Rynek wózków widłowych po epidemii

Po związanym z epidemią spowolnieniu dynamiki wzrostu w 2020 r. analitycy przewidują, że rok 2021 może przynieść odbicie na globalnym rynku wózków widłowych. W parze ze zmianami ilościowymi będzie szła dalsza popularyzacja nowoczesnych technologii.

Eksperci specjalizującej się w identyfikacji trendów w sektorze automatyzacji i inteligentnych rozwiązań firmy badawczo-konsultingowej Interact Analysis opublikowali prognozy na temat rozwoju rynku wózków widłowych po pandemii. Według ich przewidywań, rok 2021 będzie stanowił okres odbicia po wywołanym wstrzymaniem gospodarki przez koronawirusa spowolnieniem w 2020 r., wyniki sprzedaży wkrótce powrócą na pre-COVID-owe tory, a najważniejszymi trendami w perspektywie sięgającej 2028 roku będą: postępująca elektryfikacja napędu, wypieranie baterii kwasowo-ołowiowych przez litowo-jonowe oraz automatyzacja transportu wewnętrznego.

Nadganianie ‘2021

Jak wynika z komentarza do raportu Interact Analysis, wskutek epidemii zrewidować trzeba było prognozy rozwoju globalnego rynku wózków widłowych na 2020 rok – z 3,7 do 1,4 proc. Eksperci firmy przewidują, że w 2021 roku nastąpi jednak pozytywne odbicie i dynamika wzrostów sięgnąć może nawet 8,2 proc. w ujęciu r/d/r. Osiągnięcie tak dobrego wyniku wiąże się z obniżonym ze względu na wydarzenia 2020 r. punktem odniesienia i nie będzie stałym trendem. CAGR w perspektywie 2028 roku osiągnie poziom 4,5 proc., a roczne globalne zapotrzebowanie na pojazdy transportu wewnętrznego sięgnie w tym horyzoncie czasowym 2,4 mln egzemplarzy. Ważne zmiany dokonają się w strukturze popytu – przede wszystkim ze względu na popularność różnego rodzaju napędów.

Napędowa ewolucja

Obecnie wózki elektryczne stanowią w skali globu około 60 proc. pojazdów intralogistycznych zamawianych każdego roku, a 4 na 5 z nich wyposażonych jest w baterię kwasowo-ołowiową. W najbliższych latach wózki spalinowe będą stopniowo coraz bardziej wypierane przez elektryczne, a akumulatory litowo-jonowe przejmą dominującą pozycję jako źródło ich zasilania. Według prognoz Interact Analysis (IA) w 2028 roku udział pojazdów spalinowych w rynku zmniejszy się do 30 proc. Ich kosztem zwiększy się popularność technologii Li-Ion, w oparciu o którą działać będzie niemal co drugi nowy wózek. – Europa jest prekursorem zmian w dziedzinie sposobu zasilania wózków widłowych. Już dziś ponad 80 proc. pojazdów transportu wewnętrznego kupowanych na naszym kontynencie napędzanych jest silnikiem elektrycznym – mówi Grzegorz Kurkowski, specjalista ds. produktu STILL Polska. – Wśród naszych klientów widzimy także duży entuzjazm wobec technologii baterii litowo-jonowych. Ze względu na wygodę użytkowania, oszczędność miejsca i wyższą trwałość, w coraz większej liczbie przypadków są one wybierane zamiast akumulatorów kwasowo-ołowiowych pomimo wyższych kosztów zakupu – komentuje Kurkowski. Jednym z rozwiązań, które mogą przejąć po Li-Ion dominującą pozycję w dalszej przyszłości są wodorowe ogniwa paliwowe.

Niespieszne początki Fuel Cell

Stopniowo i – jeśli nie dokona się technologiczny przełom – dość powoli rosnąć będzie także znaczenie technologii Fuel Cell, szczególnie w Europie. W 2019 r. 9 na 10 pojazdów zasilanych wodorowymi ogniwami paliwowymi sprzedanych zostało w Ameryce Północnej. Według szacunków IA do 2028 roku 44 proc. zamówień ma pochodzić z naszego kontynentu. Analitycy nie spodziewają się jednak, by w ciągu najbliższych 7 lat udział wózków na wodór w globalnym rynku przekroczyć miał granice 5 proc. – Istotnymi barierami w rozwoju ogniw paliwowych są kwestie pozyskiwania i magazynowania wodoru. Potrzebna infrastruktura nie jest jeszcze rozpowszechniona i jej zastosowanie jest opłacalne dotąd przede wszystkim w przypadku bardzo licznych flot. Wdrożenia Fuel Cell mają więc dotąd prekursorski charakter. Na dużą skalę z technologii tej korzystają właściwie jedynie Walmart i Amazon w USA oraz Carrefour we Francji – mówi specjalista ds. produktu STILL Polska. – Jako partner projektu HyLift, badającego i popularyzującego ogniwa paliwowe w Europie, STILL śledzi z bliska ich rozwój i jeśli dokona się przełom umożliwiający ich szerokie zastosowanie, będziemy mogli sięgnąć do tych doświadczeń z korzyścią dla naszych klientów – dodaje Kurkowski.

Automatyzacja motorem wzrostów

W związku z epidemią przewidywany jest także dynamiczny rozwój rozwiązań automatyzacyjnych. O ich popularyzacji przesądzać mają dwie grupy czynników. Po pierwsze, mogą one pomóc zapobiegać zakłóceniom płynności łańcucha dostaw w wypadku ewentualnych przyszłych lockdownów wykluczających funkcjonowanie zakładów w oparciu o ludzką siłę roboczą. Po drugie, wskutek wywołanego pandemią intensywnego wzrostu popularności e-commerce, handel poszukuje skalowalnych rozwiązań pozwalających sprostać rosnącej presji na tempo dostaw i terminowo obsłużyć indywidualne zamówienia klientów na niespotykaną dotąd skalę.

Badanie opinii społecznej: Polacy niechętnie zamienią szaliki czy przyłbice na maseczki

Wyniki najnowszego sondażu pokazują, że blisko 44% Polaków jest za tym, by rząd narzucił społeczeństwu używanie skutecznych masek ochronnych, zamiast przyłbic, szalików i chust. Z kolei prawie 45% rodaków uważa wręcz odwrotnie. Po ogłoszeniu nowych zaleceń rządowych 40% badanych nadal będzie nosiło materiałowe maseczki. Ponad 27% ankietowanych wybierze chirurgiczne, przeszło 12% respondentów – te z filtrem. 

Jak wykazało badanie opinii społecznej przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 43,9% Polaków uważa, że rząd w walce z COVID-19 słusznie zrobi, narzucając społeczeństwu noszenie wyłącznie masek ochronnych, zamiast przyłbic, szalików czy chust. 44,8% ankietowanych ma odmienne zdanie, a 11,4% respondentów nie wie, co o tym myśleć.

– Od wybuchu epidemii społeczeństwo było informowane o tym, że najmniej skuteczne są przyłbice, potem – maseczki materiałowe, a następnie – chirurgiczne. Podawano też w mediach, że najlepiej spełniają swoją funkcję profesjonalne maski klasy FFP2 i FFP3. Wydawałoby się, że kwestia środków ochronnych, zalecanych przez autorytety medyczne, nie powinna być kontrowersyjna. A jednak to badanie po raz kolejny pokazuje, że Polacy z zasady muszą być niezgodni – oburza się dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych i prodziekan Uczelni Łazarskiego.

Jak informuje Anna Bednarek, analityk działu badań społecznych UCE RESEARCH, ze stanowiskiem rządu częściej zgadzają się mężczyźni niż kobiety. Największe poparcie jest w grupie wiekowej 56-80 lat, a najmniejsze – wśród osób mających 18-22 lat. Do tego ekspert dodaje, że najbardziej zgadzają się z zaleceniami osoby zarabiające od 7 do blisko 9 tys. zł netto, z wykształceniem zawodowym, a także zamieszkujący miasta mające co najmniej 500 tys. ludności.

– Może być tak, że opinie na temat rekomendacji rządu dot. środków ochronnych odzwierciedlają sympatie i antypatie polityczne ankietowanych, co oczywiście nie powinno mieć miejsca. W grę wchodzi przecież życie i zdrowie Polaków. Jeżeli społeczeństwo nie zacznie zgodnie przestrzegać zaleceń środowiska medycznego, bez względu na osobiste poglądy, to walka z pandemią będzie się przedłużać i zaostrzać – ostrzega dr Sutkowski.

Z badania również wynika, że po ogłoszeniu nowych zaleceń przez rząd, 40% Polaków nadal będzie używało zwykłych materiałowych maseczek. 27,2% rodaków zapowiada stosowanie chirurgicznych masek, 12,6% osób – z filtrem, a 3,1% – innych niż ww. Z kolei 17,1% nie ma jeszcze wyrobionego zdania na ten temat.

– Jeżeli nie wszyscy zamierzają nosić rekomendowane maski ochronne, to nie jestem pewna, czy nastąpi jakikolwiek przełom w walce z pandemią. Opór części społeczeństwa może oczywiście wynikać z niechęci do wydawania pieniędzy na tego typu zabezpieczenie. Wielu osobom wygodniej jest używać przyłbic, szalików i chust, które są wielokrotnego użytku. Rząd mógłby więc rozważyć wprowadzenie darmowych maseczek w limitowanej, miesięcznej wersji, odbieranej np. w aptekach na podstawie numeru PESEL – radzi ekspert z UCE RESEARCH.

Ponadto badanie wykazało, że najwięcej osób będzie nosiło materiałowe maseczki w grupie wiekowej 18-35 lat. Wyżej wymienione maski przede wszystkim popierają osoby z wykształceniem średnim i zawodowym, zamieszkujące miejscowości liczące od 200 do 499 tys. mieszkańców i miasta mające co najmniej 500 tys. ludności.

Badanie zostało przeprowadzone wśród 1010 dorosłych Polaków w dniach 19-21.02.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Bioceltix z finansowaniem 3,5 mln PLN od inwestorów. Rusza z kolejną fazą badań

Bioceltix pracuje nad innowacyjnymi lekami biologicznymi stosowanymi w leczeniu powszechnie występujących chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u zwierząt towarzyszących.

  • Będąca w drodze na NewConnect spółka zakończyła rundę pre-IPO – w ramach zakończonej oferty prywatnej zebrała od inwestorów 3,5 mln PLN.
  • Wrocławski startup wchodzi w kolejną fazę rozwoju kandydatów na leki – naukowcy rozpoczęli fazę bezpieczeństwa w ramach badań in vivo.

Bioceltix rozwija weterynaryjne leki biologiczne – w opracowywaniu nowych terapii wrocławscy naukowcy wykorzystują immunomodulujące właściwości mezenchymalnych komórek macierzystych (MSC). Branża weterynaryjna stoi na progu przełomu technologicznego w leczeniu zwierząt. Potencjał w polskim startupie oraz rynku dostrzegają kolejni inwestorzy – spółka w ramach zakończonej właśnie oferty prywatnej zebrała 4 mln PLN. Pieniądze zostaną przeznaczone na finansowanie badań i dalszy rozwój kandydatów na leki.

Jako inwestor skupiam się na spółkach innowacyjnych, wiem, że mogą one przynieść ponadprzeciętne zyski. W mojej strategii każda taka spółka musi spełniać dość restrykcyjne wymagania. Pierwszym jej elementem jest bardzo dokładna analiza ryzyka, precyzyjny researach obszarów działań spółki – w przypadku Bioceltix mamy do czynienia, z branżą leków biologicznych z zakresu immunologii. To bezsprzecznie obecnie jedna z najbardziej zyskownych ścieżek, zarówno w medycynie jak i weterynarii, którą zauważyli wszyscy giganci farmaceutyczni. Produkty takich firm jak Biocelitix są w ich aktywnym zainteresowaniu – uważa Tomasz Wachowiak, inwestor specjalizujący się w spółkach innowacyjnych, współzałożyciel portalu growthinvestment.pl

Inwestor zaznacza, że w Bioceltix ludzie mają dogłębną wiedzę o tym, co robią i gdzie podążają zarówno w zakresie naukowym jak i managerskim. Wykazują się znajomością branży we wszelkich jej aspektach. Aktywnie kontrolują ryzyko, m.in. korzystając z doradztwa w Europejskiej Agencji Leków.

Warto inwestować w niszowe spółki takie jak Bioceltix. Mamy mniejszą konkurencję niż w biotechnologii ludzkiej, mniejsze nakłady inwestycyjne na badania kliniczne, a także znacznie krótszy time to market. Przy wciąż dużym rynku docelowym mamy lepszy stosunek potencjalnych korzyści do nakładów i ryzyka – mówi dr inż. Paweł Wielgus, inwestor i współzałożyciel Bioceltix.

Nieprzerwany rozwój

Szykujący się do debiutu na NewConnect Bioceltix realizuje obecnie równolegle kilka projektów, m.in. pracuje nad produktami na atopowe zapalenie skóry oraz do leczenia zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Zajmuje się również chorobami koni i kotów. Projekty są na różnym etapie zaawansowania, ale łączy je to, że dotyczą powszechnie występujących chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym o wysokim zapotrzebowaniu na nowe, skuteczniejsze i bezpieczniejsze terapie.

Klasyczne metody leczenia oparte o leki chemiczne wymagają ciągłego ich podawania i zasadniczo mają tylko charakter objawowy. W przypadku produktów na bazie komórek macierzystych będzie można osiągnąć wysoką skuteczność leczenia, również przyczynowego, przy istotnym zmniejszeniu częstotliwości podawania leku – mówi Paweł Wielgus.

Wrocławski startup jest pierwszą spółką, która oprócz badań nad skutecznością komórek macierzystych równolegle rozwinęła technologię ich wielkoskalowej hodowli. Firma posiada także technologię pozwalającą na podawanie komórek macierzystych pomiędzy różnymi osobnikami w obrębie jednego gatunku oraz dysponuje zapleczem badawczo-produkcyjnym w standardzie farmaceutycznym GMP w obszarze terapii komórkowych.

Bioceltix jest jednym z zaledwie kilku miejsc dostosowanych do wytwarzania leków biologicznych na bazie MSC dla zwierząt, działającym w standardzie cGMP i prawdopodobnie jedyną wytwórnią mogącą prowadzić ten proces w takiej skali. Tym samym otworzyły się przed nami drzwi do przeprowadzenia pierwszego badania klinicznego – mówi Łukasz Bzdzion, CEO Bioceltix. – Po uzyskaniu od Głównego Inspektora Farmaceutycznego zezwolenia na wytwarzanie badanego weterynaryjnego produktu leczniczego nie zwalniamy tempa i wchodzimy w kolejną fazę rozwoju naszych kandydatów na leki – dodaje.

Spółka z początkiem 2021 r. rozpoczęła fazę bezpieczeństwa w ramach badań in vivo w zakresie badania tumorogenności*. Kolejnym etapem będzie badanie bezpieczeństwa na gatunku docelowym (psy) w ramach badania TAS (Target Animal Safety). Badanie zostanie przeprowadzone w kontrolowanych warunkach zgodnie z wymaganiami Dobrej Praktyki Laboratoryjnej (GLP – Good Laboratory Practice) w certyfikowanym ośrodku CRO (Contract Research Organization). Zakończenie fazy bezpieczeństwa umożliwi spółce wejście w decydującą fazę rozwoju związaną z terenowym badaniem klinicznym prowadzonym już na pacjentach klinicznych.

Realizacja planów

Bioceltix jako jedna z pierwszych firm na świecie planuje też przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków dla weterynaryjnego produktu leczniczego, wykorzystującego jako substancję czynną komórki macierzyste. Chcąc przyspieszyć rozwój firmy Bioceltix planuje debiut na NewConnect pomiędzy pierwszym a drugim kwartałem 2021 r.

Liderzy Bioceltix są uparci w dążeniu do celu: zdobycie, jako trzecia firma na świecie certyfikacji GMP w weterynarii w terapiach komórkowych, z polskim regulatorem, dobitnie o tym świadczy. W spółkach, w które jestem zaangażowany nie oczekuję po drodze fajerwerków, a wykonywania założonych działań przez kompetentnych ludzi najbardziej profesjonalnie jak się da, co przekłada się na prawdopodobieństwo doprowadzenia projektów do komercjalizacji. Jeżeli traktujemy inwestowanie, jako stosunek potencjału do ryzyka, to w tej firmie widzę wyjątkowo korzystny stosunek tych dwóch czynników – podkreśla Tomasz Wachowiak.

*Badanie tumorogenności jest koniecznym etapem badań w ramach fazy bezpieczeństwa. Badanie to pozwala maksymalnie zminimalizować ryzyko wprowadzenia do badania klinicznego na pacjentach kandydata na lek, który mógłby zainicjować proces nowotworzenia.

Stanowisko Polskiej Rady Centrów Handlowych w odpowiedzi na apel najemców zrzeszonych w ZPPHiU

Polska Rada Centrów Handlowych, która zrzesza ponad 200 największych firm działających w branży nieruchomości handlowych, w odpowiedzi na apel najemców zrzeszonych w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług, podziela opinię, że artykuł 15ze (abolicja czynszowa) tzw. ustawy covidowej jest wadliwy i w opinii PRCH szkodzi obu stronom umów najmu – zarówno najemcom, jak i wynajmującym. Branża centrów handlowych jest jedynym sektorem, w którym rząd w czasie trwania pandemii, wprowadził odgórne regulacje i na mocy ustawy zaingerował w umowy zawarte między dwoma niezależnymi podmiotami gospodarczymi – najemcami i wynajmującymi.

Rekomendowanym rozwiązaniem jest jak najszybsze uchylenie art. 15ze, co potwierdzają niezależne ekspertyzy prawne. Artykuł jest sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa, a koszty jego obowiązywania ponosi wyłącznie jedna strona – wynajmujący. Narusza także zasadę swobodnego kształtowania umów nadmiernie ingerując w stosunki cywilnoprawne między najemcami a wynajmującymi i wprowadza nierówność w traktowaniu podmiotów – te same sklepy w centrach handlowych są traktowane inaczej, niż te działające w mniejszych obiektach lub przy ulicach handlowych.

Ustawodawca wprowadzając art. 15ze pozbawił wynajmujących wszelkich wpływów z tytułu najmu – należnego czynszu i opłat eksploatacyjnych i przerzucił koszty finansowania 15 tygodni lockdownu, wyłącznie na wynajmujących. Łączne straty właścicieli centrów handlowych włączając ostatni lockdown to 5 mld zł, czyli ok. 45 proc. ich rocznych przychodów. Sama abolicja czynszowa wynikająca z art. 15ze kosztowała wynajmujących ponad 3 mld zł. Dodatkowo w odpowiedzi na trudną sytuację najemców wynajmujący dobrowolnie przyznali im od maja do grudnia 2020 roku czasowe rabaty czynszowe o łącznej wartości 2 mld zł. Wsparcie wynajmujących pozwoliło najemcom, zwłaszcza tym mniejszym, znacząco obniżyć koszty działalności, poprzez zwolnienia z płatności czynszu i opłat eksploatacyjnych (art. 15ze) oraz dodatkowe czasowe obniżki czynszów w okresach poza lockdownami. Najemcy korzystają także ze wsparcia rządowego i PFR (postojowe, zwolnienie ze składek ZUS, dopłaty do wynagrodzeń pracowników, dotacje).

Jednocześnie wynajmujący zostali wykluczeni z możliwości ubiegania się o pomoc w ramach tarcz rządowych i PFR oraz pozbawieni przychodów czynszowych i opłat eksploatacyjnych ze strony najemców zwolnionych z wszelkich płatności na podstawie art. 15ze. Wynajmujący są nadal  zobowiązani do ponoszenia kosztów funkcjonowania obiektów (eksploatacja, ochrona, podatki, media) oraz regulowania zobowiązań kredytowych i finansowych. Dodatkowo właściciele i zarządcy centrów handlowych w trosce o bezpieczeństwo i komfort klientów oraz pracowników zainwestowali ogromne środki, aby obiekty spełniały najwyższe standardy bezpieczeństwa sanitarnego.

Właściciele i zarządcy obiektów handlowych nie są w stanie dłużej ponosić jednostronnie kosztów pandemii i lockdownów, ponieważ nie mają już na to środków. Niewypłacalność wynajmujących wpłynie silnie na sytuację i stabilność sektora bankowego w Polsce, który na dużą skalę poprzez udzielone kredyty sfinansował budowę obiektów handlowych (ok. 70-80% wartości nieruchomości stanowi kredyt) i może nie otrzymać zwrotu udzielonych pożyczek, gdyż kredyty bankowe są spłacane przychodami z umów najmu.

Mimo tych ogromnych kosztów właściciele nieruchomości handlowych są otwarci na współpracę i rozmowy z najemcami, o czym świadczą podpisane po pierwszym lockdownie porozumienia udzielające czasowych rabatów uwzględniających indywidualną sytuację poszczególnych podmiotów.

Trudna sytuacja nie dotknęła w jednakowym stopniu wszystkich graczy na rynku handlu. Są tacy, którzy zapowiadają rozwój, zatrudnianie pracowników, publikują zadowalające wyniki finansowe i zwracają pomoc z tarcz rządowych. Są też tacy, którzy walczą o to, by przetrwać. Utrzymywanie rozwiązań ingerujących ustawowo w umowy pomiędzy podmiotami i oferujących jednakowe warunki wsparcia jest nieuzasadnione oraz nieadekwatne do potrzeb oraz sytuacji poszczególnych firm. Umowy najmu są indywidualnie negocjowane przez dwie strony i zawierają wzajemne zobowiązania. Mniejsze podmioty wymagają bardzo elastycznego podejścia, ponieważ nie posiadają takiego zaplecza, infrastruktury i możliwości jak duże przedsiębiorstwa, którym udało się utrzymać niezagrożoną sytuację finansową.

Od początku pandemii branża centrów handlowych apeluje do rządu o wdrożenie symetrycznych programów pomocowych, wspierających zarówno najemców, jak i wynajmujących, choćby na wzór tych stosowanych w innych krajach europejskich. Dobrym przykładem zastosowanej pomocy jest dofinansowanie do czynszów w ramach tarcz pomocowych, co wspiera wszystkich dotkniętych skutkami lockdownu przedsiębiorców. Najemcy mogą regulować czynsz, a wynajmujący swoje zobowiązania wobec instytucji finansujących. Takie rozwiązanie nie narusza porządku prawnego, ale aby mogło skutecznie funkcjonować w Polsce potrzebne jest pilne usunięcie art. 15ze z ustawy covidowej.

Warto zaznaczyć, iż interpretacja obecnie obowiązujących przepisów wydana członkom PRCH przez Ministerstwo Rozwoju Pracy i Technologii jednoznacznie wskazuje na konieczność respektowania pełnego brzmienia zapisu art. 15ze, tj. konieczności przedłużenia umów najmu o 6 miesięcy w odniesieniu do każdego zakazu prowadzenia działalności w obiektach handlowych.

Zarząd Polskiej Rady Centrów Handlowych

Funt nie zwalnia tempa, złoty jest słabszy

Rynki akcji odczuwają ból z tytułu tego, co mogą zwiastować wyższe rentowności obligacji skarbowych przy największych znakach zapytania wokół spółek technologicznych. Ale rynek walutowy nie wykazuje podwyższonej nerwowości, gdyż prezes Fed Powell potwierdził utrzymanie gołębiego nastawienia. Gwiazdą jest funt.

Koniec miesiąca zwykle przynosi przetasowania i porządkowania portfeli inwestycyjnych, ale czasami są one dodatkowo wspomagane. Tym razem skok rentowności obligacji skarbowych wprowadza dodatkowe zamieszanie. Oprocentowanie długu wraca na akceptowalne poziomy dla stopy zwrotu bezpiecznych, a to wywiera presję na spółki trzymane dla celów dywidendowych. Wall Street przewodzi w pogromie sektora technologicznego, w którego dodatkowo uderza wizja wyjścia z pandemicznego strachu. Ale reflacyjna hossa nie jest zaprzepaszczona, gdyż ożywienie gospodarcze i poprawa zyskowności będzie motorem dla dalszego wzrostu. Zmieniać się jednak będą przewodnicy, w tym przypadku na spółki, które mocniej skorzystają na otwieraniu gospodarek (turystyka, transport, działalność związana z aktywnością poza domem). Ale żeby znalazły się pieniądze na kupno akcji, skądś trzeba je najpierw wyciągnąć.

Dowód, że nie mamy do czynienia z powszechnym wzrostem awersji do ryzyka, znajduje się w wyższych cenach surowców przemysłowych oraz stabilności rynku walutowego. Najważniejsze to jednak to, że wzrost rentowności nie jest traktowany jako oznaka rychłego zacieśniania warunków finansowych przez Fed. Pomocny w rozwianiu wątpliwości był wczoraj prezes Fed Powell. Powell nie wydawał się zbyt poruszony wyprzedażą obligacji, stwierdzając, że jest to dowód zaufania rynku do ożywienia. Jednocześnie ostrzegł, że gospodarka pozostaje „daleko” od celów dotyczących zatrudnienia i inflacji. W konsekwencji stopy pozostaną niskie, a QE będzie odbywać się w obecnym tempie dopóki nie nastąpi „znaczny postęp” w poprawie stanu gospodarki. Fed pozostaje gołębi i rynek nie powinien w to wątpić, a wzrost rentowności nic tu nie zmienia. Dziś podobny przekaz powinniśmy usłyszeć ponownie od Powella, a także od Brainard i Claridy. Umacnianie się globalnego ożywienia, kontynuacja trade’ów reflacyjnych i niskie stopy realne w USA powinny ściągać dolara niżej w średnim terminie. Krótkoterminowo jednak nie uda się uciec od zmienności generowanej przez skoki na rynku długu, które będą przebudzać dyskusje o kierunku polityki Fed.

Funt nie zwalnia tempa i wygrywa na różnicowaniu postępów w zwalczaniu wirusa w Wielkiej Brytanii na tle innych krajów. W nocy EUR/GBP złamał 0,8550 i znalazł się najniżej od roku, choć nie obyło się bez pomocy niskiej płynności i naruszenia zleceń stop loss. Nie zmienia to jednak faktu, że rynek silnie dyskontuje wcześniejsze zniesienie restrykcji i przewagę na starcie w wyścigu poprawy wskaźników gospodarczych. Osobiście dalej mam wątpliwości o przebieg rywalizacji na długim dystansie, szczególnie kiedy zacznie doskwierać „kontuzja” po brexicie. Na razie jednak tego tematu da inwestorów nie ma i funt korzysta z optymizmu.

Złoty jest słabszy do euro na początku środowych notowań i podchodzi do 4,51. Choć zmiany w tym tygodniu nie są duże, to bez wątpienia nie pomaga nerwowość na rynkach zewnętrznych oraz perspektywa końca miesiąca. Tło zewnętrzne potęguje też znaczenie czynników lokalnych. Nawet jeśli częściowe przywracanie restrykcji covidowych w Polsce nie powinno mieć dużego znaczenia da rynku złotego (gdyż decyzje nie zachwieją perspektywami ożywienia gospodarczego), to przy obecnym braku silnego apetytu na ryzyko każdy pretekst do ograniczenia ekspozycji w złotym jest dobry. Uważam jednak, że presja słabości jest przejściowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przyszłość przestrzeni biurowych w postpandemicznej rzeczywistości

Trwająca prawie rok pandemia COVID-19 zmieniła formę i podejście do pracy biurowej wielu ludzi. Przeniesiona z biur do domów praca wywoływała, szczególnie na początku, nie zawsze pozytywne emocje u pracowników – tłumaczy dr Anita Basińska, socjolog ze School of Form.

Często na szybko przygotowane miejsce do pracy i permanentna obecność współmieszkańców w ograniczonej przestrzeni domowej wpływały negatywnie na efektywność i skupienie w pracy. Jednak w miarę upływu czasu wielu z nas zaadaptowało sobie przestrzeń i dostrzegło komfort pracy z domu. Badania pokazują, że 87% badanych chce pracować zdalnie, w tym 48% z możliwością przyjścia do biura, np.: raz w tygodniu, 23% w kilka dni w miesiącu, 16% wyłącznie zdalnie . Z kolei wg raportu Accenture 35% badanych chciałoby zwiększyć częstotliwość pracy z domu w przyszłości, co ciekawe ta liczba wzrasta do 48% w grupie badanych, którzy wcześniej nigdy nie pracowali zdalnie. W październiku 2020 r. Microsoft pozwolił wielu pracownikom na stały home office. Z kolei Facebook przewiduje, że w ciągu 5-10 kolejnych lat, nawet 50% ich pracowników będzie pracować zdalnie na stałe.

Czy biurowce znikną?

W związku z tym pojawiają się różne przewidywania odnośnie przyszłości biur w postpandemicznej rzeczywistości: od całkowitego zniknięcia przez zmniejszenie metrażu do konieczności przeprojektowania lub zaprojektowania tych przestrzeni, by dopasować je z jednej strony do nowych oczekiwań i potrzeb pracowników, z drugiej strony do nowych warunków pracy w przyszłości (np. do kwestii bezpieczeństwa).

Biura nie znikną, gdyż zgodnie z koncepcją BA (tłum. z j. japońskiego na j. angielski jako place) zaadaptowaną do nauk o zarządzaniu przez I. Nonakę, teoretyka organizacji jest to miejsce niezbędne do wytwarzania wiedzy: dzielenia się nią, przetwarzania i generowania pomysłów. BA to wspólna przestrzeń/miejsce dla powstających relacji między ludźmi. To może być przestrzeń fizyczna (jak biuro), wirtualna (e-maile, telekonferencje), umysłowa (wymiana doświadczeń, pomysłów, ideałów) lub jakakolwiek ich kombinacja. Biura mogą się także przekształcić: przenieść się całkowicie lub częściowo do świata wirtualnego i jednocześnie korzystać z elastycznego najmu (tzw. core&flex – krótkoterminowy najem przestrzeni roboczej czy współdzielonej np. na potrzeby realizacji projektu). Niektóre biura dałyby radę również zmienić swoją powierzchnię – zmniejszyć ją, gdyby wszyscy pracownicy pracowali w modelu hybrydowym na zmiany lub zwiększyć, by móc zapewnić dystans fizyczny, gdyby znów pojawiła się taka konieczność.

Biuro hybryda

Być może biura staną się po prostu miejscami interakcji społecznych, współpracy i generowania pomysłów (funkcjonowanie w module hub and club), a praca samodzielna będzie wykonywana w domu. Według raportu CBRE minusem pracy zdalnej dla 59% badanych było to, że nie widzą twarzy dookoła siebie. Zatem w trakcie wykonywania pracy samodzielnej, wymagającej skupienia ważne jest to, że dookoła nas są ludzie i można z kimś porozmawiać (współpracownik jest za ścianą) lub można wymienić uśmiech w open space. W biurze nawiązują się relacje między pracownikami, które sprzyjają inspiracji i motywacji oraz buduje się poczucie wspólnoty. Kreatywność i efektywność w rozwiązywaniu zadań zależy od współobecności, od możliwości spotykania się i prowadzenia także nieformalnych rozmów. Podczas pracy zdalnej badanym najbardziej brakowało rozmów ze współpracownikami (59%), bezpośrednich spotkań (54%) i wspólnych lunchy (36%). Komunikacja, która nie odbywa się twarzą w twarz jest bardziej funkcjonalna i zorientowana na zadanie, mniej bogata i wieloaspektowa. W porównaniu z rozmowami wymagającymi współobecności, listy, notatki służbowe, faksy i e-maile wydają się mniej skuteczne w budowaniu i podtrzymywaniu długoterminowych relacji zaufania. Z kolei współobecność zapośredniczona (wspólnie widziane, lecz fizycznie odległe ekrany) pozwalają wytwarzać relacje my – oznacza to, że życie na monitorze może na nieco dłuższą metę doprowadzić do wytworzenia nowych form symulowanej współobecności. Dlatego też dobrze zaprojektowane biuro przyszłości postcovidowej to prawdopodobnie będzie przestrzeń hybrydowa, w której zacierają się granice między światem realnym i światem wirtualnym, pracą online i pracą offline.

Przestrzeń do przebudowania

Rozważania na temat przyszłości biur po pandemii COVID-19 zaowocowały wieloma raportami (m.in.: raporty Kinnarps, Skanska i InFuture Institute, Cushman & Wakefield) oraz wypowiedziami architektów i projektantów na temat zmian, jakie powinny zajść w biurach. Wśród cech biur wymienianych w przywołanych źródłach dominowały: elastyczność, wielofunkcyjność/strefowość, modułowość i bezpieczeństwo. Przestrzeń ma być łatwa do przebudowy (przy użyciu mebli modułowych i mobilnych, różnego typu ścianek), tworzenia tymczasowych miejsc pracy dla pracowników (wykonujących swoje obowiązki tylko w niektóre dni w biurze), współdzielonych miejsc pracy (tzw. hot desk) i miejsc do pracy na chwilę, przeznaczonych na krótkie spotkanie czy szybką wymianę informacji (tzw. touch down), tworzenia miejsc do pracy hybrydowej oraz wielofunkcyjna z wydzielonymi strefami pracy o różnym charakterze – miejscami dla pracy indywidualnej, pracy zespołowej, ale i miejscami dla nieformalnych rozmów i spotkań (ta cecha koncepcji w projektowaniu Activity Based Working stała się jeszcze bardziej wyraźna).

Biura mają przypominać przestrzenie domowe pod kątem mebli (np. kanapa, fotel), komfortu akustycznego, dostępu do naturalnego światła, obecności zieleni, możliwości personalizacji miejsca pracy oraz bezpieczeństwa (np. przestrzeń powinna być tak zaprojektowana, żeby zachować dystans fizyczny). Ta domowość biura odnosi się także do naczelnej zasady koncepcji Activity Based Working, czyli to pracownicy najlepiej wiedzą, czego potrzebują, więc przestrzeń do pracy powinna wyglądać tak, aby mogli sami decydować, jak i gdzie chcą pracować.

Praca w zgodzie z naturą

Kluczem do dobrego projektu biura w przyszłości postpandemicznej jest zatem projektowanie nastawione na dobre samopoczucie człowieka (wellbeing design), w ramach którego mieści się projektowanie biofilne (biophilic design). Projektowanie biofilne bazuje na pierwotnym związku człowieka z naturą oraz założeniu, że otoczenie wpływa na komfort i efektywność pracy. Wykorzystuje ono m.in.: naturalne materiały, rośliny, zapewnia dostęp do wysokiej jakości powietrza i maksymalnie możliwy dostęp do naturalnego światła, komfort termiczny i komfort akustyczny, miejsca schronienia (może to być strefa do odpoczynku lub kanapa z wysokim oparciem), czego efektem jest zrównoważona przestrzeń do pracy. Celem wellbeing design jest więc zaprojektowanie przestrzeni pod względem fizycznym, psychologicznym, społecznym i ekologicznym w taki sposób, aby pracownik w tej przestrzeni mógł się poczuć komfortowo.

dr Anita Basińska, socjolog, School of Form

Peakside chce zainwestować w nieruchomości 350 mln euro

Peakside Capital, firma zarządzająca inwestycjami i funduszami inwestycyjnymi na rynku nieruchomości, poszukuje rynkowych okazji dla swojego czwartego europejskiego funduszu Peakside Real Estate Found IV (PREF IV). Na inwestycje zamierza przeznaczyć do 350 mln euro głównie na rynku niemieckim. Peakside jako bardzo perspektywiczne ocenia również inwestycje na rynku polskim oraz Europy Środkowo-Wschodniej.

Peakside Capital, europejska firma private equity działająca na rynku nieruchomości, poszukuje atrakcyjnych nieruchomości dla swojego czwartego funduszu Peakside Real Estate Found IV (PREF IV). W ramach pierwszej transzy firma zebrała już od inwestorów 160 mln euro dla funduszu zamkniętego, a docelowo na potrzeby inwestycyjne zamierza pozyskać 350 mln euro.

„W obecnej sytuacji bacznie przyglądamy się w szczególności okazjom inwestycyjnym w sektorze logistyki i na rynku mieszkaniowym. Jednocześnie spodziewamy się pojawienia się pewnej liczby okazji inwestycyjnych wynikających z perturbacji rynkowych będących następstwem pandemii COVID-19, szczególnie w sektorze handlu detalicznego i w branży hotelarskiej, zwłaszcza w kontekście aktywów, które nadają się do przekształcenia w lokale biurowe lub mieszkania. Nieudane przedsięwzięcia inwestycyjne wymagające dofinansowania lub zrefinansowania również oferują atrakcyjne z naszego punktu widzenia możliwości. Pomimo wzrostu liczby osób pracujących zdalnie, jesteśmy nadal przekonani o wysokim potencjale nieruchomości biurowych jako klasy aktywów samej w sobie. Nasz portfel planowanych inwestycji jest obszerny i na bieżąco uzupełniany” – powiedział Boris Schran, Partner i założyciel Peakside Capital.

Działalność funduszu skupiać się będzie przede wszystkim na inwestycjach w nieruchomości w Niemczech, które na skutek aktualnej sytuacji zostały przecenione i które oferują wysoki potencjał wartości dodanej. Celem będą projekty w przedziale cenowym od 30 mln euro do 150 mln euro na każdą inwestycję. Peakside jako bardzo perspektywiczne ocenia również angażowanie się na rynku polskim oraz Europy Środkowo-Wschodniej. Rynki Polski i Europy Środkowo-Wschodniej charakteryzują się wysokim stopniem aktywności deweloperskiej, inwestycyjnej i wynajmu. W połączeniu z solidną kondycją makroekonomiczną, minimalnym wzrostem czynszów na rynku oraz atrakcyjną stopą kapitalizacji, rynki oferują interesującą ofertę” – powiedział Roman Skowroński, dyrektor zarządzający Peakside Capital Advisors w Polsce.

W ramach funduszu PREF IV jeden składnik aktywów został już objęty umową na wyłączność, a kolejne docelowe inwestycje znajdują się w fazie przygotowania. Menedżerowie Peakside spodziewają się, że więcej okazji inwestycyjnych pojawi się w drugiej połowie 2021 r.

PwC: w ciągu 5 lat rynek e-commerce w Polsce osiągnie wartość 162 mld zł

Z analizy przeprowadzonej przez PwC wynika, że w 2026 r. wartość brutto polskiego rynku handlu e-commerce będzie na poziomie 162 mld zł. Oznacza to średnioroczny wzrost o 12%. Najszybciej będzie rosła sprzedaż produktów spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda. Już w 2020 r. kanał online miał 14% udziału w wartości sprzedaży detalicznej w Polsce, na co wpływ miała m.in. pandemia i przyspieszony rozwój platform e-commerce.

Pandemia i kolejne lockdowny sprawiły, że wiele firm przyspieszyło proces transformacji cyfrowej, stawiając na rozwój kanałów online. W ostatnim roku grupa konsumentów korzystających z internetowej formy zakupów istotnie się zwiększyła. Co ważne, niemal 85% Polaków deklaruje, że nawet po zakończeniu pandemii nie zamierza zmniejszyć częstotliwości e-zakupów. To będzie stały dwucyfrowy wzrost przez najbliższe lata. – Grzegorz Łaptaś, partner w zespole Strategy & Operations PwC

Przeprowadzone na potrzeby analizy PwC badanie konsumentów pokazuje, że ponad 74% Polaków po zakończeniu pandemii utrzyma poziom zakupów internetowych, a 10% zamierza je nawet zwiększyć.

Obecnie ok. 150 tys. polskich przedsiębiorstw prowadzi sprzedaż swoich produktów i usług przez internet. Korzystają oni zarówno z własnych sklepów, jak też z popularnych wśród konsumentów platform typu marketplace. Eksperci PwC podkreślają, że w porównaniu do zachodnioeuropejskich krajów Polska ma nadal relatywnie małą liczbę sklepów internetowych, dlatego w kolejnych latach ich liczba ma szansę znacznie wzrosnąć. To efekt nowych przyzwyczajeń konsumenckich, a także pojawianie się na rynku nowych graczy.

Amazon wchodząc na polski rynek stworzy kolejny kanał sprzedaży i szansę dla polskich małych przedsiębiorców. Już teraz ponad 1/3 przedsiębiorstw prowadzących sklepy online oprócz własnej witryny jest też obecna na platformie Allegro. Dzięki temu ich zasięg jest dużo szerszy. Platforma Amazona, za którą stoją ultranowoczesne technologie i najwyższy poziom klientocentryczności, pozwoli tym firmom docierać do jeszcze większej liczby klientów i okazji zakupowych, a tym samym zwiększać sprzedaż. Będzie to też szansa na to, by polskich sklepów internetowych powstało jeszcze więcej, aby zaspokajać coraz więcej specyficznych potrzeb zakupowych klientów. – Paweł Kowalik, manager w dziale strategii PwC

Eksperci PwC zwracają uwagę na cztery niezwykle ważne aspekty dla firm, które już sprzedają lub zamierzają sprzedawać w kanale online. Pierwszym jest omnichannel, czyli zapewnienie spójności pomiędzy różnymi kanałami sprzedaży. Drugi to customer experience – budowanie pozytywnych doświadczeń klienta. Aż 42% polskich konsumentów jest w stanie zrezygnować z danej marki po zaledwie jednym złym doświadczeniu. Trzecim aspektem jest aktywizacja i lojalizacja klientów, m.in. poprzez dobór odpowiednich strategii cenowych czy programów lojalnościowych. Czwarty to logistyka i zapewnienie ciągłości łańcuchów dostaw – szczególnie ważne w nie do końca przewidywalnej rzeczywistości, co w ostatnich miesiącach uwidoczniła trwająca pandemia.

E-commerce święci triumfy w pandemicznej rzeczywistości

E-commerce to bez wątpienia jedna z najlepiej radzących sobie podczas pandemii branż. W ubiegłym roku polski rynek sprzedaży internetowej zanotował rekordowy wzrost rzędu 26 proc. r/r. Dane GUS za styczeń 2021 wskazują na blisko 10 proc. udziału w całym handlu detalicznym. Do 2025 roku wskaźnik ten ma wzrosnąć o kolejne 10 pp. Imponujące wyniki sektora to naturalny skutek przenoszenia się handlu do kanału online. Zjawisko napędzane jest dodatkowo coraz częstszym wykorzystaniem przez sieci retail metod płatności odroczonych (Buy Now, Pay Later), które według danych rynkowych skutecznie zwiększają wyniki sprzedażowe.

Wartość indeksu Barometru EFL (syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności firm z sektora MŚP do rozwoju) dla polskiego handlu na I kwartał 2021 roku wyniosła 50,7 pkt.[1] To najlepszy wynik spośród sześciu badanych sektorów. Relatywnie mocna pozycja branży w pandemicznej rzeczywistości to według ekspertów EFL głównie zasługa rozkwitu e-commerce.

Według analizy PMR, w efekcie pandemii, polski rynek e-commerce w 2020 odnotował najwyższy od kilku lat wzrost o wartości 26 proc. r/r.[2] Udział sprzedaży internetowej w handlu detalicznym, zgodnie z danymi GUS za styczeń 2021, wyniósł 9,8 proc.[3] Taka sytuacja to skutek zamykania galerii handlowych oraz sklepów stacjonarnych. Są to czynniki przyspieszające zmiany modelu zachowań konsumenckich w postaci przenoszenia aktywności zakupowej do sieci. Niebagatelną rolę odgrywają również powszechnie stosowane w sprzedaży online wygodne narzędzia płatnicze. Ich zastosowanie według ekspertów Revo Technologies znacząco wpływa na polepszenie wyników finansowych retailerów.

– Płatność odroczona czy spłata zakupu w częściach są optymalną odpowiedzią na obecne oczekiwania konsumentów – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. – Druga z wymienionych form płatności znacząco obniża ich wrażliwość cenową, jednocześnie redukując poziom zwrotów. Według danych pochodzących od naszych partnerów, ulega on zmniejszeniu nawet o 35 proc.. Metoda ta również mocno lojalizuje klientów. Dla przykładu użytkownicy naszej usługi dokonują zakupów niemal dwa razy częściej niż korzystający ze standardowych form płatności – dodaje.

Udostępnianie możliwości spłaty zakupu w częściach jest jak najbardziej zasadne, szczególnie jeśli operuje się na polskim rynku. Według danych BIK, 4 maja 2020, czyli w dniu otwarcia galerii handlowych po zakończeniu wiosennego lockdownu, do Biura wpłynęło rekordowe 24 tysiące zapytań o zobowiązania ze spłatą w częściach.[4] Widać tutaj silną zależność między otwarciem możliwości nieograniczonej konsumpcji dóbr a zwiększeniem użycia tej metody płatności – na co zresztą zwracali uwagę również sami analitycy BIK.

Doświadczenia nasze i naszych partnerów pokazują, że dla konsumentów atrakcyjny model płatności jest równie ważny jak obniżki cen. Oferując nasze wygodne systemy ratalne sprzedawcy osiągają znacznie wyższe wartości koszyków zakupowych (wzrosty o ponad 100%). Takie wyniki osiągamy m.in. dzięki przyznawaniu limitów zakupowych klientom jeszcze przed rozpoczęciem procesu płatności. Dzięki temu mogą sobie oni pozwolić na większe zakupy zachowując wygodną i elastyczną formę spłaty – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. – Wielu naszych partnerów podkreśla jak ważne jest obecnie rozwiązanie działające w obu kanałach sprzedaży. COVID znacząco zmienił nawyki konsumenckie, przenosząc proces zakupowy do online. Systemy omnichannel, w tym Revoplus, skutecznie pomagają sieciom detalicznym w odbudowie wyników sprzedażowych w kanale tradycyjnym przy zachowaniu spójnego UX – dodaje.  

Doświadczenie klienta odgrywa niebagatelną rolę jeśli chodzi o jego zainteresowanie usługą oraz zatrzymanie na niej uwagi. Według danych zaprezentowanych przez Adobe, 38 proc. użytkowników sklepów online deklarowała, że rezygnuje z zakupów z powodu niewystarczająco atrakcyjnego designu strony.[5] To dopiero wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o user experience w branży e-commerce. Ciągłemu doskonaleniu podlegają takie kwestie jak poprawa intuicyjności poszczególnych etapów procesu zakupowego czy uproszczenie bądź zautomatyzowanie wypełniania szczegółowych formularzy z danymi klienta.

Konsumenci chętniej korzystają z rozwiązań prostych i przyjaznych w użytkowaniu. Wychodząc naprzeciw tak a nie inaczej ukształtowanym preferencjom, staramy się dostarczać tego typu produkt naszym partnerom. Maksymalnie uprościliśmy więc formularz wniosku o finansowanie  i skróciliśmy czas oczekiwania na decyzję do minimum. – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. 

W dynamicznie zmieniającej się sytuacji ekonomicznej warto pomyśleć o zastosowaniu nowoczesnej formy finansowania zakupów jako narzędzia przyciągającego uwagę klienta i utrzymującego jego zainteresowanie. Takie działanie jest szczególnie zasadne w dobie pandemii, kiedy konsumenci napotykają problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Płatności odroczone oraz możliwość rozłożenia spłaty na części często mogą być dla nich jedyną szansą na zachowanie aktywności zakupowej.

[1] https://alebank.pl/handel-najbardziej-odporny-na-covid-19-dzieki-rozkwitowi-e-commerce-branzowy-barometr-efl-na-i-kw-2021-r/?id=358884&catid=22872&cat2id=25926

[2] https://www.pmrmarketexperts.com/rekordowy-wzrost-rynku-e-commerce-w-2020-roku-spowodowany-epidemia-covid-19/

[3] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/dynamika-sprzedazy-detalicznej-w-styczniu-2021-roku,14,73.html

[4] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polacy-rzucili-sie-na-raty-Rekordowa-liczba-zapytan-o-kredyty-7882657.html

[5] https://blogs.adobe.com/creative/files/2015/12/Adobe-State-of-Content-Report.pdf

Branża PR & marketing w czasie pandemii

98 proc. sektora komunikacji marketingowej w Polsce to mikrofirmy, które również ucierpiały na spowolnieniu gospodarczym spowodowanym pandemią. Według raportu PFR epidemia i kryzys nią wywołany jest poważnym wyzwaniem dla sektora komunikacji marketingowej, ponieważ firmy korzystające z usług agencji marketingowych czy PR zmniejszyły lub wstrzymały zaplanowane działania.

Rozmiar branży

Z raportu PFR możemy wyczytać, że w 2019 r. w polskim sektorze komunikacji marketingowej działało ponad 87 tys. podmiotów gospodarczych, prawie wszystkie (98 proc.) to mikrofirmy zatrudniające do 9 pracowników. 1,8 proc. przedsiębiorstw zatrudnia od 10 do 49 osób, 0,2 proc. od 50 do 249 osób, a największych firm, gdzie pracuje ponad 250 osób, jest zaledwie 0,04 proc. Większość zatrudnionych (ok. 58 proc.) pracuje w firmach zajmujących się reklamą, badaniami rynku i opinii publicznej, ok. 24 proc. – w przedsiębiorstwach prowadzących działalność wydawniczą, po 9 proc. – w podmiotach, których działalność jest związana z produkcją filmów, nagrań wideo, programów telewizyjnych, nagrań dźwiękowych i muzycznych oraz nadawaniem programów ogólnodostępnych i abonamentowych. Co ciekawe, 46 proc. zatrudnionych w firmach zajmujących się komunikacją marketingową w Polsce pracuje w województwie mazowieckim.

Daniel Nowak, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP, podkreśla, że polski sektor komunikacji marketingowej stawia się obok największych rynków tej branży, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja. Nie da się ukryć, że jest on istotnym elementem składowym gospodarki narodowej. Cieszy też, że stale się rozwija i że, jak pokazują ostatnie miesiące [2020 r.], potrafi radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, adaptując się do zmieniających się warunków, elastycznie i kreatywnie podchodząc do realizacji stojących przed nim wyzwań.

Wpływ COVID-19 na branżę

W 2020 roku branża marketingowa musiała dostosować się do zmieniających się zachowań konsumentów. Wprowadzone ograniczenia przemieszczania wpłynęły na efektywność działań promocji outdoorowej, a reklamy w kinach skurczyły się niemal natychmiastowo do 0, spadła również liczba reklam w druku. Według Interactive Advertising Bureau prawie jedna czwarta (24%) nabywców mediów, marketerów i marek wstrzymała wydatki do końca drugiego kwartału, podczas gdy 46% wskazało, że zmieniło wydatki na reklamę w tym okresie. W efekcie, media tradycyjne odnotowały spadki przychodów rzędu 20%. Outlety cyfrowe wyszły z tej sytuacji obronną ręką – notując niższą dynamikę wzrostu niż prognozowano, ale nadal generując przychody.

Przełożyło się to na zmniejszanie zakresu obsługi, a w efekcie opóźnienia w płatnościach i problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Fintechy oferujące finansowanie B2B, z dnia na dzień zyskały na popularności wśród tej grupy przedsiębiorców. Według Aleksandra Majchrzaka, Prezesa Wealthon, lendtechu B2B oferującego m.in. pożyczki celowe na spłatę zaległości w ZUS i US, zaległości podatkowe i na składki w ZUS są największą bolączką działalności w tej branży. Z tego też względu, duża część pracowników agencji marketingowych lub PR-owych przechodzi na współpracę B2B, która jest korzystniejsza z perspektywy zleceniodawcy. Taka sytuacja nie jest odosobnionym przypadkiem, wiele branż boryka się z podobnymi problemami. Średnia wartość udzielonej pożyczki pomostowej w 2020 roku wyniosła 110 tys. zł, dodaje Majchrzak.

W efekcie zmian na rynku marketingowym, rośnie popyt na usługi marketingowe w segmencie B2B, który do tej pory polegał na innych metodach promocji w swojej grupie klientów, głównie komunikacji sprzedażowej, bezpośredniej. Dzieje się tak, ponieważ z rynku zniknęły niemal zupełnie bezpośrednie kanały komunikacji, takie jak spotkania czy konferencje, które ze względów bezpieczeństwa zostały przeniesione do online’u. Według Jakuba Lebudy, dyrektora zarządzającego Clipatize, agencji marketingu B2B, dotyczy to szczególnie branż farmaceutycznej, medtech, high-tech i produkcyjnej, które polegają na bezpośrednich relacjach z klientami. Stąd wzrost zainteresowania cyfrowymi kanałami komunikacji i nowymi taktykami pozycjonowania eksperckiego i budowania świadomości klientów. Lebuda dodaje, że coraz częściej do komunikacji z klientem biznesowym na niemal na całym etapie customer journey używa się cyfrowych narzędzi komunikacji, a media społecznościowe, nie są tak jak kiedyś, traktowane wyłącznie jako kanał konsumencko-rozrywkowy.

Jednak, pomimo trwającej pandemii, w 2021 roku firmy na całym świecie przeznaczą rekordową kwotę ponad 52 mld USD na anonimowe cyfrowe informacje, służące do targetowania reklam online, a nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies, spółki monetyzującej dane z internetu, podkreśla, że polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 roku aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% r/r, jak wynika z raportu spółki, a trend zwiększania wydatków na cyfrowe informacje jest wyraźny na arenie międzynarodowej. Na niemal wszystkich, czyli blisko 27 analizowanych w raporcie rynkach, prognozowany wzrost jest dwucyfrowy. W trakcie pandemii więcej czasu poświęcamy na oglądanie telewizji oraz na korzystanie z urządzeń połączonych z internetem, a społeczeństwo przeniosło się do sfery online. Cyfrowe kanały komunikacji zaczęły wypełniać lukę po początkowych spadkach obrotów w branży. Według badań IAB wśród kupujących reklamy, wydatki na promocję cyfrową w drugiej połowie roku wzrosły o 13%. Pandemia przyspieszyła też transformację cyfrową przedsiębiorstw i zwrot reklamodawców ku kanałom online. Według agencji Zenith, w 2020 roku reklama internetowa odpowiadała za ponad połowę wszystkich światowych wydatków reklamowych.

Systemy ERP i MRP rzeczywista optymalizacja procesów produkcyjnych

Jednym, z głównych zadań firmy zorientowanej na rozwój i sukces jest dążenie do ciągłego doskonalenia procesów produkcyjnych. Zdarza się jednak, że koszty wdrażania usprawnień przewyższają potencjalny zwrot z takiej inwestycji. Na szczęście istnieje efektywne rozwiązanie – systemy ERP i MRP. Czym dokładnie są systemy wspierające produkcję? Czym się od siebie różnią i jakie korzyści wynikają z ich wdrożenia?

Czym są systemy zarządzania zasobami w przedsiębiorstwie?

Duże przedsiębiorstwa, szczególnie te, które w ramach swojej aktywności zajmują się również produkcją, muszą borykać się z problemem koordynowania pracy poszczególnych działów, bez użycia jednorodnego oprogramowania. CRM, czyli system zarządzania relacjami z klientem, system księgowy, oprogramowanie dedykowane dla kadr i płac i wiele innych – wszystkie te narzędzia usprawniają pracę pewnych składowych przedsiębiorstwa, lecz w tak różnorodnym i rozproszonym środowisku ciężko zadbać o odpowiednią integrację całego cyklu zarządzania zasobami, produkcją oraz sprzedażą.

Systemy wspomagające produkcję zapewniają sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem na poziomie planowania jego wszelkich zasobów. Wykorzystanie systemów wspomagających zarządzanie zasobami umożliwia pracę z poziomu jednej dużej bazy danych, z której informacje mogą czerpać wszystkie inne działy, od księgowości, przez sprzedaż aż po działy zajmujące się logistyką działań. Obecnie najcenniejszą walutą w biznesie jest wiedza i informacja. Nowoczesne systemy zarządzania zasobami pozwalają nam na sprawny przepływ informacji, co pozytywnie wpływa na optymalizację procesów przedsiębiorstwa.

Systemy ERP i MRP – charakterystyka i podstawowe różnice

Dwa najczęstsze typy systemów, które efektywnie wdrażają pozytywne zmiany w przedsiębiorstwie to system ERP i MRP. Osobom niezaznajomionym z tematem, skróty te niewiele mówią. Czym różnią się od siebie te koncepcje?

ERP (Enterprise Resource Planning) to system umożliwiający skuteczne zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. Docelowo ERP ma za zadanie zintegrować ze sobą dane płynące po całym przedsiębiorstwie tak, by maksymalnie skrócić ich drogę i ujednolicić formę. Oczywiście wiele zależy tutaj od potrzeb firmy i wariantu systemu ERP, który zostanie wdrożony. Najbardziej zaawansowane z nich mają dodatkowo funkcjonalności umożliwiające bezpośrednią pracę z programem księgowym, systemem dedykowanym działowi HR czy zarządzaniem aktywami obrotowymi, magazynem czy zamówieniami. Głównym celem systemu ERP jest wzrost wydajności procesu produkcji, przy jednoczesnym minimalizowaniu kosztów.

Systemy MRP (Manufacturing Resource Planning) to natomiast rozwiązanie dedykowane typowym procesom związanym z produkcją oraz zarządzaniem aktywami obrotowymi, oraz materiałami. W skład oprogramowania MRP wchodzą moduły umożliwiające efektywne zarządzanie parkiem maszyn, a także magazynem. System MRP w wielu kwestiach jest bliźniaczo podobny do ERP, jednak jego zakres funkcjonalności został okrojony i zredukowany do konkretnej specjalizacji.

Kto powinien zdecydować się na wdrożenie systemów ERP i MRP w firmie

Każda firma na etapie planowania rozwoju powinna pomyśleć o wdrożeniu systemu MRP lub ERP. Jeśli na jakimkolwiek etapie cyklu produkcyjnego zauważymy nieefektywność, która znacząco wpływa na wysokie koszty produkcji, warto zainwestować w system zarządzania zasobami, który zwiększy przejrzystość oraz umożliwi bardziej efektywny przepływ informacji. To właśnie informacje grają główną rolę i są źródłem powstania systemów klasy ERP. Jeśli zauważymy, że błędne dane wpływają na złe decyzje biznesowe, nie pozostaje nam nic innego jak właśnie zainwestować w system ERP lub MRP.

Korzyści wynikające z wdrożenia systemów wspomagających produkcję w firmie

Systemy wspierające zarządzanie zasobami wdrażane z pomocą Mindbox.pl to uniwersalne i wszechstronne rozwiązanie, które umożliwi kontrolowanie wszystkich zasobów znajdujących się w przedsiębiorstwie, bez potrzeby przetwarzania danych powstałych z raportowania w różnych systemach i oprogramowania. Co więcej, ERP znacząco skraca procesy, co bardzo pozytywnie wpływa na obniżenie kosztów przedsiębiorstwa, które może skupić się na dalszym rozwoju.

Z jakimi ryzykami wiąże się wprowadzenie systemów ERP lub MRP do procesu produkcyjnego?

Warto być świadomym, że systemy ERP i MRP to również spora zmiana dla firmy. W zależności od tego, na jak zaawansowany wariant systemu się zdecydujemy, wdrożenie wszystkich modułów może być długotrwałe i generować dodatkowe koszty (szkolenie pracowników, opłacenie kadry wdrażającej rozwiązanie). Jeśli dodatkowo firma posiada dużo działów, wdrożenie systemu może powodować komplikację natury logistycznej, które jednak są niczym w obliczu ogromnych zalet wykorzystania systemu ERP i MRP. Bez względu na potencjalne zagrożenia, wdrożenie systemów ERP bądź MRP jest niezbędnym procesem prowadzącym do rozwoju firmy, a co za tym idzie, pozwoli na osiągnięcie pożądanej przewagi konkurencyjnej na rynku.

Co mierzy i jak działa refraktometr?

Refraktometr jest to urządzenie do badania współczynnika załamania światła różnych substancji, głównie cieczy. Zastosowanie znajdują różne typy refraktometrów; urządzenia mogą być ręczne i stacjonarne, automatyczne i nieautomatyczne, o różnej dokładności i precyzji. Możemy również spotkać urządzenia z automatyczną kompensacją temperatury, które są precyzyjnie skalibrowane i używane są do najbardziej wymagających aplikacji. Na co dzień do rutynowych pomiarów poza laboratorium możemy spotkać się z prostymi kieszonkowymi refraktometrami lunetkowymi.

Za pomocą refraktometru możemy dokonać szereg pomiarów z zakresu analizy ilościowej, analizy jakościowej czy badania fizykochemiczne. Za pomocą refraktometru możemy oznaczyć np. stężenie cukru w winnym moszczu, stężenie alkoholu etylowego w roztworze (np. piwie, winie czy środku dezynfekcyjnym), zawartości soli w wodzie morskiej czy zawartości wody w miodzie. Za pomocą refraktometru możemy dokonać identyfikacji związków chemicznych oraz określić ich poziom zanieczyszczenia. Analiza jakościowa jest szczególnie przydatna przy kontroli jakości surowców w przemyśle kosmetycznym, spożywczym, petrochemicznym czy farmaceutycznym. W przypadku badań fizykochemicznych za pomocą refraktometru można np. wyznaczyć refrakcję molową i jej składowe.

refraktometr

Refraktometry praktycznie znajdują zastosowanie w każdej dziedzinie życia codziennego. Refraktometry spotyka się w przemyśle samochodowym np. do badania płynów eksploatacyjnych, do kontroli temperatury wrzenia płynów hamulcowych, do kontroli jakości płynu AdBlue. W przemyśle spożywczym można refraktometr oprócz wspomnianych już pomiarów zawartości wody w miodzie czy zawartości alkoholu w płynach można wykorzystać do pomiaru zawartości cukru w sokach, mlecznych napojach czy w piwie. W przypadku wykorzystania refraktometru do pomiaru cukru należy zastosować refraktometr wyposażony w skalę obejmującą spodziewany zakres. W przemyśle spożywczym refraktometry znajdują także zastosowanie np. do określenia zawartości soli w solance, do olejów roślinnych i emulsji olejowych. Spotykamy refraktometry dla akwarystów i użytkowników basenów. W przemyśle metalowym znajdują zastosowanie refraktometry do pomiaru olejowych emulsji, emulsji chłodzących i wiele innych. W przemyśle petrochemicznym zastosowanie znajdują urządzenia np. do badania substancji naftowych i plam ropy na wodzie.

Na co dzień możemy refraktometry spotkać w laboratoriach medycznych i weterynaryjnych do badania właściwości moczu. Za pomocą trzech skal można określić ciężar właściwy moczu, indeks refrakcji oraz białko w surowicy.

Refraktometry są zróżnicowane pod względem części optycznej. Poszczególne urządzenia posiadają specyficzną skalę za pomocą której można bezpośrednio odczytać wynik dla mierzonego medium lub można wynik porównać ze skali do uniwersalnych jednostek fizycznych np. indeks refrakcji RI, gęstość cieczy i inne.

Pomiar za pomocą refraktometru jest niezmiernie prosty. Na szklany pryzmat nakłada się kilka kropli mierzonego roztworu, nakrywa pryzmat z cieczą pokrywką, a następnie należy skierować pryzmat w kierunku światła i spojrzeć w okular, gdzie znajduje się skala.

Właściwie refraktometry spotykamy w każdej dziedzinie życia. Są to urządzenia bardzo proste w obsłudze, zwykle niedrogie. Przy wyborze urządzenia warto zaczerpnąć porady specjalisty, aby dokonać właściwego wyboru. W firmie DANLAB na pewno właściwie zostanie dobrany dla Państwa przyrząd, oferta jest bardzo szeroka.

Branża muzyczna dotkliwie odczuwa przedłużające się zamknięcie. Odbicie może potrwać co najmniej trzy lata

Polska branża muzyczno-festiwalowa przeżywa trudny okres w związku z pandemią COVID-19. Koncerty na żywo nie odbywają się już od wielu miesięcy, a artyści stracili dochody ze sprzedaży biletów, które są dla nich jednym z głównych źródeł przychodów. W jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej znalazły się też tysiące pracowników backstage’owych, takich jak dźwiękowcy, oświetleniowcy, choreografowie czy ekipy scenograficzne. Dziennikarz muzyczny Piotr Metz podkreśla jednak, że publiczność jest spragniona możliwości pójścia na tradycyjny koncert i obcowania z muzyką, dzięki czemu – po zakończeniu przymusowego przestoju – branża muzyczna może przeżyć prawdziwy boom.

– Brak koncertów jest dramatem, bo to na nich i sprzedaży biletów artyści głównie zarabiają. Niespecjalnie sprawdził się – przynajmniej w naszym przypadku, ale myślę, że na świecie też nie jest z tym zbyt dobrze – model koncertów online’owych. Jeżeli wykupi się dostęp, można być na swoistym backstage’u, widziałem też takie przypadki, kiedy artysta po koncercie rozmawiał z publicznością na Zoomie. To jednak nie jest to samo. To ciągle jest traktowane jako taki tymczasowy substytut, a nie prawdziwy koncert – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Metz, dziennikarz muzyczny.

Pandemia COVID-19 nie oszczędziła branży muzycznej, która wytwarza ok. 3,5 proc. krajowego PKB. Większość koncertów, festiwali i wydarzeń kulturalnych wiosną ubiegłego roku została przełożona na późniejsze miesiące. Odbyła się tylko część z nich, przy ograniczonej liczbie widzów, w miesiącach, kiedy sytuacja epidemiczna wydawała się opanowana. Jesienne miesiące przyniosły kolejne zamknięcie i branża nadal trwa w zawieszeniu. Na powrót do normalnego funkcjonowania – w związku z rozpoczynającą się właśnie w Polsce trzecią falą pandemii – prawdopodobnie będzie musiała zaczekać jeszcze kilka lub kilkanaście miesięcy.

– Są artyści, którzy twierdzą, że wykorzystali pandemię na złapanie oddechu czy nagranie płyty, na którą wcześniej nie mieli czasu, ale jest to bardzo mocny strzał. Na początku wszyscy próbowaliśmy zaistnieć, tak jak się dało: telefonami, Zoomami i innymi projektami, a potem okazało się, że najgorsze, co spotkało branżę, to brak perspektywy dłuższej niż dwa tygodnie do przodu. Gdybyśmy już dziś mogli planować, to wszystko by było w porządku, ale tego przecież nie wiemy – podkreśla Piotr Metz.

Muzycy i artyści od miesięcy nie zarabiają na sprzedaży biletów, które są dla nich jednym z głównych źródeł przychodów. Ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą, mogli co prawda skorzystać z pomocy finansowej przewidzianej w kolejnych tarczach antykryzysowych, takiej jak zwolnienia z ZUS czy jednorazowa zapomoga w wysokości 5 tys. zł, ale większość z nich podkreśla, że była to tylko kropla w morzu potrzeb i ponoszonych kosztów.

 Artyści swoje życie spędzali w rytm kalendarza koncertów, tras koncertowych, festiwali. Nagrywali nowe płyty z reguły jesienią, zimą lub wiosną, by potem, gdy jest ciepło, pojechać z nimi na koncerty. To wszystko zostało z dnia na dzień praktycznie zerwane. Myślę, że w wielu przypadkach jest to duży dramat – ocenia dziennikarz.

Pandemia sprawiła, że w jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej znalazły się też tysiące pracowników backstage’owych: dźwiękowcy, oświetleniowcy, pracownicy techniczni, operatorzy kamer, choreografowie, ekipy scenograficzne, kierowcy, ochrona, menedżerowie czy osoby zajmujące się organizacją koncertów.

 Oni z dnia na dzień stracili wszystko, bo artyści często mają jeszcze tantiemy autorskie i inne możliwości, żeby zaistnieć. Natomiast ta branża z dnia na dzień stanęła w punkcie zerowym. Mało tego, grozi nam przejęcie jej przez bogatsze podmioty zagraniczne, co byłoby tragedią – mówi Piotr Metz. – Znam już przypadki, kiedy trzeba było wyprzedawać sprzęt czy oddać firmę komuś innemu.

Jak podkreśla, artystom bardzo doskwiera brak kontaktu z publicznością, która często motywuje do pracy nad kolejnymi utworami.

– Miałem okazję niedawno świętować jubileusz grupy SBB w katowickim NOSPR-ze, fantastyczny koncert z orkiestrą symfoniczną. Grają 10-minutowwy utwór, który odgrzebali po latach, orkiestra im towarzyszy, potem następuje wielki finał, crescendo i zapada cisza. To jest to, czego w tej chwili w branży najbardziej brakuje i na dłuższą metę branża bez tego moim zdaniem sobie nie poradzi – przekonuje dziennikarz muzyczny.

Z drugiej strony publiczność także jest spragniona powrotu do normalności, tradycyjnych koncertów i spotkań z muzyką na żywo. To stwarza szansę, że po zakończeniu przymusowego przestoju branża muzyczna może przeżyć prawdziwy boom, co pozwoli jej odrobić część strat.

– Jest ogromny głód żywego obcowania z muzyką i to po obydwu stronach – mówi Piotr Metz – Idzie wiosna. Liczymy na to, że za chwilę jakaś jaskółka się pojawi i wszystko powolutku ruszy, bo w tej chwili perspektywy są złe.

Według danych firmy doradczej PwC w 2019 roku łączna wartość sprzedanych w Polsce wejściówek na koncerty, festiwale i wydarzenia muzyczne wyniosła 155 mln dol. Na koniec 2020 roku eksperci prognozowali aż 60-proc. spadek do 50 mln dol. Podobny spadek branża zanotuje na całym świecie. W raporcie „Global Entertainment & Media Outlook 2020–2024” PwC szacuje, że tempo odbudowy będzie uzależnione od poprawy sytuacji epidemiologicznej, ale przychody z tytułu sprzedaży biletów nie osiągną w Polsce wartości z 2019 roku jeszcze przez co najmniej trzy lata. Według październikowych prognoz w tym roku mają one wynieść ok. 93 mln dol.

Sprawy frankowe zalegają w sądach. Planowana na marzec uchwała Sądu Najwyższego ma ujednolicić orzecznictwo i przyspieszyć postępowania

Liczba spraw w sądach dotycząca kredytów frankowych stale rośnie. Tylko w styczniu tego roku do Sądu Okręgowego w Warszawie, który rozpatruje większość spraw frankowych, wpłynęło dwukrotnie więcej pozwów w porównaniu ze styczniem 2020 roku. W całym ubiegłym roku było ich około 16 tys., czyli czterokrotnie więcej niż rok wcześniej, więc czas trwania postępowań znacznie się wydłużył. – Uchwała Izby Cywilnej Sądu Najwyższego zaplanowana na 25 marca powinna ujednolicić orzecznictwo sądów powszechnych w sprawach frankowych, a także doprowadzić do przyspieszenia postępowań – ocenia adwokat Bartosz Czupajło.

29 stycznia prof. Małgorzata Manowska, pierwsza prezes Sądu Najwyższego, wystąpiła z wnioskiem o rozstrzygnięcie przez skład całej Izby Cywilnej Sądu Najwyższego zagadnień prawnych dotyczących tematyki kredytów denominowanych i indeksowanych w walutach obcych. Przygotowała również obszerny dokument, który ujawnił rozbieżności w wykładni przepisów prawa w orzecznictwie Sądu Najwyższego i sądów powszechnych. Termin posiedzenia został wyznaczony na 25 marca. Uchwała Izby Cywilnej Sądu Najwyższego będzie miała moc zasady prawnej.

Obecnie zbyt wiele kwestii jest rozstrzyganych odmiennie przez sądy różnych instancji, co przekłada się na długość postępowań, obszerność pism i postępowania dowodowego prowadzonego przez strony. To bardzo ważne, aby sprawy, które są przecież w dużej mierze do siebie podobne, były również rozstrzygane w podobny sposób – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Czupajło, adwokat kancelarii Czupajło & Ciskowski, ekspert kampanii społecznej Prawo bez Strachu.

Statystyki z poprzednich lat pokazują wręcz lawinowy wzrost liczby tzw. spraw frankowych. Z informacji udostępnionych przez rzeczniczkę Sądu Okręgowego w Warszawie wynika, że w 2017 roku na wokandę Sądu Okręgowego w Warszawie trafiło 999 pozwów przeciwko bankom z zakresu spraw frankowych, w 2018 roku to było 2631 spraw, a w 2019 roku już 4634 pozwów. 2020 rok był rekordowy pod względem liczby pozwów skierowanych przeciwko bankom. Do Sądu Okręgowego w Warszawie zostało złożonych ponad 15 588 pozwów, co w porównaniu do 2019 roku pokazuje prawie czterokrotny wzrost. Do stołecznego sądu trafia ponad połowa takich spraw w skali kraju. Eksperci podkreślają, że jeśli tendencja wzrostowa utrzyma się w takiej skali, przekroczy to możliwości sądów, stąd potrzebne są rozwiązania systemowe.

Tym bardziej że rekordowa liczba spraw przyczynia się do wydłużenia czasu ich rozpoznawania. Dodatkowo czas ten jest bardzo różny w zależności od sądu czy sędziego rozpatrującego sprawę.

Niektórzy sędziowie rozpoznają te sprawy na pierwszej czy drugiej rozprawie, inni potrzebują czterech lub pięciu. Nie zawsze jest to uzależnione od sędziego. Często jest to problem związany z liczbą świadków wzywanych do sądu, a wnioskowanych przez banki, lub z opiniami biegłych, na które często trzeba bardzo długo czekać. Jeśli liczba spraw frankowych będzie dalej rosła, a wszystko na to wskazuje, będzie to ogromne wyzwanie dla sądów – dodaje Bartosz Czupajło.

Tak duże zainteresowanie sprawami frankowymi to przede wszystkim wynik korzystnego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, które przełożyło się na pozytywne rozstrzygnięcia dla kredytobiorców w orzecznictwie krajowym. Można się spodziewać, że w 2021 roku padnie kolejny rekord. Tylko w styczniu do SO w Warszawie wpłynęło 1897 pozwów w sprawach frankowych (dla porównania w styczniu 2020 roku było ich 808).

Ponadto, jak podaje serwis Franknews.pl, sprawy dotyczące kredytów frankowych stanowiły w 2020 roku 71 proc. wszystkich nowych spraw, które zostały poddane pod rozstrzygnięcie Sądu Okręgowego w Warszawie. Dane dotyczące liczby spraw przypadających na jednego sędziego w SO w Warszawie są jeszcze bardziej wymowne. Pod koniec 2020 roku w referacie orzekającego tam sędziego średnio znajdowało się około 590 spraw, z czego 313 to były sprawy frankowe. Dla porównania rok wcześniej każdy sędzia miał około 361 spraw, z czego frankowe oscylowały w granicach 119.

Rzeczniczka prasowa stołecznego SO zapowiedziała, że 1 kwietnia br. zacznie działać nowy wydział do spraw frankowych, który ma poprawić organizację pracy i usprawnić postępowania.

Powstanie nowego wydziału wyspecjalizowanego w sprawach kredytów frankowych budzi mieszane uczucia. Z jednej strony są pewne nadzieje, że pomoże to ujednolicić praktykę sądową i pozwoli przyspieszyć rozpoznawanie tego typu spraw z uwagi na wyspecjalizowanie sędziów w tym zakresie, a także wdrożenie pewnych technologicznych rozwiązań, które powinny wspomóc sędziów w obsłudze tego rodzaju postępowań. Z drugiej strony obecnie sprawy frankowe trafiają do sześciu różnych wydziałów cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie, a po reformie będą trafiały do jednego. W efekcie mniej sędziów będzie obsługiwało taką samą liczbę spraw, która zresztą wciąż wzrasta. Pozostaje pytanie, czy to nie spowoduje efektu odwrotnego od zamierzonego. Musimy poczekać przynajmniej do połowy tego roku – zauważa ekspert kampanii społecznej Prawo bez Strachu.

Jak podkreśla, przeprowadzanie rozpraw w trybie zdalnym jest pewnym rozwiązaniem w obecnej sytuacji, zwłaszcza w kontekście pandemii. Jednak rozprawy prowadzone online nie rozwiążą problemu związanego z ogromną liczbą spraw, które czekają na rozpoznanie.

– To jednak wciąż sędzia musi poświęcić swój czas na to, żeby zapoznać się z aktami, przeprowadzić rozprawę i ostatecznie wydać rozstrzygnięcie. Rozprawy online są rozwiązaniem pożądanym i dobrze, że praktyka idzie w tym kierunku, ale nie jest to remedium na aktualne bolączki, które trawią polski wymiar sprawiedliwości – podsumowuje Bartosz Czupajło.

 

Warszawska giełda przyciąga coraz więcej spółek gamingowych. Jest pod tym względem światowym liderem

Na warszawskiej giełdzie – zarówno na NewConnect, jak i na parkiecie głównym – notowanych jest coraz więcej spółek z sektora gamingowego. Jest ich w sumie ok. 60, a ich łączna kapitalizacja wynosi ok. 50 mld zł. Jak podkreślają przedstawiciele GPW, pod względem liczby notowanych spółek growych Warszawa jest światowym liderem. Ubiegłotygodniowy debiut amerykańskiej Huuuge był największą ofertą firmy z branży gier mobilnych w Europie i cieszył się dużym zainteresowaniem inwestorów indywidualnych. Choć nie był on spektakularnym sukcesem pod względem wzrostu ceny akcji pierwszego dnia notowań, to segment ten pozostaje atrakcyjny dla inwestorów ze względu na dobre perspektywy rozwoju dla całego rynku.

– Polski rynek profesjonalizuje się w obszarze gier. Mamy już niemalże 60 spółek z tego segmentu notowanych na rynku głównym i na NewConnect. Ta liczba plasuje warszawski parkiet wśród globalnych liderów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kopka, dyrektor w Dziale Emisji Akcji Haitong Banku.

Jak wskazuje GPW, warszawska giełda od października ubiegłego roku wyprzedza technologicznych liderów jak giełdy w Japonii i Korei Południowej. Ostatni debiut Huuuge powiększył grono spółek gamingowych, których kapitalizacja na polskiej giełdzie przekracza 1 mld zł. Wśród nich są m.in. CD Projekt, 11 bit studios, Ten Square Games, PCF Group i PlayWay.

W ciągu niespełna dwóch i pół roku swego istnienia indeks WIG.GAMES na GPW zyskał ponad 120 proc., rosnąc z nieco ponad 13,3 tys. punktów do niemal 29,5 tys. Dla porównania – indeks szerokiego rynku WIG w tym czasie wzrósł o 0,8 proc., a indeks największych spółek stracił 12 proc.

W składzie portfela WIG.GAMES jest tylko pięć największych spółek z rynku głównego, podczas gdy łącznie na obu parkietach funkcjonuje około 60 podmiotów, z tego trzy czwarte na NewConnect. Kapitalizacja wszystkich spółek z tego sektora notowanych w Polsce wynosi ponad 48 mld zł.

– Kapitalizacja największej spółki, którą jest CD Projekt, wynosi około 26 mld zł, czyli spółka odpowiada za około 55 proc. wartości całego rynku. W ostatnim roku spółka ta odnotowała jednak spadek kursu akcji, podczas gdy kolejnych 12 (pod względem wartości) spółek, których kapitalizacja sięga około 14 mld zł, wykazało wzrost kursu akcji, który przełożył się na łączny wzrost ich kapitalizacji o 70 proc. Z perspektywy tych głównych podmiotów mówimy o rosnącym rynku – wyjaśnia Andrzej Kopka. – Pozostałe spółki z sektora gamingowego, których kapitalizacja wynosi łącznie 2,5 mld zł, miały dużo bardziej mieszane wyniki, jeżeli chodzi o zwrot na akcjach, tutaj mieliśmy trochę wzrostów, trochę strat. Per saldo kapitalizacja tych spółek zmieniła się przez ostatni rok o 12 proc. in plus.

Pandemia przełożyła się na wzrost kosztów sektora spowodowany przestawieniem się na pracę zdalną, co było zresztą jednym z powodów pierwszego opóźnienia premiery Cyberpunka 2077. Wzrosło natomiast zapotrzebowanie zamkniętych w domach konsumentów na gry, wydłużył się też czas grania. Dlatego ogólnie pandemia nie powinna mieć negatywnego wpływu na całą branżę. Zdaniem Andrzeja Kopki perspektywy rozwoju branży pozostają atrakcyjne z powodów fundamentalnych, wynikających z rosnącego zapotrzebowania na gry.

– Spółki gamingowe cieszą się zainteresowaniem inwestorów nie tylko w Polsce, ale właściwie na całym świecie. Globalna wartość sektora gamingu sięga już około 160 mld dol., więc jest to duży segment i do tego szybko rosnący, w tempie około 9 proc. rocznie – mówi dyrektor w Dziale Emisji Akcji Haitong Banku. – W całym 2020 roku wartość transakcji kapitałowych w sektorze growym przekroczyła 33 mld dol., z czego oferty publiczne stanowiły około połowę. Pozostałe transakcje mają charakter fuzji i przejęć czy też inwestycji w różne rundy finansowania venture capital, co pokazuje, że również niepubliczna część rynku jest bardzo aktywna. Na niej warto wskazać chociażby nordyckie Stillfront czy Embracer Group, które od początku 2020 roku przeprowadziły już ponad 30 transakcji. Mamy również przykłady takich transakcji jak przejęcie ZeniMax przez Microsoft – transakcja o wartości przekraczającej 7,5 mld dol.

Choć pierwszy dzień notowań Huuuge, która zadebiutowała 19 lutego 2021 roku, zakończył się spadkiem wartości akcji o 1 proc., to popyt na akcje wśród inwestorów indywidualnych był bardzo duży. Złożyli zapisy ponad 30-krotnie przekraczające liczbę oferowanych akcji. Oferta publiczna amerykańskiej spółki była warta 1,67 mld zł i była rekordowa zarówno w sektorze spółek gamingowych na GPW, jak i wśród producentów gier mobilnych w Europie.

– Sektor jest interesujący z punktu widzenia inwestycyjnego. Historie sukcesów spółek, które zrealizowały produkcje bardzo dobrze przyjęte przez graczy i osiągnęły sukces finansowy, przełożyły się na spektakularne wzrosty kursów akcji na giełdzie, co z pewnością przekłada się na pozytywne oczekiwania inwestorów w zakresie inwestycji w tego typu spółki – podsumowuje Andrzej Kopka. – Co ważne, segment growy nigdy nie był oczywistym segmentem w zakresie finansowania dłużnego, które często wiąże się z koniecznością przedstawienia jakiegoś zabezpieczenia. Stąd też rynki kapitałowe, w szczególności rynek akcji, wydają się bardzo dobrym źródłem finansowania tego typu projektów i spółek.

Technologia przyspiesza rozwój telemedycyny. e-rejestracja, e-recepta, e-zwolnienie

Pandemia COVID-19 spowodowała, że świat przechodzi proces przyspieszonej adaptacji nowych technologii. Tą tendencją objęty jest także sektor opieki zdrowotnej, który w ostatnim roku znacznie rozwinął ofertę usług oferowanych online. Otwartość na tę podaż widać zarówno wśród dostawców usług medycznych, jak i samych pacjentów. Elektroniczne skierowania, recepty czy zwolnienia to już nasza codzienność, a liczba użytkowników Internetowego Konta Pacjenta pod koniec października ub.r. sięgnęła 3,5 mln osób[1]. Ponadto, w ofercie kilku kluczowych dostawców prywatnych usług medycznych działa już zaawansowana usługa potwierdzania tożsamości online.

Tradycyjne, papierowe recepty zostały już w Polsce niemal całkowicie odesłane do lamusa i zastąpione receptami elektronicznymi, funkcjonującymi od stycznia 2020 r. Już w maju ub. r. odsetek wystawianych e-recept wobec całego wolumenu recept wystawianych przez lekarzy wyniósł 95 procent[2] . Tylko w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy zeszłego roku polscy lekarze wystawili ich łącznie 207 mln dla 20,5 mln pacjentów. Kolejny etap cyfryzacji w państwowej służbie zdrowia ma miejsce właśnie teraz – od  stycznia 2021 r. wszystkie przychodnie w pełni korzystają z elektronicznych skierowań[3].  Weryfikacja tożsamości pacjenta online, już dziś wdrażana z powodzeniem w sieciach prywatnych placówek medycznych, to następny logiczny krok w tym procesie.

Cyfrowe zarządzanie

Rozwój medycyny online jest zasługą nie tylko otwartości sektora medycznego na zmiany oraz presji legislacyjnej, ale również dostarczanych nowoczesnych rozwiązań technologicznych. Weryfikacja tożsamości pacjenta, prowadzenie dokumentacji, przekazywanie wyników badań – w realiach cyfrowych wszystkie te działania wymagają daleko idącej automatyzacji. Jednym z jej warunków jest sprawna i bezpieczna weryfikacja tożsamości pacjenta.

Zdalna weryfikacja tożsamości, którą zapewnia usługa mojeID dostarczana przez KIR, jest
z powodzeniem wykorzystywana w sektorze prywatnych usług medycznych. Mechanizm działania usługi jest prosty, a zarazem niezwykle efektywny – zarówno z punktu widzenia pacjenta, jak i całego systemu opieki medycznej. Polega on na bezkontaktowym potwierdzaniu tożsamości w oparciu o dane pacjenta pochodzące z zaufanego źródła, takiego jak np. bankowość internetowa. Dzięki temu możliwe jest załatwienie wszelkich formalności sprawnie, bez potrzeby wizyty w placówce medycznej. Usługa mojeID daje gwarancję bezpiecznego i jednoznacznego uwierzytelniania pacjenta.

Obecnie serwisy rezerwacyjne czy punkty medyczne radzą sobie z kwestią rejestracji teleporady na różne sposoby. W wielu przypadkach, w czasie wizyt online pacjent jest zobowiązany podawać PESEL, adres zameldowania lub inne dane wrażliwe. Nie zawsze jest to bezpieczne, a tym bardziej nie jest to komfortowe – taki proces trwa znacznie dłużej niż rejestracja za pomocą mojeID. Optymalizacja ścieżki rejestracji pacjenta i niezbędnego dopełnienia formalności oznacza więcej czasu na świadczenie usług i bezpośredniej opieki nad pacjentem.

Zdalna weryfikacja tożsamości pomaga zadbać o bezpieczeństwo zarówno personelu, jak i pacjentów, co w czasach pandemii nabrało szczególnego znaczenia. Dzięki możliwości rejestracji online, ograniczany jest kontakt lekarzy z pacjentami co pozwala zniwelować ryzyko związane z rozprzestrzenianiem się chorób. Sieci Medicover, Enel-med oraz Centrum Medyczne Damiana Holding od pewnego czasu wykorzystują mojeID, dzięki czemu ich pacjenci mają dostęp do portalu pacjenta czy aplikacji mobilnej. Bez konieczności odwiedzania stacjonarnej placówki mogą umówić wizytę, odebrać wyniki swoich badań czy też mieć wgląd w historię leczenia, zyskując komfort możliwości zdalnego załatwienia swoich spraw i oszczędność czasu.

W ostatnim roku zaobserwowaliśmy zwiększony wzrost zainteresowania naszymi rozwiązaniami z zakresu zdalnych kontaktów z lekarzem. Możliwość uzyskania dostępu do wrażliwych danych medycznych za pomocą mojeID jest z miesiąca na miesiąc coraz chętniej wykorzystywane przez naszych pacjentów. Zdalne uzyskania dostępu do platformy Medicover Online umożliwia pacjentowi nie tylko założenie konta, ale również skorzystanie z porady specjalisty, odebranie recepty, skierowania lub zwolnienia lekarskiego oraz weryfikację zaleceń lekarskich. Wszystko bez wychodzenia z domu.
W mojej ocenie to rozwiązanie, które gwarantuje nie tylko bezpieczeństwo w czasie pandemii, ale i dużą wygodę dla naszych pacjentów. W Medicover wierzymy, że rozwiązania zdalne są przyszłością i istotną częścią świadczenia usług zdrowotnych, dlatego mamy  jeszcze wiele ciekawych pomysłów na udostępnianie kolejnych rozwiązań –
mówi Magdalena Dębowska, Kierownik ds. Serwisów Internetowych, Medicover Polska.

W dobie zwiększonego zapotrzebowania na świadczenia zdrowotne, możliwość skorzystania
z teleporady powiązanej z rejestracją online, wystawieniem e-skierowania czy e-recepty ma ogromny wpływ na sprawność i efektywność systemu opieki medycznej. Efektem jest nie tylko możliwość obsłużenia większej liczby pacjentów, ale optymalizacja procesów biznesowych.

Digitalizacja w telemedycynie to nie tylko sprawna rejestracja

Możliwość elektronicznej weryfikacji tożsamości naturalnie łączy się z umożliwieniem zdalnego podpisywania dokumentów przez lekarzy, personel medyczny czy pacjentów i znacząco wpływa wzrost  poziomu digitalizacji systemu opieki zdrowotnej.

Intensywny rozwój telemedycyny, który obserwujemy szczególnie w ciągu ostatnich miesięcy pokazuje jak duży jest potencjał tego rynku. Wciąż pozostaje jednak wiele obszarów, które pilnie wymagają digitalizacji. Warunkiem jest dalsza popularyzacja usług zaufania i zdalnej weryfikacji tożsamości. Udostępniane przez KIR rozwiązania, jak usługa mojeID czy mobilny, kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir, dostępny całkowicie online, są z sukcesem wykorzystywane – poza medycyną, także w wielu innych sektorach gospodarki. Czas pandemii wyraźnie pokazał znaczenie dostępu do usług świadczonych zdalnie i możliwość obsługi klientów w trybie online dla funkcjonowania niemal każdej gałęzi gospodarki – mówi Piotr Wichowski, dyrektor Linii biznesowej usługi identyfikacji w KIR.

Potencjał do wdrażania kolejnych ułatwień związanych z usługami online, takimi jak mojeID, w ramach prywatnej opieki zdrowotnej wciąż jest duży. Przykłady firm takich jak Medicover, Enel-med czy Centrum Medyczne Damiana, które z powodzeniem wdrożyły system zdalnej weryfikacji pacjentów pokazują, że jest to rozwiązanie niezwykle efektywne, które usprawnia procesy i zwiększa zadowolenie pacjentów ze świadczonych usług.

[1] Kolumna24, Innowacje rewolucjonizują medycynę. Bez cyfrowych rozwiązań służba zdrowia nie poradziłaby sobie w czasie pandemii, grudzień 2020

[2] Kolumna24, Innowacje rewolucjonizują medycynę. Bez cyfrowych rozwiązań służba zdrowia nie poradziłaby sobie w czasie pandemii, grudzień 2020

[3] Dziennik Gazeta Prawna, Cyfryzacja ochrony zdrowia zwiększa bezpieczeństwo, listopad 2020

Na co zwracać uwagę przy urządzaniu własnej kuchni?

Aby kuchnia dobrze spełniała swoją funkcję, powinna nie tylko dobrze wyglądać, ale przede wszystkim być funkcjonalna. Każdego dnia spędzasz w niej sporo czasu i błędy popełnione przy jej projektowaniu mogą Ci utrudnić codzienne gotowanie. Oto kilka wskazówek, które Cię przed nimi uchronią!

Funkcjonalny trójkąt roboczy

Tzw. trójkąt roboczy to obszar, z którego korzystasz podczas przygotowywania posiłków, składający się z trzech stref: przechowywania, zmywania i gotowania. Jego uzasadnieniem jest kolejność czynności, które wykonujesz w kuchni, szykując coś do jedzenia: najpierw otwierasz lodówkę i wyjmujesz z niej składniki, później myjesz je pod bieżącą wodą, a na końcu poddajesz obróbce termicznej na płycie grzewczej lub w piekarniku. Z tego powodu wierzchołkami trójkąta roboczego powinny być lodówka, zlewozmywak i kuchenka z płytą. Istotne są również odległości między nimi, które w idealnej sytuacji powinny wynosić:

  • 120-210 cm w przypadku zlewozmywaka i lodówki,
  • 120-270 cm w przypadku lodówki i kuchenki,
  • 90 lub 120-210 cm w przypadku zlewozmywaka i kuchenki.

Jeśli zachowasz te proporcje, skrócisz odległości, które pokonujesz zwykle podczas przygotowywania posiłków – zaoszczędzisz więc na czasie.

Szafek nigdy za wiele

Nawet jeśli obecnie nie masz dużo akcesoriów kuchennych, z biegiem lat ich liczba będzie rosnąć, a Tobie zacznie brakować miejsca do ich przechowywania. Stojąc na blacie roboczym, będą zajmować miejsce potrzebne do przygotowywania posiłków, a przy tym wprowadzać do pomieszczenia przytłaczający chaos.

Unikniesz tego, jeśli już na etapie projektowania kuchni zadbasz o to, by znalazło się w niej miejsce na odpowiednią liczbę szafek i szuflad. Zorganizuj je też w taki sposób, by były nie tylko pojemne, ale także funkcjonalne. Pomogą Ci w tym wysuwane koszyki i najróżniejsze organizery, dzięki którym każdy przedmiot znajdzie swoje miejsce i będzie zawsze pod ręką.

Nowoczesne urządzenia kuchenne

Na Twój codzienny komfort podczas gotowania wpłynie również to, jakie urządzenia wybierzesz. Producenci współczesnego AGD wyposażają je w szereg innowacyjnych funkcji, które nie tylko zapewniają Ci wygodę i bezpieczeństwo, ale wręcz ułatwiają przygotowywanie potraw.

Aby kuchnia była jak najbardziej funkcjonalna, wybierz takie sprzęty, które łączą w sobie funkcje kilku urządzeń – zajmą niewiele miejsca, a jednocześnie zapewnią Ci dużo możliwości. Przykład? Nowoczesne piekarniki mogą dysponować funkcją gotowania z wykorzystaniem pary, umożliwiającą przygotowywanie zdrowych potraw bez grama tłuszczu. Grille elektryczne mogą mieć wymienne płytki do gofrów, panini, a nawet do ciasteczek. Innowacyjne płyty gazowo-indukcyjne stanowią z kolei połączenie dwóch rodzajów popularnych płyt grzewczych. Dzięki temu możesz korzystać z zalet płyty indukcyjnej i gazowej, choć masz na blacie tylko jedno urządzenie.

Design na lata?

Kuchnię urządzasz zapewne raz na kilka lub kilkanaście lat. Wybierając jej kolorystykę i wyposażenie, zwróć uwagę, by ich wygląd nie znudził Ci się w krótkim czasie – a jeśli już się znudzi, by można go było szybko odświeżyć, bez dużego wkładu finansowego. Pamiętaj o tym, że w zasadzie każdy element wystroju kuchni możesz przemalować. Wymaga to nieco wysiłku, lecz pozwala szybko zmienić aranżację, i to w względnie tanim kosztem.

Pandemia i nowe przepisy spowodowały dynamiczny wzrost liczby upadłości konsumenckich. W tym roku rekord może zostać pobity

Ponad 13 tys. upadłości konsumenckich zostało ogłoszonych w ubiegłym roku. To o 2/3 więcej niż rok wcześniej. Ten przyrost to z jednej strony efekt przepisów, które weszły w życie w marcu 2020 roku, a z drugiej strony – pandemicznego kryzysu. Wprawdzie zmienione prawo zapewnia, że każdy wniosek o upadłość zostanie przyjęty, kryją się w nich jednak pułapki, przez które zadłużony konsument, decydując się na taki krok, może wyrządzić sobie więcej szkód, niż zyskać korzyści.

Na pewno ten rok i następny będą bardzo istotne, jeżeli chodzi o upadłość konsumencką. Wiele osób w związku z pandemią będzie zmuszonych udać się po tę formę oddłużenia. Z drugiej strony jednak przestrzegam przed zbyt łatwym wchodzeniem w proces upadłościowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Oppenheim z Kancelarii Doradztwa Finansowego. Oddłużanie, Upadłość konsumencka. – Upadłość konsumencka ma nie tylko swoje zalety, ale też bardzo dużo wad. Patrzymy bowiem na samo oddłużenie, natomiast nie zastanawiamy się nad tym, jakie są minusy upadłości, m.in. hamowanie aktywności zawodowej, także utrata posiadanego majątku, bo musimy złożyć tenże do masy upadłości.

Wniosek o upadłość konsumencką mogą złożyć osoby, które nie są w stanie regulować swoich zobowiązań od co najmniej trzech miesięcy. Głównym celem postępowania upadłościowego jest oddłużenie polegające na zaspokojeniu wierzycieli, np. z majątku dłużnika, bądź umorzeniu części lub całości długów. Jak wynika z analiz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku ogłoszono upadłość konsumencką w stosunku do 13 084 osób. To o 64,5 proc. więcej niż w 2019 roku i jedna trzecia wszystkich upadłości zarejestrowanych w ciągu sześciu lat. Rekord padł w grudniu 2020 roku, gdy upadłość ogłosiło 1809 osób. Granica tysiąca upadłości po raz pierwszy została przekroczona pół roku wcześniej.

Możliwość ogłoszenia upadłości przez konsumentów istnieje od stycznia 2015 roku. Przez pięć lat około połowy wniosków było jednak odrzucanych. Niemal równocześnie z wprowadzeniem pierwszego lockdownu w marcu 2020 roku weszły jednak w życie zmiany w prawie ułatwiające rozpoczęcie procesu upadłości konsumenckiej. Wcześniej sąd sprawdzał, czy niekorzystna sytuacja finansowa dłużnika nie powstała z jego winy, i dopiero wtedy decydował o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku. Obecnie każde zgłoszenie upadłości przez dłużnika kończy się jej ogłoszeniem, natomiast to sąd rozstrzyga, czy i w jakiej wysokości – dostosowanej do aktualnej możliwości dłużnika – oraz przez jak długi czas (do siedmiu lat) dłużnik będzie spłacał zobowiązania. Ponieważ jednak wiele osób nie zna szczegółowych zasad, zamiast oddłużenia może stanąć w obliczu utraty majątku.

– Nowe przepisy wbrew pozorom nie są w każdym przypadku korzystne dla upadłych. Owszem, upadłość może ogłosić nawet osoba, która wykonała wiele posunięć lekkomyślnie, można jej zarzucić rażące niedbalstwo, natomiast proces upadłościowy może się przeciągnąć nawet do 10 lat. Nie wszystkie procedury są jasne i może nastąpić zbycie majątku z udziałem syndyka i brak oddłużenia – tłumaczy Krzysztof Oppenheim. – Pewne zapisy w obecnej ustawie o upadłości konsumenckiej są niejednoznaczne, pozwalające na różne interpretacje i jest to poważne zagrożenie dla tych osób, które są nieprzygotowane, idą po upadłość bez odpowiedniej wiedzy. Zalecam również zabezpieczenie się i korzystanie z pomocy pełnomocnika w okresie postępowania upadłościowego wtedy, kiedy sprawą opiekuje się syndyk. Jest to obrona przed sytuacją, kiedy syndyk wyraźnie będzie działał w interesie wierzycieli ze szkodą dla upadłego.

Dodaje, że w najlepszej sytuacji są te osoby, które nie posiadają żadnego majątku. Wówczas nie mają nic do stracenia, a mogą liczyć na oddłużenie. Tu jednak też kryje się pułapka, jeśli bowiem w ciągu ostatnich pięciu lat – a sąd sprawdza sytuację finansową wstecz – dokonali darowizny majątku, np. nieruchomości, to nie mogą liczyć na darowanie długów. Ten mechanizm zadziała także w przyszłości. W przypadku gdy podczas trwania procesu upadłościowego zadłużony otrzyma spadek, to wejdzie on do masy upadłości.

– Upadłość konsumencka może okazać się bardzo niekorzystna dla byłych przedsiębiorców, którzy utracili płynność finansową. Procedura upadłościowa obecnie zakłada dokładną weryfikację transakcji, które ów przedsiębiorca przeprowadził w okresie ostatnich 12 miesięcy, i nie wszystkie działania mogą się spodobać wierzycielom – tłumaczy ekspert. – Absolutnie nie można traktować upadłości konsumenckiej jako lekarstwa na całe zło. W każdym przypadku zanim złożymy wniosek, trzeba ocenić, czy opłacalność upadłości konsumenckiej przewyższy straty. Często doradzam klientom upadłość, ale nie w tym momencie, tylko za rok, dwa, czasem za pięć. Najważniejsza jest profesjonalna diagnoza.

W tym roku liczba upadłości może ponownie wzrosnąć, ponieważ od lipca zacznie działać system teleinformatyczny, który ułatwi składanie wniosków i usprawni przebieg postępowań.

Wkrótce więcej automatycznych kontroli parkingowych w Warszawie. Cztery nowe elektryki z inteligentnymi kamerami będą patrolowały stołeczne ulice

Warszawscy kierowcy muszą się liczyć z częstszymi kontrolami płatnych parkingów. Zarząd Dróg Miejskich planuje zakup czterech kolejnych aut wyposażonych w inteligentne kamery i systemy RFID, które automatycznie skanują tablice rejestracyjne zaparkowanych samochodów i pozwalają ocenić, czy ich właściciel zapłacił za postój. Tylko w zeszłym roku trzy takie elektryki pozwoliły ukarać 166 tys. nielegalnie parkujących kierowców. Rozwiązaniem zainteresowane są także inne polskie miasta.

– E-kontrola jest czymś, co zupełnie zmieniło sposób sprawdzania zajętości miejsc w strefie płatnego parkowania. Jedno auto skanujące przez 12 godzin dziennie tablice rejestracyjne wykonuje pracę ok. 10 patroli pieszych. Mamy w tym momencie trzy takie auta, a do tej pory korzystaliśmy w porywach z 25 patroli pieszych, więc podwoiła nam się możliwość kontroli strefy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Dybalski, rzecznik Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie.

Jak informuje warszawski Zarząd Dróg Miejskich, w okresie od rozpoczęcia e-kontroli 7 stycznia 2020 roku do końca ubiegłego roku auta pozwoliły na wystawienie ponad 166 tys. opłat dodatkowych dla kierowców, którzy parkowali w strefie płatnego parkowania i nie uiszczali za to stosownej opłaty. Rok wcześniej piesze patrole ukarały łącznie ponad 250 tys. kierowców

– Miasto zdecydowało się na zakup tych samochodów właśnie po to, żeby strefę płatnego parkowania uszczelnić. Do tej pory mieliśmy taką sytuację, że kierowcy parkowali swoje auto w strefie i w sytuacji, kiedy podejrzewali, że właściwie nikt ich nie złapie, to nie przejmowali się tym, żeby odwiedzić parkomat albo żeby skorzystać z aplikacji i za parkowanie zapłacić. W zeszłym roku, po pierwsze, zaczęły jeździć auta do e-kontroli, po drugie, kara za brak opłaty parkingowej została podniesiona z 50 do 250 zł i to razem sprawiło, że w tym momencie wreszcie możemy kontrolować to, jak kierowcy korzystają z miejsc parkingowych – podkreśla Jakub Dybalski.

Do kontroli przystosowane zostały trzy samochody elektryczne Nissan Leaf. Są one wyposażone w specjalny czytnik RFID, który automatycznie rozpoznaje auta otagowane jako wykorzystywane przez właścicieli Karty Honorowej, Karty Powstańca czy Karty N+, które uprawniają do bezpłatnego korzystania ze strefy płatnego parkowania. Kamery umieszczone na autach skanują wyłącznie tablice rejestracyjne, a wymazują ze zdjęć całą resztę obrazu, w tym wizerunki osób. Po porównaniu zeskanowanych numerów z wykazem wykupionych biletów parkingowych zdjęcia są automatycznie kasowane.

– Jeśli się okaże, że samochód stoi na miejscu parkingowym bez opłaty, wtedy do takiego kierowcy jest wysyłany dokument opłaty dodatkowej – mówi rzecznik ZDM. – Przejazdy samochodów e-kontroli są wykonywane dwukrotnie w danym miejscu w odstępie dwóch–trzech minut, żeby uniknąć takich sytuacji, że ktoś akurat poszedł do parkomatu czy akurat dokonuje płatności w aplikacji.

Warto dodać, że Strefa Płatnego Parkowania Niestrzeżonego w Warszawie obejmuje łącznie 37,3 tys. miejsc parkingowych. W ubiegłym roku włączone do niej zostały części dwóch dzielnic: Pragi Północ oraz Woli, w których jest 7,8 tys. miejsc parkingowych. Z uwagi na to, że w przyszłości strefa prawdopodobnie jeszcze będzie się powiększać, ZDM planuje rozszerzyć flotę aut e-kontroli.

– Planujemy, że rozszerzy się ona na Żoliborz i Ochotę. Przygotowujemy się też do wyznaczenia Śródmiejskiej Strefy Płatnego Parkowania, to jest taka część strefy płatnego parkowania, w której opłaty są jeszcze wyższe niż do tej pory. W tym roku przygotowujemy się do zakupu kolejnych czterech takich samochodów, prawdopodobnie w marcu ogłosimy przetarg. One będą bardzo podobne do tych, które w tym momencie jeżdżą po Warszawie i które znają warszawiacy – zapowiada Jakub Dybalski.

System kontrolowania miejsc parkingowych wkrótce może się rozszerzyć także o inne polskie miasta.

– E-kontrola to jest efekt naszej współpracy z firmą Smart Factor, warszawskim start-upem, który wymyślił taki system. Z jednej strony korzystamy z wiedzy warszawskiego start-upu, z drugiej strony korzystamy z pieniędzy unijnych w ramach Programu Virtual WOF, który pozwala nam na wydatkowanie tych pieniędzy w Warszawie. I wyszło z tego coś, co już interesuje inne polskie miasta, pytają się nas, jak to zrobić, jak to działa, jakie są z tego korzyści – podsumowuje rzecznik warszawskiego ZDM.

Prof. Szymon Malinowski: Klimat jeszcze nie jest do końca zdestabilizowany. Polsce grozi jednak deficyt wody i wzrost cen żywności

Ubiegłoroczna zima była najcieplejsza od lat – od ostatnich 240 lat nie zdarzyła się jeszcze zima, w której średnia ogólnokrajowa temperatura byłaby na poziomie 4 stopni powyżej wieloletniej normy. Choć w tym roku luty przyniósł śnieg i mróz, to zmiany klimatu następują. Według Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu temperatury na Ziemi będą wciąż rosnąć – nawet o 3,7 st. C do 2100 roku. – W czarnym scenariuszu już wkrótce może zabraknąć wody nawet do celów komunalnych, mniejsze będą plony, wzrosną zaś ceny żywności – ostrzega prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

– Tegoroczna zima cały czas była dużo cieplejsza i dużo mniej śnieżna, niż to było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Fakt, że w ubiegłym roku praktycznie ani razu nie spadł śnieg w Warszawie, to było już dramatyczne odstępstwo od normy, a fakt, że mieliśmy trochę zimy w lutym w tym roku, świadczy o tym, że jeszcze klimat nie jest zdestabilizowany do końca. Natomiast nie ma się co dziwić, że w okresie zimowym, szczególnie w drugiej połowie zimy, kiedy Arktyka się wychłodziła i duża część Oceanu Arktycznego zamarzła, może spłynąć do nas chłodne powietrze – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Z opracowania „Klimat Polski 2020″ Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowego Instytutu Badawczego wynika, że ubiegły rok był ekstremalnie ciepły. Średnia temperatura powietrza w 2020 roku w Polsce wyniosła 9,9 st. C, o 1,6 st. C więcej od średniej z lat 1981–2010. Temperatura w styczniu, zazwyczaj najzimniejszym miesiącu w roku, była wyższa od normy klimatologicznej o 3,7 st. C, a w lutym aż o 4,6 st. C. Była to najcieplejsza zima od połowy XX wieku i od początku regularnych pomiarów. Ogólnie temperatura powietrza w Polsce od 1951 roku wzrosła o nieco ponad 2 st. C.

– Nie wiemy, czy ten rok będzie kolejnym rekordowym, natomiast jest minimalna szansa, żeby był rokiem chłodnym. Może być i ciepły, bardzo ciepły, może być rzeczywiście gorący. Co do suszy też oczywiście nie mamy pewności, aczkolwiek im cieplejszy klimat w naszych szerokościach geograficznych, tym szybciej woda, która spadła, paruje i tym krócej zatrzymywana jest na powierzchni ziemi, zwłaszcza że wycinamy lasy, osuszamy mokradła – ocenia Szymon Malinowski.

Raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC) wskazuje, że w związku ze zmianą klimatu stale postępuje utrata kriosfery, zakwaszanie oceanów i mórz, a temperatury na Ziemi będą wciąż rosnąć, nawet o 3,7 st. C do 2100 roku. Zmiany będą widoczne także w Polsce, zwłaszcza że nasz kraj nie jest zasobny w wodę.

– W niektórych latach sytuacja może być ekstremalna, wody może zabraknąć w niektórych miejscach nawet do celów komunalnych. Brak wody to także niższe plony, droższe ceny żywności i kłopoty z chłodzeniem naszych starych elektrowni węglowych. Upały to kłopot dla nas wszystkich, szczególnie żyjących w mieście, bo w mieście dodatkowo dochodzi jeszcze tzw. miejska wyspa ciepła, coraz trudniej schować się w cieniu, bo wycinamy drzewa – wskazuje ekspert.

Zmiany klimatu i stale rosnąca temperatura oznaczają częstsze i bardziej intensywne susze w lecie, nawałnice, huragany czy trąby powietrzne.

–  Już obserwujemy, że zmieniają się zjawiska pogodowe i pory roku, tylko jakoś tego nie kojarzymy z globalnym ociepleniem i z globalnymi zmianami klimatu. Chodząc do szkoły, grałem zimą w hokeja na łyżwach, nie na sztucznym lodowisku, tylko na lodowisku, które było wylane na początku sezonu zimowego na boisku szkolnym i pomimo kilku odwilży i rozmarznięć po drodze trwało do końca zimy. Dla nas normalną rzeczą były łyżwy, sanki, sporty zimowe, dla których w tej chwili w zasadzie w dużej części kraju już nie ma warunków – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Czas korekt – kapitał inwestorów ucieka

Po długich wzrostach na rynkach wywołanych zalewem taniego pieniądza przyszedł czas korekt. Zobaczymy, czy to tylko chwilowa korekta, czy fragment dłuższej tendencji rynkowej.

Dane z Wysp

O 8:00 rano poznaliśmy pakiet danych z brytyjskiego rynku pracy. Po raz kolejny już okazuje się, że brexit, co prawda, ma negatywne konsekwencje, ale są one znacznie słabsze niż dotychczas sądzono. Stopa bezrobocia wzrosła w grudniu, ale 5,1% to nie jest zły wynik. W styczniu liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych spadła o 20 tysięcy, podczas gdy oczekiwano wzrostu. Co ciekawe, pomimo wzrostu bezrobocia o 0,1% płace również rosły. Rynki reagują pozytywnie na dane z Wysp i po raz kolejny mamy funta na najwyższym poziomie nie tylko od opuszczenia struktur unijnych, ale i od początku pandemii.

Przeceny na rynkach

Od początku tygodnia na wielu rynkach trwają istotne przeceny. W dół idą nie tylko główne indeksy giełdowe, ale również obligacje skarbowe. Cały proces wygląda jakby dochodziło do sporego wycofywania środków z rynków. Kolejne dni pokażą nam, czy te środki przepłynęły w inne miejsca, czy po prostu inwestorzy widząc, co się dzieje, woleli pogodzić się z trzymaniem ich na koncie, zamiast ryzykować. Dobrze widać to szczególnie w USA, gdzie za 10-letnie obligacje można dostać już niemal 1,4%, podczas gdy na początku roku był to niecały 1%.

Spadki na bitcoinie

Już wczoraj byliśmy świadkami dużej zmienności cen najpopularniejszej kryptowaluty świata. W ciągu dnia spadła ona z 57 000 dolarów na 55 000 dolarów, w trakcie jednak była przez chwilę na poziomie 49 000. Dzisiaj od rana spadki trwają dalej. Na moment pisania tego tekstu przez chwilę kurs odbił się odrobinę powyżej 45 000 dolarów. Analitycy nie są zgodni, co jest powodem gwałtownej przeceny, ale wskazują na znaczny ruch w górę w ostatnich tygodniach i łączą przecenę z realizacją zysków przez dużych inwestorów oraz aktywacją zleceń automatycznych wywołanych spadkami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Shoppertainment – nowy trend w handlu popularny wśród Europejczyków

Najnowsze badanie przeprowadzone przez AliExpress, przy współpracy z firmą consultingową Forrester, pokazuje rosnące zainteresowanie e-handlem i przedstawia spostrzeżenia na temat dostosowywania strategii zakupowych do zmieniających się potrzeb klientów.

AliExpress, globalna platforma e-commerce, należąca do Alibaba Group, opublikowała dziś badanie na temat zmieniających się potrzeb europejskiego e-handlu oraz roli, jaką mogą odegrać zakupy przez Internet we wzmacnianiu lokalnych małych i średnich przedsiębiorstw. Obecnie jedną z najpopularniejszych innowacji w handlu elektronicznym jest Shoppertainment – koncepcja, która zaciera granice między e-commerce, rozrywką i codziennym stylem życia, angażując konsumentów i dostarczając im niezwykłe doświadczenia, dzięki transmisjom na żywo, interaktywnym grą, czy filmom.

Badanie e-konsumentów

Forrester Consulting,  wiodąca firma badań rynku, przeprowadziła na zlecenie AliExpress   analizę trendu związanego z rozrywką zakupową w Europie. W badaniu wzięło udział ponad 14 tysięcy  osób z Francji, Polski, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Wyniki sugerują, że konsumenci są otwarci na eksperymentowanie z nowymi formami robienia zakupów online. Dwie trzecie ankietowanych zaczęło kupować coraz więcej przez Internet. W przypadku rozrywki zakupowej – 70% konsumentów wyraziło zainteresowanie nową formą e-zakupów.

„Jako pionier w dziedzinie rozrywki zakupowej, AliExpress jest zaangażowany w rozwój ekosystemu i tworzenie większej liczby miejsc pracy w Europie, gdzie ta forma handlu elektronicznego zaczyna się powiększać” – powiedział Vita Chang, kierownik działu Content Operations Ecosystem w AliExpress. „Chociaż, w porównaniu z Azją, ten trend w Europie wciąż jeszcze się rozwija, badanie wskazuje na jego rosnący potencjał. Klienci są otwarci na nowe trendy i technologie, które mogą usprawnić ich zakupy. To prawdziwa szansa dla sprzedawców i detalistów, którzy wiedzą, jak strategicznie korzystać z trendów”.

Trendy w zakupach

Badanie wykazało, że do wiodących kategorii produktów, które zwracają uwagę konsumentów należy elektronika, moda i kosmetyki. Klienci są najbardziej zaangażowani, gdy sprzedający prowadzą transmisje na żywo, publikują krótkie, wiarygodne , edukacyjne treści i są prezentowane przez prowadzącego, którego lubią. Ponadto, analiza badania dzieli konsumentów europejskich na sześć osobowości, analizując ich zachowania związane z rozrywką i zakupami online, pomagając sprzedawcom lepiej zrozumieć swoich klientów.

„Badanie wykazało, jak ważne jest przyjrzenie się  osobno każdemu z krajów, aby zapewnić odpowiednie doświadczenia konsumentom z różnych części świata” – powiedział Chang. Kluczowe ustalenia sugerują, że konsumenci w Polsce najbardziej cenią sobie interakcje z prowadzącymi transmisje i innymi klientami.

„Wraz z pojawiającym się w europejskim handlu elektronicznym trendem, jakim jest Shoppertainment, firmy będą mogły wyprzedzić konkurencję, jeśli treści prezentowane konsumentom będą odpowiednie, godne zaufania i zabawne”, mówi Xiaofeng Wang, starszy analityk w firmie Forrester.

Od lipca 2019 roku AliExpress dostarczył do tej pory ponad 44 000 transmisji na żywo w trzynastu różnych językach. Po uruchomieniu nowej funkcjonalności  transmisji na żywo w aplikacji Connect, AliExpress zainteresował  prawie 92 miliony widzów z całego świata.

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone w grudniu 2020 r. W ankiecie online wzięło udział 14 460 respondentów w wieku od 18 lat z Francji, Polski, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, w tym 8039 respondentów, którzy kupują produkty lub usługi online co najmniej raz na kwartał i są zainteresowani co najmniej jedną formą zakupów.

Podatek od reklamy – prace przy projekcie ustawy w obecnym kształcie powinny być wstrzymane

Podatek od reklamy – konsultacje IAA Polska, IAB Polska oraz SKM SAR z Wicepremierem Jarosławem Gowinem.

19 lutego przedstawiciele trzech organizacji reprezentujących branżę reklamy i komunikacji marketingowej: IAA Polska, IAB Polska oraz SKM SAR odbyli spotkanie online z Wicepremierem Jarosławem Gowinem na temat projektu ustawy wprowadzającej podatek od reklamy. W konkluzji wszyscy uczestnicy zgodzili się, że prace przy projekcie ustawy w obecnym kształcie powinny być wstrzymane.

Spotkanie odbyło się w ramach konsultacji, jakie Wicepremier i Minister Rozwoju, Pracy i Technologii prowadzi z podmiotami, które bezpośrednio lub pośrednio odczują skutki wprowadzenia nowego podatku. Na wstępie Premier Jarosław Gowin przypomniał, że zarówno resort przez niego kierowany jak i ugrupowanie, na czele którego stoi, zadeklarowały, iż nie poprą aktualnie procedowanego projektu. Z kolei przedstawiciele przedsiębiorców poinformowali, że szczegółowe uzasadnienia, dlaczego należy zaniechać dalszych prac na tym projektem przesłali do Ministerstwa Finansów, do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii oraz do Gabinetu Premiera.

Uczestnicy spotkania skoncentrowali się na prawnych i gospodarczych aspektach projektu rządowego. – Trwają zaawansowane prace nad podatkiem cyfrowym w OECD oraz ostatnio w Komisji Europejskiej. Naszym zdaniem tylko rozwiązanie wypracowane globalnie lub w przypadku jego braku, zaakceptowane przez wszystkich członków Unii Europejskiej, może sprawić, że wyrównają się szanse w walce konkurencyjnej firm lokalnych z globalnymi platformami technologicznymi” – stwierdził Jerzy Minorczyk, dyrektor generalny IAA Polska. – Legislacja ograniczona do jednego państwa będzie całkowicie nieskuteczna w stosunku do podmiotów świadczących usługi globalnie, za to dotkliwie uderzy rykoszetem w polskie firmy i osłabi ich konkurencyjność – dodał.

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt ustawy, dzięki któremu zamierza pozyskać 800 milionów do budżetu Państwa z przeznaczeniem na Narodowy Fundusz Zdrowia, Fundusz Ochrony Zabytków oraz Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Niestety, w treści uzasadnienia brakuje analizy skutków wprowadzenia nowego podatku. – Nasza analiza wskazuje, że opodatkowanie przychodów z reklamy doprowadzi do faktycznego zmniejszenia wpływów do budżetu – stwierdził Paweł Tyszkiewicz, dyrektor zarządzający SKM SAR. – Opodatkowanie reklam ukazujących się w mediach ograniczy aktywność reklamową, opóźni wychodzenie z recesji i utrudni przedsiębiorcom sprzedaż artykułów (zwrócili już na to uwagę producenci mleka https://swiatrolnika.info/podatek-od-reklam-mleczarze). Większe koszty prowadzenia kampanii reklamowych to większe koszty funkcjonowania przedsiębiorstw, a w konsekwencji większe koszty wprowadzania nowych produktów na rynek i budowania marek. To z kolei pośrednio wpłynie negatywnie na chęć do inwestowania – podsumował Tyszkiewicz.

– Pan Premier Morawiecki podkreślał wielokrotnie, że cyfryzacja i budowanie innowacyjnej gospodarki, również poprzez wspieranie ekosystemu start-upów, jest priorytetem działań obecnego rządu. Tymczasem propozycja nowego podatku od reklam zniweczy te wysiłki. Pamiętajmy, że internet istnieje dlatego, że był i nadal jest prawie w całości finansowany z reklam. Dotyczy to również całej masy innowacyjnych firm i lokalnych start-upów” – stwierdził Włodzimierz Schmidt, prezes zarządu IAB Polska. – Mamy wiele przykładów polskich firm odnoszących ogromne sukcesy na arenie międzynarodowej, które nie są powszechnie znane, jednak w swojej domenie odnoszą sukcesy na miarę Wiedźmina. Jest to niedoceniony sukces eksportowy Polski, który zostanie zniweczony w momencie wprowadzenia kolejnego finansowego obciążenia, ponieważ to na tych firmach przede wszystkim odbije się nowa składka. Znacząco pogorszy się ich konkurencyjność w stosunku do firm zagranicznych, co w najlepszym wypadku oznacza zamrożenie dalszej ekspansji, a w bardziej realnym scenariuszu świetnie prosperujące biznesy po prostu zamkną się lub przeniosą działalność poza Polskę – dodał Schmidt.

– Zgadzam się z Waszą oceną w 95 procentach – stwierdził na zakończenie Premier Jarosław Gowin. Jednocześnie zwrócił się do organizacji branżowych z ofertą współpracy w toku dalszych prac nad podatkiem cyfrowym w Komisji Europejskiej, jak również w innych projektach legislacyjnych dotyczących bezpośrednio lub pośrednio branży komunikacji marketingowej.

Europa najatrakcyjniejszym regionem pod względem możliwości rozwoju oraz M&A

Jak wynika z najnowszej edycji badania EY Global Capital Confidence Barometer, 39% ankietowanych zarządzających firmami na całym świecie postrzega Europę jako region, który będzie dawał największe możliwości rozwoju dla firm w najbliższych 3 latach. Jako kolejny, 30% badanych wskazało region Azji i Pacyfiku, a 24% – obie Ameryki.

Rys. 1. Który region będzie generował najwięcej możliwości i szans na rozwój dla Twojej firmy w najbliższych 3 latach?

Który region będzie generował najwięcej możliwości i szans na rozwój

Szanse rozwoju, jakie na kontynencie europejskim widzą dla swoich firm zarządzający ankietowani przez EY, przekładają się również na atrakcyjność inwestycyjną regionu. To na Europę skierowane będą bowiem oczy firm planujących w najbliższych 12 miesiącach fuzje i przejęcia. Respondenci z Ameryki Północnej, Azji i Pacyfiku oraz Bliskiego Wschodu i Afryki właśnie Europę wskazują jako główny cel dla fuzji i przejęć poza swoim regionem.

Rys. 2. Którym regionem będzie interesować się Twoja firma, planując transakcje M&A w najbliższych 12 miesiącach?

Którym regionem będzie interesować się Twoja firma

– Rynek europejski jest dla inwestorów od lat atrakcyjny, a pandemia jeszcze bardziej tę tendencję umocniła. Kiedy rok temu zachwiane zostały łańcuchy dostaw, wiele firm dostosowywało i zmieniało swoje strategie, myśląc o rozwoju na kontynencie europejskim, a nawet przenosinach działalności z bardziej odległych regionów świata. Co jednak najważniejsze, Europa jest interesująca nie tylko geograficznie, ale i biznesowo. Część krajów bardzo szybko się rozwija i nieustannie zwiększa swój potencjał, zarówno dla lokalnych jak i zagranicznych inwestorów, poszukujących atrakcyjnych aktywów. Szybko rosnąca liczba start-upów i firm innowacyjnych, wysokie wskaźniki wykwalifikowanych pracowników, stosowane przez wiele krajów zachęty inwestycyjne – to tylko część czynników przyciągających inwestorów do Europy, choć trzeba mieć na uwadze, że pandemia w różny sposób dotknęła poszczególne kraje, a niektóre z nich na skutek wysokiej liczby zakażeń i lockdownów ucierpiały bardziej niż pozostałe. Jeśli chodzi o sektory, najwięcej transakcji M&A będziemy mogli spodziewać się w telekomunikacji, technologii, usługach finansowych, motoryzacji oraz sektorze medycznym i ochrony zdrowia – mówi Michał Płotnicki, Associate Partner EY, Zespół Fuzji i Przejęć.

Pandemia wciąż postrzegana jest jednak przez 29% ankietowanych jako największe zewnętrzne ryzyko zagrażające rozwojowi biznesu. Kolejne to: warunki gospodarcze i niepewne perspektywy na przyszłość. Firmy zdają sobie również sprawę z tego, że będą musiały zmierzyć się z wyzwaniami klimatycznymi, ciągłym rozwojem technologii, regionalizacją gospodarki światowej, czy napięciami geopolitycznymi.

Rys. 3. Jakie są największe zewnętrzne ryzyka dla wzrostu Twojego biznesu?
Jakie są największe zewnętrzne ryzyka dla wzrostu Twojego biznesu
Efekty COVID będą odczuwalne jeszcze w 2022 r.

88% respondentów na całym świecie w związku z pandemią doświadczyło spadku przychodów, a 92% spadku zysków. Efekty pandemii będą jednak rozciągać się w czasie. 46% ankietowanych spodziewa się, że jeszcze w tym roku przychody powrócą do poziomów sprzed pandemii, ale zyski na zbliżonych poziomach raczej spodziewane są w przyszłym roku.

Rys. 4. Czy Twoja firma doświadczyła znaczącego spadku zysków i przychodów w czasie pandemii, a jeśli tak – kiedy spodziewasz się powrotów do poziomów sprzed pandemii?Czy Twoja firma doświadczyła znaczącego spadku zysków i przychodów

Rekordowo wysoka globalna wartość transakcji M&A w drugim półroczu 2020 r.

Pomimo spowodowanego pandemią załamania na rynku transakcji fuzji i przejęć w pierwszej połowie 2020 roku, w drugiej połowie ich wartość była rekordowo wysoka i osiągnęła 2,32 bln USD, a między pierwszym a drugim półroczem aktywność na tym rynku wzrosła o 123%. Tendencja ta może utrzymać się w kolejnych kwartałach, ponieważ – jak wynika z badania EY – zarządzający w dużej części zamierzają utrzymywać aktywność na rynku fuzji i przejęć. 49% ankietowanych chce aktywnie przejmować w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 65% z nich będzie poszukiwać aktywów na rynkach zagranicznych. Szczególnie interesujące dla inwestorów będą innowacyjne start-upy i firmy konkurencyjne technologicznie, by pomóc jeszcze bardziej zbliżyć się do klientów i ulepszyć kanały cyfrowe, które okazały się kluczowe w czasie pandemii.

Rys. 5. Czy Twoja firma będzie prowadzić aktywne działania w zakresie fuzji i przejęć w najbliższych 12 miesiącach?

Czy Twoja firma będzie prowadzić aktywne działania w zakresie fuzji i przejęć

– Wiele zawieranych w ostatnich miesiącach transakcji miało na celu przede wszystkim rozszerzanie portfolio usług i oferty dla klientów, co w dużej mierze wynikało z konieczności przystosowania się firm do działalności w nowych, pandemicznych warunkach. Prawdopodobnie będzie to też główny czynnik stymulujący transakcje M&A w najbliższej przyszłości. Firmy decydujące się na nie będą poszukiwały podmiotów, prowadzących działalność komplementarną, by zwiększyć udział rynkowy lub możliwości prowadzenia biznesu. Inwestorzy będą poszukiwać też możliwości zwiększania kompetencji cyfrowych i technologicznych, i zabezpieczać w ten sposób swoją pozycję na przyszłość – mówi Michał Płotnicki, Associate Partner EY, Zespół Fuzji i Przejęć.

Rys. 6. Jakie główne aktywności w zakresie M&A planuje Twoja firma?
Jakie główne aktywności w zakresie MA
86% respondentów na całym świecie na skutek pandemii przeprowadziło całościowy przegląd strategii i portfolio. Dla dwóch trzecich (66%) było to bezpośrednią odpowiedzią na zmieniającą się sytuację, związaną z pandemią. Doświadczenie pandemii pomogło firmom zidentyfikować obszary, które wymagają inwestycji. Efektem tych analiz są nadchodzące działania. 63% respondentów na całym świecie planuje zwiększyć inwestycje w technologię i cyfryzację, 57% skoncentruje się bardziej na zaangażowaniu klientów.

Rys. 7. W jaki sposób pandemia wpłynęła na inwestycje w poszczególnych obszarach?W jaki sposób pandemia wpłynęła na inwestycje w poszczególnych obszarach

O EY Global Capital Confidence Barometer

Badanie EY Global Capital Confidence Barometer mierzy zaufanie korporacji do perspektyw gospodarczych oraz identyfikuje trendy i praktyki strategicznego zarządzania kapitałami. Jest to cykliczna ankieta wśród kadry kierowniczej z dużych firm na całym świecie, przeprowadzana przez Thought Leadership Consulting, firmę należącą do Euromoney Institutional Investor.

Tegoroczna edycja badania została przeprowadzona w okresie od listopada 2020 do stycznia 2021 i wzięło w niej udział ponad 2400 menedżerów w 52 krajach; 82% stanowili dyrektorzy generalni, dyrektorzy finansowi i inni dyrektorzy szczebla kierowniczego. Respondenci reprezentowali następujące sektory: usługi finansowe, telekomunikacja, produkty konsumenckie i handel detaliczny, technologia, media i rozrywka, nauki przyrodnicze, szpitale i służby zdrowia, motoryzacja i transport, ropa i gaz, energia i usługi komunalne, górnictwo i metale, zaawansowana produkcja oraz nieruchomości, hotelarstwo i budownictwo. Roczne globalne przychody badanych firm: poniżej 500 mln USD (25%), 500 mln USD – 999,9 mln USD (26%), 1 mld USD – 4,9 mld USD (25%) i powyżej 5 mld USD (24%).

Brawurowa akcja na rynku kryptowalut. Czy to może być przypadek?

Jednego dnia na giełdy kryptowalut miało wpłynąć 37 tys. bitcoinów, wycenianych wówczas na ponad 2 mld dolarów. Ogromna w warunkach kryptowalutowego rynku podaż wywołała panikę i wyprzedaż. Czy w ten sposób wielcy gracze rynków finansowych chcieli doprowadzić do spadków cen, by zainwestować w bitcoiny o wiele więcej?

Dziś najważniejszym wydarzeniem na rynkach finansowych ma być wystąpienie Jerome’a Powella, szefa Rezerwy Federalnej. Tymczasem najwięcej i najgłośniej mówi się o tym, co dzieje się na rynku kryptowalut. Bitcoin i spółka skradły całe show.

W niedzielę wieczorem pojawiły się pierwsze informacje o tym, że na kryptowalutowych giełdach zaczyna się niecodzienny ruchy. Podaż bitcoinów zdecydowanie przekraczała standardy. Według danych CryptoQuant, 21 lutego na giełdy miało wpłynąć 37 tys. bitcoinów o rynkowej wartości (wg niedzielnych notowań) ponad 2 mld dolarów.

 

37 tys. BTC za ponad 2 mld USD to ogromna wartość, zważywszy że ostatnio ogromną euforię wywołały na tym rynku np. zakupy Tesli, które opiewały na kwotę 1,5 mld USD. Wyprzedaż za 2 mld USD mogła zatem wywrzeć jeszcze większe wrażenie, tyle że tym razem w drugą stronę – mówi Daniel Kostecki, główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Poniedziałkowe spadki cen, kontynuowane również we wtorkowe przedpołudnie, mogą być konsekwencją sprzedaży 37 tys. bitcoinów. Trudno nie zadać sobie w tym momencie pytania: dlaczego sprzedaje się tak ogromną partię kryptowaluty niemal na raz? Jeśli miało to wywołać panikę, to z pewnością się udało. Kurs BTC/USD spadł w dwa dni o ponad 20 proc. – z ok. 58 tys. USD do ok. 45 tys. USD, a korekta w ujęciu dolarowym jest już taka sama jak w styczniu. Wtedy kurs BTC/USD spadł z ok. 42 tys. USD do ok. 29 tys.

Potężna podaż bitcoina odbiła się także na innych kryptowalutach. W pewnym momencie kurs ETH/USD spadł od weekendowego szczytu z ponad 2000 USD do ok. 1360 USD, czyli o ponad 30 proc. Wprawdzie z perspektywy rynku kryptowalut korekty na poziomie 20-30 proc. nie są ani czymś nowym, ani też nadzwyczajnym. Wyjątkowa i bezprecedensowa jest jednak szybkość realizacji zleceń sprzedaży.

Możliwe, że jest to tylko zagrywka dużych graczy. Mając ogromny kapitał do ulokowania, mogli nie chcieć inwestować po rekordowych cenach. Stąd wywołanie paniki wydało się najlepszą rzeczą, którą można zrobić, aby nabyć duże ilości w atrakcyjnych cenach. Jeśli ktoś rzeczywiście realizuje taki scenariusz, wkrótce się o tym przekonamy, a w tym czasie nadal warto bacznie obserwować napływy na giełdy kryptowalut, a także stany posiadania dużych funduszy – czy tam przypadkiem pojawią się nowe spore pozycje – podpowiada Daniel Kostecki, analityk Conotoxia Ltd.

Jeszcze prostsze raty? Rozmowa z Małgorzatą Szulik; Business Project Manager w Provema

Sprzedaż ratalna nie jest nowym zjawiskiem. Od co najmniej dwóch dekad mamy możliwość odwrotnego oszczędzania, czyli kupuje teraz – spłacam później.  Mogłoby się wydawać, że w tym segmencie nic nas nie zaskoczy, a mimo to konsumenci coraz częściej sięgają po finansowanie zakupów.

Jest Pani odpowiedzialna za wdrożenie projektu LoanByLink – proste raty. Czy naprawdę potrzebne są nowe produkty? W ofertach ratalnych można przebierać.

Jak pokazuje rynek konsumencki, klienci nie tylko szukają nowych systemów ratalnych w konkurencyjnych ofertach, ale przede wszystkim zwracają uwagę na proces udzielania finansowania. Jako firma specjalizująca się w technologicznych innowacjach to właśnie robimy. Upraszczamy procesy płatności i oczywiście oferujemy korzystne warunki. Jesteśmy nastawieni na potrzeby klientów i jeżeli wskazują oni, że udzielanie finansowania trwa często zbyt długo to zastanawiamy się jak zrobić to lepiej.

Może Pani wyjaśnić co kryje się pod pojęciem zbyt długiego procesu? Często wystarczy dowód osobisty, wybieramy produkt i w zasadzie tyle.

Z pozoru może się wydawać, że tak. Procedura trwa chwilę. Dajemy dowód, dane wprowadzane są w system. Trwa weryfikacja (często decyzja wydawana jest określony czas np. 2h) podpisujemy papierową umowę i po x czasie wychodzimy z produktem, na który chcieliśmy uzyskać finansowanie. A teraz wyobrażamy sobie, że klient podaje tylko pesel i dostaje link, za pomocą którego, weryfikuje się usługą iDenfy, dane w formularzy zaczytują się automatycznie, decyzja wydawana jest w kilka sekund, a cały proces trwa 4 minuty. Nierealne? Zdecydowanie możliwe. U nas się to dzieje.

Być może sieci stacjonarne mogą skorzystać z łatwiejszego procesu, ale dzisiaj biznes kręci się w sieci. Finansowanie on-line rozwija się zawrotnie szybko. Co tu się da zrobić prościej?

Naturalnie, bardzo dużo usług przeniosło się na rynki on-line i tak naprawdę początkowo do tych osób kierowaliśmy nowe prodykty. Należy pamiętać, że nie każdy chce posiadać rozwiązanie e-commerc’owe. Mamy strony www bez funkcji sklepu, a często stron internetowych nie posiadamy. Przedsiębiorcy świadczący usługi w sieci może i by chcieli dać rozwiązania swoim klientom, ale nie było uniwersalnych narzędzi. I tu zrobiliśmy to czego konsumenci oczekiwali. Zrobiliśmy uniwersalne wtyczki umożliwiające prostą implementacje płatności na każdej stronie www. Następnym krokiem było wygenerowanie linku płatności. Załóżmy, że sprzedajmy tylko w mediach społecznościowych i chcemy udostępnić możliwość zakupy na raty potencjalnym klientom – tu znajduje zastosowanie generator linku ratalnego. Możemy go wysłać do klienta dowolnym komunikatorem, proces odbywa się on-line. W panelu partnera znajduje się informacja czy finansowanie zostało udzielone. Jestem pewna, że to pewnego rodzaju sukces.

Czy sprzedaż w mediach społecznościowych jest na tyle duża, żeby stwarzać do niej dedykowane rozwiązanie?

Oczywiście. To, że w mediach społecznościowych wciąż jest ogromny potencjał nie ulega wątpliwości. Social selling staje się coraz bardziej popularne i wiele firm decyduje się na korzystanie z takiej formy sprzedaży. Nasze rozwiązanie nie ma za zadanie tylko ułatwiać przedsiębiorcom, ale też chronić konsumentów. Widzę w tym kanale sporą szansę.

Nie myśleliście o tym, że przedsiębiorcy nie chcą udostępniać tylko ofert ratalnych? Czasem proces może nie mieć znaczenia na poczet zintegrowanych bramek płatności.

LoanByLink jest zintegrowaną bramką. To partner wybiera jakie formy płatności chce udostępnić klientom. W ramach integracji są oferty ratalne, ale też kanały standardowej płatności. Jak widać podeszliśmy do tematu kompleksowo 😉

Jakie korzyści można wymienić dla rejestrujących się partnerów?

Jak wspomniałam wcześniej partner do wyboru ma wiele możliwości. Dowolnie je może komponować i udostępniać. Prostota i szybkość procesu wg. mnie są bezkonkurencyjne. Rejestracja i wdrożenie są bezpłatne. Udostępniamy informacje o wdrożeniach w naszych kanałach komunikacji. Nie wspominam nawet o wzroście zaufania potencjalnych klientów czy średniej wartości koszyka. To się samo obroni.

Michał Kanownik: Cyfryzacja może zwiększyć konkurencyjność i prowadzić do oszczędności

Przyśpieszona cyfryzacja spowodowana pandemią pokazała przedsiębiorcom, że konieczna jest zmiana sposobu zarządzania i prowadzenia ich organizacji. Jeśli firma chce być w takiej sytuacji nadal konkurencyjna, musi wejść na drogę cyfryzacji oraz szukać usprawnień, np. rezygnując z papieru, co prowadzi do oszczędności – ocenia prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

Jego zdaniem prowadzenie przedsiębiorstwa, które aspiruje do bycia konkurencyjnym wymaga dziś nowoczesnego podejścia. –Nadchodzące lata, m.in. poprzez rozwój sieci 5G, pozwolą na upowszechnienie nowych, cyfrowych kanałów prowadzenia biznesu. Dlatego należy edukować przedsiębiorców z korzyści, jakie przynosi cyfryzacja oraz tego, jak nowoczesne narzędzia wdrażać w firmie – podkreśla Michał Kanownik.

W tym celu ma służyć rozpoczynająca się ogólnokrajowa kampania edukacyjna skierowana do przedsiębiorców – #BiznesBezPapieru. Zaangażowane są w nią firmy technologiczne zrzeszone w Związku Cyfrowa Polska ­– spółka Asseco i Samsung, które dodatkowo wspierane są przez ekspertów Centrum GovTech Polska, Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie, Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Obserwatorium.biz, Santander Consumer Banku, Programu Czysta Polska oraz kancelarii prawnej Szostak_Bar i Partnerzy. W ramach kampanii przedsiębiorcy uzyskają – m.in. poprzez dedykowaną stronę internetową, poradniki, webinary oraz dyskusje – merytoryczne informacje dotyczące m.in. przechodzenia tradycyjnie funkcjonujących firm na rozwiązania cyfrowe, digitalizacji obiegu dokumentów czy kwestii związanych z cyberbezpieczeństwem.

Pokazać drogę transformacji cyfrowej

Korzyści, jakie płyną z cyfryzacji są niepodważalne. Świadczy o tym choćby rozwój e-usług, dzięki którym możemy w coraz łatwiejszy sposób załatwić sprawę urzędową, rozliczyć się z fiskusem czy załatwić e-receptę – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Podobnych uproszczeń powinniśmy szukać w funkcjonowaniu przedsiębiorstw.

Zdaniem prezesa Cyfrowej Polski, krajowy biznes jest otwarty na innowacje. Jednak nie zawsze przedsiębiorcy wiedzą, od czego powinni zacząć cyfrową transformację swojej firmy. Przykładem jest np. podpis elektroniczny – równoważny  z tradycyjnym podpisem odręcznym. Choć coraz więcej firm ma świadomość, że jest on sporym ułatwieniem, to nadal spora część przedsiębiorców nie zdecydowała się jeszcze na jego wdrożenie. – Dzięki kampanii przedsiębiorcy będą mogli dowiedzieć się, jak prowadzić biznes bez papieru i postawić kolejny krok na ścieżce cyfryzacji – zaznacza Michał Kanownik.

Katowice w pierwszej piątce pod względem atrakcyjności inwestycyjnej wg Raportu ABSL

Według raportu „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach” miasto Katowice i GZM to jeden z pięciu najważniejszych ośrodków w Polsce, w których prężnie rozwija się sektor nowoczesnych usług dla biznesu odpowiadający za 3,0-3,5% PKB Polski. W przeciągu ostatnich 4 lat zaobserwowano wzrost zatrudnienia w centrach usług w Katowicach i GZM na poziomie prawie 70%. Główną kategorią usług świadczonych w wymienionych ośrodkach są usługi IT. Prognozy ekspertów przewidują, że sektor w Katowicach będzie się dalej dynamicznie rozwijać.

Pomimo wybuchu pandemii inwestycje w Polsce nie zatrzymały się. Zagraniczni inwestorzy, otwierający w Polsce kolejne centra usług zwiększają przychody do budżetu i tworzą nowe miejsca pracy, wspierając gospodarkę wychodzącą z lockdownu. Od 2016 roku do teraz w Katowicach powstało 30 nowych centrów usług. Czynnikiem przemawiającym za lokalizacją centrów w Polsce jest korzystna lokalizacja, dogodna strefa czasowa pozwalająca obsługiwać inne regiony oraz potencjał rynku, m. in. pod względem rynku pracy i wielkości zasobów wykształconych pracowników w stosunku do innych gospodarek regionu Europy Środkowej i Wschodniej. Wszystkimi tymi cechami mogą pochwalić się Katowice.

Jak wynika z raportu w Katowicach i GZM w centrach usług zatrudnionych jest 27 000 pracowników. Prognozy trendów na rynku pracy oraz relatywnie wysoka odporność branży na szok jakim jest pandemia wskazują, że do końca 2021 liczba osób pracujących w sektorze na analizowanym obszarze przekroczy 28 500 pracowników. Dynamika wzrostu zatrudnienia w 2020 w stosunku do 2019 była na poziomie 11,5%, co jest wynikiem lepszym niż wskaźnik dla całego kraju, który wyniósł 10%. Na obszarze Katowic i Metropolii GZM funkcjonuje 114 centrów nowoczesnych usług biznesowych z 19 państw, z czego zdecydowana większość z nich (90) w Katowicach. Główną kategorią świadczonych usług w centrach są usługi IT (43,3% ogółu zatrudnionych), następnie SSC/GBS (33,1%), BPO (12,3%), R&D (3,7%) oraz inne (7,6%). Centra w Katowicach charakteryzuje wyższe średnie zatrudnienie na poziomie 253 osób niż w GZM (241 osób) oraz w Polsce ogółem (225 osób).

„Zaprezentowane w raporcie analizy potwierdzają wysoki potencjał inwestycyjny Katowic, będących centralnym miastem ponad 2-milionowej Metropolii.  Z ogromną satysfakcją obserwujemy, że niezależnie od pandemii tempo wzrostu w sektorze utrzymuje się na wysokim poziomie. Zwłaszcza teraz, kiedy globalna gospodarka znalazła się w trudnej sytuacji ważne jest tworzenie atrakcyjnych miejsc pracy, które wpłyną na decyzje młodych ludzi o związaniu swojej przyszłości z naszym miastem, a tym samym pozytywnie wpłyną na dalszy rozwój sektora i wzmocnienie marki Katowic na rynku nowych technologii.” – mówi Marcin Krupa, Prezydent Katowic.

Katowice oczami branży i w świetle statystyk

Raport „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach” to zestawienie subiektywnego i obiektywnego rankingu, opracowanego na podstawie wyników badania ABSL 2020 w oparciu o odpowiedzi kadry zarządzającej centrów nowoczesnych usług biznesowych w Polsce oraz na podstawie analiz statystycznych. Katowice i GZM zostały wysoko ocenione – to tylko pokazuje, że władze miasta obserwują trendy i odpowiadają na potrzeby inwestorów.” – podkreśla Wojciech Popławski, Wiceprezes ABSL.

W rankingu obiektywnym, Katowice i GZM zajmują wysokie pozycje w zakresie: dostępności puli talentów, dostępności do komunikacji drogowej i kolejowej, dostępności do lotnisk oraz współpracy z lokalnymi uniwersytetami i w konsekwencji pod względem ogólnej oceny miejsca prowadzenia działalności.

Z informacji uzyskanych na podstawie ankiety ABSL przeprowadzonej w listopadzie 2020 roku wynika, że w ramach umów podpisanych między centrami usług i lokalnymi szkołami wyższymi, realizowana współpraca dotyczy: staży dla studentów, wsparcia procesu rekrutacji studentów i absolwentów, rozwoju kompetencji przydatnych z punktu widzenia potrzeb centrów oraz kształtu programów edukacyjnych.

„Warto również zwrócić uwagę na koszt wynajęcia powierzchni biurowej; w tym względzie menadżerowie uplasowali Katowice i GZM na pozycji pierwszej. Pozycję drugą Katowice i GZM zajęły pod względem subiektywnej oceny współpracy z lokalnymi uniwersytetami, trzecią – w kategorii poziom płac. W powyższych kategoriach, zgodnie z wynikami subiektywnego rankingu menedżerów, Katowice i GZM mają przewagi komparatywne względem innych miast.” dodaje Paweł Panczyj, Dyrektor ds. Strategii i Rozwoju, ABSL.

W obrębie Metropolii, zdecydowanym liderem są Katowice. Świadczy o tym zarówno liczba centrów, zatrudnienie i dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej. W pespektywie długookresowej wzrost intensywności współpracy miast w obrębie GZM prowadzić będzie do dalszej poprawy atrakcyjności lokalizacyjnej i inwestycyjnej.

Nowelizacja ustawy AML coraz bliżej

Regulacje unijne dotyczące przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowania terroryzmu zobowiązały wszystkie Państwa Członkowskie do utworzenia centralnych rejestrów, w których możliwe byłoby odnalezienie informacji o beneficjentach rzeczywistych podmiotów korporacyjnych. W tym celu w Polsce utworzono Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Ustawa powołującą rzeczoną instytucję do życia w najbliższym czasie ulegnie istotnej nowelizacji.

Jedną z najważniejszych zmian jest rozszerzenie listy podmiotów, które mają obowiązek zgłosić informacje o swoim beneficjencie rzeczywistym. Do listy zostaną dodane m.in. spółki partnerskie, spółki europejskie, spółdzielnie, stowarzyszenia podlegające wpisowi do KRS, fundację oraz trusty, których przedstawiciele lub osoby zajmujące stanowiska równoważne, mają miejsce zamieszkania w Polsce, nawiązują stosunki gospodarcze w imieniu trustów lub nabywają nieruchomości na terytorium Polski.

W nowelizacji wyrażono również obowiązek dostarczenia przez beneficjenta rzeczywistego instytucjom obowiązanym wszystkich danych i informacji, pozwalających na ujawnienie go (lub aktualizację danych o nim) przez tę instytucję w CRBR w terminie 7 dni od powstania obowiązku ujawnienia informacji w rejestrze.

W dotychczasowym stanie prawnym taki obowiązek beneficjentów rzeczywistych nie został literalnie wyrażony. Jest to jednak przepis na który należy zwrócić uwagę. W proponowanych bowiem zmianach przewiduje się, że jeżeli taka osoba nie przekaże instytucji obowiązanej wszystkich danych pozwalających go na ujawnienie go w rejestrze, lub przekaże tej instytucji nieprawidłowe dane, to podlega karze do wysokości 50 000 zł. Istotne jest zatem aby beneficjenci rzeczywiści zostali szczegółowo poinformowani o wszystkich danych, które muszą przekazać instytucji celem ujawnienia ich w rejestrze, a podmioty zobowiązane do ujawnienia tych danych aby skrupulatnie pilnowały przekazania powyższych informacji w odpowiednim terminie – zauważ mecenas Adam Ziębicki z kancelarii Chałas i Wspólnicy

Na podstawie nowych przepisów podmioty zobowiązane do ujawnienia w rejestrze swojego beneficjenta rzeczywistego będą zobowiązane do wskazania również wszystkich jego obywatelstw. W obecnym stanie prawnym, wystarczające jest wskazanie jedynie jednego obywatelstwa, jeżeli osoba fizyczna będąca beneficjentem rzeczywistym danego podmiotu ma więcej niż jedno obywatelstwo.

Nowelizacja wprowadza również mechanizm weryfikacji prawidłowości i prawdziwości informacji znajdujących się w rejestrze beneficjentów rzeczywistych. Wszystkie podmioty, które podlegają reżimowi ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy będą zobowiązane do odnotowywania rozbieżności pomiędzy ustalonymi przez siebie informacjami o kliencie z informacjami widniejącymi w rejestrze, a także do wyjaśnienia przyczyn rzeczonych rozbieżności z klientami. W przypadku potwierdzenia ww., instytucje obowiązane przekazują Ministrowi Finansów informację o odnotowanych rozbieżnościach wraz z uzasadnieniem i pełną dokumentacją. Takie uprawnienie zostanie przyznane również m.in. Najwyższej Izbie Kontroli czy też Komisji Nadzoru Finansowego. Konsekwencją zgłoszenia ma być postępowanie oparte na zasadach kodeksu postępowania administracyjnego (z wyjątkami – art. 9, 11, 13, 31, 61 § 4, 73, 78 i 79 kpa) w celu weryfikacji zgłoszonych w rejestrze danych i wydaniu decyzji o sprostowaniu tychże danych. Co istotne, informacja o wszczęciu oraz zakończeniu postępowania będzie odnotowana w rejestrze – podkreśla Ziębicki. Na podstawie rozporządzenia Ministra Finansów, zadania właściwe dla niego w sprawach dotyczących CRBR będzie mógł również wykonywać organ Krajowej Administracji Skarbowej.

Istotnym novum będzie możliwość odmówienia przez Generalnego Inspektora udzielenia prokuratorom i sądom na potrzeby postępowania karnego informacji lub tajemnic prawnie chronionych. Do tej pory takie uprawnienie nie zostało przewidziane dla Generalnego Inspektora danych, a na mocy znowelizowanej ustawy, organ ten będzie mógł to zrobić jeżeli mogłoby to negatywnie wpłynąć na proces analizowania przez ten organ informacji dotyczących wartości majątkowych, co do których powzięto podejrzenie, że mogą mieć związek z praniem pieniędzy lub finansowanie terroryzmu, jeżeli mogłoby narazić na niewspółmierną szkodę fizyczną, prawną lub jednostkę organizacją nieposiadającej osobowości prawnej oraz gdy byłoby to nieistotne z punktu widzenia celów, których dotyczy wniosek lub żądanie – dodaje mecenas Adam Ziębicki z kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Wreszcie, nowelizacja zmienia i dodaje sankcje za niedopełnienie obowiązków wynikających z ustawy. Kara administracyjna w wysokości do jednego miliona złotych zostanie poszerzona również o nie aktualizację danych w CRBR (dotychczas taka kara dotyczyła jedynie nie ujawnienia tych danych w rejestrze). Karą administracyjną w wysokości do 50 tysięcy złotych zostaną objęci beneficjenci rzeczywiści, którzy nie przekazali lub przekazali błędne informacje podmiotom, na których spoczywa obowiązek ujawnienia tych informacji w CRBR, w terminie 7 dni od powstania tego obowiązku.

Na chwilę obecną projekt ustawy wpłynął do sejmu i jest już po I czytaniu w Komisji Finansów Publicznych, gdzie został pozytywnie zarekomendowany. Należy zatem wskazać, iż z dużym prawdopodobieństwem ustawa wejdzie w życie jeszcze w tym roku.
Adam Ziębicki – Associate w Kancelarii Prawnej „J. Chałas i Wspólnicy” Sp. k.

Zakupy bez barier. Galerie handlowe dostępne dla wszystkich

W Polsce mieszka ponad 4,5 mln osób niepełnosprawnych. Większość z nich regularnie odwiedza centra handlowe. Tylko 9 proc. osób z niepełnosprawnością i 6 proc. osób z czasową niepełnosprawnością nie korzysta z oferty obiektów handlowych. Galerie są także chętnie odwiedzane przez osoby starsze i kobiety w ciąży – te grupy również wymagają specjalnych udogodnień. Z tego powodu zarządcy i właściciele galerii handlowych konsekwentnie wprowadzają zmiany, których celem jest poprawienie dostępności ich obiektów dla szerokiego grona odbiorców. By polskie centra handlowe były jeszcze bardziej przyjazne, dostępne i bezpieczne dla wszystkich bez wyjątku, Ministerstwo Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej w ramach rządowego Programu Dostępność Plus 2018-2025 wydało specjalny podręcznik dla galerii, przygotowany we współpracy z Polską Radą Centrów Handlowych (PRCH) oraz Fundacją Integracja.

W Polsce funkcjonuje prawie 550 obiektów handlowych. Są one nieodłącznym elementem przestrzeni miejskich i ważnymi ośrodkami życia społecznego. Galerie pełnią nie tylko funkcje handlowe, ale też kulturalne i integracyjne. Podręcznik „Dostępność w polskich centrach handlowych” zawiera zestaw rekomendacji i rozwiązań dla projektantów i osób zarządzających, których celem jest zwiększenie dostępności obiektów handlowych.

– Centra handlowe przyciągają coraz więcej klientów. Dużą grupę stanowią osoby, które mają specjalne potrzeby, najczęściej związane z ograniczeniami ruchu. Szacujemy, że co czwarty odwiedzający nasze obiekty, wymaga udogodnień, które pozwolą mu komfortowo i bez ograniczeń realizować różne potrzeby, od zakupów po korzystanie z usług, czy gastronomii. Widzimy to i zmieniamy nasze otoczenie, by zadbać także o tych klientów, którzy wymagają większej troski. Szacunek wobec potrzeb klientów może przejawiać się także w rozwiązaniach organizacyjnych i architektonicznych – mówi Jan Dębski, Prezes Zarządu PRCH. – Usprawnienia, które są wprowadzane do obiektów dotyczą takich grup jak: seniorzy, osoby z niepełnosprawnością ruchu, rodziny z małymi dziećmi, kobiety w ciąży. Chcemy, aby nasi klienci czuli się w naszych obiektach komfortowo i chętnie do nas wracali – dodaje Jan Dębski.

Według badań, zaprezentowanych w najnowszym podręczniku „Dostępność w polskich centrach handlowych”, o wyborze centrum handlowego przez osoby z niepełnosprawnością decydują przede wszystkim: lokalizacja (51 proc.), oferta sklepów (45 proc.) oraz łatwość poruszania się po obiekcie (42 proc.). Osoby ze specjalnymi potrzebami najczęściej wybierają się na zakupy do galerii po odzież i artykuły spożywcze.

Zarządcy i właściciele centrów handlowych dokładają wielu starań, aby pobyt w obiektach handlowych był komfortowy i pozbawiony barier – 76 proc. z nich deklaruje, że wprowadziło wiele rozwiązań dla osób z ograniczoną mobilnością, 78 proc. twierdzi, że zastosowało wiele udogodnień dla rodzin z dziećmi, a nieco ponad połowa badanych – 52 proc. wskazało na wprowadzenie znacznych ułatwień dla powiększającej się z roku na rok grupy seniorów.

W jaki sposób nieruchomości handlowe dostosowywane są do osób o szczególnych potrzebach?

Specjalnie przystosowane windy, szerokie korytarze, ruchome schody, dostosowane toalety, wyznaczone miejsca parkingowe, punkty informacyjne, godziny ciszy, pokoje rodzica z dzieckiem, antypoślizgowe podłogi oraz miejsca, w których można odpocząć, takie jak ławki czy fotele – to tylko wybrane rozwiązania stosowane w galeriach.

W poradniku „Dostępność w polskich centrach handlowych” można znaleźć więcej praktycznych rozwiązań poprawiających dostępność obiektów dla niepełnosprawnych, starszych oraz opiekunów z dziećmi. Publikacja powstała w ramach rządowego Programu Dostępność Plus 2018-2025. W tworzenie podręcznika oprócz Ministerstwa Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej zaangażowali się PRCH, Fundacja Integracja oraz sami zarządcy i właściciele centrów handlowych. Publikacja zawiera badania na temat oczekiwań i odczuć osób ze specjalnymi potrzebami oraz faktycznego stanu przygotowania polskich obiektów do odwiedzin niepełnosprawnych, starszych i rodzin z dziećmi. Czytelnicy podręcznika znajdą w nim również przykłady dobrych, branżowych praktyk wdrożonych w poszczególnych obiektach handlowych.

Nam wszystkim – klientom, użytkownikom, właścicielom, zarządcom centrów handlowych i ich projektantom zależy na tym, by podczas planowania, budowy, rewitalizacji czy rozbudowy obiektów handlowych uwzględniać możliwie wiele postulatów projektowania uniwersalnego. Rządowy program Dostępność Plus jest dla całej branży istotnym punktem odniesienia w działaniach na rzecz usprawnienia i wdrażania rozwiązań promujących wzajemny szacunek i savoir-vivre wobec osób z niepełnosprawnością – mówi Aleksandra Zentile-Miller, Członkini Zarządu PRCH, Dyrektor Chapman Taylor International Services i architektka.

USA bije rekord zadłużenia. Dolar ma problemy

Niepewność na rynku walutowym wywołana jest łatwością z jaką banki centralne drukowały pieniądze. Powstały olbrzymie długi, które trzeba będzie sfinansować. Walka z recesja okazała się dość skuteczna, ale w końcu przyjdzie za to zapłacić.

Temat rosnących rentowności długu nie słabnie. Jest to problem i powiedziała o tym ostatnio szefowa EBC, co w teorii powinno zaszkodzić euro, a tracił… dolar. EBC przygląda się rosnącym rentownościom obligacji. Akurat w strefie euro są one bardzo niskie i rosną wolniej niż gdzie indziej, zwłaszcza w porównaniu z USA, ale rynek zinterpretował to jako możliwość rozważenia przez bank centralny Europy polityki kontroli krzywej dochodowości. W ramach tej polityki bank centralny skupuje nie predefiniowaną wartość aktywów, a taką, która jest potrzebna, do utrzymania rentowności długu na określonym poziomie. W okresie presji na wzrost rentowności oznacza to zatem także wzrost skali skupu.

Wydawałoby się zatem, że w tym kontekście dolar powinien zyskiwać do euro, ale tak się nie dzieje. Wręcz przeciwnie – para EURUSD jest najwyżej od miesiąca i testuje bardzo istotną strefę oporu. Gdzie szukać wyjaśnienia?

Stany Zjednoczone są rekordowo zadłużone, a zadłużenie jeszcze wzrośnie, gdy wypłacone zostaną tzw. czeki Bidena (po 1 400 USD na konsumenta).

– Ten program będzie kosztował 1,9 bln dolarów, dlatego pojawiają się pytania o stabilność całego systemu finansowego i o to, co będzie się działo z dolarem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Jeżeli dojdzie do zbiegu kilku okoliczności z dolarem może być bardzo źle.

W USA nasila się także problem z rosnącą inflacją i coraz wyższymi kosztami pracy. Wśród inwestorów finansowych pojawiły się obawy, że dojdzie do podniesienia stóp procentowych i ograniczenia poziomu skupu aktywów. To prowadziłoby do wzrostu rentowności długu czyli do wzrostu kosztów jego obsługi.

– Przy takim rozwoju sytuacji może dojść do załamania rynku akcyjnego – dodaje ekspert XTB. – Warto przypomnieć, że w takich okolicznościach w 2013 r. doszło do rajdu rentowności długu, a wówczas doprowadziło to do wzmocnienia dolara.

To wówczas para euro/dolar była blisko poziomów 1,3-1,4 i spadła niemal do parytetu. Do tego może być dość daleko, ale już pojawiły się sygnały ostrzegawcze.

Pandemia zszargała zdrowie psychiczne Polaków. Ponad 40% społeczeństwa już odczuwa poważne problemy

Czeka nas nowa pandemia, tym razem depresji. Polacy masowo tracą zdrowie psychiczne.Polakom grozi pandemia depresji

Badanie opinii społecznej, zrealizowane przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Therapify, wykazało, że ponad 42% Polaków odczuło pogorszenie zdrowia psychicznego w czasie pandemii. Częściej deklarują to kobiety niż mężczyźni. Jako główną przyczynę problemu ankietowani przeważnie podają złe znoszenie izolacji społecznej. Obniżenie nastroju, zaburzenia snu, lęki i częste odczuwanie niepokoju to zazwyczaj wymieniane objawy. Blisko 80% osób, które teraz je ma, nie doświadczało ich przed epidemią. Prawie 70% badanych z takimi dolegliwościami nie szukało dotąd specjalistycznej pomocy. Jednak eksperci komentujący wyniki badania mają rozbieżne opinie na temat tego, czy jesteśmy już o krok od pandemii depresji.

23 lutego obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Tymczasem dane z najnowszego badania opinii społecznej są dość mocno niepokojące. Podczas tzw. I i II fali pandemii 42,2% Polaków zauważyło u siebie pogorszenie stanu zdrowia psychicznego. 50,4% ankietowanych nie dostrzega takiego problemu, a 7,4% nie umie tego określić. Zdaniem Damiana Markowskiego z platformy Therapify, wyniki przeprowadzonego badania są alarmujące, zwłaszcza że od czasu wybuchu epidemii w Polsce nie minął jeszcze rok. To może oznaczać, że zaczynamy mieć do czynienia z nowym, społecznym problemem, tj. pandemią depresji.

– Nie są to dobre wyniki, ale jednak większość badanych nie ma poczucia utraty zdrowia psychicznego. A pandemia to przecież bardzo trudne doświadczenie dla nas wszystkich pod wieloma względami. Moim zdaniem, nie należy obawiać się w najbliższym czasie nadejścia pandemii depresji – uspokaja dr Aleksandra Piotrowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badania, kobiety częściej niż mężczyźni wskazują, że ich kondycja psychiczna uległa pogorszeniu. Różnica wynosi 11,8%. Zdaniem eksperta z Therapify, to wcale nie oznacza, że Polki częściej tego doświadczają. Mężczyźni niechętnie przyznają się do słabości. Natomiast tego typu problemy dotykają ludzi bez względu na płeć.

– Kobiety, które przeszły na pracę zdalną w czasie lockdownu, mogą przeżywać dużo większą stratę niż mężczyźni. Mówiąc wprost, teraz mają więcej na głowach. Wcześniej, gdy jeździły do firm, mogły odrywać się od domowych obowiązków. Dla niektórych stanowiło to formę terapii – wyjaśnia dr Piotrowska.

Za główną przyczynę pogorszenia zdrowia psychicznego Polacy najczęściej uznają to, że źle znoszą izolację społeczną – 49,2%. Potem wskazują obawy przed tym, że ktoś bliski zachoruje bądź oni sami zarażą się koronawirusem – odpowiednio 42% i 34,6%. Natomiast najrzadziej podawanym czynnikiem jest brak dostępu do leków – 2,8%. Złe warunki w miejscu pracy wymienia 3,5% respondentów, a wykonywanie obowiązków służbowych w domu – 8,5%.

– Potrzeba kontaktu z innymi ludźmi jest jedną z najważniejszych, jakie ma człowiek. Dotyczy to też fizycznej bliskości. To zrozumiałe, że najczęściej właśnie izolacja społeczna stanowi problem. Ponadto mało kto dobrze znosi poczucie bezradności wobec wirusa – komentuje dr Piotrowska.

Najczęściej deklarowanym objawem osłabienia kondycji psychicznej jest obniżenie nastroju – 51%. Na drugim miejscu wskazywane są zaburzenia snu – 48,5%. Potem lęki – 37,4%. Z kolei na czwartej pozycji jest częste uczucie niepokoju – 36,7%.

– Zgłaszane objawy są naturalnymi ludzkimi reakcjami na trudną sytuację, w jakiej znalazło się wiele osób. Jeśli w nasilonym stopniu utrzymują się przez dłuższy okres, mogą być symptomami depresji. Trzeba wiedzieć o tym, że jest to groźna choroba. Nieleczona może całkowicie uniemożliwić normalne funkcjonowanie – ostrzega ekspert z Therapify.

Ponadto badanie wykazało, że aż 78,3% Polaków stwierdzających u siebie pogorszenie zdrowia psychicznego nie miało ww. objawów przed pandemią. Zaledwie 18% osób w tej grupie badanych ma odmienną opinię, a 3,7% nie umie tego ocenić.

– Te wyniki ewidentnie potwierdzają to, że główną przyczyną osłabienia kondycji psychicznej Polaków jest cała sytuacja związana z pandemią. Biorąc pod uwagę to, że wszystkie ograniczenia nie znikną jeszcze przez dłuższy czas, osoby mające problemy na tle psychicznym powinny zacząć korzystać z profesjonalnej pomocy – przekonuje Damian Markowski.

Dotychczas 69,8% ankietowanych w ogóle nie szukało specjalistycznej pomocy w zakresie leczenia ww. dolegliwości. Natomiast 27,7% respondentów twierdzi, że o nią zabiegało. Z kolei 2,5% nie określiło tego w badaniu.

– Zgłoszenie się na terapię w Polsce wymaga pewnego poczucia niezależności od opinii innych ludzi i zaufania do siebie, że tego właśnie się potrzebuje. Często problemem bywa to, że otoczenie w ogóle nie akceptuje trudnych emocji, które przeżywa dana osoba. Mówi się jej, żeby wzięła się w garść. A to jest najgorsza rada, jaką można kierować do człowieka w złym stanie psychicznym – podsumowuje ekspert z Uniwersytetu Warszawskiego.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 12-15.02.2021 roku przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy Therapify na reprezentatywnej próbie 1026 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

W czasie pandemii największym wyzwaniem finansowym dla Polaków są opłaty za media

  • Z najnowszego Barometru ZPF wynika, że druga fala pandemii w mniejszym stopniu wpływa na finanse Polaków – problemy z dotrzymywaniem terminów płatności deklaruje 12% respondentów wobec 23% w kwietniu roku ubiegłego.
  • Występujące opóźnienia w spłacie zobowiązań najczęściej dotyczą opłat za media (gaz, woda, prąd), czynszu za mieszkanie, a także abonamentów (np. za telefon i telewizję).
  • W takich sytuacjach pomocne mogą okazać się dofinansowania od państwa w postaci dodatków mieszkaniowych oraz negocjacje warunków spłaty zadłużenia z wierzycielami.

Pandemia i związany z nią lockdown wpłynął na finanse Polaków – w większości przypadków negatywnie. Redukcja etatów przez pracodawców czy zmniejszanie wynagrodzenia stanowią wyzwanie dla budżetów domowych. Tego typu sytuacje mogą jednak zdarzyć się w każdym momencie, nie tylko w trakcie pandemii, ograniczając nasze zdolności do regulowania miesięcznych zobowiązań. Warto wiedzieć, z jakich rozwiązań możemy skorzystać, by poradzić sobie z narastającym zadłużeniem.

Kredyt hipoteczny nie tak problematyczny, jak czynsz i opłaty za media

W badaniu przeprowadzonym przez Związek Przedsiębiorstw Finansowych zapytano respondentów, czy koronakryzys wpłynął na ich możliwości do terminowego wywiązywania się z zobowiązań. Twierdząco odpowiedziało 12% badanych, co oznacza zdecydowaną poprawę w porównaniu z wynikami uzyskanymi w kwietniu 2020 r. Wtedy problemy z regulowaniem należności deklarowała blisko ¼ badanych.

Zadaliśmy również pytanie, w spłacie których zobowiązań mogą się pojawić lub już pojawiły się opóźnienia w związku z obecną sytuacją. Na pierwszym miejscu znalazły się opłaty za media (gaz, prąd, woda, itp.), dalej czynsz za mieszkanie i opłaty abonamentowe (telefon, telewizja). Najmniej problematyczne z punktu widzenia spłaty okazały się natomiast raty kredytów hipotecznych, samochodowych oraz podatki – mówi mec. Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych.

Pomoc od państwa i z lokalnych urzędów

W przypadku wystąpienia problemów ze spłatą miesięcznych należności czynszowych, warto zwrócić się o pomoc do urzędu miasta lub gminy. Przewidziany właśnie na takie okoliczności dodatek mieszkaniowy, może okazać się wystarczający, by pokryć wszelkie zadłużenia.

Kiedy możemy się o niego starać?

  • gdy jesteśmy właścicielami mieszkania lub domu;
  • gdy mamy spółdzielcze własnościowe lub spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu;
  • gdy wynajmujemy albo podnajmujemy je na umowę;
  • gdy czekamy na mieszkanie zamienne albo socjalne — jeśli mamy orzeczenie sądu, że przysługuje nam taki lokal.

Jakie warunki należy spełnić?

  • średni miesięczny dochód z 3 miesięcy przed złożeniem wniosku musi być równy albo niższy niż 1500,00 zł na jedną osobę w gospodarstwie domowym (jeśli dochód jest wyższy — dostaniemy dofinansowanie, ale pomniejszone o kwotę nadwyżki);
  • powierzchnia mieszkania albo domu jest równa albo niższa niż 52 m2 (jeśli powierzchnia mieszkania lub domu jest większa, ale nie przekracza 60 m2, otrzymamy dodatek pod warunkiem, że powierzchnia wszystkich pokoi i kuchni jest mniejsza niż 60% powierzchni użytkowej mieszkania albo domu)

W jaki sposób negocjować spłatę należności?

Jeżeli spodziewamy się, że nasza sytuacja finansowa szybko nie ulegnie poprawie, warto negocjować z usługodawcami nowe warunki spłaty należności. Kiedy np. wynajmujemy mieszkanie i czynsz najmu przewyższa w danym momencie nasze możliwości, należy szczerze porozmawiać z właścicielem lokalu i poprosić o obniżenie kwoty. W czasach pandemii wynajmujący mogą zgodzić się na zmianę warunków, ponieważ znalezienie nowego najemcy jest znacznie utrudnione przez brak studentów i pracowników z zagranicy. Jeżeli problem stanowią abonamenty za telefon czy telewizję, warto przemyśleć zmianę pakietu na taki, który w mniejszym stopniu będzie obciążał nasz budżet. W przypadku, gdy zalegamy z płatnościami przez kilka miesięcy, możemy spodziewać się, że zadłużenie przejmie firma windykacyjna, a to otwiera nam drogę do dalszych negocjacji.

W pierwszym momencie list z informacją o zadłużeniu może nas zaniepokoić. Jednak kontakt z firmą windykacyjną pozwoli na wynegocjowanie dogodnych warunków spłaty zadłużenia. Chęć współpracy jest w takich sytuacjach bardzo dobrze odbierana i działa na naszą korzyść. Dodatkowo, eksperci z firm windykacyjnych zdają sobie sprawę z tego, że pandemia może być powodem nieoczekiwanych kłopotów finansowych, dlatego tym bardziej są skłonni do negocjacji i szukania rozwiązań korzystnych dla obu stron – dodaje Marcin Czugan.

***

Pandemia jeszcze przez dłuższy czas może oddziaływać na nasze budżety domowe. W badaniu ZPF aż 84% respondentów stwierdziło, że druga fala pandemii w konsekwencji pogorszy ich sytuację finansową. Dla porównania, w czasie globalnego kryzysu finansowego w 2009 r. takie obawy deklarowało ok. 67% respondentów. Warto więc na bieżąco rozwiązywać problemy wynikające z opóźnień w spłacie należności, aby te nie doprowadziły nas do spirali zadłużenia.

Biometryczne karty płatnicze zdobędą 15% globalnego rynku płatności do 2026 roku

Analitycy UBS uważają, że biometryczne karty płatnicze mogą zdobyć do 15% rynku płatności i wygenerować 5 mld USD przychodów banków do 2026 r. Głównymi czynnikami wpływającymi na zmiany rynku są zmniejszone koszty obsługi i produkcji kart płatniczych, rozwój gospodarki bezdotykowej i wzrost liczby udanych, komercyjnych programów pilotażowych z zakresu biometrii.

Biometria w praktyce

Potwierdzanie transakcji biometrycznych jest już praktycznym rozwiązaniem, z którego można korzystać, a nie tylko ciekawostką technologiczną. Największe firmy technologiczne od dawna testują takie metody płatności, np. Visa, która bada ten obszar od 2018 roku. Zjednoczone Emiraty Arabskie w lutym 2021 roku zatwierdziły już rozpoznawanie twarzy jako metody weryfikacji tożsamości i płatności w sektorze usług prywatnych. Francuski bank BNP Paribas w styczniu tego roku zaczął oferować kartę Visa Premier, dającą możliwość przejścia na autoryzację przez odcisk palca. Wiele innych banków, m.in. SocGen czy NatWest, również testuje tę technologię.

Wykorzystanie tej metody weryfikacji jest wprowadzane w wielu sektorach, nie tylko płatności. Evernym, Yoti i iProov pracują nad zabezpieczeniem przepustek szczepionkowych, biometryczne urządzenia kontroli dostępu zostały wprowadzone m.in. TrustSec – rozwiązanie Cisco minimalizuje zagrożenia wewnętrznych sieci firm, a biometryczne produkty, oferowane, np. przez Suprema, osiągnęły najwyższe rekordy sprzedaży w historii firm.

Polska biometria

W Polsce sektor bankowości zainicjował wprowadzenie wybranych procesów przy wykorzystaniu biometrii. Co ciekawe, pierwszymi instytucjami, które zdecydowały się przetestować biometrię, były banki spółdzielcze (Podkarpacki Bank Spółdzielczy oraz Bank Polskiej Spółdzielczości). W 2010 roku PBS jako pierwszy bank w Europie wdrożył produkcyjnie biometrię naczyń krwionośnych palca w swoich bankomatach w celu usprawnienia wypłat świadczeń społecznych.

Według danych ZBP, obecnie polskie banki wykorzystują kilka technologii: Finger Vein – biometrię naczyń krwionośnych palca, FingerPrint – biometrię linii papilarnych palca, biometrię głosową oraz biometrię odręcznego podpisu. Weryfikację wykorzystuje się m.in. do potwierdzania transakcji, wypłat/wpłat w bankomatach sieci PlanetCash bez karty, zalogowania się do systemu transakcyjnego, autoryzowania operacji kasowych, podpisywania dokumentów.

Technologie biometryczne nie są już tylko ciekawostką, a raczej odpowiedzią na potrzeby klientów i zapewnienia bezpieczeństwa ich transakcji oraz dostępu do danych. Badania Visa pokazują, że 62% ankietowanych konsumentów z Polski zadeklarowało gotowość na korzystanie z biometrii zamiast z hasła do weryfikacji płatności. Polacy stawiają na szybkość transakcji, dlatego 73% ankietowanych konsumentów uważa, że danymi biometrycznymi posługuje się szybciej niż hasłami, a 76% twierdzi, że jest to łatwiejsze. 92% z polskich konsumentów, którzy wzięli udział w badaniu, uważa, że rozpoznawanie odcisków palców jest najbezpieczniejszą formą uwierzytelniania płatności.

Również szybkość i bezpieczeństwo płatności są ważnymi aspektami w e-commerce. Biometria na ten moment nie dotyczy bezpośrednio tej branży, a raczej instytucji finansowych, które pośredniczą w wykonywanych płatnościach online, np. poprzez weryfikację dostępu do aplikacji bankowej, gdzie potwierdzana jest transakcja. Użytkownicy w tym obszarze również najczęściej decydują się na szybkie rozwiązania, które jednocześnie zapewniają bezpieczeństwo transakcji. Według badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Tpay, 80% internautów najczęściej wybiera płatności natychmiastowe do finalizacji zamówień internetowych, czyli np. BLIK, który jest najszybszą metodą płatności dostępną w Polsce. Nasza rodzima technologia jest innowacją na skalę światową. BLIK szybko zyskał na popularności i jest ulubioną metodą 71% badanych, a korzysta z niej na codzień 58% badanych respondentów. Różnica użytkowania vs preferencji występuje zapewne ze względu na ograniczoną dostępność tej metody płatności w e-commerce, ponieważ nie wszystkie e-sklepy czy marketplace’y mają zintegrowane płatności z BLIKIEM.

Bezgotówkowe Chiny obejmują biometryczną przyszłość

Rynek weryfikacji płatności biometrycznych ciągle się rozwija, ponieważ rośnie konkurencja i zapotrzebowanie na dane konsumentów, które obecnie są jednym z najcenniejszych zasobów na świecie. Według raportu Global Data Market Size opracowanego przez warszawską spółkę z segmentu nowych technologii – Cloud Technologies wynika, że mimo kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego spowodowanego pandemią, nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 roku aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% r/r. Analitycy spółki zapowiadają, że to nie koniec dobrych wieści dla tego sektora. Już w przyszłym roku powinniśmy spodziewać się globalnego wzrostu wydatków na dane na poziomie 26%, co będzie skutkowało łączną wyceną rynku na poziomie 52,3 mld USD w 2021 roku.

Największe gospodarki świata prześcigają się w innowacjach, aby osiągnąć prym technologiczny, który od lat posiadają Chiny, gdzie nowe sposoby płatności są już szeroko dostępne w przekroju branż. Nawet niektóre sieci fast-foodów w Państwie Środka oferują płatności. Dzięki tej technologii, opracowanej przez Ant Group, spółkę macierzystą Alipay – największej chińskiej platformy płatności cyfrowych, gość restauracji płaci skanem swojej twarzy, który wykonuje się za pomocą kamery wbudowanej w ekran dotykowy urządzenia POS, używanego do składania zamówień. Korzystanie z takiej futurystycznej technologii biometrycznej stopniowo staje się głównym nurtem na szybko rozwijającym się rynku płatności w Chinach.

Według ankiety przeprowadzonej przez UBS Evidence Lab, około 21% kupujących w aplikacji Ant’s Alipay i w konkurencyjnej usłudze WeChat Pay firmy Tencent korzysta z systemów płatności poprzez rozpoznawanie twarzy – raz lub dwa razy w tygodniu. Analitycy UBS uważają, że postęp technologii biometrycznej w Chinach toruje drogę dla nowego, bogatego w dane, płynnego ekosystemu płatności obejmującego detalistów, banki i grupy telekomunikacyjne. Przewidują, że pomoże to w pobudzeniu wzrostu gospodarczego w Chinach, które znacznie wykraczą poza technologie klasycznych płatności zbliżeniowych –  najpopularniejszych zarówno w Chinach, jak i na całym świecie.

Odrębna analiza przeprowadzona przez UBS China 360, wykazała, że do końca 2019 r. dwa systemy płatności biometrycznych dotarły już do 300 chińskich miast, z wdrożeniem przez  szerokie grono kupców. Dalsze wzrosty w branży płatności są nadal możliwe, pomimo tak dojrzałego i nasyconego rynku, jakim są Chiny. Zwłaszcza w sytuacji kiedy organy regulacyjne zmieniają krajobraz rynku, aby pobudzić konkurencję w branży płatniczej i rozwijać nowe technologie.

Ta sytuacja przygotowuje grunt pod bitwę na innowacje, między firmami technologicznymi, bankami i fintechami – o danych, które stały się niezbędne do budowania pozycji firm i ich potencjału. Dotyczy to przekroju branż, od pojawiających się nowych modeli „handlu detalicznego”, po ubezpieczenia czy zarządzanie majątkiem.

Dojrzewające płatności cyfrowe

Chiński rynek płatności mobilnych jest już liderem na świecie pod względem całkowitego wolumenu transakcji, znacznie przyćmiewając wolumen transakcji w Stanach Zjednoczonych. Do czasu, gdy system metra w Nowym Jorku stał się pierwszą siecią w USA, która akceptowała portfele mobilne w 2019 r., Alipay stosował je w systemach transportowych 400 chińskich miast, a WeChat Pay jest używany w około połowie z nich.

Jednak taka dynamika wzrostów zaczyna spadać. Obserwacje UBS China 360 sugerują, m.in. że jedna z popularniejszych w tym kraju metod płatności – za pomocą kodów QR, osiągnęła już pełne nasycenie nawet w chińskich miastach, a Alipay i WeChat Pay są wszechobecne od centrów handlowych po mniejsze sklepy.

Pozyskanie większej liczby kupców jest jednym z powodów, dla których Ant uruchomił system płatności rozpoznawania twarzy Dragonfly pod koniec 2018 r., a Tencent wypuścił własną wersję, zwaną Frog Pro, rok później. Korzystając z biometrii, obie firmy są w stanie zwiększyć liczbę transakcji w supermarketach i sklepach ze względu na zdolność technologii do zmniejszenia tzw. „Tarć płatniczych” – czyli czasu potrzebnego na sfinalizowanie transakcji po weryfikację i uwierzytelnienie przez kupującego oraz sprzedawcę. Transakcje kartą i te, które wymagają zeskanowania kodu QR, trwają około 15 sekund, podczas gdy przy rozpoznawaniu twarzy cały proces weryfikacji danych biometrycznych użytkownika i przetwarzania transakcji zajmuje około jednej sekundy.

UBS wierzy, że wygrani w świecie „nowego handlu detalicznego” zostaną zdefiniowani nie tylko przez projekt ich oferty omnichannel, ale przez to, która firma ma najbardziej kompleksowy zestaw danych biometrycznych, detalicznych i transakcyjnych. Eksperci UBS dodają, że na  dłuższą metę w pełni bezkontaktowy i płynny system płatności biometrycznych będzie skomercjonalizowany przez bardziej znanych sprzedawców detalicznych, którzy mają odpowiednie zasoby, m.in. w obszarze danych konsumenckich i przewagę technologiczną.

Restauracje gości przyjęły ostatni raz 124 DNI TEMU

Gastronomia nieczynna od równo 4 miesięcy, a miała być zamknięta dwa tygodnie. Ilość windykacji wobec restauratorów wzrosła o kilkaset procent.

Choć trudno w to uwierzyć to gastronomia jest nieczynna już od… 4 miesięcy! To oznacza, że od 124 dni restauracje i kawiarnie mogą serwować swoje produkty tylko na wynos lub z dowozem. To czasy, gdy kilka tysięcy lokali zakończyło działalność, inni przedsiębiorcy dramatycznie  się zadłużają. Według ostatnich szacunków pracę w gastronomii w pierwszym półroczu tego roku może stracić nawet 250 tysięcy osób. – Sytuacja tej branży jest dramatyczna. Ze wszystkich objętych lockdownem najgorsza – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. – Przedsiębiorcy prowadzący działalność gastronomiczną są początkiem łańcucha długów na który składają się także dostawcy, producenci żywności czy podmioty obsługujące lokale – dodaje windykator.

Restauracje notują spadki przychodów rzędu 80-90%

Gastronomia znajduje się na czele branż, które najboleśniej odczuwają skutki lockdownu. Restauracje są nieczynne od 24 października. Wiele lokali bardzo boleśnie odczuło wiosenne zawieszenie, zamknięcie jesienią uruchomiło spiralę zadłużenia, która doprowadziła do bankructwa wiele firm: – Gastronomia, hotelarstwo oraz budownictwo to panteon branż wobec których najczęściej dochodzi do windykacji. Gastronomia to gospodarcza sieć połączeń. Jeżeli w złej kondycji jest restauracja to pieniędzy nie dostają także dostawcy, producenci, firmy leasingowe. Spirala zadłużenia w tej branży kręci się jak świder i nic nie wskazuje na to, by najbliższe miesiące przyniosły jakąkolwiek poprawę – mówi windykator Małgorzata Marczulewska.

– Najpoważniejsze problemy mają lokale luksusowe, które oferują dobrej jakości jedzenie z drogich produktów. Te firmy nie mogą pozwolić sobie na serwowanie np. owoców morza z dowozem, bo to jest ubytek na jakości, którego konsumenci nie wybaczą. Prowadzimy obecnie kilkadziesiąt postępowań windykacyjnych wobec kawiarni i restauracji. To były zwykle lokale, które dobrze lub bardzo dobrze radziły sobie poza pandemią. Nie znam branży, która mogłaby nie generować przychodów przez cztery miesiące i dobrze działać. Spadki w tej branży sięgają 80-90% – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. – Jakoś radzą sobie fast foody, obiady domowe i lokale z pizzą. To jest jednak kwestia nie jakości, ale prostej obsługi tych dań i możliwości formułowania oferty na wynos – dodaje.

„Rozmowy windykatorów z restauratorami mają często bardzo dramatyczny charakter” Ilość windykacji wzrosła o 500%

Na koniec roku 2020 szacowane długi branży gastronomicznej sięgały 281 milionów złotych. Teraz ta kwota może przekraczać już grubo ponad 300 milionów złotych. Ostatnie informacje pokazują, że nawet co piąta restauracja może nie przetrwać dalszych obostrzeń. – Sytuacja restauratorów jest dramatyczna. Jestem pewna, że fala bankructw jest tutaj absolutnie nie do zatrzymania. W samym Szczecinie widzimy prawdziwy pogrom znikających restauracji i kawiarni. Nie ma tygodnia bez informacji, że ktoś zakończył działalność – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. Zadłużenie rośnie, a restauratorzy nie mogą liczyć na pomoc: – Rozmowy windykatorów z restauratorami mają często bardzo dramatyczny charakter. To ludzie bardzo dumni ze swojej pracy, często czują bezsilność, że ich zamknięcie trwa, a oni nie znajdują racjonalnego uzasadnienia dlaczego tak się dzieje. Ilość windykacji wobec restauratorów w porównaniu z rokiem 2019 wzrosła o ponad 500%. Wcześniej takich spraw było kilkanaście rocznie. Teraz kilkaset – dodaje Prezes Marczulewska.

Trudną sytuację mają również pracownicy gastronomii: – Tysiące osób straciło pracę lub etaty. W wielu restauracjach pozostała tylko podstawowa obsada i to na najniższych wynagrodzeniach. Frustracja jest gigantyczna. Nie zapominajmy, że składową pensji w restauracjach jest napiwek. Nie ma klientów to nie ma napiwków. To jest trudny czas nie tylko dla restauratorów, ale i pracowników gastronomii – dodaje Prezes Marczulewska.

Freelance, etat czy praca zdalna? Polacy o różnych formach pracy

Bezpieczeństwo i stabilizacja to w czasach pandemii jedne z najważniejszych wartości pracy dla Polaków. A jednak, wielu zatrudnionych poszukuje dodatkowych źródeł dochodu poza etatem. Z badań Pracuj.pl wynika, że decydując się na alternatywne źródło zarobku aż jedna trzecia zatrudnionych Polaków realizuje dodatkowe zlecenia „po godzinach”, a co czwarty – wykonuje prace tymczasowe i sezonowe. Ponadto blisko połowa Polaków jest otwarta na propozycje pracy w 100% zdalnej, jeśli takie by się pojawiły.

Z materiału dowiesz się, że:

  • 1/3 pracujących badanych deklaruje, że realizuje zlecenia „po godzinach”.
  • 1 na 7 Polaków deklaruje, że pracuje na więcej, niż jednym etacie.
  • Blisko połowa Polaków jest otwarta na propozycje w 100% zdalnej pracy.
  • Obecnie o przebranżowieniu myśli co piąty pracujący Polak.
  • Zdaniem 58% w przyszłości pojawią się nowe formy wykonywania pracy.

Etat nie zawsze wystarczy

Stała praca na etacie ma wiele zalet, wśród nich kluczowe są bezpieczeństwo i stabilizacja – szczególnie w czasach pandemii i wyzwań gospodarczych. Jednak Polacy sięgają często także po inne formy zarobkowania. Głównym motywatorem do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodu jest oczywiście wysokość wynagrodzenia – wielu zatrudnionych na etacie chciałoby otrzymywać wyższą pensję. Dlatego decydują się na poszukiwanie dodatkowych możliwości zarobkowania. Inną często podkreślaną motywacją jest większa swoboda i niezależność, związana z życiem poza etatem – choć freelancing bywa wymagającą ścieżką kariery.

Niewątpliwie na otwartość na różnorodne formy pracy wpłynęła pandemia COVID-19 która udowodniła, że praca z biura czy siedziby firmy nie musi na zawsze pozostać dominującym modelem wykonywania obowiązków.

Jak te powszechne przekonania dotyczące niestandardowych form zarobkowania wypadają na tle deklaracji Polaków? Tego postanowiliśmy się dowiedzieć w kolejnej części badań „Polacy w środowisku pracy”, przeprowadzonych na reprezentatywnej grupie ponad 1000 pracujących respondentów. Polacy o różnych formach pracy

Zlecenia coraz bardziej popularne

Jak wynika z badań Pracuj.pl, aż 1/3 pracujących badanych przyjmowała w 2020 roku (styczeń-grudzień) dodatkowe zlecenia „po godzinach”. Warto zauważyć, że częściej z takiej formy pracy korzystają mężczyźni (37%) niż kobiety (27%) – co może się wiązać między innymi z większym obciążeniem pań przez obowiązki rodzicielskie, wciąż nierówno rozłożone w przypadku płci.

Polacy o różnych formach pracy 2

Sposobem na zdobycie dodatkowych środków są także prace tymczasowe i sezonowe. Do takiej formy zarobkowania w 2020 roku przyznaje się co czwarty pracujący respondent. Choć w czasach pandemii tego typu praca w celu uzyskania dodatkowego dochodu bywa koniecznością, badani zauważają, że wciąż jest ona traktowana jako mniej prestiżowa.

Ciekawe są również wyniki dotyczące pozostałych form zarobkowania. Badanie Pracuj.pl wskazuje, że na więcej niż jednym etacie pracowało 15% respondentów, a tylko 14% wykonywało obowiązki w 100% zdalnie. Jeszcze mniej, bo nieco więcej niż co dziesiąty, wykonywało pracę na zastępstwo (12%).

Polacy otwarci na nowe

Jak wykazują badania, Polacy są bardziej otwarci na nietypowe formy pracy, niż wynikałoby to z liczby osób deklarujących ich faktyczną realizację. Najwięcej, bo aż 45% pracujących badanych gotowych byłoby podjąć w 100% zdalną pracę lub telepracę. To pokazuje ciekawą zależność – wśród osób pracujących zdalnie gotowość na taką formę wykonywania obowiązków w przyszłości jest znacznie niższa (o czym można przeczytać w raporcie „Pół roku nowej normalności”).
Polacy o różnych formach pracy 3

Z kolei mniej więcej co trzeci zatrudniony badany jest otwarty na takie źródła dodatkowego dochodu, jak praca tymczasowa lub sezonowa (34%), dodatkowy etat (33%) oraz freelancing lub dodatkowe zlecenia po godzinach (31%). Najmniej, bo 29% byłoby gotowych na podjęcie się pracy na zastępstwo.

Jasne i ciemne strony freelancingu

Jak wykazują badania, praca zdalna i freelancing okazują się być atrakcyjną formą wykonywania obowiązków dla znaczącej grupy Polaków. Tego typu zajęcia coraz częściej przeradzają się w obecnych czasach w pełnowymiarowy model pracy. Przykładem udanej, stopniowej transformacji z „etatowca” na freelancera jest historia Justyny Mazur, autorki popularnych podcastów – od niedawna na „pełen etat”. W tym roku wraz z Pracuj.pl przygotowała także serię rozmów pod tytułem „Dobra robota”.

Podczas studiów dziennikarskich miałam przekonanie, że praktyka ma kluczowe znaczenie i nim się obejrzałam, miałam już kilkuletnie doświadczenie w pracy redakcyjnej, co wzbudzało wśród rówieśników podziw. Po kilku latach zaobserwowałam u siebie jednak wypalenie zawodowe. Jakiś czas temu poczułam, że moje możliwości rozwoju mogą zostać zaspokojone poza klasyczną formą zatrudnienia. Od lat tworzę rzeczy do sieci, od niespełna trzech podcasty. Włożyłam całą swoją energię w to, by moje zainteresowania stały się moją pracą. Wymagało to początkowo wielu wyrzeczeń, ale dzisiaj patrząc na listę najczęstszych problemów towarzyszących zatrudnionym, żaden z nich mnie nie dotyczy – komentuje Justyna Mazur.Polacy o różnych formach pracy 4

Jak jednak podkreśla Konstancja Zyzik, ekspertka Grupy Pracuj, freelancing nie jest dla każdego. To forma pracy, która wymaga specyficznego zestawu umiejętności i charakteru, a w wielu wypadkach może skutkować brakiem równowagi między pracą, a życiem prywatnym.

Freelancing jest ciekawą formą pracy, ale wymaga od stawiającej na niego osoby sporej sprawności i przedsiębiorczości. W większości wypadków wymaga dobrej organizacji zadań, systematyczności, zdolności do samodzielnego postawienia granicy między czasem pracy i prywatnym. Badania pokazują, że choć otwartość na alternatywne formy zarobkowania jest duża, etat pozostaje wciąż najbardziej powszechnie oczekiwaną i pożądaną opcją – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Również sami badani Polacy podzieleni są w ocenie wpływu freelancingu na work-life balance. 38% respondentów Pracuj.pl zgadza się z opinią, że ten model pracy mocniej niż inne burzy równowagę między pracą i życiem osobistym, 19% – nie zgadza się, a aż 43% nie ma na ten temat określonego zdania.
Polacy o różnych formach pracy 5

Nadchodząca ewolucja modeli pracy

Sytuacja na rynku pracy zmienia się, zwłaszcza w obecnym czasie, gdy wpływ na firmy i zatrudnionych ma pandemia wywołana przez COVID-19. Dostrzegają to pracujący Polacy – aż 58% z nich uważa, że w najbliższych latach pojawiać się będą nowe formy realizacji pracy. Okazuje się także, że ponad połowa badanych liczy się z tym, że zmiany na rynku pracy spowodują wzrost zainteresowania innymi formami zatrudniania niż etat.

Czy jednak zatrudnieni robią coś w tym kierunku, by lepiej być przygotowanym do zmieniającej się sytuacji? Okazuje się, że tak. Obecnie o przebranżowieniu myśli 21% osób. Jednak znacznie więcej pracujących jest gotowych poświęcić czas i pieniądze, jeśli skutkowałoby to nową, lepszą pracą w przyszłości. Aż 80% respondentów deklaruje, że może poświęcić swój czas na samorozwój – kursy, szkolenia i nabywanie nowych kompetencji zawodowych po to, by móc się przebranżowić i zmienić pracę na lepszą.

Ponad połowa badanych (53%) osób byłaby skłonna zapłacić za szkolenia i kursy, dzięki którym ich szanse na nową pracę się zwiększą, nawet jeśli miałby to być inny, niż wykonywany dotychczas zawód. Jedynie 7% osób uznało, że szkoda im czasu na naukę.

Wspólna praca nad nowymi modelami

Wybuch pandemii COVID-19 i jego konsekwencje dla rynku pracy pokazały, że warto być elastycznym i mieć umiejętność szybkiego odnajdywania się w zmieniającej rzeczywistości. Obawy przed zmianami mogą być paraliżujące dla pracodawców i pracowników, a nowa sytuacja – czy tego chcemy, czy nie – mocno będzie wpływać na rdzenie się nowych trendów i tendencji. Najbliższe lata to będzie okres mocnego testowania zarówno nowych modeli pracy, jak i nacisku na przekwalifikowywanie części kadr.

To dobrze, że pracownicy na poziomie deklaracji starają się patrzeć w przyszłość i przewidywać, jak może wyglądać sytuacja na rynku pracy za kilka lat. Z badań widać, że większość osób nie boi się zmian, a nawet przekwalifikowania. Są w stanie poświęcić czas i pieniądze, by znaleźć pracę swoich marzeń. To jednak także sygnał dla pracodawców, którzy powinni przygotowywać się do ewentualnych zmian. W długiej perspektywie rekrutacja i zatrudnianie nowych osób jest bardziej kosztowna niż dokształcanie obecnej kadry. Ponadto szerszy wachlarz modeli pracy to, jak pokazują badania, magnes na dodatkowe grupy kandydatów. Firmy powinny przyglądać się rynkowi i do niego adaptować, bo tempo zmian rynku pracy w ostatnim roku znacznie przyspieszyło – podsumowuje Konstancja Zyzik.

Kiepskie nastroje firm z nadzieją na szybkie zakończenie pandemii

Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” dotyczące bieżącej sytuacji i prognoz:

  • 38,5% firm pozytywne ocenia swoją aktualną sytuację finansową. To o 1,5 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. O 4 pp. (do 34%) natomiast wzrosła grupa przedsiębiorców niezadowolonych ze swojej sytuacji ekonomicznej.
  • Niecałe 15% firm spodziewa się poprawy sytuacji ekonomicznej w najbliższych trzech miesiącach. 27% firm obawia się jej pogorszenia. Prawie 60% nie jest w stanie przewidzieć, jak zmieni się ta sytuacja w najbliższej przyszłości.
  • 79% właścicieli firm dostrzega wpływ pandemii na prowadzenie biznesu. Zdecydowana większość, bo 95% z nich odczuwa jego negatywne skutki.
  • Niemal 37% właścicieli firm ma problemy z uzyskaniem od dostawców materiałów, produktów czy komponentów niezbędnych do prowadzenia działalności.
  • Niewiele mniej, bo 36,2% przedsiębiorców, obawia się, że problemy z dostawami utrzymają się w najbliższych trzech miesiącach.
  • NOWOŚĆ: 40% przedsiębiorców uważa, że wprowadzenie lockdownu miało sens. Ponad połowa z nich wierzy, że dzięki temu pandemia szybciej się skończy. Jednocześnie 60,5% przedsiębiorców jest przeciwnego zdania. Uważają oni, że takie działanie blokuje gospodarkę (68%) i pozbawia ludzi źródła pracy (61%).

Co trzecia firma źle ocenia swoją sytuację ekonomiczną – wynika z VII edycji badania „KoronaBilans MŚP”, zrealizowanego w lutym br. przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Wiele firm mówi jasno, że wprowadzone obostrzenia negatywnie wpływają na prowadzenie działalności. Tymczasem zwolennicy lockdownu wierzą, że dzięki niemu, pandemia szybciej się skończy.KoronaBilans MŚP – główne wnioski

Wyniki VII edycji badania KRD „KoronaBilans MŚP” pokazują, że mimo trudnej ogólnej sytuacji firm, wciąż utrzymuje się przewaga optymistów nad pesymistami. Dobrze o swojej bieżącej sytuacji ekonomicznej wypowiada się 38,5% właścicieli firm z sektora MŚP, to o 1,5 pp. więcej niż w grudniu i znacznie więcej niż na początku pandemii, kiedy to pozytywnie swoją sytuację ekonomiczną oceniał zaledwie co czwarty przedsiębiorca.KoronaBilnas MŚP – lockdown

Towar chwilowo niedostępny

W widoczny sposób wzrósł natomiast odsetek firm, które mają odmienne zdanie. Jeszcze w grudniu źle bądź bardzo źle o swojej sytuacji ekonomicznej mówiło 30% firm. W najnowszej edycji badania takie spostrzeżenia ma już ponad 34% przedsiębiorców. Tym samym maleje grono firm, które nie są w stanie określić, czy ich sytuacja ekonomiczna jest dobra czy zła. Odsetek przedsiębiorstw, które spodziewają się pogorszenia sytuacji w najbliższych trzech miesiącach, spadł z 41% w grudniu do 27% obecnie. Dwukrotnie wzrósł odsetek optymistów (choć wciąż stanowią oni mniejszość) i dość wyraźnie spadł odsetek pesymistów.

Wciąż wiele firm, bo 76 proc. dostrzega wpływ pandemii na prowadzenie działalności. Co prawda to o 5,6 pp. mniej niż w grudniu, ale to nadal bardzo dużo. I niestety mowa tu o negatywnym oddziaływaniu. Prawie 95 proc. przedsiębiorców w tej grupie, przyznaje, że zmuszonych było ograniczyć, zawiesić lub zamknąć działalność. Według danych Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, w grudniu 2020 roku zamknęło lub zawiesiło działalność 47 332 przedsiębiorców, a rozpoczęło lub odwiesiło działalność 27 711 podmiotów. W drugim półroczu 2020 roku systematycznie rosła w Polsce liczba wniosków o zamknięcie czy zawieszenie działalności. Epidemia musiała się do tego znacznie przyczynić, co potwierdza także nasze badanie – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Wzrósł odsetek firm, które mają problemy z uzyskaniem od dostawców materiałów, produktów czy komponentów niezbędnych do prowadzenia działalności. Aktualnie taki kłopot zgłasza 36,9% przedsiębiorców, to o 5,2 pp. więcej niż w grudniu. Z drugiej strony o 1,5 pp. (do 36,2%) spadł odsetek tych, którzy w najbliższych trzech miesiącach spodziewają się problemów z dostawami.

Lockdown dobry, lockdown zły

Prawie 79% badanych przyznało, że obostrzenia wprowadzone w październiku 2020 r. miały wpływ na prowadzenie ich biznesu. Co piąty przedsiębiorca nie odczuł konsekwencji. Jednocześnie ponad połowa ankietowanych firm zakłada, że jeśli niektóre restrykcje zostaną przedłużone, to odbije się to na ich działalności negatywnie.

Jeśli chodzi o ocenę wprowadzenia obostrzeń, widać, że przedsiębiorcy są podzieleni. Prawie 40% z nich uważa, że wprowadzenie lockdownu ma sens. Ponad połowa zwolenników zamrożenia gospodarki, wierzy, że dzięki temu pandemia szybko się skończy. 46% jest przekonanych, że takie działanie zapewnia społeczeństwu bezpieczeństwo.

Przeciwnicy lockdownu natomiast w dużej mierze sądzą, że takie działanie za bardzo paraliżuje gospodarkę (68%) i pozbawia ludzi źródła utrzymania (61%). Ponad połowa (56%) uważa, że zamrażanie firm w wybiórczej formie nie ma sensu, ponieważ niektóre branże działają bez zmian, a inne są zamknięte, co czasem odbija się na branżach ściśle współpracujących z tymi zamrożonymi.

Widać, że przedsiębiorcy o zamrożeniu gospodarki nie mówią jednym głosem. Jedni uważają, że jest ono potrzebne, bo rodzi nadzieję na szybkie zakończenie pandemii. W ich ocenie zdrowie jest ważniejsze od zysków, bądź podchodzą do tego bardzo pragmatycznie: jeśli zaraza będzie się szerzyć wśród pracowników, to oznacza to długotrwały paraliż firmy. Jednak większość nie widzi w nim sensu. Te negatywne oceny wynikają głównie z tego, że nie mogą normalnie prowadzić działalności lub, mimo że lockdown nie dotknął ich bezpośrednio, to problemy ich kontrahentów wpływają także na ich działalność. Są branże, które ściśle współpracują z tymi zamkniętymi, jak na przykład pralnie, które kiedy hotele były zamknięte, traciły nawet 80 proc. zysków. Takich powiązań jest bardzo dużo. Ale 23 proc. przeciwników zamrażania gospodarki uważa, że takie działanie wcale nie zmniejsza ryzyka zachorowania – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

VII edycja ogólnopolskiego Badania „KoronaBilans MŚP” została przeprowadzona przez IMAS International w lutym 2021 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęła grupę 301 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CATI/CAWI.

E-życie zostanie z nami na dłużej

Rewolucja technologiczna towarzyszy nam już od dawna, ale w ostatnich miesiącach zdecydowanie przyspieszyła. Wybuch pandemii i przeniesienie znacznej części życia konsumentów oraz funkcjonowania firm do strefy wirtualnej, spowodowały nasilenie korzystania z nowoczesnych technologii. Boom ten z pewnością będzie miał wpływ na szeroko pojęty biznes – także w przyszłości.

Nowoczesne technologie to jedna z najbardziej dynamicznych branż. Rozwój wirtualnych usług, który obserwujemy od kilku lat, w ostatnim czasie jeszcze bardziej podkręcił tempo. Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy na rynku pojawiły się zupełnie nowe rozwiązania, narzędzia i platformy, będące odpowiedzią na szereg wyzwań, przed którymi stanęła światowa gospodarka. Jeszcze przed rokiem, gdy wprowadzano pierwszy lockdown, a obostrzenia całkowicie zmieniły życie konsumentów, pracowników i firm, większość z nas traktowała nową rzeczywistość jako okres przejściowy. Dziś, oczywistym jest, że zmiany wywołane przez pandemię będą nam towarzyszyły przez dłuższy okres i trwale wpłyną na wiele aspektów życia konsumentów i funkcjonowania biznesu.

Rzeczywistość kształtuje trendy

Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny. Aż 65 proc. ankietowanych przedsiębiorców twierdzi, że pandemia trwale zmieni działalność ich firm. Zmiana ta w dużym stopniu będzie wiązała się z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, które w tak dynamicznie zmieniających się warunkach umożliwiają organizacjom zarówno pracę zdalną, jak i komunikację z klientami, czy rozszerzanie oferty usług dopasowanych do bieżących wyzwań. Dane PIE wskazują, że aż 37 proc. dużych firm biorących udział w badaniu deklarowało wzrost inwestycji w nowoczesne technologie, a 32 proc. ich utrzymanie na poziomie z poprzedniego roku[1]. – Aby sprawnie działać i odpowiadać na zmieniające się zwyczaje konsumentów biznes musi uwzględniać najważniejsze trendy. Nowoczesne technologie są dziś niezbędne – biorąc pod uwagę choćby model pracy zdalnej, czy oczekiwania konsumentów, którzy w znacznym stopniu żyją w świecie wirtualnym i tam poszukują informacji o produktach i markach – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska

Warto pamiętać, że aby skutecznie i efektywne wykorzystywać nowoczesne technologie w organizacjach niezbędny jest cechujący się odpowiednimi kompetencjami zespół. Nawet najnowocześniejsze narzędzia cyfrowe umożliwiające pracę zdalną i realizację zaawansowanych procesów nie sprawdzą się, jeśli na czele rozproszonego zespołu zabraknie cyfrowego lidera potrafiącego zarządzać pracownikami w nowej rzeczywistości.

[1] https://pie.net.pl/wp-content/uploads/2021/01/Tygodnik-Gospodarczy-PIE_03-2021.pdf

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – jakie zmiany wniesie na rynku nieruchomości

Prace nad projektem ustawy dotyczącej ochrony praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego trwają już od wielu lat. W minionym tygodniu projekt został przyjęty przez Radę Ministrów. Temat jest bardzo dobrze znany w branży nieruchomości. Co to w praktyce oznacza i jakie niesie ze sobą zmiany dla deweloperów oraz kupujących mieszkania?

Głównym założeniem ustawy jest zwiększenie bezpieczeństwa osób kupujących mieszkanie od dewelopera, w przypadku ogłoszenia przez niego upadłości. Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK, twierdzi, że dotychczasowa ochrona środków wpłacanych przez nabywcę mieszkania nie zapewnia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Aby je zwiększyć, rząd chce powołać Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Dzięki takiemu rozwiązaniu, osoba, która kupiła lokal od upadającego dewelopera, otrzyma pieniądze zgromadzone właśnie przez tę instytucję.

Co to oznacza dla deweloperów? Wspominany fundusz będą zasilały składki odprowadzane przez inwestorów od środków wniesionych przez klientów na zakup mieszkania. Będzie to 2% (w przypadku otwartych rachunków powierniczych) lub 0,2%, przy zamkniętych rachunkach – od wartości mieszkania. Składka jest de facto dodatkowym opodatkowaniem deweloperów, co w dalszej perspektywie może wpłynąć na wyższe ceny mieszkań. Łączne wpływy do DFG mogą wynieść nawet 1,5 mld zł rocznie. Realna wysokość składki będzie określana w rozporządzeniu, więc musimy się liczyć z tym, że może być ona wyższa. Co ciekawe, w ostatnich latach, po wprowadzeniu rachunków powierniczych, nie słyszy się o upadłościach deweloperów, co pozwala wnioskować, że skala problemu jest minimalna, a pieniądze klientów bezpieczne. Nowy podatek to potencjalny wzrost cen, który nie jest potrzebny i do końca uzasadniony.

Ustawa przewiduje również sytuację, w której nabywca nowego mieszkania będzie mógł odmówić dokonania jego odbioru ze względu na istotne wady lokalu. Aby było to możliwe, potrzebne jest stworzenie jednej obowiązującej procedury odbiorów mieszkań, która musi być odpowiednio sprecyzowana. Ustawa ma także zawierać określenie konsekwencji, jakie poniesie deweloper w przypadku nieusunięcia zauważonej wady w wyznaczonym przez konsumenta terminie.

Wszelkie nowe działania, które wynikają z wejścia w życie ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, a także z utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, niosą za sobą również zwiększenie biurokracji. Wszystkie te procesy z pewnością będą wymagały szeregu procedur, odpowiedniego raportowania oraz archiwizowania dokumentacji. To wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów, co z kolei może przełożyć się na wzrost cen mieszkań. Czy jest to rzeczywiście niezbędne? Moim zdaniem nie. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to sztuczne tworzenie etatów, dodatkowe obciążenia administracyjne i dokładanie kolejnych godzin pracy przy dokumentach.

Wszelkie inicjatywy, które mają na celu ochronę mieszkańców, są jak najbardziej pożądane. Muszą być one jednak odpowiednio przemyślane, aby nie godzić w interesy innych – w tym przypadku deweloperów, a przede wszystkim odpowiadać na rzeczywiste potrzeby i problemy klientów oraz branży nieruchomości.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Aż 85 proc. nauczycieli deklaruje brak doświadczenia w wykorzystywaniu narzędzi nauki zdalnej, a zaledwie 5 proc. z nich określa swoje umiejętności w tym zakresie jako bardzo dobre. Jednocześnie, tylko 8 proc. uczniów postrzega kompetencje nauczycieli w obszarze nauki zdalnej jako wysokie, a aż 62 proc. przebadanych uczniów uważa zdalną formę nauczania jako nieefektywną. Pandemia pokazała też nowy wymiar wykluczenia sprzętowego. O ile aż 97 proc. gospodarstw domowych dysponowało co najmniej jednym komputerem, to w momencie przeniesienia nauki do domu barierą okazała się konieczność współdzielenia sprzętu między uczącym się rodzeństwem, ograniczenia przepustowości łącza lub limitowana wielkość wielkości miesięcznego transferu danych. To wnioski płynące z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny policy paper „Cyfrowe wyzwania stojące przed polską edukacją”.

Pandemia COVID-19 radykalnie zmieniła rzeczywistość edukacyjną w Polsce. Przede wszystkim ujawniła bariery związane z deficytem kompetencji po stronie nauczycieli
i uczniów w zakresie wykorzystywania narzędzi cyfrowych. Czynniki w postaci nierównego dostępu do infrastruktury i konieczności współdzielenia sprzętu przyczyniają się do wzrostu luki edukacyjnej. Problemami są także ograniczona możliwość monitorowania aktywności i postępów w nauce uczniów oraz konieczność znacznie zwiększonego zaangażowania rodziców w proces edukacyjny. Zdalny tryb nauczania wpłynął także na pogorszenie relacji między uczniami oraz między nauczycielami i uczniami. Głównym wyzwaniem takie zastosowanie narzędzi cyfrowych w polskim systemie edukacji które nie będzie prostym przeniesieniem nauki stacjonarnej do internetu, ale pozwoli na wykorzystanie wszystkich atutów nowych narzędzi i źródeł treści
– mówi Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zdalne nauczanie pogłębia nierówności

Wprawdzie aż 85 proc. przebadanych placówek deklaruje zdolność do prowadzenia nauczania w trybie zdalnym, jednak w mniejszych ośrodkach czy szkołach wiejskich częstymi barierami są konieczność współdzielenia sprzętu, problemy z przepustowością sieci oraz nieznajomość oprogramowania. Ponadto, ok. 4,5 proc. 15-letnich dzieci w Polsce nie ma spokojnego miejsca do nauki w domu. Dla takich uczniów, jak również dla tych z niepełnosprawnościami oraz mniej zdolnych, zdalny tryb nauczania jest źródłem zwiększania dystansu do dzieci mających dostęp do lepszych warunków edukacyjnych. Problemem jest także przerzucenie dużej części odpowiedzialności za naukę na rodziców – 21 proc. z nich poświęca na wspieranie jednego dziecka w nauce zdalnej co najmniej pięć godzin dziennie, 18 proc. co najmniej cztery godziny, a 20 proc. co najmniej trzy.

Cyfrowa transformacja warunkiem sprostania wymogom zdalnej edukacji

W trakcie pandemii brakowało w Polsce zakrojonych na szeroką skalę reprezentatywnych badań nad sytuacją w obszarze edukacji, w tym barierami po stronie szkół, nauczycieli
i uczniów, czy stratą edukacyjną. Bazując na dostępnych opracowaniach, można jednak wskazać na kilka zjawisk. W przypadku nauczycieli największym problemem oprócz niedostatecznych kompetencji cyfrowych był deficyt w zakresie przygotowania metodycznego, pozwalającego wybierać optymalne narzędzia, metody i treści nauczania. Duży dysonans jest widoczny w obszarze postrzegania kwestii technologicznej sprawności kadry nauczycielskiej przez dyrektorów a faktycznymi umiejętnościami w tym zakresie. 78 proc. dyrektorów szkół w Polsce jest zdania, że nauczyciele posiadają niezbędne umiejętności do kształcenia na odległość. Tymczasem w grupie 3 tys. przebadanych nauczycieli, tylko 5 proc. z nich określiło swoje przygotowanie do prowadzenia zajęć zdalnych jako bardzo dobre, zaś kolejne 40 proc. deklarowało przygotowanie w stopniu małym lub umiarkowanym. Przekłada się to m.in. na traktowanie przez nauczycieli kontaktu online z uczniami jako formy zadawania prac do samodzielnego wykonania, na czym najbardziej tracą uczniowie słabsi i nieposiadający wystarczającego wsparcia ze strony rodziców.Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Jak uzdrowić edukację po pandemii?

Wśród rekomendacji działań w krótkim horyzoncie czasowym znajdują się przede wszystkim zapewnienie uczniom opieki psychologicznej wspierającej ich w radzeniu sobie ze spowodowanym izolacją społeczną stresem, monitoring nauczania poprzez utrzymanie kontaktu z uczniami i rodzicami, wspieranie uczniów defaworyzowanych oraz troska
o dobór odpowiednich pod względem jakości, a przede wszystkim dostępności, narzędzi transferu wiedzy.

Pandemia COVID-19 zrewolucjonizowała sposób funkcjonowania systemu edukacyjnego. Dlatego oprócz koniecznych do wdrożenia w szybkim tempie rozwiązań, kluczowe jest spojrzenie średnio- i długoterminowe. Ograniczenie luki i straty edukacyjnej będzie możliwe, jeżeli w porę zdiagnozujemy ich źródła oraz dostosujemy rozwiązania
w możliwie największym stopniu do indywidualnych preferencji uczniów. Taka diagnoza powinna być zakorzeniona w wynikach egzaminów zewnętrznych oraz rzetelnych badaniach międzynarodowych jak np. PISA. Ponadto, konieczne jest opracowanie kompleksowego planu nadrabiania zaległości edukacyjnych wraz z projektem jego sfinansowania. Z kolei w długim okresie najważniejsze będą działania na rzecz równej
i sprawiedliwej transformacji cyfrowej polskiej edukacji. Chodzi tu przede wszystkim
o przygotowanie uniwersalnych platform edukacyjnych, zwiększenie dostępu do infrastruktury cyfrowej, włączenie edukacji online do zmodyfikowanej podstawy programowej oraz szeroko zakrojone programy zwiększające kompetencje cyfrowe nauczycieli wraz z minimalnymi standardami w tym zakresie
– mówi Tomasz Gajderowicz z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Evidence Institute, współautor raportu.