W ubiegłym roku wynagrodzenia menedżerów wzrosły o 11 proc

Najbardziej poszukiwani na rynku pracy są technicy, ale humaniści mają większy wybór ofert
Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak

Prezesi polskich spółek giełdowych zarabiali w ubiegłym roku średnio 40 tys. zł miesięcznie – wynika z raportu przygotowanego przez firmę Sedlak & Sedlak. Wynagrodzenia wiceprezesów były tylko nieznacznie niższe. Najwyższe zarobki oferowały banki i ubezpieczyciele notowani na GPW, szczególnie w indeksie WIG20. Co ciekawe, na ich wysokość nie wpływały wyniki finansowe spółki, a tylko jej wielkość.

W porównaniu do 2010 roku w ubiegłym roku wynagrodzenia menedżerów wzrosły o 11 proc.

– Średnie wynagrodzenie roczne menedżera w spółce giełdowej wynosi 550 tys. zł. W przypadku najlepiej opłacanych branż, takich jak ubezpieczenia i bankowość, te wynagrodzenia roczne wynoszą ponad 1,7 mln złotych, czyli są zdecydowanie większe – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak.

Na blisko 1,4 tys. menedżerów, uwzględnionych w raporcie, 253 zarobiło w ubiegłym roku ponad milion złotych, a 70 z nich – ponad 2 miliony złotych.

Banki przeznaczyły na wypłatę wynagrodzeń średnio prawie 13 mln zł, najwięcej Bank BPH – 22,5 mln zł. Na kolejnych miejscach pod tym względem znalazły się spółki paliwowe – 4 mln zł oraz energetyczne – 2,8 mln zł.

Rosnące zarobki menedżerów wcale nie świadczą o poprawie sytuacji finansowej w spółkach notowanych na GPW. Jak wskazuje raport firmy Sedlak & Sedlak, wielkość wynagrodzenia nie jest zwykle powiązana z wynikami spółki.

– Wynagrodzenia w polskich spółkach giełdowych są wyraźnie powiązane z wielkością spółki, natomiast w zdecydowanie mniejszym stopniu zależą od zysku netto wypracowanego przez spółki – podkreśla Kazimierz Sedlak.

Potwierdza to analiza danych z głównych indeksów na warszawskiej giełdzie. Zdecydowanie najlepiej wynagradzani są prezesi, wiceprezesi i członkowie zarządów 20 największych spółek z WIG20, które przeznaczają na ten cel po 9,8 mln zł rocznie.

– Średnie roczne wynagrodzenie takiego menedżera wynosi 2,1 mln zł. W przypadku drugiego indeksu, już znacznie mniejszego, czyli WIG40, wynagrodzenie średnie roczne wynosi 1,2 mln złotych. Natomiast w spółkach z indeksu WIG80, czyli jeszcze mniejszych, jest to niewiele ponad milion złotych rocznie – wymienia prezes Sedlak & Sedlak.

Wśród spółek WIG40 i WIG80 na fundusz wynagrodzeń w ubiegłym roku przeznaczano odpowiednio po 4 mln zł i 2,7 mln zł.

Giełdową spółką, która w ubiegłym roku najlepiej wynagrodziła swoich menedżerów, był TVN S.A. Każda z trzech osób z zarządu zarobiła prawie 5 mln zł. Na kolejnych pozycjach znalazły się zarządu TU Europa S.A. (3,8 mln zł), Getin Noble Bank (3,1 mln zł), Cyfrowy Polsat (3,1 mln zł) i BRE Bank (2,7 mln zł).

Rekordzistą ubiegłorocznego zestawienia jest prezes Comarch i główny akcjonariusz tej firmy, Janusz Filipiak, który zarobił blisko 12 mln zł.

– Jest to osoba, która rzeczywiście, jeśli popatrzymy na historię polskiej giełdy, która otrzymała jedno z najwyższych wynagrodzeń przez okres funkcjonowania GPW i okres funkcjonowania spółki na giełdzie – mówi Kazimierz Sedlak.

Tegoroczny raport firmy Sedlak & Sedlak „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2011 roku” to już ósma edycja. Zostały w niej uwzględnione wynagrodzenia blisko 1,4 menedżerów z 333 spółek giełdowych.

Spadki ceny mieszkań w I kwartale 2012 roku

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w I. kwartale 2012 roku do użytku oddano o 31, 9% więcej mieszkań niż w tym samym okresie 2 lata temu. Według analityków otoDom.pl w pierwszym półroczu ceny mieszkań na rynkach wtórnym i pierwotnym ustawicznie spadały nawet na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy.

Patrząc na dane rynkowe serwisu otoDom.pl z I poł. 2012 roku dla 5 miast Polski – Warszawy, Gdańska, Krakowa, Wrocławia i Poznania, ceny mieszkań na rynkach wtórnym i pierwotnym ustawicznie spadały nawet na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy. Średnia cena ofertowa metra kwadratowego w okresie styczeń-czerwiec spadła o 350 zł w Warszawie, 150 zł w Poznaniu, 200 zł we Wrocławiu oraz 250 zł w Krakowie i Gdańsku, czyli średnio o 4-5%. We wszystkich branych od uwagę przez analityków otoDom.pl miastach w czerwcu trzeba było zapłacić za metr kwadratowy o średnio kilka procent mniej niż w analogicznym okresie minionego roku.

Półrocze spadków

W pierwszych miesiącach tego roku średnie ceny ofertowe mieszkań 2-pok. w Warszawie plasowały się na poziomie 8400 zł, w Poznaniu taki metraż był dostępny na poziomie 5800 zł, a we Wrocławiu w średniej cenie 6200 zł. Stosunkowo dużym zainteresowaniem ze strony potencjalnych kupujących w tym samym czasie cieszyły się mieszkania z rynku pierwotnego. W styczniu liczba ofert sprzedaży nowych mieszkań była o kilkanaście tysięcy większa r/r. Aktualne ceny są natomiast średnio o 5-10% niższe od ubiegłorocznych.

– Deweloperzy oferowali nowe inwestycje, starając się dopasowywać je do zróżnicowanych wymogów odbiorców. Pojawiły się oferty o niższych cenach, nieco lepiej dopasowane do aktualnych oczekiwań kupujących w zakresie liczby pokoi, metrażu i lokalizacji. Jednocześnie rosło zainteresowanie tańszymi mieszkaniami pochodzącymi z rynku wtórnego. Na rynku warszawskim cały czas sporo było mieszkań, urządzonych w wysokim standardzie, których ceny znacznie przekraczały ceny mieszkań z rynku pierwotnego – mówi Przemysław Kotwicki, Dyrektor serwisu ogłoszeń sprzedaży i wynajmu nieruchomości otoDom.pl.

Spokojniej na rynku wynajmu

Jeżeli chodzi o wynajem nieruchomości na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy w największych miastach Polski spadki nie były tak ewidentne. W I. kw. ceny wynajmu mieszkań 2-pok. w Warszawie utrzymywały się na stałym, niemal identycznym do poprzedniego roku poziomie, i wynosiły średnio 2520 zł za miesiąc. Od stycznia ceny wynajmu kawalerek w Warszawie stopniowo malały, utrzymując się obecnie na średnim poziomie 1800 zł. W Gdańsku ceny wynajmu mieszkań 2-pokojowych spadły w przeciągu roku średnio o 120-150 zł, oraz 100 zł w okresie od stycznia do czerwca, czyli ok. 9-10%. Koszt wynajmu kawalerki spadł od stycznia o średnio 200 zł, czyli ok. 16-17%.

W porównaniu do tego samego okresu w 2011 roku, ceny również spadły średnio o 200 zł. W Poznaniu ceny wynajmu mieszkań 2-pok. i kawalerek były niemal identycznie zarówno r/r, jak i w okresie styczeń-czerwiec. We Wrocławiu 2-pok. lokum wynajmiemy dziś średnio o 5% taniej niż w styczniu. Wynajem kawalerki natomiast to dziś średnio o 10% mniejszy koszt niż rok temu. Na rynku nieruchomości krakowskich można było zaobserwować najbardziej stabilną sytuację cenową. Zarówno mieszkania 2-pok., jak i kawalerki wynajmiemy za prawie takie same pieniądze jak w styczniu i marcu tego roku, oraz w analogicznym okresie rok temu.

Prognozy na drugie półrocze

Eksperci otoDom.pl w następnych sześciu miesiącach nie przewidują gwałtownych zmian cen. Jak jednak podkreślają, trudno jest jednoznacznie prognozować jak będzie wyglądała sytuacja na rynku w kolejnych miesiącach. – Biorąc pod uwagę takie czynniki ekonomiczne jak inflacja, wzrost cen paliw oraz towarów i usług, a także już obniżone ceny mieszkań i wynajmu, nie spodziewamy się gwałtownych spadków cen w najbliższej przyszłości. Z drugiej strony zmniejszająca się liczba transakcji na rynku, mniejsza liczba udzielanych kredytów oraz cały czas duża podaż mieszkań zaostrza konkurencję pomiędzy sprzedającymi co przekłada się na obniżki cen transakcyjnych. Taki trend może się utrzymać w drugiej połowie roku – dodaje Przemysław Kotwicki.

Patrząc natomiast na liczbę aktywnych ofert, serwis otoDom.pl odnotował na przestrzeni ostatniego półrocza wyraźny wzrost zamieszczanych ogłoszeń wynajmu w Poznaniu (28%) oraz Krakowie (24%). Liczba Ofert sprzedaży utrzymywała się we wszystkich miastach na tym samym poziomie.

Rząd przekaże urzędom pracy dodatkowe 500 mln zł na pomoc bezrobotnym

Minister finansów zaakceptował pomysł resortu pracy, by zwiększyć tegoroczne wydatki na Fundusz Pracy o 500 mln zł. Pieniądze będą przeznaczone na aktywizację grup bezrobotnych, które wymagają większego wsparcia. – Warto uruchomić te środki na walkę z bezrobociem. Możliwości mamy bardzo dużo – mówi Władysław Kosiniak–Kamysz, szef resortu pracy.

Jak zapowiada minister pracy, 500 mln zł trafi do urzędów pracy, które będą je rozdysponowywać na działania mające aktywizować bezrobotnych, przeciwdziałać bezrobociu i łagodzić jego skutki.

– To są staże, dofinansowanie otwarcia działalności gospodarczej, wyposażenie stanowisk pracy, roboty publiczne, prace interwencyjne. Tych elementów mamy bardzo dużo – przekonuje Władysław Kosiniak-Kamysz w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Warto z nich skorzystać, warto mówić o efektywności. Mam nadzieję, że uda nam się to w tym roku zrealizować.

Złożony na początku lipca wniosek o zwiększenie środków w Funduszu Pracy to efekt niepokojących sygnałów z polskiego rynku pracy. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że w czerwcu bezrobocie spadło o 0,2 pkt. proc. w porównaniu do maja, do poziomu 12,4 proc.

– Czerwiec niewątpliwie był miesiącem, w którym spadek stopy bezrobocia był poniżej naszych oczekiwań. Liczyliśmy, że to będzie bardziej dynamiczny spadek. Stąd ten wniosek i potrzeba interwencji. Chcemy reagować na to, co się dzieje na bieżąco na rynku pracy – zapewnia Władysław Kosiniak-Kamysz.

W ocenie Moniki Kurtek, głównej ekonomistki Banku Pocztowego, dzięki uruchomionym środkom stopa bezrobocia na koniec roku może być w granicach 12,8 proc.

– Wydaje się jednak, że te pieniądze to i tak są środki doraźne. Nie spodziewam się, żeby one w dłuższej perspektywie przyniosły oczekiwany rezultat w postaci trwałego spadku stopy bezrobocia. Jesteśmy wprost uzależnieni od koniunktury. Jeżeli tempo wzrostu gospodarczego w Polsce będzie przyśpieszać, wówczas przedsiębiorcy będą tworzyć nowe miejsca pracy i to bezrobocie trwale nam się będzie obniżać – ocenia Monika Kurtek.

Przychody Funduszu Pracy w tym roku zaplanowano na poziomie 10 mld zł, z czego na zasiłki dla bezrobotnych trafić mają 3 mld zł, a na przeciwdziałanie bezrobociu prawie 3,5 mld zł.

Ministrowie pracy i finansów podczas środowego spotkania uzgodnili również, że podejmą działania, by od 2013 roku do Funduszu Pracy trafiały unijne środki na aktywizację bezrobotnych. W ich opinii pozwoli to na bardziej skuteczne wykorzystanie tych pieniędzy. W tym celu wymagana będzie nowelizacja odpowiednich rozporządzeń.

Mobilne płatności smartfonami Visa payWave

Organizacja Visa Europe poinformowała o udostępnieniu aplikacji mobilnych płatności zbliżeniowych Visa payWave w polskiej wersji językowej.

Smartfonami z mobilną aplikacją zbliżeniową Visa można płacić w tych samych terminalach, które obsługują płatności zbliżeniowymi kartami Visa których jest w Polsce już w ponad 70 tys. Płacić zbliżeniowo można też w transporcie miejskim m.in. we Wrocławiu oraz w Warszawie, gdzie mobilne biletomaty umożliwiają m.in. szybką i wygodną płatność za przejazd za pomocą zbliżeniowej karty Visa oraz smartfonów z aplikacją Visa payWave. Aplikacja umożliwia także śledzenie historii wszystkich transakcji dokonanych telefonem.

„Po ogromnym sukcesie zbliżeniowych kart Visa w Polsce jesteśmy dobrze przygotowani na kolejny, znaczący krok w postaci płatności mobilnych, dokonywanych za pomocą smartfonów” – stwierdził Jakub Kiwior, dyrektor Visa Europe w Polsce.

Upowszechnienie płatności zbliżeniowych i mobilnych jest częścią realizowanej przez organizację Visa Europe wizji przyszłości płatności (Visa Future of Payments), która ma na celu tworzenie konsumentom jak najlepszych warunków dla płatności elektronicznych z użyciem dowolnego urządzenia. Visa Europe przewiduje, że w 2020 r. ponad połowa wszystkich transakcji Visa będzie dokonywana z wykorzystaniem urządzeń mobilnych.

Partnerem Visa w tym przedsięwzięciu, obok jednego z polskich banków członkowskich, jest Orange Polska. Operator, który ma duże doświadczenie we wdrożeniach płatności zbliżeniowych za pośrednictwem telefonów komórkowych, dostarczył usługi telekomunikacyjne oraz karty SIM NFC z preinstalowaną kartą płatniczą banku.

Rynek reklamy online w II kwartale 2012 roku

Reklamodawcy nadal stawiają na tradycyjne formaty reklamowe. Systematycznie na sile zyskują jednak bardziej interaktywne rozwiązania. Największy udział w emisji reklam niezmiennie odnotowują firmy z branży telekomunikacyjnej – wynika z raportu gemiusAdMonitor za II kwartał 2012 roku.

Raport gemiusAdMonitor przygotowano na podstawie danych zgromadzonych w badaniu gemiusDirectEffect. Zrealizowane w II kwartale 2012 roku kampanie online przeanalizowano pod kątem wykorzystywanych form kreacji, osiąganych przez nie wskaźników oraz branż, które były reklamowane.

W II kwartale 2012 roku największy udział, w całkowitej liczbie emisji badanych kampanii, odnotowano w branżach: telekomunikacja (24,1%), finanse, ubezpieczenia, maklerstwo (13%) oraz motoryzacja (9,2%). To znaczące zmiany względem I kwartału bieżącego roku. W okresie od stycznia do marca najaktywniej reklamowali się przedstawiciele następujących branż: telekomunikacja (30,7%), motoryzacja (17,9%) oraz sprzęty domowe, meble i dekoracje (12,4%).

Największym zainteresowaniem internautów w II kwartale 2012 cieszyły się kreacje firm działających w sektorach: żywność (CTR: 1,10%), czas wolny (CTR: 1,06%) oraz podróże, turystyka, hotele i restauracje (CTR: 0,92%).

Mimo że Rich Media mają większy niż tradycyjne formaty potencjał oddziaływania na odbiorców, reklamodawcy nadal stawiają na klasyczne formy reklamy. W II kwartale 2012 roku najczęściej stosowanymi formatami kreacji – we wszystkich zrealizowanych w tym czasie kampaniach – były: Double Billboard (25,8%), Preroll (16,4 %) oraz Toplayer (12,4%). Jak pokazują prowadzone przez Gemius analizy – firmy coraz chętniej sięgają jednak po nowe, bardziej efektywne rozwiązania. Udział formatu Preroll wzrósł o 3%, a Toplayer o 4% względem pierwszych miesięcy 2012 roku.

Wśród najpopularniejszych formatów reklamowych pod względem średniego CTR w II kwartale 2012 roku znalazły się: Toplayer (2,43%), Wideboard 1024×300 (2,03%) oraz Preroll (2,02%). Z kolei najwyższy uCTR – wskaźnik określający jak wielu użytkowników spośród tych, którzy widzieli daną kreację, kliknęło w nią – odnotowano dla formatów: Wideboard 1024×300 (3,85%), Toplayer (3,14%) oraz Wallpaper (2,71%).

W II kwartale 2012 roku wskaźnik CTR liczony dla otwartych maili wyniósł 18,50%, co oznacza spadek o 3,57% względem pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku. Odsetek kampanii wykorzystujących tę formę reklamy wyniósł 22,44%.

100 mld euro z funduszu ratunkowego na wsparcie Hiszpanii

Niemiecki Bundestag zgodził się wczoraj na przekazanie Hiszpanii do 100 mld euro z funduszu ratunkowego. Dzięki temu zostanie dokapitalizowany sektor bankowy. – To jedyny pomysł, który pojawił się w ramach Unii Europejskiej, na wyjście z kryzysu – mówi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte Polska.

Europejski Instrument Stabilności Finansowej (EFSF) udziela wsparcia państwom strefy euro. Dotychczas skorzystały z niego kraje znajdujące się w złej kondycji finansowej: Irlandia, Portugalia i Grecja. W przypadku pomocy dla Hiszpanii pojawiły się w Niemczech kontrowersje, że przekazywanie kolejnych funduszy obciąża kraj odpowiedzialnością za długi innych państw.

– Najważniejsze z punktu widzenia funkcjonowania mechanizmu pomocowego jest to, że Niemcy postępują w porządku prawnym, który z ich punktu widzenia nie tylko, jako największego donora całej operacji ratowania krajów grupy PIIGS [Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania – przyp. red.], ale w ogóle funkcjonowania Unii Europejskiej, ma fundamentalne znaczenie – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Rafał Antczak.

Ostatecznie Niemcy podjęły decyzję o przyznaniu pomocy Hiszpanii. Kryzys w tamtejszym sektorze bankowym zagrażałby stabilności całej strefy euro i niemieckiej gospodarce.

– W strefie euro i w całej UE nie ma innego planu wychodzenia z kryzysu niż plan, który został przygotowany przez rząd Niemiec we współpracy z Europejskim Bankiem Centralnym. Jeżeli byłyby w Unii jakikolwiek pomysł, jak tę sprawę uregulować, to takie plany można by dyskutować. Na razie takich pomysłów i takich planów nie ma – komentuje Rafał Antczak.

Zdaniem ekonomisty, są szanse na to, że pieniądze nie zostaną zmarnotrawione. W dużej mierze dzięki wprowadzeniu pod koniec minionego roku tzw. sześciopaku, zwiększającego dyscyplinę finansów publicznych w krajach UE. Zobowiązuje on państwa członkowskie do tego, by nie dopuściły do sytuacji, w której deficyt sektora finansów publicznych danego kraju przekroczyłby 3 proc. PKB, a dług publiczny 60 proc. PKB.

– Inne kraje nie miały, jak Polska, wpisanego w konstytucję limitu długu. Teraz zaczynają wprowadzać takie regulacje. To jest wszystko, co można zrobić w kraju demokratycznym, żeby spełnić pewne warunki do tego, żeby zasady były przestrzegane. Do tego dochodzi element karania krajów, które nie będą ich przestrzegać – wskazuje przedstawiciel Deloitte Polska.

Ważne będzie zatem egzekwowanie tej finansowej dyscypliny. Jeśli dany kraj dopuści się złamania zasad, wówczas zostanie otwarta tzw. procedura nadmiernego deficytu, mogąca skutkować sankcjami finansowymi. Dotyczą one członków strefy euro, choć pozostałe państwa UE również mogą ponieść konsekwencje.

– Jak wiemy z historii, taką dyscyplinę kryteriów z Maastricht złamały największe kraje strefy euro z Niemcami i Francją na czele. Od tego się zaczął cały problem – przypomina Antczak. – Teraz miejmy nadzieję, że jest to po prostu nauczka, według przysłowia „Mądry Polak po szkodzie”.

Polska gospodarka hamuje a to dopiero początek

– Hamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce jest coraz ostrzejsze – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, oceniając najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego. Niepokojąca jest przede wszystkim sytuacja w przemyśle i budownictwie. W czerwcu spadek produkcji przemysłowej odnotowano w 16 działach gospodarki.

Według Głównego Urzędu Statystycznego spada produkcja m.in. mebli i wyrobów farmaceutycznych. Wyraźne spowolnienie widać również w motoryzacji i przemyśle wydobywczym. Również branża budowlana odnotowuje hamowanie. W ciągu miesiąca liczba rozpoczętych budów mieszkań spadła o blisko 15 proc.

– Dane GUS-u są dosyć pesymistyczne – ocenia Monika Kurtek, główna ekonomista Banku Pocztowego. – Dużo gorsze niż spodziewał się rynek.

Jej zdaniem, to pierwsze, tak wyraźne symptomy spowolnienia, z którym mamy do czynienia od początku roku. Utrzymanie tempa spadków w kolejnych miesiącach sprawiłoby, że wzrost PKB w II półroczu zatrzymałby się na granicy 2 procent albo i niżej.

– To z kolei wskazywałoby, że osiągnięcie tempa wzrostu gospodarczego w okolicach 3 proc. w całym roku będzie praktycznie niemożliwe – tonuje dobre do tej pory nastroje główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Raczej należałoby rewidować prognozy w dół, w okolicy 2,5–3 proc.

W tegorocznej ustawie budżetowe rząd zakładał, że polska gospodarka będzie rozwijać się w tempie 2,5 proc. Jednak wielu ekonomistów podkreślało, że są to założenia zbyt pesymistyczne.

Zdaniem Moniki Kurtek, spadek produkcji w przemyśle to efekt spowolnienia gospodarczego u naszych zagranicznych partnerów. Przede wszystkim w Niemczech.

– Zamówienia z zagranicy są mniejsze i nasi producenci dostosowują swoją produkcję do tych zamówień – tłumaczy ekonomistka.

Na ich decyzję wpływają również sygnały świadczące o tym, że i popyt w kraju maleje.

Znaczną przewagę podaży nad popytem widać również w branży budowlanej. W czerwcu oddano do użytku ponad 11,5 tys. nowych mieszkań, czyli o 1/3 więcej niż przed rokiem i o 15 proc. niż w maju. Coraz mniej wydawanych pozwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów świadczą o tym, że deweloperzy na razie wstrzymują się z inwestycjami.

Według Moniki Kurtek, branża budowlana zaczyna powoli odczuwać efekt Euro 2012. Stopniowo są kończone wszelkie projekty infrastrukturalne, związane z organizacją Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

– To był czynnik, który inwestycje w Polsce przez ostatnie lata bardzo wspierał – tłumaczy ekonomistka. – Brak tych inwestycji powoduje, że w tej chwili budownictwo znajduje się praktycznie na minusie. Takie konsekwencje gaśnięcia pozytywnego impulsu na pewno będziemy jeszcze obserwować w kolejnych miesiącach.

Częstochowa dofinansuje in vitro swoim mieszkańcom

W Częstochowie po 3 tys. zł mogą dostać małżeństwa na zabieg in vitro. – Częstochowa jest przodującym miastem, podpisano tam uchwałę i 110 tys. zł z budżetu miasta zostało przeznaczone dla mieszkańców – mówi Marzena Smolińska ze Stowarzyszenia Nasz Bocian i kliniki InviMed. To pierwszy samorząd wspierający w ten sposób bezpłodne pary.

Stowarzyszenie Nasz Bocian brało udział w pracach przygotowawczych uchwały Rady Miasta precyzującej, jakim parom może być przyznana pomoc. Zdecydowano, że dofinansowanie otrzymają wyłącznie małżeństwa. Zostaną zakwalifikowane do leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu. Małżonkowie muszą przynajmniej przez rok być zameldowani na stałe na terenie Częstochowy. Wówczas mają szansę na jednorazowe wsparcie w wysokości 3 tys. zł.

– To pokryje koszty leków. Myślę, że to znaczne odciążenie dla par – informuje Marzena Smolińska. –Chętnie byśmy widzieli [w ustawie o in vitro – przyp. red.] chociaż częściową refundację, np. leków.

Przedstawicielka InviMed zaznacza, że pary nie będą kierowane do konkretnej kliniki. Same zdecydują, do której placówki się udadzą.

Uchwała Częstochowy to odpowiedź na kolejne nieudane próby uchwalenie ustawy o in vitro.

– Liczymy na to, że uregulowania będą odgórne i wkrótce pojawi się ustawa refundacyjna, co bardzo pomoże pacjentom. Nie zapominajmy, że w Polsce 1,5 mln par boryka się z niepłodnością. Ten odsetek jest duży i cały czas rośnie. Do niedawna co piąta para miała problem z płodnością, już teraz dotyka on co czwartą. Tak jest w Polsce i na świecie – komentuje Marzena Smolińska.

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że problem bezpłodności dotyczy 60-80 mln par na świecie. W społeczeństwach krajów wysoko rozwiniętych częstość niepłodności jest szacowana na 10–12 proc. populacji.

Na podstawie wielkości populacji Częstochowy mającej 238 tys. mieszkańców, oszacowano liczbę niepłodnych par na ok. 8 tys. Zgodnie z danymi statystycznymi do leczenia metodą in vitro kwalifikuje się 2 proc. niepłodnych par. Wsparcie w tym roku może więc otrzymać ok. 160 z nich.

Zmiany w składzie Zarządu Drewex S.A.

Drewex S.A. – producent mebli i akcesoriów dziecięcych – poinformował o zmianach w Zarządzie, w związku z realizacją umowy inwestycyjnej z inwestorem strategicznym z dnia 11 maja 2012 r. W dniu 17 lipca 2012 roku Andrzej Krakówka złożył rezygnację z funkcji Prezesa Zarządu ze skutkiem na dzień 17 lipca 2012 roku, jednocześnie na ww. stanowisko został powołany Adam Bandach.

Złożenie rezygnacji przez Pana Andrzeja Krakówkę związane było z zakończeniem pierwszego etapu restrukturyzacji Drewex S.A., którego celem była zmiana postępowania upadłościowego-likwidacyjnego na upadłość z możliwością zawarcia układu oraz pozyskanie inwestora strategicznego, który dofinansuje Drewex S.A.

Zgodnie z zwartym porozumieniem z P.P.H.U. AS-GOLD Sp. z o.o. z dnia 11 maja 2012 r. Inwestor zobowiązał się do dokapitalizowania Drewex S.A. w formie gotówkowej, w kwocie niezbędnej do realizacji układu z wierzycielami Spółki.

W chwili obecnej realizowane są kolejne etapy umowy inwestycyjnej P.P.H.U. AS-GOLD Sp. z o.o., dlatego też do Zarządu została powołana osoba powiązana z ww. podmiotem, która zajmie się finalizacją działań układowych oraz rozszerzy i zoptymalizuje dotychczasową działalność operacyjną Spółki.

Rynek odzieży i obuwia w 2011 i 2012 roku

Rok 2011 był dość dobrym dla branży odzieżowo-obuwniczej. Sytuacja makroekonomiczna uległa poprawie, na rynku panowały lepsze nastroje, a skutki kryzysu nie były już tak widoczne. Duży wpływ na sprzedaż miały jednak niesprzyjające warunki pogodowe – w 2011 roku nie było ani upalnego lata, ani mroźnej zimy, wskutek czego nastąpiło ograniczenie popytu na typowo sezonowe artykuły.

W rezultacie, jak wynika z szacunków zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, w 2011 roku sprzedaż odzieży i obuwia wzrosła o 1%, a wartość rynku przekroczyła 27 mld zł.

„Największy wpływ na wartość omawianego rynku ma sytuacja w sieciach odzieżowych i obuwniczych, które odpowiadają już za połowę jego obrotów. Wyniki badania sklepów sieciowych wskazują na pierwszy, od czasu rozpoczęcia badań, spadek liczby placówek w sieciach w 2011 roku, o ok. 200 sklepów. Dotyczyło to zwłaszcza sklepów mniej znanych marek lub znajdujących się w mniejszych miejscowościach. Dodatkowo, duzi gracze również rewidowali swoje sieci zamykając najmniej rentowne salony. Świadczy to o mocnej konkurencji na rynku, wskutek której słabsze marki oraz sklepy nie radzą sobie w sytuacji rosnących ostatnio kosztów i niewzrastających obrotów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu detalicznego w PMR.

W 2012 rynek wzrośnie bardziej

Na rok 2012 PMR prognozuje wyższy wzrost rynku – na poziomie 2,5%. Z badania przeprowadzonego w maju br. wśród przedstawicieli sieci odzieżowych i obuwniczych wyłania się dwojaki obraz rynku. Więcej firm ocenia obecną sytuacją rynkową jako raczej niekorzystną (38% wobec 21%), natomiast większość dużych firm jest przeciwnego zdania. „Można z tego wyciągnąć wniosek, iż w sytuacji ograniczonych zasobów finansowych klienci wybierają znane marki, które gwarantują im ubrania zgodne z aktualnymi trendami w modzie oraz dobry stosunek jakości do ceny. Są to również firmy, których sklepy obecne są w najlepszych centrach handlowych cieszących się większym zainteresowaniem klientów niż te mniej prestiżowe”, dodaje Patrycja Nalepa.

Duże firmy są również bardziej optymistyczne w przewidywaniach na drugą połowę roku – oczekują poprawy sytuacji lub nie przewidują większych zmian. Biorąc pod uwagę fakt, iż to najwięksi gracze generują zdecydowaną większość obrotów w segmencie sieci, ich dobre wyniki będą odgrywały kluczową rolę we wzroście segmentu, a tym samym całego rynku. Ogółem większość firm (54%) przewiduje, iż ich przychody wzrosną w 2012 roku, a 30% ocenia, że ich wartość się nie zmieni.

Dyskonty rosną najszybciej

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy najdynamiczniejszy rozwój liczby sklepów widoczny był szczególnie w segmencie dyskontów. Ich liczba w skali rocznej wzrosła o 20%, do czego przyczyniły się sieci Pepco i Textilmarket, które w skali roku otworzyły łącznie 115 placówek. O niecałe 8% wzrósł także segment z odzieżą i obuwiem dziecięcym. Pozytywne wzrosty odnotowały także takie segmenty jak casual (5%) czy elegancka odzież damska (3%).
Wielki spadek rzędu 19-20% odnotowały dwa segmenty – młodzieżowy i odzieży eleganckiej męskiej. W przypadku sieci oferujących odzież młodzieżową, mieliśmy do czynienia z pogarszającą się sytuacją w całym segmencie. Jeśli chodzi o elegancką odzież męską, największy wpływ na liczbę całkowitą sklepów miała marka Sunset Suits, która zniknęła z rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Euro i telewizja cyfrowa napędzają rynek RTV i AGD

Wyłączenie sygnału analogowego i przejście na sygnał cyfrowy, mistrzostwa Euro 2012 w piłce nożnej oraz rozwój i wymiana technologii są głównymi czynnikami wpływającymi na znaczny wzrost sprzedaży telewizorów w Polsce. Dzięki temu, według szacunków PMR zawartych w raporcie „Handel detaliczny artykułami RTV, AGD i sprzętem elektronicznym w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, wartość segmentu RTV (liczonego razem ze sprzętem fotograficznym) wzrośnie w tym roku o 8,8%, a cały rynek RTV, AGD i sprzętu elektronicznego o ponad 4%.

Niepewność co do zakończenia kryzysu i docierające złe wiadomości gospodarcze ze świata mają nadal wpływ na klientów, którzy w większym stopniu starają się oszczędzać i powstrzymują się od zakupów. Dodatkowo, zaostrzenie kryteriów przyznawania kredytów konsumenckich i hipotecznych w ostatnich latach ograniczyło możliwości zakupowe konsumentów. Z drugiej jednak strony, sprzęt RTV, AGD i elektroniczny nabywany jest często w formie rekompensaty za brak możliwości dokonania innych większych zakupów, czy wyjazdów urlopowych. Rok 2011 przyniósł też pierwsze odbicie na rynku, które było związane przede wszystkim z niską bazą oraz polepszającymi się nastrojami konsumenckimi.

Impulsem pozytywnym dla branży jest między innymi wygasanie analogowego sygnału telewizyjnego, który wpływa na zakup nowoczesnych telewizorów czy dekoderów. W roku bieżącym nastąpi nasilenie tego trendu, ponieważ według planów całkowita rezygnacja z nadawania antenowego sygnału analogowego ma nastąpić do 31 lipca 2013 roku, a już w tym roku ma to mieć miejsce w kilku województwach. Dodatkowo, na zakup dekoderów miało wpływ zakończenie nadawania satelitarnego przekazu analogowego, które nastąpiło z końcem kwietnia tego roku. Powoduje to wzrost udziału segmentu RTV (liczonego przez nas razem ze sprzętem fotograficznym) w wartości rynku, który według naszych prognoz osiągnie swoje maksimum (ponad 36%) w roku 2012.

Ponadto, na zakup telewizorów mają wpływ mistrzostwa Europy w piłce nożnej, a także Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Tego typu jednorazowe wydarzenia również stymulują szybszą wymianę odbiorników telewizyjnych przez gospodarstwa domowe, czy ich zakup przez małe placówki gastronomiczne.

Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem decydującym o wymianie telewizorów jest przejście z technologii kineskopowej na odbiorniki plazmowe i LCD lub LED. Nie bez znaczenia pozostają nowinki typu 3D czy internet w odbiornikach, które dodatkowo wpływają na zwiększenie rotacji sprzętu. Warto zaznaczyć, że mimo bardzo dużej popularności odbiorników telewizyjnych w polskich domach (98,5% użytkowników według GUS), 43% gospodarstw posiada nowocześniejszy odbiornik plazmowy lub ciekłokrystaliczny, zaś w 70% gospodarstw występują wciąż odbiorniki kineskopowe. Badanie PMR Research przeprowadzone na potrzeby raportu pokazuje podobne wartości. 98,2% respondentów badania przeprowadzonego w maju 2011 roku posiadało telewizor w gospodarstwie domowym, z czego prawie 60% przyznało, że posiada telewizor z płaskim ekranem, a prawie 64%, że posiada telewizor kineskopowy. Co więcej, respondenci deklarowali, że w ostatnich latach najczęściej dokonywali zakupu płaskich telewizorów, a wśród planujących zakup telewizor był wymieniany na pierwszym miejscu i dotyczył ponad 60% planów zakupowych. Badanie TNS Pentor z końca 2011 roku pokazuje, że 10% gospodarstw domowych posiada najnowocześniejszy telewizor w technologii LED. Ponadto, szacunki KRRiT dowodzą, że wiele osób nie ma świadomości, czy ich odbiorniki będą odbierały sygnał cyfrowy.

Wymienione czynniki pokazują, że trend zakupu nowoczesnych odbiorników telewizyjnych i dekoderów będzie kontynuowany przynajmniej w najbliższych miesiącach. Będzie on także wzmocniony dzięki wymianie odbiorników na te o większej przekątnej, czy poprzez kupno kompleksowego rozwiązania w postaci mebli zawierających wszystkie elementy domowego kina, np. takich jak wprowadzone na początku tego roku przez IKEA.

Segment RTV i foto dzięki wyżej wymienionym czynnikom odnotuje największy wzrost w stosunku do pozostałych segmentów, czyli dużego i małego AGD oraz komputerów i telefonów. RTV i foto jest drugim co do wielkości segmentem odpowiadającym, według szacunków PMR, za niecałe 35% rynku. Nasze prognozy pokazują, że 2012 rok zakończy się 4,6% wzrostem całego rynku RTV, AGD i sprzętu elektronicznego w Polsce.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami RTV, AGD i sprzętem elektronicznym w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Życie na kredyt jest lekkie i przyjemne, ale do czasu

Po 20 latach życia na sterydach, czyli na środkach emitowanych przez banki centralne i komercyjne, wchodzimy właśnie w okres kaca – przestrzega Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. – Pytanie, jak go zwalczymy. Jego zdaniem lekarstwem są wykształceni ludzie, którzy mogą przyciągnąć do kraju nowych inwestorów i nowe miejsca pracy.

– Są powody do niepokoju, że sytuacja, jaka trwała w ciągu ostatnich 20 lat, nie będzie trwać w nieskończoność – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Robert Gwiazdowski.

Zdaniem prezydenta Centrum im. Adama Smitha, środki finansowe emitowane zarówno przez banki centralne, jak i komercyjne, psują gospodarkę i napędzają spiralę zadłużenia. Gospodarka nie ma pokrycia w rzeczywistości, tylko opiera się na środkach kredytowanych.

– Jak się żyje na sterydach, to jest przyjemnie, lżej, tak samo jak po alkoholu, ale potem przychodzi kac, a my właśnie wchodzimy w okres takiego kaca. Pytanie, co zrobimy? Czy zwalczymy tego kaca, żeby jutro już czuć się dobrze, czy też będziemy zwalczać kaca tzw. klinem, a jak się kończy zwalczanie kaca klinem, wszyscy wiemy – mówi Gwiazdowski.

Prezydent CAS twierdzi, że polska gospodarka i sektor publiczny powinny skorzystać z dwóch czynników, które mogą zdecydować o rozwoju naszego kraju: czyli z potencjału ludzkiego i położenia geopolitycznego. Jak podkreśla, również tereny inwestycyjne dostępne w Polsce, to jeden z największych atutów kraju.

– Leżymy w centrum Europy, na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych. Mamy ten zasób w postaci młodych ludzi, którzy chcą pracować, więc damy sobie radę – mówi. Jego zdaniem to wielka ekonomiczna szansa. – Tu lokują się firmy logistyczne, dlatego właśnie, że jest to centrum Europy.

Gwiazdowski przypomina, że na rynku pracy mamy pokolenie wyżu demograficznego: dobrze wykształcone, ambitne i kreatywne, które może być siłą napędową gospodarki.

– To są ludzie nieźle wykształceni, którzy chcą pracować, więc należałoby wyeliminować przyczyny, dla których tej pracy dla nich nie ma. To nie jest przyczyna, że państwo czegoś nie robi. Przyczyną jest właśnie to, że państwo coś robi – sugeruje ekonomista. – Nadmiernie opodatkowuje pracę młodych ludzi.

Centrum im. Adama Smitha apeluje o zmniejszenie podatków od dochodów startujących na rynku młodych pracowników. Dziś wszystkie obciążenia nałożone na nie (PIT, składki ubezpieczeniowe, etc.) przekraczają 60 procent zarobionej sumy.

– Nie ma dobrych podatków, są tylko złe, ale wśród tych złych podatków, niektóre są gorsze od innych. Jednym z najgorszych, najgłupszych podatków, są podatki obciążające wynagrodzenia młodych ludzi, wkraczających w wiek produkcyjny i reprodukcyjny – mówi Gwiazdowski.

I przypomina, że to leży u podstaw problemu demograficznego, który przekłada się na kłopoty systemu emerytalnego i finansów publicznych. Prezydent Centrum im. Adama Smitha twierdzi, że państwo, jeżeli musi zwiększać obciążenie podatkowe, to powinno to robić przez zwiększanie podatków na konsumpcję, a nie pracę.

Wynagrodzenia członków zarządu w 2011

Swoich członków zarządu w 2011 r. najwyżej opłacało TVN S.A. z przeciętnym oferowanym uposażeniem na poziomie około 4,5 mln zł. Przeciętne wynagrodzenia w „TOP 10” najlepiej płacących spółek mieściły się w przedziale 1,7 -4,5 mln zł, przy średniej wynoszącej ok. 2,3 mln zł. Przedsiębiorstwa ze wszystkich trzech analizowanych indeksów znalazły się w „TOP 10”, choć analogicznie jak w roku ubiegłym najsilniejsza reprezentacja w tej grupie przypadła na WIG20 (4 spółki).

Struktura właścicielska spółki wciąż nie pozostaje bez wpływu na poziom wynagrodzeń, co obserwujemy po raz kolejny w tegorocznym badaniu. Najwyraźniej widać to na przykładzie spółek z dużym udziałem Skarbu Państwa, które oferują znacznie niższe wynagrodzenia niż pozostałe przedsiębiorstwa z właściwych indeksów (średnio o ok. 30% mniej niż spółki w WIG20 i 25% mniej niż mWIG40). Warto zauważyć, że w przypadku WIG20 różnica ta pogłębiła się w stosunku do roku 2010 o ok. 10 pkt. procentowych.

Jak kształtowane są i od czego zależą wynagrodzenia członków zarządu?

Płaca zasadnicza członków zarządów zależy przede wszystkim od wielkości organizacji i stopnia skomplikowania biznesu, co wyraża się najczęściej przyporządkowaniem spółki do danego indeksu giełdowego, kapitalizacją rynkową (największa korelacja), wielkością aktywów i poziomem przychodów. Niebagatelne znaczenie ma sam fakt notowania spółki na giełdzie i wiążące się z tym obowiązki – jak choćby wymóg prezentacji informacji o wypłaconym wynagrodzeniu – i ponoszona odpowiedzialność.

W 2011 r. ok. 55% wynagrodzenia prezesów i członków zarządów największych spółek z GPW stanowiło wynagrodzenie zasadnicze, podobnie jak miało to miejsce rok wcześniej. Na przestrzeni ostatniego roku wzrósł natomiast udział wynagrodzenia zmiennego (z 28% do 35%) kosztem pozostałych składników tj. dodatkowych świadczeń, takich jak prywatna opieka medyczna, dodatkowy urlop płatny itp. oraz wynagrodzenia z tytułu pełnienia funkcji w jednostkach zależnych i stowarzyszonych. Najpopularniejszymi miernikami, od których zależy płaca zmienna pozostają EPS i EBITDA.

„Pomimo wzrostu udziału płacy zmiennej w całości pakietu, polskie systemy premiowe nadal pozostają relatywnie mało agresywne w porównaniu z rozwiązaniami stosowanymi np. w USA, czy Wielkiej Brytanii, gdzie płaca zmienna zwykle przewyższa płacę zasadniczą i stanowi około 60% pakietu” – stwierdza Artur Kaźmierczak, dyrektor zespołu HR Consulting w PwC.

Zainteresowanie długookresowymi planami motywacyjnymi w Polsce kształtuje się na podobnym poziomie jak w roku poprzednim (ok. 42%). Najbardziej popularną formą nadal pozostają opcje menedżerskie (najczęściej na akcje nowej emisji), które są stosowane w ok. 80% tego typu zachęt. Na drugim miejscu pod względem popularności w Polsce znajdują się programy oparte na akcjach spółki lub podmiotu dominującego (ok.9%).

„Pod tym względem zdecydowanie jako Polska odbiegamy od trendu występującego na rozwiniętych rynkach finansowych, gdzie od pewnego czasu obserwuje się spadek zainteresowania opcjami. Przykładowo w Wielkiej Brytanii aż 90% programów długoterminowych jest opartych na akcjach za wyniki (tzw. performance shares), a jedynie niecałe 10% to programy opcyjne” – podkreśla Artur Kaźmierczak. „W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że stosunkowo niewiele firm, które motywują kadrę menedżerską tego typu systemami (40%) wprowadziło nowe programy lub przyznało nowe nagrody długoterminowe w 2011 roku, podczas gdy większość raczej skoncentrowała się na realizacji kolejnych transzy na podstawie wcześniej przyjętych programów.”

Badanie PwC obejmuje wynagrodzenia kadry zarządzającej 140 spółek giełdowych w 2011 r. w ujęciu branżowym, z podziałem na poszczególne indeksy GPW: WIG20, mWIG40 i sWIG80 według składu indeksów na dzień 31 grudnia 2011 roku.

Szef GDDKiA na temat wykorzystania tegorocznego budżetu na budowę dróg

– Tempo prac na poszczególnych budowach rzeczywiście spada – mówi Lech Witecki, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad. Problemy finansowe firm budowlanych i spowolnienie prac z tym związane może oznaczać, że z tegorocznego budżetu na budowę dróg nie wszystko zostanie wydane.

Jak przyznaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szef GDDKiA, nie na wszystkich inwestycjach, które zostały zakontraktowane, tempo prac idzie zgodnie z przyjętym haromonogramem. Przykładem mogą być dwa odcinki autostrady A1.

– Do momentu, kiedy nie wyjaśni się sprawa konsorcjum wszystkich firm i ich kondycji finansowej na tym kontrakcie, prace nie będą prowadzone w takim zakresie, w jakim potrzeba – podkreśla Lech Witecki.

Prace zahamowało ogłoszenie upadłości polskich spółek w konsorcjum budującym trzy odcinki A1, czyli PBG oraz Hydrobudowy. Na razie ustalono, że część prac od PBG przejmie irlandzka firma SRB.

Firmy czekają również na decyzje polityków. W środę minister skarbu Mikołaj Budzanowski zapowiedział, że rząd rozważa dwie opcje pomocy PBG: dofinansowanie od państwa w wysokości 385 milionów złotych lub wykupienie kilku spółek należących do grupy.

To może być zaledwie początek problemów w drogownictwie. Przedstawiciele branży alarmują, że w najbliższym czasie ze względu na zmniejszającą się liczbę inwestycji, drogie materiały i zatory płatnicze, firmy budowlane będą musiały ratować się przed bankructwem na różne sposoby. Najbardziej prawdopodobnym, bo przynoszącym najszybsze efekty, będą zwolnienia. Eksperci szacują, że prace może stracić nawet 150 tysięcy osób.

– Te problemy mogą mieć wpływ na poziom wydatkowania środków w naszym budżecie zaplanowanym na ok. 30 mld zł. Może być niższy – przyznaje Lech Witecki.

Dlatego Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w ubiegłym tygodniu wprowadziła usprawnienie, które przyspieszy wypłatę środków dla wykonawców za część zrealizowanych prac.

– Udało nam się uzgodnić procedurę, dzięki której moglibyśmy przyśpieszyć proces składania przejściowych świadectw płatności przez generalnego wykonawcę. Czyli jak wykonawca złoży do nas ten dokument za faktycznie wykonane prace, równolegle moglibyśmy mu wypłacić część pieniędzy – wyjaśnia szef GDDKiA. – To jest reakcja na to, co dzieje się w sektorze bankowym. W niektórych przypadkach umowy kredytowe są wypowiadane generalnym wykonawcom.

Z szacunków GDDKiA wynika, że jeszcze w lipcu około 300 mln może wpłynąć na kontrakty i poprawić ich płynność finansową.

To już kolejne takie narzędzie, proponowane przez GDDKiA. Kilka miesięcy temu wprowadzono przyspieszone płatności.

– Mamy termin umowny do 48. dnia średnio w kontraktach. Udało nam się zmobilizować wykonawców, że jeśli złożyli komplet dokumentów w terminie, mogliśmy wypłacić te pieniądze wcześniej, niektórym nawet po jednym lub po dwóch dniach – przypomina Lech Witecki.

Jego zdaniem to usprawnienie pozytywnie wpłynęło, m.in. na budowę odcinka C autostrady A2. Zaproponowane wcześniej rozwiązanie uwzględnia też interesy podwykonawców. GDDKiA wymaga teraz oświadczeń i weryfikuje proces płacenia podwykonawcom przez generalnych wykonawców.

– Płacimy szybciej wszystkim tym, którzy też szybko regulują swoje zobowiązania wobec partnerów. Nawet w niektórych przypadkach jesteśmy w kontakcie z podwykonawcami. Można znaleźć wiele przykładów na to, że płacimy bezpośrednio podwykonawcom zatwierdzonym, a nie generalnemu wykonawcy, oczywiście za jego zgodą, żeby usprawnić cały proces – tłumaczy Witecki.

Wynagrodzenia prezesów spółek giełdowych w 2011 r.

Wynagrodzenia członków zarządu rosną szybciej niż pozostałych pracowników. Wzorem rynków zachodnich w płacach osób zarządzających stopniowo zwiększa się udział wynagrodzenia zmiennego.

Najwyższe średnie roczne wynagrodzenie dla osób zarządzających oferuje sektor mediów i rozrywki (ok. 2,8 mln zł) oraz sektor finansowy (w tym ubezpieczenia – ok. 2,82 mln zł, bankowość – ok. 1,88 mln zł oraz rynek kapitałowy – ok. 1,58 mln zł). Spółki z indeksu WIG20 przeciętnie płaciły swoim prezesom i członkom zarządu ok. 1,75 mln zł rocznie (w porównaniu z 1,4 mln zł rok temu) tj. prawie 1,5 raza więcej niż spółki z mWIG40 i prawie dwa razy więcej niż te z sWIG80 – wynika z najnowszego badania PwC „Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2011 roku”. W sumie w porównaniu z rokiem ubiegłym, wynagrodzenia osób zarządzających wzrosły o ok. 18%. Co ciekawe, znacznie wyższy (25%) wzrost uposażeń można było zaobserwować w przypadku wynagrodzeń prezesów niż pozostałych członków zarządu (14%).

„Większość spółek objętych badaniem zanotowała w ostatnim roku poprawę wyników, co przełożyło się na wzrost premii wypłacanych w 2011 r. w porównaniu do lat ubiegłych. Wyższa premia w połączeniu z nawet umiarkowanym wzrostem części stałej wynagrodzenia spowodowała 18% wzrost całkowitego uposażenia widoczny w tegorocznych danych. Wyższe premie oznaczają jednak nie tylko wyższą wypłatę, ale także świadczą o pewnej zmianie zachodzącej w strukturze wynagrodzeń osób zarządzających” – podkreśla Barbara Mierzejewska, menedżer w zespole HR Consulting w PwC.

W porównaniu z rokiem ubiegłym, udział premii w stosunku do innych składników wynagrodzenia krótkoterminowego prezesów i członków zarządów wzrósł z 28% do 35% w roku 2011. Trend ten powinien cieszyć akcjonariuszy, gdyż w coraz większym stopniu wynagrodzenie staje się uzależnione od wyników spółki, co przybliża nas do bardziej zaawansowanych rynków finansowych. Udział części ruchomej wynagrodzenia zwiększył się w ostatnim roku głównie kosztem takich składników pakietu krótkoterminowego jak świadczenia dodatkowe i wynagrodzenia od jednostek zależnych i stowarzyszonych.

W której branży zarabia się najwięcej?

Porównując rok do roku w ujęciu branżowym, warto zauważyć, że w pierwszej dziesiątce najlepiej płacących branż znajdują się praktycznie te same sektory, co w roku ubiegłym. Wyjątek stanowi energetyka, która z 18 miejsca w 2010 r. weszła w 2011 r. na pozycję 9 zastępując firmy deweloperskie, które spadły z 9 na 17 miejsce w rankingu.

„Spółki z WIG20 – znacząco przewyższają spółki z indeksów mWIG40 oraz sWIG80 pod względem kapitalizacji rynkowej, aktywów i przychodów – w konsekwencji oferują zarządom znacznie wyższe przeciętne wynagrodzenia. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że o ile w przypadku bankowości wysokość wynagrodzeń jest ściśle skorelowana z wielkością spółki mierzoną wartością aktywów i kapitalizacją rynkową, o tyle spółki mediowe i rynku kapitałowego nie odbiegają pod względem wielkości od firm z innych branż a ich zarządy są relatywnie sowicie wynagradzane. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na przedsiębiorstwa z sektora surowcowego, które pomimo swojej znacznej wielkości relatywnie skromnie wynagradzały osoby zarządzające” – komentuje Dominika Jędrzejewska, starszy konsultant w zespole HR Consulting w PwC.

Wśród dziesiątki najlepiej zarabiających prezesów zarządów roczne wynagrodzenie krótkoterminowe w 2011 r. mieściło się w przedziale od ok. 3,4 mln zł (pan Luigi Lovaglio– Prezes Zarządu Pekao S.A.) do ok. 11,9 mln zł (pan Janusz Filipiak – Prezes Zarządu COMARCH S.A.), przy średniej wynoszącej ok. 6,0 mln zł.

Badanie PwC obejmuje wynagrodzenia kadry zarządzającej 140 spółek giełdowych w 2011 r. w ujęciu branżowym, z podziałem na poszczególne indeksy GPW: WIG20, mWIG40 i sWIG80 według składu indeksów na dzień 31 grudnia 2011 roku.

Operator marketów Media Expert przejmuje Avans

Spółka Open Media (spółka celowa, powołana w celu zakupu sieci) złoży do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wniosek o zgodę na przejęcie ponad 100 elektromarketów – AVANS. To jedna z większych transakcji na rynku dystrybutorów sprzętu Multimedia, RTV i AGD w ostatnich latach. Open Media jest powiązana ze spółką Domex, która zarządza częścią marketów sieci Media Expert (ok. 70 sklepami na ponad 260).

– Liczymy, że decyzja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zostanie wydana w możliwie jak najszybszym terminie. Jest to dla nas, jako nowych właścicieli istotne, z uwagi na konieczność podjęcia planowanych działań biznesowych, związanych z odbudową siły marki AVANS – mówi Arkadiusz Tomala, Prezes Zarządu Open Media Sp. z o.o.

Nowy właściciel planuje budowę biznesu w oparciu o markę AVANS, która kilka lat temu posiadała wysoki udział w sprzedaży detalicznej i cieszy się wysoką rozpoznawalnością.

– Pozytywna decyzja UOKiK pozwoli nam na realizację założonych działań, m.in. rozwój sieci na terenie całego kraju. Planowane jest również dokładne przyjrzenie się ofercie sklepów i jeszcze lepsze dostosowanie jej do oczekiwań klientów z naciskiem na rozwój sprzedaży internetowej – dodaje Arkadiusz Tomala.

Przejęcie sieci AVANS jest niepowtarzalną okazją, a jednocześnie szansą na odtworzenie siły marki oraz na przywrócenie jej wiarygodności kupieckiej. AVANS, dzięki doświadczeniu nowych właścicieli, którzy z sukcesem wprowadzili na rynek markę Media Expert i której obecnie są współwłaścicielami, ma szansę odbudować swoją pozycję w branży, poprzez umocnienie brandu oraz dostosowanie się do dzisiejszych wymagań rynkowych, a poprzez to na odniesienie sukcesu.

W rankingu zrealizowanym przez dziennik Rzeczpospolita w 2011 roku marka AVANS została wyceniona na ponad 133 mln złotych.

Prezes Urzędu Zamówień Publicznych o rażąco niskich cenach w przetargach

– To nie cena jako jedyne kryterium w przetargach, jest dziś problemem. Jest nim składanie ofert z rażąco niskimi cenami – uważa Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych. – Na tym chcemy się skoncentrować i to uważamy za element pilnych i szybkich zmian w systemie zamówień publicznych. Zdaniem prezesa, to pomogłoby zapobiegać w przyszłości takim sytuacjom, jakie występują teraz w drogownictwie.

Zamiana ustawy Prawo zamówień publicznych ma być lekarstwem na problemy, o których mówi się od dawna, a które były szczególnie widoczne w przypadku realizacji projektów infrastrukturalnych przed Euro 2012, głównie przy budowie autostrad. Chodzi przede wszystkim o ceny, oferowane przez firmy starające się o zamówienie.

– Chcemy, by instytucje zamawiające w sposób bardziej szczegółowy badały ceny, które są podawane przez wykonawców na etapie postępowania zamówień publicznych – mówi Jacek Sadowy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – To w celu ewentualnej weryfikacji, czy te ceny są realne, czy nie są przypadkiem cenami dumpingowymi, rażąco niskimi.

Szef Urzędu podkreśla, że jest to konieczne, by nie dochodziło w przyszłości do podobnych sytuacji, jakie mamy dziś, a więc realizowania kontraktów poniżej poziomu kosztów.

Proponowane przez Urząd Zamówień Publicznych zmiany w ustawie, nie poruszają kwestii wprowadzenia innych niż cenowych, obligatoryjnych kryteriów, decydujących o zwycięstwie w przetargu.

– Dzisiaj ustawa Prawo zamówień publicznych daje możliwość stosowania, obok ceny, również innych kryteriów oceny ofert – tłumaczy szef UZP. – Jest to dość elastyczny mechanizm i uważamy, że nie cena, jako jedyne kryterium jest tu problemem.

Branża budowlana musi dziś mierzyć się z problemami, jakich nie doświadczała od dawna. Głównym jest słabnąca koniunktura. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych przekonuje, że przyczyn kryzysu w branży jest więcej.

– Pierwsza kwestia to jest wzrost konkurencyjności w systemie zamówień publicznych, co nas z jednej strony cieszy, ale z drugiej strony wywołuje dużą presję na wykonawców ze schodzeniem z cenami składanymi w trakcie postępowania – mówi Jacek Sadowy.

Realizacja kontraktów na granicy ryzyka wobec wzrostu cen materiałów czy kosztów podwykonania, powoduje, że kontrakty, które na początku zawierały pewien margines zysku, stają się nieopłacalne z punktu widzenia wykonawcy.

– Problemem są także kwestie konkurencji, braku efektywnej możliwości weryfikowania cen i jednocześnie wzrostu cen w okresie między zawarciem umowy a wykonaniem zamówienia publicznego – dodaje szef UZP.

Wysokość płacy minimalnej w 2013 r. – więcej znaczy lepiej?

Zarówno związki zawodowe, jak i pracodawcy krytykują rządową propozycję podwyżki do kwoty 1600 zł brutto, tyle że z zupełnie innych powodów. Porozumienie musi zostać osiągnięte przed 15 lipca.

Jeśli związkowcy i pracodawcy nie porozumieją się w ciągu kolejnych dwóch dni, wysokość płacy minimalnej ustali rząd. Będzie mieć na to czas do 15 września tego roku.

Dotychczasowa propozycja rządu zakłada podwyżkę o 100 zł brutto. To oznacza, że każdego miesiąca do kieszeni najmniej zarabiających pracowników trafiałoby 1 181 złotych.

Krytycznie do pomysłu podniesienia płacy minimalnej podchodzą pracodawcy. Ich zdaniem każda kolejna podwyżka kosztów pracy może zniechęcić przedsiębiorców do zatrudniania pracowników.

Prof. Jan Winiecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, również krytykuje propozycję rządu. Według ekonomisty, podwyższanie płacy minimalnej w momencie, kiedy gospodarka spowalnia, uderza w konkurencyjność firm.

– Wszyscy się mierzą do tego podstawowego stopnia, jakim jest płaca minimalna. Jeżeli ten stopień się podniesie, to będzie generować presję na przywrócenie dawnych proporcji płacowych między fachowcami a tymi najsłabszymi zawodowo. To jest ten mechanizm nakręcający presję płacową w dosyć trudnych warunkach makroekonomicznych – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria ekonomista i członek Rady Polityki Pieniężnej.

Argumentacja ta nie przekonuje związkowców, którzy chcieliby, aby płaca minimalna równała się połowie średniego wynagrodzenia. Według NZZ „Solidarność” powinno to być 1626 zł, a OPZZ chce 1676 zł brutto.

Zdaniem prof. Winieckiego większą podwyżką płacy minimalnej rząd może bardziej zaszkodzić niż pomóc najsłabiej zarabiającym.

– Jeżeli rząd zatroszczy się o podniesienie płacy minimalnej, przedsiębiorcy wypłacą ją tylko tym, którzy są w stanie na nią zapracować. A tych, których wydajność pracy będzie niższa, będą zwalniać. Więc jednym się robi dobrze, a drugim – źle – tłumaczy ekonomista.

Tegoroczna płaca minimalna, która wynosi 1,5 tys. zł, to niewiele ponad 40 proc. średniego wynagrodzenia. Zgodnie z ustawą, każdego roku płaca minimalna powinna być podwyższana o planowany wskaźnik inflacji.

Polacy mają prawie 1 bln zł oszczędności

Oszczędności zgromadzonych przez polskie gospodarstwa domowe osiągnęły rekordowy poziom 960 mld zł, z czego aż 500 mld zł stanowią bezpieczne bankowe. Co prawda przez ostatnie 10 lat oszczędności wzrosły dwukrotnie, ale wciąż plasujemy się pod tym względem na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Średnio depozyt na mieszkańca jest 2 razy niższy niż w Czechach i aż 9 razy niższy niż w Belgii – wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów banku BGŻOptima.

Oszczędzamy coraz mniej. Stopa oszczędzania, rozumiana, jako procent dochodu do dyspozycji gospodarstwa domowego, jaki jest odkładany, spada w Polsce od 15 lat i stanowi obecnie około 5 proc.

– To jest dosyć mało porównując do innych krajów Zachodniej Europy. Niemcy czy Belgowie oszczędzają dwa razy więcej w porównaniu do swojego dochodu do dyspozycji – mówi dyrektor banku BGŻOptima Piotr Grzybczak.

Wniosek: Polacy zdecydowaną większość swoich dochodów przeznaczają na konsumpcję, a większe wydatki pokrywają nie z oszczędności, a z kredytów. Zdaniem Piotra Grzybczaka to efekt przyspieszonego tempa wzrostu gospodarczego w ostatnim czasie.

W Polsce średni depozyt na mieszkańca to około 12 tysięcy złotych.

– Dla porównania w Czechach ta liczba wynosi 2,5 razy więcej niż w Polsce, mimo że dochód na mieszkańca w Czechach jest zbliżony do polskiego. Rekordzistami w Europie są Belgowie. Mają prawie 26 tysięcy euro oszczędności na mieszkańca, co jest prawie dziesięć razy wyższą liczbą od polskiej – zauważa Piotr Grzybczak.

Jak podkreśla dyrektor BGŻOptima w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, Polacy wciąż oszczędzają bardzo konserwatywnie. 10 proc. naszych oszczędności to gotówka, którą trzymamy w domu. Unikamy lokowania pieniędzy w bardziej ryzykownych aktywach, a najchętniej korzystamy z krótkoterminowych lokat, które systematycznie odnawiamy. Gotówka i depozyty, czyli najbezpieczniejsze formy gromadzenia pieniędzy, to łącznie ponad 60 proc. naszych oszczędności, podczas gdy w krajach Zachodniej Europy ta liczba waha się od 30 do 40 proc.

Z raportu banku wynika również, że po likwidacji popularnych lokat jednodniowych, które były zwolnione z podatku Belki, poziom depozytów przestał rosnąć. Zdaniem Piotra Grzybczaka to powinno wkrótce ulec zmianie, ponieważ – zgodnie z prognozami ekspertów banku – stopa oszczędzania również powinna wzrastać.

Może się to stać dzięki nowej ofercie banków, namawiającej klientów do długoterminowego oszczędzania. Nowe regulacje dla banków, jak Bazylea III, do której wdrożenia przygotowuje się polski sektor bankowy, powodują, że udział i znaczenie depozytów terminowych, przynajmniej takich na 6 miesięcy oraz dłuższych, będzie rósł.

– Mamy od tego roku indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego. Wciąż jest interpelacja, żeby te IKZE były jeszcze dla klientów korzystniejsze, na co mocno liczymy, bo to oszczędzanie na emeryturę jest ważne dla klientów. Jest ważne również dla gospodarki, ponieważ pozwala dać gospodarce długoterminowe finansowanie – mówi Grzybczak.

Inwestycje, które szczególnie pobudzają gospodarkę, potrzebują właśnie takiego finansowania, które zwykle pochodzi z importu kapitału zagranicznego bądź z długoterminowych depozytów. Zdaniem dyrektora BGŻOptima w sytuacji, z jaką mamy do czynienia, kiedy chęć eksportowania kapitału do Polski jest na Zachodzie nieco mniejsza, to oszczędności są niezbędne, żeby finansować gospodarkę.

– Warto również rozważyć stopniowy powrót na giełdę. Spodziewamy się, że inwestując w długim terminie, na 5 lat, już zaczyna się robić dobry moment, żeby wracać na giełdę, żeby stopniowo, miesiąc po miesiącu swoje zaangażowanie w rynek akcji zwiększać, szukając również tego przysłowiowego dołka, który w najbliższym czasie będzie można już na giełdzie znaleźć – radzi Piotr Grzybczak.

Jak twierdzą eksperci banku, w ciągu ostatnich kilkunastu lat najlepsze średnie stopy zwrotu przynosiły inwestycje w surowce, akcje oraz produkty finansowe o nie oparte. Nadal ciekawym pomysłem pozostaje inwestowanie w ziemię oraz wybrane obligacje korporacyjne dużych przedsiębiorstw, które posiadają stabilną sytuację finansową.

BGŻOptima to pierwszy w Polsce bank internetowy specjalizujący się wyłącznie w oszczędzaniu.

Grupa o2 S.A. planuje debiut na Giełdzie Papierów Wartościowych

Grupa o2 SA, jeden z największych graczy na rynku reklamy internetowej w Polsce, wydawca m.in. takich serwisów jak: o2.pl, Pudelek.pl, Kafeteria.pl i Wrzuta.pl, zamierza zadebiutować na GPW w Warszawie. Spółka planuje ekspansję w nowych segmentach rynku reklamy internetowej, w tym również poprzez akwizycje.

Pierwsza oferta publiczna akcji Grupy o2 SA – piątej co do liczby użytkowników grupy internetowej w kraju – może nastąpić już za kilka tygodni.

– Zależy nam, aby akcje Grupy o2 były plasowane w możliwie najlepszym momencie, dlatego głównym wyznacznikiem najbliższych działań będzie aktualna koniunktura na rynku. Środki od inwestorów przeznaczymy na rozwój posiadanych oraz tworzenie nowych serwisów poszerzających naszą aktualną ofertę reklamową. Ponadto, nie wykluczamy przejęć interesujących podmiotów z naszej branży – komentuje Jacek Świderski, współzałożyciel i członek zarządu Grupy o2.

Grupa o2 SA jest jednym z największych podmiotów na rynku reklamy internetowej w Polsce. Oferta Spółki obejmuje cztery główne segmenty: Display i Wideo, Mailing (m.in. do użytkowników kont pocztowych usługi Poczta o2) oraz Social Media. W tym roku Grupa o2 objęła 30% akcji notowanej na rynku NewConnect spółki Socializer SA, która specjalizuje się w działaniach reklamowych na Facebooku.

– Dzięki sprawdzonemu modelowi biznesowemu, nasza grupa kapitałowa osiąga wysoką rentowność w porównaniu z konkurentami notowanymi na giełdzie, a którzy uzyskują swoje przychody nie tylko z rynku reklamy internetowej. Po raz pierwszy w historii firmy skorzystamy ze środków zewnętrznych, a oferta publiczna pomoże w utrzymaniu wysokiego tempa rozwoju również w kolejnych latach – zauważa Świderski. – Posiadamy czternastoletnie doświadczenie w branży, umiejętność budowania silnych i rentownych marek oraz zdolność reagowania na pojawiające się trendy. Dużo energii poświęcamy na rozwój naszych serwisów, jednocześnie realizujemy kompletnie nowe, w tym również kapitałochłonne projekty. Dla skuteczniejszej realizacji naszej strategii rynkowej chcielibyśmy do naszych atutów dołożyć wsparcie ze strony rynku kapitałowego – dodaje.

W portfolio Grupy o2 SA znajduje się około 70 serwisów internetowych, wśród których najpopularniejsze są: o2.pl, Pudelek.pl, Wrzuta.pl, Kafeteria.pl. Łączna miesięczna liczba użytkowników tych serwisów to blisko 10 milionów (dane na podstawie badania Megapanel PBI/Gemius). Poczta o2 wchodząca również w skład tego portfolio jest obecnie użytkowana przez około 5 mln internautów.

Niniejszy materiał ma wyłącznie charakter promocyjny. Prospekt emisyjny spółki Grupa o2 S.A. („Spółka”), sporządzony w związku z ofertą publiczną i dopuszczeniem akcji Spółki do obrotu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego, jest jedynym prawnie wiążącym dokumentem zawierającym informacje o Spółce i publicznej ofercie jej akcji w Polsce. Prospekt emisyjny Spółki zostanie opublikowany i będzie dostępny na stronie internetowej Spółki pod adresem www.grupao2.pl oraz na stronie internetowej oferującego – Domu Inwestycyjnego BRE Banku S.A. pod adresem www.dibre.pl.

Raport MEC: Kobiety, mężczyźni i ich smartfony

Z badań przeprowadzonych przez MEC Analytics and Insight wynika, że smartfona posiada więcej mężczyzn niż kobiet (68% vs 59%). Także dla mężczyzn posiadanie dostępu do Internetu przez telefon komórkowy jest ważniejsze niż dla kobiet (69% vs 57%.). Ale analizując zachowania Polaków w poszczególnych grupach wiekowych widać wyraźne różnice w sposobie korzystania ze smartfonów.

Kim są posiadacze smartfonów? Wśród osób w wieku 20-24 lata, to kobiety częściej niż mężczyźni są właścicielkami smartfonów, czyli telefonów z dostępem do Internetu (26% i 15%). Te proporcje się wyrównują mniej więcej między 30-34. rokiem życia, a wśród osób powyżej 35 lat dominują już mężczyźni jako posiadacze smartfonów. Biorąc pod uwagę wykonywany zawód właścicieli smartfonów, to studentki i uczennice częściej mają smartfony niż uczniowie i studenci, a mężczyźni posiadający stałą pracę są częściej właścicielami smartfonów niż pracujące na stałe kobiety.

Do czego służą smartfony? Analizując szczegółowe zachowania posiadaczy smartfonów trudno nie zauważyć wpływu płci i wieku na preferowane czynności w Internecie. Generalnie zarówno kobiety jak i mężczyźni równie często korzystają z portali informacyjnych, z poczty służbowej i prywatnej, gier oraz słuchają muzyki. Kobiety częściej niż mężczyźni korzystają z lokalnych portali społecznościowych, Facebooka, komunikatorów, z wyszukiwarek internetowych np. Google, sprawdzają rozkłady jazdy. Mężczyźni częściej niż kobiety wykorzystują smartfona do załatwiania spraw finansowych, lokalizują obiekty, oglądają telewizję internetową, strony o treści erotycznej.

Mężczyźni częściej niż kobiety deklarowali instalowanie dodatkowych aplikacji (73% vs 55%). Ponadto generalnie więcej aplikacji zainstalowanych na swoich smartfonach mają mężczyźni, zarówno jeśli chodzi o aplikacje bezpłatne jak i płatne. Kobiety częściej deklarowały sciąganie jedynie darmowych aplikacji. Spośród tych, którzy korzystają z płatnych aplikacji, to mężczyźni częściej niż kobiety wydają do 10 zł miesięcznie na płatne aplikacje (41% vs 37%).

Smartfon w abonamencie czy na kartę? Tak samo często mężczyźni jak i kobiety płacili za korzystanie ze smartfonów w formie abonamentu (58% vs 59%). Natomiast posiadanie smartfona na kartę, czyli prawdopodobnie na własny użytek deklarowało więcej kobiet. Mężczyźni częściej posiadają służbowy smartfon opłacany przez pracodawcę.

Zdecydowana większość kobiet i mężczyzn (71% kobiet i 62% mężczyzn) deklaruje, że średnie miesięczne wydatki nie przekraczają 25-99 zł. Wydatki powyżej 100 zł deklarowali częściej mężczyźni niż kobiety, zarazem mężczyźni częściej niż kobiety deklarowali wykupienie dodatkowego pakietu danych internetowych (45% vs 35%).

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na próbie 3365 respondentów.

Inwestorzy nie wierzą w Hiszpanię

Brak ważnych publikacji makroekonomicznych łatwo uśpił inwestorów w poniedziałkowej sesji. Senna sesja nie zachęcała do aktywności handlujących. Jedynym punktem odniesienia była Hiszpania, gdzie uwagę przykuwała wysoka rentowność rządowych bonów skarbowych.

To właśnie niepokojąca sytuacja w Madrycie zmusiła inwestorów do pozbywania się akcji na giełdowych parkietach. Obawy wywołała rosnąca rentowność papierów dłużnych. Zysk z 10-letnich benchmarkowych obligacji Hiszpanii ponownie przekroczył psychologiczny poziom 7 proc. przy którym wcześniej inne państwa strefy euro zmuszone były wystąpić z prośbą o pomoc. W tej sprawie debatowali ministrowie finansów państw strefy euro, na czele z szefem Europejskiego Banku Centralnego (EBC) Mario Draghi. Zarówno on, jak i rzecznik Komisji Europejskiej podkreślali, że bezpośrednie dokapitalizowywanie banków ze środków Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) będzie możliwe dopiero, gdy zacznie działać w strefie euro wspólny nadzór bankowy, sprawowany przez EBC. Do tego czasu pomoc dla hiszpańskich banków będzie obciążać dług Madrytu, czego premier Mariano Rajoy chciał uniknąć wymuszając na kanclerz Niemiec Angeli Merkel podczas ostatniego szczytu UE możliwość dokapitalizowywania banków z EMS bez pośrednictwa rządów. Tymczasem wspólny nadzór ma być gotowy przed drugą połową 2013 r., a nawet przed 2014 r. Odległy termin powołania tego urzędu świadczy o tym, że nie jest to łatwy proces, o czym inwestorzy wielokrotnie już się przekonali. Jednocześnie jest to sygnał dla handlujących, że temat Hiszpanii tak szybko nie zniknie z ust polityków, a to oznacza, że momenty niepewności i niepokoju z pewnością dalej będą osłabiać akcję popytową na ryzykowne aktywa.

Tymczasem sesja dla europejskiej waluty przebiegła w dość neutralnym stylu. Niewielkie impulsy wzrostowe przeplatały się z atakami podaży. W rezultacie obraz techniczny dla EUR/USD zmienił się niewiele. Jednakże, niedźwiedzie nadal posiadają przewagę, dlatego zahamowanie tej tendencji będzie niezwykle trudnym zadaniem. Kolejne godziny handlu znów mogą upłynąć w wyniku spadku notowań tej pary walutowej. Niemniej, zanim to nastąpi, rynek będzie musiał nieznacznie odreagować ten cios, dlatego lekkie odbicie(max. do 1,2360) jest realne i będzie naturalnym zachowaniem rynku.

Niewielkie odreagowanie obserwujemy również na rynku GBP/USD. Maksymalny zasięg ruchu na północ to 1,5580. W dłuższym horyzoncie czasowym, celem strony podażowej jest wsparcie 1,5480. Jeśli presja podaży będzie duża i kurs zanurkuje poniżej 1,5480 to droga w rejon 1,5280 zostanie otwarta.

Silna wyprzedaż euro zaszkodziła polskiemu złotemu, który także nie pozostał obojętny na ostatnie wydarzenia w Europie. Z technicznego punktu widzenia ważną rolę w tym procesie odegrało wsparcie na wysokości 3,31-3,32(dołek z 18 i 20 czerwca br.). Wcześniej ta strefa podziałała mobilizująco dla byków, dlatego tym razem sprawdził się czynnik prawdopodobieństwa. Skala odbicia była tak duża, że kurs przełamał opór 3,42, który był dodatkowo potwierdzony linią trendu spadkowego. W związku z tym, można oczekiwać kontynuacji wzrostu kursu do 3,49.

W tym tygodniu systematycznie na wartości tracił z kolei frank szwajcarski wobec dolara amerykańskiego. Każda sesja windowała kurs pary walutowej na nowe maksima. Taka tendencja może ulec przedłużeniu w czasie, jednak tempo wzrostu powinno ulec wyhamowaniu, bowiem obecnie znajdujemy się nad ważnym oporem 0,9750, co będzie pomagać rynkowi w wygenerowaniu korekty spadkowej do 0,9680.

Mimo, że od początku czerwca br. na rynku USD/JPY realizuje się trend wzrostowy, byki tracą siły. Przed ustaleniem nowych maksimów, skutecznie blokuje opór na wysokości 80,10. Kilkunastorazowe próby wyjścia nad ten poziom kończyły się niepowodzeniem ze strony byków, dlatego tą słabość może wykorzystać podaż. W konsekwencji kurs może osunąć się w rejon 79,30. Po przełamaniu tego wsparcia, droga dla niedźwiedzi w rejon 78,80 zostanie otwarta.

Wysokie ceny paliw są niebezpieczeństwem dla całej gospodarki

Statystycznego Polaka wciąż nie stać na tankowanie. Jego niemiecki kolega może za swoją pensję kupić cztery razy więcej benzyny. Polska Izba Paliw Płynnych sugeruje, by rząd zastanowił się nad rozwiązaniami urealniającymi ceny paliw. – Jeżeli w każdym z obszarów uda się poszukać oszczędności o kilka groszy, to będziemy mówili o sukcesie – mówi Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych (PIPP).

Średnie ceny paliw w Polsce wciąż należą do jednych z najniższych w Europie. Jednak siła nabywcza Polaków ogranicza ich dostęp do paliw. W krajach „starej piętnastki” UE wciąż zarabia się o wiele lepiej.

– Średnia płaca np. w Niemczech to jest 2600 euro, w Polsce – 800 euro, a ceny paliw są na bardzo zbliżonym poziomie, różnią się o kilkanaście groszy – tłumaczy Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Dziś za litr popularnej 95-tki płacimy średnio 5,64 zł (dane z 6 lipca). Statystyczny Francuz czy Niemiec za litr tego samego paliwa musi zapłacić 6,74 zł, a Włoch – nawet 7,34 zł.

Ma to wpływ na konkurencyjność i dynamikę gospodarki. Im mniej za naszą pensję możemy kupić, tym wolniej rozwija się nasz rynek.

Dlatego PIPP apeluje do rządu, by podjął działania zmniejszające obciążenia podatkowe na paliwo.

– Jeżeli rząd nie będzie podejmował żadnych decyzji, to w długim terminie trudno jest nam dzisiaj przewidzieć skutki, jakie przyniesie ten wysoki poziom cen paliw dla całej gospodarki. My oceniamy, że będą negatywne – mówi Pupacz.

Szczególnie, że branża paliwowa zdecydowanie oddziałuje na inne sektory gospodarcze. Zdaniem prezes Izby, obserwowane spowolnienie gospodarcze, m.in. w branży budowlanej, może wynikać z wysokich cen na stacjach benzynowych.

Polska Izba Paliw Płynnych podpowiada, że w rozwoju gospodarki pomogłaby pomoc rządu.

– Chodzi o to, żeby o tych wszystkich aspektach podatkowo-prawnych i spekulacyjnych zacząć mówić i zastanawiać się nad wprowadzeniem innych rozwiązań, które pozwolą na urealnienie cen paliw w stosunku do możliwości gospodarek i możliwości nabywczych konsumentów – wyjaśnia Halina Pupacz, prezes Izby, w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Rząd oraz Ministerstwo Finansów wielokrotnie tłumaczyli, że ceny paliw w Polsce nie mogą być już niższe. Tym bardziej, że część z obciążeń regulowana jest na poziomie Brukseli. Według danych resortu finansów nasz kraj korzysta obecnie z najniższych możliwych stawek akcyzowych i opłat paliwowych w całej UE. A te od 1 stycznia 2012 roku wynoszą 359 euro za 1000 litrów benzyny i 330 euro za 1000 litrów oleju napędowego.

Inne rozwiązania dostrzega jednak PIPP.

– Spekulacja cenami i ropą naftową, wysokość podatków akcyzowych i podatku VAT – o tym należy rozmawiać. Jeżeli w każdym z tych obszarów uda się poszukać oszczędności nawet o kilka groszy, to będziemy mówili o sukcesie. Nie będziemy już wówczas mówić o stabilnym poziomie prawie 6 złotych za litr paliwa, tylko będziemy szukać poziomu niższego, który będzie dawał możliwości rozwoju gospodarczego – podpowiada Halina Pupacz.

W Europie nadchodzą czasy coraz droższego paliwa. UE promuje samochody zużywające minimalną ich ilość np. pojazdy hybrydowe czy elektryczne, dlatego chce zwiększać obciążenia na tradycyjne paliwo.

Komisja Europejska proponuje kolejne podwyżki podatku akcyzowego. Jeżeli to zrobi, od 2018 roku diesel i popularny u nas gaz będą jeszcze droższe – kolejno o 25 gr i 80 gr na litrze. Jedynym ratunkiem dla kierowców mogą być obniżki cen ropy naftowej na światowych rynkach i umacniający się złoty. A do tego potrzebna jest korzystna koniunktura i stabilizacja m.in. na Bliskim Wschodzie.

PZU kontynuuje restrukturyzację zatrudnienia

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Zarządy PZU SA i PZU Życie SA kontynuują restrukturyzację zatrudnienia i w dniu dzisiejszym poinformowały związki zawodowe o zamiarze przeprowadzenia kolejnych zwolnień grupowych. Decyzja jest konsekwencją realizacji planu restrukturyzacji przedsiębiorstwa przyjętego na lata 2010 – 2012. Wzorem poprzednich lat, w związku z przeprowadzaniem zwolnień grupowych PZU planuje uruchomienie specjalnego programu, który pomoże pracownikom objętym restrukturyzacją w poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia.

Zgodnie z prawem, proces zwolnień poprzedzony będzie konsultacjami ze związkami zawodowymi działającymi w spółkach.

Kolejny etap restrukturyzacji zatrudnienia w zamierzeniu ma objąć ok. 950 pracowników PZU SA i PZU Życie SA zatrudnionych w jednostkach specjalistycznych, oddziałach regionalnych i w centrali spółek – przy czym blisko 600 osób otrzyma ofertę kontynuacji zatrudnienia w strukturach Grupy PZU, gdyż spółki zamierzają zmienić tym pracownikom warunki zatrudnienia w drodze porozumienia zmieniającego lub wypowiedzenia zmieniającego.

– Restrukturyzacja zatrudnienia jest konsekwencją realizacji wielu projektów polegających na upraszczaniu procesów pracy i ograniczaniu kosztów. Niebawem zaczniemy rozmowy ze związkami zawodowymi. Mamy nadzieję na konstruktywną dyskusję i szybkie zawarcie porozumienia. Naszym celem jest również zapewnienie pracownikom objętym zwolnieniami korzystniejszych warunków odejścia niż gwarantują to przepisy prawa – mówi Olga Zarachowicz, dyrektor zarządzający ds. HR w Grupie PZU.

Oprócz odpraw gwarantowanych przez tzw. ustawę o zwolnieniach grupowych, PZU chce wypłacić dodatkową odprawę zwalnianym pracownikom, którzy zawrą porozumienie o rozwiązaniu stosunku pracy. Zasady związane z procesem zwolnień grupowych oraz wysokość wypłacanych świadczeń będą przedmiotem konsultacji ze stroną społeczną.

7 na 10 Polaków nie ufa agentom biur podróży

68 proc. Polaków nie ma zaufania do agentów biur podróży – dowodzą tego wyniki tegorocznego badania European Trusted Brands. Podobne nastroje panują w innych krajach europejskich.

Agenci biur podróży reprezentują profesję, do której zaufanie ma jedynie 32 proc. polskich respondentów. Taka postawa została zadeklarowana w tegorocznej edycji badania European Trusted Brands, które po raz 12 przeprowadziło Reader’s Digest.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy w Polsce odnotowany został tak niski poziom zaufania do reprezentantów biur prodróży. W 2011 roku brak zaufania do tej profesji deklarowało 69 proc. ankietowanych Polaków, w 2010 r. – 64 proc.

Średnio we wszystkich 15 krajach europejskich objętych badaniem, agentom biur podróży ufa 34 proc. ankietowanych. Najmniejszym zaufaniem darzą tę grupę zawodową mieszkańcy Chorwacji (9 proc.), Rosji (21 proc.), Portugalii (23 proc.), a także Niemiec (27 proc.) oraz Francji (28 proc.). Największym zaufaniem agenci biur podróży cieszą się w Finlandii (58 proc.) oraz w Belgii i Szwajcarii (50 proc).

***

European Trusted Brands to jedno z największych i najszerzej zakrojonych badań konsumenckich, przeprowadzane w Europie przez Reader’s Digest. Oprócz tematyki marketingowej coroczne badanie European Trusted Brands porusza również tematy społeczne. Pozwala na poznanie dominujących nastrojów mieszkańców Europy, postaw i wartości, które kształtują nasze opinie i decyzje, a także zaufanie do wielu innych aspektów życia.

Badanie European Trusted Brands po raz pierwszy przeprowadzono w 2001 roku. Co roku kontynuowane jest ono w kilkunastu krajach europejskich. Tegoroczna – dwunasta już edycja badania – została przeprowadzona w 15 krajach europejskich. Kraje, które zostały objęte tegorocznym badaniem to: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w niej udział 27 467 respondentów.

Badanie realizowano metodą kwestionariusza on-line lub wywiadów pocztowych. Respondenci zostali wybrani spośród wielomilionowej bazy prenumeratorów miesięcznika Reader’s Digest. Jak co roku próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała szeroki profil badanej populacji.

Minister środowiska broni polskiego węgla

– Mamy pomysł na politykę klimatyczną – zapewnia Marcin Korolec. Szef resortu środowiska tłumaczy, że chodzi o takie działania, które będą miały na celu, z jednej strony ochronę klimatu, a z drugiej, nie będą negatywnie wpływać na rozwój gospodarczy.

Minister środowiska twierdzi, że realizacja takiej polityki jest możliwa. Należy tylko wypracować odpowiednie mechanizmy działania.

– Chodzi o to, żeby modelować politykę klimatyczną dotyczącą redukcji emisji dwutlenku węgla w taki sposób, by zatrzymywać i rozwijać przemysł w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Korolec.

Żeby nie dopuścić do przeniesienia produkcji do krajów spoza Unii Europejskiej, czyli zapobiec tzw. ucieczce emisji, trzeba wziąć pod uwagę koszty tej polityki dla przedsiębiorców.

Minister Środowiska dodaje, że jego resort przygotował odpowiednie propozycje w tym zakresie, które będzie starał się forsować na forum UE. Mówią o tym, by nie preferowano żadnego ze sposobów wytwarzania energii.

– Precyzując, chodzi o promocję najlepszych technologii związanych z konkretnymi paliwami energetycznymi: ropą, gazem, węglem kamiennym czy brunatnym – wyjaśnia minister środowiska.

Komisja Europejska chce, by uprawnienia do emisji dwutlenku węgla musiały kupować tylko elektrownie wytwarzające więcej CO2, niż jest to konieczne przy produkcji energii z wykorzystaniem najlepszych dostępnych technologii. Unia nie różnicuje jednak tych technologii dla poszczególnych państw. W rezultacie przyjmuje, że najmniej emisyjne są bloki gazowe, stosowane w większości krajów UE.

Jednak gaz, nawet spalany w starych elektrowniach, zawsze emituje mniej CO2 niż najnowocześniejsze elektrownie węglowe. W efekcie niemal cała polska energetyka, oparta o węgiel właśnie, będzie zmuszona do kupowanie uprawnień do emisji.

Minister Środowiska chce natomiast, by Komisja wyznaczyła poziom najniższej możliwej emisyjności (tzw. benchmark) dla każdego kraju z osobna. To zachęciłoby polskie spółki energetyczne do stosowania najlepszych dostępnych technologii węglowych i nie zmuszało do przestawiania sie na drogi gaz importowany z Rosji.

– Karałoby się tylko tych, którzy nie stosują najlepszych możliwych technologii – minister Korolec tłumaczy pomysł Polski na nową politykę klimatyczno-energetyczną.

Minister środowiska zapewnia, że krajowy przemysł stara się nadążać za tempem zmian w dziedzinie ekologii, ale w tym zakresie dużo jest jeszcze do zrobienia.

– Nie ma dzisiaj alternatywy w stosunku do tzw. zielonej gospodarki – mówi Marcin Korolec. – Jeśli przedsiębiorca myśli o sukcesie swojej firmy w perspektywie nie jednego miesiąca czy roku, ale stu lat, musi koncentrować się na tym, żeby jego firma była jak najmniej energochłonna, zużywała jak najmniej materiałów. Żeby te elementy, które przyczyniają się do wzrostu konkurencyjność przedsiębiorstwa były jak najtańsze, ale też w jak najlepszym stopniu adaptowały się do środowiska.

Zmiany technologiczne wiążą się z wysokimi nakładami finansowymi, na które wielu polskich przedsiębiorców, szczególnie w dobie spowolnienia gospodarczego pozwolić sobie nie może.

Wyjściem są odpowiednie programy pomocowe.

– Tu mamy cały szereg instrumentów, czy w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego, czy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, ale to są instrumenty już istniejące – mówi minister środowiska. – Nowych instrumentów prawdopodobnie nie będziemy już wprowadzać

Sieć hipermarketów Tesco uruchamia sklep online

​Tesco wkracza do Internetu – mieszkańcy Warszawy i okolic mogą już robić zakupy w jednej z największych sieci handlowych nie wychodząc z domu. Wkrótce zakupy on-line zrobimy także we Wrocławiu, a do końca roku w kolejnych 6 – 8 miastach.

Serwis dostępny jest pod adresem tesco.pl/ezakupy. Złożenie zamówienia trwa kilka minut, zaś dostawy realizowane są w ramach dwugodzinnych przedziałów czasowych.

Siłą nowej usługi Tesco jest przede wszystkim szeroki asortyment. Dostawy realizowane są z hipermarketów, co oznacza ok. 17 tysięcy produktów do wyboru. Również ceny produktów on-line są takie same, jak w hipermarkecie. Klienci mogą korzystać z wielu promocji na produkty dostępne on-line i zbierać punkty CLUBCARD.

„Teraz to nie my idziemy na zakupy – to sklep przychodzi do nas” – mówi Mariusz Nowak, menedżer działu sprzedaży internetowej Tesco. „Chcemy dać Klientom gwarancję, że produkty dostarczone do domu będą zawsze świeże i wysokiej jakości – jak bezpośrednio w sklepie”. Obietnicę świeżości spełniać mają specjalne samochody dostawcze, wyposażone w chłodnie i mroźnie. Innymi słowy – dostaniemy na próg domu i zimny jogurt, i lody o właściwej temperaturze -18 st. C.

Dostawy trafiają do klienta następnego dnia po złożeniu zamówienia, w wybranych przez klienta dwugodzinnych „okienkach”. Możemy również zamówić zakupy dziś i zarezerwować dostawę później – choćby po to, by szybko uzupełnić braki w lodówce po tygodniowym urlopie. Dostawy realizowane są przez 7 dni w tygodniu, w godzinach 10 – 22. „Klienci szybko dostrzegli plusy wcześniejszego planowania zakupów. Dotychczas najwięcej zamówień otrzymywaliśmy na te dni, gdy w Warszawie rozgrywane były mecze Euro 2012” – dodaje Mariusz Nowak.

Za zakupy dokonane w e-sklepie Tesco zapłacić można kartą przy okazji składania zamówienia lub przy dostawie. Specjalna cena dostawy to 98 groszy. Tesco zapewnia, iż do końca roku usługa będzie dostępna w kolejnych 6 – 8 miastach. Jeszcze w lipcu zakupy on-line z Tesco zrobią m.in. mieszkańcy Wrocławia.

Zawirowania wokół ustawy o zielonej energii

Strategia Enei zakłada pozyskanie do 2020 roku od 250 do 350 MW mocy zainstalowanej w wietrze oraz ok. 60 MW z biogazu. Wiele wskazuje na to, że Enea będzie musiała skorygować te plany. Choć sam prezes zachowuje zimną krew i ze spokojem przygląda się pracom nad ustawą o odnawialnych źródłach energii.

– Musimy wziąć pod uwagę zmieniające się ustawodawstwo w Polsce. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie będziemy przyglądali się strategii, zwłaszcza w odległej perspektywie. Rok obecny i kolejny to w zasadzie są już określone i sprecyzowane działania. Natomiast, jeśli chodzi o lata od 2016 w górę, na pewno to nie są plany, o których można powiedzieć, że są pewne i konkretne – przyznaje Maciej Owczarek, prezes Enei.

Planów inwestycyjnych Enei, podobnie jak innych firm z branży, nie ułatwiają przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii. Dodatkowo do laski marszałkowskiej niedawno trafił poselski projekt zmian w ustawie Prawo energetyczne.

Propozycje zakładają przeniesienie wprost zapisów z projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii, z wyjątkiem tych, które miały zmienić system dotowania energetyki. To stawia pod znakiem zapytania powstanie ustawy o OZE.

Jednak prezes Owczarek, jak zapewniał w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, ze spokojem przygląda się tym zawirowaniom.

Choć już dziś dochodzi do korekty inwestycyjnych planów. We wsi Gorzesław położonej w powiecie oleśnickim, we wschodniej części woj. dolnośląskiego miała powstać biogazownia o mocy 1,6 MW.

– Inwestycja w Gorzesławiu ma mieć zdecydowanie mniejszą moc, około 1 MW. Prace toczą się zgodnie z harmonogramem i powinny się zakończyć zgodnie z planem – zapewnia Maciej Owczarek.

To jednak stawia pod znakiem zapytania cele Enei dotyczące produkcji energii z biogazu. Na 2012 rok spółka zaplanowała nabycie elektrowni biogazowych o łącznej mocy 5,6 MW.

Oprocentowanie kredytu dla zadłużonych może sięgnąć 40 proc

Firma KRUK wychodzi z ofertą dla wykluczonych z rynku finansowego. Udzieli pożyczki dłużnikom, którzy w całości spłacili swoje zobowiązania, ale ze względu na „złą” historię kredytową mają problem z pożyczeniem pieniędzy w bankach. Oprocentowanie takiej pożyczki sięgnąć może 40 proc.

– Mamy taką sytuacje, że ktoś miał dług w banku, my kupiliśmy ten dług i rozłożyliśmy go na raty i ta osoba spłaciła co do grosza swój dług. Teraz ona dalej ma potrzeby krótkoterminowych pożyczek, ale z rynku jest niemalże wykluczona. My bardzo chętnie pożyczymy takim osobom pieniądze – mówi Piotr Krupa, prezes firmy KRUK.

Osoba, która spłaciła dług w KRUK-u może pożyczyć do 2 tysięcy złotych na rok lub półtora roku, w zależności od jej zdolności kredytowej.

Jak podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Krupa, oferta spółki, chociaż nie jest konkurencyjna wobec ofert bankowych, jest alternatywą dla tzw. szybkich pożyczek z firm parabankowych. Oprocentowanie w kredytach oferowanych przez KRUK-a kształtuje się na poziomie ponad 40 proc.

– Oprocentowanie jest trochę wyższe niż oprocentowanie w bankach, które dzisiaj się waha na poziomie dwudziestu paru procent. Natomiast jest niższe niż w firmach, które specjalizują się w szybkich pożyczkach, gdzie procedury są bardzo ułatwione, ale ten kredyt jest relatywnie drogi – wyjaśnia Piotr Krupa.

Na ofertę może znaleźć wielu chętnych. Z dłużnikami KRUK-a związanych jest blisko 2 mln osób. Jak podkreśla prezes spółki, jest duża szansa, że część z nich po spłacie terminowej pożyczki w KRUK-u powróci na rynek bankowy z pozytywną opinią.

– Po spłacie u nas kredytu, my poinformujemy o tym Biuro Informacji Gospodarczej i taka osoba będzie mogła wrócić za rok, za dwa na rynek bankowy i powiedzieć: miałam kiedyś kłopoty, byłam na czarnych listach, ale zobaczcie, ostatnio brałam kredyt i spłaciłam, tu jest zaświadczenie z Biura Informacji Gospodarczej – tłumaczy prezes Krupa.

KRUK zamierza wciąż inwestować w rynki zagraniczne. Po zdobyciu rynku polskiego, czeskiego i rumuńskiego, KRUK rozważa wejście na inne rynki regionu.

– Nasi klienci, czyli główne bankowe grupy operują nie tylko w Polsce, Czechach i Rumunii, ale także w innych krajach Europy Środkowej. Ambicją firmy KRUK jest bycie liderem na rynku w Europie Środkowej – zapowiada Piotr Krupa. – Rozważamy, przyglądamy się innym rynkom, ale jeszcze nie podjęliśmy ostatecznie żadnej decyzji.

Prezes spółki zapewnia, że mają w tym pomóc dwie kluczowe linie produktowe. Po pierwsze rozwój informacji gospodarczej. W Polsce to jest Biuro Informacji Gospodarczej, rejestr dłużników ERIF, który ma blisko 1 mln 200 tys. rekordów w swojej bazie.

– Bardzo wierzymy w tę linię – podkreśla Piotr Krupa. – Przez ostatni rok rejestr urósł nawet trzykrotnie. Sądzimy, że w przyszłości to będzie ewoluowało w bardzo dobry biznes. Na całym świecie biznesy informacji gospodarczej są bardzo potrzebne rynkowi i szybko się rozwijają. Szczególnie, teraz, kiedy zarządzanie ryzykiem gospodarczym jest kluczowe.

Rynek wierzytelności w Polsce z roku na rok staje się coraz większy. Tak zwane „złe” kredyty w bankach to prawie 80 mld złotych. Niemal połowa tej kwoty to zobowiązania gospodarstw domowych i osób fizycznych. Według szacunków KRUK-a w tym roku banki sprzedadzą na polskim rynku wierzytelności o wartości nawet 7 mld zł. Jeszcze dwa lata temu wartość rynku wierzytelności była dwa razy mniejsza.

Kulczyk buduje morskie farmy wiatrowe

– Zielona energia jest bardzo ważna. Nie wszystko, co tanie jest dobre, czasami rzeczy drogie są niezbędne. Tak jest, jeżeli się myśli się w kategoriach większych ram czasowych, a przede wszystkim myśli się o przyszłości – tak Jan Kulczyk komentuje dla Agencji Informacyjnej Newseria, dlaczego zdecydował się na inwestycję w farmę wiatrową na morzu.

Jego projekt może ruszyć jako pierwszy tego typu w Polsce i to już niebawem. Trwa dopełnianie formalności związanych z inwestycją. Wykonawca farmy wiatrowej wybrany zostanie na drodze przetargu. Nieznany jest jednak termin jego ogłoszenia.

– Myślę, że po wszystkich tych formalnych zgodach, które ja mam nadzieję w najbliższych tygodniach będziemy już posiadali – przewiduje Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Kulczyk Holding.

Jeszcze trudno określić, kiedy popłynie prąd do naszych gniazdek. Jan Kulczyk nie ma jednak wątpliwości, że inwestycja będzie udana.

– Myślę, że tak, jak w przypadku autostrady – oddaliśmy ją pół roku przed czasem – i tę inwestycję skończymy nie tylko przed czasem, ale w standardzie najlepszym na świecie – zapewnia Jan Kulczyk.

Morska farma wiatrowa ma mieć 1200 MW. To pozwoliłoby dostarczyć energię do 700 tys. domów.

Rośnie sprzedaż nowych aut w Polsce

Rynek motoryzacyjny w Polsce wymaga dalszego ożywienia. – Za dużo nowych samochodów wyjeżdża zagranicę – ocenia Prezes Polskiej Izby Motoryzacji, Roman Kantorski. Liczba noworejestrowanych aut w Polsce, po ubiegłorocznych spadkach, w tym półroczu wzrosła o ok. 10 proc. Szef PIM zauważa, że ten wynik powinien być dużo lepszy, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkość produkcji samochodów w Polsce.

Sytuacja na polskim rynku motoryzacyjnym jest zgoła odmienna od europejskich tendencji. W krajach unijnych wciąż maleje zainteresowanie nowymi samochodami. W Polsce od początku roku liczba nowych zarejestrowanych pojazdów przekroczyła 125 tysięcy, czyli o 10,4 proc. więcej niż przed rokiem. Zdaniem ekspertów trudno mówić o boomie, tym bardziej, że z miesiąca na miesiąc dynamika wzrostu spada, a czerwiec okazał się dużo słabszy niż w 2011 roku.

Według Romana Kantorskiego na niską sprzedaż nowych aut wpływają m.in. niekorzystne przepisy dla przedsiębiorców.

– Słaba sprzedaż samochodów to w tej chwili przede wszystkim wina braku możliwości odpisania VAT-u od samochodu osobowego przez przedsiębiorcę – mówi prezes PIM, Roman Kantorski. – Dziwnie się utarło, że przedsiębiorca nie potrzebuje samochodu albo musi kupić od razu samochód dostawczy.

Prezes Izby zwraca uwagę w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że nie w każdym przedsiębiorstwie jest potrzeba budowy floty pojazdów ciężarowych czy dostawczych. Wręcz przeciwnie. Często konieczny jest zakup samochodu kombi lub sedan, który przez pięć dni jest użytkowany w firmie, dwa dni służy prywatnym potrzebom przedsiębiorcy.

– Można go nawet obciążyć podatkiem dochodowym w tym momencie z tego tytułu używania – mówi Kantorski.

Zmiana przepisów mogłaby ożywić rynek, stając się impulsem do dalszego, dynamicznego rozwoju. Dziś trudno oceniać długoterminowe perspektywy, zarówno dla płaszczyzny sprzedaży, jak i produkcji.

– Trzeba być bardzo ostrożnym przy prognozowaniu produkcji samochodów w Polsce dlatego, że za dużo ich wyjeżdża z Polski – ocenia szef PIM. – Aż 97 proc. produkcji samochodów z Polski wyjeżdża za granicę, a przyjmuje się, że w kraju produkującym powinno zostać do sprzedaży co najmniej 20 proc.

Polska cały czas pozostaje jednym z wiodących podwykonawców części i podzespołów do produkcji samochodów. Produkujemy części praktycznie dla wszystkich europejskich marek. Trudno jednak oczekiwać przełomu, jakim byłaby, na przykład produkcja samochodu elektrycznego.

– Wątpię, żebyśmy byli w stanie produkować samochód elektryczny od A do Z, bo to są koszty rzędu 3-5 mld euro, więc uruchomienie takiej produkcji jest chyba nierealne – ocenia Roman Kantorski.

W jego ocenie, Polska może, a nawet powinna sprzedawać myśl techniczną, inżynieryjną czy gotowe już komponenty. Wymaga to wkładu finansowego w innowacyjność naszej gospodarki, ale są to pieniądze, które zwrócą się z zyskiem. Tym bardziej, że – jak podkreślają eksperci – rynek kiedyś będzie musiał musi wyjść z zapaści, a Europa jest i pozostanie liderem pod kątem produkcji nowych pojazdów. Bo mimo że droga, to najnowocześniejsza.

– Większość nowinek światowych pochodzi z Europy – zauważa Kantorski.

I dodaje, że producentom z Indii czy Chin trudno będzie zawojować europejskie rynki.

– Nie mówię o jakości, bo tego nawet nie próbuje oceniać, ale ich wyposażenie, zabezpieczenia, bezpieczeństwo w standardowym samochodzie, produkowanym masowo, ma się bardzo daleko do Europy – mówi prezes PIM.

Dlatego samochody te musiałyby być specjalnie dostosowywane do norm europejskiej homologacji.

– Chodzi chociażby o poduszki powietrzne, poduszki na kolana, o to, że paliwo się nie może się wylewać z samochodu po przewróceniu się auta – wymienia szef Polskiej Izby Motoryzacji.

Kolejne częstotliwości dla telekomów

W tym roku operatorzy telekomunikacyjni powalczą o częstotliwości z pasma 1800 MHz, w przyszłym – o 800 MHz. A to nie koniec. Jak podkreśla prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, trwają prace nad uwolnieniem częstotliwości z pasma 400 MHz. – Widzę dużą wolę współpracy ze strony wojska – ocenia Magdalena Gaj.

Częstotliwości, które wychodzą spod kontroli wojska, mają być przeznaczane na potrzeby rozwoju rynku telekomunikacyjnego, w szczególności na usługi głosowe i przesył danych.

Jak zapewnia szefowa UKE, współpraca Urzędu z wojskiem układa się pomyślnie i nie ma żadnych zaburzeń w przekazywaniu częstotliwości. W tym roku wojsko przekazało częstotliwości z pasma 1800 MHz. Przetarg na zakup tych wyjątkowo cennych, szczególnie dla rozwoju szybkiego internetu, częstotliwości zostanie, według zapowiedzi UKE, ogłoszony w II połowie lipca.

– Dostaliśmy również częstotliwości 800 MHz, które będą uwolnione od 1 stycznia 2013 roku – dodaje Magdalena Gaj. I zapowiada: – W przyszłym roku może być duży przetarg, duża aukcja na te częstotliwości.

Obie strony pracują teraz nad uwolnieniem kolejnych zakresów częstotliwości, tym razem z pasma 400 MHz. Trwają m.in. prace nad wprowadzeniem do Prawa telekomunikacyjnego możliwości sprzedaży pasm na drodze aukcji.

– Wojsko ma swoje funkcjonujące systemy, to się dla nich wiąże z finansami i nawet kiedy jest ich zrozumienie dla naszych potrzeb, to mają jakieś ograniczenia finansowe – tłumaczy szefowa UKE w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Nie mogą tego sprzętu przestroić i przenieść w inne zakresy. To jest trudne.

Prezes Budimeksu: kilkadziesiąt tys. osób z branży budowlanej straci pracę

W budowlance i drogownictwie pracuje ponad 700 tys. ludzi, a cała branża odpowiada za 6 – 7 proc. PKB. To może się wkrótce zmienić – ostrzegają przedstawiciele firm budowlanych. Drogie materiały i zatory płatnicze spowodowały, że firmy borykają się z coraz większymi problemami. – W tym roku upadłość ogłosiło już 110 firm z sektora, ta liczba niestety rośnie – mówi Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

W budownictwie pracuje ok. 600 tys. osób, w drogownictwie – 160 tysięcy. Wiele z nich może się obawiać o swoje miejsca pracy.

– Spodziewamy się zwolnień w całej branży rzędu, niestety, kilkudziesięciu tysięcy pracowników, łącznie z podwykonawcami – podkreśla Dariusz Blocher, prezes Budimeksu w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Bardzo nad tym ubolewamy, bo jednak powinniśmy budować siłę tych firm po to, żeby sprawniej móc realizować kontrakty w przyszłym roku.

Jak podkreśla prezes spółki, zwolnienia dotkną prawdopodobnie zarówno małe, jak i duże firmy budowlane.

– Odpowiadamy za 6 – 7 proc. PKB, więc spadek inwestycji i prawdopodobne zwolnienia, które już się zaczęły, doprowadzą tylko i wyłącznie do pogorszenia sytuacji w gospodarce całego kraju – prognozuje Dariusz Blocher.

Dlatego – w jego opinii – najpoważniejszym wyzwaniem jest teraz rozwiązanie problemu płynności finansowej firm budowlanych i rekompensat ze strony inwestorów publicznych strat poniesionych przez firmy na nierentownych kontraktach.

– Kontrakty, które teraz realizujemy, są bardzo nierentowne, ze względu na to, że były podpisywane w niekorzystnych warunkach ze wszystkimi ryzykami po stronie generalnych wykonawców. To jest problem krótkoterminowy – podkreśla prezes Budimeksu. – Rozwiążmy go i wyciągnijmy z tego wnioski.

Wnioski, które miałyby polegać na zmianach w prawie.

– Wprowadźmy pewne standardy umów, które rozkładają po równo ryzyko pomiędzy inwestorem a wykonawcą, pewne indeksacje cen i większą elastyczność w tych umowach – proponuje Blocher.

Jego zdaniem potrzebne jest również lepsze planowanie inwestycji budowlanych i infrastrukturalnych w czasie. Fakt, że Polska dostała po raz pierwszy tak dużo środków z funduszy unijnych i że Polska została organizatorem Euro 2012, spowodował kumulację inwestycji w ostatnich kilku latach.

– Ponieważ wiele lat nie były przygotowywane inwestycje tak, jak byśmy chcieli, to nagle, w bardzo krótkim czasie musieliśmy wykorzystać wszystkie środki – mówi prezes Budimeksu. – Jedynym pomysłem jest to, żeby nie kumulować wydatków w taki sposób, że w jednym roku jest miliard złotych, a w drugim dziesięć miliardów złotych.

Jak podkreśla Dariusz Blocher, trzeba rozkładać środki na całą perspektywę, planować długoterminowo, nie koncentrować tych inwestycji w jednym czasie, po to, żeby logistycznie można było lepiej pracować.

– Żeby w PKP pasażerowie tak bardzo nie narzekali, że cała trasa z Warszawy do Gdańska jest zamknięta, tylko żeby można to było jakoś sensownie zorganizować – podaje przykład. – Czyli tak planujmy te inwestycje, ale nie tylko w centralnym budżecie, ale także miejskim, żeby rozłożyć to na większą ilość lat.

Z powagi sytuacji w branży budowlanej zdają sobie również sprawę rządzący. Wicepremier Waldemar Pawlak zaproponował ostatnio, by rząd mógł przejmować upadające firmy budowlane. Zgodnie z pomysłem wicepremiera, przejmującym byłaby Agencja Rozwoju Przemysłu, która po procesie restrukturyzacji w spółce i dokończeniu jej kontraktów, sprzedawałaby ją prywatnym inwestorom giełdowym.

Resort gospodarki walczy o dłuższe życie Specjalnych Stref Ekonomicznych

14 Specjalnych Stref Ekonomicznych – zgodnie z obowiązującym prawem – będzie funkcjonować tylko do 2020 roku. Resort gospodarki chce wydłużenia czasu ich działania przynajmniej do 2026 roku. Już jesienią rząd ma zająć się przygotowaną przez ministerstwo ustawą, która wydłużyć miałaby możliwość funkcjonowania stref.

– Mamy z jednej strony bardzo ważne zadanie, tzn. przedłużenie stref, a drugie zadanie – to zmiana ich ukierunkowania – mówi wiceminister gospodarki, Ilona Antoniszyn-Klik.

Chodzi o ich dostosowywanie do zmieniających się warunków gospodarczo – ekonomicznych.

– To znaczy rozszerzenie pakietu działań, którymi mają się zająć, żeby przyciągać więcej inwestorów, żeby tworzyć lepszy klimat inwestycyjny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria wiceminister gospodarki. – Rozmawiamy z inwestorami, szukamy także ich wsparcia.

Nowa ustawa ma trafić na posiedzenie rządu jesienią, najprawdopodobniej pod koniec września lub na początku października. Później zajmie się nią Sejm.

Zanim to nastąpi resort gospodarki chce, za pomocą rozporządzeń, przedłużyć funkcjonowanie stref do 2026 roku. Eksperci alarmują, że bez tego inwestycje przestaną napływać do Polski już za 2 lata.

– Przedłużenie działania stref jest przykładem utrzymywania stabilności sytemu inwestowania w Polsce, bo jak wiemy, specjalne strefy ekonomiczne były jednym z głównych czynników, które powodowały duże zainteresowanie inwestowaniem – zauważa Antoniszyn-Klik.

W Polsce zlokalizowanych jest dziś 14 specjalnych stref ekonomicznych. Podmioty, skupione na ich obszarze mogą liczyć na preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej. M.in. na ulgi podatkowe.

Według ocen resortu gospodarki, dzięki funkcjonowaniu specjalnych stref ekonomicznych powstało ponad 250 tysięcy miejsc pracy, a inwestycje sięgnęły około 80 miliardów złotych.

Szef resortu, Waldemar Pawlak zaproponował niedawno, by SSE funkcjonowały bezterminowo, na terenie każdej gminy, a ich formuła funkcjonowania rozszerzona była o inicjatywy klastrowe i technologiczne. M.in. takie propozycje mają się znaleźć w projektowanej ustawie.

PGE chce zmian w podatkach, które pomogą ruszyć z atomową inwestycją

Polska Grupa Energetyczna apeluje o zmiany w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczące przepisów podatkowych. Chce m.in., by nakłady na wstępną fazę projektu budowy elektrowni jądrowej mogłyby być zaliczone jako koszty uzyskania przychodów. W przeciwnym razie cały projekt może okazać się jeszcze droższy. Obecne regulacje są niewystarczające do realizacji tak długotrwałej i skomplikowanej inwestycji.

Bogusława Matuszewska


– Inwestycja w elektrownię jądrową jest bardzo złożonym projektem, długotrwającym i niezwykle intensywnym z punktu widzenia zaangażowania kapitałowego. Dlatego też wymaga szczególnych uwarunkowań formalno-prawnych – informuje Bogusława Matuszewska, wiceprezes Polskiej Grupy Energetycznej.

Aby uregulować te kwestie, w minionym roku, po zaledwie miesiącu prac, zostało znowelizowane Prawo atomowe. Określa zasady pracy elektrowni jądrowej i dozoru nad nią.

– Czekamy też na następne ruchy, czyli pewne zmiany w prawodawstwie. Zarówno pod kątem możliwości realizacji procesu zakupowego, który jest niezwykle krytycznym procesem, jak też zmiany w prawie podatkowym, które umożliwią zrealizowanie tej inwestycji w sposób absolutnie profesjonalny. Czyli będą dopasowane do jej skali i złożoności – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bogusława Matuszewska.

Wiceprezes PGE zwraca uwagę, że obecnie nie mamy do czynienia z tak długo trwającymi projektami, jak budowa i eksploatacja elektrowni jądrowej. Sam proces inwestycyjny, czyli od momentu rozpoczęcia przetargów do świadczenia usług, trwa nawet do 15 lat. Zaś okres użytkowania takiej elektrowni wynosi 60 lat.

– W tej sytuacji cały proces inwestycyjny, wymaga dużego zaangażowania kapitałowego. Jakiekolwiek opóźnienia mogą więc skutkować różnymi finansowymi konsekwencjami. Dlatego prawo podatkowe dające możliwość realizacji fazy wstępnej projektu i zaliczania tego w koszty uzyskania przychodów jest istotne – tłumaczy Bogusława Matuszewska.

Budowa elektrowni jądrowej może pochłonąć nawet 55 mld zł. Pierwszy z dwóch reaktorów o mocy do 3 tys. MW ma zostać postawiony do 2023 r. Za tę inwestycję odpowiada spółka energetyczna PGE.

Upadek Sky Club to kolejne, ale nie ostatnie bankructwo w branży turystycznej

W maju tego roku aż 439 polskich biur podróży znalazło się na liście firm niewypłacalnych. W czerwcu przybyło w Krajowym Rejestrze Długów kolejnych 7 podmiotów prowadzących działalność turystyczną i jest już ich łącznie 446. To prawie jedna piąta wszystkich działających w Polsce.

W bierzącym roku upadła Triada, Excalibur Tours, a bankructwo Sky Club to najprawdopodobniej nie ostatnie w branży turystycznej w tym sezonie. W czerwcu przybyło w Krajowym Rejestrze Długów kolejnych 7 podmiotów prowadzących działalność turystyczną i jest już ich łącznie 446. To prawie jedna piąta wszystkich działających w Polsce.

W ciągu ostatnich 2 lat liczba zadłużonych biur podróży i agencji turystycznych notowanych w Krajowym Rejestrze Długów gwałtownie wzrasta. O ile w lutym 2011 roku było ich 150, to w lipcu ubiegłego roku już 204. Ale gwałtowny wzrost wpisów nastąpił po poprzednim sezonie. W lutym tego roku notowanych w KRD było już 426, a na koniec czerwca 446. W Polsce działa ok. 3,2 tys. licencjonowanych organizatorów turystyki.

– Branża turystyczna od 2 lat przeżywa kryzys i to uwidacznia się w naszym rejestrze. Rosnące kursy walut, zamieszki w Afryce Północnej i w Grecji, kryzys ekonomiczny na południu Europy i obawy przed kryzysem w Polsce sprawiają, że z roku na rok maleje liczba osób korzystających z usług biur podróży, a to przekłada się na mniejsze zyski. Kłopoty mają już nie tylko mali i średni organizatorzy turystyki, ale także ci najwięksi. W KRD jest notowanych kilka biur z pierwszej 10 – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

W 2010 roku z usług branży turystycznej skorzystało 6,6 mln turystów, rok temu już 5,5 mln. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich jeszcze mniej. Biura muszą dzielić się coraz mniejszym tortem, pracują więc na coraz niższych marżach. Niestety 3 bankructwa od maja oraz rosnąca liczba zadłużonych biur i agencji turystycznych pokazuje, że zyski są za małe, aby pokryć koszty działalności.

Niepokojące jest to, że z bankructwami mamy do czynienia na początku sezonu, kiedy do touroperatorów napływa strumień gotówki od klientów wpłacających na wczasy, z których dopiero skorzystają, a więc za które biuro nie musi jeszcze w pełni zapłacić swoim kontrahentom.

Każdy turysta może sprawdzić Serwisie Ochrony Konsumenta Krajowego Rejestru Długów, czy biuro, z którym wybiera się na wakacje nie jest zadłużone. Jeśli będzie notowane jako dłużnik, w raporcie znajdzie się informacja o tym, kto jest wierzycielem, jak jest kwota długu, od kiedy istnieje i czy dłużnik go nie kwestionuje. To ważne, bo dla oceny kondycji finansowej biura nie jest istotna kwota zadłużenia, a wierzyciel. Jeśli jest to np. firma ubezpieczeniowa, w której każdy organizator musi wykupić obowiązkową polisę na wypadek bankructwa, to lepiej już z takim biurem nigdzie nie jechać.

Rządy państw szukając oszczędności decydują się na sprzedaż swoich majątków

W Grecji, z tego powodu sprzedano w tym roku aktywa o wartości 80 milionów EUR. Kolejne państwa uważnie przyglądają się posiadanym nieruchomościom i rozważają podobne kroki, a także weryfikują obecne umowy dzierżawy i wynajmu. W Wielkiej Brytanii pozyskano w ten sposób 190 mln funtów. Według raportu Deloitte, zarządzanie nieruchomościami przyniesie pożądane oszczędności, jeżeli strategia będzie opierać się m.in. na zintegrowanym działaniu wszystkich jednostek oraz współpracy z sektorem prywatnym.

Zgodnie z globalnym raportem Deloitte pt. „Polityka zarządzania powierzchnią biurową. Jak poprawić proces zarządzania nieruchomościami w sektorze publicznym” coraz więcej rządów, które są jednymi z największych użytkowników nieruchomości na świecie, w celu uzyskania oszczędności dokonuje rewizji posiadanych dóbr oraz podejmuje kroki w celu bardziej efektywnego ich wykorzystania. Niektóre z nich, w ramach szukania dodatkowych funduszy rozważają nawet sprzedaż posiadanych aktywów. Przykładem jest rząd australijski, który rozważa odsprzedaż wybranych portów. O krok dalej poszedł rząd grecki, który od lutego bieżącego roku wystawił na sprzedaż majątek o wartości 50 miliardów EUR, jednakże do tej pory udało mu się pozyskać tylko 180 milionów EUR.

Po kryzysie finansowym w 2008 r. rząd Wielkiej Brytanii wprowadził oszczędności we wszystkich obszarach administracji. Jak wynika z danych Urzędu Rady Ministrów Wielkiej Brytanii dzięki poprawie kontroli odnawianych umów najmu i dzierżawy, w ciągu ostatnich dwóch lat państwo zaoszczędziło 190 mln GBP. Nie tylko administracja publiczna na Wyspach rozumie wartość strategicznego zarządzania aktywami. Obecnie przed podobnym wyzwaniem stoi czeski rząd. W jego posiadaniu jest 1,9 miliona metrów kwadratowych powierzchni, którą zajmują pracownicy administracji publicznej. Oznacza to, że średnio na jedną osobę przypada 27 metrów kwadratowych, co jest znacznie powyżej standardów efektywnego wykorzystania powierzchni w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej chwili obsługa i utrzymanie majątku kosztuje ponad 2 miliardy EUR.

Zmiana strategii zarządzania aktywami należącymi do administracji publicznej wymaga odpowiedniego przygotowania i zaplanowanej strategii. Eksperci Deloitte przedstawiają w raporcie kilka kluczowych czynników sukcesu w zakresie zarządzania nieruchomościami w kontekście ograniczeń budżetowych i zmieniających się potrzeb. Przede wszystkim obszar ten musi być traktowany jako jeden z istotnych koordynowany przez specjalnie wydzielone osoby, które będą dysponowały odpowiednimi uprawnieniami. Ponadto ważna jest właściwa koordynacja poszczególnych aspektów związanych z zarządzaniem majątkiem i stworzenie zintegrowanej strategii we wszystkich jednostkach administracji. Niezbędne jest także zintensyfikowanie wysiłków mających na celu bardziej efektywne gromadzenie i wykorzystywania danych na temat nieruchomości, a także ściślejszą współpracę z sektorem prywatnym.

Władze na całym świecie prowadzą działania mające na celu łączenie jednostek administracji w jednej lokalizacji oraz uzyskanie korzystniejszych warunków umów z właścicielami wynajmowanych nieruchomości z tytułu skali zawieranych transakcji. Jednak prawdziwe obniżenie kosztów będzie wymagało zastosowania bardziej radykalnego podejścia, współpracy między departamentami i agencjami, lepszego wykorzystania powierzchni, zasadniczej zmiany dystrybucji aktywów sektora publicznego oraz istotnych przemian kulturowych.

„W Polsce mamy blisko dwa i pół tysiąca gmin, kilkaset powiatów (w tym 65 miast na prawach powiatu) oraz dodatkowo 16 województw, kilkanaście ministerstw, a oprócz tego znaczną liczbę agencji i przedsiębiorstw publicznych. To wszystko oznacza co najmniej setki miliardów złotych w postaci gruntów, budynków i nieruchomości przemysłowych. W 2010 r. wartość księgowa nieruchomości, gruntów i obiektów inżynieryjnych w bilansie M. St. Warszawy to łącznie ponad 70 mld PLN. W przypadku Krakowa analogiczne kwota to ok. 50 mld, a w przypadku np. znacznie mniej zamożnego, ale prężnie się rozwijającego i modernizującego Lublina mówimy o wartości wskazywanego mienia wynoszącej ok. 2 mld PLN. Optymalizacja zarządzania tym majątkiem przełoży się na istotne zwiększenie przychodów instytucji publicznych w Polsce, tym samym oznaczać będzie m.in. przyspieszenie procesów modernizacyjnych miast” – mówi Radosław Kubaś, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Polska wśród krajów o najniższym poziomie stabilności podatkowej

Podatki w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii i Rosji są najmniej stabilne w Europie. Najwyżej równowagę swojego otoczenia prawnego oceniają podatnicy w Szwajcarii, Danii, Luksemburgu i Szwecji. 50% respondentów uznaje, że niestabilność systemów podatkowych i częste zmiany prawa niekorzystnie wpływają na ich działalność biznesową. Polska, Rosja i Portugalia to kraje, w których przedsiębiorcy wytoczyli organom podatkowym najwięcej spraw sądowych – to główne wnioski z badania stabilności otoczenia podatkowego przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 24 krajach regionu EMEA.

Z badania Deloitte wynika, że większość firm w regionie EMEA ma dobre relacje z władzami podatkowymi, aż 65% badanych określa je jako dobre a 27% nawet jako bardzo dobre. Niemniej jednak, aż 15% respondentów w Austrii, Włoszech, Polsce, Rumunii oraz Rosji ocenia te relacje jako złe lub bardzo złe. Podatnicy europejscy podkreślają, że jakość relacji zależna jest od konkretnego działu w urzędzie skarbowym, 21% badanych zgłaszało problemy we współpracy z działem CIT, a prawie 20% z działem VAT. Ponad połowa respondentów międzynarodowego badania uznała, że niepewność podatkowa to istotny czynnik wpływający niekorzystnie na bieżące działania operacyjne firmy. Szczególnie mocno odczuwają to podatnicy na Węgrzech, w Kenii, Polsce, Portugalii oraz Rumunii. Ponad 1/3 badanych przedsiębiorców uważa, że tę niestabilność powodują przede wszystkim częste zmiany regulacji podatkowych, ale także zbyt długi czas trwania postępowań podatkowych (12,4%), a następnie zmienność praktyki orzeczniczej i publicznie dostępnych wytycznych urzędów (12.1%).

„Warto zauważyć, że ponad 70% polskich uczestników badania wskazało na niestabilność systemu podatkowego, jako na czynnik, który ma negatywny wpływ na prowadzoną przez nich działalność. Odzwierciedleniem tej niepewności jest częste korzystanie z zabezpieczenia pozycji podatkowej jaką daję uzyskanie indywidualnej interpretacji podatkowej. 67% polskich respondentów potwierdziło, że w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie występowało z wnioskiem o wydanie takiej interpretacji (w Niemczech tylko 13%). Niewątpliwie główną przyczyną takiej sytuacji jest częsta zmiana przepisów podatkowych. Niestety, wydaje się, że w tym obszarze nie możemy liczyć na stabilizację, Ministerstwo Finansów zapowiedziało kolejne zmiany ustaw podatkowych, które mają wejść w życie w ciągu najbliższego roku.” – uważa Tomasz Siek, Menedżer w Zespole Podatków Pośrednich Deloitte.

Krajem o najbardziej stabilnym systemie podatkowym według badanych jest Szwajcaria. Ponad 80% podatników szwajcarskich uważa, że żadne inne europejskie państwo nie może poszczycić się podobnie wysokim poziomem pewności podatkowej.

Zdaniem respondentów, na poziom niepewności podatkowej duży wpływ mają także zasady wydawania interpretacji przepisów. Podatnicy coraz częściej korzystają z możliwości potwierdzenia stanowisk w organach podatkowych drogą interpretacji kierując zapytania bezpośrednio do swoich organów podatkowych. Pomijają w ten sposób jednostek wyspecjalizowanych w wydawaniu tego typu wyjaśnień.

Z różnych dróg uzyskania interpretacji władz podatkowych korzysta ponad ¼ podatników. Prawie 36% respondentów badania Deloitte, szczególnie w Rumunii i Rosji uważa, że praktyka uzyskiwania interpretacji jest zbyt wolna. Ponad 32% respondentów uważa, że procedury ich uzyskiwania powinny ulec poprawie.

Jedna piąta respondentów europejskich zauważa wzmożone działania kontrolne. W trakcie ostatnich 3 lat prawie 1/3 badanych doświadczyła kontroli w zakresie podatku VAT oraz CIT. U około 10% podatników organy skontrolowały ceny transferowe, opodatkowanie międzynarodowych transakcji oraz podatek dochodowy od osób fizycznych. Niecałe 6% wyjaśniało inspektorom skarbowym swoje rozliczenia celne, akcyzowe oraz opodatkowanie majątku (property tax). Większa ilość kontroli podatkowych najbardziej widoczna jest w Rosji, gdzie ponad połowa ankietowanych obserwuje to zjawisko.

Większość respondentów deklaruje gotowość odwołania się do sądu od niekorzystnej decyzji władz podatkowych, choć jedynie co czwarty skierował tam sprawę w ciągu ostatnich 3 lat. Spory z władzami są najczęściej wyjaśniane na poziomie postępowania administracyjnego. W Szwajcarii, Holandii oraz Szwecji ponad 70% respondentów uważa, że tą drogą są w stanie osiągnąć satysfakcjonujące ich rozwiązanie. Z kolei w Norwegii, Rosji oraz krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce, optymizm przedsiębiorców z północy Europy podziela jedynie mała część badanych. Około 78% badanych przez Deloitte potwierdza gotowość ewentualnego dochodzenia swoich spraw na drodze sądowej w razie uzyskania negatywnego rozstrzygnięcia postępowania administracyjnego, a we Francji, Portugalii, Rosji czy Szwecji nawet 90%. Mimo deklarowania wysokiego prawdopodobieństwa wstąpienia na drogę sądową, jedynie 26% respondentów rzeczywiście rozpoczęło takie działanie w ciągu ostatnich 3 lat.

Większość respondentów (83%) jest przekonana, że ich firma zostanie potraktowana rzetelnie przez władze podatkowe, podczas gdy 17% z nich wyklucza szanse na sprawiedliwe traktowanie. Liczba ta jest szczególnie wysoka w Rumunii, gdzie 43% podatników uważa, że ich firma nie otrzymałaby gwarancji uczciwego postępowania ze strony Rumuńskiego Urzędu Skarbowego. 12% respondentów, głównie z Rosji i Rumunii, potwierdziło złożenie w przeszłości skargi na nieuczciwe lub nieprofesjonalne rozpatrzenie spraw w lokalnych organach podatkowych.

Zdecydowana większość badanych firm w regionie EMEA (83%) wskazała na możliwość dostarczenia informacji do lokalnego urzędu skarbowego za pośrednictwem cyfrowych kanałów komunikacji. Według ponad połowy respondentów, lokalne organy podatkowe zapewniają możliwość zweryfikowania stanowiska podatkowego poprzez ogólnodostępną stronę internetową. Duńskie i szwedzkie strony postrzegane są jako najlepiej przygotowane w tym zakresie, wyróżnia je dostępność zagadnień podatkowych oraz bardzo dobre przygotowanie techniczne.

„Polska administracja podatkowa tylko częściowo dotrzymuje kroku rozwiązaniom stosowanym w krajach starej Unii Europejskiej. Z każdym rokiem, polscy podatnicy mają coraz większe możliwości składania e-deklaracji. Natomiast w obszarze bezpośredniego kontaktu z organami podatkowymi, w dalszym ciągu korzystamy z metod klasycznych (tj. kontakt telefoniczny, korespondencja). Portale internetowe i poczta elektroniczna nie są wykorzystywane przez urzędy skarbowe jako aktywny kanał komunikacji z podatnikami.” – podsumowuje Daniel Zagrodzki, Menedżer w zespole Tax Management Consulting Deloitte.

Strabag szuka kontraktów na rynkach wschodnich

– Zaczynamy przenosić tam część naszego potencjału – przyznaje prezes firmy, Paweł Antonik. To odpowiedź na pogarszającą się sytuację rynku inwestycji budowlanych w Polsce. Szef firmy Strabag przewiduje, że rynek w Polsce może znaleźć się w kryzysie.

– Rynek się kurczy i coraz mniej jest tych dużych kontraktów – mówi Paweł Antonik. – Nie wiadomo, kiedy będzie finansowanie, czy to będzie 2015, czy 2017 rok.

Taka sytuacja powoduje, że polskie firmy budowlane zaczynają rozglądać się za alternatywnymi rynkami. Jak podkreśla Antonik, firma nie może sobie pozwolić na lata niepewności, stąd decyzja o zaangażowaniu znacznej części potencjału na Wschodzie.

– To jest Rosja, Azerbejdżan i Turkmenistan – mówi Paweł Antonik, dodając, że są już pierwsze zawarte kontrakty.

– Udało nam się podpisać pierwsza umowę na sanację dróg w Rosji i stawiamy naszą pierwszą wytwórnie mas bitumicznych – mówi prezes Strabag.

Kontrakt obejmuje wytworzenie 80 tysięcy ton mas bitumicznych. Firma zamierza także startować w przetargach na przebudowę i remont już istniejących dróg.

– Tych dróg jest około 160 km – tłumaczy Paweł Antonik. – Jednak zajmiemy się tylko wybranymi odcinkami 100- 500 metrów, które są najgorsze i inwestor w Rosji chce, żeby właśnie te odcinki naprawić.

Jak podkreśla prezes w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, z rynkiem rosyjskim firma wiąże dalekosiężne plany.

– Wchodzimy tam na dłuższy okres, to nie są tylko 1-2 inwestycje w pewnych przetargach, w których weźmiemy udział, tylko chcemy mieć swoją dyrekcję na terenie Rosji – dodaje Antonik.

Strabag od 15 lat ma w Rosji oddział. Poprzez spółkę – córkę prowadzi biznes w Rosji, ale dopiero od niedawna zaczął orientować się na inwestycje infrastrukturalne. Jak przyznaje Antosik, w tej chwili trwa badanie rynku.

– Nasi ludzie są tam od stycznia tego roku. Musimy ten rynek wyczuć, jakie ceny chodzą na rynku w przetargach, za jaką cenę można wygrać i czy nam to przyniesie zysk, czy jesteśmy po prostu za drodzy – mówi prezes firmy.

Rosja to nie jedyny kierunek, którym interesuje się Strabag. Z równie dużymi nadziejami spółka spogląda w kierunku Azerbejdżanu.

– Powstanie tam odrębny oddział, w Baku, który będzie odpowiedzialny za Azerbejdżan i Turkmenistan – zapewnia Paweł Antonik.

Pod koniec maja Strabag oddał do użytku w terminie odcinek D autostrady A2 łączącej Grodzisk Mazowiecki z Pruszkowem. Wartość kontraktu wyniosła ponad 640 mln zł. To jednak nie wystarczyło na pokrycie kosztów budowy 18 km autostrady. Firma dołożyła więc do realizacji tego kontraktu.

Przyszłość należy do smartfonów i tabletów

Z badań Agencji MEC Analytics and Insight wynika, że smartfony posiada już 80 procent polskich internautów, a co szósty korzysta za jego pomocą z sieci. – Czyli dużo więcej ludzi na świecie ma przy sobie telefon komórkowy lub tablet niż stacjonarny komputer czy laptopa. Te urządzenia mamy przy sobie cały czas i w każdych okolicznościach – mówi dyrektor Google Polska Artur Waliszewski.

Artur Waliszewski
Artur Waliszewski, dyrektor polskiego oddziału Google’a

Szef polskiego Googla twierdzi, że jesteśmy świadkami zmiany polegającej na rezygnacji przez indywidualnego konsumenta z klasycznych komputerów i laptopów na rzecz najnowocześniejszej technologii.

– Cały Internet, który dzisiaj znamy, który jest internetem w dużym stopniu ciągle „pecetowo-laptopowym”, bardzo szybko stanie się w dużym stopniu internetem mobilno-tabletowym – wyjaśnia Agencji Informacyjnej Newseria Artur Waliszewski.

Consumer Electronics Association (organizator targów CES w Las Vegas) na podstawie aktualnych badań konsumenckich prognozuje, że ten rok będzie należał do smartfonów i tabletów, które zamierza kupić kolejno 46 i 22 proc. badanych.

Zmiana przyzwyczajeń użytkowników stoi, zdaniem Waliszewskiego, za ciągle rosnącą popularnością nowoczesnych urządzeń mobilnych z dostępem do internetu.

– Korzystanie z internetu na tego typu urządzeniach będzie rosło, ponieważ można z nich korzystać w każdych okolicznościach, a nie tylko siedząc przy biurku – prognozuje dyrektor Google Polska.

Takie zmiany już teraz wymuszają na producentach sprzętu i aplikacji inne podejście. Waliszewski twierdzi, że ta technologia musi być uniwersalna i prosta w obsłudze.

– To oznacza, że tak zwana użyteczność, łatwość używania tych produktów, które są w internecie musi być jeszcze większa, bo mamy do czynienia z urządzeniem, które jest mniejsze, które nie ma ani myszki, ani klawiatury – podkreśla Waliszewski.

26 czerwca br. Google zaprezentował własny tablet Nexus 7. To odpowiedź potentata internetowego na produkty konkurencji, m.in. rynkowy hit iPad firmy Apple, czy produkty firmy Samsung z serii Galaxy Tab. Tablet Google’a ma pracować na systemie Android 4.1 Jelly Bean. Urządzenie wyposażono w takie opcje jak ułatwienia dla niewidomych użytkowników, czy sterowanie głosem (dostępne na razie tylko w języku angielskim).

– Mamy do czynienia z urządzeniem, z którego chcemy skorzystać na ulicy i potrzebujemy naprawdę natychmiast rozwiązać nasz problem. Jeżeli ja jestem na środku ulicy i chce zapytać mojego telefonu jak dojść do jakiegoś miejsca, to potrzebuje tu, teraz, natychmiast. Potrzebuje to zrobić szybko i sprawnie – wyjaśnia Artur Waliszewski.