ORLEN Serwis sfinalizował transakcję zakupu akcji litewskiej spółki UAB EMAS

ORLEN Serwis sfinalizował transakcję zakupu akcji litewskiej spółki UAB EMAS, stając się jej jedynym właścicielem. Konsolidacja firm umożliwi optymalizację kosztów i nakładów ponoszonych na działalność serwisową w całej Grupie Kapitałowej ORLEN. Proces połączenia aktywów serwisowych oznacza także korzyści dla pracowników obu spółek oraz ich klientów.

Przejęcie UAB Emas ma na celu utworzenie scentralizowanego ośrodka w ramach Grupy ORLEN o wysokich, specjalistycznych kompetencjach technicznych. Jego funkcjonowanie przyczyni się do usprawnienia procesu zarządzania obszarem remontów w ramach Grupy. Będzie też okazją do transferu specjalistycznej wiedzy i doświadczeń. Jednocześnie większa skala działalności ORLEN Serwis ułatwi wdrażanie nowych rozwiązań technicznych i innowacji. Umożliwi też lepsze dopasowanie usług do potrzeb klientów z Grupy ORLEN – powiedział Albert Kołodziejski, Prezes Zarządu ORLEN Serwis.

ORLEN Serwis będzie kontynuować dotychczasową działalność serwisową w zakresie branży automatycznej, elektrycznej oraz utrzymania powierzchni i obiektów na terenie rafinerii w Możejkach. Działalność Spółki zostanie dodatkowo rozszerzona o serwis w zakresie mechaniki statycznej i mechaniki maszyn wirujących.

Od lipca tego roku planowane są pierwsze przyjęcia pracowników litewskich, którzy rozpoczną świadczenie usług serwisowych w branżach mechanicznych. O realizowanym procesie zostali oni poinformowani podczas spotkania z Zarządem ORLEN Serwis.

Microsoft i Oracle łączą Microsoft Azure i Oracle Cloud

Microsoft Corp. i Oracle Corp. ogłosiły dzisiaj partnerstwo w zakresie współpracy usług chmurowych, umożliwiające klientom migrację i uruchamianie obciążeń korporacyjnych o znaczeniu newralgicznym na platformie Microsoft Azure i Oracle Cloud. Przedsiębiorstwa mogą teraz łączyć usługi Azure, takie jak Analytics i AI, z usługami Oracle Cloud, takimi jak Autonomous Database. Umożliwiając klientom uruchamianie jednej części obciążenia w ramach platformy Azure i innej części tego samego obciążenia w ramach chmury Oracle, partnerstwo zapewnia im wysoce zoptymalizowaną, najlepszą w obu chmurach obsługę. Działając razem, Azure i Oracle Cloud oferują klientom kompleksową obsługę wszystkich usług i aplikacji w chmurze, których potrzebują do prowadzenia całej swojej działalności.

Łączenie Azure i Oracle Cloud za pomocą współdziałania usług sieci i zarządzania tożsamością znacznie ułatwia migrację systemów do chmury. Partnerstwo to zapewnia bezpośrednią, szybką i niezawodną łączność sieciową między dwoma chmurami, a jednocześnie zapewnia najwyższej klasy obsługę klienta i wsparcie, jakiego użytkownicy oczekują od obu dostawców. Klientom korzystającym z oprogramowania Oracle na platformie Oracle Cloud i oprogramowaniu Microsoft na platformie Azure, współpraca umożliwia tworzenie nowych i innowacyjnych scenariuszy biznesowych, takich jak uruchamianie pakietu Oracle E-Business Suite lub Oracle JD Edwards na platformie Azure przy użyciu Oracle Autonomous Database działającej na platformie Exadata w Chmurze Oracle.

„Mając w portfolio chmurę najczęściej wybieraną przez przedsiębiorstwa (95% firm z listy Fortune 500 korzysta z platformy Azure), zawsze koncentrowaliśmy się przede wszystkim na pomaganiu naszym klientom w cyfrowej transformacji” – powiedział Scott Guthrie, wiceprezes Microsoft, szef Działu chmury i sztucznej inteligencji. „Dzięki doświadczeniu Oracle w obsłudze klientów enterprise, sojusz z tą firmą jest dla nas naturalnym wyborem, ponieważ pomagamy naszym wspólnym klientom przyspieszyć migrację firmowych aplikacji i baz danych do chmury publicznej”.

„Oracle Cloud oferuje kompletny pakiet zintegrowanych aplikacji do obsługi sprzedaży, usług, marketingu, zasobów ludzkich, finansów, łańcucha dostaw i produkcji, a także wysoce zautomatyzowaną i bezpieczną infrastrukturę drugiej generacji opartą na Oracle Autonomous Database” – powiedział Don Johnson, wiceprezes Oracle, szef Działu Cloud Infrastructure. „Oracle i Microsoft od dziesięcioleci obsługują klientów korporacyjnych. Dzięki tej współpracy nasi wspólni klienci mogą migrować cały zestaw istniejących aplikacji do chmury bez konieczności ich zmieniania, zachowując już poczynione inwestycje”.

W wyniku rozszerzonego partnerstwa obie firmy udostępniają użytkownikom nowy zestaw możliwości:

  • Bezproblemowe połączenie Azure i Oracle Cloud, co umożliwia klientom rozszerzenie lokalnych centrów danych na obie chmury. To bezpośrednie połączenie jest dostępne od dziś w Ashburn (USA) i Azure US East, z planami rozszerzenia na kolejne regiony w przyszłości.
  • Ujednolicone zarządzanie tożsamością i dostępem, dzięki ujednoliconej obsłudze pojedynczego logowania i automatycznej identyfikacji użytkowników do zarządzania zasobami w Azure i Oracle Cloud. Aplikacje Oracle będą mogły korzystać z usługi Azure Active Directory jako platformy zarządzania tożsamością i dostępem.
  • Wdrażanie aplikacji Oracle (JD Edwards EnterpriseOne, E-Business Suite, PeopleSoft, Oracle Retail, Hyperion) na platformie Azure z bazami danych Oracle (RAC, Exadata, Autonomous Database) wdrożonymi w Oracle Cloud. Te same aplikacje Oracle będą również certyfikowane do uruchamiania na platformie Azure z bazami danych Oracle w Oracle Cloud.
  • Model wsparcia dla firm IT we wdrażaniu nowych funkcji, który umożliwi im wykorzystanie istniejących procesów obsługi klienta.
  • Oracle Database będzie nadal certyfikowany do uruchamiania w Azure w różnych systemach operacyjnych, w tym Windows Server i Oracle Linux.

„Sojusz między Microsoftem a Oracle jest mile widzianą nowością, ponieważ będziemy mogli przyspieszyć cyfrową transformację w Albertsons i wykorzystać pełną wartość chmury publicznej”, powiedział Anuj Dhanda, wiceprezes i dyrektor IT w Albertsons Companies. „Pozwoli nam to tworzyć rozwiązania cross-cloud, które optymalizują wiele naszych obecnych inwestycji, wykorzystując maksymalnie elastyczność, skalowalność i wydajność chmury publicznej”.

„Ponieważ staramy się rozwijać działalność w wielu kanałach i ciągle przekształcać platformę technologiczną, która napędza marki Gap Inc., współpraca między Oracle i Microsoft ułatwi nam skalowanie usług”, powiedział Sally Gilligan, dyrektor IT w firmie Gap. „Współpraca Azure i Oracle Cloud pozwoli nam wdrażać aplikacje Oracle w bazach danych Azure i bazy Oracle na Oracle Cloud”.

„W Halliburton mamy długą historię korzystania zarówno z technologii Oracle, jak i Microsoft dla naszych najważniejszych aplikacji. Nasze głębokie doświadczenie z tymi dwoma strategicznymi dostawcami zapewniło stabilne i wydajne wdrożenia aplikacji” – powiedział Ken Braud, wiceprezes i CIO w Halliburton. „Ten sojusz daje nam elastyczność i ciągłe wsparcie dla naszych standardowych architektur, jednocześnie pozwalając skupić się na generowaniu wyników biznesowych, które maksymalizują zwrot dla akcjonariuszy”.

Więcej informacji o współpracy Microsoft i Oracle na stronach https://aka.ms/OracleOnAzure oraz https://www.oracle.com/cloud/oci-azure.html

Polacy pozytywnie o płatnościach bezgotówkowych

Ponad 80% Polaków uważa karty płatnicze za wygodne i szybkie, jednak „przy kasie” nadal często spotykamy  gotówkę – czy winny jest brak swobody wyboru?

Płatności bezgotówkowe mocno zakorzeniły się w świadomości konsumentów jako bezpieczne i praktyczne, cieszą się również coraz większym zaufaniem wśród Polaków. Potwierdzają to wyniki badania zrealizowanego na zlecenie Fundacji Polska Bezgotówkowa przez POLASIK Research – ponad 80% Polaków uważa, że karty płatnicze są wygodne i szybkie. Pozytywnie oceniają je w szczególności osoby z wyższym wykształceniem, mieszkańcy miast oraz osoby młode. Spośród badanych metod płatności gotówka została oceniona jako niewystarczająco szybka przez największą grupę konsumentów. Takie opinie nie dziwią, gdyż w przypadku gotówki sprzedający zwykle przeliczają kwotę, wydają resztę czy rozmieniają pieniądze, a to zdecydowanie opóźnia sprzedaż i obsługę.

Panel konsumencki realizowany na zlecenie Fundacji Polska Bezgotówkowa to badanie wyjątkowe, ponieważ respondenci pozostaną z nami przez 4 lata, czyli aż do 2021 roku. Pozwoli to nam na cykliczne pomiary dokonywanych przez Polaków transakcji i analizę zmian jakie będą zachodziły w preferencjach respondentów. Po raz pierwszy w Polsce zastosujemy tak kompleksowe podejście, dzięki czemu sprawdzimy wpływ Programu Polska Bezgotówkowa na zwyczaje płatnicze Polaków, a w szczególności przyjrzymy się zjawisku „pewności akceptacji bezgotówki”– powiedział prof. Michał Polasik, założyciel i prezes firmy POLASIK Research.

Obecnie aż 57% wszystkich transakcji detalicznych w punktach handlowo-usługowych jest realizowanych za pomocą gotówki, podczas gdy kartami dokonano 38% płatności tego typu. Z czego wynika to, że gotówka pozostaje najczęściej wykorzystywanym środkiem płatniczym? – Po pierwsze – z kart płatniczych korzysta w Polsce 63% osób w wieku 18-75, a więc spora grupa konsumentów nie ma możliwości wyboru innej, niż gotówka metody płatniczej. Po drugie, nawet osoby korzystające z kart 37% wszystkich swoich transakcji realizują za pomocą gotówki.

Sugeruje to negatywny wpływ ograniczeń w dostępie do sieci terminali płatniczych na możliwość swobodnego wyboru metody przez konsumenta. Rzeczywiście, w przypadku aż ośmiu (na 19 badanych) branż większość respondentów skarżyła się na niewielką dostępność sieci akceptacji płatności bezgotówkowych. Problem ten dotyczy w szczególności sektora usług oraz transportu – komentuje prof. Michał Polasik.

Polacy zaczynają również doceniać usługi dodatkowe, które można wykonywać na terminalu – jest nimi zainteresowana ponad połowa respondentów. Badani z dużych miast chętnie w ten sposób płaciliby rachunki, dawali napiwki oraz wypłacali gotówkę. Mieszkańcy mniejszych miejscowości – ponieważ zwykle mieszkają w dużych odległościach od punktów odbioru i biur obsługi – najchętniej skorzystaliby natomiast z możliwości odbioru i opłacania paczek oraz doładowywania telefonów komórkowych.

dr Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa
dr Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa

Dla konsumentów liczy się przede wszystkim wygoda i szybkość transakcji, dlatego chętnie korzystają z usług tych punktów, które oferują płatność kartą. Zainteresowaniem wśród klientów cieszą się również dodatkowe usługi, które można wykonać za pomocą terminala. Dla przedsiębiorców posiadanie terminala do obsługi płatności bezgotówkowych to zatem szansa na zwiększenie liczby klientów, ich satysfakcji z zakupów i lojalności – powiedział dr Mieczysław Groszek, prezes zarządu Fundacji Polska Bezgotówkowa.

Badanie ankietowe zostało zrealizowane na reprezentatywnej ogólnopolskiej próbie kwotowo-losowej 1500 respondentów. Zastosowane ważenie próby do struktury populacji generalnej pozwala na wnioskowanie odnoszące się do całej populacji w Polsce. Powyższe wyniki są tzw. badaniem założycielskim, czyli pierwszą fazą 4-letniego panelu badawczego. Następne badania, na tej samej próbie badawczej, zostaną podjęte w kolejnych latach.

BIK sprzedaje „Galerię nad Potokiem” w Radomiu za 24,6 mln zł

Spółka zależna Biura Inwestycji Kapitałowych S.A. podpisała z Europrojekt Delta Saller Polbau umowę sprzedaży „Galerii nad Potokiem” w Radomiu. Wartość transakcji wyniosła ponad 24,6 mln zł netto.

Galeria nad Potokiem w RadomiuFot.: Galeria nad Potokiem w Radomiu

Biuro Inwestycji Kapitałowych, działając przez podmiot zależny, zawarło umowę ze spółką Europrojekt Delta Saller Polbau, dotyczącą sprzedaży parku handlowego w Radomiu. Wartość transakcji została ustalona na poziomie ponad 24,6 mln zł netto.

„Sprzedaż parku handlowego jest kolejną w tym roku transakcją realizowaną w ramach naszej długoterminowej strategii. Zgodnie z nią obiekty dobrze skomercjalizowane i o ugruntowanej pozycji na swoich rynkach, będą sprzedawane po wartościach gwarantujących ponadprzeciętną stopę zwrotu. Jednocześnie na bieżąco analizujemy zakup nowych gruntów, na których będziemy realizować kolejne projekty handlowe zwiększając portfolio posiadanych inwestycji” – podkreślił Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Galeria nad Potokiem została oddana do użytkowania wiosną minionego roku. Obiekt oferuje  łącznie 5,180 m2 powierzchni handlowej i obecnie jest niemal w całości skomercjalizowany. Wśród najemców są: Drogeria Hebe, KIK Textil, Media Expert, Pepco, sieć TEDi oraz Just Gym. Galeria nad Potokiem działa w formie tzw. retail parku, w którym brak jest części wspólnych, a do każdego sklepu prowadzi osobne wejście prosto z parkingu. Łatwość dostępu dla klientów oraz niezależność w działaniu poszczególnych powierzchni sprawia że jest to coraz powszechniejsza forma prowadzenia handlu, usług, czy też działalności rekreacyjnej np. klubów fitness. Galeria Nad Potokiem zlokalizowana jest we wschodniej części Radomia przy ulicy Andrzej Struga. Do ścisłego centrum miasta jest zaledwie około 2 km.

Galeria Nad Potokiem została zbudowana przez Biuro Inwestycji Kapitałowych wspólnie z Quantum Developments poprzez spółkę celową Biuro Inwestycji Kapitałowych Quantum Radom Sp. z o.o.

Wzrosty cen czynszów

Pierwsze miesiące 2019 roku przyniosły odczuwalne wzrosty czynszów w nieruchomościach na wynajem. Jak wynika z indeksu cen konsumpcyjnych GUS – w kwietniu ceny zanotowały niemały, bo prawie 5 proc. skok.

W pierwszych czterech miesiącach roku dynamika wzrostu wyniosła średnio 4,8 proc. W analogicznym okresie zeszłego roku było to 3,1 proc, zatem  różnica jest znacząca. Jak podaje NBP, przez ostatnie cztery lata cena najmu w dużych polskich aglomeracjach wzrosła o niemal 30 proc. Zatem z analiz wynika, że od kilku lat średnia stopa wzrostu oscyluje wokół 6-7 proc.

Obecny wzrost cen jest odczuwalny, ale też nie może dziwić. Mamy świetną sytuację na rynku pracy, która napędza nieustający popyt na mieszkania. Potwierdza to stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce. W kwietniu wyniosła ona jedynie 5,6 proc. Mobilność zawodowa Polaków i masowe przyjazdy obcokrajowców, szczególnie zza wschodniej granicy, znacząco wpływają na rynek nieruchomości, ponieważ pracownicy ściągają tłumnie do większych miast, co w rezultacie napędza zapotrzebowanie na lokale do wynajęcia. Duże zainteresowanie mieszkaniami na wynajem sprawia, że inwestorzy mają przewagę nad wynajmującymi i mogą decydować o wysokości czynszu – zauważa Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Jak podaje Bankier.pl, w kwietniu wzrosty cen najmu odnotowano w Warszawie, Gdańsku, Lublinie i Szczecinie. Spadki natomiast utrzymały się w Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach. W perspektywie rocznej najbardziej zdrożały mieszkania w Bydgoszczy (6,6 proc.), Lublinie (4 proc.), Łodzi (3,5 proc.) i Szczecinie (2,4 proc.).

Stabilnie tylko w najmie instytucjonalnym

Aktualnie zdecydowana większość mieszkań na wynajem skupiona jest w rękach prywatnych, co nie zawsze zabezpiecza interesy wynajmujących. W związku ze zmianami cen najmu warto mieć na uwadze, że właściciel nieruchomości ma prawo do podwyższenia czynszu lub innych opłat za używanie lokalu w trakcie trwania umowy. Na zgoła innych zasadach realizowany jest wynajem lokali w Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

– Nasi klienci doceniają korzyści wynikające z najmu instytucjonalnego. W Funduszu Mieszkań na Wynajem proces weryfikacji jest odmienny niż w najmie okazjonalnym. Dla nas ważny jest nie tylko dochód, ale przede wszystkim bezpieczeństwo naszego najemcy i jego interesów. Weryfikujemy zdolność czynszową, mając świadomość, że klienta musi być stać na mieszkanie, a z drugiej strony czuje on się bezpiecznie, bo wchodząc do naszego mieszkania, nie będzie zaskoczony rachunkami za opłaty, które otrzyma. Po drugie, klient, który u nas zamieszkuje, podpisuje umowę na konkretny okres (od 6 miesięcy wzwyż), i ma tę stuprocentową pewność, że nagle nie pojawi się ktoś, kto powie, że niestety musi to mieszkanie zwolnić lub nie podniesie mu w trakcie umowy stawki czynszu. Fundusz zapewnia elastyczne i stabilne warunki najmu w całym okresie trwania umowy, co jest korzystne dla obu stron – wyjaśnia Rafał Malik.

Faktury korygujące a podział przez wydzielenie zorganizowanej części przedsiębiorstwa

Zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej w przypadku podziału przez wydzielenie na spółkę przejmującą przechodzą wszelkie prawa i obowiązki związane z zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa. W przypadku takich transakcji niezbędne jest wcześniejsze rozważenie wielu obszarów podatkowych, celem zabezpieczenia obu zaangażowanych w nie spółek. Jednym z problemów, z jakimi muszą zmierzyć się przedsiębiorcy, są konsekwencje otrzymywania i wystawiania faktur korygujących na gruncie podatku dochodowego.

Pojęcie praw i obowiązków na gruncie Ordynacji podatkowej

Przepisy Ordynacji podatkowej nie definiują pojęcia „praw i obowiązków podatkowych związanych ze składnikami majątku”. Niemniej, mając na uwadze, że w przepisie art. 93c Ordynacji podatkowej został użyty czas teraźniejszy, transferowi powinny podlegać co do zasady wyłącznie prawa i obowiązki, które, choć wynikają ze zdarzeń mających miejsce przed wydzieleniem, to nie uległy konkretyzacji do tej daty na gruncie rozliczeń podatkowych (podobne stanowisko prezentuje fiskus np. w interpretacji indywidualnej z dnia 19 października 2018 r. nr. 0111-KDIB1-2.4010.428.2018.1.ANK). W konsekwencji skutki podziału przez wydzielenie na gruncie konkretnego podatku powinny być oceniane z uwzględnieniem zasad konstrukcyjnych tego podatku.

Innymi słowy, jeden dokument rozliczeniowy (faktura lub faktura korygująca) może być rozpoznany przez inne podmioty na gruncie podatku dochodowego oraz VAT. Prowadzi to do trudności w ewidencjonowaniu i rozliczeniu podatków faktur pomiędzy spółkami. Jednak podejście fiskusa w tym zakresie jest stosunkowo jednolite.

Klasyfikacja na potrzeby podatku dochodowego

Polskie przepisy dotyczące podatku dochodowego nie mówią, w jaki sposób ujmować korekty faktur wystawionych / otrzymanych w okresie przejściowym po wydzieleniu (w szczególności, które podmioty powinny wykazywać je do celów podatkowych). Praktyka polskich organów podatkowych w zakresie faktur korygujących wystawianych lub otrzymywanych po dacie wydzielenia jest co do zasady spójna na gruncie podatków dochodowych.

Moment ujęcia faktury korygującej, a w konsekwencji również wskazanie podmiotu zobligowanego do rozliczenia korekty związanej z zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa (ZCP) będą uzależnione od okoliczności, jakich faktura korygująca dotyczy. Faktury korygujące dotyczące działalności ZCP przed Wydzieleniem, wystawione / otrzymane w dniu lub po dniu wydzielenia, które nie wynikają z błędów rachunkowych czy innej oczywistej omyłki. Powinny być zatem ujęte po dniu wydzielenia, tj. na bieżąco. W konsekwencji w świetle przytoczonych zasad sukcesji generalnej wynikających z art. 93c Ordynacji podatkowej do ich rozliczenia w podatku dochodowym od osób prawnych zobowiązana będzie spółka nabywająca.

Błąd rachunkowy lub oczywista omyłka

Natomiast faktury korygujące dotyczące działalności ZCP przed Wydzieleniem, wystawione / otrzymane w dniu lub po dniu wydzielenia, spowodowane błędem rachunkowym lub inną oczywistą omyłką, powinny zostać ujęte dla celów podatku dochodowego w okresie, kiedy pierwotnie rozpoznano przychód / koszt uzyskania przychodów, do których odnoszą się korekty. Tym samym, w tym przypadku to podmiot dzielony będzie zobowiązany do wykazania (wstecznie) skutków korekty (por. interpretacja indywidualna z dnia 18 października 2018 r., sygn. 0111-KDIB2-1.4010.354.2018.1.BKD lub interpretacja indywidualna z dnia 19 października 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-2.4010.428.2018.1.ANK).

Faktury korygujące skutki w VAT

Co do zasady wszystkie faktury wystawione lub otrzymane, dotyczące działalności ZCP, powinny zostać zaraportowane tam, gdzie jest ZCP. Jeżeli więc faktury korygujące zostaną wystawione lub otrzymane w dniu lub po dniu wydzielenia, powinny zostać zaraportowane przez spółkę przejmującą (wydzieloną).

Z kolei faktury korygujące otrzymane przed datą podziału powinny zostać wykazane przez podmiot dzielony. Wątpliwości mogą pojawić się w przypadku faktur korygujących sprzedaż, zmniejszających podstawę opodatkowania, które co do zasady powinny zostać zaraportowane w zależności od tego, kiedy zostaną otrzymane przez kontrahenta.

Konsekwencje

Powyższa analiza wskazuje, że tematyka rozpoznania faktur korygujących na potrzeby podatku dochodowego oraz VAT jest wielowątkowa. Dekretacja podatkowa zależeć będzie w szczególności od określenia przyczyny wystawienia faktury korygującej, od tego, czy jest to korekta sprzedaży, czy zakupu, a nawet od dat otrzymania korekt przez kontrahenta. W związku z powyższym problematyka ta powinna być analizowana dokładnie, najlepiej z pomocą doświadczonego doradcy podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Imponujące rozmiary eksportu polskich okien i drzwi

W ciągu ostatnich 10 lat udział sprzedaży zagranicznej w całkowitych przychodach krajowych producentów stolarki otworowej niemal się podwoił i obecnie sięga już ok. 50-55%. W tym czasie Polska stała się największym eksporterem okien i drzwi w Europie. Eksperci sektorowi Santander Bank Polska szacują, że rok 2018 zamknął się wzrostem eksportu rzędu 11,1% r/r. Widoki na 2019 r. także są dobre: wzrost eksportu stolarki otworowej z Polski powinien sięgnąć 5-8% r/r.

Firmy z branży okien i drzwi nie raz pokazały, że potrafią świetnie prosperować nawet w okresie gorszej koniunktury w gospodarce. Teraz również są prymusami. W czasach gdy hamowanie eksportu staje się faktem, stolarka otworowa wypracowała solidne wzrosty sprzedaży zagranicznej. Pierwsze dane za 2019 r. pokazują, że motorem wzrostu na początku roku jest… Wielka Brytania, gdzie wzrost sprzedaży wyprzedza w styczniu nawet wzrost do naszego największego partnera handlowego, Niemiec.

– W ubiegłym roku sprzedaż do Wielkiej Brytanii rosła zdecydowanie wolniej niż w poprzednich latach ze względu na obawy przedsiębiorców związane z nieuporządkowanym Brexitem. Przełożenie daty wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE do 31. października daje więcej czasu na współpracę z brytyjskimi partnerami biznesowymi na obecnych zasadach, dzięki czemu wyniki branży mogą w tym roku zbliżyć się górnej granicy naszych prognoz na 2019 r. – mówi Maciej Nałęcz, analityk ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

Dobre czasy w złych czasach?

Eksperci sektorowi Santander Bank Polska zwracają uwagę, że największe przyrosty sprzedaży zagranicznej stolarka otworowa notowała właśnie w czasie kryzysu finansowego. Jak to możliwe? Za sukces odpowiada wysoka jakość przy jednocześnie stosunkowo niskich cenach polskiej produkcji. Dzięki asortymentowi o tych parametrach zagraniczni dystrybutorzy okien i drzwi poprawiali konkurencyjność swojej oferty i mogli uzyskiwać wyższe marże. Wzrosty w latach 2009-2014 spowodowały, że polski eksport stolarki otworowej praktycznie zrównał się, jeśli chodzi o wartość, z niemieckim. W kolejnych latach Polska wyszła na prowadzenie i utrzymuje je do dziś.

Powyższe zjawisko jest ważne w kontekście ostatnich rewizji w dół prognoz dla państw strefy euro. Można spodziewać się, że dzięki efektowi substytucji droższego asortymentu tańszym i nadal istotnej dla dystrybutorów za granicą jakości, hamowanie rozwoju poszczególnych branż w Polsce będzie wolniejsze niż w Europie. – Stolarka otworowa jest w grupie sektorów, które powinny najmniej ucierpieć z racji spowolnienia w gospodarkach zachodnich – zaznacza Maciej Nałęcz.

Według predykcji Santander Bank Polska, w 2018 r. dynamika wzrostu wartości eksportu sektora stolarki otworowej powinna wynieść blisko 11% r/r. Rok 2019 ma szanse przynieść kontynuację tego trendu, dzięki czemu sprzedaż na zagraniczne rynki wzrośnie o kolejne 5-8%. Santander Bank Polska spodziewa się, że w 2019 r. zaobserwujemy również dalszy wzrost udziału eksportu w strukturze sprzedaży branży.

Okno na Europę…

Ponad 90% zagranicznej sprzedaży polskich producentów trafia na rynek Unii Europejskiej. Najwięcej, bo aż 1/3 produkcji, kupują Niemcy (33%). Ważnymi odbiorcami są też Francja (11%) i Wielka Brytania (10%). Rynki z mniejszym udziałem, ale z wysoką dynamiką wzrostu sprzedaży to m.in. Włochy, Holandia i Irlandia.

Eksperci sektorowi Santander Bank Polska wskazują, że sukces na rynkach unijnych polska stolarka okienna i drzwiowa zawdzięcza także m.in. wcześniejszym inwestycjom w zakłady produkcyjne. – Polskie fabryki wykorzystują bardzo zaawansowane rozwiązania i mają nowoczesne parki maszynowe. Dzięki temu mogą oferować dystrybutorom rozsądne, atrakcyjne ceny. Polskiemu eksportowi sprzyja także kurs euro. Jego wartość już od kilku lat utrzymuje się powyżej poziomu 4,2 zł i pozytywnie wpływa na marże w branży – mówi Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

…czy okno na świat?

Polskie drzwi i okna wędrują także na rynki poza Starym Kontynentem. Do najważniejszych odbiorców należą m.in.: Szwajcaria, Norwegia, Stany Zjednoczone i Rosja. Jak zaznacza Maciej Nałęcz, część polskiej produkcji stolarki otworowej trafia także na pozaeuropejskie rynki pośrednio, czyli poprzez dystrybutorów z Europy Zachodniej. – Na rynkach pozaunijnych drzemie jeszcze duży potencjał do rozwoju dla polskiego eksportu okien i drzwi. Obecny udział sprzedaży poza UE sięga ok. 7-8%. Średnia dla branży w całej Unii jest niemal 3-krotnie wyższa i wynosi ok. 21-24% – zaznacza Maciej Nałęcz z Santander Bank Polska. Ekspert wskazuje, że oprócz rozwijania sprzedaży na rynkach unijnych eksporterzy okien i drzwi mogą zainteresować się w przyszłości także bardziej egzotycznymi rynkami. – Obserwujemy rosnącą rolę polskich eksporterów na takich rynkach jak np. Azerbejdżan, gdzie polskie wyroby kojarzą się z wysoką jakością Made in EU. Atrakcyjne są również rynki Bliskiego Wschodu gdzie planowane są inwestycje warte miliardy dolarów, z czego polskie przedsiębiorstwa także mają szansę skorzystać – wskazuje analityk Santander Bank Polska

Przymiarki do ekspansji

Eksperci Santander Bank Polska wskazują także, że w przypadku producentów okien i drzwi bezpośrednie wejście na rynki pozaunijne musi być dobrze przemyślane i zaplanowane. Nie wystarczy sam produkt. Potrzebne jest porządne rozpoznanie rynku, zdobycie biznesowych kontaktów i nawiązanie współpracy z rzetelnymi partnerami w kraju docelowym. Do tego dochodzą formalności i specyfika danego rynku. – W wielu przypadkach eksporterzy niepotrzebnie „wyważają otwarte drzwi”. Ekspansja na rynki pozaunijne to spore wyzwanie, ale właśnie dlatego warto rozglądać się za ułatwieniami. Przykładowo, w Santander Bank Polska oferujemy firmom o międzynarodowych ambicjach dostęp do bazy wiedzy o rynkach, kontakty do rzetelnych i zweryfikowanych przez nas partnerów na zagranicznych rynkach, jak i to, co najważniejsze: kontakty z potencjalnymi odbiorcami, które polskie firmy uzyskują podczas naszych misji zagranicznych czy innych spotkań. Program Rozwoju Eksportu, który prowadzimy, daje wiele takich możliwości – dodaje Kamil Mikołajczyk z Santander Bank Polska.

Strategia zarządzania kapitałem ludzkim jako podstawa rozwoju organizacji

Zmiany technologiczne, gospodarcze i społeczne odciskają swoje piętno na biznesie. Nowoczesna firma, by nie wypaść z obiegu, musi wyjść poza swoje pierwotne cele, skoncentrowane na wyniku finansowym, tak, by w centrum jej strategii znalazł się człowiek. Dla przedsiębiorstwa 4.0 jest on równie ważny co zysk. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Global Human Capital Trends 2019” choć 82 proc. respondentów w Polsce uznało potrzebę poprawy „doświadczenia pracownika” za ważną, to jedynie połowa deklaruje, że skutecznie lub bardzo skutecznie tworzy miejsca pracy, które mają znaczenie i sens dla pracowników. Natomiast ci, którzy zdecydowali się na nowy model zarządzania, a więc na prowadzenie odpowiedzialnego biznesu 4.0, zauważyli, że pozytywnie wpłynęło to na wyniki finansowe firmy.

W ramach dziewiątej edycji raportu ankietę wypełniło niemal 10 tys. respondentów z 119 krajów, w tym także z Polski. Eksperci wyodrębnili 10 trendów w trzech kategoriach: przyszłości firmy, pracownika i obszaru HR, które będą kształtowały biznes w najbliższych latach.

Do roku 2020 liczba osób, prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą w USA wzrośnie trzykrotnie i wyniesie 42 mln. Zgodnie z szacunkami Indeksu Przedsiębiorczości 2019, w Polsce przybywa średnio 916 jednoosobowych firm dziennie. Elastyczne formy zatrudnienia jako ważną lub bardzo ważną kwestię uznała ponad jedna czwarta badanych w Polsce (28 proc.) Co ciekawe, w skali globalnej wynik ten był wyższy i wyniósł aż 41 proc. Ze wszystkich wskazanych przez Deloitte trendów, w obszarze właśnie alternatywnych form zatrudnienia rysuje się największa różnica w odpowiedziach, co oznacza, że rynek, ale też prawo pracy w Polsce nie nadążają za szybko zmieniającymi się warunkami ekosystemu pracy. Podobny odsetek deklaracji (7 proc. w Polsce, 8 proc. na świecie) dotyczy opracowania procesów umożliwiających zarządzanie i rozwijanie alternatywnych form zatrudnienia.

Menedżerowie zarządzający pionami HR powinni mieć na uwadze fakt, że to na alternatywnych formach zatrudnienia w przyszłości będzie opierał się biznes. Pracownik w jednej firmie może być zatrudniony na etacie, a z drugą w tym samym czasie może być związany projektowo. Pracodawca 4.0 powinien dostrzec te zależności, inaczej trudno mu będzie w relacji z pracownikami uwzględnić przeciwdziałanie wykluczeniu, różnorodność, sprawiedliwe traktowanie i zaufanie – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte. – Pracownik 4.0 musi czuć, że jest doceniany, mieć poczucie, że jest częścią kultury i systemu organizacyjnego, pełnoprawnym członkiem zespołu – dodaje. 83 proc. (88 proc. globalnie) firm w Polsce uznało za istotną lub wysoce istotną zależność między poziomem zaangażowania a efektywnością swoich pracowników.

Zamiast zwolnień nowe stanowiska

Do lamusa odchodzi przekonanie, że roboty i automatyzacja wyprą z rynku pracy człowieka. Zamiast tego firmy zmieniają swój sposób działania, a stanowiska przekształcają się w superstanowiska, na których zatrudnieni pracownicy współpracują z botami, dzięki czemu wzrasta wydajność i korzyści społeczne. Niemal trzy czwarte (80 proc. globalnie) pracowników zapytanych przez Deloitte deklaruje, że oczekuje zwiększenia nawet w stopniu znacznym zastosowania sztucznej inteligencji oraz technologii kognitywnych w ciągu najbliższych trzech lat. Co ciekawe, połowa pracowników w Polsce nadal uważa, że automatyzacja spowoduje likwidację znacznej liczby stanowisk pracy. To dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że podobnie uważa jedynie 13 proc. badanych na świecie. – Polska wciąż uczy się technologii. Jedynie 21 proc. naszych respondentów deklaruje, że jest choćby częściowo gotowych do wykorzystania technologii w miejscu pracy. Globalnie ten wynik nie jest dużo lepszy i wynosi 26 proc. Współczesne stanowiska pracy są w pełni zautomatyzowane, ale do rozwiązywania problemów czy interpretowania informacji potrzebne są umiejętności typowo ludzkie – mówi Tomasz Konik, Wiceprezes zarządu Deloitte, Partner.  – Można powiedzieć, że maszyny przejmują czynności powtarzalne, a zajęcia ludzi stracą rutynowy charakter. Najbliższym współpracownikiem człowieka stanie się robot, a stanowisko przekształci się w „superstanowisko” łączące zadania i kwalifikacje z różnych dziedzin, ale też umożliwiające mobilność, awans i szybkie przyswajanie nowych umiejętności – mówi.

Pieniądze ważne, ale nie najważniejsze

Na pytanie o to co cenią, pracownicy najczęściej odpowiadają: wartość, jaką stanowi dla nich praca. Tylko 4 proc. (11 proc. globalnie) respondentów uważa, że systemy wynagradzania są dobrze dopasowane do celów strategicznych firmy. Taka opinia wynika zapewne z tego, że pieniądze nie są już wystarczającą i jedyną zachętą oraz mobilizacją.. Współczesny pracownik jest zainteresowany takim systemem nagród, który spełnia jego indywidualne potrzeby. Dlatego też strategia wynagradzania powinna wyrastać z kultury organizacyjnej i celów prowadzonej działalności. – W tegorocznej edycji naszego badania ankietowani wskazali wynagrodzenie, które oczywiście nadal jest ważnym elementem, ale obok niego także elastyczność, możliwość kształcenia i rozwoju oraz opiekę zdrowotną i well-being jako najistotniejsze świadczenia, decydujące o sukcesie rekrutacyjnym. Dla pracodawców oznacza to odejście od znanych dotąd systemów wynagradzania do budowania relacji, co ma kluczowe znaczenie w tworzeniu i umacnianiu nowej formy interakcji z pracownikiem – mówi Irena Pichola. Najlepsi powinni mieć dostęp do systemu nagród, dostosowanego do elastycznych metod oceny wyników i modeli zarządzania, zaspokajającego jednocześnie potrzeby i oczekiwania pracowników oraz zabezpieczającego przyszłość firmy. Tymczasem prawie połowa zatrudnionych z Polski (48 proc.; 55 proc. globalnie) twierdzi, że system motywacyjny w ich firmach nie jest w żaden sposób powiązany ze zdobywaniem nowych umiejętności.

Prawidłowo dobrane szkolenia jeszcze nigdy nie były tak ważne

Tymczasem kwestia kształcenia okazuje się być trendem numer jeden w tegorocznej edycji badania. Aż 82 proc. respondentów w Polsce (86 proc. globalnie) uznało zmianę sposobu szkolenia za ważną lub bardzo ważną. Pracownicy chcą szkoleń i możliwości kształcenia lepiej dopasowanych do ich stanowisk i zadań. Rozwój nie polega już na kumulowaniu wiedzy, lecz na zdobywaniu umiejętności, które pracownik rzeczywiście będzie mógł wykorzystać w praktyce. Z badania wynika, że liderzy rynkowi starają się zaspokoić tę potrzebę, inwestując w nowe narzędzia, które umożliwiają pracownikom kształcenie się nie tylko w pracy, ale i w życiu prywatnym.  Jednak tylko zaledwie 5 proc. pracowników (10 proc. globalnie) uważa, że firmy w których pracują są gotowe do podjęcia tego tematu. – Od lat obserwujemy, że rośnie długość życia, a wraz z nią wydłuża się kariera zawodowa do nawet 60 lat i więcej. Ciągły rozwój, poszerzanie wachlarza kompetencji nie jest już jedynie warunkiem awansu. Kto się nie rozwija, po prostu nie przetrwa na rynku. Proces ustawicznego kształcenia powinien być wbudowany w DNA organizacji – mówi Sylwia Dębińska, Senior Manager, Talent Leader, Deloitte.

Mobilność talentów

Jedynie 8 proc. polskich firm (o 2 pp. więcej niż globalnie) uważa, że dysponuje najlepszymi w swojej klasie procesami i technologiami, umożliwiającymi przyciągnięcie cenionych specjalistów. W opinii aż 92 proc. pytanych (81 proc. na świecie) sposoby i procesy pozyskiwania talentów, stosowane w ich firmie, są standardowe lub nawet poniżej standardu. Taki wynik zastanawia, zwłaszcza, że 72 proc. respondentów (70 proc. globalnie) uznało rekrutację za istotną kwestię. Według raportu Deloitte warto zmienić perspektywę rekrutacyjną i odejść od tradycyjnego poszukiwania pracowników, ponieważ eksperci mogą być pod ręką. Wiele firm jednak nie radzi sobie z wewnętrzną mobilnością talentów i często jest to kwestia omawiana na poziomie zarządów. Dla 77 proc. (76 proc. globalnie) to temat ważny lub bardzo ważny. – Ponad dwie trzecie pracowników w Polsce jest zdania, że łatwiej znaleźć nowe stanowisko u innego pracodawcy niż w ich obecnej firmie. To sporo więcej niż pokazują globalne wyniki. Wśród barier, które ograniczają mobilność wewnętrzną trzeba wymienić brak narzędzi, które pomagają rozpoznać właściwych kandydatów i przesunąć ich na inne stanowiska. Część badanych uważa też, że pracownicy nie mają możliwości zapoznania się z ofertą rekrutacji wewnętrznej – mówi Sylwia Dębińska.

HR w chmurze

W przedsiębiorstwach rośnie świadomość, że znaczenie ma również zmiana podejścia do technologii w chmurze, która ma stać się punktem wyjścia, a nie celem. 76 proc. (74 proc. globalnie) respondentów Deloitte uznało technologie HR za ważne lub bardzo ważne, ale tylko jedna czwarta w Polsce i na świecie deklaruje, że efektywnie wykorzystuje technologie HR działające w chmurze z aplikacjami lub w pełni zintegrowanymi platformami HR. – Na pewno daje się tu zauważyć znaczący postęp, jednak wiele firm wciąż nie integruje systemów, choć to umożliwiłoby pełne wykorzystanie ich potencjału. Systemy HR otwierają możliwości do innowacji z wykorzystaniem narzędzi opartych o rozwiązania z dziedziny robotyki, technologii kognitywnych czy sztucznej inteligencji. Jednocześnie ich stosowanie umożliwi poprawę wydajności przy jednoczesnej redukcji kosztów – dodaje Sylwia Dębińska.

Tylko 14 proc. (19 proc. na świecie) szefów firm deklaruje gotowość do prowadzenia odpowiedzialnego biznesu 4.0, ale aż 83 proc. (globalnie 88 proc.) firm, które badają zależność między poziomem zaangażowania pracowników a efektywnością ich pracy, uznało ją za istotną. – To oznacza, że odpowiedzialny biznes 4.0 przestaje być jedną z możliwych form zarządzania, a staje się naturalną drogą każdej organizacji. Na przestrzeni dziewięciu lat badania Deloitte pokazują, jak w zarządzaniu przenosił się środek ciężkości z działów HR, przez samą organizację do odpowiedzialnego biznesu 4.0. Dla firm, które zdecydowały się iść tą drogą równie ważny jak zysk jest człowiek, który na ten zysk pracuje – mówi Tomasz Konik.

IPOPEMA widzi potencjał inwestycyjny na rynkach globalnych

Strategia Global Macro – pozwalająca na większą płynność oraz szersze spojrzenie na światowe rynki – to kierunek, w który wierzy w tym roku IPOPEMA TFI.  Strategia polega na inwestowaniu w klasy aktywów dobieranych na podstawie globalnych i lokalnych trendów makroekonomicznych, działając jedynie na najbardziej płynnych rynkach na świecie. Global Macro ma pomóc IPOPEMA TFI w realizacji strategii absolute return i generowaniu dodatniej stopy zwrotu niezależnie od koniunktury.

Daniel Krzanicki, zarządzający portfelem Global Macro w IPOPEMA TFI
Daniel Krzanicki, zarządzający portfelem Global Macro w IPOPEMA TFI

‘’Na polskim rynku jest niewiele takich rozwiązań. Uważamy, że z upływem czasu polscy inwestorzy będą chcieli, lub zostaną wręcz zmuszeni do zdywersyfikowania swoich portfeli poza tradycyjnymi funduszami ze względu na obecne, niskie rentowności’’ – podkreśla Daniel Krzanicki, zarządzający portfelem Global Macro w IPOPEMA TFI.

IPOPEMA dostosowuje się do rynku

Biorąc pod uwagę trudne warunki, które panowały na rynkach finansowych w ostatnim roku (wyprzedaż na rynku obligacji w pierwszym półroczu 2018, wyprzedaż na rynku akcji w II poł 2018), tradycyjne modele inwestowania (np. 60% akcje/ 40% obligacje) przestały zdawać egzamin…

Huśtawka emocji nadal utrudnia życie inwestorom w bieżącym roku i niewiele wskazuje na to, aby w najbliższych miesiącach sytuacja miała się polepszyć. Strategia Global Macro jest skonstruowana pod kątem szerszego spektrum inwestycyjnego, co pozwala na większą ekspozycję na inne klasy aktywów, np. waluty, surowce lub rynki wschodzące.  Model strategii zakłada możliwość wygenerowania wyższej stopy zwrotu przy podobnym poziomie ryzyka. Dzięki aktywnej polityce zarządzania ryzykiem fundusze oparte o strategię Global Macro są w stanie bardzo szybko ograniczyć ewentualne straty dla inwestorów ze względu na wysoką płynność aktywów.

W sytuacji podwyższonego poziomu zmienności na rynkach, ochrona zainwestowanego kapitału jest kluczowa, a polityka „drawdown” ogranicza możliwość strat w strategii’’ dodaje zarządzający.

Partnerzy dystrybucyjni ważnym elementem wiedzy o rynku

IPOPEMA TFI zamierza jednocześnie wzmocnić kontakty w ramach sieci dystrybucji, chcąc zwiększyć atrakcyjność strategii Global Macro pod kątem produktowym jak i operacyjnym.

‘’Kluczowe w tym procesie jest nie tylko doświadczenie zarządzających i ich szeroka wiedza na temat rynków finansowych, ale również wszechstronna sieć relacji, pozwalających nam rozszyfrować różne trendy polityczne, stanowiące coraz bardziej istotny element otaczającego nas świata’’ – podkreśla D. Krzanicki.

Czego należy oczekiwać w najbliższych miesiącach?

IPOPEMA TFI uważa, iż otoczenie rynkowe nie napawa optymizmem. Największe gospodarki świata zbliżają się lub znajdują się w fazę spowolnienia, a to stawia nowe wyzwania przed inwestorami. Po pierwsze, wzrośnie popyt na obligacje, pomimo faktu, iż rentowności są powszechnie uważane jako „niskie.”

To jeszcze nie jest moment, w którym należy spodziewać się cięcia stóp procentowych – banki centralne zmieniają nastawienie na neutralne. Cykl podwyżek stóp jest za nami. Spodziewane obniżki stóp mogą nastąpić dopiero w sytuacji, gdy istotnie spadnie wzrost gospodarczy lub nastąpi większa przecena na światowych giełdach (powtórka z grudnia 2018 r.).

 

Podobny obraz widoczny jest w kraju. Mimo wysokiego wzrostu w Polsce, analitycy spodziewają się, że gospodarka będzie rosła wolniej w najbliższych kwartałach, a niższy wzrost strefy Euro zrównoważy dodatni impuls „Piątki Kaczyńskiego”.  Trudno sobie wyobrazić, że RPP zdecyduje się na podniesienie stóp procentowych w sytuacji, gdy wyższa inflacji napędzana jest jedynie czynnikami przejściowymi, a na świecie widać spowolnienie i spadek w cenach surowców.

Jednak, pomimo tej wizji, w ocenie IPOPEMA TFI, strategia Global Macro jest na tyle elastyczna, że pozwoli na inwestycje na perspektywicznych rynkach. I tak, obiecujące wydają się być rynki Rosji i Ukrainy, ze względu na już przeprowadzone reformy strukturalne, które zaowocują zwiększonym wzrostem gospodarczym, a obecna presja inflacyjna okaże się przejściowa. ‘’Biorąc pod uwagę atrakcyjnie wycenione aktywa i przejściową niechęć zagranicznych inwestorów do inwestowania na rynkach wschodzących, nasza analiza wskazuje na odwrócenie trendu i wysokie prawdopodobieństwo ponadprzeciętnych stóp zwrotu na tych rynkach w najbliższych kwartałach’’ – podsumowuje Daniel Krzanicki.

Ile teraz kosztuje tanie mieszkanie od dewelopera?

Wiele osób wciąż chciałoby kupić nowe mieszkanie w jednej z największych metropolii za mniej niż 5000 zł/mkw. Dane portalu RynekPierwotny.pl pokazują jednak, że podwyżki cen lokali deweloperskich z ostatnich 2 lat – 3 lat, bardzo utrudniły znalezienie takiego taniego „M”. Wzrosty średnich cen metrażu sprawiły, że granica pomiędzy najtańszymi nowymi mieszkaniami i resztą oferty deweloperów również musiała przesunąć się w górę. Dlatego eksperci RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, jak obecnie wygląda oferta „M” od dewelopera z ceną 1 mkw. nieprzekraczającą 75% lokalnej średniej. Taka analiza dotycząca sześciu krajowych metropolii, uwzględnia również wyniki sprzed jednego roku oraz dwóch lat.

Kryteria „taniości” lokali mocno zmieniły się przez dwa lata

Kategorię tanich lokali deweloperskich z metropolii można definiować bardzo różnie. Wydaje się jednak, że taka definicja powinna uwzględniać wzrosty średnich cen nowych „M” notowane na terenie największych miast. Najnowsze dane portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że takie dwuletnie podwyżki (od maja 2017 r. do maja 2019 r.) przedstawiały się następująco:

  • Warszawa – średnia ofertowa cena 1 mkw. w maju 2017 r. – 7 537 zł/średnia ofertowa cena 1 mkw. w maju 2019 r. – 9 480 zł/wzrost średniej stawki: +26%
  • Kraków – 6 769 zł/8 101 zł/+20%
  • Łódź – 5 160 zł/5 865 zł/+14%
  • Wrocław – 6 319 zł/7 645 zł/+21%
  • Poznań – 6 273 zł/7 128 zł/+14%
  • Gdańsk – 6 095 zł/8 400 zł/+38%

Wraz ze średnimi cenami metrażu bardzo szybko wzrósł również umowny próg (75% rynkowej średniej), który analitycy portalu RynekPierwotny.pl przyjęli jako rozgraniczenie pomiędzy najtańszymi oraz droższymi mieszkaniami od dewelopera. Sugestywny jest przykład Krakowa. Dwa lata temu w Stolicy Małopolski najtańsze lokale cechowały się średnią ofertową ceną 1 mkw. do 5077 zł i posiadały udział rynkowy 5,1%. Po dwóch latach, analogiczny próg cenowy (75% średniej stawki) wzrósł do 6076 zł/mkw.

Nowych lokali z ofertową ceną nieprzekraczającą tego poziomu było w Krakowie 6,7. Z kolei nowe mieszkania tańsze od 5000 zł/mkw. stanowiły zupełny rynkowy margines.  Podobna sytuacja dotyczyła również Wrocławia, gdzie umowne cenowe kryterium (75% średniej stawki) wzrosło o mniej więcej 1000 zł/mkw. (do 5734 zł/mkw.).

W Łodzi i Poznaniu trudno znaleźć „M” tańsze od średniej

Dwa inne miasta (Łódź oraz Poznań) niezależnie od podwyżek, w maju 2017 r. oraz w maju 2019 r. cechowały się bardzo niskim udziałem mieszkań deweloperskich z ceną do 75% średniej. Taka sytuacja wynika ze specyfiki łódzkiego i poznańskiego rynku pierwotnego. Wyróżniają się one dużym skupieniem oferty wokół średniego przedziału cenowego. Wynika to z faktu, że lokalnym deweloperom trudno jest konkurować ze znacznie „tańszą” ofertą rynku wtórnego.

Używane łódzkie i poznańskie mieszkania są przystępne cenowo z uwagi na negatywne trendy demograficzne. Cenowa koncentracja łódzkiego i poznańskiego rynku pierwotnego jest spowodowana również tym, że na terenie Łodzi oraz Poznania nie mamy do czynienia z tak wyraźnym popytem na drogie mieszkania deweloperskie, jak chociażby w Warszawie, Krakowie i Gdańsku.ceny nowych lokali

Specyficzna sytuacja dotyczy rynków z Warszawy i Gdańska

Informacje prezentowane w powyższej tabeli wskazują również na ciekawą sytuację Warszawy oraz Gdańska. W tych miastach przez dwa lata znacząco wzrósł udział lokali z ceną poniżej 75% rynkowej średniej (Warszawa: 3,6% → 18,1%, Gdańsk: 7,9% → 29,1%). Taka specyficzna sytuacja wiąże się z przyczynami wzrostu średniej stawki.

Dane RynekPierwotny.pl wskazują, że na terenie Warszawy i Gdańska te podwyżki przeciętnej ceny 1 mkw. były o wiele bardziej niż w innych metropoliach stymulowane rozbudową oferty bardzo drogich mieszkań. Innymi słowy; warszawska i gdańska średnia stawka za 1 mkw. rosła znacznie szybciej, niż mogłyby sugerować zmiany dotyczące oferty lokali z segmentu popularnego. To z pewnością dobra wiadomość dla osób poszukujących tanich lokali od dewelopera na terenie Warszawy lub Gdańska.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Reklama bez niechcianych treści

O tym dlaczego „Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Programmatic” jest potrzebny, co zmieni i jaki będzie miał wpływ na rynek, mówi jeden z jego twórców w ramach organizacji branżowej IAB – Krzysztof Czok, Board Member z sieci reklamowej Społeczności.

Pracował pan w zespole roboczym przy IAB, który przygotował kodeks etyki dla branży programmatic. Dlaczego był on potrzebny, skoro od lat działa Kodeks Etyki Reklamy?

Krzysztof Czok, Board Member, sieć reklamowa Społeczności
Krzysztof Czok, Board Member, sieć reklamowa Społeczności

Krzysztof Czok, Board Member, sieć reklamowa Społeczności: – Programmatic bardzo dynamicznie się rozwija, stąd potrzeba wypracowania takiego rozwiązania, które ten rynek uporządkuje. Ponieważ w ekosystemie działa wiele podmiotów, to zdarzają się w nim działania niepożądane. Chcemy, by branża mogła dalej prężnie się rozwijać się, dlatego ważne jest, aby wyeliminować złe praktyki, jakie nieraz się pojawiały. Musieliśmy wypracować rozwiązania, które zaakceptuje rynek.

W pracach brali udział przedstawiciele wszystkich uczestników tego rynku, stąd pewność, że większość poważnych graczy funkcjonujących na tym rynku, przyjmie to rozwiązanie. Nasz dokument zawiera bardziej szczegółowe rozwiązania, niż te funkcjonujące w ogólnym Kodeksie Reklamy. Chcemy, aby w przestrzeni nie pojawiały się zarówno kampanie jak i powierzchnie reklamowe, które, wykorzystując rozwiązania technologiczne stosowane w programmaticu, łamią prawo lub wprowadzają w błąd i żeby kampanie klientów wyświetlały się w miejscach, na których im faktycznie zależało. Dodatkowo poprawi się także transparentność raportowania i rozliczania pomiędzy poszczególnymi uczestnikami ekosystemu programmatic.

Zdarzały się kampanie łamiące zasady?

KC: – Niestety tak. Podam przykład takiej, która miała miejsce w ostatnich tygodniach. W jeden z weekendów na wielu witrynach internetowych, zarówno na portalach, jak i mniejszych serwisach, pojawiała się kampania reklamowa w formacie na pełną stronę, która zachęcała użytkowników do wzięcia udziału w konkursie. Użytkownikom smartfona wyświetlała się reklama wskazująca na jego operatora. To było kilkanaście trywialnych pytań, a do wygrania jeden z flagowych smartfonów. W regulaminie konkursu było napisane, że zostanie pobrana opłata w wysokości 15 zł, która nie gwarantuje wygranej, a jedynie wzięcie udziału w losowaniu telefonu. Nikt pewnie nie przeczytał tego zapisu, więc można było paść ofiarą wyłudzenia. Kiedy tworzyliśmy kodeks, chodziło nam właśnie o to, żebyśmy nie musieli blokować takich kampanii. Firmy, które zobowiążą się do jego przestrzegania, będą taką kampanię eliminowały już przed jej uruchomieniem. Klientowi, który będzie chciał wyemitować reklamę wprowadzającą w błąd, nie uda się tego zrobić za pośrednictwem platformy DSP, ponieważ jej właściciel będzie uczestnikiem kodeksu i podpisze wszystkie zobowiązania. Chronieni będą także wydawcy. Na ich powierzchniach tego typu treści reklamowe nie będą się pojawiały. W tej chwili wydawca nie jest w stanie nic zrobić. Często jest ofiarą. Kampania się wyemitowała i koniec. Inaczej będzie, kiedy zacznie współpracę z platformami, które respektują kodeks. Będzie miał pewność, że na jego powierzchniach nie pojawią się reklamy nietyczne czy łamiące prawo.

A jakie korzyści będą mieli reklamodawcy?

KC: – Przede wszystkim pewność otoczenia, na którym reklamy się pojawią. To ważne dla klientów i agencji. Uczestnicy kodeksu gwarantują jakość tych witryn. To, że nie będzie tam treści nielegalnych, niezgodnych z prawem czy przeznaczonych dla osób dorosłych, ponieważ platformy sprzedaży reklam programatycznych będą musiały lepiej weryfikować jakość tej powierzchni. Przed rozpoczęciem współpracy będą zobowiązane do sprawdzenia, co to jest za witryna, co to jest za content, jacy są tam użytkownicy, co oni tam umieszczają.

Jak będzie przebiegała weryfikacja reklam?

KC: – Platforma DSP będzie musiała zweryfikować kreację (reklamę) i URLa (miejsce docelowe reklamy), nie będzie można niczego podmieniać. Teraz zdarzały się na rynku takie praktyki, że do systemu był wrzucany jeden URL, a użytkownik, który widział reklamę, po kliknięciu w nią, był automatycznie przekierowany i lądował na innej witrynie. Technologia będzie rozwijać się w tym kierunku, żeby kontrolować niepożądane zmiany w kampaniach i przekierowaniach.

Czego branża oczekuje od kodeksu?

KC: – Dla mnie bardzo ważne jest, że on powstał. To pozwoli rozwijać się rynkowi. Wprowadzi przejrzyste zasady. Da pewność, że budżety będą wydawane bezpieczniej, pewniej, efektywniej i nie będą się pojawiały niepożądane rzeczy, treści. Zaprezentowaliśmy kodeks, a teraz firmy, które zdecydują się przyłączyć, mają czas, żeby go formalnie podpisać, a następnie wdrożyć. Myślę, że potrwa to do jesieni. Wtedy też zostanie powołana specjalna komisja skarg. Bedzie ona weryfikowała ewentualne naruszenia i decydowała, czy członek ma zostać wykluczony. Proszę pamiętać, że to nie będzie nowe prawo. Firmy, które chcą na rynku grać na zasadach etyki, będą przestrzegać tych zasad dobrowolne. Te, które podpiszą kodeks, będą posługiwały się specjalnym logo. To duże ułatwienie dla klientów, którzy będą planowali kampanie, bo rozpoznają podmioty, które dbają o przebieg kampanii i jakość danych. A to w programmaticu jest bardzo ważne.

Programmatic stawia na etykę. Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Programmatic

Firmy działające na programatycznym rynku zakupu reklam w Internecie opracowały własny kodeks etyki. Dzięki niemu ten dynamicznie rozwijający się sektor reklamy będzie działał przejrzyście, a niepożądane treści w reklamach będą eliminowane.

Prace nad kodeksem trwały kilka miesięcy. Ich efekt został zaprezentowany na początku czerwca, podczas Forum IAB Polska (Związek Pracodawców Branży Internetowej). Nad „Kodeksem Dobrych Praktyk Reklamy Programmatic” pracował zespół roboczy, w skład którego weszli przedstawiciele reklamodawców, agencji, sieci reklamowych, wydawców, firm dostarczających technologie do zakupu i sprzedaży powierzchni w programmaticu, ale także dostawców danych i narzędzi do weryfikacji. – To bardzo ważne, że przedstawiciele firm o zróżnicowanej działalności pracowali nad kodeksem. Dzięki temu jest on kompletny i dotyczy wszystkich uczestników tego rynku – tłumaczy Krzysztof Czok, Board Member z sieci reklamowej Społeczności, który pracował w zespole przygotowującym kodeks.

Powołana przy IAB grupa robocza Programmatic korzystała z rozwiązań, które zostały już wprowadzone na rynkach niemieckojęzycznych – przy pracach wykorzystano licencję BVDW (odpowiednik polskiego IAB). Celem kodeksu jest zapewnienie odpowiedniej jakości, bezpieczeństwa i transparentności wszystkim uczestnikom rynku, realizującym kampanie programatyczne w Polsce. Dokument nakłada na poszczególnych uczestników rynku reklamowego szereg obowiązków. – Wprowadzenie kodeksu uporządkuje rynek, znikną niechciane kampanie na przykład te, które łamią prawo, będą lepsze powierzchnie reklamowe i otoczenie ich treści, ale także podniesie się jakość danych, przede wszystkim ich wiarygodność. To rozwiązanie, na którym zyskają klienci – dodaje Czok. Podpisanie kodeksu zapowiedziało już ponad 30 firm. Będą one posługiwały się specjalnym logo, informującym o tym, że dany podmiot przestrzega zasad. Kodeks ma zacząć funkcjonować od jesieni tego roku.

Jak działa Programmatic?

Programatyczny zakup reklam bardzo szybko się rozwija. W systemie tym bierze udział wiele podmiotów. Są to klienci, agencje, wydawcy oraz platformy, dzięki którym zakup reklam w tym modelu jest możliwy. Na rynku funkcjonują platformy DSP do zakupu programatycznego, platformy SSP do sprzedaży programatycznej, platformy DMP do zarządzania danymi, dostawcy danych oraz weryfikatorzy, którzy dostarczają narzędzia do mierzenia widoczności. Reklamy są kupowane w czasie rzeczywistym podczas aukcji wg ustalonych kryteriów i stawek lub bez aukcji po cenach wcześniej ustalonych z dostawcą powierzchni reklamowej.

Sztuczna inteligencja rewolucją dla świata reklamy

Sztuczna inteligencja jest tematem nierzadko poruszanym w artykułach pisanych przez branżę marketingu. Mówi się o niej coraz częściej w kontekście rewolucji rynku. Co tak naprawdę kryje się pod tym pojęciem? Jak AI wpłynie na programmatic? 

Co daje nam sztuczna inteligencja?

Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser
Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser

Sztuczna inteligencja jest terminem dość ogólnym, używanym do opisania zdolności maszyn do wykonywania poszczególnych zadań.

AI gromadzi wszystkie dane, w tym także te, które nie są ustrukturyzowane i wyciąga z nich przydatne wnioski w błyskawicznym tempie. To pozwala marketingowcom na podejmowanie odpowiednich decyzji szybciej niż kiedykolwiek. Sztuczna inteligencja potrafi także zdefiniować, które zasoby wykorzystać do komunikacji w danym kanale. Dzięki temu jesteśmy w stanie otrzymać reklamy spersonalizowane nie tylko na podstawie zainteresowań, ale także w oparciu o nastroje czy kontekst środowiska zakupowego. To wszystko stanowi wartość dodaną zarówno dla strony kupującej jak i sprzedającej.  Dla tej drugiej sztuczna inteligencja jest wsparciem w zakresie optymalizacji powierzchni reklamowej i cen minimalnych, co pozwala na uzyskanie maksymalnego przychodu dla właścicieli witryn.

Jak wykorzystujemy ją dziś?

Branża najczęściej wykorzystuje sztuczną inteligencje w procesie zakupu mediów. AI umożliwia bowiem oszacowanie prawdopodobieństwa tego, że konsument zareaguje na daną reklamę. To z kolei pomaga w określeniu czy i z jakim wkładem należy  ją licytować. Sztuczna inteligencja może być również wykorzystywana do tworzenia modeli wyszukiwania użytkowników, aby usprawnić proces targetowania reklam.

IBM, jako jedno z najstarszych informatycznych przedsiębiorstw na świecie od dawna testuje połączenie AI z zakupem mediów pod kątem optymalizacji wydatków na reklamę. Łącząc swój ekosystem Waston Advertising ze sztuczną inteligencją mogą posługiwać się takimi danymi jak chociażby pogoda z urządzeń internetowych, a także uzyskiwać głębszą analizę kontekstową danej strony. Dzięki temu podejmują lepsze decyzje w procesie licytacji reklam.

Jak będziemy z niej korzystać w przyszłości?

Sztuczna inteligencja ewoluuje, dostarczając nam coraz więcej innowacyjnych rozwiązań – od narzędzi po frameworki. Technologia staje się bardziej skalowana, co pozwala na spełnienie długo oczekiwanej obietnicy „właściwego użytkownika, komunikatu, czasu i miejsca”. Jest to niezwykle istotne dla całej branży, w tym modelu programmatic, który będzie mógł przewidzieć, kto może zaangażować się w daną reklamę oraz szybko przekazać możliwość licytacji, aby poprawić jej wydajność.

Mając wiedzę w jakim nastroju jest klient, marketer będzie wiedzieć czy dana osoba podejmie decyzję zakupową w danej chwili – to kluczowa informacja w sytuacji kiedy nie wiemy ile zapłacić za reklamę. To wszystko dzięki sztucznej inteligencji, która ma udostępnić wyżej wymienione możliwości w najbliższych latach.

Celem sztucznej inteligencji jest otworzenie szerokiego spectrum możliwości specjalistom, którzy będą mogli w najlepszy sposób wykonywać strategiczne zadania. Nie pozostaje nic innego jak bacznie obserwować rozwój jej możliwości i czerpać jak najwięcej z tego potencjału.

Autor: Paweł Treściński, wiceprezes i dyrektor sprzedaży YieldRiser

Europa sobie bez nas nie poradzi. Przewoźnicy i kierowcy z obawą patrzą w przyszłość

Terminowi, solidni, pracowici – tacy są polscy przewoźnicy i kierowcy, potentaci międzynarodowego transportu drogowego i kabotaży na terenie Unii Europejskiej. Nauczeni sprawnie dostosowywać się do nowości legislacyjnych i pokonywania barier związanych z prowadzeniem działalności przewozowej, tym razem mogą sobie nie poradzić. Ograniczenie dostępu do swobodnej i wolnej wymiany towarowej oraz wzrost kosztów pracowniczych to zbyt duże zmiany nawet dla wielkich graczy. Co to może oznaczać dla Europy? Komentarz rynkowy Bartosza Najmana, wiceprezesa OCRK i Inelo.

W ocenie biznesmenów

Przedsiębiorcy oceniają, że pakiet mobilności będzie miał negatywny wpływ na prowadzone przez nich biznesy. Ponad 60 proc. czuje, że ostatnie wydarzenia w Brukseli odbiją się bezpośrednio na sposobie prowadzenia działalności oraz płynności finansowej firm. Większość transportowców odczuwa pewien niepokój i ostrożnie podejmuje decyzje dotyczące kolejnych inwestycji. Warto zauważyć, że 32 proc. respondentów określiło wpływ pomysłów europosłów jako neutralny. Część z badanych po prostu nie ma zdania na ten temat.[1] Czy zatem jest się czego bać?

Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo
Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo

Tak, gdyż, jeśli pakiet mobilności wejdzie w obecnym kształcie, duża część małych i średnich firm, nie zdoła w krótkim czasie dostosować struktury i funkcjonowania swojego biznesu do nowych reguł gry. A te nie będą miały nic wspólnego z wolnym rynkiem i swobodą przepływu towarów. Choć Polska i reszta krajów Europy Środkowo-Wschodniej przystępowały do Wspólnoty na innych zasadach, nie będzie to miało żadnego znaczenia. Przedsiębiorstwa, które nie mają zabezpieczenia finansowego, by etapowo przystosować swoją działalność do pomysłów unijnego legislatora, będą miały duży problem, by odnaleźć się w nowej sytuacji. Szansą dla nich jest ścisła współpraca z partnerem, który będzie w stanie przeprowadzić biznes przez skomplikowane zmiany w prawie transportowym, a co za tym idzie optymalizować koszty funkcjonowania firmy i usprawniać zarządzanie nią. Ponadto przyszłość transportu, logistyki i spedycji to automatyzacja procesów, co w połączeniu z wiedzą ekspertów daje duże możliwości, by sprawnie reagować w zmieniającym się otoczeniu gospodarczo-prawnym – mówi Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo. 

Dla polskiej gospodarki zachwianie sektorem TSL, którego udział w PKB – według NIK – wzrósł do prawie 20 proc. od momentu wstąpienia do Unii, to będzie duże utrudnienie. Co więcej, transport drogowy w naszym kraju zatrudnia ponad 300 tysięcy osób, zatem ilu z nich straci pracę? Obawy o przyszłość wymiany towarowej prowadzonej na drogach Europy są słuszne, a zagrożeń wiele. To sytuacja, w której nie wystarczy już być tylko czujnym. Rekomendujemy naszym partnerom, by przygotowywali się do nieuniknionych zmian, bo okres wdrażania w życie nowej dyrektywy dotyczącej delegowania pracowników  może sięgać 24 miesięcy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by na przykład Niemcy czy Francuzi mogli zadeklarować gotowość egzekwowania przepisów i zacząć kontrole zdecydowanie wcześniej – dodaje Najman.

Gdzie jest logika?

Idea stworzenia pakietu mobilności powstała, by „odświeżyć” przepisy regulujące transport w Unii Europejskiej oraz by poprawić warunki socjalne kierowców. Taki zestaw nowych reguł jest potrzebny, gdyż, według ekspertów i komentatorów rynku, branża od dawna funkcjonuje w chaosie legislacyjnym, a aktualne przepisy nie są dopasowane do obecnych czasów. Jednak zaproponowane przez europarlamentarzystów zapisy pakietu mobilności są destrukcyjne szczególnie dla gospodarki krajów środkowo-wschodniej części kontynentu. Powstała Europa dwóch obozów – kraje założycielskie, w tym w szczególności Niemcy, Francja i Austria są inicjatorami zmian, które na zawsze zburzą fundamenty powołania UE.

Dlaczego?

Jak zauważa Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo: 80% wymiany towarowej na świecie odbywa się poprzez transport drogowy. W Europie to Polska jest potentatem i obsługuje według szacunków między 25 a 30 proc. kursów międzynarodowych, następna jest Hiszpania, która wykonuje takich przewozów o połowę mniej. Dodatkowo to polscy kierowcy realizują najwięcej kabotaży, bo aż 40 proc. Aktywność rodzimych przewoźników w tym zakresie wydaje się imponująca. Następni są Rumuni z 9 proc. udziałem w rynku. Dostęp do krajowych przerzutów, gdzie kierowcy z naszych firm wykonują frachty pomiędzy państwami Unii, ale poza krajem rodzimym, diagnozowany jest przez naszych zachodnich sąsiadów jako nieuczciwa konkurencja, a tym samym zabieranie miejsc pracy
i obniżanie rynkowych stawek wymiany handlowej.

Czy słusznie?

Przyczyną zdecydowanie większego popytu na usługi polskich przewoźników oraz ich ekspansję na terenie zjednoczonej Europy należy upatrywać bardziej w solidności pracy wykonywanej przez wykwalifikowanych kierowców. Doceniana jest również terminowość dostaw, a także chęć pokonywania tras na długą odległość, czego nie preferują na przykład Francuzi, najchętniej wracający do miejsca zamieszkania codziennie. Holendrzy zaś są młodą grupą zawodową, a Niemcy podobnie jak w Polsce borykają się z deficytem wyszkolonych pracowników z tej grupy zawodowej. Nie jest więc prawdą, że kierujący ciężarówkami na tablicach rejestracyjnych PL zabierają zlecenia sąsiadom, dając niższe stawki. Długoterminowe kontrakty z zagranicznymi kontrahentami, które realizują polskie firmy, to efekt głównie innej kultury pracy – mówi Bartosz Najman.

Przegłosowanie pakietu mobilności w takim brzmieniu, jak obecnie, to lobby niemieckich i francuskich. I choć żadne zrzeszenie pracodawców w tych krajach nie poparło inicjatyw posłów sprawozdawców, w szczególności autorstwa Merja Kyllönen na temat pracowników delegowanych, to zarówno prezydencja rumuńska, jak i przewodniczący PE Antonio Tajani mogą dołączyć do swoich osiągnięć zatwierdzenie kolejnych kroków, mających na celu uporządkowanie zasad funkcjonowania międzynarodowego transportu drogowego. Jak rysuje się przyszłość transportu w Europie?

Jedno jest pewne, w 2020 roku ma wejść w życie nowelizacja dyrektywy o pracownikach delegowanych. Jeśli do tej pory nie będzie pakietu mobilności w dyskutowanym obecnie kształcie, to kierowcy nie będą podlegali pod jej nowe regulacje. Jednak eksperci solidarnie przekonują, że lepszy kolejny rok niejednoznacznych przepisów niż zwyczajnie złe prawo – mówi wiceprezes OCRK i Inelo.

Czy damy radę?

Dyskontynuacja w PE nie obowiązuje, jednak oczekiwanie przedstawicieli TSL jest inne. Branża liczy na to, że pakiet zostanie odrzucony w całości i wróci pod obrady komisji TRAN lub nastąpi renegocjowanie niektórych zapisów. Polscy przewoźnicy nauczyli się funkcjonować w niestabilnym otoczeniu społeczno-gospodarczym. Jednak ograniczenie dostępu do rynku i wzrost kosztów pracowniczych w przypadku stosowania zasady delegowania to zbyt duże zmiany nawet dla wielkich graczy – komentuje Najman.

[1] Badanie Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK), maj 2019.

Polityka Fed, dane makro z USA, wojny handlowe

Orbitowanie wokół tych trzech tematów przynosi huśtawkę dolara i wszystkiego, co jest z nim powiązane (czyli wszystkiego w ogóle). Dziś do tej mieszanki dołożone zostaje stanowisko Europejskiego Banku Centralnego. Rynek liczy na sygnały luzowania polityki dla wsparcia gospodarki, nawet jeśli na papierze kondycja strefy euro nie pogorszyła się istotnie. Możliwe, że parametry polityki mogą wyraźnie się nie zmienić, ale zawsze jest konferencja prezesa Draghiego, który ma swoje metody wpłynięcia na rynki.

Czerwcowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego ma wysoką rangę ze względu na towarzyszącą mu rewizję prognoz makroekonomicznych. To właśnie ich skala i kierunek będą determinować konieczność działania ze strony władz monetarnych a w konsekwencji na rynkowy odbiór posiedzenia. Jednak biorąc pod uwagę, że w marcu prognozy zostały bardzo mocno ścięte (np. PKB z 1,7 do 1,1 proc.), a wskaźniki koniunktury nie pogarszają się, nie zakładamy ponownych mocnych rewizji prognoz.

EBC może zechcieć zabrzmieć gołębio deklarując, że nie dojdzie w następnych dwunastu miesiącach do podwyżek, choć przy rynku, który wycenia wzrost stóp dopiero w 2022 roku, a na kolejne miesiące dyskontowane jest wręcz prawdopodobieństwa dalszej redukcji, taka deklaracja nie powinna robić większego wrażenia. W innych elementach polityki monetarnej uważamy, że EBC ma bardzo ograniczone instrumentarium, a działaniu nie sprzyja też zbliżająca się zmiana na stanowisku prezesa. Różnicowanie poziomu stóp procentowych dla różnych grup instytucji to kontrowersyjny i technicznie skomplikowany do przeprowadzenia pomysł. Warunki TLTRO-III budzą z kolei najmniej zainteresowania, będą mieć też najmniejsze przełożenie na siłę euro.

Opinie w Radzie Prezesów ECB są mocno podzielone – co do oceny tendencji w gospodarce i w zakresie optymalnej strategii działania by walczyć z zagrożeniem zbyt niską inflacją. Brak rewizji prognoz może przeważyć szalę na korzyść zwolenników strategii wait and see. Mario Draghi znów będzie chciał zabrzmieć bardzo łagodnie i dobitnie sugerować, że EBC nigdy nie pozwoli sobie, by bezczynnością zaryzykować pogorszenie się profilu inflacji. Rynek wycenia jednak obniżki stóp. Wprawdzie Draghi nie raz, nie dwa udowadniał, że potrafi sprostać wysoko zawieszonej poprzeczce oczekiwań, ale tym razem może być o to naprawdę trudno. Nasz scenariusz bazowy jest konstruktywny dla euro, rentowności obligacji i notowań europejskich banków. Draghi zrobi jednak wszystko, by w zarzewiu zgasić siłę euro.

To może być bardzo skomplikowany dzień dla FX, który przede wszystkim będzie zapatrzony w EUR/USD. Możemy mieć wstępny rajd EUR na pasywnej (czyt. rozczarowującej) postawie EBC, zanim do głosu nie dojdzie prezes Draghi i obróci wszystko o 180 stopni. Niepewność o ostateczny wydźwięk decyzji EBC blokuje EUR/USD, w przeciwnym wypadku byłby on wyżej na generalnej słabości USD. Daje to nam delikatny stan zawieszenia, szczególnie że po wczoraj nastawienie do USD przestało być jednoznaczne. Charles Evans z Fed zasugerował, że jest gotów poprzeć obniżkę stóp procentowych w oparciu o przedłużający się okres niskiej inflacji, ale wyższy ISM dla usług (i mocny komponent dot. zatrudnienia) dobrze rokuje dla jutrzejszego raportu NFP. Do końca tygodnia eurodolara może czekać jazda po wybojach.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Toyota zdominowała rynek aut kompaktowych w Polsce

W kwietniu i maju, czyli po premierze nowej generacji Corolli, Toyota zajęła pierwsze miejsce pod względem rejestracji kompaktów. Co więcej, Corolla została najpopularniejszym kompaktem na polskim rynku. W tym roku oferta Toyoty w segmencie C jest wyjątkowo różnorodna i atrakcyjna. Klientów przyciągają do salonów zarówno nowoczesne technologie Corolli nowej generacji, jak i bardzo korzystna oferta na Aurisa Classic.

Corolla jest obecnie liderem na rynku aut kompaktowych w Polsce – zarówno w zestawieniu miesięcznym z maja (1941 egz.), jak i sumując liczbę rejestracji w kwietniu i maju (3580 egz.). Na wynik ten składa się zarówno liczba rejestracji nowego modelu 12. generacji, oferowanego jako hatchback, sedan i TS Kombi z napędami hybrydowymi i benzynowymi, jak i Corolla Classic, czyli poprzednia generacja dostępna wyłącznie z nadwoziem sedan.

Auris, który jeszcze w zeszłym roku stanowił główną pozycję w kompaktowej ofercie Toyoty, zanotował 737 rejestracji w maju i 1595 rejestracji od kwietnia. W sumie w maju zarejestrowano 2 678 kompaktowych Toyot, a od kwietnia do maja na drogi wyjechało ich 5 177.

Najpopularniejsze marki w segmencie C (rejestracje)

Marka kwiecień 2019 maj 2019 kwiecień-maj 2019
Toyota 2499 2678 5177
Skoda 2651 2415 5066
Volkswagen 1127 1249 2376
Opel 1021 1242 2263
Kia 691 695 1386
Hyundai 604 757 1361
Fiat 600 701 1301
Renault 672 537 1209
Seat 406 641 1047
Ford 526 410 936

Źródło: PZPM

Najpopularniejsze modele w segmencie C (rejestracje)

Model kwiecień 2019 maj 2019 kwiecień-maj 2019
Corolla 1639 1941 3580
Octavia 1689 1769 3458
Golf 1127 1247 2374
Astra 1021 1242 2263
Auris 858 737 1595
Rapid 896 548 1444
Tipo 600 701 1301
Cee’d 607 629 1236
Megane 672 537 1209
I30 512 601 1113

Źródło: PZPM

Ponad 10 000 kompaktowych Toyot

Łączna liczba rejestracji Corolli i Aurisa od stycznia do maja 2019 roku wzrosła o 21% do liczby 10 228 egzemplarzy, z 8 436 aut w tym samym okresie 2018 roku. Premiera nowego modelu Corolli spowodowała skokowy wzrost rejestracji modelu aż o 74% – z 3 380 aut od stycznia do maja 2018 do 5 893 egz. w tym roku. Równocześnie popularność powoli schodzącego z rynku Aurisa zmalała nieznacznie – tylko o 14%.

W maju Toyota zanotowała spektakularnie wysoki udział w segmencie C – aż 21,2%. W tym samym miesiącu ubiegłego roku wynosił on 15,1%. Średnio w pierwszych pięciu miesiącach tego roku Toyota zajmowała 17,1% rynku kompaktów.

Corolla popularna zarówno wśród firm jak i osób prywatnych

W grupie klientów indywidualnych liczba rejestracji Corolli i Aurisa wzrosła o 26% rok do roku, do liczby 3 936 aut, zaś na rynku flotowym oba modele Toyoty znalazły od stycznia do maja 6 292 nabywców, o 18% więcej niż rok temu w tym samym okresie.

Floty polskich firm wzbogaciły się w tym roku o 3 954 Corolle (vs 2 084 aut rok do roku). Nowa generacja najpopularniejszego samochodu na świecie spotkała się z uznaniem także prywatnych kierowców, którzy w tym roku zarejestrowali 1 939 Corolli (+643 auta rok do roku). Co więcej, wśród nabywców prywatnych wzrosła w tym roku także popularność Aurisa, dostępnego w ofercie Classic. Do maja liczba rejestracji tego modelu wyniosła 1 997 egzemplarzy (+173 auta rok do roku).

Powstaną nowe sądy wyspecjalizowane w ochronie własności intelektualnej

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje obecnie nad projektem nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustaw, którego głównym założeniem jest wprowadzenie wyspecjalizowanych sądów ds. własności intelektualnej.

Pomysł ten nie jest nowy…. podobne postulaty były zgłaszane od co najmniej parunastu lat i często podkreślano że główną bolączką polskiego systemu ochrony własności intelektualnej jest właśnie brak takich sądów. Z drugiej strony podobne do proponowanego rozwiązania, istnieją w większości Państw Członkowskich UE.

– Liczba spraw z zakresu własności intelektualnej, trafiających do polskich sądów, rośnie z roku na rok, natomiast brak wyspecjalizowanej kadry sądowniczej i znaczne skomplikowanie tych spraw nierzadko skutkuje dość dowolnymi rozstrzygnięciami – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Stępkowski, prawnik w Zięba&Partners.

Obecnie sprawy o naruszenie praw własności intelektualnej rozpoznawane są przez sądy powszechne oraz Sąd Najwyższy. Dodatkowo, w zakresie prawa własności przemysłowej, w postępowaniach o uzyskanie i utrzymanie ochrony, organem właściwym jest Urząd Patentowy oraz sprawujące nad nimi kontrolę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie oraz NSA.

Proponuje się aby sprawami z zakresu szeroko pojętego prawa własności intelektualnej, a zatem zarówno prawa autorskiego i praw pokrewnych, własności przemysłowej, nieuczciwej konkurencji, ale również innych spraw dotyczących praw na dobrach niematerialnych (m.in. komercjalizacji dóbr osobistych), trafiły pod kognicję specjalnie utworzonych wydziałów sądów okręgowych w czterech miastach: Warszawie, Katowicach, Gdańsku i Poznaniu. Przy czym w drugiej instancji sprawy będą rozstrzygane przez wydziały dwóch sądów apelacyjnych – w Warszawie i Katowicach.

Projekt ustawy zakłada rezygnację z istnienia Sądu Unijnych Znaków Towarowych i Wzorów Wspólnotowych utworzonego w ramach XXII Wydziału Sądu Okręgowego w Warszawie, który dotychczas na zasadzie wyłączności rozstrzygał sprawy dotyczące naruszeń oraz wpadkowo utrzymania ochrony tych właśnie praw.

Zgodnie z projektem, Sąd Okręgowy w Warszawie pozostanie jednak wyłącznie właściwy w sprawach gatunkowo najpoważniejszych, przy rozstrzyganiu których niezbędna jest wiedza techniczna – dotyczących programów komputerowych, wynalazków, wzorów użytkowych, odmian roślin i tajemnic przedsiębiorstwa o charakterze technicznym oraz mających znaczenie marginalne topografii układów scalonych.

Co istotne, nowela wprowadza przymus adwokacko-radcowsko-rzeczniowski. Zatem przed nowo utworzonymi wydziałami, strony będą musiały być reprezentowane przez profesjonalnych pełnomocników. Podyktowane jest to przede wszystkim potrzebą specjalizacji, ale również chęcią usprawnienia i przyspieszenia postępowań. Prowadzenie sporów w sprawach własności intelektualnej wymaga znajomości regulacji unijnych, harmonizujących oraz ujednolicających ten obszar prawa, a przede wszystkim orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE i działającego w jego ramach Sądu UE. Zatem zarówno pełnomocnicy jak i sędziowie muszę posiadać odpowiednią ekspertyzę w tym zakresie.

W razie ustanowienia takiego przymusu, strony będą musiały oczywiście liczyć się z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów związanych z honorarium pełnomocnika, ale już obecnie zwłaszcza uprawnieni – korzystają z usług profesjonalnych pełnomocników.

Niezależnie jednak od tego, projekt przewiduje możliwość zwolnienia strony z obowiązku zastępstwa przez pełnomocnika, jeśli uzasadniają to – zgodnie z projektem: „szczególne okoliczności, w tym stopień zawiłości sprawy”.

– Reorganizacja właściwości sądów w powyższym zakresie pozwoli m.in. uniknąć dość często występującej sytuacji, w których sędziowie – z powodu zawiłości sprawy, m.in. pod względem technicznym – opierają rozstrzygnięcia w głównej mierze posługując się opiniami biegłych, którzy w istocie dokonują ocen prawnych, co nie powinno mieć miejsca – wyjaśnia M.Stępowski z kancelarii Zięba&Partners.

Sądy ds. własności intelektualnej zyskają również kompetencję do rozstrzygania w przedmiocie utrzymania ochrony praw do znaków towarowych oraz praw z rejestracji wzorów przemysłowych – w skutek wytoczenia powództwa wzajemnego w postępowaniu o naruszenie. Dotychczas taka możliwość występowała wyłącznie w odniesieniu do ich unijnych odpowiedników tych praw. Natomiast w odniesieniu do praw krajowych, strona domagająca się unieważnienia lub wygaszenia prawa musiała wnosić o zawieszenie postępowania i wszczynać odrębne postępowanie przed Urzędem Patentowym, co budziło liczne kontrowersje.

Projekt przewiduje również liczne zmiany w zakresie proceduralnym, dotyczące m.in. pakietu środków służących zabezpieczeniu dowodów, a także sposobu ustalenia odszkodowania za naruszenie praw własności intelektualnej.

Kształt proponowanej przez Ministerstwo Sprawiedliwości noweli zapewne ulegnie jeszcze licznym zmianom. Proponowany termin wejścia w życie noweli to 1 stycznia 2020 r.

Ewolucja stylu pracy, a rynek powierzchni biurowych – nadążyć za trendami

Trudno nadążyć za trendami. Zwłaszcza, gdy proces powstawania budynku – począwszy od stworzenia projektu skończywszy na jego realizacji – trwa kilka lat. Rynek biurowy stara się jednak nadążać za zmieniającymi się trendami i stylem pracy, oferując rozwiązania dostosowane do potrzeb najemców.

Aleksandra Chojnacka, Negocjator w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield
Aleksandra Chojnacka, Negocjator w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield

Pogoń za elastycznością

W czasach automatyzacji, cyfryzacji oraz szybko zachodzących zmian gospodarczych, przedsiębiorstwa starają się unikać długoterminowych zobowiązań. Coraz więcej firm funkcjonuje w oparciu o określone projekty, zmienia się więc charakter pracy, a to powoduje zmiany w podejściu do zatrudnienia. Firmy, które nie mogą przewidzieć, ile osób będą zatrudniać za rok, czy za 5 lat, niechętnie podejmują 5-cio czy 10-cioletnie zobowiązania dotyczące tradycyjnego najmu biura. Może się bowiem okazać, że centrala firmy zdecyduje się na umieszczenie jednego ze swoich zespołów w Warszawie albo krakowski oddział wygra przetarg na ogromny projekt wymagający dodatkowego zatrudnienia 60 osób od zaraz. Potrzeba elastyczności urosła do takich rozmiarów, że eksperci ds. rynku nieruchomości komercyjnych mierzą się z podobnymi wyzwaniami na co dzień. Jednym z rozwiązań mogą być w tym przypadku zapisy kontraktowe, takie jak możliwość ekspansji czy redukcji powierzchni. Nadal trzeba się jednak liczyć z czasem niezbędnym na realizację takich zapisów i wykończenie powierzchni, a przy obecnej sytuacji na rynku budowlanym, wykończona powierzchnia zostanie dostarczona najwcześniej po kilku miesiącach.

Dla najemców, którzy nie mają tyle czasu, dobrym rozwiązaniem mogą być biura serwisowane i powierzchnie coworkingowe, których rozwój w ostatnim czasie w Polsce bardzo przyśpieszył. Tylko w 2018 roku w Warszawie oddano do użytku prawie 40 tys. mkw. nowych powierzchni coworkingowych. Operatorzy oferują najemcom rozwiązania krótkoterminowe, dając nieograniczone możliwości elastyczności – w przypadku zmiany zapotrzebowania, można dostosować wielkość biura lub liczbę biurek, z miesiąca na miesiąc przedłużyć lub z wypowiedzieć umowę, czy z godziny na godzinę zarezerwować dodatkowe sale konferencyjne. Mamy tu do czynienia z wykończonym i umeblowanym biurem, a dostępność takiego rozwiązania pozwala na szybkie podejmowanie decyzji. W tym przypadku, od momentu zidentyfikowania potrzeby najemcy do momentu wprowadzenia się na powierzchnię, mija zaledwie kilka dni.

Walka o talent

Sytuacja na rynku pracy zmieniła się na korzyść pracowników. Obecnie warunki dyktują pracownicy, z których większość stanowią Millennialsi. Aby sprostać ich oczekiwaniom, firmy zmuszone są do budowania odpowiedniej kultury organizacji. Według raportu Deloitte dot. Millennialsów, jednymi z najważniejszych czynników przy wyborze pracodawcy są pozytywna kultura organizacyjna oraz elastyczność miejsca i czasu pracy. To właśnie odpowiednie biuro ma znaczenie dla tworzenia tej kultury i elastycznego miejsca pracy. W rezultacie, w procesy poszukiwania powierzchni biurowej powinien być angażowany zespół HR. Aby wyjść naprzeciw rosnącym oczekiwaniom pracowników wobec miejsca pracy, rośnie jakość oferowana najemcom przez deweloperów. To oni prześcigają się, aby uzyskać przewagę konkurencyjną wprowadzając nowe rozwiązania ekologiczne i technologiczne oraz wszelkie inicjatywy wpływające na szeroko pojęty „wellbeing”.  Certyfikowanie typu LEED i BREEAM wprowadzono 20 lat temu, dlatego dziś trudno nadal nazywać to rozwiązanie trendem. Nowym modnym certyfikatem jest WELL, oceniający wpływ budynku i biura na zdrowie i samopoczucie użytkownika poprzez monitorowanie jakości wyposażenia i wykończenia powierzchni, ale przed wszystkim powietrza, temperatury i wilgotności.

Dla niektórych certyfikacja nie jest jednak wystarczająca, więc deweloperzy idą krok dalej. Niezwykle atrakcyjnym udogodnieniem są aplikacje budynkowe. To koncept, który w wielu krajach jest już nieodzowną częścią budynku biurowego, w Polsce dopiero się rozwija. Dobrymi przykładami są narzędzia typu spaceOS lub Connected by Skanska.  Aplikacje łączą w sobie różne funkcje – zastępują kartę wejściową, informują o wydarzeniach w budynku, atrakcjach i menu lunchowym. To również wirtualna recepcja służąca do rejestracji gości, jednocześnie informująca o przyjściu osoby odwiedzającej. Synchronizując aplikację z systemem zarządzania parkingiem można wskazać gościom miejsce parkingowe, z którego mogą skorzystać. Aplikacje są na tyle elastyczne, że najemca sam decyduje o jej funkcjonalności, mogąc połączyć ją z systemem rezerwacji sal konferencyjnych lub monitorując wykorzystanie powierzchni biurowej w celu poprawy efektywności.

Czy rynek biurowy nie prześcignął zmian mentalności?

Wprowadzanie zmian do biura jest procesem długotrwałym, wymagającym zmiany w myśleniu pracowników. Moda na tworzenie „open space’ów” musiała na dobre się rozgościć, aby realna funkcjonalność tego rozwiązania mogła zostać oceniona. Rozwiązanie „one size fits all” idzie do lamusa, najemca chce otrzymać w pełni spersonalizowane rozwiązanie. Dlatego rośnie rola specjalistów zajmujących się strategią środowiska pracy. Dzięki ich obecności w procesie poszukiwania biura można zbadać nawyki pracowników, monitorować efektywność wykorzystania powierzchni i stworzyć koncepcję biura, dostosowanego do zmieniającego się stylu pracy. Rozwiązania przestrzenne muszą iść w parze z kulturą organizacyjną firmy. Jak ma się sprawdzić „agile workplace” w organizacji, w której manager z zegarkiem sprawdza ile godzin pracownik siedzi przy biurku? Rozwój technologii umożliwia przecież pracę z dowolnego miejsca, a pracownik oczekuje od pracodawcy elastyczności i przyzwolenia na pracę zdalną. Biorąc pod uwagę urlopy, choroby i inne absencje, zajętość biurek w typowej organizacji wynosi średnio około 50-80%. Idea „open space” nigdy nie brała pod uwagę tego problemu, natomiast tworząc środowisko pracy „agile” można zredukować niską zajętość biurek czy zlikwidować problem związany z nieustannym brakiem sal konferencyjnych na spotkania ad hoc. Dlatego wprowadzany jest „desk sharing” i współczynnik 0,7-0,9 biurka na pracownika, przy adekwatnym wzroście liczby alternatywnych miejsc pracy, właśnie takich jak sale spotkań ad hoc, czy miejsca do pracy w ciszy. Możemy w ten sposób zoptymalizować wynajmowaną powierzchnię oraz zaprojektować elastyczne biuro bez przypisanych miejsc pracy. Umożliwia to łatwiejszą adaptację w razie zmian zespołowych i pojawienia się dodatkowych prac projektowych. To może być właśnie jeden trend, za którym rynek biurowy nadąży szybciej, niż wymagana zmiana kultury organizacji i mentalności pracowników.

Autor: Aleksandra Chojnacka, Negocjator w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield

Maciej Mazur: Przyszłość transportu jest jasna

Transport osobisty i zbiorowy w polskich miastach może się diametralnie zmienić, dzięki rozwojowi technologicznemu samochodów. Podczas seminarium „Mobility City”, organizowanego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, uczestnicy mogli poznać nowe możliwości, jakie daje elektryczny i autonomiczny samochód. Po specjalnie przygotowanym torze przejechał pierwszy w Polsce pojazd bez kierowcy, czyli elektryczny model Renault EZ-GO. Eksperci przewidują, że w ciągu piętnastu lat na ulicach polskich miast zagoszczą elektryczne, autonomiczne pojazdy – które usprawnią transport zbiorowy i uczynią go bardziej ekologicznym.

– Rozwój technologii jest niebywale zaawansowany. Pojazdy na poziomie piątym autonomizacji, w którym nie jest potrzebny kierowca, realizują już projekty pilotażowe w ośrodkach testowych. W takich miejscach jak Kalifornia, Izrael czy Azja tego typu projekty są realizowane także poza ośrodkami naukowymi. Zatem coś, co wydawałoby się całkowitą futurologią, dzieje się na naszych oczach – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor generalny PSPA. – Na konferencji Mobility City pokazujemy, że warto być otwartym na nowe technologie. Zmiany zachodzą dużo szybciej, niż można by się spodziewać. W ciągu kolejnych piętnastu lat możemy spotkać się z sytuacją, że nasza taksówka będzie elektryczna i że będziemy w niej absolutnie sami – przewiduje Mazur.

Spowolnienie gospodarcze wymusiło na firmach redukcję kredytu kupieckiego dla odbiorców

Euler Hermes opublikował coroczny przegląd i prognozę globalnego średniego współczynnika spłaty należności[1] (DSO), na podstawie próby 25 tys. spółek giełdowych w 20 sektorach i 36 krajach. Współczynnik obiegu należności (Days Sales Outstanding – DSO) informuje, ile czasu zajmuje notowanym firmom odzyskanie gotówki od klientów.

  • Globalny średni współczynnik obiegu należności (DSO) obniżył się o -1 dzień do 65 dni w 2018 r., po najwyższym w ciągu ostatniego 10-lecia poziomie w roku 2017. Oznacza to, iż firmy są bardziej ostrożne i tak też podchodzą do dyscypliny płatniczej swoich klientów. Ponieważ wzrost światowego PKB ulega dalszemu spowolnieniu, Euler Hermes spodziewa się, że DSO osiągnie poziom 64 dni w 2019 r.
  • Chińskie firmy nadal odnotowują najdłuższy średni okres spłaty swoich należności, wynoszący 92 dni, przy czym jedna czwarta tych firm otrzymuje płatność dopiero po czterech miesiącach, co potwierdza ich rolę jako “niewidocznych banków” na poziomie lokalnym – krajowym jak i regionalnym – dla reszty Azji.
  • Kraje śródziemnomorskie powróciły do swojego złego nawyku opóźnionego regulowania płatności: średni wskaźnik DSO dla Włoch, Francji, Grecji i Hiszpanii wydłużył się w ubiegłym roku odpowiednio o +5 dni, +2 dni, +2 dni i +1 dzień.
  • Firmy w sektorach elektronicznym (-2 dni), maszynowym (-1 dzień) i budowlanym (-3 dni) nadal odczuwają bolesne skutki najdłuższego DSO, wynoszącego odpowiednio 89, 86 i 82 dni w 2018 r. – znacznie powyżej globalnej średniej. Firmy B2C miały lepszą kontrolę nad terminami płatności.

Opracowanie Euler Hermes pokazuje, że po osiągnięciu 10-letniego, najwyższego poziomu w 2017 r., globalny średni wskaźnik obiegu należności DSO uległ skróceniu o 1 dzień do 65 dni w 2018 r., co oznacza, że firmy stają się bardziej ostrożne i szybciej starają się odzyskać z rynku swoje należności wraz z globalnym spowolnieniem gospodarczym. Ponieważ wzrost światowego PKB ulega dalszemu spowolnieniu, Euler Hermes spodziewa się, że DSO osiągnie poziom 64 dni w 2019 r.

Firmy są zaniepokojone globalnym spowolnieniem wzrostu

W 2017 r. ponowne przyspieszenie światowego wzrostu gospodarczego doprowadziło do zauważalnego wydłużenia globalnego średniego okresu obiegu należności – DSO, który osiągnął swój najwyższy poziom od 2007 r., tj. 66 dni. Firmy miały wtedy większe zaufanie do klientów ze względu na lepsze i lepiej rokujące otocznie gospodarcze i finansowe.

Tym niemniej w roku 2018 mieliśmy do czynienia z globalną niepewnością w sferze gospodarczej, która – jak prognozuje Euler Hermes – skutkować będzie spowolnieniem globalnego wzrostu gospodarczego w 2019 r. do poziomu 2.9% r/r, w porównaniu z 3.1% r/r w 2018 r. Zaniepokojone firmy zaostrzają warunki kredytowania swoich odbiorców. W konsekwencji DSO będzie kontynuował tendencję spadkową, do poziomu średnio 64 dni w 2019 r.

Globalna tendencja spadkowa od Azji do krajów nordyckich

Chiny ponownie odnotowują najdłuższy średni okres płatności na świecie wynoszący 92 dni (+27 dni ponad globalną średnią), mimo zredukowania swojego DSO (o -1 dzień w 2018 r. w stosunku do 2017 r.). Odzwierciedla to rolę chińskich firm, jako “niewidocznych banków” na poziomie krajowym i dla dużych partnerów handlowych, co wynika z mniej rozwiniętego, otwartego systemu finansowego. Jest to jednak niebezpieczne, bowiem z tego powodu chińskie firmy są bardziej wrażliwe na wszelkie ryzyka finansowe.

Kraje nordyckie i Ameryka Północna z powodzeniem utrzymały dyscyplinę płatności swoich klientów. Przy zwykle strukturalnie niższych poziomach niż reszta świata, w 2018 r. Kanada i USA zdołały mimo wszystko zredukować swój DSO odpowiednio do 52 i 51 dni. Świadczy to zarówno o kulturowych uwarunkowaniach prowadzenia biznesu, jak i o tym, że firmy o dużych zasobach gotówki w tych krajach mogą szybko przystosowywać się do zmieniających się tendencji globalnego wzrostu gospodarczego.

Mimo pogarszających się warunków gospodarczych Norwegia (53 dni), Szwecja (57 dni), Wielka Brytania (52 dni), Niemcy (54 dni), Polska (59 dni) i Belgia (59 dni) zdołały obniżyć swój wskaźnik średniego okresu obiegu należności (spółek giełdowych) DSO, w oczekiwaniu na nadchodzące spowolnienie wzrostu i przystosowując się do rosnących trudności, m.in. w przemyśle motoryzacyjnym.

Kraje śródziemnomorskie – powód do niepokoju

Maxime Lemerle, Szef Zespołu Badań Sektorowych i Niewypłacalności w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes
Maxime Lemerle, Szef Zespołu Badań Sektorowych i Niewypłacalności w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes

Kraje śródziemnomorskie pozostają w tyle ze swoimi wskaźnikami średniego okresu obiegu należności DSO, w szczególności Grecja (91 dni), Włochy (86 dni), Maroko (84 dni), Turcja (79 dni), Hiszpania (78 dni) i Francja (73 dni). Firmy w regionie powróciły do złego nawyku akceptowania dużego opóźnienia płatności od swoich klientów. “To może być kolejny przykład tradycyjnego opóźnienia, z jakim europejskie firmy reagują i przewidują zmiany cyklu gospodarczego. Ale to niebezpieczne pozostać bez gotówki w czasie spowolnienia globalnego wzrostu i handlu” – skomentował Maxime Lemerle, Szef Zespołu Badań Sektorowych i Niewypłacalności w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes.

Sektory B2C i B2B muszą uporać się z rozbieżnym kursem kształtowania się ich DSO

Branże B2C (towarów konsumpcyjnych) mają większą zdolność, w porównaniu z branżami B2B (towarów inwestycyjnych), do regulowania w razie potrzeby nowych warunków płatności. Są one bardziej skłonne do akceptowania dłuższych terminów płatności w celu wsparcia sprzedaży, jeżeli uznają, że cykl gospodarczy nie będzie w fazie zbyt gwałtownego spadku. Ponieważ znajdujemy się w późnej fazie cyklu gospodarczego, a ponadto efekty wahań gospodarczych ze sporym opóźnieniem uderzają w firmy z sektorów konsumpcyjnych – B2C, to może to skłaniać je do dalszego proponowania łagodniejszych (czytaj – wydłużonych) warunków płatności.

Wahania cyklu gospodarczego oddziałują na branże B2B (towary inwestycyjne, w tym półprodukty, maszyny, części etc.) bardziej bezpośrednio i na wcześniejszym etapie. Ze swojej natury są one bardziej cykliczne. Branże B2B już dostrzegły globalne spowolnienie wzrostu, co jest zapowiedzą nadchodzących problemów gospodarczych. W konsekwencji firmy te obawiając się ryzyka nadmiernie wydłużających się płatności skróciły akceptowane terminy płatności zmniejszając swój średnioobieg należności – DSO już w 2018 r.

Chociaż handel detaliczny charakteryzuje się najniższym – najkrótszym DSO (30 dni) w porównaniu ze wszystkimi innymi sektorami, to należy go bacznie obserwować, ponieważ gwałtownie obniżył się on w ostatnim roku, średnio w skali światowej o 5 dni w tym czasie. Ponieważ model biznesowy sektora handlu został wywrócony do góry nogami, mocno zmniejszyła się jego zdolność regulowania kredytu w rachunku bieżącym. Dostawcy – producenci mogą zostać dotknięci, jeżeli detaliści zwiększa także swój wskaźnik zaległych płatności w dniach (Days Payable Outstanding – DPO).

[1] Współczynnik spłaty należności (DSO – Days Sales Otstanding), zwany także wskaźnikiem regulowania należności w dniach, podaje liczbę dni, jaką zabiera firmie odzyskanie gotówki ze sprzedaży z odroczonym terminem zapłaty. Współczynnik oblicza się dzieląc należności przez całkowity przychód firmy z jednego roku, a następnie mnożąc przez 360.

Usługi w branży finansowej zacznie oferować sztuczna inteligencja. W przyszłości to boty będą podejmować za klientów decyzje dotyczące finansów

Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance
Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance

Rynkiem finansowym rządzą dziś oczekiwania klientów, zwłaszcza młodych, przyzwyczajonych do usług finansowych dostępnych w telefonie, od ręki. Dlatego branża zmierza w kierunku finansów autonomicznych, które nie będą wymagać angażowania klienta w proces decyzyjny ani poszczególne kroki wymagane do tego, by otrzymać produkt finansowy. Kołem zamachowym tej zmiany są technologie, takie jak sztuczna inteligencja, boty czy agregatory ofert, które rozpowszechnią się dzięki dyrektywie PSD2. – W kwestii rozwoju technologicznego branża finansowa wciąż ma jednak do zrobienia bardzo duży skok – ocenia Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance.

– Klientom najbardziej zależy dziś na tym, żeby nie musieć się angażować w procesy i czynności, które tylko marnują ich czas i nie są dla nich przyjemne, takie jak wypełnianiu obowiązków typu wypełnianie wniosków kredytowych, aplikowanie o depozyt czy dokonanie przelewu. Dlatego rynek finansowy – kierując się tym, na czym najbardziej zależy klientom – będzie dążył do tego, aby finanse były jak najbardziej autonomiczne, nie angażowały czasu wolnego klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Wernerowicz.

Jak podkreśla, rynkiem finansowym rządzą dziś oczekiwania klientów – w dużej mierze dotyczy to pokolenia, które dopiero wchodzi w dorosłość i tzw. Millenialsów, czyli osób pomiędzy 18. a 35. rokiem życia. To grupa, w której wybijają się trzy główne trendy. Po pierwsze, młodzi chcą mieć wszelkie usługi finansowe dostępne na telefonie, po drugie – są przyzwyczajeni do obsługi bezgotówkowej, i po trzecie – chcą mieć wszystko „tu i teraz”, dostępne od ręki.

– Jeżeli chcą na coś wziąć kredyt – to musi on być dostępny tu i teraz, najlepiej jednym kliknięciem. Jeżeli chcą dokonać płatności, to ta płatność też musi być transferowana w czasie rzeczywistym. To są takie główne trendy na rynku finansowym, które są wyznaczane właśnie przez potrzeby klientów – mówi Ewa Wernerowicz.

Prezes Vivus Finance ocenia, że rynek zmierza powoli w kierunku finansów autonomicznych, które nie będą wymagać angażowania klienta w proces decyzyjny ani poszczególne kroki wymagane do tego, żeby np. otrzymać produkt finansowy.

– Wyobrażam sobie, że za kilka lat algorytmy zostaną zatrudnione do tego, żeby odciążyć klienta i podejmować za niego te drobne decyzje. Przykładowo, kiedy musimy poczekać na pensję jeszcze dwa dni, a pieniądze na koncie już się skończyły – to one będę automatycznie uzupełniane przez bota, który podpowie klientowi, że powinien wziąć jakąś pożyczkę – mówi Ewa Wernerowicz – Korzystając z autonomicznych finansów, klient nie będzie się musiał skupiać na czytaniu umów, bo zrobi to za niego ekspert czy bot, który będzie czuwał nad bezpieczeństwem jego finansów i pomoże mu podjąć najlepszą decyzję. Wybierze dla niego najlepszą ofertę, zaproponuje kredyt w momencie, kiedy będzie tego potrzebował albo depozyt, jeśli będzie mieć jakieś dodatkowe środki. Klienci będą korzystali z usług, gdzie te podstawowe decyzje finansowe są podejmowane przez boty czy sztuczną inteligencję.

Jednym z najważniejszych kół zamachowych zmian w finansach osobistych jest technologia. Dzięki niej obsługa transakcji przenosi się z do kanałów i urządzeń samoobsługowych – już w tej chwili większość operacji finansowych przenosi się do środowiska mobilnego. W Vivus ponad 60 proc. klientów korzysta z usług finansowych za pośrednictwem aplikacji, dlatego mobile jest kanałem priorytetowym. W przyszłości, autonomiczne finanse będą bazować na rozwoju kolejnych technologii, takich jak sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe czy blockchain.

– Na pewno potrzebne będą też agregatory ofert, co umożliwi PSD2. Pojawią się podmioty, które będą skupiały oferty wielu graczy: banków, podmiotów niebankowych, płatności i ubezpieczeń. Tego typu agregatorzy na pewno mają szansę na rynku i to jest ta technologia, którą klienci pokochają, bo lubią mieć wszystko w jednym miejscu – mówi Ewa Wernerowicz – Obecny etap rozwoju technologii finansowych nie jest jeszcze zbyt zaawansowany, ponieważ systemy bankowe były tworzone kilkadziesiąt lat temu i nie do końca potrafią się wpiąć w takie systemy fintechowe, które agregują oferty, które dostarczają dodatkowe usługi klientom. Tak więc jeżeli chodzi o technologię, tu mamy jeszcze do zrobienia bardzo duży skok.

Prezes Vivus Finance podkreśla, że rynek pożyczek pozabankowych rozwija się nieprzerwanie od 2012 roku, szczególnie w internecie. Jego obecna wartość – liczona jako suma bilansowa przedsiębiorstw działających na tym rynku – wynosi ok. 6-7 mld zł.

– Cały rynek consumer finance w Polsce rośnie, licząc banki i firmy pozabankowe. Wiąże się to z faktem, że poprawia się sytuacja finansowa Polaków, polskich gospodarstw domowych. Związane jest to również m.in. z transferami socjalnymi, wzrostem średnich płac w gospodarce. Polacy mają coraz więcej potrzeb konsumpcyjnych i coraz łatwiej im je zaspokajać. Przy wzroście akcji kredytowych obserwujemy również poprawę kontroli nad ryzykiem kredytowym, co jest pozytywnym sygnałem dla rozwoju branży – mówi Ewa Wernerowicz.

Rynek pożyczek pozabankowych dzieli się obecnie wyraźnie na dwie kategorie: online i offline, czyli sektor, w którym działają tradycyjni pożyczkodawcy, którzy promują obsługę domową lub obsługę w oddziałach brokerskich. W tym pierwszym średnia wieku klientów to około 29-30 lat i dominują w nim osoby, które same dobrze orientują się w finansach i potrafią wyszukać właściwą dla siebie ofertę.

– Możemy w tej chwili zauważyć, że firmy pożyczkowe przechodzą do wyższych segmentów rynku. Coraz więcej klientów najpierw zagląda do firm pożyczkowych, a dopiero później do banków, w zależności od tego, jakiego produktu poszukuje. Z danych BIK-u wiadomo też, że jest duża rzesza klientów, która w ogóle nie zagląda do banków, tylko korzysta z oferty firm pożyczkowych. Dzieje się tak, ponieważ w naszej firmie można dostać tę pożyczkę właściwie w ciągu 2 minut, w zależności jak szybko się przyciśnie dwa przyciski. W kierunku zmierza właśnie rynek consumer finance – mówi Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance.

Już 17 mln Europejczyków korzysta z przepisów gwarantujących ochronę socjalną w UE. System elektronicznej wymiany informacji usprawni współpracę w tym zakresie

Już 17 mln Europejczyków korzysta z przepisów gwarantujących ochronę socjalną w UE. System elektronicznej wymiany informacji usprawni współpracę w tym zakresie 1

Blisko 17 milionów obywateli Unii Europejskiej mieszka w państwie innym niż kraj pochodzenia. Szacuje się, że 2 mln osób dojeżdża do pracy lub na studia do innego kraju niż ten, w którym mieszka. Dzięki unijnej koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego mają takie same prawa do emerytury czy renty jak obywatele państw, w których pracują. Jest to możliwe dzięki ścisłej współpracy między instytucjami zabezpieczenia społecznego w różnych krajach. Nowe rozwiązania, jak Europejski Urząd ds. Pracy czy EESSI – system elektronicznej wymiany informacji dotyczących zabezpieczenia społecznego, ułatwią znalezienie pracy w innych unijnych państwach, przyspieszą weryfikację i wypłatę świadczeń.

 Koncentrujemy się obecnie na czterech głównych zagadnieniach: kwestii brexitu, wdrożenia systemu elektronicznej wymiany danych w UE, ustanowienia Europejskiego Urzędu ds. Pracy, a także nowelizacji rozporządzeń 883 oraz 987. Są to kluczowe z naszego punktu widzenia tematy, które angażują nasze siły i środki, i będą miały ogromne znaczenie dla przyszłości unijnej koordynacji systemu zabezpieczenia społecznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Wójcik, dyrektor Departamentu Koordynacji Systemów Zabezpieczenia Społecznego w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Nowelizacja przepisów będących podstawą prawną unijnej koordynacji ma uszczelnić obecny system. Europejski Urząd ds. Pracy pomoże w znalezieniu pracy, wskaże możliwości przygotowania zawodowego i będzie wspierał współpracę między krajami w sytuacjach transgranicznych. Prawdziwą rewolucją będzie EESSI, czyli system elektronicznej wymiany informacji zabezpieczenia społecznego, do którego Polska prawdopodobnie dołączy w lipcu 2019 roku.

– Przechodzimy od systemu papierowej wymiany informacji i korespondencji do wymiany elektronicznej. Będzie to ogromny krok naprzód, który przyspieszy weryfikację uprawnień i wypłatę świadczeń dla ubezpieczonych – zapewnia Robert Wójcik.

Komisja Europejska ocenia, że obecnie nawet 17 milionów obywateli UE mieszka w innym państwie unijnym niż kraj pochodzenia. Blisko 2 mln osób pracuje lub studiuje w jednym kraju, ale mieszka w innym. Dzięki koordynacji unijnej, umowom dwustronnym i ścisłej współpracy między instytucjami zabezpieczenia społecznego wszystkie takie osoby mają zapewnione prawo do świadczeń podczas przemieszczania się w Europie.

Koordynacja systemów zabezpieczenia społecznego tak na poziomie krajowym, jak i unijnym, wymaga bardzo bliskiej, lojalnej współpracy. Jest to działanie zespołowe – przekonuje Robert Wójcik.

– Współpraca międzyinstytucjonalna jest niezwykle ważna. Jest to wręcz nieodzowny element w kontekście zatrudniania imigrantów, którzy również znajdują się w zasięgu naszych działań. Mając na celu zapewnienie imigrantom należnych im praw, ściśle współpracujemy z ZUS-em – podkreśla Johan de Jong z instytucji holenderskiej UWV. – Stosowanie ustawodawstwa danego kraju poza jego granicami jest bardzo skomplikowanym zadaniem, ale zawsze staramy się znaleźć rozwiązanie, które umożliwi jego realizację.

To dzięki współpracy międzyinstytucjonalnej osoby mieszkające w innych krajach niż państwo pochodzenia mogą liczyć na przyznanie i wypłatę świadczeń. To istotne zwłaszcza w kontekście coraz częstszej migracji zarobkowej.

 W Holandii przebywa 300 tys. polskich obywateli. To nie są wszystkie osoby, które korzystają z systemu koordynacji, bo mamy jeszcze ponad 100 tys. pracowników delegowanych z Polski, mamy też osoby, które podejmują w Holandii pracę sezonową początkowo przez trzy miesiące, potem przez coraz dłuższe okresy. Im dłużej te osoby pracują, tym bardziej korzystają z systemu koordynacji – wskazuje Urszula Kozłowska, doradca ds. polityki migracyjnej i spraw społecznych z Ambasady Królestwa Niderlandów w Warszawie.

Umowy o współpracy pozwalają czuć się obywatelem danego kraju, nawet jeśli faktycznie tak nie jest. Taka osoba ma prawo do wszystkich świadczeń wypłacanych w danym kraju, m.in. zasiłku macierzyńskiego, świadczeń dla bezrobotnych czy tych wypłacanych ze względu na wypadek przy pracy. Co więcej, praca w innym kraju niż ten pochodzenia liczy się do stażu pracy. Tym samym jeśli dana osoba przepracowała po kilka lat w kilku krajach unijnych, to z każdego z nich będzie miała prawo do emerytury czy renty.

W Holandii mamy dwie instytucje siostry ZUS. UWV jest odpowiedzialne za zasiłki dla bezrobotnych, kwestie emerytalne i rentowe, a SVB za kwestie zaświadczeń A1, na podstawie których pracownicy delegowani z Polski mogą wyjechać do Holandii, czy za świadczenia rodzinne – wymienia Urszula Kozłowska.

Eksperci zgodnie podkreślają, że dla sprawnego działania przepisów konieczna jest ścisła współpraca między krajami. Polska i Holandia podpisały już np. umowę o współpracy w zakresie elektronicznej wymiany danych tak, by przyspieszyć prawidłowość wypłaty świadczeń.

Na podstawie umów międzynarodowych ZUS wypłaca miesięcznie ok. 186 tys. emerytur i rent w Polsce i za granicą.

– W ostatnich latach w gronie urzędników naszych instytucji odbyliśmy wiele spotkań, które miały na celu usprawnienie współpracy i omówienie jej warunków – wspólnie staramy się poprawiać nasze wyniki i zacieśniać współpracę w zakresie wymiany informacji między ZUS-em a DRV – zaznacza Christian Lemke z Deutsche Rentenversicherung Berlin-Brandenburg.

Dane najważniejszym surowcem XXI wieku. Biznes musi się nauczyć je lepiej wykorzystywać

Dane najważniejszym surowcem XXI wieku. Biznes musi się nauczyć je lepiej wykorzystywać 2

Dane określane są dziś mianem najważniejszego surowca XXI wieku. Ich wykorzystanie napędza cyfrową gospodarkę, stanowi bazę przy podejmowaniu decyzji biznesowych. Eksperci podkreślają, że firmy muszą się przekształcić z organizacji, które tylko posiadają dane, w takie, które potrafią je wykorzystywać do optymalizowania swojej działalności. – Informacje trzeba przetwarzać tak, aby na nich zarabiać, ale w sposób legalny i bezpieczny, zwłaszcza te o charakterze osobowym, które mają największą wartość – podkreśla dr Maciej Kawecki z Ministerstwa Cyfryzacji.

– Cyfryzacja i digitalizacja wiążą się przede wszystkim z korzyściami, ale również z ryzykiem i jak wszystko mają swoje białe i czarne strony. Dlatego trzeba do nich podchodzić bardzo racjonalnie. Musimy też pamiętać o tym, że nie ma cyfryzacji bez danych. Cyfryzacja, innowacje muszą być karmione danymi, bo one są wszechobecne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Maciej Kawecki, dyrektor Departamentu Zarządzania Danymi w Ministerstwie Cyfryzacji.

Jak podaje IBM, każdego dnia użytkownicy na całym świecie generują 2,5 mld gigabajtów nowych danych. Ich wykorzystanie to dla biznesu ogromna szansa. Znaczenie danych jako głównego zasobu przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD, natomiast brytyjski dziennik „The Economist” uznał je za najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje więcej pieniędzy niż ropa. Według raportu „Data utilization intensity and economic performance” opracowanego dla resortu cyfryzacji efektywne przetwarzanie danych to jeden z kluczowych elementów dla gospodarki. Dostęp, analiza i wykorzystanie danych wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB całej Unii Europejskiej.

– Informacją w przemyśle i gospodarce powinniśmy zarządzać w taki sposób, żeby jak najwięcej na niej zarabiać. Musimy jednak pamiętać o tym, że mamy różne kategorie informacji. Jeżeli pozyskujemy dane osobowe, musimy przestrzegać RODO. Jeżeli pozyskujemy dane analityczne, które bardzo często mają swojego właściciela, czy dane geopolityczne, możemy naruszać własność intelektualną. Dlatego informacje trzeba wykorzystywać w sposób legalny i bezpieczny. Zwłaszcza informacje o charakterze osobowym, które zawsze mają największą wartość – mówi dr Maciej Kawecki.

– Przyrost danych trzeba wykorzystywać w sposób inteligentny, bo nie wszędzie gromadzenie wszystkich danych jest konieczne. Nie bądźmy obsesyjnie przywiązani do gromadzenia danych, podobnie jak do gromadzenia pieniędzy na koncie – nie chodzi o to, żeby je mieć, ale żeby umieć je wykorzystywać –dodaje prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.

To się przedsiębiorstwom bardzo opłaci. Według McKinsey Global Institute firmy data-driven mają o 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów i sześciokrotnie większą na ich późniejsze zatrzymanie. Natomiast z badań przeprowadzonych przez MicroStategy wynika, że zdaniem 63 proc. ankietowanych analityków i ekspertów firma oparta na danych oznacza wzrost produktywności i efektywności. Ponad 50 proc. zwróciło też uwagę na możliwość podejmowania szybszych i bardziej trafnych decyzji, a także uzyskiwania lepszych wyników finansowych (raport „Global State of Enterprise Analytics 2018”). Zdecydowana większość, bo aż 90 proc. ankietowanych, przyznaje, że dane i analityka to podstawa do przeprowadzenia cyfrowej transformacji w firmie. Stąd 71 proc. firm planuje inwestować w analizę danych w perspektywie nadchodzących 5 lat.

– Jestem wielkim zwolennikiem inteligencji obliczeniowej, czyli gromadzenia danych, tam, gdzie to jest niezbędne, i wyciągania z populacji danych niewielkich próbek, na podstawie których systemy i algorytmy mogą podjąć taką samą decyzję, jak na podstawie kompletnego zbioru danych – mówi prof. Jacek Leśkow. – W mediach społecznościowych umieszczamy setki tysięcy fotografii, każda z nich generuje zbiór rzędu 2–3 MB. Staje się to ważne dopiero wtedy, kiedy np. uprawnione organa ścigania chcą przeszukiwać strony społecznościowe celem zidentyfikowania powiązań przestępcy z innymi osobami. Można wtedy stosować np. algorytmy rozpoznawania twarzy.

Do agregowania, magazynowania i efektywnego przetwarzania danych niezbędne będą mechanizmy oparte na sztucznej inteligencji. Z raportu Accenture Technology Vision 2019 wynika, że sztuczna inteligencja jest technologią, która w nadchodzących latach będzie najczęściej wykorzystywana w transformacji biznesu. Zamierza w nią inwestować ok. 60 proc. dużych firm w Polsce i na świecie.

– Sztuczna inteligencja jest karmiona danymi, bez tego nie mogłaby funkcjonować, ale musi być karmiona danymi pozyskanymi legalnie i zabezpieczonymi w taki sposób, żeby pozostały tylko w tym miejscu, do którego mają trafić. I to jest właśnie ten złoty środek, którego musimy szukać – mówi dr Maciej Kawecki.

Dzięki RODO konsumenci mają większą wiedzę o ochronie danych osobowych. Liczba skarg wzrosła dwukrotnie

0

Dzięki RODO konsumenci mają większą wiedzę o ochronie danych osobowych. Liczba skarg wzrosła dwukrotnie 3

Dwie kary administracyjne nałożone na podmioty, które rażąco łamały przepisy o ochronie danych osobowych, i około 8 tys. skarg od konsumentów – to bilans 12 miesięcy obowiązywania RODO. Unijna regulacja spowodowała wzrost świadomości konsumentów, który ma odzwierciedlenie w dwukrotnie większej liczbie skarg i licznych pytaniach kierowanych do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Z drugiej strony, część zmian ustawodawczych wprowadzanych w Polsce w ostatnich miesiącach okazała się niespójna i nie przysłużyła się do właściwego stosowania przepisów RODO.

– Po roku obowiązywania RODO wiemy już, że panika z tym związana nie miała większego sensu. Do tych przepisów trzeba podchodzić w sposób racjonalny i myślę, że to już dotarło do firm – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Drobek, dyrektor Zespołu Analiz i Strategii w Urzędzie Ochrony Danych Osobowych. – Przepisy RODO to jedno z większych wyzwań dla firm, które dotąd niewłaściwie wdrażały ochronę danych osobowych. Dla tych, które podeszły do tego rzetelnie, RODO niewiele zmieniło, bo okazało się tylko kontynuacją wcześniejszych praktyk.

Nieco ponad rok temu, 25 maja 2018 roku, weszło w życie Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych, które narzuciło szereg nowych obowiązków na podmioty gromadzące i przetwarzające dane osobowe. Firmy i organizacje – pod groźbą kar finansowych nakładanych przez UODO – muszą m.in. stosować takie rozwiązania techniczne i organizacyjne, które zagwarantują maksymalnie wysoki poziom bezpieczeństwa informacji o ich klientach.

Zapewnienie zgodności z przepisami o ochronie danych osobowych to proces ciągły i RODO właśnie tego wymaga. Ostatni rok pokazał, że to stanowi pewien problem, bo konieczne jest nowe podejście do ochrony danych osobowych – skoncentrowane nie tylko na kwestiach formalnych, lecz także na rzetelnym wdrożeniu procedur wewnątrz organizacji. To proces, który będzie wymagał lat, aby zapewnić, że wszyscy przedsiębiorcy właśnie w ten sposób do ochrony danych osobowych będą podchodzić – mówi Piotr Drobek.

Jak podkreśla, na ocenę funkcjonowania nowych przepisów jest wciąż zbyt wcześnie, ale niestety część zmian ustawodawczych, które były w Polsce wprowadzane na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy, nie przysłużyła się do właściwego stosowania przepisów RODO.

– Przykładowo, w świetle RODO nie występuje wprost instytucja upoważnienia do przetwarzania danych. Mowa tu o dokumencie, w którym administrator formalnie potwierdza, że pracownik jest upoważniony, aby przetwarzać dane w jego imieniu. W świetle RODO upoważnienie służy określeniu, kto i do jakich danych może mieć dostęp oraz co może z nimi robić, i nie wymaga to dokumentu na papierze. Można to zapewnić poprzez wewnętrzne procedury i mechanizmy, które powinny być wdrożone w organizacji. Natomiast polskie przepisy, niezwiązane bezpośrednio z RODO, tylko z tzw. dyrektywą policyjną, wracają do modelu pisemnych upoważnień do przetwarzania danych – wyjaśnia Piotr Drobek.

Ekspert podkreśla, że nowe przepisy, które weszły w życie na początku maja, są niespójne z RODO i rozstrzygająca będzie w ich przypadku interpretacja Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Pozytywny jest natomiast wzrost świadomości konsumentów związany z wejściem w życie RODO, który odzwierciedla liczba skarg wpływających do prezesa UODO. Na przestrzeni ostatniego roku było ich ok. 8 tys., podczas gdy w poprzednich latach – dwukrotnie mniej. Skargi są składane zarówno na podmioty sektora prywatnego, jak i publicznego.

– To jest duży wzrost. Widzimy też zainteresowanie konsumentów, którzy pytają nas o informacje, porady np. poprzez naszą infolinię. Wydaje się, że świadomość jest coraz większa. Oczywiście, to nie oznacza od razu, że konsumenci wiedzą, jakie uprawnienia im przysługują. Raczej jest to taka świadomość na poziomie ogólnym – wiedzą, że jest RODO, mają pewne prawa, ale nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, czego konkretnie mogą od przedsiębiorstw oczekiwać – mówi Piotr Drobek.

Jak dotąd UODO wydało dwie decyzje nakładające kary administracyjne na podmioty, które nie stosowały się do przepisów RODO. Ekspert podkreśla, że oba przypadki były przykładem „rażącego naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych”.

– To, czy pojawią się kolejne decyzje, będzie uzależnione od przebiegu toczących się obecnie postępowań. Kiedy wszczynamy postępowanie administracyjne – zainicjowane skargą, informacją mediów bądź w wyniku czynności kontrolnych, to nie wiemy, czy ono zakończy się karą. Wszystko zależy od tego, jaki materiał dowodowy zbierzemy i jak współpracuje z nami przedsiębiorca w trakcie czynności kontrolnych czy postępowania administracyjnego – mówi dyrektor Zespołu Analiz i Strategii w UODO.

Rośnie świadomość ekologiczna dzieci. Należy je uczyć ochrony środowiska już w wieku przedszkolnym

Rośnie świadomość ekologiczna dzieci. Należy je uczyć ochrony środowiska już w wieku przedszkolnym 4

Podstawowych zagadnień związanych z dbałością o środowisko można uczyć dzieci już w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym –podkreślają eksperci marki Persil, która wystartowała z cyklem edukacyjnych warsztatów dotyczących ekologii w całej Polsce. Jednym z najbardziej efektywnych sposobów ograniczenia zużycia wody i energii w domu jest pranie – w tym celu wystarczy obniżyć temperaturę i korzystać z nowoczesnych, bardziej wydajnych środków.

– Bardzo ważne jest, żebyśmy na co dzień naszym zachowaniem pokazywali im, w jaki sposób dbać o środowisko: gasząc światło, wychodząc z pokoju, zakręcając wodę przy myciu zębów czy segregując śmieci. My osobiście nastawiamy pełne pranie i czekamy, aż pralka będzie pełna. Takie małe rzeczy rzeczywiście mają znaczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Brabander, brand manager marki Persil.

Jak podkreśla, proekologicznych zachowań można uczyć dzieci już od najmłodszych lat. Dlatego marka Persil rozpoczyna właśnie cykl eventów „Laboratorium Szopa Pracza”, które mają uświadamiać dzieci w kwestiach ekologii. Przewodnikiem najmłodszych jest sprytne zwierzątko, które edukuje najmłodszych na temat sprytnych sposobów ograniczenia zużycia wody i energii w domu – ze szczególnym uwzględnieniem procesu prania. Warsztaty w mobilnym laboratorium, zainaugurowane podczas Dnia Dziecka w Warszawie, odbędą się w nadchodzących tygodniach kilku największych miastach Polski.

– Starajmy się, żeby od najmłodszych lat dzieci miały kontakt z działaniami proekologicznymi, żeby edukować je w zakresie dbania o środowisko – mówi Krzysztof Brabander – Zauważam to osobiście i widzimy to też jako społeczeństwo, że dzieci, wracając ze szkół czy przedszkoli, zadają coraz więcej pytań: jak dbać o środowisko, w jaki sposób segregować śmieci, co mogą zrobić same, żeby to środowisko jak najdłużej nam służyło.

Podczas warsztatów dzieci będą mogły zajrzeć do wnętrza laboratorium Szopa Pracza i przekonać się m.in., jak powstaje tęczowa piana oraz dowiedzieć się czym jest zasada. Na uczestników będzie czekało kilka stanowisk, a na każdym z nich laboranci będą przeprowadzali angażujące doświadczenia i konkursy. Dla najwytrwalszych marka Persil przygotowała ekologiczne upominki oraz materiały edukacyjne, które umożliwią przeprowadzenie eksperymentów w domu.

– Świadomość ekologiczna dzieci jest coraz większa. Jako prowadzący warsztaty właśnie wśród najmłodszych widzę, że z każdym rokiem ona rośnie. Już nawet w placówkach przedszkolnych widzimy, że dzieci potrafią segregować np. śmieci, wiedzą co i gdzie trzeba wrzucić, mają tę świadomość, że jednak powinniśmy dbać o to środowisko. Biorą przykład z nas, czyli z dorosłych, widzą nasze zachowania. My je również szkolimy i pokazujemy im te dobre proekologiczne zachowania – dodaje Krzysztof Choruży z Fun University.

Jak podkreśla, już maluchy w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym poprzez zabawę można uczyć podstawowych zagadnień związanych z ekologią i dbałością o środowisko. Podstawą są jednak dobre wzorce, obserwowanie na co dzień zachowań dorosłych, rodziców, którzy np. segregują odpady, nie korzystają z foliowych torebek i w trakcie zakupów wybierają biodegradowalne opakowania czy oszczędzają wodę.

– Według Ryszarda Więckowskiego ciekawość świata jest podstawowym warunkiem efektywności edukacji środowiskowej. W związku z tym dzieci mają bardzo dużo pytań i my „Laboratorium Szopa Pracza” odpowiemy na kilka z nich – mówi Krzysztof Choruży z Fun University – Zapraszamy serdecznie na nasze warsztaty do laboratorium. Wzmagamy przede wszystkim ciekawość i radość świata oraz pokazujemy takie współdziałanie do działań ekologicznych. Bo oczywiście wiadomo, że w pojedynkę nie jesteśmy w stanie uratować naszej planety, do tego musimy się włączyć wszyscy.

Persil od lat angażuje się w działania mające charakter edukacji proekologicznej. Na swojej stronie internetowej udostępnia specjalny kalkulator, który pozwala wyliczyć, z jakimi kosztami wiąże się cotygodniowe pranie i w jaki sposób korzystanie z prostych technik i innowacyjnych produktów może pomóc obniżyć przy tym ślad węglowy.

– Nasi eksperci pracują nad tym, aby nasze pranie było nie tylko lśniące i czyste, lecz także jak najbardziej przyjazne środowisku. Wiemy, że produkcja żelu do prania zużywa około 50–60 proc. mniej energii niż produkcja proszku, dlatego właśnie wykorzystanie tego środka jest najbardziej przyjazne dla środowiska – mówi Krzysztof Brabander. – Możemy też obniżyć temperaturę prania, czyli prać nie w 40, ale w 30 stopniach. To powoduje, że znacząco zmniejszymy zużycie energii. Z drugiej strony, możemy używać skoncentrowanych środków piorących – nowoczesnych, tak jak kapsułki czy żele, które przez swoją produkcję, transport i późniejsze wykorzystanie już w samym praniu spowodują obniżone zużycie energii czy dwutlenku węgla.

Długoterminowa strategia zrównoważonego rozwoju Henkel do 2030 roku zakłada, że do tego czasu procesy produkcyjne firmy powinny być już trzy razy bardziej wydajne niż obecnie

Technologie inteligentne wkraczają do lotnictwa. Zautomatyzują procedurę lotu, wyeliminują systemy odprawy pasażerskiej oraz nadawania bagaży

Technologie inteligentne wkraczają do lotnictwa. Zautomatyzują procedurę lotu, wyeliminują systemy odprawy pasażerskiej oraz nadawania bagaży 5

Automatyzacja w lotnictwie wkrótce wykroczy dalece poza funkcje autopilota. Sztuczna inteligencja pozwoli rozwinąć zarówno systemy zainstalowane na pokładzie samolotów, jak i te funkcjonujące na lotnisku. Inżynierowie pracują już nad autonomicznymi pojazdami latającymi, poruszającymi się bez wsparcia GPS-u, które rozwiną możliwości współczesnych urządzeń nawigacyjnych. Powstaną także zaawansowane systemy bezpieczeństwa, rozpoznawania pasażerów oraz bezobsługowego nadawania bagażu.

Systemy inteligentne wkraczają na lotniska na całym świecie. W ramach projektu koncepcyjnego firma Elenium Automation zaprezentowała kompleksowe rozwiązanie, które pozwoli w całości zautomatyzować działanie portów lotniczych. System składa się m.in. z bramek do odprawy biometrycznej, urządzeń do nadawania bagaży i aplikacji Voyager Mobile App, która pozwoli wybierać miejsca w samolocie, sprawdzić paszporty i wizy czy dokonywać zakupów na terenie lotniska przy wykorzystaniu wirtualnego portfela eWallet. Docelowo projekt miałby umożliwiać komunikowanie się z personelem lotniska wyłącznie przy wykorzystaniu danych biometrycznych, bez konieczności legitymowania się dowodami tożsamości czy biletami. Całym systemem zarządzać będzie sztuczna inteligencja, która na bieżąco analizowałaby poczynania pasażerów.

Pierwsze efekty automatyzacji w lotnictwie można zaobserwować już w warszawskim porcie lotniczym im. Fryderyka Chopina, gdzie zainstalowano systemy do bezobsługowej odprawy pasażerskiej. To pierwszy krok na drodze do pełnej automatyzacji – wdrażane są już zaawansowane systemy kontroli i monitoringu, które niemal całkowicie zastąpią obsługę lotniska.

– Trend zastąpienia obsługi ludzkiej obsługą automatyczną widzimy chociażby w naszym porcie w Warszawie im. Fryderyka Chopina. Od pewnego czasu pasażerowie mogą nadawać bagaż samodzielnie. Automatyzacja pomaga, o ile dostosowane są do tego same lotniska. Systemy zarządzania ruchem lotniczym tę automatyzację przyjmują, ale tylko wtedy, jeśli personel ludzki jest przygotowany i właściwie wyszkolony do radzenia sobie z zakłóceniami podczas obsługi takich zautomatyzowanych systemów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje płk dypl. pil. Cezary Wasser, Szef Szefostwa Służby Ruchu Lotniczego SZ RP.

Automatyzacja w systemach zarządzania ruchem lotniczym wkrótce wejdzie na wyższy poziom. Firma Sightec opracowała innowacyjny system wizualnego ostrzegania, który umożliwi wykonywanie precyzyjnych lotów autonomicznych pojazdów od startu aż do lądowania. Sercem jednostki centralnej będą algorytmy sztucznej inteligencji, które dokonują pomiarów wszelkich parametrów lotu w czasie rzeczywistym, z wysoką dokładnością, nieosiągalną przez systemy wykorzystujące tylko sygnał GPS. Przedstawiciele firmy liczą na to, że oprogramowanie znajdzie zastosowanie zarówno w dronach, bezzałogowych statkach powietrznych, jak i latających taksówkach.

Jak przekonuje ekspert, polskie lotniska są zaawansowane technologicznie także pod kątem nawigowania i naziemnej obsługi lotów.

– W zakresie stosowanych urządzeń do ubezpieczenia i zabezpieczenia lotów nie odbiegamy od rozwiązań stosowanych w Europie i NATO. Mamy instrumentalne systemy podejścia do lądowania ILS, a na lotniskach wojskowych radary precyzyjnego podejścia, jak również systemy radionawigacyjne TACAN czy systemy elektroświetlne CALVERT o zmiennej intensywności świecenia, bardzo efektywne zwłaszcza przy gorszej pogodzie, pomagające pilotom odnaleźć lotnisko i zbudować właściwy manewr do lądowania – wymienia płk Wasser.

Badania nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji w lotnictwie prowadzi amerykański Departament Obrony. DARPA testuje obecnie projekt Aircrew Labor In-Cockpit Automation System, który ma poprawić bezpieczeństwo lotów i zmniejszyć liczbę członków załogi. System ALICAS zaprojektowano w taki sposób, aby dało się go łatwo wdrożyć nie tylko do nowych pojazdów, lecz także już służących w armii. W pierwszej kolejności wprowadzone zostaną komputery, które przejmą jedynie część zadań od załogi i będą wsparciem dla ludzkiego pilota. Dopiero, kiedy system inteligentnego wsparcia sprawdzi się w tej roli, DARPA rozpocznie eksperymenty z w pełni autonomicznymi lotami.

Pierwsze próby awiacyjnej sztucznej inteligencji agencja planuje przeprowadzić na początku 2020 roku przy wykorzystaniu bezobsługowych helikopterów Black Hawk. Eksperci jednak ostrzegają, że oddanie maszynom zbyt dużej kontroli może być groźne.

– Człowiek jest z reguły leniwy i szybko się oducza, jeżeli raz się przyzwyczai do dobrego, a kiedy system go zawiedzie, to później trudno przejść do znanych, wypróbowanych metod proceduralnej kontroli sprzed kilku lat. Stąd potrzeba ciągłych treningów i właściwego szkolenia personelu, także na symulatorach ruchu lotniczego czy symulatorach poszczególnych urządzeń, to są istotne rzeczy. Automatyzacja nie rozwiązuje za nas wszystkich problemów, ona nam stwarza inne, kolejne – twierdzi płk Cezary Wasser.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dla lotnictwa w 2018 roku przekroczyła 152 mln dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 2,2 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 46,6 proc.

Powstają alternatywne metody przeprowadzania biopsji. Ułatwią wykrywanie zmian nowotworowych i zmniejszą ryzyko wystąpienia infekcji pozabiegowej

Powstają alternatywne metody przeprowadzania biopsji. Ułatwią wykrywanie zmian nowotworowych i zmniejszą ryzyko wystąpienia infekcji pozabiegowej 6

Każdego roku nowotwory przyczyniają się do zgonu 9,5 mln pacjentów, podaje WHO. Szacuje się, że liczbę zachorowań można zredukować nawet o 50 proc., gdyby upowszechnić programy badań profilaktycznych. Naukowcy z całego świata pracują nad metodami, dzięki którym lekarze mogliby szybciej, prościej i bezpieczniej przeprowadzać biopsję. Powstają metody wczesnego wykrywania nowotworów za pośrednictwem badania krwi i moczu oraz algorytmy, które są w stanie z wysoką skutecznością rozpoznać pierwsze symptomy raka. Nad innowacyjną igłą do biopsji raka prostaty pracują Polacy.

– Nasz wynalazek polega na nowej formie profilaktyki antybakteryjnej dla pacjentów, którzy muszą być poddani biopsji gruczołu krokowego. Ten zabieg wiąże się z dużym ryzykiem powikłań infekcyjnych, który w ostatnich latach urósł nawet do 6 razy w niektórych ośrodkach. Stworzyliśmy nową igłę biopsyjną, która jest powleczona powłoką polimerową zawierającą kombinację antybiotyków, uwalnianych w trakcie zabiegu bezpośrednio w miejscu, gdzie ta potencjalna infekcja może się rozwinąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Sieczkowski, prezes zarządu spółki DEBN.

Rak prostaty jest jedną z najczęstszych chorób nowotworowych wśród mężczyzn. Według WHO każdego roku 4–5 mln pacjentów przechodzi zabieg biopsji, która ma wykluczyć lub potwierdzić występowanie zmian nowotworowych w obrębie gruczołu krokowego, a w ciągu najbliższych dwudziestu lat liczba ta może ulec podwojeniu. Tradycyjnie badanie wykonuje się metodą gruboigłową, która stwarza duże ryzyko wystąpienia infekcji oraz innych niepożądanych powikłań, takich jak krwiomocz czy długotrwałe zaburzenia erekcji. Jedynie w co drugim przypadku diagnoza daje wynik pozytywny, połowa pacjentów wystawiana jest na niepotrzebne ryzyko.

Aby ograniczyć liczbę powikłań podczas przeprowadzania biopsji, naukowcy eksperymentują z alternatywnymi metodami jej przeprowadzania. Gdańska firma DEBN w ramach grantu prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju opracowała innowacyjne igły biopsyjne pokryte warstwą antybiotyków. Podczas pobierania materiału do badań przy pomocy tej igły lekarz od razu wprowadzałby do organizmu pacjenta leki, które znacząco ograniczyłyby ryzyko wystąpienia infekcji. Rozwiązanie pozwoli zredukować liczbę nakłuć wykonywanych podczas badania. Jedna igła będzie mogła jednocześnie podawać znieczulenie, antybiotyk oraz pobierać wycinek tkanki do badania.

– Naszym największym wyzwaniem jest wykonanie oraz przeprowadzenie wieloośrodkowego randomizowanego badania klinicznego, które pozwoli na uzyskanie dowodu na skuteczność i działanie tej formy profilaktyki biopsyjnej u pacjentów, którzy są poddawani temu zabiegowi. To jest nasze największe wyzwanie – wskazuje ekspert.

Na świecie testuje się także alternatywne, nieinwazyjne metody wykrywania raka. Na popularności zyskuje tzw. płynna biopsja, która w przypadku wykrywania raka prostaty polega na analizie moczu pacjenta pod kątem występowania specyficznych markerów genetycznych. Takie badanie nie tylko niweluje ryzyko powikłań, charakteryzuje się także wysoką, niemal stuprocentową, skutecznością w wykrywaniu najbardziej agresywnych form raka gruczołu krokowego.

Płynną biopsję stosuje się także w procesie wykrywania raka płuc. Naukowcy z Harvard Medical School w Bostonie opracowali metodę badania krwi nazwaną Circulating Cell-Free Genome Atlas, która pozwala wykryć zmiany w materiale genetycznym pacjenta świadczące o występowaniu choroby nowotworowej. Podczas eksperymentów wykorzystano trzy różne metody analityczne, które pozwoliły wykryć raka płuc we wczesnym stadium w 38–51 proc. przypadków oraz w zaawansowanym stadium ze skutecznością na poziomie 87–89 proc. Technika ta mogłaby się także sprawdzić do wykrywania nowotworów piersi, układu pokarmowego czy narządów płciowych.

Z kolei narzędzie opracowane przez zespół z Laboratorium Laserowej Spektroskopii Molekularnej Politechniki Łódzkiej pozwoli wykryć nowotwór w ciągu kilku minut przy wykorzystaniu biopsji optycznej. Metoda ta polega na pomiarze światła rozproszonego Ramana i już wkrótce może trafić do powszechnego użytku. Naukowcy przeanalizowali widma tkanek ok. 300 pacjentów, które pozwoliły stworzyć nowotworową bazę optyczną. Po wprowadzeniu igły biopsyjnej do ciała pacjenta lekarz rejestruje widmo ramanowskie za pośrednictwem sondy światłowodowej, dzięki której może w czasie rzeczywistym ocenić stopień złośliwości konkretnych komórek rakowych.

– Mamy nadzieję, że igła biopsyjna dostarczająca miejscowo profilaktykę do gruczołu krokowego pozwoli zastąpić obecnie stosowaną profilaktykę. Ujednolicić ją, ustandaryzować, zmniejszyć ryzyko tych powikłań infekcyjnych. To przyszłość tego zabiegu i przyszłość profilaktyki – przekonuje Marcin Sieczkowski.

DEBN jest obecnie w procesie pozyskania kapitału potrzebnego do sfinansowania badań klinicznych oraz rozpoczęcia komercjalizacji swojego wynalazku. Spółka planuje pozyskać około 7 mln zł na ten cel, z czego 3,2 mln zł może otrzymać z programu Szybka Ścieżka.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku diagnostyki nowotworów do 2026 roku wzrośnie do niemal 250 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 7 proc. w skali roku.

Zarząd Grupy Azoty Police zawiesza ofertę publiczną i zakłada wznowienie procesu w III kwartale 2019 roku

Zarząd spółki Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. 5 czerwca 2019 roku podjął uchwałę w sprawie zawieszenia planowanego podwyższenia kapitału zakładowego Spółki w drodze emisji akcji z zachowaniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy. Swoją decyzję Spółka argumentuje możliwością wystąpienia ewentualnych ryzyk dla inwestorów wynikających z aktualnego stanu prawnego dot. prawa pierwokupu akcji  przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR), przysługującego wobec Spółek posiadających nieruchomości rolne. Ustawodawcza procedura nabycia akcji przez KOWR może uniemożliwić rejestrację praw do Akcji Oferowanych przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych (KDPW) oraz dopuszczenie ich do obrotu. Spółka będzie monitorować sytuację na rynku kapitałowym oraz ewentualne zmiany w otoczeniu regulacyjnym w zakresie kwestii związanych z uprawnieniami KOWR. Zarząd Spółki wznowi proces oferty akcji nowej emisji w trzecim kwartale 2019 r.

– Projekt Polimery Police stanowi kluczową inwestycję, której kontynuacja stanowi naturalną ścieżkę realizacji długoterminowych planów rozwoju Grupy Azoty. Zakładamy powrót do procesu oferty publicznej w trzecim kwartale 2019 roku. Jednocześnie będziemy z uwagą śledzić zmiany w otoczeniu regulacyjnym oraz sytuację na rynku kapitałowym – mówi dr Wojciech Wardacki, Prezes Zarządu Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.

Grupa Azoty Police jest właścicielem nieruchomości rolnych w rozumieniu ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego z 11 kwietnia 2003 roku. Zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawy, KOWR działającemu na rzecz Skarbu Państwa przysługuje prawo odkupu akcji emitowanych przez spółkę posiadającą nieruchomości rolne (po rejestracji akcji w KRS, każdy z inwestorów obejmujących akcje winien zawiadomić KOWR, który w terminie miesiąca od otrzymania zawiadomienia może odkupić akcje nowej emisji od inwestora). 26 kwietnia 2019 roku przyjęto nowelizację ww. ustawy (akt prawny oczekuje na publikację w Dzienniku Ustaw), która zmieni obowiązujące procedury związane m.in. z uprawnieniami KOWR.

Zgodnie ze stanowiskiem przedstawionym spółce przez KDPW, w obecnym stanie prawnym oraz w stanie prawnym, jaki znajdzie zastosowanie wobec Spółki po wejściu w życie opisanej powyżej nowelizacji ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego istnieje ryzyko odmowy rejestracji PDA w KDPW (co uniemożliwi wprowadzenie ich do obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie). W konsekwencji, w okresie oczekiwania na rejestrację oferowanych akcji w KDPW oraz oczekiwania na decyzję KOWR, inwestorzy nie mieliby możliwości dokonywania obrotu PDA ani akcjami oferowanymi. Ponadto zastosowanie niewłaściwej procedury dotyczącej uprawnień KOWR wynikających z obowiązującej ustawy może skutkować unieważnieniem całej emisji, czego nie można wykluczyć z związku z wątpliwościami interpretacyjnymi.

– Zdecydowaliśmy o zawieszeniu oferty publicznej Grupy Azoty Police z uwagi na czynniki legislacyjno-prawne, mogące w naszej ocenie narazić potencjalnych inwestorów na istotne ryzyka, których w obowiązującym stanie prawnym dotyczącym prawa pierwokupu akcji oferowanych nie jesteśmy w stanie wykluczyć. W opinii Zarządu, w najlepszym interesie zarówno akcjonariuszy, potencjalnych inwestorów, jak i samej spółki jest czasowe zawieszenie przeprowadzenia oferty do momentu, kiedy obowiązujące regulacje prawne umożliwią realizację uprawnień KOWR bez ryzyka związanego z brakiem obrotu na GPW prawami do Akcji Oferowanych oraz ryzyka ewentualnej nieważności emisji Akcji Serii C – dodaje dr Wojciech Wardacki.

Zarząd Grupy Azoty Police podjął decyzję o zawieszeniu Oferty działając na podstawie upoważnienia udzielonego w uchwale nr 7 NWZ Spółki z 26 kwietnia. Według postanowień NWZ, podwyższenie kapitału zakładowego Spółki nastąpiłoby w drodze emisji akcji z zachowaniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy (poprzez emisję nie mniej niż 1 i nie więcej niż 110 mln szt. akcji zwykłych na okaziciela serii C o wartości nominalnej 10 zł każda).

Planowane w III kwartale 2019 roku wznowienie procesu prowadzenia oferty akcji i ukończenie oferty w II połowie 2019 roku nie wpłynie na harmonogram realizacji Projektu Polimery Police – uzupełnia Prezes Zarządu Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.

Kluczowymi wydarzeniami w ostatnich miesiącach dla Projektu Polimery Police było podpisanie umowy z koncernem Hyundai Engineering dotyczącej kompleksowej realizacji projektu i zawarcie listu intencyjnego z Grupą LOTOS S.A. w zakresie potencjalnego zaangażowania kapitałowego koncernu do kwoty 500 mln zł. Spółki z Grupy Azoty podpisały także porozumienie o współpracy inwestycyjnej z Hyundai Engineering Co., Ltd. oraz Korea Overseas Infrastructure & Urban Development Corporation, dotyczące potencjalnej inwestycji kapitałowej koreańskich koncernów współfinansującej Projekt Polimery Police w wysokości 130 mln USD.

Projekt Polimery Police pozwoli wzmocnić zaangażowanie Grupy Azoty Police oraz Grupy Azoty w rozwój obszarów niezwiązanych z produkcją nawozową oraz umożliwi dywersyfikację przychodów i ograniczy wpływ na sytuację Spółki sezonowych wahań popytu na niektóre obecnie oferowane produkty. Inwestycja będzie mieć także strategiczne znaczenie dla polskiej gospodarki – pozwoli istotnie zredukować ujemny bilans handlowy w segmencie tworzyw sztucznych i wzmocni niezależność energetyczno-surowcową kraju.

Przed EBC: czekać czy działać?

Jutrzejsze, czerwcowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego ma wysoką rangę ze względu na towarzyszącą mu rewizję prognoz makroekonomicznych. To właśnie ich skala i kierunek będą determinować konieczność działania ze strony władz monetarnych a w konsekwencji na rynkowy odbiór posiedzenia.

W tym roku kończy się kadencja Mario Draghiego, EBC ma wąskie spektrum narzędzi do swojej dyspozycji. Jednocześnie część decydentów uważa, że konieczne jest działanie. Posiedzenie odpowie zatem na pytanie, czy bank będzie grał na zwłokę licząc, że czarne chmury nad gospodarką zaczną się rozstępować, czy też EBC jeszcze raz ruszy do walki z zagrożeniem zbyt niska inflacją. Decyzja zostanie podjęta 6 czerwca o 13:45, a konferencja prasowa Prezesa EBC tradycyjnie rozpocznie się o 14:30. Wtedy też poznamy odświeżone projekcje makro.

Niesłabnące zagrożenia

Z zapisu ostatniego posiedzenia wynika jasno, że zakładana na drugie półrocze poprawa sytuacji gospodarczej jest coraz mocniej zagrożona i wątpliwa. Słabość wzrostu miała być przejściowa, ale taka ocena z każdym tygodniem nie dostarczającym sygnałów poprawy koniunktury jawi się jako coraz mniej uzasadniona. Przede wszystkim rynek ocenia koniunkturę przez pryzmat indeksów PMI. Wskaźniki te w maju ponownie rozczarowały, lecz należy je podsumować jako stabilizację na niskim poziomie.

Gdy spojrzymy na szersze miary koniunktury, np. wskaźnik Eurocoin w czasie rzeczywistym mierzący tempo wzrostu, to należy stwierdzić, że koniunktura się nie pogarsza. Indeksy zaskoczenia danymi makro potwierdzają taki osąd. Biorąc pod uwagę, że Europejski Bank Centralny w tym roku załagodził swoje stanowisko, obecny kształt polityki dobrze odpowiada na potrzeby. Nie wolno zapominać, że w ostatnich kilku tygodniach doszło do eskalacji konfliktu handlowego i wzrostu zmienności na rynkach finansowych. O minimum kilka miesięcy wydłuża się również szkodliwa niepewność dotycząca brexitu, ponownej destabilizacji ulega także sytuacja polityczna we Włoszech. Czynniki polityczne i geopolityczne są zatem głównym źródłem zagrożenia.

Przed EBC czekać czy działaćKoniunktura w strefie euro: eurocoin. Źródło: Bloomberg

Niekoniecznie kolejne rewizje prognoz

Po stronie pozytywów należy zapisać dane o rachunkach narodowych za pierwszy kwartał – dynamika PKB przyspieszyła przecież z 0,1-0,2 proc. do 0,4 proc. kw/kw. Dobra pozostaje też sytuacja na rynku pracy – notowany jest ciągły przyrost zatrudnienia.

Przed EBC czekać czy działać 2Aktualne prognozy EBC. Źródło: EBC

Biorąc wszystko to pod uwagę, nie zakładamy ponownych mocnych rewizji prognoz. Przypomnijmy, że w marcu zostały one bardzo mocno ścięte (np. PKB z 1,7 do 1,1 proc.). Ścieżka inflacji i dynamika PKB w projekcjach na ten rok może nawet zostać lekko podwyższona. Nie będzie to oczywiście przejaw optymizmu, a tylko odzwierciedlenie informacji, którymi już dysponujemy. Skoro tak, to po załagodzeniu stanowiska w marcu nie można liczyć na dalszą, zdecydowaną modyfikację parametrów polityki.

Opinie w Radzie Prezesów ECB są mocno podzielone: zarówno, co do oceny tendencji w gospodarce, jak i w zakresie optymalnej strategii działania by walczyć z zagrożeniem zbyt niską inflacją. Bank centralny ma bardzo ograniczone instrumentarium, działaniu nie sprzyja też zbliżająca się zmiana na stanowisku prezesa. Brak rewizji prognoz może przeważyć szalę na korzyść zwolenników strategii wait and see. Mario Draghi znów będzie chciał zabrzmieć bardzo łagodnie i dobitnie sugerować, że EBC nigdy nie pozwoli sobie by bezczynnością zaryzykować pogorszenie się profilu inflacji. Rynek wycenia jednak obniżki stóp. Wprawdzie Draghi nieraz udowadniał, że potrafi sprostać wysoko poprzeczce oczekiwań, ale tym razem może być o to naprawdę trudno. Nasz scenariusz bazowy jest konstruktywny dla euro, rentowności obligacji i notowań europejskich banków. Draghi zrobi jednak wszystko, by w zarzewiu zgasić siłę euro.

Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers

Czeka nas obniżka stóp w USA. W Polsce bez zmian

Jeszcze rok temu analitycy zastanawiali się, kiedy inne państwa rozpoczną cykl podwyżek stóp procentowych. Obecnie pozostałe kraje nawet nie rozpoczęły tego ruchu, za to w USA nastawiają się na seryjne obniżki. Wszystkiemu winne pogarszające się prognozy wzrostów.

Co zrobi FED?

Patrząc na notowania kontraktów terminowych na stopę procentową, wyraźnie widać zmianę nastawienia rynków do polityki monetarnej. Jeszcze miesiąc temu szansa na utrzymanie obecnych poziomów do grudnia wynosiła ponad 50%. Dzisiaj jest to zaledwie 2,5%. Dominuje scenariusz, według którego dojdzie do 2-3 obniżek jeszcze w tym roku. Dlaczego to narzędzie uważane jest za wiarygodne? Kontrakt na stopę procentową pozwala zabezpieczyć ryzyko rynkowe. Jeżeli inwestorzy są przekonani, że stopy zmienią się wcześniej, to inwestują w dany kontrakt, by zabezpieczyć swoją inwestycję bądź też kredyt. W rezultacie w ich cenach widać oczekiwania rynków. Jaki ma to wpływ na waluty? Im niższe stopy procentowe, tym niższe oprocentowanie instrumentów najniższego ryzyka, np. obligacji. W rezultacie inwestorzy mogą poszukiwać rynków zapewniających wyższy zwrot kapitału. Tym samym, po obniżce stóp spada wartość waluty.

Polskie stopy

Dziś kończy się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Szansa na zmiany jest właściwie żadna, gdyż RPP jest mocno podzielona. W ciągu ostatnich miesięcy wyraźnie spadł entuzjazm w kwestii podnoszenia tego wskaźnika. Wydaje się, że pomimo słabszych danych z indeksów wyprzedzających koniunkturę, jak np. indeksy PMI dla przemysłu, w Radzie nie znajdziemy również większości zdolnej przeforsować obniżkę. W rezultacie kolejne spotkanie zakończy się prawdopodobnie brakiem zmian. Warto zwrócić uwagę, że co prawda inflacja rośnie, ale nic nie wskazuje, żeby w najbliższych miesiącach miała ona przekroczyć cel inflacyjny.

Trump straszy Meksyk

Donald Trump, czyli urzędujący prezydent USA, znany jest z bardzo kontrowersyjnych przemówień (lub też wpisów w mediach społecznościowych). Co więcej, znany jest również z realizowania zawartych w nich pomysłów. Nie może zatem dziwić fakt, że zapowiedź objęcia całego importu z Meksyku cłami, w reakcji na nielegalną imigrację, mocno zaciążyło na notowaniach meksykańskiego peso.

Dzisiaj z powodu Ramadanu kolejny dzień wolny w Turcji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla Usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Grupa OKNOPLAST świętuje 25-lecie działalności i ogłasza rekordowe wyniki finansowe

Grupa OKNOPLAST,  firma znajdująca się w europejskiej czołówce producentów okien PVC, 4 czerwca 2018 roku zorganizowała event z okazji 25-lecia działalności. Reprezentanci przedsiębiorstwa podczas wydarzenia przedstawili historię OKNOPLAST z perspektywy wyzwań, jak również zaprezentowali wyniki finansowe oraz plany na najbliższe lata.

OKNOPLAST to firma rodzinna, która powstała w 1994 r. W tym roku przedsiębiorstwo świętuje więc 25-lecie działalności. Z tej okazji przedstawiciele firmy podsumowali swoją historię i przedstawili największe punkty zwrotne z perspektywy biznesu. Na konferencji, która odbyła się 4 czerwca, z ramienia Grupy OKNOPLAST wystąpili m.in. Mikołaj Placek – Prezes Zarządu, Tomasz Radecki – Dyrektor Handlowy w Grupie OKNOPLAST, Magdalena Cedro-Czubaj – Dyrektor Marketingu oraz Mike Żyrek – Dyrektor Badań i Rozwoju.

25 lat sukcesu pełnego wyzwań

– Na przestrzeni 25 lat działalności mierzyliśmy się z wieloma wyzwaniami biznesowymi, które tak naprawdę ukształtowały nas jako firmę. To dzięki nim udało nam się osiągnąć tak duży sukces – tłumaczył Mikołaj Placek, Prezes Zarządu Grupy OKNOPLAST. – Historia OKNOPLAST rozpoczyna się w 1994 r. Kiedy mój ojciec Adam Placek otworzył firmę, od razu założył, że będziemy się trzymać rozwiązań z najwyższej półki. Na pierwszym miejscu postawiliśmy jakość, a nie niską cenę – co na tamte czasy w Polsce było naprawdę rzadką strategią. To była od początku nasza przewaga i tym wyróżnialiśmy się na rynku.

Dzięki ponadstandardowej jakości produktów do 2004 r. OKNOPLAST cieszył się pozycją lidera w Polsce, będąc jedną z największych firm sprzedających okna z PCV i aluminium w naszym kraju. Natomiast wejście Polski do Unii Europejskiej otworzyło przed przedsiębiorstwem nowe szanse rozwoju. – Zdawałem sobie wtedy sprawę z tego, że jeśli chcemy się rozwijać dalej, to musimy wyjść na rynki europejskie. Uznaliśmy, że aby eksportować, musimy inwestować w jakość. I to się absolutnie sprawdziło – tłumaczył Mikołaj Placek. – W pierwszej kolejności weszliśmy na rynek niemiecki, na którym w tym roku świętujemy 15-lecie naszej działalności.

Pierwszy salon firmowy w Niemczech zlokalizowany został w Iggingen koło Stuttgartu. Początki nie były łatwe, ale dzięki ponadstandardowej jakości produktów OKNOPLAST zdobył serca tego narodu. Obecnie firma znajduje się wśród czołowych producentów okien PVC w Niemczech. W kolejnych latach przedsiębiorstwo zdobywało nowe rynki – w 2007 r. włoski, a w 2010 r. francuski.

Udana sukcesja rozpędza firmę

Kolejnym wyzwaniem, przed którym stanął OKNOPLAST, była zmiana pokoleniowa. W 2008 roku stery w firmie przejął Mikołaj Placek. Proces sukcesji, który trwał w sumie 14 lat, został bardzo skrupulatnie przygotowany i zaplanowany. Sprawnie przeprowadzona sukcesja w biznesie powinna być kolejnym etapem w życiu firmy i tak było w przypadku OKNOPLAST. Prawidłowe i świadome wdrożenie rozwiązań sukcesyjnych pozwoliło na przygotowanie firmy na różnego rodzaju zdarzenia, np. ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny, oraz na warianty dalszego rozwoju, w tym ekspansję.OKNOPLAST

– Dla mnie rozwój firmy był od początku głównym celem, który także napędzał moje działania. Innowacyjność jest jednym z kluczowych elementów rozwoju naszej firmy, ponieważ produkty oferowane przez nas są z segmentu premium. Jesteśmy przedsiębiorstwem, które kształtuje trendy, a bez innowacyjności nie byłoby to możliwe – tłumaczy Mikołaj Placek, Prezes Grupy OKNOPLAST – Przez 25 lat wprowadziliśmy na rynek ponad 50 innowacyjnych rozwiązań, które wyznaczają trendy całej branży.

Rekordowe wyniki finansowe firmy

Dzięki obranej przed 25 laty strategii biznesowej OKNOPLAST świętuje dziś wielki sukces i rocznicę swojej działalności. Firma obecna jest na 13 rynkach, zatrudnia ponad 1850 pracowników i należy do ścisłej czołówki producentów okien i drzwi z PVC w Europie. W 2018 r. Grupa OKNOPLAST osiągnęła obrót na poziomie 720 mln zł. 75% całkowitego przychodu stanowi sprzedaż na rynkach zagranicznych. W swojej grupie skupia trzy fabryki i trzy marki operujące w różnych segmentach rynku.OKNOPLAST podsumowuje 25 lat działalności małe

– Rok do roku osiągamy założone przez nas cele, co nas motywuje do dalszego działania. Do 2018 roku obsłużyliśmy ponad 1 670 000 klientów w całej Europie, a tendencja wzrostowa utrzymuje się w bieżącym roku – podsumowuje Prezes Mikołaj Placek. – Co więcej, zdecydowaliśmy się na inwestycje w Ochmanowie pod Krakowem. Nowa infrastruktura pozwoli poprawić efektywność procesów produkcyjnych i logistyczno-magazynowych, a w efekcie zwiększyć moce produkcyjne. Bez wątpienia będzie to miało wpływ na nasz obrót w przyszłych latach.

Polska w czołówce państw z niskim bezrobociem

Najnowsze badania Eurostatu dotyczące bezrobocia w kwietniu br. pokazują, że w Polsce stopa bezrobocia wynosi zaledwie 3,7 proc. i jest niższa o 0,1 pkt proc. niż w miesiącu poprzedzającym. Na tle innych krajów UE sytuacja w kraju również wygląda bardzo dobrze – poziom bezrobocia jest znacząco niższy niż średnia w całej UE (6,4%). Niskie wskaźniki bezrobocia dla krajów sąsiadujących z Polską (Czechy i Niemcy) oznaczają, że duże zapotrzebowanie na pracę utrzymuje się w całym regionie.

W czołówce państw z niskim bezrobociem znajdują się Czechy (stopa bezrobocia – 2,1%), Niemcy (3,2%), Holandia (3,3%), Malta (3,5%), Węgry (4,2%, dane z marca 2019). Niskie wskaźniki bezrobocia dla krajów sąsiadujących z Polską (Czechy i Niemcy) oznaczają, że duże zapotrzebowanie na pracę utrzymuje się w całym regionie. To powoduje konkurowanie o pracowników, również pochodzących z krajów spoza UE, poprzez podnoszenie wynagrodzeń, szczególnie w tych branżach, które potrzebują zasobów pracy o określonych kwalifikacjach.

Warto zauważyć, duże różnice pomiędzy wskaźnikami stopy bezrobocia liczonego według metodologii Eurostatu i tymi dotyczącymi bezrobocia rejestrowanego, które podaje GUS. W pierwszym przypadku Eurostat jako osoby bezrobotne zalicza te, które są w stanie podjąć zatrudnienie w stosunkowo krótkim czasie oraz aktywnie poszukują pracy, zaś drugi z wymienionych – zlicza osoby zarejestrowane w powiatowych urzędach pracy. Znaczące różnice pomiędzy wartością tych dwóch wskaźników mogą świadczyć o tym, że osoby, które są zarejestrowane jako bezrobotne nie poszukują aktywnie zatrudnienia, ale de facto pozostają bierne zawodowo.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Czy małe firmy przetrwają test przedsiębiorcy?

  • Ministerstwo Finansów prowadzi prace zmierzające do zmiany sytuacji jednoosobowych firm, współpracujących na stałe z tym samym partnerem.
  • Próby regulacji tego sektora oznaczają dla niego większe obciążenia podatkowe, ale i duże wpływy do budżetu szacowane na ok. 1 mld 247 mln zł.
  • Obniżają jednak też zdolność kredytową małych firm i ich możliwości pozyskiwania kapitału. Może to także zwiększyć liczbę upadłości firm. W I kwartale 2019 było ich 224, o 5 proc. więcej niż w I kw. rok temu.

Test przedsiębiorcy to projekt sformułowany przez Ministerstwo Finansów. Ma weryfikować czy działalność gospodarcza prowadzona przez samozatrudnionych ma realny charakter, a nie jest tylko próbą uniknięcia wyższych podatków i składek ZUS. Może tak być w sytuacji, kiedy przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność ma jednego klienta, któremu wystawia jedną fakturę.

Więcej zapłacą do ZUS i US, mniej dostaną z banku

Wprawdzie Ministerstwo poinformowało pod koniec kwietnia, że zrezygnowało z dalszych prac nad tym projektem, równocześnie jednak pojawiają się głosy, że resort będzie dążył w taki czy inny sposób do zmiany formuły prawnej najmniejszych firm, a przepisy, które mają umożliwić weryfikację przedsiębiorców, są procedowane. Jeśli wejdą w życie, będą oznaczały dla przedsiębiorców, którzy nie przejdą pozytywnie testu zwiększone koszty działalności związane ze składkami do ZUS czy do Urzędu Skarbowego.

Zwiększenie zobowiązań podatkowych dla najmniejszych firm to nie jedyne zmartwienie tych podmiotów. Próby regulacji small biznesu wpływają też na zdolność kredytową tych firm i ich możliwości pozyskiwania kapitału. Jeśli przedsiębiorstwo stara się w banku o kredyt z kilkuletnim harmonogramem spłaty, oczywiste jest, że wiszące nad firmą i zapowiadane przez ustawodawcę zmiany nie będą sprzyjać pozytywnej ocenie, jaką taka firma powinna otrzymać od analityka bankowego.

– Wzrost zobowiązań, w tym tych do ZUS czy US oznacza dla przedsiębiorcy niższe zyski, a więc także gorszą pozycję wobec banku. Może to wiązać się albo z niższymi kwotami kredytu jakiego bank udzieli, niestety w wielu przypadkach uniemożliwi to w ogóle otrzymanie kredytu w banku. W rezultacie takie regulacje ustawodawcze ograniczą możliwości pozyskiwania kapitału wielu przedsiębiorcom. To dość niebezpieczne, bo nawet jeśli firma wystawia jedną fakturę i współpracuje z jednym partnerem, nie oznacza to, że nie potrzebuje środków na inwestycje np. w sprzęt komputerowy, oprogramowanie, biuro czy samochód. Zapewne więcej firm trafi po kapitał do faktoringu, już teraz widzimy zwiększone zainteresowanie. Będziemy analizować sytuację takich podmiotów indywidualnie, ale jeśli z danym partnerem przedsiębiorca współpracuje od dawna i ta kooperacja nie jest zagrożona to nie powinno być problemów z finansowaniem poprzez faktoring – mówi Anna Konecka-Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Test przedsiębiorcy będzie miał wpływ na zdolność pozyskiwania kapitału przez firmy w przypadku narzędzi bankowych, ale w przypadku faktoringu nie, bo tutaj finansowanie udzielane jest w oparciu o realne zyski wypracowywane przez firmy. W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew.

W takim modelu o przyznaniu finansowania decyduje to, z kim przedsiębiorca handluje, jakie wiążą go umowy handlowe, jakie ma perspektywy rozwoju. W mniejszym stopniu na przyznanie finansowania ma wpływ poziom dochodów i wielkość zobowiązań wobec US i ZUS.

Test przedsiębiorcy ma zadziałać uszczelniająco na system podatkowy i wg szacunków ministerstwa może przynieść dodatkowy dochód ok. 1 mld 247 mln zł. Liczby wskazują, że MF z projektu z pewnością łatwo nie zrezygnuje. Może to niestety zwiększyć liczbę upadków firm. W I kwartale 2019 było ich 224 (upadłości i restrukturyzacje) – to o 5 proc. więcej niż w I kw. rok temu. Największe wzrosty upadłości (+46 proc.) stały się udziałem handlu.

ORLEN i PFRON podpisały deklarację o współpracy

PKN ORLEN został nowym partnerem Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podpisano deklarację o współpracy na rzecz osób niepełnosprawnych. Patronat nad inicjatywą objął Sekretarz Stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych Krzysztof Michałkiewicz.

Deklarację dotyczącą współpracy podpisali Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych Wiesław Protasewicz oraz Prezes Zarządu PFRON Marlena Maląg. Dzięki zawartemu porozumieniu o współpracy pomiędzy instytucjami, osoby z niepełnosprawnościami będą miały szansę na znalezienie zatrudnienia w Grupie Kapitałowej ORLEN.

Biznes musi iść w parze z funkcjami społecznymi, dawać przykład. Dlatego staramy się likwidować bariery w każdym aspekcie naszej działalności. Jako największy operator blisko 1800 stacji paliw w Polsce dbamy o to, by nasze obiekty były dostępne dla wszystkich klientów. Nie dotyczy to wyłącznie infrastruktury. Wdrażamy i testujemy nowoczesne rozwiązania, ważne z punktu widzenia dostępności usług, jak możliwość płatności

bezpośrednio przy dystrybutorze. Zasadę dostępności i braku barier stosujemy również w naszym najbliższym otoczeniu. Dlatego zamierzamy sukcesywnie zwiększać zatrudnienie osób niepełnosprawnych w strukturach Grupy ORLEN. Dzisiejsza deklaracja jest jednym z kroków, które nas zbliżają do tego celu – powiedział Wiesław Protasewicz, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych.

Aktywni Plus” to inicjatywa Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych polegająca na zwiększeniu aktywności zawodowej osób z niepełnosprawnościami i ułatwieniu im zatrudnienia na otwartym rynku pracy. Obejmuje ona trzy programy: „Absolwent”, „Stabilne zatrudnienie” oraz „Praca-Integracja”. Łączny budżet to 35,3 mln zł.

Naszą wspólną powinnością jest podejmować wszelkie możliwe starania, aby osoby niepełnosprawne mogły w pełni korzystać z przysługujących im praw, w pełni uczestniczyć w życiu społecznym, żeby czuły się potrzebne i aby świat wokół nich był przyjazny i rozumiejący ich potrzeby i ich funkcjonowanie. Mamy dziś w Polsce historycznie najniższy poziom bezrobocia. Jest to ogromna szansa także na zwiększenie poziomu zatrudnienia wśród osób niepełnosprawnych. Z satysfakcją i dumą witamy PKN ORLEN w gronie przedsiębiorstw szczególnie przyjaznych osobom niepełnosprawnym i ich zatrudnieniu – podkreślał Krzysztof Michałkiewicz, Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych.

Założeniem programu „Praca-Integracja” jest podjęcie zatrudnienia przez osoby niepełnosprawne w dużych przedsiębiorstwach realizujących misję społecznej odpowiedzialności biznesu. Budżet programu wynosi 8 mln zł. W myśl projektu dofinansowanie na zrekrutowanie, zatrudnienie u wskazanego pracodawcy oraz wsparcie w trakcie zatrudnienia pracowników niepełnosprawnych uzyskuje organizacja pozarządowa wyłoniona przez PFRON w ramach konkursu.

Aby skutecznie przeprowadzić proces aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych, stawiamy na współpracę różnych instytucji i organizacji. Poszukujemy nowych miejsc pracy dla osób z niepełnosprawnościami m.in. w administracji państwowej i w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Dotychczas nawiązaliśmy współpracę z Pocztą Polską i Grupą Enea – wyjaśniała Prezes Zarządu PFRON Marlena Maląg, która jako dobry przykład funkcjonowania programu „Praca-Integracja” realizowanego przez Pocztę Polską i Fundację „Aktywizacja” wskazała zatrudnienie już ponad 200 osób z niepełnosprawnościami. – Jestem przekonana, że zainicjowana dzisiaj współpraca z PKN ORLEN przyniesie równie korzystne efekty – dodała Prezes PFRON.

Środki finansowe w ramach programu „Praca-Integracja” mogą być przeznaczone na rekrutację i rozpoznanie potrzeb wynikających z niepełnosprawności, uzyskanie przez osobę niepełnosprawną pożądanych kwalifikacji i umiejętności zawodowych lub pracowniczych. Warto wspomnieć o możliwości finansowania działań takich jak niwelowanie barier uniemożliwiających podjęcie zatrudnienia, a także wypłaty dodatku motywacyjnego, rekompensującego podwyższone koszty związane z podjęciem aktywności zawodowej osoby niepełnosprawnej czy wykorzystanie innowacyjnych metod pracy, mających na celu utrzymanie osoby niepełnosprawnej w zatrudnieniu.

Przedsiębiorcy zapłacą o 60% podatku więcej, bo fiskus po latach zmienił zdanie

Gotowe posiłki i dania korzystają zasadniczo z 5% preferencyjnej stawki VAT. Dlatego też przedsiębiorcy z branży gastronomicznej (restauratorzy, właściciele barów) taką stawkę przez lata doliczali do ceny sprzedawanych posiłków. Co więcej, prawidłowość stosowania takiej stawki potwierdzały same organy podatkowe. Obecnie w ramach wzmożonych działań dla zaspokojenia rosnących potrzeb finansowych państwa fiskus sięga po uśpiony oręż – po interpretację ogólną Ministra Finansów z 2016 r. stwierdzającą, że 5% stawka jest błędna.

Zgodnie z art. 41 ust. 2a oraz z poz. 28 Załącznika nr 10 do ustawy o podatku od towarów i usług gotowe posiłki i dania, którym nadano symbol PKWiU ex 10.85.1, z wyłączeniem produktów o zawartości alkoholu powyżej 1,2%, objęte są preferencyjną 5% stawką podatku VAT (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.). Przedsiębiorcy z branży gastronomicznej stosowali więc dla sprzedawanych przez siebie posiłków taką stawkę opodatkowania. O interpretację występowali do organów fiskusa w sytuacji, gdy sprzedaży tej towarzyszył pewien rodzaj usługi (np. przy dowozie dań lub też podawaniu gotowych dań na wynos). Niepewność co do stosowania właściwej stawki VAT związana była z wydanym 10 marca 2011 r. przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyrokiem, z którego wynika, że:

„…sprzedaż świeżo przygotowanych dań i artykułów żywnościowych do spożycia na miejscu na stoiskach lub w pojazdach gastronomicznych, lub we foyer kin stanowi dostawę towarów, o której mowa w art. 5 tej dyrektywy, jeżeli z oceny jakościowej całości transakcji wynika, że elementy świadczenia usług poprzedzające dostawę artykułów żywnościowych towarzyszące jej nie mają charakteru przeważającego” (wyrok TSUE w sprawach połączonych C 497/09, C 499/09, C 501/09 i C 502/09, Dz.U. C 63 z 13.3.2010).

Decyduje PKWiU

Minister Finansów 24 czerwca 2016 r. rozwiał obawy przedsiębiorców, wydając w przedmiocie tych wątpliwości interpretację ogólną, w której stwierdził: Na sposób opodatkowania tych produktów (wysokość stawki podatku) nie ma zatem wpływu to, czy w świetle orzecznictwa TSUE ich sprzedaż na terytorium kraju będzie traktowana jako świadczenie usług, czy też jako dostawa towarów. Wynika to z faktu, że ustawodawca przy wyznaczaniu zakresu stosowania obniżonej stawki posłużył się klasyfikacją statystyczną” (interpretacja ogólna nr PT1.050.3.2016.156, w sprawie stosowania właściwej stawki podatku od towarów i usług dla sprzedaży posiłków i dań przez placówki gastronomiczne).

W tej samej interpretacji poinformował jednak, że gotowe posiłki i dania oferowane na wynos nie mieszczą się w klasyfikacji statystycznej zezwalającej na objęcie preferencyjną 5% stawką VAT, albowiem jak tłumaczył:

„…dla określenia prawidłowej stawki (…) należy dokonać prawidłowego zaklasyfikowania tej czynności wg PKWiU. Dla uznania czy dana czynność będzie zaliczona do klasy PKWiU 10.85 Gotowe posiłki i dania, czy do działu PKWiU 56 Usługi związane z wyżywieniem istotne jest, czy oferowane produkty są w pełni przyrządzone i serwowane jako posiłek gotowy do bezpośredniego spożycia, czy też nie są przeznaczone do bezpośredniej konsumpcji – np. są zamrożone lub pakowane próżniowo i etykietowane z przeznaczeniem na sprzedaż. (…) posiłki sprzedawane przez różnego rodzaju placówki gastronomiczne, które są przeznaczone do bezpośredniej konsumpcji, nie mogą korzystać z 5% stawki podatku od towarów i usług na podstawie art. 41 ust. 2a w związku z poz. 28 załącznika nr 10 do ustawy o VAT, ponieważ nie są klasyfikowane w grupowaniu PKWiU 10.85.1.” (interpretacja ogólna nr PT1.050.3.2016.156).

Przedsiębiorcy stosowali się do interpretacji organów

Tyle że przedsiębiorcy z branży gastronomicznej stosowali preferencyjną stawkę podatku, bo prawidłowość jej stosowania potwierdzały same organy podatkowe. W jednej z wielu wydanych w tym zakresie przed dniem 24 czerwca 2016 r. interpretacji indywidualnych organ stwierdził:

„…dostawa będących przedmiotem zapytania dań gotowych, sprzedawanych przez Wnioskodawcę „na wynos” oraz zamawianych telefonicznie przez klienta z dowozem do konkretnego miejsca, jako towar w postaci gotowych posiłków i dań, z wyłączeniem produktów o zawartości alkoholu powyżej 1,2%, sklasyfikowanych przez Zainteresowanego w grupowaniu 10.85.1 PKWiU, podlega opodatkowaniu stawką podatku VAT w wysokości 5%, na mocy art. 41 ust. 2a ustawy, w związku z poz. 28 załącznika nr 10 do ustawy” (interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z 30.07.2014r., sygn. IPTPP2/443-441/14-4/IR, zob. także: interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 02.06.2014 r., sygn. IPPP1/443-387/14-2/JL; interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z 05.06.2014 r., sygn. IPTPP4/443-204/14-4/OS; interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 05.03.2015 r., sygn. IBPP2/443-1258/14/RSz, interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 04.02.2016 r., sygn. IBPP2/4512-940/15/RSz).

Przychodzi fiskus i mówi: „daj”

Wydając 24 czerwca 2016 r. interpretację ogólną, Minister Finansów nie brał jednak pod uwagę interpretacji wydawanych przez organy. „…interpretacje indywidualne są wydawane w oparciu o przedstawiony przez Wnioskodawcę opis stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego i mają zastosowanie wyłącznie do stanu rzeczywistego zgodnego z tym opisem” (PT1.050.3.2016.156). Teraz fiskus również nie ma na uwadze przedsiębiorców, czyli podatników, dzięki którym funkcjonuje, jak i zasad ustanowionych przez stworzoną podobno dla tych przedsiębiorców Konstytucję Biznesu.

7 maja 2019 r. dziennik „Rzeczpospolita” w publikacji „Spór przedsiębiorców z fiskusem o stawkę VAT od dań na wynos” poinformował, że organy podatkowe domagają się od przedsiębiorców z branży gastronomicznej dopłaty do 8% VAT za sprzedawane przed dniem wydania przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej, dania i posiłki na wynos z „niesłuszną” 5% stawką. Funkcjonujący w obrocie gospodarczym przedsiębiorcy stają się więc z dnia na dzień dłużnikami Skarbu Państwa. Jak łatwo policzyć, fiskus chce, aby przedsiębiorcy dopłacili mu teraz aż o 60% więcej podatku, niż to było doliczone do cen gotowych posiłków i dań, które konsumenci już dawno skonsumowali. A to nie stanowi już jedynie zwiększenia obciążenia dla całego obrotu gospodarczego, czyli zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Brakujące 60% podatku będą musieli wyciągnąć z własnej kieszeni wyłącznie przedsiębiorcy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Barometr inwestycji zagranicznych w Polsce Q1 2019. Raport CBRE i Grafton Recruitment

Bezrobocie jest najniższe od 20 lat, a pensje szybują w górę. Z danych Grafton Recruitment wynika, że pensje pracowników wzrosły nawet o kilkanaście procent r/r. Pracownicy fizyczni na stanowiskach takich jak mechanik czy elektryk mogą liczyć w stolicy na pensję osiągającą nawet 6500 zł brutto, a stażyści IT, którzy rozpoczynają karierę zarobią 5,2-6,7 tys. zł brutto miesięcznie. Rekrutacja najlepszych na takim rynku to wyzwanie, dlatego pracodawcy coraz częściej zamiast na cyferki ścigają się na komfort miejsca pracy – jak wynika z danych CBRE, w I kwartale 2019 r. największy udział w rynku nieruchomości miały transakcje biurowe.

Firmom poszukującym pracowników kończą się pomysły na wykazanie się konkurencyjnością, a atrakcyjne wynagrodzenie nie stanowi już karty przetargowej. Co ciekawe, dotyczy to praktycznie każdej branży i każdego stanowiska pracy, niezależnie od specjalizacji. W kwietniu bezrobocie wg GUS osiągnęło rekordowo niski poziom 5,6% w skali kraju, a średnie wynagrodzenie wciąż sukcesywnie rośnie. W I kwartale 2019 r. przekroczyło próg 5 tys. zł brutto miesięcznie. Rosną więc wymagania pracowników, co skutkuje presją płacową na pracodawcach, którzy oferują coraz wyższe wynagrodzenia. Na tak atrakcyjnym pod względem nieruchomości komercyjnych rynku warszawskim, poziom bezrobocia rejestrowanego osiągnął rekordowo niski poziom 1,5%. Z danych Grafton Recruitment wynika, że pensje pracowników wzrosły w stosunku do roku ubiegłego nawet o kilkanaście procent. Na przykład pracownicy fizyczni na stanowiskach, takich jak mechanik czy elektryk mogą liczyć w stolicy na pensję osiągającą nawet 6,5 tys. zł brutto. Rekordowo wysokie są też pensje w IT, nawet dla stażystów, którzy rozpoczynając dopiero karierę np. w software development zarobią 5,2-6,7 tys. zł brutto miesięcznie. Firmy, którym rekrutacja spędza sen z powiek, stawiają na inwestycje w wysokiej jakości, atrakcyjne nieruchomości komercyjne.

Wrzenie w biurach

Polska pozostaje jednym z najatrakcyjniejszych rynków nieruchomości dla inwestorów zagranicznych – przede wszystkim ze względu na dostępność wykwalifikowanych specjalistów. W pierwszym kwartale 2019 roku dokonano transakcji na kwotę 745 milionów euro. Największy udział w rynku miały transakcje biurowe – 72% wszystkich kontraktów.

– O skali i dynamice rozwoju świadczy chociażby fakt, że na przykład przez ostatnie 5 lat na warszawskim rynku biurowym powstał 1 mln powierzchni biurowej, a kolejny 1 mln będzie ukończony w ciągu kolejnych 3 lat. Rozwój sektora nieruchomości jest możliwy dzięki odpowiedniej dostępności specjalistów. Warto zwrócić także uwagę na standard nowej powierzchni biurowej oraz ich walory lokalizacyjne, ponieważ stanowią one obecnie ważny element konkurencyjności pracodawców, którzy atrakcyjnymi warunkami mogą przyciągać najlepszych specjalistów i minimalizować ryzyko rotacji – mówi Jan Banasikowski, HR & Location Advisor CBRE.

Najbardziej aktywnymi graczami na polskim rynku byli inwestorzy zagraniczni, którzy odpowiadali za podpisanie ponad 90% wszystkich kontraktów w pierwszym kwartale tego roku. Szczególnie wyróżniają się inwestorzy z Niemiec i Wielkiej Brytanii, których udział w dokonanych inwestycjach wyniósł po 27% każdy.

Stolica na prowadzeniu, ale regiony tuż za rogiem

W sektorze nieruchomości biurowych w Polsce dominującą pozycję utrzymuje Warszawa, której łączne zasoby powierzchni wynoszą 5,5 mln m kw., dodatkowo powierzchnia w budowie stanowi ponad 13,5% istniejącej nowoczesnej powierzchni w całym mieście, co jest jednym z najwyższych wyników w całej Europie.

– W obszarze powierzchni biurowych decydujący wpływ na taki stan rzeczy ma sektor nowoczesnych usług dla biznesu, który odpowiada za większość inwestycji biurowych
w Warszawie i innych rynkach regionalnych. Warto dodać, że nowe inwestycje mają szczególny wpływ na rynki regionalne ponieważ pozwalają one na tworzenie atrakcyjnych możliwości rozwoju dla miejscowych studentów, absolwentów i specjalistów, którzy do tej pory migrowali za atrakcyjną pracą do największych polskich miast. Ten trend dostrzegają zarówno inwestorzy zagraniczni, jak i obecni najemcy zainteresowani dalszym rozwojem w nowych lokalizacjach oferujących atrakcyjniejsze koszty prowadzenia działalności oraz dostęp do specjalistów kształconych przez miejscowe ośrodki akademickie –
mówi Jan Banasikowski.

W kolejnych latach będziemy obserwować rosnące zainteresowanie inwestorów rynkami regionalnymi, o czym świadczy chociażby fakt, że w pierwszym kwartale 2019 roku 55% wszystkich transakcji dotyczyło nieruchomości poza Warszawą. Popularność rynków regionalnych wiąże się z rosnącą potrzebą minimalizacji kosztów działalności, dlatego rosnąca liczba firm rozważa prowadzenie działalności w miastach regionalnych. Poza głównymi miastami regionalnymi w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Katowice, Trójmiasto, Łódź, Szczecin, Lublin), coraz większym zainteresowaniem wśród najemców z sektora usług cieszą się takie miasta jak Bydgoszcz, Białystok, Rzeszów, Toruń, Opole oraz miasta metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej, gdzie obecnie 76% zasobów powierzchni biurowej zajmują Katowice, ale o jej potencjale stanowi także osiem miast o zaludnieniu powyżej 100 tys. mieszkańców (Gliwice, Zabrze, Tychy, Sosnowiec, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Ruda Śląska).

Decyzja o inwestowaniu poza stolicą wydaje się mieć uzasadnienie również pod względem specyfiki lokalnych rynków pracy. Choć bezrobocie w miastach takich jak Poznań, Katowice i Wrocław również jest rekordowo niskie, bo w żadnym z nich nie przekracza poziomu 2%, to oczekiwania pracowników dotyczące zarobków są zazwyczaj nieco niższe niż w Warszawie. Raport Manufacturing 2019 Grafton Recruitment i Gi Group ujawnia, że np. pracownicy produkcyjni na Śląsku zarabiają o kilkaset złotych mniej brutto niż ich koledzy w Warszawie. Analogiczną zależność zauważamy również w przypadku zarobków oferowanych w miastach regionalnych w całym sektorze SSC/BPO, w IT i w dziesiątkach innych branż. Co ciekawe, dysproporcja w zarobkach między Warszawą z innymi miastami z roku na rok jest coraz mniejsza.  Jak łatwo się domyślić, poskutkowało to zwiększeniem populacji talentów w miastach takich jak Wrocław czy Kraków.

Pensja, biuro… i benefity

Zagraniczni inwestorzy wchodzący dopiero na rynek polski nie mogą zapominać również, że walka o kandydatów to już nie tylko konkurencyjne wynagrodzenie, ale również atrakcyjne pakiety benefitów. Standardem stają się świadczenia dodatkowe takie jak: dofinansowanie wakacji, wynajem sal do zajęć sportowych, przedszkola i miejsca zabaw dla dzieci czy też masaże dla pracowników. Inwestorzy wychodząc więc poza schemat, oferując „coś więcej” mają szansę przyciągnąć najlepszych kandydatów.

Najpopularniejsze metody cyberataków na firmy w Polsce

Analitycy z laboratorium FortiGuard firmy Fortinet sprawdzili, jakie narzędzia były wykorzystywane przez cyberprzestępców do ataków na działające w Polsce firmy. Za część z nich odpowiada złośliwe oprogramowanie znane na całym świecie, jak GandCrab czy Zeroaccess. Globalną karierę zrobił też opracowany w Polsce wirus o swojsko brzmiącej nazwie… Prosiak.

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

GandCrab – najpopularniejszy ransomware

Ransomware to popularne wśród cyberprzestępców narzędzie blokujące urządzenie ofiary i szyfrujące zgromadzone na nim dane, a następnie żądające okupu za odzyskanie do nich dostępu. Jedne z najsłynniejszych cyberataków, do których doszło w ostatnich latach – WannaCry oraz Petya/NotPetya – należą właśnie do tej rodziny złośliwego oprogramowania.

Tymczasem w Polsce najczęściej występował ransomware o nazwie GandCrab. W drugiej połowie 2018 r. odnotowano ponad 1500 przypadków aktywności jego różnych wariantów. GandCrab był w tym samym czasie także najczęściej występującym oprogramowaniem szyfrującym na świecie, z ponad 3 milionami przypadków ataku.

Widoczny jest znaczny spadek aktywności WannaCry, który w 2017 r. doprowadził do paraliżu wielu instytucji na całym świecie i spowodował straty wycenione przez ekspertów na 8 miliardów dolarów. W drugiej połowie 2018 r. nie znalazł się już w gronie najczęstszych ataków ransomware w Polsce. Z kolei na całym świecie odnotowano w tym czasie tylko 16 tysięcy przypadków z jego wykorzystaniem.

Unikalnym ransomware występującym w Polsce wydaje się być Shade, który pojawił się około 2014 r. i jest rozprzestrzeniony przez malspam – a więc spam zawierający złośliwy załącznik, najczęściej plik w formacie zip, prezentowany odbiorcy jako coś, co należy jak najszybciej otworzyć. W Polsce w omawianym czasie odnotowano 228 przypadków Shade, nie był natomiast zauważony w podobnej skali na całym świecie.

Szczególnie interesujące były ataki ransomware, w których przestępcy próbowali podszywać się pod rosyjskie spółki naftowo-gazowe, w szczególności „PAO NGK Slavneft”. Prawdopodobnie ich celem było uderzenie w część tego segmentu przemysłu – mówi dr Paolo Di Prodi, analityk z firmy Fortinet.

Polski Prosiak podbija świat

Interesującym przypadkiem jest pochodzące z Polski złośliwe oprogramowanie o nazwie Prosiak. Jest to wirus, którego aktywność odnotowano najczęściej nie tylko w Polsce (ponad 270 tysięcy przypadków), ale też na świecie (prawie 28 milionów przypadków).

Prosiak jest backdoorem, a więc narzędziem, które cyberprzestępca tworzy po to, aby później za jego pomocą (przez „tylne drzwi”) dostać się do wybranego za cel systemu.

Backdoory mogą pojawiać się także w inny sposób, np. w wyniku pomyłki w kodzie lub są celowo tworzone przez producentów oprogramowania, aby później za ich pomocą np. naprawiać błędy. Oczywiście w tej sytuacji istnieje ryzyko, że taka intencjonalnie pozostawiona furtka zostanie odkryta przez cyberprzestępców i wykorzystana do nielegalnych celów.

Uwaga na luki w produktach Adobe i Microsoft

Sondy FortiGuard odnotowały w Polsce największą aktywność eksploitów, a więc złośliwego oprogramowania wykorzystującego luki w zabezpieczeniach, związanych z oprogramowaniem Adobe Reader i Acrobat oraz z pakietem MS Office. Cyberprzestępcze grupy wykorzystujące te narzędzia to m.in. Cobalt Group czy Goblin Panda.

Liczba przypadków wykrycia aktywności eksploita PDF/CVE_2013_2729.E!exploit wyniosła prawie 102 tysiące. Natomiast aktywność eksploitów wykorzystujących luki w pakiecie Office odnotowano ponad 41 tysięcy razy.

Niebezpieczne botnety

Botnet jest to grupa zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem komputerów lub urządzeń IoT, za pomocą których cyberprzestępca może rozpowszechniać inny malware, wysyłać spam lub przeprowadzać ataki typu DDoS (Distributed Denial of Service – rozproszona odmowa usługi). Właściciele przejętych urządzeń nie wiedzą, że służą one do cyberprzestępczej aktywności.

Według danych Fortinet dwa najpopularniejsze botnety obecne w Polsce (po ponad 6 milionów odnotowanych przypadków aktywności) to H-worm i Zeroaccess.

H-worm jest wykorzystywany w ukierunkowanych atakach na międzynarodowy przemysł energetyczny, jednak zaobserwowano, że jest on również wykorzystywany szerzej – jako sposób przeprowadzania ataków poprzez malspam i złośliwe linki.

Z kolei botnet Zeroaccess został odkryty co najmniej około maja 2011 r. Szacuje się, że pakiet odpowiedzialny za jego rozprzestrzenianie był obecny w co najmniej 9 milionach systemów na całym świecie. W grudniu 2013 r. koalicja pod przewodnictwem Microsoftu próbowała bez powodzenia zniszczyć sieci dowodzenia i kontroli botnetu.

Świadome zarządzanie ryzykiem

Niestety często od naruszenia bezpieczeństwa do momentu jego wykrycia upływają długie miesiące. W tym czasie cyberprzestępcy są w stanie poczynić duże spustoszenie w zasobach firmy, gdyż mają dostęp do poufnych danych, m.in. o finansach. – Nasze wcześniejsze badanie pokazało, że aż 95% przedsiębiorstw działających w Polsce na przestrzeni minionych dwóch lat doświadczyło cyberataku – mówi Jolanta Malak, dyrektor polskiego oddziału Fortinet. Na szczęście po zarządach firm widać stopniowy wzrost świadomości problemu. Cyberbezpieczeństwo staje się w firmach kluczowym elementem szerszej strategii zarządzania ryzykiem i wychodzi już poza kwestie związane tylko z informatyką.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z czujników laboratorium FortiGuard rozmieszczonych na terenie Polski i zostały zebrane od 1 czerwca do 31 grudnia 2018 r. Zaprezentowano łączną liczbę przypadków wykrycia zagrożenia przez urządzenia FortiGate (za przypadek traktowano sytuację, gdy sygnatura pliku została rozpoznana przez mechanizm antywirusowy lub silnik IPS wykrył podejrzane połączenie).

Liczba pracowników z Białorusi rośnie w tempie szybszym niż Ukraińców

Obok Ukraińców do pracy w Polsce coraz liczniej zgłaszają się Białorusini. Na początku roku już ponad 20 tys. z nich miało zezwolenie na pobyt, co zwykle wiąże się z prawem do pracy. Realnie jest ich co najmniej dwa razy więcej. Stali się więc drugą pod względem liczebności grupą obcokrajowców zatrudnionych w Polsce. Ale daleko im do przybyszy znad Dniestru. Jednak w przeciwieństwie do nich nie podejmują się każdego proponowanego im zajęcia. Dzięki lepszej sytuacji gospodarczej w rodzimym kraju szukają atrakcyjnych ofert zgodnych z kompetencjami zawodowymi. Pracują m.in. w przemyśle, transporcie, budownictwie i centrach usług biznesowych. Są też niemal nieobecni w rolnictwie. Według ekspertów, nie zastąpią Ukraińców, ale raczej wraz z nimi częściowo uzupełnią niedobór rąk do pracy.

Jednoznaczne dane

Białorusini stali się drugą najliczniejszą grupą cudzoziemców na polskim rynku pracy posiadających ważne zezwolenia na pobyt. Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców, informuje, że na początku tego roku zezwolenia na pobyt miało 20 tys. obywateli, czyli o prawie 5 tys. więcej niż 1 stycznia 2018 roku. Dla porównania, w przypadku Ukraińców było to 179 tys. osób (145 tys. rok wcześniej). Zwykle prawo do przebywania w Polsce wiąże się z możliwością podejmowania pracy. Zdaniem eksperta, liczba obywateli Białorusi posiadających takie dokumenty będzie dalej rosnąć.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

– Już teraz plasują się za Ukraińcami, jednak jest ich, według różnych oszacowań, 10-20 razy mniej. W 2018 roku w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych było zarejestrowanych ponad 420 tys. przybyszów z Ukrainy i przeszło 34 tys. Białorusinów. Podobne dysproporcje widać w zezwoleniach na pracę czy zaświadczeniach pracodawców o zamiarze powierzenia stanowiska obcokrajowcowi. Jednym z powodów tego stanu jest kilkakrotnie mniejsza liczba mieszkańców tego kraju – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

W ocenie Karoliny Korzeniewskiej, Account Executive CEE w firmie Antal, pracujących w Polsce Białorusinów jest co najmniej dwukrotnie więcej od tych z pozwoleniem na pobyt stały. Trudno podać dokładne dane ze względu na liczną grupę cudzoziemców przebywających w naszym kraju nielegalnie i działających w tzw. szarej strefie. Natomiast z punktu widzenia rynku pracy nie ma różnicy między obywatelami obu państw. Są obecni w wielu sektorach branżowych, ale nie stanowią zagrożenia dla polskich pracowników ze względu na brak rąk do pracy.

– Sytuacja obywateli Białorusi jest korzystniejsza niż Ukraińców. Wielu posiada Kartę Polaka, ułatwiającą znalezienie stabilnego zatrudnienia i zorganizowanie sobie życia w naszym kraju. Widzimy w ich przypadku relatywnie większy odsetek osób z umowami o pracę. Przybysze znad Dniestru częściej pracują na podstawie oświadczeń pracodawców o zamiarze zatrudnienia ich na okres pół roku. Z kolei większość pracowników z Ukrainy działa tymczasowo w oparciu o umowy cywilno-prawne lub w sposób nieformalny – uważa ekspert z FPP.

Według specjalistów, taka sytuacja powoduje, że Ukraińcy, mimo wysokich kwalifikacji, często podejmują prostsze prace. Białorusini zwykle wykonują zawody zgodne z ich wykształceniem. Praktycznie nie widać ich w rolnictwie, ale są obecni m.in. w sektorach przemysłowym, budowlanym i transportowym. Najmłodsi podejmują się każdej pracy, przede wszystkim w miastach. Ci z wyższym wykształceniem są cennym nabytkiem dla centrów usług wspólnych. Dobrze znają języki obce, szczególnie angielski, niemiecki i francuski. Mają kompetencje, których na krajowym rynku już teraz mocno brakuje.

Migracja bez przymusu

– Jeżeli w przypadku Ukrainy powodem emigracji zarobkowej są problemy gospodarcze i polityczne po rosyjskiej agresji, to z Białorusi przyjeżdżają osoby szukające lepiej płatnych zajęć. Gospodarczo Mińsk radzi sobie lepiej niż Kijów, ale Polska pozostaje atrakcyjna, oferując wyższe zarobki i lepszy komfort życia. Wciąż jesteśmy bliżej Zachodu, ale może się okazać, że pracujący tu cudzoziemcy traktują nas tylko jako przystanek na drodze do bardziej rozwiniętych państw europejskich – sądzi eskpert z Antala.

Z kolei, zdaniem głównego ekonomisty FPP, w przypadku Ukraińców mieliśmy do czynienia z masową imigracją obejmującą szeroki przekrój społeczeństwa. Migracje z Białorusi nie są wymuszone trudną sytuacją ekonomiczno-polityczną. W tym kraju PKB na osobę jest dwukrotnie wyższe niż nad Dniestrem, choć zdecydowanie niższe od polskiego. Ale to wystarcza, by przyjezdni poszukiwali wybranej, atrakcyjnej pracy, a nie jakiejkolwiek pozwalającej na utrzymanie pracownika i jego rodziny. A napływ siły roboczej z obu krajów będzie trwał dopóty, dopóki utrzyma się dobra koniunktura gospodarcza w Polsce.

– Choć liczba pracowników z Białorusi rośnie w tempie szybszym niż tych z Ukrainy, ci drudzy nie zostaną wyparci z naszego rynku pracy. Ta grupa jest kilkukrotnie liczniejsza. Zresztą populacja naszego północno-wschodniego sąsiada jest cztery razy mniejsza od ukraińskiej. Z punktu widzenia krajowych pracodawców, jeśli ktoś dobrze wykonuje swoją pracę, narodowość nie ma znaczenia. Natomiast mam nadzieję, że Białorusini bardziej zadbają o swoje prawa. Rynek kandydata się utrzymuje i kandydaci częściej niż kiedyś wymagają legalnego zatrudnienia na równych warunkach z Polakami – przekonuje Karolina Korzeniewska.

W opinii Łukasza Kozłowskiego, nie można mówić o potencjalnej konkurencji, bo obywatele obu narodowości uzupełniają braki rąk do pracy na naszym rynku, zatem jedni nie będą zastępować drugich. Różny jest potencjał demograficzny obu krajów i powody przyjazdów do Polski. Wciąż nasilony ruch emigracyjny z Ukrainy potęguje ten efekt i dlatego Białorusini są być może nawet 20-krotnie mniejszą grupą zagranicznych pracowników. Ekspert przewiduje, że w nadchodzących latach dysproporcja może się delikatnie zmniejszać, ale wciąż pozostanie duża.

Potrzeba dywersyfikacji źródeł finansowania emerytur

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że większa różnorodność strumieni finansujących wypłatę emerytur jednoznacznie poprawia poziom bezpieczeństwa systemu emerytalnego. Dzięki wprowadzeniu PPK, Fundusz Ubezpieczeń Społecznych – który obecnie pobiera 97% składek i wpłat emerytalnych – przestanie być instytucją, od składek na rzecz której niemal w całości zależy dochód ubezpieczonych w okresie emerytury. Z tego względu za korzystne z punktu widzenia sytuacji przyszłych emerytów należy uznać wdrożenie najnowszej rządowej propozycji reformy OFE.

Jednym z podstawowych wyznaczników poziomu bezpieczeństwa systemu emerytalnego – w szczególności w okresie rosnących wyzwań związanych ze starzeniem się społeczeństw oraz stabilnością finansów publicznych – jest stopień dywersyfikacji źródeł finansowania wypłacanych świadczeń. Według prognoz ZUS, deficyt w polskim powszechnym systemie emerytalnym osiągnie najwyższe wartości w relacji do PKB w latach 2025-2030. Wynika to z zachodzących procesów demograficznych – zmieniających relację ubezpieczonych do świadczeniobiorców oraz z kontynuacji wypłat emerytur – których wysokość była ustalana w oparciu o zasady określone przed reformą z 1999 r.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Poprawa bezpieczeństwa będzie przede wszystkim dotyczyła tych ubezpieczonych, którzy nie zrezygnują z uczestnictwa w PPK. Składki do OFE stanowią część obowiązkowej składki emerytalnej, w związku z czym ich rola nie ma bezpośredniego wpływu na łączny poziom składek i wpłat o charakterze emerytalnym. Jednak reforma OFE będzie miała wpływ na skłonność do uczestnictwa w PPK oraz pozostałych formach oszczędzania długoterminowego. Z tego względu za najkorzystniejsze z punktu widzenia sytuacji przyszłych emerytów należy uznać wdrożenie najnowszej rządowej propozycji reformy OFE. Im wyższy uzyskuje się poziom finansowania w systemie emerytalnym oraz programach długoterminowego oszczędzania, tym w oczywisty sposób można oczekiwać proporcjonalnie wyższych świadczeń i wypłat w przyszłości” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Tym, co może ubezpieczonym zapewnić efektywnie funkcjonujący filar kapitałowy w połączeniu z programami dobrowolnego oszczędzania, jest większa różnorodność strumieni finansujących wypłatę emerytur. W ten sposób mogą zostać złagodzone skutki materializacji jednego z istniejących czynników ryzyka, np. pogorszenia sytuacji na krajowym rynku pracy. To negatywnie odbija się na przypisie składki determinującym finalną wysokość świadczeń w bazowym systemie repartycyjnym, ponieważ emerytura z II oraz III filaru powiązana jest również z wynagrodzeniem czynnika kapitału, a część aktywów funduszy emerytalnych stanowią zagraniczne akcje oraz papiery wartościowe pozostałego typu” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

FPP i CALPE dokonały analizy wpływu na bezpieczeństwo finansowe emerytów, skłonność do oszczędzania, rynek kapitałowy, gospodarkę i finanse publiczne 5 scenariuszy zmian polskiego systemu emerytalnego:

  1. status quo, zakładający utrzymanie w kolejnych latach dotychczas obowiązującego stanu prawnego à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 60% wśród uprawnionych osób 
  2. wprowadzenie dobrowolności w zakresie przeniesienia 100% aktywów członka OFE do IKE lub ZUS, zgodnie z najnowszą propozycją rządu à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 75% wśród uprawnionych osób
  3. wdrożenie Programu Budowy Kapitału, zakładający realizację rządowych propozycji z lipca 2016 r. à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 70% wśród uprawnionych osób
  4. całkowite przejęcie aktywów OFE przez FRD à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 40% wśród uprawnionych osób
  5. reforma OFE à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 75% wśród uprawnionych osób

W 2021 r., po pełnej implementacji reformy PPK, udział wpłat w systemie kapitałowym w scenariuszu bazowym oraz scenariuszach zakładających wdrożenie obecnego i wcześniejszego wariantu rządowej propozycji rośnie do 15-16%. Udział na poziomie prawie 20% jest możliwy do osiągnięcia dzięki reformie OFE, a w przypadku ich nacjonalizacji osiągnięty zostałby udział jedynie na poziomie 9%.

Czterodniowy tydzień pracy? Pracownicy mówią tak!

  • Ponad polowa europejskich pracowników wolałaby pracować w cyklu czterodniowym.
  • Z największym entuzjazmem do tej koncepcji podchodzą Hiszpanie, Brytyjczycy, Holendrzy i Francuzi.
  • W Polsce taką opcję preferowałoby 37 proc. pracowników

Firma ADP® przeprowadziła badanie wśród ponad 10 tys. europejskich pracowników na temat czterodniowego tygodnia pracy. Okazało się, że aż 56 proc. ankietowanych wolałoby pracować przez 4 dni w tygodniu. Co ciekawe, taki system ma też sporo zwolenników w Polsce. Pomimo, że w Polsce nie odbyła się jeszcze debata publiczna dot. tego typu zmian na rynku pracy, to aż 37 proc. ankietowanych deklaruje, że zdecydowałoby się na taki kształt pracy.

Badanie „The Workforce View 2019” przeprowadzone przez firmę ADP® daje wgląd w kluczowe zagadnienia, przed jakimi stają obecnie pracownicy i pracodawcy w Europie. Temat czterodniowego tygodnia pracy jest w ostatnich latach poruszany coraz częściej, a takie rozwiązanie mogłoby zrewolucjonizować produktywność, poprawić równowagę pomiędzy życiem osobistym a zawodowym pracowników i obniżyć poziom stresu. Biorąc pod uwagę, że taką zmianą są coraz bardziej zainteresowani sami pracownicy, wyniki badań wskazują, że pracodawcy powinni zacząć podchodzić do tej koncepcji bardzo poważnie.

W sytuacji, gdy produktywność, równowaga pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym
i różnorodność miejsc pracy plasują się wysoko na liście kluczowych kwestii dla firm w Europie, krótszy tydzień pracy mógłby być odpowiednim rozwiązaniem. Badania wykazały, że w wielu przypadkach pracownicy, pracując w ten sposób, mogą uzyskać takie same osiągnięcia, jednocześnie ciesząc się lepszą równowagą między życiem prywatnym a zawodowym. Jest to więc koncepcja, na której korzystają wszyscy, zarówno pracownicy, jak i pracodawcy
– mówi o wynikach badań Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Czterodniowy tydzień pracy ma w Polsce najwięcej zwolenników wśród osób, które są na półmetku swojej kariery – 41 proc. osób w wieku od 35 do 44 lat twierdzi, że wolałaby pracować w ten sposób. Może być to spowodowane wyzwaniami związanymi z łączeniem życia zawodowego z życiem rodzinnym oraz z innymi obowiązkami. Są oni jednocześnie grupą, która najchętniej zdecydowałaby się na obniżkę płac w zamian za mniejszą liczbę godzin pracy (11 proc.).

Koncepcja czterodniowego tygodnia pracy jest najbardziej popularna wśród pracowników w Hiszpanii (62,6 proc.), Wielkiej Brytanii (61,2 proc.), Holandii (60,4 proc.) i Francji (60,4 proc.). Mieszkańcy Wielkiej Brytanii najchętniej wybraliby czterodniowy tydzień pracy ze zmniejszonym wynagrodzeniem (16,3 proc.).

Istnieją przesłanki świadczące o tym, że czterodniowy tydzień pracy mógłby pomóc wspierać funkcjonowanie obu płci w miejscu pracy – dzięki takiemu rozwiązaniu pary mogłyby łatwiej zarządzać obowiązkami rodzinnymi i więcej kobiet mogłoby w pełni korzystać z możliwości zawodowych. Wreszcie – jest to pozytywne rozwiązanie dla dobrostanu i zaangażowania pracowników, które stanowią bardzo istotne czynniki dla prowadzenia firm – komentuje Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.