Quiet quitting to nie przyczyna, ale efekt. Co sprawia, że pracownicy przestają angażować się w swoją pracę?

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze. Pracownicy przychodzą do pracy, uczestniczą w spotkaniach i realizują powierzone im zadania. Są bezkonfliktowi i nie składają wypowiedzeń. A jednak coś się zmienia… Choć są obecni w firmie fizycznie, to emocjonalnie i mentalnie coraz bardziej się od niej oddalają. Zjawisko to określa się mianem quiet quitting (cichego odchodzenia) i dotyczy ono pracowników, którzy wykonują swoje obowiązki, ale angażują się w działania firmy tylko na tyle, na ile wymaga tego zakres ich stanowiska. Skąd bierze się takie zachowanie i o czym naprawdę świadczy?

Choć o quiet quitting mówi się coraz częściej, samo zjawisko jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. To sygnał wskazujący na prawdziwy problem, z którym mierzą się współczesne organizacje. Jak pokazuje raport State of the Global Workplace 2026, w 2025 roku poziom zaangażowania pracowników spadł do 20%. Ostatnim razem wskaźnik ten był tak niski w pandemicznym roku 2020[1]. Spadek motywacji i zaangażowania, często niedostrzegany przez długi czas, wpływa nie tylko na jakość codziennej pracy w firmie, ale przede wszystkim na jej wyniki biznesowe oraz pozycję na rynku. Niestety, wielu pracodawców koncentruje się dziś na samym cichym odchodzeniu, zamiast walczyć z jego przyczynami.

Zaangażowanie nie znika z dnia na dzień

Jednym z największych błędów współczesnych organizacji jest przekonanie, że pracownik pewnego dnia po prostu przestaje się angażować. W rzeczywistości jest to jednak złożony proces, który – niezauważony w porę – skutkuje wycofaniem się danej osoby z życia firmy, jej ograniczeniem się jedynie do podstawowych obowiązków i spadkiem efektywności. Właśnie dlatego tak ważne jest, by dostrzec pierwsze sygnały świadczące o tym, że pracownik traci zaangażowanie.

– Wiele organizacji dostrzega problem dopiero wtedy, gdy zaczynają spadać wyniki, rośnie rotacja albo pojawia się wypalenie. Tymczasem zaangażowanie nie znika nagle – mówi Aga Olszewska, mentorka liderów, autorka podcastu Lider(ka) na dywaniku i właścicielka firmy LeadAsU. – Pierwszym symptomem jest zwykle utrata ciekawości – pracownik przestaje zgłaszać swoje pomysły, coraz rzadziej proponuje usprawnienia i rezygnuje z wychodzenia poza utarte schematy. Później stopniowo ogranicza swoją inicjatywę, a następnie unika brania na siebie odpowiedzialności. Na końcu zostaje już tylko wykonywanie obowiązków. Jeśli lider zauważa problem dopiero na tym etapie, to najczęściej oznacza to, że przeoczył lub zignorował wcześniejsze sygnały.

Nowoczesne narzędzia nie wystarczą

Organizacje, które próbują poprawić poziom zaangażowania pracowników, często sięgają po coraz bardziej zaawansowane rozwiązania. Inwestują w kolejne szkolenia, programy rozwojowe, platformy wellbeingowe, aplikacje wspierające komunikację czy nowe systemy motywacyjne. Choć wiele z tych działań może być wartościowych, często nie docierają one do źródła problemu.

Paradoks polega na tym, że jedne z najskuteczniejszych narzędzi budowania zaangażowania są jednocześnie najprostsze, najtańsze i dostępne na co dzień. Zainteresowanie drugim człowiekiem, umiejętność uważnego słuchania, regularna rozmowa i zadawanie pytań, takich jak: „Jak się dzisiaj czujesz?” czy „W czym mogę ci pomóc?”, to podstawa w budowaniu zdrowej relacji między liderem a pracownikiem. Takie zachowania budują poczucie bezpieczeństwa, wpływu i przynależności, co ma ogromne znaczenie dla poziomu zaangażowania zespołu. Nie zapominajmy o podstawowych potrzebach ludzkich i pamiętajmy, że pracownicy chcą przede wszystkim czuć się zauważani, słuchani i traktowani po partnersku.

Liderze, doceniaj!

Jednym z najczęściej pomijanych elementów budowania zaangażowania jest docenianie. W wielu organizacjach liderzy zakładają, że skoro pracownik otrzymuje wynagrodzenie za swoją pracę, dodatkowe uznanie nie jest już potrzebne. W praktyce okazuje się jednak, że brak informacji zwrotnej bardzo często prowadzi do stopniowej utraty zaangażowania. Nie chodzi tutaj o automatyczne pochwały ani rzucane między spotkaniami słowa „dobra robota”. Prawdziwe docenienie polega na zauważeniu konkretnego wysiłku, zachowania lub rezultatu i pokazaniu pracownikowi, jaki wpływ jego działanie ma na organizację czy na pracę zespołu.

– Wbrew pozorom ludzie rzadko tracą zaangażowanie dlatego, że nagle przestają lubić swoją pracę. Znacznie częściej przestają wierzyć, że ich wysiłek czy dodatkowe starania mają jakiekolwiek znaczenie. Jeśli przez dłuższy czas nie czują się zauważani i doceniani, ich naturalną reakcją jest ograniczenie aktywności do niezbędnego minimum – mówi Aga Olszewska. – Pracownicy chcą wiedzieć, że ktoś dostrzega ich wkład, zaangażowanie i wysiłek – dodaje ekspertka.

Na braku zaangażowania tracą wszyscy

Quiet quitting często przedstawiany jest jako problem organizacji. W rzeczywistości jego konsekwencje są znacznie poważniejsze. Tracą firmy, ponieważ nie wykorzystują pełnego potencjału swoich pracowników. Tracą liderzy, którzy zarządzają zespołami pozbawionymi energii, inicjatywy i poczucia odpowiedzialności. Tracą również sami pracownicy.

Osoba, która przez wiele miesięcy funkcjonuje wyłącznie w trybie „od zadania do zadania”, ma coraz mniejsze poczucie sensu, satysfakcji i wpływu. Praca staje się dla niej wyłącznie obowiązkiem, a nie okazją do rozwoju czy realizacji ambicji. Z czasem pojawia się frustracja, zniechęcenie i emocjonalne oddalenie od organizacji.

Gdy człowiek spotyka się z człowiekiem

Choć współczesne organizacje dysponują coraz większą liczbą narzędzi wspierających zarządzanie, fundamentem skutecznego przywództwa nadal pozostają relacje. Zaangażowanie rodzi się wtedy, gdy człowiek czuje się ważny i ma poczucie wpływu. Gdy wie, że jego praca ma znaczenie dla zespołu i organizacji. Gdy lider znajduje czas, by naprawdę wysłuchać pracownika i docenić jego wysiłek.

– Nie potrzebujemy kolejnych innowacyjnych sposobów angażowania ludzi, tylko większej uważności na drugiego człowieka. Największą różnicę bardzo często robią najprostsze działania: rozmowa, docenienie czy okazanie wsparcia. Ludzie po latach rzadko pamiętają wszystkie projekty, które realizowali. Pamiętają za to, jak czuli się w pracy i we współpracy z liderem. Dlatego wszystko sprowadza się do relacji i do tego, by człowiek naprawdę spotkał się z człowiekiem – podsumowuje Aga Olszewska.

[1] State of the Global Workplace 2026, s. 5.

Podwyżki e-TOLL uderzają w transport. Rzecznik MŚP chce działań osłonowych

Kolejne podwyżki opłat za przejazdy drogami objętymi systemem e-TOLL, rosnące koszty prowadzenia działalności oraz coraz silniejsza konkurencja ze strony przewoźników spoza Unii Europejskiej stawiają wiele polskich firm transportowych w trudnej sytuacji. Minister Agnieszka Majewska, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców wystąpiła do Ministra Infrastruktury z apelem o podjęcie działań, które ograniczą presję kosztową i pomogą utrzymać konkurencyjność krajowych przedsiębiorców.

Transport drogowy jest jednym z filarów polskiej gospodarki. To branża, która odpowiada za sprawny przepływ towarów, funkcjonowanie łańcuchów dostaw i tysiące miejsc pracy w całym kraju. Tymczasem przedsiębiorcy mierzą się obecnie z kumulacją wyzwań – od wzrostu kosztów paliwa i wynagrodzeń, przez wysokie koszty finansowania działalności, po kolejne podwyżki opłat drogowych.

Polskie firmy transportowe od lat budują swoją pozycję na europejskim rynku dzięki przedsiębiorczości, jakości usług i ciężkiej pracy. Dziś jednak coraz częściej słyszymy od przedsiębiorców, że skala rosnących kosztów zaczyna przekraczać granice ich możliwości. Państwo powinno dostrzegać tę sytuację i reagować, zanim problemy pojedynczych firm przełożą się na osłabienie całego sektora – podkreśla Minister Agnieszka Majewska, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

W piśmie skierowanym do Ministra Infrastruktury Rzecznik MŚP wskazała, że najnowsze zmiany dotyczące systemu opłat drogowych oznaczają dla branży transportowej dodatkowe miliardowe obciążenia w kolejnych latach. Szczególnie dotkliwe skutki odczuwają mikro, mali i średni przedsiębiorcy, którzy dysponują ograniczonymi rezerwami finansowymi i mają mniejsze możliwości przenoszenia rosnących kosztów na klientów.

Minister Majewska zwróciła się o rozważenie rozwiązań, które mogłyby czasowo złagodzić skutki wzrostu kosztów działalności, w tym m.in. modyfikacji mechanizmu waloryzacji opłat drogowych, czasowego obniżenia stawek lub wdrożenia innych instrumentów wspierających przedsiębiorców z sektora MŚP.

Potrzebujemy rozwiązań, które będą uwzględniały faktyczną kondycję przedsiębiorców. Stabilne i przewidywalne warunki prowadzenia działalności gospodarczej są jednym z najważniejszych czynników wpływających na inwestycje, rozwój firm i utrzymanie miejsc pracy. W interesie państwa jest, aby polskie przedsiębiorstwa mogły skutecznie konkurować zarówno na rynku krajowym, jak i europejskim – dodaje Agnieszka Majewska.

Rzecznik MŚP podkreśla również potrzebę przeprowadzenia pogłębionej analizy wpływu kolejnych zmian w systemie opłat drogowych na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw oraz sytuację całej branży transportowej.

Scanway dostarczy trzy teleskopy do obserwacji Ziemi dla EnduroSat

Scanway otrzymał zamówienie z EnduroSat EAD na dostarczenie trzech teleskopów do obserwacji Ziemi. Wartość umowy wynosi ok. 0,9 mln EUR, a jej realizacja potrwa do końca I kwartału 2027 roku. Zamówienie wspiera rozwój Scanway w kierunku seryjnego dostawcy instrumentów optycznych dla globalnego sektora New Space, zgodnie z realizowaną Strategią na lata 2026–2028.

  • Teleskopy dostarczane przez Scanway bazować będą na elementach rozwiniętych w ramach innych, podobnych z punktu technologicznego projektów Spółki, z możliwością integracji z najnowszą platformą satelitarną EnduroSat o nazwie FRAME-15
  • Kontrakt przewiduje dotychczas najkrótszy czas dostarczenia teleskopów – poniżej 12 miesięcy, co jest konsekwencją wdrażanych procesów Spółki nakierowanych na produkcję seryjną
  • Nowy partner, EnduroSat, to jeden z liderów europejskiego sektora małych i średnich satelitów, który wystrzelił w przestrzeń kosmiczną ponad 70 swoich satelitów i 3500 osobnych modułów kosmicznych i który operuje w globalnych projektach konstelacyjnych.

– Projekt konstelacyjny realizowany dla EnduroSat postrzegamy nie tylko jako istotny kontrakt zwiększający backlog Scanway, ale również jako szansę na rozszerzanie współpracy w kolejnych etapach rozwoju programów satelitarnych partnera. Równie ważny jest dla nas krótki czas realizacji zamówienia, czyli dostarczenie modeli lotnych teleskopów w okresie poniżej 12 miesięcy od jego rozpoczęcia. To potwierdzenie, że prowadzone przez nas inwestycje w zespół, infrastrukturę oraz procesy operacyjne przynoszą wymierne efekty i konsekwentnie przybliżają nas do realizacji Strategii zakładającej przejście od roli dostawcy pojedynczych instrumentów optycznych do pozycji seryjnego dostawcy rozwiązań optycznych dla globalnego sektora New Space – komentuje Mikołaj Podgórski, COO Scanway S.A.

Teleskopy dostarczane przez Scanway będą oparte na rozwiązaniach rozwiniętych w ramach wcześniejszych, zbliżonych technologicznie projektów Spółki. Pozyskanie zamówienia od EnduroSat, na kwotę 0,9 mln EUR, potwierdza wysokie kompetencje Scanway i stanowi ważny krok w rozwoju współpracy z jednym z czołowych europejskich podmiotów działających w segmencie małych i średnich satelitów, zaangażowanym w globalne projekty konstelacyjne.

EnduroSat to jeden z większych europejskich dostawców małych i średnich satelitów, który wystrzelił w przestrzeń kosmiczną ponad 70 swoich satelitów i 3500 osobnych modułów kosmicznych. Główna siedziba firmy mieści się w Sofia, Bułgaria, a dodatkowe biura posiada na całym świecie, w tym m.in. w Denver, Kolorado. Zatrudnia ponad 400 pracowników, a w 2025 roku zebrał ponad 150 milionów USD finansowania w kilku rundach inwestycyjnych, m.in. od Google Ventures.

Nowe zamówienie potwierdza, że Scanway jest dziś partnerem zdolnym sprawnie odpowiadać na potrzeby wymagających uczestników europejskiego rynku satelitarnego. Konsekwentnie budujemy pozycję Spółki, która nie tylko rozwija zaawansowane technologie optyczne, ale potrafi również skutecznie je komercjalizować w międzynarodowym ekosystemie New Space, w tym w projektach konstelacyjnych z coraz krótszym czasem dostarczenia oczekiwanym przez klientów. W naszej ocenie tego typu kontrakty będą w kolejnych latach coraz mocniej wspierały skalę działalności Scanway i umacniały naszą obecność w segmencie seryjnie wdrażanych instrumentów optycznych do obserwacji Ziemi z kosmosu mówi Mikołaj Podgórski.

Scanway S.A. od lat aktywnie wspiera rozwój ekonomii kosmicznej i obecnie jest wiodącym eksporterem technologii kosmicznych w Polsce. Spółka realizuje projekty konstelacyjne dla globalnych klientów o wartości kilkunastu milionów EUR, w tym m.in. dla Nara Space z Korei Południowej, Marble Imaging z Niemiec oraz klienta z Azji (wszystkie realizowane projekty mają potencjał do ich rozszerzenia w przyszłości). Spółka posiada również kompetencje w zakresie projektowania instrumentów optycznych przeznaczonych do misji w daleki kosmos, w tym na Księżyc. Jako pierwsza krajowa firma dostarczy instrumenty optyczne do komercyjnej misji lunarnej planowanej w drugiej połowie 2026 roku. Ponadto stworzy europejski system przetwarzania danych satelitarnych z Księżyca i może połączyć Europę z amerykańskim programem księżycowym Artemis, największym i najbardziej zaawansowanym na świecie.

Strategicznym, długofalowym dążeniem Scanway S.A. jest wejście do światowej czołówki największych komercyjnych integratorów ładunków optycznych. Kluczowym celem do końca 2028 roku jest osiągnięcie pozycji jednego z największych integratorów ładunków optycznych w Europie.

Magazyny w Polsce nadal na celowniku firm logistycznych mimo słabszych nastrojów

Firmy z sektora logistyki i łańcucha dostaw ostrożnie patrzą na najbliższe miesiące, jednak większość nadal zakłada wzrost zapotrzebowania na powierzchnię magazynową w Polsce. Największym wyzwaniem dla branży pozostają presja cenowa, obawy o słabnący popyt i dostępność pracowników – wskazuje najnowszy raport CBRE i P3 “Logistics and Supply Chain Confidence Index 2025/26”. Jednocześnie istotnie wzrosła atrakcyjności inwestycyjna Polski na tle innych krajów UE – połowa respondentów oceniła ją powyżej średniej europejskiej, podczas gdy rok temu była to mniej niż jedna trzecia badanych.

Z raportu CBRE i P3 wynika, że 58 proc. firm objętych badaniem przewiduje zwiększenie zapotrzebowania na powierzchnię magazynową w 2026 r. To lekki wzrost w porównaniu do poprzedniej edycji badania. Operatorzy logistyczni planujący ekspansję deklarują, że poszukują powierzchni magazynowej przede wszystkim w nowych obiektach.

Jakie wyzwania stoją przed branżą?

Jak wynika z badania, największym wyzwaniem dla sektora logistyki i łańcucha dostaw w perspektywie najbliższych 12 miesięcy pozostaje presja cenowa. Wskazuje na nią 88 proc. firm logistycznych oraz 53 proc. firm produkcyjnych i handlowych działających w Polsce. Respondenci obawiają się również osłabienia popytu i niższej aktywności na rynkach odbiorców końcowych. Niedobór wykwalifikowanej siły roboczej oraz wzrost kosztów pracy za wyzwanie uznaje 72 proc. operatorów logistycznych oraz 43 proc. firm produkcyjnych i handlowych.

Kontrola kosztów priorytetem

W ciągu najbliższych 12 miesięcy operatorzy logistyczni będą koncentrować się głównie na kontroli kosztów, utrzymaniu istniejącej bazy klientów oraz pozyskiwaniu nowych kontraktów. W przypadku firm produkcyjnych i handlowych od pięciu lat priorytetowe pozostają dwa obszary: kontrola kosztów oraz optymalizacja efektywności operacyjnej. Trzecim obszarem, na który firmy będą kłaść szczególny nacisk jest technologia. Zabezpieczenie dostaw surowców i materiałów również jest wysoko w hierarchii firmowych priorytetów wskutek niepewności geopolitycznej wpływającej na międzynarodowe przepływy towarów i strategie zakupowe.

Zrównoważony rozwój

Raport CBRE i P3 pokazuje również, że w logistyce na znaczeniu zyskuje zrównoważony rozwój. Prawie 70 proc. firm wdrożyło już rozwiązania oszczędzające energię w obiektach magazynowych, a blisko jedna trzecia badanych planuje to zrobić w najbliższej przyszłości. Jeśli chodzi o projekty planowane do wdrożenia do 2027 r., to rozszerzenie inicjatyw prośrodowiskowych na dostawców i podwykonawców zapowiada 45 proc. respondentów. Z kolei 43 proc. badanych uruchomi stacje ładowania pojazdów elektrycznych, a 41 proc. przewiduje wprowadzenie lub rozbudowę floty pojazdów napędzanych alternatywnymi źródłami energii.

Polska na tle UE

Przedstawiciele sektora logistyki i łańcucha dostaw uczestniczący w badaniu zostali także poproszeni o porównanie warunków prowadzenia działalności w Polsce na tle pozostałych państw Unii Europejskiej. Respondenci wyżej niż rok temu ocenili Polskę w większości kategorii na tle innych krajów europejskich. Najbardziej widoczna poprawa dotyczy atrakcyjności inwestycyjnej i jakości zaplecza logistycznego.

W tegorocznej edycji badania Polska odnotowała skokową poprawę oceny pod względem atrakcyjności inwestycyjnej. Odsetek ocen powyżej średniej europejskiej w tej kategorii wzrósł do 50 proc. z 28 proc. rok wcześniej. Respondenci lepiej niż przed rokiem ocenili również jakość i dostępność powierzchni logistycznej, koszty działalności łańcucha dostaw oraz efektywność procesów administracyjnych i legislacyjnych w Polsce. Z kolei proces uzyskiwania pozwoleń na budowę został uznany jako zgodny ze średnią dla krajów UE – mówi Michał Śniadała, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w CBRE.

Spadek wskaźnika optymizmu dla Polski w tegorocznej edycji badania o 5,4 pkt. odzwierciedla tendencję, którą firma Analytiqa zaobserwowała na rynkach europejskich. Niepewność geopolityczna, stłumione oczekiwania dotyczące wzrostu i utrzymująca się presja kosztowa nadal ciążą na nastrojach przedsiębiorców w całej Europie. Firmy funkcjonują dziś w wymagającym otoczeniu, jednak szczególnie istotne w przypadku Polski jest to, jak na te wyzwania reagują łańcuchy dostaw. Pomimo ogólnego pogorszenia nastrojów, polscy operatorzy logistyczni, firmy produkcyjne i handlowe wykazują dużą odporność, utrzymując oczekiwania dotyczące rentowności mimo presji na marże. Połączenie ostrożnego podejścia i strategicznego zaangażowania wskazuje, że sektory te są w dobrej pozycji, by wykorzystać przyszłe możliwości wzrostu – mówi Mark O’Bornick, dyrektor w firmie Analytiqa.

Kurs na spedytora czym jest i co obejmuje

Co to jest kurs na spedytora?

Kurs na spedytora to dynamiczne szkolenie, które otwiera drzwi do kariery w branży TSL (Transport-Spedycja-Logistyka). Program trwa od kilkunastu do kilkudziesięciu godzin, co zazwyczaj przekłada się na około 3 tygodnie intensywnej nauki. Uczestnicy zdobywają zarówno teoretyczną wiedzę, jak i praktyczne umiejętności niezbędne do skutecznego zarządzania transportem towarów. Podczas kursu omawiane są kluczowe tematy, takie jak:

  • zawieranie umów,
  • organizacja przewozu,
  • obsługa dokumentacji,
  • wykorzystanie narzędzi wspierających pracę spedytora.

Po zakończeniu szkolenia uczestnik może otrzymać certyfikat lub zaświadczenie potwierdzające udział w kursie oraz zakres zdobytej wiedzy i umiejętności. Tego typu kursy stanowią doskonałą opcję dla osób pragnących szybko odnaleźć się w zawodzie spedytora i rozpocząć karierę w logistyce transportu.

Dla kogo jest kurs na spedytora?

Kurs na spedytora to doskonała opcja dla tych, którzy pragną stawić pierwsze kroki w fascynującym świecie branży TSL. Nie jest on przeznaczony wyłącznie dla nowicjuszy bez doświadczenia, ale również dla kierowców oraz przedsiębiorców transportowych, którzy chcą rozwinąć swoje umiejętności.

frr.pl to oficjalna domena Fundacji Rozwoju Rachunkowości.

Szkolenie dostarcza nie tylko kluczowej wiedzy teoretycznej, ale także praktycznych zdolności niezbędnych w codziennych obowiązkach spedytoradyspozytora czy specjalisty ds. transportu i logistyki. Program kursu obejmuje szereg interesujących tematów, w tym:

  • organizację transportu,
  • obsługę ważnych dokumentów,
  • efektywne wykorzystanie narzędzi wspierających pracę w tym zawodzie.

Udział w kursie może być szczególnie przydatny osobom, które planują pracę w firmach obsługujących transport krajowy lub międzynarodowy. Dzięki zdobytym umiejętnościom, uczestnicy kursu zwiększają swoje szanse na rynku pracy, co może prowadzić do atrakcyjniejszych ofert zawodowych.

Jakie formy i tryby realizacji kursu na spedytora są dostępne?

Kurs na spedytora oferuje różnorodne możliwości, co sprawia, że jest dostępny dla wielu zainteresowanych. Kurs na spedytora może być realizowany w różnych formach, m.in.:

  • online, z udziałem w zajęciach zdalnych lub dostępem do materiałów edukacyjnych,
  • stacjonarnie, w sali szkoleniowej i z bezpośrednim kontaktem z prowadzącym,
  • w trybie dziennym, wieczorowym lub weekendowym, w zależności od harmonogramu kursu.

Kursy online mogą być realizowane w dwóch głównych formach:

  • zajęcia na żywo,
  • kursy z dostępem do nagrań i materiałów edukacyjnych.

W przypadku kursów online na żywo uczestnicy biorą udział w zajęciach w określonych terminach, ale bez konieczności dojazdu do sali szkoleniowej. Taka forma pozwala na kontakt z prowadzącym, zadawanie pytań i omawianie praktycznych przykładów. Kursy z nagraniami dają natomiast większą elastyczność – uczestnik może wracać do materiałów w dogodnym dla siebie czasie i uczyć się we własnym tempie. W obu przypadkach ważnym wsparciem są materiały edukacyjne udostępniane przez organizatora kursu.

Z kolei kursy stacjonarne odbywają się w większych miastach Polski, zazwyczaj w weekendy. Ten format nauki pozwala na łatwe łączenie studiów z obowiązkami zawodowymi. Szkolenia stacjonarne zapewniają bezpośredni kontakt z wykładowcami oraz innymi uczestnikami, co sprzyja wymianie wiedzy i doświadczeń.

Dla osób pracujących w ciągu dnia, kursy wieczorowe stanowią świetną alternatywę. Umożliwiają one udział w zajęciach po pracy, co znacznie zwiększa ich dostępność.

Każda z opcji szkoleniowych ma swoje mocne strony i można je dostosować do indywidualnych potrzeb uczestników. Dzięki temu kursy na spedytora są atrakcyjne dla szerokiego grona odbiorców.

Jak długo trwa i ile kosztuje kurs na spedytora?

Czas trwania kursu przygotowującego do zawodu spedytora waha się od kilkunastu do kilkudziesięciu godzin, co zazwyczaj przekłada się na około trzy tygodnie intensywnego szkolenia. Koszt kursu zależy od liczby godzin, formy realizacji, zakresu programu oraz materiałów zapewnianych przez organizatora. Przed zapisem warto sprawdzić aktualną cenę, harmonogram zajęć, formę płatności oraz ewentualną możliwość skorzystania z dofinansowania lub płatności ratalnej.
Kursy spedytorskie online zyskują na znaczeniu. Taka forma nauki daje uczestnikom możliwość uczenia się w najbardziej dogodnym dla nich momencie oraz w komfortowym otoczeniu. Dodatkowo, mają oni stały dostęp do różnorodnych materiałów edukacyjnych, co sprzyja skutecznemu przyswajaniu wiedzy. Osoby z większym doświadczeniem mogą skorzystać z zaawansowanych kursów, które pomagają im poszerzyć specjalistyczne umiejętności i wiedzę. Inwestycja w kurs na spedytora przynosi wymierne korzyści. Umiejętności nabyte podczas szkoleń zwiększają konkurencyjność na rynku pracyCertyfikat ukończenia kursu stanowi potwierdzenie kompetencji.

Co obejmuje program kursu na spedytora?

Program kursu na spedytora obejmuje szereg istotnych zagadnień, które są niezbędne do efektywnego zarządzania procesami spedycyjnymi. Uczestnicy mają możliwość zgłębienia prawa przewozowego, które reguluje zasady transportu towarów zarówno w kraju, jak i za granicą. W ramach kursu omawiane są także międzynarodowe konwencje, między innymi konwencja CMR, a także wytyczne dotyczące przewozów kabotażowych. Kolejnym kluczowym elementem programu jest nauka o dokumentacji przewozowej. Uczestnicy poznają różne rodzaje listów przewozowych, które są niezbędne do legalnego transportu, a także uczą się, jak prowadzić postępowania reklamacyjne w sposób zgodny z obowiązującymi przepisami. Program kursu porusza również temat Incoterms 2020, czyli norm definiujących odpowiedzialność stron w międzynarodowym handlu. Uczestnicy dowiadują się, jak ważne są ubezpieczenia transportowe, które chronią towary w trakcie przewozu. Na dodatek, kurs koncentruje się na organizacji transportu oraz zarządzaniu logistyką w firmie. Uczestnicy rozwijają umiejętności niezbędne do planowania i koordynowania działań transportowych, co jest kluczowe w branży TSL.

Program obejmuje również przepisy ADR dotyczące transportu ładunków niebezpiecznych, faktury, dokumenty odpraw celnych i skarbowych oraz procedury reklamacyjne — wiedza fundamentalna dla bezpieczeństwa transportu.

Jakie praktyczne umiejętności zyskasz na kursie na spedytora?

Kurs na spedytora oferuje uczestnikom cenne umiejętności, które są niezbędne w codziennej pracy w branży transportu, spedycji i logistyki (TSL). Słuchacze uczą się, jak efektywnie organizować transport, co obejmuje zarówno planowanie przewozów, jak i zarządzanie flotą. Te umiejętności są kluczowe dla sprawnego funkcjonowania logistyki.

Kurs koncentruje się także na pozyskiwaniu zleceń. Uczestnicy rozwijają techniki prowadzenia rozmów z klientami i przewoźnikami, co pozwala im skutecznie negocjować warunki współpracy oraz budować trwałe relacje biznesowe. Wartością dodaną jest umiejętność kalkulacji transportowych; kursanci zdobywają wiedzę na temat obliczania kosztów przewozów oraz przewidywania budżetów.

Aby zrozumieć rynek, uczestnicy uczą się obsługi giełd transportowych, które pozwalają na wymianę zleceń i poszukiwanie przewoźników, czym zwiększają efektywność procesów logistycznych. Ponadto, zapoznają się z systemami TMS (Transport Management Systems), które wspierają zarządzanie transportem i poprawiają jego wydajność.

Nie można zapomnieć o rozwoju kompetencji miękkich, takich jak:

  • organizacja pracy,
  • umiejętności komunikacyjne,
  • zdolność podejmowania decyzji pod presją czasu.

Dzięki temu uczestnicy stają się lepiej przygotowani na zawodowe wyzwania, co znacząco zwiększa ich konkurencyjność na rynku pracy.

Jakie rodzaje transportu omawia kurs na spedytora?

Kurs na spedytora wprowadza uczestników w różnorodne formy transportu, co jest kluczowe dla ich edukacji w tej dziedzinie. Słuchacze zdobywają wiedzę na temat:

  • transportu drogowego, który jest najczęściej wykorzystywany do przewozu towarów w kraju,
  • transportu morskiego, który jest fundamentem międzynarodowych przesyłek,
  • transportu intermodalnego, który integruje różne środki transportu w celu optymalizacji efektywności przewozu.

Kurs obejmuje także zagadnienia związane z:

  • przewozami kabotażowymi, które dotyczą transportu towarów zrealizowanego przez przewoźników z innych krajów na terenie jednego państwa,
  • przewozem ładunków niebezpiecznych, który wymaga szczegółowej znajomości przepisów ADR.

Wiedza na temat różnych rodzajów transportu umożliwia spedytorom lepsze dopasowanie swoich usług do oczekiwań klientów.Ponadto trzymanie się regulacji prawnych jest fundamentalnym aspektem w branży TSL.

Jakie narzędzia i systemy poznasz na kursie na spedytora?

Kurs spedytora to doskonała okazja, by zgłębić tajniki nowoczesnych narzędzi i systemów kluczowych w organizacji przewozów. Uczestnicy mają szansę na poznanie giełd transportowych, takich jak platforma TIMOCOM, która oferuje nowe rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji. Dzięki nim możliwe jest błyskawiczne publikowanie ofert transportowych, co znacznie ułatwia pracę.

W trakcie szkolenia poznają również systemy Transport Management Systems (TMS), które są fundamentem planowania, monitorowania i zarządzania transportem. Użycie tych narzędzi przyczynia się do:

  • zwiększenia efektywności spedytora,
  • optymalizacji procesów logistycznych,
  • zdobywania nowych zleceń.

Dodatkowo kurs koncentruje się na praktycznym wykorzystaniu narzędzi transportowych, co pozwala uczestnikom lepiej zrozumieć rynek oraz potrzeby klientów. Dzięki nabytym umiejętnościom osoby kończące kurs mają szansę stać się bardziej konkurencyjne na rynku pracy, co otwiera przed nimi drzwi do bardziej atrakcyjnych propozycji zawodowych.

Jak przebiega egzamin i jakie certyfikaty otrzymasz po kursie na spedytora?

Kurs na spedytora może kończyć się egzaminem wewnętrznym, którego forma zależy od organizatora szkolenia. Najczęściej służy on sprawdzeniu wiedzy i umiejętności zdobytych podczas kursu, np. z zakresu organizacji transportu, dokumentacji spedycyjnej czy obsługi klienta.

Warto odróżnić taki egzamin od państwowego egzaminu zawodowego, np. w kwalifikacji SPL.05 – Organizacja transportu oraz obsługa klientów i kontrahentów dla zawodu technik spedytor. Kurs może przygotowywać do tego egzaminu w całości lub w części, ale jego zdanie nie jest niezbędne, aby rozpocząć pracę jako spedytor. W praktyce dla pracodawców duże znaczenie mają przede wszystkim znajomość procesów transportowych, dokumentacji, narzędzi branżowych oraz gotowość do pracy z klientami i przewoźnikami.

Jak kurs na spedytora wpływa na rozwój kariery w branży TSL?

Ukończenie kursu na spedytora ma fundamentalne znaczenie dla kariery w obszarze transportu i logistyki. Zdecydowanie zwiększa szanse na uzyskanie satysfakcjonującej posady. To szkolenie dostarcza uczestnikom nie tylko niezbędnej wiedzy, ale także praktycznych umiejętności, które są wysoko cenione przez pracodawców w branży TSL. Kursy te umożliwiają zdobycie kompetencji w takich dziedzinach, jak:

  • organizacja transportu,
  • obsługa dokumentacji,
  • zarządzanie flotą.

Osoby, które ukończą takie kursy, stają się lepiej przygotowane do realizacji swoich obowiązków zawodowych. Wzrost efektywności oraz zwiększona pewność siebie często prowadzą do lepszych wyników oraz większych szans na awans. Po zakończeniu szkolenia uczestnicy otrzymują dokument potwierdzający udział w szkoleniu i zdobyte kompetencje.

Inwestycja w kurs spedytorski to świetna opcja dla tych, którzy myślą o szybkiej zmianie branży. Tego typu szkolenie otwiera drzwi do nowych możliwości zawodowych w sektorze TSL. Uczestnicy mogą liczyć na:

  • atrakcyjniejsze oferty pracy,
  • opcję rozpoczęcia własnej działalności spedycyjnej,
  • przestrzeganie przepisów unijnych.

Jak możesz finansować kurs na spedytora?

Finansowanie kursu na spedytora może odbywać się na różne sposoby, co czyni go dostępnym dla wielu osób pragnących rozwijać swoje umiejętności zawodowe. Wiele instytucji edukacyjnych umożliwia płatności ratalne, co znacznie ułatwia sfinansowanie szkolenia.

To rozwiązanie jest szczególnie korzystne dla tych, którzy chcą zainwestować w swoją karierę, ale nie są w stanie jednorazowo opłacić całej sumy. Warunki płatności ratalnej zależą od konkretnego organizatora – warto przed zapisem sprawdzić liczbę rat, ewentualne dodatkowe koszty oraz terminy płatności.

W przypadku osób pracujących i pracodawców warto sprawdzić również możliwość skorzystania z dofinansowania, np. w ramach Krajowego Funduszu Szkoleniowego lub usług dostępnych w Bazie Usług Rozwojowych. Dostępność środków, wysokość wsparcia i zasady udziału zależą od aktualnych naborów, regionu oraz konkretnego operatora programu.

Dzięki tak zróżnicowanym opcjom finansowania, uczestnicy kursu mogą skupić się na nauce i zdobywaniu niezbędnych umiejętności w branży TSL, bez obaw o stresujące kwestie związane z płatnościami. Kursy spedytorskie są bardziej przystępne dla różnych grup odbiorców, dlatego nie ma potrzeby obawiać się kosztów związanych ze szkoleniem.

Jak wybrać najlepszy kurs na spedytora?

Wybierając kurs przygotowujący do zawodu spedytora, istnieje kilka kluczowych aspektów, które należy uwzględnić. Te elementy mają istotny wpływ na jakość nauki oraz późniejsze wykorzystanie zdobytej wiedzy w branży. Warto sprawdzić, czy kurs jest opisany jako przygotowujący do pracy w zawodzie spedytora, np. w odniesieniu do kodu zawodu 333105. Istotne jest, aby kurs łączył teorię z praktycznymi umiejętnościami, takimi jak:

  • organizacja transportu,
  • współpraca z klientami,
  • zarządzanie dokumentacją transportową.

Ważnym krokiem jest również wybór uznanej placówki edukacyjnej.

Dodatkowo, dostęp do różnorodnych materiałów dydaktycznych, takich jak nagrania wideo czy interaktywne platformy online, jest bardzo istotny. Kursy online dają możliwość elastycznej nauki, co jest szczególnie korzystne dla osób, które łączą naukę z pracą zawodową.

Na zakończenie warto zwrócić uwagę na opinie osób, które już ukończyły dany kurs. Ich relacje mogą dostarczyć cennych wskazówek dotyczących jakości nauczania oraz praktycznych umiejętności, jakie można nabyć podczas szkolenia. Przy wyborze kursu spedytora kieruj się nie tylko jego jakością, ale także tym, jak dobrze odpowiada Twoim indywidualnym potrzebom oraz zawodowym aspiracjom.

Jakie szkolenia specjalistyczne warto rozważyć po kursie na spedytora?

Po ukończeniu kursu spedytora, warto rozważyć udział w specjalistycznych szkoleniach, które mogą znacznie wzbogacić Twoje umiejętności w branży transportu, spedycji i logistyki. Poniżej przedstawiam kilka istotnych propozycji:

  • kurs spedycji i logistyki w eksporcie: uczestnicy poznają szczegółowe aspekty związane z eksportem towarów, w tym procedury celne oraz niezbędną dokumentację, która umożliwia realizację międzynarodowych transakcji,
  • szkolenia ADR: koncentrują się na przewozie ładunków niebezpiecznych; udział w takim kursie jest kluczowy dla spedytorów, którzy pracują z substancjami chemicznymi lub innymi materiałami wymagającymi szczególnych środków ostrożności,
  • Program Lidera: zaawansowane szkolenie kładzie nacisk na techniki zarządzania, optymalizację procesów logistycznych oraz rozwój umiejętności przywódczych,
  • kurs zaawansowany dla spedytorów: programy te dostarczają głębszej wiedzy na temat skomplikowanych zagadnień związanych z logistyką, co może otworzyć drzwi do awansu na wyższe stanowiska w branży transportowej,
  • wybór odpowiednich szkoleń po kursie spedytora może zwiększyć Twoją konkurencyjność na rynku pracy.

Jakie materiały i platformy e-learningowe towarzyszą kursowi na spedytora?

Kursy dla przyszłych spedytorów często korzystają z nowoczesnych platform e-learningowych, które dostarczają różnorodnych materiałów, w tym nagrań wideo oraz interaktywnych wykładów online.

Program szkoleniowy obejmuje wiele zagadnień związanych z pracą spedytora, takich jak:

  • organizacja transportu,
  • zarządzanie dokumentacją,
  • podstawy prawa przewozowego.

Rosnąca popularność kursów online dla spedytorów wynika z ich łatwej dostępności oraz elastyczności w nauce. Uczestnicy mają do dyspozycji różne narzędzia wspierające ich rozwój zawodowy, co czyni te kursy atrakcyjną opcją dla osób pragnących rozpocząć swoją karierę w branży transportu i logistyki.

Jak sprawnie zorganizować zaopatrzenie biura? Poznaj najważniejsze zasady

Dobre zaopatrzenie biura gwarantuje sprawne działanie firmy bez przestojów, niepotrzebnych kosztów oraz nerwów. Aby uniknąć tych niedogodności, warto zgromadzić wszystkie potrzebne produkty u jednego dostawcy i zamawiać je z wyprzedzeniem. Dobrym rozwiązaniem jest internetowa hurtownia wielobranżowa, która pozwala zaopatrzyć firmę w papier, środki czystości, napoje oraz inne niezbędne towary podczas jednych zakupów. Dzięki temu ograniczasz liczbę faktur, oszczędzasz na dostawie i zyskujesz czas na rozwijanie biznesu.

Jakie artykuły biurowe do firmy są niezbędne?

Praca w nowoczesnej przestrzeni wymaga stałego dostępu do materiałów piśmienniczych, papieru oraz akcesoriów pomocniczych. Codzienne obowiązki opierają się na dokumentacji, notatkach i archiwizacji, dlatego brak podstawowych przyborów potrafi sparaliżować pracę całego zespołu. Tworząc listę artykułów biurowych niezbędnych do funkcjonowania firmy, warto podzielić asortyment na kilka głównych kategorii:

  • materiały do druku i notowania – papier ksero w różnych formatach (głównie A4 i A3), bloki do tablic, notesy samoprzylepne, kalendarze;
  • przybory do pisania – długopisy, ołówki, cienkopisy, markery do tablic suchościeralnych, zakreślacze tekstowe;
  • archiwizacja dokumentów – segregatory o różnych szerokościach grzbietu, teczki wiązane i z gumką, koszulki foliowe, pudła archiwizacyjne;
  • akcesoria biurkowe – zszywacze, dziurkacze, nożyczki, taśmy klejące, spinacze, dyspensery.

Warto stawiać na sprawdzone marki o dobrej relacji ceny do jakości. Tanie zamienniki papieru mogą pylić i niszczyć mechanizmy drukarek, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do konieczności napraw sprzętu.

Gdzie najlepiej zamawiać artykuły biurowe i papiernicze? Hurtownia vs sklep detaliczny

Kupowanie wyposażenia w zwykłych sklepach papierniczych lub marketach to duża strata pieniędzy i czasu. Ceny detaliczne są często znacznie wyższe, a ograniczony asortyment zmusza do odwiedzania wielu punktów handlowych. Dla każdego przedsiębiorstwa godnym uwagi partnerem w zakupie artykułów biurowych i papierniczych jest hurtownia online, która zapewnia stałą dostępność towaru oraz elastyczne warunki współpracy.

Cecha Sklep detaliczny Hurtownia 
Ceny Wysokie (marża detaliczna) Niskie (rabaty ilościowe)
Wybór produktów Ograniczony do przestrzeni półkowej Pełen katalog producentów
Dostawa Brak lub wysoki koszt transportu Darmowa dostawa od określonego progu
Formalności Wiele pojedynczych paragonów Jedna zbiorcza faktura miesięczna

Współpraca z hurtowym dostawcą pozwala na negocjowanie indywidualnych stawek rabatowych przy dużych wolumenach zakupowych oraz daje dostęp do dedykowanego opiekuna klienta, który pomaga w doborze odpowiednich produktów.

Jakie artykuły higieniczne warto zamawiać hurtowo?

Czystość i higiena w miejscu pracy wpływają na zdrowie oraz samopoczucie pracowników. Przestrzenie wspólne, takie jak łazienki, kuchnie czy korytarze, wymagają stałego zaopatrzenia w profesjonalne środki czystości. Decydując się na zakup artykułów higienicznych w hurcie, zyskujesz dostęp do wydajnych opakowań przemysłowych, które wystarczają na znacznie dłużej niż produkty przeznaczone dla gospodarstw domowych.

Niezbędne wyposażenie zaplecza higienicznego obejmuje:

  1. Ręczniki papierowe i papier toaletowy – najlepiej sprawdza się papier w dużych rolkach (Jumbo) lub ręczniki składane typu ZZ, dopasowane do dozowników ściennych.
  2. Mydła i środki do dezynfekcji – zakup pięciolitrowych kanistrów z mydłem w płynie pozwala na oszczędne uzupełnianie dozowników.
  3. Środki czystości – specjalistyczne płyny do mycia podłóg, szyb, czyszczenia armatury oraz tabletki i sól do zmywarek biurowych.
  4. Worki na odpady – dopasowane litrażem do koszy pod biurkami oraz dużych pojemników do segregacji śmieci.

Hurtowy zakup chemii profesjonalnej zabezpiecza firmę przed nagłym brakiem podstawowych środków sanitarnych, co mogłoby negatywnie wpłynąć na wizerunek firmy przed kontrahentami.

Dlaczego wodę mineralną również warto kupować w hurtowni?

Zapewnienie dostępu do wody pitnej w miejscu pracy to stały obowiązek każdego pracodawcy. Kupowanie zgrzewek w marketach spożywczych wiąże się z problemami transportowymi i logistycznymi. Warto rozważyć zakup wody mineralnej w hurtowni, co gwarantuje dostawy bezpośrednio pod wskazany adres.

Przed wyborem dostawcy warto przeanalizować formaty opakowań:

  • 0,5 litra – niezastąpione podczas spotkań biznesowych, konferencji oraz dla pracowników realizujących zadania w terenie.
  • 1,5 litra – najbardziej ekonomiczne rozwiązanie do codziennego użytku przez pracowników stacjonarnych w aneksach kuchennych.
  • warianty szklane – przeznaczone do gabinetów kadry zarządzającej oraz na kluczowe negocjacje z partnerami handlowymi.

Właściwy podział zamówienia między wodę gazowaną i niegazowaną pozwala zaspokoić potrzeby wszystkich osób zatrudnionych w firmie.

Jak stworzyć skuteczny harmonogram zamówień biurowych?

Chaos w zaopatrzeniu najczęściej wynika z kupowania produktów w ostatniej chwili. Reagowanie dopiero wtedy, gdy skończy się papier w drukarce lub mydło w łazience, wywołuje niepotrzebny stres. Rozwiązaniem jest wdrożenie prostego systemu opartego na stanach minimalnych.

Proces ten można zamknąć w trzech prostych krokach:

  1. Analiza realnego zużycia

Przez miesiąc należy zapisywać, ile ryz papieru, kartonów kawy czy paczek ręczników papierowych zużywa biuro. Pozwala to określić realne zapotrzebowanie firmy.

  1. Wyznaczenie progu alarmowego

Dla każdego produktu należy ustalić ilość krytyczną, która sygnalizuje konieczność wysłania nowego zamówienia. Jeśli w magazynie zostają np. trzy ryzy papieru, osoba odpowiedzialna powinna od razu uzupełnić zapas, biorąc pod uwagę czas potrzebny na dostawę.

  1. Ustalenie stałych dni dostaw

Zamiast dokonywać drobnych zakupów co kilka dni, lepiej wyznaczyć jeden stały dzień w miesiącu na duże, zbiorcze zamówienie. Ułatwia to pracę działu księgowości, który otrzymuje jedną fakturę w miejsce kilkunastu mniejszych rachunków.

Jak kontrolować koszty zaopatrzenia?

Nadzór nad wydatkami na materiały eksploatacyjne wymaga centralizacji procesu zakupowego. Jeśli każdy dział zamawia artykuły samodzielnie, firma traci kontrolę nad budżetem i płaci więcej z powodu rozproszonych zamówień.

Wyznaczenie osoby odpowiedzialnej za kontakt z hurtowniami pozwala na wprowadzenie standaryzacji. Wybór jednego modelu długopisu, określonej gramatury papieru czy konkretnej marki środków czystości pozwala na zamawianie większych partii tego samego towaru. Dzięki temu zyskujesz silniejszą pozycję negocjacyjną i możesz ubiegać się o dodatkowe rabaty handlowe u swojego dostawcy. Regularne monitorowanie wydatków oraz zestawianie ich z liczbą pracowników pozwala szybko wykryć nieprawidłowości, a także zoptymalizować koszty.

Organizacja przestrzeni magazynowej w biurze

Nawet najlepszy plan zakupów nie zadziała, jeśli dostarczone towary będą składowane w przypadkowych miejscach. Odpowiednia organizacja szaf zaopatrzeniowych czy magazynków pozwala na szybką ocenę stanu zapasów i zapobiega niszczeniu materiałów.

Warto zastosować zasadę FIFO (First In, First Out) – produkty kupione wcześniej powinny być układane z przodu, aby zostały zużyte w pierwszej kolejności. Dotyczy to zwłaszcza artykułów spożywczych, napojów oraz chemii, która ma określone terminy przydatności. Ciężkie towary, takie jak zgrzewki wody czy kartony z papierem ksero, należy bezwzględnie przechowywać na najniższych półkach lub bezpośrednio na podłodze, aby zapobiec przeciążeniu regałów i zadbać o bezpieczeństwo pracowników.

Dlaczego internetowa hurtownia wielobranżowa usprawnia logistykę firmy?

Tradycyjny model zakupów, w którym osobno zamawia się chemię gospodarczą, papier czy napoje, może prowadzić do chaosu organizacyjnego. Oznacza to konieczność koordynowania kilku dostaw, kontaktu z wieloma kurierami i opłacania licznych faktur. Internetowa hurtownia wielobranżowa eliminuje te problemy, łącząc tysiące produktów z różnych kategorii w jednym miejscu.

Systemy zamówień online w takich hurtowniach pozwalają na tworzenie szablonów zakupowych i błyskawiczne odtwarzanie koszyka z poprzedniego miesiąca. Cały proces sprowadza się do kilku kliknięć na ekranie komputera lub smartfona. Dodatkowo, zrobienie wszystkich zakupów u jednego podmiotu pozwala na łatwiejsze osiągnięcie progów uprawniających do bezpłatnego transportu, co realnie zmniejsza koszty operacyjne przedsiębiorstwa.

Jakie korzyści przynosi automatyzacja zakupów firmowych?

Nowoczesne platformy sprzedażowe dla biznesu oferują szereg funkcji usprawniających codzienne zarządzanie dostawami. Korzystanie z kont biznesowych w hurtowniach internetowych pozwala na precyzyjne planowanie wydatków bez konieczności ręcznego wypisywania list produktów. Dzięki tym narzędziom proces zaopatrzeniowy staje się w pełni transparentny, a ryzyko dokonywania nieprzemyślanych zakupów zostaje zredukowane do minimum. Centralizacja, planowanie i wybór hurtowni wielobranżowej to sprawdzone sposoby na oszczędność czasu oraz pieniędzy w każdym przedsiębiorstwie.

Polska gospodarka ma wzrosnąć o 3,5% w 2026 roku. Firmy liczą na inwestycje i stabilny popyt

Polska gospodarka pozostaje na ścieżce stabilnego wzrostu, choć otoczenie, w którym funkcjonują przedsiębiorstwa, nadal charakteryzuje się podwyższoną niepewnością. Prognozy Biura Maklerskiego BNP Paribas zakładają, że w 2026 roku tempo wzrostu PKB wyniesie 3,5%, co oznacza jedynie nieznaczne spowolnienie względem poprzedniego roku. Jednocześnie inflacja ma obniżyć się do średnio 3,2%, pozostając bliżej celu Narodowego Banku Polskiego niż w ostatnich latach.

Dla przedsiębiorców oznacza to utrzymanie relatywnie korzystnych warunków prowadzenia działalności, jednak bez powrotu do pełnej przewidywalności, która przez lata była fundamentem planowania biznesowego. Wiele będzie zależeć od sytuacji geopolitycznej, w szczególności od rozwoju wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Bazowy scenariusz zakłada stopniową normalizację sytuacji oraz spadek cen surowców energetycznych. Ewentualna eskalacja konfliktu mogłaby jednak ponownie zwiększyć presję inflacyjną, wpływając zarówno na koszty działalności przedsiębiorstw, jak i na skłonność konsumentów do wydawania pieniędzy.

Impuls inwestycyjny

Jednym z najważniejszych czynników wspierających gospodarkę pozostają inwestycje. Rok 2026 może być okresem rekordowego napływu środków europejskich. Przy pełnym wykorzystaniu funduszy dostępnych w ramach Krajowego Planu Odbudowy do polskiej gospodarki może trafić około 210 mld zł. Tak silny impuls inwestycyjny będzie odczuwalny nie tylko w sektorze publicznym, ale również w wielu branżach współpracujących z administracją, samorządami oraz dużymi podmiotami realizującymi projekty infrastrukturalne.

Dla firm oznacza to szansę na zwiększenie skali działalności, ale jednocześnie konieczność odpowiedniego przygotowania organizacyjnego i finansowego. W okresach przyspieszenia inwestycji szczególnego znaczenia nabierają kwestie związane z płynnością finansową, terminowym finansowaniem kontraktów oraz zdolnością do obsługi rosnącej liczby zamówień. To właśnie sprawne zarządzanie kapitałem obrotowym często decyduje o tym, które przedsiębiorstwa są w stanie skutecznie wykorzystać pojawiające się możliwości rynkowe.

Kondycja konsumentów

Pozytywnym sygnałem dla biznesu pozostaje również utrzymująca się dobra kondycja konsumentów. Chociaż dynamika wzrostu wynagrodzeń będzie niższa niż w poprzednich latach, można przewidywać dalszy wzrost konsumpcji gospodarstw domowych na poziomie około 3,5%. Oznacza to utrzymanie relatywnie solidnego popytu wewnętrznego, który pozostaje jednym z głównych motorów wzrostu polskiej gospodarki.

Warto również zwrócić uwagę na sytuację na rynku finansowym. Prognozy wskazują, że stopy procentowe NBP powinny pozostać stabilne do końca roku, a kurs złotego względem euro utrzyma się w pobliżu obecnych poziomów. Taki scenariusz sprzyja planowaniu inwestycji i ogranicza ryzyko związane z kosztami finansowania oraz wahaniami kursowymi. Jednocześnie przedsiębiorcy nie mogą całkowicie wykluczyć alternatywnego scenariusza, w którym utrzymujące się napięcia geopolityczne wymuszą bardziej restrykcyjną politykę pieniężną.

Perspektywy dla polskiej gospodarki pozostają umiarkowanie optymistyczne. Przedsiębiorstwa działają w otoczeniu pełnym wyzwań, ale jednocześnie mają do dyspozycji silne impulsy rozwojowe w postaci inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, stabilnego rynku pracy oraz utrzymującego się popytu krajowego. W takich warunkach o przewadze konkurencyjnej decydują nie tylko jakość oferowanych produktów i usług, lecz także umiejętność szybkiego reagowania na zmieniające się warunki gospodarcze oraz efektywnego zarządzania finansami przedsiębiorstwa.

Rumunia staje się wschodzącą gwiazdą inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej

0

Rumunia coraz silniej przyciąga uwagę międzynarodowych inwestorów nie tylko jako efektywna kosztowo lokalizacja, ale także jako rynek o dynamicznie rozwijającej się bazie przemysłowej i logistycznej. Stabilny wzrost gospodarczy w połączeniu z ponadprzeciętnym poziomem samowystarczalności energetycznej oraz rosnącym popytem na nowoczesną infrastrukturę czyni z tego kraju jedno z najbardziej dynamicznych środowisk inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednocześnie same rumuńskie firmy rozwijają się w szybkim tempie i coraz częściej wychodzą na rynki międzynarodowe, co napędza zapotrzebowanie na bardziej zaawansowane łańcuchy dostaw oraz kompetencje w logistyce transgranicznej.

Jako jeden z liderów rozwoju gospodarczego w Europie od 1989 roku, Rumunia w ciągu ostatnich 20 lat osiągnęła najwyższy w całej Unii Europejskiej wzrost realnych dochodów gospodarstw domowych per capita sięgający aż 134%. Potencjał kraju jest wyraźnie dostrzegany przez międzynarodowy przemysł. Rumunia zbudowała już silną pozycję w kluczowych sektorach, takich jak motoryzacja, a także w branży stalowej i chemicznej. Jednocześnie obserwujemy obecnie rosnący popyt ze strony sektora energetycznego, w tym energetyki odnawialnej, ze szczególnie silnym wzrostem importu komponentów takich jak panele fotowoltaiczne.

Wzrost ten przekłada się bezpośrednio na rosnące zapotrzebowanie na zaawansowaną logistykę. Firmy działające w Rumunii poszukują nie tylko efektywnych rozwiązań transportowych, ale również kompleksowego wsparcia w zarządzaniu lokalnymi i globalnymi łańcuchami dostaw zapewniającego ciągłość, skalowalność i efektywność operacyjną.

Dzięki konkurencyjnym kosztom operacyjnym, dostępowi do jednolitego rynku UE oraz rozwijającej się infrastrukturze Rumunia staje się coraz bardziej atrakcyjną lokalizacją dla firm poszukujących alternatyw dla produkcji w Azji. Globalny trend nearshoringu stanowi dużą szansę dla rumuńskiej gospodarki. W 2025 roku, gdy liczba projektów inwestycyjnych w Europie spadła o 7%, Rumunia przyciągnęła ponad 100 projektów bezpośrednich inwestycji zagranicznych – o 16% więcej niż rok wcześniej. Towarzyszył temu wzrost liczby tworzonych miejsc pracy o 39%, podczas gdy średnia europejska w tym czasie spadła. Kraj awansował na 11. miejsce w europejskim rankingu atrakcyjności BIZ, utrzymując drugą pozycję w regionie CEE, a wśród najsilniejszych sektorów znalazły się maszyny i urządzenia, IT oraz transport i logistyka.

Jakie są gospodarcze atuty Rumunii?

Położenie Rumunii czyni z niej naturalny hub dystrybucyjny dla szerszego regionu – od Bałkanów po Europę Środkowo-Wschodnią. Jednocześnie kraj jest dobrze przygotowany, by odegrać kluczową rolę w przyszłej odbudowie Ukrainy, co wspierają inwestycje infrastrukturalne, bliskość geograficzna oraz rosnące doświadczenie w obsłudze przepływów tranzytowych.

Port w Konstancy to największy port morski Rumunii i jeden z najważniejszych nad Morzem Czarnym. Pełni on rolę strategicznego hubu dla Europy Środkowo-Wschodniej oraz kluczowego punktu w handlu z Azją. W 2025 roku port obsłużył około 67 mln ton ładunków, co potwierdza jego trwałe znaczenie dla regionalnych i globalnych łańcuchów dostaw. Po wybuchu wojny w Ukrainie Konstanca stała się jedynym portem w regionie utrzymującym regularne połączenia z Chinami.

Kraj intensywnie inwestuje również w modernizację infrastruktury transportowej. Budowa autostrady A7 łączącej Konstancę z granicą ukraińską, a także planowane nowe porty wzdłuż Kanału Dunaj-Morze Czarne to tylko niektóre z projektów, które wzmocnią pozycję Rumunii jako regionalnego lidera. Dunaj zapewnia unikalną przewagę w transporcie śródlądowym i intermodalnym, oferując efektywną kosztowo alternatywę dla transportu drogowego, szczególnie w przypadku ładunków ponadgabarytowych i przemysłowych, umożliwiając jednocześnie sprawne połączenia z rynkami takimi jak Węgry oraz dalej, wzdłuż korytarza dunajskiego, w kierunku Europy Środkowej.

Również wejście kraju do strefy Schengen w 2025 roku znacząco ułatwiło handel i logistykę, umożliwiając szybszy przepływ towarów, niższe koszty oraz większą przewidywalność łańcuchów dostaw. Zniesienie kontroli granicznych wyeliminowało opóźnienia sięgające wcześniej nierzadko ponad 20 godzin, istotnie poprawiając czasy tranzytu i efektywność operacyjną.

Jednocześnie Rumunia korzysta ze stosunkowo wysokiego poziomu samowystarczalności energetycznej, co wzmacnia jej konkurencyjność w kontekście wysokich cen energii i niepewności surowcowej w całej Europie, czyniąc ją coraz bardziej atrakcyjną lokalizacją dla inwestycji przemysłowych. Kraj przeżywa także odrodzenie w sektorze energii odnawialnej. W 2025 roku rynek energii słonecznej odnotował znaczący wzrost, dodając około 2,2 GW nowych mocy, co plasuje Rumunię wśród europejskich liderów w tej dziedzinie. Ten dynamiczny rozwój napędza import komponentów takich jak panele fotowoltaiczne, głównie z Azji, przy czym port w Konstancy staje się kluczowym hubem logistycznym, a sprawna obsługa celna zyskuje strategiczne znaczenie.

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie przerobionych zdjęć 14-latki. UODO składa zażalenie

0

Prokuratura umorzyła śledztwo dotyczące opublikowania w mediach społecznościowych przerobionych zdjęć 14-letniej dziewczynki. Sprawa była wcześniej ponownie podjęta po interwencji Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosława Wróblewskiego u Prokuratora Generalnego Waldemara Żurka. Zdaniem UODO śledczy nie przeprowadzili jednak nowych istotnych czynności dowodowych, a decyzja o umorzeniu postępowania była przedwczesna.

Sprawa dotyczy wykorzystania wizerunku małoletniej, który miał zostać przerobiony przy użyciu narzędzi sztucznej inteligencji, a następnie opublikowany w mediach społecznościowych. Według informacji przekazanych przez UODO osoby odpowiedzialne za publikację nie tylko zamieściły zmodyfikowane zdjęcie, ale także zachęcały innych do „zamawiania” podobnych materiałów.

Sprawa trafiła na policję ponad rok temu

Postępowanie rozpoczęło się po zawiadomieniu złożonym przez rodzica pokrzywdzonej dziewczynki. Rodzic wskazywał na możliwość popełnienia przestępstwa polegającego na przerobieniu i rozpowszechnieniu wizerunku jego małoletniej córki. Zawiadomienia w tej sprawie złożyli również Prezes UODO oraz szkoła, do której uczęszcza pokrzywdzona.

Organy ścigania początkowo odmówiły wszczęcia postępowania. Prokuratura uznała, że czyn nie spowodował szkody oraz nie nosił znamion przestępstwa. Prezes UODO zaskarżył tę decyzję, a następnie skierował pismo do Prokuratora Generalnego Waldemara Żurka, wnosząc o wznowienie postępowania i podjęcie śledztwa.

Po tej interwencji prokuratura ponownie zajęła się sprawą. Jak jednak wskazuje UODO, zakończyło się to kolejnym umorzeniem.

UODO: nie było nowych ustaleń

W lutym 2026 r. prokurator wydał postanowienie o umorzeniu śledztwa. Z akt sprawy, na które powołuje się UODO, wynika, że po ponownym podjęciu postępowania nie przeprowadzono nowych czynności dowodowych, które mogłyby doprowadzić do istotnych ustaleń. Według organu nadzorczego dokonano jedynie ponownego przesłuchania ojca pokrzywdzonej.

Prezes UODO ocenia, że w takiej sytuacji decyzja o umorzeniu była przedwczesna. Urząd przypomina, że wcześniej Prokuratura Krajowa nakazała wznowienie postępowania, uznając, że poprzednia decyzja organów ścigania wymaga ponownej oceny. Skoro natomiast ustalenia faktyczne nie uległy zmianie, to — zdaniem UODO — także kolejna decyzja o umorzeniu budzi zastrzeżenia.

Spór o szkodę i charakter czynu

Jednym z kluczowych elementów sprawy jest ocena, czy opublikowanie przerobionego zdjęcia wyrządziło szkodę. Prokuratura miała uznać, że działanie to było jedynie formą nieudanego, nastoletniego żartu i nie spowodowało szkody po stronie pokrzywdzonej.

Z takim stanowiskiem nie zgadza się Prezes UODO. Urząd wskazuje, że ojciec dziewczynki wyraźnie podkreślał, iż zarówno on, jak i jego córka czują się pokrzywdzeni i nie wyrażają zgody na publikowanie tego rodzaju materiałów. W ocenie organu nadzorczego doszło więc do wyrządzenia krzywdy, która również może być traktowana jako postać szkody.

UODO zwraca także uwagę, że prokuratura nie podjęła działań zmierzających do ustalenia tożsamości sprawców. Zdaniem urzędu jest to szczególnie istotne w sprawach dotyczących małoletnich oraz wykorzystania ich wizerunku w internecie.

Kluczowy jest art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych

Najważniejszy zarzut Prezesa UODO dotyczy interpretacji art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych. Przepis ten penalizuje przetwarzanie danych osobowych bez podstawy prawnej.

Według UODO prokuratura błędnie przyjęła, że przerobienie zdjęcia w opisanych okolicznościach nie stanowi przetwarzania danych osobowych. Śledczy mieli również argumentować, że do przestępstwa nie doszło, ponieważ wizerunek małoletniej pochodził z materiałów ogólnodostępnych, a nie z „chronionego zbioru danych”.

Prezes UODO nie zgadza się z taką interpretacją. Urząd podkreśla, że z punktu widzenia ochrony danych osobowych wizerunek osoby możliwej do zidentyfikowania jest daną osobową. Jego modyfikacja, publikacja i dalsze rozpowszechnianie mogą więc stanowić przetwarzanie danych osobowych.

Zdaniem UODO nie ma przy tym znaczenia, czy pierwotne zdjęcie pochodziło z materiałów ogólnodostępnych. Istotne jest to, że fotografia dotyczyła konkretnej, możliwej do zidentyfikowania osoby. Organ nadzorczy zwraca również uwagę, że prokuratura nie wyjaśniła, czym miałby być wskazywany przez nią „chroniony zbiór danych” ani dlaczego jego istnienie miałoby być warunkiem odpowiedzialności z art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych.

UODO składa zażalenie do sądu

Prezes UODO złożył zażalenie na postanowienie o umorzeniu śledztwa. Organ nadzorczy stoi na stanowisku, że w sprawie doszło do przetwarzania danych osobowych małoletniej bez podstawy prawnej, a prokuratura bezzasadnie zakończyła postępowanie.

Sprawa ma znaczenie wykraczające poza jednostkowy przypadek. Dotyczy bowiem odpowiedzialności za wykorzystywanie wizerunku dzieci i nastolatków w internecie, w tym za materiały tworzone lub modyfikowane z użyciem sztucznej inteligencji. W ocenie UODO organy ścigania powinny traktować takie przypadki z należytą powagą, zwłaszcza gdy dotyczą osób małoletnich, których ochrona w środowisku cyfrowym wymaga szczególnej staranności.

Rozstrzygnięcie sądu może mieć znaczenie dla praktyki organów ścigania w podobnych sprawach. Chodzi przede wszystkim o to, czy przerobienie i publikacja wizerunku osoby małoletniej w internecie mogą być kwalifikowane jako bezprawne przetwarzanie danych osobowych, nawet jeśli pierwotne zdjęcie było wcześniej publicznie dostępne.

OC komunikacyjne tanieje, ale KNF wskazuje na rosnące koszty odszkodowań

0

W maju 2026 roku mediana ofert OC w Polsce wyniosła 641 zł – tak wynika z raportu Rankomat.pl. To o 11 zł mniej niż w kwietniu i jednocześnie najniższy poziom od maja 2024 roku. Dla kierowców to dobra wiadomość, ale najnowsze dane Komisji Nadzoru Finansowego pokazują, że dalsze obniżki mogą być trudne do utrzymania. Segment obowiązkowego OC komunikacyjnego po I kwartale 2026 roku ponownie znalazł się pod presją rosnących kosztów szkód.

Po marcowo-kwietniowym odbiciu ceny OC znów spadły. Ostatnio podobny poziom odnotowano w maju 2024 roku, kiedy mediana ofert wynosiła 643 zł. Rok później, w maju 2025 roku, było to 711 zł, czyli o 70 zł więcej niż obecnie.

Nie oznacza to jednak powrotu do bardzo taniego OC sprzed kilku lat. W maju 2023 roku mediana wynosiła 524 zł. Obecny poziom jest więc o 117 zł wyższy niż trzy lata temu. Rynek jest wyraźnie tańszy niż w szczycie podwyżek z 2025 roku, ale nadal znacząco droższy niż przed okresem dynamicznego wzrostu cen.raport maj

Rentowność OC pod presją

Na możliwe ograniczenie dalszych obniżek wskazują dane KNF po I kwartale 2026 roku. W grupie 10., czyli w obowiązkowym OC posiadaczy pojazdów mechanicznych, strata techniczna na działalności bezpośredniej wyniosła 19 mln zł. Rok wcześniej wynik był dodatni i wynosił 43,2 mln zł.

Ubezpieczyciele zebrali 4,8 mld zł składki, co oznacza wzrost o 3% rok do roku. Jednocześnie wypłacili o 9% więcej odszkodowań i świadczeń, a średnia wartość zlikwidowanej szkody wzrosła o 6%, do 11,6 tys. zł.

– Dane KNF pokazują, że sytuacja w komunikacyjnych polisach OC robi się coraz bardziej wymagająca dla ubezpieczycieli. Rynek jako całość pozostaje stabilny, ale rosnące koszty szkód i słabsza rentowność mogą ograniczać przestrzeń do dalszych obniżek cen. Firmy, które przez dłuższy czas sprzedają polisy poniżej kosztów, będą musiały skorygować swoją strategię. Dla kierowców oznacza to, że obecne, relatywnie niskie ceny OC mogą nie utrzymać się bez końca – komentuje Katarzyna Gaweł, ekspertka Rankomat.pl.

Komisja Nadzoru Finansowego zapowiada dalszy monitoring zakładów ubezpieczeń, które utrzymują nierentowne linie biznesowe. Z perspektywy rynku OC oznacza to, że presja na wynik techniczny może stać się jednym z czynników ograniczających agresywną konkurencję cenową.

Najdrożej w pomorskim, najtaniej w podkarpackim

Wśród województw najwyższą medianę ofert OC odnotowano w maju w województwie pomorskim. Wyniosła ona 718 zł, czyli o 77 zł więcej niż mediana krajowa. Drugie miejsce zajęło województwo dolnośląskie z medianą 698 zł, a kolejne mazowieckie – 676 zł oraz zachodniopomorskie – 674 zł.Ceny w województwach maj 26

Powyżej mediany krajowej znalazło się również województwo kujawsko-pomorskie, gdzie mediana wyniosła 643 zł. Pozostałe regiony były tańsze od wyniku ogólnopolskiego.

Najtańszym województwem było podkarpackie. Mediana ofert OC wyniosła tam 556 zł. Niewiele więcej płacili kierowcy w województwach świętokrzyskim – 557 zł, lubelskim – 569 zł oraz opolskim – 570 zł. Różnica między najdroższym województwem pomorskim a najtańszym podkarpackim wyniosła 162 zł.

W porównaniu z kwietniem ceny w najdroższych regionach spadły. W pomorskim mediana obniżyła się z 730 zł do 718 zł, w dolnośląskim z 703 zł do 698 zł, w mazowieckim z 691 zł do 676 zł, a w zachodniopomorskim z 685 zł do 674 zł. Wśród najtańszych województw podkarpackie utrzymało poziom z kwietnia, natomiast spadki odnotowano m.in. w świętokrzyskim, lubelskim i opolskim.

Wrocław i Gdańsk nadal najdroższe. Opole odzyskuje miano najtańszego wśród miast wojewódzkich

Różnice między miastami wojewódzkimi pozostają jeszcze większe niż między regionami. Najdroższym miastem w maju był Wrocław, gdzie mediana ofert OC wyniosła 850 zł. Niewiele mniej płacili kierowcy z Gdańska – 838 zł. Podium zamyka Poznań z medianą na poziomie 812 zł.Ceny w miastach maj 26

Wysokie ceny odnotowano także w Łodzi – 805 zł, Szczecinie – 782 zł, Warszawie – 762 zł oraz Bydgoszczy – 751 zł. Oznacza to, że w najdroższych miastach wojewódzkich mediana OC była o ponad 100 – 200 zł wyższa od mediany krajowej.

Najtańszym miastem wojewódzkim było Opole, gdzie mediana ofert OC wyniosła 634 zł. To jedyne miasto w zestawieniu z wynikiem niższym od mediany krajowej. Na kolejnych miejscach znalazły się Rzeszów – 650 zł, Lublin – 669 zł oraz Katowice – 678,50 zł.

W porównaniu z kwietniem uwagę zwracają spadki w miastach, które wcześniej należały do najdroższych. W Gdańsku mediana obniżyła się z 869 zł do 838 zł, czyli o 31 zł. We Wrocławiu spadła z 876 zł do 850 zł, a w Poznaniu z 826 zł do 812 zł.

Wyraźna zmiana nastąpiła też w Opolu. W kwietniu mediana wynosiła tam 666 zł, a w maju spadła do 634 zł. Dzięki temu Opole ponownie znalazło się na końcu zestawienia najdroższych miast wojewódzkich.

Co to oznacza dla kierowców?

Majowe dane pokazują, że kierowcy mogą obecnie znaleźć OC taniej niż w poprzednich miesiącach, ale sytuacja na rynku nie jest jednoznaczna. Z jednej strony mediana ofert spadła do najniższego poziomu od dwóch lat. Z drugiej strony ubezpieczyciele mierzą się z rosnącymi kosztami szkód i słabszą rentownością obowiązkowego OC.

Dla właścicieli samochodów oznacza to, że warto porównywać oferty szczególnie uważnie. Różnice między regionami sięgają ponad 160 zł, a między najdroższym i najtańszym miastem wojewódzkim ponad 200 zł. W praktyce cena polisy nadal w dużej mierze zależy od miejsca zamieszkania, historii ubezpieczenia, wieku kierowcy, parametrów samochodu i zakresu dostępnych ofert.

Rynki patrzą na banki centralne. Inflacja w USA rośnie, EBC może podnieść stopy

Ostatnie dni na rynkach dają nam chociaż trochę tematów innych niż wojna w Zatoce Perskiej. Z drugiej strony decyzje banków centralnych po trochu wynikają jednak z działań USA i Izraela w tym regionie. W USA rosną ceny, a Europa czeka na wzrost stóp.

Inflacja w USA

Amerykańska administracja wydaje się robić wiele rzeczy, by przegrać listopadowe wybory. Sondaże nadal jednak dają Republikanom szansę utrzymania większości, o ile wygrają kilka wahających się stanów. Ostatnie wybory pokazywały, że tego typu niespodzianki udawały im się wyjątkowo często. Obecnie jest jednak jeszcze jeden problem, czyli kondycja gospodarki. Obecna administracja doszła do władzy twierdząc, że Demokraci rujnują gospodarkę, a teraz wyniki jeszcze się pogarszają. Obecnie głównym problemem jest inflacja. Wczorajszy odczyt wyniósł 4,2% i był to wynik zgodny z oczekiwaniami, ale najwyższy od 2023 r. Wtedy jednak powodem takiej dynamiki wzrostu cen była pandemia koronawirusa, a teraz jest nim niezrozumiała dla wielu obserwatorów wojna w Iranie. Rosnąca inflacja przekłada się na umocnienie dolara względem głównych walut. Im wyższa inflacja, tym bardziej będą rosły stopy procentowe, a to – dzięki lepszym stopom zwrotu – będzie zachęcać inwestorów do trzymania środków w dolarze.

Sądny dzień euro

Wygląda na to, że wiadomością dnia będzie dzisiaj decyzja EBC. Wcześniej poznamy co prawda decyzję Banku Turcji, ale nad Bosforem nie powinniśmy oczekiwać niespodzianek. Chyba że ktoś nie śledzi sytuacji w tym kraju – wtedy stopy procentowe na poziomie 37% mogą być zaskoczeniem. Natomiast EBC powinien dzisiaj podnieść stopy z poziomu 2,15% na 2,4%. Choć rynek „mówi” znacznie więcej o podwyżkach w USA, to właśnie w Europie nadchodzą one dużo szybciej. Z drugiej strony w USA analitycy przewidują dwie rundy wzrostu stóp, więc docelowo nadwyżka oprocentowania za Oceanem względem Europy powinna wzrosnąć. Wzrost stóp procentowych najpewniej przełoży się na umocnienie euro względem innych walut, w tym przede wszystkim dolara.

Bank Kanady nie zmienia stóp

Na wczorajszym posiedzeniu Banku Kanady nie doszło do zmian stóp procentowych. Zostały one utrzymane na poziomie 2,25%, co było zgodne z oczekiwaniami analityków. Warto zwrócić uwagę, że stopy procentowe są tam obecnie wyraźnie niższe od inflacji. Mamy co prawda tylko dane za kwiecień, majowe poznamy za 1,5 tygodnia. Już jednak kwietniowe dane mówią o wskaźniku wzrostu cen na poziomie 2,8%, czyli ponad pół punktu procentowego powyżej stóp procentowych. W maju analitycy oczekują symbolicznego wzrostu do 2,9%, co – biorąc pod uwagę zamieszanie na rynku ropy – nie powinno dziwić. Niby pod koniec maja cena baryłki spadła już wyraźnie poniżej poziomu 100 dolarów, ale w maju ubiegłego roku baryłka ropy Brent kosztowała 60 dolarów. Tak duży wzrost cen musi przekładać się na inflację. Decyzja Banku Kanady była zgodna z oczekiwaniami, co spowodowało brak większych reakcji rynków.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – strefa euro – decyzja w sprawie stóp procentowych.

ZBP komentuje wyrok TSUE w sprawie C-903/24: odsetki najwcześniej od doręczenia konkretnego wezwania

  • TSUE uznał, że konsumentowi przysługują odsetki za opóźnienie dopiero od momentu doręczenia Bankowi wezwania wskazującego konkretną kwotę dochodzonego roszczenia, na tej podstawie bank jest w stanie ustalić zakres jego potencjalnego zobowiązania i ocenić zasadność żądania.
  • Zdaniem Trybunału nie stanowi to nadmiernego obciążenia dla konsumenta, ponieważ wysokość wpłat może zostać ustalona na podstawie historii rachunku bankowego lub zaświadczenia wydanego przez bank.
  • Taki warunek nie uniemożliwia ani nie prowadzi do nadmiernego utrudnienia wykonywania praw przyznanych konsumentom.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał dziś wyrok w sprawie C-903/24 Zmarka dotyczącej momentu, od którego konsument może dochodzić odsetek ustawowych za opóźnienie od świadczeń spełnionych na podstawie umowy zawierającej nieuczciwe warunki umowne.

TSUE wskazał, że przedsiębiorca, na podstawie informacji zawartych w wezwaniu, powinien być w stanie ustalić zakres i wysokość zgłaszanego przez konsumenta roszczenia i na tej podstawie dokonać oceny jego zasadności.

Trybunał potwierdził tym samym przepisy krajowe, zgodnie z którymi wezwanie do zapłaty powinno zawierać wskazanie konkretnej kwoty, której domaga się konsument. Odsetki za opóźnienie mogą się wiec należeć najwcześniej dopiero od momentu doręczenia bankowi tak skonkretyzowanego wezwania – podkreśla prezes Związku Banków Polskich dr Tadeusz Białek.

Opinia Rzecznika Generalnego TSUE: polskie sądy mają ocenić spełnienie obowiązków informacyjnych.

Rzecznik Generalny TSUE wydał opinię – na wyrok TSUE przyjdzie jeszcze poczekać przynajmniej kilka miesięcy. Opinia zawiera stanowisko w zakresie badania obowiązków informacyjnych oraz skutków ich ewentualnego naruszenia.

Jednocześnie nie oznacza ona automatycznego zastosowania sankcji w każdej sprawie. Ostateczna ocena zależy od okoliczności konkretnej sprawy oraz rozstrzygnięcia sądu. Nadal kluczowe znaczenie ma ocena, czy dane uchybienie rzeczywiście mogło mieć wpływ na sytuację klienta i jego możliwość oceny zobowiązania.

Należy podkreślić, że opinia Rzecznika Generalnego ma jedynie charakter pomocniczy – nie jest wyrokiem TSUE, nie wiąże składu orzekającego Trybunału i nie przesądza automatycznie o wyniku indywidualnych spraw prowadzonych przed sądami krajowymi. Dopiero przyszły wyrok TSUE określi kierunek wykładni, a zastosowanie tej wykładni do konkretnej umowy będzie należało do sądu krajowego. Wyrok TSUE nie zawsze jest tożsamy z opinią Rzecznika Generalnego.

Klientów zachęcamy, aby w razie pytań dotyczących swojej umowy kontaktowali się bezpośrednio ze swoim bankiem – to najszybszy sposób na uzyskanie informacji o dostępnych rozwiązaniach.

Nie technologia, lecz zarządzanie. Co przesądzi o sukcesie polskiego programu jądrowego

Ponad 30 państw popiera już deklarację potrojenia mocy jądrowych do 2050 r., zapoczątkowaną podczas COP28, a globalne inwestycje w energetykę jądrową prognozowane są na ok. 2,2 bln dolarów w ciągu najbliższych 25 lat. Jednocześnie wiele projektów jądrowych odnotowuje znaczące przekroczenia kosztów i harmonogramów, pochłaniając kapitał i nadwerężając zaufanie inwestorów. Najnowsza analiza Bain & Company pokazuje, że przyczyna wielu porażek nie tkwi w samej technologii reaktora, lecz w braku dyscypliny programowej na etapie poprzedzającym ostateczną decyzję inwestycyjną (FID). Dla Polski – jednego z największych i najbardziej zaawansowanych nowych rynków jądrowych w Europie Środkowo-Wschodniej – wnioski te mają wyjątkowe znaczenie właśnie teraz, gdy podejmowane są kluczowe decyzje programowe.

Od deklaracji do realizacji: renesans jądrowy wchodzi w decydującą fazę

Zainteresowanie energetyką jądrową rośnie wraz z zapotrzebowaniem na stabilne, niskoemisyjne źródła energii. Wpływają na to m.in. rozwój centrów danych, elektryfikacja gospodarki, reindustrializacja oraz potrzeba wzmocnienia bezpieczeństwa dostaw. Deklarację potrojenia mocy jądrowych do 2050 r. zapoczątkowało na COP28 ponad 20 państw; dziś popiera ją już ponad 30 krajów. W Stanach Zjednoczonych rozporządzenia wykonawcze prezydenta wydane w 2025 r. wyznaczyły kierunek dynamicznego przyspieszenia rozwoju energetyki jądrowej, obejmującego wsparcie dla nowych inwestycji, restartów wyłączonych bloków oraz zwiększania mocy istniejących reaktorów. Globalnie inwestycje jądrowe prognozowane są na ok. 2,2 bln dolarów w perspektywie 25 lat. Atom pozostaje atrakcyjny dla wielu państw i inwestorów, ponieważ łączy niską emisyjność z wysoką dyspozycyjnością i długim okresem pracy aktywów.

Globalny renesans energetyki jądrowej jest realny i napędzany przez kilka równoległych trendów: rosnący popyt na energię elektryczną, rozwój centrów danych, reindustrializację, elektryfikację gospodarki oraz potrzebę wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego. Sama skala zainteresowania nie przesądza jednak o skutecznej realizacji projektów. Obserwujemy dziś bardzo dużą aktywność na poziomie deklaracji – umowy, listy intencyjne i obietnice polityczne – ale w wielu przypadkach nie towarzyszy jej jeszcze gotowość programowa niezbędna do doprowadzenia inwestycji do końca. Ostateczna decyzja inwestycyjna powinna być zwieńczeniem wieloletniego, rygorystycznego przygotowania. Obejmuje ono weryfikację przypadku biznesowego w szerokim spektrum scenariuszy, ocenę dojrzałości łańcucha dostaw i zdolności organizacyjnych oraz zaprojektowanie struktury finansowania odpornej na długi okres budowy – mówi Marcin Szczuka, partner w Bain & Company, lider praktyki Energii i Zasobów Naturalnych w Polsce i CEE. – W ostatnich dekadach globalny przemysł jądrowy przeszedł drogę od dynamicznego rozwoju, przez okres stagnacji, do obecnej fazy odbudowy kompetencji i zdolności wykonawczych. Organizacje, które rozumieją tę sekwencję i odpowiednio wcześnie budują instytucjonalne kompetencje do zarządzania megaprojektami jądrowymi, będą miały największe szanse powodzenia. Te, które podejmą FID bez takiej gotowości, ryzykują powtórzenie najkosztowniejszych błędów inwestycyjnych ostatnich dekad.

O powodzeniu projektów jądrowych decyduje dojrzałość programu, nie tylko technologia

Analiza Bain & Company, obejmująca doświadczenia z kilkunastu krajów i różnych technologii reaktorowych, pokazuje, że o powodzeniu inwestycji jądrowych w dużej mierze rozstrzyga jakość przygotowania programu przed rozpoczęciem budowy. Największe problemy pojawiały się tam, gdzie decyzje o przejściu do kolejnych etapów podejmowano mimo niedostatecznej gotowości projektu, organizacji właścicielskiej, wykonawców lub łańcucha dostaw. W praktyce prowadziło to do późnych zmian projektowych, konieczności dodatkowych prac, narastających opóźnień i utraty kontroli nad kosztami.

Raport wskazuje jednocześnie, że projekty realizowane w oparciu o sprawdzoną technologię, konsekwentne powielanie sprawdzonych rozwiązań oraz dobrze skoordynowany model współpracy inwestora, dostawców i wykonawców osiągały wyraźnie lepsze wyniki. Dlatego autorzy raportu podkreślają znaczenie dyscypliny. Utrzymanie harmonogramu daje szansę na kontrolę nad budżetem.

W energetyce jądrowej sama dojrzałość technologii nie wystarcza. O sukcesie decyduje zdolność do zarządzania całym programem inwestycyjnym: od jakości przygotowania projektu, przez dostępność kompetencji i łańcucha dostaw, po model nadzoru nad wykonawcami i podejmowania decyzji. To szczególnie ważne w przypadku krajów i organizacji, które budują takie kompetencje po raz pierwszy albo wracają do energetyki jądrowej po wielu latach przerwy – podkreśla Adam Olszewski, Associate Partner w Bain & Company. – Największym ryzykiem jest rozpoczęcie budowy zbyt wcześnie, zanim kluczowe elementy programu osiągną odpowiednią dojrzałość. Wówczas każde opóźnienie, zmiana projektowa czy problem po stronie dostawców szybko przekładają się na koszty finansowania, rentowność projektu i zaufanie inwestorów. Dlatego etap pre-FID powinien służyć nie tylko potwierdzeniu atrakcyjności inwestycji, ale przede wszystkim rzetelnemu sprawdzeniu, czy organizacja jest gotowa ją bezpiecznie i skutecznie zrealizować.

Trzy warunki wiarygodnej decyzji inwestycyjnej

Bain & Company identyfikuje trzy wzajemnie powiązane warunki, które każdy inwestor musi udowodnić równolegle przed podjęciem FID. Po pierwsze, przypadek biznesowy musi generować trwałą wartość w szerokim spektrum scenariuszy, co wymaga rygorystycznego modelowania kosztu energii (LCOE), stress-testingu wobec alternatywnych technologii generacji oraz jasnego określenia roli aktywa w ewoluującym miksie energetycznym. Po drugie, ryzyka realizacyjne muszą być zidentyfikowane i wiarygodnie zarządzane: obejmuje to walidację kosztów i harmonogramów metodą bottom-up, ocenę dojrzałości łańcucha dostaw i kontrahentów, weryfikację dojrzałości technologicznej reaktora, strategię kadrową i projekt systemu nadzoru wykonawczego. Po trzecie, finansowanie musi być trwałe przez cały wieloletni okres budowy – wymaga to zaangażowania rządów, na przykład w postaci gwarancji kredytowych, kontraktów różnicowych lub mechanizmów ochrony przed przekroczeniami kosztów, co, jak wskazuje Bain & Company, było wspólnym mianownikiem udanych programów jądrowych ostatnich dwóch dekad.

Tych trzech obszarów nie da się oceniać w oderwaniu od siebie. Zmiana projektowa rzutuje na kosztorys, który zmienia zapotrzebowanie finansowe, modyfikuje propozycję dla inwestorów i wymaga innej struktury podziału ryzyka. Praca poprzedzająca FID musi być zarządzana jako zintegrowana całość i aktualizowana na bieżąco przez cały 2-5-letni okres dojrzewania projektu.

Polska wobec wyzwania pierwszego programu jądrowego

Polska realizuje dziś jeden z największych i najbardziej zaawansowanych nowych programów energetyki jądrowej w Europie Środkowo-Wschodniej, prowadząc równolegle inwestycje w duże bloki jądrowe i projekty małych reaktorów modułowych (SMR). Krajowy program jądrowy cieszy się szerokim poparciem społecznym, a zaangażowanie międzynarodowych partnerów technologicznych i finansowych oraz europejskie mechanizmy wsparcia tworzą solidne fundamenty dla długoterminowej realizacji. W świetle doświadczeń z globalnych projektów jądrowych Polska staje jednak przed wyzwaniem, które dzielą wszystkie kraje wchodzące na ścieżkę atomową po raz pierwszy: budową instytucjonalnych zdolności zarządzania megaprojektem bez wcześniejszego doświadczenia w realizacji elektrowni jądrowych.

Polska jest w historycznie wyjątkowym miejscu. Wchodzimy na ścieżkę jądrową po raz pierwszy, prowadząc równolegle dwa programy o odmiennych technologiach, horyzontach czasowych i profilach ryzyka. To ambitna i słuszna strategia z perspektywy dywersyfikacji technologicznej i bezpieczeństwa energetycznego, ale jednocześnie złożone wyzwanie zarządcze. Sprawdzona technologia wielkoskalowa opiera się na dojrzalszym, choć wciąż odbudowywanym łańcuchu dostaw, podczas gdy SMR-y są dopiero u progu komercjalizacji i gromadzą pierwsze doświadczenia budowlane na świecie. Dlatego każdy z tych programów wymaga odrębnie skonstruowanego przypadku biznesowego, innej struktury finansowania, własnego profilu ryzyk oraz rygorystycznie przeprowadzonej pracy pre-FID – komentuje Marcin Szczuka. – Kluczowe będzie takie ukształtowanie modelu zarządzania, aby zachować spójność strategiczną całego programu, a jednocześnie adekwatnie różnicować ścieżki decyzyjne, mechanizmy nadzoru i alokację ryzyk dla poszczególnych technologii. Lekcje z globalnych projektów jądrowych pokazują, że powodzenie zależy nie tylko od wyboru technologii, lecz od zdolności instytucji do konsekwentnego zarządzania megaprojektem przez wiele lat. Polska ma szansę stać się regionalnym liderem nie tylko pod względem zainstalowanych mocy, ale także dojrzałości programu jądrowego, pod warunkiem, że ambicji będzie towarzyszyć dyscyplina wykonawcza.

Vinci i 3TS inwestują w Sybilla Technologies. To jedna z największych rund w polskim spacetech

  • Vinci z grupy BGK oraz europejski fundusz 3TS Capital Partners, dokonały inwestycji w spółkę Sybilla Technologies. Wartość transakcji wynosi ok. 35 mln zł.
  • Sybilla jest wiodącym europejskim dostawcą danych obserwacyjno-analitycznych o ruchu obiektów w przestrzeni kosmicznej, pozyskiwanych z własnej sieci 50 sensorów optycznych rozmieszczonych na 6 kontynentach. Spółka ma niezwykle ambitne plany rozwoju, zakładające wejście do światowej czołówki w ciągu 3 lat.
  • Sybilla aktywnie wspiera budowę europejskiego bezpieczeństwa i suwerenności technologicznej w kosmosie. Pozyskany kapitał pozwoli jej odegrać istotną rolę w komercjalizacji przestrzeni okołoziemskiej.

Inwestycja europejskiego funduszu 3TS Capital Partners oraz Vinci z grupy BGK w bydgoską spółkę Sybilla Technologies należy do największych rund finansowania z udziałem polskiej spółki z sektora spacetech. Jest to jednocześnie pierwsza zewnętrzna runda inwestycyjna w historii firmy, która od momentu powstania rozwijała się wyłącznie dzięki kapitałowi pochodzącemu od założycieli.

Europejski lider

Sybilla Technologies dysponuje największą prywatną siecią 50 sensorów optycznych należącą do europejskiej firmy. Jej systemy są zdolne do wykrywania i śledzenia obiektów wielkości puszki po napoju z odległości 36 tysięcy kilometrów. Spółka dostarcza dane i analizy dotyczące ruchu obiektów w przestrzeni orbitalnej. Z jej unikalnych zasobów korzystają narodowe agencje kosmiczne Polski, Włoch, Francji oraz Europejska Agencja Kosmiczna, a także instytucje unijne takie, jak Europejski Fundusz Obronny czy EU Space Surveillance and Tracking. Sybilla współpracuje ponadto dowództwem brytyjskich sił zbrojnych odpowiedzialnym za prowadzenie operacji kosmicznych, a także koncernami technologicznymi, m.in. Airbusem czy Leonardo.

Globalne ambicje

– Rozpoczynamy nowy, niezwykle ambitny i dynamiczny okres w rozwoju spółki. Środki pozyskane od inwestorów przeznaczymy na rozbudowę sieci sensorów i serwisów analitycznych, a w efekcie znaczące zwiększenie zdolności operacyjnych i zasięgu geograficznego. W planach mamy wejście na rynki USA, Bliskiego Wschodu, Azji, a także umocnienie naszej pozycji i rozszerzenie zakresu współpracy z partnerami z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch oraz Francji. Kolejnym krokiem będzie wyniesienie naszych sensorów na orbitę. Celem jest także dalsza komercjalizacja naszych usług, umocnienie pozycji w sektorze obronnym, a w efekcie wielokrotne zwiększenie skali biznesu – informuje Piotr Sybilski, prezes i współzałożyciel Sybilla Technologies.

Rosnący potencjał polskich firm

Inwestycja w Sybilla Technologies wpisuje się w działania BGK na rzecz wspierania rozwoju innowacyjnych przedsięwzięć o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki. -Jesteśmy przekonani, że potencjał polskich spółek będzie miał istotny wkład w budowę bezpieczeństwa oraz suwerenności technologicznej Europy w obszarze kosmicznym. Inwestycja potwierdza również rosnący potencjał firm z Polski w sektorze zaawansowanych technologii oraz ich zdolność do konkurowania na rynku globalnym – podkreśla Mirosław Czekaj, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

Do końca tego roku bydgoska spółka podwoi liczbę posiadanych sensorów, zwiększając ich liczbę do 100 z obecnych 50, co pozwoli jej stale monitorować ruch 90% z ponad 40 tys. obiektów znajdujących się w kosmosie w czasie krótszym niż 24 godziny. W kolejnych latach Sybilla planuje rozbudować swoją sieć do 300 urządzeń rozmieszczonych w około100 lokalizacjach na całym świecie. Infrastrukturą tej wielkości dysponują dziś jedynie najwięksi amerykańscy gracze.

Europejskie oko na kosmos

– Witamy w swoim portfelu tę imponującą oraz niezwykle ambitną spółkę, która jest drugą, po Iceye, inwestycją funduszu Vinci w branżę kosmiczną. Sybilla już dziś jest wiodącym w UE dostawcą danych analityczno-obserwacyjnych o ruchu obiektów w przestrzeni satelitarnej, a w perspektywie kilku lat ma duże szanse wejść do światowej czołówki. Posiada w Polsce zespół ekspertów o unikalnych kompetencjach z takich dziedzin, jak astrofizyka, optyka czy robotyka. Jej działalność i ambitne plany rozwoju idealnie wpisują się w strategię Vinci, zakładającą wykorzystanie publicznego kapitału oraz istniejących w kraju talentów, patentów oraz unikalnych kompetencji do budowania przyszłości polskiej gospodarki – mówi Bartosz Drabikowski, prezes Vinci, firmy inwestycyjnej z grupy BGK, zarządzającej kapitałem o wartości przekraczającej miliard złotych.

Sybilla dostarcza krytyczne dane umożliwiające bezpieczne funkcjonowanie infrastruktury satelitarnej i rozwój gospodarki kosmicznej. W świecie rosnących napięć geopolitycznych dostęp do niezależnych źródeł danych staje się strategicznym zasobem. Technologie rozwijane przez Sybillę wzmacniają europejską autonomię i suwerenność technologiczną w przestrzeni okołoziemskiej.

Współpraca kapitału prywatnego i publicznego

Transakcja o wartości ok. 35 mln zł została przeprowadzona przez fundusz Venture Capital należący do Vinci z grupy BGK oraz 3TS Capital Partners. Założyciele i dotychczasowi udziałowcy zachowali pakiet większościowy oraz decydującą rolę w dalszym rozwoju spółki.

– Inwestycja w Sybillę jest przykładem skutecznej współpracy kapitału prywatnego i publicznego na rzecz budowy globalnych liderów technologicznych wywodzących się z Polski – podsumowuje Katarzyna Pac-Malesa, dyrektorka inwestycyjna 3TS Capital Partners. Fundusze 3TS zrealizowały już ponad 70 inwestycji w 13 krajach Europy, wspierając rozwój czołowych spółek technologicznych z regionu. – Od ponad 25 lat wspieramy przedsiębiorców, którzy dzięki technologii budują trwałe przewagi konkurencyjne i rozwijają rozwiązania o strategicznym znaczeniu dla gospodarki oraz bezpieczeństwa. Sybilla doskonale wpisuje się w tę filozofię. Wierzymy, że dzięki połączeniu kapitału, doświadczenia oraz aktywnego wsparcia w skalowaniu organizacji i ekspansji międzynarodowej będziemy mogli przyspieszyć jej rozwój i pomóc w realizacji ambitnego celu, jakim jest zbudowanie globalnego lidera w obszarze monitorowania i bezpieczeństwa przestrzeni kosmicznej – dodaje.

Europejski Bank Centralny przed trudną decyzją. Rynek oczekuje podwyżki stóp o 25 punktów bazowych

Rynek finansowy z dużą uwagą oczekuje dzisiejszego zakończenia posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego. Według ekonomistów oraz wycen instrumentów terminowych najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest podwyżka stóp procentowych o 25 punktów bazowych, która podniosłaby stopę referencyjną w strefie euro do 2,4%. Taka decyzja byłaby odpowiedzią na ponowny wzrost presji inflacyjnej, napędzany przede wszystkim wyższymi cenami energii związanymi z wojną w Iranie. Konflikt zwiększył ryzyko utrzymywania się inflacji powyżej celu banku centralnego, co wzmacnia argumenty za bardziej restrykcyjną polityką pieniężną.

Zgodnie ze wstępnymi danymi inflacja w strefie euro przyspieszyła w maju do 3,2% r/r z 3,0% miesiąc wcześniej, natomiast inflacja bazowa wzrosła do 2,5% r/r z 2,2%. Odczyty te sugerują, że presja cenowa pozostaje uporczywa, mimo wcześniejszych sygnałów stabilizacji. W tym kontekście EBC będzie musiał nie tylko podjąć decyzję w sprawie stóp procentowych, lecz także przedstawić nowe prognozy makroekonomiczne. Jest prawdopodobne, że bank centralny istotnie podniesie przewidywania dotyczące inflacji na lata 2026 i 2027, co może nadać kierunek dalszym oczekiwaniom rynkowym.

Część ekonomistów uważa, że czerwcowa podwyżka jest już niemal przesądzona. Rynek traktuje ją jako scenariusz bazowy, a taki ruch miałby przede wszystkim wzmocnić wiarygodność EBC w walce z inflacją. Potencjalną decyzję można więc określić jako „ubezpieczeniową” i symboliczną reakcję na wcześniejszą krytykę banku centralnego za zbyt późne zaostrzenie polityki pieniężnej w 2022 roku. Warto jednak pamiętać, że obecna sytuacja różni się od tej sprzed kilku lat, ponieważ rynek pracy jest słabszy, a presja płacowa wyraźnie mniejsza. Ryzyko polega na tym, że EBC może zacieśnić politykę w nieodpowiednim momencie, zwłaszcza jeśli po wakacjach inflacja zacznie spadać, a gospodarka strefy euro będzie nadal hamować.

Ten dylemat dobrze pokazuje skalę wyzwań stojących przed bankiem centralnym. Z jednej strony wzrost cen energii i wyższe odczyty inflacyjne przemawiają za podwyżką stóp, z drugiej zaś coraz słabsze dane z gospodarki, w tym PKB za I kwartał Eurolandu oraz niższe wskaźniki PMI z poszczególnych krajów, wskazują na narastające ryzyko spowolnienia. Dalsze zaostrzanie polityki pieniężnej mogłoby dodatkowo obciążyć aktywność gospodarczą, a jednocześnie podbić rentowności obligacji europejskich. Dlatego dla inwestorów kluczowa będzie nie tylko sama decyzja EBC, lecz także komunikat po posiedzeniu, nowe projekcje makroekonomiczne oraz wypowiedzi Christine Lagarde. Każda sugestia dotycząca kolejnych podwyżek, zwłaszcza możliwego ruchu we wrześniu, może zwiększyć zmienność na rynku długu i wpłynąć na wyceny aktywów w całej strefie euro.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada więc dzisiejszą podwyżkę stóp procentowych oraz pozostawienie otwartej drogi do kolejnego ruchu w następnych miesiącach. Ostateczne decyzje EBC będą jednak zależeć od napływających danych, przede wszystkim dotyczących inflacji, płac i tempa wzrostu gospodarczego. Bank centralny musi znaleźć równowagę między potrzebą utrzymania wiarygodności w walce z inflacją a ryzykiem nadmiernego osłabienia gospodarki, która już teraz wykazuje oznaki spowolnienia.

Obecnie kurs EUR/USD konsoliduje się w rejonie 1,1550. W ubiegłym tygodniu główna para walutowa zniżkowała o około 1,2%, natomiast w bieżącym tygodniu porusza się w wąskim przedziale, nieprzekraczającym 80 pipsów.

Synektik z rekordowymi wynikami. Przychody wzrosły do 441,2 mln zł, a EBITDA do 118 mln zł

Giełdowy dostawca zaawansowanych technologii medycznych oraz producent radiofarmaceutyków zakończył pierwsze półrocze 2025 roku finansowego z najwyższymi w historii wynikami. W okresie październik 2025 r. – marzec 2026 r. Grupa Synektik zwiększyła przychody o 35%, do 441,2 mln PLN, wypracowując 118,0 mln PLN EBITDA, o 46% więcej niż rok wcześniej. Na dynamiczny wzrost wyników giełdowej spółki złożyły się zarówno dynamicznie rosnące powtarzalne przychody obu segmentów, jak i wyższa sprzedaż sprzętu medycznego.

Skonsolidowany zysk netto Grupy Synektik z działalności kontynuowanej za I półrocze 2025 r. fin. zwiększył się o ponad połowę, do 82,9 mln PLN. Całkowity zysk netto firmy za minione półrocze wyniósł 331,3 mln PLN, uwzględniając wyniki działalności wydzielonej do spółki Syn2bio, jak również księgowy zysk na wydzieleniu tej działalności, w wysokości 261,3 mln PLN.

Segment sprzedaży zaawansowanych urządzeń medycznych oraz rozwiązań informatycznych Grupy pozostaje motorem napędowym Grupy, zamykając kolejny okres z wysoką, dwucyfrową dynamiką wzrostu sprzedaży i zysków. Sprzedaż sprzętu medycznego, rozwiązań IT oraz usług serwisowych w minionym półroczu wzrosła rdr. o 36%, do 413,6 mln PLN (z wyłączeniem transakcji wewnątrzgrupowych), natomiast EBITDA segmentu zwiększyła się o 46%, do 121,0 mln PLN. Segment radiofarmaceutyków również ma za sobą solidny okres. W minionym półroczu przychody z tego obszaru działalności wzrosły o 17%, do 27,5 mln PLN (z wyłączeniem transakcji wewnątrzgrupowych), a EBITDA segmentu zwiększyła się o 13%, do 8,7 mln PLN.

Kluczowym obszarem wzrostu wartości Grupy są jej rosnące przychody powtarzalne, osiągane z tytułu dostaw materiałów i akcesoriów zużywalnych, świadczenia usług oraz sprzedaży radiofarmaceutyków w ramach długoterminowych umów z klientami. W I półroczu br. powtarzalne przychody obu biznesowych segmentów Grupy wzrosły o 28%, do 208,2 mln PLN.

Mamy szereg podstaw do zadowolenia z wyników, operacyjnych i finansowych, osiągniętych w minionym półroczu. Konsekwentnie realizując strategiczne założenia biznesowe dynamicznie rozwijamy się w kluczowych obszarach naszej działalności, zwiększając sprzedaż i m.in. dzięki efektowi dźwigni operacyjnej podnosząc rentowność naszej działalności. Udanie rozwijamy rynki zbytu na oferowane przez Grupę innowacyjne technologie medyczne, nie tylko generując solidne przychody ze sprzedaży, ale również zwiększając strumień przychodów powtarzalnych z tytułu m.in. dostarczania zużywalnych materiałów do dystrybuowanych przez Grupę urządzeń – komentuje Cezary Kozanecki, prezes i założyciel Synektik. Prezes giełdowej spółki zwraca uwagę na potencjał dalszego rozwoju biznesu Grupy w kolejnych kwartałach i latach. – Mamy podstawy by sądzić, że druga połowa roku w naszym wykonaniu również będzie stała pod znakiem dynamicznego rozwoju naszej działalności, na co wpływ będzie mieć m.in. trwający w Polsce intensywny proces modernizacji systemu opieki zdrowotnej z wykorzystaniem środków z KPO. Kontynuujemy geograficzną ekspansję, rozwijając się za południową granicą Polski, pracując nad realizacją pierwszych dostaw sprzętu medycznego na rynki krajów bałtyckich, jak również przygotowując się do pełnego uruchomienia działalności operacyjnej na Ukrainie, jako dystrybutor systemów da Vinci. Dywersyfikacja produktowa oraz geograficzna działalności, w połączeniu z rosnącymi i zwiększającymi swój udział w wynikach Grupy powtarzalnymi przychodami, stanowi solidny fundament dla wzrostu wartości Grupy w kolejnych latach – ocenie Cezary Kozanecki.

W I półroczu 2025 roku finansowego Grupa pozyskała kontrakty na dostawy sprzętu medycznego o wartości 311 mln PLN, ponad dwukrotnie wyższej od łącznej wartości zleceń pozyskanych w analogicznym okresie 2024 r. fin. W drugą połowę roku Grupa wkroczyła z backlogiem dostaw sprzętu oraz aktywnymi projektami sprzedażowymi o łącznej wartości blisko 280 mln PLN. – Po intensywnej wiośnie czeka nas niezwykle pracowite lato. Dzięki systematycznie rozwijanemu i wzmacnianemu zespołowi oraz rosnącej efektywności organizacji możemy równolegle z sukcesami rywalizować o nowe zamówienia, realizować rekordowy pipeline projektów oraz pracować nad wprowadzeniem na rynek kolejnych innowacyjnych produktów, takich jak system Edison, umożliwiający całkowicie nieinwazyjne i wysoce skuteczne niszczenie nowotworów wątroby oraz innych tkanek miękkich – ocenia Dariusz Korecki, wiceprezes Synektik.

Wiceprezes Synetik zwraca uwagę na mocne fundamenty finansowe biznesu Grupy. – W minionym półroczu Synektik SA wypłaciła Akcjonariuszom dywidendę w rekordowej kwocie 91,7 mln PLN, tj. 10,75 PLN na akcję. Ponadto, w ramach zakończonego procesu wydzielenia działalności badawczo-rozwojowej Grupy w obszarze innowacyjnych radiofarmaceutyków do giełdowej spółki Syn2bio SA, zaopatrzyliśmy ją w środki zabezpieczające jej potrzeby finansowe. Dzięki solidnym przepływom operacyjnym zakończyliśmy półrocze z długiem netto poniżej 0,1 EBITDA Grupy za ostatnie 12 miesięcy i perspektywą solidnych dodatnich przepływów pieniężnych w kolejnych kwartałach – informuje Dariusz Korecki.

Kończy się etap gwałtownych wzrostów cen kawy, ale nie wrócą one do czasu sprzed kryzysu

Przez ostatni rok ceny sklepowe kawy mielonej notowały średnie wzrosty nawet  na poziomie ok. 25-35% rdr. Rekordowy skok był we wrześniu ub.r. i wyniósł 36,1% rdr. W tym roku widać na plusie od 10,7% do 30,2% rdr. Ostatnio produkt zdrożał średnio o 13,2% rdr. Z kolei wzrosty cen kawy rozpuszczalnej w analizowanym okresie dochodziły do 23% rdr. W tym roku dynamika wyhamowała do ok. 6-15% rdr. Natomiast w maju br. nastąpił spadek o 2,2% rdr. Autorzy analizy uważają, że okres gwałtownych podwyżek raczej dobiega do końca, ale kawa staje się produktem strukturalnie droższym niż przed kryzysem surowcowym. Sytuacja jednak ma się poprawić w II połowie roku, bo w sklepach ma być więcej promocji, do tego będzie zauważalne stopniowe wyhamowanie inflacji cen ww. towaru.

Dane UCE RESEARCH, Hiper-Com Poland i Grupy Blix z okresu od maja ub.r. do maja tego roku, dot. cen promocyjnych i regularnych, pokazują wyraźną kontynuację presji inflacyjnej na rynku kawy, ale z rozwarstwieniem pomiędzy segmentem kawy mielonej i rozpuszczalnej. Najmocniej drożeje ta pierwsza, podczas gdy ceny drugiej rosną wolniej i zaczynają się pomału stabilizować. Jak komentuje Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland, rynek wszedł w fazę strukturalnie wyższych cen, a nie tylko krótkoterminowego impulsu inflacyjnego.

– Rynek coraz mocniej odczuwa skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych, takich jak susze, nieregularne opady i wzrost temperatur. To przekłada się na większą zmienność podaży oraz trwałe podniesienie kosztów produkcji surowca, szczególnie w przypadku arabiki, która ma znaczenie w segmencie kawy mielonej i premium. Jest on bardziej wrażliwy na zmiany kosztów i jakości surowca. Warto też pamiętać, że w części rynku konsumenci wybierający kawę mieloną – zwłaszcza lepszych marek – częściej kierują się jakością i smakiem, co zmniejsza elastyczność cenową popytu i może ułatwiać producentom większą możliwość przerzucania kosztów na sklepową półkę – mówi ekspertka.

W analizowanym okresie dynamika cen sklepowych kawy mielonej utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie. W niektórych miesiącach sięgał on nawet średnio ok. 25-35% rdr. Rekordowy wzrost przypadł na wrzesień ub.r. i wyniósł 36,1% rdr. W tym roku wzrosty nadal są dwucyfrowe – od 10,7% do 30,2% rdr. W maju odnotowano skok o 13,2% rdr. – Segment kawy mielonej pozostaje najbardziej wrażliwy na wzrost cen surowca arabiki, koszty logistyki, energii i opakowań oraz presję kosztową w produkcji premium. W praktyce konsumenci coraz mocniej odczuwają podwyżki w codziennych zakupach, bo kawa mielona jest produktem najczęściej kupowanym do domowego użytku – wyjaśniają analitycy z UCE RESEARCH.

Segment kawy rozpuszczalnej wykazuje większą stabilność. W analizowanym okresie wzrosty dochodziły do 23% rdr. W tym roku dynamika wyraźnie wyhamowała, bo do ok. 6-15% rdr. Z kolie w maju odnotowano nawet spadek o 2,2% rdr. Według ekspertów z UCE RESEARCH, to może oznaczać, że producenci wcześniej przerzucili koszty na klientów. Rynek osiągnął granicę akceptacji cenowej, a konsumenci zaczęli szukać tańszych alternatyw lub ograniczać zakupy. Widać też większą odporność segmentu instant dzięki dłuższym kontraktom zakupowym, większemu udziałowi robusty oraz silniejszej optymalizacji kosztowej producentów.

– Sytuacja na rynku kawy zaczyna się odwracać, ale konsumenci w Polsce jeszcze przez pewien czas mogą tego nie odczuć przy sklepowych półkach. Notowania arabiki są obecnie niższe rok do roku o ok. 11%, podczas gdy robusta lekko podrożała – o około 2%. To wyraźna zmiana względem 2024 roku i początku 2025 roku, kiedy oba gatunki notowały historyczne rekordy cenowe pod wpływem suszy w Brazylii, problemów pogodowych w Wietnamie oraz napięć logistycznych – mówi dr Krzysztof Łuczak z Grupy Blix.

Dane sklepowe pokazują, że jeszcze w ostatnim roku ceny detaliczne rosły bardzo mocno. Mechanizm przenoszenia cen z giełd do sklepów działa z dużym opóźnieniem. Według analiz FAO, około 80% zmian cen surowca trafia do detalicznych cen kawy dopiero po 8-11 miesiącach, a pełny efekt może być odczuwalny nawet przez kilka lat. Ekspert z Grupy Blix przewiduje, że obecny spadek cen arabiki może zacząć być widoczny dla konsumentów dopiero w drugiej połowie 2026 roku.

– Rynek detaliczny reaguje wolniej z kilku powodów. Po pierwsze, producenci i sieci handlowe pracują na kontraktach terminowych i zapasach kupowanych z wyprzedzeniem. Po drugie, sama cena ziarna to tylko część kosztu końcowego produktu. Duże znaczenie mają także energia, transport, kurs dolara, opakowania, logistyka i marże detaliczne. Na rynku np. szacuje się, że 1-procentowy wzrost cen surowca przekłada się w UE jedynie na około 0,24% wzrostu ceny detalicznej po kilkunastu miesiącach – zauważa Karina Gręda z Hiper-Com Poland.

Z kolei zdaniem eksperta z Grupy Blix, w praktyce bardziej prawdopodobny od gwałtownych obniżek cen jest scenariusz zwiększenia aktywności promocyjnej retailerów. Producenci i sieci handlowe raczej nie będą szybko obniżać oficjalnych cen półkowych, ponieważ w ostatnich dwóch latach ponosili bardzo wysokie koszty zakupu surowca, energii, transportu i opakowań. Zamiast tego rynek może wejść w etap „ukrytej deflacji”, czyli częstszych promocji, rabatów wielosztukowych i agresywniejszej walki cenowej pomiędzy sieciami.

– Obecnie po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawia się przestrzeń do stopniowej poprawy sytuacji konsumentów. Spadek cen arabiki może być szczególnie istotny dla segmentu kawy mielonej, który jest najmocniej uzależniony właśnie od tego gatunku. Dane detaliczne pokazują, że to ona była liderem podwyżek w sklepach. Można więc oczekiwać, że właśnie w tym segmencie najszybciej pojawią się działania promocyjne – analizuje Karina Gręda.

Do tego dr Krzysztof Łuczak dodaje, że obecne spadki notowań arabiki wynikają przede wszystkim z oczekiwań lepszych zbiorów w Brazylii oraz oznak osłabienia globalnego popytu po rekordowych cenach z ostatnich miesięcy, ale też strategii samych sieci handlowych. Warto też dodać, że światowi eksperci wskazują, że rynek spodziewa się nawet około 30-proc. spadku cen arabiki do końca 2026 roku względem zeszłorocznych szczytów. Jednocześnie producenci podkreślają, że rynek nadal pozostaje bardzo podatny na pogodę i każda większa anomalia klimatyczna może szybko odwrócić trend.

– Rynek wysyła dziś sygnał, że najprawdopodobniej kończy się etap gwałtownych podwyżek cen kawy, ale nie oznacza to powrotu do poziomów sprzed kryzysu surowcowego. Konsumenci raczej zobaczą wolniejsze tempo wzrostów, więcej promocji i większą konkurencję cenową pomiędzy sieciami niż realny, trwały spadek cen na półkach – zaznacza Karina Gręda.

Jak podsumowuje dr Krzysztof Łuczak, konsumenci już zaczynają zmieniać zachowania zakupowe. Widać większą wrażliwość na promocje, rosnące znaczenie marek własnych oraz migrację części klientów do tańszych segmentów. To będzie dodatkowo zwiększać presję na detalistów, by częściej wykorzystywać kawę jako produkt promocyjny przyciągający ruch do sklepów. I to może pogłębić już i tak ostrą wojnę cenową, szczególnie obserwowaną wśród dyskontów.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych) oraz agencji Hiper-Com Poland i Grupy Blix. Analiza pokazuje średnią wartość cenową kawy (mielonej i rozpuszczalnej), tj. ustandaryzowanego opakowania przeliczonego do gramatury 500 g w wartościach cen regularnych oraz w promocyjnych. Łącznie zestawiono (tj. za okres od maja 2025 do maja 2026 r.) ze sobą blisko 60 tys. cen detalicznych z przeszło 48 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Analiza objęła wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Justyna Kur nową prezeską Polskiej Rady Centrów Handlowych

0

Walne Zebranie Członków Polskiej Rady Centrów Handlowych w dniu 10 czerwca 2026 r. udzieliło absolutorium ustępującemu zarządowi i wybrało nowy na kadencję 2026-2028. Podczas inauguracyjnego spotkania nowego zarządu na stanowisko prezesa wybrano Justynę Kur, a Annę Malcharek, Urszulę Matej-Bil i Piotra Staniszewskiego na wiceprezesów Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Decyzją Walnego Zebrania Członków PRCH w składzie nowego zarządu znaleźli się: Agata Brzezińska, Head of CEE Pradera Management Poland, Jan Dębski, Chairman of Business Development w Unibail-Rodamco-Westfield, Tomasz Górski, Retail Asset Manager w NEPI Rockcastle, Małgorzata Komarczuk, Group Head of Marketing CEE w G City Europe, Bogda Korolczuk, dyrektor zarządzająca PRCH, Justyna Kur, Wiceprezeska i Dyrektorka Działu Zarządzania Nieruchomościami oraz Zarządzania Umowami Najmu w Apsys Polska, Anna Malcharek, dyrektor zarządzająca Gemini Holding, Urszula Matej-Bil, członkini zarządu ds. komunikacji i marketingu w EPP, Piotr Staniszewski, radca prawny i partner w kancelarii Pinsent Masons, Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Poland i Aleksandra Zentile-Miller, architekt i urbanista w Consult AZM.

Stanowisko prezesa zarządu PRCH objęła Justyna Kur. W tej roli zastąpiła Jana Dębskiego, który sprawował funkcję przez trzy ostatnie kadencje.

Nowa prezeska jest jedną z najbardziej doświadczonych menedżerek rynku nieruchomości handlowych w Polsce. Od 25 lat związana z branżą, łączy doświadczenie operacyjne z dobrym rozumieniem zmian zachodzących w sektorze handlowym, oczekiwań właścicieli i zarządców centrów, najemców oraz klientów. W Apsys Polska odpowiada za rozwój wartości zarządzanych aktywów, wysoką jakość operacyjną, innowacje oraz długofalowe relacje z partnerami. Członkini zarządu PRCH od 2019 roku aktywnie uczestniczy w dialogu branżowym i współtworzeniu standardów rynkowych.

Dziękuję członkom Polskiej Rady Centrów Handlowych za zaufanie i mandat do kierowania organizacją w nadchodzącej kadencji. Szczególne słowa wdzięczności kieruję do mojego poprzednika, Jana Dębskiego, za lata zaangażowania i pracy na rzecz stowarzyszenia i całej branży. Cieszę się również, że w gronie zarządu mamy Bogdę Korolczuk, która od sześciu miesięcy pełni funkcję dyrektor zarządzającej i z nową energią kieruje bieżącymi działaniami organizacji. PRCH od ponad 20 lat współtworzy nowoczesny handel w Polsce – integruje branżę, reprezentuje jej interesy i prowadzi dialog z administracją publiczną. Wypracowane standardy, raporty i analizy stanowią dziś ważny punkt odniesienia dla całego rynku. To organizacja z silnymi fundamentami i ugruntowaną marką. Jednocześnie branża obiektów handlowych dynamicznie się zmienia, a wraz z nią oczekiwania klientów, najemców i właścicieli. Moją ambicją jest, aby działania PRCH jeszcze lepiej odpowiadały na te wyzwania – by organizacja pozostawała miejscem współpracy i wymiany wiedzy oraz silnym głosem sektora, aktywnie kształtującym dyskusję o przyszłości handlu stacjonarnego – powiedziała Justyna Kur, nowa prezeska zarządu PRCH.

W trakcie Walnego Zebrania Członków wybrano także komisję rewizyjną na lata 2026-2028. W jej skład ponownie weszli: Jakub Jonkisz z Westbroker, Anna Łoś z Vistra, Magdalena Łukaszewska z Pradera Management i Krzysztof Sakierski z Savills.

Enterprise Investors wychodzi z Anwimu. Nowi inwestorzy zapowiadają dalszą ekspansję

Akcjonariusze Anwim S.A., w tym fundusz private equity Polish Enterprise Fund VIII zarządzany przez Enterprise Investors oraz założyciele spółki podpisali umowę sprzedaży udziałów na rzecz europejskiej spółki joint venture działającej w segmencie detalicznej sprzedaży paliw tworzonej przez Stonepeak i Energy Equation Partners. Nowi inwestorzy wnoszą szerokie doświadczenie w obszarze inwestycji infrastrukturalnych, rynku stacji paliw oraz elektromobilności. Dla operatora sieci MOYA oznacza to silny impuls do dalszej ekspansji pod własną marką oraz możliwość wymiany know-how w ramach międzynarodowych struktur konsorcjum.

Pozyskanie strategicznych partnerów jest naturalnym etapem rozwoju spółki po latach bezprecedensowego wzrostu. Zarząd Anwim podkreśla, że nowa struktura właścicielska zapewnia kontynuację dotychczasowej działalności i wspiera konsekwentną realizację długoterminowej strategii firmy. Priorytetem pozostaje dalsze wzmacnianie marki MOYA, obejmujące rozwój tradycyjnej sieci stacji paliw, rozbudowę oferty convenience oraz ekspansję w nowych obszarach związanych z elektromobilnością i transformacją energetyczną.

Wsparcie nowych inwestorów zapewni Spółce solidne zaplecze finansowe oraz dostęp do unikalnego międzynarodowego know-how. Stonepeak, to jedna z czołowych globalnych firm specjalizująca się w inwestycjach w infrastrukturę i aktywa rzeczowe, Energy Equation Partners to fundusz inwestujący w przedsiębiorstwa energetyczne. Oba podmioty mają doświadczenie w skalowaniu nowoczesnych biznesów. O skali ich działalności w Europie świadczy m.in. inwestycja w 2025 roku w sieć stacji JET w Niemczech i Austrii, które obejmuje około 1 000 obiektów. Integracja z nową strukturą właścicielską otwiera przed Anwim szerokie możliwości synergii rynkowych, w tym wymiany najlepszych praktyk operacyjnych oraz dalszego rozwoju międzynarodowych usług dla klientów flotowych. W centrum tej strategii pozostaje marka MOYA.

– Ostatnie lata były dla Anwim okresem bardzo dynamicznego wzrostu i transformacji biznesowej – mówi Rafał Pietrasina, Prezes Zarządu Anwim. – Dziś jesteśmy silną, nowoczesną organizacją działającą w obszarze importu, hurtu i sprzedaży detalicznej paliw, a jednocześnie rozwijającą nowe obszary związane z elektromobilnością i transformacją energetyczną. Pozyskanie silnych partnerów, którzy doskonale rozumieją specyfikę naszej branży, otwiera przed nami kolejny etap rozwoju i stwarza nowe możliwości dalszego umacniania pozycji rynkowej marki MOYA.

Zmiana akcjonariatu stanowi kolejny etap w rozwoju Anwimu – spółki, która od 1992 roku budowała pozycję w hurtowym handlu paliwami jako niezależny, rodzimy podmiot. To strategiczna wizja jej założycieli doprowadziła w 2009 roku do wejścia na rynek detaliczny i powołania do życia sieci stacji paliw MOYA. Obecna transakcja kończy jednocześnie udany etap współpracy z funduszem Enterprise Investors, rozpoczęty w 2018 roku. W tym okresie Anwim nie tylko potroił wielkość sieci z około 180 do ponad 540 lokalizacji, budując mocną pozycję numer trzy na polskim rynku, ale także stał się jednym z największych niezależnych importerów paliw płynnych oraz rozpoczął inwestycje w elektromobilność. Nowe partnerstwo stanowi silny impuls do dalszego rozwoju spółki. Zgodnie z długoterminową strategią, Anwim koncentruje się na konsekwentnym zwiększaniu zasięgu sieci MOYA, z ambicją awansu na pozycję numer dwa na polskim rynku detalicznym, dalszym rozwoju działalności flotowej w skali europejskiej oraz inwestycjach w elektromobilność.

– Polska pozostaje rynkiem charakteryzującym się stabilnym, długoterminowym popytem na paliwa, a Anwim jest doskonale przygotowany, aby odpowiadać na te potrzeby dzięki zdywersyfikowanej ofercie, rozbudowanej sieci oraz wysokiej jakości infrastrukturze – mówi Anthony Borreca, Senior Managing Director i Co-Head of Energy w Stonepeak. – Wykorzystując połączone doświadczenie Stonepeak i EEP w zakresie infrastruktury energetycznej, rynku stacji paliw oraz elektromobilności, a także możliwość wymiany najlepszych praktyk operacyjnych z siecią JET, wierzymy, że Anwim będzie jeszcze lepiej przygotowany do dalszego wzmacniania marki MOYA i umacniania swojej silnej pozycji na dynamicznie zmieniającym się rynku. Z niecierpliwością czekamy na bliską współpracę z zespołami EEP i Anwim przy realizacji tych celów.

– Widzimy duży potencjał w Anwim oraz możliwość budowy wiodącej, niezależnej platformy multienergetycznej w Europie – dodaje Sari Haidar, Investment Partner w Energy Equation Partners. – Dzięki naszej obecności na rynkach europejskich oraz doświadczeniu w zakresie infrastruktury energetycznej i mobilności będziemy mogli realizować wymierne synergie zarówno w obszarze know-how operacyjnego, rozwoju elektromobilności, jak i budowy nowoczesnych usług dla klientów detalicznych. Wspólnie z zespołem Stonepeak jesteśmy zaangażowani w zapewnienie płynnego procesu transformacji i wspieranie dalszych sukcesów Anwim.

Finalizacja transakcji planowana jest na drugą połowę 2026 roku i pozostaje uzależniona od spełnienia standardowych warunków zamknięcia, w tym uzyskania wymaganych zgód regulacyjnych.

Firmy złapały oddech, ale presja kosztowa wróci. Coface prognozuje wzrost niewypłacalności

W kwartale otwierającym 2026 rok po raz pierwszy od czasów przedpandemicznych zanotowano spadek liczby niewypłacalnych firm w Polsce r/r. Jak w swoim raporcie podaje firma Coface, w tym czasie niewypłacalność ogłosiło 1288 przedsiębiorstw w naszym kraju. To o 10,1% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Eksperci ostrzegają jednak, że może być to jedynie rezultat chwilowej stabilizacji, a w nadchodzących miesiącach czeka nas powrót presji finansowej spowodowanej wpływem czynników makroekonomicznych i geopolitycznych, takich jak m.in. napięcia na Bliskim Wschodzie i blokada cieśniny Ormuz. Co spowodowało zmianę dynamiki niewypłacalności i jak będą wyglądały kolejne kwartały w polskiej gospodarce?

Choć początek 2026 roku przyniósł poprawę kondycji przedsiębiorstw, prognozy dla polskiej gospodarki pozostają dalekie od jednoznacznego optymizmu. W pierwszym kwartale firmy korzystały z silniejszego popytu, poprawy płynności i wolniejszego wzrostu kosztów wynagrodzeń, co przełożyło się na chwilowe odciążenie biznesu. Jednocześnie wzrost aktywności gospodarczej był w dużej mierze wspierany przez działania wyprzedzające. W związku z blokadą cieśniny Ormuz przedsiębiorcy zwiększali produkcję, a konsumenci przyspieszali zakupy w obawie przed możliwymi zakłóceniami podaży i wzrostem cen paliw.

Rośnie znaczenie czynników makroekonomicznych

W ostatnich latach na liczbę niewypłacalnych firm w Polsce silnie wpływał rosnący udział postępowań restrukturyzacyjnych, po które przedsiębiorstwa coraz chętniej sięgały, aby ratować swoją działalność, zamiast ją zamykać. Dziś jednak tempo wzrostu liczby takich postępowań zaczyna wyhamowywać. Jeśli ten trend utrzyma się również w kolejnych kwartałach, na sytuację przedsiębiorstw coraz większy wpływ będą miały już nie zmiany w sposobach restrukturyzacji, lecz czynniki takie jak inflacja, stopy procentowe czy ceny surowców, a także kwestie geopolityczne – w tym sytuacja na Bliskim Wschodzie.

Skutki zablokowania cieśniny Ormuz mogą odczuć nie tylko rynki ropy naftowej i gazu, ale także wiele innych sektorów zależnych od dostępu m.in. do nawozów, aluminium czy siarki – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Należy jednak podkreślić, że w pierwszym kwartale 2026 roku konsekwencje tej blokady dla polskiej gospodarki były raczej ograniczone, a nawet – paradoksalnie – doprowadziły do krótkoterminowego pobudzenia aktywności gospodarczej. Producenci, obawiając się możliwych problemów z dostępnością materiałów, zwiększyli produkcję z wyprzedzeniem, co przełożyło się na istotny wzrost produkcji przemysłowej w marcu – aż o 9,4% r/r. Z kolei gospodarstwa domowe, w obawie przed potencjalnymi podwyżkami cen paliw, przyspieszyły zakupy, podnosząc marcowy odczyt sprzedaży detalicznej do 8,7% r/r – tłumaczy ekspert.

Choć na pierwszy rzut oka dane te mogą świadczyć o sile gospodarki, w rzeczywistości odzwierciedlają one narastające obawy wśród przedsiębiorstw i konsumentów.

Niewypłacalność w budownictwie nadal rośnie

Branżą, w której problemy z płynnością miało najwięcej firm, pozostają usługi (379 przedsiębiorstw, 29% całej liczby niewypłacalności), jednak to budownictwo, jako jedyne z głównych sektorów, zanotowało dalszy wzrost liczby niewypłacalności – 13,1% r/r. Jak wskazują eksperci z Coface, od 2022 roku, czyli od początku zacieśniania polityki monetarnej, budownictwo systematycznie zwiększa swój udział w niewypłacalnościach. W 2026 roku problem z płynnością finansową miało 259 firm z tej branży, co stanowi ok. 20% całej liczby niewypłacalności.

Największy, bo sięgający 36% r/r, spadek liczby niewypłacalnych firm zaobserwowano z kolei w transporcie. Należy jednak zauważyć, że trwający szok paliwowy może sprawić, iż poprawa w tej branży jest jedynie chwilowa. Podobna sytuacja ma miejsce w rolnictwie. Wprawdzie w pierwszym kwartale niewypłacalność spadła tutaj o 25%, ale ekonomiści spodziewają się, że w nadchodzących miesiącach sektor ten znajdzie się pod dużą presją spowodowaną silnym wzrostem cen nawozów.

– Szok energetyczny związany z wyższymi cenami ropy już dziś przyczynia się do pogorszenia nastrojów konsumenckich i ogranicza aktywność gospodarczą. Spodziewane jest również ograniczenie konsumpcji przez gospodarstwa domowe w reakcji na wzrost inflacji czy spowolnienie dynamiki płac, a w efekcie spadek realnych dochodów – mówi Paweł Tobis, Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych i Oceny Ryzyka Coface. – Pojawia się także ryzyko ponownego zaostrzenia polityki monetarnej. Wymienione czynniki dotkną w pierwszej kolejności budownictwo i przemysł energochłonny, a więc branże, które już obecnie przewodzą w statystykach niewypłacalności (choć rola przemysłu w rozwoju gospodarki maleje coraz bardziej na rzecz usług). Nie pozostaną jednak bez wpływu również na handel czy część usług – dodaje.

Ulga dziś, presja jutro, czyli prognozy na resztę 2026 roku

Rok 2026 będzie dla polskich firm testem wytrzymałości. Choć wiele przedsiębiorstw utrzymuje obecnie dobrą płynność, to wysokie stopy procentowe i presja kosztowa będą stopniowo ograniczać ich zdolność do radzenia sobie z kryzysami. Eksperci z firmy Coface spodziewają się w związku z tym wzrostu niewypłacalności w kolejnych miesiącach. Istotnym czynnikiem będzie więc sytuacja na Bliskim Wschodzie.

Choć nie wiadomo, jak długo potrwa blokada cieśniny Ormuz, jedno jest absolutnie pewne – każdy kolejny dzień zwiększa skalę negatywnych konsekwencji gospodarczych – mówi dr Mateusz Dadej. –Surowce, do których dostęp został ograniczony, są kluczowe dla funkcjonowania wielu sektorów gospodarki. Energia, produkty ropopochodne, nawozy oraz aluminium stanowią fundament działalności licznych branż, dlatego wzrost ich cen nieuchronnie przełoży się na strukturę kosztów przedsiębiorstw, stopniowo podnosząc presję kosztową w całej gospodarce. Z perspektywy gospodarstw domowych rosnące ceny paliw – częściowo amortyzowane przez interwencje – oznaczają konieczność ograniczenia wydatków na inne dobra i usługi, w dużej mierze wytwarzane przez krajową gospodarkę. Z tych względów Coface aktualnie oczekuje wolniejszego wzrostu gospodarczego niż w zeszłym roku. Według naszych prognoz wyniesie on 3,5% – dodaje.

Sektor przedsiębiorstw utrzymuje obecnie historycznie wysoki poziom płynności, co może mu umożliwić relatywnie długie przetrwanie trudności rynkowych. Dlatego eksperci oczekują, że stopniowy wzrost liczby niewypłacalności rozpocznie się dopiero w późniejszych kwartałach 2026 roku, gdy polskie firmy zaczną tracić swój margines płynności.

Zmiany w zarządzie Platige Image. Do spółki wracają współzałożyciele

Od czerwca br. spółka Platige Image działa w nowym składzie zarządu. Rada Nadzorcza Platige Image S.A. powołała Jarosława Sawko i Piotra Sikorę, współzałożycieli spółki, na stanowiska wiceprezesów zarządu. Jednocześnie z funkcji prezesa zarządu odwołany został Karol Żbikowski.

Do zarządu dołączyli również Rafał Zborowski, nowy dyrektor finansowy Grupy oraz Marek Jankowski, który obejmie odpowiedzialność za obszar produkcji.

Zmiany w składzie zarządu są elementem zapowiadanego wcześniej procesu dostosowania organizacji do sytuacji na rynku produkcji audiowizualnej, efektów specjalnych, reklamy i gamingu. Branża mierzy się obecnie m.in. z presją kosztową, zmianami modeli finansowania produkcji, większą selektywnością klientów oraz rosnącym wpływem narzędzi opartych na sztucznej inteligencji na procesy kreatywne i produkcyjne. Jednocześnie rozwijają się segmenty związane z długoterminową współpracą przy serialach i filmach realizowanych dla platform streamingowych — obszarze, w którym Platige Image posiada wieloletnie doświadczenie i własne IP.

Piotr Sikora jest producentem wykonawczym i współzałożycielem Platige Image. W przeszłości odpowiadał za rozwój segmentu reklamowego spółki, a w 2016 roku założył dom produkcyjny DOBRO. Współtworzył wiele kluczowych projektów firmy, w tym nominowaną do Oscara „Katedrę”, nagrodzoną BAFTA „Sztukę spadania”, „Paths of Hate”, trailery do gier z serii „Wiedźmin” i „Cyberpunk 2077” oraz produkcje realizowane dla platformy Netflix.

Jarosław Sawko, Platige Image
Jarosław Sawko, Platige Image

Jarosław Sawko jest producentem filmowym i współzałożycielem Platige Image. Był producentem lub koproducentem takich projektów jak „Katedra”, „Sztuka spadania”, „Kinematograf” czy „Legendy polskie”. Odpowiadał również za realizację efektów specjalnych do międzynarodowych produkcji, m.in. „Antychrysta”, „Melancholii” i „Wonder Woman”. Jest także producentem wykonawczym serialu „Wiedźmin” dla Netflixa.

Marek Jankowski od 2008r w Platige Image kieruje zespołem Events & Broadcast. To zespół ekspertów, który z powodzeniem tworzy i produkuje innowacyjne wydarzenia dla największych marek i organizacji na świecie, takich jak FIFA, UEFA, NATO, EFNI i Polsat Sport. W trakcie swojej ponad 25 -letniej kariery zawodowej zrealizował ponad 500 projektów, obejmujących m.in. festiwale, koncerty, programy rozrywkowe oraz wydarzenia specjalne. W latach 2000 – 2009 pełnił funkcję producenta programów rozrywkowych w Telewizji Polskiej S.A. Zdobyte przez lata doświadczenie produkcyjne i techniczne pozwala mu skutecznie zarządzać najbardziej wymagającymi przedsięwzięciami multimedialnymi.

Rafał Zborowski dołączył do firmy w maju 2026 roku, zastępując na stanowisku CFO Artura Małka. To doświadczony CFO z ponad 20-letnią praktyką w efektywnym zarządzaniu finansami, controllingu oraz transformacją grup kapitałowych działających w obszarach produkcji, dystrybucji, e-commerce oraz usług edukacyjnych operujących w Polsce i za granicą. Posiada międzynarodowy certyfikat CIMA i MBA oraz specjalizuje się w rachunkowości zarządczej.   Łączy praktykę wyniesioną z zarządzania finansami i transformacją dużych przedsiębiorstw i grup kapitałowych z przedsiębiorczością charakterystyczną dla sektora małych i średnich firm, gdzie wspiera właścicieli i inwestorów w budowaniu wartości oraz sukcesji biznesowej. Specjalizuje się w projektach zwiększania wartości dla udziałowców w tym w szczególności w zakresie realizacji kompleksowych programów poprawy efektywności operacyjnej.

W nowym podziale odpowiedzialności Piotr Sikora ma koncentrować się na rozwoju biznesu, administracji oraz dywersyfikacji źródeł przychodów i obszarów działalności. Jarosław Sawko będzie odpowiadał przede wszystkim za projekty długoterminowe, obszar HR, rozwój technologiczny oraz produkcje własne realizowane w Grupie. Zaktualizowany plan strategiczny ma zostać przedstawiony do końca III kwartału 2026 roku.

Irańska kampania cyberszpiegowska wykorzystuje fałszywe rekrutacje

Gdy uwaga świata skupia się na konfliktach zbrojnych, równolegle trwa cicha wojna w sieci. Irańska grupa hakerska Screening Serpens, znana także jako „Iranian Dream Job”, prowadzi kampanię szpiegowską wymierzoną w specjalistów z branży technologicznej i obronnej. Według analityków Unit 42 z Palo Alto Networks cyberprzestępcy podszywają się pod rekruterów i wykorzystują zaawansowane techniki, które pozwalają im ominąć systemy bezpieczeństwa jeszcze przed wykryciem zagrożenia.

W lutym 2026 roku, niemal równolegle z eskalacją napięć na Bliskim Wschodzie, analitycy Unit 42 z Palo Alto Networks odnotowali wyraźny wzrost aktywności irańskiej grupy hakerskiej Screening Serpens. Co istotne, kampania prowadzona była nawet w czasie poważnych ograniczeń dostępu do internetu w samym Iranie. Grupa, aktywna co najmniej od 2022 roku, z regionalnego zagrożenia przekształciła się w globalnie działającą organizację cyberprzestępczą, atakującą m.in. podmioty w USA, Izraelu, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Europie Zachodniej[1].

Fałszywe rekrutacje jako wektor ataku

Działania grupy Screening Serpens opierają się przede wszystkim na precyzyjnie przygotowanej socjotechnice. Hakerzy nie wysyłają masowych wiadomości, lecz tworzą wiarygodne i spersonalizowane oferty pracy, podszywając się pod znane firmy oraz platformy rekrutacyjne. Głównym celem są inżynierowie oprogramowania i specjaliści IT z sektorów lotniczego, obronnego oraz telekomunikacyjnego. Proces infekcji zaczyna się od przesłania pozornie niegroźnego pliku ZIP z ofertą pracy. Ofiara, przekonana, że łączy się z portalem do testów technicznych w ramach rekrutacji, w rzeczywistości uruchamia instalację złośliwego oprogramowania służącego do szpiegowania i przejmowania danych. Używany kod złośliwy należy m.in. do rodzin MiniUpdate oraz MiniJunk V2[2].

To, co wyróżnia ostatnie aktywności Screening Serpens, to stosowanie wysoko zaawansowanych technik ataku. Grupa zaczęła wykorzystywać metodę znaną jako AppDomainManager hijacking, która pozwala przejąć kontrolę nad procesem jeszcze na etapie uruchamiania aplikacji .NET. Zamiast próbować omijać zabezpieczenia już działającego programu, hakerzy ingerują w sam proces jej uruchomienia, korzystając z legalnych plików konfiguracyjnych. W efekcie złośliwy kod uruchamia się bardzo wcześnie, jeszcze przed startem właściwej aplikacji i jej zabezpieczeń. Dzięki temu atakujący mogą ominąć część narzędzi monitorujących Windows, w tym mechanizmy zbierające dane wykorzystywane przez systemy bezpieczeństwa, a jednocześnie ukryć swoją aktywność w sposób utrudniający wykrycie. Dodatkowo przestępcy mogą utrzymać dostęp do zainfekowanego systemu, wykorzystując Harmonogram Zadań Windows i ukrywając swoje procesy pod nazwami przypominającymi moduły systemowe, takie jak „WindowsSecurityUpdate”[3].

Wraz z rozwojem grup cyberprzestępców, takich jak Screening Serpens, które coraz częściej wykorzystują zaawansowane technologie, tradycyjne zabezpieczenia przestają być wystarczające. Organizacje potrzebują dziś wielowarstwowego podejścia do ochrony opartego na analizie zachowań, a nie tylko sygnatur złośliwych plików. Kluczowe jest wykrywanie już na etapie uruchomienia aplikacji nietypowych działań, takich jak AppDomain Hijacking czy wyłączanie telemetryki systemowej. Dzięki temu możliwe jest zatrzymanie złożonych ataków, zanim w pełni się rozwiną. Monitorowanie zachowania aplikacji staje się podstawą skutecznej, proaktywnej ochrony – wskazuje Tomasz Pietrzyk, dyrektor techniczny w Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Czy w Polsce jesteśmy bezpieczni?

Choć kampania opisana przez Unit 42 koncentruje się głównie na osi USA–Izrael–ZEA, techniki stosowane przez grupę Screening Serpens są doskonale znane polskim ekspertom. Raport CERT Polska za 2025 rok potwierdza ogromną skalę tego typu zagrożeń: oszustwa komputerowe, w tym phishing, zdominowały krajobraz bezpieczeństwa, stanowiąc aż 97,1% wszystkich zarejestrowanych incydentów (łącznie 253 238 przypadków)[4]. W Polsce, podobnie jak w operacjach grupy irańskiej, najczęstszym wektorem ataku pozostaje inżynieria społeczna oraz profesjonalne podszywanie się pod zaufane instytucje i marki. Metody typu „Living-off-the-Land”, czyli użycie legalnych aplikacji i narzędzi systemowych w ataku, do których należy technika AppDomainManager hijacking, stanowią szczególne wyzwanie dla krajowych zespołów SOC zajmujących się incydentami bezpieczeństwa, ponieważ, jak zauważają analitycy CERT, pozwalają one napastnikom wykorzystywać narzędzia systemowe do omijania zabezpieczeń, a właściwy złośliwy kod jest często wgrywany dopiero po skutecznym wyłączeniu mechanizmów obronnych[5].

Wnioski z analiz Unit 42 są dość jednoznaczne: współczesne cyberataki nie opierają się wyłącznie na technicznych lukach w systemach. Coraz częściej ich skuteczność wynika z połączenia zaawansowanych narzędzi z precyzyjnie zaplanowaną manipulacją użytkownikami. Fałszywe rekrutacje, które jeszcze niedawno mogły wydawać się mało realnym scenariuszem, dziś stają się jedną z metod ataków wykorzystywanych przez grupy cyberprzestępców. Pokazuje to, że sama technologia ochrony nie wystarcza. Równie ważna jest świadomość użytkowników i umiejętność rozpoznawania nietypowych, podejrzanych schematów komunikacji. W praktyce oznacza to, że organizacje powinny traktować proces rekrutacyjny i kontakty z zewnętrznymi kandydatami do pracy jako realne źródło ryzyka, a nie wyłącznie standardowy element działalności. W świecie, w którym „oferta pracy” może być początkiem wieloetapowego ataku, kluczowe staje się połączenie edukacji pracowników z nowoczesnymi systemami wykrywania zagrożeń i reagowania na incydenty.

[1] https://unit42.paloaltonetworks.com/tracking-iran-apt-screening-serpens/

[2] https://unit42.paloaltonetworks.com/tracking-iran-apt-screening-serpens/

[3] https://unit42.paloaltonetworks.com/tracking-iran-apt-screening-serpens/

[4] https://cert.pl/uploads/docs/Raport_CP_2025.pdf

[5] https://cert.pl/uploads/docs/Raport_CP_2025.pdf

Koszty eksploatacji jak jedna trzecia raty kredytu. Kupujący ostrożniej wybierają mieszkania

Wysokie koszty utrzymania mieszkania lub domu coraz częściej przesądzają o wyborze oferty: kupujący rezygnują z lokali z wysokimi opłatami lub mocniej negocjują cenę – wynika z badania nastrojów, które przeprowadził portal ogłoszeniowy Nieruchomosci-online.pl.

Badanie nastrojów wśród agentów nieruchomości przeprowadził portal Nieruchomosci-online.pl we współpracy z Uniwersytetem Ekonomicznym we Wrocławiu. Zapytano pośredników, czy rosnące koszty utrzymania nieruchomości wpływają na decyzje kupujących.

Wątek kosztów utrzymania nieruchomości pojawił się w 203 wypowiedziach otwartych pośredników. W tej grupie 135 osób (66%) wskazywało, że wysokie opłaty bardzo mocno wpływają na wybór oferty przez klientów i negocjacje ceny.

Osoby kupujące zawsze mniej lub bardziej wnikliwie pytały o czynsz czy ogrzewanie, ale z naszego badania wynika, że obecnie ten wątek pojawia się zdecydowanie częściej. I zdecydowanie częściej bywa czynnikiem decydującym o zakupie. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro w ostatnich latach koszty utrzymania mieszkania – czynsze, opłaty – wzrosły bardzo wyraźnie. Wprawdzie nasze pensje też rosły, ale dla wielu osób budżet domowy nie zwiększał się w takim samym tempie – mówi Rafał Bieńkowski, PR manager w Nieruchomosci-online.pl.

Klienci dopytują więc częściej niż kiedyś o konkrety: dokładną wysokość czynszu, rozliczenia za ogrzewanie i energię, fundusz remontowy, audyt energetyczny, docieplenie budynku. Chcą wiedzieć, jakie remonty były wykonane w bloku, a jakie są planowane. Ten temat szczególnie wyraźnie wraca przy spółdzielniach, gdzie opłaty są często  wysokie i potrafią „zjeść” oszczędności nawet wtedy, gdy sama cena mieszkania wygląda atrakcyjnie – dodaje Rafał Bieńkowski.

„Koszty eksploatacji to czasami ⅓ raty kredytu”

Chociaż dla pewnej grupy nabywców przy wyborze nieruchomości wciąż decydujące pozostają takie elementy jak cena, standard, metraż i lokalizacja, to jednak w opinii części agentów coraz częściej znaczenie mają właśnie koszty utrzymania.

Koszty utrzymania to nowe kryterium wyboru. To ich dotyczy jedno z głównych pytań przy zakupie domów i mieszkań. Kupujący pytają o klasę energetyczną, jakość izolacji czy realne koszty ogrzewania. Nieruchomości generujące wysokie koszty, automatycznie stają się trudniejsze do sprzedaży i wymagają większej elastyczności cenowej – komentuje Ewa Tonia z biura MUVON Nieruchomości w Łodzi.

Wzrost kosztów eksploatacji w ostatnich latach sprawił, że potrafią one stanowić równowartość nawet ⅓ raty kredytu. Kupujący liczą to bardzo skrupulatnie przy porównywaniu ofert – przyznaje Jacek Kasprzak z agencji Kasprzak Nieruchomości we Wrocławiu.

Wysokie koszty utrzymania nieruchomości nierzadko przekreślają chęć finalizacji transakcji.

Miałem sytuację, w której wspólnota była zadłużona na remont elewacji i mieszkańcy płacili po 1800 zł czynszu za mieszkanie o powierzchni 70 mkw. Takie koszty odpychają 90 proc. klientów – mówi Dawid Putzig z Baltic House Nieruchomości w Gdyni.

Mamy pewne stare osiedle, gdzie utrzymanie mieszkania to dość duży wydatek. Kiedyś było to najbardziej popytowe osiedle w mieście, a dziś ludzie go unikają. Osiedle ratuje się jeszcze tym, że ma pełną infrastrukturę dostępną na miejscu – przyznają właściciele biura 7house w Tarnowskich Górach.

Agenci zwracają też uwagę, że wysokie koszty utrzymania starszych mieszkań – szczególnie tych w blokach z wielkiej płyty – często kierują klientów w stronę nowego budownictwa.

47 proc. Polaków: rachunki mieszkaniowe to dla nas źródło stresu

Polacy obawiają się, że koszty utrzymania ich nieruchomości będą w dalszym ciągu rosły. Tak wynika z innego badania – „To my. Polacy o nieruchomościach” przeprowadzonego przez Nieruchomosci-online.pl wśród 1013 dorosłych Polaków. Wyższych czynszów oraz rachunków za energię i ogrzewanie obawia się w 2026 r. aż 86% osób.

Badanie pokazało również, że dla wielu Polaków opłaty mieszkaniowe to nie tylko pozycja na liście wydatków, ale także realne źródło niepewności. Dla 47 proc. badanych opłacanie rachunków wiąże się ze stresem, a 64% uważa, że nieważne, co zrobią, ich rachunki mieszkaniowe i tak będą rosnąć.

––––

Nastrojometr rynku nieruchomości to cokwartalne badanie nastrojów rynkowych w ocenie pośredników. Zostało przeprowadzone przez Nieruchomosci-online.pl i Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu w marcu na grupie 1505 agentów.

47 proc. firm w Polsce nie planuje zmian kadrowych. Co trzecia chce zwiększyć zatrudnienie

Co trzecia firma w Polsce chce od lipca do września rekrutować nowych pracowników. W tym samym czasie co piąta będzie redukować etaty, a blisko połowa pozostawi liczbę zatrudnionych bez zmian. W opublikowanym dziś raporcie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia pracodawcy zdradzili swoje plany rekrutacyjne na nadchodzący kwartał. Jak potwierdzili, najwięcej możliwości zmiany pracy będzie w hotelarstwie, gastronomii i turystyce, a także w technologiach & usługach IT. Największy optymizm rekrutacyjny zgłaszają pracodawcy z północnej i południowo-zachodniej Polski.

ManpowerGroup opublikował raport dotyczący planów rekrutacyjnych firm na kolejny kwartał. Prognoza netto zatrudnienia, odzwierciedlająca nastroje rekrutacyjne firm nad Wisłą wynosi +16%. 33% pracodawców mówi o wzroście liczby pracowników w trzecim kwartale, 18% o redukcji, 47% nie planuje zmian personalnych a 2% nie zna planów zatrudnienia na najbliższy kwartał. Firmy zatrudniają dzięki rozwojowi i technologiom, a redukcje są efektem presji ekonomicznej i działań optymalizacyjnych.

HoReCa i IT napędzają rekrutacje

Najwięcej firm zgłaszających nowe rekrutacje jest w branży hotelarstwa & gastronomii (+28%) a także technologii i usług IT (+28%). O dużym optymizmie mówią też przedstawiciele finansów & ubezpieczeń (+25%), budownictwa & nieruchomości (+24%) oraz handlu & logistyki (+21%). Mniejsze, choć nadal zauważalne szanse na zmianę pracy czekają na kandydatów w usługach profesjonalnych, naukowych & technicznych (+18%) oraz informacji & komunikacji (+10%). Najmniej ofert planują firmy w sektorze publicznym, ochronie zdrowia & usługach społecznych (+6%).

Mapa zatrudnienia: Północ liderem

W okresie od lipca do września 2026 roku szanse na znalezienie pracy pojawią się we wszystkich regionach Polski. Największe zapotrzebowanie na pracowników deklarują organizacje z Północy, gdzie prognoza wynosi +28%, Południowego Zachodu (+20%) oraz z Południa (+19%). Nieco mniej optymistyczne plany wskazują pracodawcy z Centrum (+9%), ze Wschodu (+7%) i Północnego Zachodu Polski (+7%), ale nadal są one zapowiedzią dobrych szans na znalezienie nowej pracy.

Firmy zatrudniają, by rosnąć i zwalniają, by przetrwać

Organizacje w Polsce planują zatrudniać nowych pracowników w związku z rozwojem działalności (46% firm), rozszerzaniem jej na nowe rynki (34%) oraz postępem technologicznym, który generuje zapotrzebowanie na nowe kompetencje i specjalistów (22%). Dodatkowo 19% pracodawców wskazuje na potrzebę zwiększania różnorodności zespołów oraz uzupełniania wakatów powstałych po odejściach pracowników w poprzednim kwartale.

Redukcje zatrudnienia wynikają głównie z wyzwań ekonomicznych (31%), konieczności dopasowania liczby pracowników do aktualnego popytu (29%) oraz zmian zachodzących na rynku (22%). Co piąty pracodawca nie uzupełnia wakatów po odejściach pracowników, koncentrując się jednocześnie na optymalizacji procesów i łączeniu ról.

Z kolei organizacje, które nie planują zmian kadrowych, najczęściej wskazują, że obecny poziom zatrudnienia jest wystarczający do realizacji celów biznesowych (38%). Podkreślają również stabilność sytuacji rynkowej (24%) oraz realizację strategii skoncentrowanej na utrzymaniu obecnej kadry (23%).

O badaniu: Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla trzeciego kwartału 2026 roku został opracowany na podstawie badania przeprowadzonego w okresie od 1 do 30 kwietnia 2026 roku wśród 40 592 pracodawców reprezentujących 42 rynki na świecie. W Polsce w badaniu wzięło udział 515 pracodawców.

VB Leasing wygrywa 8,45 mln zł w sporze dotyczącym działań instytucji pomostowej BFG

Sąd Okręgowy we Wrocławiu, X Wydział Gospodarczy, wyrokiem z 1 czerwca 2026 r. (sygn. akt X GC 725/24) niemal w całości uwzględnił powództwo VB Leasing S.A. w restrukturyzacji (VBL) przeciwko instytucji pomostowej Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, zasądzając na rzecz spółki 8,45 mln zł wraz z odsetkami oraz 225 tys. zł tytułem zwrotu kosztów postępowania.

Sąd: blokada rachunków była bezprawna

W ustnym uzasadnieniu sąd jednoznacznie wskazał, że blokada rachunków VB Leasing dokonana w lipcu 2023 r. przez instytucję pomostową BFG (VeloBank) była bezprawna, a przejęcie przedmiotu zastawu przez bank nieważne. Sąd uznał również, że zobowiązanie kredytowe wobec VeloBank zostało skutecznie spłacone 24 sierpnia 2023 r., co oznacza, że pobrane później odsetki stanowiły świadczenie nienależne i podlegają zwrotowi.

Sąd poinformował także, że rozważa skierowanie zawiadomienia do Komisji Nadzoru Finansowego oraz prokuratury w związku z poważnymi nieprawidłowościami ujawnionymi w postępowaniu, dotyczącymi działań instytucji pomostowej utworzonej przez BFG. W szczególności chodzi o bezprawną blokadę rachunków VB Leasing oraz działania VeloBank, które mimo skutecznej spłaty zobowiązania mogły prowadzić do ponownego zaspokojenia tego samego roszczenia.

Wyrok dotyczy działań instytucji utworzonej przez BFG w ramach restrukturyzacji Getin Noble Banku

Spór dotyczył działań VeloBank w okresie, gdy funkcjonował jako instytucja pomostowa utworzona i nadzorowana przez BFG w ramach przymusowej restrukturyzacji Getin Noble Banku. Następnie, decyzją BFG z 27 października 2023 r., część wierzytelności związanych z VBL została przeniesiona do Podmiotu Zarządzającego Aktywami (PZA), spółki w całości kontrolowanej przez Fundusz.

Wyrok wpisuje się w szerszy kontekst sporów pomiędzy VB Leasing a podmiotami uczestniczącymi w procesie restrukturyzacji sektora bankowego. 26 maja 2026 r. AMS Restrukturyzacje, zarządca VB Leasing, złożył przeciwko BFG pozew o zapłatę 84,7 mln zł. Spółka stoi na stanowisku, że decyzje podjęte w ramach przymusowej restrukturyzacji Idea Banku doprowadziły do powstania znacznej szkody po stronie VB Leasing.

Przedmiotem prowadzonych postępowań nie jest rola Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w systemie finansowym, lecz konkretne decyzje podjęte wobec VB Leasing oraz ich konsekwencje dla spółki i jej wierzycieli. W ocenie VBL działania podejmowane w interesie publicznym również podlegają niezależnej kontroli sądowej, szczególnie wtedy, gdy wywierają istotny wpływ na sytuację uczestników rynku.

– Od początku wskazywaliśmy, że działania podejmowane wobec VB Leasing w związku z procesami restrukturyzacyjnymi prowadzonymi przez BFG wymagają niezależnej oceny sądowej – mówi Mikołaj Świtalski, członek zarządu AMS Restrukturyzacje sp. z o.o., zarządca VB Leasing S.A. w restrukturyzacji. – Wyrok w sprawie VeloBank jest ważnym rozstrzygnięciem potwierdzającym zasadność naszych argumentów i potrzebę pełnej weryfikacji działań podmiotów zależnych BFG – dodaje.

Wyrok z 1 czerwca 2026 r. jest nieprawomocny. Pozwanej stronie przysługuje prawo do wniesienia apelacji po otrzymaniu pisemnego uzasadnienia orzeczenia.

Postępowania sanacyjne wobec VB Leasing SA oraz VB Leasing SA Automotive SKA zostały otwarte 25 lipca 2023 r. przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej (sygn. akt odpowiednio: WR1F/GRs/5/2023 oraz WR1F/GRs/6/2023). Zarządcami mas sanacyjnych są AMS Restrukturyzacje sp. z o.o. (VB Leasing) oraz Kancelaria Restrukturyzacyjna sp. z o.o. (VB Leasing Automotive). Celem postępowań jest ochrona interesów klientów, wierzycieli i Skarbu Państwa poprzez zapewnienie działalności operacyjnej spółek.

Mieszane dane z USA. CPI rośnie, inflacja bazowa stabilniejsza, a rynki czekają na ruch Fed

Majowy odczyt inflacji w USA przyniósł mieszany obraz dla rynków finansowych. Wskaźnik CPI wzrósł do 4,2 proc. r/r, co oznacza przyspieszenie względem poprzedniego miesiąca i potwierdza utrzymującą się presję cenową. Jest to najwyższy odczyt tego wskaźnika od maja 2023 roku. Jednocześnie inflacja bazowa, wyłączająca ceny energii i żywności, pozostaje wyraźnie niższa i wynosi 2,9 proc. r/r. Kluczowym czynnikiem wzrostu cen pozostaje sektor energii, który odpowiada za istotną część miesięcznego wzrostu CPI.

Z perspektywy rynków oznacza to, że obecne przyspieszenie inflacji ma w dużej mierze charakter podażowy i może być mniej trwałe. Stabilniejsza dynamika cen w kategoriach bazowych wspiera scenariusz ostrożniejszego podejścia banku centralnego do dalszego zacieśniania polityki monetarnej. Jednocześnie utrzymujące się wysokie ceny energii pozostają istotnym ryzykiem dla krótkoterminowych oczekiwań inflacyjnych. W efekcie inwestorzy mogą w najbliższym czasie pozostawać wrażliwi na kolejne dane makroekonomiczne, które zdecydują o kierunku polityki Fed i nastrojach na rynkach.

Biofund chce objąć akcje Medicalgorithmics po 33 zł. Decyzja należy do walnego zgromadzenia

Medicalgorithmics, notowany na GPW twórca innowacyjnej platformy i algorytmów AI do analizy EKG, podpisał porozumienie do aneksu umowy pożyczki z Biofund Capital Management. Porozumienie podtrzymuje zobowiązanie Biofund do konwersji zobowiązań z tytułu pożyczki z 2024 r. na akcje spółki po cenie 33 zł za akcję oraz wydłuża termin zatwierdzenia jej przez WZA do końca lipca br. O emisji akcji, która docelowo zostanie przeznaczona na realizację konwersji, zdecyduje Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Podpisany aneks do umowy stanowi kolejny etap w procesie konwersji zobowiązań z tytułu wspomnianej pożyczki, który został zaoferowany Spółce przez fundusz Biofund w styczniu br.

Brak przegłosowania konwersji na akcje Spółki przez ostatnie Walne Zgromadzenie był spowodowany niewystarczającą liczbą głosów zarejestrowanych na WZA.

– Nasze plany się nie zmieniają. Biofund w dalszym ciągu zamierza skonwertować pożyczkę udzieloną Spółce w 2024 roku. Podpisane dzisiaj porozumienie pozwala Spółce zwołać kolejne Walne Zgromadzenie, które podda pod głosowanie wspomnianą konwersję – komentuje współzałożyciel Biofund i jeden z ojców data mining, znany naukowiec prof. Paul Lewicki.

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy będzie mogło zatwierdzić konwersję pożyczki na akcje, do której zobowiązał się Biofund, bez wymagań dotyczących minimalnej liczby głosów zarejestrowanych na WZA. Jednocześnie, aneks wraz z podpisanym porozumieniem do wspomnianej pożyczki podtrzymuje korzystniejsze warunki jej spłaty. Zakłada m.in. rezygnację z prawa do 3% prowizji od przychodów od nowych klientów oraz obniżenie oprocentowania pożyczki z 18,5% do 14%. Podpisanie aneksu, a co za tym idzie, wprowadzenie korzystniejszych warunków spłaty pożyczki oraz jej konwersja na akcje są elementem oferty złożonej przez Biofund spółce Medicalgorithmics w styczniu br.

Rynki ignorują rakiety? Dolar czeka dziś przede wszystkim na inflację z USA

Dziś na rynkach wylosował się niejednoznaczny sentyment. Z jednej strony indeksy giełdowe znowu znalazły się pod presją, z drugiej ropa naftowa zachowuje spokój, a z trzeciej FX zdaje się patrzeć w zupełnie innym kierunku. Dla rynku walutowego to twarde dane (już dziś amerykańska inflacja) prawdopodobnie mają o wiele większe znaczenie niż szum informacyjny z Zatoki Perskiej.

Czy ktoś widzi rakiety?

Klasycznie już (niestety) naszą rynkową podróż zaczynamy od sygnałów płynących z Bliskiego Wschodu. Dzisiaj mijamy stację Bliżej rozejmu dzięki atakom. Prezydent Donald Trump jak mantrę powtarza, że porozumienie jest już blisko, już za rogiem (pewnie Cieśniny Ormuz). Deal jest tak blisko, że wszystkie strony coraz częściej strzelają do siebie, aktualnie próbując głównie uszkodzić militarną infrastrukturę. Ten konflikt (przy całej ludzkiej tragedii) wygląda coraz dziwniej i może to naprawdę zwiastun zbliżającego się realnego rozejmu? Na razie jednak mamy cios za cios, a pociski i drony latają nad Zatoką Perską równie często co groźby. Czy rynki nauczyły się ignorować tę specyficzną wojnę?

Giełdy patrzą na AI?

Teza o ignorowaniu wojny na Bliskim Wschodzie może brzmieć odważnie, ale warto się nad nią pochylić. Pewnie jeszcze kilka tygodni temu wydarzenia z ostatnich godzin zostałyby nazwane eskalacją, a inwestorzy próbowaliby dostosować swoje pozycje do bardziej rozgrzanego konfliktu. A co dzieje się na rynkach w trakcie środowej sesji? Rzeczywiście na giełdach dominuje czerwień, ale na ile te spadki związane są z konfliktem w Zatoce Perskiej? Moim zdaniem coraz mniej, a główne ryzyka dla rynku kapitałowego skupiają się na AI. To dlatego mocno technologiczny koreański główny indeks KOSPI jednego dnia spada, drugiego rośnie, a trzeciego znowu spada i za każdym razem o kilka procent (6% do nawet 8%). To obraz handlu kojarzony dawniej raczej z krypto, a nie z jednym z najważniejszych azjatyckich parkietów. Obawy wokół spółek SI dotyczą cały czas gigantycznych nakładów związanych z tą rewolucją, ale teraz też historycznych IPO na Wall Street (w piątek SpaceX, niedługo OpenAI, a także Anthropic), które nie tylko stawiają pytania o zasadność astronomicznych wycen, ale także wysysają kapitał z innych spółek i aktywów. A kiedy większość sentymentu wisi na kilku/kilkunastu firmach technologicznych, to sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Może innym razem wspomnę o coraz większym buncie społecznym wobec inwestycji związanych z SI, które nie liczą się z lokalnymi społecznościami i kosztem, jaki dla nich generują (na razie głównie w USA).

Ropa zamknęła oczy?

Jednak giełdy giełdami, one potrafią z łatwością przesuwać punkt ciężkości na różne strony. Ale co z rynkiem surowcowym, a szczególnie ropą naftową? Tutaj też zaryzykuję tezę, że jeszcze całkiem niedawno po eskalacyjnych doniesieniach zobaczylibyśmy kilkuprocentowe wzrosty ceny czarnego złota. A dziś do połowy dnia obserwowaliśmy nawet lekkie spadki, a główne benchmarki trzymają się wciąż blisko istotnych wsparć (WTI poniżej 90 USD). Sytuacja zdaje się odwracać wczesnym popołudniem, ale wciąż daleko nam do paniki, którą mogliśmy widzieć jeszcze jakiś czas temu. Nieustająco obrywa za to złoto, które aktualnie nie prezentuje żadnych walorów bezpiecznej przystani (może takowa nie jest po prostu teraz potrzebna?). Jego cena przebiła od góry już 4200 USD za uncję i jest coraz bliższa marcowych dołków, których wybicie może zwiastować zejście nawet do 3900 USD. Tylko dziś królewski kruszec traci 2%. W ostatnich tygodniach trudniejsze sesje złota były często argumentowane mocniejszym dolarem, z którym jest negatywnie skorelowane. Jednak dziś nie mamy na rynku do czynienia z silniejszym USD.

USD wpatruje się w inflację?

Tutaj wreszcie dochodzimy do tezy z tytułu dzisiejszego komentarza. Jeszcze jakiś czas temu przy sygnałach eskalacyjnych z Bliskiego Wschodu kapitał klasycznie kierował się do bezpiecznej przystani w postaci USD, który pozwalał też parkować środki np. w amerykańskich obligacjach. Jednak teraz sytuacja na dolarze nie jest już tak jednoznaczna. Przez długie chwile pozostaje on dość odporny na impulsy z Zatoki, a największy ruch w ostatnich tygodniach wykonał w związku z danymi makro. Piątkowe odczyty z rynku pracy popchnęły inwestorów do obstawiania przynajmniej jednej podwyżki stóp w USA do końca roku, co błyskawicznie i wyraźnie wzmocniło USD. W ten sposób dochodzimy do środowego odczytu inflacji konsumenckiej ze Stanów. Już same prognozy dla wskaźnika CPI na poziomie 4,2% rdr (najwyżej od 3 lat) robią wrażenie, ale jeśli ostateczny rezultat przekroczy oczekiwania, to na stole może się pojawić nawet druga podwyżka kosztu pieniądza do końca roku. A wtedy dolar zapewne wykona kolejny krok na szlaku umocnienia. W przeciwnym wypadku (dynamika cen poniżej konsensusu) USD może znaleźć się pod presją i przynajmniej częściowo oddać swoje zyski z ostatnich dni. Brak zmienności raczej nam nie grozi. O godz. 13:30 kurs EUR/USD jest przy 1,154 USD, kurs USD/PLN sięga 3,68 PLN, a kurs EUR/PLN zbliża się do 4,25 zł.

 

W Polsce przybyło wolnych miejsc pracy. Na koniec I kwartału 2026 r. było ich ponad 100 tys.

Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. w Polsce odnotowano 100,2 tys. wolnych miejsc pracy. To o 14,4 tys. więcej niż na koniec czwartego kwartału 2025 r., co oznacza wzrost o 16,7 proc. w ujęciu kwartalnym. W porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku liczba wakatów była jednak nieznacznie niższa – o 0,8 tys.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego wskaźnik wolnych miejsc pracy wyniósł na koniec pierwszego kwartału 2026 r. 0,81 proc. Był więc o 0,1 pkt proc. wyższy niż na koniec czwartego kwartału 2025 r., ale jednocześnie o 0,01 pkt proc. niższy niż rok wcześniej.

Dane pokazują, że początek 2026 r. przyniósł odbicie popytu na pracowników po słabszej końcówce poprzedniego roku. Nie oznacza to jednak jednoznacznego przegrzania rynku pracy. W ujęciu rocznym liczba wolnych miejsc pracy pozostała zbliżona do poziomu sprzed roku, a wskaźnik wakatów nieznacznie się obniżył.

Najwyższy wskaźnik wakatów w regionie warszawskim stołecznym

Popyt na pracowników był silnie zróżnicowany regionalnie. Najwyższy wskaźnik wolnych miejsc pracy odnotowano w regionie warszawskim stołecznym, gdzie wyniósł 1,11 proc. Oznacza to, że właśnie w tej części kraju udział nieobsadzonych stanowisk w ogólnej liczbie miejsc pracy był największy.

Najniższy wskaźnik wolnych miejsc pracy wystąpił w regionie lubelskim i wyniósł 0,45 proc. Różnica między regionem warszawskim stołecznym a lubelskim pokazuje, że zapotrzebowanie na pracowników nadal koncentruje się przede wszystkim w największych ośrodkach gospodarczych, zwłaszcza tam, gdzie rozwinięte są usługi biznesowe, technologie, administracja i sektor prywatnych przedsiębiorstw.

Regionalne dane wskazują również, że sytuacja na rynku pracy nie jest jednolita. W części województw pracodawcy nadal aktywnie poszukują nowych pracowników, podczas gdy w innych popyt na pracę pozostaje ograniczony. Ma to znaczenie zarówno dla osób szukających zatrudnienia, jak i dla firm planujących rekrutacje lub inwestycje w nowych lokalizacjach.

Najwięcej wakatów w przetwórstwie przemysłowym

Największą liczbę wolnych miejsc pracy odnotowano w przetwórstwie przemysłowym. Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. w tej sekcji gospodarki było 20,5 tys. wakatów. To pokazuje, że przemysł pozostaje jednym z głównych źródeł popytu na pracowników w Polsce.

W przetwórstwie przemysłowym wolne miejsca pracy były przeznaczone przede wszystkim dla robotników przemysłowych i rzemieślników oraz operatorów i monterów maszyn i urządzeń. Pierwsza z tych grup odpowiadała za 36,1 proc. wakatów w tej sekcji, a druga za 26,0 proc.

Podobna struktura zapotrzebowania występowała w budownictwie. W tej branży największy udział wolnych miejsc pracy dotyczył robotników przemysłowych i rzemieślników – 52,8 proc. wakatów. Kolejne 25,7 proc. stanowiły miejsca pracy dla operatorów i monterów maszyn i urządzeń.

Wysoki popyt także w handlu, transporcie i budownictwie

Oprócz przetwórstwa przemysłowego istotną liczbę wolnych miejsc pracy odnotowano również w handlu hurtowym i detalicznym, transporcie i gospodarce magazynowej oraz budownictwie. Są to sektory, które tradycyjnie generują duże zapotrzebowanie na pracowników operacyjnych, technicznych i usługowych.

W handlu wakaty dotyczyły przede wszystkim pracowników usług i sprzedawców, ale również specjalistów. W transporcie i gospodarce magazynowej dominowało zapotrzebowanie na operatorów i monterów maszyn oraz urządzeń, a także na pracowników biurowych.

Dane te pokazują, że popyt na pracę w Polsce nadal ma w dużej mierze charakter praktyczny i produkcyjno-usługowy. Firmy poszukują nie tylko specjalistów wysokich kwalifikacji, ale także pracowników wykonujących zadania techniczne, logistyczne, magazynowe, sprzedażowe i związane z obsługą procesów produkcyjnych.

Najwyższy wskaźnik wolnych miejsc pracy w sektorze telekomunikacji i IT

Pod względem rodzaju działalności najwyższy wskaźnik wolnych miejsc pracy wystąpił w sekcji obejmującej działalność usługową w zakresie telekomunikacji, programowania komputerowego, doradztwa, infrastruktury obliczeniowej oraz pozostałej działalności usługowej w zakresie informacji. Wyniósł on 1,54 proc.

To oznacza, że branże związane z technologiami informacyjnymi, usługami cyfrowymi i infrastrukturą obliczeniową nadal cechują się wysokim relatywnym zapotrzebowaniem na pracowników. Nawet jeżeli liczba wakatów w tym sektorze nie jest najwyższa w ujęciu bezwzględnym, to udział wolnych miejsc pracy w całkowitej liczbie stanowisk pozostaje wyraźnie podwyższony.

Najniższy wskaźnik wolnych miejsc pracy odnotowano natomiast w górnictwie i wydobywaniu. Wyniósł on 0,17 proc. Oznacza to, że w tej sekcji udział nieobsadzonych miejsc pracy był najmniejszy spośród analizowanych rodzajów działalności.

Rynek pracy odbija po końcówce 2025 r., ale bez wyraźnego boomu

Wzrost liczby wolnych miejsc pracy o 16,7 proc. względem końca czwartego kwartału 2025 r. może wskazywać na sezonowe i koniunkturalne ożywienie rekrutacji na początku roku. Firmy częściej uruchamiały nabory, a część sektorów zwiększała zapotrzebowanie na pracowników po okresie niższej aktywności.

Jednocześnie porównanie rok do roku pokazuje bardziej umiarkowany obraz rynku pracy. Liczba wolnych miejsc pracy była o 0,8 tys. niższa niż na koniec pierwszego kwartału 2025 r., a wskaźnik wakatów spadł minimalnie o 0,01 pkt proc. To sugeruje, że mimo kwartalnego odbicia rynek nie wszedł w fazę gwałtownego wzrostu popytu na pracowników.

Z perspektywy pracodawców dane GUS mogą oznaczać powrót do większej aktywności rekrutacyjnej po słabszej końcówce roku. Z perspektywy pracowników sytuacja pozostaje zróżnicowana – szanse na zatrudnienie są większe w regionach i branżach o wysokim wskaźniku wakatów, ale nie wszędzie rynek oferuje podobne możliwości.

Struktura wakatów pokazuje zapotrzebowanie na konkretne zawody

Istotne znaczenie ma nie tylko sama liczba wolnych miejsc pracy, ale również ich struktura zawodowa. Dane wskazują, że w wielu sektorach poszukiwani są przede wszystkim pracownicy o konkretnych kwalifikacjach praktycznych.

W przemyśle i budownictwie dominują robotnicy przemysłowi, rzemieślnicy, operatorzy i monterzy maszyn. W handlu większe znaczenie mają pracownicy usług i sprzedawcy, natomiast w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej najważniejszą grupą są specjaliści.

Taka struktura wolnych miejsc pracy pokazuje, że polski rynek pracy nadal potrzebuje zarówno pracowników technicznych i wykonawczych, jak i specjalistów. Niedobory kadrowe nie dotyczą wyłącznie zawodów wysoko kwalifikowanych, ale również stanowisk związanych z produkcją, logistyką, sprzedażą i obsługą klienta.

Dane po raz pierwszy prezentowane według PKD 2025

GUS zwraca uwagę, że wyniki badania „Popyt na pracę” po raz pierwszy prezentowane są według sekcji PKD 2025. Ma to znaczenie przy porównywaniu danych z wcześniejszymi okresami, ponieważ trwa okres przejściowy związany z przeklasyfikowaniem podmiotów gospodarczych z PKD 2007 na PKD 2025.

Okres przejściowy potrwa do 31 grudnia 2026 r. W tym czasie do prezentacji danych wykorzystywane są m.in. klucze powiązań między klasyfikacjami PKD 2007 i PKD 2025. Oznacza to, że interpretując dane sektorowe, należy brać pod uwagę zmianę klasyfikacji działalności gospodarczej.

Wskaźnik wolnych miejsc pracy jest miarą niezaspokojonego popytu na pracę. Pokazuje, jaką część wszystkich miejsc pracy – zarówno obsadzonych, jak i wolnych – stanowią stanowiska nieobsadzone. Im wyższy wskaźnik, tym większy relatywny problem pracodawców z obsadzeniem stanowisk.

Wypadków przy pracy jest więcej. W I kwartale 2026 r. poszkodowanych zostało ponad 17 tys. osób

W pierwszym kwartale 2026 r. w Polsce wzrosła liczba osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy. Według wstępnych danych GUS zgłoszono 17 084 osoby poszkodowane, czyli o 19,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Wskaźnik wypadkowości zwiększył się z 1,04 do 1,24 poszkodowanego na 1000 pracujących.

Zdecydowaną większość stanowiły wypadki powodujące lżejsze obrażenia. W tej kategorii odnotowano 16 960 poszkodowanych. Wypadkom ciężkim uległy 92 osoby, natomiast wypadkom śmiertelnym – 32 osoby. Dane obejmują również 42 osoby poszkodowane podczas wykonywania pracy zdalnej lub telepracy.

Łączna liczba dni niezdolności do pracy spowodowanej wypadkami wyniosła 411 749. Oznacza to przeciętnie 24,1 dnia absencji na jedną osobę poszkodowaną. Najdłuższy średni okres niezdolności do pracy odnotowano w górnictwie i wydobywaniu, gdzie wyniósł 33,5 dnia.

Najwięcej poszkodowanych w przemyśle, handlu i transporcie

Pod względem liczby osób poszkodowanych najwięcej wypadków odnotowano w przetwórstwie przemysłowym. W tej sekcji gospodarki poszkodowanych zostało 4806 osób. Kolejne miejsca zajęły handel, naprawa pojazdów samochodowych oraz transport i gospodarka magazynowa.

W handlu i naprawie pojazdów samochodowych zgłoszono 2640 poszkodowanych, a w transporcie i gospodarce magazynowej 1798 osób. W ochronie zdrowia i pomocy społecznej odnotowano 1484 poszkodowanych, natomiast w budownictwie – 702 osoby.

Inaczej wygląda sytuacja po uwzględnieniu liczby pracujących w poszczególnych branżach. Najwyższy wskaźnik wypadkowości wystąpił w górnictwie i wydobywaniu, gdzie wyniósł 3,41 poszkodowanego na 1000 pracujących. Bardzo wysoki poziom odnotowano także w sekcji dostawa wody, gospodarowanie ściekami i odpadami oraz rekultywacja – 3,34.

Powyżej średniej krajowej znalazły się również ochrona zdrowia i pomoc społeczna, transport i gospodarka magazynowa, przetwórstwo przemysłowe oraz rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo. Najniższy wskaźnik wypadkowości odnotowano w informacji i komunikacji, gdzie wyniósł 0,15.

Warmińsko-mazurskie z najwyższym wskaźnikiem wypadkowości

Dane pokazują także duże zróżnicowanie regionalne. Najwyższy wskaźnik wypadkowości wystąpił w województwie warmińsko-mazurskim – 1,64 poszkodowanego na 1000 pracujących. Kolejne miejsca zajęły województwa zachodniopomorskie z wynikiem 1,60 oraz kujawsko-pomorskie z wynikiem 1,53.

Wysoki poziom wypadkowości odnotowano również w województwach podlaskim, śląskim, lubuskim i dolnośląskim. Najniższe wskaźniki wystąpiły w województwach mazowieckim i małopolskim. W Mazowieckiem wskaźnik wyniósł 0,88, a w Małopolsce 0,95 poszkodowanego na 1000 pracujących.

Pod względem bezwzględnej liczby poszkodowanych najwięcej wypadków zgłoszono w województwach śląskim, mazowieckim i wielkopolskim. W Śląskiem poszkodowanych zostało 2422 pracowników, w Mazowieckiem 2174, a w Wielkopolsce 1885.

Najczęstsza przyczyna: nieprawidłowe zachowanie pracownika

Największą grupę przyczyn wypadków przy pracy stanowiło nieprawidłowe zachowanie się pracownika. Odpowiadało ono za 40,3 proc. odnotowanych przypadków. Na kolejnych miejscach znalazły się niewłaściwe posługiwanie się czynnikiem materialnym przez pracownika, zdarzenia niezależne od pracodawcy i pracownika oraz inne przyczyny.

Istotne znaczenie miały także czynniki organizacyjne. Niewłaściwa organizacja stanowiska pracy odpowiadała za 7,3 proc. przypadków, a niewłaściwa organizacja pracy za 5,5 proc. Łącznie te dwie kategorie stanowiły 12,8 proc. przyczyn wypadków.

Najczęstszym wydarzeniem powodującym uraz było zderzenie z nieruchomym obiektem. Tego typu zdarzenia odpowiadały za 37,4 proc. przypadków. Kolejne miejsca zajęły kontakt z przedmiotem ostrym lub twardym oraz uderzenie przez obiekt będący w ruchu.

Najczęściej dochodziło do urazów kończyn

Wypadki przy pracy najczęściej kończyły się urazami kończyn. Urazy kończyn górnych stanowiły 43,2 proc. przypadków, a kończyn dolnych 33,4 proc. Łącznie obrażenia kończyn odpowiadały więc za ponad trzy czwarte wszystkich urazów.

Urazy głowy wystąpiły w 10,9 proc. przypadków. Rzadziej odnotowywano urazy tułowia i organów wewnętrznych, pleców oraz całego ciała. W chwili wypadku poszkodowani najczęściej byli w ruchu, przemieszczali się, manipulowali przedmiotami albo wykonywali ręczny transport.

Dane te pokazują, że duża część wypadków nie wynika bezpośrednio z obsługi specjalistycznych maszyn, lecz z codziennych czynności wykonywanych w miejscu pracy. Oznacza to, że ryzyko wypadkowe dotyczy nie tylko branż tradycyjnie uznawanych za niebezpieczne, ale również stanowisk, na których dominują powtarzalne zadania, przemieszczanie się i praca manualna.

Wypadki w gospodarstwach rolnych

Osobną kategorię stanowią wypadki w indywidualnych gospodarstwach rolnych, dla których przyznano jednorazowe odszkodowanie z KRUS. W pierwszym kwartale 2026 r. poszkodowanych zostało 1686 osób, w tym 16 w wypadkach śmiertelnych.

Najczęstszym rodzajem zdarzenia były upadki osób. Odpowiadały one za 48,8 proc. wypadków w gospodarstwach rolnych. Kolejne miejsca zajęły inne zdarzenia, uderzenie, przygniecenie lub pogryzienie przez zwierzęta oraz pochwycenie przez ruchome części maszyn i urządzeń.

Struktura wypadków rolniczych pokazuje, że największe zagrożenia wiążą się zarówno z codziennym poruszaniem się po gospodarstwie, jak i kontaktem ze zwierzętami oraz maszynami. W praktyce oznacza to konieczność stałego zwracania uwagi na organizację pracy, stan techniczny urządzeń oraz podstawowe zasady bezpieczeństwa.

Wzrost wypadkowości to sygnał ostrzegawczy

Wzrost liczby poszkodowanych o 19,3 proc. rok do roku jest istotnym sygnałem dla pracodawców, instytucji publicznych i służb BHP. Choć dane mają charakter wstępny, pokazują wyraźne pogorszenie statystyk bezpieczeństwa pracy na początku 2026 r.

Największe znaczenie ma nie tylko sama liczba wypadków, ale również ich koszt społeczny i gospodarczy. Ponad 411 tys. dni niezdolności do pracy oznacza realne straty dla pracowników, firm i całego rynku pracy. Każdy wypadek to także ryzyko długotrwałych konsekwencji zdrowotnych, organizacyjnych i finansowych.

Dane GUS wskazują, że bezpieczeństwo pracy powinno pozostać jednym z kluczowych obszarów zarządzania w przedsiębiorstwach. Szczególnie ważne są szkolenia, prawidłowa organizacja stanowisk, nadzór nad przestrzeganiem zasad BHP oraz ograniczanie ryzyk związanych z rutynowymi czynnościami wykonywanymi każdego dnia.

mObywatel 3.0 musi uwzględniać dane zdrowotne. Eksperci apelują do rządu

Healthcare Poland Foundation, Polska Federacja Szpitali oraz Global Healthcare Systems Hub wskazują na konsekwencje niezgodności aplikacji mObywatel z rozporządzeniem eIDAS 2.0 — wykraczające daleko poza dokument tożsamości. W grze jest dostęp polskich pacjentów do transgranicznej wymiany danych zdrowotnych, bezpieczeństwo medyczne oraz konkurencyjność polskiego sektora usług zdrowotnych w Europie.

Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało na stronie Rządowego Centrum Legislacji projekt nowelizacji ustawy o usługach zaufania oraz identyfikacji elektronicznej (UC122). Uzasadnienie projektu zawiera bezprecedensowe przyznanie: aplikacja mObywatel jest architektonicznie niezgodna z rozporządzeniem eIDAS 2.0 i nie może pełnić funkcji Europejskiego Portfela Tożsamości Cyfrowej (EUDI Wallet). Dostosowanie istniejącej aplikacji do wymogów unijnych zostało uznane za technicznie niemożliwe. Konsekwencje są daleko idące: konieczność budowy zupełnie nowej aplikacji od podstaw, brak możliwości automatycznej migracji danych 11 milionów użytkowników oraz konieczność równoległego utrzymywania dwóch systemów w okresie przejściowym. Skala problemu skłoniła posła do Parlamentu Europejskiego Kosmę Złotowskiego do złożenia pytania poselskiego (E-000763/2026) do Komisji Europejskiej.

Polska była prekursorem cyfrowej tożsamości w Europie, wprowadzając mDowód jako pełnoprawny dokument tożsamości już w 2023 r. — znacznie wyprzedzając inne państwa członkowskie. Jednak właśnie ten pionierski charakter, zbudowany na krajowych założeniach architektonicznych bez antycypowania ram interoperacyjności UE, staje się teraz źródłem systemowej luki.

Jest to modelowy przykład zjawiska, które w branży IT określa się mianem „długu architektonicznego” (architectural debt) — sytuacji, w której szybkie wdrożenie rozwiązania krajowego bez uwzględnienia nadchodzących standardów europejskich generuje późniejsze koszty rzędu wielokrotności początkowej inwestycji. Dokładnie to samo ryzyko dotyczy obecnie rozwiązań sztucznej inteligencji w sektorze zdrowia budowanych bez uwzględnienia AI Act, EHDS i standardów certyfikacji — co jest przedmiotem prac piaskownicy regulacyjnej GRAI przy Ministerstwie Cyfryzacji.

Healthcare Poland Foundation, działając we współpracy z Polską Federacją Szpitali oraz Global Healthcare Systems Hub, deklaruje gotowość do udziału w konsultacjach publicznych projektu UC122 oraz do wsparcia eksperckiego w projektowaniu warstwy zdrowotnej nowego portfela tożsamości cyfrowej. Dostęp polskich pacjentów do transgranicznej wymiany danych zdrowotnych nie może być ofiarą długu architektonicznego.

Polska była pionierem cyfrowej tożsamości w Europie. Teraz musi być pionierem jej naprawy — nie tylko po to, by polscy obywatele mogli podróżować z telefonem zamiast z plastikowym dowodem, ale przede wszystkim po to, by polscy pacjenci mogli bezpiecznie korzystać z opieki zdrowotnej w całej Unii Europejskiej, z pełnym dostępem lekarza do ich danych medycznych. Brak interoperacyjności polskiego systemu tożsamości cyfrowej z EUDI Wallet oznacza, że: pacjenci zagraniczni przyjeżdżający do Polski nie będą mogli automatycznie udostępnić polskim lekarzom swoich danych zdrowotnych za pomocą portfela, polscy świadczeniodawcy nie będą mogli w sposób zharmonizowany potwierdzić tożsamości pacjenta transgranicznego, a dokumentacja medyczna wytworzona w Polsce może napotykać problemy z uznawalnością w systemach EHDS innych państw członkowskich. Tworzy to ryzyko powstania „cyfrowej wyspy” – systemu funkcjonalnego wewnątrz kraju, ale odciętego od europejskiego ekosystemu zdrowia cyfrowego. W praktyce oznacza to utratę przewagi konkurencyjnej na rzecz krajów, które wdrożą EUDI Wallet terminowo – m.in. Estonii, Finlandii, Austrii czy Danii – wskazuje Michał Dybowski, Prezes Healthcare Poland Foundation, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa i Zrównoważonego Rozwoju Polskiej Federacji, Forum Ekspertów Ad Rem.

Ministerstwo Cyfryzacji wskazało dwa strukturalne powody, dla których mObywatel nie może zostać przekształcony w EUDI Wallet.

  • Model weryfikacji tożsamości. mObywatel potwierdza tożsamość i obywatelstwo użytkownika na podstawie „dokumentu mObywatel” — krajowego konstruktu prawnego. Tymczasem eIDAS 2.0 wymaga potwierdzania tożsamości poprzez dane identyfikujące osobę (person identification data) w rozumieniu art. 3 pkt 3 rozporządzenia eIDAS oraz rozporządzenia wykonawczego Komisji (UE) 2024/2977. To różnica nie kosmetyczna, lecz architektoniczna – dotycząca samego fundamentu tożsamości cyfrowej.
  • Architektura udostępniania danych. mObywatel operuje w modelu bezpośredniego połączenia z rządową infrastrukturą teleinformatyczną — dokumenty są pobierane wprost na urządzenie użytkownika, bez instytucjonalnego pośrednika. Rozporządzenie eIDAS 2.0 wymaga natomiast zaangażowania kwalifikowanych dostawców usług zaufania (Qualified Trust Service Providers, QTSP), w tym podmiotów prywatnych, jako elementów łańcucha zaufania. Ten model jest fundamentem interoperacyjności transgranicznej.

Europejski Portfel Tożsamości Cyfrowej pełni w architekturze Europejskiej Przestrzeni Danych Zdrowotnych (EHDS) rolę warstwy uwierzytelniającej. To portfel umożliwi pacjentowi autoryzację dostępu lekarza w innym kraju członkowskim do kluczowych danych medycznych: podsumowania leczenia, listy leków, alergii, szczepień, wyników badań. Bez zgodnego z eIDAS 2.0 portfela ten mechanizm nie zadziała — nawet jeśli infrastruktura MyHealth@EU będzie technicznie gotowa po stronie serwerów.

Oznacza to, że niezgodność mObywatela jest bezpośrednią barierą w realizacji prawa pacjenta do transgranicznego dostępu do usług zdrowotnych, gwarantowanego dyrektywą 2011/24/UE. Nie jest to problem odległy — rozporządzenie EHDS (UE 2025/327) weszło w życie 26 marca 2025 r., a obowiązkowa transgraniczna wymiana podsumowań pacjenta i e-recept ma być operacyjna we wszystkich państwach członkowskich do marca 2029 r.

Cztery scenariusze ryzyka dla polskich pacjentów

  1. Brak dostępu lekarza za granicą do historii choroby. Polak, który trafi do szpitala w Niemczech, Francji czy Hiszpanii, nie będzie mógł za pomocą portfela cyfrowego udostępnić lekarzowi swoich danych medycznych. Lekarz będzie działał bez pełnej informacji klinicznej.
  2. Ryzyko błędów medycznych. Brak dostępu do aktualnej listy leków, alergii i chorób przewlekłych zwiększa ryzyko interakcji lekowych, nieadekwatnych procedur diagnostycznych i błędnych decyzji terapeutycznych. To nie jest ryzyko teoretyczne — WHO szacuje, że błędy związane z lekami dotykają rocznie milionów pacjentów na świecie, a brak dostępu do pełnej dokumentacji jest jednym z kluczowych czynników.
  3. Konieczność papierowej dokumentacji. Zamiast cyfrowej wymiany danych, polscy pacjenci będą zmuszeni wozić ze sobą dokumentację papierową lub na nośnikach elektronicznych — rozwiązanie podatne na utratę, uszkodzenie i błędy tłumaczeniowe.
  4. Wydłużenie czasu diagnostyki i leczenia. Bez dostępu do wyników wcześniejszych badań lekarz za granicą będzie zmuszony zlecać badania od nowa, co wydłuża czas do podjęcia decyzji terapeutycznej i generuje niepotrzebne koszty.

Problem niezgodności mObywatela należy analizować w kontekście czterech wzajemnie powiązanych filarów regulacyjnych, które wspólnie definiują warunki przetwarzania i wymiany danych zdrowotnych w UE.

eIDAS 2.0 (Rozporządzenie 2024/1183) ustanawia ramy tożsamości cyfrowej, w tym wymogi dotyczące kwalifikowanych dostawców usług zaufania i architektury portfela opartej na atestacjach elektronicznych. To mechanizm atestacji umożliwia kontrolowane przez pacjenta udostępnianie danych zdrowotnych.

EHDS (Rozporządzenie 2025/327) buduje na fundamencie eIDAS warstwę sektorową: definiuje kategorie priorytetowych danych zdrowotnych, ustanawia infrastrukturę MyHealth@EU dla użycia pierwotnego oraz HealthData@EU dla użycia wtórnego (badania naukowe, polityka zdrowotna, regulacje). Kluczowe kamienie milowe: marzec 2027 — akty wykonawcze; marzec 2029 — Patient Summaries i e-recepty we wszystkich państwach; marzec 2031 — obrazy medyczne i wyniki laboratoryjne.

NIS2 (Dyrektywa 2022/2555) klasyfikuje podmioty ochrony zdrowia jako operatorów usług kluczowych, nakładając wymogi cyberbezpieczeństwa na cały łańcuch przetwarzania danych zdrowotnych — w tym na infrastrukturę portfela tożsamości cyfrowej.

RODO/GDPR pozostaje nadrzędną ramą ochrony danych osobowych. EHDS działa w ramach RODO, nie obok niego. Brak kompatybilnego portfela oznacza brak możliwości realizacji mechanizmów zgody i kontroli danych wymaganych przez RODO w kontekście transgranicznym.

Awaria jednego elementu — w tym przypadku warstwy tożsamości cyfrowej — paraliżuje cały łańcuch: od uwierzytelnienia pacjenta, przez autoryzację dostępu do danych, po ich bezpieczną wymianę i przetwarzanie.

Co należy zrobić: stanowisko HCPL, PFSz i GHSH

Dla Ministerstwa Cyfryzacji i Ministerstwa Zdrowia

Proces budowy nowej aplikacji portfela tożsamości cyfrowej (mObywatel 3.0) musi od początku uwzględniać architekturę EHDS. Nie wystarczy spełnić wymagania eIDAS 2.0 w warstwie dokumentu tożsamości — portfel musi być przygotowany do obsługi atestacji elektronicznych dotyczących danych zdrowotnych. Rekomendujemy powołanie międzyresortowego zespołu (MC + MZ) odpowiedzialnego za spójność architektoniczną EUDI Wallet z MyHealth@EU. Jednocześnie konieczne jest przyspieszenie prac nad wyznaczeniem krajowego Organu ds. Zdrowia Cyfrowego (National Digital Health Authority) — termin wynikający z EHDS upłynął w czerwcu 2025 r.

Dla szpitali i świadczeniodawców

Szpitale i kliniki przyjmujące pacjentów transgranicznych powinny już teraz dokonywać audytu gotowości swoich systemów HIS pod kątem interoperacyjności z HL7 FHIR — standardem referencyjnym dla EHDS. Polska Federacja Szpitali i Healthcare Poland Foundation oferują w tym zakresie certyfikację TQAMS (Transnational Quality Assurance & Management Standard), która obejmuje gotowość cyfrową, zgodność z wymogami NIS2 oraz procedury opieki transgranicznej.

Dla sektora turystyki medycznej

Operatorzy turystyki medycznej muszą przygotować się na scenariusz, w którym pacjenci z UE będą oczekiwać obsługi za pomocą EUDI Wallet. Brak gotowości polskiej strony stanie się przewagą konkurencyjną krajów, które wdrożą portfel terminowo. Global Healthcare Systems Hub monitoruje ten proces w 56 krajach i udostępnia aktualizacje regulacyjne swoim członkom.

Dla piaskownic regulacyjnych AI

Przypadek mObywatela powinien zostać włączony jako case study do materiałów edukacyjnych piaskownicy regulacyjnej GRAI przy Ministerstwie Cyfryzacji — jako ostrzeżenie przed powielaniem długu architektonicznego w domenie sztucznej inteligencji w zdrowiu.

Kluczowe daty

19 lutego 2026 r. – Publikacja projektu ustawy UC122 na stronie Rządowego Centrum Legislacji.

24 lutego 2026 r. – Pytanie poselskie E-000763/2026 (Kosma Złotowski, ECR) do Komisji Europejskiej.

26 marca 2025 r. – Wejście w życie rozporządzenia EHDS (UE 2025/327).

Koniec 2026 r. – Termin wdrożenia EUDI Wallet we wszystkich państwach członkowskich.

Marzec 2029 r. – Obowiązkowa transgraniczna wymiana Patient Summaries i e-recept.

Marzec 2031 r. – Rozszerzenie o obrazy medyczne, wyniki laboratoryjne, karty wypisu.

Rynek pracy coraz mocniej zależy od cudzoziemców. W niektórych branżach stanowią ponad 15–25 proc. załóg

Pod koniec grudnia 2025 r. w Polsce aktywnych zawodowo było 1 141,1 tys. cudzoziemców – wynika z najnowszych danych GUS. Stanowili oni 6,9% ogółu pracujących w naszym kraju, a ich największy udział w liczbie pracujących odnotowano nie w największych aglomeracjach, lecz w powiatach słubickim i pruszkowskim oraz w Świnoujściu. Jak pokazują badania Grupy Progres, Polska nadal pozostaje dla większości ankietowanych pierwszym wyborem jako kierunek migracji zarobkowej, choć już nie dla wszystkich i nie w tak jednoznaczny sposób jak jeszcze kilka lat temu.

Największą grupę pracujących cudzoziemców stanowili obywatele Ukrainy – 67,6% (771 800 osób). Na kolejnych miejscach znaleźli się obywatele Białorusi (10,4% – 118 882 osoby), Gruzji (2,1% – 24 210), Indii (2,0% – 23 004), Kolumbii (1,7% – 19 261) i Filipin (1,3% – 15 053), a pozostałe narodowości łącznie odpowiadały za 14,9%, czyli 168 909 osób (GUS).

Dla większości Ukraińców, którzy dominują wśród obcokrajowców aktywnych zawodowo w naszym kraju, Polska była pierwszym wyborem jako kierunek migracji zarobkowej – takiej odpowiedzi udzieliło 71% Ukraińców biorących udział w badaniu Grupy Progres. 17% myślało też o innych państwach, ale przyjechało nad Wisłę, bo w danym momencie była to najlepsza dostępna opcja, 12% miało inne plany, które zmieniły się pod wpływem sytuacji życiowej.

Ukraina nadal stanowi rdzeń naszego rynku pracy, ale z roku na rok obserwujemy napływ pracowników z coraz większej liczby krajów. Przybywa kandydatów z innych – często egzotycznych – kierunków, którzy coraz liczniej wspierają rynek pracy i są zatrudniani w wielu sektorach gospodarki mówi Karolina Hawryluk-Chaieb, kierownik procesu rekrutacji w Grupie Progres.

Według GUS w sekcji działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca pracuje ponad 68 tys. cudzoziemców innych narodowości niż ukraińska. W transporcie i gospodarce magazynowej jest ich ponad 63 tys., a w przetwórstwie przemysłowym – 52 tys. Znaczną grupę można również zaobserwować w informacji i komunikacji – 36,4 tys., gdzie liczba pracowników innych narodowości przewyższa liczbę Ukraińców (22,7 tys.). W budownictwie pracuje ponad 33 tys. osób innych narodowości niż ukraińska, a w handlu i naprawie pojazdów samochodowych – 25,4 tys. W działalności związanej z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi jest to 24,5 tys. osób.

Ekspertka z Grupy Progres dodaje, że Polska wciąż pozostaje dla dużej części migrantów pierwszym i świadomym wyborem, jednak coraz rzadziej ma on charakter jednorazowej decyzji. – Widzimy raczej proces, często długofalowy, w którym Polska jest jednocześnie miejscem krótkiej stabilizacji, legalizacji pobytu i punktem startowym do dalszych planów zawodowych związanych z krajami Europy Zachodniej. Oznacza to, że motywacje migracyjne stają się coraz bardziej złożone niż jeszcze kilka lat temu i obejmują nie tylko aspekt ekonomiczny, lecz także bezpieczeństwo, dostęp do pracy oraz możliwość szybkiego wejścia na rynek – podkreśla Karolina Hawryluk-Chaieb.

Co czwarty pracownik administrowania i wsparcia to cudzoziemiec

Struktura zatrudnienia cudzoziemców pokazuje wyraźną koncentrację w wybranych branżach. W działalności w zakresie usług administrowania i wsparcia co czwarty pracownik to cudzoziemiec (25,3% wobec 74,7% Polaków). W zakwaterowaniu i gastronomii już niemal co piąty (17,8% vs. 82,2%), w transporcie i magazynowaniu – 15,1% vs. 84,9%, w budownictwie 11,7% vs. 88,3%, a w informacji i komunikacji 10,2% vs. 89,8%. W pozostałych sektorach udział cudzoziemców jest niższy: w przetwórstwie przemysłowym wynosi 7,2% (92,8% Polacy), a w handlu 4,1% (95,9% Polacy). Znikomy odsetek obcokrajowców jest zatrudniany w branżach takich jak edukacja, w której cudzoziemcy stanowią 1,5% pracowników, w energetyce 0,6%, a w administracji publicznej 0,1%.

W ujęciu liczbowym cudzoziemcy najczęściej pracowali w administrowaniu i wsparciu (226,9 tys.), przetwórstwie przemysłowym (208,3 tys.), transporcie i magazynowaniu (156,0 tys.) oraz budownictwie (138,4 tys.). Dalej znalazły się handel (94,1 tys.), zakwaterowanie i gastronomia (75,3 tys.), informacja i komunikacja (59,1 tys.), działalność profesjonalna (49,1 tys.), a następnie pozostałe usługi (39,9 tys.) oraz zdrowie i pomoc społeczna (30,3 tys.).

W kolejnych sektorach liczba cudzoziemców jest wyraźnie niższa. W edukacji pracowało 19,3 tys. osób, w rolnictwie, leśnictwie, łowiectwie i rybactwie – 15,5 tys., w finansach i ubezpieczeniach – 9,6 tys., a w nieruchomościach – 7,4 tys. Jeszcze mniejsze wartości odnotowano w kulturze i rekreacji (6,0 tys.), w gospodarce wodno-ściekowej i gospodarce odpadami (3,5 tys.), w administracji publicznej i obronie (0,9 tys.), w górnictwie i wydobywaniu (0,8 tys.) oraz w energetyce (0,8 tys.).

Mimo że wielu cudzoziemców posiada wykształcenie i doświadczenie zdobyte w swoich ojczyznach, nadal zbyt często podejmują oni zatrudnienie w sektorach niezwiązanych z ich pierwotną ścieżką zawodową. W przypadku Ukraińców jedynie 21% pracuje w pełni zgodnie ze swoimi kompetencjami, 22% częściowo, natomiast aż 57% wykonuje pracę w zupełnie innej branży, wynika z badania Grupy Progres.

Niedopasowanie kompetencji do wykonywanej pracy nie dotyczy wyłącznie jednej narodowości. To zjawisko o charakterze systemowym, widoczne w różnych grupach cudzoziemców. Wynika ono zarówno z barier formalnych, jak i językowych, ale też z szybkości, z jaką migranci podejmują pierwszą dostępną pracę po przyjeździe do kraju, a z tym bywa różnie – zaznacza Karolina Hawryluk-Chaieb, kierownik procesu rekrutacji w Grupie Progres.

Bariery nadal silne

W badaniu Grupy Progres cudzoziemcy pytani o przeszkody, z którymi mierzą się w naszym kraju najczęściej wskazywali wysokie koszty życia (37%), barierę językową (34%) i brak bliskich (32%). Istotne pozostają także kwestie społeczne: 29% respondentów wskazywało na dyskryminację lub nieodpowiednie zachowania, 26% na brak stabilności zatrudnienia, a 25% na trudności mieszkaniowe. Na kolejnych miejscach pojawiły się problemy z legalizacją pobytu (22%), brak integracji (14%) oraz brak możliwości pracy w zawodzie (14%).

Wyzwania związane z legalizacją pobytu – choć nie dominują w zestawieniu – mają istotne znaczenie dla codziennego funkcjonowania cudzoziemców. To nie tylko kwestia formalna, ale realny czynnik wpływający na poczucie stabilności życia i pracy. Co piąta osoba wskazuje ten problem wprost, jednak w praktyce skala trudności jest szersza: część migrantów nie nadąża za zmieniającymi się przepisami, nie zna ich w pełni lub ma trudności z ich interpretacją ze względu na barierę językową. W efekcie system, który z założenia ma porządkować proces migracji, dla wielu osób staje się źródłem niepewności i dodatkowych obciążeńocenia Julia Nowicka, ekspertka ds. legalizacji zatrudnienia cudzoziemców w Grupie Progres.

Geografia pracy cudzoziemców w Polsce wykracza poza największe metropolie

Choć największe skupiska cudzoziemców aktywnych zawodowo w Polsce nadal znajdują się w kluczowych województwach, dane pokazują coraz wyraźniejszy obraz rozproszenia ich obecności – z wyjątkowo wysokim udziałem pracowników zagranicznych nie tylko w dużych miastach, ale także w wybranych powiatach o silnej specjalizacji gospodarczej.

Najwięcej cudzoziemców pracowało w woj. mazowieckim (274 980 osób), dolnośląskim (133 392), wielkopolskim (121 533), śląskim (96 015), małopolskim (87 806) i pomorskim (80 265). Na kolejnych miejscach znajdują się: łódzkie (75 626), zachodniopomorskie (55 654), lubuskie (42 644), kujawsko-pomorskie (32 634), lubelskie (23 841) i opolskie (20 312). Listę zamykają regiony: podlaski (18 265), podkarpacki (15 019), warmińsko-mazurski (14 830) i świętokrzyski (9 297).

Jeśli chodzi o powiaty dominujące pod względem udziału cudzoziemców wśród osób pracujących, to liderem zestawienia jest powiat słubicki, gdzie cudzoziemcy stanowią 20,5% wszystkich pracujących. Wysokie wartości odnotowano także w powiecie pruszkowskim (18,1%) oraz w Świnoujściu (18,1%), a dalej w powiecie oławskim (17,9%) i we Wrocławiu (17,8%). W kolejnych miejscach znalazły się powiat kępiński (16,2%), Legnica (16,0%), powiat świebodziński (15,9%), Słupsk (15,2%), Gorzów Wielkopolski (14,9%), Szczecin (14,5%) oraz Warszawa (14,5%).

W mniejszych miejscowościach cudzoziemcy często szybciej znajdują zatrudnienie odpowiadające ich kompetencjom i jednocześnie potrzebom lokalnych firm. To rynki, w których ich obecność jest coraz częściej traktowana nie jako wyzwanie, lecz jako realne wsparcie dla gospodarki, a podejście pracodawców bywa bardziej otwarte i przychylne. Jednocześnie nadal pozostaje istotny problem długiego oczekiwania na dokumenty legalizujące pobyt i pracę. Nawet jeśli cudzoziemiec szybciej znajduje zatrudnienie, procedury administracyjne mogą znacząco wydłużać cały proces stabilizacji w Polsce podsumowuje Julia Nowicka.

Biopaliwa z polskich upraw. ORLEN bada potencjał lnianki siewnej

ORLEN rozpoczął współpracę z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu przy projekcie opracowania optymalnych warunków uprawy lnianki siewnej (Camelina sativa) na potrzeby produkcji biopaliw. Inicjatywa wspiera rozwój krajowego łańcucha dostaw surowców dla paliw alternatywnych, zwiększa potencjał polskiego rolnictwa oraz realizuje strategię ORLEN w obszarze transformacji energetycznej i ograniczania emisji w transporcie.

– Rozwój sektora biopaliw zaawansowanych to naturalny kierunek dla ORLEN, który pozwala łączyć kompetencje przemysłu paliwowego z potencjałem polskiego rolnictwa. Współpraca z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu oraz rolnikami jest ważnym elementem budowy krajowej bazy surowcowej dla paliw alternatywnych i wzmacniania bezpieczeństwa energetycznego Polski – mówi Grzegorz Jóźwiak, Dyrektor Wykonawczy ds. Biopaliw i Wodoru w ORLEN.

W realizację tej strategii wpisuje się program ORLEN „Międzyplony dla Biopaliw”, który integruje rolników, przemysł i partnerów technologicznych, wspierając rozwój krajowych surowców – szczególnie dla biopaliw drugiej generacji.

Projekt realizowany wspólnie z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu koncentruje się na opracowaniu optymalnych warunków uprawy surowców zaawansowanych, dostępnych lokalnie, takich jak lnianka siewna – roślina o dużym potencjale dla sektora biopaliw. Pozwoli on ocenić możliwości szerszego wykorzystania tego surowca w produkcji paliw transportowych i lotniczych w oparciu o własne technologie produkcyjne, w tym niedawno uruchomioną instalację HVO w Płocku.

– Współpraca z ORLEN pokazuje, jak istotną rolę mogą dziś odgrywać uczelnie przyrodnicze w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań dla gospodarki i bezpieczeństwa energetycznego kraju. Dzięki zapleczu badawczemu oraz wieloletniemu doświadczeniu w zakresie agronomii, upraw roślin oleistych oraz oceny potencjału gleb marginalnych możemy prowadzić badania, które mają realne znaczenie dla rozwoju gospodarczego Polski – mówi prof. UPP dr hab. Zuzanna Sawinska z Katedry Agronomii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Lnianka siewna stanowi obiecującą alternatywę dla tradycyjnych roślin oleistych wykorzystywanych w sektorze biopaliw. W porównaniu z rzepakiem wykazuje większą odporność na niekorzystne warunki glebowe i klimatyczne, co ma szczególne znaczenie w obliczu coraz częściej występujących okresów suszy.

Dodatkową zaletą tej uprawy jest możliwość wykorzystania gleb słabszych klas, które nie są odpowiednie dla większości roślin rolniczych. Dzięki temu możliwe jest zagospodarowanie gruntów marginalnych i zdegradowanych oraz zwiększenie wykorzystania upraw międzyplonowych bez konkurowania z produkcją żywności.

Deficyt USA niższy od prognoz. Kurs dolara korzysta z lepszych danych

Administracja USA po raz kolejny ogłasza, że porozumienie z Iranem jest coraz bliżej Pytanie, ile jeszcze razy będziemy musieli to usłyszeć, by to naprawdę się stało. Deficyt handlowy USA, mimo wojny i umocnienia dolara, jest trzymany w ryzach. Rynki przygotowują się na wzrost stóp w strefie euro.

Co z tym pokojem?

Wczoraj znów dowiedzieliśmy się od prezydenta USA, że porozumienie z Iranem jest blisko. Mnogość takich wypowiedzi powinna sprawić, że rynki zaczną je ignorować, ale nic takiego się nie dzieje. Według CNN to „dopiero” 37 taka zapowiedź prezydenta USA. A to oznacza, że od początku ataku na Iran taka zapowiedź pojawia się częściej niż co trzy dni. Pomimo tego cena baryłki ropy Brent, która w poniedziałek dobiła do poziomu 98 dolarów, wczoraj na moment spadła poniżej 90 dolarów. Był to najniższy poziom od kwietnia. Rynek walutowy jest znacznie spokojniejszy. Wczoraj można było na nim zauważyć lekkie osłabienie dolara, ale kurs wieczorem wrócił do punktu wyjścia.

Deficyt handlowy USA

Pomimo średnioterminowego umocnienia dolara, które wynika z rozpoczętej wojny w Zatoce Perskiej, amerykański deficyt handlowy ma się dobrze. Wczoraj poznaliśmy dane z USA i okazało się, że deficyt jest o 0,6 mld dolarów niższy niż oczekiwano. Zwyczajowo umocnienie się waluty powoduje, że import staje się bardziej opłacalny, a eksport mniej, co odbija się negatywnie na wskaźniku deficytu. Należałoby się więc zastanowić, jak dobry rezultat w równoważeniu bilansu handlowego odniosłaby obecna administracja, gdyby nie wspierała działań wojennych Izraela w regionie. Poziom deficytu handlowego USA był tym większą niespodzianką, że wcześniejsze dane z Chin pokazywały wzrost nadwyżki handlowej i część analityków spodziewała się, że część tego wzrostu pogorszy bilans USA. To się jednak nie stało, co oznacza, że chiński eksport trafił do innych części świata. Wczorajsze dane działały na korzyść dolara. Prawdopodobnie również dzięki nim, pomimo kolejnych zapowiedzi pokoju, dolar nie oddawał tak mocno tego, co zyskał na wartości w ubiegłych tygodniach.

Czekając na EBC

Dzisiaj mamy posiedzenie Banku Kanady. Mimo ostatnich bardzo dobrych danych z tamtejszego rynku pracy wydaje się, że nie należy oczekiwać zmian stóp procentowych. Ciekawiej natomiast wygląda jutrzejsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Analitycy są niemal zgodni, że powinno dojść do podwyżek stóp procentowych. Powodem jest oczywiście inflacja konsumencka, która wybiła się do 3,2% przy docelowym poziomie 2%. Głosy mówiące o tym, że bank może spróbować poczekać z decyzją do kolejnego posiedzenia, bo może wojna w Zatoce Perskiej się zakończy i ceny ropy wrócą do normy, są coraz słabsze. Trzeba pamiętać, że koniec walk i odblokowanie Cieśniny Ormuz to dopiero początek normalizacji. Ustabilizowanie rynku po tak długiej przerwie zajmie jeszcze wiele tygodni, jeśli nie miesięcy. Jak decyzja EBC powinna wpłynąć na rynki? Wyższe stopy to mocniejsze euro. Trzeba jednak pamiętać, że rynki już sporą część tego ruchu wyceniają. Prawdopodobnie dlatego kurs EURPLN wynosi obecnie ok. 4,24 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Nieruchomość, giełda czy obligacje? Zainwestowane 255 tys. zł po dekadzie dało od 428 tys. do 800 tys. zł

Zakup na wynajem kawalerki na warszawskim Mokotowie w 2016 roku przyniósłby po dekadzie wyższy zwrot netto niż inwestycja w amerykański szeroki rynek akcji za pomocą indeksu giełdowego S&P 500 czy 10-letnie obligacje skarbowe. Z najnowszej analizy Otodom wynika, że ulokowane w nieruchomości 255 tys. zł zamieniłoby się do 2026 roku w aż 800 tys. zł kapitału netto. Żeby osiągnąć taki wynik, nie trzeba byłoby być analitykiem finansowym z Wall Street – wystarczyłoby po prostu postawić na 30 mkw. w stolicy.

Porównując trzy popularne ścieżki inwestycyjne, analitycy Otodom przyjęli rygorystyczne zasady:

  1. Kapitał początkowy w wysokości 255 tys. zł, czyli równowartości zakupu kawalerki na Mokotowie o powierzchni 30 mkw. w 2016 roku (średnia cena ofertowa lokalu w styczniu 2016 roku wynosiła ok. 8 500 zł/mkw.).
  2. Okres inwestycji: styczeń 2016 – maj 2026
  3. Brak dźwigni finansowej: inwestycja wyłącznie z wykorzystaniem własnej gotówki, a całość kapitału zainwestowana od razu.
  4. Podejście netto: tam, gdzie to możliwe, w wyliczeniach uwzględniono podatki (m.in. 19% podatku Belki od zysków kapitałowych z giełdy i obligacji, a także zryczałtowany podatek od najmu 8,5%) oraz wszelkie koszty operacyjne, jak np. czynsze administracyjne.

Analiza stóp zwrotu (2016-2026). Jak ułożyło się podium?

Analiza stóp zwrotu

*Powyższe zestawienie ma charakter analityczny i edukacyjny. Wszelkie kalkulacje opierają się na przybliżonych danych historycznych rynków oraz uśrednionych stawkach najmu z podanego okresu i nie stanowią oficjalnej porady inwestycyjnej.

Miejsce 1: Fenomen warszawskiego Mokotowa. Jak lokalny rynek pobił Wall Street?

Bezapelacyjnym zwycięzcą backtestu Otodom okazała się inwestycja w 30-metrową kawalerkę na warszawskim Mokotowie – zakupioną w celu długoterminowego wynajmu i finalnie sprzedaną po 10 latach. Dzięki temu początkowy kapitał w wysokości 255 tys. zł urósł przez dekadę o 214%.

– Wybierając rynek mieszkaniowy, inwestor zarabia na dwa niezależne sposoby: poprzez wzrost wartości samego lokalu w czasie oraz dzięki regularnym przychodom z wynajmu. Te drugie nie wpadały oczywiście do kieszeni równomiernie, ale rosły wraz z dynamiką rynkową. Skokowy wzrost stawek czynszów w latach 2022-2026, wywołany wysoką inflacją oraz falą migracji, potrafił przynieść w szczytowych momentach nawet 2750 zł czystego zysku miesięcznie mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Kluczem do sukcesu okazała się jednak tarcza podatkowa. Ponieważ mieszkanie znajdowało się w rękach inwestora dłużej niż pięć lat, sprzedaż nieruchomości w 2026 roku była całkowicie zwolniona z podatku dochodowego. Z kolei najem opodatkowany był atrakcyjnym, 8,5-procentowym ryczałtem. W odróżnieniu od giełdy i obligacji, inwestycja w kawalerkę wiązała się jednak z koniecznością zarządzania aktywem i poniesieniem kosztów wynikających z remontów.

Wynik sumaryczny netto: 800 tys. zł

  • Kapitał ze sprzedaży lokalu: 594 tys. zł uzyskane z transakcji (zwolnionej z podatku dochodowego po okresie pięciu lat). W 2026 roku średnia cena ofertowa mieszkania z rynku wtórnego na Mokotowie to ok. 19,8 tys. zł/mkw.
  • Czysty zysk z najmu: 252 tys. zł wypracowane z regularnych czynszów, w czym uwzględniono już rynkowe koszty przestojów związanych z remontami czy rotacją lokatorów.
  • Fundusz remontowy i amortyzacja: kwota pomniejszona o ok. 46 tys. zł, które w ciągu dekady przeznaczono na niespodziewane naprawy oraz bieżące utrzymanie standardu lokalu.

Miejsce 2: Amerykańska giełda (indeks giełdowy S&P 500) – potężne zyski potrącone przez podatek

Inwestycja całej kwoty od razu w popularny, akumulujący fundusz ETF naśladujący indeks S&P 500 (500 największych amerykańskich spółek notowanych na giełdzie) zamieniła początkowe 255 tys. zł w 745,2 tys. zł netto. To oznacza wzrost o 192%. Wynik ten wygenerował się całkowicie pasywnie, ale wymagał od polskiego inwestora akceptacji zmienionego ryzyka kursowego. Dlaczego mimo to największe korporacje świata przegrały z mokotowską kawalerką?

– Paradoksalnie, to nie rynki zawiodły. Z analizy wynika, że amerykańskie spółki radziły sobie bardzo dobrze. Ich wyniki były na tyle mocne, że mimo spadku kursu dolara z 3,96 zł do 3,63 zł inwestycja i tak wyraźnie zarobiła w przeliczeniu na złote. O wyniku zadecydowały jednak podatki. Podczas gdy sprzedaż nieruchomości po pięciu latach była zwolniona z opodatkowania, inwestor giełdowy musiał zapłacić 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych. To w ostatecznym bilansie przesądziło o przewadze warszawskiej kawalerki – podsumowuje Paweł Jarząbek.

Ogromnym sprzymierzeńcem inwestora giełdowego był za to mechanizm procentu składanego – fundusz akumulujący automatycznie reinwestował wszystkie dywidendy i zyski, tworząc rosnącą kulę śnieżną przy praktycznie zerowym nakładzie czasu ze strony potencjalnego inwestora.

Wynik sumaryczny netto: 745,2 tys. zł

  • Wartość końcowa portfela brutto: W maju 2026 r. akcje S&P 500 (z automatycznie reinwestowanymi dywidendami) są warte ok. 236 966 USD. Po przeliczeniu na złote po kursie 3,63 zł daje to ok. 860 186 zł brutto.
  • Podatek Belki: Od wypracowanego zysku, czyli ok. 605 186 zł różnicy między kapitałem początkowym a końcowym, potrącono ok. 115 tys. zł podatku (19%).

Miejsce 3: Obligacje Skarbowe 10-letnie (EDO) – bezpieczna przystań, ale mniejszy zysk

Decyzja o ulokowaniu kapitału w 10-letnie obligacje indeksowane inflacją (EDO) okazała się w analizie Otodom najlepszym wyborem dla osób szukających bezobsługowej przystani. Początkowe 255 tys. zł urosło po dekadzie do 428 tys. zł netto, co oznacza wzrost o 68%.

– Choć potencjalny zysk netto jest tu najniższy, instrument ten opierał się na potężnym mechanizmie chroniącym przed utratą siły nabywczej pieniądza. W pierwszym roku inwestycja oferowała stałe oprocentowanie na poziomie 2,7%. Od drugiego roku oprocentowanie wyliczano już, dodając do oficjalnej rocznej inflacji stałą marżę wynoszącą 1,5%. Kiedy w latach 2021-2023 inflacja gwałtownie wzrosła, oprocentowanie EDO dostosowało się do realiów, sięgając w szczytowym momencie rekordowych 15,9% – tłumaczy menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Ogromnym sprzymierzeńcem inwestora była w tym przypadku tzw. tarcza podatkowa oraz działanie procentu składanego. W przeciwieństwie do zwykłych lokat, odsetki z obligacji nie były wypłacane co roku, lecz dopisywane do kapitału, a podatek Belki został pobrany dopiero przy końcowym wykupie po 10 latach. Dzięki temu cały kapitał, razem z narastającymi odsetkami, mógł przez dekadę pracować na pełnych obrotach. Co najważniejsze, zarobienie tych pieniędzy nie wymagało podejmowania ryzyka giełdowego, a także praktycznie żadnego zaangażowania ze strony potencjalnego inwestora.

Wynik sumaryczny netto: 428 tys. zł

  • Wartość brutto: dzięki corocznej kapitalizacji w okresach bardzo wysokiej inflacji do początkowego kapitału 255 000 zł dopisano ok. 213 000 zł samych odsetek. Łączna kwota wypłaty w maju 2026 r. to ok. 468 000 zł.
  • Podatek Belki: podatek w wysokości 19% naliczany jest wyłącznie od zysku, czyli od zarobionych ok. 213 000 zł. Oznacza to obciążenie rzędu ok. 40 470 zł.

Chmura jak infrastruktura krytyczna. Europa szuka sposobu na cyfrową niezależność

Europa produkuje i przetwarza ogromne ilości informacji, ale wciąż w dużej mierze korzysta z infrastruktury kontrolowanej przez firmy spoza UE. Według European Data Market Monitoring Tool Europa odpowiada za ok. 20-25 proc. światowej gospodarki danych. Jednocześnie rynek usług chmurowych pozostaje zdominowany przez amerykańskich hyperskalerów, co coraz częściej wywołuje pytania o suwerenność cyfrową, bezpieczeństwo danych i ryzyko technologicznego uzależnienia od zewnętrznych dostawców.

Kto kontroluje europejskie dane?

Według danych francuskiego stowarzyszenia branży cyfrowej Numeum amerykańskie firmy odpowiadają za ok. 80 proc. rocznych wydatków Unii Europejskiej na profesjonalne usługi w chmurze, których wartość przekracza 301 mld USD. Z kolei według danych CRN oraz Synergy Research Group AWS, Microsoft Azure i Google Cloud kontrolowały w drugim kwartale 2025 r. ok. 63 proc. globalnego rynku infrastruktury chmurowej dla przedsiębiorstw.

To oznacza nie tylko gigantyczny odpływ kapitału poza Europę, ale również rosnącą zależność od dostawców działających w obcych jurysdykcjach prawnych, objętych m.in. amerykańskim CLOUD Act, który umożliwia władzom USA dostęp do danych przechowywanych przez amerykańskie firmy — niezależnie od miejsca ich fizycznego składowania.

Skala rynku rośnie błyskawicznie. Według Fortune Business Insights wartość europejskiego rynku cloud computingu wyniosła 153,39 mld USD w 2024 r. Wartość ta ma wzrosnąć do 177,14 mld USD w 2025 r., a do 2032 r. osiągnąć poziom 525,42 mld USD przy średniorocznym tempie wzrostu (CAGR) wynoszącym 16,8 proc.

Suwerenność zamiast autarkii

Debata o cyfrowej suwerenności coraz mocniej wychodzi poza środowisko ekspertów IT. W ostatnich miesiącach zaczęła być elementem głównego nurtu polityki gospodarczej i bezpieczeństwa państwa.

Wierzymy głęboko w to, że ten local content to także rozwój polskiej myśli technologicznej i bezpieczeństwa – mówił premier Donald Tusk podczas prezentacji założeń polityki local content. Szef rządu podkreślał, że nie chodzi o budowę gospodarczej autarkii, ale o zdolność państwa do podejmowania samodzielnych decyzji dotyczących kluczowej infrastruktury i technologii.

Nie chodzi o staromodne wyobrażenia, że będziemy w 100 proc. samowystarczalni, ale żeby gospodarka była suwerenna, żeby decyzje o tym, co produkujemy, sprzedajemy i co jest potrzebne Polsce zapadały tutaj, w Polsce – podkreślał premier.

Według Gartnera do końca dekady ponad 75 proc. przedsiębiorstw będzie posiadać własną strategię suwerenności cyfrowej. Coraz więcej organizacji zaczyna więc traktować lokalizację danych, kontrolę nad infrastrukturą i niezależność od hyperskalerów jako element zarządzania ryzykiem biznesowym i geopolitycznym.

Chmura jako nowa infrastruktura krytyczna

Eksperci Polcom zwracają uwagę, że infrastruktura chmurowa staje się dziś tym, czym jeszcze dekadę temu były sieci energetyczne czy telekomunikacyjne – fundamentem funkcjonowania państwa i gospodarki.

Suwerenność cyfrowa nie oznacza odcięcia się od globalnych dostawców technologii. Chodzi o zachowanie kontroli nad danymi, procesami i możliwością podejmowania niezależnych decyzji operacyjnych. Niemniej jednym z największych zagrożeń staje się dziś zjawisko vendor lock-in, czyli technologicznego uzależnienia od jednego dostawcy – mówi Albert Szczepaniak, Dyrektor Działu Bezpieczeństwa i Jakości z Polcom. – Problem zaczyna się wtedy, gdy organizacja buduje całe procesy biznesowe wokół zamkniętych usług jednego hyperskalera. Migracja staje się kosztowna, trudna technicznie, a czasem praktycznie niemożliwa bez wieloletnich inwestycji – dodaje.

Vendor lock-in staje się dziś jednym z centralnych tematów europejskiej debaty o suwerenności technologicznej. Chodzi nie tylko o ceny usług, ale o realną możliwość utraty kontroli nad strategicznymi systemami państwa czy przedsiębiorstw.

Tym bardziej, że według analiz IDC globalna ilość danych tworzonych i replikowanych rocznie mogła osiągnąć ok. 175 zettabajtów w 2025 r. Sama Europa odpowiada za znaczącą część tej gospodarki, ale większość infrastruktury, na której są one przechowywane i analizowane, pozostaje poza europejską kontrolą właścicielską i technologiczną.

Otwarte standardy zamiast zakazów

Najbardziej systemowe podejście do ograniczania tego ryzyka wdrażają Niemcy. Berlin nie zdecydował się na otwartą wojnę z amerykańskimi gigantami, ale wykorzystał siłę zamówień publicznych. Kluczowym narzędziem stał się system EVB-IT Cloud – obowiązkowy wzorzec umów dla administracji publicznej dotyczących usług chmurowych. Nowe regulacje wymuszają m.in. obowiązkową strategię wyjścia z usług dostawcy, możliwość pełnej migracji danych, wsparcie dla otwartych standardów i API, interoperacyjność z rozwiązaniami open source oraz rygorystyczną certyfikację bezpieczeństwa BSI C5. W praktyce oznacza to, że nawet AWS czy Microsoft muszą dostosowywać swoje usługi do niemieckich wymogów dotyczących suwerenności i interoperacyjności.

Niemcy zrozumieli, że największym zagrożeniem nie jest sama obecność globalnych hyperskalerów, ale brak możliwości zmiany dostawcy i utrata kontroli nad własnym środowiskiem IT. Przy czym jeszcze dalej poszła Francja. Tamtejszy model opiera się na certyfikacji SecNumCloud tworzonej przez agencję ANSSI – komentuje Albert Szczepaniak z Polcom.

Kluczowe znaczenie mają nie tylko kwestie techniczne, ale również prawne i właścicielskie. Aby obsługiwać najbardziej wrażliwe dane państwowe, dostawca musi być odporny na wpływ obcych jurysdykcji – przede wszystkim amerykańskiego CLOUD Act. Efektem są specjalne modele współpracy, takie jak Bleu – partnerstwo Orange i Capgemini wykorzystujące technologię Microsoft Azure – oraz S3NS, czyli projekt Thales i Google Cloud. W obu przypadkach amerykańska technologia pozostaje jedynie warstwą technologiczną, natomiast pełna kontrola operacyjna i prawna nad infrastrukturą pozostaje po stronie francuskiej.

Inne kraje stawiają bardziej na ograniczanie uzależnienia od zamkniętych ekosystemów poprzez open source.

W Danii ministerstwo cyfryzacji rozpoczęło pilotażowe przechodzenie z Microsoft 365 na LibreOffice oraz Linux. Z kolei największe samorządy — Kopenhaga i Aarhus – otwarcie deklarują chęć uniezależnienia się od Microsoftu. Austria z kolei wybrała model hybrydowy. Tamtejsze ministerstwa wykorzystują Nextcloud i lokalną infrastrukturę dla danych wrażliwych, jednocześnie zachowując kompatybilność z usługami Microsoftu tam, gdzie jest to konieczne.

Bruksela zaostrza kurs

Coraz wyraźniej zmienia się również podejście też samej Komisji Europejskiej. Nowy Cloud Sovereignty Framework (Europejskie Ramy Suwerenności Cyfrowej) wprowadza system oceniania dostawców pod kątem jurysdykcji prawnej, kontroli nad danymi, otwartości technologicznej, odporności na vendor lock-in, wykorzystania open source oraz zależności od podmiotów spoza UE. Równolegle Bruksela pracuje nad Cloud and AI Development Act (CAIDA), który ma stworzyć prawne podstawy dla rozwoju europejskiej, suwerennej infrastruktury AI i chmury.

Jednocześnie pojawiają się kolejne projekty wspierające local content i europejską produkcję technologii — jak Industrial Accelerator Act, który ma wzmacniać unijne łańcuchy dostaw i ograniczać zależność od technologii spoza Europy.

Europa zaczyna dostrzegać, że bez realnej kontroli nad warstwą cyfrową nie da się budować ani autonomii gospodarczej, ani bezpieczeństwa państwa. Chmura przestaje być jedynie usługą IT – staje się krytyczną infrastrukturą, od której zależy suwerenność technologiczna i stabilność całych sektorów gospodarki – podkreśla ekspert z Polcom.

Polska szuka własnego modelu

Polska rozwija własne rozwiązania w ramach projektu Wspólnej Infrastruktury Informatycznej Państwa oraz systemu ZUCH, który pełni funkcję centralnego katalogu zweryfikowanych usług chmurowych dla administracji. Ekspert Polcom wskazuje jednak, że wciąż brakuje bardziej zdecydowanych mechanizmów ograniczających vendor lock-in oraz preferujących otwarte standardy i interoperacyjność. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że kwestia suwerenności technologicznej staje się jednym z priorytetów polityki państwa.

Podczas Europejskiego Kongresu Finansowego premier Donald Tusk podkreślał, że suwerenność gospodarcza i technologiczna nie oznacza zamknięcia się przed światem, lecz odpowiedzialność za bezpieczeństwo państwa. Zwrócił również uwagę, że Polska pozostaje silnie uzależniona od importu rozwiązań cyfrowych, którego wartość w 2025 r. ma wynieść około 45 mld zł. Jak zaznaczył, państwo musi zachować możliwość świadomego wyboru technologii i budować kompetencje pozwalające na rozwój własnych rozwiązań.

Szczególne znaczenie ma również zapowiedziane przez rząd wprowadzenie tzw. testu suwerenności dla wybranych projektów i usług zamawianych przez administrację publiczną. Mechanizm ma pozwolić oceniać poziom niezależności technologicznej państwa, kontrolę nad danymi oraz wpływ zakupów na bezpieczeństwo cyfrowe kraju.

W praktyce oznacza to, że podobnie jak w energetyce czy przemyśle obronnym, również infrastruktura cyfrowa zaczyna być postrzegana jako element strategicznego bezpieczeństwa państwa.

Dziś pytanie o to, gdzie przetwarzane są dane i kto kontroluje infrastrukturę chmurową, przestaje być kwestią technologiczną staje się zagadnieniem bezpośrednio powiązanym z bezpieczeństwem państwa, odpornością gospodarki oraz zdolnością do prowadzenia suwerennej polityki cyfrowej. Stawka jest bezprecedensowa. Nie chodzi już wyłącznie o to, kto będzie generował przychody z usług chmurowych, lecz przede wszystkim o to, kto sprawuje kontrolę nad danymi, modelami AI i cyfrowymi fundamentami europejskiej gospodarki – wskazuje Albert Szczepaniak, Dyrektor Działu Bezpieczeństwa i Jakości w Polcom.

Konta gamingowe dzieci celem cyberprzestępców. Chodzi nie tylko o karty płatnicze

Już niedługo rozpoczynają się wakacje. Dla dzieci oznacza to więcej czasu na gry, media społecznościowe, komunikatory i nowe aplikacje. Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa zwracają jednak uwagę, że letni odpoczynek online wiąże się z ryzykiem, o którym mówi się znacznie rzadziej niż o ilości czasu spędzanego przed ekranem czy nieodpowiednich treściach w sieci – chodzi o kradzież tożsamości. Pierwszy wyciek danych dziecka może nastąpić na długo przed jego wejściem w dorosłość.

Platformy edukacyjne, konta gamingowe, komunikatory, chmury zdjęć, aplikacje mobilne – każde z tych miejsc gromadzi dane. W praktyce oznacza to, że zanim dziecko skończy szkołę podstawową, często posiada już kilka lub kilkanaście należących do niego lub powiązanych z nim kont połączonych z usługami online. Część z nich jest aktywna, część zapomniana, a część nadal zawiera dane osobowe, zdjęcia lub informacje kontaktowe.

Dane dzieci są szczególnie atrakcyjne dla cyberprzestępców, ponieważ mogą zachować swoją wartość przez wiele lat. W przeciwieństwie do danych dorosłych rzadziej są monitorowane pod kątem nadużyć, a ich nieuprawnione wykorzystanie może przez długi czas pozostać niezauważone. To sprawia, że informacje pozyskane dziś mogą zostać wykorzystane nawet po kilku latach. Statystyki są niepokojące – amerykańska Federalna Komisja Handlu (FTC) wskazuje, że w latach 2021–2024 liczba przypadków kradzieży tożsamości dzieci wzrosła o 40 proc.

– Problemem nie są pojedyncze dane, ale ich kumulacja. Dla przestępców nawet pozornie nieistotne informacje – jak nick w grze, adres e-mail czy szkoła – mogą być elementami większego profilu wykorzystywanego w atakach socjotechnicznych. Dane dzieci pozostają “przydatne” dla przestępców przez długi czas. To oznacza, że informacje zebrane dziś mogą zostać wykorzystane dopiero za kilka lat, kiedy ofiara nie będzie już pamiętała, gdzie i w jakim zakresie udostępniała swoje dane – podkreśla Kamil Sadkowski, analityk cyberbezpieczeństwa ESET.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Kradzież tożsamości nie zawsze ma natychmiastowy wymiar finansowy. W przypadku dzieci i młodzieży, która często jest nieświadoma zagrożeń, konsekwencje mogą być długofalowe i obejmować m.in.:

  • zakładanie fałszywych profili w mediach społecznościowych i podszywanie się pod dziecko,
  • próby wyłudzeń finansowych przy wykorzystaniu skradzionej tożsamości,
  • nieautoryzowany dostęp do kont szkolnych i innych usług online.

O potencjalnym przejęciu danych lub kont dziecka mogą świadczyć m.in. problemy z logowaniem, nieautoryzowane zakupy, znikające przedmioty lub waluty w grach, powiadomienia o zmianie ustawień konta czy informacje od znajomych o podejrzanych wiadomościach wysyłanych z profilu dziecka.

W wakacje zostawiamy więcej „cyfrowych śladów”

Latem dzieci często spędzają więcej czasu online niż w trakcie roku szkolnego. Zakładają nowe konta, instalują gry, testują aplikacje i częściej komunikują się z nieznajomymi osobami. To właśnie wtedy rośnie liczba sytuacji, w których dochodzi do udostępniania danych – czasem świadomie, a czasem zupełnie przypadkowo. Zdjęcia z wakacji, relacje z wyjazdów, aktywność w grach czy wpisy w mediach społecznościowych mogą ujawniać informacje o wieku, lokalizacji, zainteresowaniach, szkole czy kręgu znajomych.

Przykładowo, wielu rodziców traktuje konta w grach jako niewinną rozrywkę. W praktyce mogą one zawierać znacznie więcej informacji, niż się wydaje.

– W jednym miejscu zbierane są: lista znajomych, historia zakupów, prywatne wiadomości oraz powiązany adres e-mail. Co niezwykle istotne, konta te bardzo często zawierają również podpięte karty płatnicze rodziców, co dla oszustów stanowi bezpośredni cel finansowy. Dla cyberprzestępców wartość mają również kontakty znajomych, prywatne wiadomości czy cyfrowe przedmioty kupowane w grach, które mogą zostać przejęte lub odsprzedane – wyjaśnia Kamil Sadkowski ESET.

Skalę zagrożenia zwiększa rozwój sztucznej inteligencji

Pojawienie się narzędzi AI sprawiło, że generowanie fałszywych tożsamości i przygotowanie wiarygodnego oszustwa jest dziś prostsze niż kiedykolwiek, a same profile mogą być trudniejsze do wykrycia przez systemy bezpieczeństwa. Fałszywe wiadomości mogą być pozbawione błędów językowych, dopasowane do wieku odbiorcy i kontekstu gier czy platform, z których korzysta dziecko. Coraz częściej cyberprzestępcy korzystają też z wygenerowanych głosów czy obrazów, które mogą uwiarygadniać próby wyłudzeń. Fałszywe wiadomości mogą dziś przypominać komunikaty z popularnych gier, platform społecznościowych czy aplikacji używanych przez dzieci, co zwiększa skuteczność prób wyłudzeń.

Tylko 1 proc. MŚP w UE rejestruje wzory. EUIPO wskazuje niewykorzystany potencjał

0
  • Jak wynika z najnowszego badania EUIPO, niemal trzech na czterech konsumentów w UE jest gotowych zapłacić więcej za produkty o lepszym wzornictwie.
  • Zwłaszcza młodsi konsumenci cenią jakościowy design. Aż 80% uważa, że to silny czynnik decyzyjny przy zakupie.
  • Również w Polsce wysoko ceni się jakościowe wzornictwo: 77% konsumentów jest skłonnych zapłacić więcej za lepiej zaprojektowane produkty.
  • Branże oparte na wzornictwie są szczególnie narażone na podrabianie produktów; szacuje się, że każdego roku straty spowodowane podrabianiem sięgają 12 mld EUR w branży odzieżowej oraz 2,7 mld EUR w branży torebek i biżuterii. Tylko w Polsce podróbki powodują straty w tych sektorach w wysokości ponad 660 mln EUR.
  • Ochrona wzorów przemysłowych pomaga walczyć z podróbkami i nielegalnymi kopiami oraz zwiększa konkurencyjność UE na rynku światowym.

Według najnowszego badania Urzędu Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) wzornictwo produktu odgrywa pierwszoplanową rolę w podejmowaniu decyzji zakupowych przez konsumentów w całej Unii Europejskiej. Wraz ze wzrostem znaczenia wzornictwa jako czynnika wpływającego na decyzje konsumentów europejscy twórcy i przedsiębiorstwa narażeni są jednak na coraz większe ryzyko związane z podrabianiem produktów.

Wyniki najnowszego badania przeprowadzonego w całej Unii Europejskiej pokazują, że 72% europejskich konsumentów uważa wzornictwo produktu za istotny czynnik w podejmowaniu decyzji o zakupie. Około jedna trzecia (31%) respondentów stwierdziła, że wzornictwo ma dla nich duże lub ogromne znaczenie przy zakupie produktu. Co więcej, połowa konsumentów w UE ceni dobry design, a prawie trzy na cztery osoby (73%) są skłonne zapłacić więcej za produkt o lepszym wzornictwie.

Wzornictwo ma szczególne znaczenie dla młodszych konsumentów: 80% osób w wieku od 18 do 24 lat stwierdziło, że jest to ważny czynnik wpływający na ich decyzje zakupowe. Młodzi ludzie są również bardziej skłonni do płacenia wyższych cen za lepiej zaprojektowane produkty oraz do kojarzenia designu z pozytywnymi emocjami.

W odniesieniu do poszczególnych sektorów dane wskazują, że wzornictwo ma szczególne znaczenie w branży meblarskiej i modowej – aż 76% konsumentów w UE uważa je za bardzo ważne przy zakupie mebli, a 66% – przy zakupie odzieży i akcesoriów.

Wartość wzornictwa sprawia też jednak, że produkty są narażone na podrabianie i nielegalne kopiowanie, co nadal jest powszechne w głównych sektorach, takich jak moda, meblarstwo, elektronika i inne branże dóbr konsumpcyjnych.

João Negrão, dyrektor wykonawczy EUIPO, stwierdził:

– Europejskie wzornictwo stanowi jedną z naszych największych przewag konkurencyjnych. Kształtuje produkty, którym ufamy, które cenimy i z których korzystamy na co dzień, a zarazem pomaga przedsiębiorstwom wyróżnić się na rynku światowym. Badania potwierdzają, że konsumenci – zwłaszcza młodsze pokolenia – doceniają wartość dobrego wzornictwa. Ochrona wzorów przemysłowych daje twórcom pewność siebie potrzebną do wprowadzania innowacji, a przedsiębiorstwom przewagę konkurencyjną, przyczyniając się tym samym do wzrostu gospodarczego i konkurencyjności, od których zależy gospodarka Europy.

Podrabianie – zagrożenie dla europejskiego wzornictwa

Podróbki, które naśladują wygląd oryginalnych produktów, stały się powszechne – zjawisko to jest spotęgowane rozwojem handlu elektronicznego i wpływem mediów społecznościowych. Około 13% Europejczyków przyznaje, że celowo kupiło podrobione produkty, a wśród młodszych konsumentów w wieku 15–24 lat odsetek ten wzrasta do 26%.

Według danych EUIPO branża modowa i odzieżowa, ściśle powiązana ze wzornictwem, ponosi szacunkowe straty w wysokości 12 mld EUR, a każdego roku w całej UE podrobione torebki, biżuteria i zegarki kosztują producentów oryginalnych produktów około 2,7 mld EUR w postaci utraconych przychodów ze sprzedaży. W Polsce podrabianie produktów powoduje rocznie straty w wysokości 549 mln EUR w branży odzieżowej i 117 mln EUR w branży torebek, biżuterii i zegarków.

Na tego rodzaju naruszenia szczególnie narażone są małe i średnie przedsiębiorstwa, ponieważ często dysponują niewielką liczbą charakterystycznych wzorów produktów oraz mają ograniczone możliwości monitorowania i egzekwowania swoich praw do wzorów.

Oprócz skutków ekonomicznych podrobione produkty mogą stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów oraz dla środowiska, ponieważ często nie spełniają one norm bezpieczeństwa i jakości. Badania pokazują również, że handel podrobionymi towarami wiąże się ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, a w niektórych przypadkach także z wyzyskiem pracowników.

Wzornictwo jako strategiczny atut biznesowy

Sektory oparte na wzornictwie stanowią znaczną część działalności gospodarczej i zatrudnienia w UE. Zatrudniają one około 28 milionów osób, co stanowi około 13% zatrudnienia w UE, oraz generują ponad 16% PKB UE.

Z badań EUIPO wynika ponadto, że małe przedsiębiorstwa, które rejestrują swoje wzory, generują o niemal 30% więcej przychodów na pracownika i wypłacają o prawie 25% wyższe wynagrodzenia niż te, które nie posiadają zarejestrowanych praw własności intelektualnej. Tymczasem pomimo tych korzyści jedynie około 1% MŚP w UE posiada prawa do zarejestrowanych wzorów.

Sztuczna inteligencja zmienia banki. KYC, AML i kredyty obsługiwane nawet pięć razy szybciej

Wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesach bankowych, efekty pierwszych wdrożeń realizowanych na dużą skalę oraz warunki niezbędne do dalszego rozwoju tej technologii były tematami debat prowadzonych przez ekspertów Deloitte podczas XVI Europejskiego Kongresu Finansowego. Przykłady prezentowane w trakcie wydarzenia pokazują, że rozwiązania oparte na AI pozwalają skrócić analizę dokumentacji kredytowej z blisko dziesięciu godzin do kilku minut, zwiększyć wydajność procesów KYC i AML nawet pięciokrotnie oraz automatyzować obsługę części spraw kierowanych do contact center. Coraz szersze zastosowanie takich technologii kieruje uwagę sektora finansowego na kwestie związane z danymi, infrastrukturą i technologiczną suwerennością, które będą miały wpływ na tempo dalszej transformacji.

Bankowość należy do branż, które najszybciej wdrażają narzędzia bazujące na generatywnej sztucznej inteligencji. Duże modele językowe już teraz wspierają analizę dokumentów, procesy kredytowe, działania związane z przeciwdziałaniem praniu pieniędzy (AML i KYC), obsługę klientów czy zarządzanie reklamacjami. W efekcie AI wpływa zarówno na efektywność operacyjną, jak i na tempo podejmowania decyzji.

Trzy lata temu rozmawialiśmy głównie o eksperymentach, testowaniu modeli i poszukiwaniu zastosowań dla generatywnej sztucznej inteligencji. Kolejny etap przyniósł budowanie strategii i ocenę wartości biznesowej projektów. Dzisiaj natomiast mówimy o rozwiązaniach wdrożonych produkcyjnie oraz o procesach, w których AI realizuje zadania pod nadzorem człowieka. To bardzo dynamiczna zmiana – inne technologie potrzebowały wcześniej kilkunastu lat, aby osiągnąć podobny poziom dojrzałości – mówi Tomasz Filipek, CE GenAI Investment Programme Lead, Deloitte.

We wstępie do debaty „AI-first – przewaga konkurencyjna czy nowy wyścig zbrojeń w bankowości?”, prowadzonym przez Tomasza Filipka, zostały zaprezentowane konkretne dane i skala zmian zachodzących w organizacjach finansowych. W jednym z projektów prowadzonych przez Deloitte i wykorzystujących AI do wsparcia procesów kredytowych, analiza dokumentacji skróciła się z 9,8 godzin do między 4 a 10 minut. W obszarze reklamacji zastosowanie sztucznej inteligencji pozwoliło ograniczyć nakład pracy o około 60 proc., przy zachowaniu zgodności z wymogami regulatorów. Z kolei rozwiązania wspierające procesy KYC (know your customer) i AML (anti-money laundering) zwiększają wydajność pracy od trzech do pięciu razy.

AI-first nie oznacza wdrażania AI wszędzie

Jak podkreślano podczas debaty, źródło wartości stanowi zdolność organizacji do identyfikowania obszarów, w których AI może przynieść wymierne korzyści biznesowe.

Największym błędem byłoby rozpoczynanie transformacji od technologii. Punktem wyjścia powinien być problem biznesowy, który organizacja chce rozwiązać, oraz wartość, którą zamierza osiągnąć. Dopiero później należy zdecydować, czy sztuczna inteligencja jest właściwym narzędziem. Takie podejście pozwala skutecznie priorytetyzować projekty i koncentrować inwestycje tam, gdzie mogą przynieść największy efekt dla organizacji, pracowników i klientów – mówi Paweł Spławski, partner, Financial Crime Leader, Deloitte.

W trakcie dyskusji wskazano trzy główne obszary wykorzystania sztucznej inteligencji w bankowości: automatyzację procesów, wsparcie pracowników oraz udogodnienia tworzone z myślą o klientach. Szczególnie szybko rozwija się drugi z tych obszarów. Narzędzia generatywnej AI wspierają przygotowywanie analiz, dokumentów i prezentacji, a także przyspieszają wyszukiwanie informacji.

Wiele uwagi poświęcono zmianom zachodzącym w sposobie pracy. Sztuczna inteligencja przejmuje część zadań administracyjnych i analitycznych, dzięki czemu pracownicy mogą poświęcać więcej czasu na działania wymagające wiedzy eksperckiej, oceny sytuacji i podejmowania decyzji. Oznacza to również nowe wymagania kompetencyjne. Większego znaczenia nabierają umiejętność krytycznej oceny wyników generowanych przez modele i zadawania właściwych pytań.

Postęp w dziedzinie AI stawia także przed instytucjami finansowymi nowe wyzwania związane z bezpieczeństwem i nadzorem. Dlatego obok zasady „know your customer” coraz częściej pojawia się również „know your model”, oznaczająca konieczność rozumienia sposobu działania wykorzystywanych narzędzi oraz stałej kontroli jakości podejmowanych przez nie działań.

Suwerenność technologii priorytetem

Tematem drugiej debaty, której gospodarzem był Deloitte, została kwestia stworzenia warunków umożliwiających dalszy rozwój sztucznej inteligencji. W dyskusji zwracano uwagę, że AI staje się nową warstwą infrastruktury gospodarczej.

Rozmowa o AI nie dotyczy już wyłącznie modeli, agentów czy kolejnych zastosowań biznesowych. Na pierwszy plan wysuwają się pytania o to, gdzie przechowywane są dane, kto kontroluje infrastrukturę, jak zarządzać kosztami mocy obliczeniowej i w jaki sposób budować odporność organizacji na rosnącą zależność od globalnych dostawców technologii. Sztuczna inteligencja powinna być traktowana jako jeden z obszarów strategicznych nie tylko dla sektora finansowego, ale również dla całej gospodarki – mówi Michał Pieprzny, partner, CE Technology & Transformation, Consulting Market Leader for Poland, CE Nvidia Alliance Leader.

Jednym z najważniejszych zagadnień poruszanych podczas debaty „Suwerenna AI bez iluzji: kontrola kosztów, danych i bezpieczeństwa w skali” była kwestia technologicznej suwerenności. W centrum dyskusji znalazło się zagadnienie dostępu do infrastruktury obliczeniowej. Uczestnicy zwracali uwagę, że dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji będzie wymagał coraz większych zasobów energetycznych, co stawia przed Polską i Europą wyzwanie związane z zapewnieniem stabilnych, dostępnych i konkurencyjnych cenowo źródeł energii. Podkreślano, że bez inwestycji w infrastrukturę energetyczną trudno będzie budować długoterminową przewagę konkurencyjną oraz bezpiecznie skalować AI.

Wskazywano również na rosnącą rolę sektora finansowego jako użytkownika technologii AI oraz potencjalnego źródła finansowania inwestycji niezbędnych do budowy jej fundamentów. Dyskutowano także o ryzyku nadmiernego uzależnienia od pojedynczych dostawców technologii i potrzebie budowania bardziej zdywersyfikowanego oraz odpornego ekosystemu cyfrowego.

Popyt na kredyty mieszkaniowe nadal rośnie. Wartość zapytań wyższa o 32,7 proc. rok do roku

W maju 2026 r. wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe wzrosła o 32,7 proc. rok do roku – wynika z najnowszego odczytu BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. Oznacza to, że w przeliczeniu na dzień roboczy banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę o blisko jedną trzecią wyższą niż w maju 2025 r.

Dane BIK potwierdzają utrzymujące się ożywienie na rynku finansowania zakupu mieszkań. W maju 2026 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 45,09 tys. osób. Rok wcześniej było to 38,57 tys. osób, co oznacza wzrost o 16,9 proc. rok do roku. W porównaniu z kwietniem br. liczba wnioskujących zwiększyła się o 6,7 proc.

Średnia kwota kredytu nadal powyżej pół miliona złotych

Wzrost wartości indeksu wynika nie tylko z większej liczby wnioskodawców, ale również z rosnącej średniej wartości wnioskowanego kredytu. W maju 2026 r. wyniosła ona 505,59 tys. zł. To o 8,1 proc. więcej niż w maju 2025 r.

Średnia wartość wnioskowanego kredytu pozostaje więc powyżej symbolicznej granicy 500 tys. zł. Jednocześnie była minimalnie niższa niż w rekordowym marcu 2026 r. – spadek wobec marca wyniósł 0,2 proc.

Wysoka średnia kwota wniosku kredytowego pokazuje, że potrzeby finansowe osób kupujących mieszkania pozostają duże. Może to wynikać zarówno z poziomu cen nieruchomości, jak i z faktu, że część klientów stara się o finansowanie wyższych kwot po poprawie zdolności kredytowej.

BIK: dobra sytuacja popytowa, ale dynamika będzie spadać

Zdaniem BIK majowe dane wskazują na dobrą sytuację popytową na rynku kredytów mieszkaniowych. Jednocześnie analitycy zwracają uwagę, że w kolejnych miesiącach roczna dynamika wzrostu może stopniowo maleć.

– O dobrej sytuacji popytowej świadczy większa o blisko 17 proc. rok do roku liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy w maju tego roku. Dynamika ta jednak z miesiąca na miesiąc będzie spadała, co jest bezpośrednio związane z efektem bazy, tzn. w kolejnych miesiącach będziemy porównywać się do miesięcy już z okresu ożywienia na rynku kredytów mieszkaniowych – zaznacza dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.

Efekt bazy oznacza, że kolejne odczyty będą odnoszone do miesięcy, w których rynek kredytowy był już wyraźnie aktywniejszy niż wcześniej. W praktyce może to obniżać roczne tempo wzrostu indeksu, nawet jeśli sam popyt pozostanie relatywnie wysoki.

Liczba wnioskodawców kluczowa dla kolejnych odczytów

Według BIK za majowy wynik indeksu odpowiadają dwa podstawowe czynniki: większa liczba osób składających wnioski kredytowe oraz wyższa przeciętna wartość wnioskowanego kredytu. W kolejnych miesiącach większe znaczenie dla wartości indeksu może mieć jednak przede wszystkim liczba wnioskujących.

– Za wartość majowego odczytu BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe odpowiadają dwa czynniki: rosnąca liczba wnioskujących i rosnąca kwota wnioskowanego kredytu. Ponieważ większy wpływ na wartość Indeksu będzie miała w kolejnych miesiącach liczba wnioskodawców, która prawdopodobnie ukształtuje się na poziomie 40–45 tys., to nawet przy wzroście średniej kwoty, wartość Indeksu w kolejnych miesiącach będzie spadać, co nie będzie oczywiście oznaczało pogorszenia koniunktury na rynku kredytów mieszkaniowych – tłumaczy główny analityk Grupy BIK.

Oznacza to, że niższa dynamika indeksu w następnych miesiącach nie musi być interpretowana jako sygnał osłabienia rynku. Jeżeli liczba osób ubiegających się o kredyt utrzyma się w przedziale 40–45 tys. miesięcznie, popyt nadal będzie można uznać za wysoki.

Rynek kredytów mieszkaniowych pozostaje w fazie ożywienia

Majowy odczyt BIK wpisuje się w obraz rynku, który pozostaje znacznie bardziej aktywny niż rok wcześniej. Wzrost liczby wnioskodawców pokazuje, że część gospodarstw domowych wróciła do planów zakupu mieszkania finansowanego kredytem. Znaczenie mają tu m.in. oczekiwania dotyczące stóp procentowych, poziom wynagrodzeń, ceny mieszkań oraz dostępność ofert bankowych.

Jednocześnie wysoka średnia kwota wnioskowanego finansowania wskazuje, że zakup mieszkania nadal wymaga dużego zaangażowania kredytowego. Dla banków oznacza to większą wartość potencjalnej akcji kredytowej, ale dla klientów – konieczność spełnienia wymogów zdolności kredytowej przy zobowiązaniach przekraczających przeciętnie pół miliona złotych.

BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe jest wskaźnikiem mierzącym zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi w Polsce. Pokazuje zmianę wartości wniosków kredytowych składanych przez klientów indywidualnych w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Indeks jest wykorzystywany przez analityków i instytucje finansowe do oceny trendów na rynku kredytów hipotecznych oraz prognozowania przyszłej akcji kredytowej.