt, od umów o pracę wciąż będą obowiązywały składki ZUS. W tym przypadku pracodawcy „oszczędzą” więc tylko i wyłącznie na podatku dochodowym.
Zdobywać doświadczenie
Niewykluczone, że potencjalnie wyższe wynagrodzenie zmotywuje młode osoby, które do tej pory zastanawiały się nad podjęciem pracy. Z moich doświadczeń wynika jednak, że studenci w dalszym ciągu będą chętniej łączyć naukę ze zdobywaniem doświadczenia, niż odkładać ją „na później” – podsumowała Marta Tomaszewska z Kalasoft.
Patrząc na konsekwencje wejścia tzw. „zerowego podatku” warto pamiętać też, że nie obejmie on zatrudnionych w oparciu o umowy o dzieło oraz prowadzących własną działalność gospodarczą. Takie osoby będą zobowiązane do zapłaty podatku dochodowego.
8 maja 2019 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał kolejny wyrok, który może potwierdzić nieprawidłową implementację dyrektywy 2006/112 w sprawie podatku VAT do polskiego porządku prawnego. Powyżej celowo użyto zwrotu „może”, ponieważ orzeczenie TSUE zostało wydane na gruncie ustawy VAT obowiązującej w Republice Czeskiej. Tym niemniej podkreślenia wymaga, że w niedługim czasie TSUE wyda wyrok w polskiej sprawie, podobnej w swym przedmiocie do sprawy rozstrzygniętej z udziałem czeskiego podatnika. Mając na uwadze, że Trybunał właściwie nie odstępuje od swej praktyki orzeczniczej, należy przyjąć, że także i w tym przypadku dojdzie do pozytywnego dla polskich przedsiębiorców rozstrzygnięcia.
W przypadku ziszczenia się tego scenariusza wielu polskich podatników, którym zakwestionowano zwrot podatku VAT w zw. z korektą dokonaną na gruncie tzw. ulgi na złe długi, będzie mogło starać się o odzyskanie nadpłaconego podatku.
Polskie regulacje
Jak wynika z ustawy o VAT, brak uiszczenia przez kontrahenta zapłaty wynagrodzenia udokumentowanego fakturą daje możliwość odzyskania podatku VAT, który zawarty był w tym wynagrodzeniu. Taką możliwość daje instytucja nazywana w praktyce ulgą na złe długi, która zawitała do polskiego porządku prawnego w 2005 r. Do tego czasu Polska była jednym z niewielu państw UE, które nie przewidywało odzyskania podatku VAT w przypadku, kiedy kontrahent nie wywiązał się z płatności.
Wprowadzenie tego rozwiązania, jakkolwiek pozytywnego dla podatników, mogło zostać dokonane przez polskiego ustawodawcę nieprawidłowo. Uchybienie to może polegać na ustanowieniu zbyt restrykcyjnych warunków, których spełnienie jest obowiązkowe dla odzyskania podatku.
W obecnym stanie prawnym podatnik może skorygować podstawę opodatkowania oraz podatek VAT w przypadku wierzytelności, których nieściągalność została uprawdopodobniona. Uprawdopodobnienie to wystąpi, jeśli wierzytelność nie została uregulowana lub zbyta w jakiejkolwiek formie w ciągu 90 dni od dnia upływu terminu jej płatności.
Polski prawodawca, nie poprzestając na tych warunkach, wprowadził kolejne. Zgodnie z nimi korekta podatku będzie możliwa, jeśli na dzień poprzedzający dzień złożenia deklaracji podatkowej, w której dokonuje się korekty:
wierzyciel i dłużnik są podatnikami zarejestrowanymi jako czynni podatnicy VAT;
dłużnik nie jest w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego, postępowania upadłościowego lub w trakcie likwidacji.
Czeskie regulacje
Przepisy obowiązujące u naszych południowych sąsiadów dot. ulgi na złe długi są zbliżone swą treścią do polskich odpowiedników. Przede wszystkim czeska ustawa, podobnie jak polska, czyni niemożliwym dokonanie korekty w przypadku, gdy dłużnik przestał być podatnikiem VAT. W praktyce oznacza to, że jeśli dłużnik nie posiada statusu podatnika VAT – co naturalnie jest niezależne od woli wierzyciela i samej transakcji – to korekta jest niedopuszczalna. Zatem podatek, który nigdy nie wpłynął do kasy przedsiębiorcy, nie będzie mógł być zwrócony przez organ podatkowy.
Jeden z czeskich podatników, nie dając za wygraną, doprowadził do zawieszenia postępowania przed tamtejszym sądem najwyższej instancji, który jednocześnie zwrócił się do Trybunału z pytaniami prejudycjalnymi. Pytania te dotyczyły zasadności wprowadzenia do krajowego porządku prawnego przepisów określających dodatkowe przesłanki warunkujące uzyskanie zwrotu podatku, m.in. posiadanie statusu podatnika VAT.
Wyrok TSUE
Znając realistyczne podejście Trybunału do spraw podatników, rozstrzygnięcie sprawy mogło być tylko jedno. Stwierdzono, że art. 90 dyrektywy 2006/112 w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej należy interpretować w ten sposób, że stoi on na przeszkodzie przepisom krajowym, które przewidują, iż podatnik nie może dokonać omawianej korekty, jeżeli dłużnik nie jest już podatnikiem VAT.
Co ważne, Trybunał podkreślił rzecz oczywistą – oznajmił, że skoro dłużnik utracił status podatnika VAT, to tym bardziej przemawia to za możliwością dokonania korekty. Jest bowiem namacalne, że jeśli dłużnik nie prowadzi działalności gospodarczej, to znaczy, że utracił źródło zarobkowania, a to stanowi wyraźny element uzasadniający ostatecznie charakter niewywiązania się z płatności.
Podatnicy VAT zacierają ręce
Mając na uwadze, że w niedługim czasie Trybunał odniesie się do polskich przepisów, istnieje wysokie prawdopodobieństwo nowelizacji ustawy o VAT uchylającej obowiązek posiadania przez dłużnika statusu podatnika VAT oraz statusu strony postępowania upadłościowego. Odbije się to naturalnie pozytywnym echem, jako że zwolni się hamulec zaciągnięty przez organy podatkowe, blokujący obecnie odzyskanie nadpłaconego podatku.
Co równie istotne, bieżące brzmienie przepisów spowodowało odmowę zwrotu podatku wielu podmiotom. Podatnicy, którym odrzucono wniosek o zwrot, powinni zatem zweryfikować swój stan faktyczny oraz wydane decyzje podatkowe w świetle możliwości wznowienia postępowania. Jeśli bowiem istnieją ku temu podstawy, to droga do odzyskania podatku będzie prosta i klarowna.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W Polsce brakuje rąk do pracy. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force[1] pracodawcy określają problem braku pracowników jako poważny. Na rynku pracy na wagę złota są nie tylko informatycy i programiści, ale także handlowcy i pracownicy fizyczni. Największe trudności ze znalezieniem pracownika mają duże firmy. Polski pracodawca idzie z duchem czasu – ważne są dla niego kompetencje analityczne, cyfrowe, a także znajomość języków. Zatrudniający prześcigają się w uatrakcyjnieniu ofert pracy. Na jakie benefity mogą najczęściej liczyć pracownicy?
Polski pracownik mało kompetentny?
W skali od 1 „nie mamy problemów” do 5 „mamy bardzo duże problemy” pracodawcy ocenili problem braku kompetentnych pracowników na 3,16. Trudności najbardziej odczuwają duże przedsiębiorstwa (3,13), nieco mniejsze średnie (3,03) i małe (2,69). Pracodawcy narzekają na niedopasowanie poziomu kompetencji do potrzeb przedsiębiorstwa. Popyt na określone kompetencje napędza przede wszystkim gospodarka cyfrowa oraz Przemysł 4.0.
W opinii przedstawicieli firm podwładni mają największe problemy z ukierunkowaniem na cele biznesowe, działaniem w wielokulturowym środowisku i kompetencjami analitycznymi. Brakuje im także kompetencji językowych, specjalistycznych, cyfrowych, umiejętności rozwiązywania problemów, pracy w grupie/w zespołach projektowych. Luka w zakresie kompetencji analitycznych i cyfrowych wydaje się być szczególnie niepokojąca – praca z najnowszymi technologiami, dużą ilością danych będących fundamentem czwartej rewolucji przemysłowej, to coraz częściej nieodłączny element niemal każdej profesji.
Rys. 1 Kompetencje, jakich brakuje współczesnym pracownikom w opinii przedstawicieli przedsiębiorstw.
Poziom dopasowania do potrzeb przedsiębiorstwa oceniano w skali 1-5, gdzie 1 – poziom tych kompetencji, z punktu widzenia potrzeb przedsiębiorstwa jest całkowicie nieodpowiedni, 5 – oznacza, że osoby mają dokładnie takie kompetencje jakich przedsiębiorstwo potrzebuje. (N=336)
Źródło: Teresa Kupczyk, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników? OTTO Work Force, 2019.
Sprzedawca, pracownik fizyczny i programista zawsze znajdą pracę
Nowe technologie zmieniają rynek pracy na nieznaną dotąd skalę. Rośnie popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, co przekłada się na wzrost zapotrzebowania na specjalistów w tym obszarze. Jednocześnie wraz z konkurencyjnością zagranicznych rynków pracy stale wzrasta popyt na pracowników fizycznych. Według raportu OTTO Work Force przedsiębiorcom coraz trudniej jest znaleźć podwładnych, posiadających zaawansowane kompetencje cyfrowe – programistów, analityków, inżynierów, wykładowców specjalizujących się w technologiach IT. Ze względu na otwarcie granic i lepsze zarobki u naszych sąsiadów zatrudniający narzekają także na niedobór pracowników fizycznych, w szczególności – hydraulików, elektryków i montażystów. Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, pracodawcy najczęściej poszukują: handlowców, pracowników fizycznych, informatyków ze znajomością języka programowania Java oraz analityków Big Data.
Multisport i opieka medyczna to już standard. Czym kusi pracodawca?
Zmieniający się rynek pracy z jednej strony wymusza na pracownikach stałe podnoszenie kompetencji, z drugiej daje pole do popisu polskiemu pracodawcy, który nierzadko musi zabiegać o personel z określonymi kompetencjami. Wysokie zarobki i cykliczne premie już nie wystarczają, by zachęcić do zatrudnienia w danej firmie. Przedsiębiorcy starają się znaleźć inne formy pozyskania wartościowego pracownika. Najczęściej oferują pracownikom dodatkowe programy rozwojowe/ścieżki kariery, przeprowadzają szkolenia w zakresie brakujących kompetencji, a także proponują dodatkowe benefity.
Rys. 2 Działania, jakie przedsiębiorstwa zamierzają podjąć, by poradzić sobie z brakiem pracowników o określonych kompetencjach.
Zakres działania określono w skali 1-5: (1 – nie planujemy takiego działania, 5 – planujemy bardzo duży zakres tego działania) (N=336).
Źródło: Teresa Kupczyk, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników? OTTO Work Force, 2019.
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
Pracownicy są przyzwyczajeni do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej – ofeuje je już prawie połowa polskich firm (49 %). Równie powszechne są dodatkowe ubezpieczenie grupowe, które wprowadza co drugie przedsiębiorstwo (46 %).
W czasach dynamicznie rozwijającego się rynku pracy coraz więcej benefitów staje się standardem. Jeżeli benefity mają być jednym z czynników, który decyduje o wyborze miejsca zatrudnienia, konieczne wydaje się poszukiwanie nowych rozwiązań, dopasowanych do zindywidualizowanych oczekiwań pracowników – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.
Rys. 3 Benefity (świadczenia dodatkowe), jakie oferują przedsiębiorstwa swoim pracownikom według opinii badanych (% wskazań) (N=336).
Źródło: Teresa Kupczyk, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników? OTTO Work Force, 2019.
[1] W badaniach ankietowych (ilościowo – jakościowych) wzięło udział 336 przedstawicieli przedsiębiorstw z Dolnego Śląska, dobranych celowo, głównie z dużych (41%), średnich (23%) i małych (20%) firm. Badani to przede wszystkim kadra kierownicza (43%), dyrektorzy działów HR (7%), pracownicy działów HR (12%) i specjaliści (38%).
W bieżącym roku minimalne ceny promocyjne papieru toaletowego spadły średnio o 6%. 4-paki najbardziej potaniały w hipermarketach, 6-paki – tylko w drogeriach i aptekach, a 8-paki – wyłącznie w dyskontach. Maksymalne koszty zakupu w promocji wzrosły aż o 33%. 4 rolki najmocniej zdrożały w sieciach typu convenience. Artykuł pakowany po 6 szt. też wyraźnie poszedł w górę w tym formacie. 8-rolkowe opakowania szczególnie podrożały w hipermarketach. Z kolei średnie ceny promocyjne zwiększyły się o nieco ponad 5%. Poza drobnymi wyjątkami, bez względu na rozmiar paczki, prawie wszędzie były podwyżki.
Ceny minimalne
Spadek minimalnych cen promocyjnych średnio o ponad 6% może być dla klientów zaskoczeniem, gdyż stale mówi się o tym, że papier toaletowy drożeje. Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, wyjaśnia, że sieci wykorzystują ten produkt do podnoszenia ruchu w sklepach. Jest on jednym z najczęściej umieszczanych na listach zakupowych konsumentów. Koszt jego nabycia wielokrotnie decyduje o wyborze placówki.
– Moim zdaniem, w tym roku ceny najtańszych artykułów pójdą mocno w górę. Produkowanie recyklingowego papieru toaletowego staje się coraz trudniejsze, ponieważ zmniejsza się liczba dostawców odpowiedniej makulatury. Kurczy się też rynek prasy drukowanej w Polsce. Dotychczas sprzedawcy i konsumenci mogli tego nie odczuwać. Jednak niedawno jedno z wiodących wydawnictw podjęło decyzję o zamknięciu dwóch swoich drukarni. I to może mieć istotny wpływ na wzrost najniższych cen tego typu produktu – mówi Łukasz Jaskulski z Wytwórni Papieru Toaletowego EKO-KLAN.
Opakowania po 4 szt. najbardziej potaniały w hipermarketach – o 35,09%. W sieciach cash&carry również był widoczny duży spadek – o 23,89%. Warto pamiętać o tym, że sklepy należące do tych formatów składają duże zamówienia u dostawców. Mogą więc wynegocjować dla siebie najlepsze warunki. To pozwala im na okresowe promowanie wybranych produktów w bardzo niskich cenach. W pozostałych kanałach sprzedaży zaobserwowano mniejsze obniżki lub brak zmian.
– W przypadku 6 szt. odnotowano praktycznie same wzrosty. Wyjątkiem były drogerie i apteki, w których koszty zakupu zmniejszyły się średnio o 16,69%. Można z tego wnioskować, że większe powierzchniowo sklepy nie koncentrują się na promowaniu najtańszych 6-paków. Dlatego podnoszą ich ceny. Największe podwyżki zanotowały sieci cash&carry, bo aż o 305,88%. Bardziej opłaca im się zachęcać klientów do kupowania innych opakowań – twierdzi Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.
Papier toaletowy pakowany po 8 szt. też zdrożał w większości formatów, np. w hurtowniach o 54,10%, a w sieciach typu convenience o 38,06%. Tylko dyskonty obniżyły minimalne ceny promocyjne, tj. o 12,53%. Marcin Lenkiewicz tłumaczy, że mogło to być podyktowane ostrzejszą rywalizacją w tym segmencie i potrzebą mocniejszej ekspozycji atrakcyjnych ofert. Klienci dyskontów chętnie kupują najtańsze artykuły na zapas. Dlatego ceny 8-paków są dla nich ważne. Inaczej jest np. w sieciach convenience. Osoby zaopatrujące się w tych sklepach bardziej dbają o swoją wygodę niż o oszczędność.
Górne wartości
– W badanym okresie maksymalne ceny promocyjne wzrosły średnio aż o 33,02%. To jest efektem tego, że papier – bez względu na jego rodzaj – drożeje. Sieci starają się promować powszechnie używany produkt w bardzo atrakcyjnych cenach. Okresowo oferują duże obniżki, na które wydawać by się mogło, nie wpływa ogólna sytuacja na rynku papierniczym. Jednak to nie jest prawdą, bo sklepy nie działają w oderwaniu od dostawców czy wytwórców – mówi Katarzyna Grochowska.
Ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix uważa, że wzrost może wynikać z pozycji silnych marek na rynku i z rosnącej zamożności konsumentów. Osoba, która wybiera droższy produkt, oczekuje zwykle lepszej jakości. Podwyżka przekraczająca nawet 30% nie stanowi dla niej problemu, wręcz jest niezauważalna, jeżeli inne cechy produktu odpowiadają jej oczekiwaniom. Sama promocja jest dodatkową zachętą do zakupu preferowanego artykułu. Wielkość obniżki ma tutaj drugorzędne znaczenie.
– Z każdym rokiem rosną oczekiwania Polaków względem produktów codziennego użytku. Chcąc im sprostać, wytwórcy zwiększają koszty produkcji. Przez długi czas brali je na siebie, ale już nie są w stanie tego robić. Muszą radzić sobie m.in. z podwyżkami opłat za energię elektryczną. Podnoszą płace pracownikom, którzy grożą odejściem z pracy. Jednak największą bolączką dla nich jest wzrost cen celulozy, masowo nabywanej przez Chińczyków. To właśnie z niej powstaje wysokogatunkowy papier toaletowy – dodaje Łukasz Jaskulski.
Opakowanie 4 szt. najbardziej zdrożało w sieciach typu convenience – o 34,66%. Zdaniem Marcina Lenkiewicza, klienci tego typu sklepów często nie zwracają uwagi na ceny. Robią zakupy w pośpiechu, np. po drodze z pracy do domu. Dlatego podwyżki mogą być dla nich zupełnie nieistotne. Podobnie może być w przypadku osób kupujących w supermarketach. W tym segmencie również zaobserwowano spore wzrosty – o 26,34%. Niewielki spadek zanotowały tylko drogerie i apteki oraz cash&carry – po 10%.
– W kategorii 6-paków można zauważyć dwa duże wzrosty, tj. w convenience – aż o 95,24%, a także w cash&carry – o 33,02%. Strategie promocyjne poszczególnych formatów są dopasowane do określonych grup klientów. Ci, którzy kupują 6-rolkowe opakowania w tych kanałach sprzedaży, są w stanie wydać więcej w zamian za określoną jakość. W innych sklepach konsumenci mogą wymagać z kolei większej zachęty do zakupu tej wielkości opakowania. I tak najbardziej widoczne spadki były w supermarketach – o 57,18% – informuje Katarzyna Grochowska.
Produkt pakowany po 8 szt. najbardziej zdrożał w hipermarketach – aż o 49,57%. Wyraźnie poszedł też w górę w DIY – o 33,39%. Najwyższy spadek zanotowano w supermarketach – o 20,01% i w cash&carry – o 16,64%. W tego typu sklepach konsumenci mogą chętniej sięgać po duże opakowania papieru toaletowego. I sieci dostosowują do tego swoje promocje.
Średnie koszty
– Przeciętne promocje wzrosły jedynie o 5,33%. To niewielka różnica w porównaniu do wyżej wymienionych. Wygląda na to, że sieci starają się bardzo atrakcyjnymi cenami minimalnymi wyważyć wzrost tych maksymalnych, aby klient nie odczuł podwyżek. Skrajne wartości robią większe wrażenie na konsumentach niż średnie – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.
W zakresie opakowań 4 szt. widzimy, że ceny tylko szły w górę. Najbardziej zauważalne różnice wystąpiły w supermarketach – na poziomie 10,46%. To odzwierciedla fakt, że surowce znacznie zdrożały i ta tendencja dalej się utrzymuje. Sieci nie manipulują cenami średnimi, bo klienci i tak nie zauważają specjalnych różnic w ich przypadku.
– Jeśli chodzi o opakowania po 6 szt. zanotowano podwyżki m.in. w convenience o 25,17%, a także w dyskontach o 15,40%. Z kolei spory spadek widać w supermarketach – o 26,93%, jak również w drogeriach i aptekach – o 15,82% – podaje Marcin Lenkiewicz.
Należy dodać, że produkt pakowany po 8 szt. zdrożał w większości formatów. Najbardziej było to widoczne w sieciach DIY – 33,39%, a także w dyskontach – 10,43%. Wyjątkiem był niewielki spadek w cash&carry – o 2,07%. Jak podsumowuje Katarzyna Grochowska, w formacie DIY klienci kupują papier toaletowy raczej przy okazji. Tego typu sklepom nie opłaca się więc promowanie ww. produktu.
Raport został przygotowany przez ekspertów z Hiper-Com Poland i z Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Materiał porównawczy obejmuje pierwszych pięć miesięcy ub. i tego roku. Do analizy wzięto dane z gazetek promocyjnych wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash&carry, drogerii i aptek, hurtowni oraz DIY.
Bitcoin na dobre wyrwał się z zimowego snu i ponownie zaczął dostarczać emocji. Jednak w obliczu upadków kolejnych giełd kryptowalut, jak mantra powraca pytanie: czy inwestycje w bitcoina są bezpieczne? Okazuje się, że tak jak w przypadku większości produktów finansowych, inwestujący zawsze ryzykują, ale tylko od nich zależy gdzie zdecydują się zainwestować swój kapitał, aby zminimalizować ryzyko dostawcy.
Byki wróciły na rynek kryptowalut
Obecnie cena jednego bitcoina oscyluje wokół poziomu 11600 dolarów. Patrząc na wykres, nie ma żadnych wątpliwości, że notowania głównej kryptowaluty weszły w zaawansowaną fazę wzrostową. Rynek byka rozpoczął się na dobre, a jego potwierdzeniem było nagłe przyspieszenie kursu w maju i jeszcze bardziej dynamiczne w czerwcu. Wzrost na bitcoinie od 5 miesięcy wyniósł ponad 223 proc., a jego czerwcowa wycena była najwyższa od stycznia 2018 roku. Widoczna jest również stale rosnąca kapitalizacja. Na przełomie czerwca i lipca przekroczyła 200 miliardów dolarów.
Grafika: Wykres BTCUSD w okresie od października 2017 r. do lipca 2019 r., aplikacja mobilna TMS Brokers
Niepewny bitcoin?
Mimo hossy na bitcoinie, wiele osób ostrzega przed inwestowaniem w kryptowalutę. Jedną z nich jest amerykański prezydent Donald Trump, który stwierdził ostatnio, że wartość, zarówno bitcoina, jak i innych wirtualnych walut jest bardzo niestabilna, stąd należy podchodzić do nich z rezerwą. W tym kontekście podkreśla się również, że duże wahania kursu bitcoina mogą rodzić ryzyko powstania bańki spekulacyjnej. Wiąże się to z wciąż niską świadomością czym tak naprawdę jest kryptowaluta i jak się ją pozyskuje. Enigmatyczność bitcoina wpływa na niepewność związaną z pokryciem wirtualnego pieniądza.
Niepokój inwestorów wzbudzają także kolejne doniesienia o upadkach giełd kryptowalut. Są to miejsca, w których można nabyć, ale i przechowywać bitcoina. W chwili, w której giełda znika z sieci, właściciele kryptowalut pozostają bez dostępu do informacji i haseł do swoich portfeli, gdzie znajdowały się bitcoiny. Giełdy kryptowalut nie są bowiem kontrolowane przez Komisję Nadzoru Finansowego, dlatego w takim wypadku, odzyskanie środków może okazać się nie lada wyzwaniem.
Kryptowaluty inaczej
Mimo wielu kontrowersji, wielu, także początkujących, inwestorów dostrzega ogromny potencjał bitcoina. Znany, amerykański dziennikarz ekonomiczny Max Keiser sądzi, że kryptowaluta może wkrótce zastąpić złoto i stać się nową „bezpieczną przystanią”. Jego zdaniem, rosnące problemy starego świata finansów, m.in. banków, wzmacniają wirtualne waluty.
Argumentem przemawiającym za bitcoinem jest także możliwość inwestowania w instrumenty pochodne związane z kryptowalutą, co pozwala zarabiać nie tylko na jej wzrostach, ale także na spadkach.
– Inwestowanie w kontrakty oparte o bitcoina, umożliwia wykorzystanie potencjału drzemiącego w kryptowalucie, jednocześnie ograniczając ryzyko związane z jej zakupem na giełdzie. Zwiększa to także bezpieczeństwo inwestycji, ponieważ domy maklerskie, w przeciwieństwie do giełd kryptowalut, podlegają nadzorowi KNF – podkreśla Łukasz Zembik, ekspert TMS Brokers.
Z odpowiednim podejściem kryptowaluty nie są więc instrumentami bardziej ryzykownymi niż te, na które inwestorzy stawiają od lat, jak choćby akcje giełdowe. Kluczowym aspektem, jak zwykle okazuje się być zdrowy rozsądek.
Od 2016 r. tempo wzrostu sektora nowoczesnego handlu w Polsce wyraźnie spada. W I połowie 2019 roku rynek przyrósł o ok. 225 000 m kw. powierzchni najmu, osiągając na koniec czerwca br. 14,8 miliona m kw., jak wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland. Wzrost wolumenu podaży jest w dużej mierze kreowany przez rozwój rynków w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys.
Wszystkie statystyki wskazują, że polski rynek nowoczesnego handlu osiągnął fazę dojrzałości. Od pięciu lat dynamika wzrostu nowej powierzchni najmu wyraźnie zwalnia. Spodziewany tegoroczny wolumen nowej podaży, nieznacznie tylko przekraczający 400 000 m kw. powierzchni, to najniższy przyrost w ciągu ostatnich dwóch dekad. Co więcej, następne lata przyniosą dalsze ograniczenie nowej powierzchni, a jednym z dominujących trendów będą modernizacje i przebudowy obiektów istniejących.
Wśród nowych obiektów dominują centra i parki handlowe o wielkości poniżej 15 000 m kw., lokalizowane na mniejszych rynkach bądź w dynamicznie powstających nowych obszarach mieszkaniowych. Od stycznia oddano do użytku m.in.: centrum Tkalnia w Pabianicach, Galerię Sokółka w Sokółce, Atut Ruczaj w Krakowie czy Galerię Hosso w Drawsku Pomorskim. Trend otwierania mniejszych formatów utrzymuje się w Polsce od dłuższego czasu i nic nie wskazuje, aby w najbliższych kwartałach tendencja ta miała się zmienić.
Wyjątkiem od tej reguły było uruchomienie centrum handlowo – rozrywkowego Galeria Młociny w Warszawie o powierzchni najmu 76 tys. m kw. Obiekt, będący wspólnym przedsięwzięciem Echo Investment i EPP, należy do dziesiątki największych w kraju galerii handlowych. Oferuje zarówno szeroki wybór sklepów i punktów usługowych, jak i możliwości spędzania czasu wolnego. W ocenie analityków BNP Paribas Real Estate Poland na kolejny obiekt takiej skali rynek będzie musiał długo poczekać.
Patrycja Dzikowska, Dyrektor działu Analiz i Badań Rynkowych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Sektor nowoczesnego handlu w Polsce wszedł już w fazę dojrzałości, a wskaźniki nasycenia powierzchnią najmu pokazują, że możliwość absorpcji przez rynek nowych obiektów są ograniczone. Dodatkowo, branża handlowa stoi obecnie w obliczu ogromnych wyzwań nawet pomimo dobrej koniunktury ekonomicznej w kraju i wzrostu zamożności polskich konsumentów. Nie dziwi więc duża ostrożność deweloperów i realizacja tylko tych projektów, które mają w wysokim stopniu szansę znaleźć swoją niszę. W kolejnych kwartałach nowa powierzchnia będzie dostarczana głównie poprzez małe i średnie centra oraz parki handlowe, zlokalizowane najczęściej w miastach liczących nie więcej niż 100 tys. mieszkańców. To właśnie w tych miejscowościach dobrze przygotowane projekty mają szansę trafić w zapotrzebowanie rynku – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa z BNP Paribas Real Estate Poland
W planach jest uruchomienie m.in.: największej galerii handlowej na Podhalu – Color Park w Nowym Targu, Dekady w Nysie, Galerii Chełm w Chełmie, Multibox w Płońsku i Głogowie czy Starej Ujeżdżalni w Jarosławiu.
Zahamowanie wzrostu nowej podaży
Do końca roku łączna powierzchnia najmu powinna przekroczyć pułap 15 milionów m kw. Pod warunkiem oczywiście, że planowane terminy otwarcia obiektów handlowych nie zostaną opóźnione. Na koniec czerwca w budowie znajdowało się ok. 360 000 m kw. powierzchni najmu, z czego połowa przewidziana jest do otwarcia do końca 2019 r. Szacuje się, że w 2020 r. tempo wzrostu nowej podaży jeszcze bardziej wyhamuje, co jest rezultatem braku dużych projektów w fazie budowy. Ponad 2/3 nowej powierzchni stanowić będą obiekty poniżej 20 000 m kw. Nowa podaż generowana będzie również poprzez rozbudowę istniejących już centrów lub parków handlowych. Dzięki poszerzeniu listy najemców, odświeżeniu oferty oraz wprowadzeniu nowych funkcji, m.in. rozrywkowej, właściciele chcą wzmocnić pozycję swoich obiektów, wydłużyć czas wizyt oraz przyciągnąć odwiedzających w te niedziele, kiedy handel nie jest dozwolony.
Rynek nie rozpieszcza ani wynajmujących, ani najemców
Chociaż pozytywne wskaźniki ekonomiczne, takie jak rekordowo niskie bezrobocie, wzrost wynagrodzeń i rosnąca siła nabywcza Polaków powinny sprzyjać dobrej koniunkturze w sektorze nowoczesnego handlu, to jednak aktualna sytuacja branży kształtowana jest przez splot niekorzystnych czynników. Zakaz handlu w niedziele, dynamicznie rosnąca popularność zakupów przez internet, szybko zmieniające się zachowania konsumentów i ich oczekiwania wobec handlu stacjonarnego powodują, że wiele obiektów handlowych stoi przed trudnym egzaminem.
Anna Pływacz
Duże obiekty handlowe, zwłaszcza te o dogodnej lokalizacji, oferujące szeroki wybór sklepów, usług, atrakcji rozrywkowych i gastronomii, zdołały szybko przystosować się do nowych, bardzo wymagających realiów rynku i nie odczuwają spadku poziomu odwiedzalności ani obrotów. Według analiz prowadzonych przez organizacje branżowe, jak PRCH i Retail Institute, przyciągają one nawet więcej klientów i generują wyższe obroty, pomimo wprowadzenia w zeszłym roku ograniczenia handlu niedzielnego. W gorszej sytuacji znajdują się małe obiekty, nieposiadające rozbudowanej oferty usługowej i rozrywkowej. Tracą one klientów i notują niższe obroty. To wszystko, w połączeniu z intensywnym rozwojem sektora e-commerce oraz rosnącą konkurencją rynkową, znacząco wpływa na kondycję najemców i w rezultacie przyprawia o ból głowy zarządców i właścicieli centrów handlowych. – Anna Pływacz, Zastępca Dyrektora w Dziale Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland
Wśród najemców największym zainteresowaniem nieodmiennie cieszą się wiodące obiekty działające na głównych rynkach, mogące dzięki swojej silnej pozycji zapewnić szeroką bazę klientów i stabilność obrotów. O ile na brak najemców nie mogą narzekać obiekty najlepsze w swojej kategorii, o tyle obserwujemy tendencję wzrostu wskaźnika powierzchni niewynajętej w obiektach o gorszej kondycji. Z utrudnieniami rynkowymi nie radzi sobie wielu graczy. Spore problemy przeżywają m.in. New Look i Piotr i Paweł. Jednak mimo trudnej sytuacji w branży, kolejne znane marki zapowiedziały swoją premierę na polskim rynku. W gronie przyszłych debiutantów znajdją się m.in.: Urban Outfitters, Monki, WeekDay oraz długo oczekiwany Primark. Warto zauważyć, że coraz częściej jako miejsce debiutu rynkowego wybierane są nie klasyczne centra handlowe, a kompleksy wielofunkcyjne powstające w ramach rewitalizacji dawnych obiektów przemysłowych i charakteryzujące się dogodną, śródmiejską lokalizacją, czego przykładem jest Elektrownia Powiśle w Warszawie.
Ten lekki, niskoalkoholowy, jabłkowy trunek, idealny wprost na lato, tak popularny od lat w Wielkiej Brytanii i Francji, z roku na rok zdobywa coraz więcej miłośników na całym świecie. Mowa oczywiście o cydrze, który doskonale orzeźwia w ciepłe dni. Eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa apelują, aby dokładnie czytać etykiety i na półkach sklepowych szukać oryginalnych cydrów, a nie piwa o smaku jabłkowym. A te proponują niektóre browary, sprytnie wykorzystując modę na cydr.
Jabłkowe zagłębia
Mazowieckie, lubelskie, łódzkie, świętokrzyskie, wielkopolskie, lubuskie – to województwa, które są największymi regionami sadowniczymi w Polsce. Prawdziwym jabłkowym zagłębiem jest oczywiście rejon Grójecko-Warecki na Mazowszu oraz okolice Sandomierza.
To trzeba powiedzieć jasno – mamy idealny klimat do produkcji smacznych jabłek – proporcja dni chłodnych i ciepłych jest idealna. Warunki powodują, że owoce mają odpowiedni smak i są doskonałym surowcem w przemyśle przetwórczym. Obecnie eksportujemy je do 68 krajów! To Polska jest największym producentem jabłek w Unii Europejskiej (w ubiegłym roku ich produkcja wyniosła 4,5 mln ton!), a na świecie, po Chinach i USA, zajmujemy trzecie miejsce.
Polski cydr
W związku z tym, że produkcja cydru nie jest regulowana przez jednolite unijne przepisy, cydry dostępne w Europie różnią się od siebie charakterem, co wynika z różnych tradycji w poszczególnych regionach. Polska może się poszczycić jednymi z najbardziej restrykcyjnych regulacji, które zostały utworzone w celu zapewnienia wysokiej jakości tej nowej, nieznanej konsumentom kategorii.
Według polskiej definicji, cydr to napój alkoholowy, o zawartości alkoholu 1,2-8,5%. Powstaje poprzez prowadzoną przez drożdże fermentację alkoholową z nastawu, w którym głównym składnikiem jest sok jabłkowy. Możliwe jest też wytwarzanie cydru bezpośrednio z rozdrobnionych jabłek.
Warto podkreślić, że polskie cydry charakteryzują się wyższym udziałem owoców, niż cydry produkowane w zdecydowanej większości krajów europejskich (mowa oczywiście o minimalnej, dopuszczonej przepisami, ilości soku). – Kupując cydr wyprodukowany w Polsce możemy mieć pewność, że charakteryzuje się on wysokim udziałem soku jabłkowego – tłumaczy Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Obowiązująca u nas w kraju ustawa winiarska stawia wysokie wymagania producentom. Korzystają z wysokojakościowego polskiego surowca, którego pod dostatkiem w naszym kraju i wytwarzają cydry, będące w światowej czołówce jeśli chodzi o zawartość soku jabłkowego. U nas jest to minimum 60%, w cieszącej się sławą dominanta na rynku Wielkiej Brytanii – jedynie 35%. W Danii i Szwecji jeszcze mniej – min. 15%. Ponadto przy produkcji cydrów w Polsce, prawo nie zezwala na stosowanie barwników i aromatów. Te wszystkie prawne wymagania są gwarancją wysokiej jakości, lecz również powodem dla których polski cydr nie może być tani.
Jak rozpoznać oryginalny cydr?
Na rynku dostępne są napoje alkoholowe próbujące imitować cydry, jednak nie dajmy się zwieść reklamom. Nie są one produktami fermentacji soku jabłkowego. Jak odróżnić prawdziwy cydr od podróbek? Najłatwiejszą, pierwszą wskazówką do identyfikacji oryginalnego cydru jest banderola akcyzowa. Cydry, jako napoje winiarskie są opatrywane znakami akcyzy umieszczonymi na zamknięciu butelek, takimi samymi jakie są aplikowane na opakowaniach wina. Ich brak oznacza, że napój nie jest cydrem.
Problemy producentów cydru w Polsce
Historia tego napoju sięga w Polsce XVI w. Jabłecznik – bo tak wtedy był nazywany, wytwarzano w szlacheckich domach, później jednak, ze względu na uwarunkowania historyczne, napój ten został zapomniany. W 2011 r. w regulacjach krajowych pojawiła się definicja cydru, a w 2013 r. decyzja o wyodrębnieniu niższej stawki podatku akcyzowego stała się impulsem, który pozwolił rodzimym przedsiębiorstwom na rozpoczęcie produkcji. – Mimo dawnych tradycji, cydr jest w Polsce zupełnie nowym produktem – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.
– Wydaje się to zaskakujące, gdyż mowa jest o kraju będącym potęgą sadowniczą i dysponującym infrastrukturą do produkcji winiarskiej bazującej na owocach. Przed 2013 r. cydry nie były dostępne na półkach sklepowych, a Polacy znali je jedynie ze swoich podróży po Europie. Koniecznością jest więc zbudowanie świadomości konsumentów i ugruntowanie pozycji marek, a na ten proces potrzeba trochę czasu. Problem stanowi brak możliwości reklamy. Cydry, jako napoje winiarskie nie mogą być, w przeciwieństwie do piwa, reklamowane w Polsce, co stanowi znaczne utrudnienie w dotarciu z informacją do konsumentów. Wykorzystują to producenci branży browarniczej, którzy korzystając z możliwości reklamy swoich produktów oraz niskiej wiedzy na temat cydrów, oferują polskim konsumentom cydropodobne piwa. W ten sposób przejęli istotną przestrzeń rynku i w znacznym stopniu utrudnili rozwój kategorii cydru w Polsce. Dodatkową przeszkodę stanowią przepisy definiujące cydr. Wnioskujemy do Ministra Rolnictwa o ich zmianę. Do tej pory producenci nie mogą bowiem wytwarzać cydrów o smakach innych niż jabłkowy, co w znacznym stopniu ogranicza ich możliwości w kreowaniu atrakcyjnej oferty, odpowiadającej oczekiwaniom konsumentów.
ZP Polska Rada Winiarstwa wnioskuje również o wprowadzenie zerowej stawki akcyzy na cydr, zgodnie z deklaracjami jakie Premier Morawiecki przedstawił w 2017 r. Bez wsparcia w tym zakresie, w aktualnych warunkach, rozwój sektora cydrów zdaniem producentów jest wręcz niemożliwy.
– W sieciach handlowych mamy prawdziwą inwazję piw smakowych, gdzie piwo jest tylko nośnikiem alkoholu, a jego smak kreują różnego rodzaje aromaty i dodatki – mówi Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex. – W takich warunkach bardzo ciężko prowadzić skuteczną kampanię edukacyjno-marketingową.Nasi konsumenci nie zdążyli poczuć subtelnej różnicy i poznać wszystkich właściwości cydrów. Konieczność lokowania cydrów na półkach z winem i alkoholem mocnym bardzo zawęża spójną formę przekazu, dodatkowo ograniczając rozwój kategorii. Zadziwiające w tym wszystkim jest to, żepiwo ma przeważnie więcej procent alkoholu niż cydr(w większości 4,5 % ) i może być ulokowane praktycznie w każdym miejscu w sklepie. Czyż nie mamy do czynienia z jawną dyskryminacją?Bez zmian legislacyjnych i wparcia rozwiązań systemowych ze strony Ministerstwa Rolnictwa oraz Ministerstwa Finansów możemy zapomnieć o cydrze jako produkcie narodowym. A, szkoda, bo rodzime jabłka nadają się wyśmienicie na produkcję cydru.
Firma Bartex, podobnie jak JNT Group, eksportuje swoje cydry za granicę, głownie do państw UE. Prezes firmy JNT Group, Jakub Nowak, mówi krótko: – Cydr ma swoje miejsce na rynku i szansą na rozwój tego segmentu jest obiecane zniesienie akcyzy.
W pierwszych latach po przełomowym 2013 r., polski rynek rósł bardzo dynamicznie, w 2016 r. nastąpiła stagnacja, a w 2017 r. i 2018 r znaczny spadek produkcji. Tymczasem na świecie segment ten rozwija się intensywnie. Zgodnie z analizami Allied Market Research, do 2023 roku możemy spodziewać się w skali globalnej wzrostu 6,1 % rok do roku. Prognozy mówią, że w 2023 r. wartość rynku cydru osiągnie 16,252 mln $. To najbardziej spektakularny wzrost na dzisiejszym rynku alkoholowym.
Niewątpliwie ten boom to wielka szansa dla polskiego sadownictwa i winiarstwa. Ale by ją w pełni wykorzystać, niezbędna jest zmiana przepisów.
Sąd Apelacyjny w Warszawie 10 lipca 2019 roku oddalił apelację Banku Millenium od wyroku Sądu Okręgowego, w którym stwierdzono nieważność umowy kredytu indeksowanego.To sprawa precedensowa, ponieważ po raz pierwszy w Polsce zasądzono kwotę roszczenia na rzecz powoda. Orzeczono, że klauzula indeksacyjna została już wcześniej uznana za nieuczciwą przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie w wyroku przeciwko Bankowi Millenium i decyzja ta wiąże w każdej pojedynczej sprawie. Oznacza to, że dzisiaj wszyscy konsumenci w podobnej sytuacji mogą powołać się na wspomniany wyrok SOKiK-u.
– Sąd Apelacyjny stwierdził także, że klauzula indeksacyjna określa świadczenie główne i w związku z jej nieuczciwością, umowa powinna zostać uznana za nieważną – powiedziała serwisowi eNewsroomBarbara Garlacz, radca prawny. – W kontekście samej nieuczciwości postanowienia o indeksacji bardzo ważne jest, że sąd odwołał się do najnowszych orzeczeń Sądu Najwyższego oraz Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Wskazano na fakt, że bank dowolnie ustala kurs, stosuje dwa róże kursy – kupna i sprzedaży, a sama umowa wystawia kredytobiorcę na nieograniczone ryzyko walutowe bez możliwości jego ograniczenia. Sąd apelacyjny ostatecznie uznał nieważność umowy, ponieważ na gruncie prawa europejskiego to konsument decyduje o tym, czy lepsza dla niego jest umowa kredytu w złotówkach ze stawką LIBOR czy też stwierdzenie nieważności.
Wyrok ten idzie dalej niż ostatnie decyzje Sądu Najwyższego z kwietnia i maja. Wtedy uznano, że umowa kredytu indeksowanego ma być wykonywana jak kredytu w złotówkach na LIBOR-ze. W tej sprawie zasądzono, że skoro indeksacja określa świadczenie główne – jest ona w całości nieważna. Oprócz tego zauważono, że spłat kredytu dokonanych przez powoda nie można zaliczyć na poczet roszczenia banku z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia wskutek nieważnej umowy. Bank w tym postępowaniu nie złożył oświadczenia o potrąceniu ani nie wystosował własnego roszczenia. Orzekanie w tym kierunku byłoby więc wyjściem ponad żądanie – wyjaśnia Garlacz.
W pierwszej połowie br. MLP Group podpisało 22 umowy, dotyczące wynajęcia łącznie 217 tys. m2 powierzchni magazynowej w Polsce, Niemczech oraz Rumunii. Osiągnięty wynik jest ponad dwukrotnie wyższy od poziomu sprzed roku, kiedy skomercjalizowano nieco ponad 100 tys. m2.
W pierwszej połowie 2019 r. MLP Group podpisało 22 umowy najmu, komercjalizując łącznie około 217 tys. m2 powierzchni magazynowej i biurowej w Polsce, Niemczech oraz Rumunii. Z tego blisko 122 tys. m2 powierzchni zostało wynajęte przez klientów w ramach nowo realizowanych inwestycji. Transakcje na łącznie około 95 tys. m2 dotyczyły zwiększenia wielkości wynajmowanej powierzchni przez dotychczasowych klientów lub przedłużeń okresu najmu oraz wynajęcia przez nowych klientów istniejącej powierzchni.
Skomercjalizowana w pierwszej połowie tego roku powierzchnia była ponad dwukrotnie większa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, kiedy wynajętych zostało nieco ponad 100 tys. m2.
Najwięcej umów obejmujących łącznie komercjalizację blisko 79 tys. m2 dotyczyło parku logistycznego MLP Unna działającego na rynku niemieckim. Pozostałe transakcje dotyczyły centrów logistycznych MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Wrocław, MLP Lublin MLP Poznań West oraz MLP Bucharest West.
„Minione półrocze było dla nas bardzo udane. Znaczącą rolę w procesie komercjalizacji odegrał rynek niemiecki. Potwierdza to skuteczną realizację naszej strategii zorientowanej na ekspansji w tym kraju oraz dalszym dynamicznym rozwoju w Polsce. Podwojenie wielkości wynajętej powierzchni w porównaniu do ubiegłego roku, który był również dla nas bardzo udany, oznacza jednocześnie kontynuowanie wieloletniego trendu wzrostu skali działania. Warto podkreślić, że ponad połowa zakontraktowanej w tym roku powierzchni obejmuje nowo budowane obiekty” – podkreśliła Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.
W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie ok. 3–4 mln pracowników, a według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego do 2050 roku ta liczba wrośnie już do 10 mln. To jedno z największych wyzwań dla sektora przedsiębiorstw. Kryzys demograficzny będzie wymagać od firm szeregu działań podejmowanych w porozumieniu z administracją rządową i związkami reprezentującymi pracowników. Aktywizacja biernych zawodowo, migracje, wyrównywanie różnic płacowych między kobietami a mężczyznami, tworzenie przyjaznej kultury pracy, automatyzacja i rozwijanie kompetencji miękkich to największe wyzwania dla polskiego rynku pracy w nadchodzących latach – podkreślają eksperci Konfederacji Lewiatan i Komitetu Dialogu Społecznego KIG.
– Największe z dzisiejszych wyzwań dla przedsiębiorców to rynek pracy. Problemem jest zarówno dostępność pracowników, jak i ich jakość. Szacuje się, że w najbliższych kilkunastu latach na polskim rynku zabraknie nawet 3–4 mln pracowników. Druga sprawa to ich dopasowanie do zmieniających się profili firm. W nadchodzących latach firmy będą przechodzić od bardzo prostych zadań, które zostaną zautomatyzowane, do tych z większą wartością dodaną. Do tego potrzebni będą pracownicy z nowymi kompetencjami. Stąd edukacja na poziomie specjalistów techników jest elementem krytycznym do tego, żeby firmy i gospodarka mogły się dalej rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan, założyciel i honorowy przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.
Polski rynek pracy już od miesięcy zmaga się z historycznie niskim bezrobociem. Według szacunków MRPiPS stopa bezrobocia rejestrowanego w czerwcu wyniosła 5,3 proc. i była o 0,1 proc. niższa niż miesiąc wcześniej. Niskie bezrobocie to dobra wiadomość dla pracowników, bo wymusza wzrost płac i daje większą elastyczność w szukaniu nowego zatrudnienia. Gorsza dla pracodawców, bo w połączeniu z szybkim wzrostem gospodarczym przekłada się na problemy z pozyskiwaniem kadr i ich rotacją. Jak wynika z ostatniego „Barometru rynku pracy” Work Service, 64,9 proc. polskich firm deklaruje, że niedobór pracowników odbija się na ich działalności. Ponad połowa ogranicza inwestycje lub nie może zawierać nowych kontraktów ze względu na problemy kadrowe.
Sytuacja będzie się zaostrzać, bo – jak wynika z prognoz GUS – do 2050 roku nastąpi spadek liczby ludności Polski o 4,5 mln osób, czyli prawie 12 proc. Z kolei obciążenie osób w wieku produkcyjnym przez emerytów zwiększy się w tym czasie do 52 na 100 zatrudnionych (z 28 jeszcze w 2013 roku). W efekcie w 2050 roku na polskim rynku pracy zabraknie już ok. 10 mln osób w wieku 18–44 lat, aby utrzymać obecną relację ich liczby do populacji osób w wieku poprodukcyjnym.
– Nie zapełnimy rynku przez własną spadającą demografię, stąd migracje są elementem krytycznym – podkreśla Maciej Witucki.
Kolejnym wyzwaniem jest aktywizacja osób biernych zawodowo. Na koniec marca br. w Polsce było 984,7 tys. zarejestrowanych bezrobotnych, z których około 400 tys. stanowiły osoby młode (ponad 250 tys. to osoby przed 30 rokiem życia). Natomiast w sumie grupa tzw. NEETs (osoby młode niepracujące, nieuczące się i niedokształcające się) w 2017 liczyła w Polsce 1,44 mln osób, z których 68 proc. stanowiły kobiety. Główną przyczyną takiego stanu w przypadku Polek była opieka nad dzieckiem lub bliskimi (45 proc.), zajmowanie się domem albo bezrobocie trwające krócej niż rok.
– Z jednej strony jest blisko 1,5 mln ludzi młodych, którzy nie pracują ani się nie uczą. Z drugiej strony mamy zjawisko wypychania z rynku pracy osób w wieku 55 plus, a my ich dzisiaj szalenie potrzebujemy. Wokół tych zagadnień budowałbym agendę organizacji gospodarczych, dialogu prowadzonego ramię w ramię z instytucjami państwa i samorządu – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący KDS KIG.
Jak wskazuje, w kontekście polskiego rynku pracy jednym z najczęściej pomijanych i niedocenianych aspektów pozostaje kwestia tworzenia przyjaznych miejsc pracy. A to wciąż wymaga sporo pracy. Potwierdza to m.in. badanie „The Workforce View in Europe 2017” przeprowadzone przez ADP. Wynika z niego, że ponad 1/5 Polaków codziennie doświadcza stresu w pracy, a blisko połowa stresuje się w pracy często lub bardzo często. Kolejny problem to wzrost zwolnień L4 spowodowanych problemami psychicznymi (o ok. 70 proc. w ostatnich latach), który wiąże się z wypaleniem zawodowym i poczuciem braku sensu wykonywanej pracy. PIP ostrzega też przed zjawiskiem mobbingu, którym może być spowodowana nawet połowa absencji w miejscu pracy.
– Najważniejszy w miejscu pracy jest kapitał ludzki. Przez lata nie docenialiśmy tego aspektu, ale patrząc na poziom stresu i liczbę L4, które rosną z powodu pewnych dysfunkcji społecznych, najwyższy czas, żeby poważnie wziąć go pod uwagę – podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz. – Druga ważna kwestia to wyrównywanie różnic płacowych między kobietami a mężczyznami. To bardzo wpływa na poczucie sprawiedliwości, atmosferę w pracy i jest bez wątpienia jednym z większych wyzwań dla pracodawców. Kolejnym jest tworzenie elastycznych form pracy. Nie mam tutaj na myśli telepracy i niestabilnych umów, ale sytuację, w której tworzymy kulturę pracy na niepełne etaty. Takie rozwiązania w ogromnej mierze wspierają na rynku pracy kobiety i osoby 55 plus.
Eksperci Konfederacji Lewiatan i Komitetu Dialogu Społecznego KIG podkreślają, że zarówno dla pracodawców, jak i pracowników poważnym wyzwaniem będzie też zbliżająca się dużymi krokami automatyzacja i zmiana struktury rynku pracy, ukierunkowana na kompetencje miękkie i specjalistyczne.
– Bardzo liczę, że edukacja podąży tym tropem, bo w świecie zdominowanym przez technologie to właśnie kompetencje miękkie, takie jak łatwość adaptacji, otwartość na zmiany, komunikacja i umiejętności interpersonalne oraz przygotowanie na to, że cały czas musimy się uczyć, wpłyną na to, jak będziemy odnajdywać się na zmieniającym się rynku pracy. Czasy, kiedy do emerytury wykonywaliśmy jeden zawód w jednym zakładzie pracy, już dawno minęły. Dlatego wyzwaniem jest stawianie na kompetencje miękkie, bo one będą nam bardzo potrzebne – mówi Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej.
Według danych GUS w 2017 roku działały w Polsce 2 mln przedsiębiorstw, z których 95 proc. stanowiły mikrofirmy. Łącznie w tym sektorze pracuje 9,9 mln Polaków, czyli 60 proc. wszystkich zatrudnionych, a według danych PARP udział przedsiębiorstw w tworzeniu polskiego PKB wynosi około 75 proc. i systematycznie rośnie. Dobra kondycja sektora przedsiębiorstw ma więc fundamentalne znaczenie dla rozwoju polskiej gospodarki. Stąd – jak podkreśla prezydent Konfederacji Lewiatan – ważną kwestią jest prosty, przyjazny system prawny, który sprzyja inwestycjom, oraz dialog pomiędzy między pracodawcami, związkami zawodowymi a administracją rządową.
– Musimy dyskutować, żeby wywołać postęp społeczny. Z tym nie jest dzisiaj najlepiej, bo instytucje typu Rada Dialogu Społecznego są w tej chwili mocno uwikłane w bieżącą politykę i tam postęp tego dialogu nie jest taki, jakiego byśmy chcieli. Zwiększenie liczebności związków zawodowych i dialog z szerszą reprezentacją pracowników byłby pomocny. Natomiast potrzebne jest też większe zrozumienie i wsparcie ze strony administracji – podkreśla Maciej Witucki.
Wyłudzenia kredytów to problem nie tylko konsumentów, lecz także realne straty finansowe dla banków szacowane na około 500–600 mln zł rocznie. Biuro Informacji Kredytowej wspólnie z sektorem bankowym i finansowym współpracują, żeby zapobiegać takim incydentom. Natomiast w przypadku konsumentów kluczowe jest, żeby szybko dowiedzieć się o próbie wyłudzenia i ją udaremnić. W tym celu BIK udostępnia usługę automatycznych Alertów BIK, które alarmują klienta wówczas, gdy jego dane są weryfikowane w procesie kredytowym. Po otrzymaniu powiadomienia, jeśli to nie on jest wnioskodawcą, może się skontaktować z BIK, który pomoże w identyfikacji wyłudzenia i przekaże taką informację do instytucji finansowych. Do tej pory posiadacze Alertów BIK dostali blisko 4 mln takich ostrzeżeń, a usługę systematycznie włączają do swojej oferty kolejne banki.
– W ubiegłym roku udaremniano średnio 15 wyłudzeń kredytów dziennie. Z analiz BIK wynika, że mogło dojść do ok. 67 tys. skutecznych wyłudzeń na łączną kwotę ok. 600 mln zł. Warto też zwrócić uwagę na skalę ataków w cyberprzestrzeni – Polacy boją się ataków w internecie, a według raportu jednej z firm doradczych 70 proc. firm doświadczyło w 2018 roku przynajmniej jednego cyberataku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor w Departamencie Rynku Detalicznego BIK SA.
Banki codziennie rozpatrują tysiące wniosków kredytowych, z których część jest składana przez oszustów, posługujących się fałszywymi albo kradzionymi danymi. Wyłudzenia kredytów to problem nie tylko konsumentów, którzy później muszą się borykać z konsekwencjami kradzieży tożsamości, lecz także realne straty wizerunkowe i finansowe dla banków. Te ostatnie są szacowane na około 500–600 mln zł rocznie.
– Do wyłudzeń kluczowe jest pozyskanie danych. Każdy Polak może paść jego ofiarą, nie trzeba nawet być aktywnym uczestnikiem rynku kredytowego. Przestępcy mają coraz bardziej wyrafinowane metody pozyskiwania danych: podstawiają fałszywe strony, podając się za banki lub znane instytucje, wysyłają SMS-y z przekierowaniami na fałszywe bramki do zapłaty jakiejś kwoty albo informację, że nasze konto zostało zablokowane i należy szybko podać swoje dane w celu jego odblokowania. Niestety, jesteśmy na to podatni – mówi Joanna Charlińska.
Z badania „Ochrona tożsamości”, przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK, wynika, że 41 proc. Polaków w wieku 15–65 lat doświadczyło różnych form zagrożeń bezpieczeństwa danych, a 62 proc. obawia się zagrożeń w cyberprzestrzeni. Przestępcy mają coraz bardziej wyrafinowane metody kradzieży cudzej tożsamości, ale z drugiej strony sami Polacy udostępniają informacje o sobie w wielu sytuacjach i miejscach takich jak przychodnie, wypożyczalnie czy hotele. Na poczcie mailowej także zwykle przechowywane są pliki i dokumenty zawierające dane osobowe.
– Często nieświadomie sami dajemy przestępcom swoje dane, na przykład nie niszcząc wyrzucanych dokumentów, na których są nasze dane osobowe takie jak imię, nazwisko, PESEL, adres czy adres e-mail – podkreśla Joanna Charlińska.
Jak podkreśla, Biuro Informacji Kredytowej na bieżąco współpracuje z sektorem bankowym i największymi firmami pożyczkowymi w celu zapobiegania wyłudzeniom. Dla konsumentów z kolei kluczowy jest czas, kiedy dowiadują się o wyłudzeniu i mogą mu zapobiec. W tym celu BIK udostępnia unikatową na polskim rynku usługę automatycznych Alertów.
– W każdej sytuacji, kiedy boimy się o swoje dane osobowe, powinniśmy korzystać z narzędzi, które chronią nas przed przestępcami. Takim narzędziem są Alerty BIK. Mechanizm ich działania jest prosty – to taki automatyczny system ostrzeżeń, który chroni nasze dane 24 godziny, 7 dni w tygodniu – mówi Joanna Charlińska.
Alerty BIK to automatyczne powiadomienie, wysyłane do klienta SMS-em lub e-mailem w sytuacji, kiedy jego dane są weryfikowane w związku ze złożonym wnioskiem o kredyt lub pożyczkę. Do tej pory posiadacze alertów dostali już blisko 4 mln ostrzeżeń przed wyłudzeniem pieniędzy na swoje skradzione dane.
– Jeżeli wnioskujemy o kredyt i otrzymaliśmy taki alert, wiemy, że proces kredytowy jest w trakcie i wniosek jest rozpatrywany. Natomiast kiedy nie wnioskujemy o kredyt i otrzymaliśmy taki alert, możemy podejrzewać, że nasze dane posłużyły do wyłudzenia. Alert otrzymamy również w sytuacji, kiedy ktoś podpisuje na nasze dane umowę, np. na energię czy gaz, albo próbuje kupić drogi sprzęt. W takim alercie jest informacja o tym, jaka instytucja pytała o nasze dane osobowe oraz numer infolinii Biura Informacji Kredytowej. Jeżeli klient ma wątpliwości, może się skontaktować z BIK, które pomoże w wyjaśnieniu i identyfikacji wyłudzenia – mówi Joanna Charlińska.
W przypadku wyłudzenia kluczowy jest czas, w którym dowiemy się o przestępstwie i zaczniemy działać. To dlatego tak istotny jest powszechny i łatwy dostęp do aktywacji Alertów BIK. Takimi kanałami, w których klient mógłby łatwo dokonać aktywacji, są właśnie placówki bankowe i bankowość internetowa.
– W tej sytuacji kluczowa jest współpraca z bankami. Banki udzielają finansowania na masową skalę, prowadzą też kilkadziesiąt milionów rachunków w bankowości internetowej. Warto byłoby, żeby Alerty były dostępne właśnie w tych kanałach. Jeden z banków już wdrożył Alerty BIK do kredytu ratalnego –mówi Joanna Charlińska.
Możliwość otrzymania Alertów BIK przy zawieraniu umowy o kredyt ratalny, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online’owych, mają już klienci Alior Banku. Z usługi skorzystało już kilkadziesiąt tysięcy osób.
– Jedna z firm doradczych w swoim raporcie stwierdziła, że to właśnie usługi dodatkowe będą kolejnym etapem rozwoju sektora bankowego. Jest to bardzo powszechne na Zachodzie, polski rynek dopiero rozwija się pod tym kątem, natomiast Alerty BIK mogą być właśnie taką wartością dodaną, dzięki której klienci bankowości będą spać spokojnie – podkreśla dyrektor w Departamencie Rynku Detalicznego BIK SA.
Problemy z pozyskiwaniem pracowników, a z drugiej strony rosnący popyt na wykwalifikowane kadry zaostrzają konkurencję między pracodawcami, napędzają wzrost płac i wymuszają większe skupienie na obszarze employer brandingu. Ten przestał już być dla firm opcjonalny, a stał się podstawowym narzędziem zatrzymania dotychczasowych i pozyskiwania nowych pracowników. Pomaga w znalezieniu fachowców na konkurencyjnym rynku pracy, a także ogranicza koszty związane z rotacją i procesami rekrutacyjnymi. Eksperci podkreślają, że w obszar employer brandingu powinny inwestować nie tylko przedsiębiorstwa, które mają problem z rekrutacją specjalistów średniego czy wyższego szczebla, lecz także te, które szukają pracowników tymczasowych.
– Employer branding jest dziś postrzegany jako kluczowy element pozyskiwania kandydatów do pracy. Mamy rynek pracownika, co oznacza trudności w pozyskiwaniu dobrych, wartościowych pracowników, którzy na długo pozostaną w organizacji. Stąd też umiejętność budowania atrakcyjnego, przyciągającego wizerunku pracodawcy jest kluczowa w pozyskaniu talentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Rippel, ekspert z branży szkoleń i doradztwa personalnego, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.
Polski rynek pracy jest obecnie w najlepszej kondycji od 1989 roku. Bezrobocie od wielu miesięcy utrzymuje się na historycznie niskim poziomie – według szacunków MRPiPS stopa bezrobocia rejestrowanego w czerwcu wyniosła 5,3 proc. i była o 0,1 proc. niższa niż miesiąc wcześniej. Z kolei wskaźnik Eurostatu za maj br. (wg metodologii BAEL) wyniósł 3,8 proc., co oznacza, że Polska plasuje się w gronie państw z najniższym bezrobociem w całej UE, znacznie poniżej unijnej średniej na poziomie 6,3 proc. (i 7,5 proc. dla strefy euro).
Niskie bezrobocie – w połączeniu z wysokim wzrostem gospodarczym i dobrym poziomem inwestycji zagranicznych – oznacza dla firm problemy z pozyskiwaniem kadr i ich rotacją. Jak wynika z ostatniego „Barometru rynku pracy” Work Service, już 64,9 proc. polskich firm deklaruje, że niedobór pracowników odbija się na ich działalności. 55,2 proc. polskich firm ogranicza inwestycje lub nie może zawierać nowych kontraktów ze względu na problemy kadrowe. Ponad 1/4 przedsiębiorców ma problem ze znalezieniem pracowników niższego szczebla, a 1/5 – średniego szczebla. Na kłopoty kadrowe częściej skarżą się duże firmy, zatrudniające powyżej 249 osób.
Czerwcowy „Barometr Perspektyw Zatrudnienia” Manpower pokazuje z kolei, że 81 proc. firm chce utrzymać dotychczasowy poziom zatrudnienia w III kwartale, a tylko 14 proc. ma zamiar je zwiększyć. Tak niski odsetek może jednak wynikać nie tyle z braku chęci kreowania nowych miejsc pracy, ile z problemów z dostępem do pracowników i obsadzeniem stanowisk – wskazują autorzy raportu.
Trudna sytuacja rynkowa, a z drugiej strony rosnący popyt na wykwalifikowane kadry zaostrzają konkurencję między pracodawcami, napędzają wzrost płac oraz wymuszają większe skupienie na obszarze employer brandingu, czyli budowaniu marki atrakcyjnego pracodawcy.
– Employer branding obejmuje wszelkie działania, które mają pokazać, że firma jest atrakcyjnym, dobrym, rzetelnym i wiarygodnym pracodawcą – mówi Grzegorz Rippel. – Są to m.in. działania zmierzające do popularyzacji marki, pokazania jej jako pracodawcy, który dba o ludzi, dobrą atmosferę, wyróżnia się na tle innych i promuje ważne wartości jak ekologia czy równouprawnienie. Employer branding ma być swego rodzaju reklamą pracodawcy, która spowoduje, że ludzie będą chętniej pracować w takiej firmie.
Pozwala on firmie zaprezentować swoje atuty zarówno już zatrudnionym osobom, jak i nowym kandydatom do pracy.
– Employer branding dzieli się na dwie podstawowe kategorie: wewnętrzny i zewnętrzny. Te działania powinny być ze sobą komplementarne, bo to buduje wiarygodność. Nie sztuka przyciągnąć pracownika ciekawą, atrakcyjną ofertą, trzeba jeszcze umieć go utrzymać. Jakość dobrego employer brandingu jest liczona nie tylko ilością i jakością otrzymywanych aplikacji, lecz także poziomem rotacji w firmie – mówi Grzegorz Rippel.
Jak podkreśla, aby zatrzymać pracowników, firmy muszą podejmować takie działania, które zbudują ich lojalność i zaangażowanie. Z badań wynika, że sami pracownicy i potencjalni kandydaci zwracają uwagę na ten aspekt. Ostatni raport Aplikuj.pl „Jakość procesów rekrutacji 2019” pokazuje, że opinia o firmie jest dla nich bardzo ważna – 68 proc. wskazało ją jako jeden z kluczowych elementów przy sprawdzaniu ofert pracy.
Ekspert doradztwa personalnego podkreśla, że w obszar employer brandingu powinny inwestować nie tylko przedsiębiorstwa, które mają problem z rekrutacją specjalistów średniego czy wyższego szczebla, lecz także te, które szukają pracowników tymczasowych.
– Pracownicy tymczasowi to dosyć specyficzna grupa, natomiast trzeba pamiętać o tym, że wiele z tych osób w przyszłości będzie szukać pracy na stałe. Wszelkie działania, które pozwolą wyróżnić się pracodawcom, służą budowie dobrej bazy kandydatów do pracy na przyszłość – mówi Grzegorz Rippel.
Ekspert podkreśla, że praca tymczasowa – zwłaszcza dla młodych ludzi – jest próbą sprawdzenia się w organizacji, możliwością zdobycia pierwszego doświadczenia i pieniędzy. Z kolei dla firmy jest to okazja do poznania pracownika i zaproponowania mu współpracy w przyszłości. Natomiast employer branding wspiera nawiązywanie takich długofalowych relacji na linii pracodawca – pracownik.
– Aby pozyskać najlepszych pracowników tymczasowych, firmy wykorzystują bardzo tradycyjne metody: od ulotek, ogłoszeń i gazet po targi pracy, gdzie absolwenci czy stażyści mogą pozyskać informacje o potencjalnych pracodawcach. Jednak dzisiaj głównym źródłem jest internet. Tutaj wszelkiego rodzaju działania kreatywne, które wyróżniają daną firmę, są kluczem. Młody człowiek dzisiaj przede wszystkim w smartfonie poszukuje dobrej oferty pracy, także tymczasowej – mówi Grzegorz Rippel.
Jak pokazuje ostatni raport HRM Institute „Employer branding w Polsce 2018”, zdecydowana większość polskich pracodawców uważa, że dzięki strategii employer brandingu łatwiej jest przyciągnąć kandydatów do firmy. W ubiegłym roku już 53 proc. firm miało taką strategię (o 7 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej). W 42 proc. firm za ten obszar odpowiedzialne są działy personalne, natomiast 11 proc. ma osobny dział employer brandingu. W ocenie 41 proc. przedsiębiorstw niedobór talentów będzie jednym z głównych czynników, które będą wpływać na biznes w nadchodzącym czasie – wobec ubiegłego roku ten wskaźnik zwiększył się o 7 proc.
Raz w miesiącu aktywność fizyczną podejmuje 64 proc. Polaków – wynika z badania MultiSport Index 2019. Jesteśmy nadal jednym z najmniej aktywnych społeczeństw w Unii Europejskiej. Prawie połowa z nas spędza w pozycji siedzącej ponad 5 godzin dziennie. Tymczasem Światowa Organizacja Zdrowia uznaje brak ruchu za czwartą przyczynę śmiertelności na świecie.
Z badania MultiSport Index 2019 wynika, że w niewielkim stopniu poprawił się poziom podejmowanej przez Polaków przynajmniej raz w miesiącu aktywności fizycznej. Ponad 21 mln osób w wieku 15+ deklaruje, że ćwiczy raz w miesiącu. Systematycznie rośnie też odsetek osób podejmujących częstszą aktywność – już nieco ponad połowa Polaków ćwiczy raz w tygodniu lub częściej, a niemal 20 proc. – nawet pięć razy w tygodniu.
– Światowa Organizacja Zdrowia osobom powyżej 18 roku życia zaleca aktywność fizyczną na poziomie 150 minut umiarkowanej i 75 minut intensywnej aktywności tygodniowo – przypomina dr Janusz Dobosz z Narodowego Centrum Badania Kondycji Fizycznej Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.
Te minimalne zalecenia dotyczące aktywności spełnia co najwyżej około 33 proc. Polaków powyżej 15 roku życia.
– Najbardziej aktywni są reprezentanci młodego pokolenia, osoby w przedziale wiekowym 15–24 lat (80 proc.), również uczący się, wśród nich obserwujemy aktywność fizyczną na poziomie 90 proc., oraz osoby z wyższym wykształceniem, które deklarują aktywność fizyczna na poziomie 78 proc. Badanie ujawniło również, że osoby z wyższymi dochodami, przekraczającymi 5 tys. zł na miesiąc, podejmują aktywność fizyczną w ponad 83 proc. – wymienia dr Janusz Dobosz.
W zakresie aktywności fizycznej największa polaryzacja występuje między mieszkańcami dużych miast powyżej 100 tysięcy ludności a mieszkańcami wsi, gdzie wskaźnik jest najniższy. W statystykach najlepiej wypada Warszawa, gdzie za aktywnych uznaje się aż trzy czwarte mieszkańców.
– Spośród województw wyróżniają się również wielkopolskie i małopolskie, gdzie aktywność rejestrowana jest na poziomie 69 proc. respondentów – zaznacza Dobosz.
Polacy najchętniej i najczęściej jeżdżą na rowerze (31 proc.) i biegają (28 proc.). W pierwszej piątce najbardziej popularnych aktywności znajdują się także spacery (24 proc.), trening na siłowni czy pływanie (po ok. 17 proc.).
– Do aktywności fizycznej motywuje nas chęć bycia zdrowszym [43 proc. – red.]. Nasza świadomość jest coraz większa i wszyscy coraz lepiej rozumiemy, że ćwiczenia mają bardzo duży wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Godzina siedzenia skraca życie o 21 minut, to aż 10 minut więcej niż jeden wypalony papieros. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że brak ruchu to czwarty wiodący czynnik śmiertelności na świecie – przypomina Adam Radzki, członek Zarządu Benefit Systems, twórcy karty MultiSport. – Drugi aspekt jest związany bardziej z tym, jak wyglądamy, chcemy być bardziej atrakcyjni.
Na aktywność fizyczną Polaków duży wpływ ma coraz łatwiejszy dostęp do atrakcyjnej infrastruktury sportowej. To także zasługa pracodawców i oferowanych benefitów sportowych, np. kart MultiSport.
– W Polsce z kart MultiSport korzysta ponad milion osób. Aż 78 proc. z nich deklaruje, że dzięki karcie częściej korzysta z ruchu, a 68 proc. ćwiczy inaczej, angażując się w nowe rodzaje treningów – wylicza Adam Radzki.
Pod względem aktywności fizycznej Polska wciąż plasuje się poniżej europejskiej średniej, która według Eurobarometru 2017 wynosi 71 proc. Wśród państw członkowskich UE zajmujemy szóstą lokatę od końca, wyprzedzając Portugalię, Maltę, Włochy, Rumunię i Bułgarię (średnio 51 proc. aktywnych osób). Do liderów – krajów skandynawskich i Holandii (94 proc.) – sporo nam jednak brakuje.
– Badanie ujawniło, że 36 proc. Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej, wliczając w to jazdę na rowerze czy nawet spacery. Dotyczy to głównie osób w wieku 55+. Wyniki wyraźnie pokazują nam, że zapał do ćwiczeń maleje wraz z wiekiem. Tymczasem to właśnie aktywność fizyczna pozwala dłużej zachować witalność – dodaje Janusz Dobosz.
Ofiarą pedofilów padają przede wszystkim dzieci w wieku 8–12 lat. Wykorzystywanie seksualne częściej dotyczy dziewcząt niż chłopców, a jego sprawcami są najczęściej osoby z bliskiego otoczenia dziecka. Zagrożeniu można zapobiegać, przede wszystkim odpowiednio edukując najmłodszych. Akcja GADKI ma przekonać rodziców, że rozmowy dotyczące bezpieczeństwa w obszarze seksualności mogą być proste, naturalne i stanowić element codzienności.
Jak pokazują badania przeprowadzone przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, 7 proc. polskich dzieci w wieku 13–18 lat doświadczyło co najmniej jednej formy wykorzystywania seksualnego. Udziałem 20 proc. badanych stały się natomiast mniej obciążające psychicznie doświadczenia związane z przekraczaniem ich indywidualnych granic seksualnych, np. rozmowy nacechowane erotycznie, podglądanie lub pokazywanie materiałów pornograficznych. Ofiarami wykorzystywania seksualnego najczęściej padają dzieci między 8 a 12 rokiem życia oraz będące tuż przed okresem dojrzewania. Statystyki pokazują ponadto, że znacznie częściej są to dziewczynki niż chłopcy.
– W niektórych badaniach ta różnica wynosi nawet do 30 proc., natomiast o chłopcach trochę mniej wiadomo, dlatego że jest im trudniej ujawnić wykorzystywanie seksualne. To się wiąże ze stereotypem męskości, z tym, że jeżeli zostali wykorzystani, to została naruszona ich męskość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Skierkowska, psycholog, członkini zarządu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.
W nawet 95 proc. przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci sprawcami są osoby z bliskiego otoczenia ofiary, a więc obdarzane przez dziecko zaufaniem. Często są to członkowie rodziny lub sąsiedzi. Eksperci podkreślają, że dzieciom bardzo trudno jest ujawniać wykorzystywanie seksualne, nawet własnym rodzicom. Wiele maluchów nigdy nie usłyszało, że nie zawsze muszą być posłuszne dorosłemu. Dzieci obawiają się również zarzutów, że kłamią, a w przypadku, gdy sprawcą jest bliski krewny – konsekwencji zerwania więzi rodzinnych. Niektórymi kieruje wstyd, nie są bowiem przyzwyczajone do otwartego mówienia o własnej seksualności, oraz poczucie, że to one są winne temu, co je spotkało.
– Często jest tak, że dzieci mają poczucie winy związane z tym, czego doświadczyły, a też reakcja dorosłych, którzy mówią np.: „Po co ty tam z nim poszedłeś”, „Czemu byłeś o tej porze w takim miejscu”, wiąże się z dodatkowym obciążeniem. Czują się w pewien sposób współwinne tym doświadczeniom i tym trudniej jest im o nich mówić – mówi Marta Skierkowska.
Sprawcy wykorzystywania seksualnego dzieci mają nad nimi zdecydowaną przewagę: są dorośli i wiedzą, jak stosować mechanizmy manipulacji. Łatwo im krzywdzić dzieci, które z racji wieku nie czują własnych granic i którym brakuje wiedzy o intymnych częściach ciała – jak je nazywać i że są one objęte szczególną ochroną. Dziecko nie musi być jednak całkowicie bezbronne – odpowiednio poprowadzona edukacja seksualna da mu bowiem więcej siły w kontakcie z zagrożeniem. Seksualność jest naturalnym elementem życia człowieka, dlatego warto rozmawiać o niej już z kilkuletnim dzieckiem. W przypadku najmłodszych można zacząć od rozmów na temat różnic anatomicznych między płciami, zasadach społecznych związanych z ciałem oraz granicach, których nie wolno przekraczać.
– Dlatego właśnie rozpoczęliśmy akcję GADKI, żeby dać rodzicom wskazówki i pokazać im, że te rozmowy, które dotyczą bezpieczeństwa w obszarze seksualności, mogą być proste, naturalne i można je zaczynać nawet z małymi dziećmi – mówi Marta Skierkowska.
Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę namawia dorosłych, by przekazywali je swoim pociechom w ramach profilaktyki wykorzystania seksualnego, mogą bowiem zwiększyć bezpieczeństwo dziecka i zapobiec skrzywdzeniu. Dzieci dowiadują się z nich, że to one decydują o swoim ciele, mają prawo, żeby na coś się nie zgodzić, a gdy są zaniepokojone lub zmartwione, powinny szukać pomocy. Każda z liter wchodzących w skład słowa GADKI odnosi się wskazówki, która pomaga dziecku uniknąć niebezpieczeństwa.
– Gdy mówisz nie, to znaczy nie, czyli zasada, która mówi o tym, że dziecko ma prawo się sprzeciwić, a osoba dorosła powinna to uszanować. A – alarmuj, gdy potrzebujesz pomocy, krzycz, kiedy dzieje się coś niepokojącego. Ale to też znaczy: możesz do mnie przyjść i powiedzieć, kiedy dzieje się coś złego – mówi Marta Skierkowska.
Kolejne litery akronimu to: D – dobrze zrobisz, mówiąc o tajemnicach, które Cię niepokoją, K – koniecznie pamiętaj, że Twoje ciało należy tylko do Ciebie, I – intymne części ciała są szczególnie chronione. Akcja daje rodzicom narzędzia do rozmów z dzieckiem, które często są dla nich stresującym przeżyciem. Dorośli obawiają się, czy używanie takich słów jak „pedofilia” lub „seks” nie jest przedwczesne na tym etapie rozwoju ich pociechy. Tymczasem GADKI to proste rozmowy przedstawiające podstawowe zasady bezpieczeństwa w sposób przystępny dla dziecka i dostosowany do jego możliwości rozwojowych.
– Akcji towarzyszy filmik dla dzieci „GADKI z psem”, gdzie sympatyczny pies, którego pokocha każde dziecko, tłumaczy te pięć zasad. To może być doskonały wstęp dla rodziców, żeby mogli zacząć rozmowę, jeżeli szukają jakiegoś pretekstu, dobrego momentu, albo je uzupełnić, jeżeli chcieliby podsumować. Można to robić tak często, jak się chce, do tych rozmów warto wracać regularnie – mówi Marta Skierkowska.
Badania wskazują, że profilaktyczne rozmowy z dziećmi nie tylko wpływają pozytywnie na ich bezpieczeństwo, lecz także sprzyjają szybszemu ujawnieniu ewentualnych problemów i łatwiejszemu powrotowi do równowagi, gdy dziecko ma za sobą trudne doświadczenia.
Dzięki inteligentnym rozwiązaniom opiekę nad osobą starszą można z powodzeniem sprawować również na odległość. Urządzenia wspierane algorytmami uczenia maszynowego takie jak skanery pomieszczeń, inteligentne zegarki czy lampy wyposażone w czujniki ruchu, wykryją niebezpieczne sytuacje takie jak upadek po czym błyskawicznie powiadomią osobę sprawującą opiekę nad seniorem. To szczególnie istotne z uwagi na fakt, że co roku w konsekwencji upadków życie traci ponad 640 tys. ludzi. W większości są to seniorzy.
– Walabot Home to urządzenie, które automatycznie wykrywa upadek osoby starszej, dlatego stosuje się je w opiece. Po zainstalowaniu pod prysznicem, urządzenie automatycznie wykrywa, czy ktoś upadł. Do jego obsługi nie jest wymagane noszenie żadnego powiązanego urządzenia ani wciskanie lub pociąganie czegokolwiek, nie wymaga wydawania poleceń głosowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tal Kanetty z Vayyar Imaging.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia na całym świecie w wyniku upadków rocznie umiera ponad 640 tys. ludzi. Największą grupą ryzyka są osoby w wieku powyżej 65 lat. Zamieszkujące często samotnie, pomoc mogą uzyskać zbyt późno. Dzięki najnowszym technologiom można jednak monitorować ich aktywność zdalnie, a raporty i alerty otrzymywać na smartfona.
Urządzenie Walabot Home wykorzystuje unikatową technologię czujnika częstotliwości radiowej do monitorowania sytuacji wskazujących na upadek. Analizując szereg elementów w czasie rzeczywistym skaner jest w stanie dostarczyć informacje z czterokrotnie większą dokładnością niż inne automatyczne systemy ostrzegania przed upadkiem. Potrafi odróżnić różne pozycje ciała i stwierdzić, czy ktoś siedzi, stoi czy upadł. Może mierzyć także prędkość upadku. W przypadku gdy algorytmy wykryją niebezpieczeństwo, urządzenie automatycznie zaalarmuje wskazaną osobę. Dzięki temu pomoc mogą otrzymać nawet osoby nieprzytomne.
– To niewielkich rozmiarów radar, składający się z czujników obrazu 3D. Urządzenie tworzy trójwymiarowy obraz otoczenia bez wykorzystania kamer ani innych przyrządów optycznych. Urządzenie dokładnie monitoruje pomieszczenie, w którym jest zainstalowane i powiadamia nas, jeśli coś się tam wydarzy – wyjaśnia Tal Kanetty.
Systemy monitorowania upadków stają się coraz częstszym rozwiązaniem wykorzystywanym w opiece nad seniorami. Inteligentna lampa Aladin, wyposażona w czujniki ruchu, wykrywa ruch osoby będącej pod opieką. Czujniki ruchu są przydatne przede wszystkim w nocy, gdy ryzyko upadku jest większe. Po wykryciu ruchu w obszarze działania urządzenie zapala progresywną wiązkę światła, która oświetla drogę. Dane z czujników są analizowane przez algorytmy, dzięki czemu lampa po wykryciu upadku wysyła alert do aplikacji mobilnej opiekuna.
W detekcji upadków pomocne mogą być również urządzenia typu wearables. Zegarek Apple Watch Series 4 wykrywa ruch charakterystyczny dla upadku. W momencie detekcji takiego zdarzenia alarmuje użytkownika stuknięciem w nadgarstek i wyświetleniem alertu z pytaniem, czy zdarzył się bolesny upadek. Użytkownik może poprosić urządzenie o połączenie z numerem alarmowym lub odrzucić alert. W przypadku braku jakiejkolwiek odpowiedzi i ruchu przez około minutę, zegarek wezwie służby automatycznie.
Trójwymiarowe czujniki monitorowania ruchu znajdują zastosowanie także m.in. w przemyśle motoryzacyjnym, inteligentnych budynkach, systemach bezpieczeństwa i handlu detalicznym. Na rynku są już dostępne urządzenia, które po podpięciu do portu USB w smartfonie, pozwalają prześwietlać ściany w celu sprawdzania rozmieszczenia rur i przewodów.
– W przemyśle motoryzacyjnym urządzenie służy do monitorowania wnętrza samochodu, jak i jego najbliższego otoczenia. Umożliwia określenie, ile osób znajduje się w pojeździe, gdzie siedzą, może również monitorować ich oddychanie oraz poinformować, że zostawiliśmy dziecko w samochodzie. Może również pełnić funkcję asystenta parkowania i systemu unikania kolizji – wymienia ekspertka.
Według analityków z marketsandMarkets wartość światowego rynku systemów wykrywania upadków wyniesie do 2022 roku niemal 500 mln dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 5,6 proc.
Promowanie, zwłaszcza na szczeblu rządowym, gospodarki obiegu zamkniętego wymusi na producentach elektroniki zapewnienie jak najdłuższego okresu żywotności sprzętów i możliwości ich napraw w przypadku wystąpienia awarii. Obecnie przedsiębiorcy nierzadko sztucznie obniżają żywotność elektroniki, by klient uznawał naprawę za niezasadną ekonomicznie i kupował nowy produkt. Zapobiegać temu mają regulacje wprowadzane przez poszczególne państwa, a także Radę Unii Europejskiej. Do 2035 roku 65 proc. odpadów ma być w krajach członkowskich poddawanych recyklingowi.
– Zmiana dyrektyw, które wprowadzają nas w świat gospodarki obiegu zamkniętego, dotyczy także branży zużytego sprzętu czy też tej, która nas, klientów zaopatrza w sprzęt elektryczny i elektroniczny. To, co jest najważniejsze, to zapewnienie po jak najlepszej cenie produktu o wysokiej jakości, który będzie nam jak najdłużej służył – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.
Dotychczasowa polityka wielu firm dostarczających sprzęt elektroniczny nierzadko skupiała się na tym, by produkt cechował się sztucznie ograniczonym czasem użytkowania i stawał przestarzały lub nienadający się do naprawy, najczęściej tuż po okresie gwarancji. Niemiecka Agencja Ochrony Środowiska zleciła Uniwersytetowi w Bonn przeprowadzenie wśród konsumentów badań. Wynika z nich, że aż jedna trzecia ankietowanych nie jest zadowolona z czasu użytkowania sprzętu elektronicznego. Odsetek osób, które sprzęt wymieniały bezpośrednio z przyczyny wynikającej z awarii wzrósł w ciągu dekady z 3,5 proc. do 8,3 proc.
Promowanie gospodarki o obiegu zamkniętym, zwłaszcza poprzez uchwalanie odpowiednich ustaw, mogłoby zapobiec takim praktykom. We Francji wdrażany jest plan premiera Edouarda Philippe’a, który zakłada unikanie produkcji odpadów, ochronę zasobów naturalnych i klimatu, zapobieganie outsourcingowi personalnemu z krajów trzeciego świata, a także rozwój kultury naprawy, zamiast wyrzucania uszkodzonych sprzętów i kupowania nowych. W świetle proponowanych przepisów produkty elektryczne i elektroniczne będą uznawane za nadające się do naprawy w skali od 1 do 10. Osoby zajmujące się naprawami będą musiały dostarczyć części używane.
– Gospodarka obiegu zamkniętego to właśnie taki model, w którym zakupione produkty służą nam jak najdłużej, a w sytuacji, gdy ulegną uszkodzeniu możemy je naprawić. Są to więc wyzwania z jednej strony projektowe, a z drugiej strony – kiedy następuje jakaś awaria, dość szybko powinno się ją naprawić, tak, aby klienci raczej naprawiali, niż kupowali nowe. Oczywiście jest to trudne ze strony tych, którzy chcą nam jak najwięcej tych produktów sprzedać – mówi Sławomir Mazurek.
Rząd holenderski na promocję gospodarki o obiegu zamkniętym przeznaczy w latach 2019/20 dodatkowe 80 mln euro. Celem Holandii jest wypracowanie do 2030 roku 50 proc. udziału gospodarki o obiegu zamkniętym. Do 2050 roku gospodarka w tym kraju ma być w pełni zamknięta. Z kolei Unia Europejska przyjęła w maju tzw. pakiet odpadowy. Regulacja nakłada na państwa członkowskie obowiązek wprowadzania konkretnych środków w zakresie zapobiegania powstawaniu odpadów, ale także promowania ponownego użycia i recyklingu, przedkładając te praktyki nad składowanie i spalanie. Do 2025 r. co najmniej 55 proc. odpadów ma być objętych recyklingiem. Do 2030 roku ma to być już 60 proc., a do 2035 – 65 proc.
– Polska ma 2 lata na wdrożenie tej dyrektywy. Jesteśmy na etapie konsultacji. Będziemy te propozycje zmian pokazywać w okresie wakacyjnym. Będą to bardzo pracowite wakacje i dla administracji państwowej i dla przedsiębiorców tak, aby wypracować najlepsze rozwiązania, które nie będą tworzyć niepotrzebnych kosztów, a sprawią, że te regulacje efektywnie wpłyną na kieszeń konsumentów, ale też na rozwój branży w Polsce – tłumaczy wiceminister środowiska.
Gospodarka o zamkniętym obiegu bardzo mocno promowana jest również w kontekście rozwoju elektromobilności. Rozwój elektromobilności może zachęcić firmy zajmujące się recyklingiem do poszukiwania nowych możliwości skutkujących odzyskaniem surowców w jak największym stopniu. Singapurska grupa TES jeszcze w tym roku uruchomi zakład recyklingu akumulatorów litowo-jonowych. Oprócz odzysku materiałów z baterii, firma inwestuje również w dążenie do maksymalnego zwrotu z tworzyw sztucznych, szkła i materiałów z włókien węglowych, które można znaleźć w przestarzałej elektronice i pojazdach wycofanych z eksploatacji. Takie odpady można wykorzystać ponownie w piecach stalowych, czy do filtracji wody.
Według Organizacji Narodów Zjednoczonych w najbliższych czterech latach nastąpi wzrost gospodarki odpadami elektronicznymi o 33 proc. Z kolei World Economic Forum podaje, że na świecie każdego roku produkuje się około 50 mln ton e-odpadów, co jest równoważne masie wszystkich kiedykolwiek zbudowanych samolotów. Tylko 20 proc. z tego jest formalnie poddawane recyklingowi. Jeśli nie zostaną wdrożone plany naprawcze, to ilość odpadów podwoi się do 2050 r., do 120 mln ton rocznie. Tymczasem e-odpady stanowią ogromną szansę dla gospodarki. Sama ich wartość wynikająca z surowców do odzyskania jest warta 62,5 mld dol.
W SEAT Componentes, jednym z trzech centrów produkcyjnych hiszpańskiej marki, rozpoczęto produkcję nowej sześciostopniowej skrzyni biegów o nazwie MQ281. Będzie dostarczana do samochodów marek wchodzących w skład koncernu Grupy Volkswagen, takich jak SEAT, Volkswagen, Audi i Škoda. W skali roku, SEAT Componentes planuje dostarczać na rynek około 450 000 sztuk.
Powierzenie produkcji skrzyni biegów MQ281 zakładowi SEAT Componentes jest potwierdzeniem znaczenia projektów przygotowanych w ostatnich latach przez centrum dla całej Grupy Volkswagen. Zakład w El Prat de Llobregat w pobliżu lotniska w Barcelonie wyróżnia się wysoką integracją własnych systemów produkcyjnych. To tam z pomocą specjalistycznych urządzeń do odlewania, obróbki, montażu i testowania wyrabiane są wszystkie potrzebne aluminiowe części, koła zębate i wały. W 2018 roku zakład wyprodukował blisko 700 000 skrzyń biegów modelu MQ200, z których aż 56% trafiło na eksport.
– SEAT Componentes jest kluczowym zakładem dla naszej firmy, a także dla całego koncernu Volkswagena. Dzięki wyprodukowaniu tej skrzyni biegów będziemy w stanie podnieść skalę produkcji do 3500 sztuk dziennie, co pozwoli nam utrzymać pozycję wiodącego zakładu pod względem wydajności, sprawności i jakości – mówi dr Christian Vollmer, wiceprezes SEAT-a ds. produkcji i logistyki.
SEAT Componentes, 40 lat tworzenia skrzyń biegów
SEAT Componentes to ponad 1000 pracowników i 155 000 metrów kwadratowych powierzchni. Jest jednym z dziewięciu zakładów zajmujących się produkcją skrzyń biegów dla Grupy Volkswagen. Poza nim pracownie Grupy ulokowane są w tak różnych zakątkach świata, jak Kassel (Niemcy), Vrchlabi i Mladá Boleslav (Czechy), Córdoba (Argentyna) oraz Anting, Dalian, Tianjin i Changchun (Chiny).
Dzięki nowo zoptymalizowanym liniom produkcyjnym zakład osiągnął maksymalną zdolność produkcyjną, umożliwiającą wytworzenie 3500 skrzyń biegów dziennie – to o 300 więcej niż przed rozpoczęciem produkcji MQ281. Oprócz nowej skrzyni biegów SEAT Componentes tworzy również przekładnię MQ200. Łącznie, maksymalna roczna produkcja wynosi obecnie 800 000 skrzyń biegów.
Utworzony w 1979 roku zakład SEAT Componentes był wielokrotnie wyróżniany za wydajność i wysoką jakość procesów produkcyjnych. W latach 2010–2013 przeprowadzono w nim proces reorganizacji produkcji w celu zwiększenia wydajności, sprawności i jakości. W 2016 roku fabryka została wyróżniona nagrodą Industrial Excellence Award za doskonałość i skuteczność strategii lean management.
Ostatnie dwie dekady były przełomowe dla rozwoju nowoczesnej technologii oraz technologii informacyjnej. Wszelkie nowinki ze świata techniki zaczęły stopniowo wtapiać się w nasze codzienne życie – każdego dnia spotykamy się z czymś nowym, co w późniejszym czasie staje się nieodłącznym elementem naszej codzienności. Trudno nam wyobrazić sobie życie bez przenośnego komputera, czytnika e-booków, tabletu czy pomocy niezliczonych aplikacji w telefonie komórkowym. Wiele takich wynalazków napływa zza granicy, w związku z czym konieczne są tłumaczenia informatyczne.
„Pragniemy brać udział w światowym rozwoju techniki – pragniemy przyczynić się do przekazywania dobrych, innowacyjnych wynalazków na zagraniczne rynki. Aby mieć pewność, że przekazywane przez Państwa informacje są w pełni zrozumiałe dla odbiorców w innych krajach, dlatego warto powierzyć tłumaczenia informatyczne wiarygodnej firmie z doświadczeniem w danym zakresie przekładów. Firmie, jaką jest Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl.”
„Wysokiej jakości usługi tłumaczeniowe gwarantują czytelny przekaz tekstu, instrukcji lub strony internetowej w dowolnym zakątku świata. Wielu przedsiębiorcom z branży IT zależy na dalekim zasięgu ich usług lub promocji produktów na obcych rynkach. W takiej sytuacji, Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl może zaoferować profesjonalne tłumaczenia informatyczne.”
Nad każdym tłumaczeniem czuwa starannie dobrany zespół. Kompletując obsadę odpowiedzialną za realizację danego zamówienia, firma kieruje się dobrem Klienta i ze szczególną starannością wybiera odpowiedzialnego za przekład tłumacza. Aby móc zapewnić kompleksowe usługi tłumaczeniowe związane z branżą informatyczną, firma nawiązuje także współpracę z edytorami, korektorami oraz programistami.
Osoby przyczyniające się do realizacji zamówienia to doświadczeni informatycy oraz wyjątkowi językoznawcy. Ponieważ firma od wielu lat realizuje już tłumaczenia informatyczne – zarówno dla firm, jak i dla klientów indywidualnych – może poszczycić się doświadczeniem oraz wieloma profesjonalnie zrealizowanymi projektami.
Klientom oferuje nie tylko najlepszej jakości usługi tłumaczeniowe, ale i korekty. Wykona audyt językowy strony internetowej lub korektę wykonanego uprzednio tłumaczenia. Ponadto, aby ułatwić Klientom wprowadzenie przedsiębiorstwa na międzynarodową arenę, biuro tłumaczeń oferuje także usługi lokalizacyjne. Dzięki czemu klienci mogą być pewni, że przetłumaczone materiały będą nie tylko kompatybilne z lokalnymi wymaganiami informatycznymi, ale zachowają również swój oryginalny kulturowy wydźwięk.
Wicepremier Jarosław Gowin i minister Jadwiga Emilewicz proponują „deglomerację”, rozumiejąc przez to przenoszenie urzędów centralnych z Warszawy i urzędów wojewódzkich ze stolic województw do mniejszych miast. Taka polityka byłaby błędem, co pokazujemy odpowiadając na poniższe pytania.
Rafał Trzeciakowski – Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju
Czy policentryczna siatka miast z wieloma małymi i średnimi miastami bez dominujących dużych jest korzystna?
Nie, w rzeczywistości ten wybór brzmi: czy lepiej mieć wiele małych miast o niskich zarobkach, czy kilka dużych miast o wysokich zarobkach? Aby zrozumieć dlaczego, trzeba sobie uświadomić, że (1) miasta są przede wszystkim rynkami pracy, a (2) im większy rynek pracy, tym wyższa produktywność i w efekcie zarobki.
infrastrukturalne (np. porty, lotniska), (2) głębokie rynki pracy pozwalają szybciej i lepiej dopasowywać pracowników do miejsc pracy, (3) rozprzestrzenianie innowacji jest szybsze dzięki przepływom pracowników między firmami i łatwiejszej współpracy w badaniach i rozwoju.
Miasta są przede wszystkim rynkami pracy.
W uproszczeniu, z perspektywy pracownika wielkość takiego rynku pracy określa liczba miejsc pracy, które są dla niego dostępne w promieniu godziny drogi od domu, ponieważ ludzie rzadko są skłonni dojeżdżać do pracy dłużej niż godzinę. Coraz lepsza technologia transportowa pozwala w ramach miast na tworzenie coraz większych rynków pracy.
Im większy rynek pracy, tym wyższą produktywnością pracy charakteryzują się zlokalizowane w nim firmy, a w efekcie ich pracownicy tym więcej zarabiają. Firmy w miastach są bardziej produktywne dzięki efektom aglomeracyjnym: (1) duże zagęszczenie aktywności gospodarczej pozwala współdzielić poddostawców (np. zamawiać zewnętrznie usługi księgowe, informatyczne) i duże obiekty infrastrukturalne (np. porty, lotniska), (2) głębokie rynki pracy pozwalają szybciej i lepiej dopasowywać pracowników do miejsc pracy, (3) rozprzestrzenianie innowacji jest szybsze dzięki przepływom pracowników między firmami i łatwiejszej współpracy w badaniach i rozwoju.
Dochód na mieszkańca rośnie z gęstością zaludnienia, 2005 Logarytm PKB per capita PPP vs. logarytm gęstości populacji
Log of population density (2005) EBRD regions • East and south-east Asia – United States of America ■ Western Europę —Linear fit, fuli sample Źródło: EBOiR (2019)
Czy wzrost dużych miast i wyludnianie się peryferii to przypadek Polski?
Nie, przynajmniej od czasu Rewolucji Przemysłowej na całym świecie rośnie populacja miast. Ten proces w ostatnim czasie wydaje się przyspieszać ze względu na zmiany technologiczne i gospodarcze pozytywne dla największych metropolii, przy jednoczesnym starzeniu społeczeństw.
Wzrost populacji jest skoncentrowany w największych obszarach metropolitarnych
Czerwone słupki oznaczają wzrost, a szare spadek populacji, 1990-2015
Źródło: EBOiR (2019)
Podobne zjawisko ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii, Japonii, czy w Niemczech. Jeżeli największe miasta szybko rosną, a społeczeństwa się starzeją, to regiony peryferyjne tracą mieszkańców.
Jak bardzo zurbanizowanym krajem jest Polska?
Relatywnie mało na tle krajów rozwiniętych. Jedynie 56% Polaków mieszka w miastach wobec 74% Niemców i Amerykanów. Jednocześnie mamy nadreprezentację miast najmniejszych, w których mieszka aż 11% populacji Polski, podczas gdy tylko 2% ludności Niemiec i USA. To oznacza, że duża część populacji Polski ma ograniczony dostęp do najlepiej płatnych miejsc pracy, wysokiej jakości usług publicznych i wielu ułatwień decydujących o wysokiej jakości życia w dużych miastach.
Czy Warszawa „wysysa” populację z reszty Polski?
Tylko w niewielkim stopniu. Na tle Polski Warszawa jest najszybciej rosnącą metropolią, jednak w UE zdecydowana większość stolic rośnie jeszcze szybciej, także za sprawą migracji z mniejszych miejscowości z Polski. Od momentu wstąpienia Polski do UE z kraju wyemigrowało 2 mln – EBOiR (2019) rozpoczyna nawet rozdział o geografii ekonomicznej przykładem osoby wyjeżdżającej z małej miejscowości w Polsce do ponad 10 milionowego Londynu. Niestety, brak wystarczająco szczegółowych danych o migracjach, aby pokazać skalę zjawiska na twardych danych. Jednak niewątpliwie duże europejskie miasta konkurują z polskimi metropoliami o imigrantów z mniejszych miejscowości w Polsce. Osłabienie polskich metropolii może zwiększyć emigrację.
Zmiana populacji stolic Unii Europejskiej w latach 2000-2014
Czy deglomeracja wzmocni samorządy?
Nie, lokalizacja urzędów centralnych nie ma związku z samorządami. Decyzje pozostaną scentralizowane, dyskusja dotyczy jedynie zmiany lokalizacji urzędów centralnych, a nie przeniesienia ich kompetencji do samorządów. Niestety, obecnie samorządy w Polsce są relatywnie słabe, więc większa decentralizacja byłaby pożądana.
Decentralizację można mierzyć np. stopniem, w jakim władze lokalne finansują się podatkami, nad których stawkami lub zwolnieniami mają przynajmniej częściową kontrolę, zamiast być zdanymi na transfery od rządu centralnego. Badania ze świata pokazują, że w im większym stopniu władze lokalne finansują się transferami od rządu centralnego, tym wyższe są ich wydatki, niższa produktywność i wyższe zadłużenie. Również w Polsce większa decentralizacja fiskalna poprawiłaby wydatkowanie środków publicznych.
Czy lokalizacja urzędów w mniejszych miejscowościach zatrzyma proces ich wyludniania się na rzecz dużych miast?
Nie, na całym świecie najszybciej rośnie populacja największych miast. Podobnie jest w Niemczech, pomimo rozlokowania wielu urzędów w mniejszych miejscowościach.
Ze względu na uwarunkowania historyczne wiele urzędów i przemysłów w Niemczech pozostaje zlokalizowanych poza największym miastem, a w przypadku urzędów nawet w mniejszych miejscowościach. Pomimo tego w Niemczech trwa proces wyludniania się miast (liczonych z obszarem dojazdów do pracy) poniżej 400 tys. mieszkańców i wzrostu miast powyżej tej granicy, przy czym najszybciej rosną największe miasta powyżej 1 mln mieszkańców.
Czy przeniesienie urzędów z Warszawy i stolic województw do mniejszych miast przyniesie oszczędności?
Raczej nie. Przenoszenie urzędów generuje znaczne koszty rekrutacji nowych pracowników i zakłóceń pracy. Stałym kosztem są podróże służbowe pomiędzy rozproszonymi urzędami. Źródłem oszczędności mogą być niższe koszty powierzchni biurowych, ale pod warunkiem sprzedaży lub wynajmu wcześniej zajmowanych budynków.
Pracownicy bardzo rzadko są skłonni przeprowadzić się do mniejszego miasta bez znacznej poprawy warunków finansowych zatrudnienia, szczególnie jeżeli małżonek musiałby szukać nowej pracy, a dzieci zmieniać szkołę. Do tego dochodzi znaczne pogorszenie oferty kulturalnej i rozrywkowej. W przypadku przenoszenia urzędów jedyna poprawa finansowa wynika z niższych kosztów życia. Dlatego trudno się dziwić, że Szwecji w wyniku przeniesienia ze Sztokholmu urzędu konsumentów do Karlstad i instytutu zdrowia publicznego do Ostersund aż 99% urzędników zwolniło się z pracy. Pomimo oszczędności na kosztach powierzchni biurowej, powstałe koszty rekrutacji nowych pracowników i zakłócenia pracy urzędów nie zwrócą się nawet w horyzoncie 20 lat. W Wielkiej Brytanii przy przeniesieniu urzędu statystycznego z Londynu do Newport 90% urzędników zwolniło się z pracy, co przyczyniło się do spadku jakości tworzonej statystyki publicznej.
Atrakcyjność płac w administracji w mniejszych miejscowościach nie wystarczy, jeżeli brak lokalnie pracowników o odpowiednich umiejętnościach. W Szwecji koszty rekrutacji były wysokie, bo na miejscu brakowało odpowiednich kandydatów, więc rekrutacja trwała długo, podczas gdy trzeba było ciągle utrzymywać dotychczasowych pracowników, aby mogli szkolić nowych. Urzędy centralne tworzą krajową politykę publiczną i z tego powodu wymagają utrzymywania kontaktów, co może generować koszty podróży. Głośny przykład to ciągłe podróże urzędników pomiędzy Komisją Europejską w Brukseli i Parlamentem Europejskim w Strasburgu, gdyby przenieść PE do Brukseli oszczędności sięgnęłyby 114 mln euro rocznie (6% jego budżetu), z czego z samych podróży 34 mln euro rocznie (2%
budżetu). Polska Agencja Kosmiczna, którą od początku zlokalizowano w Gdańsku, uniknęła podobnych kosztów tworząc 65% etatów w „oddziale” w Warszawie, gdzie również pracował jej prezes. To umożliwiło jej łatwiejsze utrzymywanie kontaktów z parlamentem i rządem.
Czy dzięki rewolucji informacyjnej lokalizacja urzędów nie ma już znaczenia?
Tak i nie. Z jednej strony obywatele mogą coraz więcej czynności urzędowych dokonywać przez Internet, więc lokalizacja urzędów w najlepiej skomunikowanych i centralnie położonych miastach traci na znaczeniu. Z drugiej strony bezpośredni kontakt urzędników tworzących politykę publiczną rządu centralnego czy województwa pozostaje kluczowy, a może nawet staje się coraz ważniejszy, co przemawia za pozostawieniem ich w jednym miejscu. Do niedawna powszechnie myślano, że dzięki rewolucji informacyjnej geografia stanie się nieistotna. Technologia informacyjna miała sprawić, że wysoko-płatne miejsca pracy miały odpłynąć z Doliny Krzemowej i innych swoich skupisk o bardzo wysokich cenach nieruchomości do tańszych regionów w Stanach Zjednoczonych
i na świecie. Tak się jednak nie stało. Okazało się, że duże miasta tworzą ekosystemy przepływu wiedzy, które sprawiają, że nowoczesne usługi są znacznie trudniejsze do lokalizacji poza metropoliami niż dawny przemysł. Bank Światowy (2009) podkreśla, że ekosystem największych miast stwarza współcześnie największe korzyści nie tylko dla usług rynkowych, ale również rządu i edukacji.
Czy przeniesienie urzędów centralnych do mniejszych miast to problem jedynie dla Warszawy?
Nie, deglomeracja ma też dotyczyć miast wojewódzkich. Jednak nawet ograniczenie jej do Warszawy byłoby problemem dla wszystkich. Ewentualne spowolnienie migracji do dużych miast oraz prawdopodobne koszty przeniesienia i funkcjonowania rozproszonych urzędów obciążyłyby wszystkich mieszkańców Polski. Rozproszenie urzędów z dużym prawdopodobieństwem pogłębiłoby problem silosowości administracji publicznej, co mogłoby pogorszyć jakość tworzonych polityk publicznych.
Deglomeracja nie odwróci ani nie zatrzyma migracji do dużych miast, ale nie można wykluczyć jej (niewielkiego) spowolnienia. Praca w dużych miastach jest bardziej produktywna, więc migracje do dużych miast poprawiają tempo wzrostu gospodarczego Polski – ewentualne spowolnienie migracji musiałoby oznaczać również spowolnienie wzrostu gospodarczego.
Prawdopodobne koszty rozproszenia urzędów musiałyby być pokryte przez wszystkich podatników – więcej na ten temat w pytaniu: „Czy przeniesienie urzędów z Warszawy i stolic województw do mniejszych miast przyniesie oszczędności?”.
Jak Polska powinna radzić sobie z wyludnianiem się mniejszych miejscowości?
W warunkach spadającej populacji Polski i rosnącej atrakcyjności największych miast we współczesnej gospodarce, wyludnianie się regionów peryferyjnych jest nieuniknione. Wyzwania stojące przed Polską to: (1) zapewnienie dostępności największych miast dla młodych z peryferiii (2) skuteczne dostarczanie usług publicznych osobom starszym w wyludniających się małych miejscowościach.
(1) Wraz z rozwojem gospodarczym rośnie znaczenie największych miast, których skala i innowacyjność umożliwiają tworzenie wysokopłatnych miejsc pracy. Oznacza to, że dostępność mieszkań w największych miastach jest kluczowa dla mobilności społecznej. Polityka publiczna powinna się koncentrować na reformie planowania przestrzennego, prawa budowlanego i innych przepisów wykorzystania ziemi, aby umożliwić szybsze powstawanie mieszkań dla nowych mieszkańców. Jednocześnie konieczna jest rozbudowa sieci transportowej tak, aby codzienny dojazd do atrakcyjnej pracy w centrach największych miast był możliwy z jak największego obszaru.
(2) Polacy są jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw w Europie. Wraz z postępowaniem tego procesu wiele miejscowości będzie się stopniowo wyludniać, a wraz z wyjazdami młodych z czasem większość ich populacji osiągnie wiek poprodukcyjny. Ten proces możemy wyraźnie obserwować już dzisiaj w Japonii, gdzie poważne problemy sprawia dostarczanie usług publicznych osobom starszych w wyludniających się miejscowościach.
Polska dzisiaj ma jedną z najlepszych relacji osób w wieku poprodukcyjnym do osób w wieku produkcyjnym w UE, ale w 2060 roku będzie miała jedną z najgorszych
Populacja 65+ podzielona na populację 15-64
Źródło: Opracowanie własne FOR na podstawie Eurostatu
Bibliografia
• Bank Światowy (2009), World Development Report 2009: Reshaping Economic Geography
• Becker, S., Heblich, S., Sturm, D. (2018), The Impact of Public Employment: Evidence from Bonn, Working paper
• Bertaud, A. (2018), Order without Design. How Markets Shape Cities, MIT Press
• Bukowska, G., Siwińska-Gorzelak, J. (2019), Can Higher Tax Autonomy Enhance Local Fiscal Discipline? Evidence from Tax
Decentralization in Poland, Publius: The Journal of Federalism 49(2):299—324
• EBOiR (2019), Transition Report 2018-19: Work in transition
• Europejski Trybunał Obrachunkowy (2014), Analiza możliwych oszczędności w budżecie UE wynikających ze scentralizowania działalności
Parlamentu Europejskiego
• Financial Times (2015), ONS still counting cost of leaving London for Newport
• Ganong, P., Shoag, D.W. (2017), Why Has Regional Income Convergence in the U.S. Declined?, Journal of Urban Economics 102:76-90
• Gazeta Wyborcza (2018), „Kosmiczny bałagan” w Polskiej Agencji Kosmicznej. Prezesa zastępuje… żołnierz, Sandecki, M.
• Hakansson, J., Isacsson, G. (2019), The spatial extent of agglomeration economies across the wage earnings distribution, Journal of
Regional Science 59:281-301
• Moretti, E. (2012), The new geography of jobs, Houghton Mifflin Harcourt
• NIK (2017), Informacja o wynikach kontroli wykonania w 2016 r. planu finansowego Polskiej Agencji Kosmicznej
• Redding, S.J., Sturm, D.M., Wolf, N. (2011), History and Industry Location: Evidence from German Airports, Review of Economics and
Statistics 93(3):814-831
• Sejm RP (2018), Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o Polskiej Agencji Kosmicznej oraz ustawy o działach administracji rządowej,
druk nr 3086
• Sorens, J. (2016), Vertical Fiscal Gaps and Economic Performance: A Theoretical Review and an Empirical Meta-Analysis, Mercatus
Working Paper
• Swedish Agency for Public Management (2016), Government agencies’ localisation. Overall documentation, 2016:8
• Swedish National Audit Office (2009), Relocation of government agencies. Summary, RiR 2009:30
• The Economst (2019a), In Spain’s election, the emptying countryside matters
• The Economst (2019b), Rural areas bear the burden of Japan’s ageing, shrinking population
• The Guardian (2016), UK policymaking 'jeopardised by rubbish official statistics’
• Trzeciakowski, R. (2019a), Analiza 2/2019: Deglomeracja – kosztowna redystrybucja prestiżu, Forum Obywatelskiego Rozwoju
• Trzeciakowski, R. (2019b), Analiza 3/2019: Mit niemieckiej deglomeracji, Forum Obywatelskiego Rozwoju
W ubiegłym roku polskie spółki po raz pierwszy musiały przygotować raporty niefinansowe. Obowiązek ten dotyczył ok. 160 podmiotów (dla wielu była to pierwsza okazja do sporządzenia raportu niefinansowego). Niestety gros z nich nie poradziło sobie najlepiej.
„Oczywiście były przykłady dobrych raportów, solidnie przygotowanych, ale zdecydowana większość [spółek] albo podeszła do tematu bardzo zdawkowo, albo wprost popełniła błędy niezgodności – w mojej opinii – z Ustawą o rachunkowości […]. Ponad 40 spółek spośród tych 160 do swoich raportów nie wybrała żadnego uznanego, polskiego czy międzynarodowego, standardu raportowania” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Piotr Biernacki, wiceprezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.
W przyszłości sporządzanie raportów niefinansowych może być dla spółek jeszcze większym wyzwaniem. Między innymi w związku z nowymi wytycznymi Komisji Europejskiej w zakresie raportowania kwestii dotyczących klimatu. Wytyczne te zalecają bardziej szczegółowe informowanie w raportach np. o tym, w jaki sposób spółka uwzględnia w swojej działalności ryzyko klimatyczne, jak wpływa na zmiany klimatu czy jak zmiany klimatu wpływają na spółkę. Sporą trudnością będzie raportowanie emisji gazów cieplarnianych we wszystkich trzech zakresach (emisje bezpośrednie, pośrednie i wytwarzane w całym łańcuchu dostaw spółki).
To jednak niejedyna zmiana – w Brukseli powstanie nowy projekt dyrektywy o raportowaniu niefinansowym. Przede wszystkim będzie on zakładał zwiększenie liczby podmiotów mających obowiązek przygotowywania raportów. Obecnie dotyczy on spółek zatrudniających powyżej 500 pracowników. Próg ten zostanie obniżony, może do 250, a nawet mniejszej liczby osób. Po drugie w miejscu, gdzie dyrektywa mówi o wytycznych Komisji Europejskiej, wykreślone zostanie słowo „niewiążące”. Co za tym idzie – raporty sporządzane przez spółki będą musiały być z tymi wytycznymi zgodne.
Rozliczenie usług budowlanych budzi wiele kontrowersji i sporów pomiędzy organami podatkowymi a podatnikami. W szczególności wiele wątpliwości powstaje w zakresie momentu wykonania usług budowlanych, który wpływa na obowiązek podatkowy. W chwili obecnej, gdy Naczelny Sąd Administracyjny wypracował już praktykę i określone podejście do tematu, oliwy do ognia dolał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyrokiem z 2 maja 2019 r. (w polskiej sprawie C-224/18). Dyskusja znów się ożywia, co pozwala twierdzić, że niebawem możemy spodziewać się zmiany praktyki rynkowej.
Dlaczego wykonanie usługi jest ważne?
W ustawie o VAT wskazano, że dla usług budowlanych obowiązek podatkowy może powstawać na dwa sposoby, tj. w zależności od statusu usługobiorcy. Jeżeli usługa budowlana została wykonana na rzecz osoby fizycznej nieprowadzącej działalności gospodarczej (niepodatnika VAT), wówczas obowiązek podatkowy powstaje na zasadach ogólnych, tj. z chwilą wykonania usługi budowlanej.
W drugim przypadku tj. świadczenia przez podatnika VAT usług budowlanych i budowlano-montażowych na rzecz innego podatnika podatku VAT, obowiązek podatkowy powstaje zasadniczo z chwilą wystawienia faktury. Faktura musi zostać wystawiona:
nie wcześniej niż 30 dnia przed wykonaniem usługi lub
nie później niż 30 dnia od dnia wykonania usługi (art. 106i ust. 3 pkt 1 ustawy o VAT).
Jeżeli jednak podatnik nie wystawi faktury lub zrobi to z opóźnieniem, to obowiązek podatkowy powstanie z chwilą upływu terminu wystawienia faktury, czyli w przypadku usług budowlanych 30. dnia od dnia wykonania usług.
Podsumowując, ustalenie daty wykonania usługi budowlanej lub budowlano-montażowej jest kluczowe dla wyznaczenia daty obowiązku podatkowego bezpośrednio (w przypadku świadczenia dla niepodatników) oraz pośrednio (w przypadku podatników).
Data faktycznego wykonania usług
Z praktyki biznesowej w zakresie usług budowlanych wynika, że co do zasady usługobiorca potwierdza wykonanie prac poprzez podpisanie protokołu odbioru. Przez wiele lat przyjmowano, że usługi te są wykonane z chwilą podpisania takiego protokołu. Kamieniem milowym zmieniającym powyższą praktykę był wyrok NSA z 18 kwietnia 2013 r. (I FSK 943/12), w którym sąd stwierdził m.in., że „administracyjne prawo budowlane nie wskazuje wprost, jaką datę uznać należy za dzień wykonania usługi. Zważyć również należy, że brak protokołu zdawczo-odbiorczego w chwili wykonania usługi budowlanej nie świadczy o tym, że nie doszło (w ogóle lub w konkretnej dacie) do wykonania czynności”.
Od czasu tego wyroku organy i sądy zaczęły konsekwentnie przyjmować, że data wykonania usługi to data faktycznego zakończenia czynności – przykładowo wyrok NSA z 21 września 2017 r. (sygn. I FSK 1984/15). Ponadto sądy podkreślały, że co prawda protokół może i potwierdza wykonanie usług, jednak data jego wystawienia przez odbiorcę nie przesądza o terminie i zakresie dokonania usług – wyrok NSA z 6 lipca 2017 r. (sygn. I FSK 2148/15).
Podejście organów było rozszerzane także na inne rodzaje usług. Przykładowo w wyroku z 11 października 2017 r. (sygn. I FSK 2091/15) NSA wskazał, że moment powstania obowiązku podatkowego dla usług informatycznych oddawanych etapami nie zależy od podpisania protokołu odbioru prac.
Przełomowy Wyrok TSUE
TSUE w wyroku z 2 maja 2019 r. (w polskiej sprawie C-224/18) uznał, że co do zasady usługa budowlana powinna być uznana za wykonaną w momencie podpisania protokołu. TSUE wskazał, że usługa może zostać uznana za wykonaną dopiero po spełnieniu wszystkich warunków jej kompletności. Spełnienie tych warunków następuje wraz z przyjęciem protokołu, gdy treść umowy przewiduje prawo zamawiającego do zweryfikowania prac, zanim zostaną zaakceptowane oraz obowiązek usługodawcy polegający na wprowadzeniu koniecznych zmian, aby rezultat rzeczywiście odpowiadał temu, co zostało uzgodnione. Dodatkowo TSUE odwołał się do potwierdzającego waloru protokołu, wskazując, że na jego podstawie kalkulowane jest także finalne wynagrodzenie za usługi.
Umowy dotyczące wykonania robót budowlanych mogą być różnie skonstruowane (obserwuje się konstrukcję jednorazowej płatności po zakończeniu robót, częściową płatność po zakończeniu etapów robót, częściowe płatności bez zakończenia etapów). Treść umowy – zgodnie z cytowanym wyrokiem – ma tutaj istotne znaczenie.
Z jednej strony wyrok ten może oznaczać odwrócenie dotychczasowej praktyki w zakresie określania momentu opodatkowania usług budowlanych, z drugiej należy wziąć pod uwagę, że w obrocie nadal funkcjonuje interpretacja ogólna Ministra Finansów z 1 kwietnia 2016 r., zgodnie z którą decydujące jest zgłoszenie robót do odbioru nabywcy, a wielu podatników ma swoje interpretacje indywidualne.
Co zrobić?
W chwili obecnej podatnicy powinni zinwentaryzować i przeanalizować obszary działalności, na jakie wpływ może mieć orzeczenie TSUE. Warto przeanalizować także wpływ wyroku na przeszłe rozliczenia transakcji budowlanych, tj. w przypadku, gdy nie ma jeszcze umowy albo umowa już jest, ale usługi nie zostały wykonane. Do rozważenia pozostaje również wpływ tego wyroku na inne niż budowlane usługi potwierdzane protokołem odbioru.
Ponadto konsekwencją wyroku TSUE może być także możliwość wznowienia zakończonych postępowań podatkowych – tu mamy jednak ograniczony czas i podatnicy powinni działać szybko tj. w ciągu miesiąca od publikacji sentencji orzeczenia TSUE w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Niedawno warszawski sąd unieważnił umowę kredytową, która odsyłała do stawki referencyjnej LIBOR publikowanej przez BBA. Stało się tak, bo tego wskaźnika nie ma już od kilku lat. Zdaniem ekspertów, to namiastka problemów, jakie mogą dotyczyć wielu kredytobiorców w Polsce. Za niespełna 2,5 roku ma bowiem zniknąć LIBOR. Banki zapewne będą dążyć do zawarcia aneksów do umów, niekoniecznie korzystnych dla kredytobiorców. Jednak na to rozwiązanie, a także na ugodę czy zmianę regulaminu musi wyrazić zgodę sam klient. Bardzo realna wydaje się również interwencja ustawodawcy, który odgórnie ustali nowe zasady. Ale zastąpienie ww. wskaźnika wcale nie musi być takie proste i oczywiste.
Sygnał ostrzegawczy
Do końca 2021 roku ma całkowicie zniknąć LIBOR, co oznacza ważne zmiany dla posiadaczy kredytów hipotecznych. Problemy, jakie mogą wówczas wystąpić, uwidocznił ostatnio wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie (XXV C 2879/18), który unieważnił umowę kredytową. Zawarto w niej m.in. zapisy o stawce LIBOR, publikowanej przez British Bankers’ Association (BBA). A jej już przecież nie ma.
– Brak stawki referencyjnej LIBOR, ogłaszanej przez BBA, oznacza niemożliwość wykonania umowy. Stan ten trwa od roku 2014. Zgodnie z art. 475 k.c. umowa odsyłająca do wskaźnika, który przestał być publikowany, wygasa z dniem zaprzestania publikacji. Strony umowy powinny sobie zwrócić to, co otrzymały i nie zostało jeszcze rozliczone – podkreśla radca prawny Mariusz Korpalski z Kancelarii Prawnej Komarnicka Korpalski, pełnomocnik kredytobiorcy ww. sprawie.
W ocenie mecenasa Jakuba Bartosiaka z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office, umowa może być wykonywana bez LIBOR-u. Standardowo jest to jeden ze składników do obliczania oprocentowania. Gdy go nie ma, pozostaje marża banku. Jednak jak zauważa ekspert, obecnie jest to niekorzystne rozwiązanie dla kredytobiorców, ponieważ od kilku lat mamy ujemny LIBOR. Jeżeli sytuacja się zmieni i wskaźnik będzie wysoki, to dopiero wtedy warto powoływać się na tę okoliczność. Podobnie jeśli utrzyma się linia orzecznicza, zgodnie z którą brak LIBOR-u skutkuje nieważnością umowy.
– Według mojej wiedzy, część banków w Polsce do tej pory stosuje zapisy dot. BBA. Trudno ocenić, czy ta praktyka jest wyłącznie skutkiem karygodnego zaniedbania. Nasza kancelaria skierowała do UOKiK skargę o podejrzeniu naruszenia zbiorowych interesów konsumentów. W moim przekonaniu, klienci z takimi wadliwymi umowami od początku 2014 roku płacą raty odsetkowe bezpodstawnie. W podobnej sytuacji znajdą się wkrótce wszystkie banki w związku z likwidacją LIBOR-u – komentuje radca prawny Radosław Górski.
Za zgodą klienta
Wartość portfela kredytów frankowych wciąż pozostaje bardzo duża. Nie należy więc lekceważyć skali zagrożenia dla rynku, co stwierdza Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors. Jak wskazuje ekspert, już mówi się o powołaniu grupy roboczej, która za kilka miesięcy rozpocznie prace nad zmianami. Jeśli nic nie zostanie zrobione odgórnie, to trzeba będzie zmienić treść umów kredytowych . W nich mogłyby się np. pojawić zapisy, że LIBOR jest zmieniany na SARON, który teraz jest wprowadzany w Szwajcarii.
– Ugoda, aneks i zmiana regulaminu wymagają zgody klienta, a ich treść zależy od inwencji banku. Generalnie nie widzę przeszkód, aby klient takie porozumienie z bankiem rozważył i podpisał, żeby utrzymać umowę w mocy. Zakładam, że przy tej okazji bank usunie z niej oczywiście bezprawne odesłania do własnej tabeli kursowej, a także skutki jej stosowania od momentu wypłaty kredytu – mówi radca prawny Mariusz Korpalski.
Z kolei Marek Rzewuski, ze Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu, spodziewa się, że banki będą próbowały „przemycać” w aneksach zapisy niekorzystne dla konsumentów. To mogą być np. zapisy zakazujące dochodzenia swoich praw w sądach. Zdaniem wiceprezesa SBB, prawdopodobnie wielu kredytobiorców poczuje się zastraszonych wizją konieczności „natychmiastowej spłaty kredytu” i podpisze taki niekorzystny dla siebie aneks. Tymczasem z większości umów wynika, że gdy stawka LIBOR jest niepublikowana, to wynosi zero. Istnieje także pogląd, że należy uwzględnić ostatnią publikowaną stawkę LIBOR, gdyż nie uległa ona zmianie. Te interpretacje są korzystniejsze niż bezrefleksyjne podpisanie zaproponowanego aneksu.
– Gdy mamy ujemne stopy procentowe w Szwajcarii, to patrząc krótkoterminowo klientom opłacałoby się zawrzeć aneks zamieniający LIBOR na SARON. Bez tego, gdy LIBOR zniknie oprocentowanie kredytu nagle stałoby się wyższe niż obecnie, bo marża nie byłaby pomniejszana o ujemny LIBOR. Jednak w dłuższej perspektywie można podejrzewać, że stopy procentowe wiecznie nie będą na negatywnym poziomie. Klienci, którzy wzięliby to pod uwagę, pewnie nie zgodziliby się na aneks, co oznacza ryzyko sporych strat dla banków. Dlatego konieczne wydaje się wprowadzenie rozwiązania ustawowego – analizuje Jarosław Sadowski.
Czas dla ustawodawcy
Zdaniem radcy prawnego Radosława Górskiego, możliwe są różne scenariusze, tj. ugody, aneksy i zmiany regulaminu. Realna jest też interwencja ustawodawcy. Ekspert jest przekonany o tym, że dojdzie do nieskutecznych względem konsumentów prób narzucenia kredytobiorcom nowych warunków. Z kolei w ocenie mecenasa Jakuba Bartosiaka, wszystko zostanie uregulowane na poziomie ustawowym. Ustawodawca zlikwiduje LIBOR i jednocześnie ustali nowe zasady, takie same dla wszystkich.
– Co do ingerencji ustawodawcy, to przede wszystkim trzeba mieć na uwadze treść unijnego rozporządzenia BMR, które przewiduje przepisy przejściowe oraz terminy końcowe obowiązywania dotychczasowych stawek. Przepisy te podlegają obecnie procedurze nowelizacji. To, czy LIBOR zniknie z horyzontu prawnego, zależy od wielu niewiadomych – informuje radca prawny Korpalski.
Do tej pory banki wielokrotnie argumentowały, że umów wykonywanych nie można zmienić ustawą. Jednak w tym przypadku zapewne będą próbowały naginać prawo dla realizacji swoich celów i zysków, co prognozuje Marek Rzewuski. Według niego, jeżeli sejm zamierza ustawowo usuwać nieprawidłowości z umów, to powinien przede wszystkim uwzględnić dyrektywę unijną 93/13. To pozwoli usunąć nie tyle braki związane z upadkiem stawki LIBOR, ale przede wszystkim wykreślić niezgodne z prawem zapisy abuzywne.
– Trudno dziś stwierdzić, czy i jak będzie można zastąpić LIBOR. Wymieniany przy tej okazji SARON jest inną stawką, a do tego jednodniową. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ustawodawca w prosty sposób wpisał, że w umowach odsyłających do LIBOR 3M zastosowanie znajdzie SARON 1D. To mógłby też napisać, że w umowach dotyczących Hondy Accord wpisujemy Skoda Octavia i to nie problem. Ale przecież gdzieś są granice autonomii woli stron umowy, których ustawodawca nie może przekraczać – zaznacza ekspert z Kancelarii Prawnej Komarnicka Korpalski.
Jak przekonuje wiceprezes Rzewuski, umowa nie może być zmieniana bez zgody konsumenta i z naruszeniem jego praw, których ramy wyznacza wspomniana wyżej unijna dyrektywa. Natomiast radca prawny Radosław Górski podkreśla, że jeżeli strony nie dojdą do porozumienia, a ustawodawca nie rozwiąże problemu w drodze ustawy, to prawdopodobnym skutkiem będzie wygaśnięcie tych umów.
– Zanim zmiany wejdą w życie, nie warto opierać pozwu wyłącznie na kwestii LIBOR-u. Jeżeli będzie to jedyny argument, to ryzykujemy, że sąd, nie mając przepisów ustawowych czy unijnych, będzie musiał samodzielnie rozstrzygnąć, co się dzieje teraz z umową. Ostatnie orzeczenie Sądu Okręgowego jest korzystne dla kredytobiorców, ale trzeba podkreślić, że jeszcze nieprawomocne. Trudno przewidzieć ostateczne rozstrzygnięcie. Po interwencji ustawodawcy i wprowadzeniu odpowiednich zapisów, sytuacja powinna być bardziej przejrzysta – podsumowuje ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.
Mimo słabości w pierwszej części dnia, dolar amerykański był w stanie zakończyć czwartek na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro i nieznacznie umocnić się w parze z polskim złotym. Walutę wspierały m.in. dobre dane makroekonomiczne opublikowane w drugiej części dnia.
Zacznijmy od rynku pracy: wczorajszy, cotygodniowy odczyt nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA pokazał dość istotny spadek w relacji do odczytu z poprzedniego tygodnia (209 tys. wobec zrewidowanego w górę poziomu 222 tys.). Wyraźna redukcja liczby wniosków nie była oczekiwana przez konsensus.
Odczyt za ostatni tydzień był najlepszy od trzech miesięcy, kiedy to zanotowano spadek wskaźnika do najniższego poziomu od niemal pięciu dekad. Cotygodniowe dane są dość zmienne, jednak zarówno ich średnia z ostatnich czterech tygodni, jak i pozostałe dane z rynku pracy (chociażby ostatni raport NFP) wskazują na utrzymującą się, dobrą sytuację amerykańskiego rynku pracy. Wygląda na to, że amerykańscy pracodawcy cały czas mają opory przed zwalnianiem pracowników.
Drugą, jeszcze istotniejszą publikacją z wczoraj były dane o inflacji, które pokazały nieoczekiwany wzrost bazowej inflacji CPI do poziomu 2,1% w ujęciu rocznym, wobec poziomu 2% notowanego miesiąc wcześniej. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to jak istotna zmiana, jednak jeśli spojrzymy na dynamikę w ujęciu miesięcznym, widać wyraźne podbicie – w relacji do poprzedniego miesiąca w maju bazowe ceny rosły o 0,3%. Ostatnim razem tak duży wzrost wskaźnika notowaliśmy w styczniu 2018 r.
Sama inflacja CPI z kolei rosła w czerwcu o 1,6% i 0,1% odpowiednio w ujęciu rocznym i miesięcznym, notując nieco wyższy od oczekiwanego wzrost miesiąc do miesiąca.
Ostatnie dane z amerykańskiego rynku pracy (szczególnie piątkowy raport NFP), w połączeniu z danymi sugerującymi utrzymywanie się względnie wysokiego poziomu inflacji bazowej są argumentami przeciwko agresywnemu luzowaniu polityki monetarnej ze strony Rezerwy Federalnej. W obecnej sytuacji skłaniamy się raczej ku temu, że FOMC podczas spotkania w lipcu zdecyduje się na obniżkę stóp procentowych „jedynie” o 25 punktów bazowych, a nie 50, jak spodziewa się część rynku.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,26-4,27. Para EUR/USD zakończyła dzień na niemal niezmienionym poziomie. Dzisiejsze dane o produkcji przemysłowej w strefie euro zaskoczyły na plus. Wprawdzie w ujęciu rocznym wspomniana produkcja spadła o 0,5%, pozostając ujemna przez siedem ostatnich miesięcy pomiarów, tak jednak miesięczny wzrost okazał się wyraźnie wyższy od oczekiwań. W przeciwieństwie do odczytów z poprzednich trzech miesięcy, majowa dynamika w ujęciu miesięcznym była dodatnia. W kontekście ostatnich problemów sektora, osiągnięcie miesięcznej dynamiki rzędu 0,9% może budzić optymizm. Dane jednak nie pomogły głównej parze – kurs EUR/USD po publikacji kontynuował wyprzedaż z ostatnich kilku godzin.
GBP
Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,74-4,76. Mimo, iż nie poznaliśmy przełomowych informacji ws. Brexitu, ani istotnych danych makroekonomicznych, brytyjska waluta doświadczyła wczoraj lekkiej aprecjacji, tak w relacji do złotego, jak i do głównych walut.
USD
Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. W przeciwieństwie do sytuacji z wczoraj, piątek nie przyniesie zbyt wielu istotnych danych z USA. Poznamy jedynie odczyt dynamiki cen producentów w USA w czerwcu.
Rynki światowe są pod dużą presją tego co zrobi FED. Wczorajsza reakcja EBC uspokoiła ostatnio zyskujące na wartości euro. Na pytanie jak zareaguje bank na działania Amerykanów, wciąż nie ma jasnej odpowiedzi.
Co zrobi EBC?
Presja na obniżkę stóp procentowych w USA przy bierności Europy będzie mieć jedną konsekwencję. Będzie to umocnienie się euro względem dolara. Rezultatem tego ruchu będzie zatem to, czego boją się europejscy politycy – silna waluta i problemy z eksportem. Wczorajsze zapisy z konferencji pokazują, że zarząd EBC jest świadomy problemu i gotowy do działań. Z drugiej strony nie wiadomo jakich. Na horyzoncie widać dwie możliwości, albo kolejne QE, albo obniżka stóp procentowych. QE to program skupu aktywów z rynku, który spowoduje pojawienie się większej ilości kapitału, przez upłynnienie niektórych aktywów przez EBC. Obniżka stóp procentowych będzie miała podobne konsekwencje na ilość pieniądza. Wydawać by się mogło, że patrząc na kondycję niektórych krajów południa kontynentu bardziej prawdopodobny jest program skupu, ale czas pokaże jaki kierunek zostanie przyjęty. Rynki podeszły do tych deklaracji dość spokojnie stabilizując kurs euro względem głównych walut.
Dobre dane z USA
Dolar jest w odwrocie z powodu nadchodzących, a przynajmniej wyraźnie spodziewanych przez rynek, obniżek stóp procentowych. Z drugiej strony tamtejszy rynek akcji ma się naprawdę dobrze. Główny indeks S&P wciąż próbuje wyraźnie przekroczyć próg 3000 punktów. Dobrze wypadły też dane z rynku pracy. Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych wypadły wyraźnie poniżej oczekiwań. Spowodowało to, że pomimo kolejnych ruchów na kontraktach terminowych na stopę procentową, potwierdzających obniżkę stóp, dolar był w miarę stabilny względem pozostałych walut.
EBC a kryptowaluty
Wypowiedź jednego z członków zarządu banku, Pana Benoit Coeure, spowodowała spore zamieszanie na rynku. Wskazał on na konieczność szybkiej regulacji kryptowalut w obliczu nadchodzącego produktu facebooka. Patrząc na skalę jaką osiągnęły kryptowaluty można się dziwić, że dopiero teraz. Taki ruch miałby jedną dodatkową zaletę. Wprowadziłby możliwość regulowania takich biznesów, co znacznie utrudniłoby takie sytuacje jak mająca obecnie miejsce w sprawie jednej z najpopularniejszych polskich giełd kryptowalutowych – bitmarket. Podmiot ten niespodziewanie w ostatnich dniach zakończył działalność nie rozliczając się z użytkownikami.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Ogólnopolski Kongres Zarządców Nieruchomości i Spółdzielni Mieszkaniowych to wyjątkowe wydarzenie, podczas którego zarządzanie nieruchomościami zostanie omówione od strony prawnej, technicznej i finansowej. To okazja, by zasięgnąć fachowych porad, poznać opinie ekspertów, aktualne przepisy i wziąć udział w indywidualnych konsultacjach ze specjalistami. Kongres to odpowiedź na dynamiczne zmiany prawne i organizacyjne.
Ogólnopolski kongres zarządców nieruchomości i spółdzielni mieszkaniowych – 21.09.2019-Hotel Novotel Warszawa Airport.
Dynamiczne zmiany prawne i organizacyjne stawiają przed zarządcami wspólnot i spółdzielni wielkie wyzwania. Nadchodzący kongres jest odpowiedzią na potrzebę dostosowania się do wprowadzanych przemian.
Przedstawiamy skrócony program kongresu:
Panel I
Prawne i finansowe aspekty zarządzania nieruchomościami
Prelekcja 1: Efektywne zarządzanie finansami spółdzielni: oparte na studiach przypadku porady, jak pozyskać środki zewnętrzne i zarządzać płynnością finansową
Prelekcja 2:RODO – raport na temat monitoringu wizyjnego (kogo i w jakich okolicznościach wolno nagrywać)
Prelekcja 3:Drogi i parkingi wewnętrzne: procedury i wymagana dokumentacja
Panel II
Techniczne aspekty zarządzania nieruchomościami
Prelekcja 1:Źródła zagrożeń i sposoby zapewnienia bezpieczeństwa budynku – jakie prace, przeglądy i kontrole należy wykonać przed zimą.
Prelekcja 2:Tarasy i balkony – powody powstawania problemów, jak zabezpieczyć wrażliwe części budynków przed zimą.
Prelekcja 3.Izolacja termiczna budynków: operacja, która zawsze się opłaca /prezentacja partnera wydarzenia/
Prelekcja 4:Oświetlenie LED: czy w każdym przypadku stawia zarządcę w lepszym świetle? /prezentacja partnera wydarzenia/
Prelekcja 5:Inteligentne domy: czy nowatorskie technologie coraz bardziej wyręczają zarządcę? /prezentacja partnera/
Punkt doradztwa prawnego i technicznego
Przez cały czas trwania kongresu do dyspozycji uczestników będą prawnik oraz inspektor nadzoru budowlanego udzielający porad i odpowiadający na pytania.
Prelekcje poprowadzą doświadczeni praktycy w takich dziedzinach, jak prawo, finanse, zarządzanie i budownictwo.
Wśród prelegentów m.in.:
Adwokat Andrzej Kulak – W praktyce zawodowej zajmuje się sprawami z zakresu prawa cywilnego oraz gospodarczego, ze szczególnym uwzględnieniem procesów budowlanych, prac projektowych i nieruchomości.
Katarzyna Mateja – Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego. Specjalizuje się w zakresach specjalności Inżynieria Miejska, Inżynieria Procesów Budowlanych oraz Technologia i Zarządzanie w Budownictwie.
Rafał Ostrowski – Główny księgowy spółdzielni mieszkaniowej zarządzającej zasobami własnymi i wspólnotami. Doradca podatkowy, od wielu lat czynnie zajmujący się zarządzaniem nieruchomościami.
Krzysztof Filipiak – Doświadczony inżynier budownictwa oraz inżynier nadzoru właścicielskiego.
Nasi eksperci będą do dyspozycji gości przez cały dzień – skorzystać będzie można
z porad prawnych i technicznych.
Justyna Klimuk Incentive & Recognition Product Portfolio Manager w Sodexo Benefits and Rewards Services Polska
Mechanizmy nagradzania w programach lojalnościowych B2B to jedna z kluczowych kwestii, którą należy rozstrzygnąć przed uruchomieniem projektu. Jak pokazują wyniki badania „Kompas lojalności w B2B. Oczekiwania uczestników a rzeczywistość” firmy w Polsce bazują na mechanizmach, które nie zawsze spotykają się z akceptacją uczestników takich programów.W jaki sposób nagradzać w B2B i co jest zupełnie poza obszarem zainteresowań detalistów i dystrybutorów?
Na podstawie wyników ogólnopolskiego badania „Kompas lojalności w B2B. Oczekiwania uczestników a rzeczywistość”, przeprowadzonego przez IRCenter na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Services, zdefiniowano pięć najczęściej wykorzystywanych mechanizmów nagradzania w programach lojalnościowych B2B w Polsce:
Nagradzanie za każdą transakcję– najbardziej popularnym mechanizmem wykorzystywanym obecnie przez 56% firm prowadzących programy lojalnościowe B2B jest nagradzanie uczestników wprost proporcjonalne do wielkości transakcji, czyli np. za każde wydane 1 złotych przyznawany jest 1 punkt. Zaletą tego podejścia jest prostota i transparentność rozliczeń. Co ciekawe taka formuła funkcjonuje praktycznie we wszystkich programach adresowanych do branży budowlanej, natomiast nie istnieje w branży OTC.
Nagradzanie za sprzedaż selektywną – czyli np. konkretnego produktu, linii produktów, marki czy usługi. W tym modelu stawia się na kształtowanie polityki sprzedażowej, która wykorzystuje w pełni potencjał biznesowy tkwiący w konkretnym produkcie czy marce, np. przy jej wprowadzeniu na rynek bądź w sezonie, w którym popyt na dany produkt jest wyższy w konkretnych okresach roku. Doskonałym przykładem wykorzystania tego mechanizmu są branże OTC (sezonowe wsparcie sprzedaży produktów na przeziębienie jesienią) czy sprzętu elektronicznego i AGD (letni remont kuchni czy zakup telewizora przed mistrzostwami w piłce nożnej lub gwiazdką).
Nagradzanie za ekspozycję w punktach sprzedaży – taką formę wsparcia sprzedaży wybiera 38% firm organizujących programy lojalnościowe – najchętniej z branży sprzętu elektronicznego i AGD, OTC oraz motoryzacyjnej. I trudno się dziwić – to w ich przypadku klient końcowy bardzo często podejmuje decyzję zakupową właśnie w punkcie sprzedaży – patrzy na produkt, sposób jego prezentowania i sięga po niego chętniej niż po towary, które mają gorszą ekspozycję.
Nagradzanie za regularność transakcji – zdaniem uczestników programów lojalnościowych co piąta akcja oparta jest na tym mechanizmie, który nie tylko zachęca do zwiększenia wolumenu sprzedaży, ale przede wszystkim do utrzymania ciągłości sprzedaży. To dobra droga do zapewniania stabilność współpracy i zbudowania długofalowych relacji. Aż 73% z firm farmaceutycznych stosuje tę mechanikę przyznając dodatkowe punkty za np. realizację trzech transakcji dziennie lub w ciągu tygodnia.
Nagradzanie za zdobywanie wiedzy – mimo iż zaledwie 5% respondentów wskazało ten mechanizm jako wykorzystywany w programach lojalnościowych w Polsce, to gdy spojrzymy na branżę budowlaną po to rozwiązanie sięga aż 16% firm. To właśnie dynamicznie rozwijająca się technologia i zaawansowane rozwiązania techniczne stosowane w sektorze budowalnym niejako wymuszają, by pośrednicy czy hurtownicy dysponowali wiedzą potrzebną do sprzedaży konkretnych modeli narzędzi i produktów. Istotne jest także to, aby potrafili doradzić lub uargumentować, dlaczego dane rozwiązanie jest lepsze od innego, często tańsze. W tej kategorii inwestycja w wiedzę partnera przekłada się bezpośrednio na stopień zrozumienia oferty producenta czy dostawcy, a w konsekwencji na efektywniejszą sprzedaż do klienta ostatecznego.
Czegoś innego nam potrzeba
Istnieje duża rozbieżność pomiędzy tym, w jaki sposób uczestnicy programów lojalnościowych są nagradzani, a w jaki chcieliby być. Bardzo dobrze obrazują to wyniki przeprowadzonego badania „Kompas lojalności w B2B. Oczekiwania uczestników a rzeczywistość”, które wyraźnie pokazały te dysproporcje. Na uwagę zasługuje fakt, że uczestnicy programów lojalnościowych nie chcą być nagradzani za ekspozycję w punktach sprzedaży – żaden z ankietowanych nie wskazał takiej odpowiedzi. Czy oznacza to, że 38% firm wykorzystujących ten mechanizm w programach lojalnościowych popełnia błąd? Zdecydowanie nie – jednak warto zadbać o bardziej przyjazną i prostszą w zastosowaniu prezentację produktu. Z kolei zaledwie co dziesiąty ankietowany wskazał, że chciałby być nagradzany za sprzedaż konkretnego produktu, marki czy usługi. Jak pokazały wyniki badania zdobywanie wiedzy i doszkalanie się jest preferowane zaledwie przez 2% respondentów. Jedynym punktem zbieżnym pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością okazało się nagradzanie wprost proporcjonalne do wielkości transakcji – 56% doświadcza tego obecnie, a chciałoby 54%.
Analizując wyniki badania „Kompas lojalności w B2B. Oczekiwania uczestników a rzeczywistość” można wysnuć wniosek, że organizatorzy programów lojalnościowych mogą przyjmować błędne założenia co do przyjętej mechaniki. Mogą nie do końca znać preferencje i oczekiwania detalistów i dystrybutorów. A stąd już tylko niewielki krok do niezadowolenia, a co gorsza nieefektywnych i nierentownych kampanii czy akcji wsparcia sprzedaży. Dlatego naszym zadaniem jest jasne wskazanie na co należy położyć nacisk budując program lojalnościowy, począwszy od skutecznego mechanizmu, przez trafiony katalog nagród po formę i częstotliwość kontaktu z uczestnikami. By móc temu sprostać liczy się poznanie, rozumienie i umiejętność odpowiedzenia na potrzeby osób, na których zaangażowaniu zależy danej marce czy producentowi.
Justyna Klimuk Incentive & Recognition Product Portfolio Manager w Sodexo Benefits and Rewards Services Polska
Badanie „Kompas lojalności w B2B. Oczekiwania uczestników a rzeczywistość” zostało zrealizowane w pierwszym kwartale 2019 roku przez niezależną agencję badawczą IRCenter na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Services Polska. Wzięło w nim udział 300 uczestników programów lojalnościowych z branż FMCG, budowlanej, motoryzacyjnej, elektronicznej oraz OTC.
Współpraca Coca-Cola z Miastem Stołecznym Warszawa i Fundacją Nasza Ziemia nabrała realnego wymiaru. Na pl. Bankowym i przy ul. Ząbkowskiej stanęły pierwsze recyklomaty do selektywnej zbiórki odpadów opakowaniowych. Zebrane szkło, plastik i aluminium trafią do powtórnego wykorzystania, a zwracający je otrzymają eko-punkty, które będą mogli wymienić na zniżki u partnerów akcji – w sieci kawiarni Costa Coffee, Multikinie, Teatrze Dramatycznym i Teatrze Capitol.
Dwa recyklomaty na pl. Bankowym i przy ul. Ząbkowskiej to pierwsze z dziesięciu maszyn, które Coca-Cola we współpracy z Fundacją Nasza Ziemia przekazała miastu. Do maszyn można wrzucać butelki plastikowe PET, butelki szklane oraz aluminiowe puszki.
Co zrobić, aby wymienić odpady na punkty?
zainstalować i uruchomić aplikację ETS Portfel na telefonie – aplikacja, służąca do zbierania eko-punktów, jest dostępna w systemie Android (do pobrania tutaj) i iOS (do pobrania tutaj),
zeskanować swój indywidualny kod w recyklomacie,
wrzucać pojedynczo surowce i zbierać ekopunkty.
Po uzbieraniu ich odpowiedniej liczby można wymienić je na wybraną zniżkę: kawę w Costa Coffee, tańszy bilet do sieci Multikino i Teatru Dramatycznego oraz zniżki na spektakle i imprezy w Teatrze Capitol.
System jest ekologiczny – maszyny nie wymagają drukowania paragonów i posiadania kart.
– Zachęcamy warszawianki i warszawiaków do recyklingu. Symbolicznie nagradzamy osoby, które działają na rzecz ekologii. Podczas codziennych obowiązków nie każdy ma czas, by zastanawiać się nad ochroną środowiska. Zniżki do kawiarni, teatru czy kina są nie tylko nagrodą, ale również ważnym przypomnieniem, że warto segregować odpady i chronić naszą planetę. Im więcej osób przyswoi ten pozytywny nawyk, tym mniej będziemy negatywnie oddziaływać na przyrodę i klimat – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent m.st. Warszawy.
– Jesteśmy niezwykle dumni ze współpracy z Miastem Stołecznym Warszawa i Fundacją Nasza Ziemia, nawiązanej w ramach naszej najnowszej kampanii społecznej #WCIĄŻZMIENIAMY. To program pilotażowy, ale jednocześnie to pierwsza tego typu inicjatywa realizowana na tak dużą skalę. Jest ona naszym kolejnym krokiem na drodze do realizacji ambicji „Świata bez Odpadów”. Do 2030 r. chcemy zbierać i przekazywać do recyklingu tyle opakowań, ile trafia od nas do rąk konsumenta. Wierzymy, że dzięki wspólnym działaniom możemy łatwiej i szybciej osiągnąć ten cel – mówi Stoyan Ivanov, Dyrektor Generalny Coca-Cola Poland Services.
Kampania Coca-Cola #WCIĄŻZMIENIAMY to polska odsłona europejskiej kampanii #NEVERSETTLE. W jej ramach Coca-Cola prezentuje swoje rozwiązania m.in. dla wyzwań środowiskowych w obszarze ograniczania odpadów plastikowych oraz ochrony zasobów wodnych. W Polsce wiele zostało już zrobione. – Zmniejszyliśmy wagę produkowanych butelek PET o 45 proc., tym samym ograniczając ilość plastiku i wykorzystując do produkcji coraz więcej surowców wtórnych. Już teraz prawie 100 proc. naszych opakowań nadaje się do recyklingu – mówi Ivanov. – Co więcej, dzięki współpracy z partnerami i samorządami, tylko w 2018 r. udało się zebrać do recyklingu 63 proc. wszystkich naszych opakowań, które trafiły do konsumentów. Stawiamy nie tylko na edukację, ale także na realne działania, bo przynoszą one efekt. Mamy nadzieję, że współpraca z Miastem Stołecznym także spotka się z pozytywnym odbiorem i zaowocuje kolejnymi zwyżkami w selektywnej zbiórce opakowań. – dodaje Jaak Mikkel, Dyrektor Generalny Coca-Cola HBC Polska.
W ramach współpracy z m.st. Warszawą i Fundacją Nasza Ziemia Coca-Cola przekaże łącznie 10 nowoczesnych recyklomatów firmy EcoTech System. Poza obecnie postawionymi dwoma, kolejne spodziewane są na jesieni. Następne trzy zostaną postawione w okolicy Urzędu Dzielnicy Bielany i Urzędu Dzielnicy Białołęka oraz Podzamcza, a pozostałe lokalizacje Miasto potwierdzi w późniejszym terminie.
– Segregacja odpadów nie zabiera dużo czasu, nie jest trudna, wymaga tylko chwili uwagi. Dzięki takim prostym gestom możemy przywrócić wartość zużytym rzeczom. W ten sposób chronimy naszą planetę przed bezmyślnym zaśmiecaniem. Przyklaskujemy tej akcji i liczymy na jej pozytywny odbiór przez mieszkańców – mówi Sławomir Brzózek, prezes zarządu Fundacji Nasza Ziemia.
– Realizujemy ten projekt w dużej skali, a nie jednostkowym działaniu. Pilotaż dobrze łączy się z naszą kampanią edukacyjną, w której przypominamy warszawiankom i warszawiakom
o zasadach recyklingu – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent m.st. Warszawy.
Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie kolejnych zmian w przepisach, które mają na celu dalsze uszczelnienie systemu podatkowego. Tym razem na celownik bierze wyroby akcyzowe. Czego mają dotyczyć planowane zmiany oraz czy podatnicy mają się czego obawiać?
Preparaty smarowe z nowymi stawkami
Planowane zmiany przepisów mają dotyczyć trzech rodzajów wyrobów:
preparatów smarowych klasyfikowanych do pozycji CN 3403, np. oleje smarowe wykorzystywane w silnikach samochodów osobowych i ciężarowych, oleje przekładniowe;
olejów opałowych, w tym także innych wyrobów energetycznych, które stanowią paliwa opałowe, np. propan lub oleje opałowe lekkie, średnie i ciężkie;
towarów klasyfikowanych do pozycji CN 2711 oraz 2901, np. gaz ziemny w stanie skroplonym, acetylen.
Jednak to obrót preparatami smarowymi przejdzie największą metamorfozę. Zmiana dotyczyć będzie sposobu klasyfikacji niektórych z tych wyrobów. Ze względu na wątpliwości klasyfikacyjne dotyczące preparatów smarowych o kodach CN 2710 oraz CN 3403 Ministerstwo Finansów postanowiło objąć je jednakowymi regulacjami.
Podczas gdy dla wyrobów o kodzie CN 2710 nic się nie zmieni, preparaty oznaczone kodem CN 3403 będą musiały się dostosować do nowych reguł. Co to oznacza w praktyce?
Po pierwsze do takich wyrobów będzie trzeba stosować pozytywną stawkę akcyzy o wysokości 1 180 zł/1000 litrów. Po drugie powstanie obowiązek raportowania transakcji wewnątrzwspólnotowych i innych z udziałem preparatów smarowych.
Planowane zmiany przewidują także możliwość zastosowania zwolnienia od akcyzy. Jednak na ten moment Ministerstwo Finansów nie zaprezentowało żadnego konkretnego rozwiązania w tym zakresie. Spekuluje się, że mechanizm przewidywanego zwolnienia będzie analogiczny do tego, który funkcjonuje dla wyrobów o kodzie CN 2710. Jeśli taki scenariusz się sprawdzi, preparaty smarowe zostaną zwolnione od akcyzy tylko wtedy, gdy będą przeznaczone do innych celów niż cele opałowe i napędowe.
Ponadto, aby zwolnienie mogło wejść w życie, będą musiały zostać dopełnione obowiązki formalne. Należy do nich zaliczyć m.in. dostarczenie dokumentu dostawy oraz prowadzenie właściwej ewidencji.
Na uszczelnianiu systemu stracą podatnicy
Podmiotami, które najmocniej odczują wprowadzenie w życie planowanych zmian, będą sami podatnicy. Podciągnięcie preparatów smarowych o kodzie CN 3403 do reguł przewidzianych dla wyrobów o kodzie CN 2710 stanowi kolosalną zmianę, biorąc pod uwagę fakt, że obecnie preparaty te korzystają z zerowej stawki akcyzy i to bez konieczności dopełniania dodatkowych formalności.
Podatnicy zostaną więc obarczeni obowiązkiem spełniania dodatkowych formalności, jeśli zdecydują się nabywać wyroby krajowe. Natomiast w przypadku transakcji zagranicznych także odczują wzrost kosztów. Jednak jeśli podatnik nie zdecyduje się rozszerzyć obowiązków formalnych w ramach nabyć krajowych, również zostanie obciążony dodatkowymi kosztami.
Oleje opałowe i LPG
Ministerstwo Finansów planuje wprowadzić nowy system obrotu olejami opałowymi, który ma zacząć funkcjonować już 1 września 2019 r., a efektywne działanie rozpocząć od 1 stycznia 2020 r. Ten czteromiesięczny okres przejściowy ma dać podmiotom niezbędny czas na dostosowanie się do nowych przepisów.
System przewiduje m.in. wprowadzenie statusu „używającego podmiotu olejowego”, co w praktyce oznacza podmiot, który wykorzystuje ten wyrób do celów grzewczych. Według nowych zasad każdy, kto ma ten status, będzie mógł skorzystać z niższej stawki akcyzy. Jednak w tym celu będzie musiał dokonać właściwej rejestracji dla celów akcyzy.
Zmiany dotyczą także wyrobów klasyfikowanych do pozycji CN 2711 oraz 2901, w tym przede wszystkim gazu LPG. Najważniejszym novum jest podciągnięcie tych towarów pod system rejestracji i monitorowania przewozu towarów (SENT).
Dla podmiotów, które nabywają tak sklasyfikowane wyroby, oznacza to nic innego, jak powstanie kolejnych uciążliwych formalności. Ponadto w przypadku ich nierzetelnego wypełniania, podmiotowi grożą wysokie kary finansowe.
Istnieje jednak furtka pozwalająca uniknąć niekorzystne konsekwencje wprowadzenia nowych przepisów. Resort finansów przewidział możliwość wyłączenia z obowiązku rejestracji w SENT w trzech przypadkach:
po pierwsze, jeśli towary zaklasyfikowane do tych pozycji są objęte procedurą wywozu, powrotnego wywozu, tranzytu, przetwarzania, składowania albo odprawy czasowej;
po drugie, jeśli te towary są przemieszczane w ramach procedury zawieszenia poboru akcyzy;
po trzecie, jeśli te towary są przewożone w opakowaniach jednostkowych o masie całkowitej nieprzekraczającej 11 kilogramów lub maksymalnej pojemności 23 litrów.
Kolejne obciążenie podatników
Część planowanych przez Ministerstwo Finansów zmian ma wejść w życie już od 1 września 2019 r. Dla podatników oznacza to jedno – powstanie kolejnych obowiązków formalnych oraz wzrost kosztów dokonywanych transakcji.
Tego wrażenia nie są w stanie zamazać nawet iluzoryczne korzyści w postaci uzyskania statusu używającego oleju opałowego, który wpłynie na zmniejszenie stawki akcyzy, czy też możliwość uniknięcia rejestracji w systemie rejestracji i monitorowania przewozu towarów dla podmiotów, które spełniają ściśle określone wymagania.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Za niedostosowanie się do restrykcyjnych regulacji grożą kary sięgające nawet 100 000 złotych. Co więcej przepisy nie przewidują odstępstw od sytuacji losowych, niezależnych od przedsiębiorców czy kierowców. Okazuje się, że nowe przepisy, choć potrzebne i zrozumiałe, spędzają sen z powiek przewoźników. Dlaczego? Aktualny przegląd najważniejszych informacji o SENT komentuje Jakub Ordon, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
W ramach elektronicznego systemu monitorowania drogowego przewozu towarów już od ponad dwóch lat przewoźnicy zobligowani są do rejestrowania zgłoszeń każdego transportu wytworów, które zgodnie z zapisami ustawy uznawane są za tak zwane towary wrażliwe. Wśród tego typu artykułów znajdują się między innymi leki, tytoń, alkohol czy oleje napędowe. W czerwcu 2018 roku weszły w życie przepisy zmieniające ustawę o SENT. Jednym z podstawowych elementów, który uległ rozszerzeniu było objęcie nim transportu towarów realizowanych przez krajową sieć kolejową. Dla przewoźników istotny był także zapis, poszerzający katalog produktów o lecznicze, środki spożywcze specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyroby medyczne zagrożone brakiem dostępności w Polsce – mówi Jakub Ordon z OCRK.
Od stycznia 2019 roku obowiązują także nowe obowiązki ciążące na przewoźnikach i kierowcach, transportujących towary wyszczególnione w ustawie. Po trzech miesiącach, czyli po zakończeniu okresu przejściowego, weszły w życie dodatkowe regulacje zaostrzające kwestie monitorowania przewozu towarów wrażliwych SENT. Na mocy tych przepisów firmy transportowe zobowiązane są do informowania Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) o usytuowaniu pojazdu ciężarowego z częstotliwością co minutę.
Celem działania polskiego ustawodawcy jest uszczelnienie systemu podatkowego i usprawnienie obrotu tymi artykułami. Po wprowadzeniu przepisów SENT zauważono wzrost między innymi legalnej sprzedaży oleju napędowego o 5 proc., a benzyny o 7 proc. Ponadto w skali roku zaobserwowano eskalację produkcji paliw aż o 16 proc., natomiast aż o 70 proc. można dostrzec spadek eksportu oleju rzepakowego, a oleju smarnego o 50%.[1] Te dane jednoznacznie wskazują, że przed wprowadzeniem regulacji dot. towarów wrażliwych dochodziło do licznych nieprawidłowości – artykuły te wywożono z Polski, bezprawnie ubiegano się o zwrot podatku, a w wielu przypadkach zapotrzebowanie państw ościennych na oleje było fikcją – komentuje Jakub Ordon.
Krok po kroku
W związku z transportem towarów wrażliwych przewoźnik zobowiązany jest do wprowadzenia danych do elektronicznej bazy za pomocą formularzy, które są dostępne na Platformie Usług Elektronicznych Służby Celnej (PUESC) https://puesc.gov.pl/web/puesc/sent-formularze. W kwestionariuszach konieczne jest wyszczególnienie informacji, takich jak środek transportu, numer licencji, miejsce i data podróży docelowej. Dzięki rejestracji przewozu KAS pełni nad nim nadzór.
Na mocy październikowej nowelizacji ustawy wprowadzono także obowiązek posiadania lokalizatora w każdym pojeździe, przewożącym towary wrażliwe. Co oznacza, że według najnowszych wytycznych ciężarówki muszą być wyposażone w telekomunikacyjne urządzenie, wykorzystujące technologię położenia satelitarnego i transmisji danych. Co za tym idzie – dokładnie co minutę dane pojazdu są przesyłane do rejestru. Wśród parametrów, jakie trafiają do bazy znajdują się między innymi:
współrzędne geograficzne pojazdu (przesyłane co minutę);
prędkość poruszającego się auta;
data i godzina;
azymut środka transportu;
błędy przekazywania danych satelitarnych;
numer lokalizatora lub numer zewnętrznego systemu lokalizacji.
Za wszelkie przejawy niedostosowania się do nowych regulacji, w tym nawet w sytuacjach niezależnych od kierowcy czy przewoźnika, grożą wysokie kary finansowe. Taryfikator przewiduje grzywnę nawet do 100 000 złotych. Może zostać nałożona na przedsiębiorstwo w przypadku, gdy towar dotrze do miejsca innego niż zadeklarowane w zgłoszeniu lub gdy nie będzie możliwe ustalenie lokalizacji dostarczenia produktu. Za nieprzesyłanie danych w zgłoszeniu przewidziana jest sankcja wynoszącą do 10 000 złotych, w myśl art. 22 ust. 2a ustawy. Natomiast za nieuruchomienie lub niewyłączenie urządzenia we właściwym czasie oraz za niezatrzymanie pojazdu w trakcie wystąpienia problemów z lokalizatorem, kierowca może zostać ukarany mandatem o wartości od 5 000 – 7 500 złotych (art. 32 ust. 1 ustawy) – informuje ekspert OCRK. Trzeba także pamiętać, że kary za te przewinienia będą przyznawane niezależnie od tego, czy doszło do nich z przyczyn ludzkich czy też niezależnych od kierowcy lub przewoźnika.
System widzi wszystko
Przedsiębiorcy i truckerzy mają możliwość wyboru narzędzia, którego zadaniem będzie przesyłanie danych lokalizacyjnych – może być to aplikacja SENT GEO instalowana na smartfonie lub zewnętrzny system geolokalizacyjny, który stanowi wyposażenie urządzenia pokładowego np. GBOX Light.
Często przewoźnicy pytają nas o to, co jest lepsze, z jakiego rozwiązania powinni korzystać. Zwykle rekomendujemy zewnętrzne systemy geolokalizacyjne ze względu na znaczące odciążenie kierowcy w codziennej pracy. Urządzenia takie jak GBOX Light charakteryzują się funkcjonalnościami, które mają za zadanie wesprzeć kierującego pojazdem w czynnościach związanych z SENT. Aby przewoźnik mógł wypełnić swój obowiązek prawny, wystarczy, że we współpracy z dostawcą GPS, za pomocą formularza SENT470, zgłosi przy rejestracji urządzenia, które będą na stałe połączone z systemem monitorowania towarów wrażliwych. W takim przypadku wszelkie zobowiązania ciążące na barkach kierowcy zostaną sprowadzone do minimum – pozostaje jedynie konieczność włączenia lokalizatora. Fakt, że jest to wygodne rozwiązanie, potwierdzają dane opublikowane przez Ministerstwo Finansów, z których wynika, że około 90% przedsiębiorstw transportowych korzysta właśnie z tej opcji – tłumaczy ekspert OCRK.
Są też dobre wieści
Ustawa o systemie monitorowania drogowego przewozów towarów znosi określanie rodzajów artykułów według polskiej klasyfikacji na rzecz nomenklatury scalonej – ustalonej przez Komisję UE (rozporządzenie wykonawcze Komisji UE 2018/1602 z 11.10.2018). Takie rozwiązanie jest uproszczeniem zarówno dla przewoźników, jak i dla służb kontrolnych. Łatwiej będzie także dokonać zgłoszenia, ponieważ nowe rozporządzenia pozwalają, by jeden nadawca, dokonujący przewozu jednym środkiem transportu do jednego odbiorcy i jednego miejsca dostarczenia nawet wielu rodzajów towarów, mógł posługiwać się jednym zgłoszeniem bez konieczności stosowania się do ograniczeń ilościowych.
Regulacje SENT dotyczące przewozów towarów wrażliwych mają na celu ograniczenie stosowania nielegalnych rozwiązań. Choć przewoźnikom i kierowcom przepisy SENT mogą wydawać się trudne we wdrożeniu i stosowaniu, tak naprawdę niosą za sobą szereg korzyści gospodarczych. Firmy transportowe muszą liczyć się w przypadku tych regulacji z niemożliwością uniknięcia kar, stanowiących efekt zaniedbań. Kluczową kwestią pozostaje wybór narzędzia lub systemu, który pomoże w przestrzeganiu przepisów i zminimalizuje ryzyko ewentualnych błędów.
[1] Analiza rynku przeprowadzona w przedziale czasowym kwiecień 2017 – kwiecień 2018 przez KAS
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., podpisała umowę zakupu pakietu wierzytelności z tytułu niewypowiedzianych pożyczek z podmiotem z branży usług pożyczkowych. Jego wartość nominalna wynosi 5.148 tys. zł.
Spółka zawarła z podmiotem z branży usług pożyczkowych umowę nabycia pakietu wierzytelności z tytułu niewypowiedzianych pożyczek. Całkowita wartość nominalna tych pożyczek wynosi ponad 5.148 tys. zł. W marcu br. Emitent zakupił od tego podmiotu pakiet wierzytelności o wartości sięgającej 8.690 tys. zł. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. dobrze ocenia dotychczasową współpracę i liczy na jej dalszą kontynuację. Zarząd Spółki uważa, że wpłynie ona pozytywnie na poziom wypracowywanych przychodów i umacnianie pozycji rynkowej Grupy WEC.
„Jesteśmy zadowoleni z naszej dotychczasowej współpracy i działamy na zakupionym wcześniej pakiecie zgodnie z przyjętymi założeniami oraz kalkulacjami. Jednocześnie jest dla nas pozytywem aktywna współpraca z nami sprzedającego. Chcielibyśmy, aby tak zawsze wyglądał ten proces. Mamy zamiar kontynuować współpracę z naszym kontrahentem zarówno przy zakupach kolejnych pakietów, jak i przy serwisowaniu wierzytelności, na co bardzo liczymy.” – podkreśla Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
W lipcu 2019 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. wygrała postępowanie konkursowe przeprowadzane przez wiodący polski podmiot z branży paliwowo-energetycznej na prowadzenie na rzecz tego podmiotu działań windykacyjnych mających na celu odzyskiwanie należności od kontrahentów na obszarze Polski. Obejmują one wszystkie etapy postępowania, a więc etap przedsądowy, sądowy, egzekucyjny, jak również po zakończonych bezskutecznie postępowaniach egzekucyjnych. Przeprowadzony konkurs obejmował swoim zakresem także wykonywanie usług wyceny portfeli wierzytelności albo pojedynczych wierzytelności.
Spółka notuje wysoką dynamikę rozwoju wszystkich segmentów biznesowych. Spółka podpisała w ostatnim czasie umowę ramową z podmiotem z branży usług pożyczkowych, na mocy której będzie otrzymywała cyklicznie – co tydzień – do obsługi 150-300 szt. wierzytelności o wartości nie niższej niż 250 tys. zł na okres 30-60 dni, w zależności od kampanii. Emitent otrzymał już pierwszy pakiet do obsługi o wartości 390 tys. zł. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. dokonała również nabycia nieprzedawnionych wierzytelności od kontrahenta będącego grupą kapitałową dostawcy energii. Całkowita wartość nominalna zakupionych pakietów przekracza 2,2 mln zł. Oba podmioty współpracują już i przeprowadziły wspólnie kilka transakcji.
Podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Emitenta, które odbyło się w dniu 28.06.2019 r., podjęta została Uchwała o wypłacie dywidendy w kwocie 0,09 zł. Łącznie na ten cel Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. przeznaczy środki w wysokości 889.380,00 zł. Z kolei kwota 179.290,51 zł trafi na kapitał zapasowy Spółki. Dzień dywidendy został ustalony na 16 sierpnia 2019 r., a dzień jej wypłaty na 30 sierpnia 2019 r. Emitent w ostatnich latach dzieli się wypracowywanym zyskiem z inwestorami, a tegoroczna dywidenda jest najwyższa w całej jego historii.
Grupa Kapitałowa WEC zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem w wysokości ponad 1,06 mln zł wobec 0,87 mln zł rok wcześniej. Z kolei jednostkowy zysk netto Spółki za 2018 r. wyniósł 1.068.670,51 zł. W 1 kw. 2019 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. miała ponad 211 tys. zł skonsolidowanego zysku netto, podczas gdy rok wcześniej sięgnął on 187 tys. zł. Grupa Kapitałowa WEC notuje łączny wzrost przychodów poprzez stały i zrównoważony wzrost przychodów w ramach poszczególnych segmentów biznesowych, a więc windykacji pakietów B2C, świadczeniu usług faktoringowych i udzielaniu pożyczek B2B. Spółka prowadzi bardzo aktywne prace w zakresie obsługi zakupionych portfeli wierzytelności.
Skriware pozyskał w najnowszej rundzie inwestycyjnej 6,2 mln zł od funduszu Montis Capital. Startup tworzący nowoczesne rozwiązania edukacyjne przeznaczy te środki na rozwój swojego portfolio produktowego i zwiększenie możliwości produkcyjnych flagowych robotów oraz drukarek 3D. Spółka, która już teraz działa w szkołach w blisko 25 krajach, zapowiada rozszerzenie swojej działalności na Stany Zjednoczone i kraje z regionu EMEA.
Karol Górnowicz, CEO Skriware
– Ten rok rozpoczął się dla nas bardzo intensywnie i nie zamierzamy zwalniać tempa. W styczniu nawiązaliśmy współpracę z Polską Agencją Inwestycji i Handlu, wspólnie z którą zaprojektowaliśmy strefę edukacyjną Pawilonu Polski na światowej wystawie Expo 2020. Kilka tygodni temu ogłosiliśmy też współpracę z Coca-Colą w ramach akcji „World without Waste” oraz partnerstwo edukacyjne z Microsoftem. To, w połączeniu ze stale wydłużającą się listą zadowolonych klientów, zaowocowało rozmowami z zagranicznymi partnerami, zainteresowanymi rozwiązaniami Skriware – mówi Karol Górnowicz, CEO Skriware.
Kierowany przez 30-letniego Górnowicza startup rozwija swój autorski ekosystem edukacyjny oparty o technologię druku 3D i cieszącą się coraz większą popularnością metodykę STEAM[1]. Choć firma ma niespełna 4 lata, stworzone przez nią roboty uczą programowania dzieci z 25 krajów świata. – Na ten moment nasze największe zamówienia pochodzą z Azji Południowo-Wschodniej, Europy Środkowej i Bliskiego Wschodu, czyli z regionów, które już teraz inwestują w nowoczesną edukację, odpowiadającą na potrzeby zmieniającego się świata – dodaje Górnowicz.
– Z każdym dniem analizowania spółki oraz rynku byliśmy coraz bardziej zbudowani tym, co robi zespół Skriware. Kluczowym elementem było dla nas komercyjne due diligence, podczas którego pracowaliśmy z międzynarodową ekspertką rynku EdTech oraz STEAM. Potwierdziła ona nasze założenia odnośnie przewagi konkurencyjnej Skriware na rynku globalnym. W trakcie wspólnych analiz ustaliliśmy, że na świecie działa zaledwie kilka podmiotów z tak kompletnym ekosystem rozwiązań do nauki, a najbardziej zaawansowany z nich potrzebuje około 2 lat, żeby dogonić Skriware. Celem naszej inwestycji jest umożliwienie zespołowi Skriware nie tylko utrzymanie, ale i zwiększenie tej przewagi – mówi Wojciech Szwankowski, Partner Montis Capital.
Od początku działalności warszawską spółkę wspierają eksperci z czołowych światowych uczelni: m.in. Uniwersytetu Harvarda, Dartmouth College czy teksańskiego Uniwersytetu A&M, którzy nadzorowali tworzenie autorskich kursów edukacyjnych. Pierwszy zewnętrzny kapitał Skriware pozyskał w ramach akcji crowdfundingowej w serwisie Kickstarter, która przyniosła blisko 50 tys. dolarów. Do tej pory spółka rozwijała swoją technologię m.in. dzięki środkom z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, finansowaniu z prywatnego funduszu Infini, oraz chińsko-brytyjskiego akceleratora Forge.
Startup powstał w 2015 roku z inicjatywy Daftcode – największej w Polsce firmy działającej w modelu venture building, która buduje i rozwija biznesy technologiczne. W skład ekosystemu Skriware wchodzi drukarka 3D, Skriboty (roboty, które dzieci mogą samodzielnie projektować, budować i programować), a także internetowa platforma edukacyjna Skriware Academy. Już wkrótce firma zaoferuje zupełnie nowy produkt, dzięki któremu dzieci będą rozwijać umiejętności STEAM nie tylko w szkole, ale także w domu, łącząc zabawę z nauką.
[1] Akronim od angielskich słów: Science, Technology, Engineering, the Arts and Mathematics.
Aż 78% Millenialsów uważa jakość miejsca pracy za ważny czynnik przy wyborze pracodawcy.[1] Dlatego w erze ogromnej konkurencji na rynku pracy, komfortowe biuro może okazać się najskuteczniejszym wabikiem. Trend ten dotyczy rywalizacji o wszystkie talenty, nie tylko te z generacji Y. By wyróżnić się i zyskać w oczach pracowników, firmy stawiają m.in. na atrakcyjnie zaaranżowaną przestrzeń, która gwarantuje dobre samopoczucie, redukuje stres i zwiększa produktywność.
Biuro Codewise
– Według raportu CBRE[2], 69% Millenialsów zamieniłoby inne benefity pozapłacowe na lepsze miejsce pracy. Ten wynik pokazuje, że przemyślanym designem i atmosferą panującą w biurze można bardzo skutecznie przyciągnąć talenty. Jednakże dostosowując przestrzeń należy pamiętać o potrzebach wszystkich grup wiekowych, których w 2020 r. w jednej firmie mogą pracować aż 4. Dlatego postanowiliśmy wyróżniać i promować te organizacje, które idąc z duchem czasu, tworzą aranżacje, gdzie komfortowo czuje się każde z pokoleń – mówi Natalia Wenzławska, Zastępca Dyrektora Marketingu i Komunikacji, CBRE.
ManpowerGroup główna siedziba w biurowcu Proximo przy ulicy Prostej 68 w Warszawie
Nowa sekretarz generalna i wiceprezes firmy objęła swoje funkcje z początkiem lipca 2019 roku, poszerzając tym samym zakres odpowiedzialności. W obecnej roli odpowiada za obszar zasobów ludzkich, prawny, komunikacji zewnętrznej, strategii i transformacji, jakości, ochrony i CSR.
Justyna Orzeł – Carrefour Polska
Justyna Orzeł posiada ponad 20-letnie doświadczenie w handlu, w obszarach zarządzania zasobami ludzkimi, operacji, marketingu, handlu i sprzedaży. Z Carrefour Polska związana jest od 1998 roku, gdzie w ostatnich latach jako dyrektor zasobów ludzkich, z sukcesami tworzyła i realizowała strategię HR Carrefour Polska.
Justyna Orzeł jest absolwentką Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz certyfikowanym coachem Erickson Professional Coach.
W tym tygodniu rynki walutowe szczegółowo śledziły wystąpienia członków amerykańskiego FED. Najwięcej uwagi poświęcono wystąpieniu J. Powella przed komisją Kongresu USA, podczas którego miał zostać określony plan rozwoju amerykańskiej polityki pieniężnej.
W ubiegłym tygodniu, po opublikowaniu bardzo pozytywnych danych z amerykańskiego rynku pracy, osłabło przekonanie, że członkowie FOMC zdecydują się na obniżanie stóp procentowych. Dla amerykańskiego banku centralnego rynek pracy jest bardzo ważny i jego przedstawiciele koncentrują się na nim bardziej niż władze europejskich banków centralnych. Tym razem jednak dane te nie wpłynęły na zdanie FOMC. W USA najprawdopodobniej doczekamy się więc za jakiś czas uwolnienia polityki pieniężnej. Nieco później, możemy się tego spodziewać również w Europie, gdzie wśród niektórych członków EBC także słychać głosy mówiące o potrzebuje poluzowania polityki pieniężnej. Trzeba jednak podkreślić, że w strefie euro jest pole do tego jest o wiele mniejsze.
Warto również wspomnieć o wynikach produkcji przemysłowej w Niemczech. Ta wzrosła o 0,3% miesiąc do miesiąca, a międzyrocznie o 2,3%. Wyniki te złagodziły nieco nerwowość związaną z niepokojącymi sygnałami i wynikami niemieckiej gospodarki. Do pełnego spokoju jednak jeszcze daleko. Szczególnie, że biorąc pod uwagę korektę sezonową produkcja przemysłowa spadła międzyrocznie o 3,7%.
Złoty w tym tygodniu nieco się osłabił. Nie miały na to wpływu zmiany fundamentalne, ale jedynie korektora zysków za czerwiec. W piątek rano kurs EUR/PLN był na poziomie 4,27. Eurodolar w tym czasie oscylował wokół 1,13 EUR/USD.
Statystyki sprzedażowe pierwotnego rynku mieszkaniowego w drugim kwartale i pierwszym półroczu br., mierzone wynikami deweloperów giełdowych, tym razem zaowocowały sprzecznym charakterem sygnałów. Pierwszy z nich to wzrost sprzedaży kwartalnej i spadek półrocznej liczonych rok do roku.
Jarosław Jędrzyński, ekspert RynekPierwotny.pl
Drugi kwartał ub. roku był pierwszym od pięciu lat koniunkturalnego boomu, który okazał się sprzedażowo spadkowy rdr o ponad 11 proc. Kolejne kwartały potwierdziły tylko zapoczątkowaną tendencję, w związku z czym istnieją podstawy do tezy o trwającym od roku spowolnieniu na pierwotnym rynku mieszkaniowym.
Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl wyniki minionego kwartału pokazują jednak, że to spowolnienie przybrało po pierwsze bardzo ograniczony wymiar, po drugie zaś owocuje skrajnie odmiennymi wynikami poszczególnych firm. Do tego stawka mieszkaniowych spółek deweloperskich notowanych na giełdzie (rynek główny + Catalyst) podzieliła się niemal dokładnie po połowie jeśli chodzi o dodatnią i ujemną dynamikę sprzedaży. W efekcie wynik półroczny okazał się o ponad 6 procent gorszy, natomiast kwartalny o 4,2 proc. lepszy licząc rok do roku.
W II kwartale polaryzacja firm budujących mieszkania okazała się wręcz spektakularna. Z jednej strony takie spółki jak Atal, Victoria Dom czy Budimex Nieruchomości pokazały rewelacyjne, rekordowe wyniki kwartalne, mocno śrubując sprzedaż półroczną. Z drugiej natomiast przypadki Polnordu, JWCH czy Lokum nie pozostawiają większych złudzeń co do kierunku, w którym zdaje się powoli, acz konsekwentnie zmierzać rynkowa koniunktura.
Uwagę analityków portalu RynekPierwotny.pl zwraca również fakt, że najlepszą, czy wręcz rewelacyjną kontraktację zarówno w wymiarze kwartalnym jak i półrocznym zakomunikowały te firmy, których cała oferta lub jej wiodąca część dotyczy lokalizacji stołecznej. O ile więc na całym rynku pierwotnym możemy mówić o jakiejś formie hamowania koniunktury, to na razie nie dotyczy to lub dotyczy w bardzo ograniczonym stopniu głównego rodzimego rynku nieruchomości, czyli aglomeracji warszawskiej.
W sumie póki co rynkowe przesilenie koniunktury w pierwotnym segmencie mieszkaniówki ma na razie bardzo niejednoznaczny charakter, co nie ułatwia interpretacji sytuacji rynkowej, jak też jej prognozowania na przyszłość. Tymczasem możemy mówić o typowym, dość powolnym powrocie parametrów sprzedaży nowych mieszkań do normalności po kilku latach historycznej prosperity. Co warte podkreślenia, na razie bardzo niewiele wskazuje na to, by ta sytuacja miała ulec jakiejś istotnej zmianie w przewidywalnej perspektywie.
W połowie miesiąca tempa nabiera publikacja danych ze Stanów Zjednoczonych – na rynek napłyną informacje ze wszystkich . Trzeba mieć świadomość, że luzowanie przez Fed jest przesądzone. Dlatego funkcja reakcji rynku na dane będzie mocno asymetryczna. Słabe wartości mają potencjał by mocniej wpłynąć na notowania. Rynek będzie jednocześnie w trybie wygaszania umocnienia dolara po pozytywnych zaskoczeniach.
USA
Na tapecie będą regionalne barometry koniunktury, zakładane jest ich wyraźne podbicie po niskich wartościach zanotowanych w czerwcu. Serię ich odczytów tradycyjnie otworzy NY Empire State Manufacturing (poniedziałek). Wtorek to dane o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej – rynek zakłada spowolnienie dynamiki obu wskaźników. W środę poznamy informacje z rynku nieruchomości oraz opis tendencji w amerykańskiej gospodarce zawarty w Beżowej Księdze Fed. W czwartek obok tradycyjnych danych o licznie nowych wniosków o zasiłek warto zwrócić uwagę na drugi z wiodących regionalnych wskaźników nastrojów, czyli Philly Fed. Tydzień zwieńczą nastroje konsumentów mierzone indeksem Uniwersytetu Michigan. Cały tydzień będzie również ostatnia szansą dla decydentów z FOMC by rzucić trochę światłą na perspektywy polityki przed okresem ciszy medialnej poprzedzającej posiedzenie 31 lipca. Wystąpienia publiczne zaplanowali: Williams, Bostic, Bowman, Powell, Evans, Bullard i Rosengren. Na papierze jest to pełen przekrój opinii w FOMC: od jastrzębi do gołębi. W 2019 roku prawo głosu w tym gronie mają wszyscy poza Bosticem. Nie sądzimy jednak by te wystąpienia mogły mocno wpłynąć na rynek – zamierzenia władz monetarnych USA są jasne.
Strefa euro
W przypadku Eurolandu kalendarz publikacji makro nie będzie aż tak rozbudowany. Ma pierwszy plan wysuwa się indeks ZEW (wtorek) oraz finalne wartości wskaźników inflacyjnych za czerwiec. W szerszym horyzoncie pozostajemy pozytywnie nastawieni do wspólnej waluty, ponieważ Fed ma znacznie większe pole do luzowania niż ECB. Bez bardziej konstruktywnych sygnałów z europejskich gospodarek nie ma jednak co liczyć na trwały trend aprecjacyjny w notowaniach euro.
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii uwaga skupiona będzie na finale wyścigu o schedę po Theresie May. Murowanym faworytem jest Boris Johnson, z którym należy wiązać rosnące ryzyko twardego brexitu. Na froncie danych makro również będzie to ważny tydzień z informacjami z rynku pracy (wtorek), wskaźnikami inflacyjnymi (środa) i sprzedażą detaliczna (czwartek). Funt w ubiegłym tygodniu był najsłabszy do dolara od 2015 roku. Słabe dane z pewnością nie pomagają brytyjskiej walucie przy bardziej wyraźnym gołębim nastawieniu Banku Anglii. Widzimy potencjał wzrostowy w notowaniach EUR/GBP.
Z rodzimej gospodarki napłynie również całkiem kompleksowy pakiet informacji: od bilansu płatniczego (poniedziałek), danych inflacyjnych (poniedziałek, wtorek, czwartek) po rynek pracy (środa). EUR/PLN tradycyjnie będzie obojętny na dane. Gołębie stanowisko Fed zahamowało korektę wzrostową w okolicach 4,28. Nie widzimy jednak potencjału do zejście pod 4,25 w najbliższych kilkunastu sesjach oraz oczekujemy utrzymania się reżimu ograniczonej zmienności notowań.
Chiny
W najbliższych dniach poznamy kolejne informacje dotyczące wpływu wojen handlowych na koniunkturę w Chinach – będzie to cały szereg publikacji: produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna i oczywiście dynamika PKB. Otworzą one rynkowy tydzień, publikacje są zaplanowane na poniedziałek o 04:00.
Nowa Zelandia
Będzie to bardzo ważny tydzień również dla walut Antypodów. Spodziewamy się, że RBA nie powiedział ostatniego słowa jeśli chodzi o luzowanie polityki monetarnej. Do dalszego łagodzenia będą skłaniać i czynniki zewnętrzne z wojnami handlowymi na czele, brak perspektyw na przyśpieszenie wzrostu w Chinach, jak również dość słaba sytuacja po stronie lokalnych fundamentów. Skłonność do redukcji stóp powinien potwierdzić protokół z posiedzenia RBA w lipcu, który zostanie opublikowany we wtorek nad ranem. Z kolei potrzebę redukcji kosztu pieniądza potencjalnie obnażą dane z rynku pracy (czwartek). Tempo tworzenia nowych etatów w czerwcu prawdopodobnie bardzo mocno wyhamowało. Jesteśmy negatywnie nastawieni do perspektyw dolara australijskiego, który powinien być najsłabszą z walut surowcowych. W Nowej Zelandii najważniejszym odczytem będzie publikacja tempa wzrostu cen w drugim kwartale (wtorek). Zakładane odbicie inflacji potwierdziłoby nasze oczekiwania, że RBNZ nie będzie luzować polityki pieniężnej.
Kanada
Z kolei w Kanadzie zakładane jest silne wyhamowanie dynamiki inflacji, która teraz oscyluje w granicach celu inflacyjnego BoC. Dane zostaną opublikowane w środę, a w piątek kolejna porcja ważnych informacji pod postacią odczytów sprzedaży detalicznej. Kanadyjska gospodarka ma za sobą trudny okres, ale zdaje się wychodzić na prostą. Widać symptomy przyśpieszania wzrostu, sektor wydobywczy korzysta na silnym odbiciu cen krajowych gatunków ropy (w 2018 były wyceniane z gigantycznym dyskontem względem globalnych benchmarków). Z tych względów pozytywnie patrzymy na dolara kanadyjskiego i uważamy, że będzie wyróżniał się na tle nie tylko walut surowcowych, ale także w całym bloku G-10.
Przedsiębiorcy maja w zwyczaju trzymanie dużej części majątku wewnątrz firmy. Tak scentralizowane rozwiązanie przynosi znaczne zwroty, ale posiada również wady.
Raport wyjaśnia, jak dywersyfikacja może pomóc w redukcji wahań wpływów, w ułatwieniu pokonywania niepowodzeń oraz utrzymaniu zobowiązań wobec rodziny i organizacji charytatywnych.
Przedstawiono również bariery, które przedsiębiorcy i kierownictwo mogą spotkać w praktyce.
Dlaczego warto dywersyfikować?
Dywersyfikacja pomaga w zmniejszaniu ryzyka bezbronności w przypadku kryzysu i zapewnia alternatywne szanse powrotu. Zdywersyfikowane portfolio finansowe stanowi dodatkowe źródło przychodów.
Zdywersyfikowane portfolio jest mniej podatne na straty w przypadku spadków w pojedynczym sektorze, kraju lub regionie, a także może być wykorzystane do zapobiegania potencjalnych zagrożeń dla kluczowych działań.
Eksperci UBS wierzą, że przedsiębiorcy powinni rozważyć odpowiedź na poniżesz pytania:
Czy jesteś w stanie utrzymać swój styl życia, gdy twój biznes zawiedzie?
Katastrofy przemysłowe, upadek ważnego dostawcy lub klienta mogą prowadzić do poważnych strat, co z kolei może skutkować konicznością podwójnej pracy na ten sam wynik.
Zachowanie funduszu płynnych aktywów w okresie wydatków pozwala właścicielom spotkać ich krótkookresowe potrzeby życiowe bez konieczności podejmowania nagłych decyzji, które mogłyby różnić się od ich długoterminowych wartości biznesowych.
Czy nie przegapiasz okazji?
Przeinwestowanie w jedną firmę – ekspozycja na wiele firm umożliwia więcej szans na generowanie wpływów lub wzrost kapitału.
Zbytnia ufność wobec jednego rynku (zwłaszcza ojczystego) – poszerz swoje inwestycje aby pozyskać wyższe potencjalne wskaźniki wzrostu na innych rynkach. Możesz również korzystać z nowych źródeł popytu.
Nadmierna ekspozycja na pojedynczą walutę
Hedging może pomóc w obniżeniu wahania zysków oraz w redukowaniu zapotrzebowania na kapitał obrotowy, zwiększając elastyczność na inwestycje.
Przeinwestowanie w jeden rodzaj aktywów
Chcąc pozyskać inne źródła zwrotu przedsiębiorcy mogą rozważać stały dochód lub aktywa alternatywa, m.in. prywatny kapitał, nieruchomości lub fundusze hedgingowe.
Jak właściciele mogą sfinansować dywersyfikację?
Finansowanie zależy od kilku czynników: dojrzałości firmy, sytuacji podatkowej i powodów, dla których chcesz podjąć się dywersyfikacji.
Alternatywa dla sprzedaży części firmy
Przedsiębiorcy mogą nie być chętni do sprzedaży części lub całości ich biznesu, ponieważ redukuje to ich kontrolę nad biznesem, co nie jest atrakcyjne gdy jest on jeszcze młody i szybko rozwijający. Sprzedaż generuje również ogromne koszty podatkowe.
Fundusze wymienne umożliwiają inwestorom zamianę dużych holdingów na portfel jednostek bez generowania natychmiastowych zysków kapitałowych. Takie fundusze zwykle gospodarują firmami w szerokim zakresie sektorowym i kontrolują wejścia nowych inwestycji jeśli ich holdingi stają się nierówne.
Wykorzystanie płac i dywidendów
Jeśli biznes generuje pieniądze, warto wykorzystać je na dywersyfikację. Zakup dywidendów i inwestycji na rynku może generować lepsze rezultaty.
Pożyczanie
Przedsiębiorcy mogą finansować dywersyfikację pożyczając pod nieruchomość lub aktywa stałe, a nawet papiery wartościowe.
Jak powinno wyglądać zdywersyfikowany portfel dla właścicieli i organów wykonawczych?
Pięć kluczowych czynników:
Dywersyfikuj swój biznes
Przedsiębiorcy mogą kupić inne przedsięwzięcie, co w idealnym przypadku może przynieść kolejny sukces. Jest to atrakcyjne i tworzy nowe możliwości.
Zachowaj wystarczającą płynność, lecz nie za dużą
Przedsiębiorcy często chcą utrzymać większą płynność niż potrzebują, tłumacząc to brakiem wahań wartości gotówki w przeciwieństwie do akcji. Eksperci UBS zalecają trzymanie płynnych środków o wartości 3-5-letnich wydatków, ponieważ powyżej tej kwoty przedsiębiorcy ryzykują iż ich portfel nie przyczyni się do osiągania zakładanych celów finansowych.
Nie poddawaj się na giełdzie
Dla przedsiębiorców trudnym jest przeniesienie pieniędzy z własnej organizacji na publiczną giełdę w firmy, których nie kontrolują i których wartość zmienia się na rynku. Posiadanie własnego biznesu nie powinno skutkować omijaniem inwestycji na giełdzie, która oferuje potencjalnie duże zwroty. Właściciele i organy wykonawcze często korzystają na budowaniu dobrze zdywersyfikowanego portfela bez całkowitych zmian.
Dostosowuj biznes, gdzie potrzeba
Dostosowanie obejmuje szacowanie, gdzie firma najczęściej podejmuje transakcje i wybranie inwestycji mniej skorelowanych z tymi miejscami lub sektorami, którego zwroty relatywnie mniej korelują z firmami działającymi w twojej branży.
Jeśli nie możesz ich pokonać, inwestuj w nich
Przedsiębiorcy mogą rozważyć prywatne inwestycje w konkurencyjnie uciążliwe firmy. Nowym rozwiązaniem są platformy współinwestycji nie tylko dla regulowania ryzyka ale również wywierania pozytywnego wpływu na społeczeństwo i środowisko.