Frank po 3,50. Czy będzie jeszcze tańszy?

Frank Szwajcarski jest walutą, która niezmiennie budzi w Polsce ogromne zainteresowanie. Powodem tego fenomenu nie jest ani wymiana handlowa pomiędzy naszymi krajami, ani ruch turystyczny, ale kredyty, które ponad 700 000 Polaków wzięło w tej walucie w pierwszej dekadzie XXI wieku. Nie może zatem dziwić, że wielu naszych rodaków bardzo często sprawdza jej notowania, zastanawiając się dlaczego akurat kurs rośnie lub spada.

Od początku kwietnia kurs CHF/PLN systematycznie spada. Na początku miesiąca trzeba było płacić za jednego franka niemal 3,60 zł. Dzisiaj zbliżamy się już do poziomu 3,50 zł. W tym miejscu warto spytać, co takiego dzieje się w Polsce i na świecie, że złoty jest tak mocny względem franka. By zrozumieć tę relację należy najpierw spojrzeć na to jaką rolę pełni frank szwajcarski w światowym systemie finansowym. Dla wielu inwestorów jest on instrumentem inwestycyjnym na trudne czasy. W rezultacie, gdy na rynkach pojawia się niepokój, przenoszą oni swoje inwestycje do bezpiecznej Szwajcarii. Relację tę widać najlepiej względem euro. Jeżeli w Europie pojawiają się problemy, inwestorzy sprzedają euro, a kupują franki.

I to ta relacja właśnie była głównym powodem gwałtownego wzrostu ceny franków w styczniu 2015 roku. W ciągu jednego dnia frank gwałtownie zyskał względem euro. Dzień wcześniej za jedno euro można było otrzymać 1,2 CHF. Pod koniec dnia już zaledwie 1,05. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na drugą ważną zależność. Złotówka ostatnimi latami bardzo mocno podąża wartością za euro, a na pewno znacznie mocniej niż za frankiem. W rezultacie frank podrożał również do złotego. Różnica pomiędzy poziomem 3,65zł a 4,30zł była zauważalna dla właściwie wszystkich budżetów domowych.

Co jednak spowodowało, że frank spadł z owych 4,30 zł w okolice dzisiejszego 3,50 zł? Po pierwsze w Szwajcarii od ponad 3 lat obowiązują istotnie ujemne stopy procentowe. Inwestorzy płacą zatem za trzymanie swoich inwestycji. Również oprocentowanie obligacji przez większość tego okresu było ujemne. Drugim ważnym czynnikiem było uspokajanie się sytuacji w naszej części świata. To już nie czasy bankructwa Grecji. Nie mówi się o kryzysie strefy euro. Teraz ryzyka w światowej gospodarce wziął na siebie nowy prezydent USA. Po trzecie gospodarka szwajcarska przy tak drogim franku miała realne problemy z eksportem, był on po prostu znacznie mniej opłacalny. Produkcja na rynek wewnętrzny po porównaniu cen dóbr importowanych też ucierpiała. W rezultacie nie może dziwić, że frank zaczął tracić to, co wcześniej zyskał.

Dzisiaj właśnie obserwujemy zbliżanie się franka względem euro do poziomu 1,19. Jeżeli osiągnie poziom 1,20 sprzed pamiętnego 15 stycznia 2015 roku oznaczać to będzie, że przy niezmienionym kursie euro względem dzisiaj franki powinny stanieć w okolice 3,48 zł. Nie są to oczywiście jeszcze poziomy, po których większość tych kredytów była zaciągana. Ale skoro już teraz frank jest najtańszy od trzech ponad 3 lat, taka perspektywa musi dawać z pewnością odrobinę ulgi kredytobiorcom.

Maciej Przygórzewski – główny ekspert walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Polskie start-upy z coraz większymi szansami na sukces rynkowy. Od wyboru branży, ważniejsza jest pro-kliencka postawa

Polskie start-upy z coraz większymi szansami na sukces rynkowy. Od wyboru branży, ważniejsza jest pro-kliencka postawa 1

Polskie start-upy są coraz dojrzalsze, a stosowane w nich modele prowadzenia biznesu odpowiadają często tym, na które stawiają duże firmy europejskie – twierdzą specjaliści pomagający w uzyskaniu unijnego finansowania innowacji. Polacy są mocni zwłaszcza w tworzeniu aplikacji wspierających branżę medyczną, fintechu, a także technologii cyfrowej. Zmieniają się źródła finansowania młodych firm. Chętnie korzystają one z pomocy zagranicznych inwestorów, ale coraz częściej wykorzystują własny kapitał, a osiągane przychody inwestują w rozwój.

– Rynek start-upów w Polsce jest bardzo zróżnicowany, zmienia się dynamicznie. To rynek coraz dojrzalszy, ponieważ start-upy, które na nim się znajdują, są coraz dojrzalsze – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Gzyl z Zafiro Solutions, funduszu pomagającemu młodym polskim firmom technologicznym uzyskać dofinansowanie.

Z raportu Polskie Startupy 2017 wynika, że polskich start-upów jest nie tylko coraz więcej (o 15 proc. więcej firm wzięło udział w badaniu, w porównaniu z poprzednim rokiem), ale są też coraz to dojrzalsze. Może o tym świadczyć wiek ich twórców. Największą grupę, liczącą 58 proc. stanowią osoby po 30. roku życia. Coraz częściej są to profesjonaliści. 82 proc. z nich legitymuje się wyższym wykształceniem, a 7 proc. to osoby z tytułem naukowym. Dojrzałość firm przejawia się też w ich ogólnej filozofii.

– Jeszcze do niedawna start-up kojarzył się z grupą entuzjastów, którzy gdzieś w laboratorium, w piwnicy, w garażu rozwijali swoje produkty i po kilku miesiącach albo latach wychodzili z tym produktem na rynek i okazywało się, że nikt nie jest tym produktem zainteresowany. W tym momencie myślenie bardzo się zmieniło. Firmy starają się zarysować plan wejścia na rynek, pytają swoich klientów o to, czego oni potrzebują i dopasowują swój produkt do ich potrzeb. To myślenie, które cechuje najlepsze firmy w całej Europie – mówi Michał Gzyl.

Ze statystyk wynika, że najwięcej polskich start-upów buduje technologie w obszarach takich jak big data, internet rzeczy, a także narzędzia deweloperskie i nauki przyrodnicze. Firmy, które osiągają obiecujące wyniki działają ponadto w obszarze aplikacji mobilnych, transportu czy szeroko rozumianej technologii cyfrowej. Wśród polskich start-upów, które w najbliższym czasie mogą odnieść duży rynkowy sukces, ekspert z Zafiro Solutions zwraca uwagę na cztery.

– W pierwszej kolejności wymieniłbym firmę Harimata, która stworzyła pierwszą na świecie aplikację na urządzenia mobilne do diagnostyki autyzmu u dzieci. Kolejnym start-upem jest firma SDS Optics, która stworzyła unikalną mikrosondę do wczesnej diagnostyki raka piersi. Ta technologia w bardzo krótkim czasie ma szansę po pierwsze rozwinąć się nie tylko do diagnostyki, ale również do terapii raka piersi. Kolejną firmą jest Billon, która stworzyła swoją własną technologię blockchainową, zgodną z wszelkimi regulacjami unijnymi oraz prawem polskim, co daje im ogromną przewagę na tym rynku. Torqway zaś to firma, która stworzyła bardzo unikalne urządzenie do przemieszczania się – wymienia Michał Gzyl.

Z raportu Polskie Startupy 2017 wynika, że przy zatrudnianiu, właściciele start-upów coraz chętniej stawiają na osoby z zagranicy. Obcokrajowców zatrudnia 28 proc. badanych firm. Co ósme przedsiębiorstwo ma wśród założycieli obywatela innego państwa. W Dolinie Krzemowej taka sytuacja notowana jest w co drugim start-upie. Za granicą polskie młode firmy technologiczne często szukają też inwestorów.

Z zagranicznego źródła finansowania już korzysta co piąty polski start-up, a aż 44 proc. z nich planuje rozpocząć współpracę z zagranicznym inwestorem. Co ciekawe, coraz częściej start-upy decydują się na własne źródło finansowania. Dominującym modelem jest w Polsce bootstrapping, czyli inwestowanie własnych oszczędności i reinwestowanie przychodów. W takim modelu działa 62 proc. badanych firm.

– W każdej branży można osiągnąć sukces, nie ma znaczenia czy działa się w branży zdrowotnej, finansowej, czy radiowej. Bardzo istotny jest natomiast pomysł, istotne jest żeby mieć bardzo wiarygodny biznesplan i kompetentnych ludzi, którzy będą ten plan realizować – podkreśla ekspert.

Ataki cyberprzestępców są coraz trudniejsze do wykrycia, rosną także ich koszty. Szansą na walkę z destrukcją usług jest uczenie maszynowe

Ataki cyberprzestępców są coraz trudniejsze do wykrycia, rosną także ich koszty. Szansą na walkę z destrukcją usług jest uczenie maszynowe 2

Cyberataki stają się coraz bardziej wyrafinowane, a ich celem nierzadko jest wyłudzenie okupu, wypłacanego w postaci kryptowalut. Często chodzi również o zatarcie śladów wcześniejszej działalności. Internetowi przestępcy prawie zawsze korzystają z legalnego oprogramowania. Ataki cyberprzestępców polegają najczęściej na destrukcji usług, czyli niszczeniu usługi lub uniemożliwieniu dostępu do niej. W wyniku takiego działania bardzo często dochodzi do bezpowrotnej utraty danych. Ponad połowa cyberataków spowodowała u firm straty w wysokości ponad 500 mln dolarów. W walce z nimi coraz bardziej docenia się sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe.

– Przykładem destrukcji usług są działania ransomware, czyli programów szyfrujących, których celem jest zaszyfrowanie porcji danych, niezbędnych dla danej instytucji bądź dla danego użytkownika, a następnie opłata okupu w celu ich odzyskania. Do tej pory ransomware był takim podstawowym wehikułem do zarabiania pieniędzy, najczęściej płatności odbywały się za pomocą bitcoina. W ostatnim czasie ransomware nie ma już na celu tylko zarabiania pieniędzy, ale też zatarcie śladów wcześniejszej działalności. Przykładem takim był atak na Ukrainie, gdzie celem było zatarcie log-ów działalności, która zainfekowała wielu użytkowników – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Ceklarz z Cisco Systems Polska.

Pierwsze znane oprogramowanie szantażujące, AIDS, powstało w 1989 roku. Od ofiary żądano wpłaty w wysokości 189 dolarów.  Jak zauważa specjalista, schematy działania cyberprzestępców pozostają od tego czasu właściwie niezmienne. Ich ewolucja wynika między innymi z dostępu do nowych narzędzi płatniczych, takich jak kryptowaluty. Trudności z wykrywaniem ataków wynikają natomiast z postępu technologicznego.

– Na pewno z uwagi na wzrost wydajności komputerów czy wzrost łącz internetowych, coraz trudniej jest wykrywać tego typu zagrożenia. Mało tego, te zagrożenia coraz lepiej się maskują przed wykrywaniem, chociażby szyfrując komunikację. Widzimy, iż ta tendencja ma na celu zarabianie pieniędzy. To jest konkretny biznes, który zakłada zwrot z inwestycji. Jest to biznes oparty w 100 proc. o infrastrukturę, która jest bardzo często legalna. Do cybernetycznych ataków są wykorzystywane legalne SaaS czy IaaS – mówi Michał Ceklarz.

Szansą na skuteczną walkę z cyberprzestępczością ma być przede wszystkim wzrost świadomości co do związanych z nią zagrożeniami. Dzięki temu użytkownicy, a zwłaszcza firmy, będą chętniej wykorzystywać technologie skutecznie wykrywające cyberprzestępcze działania.

– Firmy które mają swoje działy cybernetyczne, będą musiały z jednej strony zdecydowanie popracować nad jakością swoich produktów. Z drugiej strony współdzielenie tych informacji pomiędzy poszczególnymi instytucjami staje się coraz bardziej krytyczne – zauważa specjalista.

Jak wynika z raportu Cisco 2018 Annual Cybersecurity Report, 39 proc. organizacji polega na automatyzacji procesów związanych z cyberbezpieczeństwem, 34 proc. wykorzystuje uczenie maszynowe, a 32 proc. jest zależna od funkcjonalności sztucznej inteligencji. Wśród specjalistów ds. zabezpieczeń widoczna jest tendencja do wdrażania zestawów rozwiązań i zabezpieczeń od różnych dostawców. Jednocześnie zdecydowana większość z nich dostrzega wysoką wartość narzędzi do analizy behawioralnej w lokalizowaniu autorów ataków sieciowych. Ich skuteczność w działaniu potwierdziło 92 proc. z nich.

Według danych Cisco, ponad połowa cyberataków w 2017 roku spowodowała straty finansowe wysokości ponad 500 tys. dol., wliczając w to m.in. utratę przychodu, klientów i okazji biznesowych oraz koszty operacyjne.

Dane medyczne pod obstrzałem hakerów

Branża medyczna, poza finansową, jest najbardziej narażona na dotkliwe skutki utraty dostępu do danych oraz kradzieży cyfrowych informacji. Jak wynika z ostatniego raportu „2018 Impact of Cyber Insecurity on Healthcare Organizations”, w 2017 r. aż 62% placówek medycznych doświadczyło cyberataku. Wyzwaniem jest też zapewnienie biznesowej ciągłości, której koszty mają sięgnąć do 2021 r. 65 mld dolarów. To jeden z powodów dla których firmy coraz chętniej migrują do chmury.

Ponad połowa ankietowanych przyznała, że konsekwencją włamań do wewnętrznych systemów IT była trwała utrata wrażliwych danych pacjentów. Wbrew pozorom nie jest to jedyny skutek braku przygotowania środowiska informatycznego na sytuacje kryzysowe. Ponemon Institute, który wraz z Merlin International opracował badanie, zwraca uwagę, że koszty związane z przywróceniem pełnej funkcjonalności po cyberataku wynoszą średnio 4 mln dolarów dla każdej instytucji ochrony zdrowia. Biorąc pod uwagę fakt, iż każda z nich przeznaczyła średnio 30 mln dolarów na wszystkie zakupy i operacje związane z IT w ubiegłym roku, skala strat mocno oddziałuje na wyobraźnię.

Placówki na celowniku

W lutym ubiegłego roku o znaczeniu odpowiedzialnego tworzenia planów zabezpieczania danych przekonał się na własnej skórze Hollywood Presbyterian Medical Center. W wyniku cyberataku typu ransomware wymierzonego w infrastrukturę IT, placówka musiała na tydzień wstrzymać działanie we wszystkich obszarach. Powód był prozaiczny – całkowita utrata dostępu do elektronicznych rekordów medycznych. Przywrócenie działania nastąpiło dopiero po zapłacie cyberprzestępcom żądanego okupu w wysokości 17 tysięcy dolarów.

Nie jest to oczywiście odosobniony przypadek – miniony rok obfitował w przypadki kradzieży wrażliwych danych medycznych, w których łupem cyberprzestępców padały setki tysięcy a nawet miliony rekordów. Przykładem może być szeroko nagłośniony na początku bieżącego roku fakt włamania do systemów największej instytucji z sektora medycznego w Norwegii – Helse Sør-Øst RHF – w wyniku którego w niepowołane ręce dostało się nawet blisko 3 miliony cyfrowych profili pacjentów. Powód jest prosty: rekordy zawierające dane medyczne osiągają największe ceny na internetowych czarnych rynkach. Głównie ze względu na znaczącą liczbę informacji przechowywanych w bazach danych, poczynając od danych personalnych, przez numery kart kredytowych używanych do dokonywania płatności w prywatnych klinikach, po całą historię hospitalizacji. Dlatego zainteresowanie cyberprzestępców danymi przechowywanymi w bazach placówek medycznych nie będzie spadać. Jak informowała firma Cryptonite, w 2017 r. odnotowano o 89% więcej ataków na firmy z sektora opieki zdrowotnej przy użyciu złośliwego oprogramowania niż w 2016 roku. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich więcej. A to tylko wierzchołek góry problemów z jakimi musi mierzyć branża medyczna.

Brak dostępu do danych może nastąpić nie tylko w wyniku cyberataku, ale też z powodu niespodziewanej awarii dostępu do sieci. Jest wiele przykładów, które pokazują, że ciągłość funkcjonowania biznesu staje się wyjątkowo palącym wyzwaniem dla branży medycznej.

Na ratunek chmura

Potwierdzeniem powyższych wniosków mogą być prognozy firmy Cybersecurity Ventures, która szacuje, że światowe nakłady firm z branży medycznej na rozwiązania w zakresie cyberbezpieczeństwa i utrzymania ciągłości biznesu wzrosną o 65 miliardów dolarów w okresie 2017 – 2021 r.

Nie sposób nie wspomnieć o tym, że sektor ten jako jeden z nielicznych przechowuje oraz przetwarza dane o najwyższym stopniu wrażliwości, a zapewnienie im odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa jest regulowane prawnie. – W Polsce, placówki medyczne objęte są obowiązkiem przechowywania elektronicznej dokumentacji medycznej od 20 do nawet 25 lat, w zależności od ich kategorii. Poza ryzykiem dużych strat finansowych czy utraty zaufania klientów uwzględniamy także konsekwencje niespełnienia regulacji prawnych. Wszystko to sprawia, że wykorzystanie bardziej zaawansowanych rozwiązań tworzących kopie zapasowe baz danych oraz zabezpieczających je przed kradzieżą informacji staje się standardem – tłumaczy Robert Tomaka, zastępca kierownika działu IT w firmie Diagnostyka.  Stosowany przez firmę wewnętrzny system odtwarzania danych w przypadku sytuacji kryzysowej, mimo posiadania dwóch poziomów zabezpieczeń i dotychczasowej niezawodności, potrzebował pewnych usprawnień. Poza tym dużym wyzwaniem była centralizacja baz danych z 70 lokalizacji na terenie Polski i możliwość wykonywania operacji z jednego miejsca. Diagnostyka zdecydowała się więc na chmurowy backup w modelu usługowym.   – Dostarczony przez Oracle Database Backup Cloud Service pozwolił nam na odtwarzanie danych w czasie o połowę krótszym niż przedtem, zapewniając także szyfrowanie baz danych już na etapie tworzenia kopii zapasowych, przez co ani przez sekundę nie są one narażone na działania cyberprzestępców. Nie ukrywam, iż podobnie jak w przypadku innych branż sektor medyczny także w dużym stopniu liczy się z kosztami przeznaczanymi na IT. Według naszych najnowszych szacunków, TCO w przypadku usługi Oracle będzie o 56% niższe w porównaniu do backupu wykonywanego „u siebie” – dodaje Robert Tomaka.

In cloud we trust?

Jak ustalili analitycy firmy Zetta, zaufanie przedsiębiorstw do rozwiązań typu Disaster Recovery jest znacząco większe w przypadku,  gdy uwzględniają one odtwarzanie zapasowego środowiska IT z chmury. Zaufanie do takich rozwiązań miało 90% badanych firm, zaś metodzie awaryjnego odtworzenia zasobów przy wykorzystaniu wyłącznie wewnętrznej, fizycznej infrastruktury IT w pełni ufało 74% respondentów.

Obowiązki pracodawcy dotyczące ochrony danych osobowych pracownika

W związku z zapewnieniem stosowania RODO, szykowane są zmiany w polskim Kodeksie pracy. W przepisach ma zostać uregulowana możliwość stosowania monitoringu w miejscu pracy, w szczególności monitoringu wizyjnego oraz monitoringu służbowej korespondencji pracownika.

Monitoring wizyjny będzie dopuszczalny, ale w określonych przypadkach,  jeżeli to będzie dotyczyć zapewnienia bezpieczeństwa pracowników, ochrony mienia pracodawcy, kontroli produkcji, ochrony tajemnic firmy.

Projektowane zmiany w Kodeksie Pracy wskazują konkretne miejsca, w których monitoring wizyjny nie może być prowadzony, to stołówki czy pomieszczenia sanitarne, palarnie, a także pomieszczenia udostępnione związkom zawodowym.

– Zdefiniowano też okres, przez jaki pracodawca nagrania takie będzie mógł przechowywać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Gwiazda – radca prawny, partner, szefowa Praktyki Prawa Pracy w Kochański Zięba i Partnerzy (KZP). – To maksymalnie trzy miesiące, chyba że nagrania są dowodem w postępowaniu sądowym, wtedy będą przechowywane do czasu zakończenia takiego postępowania.

Pracodawca będzie musiał poinformować pracowników o stosowaniu monitoringu. Pomieszczenia, w których monitoring będzie stosowany, będą musiały zostać w wyraźny sposób oznakowane.

– Monitorowanie mailowej korespondencji służbowej pracowników będzie możliwe w szczególności dla zapewnienia takiej organizacji pracy, która gwarantować ma pełne wykorzystanie czasu pracy pracowników – wskazuje  Anna Gwiazda z KZP.

Zaproponowane zmiany prawne KZP ocenia pozytywnie.

Adam Kruszewski: Czeka nas prawdziwa rewolucja technologiczna w medycynie

Nie ulega wątpliwości, że proces leczenia będzie przesuwać się z osobistego kontaktu lekarza z pacjentem w stronę samoleczenia, korzystania z Internetu, przesyłaniu informacji i tzw. stewardshipie ze strony medyków. Czeka nas olbrzymi postęp technologiczny w zakresie medycyny. Należy jednak przyciągać know-how z zagranicy i rozciągnąć do granic możliwości definicję polish nexus.

– Istnieją bardzo duże nadzieje i widać rosnący entuzjazm – z drugiej strony zespoły zarówno po stronie startupów, jak i funduszy venture capital są bardzo młode – powiedział serwisowi eNewsroom Adam Kruszewski, prezes KCR SA – Większość z nich, niestety, poniesie porażkę. Dlatego trzeba szukać zespołów zarządzających z Zachodu oraz pozyskać międzynarodowe środki dla rozwoju nowoczesnej opieki zdrowotnej, która obejmuje także medycynę, farmację czy medical devicesTrwa dyskusja, czy pieniądze publiczne zepsują czy stworzą prawdziwy, duży rynek w Polsce. Zaobserwować można było to firmach, które prowadzą badania kliniczne. Jednak zaistnienie i odniesienie sukcesu wymaga podejmowania prób – ocenił Kruszewski.

W ostatnim sezonie infekcyjnym Polacy wydali na farmaceutyki 3,3 mld zł. Te bez recepty stanowią blisko 90 proc.

W ostatnim sezonie infekcyjnym Polacy wydali na farmaceutyki 3,3 mld zł. Te bez recepty stanowią blisko 90 proc. 3

Prawie 3,3 mld zł wydali Polacy na produkty na infekcje – wynika z analizy firmy IQVIA. To nieco ponad 4 proc. więcej niż w poprzednim sezonie infekcyjnym. Leczymy się przede wszystkim lekami dostępnymi bez recepty. Spośród wszystkich sprzedanych opakowań ich udział wyniósł 89 proc. Średnio za jedno opakowanie preparatu stosowanego w leczeniu infekcji płaciliśmy ponad 14 zł. Równocześnie na grypę szczepi się zaledwie 2–3 proc. populacji.

– W 2018 roku sprzedaż produktów związanych z infekcją w tym z przeziębieniami osiągnęła wartość ok. 3,3 mld złotych. Jest to wzrost w porównaniu do roku poprzedniego. Sezon rozłożył się na przestrzeni od września do lutego, ale był dłuższy niż w roku poprzednim. To drugi sezon, który pokazuje dosyć duże tempo wzrostu sprzedaży leków na infekcje – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Czarnocki, dyrektor sprzedaży w IQVIA.

Tegoroczny sezon infekcyjny był dłuższy niż poprzedni (skokowy wzrost zachorowań od września), choć miał nieco łagodniejszy przebieg. Wartość sprzedanych produktów przeciwinfekcyjnych we wrześniu i w lutym była wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku – wyższa jest też całkowita wartość sprzedaży produktów przeciwinfekcyjnych za cały sezon.

– Oprócz tego, że Polacy leczą się przeciwinfekcyjnie, próbują stosować profilaktykę, a więc szczepią się przeciw grypie. Od dłuższego czasu obserwujemy jednak trend spadkowy w tym zakresie – tłumaczy Czarnocki.

Ocenia się, że szczepi się zaledwie 2–3 proc. ogółu populacji. Od początku sezonu infekcyjnego, czyli jesieni 2017 roku, zachorowało w Polsce ponad 3,5 mln osób, z czego blisko 2 mln od stycznia tego roku. Większa jest liczba łagodniejszych infekcji, którym sprzyjała pogoda – temperatury oscylujące wokół 0 st. C i duża wilgotność. Jak wynika z badań IQVIA, najczęściej leczymy się na własną rękę.

 W pewnych kategoriach, takich jak ból gardła, kaszel suchy, kaszel mokry, bardzo często posiłkujemy się rekomendacją lekarza, bo nie jesteśmy pewni przyczyny naszej choroby. W przypadku leczenia wieloobjawowego, czyli tzw. koktajli przeciwprzeziębieniowych, pacjent podejmuje decyzję najczęściej sam, bez decyzji lekarskiej – mówi dyrektor IQVIA. – W większości przypadków Polacy leczą się produktami bez recepty, takimi, które znają i o których wiedzą z telewizji, radia, czasami od lekarza. To prawie 90 proc. sprzedaży wszystkich produktów na infekcje. Pozostałe niemal 10 proc. to produkty na receptę wymagające interwencji lekarza i przepisania produktów.

Z danych IQVIA wynika, że spośród wszystkich sprzedanych opakowań, leki wydawane bez recepty stanowiły 89 proc., produkty znajdujące się na liście leków refundowanych – 8 proc., a produkty nierefundowane, dostępne na receptę – 3 proc. Niemal 9 na 10 paragonów (87 proc.) zawierało tylko produkty bez recepty, 11 proc. paragonów – antybiotyk, z czego 42 proc. zawierało dodatkowo probiotyk.

Rośnie też sprzedaż opakowań na jednego pacjenta – w tym sezonie wyniosła 1,5 opakowania (wzrost o 0,9 proc.).

– Kategoria preparatów na infekcje jest tą, gdzie firmy najwięcej inwestują, zwłaszcza w komunikację bezpośrednią z konsumentem. Świadomość tych produktów w społeczeństwie jest dosyć duża, nie potrzebujemy często rekomendacji lekarza albo potrzebujemy bardzo szybkiej reakcji na przeziębienie, stąd też nie mamy czasu, żeby pójść do lekarza – wskazuje ekspert.

Z ubiegłorocznego badania CBOS wynika, że leki dostępne bez recepty i suplementy diety stosuje 89 proc. dorosłych Polaków. Najczęściej są to środki przeciwbólowe i przeciwzapalne oraz łagodzące objawy przeziębienia lub grypy (po 68 proc.). Przy zakupie leku po raz pierwszy blisko połowa badanych konsultuje stosowanie z lekarzem lub farmaceutą. W sezonie infekcyjnym sięgamy nie tylko po preparaty, które łagodzą objawy choroby, lecz także po suplementy, które mają zapobiec przeziębieniu.

– Preparaty na wzmocnienie to segment rynku, który może nie jest bezpośrednio związany z infekcją, a bardziej z profilaktyką. Możemy tu mówić o multiwitaminach, witaminie D3 czy o produktach, które w składzie mają rutynę albo witaminę C. Tego typu produkty również bardzo dobrze się sprzedają –mówi Jacek Czarnocki.

80 proc. polskich dzieci ma swojego smartfona, a co drugie korzysta z własnego laptopa. Nie wszyscy rodzice są świadomi związanych z tym zagrożeń

80 proc. polskich dzieci ma swojego smartfona, a co drugie korzysta z własnego laptopa. Nie wszyscy rodzice są świadomi związanych z tym zagrożeń 4

Polskie dzieci powszechnie korzystają z własnych smartfonów i laptopów. Wyróżniają się pod tym względem na tle swoich europejskich rówieśników, są też w czołówce pod względem dostępu do internetu. Wiąże się z tym szereg zagrożeń: poczynając od pornografii i hazardu, po ataki hakerskie i wyłudzenia danych osobowych. Rodzice nie do końca są ich jeszcze świadomi – zdecydowana większość dba o bezpieczeństwo dziecka w internecie, zaglądając mu przez ramię albo kontrolując czas przed monitorem, a tylko co piąty korzysta z profesjonalnych rozwiązań do filtrowania treści.

– Polskie dzieci są w europejskiej czołówce pod względem dostępu do internetu, a 97 proc. korzysta z niego codziennie – z czego znakomita większość na swoich urządzeniach. Jesteśmy również w czołówce – zaraz obok Szwecji – jeżeli chodzi o odsetek dzieci, które mają własne laptopy i samodzielnie z nich korzystają, bardzo często u siebie w pokoju. To ważne, dlatego że w tym momencie dziecko samo wybiera strony, które ogląda, ma też poczucie, że nikt inny do tego laptopa nie zagląda na co dzień, więc różne rzeczy mogą się zdarzyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Małagocka, ekspert do spraw prywatności w F-Secure.

Raport opublikowany przez UKCCIS (UK Council for Child Internet Safety) w końcówce ubiegłego roku pokazał, że ponad połowa polskich dzieci ma swojego laptopa – to najwyższy wynik wśród wszystkich przebadanych krajów (dalej plasują się Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy i Hiszpania). Polskie dzieci mają też najwięcej telefonów w porównaniu do swoich rówieśników z Niemiec, Włoch i Holandii, które zajęły kolejne miejsca.

Internet jest dla współczesnych dzieci odpowiednikiem boiska czy placu zabaw. Jak wynika z badania „Bezpieczny smartfon dla dziecka” przeprowadzonego przez firmy F-Secure i Polkomtel, głównym zajęciem najmłodszych w mediach społecznościowych jest oglądanie filmów w serwisie YouTube. Co istotne, 25 proc. internautów przed 9 rokiem życia ma własne konta na Facebooku, mimo że minimalny wiek pozwalający na korzystanie z portalu zgodnie z regulaminem to 13 lat. Polscy rodzice deklarują, że chcą dbać o bezpieczeństwo swoich dzieci w internecie, jednak 69 proc. stara się to robić, patrząc dziecku przez ramię lub kontrolując czas, a tylko co piąty (22 proc.) korzysta z gotowych rozwiązań do ochrony dziecka w sieci czy filtrowania treści.

– Ten odsetek bardzo urósł w ciągu ostatnich lat, również dzięki temu, że takie rozwiązania są coraz bardziej dostępne i coraz tańsze. Z drugiej strony, niestety, znakomita większość rodziców nadal uważa, że jeżeli od czasu do czasu spojrzą dziecku przez ramię, to wystarczy. Dokładając do tego informację, że połowa dzieci ma własnego laptopa, a ponad 80 proc. własnego smartfona i korzysta z niego najprawdopodobniej w swoim pokoju albo w szkole, kiedy dorosły nie patrzy przez ramię, to taka kontrola jest niewystarczająca – podkreśla Karolina Małagocka.

Również świadomość rodziców dotycząca zagrożeń, z jakimi dziecko może się zetknąć w internecie, jest nadal niewystarczająca – ale z roku na rok coraz większa. Potwierdza to fakt, że już ponad 70 proc. rodziców deklaruje, że bezpieczeństwo dziecka w sieci to dla nich temat bardzo ważny. Jak wynika z badania „Bezpieczny smartfon dla dziecka”, 80 proc. rodziców przeprowadziło już rozmowę na temat bezpieczeństwa w sieci ze swoimi dziećmi.

– Większość rodziców deklaruje, że rozmawiała ze swoim dzieckiem o bezpieczeństwie w internecie i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby to była prawda. Niestety, kiedy zaczynamy dopytywać o szczegóły, czy stosują jakiekolwiek filtry treści, czy mają świadomość tego, że dziecko korzysta z Facebooka, to sytuacja wygląda dużo gorzej. Większość rodziców przyznaje, że ich dziecko korzysta już z Facebooka – to też pokazuje, że świadomość dotycząca zagrożeń nie jest pełna – mówi ekspert do spraw prywatności w F-Secure.

Najczęstsze zagrożenia, na które najmłodsi mogą natknąć się w sieci, to między innymi przemoc, pornografia, hazard. Są narażone także na ujawnianie informacji prywatnych, próby wyłudzeń pieniędzy czy niebezpieczeństwa związane z cyberprzestępczością.

– Nasi podopieczni powinni wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Potrzebna jest rozmowa z dzieckiem na temat tego, jak zachowywać się w sieci, stopniowe wdrażanie dziecko w to, z czego i jak może korzystać. To spowoduje, że dziecko, kiedy napotka na nieznajomego, który nagle zacznie do niego wypisywać na czacie czy w e-mailach, będzie nieufne, być może przyjdzie do nas i podzieli się tą informacją – mówi Marek Nowowiejski, kierownik ds. rozwoju usług w Plus.

Dobrą praktyką jest ustalenie z młodym internautą, jak długo i w jakich godzinach może korzystać z internetu. Przy obecnym, powszechnym dostępie do portali społecznościowych konieczne jest też uczulenie dzieci na to, jakie treści i informacje udostępniają na swoim profilu.

– Równie ważne jak rozmowa, wprowadzenie limitów w korzystaniu z internetu i uświadomienie dziecka, jest także stosowanie odpowiednich narzędzi. Służy do tego specjalne oprogramowanie na smartfony z modułem ochrony rodzicielskiej, które chroni dziecko. Tam ustawiamy odpowiednie limity dostępu dla dziecka, pozwalamy na wprowadzenie pory nocnej, udostępniamy odpowiednie aplikacje i blokujemy te nieodpowiednie, tak żeby dziecko było bezpieczne – mówi Marek Nowowiejski.

Plus przygotowuje internetowy poradnik dla rodziców, w którym znajdą się treści pomocne w zadbaniu o bezpieczeństwo dziecka w internecie oraz wskazówki krok po kroku, co zrobić, kiedy zetknie się ono z zagrożeniem w sieci.

– Na stronach internetowych będziemy umieszczali informacje, co rodzic powinien zrobić w sytuacji, gdy dziecko zwróci się do niego z informacją o tym, że coś się dzieje. Musimy się upewnić, że dziecko jest bezpieczne, następnie powinniśmy dokładnie dopytać, na czym polegało zagrożenie, co dziecko zaniepokoiło, w jaki sposób zareagowało i stosownie do tego podjąć decyzję oraz poinformować odpowiednie służby. Z drugiej strony powinniśmy pamiętać, że to jest duże zaufanie ze strony dziecka, jeśli przyjdzie do nas z takim problemem – mówi Marek Nowowiejski.

Właściciel największego producenta prefabrykowanych domów drewnianych chce sprzedać duży pakiet akcji. Wartość oferty może wynieść 360 mln zł

Właściciel największego producenta prefabrykowanych domów drewnianych chce sprzedać duży pakiet akcji. Wartość oferty może wynieść 360 mln zł 5

Firma Danwood Holding, dostawca prefabrykowanych domów o konstrukcji drewnianej wykańczanych pod klucz, rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji. Właściciel chce sprzedać do 50 proc. akcji z możliwością zwiększenia o 10 proc. W przypadku sprzedaży 60 proc. wartość oferty – po cenie maksymalnej – może wynieść 360 mln zł. Spółka ma dziś portfel zamówień sięgający ponad 2,2 tys. domów. Roczna sprzedaż sięga 1,2 tys. domów (2017 rok) i obejmuje głównie rynek niemiecki. Jednak zapotrzebowanie na domy prefabrykowane rośnie w Europie, w tym również w Polsce.

 Właściciel zdecydował się na sprzedaż części posiadanych akcji, co przy cenie maksymalnej wyznaczonej na 15 zł daje wartość emisji 360 mln zł. Od 12 kwietnia trwa budowanie księgi popytu dla inwestorów instytucjonalnych, od 13 kwietnia ruszają zapisy dla inwestorów indywidualnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Jurak, prezes zarządu Danwood Holding.

Oferta publiczna będzie obejmować wyłącznie istniejące akcje – do 20 mln akcji (50 proc. w kapitale) należących do Enterprise Investors, z opcją powiększenia puli do 4 mln walorów (10 proc. w kapitale). Zapisy inwestorów indywidualnych mają potrwać do 23 kwietnia. Najpóźniej do 24 kwietnia ma zostać opublikowana cena sprzedaży, ostateczna liczba akcji oferowanych w ramach oferty oraz ostateczna liczba akcji oferowanych poszczególnym kategoriom inwestorów.

 Mamy bardzo dobry portfel zamówień. To ok. 2,2 tys. domów, głównie dla klientów na rynku niemieckim – mówi Jarosław Jurak. – Na wszystkich rynkach na których działa firma – w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Polsce – domy prefabrykowane cieszą się coraz większą popularnością. Ten rynek rozwija się szybko, szczególnie w segmencie domów wykańczanych pod klucz – podkreśla prezes Danwood Holding.

Obecne moce produkcyjne Danwood pozwalają na wytworzenie 1,5 tys. domów rocznie.

W 2017 roku firma przekazała nieco ponad 1,2 tys. domów, przy 995 rok wcześniej (wzrost o 22 proc.). Spółka planuje rozbudowę mocy produkcyjnych w latach 2018–2019 o kolejne 500 domów rocznie, czyli do 2 tys. domów do roku 2019. Z tegorocznego raportu firmy Roland Berger wynika, że udział domów prefabrykowanych wśród oddawanych do użytku nowych domów systematycznie rośnie. Na rynkach, na których działa Danwood Holding, średni roczny wzrost w latach 2014–2017 dla domów prefabrykowanych w standardzie pod klucz wyniósł 7,3 proc., dla domów jednorodzinnych prefabrykowanych nieco ponad 6 proc., przy 5,3 proc. dla domów jednorodzinnych ogółem.

Obecnie ponad 84 proc. wszystkich zamówień spółki pochodzi z Niemiec, realizacje w Polsce stanowią 6,4 proc.

 Najwięcej domów sprzedajemy właśnie w południowych i południowo-zachodnich Niemczech. To regiony, gdzie rynek jest najsilniejsi. Tam udział domów prefabrykowanych konstrukcji drewnianej sięga ok. 30 proc. ogółu budynków – mówi Jarosław Jurak. – W Polsce rynek rozwija się nieco wolniej niż w  Europie. Widać jednak, że młodzi Polacy, którzy wyjeżdżają na Zachód, spotykają tam takie domy, coraz częściej po powrocie decydują się na taki zakup.

Z danych Roland Berger wynika, że w Polsce udział domów prefabrykowanych wynosi 1,9 proc. Dla porównania w Skandynawii to już 42 proc., w Austrii – 35 proc., a w Niemczech czy Szwajcarii – ok. 20 proc. Przewagą takich domów jest szybki czas realizacji projektu – nawet w kilka miesięcy, niższy koszt niż przy budowie klasycznych domów (w Niemczech Danwood Holding oferuje domy w cenie 150–250 tys. euro) i realizacja domu przez jeden podmiot, który udziela gwarancji.

 Domy prefabrykowane oferują klientom dużo większą jakość. Poza tym w odpowiedzi na aktualną sytuację rynkową w Polsce i na Zachodzie ich budowa wymaga mniejszego zaangażowania pracowników bezpośrednio na budowie. Wykonanie wielu czynności w hali produkcyjnej, przy zastosowaniu nowoczesnych maszyn, nadzorze i właściwym przeszkoleniu pracowników, pozwala na to, by wszystkie produkowane elementy miały bardzo dokładne wymiary i wysoką jakość – podkreśla Jarosław Jurak.

Resort rolnictwa: Wspólna polityka rolna kluczowa dla rozwoju całego sektora rolno-spożywczego. Konieczne jest wyrównanie dopłat bezpośrednich dla rolników

Resort rolnictwa: Wspólna polityka rolna kluczowa dla rozwoju całego sektora rolno-spożywczego. Konieczne jest wyrównanie dopłat bezpośrednich dla rolników 6

Wspólna polityka rolna jest kluczowa. To ona decyduje o opłacalności, poziomie dochodów polskich rolników i zysku przedsiębiorstw sektora rolno-spożywczego – przekonuje Henryk Wronowski, prezes zarządu Krajowej Spółki Cukrowej. Obecnie trwają prace nad kształtem Wspólnej Polityki Rolnej po 2020 roku. Dla Polski priorytetem jest wyrównanie dopłat bezpośrednich. Tylko w ten sposób polscy rolnicy będą mogli być konkurencyjni na rynku europejskim. Obecnie w niektórych przypadkach dopłaty są nawet trzykrotnie mniejsze niż na Zachodzie. Jednocześnie w ciągu ostatniej dekady wsparcie bezpośrednie stanowiło średnio niemal połowę dochodu rolników.

– Rząd już w ubiegłym roku przyjął priorytety wspólnej polityki rolnej z punktu widzenia Polski po 2020 roku. Po komunikacie Komisji Europejskiej z 30 listopada 2017 roku przyjęliśmy stanowisko, które jest nie tylko stanowiskiem resortu, lecz także całego rządu, więc mamy przygotowane stanowisko i przygotowujemy się do negocjacji wieloletnich ram finansowych, czyli budżetu Unii w swoim wydaniu na nowy okres 2021–2026 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Zarudzki, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Przygotowany przez Komisję Europejską komunikat „Przyszłość rolnictwa i produkcji żywności” określa, że WPR powinna się przyczynić do zwiększenia odporności sektora, wspierać dochody rolników i rentowność ich działalności, a przy tym w pełni korzystać z innowacji cyfrowych. Nie znalazły się tam jednak informacje dotyczące wysokości budżetu. Dla Polski, jak wynika z przyjętego przez Radę Ministrów dokumentu, kluczowe jest, aby nowe rozwiązania zapewniały równe warunki konkurencji na jednolitym rynku. Do tego zaś konieczna jest stabilizacja rynków rolnych, wsparcie dla małych i średnich gospodarstw, wyrównanie konkurencyjności i dopłat dla rolników oraz poprawa jakości życia na obszarach wiejskich.

– Trzeba pamiętać o tym, że polskie rolnictwo jest zróżnicowane regionalnie, każde ma swoją specyfikę i chcemy tę terytorialność uwzględnić w nowym okresie. Rolnicy chcą godnie żyć za środki, które mają, i chcą stabilnych cen na swoje produkty, żeby ich praca była godziwie wynagradzana, a wspólna polityka rolna umożliwia rekompensowanie tych niedoborów. Przecież zależy nam na tym, żeby była to zdrowa, bezpieczna żywność wysokiej jakości, więc musimy tutaj patrzeć w dwie strony – na rolników i na konsumentów – podkreśla wiceminister rolnictwa.

Europejskie rolnictwo charakteryzuje się wysokimi standardami jakościowymi i klimatycznymi. WPR ma chronić rynek przed zalewem tańszej, ale gorszej jakości żywności i produktów rolnych.

Polski rząd postuluje, by polityka spójności w większym zakresie koncentrowała się na obszarach wiejskich tak, by zapewnić równomierny rozwój całego kraju. Obecnie tylko dwa województwa (podlaskie i kujawsko-pomorskie) przeznaczają na ten cel środki z funduszy unijnych.

– Musi być zabezpieczone, że będzie pierwszy filar, czyli płatności, i drugi filar, czyli program rozwoju obszarów wiejskich. Muszą być stabilne zasady rynkowe, aby dochody rolników były gwarantowane, i to, co jest najważniejsze, aby rolnik na równych zasadach mógł konkurować z rolnikiem europejskim i regulacje rynku w sytuacjach kryzysowych – to są najważniejsze czynniki. Rolnika interesuje stabilność, przewidywalność i trwałość tej pracy, którą wykonuje na co dzień – tłumaczy Ryszard Zarudzki.

Dla Polski, podobnie jak dla państw bałtyckich, priorytetem w WPR jest wyrównanie dopłat bezpośrednich. Nowe podejście do wspólnej polityki rolnej zakłada, że działalność rolnicza ma być powiązana z ochroną środowiska, i od tego będą zależeć dochody rolników. Obecnie na zazielenienie, czyli utrzymywanie terenów zielonych i różnorodność upraw, trafia ok. 30 proc. dopłat bezpośrednich.

W perspektywie finansowej 2014–2020 Polska na WPR otrzymała około 32 mld euro. W najbliższej perspektywie środków nie powinno być mniej, jednak dla Polski istotnej jest przede wszystkim wyrównania poziomu dopłat dla rolników, tzw. konwergencji. Dopłaty z WPR wynoszą ok. 58 mld euro rocznie, jednak ich wysokość jest różna w zależności od kraju. Polscy rolnicy w niektórych przypadkach otrzymują nawet kilkukrotnie mniej niż rolnicy na Zachodzie.

– Wspólna polityka rolna to bardzo istotny wyznacznik prowadzenia biznesu w polskim rolnictwie, ma odniesienie do przedsiębiorców, producentów w sektorze rolno-spożywczym, ale przede wszystkim odnosi się do polskich rolników, w związku z tym pośredni wpływ na przemysł rolno-spożywczy jest bardzo duży. Wspólna polityka rolna jest tutaj kluczowa ze względów przede wszystkim ekonomicznych, bo to ona przy dzisiejszych relacjach cenowych decyduje o opłacalności w ogóle, poziomie dochodów polskich rolników, a także o zysku przedsiębiorstw sektora rolno-spożywczego – ocenia Henryk Wronowski, prezes zarządu Krajowej Spółki Cukrowej.

Zarząd Modlina: Sprzeciw dla rozbudowy lotniska odbije się na pasażerach i zmieni polski rynek lotniczy. To naturalne lotnisko zapasowe dla Warszawy

Zarząd Modlina: Sprzeciw dla rozbudowy lotniska odbije się na pasażerach i zmieni polski rynek lotniczy. To naturalne lotnisko zapasowe dla Warszawy 7

Od kliku miesięcy rozbudowa podwarszawskiego lotniska jest blokowana przez PPL, która chce, aby to Radom przejął w przyszłości rolę zapasowego lotniska dla Warszawy. Większość ekspertów rynku lotniczego ocenia to jako błąd. Modlin, nie dość, że położony bliżej, jest też dobrze skomunikowany, leży daleko od osiedli, może pracować w godzinach nocnych, ma odpowiednią infrastrukturę i dostęp do atrakcyjnego rynku. Jesteśmy otwarci na różne rozwiązania, nawet takie, w którym Państwowe Porty Lotnicze przejmują pełną kontrolę nad lotniskiem w Modlinie albo wychodzą ze spółki – deklarują przedstawiciele władz lotniska.

Radom i Modlin mogą rozwijać się niezależnie, równolegle. Rozwój rynku lotniczego zaskakuje ekspertów, jest o wiele szybszy, niż wynikało to z prognoz. Jeżeli dalej będzie rósł w tym tempie – zarówno na Mazowszu, jak i w całej Polsce – to prawdopodobnie znajdzie się miejsce dla obu portów lotniczych. Modlin z racji swoich przewag pewnie będzie większym portem, komplementarnym dla Centralnego Portu Komunikacyjnego. Natomiast Radom też może znaleźć swoje miejsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Miesztalski, przewodniczący rady nadzorczej  Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.

Port lotniczy Warszawa-Modlin, obsługujący głównie tanie linie, działa od pięciu lat. Liczba pasażerów stale rośnie. W 2014 było ich nieco ponad 1,7 mln, w ubiegłym roku ponad 2,9 mln, a w tym roku będzie to ponad 3 mln pasażerów. Lotnisko ma duży potencjał – może zwiększyć przepustowość do 6-7 mln pasażerów rocznie, ale wymaga rozbudowy. Modlin jest na nią przygotowany, jedynym problemem jest uzyskanie zgody na finansowanie.

Pieniądze na inwestycje, rozbudowę terminala i płyt postojowych dla samolotów, port lotniczy miał pozyskać z emisji obligacji na kwotę 60 mln zł, które miały być spłacane z wypracowanych zysków. Jednak weto od kilku miesięcy stawia państwowa spółka Przedsiębiorstwo Porty Lotnicze – jeden z udziałowców, który zdecydował się zainwestować i rozwijać oddalone od Warszawy o 100 km lotnisko w Radomiu. Zgodnie z planami PPL to właśnie Radom, a nie Modlin, miałby w przyszłości przejąć czartery i tanie linie. Większość ekspertów rynku lotniczego ocenia to jako błąd.

Są obiektywne czynniki, które powodują, że to Modlin jest naturalnym portem zapasowym dla zarówno Okęcia, jak i Centralnego Portu Lotniczego. Po pierwsze odległość – 35 km, a nie ponad 100 km, po drugie – możliwości dojazdu, samochodem, autobusem i pociągiem. W trakcie realizacji jest dobudowa brakującej linii kolejowej, więc niedługo pociągiem będzie można podjechać pod sam terminal. Modlin jest położony na terenach z rzadką, rozproszoną zabudową, w sferze ograniczeń hałasu jest kilkuset mieszkańców. W Radomiu tuż obok lotniska jest 20-tysięczne osiedle mieszkaniowe. To będzie generowało wysokie koszty odszkodowań – wylicza Marek Miesztalski.

Modlin, z racji położenia, ma dostęp do atrakcyjnego, dużego rynku klientów, jest dostępny non-stop (brak ograniczeń w godzinach nocnych i brak koordynacji slotów) i wyposażony w system ILS drugiej kategorii, dzięki czemu ma znikomy odsetek rejsów przekierowanych i odwołanych z powodu złych warunków atmosferycznych (0.29 proc. w 2017 roku).

Jak zauważył niedawno marszałek Mazowsza Adam Struzik, w przypadku marginalizacji portu lotniczego w Modlinie istnieje realna groźba, że Unia Europejska zażąda zwrotu 157 mln zł dotacji, którą przeznaczono na budowę tego lotniska. Co istotne, chęć rozwoju wyraziły popularne linie lotnicze Ryanair, które po rozbudowie lotniska zadeklarowały otwarcie nowych tras i zwiększenie liczby pasażerów. Ryanair to największe w Polsce linie lotnicze (przed LOT-em) pod tym względem – w I półroczu 2017 miały jedną trzecią udziałów w rynku rejsów regularnych (5,32 mln pasażerów).

Władze Modlina podkreślają też, że jedynym istotnym powodem braku kolejnych przewoźników jest obecne ograniczenie przepustowości lotniska i zablokowana przez PPL możliwość jego rozbudowy. Konflikt udziałowców z państwową spółką PPL, które posiada 30,39 proc. udziałów w porcie, hamuje rozwój podwarszawskiego lotniska.

– Pozostali udziałowcy, samorząd Mazowsza, Agencja Mienia Wojskowego i miasto Nowy Dwór Mazowiecki, mają podobny pogląd jak my. Spór toczy się pomiędzy PPL a pozostałymi udziałowcami i aby go załagodzić, wymaga zmiany podejścia przedsiębiorstwa. My jesteśmy otwarci na różne rozwiązania, nawet takie, w którym  Porty Lotnicze przejmują pełną kontrolę nad Modlinem. Jednak takie rozwiązanie wymaga również przejęcia odpowiedzialności za port lotniczy, a trzeba pamiętać, że ciągle do spłacenia jest około 100 mln zł obligacji. Innym rozwiązaniem jest wyjście Portów Lotniczych ze spółki – podkreśla przewodniczący rady nadzorczej  Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.

Na początku kwietnia, na zlecenie Państwowych Portów Lotniczych, firma doradcza Arup przedstawiła analizę, z której wynika, że rozbudowa portu w Modlinie pochłonęłaby ponad 1 mld zł i zajęła 45 miesięcy.

– Koszty w tym raporcie są bardzo zawyżone. To samo jesteśmy w stanie zrobić o połowę taniej. Podejrzewamy, że ten raport robiony był pod tezę, że to Radom ma być lotniskiem zapasowym i wyłączono tam ekonomię, a włączono polityczne decyzje – podkreśla Marcin Danił, wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.

Władze lotniska w Modlinie podkreślają, że za podaną w raporcie kwotę można by zwiększyć przepustowość lotniska nie do planowanych 7 mln, ale nawet do 17 mln pasażerów rocznie.

– Raport nie uwzględnia naszych planów rozwoju, które zatwierdził Urząd Lotnictwa Cywilnego. Te plany rozwoju do 2028 roku również znają właściciele. W tym raporcie nikt tego kompletnie nie wziął pod uwagę, natomiast zaproponowano rozwiązania, które są drogie i które nie pasują do charakteru lotniska niskokosztowego w Modlinie – wyjaśnia Marcin Danił.

Port Lotniczy w Modlinie zakończył 2017 rok z zyskiem EBITDA na poziomie 12 mln zł, przychodami 60 mln zł i stratą netto na poziomie 0,5 mln zł. Gdyby plan inwestycyjny ruszył w zaplanowanym terminie, w 2020 roku szacowane przychody miały wynieść 90 mln zł, a zysk netto 2,2 mln zł.

– Mamy co miesiąc zysk w kwocie 800 tys. zł, za cały rok to było 12 mln zł. Jak na obecny etap rozwoju – lotnisko jest w bardzo dobrej kondycji finansowej i część inwestycji w kwocie 13 mln zł przeprowadziło już z własnych środków – podkreśla Marcin Danił.

Kurs franka najniżej od „czarnego czwartku”

Szwajcarska waluta w relacji do euro jest najtańsza od połowy stycznia 2015 r. Analogiczną sytuację obserwujemy także w zestawieniu franka ze złotym. Jakie są szanse kontynuacji spadkowego trendu? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Ostatnie dni pozytywnie zaskoczyły spłacających kredyty denominowane we franku (CHF). Helwecka waluta traci na wartości mimo geopolitycznych niepokojów, zagrożeń związanych z wojną handlową oraz ochłodzeniem sentymentu na giełdowych parkietach. Z czego wynika presja na wyprzedaż franka?

Zagrożenie nie dotyczy strefy euro

Wzrosty franka w poprzednich latach wynikały przede wszystkim z ryzyka rozpadu strefy euro. Inwestorzy lokowali kapitał w Szwajcarii, wiedząc, że w razie poważniejszych perturbacji w Europie, znajdą tu bezpieczną przystań chroniąca ich aktywa.

Gdy strach powoli ustępował (ostatnie napięcie towarzyszyło zeszłorocznym wyborom we Francji), frank tracił cenę wraz ze zmniejszającym się ryzykiem systemowym dla strefy euro.

Bieżące wydarzenia (Syria, napięta sytuacja na linii Rosja – Stany Zjednoczone, potyczki dyplomatyczne Chińczyków oraz Amerykanów) nie stanowią wielkiego gospodarczego zagrożenia dla Europy, a już na pewno zagrożenie jest relatywnie mniejsze niż w przypadku innych regionów. Ucieczka do franka przez kapitał ze starego kontynentu w tym momencie wydaje się więc nieuzasadniona.

Bank centralny trzyma rękę na pulsie

Przedstawiciele szwajcarskich władz monetarnych cały czas trzymają rękę na pulsie, by nie pojawiły się zachęty do nieuzasadnionego przepływu kapitału do helweckiej waluty.

Andrea Maechler, członkini zarządu Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB), mówiła pod koniec marca w wywiadzie dla Handelszeitung, że jeżeli zakończymy „naszą ekspansywną politykę pieniężną, zagrożone byłyby pozytywne wydarzenia w naszej gospodarce”. Dodała również, że SNB ma cały czas przestrzeń, by zwiększać swój bilans. To oznacza, że ani polityka ujemnych stóp procentowych, ani interwencji na rynku walutowym w celu osłabienia franka nie zostaną na razie zakończone.

Z kolei tydzień temu w Zurychu inny członek SNB, Dewet Moser zwracał uwagę, że sytuacja na rynku fanka cały czas jest „krucha” i bank centralny musi pozostawać „czujny”. To również był sygnał dla rynku, by inwestorzy nie traktowali franka jako bezpiecznej przystani, bo mogą się natknąć np. na interwencję w celu jego osłabienia.

Dobre wiadomości dla frankowiczów

Brak napływu kapitału do franka w czasie ostatniego wzrostu globalnych ryzyk i wyczulona postawa szwajcarskich władz monetarnych mogą cieszyć spłacających kredyty denominowane w tej walucie. Wprawdzie dziś trudno liczyć na powrót wyceny CHF poniżej 3,00 zł. Jednak chęć SNB do utrzymywania stóp procentowych na ujemnym poziomie oraz sugerowanie kolejnych interwencji mogą sprawić, że para EUR/CHF wybije się powyżej granicy 1,20. To z kolei oznaczałoby, że frank jeszcze spadnie i zacznie być wyceniany w przedziale 3,40-3,50 zł.

Pseudonimizacja danych – co to właściwie jest?

Pseudonimizacja danych nie jest jedynie pojęciem wprowadzanym przez RODO. Już od pewnego czasu stała się np. częstą praktyką stosowaną w szkołach, w celu nieujawniania danych osobowych uczniów. Po 25 maja br. wszystkie firmy będą musiały zadbać o odpowiednią ochronę przetwarzanych informacji. Jak przedsiębiorcy mają sobie poradzić z takim wyzwaniem w przypadku braku szczegółowych wytycznych? Czy pseudonimizacja może być odpowiedzią na to pytanie?

RODO kontra firmy

Marcin Kujawa, WTB
Marcin Kujawa, WTB

Europejskie rozporządzenie narzuca wszystkim administratorom – czyli organom, jednostkom organizacyjnym, podmiotom lub osobom decydującym o celach i środkach przetwarzania danych – obowiązek odpowiedniego zabezpieczenia danych osobowych. Obecnie firmy muszą jedynie wykazać zgodność stosowanych środków bezpieczeństwa z rozporządzeniem o środkach zabezpieczających z 2004 r. Po 25 maja br. sytuacja się zmieni. To organizacje będą zobowiązane do samodzielnego ocenienia ryzyka naruszenia ochrony danych. RODO jedynie wskazuje ogólne obowiązki wdrożenia środków technicznych i organizacyjnych przetwarzania informacji, uwzględniających m.in. charakter, zakres, kontekst, a także wprowadzenia polityk ochrony – wskazuje Marcin Kujawa, WTB.

Pseudonimizacja jako złoty środek?

RODO wprowadza pojęcie pseudonimizacji, które oznacza przetworzenie danych osobowych w taki sposób, by nie można ich było przypisać konkretnej osobie, której one dotyczą, bez użycia dodatkowego „klucza”. Mówiąc prościej, to użycie zamiast np. imienia i nazwiska – liczby. Wymóg jest jeden, klucz z właściwymi danymi do odszyfrowania powinny być przechowywane osobno. Dzięki czemu nawet jeśli doszłoby do wycieku, osoba nieupoważniona niewiele by się z tych danych dowiedziała.

Ciekawe jest to, że pseudonimizacja od pewnego czasu stosowana jest w szkołach, gdzie oceny publikuje się wraz z identyfikatorem ucznia zamiast jego imienia i nazwiska. Może być ona wygodnym sposobem na zabezpieczenie również wrażliwych danych, ponieważ znacznie złagodzone będą wymogi dotyczące ochrony informacji zapisanych w ten sposób. Warto wspomnieć, że można również zastosować anonimizację informacji, po której nie da się ich przypisać  do konkretnych osób. Przez co nie muszą być zabezpieczane na tak wysokim poziomie jak te które nie podlegają procesowi anonimizacji – mówi Marcin Kujawa, WTB.

Co więcej?

Należy pamiętać, że pseudonimizacjia to nie to samo co  anonimizacja, która jest  modyfikacją danych uniemożliwiającą identyfikację osoby fizycznej, pseudonimizacja jest procesem odwracalnym. Zwiększa ona bezpieczeństwo informacji, przez co pozostają one według prawa nadal danymi osobowymi. Należy zauważyć, że rozporządzenie traktuje to narzędzie jako pomocnicze, które może być wykorzystane przez Administratorów.

Przedsiębiorcy powinni zwrócić uwagę, że to jakie narzędzie ochrony zastosują wynikać będzie z analizy ryzyka w danej firmie. Należy zauważyć, że rozporządzenie traktuje pseudonimizację jako narzędzie pomocnicze, które może, ale nie musi być wykorzystane przez Administratorów. Zasadność użycia danego sposobu bezpieczeństwa powinno być uwzględnione już w samej fazie projektowania nowego systemu   – podsumowuje Marcin Kujawa, WTB.

Polski rynek inwestycyjny i gruntów wciąż na fali wznoszącej

Wysoka aktywność deweloperów, dalszy wzrost cen gruntów oraz popularność najmu mieszkań – to główne cechy pierwszego kwartału 2018 roku. W kolejnych miesiącach eksperci Colliers prognozują dalszą wysoką dynamikę zakupów w sektorze mieszkaniowym i hotelarskim, a jednocześnie spadek zainteresowania gruntami pod biura i magazyny. Istnieje szansa na znaczne przekroczenie wartości transakcji z ubiegłego roku.

Polski rynek inwestycyjny i rynek gruntów w 2017 r. biły kolejne rekordy. Dzięki znakomitym wynikom Polska, ze swoim 40% udziałem, ponownie zajęła pozycję lidera wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej, wyprzedzając m.in. Czechy (26%) i Węgry (13%).

Piotr Mirowski, Senior Partner w Colliers International i Szef Działu Doradztwa Inwestycyjnego
Piotr Mirowski, Senior Partner w Colliers International i Szef Działu Doradztwa Inwestycyjnego

— Polski rynek inwestycyjny wciąż jest na fali wznoszącej. Całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych w 2017 roku osiągnął historyczny pułap 5.1 mld euro. Wysoki popyt odnotowaliśmy we wszystkich głównych klasach aktywów, z rekordami w sektorze hotelowym i magazynowym. Obserwujemy też dalszą aktywność transakcyjną w I kw. 2018 r. – w toku są liczne transakcje i umowy przedwstępne, co zwiastuje kolejny dobry rok pod względem wartości transakcji. Co warto podkreślić, z roku na rok coraz większy udział w rynku mają miasta regionalne – 75% wolumenu z 2017 r. zainwestowane zostało poza stolicą — mówi Piotr Mirowski, Senior Partner w Colliers International i Szef Działu Doradztwa Inwestycyjnego.

Zagraniczni inwestorzy dominują

W ubiegłym roku ponad połowa całkowitego kapitału na polskim rynku została zainwestowana w transakcje portfelowe i transakcje korporacyjne, co wskazuje na stale rosnące zainteresowanie dużych, paneuropejskich i globalnych inwestorów instytucjonalnych.

Najbardziej aktywnymi graczami na polskim rynku w ciągu ostatnich 3 lat byli inwestorzy
i menedżerowie inwestycyjni z USA, RPA, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Polscy inwestorzy stanowią w tej grupie margines, chociaż każdego roku zwiększa się zaangażowanie rodzimego kapitału. Najbardziej aktywni w 2017 roku byli: CIC, Union Investment, Globalworth, REICO, Echo Polska Properties (Redefine), Pradera, DAW oraz Octava FIZAN (Elliott).

Rekordowy rynek gruntów inwestycyjnych

Również dla rynku gruntów inwestycyjnych ubiegły rok okazał się rekordowy – zanotowano najwyższy wolumen transakcyjny od 2006 r., zakończony wynikiem ok. 3,5 mld złotych. Pozytywne wskaźniki makroekonomiczne wskazywały na dobrą kondycję gospodarki
i przyciągały inwestorów.

Emil Domeracki, Dyrektor ds. Gruntów w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International
Emil Domeracki, Dyrektor ds. Gruntów w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International

— Rozgrzany do czerwoności rynek mieszkaniowy, na którym pobito kolejne rekordy budowy i sprzedaży mieszkań, oraz bardzo dobra kondycja rynku biurowego z rekordowym poziomem wynajmu i spadkiem pustostanów, przełożyły się na wzmożone zakupy gruntów inwestycyjnych przez inwestorów i deweloperów — mówi Emil Domeracki, Dyrektor ds. Gruntów w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International. — Wart odnotowania jest również fakt, że malejąca dostępność gruntów w Warszawie i rozwój miast regionalnych wpłynął na większą aktywność inwestorską poza stolicą, w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się Kraków, Łódź i Trójmiasto — dodaje Domeracki.

W 2017 roku znacznie zwiększyła się aktywność deweloperów, przede wszystkim mieszkaniowych. Wpływ na to miały m.in. rekordowo niskie stopy procentowe oraz realizacja programu MDM i rekomendacji KNF dotyczących kredytów hipotecznych.

Gigantyczny wzrost zakupu nowych gruntów zanotowano również na rynku hotelarskim, na którym pojawili się nowi inwestorzy. Z kolei rynek handlowy charakteryzował się stabilizacją cen i niską aktywnością inwestorską. Wysokie nasycenie powierzchnią handlową w największych miastach Polski powodowało, że deweloperzy i właściciele centrów handlowych koncentrowali się na remodelingu i odmładzaniu istniejących obiektów.

Dariusz Forysiak, Dyrektor ds. Obiektów Handlowych w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International
Dariusz Forysiak, Dyrektor ds. Obiektów Handlowych w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International

— Duże zainteresowanie budzi wpływ ograniczeń handlu w niedziele na rynek centrów handlowych. Po kilku tygodniach od jego wprowadzenia nie odnotowaliśmy bezpośredniego przełożenia na wyceny nieruchomości handlowych. Według naszych danych, najemcy jeszcze nie odczuli znaczącego spadku obrotów, co ma bezpośredni wpływ na wycenę obiektów. Jednak na efekty funkcjonowania nowego prawa dla rynku będziemy musieli poczekać przynajmniej do następnego roku — mówi Dariusz Forysiak, Dyrektor ds. Obiektów Handlowych w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International.

Na rynku magazynowym notowany jest spadek aktywności deweloperskiej, który utrzymuje się od 2015 roku. Wciąż jednak zauważalny jest wysoki poziom transakcji oraz większa gotowość do zakupów i realizacji projektów spekulacyjnych. Warte odnotowania jest skierowanie zainteresowania inwestorów ku obszarom nadgranicznym i okolic Trójmiasta, co wynika z poprawy regionalnej infrastruktury.

2018 z doskonałymi perspektywami

Eksperci Colliers International prognozują, że w tym roku przekroczona zostanie wartość transakcji z roku ubiegłego.

— Szacujemy, że w 2018 roku dynamika zakupów w sektorze mieszkaniowym i hotelarskim będzie nadal rosnąć, spadnie natomiast zainteresowanie gruntami biurowymi i magazynowymi. Inwestorzy poszukują rynków z szybszym zwrotem kapitału — mówi Emil Domeracki.

Rok 2018 upłynie również pod znakiem zmian legislacyjnych. Mają się zmienić m.in. przepisy budowlane, a także przygotowano Kodeks urbanistyczno-budowlany, który ma ukrócić biurokrację i usprawnić realizację inwestycji. Duże emocje będzie budził temat tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej, uchwalonej pod koniec ubiegłego roku, do której już zapowiadane są zmiany.

Łódzcy przedsiębiorcy coraz lepiej oceniają koniunkturę gospodarczą kraju

W mikro i małych firmach po raz pierwszy od ośmiu lat dominują optymiści – takie wyniki przynosi raport o sytuacji mikro i małych firm przygotowywany przez Bank Pekao S.A. Co raz bardziej optymistyczni stają się też łódzcy przedsiębiorcy, zachowując przy tym ostrożność ocen własnego otoczenia biznesowego.

Ósmy rok z rzędu, Bank Pekao S.A. przygotował raport o sytuacji mikro i małych firm (zatrudniających nie więcej niż 49 osób). Tegoroczny „Raport o sytuacji mikro i małych firm w roku 2017” stoi pod znakiem rekordowych wyników. Właściciele małego biznesu w Polsce od lat nie byli takim optymistami, zarówno jeśli chodzi o ich biznes i perspektywy jego rozwoju, jak i sytuację gospodarczą w kraju.

W ramach prowadzonych badań przeprowadzono wywiady telefoniczne z właścicielami 6901 mikro i małych przedsiębiorstw z całej Polski. Ankietowanych poproszono o odpowiedzi na 71 pytań, które dotyczyły sytuacji gospodarczej, sytuacji finansowej firmy, zatrudnienia, inwestycji czy innowacyjności – łącznie osiem zagadnień tematycznych.

Przedsiębiorcy, którzy w skali kraju zatrudniają łącznie ponad 5 mln osób, ocenili lepiej niż przed rokiem każde z ośmiu zagadnień będących przedmiotem badania. Dobrze oceniana jest zarówno sytuacja firmy i perspektywy biznesu, jak i sytuacja gospodarcza. W tegorocznym badaniu ocena gospodarki była obszarem, który najbardziej zyskał w ocenie właścicieli firm w stosunku do poprzedniego badania. Różnica rok do roku wyniosła aż 10,5 punktu. Nie sprawdziły się zatem pesymistyczne oceny perspektyw z ubiegłorocznego badania.

Średnia wartość Ogólnego Wskaźnika Koniunktury (głównego miernika nastroju przedsiębiorców będącego wynikiem raportu) w roku 2017 wyniosła 100,8 punktu. Po raz pierwszy w historii badań wskaźnik ten przekroczył barierę 100 punktów, poziomu neutralnego, czyli statystycznie po raz pierwszy dominowali w badaniu optymiści. Wynik ten był wyższy od najlepszego dotąd roku badawczego 2015 o 2,5 punktu i wyższy od najsłabszego 2012 aż o 11,3 punktu.

Analiza wyników pod kątem branż jest potwierdzeniem sytuacji panującej na rynku – najlepiej swoją sytuację i perspektywy ocenia branża budowlana. Ocena koniunktury w budownictwie jest obecnie na najwyższym od dziewięciu lat poziomie. Ciekawie prezentuje się także geograficzna analiza wyników. W tegorocznej edycji najlepiej sytuację swoich firm oraz otoczenia gospodarczego ocenili przedsiębiorcy z województwa podlaskiego. Wynik 104 punkty to najwyższy wynik wojewódzki w historii badań. Duży wzrost optymizmu odnotowano w większości województw wschodniej Polski. W sumie aż dla 11 województw wskaźnik koniunktury przekroczył „psychologiczną” granicę 100 punktów, czyli poziom neutralny badania. W przypadku 14 województw tegoroczne wyniki są̨ najwyższe w historii badań.

Wskaźnik koniunktury mikro i małych firm w woj. łódzkim osiągnął historycznie rekordowy poziom 98,9 punktu. Ocena ta jest niższa niż średnia w kraju, jednakże dane historyczne pokazują, że przedsiębiorcy w woj. łódzkim reprezentują dużo ostrożniejsze stanowisko niż pozostała część Polski.

Właściciele firm w województwie łódzkim zdecydowanie lepiej niż w zeszłym roku ocenili ogólną sytuację gospodarczą oraz sytuację branży. Po raz pierwszy w historii badania sytuacja firmy i zatrudnienie zostały ocenione na powyżej 100 punktów, co oznacza, że więcej przedsiębiorców postrzega te obszary optymistycznie niż pesymistycznie. Przedsiębiorcy w tym regionie są zdecydowanie bardziej ostrożni niż pozostali w Polsce w ocenach obszarów bezpośrednio związanych z firmą – przychody firmy oraz sytuacja branży.

Łódzkie mikro i małe firmy, w porównaniu z ich odpowiednikami w innych regionach, niżej oceniają swoje wyniki finansowe w ostatnich 12 miesiącach: 96,1 pkt, co było najniższym wskaźnikiem w kraju, ex equo z woj. świętokrzyskim (wobec 99,7 pkt. średniej krajowej i 105,2 pkt. w najbardziej optymistycznym pod tym względem Podlasiu). Podobnie ma się sprawa z oceną sytuacji firmy w ostatnich 12 miesiącach: w porównaniu z innymi regionami w kraju, łódzkie mikro i małe firmy najgorzej oceniają swoją sytuację w ostatnich 12 miesiącach – najniższy wskaźnik w kraju: 98,1 pkt., przy średniej 100,9 pkt. i najwyższym wskaźniku na Podlasiu w wys. 106,6 pkt. Również ocena sytuacji w branży zarówno w ostatnich, jak i przyszłych 12 miesiącach nie wypada nader optymistycznie w oczach łódzkiej drobnej przedsiębiorczości (oba wskaźniki poniżej średniej krajowej, odpowiednio 94,1 vs. 98,1 oraz 97,3 vs. 99,2). Z drugiej strony, łódzcy przedsiębiorcy i tak oceniąją sytuację branży lepiej niż rok temu (wrost oceny o 4,7 pkt. między 2016 a 2017 rokiem).

Należy jednak pamiętać, że nastroje łódzkich przedsiębiorców poprawiają się z roku na rok i obecnie są na najwyższym historycznym poziomie. Wskaźnik oceny ogólnej sytuacji gospodarczej mimo, że niższy od średniej krajowej, wzrósł o 9,1 pkt. między 2016 a 2017 rokiem.

Nastroje właścicieli firm w województwie łódzkim są najwyższe w ciągu ośmiu lat badań. Determinuje to ogólna ocena sytuacji makroekonomicznej, co jest również charakterystyczne dla ocen przedsiębiorców w pozostałych regionach. Ogólny wskaźnik koniunktury był relatywnie najniższy w podregionie piotrkowskim, mimo najwyższego udziału firm inwestujących oraz eksportującyc. Natomiast relatywnie najwyższy wskaźnik był w podregionie łódzkim, gdzie znajduje się największy odsetek innowacyjnych firm – powiedziała Małgorzata Wróblewska z Biura Funduszy UE i Programów Publicznych Banku Pekao S.A.

Zapewne rosnący ostrożny optymizm łódzkich przedsiębiorców przekłada się na poziom inwestycji. Chęć do inwestowania jest jednak dość zróżnicowana w całym regionie. W województwie łódzkim odsetek firm inwestujących wyniósł 44%, co stanowi wynik niższy o 5 p.p w stosunku do średniej ogólnokrajowej. Wyjątkiem jest podregion piotrowski, gdzie udział nakładów (50%) był wyższy niż średnia dla Polski. W podregionie łódzkim i sieradzkim planowany jest w 2018 roku wzrost inwestycji do poziomu powyżej planowanej średniej ogólnopolskiej (43%). W podregionie piotrowskim także odsetek eksporterów (17%) jest wyższy niż średnia krajowa (16%).

Łódzcy przedsiębiorcy zdają się też doceniać siłę networkingu oraz współpracy branżowej. Sugeruje to najwyższy w kraju wskaźnik zadowolenia z przynależności do organizacji biznesowej w kraju (109,1 pkt., średnia krajowa 100,2 pkt.). Dobrze też oceniają swoje przychody z eksportu w ostatnich 12 miesiącach – najwyższy wskaźnik (107,1 pkt. ) w kraju za województwem podlaskim (107,6 pkt.) i świętokrzyskim (108,6 pkt.).

Banki – ubezpieczyciele – fintechy – czyli Spotkanie Liderów Bankowości i Ubezpieczeń 2018

10-11 kwietnia 2018 roku, w Westin Warsaw Hotel odbyło się Spotkanie Liderów Bankowości i Ubezpieczeń, składające się z: XV Banking Forum, XI Insurance Forum oraz VII Wielkiej Gali Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń. To prestiżowe wydarzenie stanowi miejsce wymiany wiedzy, doświadczeń i dyskusji o przyszłości rynku finansowego. W konferencji wzięli udział kluczowi reprezentanci branży bankowej i ubezpieczeniowej, administracji centralnej oraz najważniejszych firm dostarczających usługi i rozwiązania dla tych sektorów. Wydarzenie zgromadziło 656 uczestników w ciągu dwóch dni, którzy mieli okazję wziąć udział w 14 dyskusjach panelowych, 4 firechatach oraz 18 wystąpieniach indywidualnych.

Spotkanie Liderów rozpoczęło się od części wspólnej dla Banking Forum i Insurance Forum. W roli gościa honorowego wystąpił Dr Korbinian Ibel, Managing Director – Microprudential Supervision, European Central Bank. Prelegenci debatowali nad trójkątem Banki – ubezpieczyciele – fintechy i zastanawiali się nad możliwością współpracy tych trzech ważnych sektorów. Następnie eksperci z branży z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości podsumowali jak wygląda temat bankowości i ubezpieczeń w Polsce oraz jak może się to zmienić w najbliższym czasie. W dalszej części, już w dwóch równoległych ścieżkach tematycznych na Banking Forum zastanawiano się nad nowymi regulacjami na rynku oraz poruszono kwestię wkraczania w erę bezgotówkową, a podczas Insurance Forum dyskutowano o rynku bancassurance oraz wpływie jaki wywiera i będzie wywierać regulacje prawne oraz czy jest to już czas na rozpoczęcie deregulacji rynku.

Drugi dzień traktował m.in o konsolidacji sektora bankowego, czy też zagrożeniu dla banków ze strony gigantów technologicznych i fintechów. Część ubezpieczeniową rozpoczęła debata dotycząca nowoczesnego systemu emerytalnego i zróżnicowania pomiędzy PPK a PPE. Poruszono też praktyczny aspekt współpracy Ubezpieczycieli ze Start-upami. Dzień zakończył się dyskusją o najnowszych trendach technologicznych dla branży, w której wzięli udział przedstawiciele kilku towarzystw ubezpieczeniowych i dostawców. Na obu wydarzeniach odbyły się także bloki tematyczne dedykowane współczesnemu klientowi i budowaniu relacji z nim dzięki możliwościom, jakie niosą ze sobą nowe technologie.

W Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń udział wzięli m.in. Paweł Bandurski, Joao Bras Jorge, Krzysztof Charchuła, Piotr Czarnecki, Rafał Hiszpański,  Krzysztof Kalicki, Jacek Iljin, Leszek Skiba i Anna Włodarczyk-Moczkowska.

Zwieńczeniem wiosennej edycji Banking i Insurance Forum była VII Wielka Gala Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń, podczas której niezależna Kapituła Konkursowa, składająca się z uznanych autorytetów w branży, nagrodziła osoby i instytucje za szczególne osiągnięcia dokonane w 2017 roku.

Partnerzy Spotkania Liderów Bankowości i Ubezpieczeń 2018:

  • Partnerzy Strategiczni Spotkania Liderów: Atende, ProService Finteco, Dell EMC.
  • Partnerzy Strategiczni Banking Forum: Asseco Poland , Bank BPH , Vivus Finance, Visa Inc., Simon-Kucher & Partners
  • Partnerzy Banking Forum: Dorsum, Cloudware Polska, iwoca, Alfavox, CallPage, Confirmation.com, Abak, PROFESCAPITAL, Gamfi
  • Sponsorzy: BankMail, Nespresso
  • Partner Merytoryczny: KPMG
  • Partnerzy Strategiczni Insurance Forum: Starter24
  • Partnerzy Insurance Forum: COMADSO, Skarbiec TFI, Attis Broker Bacca, Abak, PROFESCAPITAL, CallPage,

Organizatorem wydarzenia jest MMC Polska.

Rzecznik Praw Podatnika, czyli koń trojański fiskusa

„Timeo Danaos et dona ferentes” – tymi łacińskimi słowami, które znaczą: „boję się Greków nawet, gdy składają dary”, kapłan Laokoon ostrzegał Trojan przed prezentem, jaki w postaci drewnianego konia sprawili im Grecy. Idealnie oddają one też nastawienie podatników do pomysłu nowej minister finansów o powołaniu instytucji Rzecznika Praw Podatnika.

W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Teresa Czerwińska przyznała, że Ministerstwu Finansów znana jest skala problemu podatników z interpretacją przepisów podatkowych. Remedium na tę niedoskonałość systemu podatkowego ma być powołanie Rzecznika Praw Podatnika (dalej: „RPP”). A wszystko to w ramach strategii 3xP: Prostota, Przejrzystość i Przyjazność systemu, na który stawia resort.

Projekt z 2012 r.

Pomysł powołania RPP nie jest nowatorski. W 2012 r. został zgłoszony poselski projekt ustawy o Rzeczniku Praw Podatnika (druk 669 z 21 czerwca 2012 r.). Upadł on wówczas na wniosek Komisji Finansów Publicznych. W uzasadnieniu ówczesnego projektu RPP miał stać na straży praw podatnika. Było to determinowane skalą dysproporcji pomiędzy siłą działań organów skarbowych a możliwościami obrony, jakie posiadają podatnicy. Już wtedy dostrzegano więc patologię działań fiskusa i konieczność zabezpieczenia praworządności w procesie egzekwowania danin publicznych.

Marionetkowy urząd

Co ciekawe, pomysł powołania RPP to swego rodzaju strzał do własnej bramki. Według „Kierunkowych założeń nowej ordynacji podatkowej” z 24 września 2015 r., opracowanych przez Komisję Kodyfikacyjną Ogólnego Prawa Podatkowego, nie było potrzeby ujmowania w ordynacji podatkowej regulacji dotyczących funkcji Rzecznika Praw Podatników. Powołanie go prowadziłoby bowiem do powielania zadań i kompetencji należących do Rzecznika Praw Obywatelskich. Poza tym, jak słusznie zauważa Zbigniew Ofiarski w komentarzu krytycznie odnoszącym się do utworzenia urzędu kolejnego (obok Rzecznika Praw Dziecka, Rzecznika Ubezpieczonych czy Rzecznika Praw Pacjenta) rzecznika, zawartym w „Uwagach do założeń nowej ordynacji podatkowej” z lutego 2015 r., „Mnożenie takich instytucji nie prowadzi do istotnej poprawy sytuacji różnych kategorii podmiotów”.

Koń trojański

Bez względu na to, czy urząd RPP będzie instytucją marionetkową, czy też nie, prawdziwym zagrożeniem jest to, że może się on stać wspomnianym we wstępie koniem trojańskim. Wiele zależy od tego, kto i w jakim trybie będzie powoływał osoby na stanowisko rzecznika. Według pierwotnego projektu z 2012 r. miał to robić sejm za zgodą senatu na wniosek marszałka sejmu lub grupy 35 posłów. Jeśli tryb ten zostanie zdublowany w nowym projekcie powołania instytucji RPP, to podatnikom pozostaną przynajmniej iluzoryczne nadzieje, że osoba na tym stanowisku będzie niezależna i neutralna. A można mieć co do tego uzasadnione wątpliwości.

Być sędzią w swojej sprawie

30 kwietnia 2018 r., wejdzie w życie Konstytucja Biznesu, czyli pakiet pięciu ustaw wprowadzających zmiany w prawie gospodarczym. W  jej skład wchodzi rządowy projekt ustawy o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorstw (dalej: „RMŚP”) z 21 listopada 2017 r. (druk 2052). RMŚP ma stać na straży praw przedsiębiorców, w szczególności poszanowania zasad wolności działalności gospodarczej, pogłębiania zaufania przedsiębiorców do władzy publicznej oraz bezstronności i równego traktowania. Trudno jednak w możliwość spełnienia tych postulatów uwierzyć, bo rzecznika powołuje prezes Rady Ministrów na wniosek ministra właściwego ds. gospodarki. Ten sposób obsadzania urzędu sprawi, że przyszły rzecznik de facto powinien zostać wyłączony od udziału w sprawie – zgodnie z ideą instytucji wyłączenia pracownika lub organu. Jej treść wynika m.in. z art. 24 § 1 pkt 7 Kodeksu postępowania administracyjnego: „Pracownik organu administracji publicznej podlega wyłączeniu od udziału w postępowaniu w sprawie, w której jedną ze stron jest osoba pozostająca wobec niego w stosunku nadrzędności służbowej”. Tak samo stanowi art. 130 § 1 pkt 8 Ordynacji podatkowej, który nakazuje wyłączenie organu podatkowego z udziału w postępowaniu podatkowym, w którym stroną jest osoba pozostająca wobec organu w stosunku nadrzędności służbowej.

Kto odważy się ugryźć rękę, która ją karmi?

Nowe ustawodawstwo wykazuje tendencję do powoływania organów czy instytucji, które z założenia mają być neutralne i stać na straży praworządności, a tak naprawdę okazują się szpiegiem zrzuconym na tyły wroga. Przykładowo Rada ds. Przeciwdziałania Unikaniu Opodatkowania zgodnie z art. 119m Ordynacji podatkowej jest niezależnym organem, którego zadaniem jest opiniowanie zasadności zastosowania przepisów klauzuli obejścia prawa podatkowego. Czy możliwe jest zachowanie tej niezależności, jeśli radę powołuje minister właściwy ds. finansów publicznych, a na dodatek jej skład w prawie 1/4 tworzą osoby przez niego wskazane? Nawet projekt zmian dotyczący Polskiej Agencji Kosmicznej z 30 czerwca 2017 r. przewiduje, że jej prezesa powołuje minister właściwy ds. gospodarki spośród osób co prawda wyłonionych w drodze otwartego konkursu, ale po zasięgnięciu opinii Rady Agencji oraz ministra właściwego ds. gospodarki. Ten sam minister odwołuje również prezesa PAK, po zasięgnięciu opinii… samego siebie.

Kij i marchewka

Minister finansów, zapytana w styczniu 2018 r., o konkrety planu powołania Rzecznika Praw Podatnika, odpowiedziała, że jest jeszcze za wcześnie na podawanie szczegółów. Warto przywołać też jej krótką wypowiedź na inny temat podatkowy. Pytana o obiecywaną od dawna obniżkę VAT z 23% na 22%, stwierdziła: „Takie prace nie są prowadzone”. W marcu 2018 r., ministerstwo zadeklarowało, że do końca 2018 r., w sejmie zostanie złożony projekt nowej ordynacji podatkowej, w której ma się znaleźć instytucja Rzecznika Praw Podatnika.

Hasło powołania stojącego na straży praworządności marionetkowego rzecznika strzegącego dobra podatników jest niczym przysłowiowa marchewka. Brak obiecanej obniżki stawki najważniejszego dla obrotu gospodarczego podatku jest zaś kijem na podatnika, który musi ciągnąć wciąż tak samo ciężki wózek.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Sporo informacji, ale bez wpływu na waluty

Dane makroekonomiczne, informacje z banków centralnych, a nawet groźba eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie nie przełożyły się na wzrost zmienności na rynku walutowym. Wahania na głównych parach były w środę wyjątkowo małe.

Wczorajszy dzień był wypełniony istotnymi publikacjami. Poznaliśmy marcowe odczyty amerykańskiej inflacji, które pokazały silny wzrost dynamiki cen. Mieliśmy również okazję zapoznać się z “minutkami” z ostatniego posiedzenia FOMC, które potwierdziły optymistyczne nastawienie członków decyzyjnego skrzydła Rezerwy Federalnej względem perspektyw amerykańskiej gospodarki i wzrostu dynamiki cen w Stanach Zjednoczonych.

Z USA (a uściślając: z konta na Twitterze prezydenta USA) nadeszły również wieści o planowanych nalotach na Syrię, co – po ostatnich sankcjach – zostało zinterpretowane jako kolejne potwierdzenie zmian w relacjach USA z Rosją.

Pojawiła się także informacja o tym, iż przewodniczący Izby Reprezentantów, Paul Ryan nie będzie ubiegał się o reelekcję w listopadzie. Jego decyzja miała być  spowodowana brakiem zaufania do obecnej administracji oraz spadkiem szans Republikanów na uzyskanie większości w Izbie podczas wyborów w tym roku.

Oprócz tego wczoraj zakończyło się decyzyjne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej podczas której RPP utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, sugerując, że koszty kredytu jeszcze długo mogą pozostać stabilne.

Reakcja rynków finansowych na powyższe kwestie była różna – najbardziej wyraźne były spadki na amerykańskich parkietach, wywołane obawami o eskalację konfliktu w Syrii i “jastrzębią” oceną sytuacji członków FOMC, widoczną we wczorajszych “minutkach”. Reakcja rynku walutowego na wczorajsze informacje była jednak dość ograniczona, a główne pary zakończyły dzień na niemal niezmienionym poziomie, przez cały dzień pozostając w stosunkowo wąskich widełkach.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,18 – 4,20.

We wczorajszym przemówieniu we Frankfurcie, Mario Draghi z EBC optymistycznie wyrażał się o przyszłej dynamice płac i inflacji, które zgodnie z jego opinią mają rosnąć wraz z poprawą w gospodarce. Draghi zwrócił uwagę na napięcia handlowe między USA i Chinami, stwierdzając jednak, że nie obawia się, że ich wpływ na strefę euro będzie istotny. Podkreślił jednak, że w tym kontekście warto będzie obserwować wskaźniki sentymentu (które ostatnio rozczarowują właśnie w związku z obawami o wojnę handlową).

Dzisiejsze dane o produkcji przemysłowej w krajach strefy euro mocno zawiodły oczekiwania. Dynamika produkcji w lutym spadła do najniższego poziomu od ośmiu miesięcy. Produkcja skurczyła się o 0,8% w porównaniu z poprzednim miesiącem, konsensus zakładał, że dynamika będzie bliska zeru. Dane przełożyły się na słabość wspólnej waluty.

Dziś po południu poznamy „minutki” z ostatniego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego (13:30). Oprócz tego, po raz kolejny w tym tygodniu przemawiać będzie Benoit Coeure z EBC.

GBP

Kurs GBP/PLN  w środę osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,78 – 4,82. Wczoraj brytyjska waluta w relacji do ważonego koszyka walut na moment wzbiła się do najwyższego poziomu od czerwca 2016 r. Na przestrzeni ostatnich dni szterlingowi sprzyjały oczekiwania związane z podwyżką stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, do której ma dojść podczas spotkania BoE w maju.

Na półtorej godziny przed południem kierunek uległ jednak odwróceniu: brytyjska waluta osłabiła się po publikacji rozczarowujących danych dotyczących produkcji przemysłowej. Dynamika produkcji w brytyjskich fabrykach spadła w lutym o 0,2% w porównaniu do poprzedniego miesiąca, podczas gdy konsensus spodziewał się, że w tym interwale czasowym wzrost wyniesie 0,2%.

USD

Kurs USD/PLN w środę osłabił się o 0,2%, wahając się w widełkach 3,38 – 3,39.

Zgodnie z oczekiwaniami dynamika cen w marcu w USA doświadczyła wyraźnego przyspieszenia. Inflacja CPI znalazła się na poziomie 2,4% w ujęciu rocznym, tym samym była najwyższa od roku. Inflacja bazowa również wzrosła, osiągając poziom 2,1% rocznie. Dobre dane inflacyjne w połączeniu z “jastrzębimi” minutkami ze spotkania FOMC utwierdzają nas w przekonaniu, że tempo zacieśniania polityki monetarnej w USA może być nieco szybsze niż sugerowałby ostatni “dot plot”.

Dziś poznamy informacje o cenach eksportowych i importowych w USA w marcu (14:30). Oprócz tego opublikowane zostaną również cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA (14:30)

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:30 – “minutki” z ostatniego spotkania EBC
  • 14:15 – przemawia Benoit Coeure z EBC
  • 14:30 – indeks cen eksportowych i importowych w USA w marcu
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 18:00 – przemawia Jens Weidmann, prezes Bundesbanku
  • 21:00 – przemawia Mark Carney z BoE
  • 23:00 – przemawia Neel Kashkari z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Komentarz ZPP ws. tekstu rewizji dyrektywy dotyczącej delegowania pracowników

Ambasadorowie państw członkowskich UE zaakceptowali kompromisowy tekst rewizji dyrektywy dotyczącej delegowania pracowników (PWD – Posting Of Workers Directive 96/71/EC) wynegocjowany z Parlamentem Europejskim.

Tekst rewizji dyrektywy PWD uzgodniony w trilogach został zaakceptowany w COREPER I 11 kwietnia. W następnym kroku draft trafi do Parlamentu Europejskiego (EP) do finalnej adopcji – głosowanie w Komitecie Employment możliwe jest jeszcze w kwietniu, adopcja przewidziana jest najprawdopodobniej 21 czerwca.

Prace nad rewizją dyrektywy trwały ponad dwa lata od przedstawienia przez Komisję Europejską (KE) propozycji dotyczącej kształtu rewizji dyrektywy w marcu 2016 roku – 10 lat od przyjęcia dyrektywy. Rewizja dyrektywy jest jednym z elementów realizacji zapowiedzi postulatów Komisji Europejskiej o dążeniu do zrównania wynagrodzenia pracowników wykonujących tą samą pracę na terenie Wspólnoty – „Equal pay for equal work”, które wielokrotnie było powtarzane przez Prezydenta Komisji Europejskiej – Jean Claude Juncker’a w orędziach „State of the Union”, jak również przez Komisarzy Marianne Thyssen, czy Violetę Bulc.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) włączył się w europejską dyskusję na temat delegowania pracowników we wrześniu 2017 roku przedstawiając stanowisko oraz potencjalne skutki wprowadzenia proponowanych zapisów na funkcjonowanie małych i średnich przedsiębiorstw wraz z organizacjami z 16 krajów. Podczas ponad 60 spotkań z Komisją Europejską, posłami do Parlamentu Europejskiego, a także innymi europejskimi organizacjami sektorowymi, pracodawców, a także małych i średnich przedsiębiorstw ZPP promował postulaty polskich przedsiębiorców wskazując na wpływ zapisów na funkcjonowanie m.in. europejskiego wspólnego rynku.

Mieliśmy przyjemność współpracować w Brukseli z think tankami – Bruegel, Globsec i ECIPE, komunikując gospodarcze potencjalne skutki wprowadzenia regulacji, a także z organizacjami eksperckimi takimi jak Inicjatywa Mobilności Pracy. Braliśmy udział w spotkaniach, przygotowywaliśmy materiały, w tym broszury wyjaśniające skutki wprowadzenia regulacji. Promowaliśmy je podczas spotkań i wydarzeń w Parlamencie Europejskim w Brukseli i Strasburgu – mówi Agata Boutanos, Dyrektor Przedstawicielstwa ZPP w Brukseli. – Wydarzenie zorganizowane 21 października przez Pana Profesora Zdzisława Krasnodębskiego i ZPP o Delegowaniu Pracowników i Pakiecie Mobilności w Parlamencie Europejskim było również początkiem naszej współpracy z organizacjami transportu na temat delegowania pracowników w sektorze – debaty, która nadal trwa – dodała.

Rewizja dyrektywy z 1996 roku wprowadza koncept delegowania długoterminowego, który oznacza, że po upływie 12 miesięcy lub 18 (jeśli wyrażona zostanie zgoda na przedłużenie o kolejne 6 miesięcy), pracownik będzie delegowany długoterminowo i będzie podlegał praktycznie wszystkim regulacjom prawa pracy obowiązującym w państwie przyjmującym.

Agencje pracy tymczasowej mają zagwarantować takie same warunki zatrudnienia dla pracownika delegowanego jak dla pracowników tymczasowych, wykonujących pracę w tym samym kraju. Dla transportu międzynarodowego regulacje zostaną ustalone osobno – w Pakiecie Mobilności procedowanym w tej chwili na poziomie Parlamentu Europejskiego i Rady. Czas na transpozycję dyrektywy na temat delegowania pracowników do prawa krajowego wynosi 2 lata od momentu wejścia w życie dyrektywy.

Proces prac nad rewizją dyrektywy dotyczącej delegowania pracowników wykazał, że polski lobbying w UE jest cały czas słaby. Brakuje nam aktywnych instytucjonalnych uczestników w Brukseli. Należy z tego wyciągnąć wnioski, tak aby aktywność lobbingowa i komunikacyjna polskiej strony była adekwatna do wielkości Polski w UE. Bardzo ważną regulacją z punktu widzenia polskich przedsiębiorców jest druga, tocząca się obecnie, część dyskusji na temat delegowania pracowników w transporcie międzynarodowym. Cały czas podejmujemy wysiłki, aby decyzja w tej sprawie była jak najmniej dotkliwa dla polskich transportowców – komentuje Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Zmiana przepisów, polegająca na skróceniu obecnie obowiązującego okresu delegowania z 24 miesięcy do 12 (lub 18) jest niekorzystna z punktu widzenia polskich przedsiębiorców. Należy mieć nadzieję, że nie wpłynie to w sposób krytyczny na funkcjonowanie polskich firm na rynkach innych krajów wspólnoty. Jedną z konsekwencji będzie prawdopodobnie częstsza rotacja pracowników, poprzez skrócenie czasu delegowania.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia budzi mniej obaw niż w innych branżach

Firma SAS przeprowadziła badanie dotyczące różnych podejść do sztucznej inteligencji. Respondenci najbardziej entuzjastycznie wypowiadali się na temat wykorzystania AI w ochronie zdrowia. Więcej obaw wiązało się z implementacją tej technologii w bankowości czy handlu detalicznym. Największy dyskomfort, w związku z rozwojem sztucznej inteligencji, budzi brak interakcji międzyludzkich.

(12 kwietnia 2018 r.) – Podczas badania SAS AI Research, respondentom przedstawiono scenariusze praktycznego wykorzystywania technologii sztucznej inteligencji w różnych branżach i sektorach gospodarki. Niespełna połowa badanych (47%) czuła się komfortowo, współpracując z firmami korzystającymi z AI. Mężczyźni (53%) częściej udzielali odpowiedzi twierdzących, niż kobiety (43%). Co ciekawe, badanie wykazało brak właściwego zrozumienia, jak działają algorytmy sztucznej inteligencji. Na pytanie o możliwość wytłumaczenia drugiej osobie problematyki AI, zaledwie 44% respondentów potwierdziło, że jest w stanie to zrobić.

Osoby biorące udział w badaniu wyraziły wątpliwość związaną z prywatnością. Tylko nieznacznie ponad jedna trzecia ankietowanych (35%) twierdzi, że ich dane osobowe wykorzystywane przez AI byłyby bezpiecznie przechowywane. Większy optymizm w tej kwestii wyraziły osoby poniżej 40 roku życia (42%), podczas gdy zaledwie 31% starszych respondentów nie było pewnych wysokiego poziomu bezpieczeństwa danych wrażliwych w AI.

Brak zrozumienia, czym jest sztuczna inteligencja stanowi główną przyczynę obaw związanych z jej wykorzystaniem. Konsumenci entuzjastycznie podchodzą do idei inteligentnych maszyn pod warunkiem, że są one wykorzystywane dla dobra ogółu. Pozytywne podejście do implementacji AI w ochronie zdrowia świadczy o tym, że oczekujemy namacalnych korzyści wynikających z zastosowania tej technologii  – mówi David Tareen, Menedżer ds. marketingu AI w SAS.

AI na sali operacyjnej

Uczestnicy badania SAS pozytywnie odnoszą się do przykładów wykorzystania sztucznej inteligencji do wsparcia lekarzy w opiece nad pacjentami. Aż 47% badanych stwierdziło, że czułoby się komfortowo w asyście AI nawet podczas operacji. Co ciekawe, większe zaufanie do inteligentnych maszyn na sali operacyjnej wykazali starsi respondenci (ponad połowa osób w wieku powyżej 40 lat), podczas gdy młodsi ankietowani byli bardziej sceptyczni (40%). Sześć na dziesięć osób byłoby w stanie zaakceptować wykorzystanie danych pochodzących z urządzeń wearables, takich jak  Apple Watch czy Fitbit, do przygotowywania zaleceń medycznych.

Sztuczna inteligencja w bankowości

Badanie wykazało ograniczone zaufanie do wykorzystania technologii AI w kontaktach z klientami w finansach i bankowości. Jedyny wyjątek stanowił monitoring pod kątem oszustw i innych potencjalnych zagrożeń. Wykorzystanie sztucznej inteligencji do automatyzacji tych procesów akceptuje 59% respondentów. Respondenci byli najmniej przychylni wdrożeniom AI na potrzeby  udzielania rekomendacji dotyczących zarządzania kartami kredytowymi. Ankietowani wyrazili zdecydowaną niechęć odnośnie udostępniania swojej historii kredytowej.

AI w sklepowym koszyku

Jeszcze większy sceptycyzm odnotowano w przypadku zastosowania sztucznej inteligencji w sektorze retail. Zaledwie 44% respondentów byłoby skłonnych udostępnić informacje o swojej lokalizacji w celu spersonalizowania procesu zakupów, a tylko 36% grupy badawczej chciałoby dokonywać zakupów przy użyciu smartfonów, bez obecności kasjerów. Odpowiedzi respondentów rozkładają się niemal po równo w pytaniu o wykorzystywanie przez sklepy danych historycznych na potrzeby personalizacji oferty zakupowej (49% czuje się z tym komfortowo, natomiast 51% nie chce, aby ich dane były wykorzystywane w ten sposób).

***

Badanie SAS AI Research zostało przeprowadzone na grupie 500 Amerykanów w przedziale wiekowym 18-70+, w marcu 2018 roku.

Kiedy pomyśleć o systemie ERP?

Wdrożenie systemu klasy ERP w przedsiębiorstwie jest inwestycją, na którą decyduje się coraz większa liczba firm, szczególnie z segmentu MŚP. Im jednak większa firma, tym wyższe koszty wdrożenia, co jest jedną z głównych przyczyn niechęci do używania systemów tej klasy przez polskie firmy – zwłaszcza w sytuacji, gdy „wszystko działa”. Zasadniczym problemem wielu rodzimych firm jest jednak to, że mogłyby one funkcjonować znacznie sprawniej i skuteczniej, gdyby zainwestowały w nowoczesny system klasy ERP. W bieżących realiach niewykorzystywanie tego rodzaju rozwiązań skutkuje ograniczeniem możliwości rozwoju przedsiębiorstwa oraz zmniejszeniem jego konkurencyjności, co w konsekwencji może nawet doprowadzić do jego upadku. Kiedy zatem należy rozpocząć wdrożenie systemu ERP i jakie są symptomy pozwalające rozpoznać właściwy moment?

  • ERP dawniej i dziś

Systemy ERP funkcjonujące w wielu firmach są według współczesnych standardów przestarzałe. Pierwsze systemy tej klasy oferowały identyczne funkcjonalności dla wszystkich przedsiębiorstw, a możliwości dopasowania systemu do specyfiki danej firmy były mocno ograniczone.

Dzisiejsze rozwiązania ERP przeszły sporą ewolucję: posiadają strukturę modułową, są łatwo skalowalne oraz wykorzystują najnowsze zdobycze technologiczne (np. dzięki chmurze można w praktycznie dowolnym zakresie dopasowywać parametry umieszczonego w niej serwera, dzięki czemu znacznie wzrasta wydajność takiego rozwiązania). To pozwala dostosować wdrażany system do profilu działalności danej firmy, dzięki czemu wdrożenie jest mniej kosztowne, trwa krócej i pozwala w przyszłości w prosty sposób poszerzyć zakres funkcjonalności, gdy zachodzi taka potrzeba.

Jednym z pierwszych sygnałów wskazujących na potrzebę wdrożenia systemu ERP w firmie jest konieczność dostosowywania sposobu działania firmy do wykorzystywanego w niej oprogramowania.

– Braki w funkcjonalności czy niekompatybilność pomiędzy programami używanymi w różnych działach przedsiębiorstwa to czynniki w istotny sposób ograniczające jego rozwój, szczególnie dziś, gdy liczy się elastyczność i błyskawiczne reagowanie na zmiany zachodzące na rynku – mówi Michał Szymczuk, prezes AXHelpers. – Wdrożenie systemu ERP, który integruje wszystkie obszary działalności firmy, pozwala nie tylko sprawniej nią zarządzać w oparciu o aktualne, twarde dane. To również najlepszy sposób na usprawnienie procesów biznesowych i współpracy pomiędzy działami w wyniku stworzenia jednej, centralnej bazy danych, z której korzystają wszyscy pracownicy.

  • Aktualizować czy wymieniać?

Jeśli wdrożony system ERP ma nie więcej niż kilka lat i możliwe jest zaktualizowanie go do wersji dostosowanej do bieżących standardów, warto o to zadbać. Pozwoli to względnie niskim kosztem uzyskać nowoczesne narzędzie do zarządzania firmą w każdym obszarze jej działalności. Warto jednocześnie zwrócić uwagę na to, czy wersja, do której aktualizujemy system, jest nadal wspierana przez producenta i czy będzie wspierana w przyszłości – nie warto inwestować w system, który trzeba będzie za rok lub dwa lata wymieniać na inny, nowszy.

Nieco inaczej sprawa przedstawia się, kiedy system ERP do firmy został zakupiony dawno, czyli 10 lub więcej lat temu, i nie wystarcza już na bieżące potrzeby firmy. W takiej sytuacji najrozsądniejszym wyjściem jest całkowita wymiana przestarzałego systemu na nowy, spełniający wymagania przedsiębiorstwa i dostosowany do współczesnych realiów.

Zdaniem Michała Szymczuka proces wdrożenia systemu ERP w firmie, w której już wcześniej funkcjonował inny system tej klasy, często przebiega sprawniej, niż w przypadku wdrożeń nowych. Dzieje się tak między innymi dlatego, że użytkownicy mają już doświadczenie w pracy z tego typu systemami. Prezes AXHelpers podkreśla również, że coraz popularniejsze staje się obecnie wdrożenie ERP w chmurze – pozwala to przyspieszyć cały proces, zmniejszyć koszty wdrożenia oraz gwarantuje wzrost systemu wraz z rozwojem przedsiębiorstwa.


Lira w odwrocie. Dolar zatrzymał spadki

Prezydent USA po raz kolejny pokazał jak jego wypowiedzi są istotne dla rynków. Inwestorzy coraz bardziej ufają polskim obligacjom. Turecka lira wciąż spada.

Trump straszy rynki

Prezydent USA po raz kolejny udowadnia, że to nie bankierzy centralni są najważniejszymi osobami dla gospodarki światowej. Wczorajsze wypowiedzi o zaostrzeniu kursu względem Rosji i potencjalnym ataku na Syrię są tego doskonałym dowodem. Inwestorzy słysząc te deklaracje szybko zaczęli zamykać ryzykowne pozycje. W dół poszły główne amerykańskie indeksy giełdowe oraz złoto. Co ciekawe deklaracja ta wzmocniła dolara. Z drugiej strony w ciągu ostatnich 5 dni amerykańska waluta straciła względem euro 1,5 centa zatem mowa na razie dopiero o realizacji zysków a nie trwałym odwróceniu trendów. W umacnianiu dolara pomogły jednak stenogramy z wczorajszego posiedzenia FED oraz zgodne z oczekiwaniami dane na temat inflacji w amerykańskiej gospodarce.

Dobre dane z Polski

Rentowność polskich obligacji po raz pierwszy od końca 2016 roku spadła poniżej 3%. Co to realnie oznacza? Inwestorzy są skłonni trzymać polskie 10 letnie obligacje zarabiając na tym mniej niż 3% w skali roku. Oznacza to, że będziemy wstanie taniej się kredytować niż dotychczas. Jak duża jest to zmiana względem ostatnich lat. Najniższe poziomy widzieliśmy na początku roku 2015 kiedy to udało się osiągnąć okolice 2%. Potem rynki wystraszyły się niepewności politycznej windując stawkę do około 3,8% na początku 2017 roku.

Problemy tureckiej liry

Po ostatnich zmianach politycznych w Turcji zaufanie inwestorów wyraźnie spadło. Efektem tego było wycofywanie się z tego kraju kapitału. To z kolei spowodowało problemy gospodarcze. Nie bez znaczenia jest przejęcie kontroli przez ekipę rządzącą nad wieloma aspektami życia gospodarczego. Dobrym przykładem jest np. bank centralny. W kraju na tym poziomie rozwoju gospodarczego inflacja wynosząca powyżej 10% powinna być ważnym sygnałem alarmowym. Ze względu na naciski polityczne nie ma jednak możliwości podniesienia stóp procentowych. Następne posiedzenie banku ma się odbyć za dwa tygodnie. Jeżeli pod koniec kwietnia dojdzie do podwyżki stóp powinniśmy zobaczyć przynajmniej spowolnienie trendu osłabiającego lirę. Od początku roku lira staniała z 92 do 82 groszy. Warto wspomnieć, że jeszcze na początku 2016 roku kosztowała prawie 1,40 zł. Jeżeli do niej nie dojdzie najprawdopodobniej zobaczymy kolejne minima.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – Strefa Euro – protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego,
  • 14:30 -USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Tankuj, płać i płacz. Ropa jest najdroższa od ponad trzech lat

Tankuj, płać i płacz. Ropa jest najdroższa od ponad trzech lat 9Napięta sytuacja geopolityczna na świecie, niższe wydobycie ropy naftowej w niektórych krajach oraz wzmocnienie sojuszu OPEC z Rosją powodują, że ropa jest najdroższa od ponad trzech lat. Trzeba się liczyć z cenami benzyny ok. 5 zł za litr – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Ci, którzy zaplanowali majówkowe wyjazdy samochodem, nie będą zadowoleni. Zarówno diesel, jak i benzyna bezołowiowa osiągają najwyższe poziomy od połowy 2015 r. Na europejskiej giełdzie ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) olej napędowy wyceniany jest na 1,88 zł/litr. To aż 30 gr więcej niż dwa miesiące temu. Podobną skalę wzrostów widać na popularnej bezołowiówce, gdzie osiągnięty został poziom 1,85 zł/litr. Czemu paliwa tak mocno drożeją?

Geopolityczna premia za ryzyko

Podstawowym powodem wyższych cen przy dystrybutorach jest rosnąca cena ropy naftowej. Osiągnęła ona poziom 73 dol. za baryłkę, czyli była najwyższa od listopada 2014 r. Ograniczeniu wzrostu notowań tego surowca niewiele pomaga dość silny złoty w relacji do dolara. Cena ropy wyrażona w złotych sięga 247 zł, czyli najwyżej od trzech lat.

Głównym impulsem, który popchnął w górę ceny najpopularniejszego surowca na nowe szczyty, są wydarzenia geopolityczne. Potyczka pomiędzy Rosją oraz Stanami Zjednoczonymi, a także doniesienia z Syrii zwiększają ryzyka głębszego konfliktu blisko roponośnych terenów.

Waszyngton prezentuje również coraz bardziej zdecydowane podejście w stosunku do Iranu. Steven Mnuchin, sekretarz skarbu USA, podczas środowego wystąpienia w amerykańskiej Izbie Reprezentantów sugerował nałożenie na Teheran „bardzo silnych” sankcji, jeżeli do połowy przyszłego miesiąca nie zostaną poprawione warunki porozumienia nuklearnego z 2015 r. Od tego czasu Iran zwiększył wydobycie o ponad 1 mln baryłek w ujęciu dziennym i właśnie ta produkcja może być w tym momencie zagrożona.

Seria negatywnych informacji

Na wydarzenia geopolityczne zaczynają nakładać się również kwestie o znaczeniu fundamentalnym. Bez przerwy spada wydobycie ropy z pogrążonej w kryzysie Wenezueli. Tylko w marcu, w porównaniu do lutego, obniżyło się ono o 100 tys. baryłek w ujęciu dziennym, a w odniesieniu września ub.r. jest ono niższe o ponad 450 tys. baryłek.

Negatywną wiadomością dla kierowców jest również coraz bliższy sojusz Rosji z OPEC. Współpraca kartelu z Moskwą oznacza, że kontrola podaży, a więc w pewnym stopniu i ceny, może być kontynuowana. W zeszłym tygodniu, rosyjski minister energii Aleksander Novak stwierdził, że sojusz pomiędzy producentami może być „bezterminowy”, chociaż początkowo miał mieć charakter jedynie incydentalny.

Niebagatelną kwestią jest także postawa Arabii Saudyjskiej. Agencja Bloomberg donosiła we wtorek, że celem Królestwa jest utrzymanie ceny ropy w okolicach 80 dol. za baryłkę. Jest to szczególnie ważne dla Rijadu w kontekście zapowiedzi prywatyzacji największego na świecie koncernu paliwowo-gazowego Saudi Aramco, którego wycena będzie prawdopodobnie uzależniona w znacznym stopniu od bieżącej oraz oczekiwanej ceny ropy naftowej.

Warto również zwrócić uwagę na poziom zapasów, które są kluczowe w amortyzacji wahań podaży czy popytu. Przez wiele kwartałów były one zauważalnie powyżej pięcioletniej średniej. Teraz jednak szybko topnieją i zbliżają się do tego ważnego wskaźnika. Oznacza to, że wszelkie zaburzenia związane z produkcją (wydarzenia geopolityczne, awarie, katastrofy naturalne) będą szybciej przekładać się na wzrosty ceny, niż miało to miejsce w poprzednich kwartałach.

Płacz i płać

Doniesienia, które napłynęły z rynku ropy naftowej w ostatnich dniach oznaczają, że będziemy musieli przyzwyczaić się do znacznie wyższych cen. W kontekście diesla będzie to prawdopodobnie przedział 4,75-4,85 zł/litr. W przypadku podstawowej benzyny bezołowiowej będą to wartości o ok. 10 gr wyższe, a to oznacza, że na wielu stacjach zobaczymy niewidziane już od dawna 4,99 zł/litr.

Santander uruchamia w czterech krajach pierwszą usługę płatności zagranicznych opartą o blockchain

  • Nowe rozwiązanie o nazwie „Santander One Pay FX”, umożliwia klientom wykonywanie międzynarodowych przelewów pieniężnych w dniu następnym, a w wielu przypadkach nawet tego samego dnia.
  • Z rozwiązania mogą korzystać klienci detaliczni w Hiszpanii oraz w Wielkiej Brytanii, Brazylii i Polsce. Na rynku polskim usługa będzie dostępna także dla klientów biznesowych. W kolejnych miesiącach zaplanowano drożenie w kolejnych krajach.
  • Usługa jest szybsza, a ponadto klient widzi dokładną kwotę w walucie docelowej, jaką otrzyma beneficjent, jeszcze przed zatwierdzeniem przelewu.

Banco Santander poinformował o uruchomieniu nowej usługi płatności zagranicznych, wykorzystującej technologię blockchain. Z rozwiązania mogą korzystać klienci indywidualni w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Brazylii i Polsce. W Polsce, w ramach pilotażu, nowe rozwiązanie, usprawniające realizację płatności zagranicznych dostępne jest dla klientów indywidualnych, a także biznesowych.

W najbliższym czasie usługa będzie sukcesywnie wdrażana w kolejnych krajach.

Nowe rozwiązanie o nazwie „Santander One Pay FX” umożliwia realizowanie płatności międzynarodowej w dniu następnym, a w wielu przypadkach nawet tego samego dnia. Ponadto klienci będą informowani, jaka dokładnie kwota w walucie docelowej wpłynie na konto beneficjenta, jeszcze przed wykonaniem przelewu.

W najbliższym czasie Banco Santander będzie rozwijał dodatkowe funkcjonalności płatności. Jeszcze przed wakacjami, w niektórych krajach zaoferuje natychmiastowe płatności międzynarodowe, znacznie szybsze niż dotychczas funkcjonujące.

Wprowadzając „Santander One Pay FX” Grupa Santander jest pierwszym bankiem, który wdraża usługi płatnicze oparte o blockchain jednocześnie w wielu krajach.

Ana Botín, Przewodnicząca Banco Santander powiedziała:

Usługa One Pay FX jest oparta na technologii blockchain i umożliwia szybkie, proste i bezpieczne płatności międzynarodowe – zapewniając wartość, przejrzystość, wiarygodność i poziom obsługi, których oczekują klienci od banku takiego, jak Santander. Od dziś klienci Santander w Wielkie Brytanii mogą korzystać z One Pay, aby wykonywać płatności w do innych krajów europejskich i USA. Klienci w Hiszpanii mogą realizować płatności do Wielkiej Brytanii i USA, natomiast klienci w Brazylii i Polsce – przelewy do Wielkiej Brytanii. Płatności do krajów europejskich są realizowane w ciągu tego samego dnia. W pierwszym półroczu 2018 r. planujemy też uruchomić płatności natychmiastowe w kilku krajach. W ten sposób chcemy wspierać tysiące klientów, którzy codziennie wykonują płatności międzynarodowe. W najbliższych miesiącach będziemy rozszerzać zakres tej usługi o kolejne waluty i kraje docelowe.

Blockchain daje nam bardzo wiele możliwości do optymalizacji naszych usług – Santander One Pay FX to pierwsza z wielu takich aplikacji.”

W tej technologii Klienci Banku Zachodniego WBK mogą wykonywać określone płatności międzynarodowe do Wielkiej Brytanii za pośrednictwem bankowości internetowej. Bank planuje systematycznie poszerzać usługę, po przelewach do Wielkiej Brytanii zamierza udostępnić przelewy z Wielkiej Brytanii do Polski, następnie do Hiszpanii.

 

Michał Gajewski BZ WBK
Michał Gajewski, BZ WBK

Bank Zachodni WBK aktywnie uczestniczy w procesie digitalizacji polskiego sektora bankowego. Naszym priorytetem jest zapewnianie klientom najlepszych doświadczeń w korzystaniu z usług finansowych, dlatego inwestujemy w rozwój kanałów zdalnych, zapewniając użytkownikom wygodny dostęp do różnorodnych form płatności online. Konsekwentnie stawiamy na innowacje, takie jak rozwiązanie Santander One Pay FX, wyznaczając nowe standardy usług. Przyspieszenie procesowania płatności międzynarodowych dzięki technologii blockchain stanowi wartość dodaną dla naszych klientów. Wierzę, że rozwiązania tego typu zyskają uznanie naszych klientów i wzmocnią ich relacje z bankiem.- powiedział Michał Gajewski, prezes Banku Zachodniego WBK

Nowe rozwiązanie wykorzystuje aplikację xCurrent opartą na technologii rejestrów rozproszonych (distributed ledgers), opracowanych przez Ripple z siedzibą w Kalifornii. InnoVentures, należący do Santander fundusz venture capital operujący kwotą 200 mln USD i działający w sektorze fintech zainwestował w Ripple w 2015 r. Łącznie fundusz zainwestował w ponad 20 nowo utworzonych start-upów, które zajmują się sztuczną inteligencją, technologiami big data i blockchain, płatnościami, doradztwem finansowym, finansowaniem MŚP oraz udzielaniem kredytów na zakup samochodu i kredytów hipotecznych.

Szczegóły oferty Banku Zachodniego WBK na bzwbk.pl. Stan na 1-04-2018

E-Rozwój. Technologia napiera na biznes

Wartość czasu, jaki Polacy w ciągu roku spędzają w internecie, to 110 mld zł, a to jest 5 proc. naszego PKB. Firmy dopiero uczą się, jak wykorzystywać nowe technologie przetwarzania i przesyłania informacji, ale ich wpływ na wzrost gospodarczy będzie większy i o wiele szybszy niż zmiany, jakie wywołała rewolucja przemysłowa. Ekonomicznym sercem rewolucji cyfrowej jest spadek kosztów transakcyjnych.

W przypadku korzystania z internetu największym wydatkiem nie jest koszt dostępu do internetu, ale czas jaki temu poświęcamy. W USA szacuje się, że to wydatki w postaci przeznaczonego czasu są 30-krotnie większe od ponoszonych na dostęp do internetu. Rewolucja dotyczy sposobu w jaki wytwarzamy i przesyłamy informacje.

Komputery, telefony komórkowe i internet to przykłady zastosowania teleinformatyki (ang. ICT – Information and Communication Technologies) – szerokiego zbioru technologii umożliwiających przechowywanie, przetwarzanie oraz przesyłanie informacji. O ile rewolucja przemysłowa z XIX wieku pozwoliła na tanią, masową produkcję i transport dóbr materialnych, to obecnie zachodzące przemiany wiążą się z radykalnym spadkiem kosztów przetwarzania, magazynowania i przesyłania informacji. Chociaż technologie ICT rozprzestrzeniają się w gospodarce znacznie szybciej niż wynalazki ery przemysłowej, to wciąż odkrywamy ich nowe zastosowania. Dlatego też 72% ekonomistów uczestniczących w ostatnim forum zorganizowanym przez Europejski Bank Centralny w Sintrze w 2017 roku uznało, że wpływ ICT na produktywność w nadchodzących latach będzie rósł.

– W XXI wieku oczekiwaliśmy latających samochodów, a zamiast tego mamy 140-znakowe tweety – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju, autor raportu FOR: “E-Rozwój. Cyfrowe technologie a gospodarka”.

Dla rozwoju gospodarczego i w konsekwencji naszego poziomu życia kluczowe znaczenie ma wdrażanie nowych technologii. Szybki wzrost gospodarczy jest zjawiskiem relatywnie nowym – do XVIII wieku był on niezauważalny w skali życia jednego pokolenia, a okres potrzebny, by doszło do podwojenia PKB na mieszkańca, był dłuższy niż 1000 lat. Sytuacja uległa zmianie wraz z rewolucją przemysłową – w XX wieku PKB na mieszkańca podwajał się w krajach rozwiniętych co 30–40 lat, co oznaczało nawet 4-krotny wzrost PKB per capita w okresie życia jednego pokolenia.

-Rewolucja ICT rozprzestrzenia się znacznie szybciej niż wynalazki ery przemysłowej: potrzeba było 30 lat, by elektryczność trafiła do pierwszych 10% gospodarstw domowych w USA; telefonom stacjonarnym ten sam proces zajął 25 lat, a telewizorom, komputerom osobistym i telefonom komputerowym 10 lat. W przypadku tabletów trwało to już krócej niż 3 lata – wyjaśnia dr A.Łaszek.

Tempo rozpowszechniania się technologii przyspiesza nie tylko w krajach rozwiniętych, lecz także w tych rozwijających się. Przykładowo pełne wdrożenie statków parowych w Indonezji nastąpiło 160 lat po ich wynalezieniu; w Kenii zaś elektryczność została wdrożona 60 lat po jej odkryciu. Ale już wprowadzenie komputerów zajęło Wietnamowi tylko 15 lat, a telefonów komórkowych i Internetu tylko kilka lat.

Szczególnie trudno jest oszacować wpływ technologii cyfrowych na gospodarkę. Najłatwiej określić wartość dodaną, wytwarzaną w bezpośrednio z nimi związanych sektorach. Jednak zadanie staje się trudniejsze, kiedy chcemy oszacować wkład inwestycji w ICT do wzrostu gospodarczego czy wartość internetu dla użytkowników.

Wiemy jednak, że bezpośrednio związane z ICT sektory gospodarki wytworzyły w samym 2015 roku 4 proc. polskiego PKB, przy czym gospodarkę cyfrową definiuje się tutaj za OECD szeroko, uwzględniając produkcję komputerów, publikowanie i nadawanie, handel i działalność naprawczą, a także branże medialne i dostarczanie treści.

Rewolucja przemysłowa zniszczyła wiele firm, w ich miejsce powstały nowe, nowocześniejsze, a zmiany wywołane rewolucją cyfrową będą o wiele głębsze i szybsze.

Więcej na ten temat w raporcie FOR: “E-Rozwój. Cyfrowe technologie a gospodarka”.

CBRE: zapowiada się rekordowy rok w nieruchomościach. Przyciągamy inwestorów z RPA i Malezji

Najnowsze badanie CBRE „EMEA Investor Intentions Survey 2018” pokazuje, że 2018 rok zapowiada się jeszcze lepiej niż rekordowy pod względem inwestycji w nieruchomości ubiegły rok. Aż 78% inwestorów wskazuje, że ich aktywność inwestycyjna będzie taka sama lub większa niż w 2017. Na radarze najliczniejszej grupy (33%) jest sektor logistyczno-przemysłowy, który po raz pierwszy wyprzedził biura (26%). Eksperci CBRE zwracają uwagę, że na globalnym ruchu w nieruchomościach zyskuje Polska. Nasz kraj przyciąga inwestorów m.in. z Korei Południowej i RPA, których zachęcają niskie stopy procentowe, rozwój sektorów e-commerce oraz SSC/BPO.

Przemysław Felicki, Dyrektor, Rynki Kapitałowe, CBRE
Przemysław Felicki, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, CBRE

Inwestorzy mają bardzo pozytywne nastawienie do nieruchomości komercyjnych. Możemy się więc spodziewać, że wartość inwestycji w 2018 roku w Europie przekroczy rekordowe 291 mld euro, które uzyskano w 2017. Sprzyjać temu będzie dobra sytuacja gospodarcza, która sprawia, że inwestorzy dysponujący wystarczającym kapitałem, chętniej kupują nieruchomości. Najbardziej widać to w Europie Zachodniej, m.in. w Niemczech i Francji, gdzie niskie stopy procentowe powodują, że nieruchomości, obok giełdy, są najatrakcyjniejszą inwestycją. To przekłada się na coraz wyższe ceny aktywów, które z jednej strony mogą stanowić wyzwanie dla kupujących, z drugiej zaś są korzystne dla sprzedających. W konsekwencji, w 2018 roku możemy mieć do czynienia ze wzrostem inwestycji wystawianych na sprzedaż. Jednocześnie rynek nieruchomości komercyjnych znajduje się w późnej fazie cyklu, i taka koniunktura potrwa jeszcze rok-dwa – mówi Przemysław Felicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, CBRE.

Inwestycyjny szał

Inwestorzy patrzą na 2018 rok z jeszcze większym optymizmem niż na ubiegły – niemal połowa z nich (45%) uważa, że będzie kupowała więcej niż w 2017 roku, co oznacza wzrost o 4 p.p. w porównaniu rok do roku. Większa niż w minionym roku jest też grupa, która zakłada podobny poziom zakupów co rok wcześniej (33% vs. 26%). Większy apetyt inwestycyjny idzie w parze z większą skłonnością do sprzedawania aktywów. 4 na 10 zapytanych spodziewa się sprzedawać więcej niż w 2017 roku (2017: 36%), a 29% uważa ten rok będzie bardzo podobny pod tym względem do ubiegłego.

Wyzwania – cena i dostępność aktywów

Cena aktywów jest największym wyzwaniem dla inwestorów, co jest znaczną zmianą w stosunku do ubiegłego roku. 44% respondentów badania „EMEA Investor Intentions Survey 2018” podkreśliło, że ​​jest to główna przeszkoda dla inwestycji, w porównaniu z 38% w 2017 roku. Drugim problemem – dla 34% europejskich inwestorów – pozostaje podobnie jak rok temu dostępność produktu. 17% zapytanych wskazała natomiast na aktywność innych podmiotów, która przekłada się na mniejszą dostępność oraz wyższe ceny.

Pomimo wysokich cen i ograniczonej dostępności, inwestorzy mają większy niż rok temu apetyt na ryzyko. W celu uzyskania większego zysku, 19% respondentów jest w stanie zaryzykować, podczas gdy rok temu ten odsetek wyniósł 13%.

Na celowniku magazyny i biura

Po raz pierwszy w historii badania, inwestycyjnym celem numer jeden jest sektor logistyczno-przemysłowy (33% wskazań). – Już 2017 rok zweryfikował atrakcyjność przemysłu i logistyki, o czym świadczy liczba i wartość przeprowadzonych transakcji, również w Polsce. Na naszym rynku na koniec ubiegłego roku znajdowało się ponad 13 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, czyli o 22% więcej niż w 2016 roku. Co więcej, w ciągu minionych 12 miesięcy deweloperzy dostarczyli ponad 2 mln mkw. nowej powierzchni magazynowej, rejestrując najwyższy wynik w historii. Stopy zwrotów z inwestycji w nieruchomości magazynowe i przemysłowe są na wysokim poziomie w stosunku do innych segmentów nieruchomości. Zainteresowanie tym sektorem opiera się obecnie na dynamicznym rozwoju branży e-commerce, która w 2017 roku zajęła pozycję lidera wśród najemców magazynów w Polsce – mówi Beata Hryniewska, Szef Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki, CBRE.

Biurowce uplasowały się na drugim miejscu i są na radarze 26% inwestorów. Podium domykają budynki mieszkalne, na które wskazało 21,5% zapytanych. Głównym motywatorem wejścia w nieruchomości logistyczne jest atrakcyjny zwrot z inwestycji, podczas gdy w przypadku biur, inwestorzy szukają mocnych fundamentów gospodarczych i wysokiej płynności.

W obiekty handlowe planuje zainwestować co dziesiąty inwestor, a co dwunasty w hotele.

Polska na celowniku inwestorów

Na globalnych trendach inwestycyjnych zyskuje Polska. Więcej środków finansowych, czyli tych podmiotów, które chcą zainwestować w nieruchomości, rosnące ceny i zmniejszająca się globalna podaż dostępnych produktów, powodują, że coraz więcej inwestorów spogląda w stronę naszego kraju.

Sprzyjają temu również niskie stopy procentowe oraz utrzymujący się na solidnym poziomie wzrost gospodarczy. Inwestorów do Polski przyciągają też sektorowe czynniki. Intensywny rozwój sektora SSC/BPO przekłada się na rosnącą liczbę nowo otwieranych centrów, natomiast popularność zakupów internetowych na rozwój e-commerce i otwieranie kolejnych magazynów. W ubiegłym roku łączna wartość transakcji inwestycyjnych w Polsce wyniosła ponad 5 mld euro. Z wstępnych wyników za I kwartał tego roku wynika, że pierwsze trzy miesiące zamknęliśmy wynikiem na poziomie  ok. 1,5 mld euro. Jeśli zatem kolejne kwartały będą przynajmniej tak dobre jak pierwszy, cały 2018 rok zapowiada się bardzo obiecująco – mówi Przemysław Felicki z CBRE.

Eksperci CBRE wskazują na kilka grup graczy na polskim rynku. Pierwszą stanowią inwestorzy z Azji, np. z Korei Południowej, Chin, Malezji oraz z RPA, którzy z roku na rok powiększają swoją aktywność nad Wisłą. W drugiej znajdują się podmioty, które kiedyś były bardzo aktywne w naszym kraju i teraz na nowo planują swoje inwestycje. Dodatkowo, swoje portfele w Polsce powiększają także gracze z regiony CEE, przede wszystkich z Czech.

Metodologia badania:

Badanie „Investor Intentions Survey 2018” zostało zrealizowane przez CBRE od 26 grudnia 2017 do 24 stycznia 2018 roku. Wielkość próby wyniosła 1010 respondentów na całym świecie, w tym 350 respondentów, którzy wskazali, że są odpowiedzialni za inwestycje w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka).

W marcu e-commerce dostał świąteczny prezent wart miliony – niehandlowe niedziele

  • W marcu 3 niehandlowe niedziele zapewniły branży e-commerce 13% całości przychodów
  • Kwiecień może pobić ten wynik, tylko w ostatnią niedzielę sklepy będą otwarte
  • Około 70 proc. badanych Polaków uważa, że zakaz handlu w niedzielę nie jest dla nich problemem

Zamknięcie po raz pierwszy sklepów w niedzielę, według wyliczeń analityków z QuarticON*, silnie zaopatrzyło kasę cyfrowych sklepów. Polacy tylko w niedzielę 11 marca wydali aż 270 mln zł online. Pierwsza niehandlowa niedziela w branży e-commerce odnotowała niemal 40-proc. wzrost udziałów w sprzedaży w skali całego tygodnia w porównaniu ze średnim wynikiem rocznym. Pierwsza niehandlowa niedziela wypadła więc bardzo dobrze w marcowym rankingu, i to mimo pięknej pogody, zachęcającej do spacerów.

W pierwszą niedzielę niehandlową było sporo promocji, tworzono kampanie reklamowe zachęcające do robienia zakupów online i przypominające o zamknięciu sklepów. Wiele firm przygotowało na tej bazie stałe, atrakcyjne upusty dla klientów. Promocje z pewnością przyczyniły się do dobrego wyniku pierwszej niedzieli bez handlu – mówi Paweł Wyborski, prezes QuarticOn.

W drugą niedzielę wolną od handlu – obrót e-sklepów znów wzrósł ponad przeciętną – tym razem o 4 proc. w porównaniu z pozostałymi niedzielami. Przedświąteczny ruch handlowy odbił się wyższymi przychodami on-line w handlową niedzielę 25 marca – wówczas sprzedaż w sieci była o kolejne kilka proc. wyższa niż przeciętna dla niedziel z kilku poprzednich miesięcy.

Patrząc na obecne zachowanie Polaków w sieci, prognozuję, że w tym roku dodatkowy wzrost obrotów online w niehandlowe niedziele może dojść do poziomu nawet 7 proc. – ocenia Paweł Wyborski. – Biorąc jednak pod uwagę różnice w niedzielnym obrocie pomiędzy pierwszą a drugą niedzielą, to może być sygnał, że zakaz handlu nie wpłynie na tak duży wzrost sprzedaży w branży e-commerce, jakiego się spodziewano po pierwszym dniu objętym zakazem – dodaje.

Zdaniem Łukasza Szczepańskiego, prezesa Merlin.pl, e-commerce wyraźnie zyskuje w dni objęte zakazem handlu. – Regularnie notujemy w te dni wzrosty sprzedaży około 10 proc. powyżej średniej – zaznacza Łukasz Szczepański.

Jak łącznie wypadają marcowe niehandlowe niedziele w Polsce? W skali całego miesiąca zapewniły branży e-commerce aż 13% całości przychodów. Wzrost obrotu w dni z zakazem handlu był wyraźnie odczuwalny w sklepach funkcjonujących równolegle online i w offline. To właśnie te sklepy zauważyły o 21% większy obrót w dni objęte zakazem. Możliwość handlu online w każdą niedzielę ma wpływ na opinie Polaków co do zakazu handlu. Dla ponad 70 proc. badanych Polaków obowiązujący zakaz handlu nie jest problemem*. Ponad 35 proc. osób z „nie widzącej problemu” grupy deklaruje, że zazwyczaj nie robi zakupów w niedzielę, ok. 12 proc. uważa, że potrzebne artykuły nadal może zakupić w miejscach, których zakaz nie objął. Ponad 25 proc. badanych odpowiedziało, że zakaz nie wpłynął na ich życie.

Od kwietnia zmiana wysokości opłat z tytułu składki wypadkowej

Nowy okres składkowy przyniesie większości przedsiębiorstw zmianę wysokości opłat z tytułu składki wypadkowej. W wyniku nowelizacji rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej, od kwietnia 2018 roku płatnicy zgłaszający do 9 osób ubezpieczonych zapłacą mniej. W przypadku pozostałych płatników opłaty zmniejszą się lub zwiększą w zależności od rodzaju wykonywanej przez nich działalności.

Zgodnie z nowelizacją rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie różnicowania stopy procentowej składki na ubezpieczenie społeczne z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych w zależności od zagrożeń zawodowych i ich skutków, już od 1 kwietnia 2018 r. zmieniają się kategorie ryzyka wraz z odpowiadającymi im stopami procentowymi składki na ubezpieczenie wypadkowe dla połowy grup działalności według Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). Dla przedsiębiorstw z 32 grup PKD oznacza to zmianę wysokości opłat z tytułu składki na ubezpieczenia wypadkowe. Kategorie ryzyka dla poszczególnych grup działalności są aktualizowane m.in. w oparciu o dane statystyczne GUS dotyczące wypadkowości w trzech ostatnich latach kalendarzowych. Odnotowany w ostatnim czasie niższy poziom liczby osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy dla części przedsiębiorstw przełoży się na niższe stopy procentowe składek na ubezpieczenie wypadkowe. W nowym okresie składkowym najwyższa stopa procentowa składki wynosi 3,33 proc., a najniższa 0,67 proc. Koszt składki wypadkowej jest w całości ponoszony przez pracodawcę i zależy od masy wynagrodzeń. Zmiany najbardziej odczują więc przedsiębiorstwa o wysokim poziomie zatrudnienia.

Niższe opłaty dla deklarujących do 9 ubezpieczonych

Do tej pory najwyższa wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe sięgała 3,60 proc., a teraz wynosi 3,33 proc. Ta zmiana ma szczególne znaczenie dla płatników składek zgłaszających do ubezpieczenia nie więcej niż 9 osób. W ich przypadku wysokość składki wypadkowej nie jest wyliczana przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wynosi 50 proc. najwyższej składki na ubezpieczenie wypadkowe, To oznacza, że dla tych płatników wysokość składki wypadkowej zmniejszy się z 1,80 proc. do 1,67 proc. podstawy wymiaru składek.

Powyżej 10 ubezpieczonych? Wzrost lub spadek opłat w zależności od PKD

W przypadku płatników, którym wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe co roku ustala ZUS, zmiana wysokości opłat zależy m.in. od rodzaju wykonywanej przez nich działalności PKD. Po nowelizacji rozporządzenia MPiPS, od kwietnia 2018 r. aż 28 grup działalności odnotuje obniżenie opłat. Przykładowo, dla przedsiębiorstw zajmujących się górnictwem ropy naftowej i gazu ziemnego obniżono kategorię ryzyka i odpowiadającą jej stopę procentową składki wypadkowej z 3,60 proc. na 2,80 proc.

Niekorzystne zmiany odczują przede wszystkim przedsiębiorstwa z 4 grup działalności PKD. Chodzi o działalność związaną z rekultywacją i pozostałą działalność usługową związaną z gospodarką odpadami, działalność usługową wspomagającą górnictwo i wydobywanie, transport wodny oraz działalność organizatorów turystyki, pośredników i agentów turystycznych. Tej ostatniej grupie podwyższono stopę procentową składki z 0,40 proc. do 0,67 proc. Z kolei w przypadku przedsiębiorstw wspomagających górnictwo i wydobywanie, do tej pory wysokość stopy procentowej wynosiła 2,53 proc., a teraz będzie wynosić 3,06 proc. Przykładowo, spółka z tej branży, zatrudniająca 200 pracowników, do tej pory płaciła za składkę wypadkową ok. 325 428,84 zł rocznie, teraz po podwyżce zapłaci ok. 393 601,68 zł, czyli aż o 21 proc. więcej.

– Należy pamiętać, że ostateczna wysokość wyliczonej przez ZUS stopy procentowej składki na ubezpieczenie wypadkowe będzie zależeć nie tylko od grupy działalności PKD, ale także od liczby osób zatrudnionych i zgłoszonych do ubezpieczenia wypadkowego oraz od indywidualnych czynników, takich jak liczba osób zatrudnionych w warunkach zagrożenia czy poziom wypadkowości w przedsiębiorstwie. Warto zauważyć, że stawki składek na ubezpieczenia wypadkowe są różnicowane, aby motywować przedsiębiorstwa do przestrzegania zasad BHP i podejmowania działań zwiększających bezpieczeństwo pracowników – podkreśla Robert Adamczyk, Project Manager w obszarze HR Performance Ayming Polska.

Mniej wypadków, niższa składka

Inwestowanie w działania prewencyjne, takie jak szkolenia z zakresu BHP, modernizacja maszyn i urządzeń czy automatyzacja procesów produkcyjnych, przekłada się na zmniejszenie liczby wypadków w pracy i ograniczenie warunków zagrożenia. Z perspektywy pracodawcy, obniżenie wypadkowości krótkoterminowo redukuje koszty absencji i zastępstw, a długofalowo – obniża wysokość składki na ubezpieczenia wypadkowe odprowadzanej do ZUS. Jednak dla wielu przedsiębiorstw wciąż wyzwaniem pozostaje pozyskanie środków na działania prewencyjne.

Źródłem inwestycji w poprawę bezpieczeństwa pracowników mogą być oszczędności przedsiębiorstwa wynikające z weryfikacji sposobu naliczania składki wypadkowej, jej wysokości i rozliczenia. Z doświadczenia Ayming Polska wynika, że często osoby decyzyjne w firmach nie są do końca świadome możliwości obniżenia składki na ubezpieczenie wypadkowe. Tymczasem przedsiębiorstwa mogą weryfikować swoje opłaty z tytułu składek ZUS nawet do 5 lat wstecz, a w przypadku zidentyfikowania nienależnie opłaconych składek – skutecznie odzyskiwać nadpłaty – komentuje Piotr Radko, Dyrektor linii biznesowej HR Performance Ayming Polska.

Do 20 kwietnia 2018 r. płatnicy, którym ZUS ustala wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe, powinni otrzymać zawiadomienie o obowiązującej ich wysokości składki w okresie od kwietnia 2018 do końca marca 2019. Płatnicy, którzy nie otrzymają takiego zawiadomienia, powinni jak najszybciej zwrócić się po informacje do ZUS, aby w terminie rozliczyć składki za kwiecień 2018 r.

eBay: Polacy kupili 30% więcej elektroniki niż rok temu

Polscy użytkownicy eBay, jednego z największych portali aukcyjnych na świecie, tylko w pierwszych trzech miesiącach 2018 r. kupili na platformie aż o 30% więcej sprzętów elektronicznych niż przed rokiem. Najczęściej zamawiali laptopy, telefony i akcesoria komórkowe, a jako miejsce zagranicznych zakupów online wybierali przede wszystkim Europę i Azję.

Z badania przeprowadzonego przez Kantar Millward Brown na zlecenie eBay wynika, że ponad połowa respondentów wybiera zakupy online z uwagi na niższą cenę w porównaniu do sklepów stacjonarnych. Różnice mogą się okazać tym bardziej znaczące, jeśli mamy do czynienia ze sprzętem wartym klika tysięcy złotych, a właśnie tyle kosztuje relatywnie dobrej jakości laptop.eBay Elektronika

Wewnętrzne dane transakcyjne eBay potwierdzają, że średnia cena zakupu np. telefonu komórkowego z Azji bywa niższa nawet o 20% w porównaniu do cen oferowanych na rynku europejskim. Co ciekawe, aż 80% kupionych sprzętów to produkty nowe, a nie używane. Jak ocenia Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca eBay na Polskę i Europę Centralną, to właśnie cena w połączeniu z pewnością bezpiecznej dostawy nawet z najdalszych zakątków świata ma kluczowy wpływ na decyzje zakupowe konsumentów.

Obserwujemy, że elektronika już od kilku lat systematycznie zyskuje na popularności. Dzisiaj mamy do czynienia z bardzo świadomym konsumentem, który jest w stanie na własną rękę porównać ceny i wybrać najbardziej korzystną opcję. Aktualnie platformy sprzedażowe wychodzą naprzeciw tego typu trendom i coraz częściej oferują tanią i szybką wysyłkę właśnie po to, żeby ułatwić konsumentom dostęp nawet do najbardziej oddalonych rynków, takich jak np. Azja – zaznacza Małgorzata Gliszczyńska.

E-kupujący: dostawa najlepiej za darmo

Ponad 80% osób, które wzięły udział w badaniu eBay, deklaruje wybór możliwie najtańszej dostawy. Z danych wynika, że kupujący najczęściej wybierają dostawę kurierem, a zaraz potem odbiór w paczkomatach i usługi Poczty Polskiej. Szybka i tania wysyłka staje się ogólnoświatowym trendem, w który również starają się wpisać największe portale aukcyjne.

Jednym z wielu przykładów jest eBay, który od ubiegłego roku oferuje darmową i szybką przesyłkę nie tylko w przypadku produktów pochodzących z Europy, ale również Azji. Dostawa zamówionego produktu następuje najpóźniej w ciągu kilku dni i jest to możliwe dzięki współpracy eBay ze sprzedawcami, którzy posiadają swoje magazyny na terenie Europy. W ten sposób polscy użytkownicy mogą zamówić od zagranicznych sprzedawców najnowsze modele sprzętów elektronicznych, takich jak telefony czy iPady w bardzo konkurencyjnej cenie.Ranking telefonów

***

Źródło danych: Badanie Kantar Millward Brown, Usage and attitude towards eBay, 2017 r.

Fed to za mało

Opublikowany wczoraj wieczorem protokół z posiedzenia FOMC ograniczył nieco skalę osłabienia dolara. Polityka monetarna Fed – a z pewnością komunikacja z rynkiem – dryfuje stopniowo w bardziej jastrzębim kierunku i jest elementem rynkowej układanki pozytywnym dla amerykańskiej waluty.

Szkopuł w tym, że obecnie dużo ważniejsze dla inwestorów są czynniki geopolityczne i obawy o wojny handlowe. Chaos w administracji Trumpa i jej kolejne zaskakujące kroki spychają fundamenty na dalszy plan a najważniejszą częścią dnia dla rynków staje się wczesne popołudnie, kiedy Trump wysyła w świat pierwsze wiadomości na Twitterze.

Globalne rynki (zwłaszcza rynek akcji, ale również np. metali przemysłowych) pozostają pogrążone w mocnych turbulencjach. Będą one naszym zdaniem rozlewać się na kolejne klasy aktywów. Złoty mający za sobą kilkugroszowe umocnienie względem euro w takim środowisku powinien powrócić do osłabienia. Kurs EUR/PLN będzie naszym zdaniem powracać ponad 4,20 i kierować się do 4,25 a następnie  potencjalnie nawet 4,28.

Nie dość, że temat wojen handlowych może nieco przyhamować rozpędzoną globalną gospodarkę, to na przygaśnięcie impetu wzrostu gospodarczego u naszych  najważniejszych partnerów handlowych zdaje się wskazywać seria ostatnich publikacji makroekonomicznych z indeksami PMI na czele. Innymi słowy: szczyt cyklu koniunkturalnego w strefie euro może być już za nami. Podobnie sugerować może chociażby ostatnia porcja danych z Czech. Warto też odnotować, że inne ważne waluty świata emerging markets znajdują się pod silną presją. Lira jest najsłabsza do euro w historii: EUR/TRY na początku tygodnia pokonał barierę 5,0 i wszedł w fazę wręcz parabolicznych wzrostów. Rubla objęto potężną wyprzedażą po nałożeniu nowych sankcji na Rosję a południowoafrykański rand wyraźnie potaniał. Przy negatywnym nastawieniu do innych walut z koszyka EMEA złoty może mieć problemy z przedłużeniem mozolnie postępującego umocnienia. Tym bardziej kiedy jasne stało się, że przez minimum kilka kwartałów Rada Polityki Pieniężnej nie będzie się kwapić z podwyżkami stóp procentowych.

W tym tygodniu Nowotny z ECB wsparł euro dywagacjami na temat wychodzenia ze strategii ultrałagodnej polityki. Nie sądzimy jednak, by jego słowa znalazły odbicie w protokole z posiedzenia ECB. Rada Prezesów bardzo daleka jest od deklaracji dotyczących kształtu polityki w 2019 roku. Wspólnej walucie uroku odejmuje nieco i przygaśnięcie presji cenowej i wyraźnie słabsze (i odstające od oczekiwań) dane ze sfery realnej. Wzrost jest i pozostanie więcej niż przyzwoity, ale impet nieco spowolnił. W rezultacie – przy utrzymującej się nieufności do dolara – nie widzimy podstaw, by EUR/USD mógł w najbliższym czasie wychodzić ponad górne ograniczenie obowiązującego od tygodni przedziału wahań 1,22-1,2550. Kurs obecnie znajduje się w jego połowie i nieco ponad 55 – sesyjną średnią ruchomą. Marsz w górę ogranicza pułap 1,24. Większą przestrzeń do zniżek w niepewnym środowisku zmiennych nastrojów zdają się mieć EUR/GBP czy EUR/JPY. Spodziewamy się, że w gronie walut surowcowych AUD będzie odstawać od NZD oraz CAD. Dolar kanadyjski jest wspierany przez silne zwyżki cen ropy (WTI najdroższa od 2014 roku) i zepchnięcie na dalszy plan obaw o przyszłość porozumienia NAFTA.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

Nomadzi są wśród nas, czyli o pracy z każdego zakątka globu

W 2017 roku Polacy wyjeżdżali na wakacje średnio na 7 i pół dnia, czyli około 2 doby krócej niż jeszcze 5 lat temu – wynika z badań CBOS. Przyczyną może być fakt, że coraz częściej urlop dzielony jest na kilka mniejszych wyjazdów. Istnieją jednak tacy, którzy na wakacjach są niemal zawsze i jak szacowano na konferencji DNX Global w Berlinie, do 2035 roku będzie ich 1 miliard. Jak to możliwe? Wszystko dzięki cyfrowemu nomadyzmowi.

Szukając definicji słowa „nomada” w słowniku języka polskiego, można spotkać się z takimi określeniami jak „członek ludu, plemienia prowadzącego wędrowny tryb życia” czy „koczownik”. Cyfrowy nomadyzm (digital nomadyzm) niewiele się od tego różni. Dzięki zdobyczom techniki, takim jak telefonia komórkowa czy internet, wiele osób może wykonywać swoje obowiązki zawodowe zarówno z biura w Łodzi, jak i Pun Space, najpopularniejszego coworkingu Chiang Mai w Tajlandii.

Wielu freelancerów nie zdaje sobie sprawy, że jest cyfrowymi nomadami. Wykonując zawody, które nie wymagają przebywania w określonym miejscu, takie jak na przykład programowanie, copywriting, blogowanie czy grafika, mogą sobie pozwolić na pracę niemal z każdego zakątka świata, potrzebując do tego jedynie dobrego łącza internetowego. 

– Portal Entrepreneur.com szacuje, że na świecie jest około 13,5 tys. biur coworkingowych, w których podobnie, jak w Idea Hub, można popracować, napić się kawy czy wynająć salękonferencyjną na spotkanie biznesowe. Takie rozwiązanie jest korzystne zarówno dla osób, które nie opuszczają swojego miasta, jak i tych, które zdecydowały się na łączenie pracy z podróżami – mówi Marta Bloch, Project Manager Idea Hub.

Synergia wykonywania obowiązków zawodowych z chęcią zwiedzania, posiada już swój odrębny termin – workation, który można przetłumaczyć na język polski jako „pracowakacje”.

Pracowakacje – od czego zacząć?

Powodów dla których ludzie decydują się na podróżowanie i jednoczesną pracę jest wiele. Chęć poznawania nowych miejsc i kultur, doskonalenie języków obcych czy poprawa swojej sytuacji ekonomicznej. Chociaż podróże nierozerwalnie łączą się z wydatkami, tak w przypadku cyfrowego namadyzmu, może być zupełnie inaczej. Jest to efekt wyboru lokalizacji, gdzie siła nabywcza waluty w której zarabiamy jest większa niż waluty lokalnej. To właśnie z tego powodu Azja Wschodnia jest jednym z najpopularniejszych kierunków dla digital nomadów z całego świata.

Aby pozwolić sobie na „pracowakacje”, warto zadbać o stałe źródło zleceń. W internecie można znaleźć wiele stron, takich jak Upwork, 99designs, Behance czy Peopleperhour, gdzie zamieszczane są oferty pracy z całego świata.

– Decydując się na zagraniczne zlecenia zyskujemy na kilku płaszczyznach. Wykonując zadania z krajów o mocniejszej walucie, odnosimy większą korzyść finansową niż freelancerzy z kraju zleceniodawcy. Nie należy jednak zapominaćże ktoś z innego kraju może przebić cenę naszej oferty – np. w Indiach czy bliższej nam Mołdawii koszt pracy i utrzymania może być niższy, a ceny ofert bardziej korzystne. Dlatego warto skoncentrować się na tworzeniu międzynarodowego portfolio, które będzie stanowiło dowód jakości realizowanych przez nas zleceń – komentuje Marta Bloch, Idea Hub.

Zapisy Dyrektywy o delegowaniu pracowników przegłosowane

Wczoraj ambasadorowie państw członkowskich UE zebrani w COREPER 1 (Komitecie Stałych Przedstawicieli) przegłosowali tekst rewizji Dyrektywy o delegowaniu pracowników. Zapisy były wcześniej negocjowane przez przedstawicieli Rady, Parlamentu i Komisji w trilogach. Potwierdziły się wcześniejsze nieformalne informacje dotyczące projektu. Pojawiły się w nim korzystne zmiany, co nie zmienia faktu, że wciąż nowelizacja jest dla polskich firm niekorzystna w stosunku do obecnie obowiązujących przepisów. 

– Ostateczny projekt kompromisu nie wywoła masowych bankructw polskich firm, a „jedynie” mocno skomplikuje im życie. Jednak nowelizacja jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady konkurowania. Podjętą przez Jean-Claude Junckera decyzją o zaostrzeniu dyrektywy nie zachwiały wyniki zamówionych przez Komisję raportów, z których płynął wniosek, że delegowanie pracowników jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku – komentuje Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, największego w Europie think tanku zajmującego się mobilnością pracy w ramach swobody świadczenia usług. – Mimo, że nowelizacja dyrektywy była promowana jako korzystna dla pracowników delegowanych, w Brukseli otwarcie mówiło się, że jej faktycznym celem jest ochrona lokalnych rynków państw bogatego centrum Unii przed niemile widzianą konkurencją z państw peryferyjnych, przede wszystkim z Polski.

Jakie są najważniejsze zapisy nowelizacji i ostatnie zmiany w projekcie?

Okres delegowania ustalono na 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia go o 6 miesięcy na podstawie uzasadnionej notyfikacji przedstawionej przez przedsiębiorcę władzom państwa przyjmującego. W ostatnim trilogu dopisano jednak, że państwa członkowskie „powinny” przedłużyć ten okres. Liczyć się będzie rzeczywisty okres delegowania, a zatem faktyczna ilość dni pracy pracownika delegowanego, a nie czas od jego pierwszego przyjazdu do ostatniego wyjazdu, w który wliczane były również przerwy, jak to proponowała Komisja Europejska.

Największym sukcesem jest korzystna definicja zastępowania, która zawęża zastępowanie do jednego pracodawcy delegującego w to samo miejsce i do tych samych czynności, a nie jak, to było proponowane wcześniej wszystkich pracodawców łącznie.

Przy porównywaniu wynagrodzenia wypłacanego pracownikowi delegowanemu i wynagrodzenia należnego zgodnie z prawem państwa przyjmującego będzie należało wziąć pod uwagę całkowitą kwotę brutto wynagrodzenia, a nie poszczególne jego elementy. To bardzo ważna decyzja mająca ogromne znaczenie w praktyce. Wynagrodzenie pracownika delegowanego może bowiem obejmować szereg trudno wyliczalnych elementów.

Proponowane zapisy niestety zakładają odejście od wymogu stosowania się wyłącznie do układów powszechnie obowiązujących. Obowiązywać mogą również układy zbiorowe, które nie są uznane za powszechnie obowiązujące, ale są reprezentatywne np. dla danego obszaru geograficznego, zawodu lub sektora przemysłu i które oferują najkorzystniejsze warunki zatrudnienia pracownika.

– Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym, oddeleguje pracowników do wykonywania tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy będzie musiał, niezależnie od tego, jakie prawo właściwe ustalił w umowach z pracownikami, objąć ich wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Pracownikom nie przyniesie to żadnych wymiernych korzyści, gdyż od pierwszego dnia pracy za granicą ich wynagrodzenie w każdym przypadku będzie wypłacane na takich samych zasadach, co pracownikom lokalnym. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna – podsumowuje Stefan Schwarz.

21 czerwca dokument będzie formalnie przegłosowany na posiedzeniu Rady EPSCO. Głosowanie na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego nastąpi w ciągu kolejnych kilkunastu dni. Nowe przepisy będą stosowane od dnia przypadającego 2 lata po wejściu w życie znowelizowanej Dyrektywy.

IMP szacuje, ze zmiany w unijnej Dyrektywie o delegowaniu pracowników dotkną nawet do kilkudziesięciu tysięcy polskich firm i od 400 do 900 tys. miejsc pracy m.in. w opiece, rolnictwie, budownictwie, IT, outsourcingu, w transporcie i wielu innych branżach.

Ostateczny projekt kompromisu w sprawie pracowników delegowanych nie wywoła masowych bankructw polskich firm, a „jedynie” mocno skomplikuje im życie. Jednak okoliczności, w których projekt był procedowany budzą duży niepokój. Decyzja o nowelizacji dyrektywy o delegowaniu pracowników została podjęta w wyniku politycznej presji wywartej na Komisji Europejskiej przez 6 najbogatszych państw [list otwarty ministrów ds. pracy do przewodniczącego KE], a następnie procedowana przez unijne instytucje wbrew protestom ze strony mniej zamożnych krajów, które przeciwko Komisji wszczęły nawet procedurę ostrzegawczą w ramach tzw. żółtej kartki. Podjętą przez Jean-Claude Junckera decyzją o zaostrzeniu dyrektywy nie zachwiały również wyniki zamówionych przez Komisję raportów, z których płynął wniosek, że delegowanie pracowników nie tylko nie wpływa negatywnie na rynki pracy państw przyjmujących, ale wręcz jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku. Mimo, że nowelizacja dyrektywy była promowana jako korzystna dla pracowników delegowanych, w Brukseli otwarcie mówiło się, że jej faktycznym celem jest ochrona lokalnych rynków państw bogatego centrum Unii przed niemile widzianą konkurencją z państw peryferyjnych, przede wszystkim z Polski. Nowelizacja dyrektywy o delegowaniu pracowników jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady konkurowania. Z perspektywy polskich firm oznacza to, że ich konkurencyjność na unijnym rynku nie będzie wynikać z efektywności czy popytu na ich usługi lub towary, ale będzie regulowana przez unijnych polityków w taki sposób, żeby polskie firmy nie mogły zagrozić dominującej pozycji rynkowej firm z Francji, Niemiec czy Austrii. Z perspektywy społecznej, doprowadzi to do sytuacji, w której państwa bogate będą jeszcze szybciej się bogacić, a biedne przekształcą się w peryferyjne rezerwuary taniej siły roboczej.

Na czym polegają wspomniane utrudnienia dla przedsiębiorstw związane z nowelizacją dyrektywy o delegowaniu? Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym, oddeleguje pracowników do wykonywania  tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy będzie musiał, niezależnie od tego jakie prawo właściwe ustalił w umowach z pracownikami, objąć ich wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Pracownikom nie przyniesie to żadnych wymiernych korzyści, gdyż od pierwszego dnia pracy za granicą ich wynagrodzenie w każdym przypadku będzie wypłacane na takich samych zasadach, co pracownikom lokalnym. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna. Oczywiste jest, że pracodawcy będą unikać przekraczania okresu 12-miesięcy, gdyż wiązać się to się będzie dla nich z dodatkowymi kosztami i ryzykami prawnymi. Należy pamiętać, że Traktat o Unii Europejskiej pozwala na ograniczanie swobód rynku wewnętrznego tylko w wyjątkowych i uzasadnionych przypadkach podyktowanych ważnym interesem publicznym. Pytanie, czy zniechęcanie firm do świadczenia usług przez dłuższy okres niż 12 miesięcy jest uzasadnione ważnym interesem publicznym. Jeśli nie, to oznacza że zasada ta jest sprzeczna z prawem Unii.

Stefan Schwarz prezes Inicjatywy Mobilności Pracy (IMP)

Ukraińcy bezcenni dla polskiej gospodarki

Można śmiało powiedzieć, że w ostatnich latach w Polsce nastąpiła największa rewolucja społeczno-gospodarcza po 1989 roku. Czynniki demograficzne, a także emigracja zarobkowa Polaków całkowicie zmieniły realia na rynku pracy. Polska w końcu wyrwała się z zastoju gospodarczego. Patrząc choćby na wskazanie PKB za IV kwartał 2017 roku, dane muszą robić wrażenie. 5,1% jest najlepszym wynikiem od prawie dziesięciu lat. Tempem wzrostu zaczęliśmy dorównywać azjatyckim tygrysom, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia.

Wszystko pięknie, tyle tylko, że tak wysoki wzrost spowodował zjawisko braku rąk do pracy. W wielu sektorach gospodarki firmy były zmuszone sięgać po rezerwy na rynku pracy. Jednak i to nie wystarczyło. Na koniec roku 2017 bezrobocie w Polsce według GUS spadło do rekordowych 6,6%. Według niektórych ekonomistów taki wynik uznawany jest za poziom bezrobocia naturalnego, a więc ludzie pozostający bez pracy jej nie szukają i nie są zainteresowani jej podjęciem. Niższy wiek emerytalny w Polsce również nie pomaga. Zaledwie 50% osób w wieku 54-64 lata pracuje zawodowo. Do tego Polacy cały czas emigrują na zachód. Co prawda w mniejszym stopniu niż we wcześniejszych latach, ale jednak nadal jest to proces zauważalny. Odsetek firm deklarujących niedobór pracowników w IV kwartale 2017 był na najwyższym poziomie w historii.

Bez wątpienia kołem ratunkowym dla polskiej gospodarki, by sprostać osiąganiu tak wysokiego wzrostu gospodarczego, okazał się silny napływ pracowników z Ukrainy. Szacunki mówią o 2 milionach Ukraińców pracujących legalnie na terenie Polski, podczas gdy na koniec roku 2018 oczekuje się wzrostu do 3 milionów. Z pewnością nie bez znaczenia okazał się konflikt zbrojny na Ukrainie, wskutek którego ludzie masowo opuszczali swój kraj.

Pracownicy z Ukrainy zajmują miejsce w branżach, gdzie brakuje rąk do pracy. Przede wszystkim jest to przemysł i budownictwo. Sporo ludzi podjęło pracę w branży hotelarskiej
i gastronomii. Mimo takiej liczby napływu pracowników, rynek nadal nie narzeka na ich nadmiar. Wręcz przeciwnie, ogłoszeń o pracę wciąż jest wiele. Polscy pracodawcy chętnie zatrudniają cudzoziemców zza naszej wschodniej granicy, wskazując na wysoki poziom ich zaangażowania w pracę.

Wydawało się, że Polska będzie dla cudzoziemców z Ukrainy jedynie przystankiem do dalszej drogi na zachód, gdzie, nie da się ukryć, zarobki są wyższe. Szczególnie po liberalizacji przepisów unijnych z 11 czerwca 2017 roku, zgodnie z którymi Ukraińcy mogą wjeżdżać bez wizy do państw Unii Europejskiej. Czas jednak pokazał, że obawy były bezzasadne. Badania ankietowe wykazują, że aż 80% przybyszów chce pozostać w naszym kraju.

Bez wątpienia w tym kontekście kluczowa okazuje się bliskość geograficzna. Pracownicy
z Ukrainy mają blisko do swoich rodzin. Również bariera językowa ich nie ogranicza. Co jednak równie ważne, rosnące płace w Polsce powodują, że Ukraińcom nie opłaca się przenosić. Statystyki zakupu mieszkań potwierdzają niechęć do dalszego przemieszczania się, a wręcz wskazują na chęć osiedlania się na stałe. Najwięcej nieruchomości kupowanych jest przez imigrantów zza wschodniej granicy w Krakowie, co może wynikać z położenia geograficznego. Są to przede wszystkim małe lokale około 40-50 m2, najczęściej nabywane przez młode osoby za gotówkę.

Rosnące płace, to wynik sporej presji płacowej pracowników z Ukrainy. Początkowo cudzoziemcy pracowali w Polsce za nieco niższe stawki. Badania ankietowe pokazują, że ponad 55% pracowników chce zarabiać już w przedziale 3-5 tysiące złotych netto. Tylko 23% chciałoby pracować za mniej niż 3 tysiące złotych netto. Stawki więc są wygórowane, biorąc pod uwagę, że średnia pensja w Polsce wynosi niewiele ponad 3 tysiące złotych na rękę.

Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze, ogólnie w Polsce rosną żądania płacowe. Po drugie, pracodawcy doceniają poziom zaangażowania cudzoziemców i chęć do pracy dłuższej niż 40 godzin tygodniowo. Najważniejsze jednak jest poczucie, że firmom brakuje rąk do pracy, także można śmiało przyjąć stanowisko twardego negocjatora
w kwestiach dotyczących wynagrodzenia.

Pracownicy z Ukrainy nie tylko wspomagają polską gospodarkę na drodze dynamicznego wzrostu. Według szacunków, na koniec III kwartału 2017, ponad 300 tysięcy Ukraińców odprowadzało składki do ZUS. Pokazuje to, że celem pracy jest nie tylko chęć zarobku, ale już chęć zadomowienia się na stałe. Dla obecnych władz to idealna sytuacja. Składki odprowadzane przez ukraińskich pracowników pozwalają pokryć rosnące wydatki na świadczenia emerytalne, szczególnie po obniżeniu wieku przejścia na emeryturę w naszym kraju.

Zjawisko ogromnej rewolucji na rynku pracy potwierdza podsumowanie transferów finansowych w Polsce. Z tego punktu widzenia nasz kraj stał się krajem imigracyjnym, a przez wiele lat byliśmy krajem emigracyjnym. Najprościej można powiedzieć, że więcej środków jest z Polski wysyłanych, niż trafia do naszego kraju z innych państw. W tym kontekście ważne jest, by zatrzymać pracowników z innych krajów na stałe, wtedy transfer środków za granicę się zmniejsza, a zwiększa się konsumpcja i rozwija sektor budownictwa mieszkaniowego.

Ukraińcy okazali się zbawieniem dla polskiej gospodarki. Fala imigracji pozwoliła utrzymać się pędzącemu pociągowi z napisem “rozwój gospodarczy”. Nie bez przyczyny NBP uznał potencjalny ubytek naszych wschodnich sąsiadów za główny czynnik ryzyka dla rynku pracy w Polsce. Wydaje się, że obecność pracowników z Ukrainy na polskim rynku pracy nie jest trendem przejściowym.

Krzysztof Pawlak – ekspert walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Trump grozi Rosji. Kurs dolara pod wpływem wydarzeń politycznych

D. Trump stwierdził, że stosunki rosyjsko-amerykańskie nigdy nie były tak napięte (nawet w czasach zimnej wojny). Zagroził jednocześnie, że Rosja nie będzie w stanie zestrzelić rakiet, którymi USA uderzy w Syrię. W rezultacie ceny ropy podskoczyły przejściowo do ok. 73 USD/b.

W środę uwagę rynków zwracały dane o amerykańskiej inflacji konsumenckiej, kwietniowe posiedzenie RPP i publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia Fed. Mimo, że większość inwestorów oczekiwała jastrzębich doniesień z USA i możliwego nasilenia gołębiego tonu NBP (po tym jak w marcu szacunkowa inflacja CPI spadła do 1,3% r/r) od pierwszych godzin wczorajszej sesji złoty umacniał się.

RPP utrzymała stopy bez zmian, co nie było żadnym zaskoczeniem. Podobnie jak gołębi wydźwięk konferencji prasowej (mając w pamięci wcześniejszą stanowczość prezesa Adama Glapińskiego i biorąc pod uwagę rozczarowujące krajowe dane inflacyjne). Na początku 2017 roku inflacja CPI zakończyła dwuletni okres deflacji cenowej wywołanej gwałtowną przeceną ropy naftowej i surowców rolnych. Po zeszłorocznym odbiciu cen w Polsce indeks CPI ustabilizował się w przedziale 1,5-2,5% a więc w dolnym paśmie wahań akceptowanym przez NBP. Obecnie mamy ponownie dodatnią bieżącą realną stopę referencyjną. Coraz bardziej oddalająca się od dolnego ograniczenia przedziału odchyleń od celu NBP inflacja, w ocenie RPP nie tylko przekreśla szansę na podwyżki stóp w 2018 roku, ale jednocześnie nasila przekonanie co do podobnego scenariusza na 2019 rok. Co ciekawe, pomimo wręcz zaostrzenia gołębiego tonu (podczas konferencji prasowej wskazano bowiem na możliwe „działania przeciwne”, czyli obniżki stóp NBP) złoty umacniał się. Inwestorzy zwrócili zapewne uwagę na słowa A. Glapińskiego, w których zapewniał, że choć złoty jest silny, to nie stwarza problemów gospodarce, mówiąc żartobliwie, że „wszystko jest jak marzenie”.

Na rynku bazowym środowa przebiegała dość stabilnie, w okolicach zamknięcia poprzedniego dnia. Bez wpływu na eurodolara pozostał komentarz rzecznika EBC, wskazujący że ścieżka stóp nakreślona we wtorek przez E. Nowotnego (w tym podwyżka stopy depozytowej przez wygaszeniem programu QE) nie pokazuje przekonań wszystkich decydentów banku centralnego strefy euro, a jedynie osobiste odczucia tego członka zarządu. Notowaniom dolara ciążą polityczne doniesienia z Waszyngtonu o możliwym ataku z powietrza na cele w Syrii. Nie jest wykluczone, że sytuacja polityczna czasowo będzie teraz podbijać globalne ryzyko, gdyż po komentarzach Białego Domu odpowiedź USA jest prawie pewna (tak jak to miało miejsce rok temu, kiedy reżim Assada również naruszył międzynarodowe regulacje nt. wykorzystania broni chemicznej). Tym bardziej, że D. Trump zapowiedział wręcz, że „pociski nadlecą”.

W oczekiwaniu na raporty inflacyjne kurs EURUSD wzrósł do 1,239.  Dane za marzec okazały się zgodne z oczekiwaniami i nie wpłynęły na notowania dolara, który nadal pozostawały pod wpływem światowych wydarzeń politycznych. Podobnie neutralnie przyjęta została publikacja minutes z marcowego posiedzenia Fed-u, pomimo że wszyscy członkowie FOMC uznali, że sytuacja w gospodarce USA będzie się dalej poprawiać, a inflacja przyspieszy w kolejnych miesiącach, co może wymuszać nieco bardziej stromą ścieżkę stóp w kolejnych latach. Zasugerowano wręcz, że w pewnym momencie nastąpi konieczność zmiany treści komunikatu publikowanego po posiedzeniach banku, by wskazać na możliwą stopniową ewolucję nastawienie z akomodacyjnego do neutralnego lub nawet ograniczającego aktywność w gospodarce. To mocno jastrzębi przekaz, jednak uwagę rynku najprawdopodobniej bardziej zwrócił fragment protokołu wskazujący na niepokój członków Fed-u wpływem polityki fiskalnej i handlowej administracji prezydenta Donalda Trumpa na gospodarkę (sytuację fiskalną i stopy procentowe). Tym samym rosnące ryzyko polityczne przeważyło nad fundamentami, szczególnie że wczorajsze publikacje nie dostarczyły nowych informacji, a jedynie potwierdziły już wiadome.

W czwartek w centrum uwagi znajdzie się minutes EBC, które raczej nie powinno wspierać euro. Złoty zaś wypatruje już piątkowych danych inflacyjnych, które pokażą, co dokładnie zaważyło na marcowym spadku indeksu CPI do 1,3% r/r. Ponadto na horyzoncie jest też rewizja oceny kredytowej przez S&P. Do zmiany ratingu Polski podczas zaplanowanej na piątek rewizji najprawdopodobniej nie dojdzie, ale nie jest wykluczone, że ton komunikatu będzie cieplejszy, co może pozwolić złotemu utrzymać obecne poziomy w perspektywie końca tygodnia.stopy procentowe bez zmianAutor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski
/

W Polsce najwięcej obywatelstw wydajemy dla Ukraińców

Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że w 2016 roku w Polsce wydano 3460 obywatelstw dla osób spoza Unii Europejskiej. Ponad połowa dotyczyła osób z Ukrainy. Oznacza to wzrost o 57% w porównaniu do 2012 roku. Eksperci Personnel Service wskazują, że trend wzrostowy będzie się umacniał, m.in. za sprawą nowej polityki migracyjnej. Na razie jednak, jak wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – I półrocze 2018”, tylko co dziesiąty Ukrainiec chce się osiedlić w Polsce na stałe.

W 2016 roku prawie 1 mln osób otrzymało obywatelstwo jednego z krajów członkowskich Unii Europejskiej. To rekordowy wynik odkąd Eurostat zbiera dane na ten temat (w 2012 roku zorganizowano pierwszą edycję badania).

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

Polska na tle takich państw jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja przyznaje raczej mało obywatelstw. W tych krajach wydano ich odpowiednio prawie 25 tys., 18 tys. i 16 tys. W Polsce jest jednak pewna znacząca tendencja. Od 2012 roku najwięcej obywatelstw polskich dostają osoby z Ukrainy, a następnie Białorusini. Wynika to oczywiście z nasilonej emigracji zarobkowej z tych krajów do Polski – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ukraińcy i Białorusini z polskim obywatelstwem

W 2016 roku wydano w Polsce w sumie 3460 obywatelstw dla osób spoza Unii Europejskiej. Większość z nich, bo aż 1885 dotyczyła osób z Ukrainy. Kolejne 563 obywatelstwa polskie przyznano Białorusinom, a 236 Rosjanom. Rok wcześniej, czyli w 2015 roku wydano jeszcze więcej obywatelstw polskich osobom z Ukrainy, bo aż 1957, co było rekordowym wynikiem od 2012 roku.

W Polsce zaczynamy rozumieć, że nasza gospodarka potrzebuje pracowników z Ukrainy na dłużej niż tylko kilka miesięcy, które przysługują w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. Myślę, że to przyczyni się do wzrostu liczby przyznawanych obywatelstw dla Ukraińców. Na razie jednak jesteśmy na takim etapie migracji, że pracownicy nie deklarują chęci osiedlania się u nas na stałe. Natomiast odpowiednie zachęty, które zostały ujęte w nowej propozycji polityki migracyjnej, związane m.in. z dostępem do edukacji i nieruchomości, powinny to zmienić – podsumowuje Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ekspansja RAFAKO S.A. w Mongolii

Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO

Sytuacja energetyczna ojczyzny Dżyngis-chana wskazuje, że nasze usługi są tam potrzebne i możemy wiele zrobić, by poprawić jakość życia mieszkańców – uważa Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu RAFAKO S.A.

Mongolia jest jednym z największych światowych producentów węgla, z którego ponad 30 proc. jest eksportowane a 66 proc. zużywane wewnątrz kraju. Spalanie tego paliwa pozwala wyprodukować aż 95 proc. energii elektrycznej wytwarzanej w kraju.

– Wszystkie te instalacje wymagają konserwacji, konieczna jest również rozbudowa nowych siłowni, szczególnie w stolicy kraju, Ułan Bator – mówi Jakub Sitek, pełnomocnik Zarządu ds. Relacji z Klientami na Rynku Azjatyckim RAFAKO S.A. – Już niemal połowa populacji tego ogromnego kraju żyje w stolicy lub na jej przedmieściach. W efekcie przybysze mieszkają w coraz gorszych warunkach a sieć elektryczna napotyka na coraz większe trudności z zaspokajaniem zapotrzebowania na energię nowych mieszkańców.

Zud uderza

Główną przyczyną ich migracji jest zud, tradycyjne mongolskie określenie na wyjątkowo ciężką zimę, w wyniku której umierają całe stada bydła.

– Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Jedną z nich są zmiany klimatyczne. Zbudowany za czasów komunistów przemysł w Rosji, Chinach i samej Mongolii nie uznawał ochrony środowiska za priorytetową kwestię. W rezultacie średnia temperatura w kraju wzrosła o 2,07 stopnia, podczas gdy w skali świata średnia wynosi 0,85 stopnia – tłumaczy Jakub Sitek – Ostrzejsze, gorętsze lata powodują, że zjawisko zudu jest częstsze i bardziej intensywne.

Inną przyczyną było zerwanie z centralnym planowaniem w mongolskiej gospodarce. Ze względu na boom na wełnę kaszmirową hodowcy kupili wiele kóz. Zwierzęta te, w przeciwieństwie do owiec, które były tradycyjnie hodowane w Mongolii, wyjadają trawę z korzeniami oraz rozkopują kopytami ziemię, przyczyniając się do pustynnienia terenów.

– W rezultacie zud mocno się nasilił. W 1999 roku zabił 10 milionów zwierząt a w 2009 kolejne 8 milionów. Pasterze, którzy zostali bez dobytku, przenieśli się do stolicy by szukać pracy – wskazuje Jakub Sitek.

Elektrojurty w stepowym Krakowie

W efekcie zmian klimatycznych i cywilizacyjnych w ciągu ostatnich trzydziestu lat nawet 600 tysięcy pasterzy i nomadów zdecydowało się osiąść na stałe w stolicy kraju, co w praktyce oznaczało podwojenie ilości mieszkańców miasta[1].

– Ludzie ci są przyzwyczajeni do twardego życia i nikogo nie dziwi widok jurt sąsiadujących z sowieckimi blokowiskami, nikomu też nie przeszkadza życie w tradycyjnym namiocie koczowniczym. Nie oznacza to jednak, że władze są zwolnione z zapewniania dostępu do podstawowych wygód, takich jak energia elektryczna czy ogrzewanie – mówi Jakub Sitek.

Jednak brak takich wygód, nawet jeśli akceptowany przez mieszkańców, jest przyczyną kolejnych problemów, wśród których kluczowym wyzwaniem jest smog. Stężenie pyłów PM2,5, najgroźniejszych dla zdrowia, gdyż zdolnych wniknąć do krwiobiegu, jest przekroczone w mongolskiej stolicy siedmiokrotnie (w stosunku do zaleceń WHO). Ubodzy przybysze ze stepów ogrzewają swoje jurty i domy piecami węglowymi, przez co zimą miasto wygląda jak spowite mgłą i nie ma czym oddychać. Slumsy wokół Ułan Bator tworzy nawet 300 tysięcy domów w których mieszka 800 tysięcy ludzi.

– Władze mongolskiej stolicy podjęły ostre kroki na rzecz walki z tym zjawiskiem. Od stycznia 2018 roku zakazano migracji ze wsi do stolicy. Ci, którzy już się osiedlili mają otrzymać od miasta lepszej jakości paliwo niż wysoce zasiarczony węgiel brunatny czy opony oraz plastik, którymi palą w piecach[2] – mówi Jakub Sitek – To jednak tylko częściowe rozwiązanie. W praktyce jedynie rozbudowa sieci ciepłowniczej, która umożliwi podłączenie możliwie największej ilości domów, pozwoli rozwiązać problem smogu oraz trudnych warunków w zimowych miesiącach. Fakt, że miasto leży w wąskiej dolinie, która uniemożliwia rozwianie chmury spalin dodatkowo pogarsza sytuację[3] – wskazuje.

Rafako S.A. z wachlarzem usług

Te trudne warunki oraz silna tradycja energetyki węglowej powodują, że Mongolia jest dla RAFAKO S.A. bardzo atrakcyjnym rynkiem.

– Jest to kraj, który przez wiele lat importował energię i zasilał swój przemysł z zewnątrz. Sytuacja geopolityczna spowodowała, że kraj nie miał tak dogodnych warunków do transformacji gospodarczej jak Polska – tłumaczy Jakub Sitek. – Tym bardziej cieszę się, że RAFAKO S.A. zostało zaproszone do udziału w projektach z zakresu energetyki olejowej oraz węglowej – mówi. Dodaje, że brak własnej energetyki w połączeniu z wyzwaniami transformacji był często przyczyną upadku mniejszych ośrodków miejskich.

– Przykładem może być choćby Darkhan, trzecie co do wielkości miasto kraju. Kiedyś był to ważny ośrodek sowieckiego przemysłu, obecnie kolejne miasto drenowane przez stolicę z lepiej wykształconych obywateli – mówi Jakub Sitek. Podkreśla przy tym, że mimo tak trudnej sytuacji, kraj jest wyjątkowo perspektywiczny z punktu widzenia RAFAKO S.A.

– Nasze technologie pozwalają produkować niskoemisyjną energię z węgla. Jesteśmy w stanie instalować nowoczesne filtry i modernizować stare bloki energetyczne. Nasza technologia wysp poligeneracyjnych umożliwia gazowanie śmieci, a tym samym dalszą redukcję smogu i pozyskiwanie czystej energii – wylicza Jakub Sitek. – Dlatego jestem pewien, że Mongolia będzie jednym z najciekawszych rynków dla RAFAKO S.A. a nasza firma pozwoli znacznie poprawiać jakość życia mieszkańców, nie tylko w Ułan Bator – podsumowuje.

Nieoczywiste przyczyny

– Nie przeczę, że duże zakłady przemysłowe zanieczyszczają powietrze, jednak dzięki technologiom oczyszczającym, przede wszystkim odsiarczania i odazotowywania spalin, elektrownie i elektrociepłownie dają radę spełniać coraz bardziej rygorystyczne normy. Problemem jest brak centralnych instalacji energetycznych w miastach – tłumaczy Jakub Sitek z RAFAKO S.A. – Dodaje, że nad centralnymi instalacjami takimi jak nieduża, miejska ciepłownia znacznie łatwiej zapanować niż nad setkami małych kotłowni w każdym domu.

  1. https://www.theguardian.com/world/2017/jan/05/mongolian-herders-moving-to-city-climate-change
  2. http://english.sina.com/news/2017-01-10/detail-ifxzkfuh6779377.shtml
  3. https://www.aljazeera.com/video/news/2017/04/mongolians-seek-ways-fight-pollution-170403070538927.html

Na co najczęściej pożyczają Polacy?

Według badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, zrealizowanego w I kwartale 2018 r. przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, co czwarty Polak środki z uzyskanego kredytu lub pożyczki wydaje na zakup drobnych dóbr trwałych, na przykład sprzętu RTV-AGD. Odsetek ten utrzymuje się na podobnym poziomie od pięciu lat.

Regularnie spada natomiast liczba tych gospodarstw, które zaciągają kredyt bądź pożyczkę na spłatę wcześniej zaciągniętego zobowiązania. Odsetek ten, wynoszący dziś 17,5%, w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszył się aż o 1/3.

– Bardzo dobrze należy oceniać fakt, iż polscy kredytobiorcy korzystają z dobrej koniunktury, obniżając skalę swojego zadłużenia przeterminowanego, co będzie miało pozytywne znaczenie dla dalszej poprawy ich sytuacji finansowej w przyszłości – powiedział Andrzej Roter, Prezes KPF.

Kolejną, istotną grupą, stanowiącą 14,7%, są osoby zaciągające pożyczkę lub kredyt na pokrycie wydatków związanych z nagłymi potrzebami, na przykład na pokrycie kosztów leczenia, wypadku lub  operacji. To dwukrotnie więcej niż przed rokiem, ale podobnie jak w poprzednich okresach realizacji badania.

Do zaciągania kredytu lub pożyczki na cele czysto konsumpcyjne, na przykład wakacje lub święta, w I kwartale br. przyznało się 12,5% ankietowanych – o 1/4 więcej niż w 2016 roku i najwięcej od początku realizacji badania. Przyczyna takiego stanu rzeczy może leżeć w ambicjach zakupowych Polaków, umotywowanych faktem, iż coraz bardziej mogą oni sobie pozwolić na zaciąganie kredytów bądź pożyczek również na takie, okazjonalne cele.

Zakup mieszkania lub domu ze środków pochodzących z kredytu zrealizowało 12,4%, a samochodu – 8%.

ns co pożyczają polacy

Mieszkanie i samochód z oszczędności, a nie na kredyt

Jeśli chodzi o przyszłe plany kredytowe Polaków, to dominującym trendem jest spadek liczby gospodarstw domowych, planujących zakup jakichkolwiek dóbr trwałych ze środków pochodzących z kredytu. Obecnie taki cel rozważa 42,5% ankietowanych, planujących zaciągnięcie kredytu lub pożyczki – aż o ponad 1/3 mniej niż 10 lat temu.

Pomimo rosnącego popytu na mieszkania, skłonność Polaków do sfinansowania zakupu własnego lokum na kredyt jest relatywnie niewielka. W bieżącym kwartale odsetek gospodarstw domowych deklarujących taki cel kredytu po raz pierwszy w historii badania znalazł się poniżej granicy 50% i wyniósł zaledwie 43,6%, podczas gdy jeszcze przed rokiem było to 59,5%.

– Świadczy to o rosnącej zamożności Polaków, którzy nawet na zakup mieszkania mogą sobie pozwolić bez sięgania po dodatkowe środki, jednak również na dość dużą ostrożność polskich gospodarstw domowych wobec możliwości zaciągania kredytu – nawet w przypadku tak znaczącego wydatku, jakim jest mieszkanie – wyjaśnia dr hab. Piotr Białowolski z Uniwersytetu Harvarda, współpracujący z KPF przy realizacji badania.

W obecnym kwartale w grupie gospodarstw domowych planujących zakup samochodu, udział tych, którzy planują sięgnięcie po kredyt celem sfinansowania tego wydatku wzrósł nieznacznie względem poprzedniego kwartału i wyniósł 40%. Pomimo wzrostu w stosunku do poprzedniego kwartału jest to jednak wynik niższy o 16% niż przed rokiem i nieco poniżej długookresowej średniej, wynoszącej 42%.

W obszarze finansowania wydatków na remont utrzymuje się neutralny, stabilny trend. Finansowanie wydatków remontowych wciąż odbywa się głównie ze środków własnych, co potwierdza udział brak skłonności do sięgnięcia po kredyt na ten cel przez prawie 3/4 gospodarstw domowych.

– Wydaje się, że tendencja w obszarze poważnych zakupów jest bardzo stabilna, na co duży wpływ mają czynniki makroekonomiczne, w tym nietypowe dla naszego kraju warunki, jak: deflacja, rosnące płace czy malejące bezrobocie. Determinują one decyzje gospodarstw domowych w kategorii „poważne wydatki”. Niskie stopy oprocentowania depozytów odwracają gospodarstwa domowe od długoterminowego oszczędzania. Tym należy tłumaczyć wysoki udział transakcji gotówkowych na rynku mieszkaniowym oraz coraz bardziej widoczne samofinansowanie – podsumowuje dr Mirosław A. Bieszki, Doradca KPF ds. ekonomicznych.

Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła stóp procentowych

Wymowa komunikatu była nieznacznie bardziej gołębia niż wcześniejszych. RPP zauważyła przekroczenie szczytu przez globalną koniunkturę (która wciąż sprzyja polskiemu wzrostowi). Jednocześnie wskazano na obniżenie dynamiki cen w ostatnim okresie (w tym niską inflację bazową) oraz zauważono wyraźne ożywienie inwestycji przekładające się na utrzymanie w 1q18 dynamiki PKB zbliżonej do tej z 4q17.

W ocenie Prezesa Adama Glapińskiego ostatnie, niskie odczyty inflacji (które zaskoczyły nawet NBP) powodują, że wydłuża się okres stabilizacji stóp. Dodał, że niektórzy spośród członków, którzy doszukiwali się sygnałów rosnącej inflacji (np. na rynku pracy) zmodyfikowali swoje stanowisko.

Adam Glapiński zauważył, że ze względu na „nową sytuację” tj. połączenie wysokiego wzrostu gospodarczego i niskiej (a nawet malejącej) inflacji powoduje, że wydłuża się w czasie okres oczekiwania na zacieśnienie, do tego stopnia, że, jak zauważył Prezes NBP, w pewnym momencie może będzie konieczne działanie w przeciwnym kierunku. Wskazał jednak na konieczność poszukiwania alternatywnych działań stymulowania koniunktury, co naszym zdaniem oznacza, że chcąc uniknąć negatywnych konsekwencji ew. przyszłych obniżek stóp dla sektora bankowego NBP będzie mógł wykorzystywać instrumenty niestandardowe (w ślad za swoim węgierskim odpowiednikiem).

Odnosząc się do sytuacji kursowej Adam Glapiński zauważył, że złoty jest obecnie bardzo silny, ale fundamentalnie może być jeszcze mocniejszy. W naszej ocenie silny złoty stanowi ważny element zacieśniający w ostatnim czasie warunki monetarne w Polsce (por. wykres na marginesie).

Konferencja, zwłaszcza w kontekście ostatnich niskich odczytów inflacji, wskazuje, że horyzont realnych (mających szanse na uzyskanie wsparcia większości) rozważań RPP na temat podwyżek stóp procentowych jest niezmiernie odległy. Nadal oczekujemy wyraźnego wzrostu inflacji bazowej, jednak bez jednoczesnych szoków po stronie cen żywności/paliw lub znaczącego wzrostu inflacji importowanej (żadne z nich nie jest scenariuszem bazowym), łączna miara CPI w horyzoncie najbliższych dwóch lat nie powinna wzrosnąć powyżej 3,5% r/r. Dla RPP będzie to fundamentalny argument uzasadniający brak potrzeby podwyżek stóp. W gospodarce nie widać narastających nierównowag (poprawa salda fiskalnego i równowagi zewnętrznej, umiarkowane wzrosty cen nieruchomości, brak boomu kredytowego, stabilizacja dynamiki wynagrodzeń na relatywnie wysokim, ale niższym niż w regionie poziomie), które mogłyby stanowić alternatywny impuls do podwyżek stóp. Dojrzała faza krajowego i globalnego cyklu gospodarczego oznacza, że tempo wzrostu gospodarczego nie będzie przyspieszało, co zmniejsza ryzyko narastania nierównowag. Uwzględniając powyższy scenariusz i funkcję reakcji obecnej RPP sądzimy, że pola do podwyżek stóp procentowych nie będzie nie tylko w 2018, ale także w dłuższej perspektywie.

Autor/Źródło: Centrum Analiz PKO Bank Polski

Sąd arbitrażowy atrakcyjną, ale mało znaną metodą rozstrzygania sporów w Polsce

Analiza ostatnich 30 lat pokazuje, że arbitraż wciąż nie jest tak często wykorzystywanym narzędziem w relacjach pomiędzy podmiotami gospodarczymi, jak wydawałoby się, że powinien być. W okresie międzywojennym rozwijał się bardzo dynamicznie. W kolejnych dekadach nie miał już miejsca ze względu na brak relacji prywatno-handlowych. Po 1989 roku znowu jednak można się spotkać z sądownictwem polubownym. Można wyróżnić kilka przyczyn, dla których warto zainteresować się wykorzystywaniem tej metody w rozstrzyganiu sporów. W przypadku arbitrażu sprawy prowadzone są w atmosferze sporu konstruktywnego. Warunki nie są takie, jak podczas rozprawy sądowej. Metoda ta zakłada spotkanie w sali konferencyjnej w określonym gronie osób, które starają się rozstrzygnąć spór. Jeśli im się to nie uda, dokona tego zespół orzekający. Wyda on wyrok, który może być realizowany na podobnych zasadach, jak wyrok sądu państwowego. Bardzo ważne dla przedsiębiorców jest to, że samodzielnie lub przez swoich pełnomocników mogą wpływać na formułę rozstrzygania sporu. Strony ustalają reguły postępowania – czyli czas trwania, dopuszczane dowody, osoby uczestniczące, sposób przesłuchiwania świadków. Jeżeli nie uda im się tego określić, zajmuje się tym zespół orzekający.

– Gwarantuje ona przede wszystkim profesjonalizm oraz krótki czas rozwiązywania konfliktów. Oprócz tego jej cechą jest tzw. polubowność czy też konstruktywny spór – powiedziała serwisowi eNewsroom Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz, radca prawny, Prezes Sądu Arbitrażowego Lewiatan – Ważny jest także wpływ obu stron na procedurę, w jakiej zapada rozstrzygnięcie. Dodatkową zaletą arbitrażu jest poufność W przypadku tej metody obie strony same powołują swoich arbitrów, czyli sędziego w sprawie. Mogą to być osoby, które mają duże doświadczenie w konkretnej kategorii sporów – np. ekspert w zakresie prawa budowlanego, kontraktów budowlanych czy prawnik zajmujący się transakcjami w przypadku fuzji i przejęć. Według statystyk prowadzonych przez Sąd Arbitrażowy Lewiatan przeciętny okres rozstrzygania sporów mieści się w przedziale do 6 miesięcy od momentu powołania zespołu orzekającego, aż do wydania przez niego wyroku. W relacjach biznesowych poufność jest bardzo ważną cechą. Arbitraż zapewnia rozstrzyganie sporu bez udziału mediów i publiczności. Taka atmosfera sprawia, że konflikt może zostać rozwiązany przy mniejszym zantagonizowaniu stron. Metoda polubownego sądownictwa jest więc bardzo atrakcyjna. Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości pokazują jednak, że ponad 50 proc. respondentów nie wie, czym jest arbitraż. Można w tym upatrywać przyczyny, dlaczego nie rozwija się on w taki sposób, jak można by tego oczekiwać. Wiedza na ten temat wydaje się kluczowa – ocenia Gessel-Kalinowska vel Kalisz.

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już milion osób. Polacy kupują w ten sposób coraz więcej suplementów diety i sprzętu AGD

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już milion osób. Polacy kupują w ten sposób coraz więcej suplementów diety i sprzętu AGD 10

Firmy z branży sprzedaży bezpośredniej od kilku lat bardzo dobrze radzą sobie na polskim rynku. W 2017 roku odnotowały blisko 5-proc. wzrost obrotów – do 3,3 mld zł, a liczba współpracujących z nimi osób wzrosła o 2 proc. i zbliża się do miliona. Jeszcze kilka lat temu w ten sposób Polacy kupowali głównie kosmetyki, dziś coraz chętniej sięgają po suplementy, produkty dietetyczne oraz sprzęt AGD.

– Ubiegły rok był dla nas bardzo dobry. Odnotowaliśmy prawie 5-proc. wzrost. Nasz udział w handlu detalicznym jest mniej więcej na stałym poziomie – to ok. 0,5 proc. całości obrotów. Zmieniają się za to kategorie produktów, które sprzedajemy – maleje udział kosmetyków, a wchodzą inne produkty, jak suplementy diety, artykuły dietetyczne, które wzrosły o kilka procent, podobnie jak artykuły gospodarstwa domowego – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Ogółem w 2017 roku przeprowadzono ok. 37,6 mln transakcji, przy czym sprzedaż indywidualna zapewniła 92 proc. obrotów całego sektora. Pozostałe ok. 7 proc. zostało zrealizowane w sprzedaży grupowej podczas prezentacji, głównie domowych.

– Trudno w tej chwili przewidzieć, jaki będzie bieżący rok, ale informacje docierające do nas z firm członkowskich PSSB są optymistyczne. Pierwsze miesiące były bardzo dobre, myślę, że możemy się spodziewać wyników na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego wzrostu – dodaje Mirosław Luboń.

W ubiegłym roku kosmetyki, najczęściej sprzedawana kategoria produktowa, odnotowały 4-proc. spadek popularności. Konsumenci częściej wybierali za to suplementy, produkty dietetyczne oraz sprzęt AGD.

 56 proc. całości sprzedaży bezpośredniej stanowią kosmetyki. Ten udział trochę maleje z roku na rok – dzieje się tak dlatego, że produkty z kategorii wellness i suplementy stają się coraz ważniejszą kategorią. Stanowią już prawie 15 proc., kolejne 13 proc. to wyroby AGD – mówi Ewa Kudlińska-Pyrz, przewodnicząca zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Firmy z sektora starają się adaptować nowe technologie, coraz bardziej powszechne w handlu, i wdrażać nowe kanały kontaktu z klientem. Obecnie już trzy czwarte zamówień jest składanych online i przy użyciu mobilnych narzędzi, maleje za to udział poczty czy tradycyjnego telefonu.

 Oczekiwania klientów są stałe. Po pierwsze, to dobry produkt za dobrą cenę, ale oprócz tego coraz bardziej sobie cenią doradztwo. Nie chcą kupować produktu, o którym wiedzą niewiele albo nic. Doceniają fakt, że kontaktując się z konsultantką czy dystrybutorem dostają pełną informację o produkcie, mogą go obejrzeć. Doceniają też długotrwałe relacje z konsultantami. Odhumanizowanie kontaktów w sprzedaży internetowej zaczyna klientom ciążyć i zwracają się coraz bardziej w kierunku relacji osobistych i długotrwałych – mówi Mirosław Luboń.

Badania IBRIS z 2016 roku wskazują, że blisko połowa klientów ceni w sprzedaży bezpośredniej fakt, że mogą w spokoju we własnym domu zapoznać się z ofertą. Zdecydowana większość (80 proc.) pozytywnie ocenia konsultantów, którzy służą radą.

 Sprzedawca bezpośredni bardzo profesjonalnie potrafi doradzić i przede wszystkim poznać prawdziwe potrzeby klienta. Badania konsumenckie pokazują, że osoby, które wypróbowały i kupiły cokolwiek w sprzedaży bezpośredniej, mają lepszą opinię o całej branży, bo są zadowolone z jakości produktu, ze sposobu sprzedaży i z faktu, że doradzono im produkt, którego naprawdę potrzebują – dodaje Ewa Kudlińska-Pyrz.

Z danych Stowarzyszenia wynika, że zmienia się też struktura wiekowa osób, które współpracują z branżą sprzedaży bezpośredniej. Sprzedawcami zostają coraz częściej osoby między 35 a 64 rokiem życia. W ubiegłym roku liczba osób, które wiążą swoją karierę z branżą, wzrosła o 2 proc. – do 998 tys. Zdecydowaną większość, bo aż 85 proc., stanowią kobiety.

 Sprzedaż bezpośrednia jest bardzo atrakcyjną ścieżką kariery dla młodych ludzi, dlatego że można nauczyć się w niej biznesu. Można się sprawdzić z bardzo niedużym wkładem własnym. Tutaj każdy sprzedawca pracuje na własne konto, jest niezależnym przedsiębiorcą, ale nie jest pozostawiony sam sobie. Ma wsparcie firmy, która uczy technik sprzedaży i prowadzenia biznesu. Drugą bardzo ważną sprawą, szczególnie dla młodej generacji, jest elastyczność, tzn. można sobie rytm pracy dostosować do rytmu życia i bieżących potrzeb – mówi Ewa Kudlińska-Pyrz.