Badanie Veeam: przez nieodpowiednie zarządzanie danymi firmy mogą tracić 20 mln USD rocznie

Jak wynika z raportu „Veeam Cloud Data Management Report”, dotyczącego zarządzania danymi w chmurze, 73 proc. firm nie zaspokaja potrzeb użytkowników w zakresie nieprzerwanego dostępu do aplikacji i danych. Wiele przedsiębiorstw chce zacząć korzystać z narzędzi do zarządzania danymi w chmurze, aby lepiej spełniać wymagania w obszarze ochrony i wykorzystać potencjał tkwiący w posiadanych danych.

W ciągu ostatniej dekady ilość generowanych danych gwałtownie wzrosła. Wzrost ten jest tak szybki, że szacuje się, że w 2025 r. będziemy generować ponad 175 zetabajtów danych rocznie, czyli o prawie dwie trzecie więcej niż w roku 2018[1]. Przedsiębiorstwa muszą tymi danymi odpowiednio zarządzać i chronić je niezależnie od ich lokalizacji. Jednak – jak pokazują wyniki ostatniego badania opublikowanego przez Veeam® Software, lidera w zakresie rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych, które umożliwiają zarządzanie danymi w chmurze (Cloud Data Management™) – 73 proc. organizacji przyznaje, że nie jest w stanie zaspokoić potrzeb użytkowników w zakresie nieprzerwanego dostępu do danych i usług. Kosztuje to przeciętną firmę aż 20 mln USD rocznie – negatywne konsekwencje przestojów mogą obejmować utratę przychodów, spadek produktywności i zaufania klientów. Z drugiej jednak strony z tegorocznego badania wynika, że przedsiębiorstwa podejmują działania, aby przeciwdziałać tym niekorzystnym zjawiskom – prawie trzy czwarte (72 proc.) ankietowanych zamierza wykorzystać inteligentne zarządzanie danymi, nierzadko za pomocą narzędzi chmury hybrydowej.

Raport Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019 powstał na podstawie badania, w ramach którego w 13 krajach ankietowano ponad 1500 menedżerów wyższego szczebla, odpowiedzialnych za obszary biznesowe i informatyczne. Stwierdzono, że respondenci są świadomi znaczenia zarządzania danymi dla sukcesu ich przedsiębiorstw, a jako płynące z niego korzyści wymieniają większą wydajność bieżącą i szanse na wsparcie transformacji biznesowej w przyszłości.

Ratmir Timashev
Ratmir Timashev, współzałożyciel i wiceprezes Veeam ds. sprzedaży i marketingu

„Żyjemy w epoce danych, a przedsiębiorstwa powinny zrozumieć powagę sytuacji i aktywnie zadbać o ich skuteczną ochronę. Firmy muszą zarządzać danymi tak, aby były one zawsze dostępne. Muszą też wykorzystać ich wartość do zwiększania wydajności. Zapewnianie takiego poziomu powinno być obecnie standardem. Przedsiębiorstwa, które skutecznie zarządzają swoimi danymi, mają przed sobą możliwości i szanse na zdobycie przewagi nad konkurencją. Menedżerowie powinni się więc zastanowić, czy mają pewność, że ich dane biznesowe będą zawsze dostępne. Jeśli nie są co do tego przekonani, muszą działać. Nasze badanie dowodzi tymczasem, że wiele firm działa zbyt wolno” – powiedział Ratmir Timashev, współzałożyciel firmy Veeam i wiceprezes działu sprzedaży i marketingu.

Przedsiębiorstwa stawiają na wykorzystanie możliwości takich technologii jak chmura lub chmura hybrydowa, Big Data, sztuczna inteligencja i Internet rzeczy. Zakłada się, że inwestycje w technologie tego typu w roku 2019 wyniosą średnio 41 mln USD. Prawie połowa respondentów przyznała, że ochrona danych jest niezbędna do wydobycia potencjału z tych inwestycji. Niepokoi jednak fakt, że tylko 37 proc. przedsiębiorstw ma duże zaufanie do aktualnie używanych rozwiązań w zakresie tworzenia kopii zapasowych, a większość (73 proc.) przyznaje, że nie jest w stanie zaspokoić potrzeb użytkowników. Utrudnia to wdrażanie narzędzi i procesów, które mogą przynieść firmie przewagę nad konkurencją, lecz menedżerowie zdają sobie sprawę z czekającej ich przedsiębiorstwa pracy. Ponad połowa ankietowanych chce wdrożyć inteligentne zarządzanie danymi i rozwiązania wielochmurowe w całej firmie, aby stawić czoła tym problemom.

Wdrożenie narzędzi cyfrowych niesie ze sobą znaczne korzyści – zdaniem firm generują one średnio 124 mln USD dodatkowych przychodów rocznie (na przedsiębiorstwo). Informacje te rzucają jednak światło na globalne rozbieżności w obszarze wdrażania narzędzi cyfrowych. Niektóre z największych gospodarek świata mogą być zmuszone do nadrabiania zaległości w dziedzinie inwestycji w innowacje cyfrowe. 41 proc. przedsiębiorstw japońskich i 48 proc. firm brazylijskich opisało swoje systemy zarządzania danymi jako dojrzałe – dla porównania, to samo stwierdziła tylko nieco ponad jedna czwarta przedsiębiorstw we Francji i Niemczech oraz tylko 11 proc. firm w Wielkiej Brytanii. Firmy japońskie i brazylijskie zamierzają zainwestować w ciągu najbliższych 12 miesięcy w inteligentne zarządzanie danymi średnio odpowiednio 105 mln USD i 73 mln USD, a więc znacznie więcej niż wynoszą średnie spodziewane inwestycje przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii (14 mln USD), Chinach (17 mln USD) i Stanach Zjednoczonych (38 mln USD).

„Obserwujemy obecnie rozwój zjawiska globalnego zbrojenia cyfrowego. Niektóre najbardziej rozwinięte gospodarki na świecie mogą pozostać w tyle, jeśli chodzi o wdrażanie technologii cyfrowych. Firmy muszą zadbać o właściwe fundamenty cyfrowe, aby w inteligentny sposób zarządzać swoimi danymi i chronić swoją przyszłość. W tym celu przedsiębiorstwa muszą być wewnętrznie zintegrowane, a obszary informatyczne i biznesowe muszą ze sobą współpracować i razem stawiać czoła wyzwaniom w zakresie kultury i umiejętności” – dodał Ratmir Timashev.

Droga do inteligentnego rozwoju biznesu

Raport Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019 dowodzi, że przedsiębiorstwa dążą do korzystania z inteligentnych narzędzi cyfrowych. Dlatego wprowadzają takie technologie jak zarządzanie danymi w chmurze i sztuczna inteligencja, oferujące generowany w czasie rzeczywistym przegląd sytuacji w całym przedsiębiorstwie i możliwość świadomego działania na podstawie uzyskanych w ten sposób informacji. Badanie pokazuje, że firmy dążące do tego celu mają na całym świecie cztery punkty wspólne:

  1. Chmura – zarządzanie danymi w chmurze to kluczowy element realizacji inteligentnego zarządzania danymi. Trzy czwarte przedsiębiorstw używa platform oprogramowania jako usługi (SaaS). Wiele z nich korzysta z usług tworzenia kopii zapasowych i odtwarzania danych w chmurze, przy czym 51 proc. stosuje udostępniane jako usługi narzędzia kopii zapasowych (BaaS), a 44 proc. stawia na oferowane jako usługi rozwiązania do usuwania skutków awarii (DRaaS). Nie ma wątpliwości, że menedżerowie zdają sobie sprawę z zalet podejścia wielochmurowego i hybrydowego. Jako główne argumenty decydujące o wyborze takich rozwiązań wymieniają koszty, niezawodność, elastyczność i bezpieczeństwo danych.
  2. Kompetencje – przedsiębiorstwa muszą podnieść swoje kompetencje, aby mieć pewność, że ich pracownicy są w stanie korzystać z analiz danych i używać nowych, wdrażanych technologii. 9 na 10 firm uważa podnoszenie kwalifikacji w zakresie nowych technologii u personelu za element kluczowy dla odniesienia sukcesu w ich inicjatywach cyfrowych.
  3. Kultura – kluczowe znaczenie ma stworzenie kultury organizacyjnej, która jest elastyczna i otwarta na nowe technologie, dzięki czemu umożliwia ludziom rozwój razem z przedsiębiorstwem. Ponad dwie trzecie respondentów jest przekonanych, że kultura ich przedsiębiorstwie musi stać się bardziej otwarta na technologie cyfrowe.
  4. Zaufanie – przedsiębiorstwa muszą wypracować zaufanie do biznesowych narzędzi cyfrowych, opartych na silnych fundamentach w postaci danych. Obecnie tylko jedna czwarta respondentów jest w pełni przekonana, że jest w stanie sprostać swoim wyzwaniom cyfrowym.

Z raportu Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019 wynika wyraźnie, że nadszedł czas na podjęcie działań. Niezbędne są solidne fundamenty cyfrowe, zapewniające objęcie danych mechanizmami tworzenia kopii zapasowych i ich nieprzerwaną dostępność. Gdy firma uzyska takie podstawy, może pewnie wdrożyć nowe inicjatywy cyfrowe, wykorzystać wartość biznesową i uzyskać przewagę nad konkurencją zarówno dziś, jak i w dalszej perspektywie oraz wydobyć potencjał z zarządzania danymi w chmurze.

Informacje o raporcie

Firma Veeam zleciła agencji Vanson Bourne, jednej z czołowych firm analitycznych w sektorze technologicznym, opracowanie i przeprowadzenie badania stanowiącego podstawę dla prezentowanego raportu. Wiosną 2019 r. analitycy Vanson Bourne zrealizowali kompleksową ankietę internetową z udziałem 1575 dyrektorów z 13 różnych krajów. Ankietę przeprowadzono w Australii, Brazylii, Chinach, Francji, Niemczech, Włoszech, Japonii, Meksyku, Holandii, Rosji, na Bliskim Wschodzie, w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Pełna wersja raportu jest dostępna na stronie: https://go.veeam.com/cloud-data-management-report-2019-pl.

[1] Raport IDC (2018) „The Digitization of the World From Edge to Core”

Analityka pozwala spełnić marzenie o pustych magazynach

Jaki widok cieszy specjalistę odpowiadającego za planowanie produkcji na koniec okresu rozliczeniowego? Puste magazyny, które niebawem zapełnią się nowymi produktami. Oznacza to, że towar został sprzedany, a prognozy dotyczące zapotrzebowania były trafne. Osiągnięcie tego celu nie jest możliwe bez wsparcia systemów analitycznych, które stają się coraz ważniejszym ogniwem łańcucha sprzedaży i produkcji.

Zapotrzebowanie na dany produkt czy usługę powinno stanowić punkt wyjścia dla prognoz sprzedażowych oraz procesu planowania produkcji. Tworzenie ich na podstawie archiwalnych danych nie gwarantuje sukcesu w świecie, w którym trendy zmieniają się niezwykle szybko. Niezbędne jest właściwe:

  • określenie zapotrzebowania na surowce i zabezpieczenie stanów magazynowych,
  • stworzenie harmonogramu produkcji,
  • zarządzanie gniazdami i maszynami produkcyjnymi,
  • przeprowadzenie kontroli jakości,
  • określenie cen poszczególnych produktów,
  • dystrybucja i rozmieszczenie towaru w placówkach.

3,2,1… sprzedaż

Jak wynika z badania ShopAlike „Od kliknięcia do zakupu” czas, jaki potrzebuje klient na podjęcie decyzji o nabyciu towaru różni się w zależności od kategorii produktu i może wynosić od niewiele ponad godziny do nawet kilkunastu dni. Z perspektywy pracowników działu planowania produkcji czasu jest zawsze zbyt mało, gdyż jeżeli zabraknie danego produktu, klient uda się do konkurencji. Niezwykle ważne jest zatem wyeliminowanie czynników, które przyczyniają się do spowolnienia pracy przedsiębiorstwa. Według danych SAS, 40% czasu specjaliści ds. planowania popytu poświęcają na zarządzanie danymi. Kolejne 30% ich czasu pracy konsumuje dostosowywanie prognoz sprzedażowych do zmiennych warunków rynkowych. Systemy analityczne pozwalają na automatyzację procesu planowania produkcji i sprzedaży, czego efektem jest wzrost satysfakcji klientów, którzy mają pewność, że nie zabraknie produktu, którego akurat potrzebują.

Inteligentna produkcja i sprzedaż

Systemy analityczne w procesie produkcji z powodzeniem wykorzystuje lider branży FMCG, firma Nestlé. Kluczem do sukcesu na trudnym rynku spożywczych produktów pakowanych jest umiejętność określenia lokalnego zapotrzebowania na określone dobra. Na tej podstawie tworzone są plany produkcyjne. Celem firmy jest uniknięcie nadmiernego zatowarowania i zamrożenia kapitału. Nestlé wykorzystuje systemy analityczne SAS w skali globalnej. Narzędzia umożliwiają również tworzenie prognoz produkcyjnych w oparciu o lokalne uwarunkowania, biorąc pod uwagę kontekst makroekonomiczny czy informacje dotyczące wydarzeń specjalnych, takich jak imprezy kulturalne czy sportowe.

Rozwiązania klasy Manufacturing Analytics umożliwiają m.in. określenie efektywności wykorzystania maszyn i urządzeń, automatyzację i optymalizację dystrybucji zapasów, czy zarządzanie procesem zamówień. Ich działanie uzupełniają platformy Customer Intelligence pozwalające zidentyfikować bodźce biznesowe, a także zebrać i przetwarzać dane dotyczące aktywności klientów. Systemy te łączą w sobie zaawansowaną technologię i analitykę z rozwiązaniami marketingowymi, umożliwiając tym samym analizę oraz lepsze zrozumienie informacji czy prognozowanie przyszłych zachowań konsumentów.

Eksperci SAS wskazują, na jakie elementy powinni zwrócić uwagę specjaliści ds. sprzedaży i produkcji, wykorzystując analitykę biznesową – co pozwoli im właściwie określić zapotrzebowanie rynkowe:

  1. Bądź o krok przed konkurencją: Określ zapotrzebowanie, gdy ono powstanie, nie gdy zostanie zaspokojone i na tej podstawie zaplanuj produkcję.
  2. Nie trać czasu na tworzenie ogólnych modeli zapotrzebowania. Wykorzystaj modele behawioralne do stworzenia profilu danego klienta. Twórz na ich podstawie oferty, które będą odpowiadały jego potrzebom w danym momencie.
  3. Wykorzystaj potencjał danych do określania w jaki sposób oraz kiedy tworzy się zapotrzebowanie na dany produkt lub usługę m.in. na podstawie analizy danych z mediów społecznościowych.

Cedrob otworzył wytwórnię pasz w Ligocie Dolnej

Zakład w Ligocie Dolnej koło Kluczborka zwiększy moce produkcyjne Cedrob Pasze o 30 tys. ton miesięcznie i pozwoli na produkcję ponad miliona ton pasz rocznie. Tym samym udział spółki w tym segmencie w Polsce wzrośnie do blisko 15%. Cedrob Pasze wyprodukuje w 2019 r. nawet 1,2 mln ton pasz.

Grupa Cedrob staje się znana już nie tylko z produkcji drobiu i wieprzowiny. Coraz intensywniej rozwija się też w produkcji pasz. Nowo otwarta wytwórnia pasz w Ligocie Dolnej pozwoli na wzrost mocy wytwórczych firmy nawet do 135 tys. ton miesięcznie.

Wytwórnia Pasz w Ligocie Dolnej– Inwestycja w Ligocie Dolnej pozwoli nam na sprawniejsze zaopatrywanie w pasze hodowców na południu Polski. Oficjalne otwarcie wytwórni pasz to kolejny krok w realizacji modelu „od ziarna do stołu” i silny impuls rozwojowy dla obszarów rolniczych tego regionu. W rejonach, w których działamy, opieramy współpracę z rolnikami na zaufaniu i uczciwych zasadach. Tak samo będzie na Opolszczyźnie – mówi Czesław Szlagowski, dyrektor wytwórni pasz w Ligocie Dolnej koło Kluczborka.

Wytwórnia Pasz w Ligocie dolnej 2Obiekt w Ligocie Dolnej produkować będzie głównie pasze dla trzody chlewnej, które dostarczane będż do hodowców współpracujących z firmą na zasadzie umów kontraktacyjnych oraz w ramach programu Gobarto 500. Co ważne, firma zamierza w dalszym ciągu zaopatrywać się w zboża u polskich rolników. W 2017 r. Cedrob Pasze skupił niemal 900 tys. ton polskich zbóż (pszenicę, kukurydzę, pszenżyto, owies, rzepak, żyto i jęczmień). Nowa wytwórnia powinna zwiększyć roczne zapotrzebowanie na surowce o około 30%. Obecnie z Grupą współpracuje blisko 8 tys. producentów zbóż z całej Polski. Grupa Cedrob już dziś zapowiada kolejne inwestycje w tym segmencie.

Nowo otwarta wytwórnia to jeden z najnowocześniejszych obiektów w kraju. Jest wyposażony m.in. w specjalistyczną linię do gotowania zbóż, co umożliwia „żelatynizację” zawartej w zbożach skrobi. Dzięki temu poprawia się zarówno pobranie paszy (wzrost smakowitości), jak również efektywność jej wykorzystania (rozłożenie skrobi na cukry proste poprawia ich przyswajalność). Dodatkowo, dzięki wysokiej temperaturze oraz długiemu czasowi trwania procesu poprawi się również bezpieczeństwo biologiczne przetwarzanego surowca. Jest to ważne przede wszystkim przy żywieniu prosiąt.

Cedrob Pasze to marka pełnowartościowych i uzupełniających produktów paszowych dla drobiu i trzody chlewnej. Funkcjonuje w strukturach Grupy Cedrob od 2007 roku. W ciągu ostatnich lat działalności marka rozwijała się niezwykle dynamicznie. Od 2008 roku udział w rynku mieszanek paszowych sygnowanych marką zwiększył się ponad trzykrotnie. Obecnie w ramach Cedrob Pasze działają jedne z najnowocześniejszych, w pełni zautomatyzowanych obiektów w Polsce – w Gumowie, Raciążu, Rypinie i Ligocie Dolnej. W skład oferowanych produktów wchodzą: mieszanki paszowe dla kurcząt rzeźnych, indyków rzeźnych, kur stad reprodukcyjnych mięsnych i nieśnych, a także kur towarowych, kaczek, gęsi oraz trzody chlewnej. W sprzedaży są pasze zarówno granulowane jak i kruszone, znacznie lepiej przyswajalne przez zwierzęta.

71% internautów obawia się kradzieży tożsamości w sieci

Według danych firmy F-Secure[1] niemal 3 na 4 osoby obawiają się cyberataków lub kradzieży swojej tożsamości. 73% wyraziło podobny strach o bezpieczeństwo swoich dzieci. To więcej niż w przypadku wypadków samochodowych, przed którymi obawy ma 66% respondentów.

Zagrożenia w trybie 24/7

Nasze dane są w sieci przez całą dobę, 7 dni w tygodniu. Na stronie Troya Hunta Have I been Pwned odnotowano ponad 7 858 mln kont[2], których dane zostały skradzione, co oznacza, że jest ich już więcej niż ludzi na ziemi. Nawet użytkownicy dbający o bezpieczeństwo w sieci mogą stać się ofiarą przejęcia konta lub kradzieży tożsamości. Wystarczy, że serwis, z którego korzystają, zostanie zaatakowany przez hakerów.

Powszechnie korzystamy z internetu, jednak nie zawsze wiemy, jakie informacje o nas są zbierane i gdzie są przechowywane. Tymczasem dane przetwarzane w firmach i usługach chmurowych stają się coraz bardziej atrakcyjnymi celami dla cyberprzestępców, którzy kradną z nich ogromne ilości informacji o użytkownikach – wskazuje Kristian Järnefelt, wiceprezes ds. cyberbezpieczeństwa konsumentów w firmie F-Secure.

Powszechne ataki, miliardy strat

Obawy_bezpieczeństwoPonad połowa (51%) internautów ma bliską osobę, która padła ofiarą cyberprzestępcy, a jeden na czterech użytkowników został dotknięty kilkoma formami cyberataku[3]. Najczęściej spotykanymi zagrożeniami są złośliwe oprogramowanie lub wirusy oraz oszustwa związane z kartami kredytowymi, SMS-ami i połączeniami telefonicznymi. „Tradycyjne” cyberataki są nadal bardziej powszechne niż kradzież tożsamości lub przejęcie konta, jednak liczba tych ostatnich stale rośnie. Koszty oszustw polegających na otwieraniu nowych kont z wykorzystaniem skradzionych danych użytkowników zwiększyły się z 3 mld dolarów w 2017 r. do 3,4 mld w 2018 r[4].Najczęstsze_incydenty

Jak się chronić?

Podstawowym środkiem ostrożności jest tworzenie unikalnych, silnych haseł do każdej usługi oraz korzystanie z programów zabezpieczających urządzenia i prywatność, które zneutralizują np. ataki phishingowe oraz złośliwe oprogramowanie. Bardziej zaawansowaną ochronę zapewni także oprogramowanie umożliwiające korzystanie z wirtualnej prywatnej sieci (VPN), dzięki czemu dane zabezpieczone są m.in. podczas korzystania z publicznych sieci Wi-Fi.

Po kradzieży danych osobowych ich odzyskanie jest niemożliwe. Użytkownicy mogą przy tym być nieświadomi takiego incydentu przez lata. Bezpieczeństwo tożsamości zależy od czasu jeśli konsumenci będą w stanie zareagować wystarczająco szybko, przestępcy prawdopodobnie stwierdzą, że skradzione informacje są bezużyteczne – podkreśla Kristian Järnefelt.

[1] Badanie F-Secure Identity Protection Consumer (B2C) przeprowadzono w maju 2019 r., we współpracy z Grupą Toluna. Wzięło w nim udział 3600 respondentów z USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwajcarii, Holandii, Brazylii, Finlandii, Szwecji i Japonii), w wieku powyżej 25 lat.

[2] Stan na 27 maja 2019 r.

[3] Badanie F-Secure Identity Protection Consumer

[4] Według badania Javelin Strategy & Research, 2019 Identity Fraud Study, https://www.javelinstrategy.com/coverage-area/2019-identity-fraud-report-fraudsters-seek-new-targets-and-victims-bear-brunt

Gołębi Fed w obliczu pogarszających się danych makro

Rynki zdają się sparaliżowane nadmiarem negatywnych informacji i w obecnym otoczeniu konsolidacja to najlepsze, co może się stać. Inwestorzy drążą temat nieuchronnych obniżek stóp procentowych Fed w obliczu pogarszających się danych makro.

Rozpoczęta wczoraj dwudniowa konferencja naukowa Fed obfituje w wypowiedzi bankierów centralnych i przekaz generalnie pozostaje gołębi. Prezes Fed Powell nie zasugerował bezpośrednio szykowania się banku do obniżki stóp procentowych, ale pozostawił sobie furtkę dla takiej decyzji. We wtorek stwierdził, że Fed będzie prowadził taką politykę, by utrzymać ekspansję amerykańskiej gospodarki, ale jednocześnie zaznaczył, że władze monetarne bardzo wnikliwie analizują wpływ wojen handlowych na procesy w sferze realnej. Inwestorzy bez zawahania odczytują to, że jeśli wojny handlowe szkodzą ożywieniu, Fed będzie łagodził politykę. Może nie już teraz i być może dyskontowanie 60 proc. szans na cięcie w lipcu to za dużo, ale rynek nie ma podstaw, by rezygnować z oczekiwań jednej lub dwóch obniżek do końca 2019 r. A wciąż jest pole do pogłębienia pesymizmu, biorąc pod uwagę, że fundamenty gospodarki USA (jeszcze) pozostają solidne. Na jak długo? Dziś możemy się o tym przekonać wraz z odczytem ISM dla sektora usługowego. Rozczarowanie będzie podsycać spekulacje, że gospodarka USA wkracza na równie pochyłą. Dziś usłyszymy kolejne komentarze z Fed od Claridy, Bostica i Bowman. Szczególnie analizowane będą słowa wiceprezesa Claridy, który najmocniej porusza temat zapobiegawczych cięć stóp procentowych. Spekulacje o łagodzeniu Fed i presja na spadek rentowności obligacji skarbowych USA będą odciągać inwestorów od USD. Naszym zdaniem w obecnym klimacie najlepiej powinny sobie radzić JPY i CHF.

Czerwcowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie powinno przynieść wiele nowych informacji. Cokolwiek członkowie Rady chcą przedyskutować w kontekście ostatnich odczytów inflacji, PKB i sytuacji na rynkach światowych, z wnioskami lepiej się wstrzymać do kolejnego miesiąca, kiedy będzie gotowa nowa projekcja makroekonomiczna. Zaognienie wojen handlowych i słabe odczyty wskaźników gospodarczych z Chin, USA i strefy euro nakazują ostrożność w kształtowaniu polityki pieniężnej. Korzystne czynniki krajowe znoszą się z zagrożeniami zewnętrznymi (zaognienie wojen handlowych i słabe odczyty wskaźników gospodarczych z Chin, USA i strefy euro) i w takich warunkach w pełni uzasadnione jest podtrzymanie neutralnego nastawienia. Z perspektywy złotego przekaz RPP nie ma wpływu. Oczekiwania prezesa Glapińskiego o utrzymaniu stóp procentowych bez zmian nawet do końca kadencji obecnej Rady (w 2022 r.) nie są brane jako sztywna deklaracja, gdyż generalne przeświadczenie jest takie, że RPP nie zrobi nic, póki EBC nie przejdzie do podwyżek stóp procentowych. A skoro to drugie jest w najbliższych miesiącach mało prawdopodobne, tak i polityka pieniężna w Polsce będzie pozostawać w zamrożeniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aplikacja mobilna dla sklepu online – 5 powodów dlaczego warto

Murat Kalafat, dyrektor zarządzający Criteo w regionie Europa Wschodnia
Murat Kalafat, dyrektor zarządzający Criteo w regionie Europa Wschodnia

Aplikacje mobilne są ważnym ogniwem między marką, a detalistami i konsumentami z uwagi na to, że są kompatybilne z danym systemem operacyjnym i bardziej funkcjonalne niż strony internetowe, a ponadto prezentują ofertę sklepu na ekranie smartfonu. Obok wygody obsługi i możliwości promowania wizerunku marki istnieją dodatkowe powody, dla których właściciele marek i detaliści powinni w przyszłości zwiększać sprzedaż, bazując na aplikacjach. Murat Kalafat, dyrektor zarządzający Criteo w regionie Europa Wschodnia, wskazuje pięć trendów rynkowych decydujących o tym, że tradycyjny sklep internetowy bazujący na przeglądarce przestaje wystarczać jako jedyny kanał sprzedaży mobilnej.

Zakupy mobilne robimy już nie tylko przez Internet

Jedną z największych zalet aplikacji mobilnych jest to, że mogą korzystać z innych funkcji smartfonu, aby zapewnić konsumentom lepsze wrażenia zakupowe. Jeśli konsument zezwoli aplikacji na dostęp do aparatu lub funkcji lokalizacji, może np. korzystać z wyszukiwania produktów na podstawie zdjęć, a także funkcji tzw. rzeczywistości rozszerzonej oraz ofert specjalnych, dostępnych w określonych lokalizacjach. Użytkowniczki aplikacji mobilnej francuskiej drogerii Sephora mogą np. skorzystać ze specjalnej funkcji wirtualnej pomadki i „nałożyć” dany kolor na usta, aby ułatwić wybór odcienia. Z uwagi na fakt, że drogerie Sephora są otwierane na rynkach lokalnych poza Francją, firma może wzbogacić wrażenia zakupowe o informacje o dostępności produktów wyświetlane na specjalnych monitorach w strefie kas. Dzięki temu w przyszłości granice między zakupami mobilnymi i handlem stacjonarnym będą się stopniowo zacierać. Mobilne sklepy internetowe oferują jedynie ograniczoną możliwość integracji z aplikacjami tego rodzaju i przy większym nakładzie pracy.

Coraz więcej osób robi zakupy za pośrednictwem Instagrama

Od czerwca 2018 roku Instagram oferuje markom i detalistom promującym swoje produkty tzw. posty organiczne z możliwością robienia zakupów. Użytkownik serwisu zainteresowany jednym z przedstawionych produktów może kliknąć post, aby zostać przekierowanym do odpowiedniej strony sklepu internetowego. Linki na Instagramie cechuje bardzo wysoki współczynnik konwersji, ponieważ oferują one użytkownikom bardzo wygodny dostęp do interesujących ich produktów. Co miesiąc aż 90 milionów użytkowników aktywnie korzysta z postów zakupowych. Linki prowadzą do odpowiedniej strony sklepu mobilnego, a aplikacja otrzymuje stamtąd informacje o cenie itp. Serwis Instagram testuje obecnie funkcję robienia zakupów bezpośrednio w aplikacji, co pozwoli utrzymać klientów na własnej platformie aż do finalizacji transakcji. Podmioty preferujące niezależność powinny oferować konsumentom własną aplikację i promować ją jako kanał sprzedaży bezpośredniej.

Konsumentom kupującym przez Internet zależy na spersonalizowanych wrażeniach zakupowych

Oferty trafiają w gusta konsumentów, jeśli są zbieżne z ich zainteresowaniami. W przypadku spersonalizowanych wrażeń zakupowych wszystko sprowadza się do danych. W przyszłości coraz ważniejszą rolę będą odgrywać inteligentne algorytmy odpowiedzialne za dostosowywanie ofert. Tego rodzaju zastosowanie sztucznej inteligencji wymaga stałego dopływu ogromnej ilości informacji w celu doskonalenia prognoz dotyczących potrzeb poszczególnych użytkowników. Dla przykładu, ponad 60 procent konsumentów z tzw. pokolenia Z oczekuje spersonalizowanych wrażeń zakupowych (wg raportu Criteo Gen Z Report 2018). Oczekiwania te łatwiej jest spełniać za pośrednictwem aplikacji mobilnych, wykorzystując m.in. rekomendacje produktowe lub kupony, niż w sklepach internetowych.

Dane o użytkownikach poprawiają jakość ofert

Wciąż nie wiadomo, jaki wpływ na jakość wrażeń zakupowych będą miały w przyszłości pliki cookie. Coraz więcej przeglądarek blokuje możliwość gromadzenia danych przez sklepy internetowe, mimo że pozwalają one markom informować konsumentów o ofertach i zapewniać pozytywne wrażenia zakupowe. Trend ten nie dotyczy aplikacji natywnych, ponieważ pozwalają one markom i detalistom na oferowanie konsumentom produktów odpowiadających ich preferencjom na podstawie identyfikatora sklepu. Przydaje się to w szczególności, gdy konsumenci robią zakupy przez Internet przy użyciu różnych urządzeń mobilnych.

Aplikacje działają lepiej

Choć nowi i okazjonalni konsumenci kupują często za pośrednictwem sklepów internetowych, użytkownicy aplikacji natywnych to najczęściej lojalni klienci, którzy pobrali daną aplikację świadomie. Z tego względu aplikacje natywne oferują znacznie lepszy zwrot z inwestycji. Z raportu Criteo Global Commerce Review (kwartał IV, 2018 r.) wynika, że ponad 50 procent wszystkich transakcji zakupowych w Europie jest obecnie realizowanych przy użyciu urządzeń mobilnych. Współczynnik konwersji aplikacji zakupowych jest aż sześciokrotnie wyższy w porównaniu ze sklepami internetowymi. Co więcej, z analiz Shopgate wynika, że konsumenci zdają się wydawać więcej podczas zakupów przez aplikację niż w sklepie internetowym przy użyciu przeglądarki. Średnia wartość koszyka klienta sklepu internetowego to 85 euro, natomiast w przypadku aplikacji mobilnych jest to 105 euro, a zatem o 24 procent więcej.

Konsumenci dzielą się na tych, którzy wolą kupować przez aplikację oraz tych, którzy nie chcą zaśmiecać smartfonu zbyt dużą liczbą aplikacji lub zwyczajnie wolą kupować przy użyciu przeglądarki, która daje możliwość porównania ofert kilku marek. Także w tym aspekcie zakupów mobilnych nie istnieje rozwiązanie uniwersalne. Jedno jest pewne – marki oferujące konsumentom jedynie ścieżkę dostępu do swoich produktów tracą klientów, którzy nie są do niej przekonani. Aplikacje zakupowe to nie tylko przydatne uzupełnienie sklepu internetowego, ale także skuteczna metoda zwiększania sprzedaży i wzmacniania pozycji rynkowej marki..

Prognoza długoterminowa kursu złotego do dolara i euro

Od początku roku polski złoty pozostaje jedną z najmniej zmiennych walut gospodarek wschodzących. Od sierpnia 2018 roku kurs EUR/PLN utrzymuje się w okolicy poziomu 4,30. A jakie są prognozy? Eksperci Ebury są optymistycznie nastawieni w kwestii perspektyw krajowej waluty.

Kurs EUR/PLN oraz USD/PLN (maj ‘18-maj ‘19)

kurs złoty euro i dolar wykresŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/05/19

Naszym zdaniem ograniczona zmienność kursu EUR/PLN w istotnym stopniu jest skutkiem stabilizacji na szerszym rynku. W ostatnich miesiącach kurs euro w parze z dolarem amerykańskim doświadczał co prawda umiarkowanej deprecjacji, niemniej jej skala była nieporównywalna ze zmianami notowanymi na początku 2018 i w 2017 roku. Obecnie rynki finansowe spodziewają się względnej stabilizacji głównej pary (EUR/USD) w obliczu relatywnie stabilnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej oraz Europejskiego Banku Centralnego.

Gospodarcza sytuacja kraju

Dane makroekonomiczne dla Polski z ostatnich kilku miesięcy w większości wspierały gospodarczy status quo. Na przełomie 2018 i 2019 roku obserwowaliśmy jednak znaczny spadek indeksu aktywności biznesowej PMI dla sektora przemysłu. Ankiety przeprowadzone wśród przedsiębiorstw sugerowały, że sytuacja w Polsce może ulec pogorszeniu ze względu na spowolnienie w strefie euro.

Ryzyko na szczęście nie uległo materializacji – faktyczne dane o dynamice produkcji przemysłowej w Polsce są dobre, w ostatnim czasie nieco wzrósł również sam indeks PMI.

Spowolnienie wzrostu gospodarczego w strefie euro najpewniej odciśnie swój ślad na sytuacji w Polsce. Warto jednak zwrócić uwagę, że już teraz okazuje się, że konsensus przeszacował to, jak polska gospodarka zareaguje na zmiany w bloku walutowym. Co więcej, w ostatnich tygodniach odczyty twardych danych makroekonomicznych w strefie euro są często lepsze od prognoz, co sugeruje, że obawy dotyczące pogorszenia sytuacji w gospodarkach bloku walutowego mogły być przesadzone.

Wzrost polskiego PKB w pierwszym kwartale bieżącego roku wyniósł 4,7% w ujęciu rocznym. Nawet bardziej imponujący okazał się wzrost w ujęciu kwartalnym, który znalazł się na poziomie 1,5%. Nowe dane potwierdzają silną ekspansję w krajowej gospodarce, która cieszy, tym bardziej że jej struktura zdaje się być całkiem zrównoważona i sugeruje utrzymanie wysokiej dynamiki również w dalszej części roku.

Dynamika PKB Polski w ujęciu rocznym (2009-2019)

Dynamika PKB Polski w ujęciu rocznymŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/05/19

Motorem wyższego PKB w Polsce pozostaje konsumpcja, którą wspiera dobra sytuacja na polskim rynku pracy. Stopa bezrobocia w Polsce jest jedną z najniższych w Europie, zatrudnienie w firmach jest wysokie, a nominalny wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wynosi około 7% w ujęciu rocznym.

W poprzednich dwóch latach sytuacja na rynku pracy nie przełożyła się na wyższą presję inflacyjną w kraju. Sytuacja zaczęła się zmieniać w 2019 roku. W kwietniu inflacja bazowa wynosiła już 1,7%, co jest jej najwyższym poziomem od 2012 roku i oznacza wzrost o 1,10 p.p. w porównaniu z grudniem ubiegłego roku.  Względnie wysoki jest również wskaźnik cen konsumentów CPI, który w kwietniu wyniósł 2,2% w ujęciu rocznym. Warto też zauważyć, że wspomniany indeks niedawno doświadczył największego wzrostu w ujęciu miesięcznym od stycznia 2011 roku.

Inflacja w Polsce (2014-2019)

inflacja w polsceŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 23/05/19

Co dalej ze stopami procentowymi?

Kluczowe wskaźniki inflacji nadal znajdują się poniżej środka celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego (2,5%, +/- 1p.p.), niemniej przyspieszenie wzrostu cen jest ewidentne i wspiera naszą prognozę o podwyżce stóp procentowych RPP na początku 2020 roku. Stopa referencyjna NBP utrzymuje się na poziomie 1,5% od marca 2015 roku. Od tego czasu polski bank centralny utrzymuje stanowisko „wait-and-see”.

Biorąc jednak pod uwagę dobrą sytuację na rynku pracy, rosnące wydatki publiczne oraz potencjalnie wyższą inflację w strefie euro, uważamy, że NBP będzie musiał zareagować. Presję na bank centralny mogą nakładać również szybko rosnące ceny mieszkań. Podkreślamy jednocześnie, że już teraz wśród decydentów pojawiają się pojedyncze głosy za podwyżkami stóp procentowych. Uważamy jednak, że po wyborach parlamentarnych, które odbędą się tej jesieni, liczba głosów za zacieśnieniem polityki monetarnej przybierze na sile, dzięki czemu na początku następnego roku w Polsce dojdzie do podwyżki stóp procentowych. Rynki nie wyceniają obecnie jakichkolwiek podwyżek stóp, stąd zarówno zmiana oczekiwań w tej kwestii, jak i sam wzrost kosztów pieniądza, w naszej opinii powinny doprowadzić do aprecjacji złotego.

Przechodząc do sytuacji fiskalnej warto zauważyć, że finanse publiczne mają się całkiem dobrze. Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2018 wyniósł około 0,4% PKB. W połączeniu z przyspieszającym wzrostem gospodarczym wskaźnik długu publicznego do PKB w kraju spadł do poziomu 48,9% PKB. Rząd planuje w najbliższym czasie zwiększyć transfery fiskalne, niemniej negatywny efekt dla finansów publicznych powinien zostać zbalansowany przez efekt zmian w systemie emerytalnym.

Wskaźnik długu publicznego do PKB Polski (2000-2018)

Wskaźnik długu publicznego do PKB PolskiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 22/05/19

Prognozy Ebury

Rynkowy konsensus wierzy, że kurs pary EUR/PLN jeszcze długo pozostanie względnie stabilny. Widać to również w danych o implikowanej zmienności, które obliczane są na podstawie cen opcji. Rynkowa wycena zmienności kursu EUR/PLN wskazuje, że oczekiwana zmienność pary znajduje się na rekordowo niskim poziomie.

W kontekście perspektyw złotego jesteśmy nieco większymi optymistami niż rynek. W najbliższych kwartałach oczekujemy umocnienia waluty Polski. Uważamy jednak, że skala aprecjacji złotego będzie ograniczona oraz rozłożona w czasie. Tak jak wspominaliśmy w poprzednich aktualizacjach, uważamy, że czynniki zewnętrzne nie powinny wpłynąć negatywnie na kurs złotego. Z kolei dobra sytuacja w kraju powinna wspierać PLN. Nasza prognoza zakłada zatem umiarkowaną aprecjację złotego w parze z euro. Jeżeli na początku 2020 roku NBP zacznie podnosić stopy procentowe, PLN naszym zdaniem powinien zyskiwać zarówno na przełomie roku, jak i w 2020 roku.

Prognoza długoterminowa

  EUR/PLN USD/PLN
Q2-2019 4,27 3,70
Q3-2019 4,27 3,70
E-2019 4,25 3,70
Q1-2020 4,23 3,65
E-2020 4,20 3,55

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Sfinks planuje zwiększyć udział franczyzy w całej sieci do ponad 60%

Sfinks Polska – spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Chłopskie Jadło, Piwiarnia Warki, Fabryka Pizzy i WOOK – w 2019 r. planuje zwiększyć udział franczyzy w całej sieci do ponad 60%. Po I kwartale roku spółka zarządzała 97 lokalami w tym modelu, co stanowiło 54% portfela. W planach na 2019 r. Sfinks ma także 2-3 inwestycje związane z objęciem mniejszościowych udziałów oraz uruchomienie nie mniej niż 20 nowych restauracji.

Systematyczny rozwój franczyzy to jeden z celów strategicznych restauracyjnej spółki, która chce, aby w tym modelu do 2022 r. działało 70-90% lokali. Jednym z kamieni milowych na drodze do osiągnięcia tego celu było przejecie pod koniec 2017 r. największej w Polsce sieci pubów – Piwiarnia Warki. W modelu franczyzowym działa też większość restauracji nowej marki rozwijanej przez Sfinksa – Fabryki Pizzy. Oprócz tego spółka prowadzi przekształcenia operatorskich restauracji Sphinx na franczyzę.

Sylwester Cacek
Sylwester Cacek

–  Spośród dziesięciu restauracji, które od stycznia do końca marca tego roku wypracowały najwyższe przyrosty sprzedaży, osiem działa we franczyzie. Najlepsza z nich zwiększyła w I kwartale obroty rok do roku o prawie 50%, mimo że było aż o osiem niehandlowych niedziel więcej. Pozostałe również osiągnęły kilkudziesięcioprocentową dynamikę przychodów. W tym systemie restaurator działa na własny rachunek, więc jest zmotywowany, by biznes prowadzić jak najlepiej. To według naszych doświadczeń najbardziej efektywny model i dlatego w rozwoju stawiamy przede wszystkim na to rozwiązanie zgodnie z założeniami strategii – mówi Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Oprócz rozwoju modelu franczyzowego, elementem strategii Sfinksa jest rozbudowa portfolio uzupełniających się marek, tak by reprezentowały one wszystkie kluczowe segmenty rynku gastronomicznego. Jednym ze sposobów realizacji tego celu są akwizycje, w tym inwestycje w mniejszościowe pakiety udziałów. Na ten rok Sfinks chce przeprowadzić 2 lub 3 tego typu projekty przy jednoczesnym  rozwoju  sieci  w ramach dotychczasowych marek. W tym roku ma przybyć przynajmniej 20 nowych lokali, z czego 6 restauracji już zostało uruchomionych. Dodatkowo sieć wzbogaciła się w wyniku akwizycji także o dwa lokale Meta Seta Galareta i jeden Meta Disco.

Równolegle z rozwojem na rynku tradycyjnym gastronomiczna spółka umacnia się w segmencie delivery. Na koniec I kwartału 2019 r. usługę dostawy do klienta oferowały 54 restauracje. Firma zamierza jednak powiększać zasięg. Ma w tym pomóc rozwój tzw. kuchni multibrandowych, których pierwsze otwarcia zostały zaplanowane na ten rok. Są to punkty gastronomiczne, gdzie będą przygotowywane dania z menu różnych marek Sfinksa wyłącznie na zamówienie z dostawą. Oferta delivery jest realizowana poprzez zewnętrzne platformy internetowe oraz poprzez własny kanał sprzedaży – autorski serwis Smacznieiszybko.pl, który właśnie zyskał nową odsłonę. Jednym z nowoczesnych narzędzi wspomagających jego rozwój jest aplikacja internetowa Aperitif. To sposób dotarcia do klientów sieci Sfinksa, jak i program lojalnościowy. W tym roku spółka planuje przekroczenie progu 400 tys. użytkowników programu. Realizację wszystkich projektów wspomaga nowy system informatyczny – ANGUS, który działa już we wszystkich sieciach Sfinksa poza Piwiarnią Warki. Wdrożenie w pubach ma nastąpić w bieżącym roku.

– Nasza strategia rozwoju obejmuje wiele komplementarnych projektów, które mają przynosić owoce każdy z osobna, jak i prowadzić do efektów synergii. Część strategicznych dla nas projektów – jak system informatyczny czy rozwój kanału delivery – przeszła już całą fazę przygotowawczą i na ten rok planujemy zakończenie ich wdrożenia. Po trwającym w ostatnich latach okresie inwestycji finansowych i organizacyjnych, będziemy mogli od tego roku obserwować efekty tych prac. Zbudowaliśmy solidne fundamenty do rozwoju Sfinksa w kolejnych latach, co będzie przekładać się na budowanie przewag i umacnianie naszej pozycji na rynku – komentuje Sylwester Cacek.

Dlaczego outsourcing 3.0 to “must have” dla rozwoju sieci handlowych?

Outsourcing należy do najbardziej dynamicznie rozwijających się trendów biznesowych w skali całego świata. Również w Polsce, coraz więcej firm dostrzega korzyści płynące z tego typu rozwiązań. Na czym polega outsourcing najnowszej generacji i dlaczego jest to niezbędne narzędzie do rozwoju sieci handlowych?

Ktoś może zrobić coś lepiej

Sama koncepcja outsourcingu sięga roku 1923, gdy amerykański przemysłowiec, założyciel Ford Motor Company, Henry Ford wypowiada słynne słowa: „Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my”. Pojęcie outsourcingu pochodzi z języka angielskiego od słów outside, resource, using. Dosłownie więc oznacza wykorzystywanie zewnętrznych zasobów. W praktyce jest to, jak pisze Michał Trocki, wydzielenie ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa pewnych realizowanych przez nie samodzielnie funkcji i przekazanie ich do wykonania innym podmiotom ( M.Trocki, Outsourcing, Warszawa 2001).

Przykładowo w branży retail, proces otwierania lokali handlowych, mimo tego, że powtarzalny, jest zadaniem absorbującym, wymagającym specjalistycznej wiedzy z różnych obszarów działalności, funkcjonowania w przedsiębiorstwie odpowiednich działów, ciągłego rekrutowania kompetentnych pracowników oraz znajomości najnowszych rozwiązań technologicznych.

–  Przy dynamicznej realizacji planów ekspansji dobrze powierzyć niektóre procesy doświadczonym partnerom, którzy są w stanie przeprowadzić je kompleksowo – mówi Piotr Wroczek, Project Director Workshop.re. – Nasza firma jest partnerem sieci od projektu do momentu uzyskania niezbędnych zgód, potrzebnych do rozpoczęcia prac budowlanych w centrach handlowych i retail parkach, również poza granicami kraju – dodaje.

Od outsourcingu 1.0 do usług 3.0

Przez długi czas podstawowym czynnikiem przemawiającym na korzyść outsourcingu była przede wszystkim redukcja kosztów przedsiębiorstwa, polegająca na powierzaniu pewnych podstawowych zadań firmie, która wykona je taniej niż jest w stanie zrobić to wewnętrzny zespół. Tego typu outsourcing, nazywany pierwszą generacją, zaczął funkcjonować w latach 70. XX wieku. W jego obrębie znajdowały się głównie takie zadania jak ochrona, sprzątanie czy catering.

Rosnąca konkurencja i większe oczekiwania klientów sprawiły, że w połowie lat 80. XX w. wykształciła się druga generacja outsourcingu polegająca na oddelegowywaniu przez firmy procesów coraz bardziej powiązanych z ich kluczowymi kompetencjami. Oprócz dążenia do zmniejszenia kosztów, ważny stał się nacisk na poprawę jakości produktu, skrócenie czasu jego wprowadzania na rynek, jak również dostęp do unikalnych zasobów.

Dalszy rozwój konkurencji, zwłaszcza w obszarach, gdzie w bardzo szybkim tempie pojawiają się nowe możliwości technologiczne, wymusił potrzebę natychmiastowego reagowania na potrzeby klientów, ciągłego dostosowywania się oraz dążenia do nowoczesności. Tym samym wykształciła się kolejna, trzecia generacja outsourcingu, którego najważniejszą cechą jest zacieśnianie współpracy pomiędzy wyspecjalizowanym dostawcą usług a klientem. Tego typu outsourcing przejawia się redefinicją dotychczasowego modelu biznesowego. Firmy stają się dla siebie partnerami, a klienci są w stanie konkurować w oparciu o zasoby dostawcy.

Wiedza, technologia i kontakty

Outsourcing trzeciej generacji polega na poszukiwaniu specjalistów, dostępie do wiedzy i kompetencji ekspertów z konkretnych, często bardzo wąskich dziedzin. W branży retail, klient może stworzyć u siebie dział projektujący lokale w centrach handlowych, ale może też zlecić to doświadczonej firmie zewnętrznej, która wykonuje projekty dla sieci handlowych. Poza tym taki partner korzysta często z najnowszych rozwiązań technologicznych, które zapewniają wzrost konkurencyjności. Należy do nich m.in. współczesne środowisko projektowe BIM (ang. Building Information Modeling), coraz bardziej popularne w Europie, jednak w Polsce cały czas jeszcze słabo rozpowszechnione.

Przewagą BIM jest to, że to nie tylko sam projekt, ale też źródło danych. Model 3D oraz cała dokumentacja projektowanego sklepu znajduje się w chmurze. Dzięki temu dostęp do niego mają wszyscy uczestnicy procesu projektowego, wykonawcy, a przede wszystkim inwestor, dla którego jest to doskonałe narzędzie do nadzorowania całości i aktywnego uczestniczenia w projekcie – podkreśla Project Director Workshop.re. – Poza tym BIM umożliwia sprawne analizowanie kosztów oraz ilości potrzebnych materiałów poprzez generowanie zestawień, a także szybkie wyłapywanie błędów za pomocą stałego podglądu w 3D. Warto wspomnieć, że każda aktualizacja projektu jest od razu widoczna zarówno w modelu, jak i zestawieniach. W przyszłości z pewnością praca w BIMie stanie się czymś wręcz obowiązkowym – dodaje.

Poza wiedzą i technologią ważnym wyróżnikiem outsourcingu 3.0 jest uzyskanie dostępu do relacji. W branży retail będą to kontakty z różnymi centrami handlowymi i koordynatorami zarówno w kraju, jak i regionie CEE. Dzięki temu w sposób sprawny i kompleksowy firma jest w stanie przeprowadzić ekspansję sieci handlowej, uzyskując szereg niezbędnych zgód. Znajomość specyfiki konkretnego kraju oraz współpraca z lokalnymi partnerami, umożliwia projektowanie lokali, spełniających wszelkie wymogi prawne danego kraju.

Na zakończenie nasuwają się dobitne słowa premiera Singapuru Lee Kuan Yew: “Jeżeli dobrowolnie zrezygnujesz z outsourcingu procesów, które twoi konkurenci realizują poza organizacją, to wcześniej czy później twoja firma przestaje się liczyć na rynku”.

Niecertyfikowane preparaty do diagnostyki nowotworowej PET

NIK ustaliła, że skontrolowane publiczne ośrodki wykorzystywały do diagnostyki nowotworowej PET preparaty własnej produkcji, nieposiadające wymaganych certyfikatów jakościowych. Ponadto ich produkcja ruszyła w większości przypadków kilka lat później niż zakładano, a do tego są one droższe od radiofarmaceutyków sprowadzanych z zagranicy lub produkowanych przez prywatnych wytwórców w kraju.

Liczba badań PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna), wykorzystywanych głównie przy diagnostyce chorób onkologicznych, z roku na rok sukcesywnie rośnie, z korzyścią dla dokładniejszej diagnostyki pacjentów. Tym samym zwiększa się zapotrzebowanie na radiofarmaceutyki niezbędne do wykonywania tych badań. Oprócz podmiotów publicznych ich produkcją zajęły się także firmy prywatne.

PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna) – technika diagnostyczna medycyny nuklearnej, która dzięki wykorzystaniu zjawisk promieniotwórczych umożliwia ocenę procesów metabolicznych zachodzących w organizmie. Jej stosowanie wymaga wprowadzenia do organizmu znakowanej radioizotopem substancji (np. deoksyglukozy znakowanej fluorem 18F).

„Badanie pozytonowej tomografii emisyjnej jest zlecane pacjentom, u których stwierdzono nowotwór złośliwy, a za pomocą innych metod diagnostycznych nie można stwierdzić, gdzie znajduje się pierwotne ognisko choroby, lub w celu oceny rozległości procesu nowotworowego przed podjęciem decyzji o najbardziej odpowiednim leczeniu. Badanie PET jest bardzo czułe – umożliwia wczesne zdiagnozowanie zmian złośliwych, w tym przerzutów, co ma ogromne znaczenie dla skuteczności leczenia – mówi dr hab. n. med. Rafał Czepczyński z Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej. – Pozytonowa tomografia emisyjna jest zlecana także pacjentom po już przebytym leczeniu nowotworu złośliwego, ponieważ dzięki temu badaniu możemy stwierdzić, czy nie doszło do wznowy po leczeniu operacyjnym, jak również, czy stosowane leczenie nieoperacyjne, takie jak chemioterapia, daje dobre efekty i właściwą odpowiedź na leczenie”. (Źródło: Puls Medycyny)

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki

Pierwszy w Polsce cyklotron, służący produkcji radiofarmaceutyków dopuszczonych do obrotu, zainstalował i uruchomił podmiot prywatny w 2012 r. Obecnie w Polsce funkcjonuje dziewięć cyklotronów, w tym cztery zakupione i zainstalowane przez podmioty publiczne.

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki 2

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki 3

Decyzję o uruchomieniu w podmiotach publicznych krajowej produkcji radiofarmaceutyków Minister Zdrowia podjął w 2005 r. Z przeprowadzonego wówczas rozpoznania wynikało m.in., że przyczyni się to do uniezależnienia od dostaw z zagranicy obarczonych ryzykiem niedostarczenia na czas prowadzenia badań w przypadku złych warunków atmosferycznych. Ponadto przewidywano obniżenie cen radiofarmaceutyków oraz wykorzystanie powstałych w ten sposób oszczędności do sfinansowania większej liczby badań. Miało to spowodować większą dostępność do nowoczesnych metod diagnostyki nowotworowej. W Narodowym Programie Zwalczania Chorób Nowotworowych (NPZChN) wyznaczono jasne zadania i cele. Produkcja radiofarmaceutyków powinna była zostać uruchomiona do końca 2011 r., ich cena miała być niższa od tych kupowanych z ośrodków poza granicami kraju. Poza tym w wytwarzane w podmiotach publicznych radiofarmaceutyki miały być zaopatrywane pracownie PET wyposażone w sprzęt (skanery PET-CT) zakupiony ze środków Ministerstwa Zdrowia i finansowane przez NFZ.

Łącznie na inwestycje związane z uruchomieniem produkcji radiofarmaceutyku FDG, najczęściej stosowanego w diagnostyce PET, Ministerstwo Zdrowia wydało, w ramach NPZChN, ponad 24 mln zł, a samorządy blisko 9 mln zł. NIK ocenia, że środki te nie zostały wydane efektywnie. Nie osiągnięto żadnego z zakładanych celów.

Finansowany przez Ministerstwo Zdrowia program budowy sieci ośrodków PET i uruchomienia produkcji radiofarmaceutyków objął Centrum Onkologii im. Prof. F. Łukaszczyka w Bydgoszczy, Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie Oddział w Gliwicach i Uniwersytet Warszawski. Ze środków samorządowych działania na rzecz uruchomienia produkcji radiofarmaceutyków podjęto także w Świętokrzyskim Centrum Onkologii w Kielcach oraz Wojewódzkim Wielospecjalistycznym Centrum Onkologii i Traumatologii im. M. Kopernika w Łodzi. Tymczasem tylko w jednym z pięciu badanych przez NIK podmiotów, które miały rozpocząć produkcję radiofarmaceutyków, inwestycje były przygotowane i przeprowadzone rzetelnie – w Centrum Onkologii w Łodzi. W pozostałych przypadkach produkcję uruchomiono z opóźnieniem, poniesiono wyższe nakłady niż planowano, bądź zmieniła się koncepcja działania ośrodka.

Uniwersytet Warszawski, który otrzymał od Ministerstwa Zdrowia 2 mln zł na zakup aparatury przeznaczonej do kontroli jakości produkowanego FDG, ze względu na nierzetelne przygotowanie przedsięwzięcia oraz przyjęcie przez Ministerstwo krótkich terminów realizacji inwestycji, odstąpił od produkcji radiofarmaceutyków. Ostatecznie zakupiony cyklotron Uniwersytet wydzierżawił i radiofarmaceutyki wytwarza tam podmiot prywatny. Uczelnia zajmuje się tym tylko w celach naukowo – badawczych.

W Centrum Onkologii w Bydgoszczy ze względu na złe przygotowanie przedsięwzięcia pod względem projektowym, niezbędna była zmiana koncepcji realizacji inwestycji.  Dlatego jej zakończenie zostało opóźnione o kilka lat oraz przekroczono wielkość pierwotnie planowanych kosztów – z 4 mln zł do 8,5 mln zł.

Podobna sytuacja miała miejsce w Centrum Onkologii w Gliwicach. W wyniku wprowadzania wielu zmian inwestycję zakończono z opóźnieniem i przekroczeniem o ponad 20 mln zł planowanych kosztów. Uruchomienie produkcji radiofarmaceutyków miało kosztować ok. 42 mln zł, a wydano ponad 63 mln zł.

Natomiast Centrum Onkologii w Kielcach ze względu na niezapewnienie finansowania dla całości inwestycji zmieniło koncepcję uruchomienia produkcji radiofarmaceutyków.  Minister Zdrowia przewidział dla tej placówki tylko środki na utworzenie pracowni badań PET. Jednak centrum kupiło szereg urządzeń służących do produkcji radiofarmaceutyków z budżetu Województwa Świętokrzyskiego, ale wciąż nie posiadało cyklotronu, tak więc przez wiele lat sprzęt stał nieużywany. Aby rozpocząć produkcję radiofarmaceutyków, Centrum w końcu nawiązało współpracę z podmiotem prywatnym, który posiadał to urządzenie.

Tylko Centrum Onkologii w Łodzi, podlegające  władzom samorządowym, zrealizowało inwestycję zgodnie z planem. W planowanym terminie uruchomiono produkcję radiofarmaceutyków oraz rozpoczęto wykonywanie badań PET. Jednak do zakończenia kontroli NIK Centrum nie uzyskało zezwoleń na produkcję tych leków i wprowadzenie ich do obrotu.

Podobna sytuacja jest w innych ośrodkach. W Bydgoszczy i Gliwicach nie dość, że produkcję radiofarmaceutyków uruchomiono z dużym opóźnieniem w stosunku do założeń NPZChN – odpowiednio w 2016 r. i 2014 r. – to tylko jeden rodzaj radiofarmaceutyku (FDG) produkowany przez te dwa centra posiadał wszystkie niezbędne zezwolenia i pozwolenia. Pozostałe wytwarzane przez te ośrodki produkty lecznicze stosowane były w diagnostyce PET bez spełnienia wszystkich wymogów.

Także radiofarmaceutyki produkowane w Centrum Onkologii w Kielcach do czasu zakończenia kontroli NIK nie były objęte stosownymi zezwoleniami na wytwarzanie i pozwoleniami na dopuszczenie do obrotu produktu leczniczego.

Kierownicy centrów onkologicznych usprawiedliwiając brak zezwoleń  tłumaczyli, że prawo dopuszcza taką sytuację w przypadku, gdy produkcja odbywa się na tzw. „własny użytek”, a tak właśnie jest w przypadku ich ośrodków. Na poparcie tej tezy przywoływali opinię Krajowego Konsultanta w zakresie Medycyny Nuklearnej, który prezentował pogląd, że dopuszczalna jest produkcja i stosowanie radiofarmaceutyków „na własny użytek”, tj. bez uzyskania zezwolenia na wytwarzanie, oraz dozwolone jest stosowanie tych produktów w badaniach PET bez pozwolenia na dopuszczenie do obrotu produktu leczniczego.

NIK zauważa, że badania PET wykorzystujące niecertyfikowane radiofarmaceutyki były finansowane przez NFZ w ramach realizacji zawartych umów. Oznacza to, że skontrolowane centra onkologii wprowadzając do obrotu wytworzone radiofarmaceutyki poprzez ich udostępnienie osobom trzecim (pacjentom), uzyskały przychody finansowe z niecertyfikowanej działalności. Z ustaleń kontroli oraz danych uzyskanych z NFZ wynika, że szpitale te zrealizowały świadczenia z wykorzystaniem wyprodukowanych przez siebie radiofarmaceutyków (niedopuszczonych do obrotu) o łącznej wartości co najmniej 295 mln zł, otrzymanych od poszczególnych oddziałów wojewódzkich NFZ, tj.:

  • CO w Bydgoszczy udzieliło co najmniej 41 650 badań, za które uzyskano z NFZ ponad 169 mln zł,
  • CO w Gliwicach: 14 771 badań, za które NFZ zapłacił blisko 62 mln zł,
  • CO w Kielcach: 12 531 badań, za które NFZ zapłacił ok. 46 mln zł,
  • CO w Łodzi: 5 151 badań, za które uzyskano z NFZ blisko 18 mln zł.

NIK zwraca uwagę, że posługiwanie się w trakcie badań diagnostycznych produktami leczniczymi nieobjętymi zezwoleniem na wytwarzanie i pozwoleniami na dopuszczenie do obrotu może generować ryzyko, że przeprowadzone badania diagnostyczne nie będą spełniać wymogów jakościowych i nie będą w pełni wiarygodne. 

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości  NIK zleciła kontrolę Głównej Inspekcji Farmaceutycznej. Ta potwierdziła ustalenia kontrolerów Izby. Inspekcja Farmaceutyczna, mimo iż wcześniej sama z siebie nie podejmowała żadnych działań, jasno stwierdziła, że obowiązujące w Polsce przepisy regulujące udzielanie świadczeń medycznych i rynek farmaceutyczny, co do zasady nie przewidują możliwości stosowania produktów leczniczych na tzw. potrzeby własne podmiotów je produkujących z pominięciem uzyskania odpowiednich zezwoleń.

NIK negatywnie ocenia nadzór Ministra Zdrowia nad wytwarzaniem i stosowaniem radiofarmaceutyków przez skontrolowane centra onkologii oraz nad Głównym Inspektorem Farmaceutycznym. Minister nie kontrolował postępu prac w finansowanych centrach i przez to nie reagował na opóźnienia. Następnie nie zdiagnozował sytuacji i nie  przeciwdziałał nielegalnej produkcji.

Minister pomimo akceptacji ustaleń NIK, nie podjął dotychczas skutecznych działań, zmierzających do tego, aby trzy spośród czterech skontrolowanych przez NIK centrów onkologii, w diagnostyce PET wykorzystywały radiofarmaceutyki zgodnie z obowiązującymi przepisami, co powinno zagwarantować pacjentom bezpieczeństwo i jakość wykonywanych badań.

Jedynie Ośrodek  w Gliwicach zrezygnował z produkcji radiofarmaceutyków, na które nie posiadał pozwolenia i skupił się tylko na tym wytwarzanym legalnie. W innych skontrolowanych ośrodkach nie podjęto zdecydowanych działań. Nadal produkują i wykorzystują one niecertyfikowane radiofarmaceutyki.

Izba zauważa, że nie udało się także spełnić, zakładanego w Narodowym Programie Zwalczania Chorób Nowotworowych warunku niskich i przez to konkurencyjnych cen radiofarmaceutyków produkowanych przez publiczne ośrodki. Wysokie ich ceny i wejście na rynek z opóźnieniem, z powodu ślimaczących się państwowych inwestycji, spowodowało, że ten opanowali prywatni producenci. Z 24 pracowni PET, w których badania finansowane były przez NFZ, tylko trzy kupowały radiofarmaceutyki wytworzone w podmiocie publicznym –  w Centrum Onkologii w Gliwicach. Pozostałe korzystają z dostaw od prywatnych producentów.

W Europie Zachodniej już w 2003 r. jeden skaner PET przypadał na mniej niż 2 miliony mieszkańców. Obecnie według dostępnych danych, w przykładowych krajach europejskich znajduje się od trzech skanerów PET w Estonii (w 2015 r.) do 139 we Francji (w 2016 r.).

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki 4

Wnioski

Na podstawie ustaleń kontroli NIK wystąpiła do Ministra Zdrowia z wnioskiem o wprowadzenie systemowych rozwiązań ukierunkowanych na doprowadzenie do sytuacji, w której badania diagnostyczne pozytonowej tomografii emisyjnej przeprowadzane będą w sposób legalny, z zachowaniem praw pacjentów i w sposób zapewniający im bezpieczeństwo. Tym samym środki publiczne wydatkowane przez NFZ na diagnostykę PET służyć będą wyłącznie finansowaniu świadczeń zdrowotnych udzielanych w sposób  zgodny z prawem.

Dane z satelitów pomocne w walce z powodziami

Już 4 na 5 powodzi w Europie monitorowanych jest za pomocą satelitów, a aplikacje informujące o zanieczyszczeniu powietrza biją rekordy popularności. To wszystko dzięki danym z kosmosu.

Według raportu rocznego programu Copernicus (Copernicus Market Report), obrazowanie satelitarne, realizowane w ramach programu obserwacji naszej planety, odpowiadało w 2018 roku nawet za 80 proc. danych dotyczących naszej atmosfery. 4 na 5 powodzi w Europie było monitorowanych za pomocą satelitów, a aplikacje oparte na danych z kosmosu dla rolnictwa w niektórych regionach Starego Kontynentu powodowały znaczące zmniejszenie zużycia wody, nawozów i pestycydów. 

Europejskie satelity

Autorzy Copernicus Market Report obliczyli, że wartość usług i produktów opartych na danych z systemu Copernicus w 2020 roku ma osiągnąć ponad 21 mld euro. Natomiast nakłady, jakie zostały poniesione na wsparcie Copernicusa od 2008 roku do tej pory, to ponad 8,2 mld euro. Finansowe profity to jednak nie wszystko. Dzięki funkcjonowaniu programu powstało 17 tys. nowych miejsc pracy. Ale najważniejsze korzyści, jakie udało się osiągnąć dzięki realizacji programu, to te związane z bezpieczeństwem i środowiskiem naturalnym – zmniejszenie wpływu wycieków ropy naftowej na ekosystemy, ograniczenie obszarów pożarów, poprawa zarządzania w rybołówstwie czy realizacja projektów monitorujących zanieczyszczenie środowiska.

Rynek usług opartych na wykorzystaniu danych z satelitów dynamicznie się rozwija. Dzięki europejskiemu programowi obserwacji Ziemi, mamy dostęp do aktualnych danych dotyczących  jakości powietrza w aplikacji mobilnej, systemów wczesnego ostrzegania przed powodziami i pożarami oraz do informacji dla rolników, które mogą zmniejszyć negatywny wpływ produkcji żywności na środowisko. Różne sektory gospodarki, przedsiębiorstwa i użytkownicy w Europie uzyskują wymierne korzyści dzięki wykorzystaniu danych z satelitów.

Komisja Europejska dodatkowo dba o to, żeby dostęp do tych danych był powszechny i darmowy. Użytkownicy DIAS-ów (Data and Information Access Service) mogą wyszukiwać, pobierać i analizować obrazy satelitarne na platformie internetowej, w ramach otwartego dostępu lub skorzystać z bardziej zaawansowanej oferty komercyjnej – wyjaśnia Maciej Litewski, marketing manager w CloudFerro, firmy specjalizującej się w cloud computingu, która dostarcza rozwiązania chmurowe umożliwiające gromadzenie i udostępnianie zdjęć satelitarnych z europejskich satelitów w ramach dwóch platform DIAS – CREODIAS i WEkEO. Dane z kosmosu to niezwykle cenne informacje, pozwalające m.in. oszacować szkody powstałe w wyniku klęsk żywiołowych, ocenić ryzyko różnych zjawisk pogodowych, czy analizować dane meteorologiczne na wiele różnych sposobów. Przekładają się one na konkretne, ułatwiające życie, produkty i usługi. Są to np. aplikacje dla żeglarzy, programy dla rolników, firm ubezpieczeniowych czy służb ratunkowych – dodaje Maciej Litewski.

Obrazowanie satelitarne na świecie

Według badań amerykańskiej firmy analitycznej Research and Markets, światowy komercyjny rynek obrazowania satelitarnego w 2018 roku osiągnął wartość ponad 4 mld dolarów, a do 2024 roku ma wzrosnąć do 7,5 mld dolarów. Popularność obrazowania satelitarnego, dzięki jego kompleksowości informacyjnej, częstotliwości i szybkości dostarczanych danych, przebiła już wykorzystanie zdjęć naziemnych i lotniczych.

Jeśli chodzi o wykorzystanie danych satelitarnych w poszczególnych regionach świata, od lat prym wiodą Stany Zjednoczone. USA prowadzą zdecydowanie największą liczbę badań oraz inwestycji na rynku kosmicznym, są także pionierami i liderem w komercyjnym wykorzystaniu obrazowania satelitarnego w różnych gałęziach przemysłu. Jak pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych, eksploracja kosmosu jest nie tylko przedmiotem obszernych badań, ale również ogromną szansą dla krajowych gospodarek.

W komercyjnym przemyśle satelitarnym zachodzi obecnie ogromna transformacja, czego dowodem jest liczba wystrzeliwanych satelitów, a także wzrost przychodów z usług opartych na danych z satelitów – mówi Tom Stroup, prezes Stowarzyszenia Przemysłu Satelitarnego w USA (Satellite Industry Association). Te trendy branżowe, w połączeniu z rosnącymi możliwościami coraz bardziej zaawansowanych satelitów, wymagają jednak również wsparcia systemowego oraz odpowiednich regulacji – dodaje.

Rozwój przemysłu kosmicznego w poszczególnych krajach skorelowany jest z wielkością lokalnej agencji kosmicznej. I tak, amerykańska NASA, jako największa na świecie agencja, dysponująca największym wśród innych budżetem, jest dużym impulsem dla lokalnego przemysłu kosmicznego,  który od lat znajduje się w światowej czołówce. Sektor kosmiczny USA jest świetnym przykładem tego, jak umiejętnie lokowane wsparcie może pobudzić rynek – tłumaczy Maciej Litewski z CloudFerro. Model inwestowania w firmy przez państwo, które jako pierwsze kupuje ich produkty i usługi, bardzo dobrze sprawdza się w Stanach i coraz częściej jest wdrażany w Unii Europejskiej. Mamy nadzieję, że wkrótce będzie to możliwe również w PolsceInwestycje rządowe w produkty oparte na obrazowaniu satelitarnym, zwłaszcza związane z obronnością i bezpieczeństwem, mogą być sporym impulsem do wzrostu sektora kosmicznego w Polsce – dodaje.

Rynek europejski rośnie

Ale nie tylko Stany Zjednoczone inwestują w kosmiczne technologie. Europejska Agencja Kosmiczna z roku na roku zwiększa swój budżet i chociaż ciągle daleko jej do poziomu finansowania w stylu amerykańskim (obecnie budżet ESA to około jedna trzecia budżetu NASA), to rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym w Europie również bardzo dynamicznie wzrasta.

Największe przychody z wykorzystania danych gromadzonych w ramach Copernicusa w 2018 roku uzyskano w segmencie usług związanych z monitoringiem mórz i oceanów. Kolejne sektory, w których odnotowano znaczne przychody, to ochrona i bezpieczeństwo, rolnictwo, przemysł gazowy i wydobywczy, leśnictwo oraz monitoring miejski. Według Copernicus Market Report, segment  przedsiębiorstw wykorzystujących europejskie dane obserwacyjne wzrósł w ujęciu rocznym aż o 11 proc. w Europie i o 6 proc. na świecie.

Zakończenie budowy a prawo budowlane i podatek od nieruchomości

Zgodnie z ustawą z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (Dz.U. 2018.1445 ze zm.) opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości podlegają m.in. budynki lub ich części. Podstawę opodatkowania stanowi ich powierzchnia użytkowa. Zgodnie z art. 6 ust. 1 wspomnianej wyżej ustawy obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym powstały okoliczności uzasadniające powstanie tego obowiązku. Z kolei ust. 2 tegoż artykułu przewiduje, że jeżeli okolicznością, od której jest uzależniony obowiązek podatkowy, jest istnienie budowli albo budynku lub ich części, to obowiązek podatkowy powstaje z dniem 1 stycznia roku następującego po roku, w którym budowa została zakończona albo w którym rozpoczęto użytkowanie budowli albo budynku lub ich części przed ich ostatecznym wykończeniem. W opodatkowaniu nieruchomości niezmiernie istotne jest więc prawidłowe ustalenie daty zakończenia budowy.

Zakończenie budowy a prawo budowlane

Co do zasady zgodnie z ustawą z dnia 7 lipca 1994 r. – Prawo budowlane (art. 54) zakończenie budowy obiektu budowlanego, na którego wzniesienie jest wymagane pozwolenie na budowę, następuje, gdy inwestor dokona zawiadomienia właściwego organu nadzoru budowlanego o zakończeniu budowy, a organ ten w odpowiednim terminie nie zgłosi sprzeciwu. Z jurydycznego punktu widzenia inwestycja jest wykonana w chwili, gdy upłynie termin do wniesienia sprzeciwu na podstawie art. 54 prawa budowlanego, bądź też w chwili, gdy decyzja o pozwoleniu na użytkowanie stanie się ostateczna (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 30 października 2018 r., sygn. II OSK 2178/17). Zakończenie budowy na gruncie prawa budowlanego nie jest jednak tożsame z zakończeniem budowy w rozumieniu przepisów podatkowych.

Zakończenie budowy a podatek od nieruchomości

W orzecznictwie sądów administracyjnych ukształtował się pogląd, że spełnienie wszystkich warunków wymaganych dla skutecznego złożenia zawiadomienia o zakończeniu budowy obiektu budowlanego lub wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie uznawane jest za tożsame z chwilą, w której została zakończona budowa budynku lub ich części. Zatem w prawie podatkowym inaczej niż w prawie budowlanym istotne jest zaistnienie faktycznych okoliczności zakończenia budowy, czyli powstanie budynku, a nie uzyskanie możliwości jej użytkowania.

Sądy twierdzą, że dalsze prace na placu budowy niezwiązane z budową obiektu, jak np. doprowadzenie dojazdu, chodników nie mogą wpływać na przesunięcie w czasie momentu powstania obowiązku podatkowego (wyrok z dnia 7 lutego 2019 r., sygn. I SA/Kr 1293/18). Ponadto sądy zwracają uwagę, że na potrzeby opodatkowania podatkiem od nieruchomości nie jest istotna specyfika wznoszonych obiektów budowlanych. Jak zauważył Naczelny Sąd Administracyjny, czym innym jest możliwość dysponowania czy użytkowania obiektu budowlanego dla potrzeb bieżącej działalności gospodarczej przez przedsiębiorcę, a czym innym jego istnienie po zakończeniu budowy (wyrok NSA z dnia 27 listopada 2018 r., sygn. II FSK 3250/16).

Wykończenie jedynie części budynku

Dodatkowo NSA zwraca uwagę, że zgodnie z treścią art. 6 ust. 2 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, jeżeli okolicznością, od której jest uzależniony obowiązek podatkowy, jest istnienie budowli albo budynku lub ich części, obowiązek podatkowy powstaje z dniem 1 stycznia roku następującego po roku, w którym budowa została zakończona albo w którym rozpoczęto użytkowanie budowli albo budynku lub ich części przed ich ostatecznym wykończeniem. NSA jest więc zdania, że rozpoczęcie użytkowania części budynku powoduje powstanie obowiązku podatkowego w stosunku do całego budynku (wyrok NSA z dnia 4 września 2018 r., sygn. II FSK 2344/16).

Wyrok NSA, sygn. II FSK 1456/17

W ostatnim wyroku z dnia 2 kwietnia 2019 r. (sygn. akt. II FSK 1456/17) NSA wskazał, że kwestia zakończenia budowy może co do zasady nastąpić z momentem skutecznego złożenia zawiadomienia o zakończeniu budowy lub wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie. Zdaniem Sądu z punktu widzenia ustawy o podatkach i opłatach lokalnych przesłanka zakończenia budowy ziści się również w sytuacji, w której spełnione zostaną określone w art. 57 ust. 1-3 ustawy – Prawo budowlane warunki upoważniające inwestora do złożenia zawiadomienia o zakończeniu budowy lub wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie, nawet w sytuacji, gdy ten zaniechał realizacji obowiązku wystąpienia z nim. Zatem stanowisko NSA potwierdza przytoczoną wyżej wykładnię momentu zakończenia budowy na potrzeby podatkowe.

Konsekwencje

Opodatkowanie podatkiem od nieruchomości zwłaszcza budynków używanych do prowadzenia działalności gospodarczej jest często bardzo istotnym wydatkiem dla przedsiębiorców. Co do zasady opodatkowaniu podlegają budynki od kolejnego roku po zakończeniu budowy. Oznacza to, że jeżeli zakończenie budowy nastąpiło np. w grudniu 2018 r., to podatnik będzie zobowiązany uiścić podatek już za cały rok 2019. Z kolei, jeżeli jednak zakończenie budowy nastąpiłoby w styczniu 2019 r., zobowiązanie będzie można uiszczać dopiero za 2020 r., co z perspektywy podatnika oznacza, że jeden miesiąc różnicy w zakończeniu budowy powoduje oszczędność za podatek za cały rok. W konsekwencji, biorąc pod uwagę bogate orzecznictwo sądów administracyjnych oraz brak powiązania między ustawą – Prawo budowlane a ustawą o podatkach i opłatach lokalnych, warto skonsultować budowę nieruchomości z doradcą podatkowym jeszcze przed jej zakończeniem, a najlepiej już na etapie planowania.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Biotts S.A.: Obniżymy koszty leczenia i zwiększymy komfort życia milionów pacjentów

  • Naukowcy z wrocławskiej spółki biotechnologicznej Biotts S.A. opracowują autorskie preparaty oraz receptury leków w oparciu o naturalne ekstrakty.
  • Ich pomysł docenili nie tylko inwestorzy: spółka zajęła I miejsce w kategorii „Startup” na BioForum i II miejsce w konkursie Startup-Award, została finalistą Start-Up-Med oraz 5. edycji akcelerator MIT Enterprise Forum Poland, co więcej otrzymała „Dolnośląski Bon na Innowacje”, finansujący usługi badawcze.
  • Rynek biotechnologiczny od kilkunastu lat nieprzerwanie wykazuje dużą dynamikę̨ wzrostu, jego wartość liczona jest globalnie w setkach miliardów dolarów.
od lewej dr Paweł Biernat oraz dr Jan Meler i Anna Szczepanik
od lewej dr Paweł Biernat oraz dr Jan Meler i Anna Szczepanik

Biotts jest jedną z pierwszych firm biotechnologicznych w regionie CEE, tworzącą autorskie nośniki leków w oparciu o ekstrakty pochodzenia naturalnego zwiększające biodostępność substancji czynnych. Nośniki Biotts mogą być wykorzystane jako system transportujący dla powszechnie stosowanych leków onkologicznych, przeciwzapalnych czy przeciwbólowych, zwiększając ich celowane działania nawet 10-krotnie, zmniejszając przy tym dawkę leku nawet 5-krotnie i radykalnie redukując skutki uboczne terapii. Na swoim koncie spółka ma już dwa zgłoszenia patentowe, intensywnie pracuje nad kolejnymi. Biotts rozwija także własne receptury leków w obszarze onkologii, dermatologii oraz chorób autoimmunologicznych.

Nasz uniwersalny nośnik MTC-Y (Multifunctional Transdermal Carrier-Y) działa bezpośrednio na chorobowo zmienione tkanki, gwarantując silniejszy efekt terapeutyczny, przy jednoczesnej redukcji skutków ubocznych oraz zwiększając komfort pacjenta. Przyjmowanie leków jest uciążliwe, trzeba o nich pamiętać, a zastrzyki są bolesne i dla dziecka, i dla dorosłego. Podawanie farmaceutyków w formie plastra, który uwalnia substancję czynną przez co najmniej 10 dni, to idealne rozwiązanie dla rodziców, podających leki swoim pociechom, i dla chorych, np. na Alzheimera – podkreśla dr Paweł Biernat, prezes Biotts, zarazem adiunkt Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Dzięki naszej technologii nie tylko obniżymy koszty leczenia, ale zwiększymy komfort życia milionów pacjentów – dodaje dr Biernat.

Firmę z Wrocławia dostrzeżono już w startupowym ekosystemie. Biotts zdobył pierwsze miejsce w kategorii „Startup” na BioForum w Łodzi, drugie miejsce w konkursie Start-Up-Award, organizowanym podczas Forum Innowacji w Tarnowie; ponadto został wyróżniony w konkursie Start-Up-Med podczas IV Kongresu Wyzwań Zdrowotnych. Spółka brała także udział w akceleracji MIT Enterprise Forum Poland, gdzie zdobyła dwa wyróżnienia. Co więcej zespół biotechnologów otrzymał kolejne wsparcie finansowe – „Dolnośląski Bon na Innowacje”. Grant, przyznawany przedsiębiorstwom z Dolnego Śląska, finansuje usługi badawcze, konsultacje z jednostkami naukowymi i audyt technologiczny. W ramach projektu finansowane są także prace badawczo-rozwojowe, dotyczące wdrożenia lub rozwoju produktu oraz technologii. Ma też wśród swoich inwestorów osoby prywatne, jak i fundusz Leonarto Alfa.

To ważne, że nasza technologia już została dostrzeżona. Wsparcie finansowe oznacza duże przyspieszenie dla efektywnej komercjalizacji naszych produktów. Mogę zdradzić, że nową dotację wykorzystamy do badań nad zobrazowaniem przenikania przez warstwy skóry substancji czynnych, połączonych z naszym uniwersalnym nośnikiem – dodaje dr Jan Meler, współzałożyciel spółki, technolog postaci leku, od ponad 30 lat związany z Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu.

Zespół Biotts dostarczył na rynek już wiele rozwiązań na bazie surowców naturalnych m.in.: nieagregujący nanonośnik zastosowany w produkcji preparatów witaminowych, półstałe postacie leku z nośnikiem o głębokiej penetracji, półstałe postaci leku przyspieszające odbudowę tkanek, produkty kosmetyczne o zwiększonej biodostępności na bazie surowców naturalnych, żele lecznicze, ustabilizowane i naturalnie zakonserwowane kwasy omega oraz receptury żywności funkcjonalnej.

W Biotts wskrzeszamy, z wykorzystaniem współczesnych rozwiązań technologicznych, stare receptury, często zapomniane. Dzięki tym działaniom uzyskujemy całkowicie nową jakość – mówi Jan Meler. – Korzystamy z najstarszych zapisków w poszukiwaniu metod, które możemy teraz wykorzystać. Nasze najstarsze źródło to Papirus Ebersa, czyli zbiór recept i procedur medycznych, spisanych ok. 1550 lat p.n.e. W tej jednej z pierwszych encyklopedii medycznych jest ok. 700 receptur kosmetycznych i leczniczych. Dwa tysiące lat przed Chrystusem nieznane były możliwości chemiczne niektórych składników, teraz wiemy, jak je podkręcić, aby były skuteczniejsze – dodaje Paweł Biernat.

Rynek biotechnologiczny, na którym działa Biotts, od kilkunastu lat rośnie w siłę, lecz dzięki nowym technologiom wciąż najlepsze ma przed sobą. Według analiz Global Market Insights, sam rynek biofarmaceutyków wart będzie w tym roku ponad 70 mld USD, by już w 2024 r. przebić barierę 110 mld USD.

Deficyt specjalistów na rynku pracy. Czego oczekują pracownicy w 2019 roku?

Jak wynika z danych przedstawionych w raporcie OLX Praca Know How 2019 aż 25% badanych pracodawców uważa, że w 2018 roku znalezienie odpowiednio wykwalifikowanego pracownika produkcji było trudniejsze niż rok wcześniej. Rekruterzy starają się więc przyciągnąć kandydatów ciekawymi ogłoszeniami oraz rozbudowaną ofertą benefitów. Które czynniki decydują o tym, jakie oferty są uznawane przez kandydatów za interesujące?

Kandydat starający się o pracę, np. w dziale produkcyjnym, niewiele czasu spędza na analizie ogłoszenia o pracę, a liczą się dla niego konkretne czynniki. Badania przeprowadzone na osobach poszukujących pracy poprzez portal OLX Praca w kategorii Produkcja wykazują, że najważniejsze są zarobki (ten czynnik badani ocenili na 4,5 w 5-stopniowej skali) oraz atmosfera pracy (3,8 pkt). Na trzecim miejscu znalazły się godziny pracy, kariera oraz lokalizacja (po 2,9 pkt).

Wniosek jest jasny – podkreślajmy w ofercie zasady wynagrodzenia i proponowane widełki płacowe – to zwiększy liczbę aplikacji niemal o 50%. Ponadto jeśli jesteśmy firmą o przyjaznej kulturze organizacyjnej, warto się tym chwalić i poza suchymi faktami, zaprezentować “ludzką twarz” firmy, np. dodając opis przedsiębiorstwa. Dodatkowo warto skorzystać z opcji przekierowania do własnej strony www ze strony firmowej na OLX, gdzie można pokazać więcej, m.in. zdjęcia zespołu czy filmy z ważnych wydarzeń – mówi Grzegorz Sawicki, Sales Manager w OLX Praca. Żeby nasze ogłoszenie było traktowane jako wiarygodne, należy zamieścić w nim podstawowe dane firmy. Niestety ogłoszenia publikowane przez agencje rekrutacyjne, które nie uwzględniają nazwy klienta, są traktowane jako mniej interesujące. Te zabiegi mają bezpośredni wpływ na liczbę spływających do rekruterów CV – dodaje.

Zdarza się, że praca w hali produkcyjnej wiąże się z trudnymi warunkami. Co więc ważne dla pracowników – w pracy muszą panować określone zasady, a ustalone reguły współpracy powinny być ściśle przestrzegane. W ogłoszeniu zdjęcia należy więc zamieścić zdjęcia ukazujące miejsce i narzędzia pracy, lub zawrzeć dokładne informacje na ich temat, oraz opisać podstawowe zasady współpracy i zakres obowiązków.

Jeśli są w firmie osoby, które awansowały z stanowiska produkcyjnego na wyższe stanowiska, warto uwzględnić tę informację w ogłoszeniu. Jest to dowód na to, że firma daje szansę rozwoju. Dla części pracowników produkcyjnych będzie to dodatkowa motywacja do wytężonej pracy. Poza tym, dla tej grupy zawodowej ważne jest odczuwanie dumy ze swojego miejsca pracy, a tego rodzaju materiały budują pozytywny wizerunek pracodawcy. – dodaje Grzegorz Sawicki.

Jak wynika z opinii pracowników produkcyjnych zebranych w ramach badania OLX umiejętnie dobrany pakiet udogodnień świadczy o tym, w jaki sposób firma ich traktuje. Najbardziej cenione benefity to: obiad za „złotówkę”, autobus pracowniczy czy możliwość szkolenia się np. z obsługi wózków widłowych. Ważniejsze od benefitów są jednak relacje z szefem.

Czasem wystarczy, że ktoś przyjdzie i doceni twoją pracę. To dużo daje. Pochwała zamiast polecenia „przyspiesz” (…) – mówi jeden z pracowników, który wziął udział w badaniu.

W 2018 roku najwięcej ogłoszeń w branży produkcyjnej opublikowano na portalu OLX Praca – aż 10 tys. (dla porównania ofert na stanowisko kasjer/ekspedient opublikowano 9,8 tys., a kierowca – 9,7 tys.). Konkurencja jest duża, dlatego warto podejść do tematu ogłoszenia bardzo skrupulatnie. Dla większości kandydatów jest to jedyny moment, gdy mają styczność z marką, niezbędna jest więc odpowiednia zachęta do podjęcia współpracy. Uwzględnienie powyższych wskazówek spowoduje, że oferta zamieszczona na portalu będzie atrakcyjniejsza, a liczba napływających CV bardziej satysfakcjonująca.

Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia z nowym zarządem

Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Michał Podulski, Maciej Kopaczyński i Krzysztof Jakubowski, zostali wybrani do nowego zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). Wybór prezesa organizacji nastąpi na najbliższym zebraniu zarządu – najprawdopodobniej jeszcze w czerwcu br.         

Nowy zarząd SAZ, od lewej: Michał Podulski, Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Maciej Kopaczyński, Krzysztof Jakubowski.
Nowy zarząd SAZ, od lewej: Michał Podulski, Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Maciej Kopaczyński, Krzysztof Jakubowski.

W czwartek (30 maja) członkowie Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) spotkali się w Kazimierzu Dolnym, żeby podsumować rok 2018 i wybrać nowy zarząd. Głosami przedstawicieli firm zrzeszonych w SAZ, na czele organizacji stanęli: Iwona Szmitkowska, prezes Work Service, Aneta Janik-Barciś, prezes Macro-Work, Michał Podulski, dyrektor ds. sprzedaży Toolip HR, Maciej Kopaczyński, prezes Laxo Care oraz Krzysztof Jakubowski, wiceprezes InterKadra.

Na najbliższym spotkaniu nowego zarządu, które planowane jest pod koniec czerwca, wybrany zostanie prezes SAZ. Obecnie funkcję tę pełni Iwona Szmitkowska.

– Sytuację na obecnym rynku oceniamy jako dynamiczną, głównie ze względu na brak pracowników, co oznacza oczywiście, że nie brakuje i nie będzie brakować nam wyzwań. Zdajemy sobie sprawę, że temat pracy tymczasowej i zatrudniania cudzoziemców cały czas wymagają zmian i ulepszeń, ale patrzymy w przyszłość z optymizmem – mówi Iwona Szmitkowska.

Aneta Janik-Barciś zastąpiła w zarządzie Artura Skibę, prezesa Antal International, wiceprezesa SAZ w poprzedniej, trzyletniej kadencji i przewodniczącego Sekcji Agencji Rekrutacyjnych.

– Przede wszystkim bardzo cieszę się z tego, że w składzie zarządu SAZ są teraz dwie kobiety. Moim zdaniem kobiety wnoszą inną wizję i spojrzenie do biznesu i powinno nas jak najwięcej zasiadać na wysokich stanowiskach. Niestety w Polsce wciąż jeszcze zbyt małej liczbie pań udaje się „przebijać szklane sufity” – mówi Aneta Janik-Barciś i dodaje, że chce skoncentrować się na promowaniu idei SAZ i współpracy z innymi ważnymi organizacjami – izbami gospodarczymi, związkami przedsiębiorców, które liczą się na rynku. – Mamy już swojego przedstawiciela (Michała Podulskiego) w Radzie Dialogu Społecznego i Radzie Rynku Pracy. Zaczynamy się coraz bardziej liczyć jako organizacja dająca gwarancję jakości i bezpieczeństwa pracownikom i zrzeszająca firmy, które robią uczciwy biznes. Trzeba iść dalej tą drogą – mówi.

Stowarzyszenie, które jest dziś największą tego typu organizacją branżową w Polsce i zrzesza niemal 60 firm, zamierza kontynuować działalność edukacyjną, której celem jest promowanie legalnych formy zatrudnienia i rozwój sektora. W tym roku SAZ planuje jeszcze m.in. coroczną konferencję dla Agencji Pracy Tymczasowej (APT), a także poświęconą tematyce delegowania pracowników za granicę. Biuro organizacji rozpoczęło też już przygotowania do kolejnego kongresu rekrutacyjnego, który w tym roku został bardzo pozytywnie oceniony przez środowisko HR.

Nasz drogi smog. Przez smog Polska traci 111 mld zł rocznie

Światowy Dzień Środowiska został ustanowiony w 1972 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Co roku 5 czerwca obchodzi go ponad 100 krajów. Ma zwracać uwagę opinii publicznej na problemy środowiska i pogłębiać wiedzę na temat jego ochrony. W tym roku przebiega pod hasłem #beatairpollution. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte przygotowanego we współpracy z firmą InnoEnergy „Czyste powietrze jako wyzwanie. Transport i ogrzewnictwo jako rozwiązania na rzecz czystszego powietrza” Polska jest w czołówce krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Nie lepiej wypadamy w kwestii wykorzystania zasobów naturalnych. To, co miało wystarczyć na 12 miesięcy, wykorzystaliśmy już do 15 maja.

Organizowane 5 czerwca na całym świecie festyny, pikniki i warsztaty mają uświadomić nam wagę kwestii związanych ze środowiskiem, ekologią, segregacją śmieci czy oszczędzaniem wody. To także działania związane z edukacją w zakresie ochrony środowiska i propagowanie idei zrównoważonego rozwoju.

Nasz drogi smog

Co roku Unia Europejska ”płaci” za smog około 2,9 proc. wygenerowanego na jej terenie PKB. Tylko w przypadku Polski to 111 mld zł rocznie. Zanieczyszczone powietrze w oczywisty sposób wpływa na zdrowie oraz samopoczucie mieszkańców i jest jedną z przyczyn chorób, m.in. układu oddechowego. Dane wskazują, że zła jakość powietrza odpowiada również za przedwczesną śmierć co dziesiątego człowieka na świecie, a w samej Europie corocznie za ponad 400 tys. przedwczesnych zgonów. Wzrost pyłu PM10 o 100 jednostek u 5- letniego dziecka powoduje skrócenie jego życia średnio o około 2,3 roku. Przez smog obniża się także produktywność pracy. Komisja Europejska szacuje, że całkowite koszty zewnętrzne związane z oddziaływaniem smogu na zdrowie w 2020 r. wyniosą pomiędzy 243 mld EUR a 775 miliardów euro. Światowy Dzień Środowiska obchodzimy w tym roku po raz 47, ale nadal w wielu krajach konieczne jest zwiększenie wiedzy na temat wyzwań związanych z ochroną środowiska, dostrzeżenie ich skali i potrzeba konkretnych działań.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Przykładem jest tu Polska, mająca poważny problem z zanieczyszczeniem powietrza, gdzie w niektóre dni – zwłaszcza w sezonie grzewczym – stężenie zanieczyszczeń w wielu miastach kilkakrotnie przekracza dopuszczalne limity. Chociaż w ostatnich latach nastąpił wzrost społecznej świadomości, co do zagrożeń związanych ze smogiem, to nadal większość najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się w Polsce. Na terenach wiejskich nie jest lepiej, a mieszka tam blisko 40 proc. ludności – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte.

Ostatnie dane pokazują wprawdzie pewną zmianę na lepsze, ale wciąż blisko 60 proc. Polaków mieszkających w miastach jest narażone na stężenie pyłu PM10 przekraczające unijne normy, a jego stężenie w Polsce jest drugim, co do wielkości w Europie, tuż po Bułgarii.

Świat reaguje

Obchody Światowego Dnia Środowiska odbywają się co roku pod innym hasłem, które ma odzwierciedlać najbardziej newralgiczne problemy ekologiczne. W ubiegłym roku było to #beatplasticpollution, ukierunkowane na problem zanieczyszczenia środowiska odpadami z tworzyw sztucznych. Między innymi dzięki tej inicjatywie 21 maja br. Rada Unii Europejskiej zatwierdziła nową dyrektywę dotyczącą ograniczenia wpływu na środowisko niektórych produktów z plastiku (tzw. Single-use plastics directive). Dyrektywa przewiduje m.in. zakaz używania plastikowych słomek czy patyczków higienicznych, które będą musiały zostać zastąpione przez produkty np. z papieru, trzciny cukrowej czy skrobi kukurydzianej. W Polsce dyrektywa powinna zacząć obowiązywać już w 2021 roku.

Zaciągamy dług nie do spłacenia

5 czerwca zostanie również ogłoszona data Światowego Dnia Długu Ekologicznego. W Polsce w tym roku wypadła on o 4 dni wcześniej niż w roku poprzednim. Nadmierna konsumpcja wpędziła nas w „dług”, który powiększamy od 1970 roku, kiedy to po raz pierwszy został przekroczony roczny budżet zasobów naturalnych do wykorzystania przez człowieka. Przodują w tym kraje rozwinięte. Według ekspertów Deloitte, gdyby wszyscy ludzie żyli na poziomie jaki oferują kraje o wysokich dochodach, to konsumowalibyśmy blisko cztery razy więcej zasobów niż jest dostępnych. Według Global Footprint Network (GFN), organizacji, która opracowała wskaźnik śladu ekologicznego (mierzący zapotrzebowanie ludzkości na zasoby naturalne oraz przestrzeń konieczną do zaabsorbowania emisji dwutlenku węgla z wykorzystania paliw kopalnych), w ubiegłym roku globalnie w okres długu wkroczyliśmy już 1 sierpnia. Oznacza to, że w ciągu 212 dni skonsumowaliśmy zasoby, które powinny wystarczyć na cały rok.

Ten wysoki deficyt ekologiczny jest kontynuacją długoterminowego trendu. Po raz pierwszy dzień długu ekologicznego wypadł 29 grudnia. Zaledwie 50 lat później wypada on kwartał wcześniej. W tym roku Polacy „na koszt” Ziemi żyją już od 15 maja. Najwcześniej swój dług zaciągnęły Katar i Luksemburg, odpowiednio 11 i 16 lutego. To pokazuje, w jakim tempie zaciągamy kredyt, którego nigdy nie będziemy w stanie spłacić – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Negatywne dla środowiska konsekwencje aktywności człowieka osłabiają gospodarkę, generują problemy społeczne a także mogą zagrozić stabilności finansowej, np. poprzez rosnące ryzyko kosztownych kataklizmów.

Gospodarka cyrkularna zamiast linearnej

Przejście na model gospodarki o obiegu zamkniętym może okazać się okazać zatem nie tylko opcją zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki, ale wręcz ratunkiem i koniecznością. Jak wynika z raportu Deloitte „Zamknięty obieg – otwarte możliwości”, przygotowanego we współpracy m.in. z ING Bankiem Śląskim, gospodarka o obiegu zamkniętym uniezależnia rozwój gospodarczy od konsumpcji surowców, oszczędza kapitał naturalny, zwiększa możliwości regeneracji poszczególnych elementów ekosystemu, a także rozwija innowacje. Innymi słowy umożliwia wzrost dobrobytu przy jednoczesnym zmniejszeniu i optymalizacji zużycia zasobów, a więc odciążeniu środowiska naturalnego. Eksperci Deloitte obliczyli, że gdyby sektory spożywczy, budownictwa, samochodowy i elektroniczny działały zgodnie z zasadami GOZ, obniżyłyby emisję gazów cieplarnianych związanych z produkcją dóbr konsumowanych w Unii o 33 proc. Zysków jest jednak więcej. Lepsze gospodarowanie zasobami może zmienić gospodarkę w bardziej innowacyjną, odporniejszą i wydajniejszą. Zarówno inwestorzy indywidualni, jak i globalne firmy, coraz częściej biorą pod uwagę nie tylko koszty i zyski finansowe, ale także korzyści społeczne oraz środowiskowe. Do całkowitego przestawienia gospodarki światowej na neutralną dla klimatu potrzeba bowiem ogromnego kapitału.

Pieniądze to (nie)wszystko

6 bilionów euro – tyle rocznych inwestycji potrzeba, aby do 2030 roku ograniczyć globalne ocieplenie do 2 stopni Celsjusza. Osiągnięcie ustalonych w Paryżu celów polityki energetycznej i klimatycznej samej Unii Europejskiej będzie wymagało dodatkowej rocznej inwestycji w wysokości 180 miliardów euro między 2021-2030.

Finansowanie przedsięwzięć biznesowych realizujących ideę gospodarki o obiegu zamkniętym jest wyzwaniem, ponieważ różnią się one od tradycyjnych modeli biznesowych oraz są obciążone sporym ryzykiem. Ponadto fundusze publiczne nie wystarczą na zaspokojenie wszystkich potrzeb inwestycyjnych. Ważną rolę do odegrania w tym obszarze mają banki I tak na przykład ING Bank Śląski, wspiera rozwój gospodarki o obiegu zamkniętym, m.in. poprzez promowanie prośrodowiskowych postaw wśród pracowników i klientów.

Rafał Benecki
Rafał Benecki

Finansujemy projekty, które realizują założenia gospodarki o obiegu zamkniętym, przyczyniając się do zmniejszenia zużycia energii konwencjonalnej i zwiększenia czystej. Stworzyliśmy odpowiednie instrumenty finansowe, także z myślą o inwestycjach, które wspierają wydłużenie cyklu życia produktów oraz zastępowanie materiałów jednorazowych takimi, które mogą być wielokrotnie wykorzystywane. To kierunek koniecznych zmian w polskich firmach. UE stawia wysoko poprzeczkę, za jakiś czas podobnych zachowań będą oczekiwać partnerzy handlowi z Europy Zachodniej. Przespanie zmian może być równie bolesne jak zapóźnienia w transformacji energetycznej. Taka polityka naszego banku jest wyrazem osobistych przekonań proekologicznych. Prowadzimy akcję #mojepowietrze, która zachęca Polaków do proaktywnej postawy na rzecz czystego powietrza i dzielenia się swoimi pomysłami na walkę ze smogiem – mówi Rafał Benecki, Dyrektor Biura Analiz Makroekonomicznych z ING Banku Śląskiego.

Eksperci Deloitte podkreślają, że w walce o czyste środowisko pomóc może efektywna i przejrzysta współpraca sektora prywatnego i władz publicznych. Szacują, że w latach 2018 – 2025 obywatele Unii mogą zaoszczędzić dzięki temu nawet 183 mld euro.

Jak uratować lokalne połączenia autobusowe, tzw. PKSy?

Lokalne połączenia autobusowe, dawniej nazywane PKSami, w wielu polskich gminach są zagrożone zniknięciem. Brak państwowych środków inwestowanych w utrzymywanie połączeń w małych miejscowościach skutkuje zanikaniem tych, które nie przynoszą prywatnym przewoźnikom odpowiedniego zysku. Wynikiem tego jest wykluczenie komunikacyjne osób mieszkających we wsiach i miejscowościach, do których nie opłaca się jeździć. To jednak problem tak zróżnicowany, jak zróżnicowane są polskie gminy. Mimo tego więc, że sejm przyjął właśnie ustawę, która ma finansować połączenia lokalne, jej zapisy nie uratują wielu miejscowości przed wykluczeniem.

– Ustawa przewiduje finansowanie połączeń, które powstaną po jej uprawomocnieniu, lub nie funkcjonowały przez 3 miesiące od tej daty. To rozwiązanie nie pozwoli uratować tych połączeń, które teraz dogorywają – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.  – Od dawna apeluję, by w życie prowadzić ujednolicony akt – który nazwałbym Konstytucją Polskiego Transportu Publicznego. Zawierałby w sobie i transport autobusowy i transport kolejowy, byłby też powiązany z komunikacją miejską w miastach. Przeniósłby finansowanie transportu na poziom województwa – co pozwoliłoby na wykorzystanie tych pieniędzy w sposób, który odpowiadałby na potrzeby poszczególnych gmin. Niestety ustawa, którą przyjął sejm, nie zawiera takich zapisów. Nadzieja na zatrzymanie likwidacji połączeń autobusowych jest więc zdecydowanie mniejsza – podsumował Furgalski.

Francuski SERIS przejmuje KONSALNET

SERIS, wiodąca niezależna francuska grupa działająca w branży security, ogłosiła przejęcie firmy KONSALNET, lidera na polskim rynku ochrony osób i mienia. Dzięki przejęciu, liczba pracowników zatrudnionych w Grupie przekroczy 40 000. Umożliwi ono również uzyskanie rocznych obrotów w wysokości ponad 700 milionów euro.

W dniu 31 maja 2019 r. Grupa SERIS sfinalizowała zakup 100% działalności spółki KONSALNET w zakresie ochrony (z wyłączeniem segmentu Cash), należących do funduszu inwestycyjnego Value4Capital. Nabycie to zostało sfinalizowane po uzyskaniu niezbędnych zezwoleń od właściwych organów. Obecny zespół zarządzający KONSALNET pozostaje bez zmian i jest w pełni zaangażowany w dalszy rozwój Spółki.

KONSALNET posiadający blisko 10% udział w rynku, jest liderem na polskim rynku, zatrudniającym 18 500 pracowników i generującym obroty w wysokości ponad 200 milionów euro. Działalność spółki obejmuje ochronę, monitoring, mobilne zabezpieczenia i inne uzupełniające usługi, takie jak sprzątanie. Poprzez dołączenie do SERIS, segmenty działalności KONSALNET wzmocniły branżową wiedzę Grupy.

Tomasz Wojak, Prezes Konsalnet Holding
Tomasz Wojak, Prezes Konsalnet Holding

Połączenie Konsalnet Holding i Seris zapewni dalszy dynamiczny rozwój spółki oparty na międzynarodowej wiedzy pozyskanej od inwestora. Porozumienie to stanowi kamień milowy na drodze zwiększenia naszej konkurencyjności i rozpoczyna nowy etap naszej działalności. Jesteśmy i nadal będziemy gwarantować naszym klientom usługi na najwyższym, teraz nawet światowym, poziomie. – mówi Tomasz Wojak, Prezes Konsalnet Holding.

Dzięki temu przejęciu Grupa SERIS, zarządzana przez Guya TEMPEREAU i obecna na rynku zabezpieczeń od ponad 60 lat, potwierdza swoje znaczne ambicje wzrostu w tym sektorze na rynku polskim i pozostałych rynkach Europy Środkowo – Wschodniej.

Ostatnimi laty pracownicy KONSALNET wykazali się zdolnością do dostarczania usług w zakresie bezpieczeństwa i ochrony spełniających najwyższe standardy jakości. Z przyjemnością i dumą witamy ich w naszej Grupie, aby wspólnie kontynuować ten przyszłościowy projekt. Nasza fachowa wiedza, historia i długofalowa wizja pozwalają nam zaoferować wszystkie niezbędne gwarancje dotyczące ciągłości usług i trwałości zobowiązań nie tylko wobec klientów, ale także pracowników. – mówi Guy TEMPEREAU, prezes Grupy SERIS

Jesteśmy przekonani, że ich know-how i zaangażowanie, w połączeniu z ambicjami i projektem Grupy SERIS, sprawią, że będziemy punktem odniesienia dla innych podmiotów w branży. – dodaje Arnaud JAMET, President of the Group’s International Division.

Inwestycja SERIS w KONSALNET otwiera dla nas nowe rynki strategiczne. Działający na terenie całej Polski KONSALNET, da nam możliwość bycia obecnym na polskim rynku i uczestniczenia w umacnianiu jego rozwoju. – zaznacza Guy TEMPEREAU, prezes Grupy SERIS.

Nowa lokalizacja otwiera nam również dostęp do Europy Środkowej, co pozwoli na rozszerzanie działalności i realizację naszej fundamentalnej ambicji: czynienie świata bezpieczniejszym miejscem.” – dodaje Guy TEMPEREAU, prezes Grupy SERIS.

Pakiet mobilności – dlaczego i komu zależy na nowych regulacjach

W 2017 roku kierowcy polskich przedsiębiorstw transportowych przejechali ponad 335 milionów tonokilometrów (tkm)– najwięcej w Unii Europejskiej, z czego blisko 18 milionów tkm to wynik działalności kabotażowej. Przejazdy w ramach innego państwa niż siedziba firmy wzrosły o 38 proc. w odniesieniu do roku poprzedniego. Ponadto Polska, jako jedyna z krajów członkowskich, które prężnie działają w sektorze transportu drogowego, w latach 2010-2016 zdołała zwiększyć swój udział na rynkach europejskich.

Kabotaż od 2013 roku notuje nieprzerwanie największe wzrosty – pod względem wartości rynku to obecnie 65 proc. więcej niż pięć lat temu. Dlaczego więc wykonują go głównie firmy z Polski (blisko 40 proc.), a dalej z Rumunii i Litwy? Na krótkich dystansach lubią jeździć też kierowcy z Francji, Austrii, Włoch czy Niemiec, zatem europosłowie w Brukseli postanowili ograniczyć wewnętrzne rynki przewozowe dla transportowców z Europy Środkowo-Wschodniej. Czy to kres Unii wolności i swobody przepływu towarów i usług?

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Pakiet mobilności to zbiór zasad i przepisów regulujących funkcjonowanie firm z branży transportowej w państwach Wspólnoty. Obecny stan legislacyjny pozostawia wiele do życzenia, budzi wątpliwości, przez co przewoźnicy w Europie działają w chaosie prawnym. Polscy przedsiębiorcy potrafili w ciągu ostatnich trzech lat dostosować się do zasad gry wprowadzanych przez Niemcy, Francję czy Austrię, które miały na celu utrudnić prowadzenie działalności transportowej właścicielom firm z Polski, Rumunii czy Litwy. Chodzi tu głównie o płace minimalne i działalność służb kontrolnych za granicą. Teraz pod populistycznymi hasłami kraje założycielskie starej Unii robią wszystko, by zepchnąć firmy z Polski z głównej trajektorii na margines przewozów kabotażowych. Protekcjonizm wygrywa z obroną wolności i swobód, które ta sama Unia miała zapewniać – komentuje Łukasz Włoch z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Demokratyczna republika kabotażu

Według najnowszych danych Eurostatu w całej Europie kabotaż reprezentuje 2,3 proc. wszystkich tkm wykonanych w 2017 roku i 1,1 proc. ton towarów przewiezionych w granicach Unii. Tego typu transport wzrósł z 2,9 proc. w 2013 do 4,3 proc. w 2017 roku, kiedy to osiągnął wynik 44,3 miliardów tkm. To rodzaj przewożenia załadunków, którego wartość rośnie nieprzerwanie od pięciu lat. Niemcy pozostają terytorium, na którym realizuje się najwięcej kabotaży w UE. To ponad dwadzieścia miliardów tonokilometrów w ostatnim czasie, czyli 46 proc rynku całej Wspólnoty. Druga w kolejności jest Francja, 25,4 proc. Trzecie zaś Włochy, 5,2 proc.

Federalny Urząd ds. Ruchu Towarowego (BAG) donosi, że polskie firmy przewozowe zwiększyły swoją wydajność aż pięciokrotnie w latach 2004-2017. To właśnie nasze rodzime przedsiębiorstwa w minionym roku zrobiły najwięcej operacji kabotażowych w granicach niemieckich landów.

Wymiana towarowa między Niemcami a Francją, opierająca się na największym wolumenie obrotów w UE, jest realizowana głównie przez przewoźników niemieckich oraz polskich. Wspierają nas Rumunii i Litwini, a także Hiszpanie. Dominacja państw Europy Wschodniej nie podoba się politykom z krajów starej Unii, czyli naszym zachodnim sąsiadom. Dlaczego? Okazuje się, że tamtejsi kierowcy nie lubią wyruszać w dalekie i wymagające trasy. Chętnie wracają do domu codzienne lub w każdy weekend. Obecnie tendencja jest taka, że preferowane są krótkie kabotaże, a nie długodystansowe przerzuty. Nastąpiły zmiany w łańcuchu dostaw, które sprawnie i solidnie zapełniły ciężarówki z Polski. Pod hasłem równych szans i poprawy warunków pracy, podejmowane są próby ograniczenia możliwości wykonywania kabotaży, które przypomnijmy, powstały, by niwelować puste przebiegi i podnosić efektywność transportu drogowego. Teraz to wszystko może się zmienić – przekonuje Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK.

Niepewność rodzi niepokój

Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Hiszpania i oczywiście Polska – te kraje dominują w Europie i przewiozły najwięcej tonokilometrów w 2017 roku. Z danych Eurostat wynika, że między 2004 a 2016 rokiem łączna liczba przetransportowanych towarów wzrosła trzykrotnie, a polscy transportowcy z roku na rok zwiększali w tym sektorze swoje znaczenie. W 2016 udział rodzimych firm w międzynarodowych przewozach drogowych wynosił 17,1 proc., a obecnie mówimy już o udziale 25-30 proc. Można odnieść wrażenie, że przedsiębiorcy TSL radzą sobie znakomicie i nasza pozycja jest niezagrożona. Nic bardziej mylnego.

Mimo iż dominujemy w tak zwanych przerzutach, tj. przewożeniu towarów w obrębie kraju lub krajów, które nie są siedzibą przedsiębiorstwa, aktualny układ sił może niebawem zostać zachwiany. Dlaczego? Blisko 40 proc. rynku kabotaży wykonywanych głównie w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii za dwa lata może okazać się przeszłością. Jeśli nowy skład Parlamentu Europejskiego zaakceptuje propozycje zawarte w pakiecie mobilności w takim kształcie, okres vacatio legis i wejście w życie nowych reguł, według których powinny funkcjonować firmy z Europy Środkowo-Wschodniej, to około dwa lata. W tym czasie przewoźnicy będą musieli przygotować się na zmiany, a tym samym na utratę części zleceń i znaczny wzrost kosztów prowadzenia działalności. Bez wsparcia w rozumieniu przepisów i konsolidacji polskiego rynku przewoźników wiele małych i średnich biznesów może upaść – mówi Łukasz  Włoch.

Według najnowszego badania OCRK nastroje przedsiębiorców słusznie wskazują na obawy związane z sytuacją w Parlamencie Europejskim. Coraz więcej zapytanych właścicieli firm transportowych (58 proc) ocenia przyszłość kabotażu jako niekorzystną i niepokojącą.

Wiąże się to z tym, iż zaczynamy rozumieć, że tak zwany pakiet mobilności, czyli zbiór regulacji, które zaburzą między innymi działanie polskiego kabotażu na arenie międzynarodowej, prędzej czy później zostanie wprowadzony. Nie można liczyć na wycofanie się unijnego legislatora z prób ustanowienia nowego prawa dla transportu drogowego. Pytanie brzmi jedynie, czy nowo wybrani europarlamentarzyści wraz z członkami Rady Unii Europejskiej cofną zapisy z powrotem do komisji TRAN w celu opracowania dobrego prawa, a nie protekcjonistycznych nakazów kilku krajów. Obecnie trwa formowanie grup politycznych, a pierwsze posiedzenie zaplanowane jest w lipcu. Sytuację w PE należy monitorować na bieżąco i reagować na każdą próbę ograniczenia wolności rynku – podsumowuje Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK.

Dr Joanna Uchańska została Partnerem w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Z początkiem czerwca do grona Partnerów Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy dołączyła dr Joanna Uchańska, dotychczasowy Szef Praktyki Life Science and Healthcare. Z Kancelarią związana jest od początku 2019 roku.

Dr Joanna Uchańska - Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy
Dr Joanna Uchańska – Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Dr Joanna Uchańska specjalizuje się w prawnych aspektach life science, przede wszystkim w branżach: biotechnologicznej, farmaceutycznej, medycznej, spożywczej i beauty. Ponadto, w obszarze jej zainteresowań jest prawo własności intelektualnej, przemysłowej, nowych technologii, prawo cywilne i ochrona dóbr osobistych. Posiada ona wieloletnie doświadczenie w branży IP oraz praw człowieka i prawie humanitarnym. Doradza zarówno podmiotom gospodarczym, jaki i klientom indywidualnym.

Nowy Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy jest związany z kilkoma organizacjami branżowymi, w tym Krajową Radą Suplementów i Odżywek (członek zarządu). Bierze także aktywny udział w spotkaniach i inicjatywach Klastra Life Science w Krakowie.

Dr Uchańska prowadzi zajęcia z bioetyki i prawa medycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim w ramach Zakładu Bioetyki i Prawa Medycznego, Katedry Prawa Karnego, na Wydziale Prawa i Administracji. Napisała kilkadziesiąt artykułów naukowych i branżowych m.in. na temat prawa medycznego, farmaceutycznego i spożywczego. W ramach grantu naukowego przyznawanego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego uczestniczyła w pracach nad projektem nowej ustawy 2.0 o szkolnictwie wyższym. Brała również udział w procesie legislacyjnym na poziomie krajowym nad nowelizacją ustawy o prawie własności przemysłowej i ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, a także dotyczącym najnowszych zmian w obszarze unijnego prawa farmaceutycznego. Współrealizowała projekt naukowo-badawczy w zakresie unikatowej metody badania zdolności patentowej wynalazków we współpracy międzynarodowej m.in. z ośrodkami naukowymi w Niemczech, Włoszech, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy Indiach. Nagrodzona w 2012 roku przez Urząd Patentowy RP za publikację naukową dotyczącą własności intelektualnej. Jej praca doktorska nosi tytuł „Patent na wynalazek biotechnologiczny i jego jakość w analizie prawnoporównawczej”.

Dołączenie dr Joanny Uchańskiej do zespołu naszej Kancelarii, a teraz zostanie Partnerem, to efekt jej wieloletniej pracy i ciągłego podnoszenia kompetencji. Doceniamy jej wkład w rozwój oferty Kancelarii, otwartość na nowe rozwiązania oraz zaangażowanie w pracę z Klientami – mówi mec. Jarosław Chałas, Partner Zarządzający w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Prywatnie Joanna Uchańska jest zaangażowana społecznie, bliskie są jej tematy ochrony środowiska i wolności obywatelskich.

Jaka przyszłość czeka SCC w Polsce?

Ilość miejsc pracy z centrach usług wspólnych w Polsce corocznie zwiększa się, w 2018 r. zapewniając zatrudnienie 279 tys. osób. Gwarantuje to naszemu krajowi pozycję niekwestionowanego lidera w regionie CEE. Co jeszcze można ulepszyć, aby stać się światowym gigantem?

Na korzyść Polski przemawiają umiejętności specjalistów obecnych na rynku, często już pracujących w strukturach międzynarodowych korporacji, oraz oczywiście koszty zatrudnienia i wynajmu przestrzeni biurowej. Nie bez znaczenia pozostaje też wygoda pracy według czasu środkowoeuropejskiego – poza Stanami Zjednoczonymi najwięcej spółek korzystających ze wsparcia polskich pracowników pochodzi z krajów UE.” – mówi Anna Kowalczyk, dyrektor Fyte.

Szybki wzrost zatrudnienia w sektorze outsorcingu usług pozwolił ogłosić SSC i BPO rynkowym sukcesem. W 2019 r. CEO World Magazine uznał Polskę drugim, po Malezji, najbardziej atrakcyjnym krajem do dokonywania inwestycji i współpracy biznesowej. Najliczniej reprezentowanymi branżami są finanse i księgowość, obsługa klienta i szeroko pojęte usługi IT. Zapotrzebowanie jest na tyle duże, że firmy poszukują wsparcia w postaci pracowników z zagranicy.

W ostatnich latach tylko w Polsce centra usług wspólnych tworzyły po kilkadziesiąt nowych miejsc pracy dziennie. To kreuje duże zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę, która musi płynnie poruszać się w międzynarodowych strukturach. Szacuje się, że do 2020 r. trzeba zrekrutować kandydatów na 50 tys. dodatkowych stanowisk, które jeszcze nie istnieją.” – dodaje Kowalczyk. „Obecny rynek kandydata wymaga urozmaicenia metod pozyskiwania najlepszych pracowników. Rekrutacja prowadzona jest zarówno korzystając z tradycyjnych źródeł – ogłoszeń, portali społecznościowych, networkingu – jak i nowoczesnych metod i narzędzi digitalowych. W zależności od stanowiska jesteśmy w stanie przedstawić pierwszych kandydatów od 1 do 3 tygodni. Najtrudniej jest zapełnić wakaty na stanowiskach Java developerów oraz DevOps, których jest po prostu za mało. Pomimo popularności nauczania niemieckiego w szkołach, brakuje też osób płynnie posługujących się tym językiem.”

Jednocześnie wskazuje się, że wraz ze zautomatyzowaniem procesów część pracowników odpowiadających za prostsze zadania straci pracę. Alternatywą będą stanowiska związane z zarządzaniem i konserwacją systemów. To rodzi zapotrzebowanie na absolwentów kierunków technicznych i informatycznych, których przybywa w zbyt wolnym tempie. Sytuacji nie poprawia odpływ wykwalifikowanych pracowników za granicę. Niektóre procesy idą natomiast w przeciwnym kierunku. Zauważalny jest wyraźny rozwój w przenoszeniu procesów HR do Polski, obejmujących różne zakresy aktywności – od zarządzania wynagrodzeniami i płacami po typowe stanowiska HR.

Wykorzystane dane podchodzą z raportów:

  • 10 lat sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce, PAIiZ 2015
  • Market Overview. Shared services centres. Poland 2016., Michael Page International 2016
  • Business sevice sector in Poland 2018, ABSL 2018

Kurs dolara na wakacje 2019 r.

Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia
Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia

Ostatnich kilka dni przyniosło zauważalne osłabienie amerykańskiej waluty, również względem złotego, który w pewnym momencie umocnił się do poziomu 3,79 za dolara. Głównym powodem słabości USD wydają się coraz gorsze dane makroekonomiczne zza oceanu oraz wzrost szans na cięcie stóp procentowych przez tamtejszy bank centralny – pisze Daniel Kostecki, Główny Analityk Conotoxia Ltd.

Dolar amerykański tanieje od piątku, a jego wyprzedaż przyspieszyła wczoraj po serii publikacji danych z gospodarki oraz po wypowiedzi Jamesa Bullarda, szefa oddziału Rezerwy Federalnej z St. Louis. Co prawda James Bullard od dawien dawna wypowiada się w gołębim tonie, czyli takim, który wskazywać może na łagodne podejście do polityki monetarnej, jednak wczoraj rynek mocniej zareagował na słowa regionalnego szefa FED. James Bullard powiedział, że z obawy o sytuację dotyczącą handlu i eskalację wojny handlowej Rezerwa Federalna może być zmuszony do cięcia stóp procentowych. Dodatkowym argumentem za obniżką stóp procentowych w USA może być niska inflacja, która na razie nie ma zamiaru zbliżyć się do celu.

Ostatnie miesiące, w których na wartości zyskiwała amerykańska waluta, zdawały się pokazywać, że inwestorzy traktowali Stany Zjednoczone jako kraj odporny na wojnę handlową i jej wpływ na gospodarkę. W rezultacie dolar amerykański umocnił się w maju do najwyższego poziomu od dwóch lat. Trwało to do momentu, kiedy pojawiły się gorsze dane dla amerykańskiego przemysłu, które zostały potwierdzone wczoraj przez odczyty indeksów PMI i ISM dla przemysłu. Indeksy te spadły kolejno do 50,5 pkt oraz 52,1 pkt, co oznacza odpowiednio najniższe wartości od września 2009 r. i października 2016 r.

W konsekwencji rynek stopy procentowej zaczął wskazywać na możliwość nawet trzech cięć stóp procentowych w USA do końca roku. Gdyby ten skrajny scenariusz się zmaterializował, to mogłoby oznaczać spadek przedziału stopy funduszy federalnych z 2,25-2,5 proc. do 1,50-1,75 proc. Jest to obecnie mało prawdopodobny scenariusz, ale być może wystarczający do tego, aby doprowadzić do silniejszej reakcji na dolarze.

Spoglądając na kurs dolara wyrażony w złotych, widzimy, że od wielu miesięcy notowania mają olbrzymi problem z pokonaniem bariery 3,85-3,86. Jeśli zatem zwrot na dolarze miałby być trwalszy, to złoty mógłby umocnić się w kierunku 3,74, a w skrajnym przypadku nawet w strony 3,62 zł.

Legalna działalność bukmacherska – ile to kosztuje?

Zakłady bukmacherskieZałożenie działalności bukmacherskiej jest z pewnością nie lada wyzwaniem. Aby w ogóle móc starać się o zezwolenie Ministra Finansów, spółka musi spełnić mnóstwo warunków opisanych w ustawie o grach hazardowych. Już samo postawienie stacjonarnego punktu przyjmowania zakładów wzajemnych oznacza wiele pracy i dokumentów, które należy przedstawić. Jeżeli firma decyduje się także na działalność internetową, to generuje to kolejne koszty, godziny przygotowań i warunki do spełnienia.

Nie każdy w Polsce może pozwolić sobie na założenie firmy bukmacherskiej. Już na starcie należy wykazać, że spółka dysponuje kapitałem o minimalnej wartości 2 000 000 złotych. Aby móc działać legalnie należy uzyskać zezwolenie. Istnieją dwa rodzaje takich zezwoleń – na działalność stacjonarną oraz przez Internet. Za każde zezwolenie należy zapłacić konkretną kwotę, a zgodnie z Art. 63 ustawy spółka musi dodatkowo złożyć odpowiednie zabezpieczenie finansowe.

ZEZWOLENIE MINISTRA FINANSÓW

Każda spółka, która chce rozpocząć działalność bukmacherską w Polsce, musi uzyskać zezwolenie Ministra Finansów. Warunki, jakie należy spełnić, aby takie zezwolenie dostać, zostały szczegółowo opisane w ustawie o grach hazardowych. Zezwolenie jest wydawane na okres 6 lat i jest ono płatne.

PUNKT STACJONARNY

Oprócz podstawowej opłaty za zezwolenie (2000% kwoty bazowej), spółka musi także uiścić zapłatę w wysokości 50% kwoty bazowej za każdy punkty stacjonarny. A takich punktów w Polsce jest już całkiem sporo – w 2016 roku było ich około 1350.

Czym jest kwota bazowa? To kwota przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w obszarze przedsiębiorstw ustalona w drugim kwartale ubiegłego roku. Jest ona ogłaszana w Dzienniku Urzędowym Głównego Urzędu Statystycznego.

DZIAŁALNOŚĆ W INTERNECIE

Duża część firm bukmacherskich nie poprzestaje jedynie na działalności stacjonarnej. Nic w tym dziwnego – jak pokazują statystyki, coraz więcej czasu spędzamy w Internecie. Według Digital 2019 Polacy są online około 6 godzin dziennie. Ten fakt wykorzystują także bukmacherzy, kusząc kolejnych graczy ciekawymi promocjami i bonusami. Obstawianie zakładów przez Internet stało się popularne dzięki swojej prostocie i szybkości, ale przyjmowanie zakładów w taki sposób generuje spółce spore koszty. Jak już wspomnieliśmy, podstawowa opłata za uzyskanie zezwolenia na urządzanie zakładów wzajemnych wynosi 2000% kwoty bazowej, a do tego dochodzi kolejne 2000% kwoty bazowej jeśli zakłady przyjmowane będą przez Internet + kolejne 5000% kwoty bazowej za każdą stronę na której planowane jest przyjmowanie zakładów.

WYMAGANE ZABEZPIECZENIA

Zgodnie z Art. 63 ustawy spółka musi także złożyć zabezpieczenie finansowe, aby zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom zakładów wzajemnych, a także na poczet zabezpieczenia zobowiązań podatkowych. Dla spółek prowadzących punkty przyjmowania zakładów wzajemnych, kwota zabezpieczenia wynosi 40 tysięcy zł w przypadku 1-3 punktów i już 80 tysięcy zł jeśli punktów tych będzie 4-6. Jeśli punktów  jest więcej to kwota zabezpieczenia rośnie. Szczegóły znaleźć można w Art. 63 ustawy o grach hazardowych.

Także w przypadku działalności internetowej bukmacher jest zobowiązany do złożenia stosownego zabezpieczenia finansowego. Tutaj kwota ta ustalona jest na poziomie 480 tysięcy złotych. Bukmacher musi uiścić ją w terminie opisanym w zezwoleniu.

Spółki mogą złożyć wymagane zabezpieczenie np. poprzez wpłatę środków na specjalne konto bankowe. Inną opcją jest przedstawienie gwarancji bankowych.

W JAKI SPOSÓB ZARABIAJĄ BUKMACHERZY?

Widać zatem, że aby móc założyć działalność bukmacherską, należy dysponować sporym kapitałem i to już na starcie, zanim firma zacznie przynosić zyski. Można się zatem zastanawiać, w jaki sposób bukmacherzy w ogóle zarabiają, skoro coraz częściej słyszy się o niesamowitych, wysokich wygranych graczy.

Bukmacher zapewnia sobie stały zarobek na marżach. Każde ustalone przez niego prawdopodobieństwo rozstrzygnięcia danego zdarzenia (tzw. sprawiedliwy kurs) jest odpowiednio pomniejszane, aby uwzględnić właśnie kilka procent marży.

Marża zazwyczaj nie jest zbyt wysoka. Jej wielkość w dużym stopniu zależy od popularności zdarzenia i generalnie ustalana jest na poziomie kilku, do maksymalnie kilkunastu procent.

Pomimo więc sporych kosztów prowadzenia działalności bukmacherskiej (wspomnieliśmy jedynie o kosztach niezbędnych do otrzymania zezwolenia, a przecież musimy pamiętać również o wynajęciu siedziby, opłacaniu pracowników, zapewnieniu obsługi technologicznej, itd.) legalnych bukmacherów na polskim rynku jest sporo i jak możemy zobaczyć na legalny-bukmacher.com nowe zezwolenia wydawane są dość często.

Założenie działalności bukmacherskiej wiąże się z pewnością także z koniecznością przygotowania dużej ilości dokumentów i poświęcenia czasu na dopełnienie formalności. Dodatkowo, jak wykazaliśmy, każda spółka, która chce wejść na rynek bukmacherski, musi liczyć się z zainwestowaniem sporych kwot jeszcze przed startem. Czy jest to więc opłacalny biznes? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, aczkolwiek tempo powstawania nowych firm sugeruje, że powinien przynosić on profity.

Źródła: Ustawa

Nowoczesne techniki diagnostyczne zwiększają szanse na całkowite wyleczenie raka piersi. Wykrywają nowotwór już w początkowym stadium choroby

0

Nowoczesne techniki diagnostyczne zwiększają szanse na całkowite wyleczenie raka piersi. Wykrywają nowotwór już w początkowym stadium choroby 1

Tomosynteza, rezonans magnetyczny i mammografia kontrastowa to nowe technologie umożliwiające rozpoznanie raka piersi już w stadium przedinwazyjnym. Rodzaj badania dobierany jest indywidualnie do każdej pacjentki, na podstawie grupy ryzyka i gęstości piersi. Personalizacja diagnostyki pozwala uniknąć skutków ubocznych badań kontrastowych oraz zwiększyć stopień wykrywalności nowotworu. Rak piersi to najczęściej diagnozowany nowotwór u kobiet w krajach rozwiniętych – według danych International Agency for Research on Cancer stanowi on 25 proc. wszystkich diagnoz onkologicznych. 

Na świecie co roku przybywa 1,7 mln nowych zachorowań na raka piersi, w Polsce natomiast blisko 17 tys. Jak podaje Krajowy Rejestr Nowotworów w ciągu ostatnich trzydziestu lat zachorowalność zwiększyła się dwukrotnie. WHO podaje, że na świecie co roku z powodu tej choroby umiera ponad 500 tys. kobiet, w Polsce natomiast prawie 6 tys. Problemem jest fakt, że większość pacjentek zgłasza się do lekarza w zaawansowanym stadium nowotworu, tymczasem wczesna diagnoza daje szanse nawet na całkowite wyleczenie.

 Zdarzają się szybko rosnące nowotwory, których nie da się wykryć wystarczająco wcześnie. Ale w większości przypadków nowotwory piersi możemy wykryć wcześnie, co przyczynia się zarówno do ratowania życia, jak i do wyeliminowania konieczności stosowania chemioterapii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr Sylvia Heywang-Köbrunner, dyrektor Centrum Referencyjnego ds. Przesiewowych Badań Mammograficznych w Niemczech.

Celem leczenia jest uzyskanie jak najdłuższego przeżycia oraz uniknięcie skutków ubocznych występujących przy stosowaniu chemioterapii. Podstawą terapii powinno być tradycyjne leczenie operacyjne, polegające na wycięciu guza, ewentualnie w połączeniu z radioterapią. Taki wzór terapeutyczny nie wyniszcza organizmu pacjentki, a do tego zmniejsza koszty leczenia. Warunkiem jego wprowadzenia jest jednak rozpoznanie choroby, możliwe dzięki nowoczesnej technologii diagnostycznej – obecnie lekarze są w stanie wykryć nowotwór piersi już w stadium przedinwazyjnym.

– Średni rozmiar nowotworów wykrywanych w latach 90. wynosił od 1,5 do 2 cm. Teraz są to dużo mniejsze rozmiary. W naszym programie badań przesiewowych mamy 20 proc. nowotworów wykrytych w stadium przedinwazyjnym, o stopniu złośliwości charakterystycznym dla tego stadium – mówi prof. dr Sylvia Heywang-Köbrunner.

Przełomem w diagnostyce raka piersi było wprowadzenie mammografii cyfrowej, dającej bardzo wysoką rozdzielczość i duży kontrast, oraz mammografii kontrastowej, polegającej na dożylnym wstrzyknięciu środka kontrastowego i obserwowaniu, czy zmiana w piersi ulega wzmocnieniu pod jego wpływem. Ogromny postęp medycyna zanotowała także w zakresie badań ultrasonograficznych. Do nowych technologii stosowanych w diagnostyce nowotworu piersi należy rezonans magnetyczny, którego czułość oceniana jest nawet na 99 proc. Badanie to ma zupełnie inny charakter niż USG i mammografia, pozwala więc wykryć zmiany niewidoczne przy zastosowaniu tamtych technologii, w dodatku nawet bardzo małe.

– Ostatnio pojawiło się kilka możliwości diagnostycznych. Jedną z nich jest tomosynteza. Jest to nowa metoda wykrywania zmian w piersi, w ramach której tworzone są liczne warstwy obrazów równoległych do płaszczyzny detektora. Jest to technologia tomograficzna podobna do tomografii komputerowej – mówi prof. dr Luis Javier Pina Insausti z Kliniki Uniwersytetu Nawarry w Pampelunie.

– Pacjentka jest ustawiona w pewnej projekcji, a lampa obraca się wokół piersi i wykonuje wiele bardzo niskodawkowych ekspozycji, a później komputer rekonstruuje to w bryłę tak, że można tę pierś zobaczyć warstwa po warstwie – uzupełnia Magdalena Barcikowska, ekspert ds. mammografii w Siemens Healthineers.

W ramach tomosyntezy urządzenie robi serię nawet kilkudziesięciu zdjęć, które następnie są przetwarzane w technologii 3D. Tomosynteza pozwala na określenie dokładnej lokalizacji zmian – bardzo dobrze sprawdza się w przypadku piersi o dużej gęstości.

Zdaniem ekspertów diagnostyka raka piersi będzie coraz bardziej spersonalizowana, co oznacza, że badania będą dostosowywane indywidualnie do każdej pacjentki. Przyczyni się to do większej wykrywalności nowotworów oraz zminimalizuje negatywne skutki uboczne. Istotnym kryterium wyboru metody diagnostycznej będzie gęstość tkanki piersiowej. Przewaga tkanki gruczołowej nad tłuszczową zwiększa bowiem ryzyko wystąpienia nowotworu, a także utrudnia zaobserwowanie zmian w piersi w przypadku niektórych badań, np. mammograficznych. Równie istotne znaczenie dla techników radiologów powinna mieć przynależność pacjentki do określonej grupy ryzyka.

– W przypadku badań przesiewowych, w których biorą udział również kobiety z grupy niskiego ryzyka, zastosowanie kontrastu moim zdaniem nie wchodzi w grę. Może on wywołać działania niepożądane u kobiet, które z dużą pewnością nie są narażone na zachorowanie – mówi prof. dr Sylvia Heywang-Köbrunner.

Zastosowanie kontrastu jest natomiast korzystne u kobiet z grupy wysokiego lub podwyższonego ryzyka. W tym przypadku podstawą diagnostyki powinny być takie badania jak rezonans magnetyczny z kontrastem i mammografia spektralna.

– W mammografii spektralnej wykorzystuje się kontrast. Zmiana inaczej go zatrzymuje niż zdrowa tkanka i wykonując dwa zdjęcia z różnymi energiami, możemy zobaczyć różnicę, możemy zobaczyć coś, co się ukrywa w piersi. Mammografia spektralna niejako zastępuje rezonans, do którego czasami jest trudny dostęp i pacjentki muszą długo czekać na to badanie – mówi Magdalena Barcikowska.

Eksperci są zdania, że samodzielna diagnostyka – choć istotna – może stanowić jedynie uzupełnienie badań wykonywanych w specjalistycznych ośrodkach medycznych.

– Nowotwór złośliwy piersi to nie jest pojedyncza choroba, ale grupa chorób, z których niektóre znacznie się od siebie różnią. Nie można zdiagnozować wszystkich rodzajów nowotworów piersi za pomocą domowej metody. Może w przyszłości tak będzie, ale nie w ciągu najbliższych dziesięciu lat – mówi prof. dr Luis Javier Pina Insausti. 

Celem producentów sprzętu diagnostycznego jest także zredukowanie dyskomfortu odczuwanego przez pacjentki podczas badania. W przypadku mammografii oznacza to mniejszy ucisk maszyny na pierś. Innowacyjna technologia to jednak nie jest jedyna zmiana, jaka zachodzi w diagnostyce onkologicznej. Równie istotne jest stworzenie jak najbardziej przyjaznego środowiska w postaci ładnie zaaranżowanych poczekalni, krótszego czasu oczekiwania na wizytę. Wszystko to ma zachęcić kobiety do regularnego wykonywania badań przesiewowych.

– W Polsce mamy bardzo często sytuację, że pacjentka przychodzi tylko raz na badanie i nie wraca z powodu nie najlepszego doświadczenia. A ważne jest, żeby wracała, żeby lekarze mogli kontrolować stan jej zdrowia – mówi Magdalena Barcikowska.

Syndrom oszusta problemem wielu osób odnoszących sukcesy. Z jego powodu częściej cierpią kobiety

0

Syndrom oszusta problemem wielu osób odnoszących sukcesy. Z jego powodu częściej cierpią kobiety 2

Syndrom oszusta wiąże się z przekonaniem, że własne sukcesy zawdzięcza się nie talentowi i ciężkiej pracy, lecz przypadkowi i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Osoba, której dotyka, czuje się nieuczciwie, ma wrażenie, że wcale na swój sukces nie zasłużyła i lada chwila ktoś odkryje jej niekompetencje. To zjawisko – z różnym nasileniem – dotyka ok. 70 proc. ludzi, ale częściej z powodu syndromu oszusta cierpią kobiety. Zwłaszcza te, które odnoszą duże sukcesy albo zajmują wysokie stanowiska.

Syndrom oszusta to jest mechanizm psychologiczny, który sprawia, że nie do końca wierzymy w swoje własne osiągnięcia. Trochę jakbyśmy mieli poczucie, że wdzieramy się na scenę i mamy wrażenie, że za chwilę ktoś zdemaskuje fakt, że w ogóle nie powinniśmy się tam znaleźć, że na to nie zasługujemy. Syndrom oszusta jest o tyle ciekawy, że ludzie, którzy cierpią z jego powodu, zaprzeczają swoim ewidentnym osiągnięciom, na które mają dowody – mówi agencji Newseria Biznes Marzena Jankowska, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Syndrom oszusta został opisany w literaturze naukowej już na początku lat 70. Nie jest to zaburzenie ani choroba psychiczna, choć może do nich prowadzić. W skrajnych przypadkach stres i obawy przed zdemaskowaniem rzekomej niekompetencji mogą powodować m.in. bezsenność czy objawy nerwicowe.

Badania pokazują, że około 70 proc. ludzi czasami tego doświadcza. Mnie dziwi te pozostałe 30 proc., bo jednak większość z nas ma czasem poczucie, że sukces nas przerasta, nie do końca jesteśmy pewni swoich kompetencji. Co ciekawe, z powodu syndromu oszusta prawdopodobnie znacznie częściej cierpią kobiety niż mężczyźni – mówi Marzena Jankowska.

To zjawisko zdecydowanie częściej dotyka też osób na wysokich stanowiskach i tych, którzy osiągają w życiu duże sukcesy. Innymi słowy, im większy sukces, tym większe ryzyko, że wystąpi syndrom oszusta.

Do związanych z nim odczuć w przeszłości wprost przyznawali się m.in. Tom Hanks, Sheryl Sandberg, szefowa operacyjna Facebooka i mentorka Marka Zuckerberga, czy aktorka Emma Watson. Z powodu syndromu oszusta prawdopodobnie cierpiał nawet Albert Einstein, który pod koniec życia miał zwierzyć się przyjacielowi, że mimowolnie czuje się oszustem z powodu przeceniania jego dorobku naukowego.

Zupełnie niedawno do syndromu oszusta przyznała się również Michelle Obama, która przez większość swojego życia musiała sobie z nim radzić. Dotyczy on więc osób, które osiągają naprawdę duże sukcesy. To w zasadzie jest spójne, bo podstawą syndromu oszusta jest ciężka praca. Paradoks polega na tym, że im ciężej pracujemy, tym bardziej mamy poczucie, że nie zasługujemy na sukces. Wśród wybitnych postaci w świecie artystycznym, w świecie sportu, nauki czy polityki dotyczy to głównie kobiet albo być może kobiety mają większą skłonność, żeby się do tego przyznać – mówi Marzena Jankowska.

Badania pokazały, że syndrom oszusta jest charakterystyczny m.in. dla kobiet na wysokich stanowiskach, odnoszących sukcesy przedstawicieli mniejszości etnicznych, wysoko postawionych menadżerów czy osób, które szybko osiągnęły wysoki status społeczny. Do jego wystąpienia przyczynia się perfekcjonizm, często połączony z pracoholizmem, a dodatkowym czynnikiem może być niskie poczucie własnej wartości i brak wiary w siebie.

Mamy kilka typów przejawiających się w syndromie oszusta. Pierwszy, podstawowy, to perfekcjonizm, który wiąże się ze stawianiem sobie kompletnie nierealistycznych oczekiwań. Kolejny przejaw wiąże się z byciem superwoman, czyli potrzebą dawania sobie rady samodzielnie. Solistka – kolejny typ – to osoba, która uważa, że korzystanie z jakiejkolwiek formy pomocy jest oznaką słabości. Mamy też typ eksperta – ten z kolei dotyczy głównie kobiet, które mają potrzebę być bezbłędne i znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Najczęściej jest tak, że w syndromie oszusta mamy wszystkiego po trochu – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Jak ocenia, do częstszego występowania tego zjawiska wśród kobiet mogą się przyczyniać również oczekiwania społeczne, stawiane kobietom już w dzieciństwie.

Ciągle jednak to dziewczynki mają być te grzeczne, spełniające oczekiwania, ładnie uśmiechnięte – mówi Marzena Jankowska.

Ekspert WSB podkreśla, że syndrom oszusta można przezwyciężyć – jednak pierwszym krokiem do tego jest akceptacja, przyznanie się do problemu. Dopiero to stanowi punkt wyjścia do zmiany sposobu myślenia.

– Świetną metodą jest skoncentrowanie się na wartości, jaką moja praca ma wnieść w życie innych ludzi, zamiast na tym, żeby dobrze wypaść. To jest też fundament budowania odporności psychicznej. Ważne, żeby przekierowywać tę uwagę na to, jaką radość daje mi moja praca, co jest w niej przyjemnego –mówi Marzena Jankowska. 

OKNOPLAST rozbudowuje zakład produkcyjny pod Krakowem

Grupa OKNOPLAST – małopolska firma znajdująca się w pierwszej piątce największych europejskich producentów okien i drzwi PVC – rozpoczęła dużą inwestycję. Ma ona na celu zwiększenie zdolności produkcyjnej przedsiębiorstwa. Projekt zostanie zrealizowany dzięki wsparciu Krakowskiego Parku Technologicznego.

Prace już ruszyły i obejmują budowę nowego kompleksu produkcyjno-logistycznego o powierzchni 16 tys. m2 oraz zwiększonym poziomie automatyzacji. W ramach realizacji rozbudowana i zautomatyzowana zostanie produkcja wyrobów z aluminium, jak również z PVC. Kolejnym obszarem zmian będzie stworzenie nowoczesnego centrum logistycznego do sortowania i pakowania towarów gotowych oraz kompletacji akcesoriów okiennych razem z produktami.

Robotyzacja w obrębie produkcji została zaplanowana w sposób bardzo przemyślany. Dotyczy ona przede wszystkim kluczowych jej etapów z punktu widzenia jakości wyrobów. Warto także podkreślić, że zmniejszy liczbę odpadów poprodukcyjnych, co stanowi kolejny krok naszego przedsiębiorstwa w stronę ochrony środowiska – powiedział Mikołaj Placek, Prezes Zarządu Grupy OKNOPLAST. – Jestem przekonany, że takie zmiany są nieodzowne, aby w perspektywie lat utrzymać pozycję czołowego producenta stolarki otworowej. Cały czas chcemy być liderami technologicznymi i jak dotąd odnieśliśmy w tym zakresie wiele sukcesów. Jednocześnie zdajemy sobie jednak sprawę, że przed nami wciąż sporo wyzwań. Dzięki inwestycji będziemy gotowi, by z jeszcze większą siłą realizować najbardziej kreatywne pomysły, zapewniając zarazem najwyższą precyzję wykonania produktów.

Inwestycja Grupy OKNOPLASTJakie korzyści przyniesie inwestycja?

Nowa infrastruktura pozwoli poprawić efektywność procesów produkcyjnych i logistyczno-magazynowych, a w rezultacie zwiększyć moce produkcyjne zakładu o 30 proc. Ponadto dzięki nowej przestrzeni logistycznej dodatkowo udoskonalona zostanie jakość pakowania towarów. Co ważne, inwestycja wpłynie także znacząco na poprawę komfortu wykonywania zadań przez pracowników produkcyjnych.

W ramach budowy kompleksu produkcyjno-logistycznego poszerzona będzie także przestrzeń biurowa – przedsiębiorstwo stworzy nowoczesną infrastrukturę dla części działów Grupy OKNOPLAST. Cały projekt ma zostać zrealizowany do 1 marca 2024 roku.

Tylko w co piątym powiecie ukończono komunalne „M”

Wyniki dotyczące liczby lokali komunalnych oddanych do użytku w 2018 r. są słabe. Jeszcze gorzej wygląda liczba powiatów i miast na prawach powiatu, w których nie powstały takie „M”.

Główny Urząd Statystyczny niedawno poinformował, że w 2018 r. na terenie całego kraju oddano do użytku tylko 1863 mieszkania komunalne. To bardzo słaby wynik zważywszy na skalę deficytu gminnych mieszkań (wynoszącego około 160 000 sztuk). Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili nieco dokładniej przyjrzeć się budowlanej aktywności gmin w 2018 r. Wyniki takiej analizy są mało optymistyczne. Wskazują one bowiem, że w prawie 80% powiatów i miast na prawach powiatu miniony rok nie zakończył się oddaniem do użytku jakichkolwiek mieszkań komunalnych.

Obecnie w naszym kraju mamy 314 powiatów oraz 66 miast na prawach powiatu. Analiza portalu RynekPierwotny.pl dotycząca budowy mieszkań komunalnych w 2018 roku, uwzględnia te 380 jednostek podziału administracyjnego. Po przeanalizowaniu danych Głównego Urzędu Statystycznego okazuje się, że lista powiatów i miast na prawach powiatu, w których ukończono jakiekolwiek mieszkanie komunalne, niestety jest stosunkowo krótka.

Od stycznia do grudnia 2018 roku, gminne „M” powstały tylko w 81 analizowanych jednostkach administracyjnych (67 powiatach oraz 14 miastach na prawach powiatu). Taki wynik oznacza, że na terenie tylko 21% uwzględnionych jednostek administracyjnych w 2018 r. pojawiły się nowe mieszkania komunalne.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują również, że od stycznia do grudnia 2018 r. najwięcej mieszkań komunalnych oddano do użytku w następujących powiatach i miastach na prawach powiatu:

  • Poznań – 140 mieszkań
  • piaseczyński – 93
  • Wałbrzych – 72
  • Warszawa – 68
  • słupski – 66
  • Sopot – 60
  • miński – 60
  • zawierciański – 60
  • Toruń – 58
  • poznański – 57
  • tatrzański – 48
  • Kalisz – 45
  • kołobrzeski – 44
  • żyrardowski – 43
  • rawski – 40

Warto dodać, że w 32 analizowanych jednostkach administracyjnych ubiegłoroczna liczba ukończonych mieszkań komunalnych nie przekroczyła 10 sztuk.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Rynek czeka na słowa szefa Fed

Pogarszające się perspektywy globalnego ożywienia wzmagają dyskusję o łagodzeniu polityki głównych banków centralnych z Fed na czele. Słabość dolara zaczyna dominować a coraz większa uwaga jest przypisywana komentarzom przedstawicieli Fed. Dziś rynek czeka na słowa szefa Powella. Tymczasem w Australii jesteśmy już po oczekiwanej obniżce.

Bank Rezerwy Australii wypełnił oczekiwania rynkowe i pierwszy raz od sierpnia 2016 r. dokonał obniżki stopy kasowej o 25 pb do 1,25 proc. AUD nie spadł po decyzji, gdyż od pewnego czasu rynek w pełni dyskontował cięcie. Choć inwestorzy wciąż oczekują dalszych obniżek przed końcem roku, dziś RBA nie dał jasnych sygnałów, że zamierza kontynuować politykę. Usłyszeliśmy, że decyzja ma wesprzeć wzrost zatrudnienia i wzbudzić większe zaufanie dla osiągnięcia celu inflacyjnego. Jednocześnie bank przyznał, że „sytuacja na rynku pracy sugeruje, że gospodarka Australii może wytrzymać niższy poziom stopy bezrobocia”, co należy rozumieć, że dalszy spadek bezrobocia niekoniecznie będzie generował presję inflacyjna. Teraz pytaniem jest, czy jednak obniżka wystarczy do osiągniecia celów RBA? Bank centralny poczeka kilka miesięcy na ocenę wpływu decyzji, ale rynek prawdopodobnie pozostanie sceptyczny i nie zrezygnuje z wyceny dalszych obniżek. Jednak w krótkim terminie, utrzymywanie krótkich pozycji w oparciu o oczekiwania co do polityki monetarnej RBA może okazać się bezowocne, podczas gdy wrażliwość AUD na ewentualne skoki apetytu na ryzyko pozostanie duża. Nie wykluczałbym kolejnej obniżki stopy kasowej RBA na jesieni, ale na razie rozsądnym wydaje się zostawienie AUD w spokoju.

Szczególnie, że jeśli wehikułem do sprzedaż Aussie był AUD/USD, to zarysowująca się ostatnio słabość USD może zagłuszyć inne sygnały. Rynek skupia obecnie wyjątkową uwagę na dyskusji o przejściu Fed od obniżek stóp procentowych z nasilającymi się głosami o cięciach we wrześniu i grudniu (i przy 24 proc. szans przyznawanych dla decyzji za dwa tygodnie!). Spekulacje podsycił wczoraj James Bullard z Fed w St. Louis, zdaniem którego obniżka stóp procentowych może być wkrótce uzasadniona przez obawy o wojny handlowe i inflację. Bullard jest dobrze znanym gołębiem, jednak podkreślenie słowa „wkrótce” nasila pro-obniżkową retorykę. Dziś startuje konferencja Fed poświęcona strategii w polityce monetarnej, instrumentach i komunikacji banku centralnego. Choć konferencja będzie platformą do czysto akademickiej dyskusji, równie dobrze może posłużyć jako miejsce do skrupulatnie zaaranżowanej ofensywy, by przygotować rynki dla obniżki stóp procentowych w dalszej części roku. Tego rynek obawia się teraz najbardziej, co widać w spadających rentownościach długu USA i taniejącym dolarze. Dziś po południu usłyszymy od prezesa Fed Powella, gdzie ryzyka przeważają po stronie gołębiego wydźwięku, który pchnie USD niżej.

Widzimy presję na USD szczególnie w konfrontacji z walutami defensywnymi, głównie JPY i CHF. Korzysta też EUR, które w ubiegłym tygodniu było silnie wyprzedawane, a jednak nie udało się złamać tegorocznych minimów, więc kapitulacja podaży na EUR/USD jest dobrym paliwem do wzrostów. Jednak ryzykiem w tym tygodniu jest czwartkowe posiedzenie EBC, skąd mogą napłynąć gołębie sygnały. Ogólnie klimat na rynkach jest dziś spokojny, choć z negatywnym zacięciem. Nie są to warunki do umocnienia złotego, ale też nie ma paniki, która miałaby wysłać dziś EUR/PLN na 4,30.

Poza tym komentarze Williamsa i Brainard z Fed. Przed nami też uzupełninie decyzji RBA w postaci przemówienia prezesa banku Lowe’a. Kalendarz zawiera CPI z Polski i Eurolandu, PMI dla brytyjskiego sektora budowlanego i zamówienia fabryczne z USA, ale dane powinny być mało znaczącym tłem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy pokochali piwa smakowe. Wzrosty są na poziomie nawet 200%

W porównaniu do I kwartału ub. roku wzrosła promocja piw w sieciach handlowych o 19%. W tej kategorii zdecydowanie najbardziej poszły w górę bezalkoholowe trunki – aż o 90%. Największy przyrost odnotowały w hipermarketach – 193%. Na drugim miejscu znalazły się smakowe piwa. Ich udział w gazetkach zwiększył się o 57%. Najmocniej widoczny wzrost był w sklepach typu convenience – 191%. Trzecią pozycję w zestawieniu zajęły ciemne piwa ze zwyżką 47%. Aktywność promocyjna tych produktów szczególnie podniosła się w sieciach convenience, tj. o 155%. Na samym końcu tabeli jest jasne piwo z wynikiem zaledwie 8%. Promocja tego typu alkoholu w największym stopniu wzrosła w hipermarketach – o 55%.

– Z analizy firmy Hiper-Com Poland wynika, że w I kwartale tego roku, w stosunku do pierwszych trzech miesięcy ub. roku, sieci handlowe ogólnie zwiększyły promocję piwa o 19%. Zaobserwowany wzrost jest połączony z mocnym rozwojem branży piwowarskiej. Portfolio poszczególnych marek rozrasta się, a wprowadzanie na rynek nowych produktów siłą rzeczy wymaga większej aktywności promocyjnej. W sklepach pojawia się coraz więcej nowości i to już nie tylko od znanych producentów – mówi Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Najbardziej zwiększyła się promocja piw bezalkoholowych, bo aż o 90%. Jak wyjaśnia Julita Pryzmont, Business Development and Communication Director w Hiper-Com Poland, ma to związek z dynamicznym rozwojem tego segmentu. Wybór i jakość w jego obrębie stale wzrasta, co powoduje, że każdy smakosz jest w stanie znaleźć napój odpowiadający jego upodobaniom. Producenci, konkurując ze sobą, nieustannie wprowadzają nowe smaki. A nowości trzeba przecież komunikować konsumentom. Promocje stanowią do tego doskonałą okazję.

– Polska jest europejskim liderem pod względem tempa wzrostu konsumpcji piw bezalkoholowych. Staramy się doganiać Europę Zachodnią. Dla przykładu, w Hiszpanii tego typu napoje mają kilkunastoprocentowy udział w rynku. Spodziewam się, że u nas podobny poziom osiągniemy w ciągu kilku najbliższych lat. Będzie temu sprzyjać głównie moda na zdrowy styl życia – przewiduje Dyrektor Morzycki.

Patrząc na konkretne formaty handlowe, najwięcej promocji piw bezalkoholowych przybyło w hipermarketach, tj. o 193% więcej. Widoczny wzrost zaobserwowano w hurtowniach – 131%, a także w sieciach typu cash & carry – 93%. Według eksperta z Hiper-Com Poland, większe placówki mogą zaprezentować zdecydowanie szerszy asortyment niż np. sklepy typu convenience, które odnotowały przyrost na poziomie 50%.

– Z kolei piwa smakowe odnotowały ogólny przyrost na poziome 57%. W ostatnich latach widocznie wzrosło zainteresowanie Polaków tymi artykułami, zwłaszcza wśród kobiet. Sieci handlowe doskonale znają zmieniające się oczekiwania swoich klientów. Dlatego tak mocno zwiększyły aktywność promocyjną w tym segmencie. Wskazane artykuły wpływają na wybór miejsca zakupu, a to się liczy dla sklepów – tłumaczy dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Dyrektor Morzycki dodaje, że zmieniają się oczekiwania konsumentów względem smaków piw. Polacy zdecydowanie oczekują nowych doznań smakowych, w tym zaskakujących mieszanek soków owocowych, różnych odmian chmielu czy też przypraw. Chcą przy tym konsumować trunki o niskiej zawartości kalorii. Coraz częściej sięgają po produkty z wyższej półki. I w odpowiedzi na te wymagania przybywa coraz więcej marek i rodzajów piw smakowych, które są szeroko promowane.

– Największy przyrost promocji piwa smakowego zanotowano w sieciach convenience – aż o 191%. W tym kanale ww. art. stanowią jedną z ważniejszych kategorii. Wpływa na to fakt, że Polacy coraz częściej sięgają po droższe i lepszej jakości trunki o unikalnych smakach. Odpowiednia komunikacja promocji piw smakowych przekłada się na częstsze wizyty i zakupy w sklepach. Dla porównania można wskazać, że w hipermarketach aktywność promocyjna wzrosła o 76% – zaznacza dr Jurowczyk.

Promocja piw ciemnych zwiększyła się o 47%. Jak przypomina Julita Pryzmont, są one mniej popularne niż lżejsze trunki, zwłaszcza wiosną czy latem. Jednak w chłodniejsze wieczory mogą zdecydowanie bardziej odpowiadać konsumentom niż inne napoje. Dlatego pierwszy kwartał roku był idealnym momentem na promowanie tego typu produktów. Ekspert z Hiper-Com Poland ocenia odnotowany wzrost jako znaczący.

– Najwięcej promocji piw ciemnych przybyło w sieciach convenience – o 155%. W hipermarketach wzrost wyniósł 76%. To podobna sytuacja, jak w przypadku piw smakowych. Może to wynikać z tego, że piwa ciemne często są postrzegane przez konsumentów jako trunki o unikalnym smaku. Dlatego strategie przyjęte przez ww. segmenty są dość zbliżone – zauważa ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Na samym końcu tabeli jest piwo jasne z przyrostem zaledwie na poziomie 8%. Zdaniem Julity Pryzmont, ten trunek jest najchętniej spożywany w okresie letnim lub w czasie wydarzeń sportowych. Właśnie wtedy jego sprzedaż znacznie wzrasta. Pierwszy kwartał roku zazwyczaj nie jest najlepszy dla tej kategorii. Bliżej lata sieci handlowe bardziej intensyfikują działania promocyjne w jej obrębie.

– Przyrost promocji piwa jasnego widać w hipermarketach – o 55%, następnie w sieciach convenience – o 21%, a dalej w sklepach cash & carry – o 3%. Aktywność promocyjna zmniejszyła się w dyskontach – o 18%, w supermarketach – o 11%, jak również w hurtowniach – o 10%. Moim zdaniem, wzrosty są odzwierciedleniem tego, że piwo jasne ciągle jest najpopularniejsze wśród Polaków. Natomiast spadki pokazują, że spora część konsumentów odwraca się od tego trunku na rzecz innych segmentów – podsumowuje dr Paweł Jurowczyk.

Henkel Polska: dział Laundry & Home Care z nowym dyrektorem zarządzającym

Veli Dincel został mianowany dyrektorem zarządzającym działu Laundry & Home Care (środki do prania i czystości) w polskim oddziale firmy Henkel. Na nowym stanowisku odpowiada za wyniki sprzedaży oraz działania marketingowe wszystkich marek detergentowych Henkla obecnych na polskim rynku, do których należą m.in. Persil, Silan, Perwoll, Somat, Bref.

Veli Dincel, Henkel
Veli Dincel, Henkel

Veli Dincel związany jest z firmą Henkel od ponad 5 lat. Przed objęciem funkcji w Polsce piastował stanowisko dyrektora sprzedaży w Turcji oraz dyrektora zarządzającego w Regionie Adriatyku.

Veli Dincel zastąpił na stanowisku Markusa Rauniga, który pełnił tę funkcję od 2012 roku. W nowej roli będzie odpowiedzialny za wyniki sprzedaży i działania marketingowe działu Laundry & Home Care (środki do prania i czystości).

Moim głównym celem na stanowisku szefa działu środków do prania i czystości w Polsce jest zbudowanie trwałych podstaw długofalowego, zrównoważonego wzrostu. Jestem przekonany, że uda się tego dokonać przy wsparciu doświadczonego i zgranego zespołu, którym mam przyjemność zarządzać – powiedział Veli Dincel.  

Veli Dincel ma 46 lat. Jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Boğaziçi w Stambule. Prywatnie interesuje się koszykówką.

30 lat transformacji gospodarczej: Polska gospodarka zbliża się do standardów zachodnich

PKB wzrósł ponad dwuipółkrotnie, a wartość eksportu prawie czternastokrotnie. Dochody gospodarstw domowych są dwa razy wyższe, a mieszkania większe i lepiej wyposażone – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polska 1989-2019. Społeczeństwo, gospodarka, kultura”. Obecnie Polka żyje średnio o prawie sześć, a Polak o prawie osiem lat dłużej. Wyższym wykształceniem legitymuje się dziś co 4. mieszkaniec Polski, a rosnące wydatki na infrastrukturę idą w parze z większą dbałością o środowisko.

Porównując się do sytuacji z czerwca 1989 roku możemy zaobserwować szereg zmian jakościowych, które nastąpiły we wszystkich sferach życia publicznego. Z gospodarczego punktu widzenia ostatnie trzydzieści lat to najlepszy czas w historii Rzeczpospolitej – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego i dodaje, że wystarczy spojrzeć na polski eksport, którego wartość wzrosła z 19 mld USD w 1990 roku do 262 mld USD w roku 2018.

Znacznej przemienia uległa struktura zatrudnienia. 30 lat temu w rolnictwie pracował co czwarty Polak, obecnie zaledwie co dziesiąty. Wyraźnie wzrosło znaczenie usług: obecnie w tym sektorze pracuje sześciu na dziesięciu zatrudnionych. Struktura polskiej gospodarki stała się tym samym podobna do państw Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.30 lat transformacji gospodarczej Polska gospodarka zbliża się do standardów zachodnich

Okres transformacji gospodarczej charakteryzował nie tylko dynamiczny wzrost dochodów polskich gospodarstw domowych, który dzisiaj jest niemal dwukrotnie wyższy (96%), lecz także wzrost zadłużenia oraz rosnący zasięg ubóstwa. Zadłużenie polskich gospodarstw domowych wzrosło z niespełna 2,3 proc polskiego PKB w 1995 do niemal 35,6 proc. PKB w roku 2017. W okresie 1994-2004 procent gospodarstw domowych żyjących poniżej poziomu relatywnego ubóstwa wzrósł o połowę (z 13,5 proc. do 20,3 proc.). Od 2005 r. widoczny jest stopniowy spadek wartości tego wskaźnika, który obecnie kształtuje się na poziomie zbliżonym do tego z połowy lat 90.

30 lat transformacji gospodarczej Polska gospodarka zbliża się do standardów zachodnich 2Przemiany wpłynęły również na poprawę jakości systemu ochrony zdrowia, promocję zdrowego trybu życia, a co za tym idzie wzrost długości życia, która w przypadku kobiet wzrosła z 75,2 lat do 81,8 lat, a w przypadku mężczyzn z 66,2 lat do 74 lat. Znacząco wzrosła również liczba studentów: z 378 tys. w 1990 roku do 1,2 mln w roku 2017.

Nowe wyzwania

Wolny rynek zaowocował nieskrępowanym rozkwitem gospodarki, a przystąpienie Polski do NATO w 1999 roku i do Unii Europejskiej w 2004 r. zapewniło Polsce mocną pozycję na arenie międzynarodowej. Oczywiście nie wszystko w tym okresie się udało. Były też trudne chwile i niewykorzystane szanse, dlatego patrząc w przyszłość należy się uczyć na zebranych dotychczas doświadczeniach.

Musimy zmierzyć się z niekorzystnymi trendami demograficznymi, zwiększaniem potrzeb i oczekiwań zdrowotnych Polaków czy nadciągającą rewolucją cyfrową. Ponadto, wspólnie z innymi narodami, będziemy musieli stawić czoło takim problemom, jak światowy pokój i bezpieczeństwo, globalne ocieplenie, a także przyszłość Unii Europejskiej – podsumowuje Piotr Arak.

Nowe drogi ekspresowe napędzają rynek magazynowy

Boom na rynku przemysłowo-logistycznym trwa. W latach 2017-2018 całkowite zasoby powierzchni magazynowej w Polsce powiększyły się o ponad 40%, a dane z I kw. tego roku pokazują, że dynamiczny rozwój jest kontynuowany. Znacząca wielkość nowej podaży, wysoki poziom zainteresowania najemców oraz rekordowa ilość powierzchni w budowie udowadniają, że w krótko- i średnioterminowej perspektywie wolumen powierzchni magazynowej w Polsce będzie nadal szybko się powiększał.

Polska Centralna liderem wzrostu

Nowe projekty magazynowe powstają we wszystkich głównych klastrach magazynowych, jednak zdecydowanie najszybciej rozwijającym się obszarem jest rejon Polski Centralnej. Od początku 2018 r. do końca marca 2019 r. całkowite zasoby powierzchni magazynowej w tym regionie powiększyły się o 870 tys. m kw., co oznacza wzrost o 51% w tym okresie. Czynnikami napędzającymi rozwój obszaru jest centralna lokalizacja, bliskość dwóch dużych obszarów miejskich, Łodzi i Warszawy oraz położenie na skrzyżowaniu dwóch głównych arterii transportowych w Polsce – autostrad A1 i A2. Za znaczną część nowej powierzchni odpowiedzialny jest rozwój Central European Logistics Hub, który docelowo ma stać się największym w Europie kompleksem logistycznym. – Hanna Milczarek, dyrektor, powierzchnie przemysłowe i logistyczne, dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

W dobie rekordowo niskiej stopy bezrobocia, dynamiczne tempo rozwoju sektora generującego wysokie zapotrzebowanie na pracownika sprawia, że skompletowanie załogi przez firmy z branży logistycznej staje się coraz większym wyzwaniem. Deweloperzy doskonale zdają sobie sprawę z takiego stanu rzeczy, dlatego dbając o atrakcyjność swoich obiektów, szukają alternatywnych lokalizacji z większym dostępem do siły roboczej. Jednak w dalszym ciągu kluczowym kryterium rozpoczęcia inwestycji jest dostęp do dróg szybkiego ruchu. W rezultacie, w ostatnim czasie mamy do czynienia z „otwieraniem” dla logistyki nowych lokalizacji poprzez oddawanie do użytku kolejnych fragmentów dróg ekspresowych i autostrad. Najlepszym przykładem takiego zjawiska może być otwarcie w I kw. tego roku ogromnego centrum dystrybucyjnego (130 000 m kw.) dedykowanego gigantowi e-commerce – firmie Zalando. Centrum to położone jest pod Olsztynkiem w bezpośrednim sąsiedztwie niedawno oddanego fragmentu trasy S7. Innym obiektem powiązanym bezpośrednio z rozwojem sieci drogowej jest S5 Wrocław North Gate, którego budowa rozpoczęła się w tym roku w pobliżu nowego fragmentu trasy S5. Zarówno województwo warmińsko-mazurskie, jak i północna część aglomeracji wrocławskiej nie należały dotąd do wiodących lokalizacji logistycznych – Igor Roguski, dyrektor działu powierzchni przemysłowych i logistycznych, w firmie BNP Paribas Real Estate Poland

Pomimo bardzo dynamicznego rozwoju rynku, udział niewynajętej powierzchni pozostaje wciąż na relatywnie niskim poziomie – 5,8% (marzec 2019 r.). Powodem tego jest utrzymujące się, wysokie zainteresowanie magazynami najemców z branż 3PL, e-commerce oraz motoryzacyjnej, które równoważy przyrost nowych powierzchni przemysłowych i logistycznych. To przekłada się również na brak gwałtownych wahań stawek czynszu. Jednak, rosnące koszty budowlane wywierają coraz większą presje na koszty najmu i w dłuższej perspektywie będziemy świadkami ich stopniowego wzrostu – wynika z najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej BNP Paribas Real Estate Poalnd pt. „Rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych w Polsce, I kw. 2019 r.”

Włochy ponownie na celowniku Komisji Europejskiej

Włochy stały się pierwszym krajem, któremu grozi procedura nadmiernego długu. Komisja Europejska ocenia, że realizacja wszystkich obietnic wyborczych włoskiego rządu stwarza zagrożenie dla gospodarki tego kraju, a więc także destabilizuje całą UE.

Jak dotąd stosowana była tylko procedura nadmiernego deficytu, gdy deficyt przekracza 3 proc. PKB. Przed kilku laty wśród krajów nią objętych, w okresie europejskiej dekoniunktury, przejściowo znalazła się Polska, a rząd musiał ograniczyć wydatki publiczne.

We Włoszech deficyt budżetowy jest też na niebezpiecznym poziomie, ale jeszcze większym problemem jest dług publiczny.

– Włoski dług publiczny przekracza 130 proc. PKB tego kraju, w UE większy dług ma tylko Grecja – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

KE przestrzegała już włoski rząd, aby nie realizował w całości swych obietnic wyborczych. Jednak robiła to bez skutku. Jakie mogą być konsekwencje wszczęcia procedury nadmiernego długu?

– Włoski rząd musiałby złożyć nieoprocentowany depozyt w wielkości odpowiadającej 0,2 proc. PKB, czyli byłaby to kwota 3,5 mld euro – wyjaśnia ekspert XTB.

To uniemożliwiłoby włoskiemu rządowi realizację całego pakietu wyborczych obietnic.

TSUE daje zielone światło podatkowi handlowemu. Czekają nas podwyżki cen w supermarketach

Podatek handlowy, zawieszony ze względu na decyzję Komisji Europejskiej, może wejść w życie na początku przyszłego roku. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, do którego Polska wniosła odwołanie po decyzji Komisji, 19 maja wydał wyrok korzystny dla polskiego wnioskodawcy. Podatek handlowy, któremu Komisja Europejska zarzuciła bycie narzędziem pomocy publicznej, może zacząć obowiązywać od przyszłego roku. Na razie wyrok jest nieprawomocny i każdej stronie przysługuje od niego odwołanie. Jednak jeśli wejdzie w życie, duże sieci handlowe będą musiały zmierzyć się z wyższym opodatkowaniem. Jego skutki dotkną także klientów.

– Zwiększenie kosztów, jakie poniosą duże sieci handlowe sprawi, że w supermarketach wzrosną ceny. Dzięki temu dysproporcja między ofertą cenową dużych sieci a mniejszych i średnich przedsiębiorców się zmniejszy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Wprowadzenie tego podatku ma więc na celu przede wszystkim wyrównanie szans małych sklepów. Duże sieci nie będą w stanie tego podatku wziąć na siebie. Będą go musiały przełożyć na klientów, co będzie widoczne w cenach – wskazuje Soroczyński

Co się dzieje z autem po szkodzie całkowitej?

Jedna z niedawnych interpelacji poselskich zwróciła uwagę na pewną kwestię. Chodzi o losy mocno zniszczonych pojazdów.

Szkoda całkowita w ubezpieczeniu OC to temat, który już od dość długiego czasu wzbudza emocje. Właściciele uszkodzonych pojazdów nierzadko skarżą się, że zakład ubezpieczeń zakwalifikował szkodę jako całkowitą, gdyż taka opcja była dla niego bardziej korzystna. Do mediów oraz Rzecznika Finansowego docierają też skargi związane ze zbyt wysoką wyceną wraków. Wiele wskazuje na to, że niedawno pojawił się jeszcze jeden ciekawy i kontrowersyjny temat dotyczący szkód całkowitych. Problem związany z takimi szkodami, na początku maja 2019 r. zasygnalizował jeden z posłów (Józef Lassota). Interpelacja tego parlamentarzysty zwraca uwagę, że dokładnie nie wiemy, co się dzieje z wrakami samochodów, w przypadku których orzeczono szkodę całkowitą. Nie można wykluczyć, że wiele takich mniej zniszczonych wraków po gruntownym remoncie wraca na rynek wtórny. Powypadkowe samochody nie podlegają dodatkowym badaniom, co może negatywnie wpływać na poziom bezpieczeństwa ich właścicieli oraz pozostałych użytkowników polskich dróg.

Zakład ubezpieczeń powinien pomagać w sprzedaży wraku …

Tytułem wstępu warto przypomnieć, że ze szkodą całkowitą mamy do czynienia wtedy, gdy: „pojazd uległ zniszczeniu w takim stopniu, że nie nadaje się do naprawy albo gdy koszt naprawy przekroczyłby wartość pojazdu w dniu likwidacji szkody”. Cytowane sformułowanie pochodzi z ważnego wyroku, jaki Sąd Apelacyjny w Katowicach wydał 12 lutego 1992 r. (zobacz sygnatura akt I ACr 30/92). Definicja szkody całkowitej przyjęta przez katowicki sąd jest ważna, ponieważ przepisy nie mówią o tym, kiedy ubezpieczyciel może stwierdzić taką szkodę. Warto dodać, że podobną definicję szkody całkowitej stosuje również KNF. Komisja Nadzoru Finansowego w swoich wytycznych dotyczących likwidacji szkód komunikacyjnych wskazała, że orzeczenie szkody całkowitej jest uzasadnione jeśli przewidywany koszt naprawy przekracza wartość rynkową samochodu sprzed wypadku. „Wspomniane wytyczne KNF – u określają również sposób zagospodarowania wraku pojazdu po szkodzie całkowitej. Komisja Nadzoru Finansowego w 2014 r. stwierdziła, że po uznaniu szkody za całkowitą, zakład ubezpieczeń powinien udzielić uprawnionemu pomocy w zagospodarowaniu pozostałości pojazdu” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Przepisy nie regulują dalszych losów samochodowego wraku

Aktualna praktyka polega na tym, że wrak samochodu, w przypadku którego orzeczono szkodę całkowitą jest sprzedawany przez Internet. Takie pozostałości kupują nie tylko podmioty profesjonalnie zajmujące się naprawą pojazdów. Zbywca przekazuje zwycięzcy licytacji wrak wraz z dowodem rejestracyjnym. Ze względu na lukę w przepisach, późniejsze losy poważnie uszkodzonego auta są nieznane. Istnieje niestety duże prawdopodobieństwo, że wiele „eks – wraków” po naprawie wraca na rynek wtórny samochodów. Problemy związane z opisywaną sytuacją są dwojakie. „Po pierwsze, remont auta po szkodzie całkowitej bywa dokonywany z wykorzystaniem najtańszych zamienników lub zużytych części oryginalnych. Dzięki takiej niechlujnej naprawie i późniejszej odsprzedaży auta, można bowiem sporo zarobić. Skoro ubezpieczyciel stwierdził, że kapitalny remont samochodu jest nieopłacalny, to osiągnięcie dużego zysku ze sprzedaży takiego auta prawdopodobnie wymaga znacznego obniżenia jakości naprawy” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Drugim problemem wydaje się możliwość wprowadzenia powypadkowego pojazdu do obrotu na rynku wtórnym bez dodatkowych badań oraz wiedzy kupującego. Osoba nabywająca samochód z poważną powypadkową przeszłością, nie tylko może znacząco przepłacić za auto. „Taki właściciel pojazdu zostaje również narażony na skutki kiepsko wykonanej naprawy. Co więcej, nie można przesądzać, że pierwsze rutynowe badanie techniczne wykonane po gruntownej naprawie odkryje powypadkową przeszłość samochodu i ewentualne problemy konstrukcyjne” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Informacja w „aktach” pojazdu mogłaby rozwiązać problem

Warto podkreślić, że autor majowej interpelacji do Ministra Infrastruktury (zobacz Interpelacja Poselska numer 31375) proponuje konkretne działania, które mogą pomóc w rozwiązaniu problemu samochodowych wraków. Poseł Lassota postuluje, żeby wytyczne KNF-u dotyczące szkody całkowitej wprowadzały konieczność odnotowania poważnego wypadku w dokumentach pojazdu i zgłoszenia takiej informacji do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPIK). Autor interpelacji proponuje również opracowanie specjalnej procedury, która dzięki rozszerzonym badaniom technicznym pozwoli na bezpieczne wprowadzanie do ruchu pojazdów po szkodzie całkowitej. Wspomniane auta musiałyby trafić pod lupę niezależnego rzeczoznawcy. „Konieczność sprostania właściwym wymogom technicznym prawdopodobnie zniechęciłaby te firmy, które aktualnie skupują wraki w celu dokonania ich remontu i odsprzedaży. Można mieć nadzieję, że rząd jeszcze przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi odpowiednio zareaguje na interpelację posła Lassoty i dokładnie przyjrzy się tematowi skupu powypadkowych wraków” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Autor/Źródło: Ubea.pl

Polaków irytują nietrafne oferty i nieprzemyślany marketing. Cyfrowa analiza emocji pozwala uniknąć tych błędów

Polaków irytują nietrafne oferty i nieprzemyślany marketing. Cyfrowa analiza emocji pozwala uniknąć tych błędów 3

Nadmierna liczba telefonów i e-maili, zalewanie niedopasowanymi treściami oraz różnice między ofertą online a offline – to według badań SAP najczęstsze zachowania marek, które irytują konsumentów i mogą ich zniechęcić do korzystania z produktów i usług danej firmy. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw zaczyna stawiać pozytywne doświadczenia klientów w centrum uwagi. Pomagają im w tym narzędzia technologiczne, które pozwalają łączyć twarde dane z cyfrową analizą emocji klienta.

– Polski klient szczególnie zirytowany jest tym, kiedy firma odpowiada zbyt późno, kiedy jest zbyt dużo komunikacji pomiędzy klientem a firmą i kiedy jest niespójna oferta pomiędzy sklepem stacjonarnym a kanałami cyfrowymi. Dlatego musimy bardzo dużą uwagę przyłożyć do tego, w jaki sposób i jak często się komunikujemy, czy jest to komunikacja adekwatna, we właściwym czasie i czy mamy spójną ofertę offline i online – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Rusinowski, CX Sales Leader w SAP Polska.

Badania SAP Customer Experience wskazują, że polscy konsumenci bardzo zwracają uwagę na jakość obsługi klienta. Trzy czwarte (73 proc.) rezygnuje z danej marki, jeśli zbyt długo czeka na odpowiedź od niej, a blisko połowa (46 proc.) – gdy doświadcza powtarzających się problemów. To zaś bezpośrednio przekłada się na wyniki biznesowe.

– Wiele firm audytorskich wskazuje, że to właśnie zadowolenie klienta z marki bezpośrednio wpływa na wartość firmy. Istnieją porównania, które pokazują, że firmy mające znacznie wyższy poziom zadowolenia klienta są znacznie więcej warte na Giełdzie Papierów Wartościowych. Połączenie danych operacyjnych z danymi typu experience bezpośrednio wpływa na zwiększenie sprzedaży i wartość marki – mówi Michał Rusinowski.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez KPMG (raport „Cyfrowy klient nasz Pan”), firmy działające na polskim rynku przykładają coraz większą wagę do budowania pozytywnych doświadczeń klientów i radzą sobie z tym coraz lepiej. W ubiegłym roku odsetek firm pozytywnie ocenionych przez konsumentów w Polsce był o 10 proc. wyższy niż jeszcze rok wcześniej.

– Experience management, czyli zarządzanie relacją z klientem, polega na zarządzaniu każdym z punktów styku klienta z naszą firmą i marką. Bez względu na to, czy jest to e-mail, telefon albo aplikacja mobilna i bez względu na to, jaki jest kontekst tej komunikacji, czy jest to  zamówienie, czy windykacja, powinniśmy zarządzać tym, jakie jest odczucie klienta odnośnie do naszej firmy – podkreśla Michał Rusinowski.

Największy wpływ na opinię klientów o markach mają wiarygodność firmy oraz personalizacja oferty. Raport SAP Customer Experience wskazuje, że konsumenci rozumieją przez personalizację najczęściej otrzymywanie od marek dopasowanych prezentów (np. zniżek) – tak twierdzi 61 proc. badanych lub rekomendacji produktów (44 proc.). Według 40 proc. za personalizacją kryje się pamiętanie o historii relacji marki z danym konsumentem i korzystanie z niej, by nie wysyłać kolejnych niepasujących ofert.

– Wszystkie te działania dążą do tego, żeby to klient był w centrum tego, co robimy. Nie możemy więc sobie wyobrazić tego, żeby zmiany w firmie dokonywane były wyłącznie w oparciu o to, co dzieje się wewnątrz niej. Musimy połączyć te dane na temat efektywności i procesów wewnętrznych z danymi o tym, jak nasi klienci postrzegają naszą markę – wyjaśnia ekspert SAP.

Umożliwiają to nowe technologie i metodologie, np. lean management, który dąży do tego, żeby wewnętrzne procesy w firmie zachodziły w zgodzie z oczekiwaniami klientów. Umożliwiają one także cyfrową analizę emocji konsumentów.

 – To właśnie narzędzia customer experience powodują, że jesteśmy w stanie uspójnić ofertę w wielu kanałach lub też wprowadzić przemyślaną strategię obecności naszych produktów w tych kanałach. Jesteśmy w stanie zapewnić, że komunikacja ostanie sprowadzona do jednego miejsca, w którym będziemy dbali i czuwali nad tym, żeby odpowiedź na zapytania klienta następowała wtedy, kiedy powinna – mówi Michał Rusinowski. – Ważne jest, żeby rozumieć, jaką potrzebę klienta zaspokajamy. Dlatego na przykład w SAP Polska proponujemy naszym klientom skorzystanie z metodyki customer journey. Pomaga ona zbudować pewną ścieżkę, którą klient przebywa z firmą na wszystkich etapach relacji jako konsument.

Customer journey i narzędzia, które służą do jej poprawiania, były głównym tematem spotkania ponad setki ekspertów z branży podczas SAP CX Day.

Ryzyka związane z nową mobilnością. Jak się chronić?

W drodze do pracy, szkoły czy domu lub podczas zwykłego spaceru po mieście coraz częściej możemy natknąć się na elektryczne hulajnogi. Według raportu „Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?”, opracowanego przez Polską Izbę Ubezpieczeń przy współpracy z McKinsey & Company, popularność tego typu środków transportu – zwanych UTO – dynamicznie rośnie. Polacy skorzystali już z ponad 3000 takich urządzeń. Sięgamy po nie chętnie, ponieważ pozwalają nam szybko pokonywać krótkie dystanse. Rzadko jesteśmy jednak świadomi skali ryzyka związanego z ich użytkowaniem. Biorąc pod uwagę, że obecność UTO nie jest uregulowana, warto zadać sobie pytanie, jakie ubezpieczenie chroni nas na wypadek nieszczęśliwego zdarzenia.

Nowa miejska mobilność: niebezpieczna hulajnoga?

Urządzenia transportu osobistego (UTO) są w Polsce dopiero od kilku miesięcy, dlatego nie mamy jeszcze statystyk dotyczących wypadków z ich udziałem. Jednak patrząc na dane ze Stanów Zjednoczonych, możemy zaobserwować aż 25-krotnie wyższą wypadkowość hulajnóg w porównaniu z rowerami miejskimi. W 2018 r. odnotowano ok. 1500 wypadków z urazami wymagającymi hospitalizacji, w których uczestnikami byli użytkownicy elektrycznych hulajnóg. W tym czasie zrealizowano ok. 30 mln przejazdów. Oznacza to ok. 50 poważnych wypadków na milion przejazdów. Do najczęstszych urazów należą złamania (40%), uszkodzenia głowy (32%) oraz skręcenia i skaleczenia (28%). W zdecydowanej większości przypadków są one spowodowane upadkiem (80%), rzadziej kolizją – z elementem infrastruktury drogowej (11%) lub innym pojazdem (9%). Oczywiście, jedni powiedzą, że to sporo, drudzy, że zaledwie promil. Dla ubezpieczycieli wniosek jest jeden. Jest ryzyko, które może rodzić zapotrzebowanie na ochronę. Do tego trzeba się przygotować.

…czy brak wyobraźni?

Wydaje się, że jazda na elektrycznej hulajnodze to nic trudnego. Takie wyobrażenie często bywa jednak zgubne. Nie zapoznajemy się dobrze ze sprzętem i często nie stosujemy się do zasad jego użytkowania. Dobrym przykładem może być korzystanie z hulajnogi przez dwie osoby jednocześnie. Zapominamy też, że taki pojazd może osiągnąć prędkość do 25 km/h i ma dynamiczne przyśpieszenie. Przy nieostrożnej jeździe nie trudno więc o wypadek, zwłaszcza w miejscach, gdzie są wysokie krawężniki lub chodniki są w złym stanie.

Problem braku regulacji

Ryzyko związane z użytkowaniem UTO wynika też z braku przepisów regulujących ich obecność w przestrzeni miejskiej, zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i Polski. Obecnie możemy zostawić hulajnogę nawet na środku chodnika. Co stwarza zagrożenie dla innych użytkowników, zwłaszcza osób niewidomych. Aby uniknąć tego typu sytuacji, w niektórych krajach, np. w Wielkiej Brytanii czy Holandii, elektryczne hulajnogi nie są dopuszczone do ruchu w miejscach publicznych. Również Francja planuje od września uregulowanie korzystania z UTO m. in. poprzez zakaz jazdy hulajnogami elektrycznymi po chodnikach czy ograniczenie maksymalnej prędkości tych pojazdów do 25 km/h.

W Polsce konieczne jest uwzględnienie urządzeń transportu osobistego w nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym. Należy zdefiniować ich parametry, dozwolony obszar poruszania się oraz miejsca do parkowania. Warto zaznaczyć, że szczegółowe rozwiązania mogą być wprowadzane na poziomie miast, jak ma to miejsce np. w Barcelonie. Jest to zasadne, ponieważ władze i społeczności lokalne najlepiej znają infrastrukturę swojego miejsca zamieszkania.

Mądry Polak przed szkodą

Zapoznanie się ze urządzeniem, przestrzeganie zasad jego użytkowania oraz uważanie na innych uczestników ruchu to warunki konieczne, aby zminimalizować ryzyko wypadku. Dodatkowo warto uświadomić sobie, jakie ubezpieczenie chroni nas w razie nieszczęśliwego zdarzenia. Według dyrektywy UE 168/2013, UTO nie podlegają homologacji i rejestracji, która jest także jednym z powodów obowiązkowego ubezpieczenia OC. Ich użytkownicy nie muszą więc posiadać OC komunikacyjnego. Na razie jedynie w Niemczech planowane jest wprowadzenie obowiązku posiadania prawa jazdy kategorii AM dla korzystających z tego typu pojazdów, a co za tym idzie – również obowiązkowego OC. Niemieccy ubezpieczyciele zamierzają też wprowadzić polisy specjalnie dla użytkowników UTO.

W Polsce takie produkty na razie nie istnieją. I nie ma takiej potrzeby. Mamy produkty, które wystarczą, by pokryć ryzyko związane z korzystaniem z UTO. Jeśli więc, jadąc na hulajnodze, spowodujemy wypadek, w którym poszkodowana zostanie osoba trzecia, otrzymamy wsparcie finansowe z tytułu OC w życiu prywatnym. W sytuacji, gdy sami poniesiemy uszczerbek na zdrowiu, pomocne będzie indywidualne ubezpieczenie NNW. Co nie znaczy, że nie ma tu pola do stworzenia zupełnie nowej oferty.

Usage-based insurance

W najbliższej przyszłości możemy spodziewać się rozwoju produktów wykorzystujących mechanizm usage-based insurance. Są to ubezpieczenia, w których stawka jest zależna np. od czasu użytkowania pojazdu lub od długości pokonywanej trasy (opłata podstawowa + za kilometr). Biorąc pod uwagę, że coraz więcej osób, zwłaszcza z pokolenia Z, oczekuje prostych i elastycznych rozwiązań, to taki trend spowoduje powstanie nowych modeli ubezpieczeniowych, które odpowiedzą na te potrzeby.

Możliwe, że powstaną produkty oferujące ochronę „na żądanie”. Uruchamiane np. w momencie rozpoczęcia korzystania z UTO i tylko na czas jazdy. Albo zryczałtowane ubezpieczenia chroniące nas w jakimś określonym czasie, np. tylko w ciągu dnia pracy, albo wyłącznie na konkretnym obszarze.

Dystrybucja może odbywać się za pomocą aplikacji umożliwiającej zakup ubezpieczenia bez względu na to, z którego serwisu wynajmującego korzystamy. Może także pojawić się możliwość wykupienia produktu gwarantującego jednolitą ochronę w różnych krajach np. gdy korzystamy z usług tego samego operatora. Możliwości jest bardzo wiele, a czas i oczekiwania klientów pokażą, które z nich zostaną wdrożone i staną się popularne. Świadomość ubezpieczeniowa przecież ciągle rośnie.

Wojny handlowe kierują rynkami

Maj 2019 był dla S&P drugim najgorszym (pod względem stopy zwrotu) majem od 1960. Na rynkach dominują obawy o perspektywy amerykańskiej i globalnej gospodarki, co zwiększa znaczenie dzisiejszej publikacji ISM dla sektora przetwórstwa przemysłowego za maj. O ile headlinowe odczyty indeksów regionalnych wskazują na wciąż dobrą kondycję amerykańskiego przetwórstwa, to ich struktura (głównie zmiany zamówień) sugerują, że amerykański przemysł przestaje się opierać negatywnym tendencjom widocznym w globalnej gospodarce. Druga kluczowa publikacja z USA to piątkowe dane z rynku pracy. Wzrost zatrudnienia w tempie około 200 tys. powinien potwierdzić, że trendy: spadkowy bezrobocia i wzrostowy wynagrodzeń na razie się utrzymają.

W sobotę zakończył się okres przejściowy utrzymujący niższe (10%) cła na import towarów z Chin do USA. Zgodnie z wcześniejszą decyzją D. Trumpa cła wzrosły do 25%. Równolegle weszły też w życie cła na amerykańskie towary, które w odwecie zostały podniesione przez Chiny (z 5-10% do 20-25%).

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami finalny odczyt indeksu nastrojów konsumentów wg Uniwersytetu Michigan uplasował się znacząco poniżej wstępnego szacunku (100 pkt. vs 102,4 pkt. wg oceny flash). Głównym źródłem silnego pogorszenia nastrojów gospodarstw domowych w drugiej połowie maja było fiasko negocjacji handlowych pomiędzy USA i Chinami. W drugiej połowie miesiąca aż 35% badanych w swoich ocenach spontanicznie podnosiło kwestię wojen handlowych (vs 15% w pierwszej połowie miesiąca). Zapowiedź wzrostu ceł przełożyła się także na wzrost oczekiwań inflacyjnych (wzrost oczekiwanej w horyzoncie roku inflacji do 2,9% wobec 2,5% w poprzednim badaniu) oraz ograniczenie przez gospodarstwa domowe planów co do dokonywania istotnych zakupów.

Źródło: PKO Bank Polski

Zapowiedź pogorszenia koniunktury

Indeksy koniunktury w dalszym ciągu potwierdzają nadejście trudniejszych chwil na rynkach. Dane z Polski wypadają lepiej od średniej dla strefy euro, ale wciąż nie można ich nazwać dobrymi. Złotemu w dalszym horyzoncie mogą również ciążyć problemy dwóch polskich banków.

Finalne dane z indeksów PMI

Dzisiaj rano poznaliśmy uzupełnienie wstępnych danych z indeksów PMI dla Europy. Z jednej strony, dane dla strefy euro oraz indywidualnie dla Niemiec, które były głównym powodem niepokojów, okazały się zgodne z oczekiwaniami. Z drugiej strony, zrewidowano odczyt dla Polski z 49 punktów na 48,8 punktu. Pomimo zmiany wskaźniki te nie wpłynęły na złotego. Warto natomiast zwrócić uwagę, że poziom 50 punktów oddziela przewagę odpowiedzi negatywnych i pozytywnych. Oznacza to, że więcej ankietowanych spodziewa się spowolnienia w gospodarce, a nie wzrostów, co nie jest najlepszą wróżbą na przyszłość.

Problemy polskich banków

Komisja Nadzoru Finansowego nie wyraziła zgody na połączenie Getin Banku z Idea Bankiem. Oznacza to, że plan naprawczy, polegający na połączeniu obu podmiotów, musi zostać zweryfikowany. Dodatkowym problemem jest rezygnacja (nazywana przez część analityków ucieczką) trzech członków zarządu Idea Banku. Nie ujawnili przyczyn swoich decyzji, ale pamiętając fatalne wyniki finansowe, można mieć pewne przypuszczenia. Połączenie dwóch instytucji nie było ostatnią możliwością na wyjście z trudnej sytuacji. W dalszym ciągu trwa poszukiwanie inwestora, który byłby skłonny dokapitalizować Idea Bank. Wielkość obu tych organizacji (nawet w przypadku niekorzystnego scenariusza) sprawia, że ich problemy nie zachwieją systemem bankowym w Polsce. Jednak jeśli kłopoty się pogłębią, może to stawiać złotego w złym świetle.

Ropa wciąż w dół

Po piątkowych doniesieniach o przecenach ropy okazało się, że dno jest znacznie głębiej. W ostatnich 10 dniach maja czarne złoto straciło imponującą wartość 12 dolarów na baryłce. W tym samym czasie widoczny był proces osłabiania się rubla, jako waluty silnie związanej z tym surowcem. Ruch nie był tak silny, jak w przypadku ropy, ale przecena sięgnęła 3%. Dla porównania to tak jakby nagle euro zmieniło wycenę do złotego o 13 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Chief Happiness Officer (CHO) – jak dyrektorzy szczęścia zmieniają organizacje?

Chief Happiness Officer (CHO), czyli dyrektor ds. szczęścia to stanowisko, które coraz częściej pojawia się w zachodnich firmach. Do zadań takiej osoby należy m.in. zwiększenie zadowolenia pracowników oraz budowanie ich zaangażowania, dzięki czemu staną się bardziej efektywni w pracy. Czy polskie firmy potrzebują tego typu specjalistów? Eksperci z obszaru rekrutacji z firmy Michael Page zaprezentowali lokalnym przedsiębiorcom ze Śląska globalne trendy w zarządzaniu zespołem i organizacją.

Dyrektor szczęścia

Jednym z wyzwań współczesnego biznesu jest nieustająca pogoń za produktywnością. Odpowiedzią na nią może być zbudowanie zaangażowanego zespołu, który z pasją realizuje swoje obowiązki zawodowe. Wiele firm dostrzegło, że zwiększenie satysfakcji i zadowolenia z pracy oddziałuje na efektywność zespołów. W związku z tym, na rynku pracy już kilka lat temu pojawiło się nowe stanowisko – Chief Happiness Officer (CHO), którego zadaniem jest pomaganie pracownikom zrozumieć cel i znaczenie wykonywanej przez nich pracy. Zakres obowiązków dyrektorów ds. szczęścia jest elastyczny i często zależy od indywidualnych potrzeb danej organizacji, jednak wszyscy z nich dążą do tego, aby każdy pracownik czuł się ważny dla firmy oraz widział głębszy sens swojej pracy.

Dyrektorzy ds. szczęścia odpowiadają również za definiowanie i promowanie wartości firmy, które powinny być spójne ze strategią i celem całej organizacji. Takie stanowiska po raz pierwszy pojawiły się kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie Europy. W Polsce trend ten nie jest jeszcze popularny. Biorąc pod uwagę konkurencyjność rynku pracy i trudności związane z pozyskaniem i zatrzymaniem talentów w firmie, możemy przypuszczać, że w przyszłości i polscy pracodawcy będą szukać specjalistów z tego obszaru – mówi Radosław Szafrański, senior dyrektor w firmie rekrutacyjnej PageGroup.

Polski rynek pracy cechuje bez wątpienia silna pozycja kandydatów, którzy w niektórych branżach wręcz przebierają w ofertach pracy. Sytuację pracodawców utrudnia również fakt, że spośród nowo zatrudnionych pracowników  wielu odchodzi po okresie próbnym lub w pierwszym roku pracy. 23 maja spotkaliśmy się w Zabrzu z przedstawicielami śląskiego biznesu, aby wspólnie omówić największe wyzwania współczesnego rynku pracy. Cieszymy się, że jako eksperci z obszaru rekrutacji mogliśmy doradzić pracodawcom w kwestii pozyskiwania i zatrzymania talentów w firmie. Kolejne takie spotkanie odbędzie się już 11 czerwca w Katowicach – mówi Bogumiła Siwiec, senior manager w Michael Page.

Jak wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page, w I kwartale 2019 r. z warunków zatrudnienia i sytuacji na rynku pracy zadowolonych było 64 proc. ankietowanych Polaków. Jednak to nie pieniądze były dla nich głównym motywatorem do pracy. Badanie pokazało, że wyższa pensja do zmiany miejsca zatrudnienia zachęciłaby tylko 43 proc. respondentów. Dużo większe znaczenie dla rodaków ma za to możliwość pozyskiwania nowych kompetencji oraz szansa na rozwój w organizacji. Ponad 90 proc. ankietowanych przyznało również, że zwraca uwagę na atmosferę w firmie i relacje między pracownikami i przełożonym.

Nasze obserwacje, jak i wyniki badań potwierdzają, że obecnie zaoferowanie kandydatom wyższej pensji może nie wystarczyć, aby przyciągnąć i zatrzymać talenty, a tym bardziej zbudować ich zaangażowanie i lojalność względem firmy. W związku z tym, rola dyrektora ds. szczęścia również w naszym kraju może w niedługim czasie zyskać na znaczeniu – dodaje Radosław Szafrański.

Cel uświęca środki

Nic tak nie łączy ludzi jak wspólny cel. Również w biznesie, kluczem do zwiększenia zaangażowania pracowników jest jasne sprecyzowanie celu organizacji, z którym ci będą się utożsamiać. Zgodnie z danymi EY, około 87 proc. konsumentów uważa, że przedsiębiorstwa osiągają najlepsze wyniki, gdy ich cel wykracza poza zysk. Dostrzegli to zwłaszcza najwięksi na rynku gracze, jak np. firma odzieżowa Patagonia, która nie tylko otwarcie i transparentnie komunikuje swoje przekonania i wartości, ale również przekłada je na działalność biznesową.

Cel firmy powinien być oparty na wartościach organizacji, wiarygodny i realny do osiągnięcia. Dyrektorzy ds. szczęścia powinni również zabiegać o to, aby każdy z pracowników firmy widział, jak trud, który wkłada w pracę przybliża go do sukcesu. Biznes ukierunkowany na cel nie tylko stymuluje zaangażowanie zespołów, ale również napędza wzrost i rozwój organizacji, co wielokrotnie podkreślaliśmy na spotkaniu z pracodawcami – podsumowuje Bogumiła Siwiec.

Przedstawiciele śląskiego biznesu oraz eksperci z obszaru rekrutacji z firmy PageGroup spotkali się 23 maja w Zabytkowej Kopalni Guido, aby wziąć udział w merytorycznych dyskusjach nt. najnowszych globalnych trendów w zarządzaniu zespołem i organizacją. Wspólnie starali się znaleźć odpowiedź na nurtujące przedsiębiorców pytanie, jak zwiększyć konkurencyjność firmy na współczesnym, wymagającym rynku pracy? Kolejne spotkanie, które odbędzie się 11 czerwca w Browarze Mariackim w Katowicach adresowane jest do osób zarządzających zakładami produkcyjnymi. Eksperci będą rozmawiać m.in. o tym, jak zaangażować i zmotywować pracowników do zmian, które w następstwie zoptymalizują procesy biznesowe.