Everesty MCI Management rozdane po raz jedenasty

0

21 listopada 2013 roku odbyła się 11. edycja Gali organizowanej przez MCI Management SA – Everesty 2013. Fundusz w ramach tego wydarzenia przyznał nagrody za najlepsze wyniki swoim spółkom portfelowym: Morele.net oraz Travelata.ru.

Jak co roku MCI Management przyznał nagrody najbardziej efektywnie rozwijającym się spółkom z jego funduszy. W jedenastej edycji uhonorowano spółkę Travelata.ru, czołowego przedstawiciela rosyjskiego rynku turystycznego online oraz Morele.net, wiodącego internetowego sprzedawcę sprzętu IT w Polsce.

Ta odbywająca się corocznie Gala jest jednym z najważniejszych przedsięwzięć branży Private Equity w naszym kraju. W programie wydarzenia, oprócz rozdania nagród wyróżnionym spółkom, przewidziano cztery panele dyskusyjne.  W dyskusjach poprzedzających przyznanie statuetek wzięli udział najwybitniejsi przedstawiciele branży PE/VC, świata finansów, jak również reprezentanci czołowych europejskich i globalnych firm prowadzących działalność w Internecie.

W pierwszej dyskusji panelowej  pt.  „Going Global” zastanawiano się, jaka jest recepta na pokonanie barier ekspansji zagranicznej i stworzenie globalnego lidera. Moderatorem dyskusji był Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, obecnie rektor Vistula University. Uczestnicy panelu, do których należeli: Jens Hilgers­ ­- Geewa, Jose Marin –  IG Expansion, Piotr Pietrzak – IBM Polska oraz Nenad Marovac – DN Capital zgodnie doszli do wniosku, że kluczowe w budowaniu globalnej firmy są jakość kadr oraz mentalność właścicieli, która pozwala im myśleć na szerszą skalę niż w obrębie rynku lokalnego czy regionalnego. By skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej poszczególne firmy potrzebują też wyróżników rynkowych. Paneliści zgodnie podkreślili, że dana jednostka ma szansę stać się globalnym graczem, jeśli posiada unikalne cechy i jest konkurencyjna w danej branży.

Drugi panel poświęcony był rynkom wschodzącym. Tę dyskusję prowadził Tomasz Danis, Dyrektor Inwestycyjny MCI Management. Uczestnicy dokładnie przeanalizowali przyczyny atrakcyjności rynków wschodzących, debatowano również na temat tego, jak ułatwić młodym firmom ich indywidualny rozwój, zabezpieczając je jednocześnie przed sprzedażą ogólnoświatowym koncernom. Panelistami byli Erol Bilecik, założyciel Indeks Group, Alex Zaretsky, prezes Travelata.ru, Claire Scott Priestley, partner w londyńskim oddziale Squire & Sanders. Według gości kraje Emerging Markets, choć zaliczane do jednej grupy, prezentują różne ścieżki osiągania wzrostu. Turcja znajduje się w przedsionku boomu gospodarczego, który będzie pochodną czynników demograficznych – ponad połowa z liczącej powyżej 70 mln ludności tego kraju ma mniej niż 28 lat. Z kolei rosyjskie firmy preferują budowę wartości etapami, rozpoczynając od zdobycia pozycji wiodącej na rynku lokalnym, poprzez zapożyczanie najlepszych praktyk z Zachodu, po wzmacnianie globalnego modelu biznesowego silnym lokalnym zespołem.

Trzecia debata dotyczyła przedsiębiorczości. Zaproszeni do niej goście, jedni z najlepszych menadżerów na świecie, zastanawiali się nad tym, co determinuje sukces. Prowadzący –  Krzysztof Rybiński, pytał również o to, jakie cechy powinien mieć ambitny przedsiębiorca. W dyskusji udział wzięli: Luis Amaral, prezes  Eurocasch, Thor Bjorgolfsson, partner zarządzający Novator, Tomasz Czechowicz, partner zarządzający MCI Management, Marek Witkowski, prezes Copernicus Securities oraz Michał Hucał, wiceprezes Alior Banku. Według panelistów skuteczny przedsiębiorca powinien cechować się wizją, optymizmem, determinacją, odwagą, zdolnością do podejmowania decyzji i ryzyka, szybkością w działaniu i umiejętnością podejmowania rywalizacji. Goście podkreślili również, że każdy przedsiębiorca powinien znaleźć swój indywidualny model działania, który będzie idealną dla niego mieszanką własnej wizji i inspiracji sprawdzonymi już pomysłami i rozwiązaniami innych firm.

W czwartej, ostatniej dyskusji poświęconej innowacjom uczestniczyli: Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Bank, Marek Kapuściński, wiceprezydent Europa Centralna Procter & Gamble, Maciej Filipkowski, wiceprezes Samsung Electronics Polska i Paweł Graniewski, wiceprezes GPW. W toku debaty wyeksponowano fakt, że każda branża potrzebuje innowacji. Za nimi natomiast zawsze stoją ludzie, dlatego najważniejszym zadaniem dla spółek jest inwestowanie właśnie w ludzi i wiedzę oraz motywowanie pracowników do kreatywnego myślenia.

Tegoroczna Gala odbyła się w SOHO Factory w Warszawie. Postindustrialny charakter miejsca idealnie komponował się z tematami dyskusji, oscylującymi wokół nowych technologii i innowacji. Partnerami gali byli: ABC Data, Colorovo, IBM, Na Powiślu, Copernicus Securities, Squire & Sanders, Próchnik, Deloitte i Frisco. Patronat medialny nad wydarzeniem objęli: Forbes, Puls Biznesu, ISB News, Bankier.pl oraz PAP Biznes.

Raport New City Index wydany

Ericsson opublikował najnowszy Networked Society City Index. Indeks podaje ranking 31 miast i bada ich zaawansowanie w dziedzinie ICT pod względem przełożenia inwestycji ICT na rozwój gospodarczy, społeczny i środowiskowy; tzw. effektu 'triple bottom line’.

W omawianym raporcie, aspekt technologii zaktualizowano tak, by obejmował następujące wymiary: 4G, open data, e-transakcje i bardziej zaawansowane użytkowanie. Uzyskane wyniki ponownie potwierdzają i jeszcze bardziej wzmacniają korelację między ICT a rozwojem społecznym, gospodarczym i środowiskowym.

Najwyższa pozycja w rankingu szwedzkiej stolicy wynika z dobrze rozwiniętej infrastruktury ICT, z wysokim udziałem smartfonów i połączeń wysokiej prędkości, a także zaawansowanego użytkowania połączonego z innowacjami oraz inicjatywami rozwojowymi wykorzystującymi ICT jako główny element wspomagający.

Patrik Regårdh, szef Networked Society Lab w Ericsson mówi: – ICT znacząco przyspiesza interakcje między różnymi zainteresowanymi, czyniąc je bardziej intensywnymi i opłacalnymi. Zmniejszony koszt wymiany informacji i transakcji obniża próg dla nowych przedsięwzięć i wspólnych inicjatyw. W rezultacie, następuje ożywienie rozwoju gospodarczego miasta.

ICT tworzy platformę dla współpracy przy wymagających wiedzy działaniach między przedsiębiorstwami, sektorem publicznym a obywatelami, a także stymuluje specjalizację i dynamiczne usługi informatyczne. Pozwala to przedsiębiorstwom i instytucjom na efektywne gromadzenie zasobów oraz oferowanie takich rozwiązań i usług, jakich w innym przypadku żadna ze stron nie byłaby w stanie dostarczyć niezależnie.

Jako przykład, raport przytacza sposób, w jaki Urząd Ochrony Środowiska w Szanghaju przekazuje codzienne informacje dotyczące jakości powietrza poprzez swoją stronę internetową i serwis Weibo. Celem jest rozpowszechnianie wiedzy dotyczącej negatywnego wpływu na zdrowie miejskiej populacji Szanghaju wskutek niskiej jakości powietrza.

Regårdh stwierdza: – ICT udostępnia obywatelom całkowicie nowe sposoby interakcji z własnym miastem i jego środowiskiem. Staje się ona platformą dla współpracy, gdzie mogą oni wymieniać informacje i bardziej aktywnie angażować się w rozwiązywanie codziennych problemów.

Raport informuje, że miasta w rozwijających się gospodarkach oraz na wczesnych etapach zaawansowania ICT mogą poprawić swoje osiągnięcia skupiając się na rozwoju socjo-ekonomicznym i stworzyć wyraźną wizję tego, jak wykorzystać ICT do rozwijania sektora publicznego i prywatnego. Zdolność obywateli do korzystania z nowej technologii i uzyskiwania bezpośrednich korzyści powinna znajdować się na pierwszym planie pod względem uzyskania długofalowych efektów na dużą skalę.

Raport wskazuje również współpracę miedzy miastami jako element o coraz większym znaczeniu. Przykładowo, zharmonizowane struktury otwartych danych mogłyby przyspieszyć innowacje w większym stopniu, niż różne systemy czy protokoły.

Regårdh wyjaśnia: – Rozwiązanie otwartych danych mogłoby na przykład umożliwić funkcjonowanie takich samych usług informacyjnych dotyczących transportu publicznego nie tylko w Miami, ale również w Dżakarcie czy Mexico City. Ułatwiłoby to życie turystom i podróżnikom, ale także zmniejszyłoby koszty infrastruktury ponoszone przez miasta ze względu na możliwość stosowania rozwiązań skali.

Nawet miasta o zaawansowanej gospodarce muszą podejmować stosowne działania, aby mogły pozostać konkurencyjne i powiązane z przyszłymi generacjami technologii.

Networked Society City Index firmy Ericsson został opracowany w bliskiej współpracy ze Sweco, grupą zrównoważonej inżynierii i projektowania.

Niezależnie od trzech miast zajmujących najwyższe miejsca w rankingu: Sztokholmu, Londynu i Singapuru, w Indeksie wymienione są również następujące miasta: Pekin, Buenos Aires, Kair, Kopenhaga, Delhi, Dhaka, Helsinki, Hong Kong, Istambuł, Dżakarta, Johannesburg, Karaczi, Lagos, Los Angeles, Manila, Mexico City, Miami, Moskwa, Mumbaj, New York, Oslo, Paris, São Paolo, Seul, Szanghaj, Sydney, Tajpej, Tokio.

Zwycięzca 11. polskiej edycji konkursu Przedsiębiorca Roku

O wyróżnieniu Andrzeja Wiśniowskiego tytułem Przedsiębiorcy Roku 2013 zadecydowało niezależne Jury konkursowe pod przewodnictwem Jana Krzysztofa Bieleckiego. Andrzej Wiśniowski będzie reprezentował Polskę w międzynarodowym finale konkursu EY World Entrepreneur of the Year wiosną przyszłego roku w Monte Carlo.

Jury nagrodziło zwycięzcę „w uznaniu za wyznaczanie od 20 lat trendów na rynku bram i ogrodzeń w kraju i za granicą.”

Założona przez Andrzeja Wiśniowskiego w 1989 roku firma jest w całości oparta na polskim kapitale. W swojej ofercie Wiśniowski posiada wysokiej klasy bramy garażowe i przemysłowe, systemy ogrodzeniowe, stolarkę stalową i aluminiową. Firma ma własną fabrykę, zatrudniającą ponad 1100 pracowników. Rodzinna firma z Nowosądecczyzny jest dziś przedsiębiorstwem, którego produkty z powodzeniem konkurują z europejskimi potentatami branży. Rozbudowana sieć dystrybucji działa zarówno w kraju jak i za granicą. Od lat firma uczestniczy w krajowych i międzynarodowych targach, dzięki którym umacnia swoją pozycję za granicą – m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, czy w krajach Beneluxu. Około 25% przychodów firmy pochodzi ze sprzedaży na zagranicznych rynkach. Wiśniowski swoją firmę zakładał od podstaw, przez lata efektywnie i skutecznie budował jej renomę, oferując wysokiej jakości produkty. Wciąż nieustannie je rozwija, udoskonala i poszerza różnorodność oferty, stosując przy tym innowacyjne rozwiązania i najnowocześniejszą technologię.

Jury konkursu EY Przedsiębiorca Roku przyznało Andrzejowi Wiśniowskiemu także zwycięstwo w kategorii Produkcja – „za konsekwentne budowanie przedsiębiorstwa oferującego światowej jakości produkt i za skuteczne konkurowanie z zagranicznymi producentami bram wjazdowych, garażowych, ogrodzeń przemysłowych, a także drzwi i okien m.in. na wymagających rynkach Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii.”

Andrzej Wiśniowski będzie reprezentował Polskę w międzynarodowym finale konkursu EY World Entrepreneur of the Year w Monte Carlo w czerwcu 2014 roku, podczas którego rywalizować będą ze sobą wszyscy zwycięzcy lokalnych edycji konkursu – z ponad 50 krajów świata.

Miasta muszą zmienić podejście do projektowania swoich centrów

Centra miast powinny być ich wizytówką, a jednocześnie atrakcyjnym miejscem do życia i przebywania dla mieszkańców oraz gości. Tymczasem w Polsce nadal brak kompleksowego i perspektywicznego podejścia do ich rozwoju. Wciąż dominuje zarządzanie przez pryzmat pojedynczych działek inwestycyjnych. Eksperci firmy doradczej Deloitte przekonują, że należy skończyć z tego typu myśleniem i oprzeć się na najlepszych europejskich praktykach.

Centra miast spełniają wiele zadań. Powinny być ich wizytówką, miejscem spotkań i rozrywki, skupiskiem kluczowych węzłów transportowych, obiektów architektonicznych i kulturalnych, ale też jak najlepiej służyć mieszkańcom do życia, pracy czy zakupów. „Nie ma jednej odpowiedzi jak powinno wyglądać idealne centrum, bo i miasta są bardzo różne. Należy jednak wykorzystywać doświadczenia innych metropolii i opinie różnych grup interesariuszy, aby stworzyć centrum otwarte, które jednocześnie nie zatraci dorobku historycznej zabudowy” – tłumaczy Radosław Kubaś, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Największe miasta starają się zachować przewagę konkurencyjną i przyciągnąć inwestorów. Dlatego nie do przecenienia w procesie kształtowania centrum jest rola planowania strategicznego. Daje ono bowiem możliwość wyboru przyszłego kierunku inwestycji oraz zapewnienia skutecznego zagospodarowania przestrzennego. Jak wynika z doświadczeń Deloitte, sukcesy na tym polu mają m.in. władze Birmingham, Sheffield oraz Manchesteru. Warto także zwrócić uwagę na aktualne trendy, które dominują w obszarze zagospodarowania obszarów miejskich. Są to m.in. zrównoważony rozwój, modernizacja przy jednoczesnej ochronie dziedzictwa architektonicznego, efektywne powiązanie przestrzeni publicznych, ułatwienie mobilności mieszkańcom czy ochrona środowiska.

Przed podjęciem decyzji jaką rolę ma odgrywać i jak ma wyglądać centrum miasta należy ocenić aktualne uwarunkowania rynkowe, sytuację społeczno – gospodarczą, prawną a także wziąć pod uwagę opinie różnych grup interesariuszy. Dobrze jest też przyjrzeć się innym miastom zarówno w kraju, jak i za granicą i wzorować się na najlepszych przykładach, co zarówno znacznie skraca proces podejmowania decyzji o kierunkach i sposobach jego rozwoju, jak i minimalizuje ryzyko błędu. Na końcu pozostaje określenie docelowej struktury funkcjonalnej a także wyznaczenie celów operacyjnych służących realizacji planu. Na jakich metropoliach należy się wzorować? „Trzeba brać pod uwagę różne kryteria i z różnego rodzajów rankingów wybrać te miasta, które są najwyżej ocenianie, a także te, które mając wysoką pozycję są jednocześnie podobne do naszego. Warto też przyglądać się miejscom, które z sukcesem zrealizowały projekt rewitalizacji centrum” – tłumaczy Radosław Kubaś.

W różnych miastach, centra odgrywają różnorakie funkcje. Są tam lokowane funkcje mieszkaniowe, komercyjne, biurowe, kulturalno-rozrywkowe, edukacyjne itp.. Są też takie, w których dominują tereny zielone, otwarte, infrastruktura drogowa, kolejowa czy parkingi. Oprócz struktury funkcjonalnej analizie poddać należy w miarę możliwości wysokość i charakter zabudowy (modernistyczna, historyczna itp.), fakt występowania stref zamkniętych dla ruchu, głównych ulic handlowych, kluczowych miejsc spotkań i zgromadzeń itp.

Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, można wyróżnić następujące rodzaje dzielnic centralnych:

  1. ekskluzywna (dominacja funkcji mieszkaniowej oraz biurowej, niska, zabudowa w wysokim standardzie, znaczny udział terenów zielonych, otwartych oraz funkcji kulturalnych, np. Dusseldorf),
  2. komercyjna o historycznej zabudowie (dominacja funkcji biurowej i komercyjnej, zlokalizowanych w niskiej zabudowie o historycznym charakterze. Brak terenów zielonych oraz funkcji mieszkaniowej, np. Liverpool),
  3. mieszkaniowa o historycznej zabudowie (silna dominacja funkcji mieszkaniowej zlokalizowanej w historycznej lub odtworzonej na styl historyczny zabudowie, np. Lyon),
  4. mieszana (równowaga pomiędzy trzema dominującymi funkcjami – mieszkalną, biurową oraz komercyjną przy bardzo dużej dowolności w zakresie typu oraz formy zabudowań, np.: Sheffield),
  5. stylowa miejska (dominacja funkcji komercyjnej przy obecności funkcji mieszkaniowej oraz biurowej. Odrestaurowane kamienice lub nowe obiekty wybudowanych w stylu zgodnym z istniejącą architekturą, np. Lipsk),
  6. nowoczesna wielkomiejska (dominacja funkcji mieszkaniowej przy istotnej obecności funkcji biurowej oraz kulturalno-rozrywkowej. Zabudowa modernistyczna, dopuszczająca znaczne wysokości obiektów, w tym zwłaszcza biurowców, np. Nowy Jork).

Jak wskazują doświadczenia Deloitte, w niewielu polskich miastach podchodzi się kompleksowo do rozwoju dzielnicy centralnej. „Nadal w wielu przypadkach mamy do czynienia z zarządzaniem rozwojem miasta przez pryzmat krótkookresowy i pojedynczych działek inwestycyjnych. Tymczasem zarówno rzeczywistość, jak też obserwacja najlepiej zarządzanych miast pokazują, że jest to podejście błędne. Samorządowcy muszą czerpać z najlepszych praktyk europejskich i światowych oraz zacząć myśleć o centralnych dzielnicach swoich miast w perspektywie długofalowej” – mówi Radosław Kubaś.

Jednym z pionierów w nowoczesnym podejściu do planowania i zarządzania przestrzenią miejską jest Łódź. Prowadzony przez Zarząd Nowego Centrum Łodzi projekt obejmuje analizę zagospodarowania ok. 100 – hektarowego obszaru oraz ma na celu wykreowanie nowego obszaru funkcjonalnego – wokół przebudowywanej stacji Łódź Fabryczna – powiązanego z historycznym centrum, opartym na osi ulicy Piotrkowskiej poprzez stworzenie systemu atrakcyjnych przestrzeni publicznych; twórcze wykorzystanie zabytkowej tkanki urbanistycznej przełomu XIX i XX wieku; zmianę funkcji terenów poprzemysłowych i kolejowych, zachowanie istotnych elementów tkanki urbanistycznej stanowiących o tożsamości i historii tego obszaru a także rewitalizację obszarów poprzemysłowych i kolejowych oraz kwartałów zabudowy wielkomiejskie.

W swoich planach Łódź wzoruje się na wielu przykładach. Dziś program ten obejmuje ponad 50 projektów, realizowanych przez sektor publiczny. Warte są one ponad 4 mld zł. Pierwsze zakończą się już w 2014 r. „Nowe Centrum Łodzi to największy program urbanistyczno – inwestycyjny realizowany przez władze miasta. Zdecydowaliśmy się na kompleksowe podejście do realizacji tego przedsięwzięcia, obejmujące nie tylko zagadnienia związane z planowaniem urbanistycznym, ale także uwzględniające oczekiwania mieszkańców i inwestorów prywatnych. Naszym celem jest stworzenie przyjaznej i atrakcyjnej przestrzeni do mieszkania, pracy i spędzania wolnego czasu. Wierzymy, że nie ma silnego miasta bez silnego centrum. Chcemy, aby rewitalizacja obszaru poprzemysłowego była bodźcem do odnowy całego historycznego śródmieścia a nie tworzenia zamkniętej dzielnicy – miasta w mieście – mówi Błażej Moder, Dyrektor Zarządu Nowego Centrum Łodzi.

PGNiG zapewnia, że zimą gazu nie zabraknie

CEO Magazyn Polska

Nie ma zagrożenia ograniczenia dostaw gazu tej zimy. PGNiG ma pełne magazyny, a dodatkowo na początku przyszłego roku będzie dysponowało dodatkową powierzchnią do wypełnienia. Sezon grzewczy oraz zwiększona produkcja nawozów przed wiosną sprawiają, że zapotrzebowanie na gaz zimą wzrasta ponad czterokrotnie w stosunku do lata.

 W naszej opinii zima będzie bezpieczna pod względem ogrzewania. Zapasy w tej chwili mamy prawie wypełnione w 100 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Murawski, wiceprezes ds. finansowych Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa.

Zapewnia, że nie będzie powtórki z poprzednich sezonów, gdy zdarzały się ograniczenia w dostawach paliwa. Minionej, mroźnej zimy na wniosek Gaz-Systemu, PGNiG wprowadziło ograniczenia w dostawach gazu do Zakładów Chemicznych Police, PKN Orlen i Zakładów Azotowych Puławy. Wówczas na koniec stycznia w podziemnych magazynach gazu PGNiG zgromadzone było 1,177 mld m sześc. gazu.

Z kolei pod koniec 2009 roku magazyny koncernu były wypełnione gazem w ok. 70 procentach. To groziło tym, że mogło zabraknąć 0,4-0,5 miliarda metrów sześciennych paliwa. Problemy wynikały z przedłużających się negocjacji z Gazpromem dotyczących nowej umowy gazowej, która miała zwiększyć dostawy z Rosji. Z podobnymi problemami PGNiG borykał się od 2003 roku, kiedy w wyniku porozumienia między Moskwą a Warszawą zmniejszono dostawy w ramach „kontraktu jamalskiego”.

Tym razem w magazynach zgromadzono przed zimą  1,8 mld m sześc. Dodatkowo pojawią się nowe powierzchnie i ilość zapasów zostanie znacznie zwiększona. 

 – Mówimy o magazynie Kosakowo i Wierzchowice. W Wierzchowicach zamierzamy mieć w przyszłym roku prawie 1,2 mld m sześc. pojemności.  Jest to nowy magazyn,  a odbiór końcowy planowany jest na początku roku – zapowiada Jacek Murawski.

W wierzchowickim magazynie znajduje się już 600 mln m sześc. błękitnego paliwa,  a docelowo znaleźć może się w nim dwa razy więcej. To zwiększa bezpieczeństwo energetyczne kraju.

Z kolei Podziemny Magazyn Gazu Kosakowo, zlokalizowany w województwie pomorskim, docelowo będzie mógł pomieścić 250 mln m sześc. Inwestycja ma zostać zakończona w 2021 r.

 – Obecny poziom zapasów, biorąc pod uwagę, że nasza konsumpcja w czwartym czy pierwszym kwartale wynosi około 3 mld sześc., pozwala na to, by bilans gazu był zabezpieczony – informuje wiceprezes.

Całkowita pojemność polskich magazynów wynosi 1,8 mld m sześc. W ramach testowania budowanych nowych pojemności magazynowych, do kwietnia 2014 r. przybędzie dodatkowo 650 mln m sześc.  Rocznie Polska zużywa 14,8 mld m sześc. gazu.

UOKiK: za złe wykonanie usługi kupionej na portalu grupowym odpowiada wykonawca usługi, a nie portal

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi 58 postępowań dotyczących sprzedaży online, w tym cztery dotyczące zakupów grupowych. Skargi, które wpływają do Urzędu, najczęściej dotyczą nieterminowego wykonania usługi lub jej niska jakość. UOKiK rozpoczyna kampanię informacyjną, dotyczącą sprzedaży przez internet, co do której klienci wciąż mają wiele wątpliwości.

Z badań UOKiK wynika, że konsumenci nie znają swoich praw przy zakupach w sieci. Nie wiedzą też, jaka jest różnica w przysługujących im prawach w przypadku zakupów na aukcji czy w sklepie internetowym.

UOKiK prowadzi obecnie 58 postępowań dotyczących sprzedaży przez internet. Od początku roku wydano 29 decyzji. Najczęściej sprzedawcy nie przestrzegają 10-dniowego terminu zwrotu towaru, wymagają oryginalnego opakowania, nie zwracają klientom kosztów wysyłki w przypadku odstąpienia od umowy. Na stronach często też brakuje regulaminu sklepu czy informacji o prawach klientów.

Cztery postępowania UOKiK dotyczą zakupów grupowych.

 – Głównym  problemem jest mieszanie praw między tym, który jest portalem ogłaszającym, zbierającym chętnych do zakupów grupowych, a tym, który wystawia jakąś ofertę na tym portalu. Mówiąc najprościej, między portalem, który zrzesza konsumentów, chcących kupić grupowo, a tym, który tę ofertę proponuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Cieloch, rzecznik prasowy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Ważne jest także, aby pamiętać, że gdy klient dokonuje zakupu grupowego, to zawiera dwie umowy. Pierwszą z portalem pośredniczącym, który zrzesza osoby chcące dokonać zakupu grupowego, a drugą z firmą, która świadczy dane usługi.

Wpływające do UOKiK skargi dotyczą często problemów z terminowym wykonaniem usługi. Często trudnością jest ustalenie dogodnego dla obydwu stron terminu niektórych usług np. kursów na prawo jazdy czy wizyt w salonach piękności. Zwłaszcza, gdy w wyniku ogłoszenia oferty na portalu grupowym, mała firma zalewana jest nadmiarem zgłoszeń, których nie jest w stanie obsłużyć.

 – Jeżeli mamy do czynienia z zakupami grupowymi, to nie portal świadczący usługę zakupu kuponu jest odpowiedzialny za wykonanie tej usługi, tylko ten, który ją de facto wykonuje i tam składamy reklamację, tam dochodzimy swego, jeśli termin czy jakość tej usługi lub cena nam nie odpowiada, albo jest niezgodna z umową, którą zawarliśmy, kupując kupon – wyjaśnia Cieloch. – Tam więc składamy reklamację i dochodzimy swoich praw, jeśli sprzedawca nie wywiązał się z umowy lub jeśli mamy inne istotne zastrzeżenia.

Przy zakupach przez internet od przedsiębiorcy, klient ma prawo do zwrotu towaru w przeciągu 10 dni (takiego prawa nie ma klient kupujący od innego konsumenta). Już niebawem termin ten wydłuży się do 14 dni – Polska do 13 grudnia ma obowiązek wdrożenia unijnej dyrektywy o prawach konsumenta. Firmy nie mają prawa domagać się, by osoba zwracająca produkt ponosiła koszty wysyłki, albo by odsyłała towar nierozpakowany. Przedsiębiorca prowadzący sprzedaż online powinien także informować konsumenta o możliwości dokonania zwrotu, podawać swoje dane i regulamin. Niestety często firmy nie stosują się do tych prawnych wymagań, a klienci nie są ich świadomi.

Do akcji UOKiK włączyli się m.in. Nokaut.pl, Skapiec.pl, Opineo.pl, Szafa.pl, Notanio.pl, SmartBay.pl, Ceneria.pl, Comperia.pl, Sklepy 24.pl, GoDealla.pl, Groupon.pl, Okazje.eholiday.pl, Frupi.pl, e-Commerce Polska Izba Gospodarki Elektronicznej, Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska, Trustedshops.pl, Stowarzyszenie Konsumentów Polskich i  Mensis.pl. Z informacjami dla przedsiębiorców i konsumentów np. z wykazem klauzul niedozwolonych i wzorów przydatnych pism można zapoznać się pod adresem e-zakupy.uokik.gov.pl.

Prof. J. Buzek: potrzebna natychmiastowa reforma górnictwa

CEO Magazyn Polska

Jeśli polska energetyka chce przez następne dwie lub trzy dekady korzystać z węgla, polskie górnictwo musi być rentowne, a opalane węglem elektrownie wydajne. Choć Unia Europejska dąży do ograniczenia emisji CO2, którego wielkim emitentem są właśnie elektrownie opalane czarnym surowcem, nie musi to oznaczać rezygnacji z węgla. Nowe, bardziej efektywne bloki węglowe w elektrowniach wyprodukują tę samą ilość energii przy znacznym ograniczeniu emisji.

 – 15 lat temu zrestrukturyzowaliśmy polskie górnictwo i przynosiło większe dochody niż nasz przemysł naftowy. To dziś wydaje się prawie niemożliwe, ale da się to zrobić. Nasze górnictwo może być nadal rentowne i konkurencyjne z górnictwem zamorskim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jerzy Buzek, europoseł, były premier i przewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Czekam na to, żeby restrukturyzację natychmiast podjęto.

Unijne wymogi dotyczące ograniczania emisji CO2 wpływają na podniesienie i tak wysokich kosztów wydobycia i wykorzystania polskiego węgla. Rozwiązaniem ma być wymiana starych technologii na nowe, co musi nastąpić w ciągu najbliższych 3-4 lat, ponieważ Polsce grożą wyłączenia prądu z powodu przestarzałych elektrowni.

 – Musimy wymienić w najbliższym czasie około 30 proc. starych bloków energetycznych. Będziemy je zastępować nowymi, które mają sprawność nie 30 proc., ale prawie 46 proc. To pozwoli automatycznie obniżyć emisję CO2 aż o jedną trzecią, produkując taką samą ilość energii elektrycznej – mówi prof. Jerzy Buzek. – Jeśli natomiast zastosujemy bloki, które mają już powyżej 60 proc. sprawności, a są już takie, to ograniczymy emisję CO2 aż o 50 proc., nadal spalając węgiel.

Były premier podkreśla, że podczas negocjacji w ramach UE na temat redukcji emisji dwutlenku węgla, należy zwracać uwagę nie tylko na kwestie ekologiczne, ale i związane z całą gospodarką.

 – Naszym celem jest ograniczenie emisji, a nie eliminacja węgla. Już ten błąd popełniliśmy, bo kiedyś powiedzieliśmy, że biopaliwa rozwiążą problem emisji CO2 w transporcie. Potem się okazało, że biopaliwa pierwszej generacji niosą ze sobą ogromne zagrożenie emisją CO2, a także przyczyniają się do wycinania lasów. Teraz trudno jest się z tego wycofać. Dobrze by było, żebyśmy się tak samo nie rozpędzali w eliminowaniu węgla – przestrzega prof. Jerzy Buzek.

Mikropożyczki mogą zniknąć z rynku. Resort finansów planuje wprowadzenie limitu ich kosztów

CEO Magazyn Polska

Odgórne wyznaczenie limitu kosztów mikropożyczek może spowodować, że znikną one z rynku – uważa Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. To z kolei może prowadzić do tego, że kredytobiorcy będą musieli pożyczać większe kwoty i w ten sposób będą łatwiej wpadali w spiralę zadłużenia.

Ministerstwo Finansów kończy prace nad regulacjami dotyczącymi rynku pożyczek pozabankowych. Chce w ten sposób uchronić klientów firm pożyczkowych m.in. przed nadmiernym zadłużaniem się. Proponuje w tym celu ustalenie maksymalnego limitu kosztów pożyczek na poziomie 30 proc. Przepis ten jednak wzbudza wiele wątpliwości i kontrowersji, nie tylko w branży pożyczkowej. 

 – Obawiam się, że jeżeli koszty kredytu tych mikropożyczek będą regulowane, to one przestaną funkcjonować na rynku, ich po prostu nie będzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Jego zdaniem wyznaczenie górnej granicy kosztów pożyczek pozabankowych uderzyłoby głównie w pożyczkobiorców, bo po zniknięciu z rynku firm pożyczkowych zostaną im lombardy i banki. Te ostatnie pożyczają większe sumy na dłuższe okresy, dłużej też trwa załatwienie formalności.

 – Sektor bankowy tego typu produktów nie ma i nie będzie miał. To jest zupełnie inny rodzaj usługi, dedykowany innym potrzebom – przypomina Nowacki. – Jeżeli klient nie będzie mógł pożyczyć pięciuset złotych, albo tysiąca złotych, to pożyczy trzy bądź pięć tysięcy złotych i to może spowodować negatywną spiralę długów, to może być większym zagrożeniem dla klientów, dla konsumentów, aniżeli to, że koszt mikropożyczki dzisiaj jest relatywnie wyższy.

Szczególnie, że spłacalność krótkoterminowych, niewielkich pożyczek jest bardzo dobra.

 – Jeżeli to są „dobre” pożyczki, ludziom łatwo jest je spłacać, pomimo tego, że koszty są adekwatnie wyższe, to szkoda byłoby to likwidować i zmuszać klienta do pożyczania kwot, które są dla niego zbyt dużym obciążeniem – mówi Marcin Nowacki.

Tłumaczy, że im niższa jest kwota pożyczki, tym koszt musi być wyższy. W przeciwnym wypadku pożyczanie pieniędzy w drobnych kwotach byłoby dla firm pożyczkowych nieopłacalne. Dodatkowo, wysokość kosztów jest regulowana przez rynek.

 – Myślę, że w tej chwili  firm pożyczkowych jest na tyle dużo, że konsumenci mają wybór i na pewno będą wybierać te firmy, które koszty mają relatywnie niższe – dodaje Nowacki.

Argumentuje przy tym, że obecne koszty pożyczek, które rynek sam reguluje, nie stanowią dla klientów zagrożenia. Jak wynika z badań Homo Homini – prawie co drugi ankietowany (45,9  proc.) odrzuca ideę limitu kosztów pożyczki, gdyby miało to wpłynąć na ograniczenie możliwości wyboru źródeł finansowania. Jednocześnie badani są zdania, że każdy powinien mieć prawo do decydowania o tym, gdzie i za ile pożyczy pieniądze.

LW Bogdanka do 2015 r. chce podwoić wydobycie węgla

CEO Magazyn Polska

Spółka Lubelski Węgiel Bogdanka stara się utrzymać pozycję lidera jako najnowocześniejszej i najbardziej efektywnej kopalni węgla kamiennego w Polsce. Mimo trudności na jednej ze ścian, podtrzymuje cel zwiększenia wydobycia i wydłużenia żywotności kopalni. Jeszcze w tym miesiącu zamierza uruchomić drugi kompleks strugowy.

 – Bogdanka realizuje program inwestycyjny, który zmierza do podwojenia wydobycia. Rok 2013 jest kolejnym, w którym zwiększamy wydobycie skokowo – mówi Newserii Biznes Zbigniew Stopa prezes zarządu LW Bogdanka.

Zgodnie z przyjętym przez spółkę harmonogramem, kopalnia powinna wydobyć w tym roku od 8,6 do 9 mln ton surowca. Jednak podczas prac na jednej ze ścian natrafiono na utrudnienia, co może opóźnić realizację tego planu.

 – W jednej ze ścian pokładu 382, gdzie jest bardzo dobry jakościowo węgiel, są problemy. Warunki geotechniczne pogorszyły się, zaczęło zaciskać chodniki przyścianowe. W związku z tym ściana ma mniejszy rozstaw niż spodziewaliśmy się. Może to rzutować na końcowe wydobycie tego roku. I ten przedział wydobycia, który podawaliśmy, może się przesunąć na 8,4-8,6 ton węgla – zapowiada Zbigniew Stopa.

Jest jednak za wcześnie, by mówić o końcowych wynikach. W ciągu najbliższych dni Bogdanka zamierza uruchomić drugi kompleks strugowy, dzięki czemu  jednocześnie pracować będą oba strugi. A to ma znacząco zwiększyć tegoroczne wydobycie w porównaniu do ubiegłorocznego.

 – W listopadzie uruchamiany dwie ściany i o ostatecznym wyniku możemy porozmawiać w zależności od tego, jak nastąpi rozruch i jaki jakościowo węgiel z nich otrzymamy – wyjaśnia prezes. – Jedna ściana w pokładzie 380, czyli ściana niska strugowa w polu Stefanów. I druga, w pokładzie 382 w polu Nadrybie.

Inna inwestycja Bogdanki oczekuje na decyzję koncesyjną.

 – Chcemy pozyskać koncesję wydobywczą na K6, K7, czyli w okolicach Cycowa. Jesteśmy w procesie koncesyjnym, składamy odpowiednie dokumenty. Decyzje środowiskowe już otrzymaliśmy – informuje prezes. – Ale do budowy szybu, do inwestycji jest jeszcze droga daleka. Jednak nawet po uzyskaniu koncesji spółka jest w stanie wyrobiskami podziemnymi rozpocząć eksploatację w tych złożach, w tym nowym polu.

Podtrzymuje, że 2020 rok jest realny, aby uzyskać koncesję i rozpocząć budowę nowego szybu. Ta inwestycja wpisuje się w strategię Bogdanki, która zakłada, że pozyskanie nowych pól wydobywczych ma przyczyniać się do wydłużenia życia kopalni.

 – Ewentualne zwiększenie wydobycia mogłoby nastąpić po realizowaniu następnych inwestycji, ale to wszystko zależy od sytuacji rynkowej. W tej chwili realizujemy inwestycję rozbudowy zakładu przeróbki mechanicznej węgla, która ma się zakończyć w przyszłym roku. Natomiast następne inwestycje są w fazie projektowej, jeszcze żadnych umów nie podpisujemy – informuje prezes Stopa.

W czerwcu LW Bogdanka ogłosiła strategię rozwoju na lata 2013-2020. Najważniejszymi celami są finalizacja do 2015 roku programu inwestycyjnego, który ma podwoić wydobycia w stosunku do roku 2011, oraz przedłużenie żywotności kopalni do około 2050 roku.

Dobry moment na zakup nieruchomości. Utargować można nawet kilkanaście procent pierwotnej ceny

Ceny mieszkań w największych polskich miastach się stabilizują – wynika z raportu, opracowanego przez firmę Emmerson Evaluation, zajmującej się wyceną nieruchomości. W ciągu ostatniego roku mieszkania staniały m.in. w Warszawie, Łodzi i Opolu. Drożej za mieszkanie trzeba zapłacić w Poznaniu. Różnice między cenami ofertowymi a transakcyjnymi sięgały nawet jednej czwartej wartości nieruchomości.

Z badania firmy Emmerson Evaluation wynika, że najwięcej za mieszkanie trzeba zapłacić w Warszawie. Cena metra kwadratowego waha się w granicach 7,1 tys. zł. W Krakowie jest ona niższa o blisko 1,5 tys. Wysokie ceny mieszkań utrzymują się we Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku. Ceny transakcyjne metra kwadratowego wahają się w tych miastach w granicach 4,7-5,2 tys. zł. Na drugim biegunie są Gorzów Wielkopolski, Katowice i Łódź. W Gorzowie metr mieszkania kosztuje ok. 2,7 tys. zł. W Katowicach i w Łodzi o ok. 500 zł więcej.

 – Ceny w ostatnim czasie mocno spadły – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation. – Sprzedający na rynku wtórnym coraz częściej dochodzą do wniosku, że nie mogą trzymać ofert w nieskończoność i stają się bardziej otwarci na negocjacje.

Różnice między cenami oferowanymi przez sprzedających a wynegocjowanymi ostatecznie przez nabywców sięgają od kilku do kilkudziesięciu procent. We Wrocławiu, Krakowie i w Poznaniu jest to odpowiednio 14 proc., 15,4 proc. i 16,1proc.

 – W niektórych miastach różnice sięgają nawet 20 proc. W Rzeszowie była największa różnica, rzędu 23 proc. pomiędzy ceną ofertową a transakcyjną – mówi Książak. – Sprzedający wciąż jeszcze żyją w okresie hossy, oczekując, że są w stanie wziąć za mieszkania kwoty, jakie sami zapłacili kilka lat temu. Kupujący natomiast szukają okazji i tylko wtedy kupują, kiedy te ceny są opuszczane.

Zdaniem Dariusza Książaka, teraz jest dobry moment na zakup mieszkania. Tym bardziej, że w styczniu uruchomiony zostanie nowy, rządowy program wsparcia budownictwa mieszkaniowego, czyli „Mieszkanie dla Młodych”. Adresowany będzie do osób, które nie ukończyły 35. roku życia, zainteresowanych zakupem lokalu mieszkaniowego na rynku pierwotnym. Państwo będzie partycypowało w sfinansowaniu wkładu własnego oraz spłacie części kredytu.

 – Program MdM powinien rozruszać rynek pierwotny, co zawsze znajduje oddźwięk na rynku wtórnym – ocenia szef Emmerson Evaluation.

Poprawić się powinien popyt na rynku. Należy spodziewać się większej liczby dokonanych transakcji. W niektórych miastach może to skutkować niewielkimi wzrostami cen.

 – Nastąpi to raczej w drugiej połowie roku i nie sądzę, żeby ten wzrost cen był jakiś istotny – uspokaja Dariusz Książak.

Handel zagraniczny napędza gospodarkę. Rośnie rola regionu i krajów rozwijających się

CEO Magazyn Polska

Dynamicznie rośnie polski eksport do państw Europy Środkowo-Wschodniej i krajów rozwijających się. W kolejnych miesiącach można się spodziewać powrotu do wyższej sprzedaży produktów na rynki Europy Zachodniej, które powoli wychodzą z kryzysu. 

Wzrost na poziomie 6-7 proc. rocznego eksportu na rynki Europy Zachodniej nie jest szczególnie dobrym wynikiem, ale wiąże się z problemami tej części świata. Na szczęście w Europie zaczyna być odczuwalna poprawa i rośnie popyt na polskie produkty.

 – Przebudzenie kontynentu powinno pozwolić na utrzymanie tendencji wzrostowej. Widać, że lepiej wiedzie się gospodarce niemieckiej, a Europejski Bank Centralny obniżając stopy procentowe wsparł koniunkturę w Europie Zachodniej. Na dobre wyniki polskiego eksportu wpływają kilkunasto-, nawet niemal 20-procentowe dynamiki eksportu do Europy Środkowo-Wschodniej i krajów rozwijających się – komentuje dla agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

Wyniki poprawiły przede wszystkim tradycyjne branże eksportowe, np. meblarska i spożywcza. To ma odzwierciedlenie również w kondycji całej gospodarki.

 – Eksporterzy zwiększyli zapasy, zabezpieczyli surowce i półprodukty do dalszej produkcji. Dodatkowo, wypłacali większe premie i podnosili pensje, stymulując popyt na rynku konsumpcyjnym. Te czynniki w dalszym ciągu będą korzystnie wpływać na gospodarkę – uważa Piotr Soroczyński.

Kondycja eksportu jest coraz lepsza, mimo że na lepsze wyniki we wrześniu wpłynęły przede wszystkim czynniki sezonowe. W lipcu i sierpniu przemysł notuje przestoje, dokonuje przeglądów technologicznych, pracownicy idą na urlopy. We wrześniu rynek rusza, firmy sprzedają więcej, by zapełnić puste magazyny klientów. Poza tym w wynikach produkcji sprzedanej rośnie w tym czasie udział eksportu.

Eksporterom dodatkowo pomaga kurs złotego do euro.

 – Na początku tego roku prognozowalibyśmy kursy rzędu 4-4,05 zł za euro, a nie ok. 4,20, jakie właśnie obserwujemy – dodaje Piotr Soroczyński.

Konieczność wspierania eksportu uświadomił sobie także rząd, zwiększając intensywność misji zagranicznych, np. w Afryce. Zdaniem ekonomisty, kierunek działań jest dobry, ale na efekty trzeba będzie poczekać.

Cały nasz eksport do krajów Trzeciego Świata jest teraz porównywalny z eksportem do jednego czy dwóch krajów europejskich, bądź do eksportu do krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Trzeci Świat to dziesiątki państw i duży potencjał dla lokowania polskich towarów. Po umiejscowieniu się w takich krajach nasi eksporterzy będą mogli liczyć stale na dosyć duże wzrosty. Szybko rozwijające się gospodarki będą potrzebowały i towarów konsumpcyjnych, i towarów o charakterze inwestycyjnym – podkreśla ekspert KUKE.

Wciąż ważną rolę odgrywają dotychczasowi najwięksi partnerzy Polski, czyli Niemcy, które szybciej niż inne kraje wyszły ze spowolnienia. Jedna czwarta polskiego eksportu trafia właśnie do zachodniego sąsiada.

 – W sposób naturalny z pozostałymi krajami UE handlujemy już nieco mniej, cała Europa to jest ok. 75 proc. naszego eksportu. Ten udział Niemiec będzie się zmniejszał w miarę rozwoju handlu zagranicznego z pozostałymi krajami naszego regionu i krajami rozwijającymi się – uważa Piotr Soroczyński.

Od kilku kwartałów przewaga polskiego eksportu nad importem jest głównym motorem rozwoju polskiej gospodarki, bo wciąż kuleją inwestycje i konsumpcja wewnętrzna. O tym, jak te trzy czynniki wpłynęły na wzrost PKB w III kwartale, Główny Urząd Statystyczny poinformuje w najbliższy piątek. Cały PKB wzrósł w tym okresie mocniej od oczekiwań ekonomistów – o 1,9 proc.

Federacja Konsumentów: polisolokaty niezrozumiałe, a przez to ryzykowne dla klienta

CEO Magazyn Polska

Korzystanie z polisolokat, które z założenia miały być produktem wolnym od podatku Belki, naraża klientów na straty. Zdaniem Piotra Czepulonisa, prawnika Federacji Konsumentów polisolokaty są obarczone wysokim ryzykiem ze względu na zbyt skomplikowaną konstrukcję.

Polisolokaty zapewne stracą na popularności, gdy KNF spełni swoją zapowiedź i wprowadzi rekomendację ograniczającą ich sprzedaż, a rząd zgodnie z zapowiedzią opodatkuje zyski z nich od 2015 roku. Na razie jednak to wciąż niepewny scenariusz.

 – Dla mnie to brzmi zbyt optymistycznie na tę chwilę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czepulonis, prawnik Federacji Konsumentów. – Polisolokaty jeszcze się mocno trzymają.

Polisolokata to produkt, który powstał w wyniku połączenia polisy ubezpieczeniowej z lokatą bankową. Oznacza to, że oprocentowanie z lokat wypłacane jest w ramach świadczeń ubezpieczeniowch, od których nie płaci się podatku. Rozwiązanie to miało służyć legalnemu uniknięciu podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki) w wysokości 19 proc., czyli pozwolić klientom zarobić więcej niż na zwykłej lokacie.

 – Miały na celu zapakowanie lokat w formie ubezpieczenia, choć z ubezpieczeniem często to nie miało zupełnie nic wspólnego – przypomina prawnik. – Jednak wydaje mi się, że branża z tego wprowadzania w błąd, z przedstawiania produktów w sposób nieodpowiadający jego rzeczywistym cechom, uczyniła dodatkowe źródło zarobku.

Jego zdaniem, polisolokaty oferowane jako jedna z form bezpiecznej lokaty kapitału to produkt obarczony wysokim ryzkiem. Potwierdzają to napływające do Federacji Konsumentów skargi klientów. Najczęściej skarżą się na to, że zostali wprowadzeni w błąd przez agenta, który pominął bądź przekazał im nieprawdziwe informacje na temat czasu trwania umowy czy opłat związanych z jej zerwaniem.

 – Konsumenci często są przekonani, że zawierają umowę na pół roku, na rok, a okazuje się, że zawierają umowę na dziesięć lat. Drugim problemem są opłaty likwidacyjne, które musi ponieść konsument, jeśli zdecyduje się na przedwczesne zerwanie umowy – wymienia Piotr Czepulonis.

Opłata likwidacyjna w skrajnych przypadkach wiąże się z utratą całego ulokowanego kapitału. Poza parametrami polisolokat klienci skarżą się również na sam charakter produktu, który niesłusznie oferowany jest przez agentów jako bezpieczna forma lokaty.

 – Często wiąże się on z bardzo dużym ryzykiem inwestycyjnym i z możliwością poniesienia dużych strat – tłumaczy ekspert.

Samodzielne udowodnienie w sądzie, że padło się ofiarą oszustwa, zazwyczaj jest bardzo trudne. Dużo większe są szanse na wygraną w przypadku pozwów zbiorowych.

 – Jeśli jest więcej osób, to z pewnością zwiększają się szanse konsumentów. Jest kilka osób, które twierdzi to samo, że ten agent, czy pracownik danej firmy powiedział to i to. Jeśli powie trzydzieści osób to samo, to wskazuje, że jednak coś było nie tak w momencie promocji czy też reklamy tego produktu – wyjaśnia Piotr Czepulonis.

Pomimo wielu poszkodowanych, jest również spora grupa przedsiębiorców, którzy korzystają z polisolokat i na nich zarabiają.

 – Jedno jest pewne, polisolokaty nie muszą być koniecznie złym produktem – tłumaczy Czepulonis. – Jednak ze względu na swoje skomplikowanie, ze względu na swoją złożoną hybrydową strukturę, są często bardzo niezrozumiałe. Tym bardziej zwiększa się więc ryzyko poniesienia straty przez klienta.

Już w ubiegłym roku KNF zapowiedział zmiany w segmencie bancassurance, bo widzi konflikt interesów na linii bank-klient-ubezpieczyciel. Chodzi o to, żeby bank nie łączył funkcji ubezpieczyciela i pośrednika ubezpieczeniowego, bo działa to na niekorzyść klienta. Choć branża nie oczekuje rewolucji po zapowiadanych przez nadzór rekomendacjach, pozytywnym sygnałem może być fakt, że na rynku ubezpieczeniowym powoli ogranicza się sprzedaż polisolokat na rzecz ubezpieczeń ochronnych.

Nie wiadomo, jak rozliczać podatek od dywidend po umowie między Polską z Luksemburgiem

CEO Magazyn Polska

Są wątpliwości dotyczące terminu wejścia w życia zmienionych przepisów Konwencji między Polską a Luksemburgiem o unikaniu podwójnego opodatkowania. Przepisy są w tej kwestii nieprecyzyjne, co utrudnia podatnikom rozliczenie podatku. Chodzi m.in. o dywidendy, co do których zmieniają się częściowo zasady wymiaru podatku u źródła. Doradcy podatkowi radzą wystąpić w tej sprawie o interpretację podatkową. 

Chodzi o zmienioną umowę pomiędzy Polską a Luksemburgiem w sprawie unikania podwójnego opodatkowania podatkiem od dochodu i majątku. Protokół zmieniający tę umowę wszedł w życie 25 lipca br.

 – Problem dotyczy zmiany metody unikania podwójnego opodatkowania, jaka została zawarta w przepisach wprowadzających Protokół – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Głowacki, doradca podatkowy z MDDP Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy. – Po zmianach dywidenda  będzie opodatkowana podatkiem u źródła w Luksemburgu, ale jednocześnie będzie opodatkowana podatkiem w Polsce, z zaliczeniem tych kwot podatku, które zostały w Luksemburgi zapłacone.

We wcześniejszym brzmieniu Konwencji pomiędzy Polską z Luksemburgiem dywidendy wypłacane pomiędzy spółkami mogły podlegać opodatkowaniu 5-proc. podatkiem od źródła, czyli w Luksemburgu, jeżeli pomiędzy spółkami istniało 25-proc. powiązanie kapitałowe. Po zmianach, dywidendy będą zwolnione z podatku u źródła w przypadku, gdy ich właścicielem jest spółka (inna niż spółka osobowa), która w momencie wypłaty dywidendy posiada lub będzie posiadać bezpośrednio nie mniej niż 10 proc. udziałów w kapitale spółki wypłacającej dywidendy przez nieprzerwany 24-miesięczny okres.

Problemy z terminem wejścia nowych rozwiązań

Nie wiadomo jednak, kiedy zmiany w tej kwestii wejdą w życie, Protokół jest w tej materii nieprecyzyjny. W myśl jego przepisów stosuje się go do podatków potrącanych u źródła, do dochodu osiąganego w pierwszym dniu lub po tym dniu, drugiego miesiąca następującego po dacie, w której Protokół wejdzie w życie, czyli od 1 września 2013 r. Protokół stosuje się także w odniesieniu do pozostałych podatków od dochodu oraz podatków od majątku, do podatków pobieranych za jakikolwiek rok podatkowy rozpoczynający się w dniu 1 stycznia lub po tym dniu, w roku kalendarzowym następującym po roku, w którym Protokół wejdzie w życie, tj. od 1 stycznia 2014 r. 

 – Przepisy nie są sformułowane w jasny sposób na tyle, żeby móc kategorycznie stwierdzić, że od 1 września 2013 r., tak jak pojawiają się niektóre opinie, stosujemy również poza zmienionymi stawkami podatku u źródła metody unikania podwójnego opodatkowania do dochodów objętych opodatkowaniem podatkami u źródła –  podkreśla doradca podatkowy.

Według  interpretacji ministra finansów dotyczącej tej kwestii, podatnicy powinni już teraz stosować zasady zmienionej umowy. 

 – Minister finansów stwierdził w tej interpretacji, że takie dywidendy podlegają opodatkowaniu już dzisiaj w Polsce, przy zaliczeniu luksemburskiego podatku na poczet polskiego podatku dochodowego – mówi Bartosz Głowacki.

Brak precyzyjnych przepisów w tej sprawie to duża trudność dla podatników, którzy będą mieli problem ze złożeniem prawidłowego zeznania podatkowego i rozliczeniem podatku od dywidendy. W tym celu warto wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej.

 – Mamy więc czas do końca kwietnia 2014 r., kiedy osoby fizyczne będą miały obowiązek złożyć zeznanie roczne za 2013 rok w podatku dochodowym od osób fizycznych. Wówczas będą musiały sobie odpowiedzieć na pytanie – co z tą dywidendą z Luksemburga, którą otrzymały w okresie od września do grudnia 2013 roku? Czy wykazać ją w zeznaniu do opodatkowania i zaliczyć ewentualnie luksemburski podatek, czy jednak tego nie robić, bo stare zasady będą jeszcze do końca 2013 roku obowiązywały – podkreśla ekspert.

Nowa stawka podatku dla odsetek i należności licencyjnych

Protokół przewiduje również, że opodatkowanie dochodów z odsetek w państwie, w którym powstają, wyniesie 5 proc. kwoty odsetek brutto. Natomiast w przypadku należności licencyjnych, ich opodatkowanie nie może przekroczyć 5 proc. kwoty brutto w państwie, w którym powstają, jeżeli ich właściciel ma miejsce zamieszkania lub siedzibę firmy w drugim państwie. Dotychczas stawka podatku u źródła w obu wypadkach wynosiła 10 proc.

 – Z punktu widzenia polskiego podatnika kwestia należności licencyjnych i odsetek nie ma tak naprawdę dużego znaczenia, ponieważ podatnik i tak deklarował w Polsce uzyskiwane z Luksemburga odsetki czy należności licencyjne do opodatkowania z 19 proc. podatkiem i odliczy następnie na poczet tego podatku podatek, który został pobrany w Luksemburgu. Dlatego to, czy Luksemburg pobrał 10 czy 5 proc., to matematycznie nie powinno mieć większego znaczenia dla podatnika – podsumowuje Bartosz Głowacki.

Bankomania.pkobp.pl – portal edukacyjno-poradnikowy PKO Banku Polskiego

W nowoczesnym, mobilnym świecie treść podąża za czytelnikiem, gdziekolwiek on znajduje się. PKO Bank Polski, prekursor innowacyjnych rozwiązań produktowych, takich jak płatności mobilne IKO czy PKO Junior, wyznacza również trendy w komunikacji z klientami. Po udostępnieniu „Poradnika Bankowego” i „Brawo Banku” na tablety, wraz z jesiennym wydaniem obu magazynów, Bank uruchomił właśnie portal www.bankomania.pkobp.pl.

Polish Weekly Review, 22 listopada 2013

Last week the data on labor market and industry saw the light. Despite working day toing and froing wage growth is forming an upward trend – notably visible in both manufacturing and total economy excl. mining. Employment is also taking off, albeit gradually and from low growth levels. Despite all arguments raised against the sustainability of labor market upswing, we believe that employment in support and administrative services is increasing not accidentally but because there is demand for such services connected with rising business activity (this labor market segment has leading properties). Therefore we believe that there is a possibility of upward wage pressure to build gradually in the following quarters; the more so since industry and construction has been lately on steady revival. 

Komentarz dzienny, 22 listopada 2013

Produkcja przemysłowa wzrosła o 4,4% r/r (wyrównana sezonowo +3,8% r/r), zgodnie z konsensusem i nieco powyżej naszej prognozy. Spadek dynamiki rocznej jest, podobnie jak w poprzednich miesiącach, odzwierciedleniem efektów kalendarzowych (0 r/r wobec +1 r/r odnotowanych we wrześniu) i łagodnego trendu wzrostowego, który co miesiąc powinien dodawać ok. 1 p. proc. do dynamiki rocznej. W ujęciu r/r produkcja wzrosła w 26 działach (z 34) i choć lista sekcji, których produkcja wzrosła w październiku obejmuje zarówno branże eksportowe, jak i produkujące na rynek wewnętrzny, to należy odnotować, że te ostatnie wkroczyły na ścieżkę wzrostową dopiero w ostatnich miesiącach. ”Włączenie” popytu wewnętrznego w III kwartale przyniosło nie tylko istotne przyspieszenie wzrostu gospodarczego, ale również wystromienie trendu produkcji przemysłowej. Wkroczenie przez gospodarkę polską w IV kwartał zgodnie z dotychczasowymi tendencjami stanowi pierwsze potwierdzenie faktu, że utrzyma ona wysokie (ok. 2,5% r/r) tempo wzrostu również pod koniec roku.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 listopada 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 listopada 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

ZUS wyda 15 mln zł na promocję i rozbudowę Platformy Usług Elektronicznych

CEO Magazyn Polska

ZUS otrzymał z Unii Europejskiej dodatkowe pieniądze na promocję i rozbudowę Platformy Usług Elektronicznych. To zasługa sprawnego zarządzania realizacją budowy pierwszego polskiego e-urzędu i oszczędnościami poczynionymi przez ZUS. Do tej pory uruchomienie i promocja PUE kosztowały ponad 200 mln zł, w większości pochodzących z środków unijnych. 

 – Platforma Usług Elektronicznych ZUS jest jednym z najlepiej ocenianych projektów realizowanych w ramach 7. osi Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka w tej perspektywie finansowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Siejda, dyrektor Władzy Wdrażającej Programy Europejskie.

Celem projektu była informatyzacja usług Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i – w efekcie – poprawa jakości i dywersyfikacja kanałów obsługi klientów. W ramach PUE powstał portal internetowy, Centrum Obsługi Telefonicznej, system kierowania ruchem na salach obsługi klienta, zakupiono też urzędomaty, służące kontaktom klientów z urzędem poza godzinami pracy.

Do tej pory stworzenie platformy kosztowało 110 mln zł, kolejne ponad 100 mln zł przeznaczono na wybudowanie infrastruktury informatyczno-systemowej. W sumie koszt PUE to ponad 200 mln złotych, z czego 85 proc. dała Unia Europejska a 15 proc. budżet państwa. Dzięki dobrze ocenianemu wdrożeniu Platformy Usług Elektronicznych, ZUS otrzymał dodatkowe 15 mln zł na rozbudowę i promocję PUE.

 – Beneficjent wystąpił z propozycją ich zagospodarowania na kolejne usługi i promocję, związane z realizowanym projektem. Była to na tyle ciekawa propozycja, że została przyjęte przez wszystkie decyzyjne instytucje – wyjaśnia Anna Siejda. – To sprawia, że projekt zostanie zakończony nie w tym, a w następnym roku.

Dzięki pozyskanym z UE dodatkowym środkom zwiększono np. liczbę stanowisk w Centrum Obsługi Telefonicznej. Sfinansowana zostanie również akcja informacyjno-promocyjna PUE, która ruszy na początku stycznia. Jak wyjaśnia prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, kampania edukacyjna jest jednym z wymogów wykorzystania funduszy unijnych.

Dzięki PUE klienci mogą na bieżąco kontrolować swoje konto w ZUS, płatnicy rozliczać się z zakładem i dokonywać płatności, wszyscy klienci wyliczyć sobie potencjalną emeryturę. Celem kampanii w prasie, internecie, radiu i telewizji jest poinformowanie Polaków o tym narzędziu i zachęcenie do korzystania z niego.

 – To jest wartość dla naszych klientów i chcemy zrobić szeroką akcję informacyjną i edukacyjną, bo ZUS ma zadanie ustawowe, żeby edukować Polaków o systemie emerytalnym. A jak lepiej to wytłumaczyć niż przez pokazanie klientowi, ile zapłacił składek, jaka jest jego emerytura – przekonuje Zbigniew Derdziuk. – Chcemy, by klienci korzystali z PUE, bo dziś nie wszyscy wiedzą, że można przy komputerze załatwić swoje sprawy z ZUS, nie trzeba chodzić do oddziału.

Zbigniew Derdziuk dodaje, że ZUS już promował PUE. Duża rolę odegrało m.in. uczestnictwo w cyklu wydarzeń „Lato z radiem”. W ciągu 20 spotkań w różnych miastach ZUS zachęcał Polaków do korzystania z e-usług. Prezes ZUS-u przyznaje jednak, że wiele osób wciąż nie zna korzyści płynących z PUE.

Prezes ZUS-u podkreśla, że platforma to nie tylko wygoda dla klientów, ale także wymierne oszczędności dla Zakładu.

 – Gdybym wysłał 20 milionów listów, bo tyle mamy kont w ZUS, to bym zapłacił bardzo dużo za znaczki. Sam portal kosztował nas 18 mln zł i będziemy z niego korzystać przez długi czas, bo przecież klient nie czeka na jeden list. Teraz może w dowolnej porze wejść, sprawdzić, wysłać do ZUS zapytanie, co jest bezpieczne, chronione i spersonalizowane tylko dla niego – przekonuje Zbigniew Derdziuk.

Zapowiada, że Platforma będzie stawała się coraz bardziej funkcjonalna i pojawią się nowe możliwości. Zostały one wybrane w oparciu o badania opinii użytkowników PUE.

 – Przez portal wszyscy klienci będą mogli dokonać wyboru, czy chcą być w ZUS, czy w OFE. Taką mamy intencję. Po drugie chcemy, żeby kolejne grupy zawodowe, czyli np. lekarze, komornicy czy inne specjalistyczne jednostki mogły sobie z tego portalu wydrukować różne dokumenty, zaświadczenia, itp. Już dzisiaj wszyscy pracodawcy mogą sobie wydrukować zaświadczenie o niezaleganiu, więc nie wymaga to już wizyty w ZUS – zapowiada Derdziuk

W grudniu decyzja ws. podwyżek cen gazu i prądu. Dużo drożej być nie powinno.

CEO Magazyn Polska

Nie zakładam złych informacji ani dla odbiorców gazu, ani odbiorców prądu. Nie będzie dotkliwie drożej – zapowiada prezes Urzędu Regulacji Energetyki Marek Woszczyk. Postępowania w sprawie taryf gazowych i energii elektrycznej są już finalizowane. Prezes URE liczy na to, że ostateczna decyzja zapadnie jeszcze przed 17 grudnia, czyli ostatecznym terminem, jaki ma Urząd, by nowe stawki zaczęły obowiązywać od nowego roku.

 Nie powinno być w sposób wyraźny czy dotkliwie drożej. Nie zakładam takich scenariuszy. W przypadku gazu mamy taką sytuację, że rabat udzielony spółce PGNiG przez głównego wschodniego dostawcę, czyli spółkę Gazprom Export, na dostawy gazu w tym roku się wyczerpał. Musimy więc powrócić do standardowego poziomu kosztów ponoszonych przez tę spółkę na zakup gazu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Po ubiegłorocznych negocjacjach PGNiG z Gazpromem w sprawie zmiany formuły cenowej w kontrakcie, polska spółka uzyskała rabat na bieżące ceny i częściowy zwrot kwot zapłaconych za okres od 1 kwietnia 2011 do 30 września 2012.

 – Większość gazu, który konsumujemy w Polsce, wciąż pochodzi od naszego wschodniego partnera handlowego i trzeba to respektować, ale mimo to nie zakładam niedobrych wiadomości dla konsumentów. Przynajmniej proces taryfowy na to wskazuje – mówi Woszczyk. – Staramy się bardzo, żeby cena była dobra dla klienta.

Zgodnie z prawem, nowe taryfy wchodzą w życie nie wcześniej niż dwa tygodnie od zatwierdzenia. Oznacza to, że aby zmienione stawki zaczęły obowiązywać od początku stycznia 2014 r., powinny zostać zatwierdzone do 17 grudnia. Woszczyk zapowiada jednak, że może to nastąpić nawet przed tym terminem.

 – Jeśli wszystko potoczy się dobrze, a wszystko na to wskazuje, może przed tym terminem uda nam się zakończyć postępowania i opublikować taryfy. Naprawdę nie spodziewam się tutaj jakichś złych wiadomości, ani dla odbiorców energii elektrycznej, ani w kategoriach realnych dla odbiorców gazu. Tym bardziej, że płatności najmniejszych odbiorców gazu są relatywnie mniejsze, być może nawet w niektórych grupach odbiorców przemysłowych dojdzie do spadku obciążeń za gaz – podkreśla Woszczyk. – Za wcześnie, by o tym przesądzać.

W 2012 r. PGNiG sprowadziło do Polski niemal 11 mld m sześc. gazu. Ponad 9 mld pochodziło ze Wschodu. Resztę dostarczyły Czechy i Niemcy.

Ukraińskie „nie” dla UE. Zaważyły kwestie polityczne, ale i gospodarcze

CEO Magazyn Polska

Wczoraj ukraiński rząd oświadczył, że wstrzymuje podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, które miało nastąpić w przyszłym tygodniu. Wśród przyczyn wymienia się obawy o pogorszenie politycznych i gospodarczych relacji z Rosją, jak również koszty dostosowania się do wymogów unijnych. Nie bez znaczenia jest też konflikt między Janukowyczem a politykami krajów zachodnich, sprzeciwiającymi się trzymaniu w więzieniu chorej byłej premier Julii Tymoszenko.

 Dla osób, które śledziły ostatnie wydarzenia, ta sytuacja była do przewidzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Henryk Borko, rektor Warszawskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej.

W czwartek parlament Ukrainy odrzucił wszystkie 6 projektów ustaw, które zezwalałyby na leczenie skazanych – w tym cierpiącej na przepuklinę kręgosłupa Julii Tymoszenko – za granicą. Była premier w październiku 2011 r. została skazana na 7 lat więzienia. Oficjalnym powodem aresztowania były nadużycia przy zawieraniu umów gazowych z Rosją.

Zdaniem przedstawicieli państw zachodnich, prawdziwe motywy są czysto polityczne – Tymoszenko jest konkurentką do władzy obecnego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Sam Janukowycz ma możliwość wprowadzenia ustawy, która umożliwi leczenie skazanym poza granicami kraju.

 – Wcale bym się nie zdziwił, gdyby za 2-3 dni dekretem prezydenta Janukowycza była pani premier została uwolniona. Ale nie zdziwiłbym się również, gdyby stało się to na koniec 2014 roku, tuż przed kampanią wyborczą – podkreśla ekspert.

Zwolnienie byłej premier z więzienia było dla UE głównym warunkiem podpisania z Ukrainą umowy stowarzyszeniowej na przyszłotygodniowym szczycie Partnerstwa Wschodniego.

 – Trudno dziś określić jednoznacznie, co będzie się działo w ciągu najbliższego tygodnia. Moim zdaniem w tak krótkim czasie nic się nie zmieni. Osobiście stawiam na scenariusz, zgodnie z którym umowa stowarzyszeniowa zostanie podpisana w 2014 r. – mówi dr Borko.

Ekspert wskazuje, że oprócz kwestii politycznych powodem ukraińskiego „nie” dla umowy stowarzyszeniowej są relacje z Rosją oraz kwestie gospodarcze.

 – Ukraińscy politycy, m.in. premier Mykoła Azarow, twierdzą, że dzisiaj najważniejszym zadaniem Ukrainy jest łagodzenie wszelkich konfliktów z Rosją – mówi Borko. – Znaczna część ukraińskiego eksportu, będącego produktem przemysłu ciężkiego, idzie na rynek rosyjski. Z kolei na rynku unijnym po wprowadzeniu strefy wolnego handlu produkty ukraińskie nie byłyby już tak konkurencyjne.

Umowa stowarzyszeniowa z UE wiąże się także z koniecznością podniesienia VAT z 3 do 15 proc., a także dostosowania do wielu innych unijnych wymogów. Zdaniem ukraińskiego premiera dostosowanie się do nich będzie kosztowało przemysł nawet 165 mld euro.

Tymczasem Ukraina już boryka się z poważnymi trudnościami gospodarczymi, związanymi choćby z zadłużeniem.

 – Ukraina już w tej chwili potrzebuje 20 mld dolarów [zadłużenie zagraniczne red.]. Pytanie brzmi, co zaoferuje Unia Europejska – zastanawia się dr Borko. – Na razie nie podała konkretnej kwoty. Podobnie Stany Zjednoczone, które popierają umowę stowarzyszeniową, nie mówią o żadnej konkretnej pomocy.

Zdaniem eksperta, kluczowe zdanie w tej sprawie ma kanclerz Niemiec, Angela Merkel. Jeśli zaproponuje ona korzystne dla Ukrainy rozwiązanie, to może dojść do nagłego zwrotu sytuacji i podpisania umowy jeszcze w tym miesiącu.

Collegium Civitas: Bezpieczeństwo energetyczne Polski możliwe tylko dzięki krajowym zasobom węgla, gazu i ropy

CEO Magazyn Polska

Rządowa strategia energetyczna określająca rozwój sektora energetycznego do 2030 roku jest bardzo kosztowna. Zdaniem Dominika Smyrgały, eksperta z Collegium Civitas, Polska powinna skoncentrować się na rozwoju technologii przyjaznych środowisku, a jednocześnie opartych o krajowe zasoby naturalne. Tym bardziej, że mamy ich wystarczające ilości. 

 – Mówienie o dywersyfikacji źródeł energii jako leku na całe zło ma sens w przypadku krajów, które nie mają dostępu do tanich źródeł. W związku z tym ich zależność jest na tyle duża, że muszą pozyskiwać surowce z różnych miejsc, a także importować z kilku kierunków. Polska jest w zupełnie innej sytuacji niż większość krajów Europy Zachodniej. W pewnym sensie jest nawet bardziej podobna do krajów naftowych, bo większość swoich potrzeb energetycznych jest w stanie zapewnić korzystając z krajowych surowców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Smyrgała z Collegium Civitas.

Dlatego zdaniem Smyrgały, Polska nie powinna stawiać na miks energetyczny i nadmiernie dywersyfikować źródeł energii. Tym bardziej jego obawy budzi rządowy dokument „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku”. Zakłada on m.in. wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w całkowitym zużyciu w Polsce do 15 proc. w 2020 roku i 20 proc. w roku 2030. Rząd zakłada też m.in. wybudowanie elektrowni atomowej po 2020 roku; data jej uruchomienia była już kilkukrotnie przesuwana.

 – Wchodzimy w tej strategii we wszystko: energetykę atomową, węgiel, gaz, odnawialne źródła energii. Kiedy policzymy, jakie kwoty są potrzebne, aby wszystkie te projekty jednocześnie zrealizować, to trzeba się zastanowić, czy zwyczajnie nas na to stać. Na wszystko nas nie stać, trzeba wybrać coś, co przyniesie najlepsze efekty i będzie stosunkowo najprostsze – uważa Dominik Smyrgała.

Polska powinna więc szukać rozwiązań technologicznych, przyjaznych środowisku i które polskie firmy mogłyby sprzedawać za granicę. Dodatkowo, jak przekonuje Smyrgała, powinny być oparte o te zasoby, którymi kraj dysponuje.

 – Mamy duże zasoby węgla kamiennego, gigantyczne węgla brunatnego oraz prawdopodobnie pokaźne zasobu gazu łupkowego i pewnie ropy łupkowej oraz geotermii. Dużo większy sens, z punktu widzenia rozwoju gospodarki kraju, ma rozwijanie technologii opartych na tych surowcach – tłumaczy Dominik Smyrgała.

Presja idealnych świąt napędza gorączkę przedświątecznych zakupów

CEO Magazyn Polska

Pośpiech i presja idealnych świąt powodują,  że Polacy dają się nabrać na chwyty marketingowe i wydają więcej pieniędzy niż na co dzień – twierdzi Sylwia Michalska-Pyszny, psycholog biznesu z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Jak podkreśla, jednak prezenty kupowane w ostatniej chwili zwykle są najmniej trafione. Dlatego Polacy najczęściej chcą otrzymać gotówkę.

Polacy są w święta bardziej hojni i spontaniczni w kupowaniu, choć i na co dzień ponad połowa z nich w ogóle nie planuje swoich wydatków.

 – Na co dzień żyjemy bardzo szybko i gorączka przedświąteczna głównie jest związana z naszym indywidualnym stylem funkcjonowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwia Michalska-Pyszny, psycholog biznesu z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Są ludzie, którzy na co dzień działają w sposób bardzo uporządkowany, systematyczny, zgodny z planem i tak też sobie planują święta. One też są w takim stylu bardzo uporządkowanym i bardzo przewidywalnym.

Spontaniczne podejście do świątecznych zakupów, czyli zostawienie ich na ostatnią chwilę, może spowodować, że zapłacimy za nie więcej niż normalnie.

 – Warto zwracać uwagę na pozorne promocje, które często wcale promocjami nie są. Jeżeli nie mamy czasu na porównywanie cen i działamy przedświątecznej gorączce, wówczas mamy skłonność do popełniania błędów, kupujemy droższe rzeczy, droższe prezenty – tłumaczy Michalska-Pyszny.

W okresie przedświątecznym wiele osób jest skłonnych zaakceptować wyższe ceny. Częściej też dają się nabrać na chwyty marketingowe, które napędzają koniunkturę zakupów. Wynika to nie tylko z presji czasu, ale i z polskiej tradycji. 

 – Statystyczny Polak wydaje średnio około 10 procent mniej niż Europejczyk. Gdyby spojrzeć na nasze wydatki z budżetu rodzinnego, jesteśmy skłonni wydać więcej, głównie dlatego, że odczuwamy presję idealnych świąt. Chcemy, żeby te święta były idealne, w związku z tym dajemy sobie przyzwolenie na to, aby wydawać więcej pieniędzy – wyjaśnia psycholog.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że nawet najdroższy prezent kupiony w przedświątecznej gorączce może okazać się rozczarowaniem dla obdarowanego. Prezenty kupowane pod presją czasu należą bowiem do najmniej użytecznych zakupów. 

 – Dokonujemy wówczas, bezpiecznych wyborów, takich jak kosmetyk, piąta koszula czy krawat. Bywa, że wpadamy na pomysł zakupu np. żelazka – to może być udany prezent, pod warunkiem, że wiemy, że sprawi on danej osobie przyjemność – mówi psycholog. – Negatywne doświadczenia związane z nietrafionymi prezentami spowodowały, że zamiast nich Polacy wolą na święta otrzymać gotówkę.  

Z badania Deloitte wynika jednak, że Polacy nie zamierzają zostawiać zakupu prezentów na ostatnią chwilę. Prawie co czwarty badany chce kupić prezenty w listopadzie, a blisko połowa – w pierwszej połowie grudnia. 23 proc. zamierza to zrobić tuż przed świętami.

W tym roku na święta Bożego Narodzenia statystyczna polska rodzina chce przeznaczyć średnio 1126 zł, o 5 proc. więcej niż w ubiegłym roku – wynika z tegorocznych badań Deloitte. Z tego 30 proc. wyda na prezenty. Wydatki na żywność pochłoną natomiast 33 proc. tej kwoty. Pozostałe 20 proc. przeznaczone zostanie na spędzenie czasu ze znajomymi i rodziną, a 17 proc. – na podróże.

Polacy coraz częściej jedzą posiłki w restauracjach. Rynek gastronomiczny rozrasta się

CEO Magazyn Polska

Gotowanie jest dla Polaków coraz ważniejsze. Częściej jedzą poza domem, a dzięki temu rynek hotelarsko-gastronomiczny – tzw. HoReCa rozwija się. Za sprawą programów telewizyjnych i konkursów kulinarnych coraz więcej osób, także młodych, nie tylko interesuje się gotowaniem, lecz również wiąże z nim swoją zawodową przyszłość.

 – Polacy lubią chodzić do restauracji i bardzo mocno wspierają ten biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kazubski, szef kuchni z MAKRO Centrum Rozwoju Firm HoReCa. 

Na rozwój lokali gastronomicznych w Polsce wpływa coraz szybsze tempo życia, a także moda na zdrowe jedzenie i chęć upodobnienia się do zachodniego stylu życia. Z tego wynika wzrost liczby takich lokali jak bary sałatkowo-kanapkowe i kawiarnie, a także miejsc oferujących menu śniadaniowe. Impulsem do rozwoju rynku gastronomicznego było też Euro 2012. W ubiegłym roku według danych GUS w Polsce przybyło niemal półtora tysiąca restauracji, barów i innych lokali gastronomicznych, a wartość całego rynku zbliżyła się do 24 mld złotych.

 – Myślę, że efekt po Euro zaczyna działać – mówi szef kuchni z MAKRO Centrum Rozwoju Firm HoReCa. – Przyjeżdża spora grupa turystów, którym Polska się pokazała z dobrej strony, także tej kulinarnej. Więc ten rynek na pewno ma bardzo duże szanse i perspektywy na to, żeby się szybko rozwijać.

Popularności gastronomii sprzyjają także programy telewizyjne i konkursy kulinarne, takie jak np. „Zgotuj sobie sukces” organizowany przez MAKRO Cash & Carry wraz z Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Szefów Kuchni i Cukierników. 15 listopada odbył się finał konkursu, w którym rywalizowało 12 zespołów złożonych z młodych kucharzy. Uczestnicy mieli ugotować w ciągu 1,5 godziny 6 porcji dania głównego oraz przystawki z otrzymanych składników. Zwycięzcami zostali Karolina Węgrzyn i Karol Karpiak, uczniowie Zespołu Szkół Ekonomiczno-Usługowych w Rybniku. 

 – Piąta edycja konkursu „Zgotuj sobie sukces” pozwala nam stwierdzić, że jego zwycięzcy mają szansę na zrobienie kariery zawodowej. Tak było w przypadku poprzednich edycji – mówi Grzegorz Kazubski. – Naszym zadaniem jest im w tym pomóc.

Jak podkreślali uczestnicy konkursu, dla nich sukces oznaczałby otworzenie własnej restauracji, choć zdają sobie sprawę, że do tego jeszcze daleka droga. 

 – Pomarzyć zawsze można – mówi Karol Mikołaj Karpiak, laureat konkursu „Zgotuj Sobie Sukces”. – Własna restauracja to byłoby to, ale nie można otwierać restauracji będąc laikiem. Na razie muszę jeszcze się szkolić, bo kuchnia cały czas się zmienia. A praca w restauracji to co innego niż gotowanie dla rodziny. Tu jest presja, ponieważ podajemy jedzenie ludziom, którzy za nie płacą i powinniśmy je wykonywać jak najbardziej starannie. 

Polacy najczęściej decydują się na polskie potrawy. Popularnością cieszy się też jedzenie włoskie, chińskie i fast foody. Stopniowo zwiększa się liczba osób lubiących dania orientalne. Według raportu INSE Research opublikowanego w I kwartale 2013 r., Polacy wydają na usługi hotelarsko-gastronomiczne 3,5 proc. domowego budżetu. To nadal mniej niż przeciętny mieszkaniec UE, który na te cele przeznacza średnio 9,5 proc.

Fundusze inwestycyjne dają średnio zarobić 10 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy, którzy zdecydują się na długoterminowe inwestycje, mogą średnio spodziewać się zysków rzędu 10 proc. rocznie, ale muszą liczyć się również z okresowymi stratami przekonuje Marek Przybylski, prezes Aviva Investors TFI. Jego zdaniem warto inwestować na rynku polskim i innych krajów wschodzących i ostrożnie podchodzić do egzotycznych instrumentów. Początkującym najłatwiej inwestować poprzez fundusze.

Zdaniem analityków, gospodarka powoli odbija się od dna, a długoterminowe prognozy są dla Polski korzystne, więc akcje spółek powinny drożeć. 

 – Kiedy będzie już mocny wzrost gospodarczy, to ceny akcji będą wysoko, więc trzeba uwierzyć, że to okienko dla inwestorów już w tej chwili się otworzyło – mówi Marek Przybylski agencji informacyjnej Neweria Biznes. 

Zdaniem szefa Aviva Investors TFI, początkujący inwestorzy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z rynkiem akcji czy obligacji, powinni zainteresować się w pierwszej kolejności funduszami inwestycyjnymi, gdyż działanie „na własną rękę”, bez znajomości zasad i mechanizmów, panujących na giełdzie może okazać się zgubne. 

 – W pewnym sensie trzeba zaufać firmie, rynkowi i zainwestować w odpowiednio długim horyzoncie czasowym – dodaje Przybylski.

Odradza przeznaczanie znaczącej części oszczędności na inwestycje egzotyczne. Akcje spółek afrykańskich czy azjatyckich powinny stanowić nie więcej niż dziesiątą część portfela. Zdaniem Przybylskiego, warto choć trochę znać rynek, na którym zamierza się ulokować swoje pieniądze i nie łudzić się, że istnieją aktywa, na których zarabia się bez względu na sytuację na rynku, jak złoto czy nieruchomości. Dobrze jest też budować swój portfel z kilku funduszy.

Długoletnie obserwacje amerykańskiego rynku giełdowego pozwalają stwierdzić, że przeciętna roczna stopa zwrotu waha się granicach 10-15 proc. Realne oczekiwania, zdaniem Marka Przybylskiego, to zwrot z inwestycji w akcje na poziomie średnio 10 proc. rocznie przy długoterminowym inwestowaniu. Podkreśla jednak, że na rynku przydałyby się produkty, zachęcające do oszczędzania na konkretny cel, których na razie jeszcze nie ma. 

 – Stary pomysł na inwestowanie, czyli że trzeba długoterminowo odkładać pieniądze po to, żeby mieć więcej pieniędzy w przyszłości, w tej chwili się nie broni. Trzeba mieć jakiś konkretny cel, na który chcemy odkładać i inwestować pieniądze. Firmy póki co słabo sobie radzą z podsuwaniem klientom takich pomysłów – mówi Przybylski. – Takim celem może być zbudowanie kapitału dla dziecka albo zbieranie na wkład początkowy do zakupu własnego mieszkania przez ludzi młodych. Z kolei dla starszych przydałby się mechanizm inwestycyjny, przenoszący majątek z pokolenia na pokolenie.

Fundusze inwestycyjne są jedną z form wspólnego inwestowania zgromadzonych środków przez określone grono inwestorów. W ubiegłym roku TFI zarobiły w Polsce ponad 325 mln zł netto.

Za granicę na Boże Narodzenie i Nowy Rok wyjedzie o 40 proc. więcej Polaków niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

W tym roku wyjazd w okresie świąteczno-noworocznym planuje o 40 proc. więcej osób niż w ubiegłym roku. Wynika to ze stosunkowo przystępnych cen i korzystnego układu kalendarza  biorąc 6 dni urlopu można wypoczywać przez 16 dni. Coraz więcej osób planuje wyjazd w egzotyczne miejsca.

 – Polacy wydają średnio 3400 zł na osobę na pobyt świąteczno-noworoczny za granicą – mówi agencji informacyjnej Newseria Jarosław Kałucki z Travelplanet.pl.

W zeszłym roku średnia wynosiła 3000 zł. Wzrost to efekt większego odsetka osób wyjeżdżających do egzotycznych miejsc. O ile w ubiegłym roku było to 9 proc., to w tym będzie to ok. 17 proc. Znacznie większa – bo aż o 40 proc. – jest liczba turystów, którzy w ogóle planują wyjazd zagraniczny w okresie świąteczno-noworocznym.

 – To można wytłumaczyć układem kalendarza – mówi Kałucki. – 6 dni urlopu daje nam 16 dni wolnego. Popularności wyjazdów sprzyjają też stosunkowo niskie ceny wyjazdów.

Najtańszymi kierunkami są Tunezja i Malta, gdzie wyjazd świąteczny czy sylwestrowy kosztuje przeciętnie 1600 zł. Najdroższe są zaś hotele wyższej klasy na Mauritiusie – rekordowa oferta sięgała 23 tys. złotych. Jednak hotel trzygwiazdkowy w podobnej lokalizacji kosztuje ok. 6200 zł.

 – Co trzeci turysta, który decyduje się na spędzenie okresu bożonarodzeniowo-noworocznego za granicą wybiera Wyspy Kanaryjskie. To jest taki synonim egzotyki za bardzo przyzwoite pieniądze, bo hotel czterogwiazdkowy z wyżywieniem możemy mieć już za 2800 zł – mówi Kałucki.

Jak na narty, to do Włoch

Najpopularniejszym kierunkiem wyjazdów narciarskich dla Polaków pozostają tradycyjnie Włochy, a na drugim miejscu jest Austria. Wyjazd na narty za granicę nie musi być droższy niż w Polsce.

 – Jeśli porównamy ceny pobytu np. w Czechach, Zakopanem czy innych polskich ośrodkach, z cenami w Alpach, to okazuje się, że są one porównywalne, a różnicę powoduje tylko cena karnetu – zauważa Kałucki. – We włoskich ośrodkach karnety są w cenie wyjazdu w grudniu, często także w styczniu oraz w drugiej połowie marca.

Koszt tygodniowego pobytu na jedną osobę we włoskich Alpach to średnio 1200 złotych, w Austrii – 1900 złotych. We Włoszech Polacy najczęściej wybierają apartamenty z własną kuchnią, w Austrii – hotel z wliczonymi dwoma posiłkami dziennie.

We wszystkich przypadkach Polacy najchętniej podejmują decyzje o wyjazdach w ostatniej chwili. Jednak zdaniem Kałuckiego, last minute jest uzasadnione w przypadku wyjazdów narciarskich, gdy oczekujemy na śnieg. W przypadku wyjazdów do ciepłych krajów ceny last minute są porównywalne do cen first minute, za to wybór ofert jest zdecydowanie mniejszy.

Popularność płatności zbliżeniowych rośnie. Polacy otwarci na nowinki technologiczne

CEO Magazyn Polska

Polacy chętnie korzystają z nowości technologicznych w  dziedzinie  płatności bezgotówkowych. Najczęściej nowoczesne instrumenty płatnicze, takie jak m.in. płatności zbliżeniowe, wykorzystują ludzie do 40. roku życia, z wyższym wykształceniem. Przekonanie starszych osób do codziennego korzystania z tej formy płatności jest również możliwe, ale wymaga czasu – uważa prof. Dominika Maison z Uniwersytetu Warszawskiego.

Od przyszłego roku wszystkie terminale płatnicze zostaną wyposażone w czytniki paypassowe, umożliwiające dokonywanie płatności zbliżeniowych. Polacy nie powinni mieć problemów z zaakceptowaniem tej zmiany, podobnie jak i wcześniejszych.

 – Polacy akceptują wszystko, co nowego się pojawi na rynku. To nie znaczy, że bezmyślnie. Wcześniej sprawdzają, czy jest to rzeczywiście bezpieczne. Ale jeżeli są zapewnienia, że jest to bezpieczne, akceptują bez żadnego problemu. Przykładem tego są płatności zbliżeniowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Dominika Maison z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z badania organizacji płatniczej Mastercard, obecnie 26 proc. Polaków korzysta z kart zbliżeniowych. Płatności zbliżeniowych przy użyciu telefonu dokonuje natomiast 5 proc. badanych. Taka możliwość pojawiła się dopiero w zeszłym roku. Użytkownicy nowoczesnych instrumentów płatniczych to przeważnie młodzi ludzie.

 – Na pewno lokomotywą nowoczesnych płatności, nowoczesnych rozwiązań w zakresie finansów są po pierwsze ludzie młodzi. Po drugie osoby z wyższym wykształceniem, czyli ogólnie z większą otwartością na zmiany, na nowości – wyjaśnia Dominika Maison. – Jednak to nie jest tak, że nowości w Polsce akceptują tylko nastolatkowie. Połowa społeczeństwa poniżej 40. roku życia pokazuje niebywałą otwartość na wszelkie te rozwiązania – dodaje.

Z drugiej strony wciąż spory odsetek Polaków preferuje tradycyjne formy płatności. 80 proc. transakcji dokonywanych jest za pomocą gotówki. Z badania wynika, że są to osoby przywiązane do tradycyjnych postaw i wartości. W dużej mierze segment ten stanowią osoby w wieku 60 lat i powyżej, w tym emeryci i renciści.

 – Jest duża grupa Polaków, którzy boją się nowoczesnych rozwiązań finansowych, cały czas uwielbiają gotówkę, uwielbiają obrót gotówkowy, nie są przekonani do kont i kart – dodaje profesor. – W kontekście płatności zbliżeniowych ludzie najbardziej obawiają się tego, że tam nie ma PIN-u, który nauczył ludzi pewnego poczucia bezpieczeństwa. I boją się tego, co jest z tym związane, że ktoś może im ściągnąć te płatności – wyjaśnia Maison.

Przekonanie ich do codziennego korzystania z nowoczesnych instrumentów płatniczych powinno być jednak kwestią czasu, podobnie jak było w przypadku wcześniejszych zmian technologicznych.

Komentarz dzienny, 21 listopada 2013

Przesłuchanie nominowanej na szefa Fed Yellen przyniosło pewne przewartościowanie poglądów wśród uczestników rynku, stwarzając iluzję łagodniejszego nastawienia w polityce pieniężnej (rentowności spadły, giełdy oszalały). Poglądy te przypieczętował nieco później sam Bernanke potwierdzając, że kandydatura Yellen będzie stanowiła kontynuację bieżącej linii polityki pieniężnej. Tymczasem linia ta, jak pokazują najnowsze ,,Minutes’’, nie jest wcale taka łagodna. 

Nominacja nowego ministra finansów może wpłynąć korzystnie na rynki

CEO Magazyn Polska

Odpowiednia komunikacja z rynkiem i budowanie jasnej strategii finansowej kraju – to najważniejsze zadania, jakie stoją przed nowym ministrem finansów. Słabą stroną Mateusza Szczurka, który zastąpi Jacka Rostowskiego, może być to, że nigdy nie był urzędnikiem – uważa ekonomista, prof. Krzysztof Opolski. Mocną – jego wykształcenie i doświadczenie w bankowości.

W moim przekonaniu może mu się udać, dlatego że ma jasną perspektywę, jest to człowiek kompetentny, który nie musi za wszelką cenę trzymać się stołka, nie boi się tych układów politycznych. Może mieć wizję, a jako młody człowiek na pewno ją ma, poprawienia sytuacji w finansach i relacji między rozmaitymi podmiotami finansowymi – uważa prof. Krzysztof Opolski, ekonomista z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Nowy minister finansów Mateusz Szczurek, który zastąpił Jacka Rostowskiego, nie będzie miał możliwości dokonania znaczących zmian w polityce budżetowej. Jest ona w znacznej mierze uzależniona od graczy zagranicznych, zwłaszcza od UE.

 – Musi kontynuować to, co robił jego poprzednik, uwzględniając różnego rodzaju rozwiązania na poziomie UE, takie jak chociażby redukcja deficytu finansów publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Krzysztof Opolski.

Mateusz Szczurek jest doktorem ekonomii, który uzyskał stopień naukowy na University of Sussex w Wielkiej Brytanii. W okresie 1997-2011 pracował jako główny ekonomista ING Barings, a następnie główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Ostatnio był głównym ekonomistą grupy na Europę Środkową i Wschodnią. Pracuje także jako wykładowca uniwersytecki w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, University of Sussex oraz Goethe Business School we Frankfurcie. Zdaniem prof. Opolskiego, jego wykształcenie będzie atutem.

 – Na pewno słabszą stroną Szczurka może być to, że nigdy nie był urzędnikiem, a jednak minister to jest urzędnik, który musi wykonywać bardzo wiele mozolnej pracy urzędniczej, podpisywać dziesiątki dokumentów i budować zaufanie do swojego olbrzymiego zespołu – podkreśla prof. Opolski.

Jako najważniejsze, pierwsze zadanie nowego ministra ekonomista wymienia odpowiedni dobór kadr. W kolejnych miesiącach Szczurek powinien natomiast się skupić na umiejętnej komunikacji z rynkiem i budowaniu jasnej strategii finansowej Polski.

 – Minister w dużej mierze jest wykonawcą strategii, która jest zbudowana poprzez całe gremium ludzi rządzących naszym krajem, ale może wymuszać na ministrach, czy może nawet na premierze, zbudowanie takiej strategii rozwoju kraju, gdzie strategia finansowa będzie jedną z substrategii. Jeśli uda mu się to zrobić, będziemy mieli jasną wizję, do czego zmierzamy, co chcemy osiągnąć – twierdzi ekonomista.

Finansiści są zadowoleni

Nominacja związanego z bankowością Szczurka to dobra wiadomość dla sektora finansowego.

 – Ta nominacja jest o tyle cenna, że jest to człowiek rynków i taki też będzie jego sposób komunikowania się z rynkami, patrzenia na świat finansów i ekonomii – mówi Newserii Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital.

Co za tym idzie, wybór Szczurka na stanowisko ministra finansów powinien poprawić komunikację między rządem a rynkami finansowymi. 

 – W dobie globalizacji nawet najlepsze chęci, jeśli nie będą zakomunikowane w formie oczekiwanej przez rynki, mogą mieć krótkoterminowo bardzo silne negatywne wpływy na indeksy giełdowe i wartość złotego. Dlatego uważam, że wybór człowieka, który rozumie rynki i mówi ich językiem, jest bardzo dobry – zauważa Dąbrowski. 

Jak ważna jest umiejętność komunikacji z rynkami, pokazały wydarzenia związane z reformą systemu emerytalnego. W tygodniu, w którym rząd ogłosił szczegóły zmian w OFE, giełda notowała spadki, a złoty tracił na wartości.

 – Można zrozumieć argumenty rządu, jednak styl komunikacji wpłynął na rynki niekorzystnie – mówi Dąbrowski. – Minister Szczurek musi je uspokoić i rozwiązać sprawę OFE.

Zmiana na stanowisku ministra finansów nie jest jedyną roszadą personalną w rządzie Donalda Tuska. Ministrem nauki i szkolnictwa wyższego została Lena Kolarska-Bobińska; ministrem edukacji – Joanna Kluzik-Rostkowska; ministrem środowiska – Maciej Grabowski; ministrem sportu – Andrzej Biernat, a tekę ministra administracji i cyfryzacji objął Rafał Trzaskowski. Elżbieta Bieńkowska została mianowana wicepremierem odpowiedzialnym za rozwój regionalny i transport, budownictwo i gospodarkę morską. Po raz pierwszy rząd zbierze się w zmienionym składzie 4 grudnia.

Likwidacja resortu transportu to krótkowzroczna decyzja

CEO Magazyn Polska

W wyniku wczorajszej rekonstrukcji rządu Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej zostało włączone do Ministerstwa Rozwoju Regionalnego. Likwidacja resortu transportu może doprowadzić do pogłębienia problemów, szczególnie na kolei. Trudniej będzie też koordynować politykę transportową na poziomie europejskim. Eksperci przewidują, że najpóźniej za trzy lata nastąpi reaktywacja resortu.

 – Zupełnie nie rozumiem tej decyzji, ponieważ jest parę przesłanek, które przemawiałyby za utrzymywaniem resortu transportu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Wojciech Paprocki z Katedry Transportu Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Połączenie resortów transportu i rozwoju regionalnego może osłabić polską pozycję w kształtowaniu polityki transportowej Unii Europejskiej. A ta w Polsce, ze względu na centralne położenie, powinna mieć szczególne znaczenie.

 – W UE jest prowadzona świadoma, wyodrębniona polityka transportowa i Polska jako kraj członkowski powinna nie tylko aktywnie uczestniczyć w realizowaniu tej polityki, ale również w jej korygowaniu, bo jesteśmy za dużym krajem, o położeniu centralnym na kontynencie, żeby na pewne rzeczy patrzeć biernie – podkreśla prof. Paprocki.

To na tyle ważny obszar, że nawet w Szwajcarii, gdzie jest tylko siedmiu ministrów, istnieje stanowisko ministra transportu.

Dodatkowo, na spotkaniach Rady Europejskiej ds. Transportu, Telekomunikacji i Energii, które gromadzą ministrów odpowiedzialnych za te dziedziny, nasz kraj będzie teraz reprezentowany przez odpowiedniego wiceministra. Zdaniem eksperta, spowoduje to również utrudnienia w podejmowaniu decyzji na szczeblu krajowym.

 – To będzie dla innych krajów niezrozumiałe, dlaczego tylko podsekretarz stanu zawsze reprezentuje Polskę, kiedy przy stole siedzą ministrowie – zauważa prof. Paprocki. – Jeżeli byłbym ministrem transportu, to mam pełnomocnictwo do podejmowania decyzji typowych dla ministra konstytucyjnego. Jak jestem podsekretarzem stanu, to mam udzielone pełnomocnictwo, że mogę decydować w kwestiach od A do C, a w sprawie D muszę zadzwonić do centrali.

Z uwagi na centralne położenie Polski brak ministra odpowiedzialnego wyłącznie za transport może utrudnić także relacje z Moskwą.

Według eksperta, premier mógł odnieść wrażenie, że w transporcie jest niewiele problemów, ponieważ ostatni ministrowie odpowiedzialni za tę dziedzinę nie byli aktywnymi politykami na innych polach. Jednak wcielenie tego resortu do MRR może znacznie pogorszyć sytuację polskiego transportu.

 – Mamy problem sytuacji w LOT-cie. Oczywiście możemy powiedzieć: to jest sprawa ministra skarbu. Nie, to jest sprawa funkcjonowania ważnej gałęzi transportu. Mamy kwestię transportu pasażerskiego, w tym transportu aglomeracyjnego, i mówienie: niech tę kwestię rozwiążą marszałkowie województw, jest nieeleganckie. Problemy trzeba regulować w skali kraju, to powinno być skoordynowane – przekonuje prof. Paprocki.

Ucierpieć może szczególnie transport kolejowy. Prof. Paprocki zauważa, że w tej chwili brakuje koordynacji pomiędzy spółkami z grupy PKP, Przewozami Regionalnymi oraz przewoźnikami wojewódzkimi. Likwidacja resortu transportowego, w jego ocenie, jest krótkowzroczną decyzją, która nie rozwiąże żadnego problemu.

 – Ta decyzja prowadzi nas na manowce i za dwa, najpóźniej trzy lata będziemy z dużym pośpiechem reaktywować ministerstwo transportu – prognozuje prof. Paprocki. – W dodatku to da pozorne oszczędności, może na paru etatach, ale utrudni w ogóle proces podejmowania decyzji urzędniczych, bo ze wszystkim trzeba będzie iść do wicepremiera.

Gaz łupkowy priorytetem nowego ministra środowiska. Korolec zostaje w rządzie

CEO Magazyn Polska

Zadania związane z jego poszukiwaniem i wydobyciem gazu łupkowego będą priorytetem nowego ministra środowiska, Macieja Grabowskiego. Doświadczenie z resortu finansów może być przydatne przy planowaniu modeli finansowania inwestycji, związanych z gazem niekonwencjonalnym czy zielonymi źródłami energii. Dotychczasowy wiceminister finansów zastąpi na stanowisku Marcina Korolca, który mimo to pozostanie w rządzie. Będzie pełnomocnikiem ds. negocjacji klimatycznych.

Dużo zależy od zespołu doradców i najważniejszych decydentów na stanowiskach wyższych urzędniczych i niższych politycznych w resorcie, jakich dobierze sobie nowy minister środowiska – uważa Dominik Smyrgała, ekspert ds. energetyki oraz kierownik studiów podyplomowych „Bezpieczeństwo energetyczne: państwo, samorząd, biznes” Collegium Civitas. – Doświadczenie finansowe może się przydać, chociażby w zakresie opracowywania modeli finansowania inwestycji w energetykę.

Szczególnie w tak kosztochłonnych dziedzinach jak poszukiwania gazu łupkowego czy rozwój zielonej energii.

 – Opracowanie dobrych modeli finansowych na te inwestycje może być dla nowego ministra wyzwaniem, do którego może mieć odpowiednie kompetencje – mówi Smyrgała.

Ekspert Collegium Civitas pozytywnie ocenia działania byłego ministra Marcina Korolca, który zajmował stanowisko od listopada 2011 roku. Wcześniej pracował w Ministerstwie Gospodarki. 

 – Przede wszystkim było widać trzeźwy stosunek do kwestii globalnego ocieplenia – ocenia Dominik Smyrgała. – Resort miał odwagę na swoich stronach internetowych pisać o tym, że dwutlenek węgla emitowany przez przemysł to jedno, ale są jeszcze wulkany, oceany, aktywność słoneczna. Więc klimat jest wypadkową wielu czynników, a redukcja tylko do jednego z nich może być niewłaściwa.

Zdaniem Smyrgały, po części można się zgodzić z zarzutami o przedłużających się pracach nad nowym prawem o gazie łupkowym.

 – Z drugiej strony pomysły, które wychodziły z ministerstwa na to, jak zagospodarować złoża, by nie stać się krajem, który pada ofiarą klątwy zasobów, a zapewnić jakiś dochód i regularne wpływy, szły w nie najgorszym kierunku – mówi ekspert ds. energetyki.

Zgodnie z zapewnieniami premiera, Marcin Korolec pozostanie w rządzie i będzie jego pełnomocnikiem ds. negocjacji klimatycznych przez kolejny rok, do czasu kolejnego szczytu ONZ w Peru. Polska pójdzie tym samym śladem m.in. Wielkiej Brytanii i Niemiec, gdzie funkcjonują rządowi pełnomocnicy ds. zmian klimatycznych i polityki ekologicznej.

 – Tam istnieje taka osobna funkcja, ponieważ kompleksowość tej problematyki jest specyficzna – mówi Dominik Smyrgała. – Mam nadzieję, że minister Korolec nadal będzie reprezentował takie zdroworozsądkowe stanowisko i dalej będzie stał na straży naszego interesu i pokazywał, że umie trzymać się pewnych realiów.

Resort transportu pracuje nad systemem zarządzania ruchem

CEO Magazyn Polska

Systemy zarządzania ruchem mają być priorytetem w nowej perspektywie budżetowej UE. Resort transportu planuje przeznaczyć na budowę systemów pokaźne środki. Chce je budować w oparciu o istniejącą infrastrukturę, ale także z wykorzystaniem nowych rozwiązań oferowanych przez firm obecne na polskim rynku. Wszystko na zasadach konkurencyjności.

 Systemy zarządzania ruchem są wprowadzane wszędzie przez zarządców dróg, w szczególności miejskich i w ten sposób lepiej organizujemy ruch w dużych miastach. Planujemy dosyć pokaźne środki na ten cel w nowej perspektywie finansowej i uważamy to za priorytet – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Rynasiewicz, pełniący obowiązki ministra transportu.

Rynasiewicz przekonuje, że system można budować w oparciu o istniejącą infrastrukturę, np. bramownice z czujnikami elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL, których właścicielem jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, a operatorem Kapsch Telematic Services. Podkreśla jednak, że musi to się odbywać w taki sposób, by także inne firmy mogły wejść na rynek ze swoimi rozwiązaniami. 

 – To musi być transparentne. Wszystkie firmy funkcjonujące na rynku muszą mieć możliwość udziału w postępowaniach przetargowych, nie możemy ograniczać się do tych, które już zafunkcjonowały – dodaje Zbigniew Rynasiewicz.

Nad Krajowym Systemem Zarządzania Ruchem pracuje też GDDKiA. Rynasiewicz podkreśla, że ta instytucja może w dużej mierze skorzystać na rozwoju technologii, bo lepszy monitoring pojazdów i zarządzanie ruchem dadzą wymierne oszczędności.

Równocześnie GDDKiA musi pracować nad integracją poszczególnych elementów systemów na drogach krajowych i miejskich. Rynasiewicz podkreśla, że wśród nich powinny się znaleźć m.in. badania natężenia ruchu, przepływu samochodów, parametrów funkcjonowania dróg, a także montaż nowego oznakowania. Poza oszczędnościami dla GDDKiA rozwój ITS-ów może doprowadzić do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla oraz mniejszego hałasu. 

 – System musi być spójny, inaczej jego wdrożenie nie miałoby sensu. Nie da się uporządkować sytuacji na drodze ekspresowej, autostradzie czy unowocześnionej drodze krajowej, jeżeli nie będziemy wspólnie np. z Warszawą, zarządzać ruchem samochodów na drogach wjazdowych do miasta, monitorować przepływy w potoków transportowych. To musi być zintegrowany system – przekonuje Rynasiewicz i dodaje, że to właśnie GDDKiA musi zająć się koordynacją.

Prace nad systemem potrwają jeszcze co najmniej kilka lat. 

 – Trudno powiedzieć, kiedy system może zostać wdrożony, bo to są dopiero pierwsze prace dotyczące jego wprowadzenia. Mam nadzieję, że najbliższe lata, już w nowej perspektywie finansowej, umożliwią zbudowanie spójnego systemu, nie tylko do nadzoru samego ruchu, ale także pod kątem zmniejszenia emisji spalin, wypełnienia norm hałasu i zmniejszenia obciążeń dla kierowców – ocenia Rynasiewicz.

Opracowana przez GDDKiA architektura KSZR została oddana w proces konsultacji społecznych i branżowych. W środę rozpoczęła funkcjonowanie platforma informacyjna (www.kszr.gddkia.gov.pl). W założeniu ma umożliwiać komunikację pomiędzy GDDKiA i podmiotami zainteresowanymi wdrażaniem systemu i rozwojem usług ITS. Będą tam zamieszczane m.in. specyfikacje techniczne i opisy architektury.

Przetarg na okręty podwodne najszybciej w przyszłym roku

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Obrony Narodowej zastanawia się nad zmianą wymagań technicznych na trzy nowe okręty podwodne dla Marynarki Wojennej. Przygotowane w ubiegłym roku wstępne kryteria wykluczały z postępowania niemiecki okręt U-212A, dlatego resort zapowiedział, że zamierza je teraz zmienić. Decyzje MON budzą wątpliwości ekspertów, którzy czekają na wyjaśnienia. Problemem jest również to, że większość szczegółów dotyczących wymagań i ofert producentów okrętów została utajniona.

We wrześniu ubiegłego roku MON poinformował, że wstępne wymagania techniczne co do okrętów technicznych są już gotowe.

 – Teraz na interpelację poselską posła Jacka Sasina minister nagle odpowiada, że będą zmieniane. Ale nie dlatego, że były złe, ale dlatego, że jeden z okrętów podwodnych nie mieści się w tych wymaganiach i pod ten okręt będą zmieniane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes komandor Maksymilian Dura, były oficer Marynarki Wojennej i dziennikarz portalu Defence24. – Należałoby odpowiedzieć, dlaczego zrobiono tak, że okręt 212A nie mieści się w tych wstępnych wymaganiach, a po drugie, co się zmieniło, że nagle dla MON ten okręt podwodny stał się bardzo ważny i trzeba te wymogi teraz dostosować.

W odpowiedzi na pojawiające się w mediach zarzuty 14 listopada Ministerstwo Obrony Narodowej wydało komunikat, w którym dementuje, by zapadły już jakiekolwiek decyzje w sprawie okrętów podwodnych. Argumentuje, że trwa jeszcze proces wewnętrznych uzgodnień w sprawie wymogów, jakie sprzęt ma spełniać, a ich ogłoszenie nastąpi w przyszłym roku. Eksperci Defence24 podkreślają, że MON nie odpowiedział jednak na kluczowe pytania.

Program Orka, czyli zakup trzech okrętów podwodnych o wyporności ok. 2 tys. ton, to jeden z kluczowych elementów strategii modernizacji floty polskiej Marynarki Wojennej. Wartość programu Orka wynosi 7,5 mld zł, a całej modernizacji – 10 mld zł. Poza okrętami podwodnymi Marynarka Wojenna kupi też niszczyciele min, okręty patrolowe oraz okręty obrony wybrzeża.

To właśnie program zakupu nowych okrętów podwodnych budzi najwięcej kontrowersji. Najczęściej wymieniane są oferty francuskiego koncernu DCNS oraz niemieckiego TKMS. Francuzi zaoferowali okręty typu Scorpene, deklarując gotowość budowy ich w Polsce oraz transferu technologii. Niemcy mają w ofercie dwa okręty – typów 212A i 214. Okręt 212A nie spełniał wstępnych kryteriów, m.in. z uwagi na nieco mniejszą długość i tylko jeden silnik, ale po ich zmianie może zostać uwzględniony. 

 – MON próbuje się bronić odwracając sytuację. Oskarża nas, dziennikarzy, że to my chcemy wyeliminować okręt 212A i nie chcemy się zgodzić, by brał on udział w przetargu w postępowaniu na okręty podwodne, chociaż jest dobry. Ale to MON swoimi wymaganiami wykluczył okręt 212A – zaznacza Dura. – Wiemy, że w tej chwili jest rekomendacja w MON na okręt podwodny 212. Należałoby się zastanowić, jak można było napisać rekomendację ministrowi obrony narodowej dla okrętu, który nadal jeszcze nie spełnia wymagań, które MON sam napisał.

Wyjaśnienia wymaga również to, dlaczego wstępne kryteria wykluczyły niemiecki okręt. Jego zdaniem możliwości są trzy. Mogło to być błędem osób ustalających wymagania, ale to podważałoby ich wiedzę. Mogło również dojść do złamania prawa poprzez faworyzowanie modelu 214, ale w ocenie Dury to mało prawdopodobne. Niewykluczone, że kryteria zostały ustalone w taki sposób celowo, gdyż okręt 212A został uznany za nieodpowiedni, ale to z kolei nie tłumaczy, czemu teraz wymagania są zmieniane. 

 – Nie znamy kryteriów, według których MON chce wybrać okręt podwodny. One zostały utajnione – zauważa Dura. – Oczywiście, są pewne rzeczy, wrażliwe dla oferentów, które nie powinny być ukazywane, ale poza nimi przy przetargu na 2 mld euro wszystko musi być jasne. Nie można kryć tego po gabinetach.

Jego zdaniem, istnieje możliwość, że decyzja MON o zmianie wymogów przetargu to efekt lobbingu strony niemieckiej. 

 – Ale być może jest też tak, że MON nie ma pieniędzy i chce wypożyczyć niemiecki okręt, bo Niemcy zaproponowali również wypożyczenie okrętu podwodnego i chce szkolić załogi. Być może takie jest rozwiązanie, ale trzeba to powiedzieć, a nie mamić inne firmy, inne państwa, że będzie robiony przetarg według określonych kryteriów – podkreśla Dura.

Według eksperta ważnym kryterium powinna być produkcja okrętu w Polsce.  Eksperci szacują, że kontrakt na zakup okrętów podwodnych może zapewnić w kraju ok. 1000 miejsc pracy w branży stoczniowej i spółkach kooperujących przez co najmniej 8-9 lat. Może to być ogromny impuls technologiczny i ekonomiczny dla polskiego przemysłu i gospodarki. Nie wiadomo jednak, czy będzie to istotne kryterium brane pod uwagę w przetargach.

W Polsce tylko na co dziesiątym stanowisku kierowniczym zasiada kobieta

CEO Magazyn Polska

Według organizacji Gender Equality Project w firmie 30 proc. stanowisk kierowniczych powinna być obsadzona przez kobiety. W Polsce średnia wynosi 10,5 proc. Również z równym traktowaniem kobiet i mężczyzn w zakresie m.in. warunków wynagradzania, awansu, dostępu do podnoszenia kwalifikacji zawodowych, bywa różnie. Choć coraz więcej firm zwraca na to uwagę.

Kodeks pracy nakłada na pracodawców obowiązek równego traktowana pracowników w zakresie m.in. warunków wynagradzania, awansu, dostępu do podnoszenia kwalifikacji zawodowych bez względu na płeć. W praktyce bywa z tym jednak różnie. 

 – Zaledwie 4 proc. kobiet pełni odpowiedzialne funkcje kierownicze w spółkach z listy 500 największych spółek, TOP 500  Forbesa. Średnie zarobki kobiet zarządzających tymi spółkami są o blisko 20  proc. niższe. Jest to więc duży problem, także w skali globalnej – stwierdza Wojciech Lorenc, dyrektor HR w firmie CEPD N.V., zarządzającej siecią aptek Dbam o Zdrowie.

CEPD  N.V  z grupy Pelion, jest pierwszą polską firmą i Europie Środkowo – Wschodniej, która uzyskała Międzynarodowy Certyfikat Przestrzegania Zasad Równości Płci w Miejscu Pracy, przyznawany przez Fundację The Gender Equality Project (GEP), działająca przy Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. 

 – Certyfikat jest przyznawany firmom, które spełniają określone wymagania w zakresie równouprawnienia płci w miejscu pracy. W projekcie bierze udział obecnie ponad 30 firm – to są duże korporacje, działające na całym świecie. W naszej firmie jedna trzecia stanowisk kierowniczych jest obsadzona przez kobiety. Norma, którą nakłada Gender Equality Projekt, do której dąży to środowisko, to jest 30 proc. W porównaniu do średnich statystyk w Polsce, gdzie odsetek ten wynosi 10,5 proc.,  wypadamy oczywiście znacznie lepiej – mówi agencji  informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Lorenc. 

Otrzymanie Międzynarodowego Certyfikatu Przestrzegania Zasad Równości Płci w Miejscu Pracy jest procesem wieloetapowym. W sieci aptek Dbam o Zdrowie trwał on niemal półtora roku. 

 – Przyznanie certyfikatu poprzedziło badanie wynagrodzeń, czyli czy przestrzegamy zasady równej płacy za taką samą pracę, zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Ocenie podlegało to, jaka grupa kobiet pełni odpowiedzialne funkcje kierownicze, jaki jest odsetek  kobiet na stanowiskach kierowniczych; jak wygląda dostęp do szkoleń, do kształcenia, do rozwoju; czy kobiety po urlopach macierzyńskich wracają na te same stanowiska albo lepsze stanowiska niż te, które miały przed tym urlopem – wyjaśnia Wojciech Lorenc.

Dodaje, że firma CEPD chce teraz skupić się na stworzeniu swoim pracownikom warunków, umożliwiających im zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym.

 – Z naszego badania ankietowego, które przeprowadziliśmy przy okazji uzyskania certyfikatu wynika, że mamy jeszcze trochę do zrobienia, jeżeli chodzi o tzw. work/life balance, czyli balans pomiędzy tym, co dzieje się w pracy, a tym, co dzieje się w życiu prywatnym – podsumowuje Wojciech Lorenc. 

Zasada równości w miejscu pracy

Według polskiego Kodeksu pracy równe traktowanie w zatrudnieniu oznacza niedyskryminowanie żadnego z pracowników w jakikolwiek sposób, bezpośrednio lub pośrednio m.in. ze względu na płeć. Naruszeniem zasady równego traktowania w zatrudnieniu są np. różnice w wynagrodzeniu na tym samym stanowisku albo pominięcie przy awansie lub przyznawaniu innych świadczeń związanych z pracą, chyba że pracodawca udowodni, że kierował się obiektywnymi powodami.

Pracownicy mają prawo do jednakowego wynagrodzenia za jednakową pracę lub za pracę o jednakowej wartości. Dotyczy to wszystkich składników wynagrodzenia oraz innych świadczeń pieniężnych przyznawanych pracownikom. Osoba, wobec której pracodawca naruszył zasadę równego traktowania w zatrudnieniu, ma prawo do odszkodowania w wysokości nie niższej niż minimalne wynagrodzenie za pracę.

Ponadto pracownika, który dochodzi od firmy roszczeń z tytułu dyskryminacji w zatrudnieniu, nie można zwolnić ani zmusić do rozwiązania umowy o pracę z tego powodu. 

Piwa smakowe mają juz 11 proc. udziału w rynku. Ich sprzedaż wciąż rośnie

CEO Magazyn Polska

W ostatnich dwóch latach kategoria piw smakowych rozwija się w tempie dwucyfrowym. Jej udziały w rynku sięgają 11 proc. Coraz szybciej gusta Polaków zdobywają radlery, czyli niskoprocentowe piwa z dodatkiem lemoniady lub innego napoju bezalkoholowego. To najszybciej rosnąca kategoria nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.

W oparciu o piwa sezonowe oraz nowe piwa smakowe swoją pozycję na rynku chce wzmocnić Carlsberg Polska. Sukces marek Okocim Radler, Somersby czy piw sezonowych Okocimia powoduje, że firma myśli o poszerzaniu tej oferty. Piwa smakowe mają już około 11 proc. rynku, z czego 1,5 proc. to radlery, które są najszybciej rosnącym segmentem.

 Cały czas pracujemy nad nowymi markami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Bławat, prezes Carlsberg Polska. – Przed paroma laty dużym sukcesem był Kasztelan Niepasteryzowany, który się cieszy powodzeniem piwoszy. W zeszłym roku wprowadziliśmy markę Somersby, a w tym Okocim Radler dla wielbicieli piw smakowych. Nie poprzestaniemy na tym.

Prezes Carlsberga podkreśla, że zgodnie z rynkowymi trendami sprzedaż Somersby i Okocim Radler dynamicznie rośnie. Dlatego ta pierwsza marka prawdopodobnie zyska nowe smaki. Również sprzedaż piw niepasteryzowanych jest w tym roku o 20 proc. większa w porównaniu z 2012 rokiem, głównie dzięki marce Kasztelan Niepasteryzowany.

Nowością wprowadzoną w tym roku jest limitowana linia piw specjalnych z Browaru Okocim – zaplanowana na każdą porę roku. Na półkach pojawiły się już m.in. piwo Świętojańskie (maj/czerwiec) i Dożynkowe (lipiec/sierpień). Na przełomie listopada i grudnia klienci będą mogli spróbować Świątecznego, a na wiosnę 2014 – Wielkanocnego.

Tomasz Bławat zaznacza, że wprowadzenie każdej nowości badane jest pod kątem opłacalności sprzedaży.

 – Czasami są bardzo atrakcyjne segmenty z punktu widzenia potencjalnego popytu konsumentów, ale one nie są interesujące z punktu widzenia cenowego. Porównując koszty do ceny, za jaką można sprzedać piwo, często trzeba podjąć decyzję, że jednak nie wprowadzamy produktu, bo jest to nieopłacalne – wyjaśnia Tomasz Bławat.

Prezes oczekuje, że tegoroczna sprzedaż piwa powinna być wyższa niż przed rokiem. Firma spodziewa się również wzrostu udziałów w rynku (dziś 18,5 proc.), głównie dzięki markom Okocim, Somersby, Kasztelan i Harnaś. Natomiast w przyszłym roku Carlsberg chce się rozwijać szybciej niż branża.

Carlsberg Polska inwestuje w rozbudowę i modernizację browarów.

 – Prowadzimy duży projekt w Browarze w Sierpcu, gdzie jest produkowany Kasztelan. Jest to jest inwestycja w moce produkcyjne i w centrum dystrybucyjne, która zamyka się sumą 187 milionów złotych. Będziemy ją finalizować na wiosnę przyszłego roku – informuje Tomasz Bławat.

W Sierpcu zostanie wybudowana nowa warzelnia i linia rozlewnicza, powstanie też centrum dystrybucji, czyli nowy magazyn. Dzięki tej inwestycji w przyszłym roku zostaną zwiększone moce produkcyjne browaru – do 2,6 mln hl piwa rocznie (dziś ok. 1 mln hl). Wiosną tego roku koncern zakończył dużą inwestycję w linię butelkową w Browarze Okocim w Brzesku (60 tys. butelek na godzinę).

Carlsberg Polska jest trzecią co do wielkości firmą tej branży z 18,5 proc. udziałem w polskim rynku piwa i roczną produkcją na poziomie 7mln hektolitrów.

Notariusze chcą wprowadzenia darowizny na wypadek śmierci

CEO Magazyn Polska

Notariusze proponują utworzenie instytucji, dzięki której możliwe będzie przekazywanie swojego majątku następcom w drodze darowizny na wypadek śmierci. Pomysł zyskał właśnie poparcie resortu sprawiedliwości. Notariusze liczą więc, że zmiany będą możliwe już w 2014 roku. Od obecnej umowy darowizny nowe rozwiązanie będzie się różniło tym, że przekazanie np. rodzinnej firmy na rzecz obdarowanego nastąpi formalnie po śmierci darczyńcy.

 Instytucja darowizny na wypadek śmierci byłaby lepsza od zwykłej darowizny dla tych przedsiębiorców, którzy są w podeszłym wieku, a chcą zadysponować swoim majątkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Zabielski, notariusz. – Nowe rozwiązanie polegałoby na zawarciu z potencjalnym następcą umowy darowizny, ale weszłaby ona w życie dopiero z dniem śmierci przedsiębiorcy. Oznacza to, że zachowa on kontrolę nad firmą oraz prawo do podejmowania kluczowych decyzji w firmie.

Notariusze zgłosili już tę propozycję w 2009 r., ale Sejm wówczas ją odrzucił. Teraz pomysł ma duże szanse na pomyślne przejście ścieżki legislacyjnej w parlamencie, ponieważ ma poparcie Ministerstwa Sprawiedliwości.

 – Ponieważ sama ustawa właściwie jest już gotowa, to droga do wejścia w życie tych rozwiązań powinna być, miejmy nadzieję, szybka. Wierzę, że w roku 2014 będzie to uchwalone – podkreśla Leszek Zabielski.

Przedsiębiorca będzie mógł także w drodze darowizny na wypadek śmierci wyszczególnić dane składniki majątku, które chce podarować następcom. 

Obecne formy sukcesji majątku firmy 

Aktualnie obowiązujące przepisy dają po pierwsze możliwość przekazania firmy następcom formie testamentu. To rozwiązanie może uchronić spadkobierców od ewentualnych sporów o majątek, także na drodze sądowej. Natomiast jeśli właściciel firmy chce ją za życia przekazać komuś innemu, jedynym wyjściem jest darowizna.

 – Wydaje się , że najlepszym rozwiązaniem jest, aby właściciel firmy, który dobiega swoich lat, podjął pewne kroki, dzięki którym po jego śmierci majątek spadkowy płynnie przejdzie na spadkobierców. Czyli powinien sporządzić testament, który określa, jakie osoby, w jakim stopniu będą dziedziczyły dany majątek spadkowy – stwierdza Zabielski. – Natomiast w przypadku darowizny, właściciel firmy darowuje przedsiębiorstwo, w rozumieniu artykułu 55. z indeksem pierwszym Kodeksu cywilnego swojemu dziecku czy dwojgu dzieciom, w zależności jak zdecyduje.

Co można darować?

Według przepisów Kodeksu cywilnego przedsiębiorstwo to zespół składników niematerialnych i materialnych przeznaczonych do prowadzenia działalności gospodarczej. W skład przedsiębiorstwa wchodzą np. własność nieruchomości lub ruchomości, w tym urządzeń, materiałów, towarów i wyrobów oraz inne prawa rzeczowe do nieruchomości lub ruchomości, prawa wynikające z umów najmu i dzierżawy nieruchomości lub ruchomości oraz prawa do korzystania z nieruchomości lub ruchomości, prawa do papierów wartościowych i środki pieniężne, koncesje, licencje i zezwolenia, patenty i inne prawa własności przemysłowej, prawa autorskie oraz tajemnica przedsiębiorstwa. Każdy taki składnik majątku można przekazać w drodze umowy darowizny przedsiębiorstwa.

Technologia rozpoznawania obrazów nowym sposobem na zakupy bez wychodzenia z domu

CEO Magazyn Polska

Technologia rozpoznawania obrazów pozwala użytkownikowi w kilka sekund zdobyć informacje na temat produktu. To daje możliwość zrobienia zakupów bez wychodzenia z domu. Wystarczy wykonać zdjęcie produktu w gazecie, na plakacie czy też ekranie telewizora. Produkt zostaje wyszukany w kilka sekund, a jego zamówienie jest kwestią kilku chwil. 

 – Technologia rozpoznawania obrazów pozwala z dużą precyzją zidentyfikować, co jest na wykonanym przez nas zdjęciu. Dla przykładu: jeżeli sfotografujemy kosmetyk, to z pomocą odpowiedniej aplikacji będziemy mogli zdobyć szczegółowe informacje na temat jego zastosowania. Jeżeli zrobimy zdjęcie butelki wina w restauracji, możemy dowiedzieć się, w jakiej temperaturze powinno być przechowywane, mamy okazję także zamówić je online. Potrzebne nam informacje dostajemy zaraz po wykonaniu zdjęcia – mówi Arek Skuza z portalu recognize.im.

Początkowo technologia ta miała zastosowanie głównie przy odczytywaniu kodów kreskowych. W ostatnim czasie nastąpił jednak gwałtowny rozwój w dziedzinie rozpoznawania zdjęć. Wykorzystywana jest m.in. przy kojarzeniu twarzy przez urządzenia, a także w celach komercyjnych. Przewiduje się, że aplikacje powiązane z tzw. „image recognition” w najbliższym czasie wyprą z rynku technologię QR kodów. 

Najnowsze zdobycze techniki mogą mieć poważny wpływ na tradycyjny sposób sprzedaży. Obecnie, robiąc zdjęcie, możemy błyskawicznie znaleźć tańszy produkt w sieci. Taka metoda staje się poważnym zagrożeniem dla tradycyjnych, sklepów powierzchniowych.

 – Zmienia się sposób myślenia klientów. Odchodzi się powoli od robienia zakupów tylko w tradycyjnych sklepach. Dla przykładu, ktoś na ulicy widzi kogoś w bardzo ładnych butach, podchodzi i robi zdjęcie, aby dowiedzieć się, który sklep je oferuje. Prowadzi to do sytuacji, kiedy klienci mogą wchodzić do sklepu tylko po to, by sfotografować dany produkt, a jego tańszego odpowiednika będą szukać w internecie – stwierdza Skuza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Jedyną radą dla właścicieli tradycyjnych sklepów jest przystosowanie się do nowych reguł gry. Muszą oni być otwarci na nowości i szybko reagować na pojawianie się kolejnych technicznych nowinek.

 – Dla firmy kluczowy powinien być fakt, że udziela klientowi jak największej ilości informacji. Dzięki temu kupujący skusi się na ich produkt. W polityce dużych sieci handlowych niezwykle ważne wydaje się więc przygotowywanie oferty w taki sposób, aby klient, uzyskując kompleksowe dane, nie chciał nabywać produktów przez internet. Dziś sklepy działają odwrotnie; ograniczają dostęp do wiedzy kupującym, co sprawia, że użytkownicy wolą robić zakupy online – dodaje Skuza.

Specjaliści ds. marketingu uważają, że technologia rozpoznawania obrazów ma przed sobą świetlaną przyszłość. Pozwala ona bowiem tworzyć w pełni interaktywne kampanie reklamowe. Potencjał najnowszych rozwiązań dostrzegły już największe korporacje w Stanach Zjednoczonych. Światowe marki, takie jak Nike oraz Coca-Cola, zapowiedziały zastąpienie stosowanych dotychczas QR kodów systemem rozpoznawania obrazów.

Contact Center PKO Banku Polskiego ponownie liderem rankingu bankowych infolinii

Zaangażowanie, wiarygodność i profesjonalizm konsultantów, wiedza produktowa oraz umiejętność dopasowania oferty do potrzeb klienta po raz piąty z rzędu zapewniły zwycięstwo Contact Center PKO Banku Polskiego. Cykliczne badanie infolinii bankowych przeprowadzane przez ARC Rynek i Opinia w październiku br. objęło 13 konkurencyjnych banków.

PKO Bank Polski wyróżniony w konkursie „Liderów Filantropii 2013”

Bank został uhonorowany w kategorii firm, które przekazały w minionym roku najwięcej środków na cele społeczne. Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego wziął udział w uroczystej gali finałowej VII edycji konkursu „Liderów Filantropii” organizowanej na GPW.

COLLAGE NIGHT Kraków 1/12/2013

Chcesz pozyskać wiedzę jak profesjonalnie zadbać o swój wygląd, aby od stóp do głów być zarówno stylową, jak i zmysłową?
W dniu 1/12/2013 zapraszamy na spotkanie COLLAGE NIGHT Kraków przeznaczone dla ceniących luksus i nieprzeciętny styl życia kobiet, stale poszukujących nowych inspiracji.

Spotkanie będzie doskonałym instruktażem dla kobiet, które chcą dowiedzieć się więcej o pielęgnacji własnej urody i pragną same opanować sztukę makijażu. Odkryją zatem najlepsze, dobrane specjalnie do swojej osobowości makijaże i fryzury, a także poznają najnowsze trendy panujące w świecie mody. Projekt COLLAGE NIGHT Kraków realizowany jest przy współpracy z producentem luksusowych torebek damskich antbag by ania.

Warsztaty odbywać się będą w godzinach od 16:00 do 20:00 na BARCE food.life.music. Bulwar Kurlandzki (u wylotu ul. Gazowej).

BARKA food.life.music

ZAPROSZENIE COLLAGE NIGHT KRAKÓW