Tylko 7 proc. Ukraińców pracowało w sektorze HoReCa, reszta do przyuczenia?

Minione dwa lata nie obchodziły się łagodnie z pracodawcami działającymi w sektorze HoReCa. Gdy wydawało się, że wszystko wraca do normy, a hotelarze oraz restauratorzy starali się wyjść na prostą i budowali na nowo zespoły uszczuplone przez covid, jak bumerang wróciła kwestia braku kandydatów. Po wybuchu wojny w Ukrainie prognozowano, że HoReCa może zatrudnić część uchodźców. Niestety, wszystko wskazuje na to, że ten sektor czekają kolejne miesiące permanentnych poszukiwań ludzi do pracy, bo dla naszych wschodnich sąsiadów etat w hotelu czy restauracji często jest zbyt wymagający.

Według danych GUS, w czwartym kwartale 2021 r. największy w skali roku – 2,6 krotny – wzrost liczby wolnych miejsc pracy wystąpił w firmach zajmujących się zakwaterowaniem i gastronomią. Liczba nowo utworzonych stanowisk zwiększyła się niemal siedmiokrotnie. Obecnie popyt na pracowników z obszaru HoReCa jest również bardzo wysoki, a przedsiębiorcy z tego sektora praktycznie każdego dnia poszukują kandydatów na etat w hotelu, restauracji, barze, kawiarni czy firmie cateringowej. W ciągu pierwszych dwóch tygodni kwietnia tylko na portalu pracuj.pl w sekcji hotelarstwo, gastronomia, turystyka ukazało się ok. 1,6 tys. ofert zatrudnienia (średnio 114 ofert dziennie).

Wielu pracowników w czasie covidu odeszło do innych branż, a na ich miejsce nie chcą przyjść kolejni. Po wybuchu wojny w Ukrainie, która spowodowała falę migracji naszych wschodnich sąsiadów do Polski, HoReCa była wskazywana jako jeden z sektorów mogących zatrudnić osoby uciekające ze swojej ojczyzny. W przeciwieństwie do branż oferujących ciężkie zajęcia i dedykowane przede wszystkim mężczyznom, hotelarstwo i gastronomia – z uwagi na lżejszy rodzaj obowiązków i dużą liczbę wolnych etatów – wydawały się idealnym rozwiązaniem dla kobiet z Ukrainy, które rozważały podjęcie pracy nad Wisłą.

Uchodźcy z Ukrainy, nadal są dla branży HoReCa atrakcyjnymi, potencjalnymi kandydatami do pracy. W hotelu, jak i restauracji jest mnóstwo stanowisk, które są zupełnie niewidoczne dla gości. To zadania wykonywane na „zapleczu” przy przygotowywaniu usług lub zapewnianiu ich ciągłości. Nie wymagają one ani znajomości języka, ani doświadczenia. Istotne są tylko chęci do pracy. Mimo dość niskich oczekiwań względem kandydatów do zajęć na zapleczu, to właśnie w tych miejscach są największe braki kadrowe mówi Rafał Krzycki, Wiceprzewodniczący i Sekretarz Rady w Izbie Gospodarczej Gastronomii Polskiej oraz wydawca Horeca Business Club. Uważam, że te niższe stanowiska mogą być szansą zarówno dla uchodźców z Ukrainy szukających pracy, jak i dla pracodawców walczących z deficytem kadrowym – podkreśla ekspert. 

Niestety, chociaż otwartość firm z sektora hotelarsko-gastronomicznego na pracowników z Ukrainy jest bardzo duża, to wielu kandydatów (również naszych wschodnich sąsiadów) szuka etatów i podejmuje je w innych branżach, bo według nich stanowiska, które oferuje HoReCa wymagają dużego zaangażowania, ta praca często odbywa się kosztem ich prywatnego życia. Z danych resortu rodziny wynika, że do tej pory zatrudnienie znalazło blisko 63 tys. obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w związku z wojną w ich kraju. Blisko 30 tys. osób zatrudniono do wykonywania prostych zajęć. Niespełna 9 tys. osób zostało robotnikami przemysłowymi i rzemieślnikami, 6,4 tys. osób to pracownicy usług i sprzedawcy, niemal 5,4 tys. podjęło etat w biurze i prawie 2,5 tys. zarabia jako specjaliści.

Mimo wielu zalet HoReCa ma też słabe punkty wskazywane m.in. przez Barometr Zawodów na 2022 r., według którego deficyty kadrowe dot. kelnerów i barmanów, a także recepcjonistów najczęściej spowodowane niechęcią do podjęcia pracy wynikającą z braku doświadczenia w obsłudze gości oraz niewystarczającymi kwalifikacjami tj. znajomość języków obcych. Innym z ważnych powodów niepodejmowania etatu w hotelu czy restauracji są niskie zarobki, praca na zmiany oraz w weekendy. Niedobór kucharzy, szefów kuchni i pokojówek w największym stopniu wynika z niesatysfakcjonujących zarobków (niskie płace), ale też czasu pracy – na zmiany i weekendy.

Pracodawcy z sektora HoReCa, chcący zatrudniać panie z Ukrainy znajdujące się obecnie w Polsce, powinni uczyć się na „błędach” swoich poprzedników tzn. przedsiębiorców, którzy mimo wcześniejszych deklaracji nie byli w stanie dostosować wielu męskich stanowisk do kobiet. Nie wzięli pod uwagę choćby braku znajomości tej grupy – jej potrzeb, planów czy mechanizmów, które dotyczą imigrantów. Jednym z nich jest fakt, że Ukrainki przebywające u nas z powodu wojny i gotowe zarabiać, często są tu same z dziećmi lub ze starszymi rodzicami i dla nich etat w branży wymagającej pracy po godzinach, na zmiany czy w weekendy jest zbyt dużym poświęceniem często niemożliwym do wykonania. Wiele z nich nie ma z kim zostawić dziecka, które wraca ze szkoły czy przedszkola. Część nie chce tego robić, nawet jeśli ich pociechą ma się kto zająć zaznacza Magda Dąbrowska, wiceprezes Grupy Progres

Nie bez znaczenia są również kompetencje zawodowe i znajomość języka polskiego, które dla pracodawców liczących na szybkie wdrożenie osób z Ukrainy i zatrzymanie ich w Polsce na dłużej mogą stanowić spore wyzwanie. Jak wynika z badania Grupy Progres – przeprowadzonego wśród 1 tys. Ukraińców, którzy przyjechali do naszego kraju po 24 lutego 2022 r. – 84 proc. z nich posługuje się tylko językiem ukraińskim lub rosyjskim, 19 proc. badanych zna też język angielski, a tylko 16 proc. mówi po polsku. Tylko 7 proc. badanych ma doświadczenie w branży HoReCa. Nawet jeśli nie jest ono oczekiwane, bo pracodawcy są w stanie nauczyć wszystkiego nowych pracowników, to jednak już samo przełamanie bariery językowej, w przypadku części stanowisk, będzie wymagało od nich np. zatrudnienia w firmie osoby – koordynatora – znającej język ukraiński lub zorganizowania podstawowego kursu językowego dla obcokrajowców.

Brak doświadczenia czy znajomości języka polskiego będzie przeszkodą, tylko jeśli chodzi o stanowiska wymagające bezpośredniego kontaktu z gościem. Wcześniejszy etat w branży HoReCa czy posługiwanie się naszym ojczystym językiem nie jest wymagane do pracy na „zapleczu” np. na tzw. zmywaku, w serwisie bankietowym czy housekeepingu – mówi Rafał Krzycki. Wspomniane w badaniu 7 proc. ankietowanych, którzy mają doświadczenie w sektorze HoReCa, to znakomici kandydaci np. na pracowników kuchni, a jeśli znają język polski, mogą pracować np. jako kelnerki czy pracownicy recepcji w hotelach. To posady lepiej płatne, a nawet pozwalające wypracować dodatkową premię czy prowizję za sprzedaż usług. Jestem przekonany, że wszystkie osoby chcące dziś pracować w hotelarstwie czy gastronomii, zostaną natychmiast zatrudnione, a stanowiska będą dopasowane do ich doświadczenia i znajomości języka polskiego czy angielskiego – zaznacza ekspert.

Magda Dąbrowska dodaje, że pracodawcy myślący o zatrudnieniu pań z Ukrainy nie są na straconej pozycji, muszą jednak zaoferować konkurencyjne warunki. Argumentem przemawiającym za zatrudnieniem się w sektorze HoReCa, ale tylko na stanowiskach niewymagających znajomości przynajmniej języka angielskiego, mogą być np. bezpłatne posiłki dla kobiety i jej rodziny, bezpłatny dojazd do pracy czy zapewnienie rodzinnego zakwaterowania, a także elastyczny grafik pozwalający pogodzić opiekę nad dzieckiem i pracę. Obecnie takie benefity oferuje ok. jedna piąta przedsiębiorców z sektora HoReCa.

Kontrakty publiczne są zagrożone – waloryzacja jest konieczna

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że konieczne jest zwiększenie wynagrodzeń wykonawców zamówień publicznych, w sposób równoważący wzrost kosztów realizacji umów wskutek nadzwyczajnej inflacji. W przeciwnym razie wykonawcy bardziej opłaci się zerwać umowę i wejść w spór sądowy z zamawiającym, niż dokładać  przez wiele miesięcy do kontraktu. Na największe ryzyko utraty wykonawców narażone są szpitale czy przedszkola i szkoły. Takie placówki muszą prowadzić działalność w sposób bezpieczny i nieprzerwany a brak dostaw czy usług niezbędnych do ich działania oznacza ich zamknięcie. Dlatego rozwiązania waloryzacyjne są pilnie potrzebne – wprowadzono je już dzięki szybkiej decyzji Ministra Infrastruktury w branży budowlanej – teraz kolej na pozostałe zamówienia publiczne.

Brak szybkiej i skutecznej interwencji nie uchroni finansów publicznych przed poniesieniem dodatkowych kosztów, a jedynie spowoduje większe zakłócenia w realizacji zamówień.

„Nasilająca się presja inflacyjna powoduje, że wykonawcy zamówień publicznych ponoszą znacznie wyższe niż zakładane koszty realizacji zamówień. W wypadku kontraktów wieloletnich oferty były kalkulowane w zupełnie innych warunkach ekonomicznych – często jeszcze przed pandemią COVID-19. Poza utrudnieniami operacyjnymi wynikającymi z pandemii, czy rosyjskiej agresji na Ukrainę, takimi jak brak pracowników, konieczność finansowania dodatkowych środków ochronnych itp. – kluczową przeszkodą dla wykonawców stał się gwałtowny wzrost cen towarów i usług. Sztywne ramy prawne powodują, że wykonawcy zamówień publicznych mają znacznie bardziej ograniczone możliwości renegocjowania umów, w porównaniu do umów rynkowych. Pisane jednostronnie przez zamawiających umowy nie przewidują zazwyczaj postanowień niwelujących wpływ inflacji, przerzucają całość ryzyk na wykonawców – a równocześnie zastrzegają wysokie kary umowne za ich rozwiązanie. Zamawiający nadal wybierają oferty głównie w oparciu o najniższą cenę – co powoduje, że umowy realizują wykonawcy, który zgodzili się realizować je z najniższą marżą. Wykonawcy ci nie mają więc rezerw na pokrycie kosztów nadzwyczajnej inflacji. Prowadzi to do braku możliwości pokrywania kosztów zakupu środków niezbędnych do wykonania zamówienia i płac pracowników, którzy jednocześnie również oczekują waloryzacji swoich wynagrodzeń. W tej sytuacji interwencja państwa wydaje się niezbędna. Całościowe uregulowanie kwestii waloryzacji w odpowiedzi na wzrost inflacji pozwoli uczytelnić i zobiektywizować zmiany umów, zachować ciągłość realizacji dostaw i usług dla zamawiających oraz uniknąć sporów sądowych między wykonawcami a zamawiającymi” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich oraz przewodniczący Rady Zamówień Publicznych.

Waloryzacja oparta o wskaźniki publikowane przez Główny Urząd Statystyczny jest rozwiązaniem niezadawalającym dla części wykonawców, których dotknęły wyższe wzrosty kosztów. Za jej zastosowaniem przemawia jednak jego transparentność i prostota. Pozwala ona na sprawne, w miarę sprawiedliwe i skuteczne przeprowadzenie procesu dla zdecydowanej większości umów. Wyjątkiem są umowy o roboty budowlane, które są objęte odrębną regulacją.

Podsumowanie I kwartału 2022 r. na mieszkaniowym rynku wtórnym

W marcu 2022 r. eksperci GetHome.pl zaobserwowali w większości największych miast wzrost popytu na mieszkania z drugiej ręki. Wzrosły też ich ceny, najbardziej we Wrocławiu i Poznaniu.

Ile pośrednicy w obrocie nieruchomościami wprowadzili ofert sprzedaży mieszkań i ilu było na nie chętnych? Jak zmieniła się oferta używanych lokali oraz ich ceny? Odpowiedzi na pytania dotyczące trendów na mieszkaniowym rynku wtórnym będziemy udzielali w cokwartalnym raporcie portalu GetHome.pl, który stworzył w tym celu narzędzie analityczne BIG DATA.

Analizowanie rynku wtórnego bardzo utrudnia fakt, że oferty mieszkań na sprzedaż są rozproszone w wielu portalach ogłoszeniowych i bazach agencji pośrednictwa w obrocie nieruchomościami – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

I dodaje, że oferty z rynku wtórnego zamieszcza w tym portalu ok. 1,6 tys. agencji pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. Co ważne, trafiają do niego oferty unikalne z potwierdzonymi adresami. GetHome.pl odsiewa bowiem duplikaty, które w niektórych portalach ogłoszeniowych stanowią nawet 80% wszystkich ofert.

Średnie ceny ofertowe w górę

Z danych GetHome.pl wynika, że marzec przyniósł w większości analizowanych miast symboliczny, bo niespełna 1% wzrost średniej ceny m kw. w porównaniu z lutym. Tylko w Poznaniu i Wrocławiu podwyżka była dość wyraźna, bo przekroczyła 2%. Natomiast w Katowicach średnia spadła o 1%.

Biorąc pod uwagę okres styczeń-marzec, to najwyższą – 4% – podwyżkę odnotowaliśmy we Wrocławiu. W Poznaniu średnia cena m kw. wzrosła o 3%, w Gdańsku i Poznaniu – o 2%, w Warszawie – o 1%, zaś w Katowicach i Krakowie średnia nie drgnęła.Średnie ceny ofertowe w górę

Gdzie popyt wzrósł najbardziej?

Co ciekawe, mimo drożejących kredytów mieszkaniowych, co skutkowało spadkiem zdolności kredytowej potencjalnych nabywców mieszkań, agencje nie mogły narzekać na brak chętnych. W większości analizowanych miast wzrosła bowiem sprzedaż, np. w stolicy o jedną czwartą w porównaniu z lutym.

Z kolei w Łodzi marcowa sprzedaż na rynku wtórnym była aż o 86% większa od lutowej, w Poznaniu – o 38%, a w Katowicach – o 36%.Gdzie popyt wzrósł najbardziej?

Marek Wielgo zwraca uwagę, że są to miasta, w których średnia cena metra kwadratowego używanych mieszkań jest wyraźnie niższa niż nowych. I prawdopodobnie z tego powodu wzrosło zainteresowanie rynkiem wtórnym.średnia cena ofertowa

Ponadto wiele osób do finalizowania transakcji w marcu mogła skłonić perspektywa mniejszego budżetu na zakup mieszkania. Od 1 kwietnia banki zostały zobowiązane do przyjęcia najnowszej rekomendacji KNF, która nakazuje wdrożenie bufora służącego do obliczania maksymalnie dostępnej kwoty kredytu: 5 pkt proc. ponad obecny WIBOR. Firma brokerska Notus Finanse obliczyła, że w zależności od banku zdolność kredytowa dla singla obniżyła się od 6% do 38%, zaś dla rodziny 2+1 – od 14% do nawet 42%.

Spada metraż kupowanych mieszkań

Dla wielu nabywców mieszkań oznaczało to obniżenie aspiracji metrażowych. W marcu spadek średniej powierzchni kupowanych mieszkań zaobserwowaliśmy w większości miast. Wyjątkiem był Poznań. Przy czym często wiąże się to z rezygnacją z dodatkowego pokoju. W marcu w porównaniu ze styczniem jedynie we Wrocławiu wzrósł udział mieszkań trzypokojowych w sprzedaży. W pozostałych miastach kupujący częściej zadawalali się dwoma pokojami.Spada metraż kupowanych mieszkań

Więcej mieszkań na rynku

Wygląda na to, że sprzedający mieszkania doszli do wniosku, że ze względu na drożejące kredyty oraz zaostrzenie zasad ich udzielania przez banki, ceny mieszkań osiągnęły szczyt. Odkładanie decyzji o sprzedaży może skutkować koniecznością weryfikacji oczekiwań cenowych – komentuje Marek Wielgo.

Może o tym świadczyć wzrost podaży mieszkań w Poznaniu, Gdańsku i Warszawie. W stolicy pośrednicy wprowadzili na rynek przeszło 1,8 tys. mieszkań, czyli przeszło dwukrotnie więcej niż miesiąc wcześniej.Więcej mieszkań na rynku

W efekcie niemal we wszystkich analizowanych przez nas miastach (wyjątkiem jest Poznań) wzrosła liczba mieszkań w ofercie, co jest dobrą wiadomością dla potencjalnych nabywców. Więcej mieszkań na rynku

Ekspert GetHome.pl ocenia, że w niektórych miastach rynek wtórny zyska wkrótce na atrakcyjności. Już na przełamie maja i czerwca w ofercie banków pojawi się bowiem kredyt z gwarantowanym przez państwo wkładem własnym.

Mieszkań będą wtedy szukać także ci, którzy nie mają oszczędności. W Katowicach i Łodzi deweloperom trudno się będzie nagiąć do ustawowego limitu ceny metra kwadratowego. Np. w Łodzi kryterium cenowe programu „Mieszkanie bez wkładu” (6354 zł za m kw.) spełniało w marcu zaledwie 2% mieszkań będących w ofercie firm deweloperskich. Natomiast na rynku wtórnym udział takich mieszkań w ofercie (z ceną poniżej 5865 zł za m kw.) wynosił 16%. Jeszcze wyższy odsetek używanych mieszkań do kupienia bez wkładu własnego jest w Katowicach i Poznaniu.Więcej mieszkań na rynku

Problem w tym, że do czasu pojawienia się takiego kredytu (ustawa o gwarantowanym kredycie mieszkaniowym wejdzie w życie 27 maja 2022 r.) oferta tak tanich mieszkań może się wykruszyć. Z danych  GetHome.pl wynika, że w I kw. w większości analizowanych miast skurczył się udział mieszkań z ceną poniżej 7 tys. zł za m kw.Spada metraż kupowanych mieszkań,

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Polki, kupując akcesoria dla dzieci, głównie kierują się ceną. Na znaczeniu zyskuje jakość i funkcjonalność


Jedna trzecia
matek kupuje akcesoria dla swoich dzieci 3-4 razy w roku. Ponad jedna piąta robi to częściej, co szczególnie widać wśród kobiet mających miesięczne dochody rzędu co najmniej 5 tys. zł na rękę. Blisko 60% ankietowanych jednorazowo wydaje na tego typu zakupy do 300 zł, a niespełna 20% powyżej 400 zł. Z kolei kobiety uzyskujące co miesiąc minimum 5 tys. zł netto każdorazowo płacą ok. 400-500 zł. Do tego widać, że Polki mocno dzielą się na klientki sklepów stacjonarnych i internetowych. Pomimo tego posiadany budżet i cena najczęściej decydują o wyborze towaru. Wyjątkiem są najlepiej sytuowane respondentki, które stawiają głównie na jakość i estetykę.

Częstotliwość zakupów

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez UCE RESEARCH dla operatora sklepu internetowego Hlonda6 wśród ponad tysiąca Polek, które mają dzieci w wieku 0-12 lat i osobiście kupują dla nich akcesoria, najwięcej matek nabywa takie produkty 3-4 razy w roku – 32,8%. Chodzi o art. łazienkowe, gadżety do zabawy, gry i pomoce naukowe, przedmioty służące do edukacji, snu, spożywania posiłków i porządkowania, a ponadto grzechotki, kocyki, pozytywki, rzutniki bajek, zawieszki, etui itp. Z badania wyłączono odzież, meble oraz sprzęt sportowy.

– Moim zdaniem, matki dużo częściej kupują tego typu produkty, dlatego że dzieci bardzo szybko się rozwijają i potrzebne są nowe rozwiązania ułatwiające opiekę nad nimi. Artykuły, takie jak pomoce naukowe, wspierają edukację najmłodszych w domu, a każdemu z rodziców zależy na tym, aby ich pociechy zdobywały nowe umiejętności – komentuje Magdalena Kordaszewska, ekspert ds. zabawek i akcesoriów dla dzieci, Redaktor Naczelna serwisu Zabawkowicz.pl.

Robienie takich zakupów częściej niż 4 razy w ciągu roku deklaruje 21,2% badanych. W zależności od bieżących potrzeb realizuje je 14,6% ankietowanych. 2-3 razy w okresie 12 miesięcy kupuje ww. produkty 11,4% respondentek, a raz w roku – 4,6%. Okazyjnie nabywa je 3,1% kobiet. Inną częstotliwość, niż podali autorzy badania, wskazuje 6,1%. Z kolei 6,2% matek nie potrafi tego określić.

– Ponad połowa badanych kupuje akcesoria dla dzieci kilka razy w roku. Zakupy robione z taką częstotliwością muszą być mocno przemyślane i ukierunkowane na konkretne zadania, np. ułatwianie zasypiania. Tylko niespełna 15% ankietowanych nabywa art. dziecięce w zależności od bieżących potrzeb – mówi Leszek Kobyliński, współautor badania ze sklepu internetowego Hlonda6.

Respondentki, które mają większe możliwości finansowe, czyli uzyskują miesięcznie co najmniej 5 tys. zł netto, stanowią 40,8% uczestniczek badania. Te klientki przeważanie kupują akcesoria dla dzieci ponad 4 razy w roku. Głównie zamieszkują miasta liczące 200-499 tys. ludności.

– To dobra wiadomość, że matki dysponujące większymi środkami kupują produkty dla dzieci możliwie jak najczęściej i otwarcie to przyznają. Potwierdza to też nasza wieloletnia praktyka w tej branży. Obserwujemy również, że kobiety, które lepiej zarabiają, częściej interesują się wszelkiego rodzaju nowościami, szczególnie służącymi jako szeroko pojęte pomoce naukowe – dodaje Leszek Kobyliński.

Jednorazowy koszt

Ponadto z badania wynika, że 21,2% matek jednorazowo wydaje średnio 100-200 zł. 18,3% ankietowanych wskazuje górną granicę 100 zł. Z kolei 17,4% badanych podaje 200-300 zł, 14,1% – 300-400 zł, 9,4% – 400-500 zł, a 10,4% – powyżej 500 zł. Natomiast 9,2% nie umie tego określić. Według Magdaleny Kordaszewskiej, przy założeniu, że akcesoria są kupowane średnio 3 razy w roku, zakupy mogą się okazać duże, ponieważ rosnące potrzeby dziecka skłaniają rodziców do poszukiwania nowych produktów.

– Blisko 60% badanych jednorazowo wydaje do 300 zł. Natomiast prawie 20% uczestniczek sondażu deklaruje kwotę od 400 zł wzwyż. Wynik ten, jak na jednorazowe zakupy, należy uznać za dość dobry. Świadczyć to może też o tym, że konsumentki częściej zwracają uwagę na towary z wyższej półki, a także – na jakość i estetykę – uważa ekspert ze sklepu internetowego Hlonda6.

Matki mające dochody na poziomie co najmniej 5 tys. zł netto zwykle wydają jednorazowo 400-500 zł. Najrzadziej podają przedział 100-200 zł. Z kolei wydatki przekraczające 500 zł najczęściej wskazują kobiety, które uzyskują miesięcznie min. 9 tys. zł na rękę. Powyższe deklaracje głównie dot. mieszkanek największych miast, tj. liczących powyżej 500 tys. ludności.

– Im więcej pieniędzy mają do dyspozycji matki, tym chętniej wydają je na produkty dla swoich pociech. Rynek akcesoriów dziecięcych daje szerokie możliwości wsparcia rozwoju maluchów i ułatwia opiekę nad nimi. Coraz większe znaczenie odgrywają w tym nowoczesne pomysły i rozwiązania, które pomagają dzieciom samodzielnie wykonywać różne czynności i rozwijać talenty. Przedmioty codziennego użytku dla najmłodszych coraz częściej mają wbudowaną skomplikowaną elektronikę i są wykonywane z dobrych gatunkowo materiałów. Jeśli zdecydujemy się na ich wybór, musimy liczyć się także z wyższymi kosztami – stwierdza Magdalena Kordaszewska.

Kanały sprzedaży

Akcesoria są kupowane głównie w sklepach stacjonarnych – 37,7%. Wyłącznie przez Internet nabywa je 32,5% uczestniczek badania. Oba kanały wybiera naprzemiennie 11,3% kobiet. Natomiast metodę oglądania produktów w placówkach i kupowania ich online praktykuje 17,2%. Z kolei 1,3% nie pamięta, gdzie przeważnie robi takie zakupy. Jak zauważa Leszek Kobyliński, Polki są mocno podzielone na klientki offline i online. To pokazuje, jak mocno pandemia uderzyła w tradycyjny handel, który wcześniej miał dużo większą przewagę. Obecnie blisko co szósta badana traktuje placówkę jak wystawę, a później robi zakupy w sieci. Do tego ekspert dodaje, że mimo takiego wyniku, na rynku widać mocną tendencję powrotu do placówek stacjonarnych.

– Wielu sprzedawców dostrzega rosnący trend zakupów hybrydowych. Rodzice przychodzą do sklepu, by obejrzeć produkty i wypróbować je. Następnie kupują identyczne art. w sieci, gdzie są one tańsze. Stacjonarne sklepy stają się showroomami. Zakupy internetowe są preferowane ze względu na wygodę dokonania ich w dowolnym miejscu i czasie, różne metody płatności, możliwość zwrotu, a przede wszystkim – łatwość porównania cen – podkreśla Urszula Kaszubowska, Redaktor Naczelna „Branży Dziecięcej”, partnera medialnego Polskiego Stowarzyszenia Branży Zabawek i Artykułów Dziecięcych.

Kobiety, które co miesiąc uzyskują min. 5 tys. zł netto, przeważnie kupują art. dla dzieci stacjonarnie. W tej grupie tak deklarują głównie mieszkanki miast liczących 200-499 tys. ludności. Na drugim miejscu wskazywane jest rozwiązanie hybrydowe, przede wszystkim przez osoby zamieszkujące miasta mające 100-199 tys. mieszkańców.

– Co ciekawe, osoby, których dochody wynoszą ponad 9 tys. zł netto miesięcznie, najczęściej robią takie zakupy przez Internet. Te klientki przeważanie żyją w miastach liczących 400-499 tys. mieszkańców. I najrzadziej oglądają towary w sklepach, a później zamawiają je w sieci – dodaje Kobyliński.

Czynniki decyzyjne

Polki wskazały też, czym kierują się podczas zakupów dla dzieci. O wyborze konkretnego art. najczęściej decyduje posiadany budżet – 23,4%, a także cena 23,1%. Na trzeciej pozycji jest jakość – 19,2%. Mniejsze znaczenie ma funkcjonalność – 14,1%, a także estetyka – 9,3%. Klientki rzadko sugerują się opiniami kupujących czy sprzedawców – odpowiednio 2,2% i 1,5%. Inne niż ww. kwestie bierze pod uwagę 1,3% badanych. Natomiast 5,9% kobiet nie potrafi wskazać najważniejszego czynnika.

– Głównym kryterium jest pieniądz. I to jest oczywiste, zwłaszcza w dobie rosnącej inflacji. Dobrą informacją jest to, że co piąta matka patrzy na jakość. Od kilku lat widać, że klientkom coraz bardziej na niej zależy. Wolą kupić mniej produktów, ale za to lepszych jakościowo. To samo dotyczy funkcjonalności i estetyki. Opinie sprzedawców lub innych kupujących tracą na znaczeniu, bo zakupy są robione z góry określonym planem – przekonuje ekspert ze sklepu internetowego Hlonda6.

Konsumentki uzyskujące powyżej 5 tys. zł miesięcznie na rękę w pierwszej kolejności stawiają jednocześnie na jakość i estetykę. Potem kierują się funkcjonalnością. Tak twierdzą przeważnie osoby z miast liczących od 400 tys. mieszkańców wzwyż. Natomiast Polki otrzymujące co miesiąc wynagrodzenie ponad 9 tys. zł na rękę na trzecim i czwartym miejscu wymieniają opinie sprzedawcy i kupujących. Najrzadziej przejmują się też ceną i posiadanym budżetem.

Ponad 1/3 przedsiębiorców gotowa robić interesy z dłużnikami

Co 5. firma nie sprawdza wiarygodności finansowej kontrahentów przed realizacją umowy bądź zlecenia. Te, które to robią, najczęściej ograniczają weryfikację tylko do nowych klientów – wskazuje tak 43 proc. przedsiębiorstw. Najczęściej sprawdzają ich zadłużenie w biurach informacji gospodarczej, np. w KRD. Aż 36 proc. byłoby gotowych nawiązać współpracę z partnerem biznesowym wiedząc, że jest on dłużnikiem – wynika z badania „Audyt windykacyjny” Kaczmarski Inkasso.

Zadłużenie firm, widniejące w Krajowym Rejestrze Długów, spadło pod koniec ub.r., co wynikało z odbudowującej się koniunktury. Teraz jednak znowu rośnie. Pogorszenie się warunków gospodarczych, rosnąca inflacja, oprocentowanie kredytów, koszty energii i paliwa zaczynają się odbijać na płynności finansowej przedsiębiorstw. Od lutego 2022 r. zadłużenie pnie się w górę i na koniec marca wynosiło 9,07 mld zł. Zaczyna też rosnąć liczba dłużników notowanych w KRD –  jest ich już 272 669.

W 2021 r. firmy pobrały z KRD 37,5 mln raportów o kondycji finansowej kontrahentów i konsumentów i  z roku na rok ta liczba jest coraz wyższa. Jednak ich zdecydowana większość jest pobierana przez wielkie korporacje i dotyczy głównie klientów indywidualnych. Raporty pobierane przez sektor MŚP o przedsiębiorcach to zaledwie 8-10 proc. całości. Sprawdzanie kondycji finansowej nowych partnerów biznesowych i konsumentów pozwala nie tylko chronić interes firmy, ale też zapobiegać wyłudzeniom w gospodarce.

Tylko nowi klienci pod lupą

71 proc. ankietowanych przez Kaczmarski Inkasso przedsiębiorców deklaruje, że weryfikuje wiarygodność finansową swoich kontrahentów przed realizacją umowy. To tylko pozornie dobra wiadomość, bo z tego grona zaledwie 40 proc. bada sytuację finansową wszystkich partnerów biznesowych. Natomiast 41 proc. – tych, o których nie ma żadnych informacji. Swoich kontrahentów weryfikują głównie firmy duże, ulokowane w województwie mazowieckim oraz działające w branży produkcyjnej. 1/3 firm kontroluje sytuację finansową partnerów tylko przy wysokiej wartości zlecenia.

– Opóźnione płatności lub ich brak są bolączką prawie dwóch trzecich firm z sektora MŚP. Z naszego doświadczenia w obsłudze wierzytelności wynika, że stali i dobrze znani klienci też nie płacą i nie jest to rzadkie zjawisko. Natomiast ograniczanie weryfikacji kontrahenta tylko do dużych transakcji też może się skończyć potężnymi kłopotami. Kilkanaście takich niezapłaconych faktur na niskie kwoty daje łącznie znaczną sumę, a jej brak na koncie staje się dla firmy mocno odczuwalny – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

Dlatego weryfikacja kontrahentów powinna być naturalną czynnością przedsiębiorców. Ponoszą oni odpowiedzialność za stabilność finansową swoich firm i zatrudnionych pracowników, więc warto, aby sprawdzali, czy podmiot, któremu sprzedają towar lub świadczą usługi nie jest dłużnikiem. Dmuchając na zimne, są w stanie ochronić swoją firmę przed kontraktem czy umową, za którą zleceniobiorca nie zapłaci.

Firmy, które weryfikują wypłacalność partnerów przed rozpoczęciem współpracy, najczęściej (47 proc. wskazań) robią to poprzez sprawdzenie ich w biurach informacji gospodarczej, m.in. w KRD.  Popularne jest też analizowanie danych finansowych publikowanych w Krajowym Rejestrze Sądowym (blisko 44 proc.), czytanie informacji w Internecie – na forach i giełdzie wierzytelności – ponad 1/3 odpowiedzi. Przedsiębiorcy proszą także klientów o dostarczenie zaświadczeń o niezaleganiu w ZUS i z podatkami. Inne, mniej popularne metody, to poszukiwanie informacji w izbach gospodarczych, rozpoznanie prowadzone wśród klientów potencjalnego partnera biznesowego (26 proc.) i raport z wywiadowni gospodarczej (18 proc.).

– KRS dostarcza sprawozdania za poprzedni rok, ale nie daje wglądu w bieżącą sytuację finansową. Z kolei w przypadku forów internetowych nie ma pewności, czy są to prawdziwe opinie. Warto więc korzystać z bardziej wiarygodnych źródeł, bo daje to aktualny i kompleksowy obraz kontrahenta – zauważa Jakub Kostecki.

Sprzedają dłużnikom za wszelką cenę

Mając wiedzę o sytuacji finansowej partnera łatwiej podjąć decyzję, czy nawiązać z nim współpracę. Według badania „Audyt windykacyjny” 64 proc. przedsiębiorców nie porwałoby się na kooperację wiedząc, że firma jest dłużnikiem, z czego „zdecydowanie nie” odpowiedziało tylko 13 proc.

Jednak aż 36 procent badanych firm stwierdziło, że nawiązałoby relacje handlowe z dłużnikiem. Co więcej, w tej grupie odsetek przedsiębiorstw, które powiedziały „zdecydowanie tak” wyniósł 13 procent.

Te firmy, które są gotowe przeprowadzić transakcje z dłużnikiem, wskazują, że wymagałyby zabezpieczeń od takiego klienta. 46 proc. zażądałoby pełnej płatności za towar lub usługę przed realizacją zamówienia. 43 proc. wzięłoby zaliczkę, a 39 proc. zastosowałoby specjalne zapisy w umowie. 2 proc. nie oczekiwałoby żadnych zabezpieczeń.

– Ci, którzy zabezpieczają się pełną płatnością przed sfinalizowaniem transakcji, niczym nie ryzykują. Ale pozostali już tak. Przyjęcie samej zaliczki może oznaczać, że firma sprzeda towar, a zostanie tylko z niewielką kwotą od kontrahenta. Podobnie jest z zapisami w umowie. Łatwo sformułować w niej obostrzenia na wypadek niepłacenia przez klienta, ale trudniej je wyegzekwować – ocenia Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Patrząc przez pryzmat obiegu pieniądza w gospodarce, weryfikowanie kontrahentów jest niezwykle ważne. Jeśli firma już zalega z regulowaniem zobowiązań, prawdopodobieństwo, że nie zapłaci nowemu kontrahentowi, jest bardzo duże. Informacje uzyskane przed podpisaniem umowy umożliwiają stworzenie pełniejszego obrazu partnera, pomagają w podjęciu decyzji o nawiązaniu współpracy oraz ustaleniu jej warunków, takich jak terminy płatności czy formy zapłaty. Prawidłowa ocena wiarygodności płatniczej pozwala także zmniejszyć koszty windykacji.

Badanie „Audyt windykacyjny” zostało przeprowadzone przez TGM Research na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso w styczniu 2022 r. metodą CAWI na 422 firmach, tj. podmiotach gospodarczych wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności.

Stefan Krüger partnerem inwestycyjnym w MCI Capital

Nowym partnerem inwestycyjnym w MCI Capital został dr Stefan Krüger. Będzie odpowiadał głównie za projekty e-commerce i marketplace oraz rozwój firmy na wybranych rynkach zagranicznych.

Wcześniej Stefan Krüger był szefem warszawskiego biura Morgan Stanley, gdzie nadzorował działalność oddziału i był odpowiedzialny za bankowość inwestycyjną. Przez 11 lat pracy w Morgan Stanley zrealizował wiele transakcji M&A oraz na rynkach kapitałowych w naszym kraju, Europie Środkowo-Wschodniej, Niemczech i Turcji. Do najważniejszych należą: IPO Allegro i Avast, sprzedaż Allegro, Porsche AG, Polskie ePłatności, Pekao SA oraz przejęcie Slovak Telekom.

– Przejście Stefana Krügera to kolejny międzynarodowy transfer MCI Capital w tym roku. Jego doświadczenie przyczyni się do wzmocnienia naszej pozycji na rynku e-commerce i marketplace oraz da impuls do rozwoju projektów inwestycyjnych w Niemczech, krajach nadbałtyckich oraz Skandynawii – mówi Tomasz Czechowicz, partner zarządzający MCI Capital. Stefan Krüger będzie także odpowiadał za nadzór nad spółkami portfelowymi: Morele, Pigu oraz Answear.

– Z podziwem obserwuję rozwój funduszu i prowadzone przez tę firmę inwestycje. Cieszę się, że swoim doświadczeniem będę mógł przyczynić się do tworzenia wartości dla inwestorów MCI, rozwoju spółek portfelowych, a także wspierania trendów cyfryzacji – mówi Stefan Krüger.

Nowy partner inwestycyjny MCI pochodzi z Niemiec. Ukończył Uniwersytet w Mannheim oraz ma doktorat (kwestie ESG) uzyskany w warszawskiej SGH.

Zarząd Develii rekomenduje dywidendę w wysokości 201,4 mln zł

Zarząd Develii rekomenduje wypłatę dywidendy za 2021 r. w wysokości 117,6 mln zł. Pozostała część zysku netto za ubiegły rok w kwocie 40,3 mln zł zostałaby przeznaczona na kapitał zapasowy. Rekomendacja przewiduje też wypłatę akcjonariuszom 83,8 mln zł z kapitału rezerwowego utworzonego z zysku z 2019 r. z przeznaczeniem na wypłaty dywidend i zaliczek na poczet dywidend. Łącznie proponowana wypłata wyniesie 0,45 zł na akcję.

Proponowany przez zarząd dzień ustalenia prawa do dywidendy to 24 maja 2022 r. Wypłata miałaby nastąpić 31 maja br.

– Rekomendowany przez nas podział zysku za 2021 r. jest zgodny z polityką dywidendy, która przewiduje wypłaty do 75 proc. zysku. Jednocześnie zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami chcielibyśmy dzielić się z inwestorami częścią wpływów ze sprzedaży aktywów komercyjnych. Niedawna sprzedaż Sky Tower daje nam taką możliwość. Kierując się naszym celem, by rosnąć w segmencie mieszkaniowym szybciej niż rynek, pozostałą część zysku chcielibyśmy pozostawić w spółce i przeznaczyć na inwestycje mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.

Ostateczną decyzję o podziale zysku netto za 2021 r. i wysokości dywidendy podejmie zwyczajne walne zgromadzenie Develii.

W 2021 r. Develia wypłaciła 76,1 mln zł dywidendy z zysku za 2020 r., czyli 0,17 zł na akcję.

USD/PLN ciągle wysoko, nie pomagają gołębi EBC i rosnące rentowności w USA

Złoty w parze z euro odrobił większość strat związanych z inwazją Rosji na Ukrainę. Niekorzystne otoczenie zewnętrzne sprawia jednak, że kurs USD/PLN nadal oscyluje wokół wysokiego poziomu 4,30.

Patrząc globalnie, w ostatnim czasie uwaga na rynkach finansowych koncentrowała się m.in. na amerykańskim rynku papierów skarbowych. Fed jest skupiony na odzyskaniu kontroli nad inflacją i sygnalizuje, że nastąpi jeden z najszybszych procesów zacieśniania polityki monetarnej w historii. Amerykańskie papiery dłużne doświadczają w związku z tym szerokiej wyprzedaży, a rentowność benchmarkowych 10-letnich papierów skarbowych wzrosła o kolejne 13 pb. do 2,83%.

Niejasne i niezobowiązujące komunikaty Europejskiego Banku Centralnego po kwietniowym posiedzeniu nie przyniosły wielu nowych informacji, a różnica w nastawieniu dwóch głównych banków centralnych ciąży kursowi EUR/USD. Waluty Ameryki Łacińskiej i funt brytyjski oparły się jednak sile dolara i w zeszłym tygodniu umocniły się względem amerykańskiej waluty. Ceny surowców wciąż rosną, a rynki akcji radzą sobie wyjątkowo dobrze, biorąc pod uwagę gwałtowne wzrosty rynkowych stóp, które zwykle są niekorzystne dla akcji.

W tym tygodniu poznamy niewiele istotnych dla rynku danych ze świata. Najważniejsze będą kluczowe wskaźniki PMI opisujące aktywność biznesową w kluczowych gospodarkach, które zostaną opublikowane w piątek. Niemniej będziemy w tym tygodniu uważnie przysłuchiwać się przemówieniom bankierów z najważniejszych światowych banków centralnych podczas panelu Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), w tym wystąpieniu prezesa Fed Jerome’a Powella w czwartek 21.04.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie z kursem EUR/PLN w okolicy 4,64, gdzie znajduje się również obecnie. Niedawno notowaliśmy pewną poprawę sentymentu związaną z sytuacją w Ukrainie, wydaje się jednak, że cały czas rzuca ona negatywne światło na waluty regionu, w tym szczególnie złotego. Nie można wykluczyć, że ofensywa w Donbasie w krótkim terminie ograniczy potencjał złotego do umocnienia. Oprócz tego w nadchodzących dniach warto obserwować sytuację w zakresie wyborów prezydenckich we Francji, która może wpływać na sentyment do Europy, oraz informacje z Chin. Dochodzą stamtąd dość niepokojące wieści w zakresie COVID-19 i związanych z nim obostrzeń, ograniczających aktywność gospodarczą i mogących ponownie prowadzić do zaburzeń w łańcuchach dostaw.

W tym tygodniu poznamy też wiele wieści z Polski, w tym szczególnie skupimy się na informacjach z rynku pracy (czwartek 21.04) – konsensus zakłada, że płace w marcu nadal rosły w dwucyfrowym tempie, aczkolwiek tym razem wolniej niż ceny. Tego samego dnia opublikowane zostaną też istotne dane o sprzedaży detalicznej, a w piątek – o produkcji przemysłowej. Dadzą one wgląd w to, jak gospodarka radziła sobie pod koniec I kwartału, w okresie obejmującym wojenny szok.

EUR

Podczas kwietniowego posiedzenia w zeszłym tygodniu EBC stracił szansę, by przekonać rynki, że poważnie podchodzi do inflacji. Komunikaty były w większości powtórzeniem słów z poprzedniego zebrania, mimo że od tamtego czasu wszystkie wskaźniki inflacyjne uległy pogorszeniu. Wydaje się jednak, że w Radzie Prezesów powstał poważny rozłam, i jak nieoficjalnie zdradziły mediom źródła zbliżone do EBC, podwyżka stóp w lipcu cały czas jest możliwa.

Poza wskaźnikami PMI istotna będzie druga tura wyborów prezydenckich we Francji odbywająca się w ten weekend. Spodziewamy się, że zgodnie z przewidywaniami wszystkich sondaży wygra Emmanuel Macron, ale uważamy również, że jest to w dużej mierze zawarte w cenach i będzie mieć niewielki wpływ na euro.

USD

Ulga na rynku instrumentów o stałym dochodzie spowodowana nieco słabszym od oczekiwań raportem inflacyjnym była krótkotrwała. W ciągu dwóch kolejnych dni silne dane o sprzedaży detalicznej i wyższa od oczekiwań inflacja cen producentów uświadomiły rynkom, że epizod inflacyjny wciąż trwa, a przed Fedem długa droga, by poskromić inflację. Rynkowe stopy procentowe w USA nadal rosną, co wspiera dolara względem walut europejskich, ale już nie tak mocno względem surowcowych.

W tym tygodniu poza przemówieniami oficjeli Rezerwy Federalnej istotne będą rządowe aukcje amerykańskich obligacji skarbowych. Szczególnie spora będzie środowa sprzedaż 20-letnich obligacji o wartości 16 mld dolarów. Aukcje w zeszłym tygodniu nie były udane i w obliczu braku zakupów obligacji przez Fed USA mogą być zmuszone do coraz większych ustępstw, by zabezpieczyć swoje ogromne potrzeby pożyczkowe.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

Skanowanie dokumentacji: co musisz wiedzieć

Dzięki procesowi skanowania, archiwizacja dokumentów może być łatwiejsza i bardziej efektywna. Daje to przedsiębiorstwu szereg korzyści, w tym na przykład większą wydajność czy umożliwienie maksymalnego wykorzystania przestrzeni biurowej. Pozwala ponadto skuteczniej i szybciej wyszukiwać potrzebne informacje, co w oczywisty sposób pozytywnie wpływa na codzienne funkcjonowanie firmy.

Jednak w pewnych sytuacjach proces skanowania może ulec komplikacji. Niekiedy dochodzi do takiego nagromadzenia dokumentacji, że liczy dosłownie tysiące egzemplarzy. Jest to dość duże wyzwanie, ponieważ chodzi tu nie tylko o odpowiednie zorganizowanie i przeprowadzenie skanowania, lecz o kwestie związane z bezpieczeństwem.skanowanie dokumentów

Zadbaj o porządek

Proces archiwizacji dokumentów można uznać za przeprowadzony skutecznie wtedy, gdy po jego zakończeniu pracownicy i zarządzający firmą mogą znaleźć wszelkie informacje sprawnie, szybko i z zachowaniem standardów bezpieczeństwa. W przeciwnym wypadku może dojść do marnowania czasu na bezowocne poszukiwania dokumentów, a przecież nie o to w tym chodzi.

Co istotne, konsekwencje chaotycznej archiwizacji mogą być bardziej poważne niż obniżona wydajność firmy. Chodzi mianowicie o sytuację, w której przedsiębiorstwo uczestniczy w sporze sądowym. Problem z odzyskaniem czy dostępem do konkretnych informacji i dokumentów może skutkować sporymi, nadprogramowymi kosztami.

A może outsourcing?

Z uwagi na opisane wyżej kwestie, warto zastanowić się nad outsourcingiem. W zdecydowanej większości przypadków jest to o wiele bardziej opłacalne, zwłaszcza jeśli chodzi o duże przedsiębiorstwo. Wynika to z następujących czynników:

  • kosztowny sprzęt i nowoczesne rozwiązania IT: aby przeprowadzać digitalizację dokumentów efektywnie i bezpiecznie, niezbędne są specjalistyczne narzędzia oraz kosztowne oprogramowanie; w przypadku współpracy z firmą zewnętrzną nie musisz ponosić tych wydatków (do których zalicza się również konserwacja i aktualizacja);
  • konieczność zatrudnienia lub wyszkolenia pracowników: skanowanie, przechowywanie oraz inne czynności związane z digitalizacją dokumentów wymagają określonych umiejętności i wiedzy, a doświadczona firma zewnętrzna dysponuje profesjonalnymi zasobami kadrowymi.

Bezpieczne przechowywanie dokumentów

Kolejnym ważnym argumentem przemawiającym za tym, aby kwestie związane z archiwizacją dokumentów powierzyć zewnętrznej firmie, są względy bezpieczeństwa związane z ich przechowywaniem.

W pierwszym odruchu można ulec pokusie przechowywania dokumentów w siedzibie firmy. Jednak zdecydowanie nie jest to pomysł godny polecenia, ponieważ mało które przedsiębiorstwo będzie w stanie spełnić wysokie normy bezpieczeństwa w przypadku bardzo dużych ilości danych. Outsourcing rozwiąże dwa problemy jednocześnie: zagwarantuje bezpieczeństwo informacji i pozwoli zaoszczędzić przestrzeń biurową.

Doświadczone i profesjonalne firmy z branży korzystają z nowoczesnych, autorskich rozwiązań informatycznych. Dobrym przykładem jest Pika, w ofercie której znajduje się również usługa Cyfrowego Archiwum, umożliwiające dostęp za pośrednictwem aplikacji online, oczywiście  z zachowaniem rygorystycznych procedur.

Podsumowanie

Jak więc widzisz, rozwiązanie nasuwa się samo: gdy w grę wchodzą bardzo duże ilości dokumentów, idealnie sprawdzi się współpraca z firmą zewnętrzną. Oszczędność czasu, pieniędzy oraz gwarancja bezpieczeństwa to bez wątpienia bardzo duże korzyści dla przedsiębiorstwa.

Poniedziałek Wielkanocny a rynki

Niestety nie wszystkie polskie święta to dni wolne od pracy także na świecie. Poniedziałek Wielkanocny nie jest tak mało popularny jak święto Trzech Króli, ale to nadal dzień, kiedy światowe rynki działają a w Polsce mamy wolne.

Dzień wolny w Polsce, ale nie na rynku

Poniedziałek Wielkanocny był dniem wolnym w Polsce i wielu innych krajach. Wiele istotnych rynków jednak tego dnia działało. Z tego też powodu mieliśmy wczoraj notowania rynku forex. Przy mniejszej liczbie uczestników jest to zawsze ryzykowny moment. Polska waluta jednak wyraźnie była w cenie tego dnia. W szczytowym momencie uzyskano niemal najniższe poziomy euro względem złotego od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę. Niemal, gdyż tuż przed publikacją danych o stopach procentowych pojawiło się niższe wybicie. Dzisiaj widzimy delikatne odbicie. Jest ono zdaniem części komentatorów połączone z wydarzeniami na Ukrainie. Rosjanie rozpocząć mieli w nocy szturm na Donbas. Zdaniem analityków może to być ostatnia istotna operacja tej wojny. Zajęcie tych regionów jest podobno planem minimum dla Rosjan, by usiąść do rozmów. Trudno jednak sobie w dzisiejszych okolicznościach wyobrażać, że utrzymają oni je w wyniku negocjacji pokojowych.

Pakiet danych z Chin

W poniedziałek poznaliśmy również pakiet danych z Państwa Środka. PKB w ujęciu rocznym rośnie wolno jak na ten kraj, bo zaledwie 4,8%. Z drugiej strony oczekiwania mówiły o zaledwie 4,4%. Lepiej od oczekiwań wypadła także produkcja przemysłowa. Słabiej z kolei wygląda sprzedaż detaliczna, która spada w ujęciu rocznym. Dzieje się to pomimo przyspieszenia inwestycji w aglomeracjach miejskich. Jak widać, kraj ten w dalszym ciągu ma sporo problemów. Szczególnie istotny jest ten z przenoszeniem akcentów na konsumpcję wewnętrzną. Chiny mocno chciały się swego czasu uniezależnić od eksportu na rzecz własnego rynku. Jednak projekt ten, delikatnie mówiąc, nie jest sukcesem.

Lepsze dane zza oceanu

W piątek poznaliśmy pakiet danych z USA. Indeks NY Empire State niespodziewanie wyskoczył do 24,6 pkt, pomimo że oczekiwano symbolicznego 0,5 pkt na plusie. Dobra wypadły też dane o produkcji przemysłowej. Rośnie ona w ujęciu miesięcznym o 0,9%, to o 0,5% więcej niż sądziły rynki. Siłą rzeczy wykorzystanie mocy produkcyjnych również poszło w górę powyżej oczekiwań. Dzieje się tak niemal zawsze przy wzrostach produkcji przemysłowej. Z jednej strony nie są to najważniejsze dane dla rynku walutowego. Z drugiej, są one wyraźnie lepsze od oczekiwań. Trafiły też na ważny moment dla dolara, gdzie testowana są kolejne ważne minima na parze EURUSD. Dane te pozwoliły kolejny raz atakować najniższy poziom od pierwszej połowy 2020 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – inflacja bazowa,
14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl