Opłata za polisę komunikacyjną jak za telewizję kablową czy telefon. Abonamenty mają odciążyć domowe budżety kierowców i objąć ochroną zapominalskich

Opłata za polisę komunikacyjną jak za telewizję kablową czy telefon. Abonamenty mają odciążyć domowe budżety kierowców i objąć ochroną zapominalskich 1

Opłaty w formie abonamentu są nowością na rynku ubezpieczeniowym. Polski fintechowy start-up hiPRO wraz z firmą ubezpieczeniową Allianz wprowadził na rynek platformę, która pozwala na opłacanie składki w sposób elektroniczny w miesięcznych ratach. Ma to chronić klientów, którzy zapomną o opłaceniu składki, i odciążyć budżety kierowców.

– Platforma działa bardzo prosto, bo jest to narzędzie, które integruje banki i instytucje płatnicze oraz ubezpieczycieli. Umożliwia także ocenę scoringu kredytowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Olech, prezes zarządu hiPRO. – Ta platforma wpina się w sposób niewidoczny dla użytkownika, którym jest pośrednik, do systemu sprzedażowego towarzystwa ubezpieczeniowego, pozwalając właściwie w czasie rzeczywistym dokonywać płatności za produkty ubezpieczeniowe i zawierać umowy w formie abonamentu, który u nas jest kredytem bankowym. Cały proces odbywa się online, w kilkanaście sekund, bez konieczności przygotowywania jakichkolwiek dokumentów, bardzo szybko, prosto i wygodnie.

Jak wynika z ankiety Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, 40 proc. kierowców zapomina opłacić składkę, kiedy kupuje ją u ubezpieczyciela i decyduje się na rozłożenie płatności na kilka rat. W takiej sytuacji w kolejnym roku tracą oni ochronę ubezpieczeniową, a konsekwencje finansowe mogą być bardzo dotkliwe. Płatność rozłożona na raty jest coraz popularniejsza, bo opłacenie rocznej czy półrocznej składki jednorazowo jest dla wielu konsumentów dużym obciążeniem.

Rozwiązanie wprowadzone przez Allianz i hiPRO w dużym stopniu rozwiązuje te problemy. W USA i na zachodzie Europy 90 proc. polis sprzedaje się w formule abonamentowej.

– Klient dostaje coś, do czego jest przyzwyczajony. Wszyscy kupujemy pewne rozwiązania w abonamencie miesięcznym, bo zarabiamy miesięcznie. Takich rozwiązań na rynku ubezpieczeniowym nie ma, bo składki są płacone z reguły rocznie, półrocznie lub kwartalnie – mówi Artur Olech. – My dajemy rozwiązanie, w którym klient może dostać to w formie miesięcznej, czyli jego siła nabywcza de facto rośnie, bo zarabiamy miesięcznie.

Pomysł polega na rozwiązaniu umożliwiającym kierowcy uzyskanie kredytu na polisę i pobieranie pieniędzy z jego konta automatycznie, przez co nie zapomina on o opłaceniu kolejnej raty i nie traci ciągłości ubezpieczenia, bo składka od razu trafia w całości do ubezpieczyciela. Korzyści odnosi też ubezpieczyciel – nie dość, że przyciąga klientów elastyczną ofertą, to platforma zapewnia szybką weryfikację ratingu kredytowego i skorzystanie z płatności bezgotówkowych. Platformę wspierają kredytowo różne banki.

 Z punktu widzenia towarzystwa ubezpieczeniowego korzyści jest bardzo dużo. Jest to przeniesienie poza bilans ubezpieczyciela wszystkich kosztów związanych z procesem obsługi rat, bo robi to bank. Obniża się też ryzyko ubezpieczeniowe dzięki lepszemu scoringowi z ryzykiem kredytowym – przekonuje prezes hiPRO. – Z drugiej strony tworzymy dodatkowe możliwości sprzedaży, bo we wszystkich branżach, gdzie wprowadzono takie wygodne narzędzia płatności lub abonament, sprzedaż wzrosła o 30 proc. Wartość kupowanych produktów też wzrosła, więc nie ma powodu, żeby to się nie wydarzyło też w ubezpieczeniach.

Ważą się losy zmian w Kodeksie pracy. Dotychczasowe propozycje mogłyby przysporzyć problemów zarówno pracodawcom, jak i pracownikom

Ważą się losy zmian w Kodeksie pracy. Dotychczasowe propozycje mogłyby przysporzyć problemów zarówno pracodawcom, jak i pracownikom 2

Projekty nowych kodeksów indywidualnego i zbiorowego prawa pracy w obecnej formie spowodowały zamieszanie po stronie pracodawców i samych pracowników – ocenia Michał Szuszczyński, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Plusem projektu jest m.in. propozycja zmian w systemie urlopowym. Z kolei propozycje dotyczące form zatrudniania i rozwiązywania stosunku pracy mogą przysporzyć pracodawcom szeregu problemów. Nie wiadomo jeszcze, czy proponowane przez Komisję Kodyfikacyjną zmiany będą procedowane.

 Gdyby projekty nowych kodeksów pracy weszły życie w takiej formie, w jakiej zostały udostępnione, mam przekonanie graniczące z pewnością, że pracodawcy – a tym bardziej pracownicy – nie udźwignęliby proponowanych zmian i mieliby duże problemy z ich praktycznym zastosowaniem – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szuszczyński, radca prawny i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Propozycje dotyczące nowych kodeksów pracy przygotowane przez Komisję Kodyfikacyjną zostały przedstawione w połowie marca. Niektóre z przewidzianych w nich zmian są rewolucyjne, największe od przeszło 40 lat, poczynając od nowych typów umów o pracę, systemu urlopów, aż po nowe zasady zwalniania pracowników.

– Niestety, płynące zewsząd głosy eksperckie o tych projektach są takie, że są to fatalnie napisane akty, które nie mają najmniejszych szans wejścia w życie w tym kształcie, w jakim zaprezentowała to Komisja Kodyfikacyjna. Gdyby tak się stało, to jedna z intencji – żeby pewne rzeczy uporządkować – na pewno w tej formie nie zostałaby osiągnięta – twierdzi Michał Szuszczyński.

Radca prawny ocenia, że pozytywny jest m.in. pomysł rozdzielenia nowych przepisów na dwa odrębne akty prawne: indywidualny i zbiorowy kodeks prawa pracy. Pierwszy ureguluje wszelkie kwestie na linii pracownik – pracodawca, drugi – wszystkie zagadnienia, które do tej pory regulowały zbiorowe przepisy Kodeksu pracy, jak i ustawy pozakodeksowe.

 Sam zamiar jest bardzo dobry, bo rzeczywiście prawo pracy do tej pory było – i nadal jest – rozrzucone po bardzo wielu ustawach, oprócz samego kodeksu. Natomiast wykonanie na obecnym etapie jest fatalne. Oba kodeksy napisane są w sposób z jednej strony bardzo szczegółowy, pewne kwestie określiłbym nawet mianem nadregulacji, a z drugiej strony inne napisane są w sposób tak bardzo ogólny i niejednoznaczny, że trudno rozszyfrować, jaka intencja przyświecała pomysłodawcom danego przepisu – mówi Michał Szuszczyński.

Jedna z głównych zmian proponowanych w nowym Kodeksie pracy ma dotyczyć form zatrudniania pracowników. Przepisy te przewidują bardzo wiele różnych umów: umowę o pracę dorywczą, umowę o pracę sezonową, umowę o zatrudnianie nieetatowe czy wreszcie całą formułę zatrudniania tzw. niepracowniczego, które miałoby zastąpić dotychczasowe zatrudnianie w ramach umów cywilnoprawnych (umów o świadczeniu usług czy w ramach umów-zleceń).

– To bardzo duże zmiany w zakresie samej formuły zatrudniania w stosunku do obecnego stanu prawnego, który de facto przewiduje wyłącznie trzy umowy o pracę: umowę na okres próbny, umowę na czas określony i umowę na czas nieokreślony. Tych form zatrudnienia, zgodnie z projektem, ma być zdecydowanie więcej – mówi Michał Szuszczyński.

Nowe regulacje mogłyby też zmienić bardzo wiele w systemie urlopów. Obecnie pracownikowi, w zależności od stażu pracy, przysługuje 20 bądź 26 dni wolnych w ciągu roku. Zgodnie z propozycjami zawartymi w nowym kodeksie – wszystkim pracownikom będzie przysługiwać 26 dni urlopowych, a obowiązek wykorzystania tego urlopu ma istnieć do 10 stycznia następnego roku kalendarzowego. Po tym terminie wolne dni będą przepadać.

Dziś jest tak, że wykorzystanie tego urlopu może nastąpić do końca września roku następnego. Natomiast – nawet jeżeli do końca września ten urlop nie zostanie wykorzystany – to on i tak przedawnia się dopiero po upływie trzech lat. Tę zmianę co do zasady należy ocenić więc pozytywnie – mówi Michał Szuszczyński.

Radca prawny i wykładowca poznańskiej Wyższej Szkoły Bankowej podkreśla bowiem, że w obecnym stanie prawnym problemem jest nadmierne gromadzenie urlopów i niewykorzystywanie ich przez pracowników. To powoduje impas prawny, ponieważ z jednej strony KodekspPracy wyraźnie nie daje pracodawcy prawa przymusowego skierowania pracownika na urlop (z wyjątkiem jednej sytuacji, kiedy pracownik znajduje się w okresie wypowiedzenia). To oznacza, że pracodawca nie ma narzędzia, które pozwalałoby mu zobowiązać pracownika do wykorzystywania dni urlopowych. Z drugiej strony Kodeks pracy stanowi, że nieudzielanie pracownikom urlopów wskazanych w terminach kodeksowych jest wykroczeniem przeciwko prawom pracowniczym.

Z pomocą przychodzi pracodawcom orzecznictwo Sądu Najwyższego, zgodnie z którym na zaległy urlop można pracownika przymusowo wysłać, ale z kolei tutaj Inspekcja Pracy jest już odmiennego zdania – mówi Michał Szuszczyński.

Kolejne projektowane zmiany związane są z rozwiązywaniem umów o pracę. W dzisiejszym stanie prawnym pracodawca musi podać przyczynę rozwiązania umowy o pracę wyłącznie, jeżeli wypowiada umowę na czas nieokreślony bądź rozwiązuje bez wypowiedzenia inne umowy. Nowy Kodeks pracy przewiduje, że pracodawca będzie musiał podawać te przyczyny zarówno w przypadku umów na czas nieokreślony, jak i umów na czas określony. Niektóre grupy pracodawców będą mogły się jednak zwolnić z tego obowiązku, wypłacając pracownikowi odpowiednią rekompensatę pieniężną. To wzbudza wśród ekspertów wątpliwości konstytucyjne – dlaczego wyłącznie niektórzy pracodawcy mają korzystać z takiego prawa, a inni będą z niego wykluczeni?

Kolejna kontrowersyjna rzecz to – w przypadku niektórych kategorii pracodawców – obowiązek wysłuchania czy konsultowania z pracownikiem zamiaru rozwiązania z nim umowy o pracę. Wiemy, że pracownicy, kiedy tylko otrzymują sygnał, że być może stosunek pracy zostanie z nimi rozwiązany, często uciekają na długotrwałe zwolnienia lekarskie. Zgodnie z obowiązującymi przepisami w trakcie takiego zwolnienia nie można pracownikowi złożyć wypowiedzenia umowy. Można rozwiązać ją w trybie dyscyplinarnym, jednak do tego muszą istnieć bardzo silne podstawy. Pojawia się pytanie: czy taki tryb konsultacji de facto nie będzie uniemożliwiał pracodawcy możliwości późniejszego rozwiązania stosunku pracy – mówi Michał Szuszczyński.

W ubiegłym tygodniu Beata Mazurek, rzeczniczka PIS, napisała na Twitterze, że partia nie ma nic wspólnego z projektami zmian i nie zamierza ich wprowadzać. Resort pracy oficjalnie nie odniósł się do tego.

W Polsce powstaje nowe Centrum Medycyny Translacyjnej. Przyspieszy pojawienie się nowoczesnych terapii, w tym terapii genowych m.in. dla pacjentów onkologicznych

W Polsce powstaje nowe Centrum Medycyny Translacyjnej. Przyspieszy pojawienie się nowoczesnych terapii, w tym terapii genowych m.in. dla pacjentów onkologicznych 3

Polska biomedycyna i biotechnologia mają szansę znacznie przyspieszyć. W Warszawie powstaje Centrum Medycyny Translacyjnej. Będą w nim prowadzone kompleksowe badania, przede wszystkim związane z immunoterapiami przeciwnowotworowymi. W Polsce będą dzięki temu rozwijane nowoczesne metody leczenia, takie jak terapia CAR-T stosowana u pacjentów z nowotworami krwi, gdzie komórki układu odpornościowego pacjentów są modyfikowane genetycznie, aby skutecznie zwalczały nowotwory.

W Warszawie, przy Centrum Badań Przedklinicznych i Technologii (CePT), powstaje Centrum Medycyny Translacyjnej. To jedna z pierwszych takich jednostek w naszym kraju. Dzięki przyspieszeniu i udoskonaleniu organizacji prac pomiędzy medycyną doświadczalną a kliniczną polska biomedycyna może znacznie przyspieszyć.

– Centrum Medycyny Translacyjnej jest kontynuacją już istniejącego projektu CePT. Rozpoczął się on od Centrum Badań Przedklinicznych, pokrywającego pierwszy etap badań, w którym prowadzimy doświadczenia na etapie komórek lub biologii molekularnej. Później powstał projekt CePT2, gdzie idziemy już w kierunku terapii człowieka – tu była część poświęcona medycynie regeneracyjnej, polegająca na przygotowywaniu terapii komórkowych do podania człowiekowi. W Centrum Medycyny Translacyjnej chcemy stworzyć dalszy etap rozwoju. Istnieje potrzeba przyspieszenia pomiędzy doświadczeniami podstawowymi a terapią człowieka – to jest przestrzeń określana właśnie jako medycyna translacyjna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. n. med. Radosław Zagożdżon, kierownik Zakładu Immunologii Klinicznej Instytutu Transplantologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, współpracujący z CePT.

Medycyna translacyjna, określana jest mianem bench-to-bedside, czyli przenoszeniem wiedzy naukowej od stołu laboratoryjnego do łóżka chorego. Wykorzystuje postępy podstawowych badań i na ich podstawie opracowuje nowe terapie, przystosowuje też już opracowane substancje do takiej formy, w jakiej mogą zostać podane pacjentowi.

– Z jednej strony oceniamy bezpieczeństwo, czyli mamy część, która jest związana z badaniami, z wykorzystaniem zwierząt, i oceniamy, czy dana terapia jest toksyczna oraz czy uzyskujemy odpowiednią skuteczność, podsumowując, czy balans ryzyka i zysku jest zachowany. Mamy też etapy czysto inżynieryjne. Na przykład jeżeli pracujemy z terapiami komórkowymi, to staramy się opracować jak najlepsze konstrukty genowe, które będą służyć do tego, żeby później można było je przygotować dla człowieka. Warto zaznaczyć, że w Centrum Medycyny Translacyjnej nie będziemy bezpośrednio leczyć, natomiast będziemy wskazywali kandydatów do dalszych prób klinicznych – wyjaśnia dr Radosław Zagożdżon.

W Centrum mają być rozwijane nowoczesne terapie, m.in. CAR-T, stosowane w leczeniu pacjentów z nowotworami krwi, u których inne terapie już zawiodły. Od niedawna metoda jest wykorzystywana w Stanach Zjednoczonych w leczeniu białaczki limfoblastycznej w ostrej postaci. Tam już przyniosła spektakularne efekty, remisje sięgnęły 90 proc. przy znacznie mniejszym stopniu remisji przy innych terapiach. Terapie CAR-T docelowo mogą też być stosowane u pacjentów z rakiem płuc, potrójnie negatywnym rakiem piersi, czerniakiem i części innych nowotworów złośliwych. W Centrach mają powstać kandydaci na produkty ATMP (Advanced Therapy Medicinal Products), w których komórki odpornościowe będą tak zmodyfikowane genetycznie, aby na przykład skutecznie zwalczały nowotwory, ale także wywoływały inne efekty w organizmie.

– Chcemy wykorzystać wiedzę w dziedzinie immunoterapii dwojakiego rodzaju. Po pierwsze immunoterapii chorób nowotworowych. Zespół badawczy, który byłby odpowiedzialny za organizację Centrum Medycyny Translacyjnej, zajmuje się głównie doświadczalną immunoterapią nowotworów. Po drugie, immunoterapie np. w transplantologii. Czyli z jednej strony tworzylibyśmy terapie komórkowe do niszczenia guzów nowotworowych, z drugiej zaś terapie, które miałyby osłaniać np. narząd przeszczepiony – tłumaczy dr Zagożdżon.

Dzięki pracy polskich naukowców docelowo w Polsce będą się mogli leczyć onkologiczni pacjenci z całego świata, a nowoczesne terapie byłyby najpewniej tańsze niż w krajach zachodnich, gdzie są one już prowadzone. Pojedyncza terapia CAR-T, gdzie komórki układu odpornościowego pacjenta działają jak leki, to koszt nawet 500 tys. dol. w Stanach Zjednoczonych. W Polsce mogłoby to być kilkukrotnie tańsze. Powodzenie projektu zależy jednak m.in. od tego, czy uda się nawiązać współpracę z jednym z działających już na Zachodzie centrów medycyny translacyjnej.

– Jeżeli nawiążemy bliską współpracę z takim centrum i zostaną nam przekazane pewne technologie, ten proces będzie znacznie szybszy i zastosowanie pierwszych terapii będzie możliwe za 2–3 lata od osiągnięcia sprawności operacyjnej. Jeżeli nie będziemy mieli bezpośredniego przekazania technologii i będziemy opracowywać ją samodzielnie, proces ten będzie dłuższy. Bezpośredni zysk pacjenta będzie polegał na czasie, czyli w momencie, kiedy jakieś laboratorium czy firma biotechnologiczna opracują kandydata na lek lub test diagnostyczny, my będziemy mogli znacząco przyspieszyć proces wprowadzenia go do badań klinicznych – podsumowuje dr Radosław Zagożdżon.

Aplikacja pozwoli zwizualizować każdy produkt w rozszerzonej rzeczywistości. To może być rewolucja w e-zakupach

Aplikacja pozwoli zwizualizować każdy produkt w rozszerzonej rzeczywistości. To może być rewolucja w e-zakupach 4

Nadchodzi rewolucja w zakupach e-commerce. Już wkrótce tradycyjne katalogi i ulotki, a nawet ekspozycje towarów mogą zostać wyparte przez rozszerzoną rzeczywistość. Może je zastąpić aplikacja zainstalowana na smartfonie, dzięki której jeszcze przed zakupem będziemy mogli obejrzeć, jak dana rzecz wpasuje się w naszą przestrzeń, np. kanapa w pokoju dziennym. Połączenie idei showroomingu z technologią AR pozwala na organizację ekspozycji szerokiej oferty bez konieczności dowożenia na miejsce realnych przedmiotów.

– ShoVRoom jest narzędziem wspomagającym sprzedaż, służy do prezentacji produktu, a właściwie całej gamy produktów wewnątrz jednej aplikacji. Możemy za jej pomocą prezentować nasze produkty w naturalnej przestrzeni, widzimy je w naszym rzeczywistym świecie, możemy wokół nich chodzić, możemy zmieniać wariacje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Damian Karczewski, współwłaściciel firmy Ignibit.

Aplikacja pozwala za pomocą smartfona z Androidem lub iOS-em zeskanować rzeczywistą przestrzeń i nanieść na nią wirtualne przedmioty. Takie rozwiązanie może zainteresować przede wszystkim firmy zajmujące się sprzedażą dużych gabarytowo przedmiotów, a także deweloperów czy architektów. Do zaprezentowania całego katalogu przedmiotów lub różnych wariantów wyposażenia bądź aranżacji wnętrz może im bowiem wystarczyć niewielkie pomieszczenie czy stoisko targowe. Dostawca aplikacji odwzorowuje produkty w wirtualnej rzeczywistości, można także skorzystać z wcześniej przygotowanych projektów CAD.

– Możemy zabrać ze sobą całą gamę samochodów, które mamy na sprzedaż. Co więcej, możemy również modyfikować je, zmieniać kolory karoserii lub tapicerek, możemy zmieniać wyposażenie samochodu, jak również wymieniać cały samochód na kolejny i sprawdzić, czy nam się dopasuje do garażu. Jedną z wielkich zalet ShoVRoom jest to, że prezentuje produkty w rzeczywistej wielkości, czyli jeżeli np. kanapa ma dwa metry, to w aplikacji również ma dwa metry. Możemy więc sprawdzić, czy np. będzie pasowała do salonu – wyjaśnia ekspert.

Rozwiązanie opiera się na wykorzystaniu rozwiązań takich, jak Google ARCore czy Apple ARKit, będących frameworkami rozszerzonej rzeczywistości. Za ich sprawą programiści mogą budować aplikacje, w których cyfrowo tworzone elementy są nakładane na obraz kamery w czasie rzeczywistym. Z takich technologii korzystali między innymi twórcy kultowej już miejskiej gry Pokemon GO.

– Ogromną zaletą tych technologii jest to, że pozwalają na tworzenie rozszerzonej rzeczywistości bez żadnych markerów. Kiedyś potrzebowaliśmy obrazków, na których wyświetlaliśmy zawartość. Tutaj już tego nie ma. Przedmioty możemy wyświetlać nawet w pustym salonie, tym samym meblując go. Co więcej, aplikacja pozwala zabrać wszystkie produkty ze sobą dosłownie w kieszeni. To narzędzie zastępuje ulotki, katalogi czy nawet prezentacje multimedialne. Możemy przecież chodzić wokół danego produktu, zobaczyć go z bliska lub oddalić, możemy go przesunąć, powiększyć, zeskalować, obrócić, dopasować do przestrzeni – wymienia Damian Karczewski.

Sieci handlowe już wprowadzają technologię rozszerzonej rzeczywistości. Ikea wprowadziła aplikację mobilną w technologii AR, dzięki której można sprawdzić, które meble będą najlepiej pasować do wnętrza. Gotowa jest też koncepcja aplikacji, która pokazywałaby dokładnie proces składania mebli. Rozszerzona rzeczywistość to odpowiedź na oczekiwania kupujących, którzy tradycyjne punkty sprzedaży odwiedzają coraz częściej tylko po to, by obejrzeć towar, który następnie kupią przez internet. Taki trend potwierdza się w statystykach.

Z badań dostarczanych przez Ipsos wynika, że niemal połowa Brytyjczyków w wieku do 35 lat praktykuje showrooming. Z kolei według TNS Global światowym liderem na tym polu są rozwijające się kraje Azji. Tam penetracja rynku usługami showroomingowymi sięga aż 71 proc. Tymczasem nad Wisłą, na taką formę zapoznania się z cechami kupowanego towaru decyduje się jedna trzecia konsumentów.

Przewlekłe zapalenie jelit kosztuje chorego nawet 2,5 tys. zł miesięcznie. To koszty leków oraz częstych nieobecności w pracy

Przewlekłe zapalenie jelit kosztuje chorego nawet 2,5 tys. zł miesięcznie. To koszty leków oraz częstych nieobecności w pracy 5

Choroba Leśniowskiego-Crohna to schorzenie ludzi młodych, aktywnych zawodowo. Częste absencje w pracy spowodowane okresowym zaostrzeniem choroby oraz koszty leczenia mogą uszczuplić budżet pacjenta nawet o 2,5 tys. zł miesięcznie. Straty dla gospodarki wynoszą natomiast nawet 140 mln zł rocznie. Pacjentom mogą pomóc nowoczesne leki, skuteczne zwłaszcza w przypadku chorych, u których wyczerpano inne opcje terapeutyczne. W Polsce dostęp do nich jest jednak bardzo ograniczony.

Choroba Leśniowskiego-Crohna należy do grupy nieswoistych chorób zapalnych jelit. To schorzenie autoimmunologiczne, atakujące wybrane odcinki przewodu pokarmowego od jamy ustnej do odbytu. Zmiany chorobowe najczęściej pojawiają się w końcowym odcinku jelita krętego i na początku jelita grubego oraz w jelicie cienkim, przy czym odcinki ze stanem zapalnym przedzielone są odcinkami zdrowymi. Objawy choroby Leśniowskiego-Crohna to nawracająca biegunka, bóle brzucha, gorączka, nagły spadek masy ciała, często także zmiany okołoodbytowe oraz śluz i krew w stolcu.

 Choroba Leśniowskiego-Crohna dotyka przede wszystkim ludzi młodych, w tym znaczną liczbę dzieci, które stanowią około 30 proc. pacjentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Bogusławski, partner zarządzający PEX Pharma Sequence.

Najczęstszy przebieg choroby Leśniowskiego-Crohna obejmuje okresy zaostrzeń i remisji, zdarzają się jednak także przypadki przewlekłej agresywnej postaci schorzenia, która w krótkim czasie prowadzi do inwalidztwa. Choroba jest nieuleczalna, możliwa jednak do kontrolowania dzięki nowoczesnym lekom, głównie lekom, które wpływają na ten specyficzny stan zapalny oraz immunosupresyjnym. Dostęp polskich chorych do nowoczesnych terapii stale się poprawia – obecnie mogą oni korzystać z leczenia standardowego oraz niektórych leków biologicznych. Możliwość optymalnego zastosowania nowych leków wciąż jest jednak znacznie ograniczona.

– Nadal jesteśmy kilka kroków w tyle za krajami europejskimi, nawet nie porównując się do Francji czy Wielkiej Brytanii, ale z takimi krajami jak Węgry czy Rumunia. Mamy zdecydowanie gorsze możliwości w dostępie do nowych leków. Ten odstęp pomiędzy rejestracją leku w danym wskazaniu a możliwością jego zastosowania jest wciąż zbyt długi – mówi dr hab. n. med. Piotr Eder z Kliniki Gastroenterologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

W zakresie nowoczesnych terapii obecnie zarejestrowane zostały na terenie państw Unii Europejskiej dwa leki biologiczne dające bardzo dobre efekty zwłaszcza w ciężkich przypadkach choroby Leśniowskiego-Crohna. Jednym z nich jest ustekinumab. Nie jest on dostępny dla pacjentów cierpiących na nieswoiste zapalenia jelit, choć zdaniem lekarzy powinien jak najszybciej zostać włączony do programu lekowego.

– To jest lek, który powinniśmy móc zaoferować pacjentom z chorobą Leśniowskiego-Crohna, jeśli przestali reagować na dotychczas stosowane leczenie, leczenie standardowe albo leczenie lekami biologicznymi, tzw. anty TNF-alfa. To infliximab czy adalimumab, które mamy w programie lekowym – mówi dr hab. n. med. Maria Kłopocka, gastroenterolog.

Osoby, których organizm nie odpowiada na dotychczasowe leczenie, stanowią znaczną część wszystkich chorych. Około 52. tygodnia leczenia blisko połowa pacjentów przestaje pozytywnie reagować na stosowana dotychczas terapię, co oznacza, że uzyskanie remisji choroby jest znacznie trudniejsze. Badania kliniczne, stanowiące podstawę do rejestracji leku, pokazały, że w około 60 proc. przypadków ustekinumab spowodował znaczną i długotrwałą poprawę stanu zdrowia.

– Dostępność tych nowych terapii na pewno poprawiłaby jakość życia chorych i myślę, że zmniejszyłaby koszty innej opieki, czyli niepotrzebnej chirurgii czy leczenia powikłań przewlekłej sterydoterapii – mówi prof. dr hab. n. med. Grażyna Rydzewska, prezes Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii.

Choroba Leśniowskiego-Crohna to ogromne obciążenie zdrowotne, ale i finansowe. W okresach zaostrzenia choroby pacjenci nie są w stanie pracować zawodowo, koszt leków w zależności od stopnia nasilenia objawów wynosi od kilkuset do ponad tysiąca złotych miesięcznie. Z badania przeprowadzonego przez PEX PharmaSequence wynika, że deklarowana przez pacjentów utrata dochodu w okresie zaostrzenia choroby to ok. 1300 zł, co w połączeniu z wydatkami na leczenie daje ok. 2,5 tys. zł. Z chorobą Leśniowskiego-Crohna związane są także koszty pośrednie, utraconej produktywności osób, które cierpią z jej powodu. Wynikają one głównie z trwałej niezdolności do pracy lub częstych nieobecności w miejscu zatrudnienia.

 Wysokość utraconej produktywności sięga ok. 3,5 tys. zł w okresie zaostrzenia choroby, więc ci ludzie, którzy mogliby wytwarzać dochód narodowy, usługi i produkty, nie robią tego. My oceniamy, że całkowita strata dla gospodarki w skali rocznej to ok. 130–140 mln zł. To bardzo znacząca suma przy relatywnie niedużej grupie osób cierpiących na tę chorobę, około 10 tys. – mówi Stefan Bogusławski.

Problemem polskich pacjentów, oprócz wciąż ograniczonego dostępu do nowoczesnych terapii, jest także brak skoordynowanej opieki medycznej. Powinna ona uwzględniać współpracę różnych specjalistów: lekarza prowadzącego gastroenterologa, dietetyka, psychologa, chirurga, oraz odpowiednią diagnostykę. Zwiększyłoby to komfort życia pacjentów i zoptymalizowało wyniki leczenia.

Pracodawcy RP o nowym Prawie zamówień publicznych i nowym prawie pracy

Nowe prawo zamówień publicznych oraz fiasko prac nad nowym Kodeksem Pracy – tym zagadnieniom poświęcone było drugie seminarium Pracodawców RP zorganizowane w ramach projektu Sieci monitoringu prawa. Pracodawcy RP zaprezentowali też raport legislacyjny za I kwartał 2018 r., w którym szczegółowo opisano wpływ projektowanych aktów prawnych na pracodawców.

Pierwsza część seminarium dotyczyła prac prowadzonych przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Urząd Zamówień Publicznych nad nowym Prawem zamówień publicznych. Wstępny harmonogram prac, który zakłada prezentację „koncepcji” nowej ustawy w maju przedstawił Bogdan Artymowicz, dyrektor departamentu prawnego UZP. Koncepcja nie będzie jednak stanowić oficjalnych założeń, lecz będzie jedynie dokumentem w formie tzw. białej księgi. Zostanie on poddany szerokim konsultacjom. Dyrektor Artymowicz podkreślił, że już teraz UZP współpracuje z partnerami społecznymi, w tym z organizacjami pracodawców. – Liczymy na to, że w ramach konsultacji otrzymamy wiele uwag, które pomogą nam w przygotowaniu projektu ustawy – powiedział dyrektor Artymowicz.

Reprezentujący Pracodawców RP dr Jakub Pawelec, członek zespołu doraźnego Rady Dialogu Społecznego ds. zamówień publicznych, potwierdził dobrą roboczą współpracę z resortem przedsiębiorczości oraz UZP. Dr Pawelec omówił też kluczowe postulaty zgłaszane przez partnerów społecznych w ramach przygotowań do tworzenia nowego Prawa zamówień publicznych. – Należy doprowadzić do zrównoważenia pozycji stron, m.in. poprzez redukcję kar umownych oraz wprowadzenie odpowiedzialności na zasadzie winy – powiedział Pawelec. Dodał też, że w zamówieniach brakuje dobrych praktyk, do których mogliby stosować się wykonawcy. – Być może powinny one być unormowane w ramach delegacji ustawowej, na podstawie rozporządzeń wydawanych przez właściwych branżowo ministrów – sugerował nasz prelegent. Na pewno korekty powinny doczekać się także przepisy dotyczące środków odwoławczych – dr Pawelec wskazywał na potrzebę wydłużenia terminów, obniżenia opłat, zapewnienia udziału ekspertów i biegłych oraz weryfikacji przez Krajową Izbę Odwoławczą warunków umów pod kątem nierównego ukształtowania pozycji stron. – Zamawiający nadużywają bowiem swojej dominującej pozycji – podsumował Pawelec.

Podczas drugiej części seminarium prof. Monika Gładoch zaprezentowała najważniejsze rozwiązania ujęte w projekcie nowego Kodeksu pracy, przygotowanego przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy. Propozycje dotyczące domniemania istnienia stosunku pracy, zatrudnienia niepracowniczego oraz nowych typów terminowych umów o pracę zostały krytycznie ocenione przez pracodawców, uczestniczących w spotkaniu. Uznali oni, że projekt nowego Kodeksu pracy jest zbyt obszerny (ma aż 544 artykułów), kazuistyczny i niezrozumiały. Rozbudowany Kodeks, szczegółowo regulujący poszczególne instytucje, określający terminy w dniach (np. umowa o pracę na czas określony nie mogłaby przekraczać 540 dni) bardziej przypomina prawo administracyjne niż prawo pracy. Pracodawcy zwrócili uwagę na to, że nowe przepisy są nieżyciowe, a żeby móc je prawidłowo zastosować w praktyce musieliby mieć odpowiednie wsparcie prawne i kadrowe.

– Nie powinniśmy zaśmiecać prawa pracy zbędnymi regulacjami, które dodatkowo będą nieaplikowalne dla rynku pracy – stwierdziła prof. Gładoch. Pracodawcy w pełni się z tym zgodzili. Ponadto pozytywnie ocenili deklaracje przedstawicieli rządu o rezygnacji z dalszego procedowania projektu przygotowanego przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy, w czym swoją zasługę mieli również Pracodawcy RP. – Nie chcemy jedynie krytykować projektu nowego Kodeksu pracy, ale będziemy też pracować nad własnymi propozycjami w tym zakresie – powiedziała prof. Gładoch. Zdaniem pracodawców odejście od projektu Komisji Kodyfikacyjnej to szansa na nowe otwarcie i zgłaszanie nowych propozycji zmian w prawie pracy.

W trakcie seminarium został zaprezentowany również kolejny Raport monitoringu legislacji, przygotowany przez ekspertów Sieci monitoringu prawa Pracodawców RP w ramach projektu unijnego. Zawiera on analizę najważniejszych projektów aktów prawnych z obszaru prawa gospodarczego, prawa podatkowego oraz prawa pracy, procedowanych w I kw. 2018 r. W Raporcie zostały uwzględnione m.in. założenia nowego Prawa zamówień publicznych oraz projekty nowego Kodeksu pracy. Omówiono w nim również projekt ustawy o pracowniczych planach emerytalnych, który wzbudza duże zainteresowanie po stronie przedsiębiorców. Raport objął też: projekt nowelizacji ustawy o związkach zawodowych, ustawę dotyczącą elektronizacji i archiwizacji dokumentacji pracowniczej, pakiet ustaw tzw. Konstytucji biznesu, projekt ustawy o jawności życia publicznego, a także projekt ustawy o wspieraniu nowych inwestycji, projekt dotyczący uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym oraz projekt nowelizacji ustawy o VAT. Z Raportu wynika, że w I kw. br. nastąpiło spowolnienie procesu legislacyjnego. W porównaniu z ostatnim kw. 2017 r. było mniej inicjatyw legislacyjnych, a tempo procedowania było wolniejsze. Autorzy Raportu prognozują jednak przyspieszenie procesu legislacyjnego w II kw. br., co będzie miało związek z wakacyjną przerwą w pracach parlamentu i potrzebą pilnego uchwalenia szeregu projektów.

To powinieneś wiedzieć zanim wypełnisz PIT za 2017 r.

Jakie zmiany w wypełnianiu PIT-u zostały wprowadzone w 2017 roku? Jak przekazać 1 proc. podatku na organizacje pożytku publicznego? Już tylko kilka tygodni pozostało do rozliczenia się z urzędem skarbowym. Sprawdź, co powinieneś wiedzieć.

Najważniejsze, to wybrać odpowiedni formularz i uwzględnić wszystkie uzyskane dochody, nie tylko te związane z wykonywaną pracą. – Pamiętaj, że dochody osiągane za granicą również mogą podlegać wykazaniu w krajowym rozliczeniu, a nawet być opodatkowane w Polsce. Odrębne zasady rozliczenia dotyczą natomiast przychodów z kapitałów pieniężnych, do których zaliczają się np. przychody z udziału w funduszach kapitałowych, dywidend czy z odpłatnego zbycia akcji oraz papierów wartościowych – Paweł Fałkowski, partner i doradca podatkowy w ALTO, ekspert portalu Viem.pl

Wizyta w urzędzie lub przez internet

Z roku na rok rośnie liczba osób, które rozliczają podatek przez internet. – Według danych Ministerstwa Finansów, w 2017 roku 9,67 mln formularzy PIT-37 złożono kanałami elektronicznymi. To o 1,3 mln więcej niż w roku poprzednim oraz blisko trzykrotnie więcej niż w 2013 roku[1] – dodaje ekspert portalu Viem.pl

Można rozliczyć się samodzielnie lub zawnioskować do urzędu skarbowego o przygotowanie wstępnego rozliczenia podatkowego za 2017 r. By rozliczenia dokonał za nas urząd, konieczne jest złożenie wniosku PIT-WZ do 15 kwietnia – po tej dacie podatnik może rozliczyć się wyłącznie sam. Wniosek PIT-WZ można przekazać urzędowi skarbowemu jedynie elektronicznie. W poprzednim roku z tej możliwości skorzystało 27 417 podatników.

Zmniejsz podatek rozliczając się z małżonkiem albo stosując ulgę

Najpopularniejszym sposobem na obniżenie podatku wciąż pozostaje wspólne rozliczenie z małżonkiem. Jest to korzystne w sytuacji, gdy jeden z małżonków osiąga znacznie niższe dochody od drugiego lub nie ma ich wcale. Z ulgi na dzieci mogą natomiast skorzystać podatnicy, którzy sprawują władzę rodzicielską nad dzieckiem, rodzice zastępczy oraz prawni opiekunowie mieszkający z dzieckiem.

Od dochodu można również odliczyć darowiznę na cele krwiodawstwa, pożytku publicznego lub kultu religijnego, a także ulgę z tytułu wydatków na internet.

W 2017 roku istotne, korzystne zmiany dotyczą ulgi rehabilitacyjnej – odliczenia wydatków na używanie samochodu. Aktualnie prawo do korzystania z ulgi dotyczy osób niepełnosprawnych bez obowiązku posługiwania się ściśle określonym rodzajem niepełnosprawności oraz osób mających na utrzymaniu niepełnosprawnych. Odliczyć można nie więcej niż 2 280 złotych – komentuje Fałkowski.

Przekaż 1 proc. podatku na szczytny cel

Według danych Ministerstwa Finansów 50 proc. podatników zdecydowało się w ubiegłym roku przekazać 1 proc. swojego podatku na jedną z 8 238 OPP. Łączna wartość tego wsparcia wyniosła 660,2 mln złotych. Najwięcej środków finansowych trafiło do Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” oraz Avalon – Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym.[2]

Aby wesprzeć w ten sposób OPP, wystarczy w deklaracji podatkowej, w przeznaczonych do tego rubrykach (np. część J formularza PIT-37 „Wniosek o przekazanie 1% podatku należnego na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP)”) wpisać nazwę oraz numer KRS OPP, którą postanawiamy wesprzeć. W tym roku ich lista powiększyła się do 8 517, a można ją znaleźć na stronie www Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Jeżeli rozliczamy się elektronicznie, system sam wyliczy maksymalną kwotę wsparcia. Natomiast przy wypełnianiu formularza ręcznie, należy obliczyć 1 proc. podatku i zaokrąglić tę liczbę w dół do pełnych dziesiątek. Przekazywana kwota może być niższa, ale nie może przekroczyć 1 proc. naszego podatku.

[1] https://www.mf.gov.pl/ministerstwo-finansow/wiadomosci/aktualnosci/-/asset_publisher/M1vU/content/9-7-mln-e-pit-ow-czyli-mamy-nowy-rekord-rozliczenie-pit-2017-za-nami?redirect=https%3A%2F%2Fwww.mf.gov.pl%2Fministerstwo-finansow%2Fwiadomosci%2Faktualnosci%3Fp_p_id%3D101_INSTANCE_M1vU%26p_p_lifecycle%3D0%26p_p_state%3Dnormal%26p_p_mode%3Dview%26p_p_col_id%3Dcolumn-2%26p_p_col_count%3D1%26_101_INSTANCE_M1vU_advancedSearch%3Dfalse%26_101_INSTANCE_M1vU_keywords%3D%26_101_INSTANCE_M1vU_delta%3D20%26_101_INSTANCE_M1vU_cur%3D8%26_101_INSTANCE_M1vU_andOperator%3Dtrue#p_p_id_101_INSTANCE_M1vU_

[2] https://www.finanse.mf.gov.pl/documents/766655/6084784/Wykaz+organizacji+po%C5%BCytku+publicznego%2C+kt%C3%B3re+w+2017+otrzyma%C5%82y+kwoty+1+proc.

My Customer World Forum & Expo 2018

Już 9 maja 2018 roku w Warszawie odbędzie się premiera My Customer World Forum & Expo – wydarzenia inspirowanego doświadczeniami klientów. Ponad 45 wystąpień eksperckich, 32 wystawców, 3 premiery i przeszło 400 osób poszukujących wiedzy i inspiracji, skoncentrowanych na świecie klienta w jednym miejscu

My Customer World Forum & Expo Oczekiwania i potrzeby klientów, uwarunkowania kulturowe i prawne, całkiem nowe modele zachowań i komunikacji składają się na świat klienta. Przestrzeń, w której żyje, dokonuje decyzji zakupowych, korzysta z szeregu produktów i usług, pracuje i odpoczywa podlega nieustannej ewolucji. Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej każda firma i marka powinna dobrze znać ten świat aby móc do niego wejść i skutecznie porozumiewać się z klientami.

Przygotowaliśmy interaktywną mapę, na którą składają się fakty, twarda wiedza dotycząca oczekiwań i ich zachowań, sprawdzone ścieżki porozumiewania się z nimi, nowoczesne rozwiązania technologiczne usprawniające komunikację oraz aktorów pełniących kluczowe role w budowaniu i przeżywaniu doświadczeń relacji pomiędzy marką i odbiorcą. My Customer World powstaje z myślą o przedsiębiorcach, którzy chcą znaleźć w jednym miejscu przepis na sprzedaż, obsługę oraz komunikację z klientem na miarę czasów, w których żyjemy.

My Customer World to wydarzenie, zbudowane od podstaw aby dostarczyć uczestnikom doświadczenie uczestnictwa w świecie klienta. Niemal 3 lata zajęło nam zbieranie danych i przygotowania do jego organizacji. Wyodrębniliśmy potrzeby rynku, zgromadziliśmy najlepsze praktyki w zakresie współdziałania eventowego oraz włożyliśmy weń kawał naszego serca aby stworzyć wydarzenie branżowe, w którym bez kompromisów chcielibyśmy uczestniczyć i polecić swoim przyjaciołom.

Szykujemy (prawdopodobnie) największe wydarzenie na temat obsługi klienta i zorganizowanej komunikacji w historii Polski. Ponad 400 osób weźmie udział w transferze wiedzy i inspiracji na dwóch scenach MCW. Swoimi historiami podzieli się ponad 50 ekspertów od świata klienta. Pierwszy w Polsce tak kompleksowy przegląd rozwiązań technologicznych, operacyjnych i wsparcia dla struktur obsługowych. Wszystko to po to by Klient w swoim świecie czuł się szczęśliwy. My Customer World to dwa formaty: Forum czyli konferencja w najczystszej postaci – 100 % koncentracji na wiedzy oraz inspiracji, Expo czyli targi oraz towarzyszące im prezentacje i animowana strefa networkingowa.

Organizatorem My Customer World jest Fundacja Polskie Forum Call Center – organizacja, która powstała z myślą o rozwoju sektora profesjonalnej komunikacji firm z ich klientami. Od ponad 7 lat wspiera przedsiębiorstwa w dostępie do wiarygodnej informacji, optymalizacji procesów komunikacyjnych, budowaniu wizerunku branży oraz budowania pozytywnych doświadczeń obsługiwanych klientów.

„Jako firma mamy świadomość, że świat zmienia się szybko – na rynek wkraczają nowe technologie. Niektóre z nich podążają za zmieniającymi się modelami zachowania klientów a inne wręcz kreują zupełnie nowe zachowania u klientów. Dlatego też niezmiernie cieszymy się, że to właśnie Avaya, jako złoty sponsor, wesprze pierwszą edycję My Customer World Forum & Expo. Konferencja to możliwość wymiany doświadczeń ze znakomitymi ekspertami i czerpanie od nich inspiracji. To także szansa na zapoznanie się z nowymi rozwiązaniami pozwalającymi lepiej odgadywać potrzeby klientów i szybko na nie reagować” – powiedział Artur Chmielewski, dyrektor zarządzający Avaya Polska.

9 – 10 maja 2018, Warszawa Pin-Up Studio, ul. Nowogrodzka 84/86.

Więcej informacji na stronie wydarzenia: https://mycustomer.world

Dyrektor personalny na godziny w małych i średnich firmach

Dynamiczny rozwój małej firmy z pewnością cieszy jej właścicieli. Ale rozwój to nie tylko większe przychody, ale i specyficzne problemy. Gdy firma rośnie, musi pozyskać odpowiednich pracowników i znaleźć sposób, by zatrzymać ich na dłużej. Tym bardziej, że to, co stanowi dziś najważniejszą przewagę konkurencyjną firm to kompetencje pracowników.

Korporacje mają swoje rozbudowane struktury, procedury, zasady, regulaminy. Ten zbiór zasad pozwala zarządzać organizacją sprawniej i zgodnie z ustalonymi regułami. Zarządzaniem ludźmi zajmują się odpowiednie działy, a dyrektor HR coraz częściej staje HR biznes partnerem i ma coraz większy wpływ na strategiczne decyzje przedsiębiorstw. Duże organizacje coraz częściej dostrzegają (i doceniają) związek pomiędzy kompetencjami pracowników, a wynikami finansowymi.

Mała firma – ogromne wyzwania

W małych i średnich firmach kwestie związane z zarządzaniem i rekrutacją często wymagają szczególnej uwagi. Gdy nieduże przedsiębiorstwo dynamicznie się rozwija, nagle trzeba zacząć sobie radzić ze sprawami, które wcześniej nie wydawały się tak skomplikowane. Pojawiają się problemy z dostosowaniem organizacji do aktualnych przepisów, z pozyskaniem odpowiednich pracowników o odpowiednich kompetencjach, z ustaleniem polityki wynagrodzeń oraz benefitów, które pomogą zatrzymać najcenniejsze talenty w firmie, z rozwojem pracowników, czy w końcu, z budowaniem kultury organizacyjnej firmy.

– Dopóki firma jest kilkuosobowa, sprawami personalnymi najczęściej zajmuje się właściciel, który często jest zarazem prezesem. Gdy jednak firma się rozrośnie, w pewnym momencie musi stanąć przed takimi samymi problemami w zakresie HR, jak duże firmy – mówi Anna Grzywaczyk, dyrektor ds. projektów HR w firmie doradczej WNCL. – Ktoś w organizacji musi zająć się pozyskaniem odpowiednich pracowników, a potem zatrzymaniem ich. Trzeba zacząć systematyzować procesy, tworzyć spójne regulaminy wynagrodzeń, dbać o rozwój kompetencji, opisać wartości firmy, zadbać o wizerunek pracodawcy. To, co wyróżnia firmy odnoszące sukces na rynku to przede wszystkim efektywny, zmotywowany zespół ludzi. A najskuteczniej takim zespołem będzie zarządzał doświadczony dyrektor personalny – podkreśla.

Dziś już samo zatrudnienie i zatrzymanie odpowiednich pracowników może być wyzwaniem. Młodzi i utalentowani mają tendencję do częstej zmiany pracy, preferując zatrudnienie w dużych organizacjach. Jak wynika z badań Gallupa, 87% Millenialsów twierdzi, że w pracy najważniejszy dla nich jest rozwój, a 93% opuszcza obecnego pracodawcę po to, by móc pracować na innym stanowisku. Okazuje się, że to znacznie ważniejsze argumenty niż samo wynagrodzenie.

Z badań wynika również, że firmy, które wybierają najlepszych kandydatów do pracy notują 20-procentowy wzrost sprzedaży (w porównaniu z tymi, które nie koncentrują się na poszukiwaniu talentów). Skupianie się na najlepszych pracownikach i wysokiej kulturze organizacyjnej prowadzi do wzrostu przychodów, a nawet znacząco przyczynia się do mniejszej liczby incydentów związanych z bezpieczeństwem na stanowiskach pracy.

Jak jednak sprawić, by mała lub średnia firma zaczęła prowadzić nowoczesną politykę personalną? I kto miałby się tym zająć?

Skąd wziąć doświadczonego dyrektora HR?

Niestety, dla firmy zatrudniającej kilkunastu, kilkudziesięciu, a czasem i ponad stu pracowników, pełnoetatowy dyrektor personalny z bogatym doświadczeniem będzie trudny do pozyskania. Taki specjalista zazwyczaj nie szuka pracy, a jeśli już, to częściej zainteresowany jest zatrudnieniem w dużych organizacjach. Ale nawet gdyby udało się takiego zdobyć – koszt jego zatrudnienia na pełen etat może okazać się bardzo wysoki.

Skutek jest taki, że w małych i średnich firmach funkcje HR powierzane są często osobom młodym i niedoświadczonym, ponieważ takich pracowników łatwo znaleźć, a w dodatku ich wynagrodzenie nie musi być wysokie. Niestety, trudno mówić o innych, tzn. pozakosztowych korzyściach z zatrudnienia osoby, która nie ma doświadczenia w rekrutowaniu odpowiednich pracowników, nie mówiąc już o tym, że prezes czy właściciel niekoniecznie będzie liczył się ze zdaniem takiego specjalisty. Ewentualnie firma może się „ratować” kupowaniem usług zewnętrznych związanych z doradztwem prawnym czy szkoleniami, ale to oznaczać będzie dodatkowe koszty.

Alternatywą może być zatrudnienie dyrektora personalnego „na godziny”. W Polsce wciąż brzmi to dość egzotycznie, ale taki tryb współpracy na Zachodzie jest już powszechny. Dzięki takiemu rozwiązaniu nawet mała firma może podpisać umowę z doświadczonym, czasem nawet wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, korzystając z jego usług np. przez dzień lub dwa dni w każdym tygodniu.

Tu także istnieje jednak pokusa, by szukając dyrektora, który zajmie się zasobami ludzkimi na zasadzie outsourcingu, kierować się jak najniższymi kosztami. Warto więc mieć na uwadze cele, jakie przyświecają danej firmie. Jeśli chce ona zmniejszyć rotację lub przyciągnąć najlepsze talenty z rynku pracy, istnieje niewielka szansa, że młody freelancer dostępny „w okazyjnej cenie” okaże się równie skuteczny jak wieloletni specjalista mający rozbudowaną sieć kontaktów oraz doświadczenie zdobyte w kilkunasto- lub kilkudziesięcioletniej pracy dla wielu przedsiębiorstw z rozmaitych branż.

Im większe wyzwania stoją przed firmą, tym ważniejsze, by strategiczne kwestie związane z rekrutacją, motywowaniem i zarządzaniem pracownikami powierzyć kompetentnemu specjaliście.

Dyrektor personalny na godziny – jak to działa?

Możliwość zatrudnienia dyrektora personalnego „na godziny” wpisuje się w najważniejszą cechę małych i średnich przedsiębiorstw, jaką jest elastyczność. Dyrektor personalny może pracować dla konkretnego klienta dokładnie tyle czasu, ile jest to potrzebne, a każda godzina świadczenia usług dla danej firmy powinna być skrupulatnie opisana w raporcie przygotowywanym dla klienta.

To, ile godzin w tygodniu pracuje dyrektor personalny, zależy od wielkości organizacji oraz agendy HR, czyli dokumentu, który określa cele postawione przed specjalistą oraz czas, w jakim rezultaty mają zostać osiągnięte. W firmach zatrudniających od kilkunastu do 100 osób, w standardowych sytuacjach wystarcza zazwyczaj wymiar współpracy wynoszący jeden dzień w tygodniu.

– Jeśli dyrektor HR jest w firmie systematycznie co tydzień, uczestniczy w ważniejszych spotkaniach zarządu lub działu sprzedaży, doskonale może poznać firmę i jej kluczowych pracowników. Szczególnie, jeśli pracuje on w modelu HR biznes partneringu, jego rolą jest wsparcie dla kadry menedżerskiej wyższego i średniego szczebla, a nie dla wszystkich pracowników – mówi Iwona Wencel, prezes WNCL, która sama również pełni funkcję dyrektora personalnego „na godziny”.  – Jeśli jest to osoba z długim i różnorodnym doświadczeniem, jest w stanie szybko „wejść” w sprawy firmy i brać udział w strategicznych decyzjach, szczególnie tych dotyczących struktur, ludzi  i procesów zarządzania, włączając performance management – podkreśla.

Kontrakt z dyrektorem personalnym wiąże się, co oczywiste, z kosztami. Jednak myśląc o wydatkach, warto jednocześnie uwzględnić przewidywane zyski. Ważne, aby bilans był dodatni, tzn. aby korzyści uzyskane przez przedsiębiorstwo dzięki zatrudnieniu wysokiej rangi specjalisty, były znacznie wyższe niż wartość kontraktu. Korzyścią może być także ograniczenie wydatków, np. związanych z rotacjami, których koszty (wg różnych szacunków) mogą wynosić od 83% do 130% rocznego wynagrodzenia pojedynczego pracownika.

Iwona Wencel, pytana o to, czy taka inwestycja oby na pewno się opłaca, podaje przykład konkretnej sytuacji.

– W firmie call center rotacja wynosi 48% w skali roku. Dla firmy 100-osobowej oznacza to 48 osób x np. średnie wynagrodzenie roczne 48.000 zł (4000 x 12 miesięcy), czyli 2.304.000 zł w skali roku. Kontrakt z doświadczonym dyrektorem personalnym na godziny na dwa dni w tygodniu będzie się wiązał z kosztem ok. 20.000 zł, co rocznie daje 240.000 zł. Jeśli dyrektor personalny zmniejszy rotację „zaledwie” do 30%, to w kasie firmy zostanie ok. 600.000 zł – mówi prezes WNCL.

Oczywiście można też szukać freelancera, który będzie tańszy. Pytanie tylko, czy tańszy specjalista będzie w stanie zmniejszyć rotację w takim samym stopniu. W przypadku specjalistycznych firm koszt jednostkowy jest nieznacznie wyższy, ale gwarancja jakości i szerszej wiedzy – dużo większa.

Oczywiście jednak każda firma musi sama zdecydować (a najlepiej obliczyć), czy w jej konkretnej sytuacji bardziej opłaci się zatrudnienie dyrektora personalnego na etacie, podpisanie umowy z freelancerem, czy też zawarcie kontraktu z wyspecjalizowaną firmą zatrudniającą doświadczonych ekspertów.

Na szczęście małe i średnie firmy potrafią być elastyczne, wybierając dla siebie rozwiązanie najbardziej odpowiednie na danym etapie rozwoju. Możliwe więc, że choć dziś wystarcza specjalista,  jutro potrzebny będzie doświadczony dyrektor HR na godziny, a już wkrótce warto będzie pomyśleć o etatowym dyrektorze lub HR Biznes Partnerze.

Ważne przy tym, aby nie zwlekać zbyt długo z odpowiednimi decyzjami. Struktury HR warto budować równolegle ze wzrostem firmy. Zdarza się, że właściciel czeka ze zmianami zbyt długo, a o wsparcie specjalistów prosi dopiero wtedy, gdy pracownicy odchodzą, w zespole pojawiają się konflikty lub on sam przestaje radzić sobie z powodu przeciążenia obowiązkami. Lepiej, gdy właściciela motywuje rozwój – nie kryzys.

Fadlallah Zayat na czele hotelu Sheraton Warsaw

Rok 2018 będzie dla Hotelu Sheraton Warsaw rokiem szczególnym. Nowy Dyrektor Generalny oraz otwarte świeżo po renowacji pokoje i apartamenty rozpoczynają nowy rozdział w ponad 20-letniej historii Sheraton Warsaw. Hotel, usytuowany na rogu Placu Trzech Krzyży, z widokiem na Park Łazienkowski, uznawany jest za miejsce spotkań elit towarzyskich, głów państwa oraz liderów biznesu. Od momentu otwarcia, do dnia dzisiejszego, pozostaje jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc, zarówno dla osób podróżujących w celach biznesowych jak i wypoczynkowych.

Nowy rok, nowe wyzwania

Fadlallah Zayat - Sheraton Warsaw
Fadlallah Zayat – Sheraton Warsaw

Od 1 lutego 2018 na czele hotelu Sheraton Warsaw stanął Fadlallah Zayat. Nowy Dyrektor Generalny to doświadczony hotelarz, związany z branżą od kilkudziesięciu lat. Większość swojej kariery zawodowej spędził w hotelach sieci Marriott, do której należy Sheraton, więc ma doskonałe rozeznanie zarówno w mikro jak i makro środowisku biznesowym. Poprzednio Fadlallah Zayat zajmował stanowisko Dyrektora Generalnego w pięciogwiazdkowym JW Marriott Grand Hotel w Bukareszcie, jednym z najbardziej luksusowych hoteli w portfolio Marriott International w Rumunii.

Cieszę się, że dołączyłem do zespołu profesjonalistów hotelu Sheraton Warsaw. W Marriott Inernational dokładamy wszelkich starań, aby zapewnić gościom najwyższe standardy oraz sprawić, że ich pobyt będzie niezapomnianym doświadczeniem. W nowym roku, otworzyliśmy dla gości pokoje i apartamenty, które przeszły dogłębną renowację. Nasza prestiżowa oferta z pewnością pozwoli zrepozycjonować hotel Sheraton Warsaw, sprawiając, że stanie się on destynacją idealną, zarówno dla gości biznesowych jak i indywidualnych. W tej chwil mogę śmiało przyznać, że blask ikonie został przywrócony – skomentował Fadlallah Zayat, nowy Dyrektor Generalny.

Pasja do hotelarstwa

Kariera zawodowa nowego Dyrektora Generalnego jest niesamowicie ciekawa – łączy możliwość odwiedzania wielu ciekawych miejsc na całym świecie, poznawania ludzi oraz zdobywania wszechstronnego doświadczenia zawodowego.

Fadlallah Zayat, obejmując kierownictwo hotelu Sheraton Warsaw, rozpoczął zarządzanie marką, która należy do jednego z 30 brandów, znajdujących się w portfolio Marriott International. Z tą, największą na świecie siecią hotelarską jest związany od ponad 24 lat, W 1994 roku rozpoczynał karierę w dziale finansowym  w JW Marriott w Dubaju, a następnie rozszerzył swoje działania na inne kraje. Pracował w takich miastach jak Bejrut, Erewań, Tbilisi, Warszawa czy kazaskie Ałmaty. Zajmował także stanowisko Reginalnego Dyrektora Finansowego Area na rynki Europy Zachodniej i Wschodniej zarządzając aż 54 hotelami w 16 krajach. Szeroki zakres kompetencji oraz dogłębne poznanie biznesu to niewątpliwa zaleta, którą Fadlallah Zayat może wykorzystać przy kolejnych wyzwaniach, również tych, które czekają na niego w Warszawie. Zresztą stolica Polski nie jest mu obca. Od 2002, przez sześć lat, pracował w Warsaw Marriott Hotel I LIM JV jako Dyrektor ds.Finansowych i Ekonomii oraz jako  Director of Rooms Operations.

Program do faktur online – dlaczego warto z niego korzystać?

Faktura to podstawowy dokument, który musi wystawiać każdy przedsiębiorca. Jest to dowód zawarcia i dokonania transakcji oraz narzędzie służące do uzyskania zapłaty za sprzedany produkt lub usługę. Faktury mogą być wystawiane w tradycyjnej formie papierowej lub w formie elektronicznej. Ze względu na wygodę oraz szybkość wystawienia dokumentu, faktury online cieszą się coraz większą popularnością. Do ich wystawienia potrzebny jest jedynie specjalny program. Co warto wiedzieć o programach wystawiających faktury online i dlaczego warto z nich korzystać?

Faktury papierowe a faktury online

Dawniej każdy przedsiębiorca był zobowiązany do ręcznego wypełniania oraz wystawiania faktur w formie papierowej. Następnie taki dokument musiał zostać dostarczony klientowi, który swoim podpisem kwitował jego przyjęcie i wykonanie usługi. Wiązało się to z koniecznością samodzielnego przygotowywania dokumentów księgowych oraz było obarczone dużym ryzykiem popełnienia błędu. Ręczne wystawiane faktur zajmowało także dużo czasu, a cały proces ich przygotowania był dość skomplikowany.

Program do wystawiania faktury online – czym jest?

Dziś sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Już od pewnego czasu możliwe jest bowiem wystawianie faktury online. Faktura online to dokument wygenerowany w formie elektronicznej, do którego przygotowania służą specjalne programy do wystawiania faktur online. Programy te automatyzują czynność wystawiania faktury, dzięki czemu przygotowanie oraz wygenerowanie dokumentacji jest prostsze, szybsze i obarczone mniejszym ryzykiem popełnienia błędu.

Programy oferujące faktury online dają także możliwość przechowywania dokumentacji w formie elektronicznej, dzięki czemu nie musimy już dbać o porządek w dokumentacji, a wszystkie dokumenty przez nas wystawione są dostępne od razu po zalogowaniu się do programu. Ułatwia to pracę oraz daje pewność odnalezienia potrzebnej w danym momencie faktury.

Programy do faktur online – dla kogo?

Obsługa programów służących do wystawiania faktury online jest bardzo prosta. Ich autorzy dbają bowiem o takie ich przygotowanie, aby z ich użytkowaniem poradziła sobie każda osoba. Ich funkcjonalność docenią zwłaszcza właściciele małych firm, którzy za ich pomocą mogą zadbać o samodzielne wystawianie faktur oraz dzięki temu zaoszczędzić na kosztach zlecenia tej czynności firmie zewnętrznej, czy pracownikowi.

Do obsługi programów do faktur online w zupełności wystarczająca jest podstawowa znajomość komputera i programów informatycznych, a cały proces generowania dokumentacji jest prosty i szybki. Do programu mamy dostęp w każdej chwili i z dowolnego miejsca na świecie. Wystarczy jedynie laptop, tablet lub smartfon z dostępem do Internetu.

Aby wystawiać faktury online wystarczy wpisać potrzebne dane do odpowiednich pół formularza, a program sam sprawdzi ich poprawność oraz wygeneruje gotową fakturę. Pozwala to w szybki i wygodny sposób wystawiać faktury online oraz przesłać je w formacie PDF do odbiorcy. W efekcie szybciej otrzymamy także zapłatę za wykonaną usługę, a zaoszczędzony czas możemy przeznaczyć na rozwój naszej firmy.

Jak sprawdzić, czy faktury online są dla Ciebie?

Aby sprawdzić, czy wystawianie faktur elektronicznych jest dla nas odpowiednie, najprościej jest przetestować wybrany program do faktur online. Mamy taką możliwość całkowicie za darmo wystawiając faktury online w Afaktury.pl. Jest to rozbudowany program do wystawiania faktur, do którego podstawowych funkcji mamy dostęp całkowicie bezpłatnie. Dzięki temu mamy możliwość sprawdzenia, czy taka forma wystawiania faktur jest dla nas odpowiednia oraz przetestowania funkcjonowania programu.

Na zakupy na ulice handlowe, osiedla mieszkaniowe i… do biurowców?

Szybki rozwój centrów handlowych, sektora biurowego i mieszkaniowego wpływa na zmianę zakupowych upodobań Polaków i tworzy atrakcyjną niszę dla najemców szukających nowych lokalizacji dla swoich sklepów. Jednocześnie ulice handlowe kojarzone jeszcze do niedawna z firmami odzieżowymi i markami luksusowymi, stają się gastronomicznym centrum każdego większego miasta.

Handel w centrach…miast            

Wiele modnych marek w jednym miejscu, dogodna, centralna lokalizacja, zapewnione miejsca parkingowe i możliwość zrobienia zakupów w komfortowych warunkach – te czynniki budują przewagę konkurencyjną wielkich obiektów handlowych w stosunku do tzw. high streets. W tym aspekcie dość zdecydowanie różnimy się od naszych sąsiadów z Europy Zachodniej, gdzie centra handlowe zlokalizowane są głównie na obrzeżach i stanowią uzupełnienie oferty miejskiej, a robienie zakupów na ulicach handlowych jest już tradycją.

Grażyna Melibruda, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Grażyna Melibruda, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

„Preferencje zakupowe Polaków mają swoją specyfikę – tłumnie odwiedzamy galerie, a butiki w centrach miast odgrywają dla nas mniejszą rolę jako lokalizacje zakupowe. Warto jednak zauważyć, że ruch na ulicach handlowych utrzymuje się na wysokim poziomie. Bardzo często w miejsce sklepów modowych powstają restauracje lub kawiarnie, a ulice handlowe zmieniają po prostu swój charakter i stają się gastronomicznym centrum każdego większego miasta”, informuje Grażyna Melibruda, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Potwierdzają to liczby. Jak wynika z danych JLL, restauracje, bary szybkiej obsługi i kawiarnie zajmują średnio ponad 30% lokali użytkowych w centrach największych polskich miast, dwa razy więcej niż butiki modowe. Widać to wyraźnie w Trójmieście. Chociaż aglomeracja składa się z trzech miast o odmiennych charakterach, to Gdańsk, Gdynię i Sopot łączy to, że nie posiadają wyraźnej strefy handlu śródmiejskiego. Są lokalizacjami wybieranymi przez turystów, zatem takie ulice jak Długa czy Bohaterów Monte Casino skupiają głównie restauracje i sklepy z pamiątkami, które prosperują najlepiej w sezonie turystycznym.

Na tle siedmiu największych miast w Polsce zdecydowanie wyróżnia się Kraków, który zachował swoje dawne tradycje kupieckie. W rozwoju śródmiejskiego handlu w Krakowie wcale nie przeszkadza dobrze rozwinięta sieć gastronomiczna, także znajdująca się w starej, handlowej części miasta, ani Galeria Krakowska, która posiada bezpośrednie połączenie z Dworcem PKP. Podobnie jest w Poznaniu. Pomimo tego, że większość dużych galerii handlowych znajduje się w promieniu 2 km od najważniejszych ulic handlowych to na takich ulicach jak św. Marcin, Półwiejska czy na Starym Mieście działa wiele lokalnych firm i prywatnych zakładów rzemieślniczych.

Nie tylko ulice handlowe. Na zakupy do biurowca?

Jednak coraz częściej Polacy zastanawiając się nad zakupami lub szybką kawą czy lunchem, decydują się na wizytę w… biurowcu.

„Dynamiczny wzrost sektora powierzchni biurowych w Polsce stanowi również ważny czynnik rozwoju dla usług i gastronomii. Dziś trudno wyobrazić sobie nowoczesny kompleks biurowy bez modnych knajpek, restauracji, drogerii, kiosków, punktów usługowych, typu fryzjer, czy małych sklepów, w których można zrobić szybkie zakupy. Deweloperzy starają się, aby oferta ich nieruchomości była jak najbardziej kompleksowa. Dlatego coraz częściej na parterach biurowców lokowane są również przedszkola, czy siłownie. To również rezultat aktualnej sytuacji na rynku pracy – pracodawcy działają na rynku pracownika, a ich biura stanowią ważny element budowy wizerunku firmy employer brandingu firmy”, informuje Grażyna Melibruda.

Ciekawe przestrzenie zakupowe powstają w projektach wielofunkcyjnych łączących rolę biurową z handlowo – usługową. Warto tu wspomnieć o takich projektach jak CEDET EC Powiśle, Bohema, Hala Koszyki, Koneser, Soho Factory w Warszawie czy Monopolis w Łodzi.

Więcej mieszkań, więcej sklepów

Niebagatelny wpływ na rozwój handlu i usług ma także rynek mieszkaniowy. W w zeszłym roku oddano do użytkowania w całym kraju rekordowe ok. 178 500 mieszkań[1]. Aż ok. 20 350 mieszkań wzbogaciło rynek warszawski. Boom mieszkaniowy trwa najlepsze – to wpływa na kształt rynku handlowego.

„Nawet jeśli nowoczesne osiedle powstaje w miejscu, gdzie oferta sklepów, czy restauracji jest dość skromna, w ślad za nową inwestycją podążają duże sieci dyskontowe, gastronomiczne, a także prywatni przedsiębiorcy. Najlepszym przykładem jest Miasteczko Wilanów, na terenie którego działają przedszkola, szkoły językowe, prywatna klinika medyczna oraz liczne sklepy i kawiarnie. Inne znakomite przykłady to Żoliborz Przemysłowy czy tereny wzdłuż Jana Kazimierza. Dziś osiedla mieszkaniowe to już nie typowe sypialne, ale kompleksowe lokalizacje – miejsca życia, pracy, spotkań” , dodaje Grażyna Melibruda.

Dynamiczny rozwój osiedli mieszkaniowych w całym kraju zwiększa zapotrzebowanie na powierzchnie w parterach budynków, przeznaczone pod usługi, gastronomię czy po prostu dla codziennych zakupów. Adaptowanie parterów na lokale użytkowe sprzyja ożywieniu i zdywersyfikowaniu przestrzeni.

„Dynamiczny rozwój infrastruktury usługowo – handlowej to także wynik dużego popytu i zmieniających się nawyków  polskich konsumentów. Jesteśmy coraz bardziej przyzwyczajeni do możliwości zrobienia szybkich zakupów, czy zjedzenia obiadu poza domem, bez konieczności podróżowania na drugi koniec miasta. Decyzje zakupowe podejmujemy pod wpływem chwili i lubimy, kiedy nasze ulubione marki są na wyciągnięcie ręki. Na te potrzeby odpowiadają np. duże sieci spożywcze, które uważnie obserwują, w których częściach polskich miast powstają nowe inwestycje mieszkaniowe. Dzięki temu coraz częściej możemy mówić o przekształcaniu się dzielnic, dotychczas uznawanych za sypialnie, w obszary wielofunkcyjne. Sprzyja zrównoważonemu rozwojowi polskich miast oraz prowadzonej w ostatnich latach polityce promocji tzw. „lokalności”, podsumowuje Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

[1] GUS

Nieruchomości Komercyjne: Rynek inwestycyjny 4q17

Rok 2017 był kolejnym rokiem stabilnych cen, stóp kapitalizacji oraz wolumenu transakcyjnego. Kolejny raz wzrost cen nieruchomości w Europie Zachodniej zwiększył różnice pomiędzy cenami nieruchomości w Polsce oraz na rozwiniętych rynkach zachodnioeuropejskich.

Obroty na krajowym rynku inwestycyjnym w 2017 wyniosły 4,38 mld EUR (bez sektora hoteli oraz mieszkań na wynajem), co oznacza spadek o 3%. Jest to 3. najwyższy w historii wynik po 2006 (5 mld EUR) oraz 2016 (4,52 mld EUR). 73% rocznego wolumenu miało miejsce w 2h17.

Wyjątkowo wysokie (blisko 400 mln EUR ) obroty w 2017 odnotował sektor hoteli oraz mieszkań na wynajem.

W 2017, podobnie jak w latach ubiegłych, dominującym sektorem na rynku inwestycyjnym pozostawał sektor handlowy.

Po słabszej dla regionów pierwszej części roku, w drugim półroczu ponownie dominowały transakcje na rynkach regionalnych.

Uwzględniając wszystkie kraje Europy Środkowej, wolumen transakcyjny w 2017 był stosunkowo stabilny i po wyraźnym wzroście w 2016 zwiększył się o 3%, do blisko 13 mld EUR. Sygnały z rynku wskazują na stosunkowo wysoki wolumen transakcji również w 2018.

Od początku globalnego kryzysu finansowego Polska oraz region Europy Środkowo-Wschodniej, w porównaniu z wiodącymi rynkami Europy Zachodniej, wykazują zdecydowanie słabszą dynamikę wolumenu transakcji.

Stopy kapitalizacji na polskim rynku inwestycyjnym pozostają w długoterminowym trendzie spadkowym. W 2017 stopy kapitalizacji generalnie spadły na rynkach regionalnych, pozostając stabilne w Warszawie.

Mimo wieloletniej kompresji stóp kapitalizacji, wartości kapitałowe wyrażone w EUR w kraju pozostają zasadniczo stabilne. Ma to miejsce ze względu na długotrwały spadek czynszów transakcyjnych.

Na rynku obserwuje się rosnące zróżnicowanie między wartościami kapitałowymi nieruchomości typu prime oraz sektora sub prime.

Pod względem dynamiki wartości szerokiego sektora nieruchomości komercyjnych, Polska wraz z regionem zdecydowanie odstaje od Europy Zachodniej. Zgodne z badaniami CBRE w 2017 wartości kapitałowe na całym rynku europejskim wzrosły o 6,2%. W tym czasie na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej wartości kapitałowe spadły o 0,2%.

Dojrzewanie cyklu koniunkturalnego spowodowało, że w ostatnich kwartałach doszło do gwałtownego spadku europejskiego indeksu C&W Fair Value Index, mierzącego poziom niedoszacowania nieruchomości. Indeks spadł w trakcie 2017 z 57 do 42 punktów i jest na poziomie z początku 2016, a od 2h16 pozostaje na poziomie, który wskazuje na przeszacowane wartości nieruchomości.

Jedną z przyczyn stabilnych cen nieruchomości komercyjnych w Polsce oraz w regionie jest wysoka elastyczność podaży wynikająca z szybkiego rozwoju branży deweloperskiej oraz nadal wysokiej dostępności gruntów inwestycyjnych. Kolejną jest gorsze niż w poprzednim cyklu koniunkturalnym postrzeganie rynków wschodzących przez inwestorów instytucjonalnych.

W ostatnich 2 latach na rynek inwestycyjny istotny wpływ miało otoczenie prawne rynku nieruchomości. Takie kwestie jak podatek handlowy, zakaz handlu w niedziele, zmiany w naliczaniu podatku CIT, kwestie rozliczeń podatku VAT przy transakcjach inwestycyjnych oraz niejasny przekaz dotyczący wprowadzenia wehikułów inwestycyjnych REIT odbiły się negatywnie na postrzeganiu polskiego rynku inwestycyjnego. Naszym zdaniem, ograniczenie zagrożeń wynikających z dalszych zmian legislacyjnych będzie miało pozytywny wpływ na nastawienie inwestorów już od 2018.

Źródło: PKO Bank Polski

Rośnie finansowa wiarygodność Polski

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Koszt ubezpieczenia polskiego długu spada do poziomów niewidzianych od 10 lat. Dodatkowo niższa od oczekiwań inflacja powoduje, że rentowności obligacji wyraźnie się obniżają, co umożliwia redukcję kosztów obsługi zadłużenia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Polska może coraz taniej obsługiwać swoje zadłużenie oraz zaciągać nowe zobowiązania finansowe. Rentowności 5-letnich obligacji skarbowych spadły do poziomu 2,25 proc., czyli najniższego od października 2016 r. Ruch spadkowy w ostatnich tygodniach to efekt niższej od oczekiwań inflacji. Jednak rynkowa ocena niewypłacalności kraju, drugi czynnik wpływający na koszty finansowania krajowej gospodarki, też odgrywa pozytywną rolę. Jest ona obecnie na najniższym poziomie od 2008 r.

CDS-y na rekordowo niskich poziomach

Istnieje wiele metod wyceny ryzyka niewypłacalności kraju. Korzystają z nich m.in. agencje ratingowe. W ostatnich latach popularność zyskały także kontrakty CDS (Credit Default Swaps), które pozwalają na względnie łatwe porównanie prawdopodobieństwa utraty płynności finansowej danego kraju.

CDS wyraża się w punktach bazowych, a na tej podstawie można spróbować oszacować procentowe ryzyko bankructwa dłużnika. Obecnie ubezpieczenie polskiego długu jest najtańsze od czerwca 2008 r. i wynosi na rok ok. 45-48 tys. dolarów na każde 10 mln dol. zadłużenia. To jest również tożsame z wartością CDS na poziomie 45-48 punktów. Rok temu wartości były o 20 pkt wyższe.

Z uproszczonych rachunków wychodziłoby, że prawdopodobieństwo bankructwa Polski to ok. 0,5 proc. w najbliższym roku. Jednak nawet w scenariuszu niewypłacalności dłużnika wierzycielom zwykle udaje się odzyskać część pożyczonego kapitału (np. 40 proc.). W rezultacie ryzyko bankructwa Polski w najbliższym roku można szacować na ok. 0,80 proc. (45-48 tys. dol. z faktycznie zagrożonych 6 mln dol.). Z czego jednak wynika poprawa pozycji finansowej naszego kraju?

Czynniki zewnętrzne i wewnętrzne

Często używane na rynku powiedzenie, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” dobrze pasuje do ostatniego spadku CDS-ów dla większości krajów. Dobra koniunktura na świecie powoduje, że nawet dla gospodarczych maruderów (np. Włoch) CDS-y wyraźnie się obniżyły. Jeszcze rok temu były to wartości ok. 200 pkt, a teraz są zbliżone do 100 pkt. Na szybkim światowym rozwoju korzysta również Polska, a to przyczynia się do rekordowo niskiego ryzyka jej bankructwa.

Nie można jednak bagatelizować elementów krajowych. Uszczelnienie systemu podatkowego w Polsce pozwoliło przynajmniej w części sfinansować wyższe wydatki na cele społeczne. Obawy agencji ratingowych dotyczące rosnącego ryzyka niewypłacalności, które zresztą na początku 2016 r. spowodowały wzrost CDS-ów powyżej 100 pkt, na razie się nie zrealizowały. To ważny argument do spadku CDS-ów.

Jak wewnętrzne problemy poszczególnych państw wpływają na wartości CDS-ów, pokazuje także sytuacja Rosji z ostatnich dni. CDS-y dla Federacji Rosyjskiej wzrosły ze 100 do 150 pkt w przeciągu ostatniego miesiąca. Nałożenie nowych amerykańskich sankcji wyraźnie zwiększyło ryzyko niewypłacalności Moskwy mimo najwyższych od listopada 2014 r. cen ropy naftowej i braku odpływu kapitału z innych gospodarek w regionie.

Rośnie szansa na pozytywny scenariusz

Kombinacja niskiej oczekiwanej inflacji i rosnącej rynkowej wiarygodności kredytowej Polski powoduje, że nasz kraj może redukować potrzeby pożyczkowe. Spadają także koszty obsługi dotychczasowego zadłużenia. To pozytywne sprzężenie zwrotne może pomóc osiągnąć dobry wyniki budżetu również w tym roku. Jeżeli zaoszczędzone środki uda się wykorzystać na konieczne reformy strukturalne, to może uda się wreszcie podnieść dość słabe perspektywy polskiego wzrostu PKB na okres po 2020 r.

Rośnie optymizm wśród mikro- i małych firm w zachodniopomorskim

W skali kraju, w mikro i małych firmach po raz pierwszy od ośmiu lat dominują optymiści – takie wyniki przynosi ósmy już raport o sytuacji mikro i małych firm przygotowywany przez Bank Pekao S.A. W województwie Zachodniopomorskim optymizm wśród przedsiębiorców rośnie, ale po raz pierwszy wskaźnik koniunktury jest poniżej ogólnopolskiej średniej.

Można śmiało powiedzieć, że mikrofirmy i małe przedsiębiorstwa stanowią sól polskiej gospodarki. Podmioty te stanowią 99% wszystkich aktywnych firm działających w Polsce (odpowiednio: 1,84 mln mikrofirm i 57 tys. małych przedsiębiorstw), zatrudniają 52% wszystkich pracujących w polskich firmach (3,7 mln i 1,2 mln osób), generują przychody o wartości ponad 1 474 mld złotych (36% wszystkich przychodów w sektorze przedsiębiorstw) oraz wypracowały zysk brutto w wysokości 189 mld złotych (56% zysku brutto w sektorze przedsiębiorstw). Dlatego od ośmiu lat Bank Pekao S.A. uważnie śledzi nastroje tych przedsiębiorców.

W ostatnim roku, w skali krajowej nastroje wśród najmniejszych przedsiębiorców są wyjątkowe dobre i na historycznie wysokim poziomie. Ogólny Wskaźnik Koniunktury w 2017 r. – główny miernik nastroju przedsiębiorców będący wynikiem raportu – nie tylko zwiększył się̨ w stosunku do roku 2016, ale był najwyższy w historii badań: po raz pierwszy przekroczył barierę̨ 100 punktów, czyli poziomu neutralnego, czyli statystycznie po raz pierwszy dominowali w badaniu optymiści (w całym badaniu wskaźniki mogą przyjmować wartości od 50 do 150, gdzie 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”). W stosunku do poprzedniego roku, odnotowano poprawę nastrojów przedsiębiorców we wszystkich ośmiu skalach mierzących różne aspekty działalności gospodarczej: ogólna sytuacja gospodarcza, sytuacja branży, zatrudnienie, sytuacja firmy, przychody firmy, wynik finansowy, oczekiwanie na zapłatę, dostępność finansowania zewnętrznego.

Mikro i małe firmy nie boją się też wyzwań związanych z wejściem na zagraniczne rynki. Spośród ankietowanych podmiotów eksportem zajmuje się 37% małych firm i 16% mikroprzedsiębiorstw. Poszerzanie rynków zbytu, przekłada się na bardziej optymistyczne postrzeganie przyszłych przychodów i daje poczucie stabilności. Przedsiębiorcy prowadzący działalność eksportową bardziej niż inni przedsiębiorcy patrzą optymistycznie na prognozy swoich przychodów w ogóle (113,4 pkt).

Tegoroczny raport zgłębiał też kwestie innowacyjności i technologii cyfrowych w kontekście mikro- i małych przedsiębiorstw. Również w tym aspekcie wyniki były optymistyczne – odnotowano rekordowy odsetek firm młodych (do 3 lat) wdrażających innowacje produktowe (35,6%) – wzrost o 8% w stosunku do poprzedniego okresu badań. W większości (53%) były to projekty do 10 000 zł.  

Z ponad 7000 ankietowanych przez Bank Pekao S.A. mikro- i małych przedsiębiorstw, 418 było zarejestrowanych w województwie zachodniopomorskim.

Przedsiębiorcy zachodniopomorscy stają się stopniowo, coraz większymi optymistami – w stosunku do poprzedniego okresu badań lepiej oceniają wszystkie osiem aspektów działalności i otoczenia firmy (sytuacja firmy, przychody, wynik finansowy, zatrudnienie, dostępność finansowani zewnętrznego, ogólną sytuację gospodarczą, sytuację branży, oczekiwanie na zapłatę).  Zdecydowanie lepiej niż rok wcześniej oceniają ogólną sytuację gospodarczą (95,3 pkt., wzrost o 5,7 pkt.) oraz sytuację i wynik finansowy firmy (101,1 i 101,0 pkt. wzrost o 2,3 pkt.)

Jednak poziom entuzjazmu tym razem jest ciągle poniżej średniej krajowej. Pod względem Ogólnego Wskaźnika Koniunktury w ostatnich 12 miesiącach, województwo Zachodniopomorskie plasuje się na 14 miejscu w kraju (97,7 pkt., a średnia ogólnopolska 99,5 pkt.). Największym optymizmem emanuje Podlasie (103,1 pkt).

Pomimo poprawy nastrojów rok do roku, zachodniopomorscy mikro- i mali przedsiębiorcy oceniają poniżej średniego krajowego wyniku sytuację firmy, przychody wyniki finansowe, zatrudnienie, sytuację gospodarczą i sytuację w branży (w tych dwóch ostatnich skalach są zdecydowanie poniżej średniej). Natomiast nie odbiegają od średniej ogólnopolskiej w ocenie dostępności finansowania zewnętrznego (100,8 pkt to średnia krajowa, a 100,9 pkt. średnia województwa) i oczekiwania na zapłatę (98,1 vs. 98,1).

Stąd też, po raz pierwszy w historii prowadzonych badań prowadzonych przez Pekao, nastroje przedsiębiorców zachodniopomorskich są znacznie poniżej średniej krajowej (Ogólny Wskaźnik Koniunktury na poziomie 99,01 pkt. wobec 100,8 pkt. w skali kraju).

Co ciekawe w skali województwa, najmniej optymistycznie nastawieni wobec koniunktury gospodarczej byli przedsiębiorcy z samego Szczecina – Ogólny Wskaźnik Koniunktury wyniósł wśród respondentów wyniósł 95,2 pkt. i był najniższy spośród czterech podregionów w województwie (pozostałe to: koszaliński, szczeciński, szczecińsko-pyrzycki)

Województwo Zachodniopomorskie może się natomiast poszczycić drugim wynikiem w kraju pod względem odsetka mikro i małych firm z działalnością eksportową, którą prowadzi 22% ankietowanych podmiotów. Niski odsetek eksporterów jest jedynie w podregionie koszalińskim (11%).

Również pod względem innowacyjności i nakładów na innowacje lokalne firmy nie odbiegają od ogólnopolskiego poziomu: 27% firm zachodniopomorskich wprowadziło innowacje produktowe (w porównaniu z 26% w całej Polsce).

Raport o sytuacji mikro i małych firm w Polsce” jest publikowany corocznie przez Bank Pekao w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami 7 tysięcy firm zatrudniających poniżej 50 osób (99% wszystkich aktywnych firm w Polsce). Reprezentatywne wyniki badania są prezentowane na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) oraz sub-regionalnym (66 grup powiatów), w podziale na sektory (produkcja, usługi, handel i budownictwo) oraz wielkość firm (mikro i małe firmy). Raport porusza między innymi kwestie sytuacji firm, zatrudnienia, inwestycji, eksportu, innowacji, finansowania zewnętrznego, otoczenia biznesowego oraz barier rozwojowych. Każdego roku wybierany jest temat specjalny raportu. Tematem specjalnym były już fundusze unijne, e-gospodarka, eksport, innowacje oraz firmy rozpoczynające działalność gospodarczą. W raporcie prezentowane są także oficjalne dane statystyczne dotyczące mikro i małych firm, jak również perspektywy makroekonomiczne dla polskiej gospodarki.

Fiskus przedłuża zwrot VAT. Sprawy trafiają do sądów, a firmy czekają latami

Na zwrot podatku VAT urząd skarbowy ma z reguły 60 dni, liczonych od dnia złożenia deklaracji przez podatnika. Wykorzystując furtkę w przepisach, może jednak ten termin przedłużać w nieskończoność. W praktyce z 60 dni robi się kilka lat. W lipcu 2017 roku rekordzista czekał na zwrot ponad 8 lat.

Zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług prawo do obniżenia podatku należnego o kwotę podatku naliczonego przy transakcji nabycia towarów i usług jest fundamentalnym uprawnieniem podatnika, wynikającym z zasady neutralności tego podatku.

Przedsiębiorca wnioskuje o zwrot powstałej nadwyżki, składając deklarację VAT-7, VAT-7K lub VAT-7D w terminie do 25. dnia następnego miesiąca, po upływie miesiąca lub kwartału, którego dotyczy. Może on wnioskować o przesunięcie kwoty nadwyżki do rozliczenia w następnych okresach lub do jej zwrotu na rachunek bankowy lub rachunek w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej. Od dnia złożenia deklaracji urząd ma 60 dni na dokonanie przelewu (w szczególnych przypadkach 25 dni lub 180 dni).

Niestety, art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług, a dokładnie jego drugie zdanie, pozwala na uznaniowe wydłużenie tego terminu. Jeśli naczelnik urzędu skarbowego dostrzeże bowiem potrzebę dokonania dodatkowej weryfikacji, czy zwrot VAT jest zasadny, może termin zwrotu przedłużać, aż do momentu jej zakończenia. To organ podatkowy decyduje zatem, ile czasu potrwają czynności sprawdzające, kontrola podatkowa, celno-skarbowa lub całe postępowanie podatkowe, mające na celu zweryfikowanie zasadności dokonania zwrotu – i to po raz drugi. Przepis ten wskazuje bowiem wyraźnie, że chodzi o dodatkową weryfikację zasadności zwrotu, skoro pierwsza z jakichś przyczyn nie przyniosła rezultatów.

Kontrola z powodu zwrotu i brak zwrotu z powodu kontroli

W poniedziałek 8 stycznia 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu wydał rozstrzygnięcie w sprawie kolejnej skargi przedsiębiorcy na opóźnianie zwrotu nadwyżki podatku naliczonego nad należnym (I SA/Op 464/17). 60-dniowy termin dokonania zwrotu nadwyżki za marzec 2017 r. na konto podatnika upływał 26 czerwca 2017 r. Niespełna dwa tygodnie przed upływem tego terminu, 13 czerwca 2017 r., została wszczęta wobec przedsiębiorcy kontrola celno-skarbowa. Na trzy dni przed graniczną datą dokonania zwrotu, a więc 23 czerwca 2017 r., Naczelnik Urzędu Skarbowego w Opolu przedłużył ten termin do 25 października 2017 r., a jako uzasadnienie wskazał konieczność zakończenia prowadzonej kontroli. Równolegle, w trakcie jej trwania, przesunął datę zakończenia czynności kontrolnych z 13 września 2017 r. na 13 grudnia 2017 r.

Uzasadnione wątpliwości

Rok wcześniej podobna sprawa była rozpatrywana przez WSA w Poznaniu (I SA/Po 323/16), na skutek skargi przedsiębiorcy na przedłużenie terminu przekazania zwrotu nadwyżki podatku przez urząd skarbowy. Skarżący wnosił o uchylenie postanowień zarówno dyrektora izby skarbowej, jak i naczelnika urzędu skarbowego i zobowiązanie ich do wydania wiążącej decyzji załatwiającej sprawę, a co za tym idzie, do dokonania na jego rzecz zwrotu nadwyżki VAT. W uzasadnieniu przedsiębiorca podniósł, że nie wystąpiły wynikające z art. 87 ust. 2 i ust. 6 ustawy o VAT merytoryczne przesłanki do przedłużania zwrotu, ponieważ przedstawił organom wszelkie wymagane dokumenty na poparcie zasadności żądania zwrotu. Jednocześnie zarzucił skarbówce, że ta, w przeciwieństwie do niego, w żaden sposób nie uwiarygodniła konieczności przeprowadzenia dodatkowych czynności weryfikacyjnych. Niestety, sąd oddalił skargę, argumentując, że art. 87 ust. 2 ustawy o VAT nie nakłada na organ podatkowy obowiązku wykazania nieprawidłowości w żądaniu podatnika. Wystarczy, że organ będzie miał co do niego uzasadnione wątpliwości.

Wydanie postanowienia, a jego doręczenie

Takie załatwienie sprawy przez poznański sąd skutkowało, wniesieniem przez przedsiębiorcę skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego. W toku rozpatrywania sprawy NSA powziął wątpliwości, czy organ skarbowy dochował formalności związanych z dotrzymaniem terminu doręczenia. Postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT, naczelnik urzędu skarbowego co prawda wydał przed końcem pierwszego terminu zwrotu, ale doręczenie przedsiębiorcy nastąpiło już po jego upływie. NSA powierzył więc składowi siedmiu sędziów rozstrzygnięcie, czy doręczenie postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu, powinno nastąpić przed jego upływem, czy może decydująca jest data jego wydania lub przekazania operatorowi pocztowemu.

Rozstrzygnięcie składu siedmiu sędziów będzie niezwykle istotne. Organy podatkowe, dążąc do przedłużania zwrotu przedsiębiorcom nadwyżki podatku, czekały niemal do ostatniej chwili z podejmowaniem wiążących czynności. Tak było w pierwszej przytoczonej sprawie, gdy Naczelnik Urzędu Skarbowego w Opolu wydał postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu na trzy dni przed jego upływem. Postanowienie doręczono przedsiębiorcy dopiero 17 dni później. WSA w Opolu zawiesił postępowanie sądowe do czasu wydania uchwały przez skład siedmiu sędziów NSA.

9 lat czekania na zwrot

W czerwcu ubiegłego roku poseł Bartosz Jóźwiak wystąpił do ministra finansów z zapytaniem w sprawie opóźnień w zwrocie podatku VAT (interpelacja nr 13405 z 13 czerwca 2017 r.). Jedno z jego pytań dotyczyło łącznej kwoty wstrzymanych przez fiskus zwrotów VAT. Resort odpowiedział, że wg stanu na dzień 3 lipca 2017 r. jest to blisko 2,148 mld zł.

Najbardziej szokująca jest jednak odpowiedź ministerstwa dotycząca najdłuższego okresu oczekiwania na zwrot nadwyżki podatku VAT – Naczelnik Urzędu Skarbowego w Ostrowie Wielkopolskim do 17 lipca 2017 r., a więc daty udzielania odpowiedzi na interpelację posła Jóźwiaka, nie zwrócił VAT-u przedsiębiorcy, który złożył deklarację za… grudzień 2008 r.

Bezkarny fiskus

Wstrzymywanie przez fiskus należnych firmom środków pociąga za sobą negatywne dla nich skutki. W najlepszym przypadku przedsiębiorca zostaje pozbawiony kapitału, którym mógłby obracać, i przez to de facto traci na konkurencyjności i zarabia mniej, niż by mógł. Wieloletnie wstrzymywanie należnego zwrotu, przy jednoczesnej konieczności zapłaty podatku należnego, jest też często przyczyną utraty płynności finansowej i skutkuje powstaniem sytuacji kryzysowej w firmie.

Takich problemów nie ma fiskus. W 2016 r. wypłacił przedsiębiorcom z tytułu nieuzasadnionego wstrzymania zwrotu VAT tylko 2,4 mln zł odsetek. Rok wcześniej – 2,5 mln zł. W zestawieniu z liczoną w miliardach złotych pulą wstrzymywanych zwrotów są to kwoty znikome.

W swojej interpelacji poseł Jóźwiak zapytał, ilu naczelników urzędów skarbowych poniosło konsekwencje z tytułu przedłużania zwrotu podatku VAT. W odpowiedzi Ministerstwo Finansów poinformowało: „W latach 2014–2017 nie odnotowano żadnego wpływu odwołania do Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych od orzeczeń Komisji Orzekającej I instancji, które odnosiłyby się do spraw, gdzie obwinionym był naczelnik urzędu skarbowego”.

Problem widzą wszyscy

Skala problemu urzędniczych nadużyć organów skarbowych we wstrzymywaniu zwrotu VAT należnego przedsiębiorcom urosła do tak dużych rozmiarów, że nie zajmują się nią już tylko posłowie interpelujący na prośbę społeczeństwa. W 2016 r. sprawą ok. 30 firm z Białej Podlaskiej zainteresował się Jarosław Kaczyński. Pomimo zakończonych 2 lata wcześniej kontroli skarbówka nadal wstrzymywała tamtejszym przedsiębiorcom zwrot nadwyżki podatku, uzasadniając to podejrzeniem ich udziału w karuzeli VAT. Dzięki interwencji prezesa PiS, w wyjaśnienie sprawy zaangażowały się Ministerstwo Finansów i Prokuratura Krajowa.

Zażalenie i skarga

Uchwałą z dnia 24 października 2016 r. Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że przedłużenie terminu zwrotu VAT następuje w formie zaskarżalnego zażaleniem postanowienia naczelnika urzędu skarbowego, na które przysługuje skarga do sądu administracyjnego (I FPS 2/16). Przedsiębiorcy nie są więc zdani tylko na łaskę urzędu skarbowego.

Sprawne odzyskiwanie VAT

W pierwszej kolejności przedsiębiorcy mogą złożyć zażalenie do dyrektora właściwej izby administracji skarbowej w terminie 7 dni od doręczenia postanowienia naczelnika urzędu skarbowego. Jeśli DIAS nie przychyli się do zażalenia, przedsiębiorcom przysługuje skarga do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Na wniesienie jej mają 30 dni od daty otrzymania postanowienia DIAS. Otwarta droga zaskarżenia, w tym przede wszystkim sądowa, także w postaci późniejszej skargi kasacyjnej do NSA, sprawia, że stanowiące nadużycie postanowienia organów podatkowych, wstrzymujące zwrot VAT, mogą być skutecznie uchylane.

Rzetelne przygotowanie się do złożenia zażalenia do DIAS czy skargi do WSA zwiększy nasze szanse na sprawne i efektywne odzyskanie VAT, wraz z odsetkami. Dlatego warto rozważyć pomoc profesjonalnego pełnomocnika specjalizującego się w reprezentacji przedsiębiorców w sporach z fiskusem, a zwłaszcza w reprezentacji przy zwrocie VAT. Zwłaszcza że orzecznictwo sądów stoi na stanowisku, iż „obowiązek uprawdopodobnienia wystąpienia negatywnych następstw wykonania aktu lub czynności administracyjnej spoczywa na wnioskodawcy. Składając wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji powinien on wykazać istnienie konkretnych okoliczności pozwalających wywieść, że wstrzymanie aktu lub czynności jest zasadne” (tak WSA w Opolu w orzeczeniu z 8 stycznia 2018 r., I SA/Op 440/17).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Bitcoin – czym jest i czy stanie się prawnym środkiem płatniczym?

dr Michał Rudy, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Poznań
dr Michał Rudy, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Poznań

Kurs bitcoina pod koniec roku 2017 wzrósł o ponad 150 proc. Na początku roku 2017 jeden bitcoin kosztował tylko około 970 dolarów. Tym samym najpopularniejsza waluta wirtualna urosła w ubiegłym roku o 1950 proc. Czy bitcoiny staną się kiedyś powszechnie akceptowalnym środkiem pieniężnym lub nawet płatniczym? Kwestie te podjął dr Michał Rudy ze Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS w Poznaniu.

Jeżeli chodzi o wykreowane przez ludzi społeczne zaufanie do pieniądza – to raczej nie ma rzeczy niewyobrażalnych, szczególnie od momentu kiedy nasza cywilizacja odeszła od pieniądza mającego jakąś rzeczywistą wartość.

Bitcoin, ta najsłynniejsza waluta wirtualna doprowadziła z pewnością do stworzenia kilku małych lub większych fortun, a jedną z ciekawszych historii szybkiego wzbogacenia się z jej pomocą jest ta Kristoffera Kocha z Norwegii. W 2009 roku kupił on 5 tysięcy bitcoinów za 150 norweskich koron (około 80 złotych), a w roku 2013 wystarczyło to do kupienia mieszkania w najbardziej luksusowej dzielnicy Oslo.

Koch w 2009 roku natknął się na bitcoiny podczas pisania pracy magisterskiej o szyfrowaniu, wtedy też zdecydował się kupić w celach naukowych około 5 tysięcy bitcoinów. Od tego czasu zupełnie o zakupie tym zapomniał i dopiero na początku 2013 roku, gdy media zaczęły coraz częściej donosić o cyfrowej walucie, przypomniała mu się jego inwestycja. Bitcoiny, które dawniej warte było zaledwie 150 koron, nagle okazały się kosztować ponad 5 milionów koron – czyli nieco ponad dwa i pół miliona złotych. Koch sprzedał zatem jedną piątą swojej inwestycji i kupił apartament w luksusowej dzielnicy Oslo – Toyen. Wszystko to za pieniądz wirtualny, który jest fikcją prawną wymyśloną przez niczym nieograniczoną wyobraźnię człowieka. Jak się dziś okazuje jednym z takich przekonań intersubiektywnych, jest wiara w bitcoina.

Jak twierdzi Yuval Noah Harari, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie– ludzie nie mają problemów z przyjęciem do wiadomości, że ludzie pierwotni cementowali porządek społeczny, wierząc w duchy i demony oraz zbierając się przy każdej pełni księżyca na tańce wokół ogniska. Nie dostrzegamy natomiast, że nasze współczesne instytucje funkcjonują na dokładnie takiej samej zasadzie. Weźmy na przykład świat korporacji. Dzisiejsi bankierzy, biznesmeni i prawnicy są jego zdaniem w zasadzie potężnymi magami. Zasadnicza różnica między nimi a plemiennymi szamanami jest taka, że współcześni prawnicy opowiadają daleko dziwniejsze historie.” (Y. Harari, Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości).

Dobrym przykładem tworzenia na poły magicznych, na poły fikcyjnych bytów, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością są właśnie bitcoiny. Niewiele osób rozumie, że bitcoiny niczym węgiel w kopalni są również wydobywane, czyli wygenerowane w procesie rozwiązywania problemów matematycznych za pomocą urządzeń o odpowiedniej mocy obliczeniowej. W przypadku systemu bitcoin nie ma też jednego, konkretnego podmiotu emitującego tak zwane bitmonety (tak jak polski złoty emitowany jest przez Narodowy Bank Polski). Są one kreowane przez system, na który składa się różna w czasie liczba komputerów, należących do różnych osób i pracująca w oparciu o to samo oprogramowanie. Podobnie mało kto wie dlaczego Narodowy Bank Polski, w danym roku zleca wybicie danej liczby monet poszczególnych nominałów oraz wydrukowanie konkretnej liczby banknotów.

Stephen Hawking powiedział, że można sobie wyobrazić technologię, która przechytrzyłaby rynki finansowe. Czy bitcoin nie jest już taką technologią? Z kolei Arthur C. Clarke – pisarz fantastycznonaukowy i propagator kosmonautyki wskazał, iż każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Czym zatem jest magiczny bitcoin, rozpalający wyobraźnię tak wielu ludzi na całym świecie? Na stronach wielu banków centralnych na całym świecie można znaleźć całą masę ostrzeżeń na temat ryzyka inwestycyjnego związanego z walutami wirtualnymi. Na podstawie wielu tych informacji można zbudować całkiem zgrabną prawniczą definicję negatywną, czyli czym, w świetle prawa i być może tylko jeszcze – bitcoin na pewno nie jest.

Czym bitcoiny, czy inne waluty wirtualne – nie są?

Waluty wirtualne nie są powszechnie akceptowanym (np. w punktach usługowo-handlowych) czy prawnym środkiem płatności. Nie są one emitowane i gwarantowane przez państwowe banki centralne. Oznacza to, że podmioty gospodarcze, czy też osoby fizyczne nie mają obowiązku akceptowania płatności w tego tupu walutach, nawet jeżeli wcześniej je akceptowały.

Waluty wirtualne nie są również pieniądzem elektronicznym. Banki centralne definiują je wręcz jako bańki spekulacyjne lub piramidy finansowe. Bańka spekulacyjna (cenowa) jest samonapędzającym się mechanizmem, w którym wzrost cen nie jest uzasadniony czynnikami ekonomiczno-finansowymi, a psychologicznymi, np. ciągle rosnącymi oczekiwaniami. Z kolei w strukturze piramidy finansowej zysk konkretnego uczestnika jest bezpośrednio uzależniony od wpłat późniejszych uczestników, stojących niejako niżej w tej strukturze. Mechanizm działania piramid finansowych polega na pozyskiwaniu przez ich założycieli jak największej liczby uczestników, którzy – zachęceni obiecanymi zyskami – wpłacają im pieniądze. W praktyce rzadko są świadczone usługi finansowe. Organizatorzy namawiają zwykle uczestników piramidy finansowej do werbowania kolejnych osób. Z tego powodu piramidy finansowe są z góry skazane na upadek, bowiem system wymaga lawinowego dopływu nowych uczestników, a taka możliwość jest ograniczona.

Czy inwestowanie w ciąg cyfr i liter funkcjonujących w systemie stworzonym przez nieznaną osobę może mieć zatem charakter napędzania bańki spekulacyjnej albo piramidy finansowej? Oczywiście nie tylko może ale i ma charakter bańki, a być może także nosi pewne cechy piramidy finansowej. Dlatego też banki centralne zupełnie słusznie ostrzegają o ryzykach związanych z inwestowaniem w wirtualne waluty. Należy jednak pamiętać, że taką strukturę bańki lub piramidy może mieć także inwestowanie w inne dobra inwestycyjne, jak frank szwajcarski, złoto, dzieła sztuki, czy rynek nieruchomości. Co więcej, zawsze trudno jest ocenić kiedy taka bańka może pęknąć.

Zgodnie z definicją zaproponowaną przez Europejski Urząd Nadzoru Bankowego, waluty wirtualne są cyfrową reprezentacją wartości, nieemitowaną przez bank centralny czy organ publiczny, niekoniecznie powiązaną z walutą określonego kraju, lecz uznawaną przez osoby fizyczne i prawne za środek płatniczy. Mogą one być przenoszone, przechowywane albo podlegać handlowi elektronicznemu. Banki centralne postulują przy tym posługiwanie się takimi określeniami jak waluta wirtualna, pseudo-waluta, niby-waluta lub krypto-waluta. Termin waluta wirtualna najlepiej podkreśla przy tym wyobrażony charakter bitcoinów, jako instytucji stworzonej, wykreowanej w ludzkim umyśle. Z kolei reszta nazw proponowanych przez Europejski Bank Centralny, ma na celu odróżnienie walut wirtualnych od walut prawdziwych.

Na czym polega wiara w bitcoina?

Bitcoin, jak każdy inny pieniądz, to skuteczny sposób przechowywania i przenoszenia majątku, ponieważ pozwala zamieniać nieporęczne dobra materialne, jak grunty czy zwierzęta hodowlane, na wirtualny zapis cyfrowy, który ma wartość w zbiorowej wyobraźni.

Robin Dunbar, brytyjski antropolog i profesor psychologii ewolucyjnej Uniwersytetu Oksfordzkiego, uważa, że kultura to idee w ludzkich głowach”. Podobnie bitcoiny należy postrzegać jako wytwór niczym nieskrępowanej wyobraźni człowieka. Jak twierdzi Yuval Noah Harari wszystkie waluty wirtualne to intersubiektywne porządki wyobrażone, będące wynikiem myśli czy wyobraźni człowieka.

Najlepiej widać to przy okazji walut wirtualnych, gdzie nasze zaufanie podobnie jak przy pieniądzu tradycyjnym nie miało szans ukształtować się na gruncie niebywale złożonych i trwałych związków politycznych, społecznych i ekonomicznych. Gdzie obdarzamy naszym zaufaniem mimo wielu publicznych ostrzeżeń o bańce spekulacyjnej i piramidzie finansowej. Gdzie, już chyba w ogóle nie rozumiejąc na czym polega wydobywanie bitcoinów uważamy, że się na nich wzbogacimy.

Dlaczego ludzie wierzą w wirtualne waluty? Mamy nadzieję na wysoki, natychmiastowy zysk, ponieważ wierzy w niego Internet i giełda towarowa. Wierzym, bo czytamy ile warta byłaby dzisiaj pizza kupiona kiedyś za 10 000 bitcoinów albo, że zwykli ludzie dzięki bitcoinom stali się milionerami i działa to na naszą wyobraźnię zbiorową. Tym samym uznanie waluty wirtualnej, najpierw przez poszczególne jednostki (zjawisko subiektywne), a później przez wystarczającą liczbę członków społeczeństwa za pieniądz, czy też nie, jest uzależnione od zupełnie subiektywnego przekonania poszczególnych członków społeczności.

Czy prowadzone są działania mające na celu wzmocnienie takiego zjawiska jak wirtualny pieniądz? Tak, bo bitcoin, jak każda inna fikcja prawna, potrzebuje swoich szczerych wyznawców. Przykładem pozyskiwania zwolenników może być manifest publiczny wydany pod pseudonimem Satoshi Nakamoto w 2008 roku. Dokument mówi o potrzebie tworzenia pieniądza elektronicznego, opartego na zasadzie wzajemnego zaufania oraz sieci peer-to-peer, która pozwala na dokonywanie płatności bez udziału osób trzecich (system zdecentralizowany). Tymczasem na razie mamy do czynienia, z opartym co prawda na zasadzie wzajemnego zaufania, ale systemem inwestycyjnym w bańkę bitcoinową.

Kiedy sieć obiegła wieść, że wordpress.com przyjmuje bitcoiny, był to niewątpliwie kolejny istotny krok w kierunku wzrostu popularności bitmonet. Dla bitcoina wystartowały już także kontrakty terminowe na chicagowskich giełdach. Oznacza to, że rynki finansowe, też zaczęły wzmacniać wiarę w wirtualną walutę.

Czy kryptowaluty przebiją kiedyś szklany sufit?

Na pytanie, czy wirtualne monety mogą stać się powszechnie akceptowalnym środkiem pieniężny można udzielić odpowiedzi pozytywnej, ale z pewnym zastrzeżeniem. W momencie, w którym ludzie obdarzą zaufaniem bitcoinowy system pieniężny, generowane przez niego cyfrowe monety staną się pieniądzem. Żeby jednak tak się stało, w intersubiektywnej świadomości społeczeństwa muszą one przestać być traktowane, jako dobro inwestycyjne. Inaczej ich znaczenie, jako środek płatniczy będzie równie znikome, jak złotej rublówki czy złotej dolarówki albo monet kolekcjonerskich emitowanych przez Narodowy Bank Polski.

Czy w Polsce wirtualne monety mają szansę stać się prawnym środkiem płatniczym? Do tych rozważań Narodowy Bank Polski nie odnosi się wprost. Obecnie zgodnie z ustawą, tylko NBP przysługuje wyłączne prawo emitowania znaków pieniężnych Rzeczypospolitej Polskiej. A tymi są banknoty i monety opiewające na złote i grosze i to one są jedynymi prawnymi środkami płatniczymi w Polsce.

Jeżeli waluta wirtualna stanie się powszechnie akceptowalnym środkiem pieniężnym, wówczas banki centralne będą musiały się jakoś do tego faktu odnieść. Tym bardziej będą do tego zmuszone, gdy zaufanie do pieniądza wirtualnego zostanie, wcześniej czy później podważone i obywatele zaczną tracić, na skutek posługiwania się bitcoinem, prawdziwe pieniądze – czyli euro lub złotówki.

dr Michał Rudy, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Poznań

Architektura aplikacyjna w bankach

Nie da się ukryć, że w dobie cyfryzacji przed największymi wyzwaniami staje sektor bankowy: bezpieczeństwo danych, blockchain, rozwój bankowości mobilnej i rosnące potrzeby klientów to tylko niektóre z nich. Aby im sprostać, banki muszą poukładać swoją architekturę aplikacyjną i wdrożyć odpowiednio dopasowaną do swojej specyfiki strategię digitalizacji. Tymczasem badanie „Digital Banking Expert Survey” pokazało, że aktualnie tylko 9% światowych banków zakończyło już wdrożenie cyfrowej strategii, 60% banków nadal nad nią pracuje. A w Polsce?

W centrum zainteresowania CIO instytucji finansowych od lat są procesy core’owe. Jednak te „serca banków” w Polsce nadal są młode i spełniają najważniejsze wymagania – najstarsze powstały w latach 90-tych, najmłodsze mają zaledwie kilka lat. Wyzwaniem dla tych firm jest teraz takie zaplanowanie architektury aplikacyjnej i organizacji departamentu IT, by zapewnić należyte wsparcie także pozostałym procesom biznesowym. W ostatecznym rozrachunku to one mogą zadecydować o sprawnej realizacji strategii banku i budowie długoterminowej przewagi konkurencyjnej.

Rola CIO

Łukasz Wróbel, wiceprezes WEBCON
Łukasz Wróbel, wiceprezes WEBCON

Jak tłumaczy Łukasz Wróbel, wiceprezes WEBCON, naturalnym stadium ewolucji systemów core’owych jest wzbogacanie ich o mniej lub bardziej kompleksową i zautomatyzowaną obsługę procesów biznesowych.

– Po latach naturalnego rozwoju częstym wyzwaniem staje się określenie, gdzie kończy się system core`owy, a zaczyna back-office i kiedy back-office staje się front-office`m. Rolą CIO jest dzisiaj nie tylko postawienie odpowiednich granic, ale takie zaplanowanie architektury aplikacyjnej i organizacji pracy departamentu IT, by umożliwić skuteczne wsparcie biznesu we wszystkich obszarach jego działania.

Pace-Layered Application Strategy 

Zaproponowany przez Gartnera model Pace-Layered Application Strategy doskonale obrazuje ten problem, klasyfikując systemy informatyczne według strategii postępowania. Wyodrębnia w ten sposób trzy filary zdrowej architektury IT: Systems of RecordSystems of Differentiation i Systems of Innovation.

Systems of Record

Bankowe systemy core’owe, podobnie jak systemy finansowo-księgowe czy popularne ERPy, są typowym przedstawicielem kategorii Systems of Record. Ich podstawową rolą jest stabilna i wydajna obsługa procesów core’owych. Z punktu widzenia typologii zaproponowanej przez Gartnera błędem jest oczekiwanie od nich wybitnej elastyczności czy łatwości i szybkości wprowadzania zmian. Choćby z tego powodu nie są one w stanie i nie powinny w pełni zaspokajać wszystkich potrzeb banków.

Systems of Differentiation

Systems of Differentiation to rozwiązania, które wspierają procesy specyficzne dla danej organizacji. Takie, które mają olbrzymie znaczenie biznesowe, podlegają stałemu rozwojowi i szlifowaniu, świadczą o przewadze konkurencyjnej, doskonałości procesowej organizacji. Przykładem są systemy obsługi poszczególnych grup produktowych. Niekiedy budowane przy pomocy zewnętrznych dostawców, czasem za pomocą zasobów wewnętrznych. Priorytetem niemal zawsze jest elastyczność samego systemu lub przynajmniej takiej organizacji pracy wokół niego, by zmiany mogły być szybko wprowadzane.

Systems of Innovation

No i wreszcie „dzieci cyfrowej transformacji”, czyli Systems of Innovation. Powstają jako odpowiedź na nowe technologie, szanse biznesowe i strategie (np. wprowadzenie nowej grupy produktowej). Bardzo często system i wymagania powstają równocześnie i ciągle się zmieniają. To pole do popisu dla metodyk zwinnych, paradygmatu DevOps i platform typu Rapid Application Development (no-code/low-code).

Prognozy Gartnera

Te ostatnie, takie jak WEBCON BPS, powodują, że rozwiązania, także te o krytycznym znaczeniu dla biznesu, jesteśmy w stanie dostarczać szybciej, łatwiej utrzymywać, ale przede wszystkim radzić sobie z wszechobecnymi zmianami – niezależnie, czy pojawią się one w trakcie budowy i wdrożenia czy już na etapie wykorzystania aplikacji biznesowych. Niski próg wejścia powoduje, że dużo łatwiej jest również skalować zasoby działu IT i poradzić sobie z niechcianą rotacją. Według Gartnera do 2020 r. co najmniej 50% nowych aplikacji LOB (Line of Business) tworzonych będzie za pomocą platform RAD.

Gartner zwraca również uwagę, że w 2010 r. inwestycje w Systems of Records pochłonęły 90% budżetów IT, a systemy Differentation i Innovation odpowiednio 9% i 1%. Prognozy dla roku 2020 r. zmieniają alokację do odpowiednio 50%, 35% i 15%. CIO stają się więc współodpowiedzialni za realizację strategii biznesowych poprzez tworzenie rozwiązań, które umożliwią praktyczną realizację tych strategii i przyczynią się do zdobycia oraz utrzymania pozycji lidera na rynku. Aby sprostać zadaniu, muszą się dobrze przygotować – adaptując nowe metodyki pracy i wdrażając nowe narzędzia.

Do operacji, które zoptymalizują codzienną pracę instytucji finansowej (banku, firmy leasingowej czy windykacyjnej) za pomocą platformy RAD/BPM (Business Process Management) można zaliczyć:

– rozporządzanie i przetwarzanie dokumentów;
– organizacja i archiwizacja dokumentacji;
– zarządzanie sprawami sądowymi;
– przetwarzanie umów leasingowych;
– przetwarzanie umów windykacyjnych;
– wsparcie finansów i księgowości (obieg faktur i delegacji, komunikacja wewnętrzna działu);
– wsparcie działu HR (portal pracowniczy do zarządzania sprawami kadrowymi, zarządzanie czasem pracy poza biurem, obecność);
– wsparcie działu IT (zgłaszanie zapotrzebowania na nowe obiegi czy sprzęt IT, helpdesk);
– organizacja i wsparcie działań firmy (zgłaszanie problemów, call center, obieg dokumentów i korespondencji, CRM, zarządzanie flotą, dokumentacja i raportowanie).

Infolinia to nie tylko sprzedaż – sprawdź, jak możesz ją wykorzystać

Choć infolinię kojarzymy przede wszystkim ze sprzedażą i pracownikami firm próbującymi telefonicznie zaoferować klientom nowe rozwiązania, infolinia to już od dawna nie tylko handel. Wykorzystywanie infolinii w dzisiejszych modelach biznesowych ma miejsce wszędzie tam, gdzie marka nastawia się na utrzymywanie systematycznego kontaktu z klientami i nadzorowanie z nimi bieżącej relacji.

Z infolinii wychodzącej korzystają dziś przede wszystkim sieci telefoniczne oraz banki, których głównym celem jest sprawdzenie wrażeń klienta odnośnie danych usług oraz wysłuchiwanie ich informacji zwrotnej. Infolinia to jednak również możliwości dla klientów – jedna z kilku dróg komunikacji problemu, postawienia pytań czy uzyskania wsparcia. Jak wykorzystać infolinię na swoją korzyść i nie zrazić do siebie klientów?

Korzyści infolinii

Podstawową zaletą korzystania z infolinii w celu budowania relacji z klientem jest niewątpliwie możliwość obsługi zapytań klientów. Wiele firm obecnych zarówno w świecie wirtualnym, jak i posiadających fizyczne salony sprzedaży z pewnością zna przypadki, w których klienci zadają pracownikom pytania niezwiązane z działaniem danego salonu. Pracownicy ci nie są oczywiście w stanie udzielić klientowi satysfakcjonującej odpowiedzi, co oczywiście prowadzi do frustracji klienta. Tymczasem infolinia jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów – pracownik salonu może przekierować klienta na infolinię, która z pewnością skuteczniej udzieli informacji o danym produkcie czy usłudze nie związanymi bezpośrednio z wskazanym salonem. Infolinia to zarówno ułatwienie dla klientów, jak i pracowników firmy, pozwalająca na lepszą kontrolę nad obsługą klienta.

Jednym z częstszych problemów, z jakimi klienci zgłaszają się do fizycznych salonów sprzedaży danej firmy są skargi i reklamacje. Niestety, niezwiązani z problemem pracownicy często nie mogą rozwiązać sytuacji samodzielnie, co po raz kolejny wywołuje przykre reakcje ze strony klientów. Infolinia pomaga radzić sobie z tym problemem, bo choć klienci niechętnie odbierają telefony od firm, dzwonienie do „centrali” w sprawie zgłoszenia problemu to już zupełnie inna strona medalu. Możliwość rozmowy z osobą, która faktycznie może przyjąć, rozpatrzyć, i wyjaśnić problem klientowi pozwala na utrzymanie pozytywnego obrazu firmy w oczach klienta. Zadowolenie z rozmowy z infolinią to z kolei szansa, że klient nie zrazi się do firmy po nieprzyjemnej sytuacji i po raz kolejny wróci po jej usługi.

infolinia1

Jako dodatkową funkcję infolinii można wymienić możliwość obsługi wystawiania faktur, doręczania ich oraz wystawiania koniecznych duplikatów. Tu  po raz kolejny pojawia się odciążająca pracowników rola infolinii – wiele salonów sprzedaży nie jest w stanie obsłużyć wszystkich zapytań klienta. Obecność infolinii daje im szansę skontaktowania się z właściwym działem bez konieczności zrzucania obowiązku zdobycia informacji na pracownika, który danym problemem nie powinien się zajmować.

Infolinia informacyjna, a infolinia handlowa

Sytuacje, w których firma za pomocą infolinii kontaktuje się z klientem w ramach przedstawienia oferty to przykład infolinii informacyjnej. Jej rola jest często utożsamiana jednak z infolinią handlową, nastawioną głównie na sprzedaż. Różnica jest jednak znaczna.

W przypadku infolinii handlowej, główną rolą pracowników jest obsługa zamówień klientów. Infolinia ta może być dwustronna – klient dzwoni na infolinię by złożyć zamówienie na daną usługę lub produkt, lub też umawia się z konsultantem danej firmy na rozmowę telefoniczną, która będzie prowadziła do sprzedaży usługi lub produktu.

Infolinia informacyjna, to jak sama nazwa wskazuje punkt, w którym klienci mogą zapoznać się z ofertą firmy, zadawać pytania odnośnie produktów i usług oraz ewentualnie podejmować decyzję o zakupie. Nie ma tu jednak mowy o tym, że rozmowa informacyjna z infolinią musi zakończyć się zakupem. To jeden z głównych powodów, dla których klienci niechętnie korzystają z infolinii – obawa, że wypytując o dany produkt będą zmuszeni do jego zakupu. Warto korzystać więc z infolinii tak, by klienci firmy byli świadomi informacyjnej roli rozmów telefonicznych i mogli korzystać z niej swobodnie w momencie, gdy ich zapytanie ogranicza się wyłącznie do pozyskania informacji. Choć działanie to nie przynosi natychmiastowych zysków pieniężnych, pozwala ono na zbudowanie pozytywnej relacji z klientem, która z kolei przekłada się na dłuższy i pozytywny związek i przywiązanie klienta do marki.

Jak stworzyć w swojej firmie infolinię, która pozwoli czerpać maksimum korzyści, jakie zapewnia to rozwiązanie? Zapraszamy do sprawdzenia oferty IPT Call Center na http://iptcc.pl/oferta/infolinia/.

Inwestycje firm hamuje ryzyko regulacyjne i brak rąk do pracy

Z pozoru ostatnie dane o inwestycjach przedsiębiorstw były bardzo dobre. Jednak okazuje się, że to był wzrost dotyczący sektora publicznego i firm zagranicznych. Natomiast inwestycje polskich firm spadły i to trzeci kwartał z rzędu.

Według GUS inwestycje przedsiębiorstw w IV kw. 2017 r. wzrosły o 12,2 proc. Wygląda to optymistycznie, skoro kwartał wcześniej był to przyrost o 1,7 proc.

Jednak, na co zwracają uwagę analitycy Credit Agricole, to było przede wszystkim ożywienie w firmach kontrolowanych przez sektor publiczny. W tych firmach był to w IV kw. wzrost aż o 48,6 proc.

Co się działo w firmach prywatnych. Inwestycje firm zagranicznych zwiększyły się o 8,1 proc. Natomiast inwestycje polskich firm spadły o 2 proc. I to jest już trzeci kolejny kwartał, gdy spadają.

Sytuacja jest szczególna, bo popyt konsumpcyjny jest tak duży, że wykorzystanie mocy produkcyjnych jest rekordowo wysokie i konkurencyjność firm polskich wobec zagranicznych będzie spadać bez inwestycji. Jednocześnie firmy mają rekordowo wysokie oszczędności zgromadzone w bankach.

Dlaczego klimat inwestycyjny dla polskich firm jest tak zły? – Istnieją dwie bardzo poważne bariery, to ryzyko regulacyjne i brak rąk do pracy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan i członek Rady Dialogu Społecznego.

Ostatnie dwa lata to rekordowe liczby zmian w ustawach i najważniejszych aktach prawnych. – Przedsiębiorcy nie wiedzą co będzie się działo za rok czy dwa lata – komentuje ekspert.

Po obniżeniu wieku emerytalnego sytuacja na rynku pracy stała się szczególnie trudna dla przedsiębiorców. Stopa bezrobocia jest rekordowo niska, brakuje pracowników. – Przedsiębiorcy nie mogą być pewni, że jeżeli kupią maszynę, to będą mieli kogo postawić przy tej maszynie, aby pracował – mówi Jeremi Mordasewicz.

Ekspert zwraca też uwagę, że inwestycje sektora prywatnego są szczególnie ważne, bo w największym stopniu wpływają na wzrost dobrobytu, na wzrost wynagrodzeń.

Kurs funta wzmocnił się, ale okres wzrostu może się wkrótce zakończyć

Funt brytyjski wzmocnił się wobec głównych walut. Bank Anglii zapowiedział, że w tym kwartale podwyższy stopy procentowe. To może jeszcze bardziej wzmocnić funta.

Funt odrabia straty po decyzji o Brexit. Tego wzmocnienia nie widać jednak tak bardzo wobec złotego.

– To dlatego, że złoty jest walutą, która akurat też wzmacniała się w ostatnich miesiącach wobec dolara czy euro – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

W tym kwartale dojdzie do podwyżki stóp procentowych, co powinno znów wzmocnić funta. Jednak jednocześnie funt jest walutą, która przez inwestorów już była traktowana mocno spekulacyjnie, czyli okres wzrostu funta może się wkrótce zakończyć.

Krakowski biurowiec .big wynajęty przez amerykańską firmę State Street

State Street zajmie powierzchnię około 9 tysięcy mkw. Umowa podpisana została na okres 10 lat. W transakcji uczestniczyła firma Cushman & Wakefield.

Decyzja o otwarciu kolejnego biura w Krakowie podkreśla nasze przywiązanie do Polski i świadczy o dostępności wielu utalentowanych i zdolnych pracowników. To prawdziwy krok milowy w zakresie zwiększenia naszej obecności na rynku lokalnym, dający nam możliwość rozwoju i rozszerzenia wachlarza usług do tej pory oferowanych w Polsce. Planujemy stworzenie miejsc pracy zarówno dla doświadczonych w sektorze finansowym profesjonalistów, jak i dla absolwentów lokalnych wyższych uczelni – mówi Scott Newman, Dyrektor Zarządzający i Członek Zarządu State Street Bank International GmbH, Oddział w Polsce.

Cieszy nas, że .big zyskał uznanie jednego z największych na świecie dostawców usług finansowych. Podpisana umowa najmu to potwierdzenie najwyższej jakości powierzchni biurowych oferowanych w naszej inwestycji. Obiekt spełnił wysokie oczekiwania klienta i zapewni mu możliwość rozwoju – mówi Piotr Kaleta, dyrektor ds. wynajmu Ghelamco Poland.

– .big to nasz pierwszy projekt w Krakowie. Cieszy nas, że został tak szybko wynajęty. To pokazuje, jak olbrzymi potencjał ma Kraków. Już dziś możemy powiedzieć, że wkrótce ujawnimy kolejny projekt w tym mieście – dodaje Jarosław Zagórski dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco Poland.

Inwestycja .big realizowana przy ul. Kapelanka i ul. gen. Bohdana Zielińskiego, to pierwszy biurowiec Ghelamco Poland w Krakowie. Budynek będzie gotowy w III kwartale 2018 r. Czteropiętrowy obiekt zaoferuje ponad 10 tys. mkw. powierzchni. Na parterze przewidziano część handlową, a na pierwszym piętrze patio z kameralnym ogrodem. Dodatkowo pracownicy State Street będą mieć do dyspozycji tarasy oraz około 200 m przestrzeni na dachu budynku, z której rozciąga się widok na Wawel.

Pod biurowcem zaplanowano parking oraz miejsca dedykowane rowerzystom z szafkami i natryskami.

Siła reklamy mobilnej

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

Liczba użytkowników smartfonów cały czas wzrasta, co sprawia, że reklama mobilna jest jednym z najskuteczniejszych sposobów dotarcia do konsumenta. Ważne jest zatem, aby była odpowiednio zoptymalizowana do rozdzielczości urządzeń mobilnych. Co zrobić, by reklamy wyświetlane na tabletach i smartfonach wywoływały u odbiorców zaangażowanie i zainteresowania, a markom pozwalały pozyskiwać klientów? O tym w artykule Mariusza Maksymiuka, CEO Adexon.

Optymalizacja reklam

W czasach, gdy ponad 70% osób korzysta z Internetu oraz dokonuje zakupów na urządzeniach mobilnych, reklama odpowiednio zoptymalizowania do rozdzielczości ich wyświetlaczy może stać się jednym z najlepszych kanałów dotarcia do klienta i wygenerowania znaczących zysków dla firmy. Z badań przeprowadzonych prze IAB UK wynika, że aż 78% osób uważa, że najbardziej irytujące reklamy to te, które nie są dostosowane do rozdzielczości smartfonów czy tabletów – są zbyt małe, bądź zawierają zbyt dużo tekstu, przez co stają się nieczytelne i trudniejsze w odbiorze.

Reklama wideo

Z roku na rok wzrasta liczba osób oglądających treści wideo na smartfonach i tabletach. W 2017 roku przeszło 50% wszystkich wyświetleń wideo, stanowiły te na urządzeniach mobilnych. Dlatego też, ważne jest aby marki tworzyły spersonalizowane reklamy wideo, zoptymalizowane do wyświetlaczy urządzeń mobilnych. Takie działania na pewno wzbudzą zaangażowanie i zainteresowanie wśród odbiorców, a tym samym pozwolą generować większe zyski.

Od dawna wiadomo, że obraz jest łatwiejszy w odbiorze niż treść, ponieważ ludzki mózg przetwarza informacje wizualne 60 000 razy szybciej niż tekst. Reklamy zawierające treści wideo są narzędziem, które ma ogromny potencjał marketingowy. Jak wynika z badań YouAppi, CMO Mobile Marketing Guide, w 2018 roku aż 85% marketerów planuje zwiększyć budżet na reklamę wideo wyświetlaną na urządzeniach mobilnych.

Personalizacja reklam

Odpowiednie dopasowanie przekazu reklamowego wiąże się z wykorzystywaniem danych o użytkownikach. Reklamy, których treści dopasowane są do indywidualnego odbiorcy, pozwalają na budowanie silnej relacji z klientem. Ponad to, sprawiają, że klient czuje się traktowany jako jednostka, a nie jedna z wielu osób, do których trafia ten sam przekaz. Dopasowanie reklamy do wieku, płci, zainteresowań i miejsca zamieszkania pozwala wpłynąć na emocje konsumenta. Personalizacja sprawia, że obiorca czuje się wyróżniony, przez co chętniej dokonuje decyzji o zakupie oraz angażuje się w przekazywane treści.

Stale rosnąca liczba osób korzystających ze smartfonów i tabletów sprawia, że mobile marketing cały czas się rozwija, a reklama mobilna, ze względu na swój zasięg, staje się głównym i najskuteczniejszym sposobem docierania do konsumentów.

Holding Dirlango Łukasza Wejcherta startuje z funduszem inwestycji technologicznych dla inwestorów prywatnych

Dirlango, holding należący do Łukasza Wejcherta oraz Macieja Żaka, byłych szefów Onetu, rusza z funduszem Dirlango Tech FIZAN i ofertą dla inwestorów prywatnych. W planach inwestycje w Polsce i za granicą o wartości ponad 100 mln zł do końca 2018 roku. Partnerem będzie IPOPEMA TFI.

Holding, do którego należy obecnie 9 spółek, po raz pierwszy pozwoli prywatnym inwestorom na dostęp do atrakcyjnych inwestycji na globalnym rynku IT. Dotychczas Dirlango koncentrował się na inwestycjach w 3 segmenty rynku nowych technologii: Dane (Netsprint, WhitePress, LeadR), transport (iTaxi) oraz spółki analityczne (JustWiFi, Koala Metrics).

Teraz, po 5 latach działalności i sukcesie transakcji z Innova Capital w 2016 roku* (Netsprint), zarządzający chcą inwestować środki w spółki nowych technologii w Polsce (60 proc.) i za granicą (do 40 proc. w ramach wspólnych inwestycji z renomowanymi partnerami w postaci globalnych funduszy VC).

– Naszym celem jest zaoferowanie inwestorom możliwości udziału w dynamicznie rozwijającym się segmencie technologicznych firm, które będą miały wsparcie zespołu Dirlango. Najchętniej będziemy inwestowali w spółki rentowne w fazie wzrostu – podkreśla Łukasz Wejchert, prezes D-Tech Management sp. z o.o.

Łukasz Wejchert i Maciej Żak chcą wykorzystać 20 letnie doświadczenie oraz osobiste kontakty na międzynarodowym rynku funduszy VC/ PE w celu zbudowania portfela Dirlango Tech FIZAN, którego wartość ma wynosić 200-300 mln w perspektywie 2 lat.

Możliwość inwestycji będzie dostępna dla prywatnych inwestorów a partnerem holdingu jest IPOPEMA TFI. W ramach budowy funduszu Łukasz Wejchert zadeklarował osobiste zaangażowanie finansowe na poziomie 10 mln zł. Jednocześnie holding Dirlango rozważa wniesienie proporcjonalnych udziałów we wszystkich spółkach portfelowych. Docelowy udział Dirlango i Łukasza Wejcherta będzie wynosić 20-30 proc. wartości funduszu. Perspektywa inwestycyjna funduszu zamkniętego to 6 lat, z możliwością przedłużenia o 3 lata.

Fundusz jest ciekawą alternatywą dla inwestorów indywidualnych, którzy chcą dywersyfikować swoje portfele inwestycyjne w okresie niskich stóp procentowych i wahań na rynkach akcji.

Warszawa jest obecnie jednym czołowych hub-ów technologicznych w UE po Sztokholmie, Berlinie, Zurichu. Co więcej, Polska jest 4 rynkiem na świecie: po Rosji, Chinach i Japonii w globalnym rankingu Topcoder 2017. Potencjał ten zauważyła już UE, która wyceniła wartość inwestycji w ten rynek na 250 mln Euro do 2022 roku (Publiczny Program wsparcia na etap seed 2017-2022).

W Polsce najwięcej startupów działa w obszarach big data, analityka, gier, Internet rzeczy, narzędzia deweloperskie i nauki przyrodnicze.

PPE w praktyce – poradnik dla pracodawcy – rejestracja programu

Agnieszka Łukawska
Agnieszka Łukawska

Ustalenie zasad PPE i wybór instytucji finansowej, która będzie zarządzać środkami – to pierwszy krok do wdrożenia programu. Od tego momentu – przed pracodawcą jeszcze sporo pracy – trzeba zawrzeć niezbędne umowy, a sam program musi być zarejestrowany przez Komisję Nadzoru Finansowego. Warto więc jak najefektywniej wykorzystać ten czas – aby cały proces przebiegł sprawnie i efektywnie.

Zgodnie z art. 11 ust. 7 ustawy o PPE, pracodawca przedstawia reprezentacji pracowników ofertę utworzenia programu na warunkach uzgodnionych w umowie przedwstępnej z instytucją finansową, a ważność tej oferty powinna wynosić co najmniej 3 miesiące. W praktyce, niektórzy pracodawcy angażują przedstawicieli strony społecznej już na etapie wyłaniania instytucji zarządzającej środkami. Udział w procesie wyboru zarówno pracodawcy, jak i reprezentacji pracowników to dobry pomysł – obie strony mają wtedy pełną wiedzę o ofertach i o tym, jakie przesłanki zdecydowały o wyborze takich, a nie innych rozwiązań. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na to, że niezależnie od stopnia zaangażowania strony społecznej w proces wyboru i ustalania warunków przyszłego PPE – umowa przedwstępna powinna być zawsze zawarta, aby nikt w przyszłości nie podważył zasadności jego utworzenia.

Podstawowym dokumentem konstytuującym PPE jest umowa zakładowa, zawierana pomiędzy pracodawcą, a reprezentacją pracowników. Artykuł 13 ustawy o PPE reguluje minimalny zakres tej umowy. W przypadku, gdy w umowie brak jest wymaganych regulacji – organ nadzoru wzywa pracodawcę do usunięcia nieprawidłowości, co opóźnia proces rejestracji. Warto pamiętać, że składając reprezentacji pracowników ofertę utworzenia PPE pracodawca powinien przedstawić projekt umowy zakładowej. W praktyce najczęściej dzieje się tak, że projekt umowy zakładowej oraz projekt umowy o wnoszenie przez pracodawcę składek pracowników do funduszu inwestycyjnego są załącznikami do umowy przedwstępnej. A cały wzorcowy pakiet umów przygotowywany jest przez wybraną instytucję finansową, z uwzględnieniem ustalonych z pracodawcą warunków.

Rejestracja PPE przez Komisję Nadzoru Finansowego następuje na wniosek pracodawcy. Jeśli więc pracodawca chciałby, aby wybrana instytucja finansowa wspomogła go już na tym etapie reprezentując przed organem nadzoru – powinien pamiętać o udzieleniu zarządzającemu odpowiedniego pełnomocnictwa.

Do wniosku o zarejestrowanie PPE pracodawca powinien dołączyć w szczególności umowę zakładową, umowę pracodawcy z instytucją finansową, wzór deklaracji o przystąpieniu do programu, zaświadczenie z urzędu skarbowego o braku zaległości podatkowych, zaświadczenie z ZUS o braku zaległości w opłacaniu składek na ubezpieczenia społeczne oraz informację o umocowaniu reprezentacji pracowników do zawarcia umowy zakładowej. Na stronach internetowych Komisji Nadzoru Finansowego dostępny jest wzór wniosku – wiem z doświadczenia, że warto z niego w procesie rejestracji skorzystać.

Pracodawcy często pytają – jak długo czeka się na rejestrację PPE. Zgodnie z art. 35 ustawy – jeśli wniosek nie spełnia warunków wynikających z przepisów, KNF jest obowiązany w terminie 1 miesiąca wezwać pracodawcę do usunięcia nieprawidłowości wyznaczając przy tym odpowiedni termin, nie krótszy niż trzy miesiące. Zanim jednak organ nadzoru przystąpi do merytorycznej oceny wniosku – dokonuje analizy wniosku z punktu widzenia wymogów formalnych (częste braki, to np. brak wymaganych załączników lub ich niewłaściwa forma). W razie stwierdzenia braków formalnych – organ nadzoru wzywa pracodawcę do ich uzupełnienia w terminie 7 dni. Jeśli pracodawca nie uzupełni wniosku w wyznaczonym terminie – pozostaje on bez rozpatrzenia. Widać więc, jak ważne jest dobre przygotowanie wniosku i sprawdzenie go pod względem formalnej poprawności przed złożeniem do KNF.

W praktyce należy liczyć się z tym, że postępowanie w KNF może zająć od 1 do nawet 3 miesięcy. Pamiętajmy, że dopiero po zarejestrowaniu PPE można zbierać od pracowników deklaracje uczestnictwa, otwierać im konta w programie i rozpoczynać naliczanie składek. Jeśli uwzględnimy jeszcze czas niezbędny na komunikację do pracowników czy przygotowanie operacyjne po stronie pracodawcy – warto, aby firmy zdecydowane na utworzenie PPE – nie odwlekały faktycznego rozpoczęcia prac nad tym projektem.

Agnieszka Łukawska, Dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI S.A., Ekspert Instytutu Emerytalnego

Świadome zarządzanie wpływem społecznym pozwoli firmie przyciągnąć najlepszych pracowników

Dla odpowiedzialnych firm 4.0 równie ważne, jak osiągnięcie satysfakcjonujących wyników finansowych, jest poszanowanie i troska o otoczenie społeczne, w tym również o pracowników. Jak wynika z kolejnej edycji globalnego badania „Human Capital Trends 2018”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte największy wpływ na zmiany w HR mają rosnąca siła jednostki, konieczność wypełniania przez firmy misji społecznej oraz technologie. Przekształcenie w odpowiedzialną firmę 4.0 nie będzie jednak możliwe bez współpracy pomiędzy członkami zarządu.

Kluczowe kierunki przedstawione w analizie polskich wyników raportu „Trendy HR 2018. Czas odpowiedzialnych firm” obejmują dziesięć obszarów, które zdaniem menedżerów HR będą miały największy wpływ na działalność przedsiębiorstw w obszarze kapitału ludzkiego. Podobnie jak w ubiegłym roku partnerem analizy polskich wyników jest firma Randstad.

Realny wpływ na społeczeństwo

Firmy coraz częściej są oceniane na podstawie relacji z pracownikami, klientami oraz lokalną społecznością, a także przez pryzmat wpływu, jaki wywierają na społeczeństwo. I nie chodzi tu o tradycyjnie pojmowaną dobroczynność. – Rośnie znaczenie kapitału społecznego w kształtowaniu celów przedsiębiorstwa i jego relacji z interesariuszami. Takie podejście jest niezbędne w celu osiągnięcia dobrej reputacji firmy, przyciągnięcia, utrzymania i zaangażowania kluczowych pracowników; a także dbania o lojalność klientów. To ten aspekt coraz częściej decyduje o tym, czy w ostatecznym rozrachunku dana firma odniesie sukces czy poniesie porażkę – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej.

Wśród czynników wymuszających gwałtowne tempo zmian można wyróżnić trzy główne trendy: siłę jednostki (głównie za sprawą pokolenia milenialsów), wypełnianie przez biznes misji społecznej oraz wpływ zmian technologicznych na zrównoważony rozwój. Nie pozostają one bez związku ze środowiskiem pracy. Promowanie organizacji ukierunkowanej na współpracę, tworzenie środowiska wyzwalającego prawdziwy potencjał jednostki, czy innowacyjność, stają się możliwe dzięki kompleksowemu podejściu do zarządzania doświadczeniami pracownika.

Współpraca na najwyższym szczeblu

Najważniejszym wyzwaniem, z jakim zmagają się dziś firmy jest współpraca na poziomie zarządu. W Polsce uważa tak 88 proc. ankietowanych menedżerów HR, a na świecie 85 proc. Odejście od silosowego postrzegania organizacji na rzecz promowania pracy zespołowej oraz związana z tym elastyczność współczesnych przywódców, a przede wszystkim umiejętność przewodzenia zespołom, stają się najważniejszymi wyzwaniami związanymi z tym trendem. – Regularna współpraca poszczególnych członków zarządu przy realizacji długoterminowych projektów jest dominującym sposobem zarządzania w polskich firmach. Wskazało na nią 41 proc. firm. W nieco ponad jednej trzeciej przedsiębiorstw obserwujemy model, w którym członkowie zarządu niezależnie od siebie sprawują kontrolę nad powierzonymi im obszarami, ale jednocześnie współpracują, gdy wymaga tego sytuacja – mówi Irmina Maciaszek, Branch Manager z Randstad Polska. Jak wynika z badania Deloitte, firmy, w których kadra kierownicza regularnie angażuje się w długoterminową współpracę, mają o jedną trzecią większe szanse wzrostu w tempie dziesięcioprocentowym niż firmy, w których kadra kierownicza działa niezależnie.

Odpowiedzialny biznes wpisany w DNA

Działania z zakresu CSR (społecznej odpowiedzialności biznesu) podejmowane są przez firmy w Polsce już od jakiegoś czasu. Przez 33 proc. podmiotów, są one traktowane jako ważne i znajdują się wysoko na liście priorytetów. W przypadku globalnego badania to jest już 44 proc. W organizacji służą one w dużym stopniu wewnętrznie, procesom HR, jako element wsparcia rekrutacji oraz budowania silnej marki pracodawcy, jak i utrzymaniu pracowników (w sumie 49 proc.). Dodatkowym celem prowadzonych działań w Polsce jest budowanie wizerunku, marketing i wsparcie sprzedaży (27 proc.). W analizie obejmującej wyniki badań we wszystkich krajach nim objętych jeszcze jeden aspekt ma duże znaczenie. Jest nim poprawa jakości życia lokalnej społeczności. Wskazuje go 30 proc. wszystkich respondentów badania, podczas gdy w Polsce odsetek ten sięga zaledwie 19 proc.

Polscy respondenci wymieniają wsparcie finansowe wybranych organizacji charytatywnych jako najczęściej realizowane programy w swojej firmie (56 proc.). W dalszej kolejności pojawia się pomoc pozafinansowa (darmowe usługi) na rzecz takich instytucji (39 proc.). Naturalnym liderem tego typu inicjatyw w firmie staje się prezes zarządu (41 proc.), lub szef HR (32 proc.). – Patrząc na globalne trendy, czas zmienić sposób myślenia o społecznej odpowiedzialności biznesu. Strategiczne zdefiniowanie wpływu, jaki organizacja wywiera na otoczenie poprzez swoją działalność, produkty, łańcuch dostaw, zmierzenie go i wiarygodne raportowanie, to kierunek, w którym powinny iść firmy w Polsce. Duża część tych działań może być realizowana z udziałem HR – tak w roli inicjatora, jak i beneficjenta. To dzisiejsze młode pokolenia wymagają od nas większej odpowiedzialności i wypełniania misji, a nie tylko realizacji zysku. To oni decydując o przyszłych miejscach pracy, czy produktach, które wybierają, odrzucą tych, którzy działają nieodpowiedzialnie.– mówi Irena Pichola.

Milenialsi i emeryci w jednej firmie

Rosnąca oczekiwana długość życia skłania do pytania, jak długo będą trwać kariery i w jaki sposób starzenie się pracowników wpłynie na gospodarkę i politykę społeczną. Kształtowanie środowiska pracy uwzględniającego potrzeby różnorodnych pokoleń to jeden z najważniejszych trendów w HR. Wśród trzech elementów najczęściej uwzględnianych przez polskie firmy w realizowanych działaniach z zakresu różnorodności i włączenia znajdują się: płeć, wiek oraz osobowość.

Zatrudnienie seniorów wiąże się z zastosowaniem innowacyjnych praktyk i zasad sprzyjających dłuższej aktywności zawodowej, a także współpracy między liderami biznesowymi i pracownikami w celu rozwiązania takich problemów, jak uprzedzenia ze względu na wiek i deficyt emerytalny. W odpowiedzi na to polskie firmy wprowadzają już zmiany w opiece medycznej (27 proc.), tworzą elastyczny zakres obowiązków (27 proc.) oraz podejmują prace nad modyfikacją samego miejsca pracy (26 proc.).

Roboty jako wsparcie, a nie rywal

Sztuczna inteligencja i technologia kognitywna wywierają coraz silniejszy wpływ na obecny kształt rynku pracy. Uważa tak 63 proc. polskich ankietowych, podczas gdy na świecie jest ich o 9 pp. więcej. Według polskich dyrektorów HR wdrażanie sztucznej inteligencji sprawi, że niektóre kompetencje, jak zdolności fizyczne i sensoryczne stracą na znaczeniu. Z kolei rola innych umiejętności wzrośnie. Wśród nich są m.in. kompetencje techniczne, poznawcze czy zdolność do rozwiązywania złożonych problemów. Wyzwaniem w polskich firmach są: reorganizacja pracy w związku z automatyzacją (48 proc.) oraz wykorzystywanie big data w procesach planowania i podejmowania decyzji (35 proc.). – Nowe technologie będą eliminować czynności rutynowe, uzupełniając pracę ludzi. Za to w przyszłości pojawi się ogromne zapotrzebowanie na atuty i zdolności czysto ludzkie, takie jak umiejętność rozwiązywania złożonych problemów, zdolności poznawcze oraz umiejętności społeczne – mówi Paweł Zarudzki, Lider robotyki procesowej w konsultingu Deloitte.

Dane pracowników na wagę złota

Gwałtowny wzrost dostępności danych oraz nowe narzędzia analityki kadrowej z jednej strony stworzyły szerokie możliwości dla działów HR i przedsiębiorstw, jednak z drugiej różne rodzaje ryzyka. Aspekt ten jest o tyle specyficzny, że dotyczy nie tylko zespołów HR. Odpowiedzialność za zabezpieczenie poufności danych pracowników w organizacji to także wyzwanie dla działów IT. Aż 52 proc. polskich respondentów uważa, że posiada zadowalający poziom wiedzy na temat wymogów bezpieczeństwa danych. W firmach w Polsce świadome zarządzanie danymi oraz ich analiza zaczynają odgrywać coraz większą rolę w procesach podejmowania decyzji (49 proc.). – Wraz z wejściem w życie rozporządzenia RODO na pracodawcach spoczną nowe obowiązki, które mogą okazać się wielkim wyzwaniem organizacyjnym. Niezwykle ważny jest wzrost świadomości managementu i pracowników działów HR, że osoby zaangażowane w gromadzenie lub korzystające z danych osobowych pracowników lub kandydatów do pracy muszą znać wymogi bezpieczeństwa i świadomie zarządzać tymi danymi – mówi Przemysław Stobiński, Młodszy Partner, Lider zespołu ds. prawa pracy w kancelarii Deloitte Legal. Przedsiębiorstwa zbliżyły się do punktu krytycznego i muszą zdecydować czy stworzyć zestaw jasno określonych zasad, zabezpieczeń, środków mających na celu zapewnienie przejrzystości oraz na bieżąco publikować informacje na temat wykorzystania danych osobowych, czy też ryzykować, że działania firmy spotkają się z ostrym sprzeciwem pracowników, klientów i całego społeczeństwa. – dodaje.

Nowe technologie, problemy i skandale. Prześwietlamy fabrykę Tesli

Fabrykę Tesli uznaje się za ikonę filozofii przemysłu 4.0. Nie wszyscy jednak podzielają ten entuzjazm. Skandale związane z licznymi urazami pracowników, którzy narzekają na zawrotne tempo pracy oraz problemy z terminową realizacją zamówień rzuciły się cieniem na firmę Elona Muska. Czy słusznie?

Pisząc ten artykuł dotarła do mnie informacja, że akcje Tesli na giełdzie NASDAQ spadły właśnie o prawie 3 proc. To nie pierwsza taka sytuacja i zapewne nie ostatnia. Zdaniem analityków, przyczyn należy szukać przede wszystkim w dużych problemach z dostawą Modelu 3 – flagowego samochodu producenta. Każdy, kto posiada chociaż odrobinę wiedzy na temat produkcji z pewnością zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, że jedna z najnowocześniejszych fabryk świata, prawdziwa ikona czwartej rewolucji przemysłowej, zalicza takie wpadki? Przemysł 4.0 nie działa? A może winy trzeba szukać gdzie indziej? Przecież niedotrzymywanie terminów nie musi wynikać ze słabości systemów informatycznych. Zdaniem Piotra Rojka z DSR, spółki dostarczającej nowoczesne rozwiązania IT polskim i zagranicznym producentom, internet rzeczy, oprogramowanie klasy SFC i APS czy systemy ERP holistycznie obejmujące działalność fabryki, potrafią diametralnie zwiększyć jej wydajność, jednak nie utemperują nierealistycznych oczekiwań zarządu.

Piotr Rojek, prezes zarządu spółki DSR
Piotr Rojek, prezes zarządu spółki DSR

Moce przerobowe każdego zakładu są ograniczone. Za pomocą nowych technologii zmniejszymy koszty produkcji, zredukujemy zastoje i przewidzimy awarie. Posiadając odpowiednie know-how możemy zwiększyć efektywność zakładu nawet o kilkadziesiąt procent, jednak gdy popyt znacząco przekracza jej możliwości, trzeba zastanowić się nad innymi krokami – przekonuje Rojek.

Czy Elon Musk, jeden z najwybitniejszych biznesmenów naszych czasów, który jak mało kto rozumie nowe technologie, w pełni wykorzystuje możliwości swojej największej fabryki? Przecież każda jego działalność wiąże się z porzuceniem utartych sposobów działania, a kończy małą rewolucją. By odpowiedzieć na to pytanie musimy przyjrzeć się z bliska osławionemu zakładowi położonemu w kalifornijskim miasteczku Fremont. Jego wcześniejszymi właścicielami byli General Motors i Toyota. We wspólnej fabryce obie firmy produkowały 6 000 pojazdów tygodniowo aż do roku 2010, kiedy stała się ona własnością Tesli. Na początku firma Elona Muska wykorzystywała trochę ponad 10 proc. dostępnej powierzchni o wielkości 1,500,000 m2. W zeszłym roku urząd miasta Fremont zgodził się na powiększenie zakładu prawie o połowę. Tesla planuje wykorzystać nową przestrzeń po to, by zwiększyć ilość produkowanych samochodów do 10 000 pojazdów tygodniowo.

“Profesor” Musk i jego X-meni

Hala produkcyjna, w której powstaje Model 3, jak na współczesne standardy jest wysoce zautomatyzowana. Odwiedzając fabrykę nie sposób przejść obojętnie obok największej w USA prasy Schuler SMG, tłoczącej nowy panel samochodowy co sześć sekund, czyli 5000 dziennie, z siłą do 10 000 ton. Chociaż jedna taka maszyna kosztuje 50 milionów dolarów, to Elonowi Muskowi udało się kupić ją za 6 mln i to licząc z kosztami z dostawy. Roboty pracują tu u boku człowieka, a z upływem czasu jest ich coraz więcej. Michael Rundle, dziennikarz portalu Wired, który miał okazję przyjrzeć się im z bliska, w swojej relacji zwrócił uwagę na humorystyczny aspekt tej futurystycznej asymilacji. – Nadawanie robotom imion sprawia, że cały proces konstruowania samochodów jest trochę absurdalny – zauważył Rundle. Maszyny odpowiedzialne za wkładanie pojazdów na taśmę nazwano Wolverine i Iceman na część komiksowych superbohaterów. Tesla rolę robotów w społeczeństwie bierze na poważnie, o czym świadczyć może intrygujący napis umieszczony na podłodze hali produkcyjnej: „Roboty nienawidzą śmieci. Prosimy o niedostarczanie im dodatkowych powodów do obalenia ludzkości”. Pomimo tak osobliwych akcentów pracownikom placówki zapewne nie jest do śmiechu, gdy słyszą o ambitnych planach swojego CEO, a te, delikatnie mówiąc, godzą w ich interesy. Wizja Muska sprowadza się do totalnej dehumanizacji produkcji. By ją urzeczywistnić, Tesla kupiła niemiecką firmą Grohmann Engineering specjalizującą się w automatyzacji. Opowiadając o celach na najbliższe lata, przedsiębiorca z Południowej Afryki zapowiedział, że zamierza stworzyć zakład produkcyjny, który będzie się diametralnie różnił nawet od tych obecnie najbardziej zaawansowanych. Ma on przezwyciężyć ograniczenia ludzkiego tempa pracy. Nad procesami odbywającymi się w takiej fabryce czuwać będzie zaledwie garstka ekspertów. Surowe materiały produkcyjne dostarczane będą z jednej strony, a z drugiej wyjeżdżać będą gotowe samochody. Za ich składanie odpowiedzialne będą wyłącznie roboty, a wszystko odbywać się będzie przy zawrotnej prędkości, wykluczającej udział człowieka w produkcji m.in. ze względów bezpieczeństwa.

W poszukiwaniu straconego czasu

Trudno dziwić się Muskowi, że w pogoni za sposobami na przyspieszenie produkcji wykracza poza konwencjonalne rozwiązania – nawet te najnowocześniejsze, z których fabryka z Fremont korzysta na potęgę. Opóźnienia w dostawie Tesli Model 3 są tak duże, że znużeni czekaniem klienci rezygnują z zamówień. Nie zagłębiając się w temat można pochopnie zarzucić idei przemysłu 4.0, że nie działa. Nic bardziej mylnego. Telewizja CNBC dotarła do grupy obecnych i byłych pracowników Tesli, którzy przyczynę kryzysu dopatrują w słabej jakości komponentach pochodzących od zewnętrznych dostawców. Jeden z inżynierów zatrudnionych w fabryce przekonuje, że około 40 proc. części, które trafiają do Fermont, wymaga przeróbek. Regeneracja i odzyskiwanie są standardem w branży motoryzacyjnej, jednak w odróżnieniu od największych producentów samochodowych, Tesla nie korzysta z podwykonawców, lecz przeprowadza regenerację we własnym zakresie. Czy takie rozwiązanie przyspiesza proces naprawy wadliwych komponentów? Tego nie wiemy. Wiadomo natomiast, że skala problemu z dostawcami jest tak duża, że osłabia morale pracowników placówki. – Zdaje się, że Tesla nie ma szczęścia do dostawców. W takiej sytuacji nie pomogą nawet najlepsze rozwiązania technologiczne. Gdyby problemem były awarie maszyn na hali produkcyjnej, system SFC nowej generacji pomógłby w redukcji przestojów. Można go również wykorzystać do identyfikacji czynników wpływających na jakość wyrobów. W tym przypadku wydaje mi się, że przyczyna problemu nie wymaga identyfikacji. Potrzeba natomiast konkretnych kroków naprawczych – zauważa dyrektor zarządzający w DSR SA.

Lepiej znaczy inaczej

Nowatorskie podejście twórcy Tesli dało o sobie znać na wiele różnych sposób, jednak największym jego świadectwem jest sam produkt końcowy. Andre Rivera, weteran branży automotive z ponad 20 letnim stażem, który pracę w fabryce rozpoczął, gdy ta należała jeszcze do poprzednich właścicieli, dostrzega ogromną różnicę pomiędzy starym a nowym pracodawcą. – To w jaki sposób patrzymy na samochody różni się diametralnie od tego, w jaki sposób postrzega je większość ludzi. To nie jest nic szalonego, lecz zdrowy rozsądek. Czemu inni nie myślą w taki sposób? – pyta Rivera. Na czym polega to innowacyjne myślenie? Tradycyjnie producenci samochodów wprowadzają zmiany w cyklach trwających od 5 do 7 lat. To archaiczne podejście, które nie zaspokaja rosnących potrzeb konsumentów. Z Teslą jest inaczej. Sam update oprogramowania może natychmiast polepszyć działanie samochodu, a odbywające się przez internet aktualizacje są na porządku dziennym.To jednak nie koniec wyścigu do doskonałości. Z doniesień Motor Trend wynika, że firma Elona Muska potrafi wprowadzić 20 modyfikacji w ciągu tygodnia i nie chodzi wcale o software, lecz fizyczne części samochodów. Na uwagę zasługują również wyśrubowane standardy kontroli jakości, która odbywa się na różnych etapach produkcji i o niebo przewyższają wszystkie działania, podejmowane w tym zakresie przez inne firmy motoryzacyjne.

Wszystkie grzechy Muska

O ile opieka, jaką Elon Musk otacza produkowane w Fremont samochody zasługuje na podziw, o tyle jego podejście do pracowników wzbudza mieszane uczucia, przez co nie raz znalazł się w ogniu krytyki. W zeszłym roku Guardian opublikował artykuł o wymownym tytule: „Tesla factory workers reveal pain, injury and stress: 'Everything feels like the future but us'”. Dramat pracowników kalifornijskiej fabryki wyszedł na jaw i szybko doczekał się rozgłosu. Z raportów, które w tajemniczych okolicznościach ujrzały światło dzienne wynika, że w ciągu zaledwie dwóch lat na teren zakładu karetkę wzywano ponad 100 razy, a pracownicy Tesli doświadczają omdleń, zawrotów głowy, a nawet drgawek, zaburzeń oddychania i bólu w klatce piersiowej. Łącznie zanotowano kilkaset urazów, z czego część można zakwalifikować jako trwałe. Praca po kilkanaście godzin pod presją, często w bólu i pomimo odniesionych urazów, byle tylko zrealizować ambitne plany produkcyjne narzucone przez zarząd – tak zdaniem pracowników wygląda kultura organizacyjna w Tesli. – Widziałem, jak ludzie tracili przytomność, upadali na ziemię rozbijając twarze o podłogę. Kazali nam pracować mimo wszystko, obchodząc leżącego na ziemi człowieka – powiedział angielskiemu dziennikowi Jonathan Galescu, technik produkcji z Fremont. Ta historia znalazła zresztą potwierdzenie w relacjach innych osób zatrudnionych w Tesli, jednak nie wywołała większego wzruszenia jej CEO, który przekonuje, że jego firmy nie powinno się porównywać z innymi producentami samochodów. – Jesteśmy nierentowni. To nie sytuacja, w której chciwi kapitaliści decydują się pominąć kwestie bezpieczeństwa, aby wygenerować większe zyski i dywidendy. Tu nie chodzi tylko o to, ile pieniędzy stracimy, lecz o to, czy przetrwamy i czy wszyscy nie utracą pracy – zasłania się Musk i twierdzi, że zależy mu na dobrobycie swoich pracowników. W oficjalnym komunikacie Tesla przekonuje, że poziom bezpieczeństwa w ostatnich latach uległ znacznej poprawie.

Fabryka w Fermont to nie raj na ziemi. Mimo spektakularnego sukcesu firma boryka się z wieloma problemami, jednak Elon Musk nie raz pokazał, że w biznesie nie ma sobie równych i z pewnością wyprowadzi Teslę na prostą. Pozostaje tylko pytanie, jakim kosztem? Fakt, że odnoszącą straty firmę uznaje się za ikonę przemysłu 4.0, który przede wszystkim polega generowaniu oszczędności poprzez optymalizację procesów produkcyjnych, zakrawa o absurd. Jeśli jednak futurystyczna wizja jej założyciela doczeka się realizacji, pozostanie nam w podziwie ściągnąć czapki z głów i zapłakać nad losem zwolnionych pracowników. Viva La Revolución!

Marcel Płoszczyński

Stopy procentowe w Polsce i za Oceanem

RPP kończy dzisiaj posiedzenie decyzją w sprawie stóp procentowych. Ceny w Chinach rosną wolniej niż oczekiwano. Zapiski z ostatniego posiedzenia FED pokażą nam czego dalej oczekiwać.

Decyzja w sprawie stóp procentowych w Polsce

Dzisiaj Rada Polityki Pieniężnej podejmie decyzję w sprawie stóp procentowych. Jakakolwiek zmiana stóp byłaby wielkim zaskoczeniem. Analitycy są zgodni, że zostaną one pozostawione na obecnym poziomie 1,5%. Wielu co prawda postuluje podwyżkę stóp w celu eliminacji ewentualnych baniek spekulacyjnych, jednak patrząc na to, że mamy jedne z najwyższych stóp procentowych w regionie grozi nam to mniej niż innym państwom. Posiedzenia RPP powinny być przewidywalne jeszcze do końca roku. Powodem podwyżki stóp może być rozpoczęty cykl wzrostów w strefie euro lub nadmiernie rosnąca inflacja. Oba te elementy nie grożą nam w ciagu nadchodzących miesięcy. Jaki jest wpływ stóp procentowych na kurs walut? Im wyższe stopy procentowe, tym większy popyt na walutę. Oznacza to, że jeżeli stopy procentowe zaczną rosnąć w Polsce szybciej niż na zachodzie możemy zobaczyć umacnianie się złotego.

Słabsze dane z Chin

W nocy poznaliśmy odczyt inflacji w Państwie Środka. Zarówno zmiana cen konsumenckich jak i producenckich okazała się niższa od oczekiwań. Część analityków wiąże ten fakt z polityką rządu mającą na celu ograniczyć dostęp do zbyt tanich kredytów. Dane te nie uwzględniają jeszcze oczywiście żadnych efektów obecnej wojny cenowej.

Protokół z posiedzenia FOMC

O godzinie 20:00 poznamy zapiski z rozmów z ostatniego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Jest to amerykański odpowiednik polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Dlaczego jest to takie ważne? Amerykanie wciąż są w cyklu podwyżek stóp procentowych podczas gdy Europa wciąż nie zaczęła. Jeżeli ze stenogramów wyniknie, że dalsze podwyżki w tym roku są prawdopodobne powinno to umocnić dolara. Jeżeli z kolei okaże się, że komitet chce zwolnić tempo podnoszenia stóp procentowych powinna być to informacja osłabiająca dolara.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Strefa Euro – wystąpienie prezesa EBC MArio Draghiego,
  • 14:30 – USA – inflacja konsumencka,
  • 16:30 – USA – zapasy ropy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak Polacy robią zakupy pierwszej potrzeby? Które sklepy wybierają?

Zakupy, zwłaszcza produktów pierwszej potrzeby, chcemy robić szybko i wygodnie, ale też inteligentnie. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez PAYBACK, co czwarty Polak wybiera sklepy położone najbliżej domu. Często nie są to jednak sklepy osiedlowe, ale super- i hipermarkety. Zależy nam na tym, aby móc jak najwięcej potrzebnych rzeczy kupić w jednym miejscu (24%) i przy okazji pozałatwiać inne sprawy (11%).

Super- i hipermarkety są zdecydowanie najpopularniejszym miejscem zakupów – wskazało je 54% respondentów. Co trzeci ankietowany wybiera dyskonty, a 6% małe sklepy osiedlowe. Większość badanych (63%) zadeklarowało przy tym, że produkty pierwszej potrzeby kupuje w różnych sklepach, np. w zależności od tego, gdzie jest mi akurat po drodze (52%). Pozostali udają się w te same, dobrze im znane miejsca, ponieważ wiedzą co i gdzie mogą znaleźć, lub po prostu z przyzwyczajenia.

Na nasze decyzje o wyborze sklepu ma też wpływ szereg dodatkowych czynników, takich jak czystość i porządek (51%), brak kolejek do kas (48%), programy lojalnościowe (40%), miła obsługa (39%) oraz możliwość realizacji płatności w różnych formach (36%).

Polak potrafi się dobrze zorganizować

Wybierając się na zakupy, nie chcemy tracić zbyt dużo czasu – blisko 60% uczestników badania PAYBACK poświęca na nie jednorazowo maksymalnie godzinę, a 30% spędza w sklepie od 1 do 2 godzin. Wiele osób stara się więc do nich odpowiednio przygotować. Ponad połowa respondentów (51%) sporządza listę produktów pierwszej potrzeby, natomiast pozostałe artykuły kupuje spontanicznie. Dodatkowo, 27% robi całą listę zakupową, a na miejscu dokonuje jedynie wyboru marek.

Siła promocji

Ogromny wpływ na nasze decyzje zakupowe mają promocje. Większości uczestników badania PAYBACK (78%) stwierdziła, że przykuwają one ich uwagę, a dla ponad 3/4 ankietowanych są ważnym czynnikiem przy zakupie artykułów pierwszej potrzeby. 1/4 respondentów przyznała, że nie przygotowuje listy produktów do kupienia, ponieważ ich wybory determinują aktualne promocje. Najlepsze formy promocji to według badanych redukcja ceny (79%), korzyści płynące z uczestnictwa w programie lojalnościowym (43%), kupony (30%) oraz darmowe produkty (30%). Kobiety lubią też dostawać próbki do przetestowania.

Dobrze dobrane promocje i dopasowana oferta, bazująca na oczekiwaniach klientów, stają się kluczowe w walce o klienta. Program lojalnościowy pozwala sieciom handlowym z jednej strony poznać i zrozumieć preferencje konsumentów, z drugiej zaś umożliwia dotarcie ze zindywidualizowaną i atrakcyjną ofertą do poszczególnych klientów. Coraz więcej osób docenia takie podejście i wskazuje na programy lojalnościowe jako czynnik wpływający na ich zachowania zakupowe oraz wybór konkretnej sieci handlowej – komentuje Tomasz Głos, Classic Business Director w PAYBACK Polska.

Cena ma znaczenie, ale jakość gra coraz większą rolę

Co dziesiąty z ankietowanych przy wyborze sklepu zwraca uwagę na ceny produktów. 46% zawsze porównuje ceny artykułów, a 44% twierdzi, że zdarza im się to robić. Z kolei przy zakupach produktów pierwszej potrzeby ceną kieruje się aż 72% badanych. Okazuje się, że w tym przypadku największą wagę przywiązujemy jednak do jakości (aż 82% wskazań). Ważne są dla nas także: skład (51%), lokalne pochodzenie produktu (21%) oraz opinie innych użytkowników (14%), a w dalszej kolejności popularność marki (9%).

Marka ma znaczenie dla ponad 2/3 kupujących – wiąże się to głównie z pożądaną jakością produktów. W tej grupie 12% respondentów sięga tylko po wyroby znanych producentów, podczas gdy niemal co piąty wybiera marki własne danej sieci handlowej ze względu na ich bardzo dobrą jakość.

Domowy budżet na podstawowe produkty

Nasze tygodniowe wydatki na artykuły pierwszej potrzeby sięgają z reguły od 100 do 200 zł (41%). Co czwarty ankietowany przeznacza na nie kwotę w przedziale 200-500 zł, a 18% konsumentów wydaje do 100 zł maksymalnie. 14% kupujących, idąc na zakupy, nie zakłada żadnej kwoty.

PAYBACK Opinion Poll

To badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 5-8 marca 2018 r. metodą ankiety online na grupie 1145 osób. Grupa badawcza w wieku 16-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.

Kolejny słaby początek roku na warszawskiej giełdzie pod względem liczby i wartości pierwotnych ofert publicznych (IPO)

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w pierwszym kwartale 2018 roku wyniosła 12,5 mld euro – to wzrost aż o 172% w porównaniu do analogicznego okresu rok temu (4,6 mld euro). Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale odnotowano zaledwie 2 oferty. – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

W I kwartale 2018 r. w Polsce miały miejsce tylko dwie pierwotne oferty publiczne (IPO), po jednej na rynku głównym GPW oraz na alternatywnym rynku NewConnect. Na głównym parkiecie zadebiutowała litewska spółka Novaturas (operator turystyczny działający przede wszystkim w krajach nadbałtyckich), która przeprowadziła dual listing, czyli jednoczesne wprowadzenie do obrotu akcji na rynku w Warszawie oraz na Nasdaq Vilnius. Oferta publiczna akcji przeprowadzona w Polsce, na Litwie i w Estonii, osiągnęła wartość 92,9 mln zł. Drugim warszawskim debiutem było IPO spółki Brand24, która na alternatywnym rynku NewConnect pozyskała 6,2 mln zł. W porównywalnym pierwszym kwartale 2017 r. w Warszawie również odnotowano dwie oferty – obie na NewConnect, a ich łączna wartość wyniosła zaledwie 5,8 mln zł.

„Wyjątkowo niska aktywność na początku roku to od kilku lat charakterystyczna cecha warszawskiego rynku, w szczególności rynku głównego, na którym od 2012 roku w okresie od stycznia do marca nie notowano więcej niż 2 debiutów. Tym razem optymizm, który zapanował na europejskich parkietach, nie przełożył się na większą aktywność w Warszawie. Dyskusje nad ostatecznym kształtem Pracowniczych Planów Kapitałowych oraz nad przyszłością OFE powodują dodatkową niepewność wśród inwestorów. Mimo to, co najmniej kilkanaście spółek podtrzymuje plany debiutu giełdowego w 2018 roku – w kwietniu na NewConnect debiutowała spółka FTI Profit, na rynku głównym zakończyła się z kolei oferta publiczna Orco Arendi. Mimo tradycyjnie już słabego pierwszego kwartału, w dalszej części roku pojawią się z pewnością kolejne debiuty, co nie oznacza, że ten okres będzie rekordowy dla GPW” mówi Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w I kwartale 2018 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie wyniosła 12,5 mld euro i wzrosła w minionym kwartale (w porównaniu do I kwartału 2017 r.) aż o 7,9 mld euro. Odnotowano 67 debiutów (wobec 53 IPO w pierwszym kwartale 2017 r.). Na taki wynik w analizowanym okresie znaczący wpływ miały aż dwie mega oferty (IPO o wielkości przekraczającej 1 mld euro) przeprowadzone w marcu na giełdzie w Niemczech – IPO Siemens Healthineers AG (pozyskane 3,652 mln euro uplasowało tę ofertę na pierwszym miejscu na świecie w I kwartale 2018 r.) oraz DWS Group GmbH & Co KGaA (1,300 mln euro). Trzecie miejsce pod względem wartości IPO zajęła spółka Elkem ASA (777 mln euro, debiut na giełdzie w Oslo), a czwarte – Metrovacesa SA (646 mln euro, giełda w Hiszpanii). Wśród pierwszych pięciu największych europejskich ofert stawkę zamyka spółka SPAXS SpA, która pozyskała 600 mln euro na giełdzie we Włoszech.   

Aktywność na europejskim rynku IPO w I kw. od 2009* r.

Aktywność na europejskim rynku IPO

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2014

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie)

*Dane przed 2011 r. nie uwzględniają giełd w Stambule, Zagrzebiu i Bukareszcie

„W pierwszym kwartale 2018 r. byliśmy świadkami wzrostu niepewności na rynkach oraz znaczących korekt do notowań globalnych indeksów. Nie wpłynęło to jednak na aktywność europejskich inwestorów, którzy aktywnie szukali nowych inwestycji i angażowali się w oferty spółek z ciekawymi planami oraz solidnymi podstawami dalszego rozwoju. Oznacza to, że rynek IPO w Europie okazał się relatywnie odporny na zachodzące zmiany koniunkturalne. Pomimo niepewności związanej z negocjacjami dotyczącymi wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, potencjalnym konfliktem handlowym pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz pogłoskami o wzrostach stóp procentowych, rynek IPO w Europie pozostaje otwarty na nowych emitentów” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w PwC, zespół ds. rynków kapitałowych PwC.

Mocne słowa Ewalda Nowotnego. Euro umocniło się do dolara na czym skorzystał też złoty

Ewald Nowotny, szef austriackiego banku centralnego i członek Rady Prezesów EBC, stał się gwiazdą wczorajszego handlu w Europie, zaburzając spokój inwestorów budujących sceptycyzm wokół EUR. Jastrzębie komentarze nie współgrają jednak z serią słabszych danych ze strefy euro, więc ostrożnie z entuzjazmem. Dziś USD musi się zmierzyć z CPI i protokołem FOMC, gdzie ryzyka są przeciwstawne. Supergołębia RPP może nie wystarczyć, by zburzyć spokój rynku złotego.

Nowotny, który jest czołowym jastrzębiem, stwierdził, że program QE zostanie zamknięty do końca roku, co otworzyłoby drogę do podwyżki stóp procentowych. Zdaniem Nowotnego pierwszy ruch może dotyczyć stopy depozytowej i wynieść 20 pb z -0,4 proc. do -0,2 proc. Jest to pierwszy przypadek, kiedy członek EBC podaje konkrety dla polityki monetarnej, choć Nowotny nie określił terminu podwyżki. Bezprecedensowa była też reakcja rzecznika EBC, który zaznaczył, że słowa Nowotnego są jego prywatną opinią. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło, aby rzecznik tak jasno odcinał się od słów członka Rady, co powinno dawać do myślenia, że dyskusja o stopach procentowych w strefie euro jest jeszcze na bardzo wczesnym etapie. A z makroekonomicznego punktu widzenia obecnie jest najgorszy od miesięcy moment na rozważanie zacieśniania. W ostatnich tygodniach inflacja rozczarowała, indeksy PMI odchodzą od szczytów, a odczyty produkcji przemysłowej z Niemiec, Francji i Włoch pokazały niespodziewaną słabość. W efekcie rynek miał powody, by powiększać swój sceptycyzm wobec EUR, ale wczoraj komentarze Nowotnego zachwiały pewnością siebie inwestorów. Równowaga została zaburzona i część krótkich pozycji została usunięta z rynku, co nie zmienia jednak faktu, że EUR/USD dalej pozostaje w nudnej konsolidacji 1,22-1,25. Nie zdziwiłbym się, jeśli EUR straci zapał do wzrostów, jak tylko jutro minutki z marcowego posiedzenia EBC wskażą, że Nowotny jest w mniejszości ze swoimi odważnymi tezami.

Wpierw jednak EUR/USD musi się dziś zmierzyć z odczytem inflacji konsumenckiej z USA. Konsensus zakłada przyspieszenie inflacji bazowej do 2,1 proc. z 1,8 proc., czyli wyjście wskaźnika powyżej celu Fed. Efekty niskiej bazy z marca 2017 r. będą tutaj odgrywać główną rolę, więc bardziej interesujące mogą okazać się zmiany miesięczne (prog. 0,2 proc.). Silne odczyty za styczeń (0,3 proc.) i luty (0,2 proc.) podnoszą ryzyko „odreagowania” wcześniejszych podwyżek np. w kategorii odzież. Implikacje dla polityki Fed nie muszą być jednoznaczne, ale mogą wystarczyć, by podtrzymać słabość USD. Dziś poznamy też protokół z marcowego posiedzenia FOMC, gdzie inwestorzy będą szukać wskazówek, jak duże są szanse na cztery podwyżki w całym 2018 r. oraz jaka jest ocena wpływu polityki fiskalnej i handlowej na perspektywy gospodarki. Tutaj ryzyka przeważają po jastrzębiej stronie.

Dziś decyzję w sprawie stóp procentowych podejmuje Rada Polityki Pieniężnej. Po zaskakującym spadku inflacji CPI do 1,3 proc. RPP nie ma innej opcji, jak wybrzmieć gołębio. Na konferencji prezes Glapiński z łatwością powtórzy swoje stanowisko, że stopy procentowe mogą nie ulec zmianie nawet do 2020 roku. Uważamy, że wciąż jest pole do tego, aby rynek walutowy w bardziej wyraźny sposób zareagował na podkreślaną gołębiość RPP. Z drugiej strony anemiczna zmienność kursu EUR/PLN od początku roku skłania do tezy, że kapitał spekulacyjny (czyli taki, który mógłby kupować/sprzedawać złotego w oparciu o sygnały z krajowej gospodarki) nie jest zaangażowany w handel złotym. W rezultacie krajowa polityka monetarna może być niewystarczającym czynnikiem, by dać impuls do trendu deprecjacyjnego osłabienia, ale bez wątpienia przestała już działać jako tarcza ochronna. Nowe sankcje nałożone na Rosję, ryzyka geopolitycznie wokół Syrii i spór handlowy USA-Chiny nie tworzą środowiska sprzyjającego rynkom wschodzącym.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs euro umocnił się do dolara po jastrzębich komentarzach EBC

Wtorkową sesję cechowała poprawa nastrojów wśród graczy rynkowych, co przejawiało się m.in. rosnącymi indeksami giełdowymi (na zamknięciu sesji indeks DJ IA rósł o 1,79%). Zapowiedziana przez Chiny większa elastyczność otwierająca gospodarkę na świat przez wielu inwestorów została odczytana jako krok w kierunku załagodzenia konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. Złoty rozpoczął dzień jednak spadkiem notowań. Już w pierwszych godzinach sesji europejskiej kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,20. Jednakże w ciągu dnia, przy nadal utrzymującym się dobrym klimacie inwestycyjnym, euro spadło poniżej 4,19 PLN dodatkowo wspierane wyższymi notowaniami kursu EURUSD.

Na rynku bazowym, po porannym wzroście, wspólna waluta stabilizowała się wokół 1,233 USD po czym w reakcji na jastrzębią wypowiedź E. Nowotnego skokowo ruszyła w kierunku 1,238. Zdaniem tego czołowego oficjela EBC w strefie euro powinno rozpocząć się normalizację polityki monetarnej, a wychodzenie z programu zakupów obligacji może nastąpić do końca tego roku, co utorowałoby drogę do pierwszej podwyżki stóp w EBC. Jak jednak Nowotny podkreślił, normalizacja wymagać będzie „uważnego wyważenia działań i ostrożnego rozłożenia ich w czasie”, a podwyższanie stóp powinno zacząć się od stawki depozytowej, która od połowy 2014 roku pozostaje ujemna. Aprecjację EURUSD ograniczyła popołudniowa publikacja wyższej od oczekiwanej inflacji PPI z USA, która dobrze wróży środowemu odczytowi CPI.

Przed południem wspólną walutę wspierał zaś opublikowany dzień wcześniej raport Kongresowego Biura Budżetowego (CBO), z którego wynikało, że do 2020 roku dług Stanów Zjednoczonych osiągnie jeden bilion dolarów, do czego przyczynić ma się m.in. wprowadzona reforma podatkowa. Warto jednak tu zauważyć, że brak równowagi budżetu USA nie jest czymś nowym. Zamiast dążyć do równoważenia salda od lat podnoszone są limity długu.  Nie zmienia to faktu, że raport ten ciążył dolarowi, który wczoraj od rana wyraźnie tracił względem głównych walut. W ciągu dnia chwilową korektę kursu EURUSD wywołała publikacja kolejnych rozczarowujących danych z Europy pokazująca spadek w lutym produkcji przemysłowej Francji o 0,6% m/m i Włoch o 0,5% m/m. Wyniki te obok słabych poniedziałkowych danych o niemieckim eksporcie (w lutym na poziomie -3,2% m/m) potwierdziły, że strefa euro spowalnia, co zapewne wpływa na postrzeganie perspektyw gospodarczych EZ przez EBC. Dane produkcyjne dla całej strefy euro opublikowane zostaną w czwartek, a rynek oczekuje wzrostu o 0,3% m/m.

W środę uwagę rynków pochłaniać będą dane o inflacji konsumenckiej z USA oraz publikacje protokołu z marcowego posiedzenia FOMC i wyniku kwietniowego posiedzenia RPP. Rosnąca inflacja i fakt, że podczas marcowego posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej brakowało tylko jednego głosu, aby przesunąć średnie oczekiwania na cztery podwyżki w tym roku, może wskazywać na bardzo jastrzębi wydźwięk minutes, umacniający dolara do euro i innych głównych walut. Scenariusz ten wspiera też spodziewana łagodna publikacja protokołu EBC (czwartek). Jak ostatnio podkreślał prezes M. Draghi, choć oczekuje się, że tempo ekspansji gospodarczej w strefie euro w 2018 roku powinno pozostać silne, to jednak nadal czynnikiem niepewności pozostaje skala spowolnienia europejskiej gospodarki.

We wtorek rozpoczęło się dwudniowe posiedzenie RPP. Dzisiaj rynki spodziewają się gołębiego komunikatu, który może dodatkowo ograniczać wzrosty złotego.Dzięki jastrzębim komentarzom z EBC euro umocniło się do dolaraAutor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Samochody połączone z siecią 5G zrewolucjonizują ruch uliczny. Pozwolą nie tylko na całkowicie nową jakość przejazdu, lecz także znacząco zwiększą bezpieczeństwo

Samochody połączone z siecią 5G zrewolucjonizują ruch uliczny. Pozwolą nie tylko na całkowicie nową jakość przejazdu, lecz także znacząco zwiększą bezpieczeństwo 6

Nadchodzi epoka connected cars – samochodów przyszłości z siecią 5G. Podczas podróży autem nowej generacji każdy pasażer będzie mógł oglądać wideo w wysokiej rozdzielczości, pobrać film w ciągu sekundy czy wirtualnie uczestniczyć w spotkaniu biurowym. Nowa technologia sprawi, że samochód sam będzie wiedział, kiedy należy zatankować, zrobi to automatycznie i sam za to zapłaci. Dzięki sieci 5G samochód lepiej wpasuje się też w ruch uliczny.

Odbył się już pierwszy testowy przejazd autem z siecią 5G. Historyczny test sieci 5G na żywo z poruszającego się samochodu to kooperacja firm DOCOMO, Intel oraz Ericsson. Testowy, autonomiczny pojazd marki Toyota jeździł po Tokio, transmitując na żywo wideo w jakości 4K z prędkością dochodzącą do 1 Gbps. Do testowego przejazdu niezbędna była szersza infrastruktura, wliczając w to nadajniki sieci 5G oraz platformę Intel GO 5G Automotive Platform.

– Udowodniliśmy, że jesteśmy w stanie utrzymać średnią prędkość przepływu danych na poziomie 1 gigabita na sekundę, co oznacza, że można pobrać cały film w ciągu sekundy. Doświadczenia pasażerów w samochodzie mogą się więc całkowicie zmienić. Sieć 5G oznacza większą przepustowość, większe pojemności i mniejsze opóźnienia. Można używać większej liczby urządzeń, ściągać więcej plików i korzystać ze streamingu, brać udział w telekonferencji bezpośrednio w aucie – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Amanda Boleyn z firmy Intel.

Technologia 5G, czyli nowa generacja sieci komórkowej, to początek kolejnego etapu rewolucji technologicznej, który umożliwi rozwój internetu rzeczy na masową skalę. Dzięki połączeniu z siecią autonomiczne auto będzie przesyłać do chmury wszystkie możliwe informacje: o czasie trwania przejazdu, kierunku podróży czy warunkach panujących na drodze. Nowoczesne pojazdy będą komunikowały się same ze sobą, a dzięki połączeniu ze smart city, ruch może być lepiej zarządzany. Przekazywane na bieżąco informacje o stanie powietrza pozwolą dzięki nowym technologiom tak pokierować ruchem, by rozładować korki.

– Sieć 5G pozwoli nam wpasować pojazd w ruch uliczny. Samochód będzie widział inne samochody, światła, znaki drogowe czy urządzenia takie jak citybeacon (multimedialne platformy stacjonarne do komunikacji z ludźmi i maszynami, umieszczone w inteligentnych miastach – przyp.red.). Drogi staną się dzięki temu bezpieczniejsze i bardziej przejezdne. 5G może uwolnić wiele kreatywnych możliwości – przekonuje Amanda Boleyn.

Jak przekonuje Intel, autonomiczne pojazdy to większe bezpieczeństwo. W latach 2035–2045 pozwolą nie tylko zaoszczędzić 234 mld dol. na wypadkach drogowych, lecz także mają oszczędzić życie nawet 585 tys. osób. Dla pasażerów sieć 5G oznacza zaś wiele nowych możliwości. Nie tylko oglądanie wideo w wysokiej rozdzielczości, lecz także możliwość korzystania z wirtualnej rzeczywistości: uczestniczenie w telekonferencjach, spotkania w wirtualnych biurach.

W samochodach przyszłości kierowca staje się zwykłym pasażerem. Autonomiczne samochody przejmą większość jego obowiązków. Już teraz prowadzenie auta staje się coraz prostsze, dzięki systemom wspomagającym kierowanie czy samodzielne hamowanie przy wykryciu zagrożenia na drodze. Nowa technologia to także nowe możliwości dokonywania płatności z samochodu.

– Wspólnie z WorldPay tworzymy system, dzięki któremu w przyszłości samochód nie tylko będzie wiedział, że trzeba go zatankować lub naładować, lexz także zrobi to automatycznie i również sam za to zapłaci – zapowiada ekspertka.

Sieć 5G umożliwi wdrożenie na dużą skalę rozwiązań typu smart city, takich jak analiza ruchu i prędkości pojazdów w czasie rzeczywistym do sterowania sygnalizacją świetlną, oraz smart grid, jak np. optymalizacja dystrybucji mocy elektrycznej na podstawie zapotrzebowania zgłaszanego przez indywidualne liczniki zużycia prądu.

Motorem prac nad technologią 5G jest internet rzeczy i coraz większa liczba urządzeń podłączonych do sieci. Według ekspertów Cisco w 2020 roku do inteligentnej sieci będzie podłączonych już ponad 50 mld urządzeń. Z kolei globalna firma badawcza IDC szacuje, że w 2020 roku rynek internetu rzeczy będzie wart w sumie 1,5 bln dol. IoT wymaga odpowiedniej technologii, która umożliwi komunikację miliardów urządzeń.

Rozszerzona rzeczywistość ułatwi korzystanie z maszyn. Coraz więcej firm przygotowuje instrukcję obsługi urządzeń w nowej technologii

Rozszerzona rzeczywistość ułatwi korzystanie z maszyn. Coraz więcej firm przygotowuje instrukcję obsługi urządzeń w nowej technologii 7

Firmy coraz częściej przygotowują swoje dokumentacje techniczno-ruchowe w rozszerzonej rzeczywistości. Zamieszczenie instrukcji obsługi w okularach AR lub w smartfonie znacznie przyspieszy prace. Dzięki odwzorowaniu trójwymiarowego modelu danego urządzenia można zaanimować większość operacji. Rozwiązanie sprawdza się zwłaszcza przy skomplikowanych urządzeniach, także w firmach o dużej rotacji pracowników. Inteligentne okulary mają coraz więcej funkcji, które ułatwiają życie. Gotowe są już aplikacje, które zademonstrują proces składania mebli kupionych w sieciówkach.

 – Dokumentację techniczno-ruchową możemy odwzorować w rozszerzonej rzeczywistości. Oznacza to sytuację, w której za pomocą nośnika obrazu takiego jak tablet, telefon, bądź okulary rozszerzonej rzeczywistości, możemy zobrazować tę dokumentację, czyli najprościej mówiąc instrukcję funkcjonowania danego urządzenia. To niesie za sobą szereg korzyści, przede wszystkim w postaci szybkiej dostępności tej instrukcji dla pracownika, który potrzebuje jej w miejscu pracy, czyli zwykle w trakcie serwisu jakiegoś urządzenia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wojciech Pander, właściciel 4experience.

Techniki rozszerzonej rzeczywistości pozwalają opracowywać dokumentacje w taki sposób, aby korzystanie z niej było czytelne i intuicyjne. Tradycyjne dokumentacje, w formie drukowanych dokumentów tekstowo-obrazkowych, są nieprecyzyjne, a ich zrozumienie zajmuje zwykle znacznie więcej czasu. Rozszerzona rzeczywistość pokazuje dokładnie to, co w danym momencie jest potrzebne, skraca więc czas potrzebny do obsługi urządzenia. Informacje mogą być wyświetlane przed użytkownikiem dokładnie w tym samym miejscu, w którym dokonuje on określonej czynności. Użytkownik widzi obraz otaczającej rzeczywistości z obrazem generowanym komputerowo. Wirtualne elementy mogą mieć formę trójwymiarowych obiektów, gotowych schematów czy rysunków.

– Mamy odwzorowany trójwymiarowy model danego urządzenia, gdzie możemy zaanimować pewne operacje – i to jest zaleta rozszerzonej rzeczywistości. Jeżeli pracownik nie wie jak funkcjonuje dane urządzenie, bądź obsługiwał wcześniej inne urządzenia podobnego typu, natomiast nie obsługiwał danego urządzenia, ma możliwość podejrzenia jak dana operacja jest realizowana w rzeczywistości na tym konkretnym urządzeniu – tłumaczy Wojciech Pander.

Jak ocenia ekspert, takie rozwiązania są przyszłością, zwłaszcza w erze maksymalnego ułatwiania życia codziennego. Rozszerzona rzeczywistość może być wykorzystywana podczas produkcji, inspekcji, czy projektowania. Z takich rozwiązań korzysta m.in. Ikea, która jako pierwsza firma wyposażenia wnętrz wprowadziła aplikację mobilną w technologii rzeczywistości rozszerzonej, dzięki której można sprawdzić, które meble będą najlepiej pasować do wnętrza. Gotowa jest już koncepcja aplikacji, która pokazywałaby dokładnie proces składania mebli kupionych w sieciówce.

– Firmy coraz częściej przygotowują swoje dokumentacje techniczno-ruchowe w rozszerzonej rzeczywistości, dzieje się to również w Polsce. Firmy korzystają z tego typu rozwiązań zwłaszcza w odniesieniu do nowych produktów. Dokumentację techniczno-ruchową w rozszerzonej rzeczywistości można wykonać  dla każdego urządzenia, natomiast sprawdza się tam, gdzie te urządzenia są złożone, wymagają wykonania licznych operacji. Wówczas taka dokumentacja jest zdecydowanie bardziej potrzebna i przydatna – ocenia ekspert.

Z danych MarketsandMarkets wynika, że rynek rozszerzonej rzeczywistości wzrośnie z 11,14 mld dol. w 2018 roku do 60,55 mld dolarów w 2023 roku.

W polskim sektorze bankowym rozwija się nowa specjalizacja. Sprzedaż produktów zastąpiło zarządzanie kredytami hipotecznymi

W polskim sektorze bankowym rozwija się nowa specjalizacja. Sprzedaż produktów zastąpiło zarządzanie kredytami hipotecznymi 8

Jednym z efektów konsolidacji sektora bankowego w Polsce jest postępująca specjalizacja banków. W obszarze kredytów hipotecznych zaczynają się pojawiać instytucje zajmujące się zarządzaniem portfelami takich kredytów. Choć nie są one agresywnymi graczami rynkowymi walczącymi o nowych klientów, to przykład BPH – prekursora w tym segmencie – pokazuje, że taka działalność może stwarzać nowe szanse biznesowe. Bank, którego wydzielona część została przejęta w 2016 roku przez Alior, musiał praktycznie od zera zbudować nowy model biznesowy. Dużą część nowej działalności oparł na outsourcingu.

 Najważniejszym trendem na rynku bankowym, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest konsolidacja. Widać obok banków uniwersalnych coraz większą aktywność banków hipotecznych oraz postępującą specjalizację tych, którzy zajmują się portfelami kredytów finansujących nieruchomości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich. – Wydaje się, że jest szansa na rozwinięcie tej działalności, a z niewielkiej niszy mogą one przejść do specjalizacji i wyższego poziomu efektywności.

Specjalizacja wynika poniekąd z procesów konsolidacyjnych. W wielu przypadkach przebiega ona w taki sposób, że w banku, którego wydzielona część została przejęta przez inny podmiot, zostaje jedynie portfel kredytów hipotecznych.

 Wydzielenie portfeli kredytów hipotecznych, które są dość duże i wymagają specyficznej wiedzy, a wiec również kompetentnego zarządzania, powoduje, że tymi portfelami łatwiej zarządzać – mówi Włodzimierz Kiciński.

Bankiem, który jako pierwszy działa w tej formule, jest BPH. Po sprzedaży części biznesu w 2016 roku do Alior Banku BPH zarządza portfelem kredytów hipotecznych, a suma aktywów plasuje bank w drugiej dziesiątce banków w Polsce.

– Bank BPH działa na licencji banku uniwersalnego, natomiast w naszej działalności koncentrujemy się obecnie na zarządzaniu portfelem kredytów hipotecznych – mówi Paweł Bandurski, prezes zarządu BPH. – Wśród wyzwań, z którymi się mierzymy, należy na pewno wymienić kwestie dochodowości – tutaj banki specjalistyczne mają z definicji zawężone spektrum źródeł przychodów, co jednak z drugiej strony motywuje do poszukiwania rozwiązań niestandardowych, do wychodzenia poza stereotypowe procesy bankowe. I tak właśnie działamy w naszym obecnym modelu biznesowym.

Bank obsługuje klientów mających w nim kredyty hipoteczne, nie prowadzi akwizycji przez aktywne oferowanie rachunków bankowych, kart czy pożyczek. Mimo ograniczonych możliwości dywersyfikowania źródeł przychodów, taki bank musi stale dbać o spłacalność portfela hipotecznego.

– Banki, które działają w oparciu o licencję banków uniwersalnych, które zatrudniają specjalistów z doświadczeniem znacznie szerszym niż tylko kredyty hipoteczne – w bankowości detalicznej, sektorze MŚP czy finansowania dużych firm – mogą stanowić w przyszłości doskonałą platformę do rozwoju biznesu – mówi Paweł Bandurski. – Jednocześnie, obserwując aktualne procesy konsolidacyjne na rynku, można się spodziewać, że powstaną kolejne, podobne do naszego banki specjalistyczne. Bezpośrednia współpraca między tymi instytucjami, budowanie wspólnych platform w połączeniu z robotyzacją może być szansą na dalsze wzmocnienie ich efektywności kosztowej.

Niewykluczone są podziały kolejnych banków i wydzielanie z nich instytucji zarządzających kredytami hipotecznymi, ponieważ polski rynek bankowy w dalszym ciągu się konsoliduje. Taka właśnie ma być struktura transakcji przejęcia Raiffeisen Polbanku przez BGŻ BNP Paribas, najprawdopodobniej identyczny mechanizm zostanie zastosowany w innej transakcji, o której głośno na rynku – przejęciu Deutsche Bank Polska przez BZ WBK. Dzięki temu może powstać w polskim sektorze nowy rodzaj bankowości, która nie zabiega agresywnie o klienta, ale stawia na jakość obsługi dotychczasowych klientów i rozwija się w ramach nowego modelu.

– W ramach takiego modelu biznesowego możemy proponować naszym klientom nowe rozwiązania. Klienci, ich obsługa, zapewnienie, że otrzymują usługi i serwis najwyższej jakości, zawsze było, jest i będzie w centrum naszych działań. Teraz pracujemy nad ofertą ubezpieczeniową, która dostarczy naszym kredytobiorcom nowe możliwości. Rozwijamy także pożądane przez klientów zdalne kanały kontaktu z bankiem w taki sposób, aby procesy obsługi były dla nich wygodne – wymienia prezes Banku BPH.

Jak podkreśla Paweł Bandurski, w ciągu dwóch lat BPH musiał praktycznie od zera zbudować nowy model obsługi klientów i funkcjonowania na rynku. Dziś zarządza aktywami w wysokości ponad 11 mld zł i obsługuje około 150 tys. klientów. Jego sposobem na efektywne działanie jest outsourcing procesów operacyjnych. To jedyny na rynku bank, który się w tym wyspecjalizował w tak szerokim zakresie.

– Na pokładzie mamy ekspertów, specjalistów z dziedziny zarządzania finansami, ryzykiem, HR, IT, prawników, specjalistów procesowych. Koncentrujemy się na tworzeniu strategii biznesowych, analizach ryzyka, projektowaniu rozwiązań procesowych i strukturalnych. Natomiast działania czysto operacyjne, czyli wykonywanie czynności w ramach tworzonych przez nas strategii, zlecamy firmom zewnętrznym – wyjaśnia Paweł Bandurski.
 Zbudowaliśmy silne procesy kontrolne, które pozwalają nam na skuteczne zarządzanie naszymi outsourcerami.

Kolejnym wyzwaniem, jakie dostrzega szef Banku BPH, biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy, jest utrzymanie wysoce zmotywowanej kadry. Dlatego bank utrzymuje swoją atrakcyjność jako pracodawcy, angażując się między innymi w przedsięwzięcia CSR-owe.

– Ostatnie 18 miesięcy pokazuje, że ten nowatorski model biznesowy, który stworzyliśmy, i zarządzanie tym modelem przynoszą znacznie lepsze efekty niż te, których oczekiwano na początku – mówi Bandurski.

Nadchodzące zmiany w prawie dotyczącym przedawnienia długów ucieszą konsumentów. Także tych nieuczciwych

Nadchodzące zmiany w prawie dotyczącym przedawnienia długów ucieszą konsumentów. Także tych nieuczciwych 9

Proponowane zmiany w przepisach dotyczących przedawnień roszczeń majątkowych będą w większym stopniu chronić dłużników. Eksperci ostrzegają, że może być to wykorzystywane przez grupę nieuczciwych konsumentów, którzy zyskają więcej narzędzi, by uniknąć spłaty zaległych zobowiązań. Takie zmiany mogą mieć poważne konsekwencje dla rynku. Najprawdopodobniej odczują je firmy zarządzające wierzytelnościami, przedsiębiorcy, którzy czekają na spłatę długów przez kontrahentów, oraz sami konsumenci, gdyż część produktów finansowych będzie trudniej dostępna i droższa – oceniają eksperci Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Proponowana przez resort sprawiedliwości nowelizacja Kodeksu cywilnego, Kodeksu postępowania cywilnego oraz ustawy o prawach konsumenta zakłada większą ochronę konsumentów przed wierzycielami. Pozycja pozwanego dłużnika będzie w sądzie szczególnie chroniona w zakresie roszczeń przedawnionych.

Nowa regulacja stanowi, że w przypadku roszczeń przysługujących przedsiębiorcom wobec konsumentów pozwany dłużnik nie będzie musiał w sądzie nic mówić na temat przedawnienia. Sąd oceni przedłożony materiał dowodowy, a jeżeli ustali, że rzeczywiście roszczenie jest przedawnione, to powinien takie powództwo oddalić. Wówczas taki dłużnik nie byłby zobowiązany na mocy wyroku zapłacić zaległej kwoty. To jest zmiana moim zdaniem kluczowa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosława Szakun, radca prawny Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Dotychczasowe przepisy określały, że w momencie skierowania przez wierzyciela sprawy do sądu dłużnik musiał podnieść zarzut przedawnienia, a sąd, jeżeli uznał ten zarzut za zasadny, mógł oddalić powództwo. Po nowelizacji sąd będzie uwzględniał okoliczność przedawnienia roszczenia bez konieczności podnoszenia takiego zarzutu przez dłużnika. W praktyce spowoduje to, że to wierzyciel będzie musiał udowodnić przed sądem, że dane zobowiązanie jeszcze się nie przedawniło. To dobra wiadomość dla konsumentów.

Krótsze będą też terminy przedawniania roszczeń niezwiązanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i roszczeń stwierdzonych prawomocnymi orzeczeniami sądów. Proponowane przepisy zakładają skrócenie tych okresów z obecnych dziesięciu do sześciu lat.

 Z 10 do 6 lat zostanie skrócony m.in. ogólny okres przedawnienia. To jest np. sytuacja, w której brat pożyczy pieniądze bratu. Dotychczas, jeżeli brat dłużnik nie miał dobrej sytuacji majątkowej, można było czekać 10 lat i wtedy ostatecznie iść do sądu. Teraz trzeba będzie pójść z pozwem do sądu w terminie 6 lat – wyjaśnia radca prawny.

Skróci się również okres przedawnienia roszczeń stwierdzonych ugodą zawartą przed sądem lub ugodą zawartą przed mediatorem i zatwierdzoną przez sąd – również z 10 do 6 lat.

W związku z wprowadzaniem nowych przepisów, istotne są jednak nie tylko proponowane zmiany, lecz także terminy ich wejścia w życie i zakres ich obowiązywania.

Ustawa, która zmienia Kodeks cywilny, więc jeden z podstawowych aktów prawnych, ma zacząć obowiązywać właściwie od zaraz, bo jest w niej przewidziany trzydziestodniowy okres oczekiwania na wejście w życie. Przy czym warto pamiętać, że prawo będzie miało zastosowanie także dla roszczeń, które powstały przed dniem wejścia w życie tej ustawy. To złamanie zasady, że prawo nie działa wstecz i rozwiązanie bardzo radykalne – ocenia Mirosława Szakun.

Te zmiany dotkliwie mogą odczuć instytucje, które czekają na zwrot należności przez dłużników.

 Wierzyciele będą mieli w tej chwili taką sytuację, że zawarli prawidłowe umowy, np. umowę kredytu albo umowę nabycia portfela wierzytelności, w określonym dla danej daty stanie prawnym. W tej chwili te same umowy już po 30 dniach od opublikowania ustawy wejdą w nowy reżim prawny. Wierzyciele będą się musieli z tym zmierzyć – wskazuje Mirosława Szakun.

Według badań KPF i Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH ponad 14,5 proc. gospodarstw domowych deklaruje niewielkie problemy ze spłatą swojego zadłużenia, a blisko 6 proc. te problemy określa jako duże. Około 0,3 proc. gospodarstw zbliża się natomiast do niewypłacalności. Zdaniem ekspertki zmiana przepisów nie musi być bardzo odczuwalna dla zwykłych konsumentów, zmniejszy jednak świadomość prawniczą i aktywność procesową, a większa ochrona dłużników będzie negatywnym sygnałem dla nieuczciwej grupy zadłużonych.

 Upowszechnienie się wiedzy o nadmiernie prokonsumenckim podejściu ustawodawcy do dłużnika, nawet do tego złego dłużnika, będzie miało negatywny wpływ na chęć zawierania ugód. Wierzyciele wtórni bardzo często w procesie dochodzenia roszczeń od dłużnika proponują ugodę, restrukturyzację długu. Dłużnik, który wie, że i tak będzie musiał spłacić zobowiązanie, przystaje na tę ugodę, ale dłużnik, który wie, że państwo go chroni na wszelkie możliwe sposoby, już nie. Wypracowane dobre modele spłacania wierzytelności mogą więc zostać naruszone tym prawem – ocenia przedstawicielka KPF.

Już teraz moralność płatnicza Polaków znajduje się na niskim poziomie. Skuteczność egzekucji komorniczej – według danych Ministerstwa Sprawiedliwości – wynosi mniej niż 20 proc.

– Ustawa ta jest procedowana zaraz po uchwalonym już pakiecie ustaw o postępowaniu egzekucyjnym, tzw. ustaw komorniczych, gdzie pozycja dłużnika również została bardzo wzmocniona, obniżono np. koszty dla dłużnika w postępowaniu komorniczym, więc ten trend jest widoczny. Projekt ustawy zmieniającej reguły dotyczące przedawnienia dopełnia cały obraz uprzywilejowania dłużnika, co na pewno będzie miało negatywny wpływ na rynek. Zapłacą za to i tak ci uczciwi, bo ostatecznie produkty finansowe będą musiały podrożeć i będą musiały być trudniej dostępne – prognozuje Mirosława Szakun.

Proponowane zmiany mogą wpłynąć również na branżę zarządzania wierzytelnościami. Firmy – często mające inwestorów zagranicznych, długofalowe strategie i plany finansowe – staną w obliczu radykalnych i szybkich zmian reżimu prawnego, w którym działają. Może się to przełożyć na przyspieszenie ich działań zmierzających do odzyskania wierzytelności od dłużników. Niewykluczone, zwłaszcza w przypadku mniejszych firm, są także inne kroki.

Możliwe, że niektóre firmy wierzycielskie mogą nawet rozważać przeniesienie znacznej części swojej działalności na inne rynki w Europie. Są tam bowiem bardzo dobrze postrzegane, więc mogą kupować portfele wierzytelności i pełnić bardzo potrzebną funkcję przywracania pieniądza do regularnego obrotu –ocenia doradca prawny Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Pracodawcy prześcigają się w benefitach dla pracowników. Coraz częściej oferują im dostęp do porad prawników

Pracodawcy prześcigają się w benefitach dla pracowników. Coraz częściej oferują im dostęp do porad prawników 10

Karnet na siłownię, pakiet medyczny czy dopłaty do wakacji to najpopularniejsze dziś benefity pracownicze, które stały się na rynku standardem. Dlatego pracodawcy szukają takich produktów i usług, które będą bardziej atrakcyjne dla kandydatów do pracy. Zapewnienie pracownikowi bezpłatnego i szybkiego wsparcia prawnego w ramach ubezpieczenia to nowość wśród bonusów pracowniczych i propozycja dla firm, które chcą się na tym polu wyróżnić.

Konkurencja o pracowników w Polsce zaostrza się – według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej bezrobocie w lutym wyniosło 6,8 proc. Firmy coraz częściej próbują przyciągnąć pracowników niestandardowymi rozwiązaniami w zakresie benefitów.

– Najbardziej pożądane przez pracowników są te benefity, które w praktyce mogą im ułatwić życie codzienne czy dać poczucie bezpieczeństwa. Ze znanych do tej pory najpopularniejsze są pakiety medyczne, karnety do klubów sportowych czy na siłownię, a nowością jest ubezpieczenie ochrony prawnej, które zapewnia pracownikom dostęp do porad prawnych, często nawet 24 godziny na dobę – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Hiszpański, prezes zarządu D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej SA.

Ubezpieczenia ochrony prawnej mają podobny charakter, jak prywatne polisy medyczne, bardzo często oferowane pracownikom w ramach benefitu, tylko że w obszarze prawnym. Oba produkty zapewniają finansowanie i organizację specjalistycznej pomocy, która poza polisą byłaby dużym wydatkiem. W ramach ubezpieczenia pracownik otrzymuje wsparcie w zakresie fachowej porady prawnej, przygotowania pism, kontaktu z administracją publiczną, usługodawcami, ale również – jeśli jego sprawa trafi na drogę sądową – wsparcie adwokata lub radcy prawnego.

– Takie ubezpieczenie ochrony prawnej możemy wykorzystać zarówno w życiu prywatnym, wtedy wspiera nas w takich sytuacjach jak spóźniony samolot, złożenie reklamacji, pomoc w odpowiedzi na pismo z ZUS czy US, jak i w działalności gospodarczej – tłumaczy Rafał Hiszpański.

Dzięki ubezpieczeniu pracowników firmy zatrudniające kierowców czy przedstawicieli handlowych mogą również obniżyć ryzyko związane ze specyfiką prowadzonej działalności. Korzyści z objęcia pracowników ubezpieczeniem ochrony prawnej pozytywnie odczuć mogą jednak firmy wszystkich branż, bo problemy w życiu prywatnym odbijają się na jakości pracy i mogą być przyczyną absencji.

– Zainteresowane ubezpieczeniem ochrony prawnej mogą być praktycznie wszystkie firmy. To jest produkt bardzo plastyczny i możemy dostosować go do konkretnej branży, konkretnych potrzeb, czy to pracodawcy, czy pracowników, może być to rozwiązanie szersze lub węższe – wyjaśnia Rafał Hiszpański.

Koszt objęcia pracownika ochroną prawną zależy od zakresu ochrony, liczby objętych nią pracowników i może się wahać od kilku do kilkunastu złotych miesięcznie, średnio 400 zł w skali całego roku.

Ubezpieczenie ochrony prawnej to w Polsce jeszcze dość mało znana kategoria ubezpieczeń. W wielu państwach zachodnich takie formy wsparcia pracowników to już jednak standard.

– W krajach skandynawskich, takich jak Szwecja, takie ubezpieczenie ma ponad 90 proc. społeczeństwa. U naszych sąsiadów, na bardziej dojrzałym rynku niemieckim, jest to około 70 proc., ale nawet w takich krajach jak Czechy popularność jest kilkukrotnie większa niż w Polsce. Mamy nadzieję, że ta moda wynikająca z realnej potrzeby i możliwości skorzystania z tego produktu zaczyna wchodzić również do Polski – dodaje Rafał Hiszpański.

NSZZ „Solidarność”: Projekt Kodeksu Pracy jest nie do zaakceptowania

Projekt Kodeksu Pracy, który Komisja Kodyfikacyjna przedstawiła minister Elżbiecie Rafalskiej dla NSZZ „Solidarność” jest nie do zaakceptowania. Po analizie kodeksu Związek uważa, że jego miejsce jest w szufladzie. Bardzo ważnym dla „Solidarności” postulatem jeżeli chodzi o stosunki zbiorowe jest niedopuszczenie, aby związek zawodowy był zastępowany jakąś inną reprezentacją pracowników, czy delegatem.

– NSZZ „Solidarność” jest w trakcie negocjacji ze swoimi strukturami, zbiera opinię członków na temat przedstawionych propozycji. Jeżeli rząd będzie starał się forsować nowy projekt, Związek nie wyrazi na to zgody – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” – Prawdopodobnie dojdzie do spotkania z ministrem Zielenieckim z udziałem reprezentatywnych organizacji związkowych oraz związków pracodawców, którzy także głosowali przeciwko temu kodeksowi.  Będzie on poddany ocenie i zaproponowana zostanie inne rozwiązanie. Powstały projekt jest antypracowniczy. Powinien on przede wszystkim chronić słabszego w stosunku pracy, a jest nim zawsze pracownik.Oprócz tego chcemy, aby układy zbiorowe pracy – zakładowe i ponadzakładowe – były obligatoryjne dla pracodawców i związków zawodowych, jeżeli te znajdują się w zakładzie pracy – ocenił Duda.

Drugie życie słynnej fabryki FSO na warszawskim Żeraniu. Za kilka miesięcy w dawnych halach otworzy się nowoczesne centrum konferencyjne

Drugie życie słynnej fabryki FSO na warszawskim Żeraniu. Za kilka miesięcy w dawnych halach otworzy się nowoczesne centrum konferencyjne 11

W drugiej połowie roku do użytku zostanie oddana inwestycja, która powstaje na terenie słynnej, warszawskiej fabryki FSO na Żeraniu. Postindustrialne hale, z zachowaniem wielu oryginalnych elementów, zostaną przekształcone w centrum konferencyjne, jedno z największych w Polsce. Obok powstanie nowoczesny biurowiec, hotel międzynarodowej sieci i centrum designu oraz wyposażania wnętrz. Cała inwestycja powstanie przy jednym z najbardziej ruchliwych węzłów komunikacyjnych Warszawy.

– Inwestorzy bardzo często decydują się na to, żeby wyburzyć istniejące obiekty i stawiać je od nowa. Ten obiekt nie jest pod konserwatorem zabytków, więc teoretycznie istniała taka możliwość, ale zadecydowaliśmy, że utrzymamy jego unikalny charakter. To bardzo ciekawy, postindustrialny projekt, ale wymaga  o wiele większych nakładów i pracy, niż gdybyśmy budowali od zera. Zostały oryginale stropy, filary, suwnicę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Sosnowski, wiceprezes spółki Centrum Targowo-Kongresowe, operatora GlobalExpo.

Na terenie dawnej Fabryki Samochodów Osobowych w Warszawie powstaje nowoczesny, wielofunkcyjny kompleks, na który złożą się: centrum targowo-konferencyjne GlobalExpo, hotel klasy biznesowej (operatorem ma być jedna z największych, międzynarodowych sieci hotelowych), nowoczesny biurowiec i centrum wyposażenia wnętrz, designu i budownictwa, w którym znajdą się showroomy firm z branży wykończeniowej. Całość zajmie powierzchnię użytkową 60 tys. mkw. i ma zostać oddana do użytku jeszcze w tym roku (I etap). Inwestycja to pierwszy projekt rewitalizacyjny części pofabrycznych terenów FSO na warszawskim Żeraniu.

– Ostatnią funkcją tego obiektu – dawnych hal magazynowych FSO na Żeraniu – była montażownia skrzyń biegu do samochodów Daewoo. My realizujemy tu inwestycję od ponad roku – mówi Bartosz Sosnowski.

Cały kompleks został zaprojektowany z zachowaniem charakteru hal magazynowych zbudowanych w latach 70. Koncepcja architektoniczna zakłada pozostawienie elementów związanych z funkcjonalnością dawnej hali, m.in. wykorzystywanej w przeszłości suwnicy, trakcji kolejowej prowadzącej bezpośrednio do obiektu i czterotonowej windy towarowej.

– To bardzo ciekawy architektonicznie projekt ze względu na wygląd i jego funkcjonalności. Suwnice, podwieszenia – takie techniczne elementy będą bardzo ciekawe, ale przede wszystkim funkcjonalne z punktu widzenia biznesowego i targowego. W tym obiekcie będziemy mogli zrobić coś, czego nie można zrobić nigdzie indziej w kraju – wjechać do środka pociągiem, a nawet wprowadzić samoloty średniej wielkości – mówi Bartosz Sosnowski.

Projekt powstaje na dziesięciohektarowej działce przy skrzyżowaniu stołecznej obwodnicy – Trasy Toruńskiej S8 i Modlińskiej, czyli przy najruchliwszym węźle komunikacyjnym Warszawy. Dla biznesu to jedna z najlepszych lokalizacji – tylko przez most Grota-Roweckiego przejeżdża ponad 180 tys. samochodów na dobę, kolejne tysiące będą mijać nowe centrum wzdłuż Wisły. W bezpośrednim sąsiedztwie jest pętla tramwajowa i autobusowa, a niedaleko stacja kolejowa, na której zatrzymują się pociągi z Okęcia i Modlina.

– W pierwszym etapie otwieramy GlobalExpo, czyli Centrum Targowo-Kongresowe z piętrem konferencyjnym o kubaturze około 20 tys. mkw. Ta część zostanie uruchomiona w lecie tego roku, najpóźniej na początku sierpnia. W drugim etapie otworzymy hotel na 163 pokoje, który będzie zrealizowany w drugim kwartale przyszłego roku. Trzecim etapem jest galeria wyposażenia wnętrz i budownictwa, ale to jest pieśń przyszłości – mówi Bartosz Sosnowski.

Wiceprezes spółki, która będzie zarządzać GlobalExpo, podkreśla, że projekt będzie unikalny nie tylko w skali samej Warszawy, lecz także całej Polski – w całym regionie nie ma pod jednym dachem tak dużej powierzchni targowo-kongresowej. Na dwóch kondygnacjach obiekt pomieści sześć sal konferencyjnych różnych wielkości, dużą salę eventową na 2,6 tys. osób (z możliwością dowolnej aranżacji, np. podzielenia na mniejsze sale), największą w Warszawie halę targową o powierzchni 12,5 tys. mkw. oraz restaurację na 350 miejsc. Pierwsze konferencje i eventy mają się odbywać w nowym centrum już w II połowie tego roku.

– Na mapie gospodarczej Warszawy – mamy nadzieję, że również Polski – to będzie bardzo istotny punkt. To najbardziej funkcjonalnym obiekt, jaki można sobie wyobrazić z punktu widzenia organizacji wydarzeń biznesowych, targowych, konferencyjnych czy eventowych. A ponieważ na miejscu będzie też hotel, myślę, że ściągniemy do Warszawy bardzo wiele imprez, które do tej pory odbywały się w innych miastach. Rocznie będzie się tu odbywać kilkadziesiąt imprez, każdorazowo do Warszawy będzie przyjeżdżać od kilku do kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy będą tu korzystać z zaplecza gastronomicznego, sklepowego, miejskiego – mówi Bartosz Sosnowski.

Wiceprezes spółki Centrum Targowo-Kongresowe podkreśla że cała inwestycja bardzo dobrze wpisuje się w program rewitalizacji tej części Warszawy, realizowany przez miasto.

– Współpracujemy z miastem, mamy m.in. projekt stworzenia na naszym terenie ścieżek rowerowych, które docierałyby do Portu Żerańskiego – mówi Bartosz Sosnowski.

Inwestycję realizuje spółka GlobalExpo, natomiast zarządzać nią będzie spółka Centrum Targowo-Kongresowe (dawne MT Polska), która prowadzi już centrum targowe przy ul. Marsa.

– Już w tej chwili mamy dosyć duże obłożenie, wieloletnie umowy z klientami. Zresztą ogromna większość podmiotów, które były z nami w dotychczasowym Centrum na Marsa, podpisała umowę i przenosi się z nami do nowego obiektu. Mamy też kilku organizatorów zagranicznych, ale będziemy o tym informować na bieżąco już po otwarciu – mówi Bartosz Sosnowski.

Citroën chce w tym roku sprzedać w Polsce 17,5 tys. aut. Mają mu w tym pomóc tegoroczne premiery

Citroën chce w tym roku sprzedać w Polsce 17,5 tys. aut. Mają mu w tym pomóc tegoroczne premiery 12

Zaprojektowany od zera, bardziej modułowy i przestronny Citroën Berlingo oraz nowy C4 Cactus po liftingu, wyposażony w szereg technologicznych nowinek – to główne gwiazdy marki Citroën przedstawione na poznańskich targach Motor Show. W zanadrzu czeka kilka kolejnych premier, w tym Citroën C5 Aircross, duży SUV segmentu D, który pojawi się w drugiej połowie roku. Koncern chce w tym roku zamknąć sprzedaż na polskim rynku na poziomie 17,5 tys. samochodów osobowych i dostawczych. Bestsellerem pozostaje niezmiennie C3.

– Nowy Citroën Berlingo to legenda, model, którego ponad 3 mln egzemplarzy sprzedaliśmy od momentu jego wprowadzenia od 1996 roku. Trzecia generacja jest zupełnie nowa, stworzona na modułowej platformie EMP2. Nowy Berlingo zmienił się, ma dziewiętnaście systemów wspomagania jazdy, bardziej modułowe wnętrze czy choćby dwa rozstawy osi. Jest jeszcze bardziej praktyczny. Co ciekawe, będzie wyposażony w polskie serce, ponieważ od przyszłego roku gama benzynowych silników 1.2 PureTech będzie produkowana w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Domeracki, dyrektor marki Citroën w Polsce.

Od początku produkcji w 1996 roku marka Citroën sprzedała już przeszło 3,3 mln egzemplarzy Berlingo. Najnowsza, trzecia generacja modelu, który zapoczątkował segment kombivanów, miała premierę raptem trzy tygodnie temu w Genewie. Po raz drugi samochód został zaprezentowany na zakończonych właśnie targach MotorShow Poznań – największej imprezie motoryzacyjnej w Polsce.

– Citroën Berlingo to dla nas samochód ikoniczny, bo jest twórcą segmentu kombiwan. Został zaprojektowany, żeby łączyć funkcje samochodu rodzinnego z dostawczym. Kombiwany na stale zagościły na rynku samochodowym i stały się bardzo popularną odmianą nadwozia w Polsce i w Europie – mówi Tomasz Mucha, PR manager, Citroën w Polsce. – Wersja dostawcza to auto typowo do pracy, ale z drugiej strony ma wszystko, do czego przyzwyczaja nas dzisiaj motoryzacja. Idziemy w stronę autonomizacji, wspomagania prowadzenia – tu nowy Berlingo ma m.in. adaptacyjny tempomat, który hamuje do zera, system rozpoznawania znaków, czy system przypominający o konieczności zrobienia przerwy w czasie jazdy itd.

Poznańskie targi MotorShow były pierwszą okazja, żeby na żywo zobaczyć w Polsce nowego Citroëna Berlingo. W salonach samochód pojawi się po wakacjach: w październiku w wersji osobowej, a w styczniu przyszłego roku w wersji dostawczej. Będzie dostępny w dwóch długościach nadwozia (4,4 m lub 4,75 m), z krótszym lub dłuższym rozstawem osi, w wersji 5- lub 7-osobowej. Najnowsza generacja jest też bardziej przestronna, schowki mają pojemność do 186 litrów, a bagażnik aż do 775 litrów (w wersji M) i 1050 ( w wersja XL) i wyposażona w dziewiętnaście systemów wspomagania prowadzenia, które zwiększają bezpieczeństwo użytkowania.

– Pierwszy raz w nowym Berlingo, i w tym segmencie będziemy mieli zastosowany head-up display, czyli system wyświetlający informacje przed kierowcą w polu widzenia drogi – podkreśla Sebastian Domeracki.

Druga premiera Citroëna na poznańskich targach MotorShow to nowy C4 Cactus, który przeszedł głębokie zmiany w zakresie technologii i silników. Model ma zapewnić kierowcom komfort, jaki był do tej pory niedostępny w samochodach kompaktowych.

– To pierwszy model, który będzie miał nowe progresywne poduszki hydrauliczne. Citroën od zawsze kojarzony jest z komfortem i doskonałym zawieszeniem i właśnie to wszystko jest na nowo zdefiniowane w nowym C4 Cactus. Ten model kierowany jest do klientów aut kompaktowych w segmencie C, z pełną paletą silników benzynowych rodziny PureTech turbo i diesla – podkreśla dyrektor marki Citroën w Polsce.

Nowy C4 Cactus wjechał do salonów z początkiem kwietnia. Ceny rozpoczynają się od 52 990 zł za wersję Live. Producent spodziewa się, że na polskim rynku najpopularniejsza będzie druga wersja wyposażenia, z turbodoładowanym silnikiem o mocy 110 KM PureTech, która ma kosztować 61 990 zł.

– Citroën to marka, która słynie z komfortu, to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki, a C4 Cactus jest tego świetnym przykładem. Ten samochód przeszedł kurację odmładzającą, zmieniając styl, ale z drugiej strony – także głęboką metamorfozę technologiczną. W modelu debiutuje nowe zawieszenie Progressive Hydraulic Cushions, które będziemy stopniowo wprowadzali do innych modeli Citroëna. Nowy Cactus to także nowe wygłuszenie kabiny, grubsze szyby boczne, lepsza akustyka – wylicza Tomasz Mucha.

Jak informuje Sebastian Domeracki, Citroën chce w tym roku zamknąć sprzedaż na poziomie 17,5 tys. samochodów osobowych i dostawczych. Aktualnym bestsellerem Citroëna jest C3, piąte auto w segmencie małych samochodów pod względem wielkości sprzedaży. W tym roku jego szacunkowa sprzedaż ma sięgnąć ok. 4 tys. sztuk. Na poznańskim stoisku Citroëna można było zobaczyć również limitowaną edycję modelu C3 Elle i wyczynowego C3 WRC, odnoszącego sukcesy na rajdowych trasach.

– Seria specjalna z we współpracy z magazynem „Elle” na naszym szlagierze C3 to kompletna nowość. Te samochody dopiero zaczną wjeżdżać do Polski. C3 Aircross z kolei, który okrzyknięty został w kilku plebiscytach ulubionym samochodem czytelników i internautów, to auto, które zaledwie od 3 miesięcy jest obecne na polskim rynku, a zatem mamy same nowości. W zanadrzu czeka kilka kolejnych nowości, wersja blaszak nowego Berlingo i Citroën C5 Aircross, duży SUV segmentu C, który pojawi się w drugiej połowie roku – zapowiada Tomasz Mucha.