Ministerstwo Zdrowia chce położyć kres wywożeniu leków za granicę

Ministerstwo Zdrowia w projekcie nowelizacji ustawy refundacyjnej chce wprowadzić regulacje, które mają zahamować wywóz leków z Polski do krajów, w których są one droższe. Przedstawiciele innowacyjnej branży farmaceutycznej popierają to rozwiązanie. Chcą jednak także przeznaczania większych środków na refundację oraz rozwiązań pozwalających na inwestowanie pieniędzy w innowacyjne terapie. 

 – Ta nowelizacja, moim zdaniem, ma charakter bardziej techniczny, jednak jest jedno istotne rozwiązanie z punktu widzenia pacjentów i zabezpieczenia im dostępu do leków refundowanych. Chodzi o ograniczenie wywozu leków z Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Teraz hurtownie, a także niektóre apteki w ramach importu równoległego produktów leczniczych sprzedają je do krajów sąsiednich, w których ceny są znacznie wyższe niż w Polsce – np. do Austrii czy Niemiec. W efekcie polscy pacjenci mają niekiedy problemy z dostępem do nich.

 – Wspieramy ideę doprecyzowania tych przepisów, które mają przeciwdziałać nadmiernemu wywozowi produktów leczniczych za granicę – mówi Paweł Sztwiertnia. – Zmiany zaproponowane przez Ministerstwo Zdrowia w nowelizacji ustawy refundacyjnej zmierzają w dobrym kierunku, jednak dla zapewnienia dobrego funkcjonowania systemu monitoringu i kontroli wywozu, wskazane wydaje się dookreślenie niektórych elementów systemu i objęcie nimi również aptek.

Kolejna ważna kwestia związana z ustawą refundacyjną to wydatki na refundację. Według obecnego prawa budżet na refundację wynosi maksimum 17 proc. całości środków finansowanych przez NFZ. W praktyce jednak te wydatki są o kilka procent niższe.
Powinny one wynosić rzeczywiście 17 proc., a nie 14-15 proc., jak to jest obecnie – mówi Sztwiertnia.

Postulatem innowacyjnej branży farmaceutycznej jest także wykorzystanie środków, które innowacyjne firmy wpłacają do budżetu Funduszu z tytułu instrumentów dzielenia ryzyka, właśnie na refundację. Są to zobowiązania podejmowane przez firmy wobec Ministerstwa Zdrowia w zamian za uzyskanie określonej urzędowo ceny zbytu na ich leki.

 – W 2012 roku NFZ pozyskał z wpłat bezpośrednio od firm z tytułu instrumentów dzielenia ryzyka 124 miliony złotych. Obecnie środki te wpływają do NFZ i mogą być wydatkowane na inne cele. Warto by przeformułować ustawę tak, aby wracały one do budżetu na refundację i poprawiały dostęp do nowoczesnych leków i terapii – twierdzi Paweł Sztwiertnia.

Optymistyczne prognozy dla rynku budowlanego. Głównie dla budownictwa biurowego i przemysłowego

Według badań NBP budownictwo biurowców i budynków przemysłowych ma obecnie najwyższą rentowność. Sam Erbud podpisał kontrakty na realizacje z tego sektora o wartości 1,3 mld zł. Optymizm rośnie w całej branży, choć wciąż w trudnej sytuacji są firmy zajmujące się budową dróg. W najbliższych latach można jednak spodziewać się ożywienia w tym segmencie – prognozuje prezes Erbudu, Dariusz Grzeszczak.

 Początek roku jest bardzo dobry ze względu na pogodę, w porównaniu do pogody w ubiegłego roku w obecnym praktycznie nie było zimy. Rok 2014 będzie też początkiem nowej perspektywy finansowej z Unii Europejskiej. I to już powoli zaczyna mieć wpływ na całą branżę budowlaną, która nieco się przerzedziła, dzięki czemu łatwiej o zlecenia – uważa Dariusz Grzeszczak, prezes Erbudu.

Pozytywne tendencje widać w całej branży budowlanej: rośnie wykorzystanie mocy produkcyjnych i sprzedaż, a także poprawia się zyskowność. Niezmiennie w najgorszej sytuacji są firmy budujące drogi – w trzecim kwartale 2013 r. zaledwie 46 proc. z nich zanotowało zyski. Znacznie lepiej było w sektorze prac wykończeniowych i rozbiórek, gdzie 70 proc. przedsiębiorstw było rentownych – wynika z badań NBP. Sytuacja zmieni się w najbliższych latach, ponieważ na budowę dróg i torów trafią pieniądze z nowej perspektywy finansowej UE.

 – W tym roku wiodącym sektorem będzie w dalszym ciągu budownictwo kubaturowe, a w przyszłych latach na pewno drogi i kolejnictwo. Widzimy, że w kolejnictwie wzrost inwestycji to około 40 proc. rok do roku. Jeżeli chodzi o drogi, to będzie około 20-proc. wzrost. To są sektory, które będą pchały całą branżę budowlaną w Polsce przez najbliższe 5–10 lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prezes Erbudu.

Za dobrą wiadomość dla firm działających na rynku budowlanym i deweloperskim Dariusz Grzeszczak uważa też Fundusz Mieszkań na Wynajem, który ma rozpocząć działalność na przełomie marca i kwietnia. To państwowy fundusz inwestycyjny, który będzie inwestował w budynki z lokalami na wynajem. Plan przewiduje budowę ok. 20 tys. mieszkań, co będzie kosztować w przybliżeniu 5 mld zł.

 – Takie projekty bardzo nam się podobają, bo to są nowe projekty inwestycyjne. Nie ma w tej chwili programu dotyczącego mieszkań na wynajem, robią to osoby prywatne. Natomiast instytucje finansowe w ogóle nie wchodzą finansowo w projekty mieszkań na wynajem. Myślę, że jako firma budowlana będziemy w tym programie uczestniczyć. Natomiast jeżeli chodzi o naszego dewelopera, który buduje mieszkania na sprzedaż, w tej chwili ten program nie obejmuje Torunia i Bydgoszczy, gdzie działamy. Szkoda, ale może zaczniemy to robić w Warszawie – mówi Dariusz Grzeszczak.

Erbud prowadzi obecnie dwa duże projekty biurowe w Warszawie. Pierwszy z nich to Eurocentrum – budynek biurowy o powierzchni najmu 65 tys. metrów kwadratowych, a wartość inwestycji to ponad 330 mln zł. Drugi projekt to biurowiec Royal Wilanów o powierzchni najmu 37 tys. metrów kwadratowych i wartości około 220 mln zł.

 – Mamy też dużą inwestycję w Koninie – spalarnię śmieci. Dla nas te roboty to jest około 100 mln zł, natomiast cały projekt to jest ponad 300 mln zł, tam jesteśmy udziałowcem w konsorcjum – dodaje Grzeszczak.

Ursus chce zwiększyć eksport maszyn i technologii do Afryki. Spółka o kontrakty będzie musiała walczyć z Chińczykami

CEO Magazyn Polska

Ursus wraca do tradycyjnej współpracy z Afryką. Producent ciągników realizuje kontrakt w Etiopii, ale rozmowy trwają również z RPA, Senegalem, Zambią, Angolą i Algierią. Oprócz maszyn rolniczych spółka oferuje technologie, serwis, szkolenia i linie montażowe. Jej najwięksi rywale na kontynencie afrykańskim to firmy chińskie.

 – Widzimy w Afryce ogromny potencjał biznesowy, wymieniamy się doświadczeniami, zapraszamy innych przedsiębiorców. Im więcej polskich przedsiębiorstw jest w Afryce, tym lepiej dla polskiej gospodarki – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Zarajczyk, prezes spółki Ursus.

Prezes Ursusa wszedł do powołanej z inicjatywy Jana Kulczyka Rady Polskich Inwestorów w Afryce – platformy wymiany myśli oraz doświadczeń na rzecz rozwoju gospodarczej współpracy polsko-afrykańskiej. Ogłoszenie powstania platformy nastąpiło podczas debaty na temat polskich inwestycji w Afryce zorganizowanej przez CEED Institute.

Afryka przez lata była przez biznes światowy lekceważona, mówiąc o gospodarczych tygrysach wymieniano Chiny, Indie czy Brazylię, o państwach afrykańskich wspominano rzadko. Ten obraz jednak się zmienia. Dostrzegają to także polscy przedsiębiorcy, którzy poszukują nowych rynków eksportowych i możliwości inwestowania. Niedawno na Czarnym Lądzie poważny kontrakt zdobyła jedna z krajowych spółek informatycznych. A Ursus duże zamówienie zdobył już w ubiegłym roku.

 – Afryka jest po Europie drugim najważniejszym rynkiem dla Ursusa. To praca od podstaw na kontynencie o bardzo słabej mechanizacji rolnictwa. Kraje afrykańskie w tej chwili zarabiają na wydobyciu i sprzedaży surowców naturalnych. Ale rządy już widzą, że najważniejsze stają się takie dziedziny, jak energetyka i produkcja żywności. Dlatego dążą do współpracy z nami – tłumaczy Zarajczyk.

W latach 80. i 90. Ursus działał w Afryce bardzo intensywnie. Po transformacji ustrojowej firma miała chwilowe załamanie, jednak w ostatniej dekadzie doszło do kolejnych zmian, prywatyzacji i powrotu na rynek.

 – W tej chwili odbudowujemy wszystkie rynki afrykańskie, potencjalnie możemy w tej chwili sprzedawać produkty w 10 krajach – informuje Karol Zarajczyk.

Numerem jeden dla Ursusa jest Etiopia, gdzie firma podpisała wart 90 mln dolarów kontrakt na dostawę 3 tys. ciągników.

 – Ale za chwilę będzie RPA, rozmowy prowadzimy również w Senegalu, w Zambii, w Angoli, w Algierii – tych krajów naprawdę jest sporo – mówi prezes.

Zarajczyk uważa, że przewagę w Afryce daje firmie posiadanie i transferowanie technologii. To ważne, ponieważ będący najgroźniejszą konkurencją dla polskich eksporterów Chińczycy oferują nie tylko maszyny, lecz także całe pakiety, jeśli chodzi o finansowanie i obsługę przyszłego długu.

 – Naszą przewagą jest możliwość transferu technologii: niekoniecznie budowa fabryk, ale uruchamianie montowni, dostawy komponentów do montowania, zapewnianie miejsc pracy i wsparcie lokalnej ludności w zakresie edukacji rolniczej – wyjaśnia szef Ursusa.

Tak właśnie dzieje się w Etiopii, gdzie Ursus dostarcza ciągniki, wyposaża linie montażowe, a także buduje centra serwisowe oraz szkoli pracowników firmy, która będzie dystrybuować produkty polskiej firmy.

Do przyciągnięcia inwestorów z zagranicy potrzeba systemu zachęt

CEO Magazyn Polska

Sprzyjające warunki do rozwoju rynku kapitałowego, na które składają się m.in. niższe opłaty transakcyjne, przyjazne otoczenie prawne i konkurencyjny system podatkowy, mogłyby skłonić przedstawicieli rynku do zainteresowania się Polską. Nie tylko inwestorów, lecz także różnego typu fundusze, które mogłyby prowadzić swoją działalność inwestycyjną z kraju. Rynek ożywić mogłoby również większe zainteresowanie gospodarstw domowych inwestycjami giełdowymi.

 – Jeżeli w Polsce uda nam się stworzyć takie warunki dla całej branży, dla pracowników branży przemysłu papierów wartościowych, dla TFI, dla OFE, dla funduszy hedgingowych, dla domów maklerskich, że będą chciały rejestrować swoją działalność w Polsce, a nie prowadzić ją z Londynu, to wtedy można powiedzieć, że tworzymy pewne centrum finansowe – mówi Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich. – To znaczy, że tu będą tworzone miejsca pracy, ludzie tutaj będą przyjeżdżać, żeby rozmawiać z inwestorami, ze spółkami, żeby inwestować w tym rejonie. A do tego jest potrzebne przyjazne otoczenie prawne, konkurencyjny system podatkowy, taki, żeby menadżerowie chcieli tu pracować.

Ważnym elementem w strategii budowania centrum finansowego w Warszawie będzie również giełda. Jeśli będzie wielu emitentów, to zwiększy się zainteresowanie naszym regionem. Zdaniem prezesa IDM, trzeba zwiększyć atrakcyjność warszawskiego parkietu dla zagranicznych inwestorów. Duży potencjał widzi też w oszczędnościach gospodarstw domowych, które mogłyby w większym stopniu trafiać na giełdę.

 – Mamy rezerwy w kraju, jeśli chodzi o podaż kapitału. W strukturze oszczędności gospodarstw domowych w Polsce przeszło 40 proc. to gotówka i depozyty w bankach, podczas gdy w większości krajów europejskich to jest 25–30 proc. Można systemem podatkowym zachęcać do konwertowania części tej gotówki na podaż kapitału. Można, a nawet trzeba stworzyć, znacznie większe zachęty podatkowe dla III filara systemu emerytalnego, który w istocie rzeczy będzie gromadził pieniądze, które mogą być inwestowane na rynku kapitałowym – podkreśla Markiewicz.

Rozwój rynku kapitałowego przełoży się z kolei na wzrosty w realnej gospodarce, ponieważ większa podaż kapitału na giełdzie oznacza większe możliwości finansowania przedsiębiorstw.

 – Jest to ważne dla przedsiębiorstw małej i średniej wielkości na początkowym etapie rozwoju lub przedsiębiorstw innowacyjnych, które z reguły mają ograniczony dostęp do kredytu bankowego. Jest to też ważne dla dużych przedsiębiorstw, które mają wielkie plany inwestycyjne i bank żąda na przykład zwiększenia kapitałów własnych, żeby udzielić dużego kredytu – mówi prezes IDM.

Ożywieniem na rynku kapitałowym zainteresowane są również domy maklerskie. Wprawdzie ubiegły rok, dzięki lepszej koniunkturze na giełdzie, był dla nich lepszy niż 2012, ale i tak ze swojej podstawowej działalności wysokich zysków nie miały.

 – Na podstawowej działalności, czyli na obsłudze inwestorów domy maklerskie uzyskały wynik dodatni w wysokości jedynie 32 mln zł versus 65 mln strat rok wcześniej. Zdecydowanie większa część wyniku została wygenerowana działalnością na własny rachunek, czyli na animowanie akcji, na dostarczanie płynności, gdzie domy maklerskie ryzykują swój kapitał – uważa Markiewicz.

Bogdanka po 2013 roku: wzrost wydobycia i bardzo dobre wyniki finansowe pomimo trudnych warunków rynkowych

0

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA wypracowała w 2013 roku bardzo dobre wyniki finansowe. Przychody ze sprzedaży sięgnęły 1,9 mld zł (wzrost o 3,49%), EBITDA wyniosła 754,9 mln zł (wzrost o 9,42%) a wynik EBIT: 424,8 mln zł (wzrost o 9,14%). Zysk netto sięgnął 329,7 mln zł (wzrost o 6,70%).

Poziom produkcji węgla handlowego w 2013 roku sięgnął 8,35 mln ton, co oznacza, że był o 7,20% wyższy niż rok wcześniej i najwyższy w historii LW BOGDANKA. Był on jednak nieznacznie niższy od oczekiwań Spółki, co związane było z trudnymi warunkami geologicznymi w IV kwartale 2013 roku. Osiągnięty poziom wydobycia i realizowana sprzedaż przekładają się na silną pozycję rynkową Spółki. Na koniec 2013 roku udziały rynkowe LW BOGDANKA sięgnęły 14,79% w przypadku rynku węgla energetycznego w Polsce i 19,32% dla rynku węgla energetycznego sprzedanego do energetyki zawodowej.

PKO Bank Polski mecenasem kolekcji dzieł sztuki Braci Gierymskich

PKO Bank Polski mecenasem kolekcji dzieł sztuki Braci Gierymskich Bank patronuje wystawom wybitnych polskich artystów w Muzeum Narodowym w Warszawie i Krakowie. 20 marca br. Muzeum udostępni zwiedzającym galerię dzieł Aleksandra Gierymskiego w stolicy. Prace jego brata, Maksymiliana będzie można podziwiać w Krakowie od 25 kwietnia br.

W trakcie wystawy w Warszawie przedstawionych zostanie gros dostępnych dzieł artysty pochodzących w większości ze zbiorów Muzeum Narodowego, ale też innych muzeów i kolekcji prywatnych. W sumie zostanie zaprezentowanych około 120 obrazów i szkiców, około 70 rysunków, 110 drzeworytów wykonanych według rysunków Gierymskiego oraz fotografie. W trakcie wystawy w stolicy będzie można podziwiać najsłynniejsze dzieła artysty, takie jak: „Żydówka z pomarańczami”, „W altanie”, „Święto Trąbek” czy „Wieczór nad Sekwaną”.

Z kolei pokaz dorobku artystycznego drugiego z braci Gierymskich, Maksymiliana jednego z najbardziej znanych polskich malarzy XIX wieku przypada w 140. rocznicę śmierci artysty. W trakcie ekspozycji zaprezentowane zostaną jego najbardziej znane dzieła, m.in.: „Adiutant sztabowy”, „Konna kawalkada w brzezince”, „Obóz Cyganów I” czy „Patrol powstańców”, pojawi się też prezentowany po raz pierwszy w Polsce obraz z kolekcji prywatnej „Wiosna w małym miasteczku”.

Wystawy prac Braci Gierymskich potrwają do 10 sierpnia br. PKO Bank Polski od lat współpracuje z Muzeum Narodowym w Warszawie angażując się w sponsorowanie projektów wystawienniczych. Pod koniec minionego roku swoim mecenatem objął Galerię Sztuki Średniowiecznej, najbogatszą kolekcję sztuki z tego okresu w Polsce. Wcześniej patronował wystawie poświęconej kulturze i sztuce w okresie panowania Jagiellonów – „Europa Jagiellonica 1386-1572”. W 2010 roku został mecenasem programu konserwacji obrazu „Bitwa pod Grunwaldem”. Wsparcie Banku przyczyniło się też do realizacji wielu ważnych projektów udostępnionych tysiącom zwiedzających, m.in. rysunków Rembrandta, twórczości malarskiej Andrzeja Wróblewskiego, Rafała Malczewskiego, prac wybitnego fotografika Jana Bułhaka czy sztuki polskiej okresu międzywojennego („Wyprawa w dwudziestolecie 1918-1939”).

Nowy odwiert Serinus Energy na Ukrainie przygotowywany do testów, z drugiego popłynął gaz

Odwiert poszukiwawczy Makiejewskoje-17 został orurowany do końcowej głębokości 3.445 metrów i będzie obecnie przygotowywany do przetestowania i podłączenia. Z kolei podczas testów orurowanego odwiertu Olgowskoje-24, uzyskano przepływ gazu. Odwiert zostanie poddany stymulacji jeszcze w tym roku. Prace na Ukrainie postępują bez przestojów i zmian.

„Jestem bardzo zadowolony z efektów działań Spółki od początku roku. Sukces odwiertu M-17, uruchomienie nowej stacji przetwórstwa gazu oraz zaplanowane na ten rok nowe odwierty i program stymulacji istniejących, dają dużą nadzieję na istotne zwiększenie produkcji. Wymierne efekty pozwalają nam oczekiwać niezmiennego tempa wzrostów. Śledzimy z uwagą sytuację na Ukrainie – nie wpływa ona na nasze działania i prace przebiegają bez zmian i bez zakłóceń” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Odwiert Makiejewskoje-17

Celem odwiertu M-17 był gaz odkryty podczas prac przy odwiercie M-16 w piaskowcu strefy S6. Rejestry wykazały obecność w tej strefie warstwy gazu o grubości 9 metrów, potencjalnie opłacalnego do wydobycia, ze średnią porowatością na poziomie 15 proc. – a miejscami sięgającą 22 proc. Warstwa o grubości 2,5 metra, również o potencjale komercyjnym, znajduje się też w strefie S5.

Analizy wskazują, że istnieją kolejne dwie strefy, które należy poddać testom. Jedna z nich wykazała 22 metry piaskowca nasyconego gazem, natomiast w kolejnej prawdopodobnie mogą znajdować się węglowodory. Obie wymagają dodatkowych analiz i badań w celu weryfikacji potencjału.

Pole Makiejewskoje jest najbardziej produktywną koncesją Serinus na Ukrainie. Wydobycie prowadzone jest z sześciu odwiertów produkcyjnych i wynosi 422 tys. m sześc. gazu dziennie (294 tys. m sześc. dziennie przypadające na 70 proc. udział Serinus). Pochodzi z niego ok. 48 proc. całkowitej ukraińskiej produkcji Spółki.

Odwiert Olgowskoje-24

Prace wiertnicze przy O-24 zostały zakończone w październiku, wówczas odkryto trzy potencjalne strefy zawierające węglowodory. Trzeci wykonany test wykazał przepływ gazu, jednak wymagający szczelinowania. Stymulacja tej strefy (R-30c) była już przeprowadzana
z dobrym skutkiem w odwiertach O-4, O-5, O-6 i O-8.

Produkcja z pola Olgowskoje prowadzone jest obecnie z dziesięciu odwiertów i wynosi 382 tys. m sześc. gazu dziennie (269 tys. m sześc. gazu dziennie przypadające na 70 proc. udział Serinus).

Czy warto korzystać z hashtagów na Facebooku?

Już jakiś czas minął od kiedy Facebook wprowadził możliwość korzystania z hashtagów. Co w praktyce zmieniło się od tego czasu w komunikacji na tym platformie i czy ta zmiana coś dała?

Hashtagi przed wprowadzeniem na Facebooka kojarzyły się głównie z Twitterem, opcjonalnie z Instagramem. Facebook, zachęcony tą formą komunikacji, postanowił wprowadzić je u siebie. Coś jednak poszło nie do końca z planem i nie odnoszą one na tym portalu takich samych sukcesów jak pierwotnie. Co jest powodem takiego stanu rzeczy?

Przede wszystkim bezlitosny EdgeRank, który jest prawdziwą zmorą dla wszystkich zajmujących się promocją w sieci. Ogranicza on bowiem drastycznie nie tylko zasięg samych postów na fanpage’ach, ale również właśnie hashtagi. Po kliknięciu w linka, nie wyświetlają się niestety wszystkie dostępne wątki na promowany temat, przez co efektywne zastosowanie tego narzędzia w celach marketingowych znacząco traci na wartości.

Co więcej, Polacy nie do końca są przyzwyczajeni do możliwości korzystania z hashtagów. Hashtagi rozwinęły się głównie na twitterze, który do nigdy nie był tak popularny w Polsce jak na zachodzie. Kiedy tamtejsi użytkownicy uczyli się korzystania z nich i reguł, które nimi rządzą, polski internauta nie odczuwał takiej potrzeby. Wynikiem tego mogą być często błędne próby wpisywania hashtagów ze spacjami i znakami interpunkcyjnymi – twierdzi Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET.

Teorii dlaczego hashtagi rozwinęły się na Twitterze i Instagramie, a nie na Facebooku jest kilka, jednak najbardziej przekonuje fakt, że może być to spowodowane ograniczeniami ilości znaków, które są na pierwszych dwóch platformach dużo bardziej restrykcyjne niż na portalu Zuckerberga. Użytkownicy byli niejako zmuszeni do konsolidowania treści, w czym hashtagi bardzo się przydają.

Być może Facebook bardziej przychylnym okiem spojrzy próby wprowadzenia nowych narzędzi przez swoich użytkowników i dostosuje EdgeRank w taki sposób, aby korzystanie z hashtagów było bardziej korzystne, jednak nie wydaje się aby to miało nastąpić wkrótce. W międzyczasie warto wykorzystać ten pretekst do rozwoju naszej marki na innych polach w internetowej promocji.

Ustawa o prawach konsumenta

0

Nieudana transakcja w internecie? Każdy z nas będzie mógł w ciągu 14 dni zwrócić produkt kupiony online. Ponadto, koszty zakupu usług i towarów w sieci nie będą już dla klientów zaskoczeniem. Regulacje będą takie same w całej Unii Europejskiej. Co jeszcze się zmieni?

Zmieniają się przepisy chroniące konsumentów. Projekt ustawy o prawach konsumenta dotyczy kupujących online, poza lokalem przedsiębiorcy (np. na różnego rodzaju pokazach), ale także klientów sklepów tradycyjnych. Szczegółowe obowiązki informacyjne będą obowiązywać w przypadku każdego typu zawieranych umów. – Korzystne dla słabszych uczestników rynku zmiany obejmują m.in. wydłużenie prawa do odstąpienia od umowy zwartej na odległość i poza lokalem przedsiębiorstwa oraz większą swobodę w wyborze dochodzenia praw z tytułu rękojmi w przypadku wady produktu – wyjaśniał Wiceprezes Jarosław Król  podczas debaty zorganizowanej z okazji Światowego Dnia Konsumenta.

Zmiana definicji konsumenta

Obecnie konsumentem jest osoba fizyczna, która zawiera umowę kupna-sprzedaży z przedsiębiorcą. Projekt nowego prawa przewiduje, że konsumentem będzie także osoba prowadząca jednoosobową działalność gospodarczą, która zakupi produkt w celu, który w przeważającym stopniu, będzie niezwiązany z tą działalnością. Tym samym, rozszerzą się uprawnienia przedsiębiorców. Z drugiej jednak strony, nowa definicja budzi obawy sprzedawców, którzy zwracają uwagę na problem oceny i weryfikacji w jakim stopniu rzecz będzie nabywana w związku z prowadzoną działalnością. Proponowana treść art. 22¹ Kodeksu cywilnego:

§ 1. Za konsumenta uważa się osobę fizyczną dokonującą z przedsiębiorcą czynności prawnej niezwiązanej z jej działalnością gospodarczą lub zawodową.

§ 2. Przepisy o ochronie konsumentów stosuje się również do osoby fizycznej, która dokonując czynności związanej z prowadzoną działalnością gospodarczą lub zawodową, działa także w celu niezwiązanym z tą działalnością i cel ten przeważa.

Zamiast reklamacji – rękojmia

Naprawa, wymiana, obniżenie ceny, zwrot pieniędzy – takie uprawnienia będą przysługiwać konsumentom w związku z wadą zakupionego towaru. To od konsumenta będzie zależało, z której możliwości skorzysta. Klient, zamiast uprawnień z tytułu niezgodności z umową, będzie korzystał z rękojmi, która zostanie uregulowana w kodeksie cywilnym. Nie zmieni się czas na złożenie reklamacji z tytułu niezgodności z umową – klienci będą to mogli zrobić nadal w ciągu dwóch lat od zakupu. Z 6 do 12 miesięcy wydłuży się korzystny dla konsumenta czas, w którym przyjmuje się, że wada istniała już w momencie sprzedaży. Obecnie wiele reklamacji złożonych po upływie pół roku od zakupu jest automatycznie odrzucanych przez sprzedawców.

14 dni na zwrot towaru kupionego w internecie

Do 14 dni zwiększy się czas na odstąpienie od umowy zawartej na odległość (np. przez Internet, telefon) lub poza lokalem przedsiębiorcy (np. od akwizytora, na pokazie). Jeżeli konsument nie zostanie poinformowany o tym prawie, termin ten przedłuży się do 12 miesięcy (obecnie – trzy). Ustawa wprowadzi także jednolity wzór odstąpienia od umowy.

Kto płaci za wysyłkę

Projekt przepisów precyzuje, że w sytuacji odstąpienia przez konsumenta od umowy zawartej na odległość lub poza lokalem, klient ponosi koszty odesłania towaru, pod warunkiem, że został o tym wcześniej poinformowany. Obecnie brak precyzyjnej regulacji wzbudza wśród klientów oraz sprzedawców wiele wątpliwości co do tego, kto i kiedy płaci za odesłanie produktu.

Obowiązki informacyjne

Projekt ustawy rozszerza obowiązki informacyjne przedsiębiorców – nie tylko w przypadku zakupów internetowych, ale w każdym przypadku konsumenci będą musieli być jasno i rzetelnie poinformowani m.in. o danych przedsiębiorcy, wszystkich kosztach, które będą musieli ponieść.

Ponadto internetowy sprzedawca musi zadbać o to, żeby klient w momencie zamawiania płatnej usługi lub towaru wyraźnie potwierdził, że wie o tym, że musi od razu zapłacić. W przeciwnym razie umowa nie zostanie zawarta.

W przypadku zakupów na odległość i poza lokalem przedsiębiorcy wymagane przez prawo informacje będą musiały być udzielone na papierze lub za zgodą konsumenta – na innym trwałym nośniku. Taki sam obowiązek będzie dotyczył przekazania umowy zawartej w ten sposób. Sprzedawca, który nie wypełni obowiązku informacyjnego narazi się na karę grzywny.

Szeroki obowiązek informacyjny ma ułatwić konsumentom podjęcie świadomej decyzji o wyborze kontrahenta i kupnie produktu.

Koszty

Ustawa wprowadzi zakaz pobierania wyższych kosztów za wybór określonego sposobu zapłaty oraz za kontakt telefoniczny.

Przedsiębiorcy nie będą mogli obciążać konsumentów wyższymi kosztami niż te, które faktycznie ponieśli za określony sposób zapłaty.. Poza tym, konsumenci, którzy kontaktują się w sprawie nabytych produktów czy usług, dzwoniąc na specjalnie uruchomione numery infolinii, nie będą mogli być obciążani opłatami większymi niż za zwykłe połączenie.

Etap legislacyjny

Projekt wdrażający do polskiego prawa dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady  został przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Prawa kupujących i obowiązki sprzedających będą identyczne w całej UE. Przepisy powinny wejść w życie najpóźniej 13 czerwca uchylając dotychczas obowiązujące ustawy: o sprzedaży konsumenckiej (prawa konsumentów w zakresie reklamacji z tytułu niezgodności towaru z umową zostaną przeniesione do Kodeksu cywilnego) i o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (określającą zasady zakupów internetowych oraz poza lokalem.

Ogicom: Kolejne przejęcie na polskim rynku hostingowym

Ogicom znowu przejmuje – tym razem doszło do transakcji, w wyniku której poznańskiemu operatorowi została powierzona obsługa kont należących do kilku tysięcy klientów firmy Webhost.pl. Jakie korzyści stoją za tego rodzaju operacjami i jakie konsekwencje niosą dla użytkowników?

Efektywność ekonomiczna hostingu jest silnie skorelowana ze skalą działania. To, co małym firmom początkowo udaje się zrealizować dla kilku czy kilkunastu klientów, przestaje tak dobrze funkcjonować, kiedy baza rośnie do kilkuset czy kilku tysięcy. Problemy z autorskimi rozwiązaniami, oczekiwania klientów w zakresie wysokiej jakości obsługi, brak standaryzacji pakietów hostingowych i problemy z zapewnieniem technicznej niezawodności przy ograniczeniach budżetowych – to tylko wybrane elementy, studzące entuzjazm właścicieli małych i średnich firm hostingowych. Kiedy się pojawiają – następuje dobry moment do pozyskania inwestora albo całkowitego sprzedania swojego biznesu.

Innym powodem, dla którego właściciele biznesów hostingowych myślą o ich sprzedaży, jest inwestycja w całkowicie nową działalność, wymagającą znacznych nakładów kapitałowych oraz pełnego zaangażowania. Właśnie przed takim wyborem 25. lutego 2014 roku stanęła firma Webhost.pl, obsługująca kilka tysięcy kont hostingowych.

– Rozmawiałem z kilkoma dużymi i wiarygodnymi podmiotami, ale ostatecznie wybór padł na Ogicom, który szybko, rzeczowo i czytelnie przedstawił wszystkie warunki transakcji. W zasadzie negocjacje trwały tylko kilka dni, podczas których udało się osiągnąć satysfakcjonujące porozumienie. Poza warunkami finansowymi ważne było dla nas doświadczenie operatora oraz praktyczne dopracowane całej procedury – skomentował Grzegorz Król, dotychczasowy właściciel marki Webhost.pl.

O ostatniej transakcji mówi także prezes Ogicom, Jakub Dwernicki: – Każde tego rodzaju przejęcie to inwestycja, na której zyskują wszystkie podmioty. Dotychczasowi właściciele mogą skupić się na nowej działalności, klienci – zyskują większego i bardziej stabilnego operatora, a przejmujący ma szansę na powiększenie bazy klientów oraz uzyskanie lepszego poziomu kosztów jednostkowych i zwiększenie wolumenu. W wypadku Webhost.pl transakcja przebiegła szybko dzięki świetnej współpracy z partnerem i znakomicie przygotowanej dokumentacji, która w żaden sposób nie opóźniła procedur dotyczących przejęć.

Przejęcia – co oprócz pieniędzy?

Naturalnie w przejęciach strona zbywająca jest zainteresowana uzyskaniem maksymalnej kwoty, ale nie mniej ważne są też inne elementy transakcji, tj.:

zapewnienie ciągłości działania usług użytkowników,
rozłożenie przychodu ze sprzedaży biznesu w czasie,
wpływ operacji na wizerunek sprzedającego i kupującego,
doświadczenie w formalnej obsłudze operacji,
wpływ operacji na zatrudnienie, zwłaszcza w firmie sprzedawanej,
techniczna migracja do nowego środowiska (co często stanowi ogromne wyzwanie),
przygotowanie komunikacyjne.

Wyjątkowo istotnym obszarem pozafinansowym jest także komunikacja. Wpływa ona na zadowolenie klientów z całej operacji i przyczynia do kształtowania poziomu ewentualnych rezygnacji z usług. Błędy w tym obszarze mogą powodować straty po stronach zarówno kupującego, jak i sprzedającego. – Konieczne jest staranne przygotowanie komunikacji z klientami. Pamiętajmy, że hosting to usługa nacechowana wysokim poziomem interakcji na linii Użytkownik-Hoster, bo poza formalną zmianą operatora dochodzi także do zmian technicznych. Dopracowane mechanizmy komunikacyjne są zatem tak samo ważne, jak przygotowanie prawne czy finansowe – mówi Artur Pajkert, autor mechanizmów komunikacyjnych zastosowanych podczas operacji.

Co można poradzić właścicielom firm IT, którzy chcieliby spieniężyć swój biznes?

Przede wszystkim – najlepiej skupiać się na swoich kluczowych kompetencjach, szczególnie że rynek wymaga coraz wyższego poziomu specjalizacji. Agencja reklamowa czy interaktywna nie zawsze jest najlepszym hosterem, podobnie jak firmy typu „software house”. Oba te rodzaje działalności wymagają całkowicie odmiennych kompetencji niż prowadzenie biznesu hostingowego.

Po drugie – hosting ma sens wówczas, jeśli zapewnia odpowiednią zyskowność, konieczną dla gwarantowania technicznej jakości usług. Nierozerwalnie wiąże się to ze skalą działania. Brak odpowiedniej rentowności w długim terminie odbije się „czkawką” nie tylko właścicielom biznesu, ale także klientom.

Po trzecie – szukając inwestora skłonnego do zainwestowania w dane przedsięwzięcie, należy dokładnie rozważać takie podmioty, które mają doświadczenie w przejęciach IT, bo poza samym kapitałem nie mniej ważne jest know-how, dotyczące samego procesu przejęcia. Często jest to czynnik wręcz ważniejszy od pieniędzy, ponieważ transakcja przeprowadzona źle może okazać się finansowo niekorzystna dla jednej lub obu stron, a klienci zamiast mieć lepiej niż dotąd – z niezadowolenia przejdą do firm trzech.

Źródło: www.Ogicom.pl

NIK: konieczna jest gruntowna i niezwłoczna analiza dostosowania potencjału szpitali do rzeczywistych potrzeb pacjentów

Kontraktowanie usług w lecznictwie szpitalnym i specjalistycznym jest mało przejrzyste, a procedury stosowane przez NFZ, nie zawsze zapewniają wybór najlepszych świadczeniodawców, którzy gwarantowaliby pacjentom odpowiednią jakość i dostępność usług. Tym samym Fundusz nie zawsze w najlepszy sposób gospodaruje publicznymi pieniędzmi, pochodzącymi ze składek zdrowotnych obywateli.

Zgodnie z założeniami kluczowe znaczenie w procedurze kontraktowania świadczeń zdrowotnych miały mieć dwa etapy: rankingowy i negocjacyjny – dzięki nim pacjent miał otrzymywać możliwie najlepsze świadczenie za możliwie najniższą cenę. Kontrola NIK wykazała jednak, że w przypadku lecznictwa szpitalnego oraz lecznictwa specjalistycznego tryb kontraktowania jest obarczony wieloma wadami.

W publicznym lecznictwie szpitalnym, sens kontraktowania wypacza to, że przyznawana na ostatnim etapie procedury cena za punkt rozliczeniowy (miara służąca do rozliczenia oferowanego świadczenia) jest stała i tak naprawdę nienegocjowalna, bez względu na jakość oferty przedstawionej na wcześniejszych etapach postępowania. W efekcie praktycznie wszystkie szpitale publiczne, które zgłosiły oferty, podpisują umowy, a etapy wcześniejsze, np. ranking placówek uwzględniający jakość oferowanych świadczeń, nie mają większego znaczenia.

Z kolei w przypadku ambulatoryjnej opieki specjalistycznej ranking jakościowy (sam w sobie niedoskonały, bo oparty na jakości deklarowanej w ofercie, nie zawsze zgodnej z rzeczywistą jakością placówek), jest przekreślany i kwestionowany na etapie negocjacji, w którym jedynym liczącym się kryterium są ceny procedur, zaproponowane przez świadczeniodawców. Na ich podstawie komisje negocjacyjne ustalają zupełnie nowy ranking i według własnych, zmiennych reguł (często przekazanych przez przełożonego ustnie) arbitralnie przydzielają kontrakty, narzucając warunki i ostateczne ceny. Odmowa podpisania propozycji Funduszu przez świadczeniodawcę jest równoznaczna z rezygnacją z kontraktu. Zdaniem NIK trudno ten sposób postępowania określić mianem negocjacji.

Kumulacja postępowań prowadzonych w ostatnim kwartale roku i konieczność podpisania w ograniczonym, krótkim czasie tysięcy umów ze świadczeniodawcami, powoduje wiele nieprawidłowości, zarówno na etapie oceny ofert, jak i negocjacji, skutkujących niejednokrotnie zawarciem kontraktu z podmiotami, które nie gwarantują odpowiednich warunków realizacji świadczeń.

Przyczyny rozbieżności pomiędzy efektem oczekiwanym a uzyskiwanym:
NFZ nie negocjuje cen za świadczenia, ale przedstawia gotowe oferty do akceptacji: w publicznym lecznictwie szpitalnym jest to stała cena za punkt (różny jest natomiast zakres kontraktu). Ceny proponowane przez Fundusz nie odpowiadają rzeczywistym kosztom ponoszonym przez świadczeniodawców. Podobnie jest w leczeniu specjalistycznym. NFZ nie monitoruje rynku usług medycznych i nie dysponuje realnymi wycenami procedur medycznych w poszczególnych regionach kraju. Kontrola u wybranych świadczeniodawców wykazała, że nie zachodziła zależność między ceną kontraktową, a rzeczywistymi kosztami udzielania danego świadczenia.

Zdaniem większości świadczeniodawców (61,5%) cena ustalana na etapie negocjacji z NFZ znajduje się na granicy opłacalności lub nawet poniżej.

Ponad 30% świadczeniodawców uznało, że wartość kontraktów pokrywa poniesione koszty świadczeń jedynie przy zastosowaniu całościowego rozliczania umów, gdzie tańsze w rzeczywistości procedury – drożej wycenione przez NFZ – finansują procedury niedoszacowane. Jest to szczególnie widoczne na przykładzie szpitali, które udzielają świadczeń w kilku a nawet kilkunastu zakresach: wówczas kluczowym czynnikiem, decydującym o rentowności tych jednostek jest zbiorcza wartość wszystkich zawartych umów.

Z powodu złego rozplanowania procesu kontraktowania w czasie i spowodowanej tym kumulacji ofert większość skontrolowanych oddziałów NFZ podpisuje umowy „w ostatniej chwili”, próbując pod presją czasu uniknąć syndromu kolejek do lekarzy na początku nowego roku. W czasie tak rozumianych negocjacji świadczeniodawcy mają często kilka lub kilkanaście minut na decyzję o podpisaniu bądź odrzuceniu oferty. Stwierdzone w trakcie kontroli warunki prowadzenia negocjacji wskazują, że niekiedy miały one charakter propozycji NFZ bez możliwości ich przedyskutowania, czy też zmiany, np. w Świętokrzyskim OW NFZ odbywały się one nawet co kilka minut i polegały na wyrażeniu zgody lub odmowy przyjęcia propozycji NFZ; w Małopolsce komisje konkursowe w okresie 2-3 tygodni przeprowadziły negocjacje dotyczące ponad pięciu tysięcy ofert, niejednokrotnie w godzinach nocnych.

Kontrola NIK wykazała przypadki podniesienia przez Fundusz, z własnej inicjatywy, liczby zakontraktowanych świadczeń zdrowotnych, ceny za punkt rozliczeniowy czy też jednostronnego zmniejszenia przez świadczeniodawcę liczby wykonywanych świadczeń, zmiany obsady personelu i godzin przyjmowania już po kilku miesiącach od zawarcia kontraktu. Podniesienie ceny świadczeń oznaczało często powrót do ceny proponowanej w ofercie lub nawet cenę wyższą, co było całkowitym zaprzeczeniem sensu ustalania zakresu kontraktu podczas negocjacji. NIK zauważa, że przepisy dopuszczają przeprowadzanie kolejnych, po tzw. konkursach głównych, postępowań, jednak podkreśla, że może prowadzić to do arbitralnego wzmacniania celowo dobranych świadczeniodawców. Sytuacja taka miała miejsce np. w województwie małopolskim, gdzie w uzupełniającym trybie rokowań na 2011 r. podpisano umowy z poradniami przyszpitalnymi, które w konkursach głównych przegrały z innymi placówkami.

Wnioski

NIK zauważa, że wprowadzane aktualnie zmiany w formule kontraktowania stanowią realizację części uwag, zgłoszonych w trakcie kontroli (np. nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, która doprecyzowuje m.in. pojęcia ciągłości i kompleksowości udzielanych świadczeń, umożliwia odrębne kontraktowanie świadczeń specjalistycznych dla grupy poradni przyszpitalnych i precyzuje, że w przypadku ryzyka braku zabezpieczenia świadczeń kontrakt może być przedłużony maksymalnie o sześć miesięcy).

Biorąc jednak pod uwagę wyniki analizy obecnej formuły kontraktowania NIK rekomenduje Ministrowi Zdrowia rozważenie podjęcia daleko idących reform. Zdaniem NIK konieczna jest gruntowna, rzetelna i niezwłocznie przeprowadzona analiza dostosowania potencjału szpitali do rzeczywistych potrzeb pacjentów. NIK rekomenduje także wypracowanie takiego sposobu kontraktowania świadczeń, w którym najważniejsze kryterium stanowić będą jakość i dostępność świadczeń rzeczywiście oczekiwanych przez pacjentów z danego terenu. Pozwoli to uwolnić zawieranie umów ze szpitalami od lokalnych nacisków.

Jan Kulczyk inicjatorem Rady Polskich Inwestorów w Afryce

CEO Magazyn Polska

Afryka będzie w najbliższych latach jednym z najszybciej rozwijających się ekonomicznie regionów na świecie. Polskie firmy mogą na tym skorzystać – uważają uczestnicy debaty na temat polskich inwestycji w Afryce, zorganizowanej przez CEED Institute. Wsparciem dla przedsiębiorców ma być powołana wczoraj Rada Polskich Inwestorów w Afryce, której inicjatorem jest Jan Kulczyk, największy polski prywatny inwestor na kontynencie afrykańskim i twórca CEED Institute. Do Rady przystąpili przedstawiciele największych polskich firm działających w Afryce, m.in. Jerzy Starak (Polpharma), Roman Karkosik (Krezus), Adam Góral (Asseco Poland) i Karol Zarajczyk (Ursus).

 – W nowoczesnym, globalnym świecie to nie odległość decyduje o bliskości. Afryka patrzy na Polskę i nasz region z dużym zaufaniem. Imponuje im sukces naszej transformacji gospodarczej, determinacja i przedsiębiorczość. Na tle borykającej się z kłopotami Europy mamy w sobie świeżość i energię, niezbędne do wprowadzania wielkich zmian, przed którymi stoi dziś Afryka – mówił Jan Kulczyk, inaugurując powstanie Rady Polskich Inwestorów w Afryce, której został przewodniczącym.

Rada Polskich Inwestorów w Afryce będzie pełnić rolę platformy wymiany myśli oraz doświadczeń na rzecz dalszego rozwoju polsko-afrykańskiej współpracy gospodarczej. Zadaniem Rady będzie również przecieranie ścieżek kolejnym polskim firmom, które chcą zaistnieć na kontynencie afrykańskim.

W skład Rady weszły największe polskie przedsiębiorstwa inwestujące w Afryce, reprezentowane między innymi przez: Jana Kulczyka (Kulczyk Investments), Jerzego Staraka (Polpharma), Romana Karkosika (Krezus), Adama Górala (Asseco Poland), Krzysztofa Jałosińkiego (Zakłady Chemiczne Police, Grupa Azoty), Marcina Kubicę (Lubawa) oraz Karola Zarajczyka (Ursus). 

Podczas spotkania, które odbyło się siedzibie Polskiej Rady Biznesu, zaprezentowany został także kolejny, piąty już raport CEED Institute „Nieodkryty potencjał: przewodnik po sektorze naftowym Afryki Subsaharyjskiej”.

Zdaniem autorów raportu, w ciągu najbliższych lat Afryka ma należeć do najszybciej rozwijających się regionów świata. Szczególnie dobre perspektywy dotyczą Afryki Subsaharyjskiej. MFW prognozuje roczny wzrost PKB tego regionu wynoszący 6,1 proc. w tym roku i 5,8 proc. w 2015 r. Na podobną dynamikę mogą liczyć tylko kraje w Azji.

Dostrzegając ogromną różnorodność Afryki Subsaharyjskiej, autorzy raportu przeanalizowali podobieństwa i różnice w funkcjonowaniu przemysłu naftowego w poszczególnych krajach regionu.

 – Widzę szanse dla polskich przedsiębiorców, ale też dla europejskich firm. Uważam, że powinniśmy być w Afryce obecni wspólnie z całą Europą i w pewnym sensie również pod parasolem Unii Europejskiej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments i założyciel CEED Institute.

 Żeby Afryka tak naprawdę ruszyła, niezbędna jest inwestycja w infrastrukturę. Za 115 mld dolarów można uruchomić całą infrastrukturę Afryki Subsaharyjskiej. A to momentalnie spowoduje boom we wszystkich innych dziedzinach, nie tylko w przemyśle wydobywczym, lecz także w usługach, w przemyśle lekkim i całej reszcie obszarów – podkreśla Jan Kulczyk.

115 mld dolarów to niewygórowana kwota w kontekście rozwoju całego kontynentu. Mniej więcej tyle samo (ok. 110 mld dolarów) otrzyma Polska z unijnego funduszu spójności w latach 2014–2020. Kulczyk podkreśla, że pieniądze te pozwolą rozwinąć rynek już teraz liczący 1,1 mld ludzi. Prognozy na najbliższe lata mówią o wzroście populacji Afryki do nawet 2 mld osób.

Fundamentem rozwoju Afryki jest przemysł wydobywczy, także naftowy, ale Kulczyk podkreśla, że dzięki rozwojowi infrastruktury i ofercie inwestorów, poprawi się także sytuacja w innych sektorach.

 – Afryka dzisiaj, to Polska lat 90., może 80. Wkrótce rozwinie się tam cały przemysł konsumpcyjny, infrastruktura, usługi, czyli to, co jest charakterystyczne dla wszystkich gospodarek rozwijających się. Nie trzeba odkrywać Ameryki, trzeba odkrywać Afrykę – apeluje Kulczyk.

Dodaje, że przedsiębiorcy muszą traktować inwestycje na rynkach afrykańskich długofalowo, bo perspektywy rozwoju gospodarczego są tam znacznie lepsze niż w krajach rozwiniętych. 

Komentarz indeksowy BossaFX 19 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 19 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Co piąta firma łamie przepisy przy zawieraniu umów cywilnoprawnych z pracownikami

CEO Magazyn Polska

Co piąta umowa cywilnoprawna powinna być umową o pracę, a w 18 proc. firm skontrolowanych przez Państwową Inspekcję Pracy doszło do naruszenia przepisów przy zawieraniu umów z pracownikami. Takie nieprawidłowości ma zwalczyć rządowy projekt oskładkowania umów-zleceń do wysokości minimalnej pensji. Według resortu pracy, propozycja ta razem z projektem oskładkowania wynagrodzeń członków rad nadzorczych to pierwsze kroki do poprawy jakości pracy.

 – Te pierwsze rozwiązania, które zaproponowaliśmy, są bardzo ostrożne. Po pierwsze, ozusowanie rad nadzorczych nikogo nie boli. W przypadku umów-zleceń, one już od dawna są ozusowane. Problem tylko jest w ozusowaniu tak zwanych zbiegów, a więc eliminowania prób obchodzenia prawa, kiedy mając dwie umowy-zlecenie, oskładkowana jest jedna za 100 zł, natomiast druga – za 2 tys. zł – już nie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Ministerstwo, opierając się na danych z Państwowej Inspekcji Pracy, przestrzega, że nieprawidłowości w tym zakresie jest coraz więcej. W 2007 roku 4 proc. skontrolowanych firm łamało przepisy przy zawieraniu umów. W ubiegłym roku było to już 18 proc., a co piąta umowa cywilnoprawna powinna być umową o pracę.

Dotychczas przy pracy na kilka umów-zleceń obowiązkowym składkom podlegała jedna z nich. Oskładkowanie pozostałych było dobrowolne. Projekt rządu zakłada, że teraz składkom będą podlegać wszystkie zlecenia co najmniej do kwoty minimalnego wynagrodzenia.

 – Zdajemy sobie sprawę, że dla pewnego segmentu rynku to może być problem, stąd vacatio legis. Niedawno była dyskusja na temat tego, na ile niektóre branże poradzą sobie z konsekwencjami. Zwracano uwagę na to, że trzeba przyspieszyć prace nad zamówieniami publicznymi tak, żeby te zmiany wcześniej weszły w życie, a wtedy te branże sobie z tym poradzą. I naszym priorytetem będzie także zadbanie o właściwy kalendarz wdrażania tych zmian – podkreśla Jacek Męcina.

Wiceminister zapewnia, że propozycja rządu jest w dużej mierze odpowiedzią na postulaty stawiane przez związki zawodowe. Przekonuje, że zmiany w ustawie mają przede wszystkim na celu poprawić jakość pracy i zwiększyć ochronę ubezpieczeniową zatrudnionych, i trzeba na nie patrzeć w szerszym kontekście.

Jak podaje MPiPS, na umowach cywilnoprawnych zatrudnionych jest blisko 1,4 mln Polaków. Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że pracownicy ci stanowią 13 proc. zatrudnionych, podczas gdy w 2008 roku było to 9 proc. W ciągu pięciu lat to wzrost o 40 proc.

Lekarze próbują walczyć z kolejkami do specjalistów. Rząd akceptuje tylko część pomysłów

CEO Magazyn Polska

Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia, przedstawił premierowi pomysły na likwidację kolejek do specjalistów. Propozycje ograniczają się do poszerzenia kompetencji lekarzy rodzinnych i wprowadzenia systemu dobrowolnych ubezpieczeń. Jednak wprowadzenie drobnych opłat za wizytę u lekarza nie znajduje poparcia.

Lekarze pytani przez portal Medycyny Praktycznej zgodnie twierdzą, że coraz dłuższe kolejki do lekarzy specjalistów to efekt skomplikowanych zasad refundacji. Lekarze rodzinni muszą wysyłać co roku swoich pacjentów do specjalisty po to, by potwierdził diagnozę choroby przewlekłej (np. cukrzycy).

 – Są pacjenci, których sytuacja zdrowotna jest na tyle ustabilizowana, że przyjmują te same leki stale, wiadomo, że one im pomagają. Nie ma żadnego powodu, żeby co roku diagnozę i to samo ustawianie leków potwierdzał lekarz specjalista. Wystarczy, że nad pacjentem będzie czuwał lekarz rodzinny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwia Szparkowska z Medycyny Praktycznej.

85 proc. lekarzy uznało, że zwiększenie uprawnień lekarzy rodzinnych skróciłoby czas oczekiwania na wizytę u specjalisty. Rozwiązanie postulowane przez lekarzy, i akceptowane przez Ministerstwo Zdrowia i NFZ, to np. umożliwienie lekarzowi rodzinnemu skierowania pacjenta na badania diagnostyczne.

 – Problem polega na tym, że duża część pacjentów trafiających do specjalisty potrzebuje jedynie skierowania na badania, by później wrócić do tego samego specjalisty po ocenę wyników i diagnozę – tłumaczy Sylwia Szparkowska.

Zdaniem ekspertki byłoby lepiej, gdyby u lekarza specjalisty pojawiali się pacjenci już z wynikami badań. Sylwia Szparkowska podkreśla, że takie rozwiązanie wymaga dodatkowych pieniędzy albo zmiany systemu bez podniesienia uprawnień lekarza rodzinnego.

Według Szparkowskiej, pacjenci wymagający stałego leczenia tworzą dużą część kolejek do lekarzy specjalistów. W tym przypadku problem dostrzega też Ministerstwo Zdrowia, które chce wprowadzić między innymi zgodę na przepisywanie na dłuższy czas recept.

 – Natomiast wprowadzenie drobnych opłat za każdą wizytę u lekarza nie znajduje poparcia ani w ministerstwie, ani wśród polityków, chociaż jest bardzo istotne dla środowiska lekarskiego – mówi dziennikarka Medycyny Praktycznej.

W ankiecie na takie rozwiązanie wskazało 88 proc. lekarzy. Ich zdaniem, pozwoliłoby to ograniczyć wizyty osób, które nie potrzebują porady lekarskiej, a przychodzą do lekarza raczej z powodów społecznych lub psychologicznych.

Podobnie wygląda kwestia wprowadzenia ubezpieczeń dodatkowych. Środowisko lekarskie od wielu lat uważa, że takie ubezpieczenia są konieczne (77 proc. przyznało, że to ograniczyłoby kolejki do specjalistów), a pacjenci w miarę możliwości powinni sami finansować wizytę u lekarza, odciążając system świadczeń medycznych.

 – Ci, którzy nie mają takiej możliwości, też trafialiby wtedy do lekarza szybciej – mówi Sylwia Szparkowska. – Bez względu na lepsze płace lekarze nie będą w stanie przyjmować więcej pacjentów. Państwo wciąż nie może sobie poradzić z systemem ubezpieczeń dodatkowych i sprawa pozostaje nierozwiązana.

W ankiecie portalu Medycyny Praktycznej wzięło udział ponad 2 tysiące lekarzy.

Właściciel marki Kamis rozbudowuje fabrykę pod Warszawą, zwiększa zatrudnienie i wprowadza nowe produkty

CEO Magazyn Polska

Polska jest strategicznym rynkiem dla firmy McCormick, właściciela m.in. marek Kamis i Galeo. Krajowy rynek miał znaczący udział w ubiegłorocznym, 15-proc. wzroście firmy. Podwarszawska fabryka zaopatruje również rynek ukraiński, rosyjski i rumuński. Dlatego McCormick zdecydował się na rozbudowę zakładu. Zamierza również wprowadzić na rynek jeszcze przed Wielkanocą i sezonem grillowym nowe produkty z kategorii ziół i przypraw. 

 Będziemy kontynuować inwestycje w Polsce, przede wszystkim w dalszą rozbudowę fabryki, tak, aby zakończyć ją w tym roku. Zamierzamy też inwestować w nasze obiekty i systemy, a także szkolenia. Wspieramy rozwój w Polsce, dążymy do doskonałości w konkurencyjności i technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olivier Touzalin, prezes spółki McCormick Polska.

Firma na razie nie przewiduje na polskim rynku przejęć, koncentruje się na działalności operacyjnej i rozwoju marek Kamis i Galeo.

 – Naszym priorytetem jest podniesienie ogromnego potencjału tych marek. To nie czas na przejmowanie innych. W zależności od wzrostu, z pewnością czeka nas zatrudnianie nowych pracowników – komentuje Olivier Touzalin.

McCormick przejął spółkę Kamis w 2011 roku. Od tej pory zainwestował już 42 miliony złotych w infrastrukturę IT, system SAP i powiększenie fabryki. Szef firmy podkreśla też rolę reklamy. Już w zeszłym roku firma inwestowała poważne środki w reklamę Kamisa w telewizji i w dalszym ciągu zamierza się promować za pomocą klasycznej reklamy oraz sponsoringu telewizyjnego.

Sprzedaż spółki na świecie wzrosła w 2013 roku o 15 proc., a znaczący wpływ na ten sukces miał rynek polski.

 – Dla firmy Polska jest platformą rozwoju w Europie Środkowo-Wschodniej. Z fabryki pod Warszawą dostarczamy produkty na Ukrainę, do Rosji i Rumunii. Bez wątpienia Polska to ważne źródło rozwoju firmy – przekonuje Olivier Touzalin.

Priorytetami firmy pozostają zioła i przyprawy. W ubiegłym roku na rynku pojawiło się ponad 40 produktów z tej kategorii. Ostatnio McCormick intensywnie inwestuje także w segment fiksów – 24 wprowadzone w ubiegłym roku na rynek produkty dobrze się sprzedają, więc firma chce poszerzać tę kategorię, która stanowi podstawę rozwoju spółki na świecie.

 – Nie umniejszam też wagi kategorii musztard, bo Kamis jest liderem w tej dziedzinie. Będziemy wspierali ten segment nowymi produktami, nowymi działaniami, będzie to  można zobaczyć w nadchodzących tygodniach – mówi Touzalin.

Najbliższe tygodnie będą dla McCormicka bardzo ważne – zbliża się szczyt sezonu, który przypada na okres przedwielkanocny, a także sezon grillowy. Trzecim istotnym okresem dla firmy jest Boże Narodzenie.

 – Na te okresy wzmożonej sprzedaży przygotowujemy specjalne produkty, będziemy również wspierać nasze marki w telewizji. Również ważna będzie aktywność sprzedawców naszych marek w sklepach – zapewnia prezes firmy. – McCormick jest liderem sprzedaży w sezonie grillowym i planuje jeszcze zwiększyć swoją aktywność w tym zakresie w obecnym roku.

Za dwa tygodnie na brytyjskich autostradach pojawią się opłaty dla zagranicznych ciężarówek

CEO Magazyn Polska

Wprowadzenie opłat za autostrady w Wielkiej Brytanii tylko dla obcokrajowców jest sprzeczne z unijnymi przepisami i zaszkodzi rynkowi – ocenia Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce. Za dwa tygodnie zaczną obowiązywać opłaty, które wyniosą nawet 1000 funtów za rok.

 – Jest to niezgodne z zasadami funkcjonowania Unii Europejskiej. Nie wolno stosować żadnych restrykcyjnych działań wobec partnerów gospodarczych z kraju-członka Unii. Czyli również rządowi Wielkiej Brytanii nie wolno stosować restrykcyjnych barier dla przedsiębiorców spoza Wielkiej Brytanii, którzy są członkami Unii Europejskiej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Buczek.

Zgodnie z nowymi przepisami Wielka Brytania od 1 kwietnia będzie wymagała opłat drogowych od wszystkich ciężarówek o dopuszczalnej masie powyżej 12 ton. Teoretycznie także od zarejestrowanych w Wielkiej Brytanii, lecz o równowartość opłaty obniżony zostanie podatek drogowy. W praktyce zatem dodatkowe koszty poniosą jedynie zagraniczne ciężarówki.

Buczek podkreśla, że nowe przepisy to dla dużych firm przewozowych olbrzymie koszty. Roczną opłatę wynosząca 1000 funtów (ponad 5000 zł) trzeba będzie bowiem pomnożyć przez liczbę pojazdów we flocie firmy. Dodaje, że to nie tylko sprzeczne z przepisami UE, lecz także szkodliwe dla rynku. W tej chwili większość przewozów towarów pomiędzy Wielką Brytanią a kontynentem wykonują firmy spoza Wielkiej Brytanii, w tym wiele z Polski.

 – Dlaczego angielskim firmom nie opłaca się jeździć do Europy i dlaczego oni nie są zainteresowani tym, żeby wykonywać przewozy również w Europie? Tego nie wiem. Może brytyjscy przedsiębiorcy wolą, jak im towar przywiozą, niż jak sami mają się po niego wybierać do krajów, w którym obowiązuje prawostronny ruch. Ale w związku z tym nie wolno nas karać za to, że zobowiązaliśmy się do wykonania tej misji – argumentuje Buczek.

Podkreśla, że pomimo dużego znaczenia transportu drogowego w Polsce, nasz kraj stosuje się do unijnych przepisów i nie chroni w specjalny sposób krajowych przewoźników. Według Buczka, niektóre podatki są w Polsce nawet na maksymalnie wysokim poziomie. Dlatego działanie Londynu budzi sprzeciw branży.

Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce przygotowuje skargę do Komisji Europejskiej. Liczy, że uda się zmusić Londyn albo do wprowadzenia ulg również dla ciężarówek z zagranicy, albo do zaniechania dyskryminującego systemu.

Poza samymi założeniami systemu, problemy rodzi także metoda jego wdrażania.

 – Kilka lat temu w Polsce był wdrażany taki system i wiem, ile pracy trzeba było włożyć, żeby w ponad 200 punktach obsłużyć wszystkich przedsiębiorców. Nie wiem, jak sobie rząd brytyjski wymyślił, że w ośmiu czy siedmiu punktach rozrzuconych po Europie można rozwiązać ten problem – zastanawia się Buczek.

Opłatę drogową będzie można wnosić przez internet oraz na niektórych stacjach benzynowych i terminalach promowych. Właściciele lub kierowcy ciężarówek będą musieli ją uregulować przed wjazdem do Wielkiej Brytanii. W innym wypadku będzie im groził mandat w wysokości 300 funtów płatny na miejscu. Konta w internetowym systemie płatności można zakładać od 17 marca.

Polska wydaje środki unijne lepiej niż inne kraje w regionie

Dzięki środkom unijnym polskie PKB będzie rosło rocznie o 0,5 punktu procentowego szybciej. Fundusze, których Polska pozostanie największym beneficjentem, mogą odegrać rolę podobną do powojennego planu Marshalla w Europie. Pod względem wykorzystania środków z poprzedniego unijnego budżetu znajdujemy się w regionalnej czołówce. W nowej siedmioletniej perspektywie budżetowej najważniejsza pozostanie infrastruktura, ale Polska nie może zapominać o inwestycjach w innowacyjność i współpracy z innymi krajami regionu.

 – Zarówno Polska, jak i pozostałe kraje regionu powinny sobie uświadomić, że wraz z rozwojem gospodarczym pula środków z UE będzie się zmniejszać. Ważna jest więc współpraca. Oprócz tego widzimy potencjał do większego wykorzystanie środków. Zdobyte doświadczenie z pewnością odegra tu rolę. Łatwiejsze procedury, mniejszy stopień biurokracji – to są te czynniki, które z pewnością zachęciłyby firmy i instytucje, by częściej sięgać po środki europejskie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Rzentarzewska, analityczka z Departamentu Analiz Strategicznych i Ekonomicznych ERSTE.

Jak wynika z przygotowanego przez ERSTE raportu, środki unijne w latach 2014–2020 mogą stać się podobnym impulsem do rozwoju Europy Środkowej i Wschodniej, jak plan Marshalla dla Europy w latach powojennych. Budżet całej polityki spójności, przeznaczony przede wszystkim dla najbiedniejszych obszarów w UE, przekroczy 350 mld euro. To o 1,3 proc. więcej niż w latach 2007–2013. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej, czyli Polska, Czechy, Słowacja, Chorwacja, Węgry i Rumunia, dostaną niemal połowę z tych środków.

Najwięcej – 77,6 mld euro – dostanie Polska. To 288 euro rocznie na każdego Polaka i niemal 3 proc. wielkości PKB, a także ponad dwukrotnie więcej niż drugi, największy beneficjent, Włochy, które otrzymają 32,8 mld euro. Od wstąpienia do Unii Polska otrzymała netto ponad 52 mld euro. Dla porównania Niemcy, które są największym płatnikiem netto, w tym samym okresie wpłaciły do kasy UE netto 90,6 mld euro.

Rzentarzewska zwraca uwagę, że w tej chwili pieniądze są przeznaczane przede wszystkim na inwestycje w infrastrukturę drogową i kolejową. Drugim obszarem wydawania funduszy europejskich jest sektor badań i rozwoju, edukacji oraz rynku pracy. Podkreśla, że obydwa mają istotne znaczenie dla zapewnienia długoterminowego rozwoju gospodarczego.

 – Te dziedziny wiążą się przede wszystkim z wyższym poziomem inwestycji w gospodarce, to z kolei przekłada się na wzrost gospodarczy. Oczekujemy, że w zależności od kraju, pozytywny wpływ środków w Unii Europejskiej może powiększyć wzrost gospodarczy od 0,3 pkt proc. do 0,8 pkt proc. na przestrzeni następnych 10 lat – prognozuje Rzentarzewska.

Według analizy ERSTE w Polsce średni wzrost gospodarczy ma wynieść 3,6 proc. rocznie, a 0,5 punktu proc. z tego będziemy zawdzięczać funduszom unijnym. W raporcie podkreślono, że Czechy i Słowacja już wyprzedziły najsłabsze gospodarki starej UE, a Polska i Węgry dokonają tego w ciągu najbliższych lat.

Poza infrastrukturą drogową i kolejową ważne są też inwestycje w infrastrukturę telekomunikacyjną oraz energetyczną. Unia będzie szczególnie wspierać budowę korytarzy paneuropejskich – w Polsce skorzystać na tym powinny wszelkie projekty łączące nas z sąsiadami.

 – To przede wszystkim korytarz Bałtyk Adriatyk, ważny zarówno dla Polski, jak i dla Czech. Będzie przebiegać począwszy od Szczecina poprzez Żylinę, do Adriatyku – mówi Rzentarzewska.

Niezbędne jest jednak efektywne wykorzystywanie środków. W poprzedniej perspektywie budżetowej Polska wydała tylko 67,9 proc. dostępnych środków. Choć był to trzeci wynik w regionie, znacznie lepsze wyniki osiągnęły Estonia (81,3 proc.) i Łotwa (78,9 proc.). Regionalna średnia wyniosła nieco poniżej 60 proc., a najgorsza w tym zestawieniu Rumunia wydała tylko niecałe 38 proc. środków.

Dzięki łagodnej zimie Polska zanotuje wyższy wzrost gospodarczy

CEO Magazyn Polska

Wzrost PKB przyspieszy do 3 proc. w I kwartale roku – szacuje Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. Wpłyną na to relatywnie ciepłe miesiące zimowe, na których korzysta głównie branża budowlana. Brak mrozu i śniegu pozwala na kontynuację inwestycji, rośnie więc sprzedaż materiałów budowlanych. Eksperci przewidują jednak, że tegoroczne anomalie pogodowe odbija się na wynikach aktywności gospodarczej w przyszłym roku.

 – Z naszych analiz wynika, że liczba dni mroźnych z bardzo niską temperaturą ma istotny wpływ na poziom produkcji budowlano-montażowej w takich miesiącach, jak styczeń i luty. W tym roku druga połowa stycznia była niezła, a luty historycznie był miesiącem ciepłym. Z tego punktu widzenia można oczekiwać w lutym relatywnie dobrych danych o produkcji budowlano-montażowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Lekka zima oznacza, że zarówno branża budowlana, jak i deweloperzy mogli praktycznie cały czas kontynuować inwestycje. Zdaniem ekspertów, może się to przełożyć na przyspieszenie wzrostu gospodarczego w pierwszym kwartale tego roku. 

 – Spodziewam się, że wzrost wyniesie 3 proc. wobec 2,7 proc. w IV kwartale 2013 roku. Aktywność w budownictwie będzie istotnym czynnikiem pobudzającym wzrost w tym okresie – ocenia Borowski.

Tak ciepłe zimy, jak w tym roku, zdarzają się jednak rzadko. Oznacza to, że anomalie pogodowe wpłyną nie tylko na wyniki w pierwszym kwartale tego roku, lecz także i w przyszłym. 

 – Jeśli zima w 2015 roku będzie taka jak zwykle, a temperatury – zbliżone do przeciętnych w tym okresie, to produkcja budowlano-montażowa będzie najprawdopodobniej niższa niż rok wcześniej. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że nie odnotujemy silnego przyrostu. I to będzie czynnik, który ograniczy wzrost aktywności gospodarczej w przyszłym roku z powodu wysokiej tegorocznej bazy – analizuje Jakub Borowski.

Rynek reklamowy odbija się od dna. Rosną wydatki na reklamę, a wraz z nimi – ceny za ich emisję

CEO Magazyn Polska

Rośnie popyt na czas reklamowy. Media zaczynają więc podnosić ceny. Sytuacja dotyczy przede wszystkim telewizji oraz sektora online. Równocześnie reklamy internetowe osiągają dziś dużo wyższą skuteczność niż jeszcze kilka lat temu.

 – Ceny za emisję reklam w telewizji są obecnie w trendzie wzrostowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bierzyński, prezes domu mediowego OMD. – Taki ruch cenowy ma miejsce między innymi w grupie TVN, a za nią podążają pozostałe stacje. W sektorze reklamy telewizyjnej spodziewam się w najbliższym czasie odbicia rynku.

Ostatnie lata oznaczały dla utrzymujących się z reklam mediów ciężkie czasy. Odnotowywano znaczący spadek wydatków na reklamę, a najwięcej utracił sektor prasowy. I choć wydawcy gazet wciąż borykają się z niską sprzedażą i związanym z nią odpływem reklamodawców, ożywienia doczekały się sektor telewizyjny i internetowy.

 – Wzrost zysków z nadawania reklam online jest stałym trendem panującym od kilku lat – mówi Bierzyński. – Internet jest najszybciej rozwijającym się medium i przyciąga coraz większą liczbę reklamodawców.

Wynika to przede wszystkim z rozwoju nowych technologii, które zmieniły zasady funkcjonowania internetu jako medium reklamowego. Zdaniem Bierzyńskiego, ogromne znaczenie miało wprowadzenie metody zakupu RTB. Pozwoliła ona wielokrotnie zwiększyć efektywność kampanii reklamowych. Model RTB (Real Time Bidding) umożliwia emisję reklamy w czasie rzeczywistym, skierowaną do konkretnego użytkownika. Nie jest w nim istotna liczba emisji, lecz trafienie w aktualne zapotrzebowania internauty.

 – Z punktu widzenia reklamodawców najistotniejsze jest obecnie stworzenie kampanii, która będzie skierowana do użytkowników, o których wiadomo, że mogą być zainteresowani jej tematem – wyjaśnia prezes OMD. – Nowe technologie oraz precyzyjniejsze targetowanie kampanii zwiększyły ich skuteczność, równocześnie redukując wydatki i ryzyko trafienia z przekazem do osób, które nie znajdują się w określonej grupie docelowej.

Wprowadzenie modelu RTB oraz dynamiczny rozwój technologiczny w branży reklamy online rozpoczął się niecałe dwa lata temu. Zdaniem Bierzyńskiego obecnie mamy do czynienia z efektami tych zmian.

 – Reklama online jest dziś zdecydowanie bardziej skuteczna niż dwa lata temu – uważa. – Branża zdaje sobie z tego sprawę, w naturalny sposób rosną więc wydatki właśnie na tę formę reklamy.

Według szacunków domów mediowych i analityków bankowych, rynek reklamy online może wzrosnąć w tym roku nawet o 10 proc.

Gospodarstwa domowe dzięki produkcji energii na własną rękę mogą znacznie obniżyć rachunki za prąd

CEO Magazyn Polska

Dzięki zachętom ze strony państwa w Polsce mogłoby powstać dziesięciokrotnie więcej małych źródeł energii odnawialnej, i to w ciągu kolejnych sześciu lat – podkreślają eksperci Instytutu na rzecz Ekorozwoju. To obok zwiększaniu efektywności energetycznej pozwoliłoby na obniżenie rachunków i przyniosłoby kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Jednak sygnały płynące z rządu wskazują na to, że tego celu nie uda się zrealizować. 

 – Nasz kraj powinien przede wszystkim postawić na efektywność energetyczną. To jest tak zwany „nisko wiszący owoc”, coś, po co możemy sięgnąć szybko i mieć z tego korzyści, ponieważ pieniądze wydatkowane na ten cel przełożą się na to, że będziemy mniej płacić za energię elektryczną czy ciepło – uważa dr Andrzej Kassenberg, prezes Instytut na rzecz Ekorozwoju.

Przykładem może być Wielka Brytania, gdzie jeszcze w latach 70. przeciętny mieszkaniec przeznaczał na ogrzewanie i ocieplenie mieszkania 6 proc. pensji, a dziś wydaje na ten cel 4 proc. Gdyby nie usprawnienia w systemach ogrzewania oraz termomodernizacja budynków, te wydatki byłby dziś dwukrotnie wyższe – wyliczają autorzy raportu „Niskoemisyjna Polska 2050″ przygotowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju wraz z Warszawskim Instytutem Studiów Ekonomicznych. Podobną drogą, zdaniem autorów raportu, powinna pójść Polska.

Inną możliwością obniżenia rachunków jest stworzenie rynku tzw. prosumentów, czyli osób, które produkują energię na własne potrzeby, a jej nadwyżki sprzedają do sieci. To także sposób na ograniczenie strat energii elektrycznej podczas przesyłu, a więc oszczędność dla dystrybutorów energii.

 – Głównie chodzi o energię elektryczną, ale może chodzić również o energię cieplną. To jest sprawa mikroinstalacji energetyki odnawialnej, dziś mamy ich około 200 tys., głównie są to piece na biomasę w domach indywidualnych. Ale gdybyśmy stworzyli warunki, dali zachęty, to w roku 2020 mogłoby być ich 2,5 mln, czyli ponad 10 razy więcej – prognozuje dr Andrzej Kassenberg. 

W rozwoju mikroźródeł energii odnawialnej (OZE) ekspert widzi szansę na stworzenie własnych zielonych technologii, które mogłyby być eksportowane za granicę.

 – Ktoś to musi stworzyć, zainstalować, naprawić. Szacuje się, że dałoby to około 60 tys. miejsc pracy, a także pozwoliłoby wzmocnić naszą konkurencyjność. Już dziś mamy bardzo silną pozycję w wykorzystaniu paneli słonecznych, trochę w fotowoltaice. Powinniśmy także inwestować w badania i rozwój. Nie będziemy potentatem w energetyce jądrowej, ale w tym możemy – podkreśla prezes InE.

Projektem ustawy o odnawialnych źródłach energii miał wczoraj zająć się rząd, jednak punkt spadł z porządku obrad.

Proponowany w niej zapis dotyczący prosumentów jest krytykowany przez branżę. Według projektu prosument może odsprzedać operatorowi sieci dystrybucyjnej produkowaną przez siebie energię, ale tylko za cenę wynoszącą 80 proc. stawki hurtowej energii z ub.r.

 – To są ewidentnie niekonkurencyjne warunki w stosunku do innych – zaznacza dr Kassenberg. 

Obecnie to 18 gr na kWh. Jednak z wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Gospodarki wynika, że te regulacje są zgodne z polityką rządu i nie zostaną zmienione. Ich celem jest, by wytwarzana przez prosumentów energia była w jak największym stopniu konsumowana przez nich, a nie sprzedawana do sieci. To jednak, zdaniem organizacji ekologicznych, ograniczy rozwój takich instalacji, ponieważ okres zwrotu zainwestowanych pieniędzy wydłuży się o kilka lat.

Nowa fabryka Volkswagena we Wrześni – Komentarz ekspercki

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

Producent z Dolnej Saksonii wie, czego może spodziewać się w naszym kraju. A nowy zakład Volkswagena w Polsce potwierdza, że Polska nadal należy do czołówki państw o najwyższej atrakcyjności inwestycyjnej.

Wybór Polski na lokalizację nowej fabryki samochodów dostawczych koncernu Volkswagena potwierdza, że zarówno Polska jak i polski przemysł motoryzacyjny są bardzo atrakcyjnym rejonem dla nowych inwestycji światowego Automotive.

Czemu Polska?

Silnie rozwinięty rynek części i komponentów do budowy aut składający się z ponad 600 fabryk, który zapewnia sprawniejszą logistykę, niższe koszty transportu i pewniejszy łańcuch dostaw, to bez wątpienia jedna z najważniejszych przewag naszej branży motoryzacyjnej. Rozbudowana po Mistrzostwach EURO 2012 infrastruktura drogowa, liczne zachęty podatkowe w ramach Specjalnych Stef Ekonomicznych też są mocnymi argumentami za wyborem naszego kraju. Jednocześnie inwestorów zagranicznych przyciąga wykwalifikowana kadra pracownicza, której koszty zatrudnienia są relatywnie niższe niż w Europie Zachodniej. Teza, że Polska jest „low-cost country” byłaby jednak mylna, gdyż do naszego kraju dużo lepiej odnosi się określenie „best-cost country”. Polska zapewnia branży Automotive najlepszą relację ceny do jakości. Potwierdzają to wyniki przeprowadzonego przez nas badania, z których wynika, że najlepszymi partnerami pod kątem jakości zdaniem przedstawicieli zakładów motoryzacyjnych zlokalizowanych w Polsce są właśnie polscy partnerzy.

W przypadku nowej fabryki we Wrześni języczkiem u wagi mogły okazać się też także dobre dotychczasowe doświadczenia niemieckiego koncernu z działalności fabryki w podpoznańskim Antoninku, produkującej od 10 lat Caddy i Transportera. Gdyby nie one, na pewno o pozytywną decyzję byłoby trudniej.

10 tysięcy nowych miejsc pracy

Z nowego zakładu rocznie ma wyjeżdżać ok. 70 tys. nowych Crafterów. To, jak podkreśla premier Piechociński, oznacza 2-3 tys. nowych miejsc pracy. Należy jednak pamiętać, że jedno miejsce pracy w zakładzie producenta to nawet 4 w sektorze poddostawczym, który będzie dostarczał komponenty niezbędne do złożenia samochodu dostawczego.

Dlaczego nie Turcja?

Ostatnie wydarzenia w Turcji związane z niepokojami społecznymi, liczne skandale korupcyjne, jak również mocne osłabienie tureckiej liry w ostatnim okresie, z pewnością miały istotny wpływ na ostateczną decyzję Zarządu z Wolfsburga. Tymczasem Polska to bezpieczne państwo oraz przewidywalne otoczenie polityczne i prawne, z którymi coraz bardziej liczą się inne państwa europejskie.

 

Czy dozwolone jest, by pracodawca otrzymał prywatne adresy e-mail swoich pracowników?

Czy dozwolone jest, by pracodawca, w związku z utrzymaniem lepszej komunikacji z podwładnymi, nawet za ich zgodą, otrzymał prywatne adresy e-mail swoich pracowników? Wątpliwości wyjaśnia Justyna Metelska, adwokat w TGC Corporate Lawyers.

Katalog informacji jakich pracodawca może żądać od pracownika jest zamknięty i zawiera wyłącznie te dane osobowe, które wymienione są w przepisach kodeksu pracy lub gdy inny przepis prawa wyraźnie tak stanowi. Od osób ubiegających się o zatrudnienie można więc wymagać podania: imienia (imion) i nazwiska, imion rodziców, daty urodzenia, miejsca zamieszkania (adresu do korespondencji), wykształcenia oraz przebiegu dotychczasowego zatrudnienia. Zakres informacji, których pracodawca ma prawo żądać od zatrudnionych jest znacznie szerszy. Obejmuje on również numer PESEL oraz imiona, nazwiska i daty urodzenia dzieci (tylko wówczas, kiedy jest to konieczne ze względu na korzystanie przez pracownika ze szczególnych uprawnień przewidzianych w prawie pracy), a także inne dane wyraźnie przewidziane w prawie. Zatem, to przepisy wyznaczają granice i określają, jakich danych osobowych może żądać pracodawca.

Pracownik nie ma więc obowiązku podania pracodawcy prywatnego adresu e-mail, podobnie jak pracodawca nie ma prawa żądać od podwładnego podania prywatnego numeru telefonu. Zgodnie z orzecznictwem, polecenie pracodawcy nakładające na pracownika obowiązek udzielenia danych osobowych niewymienionych w art. 221 § 1 i 2 kodeksu pracy lub w odrębnych przepisach jest niezgodne z prawem (zob. wyrok SN z dnia 5.08.2008r., I PK 37/08). Adres poczty elektronicznej to informacja, która w przypadku pracownika pozwala na jego bezpośrednią identyfikację, zatem stanowi daną osobową podlegającą ochronie. Danymi osobowymi (w rozumieniu ustawy o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997 roku) są wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej.

Przetwarzaniem danych są natomiast jakiekolwiek wykonywane na nich operacje, zwłaszcza za pomocą systemów informatycznych. Jedną z przesłanek legalizujących przetwarzanie danych osobowych jest zgoda osoby, której dane dotyczą.

W przypadku pracownika zgoda podlega jednak ograniczeniom. Musi być ona bowiem dobrowolna, a odmowa jej udzielenia nie może pociągać negatywnych konsekwencji dla pracownika. Zgoda nie ma cech dobrowolności, jeżeli to pracodawca sugeruje jakie dane osobowe, ponad te przewidziane w przepisach, ma podać pracownik. Zgoda wyrażona na życzenie pracodawcy narusza prawa pracownika. Zatem w przypadku udostępnienia prywatnego adresu e-mail, pracownik musiałby mieć pełną swobodę w udzieleniu zgody i nie ponosić żadnych negatywnych konsekwencji w przypadku odmowy, nawet jeśli adres miałby służyć celom służbowym. Zgodnie ze stanowiskiem doktryny i orzecznictwa, brak równowagi w relacji pracodawca-pracownik stawia pod znakiem zapytania dobrowolność przy wyrażaniu zgody przez pracownika na udostępnianie i przetwarzanie danych osobowych niewymienionych w przepisach.

Powstaje również pytanie czy poszerzenie katalogu danych o prywatny adres e-mail nie naruszy zasady proporcjonalności?

Warto przywołać w tym miejscu orzecznictwo dotyczące zgody pracownika jako przesłanki legalizującej przetwarzanie danych osobowych. Zgodnie z utrwaloną linią orzecznictwa Naczelnego Sądu Najwyższego (zob. m.in. wyrok NSA z dnia 1.12.2009r, I OSK 249/09 oraz wyrok NSA z dnia 06.09.2011r., I OSK 1476/10), wyrażona na życzenie pracodawcy pisemna zgoda pracownika na pobranie i przetwarzanie danych biometrycznych narusza prawa pracownika i nie daje podstawy do legalnego ich przetwarzania. Z istoty stosunku pracy wynika bowiem podporządkowanie pracownika pracodawcy, co powoduje brak dobrowolności w wyrażeniu takiej zgody. Zatem nie może ona stanowić przesłanki legalizującej przetwarzanie danych osobowych (biometrycznych). W ocenie NSA poszerzenie katalogu danych, których może żądać pracodawca w oparciu o zgodę pracownika, naruszałoby zasadę proporcjonalności. Pozostaje jeszcze kwestia adekwatności, która oznacza obowiązek administratorów przetwarzania prawidłowych danych osobowych w sposób odpowiedni do celów, dla których te dane zostały zgromadzone.

W opinii 8/2001 Grupy Roboczej Art. 29 (organu konsultacyjnego składającego się z przedstawicieli organów ochrony danych osobowych z krajów Unii Europejskiej) z dnia 13 września 2001 roku dotyczącej przetwarzania danych osobowych w kontekście zatrudnienia, przyjęto, że zgoda może zostać uznana za legalizującą przetwarzanie danych, jeżeli pracownik ma pełną swobodę w jej udzieleniu i może odmówić zgody bez ponoszenia ujemnych konsekwencji.

Pracodawca może żądać od pracownika podania wyłącznie danych przewidzianych w kodeksie pracy lub gdy inny przepis prawa wyraźnie tak stanowi. Pozyskiwanie prywatnych adresów e-mail pracowników na żądanie pracodawcy narusza więc prawa zatrudnionych. W przypadku, kiedy adres e-mail ma służyć celom służbowym, to pracodawca powinien zadbać o zapewnienie do niego dostępu. Obecny postęp technologiczny daje rozwiązania, które powodują, że nawet w komórce można odbierać służbowe e-maile. Zatem, jeżeli pracodawcy zależy na wprowadzeniu lepszej komunikacji w firmie, powinien zapewnić podwładnym dostęp do takich narzędzi.

Dobre wieści z polskiego i europejskiego rynku sprzedaży samochodów osobowych

Europejski rynek samochodowy kontynuuje styczniowy trend wzrostowy i luty kończy na 8% plusie – podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów ACEA. W drugim miesiącu br. obywatele Unii Europejskiej kupili ponad 861 tys. nowych samochodów osobowych. Ożywiony ruch panuje także w polskich salonach, z których za sprawą licznych promocji i okienka derogacyjnego w lutym wyjechało ponad 32,5 tys. osobówek. Zdaniem przedstawicieli Exact Systems „kratki” będą bardzo chodliwym towarem jeszcze do końca marca.

Za nami kolejny, ósmy miesiąc z rzędu, w którym mamy do czynienia ze wzrostem sprzedaży nowych samochodów osobowych w Polsce. Sytuacja bardzo przypomina tę z końcówki 2010 r., kiedy z „linii produkcyjnych zjeżdżały ostatnie kratki”. Polskie firmy korzystają z możliwości odliczenia całego podatku VAT, którą mają jeszcze tylko do końca tego miesiąca. Od 1 kwietnia zaczną obowiązywać nowe, dla wielu przedsiębiorców mniej korzystne, przepisy podatkowe dotyczące zakupu samochodów firmowych. Stąd spodziewamy się, że wyniki sprzedaży nowych samochodów osobowych w marcu będą jeszcze lepsze – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W najkrótszym miesiącu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 32 593 tys. nowych samochodów osobowych (wliczając tzw. kratki), czyli o ponad 35% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Samych samochodów osobowych z homologacją ciężarową, czyli „kratek”, z polskich salonów osobowych wyjechało nieco ponad 9,5 tys. W lutym do salonów samochodowych zajrzało zdecydowanie więcej firm (blisko 60%), klienci indywidualni stanowili 41%.

Pół roku wzrostu w Europie

Europejczycy również ruszyli na zakupy. Luty, w którym z salonów europejskich wyjechało ponad 900 tys. nowych osobówek, to szósty miesiąc z rzędu „na plusie” (+8% r/r). Po dwóch miesiącach Europa jest już na 6,6% plusie r/r. Choć wolumenowo wynik wygląda jeszcze słabo, to cieszą nas kolejne rosnące słupki sprzedaży nowych aut. W szczególności te przedstawiające rynki hiszpański i włoski, które powoli zaczynają odrabiać i wracają na ścieżkę wzrostów – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Większość głównych rynków europejskich odnotowała wzrost rejestracji nowych aut osobowych: Niemcy (+4,3% r/r), Hiszpania (+17,8% r/r), Włochy (+8.6% r/r) i Wielka Brytania (+3% r/r).

W Polsce numerem jeden Skoda, w Europie Volkswagen

Jak podaje PZPM, nadal najchętniej kupowanym samochodem w segmencie osobówek w Polsce jest Skoda – w luty br. zostało sprzedanych ponad 4,8 tys. modeli tego producenta. Tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy nadal najchętniej kupują Skodę Oktavię, a potem Forda Focusa. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W Europie najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z ponad 102 tys. sprzedanymi autami – mówi Jacek Opala.

Co nas czeka w 2014 r.?

Tak jak się tego spodziewaliśmy, w lutym do salonów uderzyło więcej klientów niż w styczniu, a w marcu powinno być jeszcze lepiej. Choć od kwietnia dynamika rejestracji nowych osobówek za sprawą nowych przepisów może ulec obniżeniu, jestem zdania, że cały rok dla naszej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.

W materiale prasowym zostały wykorzystane dane ACEA, Głównego Urzędu Statystycznego, Centralnej Ewidencji Pojazdów, Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

***
Exact Systems Sp. z o.o. działa od 2004 r. i jest obecnie czołowym dostawcą rozwiązań
w zakresie kontroli jakości, czyli selekcji, naprawy i sortowania części, komponentów oraz wyrobów gotowych dla przedstawicieli branży motoryzacyjnej. Głównymi odbiorcami usług firmy są dostawcy
i poddostawcy dla przemysłu motoryzacyjnego oraz producenci samochodów. Klientami firmy są również zakłady zajmujące się produkcją wielkoseryjną z branży elektronicznej, AGD oraz kosmetycznej. Obecnie firma posiada swoje przedstawicielstwa w Polsce, Czechach, Niemczech, Słowacji, Turcji, Rosji, Rumunii i Wielkiej Brytanii.
Firma kładzie duży nacisk na jakość świadczonych usług oraz na rzetelność i stabilność we współpracy ze swoimi kontrahentami. Współpraca z Exact Systems pomaga osiągnąć najwyższe standardy jakości oraz wspiera organizację procesów produkcyjnych.

Więcej informacji o firmie dostępnych jest pod adresem: www.exactsystems.pl.

Kupujesz dom? Sprawdź, co musisz wiedzieć o księgach wieczystych

Księgi wieczyste to dokumenty, które określają stan prawny nieruchomości. Osoby, planujące zakupienie domu na własność powinny być świadome tego, jak funkcjonują, przez jakie organy są prowadzone, co w nich jest zawarte, jak sprawdzić ich zapisy oraz w jaki sposób dokonywać w nich zmian. Na te pytania i jeszcze więcej odpowie poniższy tekst.

Ustrój ksiąg wieczystych w Polsce jest regulowany ustawą z dnia 6 lipca 1982 roku, z poprawkami wprowadzonymi po rozporządzeniu Ministra Sprawiedliwości z 2001 roku. Traktuje na ich temat również dział w kodeksie postępowania cywilnego. Prowadzone są przez wydziały ksiąg wieczystych w sądach rejonowych, które dokonują w nich wpisów. Wgląd do ksiąg jest jawny, jednak dostęp do ich akt mogą otrzymać jedynie osoby z interesem prawnym wobec ich założeń (muszą złożyć uprzednio wniosek o odpis ksiąg) oraz uprawnieni notariusze. Baza ksiąg wieczystych już jest w Internecie, można ją odwiedzić na:  http://ekw.ms.gov.pl/pdcbdkw/pdcbdkw.html. Uzupełniana jest stale o starsze księgi, a wszystkie, które zostały założone po 2003 roku są już w niej automatycznie udostępniane.

Księgi wieczyste zawierają szczegółowe informacje dotyczące nieruchomości. W pierwszym dziale opisują ich powierzchnię, przedstawiają dane z rejestru gruntów oraz prawa związane z własnością. Dział drugi informuje o właścicielach, wspólnocie właścicieli lub użytkownikach wieczystych. Na jego podstawie można ocenić, czy sprzedający jest rzeczywiście osobą decydującą o zbyciu nieruchomości. W bardzo ważnym dziale trzecim zapisane są prawa osobiste osób trzecich. Mogą do nich należeć między innymi prawa do korzystania z podjazdu na działkę, garażu, pomieszczeń gospodarczych i inne, bardzo istotne przy zakupie domu. Pojawiają się w nim także zapisy dotyczące roszczeń obciążających nieruchomość. Wyjątkiem są hipoteki, które znajdują się w dziale czwartym. Można w nim dowiedzieć się, czy na poczet danej nieruchomości nie został zaciągnięty kredyt hipoteczny i na jaką jest on kwotę. Zakupienie domu obciążonego podwyższa znacznie ryzyko zajęcia komorniczego w wyniku wszczęcia egzekucji wobec nierzetelnego wierzyciela. Nieruchomość może zostać przejęta przez komornika nawet jeśli zmieniła właściciela! Więcej uwagi należy poświęcić pozornie nic nieznaczącym wzmiankom, informującym o złożeniu skargi, wniosku, apelacji bądź kasacji. Mogą one sugerować toczące się postępowanie cywilne, w wyniku którego zmieni się stan prawny nieruchomości.

Księgi wieczyste są w całości prowadzone przez sądy, co oznacza, że do dokonywania w nich zmian nie jest uprawniony nawet właściciel nieruchomości. Każdy jednak może o takie korekty do sądu zawnioskować.

Zakup domu wiąże się z obsługą notarialną. Potwierdzeniem sprzedaży nieruchomości jest bowiem umowa nabycia własności w formie aktu notarialnego. Ten winien być napisany przez notariusza, w którego obecności musi zostać przeczytany i podpisany przez obie strony transakcji. Notariusz ma obowiązek zgłoszenia do sądu wieczystoksięgowego faktu zmiany właściciela. W ciągu trzech dni od sporządzenia aktu notarialnego powinien przesłać jego odpis do sądu oraz złożyć wniosek o dokonanie wpisu nowego właściciela. Może to także zrobić sam nabywca nieruchomości, jednak to nie powinno być konieczne.

Wyniki Grupy Kapitałowej MCI w 2013 roku

0

MCI wypracowało 186 mln zł skonsolidowanego zysku netto w 2013 r. a nowym Prezesem Zarządu został Cezary Smorszczewski, który wzmocni kompetencje MCI w zakresie inwestycji buyout i  pozycję spółki na rynkach zagranicznych, a także staje się istotnym akcjonariuszem Private Equity Managers SA.

  • Przekroczenie rocznej prognozy wyniku netto (170 mln zł) i wypracowanie 186 mln zł skonsolidowanego zysku netto w 2013 r.
  • Aktywa pod zarządzaniem wyniosły na koniec 2013 r. 1,1 mld zł w stosunku do 830 mln zł na koniec 2012 r. Aktywa netto wzrosły do 763 mln zł, dając rekordowy zwrot na kapitale (ROE) na poziomie 33%. Aktywa netto na jedną akcję wzrosły do 12,2 zł
  • Realizacja w 2013 r. sześciu nowych inwestycji,  m.in. w Wirtualną Polskę, spółkę  Indeks Bilgisayar (pierwsza inwestycja w Turcji) i w Answear.com (największy polski multibrandowym sklep internetowy z odzieżą)
  • Zaawansowane prace nad upublicznieniem Private Equity Managers SA

– Pod wieloma względami rok 2013 był najlepszym w dotychczasowej historii MCI. Rekordowy zysk netto, dynamiczny wzrost wartości aktywów netto na akcję, czy realizacja strategii ekspansji geograficznej to tylko kilka z naszych licznych osiągnięć w 2013 r. – powiedział Tomasz Czechowicz, Partner Zarządzający MCI Management SA – Plany na kolejne lata są równie ambitne. Wierzę, że MCI wzmocniony o bogate doświadczenie i kompetencje Cezarego Smorszczewskiego z sukcesem umacniać będzie swoją pozycję na międzynarodowym rynku inwestycyjnym – dodał.

– MCI to czołowy technologiczny fundusz Private Equity inwestujący w Europie, który ma potencjał by skutecznie konkurować z największymi funduszami na świecie. Wykorzystując swoje kompetencje i bogate doświadczenie na rynkach finansowych, zamierzam wesprzeć Tomasza Czechowicza w budowaniu wiodącej pozycji MCI na rynkach zagranicznych – skomentował Cezary Smorszczewski, nowy Prezes Zarządu MCI Management SA

W dniu 17 marca 2014 r. Rada Nadzorcza MCI Management podjęła decyzję o powołaniu na stanowisko Prezesa Zarządu Cezarego Smorszczewskiego, który jednocześnie obejmie funkcję drugiego, obok Tomasza Czechowicza, Partnera Zarządzającego MCI. Cezary Smorszczewski, współtwórca sukcesu i wieloletni wiceprezes Alior Banku, a wcześniej Pekao SA i PKN Orlen, wzmocni kompetencje funduszu w obszarze inwestycji buyout na globalnym rynku inwestycyjnym. Jego 20-letnie doświadczenie w największych instytucjach finansowych wzmocni potencjał MCI w pozyskiwaniu kapitału na nowe inwestycje i pozwoli uczestniczyć polskiemu funduszowi w walce o najatrakcyjniejsze spółki internetowe na arenie krajowej i  międzynarodowej.

Tomasz Czechowicz pozostaje w spółce na stanowisku Partnera Zarządzającego i Wiceprezesa Zarządu. Były Prezes, jako Chief Investment Officer, skupi się na zarządzaniu portfelem i realizowaniu nowych inwestycji. Będzie również, wspólnie z Cezarym Smorszczewskim, kontynuował proces budowania zespołu składającego się z największych talentów, których kompetencje pozwolą budować pozycję MCI jako wschodnio-europejskiego lidera rynku Private Equity.

Wyniki finansowe

W 2013 r. Grupa MCI wypracowała 186 mln zł zysku netto wobec 41,6 mln zł przed rokiem. Aktywa netto (NAV) wzrosły do 763 mln zł, co przełożyło się na wzrost wskaźnika ROE do poziomu 33%.
W przeliczeniu na jedną akcję Spółki NAV wyniósł 12,2 zł. Na koniec 2013 r. aktywa pod zarządzaniem wyniosły 1,1 mld zł, co pozwoliło awansować funduszowi do nielicznej grupy największych podmiotów zarządzających aktywami.

Na wypracowane wyniki finansowe funduszu wpływ miały: istotny wzrost wartości aktywów netto funduszu MCI.EuroVentures za sprawą wzrostu wartości ABC Data SA i wpływu dywidendy z tej spółki oraz utrzymanie stabilnego przyrostu wartości spółek portfelowych subfunduszu MCI.TechVentures. Istotnie do wyników kontrybuowały przychody z zarządzania funduszami otrzymane przez PEM S.A..

Nowe inwestycje

Zgodnie ze strategią, w roku biznesowym 2013 kończącym się w marcu br., Grupa MCI zrealizowała 6 nowych inwestycji i wzięła udział w kolejnych rundach finansowania spółek portfelowych o łącznej wartości prawie 200 mln zł. Do nowych podmiotów funduszu należą:

  • Grupa Wirtualna Polska (pakiet 20% udziałów) – nowy lider polskiego Internetu
  • Indeks Bilgisayar (pakiet 20% akcji) – największy turecki dystrybutor sprzętu IT z rocznymi przychodami na poziomie ponad 850 mln dol.
  • Answear.com (pakiet 27% udziałów) – największy polski multibrandowym sklep internetowy z odzieżą
  • mGenerator – platforma B2B umożliwiająca automatyczne i półautomatyczne tworzenie mobilnych stron firmowych, platform e-commerce (sklepów online) i aplikacji (ze szczególnym uwzględnieniem aplikacji wspierających sprzedaż
  • Feedo – platforma typu marketplace działająca w branży babycare
  • Hojo.pl – marketplace profesjonalnych usług sprzątania w kanale internetowym

Plany na 2014 r.

W 2014 MCI zamierza kontynuować dynamiczną akcje inwestycyjną, wydając na ten cel co najmniej 305 mln zł. Według założeń aktywa netto na jedną akcję funduszu powinny wzrosnąć do 16,5 zł, co oznacza zwrot na kapitale na poziomie ponad 30%. Do końca 2014 roku MCI zamierza również przeprowadzić IPO spółki Private Equity Managers SA, kończąc tym samym proces rozdzielenia działalności zarządzania aktywami od działalności inwestycyjnej. Dzięki temu w pełni wykorzysta rosnące możliwości rynku nowych technologii, jakie zdaniem analityków branżowych będą się ujawniać przez nadchodzące dekady.

Zaprogramować pracę marzeń – Inżynierskie Targi Pracy 2014

Dziś tj. 18 marca, ruszają w Warszawie Inżynierskie Targi Pracy 2014. To największe tego typu wydarzenie w Polsce skupi przez 2 dni przedstawicieli 75 czołowych firm, w dużej mierze operujących w najdynamiczniej rozwijającej się dziś branży IT.

Stołeczne targi z roku na rok stają się coraz ważniejszym punktem na HR-owej mapie Polski. Tylko w zeszłym roku Dużą Aulę Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej odwiedziło blisko 33.000 studentów z całego kraju. Odbywające się już po raz 21. wydarzenie stanowić będzie doskonałą okazję zarówno dla żaków i absolwentów kierunków ścisłych, jak i przedstawicieli czołowych przedsiębiorstw na rynku pracy. Ci pierwsi otrzymają wiele cennych informacji na temat aktualnych akcji rekrutacyjnych, a także wymagań stawianych potencjalnym pracownikom. Ci drudzy – poczynią pierwsze kroki w kierunku pozyskania dla siebie najlepszych, pełnych innowacyjnych pomysłów oraz gotowych na nowe wyzwania studentów. – Inżynierskie Targi Pracy to uznana marka na krajowym poletku rekrutacyjnym. Impreza ta od wielu lat cieszy się ogromną popularnością wśród studentów warszawskich uczelni technicznych – m.in. miejscowej Politechniki i Uniwersytetu, Wojskowej Akademii Technicznej, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego czy Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych. To znakomita baza zasobów ludzkich, w której możemy znaleźć przyszłego specjalistę – zauważa Tomasz Krawczyński, dyrektor polskiego oddziału brytyjskiej firmy Mobica.

Inżynierskie Targi Pracy to nie tylko ekspozycje pracodawców – goście wydarzenia będą mogli skorzystać także z bogatej oferty szkoleniowej. Dla uczestników zorganizowane zostaną 24 darmowe warsztaty, które poprowadzą przedstawiciele wystawiających się firm. Przybliżą oni w ten sposób studentom swe wartości, charakterystykę danej pracy oraz stawiane przez siebie wymagania. Tematyka spotkań? W sporej mierze skupiona wokół IT, ale jednocześnie bardzo rozległa – każdy powinien więc znaleźć interesujące go zagadnienie.

Podczas targów po raz kolejny odbędzie się również finał plebiscytu „Pracodawca dla Inżyniera”. Studenci tradycyjnie już wybiorą firmę, która ich zdaniem proponuje najlepsze środowisko dla rozwoju kariery oraz własnych zainteresowań. – Ta nagroda to duży prestiż i jasny znak dla osób poszukujących pracy – „tak, to pracodawca na poziomie”. Dokładamy wszelkich starań, by nasi pracownicy czuli się u nas docenieni i mieli świadomość prawdziwego rozwoju. Zdobycie statuetki „Pracodawca dla Inżyniera” byłoby dla nas ogromnym wyróżnieniem – podsumowuje Tomasz Krawczyński.

Zalety video marketingu okiem eksperta

Co minutę do YouTube trafia ponad 100 godzin materiału video, a co miesiąc ponad miliard osób na całym świecie odwiedza serwis, aby obejrzeć na nim różnorodne treści. Korzystanie z video jako narzędzia marketingowego jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się trendów w mediach interaktywnych. Według Brightcove, od września 2010, aż 85% marketingowców zdecydowało się wykorzystać video do promocji usług i produktów.

Jeszcze kilka lat temu stworzenie strony internetowej było zabiegiem pozwalającym na znaczne wyprzedzenie konkurencji. Dzisiaj serwis www, który jest najszybszą formą dotarcia do klienta, to nieodzowny element marketingu każdego przedsiębiorstwa. Aby się wyróżnić należy odważnie sięgać po nowe środki. Jednym z nich jest wciąż raczkujący video marketing, który dzięki swoim możliwościom w pełni zasługuje na uznanie wśród marketerów. Sposób promocji, który jak żaden inny szanuje permanentny brak czasu klientów oraz udziela błyskawicznych i wyczerpujących odpowiedzi zdobywa coraz więcej zwolenników.

Prognozy dotyczące video online mówią, iż do 2015 roku będzie ono wymogiem, nie dodatkową atrakcją. Już dzisiaj usługi dotyczące takich realizacji znacznie wykraczają poza standardowe obszary reklam zarówno telewizyjnych, jak i Internetowych. Coraz więcej firm wykorzystuje produkcję video do tworzenia marketingowych treści online, webmercials (infomercials), filmów promocyjnych, filmów i szkoleń korporacyjnych oraz nadawanych na żywo webcastów.

Video w sieci pomaga stworzyć interaktywne doświadczenie, które angażuje użytkownika i jednocześnie pozwala przemawiać bezpośrednio do niego – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Ponad to wykorzystuje ono wizualne, akustyczne i motoryczne możliwości oraz odwołuje się do emocji, przez co zwiększa szanse na coraz bardziej konkurencyjnym rynku reklamowym.

Lepsza komunikacja z klientem tworzy silniejsze relacje, a to z kolei zachęca go do zakupu. W celu jej usprawnienia trzeba przede wszystkim udowodnić oglądającym, iż ich uwaga jest warta czasu i wysiłku poświęconego do produkcji materiału. Następnym krokiem jest zapoznanie się ze zwyczajami grupy docelowej. Powszechnie wiadomo, iż konsument woli poświęcić 2-3 minuty na oglądnięcie video, zamiast 15 minut na przeczytanie tekstu. Jest głodny informacji, ale ma mało czasu żeby ją przyswoić. Ponad to, przeciętny użytkownik Internetu poszukuje informacji przeglądając video na serwisach sharingowych – YouTube notuje ponad 4 miliardy odsłon dziennie, co sprawia iż jest on drugą co do wielkości wyszukiwarką. Dodatkowym atutem jest to, iż filmy video są łatwe do wyszukiwania – jest to około 70% ze 100 najlepszych notowań w Google.

Istotnym elementem całej strategii jest to, że video które trafia do sieci przez długi okres czasu zachowuje swoją świeżość. Dodatkowo, jeśli odpowiednio wykorzystamy media społecznościowe istnieje duża szansa, że dotrzemy z komunikatem do wielu odbiorców w bardzo krótkim czasie. – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET.

Wpasowując się w aktualne trendy, uznaliśmy jednogłośnie, iż skuteczna promocja usługi NR1WINTERNECIE musi angażować grupę docelową w taki sposób, który nie zagwarantuje żadna inna forma przekazu poza video produkcją. Założeniem realizacji video dla NR1WINTERNECIE była również swoista synchronia. Video promujące usługę bawi, edukuje i inspiruje jednocześnie. – dodaje Kamila Szwagiel.

Nie ważne czy korzystamy z krótkiego intro, streszczonego webmercial’u lub pełnej długości filmu promocyjnego. Video, idealny przykład popularnej tendencji opartej na wykorzystaniu technologii, wyróżni każdą stronę i pomoże rozszerzyć zasięg na rynku. Ponad to, odpowiednio promowane zadziała w sieci jak perpetuum mobile – raz puszczone w ruch będzie działać bez ustanku.

Rusza kolejna edycja biznesowych „Oskarów”

Do 15 czerwca br. przedsiębiorcy mogą zgłaszać się do udziału w 12. polskiej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Laureaci zostaną wyróżnieni w trzech kategoriach: Produkcja i Usługi, Nowe Technologie / Innowacyjność oraz Nowy Biznes. Przedsiębiorca Roku 2014 reprezentować będzie Polskę w międzynarodowym finale w Monte Carlo, w którym spotkają się wszyscy zwycięzcy lokalnych edycji konkursu – z ponad 60 krajów świata.

Niezależne od EY Jury konkursu wyróżni najlepszych twórców firm, charyzmatycznych przywódców biznesowych i innowacyjnych wizjonerów, których przedsiębiorczość, determinacja, jak również wkład w rozwój polskiego biznesu zasługuje na uznanie.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy do 15 czerwca br. wypełnić formularz aplikacyjny dostępny na stronie http://www.przedsiebiorcaroku.pl/. Tegoroczna edycja przynosi zmiany w kategoriach konkursu. Połączone zostały w jedną kategoria Produkcja i Usługi, do której mogą zgłaszać się przedsiębiorcy zarządzający firmami z minimum 20 mln przychodem za ubiegły rok. Bez zmian pozostaje kategoria Nowy Biznes, gdzie szansę na wygraną mają młode innowacyjne firmy, których działalność nie przekracza pięciu lat. Debiutuje natomiast kategoria Nowe Technologie / Innowacyjność, która powstała z myślą o twórcach firm wyprzedzających konkurencję pod względem zastosowanych rozwiązań innowacyjnych. Kandydaci startujący w tej kategorii muszą działać na polskim rynku przynajmniej dwa lata, a ich przychody ze sprzedaży powinny przekraczać 5 mln zł. Rozstrzygnięcie 12. edycji konkursu, w tym przyznanie tytułu Przedsiębiorca Roku 2014, nastąpi w listopadzie br. podczas uroczystej Gali Finałowej, która będzie transmitowana przez dwie stacje telewizyjne: TVN24 i TVN24 Biznes i Świat.

Z ogromną satysfakcją witamy kolejnych partnerów naszego konkursu i z niecierpliwością czekamy na zgłoszenia. W tym roku po raz pierwszy można zaistnieć w którejś z dwóch nowoutworzonych kategorii. Pierwsza z nich daje pole do popisu firmom produkcyjno-usługowym, a druga bardzo mocno akcentuje technologiczną innowacyjność. Polska przedsiębiorczość bardzo szybko się rozwija i zmienia, a my staramy się zmieniać konkurs w podobnym rytmie. Dwunasta edycja przynosi szerokie otwarcie na kandydatów reprezentujących dojrzałe, wygrywające na wymagających rynkach biznesy, ale i na początkujących, młodych wizjonerów. Rośnie też wartość i ranga wygranej, bo coraz istotniejsza jest dla polskich firm silna promocja poza granicami naszego kraju. A właśnie to można zdobyć wraz z konkursowym laurem. – przypomina Barbara Górska, która od 2006 kieruje polską edycją konkursu.

Oceniając kandydatów, w pełni niezależne od EY grono jurorskie weźmie pod uwagę m.in. takie kryteria jak: przedsiębiorczość, strategia firmy, wyniki finansowe, działalność międzynarodowa, innowacyjność oraz relacje z pracownikami i otoczeniem, w którym dana firma funkcjonuje. Jurorzy dokonają wyboru również w oparciu o kryteria pozaekonomiczne, takie jak: pasja, determinacja, wizja, etyka, czy zaangażowanie w przedsięwzięcia na rzecz lokalnych społeczności.

W skład niezależnego od EY Jury wchodzą wybitne osobistości polskiego biznesu oraz zwycięzcy minionych edycji konkursu:

„ Jan Krzysztof Bielecki – Przewodniczący Jury, Przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów
„ Leszek Czarnecki – Przewodniczący Rady Nadzorczej Getin Holding
„ Andrzej Dębowski – Prezes DIE Inwestycje
„ Ryszard Florek – Przedsiębiorca Roku 2010, Prezes Zarządu FAKRO
„ Jerzy Koźmiński – Prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności
„ Piotr Mikrut – Przedsiębiorca Roku 2009, Prezes Zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka
„ Krzysztof Pawiński – Przedsiębiorca Roku 2011, Prezes Grupy Maspex Wadowice
„ Ewald Raben – Przedsiębiorca Roku 2012, Prezes Grupy Raben
„ Jacek Siwicki – Prezes Enterprise Investors
„ Andrzej Wiśniowski – Przedsiębiorca Roku 2013, twórca firmy WIŚNIOWSKI

EY Przedsiębiorca Roku to jedyna tej skali międzynarodowa inicjatywa promująca najlepszych przedsiębiorców na świecie. Od 12 lat również w Polsce konkurs wspiera rozwój najbardziej wartościowych polskich firm prywatnych. Kryteria konkursu są spójne we wszystkich lokalnych edycjach – dając przedsiębiorcom z całego świata równe szanse w rywalizacji o zwycięstwo w międzynarodowym finale World Entrepreneur of the Year, odbywającym się co roku w Monte Carlo. W tym roku w światowym finale konkursu w Monte Carlo Polskę reprezentować będzie Przedsiębiorca Roku 2013, Andrzej Wiśniowski, twórca firmy WIŚNIOWSKI.

Dotychczasowymi zwycięzcami polskiej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku byli Krzysztof Pawłowski (Wyższa Szkoła Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu), Zbigniew Sosnowski (Kross), Tadeusz Winkowski (Quad/Graphics), Maciej Duda (Polski Koncern Mięsny DUDA), Dariusz Miłek (CCC), Michał Kiciński i Marcin Iwiński (CD Projekt), Piotr Mikrut (Śnieżka), Ryszard Florek (FAKRO) Krzysztof Pawiński (Grupa Maspex), Ewald Raben (Grupa Raben) oraz Andrzej Wiśniowski (WIŚNIOWSKI).

Kompania Piwowarska powiększyła centrum dystrybucji w Swarzędzu

Kompania Piwowarska rozpoczęła użytkowanie nowego centrum dystrybucji piwa w Swarzędzu. Dzięki tej inwestycji KP będzie mogła lepiej zarządzać logistyką dystrybucji, sprawniej dostarczać piwo do klientów i zwiększyć zatrudnienie.

Na przełomie lutego i marca Kompania Piwowarska przejęła w Centrum Logistyczno-Inwestycyjnym Poznań w Swarzędzu halę o powierzchni ok. 20 tysięcy m2, tj. dwukrotnie większą niż dotychczas używana. Ta olbrzymia powierzchnia stanowi aż 18% całej powierzchni magazynowej użytkowanej przez KP. Większe centrum firma posiada jedynie w Tychach. Kompania Piwowarska związała się kilkuletnią umową z CLIP, ponieważ traktuje nowe centrum jako miejsce strategiczne dla dystrybucji piwa do klientów z zachodniej Polski.

Więcej miejsca, więcej pracy, więcej piwa

Zwiększenie użytkowanej powierzchni i idące za tym zmiany w logistyce dystrybucji pozwolą zwiększyć zatrudnienie w Swarzędzu. W sezonie w nowym magazynie będzie pracować ok. 100 osób, czyli prawie dwukrotnie więcej niż do tej pory.

Nowe centrum dystrybucji to z jednej strony odpowiedź KP na rosnące oczekiwania rynku w zakresie obsługi logistycznej, z drugiej wyjście naprzeciw planom sprzedaży w kolejnych latach. Lider branży piwowarskiej szacuje, że sprzedaż z tego centrum dystrybucyjnego osiągnie w sezonie 0,9 mln hektolitrów, czyli blisko 3 razy więcej niż w ubiegłym roku. Dzięki nowemu magazynowi KP będzie mogła też lepiej obsługiwać klientów.

– Zdecydowaliśmy się powiększyć powierzchnię centrum dystrybucyjnego w Swarzędzu, by realizować dostawy bardziej precyzyjnie: szybko i terminowo. Nowy magazyn pozwoli zwiększyć częstotliwość dostaw i bardziej sprawnie dotrzeć do klientów – tłumaczy Marcin Andrzejczak, regionalny kierownik ds. logistyki w Kompanii Piwowarskiej.

Po przeprowadzce do nowej przestrzeni, ze Swarzędza będzie wyjeżdżać 12 samochodów ciężarowych wypełnionych piwem na godzinę. Ta liczba jest porównywalna jedynie z mocą załadunkową browaru w Tychach i Poznaniu. Większa moc oznacza rozszerzenie zasięgu działania centrum dystrybucji w Swarzędzu. W praktyce oznacza to, że Swarzędz przejmie część sprzedaży od browaru w Poznaniu. Ta zmiana ułatwi browarowi obsługę zwiększonych mocy rozlewowych wynikających z poczynionych w październiku ubiegłego roku inwestycji w nową linię butelkową.

To nie jedyna inwestycja KP w Swarzędzu, gdzie pod koniec marca zacznie funkcjonować także nowy magazyn materiałów promocyjnych i wyposażenia dla gastronomii o powierzchni około 6 tysięcy m2. Znacząco poprawi on funkcjonalność zaopatrywania rynku w te materiały.

Polski rynek artykułów kosmetycznych wzrósł o 2% w 2013 r.

Polski rynek kosmetyczny to rynek dojrzały, ustabilizowany, ale nadal podlegający przemianom. Stale rozwija się, choć w zdecydowanie wolniejszym tempie w porównaniu z okresem do 2009 roku, co jest głównie wynikiem niższych wydatków konsumenckich. Według szacunków zawartych w najnowszym raporcie PMR „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”, w 2013 roku rynek zanotował wzrost o 2% i osiągnął wartość niemal 20 mld zł. Zgodnie z naszymi prognozami, do końca 2016 roku wartość ta wzrośnie do 23 mld zł.

Dyskonty rosną najszybciej
Kanałem, który notuje w ostatnich latach największe dynamiki wzrostu, są dyskonty spożywcze. Nie tylko szybko zwiększają liczbę swych placówek, ale również przyciągają do sklepów coraz więcej klientów. Do dynamicznego wzrostu sprzedaży w dyskontach przyczyniło się również znaczne rozszerzenie przez te sklepy oferty markowych kosmetyków. Tym samym dyskonty zaczęły odbierać klientów nie tylko hipermarketom, ale również drogeriom.

Sieci drogerii to kanał, który również rośnie w dwucyfrowym tempie. Dzieje się tak na skutek zwiększania liczby placówek przez duże zagraniczne sieci, zwłaszcza przez lidera rynku – sieć Rossmann. Ponadto, w szybkim tempie rozwijają się sieci franczyzowe, m.in. Drogerie Laboo i Drogerie Polskie, co powoduje, że liczba placówek sieciowych zwiększa się o kilkaset rocznie, a tym samym segment sieci szybko zyskuje udziały w rynku kosztem placówek niezależnych. Już ponad 1 800 niezależnych sklepów drogeryjnych w Polsce działa w ramach systemów franczyzowych i partnerskich.

„Niska cena to w obecnych czasach jeden z najważniejszych wyznaczników zakupu kosmetyku. Konsumenci mają swoje ulubione marki, ale szukają okazji do ich zakupu, czekają na promocje. Kupują teraz bardziej ekonomicznie, sięgają po tańsze produkty i częściej wybierają marki własne. Mając to na uwadze, producenci wprowadzają tańsze linie kosmetyków oraz obniżają ceny swoich sztandarowych produktów, a detaliści coraz częściej stosują różnego rodzaju promocje. Ponadto, drogerie obniżają ceny, aby móc konkurować z dyskontami, które oferując coraz więcej markowych kosmetyków, odbierają im klientów. Ekspansja dyskontów oraz opinia taniego sklepu, jaką się cieszą powodują, że coraz więcej osób dokonuje tam zakupów spożywczych, przy okazji kupując również dostępne kosmetyki. W wyniku tej wojny cenowej spada lub wolniej rośnie wartość poszczególnych kategorii produktowych, spadają marże, a tym samym pogarsza się rentowność branży”, komentuje Patrycja Nalepa, starszy analityk handlu w firmie PMR.

Rossmann umacnia pozycję
Rosnąca dominacja rynkowa sieci Rossmann jest również widoczna w naszym badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu – aż 63% respondentów wymieniło spontanicznie jej nazwę w pytaniu o podanie preferowanego miejsca zakupu kosmetyków. Jest to zauważalna zmiana na korzyść tej sieci o 9 p.p. w stosunku do ubiegłorocznych notowań. W drugiej kolejności najczęściej wymienianą była firma Avon, która również odnotowała wzrost wskazań, o 3 p.p.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Po 2020 r. warszawskie elektrociepłownie będą wykorzystywać coraz mniej węgla. Zastąpią go gazem

PGNiG Termika, największy dostawca ciepła dla Warszawy, zapowiada stopniowe zastępowanie węgla kamiennego gazem w procesie produkcji ciepła. W stołecznych elektrociepłowniach powstaną więc nowe bloki na gaz. Inwestycje potrwają co najmniej do 2020 r. Spółka rozwija się także poza Warszawą, m.in. poprzez wspólną z Tauronem inwestycję w Stalowej Woli.

 – Plany inwestycyjne mamy ambitne. Główną inwestycją jest realizowany wspólnie z Tauronem blok gazowo-parowy w Stalowej Woli, gdzie jesteśmy właścicielem 50 proc. akcji. Ta inwestycja, warta 1,4 mld zł, będzie oddana w połowie 2015 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gajewski, prezes zarządu PGNiG Termika.

Budowa nowego bloku gazowo-parowego w Elektrociepłowni Stalowa Wola ruszyła w grudniu 2012 r. Jego moc wyniesie 450 megawatów. Blok ma od początku pracować w wysokosprawnej kogeneracji, czyli wytwarzać równocześnie energię elektryczną i cieplną.

Taki sam blok powstanie niedługo w Elektrociepłowni Żerań. PGNiG Termika chce rozpisać przetarg w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Jak podkreśla Andrzej Gajewski, to bardzo istotna inwestycja, bo wpłynie na dywersyfikację dostaw paliwa. Przewidywany termin oddania nowego bloku w EC Żerań to 2018 r. Zwiększy ona możliwości produkcyjne energii elektrycznej przez elektrociepłownię o 50 proc.

W tej chwili wszystkie elektrociepłownie należące do PGNiG TERMIKA, czyli Żerań, Pruszków i Siekierki, działają na węgiel oraz w niewielkim zakresie na biomasę.

 – Nowy blok na Żeraniu będzie na gaz, czyli będziemy mieli dywersyfikację dostaw paliwa. Kolejną inwestycją w Warszawie, która już jest w trakcie realizacji, jest modernizacja elektrociepłowni w Pruszkowie. Z uwagi na normy środowiskowe podjęliśmy decyzję, że Pruszków będzie zasilany gazem w prawie 50 proc. – mówi Gajewski.

Ostatnia w kolejności inwestycja dotyczy największej z warszawskich elektrociepłowni, czyli Siekierek. Tam również PGNiG TERMIKA planuje dywersyfikację w kierunku gazu. Na razie trwają prace studialne, bo inwestycja jest ograniczona brakiem tzw. południowego pierścienia gazu, czyli gazociągu, który dostarczyłby paliwo do elektrociepłowni.

 – Gaz-System dopiero nad tym pracuje. Południowy pierścień gazowy powstanie około 2020 roku i wtedy będziemy mieli nowoczesną elektrociepłownię gazową na Siekierkach – zapowiada Gajewski.

Dodaje, że PGNiG TERMIKA planuje też inwestycje poza Warszawą. Najlepsze perspektywy mają projekty oparte na gazie ze źródeł lokalnych PGNiG.

Spółka chce także rozwijać małe, lokalne ciepłownie w całym kraju. Dla ich opłacalności niezbędne jest jednak państwowe wsparcie kogeneracji. Pracuje nad nim obecnie parlament i wiadomo, że zostanie ono przedłużone co najmniej do 2018 r. Gajewski podkreśla jednak, że niezbędne jest wsparcie w dłuższej perspektywie czasowej.

Rząd pracuje nad zmianami w podatkach. Niektóre pomysły Ministerstwa Finansów wzbudzają silne kontrowersje

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma zająć się projektem nowelizacji ustawy Ordynacja podatkowa, która – zgodnie z uzasadnieniem resortu finansów – ma poprawić efektywność systemu podatkowego i uprościć procedury. Większość ze 125 proponowanych zmian eksperci oceniają jako pozytywne lub neutralne dla podatników, ale kilka z nich, np. zwiększające kontrolę nad podatnikiem czy opóźniające moment zaliczenia nadpłaty, budzi kontrowersje. 

Branża negatywnie ocenia poprawki dotyczące klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Zgodnie z nią fiskus będzie miał możliwość zakwestionowania transakcji podmiotów gospodarczych, gdy uzna, że jedynym jej benefitem są korzyści podatkowe. Zasadność stosowania tej klauzuli oceniać będzie specjalnie do tego celu powołana Rada ds. Unikania Opodatkowania złożona z niezależnych ekspertów. 

 – Mają być wprowadzone różne zabezpieczenia, jednak końcowy efekt często będzie taki, że tego typu transakcja będzie potraktowana przez fiskusa jako transakcja, która nie miała miejsca. Zostanie więc opodatkowana w inny sposób niż podmioty planowały – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Roszkowski, partner w Accreo, radca prawny i doradca podatkowy.

Resort proponuje także wprowadzenie przepisu, zgodnie z którym urząd skarbowy, chcąc uzyskać informacje o rachunku bankowym, będzie mógł przekazać sprawę do Urzędu Kontroli Skarbowej. Ponieważ ten drugi działa w oparciu o odrębne regulacje, to będzie mógł występować do banków o daną informację.

 – Pomysł rozszerzenia możliwości kontroli kont był dyskutowany już wcześniej i ucichł pod wpływem krytyki. Obecnie próbuje się go przeforsować niejako tylnymi drzwiami, co nie jest dobrą praktyką tworzenia prawa – twierdzi Roszkowski.

Ekspert firmy Accreo niekorzystnie ocenia również zmianę dotyczącą ustanowienia kar wobec podatników, którzy nie przedstawiają dokumentów w trakcie procedury podatkowej, czyli np. podczas czynności sprawdzających. Do tej pory spóźnianie się z przedstawieniem stosownej dokumentacji nie było karane.

Jedną z bardziej kontrowersyjnych zmian, którą Ministerstwo Finansów wprowadza, jest zmiana momentu powstawania nadpłaty. Do tej pory, jeśli podatnik wpłacił nienależne fiskusowi pieniądze, nadpłata powstawała w momencie wpłaty do organu podatkowego. Wtedy też było naliczane oprocentowanie od tej nadpłaty.

 – Ministerstwo chce, by rozpoznawanie nadpłaty następowało w momencie, w którym zostaje ona ujawniona przez podatnika, czyli kiedy przyjdzie on do urzędu i powie, że ta nadpłata istnieje. To oznacza, że od momentu wpłaty do momentu jej ujawnienia fiskus swobodnie dysponuje tymi pieniędzmi, a podatnik nie ma z tego tytułu żadnych benefitów w formie odsetek – wyjaśnia Michał Roszkowski. 

Jego zdaniem, niekorzystne dla podatników będzie również wprowadzenie możliwości doręczania korespondencji w formie elektronicznej.

 – Ma to wprawdzie zapobiec nieodbieraniu przesyłek przez podatników, może jednak prowadzić do sytuacji, w której urzędy będą wysyłać korespondencję do podatników dopiero w ostatnim dniu terminu – mówi radca prawny.

Postulowaną przez Ministerstwo Finansów zmianą, która będzie ułatwieniem dla podatników, jest natomiast wprowadzenie pełnomocnictwa ogólnego. Dzięki temu pełnomocnicy nie będą musieli posiadać osobnego pełnomocnictwa do każdej sprawy, w której reprezentują podatnika. Dodatkowo pełnomocnictwo będzie mogło być przedkładane Ministerstwu Finansów w formie elektronicznej, co znacznie uprości całą procedurę.

Nowelizacja ustawy obejmuje 125 regulacji. Ministerstwo Finansów zamierza wdrożyć niektóre z nich jeszcze w tym roku. 

Europejski biznes boi się pakietu klimatycznego. Gospodarka unijna może stać się niekonkurencyjna

Na rozpoczynającym się w czwartek posiedzeniu Rady Europejskiej głównym tematem będą zmiany w pakiecie energetyczno-klimatycznym. Przedstawiciele europejskiego biznesu alarmują, że ambitne cele, które unijna polityka zakłada w perspektywie do 2030 roku, podkopią konkurencyjność gospodarki UE. Stracić mogą najbardziej kraje takie jak Polska, których energetyka w większości oparta jest na węglu.

 – Mamy szczególne powody do niepokoju, ponieważ ponad 90 proc. energii w Polsce produkowane jest z węgla – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej i szef komitetu ds. klimatu i energetyki Eurochambres (Stowarzyszenia Europejskich Izb Przemysłowo-Handlowych). – Nie ma możliwości, byśmy z dnia na dzień zmienili źródła pochodzenia energii. To wymaga dłuższego czasu i o ten czas apelujemy do w Brukseli. O to samo powinny apelować polskie władze.

Choć stowarzyszenie nie ma jeszcze jednego wspólnego stanowiska biznesu europejskiego, to już dziś niektóre państwa mają poważne wątpliwości do nowych wymogów klimatycznych. Według propozycji Komisji Europejskiej, do 2030 r. emisja CO2 powinna zostać zredukowana o 40 proc. w stosunku do 1990 r., a udział odnawialnych źródeł energii w produkcji energii elektrycznej ma wzrosnąć do 27 proc. Komisja postuluje także zmiany umożliwiające ingerencję w system handlu pozwoleniami do emisji.

 – Między innymi poważne zastrzeżenia wyrażają eksperci austriaccy, wskazując, że tak ambitne cele mogą bardzo mocno podważyć konkurencyjność gospodarki europejskiej – podkreśla Arendarski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Przestrzega, że konieczność ograniczania emisji CO2 zmusi przemysł do ucieczki za granicę, do krajów, które nie narzucają tak restrykcyjnych wymogów. To zaś stoi w sprzeczności z celami polityki przemysłowej, które wyznaczyła Komisja Europejska, czyli m.in. zwiększenie udziału przemysłu w PKB Unii z 16 do 20 proc. do roku 2020.

 – Unia stawia sobie pewne cele: po pierwsze wzrostu konkurencyjności gospodarki europejskiej (co jest absolutnie nieodzowne), po drugie – reindustrializacji. Jednocześnie stawia bardzo wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o cele środowiskowe. Te wszystkie rzeczy trzeba ze sobą pogodzić, bo one przecież nie są oddzielne, tylko na siebie wpływają, wzajemnie się warunkując – zaznacza prezes KIG.

Wyjaśnia, że komitet ds. klimatu i energetyki Eurochambres czeka teraz na rozwój wydarzeń po najbliższym szczycie Rady Europejskiej, która ma się ustosunkować do propozycji Komisji Europejskiej i Parlamentu. Potem skoncentruje się na wypracowaniu wspólnego stanowiska biznesu europejskiego.

 – Staramy się również nagłaśniać tę sprawę, tak, żeby przekonać opinię publiczną, że jakkolwiek cele ochrony środowiska są bardzo szczytne i my je popieramy, to jednak nie można dążyć do ich realizacji za wszelką cenę i od razu, tylko trzeba robić to w dłuższym planie, uwzględniając ponadto specyfikę poszczególnych krajów, między innymi Polski – podkreśla Andrzej Arendarski.

Stowarzyszenie Europejskich Izb Handlu i Przemysłu Eurochambres reprezentuje 45 narodowych organizacji, które tworzą sieć 2 tys. regionalnych oraz lokalnych izb, liczących 19 milionów firm i zatrudniających dziesiątki milionów pracowników.

Nie widać ożywienia w budownictwie. Spada liczba oddanych mieszkań

CEO Magazyn Polska

Po 40-proc. spadku produkcji budowlanej w ubiegłym roku, nie widać sygnałów poprawy sytuacji. Co prawda od początku roku nieco poprawia się publikowany przez Główny Urząd Statystyczny wskaźnik koniunktury w budownictwie, ale to oznaka jedynie mniejszego pesymizmu. Nawet łagodna zima nie pomogła branży. Przedsiębiorcy spodziewają się poprawy dopiero w 2015 roku.

W pierwszych dwóch miesiącach roku oddano do użytku 23 tys. 708 mieszkań – o 5 proc. mniej niż rok temu – podał wczoraj Główny Urząd Statystyczny. Pozwoleń na budowę, mimo lekkiej zimy, wydano jedynie o 0,8 proc. więcej.

 – Zima to okres istotnego ograniczenia pracy w sektorze budowlanym. Jeśli jest ciepła, można prace wykonać szybciej, zmniejszyć ryzyko przekroczenia terminu, a w przypadku mniejszych wykonawców łatwiej o zlecenia na drobne prace, zwykle wykonywane na wiosnę. Dla całego rynku budowlanego zima jest jednak obojętna, praktycznie nie generuje nowych zleceń – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa (PZPB).

Ekspert wskazuje, że prace zwykle po prostu się przesuwają – te, które wykona się zimą, wypadną z portfela zamówień w późniejszych okresach.

 – Dodatkowe zlecenia muszą pochodzić z innych źródeł – inwestycji prywatnych i państwowych – mówi Styliński.

Według GUS, w lutym tylko 12 proc. przedsiębiorstw sygnalizowało poprawę koniunktury, a 30 proc. – jej pogorszenie. Moce produkcyjne wykorzystywano na poziomie 66 proc.

Portal e-budowlani.pl wyliczył, że od 1 stycznia do połowy marca upadły 33 spółki branżowe. Według KUKE, branża budowlana jest liderem pod względem natężenia upadłości. W lutym wskaźnik wynosił 3,45 proc. przy średniej całego rynku na poziomie 1,74 proc.

 – Dane o upadłościach w branży budowlanej wskazują, że sytuacja nie jest najlepsza. Po krótkiej przerwie wróciła na czoło branż w największym stopniu obciążonych ryzykiem upadłości. W ostatnim czasie spadła liczba wydawanych pozwoleń na budowę, a to oznacza, że w perspektywie półtora roku pewnie będzie budowanych mniej mieszkań i domów – komentuje Jan Styliński.

Prezes PZPB nie widzi symptomów poprawy kondycji na rynku budowlanym, ale uważa, że sytuacja będzie lepsza w roku 2015 ze względu na większą skalę inwestycji publicznych wspomaganych finansowaniem unijnym. Jako przykład wskazuje prowadzone przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad postępowanie, mające wyłonić wykonawcę, który dokończy po poprzedniku roboty budowlane na autostradzie A4.

 – Pomogą przede wszystkim nowe pieniądze, które de facto pojawią się właśnie w 2015 roku. W związku z tym o większym portfelu zamówień i wzroście wartości rynku budowlanego możemy mówić za mniej więcej rok – przekonuje prezes PZPB.

Problemy branży budowlanej zmuszają przedsiębiorstwa do ograniczania kosztów. Według danych PZPB, w ubiegłym roku spadek produkcji budowlanej wyniósł niemal 40 proc., jednak redukcje zatrudnienia były na poziomie 15 proc. Jan Styliński wyjaśnia, że firmy nie zwalniają pracowników w momencie, kiedy nie mają nowych zamówień. Taki proces trwa nawet kilkanaście miesięcy i zależy od czasu, w jakim portfel zamówień się zmniejsza, od tego, kiedy pojawiają się gorsze wyniki i niższe przychody.

 – Widać, że redukcja zatrudnienia nie nadążała za spadkiem produkcji, przedsiębiorstwa ponosiły koszty utrzymania pracowników. I być może brak nowych zamówień spowodował, że rosnące koszty doprowadziły do fali kolejnych upadłości – podsumowuje Styliński.

Producenci urządzeń do druku poszerzają ofertę o tzw. druk w chmurze. Ma to ułatwić pracę zdalną w firmach

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorstwa zajmujące się drukiem poszerzają ofertę związaną z drukiem mobilnym. To odpowiedź na zmieniające się trendy na rynku pracy. Już dziś wiele osób pracuje zdalnie, a według danych IDC w przyszłym roku 37 proc. pracowników wybierze model pracy niestacjonarnej.

Przedsiębiorstwa coraz chętniej idą też w stronę „bring your own device”, czyli zachęcają pracowników do korzystania z własnych urządzeń przenośnych, takich jak laptopy, tablety czy smartfony. Muszą one być jednak zintegrowane z firmowymi sieciami, w tym również mieć możliwość wydruku. 

 – „Bring your own device” polega na tym, że możemy pracować poza siedzibą firmy lub możemy przynieść do firmy nasze prywatne urządzenia, na których się nam lepiej pracuje. Połączenie obszaru prywatnego z firmowym musi zostać w pewien sposób rozwiązane. Nasze urządzenia mają możliwość dostosowywania sieci do tego, aby przyjmowała również urządzenia prywatne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Górski z Konica Minolta Business Solutions.

Producenci urządzeń do druku muszą też dostosować się do coraz krótszych serii zamawianych przez firmy. Jak zauważa Górski, firmy produkcyjne nie zamawiają już setek tysięcy takich samych druków, bo na rynku panuje trend w kierunku indywidualizacji. Dlatego serie są coraz krótsze, a to wymaga nowych urządzeń. 

 – Musimy odpowiedzieć na potrzeby naszych klientów oraz dopasować się do panujących trendów na rynku. Najbardziej zauważalnym trendem jest panująca digitalizacja – ocenia Marcin Górski.

Firmie Konica Minolta, pomimo generalnych spadków w branży związanej z drukowaniem, udało się w ostatnich latach utrzymać tendencję wzrostową. Teraz jednak niezbędne będzie dostosowanie oferty do zmieniających się zapotrzebowań klientów. Model komputer-drukarka coraz częściej jest zastępowany przez model urządzenie mobilne-drukarka.

Górski podkreśla, że spółka chce w tym roku poszerzyć portfolio aplikacji biznesowych i rozwinąć wspomaganie zarządzania drukiem. Zmiany są związane przede wszystkim z rosnącą mobilnością w polskich firmach. 

 – Drukowanie w chmurze w tym momencie jest odpowiedzią na mobilność. Mobilność w takim rozumieniu, że posiadamy urządzenia typu tablet, smartfon i chcemy z nich dokonać wydruku. W tym momencie urządzenie musi zinterpretować, czy określony format, który jest przekazywany urządzeniu, ma szansę pojawić się na kartce. I my takie zadanie dostosowaliśmy do wymagań aktualnych urządzeń mobilnych i pracy w systemie zdalnym – tłumaczy Górski.

Górski dodaje, że na tle światowym Polska jest dla Koniki Minolty rynkiem bardzo wymagającym. Dodaje jednak, że podobne trendy obserwuje się na całym świecie. Firma zapowiada, że w tym roku wprowadzi na rynek zupełnie nowe urządzenia do drukowania w formatach A4 i A3.

Szara strefa niszczy branżę tytoniową

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż papierosów z roku na rok maleje. Nie oznacza to, że Polacy rezygnują z palenia, bo odsetek palących utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Spadek sprzedaży spowodowany jest rosnącą szarą strefę, która wynosi ok. 25 proc. Branża obawia się, że wzrost akcyzy i wprowadzenie dyrektywy tytoniowej znacząco zwiększy nielegalną sprzedaż i tym samym obniży wpływy do budżetu.

Wielkość rynku tytoniowego w Polsce szacuje się na 22–23 mld zł. Około 80 proc. tej kwoty rocznie trafia do budżetu państwa w formie akcyzy i innych podatków. Prognozy dla branży nie są jednak najlepsze.

 – Sprzedaż papierosów, oczywiście tych legalnych, z roku na rok maleje. W zeszłym roku spadek był bardzo wyraźny i dość mocny, bo wyniósł aż 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Byszewski, ekspert Pracodawców RP.

Nie oznacza to wcale, że coraz więcej Polaków rzuca palenie. Badania pokazują, że odsetek tych, którzy zrezygnowali z nałogu, to ok. 4 proc. Pozostała część raczej przeniosła się do szarej strefy i kupuje papierosy podrabiane lub z przemytu.

Według analiz ekspertów, wielkość nielegalnej produkcji i handlu w obszarze wyrobów tytoniowych wynosi ok. 24–25 proc. W przypadku papierosów to ok. 14 proc. Jeszcze większy problem jest z tytoniem do palenia.

 – Wzrost szarej strefy w tej kategorii szacuje się rok do roku z 57 aż do 63 proc., czyli dwie trzecie sprzedawanego tytoniu do palenia to jest produkt niepodlegający akcyzie – mówi ekspert Pracodawców RP. – Wzrost szarej strefy jest spowodowany bardzo wysokim obciążeniem akcyzowym wyrobów tytoniowych.

Od stycznia br. akcyza na wyroby tytoniowe wzrosła o kolejne 5 proc. Paczka papierosów podrożała średnio o 1 zł. O skutkach podwyżek trudno jeszcze mówić, bo wiele sklepów do tej pory wyprzedaje zapasy produktów w starych cenach, ale eksperci szacują, że legalna sprzedaż znowu spadnie.

Poważnym problemem dla branży w Polsce mogą okazać się nowe unijne przepisy dotyczące zakazu sprzedaży papierosów smakowych, również mentolowych. Mają one zniknąć z rynku w 2020 roku. Co piąta sprzedawana w Polsce paczka papierosów to mentole. W czarnym scenariuszu dla budżetu państwa może oznaczać to stratę ok. 4 mld zł.

 – Można zakładać, że duża część konsumentów przywiązanych do papierosów mentolowych będzie poszukiwała ich na nielegalnym rynku, na którym będą one dalej dostępne – uważa Grzegorz Byszewski.

Podkreśla, że w Europie ten problem praktycznie nie występuje, bo papierosy smakowe nie są tam tak popularne jak w Polsce. Przedstawiciele branży zapewniają, że będą starali się przystosować do nowych regulacji w ciągu kolejnych sześciu lat, ale może to okazać się niewystarczające.

Księgarnie coraz bardziej dbają o klienta. Spadła za to jakość obsługi w sklepach odzieżowych

CEO Magazyn Polska

Poprawia się jakość obsługi klienta w księgarniach – wynika z raportu firmy badawczej Daymaker Poland. Odwrotny trend ma miejsce w sklepach odzieżowych. Przez okres spowolnienia firmy z branży wstrzymały inwestycje w szkolenia pracowników, teraz znów są skłonne przeznaczać na to więcej pieniędzy. To może przyczynić się do poprawy sytuacji.

Firma Daymaker Poland, która zajmuje się badaniem jakości obsługi klientów, sporządziła raport Daymakerindex 2014. Został on przygotowany na podstawie badań tajemniczych klientów, którzy przeprowadzili audyty w 156 sieciach handlowych z 19 branż.

 – Z przyjemnością obserwujemy większość dbałość o obsługę klienta w księgarniach, gdzie w ostatnich latach wyniki były najgorsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Sofia Valentin, dyrektor generalna Daymaker Poland. – Zresztą w ostatnich latach obsługa u księgarzy pogarszała się nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie. Na szczęście się to zmienia

Z badań Daymaker wynika również, że gorsza w porównaniu do wcześniejszych lat stała się obsługa klienta w sklepach odzieżowych.

 – W branży ciągle mówiono o kryzysie, więc wiele firm wstrzymywało się z wydatkami, np. na szkolenia dla sprzedawców – mówi Valentin. 

Od początku tego roku jednak sytuacja się zmienia. Przedsiębiorstwa handlujące odzieżą inwestują w szkolenia dla sprzedawców i personelu sklepu, co powinno mieć przełożenie na powrót dobrej obsługi klienta i co za tym idzie – na wyższą sprzedaż.

 – Wszystkie firmy handlowe wiedzą, że obsługa klienta to kluczowy dla ich działalności obszar, nad którym należy pracować – mówi Sofia Valentin. – Dzisiaj konkurencja jest bardzo duża. T-shirt można kupić w prawie każdym sklepie, dlatego trzeba oferować coś więcej, aby klient chciał wrócić  do naszego sklepu – przekonuje. 

Z badań wynika, że jakość obsługi klienta w Polsce okazała się nieznacznie gorsza niż w 2013 r. ale lepsza niż w 2012 r. Sklepy poprawiły się pod względem aktywnego nawiązywania kontaktu z klientem i pomocy w podejmowaniu decyzji o zakupie. Pogorszyła się natomiast jakość obsługi, jeśli chodzi o przywitanie klientów – 46 proc. z nich nie jest witanych przez personel. Najlepiej w badaniu wypadła branża urody, a najgorzej – branża odzieżowa.

Nasila się dyskryminacja polskich pracowników w Europie. Tracą na tym także firmy ich zatrudniające

CEO Magazyn Polska

Nasila się dyskryminacja polskich firm i pracowników w Europie. Polska Izba Handlu ostrzega, że szczególnie źle jest we Francji. Polscy pracownicy często są przedstawiani stereotypowo i w negatywnym świetle, a firmy ich zatrudniające muszą liczyć się z surowymi kontrolami. Zdaniem pracodawców, problem wynika z prób ochrony krajowych przedsiębiorstw i wymaga rozwiązań na szczeblu politycznym.

 – Pracownik belgijski czy francuski widząc coraz więcej napływających polskich pracowników, coraz więcej ofert pracy dla pracowników z Polski, coraz więcej kolegów pojawiających się w halach fabrycznych czy winnicach, po prostu się obawia. Bardzo silne są związki zawodowe, organizacje pracownicze, które lobbują i próbują wymusić takie prawo, które by zablokowało wysyłanie polskich czy rumuńskich pracowników – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Gałka, ekspert Polskiej Izby Handlu.

Polska to najważniejszy kraj w UE pod względem tzw. pracy transgranicznej. Pojęcie to oznacza zatrudnianie przez firmę pracowników w Polsce, a następnie wysyłanie ich za granicę, by pracowali dla kontrahentów. Jak mówi Gałka, każdego miesiąca w samej tylko Francji w taki sposób pracuje średnio 250 tys. Polaków.

Mimo że oddelegowani pracownicy są potrzebni firmom na zagranicznych rynkach, władze patrzą na to niechętnie. Polacy często są też dyskryminowani. Jak mówi Gałka, to tzw. zastraszanie w białych rękawiczkach. Francuska izba pracy często kontroluje firmy zatrudniające Polaków, a w mediach prezentowane są negatywne stereotypy, dotyczące np. warunków, w jakich żyją polscy pracownicy. Jak podkreśla Radosław Gałka, to nieprawdziwy obraz, bo poza rzadkimi wyjątkami, Polacy wyjeżdżają do pracy za granicę tylko wtedy, gdy dostaną tam takie same warunki, jak obywatele tych państw.

 – Są właściwie dwa źródła dyskryminacji: polityka i związki zawodowe, które strzegą swoich członków i swojego rynku. Niektórzy to już dostrzegają, a przede wszystkim firmy, które na tym cierpią. Mówię między innymi o firmach francuskich, ponieważ one bardzo cenią firmy polskie na przykład w sektorze budowlanym – mówi Hanna Stypułkowska-Goutierre, prezes Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej we Francji.

Dodaje, że zwłaszcza teraz nastroje antyimigranckie są nasilone, bo we Francji zbliżają się wybory samorządowe, a w maju odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego.

Jej zdaniem jednak z dyskryminacją należy walczyć. Stypułkowska-Goutierre zachęca do aktywności polskie związki zawodowe oraz postuluje stworzenie grupy medialnej, która poprawiłaby wizerunek polskich pracowników. Wskazane byłoby według niej również powstanie silnych zrzeszeń przedsiębiorców. Również Polska Izba Przemysłowo-Handlowa we Francji prowadzi własne kampanie, jednak nie są one chętnie nagłaśniane przez lokalne media.

 – Jedyną drogą jest dialog społeczny, dialog dyplomatyczny. Tak naprawdę zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dzięki wspólnej pracy Polskiej Izby Handlu przy inicjatywie mobilności pracy Ministerstwa Pracy, udało się po raz pierwszy zjednoczyć to środowisko. Mówiliśmy o ankiecie, czyli wysłuchaliśmy pracowników, zrzeszamy firmy i wspólnie z innymi firmami wypracowaliśmy stanowisko. Więc jest pierwszy, bardzo pozytywny efekt  wspólne stanowisko polskiego rządu i środowiska partyjno-społecznych dotyczącego delegowania, które udało się w ogromnym stopniu obronić w Europie – mówi Gałka.

Dodaje jednak, że to nie koniec pracy. Niezbędna jest dalsza współpraca pomiędzy izbami handlowymi z Polski i innych krajów, takich jak Francja, Belgia czy Niemcy. Podkreśla też, że muszą się w to zaangażować resorty pracy tych krajów.

Agresywna polityka W. Putina wobec Ukrainy poprawia jego krajowe notowania

CEO Magazyn Polska

Polityka Rosji wobec Ukrainy to metoda na poprawę krajowych notowań prezydenta Władimira Putina. Według ekspertów właśnie dlatego nie należy spodziewać się jej złagodzenia, nawet pod wpływem nakładanych sankcji. Te mogą być bardzo niekorzystne dla Rosji, szczególnie jeśli ich efektem będzie zbudowanie wspólnego stanowiska w polityce energetycznej wobec Rosji oraz przyspieszenia praca nad strefą wolnego handlu między UE a USA.

  Na razie nic nie wskazuje na to, że Putin się może cofnąć. A gdyby się cofnął, to by utracił władzę. Niestety też widać schorzenie społeczeństwa rosyjskiego, któremu się to w dużej części podoba. Można komentować to, co robi Putin, że to jest próba ratowania się wewnętrznego wojną, ponieważ jego akcje w samym społeczeństwie rosyjskim zaczęły spadać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kazimierz Wóycicki ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Krajowe notowania Władimira Putina wzrosły najpierw dzięki organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, a następnie dzięki zdecydowanej odpowiedzi na prodemokratyczne i proeuropejskie protesty na Ukrainie. W przeprowadzonym na początku marca badaniu państwowej agencji WCIOM (Wszechrosyjskie Centrum Badania Opinii Obywateli), niemal 68 proc. Rosjan popierało Putina. To, według cytującego badania „Guardiana”, najwyższy wynik od maja 2012 r.

 – Taka mobilizacja na zasadzie nacjonalizmu poprawia poparcie, ale to może być krótkotrwałe. Są tacy komentatorzy, którzy mówią, że to jest początek rozpadu Federacji Rosyjskiej. Bo to jest rzeczywiście na trochę dłuższą metę polityka samobójcza – mówi Kazimierz Wóycicki.

Dodaje, że pomimo obecnego wzrostu poparcia dla Putina, jest wielu Rosjan, którzy sprzeciwiają się takiej polityce. W sobotnim marszu poparcia dla Ukrainy w Moskwie udział wzięło kilkadziesiąt tysięcy osób.

Od momentu obalenia ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza Putin niezmiennie utrzymuje, że nowo wybrany premier Arsenij Jaceniuk oraz pełniący obowiązki prezydenta Ołeksandr Turczynow, obydwaj związani ze stronnictwem Julii Tymoszenko, nie mają legalnej władzy. Rosja uznała też niedzielne referendum na Krymie, w którym mieszkańcy (według oficjalnych wyników ponad 96 proc.) opowiedzieli się za odłączeniem od Ukrainy i przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej.

 – Niestety, bardzo prawdopodobny jest taki scenariusz, że to napięcie będzie długotrwałe i że jeszcze przez ładnych parę miesięcy będziemy się zastanawiać, czy to nie będzie większa wojna. Przecież jest możliwy scenariusz inwazji rosyjskiej – mówi Wóycicki. 

Po reakcji Kremla na wydarzenia na Krymie USA i UE podjęły w poniedziałek decyzje o nałożeniu sankcji na Rosję. Na razie obejmują one zakaz wjazdu na teren Unii i USA oraz zamrożenie kont kilkunastu osób – urzędników i przedstawicieli władzy.

 – Z pewnością trwanie tego konfliktu będzie Rosję gospodarczo kosztowało bardzo wiele, tylko że należy rozumieć, czym są sankcje. To nie jest taki magiczny środek, że zaraz tamci padają na kolana, tylko to jest powolny proces rozkładania się tamtej gospodarki. To musi trwać, na pewno może to wywołać efekt bardzo niekorzystny dla Rosji – ocenia Wóycicki.

Według niego ucierpi rosyjska polityka energetyczna. Moskwa liczyła na zwiększenie dostaw gazu do Europy, a także m.in. na zwolnienie z unijnych przepisów antymonopolowych dla Gazpromu w Niemczech (gazociąg OPAL). Negocjacje zostały na razie przedłużone, oficjalnie z powodu konieczności dalszych rozmów technicznych, i nie wiadomo, czy i kiedy zapadną decyzje. Opóźnione zostały też rozmowy w sprawie gazociągu South Stream.

Wóycicki dodaje, że teraz Unia zewrze szeregi i przyspieszy negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi, które zakończą się podpisaniem umowy TTIP o wolnym handlu transatlantyckim.

 – To znowu odrzuci Rosję bardzo poważnie. Rosja dotychczas dążyła do tego, żeby nie dostrzegać Unii Europejskiej [jako całości red.] i żeby mieć stosunki bilateralne, bo wtedy niemal z każdym jest proporcjonalnie dużą, a w każdym razie większą stroną. Natomiast, jeżeli ma do czynienia z całą Unią, to jest dosyć malutka – podkreśla Wóycicki. – Europa będzie wspólnie i dużo bardziej stanowczo negocjowała z Rosją dostawy energii. I znacznie się usamodzielni.