Całkowita wartość rynku gastronomicznego w Polsce szacowana na rok 2018 wzrosła o ponad 10 p.p. względem roku ubiegłego. Zwiększyła się również liczba punktów gastronomicznych, szczególnie w segmentach restauracji i restauracji hotelowych oraz punktów sezonowych.
Deklaracje konsumenckie odzwierciedlają dane z rynku. Polacy wyraźnie chętniej chodzą do lokali gastronomicznych – odsetek odwiedzin wzrósł o 11 p.p. względem 2017 roku. Jednocześnie nieznacznie spadła średnia liczba odwiedzin w ciągu roku, co wskazuje, że wśród odwiedzających jest więcej osób korzystających z usług gastronomii od niedawna. Średnie miesięczne wydatki na gastronomię wynoszą ponad 100 zł na osobę.
Częstotliwość odwiedzania lokali gastronomicznych wzrosła we wszystkich grupach społeczno-demograficznych, szczególnie wśród osób w średnim wieku i z mniejszych miejscowości.
Polacy coraz swobodniej czują się w lokalach gastronomicznych i chętnie odwiedzają nowe typy miejsc (wzrosła liczba osób wskazujących 4 lub więcej lokali odwiedzonych w ciągu roku). Nadal najchętniej odwiedzane są pizzerie i restauracje. Spośród lokali sieciowych najpopularniejsze są sieci: McDonald’s i KFC, mimo odnotowanych kilkuprocentowych spadków liczonych rok do roku.
Można zaobserwować zmianę stylu wizyt w lokalach gastronomicznych – coraz częściej stanowią one oczywiste, „naturalne”, miejsce spotkań ze znajomymi lub powód spontanicznych wizyt bez okazji. Popularne są także odwiedziny po drodze, po przekąskę, jak również w trakcie podróży.
Wśród osób odwiedzających lokale gastronomiczne co druga osoba zamawia dania na wynos, co trzecia odwiedza punkty gastronomiczne znajdujące się w strefach food court w centrach handlowych.
Nastroje właścicieli i managerów lokali gastronomicznych, podsumowujące bieżący rok działalności, są pozytywne, szczególnie w zakresie obserwowanego trendu rozwoju branży. Obiekcje restauratorów dotyczą głównie rosnących kosztów prowadzenia działalności, w tym kosztów pracy i rotacji pracowników.
Izabela Jagodzińska, analityk GfK w dziale Consumer Panels & Services komentuje: „Na tegoroczne wzrostowe wyniki gastronomii wpłynęła dobra koniunktura gospodarcza, w tym rosnące wynagrodzenia, oraz utrzymująca się drugi rok z rzędu inflacja. Pozytywny wpływ na rozwój polskiej gastronomii miała również wyjątkowo sprzyjająca pogoda w sezonie wiosenno-jesiennym oraz mistrzostwa świata w piłce nożnej, odbywające się latem br.”
O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z „Raportu gastronomicznego 2018”, który opisuje rynek z trzech perspektyw – właścicieli, konsumentów i otoczenia rynkowego. Prezentowana jest między innymi wartość rynku, obroty punktów gastronomicznych oraz udział kategorii produktowych w obrotach, liczba punktów gastronomicznych. Szczegółowo zostały również przeanalizowane kwestie współpracy punktów z dostawcami/ producentami i przedstawicielami handlowymi.
Ważne dla firm: Rynek pracy ma za sobą okres dynamicznego przyspieszenia popytu na pracę i związanego z nim rekordowo dużego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia.
W listopadzie br. stopa bezrobocia wyniosła 5,8 proc. i wzrosła o 0,1 pkt proc. w porównaniu z październikiem – szacuje resort rodziny, pracy i polityki społecznej. W ostatnich trzech latach bezrobocie na przełomie października i listopada utrzymywało się na tym samym poziomie, a wzrost wartości wskaźnika miał miejsce dopiero w grudniu. Tegoroczny wzrost wystąpił wcześniej niż w latach ubiegłych. Dane z ostatnich lat wskazują, że wzrost zapotrzebowania na pracowników związany z realizacją zleceń wynikających z okresu świątecznego nie jest wystarczający dla ograniczenia wpływu innych czynników powodujących wzrost bezrobocia w końcówce roku.
Również opublikowane ostatnio wyniki Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności – posługujące się odmienną metodologią – wskazują na pierwszy od 2014 roku wzrost odsetka osób pozostających bez pracy. Jednocześnie nie można ignorować wskaźników makroekonomicznych wskazujących na osłabienie tempa wzrostu gospodarczego w perspektywie krótkoterminowej.
W porównaniu do poprzednich miesięcy wzrosła również liczba osób zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy do 951,6 tys., co oznacza wzrost o 14,3 tys. osób w stosunku do października. Z początkiem roku można się spodziewać również powrotu do rejestrów powiatowych urzędów pracy osób, które zakończyły bez efektu udział w programach aktywizacyjnych finansowanych ze środków Funduszu Pracy.
Powyższe dane mogą wskazywać, że rynek pracy ma za sobą okres dynamicznego wzrostu popytu na pracę i równie szybko rosnącego przeciętnego wynagrodzenia. Najbliższe miesiące przyniosą stabilizację wielkości zatrudnienia, co jest również wynikiem działań pracodawców, które miały na celu dostosowanie sposobu funkcjonowania przedsiębiorstw do ograniczonej dostępności pracowników.
W związku z trwającym Szczytem Klimatycznym ONZ wiele mówi się o węglu i jego wpływie na stan środowiska. Większość dyskusji dotyczy szkodliwości tego, używanego w energetyce, tymczasem do wzrostu temperatury na Ziemi przyczynia się także emitowanie gazów cieplarnianych przez przedsiębiorstwa, a w przypadku sektora przemysłu wytwórczego, również produkowane przez niego produkty. To właśnie biznes, obok rządów i samorządów oraz osób indywidualnych, stanowi trzeci fundament w walce o odwracanie zmian klimatu.
Wpływ pojedynczego produktu na środowisko – jak go zmierzyć ?
25 września 2017 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Agendę 2030, a więc rezolucję, wyliczającą cele zrównoważonego rozwoju, zaakceptowaną przez wszystkie 193 kraje członkowskie. Wśród 17 głównych wyzwań, ujętych w dokumencie, znalazły się także zadania dotyczące biznesu, a zaliczają się do nich m.in. zrównoważone uprzemysłowienie, zrównoważona konsumpcja i produkcja dóbr, działania na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu i ich skutkom oraz podejmowanie globalnego partnerstwa na rzecz realizacji powyższych celów. Większość wyliczonych w rezolucji zadań została zredagowana bardzo ogólnie, co utrudnia stworzenie strategii ich realizacji oraz ewentualne egzekwowanie efektów. Można by stwierdzić, że dokument wskazał metę podróży w kierunku zrównoważonego rozwoju – cel, jaki powinno zrealizować środowisko biznesowe, nie dając jednak mapy i narzędzi, które pomogłyby do niego dotrzeć.
Odpowiedzią na problem z mierzalnością działań na rzecz środowiska w biznesie stał się tzw. ślad węglowy (ang. carbon footprint). Jest to narzędzie umożliwiające określenie wpływu danego przedsiębiorstwa lub pojedynczego produktu na środowisko, dzięki wyliczeniu jego całkowitej emisji gazów cieplarnianych. W zależności od przyjętej metodologii i zakresu, wskaźnik emisji dwutlenku węgla danego produktu może obejmować cały cykl jego życia, aż po recykling lub jedynie proces jego powstawania i dystrybucji, zakończony przekazaniem w ręce klienta. Ślad węglowy obejmuje emisje dwutlenku węgla, metanu, podtlenku azotu i innych gazów szklarniowych (cieplarnianych), przyczyniających się do wzrostu temperatury na Ziemi. Wyraża się go w ekwiwalencie CO2 na jednostkę funkcjonalną produktu bądź danego podmiotu. Obliczanie śladu węglowego produktu polega na analizie jego emisyjności na wszystkich etapach, począwszy od wydobycia i produkcji surowców w nim wykorzystanych, przez proces produkcji, aż po transport, itd.
Klienci, kontrahenci, środowisko oraz sam przedsiębiorca – oni wszyscy mogą skorzystać na redukcji śladu węglowego
Szczegółowa analiza wszystkich etapów działalności pozwala zidentyfikować te, które w największych stopniu przyczyniają się do emisji gazów cieplarnianych. Ta świadomość pozwala firmom łatwiej zaplanować i wdrożyć działania w kierunku zredukowania śladu węglowego, na który wpływ mogą mieć nawet niewielkie zmiany, np. zmiana sposobu transportu towaru. Coraz częściej dokonywanie takich obliczeń wymusza na przedsiębiorcach sam rynek, a pytania o ślad węglowy produktu pojawiają się w zapytaniach ofertowych, szczególnie tych, pochodzących od zachodnich kontrahentów. Rosnąca świadomość społeczna w zakresie ekologii oraz uznanie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych za główny cel polityki klimatycznej Europy i Świata sprawiły, że oddziaływanie biznesu na środowisko dla wielu staje się kryterium oceny równie istotnym jak cena czy jakość produktów oraz usług. Coraz popularniejsze staje się tzw. „znakowanie węglowe”, a więc umieszczanie informacji o śladzie węglowym produktu bezpośrednio na jego opakowaniu. Jednym z najczęściej stosowanych certyfikatów jest deklaracja dążenia do zmniejszania owej emisji, weryfikowana przez brytyjską organizacją Carbon Trust.
Czy wkład w ochronę środowiska może stanowić o przewadze biznesowej? W Polsce praktyka „chwalenia się” zmniejszaniem śladu węglowego jest jeszcze mało powszechna, jednak wiele zagranicznych firm otwarcie prezentuje dane o wskaźnikach emisji CO2 przez ich produkty, przedstawiając je jako świadectwo kultury firmy, a także element przewagi nad konkurencją. Przykładem może być Interface, producent płytek dywanowych, który według ankiety GlobeScan/SustainAbility Leaders Survey zajmuje trzecią pozycję na liście światowych liderów zrównoważonego rozwoju (mając przez sobą Unilever i Patagonię). Firma zmniejszyła ślad węglowy swoich produktów o rekordowe w branży 60%, a pozostałą część rekompensuje inwestycjami w projekty walczące z emisją gazów cieplarnianych. Dzięki temu, może oferować swoim klientom nie tylko produkty neutralne pod względem emisji CO2, ale także ich własny wkład w działania na rzecz środowiska, którego dokonują równocześnie z zakupem. O sukcesie tego działania najlepiej świadczy fakt, że Interface postanowił iść o krok dalej, tworząc prototyp płytki, w której to procesie produkcji wchłanianie dwutlenku węgla z atmosfery przewyższa jego emisję, a więc w efekcie finalnym zmniejsza się jego ilość w atmosferze.
Wykorzystanie materiałów pochodzenia biologicznego i opakowania w 100% recyklingowane – sposoby biznesu na bycie bardziej „eko”
Dbałość o pochodzenie materiałów stosowanych w produkcji oraz możliwość poddania recyklingowi wytwarzanych towarów to obok stosowania energii odnawialnej, jedne z najpopularniejszych sposobów na zmniejszanie śladu węglowego przez przemysł wytwórczy. W styczniu 2018 roku na Światowym Forum Ekonomicznym 11 największych, globalnych firm, m.in. Coca-Cola i Welmart, zobowiązało się do pełnego recyklingu, ponownego użycia lub kompostowania swoich opakowań do 2025 roku. Z kolei producent klocków LEGO zadeklarował zwiększenie udziału ekologicznych materiałów w produkcji swoich towarów. Jako jeden ze sposobów realizacji tej obietnicy wskazał wykorzystanie plastiku wytwarzanego z trzciny cukrowej, do formowania plastycznych elementów zabawek, np. dekoracyjnych krzewów i roślin. Według opublikowanego w tym roku rządowego raportu „Realizacja Celów Zrównoważonego Rozwoju w Polsce” w latach 2004- 2016 Polska dokonała niewielkiej poprawy w zakresie wydajności zasobów, jednak ciągle niewiele ponad jedną czwartą odpadów poddawane jest recyklingowi, co sprawia, że nasz kraj plasuje się poniżej średniej europejskiej.
Choć obecny wkład polskiego rynku biznesowego w działania na rzecz ochrony środowiska nie jest jeszcze tak znaczący jak w przypadku opisanych powyżej, globalnych firm, to zauważalne jest coraz większe zainteresowanie tym tematem przez samych przedsiębiorców, ale także ich konsumentów i kontrahentów. Być może to nie polityczne zalecenia, ale właśnie wymagania bezpośrednich uczestników rynku sprawią, że obliczanie i redukowanie śladu węglowego już niedługo staną się powszechną praktyką także polskich firm.
Choć banki i SKOK-i działające w Polsce zasadniczo są instytucjami stabilnymi, zawsze jest ryzyko, że któraś z nich będzie miała problemy i upadnie. Na szczęście pieniądze klientów ulokowane na rachunkach w podmiotach objętych gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG) są bezpieczne. Problem w tym, że jedynie do określonej kwoty…
Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl dr Sebastian Łukaszewski z Mojebankowanie.pl, portalu prowadzącego badanie Instytucja Roku: „W razie wystąpienia z wnioskiem o upadłość banku lub SKOK-u BFG wypłaca klientom ich oszczędności. Jego gwarancjami objęte są w zasadzie wszystkie depozyty klientów indywidualnych i firm niefinansowych. Należy podkreślić, że depozyty gwarantowane są do kwoty równowartości 100 tys. euro, czyli aktualnie ponad 420 tys. zł”. Co ważne, limit ten dotyczy środków zgromadzonych przez klienta w danym banku lub SKOK-u na wszystkich kontach (zarówno w złotych, jak i walutach obcych) łącznie, a nie tylko na jednym. W przypadku rachunków wspólnych każdemu współwłaścicielowi gwarantowana kwota przysługuje oddzielnie.
Wypłata gwarantowanych środków rozpoczyna się nie później niż w ciągu siedmiu dni roboczych od daty wystąpienia przez Komisję Nadzoru Finansowego z wnioskiem o ogłoszenie upadłości banku lub SKOK-u. BFG informuje wcześniej na swojej stronie internetowej, gdzie (w którym innym banku) i od kiedy można otrzymać należne pieniądze. Klienci, którzy nie odbiorą ich w przewidzianym terminie, mogą przez pięć lat zrobić to bezpośrednio w BFG.
Oczywiście niektóre osoby nie zdają sobie sprawy z tego, że ich pieniądze zgromadzone na rachunkach są chronione, i w przypadku, gdy pojawiają się jakieś kłopoty, często wpadają w panikę. Dlatego też rolą instytucji finansowych jest informowanie swoich klientów o gwarancjach BFG. „Banki przygotowują specjalne materiały, które mówią o tym, w jaki sposób depozyty są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Takie informacje są dostępne w oddziałach (w każdej placówce) w postaci ulotek i na stronie internetowej. Dzięki temu klienci mogą spokojnie, czy w oddziale, czy we własnym domu, zapoznać się z tym, co jest najważniejsze w kontekście bezpieczeństwa ich środków” – zauważa Marta Dałkiewicz, dyrektor Wydziału Projektów Mobilnych i Internetowych w Getin Noble Banku.
Na światowe rynki powrócił niepokój. Negatywny sentyment nie sprzyja również złotemu.
W środę polski złoty zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro i dolara amerykańskiego, nieco osłabił się natomiast w parze z funtem brytyjskim. Zmienność na rynku walutowym była dość niska.
Dziś polska waluta jednak traci, co związane jest prawdopodobnie z pogorszeniem nastrojów na rynkach. Indeksy akcji kontynuują ostatnią wyprzedaż: niemiecki główny indeks DAX otworzył się z luką i od wczoraj spadł już o ok. 2,5%, amerykańskie giełdy były wczoraj zamknięte, jednak spadki na indeksach futures sugerują, że istnieje spore ryzyko, że dziś otworzą się na czerwono.
Za bezpośredni katalizator spadków uznawane są obawy o relacje USA i Chin w konsekwencji ostatnich posunięć Stanów Zjednoczonych, które doprowadziły do zatrzymania w Kanadzie dyrektor finansowej chińskiej firmy Huawei w związku z oskarżeniami o obchodzenia przez firmę amerykańskich sankcji na Iran. Przez obserwatorów jest to uznawane za pokaz siły USA, który może rzutować na dialog obu państw w kwestii handlu. Znaczenie w kontekście ostatnich spadków na rynkach akcji mają również obawy o możliwą inwersję krzywej rentowności w konsekwencji relatywnie silnego spadku rentowności na długim końcu, co miałoby sugerować wzrost ryzyka recesji w USA.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Wczorajszy dzień przyniósł lekką rewizję w górę wstępnego odczytu PMI dla usług w listopadzie. Indeks wyniósł 53,4 wobec wcześniejszego odczytu 53,1 pkt. Dane cały czas są jednak wyraźnie słabsze niż te notowane w poprzednich miesiącach i sugerują dość umiarkowane tempo wzrostu gospodarczego w ostatnim kwartale.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,80-4,83.
W przeciwieństwie do ostatnich odczytów PMI dla przemysłu i budownictwa Wielkiej Brytanii, indeks dla usług wczoraj nie zaskoczył na plus, a na – i to dość duży – minus. Wskaźnik spadł z poziomu 52,2 w październiku do 50,4 w listopadzie pozostając ledwo powyżej granicy wyznaczającej ekspansję sektora. Był to najgorszy odczyt PMI od lipca 2016 r. (wtedy indeks zanurkował do poziomu 47,4 w związku z natychmiastowym pogorszeniem nastrojów i silnymi obawami po ogłoszeniu wyniku referendum w Wielkiej Brytanii). Dane mogą sugerować bardzo niskie tempo wzrostu gospodarczego w Wielkiej Brytanii w końcówce roku.
Inwestorzy cały czas skupiają uwagę na kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i nadchodzącego głosowania nad porozumieniem dotyczącym Brexitu w brytyjskim parlamencie. Wyceny zakładów bukmacherskich sugerują, że obecnie coraz większa część Brytyjczyków spodziewa się, że porozumienie nie zostanie zaakceptowane. Niemniej, niekoniecznie oznacza to od razu wzrost ryzyka tzw. no-deal Brexit, obecnie coraz więcej mówi się o możliwości przeprowadzenia drugiego referendum. Prawdopodobnie z tego też powodu brytyjska waluta radzi sobie względnie dobrze.
USD
Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,77-3,79.
Nastroje wokół relacji USA-Chiny są zmienne: z jednej strony USA nakazały aresztowanie CFO chińskiej firmy Huawei, z drugiej natomiast retoryka Trumpa na Twitterze była wczoraj wyraźnie bardziej pozytywna Chinom niż w poprzednich dniach. Chiny z kolei zapowiedziały kary dla kradnących własność intelektualną – „liberalne” podejście do tej kwestii było jednym z zarzutów USA względem Chin i jedną z przyczyn stojących za ofensywą w relacjach handlowych.
Z uwagi na wczorajszą żałobę po śmierci prezydenta George’a W.H. Busha nie działały amerykańskie giełdy. Publikacja większości istotnych danych z USA została z kolei przesunięta na dziś. Jedyną istotną publikacją z wczoraj była tzw. Beżowa Księga FED, w której szczególną uwagę poświęcono kwestii wojny handlowej USA i Chin oraz związanych z tym obaw biznesu i potencjalnego negatywnego wpływu na gospodarkę.
Pierwszymi istotnymi odczytami z USA, które poznamy dziś będą dane ADP i szacunki bilansu handlowego USA w listopadzie. Oprócz tego opublikowane zostaną również cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych. Później poznamy dane PMI i ISM dla sektora usług USA w listopadzie. Pod koniec dnia przemawiać ma również Raphael Bostic z FOMC.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – bilans handlowy USA w październiku
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
14:30 – dane ADP z amerykańskiego rynku pracy
15:45 – rewizja wskaźnika PMI dla sektora usług USA w listopadzie
16:00 – wskaźnik ISM dla sektora usług USA w listopadzie
W pierwszej połowie 2018 r. w całej Polsce wybuchło ok. 70 pożarów składowisk i miejsc magazynowania odpadów. To stanęło u podstaw lipcowej nowelizacji ustawy o odpadach oraz innych ustaw, która weszła w życie 5 września 2018 r.
Większość pożarów nie była przypadkowa, zaś status miejsc zbierania oraz przetwarzania odpadów i pociągnięcie ich zarządców do odpowiedzialności stanowiły nie lada problem. Zazwyczaj ogień był sposobem na pozbycie się magazynowanych od dłuższego czasu odpadów. Przed nowelizacją większość z nich mogła być magazynowana nawet przez trzy lata – obecnie okres ten nie może przekroczyć roku. Wyjątek stanowi jedynie niezanieczyszczona gleba lub ziemia przeznaczona do wykorzystania do celów budowlanych w związku z budową obiektów liniowych.
Straż pożarna ma głos
Wiosenne pożary przełożyły się na to, że lipcowa ustawa znowelizowała także ustawę Prawo o ochronie środowiska – w zakresie dotyczącym pozwoleń na wytwarzanie odpadów. Wniosek o wydanie takiego pozwolenia musi zawierać m.in. odpowiednie zaświadczenia o niekaralności, ale także operat przeciwpożarowy, uzgodniony z Państwową Strażą Pożarną (PSP).
– Pozwolenie na wytwarzanie odpadów może zostać wydane dopiero po kontroli przeprowadzonej przez komendanta powiatowego (miejskiego) PSP w zakresie spełniania przez miejsce magazynowania odpadów wymagań przepisów ppoż. oraz zgodności z warunkami określonymi w operacie przeciwpożarowym. Opinia pokontrolna jest ostateczna i wiążąca dla organu wydającego pozwolenie, a zatem negatywna opinia skutkuje odmową wydania pozwolenia – podkreśla Anna Pięta, trener w Akademii EcoMS, która prowadzi m.in. szkolenia prawne z zakresu gospodarki odpadami.
Najpierw masa, potem… zabezpieczenie roszczeń
W myśl znowelizowanych przepisów wnioskujący o wydanie zezwolenia na zbieranie lub przetwarzanie odpadów zobowiązany jest m.in. do wskazania maksymalnej masy poszczególnych rodzajów odpadów i maksymalnej łącznej masy wszystkich rodzajów odpadów, które mogą być magazynowane w tym samym czasie oraz w okresie roku.
Dane dotyczące maksymalnej masy poszczególnych rodzajów odpadów, które mogą być magazynowane w tym samym czasie, mają posłużyć do wyliczenia wysokości zabezpieczenia roszczeń, umożliwiającego pokrycie kosztów wykonania zastępczego decyzji nakazującej usunięcie odpadów z miejsca nieprzeznaczonego do ich magazynowania.
– Ten ostatni aspekt dotyczy także usunięcia odpadów i ich zagospodarowania łącznie z odpadami stanowiącymi pozostałości z akcji gaśniczej. To pokłosie sytuacji z wiosny, gdy po wielu pożarach w miejscach magazynowania odpadów okazywało się, że nikt nie poczuwa się do uprzątnięcia pogorzeliska i nie sposób wyegzekwować odpowiedzialności od podmiotu składującego odpady – zwraca uwagę Anna Pięta.
W przypadku zbierania odpadów niebezpiecznych, odzysku odpadów przez wypełnianie terenów niekorzystnie przekształconych oraz zbierania albo przetwarzania odpadów komunalnych lub pochodzących z przetwarzania odpadów komunalnych wnioskujący o stosowne pozwolenie lub zezwolenie zobowiązany jest dołączyć do wniosku dokument potwierdzający prawny tytuł do nieruchomości w formie aktu notarialnego.
Śmieciowe wideo i ważne terminy
Kolejnym elementem mającym wzmocnić nadzór nad miejscami magazynowania odpadów jest wymóg instalowania wizyjnego systemu kontroli. To formalne określenie monitoringu wideo, który ma ułatwić identyfikację przyczyn i sprawców pożarów.
– Na razie pewny jest termin wprowadzenia wymogu istnienia tego systemu. To 22 lutego 2019 r. Podmioty, które stosowne pozwolenie lub zezwolenie zdobyły przed wejściem w życie nowelizacji ustawy o odpadach, są zobowiązane uruchomić system w ciągu 6 miesięcy od wejścia w życie nowelizacji, a więc do 5 marca 2019 r. – wylicza Anna Pięta. – Znane są też ogólne wymagania co do samego systemu. Szczegóły określi rozporządzenie wykonawcze, które jest obecnie na etapie projektowania – dodaje.
Podmioty, które przed wejściem w życie nowelizacji ustawy uzyskały zezwolenie na zbieranie i/lub przetwarzanie odpadów lub pozwolenie na wytwarzanie odpadów/pozwolenie zintegrowane uwzględniające zbieranie lub przetwarzanie odpadów, są zobowiązane w ciągu 12 miesięcy od wejścia w życie tej ustawy wystąpić o zmianę posiadanej decyzji. Niespełnienie tego obowiązku będzie skutkować wygaśnięciem dotychczasowych zezwoleń lub pozwoleń zintegrowanych, w zakresie gospodarki odpadami.
Kary z dużą liczbą zer
Lipcowa nowelizacja ustawy o odpadach i innych ustaw wprowadza kary administracyjne za zbieranie lub przetwarzanie odpadów bez zezwolenia w wysokości od 10.000 do nawet 1.000.000 złotych.
Taka sama górna granica kary obowiązuje za gospodarowanie odpadami niezgodnie z pozwoleniem. Niższy jest za to dolny próg – 1000 zł.
– Nowelizacja ustawy wprowadza możliwość naliczenia kar w podwójnej wysokości w przypadku powtórnego jej wymierzenia za zbieranie lub przetwarzanie odpadów bez wymaganego zezwolenia oraz za gospodarowanie odpadami niezgodnie z posiadanym zezwoleniem. Recydywa zdecydowanie się nie opłaca – podsumowuje Anna Pięta.
Bezpieczna firma to taka, której zarząd i pracownicy są świadomi jakich aktywów i wrażliwych informacji są depozytariuszami, znają zagrożenia, jakie niesie walka konkurencyjna i w konsekwencji wdrożyli niezbędne środki chroniące w sposób skuteczny jej aktywa finansowe oraz inne zasoby materialne i niematerialne. Innymi słowy: to podmiot i ludzie o wysokiej kulturze informacyjnej (korporacyjnej) traktujący priorytetowo kwestie bezpieczeństwa. Jednym z ważnych elementów szeroko rozumianej polityki bezpieczeństwa jest kontrwywiad gospodarczy, który obok wywiadu jest swoistym fenomenem okresu globalizacji. Wywiad i kontrwywiad gospodarczy to współcześnie przedsięwzięcia, które winny się znaleźć w zestawie „narzędzi„, służących skutecznemu zarządzaniu bezpieczeństwem firmy. Dla lepszego zrozumienia istoty zadań kontrwywiadowczych i znaczenie kontrwywiadu należy przyjrzeć się zasadniczym zagrożeniom, przed jakimi stoi współczesny biznes.
Zagrożenia współczesnego przedsiębiorstwa
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Dzisiejsza firma stoi przed szeregiem poważnych zagrożeń, które mają charakter zarówno globalny, jak i sektorowy czy lokalny. Menedżerowie najczęściej obawiają się przeregulowanej gospodarki, niestabilnej polityki podatkowej, niepewnej sytuacji geopolitycznej, ograniczonego dostępu do kluczowych umiejętności, deficytu i zadłużenia, rosnącej cyberprzestępczości, tempa zmian technologicznych, zachowań konsumentów i wielu innych.
Jeśli zagrożenie sprowadzić do poziomu codziennych zmagań konkurencyjnych, to przede wszystkim odczuwa się wzmożoną, ostrą walkę konkurencyjną w sektorze. Chodzi tu głównie o wywiad konkurenta, przestępczość gospodarczą, oszustwa i nadużycia pracownicze, szpiegostwo przemysłowe, cyberprzestępczość, naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa.
„Wirtualizacja biznesu, technologia cloud computingu, połączenie biznesu z mediami społecznościowymi, dynamiczny wzrost urządzeń mobilnych przetwarzających informacje, a nade wszystko zacierający się tradycyjny podział pomiędzy pracą w biurze i w domu – wszystko to składa się na szybkość i złożoność zmian, ale i wzrost poziomu zagrożeń. Wskazane czynniki w połączeniu z ciągle rosnącym zjawiskiem cyberprzestępczości powodują, że powiększa się luka między istniejącymi programami bezpieczeństwa informacji a nowymi wyzwaniami”. Jest to refleksja płynąca z wielu prowadzonych badań.
„Źródła zagrożeń można ująć w cztery główne kategorie:
niedostosowanie wymogów bezpieczeństwa do specyfiki przedsiębiorstwa;
niska świadomość pracowników, niedostateczny poziom lub brak szkoleń;
brak spójnej, kompleksowej polityki bezpieczeństwa informacji;
nowe, zaawansowane technologie komunikacyjne.”
Dynamiczny wzrost znaczenia Internetu w komunikacji biznesowej zwiększa zagrożenia hackerstwem, cyberprzestępczością, bezpośrednią kradzieżą aktywów finansowych. Z pespektywy bezpieczeństwa finansów firmy warto zwrócić uwagę na kategorię przestępstw i nadużyć pracowniczych, które bezpośrednio, niekiedy natychmiast, wpływają na jej kondycję i wydolność.
Pracownicy firmy głównym zagrożeniem jej finansów
W kwietniu 2018 r. Międzynarodowe Stowarzyszenie Certyfikowanych Biegłych ds. Przestępstw Gospodarczych (ang. Association of Certified Fraud Examiners – ACFE) opublikowało kolejną, dziesiątą już edycję badań dotyczących nadużyć pracowniczych „Report to the Nations. 2018 Global Study on Occupational Fraud and Abuse”. Wyniki są interesujące, ale zarazem niepokojące.
Łączna globalna wartość szkód wyrządzonych wskutek nadużyć i oszustw pracowniczych to kwota 7 mld USD, chociaż nie jest to wartość pełna, bowiem wiele przedsiębiorstw z różnych powodów nie zgłasza tego rodzaju przestępstw. 55% badanych firm straciło mniej niż 200 tys. USD, 11% w przedziale 200-400 tys. USD, 7% w przedziale 400-600 USD, 3% w przedziale 600-800 tys. USD, 2% w przedziale 800 tys.-1 mln USD, natomiast aż 22% – powyżej 1 mln USD. Warto odnotować, iż ponad 40 przypadków wykryto dzięki sygnalistom (whistleblowerom), zaś 14% zgłosiły osoby chcące zachować anonimowość.
W przedsiębiorstwach zatrudniających poniżej 100 osób średnia strata finansowa wyniosła 200 tys. USD, w nich sygnaliści zgłosili 29% przypadków, natomiast brak wewnętrznej kontroli był przyczyną 42% nadużyć. W przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 100 osób średnia strata wynosiła 104 tys. USD, whistleblowerzy zgłosili 44% przypadków nadużyć, a brak wewnętrznej kontroli był przyczyną 25% tego rodzaju zdarzeń.
Nadużycia pracownicze to zasadniczo trzy podstawowe kategorie przestępstw. Na pierwszym miejscu plasują się sprzeniewierzenia aktywów (89% badanych), jednak były one najmniej dotkliwe, bo średnia strata w wyniku ich popełnienia wyniosła 114 tys. USD. Druga kategoria to korupcja (38%), która była o wiele bardziej bolesna dla firmy; średnia strata z tego powodu wyniosła 250 tys. USD. Rzadszą, natomiast bardziej wyrafinowaną kategorię stanowiło fałszowanie sprawozdań finansowych (10% badanych), z których każdy przypadek generował szkodę w wysokości 800 tys. USD.
Istotna dla naszych rozważań jest również kwestia sprawców nadużyć i oszustw pracowniczych. Istnieje bowiem ścisła zależność pomiędzy szczeblem popełniającym przestępstwo, a wysokością szkody. Sprawcami 44% nadużyć byli zwykli pracownicy, zaś średni koszt ich przestępstwa wynosił 50 tys. USD. Kadra menedżerska była sprawcą 34% nadużyć, zaś średni koszt straty finansowej to już 150 tys,. USD. Sprawcami 19% nadużyć byli właściciele lub członkowie zarządu firmy. Koszt ich przestępstwa to średnio 850 tys. USD.
Trendy te potwierdzają również inne badania. Według najnowszego raportu PwC (Global Economic Crime Survey 2018) 49% badanych firm było ofiarą nadużycia lub przestępstwa gospodarczego co stanowi wzrost w stosunku do 2016 r. – wówczas dotyczyło to 36% firm. 52% przypadków to sprawcy wewnątrz firmy, a 40% sprawcy z zewnątrz. Sprawcami 24% przypadków nadużyć i przestępstw gospodarczych była wyższa kadra kierownicza.
Z doświadczeń polskich przedsiębiorstw wynika, że nieco ponad połowa wszystkich przypadków nadużyć jest popełniana przez osoby spoza organizacji (57%). Jednak aż 20% wszystkich przestępstw zostało popełnionych przez przedstawicieli kadry menedżerskiej.
Kontrwywiad gospodarczy panaceum na straty aktywów finansowych?
Zaprezentowane wyniki badań są niepokojące, jeśli podejść do nich czysto matematycznie, ale można je również interpretować optymistycznie. Wskazują bowiem na wzrost skuteczności wykrywania nadużyć, większą świadomość i poziomu bezpieczeństwa w firmach.
Duże firmy organizują specjalistyczne piony bezpieczeństwa bądź wprost komórki wywiadu i kontrwywiadu gospodarczego, których zadaniem jest nie tylko rozpoznanie i walka z konkurentem, ale szeroko rozumiana profilaktyka bezpieczeństwa wewnątrz organizacji.
Kontrwywiadowczą ochronę traktować dzisiaj należy niemal tożsamo z polityką bezpieczeństwa, jakkolwiek dostrzegać należy również różnice. Duże firmy czy korporacje przejęły wprost metody z kontrwywiadu państwowego, wzbogaciły je, uczyniły bardziej skutecznymi, dysponują niejednokrotnie większymi środkami i nie dbają o ograniczenia, jakie kontrwywiadowi państwowemu narzucają przepisy.
Zabezpieczenie kontrwywiadowcze obejmuje dwa elementy: ochronę i osłonę. Przez ochronę firm należy rozumieć system zabezpieczeń fizycznych, w tym IT, natomiast osłona to piecza nad ludźmi, którzy mogą być obiektem zainteresowania wywiadu konkurenta lub źródłem problemów. Współcześnie dla kontrwywiadu w firmach większym problemem są ludzie, aniżeli zabezpieczenia fizyczne.
Kontrwywiad nie tylko reaguje na ataki wywiadu konkurencyjnego, ale jego działania obejmują również m.in. badania i zapobieganie przestępstwom, kradzieżom, postawom korupcyjnym. Pracownicy kontrwywiadu interesują się również sferą obyczajowości, bowiem obszary te potencjalnie stanowią cel dla penetracji wywiadowczych.
Możliwości kontrwywiadu gospodarczego są niezwykle szerokie. K. Turaliński specyfikuje takie, które mają kapitalne znaczenie dla ochrony zasobów finansowych firmy:
utrudnianie przestępcom zdobywania informacji o potencjalnych ofiarach – m.in. o posiadanym kapitale, miejscach zamieszkania, powiązaniach kapitałowo-osobowych itp.;
utrudnianie szpiegostwa przemysłowego i czynów nieuczciwej konkurencji opartych na pozyskaniu informacji poufnych;
utrudnianie działalności windykatorów, wywiadu gospodarczego i prywatnych detektywów oraz innych osób postronnych;
ukrycie struktury organizacyjnej podmiotów gospodarczych i holdingów;
ukrycie tożsamości inwestorów, organizatorów przedsięwzięć gospodarczych i ich beneficjentów;
zablokowanie egzekucji z majątku przy jednoczesnym zachowaniu swobody operacyjnej.
Sprawdzanie pracowników
Ważnym profilaktycznym zadaniem kontrwywiadu w obszarze bezpieczeństwa finansowego jest sprawdzanie pracowników przed zatrudnieniem oraz w jego trakcie, jeśli w ich zachowaniach pojawiają się niepokojące symptomy. Są to niekiedy działania wręcz nieodzowne, prowadzone pod kątem wiarygodności przedstawionych dokumentów, zaświadczeń itp., a także ewentualnej podatności na kradzież, korupcję, zwerbowanie przez firmy konkurencyjne.
Oczywiście sprawdzeniu nie podlega wszystko i wszyscy; kontrwywiad precyzyjnie określa cele w tym zakresie. Inny jest przypadek świeżo upieczonego absolwenta z CV mieszczącym się na kartce papieru, który podejmuje pierwszą w życiu pracy, a zgoła odmienny przypadek człowieka z kilkunasto- lub kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, który aplikuje na kierownicze stanowisko w wielkiej korporacji.
Kontrwywiad może sprawdzać tych pracowników firmy, którzy będą mieli szeroki dostęp do tajemnicy przedsiębiorstwa, w tym zwłaszcza członków zarządu, menedżerów wyższego szczebla, decydujących w ramach swoich kompetencji o polityce kadrowej i wykorzystaniu poważnych środków finansowych. Zazwyczaj nie „odpuszcza” osobom zarządzającym systemami informatycznymi firmy, pracownikom z dostępem do R&D, zwłaszcza do wyników, które mogą zmienić krajobraz konkurencyjny na rynku. Sprawdza się również tych, których dokumenty budzą uzasadnione wątpliwości. Reasumując, kontrwywiad wkracza tam, gdzie potencjalne straty finansowe, jakie zatrudniani pracownicy mogą spowodować na wskutek zaniedbań, zaniechań, ignorancji czy świadomych szkodliwych działań, wpłyną negatywnie na pozycję konkurencyjną firmy i wielokrotnie przewyższą koszty włożone w procedury weryfikacyjne.
Pracownicy kontrwywiadu, przy udziale pracodawcy, określają zakres sprawdzenia. Ujmując w uproszczeniu, należy badać spójność deklaracji z faktami, zgodność dokumentów z rzeczywistością. Sprawdzane są formalne kwalifikacje (miejsca zatrudnienia, zajmowane stanowiska, wykształcenie, kursy itp.), dotychczasowe osiągnięcia zawodowe (co robił w poprzedniej pracy, realizowane projekty, efekty), ewentualny konflikt interesów (czy ma jakieś związki z byłymi pracodawcami bądź rodzinne z konkurencją , gdzie jest zatrudniona rodzina) czy wreszcie osobowość, a więc wiarygodność, lojalność, podatność na nałogi, cechy charakteru, w tym konfliktowość.
Kontrwywiad pracuje również nad grupą pracowników zwalnianych Jak pokazują badania amerykańskie ma ona istotny wpływ na bezpieczeństwo firmy. Ponad 50% zwalniających się lub tracących posadę pracowników było w posiadaniu poufnych informacji przedsiębiorstwa, 40% z nich zamierzało wykorzystać te dane w nowym miejscu pracy, a 52% uważało, iż wykorzystanie tajemnicy w nowej pracy dla konkurencji nie jest przestępstwem.
Bezpieczne finanse zależą od wiarygodnych, sprawdzonych partnerów
Potencjalnym i aktualnym partnerom (kontrahentom) należy ufać w ograniczonym stopniu i ich sprawdzać. To również ważny obszar działania kontrwywiadu. Zasada jest taka, iż obligatoryjnie sprawdza się partnerów, z którymi do tej pory nie robiło się interesów, zaś okresowo tych, z którymi określone projekty były realizowane w przeszłości. Sprawdzania dokonuje się wyłącznie legalnymi metodami i środkami. Można realizować je w dwojaki sposób: za pomocą outsourcingu wywiadowczego czyli siłami wynajętej firmy wywiadowczej, lub we własnym zakresie, jeśli komórka kontrwywiadowcza w firmie jest dostatecznie silna i kompetentna. Jednak na ten drugi sposób, w warunkach polskich, stać niewiele przedsiębiorstw. Nawet te większe, które posiadają wyspecjalizowane komórki wywiadu i kontrwywiadu gospodarczego, nie zawsze mają ludzi przygotowanych niekiedy do działań detektywistycznych. A takie należy również podejmować przy weryfikacji określonego podmiotu.
Kontrwywiadowców przede wszystkim interesują bądź winny interesować następujące kwestie:
czy partner jest wiarygodny, a więc czy jest tym, za kogo się podaje, czy jest realny a nie wirtualny;
aktywność partnera lub jej brak w stowarzyszeniach gospodarczych, organizacjach i zrzeszeniach branżowych, co może świadczyć o dobrym „ukorzenieniu” w środowisku gospodarczym;
analiza powiązań personalnych osób zasiadających w zarządzie i organach nadzorczych. Istotne są informacje o ich udziale i formach tego udziału w innych podmiotach;
charakterystyki personalne menedżerów w firmach partnerskich czy konkurencyjnych. W wielu przypadkach osobowość menedżera, jego styl zachowań mogą zwiastować podejmowanie takich, a nie innych decyzji;
sytuacja finansowa – ważne jest ustalenie na ile jest wiarygodny finansowo, ile posiada zobowiązań, jakie to są zobowiązania, czy je terminowo obsługuje, jakie jest prawdopodobieństwo spłaty kredytu;
dbałość partnera o tajemnice przedsiębiorstwa, handlowe lub inne informacje wrażliwe.
Wszystkie te obszary mają duże znacznie przy zawieraniu kontraktów, w konsekwencji decydują o kondycji finansowej i przyszłości firmy.
Podsumowanie
Wszystkie podmioty gospodarcze funkcjonujące na rynku, są obiektami działań lub co najmniej zainteresowania wywiadu, ale tylko wobec niektórych prowadzi się działania szpiegowskie. Ochrona kontrwywiadowcza winna być paradygmatem każdej organizacji dysponującej wrażliwymi informacjami, zasobami materialnymi, zwłaszcza aktywami finansowymi.
Poziom i podjęte środki kontrwywiadowczego zabezpieczania muszą być adekwatne tzn. dostosowane do zasobów informacyjnych i zagrożeń. Każda polityka bezpieczeństwa to znalezienie złotego środka pomiędzy dwiema filozofiami: potrzebą dzielenia się wiedzą (need to share), a zasadą wiedzy niezbędnej (need to know).
System bezpieczeństwa firmy, w tym również bezpieczeństwa finansów, nie może opierać się na zaufaniu, ale na procedurach (wydzielone zasoby, zakres kompetencji, szkolenia, sprawdzanie osób, dostęp, ciągłość, kontrola itp.). Inwestycje w bezpieczeństwo, w ustrukturyzowane piony kontrwywiadu bądź wywiadu gospodarczego, najczęściej nie przynoszą wymiernych, widocznych rezultatów, ale ich brak zawsze przynosi straty materialne i wizerunkowe.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W listopadzie 2018 za pośrednictwem Wyszukiwarki Kandydatów wiadomość od rekrutera otrzymało 27 931 osób posiadających profil zawodowy w serwisie GoldenLine. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów: IT – rozwój oprogramowania, Inżynieria, Sprzedaż, Produkcja oraz Finanse/Ekonomia. Najwięcej wiadomości rekruterzy wysłali do osób mieszkających w województwie mazowieckim, śląskim i dolnośląskim, a także do tych w wieku 27-36 lat.
Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów?
W bezpośrednim dotarciu do kandydatów wspiera pracodawców Wyszukiwarka Kandydatów. W listopadzie 2018 roku wiadomość od rekrutera z zaproszeniem do procesu rekrutacji za pośrednictwem GoldenLine otrzymało 27 931 użytkowników posiadających profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, wśród osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, 18% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT – rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (15%), na trzecim zaś Sprzedaż (10%). Tuż za podium uplasowały się osoby ze specjalizacją Produkcja (9%) oraz Finanse/Ekonomia (9% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji, miało zaznaczoną na profilu tę specjalizację).
Jaki jest wiek poszukiwanych pracowników?
W listopadzie 2018 roku najwięcej ofert otrzymali kandydaci pomiędzy 27. a 36. rokiem życia; 55% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji, było w tym wieku. 13% zapytanych przez rekrutera osób było w wieku 18 – 26 lat. Z kolei 20% osób, które zostały bezpośrednio zaproszone do procesu rekrutacji, znalazło się w przedziale wiekowym 37 – 44 lata.
Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?
W listopadzie na GoldenLine najwięcej wiadomości od rekrutera otrzymały osoby mieszkające w województwie mazowieckim (20%), śląskim (18%), dolnośląskim (15%), małopolskim (10%) i wielkopolskim (10%). Przy tym największe zapotrzebowanie rekrutacyjne jest w dużych miastach – spośród osób, które otrzymały w ubiegłym miesiącu wiadomość od rekrutera, 15% mieszka w Warszawie, 10% we Wrocławiu, 7% w Krakowie, 6% w Poznaniu, 4% w Łodzi oraz 3% w Katowicach.
Znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?
Znajomość języków obcych również jest istotna dla rekruterów. Wśród 27 931 osób, które otrzymały na GoldenLine zaproszenie do procesu rekrutacji bezpośrednio od pracodawcy, 83% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 32% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (10% użytkowników). Język francuski zna 7% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji, z kolei 5% zna język hiszpański.
Jakich pracowników poszukiwali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?
W lipcu 2018 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 3 226 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (17%), śląskie (10%), dolnośląskie (10%), małopolskie (8%) oraz wielkopolskie (6%).
Jak wynika z analiz GoldenLine, największa liczba ofert dedykowana była osobom pracującym w obszarze Produkcja i objęła 21% wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (15%), Obsługa klienta/Call Center (12% wszystkich ofert), Inżynieria/Elektronika/Technologia (11% ofert), Praca fizyczna (10%).
Ubezpieczyciel przyznał duże zadośćuczynienie rodzinie kobiety, która po wypadku komunikacyjnym znajduje się w stanie wegetatywnym. To jeden z pierwszych takich przypadków w naszym kraju. Na Zachodzie takie decyzje są normą od lat, w Polsce – dotąd nie. Dlatego ta sprawa daje nadzieję na podobne rozwiązanie tysiącom osób, które również znalazły się w takiej sytuacji.
Życie szczęśliwej rodziny z Gliwic przerwał dramatyczny wypadek: jadąca rowerem 40-letnia wówczas żona, mama i córka została potrącona przez Opla Astrę. Kobieta doznała tak poważnych obrażeń, że lekarze stwierdzili stan wegetatywny, co znaczy, że jej funkcje życiowe zostały nieodwracalnie upośledzone. Bliscy (mąż, córka i ojciec, którym się opiekowała) nie mogą już nawiązać z nią kontaktu – dbają o nią, mówią do niej, ale nie wiadomo, czy poszkodowana to słyszy.
Wina bezsporna
Zdaniem sądu winną tej tragedii była w 100 procentach kobieta kierująca samochodem. Została skazana na 2 lata ograniczenia wolności polegającego na obowiązku wykonywania nieodpłatnej pracy na cele społeczne (20 godzin na miesiąc). Sąd zakazał jej też prowadzenia pojazdów przez 5 lat.
Firma ubezpieczeniowa, w której sprawczyni wypadku miała wykupioną polisę, przyznała ofierze 100 tys. zł zadośćuczynienia. Kiedy bliscy poszkodowanej zwrócili się o pomoc do firmy Auxilia, jej prawnicy od razu zajęli się dwoma kwestiami – przede wszystkim uznali, że zadośćuczynienie dla poszkodowanej jest stanowczo za niskie. W związku z tym złożyli odwołanie od decyzji towarzystwa ubezpieczeń żądając znacznie wyższej kwoty. Poza tym postanowili domagać się zadośćuczynienia dla pośrednio poszkodowanych, czyli dla rodziny. – To trudne zadanie, bo o ile w wielu państwach zachodnich to norma, to w Polsce, niestety, nie – mówi Kamila Barszczewska, wiceprezes zarządu Auxilia S.A.
Potrójny sukces!
Sprawa okazała się swego rodzaju precedensem (choć polskie prawo, w odróżnieniu od anglosaskiego, nie jest precedensowe): ubezpieczyciel przyznał zadośćuczynienie bliskim poszkodowanej kobiety, co wcześniej nigdy się nie zdarzało.
– Co najważniejsze, stało się to na etapie postępowania polubownego, a więc jeszcze zanim sprawa trafiła do sądu. W naszej 15-letniej historii to pierwsze takie rozstrzygnięcie, a podejrzewam, że w ogóle jedno z pierwszych w Polsce – podkreśla Kamila Barszczewska z wrocławskiej firmy. – Równie istotne jest to, że przyznano bardzo wysokie kwoty, bo mąż otrzymał 65 tysięcy złotych, córka – 60 tysięcy, a ojciec – 40 tysięcy – mówi.
Te pieniądze już zostały wypłacone. To jednak nie zamknęło sprawy – prawnicy reprezentujący rodzinę poszkodowanej rozmawiają ciągle z ubezpieczycielem o wypłacie kolejnych kwot świadczeń, m.in. o podwyższeniu kwoty zadośćuczynienia dla pozostającej w stanie wegetatywnym kobiety.
Nadzieja dla wielu innych
Jakie argumenty użyte przez prawników sprawiły, że firma ubezpieczeniowa zgodziła się z ich argumentacją? Przede wszystkim powołali się na uchwałę Sądu Najwyższego. Zgodnie z nią sąd może przyznać zadośćuczynienie za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu. A właśnie tak było w przypadku mieszkanki Gliwic.
Poza tym Sąd Najwyższy zaznaczył, że „dobra osobiste” odnoszą się do więzi emocjonalnych, jakie łączą osoby najbliższe. – W przypadku ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, w wyniku którego niemożliwe jest kształtowanie prawidłowych relacji rodzinnych, dobro osobiste w postaci więzi emocjonalnych łączących ludzi sobie bliskich, zostaje naruszone – wyjaśnia Kamila Barszczewska. – To bardzo ważne, bo takie rozstrzygnięcie daje nadzieję tysiącom innych osób, które znalazły się w podobnej sytuacji, ale dotąd ich argumentacja nie znajdowała uznania w oczach ubezpieczycieli – dodaje.
Producenci marek odzieżowych solidarnie mówią, że w ostatnich miesiącach odczuwają wpływ zakazu handlu niedzielnego na wyniki sprzedaży. Jednocześnie dodają, że ruch mocno przesuwa się do handlu w sieci. Podobne tendencje przedstawiają wyniki badania przeprowadzonego przez Kantar TNS i firmę informatyczną Comarch „Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w sprzedaży detalicznej Fashion”.
Raport pokazuje jak swoje nawyki zakupowe będą zmieniać klienci w Polsce i bardziej wykorzystywać internet przy zakupie ubrań i butów. Zresztą podobnie jak w kilku innych krajach europejskich: Anglii, Holandii, Niemczech, Szwajcarii i we Włoszech.
Internetowa studnia informacji
Dla wielu konsumentów internet to nie tylko miejsce na zakupy, to również źródło inspiracji modowych oraz informacji o produktach. Według wyników badania 66 proc. ankietowanych wybiera zakupy w sklepie stacjonarnym, ale 25 proc. z nich wertuje wcześniej internet w poszukiwaniu opinii, promocji i rabatów. Z kolei konsumenci, którzy wybierają sklepy online, czyli 33 proc. przepytanych osób, często wcześniej sprawdza podobne produkty w sklepach tradycyjnych. Aż 21 proc. wcześniej kieruje się do sklepów tradycyjnych, aby sprawdzić jak dana rzecz prezentuje się w rzeczywistości. Tylko 12 proc. ankietowanych dokonuje zakupów w sieci, bez wcześniejszego rozeznania.
– Kliencilubią przymierzyć dany produkt, sprawdzić jego jakość i sposób wykonania, potocznie mówiąc – „zobaczyć jak leży”. Dlatego zanim go kupią w sieci, często po niższej cenie, kierują się najpierw do sklepu tradycyjnego. Jednak w związku z wprowadzeniem zakazu handlu w niedzielę obserwujemy wyraźny trend ucieczki klientów do internetu. Według raportu Kantar TNS i Comach, ogół transakcji w internecie wzrośnie z 33 do 41 proc w ciągu 5 lat. Jest kilka powodów takich zmian, z jednej strony klienci doceniają wygodę zakupów z sieci, zaś z drugiej, producenci czy sieci handlowe oraz dystrybutorzy sami przekierowują ruch do sklepów internetowych, kusząc konsumentów darmowymi przesyłkami, wymianą czy zwrotami zakupionych towarów. Jak widzimy handel w sieci napędzają obie strony – mówi Witold Podgórski, product manager Comarch ERP Retail.
Płeć a zachowania konsumentów
Przyjrzyjmy się trochę bliżej zachowaniom klientów. Czy kobiety i mężczyźni w ten sam sposób podejmują decyzje co do kanału, w którym robią zakupy? Według raportu Kantar TNS i Comarch kobiety częściej niż mężczyźni dokonują zakupów w internecie. 35 proc. ogółu decyzji zakupowych podejmowanych przez kobiety, to zakupy w sieci a reszta to sklepy tradycyjne. Dla porównania – 30 proc. mężczyzn decyduje się na zakupy online, reszta kieruje się do punktów stacjonarnych.
– W tej grupie są też klienci, którzy korzystają tylko i wyłącznie ze sklepów internetowych.Co czwarta przepytywana kobieta robi zakupy w sieci bez uprzedniej wizyty w sklepie stacjonarnym, podczas gdy tylko 17 proc. mężczyzn decyduje się na tak spontaniczne transakcje – uzupełnia Witold Podgórski z Comarch.
Co kraj to obyczaj
A teraz zobaczmy jak geograficznie rozkładają się preferencje i zwyczaje zakupowe. Mimo coraz większej dostępności sklepów internetowych, to niezależnie od kraju zakupy z branży modowej chętniej dokonywane są w sklepach stacjonarnych. Wśród przebadanych narodów to Niemcy i Holendrzy przodują w zakupach online z wynikiem odpowiednio 36 proc. i 35 proc. dokonywanych transakcji, podczas gdy w Szwajcarii tylko 28 proc. konsumentów decyduje się na zakupy w internecie. Na trzecim miejscu są Brytyjczycy z wynikiem 34 proc., dalej Polacy (32 proc.) i za nimi Włosi (31 proc.).
Polacy nie będą w przyszłości korzystać z wirtualnych butików
Raport pokazuje również różnice pomiędzy krajami w perspektywie pięciu lat. I znowu „wygrywają” Niemcy. Według niemieckich konsumentów zakupy online będą stanowić w przyszłości blisko połowę, 49 proc., wszystkich dokonywanych transakcji kupna. Wśród Brytyjczyków oraz Holendrów odpowiedziało podobnie 45 proc. respondentów, w Szwajcarii 43 proc, we Włoszech 39 proc. i tylko 38 proc. Polaków.
– Wyniki tego badania pokazują, że we wszystkich ankietowanych krajach dominuje opinia o wzroście tendencji zakupowych online. Szczególnie konsumenci ze Szwajcarii, Niemiec i Wielkiej Brytanii zamierzają w przyszłości kupować w Internecie. Polacy wciąż są niechętni do tego typu transakcji, ale myślę, że to głównie z powodu wciąż małej oferty handlowej i benefitów w porównaniu z krajami starej Europy – podsumowuje Witold Podgórski.
Dla niektórych inwestorów zwiększenie ekspozycji na złoto było odruchową reakcją na fale wzmożonej zmienności na rynkach finansowych. Steve Land z Franklin Equity Group uważa, że popyt na złoto jest bardziej uzasadniony i przedstawia powody uzasadniające optymistyczne prognozy dla złota i akcji spółek powiązanych ze złotem.
Październikowy powrót zmienności na światowe rynki finansowe wywołał ponowny wzrost zainteresowania złotem po spokojnym okresie letnim.
Przez sześć miesięcy do września złoto szło nieprzerwanie w dół, notując najdłuższy okres miesięcznych spadków od 1997 r. Po większej części września i początku października w bardzo wąskim przedziale ceny złota ostatecznie wzrosły po wahaniach na rynku akcji w połowie października.
Choć nie formułujemy precyzyjnych prognoz dla cen złota, sądzimy, że złoto ma pewne interesujące potencjalne katalizatory wzrostów w obecnych warunkach rynkowych. Mając na uwadze wzrost cen, dostrzegamy znaczące możliwości wśród spółek zajmujących się wydobyciem złota.
Rola złota
Złoto odgrywa wiele różnych ról; jest wykorzystywane jako materiał do produkcji biżuterii, służy jako element aktywów finansowych i znajduje zastosowanie w medycynie, stomatologii, a nawet w przemyśle jako materiał wykorzystywany w najwyższej klasy urządzeniach elektronicznych.
Według danych Światowej Rady Złota popyt na biżuterię rósł w trzecim kwartale 2018 r. w solidnym tempie 6% rok do roku (r/r), w korzystnych warunkach ekonomicznych na świecie i przy 10-procentowym wzroście popytu w Chinach i Indiach.[1]
Według naszych analiz poprawa dynamiki gospodarczej i wzrost poziomu zamożności (wspomagany przez dobre wyniki światowych rynków akcji) powinny zapewniać ogólne wsparcie dla wyników sprzedaży biżuterii, a ten rynek wciąż stanowi jedno z najważniejszych źródeł popytu na złoto.
Rola złota jako instrumentu finansowego sprowadza się przede wszystkim do roli narzędzia służącego do dywersyfikacji[2] zważywszy na historycznie niską korelację[3] z innymi aktywami finansowymi i długą historię złota jako depozytu wartości.
Zainteresowanie złotem jako klasą aktywów finansowych spadło na przestrzeni ostatnich dwóch lat, gdy solidne zwroty z rynku akcji przy ograniczonej zmienności nie motywowały większości inwestorów do poszukiwania możliwości dywersyfikacji. Są jednak sygnały wskazujące na coraz silniejszy wzrost popytu na złoto, w szczególności wśród banków centralnych.
Według danych Światowej Rady Złota wartość skupu złota przez światowe banki centralne wzrosła o ok. 17% r/r w pierwszych trzech kwartałach 2018 r.[4] Skup przez banki centralne w trzecim kwartale był największy od czwartego kwartału 2015 r. Liderem popytu na kruszec była Rosja, gdzie skup w trzecim kwartale zanotował największy w historii wzrost o 92,2 ton, zwiększając krajowe rezerwy złota po raz pierwszy powyżej poziomu 2000 ton.
Bank Centralny Węgier ogłosił w październiku, że zwiększył swoje rezerwy złota dziesięciokrotnie.[5] Wcześniej, w lipcu, sierpniu i wrześniu, złoto skupował także polski bank centralny.
Wpływ czynników makroekonomicznych na cenę złota
Niepewność wynikająca z narastających globalnych napięć handlowych powinna wprawdzie mieć, według nas, korzystny wpływ na cenę złota, ale mocny kurs dolara amerykańskiego ogranicza z kolei wzrost cen kruszcu. Mocny dolar generalnie sprawia, że złoto jest droższe na wielu rynkach międzynarodowych, na których popyt jest mocno związany z ceną, takich jak Chiny czy Indie. Ta relacja zapewnia złotu odwrotną korelację do dolara amerykańskiego, zatem osłabienie USD powinno być korzystne dla złota.
Niska stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych połączona ze stymulacyjnym wpływem zmian polityki podatkowej Stanów Zjednoczonych oraz konsekwencjami eskalacji napięć handlowych po wejściu w życie nowych ceł wywołuje jeszcze bardziej ożywioną dyskusję na temat ewentualnego powrotu presji inflacyjnej.
Takie warunki mogą sprzyjać wzrostom cen metali szlachetnych i związanych z nimi akcji. Wraz ze wzrostem inflacji zwykle rośnie także podaż pieniądza, jednak produkcja wykazuje względną stagnację i reaguje dość wolno.
W warunkach inflacyjnych ceny złota powinny pójść w górę, a kruszec powinien pozwalać na zabezpieczenie realnej wartości.
Prognozy dla akcji spółek zajmujących się wydobyciem złota
Akcje przedsiębiorstw wydobywających złoto zanotowały znaczące spadki ze szczytowych poziomów z 2011 r. Sądzimy, że obecne poziomy wyceny odzwierciedlają oczekiwania, że wzrost cen złota wciąż będzie stłumiony w najbliższej przyszłości.
Obecne ceny złota są zbliżone do kosztu krańcowego, czyli poziomu, jakiego wiele spółek wydobywających złoto potrzebuje, by utrzymać się na rynku w dłuższej perspektywie. Nawet niewielki wzrost ceny złota może zatem mieć ogromny wpływ na spodziewane przepływy pieniężne spółki.
Choć uważamy, że spółki z tej branży oferują spory potencjał wzrostowy, gdy ceny złota zaczną iść w górę, jednocześnie sądzimy, że wiele przedsiębiorstw z tego sektora ma dobrą pozycję, by przetrwać dalsze spadki cen.
Większość spółek wydobywczych wciąż koncentruje się na poprawie struktury kosztów działalności, spłacie zadłużenia oraz racjonalizacji aktywów, co powinno przełożyć się na potencjał do generowania lepszych wyników w przyszłości.
Dlatego nadal dostrzegamy atrakcyjne możliwości na rynku akcji spółek powiązanych ze złotem i metalami szlachetnymi.
Autor komentarza: Steve Land
Wiceprezes, analityk
Zarządzający portfelami inwestycyjnymi, Franklin Equity Group
[1] Źródło: Światowa Rada Złota.
[2] Dywersyfikacja nie gwarantuje zysków ani nie eliminuje ryzyka strat.
[3] Korelacja to wskaźnik zgodności kierunku zmian dwóch inwestycji. Korelacja mieści się w przedziale od 1 (zupełna korelacja dodatnia, występująca, gdy dwie klasy aktywów zawsze poruszały się w przeszłości w tym samym kierunku) do -1 (zupełna korelacja ujemna, występująca, gdy dwie klasy aktywów zawsze poruszały się w przeszłości w przeciwnych kierunkach).
[4] Źródło: Światowa Rada Złota, „Gold Demand Trends Q3 2018” („Trendy popytu na złoto w III kw. 2018 r.”), 1 listopada 2018 r.
[5] Źródło: Magyar Nemzeti Bank, „WĘGIERSKIE REZERWY ZŁOTA ROSNĄ DZIESIĘCIOKROTNIE, OSIĄGAJĄC REKORDOWO WYSOKIE POZIOMY”, październik 2018 r.
Polska jest jednym z najważniejszych globalnych eksporterów artykułów bożonarodzeniowych. Wg danych International Trade Center w 2017 r. byliśmy ich 4. największym dostawcą na świecie, a wartość wysłanych z Polski ozdób wyniosła 66,3 mln dolarów. To rekordowy wynik, bo w stosunku do 2016 r. nasz świąteczny eksport zanotował aż 93% wzrost – wyliczyli eksperci instytucji płatniczej AKCENTA, specjalizującej się w obsłudze transakcji walutowych eksporterów i importerów.
Radosław Jarema
Bożonarodzeniową atmosferę tworzą ludzie i oczywiście świąteczne dekoracje. Mało kto wyobraża sobie ten czas bez nich. Zdobią nasze mieszkania, ulice oraz sklepowe witryny. – Artykuły bożonarodzeniowe są na tyle ważnym i wyjątkowym produktem, że mają swoją oddzielną kategorię w statystyce handlowej. Stąd wiemy też, jak duży jest obrót nimi na całym świecie. A to wcale niemały biznes, bo wartość eksportu tego typu towarów w ubiegłym roku sięgała aż 5,2 mld dolarów – wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY. W kategorii „artykuły bożonarodzeniowe” klasyfikowanych jest wiele świątecznych ozdób i dekoracji, z wyłączeniem świec i zestawów oświetlenia elektrycznego, naturalnych choinek i stojaków na choinki.
Mikołaj z Polski…
Eksperci AKCENTY przeanalizowali szczegółowe dane[1] statystyk międzynarodowych na temat handlu artykułami bożonarodzeniowymi. Wynika z nich, że w 2017 r. Polska awansowała z 9. na 4. miejsce wśród najważniejszych eksporterów tego rodzaju towarów na świecie. Do tak dużego awansu przyczynił się ogromny wzrost wartości sprzedanych ozdób świątecznych z naszego kraju (o 93% r/r). – Patrząc wstecz, na lata przed 2017 r., polski wywóz artykułów bożonarodzeniowych był bardzo stabilny. Ogromny skok w roku ubiegłym to ewenement. Czy to sygnał o dużym wzmocnieniu pozycji Polski w handlu tego typu towarami na świecie? O tym przekonamy się dopiero po najbliższych świętach. Takie skoki mogą być bowiem wynikiem jednorazowego kontraktu lub wynikać z reeksportu dużego zamówienia – twierdzi ekspert AKCENTY.
… wędruje na różne kontynenty
Imponująca jest nie tylko skala polskiego eksportu artykułów bożonarodzeniowych, ale i kierunki, w których je sprzedajemy. Okazuje się bowiem, że cieszą się one uznaniem zarówno w Europie, jak i na innych kontynentach. Największym odbiorcą świątecznych ozdób z Polski są Niemcy. Według wyliczeń AKCENTY, do naszych zachodnich sąsiadów w 2017 r. powędrowało aż 40% eksportu dla tej kategorii (w ujęciu wartościowym). Co ciekawe, bożonarodzeniowe dekoracje z Polski są również bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych, gdzie pod względem wartości trafiła ponad 1/4 całej polskiej sprzedaży. Na trzecim miejscu wśród naszych odbiorców uplasowała się Rosja, a bardzo blisko za nią Holandia i Francja. – Na liście kierunków sprzedaży ozdób świątecznych z Polski nie brakuje też egzotycznych destynacji. Wśród nich możemy znaleźć takie kraje jak np. Kolumbia, Azerbejdżan czy RPA – dodaje Radosław Jarema.
Święta „Made in China”
Wysoka pozycja Polski w rankingu i ubiegłoroczny wyjątkowy przyrost zagranicznej sprzedaży to powód do zadowolenia. Jednak, jak zwracają uwagę eksperci AKCENTY, nie zapominajmy o tym kto naprawdę rządzi świątecznym eksportem. – Chiny są niekwestionowanym liderem w sprzedaży towarów świątecznych. Eksport z tego kraju stanowi aż 80% całego handlu w tej kategorii produktów. Bardzo możliwe, że większość naszych bożonarodzeniowych ozdób i dekoracji ma więc napis „Made in China” – zauważa przedstawiciel AKCENTY. W zeszłym roku Państwo Środka sprzedało na światowe rynki artykuły świąteczne za prawie 4,2 mld dolarów. Co więcej, to wynik z wyłączeniem Hong Kongu, ujmowanego w statystykach oddzielnie. A eksport z tego kierunku to dodatkowe 55 mln dolarów i 1% udziału w wywozie świątecznych towarów, zaznaczają eksperci AKCENTY.
Drugim największym dostawcą bożonarodzeniowych ozdób na międzynarodowe rynki jest Holandia, ze sprzedażą sięgającą 297 mln dolarów, a trzecim Stany Zjednoczone z wartością eksportu wynoszącą 71 mln dolarów w 2017 r. W pierwszej piątce, oprócz Polski znajdują się też Niemcy z wynikiem 62 mln dolarów.
Skąd kupujemy świąteczne ozdoby?
Polska to ważny eksporter bożonarodzeniowych artykułów, jednak kraj nad Wisłą także je importuje. Wartość wwozu (41,5 mln dolarów) jest jednak mniejsza niż krajowa sprzedaż na rynki zagraniczne (66,3 mln dolarów). Zaskoczeniem nie będzie kierunek, z którego importujemy najwięcej świątecznych dekoracji. Chiny odpowiadają za prawie 87% całego wwozu tego typu produktów do naszego kraju (pod względem wartości). Na dalszych pozycjach plasują się takie kraje jak Niemcy, Wietnam, Ukraina i Holandia, wylicza AKCENTA.
– Świąteczne dekoracje to wyjątkowy produkt, który współtworzy atmosferę świąt. O ile można policzyć ich wartość i skalę sprzedaży, to dla wielu osób ich sentymentalna wartość jest nie do wycenienia. Niemniej jednak każdy sukces polskiego eksportu cieszy i jest warty doceniania – dodaje Radosław Jarema z AKCENTY.
[1] Analiza oparta na danych udostępnianych przez International Trade Center.
W trakcie pierwszych dziewięciu miesięcy 2018 r. rynek nieruchomości biurowych w trzech największych miastach Polski południowej wzbogacił się o ponad 285 000 mkw. powierzchni. Jak podaje firma doradcza Savills, na koniec września w Krakowie, Wrocławiu i Katowicach w budowie pozostawało łącznie prawie 550 000 mkw.
Rafał Oprocha, dyrektor regionu Polski południowej w dziale powierzchni biurowych Savills
Południowa Polska rozwija się bardzo dynamicznie. W ciągu ostatnich pięciu lat wzrost PKB w Krakowie, Wrocławiu i Katowicach był szybszy średniorocznie o 0,5 punktu procentowego niż ogółem w Polsce, wynosząc 3,7%. W ślad za tym w miastach tych rośnie również rynek nieruchomości biurowych.
Zgodnie z danymi Savills pochodzącymi z raportu „Market in Minutes: Rynek biurowy w Polsce południowej”, całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w trzech największych miastach południowej Polski wynosiły na koniec trzeciego kwartału 2018 r. ponad 2 750 000 mkw., z czego najwięcej znajdowało się w Krakowie (ponad 1 220 000 mkw.). Na Wrocław przypadało blisko 1 040 000 mkw. a na Katowice 491 000 mkw. Od stycznia do września 2018 roku najwięcej nowej powierzchni biurowej oddano we Wrocławiu (blisko 132 000 mkw.), natomiast pod względem powierzchni pozostającej obecnie w budowie liderem jest stolica Małopolski (281 500 mkw.).
„W trzecim kwartale zeszłego roku Kraków, jako pierwszy z regionalnych rynków biurowych w Polsce, przekroczył próg miliona metrów kwadratowych. W połowie 2018 roku tego samego wyczynu dokonał Wrocław. Dla porównania Trójmiasto ma szansę osiągnąć ten wynik najwcześniej w 2021 r. To pokazuje siłę rynku biurowego w południowej Polsce. Biorąc pod uwagę dynamikę rozwoju pozostałych dużych ośrodków miejskich w kraju, Kraków w najbliższym czasie powinien zachować status nie tylko największego rynku biurowego tego regionu, ale i głównej po Warszawie lokalizacji biznesowej w Polsce” – mówi Rafał Oprocha, dyrektor regionu Polski południowej w dziale powierzchni biurowych Savills.
W trakcie trzech pierwszych kwartałów 2018 r. w Krakowie, Wrocławiu i Katowicach wynajęto łącznie ponad 250 000 mkw., z czego najwięcej w stolicy Małopolski (ponad 120 000 mkw.). Pomimo, że region zanotował spadek aktywności najemców w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, to w dalszym ciągu w Krakowie i Wrocławiu poziom popytu na powierzchnie biurowe jest najwyższy spośród wszystkich miast poza Warszawą, wynika z analiz firmy doradczej Savills.
„Kraków w ostatnim czasie przyciąga firmy z sektora finansowo-technologicznego oraz te, które chcą w nim ulokować swoje centra badań i rozwoju (R&D). We Wrocławiu z kolei chętnie lokują się firmy produkcyjne oraz przedstawiciele sektora bankowego. Katowice cechują się dużym potencjałem wnikającym z liczby lokalnych firm, które nie korzystają jeszcze z nowoczesnych powierzchni biurowych, ale, wraz ze swoim rozwojem i chęcią podniesienia standardu miejsca pracy, mogą niedługo stać się najemcami takich nieruchomości” – dodaje Rafał Oprocha z Savills.
Stopa pustostanów w Polsce południowej utrzymuje się na stabilnym poziomie i wynosi ok. 10,4%. Najwięcej za wynajem powierzchni biurowej trzeba zapłacić w Krakowie i Wrocławiu, gdzie poziom czynszów waha się od 13,5 do 14,7 euro za mkw. miesięcznie.
Dostęp do pracowników jest obecnie jednym z największych wyzwań w kontekście rozwoju rynku nieruchomości biurowych. Stopa bezrobocia w Krakowie, Wrocławiu i Katowicach jest niższa, niż średnia dla całej Polski. Wzrost zatrudnienia w ostatnich pięciu latach był w tych miastach wyższy o 60% niż wynosi średnia wartość tego współczynnika dla całego kraju. Rynek pracy zasila coraz większa liczba pracowników zza granicy, którzy stanowią ważną grupę osób aktywnych zawodowo.
Południowa Polska wyróżnia się na tle innych miast regionalnych liczbą absolwentów wyższych uczelni. Jedna czwarta wszystkich osób studiujących w Polsce uczy się właśnie w Krakowie, Wrocławiu lub Katowicach (ok. 320 tys. studentów). Tak duże grono osób, które wchodzi na rynek pracy zachęca firmy do lokowania swojej działalności biznesowej w tej części kraju. Zgodnie z danymi ABSL prawie co druga osoba zatrudniona w Polsce w sektorze nowoczesnych usług biznesowych pracuje w jednym z trzech największych miast południowej Polski.
„Aktywność deweloperów i najemców pokazuje, że Kraków i Wrocław to bardzo dojrzałe biznesowo rynki, które zapewniają firmom znakomite warunki do rozwoju. Efektem dużej popularności tych miast wśród przedsiębiorców jest jednak rosnąca konkurencja w walce o pracownika. Potencjalnie zyskać na tym mogą Katowice. Będąc głównym miastem ponad dwumilionowej aglomeracji, w której stopa bezrobocia jest wyższa, niż we Wrocławiu czy Krakowie, z rosnącą podażą nowoczesnej powierzchni biurowej, stają się one coraz atrakcyjniejszą lokalizacją” – podsumowuje Rafał Oprocha, dyrektor regionu Polski południowej w dziale powierzchni biurowych Savills.
Kontynuacja kiepskich nastrojów na rynkach. Zyskują dolar, i waluty uznawane za bezpieczne jak jen japoński czy frank szwajcarski. Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej bez fajerwerków. Co zrobi OPEC by powstrzymać spadki cen ropy naftowej, rynki zastanawiają się jaka skala cięć wydobycia. Inwestorzy w oczekiwaniu na dane z USA.
Posiedzenie RPP, czyli znów nuda
Wczorajsze posiedzenie RPP znów nie należało do spektakularnych. Nadal główne parametry polityki pieniężnej zostały utrzymane na rekordowo niskich poziomach. Podtrzymany został również scenariusz o utrzymaniu stóp na obecnych poziomach aż do końca 2019 roku. Szczególnie, że inflacja w ostatnim okresie jeszcze nie znacznie spadła. Prezes Glapiński na konferencji stwierdził, że wzrost cen powinien przyspieszyć ale będzie on nadal kształtował się w ramach zakładanego celu NBP. Wygląda więc na to, że RPP będzie czekał na to co zrobi EBC i szybciej nie wykona żadnego ruchu. Wiele mogą wnieść również marcowe projekcje RPP.
Ratunek dla spadków cen ropy naftowej
W temacie inflacji ważnym wydarzeniem jest odbywające się posiedzenie OPEC w Wiedniu. Jest to zrzeszenie głównych eksporterów ropy naftowej na czele z Arabią Saudyjską i Rosją. W praktyce to właśnie ta organizacja decyduje o kształtowaniu się cen czarnego złota. Zbyt niskie ceny tego surowca źle wpływają na budżety tych krajów. Wystarczy jednak, że na rynkach pojawiają się spekulacje o możliwej redukcji wydobycia i cena ropy natychmiast skacze do góry.
Cięcie wydobycia konieczne, ale…
Wydaje się, że właśnie taki ruch zobaczymy na obecnym posiedzeniu gdyż ceny czarnego złota ubijają kolejne dna i są blisko granicy 50 USD za baryłkę. Kształtowanie cen ropy ma spory udział w tempie wzrostu cen na świecie, co w dalszej części wpływa na decyzje banków centralnych odnośnie polityki monetarnej. Jest jednak jeden element, który psuje ten idealny układ a mianowicie Trump. Prezydent USA jest przeciwny wysokim cenom ropy a biorąc pod uwagę, że Arabia chce ocieplenia stosunków może się to okazać kluczowe w decyzji OPEC.
Dane z USA ważniejsze niż zwykle
Wczorajszy handel na parach dolarowych był bardzo ograniczony ze względu na dzień wolny w USA związany z pogrzebem prezydenta Busha. Końcówka tygodnia powinna być jednak znacznie bardziej ciekawa. Poznamy najpierw raport ADP a później oficjalny raport z rynku pracy z USA. Rynki od pewnego czasu zakładają przystopowanie Fed z podwyżkami stóp więc dane przybierają jeszcze ważniejszego znaczenia. Jeśli okażą się więc dobre dolar znów może zyskać na wartości a temat kontynuowania zacieśniania monetarnego znów powróci.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Rok 2019 będzie stał pod znakiem konsolidacji grup cyberprzestępczych, które w swoich działaniach wykorzystają sztuczną inteligencję. Najpopularniejszym celem ataków staną się urządzenia IoT zlokalizowane w prywatnych domach, smartfony, media społecznościowe oraz dane zmagazynowane w chmurze – przewidują specjaliści McAfee w raporcie McAfee Labs 2019 Threats Predictions Report.
– W roku 2018 byliśmy świadkami coraz lepszej współpracy między cyberprzestępcami, którzy usprawniali swoje technologie i taktyki działania – mówi Arkadiusz Krawczyk, Country Manager w McAfee Poland. – Ta tendencja będzie się utrzymywać także w 2019, jednak najbliższa przyszłość przyniesie też nowe sposoby zabezpieczeń i sojusze po stronie firm takich jak nasza.
Cyberprzestępcze podziemie
Cyberprzestępcy rozwijają rynek oprogramowania jako usługi (software as a service), oferując sprzedaż ataków w formie komponentów gotowych do wykorzystania. Dzięki temu nawet hakerzy z niewielkim doświadczeniem i małymi umiejętnościami mogą skutecznie atakować. Ten trend będzie się utrzymywał w 2019 roku, co przełoży się na konsolidację grup przestępczych. Gangi cybernetyczne będą ściśle współpracować z czołowymi dostawcami takich usług jak pranie pieniędzy czy ataki z wykorzystaniem luk w zabezpieczeniach.
Obserwując rozmowy prowadzone w podziemnej społeczności, można wywnioskować, że w 2019 r. zintensyfikowane zostaną działania w obszarze złośliwego oprogramowania mobilnego, botnetów, oszustw bankowych, ransomware i prób obejścia uwierzytelnienia dwuskładnikowego.
Łatwiejsze cyberataki dzięki szybkiemu dostępowi do technologii
Ponieważ zabezpieczenia stosowane w firmach i organizacjach są coraz bardziej wyrafinowane, również cyberprzestępcy muszą wykazywać się większą kreatywnością. Dostępność ataków w formie gotowych komponentów pozwoli atakującym integrować ze sobą znane taktyki i technologie oraz rozszerzać zakres ich działania, aby realizować nowe cele.
• Sztuczna inteligencja a techniki unikania: Dzięki sztucznej inteligencji cyberprzestępcy mogą automatyzować wybór celu, skanować sieć w poszukiwaniu luk i oceniać kondycję oraz szybkość reakcji zainfekowanych środowisk. Wszystko po to, aby uniknąć wykrycia przed przejściem do kolejnych etapów ataku.
• Dezinformacja w służbie cyberprzestępców: Boty do rozprzestrzeniania fałszywych komunikatów już powstały i można je kupić w cyberprzestępczym podziemiu. Idąc w ślad za niedawnymi niechlubnymi kampaniami państw, mającymi na celu wpływanie na opinię publiczną, cyberprzestępcy prawdopodobnie przystosują boty i użyją mediów społecznościowych przeciwko znanym firmom. Będą zamieszczać nieprawdziwe informacje na ich temat i żądać okupu za zaprzestanie takich działań.
• Integracja ataków: Przewiduje się, że cyberprzestępcy, aby skutecznie obchodzić zabezpieczenia, zastosują strategię łączenia kilku rodzajów ataków. Przykładem może być integracja phishingu, steganografii i wirusów bezplikowych do przeprowadzenia ataku na wiele celów jednocześnie. Takie synergiczne ultrazagrożenia będą ze sobą sprzężone i wprowadzą spore zamieszanie w tradycyjnym krajobrazie zabezpieczeń obronnych, komplikując proces identyfikacji i przeciwdziałania atakom.
Chmura, domowe IoT i media społecznościowe w stanie oblężenia
Dzięki dostępowi do coraz skuteczniejszych taktyk i strategii cyberprzestępcy będą mogli skierować swoje ataki na cele o szerszym zakresie i większym poziomie złożoności. Przewiduje się, że w roku 2019 na ich celowniku znajdą się: własność intelektualna, domowe urządzenia Internetu Rzeczy (IoT) oraz dane uwierzytelniające przechowywane w chmurze, cyfrowi asystenci i platformy społecznościowe.
• Wycieki danych z chmury: McAfee prognozuje znaczny wzrost liczby ukierunkowanych ataków celujących w ogromne ilości danych korporacyjnych przechowywanych w chmurze. 21% treści zarządzanych obecnie za pośrednictwem chmury zawiera materiały poufne i wrażliwe, np. własność intelektualną, informacje o klientach i dane osobowe. Możliwe scenariusze obejmują ataki ukierunkowane na słabe interfejsy API lub niestrzeżone punkty końcowe API, rozszerzony rekonesans i eksfiltrację danych z baz chmurowych, a także użycie chmury do ataków kryptologicznych MITM (man-in-the-middle) do celów cryptojackingu lub ransomware.
• Ataki na domowe urządzenia IoT za pośrednictwem smartfonów, tabletów i routerów: Nowe złośliwe programy mobilne będą wykorzystywać smartfony, tablety i routery po to, by dotrzeć do cyfrowych asystentów i sterowanych przez nich prywatnych urządzeń IoT. Po infekcji takie urządzenia będą wytrychem do naszych domów, stając się częścią botnetów, które mogą uruchomić ataki DDoS, lub dając cyberprzestępcom dostęp do danych osobowych oraz możliwość podjęcia innych złośliwych działań, np. otwarcia drzwi lub połączenia z serwerem sterującym.
• Ataki na tożsamość w mediach społecznościowych: W 2019 roku duże platformy społecznościowe wdrożą dodatkowe środki ochrony danych użytkowników. Jednak wraz z rozwojem mediów społecznościowych cyberprzestępcy będą z coraz większą determinacją rozpracowywać te obfitujące w dane środowiska. Skuteczne naruszenia zabezpieczeń mediów społecznościowych, platform tożsamościowych i urządzeń brzegowych pozwolą przestępcom ponawiać podobne ataki w przyszłości.
Własna firma czy etat? To pytanie, które niesie ze sobą nie tylko ogrom perspektyw i szans na rozwój kariery, ale również nieodłączne ryzyko. Z jednej strony niepokój przyszłych przedsiębiorców budzi nie tylko utrata stałej pensji, ale także trudność w pozyskiwaniu klientów na konkurencyjnym rynku. Z drugiej jednak – szansa na pełną samodzielność zawodową i decyzyjność biznesową kusi tych, którym etatowe zatrudnienie nie daje pełnej satysfakcji. Czy jest się czego obawiać? Jak skalkulować własny biznes, by był dochodowy? Ile i jakie koszty prowadzenia działalności gospodarczej należy uwzględnić, decydując się na założenie firmy?
Tomasz Kaźmierski – Aforti Finance
Eksperci Aforti Finance zestawili kluczowe wydatki związane z założeniem i prowadzeniem działalności gospodarczej. Dla ułatwienia przygotowali również prostą kalkulację dla tych, którzy być może już wraz z nowym rokiem planują rozpocząć własny biznes.
Jest dochód – jest podatek dochodowy
Każdy, bez względu na skalę działania, decydując się na uruchomienie własnej działalności gospodarczej musi pamiętać przede wszystkim o obciążeniach podatkowych oraz ubezpieczeniowych.
Jeszcze zanim powstanie firma warto rozważyć, którą z dostępnych form podatku dochodowego od osób fizycznych przyjąć. Możliwych jest kilka opcji, w tym dwie najprostsze – podatek progresywny, nazywany skalą podatkową (18% / 32%) i liniowy (19%). W tym zakresie przedsiębiorcy mają pełną dowolność, ale warto zauważyć, że podatek progresywny daje możliwość wspólnego rozliczenia z małżonkiem czy stosowania ulg podatkowych, przy czym jest korzystny tylko dla tych przedsiębiorców, których roczny dochód – czyli przychód pomniejszony o koszty prowadzenia działalności – nie przekroczy85 528 zł. Jeżeli jednak zysk firmy będzie wyższy niż wspomniany limit, podatnik będzie automatycznie zobowiązany do odprowadzania 32% podatku, ale tylko od dochodu wykraczającego poza wyznaczoną przez ustawodawcę graniczną wartość.
Uproszczona kalkulacja podatkowa dla przedsiębiorcy o dochodach do 85 528 zł rocznie, po przekroczeniu kwoty wolnej od podatku, rozliczającego się w oparciu o podatek progresywny (18% / 32%):
Przychód = 1000 zł netto / 1230 zł brutto / Koszty (przykładowa wartość) = 180 zł netto (nie uwzględnia składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne)
Dochód = 1000 zł – 180 zł = 820 zł
Podatek dochodowy, czyli kwota należna do odprowadzenia do US: 820 zł x 18% = 147,60 zł
Z kolei przy podatku liniowym (19%)nie ma możliwości skorzystania z ulg, jak np. na dzieci, rehabilitacyjnych czy dla osób osiągających dochody za granicą. Przywilejem przedsiębiorców korzystających z tej formy opodatkowania jest jednak możliwość stosowania przez cały rok jednej, niskiej stawki procentowej, niezależnie od uzyskiwanych dochodów. Stąd też z tego rozwiązania korzystają najczęściej przedsiębiorcy zarabiający więcej niż 85 528 zł rocznie.
Uproszczona kalkulacja podatkowa dla przedsiębiorcy po przekroczeniu kwoty wolnej od podatku, rozliczającego się w oparciu o podatek liniowy (19%):
Przychód = 1000 zł netto / 1230 zł brutto / Koszty (przykładowa wartość) = 180 zł netto (nie uwzględnia składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne)
Dochód = 1000 zł – 180 zł = 820 zł
Podatek dochodowy, czyli kwota należna do odprowadzenia do US: 820 zł x 19% = 155,80 zł
Zmiany formy opodatkowania można dokonaćraz w roku. Trzeba przy tym pamiętać, że jest to możliwetylko do 20 stycznia danego roku kalendarzowego. Nie każdy przedsiębiorca musi się jednak decydować na podatek progresywny lub liniowy. Istnieją bowiem też inne formy opodatkowania, tj. ryczałt od przychodów ewidencjonowanych oraz karta podatkowa. W przypadku ryczałtu zaliczka na podatek uiszczana jest procentowo od przychodu, jedną stawką o różnej wysokości (od 3% do 20%), uzależnioną od usług, jakie dany przedsiębiorca świadczy. Z kolei dzięki karcie podatkowejprzedsiębiorca zawsze płaci stałą kwotę podatku, ale z tej formy można skorzystać wykonując tylko określone ustawą rodzaje działalności.
Podatek dochodowy to nie wszystko! VAT a mikro, mali i średni przedsiębiorcy
W kontekście podatkowym, kluczowym dla każdego przedsiębiorcy elementem rozliczania się z fiskusem jest również obowiązek – lub jego brak – rejestracji do VAT, czyli konieczności płacenia podatku
od towarów i usług. Aktualnie obowiązujące stawki VAT w Polsce wynoszą: 23%, 8% i 5%.
Niestety w kwestii odprowadzania podatku VAT nie ma dobrowolności, a obowiązek ten narzucają przepisy. Wszystko zależy m.in. od rodzaju wykonywanych przez przedsiębiorcę usług. Wyjątkiem jest sytuacja, w której podatnicy zobowiązani przepisami do odprowadzania podatku VAT są jednak z niego zwolnieni, o ile złożyli odpowiednią deklarację, a przy tym wartość ich sprzedaży nie przekroczyła łącznie w poprzednim roku podatkowym limituzwolnienia podmiotowego w VAT. W 2018 roku wynosił on 200 000 zł. Ważny jest również fakt, iż zmiana statusu płatnika VAT jest możliwa tylko po upływie pełnego roku kalendarzowego.
ZUS – z chorobowym czy nie, płacić trzeba
Kolejnym znaczącym obciążeniem, o którym musi pamiętać przedsiębiorca, jest konieczność ubezpieczenia w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Dokonując rejestracji, przedsiębiorca wybiera dodatkowo – poza obowiązkowymi składkami – zakres ubezpieczenia, określając czy chce, aby obejmowało ono składkę chorobową. Przy opłacanym „chorobowym” nie tylko zmniejsza się – w okresie przebywania na zwolnieniu lekarskim – łączna kwota składek na ubezpieczenie społeczne, ale też dodatkowo ZUS wypłaca przedsiębiorcy zasiłek chorobowy w okresie niezdolności do pracy. W przeciwnym razie osoba prowadząca firmę nie otrzymuje od ZUSu żadnego wynagrodzenia w tym czasie.
Osoby, które rozpoczynają dopiero swoją przygodę z biznesem, mogą liczyć na zniżki przy opłacaniu składek. Przez pierwsze dwa lata koszt ich koszt wynosi zaledwie ok. 40% standardowej kwoty. To duża różnica pozwalająca – zwłaszcza na starcie działalności gospodarczej – ograniczyć koszty niezbędne do jej prowadzenia.
Przykładowe składki ZUS dla przedsiębiorcy rozpoczynającego działalność:
Składki ZUS – mimo tego, że stanowią duże obciążenie finansowe dla przedsiębiorców z sektora MSP – dają możliwość zmniejszenie podstawy opodatkowania podatkiem dochodowym, a nawet wyliczonego już podatku. I tak – ubezpieczenie społeczne w całości obniża podstawę opodatkowania, a z kolei opłacone składki ZUS na ubezpieczenie zdrowotne nie są odliczane w pełnej wysokości płatnej do ZUSu (9%),
a jedynie w 7,75% podstawy wymiaru.
Własna firma a etat – prosta kalkulacja?
Bazowe koszty prowadzenia działalnościgospodarczej w przypadku przedsiębiorcy, który:
osiąga średnio 2500 zł przychodu netto miesięcznie
nie korzysta z preferencyjnej stawki ZUS
nie płaci składek na ubezpieczenie chorobowe
zdecydował się na progresywną skalę podatkową (18% i 32%)
ponosi około 1000 zł miesięcznie dodatkowych kosztów uzyskania przychodu
można oszacować miesięcznie na około 1300 zł (ZUS + podatek dochodowy). Doliczając do tego wspomniane koszty bieżące, przedsiębiorca ten – przy przychodach na poziomie 2500 zł netto – ponosi łącznie w każdym miesiącu około 2300 zł opłat, co finalnie daje mu około 200 zł zysku miesięcznie. Pracownik na etacie, którego wynagrodzenie netto wynosi tyle samo, czyli bruttookoło 3 493,21 zł miesięcznie, „na rękę” dostanie od pracodawcy2500 zł. Oczywiście nastąpi to już po potrąceniu z kwoty brutto składek na ZUS i przy kosztach pracodawcy na poziomie około 720 zł miesięcznie. Tym samym etatowy pracownik zarobi o 2300 zł więcej niż przedsiębiorca.
Trudno w tych okolicznościach finansowych przekonywać pracowników, by rzucali etat i uruchamiali własną działalność, ale powyższe kalkulacje wyglądają coraz bardziej optymistycznie wraz ze wzrostem przychodów przedsiębiorcy. Notując większe, miesięczne wpływy, koszty takie, jak ZUS czy księgowość pozostają często niezmienne, poza zaliczką na podatek dochodowy. I tak – przy przychodach na poziomie 5000 zł, zyski mikro, małego i średniego przedsiębiorcy można już szacować na około 2250 zł, a przy 7500 zł przychodu, prowadząc firmę można „na czysto” zarobić nawet 4300 zł miesięcznie.
Wszystko wskazuje na to, że w tegoroczne święta pobijemy rekord wydatków konsumpcyjnych. Sprzyja temu doskonała sytuacja na rynku pracy, dynamiczny wzrost płac oraz niska inflacja. Humory mogą jednak psuć drogie paliwa oraz niektóre produkty żywnościowe.
Doskonała koniunktura w gospodarce i towarzyszące temu rekordowo niskie bezrobocie oraz wysokie zapotrzebowanie na pracowników, to główne czynniki wpływające na poprawę warunków życia większości Polaków, które wraz z programami socjalnymi powodują silny wzrost wydatków konsumentów. Mocno w górę idą wynagrodzenia, a większym zakupom sprzyja także tani kredyt. Ostatnie miesiące roku przynoszą także wyraźny spadek inflacji, która według wstępnych danych GUS wyniosła w listopadzie zaledwie 1,2 proc. a więc była najniższa od grudnia 2016 r., czyli od prawie dwóch lat. To doskonałe warunki, by w nadchodzące święta pozwolić sobie w sferze wydatków na nieco więcej niż zwykle i zaszaleć bardziej niż w poprzednich latach, tym bardziej, że za rok sytuacja może być już nieco mniej sprzyjająca. Przeciętne wynagrodzenie w firmach rośnie w tym roku w tempie przekraczającym 7 proc., a w ujęciu realnym o ponad 5 proc. W 2019 r. dynamika wzrostu płac nominalnych prawdopodobnie będzie nieco niższa, a prognozowany mocniejszy skok inflacji spowoduje, że wartość nabywcza wynagrodzenia będzie znacznie słabsza. Zakładając, że średnia płaca będzie rosła o 6 proc., a inflacja może sięgać 3 proc., poprawa sytuacji materialnej będzie znacznie mniej odczuwalna. Czekają nas także znacząco zwiększone wydatki związane ze wzrostem cen energii, które będą widoczne nie tylko bezpośrednio, czyli w rachunkach za gaz i prąd, ale także pośrednio, a więc w opłatach związanych z użytkowaniem mieszkania oraz codziennymi zakupami i wyższymi cenami wielu artykułów trwałego użytku. Jak wynika z opublikowanego niedawno raportu Krajowego Rejestru Długów, przeciętny Polak miesięcznie wydaje na utrzymanie 1572 zł, czyli ponad 60 proc. więcej niż trzy lata temu. To efekt nie tylko większej zamożności, ale przede wszystkim rosnących kosztów życia. Jak wylicza KRD, w porównaniu do 2015 r. rachunki za wodę poszły w górę o 56 proc., za prąd o 65 proc., a za gaz o 73 proc. Koszty ogrzewania poszły w górę aż o 188 proc.
Wielką niewiadomą są ceny paliw i żywności. Ostatnie miesiące obecnego roku stoją pod znakiem silnych wahań na rynku ropy naftowej. Początkowo mocno odczuwalny był dynamiczny wzrost, a trwająca od początku października przecena surowca na giełdach, wcale nie przyniosła adekwatnego spadku cen płaconych przy dystrybutorach z paliwem. W przyszłym roku prawdopodobnie benzyna i olej napędowy wyraźnie tańsze nie będą, a od pogody zależy to, jak będzie z żywnością. W tym roku ta ostatnia nie drożała zbyt mocno, ale odczucia są różne, w zależności od tego, co kto preferuje w swoim menu.
Święta mają jednak swoje prawa i pozwalamy sobie choć na chwilę zapomnieć o rosnących rachunkach, a czasem i długach. Z systematycznie prowadzonych przez firmę doradczą Deloitte badań wynika, że w tym roku przeciętny Polak na świąteczne zakupy planuje wydać 1168 zł. To o 6 proc. więcej niż kwota faktycznie wydana rok wcześniej, a więc o wielkim szaleństwie raczej nie ma mowy, biorąc pod uwagę wspomniany, przekraczający 7 proc. wzrost średniego wynagrodzenia, obejmujący pracowników firm zatrudniających powyżej 9 osób. Zwykle wydatkowe plany są „lekko” przekraczane, przynajmniej o kilkanaście procent. W ubiegłym roku planowaliśmy wydać 882 zł, a więc tegoroczne plany są wyższe o niemal jedną trzecią. A w tym roku możemy być skłonni do jeszcze większego ich przekroczenia. Świadczą o tym szacunki dotyczące dynamiki zakupów w trakcie coraz bardziej u nas modnego Czarnego Piątku, czyli dnia przedświątecznych wyprzedaży, który wypadał w tym roku 23 listopada. Jak podaje Krajowa Izba Rozliczeniowa, rejestrująca między innymi wartość płatności internetowych, średnia wartość zakupowego koszyka, realizowanego tego dnia wyniosła 190 zł, czyli była aż o 176 proc. wyższa niż średnia dzienna zakupów dokonywanych w październiku.
Zarząd PKN ORLEN i organizacje związkowe podpisały porozumienie w sprawie zmiany Zakładowego Układu Zbiorowego Pracy. Pierwszy raz w historii firmy obie strony porozumiały się w sprawie wzrostu wynagrodzeń w roku poprzedzającym ich realizację.
Przyjęte uzgodnienia dotyczące zmiany ZUZP będą obowiązywać od 1 kwietnia 2019 r., po ich zarejestrowaniu przez Państwową Inspekcję Pracy. Najistotniejsze z nich to m.in.: rozszerzenie ścieżek kariery m. in. poprzez dodanie nowych stanowisk w obszarach produkcji, wsparcia produkcji i straży pożarnej, podniesienie minimalnych i maksymalnych widełek płac czy wprowadzenie nowych stanowisk traderów, zajmujących się transakcjami na giełdach towarowych i finansowych.
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
– Uzgodnione ze związkami zawodowymi zmiany, traktuję jako inwestycję, która już w ujęciu krótkoterminowym powinna przynieść pozytywne efekty dla Spółki. Biorąc pod uwagę aspekt społeczny, śmiało można stwierdzić, że negocjacje dotyczące Zakładowego Układu Zbiorowego Pracy były w ostatnim czasie jednym z najważniejszych procesów w spółce. Tym bardziej, że rozmowy te połączone były z dyskusją w sprawie wzrostu płac w 2019 roku. Bardzo istotne jest, że wypracowane nowe warunki są optymalne z punktu widzenia finansów i rozwoju spółki – podkreśla Daniel Obajtek Prezes Zarządu PKN ORLEN.
– Jestem przekonany, że zmiany będą miały istotny wpływ na realizację naszej strategii biznesowej. Umożliwią bowiem wzrost zaangażowania pracowników, osiąganie przez nich odpowiednich kompetencji, wiedzy i umiejętności. Przyczynią się też do pozyskania i utrzymania odpowiednich pracowników w obszarach, w których się rozwijamy. Liczę, że nowe zasady zarówno w zakresie ZUZP, jak i wzrostu wynagrodzeń w 2019 r. zostaną pozytywnie odebrane przez pracowników. Budowa dobrych i stabilnych warunków zatrudnienia oraz inwestowanie w rozwój pracowników należą do naszych priorytetów – dodaje Daniel Obajtek Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Obok zmian o charakterze porządkującym i dostosowującym zapisy ZUZP do powszechnie obowiązujących przepisów prawa, uelastyczniono zasady zatrudniania oraz rozwoju kompetencji pracowników.
Dodatkowo w odrębnym porozumieniu PKN ORLEN ustalił z organizacjami związkowymi wzrost wynagrodzeń na rok 2019 o 250 zł brutto dla pracowników zatrudnionych w niższych kategoriach zaszeregowania oraz nagrody jednorazowe w kwocie 2100 zł dla pracowników zatrudnionych w wyższych kategoriach, z wyłączeniem wyższej kadry zarządzającej. Nagrody jednorazowe dla pracowników PKN ORLEN oraz zasady ich wypłaty będą przedmiotem dalszych negocjacji płacowych, które zaplanowano na styczeń 2019 r.
W Katowicach trwa Szczyt Klimatyczny ONZ, czyli tzw. COP (Conference of the Parties). Przez dwa tygodnie politycy, biznesmeni, naukowcy i eksperci będą dyskutować o działaniach na rzecz polityki klimatycznej. Tymczasem to od właścicieli firm i obywateli zależy to, czy uda się ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery i tym samym zatrzymać globalne ocieplenie.
Zakłady przemysłowe, dymiące kominy i spowite smogiem miasta – taki obraz zazwyczaj przychodzi nam na myśl, gdy mowa o największych trucicielach środowiska i konieczności ograniczenia emisji CO2. To poważny błąd. Problem dotyczy bowiem każdej firmy i każdego odbiorcy produktów.
Jak zniszczyć miliony dolarów i…. drzew
W tym roku firma Burberry, znana przede wszystkim ze swej słynnej kratki i płaszczy, zniszczy swoje produkty o wartości 38 mln dolarów. Przyczyna jest wyjątkowo błaha – produkty w sezonie się nie sprzedały a firma nie dopuszcza wyprzedaży. Burberry to nie jedyna marka odzieżowa, która budzi kontrowersje swoim podejściem. Nadmiar swoich wyrobów skórzanych spala również Louis Vuitton, a H&M – jak wykazało śledztwo duńskiej telewizji – spalał przez ostatnie lata aż 12 ton odzieży rocznie. To czyste marnotrawstwo i prawdziwy dowód na to, że ograniczenie emisji szkodliwego dwutlenku węgla, zależy nie tylko od decydentów, polityków, ale w dużej mierze od właścicieli firm i konsumentów.
Przemysł odzieżowy zajmuje drugie miejsce w rankingu branż najbardziej zanieczyszczających środowisko. Przed nim są tylko koncerny naftowe – zwraca uwagę Eileen Fisher, właścicielka jednego z odzieżowych potentatów, eksportującego swoje produkty do ponad 200 krajów na świecie. Jest w tym dużo racji. Sami Amerykanie kupują ponad 22 mld ubrań rocznie, z tego zaledwie kilka procent produkuje się na miejscu. Nietrudno wyobrazić sobie ile energii potrzeba, by je wytworzyć a następnie dostarczyć do końcowego odbiorcy. Podobnych przykładów marnotrawstwa i negatywnego wpływu na środowisko jest o wiele więcej. Choćby papierowe faktury.
W kleszczach papieru
Co miesiąc otrzymujemy od dostawców usług telekomunikacyjnych, energetycznych, spółdzielni mieszkaniowych papierową fakturę lub w postaci pliku PDF, którego zawartość i tak trzeba wydrukować. W relacjach pomiędzy przedsiębiorcami jest podobnie. W dobie technologii pozwalających na wystawianie i odbiór automatycznych faktur, nie wymagających wydruku, jest to czyste marnotrawstwo i działanie wręcz antyekologiczne – zwraca uwagę Tomasz Kuciel, prezes firmy Edison będącej częścią konsorcjum PEF Expert, które jest brokerem rządowej Platformy Elektronicznego Fakturowania.
Z wyliczeń Edisona wynika, że wystawiając i odbierając rocznie 10 000 faktur firma oszczędza 30 000 kartek papieru, ocalając tym samym 2 drzewa. Teoretycznie niewiele, jednak szacuje się, że w Polsce każdego roku wystawia się około półtora miliarda faktur, średnio 4 000 000 dziennie. Wystarczy więc niecała doba, żeby uratować pół tysiąca drzew. Argumentem jest też ograniczenie emisja CO2.
– Gdyby udało się wprowadzić całkowity automatyczny obrót faktur, to rocznie uratowalibyśmy 300 tys. drzew. Jednocześnie do atmosfery nie wprowadzilibyśmy 1 mln kilogramów substancji zanieczyszczających powietrze. Pamiętajmy, że do wytworzenia i transportu 1,5 mld faktur potrzeba tyle paliwa, ile do przejechania 39 mln kilometrów przeciętnym samochodem. Warto mieć to na uwadze zastanawiając się nad możliwościami ograniczenia emisji CO2 – zwraca uwagę Tomasz Kuciel. Według tegorocznych danych Eurostatu, Polska znajduje się w połowie zestawienia największych emitentów CO2 w Unii Europejskiej. Tuż przed nami są Finlandia, Włochy i Belgia, tuż za: Francja oraz Grecja. Jesteśmy piątym co do wielkości krajem w Europie z największym udziałem emisji dwutlenku węgla. Zmiany są więc bardzo potrzebne, ale wiele zależy od podejścia przedsiębiorców. Przykład?
Miasta mają pole do popisu
Od połowy kwietnia przyszłego roku polska administracja publiczna będzie zobowiązana do przyjmowania automatycznych, elektronicznych e-faktur. To dobry sygnał dla rynku, bo doświadczenia pokazują, że zmiany w administracji zazwyczaj pociągają za sobą zmiany w biznesie. Pytanie na ile uda się przekonać do nich przedsiębiorców. EDISON wyliczył, że firma wystawiająca miesięcznie 1000 automatycznych e-faktur ocali 1 drzewo. Argumentem jest jednak nie tylko środowisko, ale i pieniądze. Dzięki rezygnacji z papieru firma oszczędzi rocznie około 40 osobo-dni (lub 40 dni pracy 1 osoby) i ok. 20 000 zł na materiałach i energii. Przy 10 tys. faktur te oszczędności są znacząco większe.
Dużo do powiedzenia w kwestii ekologii i ograniczenia emisji CO2 i wprowadzeniu automatycznych faktur mają miasta. Zachętą mogą być znaczące oszczędności. Bruno Koch, autor raportu „E-Invoicing/E-Billing. Digitisation & Automation” stawia tezę: „jeden mieszkaniec, jedna faktura” i twierdzi, że reguła ma zastosowanie w aglomeracjach zamieszkałych przez minimum pół miliona ludzi. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę podatki, opłaty za wywóz śmieci, dystrybucję energii i komunikację, to na jednego mieszkańca przypada rocznie od dwóch do sześciu faktur.
W zestawieniu pada przykład Warszawy, miasta z populacją dwóch milionów mieszkańców i prognozą potencjalnych, rocznych oszczędności w wysokości 55 mln Euro. Sumując, pod kątem populacji, dziewięć kolejnych największych polskich miast otrzymamy wynik 4,5 mln mieszkańców. Hipotetycznie daje to przy rozliczaniu z samorządem i wykorzystaniu automatycznych e-faktur oszczędności na poziomie około 120 mln Euro rocznie. Dodatkowo oznacza to oszczędność 900 drzew i redukcję 3000 kg substancji zanieczyszczających powietrze. Pojawia się jednak istotne zastrzeżenie w opozycji do wyliczeń Kocha. Szwajcar zakłada, że 40% elektronicznych rozliczeń odbywa się w formie maila i załącznika PDF, a 60% jako e-faktura do automatycznego przetwarzania. Tymczasem w Polsce ponad 84% faktur wystawia się w papierowej formie, a większość tych elektronicznych to zwykły PDF, który z automatyczną, elektroniczną fakturą nie ma nic wspólnego. To oznacza, że u nas te oszczędności mogą być znacznie większe – mówi Tomasz Kuciel z Edisona.
Internet wielkim trucicielem?
Potencjał do ograniczenia redukcji CO2 tkwi nawet w….. Internecie. Szacuje się, że od początku tego roku globalna sieć wyemitowała do atmosfery ponad 1 mld ton dwutlenku węgla. Nie ma w tym nic dziwnego. Rośnie znaczenie nowych technologii – Big Data, chmury obliczeniowej czy Internetu Rzeczy. Centra danych zużywają już tyle samo prądu, ile potrzebują do funkcjonowania blisko 60-milionowe Włochy. Oczywiście są sposoby, by ten negatywny wpływ na środowisko ograniczyć. Dzięki wirtualizacji firmowej infrastruktury IT możliwa jest redukcja emisji dwutlenku węgla o równowartości całej konsumpcji CO2 potrzebnej do zasilenia elektrowni we Włoszech, Hiszpanii, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii razem wziętych. Na tym polega piękno nowych technologii jak cloud, edge computing czy infrastruktura konwergentna. To fundament, który pozwala tworzyć narzędzia przyspieszające działanie biznesu, ale jednocześnie gwarantuje zdrowy i bezpieczny klimat– zwraca uwagę Joe Baguley, wiceprezes i dyrektor generalny ds. technologicznych w firmie VMware, dostawcy oprogramowania do wirtualizacji serwerów, dysków, sieci oraz usprawniającego cyfryzację przedsiębiorstw. Dzięki naszym technologiom tylko w 2017 r. udało się zredukować emisję dwutlenku węgla o 540 mln ton, co jest odpowiednikiem dwóch trzecich całej konsumpcji CO2 w USA. Pozwoliło nam to osiągnąć w naszych działania neutralność węglową – podkreślał niedawno na konferencji technologicznej VMworld 2018 w Barcelonie, Pat Gelsinger, prezes firmy VMware.
Poza sferą religijną Świąt Bożego Narodzenia jest jeszcze ta druga, bardziej przyziemna. Mowa tutaj oczywiście o finansach. Czy w tym roku Święta będą większym obciążeniem dla naszej kieszeni niż w zeszłym? Szacuje się, że na świąteczne zakupy i prezenty wydamy w tym roku 1170 zł.
Jak wykazały badania firmy Deloitte w raporcie “Zakupy Świąteczne 2018”, wraz z początkiem grudnia, prawie trzy czwarte Polaków rozpoczyna świąteczne zakupy, a 30 procent z nas zakupiło prezenty już w listopadzie. Jak wygląda “wigilijny budżet” Polaka w tym roku?
We wspomnianym wcześniej raporcie czytamy, iż Polacy planują wydać na bożonarodzeniowe zakupy 1170 zł, co jest 6% wzrostem w porównaniu do lat ubiegłych. Skąd wynika lepsza sytuacja finansowa Polaków? Jak analizują eksperci serwisu Walutomat.pl, niewątpliwie jest to w dużej mierze skutek aktualnej sytuacji na rynku pracy, a przede wszystkim wzrostu wynagrodzeń oraz spadku liczby osób bezrobotnych.
Zarabiamy więcej niż rok temu
Dane makroekonomiczne wskazują na to, że w porównaniu z poprzednimi latami, istnieją poważne przesłanki ku większym wydatkom na zorganizowanie Świąt w tym roku. Jeśli przeanalizujemy dane z rynku pracy, dostarczane przez Główny Urząd Statystyczny będziemy mogli potwierdzić ten optymizm. Według danych GUS, praktycznie w każdym miesiącu 2018 roku odnotowany został wzrost wynagrodzenia, w porównaniu do analogicznego miesiąca rok wcześniej, co przedstawia poniższy wykres.
Źródło: Opracowanie Walutomat.pl na podstawie danych z pl.tradingeconomics.com
Takie wzrosty przełożyły się na niżej zaprezentowane wartości przeciętnego wynagrodzenia brutto w poszczególnych miesiącach. W październiku tego roku wynosi ono 4921 zł brutto, co w porównaniu do zeszłorocznego, analogicznego miesiąca, jest wzrostem o ponad 340 zł. Należy jednak pamiętać, że prezentowane dane dotyczą przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 pracowników.
Źródło: Opracowanie Walutomat.pl na podstawie danych z wynagrodzenia.pl/gus/dane-miesieczne
Polacy mają pracę
Kolejnym z głównych wskaźników podczas analizowania rynku pracy w Polsce jest stopa bezrobocia. Ta od początku 2018 roku systematycznie obniża się. W styczniu 2018 publikowane dane wskazywały poziom 6,9%, by obniżyć się do 5,7% w październiku. Taki rozkład danych ewidentnie świadczy o bardzo dobrej kondycji naszej gospodarki, a co najważniejsze, coraz mniejszej liczbie osób pozostającej bez zatrudnienia. Rozkład poszczególnych odczytów przedstawiony został na wykresie.
Źródło: Opracowanie Walutomat.pl na podstawie danych z pl.tradingeconomics.com
Niska inflacja
Bardzo dobre dane z rynku pracy to jedno, ale nie byłyby one w pełni miarodajne bez porównania z innymi wskaźnikami naszej gospodarki. W tym przypadku warto byłoby pokazać zmianę poziomu inflacji w Polsce. Jest ona na stosunkowo niskim poziomie i w tym roku jej roczna dynamika w poszczególnych miesiącach nie przekroczyła 2%. Co więcej, wstępne dane za listopad mówią o dynamice rok do roku na poziomie 1,2%.
Źródło: Opracowanie Walutomat.pl na podstawie danych z pl.tradingeconomics.com
– Wzrost wynagrodzeń jest odczuwalny dla naszego portfela. W przypadku jednak, gdyby inflacja w Polsce była wyższa, wzrost przeciętnych wynagrodzeń nie byłby już tak zauważalny i mogłoby nie być ekonomicznych podstaw, by twierdzić, że tegoroczne Święta będą bogatsze – komentują eksperci Walutomat.pl.
Podsumowując, tegoroczne Święta Bożego Narodzenia najprawdopodobniej w wielu polskich domach będą bogatsze niż rok temu. Sugerować to może analiza wskaźników makroekonomicznych, szczególnie tych z polskiego rynku pracy. Patrząc na odczyty można stwierdzić, że sytuacja pracowników poprawia się tak naprawdę z miesiąca na miesiąc. Nic więc dziwnego, że przy wyższych zarobkach będziemy bardziej skłonni wydać nieco więcej na zorganizowanie Świąt niż jeszcze chociażby rok temu. Potwierdzeniem tych przypuszczeń jest również przytaczany raport, który mówi, że wzrost wydatków może sięgnąć nawet 6% w skali roku.
Projekt nowelizacji ustawy o VAT i ordynacji podatkowej opublikowany 4 grudnia br. na stronach Rządowego Centrum Legislacji z jednej strony upraszcza obowiązki podatników związane rozliczaniem VAT, z drugiej jednak strony wprowadza nową karę administracyjną za najdrobniejsze nieprawidłowości. Propozycja ministerstwa zakłada zastąpienie składanych obecnie przez podatników deklaracji (VAT-7, VAT-7K) wraz z załącznikami, informacji podsumowujących w obrocie krajowym (VAT-27) oraz ewidencji formacie JPK jednym plikiem JPK_VAT. W obecnym kształcie projekt zakłada utrzymanie deklaracji VAT-UE.
Zgodnie z projektem, od lipca 2019 r. podatnicy zamiast wysyłać deklarację VAT i plik JPK będą raportować do organów podatkowych swoje rozliczenia VAT w formie jednego pliku JPK_VAT. Generalnie rozwiązanie to należy ocenić pozytywnie – w dłuższej perspektywie powinno wpłynąć to na zmniejszenie ilości pracy administracyjnej podatników związanej z rozliczaniem VAT. Uzależnione to będzie jednak od zakresu informacji, jakie przekazywać będą podatnicy w ramach nowej struktury. Przy czym podkreślenia wymaga, że szczegółowy zakres danych nowego JPK_VAT nie jest na razie znany. W ocenie autorów projektu nowe regulacje wpłyną również na zwiększenie efektywności i szybkości prowadzenia kontroli przez organy podatkowe. Założenie projektu jest takie, że organy dysponując danymi finansowymi w formie jednolitych plików JPK oraz utworzonym na mocy nowelizacji Centralnym Rejestrem Faktur, będą w stanie skuteczniej walczyć z oszustwami podatkowymi – w szczególności wystawianiem pustych faktur oraz oszustwami karuzelowymi.
Należy jednak podkreślić, że w przypadku wielu podatników zmiany te będą wiązały się z koniecznością wprowadzenia kolejnych zmian w systemach księgowych, które najczęściej oznaczają dodatkowe koszty.
Niestety, projekt przewiduje również nowe sankcje administracyjne, które należy ocenić zdecydowanie negatywnie. Zaproponowane zmiany sankcjonują błędy oraz niezgodności, które mogą pojawić się w rejestrze VAT przesyłanym w formie JPK. Za każdy błąd przewiduje się karę administracyjną w wysokości 500 zł. Kara będzie nakładana, jeżeli podatnik w wyniku wezwania nie skoryguje nieprawidłowości w terminie 14 dni. Co istotne, przepis nie precyzuje, jakiego rodzaju błędy będą objęte sankcją – w obecnym kształcie karą mogą być objęte nawet najmniejsze uchybienia niemające żadnego wpływu na kalkulację podatku. W przypadku podatników, których rejestry nierzadko składają się z wielu tysięcy pozycji nowe przepisy mogą powodować konieczność dokonywania żmudnych korekt lub nawet zapłaty kar – stawka 500 zł kary dotyczy bowiem każdego pojedynczego błędu. Nierzetelność i wadliwość JPK_VAT została również obwarowana nowymi sankcjami karnymi skarbowymi.
Nowy, rozszerzony JPK_VAT będzie składany miesięcznie również w przypadku podatników korzystających z rozliczeń kwartalnych. Z założenia ma to na celu ograniczenie nieprawidłowości, do których może dochodzić w przypadku stosowania rozliczeń kwartalnych VAT. W praktyce oznacza to zmniejszenie korzyści płynących z rzadszego składania deklaracji – podatnicy rozliczający się kwartalnie będą bowiem zobowiązani do miesięcznego składania JPK_VAT.
Negatywnie należy ocenić również wprowadzenie obowiązku informowania klienta przez sprzedawcę korzystającego z kasy fiskalnej o obowiązkach związanych z jej stosowaniem dotyczących wystawienia i wydania paragonu lub faktury z każdej sprzedaży. W założeniu nowy obowiązek ma wpływać na zwiększenie świadomości konsumentów – w praktyce wydaje się on niepotrzebną formalnością.
Autorem opinii jest Karol Trybulec, radca prawny i doradca podatkowy w Enodo Advisors
Ucieczka od ryzyka jest kontynuowana kolejny dzień, a dziś dodatkowym paliwem są informacje o zatrzymaniu dyrektor finansowej chińskiej spółki Huawei w Kanadzie z możliwością ekstradycji do USA, co rynek odbiera jako element twardej gry Waszyngtonu w negocjacjach handlowych. Na rynku walutowym lepiej mają się bezpieczne dolar, jen i frank, a cierpi dolar australijski.
Niezależnie od tego, czego dotyczą zarzuty wobec dyrektor Meng (podobno chodzi o łamanie sankcji nałożonych na Iran), zatrzymanie członka zarządu firmy blisko powiązanej z chińskimi władzami będzie odebrane jako pośrednie próby nacisku Waszyngtonu na Pekin w ramach trwających negocjacji handlowych. Już do końca wyparowały wszelkie pozytywne efekty komunikatu z weekendowego spotkania prezydentów Trumpa i Xi, a „zawieszenie broni” w wojnie celnej jest traktowane tylko jako odroczenie sporu i niepewność inwestorów nie zostanie szybko rozwiana. Tto także oznacza, że nie znikną obawy o spowolnienie globalnego wzrostu, więc utknęliśmy w oparach awersji do ryzyka. Szczególnie że zaufanie do stabilności rynków jest wśród inwestorów bardzo niskie, co było z resztą widać po charakterze ucieczki we wtorek przed środowym dniem wolnym w USA.
Prym wiodą bezpieczne przystanie, tj. USD, JPY i CHF. Z Chinami na głównej scenie pogorszenie sentymentu uderza głównie w AUD, któremu też nie pomagają krajowe dane (wczoraj fatalny PKB, dziś skurczenie nadwyżki handlowej). Presja na złagodzenie stanowiska RBA rośnie i rynek już to wycenia. USD/JPY idzie w dół, gdyż dolar stracił wsparcie wyższych rentowności obligacji skarbowych USA, kiedy rynek zaczął powątpiewać w determinację Fed do podwyżek. Te wątpliwości mogą być przesadzone – uzależniający od napływających danych Fed dalej może być jastrzębi, jeśli te dane będą wypadać mocno. Dziś testem będą ISM dla usług, bilans handlowy i ADP. Ostatnio mocno wypadły Chicago PMI i ISM dla przemysłu, więc po biznesie nie widać, aby ożywienie miało hamować. Bilans handlowy będzie miał większe znaczenie polityczne, gdyż brak oznak kurczenia deficytu będzie z pewnością irytował prezydenta Trumpa z winą zrzucaną na Chiny. ADP znaczy dziś najmniej, biorąc pod uwagę jego ostatnie rozminięcia się we wskazaniach z rządowym raportem NFP.
Dziś także powinniśmy poznać wynik szczytu OPEC, po którym oczekuje się decyzji o cięciu wydobycia w odpowiedzi na załamanie cen ropy naftowej. Wydaje się, że zapowiedź redukcji wydobycia o 1 mln baryłek/dzień jest bazowym poglądem rynku, choć przekaz decyzji może być nie wprost. USA (czyt. Trump) są przeciwne wysokim cenom ropy, a Arabia Saudyjska, główny rozgrywający w OPEC, szuka w USA sojusznika po ostatnim kryzysie dyplomatycznym wokół śmierci dziennikarza w saudyjskim konsulacie w Stambule. Większe cięcia lub aktywniejsza rola Rosji w redukcji podaży powinny zostać przez rynek przyjęte z entuzjazmem. Wątpliwości mamy jednak do trwałości ruchu – przy obawach o globalne spowolnienie pod znakiem zapytania stoi też popyt na ropę, a to nie są warunki do budowania fali wzrostowej cen surowca.
Następstwa opóźnienia w przekazaniu lokalu, kara umowna w przypadku wypowiedzenia umów oraz skutki zakłóceń w korzystaniu z lokalu – to najtrudniejsze negocjacyjnie kwestie przy podpisywaniu umów najmu na powierzchnie biurowe, które wskazali respondenci tegorocznego badania przeprowadzonego przez warszawską kancelarię Argon Legal oraz organizację RICS Polska. W niechlubnej czołówce pojawiły się także klauzule dotyczące stopnia zniszczenia, zwalniającego najemcę z wykonywania obowiązków wynikających z umowy oraz standardu prac wykończeniowych. Gwałtowny spadek trudności negocjacyjnych odnotowały za to zapisy o długości obowiązywania gwarancji po wygaśnięciu umowy czy odpowiedzialności najemców.
Rynek powierzchni biurowych zmienia się dynamicznie, przynosząc wciąż nowe szanse, ale i zagrożenia podmiotom, które na nim operują. W porównaniu do poprzedniej edycji badania (Najbardziej sporne klauzule w umowach najmu powierzchni biurowych 2015), o 5 punktów procentowych wzrósł odsetek respondentów, uznających klauzulę następstwa opóźnienia w przekazaniu lokalu za „trudną” lub „bardzo trudną”, która w tegorocznym badaniu zajęła pierwsze miejsce. O 8 punktów procentowych spadł natomiast odsetek odpowiedzi wskazujących na trudność w negocjacji kar umownych w przypadku wypowiedzenia umów. Choć klauzula ta nadal utrzymuje się w ścisłej czołówce trudnych negocjacyjnie zapisów, to w tym roku, jako trudną wskazało ją 53% respondentów, jeszcze trzy lata temu było to aż 61% badanych.
Seweryna Afanasjew – Członek Zarządu RICS EUROPE
– Nowe budynki biurowe czy projekty multifunkcyjne, tworzące całe fragmenty nowoczesnej tkanki miejskiej to również coraz liczniejsza obecność zagranicznych inwestorów instytucjonalnych i coraz bardziej już rozpowszechnione instytucjonalne umowy najmu. Słowo „instytucjonalne” w tym przypadku kojarzy się ze „skomplikowane” i faktycznie coś w tym jest. Umowy rozrosły się już do obszernych ksiąg zbliżając się do nawet 100 i więcej stron wraz z załącznikami dając z jednej strony pole do popisu prawnikom z drugiej jednak stanowiąc nie lada wyzwanie dla najemcy, który z taką umową spotyka się nie częściej niż raz na kilka lat – mówi Seweryna Afanasjew – Członek Zarządu RICS EUROPE.
– Dzisiaj, żeby doprowadzić do podpisania umowy najmu prawnicy obydwu stron spędzają na negocjacjach długie godziny, żeby nie powiedzieć tygodnie. Dodatkowo instytucje finansujące, jako ważny uczestnik rynku nieruchomości, inicjują pojawianie się w umowie najmu dodatkowych klauzul, zabezpieczeń i obostrzeń – dodaje Seweryna Afanasjew.
Znaczące zmiany zaszły w postrzeganiu zakresu odpowiedzialności najemców. Jeszcze w 2015 roku 42% respondentów uznawało tę klauzulę za „trudną” lub „bardzo trudną”, w tegorocznej ankiecie, jako „trudną” w negocjacjach z najemcami postrzega ją jedynie 18% badanych, a zatem został tu odnotowany spadek aż o 24% punkty procentowe. Jeszcze bardziej spadła liczba odpowiedzi wskazujących długość obowiązywania gwarancji po wygaśnięciu umowy, jako zapis trudny negocjacyjnie. W badaniu z 2015 roku wskazało na tę klauzulę aż 33% badanych, teraz jedynie 2%.
– Wydaje się, że jest to objaw postępującego dojrzewania rynku najmu powierzchni biurowych – strony negocjacji znają swoje wzajemne stanowiska i wiedzą, jakie warunki można uznać za rynkowe i na uzyskanie czego mają szansę – tłumaczy Sławomir Lisiecki, Partner kancelarii Argon Legal.
Sławomir Lisiecki, Partner kancelarii Argon Legal
– W samej Warszawie podaż powierzchni biurowych przekracza 5 milionów metrów kwadratowych, a w budowie jest kolejne 700 tys. Trzeba zatem negocjować szybko i dużo, szukać rozwiązań kompromisowych, eliminować postanowienia niepraktyczne, „przegadane”, regulujące sytuacje, które się nigdy nie zdarzają (lub zdarzają bardzo rzadko), wypracowywać reguły wystarczająco chroniące interes „naszej” strony – akceptowalne jednak dla kontrahenta – dodaje ekspert.
Ponad trzykrotnie mniej niż przed trzema laty jest też wskazań dotyczących kłopotów z dostarczaniem gwarancji bankowych. W 2015 roku 33% respondentów wskazało tę klauzulę jako problematyczną, w tegorocznej ankiecie za trudną uznało ją jedynie 9% badanych. Mniej kłopotów sprawiają teraz także zasady regulowania opłat eksploatacyjnych (spadek z 30% na 24%) i wypowiadania umów przez wynajmujących (spadek z 40% na 24%).
– Sytuacja na rynku ewoluuje, ale podstawowe aspekty jego funkcjonowania pozostają dla najemców i wynajmujących niezmienne. Zabezpieczenie ciągłości biznesu i najmu to główne elementy, na jakich zależy najemcom. Odzwierciedlają to choćby coraz dłuższe okresy najmu zapisywane w umowach, czy planowane z coraz dłuższym wyprzedzeniem procesy wynajmu powierzchni. To pokazuje strategiczne zmiany, jakie zaszły w ostatnim czasie w kreowaniu polityki w segmencie nieruchomości komercyjnych – podsumowuje Bartłomiej Zagrodnik z Walter Herz.
. . . . . . . . . . . W badaniu pt. „Najbardziej sporne klauzule w umowach najmu powierzchni biurowych 2018” udział wzięli przedstawiciele deweloperów i operatorów powierzchni biurowych, ich najemców oraz innych podmiotów zaangażowanych na co dzień w negocjacje umów najmu. Uczestnicy badania oceniali poszczególne zapisy umów pod kątem trudności i czasochłonności związanych z ich ustaleniem.
BEST Italia S.r.l zajmie się działalnością windykacyjną na rynku włoskim, co docelowo ograniczy konieczność zlecania czynności windykacyjnych podmiotom zewnętrznym. Rozpoczęcie działań windykacyjnych spółki nastąpi po uzyskaniu przez BEST Italia stosownej licencji wymaganej przez przepisy prawa włoskiego. 100% udziałów BEST Italia S.r.l z siedzibą w Mediolanie zostało objęte przez BEST S.A.
Na zdj. Krzysztof Borusowski, prezes Best [fot: best.com.pl]„BEST Italia od dłuższego czasu było częścią naszej strategii – chcemy umocnić naszą pozycję w branży windykacyjnej na rynku włoskim, kształtować go i być częścią jego rozwoju. Rynek ten traktujemy bardzo poważnie. We włoskim systemie bankowym jest 300 mld euro nieobsługiwanych kredytów. Przynosi to opłakane skutki gospodarcze i jest jedną z istotnych przyczyn obecnych problemów tego kraju. Oczekujemy, że rozpoczęcie świadczenia usług windykacyjnych przez BEST Italia wpłynie na podwyższenie efektywności operacyjnej oraz kosztowej Grupy BEST – powiedział Krzysztof Borusowski, prezes zarządu BEST S.A.
Po trzech kwartałach 2018 roku Grupa BEST osiągnęła przychody z działalności operacyjnej na poziomie 163,9 mln zł, a zysk netto wyniósł 49,6 mln zł i wzrósł o 7% r/r.Pełna EBITDA gotówkowa wyniosła 159,2 mln zł – co oznacza wzrost o 32%. Wartość portfeli wierzytelności na koniec Q3 2018 roku wyniosła ponad 1 mld zł. Poziom spłat wierzytelności wyniósł 228 mln zł, w tym należnych Grupie BEST 199 mln zł – czyli odpowiednio o 9% i 13% więcej niż po trzech kwartałach 2017 roku.
650,7 miliardów funtów, czyli ponad połowa wartości całego brytyjskiego handlu to towary importowane[1]. Najczęściej transportowane są maszyny, między innymi komputery, pojazdy czy farmaceutyki.[2] Znaczną część nabywanych produktów dostarcza międzynarodowy transport drogowy realizowany przez przewoźników z Polski. Szacuje się, że brytyjską granicę dziennie przekracza około 1200 ciężarówek, które mają polskie rejestracje. Co się stanie, gdy swobodna wymiana handlowa zostanie zachwiana przez zbliżający się Brexit?
Do Wielkiej Brytanii nadal więcej się wwozi niż z niej wywozi, jednak siła nabywcza mieszkańców Zjednoczonego Królestwa z roku na rok słabnie. Wielka Brytania była zawsze określana jako największy rynek nabywczy krajów Unii Europejskiej. Według World’s Top Exports, jeśli populacja Brytyjczyków liczy 64,8 milionów ludzi, to oznacza, że jeden mieszkaniec Wysp wydał na importowane dobra i usługi ponad 7,7 tysiąca £[3] w minionym roku. Jak wynika z danych Banku Światowego, gospodarka tego kraju nadal jest oceniana jako piąta największa potęga na świecie za Stanami Zjednoczonymi, Chinami, Japonią oraz Niemcami. Jednak ostatnie prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego jednoznacznie wskazują, że ta sytuacja będzie się zmieniać z uwagi na niejasne i trudne przewidzenia konsekwencje Brexitu oraz rosnącej pozycji Indii. Według ekspertów brytyjska gospodarka od lat nie była tak słaba, jak teraz.[4] Inflacja rośnie nawet do 4% przy stosunkowo wolnym wzroście płac[5], a funt traci na wartości, co wpływa bezpośrednio na sytuację finansową Brytyjczyków, a tym samym ich siłę nabywczą.
Konsumpcja ma znaczenie
Bartosz Najman, Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców
– Obawa przed Brexitem jest uzasadniona. Mimo wielu niezależnych ocen, prognoz i scenariuszy, odłączenie brytyjskiej gospodarki od swobodnego handlu, tj. przepływu towarów między państwami Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii spowoduje zachwianie rynku przewozowego i gospodarczy chaos. Transport drogowy dóbr uzależniony jest od tego, jak są skonstruowane łańcuchy dostaw oraz ile Brytyjczycy konsumują. Należy sobie zadać pytanie, jak Brexit wpłynie na konsumpcję rynkową mieszkańców Zjednoczonego Królestwa oraz jak w tej sytuacji zachowają się polscy przewoźnicy? – mówi Bartosz Najman, Dyrektor Sprzedaży i Członek Zarządu OCRK. – Czy odnajdą się w warunkach, w których obowiązywać będą nowe zasady celne i kontrole graniczne? Jak szybko będą w stanie dostosować się do nowych reguł tranzytu między krajami kontynentalnymi a Wyspą? Wszystko zależy też od tego, ile będzie dowożenia, gdyż polscy przewoźnicy wykonują dużo kabotażu. Polacy są doceniani za solidność, jakość usług i terminowość. W 2017 roku liczba przewozów kabotażowych wzrosła o 17% i rekordy w tym sektorze biją państwa Europy Wschodniej, w tym właśnie Polska. Według danych OCRK do Wielkiej Brytanii jeździ 3% zapytanych przez nas przewoźników. W porównaniu do Niemiec (52%) i Francji (14%) wydaje się, że trasy przez kanał La Manche stanowią mniejszość, jednak nadal to ważne dla transportowców kontrakty. Tym bardziej, że polskie ciężarówki przewożą więcej towarów między krajami Zjednoczonego Królestwa niż sami Brytyjczycy – dodaje Bartosz Najman.
Biurokracja zabije transport
Podniesienie cen towarów importowanych i eksportowanych z Wielkiej Brytanii, zwiększenie wymagań formalnych, wydłużenie kolejek na granicach. To jedne z najważniejszych konsekwencji, które będą miały znaczący wpływ na czas pracy kierowców i czas przewozu, spadek zleceń przewozowych, a co za tym idzie wzrost kosztów po stronie przewoźników. – Małe i średnie firmy, które dużo inwestują, mogą mieć problem z utrzymaniem płynności finansowej. Może się okazać, że zabraknie na przykład środków na pokrycie kosztów leasingów, tym bardziej, że w transporcie należności za wykonane przewozy mają zazwyczaj długie terminy płatności. Jeśli nie będzie dwustronnego porozumienia między Wielką Brytanią a krajami UE, upraszczającego procedury celne, dotychczasowe kontrakty mogą być zagrożone, a pozyskiwanie nowych zleceń z pewnością będzie bardzo utrudnione i może się okazać nieopłacalne – mówi Dyrektor Sprzedaży i Członek Zarządu OCRK.
Co może się zmienić, jeśli Brexit nastąpi bez umowy handlowej z Unią? Obowiązywać będą regulacje Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz nie będzie żadnego okresu przejściowego. Oznacza to, że od 30 marca 2019 roku przestanie działać zasada swobodnego przepływu osób, towarów, kapitału i usług. Wrócą zatem między innymi odprawy celne, kontrole graniczne, okazywanie zezwoleń na wykonywanie przewozów, odmienne rozliczanie faktur VAT w transporcie transgranicznym, tj. VAT od towarów importowanych trzeba będzieuiszczać na granicy. – Obecnie Wielka Brytania jest ważnym partnerem handlowym dla polskich przedsiębiorców z branży TSL. Szacuje się, że aż 19% wszystkich ładunków do tego kraju i z niego przewożą ciężarówki o polskich numerach rejestracyjnych. W tym momencie jedynym problemem wydaje się być zbyt duża liczba powrotów „na pusto”, bo Brytyjczycy mierzą się z deficytem handlowym. Więcej kupują niż eksportują do innych państw. Brexit tylko pogłębi problem, dlatego polscy przewoźnicy już poszukują nowych rynków zbytu, głównie w Europie kontynentalnej – dodaje Bartosz Najman.
Niezależnie od przyjętego scenariusza rodzimi transportowcy powinni próbować zabezpieczać wszelkie dotychczasowe kontrakty z Wielką Brytanią, by łańcuchy dostaw nie zostały przerwane w sposób natychmiastowy lub niespodziewany.
[1] ONS Second Estimate of GDP, 2018.
[2] World’s Trade Exports; ONS UK Trade 2018.
[3] 9,900 $ w przeliczeniu na £ z dnia 4.12.18, https://pl.exchange-rates.org/Rate/USD/GBP
W podpisanej przez Prezydenta nowej ustawie o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności gruntów, znajduje się nieprecyzyjny i niepokojący dla deweloperów zapis. Wynika z niego, że deweloper może przekroczyć – wraz z automatycznym przekształceniem prawa użytkowania wieczystego gruntu w prawo własności – limit pomocy de minimis w związku z nabyciem prawa własności nieruchomości. Wówczas będzie on musiał uiścić dopłatę do wartości rynkowej nieruchomości określonej na dzień przekształcenia.
Uwłaszczenie z mocy prawa użytkowników wieczystych dotknie nie tylko pojedynczych właścicieli lokali mieszkalnych w budynkach położonych na gruntach w użytkowaniu wieczystym, ale również deweloperów. Jeśli do dnia wejścia w życie ustawy (czyli do 1 stycznia 2019 r.) nie sprzedadzą oni wszystkich mieszkań – a nawet, jeśli swoją inwestycję mieszkaniową oddadzą do użytkowania już po 1 stycznia 2019 r – mogą być narażeni na konsekwencje.
Udzielenie przedsiębiorcom wsparcia przekraczającego limit pomocy de minimis wymaga zgłoszenia tego faktu Komisji Europejskiej i przeprowadzenia skomplikowanej procedury. Wprowadzenie zapisu o dopłacie różnicy pomiędzy wartością rynkową nieruchomości a sumą rat za przekształcenie teoretycznie załatwia Państwu problem z potencjalnym przekroczeniem limitu pomocy de minimis, ale skutkuje wprowadzeniem bardzo niejasnej sytuacji prawnej dla deweloperów, której koszty obecnie są niezwykle trudne do oszacowania, z powodu lakoniczności przepisu.
Art. 12 ustawy przewiduje dopłatę do wartości rynkowej nieruchomości określonej na dzień przekształcenia – przy czym wysokość dopłaty będzie ustalana w drodze decyzji administracyjnej, a koszt operatu będzie musiał ponieść dotychczasowy użytkownik wieczysty. Przepis nie precyzuje, czy chodzi o dopłatę do wartości rynkowej prawa własności nieruchomości czy do wartości rynkowej prawa użytkowania wieczystego nieruchomości, a różnice pomiędzy tymi wartościami tej samej nieruchomości mogą być ogromne.Wartość użytkowania wieczystego spada wraz z upływem czasu trwania użytkowania wieczystego. Im mniej czasu pozostało do końca okresu użytkowania wieczystego, tym wartość tego prawa jest mniejsza. W przypadku prawa własności wartość nie jest korygowana o czas trwania prawa własności. Bywa i tak, że wartość prawa użytkowania wieczystego jest niższa o połowę od wartości prawa własności tej samej nieruchomości.
Kolejnym zagrożeniem dla deweloperów jest brak odpowiedniego odesłania do przepisów ustawy, które przewidywałyby obowiązkowe rozłożenie na raty (maksymalnie na 20 lat, ale nie krócej niż 10 lat) w razie złożenia takiego wniosku przez dotychczasowego użytkownika wieczystego. Brak takiego odesłania oznacza, że dopłata będzie musiała zostać uiszczona w całości, co wpłynie negatywnie na ostateczny koszt inwestycji deweloperskiej. Przy podpisanych już umowach deweloperskich nie będzie możliwości, aby ten koszt dodać do ceny mieszkania.
Niejasny zapis art. 12 stanowi potężne zagrożenie dla deweloperów, albowiem daje podstawę do rozbieżnych interpretacji. Dotychczasowa postawa organów administracji publicznej pokazuje, że jeśli wysokość opłaty może być wyższa, to organy stosują taką interpretację – aby osiągnąć jak najwyższą wartość, co przekłada się na większy wpływ do budżetu miasta.
Autorem komentarza jest adwokat Anna Maksymiuk z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni
Polscy pacjenci onkologiczni wciąż nie mają dostępu do szeroko stosowanych nowoczesnych i bezpiecznych terapii. Ograniczone jest m.in. stosowanie leku, który zwalcza raka prostaty już na wczesnym etapie jego rozwoju. Program lekowy wyklucza ponadto sekwencyjne stosowanie leków, co zmniejsza szanse na sukces terapeutyczny.
Zgodnie z raportem NIK polscy pacjenci nie mają dostępu do 70 proc. leków onkologicznych, a spośród 19 nowotworów powodujących największą liczbę zgonów, tylko w jednym przypadku są leczeni zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Chorzy na raka prostaty nie należą do tej grupy, mimo że choroba ta staje się dominującym nowotworem wśród męskiej populacji. Rak gruczołu krokowego, nawet w zaawansowanym stadium, może być chorobą przewlekłą, w ostatnich latach dokonał się bowiem ogromny postęp w leczeniu również gorzej rokującego nowotworu opornego na kastrację.
– Finansowanie leczenia raka prostaty nie nadąża za rejestracjami. Niektóre z leków efektywnych na różnych etapach leczenia są zarejestrowane, niektóre nawet od lat, a mimo to nie ma możliwości finansowania takiego leczenia ze środków publicznych. Dodatkowo dokonują się nowe rejestracje, które rozszerzają wskazania do tych leków, niestety nadal finansowanie ze środków publicznych w tych wypadkach nie jest zapewnione – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Paweł Wiechno z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego w Centrum Onkologii–Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.
W listopadzie ubiegłego roku na liście refundacyjnej pojawiły się dwie nowe terapie dla pacjentów z zaawansowanym nowotworem prostaty, a także poszerzone zostały wskazania refundacyjne dla trzeciej, ich stosowanie zostało jednak mocno ograniczone.
Obostrzenia dotyczą m.in. leku octan abirateronu, który zastosowany na wczesnym etapie choroby zmniejsza ryzyko śmierci pacjenta nawet o 40 proc. Zgodnie z polskim programem lekowym terapia ta może być jednak wdrożona dopiero u chorych, u których doszło do przerzutu. Ponadto lek ten może być stosowany wyłącznie u osób ocenionych na mniej niż 8 pkt w skali Gleasona, co oznacza, że pozostali chorzy nie mają dostępu do tej nowoczesnej terapii. W leczeniu po chemioterapii leków dostępnych w programie nie można podawać w Polsce sekwencyjnie, a w leczeniu przed chemioterapią mają do dyspozycji tylko jeden lek, który u części pacjentów jest nieskuteczny. Polskie Towarzystwo Urologiczne wystąpiło z wnioskiem do resortu zdrowia o uznanie równoważności klinicznej leków hormonalnych abirateronu i enzalutamidu przed chemioterapią oraz o zniesienie warunku stopnia złośliwości mierzonego skalą Gleasona.
– Lek enzalutamid powinien być na tym samym poziomie podawania pacjentowi co abirateron. W terapii musimy stosować leki o różnych mechanizmach działania, a abirateron i enzalutamid różnią się mechanizmem działania – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny, prezes Fundacji Razem w Chorobie.
Enzalutamid to lek hormonalny blokujący receptory androgenowe. Wykazuje on niezwykłą skuteczność w leczeniu nowotworu prostaty opornego na kastrację, przy czym jego stosowanie jest bezpieczne, nie powoduje bowiem poważnych skutków ubocznych. Terapia ta pozwala na zachowanie dobrej jakości życia, przedłuża życie nawet o kilkadziesiąt miesięcy, co pozwala na znaczne odsunięcie w czasie konieczności zastosowania chemioterapii, a także wydłuża czas między remisjami choroby. Obecnie w Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad umożliwieniem stosowania enzalutamidu przed chemioterapią. Poza programem lekowym stosowanie tej terapii to koszt 12 tys. zł miesięcznie.
– Mamy przykład pana, który leżał po wznowie raka prostaty, po zażyciu tego leku wstał, poszedł do pracy, zaczął jeździć na rowerze i biegać – mówi Bogusław Olawski, przewodniczący Sekcji Prostaty Stowarzyszenia UroConti.
– Cztery lata zażywam enzalutamid, który w 2013 roku był nowym lekiem. Zwykle stosowano go po niepowodzeniu chemioterapii, co przedłużało trochę życie, natomiast ja go dostałem bez chemioterapii – mówi dr n. med. Jerzy Jeske, pediatra, neonatolog, pacjent onkologiczny. – To jest bardzo kosztowna terapia. Lek nie jest refundowany, więc płacę sam. W ciągu czterech lat zapłaciłem 200 tys. zł.
Większość chorych niestety nie może sobie pozwolić na tak kosztowne leczenie. Dlatego bardzo liczą na rozszerzenie programu lekowego przed chemioterapią, o co wnioskował również konsultant krajowy wraz z Polskim Towarzystwem Urologicznym.
Dla branży kurierskiej i e-commerce grudzień to najgorętszy okres w roku. Sezon zakupów przedświątecznych zaczął się już podczas wyprzedaży w Black Friday, kiedy zakupy zrobiło nawet 7 mln Polaków. Liczba nadawanych paczek rośnie nawet o 40 proc. w porównaniu do normalnych okresów w roku, a 80 proc. świątecznych zamówień zostaje złożonych w ostatnich dwóch tygodniach przed Wigilią. Pracę DHL Parcel w tegorocznym okresie przedświątecznym usprawni nowo otwarte centrum logistyczne w podwarszawskim Emilianowie.
– Do świątecznego szczytu paczkowego przygotowujemy się zwykle z wyprzedzeniem kilku miesięcy. W tym okresie, związanym z zamówieniami prezentów mikołajkowych i świątecznych, notujemy wzrost wolumenu nawet o 40 proc. To okres, który stanowi wyzwanie dla całej branży logistycznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Waldemar Mudryk, kierownik infrastruktury operacyjnej w DHL Parcel Polska.
Szczyt paczkowy rozpoczyna się już w Black Friday, kiedy sklepy stacjonarne i internetowe oferują znaczące rabaty. Według wyliczeń Gemius/PBI serwisy e-commerce odwiedza tego dnia nawet 7,4 mln polskich internautów, a niemal równie dużą klientelę przyciąga następujący po wyprzedażowym weekendzie Cyber Monday. Z tegorocznego badania Kantar TNS na zlecenie eBay wynika, że w tegorocznej akcji wyprzedażowej Polacy mogli wydać nawet 2,3 mld zł.
Szczyt gorącego okresu przypada na dni 17–21 grudnia. Z danych DHL wynika, że nawet 80 proc. świątecznych zamówień zostaje złożonych w ostatnich dwóch tygodniach przed Wigilią. Obsługę szczytu sezonu utrudnia fakt, że cała branża logistyczna już od kilku lat zmaga się z brakiem pracowników, w tym kurierów. Stąd zwiększone inwestycje firm w automatyzację obsługi paczek.
Takie nakłady przewiduje też strategia DHL Parcel. W nowo otwartym centrum logistycznym w podwarszawskim Emilianowie znalazły się już specjalne zsypy kurierskie i szuflady, które pozwalają całą noc sortować paczki na konkretne trasy.
– Dzięki temu możemy obniżyć potrzebę dodatkowej pracy ręcznej, a kurierzy oszczędzają rano czas przy załadunku. Tym samym mogą wcześniej wyjechać w swoje trasy kurierskie – mówi kierownik infrastruktury operacyjnej DHL Parcel Polska.
Nowoczesny terminal w tym roku znacząco przyspieszy prace DHL Parcel w gorącym sezonie przedświątecznym. To jeden z niewielu obiektów, w których wykorzystano shoe-sorter – maszynę sortującą za pomocą specjalnych butów do 7 tys. paczek na godzinę.
– Nasz nowy obiekt posiadający nowoczesny, zautomatyzowany sorter pozwala podnieść wydajność całej sieci nawet o 30–40 tys. przesyłek. Lokalnie możemy rozwieźć nawet do 18 tys. paczek, bo stąd dystrybuowane są przesyłki do Warszawy i okolic. Zastosowana przez nas technologia pozwala nam zwiększać wydajność zarówno tutaj, jak i w całej sieci operacyjnej – wyjaśnia Waldemar Mudryk.
– Długofalową strategią firmy jest skracanie odległości, jaką kurier pokonuje do klienta. Dla Warszawy oznacza to budowanie nowych obiektów na granicy aglomeracji, z jednoczesnym dobrym dostępem do infrastruktury drogowej – tak jak ma to miejsce w Emilianowie. Ten obiekt obsługuje obszar północno-wschodniej części Warszawy, zwłaszcza dzielnice takie, jak Targówek, Tarchomin, Białołęka czy Praga oraz pobliskie miejscowości: Wołomin i Radzymin – dodaje Andrzej Śledź, kierownik ds. projektów infrastrukturalnych DHL Parcel Polska.
Terminal DHL w podwarszawskim Emilianowie to łącznie 7,5 tys. mkw. powierzchni hali, 20 bram dla transportów liniowych, 50 kurierskich i 10 uniwersalnych. Dodatkowo 950 mkw. zostało przeznaczonych na biura i punkt przyjęć. Na terenie obiektu znajdują się też miejsca parkingowe dla samochodów kurierskich, linowych oraz klienckich.
Terminal ma funkcję sortu przesyłek w tranzycie, co oznacza, że dla części oddziałów krajowych będzie pełnił funkcję sortowni. Przykładowo, oddziały w Białymstoku, Łomży czy Suwałkach będą kierowały wszystkie przesyłki do tego terminala i stamtąd bezpośrednio do pozostałych magazynów w kraju.
Obiekt został też wyposażony w szereg proekologicznych rozwiązań – energooszczędne oświetlenie LED, system odzyskiwania wody i instalacje przystosowane do ładowania samochodów elektrycznych.
– Energooszczędne rozwiązania w terminalu w Emilianowie wpisują się w globalną politykę całej grupy DHL, która ma na celu redukcję emisji dwutlenku węgla w transporcie. Kierujemy się zasadą „używaj czystej energii”, co wiąże się z wykorzystywaniem alternatywnych źródeł energii, a także z redukcją jej zużycia – mówi Andrzej Śledź.
Rewolucja 4.0 wymusza zmianę spojrzenia na szkoły techniczne i branżowe, a współpraca na linii edukacja-biznes jest koniecznością – podkreśla minister edukacji narodowej, Anna Zalewska. Pomogą w tym nowe przepisy, które zgodnie z podpisaną przez prezydenta ustawą wejdą w życie w nowym roku szkolnym. Zakładają one, że podstawy programowe będą tworzone wraz z pracodawcami. Już teraz nawet 45 proc. przedsiębiorców ma problem ze znalezieniem pracowników. Dzięki zaangażowaniu firm w edukację ma być łatwiej zbudować kadry przyszłości.
– Rewolucja 4.0 definiuje przyszłe kadry, sposób edukowania i zaangażowania wszystkich podmiotów. To, co bardzo ważne i dzieje się od 2 lat, to przekonanie, że biznes i edukacja muszą być razem. Nie ma na co czekać, trzeba dokonywać kolejnych zmian – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Zalewska, minister edukacji narodowej.
Od nowego roku szkolnego szykują się duże zmiany w systemie szkolnictwa branżowego i technicznego. Nowelizacja ustawy Prawo oświatowe, podpisana w ubiegły czwartek przez prezydenta, zakłada szeroką współpracę szkół z pracodawcami. Jeszcze w trakcie nauki uczniowie mają zdobywać te umiejętności, które sprawdzą się na rynku pracy. Docelowo każdy absolwent ma mieć pełne kwalifikacje zawodowe, nie tylko na papierze. Szkoły, które kształcą w zawodach najbardziej potrzebnych na rynku pracy, będą mogły też liczyć na większe dofinansowanie ze strony samorządów.
– Innym wyzwaniem jest edukacja dorosłych, którzy muszą zdobywać nowe umiejętności. Pracodawcy i szkoły, którym dajemy możliwość kształcenia dorosłych w krótkich formach, muszą przede wszystkim położyć nacisk na to, by dorośli się uczyli, by uważali, że to jest konieczne, by to kształcenie wiązało się z awansem, jak również np. z atrakcyjniejszymi zarobkami – przekonuje Anna Zalewska.
Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji i Zespół Edukacja Dorosłych Erasmus podają, że w 2016 roku odsetek dorosłych (w wieku 25–64 lata), którzy uczestniczyli w uczeniu się formalnym i nieformalnym, sięgał 3,7 proc. (przy średniej europejskiej ponad 10 proc.). Mało satysfakcjonujące są też na tle Europy wyniki kształcenia. Zmiany w tym zakresie są potrzebne, zwłaszcza że rynek pracy ewoluuje. Niejednokrotnie konieczne jest całkowite przebranżowienie. Jak podkreśla minister edukacji, tylko przy zmianie podejścia do edukacji możliwe jest pozyskanie specjalistów.
– Biznes jest nie tylko przy podstawach programowych czy przy ustawach, lecz także przy finansowym wsparciu. Tu już nikt nie dyskutuje, że trzeba jakichś szczególnych ulg, chociaż mamy takie przygotowane w ustawie, szczególnie dla małych przedsiębiorców. Stworzyliśmy takie możliwości prawne, żeby pracodawca był wprost w szkole ze swoimi pieniędzmi. Już teraz może dofinansować pensję nauczyciela zawodu, może zaprosić na staż, praktyki i finansować je w dwójnasób, może w szkole przygotować swoją linię technologiczną, warsztaty i w dodatku liczyć na odpis podatkowy – tłumaczy minister.
Nowe przepisy zakładają, że samorządy dostaną więcej pieniędzy na szkoły kształcące w tych zawodach, na które jest wyższe zapotrzebowanie na rynku pracy. Na dofinansowanie mogą też liczyć przedsiębiorcy, którzy kształcą młodocianych pracowników w profesjach przyszłości. Na szkolnictwo techniczne i branżowe z budżetu trafi 9 mld zł, ale także pracodawcy będą się mogli wprost dołożyć do klas czy pensji nauczyciela.
Z badania Fundacji Kronenberga i Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji wynika, że już teraz 41 proc. firm współpracuje z systemem edukacji, przy czym blisko połowa bezpośrednio ze szkołami – przede wszystkim organizują staże, udostępniają infrastrukturę. Mimo to, jak podaje resort edukacji, blisko połowa przedsiębiorców ma problem ze znalezieniem pracowników. W dużej mierze to efekt coraz mniejszego zainteresowania szkołami branżowymi.
– Od kilkunastu lat tak naprawdę zapomnieliśmy o szkole branżowej i technicznej. Uznaliśmy, że muszą to być kadry przygotowane tylko na poziomie studiów czy licencjatu, bez dyskutowania o tym, na ile te studia muszą być praktyczne. Promocja szkolnictwa branżowego, technicznego, studiów politechnicznych, które są potrzebne dla nowoczesnych kadr, to ogromne wyzwanie dla nas wszystkich. Niewyobrażalne jest, aby na każdym rodzaju studiów nie było nowoczesnych technologii – przekonuje Anna Zalewska.
stresowanie" title="Blisko 3 mln Polaków regularnie ćwiczy w klubach fitness. Traktują to jako sposób na poprawę zdrowia i odstresowanie" />
W klubach fitness w Polsce ćwiczy 2,91 mln osób. Ci, którzy podejmują regularną aktywność fizyczną, przyznają, że trenują dla zdrowia, odstresowania oraz przeciwdziałania chandrze, a także dla poprawy sylwetki. Kluby fitness są dla nich również miejscem nawiązywania relacji towarzyskich. Wciąż jest jednak wiele osób, które unikają aktywności na siłowniach czy w klubach, ponieważ boją się oceny innych albo czują się gorsze ze względu na brak markowych ubrań.
– Z badań przeprowadzonych przez IQS na zlecenie sieci Zdrofit wynika, że 69 proc. bywalców klubów fitness ćwiczy dla zdrowia. To wspaniale, bo mniej liczna jest ta grupa, która robi to wyłącznie pod presją mediów i znajomych, dla zachowania dobrej sylwetki bądź jej zbudowania, czyli dla samego wyglądu. Polacy doceniają, że zdrowie jest ważne i wiedzą, że poprzez ćwiczenia fizyczne można zachować, a nawet zyskać zdrowie – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Katarzyna Korpolewska, psycholog.
Raport „Jak zdrowo ćwiczą Polacy”, zrealizowany w ramach kampanii „Postaw ZDRO przed FIT”, pokazuje również pozytywny wpływ regularnych treningów na poczucie pewności siebie osób aktywnych. Poza tym 66 proc. bywalców klubów fitness wie, że ćwiczenia bardzo dobrze rozładowują stres.
– Rozładowanie stresu to jedno, ale nie jesteśmy świadomi tego, że czasem ćwiczenia fizyczne mogą zastąpić w pewnym stopniu psychoterapię. Dźwigając jakieś ważne życiowe problemy, pod wpływem ćwiczeń możemy się pozbyć napięcia i poradzić sobie w trudnych momentach życia. Aktywność fizyczna pomaga także odzyskać bądź zachować dobre samopoczucie – mówi dr Katarzyna Korpolewska.
Każdy trening powinien być jednak umiejętnie dobrany i poprowadzony, z pełną świadomością, jaki ma to wpływ na nasze zdrowie i kondycję. Tymczasem 43 proc. częstych bywalców klubów fitness lub siłowni twierdzi, że dla osiągnięcia idealnej sylwetki zdarza im się przetrenować. Niemal co trzecia osoba uważa, że gdy ktoś przychodzi na trening i nie daje z siebie wszystkiego, to bezsensownie traci czas. Zbliżony odsetek uważa, że ich postępy są zbyt małe. Presja efektów, obawa przed byciem kimś gorszym czy ciągła pogoń za perfekcyjną sylwetką potwierdzają się także w innych deklaracjach. 30 proc. osób często porównuje się z innymi ćwiczącymi.
– Niektórzy popadają w pewien fanatyzm ćwiczeniowy, czyli ćwiczą tak bardzo, że są już zmęczeni, opadają z sił. Okazuje się, że zaledwie nieco ponad połowa badanych w momencie, kiedy czuje zmęczenie, pozwala sobie na odpoczynek. Zdarzają się jednak i tacy, którzy mimo zmęczenia ćwiczą dalej, a to może być czasem niebezpieczne – mówi dr Katarzyna Korpolewska.
Stąd pomysł na kampanię „Postaw ZDRO przed FIT”, aby uświadomić Polakom, że w parze z atrakcyjnym wyglądem powinna iść świadomość, jak w odpowiedzialny sposób dbać o siebie. Z badań wynika bowiem, że nadal istnieje dużo oporów i blokad związanych z ćwiczeniem w klubie czy na siłowni. Co czwarty badany przyznaje, że zrezygnował z podjęcia ćwiczeń w klubie fitness, bojąc się oceny ze strony innych.
– Chodzi o to, żeby w miejscu, gdzie ćwiczymy, nie było atmosfery presji, oceniania przez inne osoby. Jeśli jest to atmosfera swobody, jeśli ćwiczący mają poczucie bezpieczeństwa, na pewno sprzyja to efektom takich ćwiczeń. Co ciekawe, 40 proc. osób ćwiczących podoba się sobie. To jest trzy razy więcej niż wśród ludzi niećwiczących, a jeśli ktoś podoba się sobie, to być może już nie boi się oceny ze strony innych ludzi – mówi dr Katarzyna Korpolewska.
Z raportu wynika, że niemal co trzeci częsty bywalec klubu fitness spotyka się tam z drwiącym spojrzeniem innych ćwiczących. 21 proc. z nich ma poczucie, że nie pasują do tego miejsca z powodu braku markowych ciuchów. Z kolei widok osób z nadwagą nie podoba się prawie co piątemu ćwiczącemu. Nie brakuje jednak również takich osób, które doceniają atmosferę klubu i relacje, jakie tam panują.
– Poznają tam bardzo kompetentny personel, czyli czują, że są pod dobrą opieką, ale – co ważne – nawiązują kontakty towarzyskie. Te relacje doceniają bardziej stali bywalcy niż ci, którzy sporadycznie odwiedzają kluby fitness. Nie da się też ukryć, że wśród badanych były i takie osoby, które liczyły na to, że w klubach fitness będą mogły poznać partnera – mówi dr Katarzyna Korpolewska.
Celem kampanii „Postaw ZDRO przed FIT” jest zachęcenie Polaków do swojej wizji ćwiczenia w klubie – bez presji wyglądu czy rezultatów, bez porównywania się i oceny, za to w zgodzie ze sobą, dla własnego zdrowia i samopoczucia.
Z blisko 2,2 tys. dworców kolejowych w Polsce tylko jedna trzecia obsługuje ruch pasażerski. Prawie 200 z nich przejdzie w najbliższych latach gruntowne remonty. Prezes Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej Janusz Malinowski podkreśla, że takie obiekty – aby efektywnie funkcjonować i odpowiadać na potrzeby pasażerów – powinny być częścią większych, funkcjonalnie zorganizowanych węzłów przesiadkowych. Kluczowa jest też komercjalizacja i współpraca z najemcami, bo podróżni – poza oczekiwaniem na pociąg – chcą w międzyczasie zrobić zakupy, napić się kawy czy zjeść restauracyjny posiłek.
– Dla przewoźnika i pasażera, który chce korzystać z usługi przewozu koleją, najważniejszy jest prosty, intuicyjny węzeł przesiadkowy, połączony z bardzo dobrze zorganizowaną informacją pasażerską. Jeżeli dołożymy do tego funkcję komercyjną, mamy w pełni komplementarną usługę dla pasażera, której on dzisiaj oczekuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Malinowski, prezes Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej.
W Polsce jest 2 117 dworców kolejowych zarządzanych przez PKP SA. Tylko niespełna 1/3, czyli 613 obiektów, obsługuje ruch pasażerski (dane NIK na koniec 2016 roku). Do 2023 roku blisko 200 dworców kolejowych w całym kraju ma przejść gruntowny remont, na co spółka przeznaczy w sumie ok. 1,5 mld zł (to tzw. Program Inwestycji Dworcowych ogłoszony pod koniec ubiegłego roku). Dla większości dworców są już prowadzone procesy inwestycyjne, na części z nich trwają zaawansowane prace budowlane. Lista dworców przewidzianych do remontu obejmuje zarówno te, które służą pasażerom w największych polskich miastach, jak i obiekty w mniejszych miejscowościach.
Kolejowa spółka podkreśla, że stawia na współpracę z lokalnymi samorządami, bo wyremontowane dworce mogą się stać częścią dużych węzłów przesiadkowych, integrujących różne rodzaje transportu.
– Dla pasażerów najważniejsze jest to, żeby dworce stanowiły część centrów przesiadkowych. Ważna jest prosta komunikacja z poziomu parkingu czy komunikacji miejskiej do pociągu, funkcjonalne i intuicyjne ciągi komunikacyjne, połączone z częścią komercyjną, gdzie można dokonać zakupów – takich drobnych przed podróżą czy nawet większych, bo nasze badania rynkowe pokazują, że 30 proc. pasażerów w weekendy podróżuje właśnie w celach zakupowych – mówi Janusz Malinowski.
Dziś wiele dworców kolejowych, po gruntownej modernizacji, stanowi wizytówkę i centralny punkt miasta. Przykładem jest Avenida Poznań (dawniej Poznań City Center) – centrum handlowe zintegrowane z dworcem kolejowym i autobusowym. Na wielu dworcach pojawili się najemcy z branży restauracyjno-gastronomicznej czy handlowej (np. Biedronka na warszawskim Dworcu Centralnym).
– Dobrze zorganizowane dworce połączone z funkcją centrum handlowego będą z jednej strony generatorem dodatkowych pasażerów. Z drugiej strony – osoby, które nie korzystały z kolei przez 10 czy 15 lat, zobaczą duże zmiany. Na przestrzeni ostatniej dekady dworce rzeczywiście zmieniły się bardzo. Mamy skąd brać przykład, bo widzimy od dawna, że lotniska są lepiej zorganizowane. Oczywiście funkcje i ograniczenia są trochę inne, ale niewątpliwie w wielu miejscowościach dworzec kolejowy może spełniać rolę centrum handlowego – mówi prezes Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej.
Inteligentne rozwiązania pomagają poprawić poziom bezpieczeństwa we współczesnych samochodach. Dzięki nim auto może samo skorygować tor jazdy i uniknąć zagrożenia związanego np. z niezamierzoną zmianą pasa ruchu, a także uniknąć kolizji podczas jazdy w korkach. Dzięki komunikacji bezprzewodowej, samochody przyszłości staną się jednym z urządzeń internetu rzeczy. Największym wyzwaniem motoryzacji jest jednak opracowanie bezpiecznego, w pełni autonomicznego auta.
– Pracujemy nad systemami aktywnego i pasywnego bezpieczeństwa w samochodach, jak również nad systemami multimedialnymi, które są wprowadzane do rynku motoryzacyjnego. Przykładem takich aktywnych systemów bezpieczeństwa są kamery, które rozpoznają obiekty, różne przeszkody występujące na drodze. Dzięki czujnikom zamontowanym w samochodach i informacji uzyskiwanej z kamery, taki samochód jest w stanie zareagować na przeszkodę, zahamować czy ostrzec kierowcę przed niebezpieczeństwem – mówi agencji Newseria Innowacje Łukasz Adamusiński z firmy Aptiv.
Systemy bezpieczeństwa oparte na przetwarzaniu przez algorytmy sztucznej inteligencji danych z kamer i czujników są obecne w większości nowych samochodów wyższej klasy. Systemy kompleksowej ochrony przed zagrożeniami w ruchu są wyposażane w m.in. system utrzymania w pasie ruchu. Działa on w oparciu o sygnały zbierane przez zamontowaną za przednią szybą kamerę. Algorytmy sztucznej inteligencji przetwarzając obraz rozpoznają poziome oznakowanie drogi. Jeśli samochód zbliża się do krawędzi jezdni, to system najpierw dźwiękowo ostrzega kierowcę, a następnie koryguje skręt kół, by utrzymać pojazd w pasie ruchu.
– Dodatkowe systemy to np. systemy radarów, które również wykorzystywane są w aktywnym bezpieczeństwie. Przykładem są bardzo dokładne radary laserowe, które potrafią rozpoznać nawet najmniejsze obiekty znajdujące się wokół pojazdu i dostosować prędkość czy wyhamować taki pojazd w przypadku zagrożenia – tłumaczy Łukasz Adamusiński.
Nowoczesne samochody coraz częściej wyposażane są w systemy wspomagające, takie jak aktywny tempomat działający w oparciu o sygnały odbierane przez czujnik fal milimetrowych. Dzięki temu inteligentny system nie tylko utrzymuje stałą prędkość jazdy, ale i kontroluje odległość od poprzedzającego pojazdu zachowując tym samym bezpieczny odstęp. Co więcej, wspiera on również kierowcę podczas jazdy w korkach poprzez wczesne wyhamowywanie i bezpieczne ruszanie mające na celu unikanie jednego z najczęstszych rodzajów kolizji w ruchu drogowym, czyli najechania na tył poprzedzającego auta.
Przyszłością motoryzacji są jednak w pełni bezpieczne samochody autonomiczne.
– Na dzień dzisiejszy jeszcze nie spotykamy samochodów w pełni autonomicznych na drogach, ale prawdopodobnie w przyszłości takie rozwiązania będą dostępne i pozwolą w najlepszym przypadku wyeliminować całkowicie kolizje na drodze – przewiduje ekspert.
Zgodnie z przewidywaniami Luxoftu, firmy dostarczającej rozwiązania z zakresu IT dla motoryzacji, w pełni autonomiczne samochody mogą się pojawić na naszych drogach już za niecałe 5 lat. Prace nad konsumenckimi pojazdami tego typu prowadzą największe światowe marki, takie jak Mercedes-Benz czy Volvo. W Stanach Zjednoczonych można już spotkać na drodze autonomiczne pojazdy Tesli. Bezpieczeństwo aut jeżdżących bez kierowcy opiera się na komunikacji – zarówno tej z infrastrukturą drogową, jak i pomiędzy pojazdami. Zaawansowane systemy komunikacji mogą trafić już wkrótce także do tradycyjnych samochodów.
– Pracujemy nad systemami, które pozwalają komunikować samochód z innymi samochodami bądź z infrastrukturą drogową. Oczywiście samochody są podłączone również w tych systemach do internetu i dzięki informacjom uzyskiwanym z systemów ostrzegających o zagrożeniach na drodze, taki system w samochodzie jest w stanie dostosować jazdę do warunków panujących na drodze i zapewnić większe bezpieczeństwo kierującym, jak i pasażerom – zapewnia Łukasz Adamusiński.
Samochody Volvo przeznaczone na szwedzki i norweski rynek będą wyposażane w specjalne komunikatory łączące się z siecią i wymieniające informacje w chmurze. Sygnały wysyłane przez kierowców będą mogły być odbierane przez innych uczestników ruchu, dzięki czemu ma się poprawić bezpieczeństwo ruchu. W praktyce, jeżeli kierowca włączy światła awaryjne, to w chmurze pojawi się informacja o lokalizacji awarii. Ponadto, system ma ułatwić wzajemne lokalizowanie się aut i odpowiednią reakcję w momencie obrania kolizyjnego kursu.
Bezpieczeństwo nie jest jednak jedynym kierunkiem rozwoju współczesnej motoryzacji. Autonomiczne auta wymuszą większy rozwój systemów multimedialnych i rozrywkowych, by podróż bardziej przypominała lot samolotem.
– Systemy multimedialne w samochodach pozwolą nam skupić się na zupełnie innych rzeczach niż kierowanie, czyli np. będziemy mogli oglądać filmy, słuchać muzyki czy też pracować, tak jak normalnie pracujemy na komputerze. Takie samochody będą w pełni skomunikowane z całą infrastrukturą, czy to internetu, czy to z innymi sieciami, zapewnią całkowity dostęp do informacji osobom przebywającym w takim pojeździe – przewiduje przedstawiciel Aptiv.
Według analityków Allied Market Research światowy rynek rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dla motoryzacji osiągnie do 2024 roku wartość 5,8 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu w okresie 2018-2024 na poziomie blisko 44 proc.
Przyszłość precyzyjnej chirurgii należy do w pełni cyfrowych mikroskopów operacyjnych i zrobotyzowanych operacji. Zanim jednak roboty przejmą skalpele, operacje okulistyczne czy neurologiczne już teraz mogą być szybsze, bezpieczniejsze i wygodniejsze dla lekarzy. Wszystko dzięki opracowanym przez polskich naukowców przystawkom cyfrowym, dzięki którym obraz z mikroskopu może być wyświetlany na monitorze.
– Projekt D-ReS, to skrót od digital retinal surgery, ma ułatwić pracę chirurgom, a w szczególności okulistom wykonującym operacje oka. Takie operacje robi się pod mikroskopem i najczęściej jest tak, że chirurg okulista przez wiele godzin siedzi pochylony nad mikroskopem i przez parę okularów ogląda wnętrze oka. Nasze rozwiązanie zamiast patrzeć w okulary mikroskopu, pozwala patrzeć na bardzo duży, trójwymiarowy ekran i wyświetlający to, co widzi mikroskop – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Piotr Wasylczyk, adiunkt na wydziale fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.
Jedną z pierwszych placówek medycznych na świecie, która zdecydowała się na skorzystanie ze sprzętu łączącego w sobie funkcjonalność mikroskopu operacyjnego i technologię obrazowania w jakości 4K i 3D był Oddział Neurochirurgii w Icahn School of Medicine na górze Synaj. Korzysta on z mikroskopu ZEISS KINEVO 900, który stanowi sterowany chirurgicznie, zrobotyzowany system wizualizacji. Informacje optyczne, nawigacyjne i symulacyjne są w nim przesyłane do okularu mikroskopu i wyświetlane na dużych monitorach na sali operacyjnej, zapewniając tym samym szczegółową perspektywę dla personelu sali operacyjnej, w tym współpracowników, asystentów chirurgów i lekarzy, którzy mogą zobaczyć obrazy o wysokiej rozdzielczości w czasie rzeczywistym. Okulary 3D zapewniają natomiast jeszcze lepszą wizualizację neuroanatomii.
Naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego chcą rozwijać swoją technologię w kierunku opracowania stereoskopowego mikroskopu.
– To, co my oferujemy teraz, to jest przystawka do istniejących mikroskopów, to tylko pierwszy krok do tego, żeby od nowa opracować cały mikroskop stereoskopowy, całkowicie cyfrowy. Oznacza to usunięcie ciężkiego mikroskopu tradycyjnego z przystawką cyfrową i zastąpienie go małym, lekkim mikroskopem, który od początku jest już zaprojektowany do używania tylko i wyłącznie z takim obrazowaniem cyfrowym, trójwymiarowym – zapowiada dr Piotr Wasylczyk.
Przy przeprowadzaniu precyzyjnych operacji z użyciem mikroskopu, np. na tkance mózgowej, projekcja na dużym ekranie w czasie rzeczywistym, pozwala nałożyć na obraz dodatkowe źródła informacji spoza mikroskopu. Taka rozszerzona rzeczywistość może obejmować np. nawigację ostrzegającą chirurga o miejscach, które należy omijać podczas operacji. Dodatkowymi informacjami wyświetlanymi na ekranie mogą też być aktualne pomiary funkcji życiowych.
– Zwykle jest tak, że tylko chirurg i asystent widzą obraz pod mikroskopem, a w taki sposób jak my proponujemy, będzie można pokazać go stu osobom na sali wykładowej albo transmitować go w trzech wymiarach za ocean i tam inny chirurg będzie mógł np. podpowiedzieć coś, co zrobić inaczej albo jak jakąś procedurę wykonać najlepiej – wyjaśnia dr hab. Piotr Wasylczyk.
Technologicznie, tego typu rozwiązania w dużej mierze opierają się na znanych urządzeniach, które znajdują się w niemal każdym domu, nadając im jednak zupełnie nową funkcjonalność.
– Używamy kamer filmowych i telewizorów 3D, takich które jeszcze niedawno można było kupić w sklepie i mieć w domu. My takie technologie składamy i właściwie nie odkrywamy tu nic nowego, po prostu mamy ciekawy pomysł na to, jak je do czegoś pożytecznego wykorzystać – przekonuje dr Piotr Wasylczyk.
Tego typu technologia jest stosowana przede wszystkim w okulistyce i neurologii, jednak inne dziedziny medycyny także mogą z niej korzystać.
– Liczę na bardzo duży rynek stomatologiczny, gdzie endodoncja pod mikroskopem już staje się standardem. Urządzenie sprawdzi się właściwie wszędzie tam, gdzie potrzebna jest mikroskopia stereoskopowa, czyli u biologów w laboratoriach badawczych, pewnie też inżynierów którzy pracują pod mikroskopem. Polecamy ją właściwie każdemu użytkownikowi mikroskopii stereoskopowej – wymienia ekspert.
Z raportu opublikowanego przez Market Research Engine wynika, że światowy rynek mikroskopów chirurgicznych powinien do 2023 roku przekroczyć wartość 9 mld dol przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.
Rok powoli dobiega końca. Od 25 maja 2018 r. zaczęło obowiązywać nowe, unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, jednakowe dla wszystkich krajów zrzeszonych w UE. Jego wymogów muszą przestrzegać zarówno przedsiębiorstwa jak i podmioty publiczne, które przetwarzają dane osobowe, a ze względu na skalę zmian dotyczą właściwie każdej osoby. Złożoność i ogromny zakres tematyczny wymaga żeby wdrożenie RODO rozpocząć od szkolenia pracowników. Zapoznanie się, zrozumienie ustaw i przepisów dotyczących regulacji RODO bez wiedzy prawniczej ( nie tylko prawniczej) bez szkolenia teoretycznego i praktycznego jest praktycznie niemożliwe. Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że ogólne przepisy należy dopasować do każdej działalności indywidualnie.
RODO w szczególności dąży do zmiany naszego podejścia na bardziej aktywne w zakresie przetwarzania i ochrony danych osobowych. Przepisy ustawy są dla nas jedynie określeniem kierunku zmian. Obecnie każdy administrator, w oparciu o analizę ryzyka odpowiada za wdrożenie odpowiednich procedur oraz zabezpieczeń.
Etapy wdrożenia RODO.
I Etap to audyt bezpieczeństwa przetwarzania danych: pozwoli na zdiagnozowanie niezgodności z przepisami RODO.
II Etap to analiza ryzyka: administrator lub podmiot przetwarzający określi, jakie środki bezpieczeństwa będą odpowiednie. Przepisy RODO pozostawiają dowolność wyboru.
III Etap to: opracowanie dokumentacji: ujednolicić dokumentację wewnętrzną, klauzule zgody na przetwarzanie danych, procedury postępowań, rejestry naruszeń i czynności danych osobowych. Są profesjonalne programy dla RODO umożliwiające sporządzenie rejestrów.. Zakres procedur jest różny w zależności od branży i indywidualnych potrzeb organizacji.
IV Etap to: wyznaczenie Inspektora Ochrony Danych ( IOD), jest obowiązkowe dla urzędów lub innych podmiotów publicznych, z wyłączeniem sądów. Decyzję musimy podjąć sami. Gdy główna działalność polega na: operacjach przetwarzania, które ze względu na swój charakter, zakres lub cele wymagają regularnego i systematycznego monitorowania osób musimy wyznaczyć IDO. Decyzja należy do administratora.
V Etap to: dostosowanie obowiązujących umów powierzenia danych osobowych. RODO znosi dotychczasowy wymóg zawierania pisemnych umów powierzeń danych osobowych. Należy uwzględniać w szczególności obszerne wytyczne z art. 28 pkt. 3 RODO.
VI Etap to: opracowanie procedur przejrzystej komunikacji.
VII Etap to: upoważnienia do przetwarzania danych osobowych, warto zachować formę pisemną, choć nie jest to obowiązkowe.
Warto przeszkolić personel z zasad przetwarzania danych osobowych, a także nowych procedur i dokumentacji. RODO oparte jest na stałej poprawie procedur jakości i podnoszeniu kwalifikacji personelu. Na odpowiednio wyszkolonej kadrze spoczywać będzie obowiązek stosowania nowych zasad i reagowania na incydenty związane z przetwarzaniem danych osobowych. Znaczenie ma też wysokość kar do 20 mln euro. Obliguje do szkolenia RODO i powołania wykwalifikowanego Inspektora Ochrony Danych Osobowych w firmie.
Już 10 stycznia 2019 r. w Katowicach odbędzie się III edycja Kongresu HR. Tematem przewodnim wydarzenia będzie „HR dzisiaj i jutro”. Podczas konferencji podejmiemy dyskusję nad współczesnymi wyzwaniami, przed którymi stoją HRowcy. Po raz kolejny spotkamy się, by w gronie ekspertów i praktyków HR wymieniać się innowacyjnymi strategiami, doświadczeniem oraz nowatorskim rozwiązaniami w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi. Jesteśmy pewni, że konferencja ta będzie dla wszystkich uczestników inspiracją do wdrażania sprawdzonych rozwiązań w swoich firmach.
W programie m.in.:
Jasiek Mela – podróżnik, społecznik, prezes Fundacji Poza Horyzonty, który opowie nam o tym „Jak realizować swoje pasje pracując na etacie oraz jak osiągnąć balans pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym”
Panel dyskusyjny –„Zarządzanie talentami”prowadzący: Magdalena Olechnowicz – trener i konsultant Brainstorm Group
dr Aleksander Wolski – Doktor nauk społecznych w zakresie socjologii, wykładowca i promotor GWSH w Katowicach
Paulina Gocała – Dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi oraz Jacek Cymerman – trener i konsultant Brainstorm Group Z o.o. poprowadzą prelekcję pod tytułem „Trendy w nauczaniu dorosłych”
Joanna Morawiec – HR Manager AXA Assistance / AXA Partners CEE oraz Ireneusz Wolski – Członek Zarządu Brainstorm Group Sp. z o.o. opowiedzą na temat „Budowania kultury organizacyjnej opartej na zaufaniu”
Bartosz Rusek – Członek Zarządu Brainstorm Group Sp. z o.o. oraz Gość Specjalny podejmą dyskusję na temat: „Firma, w której każdy chce pracować”
Sebastian Matyniak – Prezes Zarządu Brainstorm Group Sp. z o.o. oraz przedstawiciel firmy Rossmann przedstawią „Sztukę uczenia się na błędach”
Data: 10 stycznia 2019 r. Katowice
Organizator: Brainstorm Group Sp. z o.o.
Informacje: Szczegółowa agenda programu oraz informacje organizacyjne dostępne na stronie: www.kongreshr.eu
Dzisiaj Sejm miał zająć się nowelizacją ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, ale została ona zdjęta z porządku obrad. Poprawki zmierzają do uszczelnienia obowiązujących przepisów. Posłowie chcą, m.in. aby w niedziele mogły pracować tylko placówki Poczty Polskiej, a nie sklepy, które umożliwiają odbiór czy nadanie przesyłek. Konfederacja Lewiatan nowelizację ustawy uważa za przedwczesną i niezgodną z Konstytucją, bo w sposób nieuzasadniony ingeruje w stosunki gospodarcze ukształtowane na podstawie obowiązujących od zaledwie kilku miesięcy przepisów.
– Zbyt częste nowelizacje przepisów nie sprzyjają stabilności obrotu prawnego, naruszają zaufanie obywateli do państwa i stanowionego prawa i mogą zagrażać interesom w toku, co rodzi wątpliwości z punktu widzenia art. 2 Konstytucji RP – mówi Krzysztof Kajda, radca prawny, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.
Ustawa obowiązuje niespełna 9 miesięcy i jest wprowadzana etapowo, co sprawia, że przewidziany zakaz handlu i wykonywania czynności związanych z handlem zacznie obowiązywać w pełni dopiero w 2020 r. – wtedy też wywoła pełnię skutków, których analiza może być punktem wyjścia do ewentualnych zmian legislacyjnych.
Ograniczenie swobody działalności gospodarczej
Niezależnie od przedwczesnej nowelizacji, niektóre rozwiązania szczegółowe zawarte w projekcie ustawy budzą wątpliwości co do zasadności wprowadzanych ograniczeń swobody działalności gospodarczej, a także spójności, funkcjonalności i jasności przepisów. Zastrzeżenia te dotyczą zmian w katalogu wyłączeń od zakazu handlu i wykonywania czynności związanych z handlem, a ściśle biorąc – przesłanek wyłączenia dla placówek pocztowych oraz dozwolonej pomocy przedsiębiorcy osobiście prowadzącemu działalność handlową w dni objęte zakazem.
Kontrowersyjne wyłączenie dla placówek pocztowych
Wyłączenie od zakazu handlu na rzecz placówek pocztowych ma zostać ograniczone wyłącznie do tych, w których przeważająca działalność polega na świadczeniu usług pocztowych. Tym samym zakłada się „rozciągnięcie” kryterium „przeważającej działalności” na kolejny wyjątek od zakazu, obok m.in. handlu kwiatami , pamiątkami lub dewocjonaliami, czy handlu wyrobami piekarniczymi i cukierniczymi. Zmiana ta ma charakter „doprecyzowania”, tymczasem posłużenie się przesłanką „przeważającej działalności” generuje szereg wątpliwości interpretacyjnych.
Dozwolona pomoc członków rodziny
Wątpliwości budzi też sposób ujęcia kręgu osób, które mogą pomagać przedsiębiorcy w dni objęte zakazem. Według projektu nowelizacji ustawy rodzeństwo nie jest rodziną, czyli np. dwóch braci sklepu nie otworzy. Krąg ten został zakrojony zbyt wąsko. Zasadne wydaje się jego rozszerzenie i objęcie wyłączeniem pomocy wszystkich osób najbliższych przedsiębiorcy. Przemawia za tym nie tylko fakt ugruntowania tego pojęcia w przepisach regulacji kodeksowych, ale też względy funkcjonalne i ratio legis ustanowienia tego wyłączenia.
Zbyt krótkie vacatio legis
Nowelizacja ma wejść w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia. Okres ten jest stanowczo zbyt krótki z punktu widzenia zakresu przewidzianych w projekcie ustawy zmian, w szczególności zmierzających do dalszego obostrzenia zakazu handlu. Okres ten powinien wynosić co najmniej 3 miesiące.
Spadające ceny kryptowalut stają się coraz bardziej problematyczne dla ich indywidualnych wydobywców. Co najmniej 100 tys. kopiących kryptowaluty w ostatnim okresie musiało zaprzestać swojej działalności – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.
Od września br. odłączono ok. 1,4 mln serwerów (dane: Autonomous Research, Fundstrat Global Advisors). Trend ten nie może dziwić. Rok temu, w połowie grudnia, cena bitcoina wynosiła jeszcze 20 tys. dolarów. Inne większe kryptowaluty w tym okresie również osiągały swoje szczyty.
Siłą rzeczy spowodowało to silne zwiększenie zainteresowania wydobywaniem kryptowalut. Jednak już w połowie tego roku dało odczuć się mocną zadyszkę w tym biznesie. Znacznie obniżył się popyt na karty graficzne wykorzystywane do kopania kryptowalut. Przyczyniło się to do spadku cen akcji największego na świecie producenta kart graficznych, nVidia, z ok. 800 do 400 dolarów w sierpniu.
Obecne dociśnięcie cen kryptowalut w jeszcze większym stopniu wywołuje inny ciekawy efekt. Malachi Salcido, zarządzający jedną z największych firm w Ameryce Północnej trudniącej się m.in. kopaniem kryptowalut (Salcido Enterprises), przyznał na łamach agencji Bloomberg, że spadek cen kryptowalut spowodował równoczesny spadek marży na wydobyciu (przed podatkami i amortyzacją) z ok. 40 proc. do 20 proc. Jednakże ostatnie silne spadki cenowe i szybsze tempo wykruszenia się dużo mniejszych konkurentów spowodowało powrót tej marży do 40 proc.
Koncentracja kopania kryptowalut, ściślej mocy obliczeniowej, w dużo mniejszym kręgu wydobywców zwiększa ryzyko przeprowadzenia tzw. ataku 51-procentowego. W przypadku takiego ataku część lub wszystkie transakcje mogą zostać cofnięte. Można także powstrzymać nowe transakcje przed ich przeprowadzeniem oraz wydawać kryptowalutę de facto dwa razy (zjawisko double spending), coś, co jest obecnie praktycznie niemożliwe. Nie jest to tylko teoretyczne zagrożenie. Zjawisko to wystąpiło już w przypadku dwóch kryptowalut: zencash i bitcoin gold, w tym drugim z rynku ubyło ok. 18 mln dolarów (w maju tego roku).
Bieżąca sytuacja na rynku kryptowalut zdecydowanie sprzyja największym firmom, które są w stanie obniżać koszt jednostkowy poprzez efekt skali. Aby wydobycie dla mniejszych podmiotów było znowu bardziej opłacalne, ceny kryptowalut musiałyby na stałe wzrosnąć. Większości małym podmiotom przy bieżących poziomach cenowych po prostu nie opłaca się wydobywać.
Tymczasem ceny kryptowalut w dalszym ciągu szorują po dnie. W wielu przypadkach kursy pozostają przy najniższych poziomach od ponad roku. Cena bitcoina, stanowiącego nieco ponad połowę całego rynku, oscyluje w okolicy 4 tys. Trudno powiedzieć, czy to już jest dno. Jednakże oprócz splotu wielu czynników niesprzyjających wirtualnym walutom wagi nabiera jeden dodatkowy.
Oferty publiczne na rynku kryptowalut, tzw. ICO, są od jakiegoś czasu na świeczniku władz federalnych USA. W całym 2016 r. w ICO zebrano mniej niż 100 mln dolarów. Według ostatniego raportu ICObench, do końca października tego roku była to kwota 22,8 mld dolarów. Silniejsze przeciwdziałanie oszustwom mocno studzi entuzjazm do nowych ICO. W związku z tym duża część zebranych w ten sposób kryptowalut, głównie ether i bitcoin, może być sprzedawana. Presja na ceny kryptowalut może więc przedłużyć się na pierwsze miesiące nowego roku.
Kolejny pracownik informuje cię, że planuje odejść? Choć rotacja w zespole jest zjawiskiem naturalnym, jej zbyt wysoki poziom stanowi zagrożenie dla stabilności firmy. Może bowiem wiązać się z wysokimi kosztami rekrutacji, a nawet utrudniać wywiązywanie się z bieżących zobowiązań wobec kontrahentów. Jak temu zapobiegać?
Badaj sytuację
Choć niektóre osoby deklarują, że liczy się dla nich jedynie wysokość wynagrodzenia, w przypadku wielu – szczególnie w dłuższej perspektywie – wpływ na zadowolenie z pracy ma także sporo innych czynników. – Czasem pracodawcy zakładają, że aby zachęcić zatrudnionych do pozostania w firmie, wystarczy podwyżka. Dobrze jednak mieć świadomość tego, że motywacja to kwestia indywidualna i różne osoby do zaangażowania zachęca co innego – dla jednych priorytetem będzie premia, dla innych uznanie szefa, możliwość rozwoju lub większa elastyczność w działaniu. Najważniejsze jest to, aby menedżerowie dostrzegli, co angażuje poszczególne osoby i brali te kwestie pod uwagę. Pomaga w tym systematyczny kontakt z personelem i bieżąca obserwacja tego, co dzieje się wewnątrz organizacji, ale i w jej otoczeniu biznesowym – mówi Sylwia Szymańska, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Mając świadomość tego, jak duży wpływ na postrzeganie całego przedsiębiorstwa przez zatrudnionych ma postawa bezpośredniego przełożonego, organizacje często decydują się na szkolenie menedżerów w zakresie efektywnego kierowania zespołem, a także umiejętności motywowania. Zaangażowanie pracowników to bowiem kwestia kluczowa dla wyników biznesowych. Jak o nią zadbać?
Doceń i rozwijaj tych, którzy są na pokładzie
Niektórzy pracodawcy uświadamiają sobie wartość danego pracownika dopiero w momencie, gdy ten chce odejść. Wówczas też proponują mu dodatkowe benefity, aby odwieść go od decyzji o zmianie zatrudnienia. – Ważne, aby na bieżąco doceniać zaangażowanie poszczególnych osób, dostrzegać ich wkład i potencjał, a także pomagać go wykorzystywać. Bezpośredni przełożeni mogą np. uzmysłowić poszczególnym osobom, co powinny robić, aby rozwijać własną karierę. Następnie, aby ich w tym wspierać, ułatwić dostęp do szkoleń, które zwiększą ich wiedzę i umiejętności – mówi Sylwia Szymańska z Integra Consulting Poland. Niektórzy przedsiębiorcy ograniczają inwestycje w rozwój pracowników w obawie o to, że nowo nabyte kompetencje wykorzystają u innego pracodawcy. To jednak błędne koło – nie zapewniając dostępu do wiedzy i możliwości rozwoju, możesz sprawić, że będą szukać ich gdzie indziej. Dla zatrudnionych istotne są także przejrzyste warunki – ustal z nimi konkretne wymagania i cele, a równocześnie systematycznie dawaj informację zwrotną o wynikach. Niektóre firmy uzależniają również płacę od wyników i opracowują system określający, jakie zachowania i efekty przyniosą konkretną nagrodę, a z czym będzie się wiązało ewentualne nieosiągnięcie celu. Ważne są jednak też nagrody niefinansowe – uznanie i pochwały przełożonego po dobrze wykonanej pracy to dla niektórych najlepsza motywacja. A jeśli mimo wszystko członek twojego zespołu zdecyduje się na odejście?
Ucz się od odchodzących
Nikogo na siłę nie zatrzymasz w firmie, jeśli więc członek zespołu jest zdecydowany, by odejść, nie utrudniaj mu tego. Postaraj się jednak poznać nieco dokładniej przyczyny tej decyzji. Katalog możliwości jest dość spory – odchodzący wskazują na takie kwestie jak np. niskie lub nieadekwatne do stanowiska, wiedzy, zakresu obowiązków i odpowiedzialności zarobki czy zła atmosfera (np. częste sprzeczki z bezpośrednim przełożonym lub współpracownikami, brak szacunku do ludzi, stres). Wymieniają też nieodpowiednią organizację, podział zadań i zarządzanie, brak możliwości rozwoju, zbyt dużą liczbę obowiązków czy złą reputację pracodawcy. Mogą być to także kwestie takie jak np. chęć zmiany zakresu wykonywanych zadań lub miejsca zamieszkania bądź plany założenia własnej działalności. Powody te można poznać np. podczas tzw. exit interview, czyli „wywiadu” w formie rozmowy lub ankiety w wersji papierowej bądź online dotyczącej zakończenia współpracy. Osoby, które odchodzą z organizacji, zwykle wypowiadają się na jej temat szczerze. Odpowiedzi, które otrzymasz „na pożegnanie”, mogą więc być cennymi wskazówkami na przyszłość, w odniesieniu do aktualnych pracowników. Dodatkowo warto pamiętać, że rozstanie w dobrej atmosferze może przyczynić się też do tego, że dana osoba będzie wypowiadała się o byłym już pracodawcy pozytywnie. Takie bezpośrednie rekomendacje są szczególnie ważne obecnie, gdy minęły już czasy, w których skrzynki rekruterów pękały w szwach od dokumentów aplikacyjnych. Zdarzają się także sytuacje, w których po pewnym czasie specjaliści sami pytają o możliwość powrotu na wcześniejsze stanowisko.
– Rotacja personelu na niewielkim poziomie może dawać nowe spojrzenie. W wielu organizacjach jednak skala tego zjawiska powiększa się i stanowi spore wyzwanie dla pracodawców. Pamiętajmy, że zastąpienie osoby szczególnie o kluczowych dla organizacji kwalifikacjach i kompetencjach wiąże się z kosztami zarówno rekrutacji, jak i adaptacji nowozatrudnionego – to więc jedna z sytuacji, w których lepiej zapobiegać niż leczyć. Zapewnijmy zatem swoim pracownikom przemyślane zarządzanie uwzględniające ich indywidualne motywacje i dające możliwość rozwoju. Również dbanie o atmosferę w miejscu pracy i otwartą komunikację zwiększą szanse na to, że członkowie zespołu będą chcieli w nim pozostać – podsumowuje Sylwia Szymańska z Integra Consulting Poland.
Ceny mieszkań są najwyższe od 10 lat. W ciągu roku najbardziej wzrosły w Białymstoku. Wzrosty w Kielcach i Szczecinie są wyższe niż w Warszawie. Spośród największych miast spadły tylko w Bydgoszczy i Wrocławiu.
Hossa na rynku mieszkaniowym bez wątpienia zbliża się do końca, nikt nie jest jednak w stanie powiedzieć, czy ceny przestaną rosnąć za trzy miesiące czy półtora roku.
– Dziewiąty miesiąc z rzędu rośnie Indeks Cen Transakcyjnych, pokazujący zmianę cen mieszkań w największych polskich miastach wskaźnik jest dziś na poziomie wyższym o ponad 13 proc. niż rok temu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker.
Mimo wielu sygnałów o zbliżającym się końcu hossy, kupujący nie odpuszczają, a wysoki popyt nadal przekłada się na rosnące ceny. Białystok, Kielce, Lublin i Szczecin to największe miasta, w których w ostatnich 12 miesiącach stawki za metr kwadratowy zwiększyły się o 15 proc. lub więcej.
W kilku mniejszych miastach, takich jak Bielsko-Biała, Częstochowa, Sosnowiec i Toruń zmiana jest jeszcze większa, ale ze względu na niewielką liczbą transakcji wartości na poziomie 25-30 proc. wzrostu należy traktować ostrożnie.
Aktualne notowanie Indeksu Cen Transakcyjnych to 965,92 punktów, dzisiejszy poziom jest najwyższy od sierpnia 2008 r., czyli mieszkania są najdroższe od ponad 10 lat. Obecne wzrosty cen trwają od początku bieżącego roku. Wcześniej przez kilka lat obserwowaliśmy okres stabilizacji. IDK jest wskaźnikiem obrazującym realne zmiany na rynku mieszkaniowym w największych miastach Polski. Jest wyliczany na podstawie transakcji mieszkaniowych dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance w ostatnich trzech miesiącach, przy czym im nowsze dane, tym większą wagę w obliczeniach mają.
Tradycyjnie najwięcej za metr kwadratowy trzeba płacić w stolicy, obecnie jest to średnio 8341 zł, najwięcej od ponad 10 lat. Warszawski rynek napędzany jest przez inwestorów, nadal nie brakuje też osób kupujących mieszkania na własne potrzeby. Ceny są wyższe praktycznie w całym mieście, a wzrost ceny transakcyjnej nie jest związany ze zmianą struktury sprzedawanych lokali (tak bywa na mniejszych rynkach, gdzie przy niewielkiej liczbie transakcji relatywnie łatwo jest zachwiać średnią ceną).
– Stawki za metr podbija rozbudowa drugiej linii metra, wzdłuż przyszłych stacji są coraz wyższe – wyjaśnia M.Krasoń. – Inaczej wygląda dziś obraz rynku wrocławskiego, gdzie więcej sprzedaje się mieszkań w mniej atrakcyjnych lokalizacjach. Obecne stawki są porównywane z tymi sprzed roku, jednak wtedy sprzedawano mieszkania lepiej położone.
Oprócz inwestorów, sporą grupę kupujących stanowią osoby zaciągające kredyt w banku. Kusi ich relatywnie niskie oprocentowanie oraz bardzo dobra sytuacja na rynku pracy. Stan ten utrzymuje się już od dłuższego czasu, dzięki czemu wiele osób spogląda w przyszłość z potężnym optymizmem. Powoduje on, że w 2018 roku udzielonych zostanie najwięcej kredytów mieszkaniowych od dekady – wynika z prognoz Open Finance.
Pomimo przyspieszenia gospodarczego w regionie, liczba niewypłacalności wzrosła o 6,4 proc. w 2017 r.
Polska, Węgry, a zwłaszcza Chorwacja, odnotowały znaczący wzrost liczby niewypłacalności, natomiast Słowacja i Czechy odnotowały spadek.
Pogarszająca siępłynność przedsiębiorstw zEuropy Środkowo-Wschodniej jest zaskakująca, biorąc pod uwagę, że przeżywają one najwyższe tempo wzrostu gospodarczego od 2008 r.
Liczba niewypłacalności będzie wzrastać: Coface przewiduje +10,4 proc. w 2018 r. i +15,9 proc. w 2019 r.
Region Europy Środkowo-Wschodniej cieszył się w ostatnich latach ożywieniem aktywności gospodarczej. Było to szczególnie wyraźne w 2017 r., kiedy średnia wartość wzrostu PKB w regionie podskoczyła do 4,5 proc., co było najwyższą wartością od 2008 r. Konsumpcja gospodarstw domowych oraz wzmożone nakłady inwestycyjne w środki trwałe znacząco przyczyniły się do tego wzrostu. Korzystne warunki gospodarcze w 2017 r. nie wystarczyły jednak, aby poprawić stan płynności spółek.
Całkowita liczba niewypłacalności wzrosła w 2017 r. o 6,4 proc., co oznacza odwrócenie trendu z poprzednich lat, czyli spadku w 2016 r. o 6 proc., poprzedzonego spadkiem o 14 proc. w 2015 r. Kolejną zmianą jest fakt, że w 2017 r. wzrost liczby niewypłacalności firm dotknął więcej krajów. W owym roku dziewięć państw odnotowało większą liczbę niewypłacalności (Chorwacja, Estonia, Węgry, Litwa, Polska, Rumunia, Rosja, Serbia i Słowenia), a jedynie pięć państw odnotowało spadek (Bułgaria, Czechy, Łotwa, Słowacja i Ukraina).
Rozbicie regionalne ukazuje dużą różnorodność dynamiki w poszczególnych krajach – od spadku liczby niewypłacalności o 27,1 proc. na Słowacji oraz o 26 proc. w Czechach, przez niewielki wzrost o 2,4 proc. w Estonii oraz o 2,5 proc. w Rumuni, po gwałtowny wzrost o 40,1 proc. w Chorwacji. W wielu państwach wystąpiły podobne przyczyny pogorszenia się płynności przedsiębiorstw, które doprowadziło do upadłości niektórych firm.
– W latach 2018 i 2019 przewidujemy dalszy wzrost liczby niewypłacalności w regionie. Potwierdza to zmianę cyklu gospodarczego w Europie Środkowo-Wschodniej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
W 2018 r. średnia liczba niewypłacalności wzrośnie o 10,4 proc. i więcej krajów odnotuje wzrost liczby postępowań upadłościowych. Przewiduje się, że w Polsce nastąpi wzrost liczby postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych o 20,2 proc. Natomiast Serbia i Słowacja odnotują spadek liczby upadłości. Osłabienie dynamiki wzrostu gospodarczego przyczyni się do wzrostu średniej liczby upadłości w Europie Środkowo-Wschodniej o 15,9 proc. w 2019 r.