CPK i porty regionalne. Rządowy program rozwoju sieci lotnisk zostanie zastąpiony

Jak zaplanować rynek lotniczy w Polsce, uwzględniając budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego? W sprawie rządowej polityki w zakresie rozwoju sieci lotnisk spotkali się dziś w Warszawie przedstawiciele m.in. lotnisk regionalnych, Lotniska Chopina, PAŻP, ULC, Departamentu Lotnictwa Ministerstwa Infrastruktury i CPK. Nowy dokument powinien zostać opracowany do 2020 r.

Dynamiczny rozwój ruchu lotniczego w Polsce i planowana budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego niosą ze sobą konieczność wypracowania nowych założeń oraz podejścia do polityki lotniczej, w tym w zakresie dotyczącym sieci lotnisk. Ostatni rządowy dokument dotyczący tego obszaru, czyli Program rozwoju sieci lotnisk i urządzeń naziemnych, został przyjęty uchwałą Rady Ministrów 8 maja 2007 r. i przez tych 12 lat został częściowo zrealizowany, a w pozostałym zakresie zdążył się zdezaktualizować.

Decyzja o budowie CPK została już podjęta, jest realizowana i określa ramy polityki lotniczej. Z tego powodu istniejący Program rozwoju sieci lotnisk i lotniczych urządzeń naziemnych wymaga zastąpienia nowym dokumentem. To od przedstawicieli środowiska zależy przedstawienie wspólnego stanowiska co do zakresu, roli i metodologii, którą powinniśmy się kierować w pracach nad tymi fragmentami polityki lotniczej, które będą dotyczyć rozwoju sieci lotnisk – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Jak zauważa wiceminister infrastruktury, w perspektywie kilkunastu lat na polskim rynku można spodziewać się dużego wzrostu ruchu, związanego m.in. z dodaniem dodatkowej przepustowości w postaci CPK. – Budowa dużego portu przesiadkowego w danym kraju  nie musi wcale wiązać się ze zmianą proporcji udziału w ruchu lotniczym. W tym kontekście budowa CPK może być dla lotnisk regionalnych szansą, a nie zagrożeniem – podkreśla Mikołaj Wild.

Inicjatorami spotkania byli przedstawiciele środowiska lotniczego, w tym Związek Regionalnych Portów Lotniczych zrzeszający lotniska odpowiadające dziś za 60 proc. ruchu lotniczego w Polsce. Spółka CPK podjęła się organizacji pierwszego z serii warsztatów. Uczestnicy rozmawiali o aspektach tworzenia polityki lotnictwa, jej zakresie, horyzoncie czasowym i metodyce, ale też m.in. o niedostatkach infrastruktury lotniczej w centralnej Polsce, niskiej przepustowości infrastruktury i ograniczeniach środowiskowych.

Podjęliśmy się organizacji warsztatów jako równoprawny członek środowiska lotniczego. Jako cała branża widzimy potrzebę i konieczność wypracowania wspólnego stanowiska wobec wyzwań, jakie niesie rosnący ruch lotniczy. CPK jest projektem komplementarnym wobec istniejącej sieci lotnisk, który ma zwiększyć synergię całego systemu, dlatego dzisiaj na sali mamy wszystkich zarządzających infrastrukturą lotniskową  – mówi Dariusz Sawicki, członek zarządu CPK ds. części lotniskowej.

Według Mariusza Szpikowskiego, prezesa Państwowego Przedsiębiorstwa Porty Lotnicze i dyrektora Lotniska Chopina w Warszawie, rozwój portów regionalnych w ostatnich latach może cieszyć, niemniej nie zawsze szedł on w parze z ich dodatnimi wynikami finansowymi, a czasami wiązał się z kanibalizacją rynku. – Opracowanie strategii jest zatem konieczne, aby umożliwić zdrowy rozwój portów regionalnych realizujących zarówno interesy regionów, jak też państwa polskiego – podkreśla Mariusz Szpikowski.

Projekt CPK jest szansą także dla lotnisk regionalnych. Wierzymy, że w związku z jego realizacją, w polskim prawie dojdzie do niezbędnych zmian, dzięki którym szybciej i łatwiej będzie można prowadzić procesy inwestycyjne na lotniskach. Mamy nadzieję, że zlikwidowane zostaną prawne bariery uniemożliwiające zrównoważony rozwój krajowej sieci lotnisk. Mowa tutaj m.in. o budzących wiele kontrowersji przepisach dotyczących obszarów ograniczonego użytkowania – mówi Artur Tomasik, prezes Zarządu Związku Regionalnych Portów i Katowice Airport.

Z satysfakcją przyjęliśmy zaproszenie do udziału w warsztacie strategicznym na temat rozwoju lotnictwa w Polsce. To doskonała okazja do rozmowy na temat roli regionalnych portów lotniczych, w tym Kraków Airport, w kontekście planów budowy CPK. Patrząc na prognozy ruchu lotniczego, widać, że pilnie potrzebujemy zarówno nowego, dużego lotniska przesiadkowego, jak i nowoczesnych, dynamicznie rozwijających się portów regionalnych – komentuje Radosław Włoszek, wiceprezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych i prezes Kraków Airport.

Wśród uczestników spotkania znaleźli się jeszcze m.in. Beata Mieleszkiewicz –  dyrektor Departamentu Lotnictwa w MI, Piotr Samson – prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego, Janusz Janiszewski – prezes Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, a także przedstawiciele portów regionalnych: z Bydgoszczy,  Gdańska, Lublina, Łodzi, Modlina, Olsztyna, Poznania, Rzeszowa i Wrocławia. Jako moderatorzy pojawili się specjaliści z firm konsultingowych: Boston Consulting Group i ARUP. Warsztaty, oprócz odpowiedzi na pytania, jak powinna wyglądać przyszła polityka lotnictwa w zakresie rozwoju sieci lotnisk, stworzyły także platformę do przyszłej współpracy.

W 2018 r. polskie lotniska odprawiły ponad 46 mln pasażerów, czyli o 15 proc. więcej niż w 2017 r. i prawie pięć razy tyle co w r. 2005. Według prognoz PwC, w tym roku polskie porty obsłużą ponad 50 mln pasażerów. Liczba podróżujących tym środkiem transportu dynamicznie rośnie, a według ULC ten trend się utrzyma: w 2035 r. liczba pasażerów na polskich lotniskach może przekroczyć 90 mln. Według raportu Baker McKenzie i Polityki Insight, w Europie w 2040 r. 160 mln podróżnych nie będzie mogło skorzystać z transportu lotniczego z uwagi na niewystarczającą przepustowość infrastruktury.

Spółka CPK już w połowie kwietnia rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. W inauguracyjnym spotkaniu wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm, które będą z lotniska korzystać albo świadczyć dla niego usługi. W efekcie tych konsultacji spółka otrzymała ponad 400 uwag i propozycji dotyczących infrastruktury planowanego lotniska. W lipcu rozpocznie się drugi etap konsultacji strategicznych CPK, w którym weźmie udział jeszcze więcej podmiotów.

Jednocześnie współpracę z CPK rozpoczęło Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA). Powstał Komitet Konsultacyjny (ACC), który pomoże w zaplanowaniu nowego lotniska. Pierwsze spotkanie odbędzie się 18 lipca w Warszawie. IATA zaprosiła do Komitetu wszystkich zainteresowanych przewoźników (także niezrzeszonych w tej organizacji). Oprócz linii dotychczas operujących z Lotniska Chopina oraz innych sieciowych przewoźników, będą to również tzw. linie niskokosztowe i cargo.

W  tym roku spółka CPK planuje wskazać doradcę strategiczno-technicznego, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Także w tym roku CPK zleci plan generalny Portu Lotniczego Solidarność, czyli tzw. masterplan. Będzie on zawierał m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy nowego portu lotniczego.

byteLAKE współpracuje z Xilinx, aby zwiększyć wydajność i efektywność energetyczną symulacji CFD

Polska firma specjalizująca się w budowie rozwiązań programowych sztucznej inteligencji i HPC, stworzyła zestaw wysoce zoptymalizowanych kerneli CFD (ang. Computational Fluid Dynamics) dla kart ALVEO firmy Xilinx, Inc. Kernele CFD to kluczowe elementy wykorzystywane do budowania symulacji dynamiki płynów. Rozwiązanie to umożliwi stworzenie wysokowydajnej platformy do szybkiej i kompleksowej analizy inżynieryjnej.

Szereg branż, takich jak przemysł motoryzacyjny, chemiczny, lotniczy, biomedyczny, energetyczny i budowlany, opiera się na szybkich analizach CFD. Są one kluczowym elementem procesu projektowania w celu zrozumienia przepływów cieczy i gazu oraz ich oddziaływania na powierzchnie.

Wysoka złożoność algorytmiczna analiz CFD naturalnie współgra z rekonfigurowaną platformą ALVEO, która została zaprojektowana do wspierania obliczeń zarówno w chmurze jak i lokalnych centrach danych. Adaptowalność kart ALVEO, zbudowanych na bazie Xilinx UltraScale + FPGAs, jest również idealną platformą dla byteLAKE, która umożliwia wykorzystanie ich głębokiej wiedzy algorytmicznej do rozwiązywania krytycznych problemów w przemyśle.

„Przejście z architektury obliczeniowej opartej na procesorach CPU do konfiguracji heterogenicznych jest niezbędne, aby sprostać stale rosnącemu zapotrzebowaniu na dokładność i możliwości obliczeń HPC, nie tylko zapewniając szybsze generowanie wyników, ale także biorąc pod uwagę budżet energetyczny ” powiedział Marcin Rojek, współzałożyciel firmy byteLAKE. „Akceleratory oparte na FPGA, takie jak ALVEO U250, oferują doskonałe połączenie wydajności i efektywności energetycznej. Udało nam się osiągnąć niemal czterokrotnie szybsze wykonanie algorytmów Adwekcji i nawet sześciokrotnie lepszą wydajność na Wat, ostatecznie obniżając zużycie energii o ponad 80% (*).

„byteLAKE dostrzegł potencjał, aby umożliwić wykonywanie analiz CFD jeszcze szybciej i aby były one bardziej dostępne wykorzystując elastyczność i doskonałą równoległość karty akcelerator ALVEO” , powiedział Viraj Paropkari, starszy kierownik, Data Center Marketing, firmy Xilinx. „Nasze zespoły pracowały razem, tworząc precyzyjnie dostrojone kernele CFD dla akceleratorów ALVEO, które są gotowe do wdrożenia lokalnie lub w chmurze.”

Obie firmy wspólnie zademonstrują kernele CFD działające na akceleratorach ALVEO podczas nadchodzącej konferencji ISC High Performance we Frankfurcie, Niemcy, stoisko D-1055, Czerwiec 17-20, 2019.

Sfinks aktualizuje strategię do roku 2022

Sfinks Polska – spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Chłopskie Jadło, Piwiarnia Warki, Fabryka Pizzy i WOOK – dokonała aktualizacji strategii rozwoju na lata 2017-2022. Zamierza w tym okresie nie tylko zarządzać siecią liczącą co najmniej 400 lokali, ale także nawiązać współpracę z nie mniej niż 1000 punktów gastronomicznych w programie afiliacyjnym. Według nowych założeń strategii, Sfinks zamierza obok dokonywania akwizycji zapewniających przejęcie pakietów kontrolnych,  realizować inwestycje w pakiety mniejszościowe w przypadku konceptów o dużym potencjale wzrostu i z kompetentną kadrą zarządczą. Planuje też przeniesienie do spółek zależnych marek Sphinx, Chłopskie Jadło i Piwiarnia.

Sylwester Cacek
Sylwester Cacek

– Analizujemy stale rynek i poszukujemy opcji, które pozwolą jak najlepiej wykorzystać szanse, by budować wartość dla akcjonariuszy. To jest nadrzędnym celem wszystkich naszych działań. Dokonaliśmy już przeglądu dużej części rynku pod względem akwizycji i widzimy wiele szans związanych z wspieraniem rokujących konceptów, które w przyszłości mogą tworzyć istotną wartość na rynku. Nasze zaangażowanie bazowałoby wówczas nie tylko na pieniądzach, ale także dostępie do know-how czy objęciu takich konceptów korzyściami wynikającymi z naszych umów centralnych. Na tych atutach chcemy także budować sieć afiliacyjną – komentuje Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Strategia Sfinksa dopuszcza inwestycje w pakiety mniejszościowe niezapewniające kontroli wyłącznie pod warunkiem zagwarantowania opcji odkupu całości po ustalonym okresie i na z góry ustalonych zasadach.

Obok akwizycji, ważnym elementem rozwoju Grupy Sfinks Polska pozostaje wzrost organiczny. W dalszym ciągu rozbudowywane będzie komplementarne portfolio marek, odpowiadające różnym potrzebom klientów wynikającym z pory dnia czy okazji. Koncepty restauracyjne będą rozwijane w ramach Grupy Sfinks Polska poprzez spółki zależne lub powiązane, przy zapewnieniu zachowania nad nimi kontroli w rozumieniu Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej. Spółka nie wyklucza jednak możliwości oddania kontroli nad wybranymi sieciami w przypadku uzasadniającym wsparcie wzrostu wartości Sfinks Polska oraz pod warunkiem pozostawania ich przez określony czas w ścisłej współpracy ze spółką.

– Chcemy przenieść nasze trzy największe sieci, Sphinx, Piwiarnię i Chłopskie Jadło, do odrębnych spółek jako zorganizowane części przedsiębiorstwa i konsekwentnie przekształcać je do modelu franczyzowego. W naszym przekonaniu to ułatwi pozyskanie środków na rozwój tych sieci, a w efekcie przyczyni się do wzrostu wartości całej grupy. Może nam to również umożliwić wcześniejszą spłatę części lub całości kredytu – wyjaśnia Sylwester Cacek.

Grupa Sfinks Polska w dalszym ciągu zamierza rozwijać sieci zarówno w modelu restauracji własnych, jak i franczyzowych, przy zwiększaniu udziału tych drugich do poziomu 70-90% w zależności od rodzaju sieci. Dodatkowym źródłem przychodów i przewag konkurencyjnych grupy ma być także rozwój sprzedaży w systemie dostaw do klienta. Będą one rozwijane w oparciu o współpracę z głównymi graczami (integratorami) na rynku delivery, jak też o własną markę Smacznieiszybko.pl. Sfinks podtrzymuje też zamiar, by w okresie objętym strategią wdrożyć koncepcję masterfranczyzy i uruchomić sieci restauracji w minimum 3 krajach.

W dalszym ciągu Grupa Sfinks Polska będzie dążyć do osiągnięcia wysokiej efektywności operacyjnej oraz finansowej. Pomocą w realizacji tych celów mają być m.in. wdrożone i konsekwentnie rozwijane nowe narzędzia IT.

Realizacja strategii rozwoju na lata 2017-2022 ma być finansowana między innymi z wypracowanej wolnej gotówki z działalności podstawowej, generowanej z przychodów jednorazowych, w tym z przekształcenia posiadanych restauracji do modelu franczyzowego oraz dokapitalizowania lub/i sprzedaży części udziałów spółek zależnych.

Akcjonariusze Ronson Development zatwierdzili wypłatę dywidendy w wysokości 6 groszy na akcję

Walne zgromadzenie akcjonariuszy Ronson Developement zdecydowało o wypłacie dywidendy w wysokości 6 gr na akcję, czyli łącznie 9,8 mln zł, z zysku netto za 2018 r.

Uchwała przyjęta przez Walne Zgromadzenie jest zgodna z polityką dywidendową Spółki ogłoszoną w lipcu 2018 r., a także z rekomendacją Zarządu w sprawie podziału zysku za ubiegły rok, która została następnie pozytywnie zaopiniowana przez Radę Nadzorczą Ronson Development. Dzień ustalenia prawa do dywidendy został ustalony na 18 czerwca, a dniem wypłaty dywidendy będzie 25 czerwca 2019 r.

Biorąc pod uwagę bieżący kurs akcji Spółki (0,91 zł na zamknięciu sesji w dniu 11 czerwca 2019 r.), oczekiwana stopa dywidendy wynosi 6,6%. Dywidenda w wysokości 6 gr na akcję, czyli łącznie 9,8 mln zł, odpowiada 73% zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej za 2018 rok, który wyniósł 13,5 mln zł.

Cyfryzacja polskiej służby zdrowia przyspiesza. Do 2020 UE przekaże Polsce 13 mld zł na cele związane z e-zdrowiem

Cyfryzacja polskiej służby zdrowia przyspiesza. Do 2020 UE przekaże Polsce 13 mld zł na cele związane z e-zdrowiem 1

Cyfryzacja służby zdrowia to proces nieunikniony. Tylko do 2020 roku Unia Europejska przekaże Polsce na ten cel blisko 13 mld zł. Z badań LekSeek Polska „E-zdrowie oczami Polaków” wynika, że cyfrowych rozwiązań z zakresu e-zdrowia oczekują zarówno lekarze, jak i sami pacjenci. To szansa na optymalizację polityki lekowej państwa, spadek liczby błędów w farmakoterapii, optymalizację kosztów i podniesienie jakości świadczeń zdrowotnych oraz złagodzenie problemu, jakim jest niedobór lekarzy. Eksperci podkreślają, że niezbędna jest jednak ścisła współpraca Ministerstwa Zdrowia z sektorem prywatnym, a w centrum e-zdrowia powinien być pacjent.

– Obecnie priorytetem Ministerstwa Zdrowia jest zakończenie wdrażania platformy e-zdrowia. Będzie ona oferować podstawowe e-usługi, czyli przede wszystkim e-receptę, e-skierowanie oraz możliwość wymiany elektronicznej dokumentacji medycznej. Każdy będzie mieć do nich dostęp za pośrednictwem portalu Pacjent.gov.pl. Wprowadzone zmiany znacznie ułatwią pracę lekarzom i pozwolą im się skupić na potrzebach pacjenta. Patrząc na inne kraje w Europie i tempo wdrażania rozwiązań z zakresu e-zdrowia, Polska ma się szansę stać jednym z liderów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Cyfryzacja służby zdrowia to proces nieunikniony – na ten aspekt stawia Unia Europejska, która tylko do 2020 roku przekaże Polsce w sumie blisko 13 mld zł na cele związane ze zdrowiem, w tym rozbudowę infrastruktury medycznej i telemedycynę. Cyfryzację wymuszają także m.in. starzejące się społeczeństwo, które pociąga za sobą większe obciążenie dla systemu ochrony zdrowia, oczekiwania pacjentów i niedobór kadry lekarskiej. Jak wynika z raportu „Health at a Glance 2018”, nasz kraj zajmuje ostatnie miejsce w Unii Europejskiej pod względem liczby lekarzy, plasując się nawet za Rumunią. Na 1 tys. mieszkańców w Polsce przypada średnio 2,4 lekarza, podczas gdy europejska średnia wynosi 3,8.

Informatyzacja ma zwiększyć efektywność systemu opieki i poprawić jakość świadczeń. Model opieki oparty na nowoczesnych rozwiązaniach IT od lat sprawdza się w innych krajach, a za przykład mogą posłużyć m.in. Dania, Islandia, Szwecja, Holandia czy Estonia, która już w 2010 roku wprowadziła e-recepty. Jednak – jak zaznacza rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce dr Michał Sutkowski – w centrum cyfryzacji służby zdrowia musi znaleźć się pacjent.

– E-rozwiązania, które są i będą wdrażane w systemie ochrony zdrowia, muszą być dostosowane do pacjentów i tych wszystkich, którzy będą wokół nich pracować, czyli lekarzy, personelu medycznego. Trzeba tę papierową polską służbę zdrowia zinformatyzować, jednak to pacjenci powinni być w centrum zachodzących zmian. To oni powinni być najważniejszym beneficjentem tych 13 mld zł, które w najbliższych latach zostaną przekazane na cyfryzację przez Unię Europejską – mówi dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Jak podkreśla, cyfryzacja służby zdrowia jest szansą na optymalizację polityki lekowej państwa oraz spadek liczby błędów w farmakoterapii, które mogą prowadzić do obniżenia skuteczności terapii, a nawet ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pacjenta.

– Digitalizacja może rozwiązać wiele problemów w obszarze polityki lekowej państwa. Pozwoli na informowanie płatnika publicznego jakie leki, w jakim obszarze są przepisywane i te analizy będą dużo bardziej szczegółowe niż dzisiejsze. Z punktu widzenia lekarza rodzinnego, a przede wszystkim jego pacjenta – najważniejsze jest dobre leczenie i uniknięcie zjawiska polipragmazji, które dotyczy głównie seniorów. Często starsi pacjenci chodzą do kilku specjalistów, biorą 3 beta-blokery albo 2 inhibitory pompy protonowej, nie zdając sobie sprawy z tego, że wpływa to niekorzystnie na ich zdrowie. W zdigitalizowanym systemie na ekranie wyświetli się lekarzowi informacja, że pacjent ma wdrożone określone leczenie, co pozwoli na racjonalny dobór leków – mówi dr Michał Sutkowski.

Eksperci podkreślają, że cyfryzacja stwarza szansę na optymalizację kosztów i podniesienie jakości świadczeń zdrowotnych. Są na nią gotowi zarówno pacjenci, jak i lekarze: 67,4 proc. pacjentów biorących udział w badaniu LekSeek Polska „E-zdrowie oczami Polaków” jest przekonanych, że rozwój telemedycyny w Polsce będzie mieć pozytywne skutki. Tego samego zdania jest 58 proc. lekarzy.

– Każde ułatwienie dla lekarza wpłynie również pozytywnie na leczenie pacjenta. Jeżeli lekarz będzie mógł zoptymalizować swoją pracę, wykonywać ją szybciej i sprawniej dzięki cyfrowym narzędziom, pacjent będzie miał z tego same korzyści. Największym problemem lekarza i pacjenta podczas wizyty jest zbyt dużo czasu poświęcanego na sprawy administracyjne. Dzięki narzędziom cyfrowym potrafimy zredukować ten czas o 30 proc. Z uwagi na to, że w naszym kraju lekarzy jest coraz mniej, chcemy przenieść pewne aspekty relacji pacjent – lekarz na sferę cyfrową. Lekarze będą mieli szereg narzędzi umożliwiających m.in. diagnozowanie pacjenta, przedłużenie terapii czy wysłanie informacji kolejnym specjalistom, dzięki czemu leczenie będzie bardziej skuteczne – mówi Dominik Kieda, dyrektor EDM w  LekSeek Polska.

– Zarówno lekarze, jak i pacjenci kierują się wygodą. Chcąc zwiększyć ich zainteresowanie nowymi możliwościami, powinniśmy pracować nad jakością usług i rzetelnie prezentować korzyści. W takiej atmosferze dialogu jesteśmy w stanie osiągnąć sukcesy, czego przykładem jest ubiegłoroczne wdrożenie e-zwolnień. Dzisiaj już 99,7 proc. zwolnień elektronicznych jest właśnie w tej postaci – dodaje Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Jak ocenia, wyzwaniem przy wdrażaniu rozwiązań e-zdrowia okazała się gotowość podmiotów prywatnych do współpracy z Ministerstwem Zdrowia.

– Obserwujemy zwiększone zaangażowanie firm IT z polskim kapitałem w wytwarzaniu takich rozwiązań. Chcemy, żeby ochrona zdrowia była nie tylko istotną częścią życia społecznego, lecz także polskiej gospodarki w sektorze najnowocześniejszych technologii – podkreśla wiceminister Janusz Cieszyński.

LekSeek wystartował właśnie z kampanią edukacyjno-informacyjną „Niewykluczeni z cyfryzacji”, w ramach której powołano Gabinet Ekspertów, składający się głównie z lekarzy różnych specjalizacji. Ich zadaniem jest m.in. wsparcie merytoryczne przy programie Gabinet drWidget  jedyny na rynku bezpłatny program do kontroli procesu leczenia (zawiera m.in. dane medyczne pacjenta dotyczące historii choroby i stosowanych terapii), optymalizujący czas lekarza i pacjenta w trakcie wizyty. Program ma pełną funkcjonalność Elektronicznej Dokumentacji Medycznej i cały czas jest udoskonalany w porozumieniu z lekarzami oraz prawnikami.

– Nasza firma od ponad 15 lat świadczy usługi IT w medycynie, więc jest to naturalną wypadkową. Pomysł darmowej aplikacji służy temu, aby pacjent miał pełen dostęp do swojej dokumentacji w formie cyfrowej, co zoptymalizuje proces jego terapii, poprawi bezpieczeństwo lekowe. Lekarze także powinni mieć ogólnodostępne narzędzie, dzięki któremu będą mogli leczyć pacjentów i wykonywać swoją pracę sprawniej – podkreśla Dominik Kieda, dyrektor EDM w LekSeek Polska.

Inwestycje w paliwa alternatywne koniecznością. Do 2040 r. zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 30 proc.

Inwestycje w paliwa alternatywne koniecznością. Do 2040 r. zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 30 proc. 2

– Świat będzie potrzebował więcej czystszej energii, również w transporcie, więc inwestowanie w paliwa alternatywne jest koniecznością tu i teraz – przekonuje Rafał Molenda, dyrektor działu stacji paliw i rozwoju sieci Shell Polska. Benzynę i diesla już stopniowo wypierają biopaliwa, gaz, energia elektryczna oraz wodór. W przybliżaniu nowej ery zasilania w transporcie mają pomagać takie inicjatywy jak Shell Eco-marathon. W tegorocznej edycji konkursu na opracowanie pojazdu najbardziej wydajnego energetycznie weźmie udział sześć drużyn z Polski.

Konkurs wspiera młodych inżynierów w ich odkryciach w zakresie technologii i motoryzacji, a zadaniem uczestników jest opracowanie pojazdu jak najbardziej wydajnego energetycznie. Zwycięża drużyna, której bolid pokona jak najdłuższy dystans na ekwiwalencie jednego litra dowolnego paliwa, jednego m3 lub jednej kWH. W tegorocznej edycji konkursu, która odbędzie się 2–5 lipca w Londynie, weźmie udział sześć drużyn z Polski.

– W 1939 roku pracownicy Shell w Stanach Zjednoczonych zawarli przyjacielski zakład, postanowili się przekonać, kto z nich przejedzie najdalej na jednym litrze paliwa. Wygrała osoba, która w tamtym czasie przejechała 6 kilometrów. 71 lat później, w 2010 roku, francuski zespół studentów przejechał na jednym litrze 3 771 kilometrów. To jest odległość jak stąd do Rzymu i z powrotem. Tym właśnie jest Shell Eco-marathon. To dążenie do jak najwyższej efektywności energetycznej, to studenci i uczniowie szkół średnich, którzy tworzą nowe, ekologiczne i efektywne rozwiązania dla motoryzacji – tłumaczy Rafał Molenda.

– Szacuje się, że zapotrzebowanie na energię do 2040 roku wzrośnie o 30 proc., już w tej chwili transport stanowi prawie 1/3 zużycia energii światowej. Świat będzie potrzebował więcej i czystszej energii, również w transporcie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Molenda, dyrektor działu stacji paliw i rozwoju sieci Shell Polska.

Z danych United Nations wynika, że liczba ludności w 2030 roku wzrośnie z obecnych 7,6 mld do 8,6 mld. W 2050 roku na świecie będzie żyło już 9,8 mld ludzi, a w 2100 aż 11,2 mld. Spowoduje to zwiększenie zapotrzebowania na paliwa i energię. Szacuje się, że globalne zapotrzebowanie na energię w 2050 roku może się podwoić w porównaniu do poziomu z 2000 roku. Nawet za jedną trzecią tego zapotrzebowania odpowiada transport.

– W tej chwili dominują dwa paliwa: benzyna i diesel, niemniej jednak już teraz widzimy wzrost różnorodności napędów, napędów na gaz takich jak wodór, skroplony gaz ziemny – LNG, sprężony gaz ziemny, elektromobilności, więc aut elektrycznych, a także hybrydowych, a dodatkowo aut napędzanych na LPG czy biopaliwa. Świat stoi przed ogromnymi wyzwaniami, wśród nich są przede wszystkim zmniejszenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, poprawa jakości powietrza. Te wszystkie przyczyny powodują, że inwestowanie w paliwa alternatywne jest koniecznością tu i teraz – podkreśla Rafał Molenda.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) w opracowaniu „Global Energy & CO2 Status Report” podaje, że tylko w 2018 roku zapotrzebowanie na energię ogółem na całym świecie wzrosło o 2,3 proc., niemal dwukrotnie więcej (o 4 proc) na energię elektryczną. Paliwem, które najbardziej zyskało na światowym rynku energii, był gaz ziemny, który zaspokoił 45 proc. dodatkowego popytu. Łącznie w 2018 roku wykorzystanie gazu wzrosło o 170 mld m3.

–  Szacuje się, że dominacja benzyny i diesla utrzyma się jeszcze przez jakieś 20 lat, ale już teraz widzimy wzrost różnorodności napędów. Świat dąży do mniejszej emisyjności, trudno powiedzieć, jakie paliwo będzie dominujące za 5, 10, 15, czy 20 lat. W Shell wierzymy, że inwestowanie w paliwa alternatywne pomoże w zmniejszeniu emisji dwutlenku węgla do atmosfery, a także wpłynie na poprawę jakości powietrza, dlatego inwestujemy w wiele paliw alternatywnych równocześnie – wskazuje Molenda.

Shell zapowiada, że do 2025 roku 20 proc. przychodów z biznesu paliwowego firmy na świecie będzie pochodziło z paliw niskoemisyjnych, jak gaz, biopaliwa, energia elektryczna czy wodór. Globalne inwestycje Shell w biznes nowych energii cel to 1–2 mld dol. rocznie. Gaz ziemny – najczystszy w spalaniu węglowodór – już teraz stanowi ponad połowę produkcji Shell.

– Transport już teraz stanowi prawie 1/3 zużycia energii globalnej. W Polsce inwestujemy zarówno w elektromobilność, jak i w rozwiązania związane z skroplonym gazem ziemnym. Bierzemy udział w projekcie europejskim, w którym w Polsce planujemy w najbliższych latach otworzyć 10 stacji oferujących skroplony gaz ziemny, paliwo przeznaczone przede wszystkim do samochodów ciężkich, ciężarówek i transportu – zaznacza przedstawiciel Shell Polska.

Nadchodzi przełom w cyfryzacji szkolnictwa. Do 2021 roku Ogólnopolska Sieć Edukacyjna połączy z szybkim internetem 26 tys. polskich szkół

Nadchodzi przełom w cyfryzacji szkolnictwa. Do 2021 roku Ogólnopolska Sieć Edukacyjna połączy z szybkim internetem 26 tys. polskich szkół 3

Internet i nowe technologie w edukacji są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny. Zdaniem 81 proc. uczniów w Polsce nauczyciele wykorzystują dostęp do sieci głównie po to, żeby odtwarzać filmy – wynika z badań NASK. Przełomem w systemie nauczania ma być realizowany już program Ministerstwa Cyfryzacji – Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, która do 2021 r. zapewnić dostęp do szybkiego i bezpiecznego internetu ponad 26 tys. placówek edukacyjnych w Polsce. OSE ma towarzyszyć cały ekosystem, m.in. umożliwiający wymianę treści, prowadzenie wspólnych projektów między placówkami, bezpłatne szkolenia i e-materiały dla nauczycieli, a także kreatywne scenariusze lekcji z wykorzystaniem technologii.

– Nie można powiedzieć, że cyfryzacji nie ma w szkołach, że nauczyciele nie używają technologii. Jest wielu kreatywnych, zaangażowanych nauczycieli, którzy korzystają z technologii, bo czują, że uczniowie tego wymagają i jest im to potrzebne. My natomiast chcemy działać systemowo, wyrównać szanse edukacyjne w całej Polsce – żeby internet i technologie w szkołach, wykorzystywane w nowoczesny sposób, dotarły do każdej, nawet w najmniejszej miejscowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Łukawski, dyrektor ds. ekosystemu OSE w NASK.

Jak wynika z ogólnopolskiego badania młodzieży „Nastolatki 3.0”, przeprowadzonego przez NASK, w polskim systemie edukacji internet i nowe technologie są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny, nastawiony na odtwórcze przyswajanie wiedzy. 81,2 proc. uczniów stwierdziło, że jeżeli nauczyciele wykorzystują internet na zajęciach, to najczęściej po to, aby odtwarzać filmy, wyświetlać prezentacje (77,6 proc.). Nieco rzadziej nauczyciele korzystają w trakcie zajęć z programów edukacyjnych (60,6 proc.) lub pokazują zdjęcia (48,1 proc.).

Z kolei w domu uczniowie szukają pomocy głównie na Wikipedii (76,3 proc.) albo korzystają z wyszukiwarki (62,6 proc.), żeby znaleźć potrzebne informacje. Popularnym źródłem szkolnej wiedzy są też serwisy z gotowymi odpowiedziami, np. Ściąga, Odrabiamy, Zapytaj, Bryk. Każdy z nich jest wskazywany jako często używane źródło przez ponad 20 proc. nastolatków, a niektóre odwiedza regularnie nawet połowa uczniów.

NASK wystartował tydzień temu z projektem OSEhero.pl, promuje i nagradza aktywnych nauczycieli, którzy prowadzą zajęcia kreatywnie, z wykorzystaniem internetu i nowych technologii, motywując uczniów do większego zaangażowania.

– Prezentujemy sylwetki najbardziej zaangażowanych nauczycieli, na tej stronie będziemy również wskazywać szkoły, które z czasem w systemie kaskadowym staną się centrami kompetencyjnymi w regionach – zapowiada Tomasz Łukawski z NASK.

Prawdziwym przełomem w systemie nauczania ma być jednak start Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, czyli rządowego programu dla szkół. OSE do 2021 roku podłączy do szybkiego internetu światłowodowego wszystkie szkoły i placówki edukacyjne w Polsce.

– Naszym docelowym targetem jest K12, tzn. szkoły podstawowe i licea z wyłączeniem szkół dla dorosłych. To znaczy, że do końca 2021 roku do internetu będzie podłączonych 26 tys. szkół – mówi Tomasz Łukawski – To szansa na zmianę cywilizacyjną, a przede wszystkim – pokrycie białych plam w miejscach, gdzie szkoły mają problemy z internetem, mają dostęp do sieci o bardzo niskiej przepustowości. OSE zagwarantuje internet szerokopasmowy o prędkości 100 Mb/s w obie strony, zarówno download, jak i upload.

– Wiele się zmieni, bo dzięki dostępowi do sieci będzie możliwe dzielenie się własnymi materiałami, pobieranie treści od innych szkół i nauczycieli czy przykładowo przeprowadzanie wspólnie eksperymentów w tym świecie wirtualnym. To będzie przełomowy moment dla zapewnienia edukacji nowego, bardziej nowoczesnego oblicza – mówi Rafał Lew-Starowicz z Ministerstwa Edukacji Narodowej.

Jak podkreśla, program OSE jest kluczowym komponentem całego programu cyfryzacji nauczania w Polsce.

– OSE to infrastruktura, to doprowadzenie internetu do wszystkich szkół w Polsce, zapewnienie możliwości korzystania z sieci w salach lekcyjnych. Jednak przede wszystkim w ramach OSE będzie można korzystać z bezpłatnych e-materiałów dla nauczycieli i szkoleń pokazujących, co można zrobić z uczniami, mając już ten dostęp do sieci – mówi Rafał Lew-Starowicz – OSE zakłada towarzyszenie nauczycielom w ich pracy, ale także zapewnienie bardzo ważnego elementu, jakim jest bezpieczeństwo dostępu do internetu.

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to program Ministerstwa Cyfryzacji. Operatorem OSE jest Państwowy Instytut Badawczy NASK, działający na rzecz rozwoju społeczeństwa informacyjnego, cyfryzacji i bezpieczeństwa sieci teleinformatycznych. NASK będzie czuwać nad cyberbezpieczeństwem i utrzymaniem sieci oraz zapewni usługi towarzyszące, m.in. w zakresie edukacji dotyczącej bezpiecznego korzystania z internetu, szkoleń dla nauczycieli i gotowych materiałów – scenariuszy do wykorzystania w trakcie lekcji z uczniami.

– W zakładce „OSE inspiracje” na OSE.gov.pl będą nowatorskie projekty, które nauczyciele realizują ze swoimi uczniami, które odbywają się nie w systemie 45-minutowych lekcji, ale w parku, w lesie, wszędzie, gdzie można kreatywnie używać technologii. Szykujemy gry miejskie z rozszerzoną rzeczywistością oparte na QR kodach, z których będą mogły korzystać szkoły nawet słabo wyposażone w tablety czy laptopy, bo kody QR są powszechne już chyba w każdym telefonie. Dzięki temu można będzie przeprowadzić wspaniale zaaranżowaną grę terenową na przykład o jakimś artyście, który się w danej miejscowości urodził, albo historycznym wydarzeniu, które miało miejsce w regionie – mówi Tomasz Łukawski, dyrektor ds. ekosystemu OSE w NASK.

Jak podkreśla, wykorzystanie internetu i technologii w szkołach to warunek konieczny, bo dzisiejsze nastolatki są pokoleniem wychowanym w sieci. Internet jest dla nich centrum rozrywki, życia społecznego i zdobywania informacji o świecie. Jak wynika z badań NASK, średni czas korzystania z internetu przez polskich nastolatków wynosi 4 godzin i 12 minut na dobę, a blisko co trzeci (27 proc.) spędza online 2–4 godzin dziennie. 12 proc. szacuje, że ten czas przekracza 8 godzin dziennie.

– Szykujemy w tej chwili potężny kontent edukacyjny dla polskich szkół. Innowacyjne rozwiązania pokazujące, jak stosować technologię w mądry, przemyślany sposób, żeby nauczyciele potrafili się nią posłużyć w tworzeniu projektów edukacyjnych – mówi Tomasz Łukawski – Chcemy promować paradygmat edukacji oparty na szkole, która jest postrzegana jako miejsce budowania wiedzy. Wiedza nie jest czymś, co można włożyć uczniom do głów – oni sami muszą ją zdobyć z pomocą nauczyciela, który powinien rozbudzać ciekawość świata, pomóc w jego zrozumieniu. To jest możliwe dzięki zaangażowaniu uczniów, a uczniowie chcą korzystać z internetu, chcą korzystać z urządzeń mobilnych, ponieważ to jest ich świat codzienny.

– Internet dla młodych ludzi jest dziś trochę jak samochody, do których jest przyzwyczajone to nasze, starsze pokolenie i nie wyobrażamy sobie już funkcjonowania bez tego. Oni tym żyją, natomiast muszą znać zasady, które pozwolą im wykorzystywać technologię z pożytkiem dla siebie. Sieć daje niesamowite możliwości np. autoekspresji, pokazywania swojej twórczości, rozwijania swoich zainteresowań i pasji. Natomiast musimy wprowadzać to mądrze – dodaje Anna Rywczyńska, kierownik Zespołu Projektów Społecznych NASK.

Firmy pod coraz większą presją cyfrowej transformacji. Nowe technologie pomagają nie tylko w cięciu kosztów, lecz także w utrzymaniu się na rynku

Firmy pod coraz większą presją cyfrowej transformacji. Nowe technologie pomagają nie tylko w cięciu kosztów, lecz także w utrzymaniu się na rynku 4

Presja na obniżanie kosztów to dziś jeden z głównych powodów, który skłania firmy do wdrażania nowych rozwiązań technologicznych. Przykładem jest chmura, która zapewnia większą elastyczność i skalowalność rozwiązań – a przy tym oszczędności przy kosztach infrastruktury IT. Prezes Fujitsu Dariusz Kwieciński podkreśla jednak, że usługi i rozwiązania IT muszą być indywidualnie dopasowane do profilu, wielkości oraz potrzeb firmy. W podobny sposób można też zaprojektować środowisko pracy, żeby zapewnić pracownikom nowoczesną przestrzeń z nieograniczonym dostępem do danych i wsparcia technicznego z każdego miejsca na świecie.

– Ważnym aspektem jest nastawienie potencjalnych klientów do innowacji i zmian. Bardzo często obserwujemy jednak dość konserwatywne podejście. Wielu szefów IT wcale nie jest otwartych na to, żeby podejść do wyzwań w sposób innowacyjny i zaadresować je z pomocą nowych technologii. Potrzeba otwartości jest jedną z kluczowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Kwieciński, prezes Fujitsu Polska.

Niezależnie od branży i wielkości firmy, cyfrowa transformacja jest już dla biznesu priorytetem i koniecznością. Umożliwia tworzenie nowych modeli biznesowych, zwiększa konkurencyjność i pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby klientów. Coraz częściej eksperci podkreślają, że przedsiębiorstwa, które nie dostosują się do jej wymogów, skazują się na rynkowy niebyt.

Presja kosztowa to jeden z głównych czynników, który skłania firmy do wdrażania nowych rozwiązań technologicznych. Przykładem jest chmura, która zapewnia przedsiębiorstwom większą elastyczność i skalowalność rozwiązań – a przy tym oszczędności przy kosztach infrastruktury IT. Migracja do chmury to jeden z filarów cyfrowej transformacji biznesu, a także jeden z najgorętszych trendów w IT, prognozy Gartnera zakładają, że w 2019 roku rynek usług chmury publicznej wzrośnie o 17,3 proc., osiągając już wartość 206,2 mld dol. (w porównaniu z 175,8 mld dol. i 21-proc. wzrostem w 2018 roku). W Polsce wciąż jest ogromny potencjał rozwoju, bo – jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego – rozwiązania chmurowe wykorzystuje na razie raptem 11,5 proc. polskich przedsiębiorstw.

Prezes Fujitsu podkreśla jednak, że rozwiązania IT – zarówno chmura, jak i inne usługi – muszą być odpowiednio dopasowane do firmy – jej profilu, branży, wielkości i potrzeb.

– Trudno jest podać jedną formułę uniwersalną dla wszystkich, bo firmy różnej wielkości potrzebują różnych usług. Dlatego zawsze staramy się razem z klientem dobrać odpowiedni zakres usług. W ramach przykładu możemy założyć, że mała firma, która dopiero zaczyna swoją przygodę w biznesie, nie potrzebuje typowego IT i chętnie skorzysta z rozwiązania chmurowego. Natomiast duża, która ma już usankcjonowany zespół IT z wieloma specjalistami, pewnie chętniej odda wsparcie użytkownika końcowego do firmy zewnętrznej, a sama skoncentruje się na strategicznych zadaniach – mówi Dariusz Kwieciński.

Mimo że coraz więcej firm rozumie, jakie znaczenie dla ich przyszłości ma transformacja cyfrowa, nadal istnieje szereg barier związanych z wdrożeniem procesów digitalizacji biznesu. Jak ocenia prezes Fujitsu, jednym z kluczowych wyzwań dla firm i działów IT, które są na etapie transformacji cyfrowej, jest dziś dostępność kadr z obszaru IT i nowych technologii. Dla przykładu, szacuje się, że na polskim rynku niezmiennie brakuje ok. 50 tys. informatyków, z kolei Ministerstwo Cyfryzacji szacuje, że do 2025 roku w kraju potrzebnych będzie już ok. 200 tys. specjalistów z zakresu aktywnie pracujących przy budowie i wdrożeniach sztucznej inteligencji.

– Nie wolno zbagatelizować obecnego problemu z dostępnością kadry IT. Coraz częściej obserwujemy braki i działy IT zaczynają się z tym borykać. To jest czynnik typowo ludzki, natomiast jeśli chodzi o wyzwania technologiczne – presja na obniżanie kosztów wymusza dzisiaj stosowanie nowych, innowacyjnych technologii. Na polskim rynku obserwujemy, że coraz więcej firm interesuje się nowoczesnymi rozwiązaniami z zakresu hiperkonwergencji albo rozważa wykorzystanie chmury hybrydowej bądź prywatnej dla osiągnięcia odpowiedniej elastyczności, której wymaga biznes – mówi Dariusz Kwieciński.

Firma podkreśla, że – podobnie jak usługi IT – także nowoczesne środowisko pracy powinno być dopasowane do indywidualnego profilu firmy, żeby zapewnić pracownikom zaawansowaną technologicznie przestrzeń, z nieograniczonym dostępem do danych, mediów społecznościowych czy wsparcia technicznego z każdego miejsca na świecie. To pozwoli częściowo odpowiedzieć na wyzwania związane z brakiem kadr, ponieważ zwiększy szanse na utrzymanie w strukturach firm obecnych pracowników oraz stanie się narzędziem w przyciąganiu nowych.

– Mówiąc o cyfrowym miejscu pracy – istotne jest tzw. IT connect bar. To miejsce w biurze, gdzie dyżur pełni specjalista IT, który może na bieżąco pomóc rozwiązać wszystkie problemy w tym obszarze. Użytkownik może do niego podejść i np. naprawić telefon, dokonać drobnych, szybkich napraw komputera czy uzyskać pomoc w obsłudze jakiejś aplikacji. Dodatkowo IT connect bar pozwala też na zamawianie nowego sprzętu – pracownik może na miejscu złożyć zamówienie, umówić się na dostawę tego sprzętu, a następnie to zamówienie zostanie przeprocesowane i dostarczone użytkownikowi w określonym czasie – mówi Michał Grzegorzewski, dyrektor działu usług Fujitsu.

Jak podkreśla, nowoczesne miejsce pracy to rynkowy trend, który wymuszają oczekiwania pokolenia millenialsów i młodszych pokoleń pracowników, które wkraczają na rynek pracy, a niedługo będą stanowić na nim większość.

– Widzimy m.in. coraz większą niechęć do tego, żeby użytkownicy dzwonili i korzystali z klasycznego service desku. Oni starają się raczej wykorzystywać do tego portale, najlepiej przypominające typowe social media, gdzie mogą znaleźć odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, a także rozwiązać wszystkie problemy IT, które w danej chwili występują. Przykładem takiego rozwiązania, jest self-service portal Fujitsu, czyli portal, gdzie użytkownik może zadać pytanie, a prawidłowa odpowiedź jest wyszukiwana z pomocą sztucznej inteligencji, która sugeruje odpowiednie rozwiązanie i użytkownik może sam je wypróbować. Jeśli mu się nie uda, zawsze istnieje możliwość porozmawiania z konsultantem. Dzięki zastosowaniu takiego samoobsługowego portalu można zredukować do 50 proc. kontaktów telefonicznych – mówi Michał Grzegorzewski.

Pełne wykorzystanie możliwości, jakie stwarza cyfrowa transformacja, kwestie ochrony danych, automatyzacja procesów i procedur zabezpieczenia danych, optymalizacja kosztów, dostępność danych oraz metody ich przechowywania były jednymi z głównych zagadnień poruszanych w trakcie tegorocznej konferencji Fujitsu World Tour „Human Centric Innovation: Driving a Trusted Future”, która 6 czerwca gościła na PGE Narodowym w Warszawie. To jedno z największych corocznych roadshow ICT z tysiącami odwiedzających w kilku lokalizacjach na całym świecie. Podczas wydarzenia Fujitsu, wiodący japoński producent technologii informacyjnych i komunikacyjnych, prezentował, w jaki sposób zaawansowane technologie i rozwiązania mogą napędzać rozwój biznesu i kształtować sukces w przyszłości.

W Polsce przybywa pszczół i pszczelarzy amatorów. Rośnie również spożycie miodu

W Polsce przybywa pszczół i pszczelarzy amatorów. Rośnie również spożycie miodu 5

W Polsce rośnie zarówno liczba rodzin pszczelich, jak i cena oraz spożycie miodu. Na przestrzeni ostatnich 15 lat spożycie wzrosło blisko dwukrotnie. Przybywa również pszczelarzy amatorów, dla których hodowla jest ciekawym, ale mało opłacalnym hobby, a nawet uli w miastach, zlokalizowanych na dachach budynków. Branża potrzebuje wsparcia konsumentów, którzy w tym celu powinni wybierać krajowe produkty.

Hodowców pszczół mamy dzisiaj w Polsce dużo więcej niż jeszcze 5 czy 10 lat temu. Jest to związane przede wszystkim z dwoma aspektami. Po pierwsze, pszczołami zajmuje się coraz więcej osób i koniunktura w branży w tym momencie rośnie. Druga sprawa to fakt, że zakup materiału hodowlanego jest w pewien sposób dofinansowywany i to w rezultacie spowodowało wzrost pasiek prowadzących linie hodowlane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mrówka, główny specjalista ds. hodowli pszczół Krajowego Centrum Hodowli Zwierząt w Warszawie.

Według danych z Inspekcji Weterynaryjnej w 2018 roku w Polsce było około 1,63 mln rodzin pszczelich. Ich liczba zwiększyła się o ok. 5,2 proc. względem poprzedniego roku. Najwięcej, bo ok. 12 proc.  ogółu rodzin pszczelich, znajduje się na terenie województwa lubelskiego. Według danych KOWR blisko 1,35 mln pni pszczelich jest w posiadaniu pszczelarzy należących do organizacji pszczelarskich. W sumie należy do nich obecnie 47,25 tys. producentów (raport „Sektor pszczelarski w Polsce w 2018 roku” Instytutu Ogrodnictwa).

Zgodnie z danymi statystycznymi w tej chwili populacja rodzin pszczelich w Polsce rośnie. W latach 70. czy 80., kiedy mieliśmy cukier na kartki, ewidencja wykazywała ok. 3 mln rodzin pszczelich w Polsce. Od tego momentu populacja ewidencjonowana spadała. Około 5 lat temu mówiliśmy już o 700–800 tys. rodzin pszczelich, natomiast teraz – zgodnie z danymi ministerstwa rolnictwa – mamy ok. 1,5 mln zewidencjonowanych rodzin pszczelich. Wiąże się to z jednej strony z modą, a z drugiej strony – z dotacjami, zarówno unijnymi, jak i lokalnymi, które wspierają pszczoły i pszczelarstwo – mówi Piotr Mrówka.

Co istotne, w ostatnich latach rośnie również cena i spożycie miodu, natomiast wciąż w Polsce jest ono stosunkowo niewielkie i – według danych GUS – wynosi ok. 0,03 kg na osobę rocznie.

Dzięki różnym działaniom w ciągu ostatnich 15 lat spożycie miodu w Polsce wzrosło prawie dwukrotnie. Były kampanie takie jak „Życie miodem słodzone”, które miały uzmysłowić konsumentom, że miód jest zdrowym produktem dietetycznym. Te i inne działania doprowadziły do tego, że zainteresowanie miodem wzrosło, co wpłynęło korzystnie na pszczelarzy, którzy z tego miodu, pyłku czy innych produktów żyją – mówi Piotr Mrówka. – Apelowałbym do konsumentów o to, żeby zwracać uwagę na etykiety i wybierać produkty krajowe. W ten sposób wspieramy polskich pszczelarzy.

Ekspert Krajowego Centrum Hodowli Zwierząt ocenia, że na przestrzeni ostatnich lat pszczelarstwo stało się modnym hobby, a ule coraz częściej pojawiają się w miastach. Szacuje się, że w samej Warszawie na dachach budynków znajduje się ich już kilkaset. Zdaniem części hodowców miejski miód może być nawet zdrowszy, ponieważ największym wrogiem pszczół są środki ochrony roślin, dość powszechnie stosowane na wsiach.

Wielu pszczelarzy, którzy trzymają pszczoły w miastach, twierdzi, że mają mniej problemów z chorobami, a wydajności miodowe z rodziny pszczelej mogą być nawet wyższe niż poza miastem. Być może jest to związane z czystszym środowiskiem na terenie miast, gdzie nie ma stosowania neonikotynoidów, gdzie nie stosuje się zabiegów chemicznych w takim stopniu, jak na uprawach w monokulturach, a zagrożeniem są tylko zanieczyszczenia miejskie – mówi Piotr Mrówka.

Produkcja na małą skalę nie jest jednak dla pszczelarzy źródłem dużych zarobków. Aby była opłacalna, pasieka musi liczyć od 50 rodzin pszczelich wzwyż.

– Zajmowanie się jedną rodziną pszczelą raczej nie dostarczy nam dużego dochodu, ale da nam przyjemność z obcowania z tak skomplikowanymi i ciekawymi zwierzętami. Natomiast posiadając pasiekę większą, liczącą ponad 50 czy 100 rodzin, może być to znaczący procent dochodu w budżecie domowym, który nawet utrzyma rodzinę – mówi Piotr Mrówka.

Ze statystyk wynika, że dużych pasiek – liczących powyżej 80 rodzin pszczelich – jest w Polsce relatywnie niewiele. Odpowiadają raptem za 2,1 proc. ogółu i 12,3 proc. wszystkich rodzin pszczelich. Natomiast przeciętna obsada pasieki to 22 rodziny pszczele. Największe gospodarstwa zlokalizowane są na Warmii i Mazurach (około 39 rodzin), a najmniejsze (poniżej 13 rodzin) położone są na Śląsku. Najbardziej liczne są pasieki liczące od 21 do 50 rodzin – te stanowią 38,1 proc.

Niewybuchy i stare pociski odkryje dron produkowany przez polską firmę. Pomoże też firmom budowlanym w ocenie gruntów pod inwestycje

Niewybuchy i stare pociski odkryje dron produkowany przez polską firmę. Pomoże też firmom budowlanym w ocenie gruntów pod inwestycje 6

Polscy saperzy co roku interweniują kilka tysięcy razy. Zdecydowana większość niewybuchów i pocisków pochodzi z czasów II wojny światowej i dekady po niej. W dużej mierze znajdywane są przez przypadkowe osoby, co zwiększa ryzyko wybuchu. Już niedługo powojenne niewypały odnajdą drony. Dzięki wykorzystaniu cewki magnetycznej umieszczonej na dronie można wyszukać tzw. anomalie magnetyczne pod ziemią. Drony mają znaleźć ładunki kilka metrów w głąb ziemi. 

– Wykorzystanie dronów w akcjach poszukiwania niebezpiecznych ładunków, anomalii zgromadzonych pod ziemią jest już rzeczywistością wykonywaną przez firmy. W tej chwili testujemy rozwiązanie wykorzystujące pole magnetyczne, czyli cewkę magnetyczną umieszczoną na dronie, który porusza się nad ziemią i wyszukuje anomalie magnetyczne pod ziemią – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Krzysztof Śmierciak, prezes zarządu spółki UAVS Poland.

Co roku liczbę interwencji saperów ocenia się na 7–8 tys. Tylko w 2017 roku wykryto i zlikwidowano ponad 1,8 tys. bomb lotniczych, 4,7 tys. granatów moździerzowych, prawie 1,5 tys. granatów ręcznych, 800 min, ponad 16 tys. pocisków artyleryjskich, niemal 800 pocisków do granatnika, ponad 250 pocisków rakietowych oraz dwie torpedy. W sumie 39 patroli rozminowania i 2 grupy nurków-minerów usunęły ponad 26 tys. przedmiotów wybuchowych i niebezpiecznych pochodzenia wojskowego, w tym te z czasów II wojny światowej i z okresu tuż po. Dzięki najnowszej technologii będzie znacznie łatwej je zlokalizować.

– Drony będą się poruszać w sposób automatyczny nad ziemią i wyszukiwać ładunki i anomalie magnetyczne znajdujące się kilka metrów pod ziemią. Tyle mogę na razie zdradzić – zapowiada Krzysztof Śmierciak.

Dron, nad którym pracuje polska firma, może być wybawieniem dla firm budowlanych, które notują olbrzymie straty, jeśli na terenie budowy zostanie odnaleziony niewypał czy pocisk. Dzięki monitorowaniu ziemi na kilka metrów w głąb okażą się też przydatne w ocenie terenu pod zabudowę.

– Mówimy o poszukiwaniu już nie tylko niebezpiecznych ładunków. Mówimy o rozwiązaniach, które są też kierowane do inwentaryzacji terenów budowlanych, gdzie możemy w sposób szybki i prosty przeprowadzić tę inwentaryzację przed wejściem maszyn budowlanych. I to jest rozwiązanie, które będzie najszybciej stosowane na rynku cywilnym – ocenia ekspert.

Drony już dawno przestały być tylko gadżetami. Potrafią znajdować zaginionych, wykorzystują własne obliczenia, nie muszą więc polegać na wskazaniach systemu GPS, potrafią rozpoznać niemal każdy teren i stworzą jego wielowymiarowy obraz. Drony patrolują już drogi, pilnują stad, są wykorzystywane przy transporcie leków.

Dowództwo Sił Powietrznych USA ogłosiło zaś niedawno przetarg na opracowanie dronów, które mogłyby ratować zestrzelonych pilotów i szybko ich ewakuować. Już niedługo drony będzie można też sterować umysłem, dzięki wykorzystaniu pola magnetycznego i fal ultradźwiękowych. Wraz z rozwojem technologii możliwości będzie przybywać. Część z nich może się okazać realna już wkrótce.

– Nasze rozwiązanie będziemy oferowali już w ciągu 3 miesięcy dla klienta końcowego – zaznacza Krzysztof Śmierciak.

Suszenie ujemną temperaturą jest coraz częściej stosowaną technologią. Liofilizacja pozwala zachować wszystkie walory smakowe i odżywcze żywności

Suszenie ujemną temperaturą jest coraz częściej stosowaną technologią. Liofilizacja pozwala zachować wszystkie walory smakowe i odżywcze żywności 7

Obecnie technologią suszenia żywności ujemną temperaturą interesuje się przede wszystkim przemysł spożywczy – rośnie udział w rynku liofilizowanych owoców, warzyw czy wędlin. Dzięki tej technologii żołnierze i astronauci mają dostęp do kompletnych dań, przy tym bardzo lekkich, bo pozbawionych wody. Także farmaceutyka wykorzystuje liofilizację. Światowe firmy farmaceutyczne szacują, że do 2020 roku liofilizowane leki będą stanowić 30–40 proc. ich produkcji.

– Liofilizator Frostx to urządzenie, które ma za zadanie usuwać wilgoć przede wszystkim z żywności, głównie z warzyw i z owoców, ale również np. z mięs i wędlin. Odbywa się to poprzez proces sublimacji, czyli następuje bezpośrednie parowanie lodu pod wpływem głębokiej próżni na poziomie 20 Pa. Żywność liofilizuje się po to, żeby zabezpieczyć ją i móc przechowywać przez wiele lat w sposób bezpieczny, bez utraty walorów smakowych i odżywczych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adam Milejski ze startupu Frostx z Gliwic.

Pierwsze eksperymenty z suszeniem zamrożonej żywności rozpoczęły się już w XIX wieku, jednak dopiero niedawno liofilizacja jest powszechnie stosowana w przemyśle spożywczym. Określa się ją jako suszenie lodem, a istotną kwestią jest szybkie zamrożenie produktu, w bardzo niskiej temperaturze i w takim czasie, by nie wytworzyły się ogromne bryły lodu. Obniżanie warunków próżniowych wokół produktu w połączeniu z falą ciepła pozwala się pozbyć nawet 95 proc. wody. Suszenie wtórne usuwa pozostałe zamrożone cząsteczki wody. W efekcie w danym produkcie pozostaje kilka procent oryginalnej wilgoci.

Tak pozyskana żywność jest nie tylko bardzo lekka, lecz także ma zachowane wszystkie walory smakowe i odżywcze.

– W smaku nie odczuwamy w zasadzie żadnych różnic w porównaniu ze świeżą żywnością. Co więcej, smak żywności liofilizowanej jest uwydatniony – podkreśla Adam Milejski. – Żywność suszona w tradycyjny sposób, czyli pod wpływem temperatury, jest żywnością często zdegradowaną, nie zachowuje pierwotnej formy, pierwotnego kształtu i nie zawiera wszystkich wartości odżywczych. A w przypadku żywności liofilizowanej jest dokładnie na odwrót – dodaje.

Żywność liofilizowana jest np. rozwiązaniem dla żołnierzy, astronautów czy himalaistów. Składniki odżywcze są redukowane tylko przez proces sublimacji, gdy niektóre z nich są tracone wraz z parującą wodą. Niemniej, aż 98 proc. wszystkich składników odżywczych jest utrzymywanych. Metoda jest tak dobra, że nie trzeba dodawać żadnych sztucznych dodatków do produktu jako konserwantów, barwników, wzmacniaczy smaku czy syntetycznych witamin.

– Aktualnie żywność liofilizowaną najczęściej można kupić w internecie. Niestety, ponieważ póki cna razie jest stosunkowo rzadko jeszcze kupowana, to jest też bardzo droga. Przykładowo, kilogram bananów liofilizowanych to cena na poziomie 200–300 zł – wskazuje ekspert.

Liofilizowana żywność może też skutecznie chronić przed chorobami. Badania pokazują, że fitochemikalia przeciwutleniające występujące w świeżych owocach są utrzymywane na poziomie prawie tak wysokim po liofilizacji. Dr Gary Stoner od lat 80. prowadzi badania nad tym, jak fitochemikalia w liofilizowanych owocach mogą chronić przed różnymi rodzajami raka.

Z kolei laboratorium Medical College z Wisconsin opracowało metodę zapobiegania nowotworom przełyku i jelita grubego u zwierząt i ludzi. Większość badań przeprowadzono z użyciem liofilizowanych czarnych malin, ze względu na ich wysoki potencjał antyoksydacyjny, wysoką zawartość antocyjanów i błonnika. Obecnie z urządzeń do liofilizacji korzysta przemysł spożywczy, ale już wkrótce do sprzedaży mogą trafić urządzenia do domowej liofilizacji.

– Na razie jesteśmy w stanie wytworzyć urządzenia dla odbiorcy trochę większego, głównie sadowników, mniejszych rolników, restauracji czy kawiarni. Natomiast w planach jest produkowanie urządzeń również dla użytkownika domowego – zapowiada przedstawiciel firmy Frostx.

Suszenie mrozem to nie tylko domena branży spożywczej, coraz częściej stosuje je też rynek farmaceutyczny. Szybko rośnie udział zatwierdzonych leków liofilizowanych do wstrzykiwania i infuzji. Główne typy produktów obejmują terapie oparte na komórkach, leki małocząsteczkowe, diagnostykę i leki biologiczne, w tym peptydy, białka rekombinowane i szczepionki. Światowe firmy farmaceutyczne szacują, że do 2020 roku liofilizowane leki będą stanowić nawet 30–40 proc. ich produkcji.

– Liofilizować można różne rzeczy, najbardziej popularna pod tym względem jest generalnie żywność, w tym w szczególności warzywa i owoce. Ale można również liofilizować mięsa, wędliny, zioła czy np. grzyby. Zainteresowanie liofilizatory znajdują również w bibliotekach, gdzie liofilizuje się stare książki w celu usunięcia wilgoci – wymienia Adam Milejski.

Kredyt gotówkowy 2 000 złotych na 12 miesięcy

pieniądze (2)Pożyczka przez Internet jest propozycją Eurobanku. Tutaj zakres kwot jakie można pożyczyć to przedział od 500 złotych do maksymalnie 4 000 złotych. okres kredytowania tutaj wynosi od 3 do 60 miesięcy włącznie. Kredyt oprocentowany jest na 9,99% w skali roku, prowizja dla banku wynosi 11,60% pożyczonej nam kwoty, a RRSO ma wartość 36,16% w skali roku.

Pożyczka przez Internet jest propozycją Eurobanku.

Pożyczka przez Internet jest propozycją Eurobanku. Tutaj zakres kwot jakie można pożyczyć to przedział od 500 złotych do maksymalnie 4 000 złotych. okres kredytowania tutaj wynosi od 3 do 60 miesięcy włącznie. Kredyt oprocentowany jest na 9,99% w skali roku, prowizja dla banku wynosi 11,60% pożyczonej nam kwoty, a RRSO ma wartość 36,16% w skali roku. Raty miesięczne będą po 196,22 złotych każda, a kredyt wygeneruje nam koszt całkowity w wysokości 354,61 złotych. Kredyt gotówkowy w Banku BNP Paribas (nr 1 w rankingu na https://www.17bankow.com/ranking-kredytow-gotowkowych) pozwala na zobowiązanie na kwotę od 1 000 złotych do maksymalnie 200 000 złotych. tutaj okres kredytowania wynosi od 6 do 120 miesięcy. Oprocentowanie nominalne kredytu jest równe 9,99% w skali roku. Dla banku trzeba będzie zapłacić prowizję, która wynosi 12,90% kwoty kredytu. Co do wysokości wskaźnika RRSO jest on dosyć duży i równy 42,67% w skali roku. Kredytobiorca będzie wpłacał do banku raty miesięczne po 175,82 złotych każda, co da nam całkowity koszt kredytu w wysokości 367,87 złotych. W tym banku będzie wymagana zgoda współmałżonka oraz oświadczenie o zarobkach. Możemy zobowiązanie spłacić wcześniej jak również mamy możliwość negocjowania z bankiem wysokości oprocentowania.

Pożyczka mini ratka w PKO

Dla kredytu gotówkowego na kwotę 2 000 złotych z okresem kredytowania wynoszącym 12 miesięcy sprawdzimy trzy ciekawe oferty. Będą nimi mini ratka na dowolny cel w Banku PKO, pożyczka przez internet w Eurobanku oraz kredyt gotówkowy oferowany przez Bank BNP Paribas. Mini ratka na dowolny cel jaka oferuje Bank PKO jest zobowiązaniem jakie pozwala na zaciągnięcie kredytu do 200 000 złotych z okresem spłaty do 96 miesięcy. Oprocentowanie nominalne w tym przypadku będzie w wysokości 9,99% w skali roku. Tytułem prowizji dla banku za udzielenie nam zobowiązania zapłacimy 4,99% pożyczonej kwoty. RRSO ma tutaj wartość 21,48% w skali roku. Będziemy wpłacać do banku raty miesięczne po 175,82 złotych każda, a całkowity koszt kredytu będzie wynosił 209,67 złotych. Bank daje możliwość spłaty kredytu przed czasem jak również jest otwarty na ewentualne negocjacje wysokości jego oprocentowania.

Dolar na rozdrożu

Rynki globalne podtrzymują umiarkowany optymizm po decyzji Trumpa o wycofaniu się z ceł na towary z Meksyku, ale to tylko oznacza, że prezydent USA może teraz skupić się na sporze z Chinami. Oczekujemy, że nerwowość powróci na rynki i utrzyma się przynajmniej do zaplanowanego na koniec miesiąca szczytu G20.

Wczoraj w kontrze do euforii wywołanej odwołaniem wojny celnej USA z Meksykiem pisaliśmy, że najważniejsza wojna handlowa z Chinami nie jest ani krok bliżej do zakończenia. Dla prezydenta Trumpa Chiny są najważniejszym frontem powadzonych działań. Wczoraj Trump powiedział, że jest gotów objąć cłami pozostały import z Chin warty 300 mld USD, jeśli podczas szczytu G20 (28-29 czerwca) nie uda mu się dojść do porozumienia z prezydentem Chin Xi. Wysokość ceł ma być ekstremalna: 25 proc. lub „dużo więcej niż 25 proc.”. Jednocześnie Trump jest przekonany, że ma dobre relacje z prezydentem Xi i na pewno uda się im spotkać, choć ze strony Pekinu wciąż brak potwierdzenia. A Chiny mogą nie widzieć sensu w spotkaniu, które jak na razie ma tylko pokazać, że Chiny robią to, co chce Trump. Od czasu zaognienia sporu na początku maja, kolejne tury rozmów grup roboczych nie przyniosły widocznych postępów, zatem spotkanie liderów może niewiele zmienić. Ryzyka dla globalnej wymiany handlowej pozostają podwyższone i niech pokój na linii USA-Meksyk nikogo nie zwiedzie. Dalej widzimy przestrzeń do umocnienia dla walut defensywnych, jak JPY, CHF i w pewnym stopniu EUR.

USD jest na rozdrożu. Z jednej strony słabe dane (jak ostatni NFP) podsycają spekulacje o dwóch, a nawet o trzech obniżkach o 25 pb, jakie do końca roku może przeprowadzić Fed. Bank centralny jest też pod presją polityczną, gdyż wczoraj prezydent Trump powtórzył, że polityka Fed jest błędem, a jego działania są szkodliwe. Z drugiej strony rynek już dość wysoko zdyskontował łagodzenie polityki pieniężnej – wycena ruchu na posiedzeniu za tydzień wynosi 16 proc., ale na następnym w lipcu już 88 proc. Stonowany przekaz FOMC może ostudzić oczekiwania, na czym USD może odbijać. Niewykluczone jednak, że choć cięcie w przyszłym tygodniu byłoby wielkim szokiem dla rynków, tak Fed może nie być skory, by łagodzić rynkowe oczekiwania (wypychając dyskonto na kolejne posiedzenie we wrześniu) i na nie przystanie. Wiele będzie zależeć od najbliższych danych, jeśli te potwierdzą, że gospodarka wytraca tempo. W tym tygodniu dostaniemy ważne odczyty sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej i inflacji CPI. Wcześniej, bo jeszcze dziś, przedstawiony zostanie indeks nastrojów małych przedsiębiorstw, który może dostarczyć ważnych wskazówek, jak na napięcia handlowe reaguje serce amerykańskiej gospodarki (45 proc. PKB).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W Internecie spędzamy już prawie dwie godzinny dziennie

Coraz cieplejsza pogoda i słońce za oknem, ale polskiego użytkownika sieci to nie powstrzymuje przed surfowaniem po cyberświecie. W maju z Internetu regularnie korzystało 28,3 mln Polaków. Według analizy PBI Gemius łącznie wykonaliśmy ponad 57 mld odsłon.

Zwraca uwagę, że coraz mniej użytkowników sieci łączy się z Internetem wyłącznie za pomocą komputerów stacjonarnych i laptopów. W poprzednim miesiącu tylko 17 proc. internautów w ten sposób buszowało po sieci. Czyżby nadchodził zmierzch takich urządzeń? Stajemy się coraz bardziej mobilnym społeczeństwem więc nie dziwi, że smartfon lub tablet w ręku to teraz priorytet. Poszukujemy szybkiego dostępu do informacji, portali społecznościowych oraz bankowości elektronicznej. Kto będzie czekać aż dojedzie do domu czy biura żeby odpalić Internet? Studiuję dane PBI i widzę, że użytkownicy, którzy wykorzystują w tym celu wyłącznie urządzenia mobilne, stanowili w maju najliczniejszą grupę – 44% ogółu. Mnie to nie dziwi – komentuje Bartosz Gadzimski, CEO częstochowskiej firmy hostingowej Zenbox.

A co było przede wszystkim na tapecie (nie ekranowej)? Wiosenna, a nawet czasami letnia aura zrobiła swoje. Internauci zaczęli coraz chętniej przeglądać strony związane z dietami, odchudzaniem i fitnessem. Wygląda na to, że masowo zaczęliśmy pracować nad formą przed wakacjami. W ostatnim tygodniu maja średnia czasu spędzanego na tego rodzaju witrynach wyniosła 4,7 minuty na użytkownika, czyli ponad 2,5 razy dłużej, niż wynosi średnia dla tygodni poprzedzających omawiany okres. Pora roku i Internet to dwie składowe, które często ze sobą się łączą. Na wiosnę szukamy aktywności fizycznych, latem ofert wyjazdów, jesienią internauci przeglądają masowo strony związane z modą. Dodatkowo dochodzi do tego zainteresowanie bieżącymi wydarzeniami. Kibice skupiają się na poszczególnych wydarzeniach sportowych, a wielu z nas także na tych politycznych – podsumowuje Gadzimski. Jego opinię potwierdzają dane PBI. Końcówka miesiąca to przecież wybory do Europarlamentu. Dzień po głosowaniu zainteresowanie witrynami z tej kategorii wzrosło we wszystkich grupach wiekowych. W przypadku internautów 60+ zasięg witryn z publicystyką wyniósł 48,3%, podczas gdy w najmłodszej grupie uprawnionych do głosowania (18-29 lat) jedynie 23,8%.

Najbardziej cyber-aktywnym dniem poprzedniego miesiąca był 15 maja. Prawie 25 mln Polaków połączyło się wtedy z cyfrowym światem.

Biznes na plaży w leasingu! TOP5 propozycji, dzięki którym zarobisz w wakacje

Plaża, woda, słońce i… własny biznes? To marzenie wielu osób, które można zrealizować dzięki leasingowi. Korzysta z niego już co druga mikro-, mała lub średnia firma, przede wszystkim do sfinansowania samochodów i maszyn. Jednak lista przedmiotów, które można wyleasingować, jest zdecydowanie dłuższa. Eksperci EFL pokazują, że znajdują się na niej również rzeczy, dzięki którym można prowadzić wakacyjny biznes na plaży.

– W tym momencie można wyleasingować wszystko, co stanowi majątek ruchomy lub nieruchomość i jest przydatne do prowadzenia biznesu. To nie tylko samochody osobowe i użytkowe, samoloty, maszyny rolnicze i budowlane czy sprzęt IT. Ta lista jest znacznie dłuższa. Przy okazji zbliżających się wakacji warto podpowiedzieć przedsiębiorczym Polakom, że dzięki leasingowi można też rozkręcić biznes wakacyjny. I to ten najprzyjemniejszy, bo na plaży. Wypożyczalnia sprzętu wodnego, place zabaw dla dzieci czy lodziarnia? Nie ma problemu! Wystarczy, że przedsiębiorca przedstawi nam swoje potrzeby, a my wspólnie z jego lub naszymi dostawcami sprzętu, zadbamy o sfinansowanie inwestycji – mówi Marcin Stasiak, Kierownik ds.Rozwoju Produktów i Rozwoju Rynków w EFL.

EFL przygotował listę 5 rzeczy, które można wziąć w leasing z myślą o biznesie na plaży

TOP 1: skuter wodny

Skutery, i to nie tylko te na dwóch kółkach, zdobywają serca Polaków. Nad polskim morzem co kilkaset metrów znajdują się wypożyczalnie oferujące tego typu atrakcje, z których plażowicze bardzo chętnie korzystają. Warto więc pomyśleć o takim biznesie. Koszt jednego skutera nie należy do najniższych, ale dzięki leasingowi nie odczujemy go, a w perspektywie długoterminowej inwestycja szybko się zwróci. Co więcej, wyleasingować możemy również łodzie motorowe i pontony typu banan wodny, które z pewnością uatrakcyjnią prowadzony biznes.

TOP2: maszyna do lodów

Jeśli wakacje, plaża i słońce, to oczywiście lody. Włoskie, gałkowe czy naturalne, które od kilku lat w naszym kraju robią furorę. Niezależnie od rodzaju, do przygotowania każdego z nich konieczny jest odpowiedni sprzęt. Nie obejdzie też się bez specjalnej lodówki czy zamrażarki, w której będą przechowywane desery. Każdą z tych rzeczy można nabyć w leasingu, którego koszty po gorącym sezonie mogą się zwrócić.

TOP3: plac zabaw dla dzieci i dmuchane zjeżdżalnie

Wesołe miasteczko na plaży już nikogo nie dziwi, a najmłodszych bardzo cieszy? Dmuchane zamki i zjeżdżalnie czy trampoliny okazują się najczęściej sporym jednorazowym kosztem. Nie każdy może pozwolić sobie na sfinansowanie takiej inwestycji gotówką. Warto wiedzieć, że takie atrakcje można śmiało wyleasingować. Dzięki temu będą one zarabiały w czasie sezonu same na siebie.

TOP4: leżaki i kosze plażowe

Typowy biznes nadmorski to wypożyczalnia leżaków, koszy plażowych i parasoli. Porządne i w większej liczbie okazują się jednak sporym wydatkiem, który z własnej kieszeni ciężko pokryć. W takiej sytuacji warto pomyśleć o leasingu.

TOP5: rower klasyczny lub elektryczny

Nad polskim morzem, wzdłuż plaż i w miastach, mamy do czynienia z coraz lepszą infrastrukturą rowerową. To powoduje, że zarówno mieszkańcy jak i turyści coraz chętniej przesiadają się z samochodu czy autobusu na rower. Może warto więc otworzyć ich wypożyczalnię. Niezależnie od tego, czy myślimy o klasycznych czy tych elektrycznych, każdy możesz wyleasingować. Również ten, którym jako przedsiębiorca, będziesz codziennie dojeżdżać na plażę do swojej firmy.

Niewielkie trzy pokoje to szczyt marzeń Polaka

Mimo szumnie ogłaszanego wzrostu gospodarczego przeciętny Polak najchętniej kupuje mieszkania dwupokojowe. Szczytem marzeń są nieduże trzy pokoje. Opracowanie dotyczące popytu na określone segmenty mieszkań przygotowała sieciowa agencja Metrohouse oraz portal RynekPierwotny.pl.

Na rynku wtórnym górą mieszkania dwupokojowe

Metrohouse przeanalizowało swoje transakcje z I kw. br. w sześciu największych miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Łódź, Poznań i Gdańsk). Prawie połowa (47 proc.) transakcji mieszkaniowych na rynku wtórnym dotyczyła mieszkań o metrażu 35-50 mkw. Taka powierzchnia z reguły obejmuje mieszkania dwupokojowe oraz nieduże lokale trzypokojowe.

Następne 30 proc. transakcji jest zawieranych na mieszkaniach o metrażu pomiędzy 50 a 65 mkw. Tylko 6 proc. klientów wybiera lokale większe niż 80 mkw. Znamienne jest też niewielkie zainteresowanie mieszkaniami jednopokojowymi, które wybrał w tym czasie co 10-ty kupujący.

– Nie jest zaskoczeniem nikłe zainteresowanie mieszkaniami większymi niż 80 m kw. Klienci, zwłaszcza z największych miast, obserwując całościową cenę za takie lokale zaczynają się interesować innymi możliwościami zaspokojenia popytu na większą powierzchnię mieszkalną. Stąd jak grzyby po deszczu w rejonach podmiejskich powstają skupiska segmentów, które stanowią tańszą alternatywę dla dużych mieszkań, będąc przy okazji substytutem domu. Podaż największych lokali jest duża i wynosi 33 proc. wszystkich mieszkań na sprzedaż w Metrohouse. W połączeniu z ograniczonym popytem można spodziewać się, że w najbliższym czasie właściciele tego typu mieszkań będą mieć największe problemy ze sprzedażą, komentuje Marcin Jańczuk z Metrohouse.

Niewiele osób kupując mieszkanie interesuje się najmniejszymi kawalerkami. Jest to poniekąd następstwo dość niskiej podaży takich mieszkań, ale i wysokich stawek ofertowych, które towarzyszą mieszkaniom o małych metrażach. Czasem okazuje się, że dopłacając niewielkie kwoty możemy kupić mieszkanie dwupokojowe, które pozwoli zamieszkać w lokalu o znacznie lepszym komforcie. Jak wyliczają eksperci kredytowi Gold Finance różnica w racie kredytu pomiędzy kawalerką a niewielkimi dwoma pokojami może być naprawdę nieduża i wynosi 150-200 zł.

– Przy aktualnym rozkładzie popytu i podaży z pewnością pojawienie się na rynku dobrze wycenionej oferty o metrażu 40-50 mkw. będzie skutkować dużym zainteresowaniem potencjalnych nabywców, dodaje Marcin Jańczuk i zwraca uwagę, że w dalszym ciągu sprzedający zakładają zbyt duży margines na negocjacje, co ma wpływ na późniejszy czas sprzedaży.ransakcje na rynku wtórnym

Deficyt małych mieszkań widoczny na rynku deweloperskim

Obserwacje na rynku wtórnym znajdują swoje odbicie w badaniach inwestycji deweloperskich. Wyniki analiz przeprowadzanych przez Narodowy Bank Polski wskazują, że na rynku pierwotnym mamy do czynienia z niedoborem najmniejszych mieszkań. Chodzi o nowe lokale o powierzchni do 45 mkw. – 50 mkw. Wspomniane mieszkania na ogół cechują się wyższą ceną 1 mkw. niż większe „M” o podobnym standardzie oraz zbliżonej lokalizacji. Wynika to z rozłożenia stałych kosztów dewelopera na mniejszą powierzchnię lokalu. Pomimo swoistej premii, którą trzeba zapłacić za małe mieszkanie, nie brakuje chętnych do zakupu takich lokali. Wzbudzają one zainteresowanie głównie wśród młodych nabywców z mocno ograniczonym budżetem oraz inwestorów planujących wynajem.

– Aktualne dane portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że podobnie jak na rynku wtórnym, osoby szukające najmniejszych mieszkań (do 35 mkw.) mają stosunkowo mały wybór. Takie lokale stanowią bowiem równe 10% oferty deweloperów z sześciu największych miast Polski – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Udział rynkowy mieszkań z kolejnych grup metrażowych przedstawia się następująco:

  • od 35,01 mkw. do 50,00 mkw. – 33,06% oferty deweloperów z sześciu metropolii (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk)
  • od 50,01 mkw. do 65,00 mkw. – 31,38%
  • od 65,01 mkw. do 80,00 mkw. – 16,65%
  • od 80,01 mkw. do 100,00 mkw. – 6,08%
  • od 100,01 mkw. do 120,00 mkw. – 1,79%
  • od 120,01 mkw. – 1,04%

podaż nowych mieszkań – Jak nietrudno zauważyć, największy jest udział rynkowy nowych lokali o powierzchni 35,01 mkw. – 50,00 mkw. Dane popytowe sugerują jednak, że to właśnie deficyt mieszkań liczących sobie 35 mkw. – 50 mkw. bywa szczególnie dotkliwy dla kupujących. Takie poszukiwane mieszkania najszybciej wyprzedają się w inwestycjach wprowadzanych na rynek pierwotny – tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Zupełnie inna sytuacja dotyczy dużych lokali (powyżej 65 mkw.), które cechują się wyraźną rynkową nadpodażą.

Programista-humanista: czy specjalistom IT potrzebne są kompetencje miękkie?

Co wspólnego ma krzemienny nóż i silnik spalinowy ze smartfonem i sztuczną inteligencją? Wszystko to są innowacje. Każda z tych technologii w odpowiednim momencie naszej historii zmieniła (lub zmieni) sposób w jaki żyjemy i pracujemy. Choć różne jest ich działanie i zaawansowanie mają jeden wspólny mianownik. Człowiek. Tylko od nas zależy czy dana innowacja posłuży dobru wspólnemu, czy tylko osobistym korzyściom; czy zacznie działać, czy pozostanie tylko bezużytecznym gadżetem.   

Kreatywność rodzi się na styku technologii i ludzi. Wystarczy spojrzeć na każdą innowację, która powstała w ostatnich latach. W większości były to swoiste przypadki. Ktoś wziął istniejącą technologię i znalazł sposób, by wykorzystać ją w inny sposób, niż pierwotnie założono. Przenośne radio i telefon stacjonarny? Tak powstał telefon komórkowy. GPS, telefon komórkowy plus samochód. Właśnie poznałeś historię Ubera. Myślisz, że Ford wynalazł pierwszy samochód? On tylko zreorganizował proces produkcji w duchu swoich czasów.

W każdym z tych przypadków kluczową rolę odegrali ludzie. To człowiek zestawił istniejące technologie i możliwości, pchnął w nie nowe życie i zamiar obrócił w rzeczywistość. Technologia, człowiek i procesy to trzy filary, które we wspólnym badaniu VMware i londyńskiego Cass Business School, uwypuklono jak gwarant udanej cyfryzacji w duchu innowacyjności. Trzeba to powiedzieć otwarcie – to nie technologie sprawiają, że możemy pracować zdalnie. To ludzie, którzy mają odwagę wykorzystać technologie mobilne, by pracować z dala od firmowego biurka – opowiada Joe Baguley, wiceprezes i dyrektor generalny ds. technologii w VMware.

Nie wymyślamy koła, tylko taczkę

Technologie zmieniają się w zawrotnym tempie. W ciągu ostatnich stu lat dokonaliśmy skoku technologicznego większego niż w ciągu poprzednich pięciu wieków. Wraz ze zmianami narzędzi zmieniają się też kompetencje, jakich potrzebujemy, by wykorzystać pełny potencjał nowych rozwiązań. Nie wystarczy jednak nauczyć się jak obracać nowe pokrętła i w jakiej kolejności naciskać różne przyciski. Takie podejście nie jest zgodne z duchem współczesnych innowacji, przekonują eksperci.

Nasze działania służbowe nadal postrzegamy jako zestaw powtarzających się, drobiazgowych czynności. Zapominamy, że te niebawem mogą stać się domeną sztucznej inteligencji – tłumaczy Joe Baguley z VMware. Nadchodzą złe czasy dla pracowników, którzy będą się w swojej pracy skupiać  się tylko na tym jak działa jeden konkretny produkt lub zestaw narzędzi. To, co będzie cenne na rynku pracy to umiejętność wykorzystania całej posiadanej wiedzy technicznej i specjalistycznej w różnorodnych sytuacjach. Chodzi o zrozumienie, w jaki sposób dane kompetencje mogą wesprzeć działania poszczególnych działów w danej organizacji – dodaje ekspert.

Empatia w cyfrowym świecie

Podejście skupione na zrozumieniu potrzeb ludzi i biznesu głównie dotknie te działy, które w firmowej układance odpowiedzialne są za proces cyfrowej transformacji. W efekcie wiele działów IT będzie musiało wyjść ze swojej technocentrycznej niszy i otworzyć się potrzeby pracowników. Zdaniem ekspertów VMware umiejętności miękkie będą niebawem niezbędne na tym rynku, a wśród pożądanych kompetencji prym będzie wiodła empatia.

Wiedząc co czują inni, łatwo możemy to przekuć we własny sukces. Firmowi specjaliści ds. technologii powinni dzisiaj być nie tylko inżynierami, ale przede wszystkim filozofami i psychologiami. Umiejętności miękkie mogą pomóc programistom w dogadaniu się z działem operacyjnym. Pracownicy działów IT lepiej mogą współpracować z marketingiem czy sprzedażą. Lepsza komunikacja międzyludzka sprowadza się w efekcie do sprawniejszej gry zespołowej obejmującej całą organizację, a nie tylko jej wycinek – tłumaczy Joe Baguley.

Technologie mogą oczywiście pomóc w tym procesie. Odpowiednio wdrożona chmura obliczeniowa umożliwia połączenie różnorodnych procedur w jeden spójny proces. Pracownicy z różnych firmowych departamentów nie muszą w efekcie wykonywać żmudnych, rutynowych prac. Silosy kompetencyjne nie ograniczają już międzydziałowej współpracy – dodaje ekspert VMware.

Komunikacja  – klucz do innowacji

Ścisła współpraca między IT a pracownikami różnych szczebli będzie w kolejnych latach postępującej digitalizacji kluczowa dla wielu biznesów. Szczególnie że sami pracownicy coraz mniej polegają na firmowych ekspertach ds. technologii. Według badań Snow Software 81 proc. pracowników z pokolenia Millenialsów przyznaje, że dwukrotnie częściej niż starsi pracownicy ignorują zalecenia działów IT i wykorzystują w swojej pracy własne aplikacje. Nawet te zakazane przez administratorów. Millenialsi mówią wprost: działy IT nie realizują ich potrzeb, a takie działania, choć mogą by groźne, znacznie podnoszą ich produktywność.

Revolut udostępnia Apple Pay

Revolut udostępnił dziś oficjalnie usługę Apple Pay swoim użytkownikom w Polsce, Czechach, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Włoszech, Hiszpanii, Francji, Belgii, Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii oraz Islandii. Dzięki usłudze Apple Pay dostępnej na urządzeniach iPhone, Apple Watch, iPad i Mac, użytkownicy Revolut będą mogli dokonywać szybkich i wygodnych zakupów w sklepach, aplikacjach i na stronach internetowych.

Revolut z Apple Pay na 16 rynkach w EuropieApple Pay zapewnia użytkownikom Revolut dostęp do łatwych, bezpiecznych i zaufanych sposobów płatności w sklepach, aplikacjach i online poprzez urządzenia Apple. Płatności z Apple Pay są szybsze niż płatności z pomocą tradycyjnych kart debetowych i kredytowych lub innych metod płatności i mogą przebiegać bezstykowo poprzez  iPhone, Apple Watch lub Safari na MacBook Pro lub MacBook Air posiadających Touch ID, eliminując potrzebę korzystania z portfela.

Użytkownicy Revolut mogą dodawać kartę Revolut do Apple Pay poprzez aplikację Revolut lub aplikację Wallet. Ponadto, użytkownicy nie posiadający karty fizycznej, mogą dodać do Apple Wallet kartę wirtualną za pomocą zaledwie kilku kliknięć w aplikacji Revolut i zacząć płacić bez konieczności czekania na dostawę karty fizycznej. To rozwiązanie umożliwi klientom rejestrację i możliwość płacenia Apple Pay w ciągu zaledwie kilku minut.

Bezpieczeństwo i prywatność to kluczowe cechy Apple Pay. Gdy użytkownik korzysta z karty Revolut i Apple Pay, dane karty nie są przechowywane ani w urządzeniu, ani na serwerach Apple. Przypisywany jest im natomiast unikalny numer konta urządzenia (Device Account Number), następnie szyfrowany i przechowywany w bezpiecznym czipie (Secure Element) w urządzeniu. Z kolei każda transakcja jest autoryzowana z pomocą jednorazowego, unikalnego, dynamicznego kodu bezpieczeństwa.

Celem Revolut jest dostarczanie użytkownikom użytecznych narzędzi ułatwiających zarządzanie wszystkimi aspektami codziennych finansów. Dokonywanie płatności szybko, wygodnie i bezpiecznie jest niezbędne by ten cel osiągnąć. Nasi użytkownicy wielokrotnie pytali nas o Apple Pay, dlatego z przyjemnością udostępniamy funkcjonalność na 16 rynkach. To krok zwiększający swobodę użytkowników w korzystaniu z pieniędzy w wybrany przez nich sposób” – powiedział Arthur Johanet, Card Payments Product Owner w Revolut.

Apple Pay to funkcjonalność łatwa w konfiguracji. Po jej aktywacji użytkownicy zachowują pełne dotychczasowe wsparcie i benefity oferowane przez karty Revolut.

Użytkownicy iPhone i Apple Watch mogą płacić z pomocą Apple Pay w sklepach, restauracjach, taksówkach, maszynach vendingowych i wielu innych miejscach. Podczas zakupów w aplikacjach lub w internecie z pomocą przeglądarki Safari i Apple Pay, nie ma potrzeby wypełniania formularzy danych konta lub wpisywania po kilka razy informacji o dostawie i płatności. Każdy zakup z Apple Pay jest autoryzowany błyskawicznie za pomocą hasła urządzenia, Face ID lub Touch ID.

Interdyscyplinarne konsorcja ruszają na podbój kosmosu

Blisko 250 mln zł dofinansowania w ramach Krajowego Programu Kosmicznego otrzyma polski sektor space w ciągu najbliższych trzech lat. To branża, w której pojedyncze firmy rzadko mają szansę na spektakularne efekty. Prawdziwe sukcesy odnoszą konsorcja interdyscyplinarne, w których każdy uczestnik projektu wnosi do niego celowane rozwiązania. Tylko dzięki współpracy i wymianie doświadczeń ludzie naprawdę mogą sięgać gwiazd.

W grudniu 2018 r. Polska stała się pełnoprawnym członkiem europejskiego Konsorcjum SST (Space Surveillance and Tracking – Obserwacja i Śledzenie Obiektów Kosmicznych). Dzięki temu polskie podmioty będą mogły brać udział w przedsięwzięciach finansowanych ze środków Unii Europejskiej, których budżet wynosi ponad 350 mln euro. Zadaniem SST jest łączenie zdolności poszczególnych państw w celu zabezpieczenia europejskiej i narodowej infrastruktury kosmicznej. Kraje członkowskie wnoszą do konsorcjum sensory obserwujące sztuczne obiekty wokół Ziemi oraz możliwość analizy danych, które są przez nie dostarczane. Na tej podstawie realizowane są usługi SST w postaci oceny ryzyka oraz informacji i ostrzeżeń o faktycznych i przewidywanych zdarzeniach w przestrzeni kosmicznej z udziałem sztucznych obiektów kosmicznych.

Intensywny rozwój polskiego sektora kosmicznego rozpoczął się wraz z dołączeniem naszego kraju do Europejskiej Agencji Kosmicznej w listopadzie 2012 r. Od tego czasu zarówno rodzime firmy działające w tej branży, jak też instytuty naukowo-badawcze zrealizowały lub aktualnie realizują dla niej około 330 kontraktów o łącznej wartości ponad 100 mln euro. Biorą również udział w prestiżowych misjach kosmicznych takich jak Rosetta – na kometę 67P, Proba 3 – badająca zewnętrzną warstwę atmosfery słonecznej, ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza. Dynamicznie rozwijają się także kosmiczne specjalizacje, takie jak: robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne, integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne.

Gra zespołowa w cenie

Choć polskie przedsiębiorstwa i jednostki badawcze od niedawna biorą czynny udział w projektach kosmicznych, już zdążyły się przekonać, że najlepsze efekty odnosi się dzięki współdziałaniu wielu podmiotów z różnych dziedzin, które nawzajem idealnie się uzupełniają. Dzięki temu są w stanie zrealizować wyjątkowe i ambitne projekty, co byłoby niemożliwe indywidualnie.

– Branża kosmiczna charakteryzuje się rozbudowanymi projektami, których powodzenie zależy od jednoczesnej współpracy wielu ekspertów z różnych dziedzin nauki i specjalizujących się w różnych technologiach – mówi Paweł Wojtkiewicz, Prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego i dyrektor ds. sektora kosmicznego w GMV. – Przy tego rodzaju przekrojowych projektach, jakimi są np. misje obserwacji Ziemi lub misje naukowe, które wymagają tzw. complex problem solving, czyli rozwiązywania problemów charakteryzujących się silną dynamiką zmian i wysokim stopniem złożoności, kompetencje pracowników jednej firmy, nawet jeśli działa ona od dawna sektorze kosmicznym, często nie gwarantują sukcesu. Odpowiedzią na wyzwanie kompleksowości branży kosmicznej są konsorcja interdyscyplinarne. Synergia podmiotów działających w różnych sektorach przemysłu, np. ICT, elektronicznym czy optoelektronicznym, pozwala podejść do projektów kosmicznych holistycznie i wypracować bezpieczne rozwiązania złożone na bazie wielu zmiennych.

– Projekty kosmiczne wymagają współdziałania wielu utalentowanych ludzi, firm i instytucji, specjalizujących się w różnych dziedzinach – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, producenta satelitów i kosmicznych urządzeń telekomunikacyjnych. – W tej branży dużo pracy ma zarówno naukowiec, inżynier, jak i człowiek biznesu. Zdarza się także, że do prac koncepcyjnych zapraszani są nawet artyści. Widoczne jest zdecydowane odejście od myślenia schematycznego. Dzięki temu tworzone są nowe, oryginalne koncepcje i rozwiązania, które nie tylko mają szansę na sukces finansowy, ale także posuwają ludzkość do przodu, zmieniając również nasze codzienne życie.

Projekty kosmiczne to najczęściej przedsięwzięcia wieloletnie i kosztowne, a zatem wymagające dużych nakładów finansowych. Mimo poczynionych dużych nakładów finansowych, zyski nie zawsze są natychmiastowe i pewne. Stąd też szansą na jeszcze szybszy rozwój branży kosmicznej są konsorcja biznesowe zorientowane na konkretny cel. To odpowiedź na zmiany rynku pod wpływem innowacji oraz dynamiczny rynek pracy.

Duży może więcej

Polska jako członek konsorcjum SST zapewni wykorzystanie na rzecz europejskiego systemu SST 19 teleskopów rozmieszczonych na całej kuli ziemskiej należących do Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika Polskiej Akademii Nauk, Instytutu Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Fundacji Badawczej Bałtycki Instytut Technologiczny w Gdyni i firm: Sybilla Technologies, 6ROADS oraz stacji laserowej Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk z Obserwatorium w Borówcu. Strona polska dostarczy również narzędzia programistyczne i kompetencje związane z przetwarzaniem i analizą danych.

Przystąpienie do konsorcjum SST pozwoli na dalszy rozwój krajowych zdolności związanych z obserwacją i budowaniem świadomości sytuacyjnej w przestrzeni kosmicznej. Umożliwi również wzrost kompetencji i konkurencyjności krajowego sektora kosmicznego i zwiększenie jego roli w bieżących i przyszłych programach Unii Europejskiej i Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wzmocni również pozycję Polski na arenie międzynarodowej.

Szansa na udział w wielkich misjach

Z kolei w 2019 roku Polska Agencja Kosmiczna planuje integrację m.in. z europejskim klastrem robotyki kosmicznej Peraspera. To umożliwi polskim podmiotom udział w europejskiej robotycznej eksploracji kosmosu. Trwają również prace nad istotniejszym zaangażowaniem się w systemy międzyrządowej łączności satelitarnej.

Jednak współpraca w sektorze kosmicznym to również mniejsze konsorcja, które pozwalają niwelować rozdrobnienie. Wyraźnie integrują one środowiska naukowe, pozwalają na szybki przepływ informacji, a także zwiększenie kapitału operacyjnego.

– Przykładem doskonale funkcjonującej współpracy w naszej branży jest konsorcjum, na czele którego stoi polski Creotech Instruments S.A. – uważa Paweł Rymaszewski. – Dzięki współdziałaniu kilku małych i średnich firm możliwe było zwycięstwo w konkursie zorganizowanym przez Komisję Europejską i Europejską Agencję Kosmiczną, na projekt o nazwie Copernicus Data and Information Access Service (CDIAS). Jego celem jest zbudowanie na terenie Europy czterech centrów bazodanowych, które będą świadczyć usługi dostępowe do danych satelitarnych konstelacji Sentinel oraz innych danych pozyskiwanych w ramach programu Copernicus. Wiąże się to z największym kontraktem pozyskanym przez polską spółkę z branży kosmicznej, wartym blisko 60 mln zł.

Szansą na dalszy szybki rozwój polskiej branży kosmicznej jest również wsparcie finansowe dla działających w niej firm. Jest to możliwe nie tylko dzięki Polskiemu Programowi Kosmicznemu, ale również bonom na innowacje dla małych i średnich przedsiębiorstw w wysokości nawet 340 tys. zł., o które będzie można ubiegać się od maja 2019 roku. Z kolei od marca o dofinansowanie sięgające nawet 50 tys. euro mogą ubiegać się właściciele startupów.

– To wszystko sprawia, że perspektywy rozwoju sektora kosmicznego są w najbliższych latach ogromne – dodaje Paweł Rymaszewski. – Sądzę, że już w 2019 roku będziemy mieli okazję pochwalić się udziałem w niejednej ważnej misji. Z pewnością będzie to zasługa międzynarodowej kooperacji wielu podmiotów oraz działalności wielu konsorcjów biznesowych.

Obligatoryjny split payment może zachwiać stabilnością firm

Podzielona płatność, nazywana z angielskiego „split payment”, była propozycją resortu finansów na zmniejszenie powiększającej się luki w płaceniu podatku VAT. Płatności podzielonej mogą dokonywać nabywcy, którzy otrzymali fakturę z wykazaną kwotą podatku – przy czym split payment dotyczy relacji B2B, kiedy środki wymieniane są między firmami, a nie z osobą fizyczną. Realizując podzieloną płatność klient dokonuje dwóch przelewów: kwoty netto na konto bankowe firmy oraz kwoty podatku VAT na specjalne konto VAT. Po sukcesie reformy, która przysłużyła się do zmniejszenia się luki w płaceniu podatku VAT, resort finansów planuje wprowadzenie obligatoryjnego split paymentu. Jednak pomysł ten niesie za sobą duże zagrożenia.

– Pomysł, by podzielona płatność była obligatoryjna dla wszystkich, nie jest najlepszy.Niektóre podmioty gospodarcze wolą wynegocjować ze swoimi klientami otrzymywanie płatności w zwykłej formie, ze względu na bezpieczną płynność finansową – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Mają poczucie, że mogą dysponować wszystkimi środkami, które spływają na ich rachunek. Kiedy płatność jest podzielona, w sposób naturalny część środków jest zablokowana. Kwoty spływające na wyodrębnione konta VATowe są duże, jednak przedsiębiorca nie ma do nich dostępu. Z tym nie tak łatwo sobie poradzić – ostrzega Soroczyński.

Zanim powiesz – to mnie nie interesuje. Ewa Małyszko (PFR TFI) o PPK

Jesienią na rachunki prowadzone w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych zaczną wpływać pierwsze składki. W pierwszej kolejności będzie to dotyczyć ok. 3,6 tys. największych działających w kraju przedsiębiorstw, które zatrudniają powyżej 250 pracowników. W przyszłym roku dołączą do nich pracownicy małych i średnich firm. Łącznie z PPK będzie mogło skorzystać ok. 11,5 mln pracowników, w tym ok. 9 mln osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach.

Ewa Małyszko - PFR TFI
Ewa Małyszko – PFR TFI

Ale PPK to coś więcej niż program oszczędnościowy. To zaplanowany na wiele lat program edukacji ekonomicznej Polaków, która ma m.in. zmienić ich nastawienie do oszczędzania. O zasadach funkcjonowania programu i jego uwarunkowaniach rozmawiamy z Ewą Małyszko, prezesem zarządu PFR TFI.

Czym są Pracownicze Plany Kapitałowe?

Najkrócej mówiąc, jest to program, który ma pozwolić na zgromadzenie środków na czas, w którym nie będziemy aktywni zawodowo. To projekt trójstronny, angażujący pracodawców, pracowników i państwo. Wkład pracownika to 2% jego wynagrodzenia. Do tego wpłata 1,5% wynagrodzenia brutto od pracodawcy oraz część, którą zasili nasz rachunek państwo, czyli dopłaty roczne i wpłata powitalna. Ale to dopiero początek. Zarówno pracownik, jak i pracodawca (ze względu na staż pracy) mogą zadeklarować podwyższenie swojej składki odpowiednio o dodatkowe 2% lub 2,5%.

Program rusza w tym roku.

Tak. I w pierwszej kolejności obejmie firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Bo przy tej skali zatrudnienia dysponują już one działami HR, które będą mogły przygotować dokumenty niezbędne w programie PPK. Przewidujemy, że w listopadzie na kontach pracowniczych powinny się pojawić pierwsze składki.

Na jakim etapie jest wdrażanie programu?

Zacznijmy od tego, że umowy z instytucjami finansowymi będą mogły być podpisywane od 1 lipca. W tej chwili trwa przede wszystkim zapoznawanie się z założeniami programu i systematycznie pojawiającymi się już ofertami prowadzenia PPK. Wśród firm, zainteresowanych świadczeniem usług prowadzenia PPK, są zarówno czołowe międzynarodowe podmioty, jak i największe polskie instytucje. Zakładamy, że przed 1 lipca na portalu PPK będą dostępne oferty 15–20 podmiotów. Tak duże zainteresowanie powinno skutkować niższymi kosztami zarządzania oraz wyższą jakością obsługi, z korzyścią dla uczestników PPK. Liczymy także na to, że instytucje finansowe przygotują proste i intuicyjne rozwiązania, które nie będą wymagały, aby do ich obsługi delegować całe zespoły pracownicze.

To oznacza jednak dodatkowe koszty dla pracodawcy, trudno więc oczekiwać z ich strony entuzjazmu.

Z jednej strony tak – i mamy tego pełną świadomość. Z drugiej zaś strony, kiedy popatrzymy na rynek pracy, kłopoty z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników i korzyści, które z czasem przyniosą PPK – właściwsze byłoby traktowanie udziału w tym programie w kategoriach długofalowej inwestycji. Warto też podkreślić, że wpłaty na PPK nie będą wliczane do wynagrodzenia stanowiącego podstawę ustalenia wysokości składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe oraz będą mogły zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodu. Chciałabym uspokoić tych, którzy oczami wyobraźni widzą już piętrzące się na biurkach działu HR stosy dokumentów. Autorom ustawy przyświecała idea, by odciążyć pracodawcę, stąd znakomita większość obowiązków związanych z programem PPK będzie po stronie obsługującej go instytucji finansowej.

To były koszty. A jakie będą korzyści?

Jednym z podstawowych efektów wprowadzenia PPK będzie wzrost wartości majątku i oszczędności Polaków, zasadniczo zmieni się także ich struktura: z krótkoterminowej na długoterminową. To będzie sprzyjać wzrostowi inwestycji gospodarczych, finansowanych z krajowych źródeł. Myślę, że z czasem PPK staną się również ważnym elementem rozwoju rynku kapitałowego, co nie mniej ważne, będzie to nowy i rodzimy kapitał. Pieniądze, które powinny zasilać, stymulować i wprowadzać w ruch gospodarkę.

Tak czy inaczej, „na dzień dobry” pracownik będzie miał do dyspozycji mniej…

Tak, chociaż bez przesady. Mówimy tu o maksymalnie 4% od jego wynagrodzenia. Jeżeli przyjmiemy, że średnie wynagrodzenie na rękę to ok. 3500 zł, to wpłata pracownika na PPK wyniesie 70–140 zł. Zdajemy sobie sprawę, że dla jednych to będzie mało, dla innych dużo. Zadaniem nas wszystkich jest przekonanie pracowników, że nawet najmniejsze kwoty, – ale odkładane regularnie – będą zabezpieczeniem na przyszłość. Wszędzie, nie tylko w Polsce, przeważa pogląd, że lepiej konsumować/wydawać tu i teraz niż w tej bliżej nieokreślonej przyszłości. Tymczasem warto zadawać sobie pytania: „Co będzie później?”, „Z czego będę żył na emeryturze i na jakim poziomie?”, „Na co będzie mnie stać, a z czego przyjdzie mi zrezygnować?”.

W ostatnich latach wprowadzano programy, które też to obiecywały.

Dobre określenie – „obiecywały”. Dlatego warto już dziś podkreślać, że o ile w przypadku OFE mieliśmy do czynienia z transferem części środków z obowiązkowej składki na ubezpieczenie społeczne, o tyle w przypadku PPK od samego początku odkładane będą nasze własne pieniądze. Inaczej mówiąc: aktywa będą budowane przede wszystkim ze składek pracownika i pracodawcy. To oznacza, że nie ma możliwości, biorąc pod uwagę zarówno polskie, jak i europejskie regulacje prawne, aby państwo mogło przejąć te środki.

Jednym zdaniem: PPK należy traktować, jako element społecznej odpowiedzialności biznesu.

Współdzielenie odpowiedzialności za świadczenia emerytalne przez państwo i firmy to nic nadzwyczajnego. Popatrzmy na Stany Zjednoczone czy Holandię – to jest normalne i wpisane w stosunki pracy. Tymczasem w Polsce wciąż brakuje motywacji, zachęt i, co najważniejsze, wiedzy w tym temacie. Chcemy to zmienić. PPK mają szansę stać się elementem systemów motywacyjnych, profitem z perspektywy nowych pracowników lub elementem nagradzającym ze względu na długość okresu zatrudnienia. Wysokość składki pracodawcy (ale tylko ze względu na staż pracy) może być zmieniana na podstawie postanowień regulaminu wynagrodzeń lub układu zbiorowego pracy, obowiązujących u pracodawcy.

Wdrażanie PPK to działania dojrzałego biznesu, przyjmującego na siebie odpowiedzialność za obecne społeczne wyzwania, a do takich z pewnością należą problemy z efektywnością systemów emerytalnych, wynikające głównie z demografii i wydłużającej się średniej długości życia, dostrzegalne w całej Europie.

Kiedy będziemy mogli mówić o sukcesie PPK?

Początkowo różne ośrodki szacowały, że w programie powinno uczestniczyć minimum 75% zatrudnionych. W odniesieniu do tego roku mówi się raczej o 50%. Moim zdaniem warto jednak stawiać sobie ambitne cele. Chcielibyśmy, żeby 80% zatrudnionych przystąpiło do PPK. To byłby naprawdę dobry punkt startu dla rozwijania programu. Jestem przekonana, że część osób, które z różnych przyczyn „na dzień dobry” zrezygnują z udziału w PPK, z czasem zechce do nich przystąpić. Warto też zauważyć, że przyszłym roku do PPK będą przystępować małe i średnie podmioty. Więc program ten jeszcze długo będzie dla nas wielkim wyzwaniem edukacyjnym i informacyjnym.

Jaką rolę w programie odgrywa PFR TFI? Będziecie bezpośrednio działać na rynku PPK? Prowadzić ten program w przedsiębiorstwach?

Oczywiście, że tak. Zresztą w całym programie nasza rola jest szczególna. Z jednej strony, jak każda instytucja finansowa, możemy świadczyć usługi prowadzenia PPK. Z drugiej – zgodnie z ustawą jesteśmy instytucją wyznaczoną, która pełnić będzie funkcję „bezpiecznika” dla małych i średnich firm, które z różnych powodów nie znajdą dla siebie na rynku odpowiedniej instytucji finansowej do prowadzenia PPK. Mówiąc inaczej, PFR TFI będzie gotowe zawrzeć umowę o zarządzanie PPK z każdym pracodawcą, który wyrazi taką wolę lub któremu inna instytucja odmówi podpisania umowy. Co więcej, w przypadku, gdy wybrana przez pracodawcę instytucja finansowa nie będzie mogła kontynuować swoich zobowiązań, PFR TFI będzie mogło przejąć od niej prowadzenie PPK.

Można odnieść wrażenie, że cały program ma też mieć charakter edukacyjny. Oczekiwanym efektem będzie zmiana nastawienia do oszczędzania.

Zdecydowanie tak. Potrzebujemy takiej zmiany. Przede wszystkim, dlatego, że wciąż mało osób myśli o emeryturze. Żyją w błędnym przekonaniu, że godna emerytura jest zagwarantowana przez ZUS. Ponadto aż 80% Polaków uważa, że zabezpieczenie emerytalne to obowiązek państwa. Wraz z programem PPK rozpoczynamy ważną i trudną pracę nad zmianą dotyczącą oszczędzania na przyszłość emerytalną. Skala wyzwania jest naprawdę wielka. Według raportu OECD z 2018 r. prognozowana stopa zastąpienia, czyli relacja wysokości emerytury do ostatniej pensji pobieranej w okresie zatrudnienia, wynosi dla Polski zaledwie 31,6%. Oznacza to, że przechodząc na emeryturę, Polacy będą musieli funkcjonować za jedną trzecią pobieranej podczas aktywności zawodowej pensji. Naprawdę warto jak najszybciej podjąć działania na rzecz zmiany myślenia o przyszłości emerytalnej. Według danych OECD  niższe emerytury od nas mają mieć jedynie mieszkańcy Meksyku, gdzie stopa zastąpienia, a zatem wysokość przyszłego dochodu u osób, które  pracowały przez całe życie zawodowe – wynosi jedynie 26,4%. Myślę, że nikt z nas tego nie chce…

Pracodawcy bardziej ostrożni w swoich planach rekrutacyjnych niż przed rokiem

W nadchodzącym kwartale najwięcej pracowników będą poszukiwać firmy działające w transporcie i logistyce, w produkcji przemysłowej oraz w przemyśle wydobywczym. Niewielkie redukcje etatów planują przedsiębiorstwa z sektora energetyki, gazownictwa i wodociągów. W ujęciu regionalnym najwięcej rąk do pracy będzie potrzebnych w Polsce południowo-zachodniej i właśnie tam w najbliższym kwartale można spodziewać się zwiększonej liczby ofert pracy i silnej rywalizacji o kadry. Polscy pracodawcy są dużo bardziej ostrożni w swoich deklaracjach niż przed rokiem. Po zeszłorocznej gorączce ich rekrutacyjny zapał osłabł w większości analizowanych branż i regionów kraju. Plany rekrutacyjne polskich pracodawców na trzeci kwartał bieżącego roku przedstawia opublikowany dziś raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

W nadchodzącym kwartale 14% polskich przedsiębiorstw planuje powiększać swoje zespoły, 3% prognozuje redukcję etatów a 81% nie przewiduje żadnych zmian w tym zakresie. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli różnica pomiędzy liczbą pracodawców planujących wzrost i spadek zatrudnienia, wynosi +11%, po korekcie sezonowej sięga +9%. Wynik pozostaje na takim samym poziomie jak w ostatnim kwartale natomiast w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym jest niższy o 4 punkty procentowe.

IwonaJanas_ManpowerGroup
Iwona Janas

– W ciągu ostatniego roku mogliśmy zauważyć znaczny spadek prognozy zatrudnienia deklarowanej przez polskich pracodawców. Może to jednak wynikać nie tyle z braku chęci kreowania nowych miejsc pracy przez firmy, co z problemów z dostępem do pracowników i obsadzeniem stanowisk. Wiele firm, które obecnie rekrutują zmaga się z rotacją pracowników zwabionych przez konkurencję – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup. – Prognoza pozostaje jednak na tyle wysokim poziomie, że osoby poszukujące pracy mogą liczyć na szybkie znalezienie nowego zatrudnienia. Dla nich hossa na rynku pracy nadal trwa. Nieco inaczej wygląda sytuacja z punktu widzenia pracodawców, którzy w nadchodzącym kwartale nadal będą zmuszeni do dalszej rywalizacji o pracownika. Największe wyzwania czekają przedsiębiorstwa zlokalizowane w południowo-zachodniej części kraju a także działające w transporcie i logistyce. Niestety polski biznes w dalszy ciągu powinien liczyć się ze zwiększonymi kosztami rekrutacji pracowników a finalnie prowadzenia biznesu – dodaje Iwona Janas.

W dziewięciu na 10 przeanalizowanych przez ManpowerGroup sektorów rynku firmy chcą powiększać swoje zespoły. Najwięcej nowych pracowników będą poszukiwać przedsiębiorstwa specjalizujące się w transporcie i logistyce (prognoza netto zatrudnienia na poziomie +16%), nieco mniej firmy z produkcji przemysłowej (+13%) i przemysłu wydobywczego (+12%). Na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy mogą także liczyć osoby poszukujące zatrudnienia w branży budowlanej (+11%) i w rolnictwie (+9%). Najmniej optymistyczne plany rekrutacyjne wskazały restauracje i hotele (+1%) oraz firmy zajmujące się energetyką, gazownictwem i wodociągami (-1%), które chcą redukować etaty. W porównaniu do ubiegłego kwartału prognozy polepszyły się w czterech sektorach, w czterech pogorszyły się, a w dwóch pozostają bez zmian.

Biorąc pod uwagę dane dla 6 regionów Polski uwzględnionych w raporcie „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”, największego zapotrzebowania na pracowników można się spodziewać w Polsce południowo-zachodniej, z prognozą netto zatrudnienia +15%. Pracodawcy będą rywalizować o kadry także w Polsce północno-zachodniej (+9%) i południowej (+8%). Najsłabszy wynik wskazały firmy z Polski północnej (+5%), ale nadal sygnalizuje on korzystne perspektywy dla osób poszukujących zatrudnienia w tym regionie. W stosunku do ubiegłego kwartału prognozy polepszyły się w trzech regionach, w trzech pogorszyły się.

Największe zapotrzebowanie na ręce do pracy prognozują duże organizacje (+23%). Średnie firmy wskazały prognozę na poziomie +8%, a małe +5%. Mikroprzedsiębiorstwa nie przewidują zmian personalnych.

W raporcie ManpowerGroup przedstawiono także dane dla 26 rynków z regionu EMEA (Europa, Blisko Wschód i Afryka). Polska z prognozą zatrudnienia na poziomie +9% jest szóstym rynkiem w regionie, ex aequo z Irlandią i Słowacją, gdzie w drugim kwartale 2019 roku będzie najłatwiej o pracę. Najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne wskazali pracodawcy z Chorwacji[1] (+23%) i Grecji (+20%), najmniej z Węgier (-2%)1.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Już wkrótce algorytmy będą oferowały klientom produkty kredytowe. Portfelem klientów banków zarządzi sztuczna inteligencja

Już wkrótce algorytmy będą oferowały klientom produkty kredytowe. Portfelem klientów banków zarządzi sztuczna inteligencja 8

Polski sektor finansowy jest postrzegany jako bardzo innowacyjny, ale wciąż ma do dużo do zrobienia w zakresie technologii. Jedną z najbardziej perspektywicznych jest sztuczna inteligencja, która już w tej chwili pomaga m.in. w walce z oszustwami i próbami wyłudzeń. Z drugiej strony przestarzałe systemy bankowe wymagają dziś unowocześnienia, tak aby były kompatybilne z rozwiązaniami tworzonymi przez fintechy. Jak ocenia prezes Vivus Finance Ewa Wernerowicz, przyszłością branży są finanse autonomiczne, które nie będą wymagać zaangażowania klienta w proste procesy decyzyjne.

– Polski sektor finansowy jest bardzo nowoczesny na tle światowego. Zawdzięczamy to m.in. temu, że nasze systemy bankowe powstały w latach 90., podczas gdy na Zachodzie te systemy bankowe już istniały i korzystały z przestarzałych rozwiązań. I widzimy tę różnicę chociażby w tym, jak długo czekamy na przelew bankowy. W Polsce przelewy w znakomitej większości są realizowane właściwie w czasie rzeczywistym, natomiast na Zachodzie 2–3 dni to jest taki standard oczekiwania na wykonanie przelewu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance.

Na tle globalnym polski sektor finansowy ma wizerunek bardzo nowoczesnego Jest też jednym z najbardziej innowacyjnych na tle innych gałęzi polskiej gospodarki. Do tego stopnia, że niektóre z największych polskich banków są za granicą nazywane fintechami, a część rozwiązań jest już licencjonowanych  za granicą – podaje Deloitte. Globalna firma doradcza wskazuje też, że polski sektor bankowy jest w gronie liderów cyfryzacji w Europie Środkowej, a polskie banki wdrożyły zaawansowane narzędzia i metody zdobywania nowych klientów za pośrednictwem internetu i aplikacji mobilnych. Dzięki innowacjom chcą konkurować z coraz szybciej rosnącym sektorem fintech.

Zmiany wymuszają też oczekiwania klientów, zwłaszcza młodego pokolenia. Jak podaje PwC, 90 proc. millenialsów informacje i opinie o produkcie uzyskuje dziś online, a Polacy są jedną z narodowości, która najszybciej adaptuje nowinki technologiczne w finansach. Dobrym przykładem są płatności zbliżeniowe, Polska należy do grupy dziesięciu czołowych państw świata przodujących w tej technologii (do czołówki światowej należą tylko dwa inne kraje starego kontynentu – Wielka Brytania oraz Szwecja).

– Konsumenci w Polsce korzystają z finansów w dwojaki sposób. Jest grupa, która korzysta z finansów samodzielnie i w pełni cyfrowo. W internecie zakupują produkty finansowe poprzez aplikacje banków i fintechów. Są wyedukowani i potrafią to zrobić. Druga grupa to klienci, którzy nadal potrzebują wsparcia agenta, wsparcia pracownika banku w podjęciu decyzji, w dostosowaniu oferty do ich potrzeb, w zrozumieniu, jak będzie przebiegać korzystanie z produktu – mówi Ewa Wernerowicz.

Prezes Vivus Finance ocenia również, że choć polski sektor bankowy jest dużo bardziej rozwinięty niż chociażby państw zachodnioeuropejskich, to banki wciąż mają dużo do nadrobienia w obszarze technologii.

– Te technologie, które były tworzone około 30 lat temu, na pewno trzeba będzie unowocześnić i dostosować, żeby łatwiej łączyły się z innymi systemami i technologiami tworzonymi przez fintechy – podkreśla Ewa Wernerowicz. – W kwestii tego, co sektor bankowy ma do zrobienia poza unowocześnieniem technologii, wskazałabym taką potrzebę powrotu do korzeni, żeby banki zajmowały się zapewnieniem stabilności finansów swoich klientów, zarówno komercyjnych, jak i indywidualnych. Moim zdaniem banki powinny się skupić na tym, aby oferować podstawowe produkty finansowe typu kredyty czy depozyty. Natomiast jeżeli chodzi o bardziej ryzykowne produkty typu kredyty walutowe czy ryzykowne inwestycje – myślę, że takimi rzeczami powinny się zajmować podmioty spoza sektora bankowego.

Jak dodaje, w ostatnich latach banki bardzo chętnie współpracują z fintechami i start-upami z branży finansowej. Dzięki temu wiedzą, co się dzieje na rynku, mogą monitorować rozwój rynku technologii finansowych i adaptować część z nich.

– Mamy kilka przykładów na polskim rynku, kiedy bank zakupił firmę technologiczną, firmę fintechową. Chociażby Twisto, które zostało zakupione przez ING Bank Śląski. To jest firma, która oferuje w internecie, np. na Allegro, możliwość odroczonej płatności. Tutaj jest bardzo duża synergia – banki tworzą akceleratory, w których firmy fintechowe mogą się rozwijać. Mają łatwiejsze połączenie, łatwiejsze dotarcie do decydentów bankowych – mówi Ewa Wernerowicz.

Jedną z technologii, która ma największe perspektywy w branży finansowej jest sztuczna inteligencja. PwC wskazuje, że ten sektor najbardziej skorzysta na komercyjnym wykorzystaniu AI. Firma badawcza Autonomous Research prognozuje z kolei, że wdrożenia AI obniżą koszty funkcjonowania firm z branży finansowej o 20 proc.

– Sztuczna inteligencja już jest wybawieniem dla sektora bankowego i szeroko rozumianego sektora finansowego w walce z przestępcami. Wiele grup przestępczych działa w internecie. Na podstawie algorytmów, które już w tej chwili wykorzystywane są w wielu instytucjach, również u nas, możemy wywnioskować, na ile klient jest wiarygodny z jego zachowania w sieci. Badamy szybkość i sposób wpisywania znaków na klawiaturze czy rozdzielczość i typ przeglądarki. Korzystając z tego typu rozwiązań, jesteśmy w stanie wykryć pewne wzory, które stanowią podstawę do podejrzeń, że mamy do czynienia np. z grupą przestępczą. I tego typu algorytmy już działają w bardzo wielu instytucjach – mówi Ewa Wernerowicz.

Prezes Vivus Finance ocenia, że przyszłością finansów jest automatyzacja, która nie będzie wymagać zaangażowania klienta w proste procesy i decyzje, oraz demokratyzacją, którą umożliwi PSD2. Dyrektywa stworzy szerokie możliwości agregowania ofert i umożliwi powstawanie podmiotów, które będą skupiały oferty wielu graczy: banków, podmiotów niebankowych, płatności i ubezpieczeń.

– Demokratyzacja finansów to pierwsza rzecz, druga – autonomizacja finansów. De facto algorytmy czy sztuczna inteligencja w przyszłości będą podejmowały drobne decyzje finansowe za naszych klientów, będą odciążały go od czytania i zapoznawania się z bardzo trudnymi tematami finansowymi czy ekonomicznymi. Myślę, że w gestii klienta pozostaną głównie te decyzje, które są bardzo istotne dla jego funkcjonowania. Natomiast te pomniejsze – jak krótkie pożyczki czy uzupełnienia płynności finansowej – będą podejmowane przez sztuczną inteligencję, która będzie zarządzać portfelem klienta – mówi Ewa Wernerowicz

Zaufanie do banków kluczowe dla klientów. Pomagają je budować transparentne sprawozdania finansowe

Zaufanie do banków kluczowe dla klientów. Pomagają je budować transparentne sprawozdania finansowe 9

Poziom zaufania do sektora bankowego rośnie. Z najnowszych badań Związku Banków Polskich wynika, że 87 proc. Polaków ufa bankowi, któremu powierzyło swoje środki. Nie bez znaczenia są sprawozdania publikowane przez banki, które zawierają szczegółowe dane finansowe i pozafinansowe, co wpływa na postrzeganie ich jako instytucje transparentne. Stacy Ligas, partner w KPMG, podkreśla, że klienci banków w takich sprawozdaniach powinni zwracać uwagę przede wszystkim na jakość aktywów banku, z kolei dla inwestorów najistotniejsze są rentowność i stopa zwrotu. 

– Sprawozdania finansowe banków trzeba z pewnością traktować jako całość, trzeba się z nimi zaznajomić, żeby wiedzieć, jakie są najważniejsze elementy. Nie ma na to łatwej metody. Tym, co ma duże znaczenie i co pomaga wyrobić sobie podstawową opinię, jest fakt, że – czytając takie sprawozdania finansowe – trzeba mieć przynajmniej podstawową wiedzę na temat zasad rachunkowości i rozumieć, jakie wymogi muszą spełniać takie sprawozdania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stacy Ligas, partner i szef działu instytucji finansowych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Banki, ujawniając szczegółowe dane finansowe oraz niefinansowe, są jednymi z najbardziej transparentnych podmiotów na rynku. Jednocześnie sprawozdania finansowe stają się coraz bardziej obszerne i skomplikowane.

– To, które informacje w sprawozdaniu finansowym są najważniejsze czy najbardziej interesujące, zależy oczywiście od użytkowników, bo mamy tutaj wiele grup. Natomiast na pewno takie elementy jak jakość aktywów banku i dochodowość są istotne dla wszystkich interesariuszy – mówi Stacy Ligas.

Jak podkreśla, z punktu widzenia klientów przedmiotem zainteresowania jest głównie bezpieczeństwo banku, czyli adekwatność kapitałowa i jakość jego aktywów. Na te dwa elementy klienci danego banku powinni przede wszystkim zwracać uwagę w sprawozdaniach finansowych. Natomiast zwrot na kapitale, rentowność, rachunek zysków i strat to elementy, które są głównym przedmiotem zainteresowania inwestorów.

Co istotne, banki są postrzegane jako instytucje transparentne i bezpieczne, a poziom zaufania do tego sektora rośnie nieprzerwanie. Z ostatniego badania „Reputacji Sektora Bankowego” przeprowadzonego na zlecenie Związku Banków Polskich wynika, że 87 proc. Polaków ufa bankowi, któremu powierzyło swoje pieniądze, z kolei 83 proc. klientów darzy zaufaniem swego doradcę bankowego. Duża w tym zasługa samych banków, natomiast znaczącą rolę w budowaniu zaufania do sektora odgrywa też instytucje nadzoru bankowego i audytorów.

– W kwestii zaufania do sektora bankowego na pewno największą odpowiedzialność ponoszą same banki. Natomiast należy podkreślić, że bardzo ważną rolę w budowaniu zaufania do sektora finansowego mają też nadzorcy i audytorzy. Opiera się ono przede wszystkim na dwóch aspektach. Po pierwsze, jest zewnętrzny podmiot czy podmioty, które monitorują zastosowanie się banków do przepisów i do systemu regulacji. Tutaj takie niezależne potwierdzenie jest bardzo istotne. Drugi element działalności nadzoru to zapewnienie, że standardy są wdrażane jednolicie wśród banków, czyli zapewnienie porównywalności sektora bankowego – mówi Stacy Ligas.

Jak podkreśla, sektor bankowy krytycznie podszedł do wdrożonego w ubiegłym roku nowego standardu rachunkowości MSSF9, który ma zastosowanie w sprawozdaniach finansowych, ale w dużej mierze wynika to z trudności z implementacją nowych zasad.

– Opinie na temat wdrożenia MSSF9 są bardzo różne. Na pewno MSSF9 był krokiem w kierunku tego, aby banki w sposób adekwatny rozpoznawały ryzyko kredytowe i niewątpliwie ten krok został poczyniony. Jest wiele krytyki co do wdrożenia tego standardu, ale myślę, że jest to krytyka głównie związana z samą problematyką wdrożeniową i zapewne będzie potrzeba jeszcze roku czy dwóch, by doprecyzować implementację tego standardu i ujednolicić go na rynku – mówi Stacy Ligas.

Szefowa działu instytucji finansowych KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej ocenia również, że obszar regulacji – podobnie jak i obszar nowych technologii – pozostają priorytetem i największym wyzwaniem dla sektora bankowego. Co więcej, jeden i drugi obszar są ze sobą powiązane – podejmując rękawicę rzuconą przez fintechy, banki zaczynają się upodabniać do firm technologicznych. To z kolei może na przykład zmienić sentyment inwestorów do sektora bankowego albo przełożyć się na wycenę banków.

– Wielkim wyzwaniem dla sektora jest w tej chwili działanie w sposób bezpieczny, zgodny z regulacjami, a jednocześnie taki, który zapewni, że banki będą działać skuteczniej, efektywniej, będą mogły się w tym środowisku regulacyjnym rozwijać i rosnąć. Nowe technologie to z kolei wyzwanie, które najprawdopodobniej zmieni sposób, w jaki banki prowadzą swoją działalność. Spowoduje, że wkroczą w nowy etap bankowości – mówi Stacy Ligas.

Wkrótce na drogi wyjadą pierwsze polskie elektryczne samochody dostawcze. W Polsce rusza również pierwsza w Europie liga elektrycznego rallycrossu

Wkrótce na drogi wyjadą pierwsze polskie elektryczne samochody dostawcze. W Polsce rusza również pierwsza w Europie liga elektrycznego rallycrossu 10

Już w 2050 roku 70 proc. sprzedawanych samochodów ma być z napędem elektrycznym. Obecnie po polskich drogach jeździ blisko 5 tys. elektryków, a do dyspozycji kierowców jest ponad 640 punktów ładowania. Samochody na prąd już wkrótce mogą też zmienić oblicze sportów motorowych – gotowy jest już Elimen E-RX1, czyli pierwszy polski samochód elektryczny do rallycrossu. Pojawiają się też elektryczne samochody dostawcze. Choć nie nadają się jeszcze na trasy, sprawdzą się w dostawach na terenach miast.

– Elektromobilność podąża w jak najlepszym kierunku. Tak naprawdę przy technologii, którą udało nam się osiągnąć, jest jedyną alternatywą dla pojazdów spalinowych i czymś, co jest w stanie realnie je zastąpić. Co więcej, osiągając przy tym lepsze parametry jezdne i eksploatacyjne niż to, czym dysponujemy w tej chwili, czyli pojazdy benzynowe czy diesle – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Blichewicz, prezes Grupy Assay.

Już w 2030 roku samochody elektryczne mogą stanowić ok. 16 proc. wszystkich sprzedanych. Dekadę później – nawet połowę. Do 2050 roku udział elektryków może sięgnąć nawet 70 proc. Polska jest jeszcze na początku drogi.

– Pojazdów elektrycznych mamy kilka tysięcy. Wyrażając to w procentach, chociażby w Skandynawii, w Norwegii czy w Szwecji to są pułapy, które osiągają nawet 40 proc. całej floty – wskazuje Łukasz Blichewicz.

Z Licznika elektromobilności uruchomionego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) oraz Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM) wynika, że obecnie po polskich drogach porusza się niemal 5 tys. pojazdów elektrycznych, a kierowcy mają do dyspozycji ok. 640 stacji ładowania. Wraz z poprawą infrastruktury, liczba elektryków powinna rosnąć.

– Rozwój infrastruktury to pierwszy krok, który musimy poczynić, żeby ta flota elektromobilna się rozwinęła. Kolejnym mogą być ogniwa wodorowe i to, w jaki sposób możemy rozwinąć technologię tankowania wodoru. Zarówno otrzymywanie wodoru, jak i budowa infrastruktury w rozumieniu stacji benzynowych i tankowania wodoru są po prostu ekonomicznie zupełnie nieopłacalne. Technologia musi pójść do przodu, a jej koszty muszą spaść, żebyśmy byli w stanie to w ogóle skomercjalizować – przekonuje prezes Grupy Assay.

Na rynku pojawia się coraz więcej pojazdów elektrycznych, które z łatwością mogą zastąpić te z tradycyjnym silnikiem.

– Samochody dla motosportów w sensie obsługi na torach obsługi ekip rajdowych to jest coś, co się dzieje. Dystanse, które musimy przebywać, są dosyć krótkie, więc to jest coś zupełnie realnego i tutaj nie ma szczególnie na co czekać. Natomiast auta dla logistyki to głównie jest kwestia dostaw ostatniej mili, jeżeli chodzi o bieżącą technologię i to, na co ona pozwala z uwagi na to, że elektryki dzisiaj w trasę się nie nadają, bo mają zasięgi 250–300 km – wymienia Łukasz Blichewicz.

Pod koniec 2019 roku do sprzedaży trafi Elimen E-VN1, czyli ultralekki użytkowy samochód elektryczny, który może służyć jako samochód dostawczy.

– To pojazd, który możemy dostosować pod różne branże rynku, zarówno dla kurierów, jak i np. dla samorządów jako pojazd komunalny. Stworzyliśmy platformę, którą możemy zabudować w taki sposób, jak klient sobie tego życzy. Przejechanie 100 km tym samochodem będzie kosztowało nawet 7–8 zł – tłumaczy Paweł Kruszyński, członek zarządu Grupy Assay.

Całkowita powierzchnia ładowni to 4 m3, a maksymalna ładowność pojazdu sięga 800 kilogramów. Elektryczny dostawczak może pokonać do 300 kilometrów bez ładowania z maksymalną prędkością do 75 km. Co więcej, bateria samochodu umożliwia szybkie ładowanie, bo w 30 minut można zwiększyć poziom naładowania o 80 proc.

– Zainteresowanie rynku jest bardzo duże i to nie tylko ze strony biznesu kurierskiego czy dostawców różnego rodzaju paczek, lecz także ze strony samorządów z uwagi na ustawę o elektromobilności, która weszła i nakazuje zmianę flot samochodów samorządom – mówi Paweł Kruszyński.

Trwają też prace nad samochodem przeznaczonym do rallycrossu – Elimen E-RX1. Choć już wiemy, że w Polsce wystartuje pierwsza liga elektrycznego rallycrossu, to samochód ma być przede wszystkim możliwością sprawdzenia napędu o wysokich mocach, a tak opracowane rozwiązania zastosować później w pojazdach do wersji drogowej.

– Decydujące dla motosportu są może nie tyle moce silników, ile maksymalny moment obrotowy, który auta elektryczne mają w całym zakresie obrotów, w związku z tym jakby od samego początku można zupełnie inną techniką i technologią jazdy te samochody prowadzić. Kierowcy z czołówki mistrzostw Polski, którzy testowali te pojazdy, są po prostu zaszokowani ich możliwościami i łatwością prowadzenia w stosunku do pojazdów spalinowych – podkreśla Wojciech Skarbonkiewicz z Biomass Energy Project.

Testowanie pojazdu w wyścigach rallycrossowych na różnych nawierzchniach, a przy tym na pełnej mocy i przy ogromnych obciążeniach, będzie – zdaniem twórców – najlepszym poligonem doświadczalnym.

– Musimy opanować gigantyczne prądy, które tam występują, ponad tysiąc amper, więc kwestie rozpracowania nie tylko silników, lecz wszystkich układów kontrolujących ten silnik, baterii, możliwości przeciążania tych baterii, wiązek elektrycznych. To gwarantuje przy wprowadzeniu do wersji cywilnej, że nasz produkt od samego początku będzie spełniał wszystkie normy jakościowe i wymogi klienta. Jeżeli coś wytrzyma warunki rallycrossu, to na sto procent wytrzyma warunki normalnego użytkowania – przekonuje Wojciech Skarbonkiewicz.

Ogłoszenie upadłości konsumenckiej będzie prostsze. Na nowej ustawie skorzysta więcej osób

0

Ogłoszenie upadłości konsumenckiej będzie prostsze. Na nowej ustawie skorzysta więcej osób 11

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło 6,5 tys. osób. Od 2015 roku, po zmianie przepisów w tej kwestii, zrobiło to ponad 18,6 tys. osób. Przyjęta niedawno przez rząd nowelizacja przepisów liberalizuje przepisy. Teraz sądy nie oddalą wniosku o ogłoszenie upadłości, nawet jeżeli dłużnik doprowadził do niewypłacalności na skutek rażącego niedbalstwa. Łatwiej będzie też ogłosić upadłość osobom prowadzącym działalność gospodarczą, emerytom i rencistom. Dzięki zmianom więcej osób będzie mogło wyjść ze spirali zadłużenia – ocenia radca prawny Adrian Dzwonek.

– Z roku na rok jest ogłaszanych coraz więcej upadłości konsumenckich. To pozytywna praktyka, choć uważa się, że jest ich nawet za mało jak na tak duży kraj. Przyjmuje się, że jest to co najmniej o pięć razy za mało, że w Polsce upadłości konsumenckie powinno ogłaszać nawet i kilkadziesiąt tysięcy podmiotów rocznie. To tzw. polityka drugiej szansy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Dzwonek, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

W 2018 roku upadłość konsumencką ogłosiło dokładnie 6 570 osób. Oznacza to wzrost o 18,7 proc. w stosunku do 2017 roku, gdy było ich nieco ponad 5,5 tys. Upadłość konsumencka została wprowadzona w życie w 2009 roku, jednak początkowo ze względu na obostrzenia rocznie korzystało z niej zaledwie kilkadziesiąt osób, np. w 2014 roku było ich zaledwie 32. Przepisy zmieniono w 2015 roku.

Dzięki przyjętej w połowie maja przez rząd kolejnej nowelizacji prawa upadłościowego ten proces stał się jeszcze prostszy i będzie mogło z niego skorzystać znacznie więcej osób. Zakłada ona, że sąd nie oddali już wniosku o ogłoszenie upadłości, nawet jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności wskutek rażącego niedbalstwa. Zawinienie dłużnika w doprowadzeniu do  stanu niewypłacalności lub jego pogłębieniu będzie brane pod uwagę dopiero na etapie ustalenia planu spłat wierzycieli. Osoba taka będzie spłacać zadłużenie od 4 do 7 lat, zamiast – jak obecnie – do 3 lat.

– Nowelizacja przewiduje także uregulowanie sytuacji emerytów i rencistów – podkreśla Adrian Dzwonek. – W egzekucji przepisy przewidują wysokość potrąceń, które wpadają lub nie wpadają do komornika. W upadłości nie było wprost tych przepisów, więc niektóre sądy stosowały je przez analogię. Były paradoksalnie przypadki, że emeryci i renciści bardzo żałowali ogłoszenia tej upadłości, gdyż nie pozostawało im nawet minimum egzystencjalne, ponieważ do masy upadłościowej wpadały całe roszczenia. To ma zostać ujednolicone i usystematyzowane. 

Dotychczasowa ustawa umożliwiała potrącenie przez syndyka 50 proc. świadczenia. Nowe przepisy wskazują, jaka część dochodu upadłego nie wchodzi w skład masy upadłości, ma być to co najmniej 750 zł brutto. W ten sposób emeryt czy rencista nie będzie w gorszej sytuacji niż przed złożeniem wniosku o upadłość konsumencką.

Według eksperta po zmianie przepisów więcej emerytów i rencistów będzie korzystało z upadłości konsumenckiej. Podobną tendencję będziemy obserwować także wśród dłużników prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, którzy mają być traktowani na równi z konsumentami.

Nowa ustawa zakłada, że dłużnik będzie mógł złożyć wniosek o postępowanie o zatwierdzenie układu z wierzycielami. Oznacza to odciążenie pracy sądów – ich rolę mogliby przejąć licencjonowani doradcy restrukturyzacyjni, którzy czuwaliby nad wykonaniem układu. Sądy mają też być wyłączone ze spraw, gdy dłużnik nie ma żadnego majątku.

– Sądy są zblokowane przez upadłości konsumenckie kosztem przedsiębiorcy. Przykładowo przy restrukturyzacji najważniejszy jest czas i to, żeby postępowanie zostało szybko otwarte. Jeżeli sędzia komisarz ma 200 wniosków konsumenckich na biegu i 2 wnioski restrukturyzacyjne, które są dużo ważniejsze, ale też obszerniejsze i bardziej skomplikowane, to niestety przedsiębiorca na restrukturyzację czeka za długo i to już jest za późno – ocenia Adrian Dzwonek.

Obecnie działa 28 sądów upadłościowych, co oznacza, że w ubiegłym roku każdy z nich zajmował się średnio ponad 230 sprawami konsumenckimi.

Polacy coraz chętniej sięgają po ekologiczną i krajową żywność. 84 proc. woli naturalne produkty

Polacy coraz chętniej sięgają po ekologiczną i krajową żywność. 84 proc. woli naturalne produkty 12

Ponad 70 proc. Polaków stara się kupować rodzimą żywność. Połowa uważa, że polskie mięso i wędliny są lepszej jakości niż zagraniczne. – Możemy się szczycić produktami, które pochodzą z pól i z łąk, z jezior i z rzek. Jesteśmy świetni w produkcji olejów, jesteśmy miodową i piwną potęgą, znakomite są też sery produkowane przez lokalnych wytwórców – wymienia Daria Pawlewska, redaktorka naczelna magazynu kulinarno-kulturalnego KUKBUK.

Trzeba wysiłku, żeby znaleźć produkty, które mają świetną cenę i jednocześnie bardzo dobrą jakość. Myślę o produktach lokalnych, które pochodzą z małych gospodarstw, z małych rodzinnych przedsiębiorstw. Oczywiście za takie produkty musimy więcej zapłacić, ale z drugiej strony mamy świadomość, że wspieramy polskich rolników, że pozyskujemy, gotujemy, jemy produkty, które są po prostu bardzo dobrej jakości – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Daria Pawlewska, redaktorka naczelna magazynu kulinarno-kulturalnego KUKBUK.

Polacy coraz chętniej sięgają po naturalną i ekologiczną żywność. Z raportu „Dobre opakowanie ma znaczenie” wynika, że już 84 proc. osób woli produkty naturalne, bez sztucznych dodatków lub konserwantów. Z kolei raportu „Czas na produkty regionalne” wskazuje, że Polacy doceniają regionalne produkty ze względu na jakość, smak i oryginalność. Najchętniej wybieramy regionalne wędliny, co potwierdzają też inne badania. Z sondażu zrealizowanego przez SW Research na zlecenie De Heus wynika, że niemal 54 proc. uważa krajowe mięso, wędliny i przetwory mięsne za lepsze od tych zagranicznych.

Polskie produkty są bardzo konkurencyjne pod względem jakości, jeżeli porównać by je z produktami z innych krajów, ponieważ cały czas możemy szczycić się nieskażoną przyrodą. Nieustannie korzystamy z pracy ludzkich rąk, rolników, którym zależy na tym, żeby dawać nam produkt najlepszy, jaki może być. Czyli są to produkty, które bardzo często wytwarza się metodami tradycyjnymi, nie stosuje się żadnej chemii, nawozów sztucznych – przekonuje Daria Pawlewska.

Z badania „Czas na produkty regionalne” wynika, że oprócz wędlin chętnie kupujemy też regionalne miody i słodycze (ok.  16 proc.), także soki i syropy (10 proc.), a nieco mniej sięga po przetwory owocowe i warzywne oraz nabiał. Dodatkowo, na co wskazuje Ipsos w badaniu „Moda na polskość”, ponad połowa osób jest gotowa zapłacić więcej za polski produkt.

Polskie produkty pochodzą z pól i z łąk, z jezior i z rzek. Jesteśmy świetni w produkcji olejów. Jesteśmy też miodową i piwną potęgą. Polskie oleje świetnie zastępują oliwę z oliwek, a przy tym mają bardzo dobre wartości odżywcze. Sery – to jest kolejna taka gama produktów, gdzie szczególnie warto zwrócić uwagę na jakość. Należy szukać serów zagrodowych, serów wytwarzanych przez lokalnych wytwórców właśnie, bo to dużo lepszy produkt niż ten, który możemy znaleźć na półce w supermarkecie – wymienia ekspertka.

Magazyn kulinarny KUKBUK od trzech lat nagradza najlepsze polskie produkty certyfikatem jakości „KUKBUK Poleca”. W tym roku do konkursu zgłosiło się prawie 300 firm, a ocenianych było blisko 900 produktów.

Tegoroczna edycja konkursu KUKBUK Poleca pokazała, że mamy coraz więcej ludzi z miast, którzy przenoszą się na wieś i decydują się na kompletną zmianę swojego życia. Dzięki temu korzystamy z lokalnych produktów, z miodów, z serów, z olejów. I w tym roku zaskakująco duża była właśnie kategoria olejowa, a także sery. Polska jest potęgą serów zagrodowych, serów, do których dodaje się różne przyprawy, serów, które się fermentuje. Jednym ze zgłoszonych produktów np. był polski ser gruyère, który był fantastyczny. Rzemiosło to jest też taka kategoria, która ciągle się rozwija – wskazuje Pawlewska.

Polskie produkty regionalne często produkowane są według starych lokalnych przepisów. Producenci nie zapominają też o estetyce, a to również konsumenci biorą pod uwagę.

Jestem pozytywnie zaskoczony jakością produktów i sposobem, w jaki zostały wytworzone, czyli źródłem pochodzenia tych produktów, jakością składników, sposobem, w jaki zostały zrobione, a także dbałością o każdy szczegół, o opakowanie – ocenia David Gaboriaud, kucharz i podróżnik.

Lokalne produkty nie są też nudne. Coraz częściej zaskakują oryginalnym smakiem.

Dwa produkty przykuły moją uwagę. Jeden to, jak można użyć polskie grzyby i zrobić niesamowity smak w postaci pasztetu, w postaci grzybów marynowanych w oliwie z oliwek – wskazuje David Gaboriaud. – Długo na podniebieniu został smak orzechów laskowych prażonych bez skórki. Wystarczyły też 2 krople oleju wytworzonego z orzechów i całe kubki smakowe były zapełnione tym smakiem. Także chapeau bas, ponieważ to są polskie orzechy laskowe, żaden import z Włoch i możemy być dumni, że w Polsce mamy również takie produkty.

Lokalne produkty są też często wytwarzane z dbałością o szczegóły. Małe firmy nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek zaniedbanie, bo to mogłoby oznaczać utratę dobrej opinii. Dlatego oprócz dbałości o smak i wykonanie, producenci przykładają dużą wagę do samego procesu produkcji.

Polacy potrafią docenić jakość produktów i to zauważamy od kilku lat, że wolą zjeść za większe pieniądze, może więcej zapłacić, ale wiedzą, że ta jakość jest wysoka. Również bardzo sobie cenię obsługę, tzn. to, w jaki sposób podajemy i obsługujemy naszych gości. To jest dla nich bardzo, bardzo ważne. Ponieważ oni wychodzą potem z takim wspomnieniem, nie tylko smaku, lecz także emocji, które towarzyszą jedzeniu, i to jest dla nas naprawdę istotne – podkreśla Kasia Pilitowska z Hummusija Amamamusi.

Grywalizacja staje się coraz częstszym narzędziem motywacji pracowników i klientów. Pomoże także zaoszczędzić na rachunkach za ogrzewanie

Grywalizacja staje się coraz częstszym narzędziem motywacji pracowników i klientów. Pomoże także zaoszczędzić na rachunkach za ogrzewanie 13

Światowy rynek grywalizacji zanotuje w najbliższych latach niemal dziewięciokrotny wzrost. To coraz częściej wykorzystywana przez firmy z różnych branż i ciesząca się dużym zainteresowaniem odbiorców forma wpływania na kształtowanie zachowań klientów czy pracowników. Łączy elementy rywalizacji, rozrywki i systemu motywacyjnego. Na grywalizację zwraca uwagę również sektor energetyczny. Dzięki niej odbiorcy korzystający z aplikacji klienckiej mogą zdobywać rabaty i dodatkowe usługi, ucząc się jednocześnie zrównoważonego zarządzania energią.

– Jest taki trend w dużej liczbie aplikacji, żeby zatrzymać lub przyciągnąć użytkownika, dając mu możliwość rywalizowania, zdobywania punktów, zdobywania jakichś poziomów doświadczenia. Chcemy w ten sposób zachęcić wszystkich użytkowników, żeby próbowali zrozumieć, na czym polega świadome używanie ciepła – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adrian Bukowski, przedstawiciel firmy Fortum.

Grywalizacja jest coraz chętniej wykorzystywana przez firmy z różnych branż. Cieszy się dużym zainteresowaniem odbiorców, bo łączy elementy rywalizacji, rozrywki i systemu motywacyjnego. Dzięki wprowadzeniu grywalizacji użytkownicy mogą uzyskiwać rabaty lub dodatkowe usługi. Wypełniając poszczególne zadania, zdobywają punkty, które później można zamieniać na profity.

– Chcemy uświadamiać ludzi, że jest coś takiego jak ciepło, że o to ciepło ludzie muszą się w pewien sposób troszczyć. Żeby np. nie otwierali okien, jak mają rozkręcone kaloryfery, żeby nie przegrzewali mieszkań, żeby sprawdzali, czy wilgotność w mieszkaniu jest odpowiednia. To ma wpływ na ich zdrowie, czyli w pewien sposób na bezpieczeństwo. Dużo ludzi o tym nie wie i to jest nasze podstawowe zadanie – twierdzi Adrian Bukowski.

Nadrzędnym celem akcji jest walka z niską emisją i zapobieganie marnowaniu energii. Zadania, które klienci Fortum będą otrzymywać w aplikacji, mają im pomóc zrozumieć, w jaki sposób efektywnie zarządzać energią w domu. To m.in. dążenie do utrzymywania temperatury w pomieszczeniach na optymalnym poziomie. Zakładany przez inicjatorów efekt długofalowy to trwała zmiana nawyków u odbiorców energii. Pozwoli to nie tylko na wypracowanie oszczędności, lecz także poprawę stanu środowiska naturalnego.

– W 70 proc. to mieszkańcy sami przegrzewają swoje mieszkania. Tymczasem mogą zaoszczędzić już na samym tym fakcie, że gdy wychodzą z domu, to mogą przykręcić kaloryfer, ale niekoniecznie muszą otwierać okno. Jak otwierają okno, to też muszą się zastanowić, po co oni to okno otwierają. Jeżeli tylko przewietrzyć, to na krótko, ale jeżeli na dłużej, to niech już przykręcą ten kaloryfer. Niech mają tę świadomość, że tam też są ich pieniądze, tam też jest ich zdrowie – tłumaczy ekspert.

Istnieje wiele aplikacji i projektów, które starają się zastosować grywalizację w różnych gałęziach przemysłu, w tym w przemyśle energetycznym. Międzynarodowy projekt FEEdBACk zakłada powstanie platformy grywalizacji, która będzie wysyłała użytkownikom spersonalizowane wiadomości i zarządzała rywalizacją tak, by efektywność energetyczna została osiągnięta bez pogorszenia komfortu. Projekt FEEdBACk będzie prowadzony w trzech różnych regionach klimatycznych (klimat oceaniczny w Porto, klimat śródziemnomorski w Barcelonie i klimat kontynentalno-oceaniczny w Lippe) oraz w trzech różnych typach budynków (odpowiednio usługi, szkoły i mieszkania).

Grywalizacja wykorzystywana jest także jako narzędzie w systemach premiowych dla pracowników. Grupa Neuca, największa w Polsce hurtownia farmaceutyczna, stworzyła Kosmiczną Grywalizację, której uczestnicy otrzymują punkty m.in. za sprzedaż wyznaczonych preparatów czy przekonanie klientów do udziału w szkoleniach. W zamian za zgromadzone punkty pracownicy mogą zdobywać premie, nagrody rzeczowe czy wywalczyć sobie wymianę służbowego auta. Zastosowanie grywalizacji w biznesie jest coraz szersze.

– Mamy różnego typu urządzenia, które np. pomagają nam jeździć bardziej ekologicznie samochodem czy np. dokonywać lepszych wyborów w momencie, kiedy udajemy się na wypoczynek i chcemy znaleźć hotel. Grywalizacja to sposób wciągnięcia użytkownika w taki rodzaj postępowania, w którym będzie on działał na swoją korzyść. Efekty to zaoszczędzona energia, czyli korzyść w skali planety, i mniejsze rachunki dla użytkownika – ocenia Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego, Polskiej Akademii Nauk.

Według Market Insights Report światowy rynek grywalizacji został w 2017 roku wyceniony na kwotę 2,2 mld dol. Do 2023 roku ma jednak osiągnąć niezwykle dynamiczny wzrost sięgający średniorocznie 44 proc. Prognozowana wycena na rok 2023 to 19,4 mld dol.

Badanie poziomu glukozy we krwi bez nakłuwania dzięki polskiej technologii. Urządzenie w formie zegarka umie dokonywać dokładniejszych pomiarów niż tradycyjne urządzenia

Badanie poziomu glukozy we krwi bez nakłuwania dzięki polskiej technologii. Urządzenie w formie zegarka umie dokonywać dokładniejszych pomiarów niż tradycyjne urządzenia 14

Glukometry przyszłości mogą dokonywać pomiaru zupełnie bezinwazyjnie, a zamknięte będą w formie zegarka lub opaski na rękę. Trwają zaawansowane prace nad urządzeniami, które nie robią nakłuć w skórze i nie wymagają wszczepiania implantów, za to cechują się wyższą dokładnością pomiaru i wymieniają danymi z aplikacją mobilną oraz lekarzem dzięki przetwarzaniu w chmurze. Pierwsze dopracowane urządzenia mogą się pojawić już w przyszłym roku, a nad takimi urządzeniami pracują także Polacy.

– GlucoActive to bezinwazyjny glukometr. W sposób całkowicie automatyczny jesteśmy w stanie zmierzyć nim poziom glukozy bez znakowania krwi. Wykorzystujemy metody optyczne i spektrofotometryczne. Jesteśmy w stanie całkowicie bezinwazyjnie za pomocą urządzenia w formie zegarka na rękę zmierzyć poziom glukozy z dokładnością na poziomie glukometrów paskowych, spełniając najbardziej rygorystyczne normy pomiarowe ISO – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Wysocki ze start-upu GlucoActive.

W zależności od stosowanego u pacjenta modelu leczenia pomiar poziomu glukozy we krwi wykonuje się u diabetyków od jednego do kilku razy w ciągu dnia. Osoby leczone insuliną wykonują dobowy profil glikemii. Pomiaru dokonują więc na czczo, przed każdym głównym posiłkiem, potem do dwóch godzin po nim oraz przed zaśnięciem. W przypadku korzystania z klasycznych glukometrów paskowych oznacza to konieczność noszenia urządzenia przez cały dzień przy sobie i dokonywania licznych pomiarów, niekiedy w niekomfortowych warunkach.

Opracowanie urządzeń bezinwazyjnych, noszonych na ręku w formie zegarka czy opaski, może się okazać znacznym ułatwieniem dla chorych. Pozwolą one nie tylko dokonywać pomiarów bezwiednie, lecz także mogą być dokładniejsze od tradycyjnych glukometrów. Mogą mieć także szereg innych zastosowań.

– Mamy diabetyków typu I i II, ale informacji o poziomie glukozy potrzebują na bieżąco także sportowcy podczas wykonywania wysiłku fizycznego. Zakładamy warianty personalizowane, w zależności od potrzeby, czyli pomiar np. co 4 godziny przy cukrzykach typu II, to może być również godzina, pół godziny czy 20 minut, oraz pomiar na żądanie, np. po zjedzeniu danego posiłku – twierdzi Maciej Wysocki.

Poprawa opieki nad chorymi na cukrzycę jest jednym z największych wyzwań współczesnej medycyny, a sama choroba ma charakter cywilizacyjny. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że co 7 sekund ktoś umiera w wyniku powikłań cukrzycowych. Rocznie 100 tys. osób musi przejść amputację kończyny z powodu stopy cukrzycowej, będącej jednym z najgroźniejszych powikłań. Obok udaru i zawału cukrzyca jest 3. najczęstszą na świecie przyczyną zgonu. Co dziesiąta osoba na świecie ma zdiagnozowaną tę chorobę, ale wiele osób żyje niezdiagnozowanych. Dużym problemem obniżającym skuteczność leczenia jest brak regularnych wizyt u lekarza prowadzącego.

– Zakładamy, że spopularyzowanie naszego urządzenia umożliwi częstszą diagnostykę czy po prostu umożliwi większej społeczności pokazanie, że są jakieś prognozy pod kątem cukrzycy. Wszelkie innowacje w medycynie właśnie idą w kierunku tego, by umożliwić mobilność. Świat zmierza do tego, by ingerencja lekarza w naszym codziennym życiu była jak najmniejsza, żeby różne badania móc przeprowadzać zdalnie – mówi Maciej Wysocki.

GlucoActive ma już opracowane prototypy i zaplecze w postaci algorytmów. Obecnie pracuje nad optymalizacją dokładności pomiarów i miniaturyzacją komponentów. Zgodnie z zapowiedziami, urządzenie będzie dostępne w kwietniu 2020 roku. Tymczasem nad mierzącą poziom glukozy we krwi opaską na rękę połączoną z aplikacją mobilną na telefonie pracuje natomiast amerykański start-up Alertgy.

Opracowywana technologia ma wyeliminować konieczność stosowania wszczepionych czujników, plastrów lub urządzeń wykorzystujących reakcje chemiczne. Opaska ma działać jak rezonans magnetyczny, z tą różnicą, że wewnątrz pola znajdzie się tylko nadgarstek. Skoncentrowane pole niskiej częstotliwości da sygnał wystarczający do dokładnego pomiaru poziomu glukozy we krwi w organizmie. Prototypowa opaska z nadajnikiem jest obecnie wielkości paczki papierosów. Docelowo opaska ma wyglądać tak, jak silikonowe opaski noszone na nadgarstku.

– Staramy się rozwiązać bardzo poważny problem wykluczenia społecznego. Załóżmy, że ktoś jest ze znajomymi w restauracji albo na jakiejś imprezie i musi sobie zmierzyć poziom glukozy. Przeważnie robi to po prostu, idąc do łazienki, żeby nie nakłuwać się wśród znajomych, przyjaciół, w miejscu publicznym. To jest temat tabu, o którym również nie mówi się zbyt często – twierdzi ekspert.

Według Business Wire rynek wearables mierzących parametry życiowe osiągnie do 2024 roku wartość 980 mln dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie 21,7 proc.

Na co zwracają uwagę najemcy magazynów obsługujących e-commerce w Polsce

Szybka realizacja dostaw oraz zapotrzebowanie na zasoby ludzkie to według ankietowanych kluczowe czynniki mające wpływ na decyzję o wyborze lokalizacji magazynu przez najemców obsługujących branżę e-commerce w Polsce. Jakie znaczenie ma wyposażenie i standard powierzchni? Jaką rolę odgrywa automatyka i odpowiednie zaplecze socjalne dla pracowników? 

W badaniu Cushman & Wakefield deweloperzy oraz operatorzy logistyczni zgodnie stwierdzili, że decyzja o wyborze lokalizacji magazynu do obsługi branży e-commerce zależy od dwóch czynników: czasu dostawy i dostępności zasobów ludzkich. Infrastruktura drogowa musi umożliwiać szybką dostawę zamówienia, nawet w dniu jego złożenia przez odbiorcę. Dzięki rozwojowi rynku magazynowego popularność zyskuje usługa „the same day delivery”. Wydłuża się także tzw. „cut-off”, czyli czas, który zapewnia kompletację zamówienia jeszcze tego samego dnia. Dostęp do siły roboczej pomaga z kolei sprostać wyzwaniom związanym z fluktuacją popytu i szczytami sprzedażowymi. Umożliwia prawidłowe wykonanie operacji, do których nie można wykorzystać automatyzacji, np. logistyka zwrotów lub tworzenie zestawów promocyjnych.

Rynek Polski centralnej był dotychczas najbardziej popularny wśród deweloperów magazynowych, jednak zmieniające się trendy i presja na jak najszybsze dostarczenie przesyłek spowodowały, że deweloperzy magazynowi są gotowi do otwierania inwestycji w nowych lokalizacjach, na przykład w regionie Polski zachodniej i północno-wschodniej. Innym kierunkiemjest rozwój magazynów miejskich. Ten segment rynku nieruchomości komercyjnych wychodzi naprzeciw wyzwaniom związanym z jak najkrótszym terminem dostawy i większą niż dotychczas elastycznością. Moduły od kilkuset do kilku tysięcy metrów kwadratowych powstają już w największych aglomeracjach (Warszawa, Łódź, Wrocław, Gdańsk, Szczecin). Są również dobrym rozwiązaniem w takich lokalizacjach, jak: Białystok, Częstochowa, Bydgoszcz, Rzeszów czy Toruń.

Damian Kołata, Associate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield
Damian Kołata, Associate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield

– Zwiększona w ostatnich kwartałach konsumpcja napędza gospodarkę. Firmy spodziewają się dynamicznego wzrostu zamówień w krótkim czasie, konieczne więc będzie znalezienie efektywnego rozwiązania w zakresie logistyki ostatniej mili, tym bardziej, że duże ośrodki miejskie zaczynają podejmować działania w celu unormowania ruchu kurierskiego w centrum miast – np. opracowywana obecnie strategia #Warszawa2030 –  co spowoduje ograniczenia w dostawach i zwiększenie popularności punktów PUDO (pick up, drop off). Mały magazyn miejski może być doskonałym miejscem nie tylko do szybkiego odbioru zamówienia, czy też jego zwrotu, ale może też pełnić funkcję showroomu, a nawet centrum usług dodanych np. drobne i ekspresowe usługi krawieckie dla firm z branży fashion, co doskonale wpisuje się w kolejny trend rynkowy – tym razem personalizację produkcji. Jeśli klient wykaże takie zapotrzebowanie – w magazynie typu „city logistics”, możliwe będzie również zaaranżowanie biura lub małej powierzchni do lekkiej produkcji. Dzięki temu możliwe będzie skoncentrowanie w jednym miejscu wszystkich istotnych elementów działalności operacyjnej firmy – mówi Damian Kołata, Associate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Branża e-commerce jest szczególnie narażona na fluktuację zatrudnienia, wahania popytu i szczyty sezonowe. Moduły typu city logistics będą więc doskonałą odpowiedzią na naturalny rozwój rynku i pozwolą na dostosowanie obsługi logistycznej do rynkowych standardów i potrzeb.

Według deweloperów elementy, jakie w bardzo istotnym stopniu charakteryzują magazyn dla e-commerce, to: dostęp do antresoli (27%), a także obecność automatyki, powierzchni socjalnej oraz miejsca parkingowe dla pracowników i dostateczna liczba bram na poziomie „0” (po 18 %). Zdaniem operatorów logistycznych z kolei, kluczowe są wymagania najemców względem powierzchni socjalnej (60%), odpowiednie doświetlenie powierzchni (40%) oraz miejsca parkingowe dla pracowników (20%).

MAGAZYN IDEALNY DLA E-COMMERCE

Nie ulega wątpliwości, że branża e-commerce ma szczególne potrzeby dotyczące powierzchni oraz całej infrastruktury magazynowej. Konieczność szybkiego przyjęcia dostaw i udostępnienia towaru do sprzedaży, wymagania dotyczące błyskawicznych kompletacji oraz nieodłączność dużych wahań wolumenów w zależności od sezonów, Świąt i okresów wyprzedaży powodują, że tradycyjny magazyn z regałami paletowymi nie będzie spełniał wymagań najemców. Aby jak najefektywniej wykorzystać powierzchnię magazynową, coraz częściej spotyka się antresole, zawierające np. kartonowe, wielowarstwowe regały półkowe, windy do zasilania stocku, taśmociągi do przekazywania skompletowanych towarów do strefy pakowania itd. Instalacja antresoli pozwala na bardziej efektywną adaptację dostępnej przestrzeni oraz optymalne dopasowanie jej do indywidualnych potrzeb i warunków panujących w magazynie. Zbudowanie antresoli wymaga odpowiednio wzmocnionej posadzki oraz bardziej wydajnych systemów wentylacji i właściwego oświetlenia.

Idealny magazyn dla e-commerce powinien zawierać także większą niż standardowo liczbę bram na poziomie „0”. Zależy to oczywiście od asortymentu i jego gabarytów, ale jeśli najemca przewiduje podpisanie umowy z kilkoma firmami kurierskimi, którzy będą odbierać przesyłki w podobnych oknach czasowych, to kilka bram z poziomu „0” będzie niezbędne.

Nowoczesny obiekt, z którego będą korzystać najemcy handlujący w Internecie powinien być również zautomatyzowany. Bardzo szybko rosnące wolumeny zamówień i coraz większy udział e-commerce w handlu detalicznym powodują, że właśnie w automatyzacji upatruje się receptę na poradzenie sobie z wieloma wyzwaniami branży, dotyczącymi m.in. zasobów ludzkich, wahań wolumenu sprzedaży i presji czasu. Aby skrócić czas kompletacji i uniknąć pomyłek, coraz częściej wprowadza się rozwiązania typu pick-by-voice, pick-by-light, pick-by-vision, lub warianty łączone, które pozwalają na szybsze pobranie towaru z regału i potwierdzenie czynności komendą głosową. Z wymienionych rozwiązań najciekawszym jest system pick-by-vision, polegający na wspomaganiu kompletacji zamówienia przez osobę poruszającą się na wózku magazynowym bądź ciągnącą wózek kompletacyjny, wyposażoną w specjalne okulary z nakładką wizualizującą następny krok procesu. Na wyświetlaczu pojawiają się kolejne lokalizacje magazynowe oraz liczba artykułów do pobrania. Proces staje się intuicyjny, a liczba pomyłek maleje, ponieważ na ekranie okularów widać dokładną lokalizację i zadany wolumen. Urządzenia takie mogą być wykorzystywane przez wiele osób, również na kolejnych zmianach.

Włosi destabilizują euro, a złoty zyskuje

Ostatnie działania Włochów pokazują, że kraj ten nie boi się odważnych ruchów. Nie tylko ignorują procedurę nadmiernego deficytu, ale również planują równoległą emisję pieniądza udającego obligacje. W tle tych działań euro jest pod silną presją, co pozwoliło złotemu wyraźnie umocnić się względem europejskiej waluty.

Włosi destabilizują euro

Koniec wspólnej waluty, to temat, o którym media informują dosyć regularnie. Wielu znanych ekonomistów przepowiadało koniec tego projektu, a jednak wciąż trwa. Obecnie za realizację tej groźby wzięli się Włosi i wygląda na to, że robią to na poważnie. Po tym jak zostali objęci procedurą nadmiernego deficytu, zapowiedzieli wydanie obligacji o niskich nominałach. Pod tym określeniem, tak naprawdę, kryje się ekwiwalent pieniądza. Będą to bowiem obligacje o tych samych nominałach, co banknoty euro. W rezultacie, gdyby doszło do realizacji projektu, w obiegu równolegle będą wydawane oficjalne euro i wydawane przez państwo bony. Jaki jest cel tego przedsięwzięcia? Rządząca formacja zapowiada istotne obniżki podatków. Nie ma ich z czego sfinansować, jednak zawsze może sprzedać obywatelom obligacje. W rezultacie problem zostanie odsunięty w czasie, a jednocześnie może uda się obniżyć koszty zadłużenia. Obserwatorzy zwracają jednak uwagę, że może to być również krok przejściowy do opuszczenia unii walutowej. W takim scenariuszu wartość tych obligacji przestałaby być stała względem euro i zaczęła być kształtowana rynkowo. Patrząc na stan włoskiej gospodarki, można to ostatnie stwierdzenie uprościć do “spadek”.

Dane z amerykańskiego rynku pracy

O ile bezrobocie w USA, wynoszące zgodnie z oczekiwaniami 3,6%, nikogo nie martwi, o tyle zmiany zatrudnienia powinny. Analitycy spodziewali się stworzenia niemal 200 tysięcy miejsc pracy, a nie utworzono nawet połowy. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Inwestorzy sprzedawali dolara. W rezultacie dzień zaczynający się ceną dolara na poziomie 3,79 zł i wzrostami kończył się w okolicach 3,76 zł.

Mocny złoty

Po ostatnich umocnieniach para EURPLN dotarła w okolice 4,26 zł i jest to najniższy poziom od końca stycznia tego roku. Jeżeli nasza rodzima waluta go przebije, to kurs euro będzie najtańszy od poprzednich wakacji. Siła polskiej waluty jest wynikiem wciąż dobrych danych gospodarczych i nie wydanych jeszcze resztek obecnego wzrostu, podczas gdy zachód pokazuje już recesyjne odczyty. Nie wszystkie waluty są jednak tak tanie. 3,80 zł na franku to dużo względem 3,67 sprzed roku. Przekroczenie 4,80 zł na funcie, to najniższe poziomy od początku stycznia. Dolar z 3,77 zł jest z kolei najtańszy od trzech miesięcy.

Dzisiaj dzień wolny w Niemczech, Szwajcarii, Na Węgrzech i w Norwegii z okazji Zielonych Świątek, a w Australii z okazji Urodzin Królowej. W kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Gospodarowanie własnym majątkiem nie jest równoznaczne z prowadzeniem działalności gospodarczej

Generalnie wszelkie działania podatnika przynoszące mu zarobek, a którym fiskus potrafi przypisać charakter zorganizowany i ciągły, traktowane są przez organy skarbowe jako podlegające opodatkowaniu z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku w wyroku z 17 kwietnia 2019 r. uchylającym decyzję Dyrektora Izby Administracji Skarbowej zawarł pouczenie, że taki charakter działań nie przesądza o tym, że podatnik zachowuje się jak „profesjonalny podmiot (…) a nie jak podmiot zarządzający własnym mieniem i kierujący się zasadami gospodarności” (sygn. akt I SA/Gd 170/19).

Zgodnie z definicją zawartą w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.) działalnością gospodarczą jest wytwórcza, budowlana, handlowa lub usługowa działalność zarobkowa, prowadzona we własnym imieniu bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły (art. 5a pkt 6). Jest więc niezwykle istotne z punktu widzenia ochrony majątku własnego, czy gospodarując nim, robi się to w ramach zwykłego władania, czy w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. W tym drugim przypadku bowiem niemal każdym uzyskanym dochodem trzeba się dzielić z państwem.

Określenie podatku po 6 latach

Prowadzący działalność gospodarczą podatnik w 2011 r. nabył nieruchomość gruntową, którą następnie podzielił i sprzedawał w częściach w 2012 r. i w latach następnych. Działek tych nie sprzedawał jednak w ramach działalności gospodarczej polegającej na obrocie nieruchomościami, a w ramach zwykłego zarządu własnym majątkiem. Nie prowadzi on bowiem biura nieruchomości, a działalność polegającą na doradztwie w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i zarządzania.

Po blisko 6 latach, w listopadzie 2018 r., Dyrektor Izby Administracji Skarbowej określił podatnikowi zobowiązanie w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2012 r. w kwocie ponad 22 000 zł. Organy podatkowe ustaliły, że podatnik, dokonując rozliczenia podatkowego za ten rok, nie ujął w nim sprzedaży działek. Bo choć w rejestrze CEiDG brak jest informacji, jakoby prowadził on działalność gospodarczą polegającą na profesjonalnym obrocie nieruchomościami, to nie oznacza to, że dokonana przez niego w sposób zorganizowany i ciągły sprzedaż gruntów taką działalnością nie była.

Sprzedaż wszystkich działek tylko u jednego notariusza

Dyrektor IAS wskazał, że rejestracja działalności gospodarczej, dysponowanie pomieszczeniem biurowym czy zakup domen internetowych świadczy o tym, że podatnik, sprzedając swą nieruchomość, działał w sposób zorganizowany, a przesądza o tym fakt podjęcia tych właśnie, niezbędnych do organizacji działalności, czynności. Wśród argumentów mających za tym przemawiać znalazły się dokonane przez podatnika działania polegające na łączeniu i dzieleniu działek, rozpowszechnianiu informacji o zamiarze ich sprzedaży, a nawet sporządzanie umów sprzedaży wszystkich działek tylko u jednego notariusza. Zdaniem organu za celowym, zorganizowanym działaniem podatnika przemawiało również to, że część nabytych w 2011 r. nieruchomości sprzedał niemal natychmiast w roku następnym. Zakup gruntów nie był więc przypadkowy czy też stanowiący inwestycję na przyszłość. Jak stwierdził organ:

„W niniejszej sprawie podatnik działał jak handlowiec, tj. kupował liczne nieruchomości i następnie je sprzedawał, uzyskując z tego tytułu znaczne przychody, przewyższające nawet przychody z działalności gospodarczej prowadzonej w podstawowym zakresie. W konsekwencji organ przyjął, że podatnik w 2012 r. prowadził działalność gospodarczą w zakresie usług biznesowo-doradczych i finansowych (zarejestrowaną od 8 stycznia 2009 r.) i niezarejestrowaną działalność w zakresie obrotu nieruchomości, jednakże dowolnie ustalał, które przychody wykaże jako przychód z działalności” (sygn. I SA/Gd 170/19).

Miał świadków, ale organy nie chciały ich przesłuchać

Podatnik odpowiedział fiskusowi, że po kryzysie finansowym w 2008 r. składanie oszczędności w bankach stało się niepewne, stąd ulokował je w nieruchomości. Gdy je sprzedał, nabył dla siebie i małżonki większe mieszkanie. W skardze na decyzję organów podatkowych podniósł m.in. odstąpienie przez organy z niewyjaśnionych przyczyn od przeprowadzenia dowodu z przesłuchania świadków – nabywców przedmiotowych działek. Jak wskazał podatnik, części nieruchomości zbył już w 2012 r. tylko dlatego, że nadarzyła się do tego świetna okazja. Jako że znał wiele osób, wiadomość o posiadanych przez niego działkach szybko się rozeszła i oferujący bardzo korzystną na ówczesne czasy cenę nabywcy z własnej inicjatywy złożyli mu propozycję kupna – i to właśnie mieli potwierdzić w trakcie przesłuchania, z którego organy zrezygnowały. Dlatego też sporna sprzedaż nieruchomości była dla niego źródłem przychodu, ale jako zwykłe rozporządzenie majątkiem osobistym, unormowanym w art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o PIT.

Cienka granica

WSA w Gdańsku przywołał orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego z 30 maja 2018 r., w którym skład orzekający stwierdził, że wykładnia przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych nie pozwala określić ram, kiedy działania podatnika zostaną uznane za zwykłą sprzedaż majątku osobistego, a kiedy przeradzają się w pozarolniczą działalność gospodarczą. Chęć uzyskania przez podatnika możliwie jak najwyższego zysku ze sprzedaży należących do niego nieruchomości, dla której podatnik podejmuje czynności cel ten urzeczywistniające, nie może przesądzać o zakwalifikowaniu ich do pozarolniczej działalności gospodarczej.

„…proste zestawienie unormowań zawartych w art. 10 ust. 1 pkt 3 oraz pkt 8, z regulacją art. 5a pkt 6 u.p.d.o.f., nie pozwala na skonkretyzowanie uniwersalnego wzorca, który w sposób jednolity rozstrzygałby, jak w sposób jednoznaczny oddzielić sprzedaż zaliczaną do związanej z wykonywaniem pozarolniczej działalności gospodarczej, od odpłatnego zbycia. Prócz problemów interpretacyjnych należy dodatkowo wskazać na komplikacje związane ze stosowaniem art. 10 ust. 1 pkt 3 w związku z art. 5a pkt 6 oraz art. 10 ust. 1 pkt 8 u.p.d.o.f., stanowiące skutek zacierania się w praktyce obrotu nieruchomościami granicy pomiędzy tym, co wykazuje cechy profesjonalnego obrotu handlowego, a tym co stanowi jeszcze wyprzedaż majątku osobistego, w ramach normalnego zarządu własnym mieniem” (sygn. akt II FSK 3760/17).

Racjonalne gospodarowanie majątkiem

O kwalifikacji działalności gospodarczej nie może przesądzać także podejmowanie przez podatnika w sposób racjonalny czynności mieszczących się w granicach zwykłego zarządu majątkiem własnym, mające na celu m.in. zaspokajanie potrzeb rodziny. Sąd podzielił stanowisko wyrażone przez NSA w wyroku z 9 marca 2016 r. (II FSK 1423/14), że w obliczu niepewności na rynku pracy dążenie do zabezpieczenia w przyszłości potrzeb własnych i rodziny należy do naturalnych zachowań, a przejawiających się m.in. poprzez lokowanie wolnych środków w różne dobra, takie jak nieruchomości. Dokonanie podziału nieruchomości, w ramach którego podatnik musi podjąć szereg kroków na ścieżce administracyjnej, mieści się więc w kręgu czynności zwykłego zarządu własnymi sprawami majątkowymi.

WSA, uchylając zaskarżoną decyzję, orzekł, że organy nie wykazały w sposób niebudzący wątpliwości, że podjęte przez podatnika działania przekroczyły wskazany zakres zarządu majątkiem własnym, przeradzając się w profesjonalne działania z zakresu obrotu nieruchomościami. Nie stanowi na to dowodu sprzedaż nieruchomości w częściach, dokonywana na przestrzeni lat, sam zakup domen internetowych, posiadanie pomieszczenia biurowego, a już na pewno korzystanie z usług jednego notariusza.

„…sama liczba i zakres transakcji sprzedaży, fakt, że przed sprzedażą podatnik dokonał podziału jednego z gruntów na działki, długość okresu, w jakim te transakcje następowały, jak i wysokość osiągniętych z nich przychodów, nie ma znaczenia dla przesądzenia, w jakim charakterze działa podatnik dokonujący sprzedaży gruntów (…) Nie można bowiem przyjąć, że podatnik zarządzający prywatnym majątkiem nie może podejmować działań zwiększających rynkową atrakcyjność rzeczy, które zamierza sprzedać” (sygn. I SA/Gd 170/19).

Haracz fiskusa

Sądy bronią podatników, bo ci nie godzą się na wyciąganie przez fiskusa ręki po udział w każdym wypracowanym przez podatników zysku. Z pomocą radców prawnych, radców podatkowych i innych pełnomocników udowadniają organom, że nie każde zachowanie podatnika, które przyniesie mu choć ułamek zysku, musi stanowić celowe i podlegające obowiązkowemu dzieleniu się ze Skarbem Państwa. Jak wskazał WSA w Gdańsku w uzasadnieniu swojego wyroku: „…sam zamiar podatnika osiągnięcia zysku w związku z przeprowadzonymi przez niego transakcjami nie przesądza w sposób wyłączny o przypisaniu uzyskanego z tych operacji przychodu do źródła wymienionego w art. 10 ust. 1 pkt 3 u.p.d.o.f. (…) Oznaczałoby to bowiem, że działalność w zakresie zarządu majątkiem osobistym miałaby być prowadzona z naruszeniem reguł gospodarności i z założenia miałaby nie przynosić zysku” (sygn. I SA/Gd 170/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Korekta GIP60 w maju, czyli solidny spadek wypracowanego wzrostu o prawie 10%

W maju 2019 roku GIP60 zanotował znaczną korektę, która obniżyła jego wartość do poziomu 854.29 punktów, czyli 9.30 proc. niżej, niż na początku miesiąca. Oznacza to także, że GIP60 spadł poniżej swojej wartości z początku roku (936.73), niwelując tym samym cały wzrost, jakiego doświadczył w pierwszych czterech miesiącach tego roku.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) w miesiącu maju. Więcej w poniższym komunikacie.

„Był to jeden z najsłabszych miesięcy w historii Giełdowego Indeksu Produkcji, który monitoruje 60 największych polskich przedsiębiorstw produkcyjnych. Tylko 16 spółek zwiększyło swoją wartość, w tym jedynie INTROL osiągnął stopę zwrotu powyżej 10 proc. Za to aż 42 spółki straciły w tym czasie na wartości rynkowej, a 13 spółkom maj przyniósł redukcję wartości o ponad 10 proc.” – podaje dr Maciej Zaręba z DSR – analityk i współtwórca GIP.

Największy spadek wartości dotknął spółki: STALPRODUKT (-29.28 proc. m/m) i CCC (-24.45 proc. m/m). Niewiele lepiej wypadły takie ikony polskiego rynku akcji, jak: WIELTON (-15.58 proc. m/m), czy LPP (-14.36 proc. m/m). W przypadku CCC i LPP, spadków nie można tłumaczyć obecnymi wynikami finansowymi spółek, gdyż obie tradycyjnie zwiększyły swoje przychody, choć przy nieco mniejszej dynamice, niż w poprzednich okresach. Głównym źródłem paniki wśród inwestorów spółek zajmujących się handlem detalicznym jest widmo podatku handlowego, które pojawiło się po unieważnieniu decyzji Komisji Europejskiej przez Sąd Unii Europejskiej.

Akcjom spółki WIELTON, podobnie jak spółkom handlowym, również nie pomógł wzrost przychodów (33.32 proc. r/r) zanotowany w pierwszym kwartale tego roku. Także symboliczny wzrost zysku netto o 3.3 proc. r/r nie został odebrany optymistycznie przez polski parkiet. Wydaje się, że bardziej na wyobraźnię inwestorów zadziałał spadek udziału tej spółki w rynku nowych przyczep i naczep w okresie styczeń-kwiecień, który w 2019 roku wyniósł 14.27 proc. wobec 14.92 proc. w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost zadłużenia, w tym przede wszystkim wzrost zadłużenia krótkoterminowego, widoczny w sprawozdaniach spółki również mógł wzbudzić zainteresowanie akcjonariuszy spółki.

Jednak w najgorszej sytuacji w maju znalazła się spółka STALPRODUKT. Po ponad półrocznym okresie konsolidacji ceny akcji spółki w okolicach 320 zł, i  późniejszym jej wzroście do 350 zł w kwietniu, na początku maja nastąpiła gwałtowna redukcja ceny akcji o niemal połowę. Roczny raport spółki wykazał co prawda skonsolidowany wzrost przychodów spółki o 13.01 proc., jednak w I kwartale 2019 roku, dynamika sprzedaży spadła do poziomu 2.66 proc. r/r, przy jednoczesnym spadku zysku netto o 58,95 proc. r/r. Akcjom spółki zagroziły dodatkowo problemy na rynku stali, związane ze spadkiem produkcji krajowej tego surowca.

W przekroju branżowym najniższą średnią stopę zwrotu osiągnęły akcje spółek określanych przez nas mianem „projektantów”, a więc takie, które skupiają się na projektowaniu swoich produktów (przeważnie odzieży) i ich dystrybucji. Straciły one w maju średnio 14.09 proc. m/m, głównie z powodu wspomnianego wcześniej ryzyka wprowadzania w Polsce podatku handlowego. Równie źle maj odczuły spółki z branży chemicznej (-7.79 proc. m/m), przemysłu lekkiego (-7.07 proc. m/m), motoryzacyjnej   (-6.39 proc. m/m) i producenci z branży spożywczej (-5.25 proc. m/m). Dodatnią średnią stopę zwrotu wypracowały w maju jedynie spółki z branży tworzyw sztucznych (0.54 proc. m/m) i drzewnej (3.15 proc. m/m).

Najodporniejsi

Majowy ranking GIP60 po raz pierwszy w jego historii wygrała spółka INTROL, za osiągnięcie miesięcznej stopy zwrotu na poziomie 10.56 proc. Niestety, była to jedyna spółka z całej grupy, której udało się pokonać barierę 10 proc. Drugie miejsce i zwrot na poziomie 9.78 proc. m/m dla spółki FEERUM. Stopień niżej, ale za niewiele gorszy wynik, dla spółki PRIMETECH, której wartość rynkowa wzrosła w maju o 9.76 proc.

INTROL to spółka działająca od początku lat dziewięćdziesiątych w branży automatyki przemysłowej, instalacji technologicznych, w energetyce i budownictwie przemysłowym. Ostatnie trzy lata były dla akcji spółki okresem nieustannej redukcji wartości i nie inaczej wyglądały pierwsze miesiące tego roku. Stosunkowo dobre wyniki za pierwszy kwartał, w tym zauważalny wzrost inwestycji, spowodowały odwrócenie trendu spadkowego w maju. Należy jednak dodać, że wzrost ceny akcji tej katowickiej spółki nastąpił przy niewielkim poziomie obrotów.

FEERUM gościł na podium GIP60 dwa razy pod koniec zeszłego roku, w listopadzie i w grudniu, czyli chwilę po podpisaniu dużego kontraktu na dostawę silosów na Ukrainę. Pierwsze miesiące tego roku nie rozpieszczały akcjonariuszy spółki z Chojnowa, ale opublikowany pod koniec kwietnia raport roczny ujawnił ponad dwukrotny wzrost zysku netto, w porównaniu z rokiem 2017, dzięki czemu powrócił sentyment inwestorów do tej spółki.

PRIMETECH, czyli do niedawna KOPEX, to znany polski producent sprzętu górniczego. W ostatnim czasie inwestorów najbardziej rozgrzewała informacja o umowie zakupu przez JSW akcji Przedsiębiorstwa Budowy Szybów (PBSz), które należy do PRIMETECH. Nie pierwszy raz właśnie ten kontrakt spowodował, że kurs akcji spółki powędrował w górę, dzięki czemu spółka lądowała na podium rankingu GIP60. Nie inaczej było w pierwszej połowie maja, kiedy obie spółki ogłosiły termin wykonania umowy na 20 maja 2019 roku, a kurs akcji poszybował w górne pułapy. Entuzjazm inwestorów trwał stosunkowo krótko i w drugiej połowie miesiąca kurs zredukował majową stopę zwrotu poniżej 10 proc.

Efekt Trumpa

Wzrost produkcji przemysłowej w kwietniu zaobserwowany przez GUS, jak również kolejne rewizje w górę szacowanego na ten rok PKB, nie przełożyły się na wzrost zainteresowania polskim rynkiem akcji. Niestety, po raz kolejny ważniejsze okazały się czynniki zewnętrzne, wpływające na globalne pływy kapitału. Nowe otwarcie w konfrontacji handlowej między dwoma największymi gospodarkami świata, zaproponowane przez Prezydenta Trumpa, przyniosło za sobą wzrost ryzyka i niepewności na wszystkich rynkach kapitałowych świata (S&P 500 w maju stracił prawie 5%), co niestety dało się odczuć również na naszym rodzimym parkiecie. Również postępujące osłabienie przemysłu europejskiego nie sprzyja i nie będzie nam sprzyjać w najbliższym czasie, a kontynuacja spadków nastrojów w przemyśle niestety nie wróży odwrócenia tego negatywnego trendu – przewiduje Zaręba. PMI przemysłowe, obliczone w maju, znajduje się poniżej granicznej wartości 50 punktów lub w jej okolicach w przypadku większości gospodarek świata, co przełożyło się na spadek PMI liczonego dla globalnego przemysłu do poziomu 49.8 punktów.  Nie należy jednak zapominać o dotychczasowej wyjątkowej odporności naszej gospodarki i jej przemysłu, która – w zestawieniu z napływem świeżego kapitału z programu PPK – prędzej czy później spowoduje powrót kapitału na warszawską GPW – czytamy w podsumowaniu.

Kredyt gotówkowy na samochód. Sprawdziliśmy dostępne oferty

Kredyt gotówkowy na samochódSamochód można kupić za gotówkę, wziąć w leasing albo zaciągnąć na ten cel kredyt. Specjalne kredyty samochodowe oraz ogólnodostępne kredyty gotówkowe pozwalają na sfinansowanie takiej transakcji szybko i skutecznie. Kredyt gotówkowy z przeznaczeniem na samochód można zaciągnąć nawet w trybie online, bez wychodzenia z domu.

Kredytowanie zakupu pojazdu mechanicznego jest jednym z powszechnie wykorzystywanych sposobów na sfinansowanie takich transakcji. Można zaciągnąć kredyt samochodowy, przeznaczony dla takich inwestycji, albo skorzystać z kredytów, przy których nie trzeba ujawniać celów kredytowania – z kredytów gotówkowych. Pozwalają one na zakup dowolnego pojazdu bez względu na jego pochodzenie, stan czy wiek. Kredyt gotówkowy na auto znajdziesz na Totalmoney.pl, porównując ze sobą różne oferty kredytowe. To pozwala wybrać najkorzystniejszą opcję. Sprawdźmy, jaki kredyt zaciągnąć – gotówkowy czy samochodowy – i jakie oferty w związku z tym przygotowały banki.

Kredyt gotówkowy czy samochodowy – za jaki kredyt kupić auto?

Chcesz kupić auto, ale brakuje ci pieniędzy na ten cel? Zaciągnij kredyt – to proste. Wystarczy, że będziesz miał zdolność kredytową oraz dobrą historię kredytowania w BIK-u, aby otrzymać takie zobowiązanie, które stanie się przepustką do własnego samochodu. Pytanie tylko, czy bardziej będzie się opłacało zaciągnąć kredyt samochodowy czy kredyt gotówkowy?

Różnice pomiędzy tymi kredytami są znaczące. Kredyt samochodowy jest bowiem kredytem celowym, który trzeba wykorzystać ściśle zgodnie z wytycznymi zawartymi w umowie kredytowej. Klient już podczas składania wniosku o kredyt samochodowy musi wiedzieć, na jaki samochód jest zaciągane zobowiązanie. Musi też przedstawić do wniosku kredytowego dokumenty związane z pojazdem. Jednak dzięki zabezpieczeniu, jakim automatycznie staje się kupowany za kredyt samochodowy pojazd, sam kredyt jest tańszy od tradycyjnego kredytu gotówkowego.

Kredyt konsumpcyjny, gotówkowy można wziąć na dowolny cel, którego nie trzeba ujawniać we wniosku kredytowym i w umowie podpisywanej z bankiem. W praktyce klient, który pomyślnie przejdzie proces kredytowy i otrzyma pozytywną decyzję o wypłacie środków, może je w dowolny sposób spożytkować. Na etapie wnioskowania o kredyt nie musi mieć upatrzonego samochodu, a wartość kupowanego pojazdu może być niższa od kwoty kredytu. Pozostałą część może wykorzystać między innymi na niezbędne naprawy, jeśli kupuje używane auto, na zakup radia czy głośników, nowego kompletu opon i na wszystko, co sobie wymarzy. Okres kredytowania może wynosić do 8 lat, w zależności od banku, w którym zaciągamy kredyt gotówkowy, a przy kredycie samochodowym może on sięgać nawet 10 lat. Oprocentowanie kredytu gotówkowego jest najczęściej wyższe niż przy kredycie celowym, samochodowym, ponieważ bank nie ma zabezpieczenia w postaci kupowanego pojazdu i przez wyższe opłaty związane z kredytem rekompensuje sobie zwiększone ryzyko ponoszone w takim przypadku.

Rodzaje i oferty kredytów samochodowych

Przeanalizujmy zatem sytuację, w której dana osoba chce zaciągnąć celowy kredyt samochodowy. Może się przy tym zdecydować na jeden z typów takich kredytów:

  • Standardowy kredyt samochodowy – kredytobiorca zaciąga kredyt, którego środki przelewane są na konto sprzedającego wskazany we wniosku samochód, a następnie spłaca co miesiąc raty kapitałowo-odsetkowe. Do tego typu kredytu nie ma potrzeby wnoszenia wpłaty własnej.
  • Kredyt balonowy – cechuje się niskimi ratami, jakie kredytobiorca spłaca przez cały okres kredytowania, ale ostatnia spłacana rata będzie miała wyższą wartość – około 20 proc. wartości samochodu,
  • Kredyt jednoratowy – najczęściej z takiej oferty kredytowej klienci skorzystają u dystrybutorów samochodowych z własnymi bankami (np. Toyota Bank). To kredyt, w którym wnoszona jest wysoka wpłata własna, w wysokości 50–60 proc. całkowitej wartości pojazdu, a po określonym czasie wpłacana jest druga część należności. Zaletą jednoratowego zobowiązania jest brak oprocentowania.

Standardowe oprocentowanie płatnych kredytów samochodowych waha się w przedziale od 2 do 5 proc. w skali roku i więcej, do maksymalnie 10 proc. w skali roku. Trzeba liczyć się z tym, że kredytobiorca poniesie też koszty pozaodsetkowe, jak prowizja za udzielenie zobowiązania czy składki na ubezpieczenia.

Zakładając, że chcemy zaciągnąć kredyt samochodowy na kwotę 50 000 zł na 4 lata, przykładowe oferty kredytowe w polskich bankach przedstawiają się następująco:

  • Santander Consumer Bank – oprocentowanie 5,24 proc. w skali roku, prowizja za udzielenie kredytu 6 proc., a RRSO 8,76 proc., całkowita kwota kosztów do spłaty wyniesie przy tym 8 863,50 zł;
  • Alior Bank – kredyt samochodowy – pożyczka internetowa, udzielana bez prowizji, ale z oprocentowaniem 9,99 proc. w skali roku i RRSO równym 10,46 proc., a całkowite koszty do spłaty wynoszą 10 858,68 zł;
  • PKO Bank Polski – kredyt samochodowy w formie Mini Ratki, z oprocentowaniem 9,99 proc. w skali roku, prowizją 8,99 proc. i RRSO równym 16,15 proc., przy całkowitych kosztach w wysokości 16 329,87 zł. Oferty są mocno zróżnicowane, dlatego porównanie ich ze sobą powinno być pierwszą rzeczą, jakiej dokonamy, jeśli chcemy zaciągnąć kredyt samochodowy.

A może kredyt gotówkowy na samochód?

O ile banki stawiają pewne ograniczenia w kredytowaniu zakupu pojazdu w ramach kredytu samochodowego, o tyle kredyt gotówkowy można zaciągnąć nawet na wiekowy pojazd kupowany od osoby prywatnej lub z komisu. Co więcej, w przypadku kredytu gotówkowego najpierw można zaciągnąć takie zobowiązanie, a dopiero później szukać auta, które spełni nasze oczekiwania.

Kredyt gotówkowy na samochód można zaciągnąć nawet przez internet, przy weryfikacji zdolności kredytowania na przykład na podstawie historii transakcji w rachunku bieżącym. Ofert takich kredytów nie brakuje na stronach porównywarek, gdzie łatwiej będzie nam przejrzeć parametry różnych kredytów gotówkowych i wybrać najkorzystniejsze. Przy założonych parametrach kredytu – 50 tys. zł na okres 4 lat – poszczególne banki mają takie oferty:

  • BGŻ BNP Paribas – udzieli kredytu gotówkowego z oprocentowaniem 4,99 proc. w skali roku, prowizją 1,40 proc. oraz RRSO 5,86 proc., przy czym całkowite koszty kredytowania wyniosą 6 033,07 zł;
  • PKO Bank Polski – udzieli kredytu Mini Ratka z oprocentowaniem 6,99 proc. w skali roku, bez pobierania prowizji, z RRSO równym 7,22 proc. oraz kosztami na poziomie 7 459,85 zł;
  • Citi Handlowy – udzieli pożyczki gotówkowej z oprocentowaniem 5,99 proc. w skali roku, z prowizją 6 proc. i RRSO 9,60 proc., gdzie koszty kredytowania wyniosą 9 734,25 zł.

Co wybrać?

Z porównania ofert kredytów samochodowych i gotówkowych o takich samych parametrach – kredyt na 50 tys. zł na 48 miesięcy – wynika, że lepszą ofertą będzie kredyt gotówkowy w BGŻ BNP Paribas, gdzie koszty kredytowe wyniosą nieco ponad 6 tys. zł, podczas gdy najlepszy kredyt samochodowy z wyżej wymienionego porównania będzie miał koszty całkowite w wysokości ponad 8,8 tys. zł. Kredyty gotówkowe mają i tę zaletę, że można je zaciągnąć przez internet, bez wychodzenia z domu.

Mastercard przedstawia rozszerzony program Accelerate 2.0 wspierający firmy fintech

Mastercard prezentuje Accelerate 2.0 – nową generację programu, który wspiera rozwój szybko rosnącej na dużą skalę branży technologii finansowych (fintech).

Od lat partnerami Mastercard jest wiele znanych innowacyjnych przedsiębiorstw, takich jak Monzo, N26, Starling, Revolut czy Transferwise. Niektórzy z nich są też beneficjentami inicjatyw Accelerate i Start Path. Aby wesprzeć jeszcze więcej firm, Mastercard uruchomi kolejną wersję programu Accelerate, nazwaną Accelerate 2.0.

W czerwcu b.r. wprowadzone zostaną trzy nowe rozwiązania, które rozszerzą i pogłębią zaangażowanie Mastercard we wspieraniu fintechów, w tym nowej generacji banków cyfrowych.

Zarówno branży fintech, jak i markom o ugruntowanej pozycji, zależy na zwiększaniu obecności na międzynarodowym rynku płatności. Dlatego inicjatywa Accelerate 2.0 obejmuje nową usługę Mastercard Global Reach, która umożliwi przedsiębiorstwom rozszerzenie działalności w zakresie wydawania kart płatniczych na nowe regiony na całym świecie. Kolejną nowością jest rozwiązanie Mastercard Premium Products. Od teraz firmy z branży fintech będą mogły używać brandingu premium Mastercard (logotypu w kolorze srebrnym), jeśli tylko zapewnią użytkownikom swoich produktów odpowiednie usługi. Wreszcie, Mastercard uprościł i ustandaryzował wymogi produktowe tak, że są one takie same dla wszystkich typów kart – niezależnie od linii produktowej (karty przedpłacone, debetowe i kredytowe) czy segmentu klienta (indywidualny, biznesowy). Wymogi te obowiązują teraz we wszystkich 31 państwach należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

Spotkanie kreatywne Mastercard 1„Liczba transakcji z udziałem pięciu naszych największych klientów z branży fintech wzrosła w ciągu zaledwie roku ponad dziesięciokrotnie i osiągnęła w 2018 r. prawie 400 mln. Nasza oferta inicjatyw i narzędzi, takich jak Accelerate 2.0, zapewnia profesjonalne środki, nieustanny rozwój i przekonujące rezultaty. Dzięki niej możemy bez trudu oferować wszystkim firmom z branży fintech, w tym również gigantom cyfrowym, indywidualne, niestandardowe rozwiązania od produktu, aż po realizację” – mówi Jason Lane, wiceprezes firmy Mastercard ds. rozwoju rynku europejskiego.

Wspólne ambicje i entuzjastyczne podejście do innowacji, efektywności i wzrostu oraz kwestionowanie zastanego porządku sprawiają, że globalne zaangażowanie i inwestycje Mastercard w różne programy i we współpracę z klientami z branży fintech przyniosły przedsiębiorstwom w Europie korzyści przekraczające w ostatnich 18 miesiącach 90 mln USD.

„Współpracujemy z Mastercard od ponad trzech lat. Nieprzerwanie powiększamy naszą bazę klientów i musimy mieć pewność, że nasi partnerzy są elastyczni i potrafią dostosowywać się do potrzeb dynamicznego przedsiębiorstwa cyfrowego. Mastercard spełnia nasze oczekiwania w tym zakresie. Wierzymy w potencjał partnerskiej współpracy, udowadniając to przez nieustanny rozwój, dostosowywanie się i tworzenie innowacji z myślą o osiągnięciu naszych celów biznesowych” – mówi Anne Boden, dyrektor generalny firmy Starling.

Inicjatywa Accelerate 2.0 i oferowane w jej ramach nowości, olbrzymi sukces programu Start Path i rozwój usług na platformach Engage i API Developer Zone z myślą o zaspokojeniu potrzeb innowacyjnych, zaawansowanych technologicznie firm sprawiają, że Mastercard dysponuje teraz pełną gamą inicjatyw, które mogą wspierać nowatorskie przedsiębiorstwa z branży usług finansowych od startupu po ekspansję globalną.

Pakiet usług Mastercard stworzony w celu wspierania firm z branży fintech:

  • Start Path Global — dla startupów, które chcą współpracować z Mastercard i jego klientami

Nagradzany, globalny program dla startupów, łączący zaawansowane startupy technologiczne z przedsiębiorstwami, produktami i globalnymi klientami Mastercard. Zespół programu Start Path co roku ocenia ok. 2000 startupów. Dotychczas współpracę nawiązano z ponad 200 firmami, w które zainwestowano łącznie 1,4 mld USD (5,33 mld PLN).

  • Accelerate — dla firm z branży fintech – aktualnych lub przyszłych klientów Mastercard

Inicjatywa ta umożliwia klientom z branży fintech szybkie wprowadzanie nowych produktów na rynek i globalną ekspansję w ramach szybkiego, prostego i bezproblemowego procesu.

  • Engage — dla firm z branży fintech, które chcą szybciej rozwijać swoją współpracę z klientami Mastercard

Program ten pomaga klientom Mastercard, w tym bankom i detalistom, w znalezieniu najlepszego, wykwalifikowanego partnera technologicznego do wdrożenia i/lub obsługi ich nowych usług, co pozwala im skrócić czas wprowadzania nowych produktów na rynek i zwiększa jakość implementacji. W ramach programu Engage zarejestrowano już 150 zaufanych partnerów z branży fintech.

  • API Developer Zonedla programistów, którzy chcą mieć dostęp do dużej gamy produktów i usług Mastercard i jego partnerów

Mastercard jako jedna z pierwszych firm świadczących usługi finansowe udostępniła w 2011 r. swoje interfejsy API. Oferowana przez nią platforma API Developer Zone to pojedynczy punkt dostępu pozwalający partnerom bez trudu uzyskiwać dostęp do zróżnicowanych interfejsów API z kategorii płatności, danych, budowania lojalności i bezpieczeństwa.

  • Usługi Mastercard Processor Transaction Services — dla firm z branży fintech, które potrzebują narzędzi płatniczych w skali globalnej

Mastercard wspiera już czołowe firmy z branży fintech, takie jak N26. W 2018 r. w samej tylko Europie firma nawiązała współpracę z kolejnymi sześcioma firmami z tego sektora. Trwają też liczne rozmowy z innymi przedsiębiorstwami, które chcą korzystać z tej technologii.

Wolfgang Bremm nowym prezesem Mercedes-Benz Polska

1 lipca br. Wolfgang Karl Bremm zostanie nowym prezesem Mercedes-Benz Polska oraz dyrektorem zarządzającym dywizją samochodów osobowych w klastrze Europa Centralna (Polska, Czechy, Austria).  Obecny prezes spółki, Marc Boderke, po trzech pełnych sukcesów latach wraca do centrali w Stuttgarcie, gdzie obejmie stanowisko szefa ds. zarządzania strategicznego produktem Mercedes-Benz Cars.

Wolfgang Bremm - prezes Mercedes-Benz Polska
Wolfgang Bremm – prezes Mercedes-Benz Polska

Wolfgang Karl Bremm jest z wykształcenia inżynierem-mechanikiem; ukończył politechnikę Rheinisch-Westfälische Technische Hochschule (RWTH) w Akwizgranie, a kwalifikacje managerskie doskonalił na uniwersytetach w Finlandii i Francji (dyplom MBA). Pierwsze doświadczenie zawodowe w projekcie dot. pojazdów elektrycznych zdobywał w Renault (Francja/Paryż). W 1997 roku dołączył do koncernu Daimler AG, przeszedł przez wiele szczebli i stanowisk, m.in. w dziale pojazdów ciężarowych, obsługi posprzedażnej i zarządzania produktem (portfel produktowy Klasy C, E-Coupe / Cabrio). W latach 2013-2016 był prezesem zarządu Mercedes-Benz w Luksemburgu. Zarządzając 600-osobowym zespołem w ciągu 3 lat podwoił rentowność spólki. W 2016 roku objął stanowisko dyrektora ds. strategicznego zarządzania produktami, usług wspólnych i badań rynku. W tej funkcji był odpowiedzialny za koncepcję i wprowadzenie najnowszego systemu informacyjno-rozrywkowego MBUX.

Wczesne wykrywanie raka skóry dzięki sztucznej inteligencji FotoFinder

Technologia obrazowania medycznego ATBM skanuje ludzkie ciało i alarmuje w przypadku wykrycia nieprawidłowości. Wyniki takiego badania lekarz otrzymuje w ciągu kilku sekund, co znacznie redukuje potrzebę wykonywania bolesnych biopsji i może niekiedy uratować życie pacjenta. Takie właśnie możliwości oferuje nowy system bodystudio ATBM master zaprezentowany przez firmę FotoFinder Systems.

FotoFinder_ATB-master_Launch_WCD-2019Nowe rozwiązanie wspiera wczesną diagnozę raka skóry, wykorzystując technologię automatycznego mapowania całego ciała (ATBM) oraz nową metodę Total Body Dermoscopy. Dzięki niej cała powierzchnia skóry jest fotografowana za pomocą wysokiej rozdzielczości aparatu, wyposażonego w lampę błyskową z systemem bezodbiciowym. System umożliwia uzyskanie obrazów klinicznych, które przy pełnym powiększeniu, pozwalają dostrzec mikroskopijną strukturę zmian skórnych. Automatyczna funkcja Bodyscan skanuje zmiany pigmentacyjne i dostarcza informacje uporządkowane według potencjalnego stopnia zagrożenia. Dzięki temu lekarz może szybko przeanalizować tylko wybrane, najbardziej podejrzane plamy przy wykorzystaniu dermatoskopu. Pozwala to znacznie zaoszczędzić czas w procesie wykrywania wszelkich anomalii skórnych i może w skrajnych przypadkach przyczynić się do uratowania życia pacjenta. Takie hybrydowe badanie zmniejsza także stres związany z oczekiwaniem na diagnozę oraz redukuje potrzebę wykonywania często bolesnych biopsji.

Przyszłość diagnostyki raka skóry to innowacyjne, inteligentne oraz przede wszystkim oszczędzające czas rozwiązania – przyznaje członek zarządu FotoFinder, Kathrin Niemela.   Nowoczesne metody analizy są już w dużej mierze cyfrowe i wspierają lekarzy na wielu płaszczyznach. Wbrew przekonaniu, większość czerniaków nie rozwija się z istniejącego pieprzyka, ale pojawia się jako nowa plama (tzw. „de novo”) na pozornie zdrowej skórze. W większości przypadków choroba zaczyna się od optycznie słabo widocznej zmiany pigmentacyjnej, często o wielkości zaledwie 1 milimetra, które może jednak zawierać już tysiące komórek złośliwych. To właśnie te niezwykle małe zmiany są często pomijane w klasycznym badaniu dermatologicznym. Dzięki wykorzystaniu nowej, specjalistycznej technologii FotoFinder, kartografia całego ciała pozwala szybko zwizualizować wszelkie nowe zmiany skórne pacjenta.

Inną funkcją systemu jest oprogramowanie o nazwie Moleanalyzer pro, które wspiera lekarza w procesie oceny ryzyka analizowanych zmian skórnych, wykorzystując oparty na metodzie głębokiego uczenia algorytm sztucznej inteligencji. Jak wykazały badania kliniczne przeprowadzone przez Instytut Dermatologii Szpitala Uniwersyteckiego w Heidelbergu, wyniki diagnostyczne uzyskane dzięki zastosowaniu nowego systemu były dokładniejsze niż te, które prezentowali dermatolodzy, biorący udział w eksperymencie. I co ciekawe, rozwiązanie oparte o sztuczną inteligencję potrzebowało jedynie sekundy na wygenerowanie każdego wyniku badania.

Dla pacjentów zastosowanie automatycznego mapowania ciała w połączeniu ze sztuczną inteligencją oznacza o wiele większą skuteczność we wczesnym wykryciu raka skóry. W porównaniu z bardziej intuicyjnym podejściem lekarza, który w diagnozie uwzględnia również historię pacjenta lub jego predyspozycje genetyczne, algorytm jest bardziej obiektywny w swojej analizie – wyjaśnia Kathrin Niemela z FotoFinder. Im większa i bardziej unikatowa baza danych, tym system staje się bardziej skuteczny i szybszy. Należy jednak pamiętać, że sztuczna inteligencja nie zastąpi tej ludzkiej ani też doświadczenia w wykrywaniu raka skóry. W końcu to lekarz stawia diagnozę i decyduje o dalszym przebiegu leczenia. 

Oficjalna prezentacja nowego systemu odbędzie się podczas 24. Światowego Kongresu Dermatologii. Dodatkowe informacje na temat systemu obrazowania można znaleźć na stronie www.fotofinder.de

Sklep internetowy – najczęściej wykorzystywane platformy e-commerce w Polsce

PrestaShop jest najpopularniejszym silnikiem e-commerce w Polsce – wykorzystuje go 52 proc. właścicieli sklepów i programistów e-commerce. 39 proc. wskazań zanotował z kolei WooCommerce. W sumie, jak wynika z badań – oba te rozwiązania mają ponad 90 procent rynku! Dla właścicieli sklepów i developerów e-commerce w Polsce przede wszystkim liczy się wydajność i bezpieczeństwo działania ich sklepów. To najważniejsze wnioski z badania polskiego rynku e-commerce, które przeprowadziła firma hostingowa Linuxpl.com.

Grupa respondentów przebadana przez Linuxpl.com składała się z 287 osób, w tym właścicieli sklepów i programistów związanych z branżą e-commerce w Polsce. Badanie zostało zrealizowane w kwietniu br. w ramach prac, które Linuxpl.com prowadził nad stworzeniem nowej oferty hostingowej dla branży e-commerce. W wyniku tego projektu firma stworzyła rozwiązanie PrestaShop BoostTM, zapewniające szybsze działanie PrestaShop i poprawiające bezpieczeństwo sklepów opartych o ten silnik. Przy okazji udało się także ustalić wiele ciekawych faktów na temat polskiego rynku e-commerce.

Najpopularniejsze silniki e-commerce w Polsce

Oprócz PrestaShop i WooCommerce respondenci badania Linuxpl.com najczęściej wskazywali takie silniki, jak Magento oraz Shopper (po 8 proc. wskazań). Wśród odpowiedzi pojawiło się także kilka mniej popularnych rozwiązań, jak ShopGold czy OpenCart. Wskazania nie sumują się do 100 proc. ponieważ ponad połowa przeankietowanych osób ma więcej niż jeden sklep, z których część korzysta z różnych silników.PrestaShop i WooCommerce dominują w polskim e-commerce

Jak sklepy poprawiają wydajność działania?

Respondenci wśród najczęściej stosowanych przez siebie mechanizmów służących poprawie wydajności działania ich sklepów wskazywali optymalizację obrazków (65 proc.) i stosowanie innych opcji, które są dostępne w ramach silnika sklepowego (55 proc.). Na dalszych pozycjach pojawiły się: dodatkowy cache obiektowy, np. memcached, redis (50 proc.), minifikacja HTML, JS i CSS (48 proc.) i kompresja GZIP (41 proc.). Najrzadziej stosowane są lazy loading (28 proc.) i CDN (13 proc.). Co ciekawe, 17 proc. respondentów przyznało, że nie zna lub w ogóle nie stosuje tego typu mechanizmów.PrestaShop i WooCommerce dominują w polskim e-commerce 2

Oczekiwania sklepów dot. wydajności i bezpieczeństwa wobec firm hostingowych

Więcej interesujących informacji Linuxpl.com uzyskał prezentując twierdzenia i prosząc o wskazanie, w jakim stopniu respondent się z nimi zgadza. Firma posługiwała się skalą Likerta, zakładającą pytanie w formie – „W jakim stopniu, od 1 do 5, zgadzasz się z poniższym twierdzeniem…”.

I tak, ze stwierdzeniem – „mój sklep jest dobrze zoptymalizowany pod kątem obciążenia i czasu ładowania” – większość pytanych zgodziła się w umiarkowanym stopniu. Niemal pełna zgoda (80 proc.) panowała z kolei ze stwierdzeniem, że „fajnie, jakby firma hostingowa wdrożyła dodatkowe mechanizmy optymalizacji/skrócenia czasu ładowania sklepu”.

Jeszcze więcej osób (90 proc.) uważa, że „ochrona sklepu przed atakami hakerskimi jest bardzo ważna”. Dodatkowo większość respondentów chciałaby, „żeby firma hostingowa zajęła się dodatkowym zabezpieczeniem sklepu” przez wykonywanie takich działań, jak regularny backup, dostęp do certyfikatu SSL, zapewnienie dostępu do dysków SSD i szybszych baz danych.

„Wydajność i bezpieczeństwo to obszary, na których w największym stopniu zależy przedstawicielom polskiej branży e-commerce, co nie może dziwić. Przedstawiciele branży doskonale znają statystyki, które mówią, że sklep, który ładuje się o 5-6 sekund dłużej może tracić nawet 66 proc. konwersji! Zapewnienie bezpieczeństwa klientów to również absolutna podstawa działania serwisów e-commerce” – mówi Artur Pajkert z Linuxpl.com.

Ostatnie pytanie w ankiecie Linuxpl.com dotyczyło czynników, które są najbardziej istotne przy wyborze pakietu hostingowego. Najważniejszy (90 proc. wskazań) okazał się krótki czas ładowania witryny. Drugim z kolei, z 82 proc. poparciem, okazały się automatyczne kopie zapasowe, a trzecim – wysokie kompetencje ludzi pracujących w pomocy technicznej (69 proc.). Na dalszych pozycjach znalazły się ustawienia w zakresie SEO/SEM (50 proc.), darmowy certyfikat SSL (49 proc.), dostęp do Memcached, Redis itp. (38 proc.), a także zaawansowane narzędzia developerskie, jak dostęp SSH czy Git/ SVN (33 proc.), obsługa http/2 (27 proc.) i program partnerski (9 proc.).

PrestaShop Boost – nowa oferta hostingowa i wtyczka na bazie badań

Linuxpl.com wykorzystał zrealizowane badania do stworzenia nowej oferty hostingowej, która jest dedykowana dla sklepów opartych o silnik PrestaShop. Najważniejszą jego cechą jest bardzo duża wydajność, pozwalająca na znacząco szybsze ładowanie serwisu. W testach typu GTMetrix czy PageSpeed Insights sklepy przyspieszyły 3-8 krotnie, a w testach obciążeniowych rozwiązanie okazało się nawet 17-krotnie lepsze od klasycznego hostingu. Aby to osiągnąć, firma opracowała autorską wtyczkę do PrestaShop o nazwie PrestaShop BoostTM, która zapewnia automatyczną optymalizację sklepu.PrestaShop i WooCommerce dominują w polskim e-commerce 3

Pavel Vopařil nowym dyrektorem generalnym Bonami

Pavel Vopařil objął stanowisko CEO w sklepie internetowym Bonami, oferującym milionom użytkowników oryginalne meble, dodatki i akcesoria do wyposażenia wnętrz. Na stanowisku zastąpił on Davida Šiškę, który podczas wieloletniego pełnienia funkcji dyrektora generalnego potroił przychody firmy i sprawił, że poza Czechami Bonami pojawiło się w czterech innych krajach – w tym w Polsce.

Pavel Vopařil - CEO w sklepie internetowym Bonami
Pavel Vopařil – CEO w sklepie internetowym Bonami

Pavel Vopařil pracował w zarządzie wydawnictwa Economia i portalu Centrum.cz, a także firmy konsultingowej McKinsey. Do Bonami przechodzi z pozycji partner venture w grupie inwestycyjnej Miton, która jest właścicielem sklepu internetowego Bonami. Vopařil dołączył do grupy inwestycyjnej w zeszłym roku po tym, kiedy przeprowadził dla Mitonu sprzedaż firmy Slevomat, która – osiągając wartość niemal 60 milionów EUR – była jedną z największych akwizycji na czeskim rynku internetowym.

Bonami to miejsce, które inspiruje użytkowników. Dlatego przygotowujemy szereg zmian w naszym asortymencie, chcemy poprawić doświadczenia zakupowe klientów oraz jeszcze lepiej dostosować Bonami do poszczególnych rynków, na których działamy. – mówi nowy dyrektor generalny Pavel Vopařil i dodaje: – W ​​rzeczywistości współpracowaliśmy z Davidem Šišką przez ponad rok przy kierowaniu działalnością Bonami. Stąd otrzymałem bardzo dobre przygotowanie do objęcia nowej funkcji oraz poznałem wszystkie osoby tworzące firmę. Dzięki temu zmiana na stanowisku dyrektora generalnego, zarówno dla mnie, jak i dla pracowników, nie będzie w żaden sposób szokująca.

David Šiška
David Šiška

Odchodzący z posady CEO David Šiška pracował w Bonami prawie od jego założenia, z czego trzy lata jako szef. Po przekazaniu firmy, Šiška wraz z grupą Miton będą szukać nowych możliwości zarówno w obecnym portfolio, jak i przy realizacji nowych inwestycji. Część swojego czasu będzie nadal poświęcał Bonami jako Przewodniczący Rady Dyrektorów i Akcjonariuszy.

IDM apeluje do KNF o kalibrację interwencji krajowej na rynku CFD z uwzględnieniem statusu klienta doświadczonego

W strategii dla rynku kapitałowego SRRK opublikowanej przez Ministerstwo Finansów wyzwania związane z nadmiernymi regulacjami to jedno z kluczowych wyzwań wymagających pilnej zmiany. W odniesieniu do powyższego, przyjęcie obecnych rozwiązań interwencji produktowej ESMA, bez uwzględnienia rekomendacji branży, wpisuje się w szeroko podnoszony problem goldplatingu. W związku z tym kalibracja interwencji krajowej jest podstawą dalszego rozwoju rynku i bezpieczeństwa krajowych klientów detalicznych.

Od grudnia 2018 roku Izba Domów Maklerskich wraz z Departamentem Firm Inwestycyjnych Komisji Nadzoru Finansowego prowadzą prace związane z kalibracją interwencji krajowej. W trakcie wspólnych konsultacji udało się wypracować kilka ważnych kluczowych dla dalszego rozwoju rynku rozwiązań, takich jak np. stworzenie podkategorii klienta doświadczonego. W założeniach analizowanych przez Izbę i KNF, do grupy klientów doświadczonych mogliby zostać zakwalifikowani Ci klienci detaliczni, którzy wykażą się odpowiednim doświadczeniem inwestycyjnym, zrealizowanym obrotem oraz wiedzą. W tym kontekście trzeba podkreślić istnienie takich precedensów: w innych krajach rynku unijnego, np. na Cyprze, analogiczna grupa klientów może zostać uznana za klientów profesjonalnych, natomiast polskie przepisy prawne uniemożliwiają ich reklasyfikację.
W związku ze stanowiskiem KNF, uzyskanie w Polsce statusu klienta profesjonalnego jest trudniejsze niż w innych krajach UE, m.in. z powodu traktowania wartości depozytu zabezpieczającego jako wartości transakcji. Tu także polskie rozwiązania są bardziej restrykcyjne niż w innych krajach, co działa ze szkodą dla krajowego rynku.

Izba Domów Maklerskich zwracała również uwagę, że interwencja ESMA już przyczynia się do ucieczki klientów do firm inwestycyjnych spoza Unii Europejskiej, gdzie ich ochrona jest znacznie mniejsza. Izba Domów Maklerskich (IDM), zwracała uwagę wielokrotnie w pismach do MF i KNF, że na polskim rynku pojawiły się już pierwsze zagraniczne podmioty maklerskie spoza Unii Europejskiej oferujące krajowym klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku forex. Podmioty te nie stosują się do regulacji unijnych, w tym interwencji ESMA, i ich działania są prawdopodobnie niezgodne z krajowym prawem. Podmioty te poprzez wzmożone internetowe kampanie reklamowe, będą oferować europejskim klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku OTC, zachęcając do skorzystania z ich oferty usług i przeniesienia tam swojego rachunku.

Według badań Izby przeprowadzonych wraz ze środowiskami inwestorów, połowa aktywnych i doświadczonych traderów, po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, zdecydowała o przeniesieniu swojego rachunku maklerskiego do kraju spoza UE. Z krajowego rynku uciekli najbardziej aktywni klienci – inwestorzy świadomi i doświadczeni, którzy nie byli w stanie skalibrować swoich strategii do wymogów narzuconych przez ESMA. To właśnie szczególnie na tej grupie klientów zależy polskim firmom inwestycyjnym i to dla nich chcielibyśmy stworzyć kategorię klienta doświadczonego.

Negatywne konsekwencje interwencji produktowej już są w Polsce odczuwane również poprzez znaczący spadek obrotów krajowych firm inwestycyjnych. Członkowie IDM raportowali do UKNF, że obroty na instrumentach CFD spadły średnio o 50% w pierwszych miesiącach obowiązywania interwencji. Bieżące wyniki niektórych domów maklerskich notowanych na GPW wskazują na bardzo istotny spadek dochodów, co jest konsekwencją obowiązujących przepisów

IDM zwraca uwagę Urzędu, że przygotowywana obecnie interwencja krajowa będzie miała przełomowe znaczenie dla przyszłości rynku CFD w Polsce i konkurencyjności krajowych domów maklerskich. Ostatnie miesiące na rynku, po wprowadzeniu interwencji ESMA, pokazały w wielu aspektach brak skuteczności działania interwencji. Co więcej, interwencja ujawniła, zgodnie z wcześniejszymi obawami, ryzyka arbitrażu regulacyjnego, odpływu klientów do podmiotów działających poza UE i osłabiła krajowe firmy maklerskie, które nie mogą konkurować ofertą z zagranicznymi firmami. Dalsze ograniczenie konkurencyjności krajowej branży naraża krajowych klientów na większe ryzyka inwestycyjne związane z korzystaniem z oferty podmiotów spoza nadzoru KNF. Izba stoi na stanowisku, że celem interwencji krajowej KNF powinna być skuteczna ochrona klienta detalicznego, przy zapewnieniu przepisów umożliwiających konkurencyjną działalność krajowych firm inwestycyjnych w Polsce i na terenie UE.

Mamy nadzieję, że uwzględniając dotychczasowe prace oraz wypracowane rozwiązania, Urząd podejmie dalsze pilne rozmowy z krajową branżą domów maklerskich w celu kalibracji interwencji produktowej. Biorąc pod uwagę fakt, że rynek cypryjski jest największym konkurentem rynku polskiego, rozwiązania interwencji krajowej powinny być konkurencyjne do tych zaproponowanych przez cypryjskiego regulatora. Dlatego postulujemy o wstrzymanie ogłoszenia decyzji dotyczącej interwencji krajowej do czasu przedstawienia propozycji przez CySEC. – Piotr Sobków, Członek Zarządu Izby Domów Maklerskich.

Mając to na względzie, prosimy o pilne spotkanie (przed 11 czerwca 2019 roku) z Panem Przewodniczącym celem przedstawienia szczegółowych argumentów. Wyrażamy wolę pełnej współpracy z Państwem, w interesie klientów detalicznych i całego rynku finansowego w Polsce.

PISMO IDM do KNF z 14 grudnia 2018 r. – szczegółowe uwagi i propozycje

 

Dotyczy:

 

Uwagi do decyzji ESMA ws. interwencji produktowej.

 

  1. Ochrona początkowego depozytu zabezpieczającego – ograniczenie poziomu dźwigni finansowej

IDM stoi na stanowisku, że wprowadzone przez ESMA ograniczenie dźwigni finansowej nie adresuje realnych wyzwań rynku oraz potrzeb inwestorów indywidualnych, a tym samym nie prowadzi do zwiększenia bezpieczeństwa inwestycyjnego i ochrony klientów detalicznych. Wobec tego interwencja nie spełniła swojego celu, jakim była poprawa bezpieczeństwa klientów na rynku CFD.

Przedłużając interwencję produktową, ESMA nie wskazała w jakim stopniu jej działania wpłynęły na wyniki klientów. Nie są dostępne dane, które wskazywałyby, że wprowadzenie limitów dźwigni finansowej skutkuje mniejszymi stratami inwestorów. Według danych raportowanych zgodnie z wytycznymi KNF, zmienność wyników osiąganych przez inwestorów z kwartału na kwartał w większości kategorii mieści się w dotychczasowych przedziałach, zatem należy przyjąć że to warunki rynkowe, a nie regulacje, są głównym czynnikiem kształtującym te wartości. Poddaje to pod wątpliwość skuteczność interwencji ESMA, której celem była poprawa bezpieczeństwa klientów na rynku CFD. Dodatkowo, członkowie IDM raportują, że w wyniku wprowadzonych limitów maksymalnej dźwigni, ich obroty spadły blisko o 50%. Restrykcyjne regulacje doprowadziły do tego, że część obrotów klientów może być realizowana przez brokerów, którzy nie podlegają ograniczeniom ESMA i oferują lepsze warunki transakcyjne. W dłuższym terminie prowadzi to do pogorszenia pozycji konkurencyjnej tych brokerów, którzy podlegają interwencji ESMA, w tym m.in. polskich domów maklerskich.

W ocenie IDM wprowadzenie tak restrykcyjnych limitów dźwigni mogło doprowadzić do arbitrażu regulacyjnego i odpływu grupy najbardziej aktywnych klientów poza granice Unii Europejskiej. Dodatkowo wzmożona aktywność marketingowa brokerów spoza UE także wpłynęła na decyzję klientów o zmianie jurysdykcji prawnej. W mediach społecznościowych (forum Trading Jam Session – największa w Polsce organizacja branżowa zrzeszająca aktywnych traderów), jednym z najważniejszych wątków dyskusji jest znalezienie brokera spoza Unii. Zdaniem IDM migracja klientów z Polski do krajów spoza UE, może doprowadzić do problemów związanych z brakiem należytej ochrony inwestorów oraz znacznie uszczuplić wpływy z podatków państw UE.

Wprowadzone interwencją ESMA ograniczenie dźwigni finansowej nie uwzględnia wahań parametru zmienności rynkowej aktywów bazowych, który odgrywa kluczową rolę w końcowych wynikach klientów. ESMA, ze względu na zmienność instrumentów finansowych, dokonywała zmian w kategoriach instrumentów bazowych, podporządkowanych danej dźwigni. Dokonano m. in. reklasyfikacji kontraktów CFD na EuroSTOXX50 i CFD na NASDAQ-100 do klasy aktywów głównych indeksów. W opinii członków IDM wartość maksymalnego lewara powinna być zbliżona do wartości lewara dostępnego dla analogicznych instrumentów na rynkach regulowanych oraz powiązana ze zmiennością rynkową danego instrumentu bazowego.

Istotną kwestią w dyskusji o wysokości dźwigni finansowej jest również arbitraż międzyrynkowy, który wynika z różnych stawek depozytów zabezpieczających na takie same instrumenty bazowe notowane na różnych rynkach (rynki giełdowe vs. rynek OTC). W większości przypadków wysokość dopuszczalnej maksymalnej dźwigni finansowej jest wyższa na rynkach regulowanych, nie objętych interwencją produktową ESMA. Przy uwzględnieniu takiej samej specyfikacji kontraktu CFD i kontraktu futures mamy sytuację, gdzie wymagania depozytowe dla instrumentów CFD są kilkadziesiąt razy wyższe niż dla identycznych kontraktów futures, przy czym oba rodzaje instrumentów są dostępne dla klienta detalicznego. Największa rozbieżność występuje na kontraktach CFD, gdzie bazowym instrumentem są pary walutowe i obligacje. Na przykład, na giełdzie CME wymagania depozytowe dla kontraktu futures opartego o kwotowania kursu EUR/PLN wynoszą 1,55%, podczas gdy depozyt wymagany na rynku CFD wynosi 5%. Dla głównej pary walutowej giełda CME wymaga depozytu niższego o połowę w porównaniu z wymogami ESMA, co oznacza możliwość handlu z dźwignią ponad 60:1 wobec 33:1, obowiązującego dla kontraktu CFD. Średnia, dostępna dźwignia na rynku giełdowym dla tej klasy instrumentów (pary walutowe) wynosi 47:1 i jest prawie dwukrotnie wyższa niż obowiązująca na rynku instrumentów CFD. Innym przykładem może być kontrakt CFD na 2 letnie obligacje Niemiec, którego zawarcie wymaga blisko 100-krotnie wyższego depozytu w porównaniu z rynkiem futures. Decyzją ESMA, depozyt początkowy wymagany przy otwarciu kontraktu CFD na obligacje wynosi 20%, podczas gdy średnia na rynku giełdowym to zaledwie 1%.

Wprowadzone przez ESMA procentowe wartości depozytu zabezpieczającego na niektóre kontrakty CFD są niewspółmiernie wysokie w porównaniu do tych samych instrumentów – kontraktów futures notowanych na giełdach. IDM postuluje o przybliżenie stawek wartości depozytów zabezpieczających dla kontraktów CFD do poziomu stawek depozytowych obowiązujących na rynku regulowanym. W opinii IDM należałoby wprowadzić następujące zmiany w poszczególnych kategoriach instrumentów bazowych:

W interesie klienta i całego rynku, IDM skłania się również ku rozwiązaniom, które łączą wysokość dźwigni z doświadczeniem klienta. Tego rodzaju rozwiązanie chroni niedoświadczonych inwestorów, jednocześnie dając doświadczonym uczestnikom rynku możliwość efektywnego zarządzania inwestycjami. IDM postuluje o zdefiniowanie pojęcia Klienta Doświadczonego. Klient ten byłby objęty analogiczną ochroną do klientów detalicznych, a jednocześnie miałby możliwość składnia dwukrotnie niższych depozytów zabezpieczających w porównaniu z obowiązującymi obecnie – wprowadzonymi na mocy interwencji produktowej ESMA.

 

IDM za Klienta Doświadczonego proponuje uznać klienta, który łącznie spełnia warunki:

  • posiada rachunek otwarty dłużej niż 1 rok (12 miesięcy kalendarzowych),
  • wykonał dotychczas minimum 40 transakcji (liczba transakcji wynika z przepisów stosowanych przez ESMA).

Ponadto IDM zwraca uwagę, że klienci zazwyczaj nie stosują maksymalnej dźwigni, ale chcą mieć do niej prawo, ponieważ dzięki temu nie muszą utrzymywać wysokiego stanu środków pieniężnych na rachunku maklerskim. Zmiany wysokości dźwigni mają zasadnicze znaczenie dla inwestorów, jak również dla branży biur maklerskich. Pogarszające się wyniki ich działalności powinny być argumentem do tworzenia konkurencyjnych warunków, umożliwiających rywalizację o klientów na wspólnym rynku europejskim i poza nim w oparciu o stabilne zasady prawne. Analizy wskazują, że restrykcyjne regulacje rynku CFD i obniżanie maksymalnej dźwigni prowadzą do ograniczenia konkurencyjności branży.

  1. Automatyczne zamknięcie wskutek spadku wartości depozytu zabezpieczającego poniżej określonego poziomu

Izba akceptuje wprowadzoną zasadę zamknięcia dla całego rachunku (per account), po osiągnięciu poziomu 50%, całkowitej wartości środków stanowiących depozyt zabezpieczający. Zwracamy uwagę, że już na etapie konsultacji propozycji ESMA, poparliśmy tę zasadę, a niektórzy członkowie IDM wprowadzili ją dobrowolnie jeszcze przez okresem obwiązywania interwencji.

IDM sprzeciwia się wprowadzeniu mechanizmu zamknięcia pozycji dla każdej pozycji na rachunku z osobna (per position).

Zasada per account jest akceptowalna, o ile dotyczy całego rachunku, czyli zapewnia zamykanie jednej lub większej liczby transakcji CFD po to, aby wartość rachunku nie spadła poniżej 50% wartości początkowego depozytu znajdującego się na rachunku klienta. Wartość depozytu do tych celów oznacza środki na rachunku wraz z niezrealizowanymi zyskami netto z otwartych pozycji CFD znajdującymi się na rachunku. Platformy transakcyjne wykorzystywane przez firmy inwestycyjne nie posiadają mechanizmów umożliwiających inną egzekucję mechanizmu zamknięcia. Podczas konsultacji, Izba zwracała uwagę, że wprowadzenie mechanizmu per position wymuszałoby na inwestorach konieczność zawierania transakcji z maksymalną dopuszczalną dźwignią finansową, uniemożliwiając zarządzanie poziomem jej wykorzystania. Dodatkowo, zamykanie pozycji dla każdej pozycji rachunku osobno, uniemożliwiałoby stosowanie niektórych strategii transakcyjnych i wymagałaby od inwestorów ciągłego monitorowania pozycji, ponieważ nie mogliby oni już polegać na niektórych stosowanych przez nich zabezpieczeniach.

  1. Ochrona przed ujemnym saldem

Izba postrzega postulat ochrony przed ujemnym saldem jako ważny element bezpieczeństwa klienta. Platformy transakcyjne wykorzystywane przez firmy inwestycyjne działające na rynku instrumentów CFD posiadają sprawne mechanizmy, które ograniczają ryzyko ujemnego salda. W zdecydowanej większości przypadków mechanizmy te spełniają swoją rolę.

Wątpliwości wzbudza zasada ochrony przed ujemnym saldem w przypadku klientów posiadających kilka rachunków maklerskich w tej samej firmie inwestycyjnej. W celu uporządkowania zasady działania tego mechanizmu ochrony, należałoby odnosić go nie do pojedynczego rachunku maklerskiego a do klienta. Takie podejście mogłoby zapobiec sytuacjom, w których jeden klient, posiadając kilka rachunków, będzie zawierał na nich pozycje przeciwstawne z maksymalnym lewarem.

  1. Ostrzeżenia o ryzyku

Wystandaryzowany komunikat ostrzegający o ryzyku, zdaniem Izby, przyczynia się do poprawy świadomości inwestycyjnej klientów detalicznych, zwiększając równocześnie poziom transparentności i zaufania do europejskich firm inwestycyjnych. Takie działania zwiększą ochronę klienta detalicznego. Precyzyjny komunikat jest wizytówką wyróżniającą jakościowo europejskie firmy inwestycyjne, działające w oparciu o wyższe standardy ochrony klientów od firm z innych obszarów regulacyjnych, gdzie ochrona klientów jest niższa niż w UE.

Zdaniem niektórych członków Izby, ostrzeżenie o ryzyku powinno być stosowane również wobec innych instrumentów, których charakterystyka inwestycyjna jest podobna do CFD i są one dostępne dla klientów detalicznych, m.in. kontrakty dostępne na giełdach.

Zaznaczamy jednocześnie, że firmy inwestycyjne postulują o wprowadzenie skróconego komunikatu ostrzeżenia o ryzyku do zastosowania w marketingu internetowym.

  1. Zakaz oferowania korzyści pieniężnych i niepieniężnych

Izba stoi na stanowisku, że firmy inwestycyjne powinny unikać wprowadzania świadczeń zachęcających klientów lub potencjalnych klientów do zwiększonego zaangażowania środków lub do podejmowania dodatkowych, bardziej ryzykownych działań inwestycyjnych, jeżeli uzyskanie danego świadczenia staje się celem lub przesądzającym czynnikiem podjęcia wzmożonej działalności inwestycyjnej przez klienta, również w aspekcie wielkości zaangażowanych środków. Za tego rodzaju praktykę należałoby uznać oferowanie klientom lub potencjalnym klientom wszelkiego rodzaju atrakcyjnych, wartościowych, lecz trudno osiągalnych świadczeń pieniężnych lub niepieniężnych (tzw. bonusów) w zamian za osiągnięty w danym okresie zysk, często korelowany również z wysokością wpłat na rachunek pieniężny lub wolumenem zawartych transakcji.

Jednocześnie, w oczywisty sposób, należy przymować odmienną kwalifikację w sytuacji, gdy w następstwie przekroczenia określonych kryteriów ilościowych, firma inwestycyjna, w ramach ustalonej polityki, pobiera od klienta zmniejszone świadczenia pieniężne (opłaty, prowizje) za usługi lub przyznaje świadczenia niepieniężne ułatwiające działalność inwestycyjną (np. dostęp do serwisów informacyjnych lub opracowań analitycznych).

We wskazanej interwencji produktowej ESMA, należałoby podkreślić również zakaz przyznawania przez firmę inwestycyjną, klientom lub potencjalnym klientom, wirtualnych środków pieniężnych stanowiących depozyt. Oznacza to bowiem możliwość większego lewarowania w porównaniu z depozytem początkowym, wniesionym przez klienta. W konsekwencji, tego rodzaju zachowania mogą stanowić naruszenie regulacji dotyczących stosowania maksymalnego dopuszczalnego depozytu.

  1. Zakaz oferowania opcji binarnych

IDM akceptuje zakaz oferowania opcji binarnych klientom detalicznym nie posiadającym doświadczenia.

  1. Definicje instrumentów finansowych

Izba akceptuje definicje instrumentów finansowych zaproponowane przez ESMA.

Dodatkowo IDM, zwraca uwagę, że na polskim rynku pojawiają się zagraniczne podmioty maklerskie spoza Unii Europejskiej, oferujące krajowym klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku forex. Podmioty te nie stosują się do regulacji unijnych, w tym interwencji ESMA i ich działania są prawdopodobnie niezgodne z krajowym prawem. IDM, pismami z dnia 14 czerwca, 31 lipca, 29 sierpnia, 20 września i 15 listopada br., informowała Ministerstwo Finansów i Komisję Nadzoru Finansowego, że rynek krajowy stał się atrakcyjny dla firm spoza UE, które nie zastosują się do przepisów interwencji produktowej ESMA. Podmioty te, poprzez wzmożone internetowe kampanie reklamowe oferują europejskim klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku OTC, zachęcając do skorzystania z ich oferty usług i przeniesienia tam swojego rachunku.

Załączniki:

Załącznik nr 1

Instrument bazowy wg ESMA –                   pary walutowe Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
EUR/PLN 5.00 1.55 20:1 65:1 323% Obniżenie  depozytu zabezp. ESMA o połowę  – uspójnienie z depozytami na giełdach
AUD/USD 5.00 1.76 20:1 57:1 284%
NZD/USD 5.00 2.06 20:1 49:1 243%
USD/PLN 5.00 2.43 20:1 41:1 206%
EUR/USD 3.33 1.63 30:1 61:1 204%
USD/JPY 3.33 1.63 30:1 61:1 204%
EUR/PLN 5.00 2.80 (GPW) 20:1 36:1 179%
EUR/JPY 3.33 1.87 30:1 53:1 178%
EUR/GBP 3.33 2.04 (EUREX) 30:1 49:1 163%
EUR/CHF 3.33 2.21 30:1 45:1 151%
USD/CHF 3.33 2.40 30:1 42:1 139%
Średni depozyt 2.0  
Dostępna średnia dźwignia 50:1

Załącznik nr 2

Instrument bazowy wg ESMA –                                indeks akcyjny Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
Indeks MSCI Emerging Markets 10 5.37 10:1 19:1 186% Zrównanie stawek proc. depozytu zabezp. ESMA do  poziomu 5% -taki sam poziom jak w przypadku głównych indeksów. Depoz. CME nie różną się znacząco od wskazanego poz.
Indeks giełdy w Szwajcarii (SMI) 10 5.93 10:1 17:1 169%
Indeks giełdy Warszawskiej (WIG 20) 10 6.80 10:1 15:1 147%
Indeks giełdy w Amsterdamie (AEX) 10 6.84 10:1 15:1 146%
Indeks Hang Seng giełdy w Hong Kongu 10 7.98 10:1 13:1 125%
Indeks akcyjny (EUROSTOXX 600) 10 7.99 10:1 13:1 125%
Indeks Hang Seng China Enterprises giełdy w Hong Kongu 10 8.04 10:1 12:1 124%
Średni depozyt giełdowy 6.99  

 

 

Załącznik nr 3

Instrument bazowy wg ESMA – towary Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
Kukurydza 10 4.21 10:1 24:1 238% Zrównanie stawek proc. depozytu zabezpieczającego do poziomu 5 proc. – poziom zbliżony do średnich depozytów giełdowych
Platyna 10 4.34 10:1 23:1 230%
Miedź notowana w Nowym Jorku 10 4.51 10:1 22:1 222%
Pallad 10 4.76 10:1 21:1 210%
Pszenica 10 4.81 10:1 21:1 208%
Srebro 10 4.97 10:1 20:1 201%
Olej napędowy 10 5.17 10:1 19:1 193%
Bawełna 10 6.63 10:1 15:1 151%
Kawa 10 7.06 10:1 14:1 142%
Ropa BRENT 10 7.67 10:1 13:1 130%
Cukier 10 7.69 10:1 13:1 130%
Ropa WTI 10 7.69 10:1 13:1 130%
Sok pomarańczowy 10 7.78 10:1 13:1 129%
Złoto 5 2.72 20:1 37:1 184%
Średni dep. giełdowy 5.71  

 

Załącznik nr 4

Instrument bazowy wg ESMA –                                obligacje Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
Obligacje 2 -letnie Niemiec 20 0.22 5:1 455:1 9091% Istotne obniżenie stawek proc. depozytu zabezpieczającego do poziomu 1%
Obligacje 5 -letnie Niemiec 20 0.69 5:1 145:1 2899%
Obligacje 10 – letnie USA 20 0.87 5:1 114:1 2287%
Obligacje 10 -letnie Niemiec 20 1.30 5:1 77:1 1538%
Obligacje 10 – letnie Francji 20 1.43 5:1 70:1 1399%
Obligacje 10 – letnie UK 20 1.58 5:1 63:1 1266%
Średni depozyt giełdowy 1.02