Ponad jedna trzecia Polaków nie ufa ubezpieczycielom. Najgorzej jest w kwestii ochrony zdrowia i życia

Niemal połowa Polaków ufa ubezpieczycielom, ale ponad jedna trzecia jest przeciwnego zdania. W tej drugiej grupie najwięcej jest osób z wyższym i ze średnim wykształceniem, a także najlepiej zarabiających. Przeważnie są to mieszkańcy dużych miast. I trzeba dodać, że częściej brak zaufania wykazują mężczyźni niż kobiety. Rodacy o negatywnym nastawieniu do tego typu firm darzą najmniejszym zaufaniem instrumenty ochrony życia i zdrowia, nieruchomości, a także mienia. Nieco lepiej postrzegane są ubezpieczenia motoryzacyjne i turystyczne.Blisko połowa Polaków ufa firmom ubezpieczeniowym

Z ogólnopolskiego badania opinii społecznej, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP, wychodzi, że 46,7% Polaków ufa ubezpieczycielom. 34,4% temu zaprzecza, a 18,9% nie potrafi tego ocenić. Jak komentuje ekonomista Marek Zuber, to dość niepokojące zjawisko, że ponad jedna trzecia rodaków nie wierzy instytucjom zaufania publicznego. Może to wnikać z tego, że są kojarzone z firmami finansowymi, takimi jak banki, które w ostatnich latach straciły na wizerunku.

– W mojej perspektywie, to są wręcz zaskakująco dobre wyniki dla towarzystw ubezpieczeniowych. Od lat powszechnie mówi się przecież o tym, że ubezpieczyciele często nadużywają swojej pozycji i zwykle próbują coś zrobić na niekorzyść klientów przy likwidacji szkód – zwraca uwagę Maciej Kamiński, prezes zarządu HELPER CPP.Polacy najbardziej nie ufają ubezpieczeniom w kwestii ochrony zdrowia i życia oraz nieruchomości

Dr hab. Monika Wieczorek-Kosmala, Prof. UE z Katedry Finansów Przedsiębiorstw i Ubezpieczeń Gospodarczych Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach zauważa, że wiele osób ma negatywne doświadczenia związane z procesem likwidacji szkód i z poczuciem otrzymania zbyt niskiego odszkodowania. Według eksperta, jednak często jest to skutkiem niezrozumienia warunków ochrony. Klienci pobieżnie czytają zapisy umów i nie znają definicji zdarzeń losowych oraz finansowych skutków ograniczeń odpowiedzialności stosowanych przez ubezpieczycieli.

– Badani, którzy deklarują zaufanie do ww. firm, do tej pory mogli tylko płacić składki za różnego rodzaju ubezpieczenia, ale jeszcze nie mieć okazji likwidować faktycznej szkody. Przez to poziom ufności może być większy. Jednak to oczywiście nie zmienia faktu, że blisko połowa Polaków ją wyraża – dodaje ekspert z HELPER CPP.

Częściej mężczyźni niż kobiety nie ufają firmom ubezpieczeniowym. Brak zaufania wykazują głównie osoby z wyższym i ze średnim wykształceniem, a także z zarobkami rzędu 5000-6999 i ponad 9000 zł netto. Najmniej ufni są ludzie zamieszkali w miastach liczących co najmniej 500 tys. mieszkańców, a także w miejscowościach mających 100-199 tys. i 200-499 tys. ludności. Najwięcej tych osób jest w woj. kujawsko-pomorskim, pomorskim i śląskim.

– Wyniki badania pokazują również, że brak ufności jest mocno związany z wykształceniem, dochodem i miejscem zamieszkania. Im wyższy jest poziom zdobytej edukacji oraz zarobków, a także im większa jest dana miejscowość, tym niższe zaufanie jest do ubezpieczyciela – podkreśla Maciej Kamiński.

Ponadto ankietowani, którzy nie ufają firmom ubezpieczeniowym, zostali zapytani o to, do jakich trzech typów ubezpieczeń mają najmniejsze zaufanie. 53% badanych w tej grupie podało instrumenty ochrony dotyczące życia i zdrowia, 27,8% – nieruchomości, a 24,6% – ogólnie mienia. Na czwartej pozycji znalazły się ubezpieczenia motoryzacyjne – 19,5%, a za nimi turystyczne – 14%. Natomiast 20,1% respondentów nie było w stanie podać konkretnych kategorii.

– Ubezpieczenia z pierwszego zakresu mogą mieć charakter inwestycyjny jako tzw. polisolokaty. Negatywny stosunek do nich wynika z kilku czynników. Można wskazać wysokie koszty rezygnacji po paru latach, a także kary w przypadku braku wpłaty w danym miesiącu. Ponadto inwestowanie w tego typu aktywa może być nieopłacalne w związku z sytuacją na giełdzie – stwierdza Marek Zuber.

Natomiast dr hab. Krzysztof Łyskawa z Katedry Ubezpieczeń Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu uważa, że poziom zaufania do instrumentu ochrony ma związek ze znajomością danego produktu. W przypadku ubezpieczeń życiowych rozmowa z reprezentantem zakładu trwa dłużej niż przy auto casco. Nie każdy Polak skorzystał z odszkodowań i świadczeń we wszystkich typach posiadanych produktów. Istotna jest zatem częstotliwość konkretnych zdarzeń, które wymagają likwidacji szkody i działania zakładu ubezpieczeń. W tym miejscu właśnie buduje się zaufanie.

– Fakt, że poza pierwszą trójką są ubezpieczenia motoryzacyjne, może nieco dziwić. W tej kategorii najczęściej dochodzi do opóźnień w likwidacji szkód i zaniżania odszkodowań z tytułu OC i AC. Ponadto należy dodać, że tego typu szkód na rynku jest najwięcej. Można zatem wnioskować, że Polacy przyzwyczaili się już do różnego rodzaju niedociągnięć. Jednak prawdziwe zagrożenie widzą tam, gdzie wchodzi w grę życie i zdrowie, a także ochrona własności – wyjaśnia prezes Kamiński.

Z badania również wynika, że pierwszym trzem typom ubezpieczeń najbardziej nie ufają Polacy w wieku 18-35 lat o dochodach 5000-8999 zł netto. Głównie mają oni średnie lub wyższe wykształcenie. Najwięcej takich osób jest w woj. kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim i lubelskim. Zamieszkują one miejscowości liczące 200-499 tys. i 5-19 tys. ludności.

Badanie zostało przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP w dniach 05-07 lutego br. Ankietę zrealizowano metodą CAWI na grupie 1017 dorosłych Polaków, reprezentatywnej ze względu na płeć i wiek.

Branża piwowarska na minusie w 2020 roku. Najwięcej tracą piwa mocne, najszybciej zyskują bezalkoholowe

Branża piwowarska dotkliwie odczuła ograniczenia w działalności sklepów i lokali gastronomicznych, spadek ruchu turystycznego oraz brak imprez masowych. To wszystko wpłynęło na kilkuprocentowy spadek sprzedaży piwa w 2020 roku. Największy dotyczył najpopularniejszego segmentu alkoholowych lagerów. Za to dynamiczne wzrosty zanotował segment piw bezalkoholowych, którego wartość przekroczyła już 1 mld zł, a jego udział w kategorii piwa wzrósł do 5,7 proc. Branża spodziewa się, że ten trend będzie kontynuowany, jednak do planów na ten rok podchodzi z ostrożnością. Jednym z większych wyzwań jest niepewne otoczenie regulacyjne.

– Rok 2020 zdestabilizował branżę piwowarską pod wieloma względami. Począwszy od działalności operacyjnej browarów, które w krótkim czasie musiały się dostosować do nowych, pandemicznych realiów, zapewnić bezpieczeństwo pracy, produkcji i dostaw, po wyniki sprzedażowe, które w zeszłym roku okazały się wyraźnie niższe, zwłaszcza w sektorze gastronomicznym – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Branża dotkliwie odczuła lockdown, ograniczenia w działalności sklepów i lokali gastronomicznych, spadek ruchu turystycznego oraz brak imprez masowych. W efekcie – jak wynika z danych NielsenIQ – w 2020 roku spadek wolumenowy sprzedaży piwa w Polsce wyniósł 1,6 proc. Te dane nie obejmują jednak sektora HoReCa.

W ubiegłym roku nie było letnich festiwali muzycznych, dużych imprez sportowych czy takiej turystyki, którą pamiętamy z lat wcześniejszych. Nawet popularne grille, na które Polacy chętnie wyjeżdżają na działki, były niemożliwe w trakcie ograniczeń w przemieszczaniu się. To wszystko spowodowało, że naturalnych okazji do spożywania piwa było po prostu mniej i konsumpcja indywidualna spadła – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki. – Po uwzględnieniu segmentu hotelarsko-gastronomicznego spadek sprzedaży piwa w 2020 roku sięgnął prawie 4 proc. (za GUS). To stanowi poważne wyzwanie dla branży.

Według danych NielsenIQ wolumenowy spadek sprzedaży piwa był najbardziej widoczny w najpopularniejszym dotąd segmencie alkoholowych lagerów. Jego sprzedaż spadła o 2,6 proc.

– W ramach tego segmentu jeszcze szybciej spadał podsegment mocnych lagerów alkoholowych [o 4,7 proc. w 2020 roku vs. 2019 roku wolumenowo – red.] i to on ciągnął sprzedaż w dół. To jest kontynuacja trendu, który obserwowaliśmy w poprzednich latach, ale rok 2020 jeszcze go pogłębił – tłumaczy Marcin Cyganiak, dyrektor komercyjny NielsenIQ.

W ubiegłym roku po raz kolejny wzrost popularności odnotował za to segment piw bezalkoholowych. Jego wartość przekroczyła symboliczny 1 mld zł, a jego udział w kategorii piwa sięgnął 5,7 proc. (w porównaniu do 4,7 proc. w 2019 roku). Piwa bez procentów umacniają swoją pozycję na rynku już od kilku lat.

To jest bardzo silny trend – podkreśla Marcin Cyganiak. – Piwa bezalkoholowe stały się już osobną kategorią, a najbardziej rosną smakowe, bezalkoholowe lagery. Tu pojawia się najwięcej różnorodności, z każdym rokiem jest na rynku coraz więcej nowych smaków.

– W 2020 roku ponownie spadła też średnia zawartość alkoholu w piwie. W ogóle coraz mniej alkoholu spożywamy pod postacią piwa. Najmocniej stracił segment piw mocnych, a jednocześnie dosyć wyraźnie, o ponad 20 proc., wzrósł segment piw bezalkoholowych. Tych dwóch trendów pandemia nie zakłóciła, od lat tracą piwa mocne, a rosną bezalkoholowe – dodaje Bartłomiej Morzycki. – Utrzymała się też premiumizacja – w zeszłym roku największe wzrosty dotyczyły piw z najwyższej półki: top i ultra premium. Widać, że Polacy w pandemii szukali w piwie nie ilości i procentów, ale jakości i smaku.

W ubiegłym roku kategoria piwa – mimo wolumenowego spadku sprzedaży – jednocześnie odnotowała wzrost wartościowy na poziomie 3 proc. Jest to efekt wzrostu cen, który został wywołany m.in. wyższą akcyzą (podwyżka o 10 proc. na początku zeszłego roku) oraz wzrostem kosztów produkcji. W bezalkoholowe piwa smakowe dodatkowo w tym roku uderzyła tzw. opłata cukrowa wprowadzona w styczniu.

– Cena piwa od dłuższego czasu jest pod presją inflacyjną i presją rosnących kosztów. Z roku na rok to jest wzrost kilkuprocentowy, o około 20 gr. W ciągu ostatnich dwóch lat średnia cena piwa wzrosła aż o 8 proc. – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki.

W tej chwili branża piwowarska ostrożnie podchodzi do planów na przyszłość, głównie ze względu na niepewną sytuację epidemiologiczną. Każda decyzja rządu i każda wprowadzona zmiana pociąga za sobą w tej chwili koszty liczone w milionach złotych. Branża liczy na szybkie poluzowanie obostrzeń w gastronomii i turystyce, choć w ostatnich dniach mówi się raczej o początku trzeciej fali pandemii i przywróceniu części restrykcji.

Bardzo ciężko przewidzieć perspektywy dla branży piwowarskiej na 2021 rok. Jest kilka rzeczy oczywistych, których nie możemy przewidzieć, jak np. pogoda. Zastanawiamy się też, jak potoczy się pandemia, czy odbędą się wydarzenia sportowe przełożone z poprzedniego roku, jak choćby mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy igrzyska olimpijskie. To są wydarzenia, które zawsze wpływały na dynamikę rynku piwa. Dodatkowo żyjemy w dużej niepewności legislacyjno-podatkowej. Pojawiają się nowe obciążenia, jak np. podatek cukrowy. Mówi się też o różnych innych, potencjalnych podwyżkach danin i podatków, co może mieć wręcz katastrofalny wpływ na branżę – mówi Mieszko Musiał, prezes zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Przemysł 4.0 szansą na wyjście Polski z pandemicznego kryzysu. Brakuje jednak pracowników o odpowiednich kompetencjach

 Transformacja cyfrowa przemysłu to nasz as w rękawie, ponieważ Polska ma ogromny potencjał. Jeśli odważnie zagramy tą kartą, to nasza gospodarka szybko odrobi straty po pandemii koronawirusa i możemy też stać się liderem reindustrializacji w Europie – mówi Dawid Solak z Platformy Przemysłu Przyszłości. Jak wskazuje, pandemia COVID-19 okazała się katalizatorem, który skłonił polskie firmy do przyspieszenia cyfrowej transformacji, ale nadal jedną z głównych barier dla tego procesu pozostaje brak pracowników o odpowiednich kompetencjach. Dlatego PPP prowadzi nabór ekspertów, którzy pomogą przedsiębiorcom w kształceniu kadr.

– Przemysł jako sektor gospodarki – w odróżnieniu choćby od turystyki czy gastronomii – nie został mocno dotknięty przez lockdown. Mamy rekordową nadwyżkę handlową wynoszącą 6,9 proc. PKB. Spodziewamy się więc, że w długofalowej perspektywie pandemia przyspieszy w Polsce rozwój Przemysłu 4.0 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Solak, członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości.

Przemysł 4.0 lub inaczej czwarta rewolucja przemysłowa, to proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw, który obejmuje m.in. cyfryzację produktów i usług, wprowadzanie nowych modeli biznesowych i integrację całego łańcucha wartości. Jak wynika z opublikowanego w ubiegłym roku raportu Deloitte, w Polsce ten proces przebiega na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie (raport „Przemysł 4.0 w Polsce”).

W badaniu Deloitte 58 proc. menedżerów wyższego szczebla (z których 1/3 reprezentowała branżę produkcyjną) wskazało, że cyfrowa transformacja to główny priorytet strategiczny w ich organizacji, a zdaniem 39 proc. ich firma ma odpowiednie umiejętności i zasoby ludzkie do przeprowadzenia tej transformacji. Większość (86 proc.) wskazała też, że wdrażanie nowych technologii ma kluczowe znaczenie dla zachowania przewagi rynkowej ich przedsiębiorstwa. Pandemia okazała się dodatkowym bodźcem, który skłonił je do przyspieszenia procesu technologicznej transformacji.

– Pandemia stała się katalizatorem w procesie modernizacji przemysłu. Widać wyraźne trendy, jak choćby przyspieszenie automatyzacji, firmy cyfryzują też sposoby pracy. W najnowszej odsłonie raportu „Smart Industry Polska” aż 70 proc. przedsiębiorstw wskazało właśnie pandemię jako przyczynę tej digitalizacji. Proces zmian w przemyśle z natury jest dość powolny, ale szok związany choćby z zaburzeniem łańcuchów dostaw, zwłaszcza w pierwszym kwartale 2020 roku, sprawił, że reindustrializacja przestała być tylko hasłem – mówi Dawid Solak.

Jak wskazuje, w czwartej rewolucji technologicznej równie ważne co nowe technologie (takie jak Big Data, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja, blockchain, chmura, IoT, druk 3D czy nowe generacje robotów przemysłowych) są też kompetentne kadry. Potwierdza to badanie Deloitte, z którego wynika, że blisko połowa (43 proc.) menedżerów właśnie zasoby ludzkie i talenty uznała za główny czynnik napędzający innowacje cyfrowe w ich przedsiębiorstwach.

– Nie wystarczy zakup najnowszej linii produkcyjnej czy wdrożenie cobotów w fabryce, jeśli pracownikom zabraknie kompetencji do wykorzystania potencjału, jakie dają najnowsze rozwiązania technologiczne – podkreśla członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości. – W badaniach najczęściej wskazywane są dwie bariery związane z transformacją. Pierwsza to brak właściwiej kultury organizacyjnej przedsiębiorstwa, a druga to właśnie brak odpowiednich kompetencji. Firmy często nie dysponują kadrami z wiedzą na temat niezbędnych technologii i procesów. Platforma Przemysłu Przyszłości powstała po to, żeby te bariery obalić.

Działająca od blisko dwóch lat organizacja (podległa obecnie Ministerstwu Rozwoju, Pracy i Technologii) pełni rolę centrum wiedzy i skupia się właśnie na kształceniu wśród polskich kadr takich kompetencji, które są niezbędne w procesie cyfrowej transformacji. Dlatego PPP organizuje m.in. warsztaty, szkolenia, konferencje i promuje nowatorskie rozwiązania m.in. z obszaru automatyzacji, zaawansowanej analizy danych czy komunikacji ludzi z maszynami.

– Przywiązujemy ogromną wagę do tego, żeby przedsiębiorcy mogli na własne oczy zobaczyć, jakie korzyści daje transformacja. Dlatego jesteśmy stałym partnerem wydarzeń organizowanych przez regionalne huby innowacji cyfrowych. Najnowszą z takich inicjatyw jest np. dzień otwarty showroomu Fabryki Przyszłości hub4industry, który odbywa się w formacie online – mówi Dawid Solak.

Działania PPP są wspierane przez zespół ekspertów, którego zadaniami są m.in. prowadzenie szkoleń i webinariów, bezpośrednie doradztwo przedsiębiorcom czy tworzenie ekspertyz i specjalistycznych analiz. Eksperci merytoryczni PPP tworzą ponad 30-osobową grupę doświadczonych praktyków i specjalistów w poszczególnych zagadnieniach związanych z cyfrową transformacją oraz Przemysłem 4.0.

– Eksperci są naszym merytorycznym zapleczem i to od nich w ogromnym stopniu zależy, czy wiedza dotycząca transformacji przemysłowej trafi do polskich przedsiębiorstw – wskazuje członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości.

Obecnie platforma zamierza powiększyć swój zespół ekspercki o nowych specjalistów z dziedzin powiązanych m.in. z Europejskim Zielonym Ładem, nowymi modelami biznesowymi, budowaniem kultury innowacji oraz kształtowaniem kompetencji pracowników. Nabór dla kandydatów ruszył w tym tygodniu, a chętni powinni się specjalizować w jednym z tych obszarów. Pod uwagę brane będą doświadczenie, aktywność zawodowa i dorobek naukowy, ale także m.in. umiejętności autoprezentacji i prowadzenia szkoleń.

– Osoby zainteresowane mogą zgłaszać się poprzez serwis PrzemyslPrzyszlosci.gov.pl, gdzie mogą znaleźć szczegółowe informacje o naborze, zapoznać się z wymaganiami oraz warunkami współpracy i wypełnić formularz zgłoszeniowy – mówi Dawid Solak. – W ubiegłym roku współpracowaliśmy z przeszło 50 partnerami, wśród których były także samorządy i przedsiębiorstwa. Nowa tura naboru trwa aż w 13 dziedzinach. Nasi eksperci mogą liczyć na honoraria, a współpraca na pewno się opłaci obu stronom.

Udział kobiet w polityce i biznesie rośnie, ale nieznacznie. Problemem brak odpowiedniej polityki rodzinnej oraz nadal duża luka płacowa

Kobiety pełnią funkcję szefów państw lub rządów tylko w około 20 krajach. Przy dotychczasowym tempie parytet na najwyższych szczeblach władzy nie zostanie osiągnięty przez kolejne 130 lat – wynika z wyliczeń organizacji UN Women. Chociaż są pozytywne, znaczące zmiany, jak mianowanie kobiety na stanowiska wiceprezydenta i ministra finansów USA, nadal jednak w wielu krajach pozycja pań na scenie politycznej słabnie. Również na najwyższych szczeblach w biznesie kobiety są słabo reprezentowane, a problemem pozostaje wyraźna różnica w ich wynagrodzeniach w stosunku do zarobków mężczyzn. – W Polsce sytuacji pań nie sprzyja polityka rodzinna, która nie ułatwia godzenia ról zawodowych i prywatnych – ocenia Małgorzata Druciarek z Instytutu Spraw Publicznych.

– Z perspektywy 193 państw na całym świecie kobiety stanowią obecnie ok. 1/4 wszystkich osób we władzy ustawodawczej. To dwa razy więcej niż 25 lat temu. Ta tendencja cały czas rośnie, niemniej dynamika wzrostu w ostatnich latach jest bardzo niewielka – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych. – To wiąże się z tym, że w wielu krajach pozycja kobiet na scenie politycznej i w przestrzeni publicznej jest coraz słabsza, a prawa kobiet są odbierane, czego Polska może być przykładem.

W ubiegłym roku organizacja UE Woman podała, że kobiety pełnią funkcję szefów państw lub rządów w ok. 20 krajach, a ok. 120 krajów nigdy nie miało kobiety przywódczyni. Przy tym tempie parytet na najwyższych szczeblach władzy nie zostanie osiągnięty przez kolejne 130 lat. Tylko nieco lepsza jest sytuacja na szczeblu ministerialnym – w 2019 roku tylko co piąty minister na świecie był kobietą. Przy rocznym wzroście o 0,52 pkt proc. parytet płci na stanowiskach ministerialnych nie zostanie osiągnięty przed 2077 rokiem.

Z drugiej strony są też widoczne oznaki poprawy sytuacji. W Estonii kobiety piastują zarówno stanowisko prezydenta, jak i premiera. W Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy kobiety zostały wybrane na wiceprezydenta oraz ministra finansów.

– Wybór Kamali Harris z całą pewnością jest przede wszystkim bardzo ważną decyzją polityczną, symboliczną dla wielu kobiet i dziewczynek, a także dla przyszłych pokoleń. Jeśli nie widzimy kobiet pełniących pewne funkcje publiczne, to po pierwsze, do tych funkcji nie aspirujemy, ale też nie wyobrażamy sobie kobiet na tym miejscu. Sama Kamala powiedziała, że ona jest pierwsza, ale na pewno nie ostatnia. Z tego punktu widzenia to bardzo ważna decyzja dla wszystkich kobiet na całym świecie – ocenia Małgorzata Druciarek.

Zgodnie z danymi Unii Międzyparlamentarnej z lipca 2019 roku, przytaczanymi w opracowaniu „Kobiety w polityce. Statystyki międzynarodowe” przez Kancelarię Senatu, pod względem udziału kobiet w sejmowych ławach Polska znalazła się na 54. miejscu (z nieco ponad 29-proc. udziałem). W Senacie ten odsetek był jeszcze niższy.

– Z jednej strony byliśmy jednym z pierwszych krajów na świecie, w których kobiety wywalczyły prawa wyborcze. Z drugiej strony obecnie nie plasujemy się na dobrym miejscu, jeżeli mielibyśmy się porównywać np. z innymi krajami europejskimi. Oscylujemy wokół 30 proc. udziału kobiet w Sejmie, zdecydowanie gorzej jest w Senacie, bo 16 proc. Nie wspomnę już o rządzie, w którym tylko jedna kobieta jest obecna – wylicza kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

Na obecność kobiet w polityce może wpłynąć Strajk Kobiet. W protestach przeciwko zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych brały udział setki tysięcy pań. Według badań opinii wśród Polaków, które przeprowadził Ogólnopolski Strajk Kobiet, 85 proc. protestujących osób wierzy w ich skuteczność. Może to doprowadzić do stworzenia mocnej siły politycznej.

– Strajk Kobiet z całą pewnością jest przestrzenią, w której kobiety mogą sobie uświadomić fakt, że polityka dotyka ich życia osobistego i prywatnego, mogą się zobaczyć i policzyć. Natomiast to, czy wyrośnie z tego prawdziwa siła polityczna, która ma szansę przetrwać, na pewno wymaga ogromnej pracy i czasu – ocenia Małgorzata Druciarek. – Na pewno pandemia może być takim czynnikiem zmian, bo wiele kobiet uświadomiło sobie, że większość prac opiekuńczych i odpowiedzialności za bliskich spoczywa na nich. To być może jest taki czas, kiedy kobiety uświadomią sobie swoją rolę i być może coś z tym zrobią i przełożą to na siłę polityczną.

Nieco lepiej niż w polityce, przynajmniej teoretycznie, wygląda sytuacja kobiet w biznesie. Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez Grant Thornton („Polski biznes otwarty na kobiety”) wynika, że 38 proc. wyższej kadry kierowniczej w polskich firmach stanowią panie. Pod tym względem Polska zajmuje trzecie miejsce w światowej czołówce i jest powyżej średniej zarówno europejskiej, jak i światowej (ok. 30 proc.). Tylko w 9 proc. krajowych firm na najwyższych stanowiskach nie zasiada żadna kobieta.

Gorzej sytuacja wygląda, jeśli uwzględniamy tylko stanowiska prezesów i dyrektorów zarządzających. Tutaj kobiety stanowią 19 proc. (w 2019 roku było to 16 proc.).

– Z całą pewnością nie jest dobrze, jeśli chodzi o lukę płacową. W mediach dużo się mówi o tym, że Polska jest liderem, jeśli chodzi o niski poziom luki płacowej, ale nie wspomina się o tym, że luka nie liczy mikro- i małych przedsiębiorstw, które w naszym kraju mają ogromne znaczenie i w których jest zatrudnionych około 40 proc. pracowników. Jeżeli weźmiemy je pod uwagę, to luka w Polsce oscyluje między 20 a 30  proc., a to jest bardzo dużo – mówi kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

Według danych Eurostatu za 2017 rok różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w UE wynosiła 16 proc. na korzyść panów. Najwyższa była w Estonii, Czechach, Niemczech (powyżej 20 proc.), a najniższa w Rumunii (3,5 proc.), Luksemburgu i we Włoszech (po 5 proc.), w Belgii (6 proc.) oraz w Polsce (7,2 proc.).

Jak wynika z ubiegłorocznej edycji Indeksu Równości Płci (Gender Equality Index), UE ma w tym zakresie sporo do nadrobienia. Ogólny wskaźnik wyniósł 67,9 punktów (na 100), a od 2017 roku wzrósł jedynie o 0,5 pkt (od 2010 o 4,1 pkt). W takim tempie – jeden punkt w dwa lata – osiągnięcie równości płci zajmie Unii ponad 60 lat.

Jak ocenia ekspertka ISP, w Polsce problemem jest polityka rodzinna, która nie ułatwia łączenia ról zawodowych i prywatnych.

– Z takim samym, choć może nawet większym kłopotem mierzą się polityczki. Posłanki w Polsce nie są uprawnione do urlopów macierzyńskich ani rodzicielskich. Państwo, ale też przedsiębiorstwa nie umożliwiają kobietom sprawnego łączenia ról matki i pracownicy. Wydaje się, że to jest podstawowa bariera dla wszystkich kobiet aktywnych zawodowo – przekonuje Małgorzata Druciarek.

Narodowy Program Zdrowia wymaga uzupełnienia o zagrożenia środowiskowe. Tylko w wyniku zanieczyszczenia powietrza co roku przedwcześnie umiera 50 tys. osób

Wpływ zmian klimatu i zanieczyszczeń powietrza na zdrowie ludzi powinien zostać uwzględniony w Narodowym Programie Zdrowia na lata 2021–2025. To główny postulat HEAL Polska, organizacji analizującej wpływ środowiska na zdrowie publiczne, i Koalicji Klimatycznej sformułowany w ramach konsultacji społecznych. – Badania dowiodły, że mieszkańcy terenów zdegradowanych środowiskowo mają wyższe ryzyko zachorowania na COVID-19 i śmierci w wyniku tej choroby – mówi Weronika Michalak z HEAL Polska.

Projekt rozporządzenia w sprawie Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025 został opublikowany w grudniu 2020 roku, a w styczniu tego roku swoje uwagi do projektu składali partnerzy społeczni. Celem strategicznym NPZ jest wydłużenie życia Polaków spędzonego w zdrowiu oraz zmniejszenie nierówności, które ujawniają się w kwestiach zdrowotnych. Z kolei cele operacyjne obejmują: profilaktykę nadwagi i otyłości, profilaktykę uzależnień, promocję zdrowia psychicznego, zdrowie środowiskowe i choroby zakaźne oraz zdrowe i aktywne starzenie się.

Narodowy Program Zdrowia to bardzo istotny dokument, który wyznacza strategię i cele na następne lata w zakresie zdrowia publicznego dla Polek i Polaków. Powinien on zawierać wszystkie najbardziej istotne obszary, które łączą się ze zdrowiem publicznym. Jako organizacje pozarządowe, które skomentowały projekt Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025, cieszymy się, że dokument powstał, natomiast brakuje odpowiedniego uwzględnienia czynników środowiskowych, głównie wpływu zanieczyszczeń powietrza i zmian klimatu na zdrowie ludzi – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Weronika Michalak, dyrektorka polskiego oddziału Health and Environment Alliance (HEAL).

Jak podkreśla, w dokumencie za mało uwagi poświęcono takim kwestiom jak edukacja, profilaktyka czy adaptacja do istniejących już zagrożeń. Czynniki środowiskowe zostały zredukowane w NPZ do środowiska pracy, a nie zagrożeń płynących ze środowiska naturalnego.

Jeszcze przed pandemią koronawirusa Światowa Organizacja Zdrowia podkreślała, że zmiana klimatu jest najpoważniejszym zagrożeniem dla zdrowia publicznego ludzi na całym świecie, ponieważ ma liczne i wszędzie odczuwalne konsekwencje – zaznacza dyrektorka HEAL Polska.

Degradacja środowiska naturalnego w coraz większym stopniu wpływa na zdrowie ludzi na całym świecie, w tym również mieszkańców Polski. Każdego roku prawie 50 tys. osób umiera przedwcześnie tylko z powodu zanieczyszczeń powietrza. Na świecie ofiar może być nawet 7 mln rocznie.

– Zanieczyszczenie powietrza to nie jest konsekwencja zmian klimatu, ale się z nimi wiąże, bo łączy się ze spalaniem paliw kopalnych. Jednak w dobie COVID-19 ma to istotne znaczenie. Coraz większa liczba naukowców dostrzega korelację pomiędzy zanieczyszczeniem powietrza a zachorowalnością i zgonami na COVID-19. Ludzie mieszkający na obszarach zdegradowanych środowiskowo mają wyższe ryzyko zachorowania na COVID-19 i śmierci wskutek tej choroby. Jeszcze pół roku temu były to hipotezy, ale obecnie są już potwierdzone badaniami – podkreśla Weronika Michalak.

Śmiertelność wywołaną zmianami klimatu trudno jednak oszacować. Wliczają się w to również ofiary upałów czy katastrof naturalnych. Kolejny problem to tropikalne choroby zakaźne, które docierają do Europy, takie jak denga czy gorączka Zachodniego Nilu.

– Zmiana klimatu to jest też zaburzenie bezpieczeństwa żywnościowego, np. na skutek susz – mówi ekspertka. – Dlatego uwzględnienie czynników środowiskowych w celach operacyjnych NPZ jest istotne. Z kolei choroby zakaźne – jako coraz większe zagrożenie – powinny zostać ujęte jako osobny cel operacyjny w całym programie. To są zbyt ważne zagadnienia, żeby się znajdowały wspólnie w jednym celu operacyjnym.

HEAL Polska apeluje do Ministerstwa Zdrowia o szczególną troskę wobec osób starszych, które są narażone na konsekwencje kryzysu klimatycznego związanego m.in. z falami upałów.

Wydawałoby się, że wszyscy wiemy, z czym się mogą wiązać fale upałów i jak się przed nimi chronić, bo lata w Polsce już bywały upalne. Natomiast gdy spojrzymy na statystyki ostatnich lat, te fale są coraz dłuższe, coraz bardziej dotkliwe, a bywają takie, z powodu których kilkadziesiąt tysięcy osób w skali całej Europy umiera, tylko z powodu wysokich temperatur i konsekwencji sercowo-naczyniowych – uściśla Weronika Michalak.

Możliwe konsekwencje kryzysu klimatycznego wymagają nowego podejścia do profilaktyki. Powinna się ona opierać na działaniach edukacyjnych i adaptacyjnych także w służbie zdrowia, aby ta była przygotowana na hospitalizację i pomoc medyczną osobom, które mogą ponosić różne skutki zmian klimatu.

Naszym zdaniem dokument wymaga jeszcze dopracowania. Coraz więcej przedstawicieli sektora zdrowia, chociażby w niedawno uruchomionej kampanii „Lekarze dla klimatu”, mówi o konsekwencjach kryzysu klimatycznego i o tym, co się jeszcze może zdarzyć za kilka czy kilkadziesiąt lat, jeżeli nie podejmiemy wystarczających działań w walce ze zmianą klimatu. Mamy nadzieję, że Ministerstwo Zdrowia weźmie te głosy pod uwagę – podkreśla dyrektorka polskiego oddziału Health and Environment Alliance.

Automatyzacja branży gastronomicznej postępuje. Roboty mogą już wkrótce zastąpić kucharzy, barmanów czy kelnerów

Na świecie pracują już niemal 3 mln robotów przemysłowych, a duża część z nich wykorzystywana jest w fabrykach i laboratoriach, w przemyśle, rolnictwie oraz medycynie. Jednak coraz częściej maszyny będą wspierać ludzi w zadaniach nieco bardziej prozaicznych. Roboty mogą już wkrótce zastąpić kucharzy, barmanów czy kelnerów, a automatyzacja branży gastronomicznej, zwłaszcza podczas pandemii koronawirusa, to tylko kwestia czasu.

– NASA już od lat wysyła w kosmos bezzałogowe misje w celu eksploracji kosmosu, a Boston Dynamics stworzył roboty kroczące. Ale autonomiczne maszyny to nie tylko agencje kosmiczne czy armia. Google, Tesla i Uber pracują nad autonomicznymi pojazdami, które zaoszczędzą nam czas na dojazdach. Automatyzacja wkracza także pod nasze strzechy. Mamy już ekspresy do kawy, które jesteśmy w stanie zaprogramować tak, aby o 8.00 rano zrobiły nam gorącą kawę, mamy Roombę, która czyści nasze podłogi, autonomiczna kosiarka do trawy kosi trawnik. Automatyzacja dotknie każdej dziedziny naszego życia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Paśko, wspólnik w Poley.me.

Rynek automatyzacji i robotyki rozwija się niezwykle dynamicznie. Międzynarodowa Federacja Robotyki w swoim raporcie z września 2020 roku pt. „World Robotics Reports 2020” wskazała, że na całym świecie jest już ponad 2,7 mln robotów, a ich liczba sukcesywnie rośnie. Choć w 2019 roku sprzedaż nowych maszyn nieco spadła, to dane za rok 2020, kiedy wybuchła pandemia koronawirusa, mogą powrócić do dynamicznych wzrostów. Na masową skalę produkowane są m.in. roboty wykorzystywane do dezynfekcji pomieszczeń szpitalnych.

Jedną z branż szeroko wykorzystujących robotykę jest także gastronomia. W Japonii za sprawą firmy Bear Robotics pojawili się pierwsi robokelnerzy Servi, działający zarówno w restauracjach, jak również na prywatnych bankietach. Wyposażony w dwie tace, poruszający się w ograniczonym obszarze robotyczny kelner może działać bez przerwy do 12 godzin. Z kolei japońskie restauracje wykorzystują roboty do serwowania i przygotowania sushi. Wielu ekspertów zaznacza, że nie jest to tylko chwyt marketingowy, ale też często realny problem braku rąk do pracy na japońskim rynku.

– W wielu dziedzinach życia to nie jest przyszłość, to już jest teraźniejszość. Już teraz w Kalifornii robotyczne ramię Cafe X jest w stanie przygotować nam kawę. Na polskim rynku Costa Coffee zainwestowała ostatnio w autonomiczne punkty sprzedaży. To już się dzieje – podkreśla wspólnik w Poley.me.

Jednym z liderów rynku robogastronomii może stać się wkrótce firma Sony, która pracuje nad robotami domowymi nowej generacji. To wielofunkcyjny system wsparcia kucharza na każdym etapie tworzenia potrawy. Eksperci koncernu wykorzystują narzędzia SI do generowania nowych modeli odpowiedzialnych za analizę wszystkiego co ma znaczenie dla „budowy” potraw, ich smaku i wyglądu. System pomoże w przygotowaniu potrawy, doradzi, jakie składniki wykorzystać, w jaki sposób je pokroić, doprawić czy podać.

Z kolei stworzony przez Polaków start-up Poley.me także przeciera szlaki dla robotycznej rewolucji w gastronomii. Firma skonstruowała autonomicznego robota, który nie tylko przygotuje wybranego drinka, ale dzięki sztucznej inteligencji zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie wcześniejszych preferencji klienta. Autonomiczne roboty gastronomiczne znajdą zastosowanie w wielu miejscach.

– Maszyny mogą znaleźć zastosowanie w hotelach czy na stokach narciarskich. Wszędzie tam, gdzie duże liczby osób należy obsłużyć w krótkim czasie – wskazuje Kamil Paśko.

Według „World Robotics Reports 2020” największymi rynkami robotów na świecie są Chiny, Japonia i Stany Zjednoczone, jednak wśród 15 krajów najbardziej zaawansowanych pod względem wykorzystania maszyn znalazła się także Polska, zajmując 14. miejsce.

Nowa teoria naukowców z Uniwersytetu Harvarda dotycząca wyginięcia dinozaurów. Za katastrofę odpowiedzialna była kometa

Przez dziesięciolecia odpowiedzialnością za wyginięcie dinozaurów obarczana była asteroida z pasa między Marsem a Jowiszem, która uderzyła w Ziemię, powodując katastrofalne zniszczenia. Nowe badania przeprowadzone na Uniwersytecie Harvarda wysunęły teorię, że obiekt, który zniszczył życie na naszej planecie, pochodził z dużo bardziej odległego miejsca. Korzystając z analizy statystycznej i symulacji grawitacyjnych, naukowcy obliczyli, że znaczna część długookresowych komet pochodzących z Obłoku Oorta, lodowej kuli szczątków na krawędzi Układu Słonecznego, mogła zostać odbita z kursu przez pole grawitacyjne Jowisza. Jedna z nich mogła trafić w Ziemię.

Około 66 mln lat temu duże ciało z kosmosu uderzyło w naszą planetę. Uważa się, że obiekt miał ok. 16 km szerokości i pozostawił krater na wybrzeżu Meksyku o szerokości 93 mil i głębokości 12 mil. Uderzenie spowodowało wyginięcie większości dinozaurów, a następująca po nim zmiana klimatu, która trwała tysiące lat, doprowadziła do śmierci 3/4 życia na Ziemi.

Dotychczas uważano, że za katastrofę odpowiadała asteroida. Badania naukowców z Uniwersytetu Harvarda twierdzą jednak, że była to prawdopodobnie kometa, która nadleciała z krawędzi Układu Słonecznego, z regionu Obłoku Oorta. Korzystając z analizy statystycznej i symulacji grawitacyjnych, obliczyli, że znaczna część długookresowych komet pochodzących z tego rejonu może zostać odbita z kursu przez pole grawitacyjne Jowisza.

– Układ Słoneczny działa jak automat do gry w pinball – wskazuje Amir Siraj, student astrofizyki na Uniwersytecie Harvarda. – Najbardziej masywna planeta układu – Jowisz – wyrzuca nadchodzące komety długookresowe [obiegające Słońce w czasie dłuższym niż 200 lat – przyp. red.] na orbity, które zbliżają je do Słońca.

Gdy kometa zbliżyła się do Słońca, prawdopodobnie się rozpadła, a jej fragmenty obierały różne kierunki. Większa część komety znalazła się na kursie kolizyjnym z Ziemią.

– W przypadku komet muskających Słońce [których orbity przechodzą ekstremalnie blisko jego powierzchni – przyp. red.] część komety bliżej niego odczuwa silniejsze przyciąganie grawitacyjne niż część znajdująca się dalej, co skutkuje efektem siły pływowej w poprzek obiektu – tłumaczy Amir Siraj. – Efektem może być tak zwane rozerwanie pływowe, w którym duża kometa rozpada się na wiele mniejszych części, a w swojej drodze powrotnej w stronę Obłoku Oorta istnieje zwiększone prawdopodobieństwo, że jeden z tych fragmentów uderzy w Ziemię.

Nowe obliczenia naukowców zwiększają prawdopodobieństwo, że komety długookresowe uderzą w Ziemię, a nawet 20 proc. z nich może okazać się śmiertelnym zagrożeniem.

– Nasze opracowanie dostarcza dowody na wyjaśnienie wystąpienia tego zdarzenia – dodaje Avi Loeb, astronom z Uniwersytetu Harvarda. – Według naszych ustaleń, jeśli obiekt zbliżający się do Sońca zostanie rozbity, może to spowodować odpowiednią częstość zdarzeń, a także wywołać rodzaj uderzenia, który zabił dinozaury.

Teoria naukowców Uniwersytetu Harvarda wskazuje, że duże kratery, jak meksykański Chicxulub, są pokryte „węglowym chondrytem”, czyli materiałem pochodzącym z początków Układu Słonecznego. Naukowcy twierdzą, że tylko około 10 proc. asteroid w pasie między orbitą Jowisza i Marsa jest zbudowanych z węglowego chondrytu, jednak wśród komet długookresowych większość składa się właśnie z tego materiału.

Podobne składy mają także krater Vredefort w Republice Południowej Afryki czy krater Żamanszyng w Kazachstanie, największy w ciągu ostatniego miliona lat. Naukowcy twierdzą, że czas tych uderzeń potwierdza ich obliczenia.

– Powinniśmy częściej obserwować mniejsze fragmenty docierające na Ziemię z Obłoku Oorta – wskazuje Avi Loeb. – Mam nadzieję, że uda nam się przetestować tę teorię. Mając więcej danych na temat komet długookresowych, możemy uzyskać lepsze statystyki i być może zobaczyć dowody na istnienie niektórych fragmentów komet.

Bezpłatna konferencja: Cyfryzacja Spółek Kapitałowych – prawo a nowe technologie

Zapraszamy na wirtualną konferencję Wybrane aktualne zmiany w prawie gospodarczym oraz cyfryzacja spółek i innych organizacji – prawo a nowe technologie, która odbędzie się dnia 11 marca 2021 roku, w godzinach 10:00 – 12:00. Głównymi organizatorami i jednocześnie patronami merytorycznymi konferencji są Międzynarodowe Centrum Zarządzania Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacja Na Rzecz Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Konferencja odbędzie się w formie dyskusji ekspertów biznesowych i  przedstawicieli środowiska naukowego na temat aktualnych zmian w prawie gospodarczym, w szczególności zasad udziału w formalnych zgromadzeniach z  wykorzystaniem nowych technologii, organizacji głosowań, rejestracji przebiegu spotkań, zawierania umów w formie elektronicznej, przepisów dotyczących prostej spółki akcyjnej, dematerializacji akcji, wybranych zmian opodatkowania i  cyberbezpieczeństwa.

Moderatorem dyskusji będzie doc. dr Robert Pietrusiński z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. W panelu wezmą udział Prof. dr hab. Igor Postuła z  Wydziału Zarzadzania Uniwersytetu Warszawskiego, Paweł Wachelka z  Intertrading Systems Technology, Doc. dr Piotr Sokół z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, Ludwik Sobolewski, specjalista rynku papierów wartościowych.

Konferencja kierowana jest do radców prawnych, notariuszy, założycieli start-upów, przedsiębiorców, prawników korporacyjnych, notariuszy, przedstawicieli instytucji finansowych, funduszy inwestycyjnych, pracowników biur zarządów i  rad nadzorczych zainteresowanych założeniem prostej spółki akcyjnej, jak również inwestorów instytucjonalnych w postaci banków inwestycyjnych, domów maklerskich, towarzystw i funduszy inwestycyjnych itd. oraz inwestorów indywidualnych, instytutów naukowych, dziennikarzy i innych osób zainteresowanych zmianami w przepisach.

Udział w konferencji jest bezpłatny dla wszystkich uczestników. Warunkiem udziału jest rejestracja elektroniczna na stronie www.wzuw.pl lub poprzez przesłanie zgłoszenia mailowo na adres [email protected]UWWZ (3)

Które podatki należy podwyższać, a których nie?

Rozmawiając o systemie podatkowym warto wziąć pod uwagę rozróżnienie podatków na pośrednie i bezpośrednie. Dlatego, że wpływy z nich obciążają dwie różne strony dokonujące transakcji. Podatki pośrednie, takie jak VAT i akcyza, chociaż płacone są przez przedsiębiorstwa – obciążają konsumentów. Zaś podatki bezpośrednie, takie jak CIT, płacone są przez same firmy. Jest to podatek od zysku – dlatego firmy nie powinny tym podatkiem obciążać konsumentów. Jedną z możliwości obniżenia lub uniknięcia tego podatku może być za to odpisanie od niego wydatków na inwestycje. Jest to jednak furtka, z której korzysta wielu nieuczciwych przedsiębiorców.

– Inwestując, firmy tworzą nowe miejsca pracy, rozwijają potencjał wytwórczy naszej gospodarki, a w przyszłości przysparzają państwu wpływów podatkowych. Natomiast zdarza się, że firma ani nie płaci CIT-u, ani też nie inwestuje. To jest rzecz wymagająca bliższego zbadania, gdyż przez takie dziury podatkowe ucieka nam z budżetu państwa dużo pieniędzy – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Jednak zamiast przypilnowania przedsiębiorców i zwiększenia wpływów z podatku CIT, proponuje się podwyższenie stawki podatku akcyzowego. To ruch, który zamiast do kieszeni wielkich firm, wkradnie się do kieszeni konsumentów. Plany te odnoszą się głównie do nowej kategorii produktów na rynku wyrobów tytoniowych, czyli tak zwanych wyrobów nowatorskich. Nie istnieją jednak przesłanki wskazujące na to, że taka zmiana jest niezbędna. Różnica między stawkami akcyzowymi nie jest żadną luką podatkową. To jest efekt decyzji ustawodawcy, który wynika z konkretnych, uzasadnionych przesłanek. Gdy dany wyrób akcyzowy jest bardziej szkodliwy dla zdrowia, na przykład mocniejszy alkohol czy papierosy, uzasadnione jest to, by był obłożony wyższą stawką podatku akcyzowego. Realizacja postulatu o podwyższenie akcyzy na wyroby nowatorskie spowoduje, że będą one opodatkowane 2,5 razy wyżej niż zwykłe papierosy. Absolutnie nie ma przesłanek do tego, by produkty potencjalnie mniej szkodliwe dla zdrowia były dużo wyżej opodatkowane niż te, które szkodzą nam bardziej – podkreśla Kozłowski.

19,5 pkt. wyniósł styczniowy wskaźnik koniunktury wśród tradycyjnych detalistów. Spodziewana poprawa nastrojów w lutym

Pomiar NHT, czyli Nastroju Handlu Tradycyjnego, to nowe, cykliczne badanie realizowane przez Comp Platformę Usług, operatora systemu M/platform, wspierającego zarządzanie promocjami w tradycyjnych sklepach spożywczych. Styczniowy, ogólny wskaźnik bieżących nastrojów właścicieli najmniejszych placówek handlowych wyniósł 19,5 pkt. w skali od 0 do 100. Prognoza na luty jest bardziej optymistyczna.

Wskaźnik NHT+1, określający nastroje spodziewane w kolejnym miesiącu, wyniósł 36,1 pkt dla tej samej grupy badanych (w badaniu wzięła udział reprezentatywna liczba osób korzystających z M/platform, głownie właścicieli i kierowników sklepów). Wynik nie znajduje się jeszcze po stronie optymistycznej, ale sugeruje tendencję wzrostową.

M/platform wspiera małe, lokalne sklepy tradycyjne. Skutecznie łączymy detalistów z producentami, aby ułatwić im wyjście z atrakcyjną ofertą do klientów z sąsiedztwa. Badanie Nastroju Handlu Tradycyjnego pozwoli nam jeszcze lepiej zrozumieć potrzeby użytkowników M/platform, ale również ułatwi diagnozę rynkowych nastrojów, które szczególnie w czasach pandemii są nieustannie wystawiane na próbę – komentuje Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług S.A., operatora M/platform.

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i wiele wskazuje na to, że w perspektywie najbliższych miesięcy nadal będzie ona odgrywać ważną rolę we wszystkich obszarach życia społeczno-gospodarczego. Przez ostatni rok handel detaliczny odczuł kryzys, lecz był zasadniczo bardziej niż inne branże odporny na większość zawirowań związanych z restrykcjami. Oprócz pandemii, na styczniowe nastroje uczestników badania mogły mieć jednak wpływ również nowe, dodatkowe obciążenia dla przedsiębiorców, np. wzrost minimalnego wynagrodzenia brutto i idący za tym wzrost stawek ZUS, wzrost opłat za energię elektryczną czy też nowo wprowadzony podatek cukrowy i „opłata małpkowa”.

Mimo licznych wyzwań, prognoza na luty – wzrost wskaźnika Nastroju Handlu Tradycyjnego o 16,6 pkt – wydaje się wskazywać na rosnący optymizm.

Metodologia: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Podwyżka akcyzy na piwo nie jest planowana. Ministerstwo Finansów odpowiada Rzecznikowi MŚP

Rzecznik MŚP zaniepokojony licznymi informacjami medialnymi, mówiącymi o planowanej podwyżce akcyzy na napoje alkoholowe, w szczególności piwo zapytał Ministerstwo Finansów czy trwają obecnie pracę nad takimi rozwiązaniami. Resort finansów poinformował, że obecnie nie są prowadzone żadne prace legislacyjne w zakresie zmiany stawek podatku akcyzowego.

Branża piwna to ważna część rodzimego przemysłu spożywczego. Polska jest trzecim co do wielkości producentem piwa w Europie. Poza największymi producentami na rynku funkcjonuje także wiele mniejszych browarów, zaliczanych do sektora małych i średnich przedsiębiorstw, dlatego Rzecznik MŚP z zadowoleniem przyjął odpowiedź Ministerstwa Finansów.

Adam Abramowicz – rzecznik MŚP
Adam Abramowicz – rzecznik MŚP
– Małe, rodzinne browary to rzadko wspominane ofiary lockdownu. Często ich głównymi klientami są restauracje, które dziś są zamknięte. Nie uwzględniają ich jednak tarcze antykryzysowe. Dołożenie im jeszcze kolejnego problemu w postaci podwyżki akcyzy mogłoby być dla wielu z nich nie do udźwignięcia. Dobrze, więc że plotki o zmianach w akcyzie okazały się jedynie dziennikarską kaczką – komentuje Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP konsekwentnie opowiada się za nienakładaniem w czasie kryzysu nowych podatków i danin na przedsiębiorców, zwłaszcza na branże szczególnie dotkniętych konsekwencjami zamknięcia gospodarki.

Ponad 40% menedżerów sektora motoryzacyjnego spodziewa się powrotu do sytuacji sprzed pandemii w ciągu 2 lat

Wskaźnik nastrojów wśród przedstawicieli firm motoryzacyjnych obecnych na polskim rynku uległ poprawie mimo niezwykle trudnej sytuacji spowodowanej pandemią COVID-19. Jak wynika z najnowszej edycji badania KPMG i PZPM, wskaźnik nastrojów menedżerów wynosi 50 punktów i jest wyższy o 30 punktów w porównaniu z wynikami poprzedniej edycji badania, przeprowadzonego w połowie ubiegłego roku. Sytuacja firm motoryzacyjnych w Polsce jest nadal bardzo trudna – 83% z nich odnotowało spadek przychodów w związku z pandemią. Pomimo tego, iż ostatni rok dla branży był niezwykle trudny, 65% przedstawicieli branży prognozuje powrót do sytuacji sprzed pandemii w ciągu 1-2 lat. Długotrwałymi skutkami pandemii zdaniem przedstawicieli firm motoryzacyjnych będzie przede wszystkim wzrost znaczenia wirtualnych salonów i wirtualnej sprzedaży oraz ograniczenie zatrudnienia.

Wyniki najnowszego badania KPMG i PZPM pt. „Barometr nastrojów menedżerów firm motoryzacyjnych” wskazują na większy optymizm w branży, niż w połowie ubiegłego roku. Oznaczają jednocześnie, że pozytywne oceny bieżącej sytuacji zaledwie zrównują się z negatywnymi. Wskaźnik nastrojów menedżerów odnośnie przyszłości sektora wynosi 60 punktów, co przekłada się na wzrost o 16 punktów w porównaniu z wynikami badania przeprowadzonego na przełomie maja i czerwca 2020 roku. Nastroje dystrybutorów względem perspektyw dla branży poprawiły się od tego czasu o 25 punktów, osiągając wartość 67 punktów, a w grupie producentów motoryzacyjnych (pojazdów, zabudów lub części zamiennych) wskaźnik wzrósł o 9 punktów do poziomu 57 punktów.

Dystrybutorzy motoryzacyjni obecni w Polsce przejawiają nieco większy pesymizm niż producenci w kwestii oceny obecnej sytuacji w branży motoryzacyjnej. Blisko 40% firm zajmujących się dystrybucją negatywnie ocenia obecną sytuację branży, ale co 3. dystrybutor sytuację w branży ocenia dobrze.

ocena sytuacji branży motoryzacyjnejMenedżerowie firm motoryzacyjnych spodziewają się poprawy przyszłej sytuacji branży

Przedstawiciele branży motoryzacyjnej mają spore nadzieje na poprawę koniunktury w sektorze. Połowa ankietowanych dystrybutorów oraz tylko 4 na 10 producentów przewiduje poprawę sytuacji w branży w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Częściowo może wynikać to z faktu, iż nastroje w tych grupach z uwagi na negatywne skutki pandemii były w połowie ubiegłego roku wyjątkowo pesymistyczne. Warto zaznaczyć, że 1/3 zarówno dystrybutorów, jak i producentów uważa, że sytuacja sektora motoryzacyjnego przez najbliższy rok nie ulegnie zmianie. Z drugiej strony 26% przedstawicieli producentów (spadek o 19 p.p.) oraz 17% przedstawicieli dystrybutorów (w tym przypadku znacznie większy spadek tj. o 32 p.p.) uważa, że sytuacja w branży motoryzacyjnej ulegnie pogorszeniu lub zdecydowanemu pogorszeniu.

Prognozowana sytuacja gospodarcza Polski w ciągu najbliższego roku nie będzie najlepsza w opinii przedstawicieli branży motoryzacyjnej. 28% dystrybutorów motoryzacyjnych spodziewa się dalszego pogorszenia sytuacji ekonomicznej, z czego 17% uważa, że polska gospodarka ulegnie zdecydowanemu pogorszeniu. Podobne opinie można zauważyć w grupie producentów – 43% z nich spodziewa się dalszego pogorszenia sytuacji ekonomicznej.

Chyba po raz pierwszy ze wspólnego badania nastrojów menedżerów firm motoryzacyjnych przeprowadzanego przez KPMG w Polsce i PZPM, nie wyłania się czytelny i zdecydowany obraz oceny aktualnej sytuacji. W opinii respondentów nie jest ona bardzo zła, ale brak jest również ocen bardzo dobrych. Wydaje się, że te ostrożne opinie odzwierciedlają obecny stan gospodarki, która z jednej strony w znacznej części sektorów odnotowuje spadki, ale z drugiej strony widać optymizm, jeśli chodzi o przyszłość. Menedżerowie biorący udział w badaniu zakładają, że sytuacja wróci do normy w ciągu kilkunastu lub kilkudziesięciu miesięcy, jednakże ta norma w branży motoryzacyjnej jeszcze przez co najmniej kilka lat nie będzie oznaczała powrotu do stanu sprzed pandemii. Z całą pewnością zmienią się przyzwyczajenia naszych klientów, bo zmieni się cała branża, która na naszych oczach przechodzi transformację z napędów tylko spalinowych na motoryzację, w której to inne napędy będą miały większą rolę – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Wyzwania dla branży motoryzacyjnej

Przed branżą motoryzacyjną stoi wiele wyzwań. Zdaniem 73% producentów największym z nich w ciągu następnych 6 miesięcy będzie sytuacja polityczno-gospodarcza w Polsce. Problematycznymi kwestiami są również koszty pracy (67%) oraz nowe regulacje prawne (60% wskazań). Na podobne wyzwania wskazują dystrybutorzy motoryzacyjni – dla 67% ankietowanych wyzwaniem jest sytuacja polityczno gospodarcza. Połowa przedstawicieli tej grupy wskazuje także na zmienność kursów walutowych oraz nowe regulacje prawne.

Wszystkie badane firmy motoryzacyjne odnotowały spadek sprzedaży i zakłócenia w łańcuchu dostaw

Wszystkie firmy biorące udział w badaniu KPMG i PZPM przyznały, że wybuch pandemii COVID-19 i jej gospodarcze następstwa skutkowały spadkiem sprzedaży (83%). 71% firm musiało zmierzyć się z problemami związanymi z zakłóceniem łańcucha dostaw, a 40% firm motoryzacyjnych zredukowało etaty i tyle samo obniżyło wynagrodzenia swoich pracowników. Warto podkreślić, że co 6. firma wystąpiła z wnioskiem o pomoc oferowaną w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Zdaniem 1/4 respondentów rozwiązania w nich zawarte są wystarczające. Dla blisko połowy firm pomoc oferowana w ramach tarczy jest raczej lub zdecydowanie niewystarczająca, a 27% firm motoryzacyjnych nie ma zdania na ten temat.

Mimo, że kryzys związany z COVID-19 ma duży wpływ na branżę, to 44% firm motoryzacyjnych prognozuje, że dojście do sytuacji sprzed pandemii zajmie im 2 lata. Do jeszcze większych optymistów należy co 5. respondent badania, który uważa, że sytuacja wróci do normalności w ciągu 1 roku. Z kolei 8% badanych nie spodziewa się w ogóle powrotu do sytuacji sprzed pandemii.

covid przemysł motoryzacyjnyWzrost znaczenia wirtualnych salonów sprzedaży wśród przedstawicieli firm motoryzacyjnych

Jak wynika z badania KPMG i PZPM długotrwałymi skutkami pandemii zdaniem przedstawicieli firm motoryzacyjnych będzie przede wszystkim wzrost znaczenia wirtualnych salonów i wirtualnych sprzedaży.

Pomimo trudnej sytuacji związanej z pandemią menedżerowie firm motoryzacyjnych działających w Polsce elastycznie dostosowują się do nowej rzeczywistości. Pandemia wymusiła dynamiczny rozwój wirtualnych salonów samochodowych umożliwiających zakup bez konieczności fizycznej obecności w salonie. Jednocześnie zmienia się także podejście klientów to tego typu rozwiązań. Nie dziwi zatem fakt, że aż 2/3 producentów i dystrybutorów spodziewa się dalszego wzrostu znaczenia wirtualnych salonów umożliwiających sprzedaż samochodów online – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Niestety rozwój wirtualnych salonów to tylko jeden z efektów wpływu pandemii COVID-19 na branżę motoryzacyjną. Z badania wynika również, że w dłuższej perspektywie 58% producentów i dystrybutorów zamierza ograniczyć zatrudnienie, a 50% zostanie zmuszonych do zamrożenia inwestycji w rozwój firmy.

Bez paniki, czyli Polska pośrodku stawki niepokoju wywołanego pandemią

Obawy Polaków związane z pandemią zmniejszają się regularnie od trzech miesięcy. Opracowany przez firmę doradczą Deloitte indeks niepokoju wynosi 0 proc., tyle samo co we Francji. Wyniki najnowszej edycji badania Global State of the Consumer Tracker pokazują, że poczucie bezpieczeństwa w sklepach, hotelach, podczas lotów, a także podczas udziału w wydarzeniach masowych i usługach wymagających bezpośredniego kontaktu jest najwyższe od początku badania, czyli od maja 2020 roku.

Najnowsze badanie nastrojów i obaw polskich konsumentów związanych z pandemią koronawirusa zostało przeprowadzone po raz 15., Polska natomiast bierze w nim udział 12. raz z rzędu.

Ankiety wypełnili respondenci z w sumie 18 krajów. Oprócz Polski byli to mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA.

Badanie zostało przeprowadzone na przełomie stycznia i lutego.

Trzeci najmniej zaniepokojony kraj w Europie

Sukcesywnie spada nad Wisłą poziom lęku wywołanego pandemią. Od listopada, kiedy opracowany przez Deloitte indeks niepokoju był na alarmująco wysokim poziomie 34 proc., spadł on o 34 p.p. i obecnie wynosi zero. W ciągu miesiąca natomiast różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, zmniejszyła się o kolejne 2 p.p.

Razem z Francją, gdzie indeks niepokoju również wyniósł 0 proc., jesteśmy dokładnie pośrodku skali. Wśród krajów europejskich wyprzedzają nas Niemcy, gdzie też niezmiennie od początku badania poziom niepokoju jest najniższy na świecie i wynosi -32 proc. Druga za Niemcami jest Holandia, choć od naszych zachodnich sąsiadów wiele ją dzieli, bo indeks niepokoju jest tam już zdecydowanie wyższy i wynosi -18 proc. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

O 3 p.p. wzrósł indeks niepokoju w Indiach, w których poziom obaw związanych z pandemią jest globalnie największy (31 proc.). W Europie indeks niepokoju jest najwyższy w Wielkiej Brytanii i wynosi obecnie 6 proc., choć w ciągu miesiąca spadł z 10 proc.

Najbardziej w ciągu miesiąca poziom obaw wzrósł w Stanach Zjednoczonych – aż o 12 p.p. – i w Hiszpanii – o 8 p.p. Zauważalny jest spory spadek lęku w Irlandii – aż o 8 p.p. Indeks niepokoju w przypadku tego kraju wynosi obecnie 4 proc. – W styczniu obserwowaliśmy duże wzrosty poziomu obaw w niektórych krajach europejskich – przede wszystkim w Irlandii i w Wielkiej Brytanii. Najnowsze wyniki pokazują wyraźne uspokojenie nastrojów – dodaje Michał Tokarski.

Eksperci zwracają uwagę, że sporo zmniejszyła się liczba respondentów w wieku 35-54 lata (-8 p.p.), którzy deklarują, że ich poziom niepokoju zwiększył się w ciągu tygodnia (38 proc.). Jeszcze miesiąc temu byli najbardziej zaniepokojoną grupą wiekową. Jednocześnie w najmłodszej grupie badanych (18-34 lata) znacznie, bo o 5 p.p. przybyło tych, którzy czują się bardziej zaniepokojeni niż tydzień temu (45 proc.). Tylko w niewielkim stopniu (-1 p.p.) zmniejszyła się liczba osób w grupie wiekowej 55+, u których poziom lęku zwiększył się w ciągu tygodnia (39 proc.).

Odwilż w niepokojach

To, co charakterystyczne dla wyników badania przeprowadzonego na przełomie stycznia i lutego to duży wzrost poczucia bezpieczeństwa we wszystkich konsumenckich aktywnościach. Aż o 9 p.p. przybyło w ciągu miesiąca Polaków, którzy bezpiecznie czują się, korzystając z indywidualnych usług, czyli np. podczas wizyty u dentysty czy fryzjera, a o 8 p.p. tych, którzy nie mają obaw przed wizytą w barze czy restauracji, mówi Krzysztof Wilk, partner associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Przed udziałem w wydarzeniu, które gromadzi większą liczbę ludzi nie ma natomiast obaw ponad jedna czwarta polskich respondentów (+5 p.p.). Po nieznacznym spadku na początku roku, w tym miesiącu znacznie przybyło (+8 p.p.) także konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas zakupów w sklepach stacjonarnych (56 proc.).

Mniejsze są też obawy związane z podróżowaniem. Niespełna jedna trzecia badanych czuje się bezpiecznie podczas podróży samolotem (+2 p.p.). Z otwarciem przez rząd hoteli zbiegł się spory wzrost konsumentów (6 p.p.), którzy zapewniają, że czują się w nich bezpiecznie. Odpowiada tak dzisiaj 42 proc. Polaków zapytanych przez Deloitte. W sumie, wśród polskich konsumentów poczucie bezpieczeństwa w sklepach, hotelach, podczas lotów, a także podczas udziału w wydarzeniach masowych i korzystania z usług wymagających bezpośredniego kontaktu jest najwyższe od początku badania, czyli od maja 2020 roku.

Od początku roku o 3 p.p. ubyło konsumentów, którzy niepokoją się o zdrowie swoich bliskich. Mimo to, 77 proc. to najwyższy wynik w Europie. Za nami są Hiszpanie (75 proc.). Na świecie najwyższy poziom obaw o zdrowie bliskich jest odczuwalny w Chile i Chinach – po 81 proc., choć w tych ostatnich w ciągu miesiąca osób, które mają związane z tym obawy ubyło o 5 p.p.

Nieznacznie, bo tylko o 1 p.p., spadła w ciągu miesiąca liczba Polaków, którzy niepokoją się o powrót do biur (24 proc.). Od listopada natomiast – czyli czasu, gdy poziom związanych z tym obaw był najwyższy – to spadek aż o 11 p.p. W Europie to powód do niepokoju aż dla 39 proc. Brytyjczyków i 38 proc. Irlandczyków. Symbolicznie także (-1 p.p.) od początku roku zmniejszyła się liczba konsumentów, którzy planują ograniczyć korzystanie z miejskiego transportu. Dziś takie obawy ma niespełna połowa z zapytanych Polaków.

Stan własnego zdrowia najbardziej na świecie niepokoi mieszkańców Państwa Środka – przyznaje się do tego 84 proc. Chińczyków (-5 p.p.), a także 79 proc. mieszkańców Meksyku i 78 proc. mieszkańców Chile. W Europie najwięcej osób zaniepokojonych własną kondycją jest w Hiszpanii (74 proc.) i w Polsce. Przyznaje się do tego 61 proc. konsumentów nad Wisłą.

Spokojniejsi o finanse

Przez parę ostatnich edycji badania obserwowaliśmy utrzymujący się, wysoki poziom obaw o utratę pracy. Lutowe ankiety wskazują na poprawę nastrojów na rynku pracy i pokazują, że od początku roku liczba osób, które boją się o swoje zatrudnienie spadła o 3 p.p. i dziś takie obawy ma połowa z nas, tyle samo ile w październiku ubiegłego roku. Niemniej to nadal wysoki wynik. W Europie więcej osób zaniepokojonych o swoją pracę jest tylko w Hiszpanii – 54 proc., – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.

Od stycznia wśród polskich konsumentów znacznie ubyło tych, którym sen z powiek spędza spłata kredytów (60 proc.) i stan oszczędności (63 proc. ). W obu przypadkach to mniej niż miesiąc temu aż o 5 p.p.

Nie zmieniła się w ciągu miesiąca liczba konsumentów, którzy odkładają na przyszłość większe zakupy. Nadal robi to 37 proc. z nas, ale to i tak mniej niż w listopadzie, kiedy taką ostrożność deklarowało 40 proc. naszych respondentów. Co ciekawe, nieznacznie przybyło od ostatniej fali badania Polaków, którzy obawiają się o uregulowanie nadchodzących płatności. Odpowiedziało tak 32 proc. zapytanych, tylko o 1 p.p. mniej niż w maju, kiedy ich liczba była największa w historii badania, mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Większe wydatki na wygodę

Po nieznacznym spadku w ubiegłym miesiącu aż o 6 p.p. przybyło wśród polskich konsumentów chętnych, by płacić za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu (trend convenience). Dziś pozwala sobie na to 37 proc. zapytanych nad Wisłą. To najwyższy wynik w historii badania. Co ciekawe nadal to ochrona zdrowia jest główną przyczyną, dla której się na to decydujemy, jednak połowa zapytanych kieruje się przy tym po prostu oszczędnością czasu. Prawie połowa z nas poluje też na okazje, czyli jest gotowa kupić rzecz, która nie jest im niezbędna o ile trafi na atrakcyjną cenę.

– Co warte odnotowania, to fakt, że spadła liczba Polaków, którzy przyznają, że kupują więcej niż są w stanie zużyć na bieżąco. Jeszcze miesiąc temu odpowiedziało tak 46 proc. rodzimych konsumentów co dało najwyższy wynik dla Polski w historii badania i najwyższy w Europie. Co prawda wynik z tego miesiąca – 41 proc. – nadal jest najwyższy w Europie, ale odpowiedziało tak tyle samo Brytyjczyków, Holendrów i tylko nieco mniej Włochów – dodaje Michał Tokarski. Na świecie najwięcej konsumentów na zapas kupuje w Indiach – 65 proc.

W tym sezonie piłkarskim straty mogą sięgnąć nawet 2 mld euro

Pandemia dotknęła futbolowych gigantów, powodując duży spadek przychodów pierwszej dwudziestki. Z drugiej strony podkreśliła wartość rozgrywek sportowych, które w trudnym czasie dostarczają kibicom pozytywnych wrażeń. Bezpieczny powrót kibiców na stadiony jest dziś jednym z priorytetów klubów piłkarskich na świecie.

Na skutek pandemii przychody dwudziestki największych futbolowych potęg w sezonie 2019/2020 wyniosły 8,2 mld euro, o 12 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadek ten dotyczył przede wszystkim zmniejszonych wpływów od nadawców telewizyjnych i – ze względu na brak kibiców na stadionach – przychodów z dnia meczu. Na czele klubów piłkarskich o największych przychodach na świecie po raz drugi w historii stanęła FC Barcelona. Przychody hiszpańskiego giganta wyniosły prawie 715,1 mln euro. To jedynie 200 tys. euro mniej niż kolejnego w kolejce Realu Madryt. Podium uzupełnia Bayern Monachium. To najważniejsze wnioski z 24. edycji raportu „Football Money League”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Zgodnie z szacunkami ekspertów Deloitte na skutek pandemii w obecnym sezonie 2020/21 spadki przychodów mogą sięgnąć nawet 2 mld euro. Zakłócenie sezonu piłkarskiego 2019/20 i odmienne podejście różnych lig, nadawców i partnerów handlowych spowodowało, że przychody klubów z sezonu 2019/20 rozłożone są na dwa lata finansowe kończące się w 2020 i 2021 roku. Większość analiz Deloitte w tegorocznej Football Money League koncentruje się na roku finansowym zakończonym w roku 2020. W rezultacie doprowadziło to do odroczenia i trwałej utraty jednego z elementów składowych przychodów (z dnia meczowego, ale także wpływów od nadawców). – Ligi na całym świecie w różny sposób starały sobie radzić z pandemią. W niektórych przypadkach rozgrywki zostały przełożone, w niektórych zakończone, a jeszcze innych – całkowicie anulowane – mówi Dan Jones, partner w Sports Business Group w Deloitte w Wielkiej Brytanii. – Nie ma wątpliwości, że to jeden z najtrudniejszych momentów, jaki kiedykolwiek przeżywała branża piłkarska. Brak kibiców, odkładanie i odwoływanie meczów, rabaty dla nadawców oraz potrzeba zadowolenia partnerów komercyjnych, wszystko to znacząco wpłynęło na wynik Football Money League 2021. W rezultacie porównywanie wyników poszczególnych klubów jest trudniejsze niż zwykle – dodaje.

W sezonie 2019/2020 dwadzieścia najlepiej zarabiających klubów piłkarskich na świecie wygenerowało 8,2 mld euro łącznych przychodów, o 12 proc. mniej niż w poprzednim sezonie, kiedy wynik ten wynosił 9,3 mld euro. Spadek o 1,1 mld euro wynika przede wszystkim z redukcji przychodów z tytułu transmisji (o 937 mln euro, czyli 23 proc.) oraz spadku przychodów z dnia meczowego o 257 mln euro (17 proc.). Spadków nie był w stanie zrekompensować wzrost przychodów komercyjnych o 105 mln euro (o 3 proc.), osiągnięty dzięki wejściu w życie kilku dużych porozumień handlowych. – Chociaż żaden klub piłkarski nie był odporny na wyzwania związane z COVID-19, to kluby Football Money League odczuły to w najmocniejszy sposób. W tegorocznej edycji średni poziom przychodów przypadający na klub wynosił 409 mln euro, o 55 mln mniej niż rok wcześniej – mówi Dan Jones. – Bezpieczny powrót kibiców na stadiony jest jednym z priorytetów światowej piłki nożnej. Mecze są podstawą modelu biznesowego klubu i pomagają napędzać inne działania generujące przychody. Nieobecność fanów na stadionach będzie w pełni odzwierciedlona w przyszłorocznej edycji Football Money League. Ostateczna wielkość wpływu finansowego pandemii na piłkę nożną będzie zależała w niemałym stopniu od momentu i skali powrotu kibiców – dodaje ekspert.

Hiszpańskie kluby znowu bezkonkurencyjne

Pomimo znacząco odmiennych warunków w różnych ligach w sezonie 2019/20, skład Football Money League pozostał niemal taki sam jak w poprzednich latach. Skład pierwszej dziesiątki pozostaje niezmieniony, a 18 z 20 klubów było obecnych w zeszłorocznej edycji.

FC Barcelona (1. miejsce – 715,1 miliona euro) i Real Madryt (2. miejsce – 714,9 miliona euro) utrzymały się na szczycie, a różnica między nimi wynosi zaledwie 0,2 miliona euro i jest najmniejsza w historii zestawienia. „Duma Katalonii” zanotowała drugi największy spadek przychodów w wartościach bezwzględnych ze wszystkich klubów Football Money League, po rekordowym roku 2018/19, kiedy stała się pierwszym klubem, który przekroczył barierę przychodów 800 mln euro (840,8 mln euro).

Spadek przychodów Realu Madryt był mniejszy. Klub osiągnął 28,1 mln euro (8 proc. wzrostu) przychodów komercyjnych po poszerzeniu kluczowych partnerstw.

Bayern Monachium (634,1 mln euro) awansował na trzecie miejsce pierwszy raz od sezonu 2013/14. Klub odnotował najmniejszy spadek przychodów (4 proc.) w pierwszej dziesiątce zestawienia, korzystając z możliwości ujęcia wszystkich przychodów z transmisji krajowych w roku finansowym kończącym się w 2020 r. w związku z wcześniejszym zakończeniem sezonu Bundesligi.

Przychody Manchesteru United w wysokości 580,4 mln euro (spadek o 19 proc.) spowodowały, że klub spadł na czwarte miejsce, co jest największym spadkiem rok do roku w tegorocznej Money League. Było to w dużej mierze spowodowane tym, że „Czerwone Diabły” nie rywalizowały w Lidze Mistrzów UEFA w sezonie 2019/20, a także brakiem przychodów z dnia meczowego oraz rabatów z powodu przesuniętych transmisji. Z drugiej strony Liverpool wszedł do pierwszej piątki po raz pierwszy od 2001/02 z przychodami w wysokości 558,6 mln euro. Sukces klubu na boisku w ciągu ostatnich kilku lat napędza sukces finansowy, a korzyści związane z jego triumfem w Premier League rozłożone są na lata finansowe kończące się w 2020 i 2021 roku. Manchester City (6. miejsce – 549,2 mln euro), Paris Saint-Germain (7. – 540,6 mln euro), Chelsea (8. miejsce – 469,7 mln euro), Tottenham Hotspur (9. – 445,7 mln euro) i Juventus (10. miejsce – 397,9 mln euro) uzupełniają pierwszą dziesiątkę.

W tegorocznej edycji zadebiutowały dwa kluby FC Zenit (15. miejsce – 236,5 mln euro) oraz Eintracht Frankfurt (20. – 174 mln euro.) Z kolei AS Roma i West Ham United wypadły z zestawienia.

Tylko dwa kluby z pierwszej dwudziestki Football Money League: FC Zenit i Everton (17. miejsce – 212 mln euro) odnotowały wzrost przychodów w porównaniu z rokiem poprzednim. – Pandemia COVID-19 dała klubom impuls do przemyślenia strategii i modeli biznesowych. W szczególności ważna stała się digitalizacja, ponieważ interakcja cyfrowa stała się dominującym sposobem, dzięki któremu kluby mogą kontaktować się ze swoimi pracownikami i fanami. Najbardziej innowacyjne kluby będą najlepiej przygotowane do dostarczania większej wartości swoim kluczowym interesariuszom i zostaną nagrodzone najszybszym i najsilniejszym ożywieniem – mówi Tim Bridge, dyrektor w Sports Business Group w Deloitte w Wielkiej Brytanii.

Niepewna przyszłość

Przychody klubów Money League z dnia meczowego od marca 2020 r. są bliskie zeru. I ta sytuacja prawdopodobnie się nie zmieni także w tym sezonie. Rabaty na transmisje telewizyjne lig z „wielkiej piątki” i UEFA mogą wynosić prawie 1,2 miliarda euro, z czego znaczna część przypada na kluby, które znalazły się w Football Money League. – Nadal mocno wierzymy w wartość piłki nożnej na najwyższym poziomie dla kibiców, nadawców i innych partnerów handlowych. Jesteśmy przekonani o odporności branży i oczekujemy, że w przyszłych latach nastąpi mocne odbicie. Wydarzenia minionego roku podważyły ​​zdolność klubów do napędzania organicznego wzrostu przychodów. Wszelkie ich krótkoterminowe cele będą prawdopodobnie osiągalne dopiero w perspektywie średnioterminowej, gdy kibice powrócą na stadiony, a wpływ pandemii na światową gospodarkę będzie mniejszy niż obecnie – mówi Dan Jones. Jego zdaniem wpływ COVID-19 na finanse piłkarskie będzie odczuwalny przez lata, co może sprawić, że inwestorzy będą powątpiewać w sens inwestowania w sport. Z drugiej strony globalna pandemia podkreśla podstawą wartość rozgrywek sportowych, które w trudnym czasie dostarczają kibicom pozytywnych wrażeń, a sponsorom i partnerom handlowym pozwalają zaprezentować się w pozytywnym kontekście.

Deloitte Football Money League – przychody w sezonie 2019/2020

Pozycja w rankingu (pozycja ubiegłoroczna  

Nazwa klubu

Przychody w sezonie 2019/2020 (mln euro) (przychody w sezonie 2018/2019)
1 (2) FC Barcelona 715,1 (840,8)
2 (1) Real Madryt 714,9 (757,3)
3 (4) Bayern Monachium 634,1 (660,1)
4 (3) Manchester United 580,4 (711,5)
5 (7) Liverpool 558,6 (604,7)
6 (6) Manchester City 549,2 (610,6)
7 (5) Paris Saint-Germain 540,6 (635,9)
8 (9) Chelsea 469,7 (513,1)
9 (8) Tottenham Hotspur 445,7 (521,1)
10 (10) Juventus 397,9 (459,7)
11 (11) Arsenal 388 (445,2)
12 (12) Borussia Dortmund 365,7 (371,7)
13 (13) Atlético de Madrid 331,8 (367,6)
14 (14) Inter Mediolan 291,5 (364,6)
15 (28) FC Zenit 236,5 (180,4)
16 (15)  Schalke 04 222,8 (324,8)
17 (19) Everton 212 (210,5)
18 (17)  Olympique Lion 180,7 (220,9)
19 (20) Napoli 176,3 (207,4)
20 (27) Eintracht Frankfurt 174 (182,2)

Źródło: Deloitte Football Money League

Cena metra kwadratowego kawalerki wzrosła w 2020 roku nawet o 1000 zł

W ciągu ostatniego roku cena za 1 mkw. mieszkania wzrosła nawet o 999 zł (Gdańsk). Ani pierwsza ani druga fala koronawirusa nie zatrzymała więc rosnących cen mieszkań, a przynajmniej w 15 dużych miastach Polski. Spadki były tylko symboliczne, rzędu 85 zł w Katowicach.

Na podstawie cyklicznych raportów Expander i Rentier.io eksperci rankomat.pl przeanalizowali ceny mieszkań w dwóch okresach. Koniec roku 2019, a więc jeszcze sprzed ogłoszonej przez WHO pandemii koronawirusa i koniec roku 2020, czyli okres obowiązujących obostrzeń sanitarnych, w tym zamrożenia gospodarki.

W analizie wykorzystano użyte w raporcie 3 metraże mieszkań – małe (poniżej 35 mkw.), średnie (od 35 do 60 mkw.) i duże (powyżej 60 mkw.). Podane kwoty to mediany cen ofertowych, a więc stawki dominujące w IV kw. 2019 i IV kw. 2020 r. Analiza obejmuje 15 dużych miast, głównie wojewódzkich, ale także Gdynię, Częstochowę i Sosnowiec.

Kawalerki w rok podrożały od 124 do 999 zł za 1m2

Małe mieszkania, czyli te poniżej 35 mkw., podrożały w każdym z miast uwzględnionych w raporcie. Najwięcej tam, gdzie ceny kawalerek były już i tak bardzo wysokie, czyli w Gdańsku – wzrost aż o 999 zł do 10 999 zł/mkw., Warszawie – wzrost o 950 zł do 12 575 zł/mkw. i Krakowie – wzrost o 927 zł do 10 950 zł/mkw.

We Wrocławiu wzrost o 467 zł spowodował, że do magicznego progu 10 000 zł brakuje niewiele (obecnie to 9700 zł). Na kolejnych miejscach pod względem cen kawalerek znalazły się Gdynia (9 302 zł) ze wzrostem rocznym o 852 zł i Poznań (8 704 zł) droższy o 461 zł.

Najmniejszy wzrost na przestrzeni 12 miesięcy zanotowano w Białymstoku – “zaledwie” o 124 zł (do 7 113 zł)  i obu miastach województwa kujawsko-pomorskiego – w Toruniu o 146 zł (do 7 246 zł), a w Bydgoszczy o 358 zł (do 7 058 zł).

W pozostałych miastach małe mieszkania kosztują 8000 zł i mniej. Najdroższy jest Lublin (równo 8 000 zł) ze wzrostem na poziomie 821 zł. Następnie Szczecin i Katowice z podobną stawką (7 675 zł i 7 655 zł), ale innym tempem wzrostu (524 zł i 365 zł rocznie).

Stawki poniżej 7000 zł notują kawalerki w Łodzi – ze wzrostem o 740 zł (6 909 zł). Wyraźnie tańsze są Częstochowa (5 672 zł) i Sosnowiec (5 000 zł), ale i tam małe mieszkania podrożały w rok całkiem sporo, bo o 684 zł i 808 zł – wynika z raportu Expander i Rentier.io.

W ciągu roku 1 mkw. kawalerki w wymienionych miastach podrożał średnio o 8,3 proc. Paradoksalnie największy skok zanotował ostatni w zestawieniu Sosnowiec (+19,2 proc.), a najmniejszy Białystok (+1,7%).mieszkania covid 35

Średnie mieszkania tańsze, ale tylko o 25 i 85 zł

Mieszkania ze średnim metrażem (35-60 mkw.) również drożały przez rok, ale skala wzrostu było nieco mniejsza w porównaniu z kawalerkami. Najwięcej podrożały w Krakowie, Warszawie i Lublinie. Najmniej w Gdańsku, a w Białymstoku i Katowicach spadły.

Średnie mieszkania drożały gwałtownie w Krakowie – do 9 089 zł (wzrost o 943 zł), a w Warszawie do 10 835 zł (więcej o 835 zł), czyli tam, gdzie wartość lokali mieszkalnych z przedziału 35-60 mkw. była i tak najwyższa. Wystrzeliły też ceny w Lublinie (aż o 840 zł rocznie), ale tam stawka na koniec roku 2020 była jeszcze umiarkowana – 7 083 zł/mkw.

Najmniej podrożał Gdańsk (o 252 zł), gdzie mimo to ceny średnich mieszkań stanowiły drugi wynik w kraju – 9 251 zł za 1 mkw. W tańszych miastach wzrosty były większe, jak we Wrocławiu (o 407 zł do 8 270 zł), Gdyni (o 316 zł do 7 966 zł) i Poznaniu (o 508 zł do 7 770 zł).

W przedziale 6000-7000 zł za 1 mkw. znalazło się aż 6 miast. Na koniec 2020 r. najdroższy był Szczecin ze stawką 6 975 zł (wzrost o 697 zł), Toruń ze stawką 6 772 zł (wzrost o 383 zł), Bydgoszcz ze stawką 6 250 zł (wzrost o 280 zł) i Łódź ze stawką 6 081 zł (wzrost o 521 zł).

Poniżej 5000 zł za 1 mkw. znalazły się zgodnie z przewidywaniami Częstochowa (4 975 zł) i Sosnowiec (4 654 zł). Mniej przewidująca była za to rozbieżność w rocznych wzrostach cen – od 295 zł w Częstochowie i do 613 zł w Sosnowcu.

Wśród mieszkań o powierzchni 35-60 mkw. były też spadki, ale zaledwie o 25 zł w Białymstoku i 85 zł w Katowicach. Mimo tych „jaskółek” cenowych stawki w obu miastach nadal przekraczają 6000 zł na koniec roku 2020 – w Białymstoku to 6 225 zł, a w Katowicach 6 360 zł.

W klasyfikacji procentowej średnie mieszkania (+6,8 proc.) drożały trochę wolniej od małych mieszkań (+8,3 proc.). Jeśli spojrzeć na konkretne miejscowości, liderem wzrostów znów okazał się Sosnowiec (+15,1 proc.). Co ciekawe, zupełnie odmienny wynik zanotowały sąsiednie Katowice (-1,3 proc.).mieszkania covid 35-60

Duże mieszkania droższe w Lublinie, tańsze nad morzem

Duże mieszkanie w polskich warunkach to takie o powierzchni powyżej 60 mkw. Najwięcej drożały przez rok w Lublinie, Krakowie i Wrocławiu. Najmniej w Sosnowcu, Katowicach i Białymstoku. W Gdyni i Gdańsku okazały się nawet nieznacznie tańsze – wynika z porównania kwartalnych raportów Expander i Rentier.io.

Nadal najdroższa jest Warszawa ze stawką 10 404 (podwyżka o 602 zł). Za nią uplasowały się Gdańsk z wynikiem 9 167 zł (spadek o 33 zł) i doganiający stolicę Trójmiasta Kraków ze stawką już 8 900 zł (wzrost aż o 849 zł).

8 121 zł trzeba było zapłacić na koniec roku 2020 za 1 mkw. dużego mieszkania w Gdyni (mniej o 51 zł),7 729 we Wrocławiu (więcej o 688 zł) i 7 071 w Poznaniu (więcej o 419 zł).

Reszta miast z zestawienia to stawki poniżej 7 000 zł za metr. Najwięcej w Lublinie, bo 6 764 zł, gdzie mieszkania powyżej 60 mkw. podrożały aż o 869 zł. Tym samym Lublin przegonił Katowice, gdzie trzeba zapłacić już 6 600 zł (więcej o 303 zł), Szczecin ze stawką 6 265 (więcej o 647 zł) i Toruń ze stawką 6 120 zł (więcej o 320 zł).

Poniżej progu 6000 zł znalazły się Bydgoszcz – 5 938 zł (wzrost o 400 zł), Łódź – 5 726 zł (wzrost o 326 zł), Białystok – 5 713 zł (wzrost o 316 zł) i Częstochowa – 5 082 zł (wzrost o 506 zł). Stawkę zamyka Sosnowiec z wynikiem 4 271 zł, o 272 zł więcej w porównaniu z końcem roku 2019.

Duże mieszkania w 15 miastach drożały rocznie średnio o 7%, czyli mniej niż kawalerki i minimalnie więcej od średnich lokali mieszkaniowych. Tym razem najwyższy procentowy wzrost odnotował Lublin (+14,7 proc.), a najmniejszy Gdynia (-0,6 proc.).mieszkania covid 60

Czy rosnące ceny mieszkań wpłyną na koszt ubezpieczenia?

W oparciu o powyższe ceny eksperci rankomat.pl przeanalizowali, czy i jak wyższa stawka za metr kwadratowy mieszkania wpłynie na wysokość składki za polisę mieszkaniową.

W przykładowej kalkulacji wzięto pod uwagę nieruchomości z 3 miast, w których zanotowano największe roczne wzrosty cen za 1 mkw.: Gdańsk (o 999 zł) dla małych mieszkań, Kraków (o 943 zł) dla średnich  lokali i Lublin (o 869 zł) w przypadku dużych mieszkań powyżej 60 mkw.

Do każdego z miast przepisano średnie ceny ofertowe według stawek przed pandemią i w jej trakcie. Zakres ochrony obejmuje dodatkowo wyposażenie i kradzież.

– Polisa mieszkaniowa po podwyżkach cen mieszkań o prawie 1000 zł/mkw. rośnie minimalnie. Najtańsza między 5-9 zł, najdroższa o 3-26 zł na rocznej składce. Chociaż różnica jest prawie niezauważalna, to jednak przy wciąż drożejących mieszkaniach za ubezpieczenie na pewno nie zapłacimy mniej – wyjaśnia Michał Ratajczak, ekspert ubezpieczeń nieruchomości w rankomat.pl.

Koszt ubezpieczenia mieszkania przed pandemią i w trakcie pandemii
GDAŃSK 30 m2 2019 r. 2020 r.
cena mieszkania 300 000 zł 330 000 zł
cena rocznej polisy 218 zł – 416 zł 223 zł – 419 zł
KRAKÓW 50 m2 2019 r. 2020 r.
cena mieszkania 407 000 zł 455 000 zł
cena rocznej polisy 227 zł – 413 zł 235 zł – 429 zł
LUBLIN 80 m2 2019 r. 2020 r.
cena mieszkania 470 000 zł 540 000 zł
cena rocznej polisy 240 zł – 420 zł 249 zł – 440 zł

Tabela 1. Oprac. własne na podstawie kalkulacji rankomat.pl z dnia 05.02.2021 r.

Europa coraz bardziej otwarta na dane, a Polska jednym z regionalnych liderów

Jak unijne państwa radzą sobie w obszarze otwartych danych? Coraz lepiej, wynika z ostatniego raportu Capgemini Invent. W ostatnim roku wszystkie kraje członkowskie zwiększyły wykorzystanie danych otwartych, średnio o 12 proc. Jednym z liderów tego zestawienia jest Polska, która w ubiegłym roku awansowała do ścisłej czołówki europejskiej.

Czym tak naprawdę są otwarte dane?

Otwarte dane to nic innego jak informacje gromadzone, dostarczane lub opłacane przez organy publiczne, które są następnie bezpłatnie udostępniane do wykorzystania przez administrację publiczną, ale też sektor prywatny, a nawet użytkowników indywidualnych. Cel jest jeden – dane mają pomagać w rozwoju społeczeństwa, co możemy określić mianem zwiększania dobrobytu społecznego. Niemal każdy spotkał się z danymi otwartymi, choć o tym nie wiedział. Do wspomnianej kategorii możemy zaliczyć m.in. informacje gospodarcze, które udostępnia GUS, ale są to też dane satelitarne z obserwacji Ziemi, pochodzące z programu Copernicus, jakie znajdziemy na platformie CREODIAS.eu. Spektrum danych otwartych może być bardzo szerokie, ale najważniejszymi jego atrybutami jest powszechność i dostępność.

Jak wygląda otwieranie danych w Europie?

Capgemini Invent zbadało według szeregu kryteriów stopień korzystania z otwartych danych przez kraje europejskie. Oceniane były m.in. dostęp, wpływ i jakość tych informacji. Jak wynika z raportu, średni wynik w ocenie dojrzałości badanych państw w kwestii otwartych danych to 76 proc. To 10-procentowy wzrost w porównaniu do roku 2020, świadczący o rosnącej świadomości w obszarze danych i korzyści z ich udostępniania.

Kraje, które w 2020 roku wyznaczały trendy, jeśli chodzi o realizację założeń otwartych danych, to Irlandia, Hiszpania, Francja, Dania, Estonia, Polska i Austria. To spora zmiana, ponieważ w poprzednim roku w czołówce znalazły się tylko pierwsze trzy z wymienionych. To jednocześnie spory awans dla Polski. Najwyższy wynik osiągnęła Dania.

Wyzwania związane z dużą ilością danych

Najlepszym sposobem na tworzenie otwartych zbiorów ogromnych ilości danych jest chmura obliczeniowa. Umożliwia ona nie tylko przechowywanie danych i ich udostępnianie, ale także ich przetwarzanie i analizę przy pomocy specjalistycznych narzędzi. Chmura zapewnia także szeroko rozumiane bezpieczeństwo. Inne zalety związane z wykorzystaniem cloud computingu, to zmniejszenie kosztów, skalowalność i lepsze dostosowanie do działania w zmiennym otoczeniu.

– Aby dane zgromadzone w chmurze były użyteczne, muszą być spełnione trzy podstawowe warunki: muszą one być łatwe do wyszukania, szybko dostępne online i dostępne przez API. CloudFerro świadczy usługi chmury obliczeniowej dla kilku platform z otwartymi danymi dla europejskich instytucji (Komisja Europejska, ESA, EUMETSAT, Niemiecka Agencja Kosmiczna DLR). Tylko na platformie CREODIAS gromadzimy obecnie ponad 20 PB, a nasze testy pokazują, że jesteśmy w stanie przechowywać ponad dwa razy więcej i wydawać dziennie ponad 2 PB danych. W ten sposób możemy przechowywać wszystkie dane EO, które są wykorzystywane w projektach europejskich, stwarzając wspaniałe możliwości dla naukowców, badaczy, administracji oraz oczywiście biznesu – tłumaczy Przemysław Mujta, Dyrektor Technicznego Wsparcia Sprzedaży w CloudFerro.

Idea otwartych danych w praktyce

Jednym z przykładów realizacji idei otwartych danych jest europejski program obserwacji Ziemi Copernicus, w ramach którego są gromadzone i udostępniane ogromne ilości danych satelitarnych dotyczących sytuacji na naszej planecie. Są one wykorzystywane m.in. do monitorowania zmian klimatu, w urbanistyce, w energetyce, budownictwie, rolnictwie i wielu innych dziedzinach życia, zarówno przez jednostki administracji publicznej czy instytucje naukowe,  jak i firmy prywatne.

Dostęp i możliwość przetwarzania tych danych w środowisku chmury obliczeniowej dają platformy DIAS (Data and Information Access Services), takie jak CREODIAS.eu, którego operatorem jest CloudFerro. Szczególnie istotnym elementem takich platform jest przestrzeń obliczeniowa i narzędzia do przetwarzania danych obserwacji Ziemi w chmurze, dające naukowcom, urzędnikom czy startupom, możliwości skalowania wykorzystywanej infrastruktury IT w zależności od potrzeb bieżących projektów, bez ponoszenia kosztów zakupu i utrzymania infrastruktury.

– Ciekawym przedsięwzięciem, wpisującym się w ideę otwartych danych, w którym bierzemy obecnie udział, jest realizowany przez Europejską Agencję Kosmiczną projekt Digital Twin Earth, mający na celu utworzenie cyfrowego modelu Ziemi. Dzięki uwzględnieniu ogromnej ilości danych o różnych ekosystemach i innych czynnikach mających wpływ na zmiany zachodzące na naszej planecie, przy wykorzystaniu odpowiedniego oprogramowania i sztucznej inteligencji, projekt Bliźniaczej Ziemi  pozwoli dużo precyzyjniej przewidywać zmiany zachodzące na Ziemi z uwzględnieniem wielu, obecnie rozproszonych, danych i pomoże podnieść efektywność działań na rzecz ochrony klimatumówi Przemysław Mujta.

Europejskie dane dla wszystkich

Otwarte dane to jeden z priorytetów Komisji Europejskiej i ma to odzwierciedlenie w raporcie. Jak twierdzi odpowiedzialna za to opracowanie Laura van Knippenberg z Capgemini Invent: – Tegoroczny wysoki wynik dojrzałości w zakresie otwartych danych pokazuje, jak duży wysiłek poszczególne kraje włożyły w promowanie tej idei wśród swoich obywateli. Coraz większe zaangażowanie społeczności w projekty oparte na otwartych danych sprawia, że wpływ, jaki mają one na rzeczywistość, również będzie coraz bardziej znaczący.

Gianfranco Cecconi, dyrektor Capgemini Invent, podkreśla szczególne znaczenie dzielenia się informacjami w dobie koronawirusa: – Po wielu latach poświęconych idei otwartych danych w Europie, z wielką satysfakcją obserwujemy, jak państwa członkowskie współpracują ze sobą w reagowaniu na kryzys związany z COVID-19. Jednak wciąż pozostaje dużo do zrobienia. Sukces krajów, które osiągają najlepsze wyniki, motywuje wszystkich do tego, by wzmocnić działania w obszarze otwartych danych.

Źródło: Open Data Maturity Report 2020, Capgemini:

https://www.europeandataportal.eu/sites/default/files/edp_landscaping_insight_report_n6_2020.pdf

Bitcoin już powyżej 50 000 USD. Powrót Amerykanów na rynek

Poniedziałkowy dzień wolny w USA z okazji Dnia Prezydenta spowodował wyraźne osłabienie amerykańskiej waluty. Wraz z powrotem inwestorów do pracy pojawił się jednak pakiet dobrych danych i dolar odrabia straty.

Indeks instytutu ZEW

Wczoraj o 11:00 poznaliśmy ważne dane z Niemiec. Indeks instytutu ZEW okazał się dużo lepszy od oczekiwań. Świadczy to o tym, że optymizm w głównej gospodarce Unii Europejskiej rośnie. Tym samym byliśmy świadkami kolejnego ruchu umacniającej euro względem dolara. Było to tym silniejsze, że w poniedziałek mieliśmy w USA dzień wolny z okazji święta. W rezultacie brakowało na rynkach inwestorów zza oceanu, w takiej sytuacji często te same dane pozwalają mocniej przesunąć cenę.

Amerykanie wracają po dniu wolnym

W poniedziałek przypadał Dzień Prezydenta, będący dniem wolnym w USA. Wczoraj wraz z powrotem inwestorów amerykańskich poznaliśmy indeks NY Empire State. Okazał się on wyraźnie lepszy od oczekiwań. W rezultacie mieliśmy szybki powrót optymizmu względem dolara. Od tego momentu od razu skończył się ruch osłabiający amerykańską walutę względem euro wywołany dobrymi danymi z Niemiec. W ciągu raptem dwóch godzin dolar był już droższy niż na początku dnia, a na zamknięciu sesji umocnił się jeszcze bardziej.

Bitcoin już powyżej 50 000 USD

Jeszcze wczoraj pisaliśmy o zbliżaniu się bitcoina do psychologicznej granicy 50 000 dolarów. Szybko poszło biorąc pod uwagę, że dzisiaj jest już powyżej 51 500 dolarów. Widząc olbrzymie zyski, coraz więcej inwestorów stara się podłączyć pod ten ruch. Coraz bardziej zasadnym staje się pytanie, jak długo jeszcze potrwa ten ruch. Wzrost nie powinien przecież trwać wiecznie.

Dzisiaj wciąż mamy wolne z powodu Nowego Roku Księżycowego w Chinach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wyniki sprzedaży detalicznej,
15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rekordowy rok magazynowy w roku gospodarczej próby

Rekordowa aktywność najemców na poziomie 5,2 mln mkw. wynajętej powierzchni magazynowej, a także zmiany w zachowaniach konsumenckich były kluczowymi czynnikami, które wpłynęły na doskonałe wyniki rynku powierzchni magazynowych w 2020 roku w Polsce. Ponadto sektor logistyczno-produkcyjny najszybciej dostosował się do nowych wymogów związanych z pandemią COVID-19 zapewniając przetrwanie w bardziej wymagających czasach i szeroko rozumiane bezpieczeństwo. 2020 rok to również czas wyraźnej dominacji wszystkich segmentów związanych z sektorem e-commerce, które w kolejnych latach będą stanowić o kierunkach rozwoju rynku magazynowego w Polsce. Firma AXI IMMO prezentuje wyniki raportu: Polski Rynek Magazynowy w 2020 r.

Sektor magazynowy z 50% udziałem w wolumenie inwestycyjnym

W ostatnim kwartale ubiegłego roku wartość aktywów magazynowych na rynku inwestycyjnym osiągnęła ok. 700 mln EUR, co spowodowało, że po 12 miesiącach całkowity wolumen transakcji wyniósł rekordowe 2,6 mld EUR (+65% r/r) i był to wynik o 41% lepszy niż w rekordowym 2018 r. (1,8 mld EUR). Rezultat ten jest szczególnie istotny, ponieważ stanowi ok. 50% kapitału zainwestowanego nad Wisłą i udało się go osiągnąć pomimo pandemii COVID-19 oraz niekorzystnych warunków związanych z wizytacjami obiektów. Zwiększone zainteresowanie sektorem magazynowym wpłynęło na obniżenie stóp kapitalizacji, które obecnie kształtują się na poziomie 6-6,25% (brutto) dla obiektów big-box, 5,5%-6% dla miejskich projektów logistycznych i 4,25-4,5% dla nieruchomości typu single-tenant z długimi umowami najmu i wysokiej jakości najemcami.

Wśród najciekawszych transakcji zanotowanych w 2020 r. znalazły się przejęcie środkowoeuropejskiego portfela Goodmana przez notowane na singapurskiej giełdzie papierów wartościowych GLP (ok. 880 000 mkw., 66% obiektów znajduje się w Polsce), sprzedaż przez Panattoni portfela 5 nieruchomości magazynowych o powierzchni ok. 280 000 mkw. firmie Savills IM, nabycie przez Elite Partners Capital – 7 budynków parku magazynowego  P3 Park Mszczonów od P3 (ok. 229 000 mkw.) oraz kupno przez CGL ogólnopolskiego portfela Hines (170 000 mkw.). Jak co roku na polskim rynku inwestycyjnym pojawili się również nowi gracze i jedną z takich transakcji jest zakup przez REINO, Grosvenor oraz IO AM centrum logistycznego Logistic City Piotrków (135 000 mkw.).

Dość niespodziewanie pandemia COVID-19 okazała się kluczowym czynnikiem dla rozwoju sektora nieruchomości magazynowych w Polsce, przy czym znacząco wpłynęła na pozytywne nastroje inwestorów. Imponujący, a zarazem rekordowy wynik 2,6 mld EUR to głównie zasługa dużych transakcji portfelowych, w których jak w ubiegłych latach to gracze z Azji byli głównymi kupującymi. Obecnie najbardziej pożądanymi aktywami na rynku magazynowym pozostają obiekty BTS oraz jakościowe inwestycje multitenant z jakościowym zestawem najemców i długimi umowami najmu – mówi Renata Osiecka, Partner Zarządzająca, AXI IMMO.

5,2 mln mkw. wynajęte w 2020 r. dzięki e-commerce i logistyce

Całkowity wolumen najmu w 2020 r. w sektorze magazynowym wyniósł rekordowe 5,2 mln mkw. (+29% r/r), przy czym w samym IV kw. osiągnięto najlepszy kwartalny wynik w historii (1,5 mln mkw.). Co więcej, w całym 2020 r. przedmiotem krótkoterminowych umów najmu było aż 594 tys. mkw. powierzchni, czyli o 95% więcej niż rok wcześniej. Wśród TOP 5 transakcji w 2020 r. na rynku magazynowym znalazły się Amazon Świebodzin (203 500 mkw.), Prologis Janki – Euronet (73 400 mkw.), Hillwood Łódź I (Górna) – Amazon BTS (73 000 mkw.), 7R BTS Żabka – Radzymin (67 500 mkw.) i Panattoni – BTS 4F Czeladź (67 000 mkw.). Natomiast w strukturze popytu tradycyjnie to logistycy (36,1%) przed handlem (24,2%) i e-commerce (15,5%) stanowili o największej aktywności najemców. Z kolei przedsiębiorstwa z sektora produkcyjnego odpowiadały za 8,4% A-klasowej powierzchni wynajętej w 2020 r.

Z pewnością można określić, że w całym 2020 roku to sektor e-commerce był głównym motorem zmian zachodzących na rynku magazynowym. Wraz z rosnącą popularnością handlu w Internecie mogliśmy obserwować, jak tzw. branże towarzyszące zwiększają swoje zapotrzebowanie na powierzchnię. W tym gronie znalazły się zarówno firmy kurierskie, jak i branża opakowań. Drugą grupą firm, które skorzystały na wysokim popycie na trwałe dobra konsumenckie, w tym elektronika, meble, produkty wyposażenia wnętrz i sportowe. Podium zamyka silnie rozwijający się sektor motoryzacyjny w segmencie elektromobilności – mówi Anna Głowacz, Dyrektor Działu Powierzchni Logistyczno-Przemysłowych, AXI IMMO.

Ostrożniejsza polityka deweloperów w zakresie uruchamiania nowych inwestycji

Całkowite zasoby powierzchni magazynowej w Polsce na zakończenie 2020 r. wyniosły 20,5 mln mkw. (+11% r/r). W ciągu całego roku deweloperzy dostarczyli 2,1 mln mkw. (-23,5% r/r), a najaktywniejszymi graczami były firmy Panattoni (blisko milion mkw.), Hillwood (322 200 mkw.) oraz 7R (165 400 mkw.). Wśród największych projektów dostarczonych w 2020 r. znalazły się m.in. Panattoni A2 Warsaw Park (Grodzisk) – 103 700 mkw., P3 Mszczonów – 75 800 mkw., Hillwood Wrocław Wschód II – 63 900 mkw., MLP Pruszków II – 55 000 mkw., Prologis Ruda Śląska – 51 200 mkw. i 7R Park Gdańsk II – 50 900 mkw. Na koniec 2020 r. w budowie pozostawało 1,9 mln mkw. (-2% r/r), przy czym powierzchnia w ramach projektów spekulacyjnych wynosi 23,6%, osiągając najniższy poziom od III kw. 2017 r. Najwięcej nowej podaży w budowie znajduje się na Górnym Śląsku 359 000 mkw., w Warszawie 357 000 mkw. i w Trójmieście 272 000 mkw.

W ciągu całego 2020 r. obserwowaliśmy wyraźne spowolnienie aktywności deweloperskiej wynikające głównie z zaostrzonej polityki banków w stosunku do nowych inwestycji deweloperskich, a także wyższych wymagań dotyczących wkładu własnego i współczynnika wynajętej powierzchni. Niemniej, dostrzegalne ożywienie w nowej podaży w końcówce roku pozwala z nieco większym optymizmem patrzeć na kolejne miesiące 2021 roku – mówi Anna Głowacz.

W wyniku dużej absorpcji na rynku magazynowym współczynnik pustostanów na koniec 2020 r. osiągnął poziom 7,1% (-0,4 pp. r/r). Najwięcej wolnej powierzchni w ujęciu procentowym znajduje się w na Górnym Śląsku (10,2%) i w warszawskiej strefie II (10,1%). Z kolei najniższy współczynnik pustostanów znajduje się w Szczecinie i Polsce Wschodniej (poniżej 1%), w warszawskiej strefie III (1,4%), Polsce Zachodniej (2,4%) i Trójmieście (3,4%).

W zakresie czynszów, polityka cenowa większości właścicieli pozostała bez zmian na koniec 2020 r. Pandemiczna sytuacja na rynku powierzchni magazynowych nie wpłynęła znacząco na zmianę wysokości stawek bazowych ani efektywnych, które utrzymały swoje wartości w całym 2020 r. Tradycyjnie, najwyższe stawki odnotowuje się w strefie Warszawa Miasto 4,80 – 5,25 EUR/mkw., a najniższe w Polsce Centralnej, Poznaniu i wybranych lokalizacjach w okolicach Warszawy gdzie można było wynająć powierzchnię po stawce bazowej już od 3,0 do 3,2 EUR/mkw., przy czy średnia dla większości rynków oscyluje pomiędzy 3,20 a 3,60 EUR/mkw.

Optymistyczne prognozy

W 2021 r. możemy spodziewać się stopniowego wzrostu w aktywności deweloperskiej w odpowiedzi na utrzymujący się silny popyt ze strony najemców. W dalszym ciągu deweloperzy powinni podchodzić nieco ostrożniej do inwestycji spekulacyjnych ze względu na niepewne prognozy dla gospodarki. Sektor udowodnił jednak, że jest oparty na mocnych fundamentach i radzi sobie dobrze w warunkach pandemii, co przekłada się na coraz przychylniejsze nastawienie banków do finansowania nowych projektów. Zarówno deweloperzy, jak i inwestorzy i instytucje finansowe preferować będą jednak dojrzałe rynki o ugruntowanej pozycji i wysokiej płynności, gwarantujące znalezienie najemcy i możliwość wyjścia z inwestycji.

W 2020 r. rynek magazynowy udowodnił, że pomimo pandemii COVID-19 posiada silne fundamenty i jest gotowy, w miarę potrzeby, szybko dostosowywać się do zmian. Spodziewamy się, że rynek w 2021 roku będzie nadal dynamicznie się rozwijał, a kluczowe znaczenie będzie miał dalszy rozwój sektora e-commerce i popyt generowany ze strony firm handlowych i logistycznych na magazyny miejskie, jak również międzynarodowych graczy e-commerce dla których, Polska pozostanie ważną lokalizacją w Europie. Co więcej, szans dla rodzimego rynku magazynowego należy upatrywać w regionalizacji łańcuchów dostaw, a tym samym near-shoringu, a także w następstwach Brexitu, gdyż wiele brytyjskich firm jest zmuszona do otwierania centrów dystrybucyjnych w granicach UE – mówi Renata Osiecka.

Drastyczne wyhamowanie dynamiki zatrudnienia w sektorze produkcyjnym

Najgorzej z wyzwaniami spowodowanymi przez pandemię COVID-19 w 2020 r. poradziły sobie przedsiębiorstwa produkcyjne Nowoczesnej Gospodarki, które w skali roku zwiększyły zatrudnienie o zaledwie 2,95 proc. (vs 2019 r.) – wynika z raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q4 & FY 2020”, przygotowanego przez ADP Polska. Tylko w IV kw. 2020 r. dynamika wzrostu w tych firmach wyniosła 1,22 proc., co jest najsłabszym wynikiem
w 9-letniej historii raportu.

W skali całego 2020 r. firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa stale wdrażające innowacyjne rozwiązania, odnotowały wyższą dynamikę zatrudnienia (+4,3 proc. vs 2019 r.) niż ogół rynku (-1,1 proc. vs 2019 r. wg Głównego Urzędu Statystycznego) – wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q4 / FY 2020” opracowanego przez ADP Polska. Biorąc pod uwagę wyłącznie ostatni kwartał ubiegłego roku lepiej z wyzwaniami spowodowanymi przez pandemię COVID-19 na rynku pracy poradziły sobie również innowacyjne przedsiębiorstwa (+3,34 proc. NG vs
-1,2 proc. wg GUS). W efekcie Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki wzrósł i wyniósł 132,78.

– Rok 2020 niewątpliwie zaskoczył nas wszystkich. Z dnia na dzień musieliśmy dostosować się do nowej rzeczywistości, która dla wielu z nas okazała się trudniejsza. Niepewność, obawa przed utratą pracy, poczucie bezsilności i bezradności – takie uczucia towarzyszyły większości z nas. I nie bez powodu – jak pokazują dane GUS i ADP, w 2020 r. skończył się tzw. rynek pracownika – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska. – Pandemia COVID-19 to dla rynku pracy dodatkowe wyzwanie w postaci gwałtownie postępującej digitalizacji. Jak wynika z danych, lepiej do cyfrowej rzeczywistości przystosowane były firmy Nowoczesnej Gospodarki, które pomimo wielu wyzwań utrzymały wzrostową dynamikę zatrudnienia, w przeciwieństwie do ogółu rynku – dodaje Barbachowska.

Wyhamowanie dynamiki wzrostu zatrudnienia rzutuje również na liczbę publikowanych ofert pracy. Według raportu „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy”, pod koniec 2020 r. liczba ofert pracy zmalała o 27 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. – Mniejsza liczba ofert, spadek wysokości oferowanego wynagrodzenia, ograniczenia w benefitach pracowniczych oraz możliwość, a nawet konieczność, pracy zdalnej – tak wygląda rynek pracy na początku 2021 r. – podsumowuje Anna Barbachowska.

Produkcja zaciąga wsteczny

Chociaż najnowsze dane wskaźnika PMI dla polskiego przemysłu wskazują na stopniową poprawę koniunktury w tym sektorze (51,9 pkt. w styczniu, 51,7 pkt w grudniu), to jednak w ostatnim kwartale 2020 r. firmy sektora produkcyjnego Nowoczesnej Gospodarki odnotowały zaledwie 1,22 proc. wzrost zatrudnienia (vs IV kw. 2019 r.), co jest najgorszym wynikiem w 9-letniej historii raportu. Analizując dane pod względem wielkości przedsiębiorstwa wyróżnić należy dynamikę zatrudnienia osiągniętą przez duże firmy, które w IV kw. 2020 r. zwiększyły zatrudnienie tylko o 0,05 proc. (vs IV kw. 2019 r.). W skali całego roku sektor produkcyjny odnotował 2,95 proc. wzrost zatrudnienia (vs 2019 r.). Podobnie jak w IV kw., więcej osób zatrudniły małe firmy produkcyjne (+3,3 proc. vs 2019 r.) niż duże (+2,56 proc. vs 2019 r.).

– Przedsiębiorstwa produkcyjne, podobnie jak ogół rynku, są bardziej wrażliwe na zmieniającą się sytuację gospodarczą. Analizując cały 2020 r. musimy pamiętać, że na początku pandemii wiele przedsiębiorstw zajmujących się wytwarzaniem skorzystało ze wsparcia w postaci Tarczy Antykryzysowej 1.0. Pozwoliło to im nie tylko utrzymać dotychczasowe zatrudnienie, ale także realizować przyjętą strategię rekrutacyjną. Niepewność biznesu sprawiła, że wielu przedsiębiorców zdecydowało się przygotować na ewentualne zatrzymanie produkcji spowodowane COVID-19, zwiększając zdolność produkcyjną firmy i uzupełniając swoje stany magazynowe. Przełożyło się to również na wysoką dynamikę wzrostu zatrudnienia w tym sektorze w drugim kwartale – analizuje Anna Barbachowska. – Pod koniec 2020 r. znacznie węższe grono firm mogło ubiegać się o wsparcie finansowe. Z tego też względu, mimo nieznacznego wzrostu sektora produkcyjnego, przedsiębiorstwa te realizowały przyjęte zamówienia posiadaną już kadrą. 

Usługi niczym feniks – odradzają się

Sektor usługowy Nowoczesnej Gospodarki w całym 2020 r. zwiększył zatrudnienie o 5,19 proc. (vs 2019 r.). Kwartalnie, najwięcej nowych pracowników firmy usługowe zatrudniły w I kw. 2020 r. (+7,79 proc. vs I kw. 2019 r.), po czym nastąpiło gwałtowne wyhamowanie dynamiki wzrostu spowodowane przez pandemię COVID-19 (+2,96 proc. vs II kw. 2019 r.). III i IV kw. 2020 r. to stopniowe odbudowywanie zatrudnienia w tych przedsiębiorstwach (+4,48 proc. i +5,52 proc. vs III i IV kw. 2019 r.).

– Gdy sektor produkcyjny wciąż dostosowuje proces rekrutacji do nowej rzeczywistości, firmy usługowe coraz śmielej sięgają po kolejne narzędzia, co odzwierciedlają wyniki raportu. Chociaż w początkowej fazie pandemii to firmy usługowe odnotowały większe wyhamowanie dynamiki wzrostu, to obserwujemy z miesiąca na miesiąc coraz większą liczbę ofert pracy właśnie w tym sektorze – mówi Anna Barbachowska. – Pracodawcy firm usługowych już nie tylko zdalnie przeprowadzają rekrutację, ale także wdrożenie i dalszą pracę. Ze względu na to, iż coraz więcej czynności możemy wykonać zdalnie w lipcu 2020 r. uruchomiliśmy nową usługę e-Pakiet 0, która znacznie przyspiesza i ułatwia pracownikom proces wdrożenia w nowym miejscu pracy, ale pozwala także samemu pracodawcy zaoszczędzić czas spędzany dotąd na papierowej wersji dokumentacji – podsumowuje Anna Barbachowska.

Jaki będzie 2021 r.?

– Ze względu na wciąż dynamicznie zmieniającą się rzeczywistość i niepewność związaną z kolejnymi restrykcjami, trudno jednoznacznie nakreślić scenariusz na cały 2021 r. Jedno jest pewne, pandemia COVID-19 wciąż będzie istotnie rzutowała na rynek pracy w Polsce. W poziomie zatrudnienia możemy spodziewać się stopniowo normalizacji sytuacji, proces ten jednak będzie zależał od wielu zmiennych czynników, np. obostrzeń związanych z pandemią COVID-19, koniunktury gospodarczej czy też sytuacji polskich przedsiębiorstw – mówi Anna Barbachowska. – Z drugiej strony trwale zmieni się model pracy. Już teraz zauważamy, że wiele firm oferuje w ogłoszeniach o pracę możliwość elastycznego czasu pracy i pracy zdalnej. Znacznie częściej podkreślane są również wymagane kompetencje IT oraz umiejętność pracy w cyfrowym środowisku. Kandydaci natomiast zwracają większą uwagę na wartości prezentowane przez przedsiębiorstwo oraz realizowaną przez nich odpowiedzialność biznesu. Nie możemy także zapominać, że 2021 r. prawdopodobnie będzie kolejnym rokiem należącym do postępującej digitalizacji najbardziej powtarzalnych procesów, dzięki czemu działy HR będą miały więcej czasu na kontakt z pracownikami i realizację innych zadań – dodaje.

PGE sponsorem Polskiej Ligi Esportowej

PGE Polska Grupa Energetyczna została sponsorem tytularnym Dywizji Mistrzowskiej Polskiej Ligi Esportowej. Tym samym największa polska spółka sektora elektroenergetycznego umocniła swoją pozycję w rozwijającej się branży esportowej.

Esport to forma rywalizacji, która budzi coraz większe zainteresowanie. PGE otwiera się na nowe możliwości współpracy i dostosowuje swoje działania sponsoringowe do zmieniającego się rynku. Polska Liga Esportowa ma ugruntowaną pozycję na rynku esportu. Zaangażowanie w sponsoring Dywizji Mistrzowskiej Polskiej Ligi Esportowej otwiera PGE na nowoczesne wirtualne rozwiązania, co wpisuje się w założenia nowej Strategii Grupy PGE – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Pozyskanie tak prężnego sponsora jak PGE Polska Grupa Energetyczna, który od lat wspiera rozwój sportu, jest przełomowym momentem dla polskich rozgrywek esportowych oraz dla samej Polskiej Ligi Esportowej. Jesteśmy przekonani, że wspólnie będziemy realizować założenia strategiczne Polskiej Ligi Esportowej oraz profesjonalizować polski esport na każdej jego płaszczyźnie – powiedział  Paweł Kowalczyk, prezes zarządu Polskiej Ligi Esportowej.

Rywalizacja esportowa uczy strategicznego myślenia, współpracy, komunikacji i rozwiązywania problemów pod presją czasu, stąd jej znaczenie dla rozwoju młodego pokolenia. W ramach umowy, PGE jest sponsorem tytularnym rozgrywek Dywizji Mistrzowskiej Polskiej Ligi Esportowej (PLE), które w sezonie wiosennym oraz jesiennym 2021 r. będą funkcjonowały pod nazwą PGE Dywizja Mistrzowska Polskiej Ligi Esportowej. W rozgrywkach rywalizuje 8 drużyn a platformą zmagań jest jedna z czołowych taktycznych gier komputerowych Counter-Strike: Global Offensive.

Zakres współpracy pomiędzy PGE a PLE uwzględnia także zaangażowanie w projekty społeczne. W ramach umowy planowane jest m.in. przeprowadzenie konkursu dla szkół, szkoleń i warsztatów dla osób zainteresowanych branżą esportową.

Grupa PGE jest jednym z największych sponsorów krajowego sportu i kultury w Polsce. W ten sposób realizuje odpowiedzialne podejście do prowadzenia biznesu i zwiększa świadomości  marki PGE w społeczeństwie. W obszarze esportu PGE od grudnia 2020 r. współpracuje także z KS Turów Zgorzelec, który oprócz dziecięcych i młodzieżowych drużyn koszykarskich, prowadzi sekcję esportową.

Polska Liga Esportowa jest organizatorem rozgrywek esportowych oraz przestrzenią, w której zarówno gracze profesjonalni, pasjonaci, jaki i osoby chcące dopiero poznać esport, znajdują emocje dla siebie. Polska Liga Esportowa opiera swoją działalność na trzech filarach: Play, Learn i Enjoy, które wypełnić mają przestrzeń zarówno dla profesjonalnej rozgrywki, rozrywki masowej oraz aspektu edukacyjnego. W ramach Ligi oprócz popularnej gry komputerowej Counter-Strike rozgrywane są turnieje w Pro Evolution Soccer oraz F1. Przed Polską Ligą Esportową ogłoszenia kolejnych tytułów do rywalizacji.

Pandemia zmieniła reguły gry w sektorze inwestycyjnym. Magazyny liderem z rekordowym wynikiem

W pandemicznym 2020 r. wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce był znacząco niższy (o ok. 30%) niż w rekordowym pod tym względem 2019 r. Biorąc jednak pod uwagę obecny klimat inwestycyjny, przekroczenie pułapu 5,3 mld euro jest znaczącym rezultatem. Pomimo ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego, poważnych reperkusji dla globalnego sektora nieruchomości i generalnego spadku sentymentu, apetyt inwestorów na zakupy w Polsce utrzymał się na solidnym poziomie – wynika z raportu At A Glance Investment Poland 2020, opublikowanego przez firmę doradczą BNP Paribas Real Estate Poland.

Beneficjentem obecnej koniunktury rynkowej jest zdecydowanie sektor przemysłowo – logistyczny, który rozwija się w Polsce w błyskawicznym tempie i cieszy się nieustannie rosnącym zainteresowaniem inwestorów z całego globu. To właśnie ten sektor po raz pierwszy w historii rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce zdominował strukturę podziału zainwestowanego kapitału, przynosząc niemal połowę wartości transakcji sfinalizowanych w ciągu roku. Uzyskane 2,6 mld euro jest jednocześnie najwyższym rezultatem osiągniętym w tym segmencie, o ponad 30% przewyższającym dotychczasowy rekordowy wynik z roku 2018 i o ponad 80% więcej niż w 2019 r. W czołowej dziesiątce transakcji pod względem wielkości zaangażowanego kapitału, sześć dotyczyło produktu z rynku przemysłowo-logistycznego. Przedmiotem akwizycji były zarówno portfele bądź całe platformy magazynowe, jak np. Goodman przejęty przez GLP Group i portfel Hillwood nabyty przez Rosewood, jak i pojedyncze nieruchomości, w tym bardzo pożądane przez nabywców centra dystrybucyjne e-commerce – Amazon w Poznaniu nabyty przez Blackbrook i Amazon Wrocław, który zasilił portfolio Hines.

Wysoki popyt na magazynowy produkt inwestycyjny przekłada się na oczekiwania cenowe sprzedających i silną presję na kompresję stóp kapitałowych, które obecnie dla najwyższej klasy obiektów logistycznych czy wyspecjalizowanych lokalizacji typu BTS mogą oscylować nawet ok. 5.25%.

Na celowniku inwestorów były zarówno duże portfele magazynowe i całe platformy, jak i pojedyncze nieruchomości różnej klasy, zwłaszcza te z zabezpieczonymi długoterminowymi umowami najmu. Szczególną grupę stanowią centra dystrybucyjne zajmowane przez wiodących operatorów e-commerce, dla których stopy zwrotu uległy kompresji do ok. 4.20%. Sentyment kupujących w 2020 r. wyraźnie odzwierciedlał bardzo korzystną sytuację nieruchomości przemysłowo – logistycznych oraz pozytywne perspektywy dalszego rozwoju tego sektora. Stały wzrost e-commerce, rosnące zapotrzebowanie na obsługę logistyczną i kurierską, spodziewany rozwój młodego segmentu logistyki ostatniej mili oraz wywołane pandemią procesy nearshoringu, przyczynią się do dalszego umocnienia magazynów w Polsce. Spodziewamy się, że w 2021 r. utrzyma się jego wiodąca rola na rynku inwestycyjnym. – Mateusz Skubiszewski, Head of Capital Markets, BNP Paribas Real Estate Poland

Sektor biurowy, z wartością transakcji ok. 2 mld euro, odpowiadał za ok. 37% całkowitego wolumenu inwestycyjnego wypracowanego w ciągu całego roku. W porównaniu z 2019 r., który dla tego segmentu inwestycyjnego zamknął się rekordowym rezultatem, w 2020 r. całkowita wartość sfinalizowanych akwizycji spadła niemal o połowę. Model pracy zmierzający w kierunku hybrydowym, niepewność dotycząca wysokości popytu na powierzchnie biurowe i ograniczony apetyt inwestorów na biurowce zlokalizowane na rynkach regionalnych można zaliczyć do grona najważniejszych reperkusji wywołanych pandemią i ostrym reżimem sanitarnym. Regiony, których udział w poprzednich latach systematycznie przyrastał, w 2020 r. przyciągnęły ok. 30% kapitału zainwestowanego w biura, a liderem pod tym względem był Kraków, gdzie akwizycje objęły m.in. dwa budynki High 5ive (4 i 5) zakupione przez Credit Suisse, kompleks Equal Business Park (budynki A, B, C oraz będący w budowie D) przejęty przez spółkę Apollo-Rida i Ares oraz kolejny komponent kompleksu Podium Park (budynek B) nabyty przez Globalworth. Wśród największych transakcji sfinalizowanych w Warszawie jest m.in. nabycie przez Commerz Real w imieniu Hana Financial Investment obiektów A i B kompleksu Lixa, akwizycja Wola Center przez Hines czy zakup przez DEKA wieży biurowej Generation Park Z za ok. 98 mln euro.

Według ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, w sektorze biurowym dla najwyższej klasy aktywów w Warszawie można uzyskać obecnie stopę zwrotu ok. 4,60%, podczas gdy na początku roku, jeszcze zanim pandemia dotarła do Polski, negocjacje toczono przy poziomie zawierającym się w przedziale 4.25% – 4.35%.

Rok 2021 będzie nadal naznaczony pandemią i szerokim zastosowaniem modelu hybrydowego w pracy biurowej, jednak pozytywne informacje o kolejnych szczepionkach na Covid-19 przybliżają powrót do biur coraz większej liczby pracowników. Sentyment inwestorów do produktu inwestycyjnego klasy Core i Core+, szczególnie usytuowanego w prężnie rozwijających się strefach biurowych Warszawy i wiodących rynków regionalnych, będzie się systematycznie umacniał. Pewna liczba transakcji zainicjowanych przed wybuchem pandemii, pod jej wpływem została „zamrożona”, ale strony wciąż mogą wrócić do zawieszonych rozmów i ukończyć proces w 2021 r. Spodziewamy się również wzrostu zainteresowania obiektami, których cykl życia jako biurowca dobiega końca, a które natomiast mogą stanowić atrakcyjną lokalizację pod nieruchomości mieszkaniowe cieszące się nieustanie rosnącym popytem. – Piotr Goździewicz, Dyrektor w dziale Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

2020 r. potwierdził natomiast wyraźny spadek apetytu inwestorów na nieruchomości handlowe. Zawirowania w branży wywołane pandemią i stały wzrost segmentu e-commerce, który zdecydowanie przyspieszył na skutek restrykcji nakładanych na działalność sklepów i usług stacjonarnych, odbiły się na zainteresowaniu inwestorów nieruchomościami z tego sektora. W ciągu całego roku sfinalizowane zostały transakcje o wartości ok. 658 mln euro co stanowi zaledwie ok. 30% średniego wolumenu z poprzednich pięciu lat. Zdecydowana część tej kwoty przypadła na II kwartał, kiedy udziały Lone Star w GTC zostały zakupione przez węgierski fundusz państwowy Optimum Ventures. Portfel będący przedmiotem umowy objął także centra handlowe GTC (Galeria Północna w Warszawie i Galeria Jurajska w Częstochowie). W kontekście obecnie zachodzących fundamentalnych zmian w zwyczajach zakupowych klientów i ich bezpośredniego przełożenia na kondycję obiektów handlowych, zainteresowanie inwestorów skupia się obecnie na tzw. centrach zakupów w sąsiedztwie (proximity centres), małych parkach handlowych, supermarketach z ofertą dyskontową i wolnostojących wyspecjalizowanych obiektach handlowych. W sektorze handlowym w ciągu 2020 r. nastąpiła dekompresja stóp kapitalizacji dla wiodących centrów handlowych o około 50 punktów bazowych. Na sytuację w nadchodzących miesiącach wpływ może mieć wiele czynników, z których kluczowy będzie rozwój sytuacji epidemiologicznej i działalności w warunkach reżimu sanitarnego, niosące poważne konsekwencje dla operatorów handlowych, usługowych a zwłaszcza gastronomicznych oraz rozrywkowych. Wzrost sentymentu inwestorów w stosunku do formatu handlowego z segmentu szeroko pojętego „convenience” odzwierciedlony jest w stopach kapitalizacji zawierających się w przedziale 7,00% – 8,00% dla małych parków handlowych, dogodnie usytuowanych w sąsiedztwie dużych skupisk mieszkalnych.

Globalna pandemia jest dla rynków akademickim przykładem „black swan”, zdarzenia, którego nikt nie był w stanie przewidzieć i nikt nie był do niego przygotowany. Rynki inwestycyjne krok po kroku przystosowują się do nowej sytuacji, której najtrudniejszym aspektem było i wciąż jest ograniczenie możliwości podróżowania. Zapewne jeszcze kilka najbliższych miesięcy upłynie pod znakiem ograniczonej aktywności inwestycyjnej, jednak już w drugiej połowie 2021 spodziewane jest solidne odbicie. – Mateusz Skubiszewski, Head of Capital Markets, BNP Paribas Real Estate Poland

Sprzedaż opon w 2020 roku. Pierwsza połowa roku bardzo zła, kolejne kwartały coraz lepsze

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) w czwartym kwartale 2020 roku widać częściowe odbicie sprzedaży opon na rynek – wzrosty zanotowano w segmencie opon motocyklowych (+45,6%), rolniczych (+21,2%), ciężarowych (+19,8%), przemysłowych (+10,4%) i do SUV (+1,8). To trendy rozpoczęte w trzecim kwartale i kontynuowane do końca roku – podobnie jak w Europie – co potwierdzają dane Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

W całym 2020 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali spadki sprzedaży na rynek sięgające średnio -13% niemal we wszystkich segmentach opon. Jedynie sprzedaż opon całorocznych wzrosła aż o +48,4%, motocyklowych o +11%, zaś ciężarowych o +1,9%. Najmniejszy spadek notowano w segmencie przemysłowym (-2,2%) i premium (-4,9%), a największy w segmencie opon do samochodów lekkich dostawczych (-17,3%). Sprzedaż opon do aut osobowych spadła o -14,9%, a do SUV o -13,7%.2021-02-17 Sprzedaż opon w Polsce 2020 udział w rynku1 2021-02-17 Sprzedaż opon w Polsce 2020 udział w rynku2 2021-02-17 Sprzedaż opon w Polsce 2020 2021-02-17 Sprzedaż opon w Europie2020

– Branża motoryzacyjna jest wielkim poszkodowanym pandemii COVID-19. Ogromne spadki produkcji i sprzedaży, zerwane łańcuchy dostaw i okresowe przestoje w produkcji oznaczają straty, których nie da się szybko odbudować. To przekłada się także na producentów opon. Mamy nadzieję, że delikatne odbicie w czwartym kwartale będzie zwiastunem poprawy w 2021 roku. Priorytetem w branży oponiarskiej było utrzymanie miejsc pracy i mamy nadzieję, że w tym roku sytuacja pandemiczna oraz gospodarcza umożliwią kontynuowanie tego założenia oraz stopniowy powrót na ścieżkę wzrostu – mówi Maciej Winiarz, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

– Czwarty kwartał 2020 rzeczywiście przynosi nadzieję na powrót optymizmu – zahamował częściowo spadki sprzedaży opon i potwierdził już wcześniej obserwowane trendy rosnącej popularności opon całorocznych, premium i do SUV. Udział opon całorocznych w ogólnej sprzedaży wzrósł już do 16%. Bardzo cieszy duży udział opon premium w ogólnej sprzedaży – który sięgnął aż 30%. To pokazuje, że kierowcy zaczynają mocniej doceniać jakość i bezpieczeństwo na drodze, które w tak dużym stopniu zależy właśnie od opon – dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny PZPO.

Mniej podatne na kryzys były także opony motocyklowe, ciężarowe, rolnicze i przemysłowe. Można uznać, że te segmenty funkcjonowały w miarę normalnie – nie poddając się wpływowi pandemii. Natomiast bardzo duży spadek sprzedaży opon zimowych to nie tylko efekt zmiany tendencji w kierunku opon całorocznych. Wygląda na to, że rynek nie spodziewał się ostrej zimy i wielu dystrybutorów musiało potem domawiać towar i odprawiać klientów z kwitkiem.

Europejski rynek opon

Także w całej Europie rok 2020 był dla branży oponiarskiej bardzo trudny. Opony na montaż fabryczny (OE) zostały najbardziej dotknięte skutkami pandemii – odnotowując spadek o -23% dla opon do samochodów osobowych i -18% dla ciężarówek. Również na rynku wtórnym sprzedaż opon do osobówek odnotowała dwucyfrowe obniżki na poziomie -12%, w tym -20% w przypadku opon zimowych i -13% letnich. Jedynie sprzedaż opon wielosezonowych zachowała pozytywny trend. W segmencie opon ciężarowych odnotowano spadek o -4%, a opon motocyklowych o -9%, podczas gdy sprzedaż opon rolniczych utrzymywała się na poziomie podobnym jak w roku ubiegłym.

– Pandemia Covid-19, powtarzające się lockdowny i konsekwentnie nakładane ograniczenia mobilności, a także kryzys gospodarczy – który nastąpił po zamknięciu niektórych fabryk – wywarły silny wpływ na sektor oponiarski, nie tylko pod względem sprzedaży, ale także pod względem utraconych miejsc pracy. Niestety, ogromny spadek cen opon do nowo produkowanych samochodów osobowych nie jest zaskoczeniem i jest bezpośrednią konsekwencją spadku produkcji o -23,7%[1], ogłoszonego na 2020 r. przez przemysł samochodów osobowych w UE w związku z pandemią Covid-19. Dla naszego sektora kluczowe będzie kontynuowanie współpracy z instytucjami Unii Europejskiej i rządami krajowymi w celu opracowania programów ułatwiających ożywienie, aby wesprzeć gospodarkę i społeczeństwo w wyjściu z tego bezprecedensowego kryzysu” – powiedziała Fazilet Cinaralp, sekretarz generalna Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

[1] ACEA PR 2021119

Odmrożenie albo fala bankructw nie do zatrzymania. Północna Izba Gospodarcza apeluje: gastronomia powinna być czynna

Północna Izba Gospodarcza zabiera głos w sprawie gastronomii i apeluje: czas na odmrożenie, ale w reżimie sanitarnym.

Hotele działają w reżimie sanitarnym, instytucje kultury wracają do pracy, można iść na basen czy do kasyna. Nie można jednak iść do restauracji. Niebawem miną cztery miesiące odkąd restauracje w Polsce mogą serwować jedzenie tylko na wynos lub z dowodem. – Nie rozumiemy dlaczego podczas ostatniego luzowania obostrzeń Rząd nie pozwolił restauracjom na otwarcie się w reżimie sanitarnym. Uważamy, że ta branża zasługuje na zaufanie i szansę, by wracać do funkcjonowania. Z relacji jakie otrzymujemy wynika, że sytuacja gastronomii jest dramatyczna. Przedsiębiorcy powoli tracą nadzieję, że uda im się wrócić do pracy – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Konsultujemy się obecnie z przedsiębiorcami ze Szczecina. Nie wykluczamy apelu do Rządu RP w sprawie odmrożenia gastronomii. Uważamy, że ten sektor gospodarki powinien funkcjonować w takim samym trybie jak hotele. 50% zajętych miejsc i skrupulatne kontrole czy zasady są przestrzegane – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.   Wicepremier i minister rozwoju Jarosław Gowin obiecał rozpocząć prace nad włączeniem do rządowej pomocy przedsiębiorców, którzy zanotowali spadek obrotów o co najmniej 70 procent bez względu na kody Polskiej Klasyfikacji Działalności – pomocą mają zostać objęte także nowe firmy, które założono w grudniu 2019 i w całym 2020 roku.

„To jest walka o przetrwanie. Tutaj nie ma miejsca na kalkulowanie”

Przedsiębiorcy działający w branży gastronomicznej w Szczecinie przyznają, że sytuacja jest bardzo trudna, a odliczanie kolejnych dni zamknięcia powoduje, że oddala się wizja spokojnego powrotu do funkcjonowania. Odchodzą pracownicy, znikają oszczędności, a pozyskiwanie środków płynnościowych na prowadzenie działalności w branży objętej ścisłym lockdownem jest bardzo trudne:  – Przed pierwszym lockdownem byliśmy siecią restauracji nie do złamania. Wielkie plany, duża rentowność. Wiosną poradziliśmy sobie dobrze, ale obecny lockdown jest dramatem, to jest już ponad 110 dni zamknięcia. Nasze PKD jest zablokowane w bankach, naprawdę to wygląda jak zamach na naszą gałąź gospodarki. Wyczerpaliśmy wszelkie możliwe środki, by móc przetrwać, ale jak będą rzucane nam kolejne kłody to będziemy musieli dalej walczyć, to jest walka o przetrwanie, czyli jak sama nazwa wskazuje tutaj już nie ma miejsca na kalkulowanie. Walczymy o każdy dzień. Kropką nad i była wiadomość Premiera Morawieckiego, który napisał: wytrzymajmy jeszcze kilka tygodni lub miesięcy. Wtedy podjęliśmy decyzję o tym, że musimy ratować nasze przedsiębiorstwo – mówi Sebastian Kosiacki, współwłaściciel sieci lokali Ziemniak i Spółka.

Nie brakuje żalu oraz rozczarowania lockdownem i oferowanym wsparciem: – Państwo zamknęło restauracje, nie dając nic w zamian. Mam trzy miesiące zamkniętą restaurację i nie dostałem ani złotówki wsparcia – mówi Maciej Szabałkin, właściciel restauracji Piastów 30.    – Gdyby Pan Premier powiedział swoim urzędnikom: „pracujecie pół roku za darmo”, jestem przekonany, że oburzyliby się jeszcze bardziej niż przedsiębiorcy pozostawieni bez grosza – dodaje Maciej Szabałkin.

115 dni zamknięcia i brak perspektywy na poprawę sytuacji. „Gastronomia jedną z najbardziej zadłużonych branż”

Przedsiębiorcy zgłaszający się do Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie zwracają uwagę, że zagrożenie płynności finansowej to jeden problem. Poważne dylematy budzi również zapewnienie utrzymania pracownikom. Gastronomicy często kompletowali swoje zespoły przez wiele lat. Dzisiaj muszą zwalniać swoich pracowników lub proponować im umowy na znacznie gorszych warunkach. To powoduje frustracje zarówno u pracowników jak i pracodawców.

– Gastronomia jest nieczynna od prawie 115 dni. Proszę sobie wyobrazić kogo jest stać na to, żeby  cztery miesiące dokładać do interesu. Jesteśmy świadkami prawdziwej pacyfikacji branży, za chwilę nie będzie już czego otwierać. Z mojego doświadczenia jako windykatora wynika, że gastronomia jest jedną z najbardziej zadłużonych branż. To odbija się na sytuacji pracowników, dostawców, kucharzy, ogólnie całego gospodarczego ekosystemu, który dotychczas w tej branży dobrze funkcjonował – mówi Prezes  Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska.

– Restauratorzy zmieniają umowę o pracę na umowy cywilnoprawne. Luźniejszy stosunek pracy pozwala im elastyczniej reagować na zwiększony lub zmniejszony ruch na wynos w ich lokalach. Pracownicy, często nie z winy pracodawców, zostają bez środków do życia – mówi Małgorzata Marczulewska.

Parlament Europejski wezwał Ukrainę do dostosowania standardów pracy do warunków europejskich

Parlament Europejski apeluje do władz Ukrainy, aby bezwzględnie zreformowała rynek pracy i dostosowała go do realiów europejskich.

Posłowie do Parlamentu Europejskiego po przeprowadzonych konsultacjach ze związkami zawodowymi i społeczeństwem obywatelskim apelują do rządu Ukrainy o pilne zreformowanie prawa pracy w celu zwalczenia powstających nieformalnych miejsc zatrudnienia. Nie powstrzyma to jednak ukraińskiej migracji zarobkowej.

Parlament Europejski podaje, że ​​liczba Ukraińców pracujących w UE wzrosła z 2,2 mln do 2,7 mln, czyli z 13% do 16% ogółu zatrudnionych w ich kraju. Z jednej strony przyczynia się to do zwiększenia ofert pracy na Ukrainie z powodu niedoboru siły roboczej w niektórych sektorach, z drugiej zarobki emigrantów stanowi równowartość ponad 8% PKB  państwa i jest dodatkowym źródłem dochodu Ukrainy.

Ponadto Parlament Europejski wzywa Komisję Europejską do udzielenia pomocy regionalnym ośrodkom zatrudnienia w celu wspierania i inwestowania w programy aktywizujące młodzież w szczególności z obszarów wiejskich, zrównoważonej gospodarki, wzmocnienia edukacji i zapewnienia jej społeczno-ekonomicznej możliwości.

Nowy program rządowy Ukrainy, który zachęca do inwestowania i wspiera wzrost gospodarczy, nie powinien być wprowadzany kosztem praw pracowników i warunków ich codziennej pracy.

Jak zauważa dyrektor generalny Gremi Personal, Tomas Bogdevic: „Problemy z nielegalnym zatrudnieniem na Ukrainie są znacznie większe niż w Polsce. W 2020 r. tylko 60% obywateli zostało legalnie zatrudnionych na Ukrainie pozostałe 40%  pracuje nielegalnie lub zostaje zatrudniona za minimalną płacę, a reszta wypłaty jest wręczana w kopercie. Jednak nieformalne zatrudnienie nie jest główą przyczyną emigracji. Z badań Centrum analitycznego Gremi Personal wynika, iż ​​głównym czynnikiem migracyjnym Ukraińców są wyższe pensje w krajach Unii Europejskiej i stabilna sytuacja gospodarcza.  Reforma prawa pracy na Ukrainie nie zatrzyma migracji zarobkowej, zadzieję się tak jedynie poprzez kompleksowe reformy gospodarcze i poprawę klimatu inwestycyjnego – biznesowego na Ukrainie.”

Parlament Europejski zwraca również uwagę na to, że prawa związków zawodowych na Ukrainie są ograniczone z powodu niedoskonałego i niejasnego ustawodawstwa.

Youtuberzy i inni twórcy internetowi pod lupą fiskusa

Prowadzenie vlogów, blogów, kont w mediach społecznościowych, serwisach internetowych bądź innej działalności internetowej coraz częściej staje się źródłem dużych zarobków, głównie wśród młodych ludzi. Muszą oni jednak pamiętać, że w większości przypadków zyskiem należy podzielić się z fiskusem. Eksperci KPMG w Polsce komentują w jaki sposób powinny być opodatkowane tego rodzaju dochody oraz z jakimi problemami w zakresie opodatkowania spotykają się twórcy internetowi.

Kwalifikacja przychodów

Przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych przewidują kilka źródeł przychodów. Kwalifikacja do prawidłowego źródła przychodu będzie zależała od rodzaju oraz charakteru działalności twórcy internetowego.

Możliwości zarobku dla takich osób są naprawdę szerokie. Mogą oni przykładowo otrzymywać wynagrodzenie za wyświetlanie reklam przy filmach, szeroko rozumianą współpracę z danymi markami albo mogą nieodpłatnie otrzymywać produkty do recenzowania. To oczywiście tylko wycinek z całego katalogu możliwości zarobkowych twórców internetowych. Z tego powodu, właściwe określenie tzw. źródła przychodów w wielu sytuacjach jest nie lada wyzwaniem.

Co do zasady, zgodnie z przepisami ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, pozarolniczą działalnością gospodarczą jest działalność zarobkowa m.in. usługowa prowadzona we własnym imieniu, bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły. Jeżeli spełnione są te warunki, przychód twórcy internetowego może zostać uznany za przychód z pozarolniczej działalności gospodarczej. Jeżeli działalność twórcy internetowego nie spełnia wyżej wymienionych przesłanek, a sam twórca internetowy nie prowadzi działalności gospodarczej, to kwalifikacja do prawidłowego źródła przychodów uzależniona jest od umów zawieranych przez twórcę internetowego oraz obszaru działalności twórcy.

Najczęściej w przypadku twórców internetowych nieprowadzących działalności gospodarczej uzyskiwane przez nich przychody kwalifikowane są jako przychody z działalności wykonywanej osobiście (np. w przypadku umów zlecenia, umów o dzieło), przychody z najmu (np. w przypadku najmu części swojej strony internetowej reklamodawcom) albo przychody z tzw. innych źródeł, jeżeli nie można jednoznacznie zakwalifikować przychodów do żadnego źródła – mówi Sebastian Kałuża, doradca podatkowy w Zespole ds. PIT w KPMG w Polsce.

Kłopotliwe rozliczanie przychodów zagranicznych

Często twórcy internetowi uzyskują przychody nie tylko ze źródeł w Polsce, ale np. otrzymują wypłaty zza granicy wskutek udziału w zagranicznych projektach. W takiej sytuacji, najczęściej konieczne staje się odniesienie do lokalnych uregulowań prawa podatkowego oraz do zawartych między danymi krajami umów o unikaniu podwójnego opodatkowania.

Częstym problemem, związanym z uzyskiwaniem przychodów zagranicznych, z jakim borykają się twórcy internetowi jest kwalifikacja przychodu do różnych źródeł przychodów w dwóch krajach na podstawie lokalnych przepisów obowiązujących w tych krajach. Ponadto, może się okazać, że w kraju, w którym dochód został wypłacony, został pobrany podatek w momencie wypłaty wynagrodzenia. Często konieczne może być również uzyskanie i przedstawienie certyfikatu rezydencji podatkowej przez twórcę internetowego.

Załóżmy, że twórca internetowy otrzymuje dochód z innego kraju, gdzie dochód ten uznawany jest np. jako należności licencyjne i opłaty za usługi techniczne. Natomiast w Polsce twórca internetowy może prowadzić działalność gospodarczą i dochód ten uznany może zostać jako dochód uzyskany w ramach tej działalności. Tego rodzaju przypadki muszą zostać dokładnie przeanalizowane celem zminimalizowania ryzyka podwójnego opodatkowania – mówi Grzegorz Grochowina, Deputy Director, Szef Zespołu ds. Zarządzania Wiedzą w Dziale Doradztwa Podatkowego w KPMG w Polsce.

Różne metody rozliczania przychodów

Jak już zostało wspomniane powyżej, istnieje kilka tzw. źródeł przychodów. Sposób rozliczenia danego przychodu uzależniony jest od tego, do jakiego źródła powinien on zostać przyporządkowany.

Przychody z działalności wykonywanej osobiście (np. umowa zlecenie) i przychody z tzw. innych źródeł, dla polskich rezydentów podatkowych opodatkowane są na tzw. zasadach ogólnych, czyli według skali podatkowej od 17% do 32%. Rozliczanie przychodów z najmu możliwe jest według skali podatkowej, ale także według ryczałtowej stawki 8,5% oraz 12,5% od nadwyżki ponad 100 tys. zł. Należy jednak pamiętać, że w przypadku rozliczenia ryczałtem nie ma możliwości odliczenia kosztów uzyskania przychodów.

Jeżeli chodzi o przychody z pozarolniczej działalności gospodarczej, to możliwe jest ich rozliczanie według skali podatkowej od 17% do 32% albo objęcie podatkiem liniowym w wysokości 19%. W obu przypadkach, dopuszczalne jest uwzględnienie poniesionych przez twórcy internetowych tzw. kosztów uzyskania przychodów.

Zgodnie z przepisami ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów.

Dla twórców internetowych jedną z największych wątpliwości stanowi bowiem właściwe rozliczanie ponoszonych przez nich kosztów. Organy podatkowe często odmawiają twórcom internetowym zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów niektórych wydatków. Za twórcami internetowymi częściej opowiadają się z kolei sądy administracyjne.

Przykładowo fiskus odmówił uznania za koszty uzyskania przychodów wydatków na podróże, w tym wydatków na bilety lotnicze, noclegi, wyżywienie i bilety wstępu do parków rozrywki dla twórcy internetowego tworzącego filmy z parków rozrywki, które następnie zamieszcza na portalu internetowym (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z dnia 26 października 2020 r., sygn. 0112-KDIL2-2.4011.607.2020.1.MM).

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 6 listopada 2019 r., sygn. II FSK 3802/17, pozwolił na odliczenie blogerce modowej wydatków na zakup ubrań, biżuterii, kosmetyków, perfum oraz wykonywanie fotografii, filmów i innych treści multimedialnych. Wcześniej fiskus odmówił prawa blogerce do odliczenia tego rodzaju wydatków. W najnowszych interpretacjach (np. interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 8 stycznia 2021 r., sygn. 0115-KDIT3.4011.624.2020.1.PS) fiskus zezwolił już na odliczenie wydatków na zakupione na potrzeby bloga odzież i obuwie.

Uwzględnienie konkretnych wydatków jako kosztów uzyskania przychodów jest kością niezgody między twórcami internetowymi a urzędami skarbowymi. W ostatnim czasie widać liberalizację stanowiska fiskusa, który np. wskazał, że wydatki na zakup odzieży i obuwia na potrzeby prowadzonego bloga mogą stanowić koszty uzyskania przychodów. Jeżeli jednak twórca internetowy chce mieć pewność co do możliwości odliczenia danych wydatków od przychodu, powinien wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej przepisów prawa podatkowego – mówi Grzegorz Grochowina, Deputy Director, Szef Zespołu ds. Zarządzania Wiedzą w Dziale Doradztwa Podatkowego w KPMG w Polsce.

Rozliczanie nieodpłatnie przekazywanych produktów

Zdarza się, że twórcy internetowi otrzymują nieodpłatnie produkty np. do testowania i recenzowania na swoich kanałach. Często nie zdają sobie sprawy, że otrzymanie takiego produktu może wiązać się z dodatkowymi obowiązkami m.in. w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych.

Zwolnieniu z PIT podlega wartość nieodpłatnych świadczeń w związku z jego promocją lub reklamą jeżeli nie przekracza kwoty 200 zł. Należy zwrócić uwagę na fakt, że mowa o nieodpłatnym świadczeniu, tj. świadczeniobiorca nie powinien być zobowiązany do wykonania jakiegokolwiek świadczenia wzajemnego. Zwolnienie nie ma też zastosowania, jeżeli świadczenie jest dokonywane na rzecz pracownika świadczeniodawcy lub osoby pozostającej ze świadczeniodawcą w stosunku cywilnoprawnym.

W przypadku, gdy nie są spełnione warunki do zastosowania zwolnienia i twórca internetowy nie prowadzi działalności gospodarczej, na świadczeniodawcy ciąży obowiązek złożenia informacji PIT-8C. W sytuacji, gdy twórca internetowy prowadzi działalność gospodarczą, wartość nieodpłatnie przekazanego produktu powinna co do zasady zostać opodatkowana tak, jak przychody z działalności gospodarczej – mówi Sebastian Kałuża, doradca podatkowy w Zespole ds. PIT w KPMG w Polsce.

Na rynku wciąż brakuje operatorów wózków widłowych

Od początku pandemii rynek e-commerce w Polsce rośnie w siłę, a wraz z nim branża logistyczna. Rozwój e-handlu wpłynął na wzrost zapotrzebowania na specjalistów w obszarze magazynowania i transportu wewnętrznego. Najbardziej poszukiwanymi pracownikami są w tej chwili operatorzy wózków widłowych z uprawnieniami UDT oraz magazynierzy.

Od roku obserwujemy dynamiczny rozwój rynku e-commerce. Powstają kolejne wielkopowierzchniowe hale magazynowe, a firmy kurierskie przeżywają rozkwit. Wraz z rozwojem branży widać rosnące zapotrzebowanie na handlowców, spedytorów i magazynierów. Obecnie najbardziej poszukiwanymi pracownikami w branży logistycznej są operatorzy wózków widłowych z uprawnieniami UDT. W ostatnich latach pracownicy ci byli w grupie najbardziej porządanych, a szybki rozwój e-handlu sprawił, że niedobory kadrowe jeszcze bardziej się pogłębiły. Do prac związanych z wykorzystaniem wózka widłowego potrzebne są odpowiednie uprawnienia potwierdzone egzaminem, co również ma wpływ na aktualny deficyt kadrowy.

Tomasz Dudek
Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe

“W ostatnich miesiącach wśród naszych klientów pojawia się coraz więcej zapytań o operatorów wózków widłowych z uprawnieniami UDT. Firmy mają największy problem z pozyskaniem pracowników w strefach ekonomicznych i regionach, gdzie działają duże parki logistyczne. Niestety pracownicy z Polski nie są w stanie uzupełnić tych niedoborów kadrowych. Odpowiedzią na rosnące potrzeby rynku są operatorzy wózków widłowych ze wschodu. Jako agencja pracy dla wielu naszych klientów rekrutujemy pracowników ze wschodu z doświadczeniem w krajach ojczystych, a następnie przeprowadzamy ich przez proces szkolenia i uzyskania uprawnień w Polsce” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający agencji pracy OTTO Work Force Central Europe.

Pracownicy z Ukrainy znajdą pracę w logistyce

W najbliższych miesiącach niedobory kadrowe w branży logistycznej będą uzupełnianie przez pracowników ze Wschodu, którzy mimo pandemii znowu chętnie przyjeżdżają do Polski. Na koniec 2020 roku w ZUS zarejestrowanych było 725 tys. cudzoziemców, a to około 55 tys. więcej niż w lutym zeszłego roku, czyli przed pandemią. Trzech na czterech cudzoziemców pochodzi z Ukrainy. Trudna sytuacja gospodarcza na Ukrainie i rosnące tam bezrobocie motywuje ich do wyjazdu i podjęcia pracy w Polsce. Według badania agencji pracy OTTO Work Force Central Europe, przeprowadzonego pod koniec 2020 roku, aż 78% pracowników tymczasowych z Ukrainy deklaruje zadowolenie z pracy w Polsce. Dla 71% badanych główną motywacją do podjęcia pracy w Polsce są wyższe zarobki. Na kolejnej pozycji znajdują się lepsza sytuacja gospodarcza w Polsce (32%) oraz brak pracy na Ukrainie (31%).

26 proc. kluczowych stanowisk w polskich firmach zajmują kobiety

Polska zajmuje jedno z najwyższych miejsc w Unii Europejskiej pod względem przedsiębiorczości kobiet, dotyczy to głównie małych przedsiębiorstw. We wszystkich firmach objętych badaniem tylko 30 proc. członków zarządów to kobiety, a jedynie w 23 proc. pełnią one funkcję prezesa. Dlatego wciąż potrzebujemy inicjatyw wspierających Polki w realizacji marzeń o prowadzeniu własnego biznesu.

Kobiety w Polsce stanowią 52 proc. ludności, a ich potencjał przedsiębiorczości jest duży, potrzebne są tylko szanse i możliwości jego realizacji. W ciągu jedenastu lat działania konkursu Bizneswoman Roku organizowanego przez Fundację Sukcesu Pisanego Szminką nagrodzono już ponad setkę przedsiębiorczyń, założycielek firm nie tylko ogólnopolskich, ale i międzynarodowych.

W zarządach dużych firm wciąż jest za mało kobiet

O ile w budowaniu mniejszych biznesów przez kobiety Polska na tle innych krajów Europejskich wypada dobrze, to we władzach dużych firm, prowadzonych przez kilkuosobowe zarządy, kobiety są już w mniejszości.

Z danych zebranych przez agencję badawczą Bisnode a Dun & Bradstreet Company po przebadaniu 550 tys. firm wpisanych do rejestru KRS w Polsce, które mają wpisany skład zarządu pośród małych, średnich, dużych czy akcyjnych spółek wynika, że 30 proc. członków zarządów to kobiety. Z kolei tam gdzie pośród powyższych firm została wpisana w rejestr funkcja prezesa to w 23 proc. stanowią kobiety.

Oznacza to, że zaledwie 26 proc. kluczowych stanowisk w firmach zajmują kobiety. W porównaniu do roku 2018 to 2-procentowy wzrost. Jeszcze mniejszy jest udział kobiet w radach nadzorczych spółek obecnych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – wynosi 12,7 proc. To wzrost o 1,6 proc. w ciągu ostatnich 10 lat.

Przedsiębiorcze Polki na tle Unii Europejskiej

W Unii Europejskiej pod względem przedsiębiorczości kobiet zajmujemy jedno z najwyższych miejsc – co trzecia firma w Polsce jest założona i prowadzona przez kobietę. Zazwyczaj są to jednak niewielkie przedsiębiorstwa, zatrudniające do 9 osób, najczęściej z branży usługowej, w której aż 75 proc. firm należy do kobiet. Są to przede wszystkim salony fryzjerskie, salony urody, ale też kancelarie prawne, zakłady opieki zdrowotnej lub niewielkie przedsiębiorstwa produkcji i naprawy odzieży.

Komisja Europejska, w odpowiedzi na wezwanie Parlamentu Europejskiego, już w 2012 r. proponowała wprowadzenie parytetów ze względu na płeć, obierając za cel osiągnięcie 40-procentowego udziału kobiet w radach nadzorczych spółek giełdowych do końca 2020 r. Najbliżej tego są obecnie kraje skandynawskie, najdalej kraje bałkańskie oraz południowej i środkowej Europy – w tym Polska.

Przed realizowaniem się w biznesie kobiety często powstrzymuje brak wiary we własne możliwości. Jak wynika z badania Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, zaledwie 9 proc. kobiet deklaruje, że nie brak im pewności siebie, by podejmować ambitne zadania, a prawie 60 proc., wprowadzając zmiany w swoim życiu zawodowym, kieruje się oceną innych. Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką od 12 lat stara się zwalczać te obawy, nagradzając kobiety, które dzięki determinacji i zaangażowaniu odniosły sukces w biznesie. Potrzeby takich inicjatyw dowodzi ogromne zainteresowanie, jakim się cieszą – w XI edycji r. w kategoriach otwartych konkursu Bizneswoman Roku wpłynęło ponad 700 nominacji. Mimo trudnych warunków, w jakich obecnie wszyscy działamy, trwa zbieranie nominacji do kolejnej edycji konkursu.

O konkursie
Kandydatki mogą zgłaszać się do konkursu samodzielnie lub zostać nominowane przez osoby trzecie, które już zauważyły ich sukcesy i chciałyby, żeby docenili je też inni. Zgłoszeń oraz nominacji można dokonać poprzez formularz on-line na stronie www.bizneswomanroku.pl

Badanie EY i Billennium: cyfrowe metody komunikacji w ocenie Polaków

Badanie EY i Billennium: Jeden na pięciu Polaków jest niezadowolony z cyfrowych metod kontaktu, po pandemii rzadziej ze zdalnych kanałów chce korzystać 41% ankietowanych.

Jak wynika z przeprowadzonego przez EY Polska i Billennium badania „Jak w warunkach nowej rzeczywistości Polacy korzystają z kanałów cyfrowych”, cyfrowe metody komunikacji pozytywnie ocenia 80% Polaków, choć 75% uważa jednocześnie, że możliwość bezpośredniego kontaktu z przedstawicielem firmy, sklepu czy instytucji jest ważna.
Najmniejszą otwartość deklarujemy wobec zdalnego zakupu samochodu. Tylko 15% Polaków byłoby gotowych zastąpić bezpośredni kontakt – komunikacją cyfrową. Co ciekawe, taka zamiana byłaby łatwiejsza, jeśli dotyczyłaby konsultacji lekarskich (tu gotowość deklaruje 23% badanych), edukacji (25% badanych). Bezpośredniego kontaktu najmniej potrzebujemy przy wykonywaniu operacji bankowych – 63% badanych jest gotowych zastąpić bezpośredni kontakt na rzecz zdalnych interakcji, 51% w ten sposób mogłoby załatwiać sprawy urzędowe.

Rys. 1. W których spośród wymienionych niżej dziedzin wyobrażasz sobie zastąpienie bezpośredniego kontaktu (twarzą w twarz) kontaktem zdalnym (np. video rozmowa, rozmowy telefoniczne, chat, portale obsługi klienta, aplikacje mobilne firm usługowych, sklep internetowy etc.)?
cyfrowe metody kontaktu w ocenie Polaków

– 2020 rok nie rozpoczął ery online. Jak wynika z naszego badania, tylko połowa Polaków w 2020 korzystała częściej z kanałów cyfrowych. Druga połowa nie zwiększyła tego wykorzystania. Miniony rok zapoczątkował natomiast czasy omnichannel w pełnym rozumieniu tego słowa, czyli usługi obejmującej przecinające się ze sobą kanały – w tym punkty stacjonarne oraz e-commerce. Czy Polacy mogą się wkrótce odwrócić od kanałów offline? Nie do końca. Jak widać, nie wszyscy użytkownicy przeniosą się do kanałów cyfrowych i nadal preferowanym przez wielu użytkowników sposobem obsługi będą kanały fizyczne, zwłaszcza w kwestiach wymagających konsultacji. Natomiast z całą pewnością zwiększy się, wymuszona bieżącymi okolicznościami związanymi z pandemią, cyrkulacja pomiędzy kanałami, stąd dla naszych klientów kluczowe jest teraz omnikanałowe doświadczenie klienta – mówi Wojciech Soleniec, Partner z EY Technology Consulting.

Biorąc pod uwagę rodzaje kanałów zdalnej komunikacji, w ostatnim roku Polacy najczęściej korzystali z portali obsługi klienta, np. bankowości elektronicznej, ubezpieczyciela czy operatora sieci komórkowej (59%). Niemal równie często, by załatwić niezbędne sprawy łączyliśmy się z infolinią (54%). Zdecydowanie najmniej popularną formą kontaktu były w ostatnich 12 miesiącach video rozmowy, z których skorzystało jedynie 13% ankietowanych.

Rys. 2. Z których z wymienionych kanałów zdalnych korzystałeś/aś w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Z których z wymienionych kanałów zdalnych korzystałeś

– Pojawienie się koronawirusa przyspieszyło adaptację kanału video w obsłudze klienta. Znaczenie tak zwanego mirror world, będącego cyfrowym odzwierciedleniem świata realnego, jest obecnie coraz bardziej doceniane w sektorze usług oraz retail, choć jeszcze nie doceniają go w pełni klienci nieprzyzwyczajeni do tej formy kontaktu. Jak wynika z naszego badania, dla ponad połowy użytkowników pierwsze doświadczenie z kanałem video jako narzędziem komunikacji nastąpiło wraz z pandemią. Największą popularnością cieszył się on przy internetowych zakupach, edukacji, kontaktach z bankiem. Znacznie mniejszą grupę stanowili ci, którzy za pośrednictwem video rozmawiali z firmami telekomunikacyjnymi, dostawcami gazu lub prądu oraz innymi usługodawcami – mówi Michał Halagiera, Chief Solution Officer z Inperly w Billennium.

O badaniu „Jak w warunkach nowej rzeczywistości Polacy korzystają z kanałów cyfrowych?”
Badanie zostało zrealizowane na przełomie września i października 2020 roku na reprezentatywnej grupie 530 respondentów (z zachowaniem referencyjnych rozkładów w kategoriach płeć, wiek, wykształcenie i miejsce zamieszkania). Dodatkowo zrealizowano badanie specjalne na podgrupie 283 osób korzystających z kanału video do kontaktów z firmami oraz instytucjami. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wywiadów CAWI – ankieta online, wspartych wywiadami CATI – ankieta telefoniczna.

Więcej informacji: https://www.ey.com/pl_pl/raporty-analizy/jak-w-warunkach-nowej-rzeczywistoci-polacy-korzystaj-z-kanalow-cyfrowych

Prezes Movie Games Mobile obejmie do 300 tys. akcji Infoscanu z nowej emisji

Firma telemedyczna Infoscan S.A. oraz Kamil Gaworecki, Prezes Zarządu Movie Games Mobile, podpisali porozumienie. Na jego podstawie Kamil Gaworecki zobowiązał się do objęcia oraz opłacenia do 300 tys. akcji Infoscanu, które będą pochodziły z nowej emisji akcji serii N. Środki z emisji zostaną przeznaczone na spłatę części zobowiązań Spółki. Jest to jeden z warunków połączenia Infoscanu z Movie Games Mobile zawartych w Term Sheet.

Warunkiem objęcia i opłacenia do 300.000 akcji serii N przez Akcjonariusza jest zaoferowanie akcji w terminie do 31 marca br. Drugim warunkiem jest przedstawienie do tego dnia planu połączenia z Movie Games Mobile. Spółka zaoferuje Akcjonariuszowi akcje do objęcia niezwłocznie po podjęciu przez Zarząd uchwały o ustaleniu ceny emisyjnej akcji serii N. Cena emisyjna zostanie określona przez Zarząd po zakończeniu trwających obecnie prac nad wyceną zorganizowanej części przedsiębiorstwa, która zgodnie z decyzją NWZ Spółki zostanie sprzedana podmiotowi zewnętrznemu.

Jako współzałożycielowi oraz Prezesowi Zarządu Movie Games Mobile bardzo zależy mi na szybkim spełnieniu przez Infoscan warunków połączenia oraz na sprawnym przeprowadzeniu całego procesu. Dlatego zdecydowałem się zawiązać porozumienie ze Spółką oraz zadeklarować chęć objęcia części z oferowanych akcji serii N. Pozwoli to na szybsze pozyskanie kapitału na spłatę zobowiązań. Oprócz tego, jako przedstawiciel Movie Games Mobile będę mógł umocnić swój udział w akcjonariacie Spółki.  – informuje Kamil Gaworecki, Prezes Zarządu Movie Games Mobile oraz akcjonariusz Infoscanu.

Zgodnie z Term Sheet Infoscan zobowiązał się do spłaty wszystkich zobowiązań. Środki na realizację tego celu zostaną pozyskane m.in. w ramach sprzedaży ZCP Infoscanu i udziałów w spółkach zależnych oraz z emisji akcji serii N. Proces ten będzie poprzedzało badanie stanu prawnego i finansowego Infoscanu i Movie Games Mobile.

Pierwsza w Polsce instalacja do przetwarzania tonerów

W ciągu jednej godziny jest w stanie przetworzyć aż 800 kilogramów tonerów. Pierwsza w Polsce i jedna z niewielu w Europie instalacja do przetwarzania tonerów została uruchomiona przez MB Recycling, lidera w branży zbierania i przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. W ten sposób  polska marka staje się prekursorem w dziedzinie nowoczesnego recyklingu.

Rozwojowy sektor

Drukujemy dużo, a będziemy jeszcze więcej. Wartość światowego rynku tonerów szacuje się dziś na 19,13 mld dolarów, a wedle amerykańskich szacunków Reports and Data liczba to wzrośnie do ponad 28 mld dolarów w 2027. Wzrost ten podyktowany jest rosnącym popytem na atramenty zwłaszcza w kontekście opakowań i druku komercyjnego, które odpowiadają za ponad 40% dochodów tego segmentu. „Zgodnie z obowiązującymi od 5 lat unijnymi przepisami tonery stanowią zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny, który wymaga właściwego przetworzenia. Dlatego tak istotne są innowacyjne rozwiązania w kontekście recyklingu tonerów” – mówi Paweł Kozieł, dyrektor ds. technicznych i wdrożeń MB Recycling.

Proces od środkainstalacja tonerowa zdjęcie 1

Pierwsza w kraju instalacja do przetwarzania tonerów pozwala na ich szybki i całkowicie bezpieczny recykling, a sam proces jest w pełni zautomatyzowany.Operator podaje kasetę tonerową  do podajnika, skąd trafia do rozdrabniacza, tam następuje rozdrobnienie kasety, po czym kolejnym etapem jest separacja  proszku tonerowego od  metali żelaznych, nieżelaznych oraz tworzyw sztucznych, które ponownie wracają na rynek. Hermetyzacja całego procesu czyni go całkowicie bezpiecznym” – tłumaczy Paweł Kozieł. Z tonerów można odzyskać m.in. stal, miedź, aluminium i tworzywa sztuczne, które mogą być ponownie wykorzystane w przemyśle samochodowym, drogowym czy budowlanym.instalacja tonerowa zdjęcie 2

Potencjał do wykorzystania

Instalacja może przetwarzać zarówno tonery atramentowe, jak i proszkowe, „Instalacja niesie ze sobą olbrzymi potencjał i wychodzi naprzeciw potrzebom rynku. Przedsiębiorstwa, instytucje publiczne, szkoły, firmy reklamowe, drukarnie, producenci opakowań – zaryzykowałbym twierdzenie, że nie ma dziś firmy, która nie korzystałaby z drukarki czy innych urządzeń do kopiowania. Jednocześnie zużyte tonery stanowią trudny odpad, z którym wiele osób nie wie jak właściwie postąpić. Dlatego z jednej strony warto mówić o tym, że tonery to elektryczne śmieci, a także ułatwiać ich szybkie i bezpieczne oddanie” – mówi Bartłomiej Hajduk, prezes MB Recycling. Odbiór tonerów następuje z zachowaniem wszystkich procedur prawnych. „Działamy w oparciu o najwyższe standardy bezpieczeństwa” – zaznacza ekspert MB Recycling  Tomasz Wirecki. „Dokładamy starań, aby odbiór tonerów z firm i instytucji przebiegał w ciągu kilku dni od zgłoszenia na infolinii 572-102-102. Wszystko w trosce o środowisko i wygodę klienta” – dodaje.

Nowy Jedwabny Szlak – nowy kierunek dla polskiego transportu?

Transport na Wschód, poza granicę Unii Europejskiej, wiąże się z sporą liczbą przeszkód do pokonania. Formalnych, politycznych, infrastrukturalnych, na przejściach granicznych czy problemów dotyczących bezpieczeństwa. W Polsce nie brakuje jednak przewoźników, którzy podejmują się transportu towarów w tym kierunku. Liczba wydawanych zezwoleń na 2021 rok do Białorusi i Rosji wzrosła – odpowiednio do 205 i 220 tysięcy, a na Ukrainę została na takim samym poziomie – 160 tysięcy. Poprawa warunków do wykonywania transportu w tym regionie powinna mieć wpływ na popularyzację wśród polskich firm Nowego Jedwabnego Szlaku z Chin do Europy. Marta Staniszewska, ekspert GBox, Grupa INELO oraz Kamil Wolański, kierownik działu ekspertów OCRK, przedstawiają analizę szans i wyzwań stojących przed polskimi przewoźnikami, którzy mogą postawić na specjalizację w transporcie na Wschód.

Dotychczas najczęściej wybieranym rozwiązaniem logistycznym w przewozie towarów na linii Azja – Europa był transport morski. To się jednak może szybko zmienić. – Rozwój wschodniej technologii i infrastruktury drogowej stwarza możliwość wymiany handlowej na skalę dotąd niespotykaną, przy jednocześnie atrakcyjnych kosztach i przede wszystkim, błyskawicznym tempie przewozu towarów. To nowy, atrakcyjny rynek dla firm transportowych z Polski, który nie jest tak konkurencyjny i „oblegany”, jak najbardziej popularne kierunki tranzytowe – podkreśla Marta Staniszewska, ekspert GBox, Grupa INELO.

Na Wschód bez Pakietu Mobilności

Transport za wschodnią granicę Polski przebiega inaczej niż na terenie Unii Europejskiej. Z jednej strony jest bardziej ekonomiczny dla właścicieli firmy, bo nie obowiązuje tam przyjęty w ubiegłym roku unijny Pakiet Mobilności czy też inne przepisy wprowadzane przez państwa np. dotyczące płacy minimalnej.

Z drugiej strony przewoźnicy muszą się liczyć z różnego rodzaju przeszkodami. Jedną z barier w rozwoju transportu na Ukrainę, Białoruś i do Rosji są formalności. Jeśli chodzi o Ukrainę, to konieczne jest uzyskanie faktury dla odbiorcy towaru, świadectwa przewozowego i specyfikacji. Transport odbywa się na podstawie uzyskania zezwolenia ogólnego lub zezwolenia EMKT (od tego roku wydawane tylko dla pojazdów o klasie ekologii minimum EURO 4).

Telematyka otworzy Wschód dla polskiego transportu?

Kolejnym problemem jest niestabilność polityczna kraju. Część terenów zwłaszcza na wschodzie jest zagrożona konfliktem wojennym. Dlatego eksperci zalecają przewoźnikom rozszerzenie odpowiedzialności cywilnej na kraje spoza Unii Europejskiej i dodatkowe ubezpieczenie uwzględniające niebezpieczeństwo uszkodzenia lub kradzieży ładunku. Szczególną uwagę należy więc zwrócić na kontakt z kierowcą oraz monitoring transportu, co zapewniają nowoczesne rozwiązania telematyczne.

Tu w szczególności mogą pomóc rozwiązania telematyczne, które w czasie rzeczywistym pozwalają na monitoring towaru oraz ciężarówki, zwiększając bezpieczeństwo kierowcy oraz przewoźnika. Rozwój nowych technologii w transporcie przyspiesza „otwieranie” się wschodnich państw na zachodnie firmy transportowe ze względu na wspomniane wcześniej zwiększenie bezpieczeństwa oraz zdecydowanie ułatwienie komunikacji na linii przewoźnik – kierowca. Dodatkowo, cyfrowy obieg dokumentów, coraz bardziej popularne rozwiązanie wśród wielu przewoźników, przyspiesza procedury graniczne, co jest szczególnie ważne poza terytorium UE – dodaje Marta Staniszewska.

Rosja i Białoruś – służby interpretują po swojemu

W przypadku transportu do Rosji warto zwrócić uwagę, że niezbędna dokumentacja różni się w zależności od tego czy ładujemy towar w Polsce, czy w innym kraju członkowskim. Niezależnie od tego funkcjonują dwa typy pozwoleń – tzw. zezwolenie ogólne na wykonywanie przewozu między tymi dwoma krajami i w tranzycie oraz tzw. zezwolenia kr-3, czyli dotyczące transportu do i z krajów trzecich. Jeśli towar pochodzi z Polski, wystarczy dokument potwierdzający np. certyfikat pochodzenia towaru czy faktura VAT. W przypadku towaru spoza Polski, Rosjanie zażądają dokumentu przewozowego CMR, świadectwa pochodzenia towaru, faktury, zlecenia przewozu, a także niezbędnych świadectw np. weterynaryjnych.

Polscy przewoźnicy narzekają na działania strony rosyjskiej. Eksperci zwracają uwagę, że umowa między naszymi krajami jest zwykle interpretowana jednostronnie. Do tego rosyjskie przepisy wewnętrzne są z nimi sprzeczne i bardzo utrudniają polskim przewoźnikom wykonywanie przewozów do Rosji. Kierowcy muszą liczyć się z częstszymi kontrolami, a służby przyglądają się zezwoleniom na transport i je kwestionują. Podważają, że choć towar zapakowano w Polsce, to był wyprodukowany w innym kraju, a to wymaga kolejnych dokumentów. Najlepiej mieć więc obydwa zezwolenia – ogólne dotyczące przewozów na podstawie umowy polsko–rosyjskiej i tzw. kr-3 dotyczące przewozów do i z krajów trzecich – radzi Marta Staniszewska, ekspert GBox.

Na Białorusi obowiązują trzy rodzaje zezwoleń na międzynarodowy transport: ogólne, czyli dające prawo do wykonania przewozu dwustronnego albo tranzytowe, zezwolenie specjalne i zezwolenie EKMT. I w tym przypadku polscy przewoźnicy narzekają na działania białoruskich służb na granicy. Celnicy dokonują rozładunku przewożonego towaru, a następnie, nawet gdy wszystko się zgadza z dokumentami, wystawiają przewoźnikom fakturę za wykonane czynności rozładunku i załadunku.

Pakiet Mobilności spędza sen z powiek?

Polska jest granicą Unii Europejskiej i poza nią nie obowiązuje niedawno wprowadzony Pakiet Mobilności. A według szacunków Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska nowe przepisy mogą spowodować spadek przewozów o 20 proc., zmniejszenie przychodów nawet o 2 mld euro rocznie i likwidacja 40-60 tys. miejsc pracy. Jeśli dodać, że kilka lat temu m. in. Niemcy, Belgia, Holandia, Francja czy Austria wprowadziły przepisy zobowiązujące także polskich przewoźników do płacenia swoim pracownikom nie mniejszej stawki niż wynosi płaca minimalna w tych krajach, to transport na Wschód jest bardziej ekonomiczny. – Stawki kierowców w tej części Europy są też dużo niższe. Na Białorusi zarobki kierowców w transporcie międzynarodowym to około 500–700 euro. Podobnie jest na Ukrainie – 600 euro, a to i tak kilka razy więcej niż płaca minimalna w tym kraju (około 150 euro). W Rosji stawki w dużych miastach jak Moskwa i Sankt Petersburg wynoszą około tysiąca euro, w mniejszych 600 – 700 euro – dodaje Marta Staniszewska.

Nowy Jedwabny Szlak – handlowa tętnica świata dla polskich przewoźników

Wymienione aspekty dają podstawy dla polskich przewoźników, by mocniej zainteresowali się transportem na Wschód, a w perspektywie Nowym Jedwabnym Szlakiem. W 2013 roku Chiny w celu organizacji szybszego transportu towarów zaproponowały właśnie stworzenie tzw. Nowego Szlaku Jedwabnego. Celem tej inicjatywy jest skrócenie czasu przewozu ładunków, poprawa ich bezpieczeństwa i ograniczenie kosztów.

– W ostatnich miesiącach zauważamy zwiększone zainteresowanie na polskim rynku transportowym przewozami drogowymi z Chin do Europy, czyli po tzw. nowej „handlowej tętnicy świata”. Rozwój Nowego Jedwabnego Szlaku stwarza możliwość wymiany handlowej na skalę dotąd niespotykaną, przy jednocześnie atrakcyjnych kosztach i przede wszystkim, błyskawicznym tempie przewozu towarów. W wielu przypadkach oscylują one w granicach 7-14 dni, podczas gdy czas dostarczenia towarów drogą morską to około 40 dni – podkreśla. Kamil Wolański – To nowy, atrakcyjny rynek dla firm transportowych z Polski i pozostałych krajów Europy, który w obecnej chwili nie jest tak konkurencyjny i „oblegany”, jak najbardziej popularne kierunki tranzytowe. Warto zauważyć, że Chiny produkują towary, w tym m.in. produkty farmaceutyczne, których zapotrzebowanie w Europie stale rośnie, szczególnie widoczne jest to w okresie pandemii – dodaje.

Najważniejszymi zadaniami, od których zależy powodzenie Nowego Jedwabnego Szlaku, to efektywna organizacja transportu z uwzględnieniem przepisów celnych w różnych krajach i różnorodnej infrastruktury. Rosnące znaczenie transportu na Daleki Wschód powinno zainteresować polskich przewoźników.

Formalności, infrastruktura, rozliczenia

– W związku z tym pojawiają się pytania o organizację oraz rozliczanie tego typu transportów wśród naszych stałych i nowych klientów, którzy podjęli już pierwsze próby lub dopiero przygotowują się do ekspansji na nowy rynek. Kraje, przez które przechodzi Nowy Jedwabny Szlak szykują się pod kątem umożliwienia wykonywania przewozów drogowych na ich terenie. Dostosowują wewnętrze przepisy do umowy AETR, jak w przypadku Rosji, która pracuje nad ujednoliceniem tych regulacji. Jednocześnie jako Grupa Inelo prowadzimy rozmowy ze służbami kontrolnymi w krajach wschodnich, przez które przechodzi Nowy Jedwabny Szlak, ponieważ instytucje te pracują nad uregulowaniem przepisów dotyczących przewozów drogowych na swoim terytorium – zaznacza Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Przepisy to jedno, ale niemniej ważne jest praktyczne przygotowanie szlaku transportowego do korzystania przez kierowców. Trzeba wybudować lub zmodernizować kilka tysięcy kilometrów dróg, postawić stacje paliw, miejsca odpoczynku czy noclegowe, a także zapewnić należyte bezpieczeństwo.

– Chińska inicjatywa Nowego Jedwabnego Szlaku przewiduje spore inwestycje w projekty infrastrukturalne. Ma skupić się w centralnej, zachodniej i południowej Azji, a także Afryce i Europie. Oprócz kwestii związanych z infrastrukturą znaczącym problemem, na który wskazują nasi klienci, jest liczba granic, które trzeba przekroczyć i związanych z tym wymaganych dokumentów w odpowiednich językach, a także wiz w przypadku wjazdu na teren kraju spoza UE – komentuje Kamil Wolański. – Warto zauważyć również, że do pokonywania tak długich tras firma transportowa musi zainwestować w nowe pojazdy. Przewoźnik powinien pamiętać, że w przypadku pojazdów z 2019 roku wyposażonych w smart tachografy wjazd takim pojazdem do niektórych krajów może wiązać się nałożeniem kary finansowej, ponieważ tego typu cyfrowy tachograf nie został jeszcze formalnie dopuszczony w ramach konwencji AETR.

Transport na Wschód, ale nie tylko do Rosji, Ukrainy, Białorusi, ale jeszcze dalej aż do Chin to atrakcyjny kierunek dla polskich przewoźników. Nowy Jedwabny Szlak to otwarcie nowych możliwości dla tego biznesu, zwłaszcza jeśli uda się przezwyciężyć kwestie formalne, poprawić infrastrukturę i bezpieczeństwo. Należy się jednak do niego dobrze przygotować, bo mogą tam czekać niespodzianki, które raczej nie zdarzają się na terenie Unii Europejskiej.

MedApp wdroży w swojej aplikacji rozwiązanie StethoMe

MedApp podpisał umowę ze start-upem StethoMe, twórcą rozwiązania do zdalnego wykrywania nieprawidłowości w układzie oddechowym. W ramach współpracy MedApp wdroży w swojej aplikacji medycyny cyfrowej bezprzewodowy stetoskop, który pozwoli na poszerzenie zakresu badań oferowanych przez placówki medyczne korzystające z rozwiązań CarnaLife System oraz Cyfrowa Przychodnia.

StethoMe to pierwszy system do zdalnego wykrywania nieprawidłowości w układzie oddechowym. Opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji posiadających status wyrobu medycznego, współpracujących z bezprzewodowym stetoskopem oraz dedykowaną aplikacją. Dzięki wykorzystaniu unikalnych technologii zapewniających kontrolę jakości badania, może ono być używane przez pacjentów w warunkach zdalnych. Rozwiązanie jest szczególnie przydatne dla osób cierpiących na takie choroby jak astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, cukrzyca, zapalenie płuc, zapalenie oskrzeli i inne schorzenia związane z układem oddechowym.

– StethoMe to jedno z najbardziej innowacyjnych rozwiązań dostępnych obecnie na rynku medycznym. Cieszymy się, że wspólnie zespołem StethoMe będziemy mogli wdrożyć je w naszych placówkach partnerskich oraz wzbogacić o nie aplikację i usługi MedAppu. Już teraz CarnaLife System oraz Cyfrowa Przychodnia oferują szerokie spektrum pomiarów i ich analizy z zakresu chorób wewnętrznych, kardiologii, czy diabetologii. Dzięki wdrożeniu bezprzewodowego stetoskopu lekarze z placówek korzystających z naszych rozwiązań otrzymają możliwość kontroli stanu układu oddechowego pacjentów bez konieczności umawiania się na wizyty. Wszystko w warunkach zdalnych – podsumowuje Krzysztof Mędrala, Prezes Zarządu MedApp.

CarnaLife System to zaawansowana platforma medycyny cyfrowej, która umożliwia lekarzowi ocenę i monitorowanie stanu zdrowia pacjentów z różnymi schorzeniami oraz zdalne przeprowadzanie konsultacji o dowolnej porze dnia i w dowolnym miejscu. W zależności od wskazań medycznych pacjenci będący pod opieką personelu wykorzystującego platformę CarnaLife System, mierzą poziom glikemii, ciśnienie tętnicze krwi, wykonują badanie EKG, pomiar temperatury, pulsoksymetrię, itp. Platforma umożliwia także zbieranie danych dotyczących samopoczucia oraz innych parametrów związanych z monitoringiem objawów neuropsychiatrycznych. CarnaLife System jest modułem analitycznego systemu CarnaLife, który jest certyfikowany jako wyrób medyczny klasy IIb.  MedApp wprowadził w październiku 2020 roku kolejne rozszerzenia aplikacji w postaci usługi Cyfrowej Przychodni. Ma ono na celu usprawnić funkcjonowanie zarówno małych placówek medycznych, szpitali, jak i rozwiniętych sieci medycznych oraz będzie dla nich realnym wsparciem w zakresie pełnej obsługi pacjentów.

Zapowiada się dobre pierwsze półrocze dla budownictwa. Co druga firma liczy na poprawę kondycji

Tylko 20 proc. firm budowlanych uważa, że epidemia koronawirusa ma niekorzystny wpływ na ich branżę. To najmniej ze wszystkich sześciu badanych sektorów – wynika z Barometru COVID-19 na I kwartał br. zrealizowanego przez EFL. Dla 67 proc. koronawirus jest neutralny. Przedsiębiorstwa budowlane z umiarkowanym optymizmem spoglądają także na kolejne miesiące tego roku. Co druga uważa, że w I półroczu br. ich kondycja poprawi się. Jest to nie tylko najwyższy wynik od początku realizacji badania dla budowlanki, ale także wśród wszystkich badanych sektorów.

Barometr EFL dla branży budowlanej na I kwartał 2021:

  • Subindeks: 48,8 pkt. (+0,4 pkt. kw./kw.)
  • Inwestycje: 6 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie inwestycji; 16,5 proc. prognozuje spadek inwestycji
  • Sprzedaż: 22,5 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie sprzedaży; 20 proc. prognozuje spadek sprzedaży
  • Płynność finansowa: 16 proc. przedsiębiorców prognozuje poprawę płynności finansowej; 10 proc. prognozuje pogorszenie płynności finansowej
  • Finansowanie zewnętrzne: 7,5 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne; 12,5 proc. prognozuje mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne
  • Barometr COVID-19: 50 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy kondycji w branży w I półroczu 2021 roku

– Budownictwo należy do tych części gospodarki, które z powodu koronawirusa nie zostały ani razu zamknięte. To jednak nie oznacza, że nie dotknęły jej skutki pandemii. Wręcz przeciwnie – w kwietniu ubiegłego roku, czyli niedługo po rozpoczęciu narodowego lockdownu, wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury opublikowany przez GUS poszybował do poziomu -47,1 dla budownictwa i nie odbiegał od pozostałych branż. Dla porównania, w marcu wyniósł -1,9. Przełom 2020 i 2021 roku przyniósł lekki powiew optymizmu. Podczas gdy w listopadzie ub.r. wskaźnik koniunktury w budownictwie wyniósł minus 26,2, a w grudniu minus 22,6, w styczniu tego roku ukształtował się na poziomie -18,6. Widzimy więc poprawę nastrojów. Barometr EFL, który wybiega w przyszłość, jeszcze jednoznacznie nie wskazuje na powrót koniunktury, jednak w kontekście pandemii widać, że firmy budowlane liczą na ożywienie w pierwszym półroczu – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Stabilne fundamenty …

Subindeks Barometru EFL na I kwartał br. dla branży budowlanej wyniósł 48,8 pkt., o 0,4 pkt. więcej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wartość wskaźnika utrzymuje się na podobnym poziomie od połowy 2020 roku. W pomiarze na III kwartał (realizowany na przełomie czerwca i lipca 2020 roku) wyniósł 49 pkt., a na IV kwartał (realizowany pod koniec września ub. r.) 48,4 pkt.

W każdym z badanych obszarów (inwestycje, sprzedaż, płynność finansowa, finansowanie zewnętrzne) największą grupę stanowią przedstawiciele firm nie przewidujący żadnych zmian. Niewiele podmiotów myśli o inwestycjach – tylko 6 proc., a na wyższą sprzedaż liczy co piąty zapytany (22,5 proc.).

… pod wzrost w 2021 roku

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest oceniany przez większość przedstawicieli budowlanki jako neutralny biznesowo. Taką opinię wyraziło 2 na 3 przedsiębiorców (67,5 proc.). Co piąty wskazuje na negatywny charakter pandemii – to najmniej ze wszystkich sektorów.

EFL w badaniu Barometr COVID-19 po raz szósty zapytał przedsiębiorców z branży budowlanej, czy w kontekście kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, sytuacja w ich branży w ciągu najbliższych 6 miesięcy poprawi się, pogorszy czy pozostanie bez zmian. W porównaniu z pomiarem na ostatni kwartał ubiegłego roku (realizowanym pod koniec września 2020 roku) widoczny jest większy optymizm. 50 proc. przedsiębiorców ocenia, że sytuacja się poprawi. To najlepszy wynik wśród sześciu badanych sektorów. 37,5 proc., że pozostanie bez zmian. Tylko 5 proc. zapytanych jest zdania, że się pogorszy.

Co ciekawe, budownictwo, obok transportu, jest branżą, w której upadki firm są najrzadziej wskazywane jako efekt pandemii. Tylko co dziesiąty przedsiębiorca uważa, że w wyniku pandemii koronawirusa zamknie się wiele firm budowlanych. Dla porównania, w HoReCa tego zdania jest aż 99 proc. zapytanych, a w handlu 56 proc.

W leasingu odbija się sytuacja branży

Z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że z każdym miesiącem ubiegłego roku sytuacja w budownictwie poprawiała się. W ciągu dwunastu miesięcy 2020 roku firmy leasingowe sfinansowały sprzęt budowlany o wartości 3,3 mld zł, co oznacza 9 proc. spadek rok do roku. Druga część roku była już znacznie lepsza niż pierwsza, gdyż od stycznia do czerwca 2020 roku wartość sfinansowanych maszyn budowalnych była o 21,5 proc. niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku. Eksperci EFL, leasingodawcy który wciąż pozostaje numerem jeden w finansowaniu maszyn i urządzeń budowlanych z ponad 20 proc. udziałem w rynku, spodziewają się, że ten rok dla polskiego budownictwa będzie już zdecydowanie lepszy.

Kto zarobił, a kto stracił na akcjach GameStop?

Amerykańska giełda od kilku tygodni żyje bezprecedensową sytuacją, dotyczącą nagłego wzrostu wartości akcji spółki Gamestop. To teksański producent i dystrybutor gier video, którego akcje wyskoczyły do góry dzięki zorganizowanej akcji indywidualnych inwestorów. Prasa lubi opisywać to wydarzenie w czarno-białej kolorystyce – pojedynczy inwestorzy występujący przeciwko wielkim hedgefundom, które chciały zarobić na bankructwie Gamestopa. Jednak wyniki tej gry nie rozkładają się według tego podziału. Wielu wielkich graczy rzeczywiście straciło miliony w wyniku akcji forumowiczów Reddita – ale są też instytucje, które na całym zamieszaniu sporo zarobiły.

– Mieliśmy do czynienia z gigantycznym odbiciem wśród giełdowych pariasów, nie tylko w przypadku Gamestopa. Widzieliśmy to w Niemczech – gdzie zyskiwała Varta czy Evotec, w Polsce – gdzie rósł CD Projekt. To nie była więc tylko zagrywka inwestorów indywidualnych – ale instytucji, które mają dużo szerszy zasięg i wiedzą, gdzie takie pozycje są wrażliwe – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Miliński, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Wśród instytucji są więc zarówno wygrani, jak i przegrani. Niektóre hedgefundy straciły w miesiąc około 50% swoich funduszy i na trwale utraciły zaufanie klientów. Ale są też wygrani. Jeden duży gracz instytucjonalny zyskał kilkaset milionów dolarów tylko dzięki zagraniu na akcjach Gamestopu. Mamy wielu inwestorów indywidualnych, którzy się bardzo wzbogacili – ale też takich, którzy po tym całym zamieszaniu będą musieli sobie poradzić z akcjami, co do których nie mają żadnego planu. W takich sytuacjach często pada pytanie o przewidywalność rynku. Co do zasady charakteryzuje się on niepewnością. Możemy używać jakichś modeli, żeby próbować ten rynek prognozować: analizy fundamentalnej, ilościowej, analizy sentymentu. Każda z tych metod może dać zarobić pieniądze, ale nie możemy jedną metodą wytłumaczyć wszystkich zjawisk na rynku. Dlatego jeżeli nie mamy pewności, że nasz model jest w danej  sytuacji stuprocentowo skuteczny, warto czasem postać z boku i poczekać na rozwój wydarzeń – zaleca Miliński.

2020 w Poznaniu ze wzrostem popytu na rynku biurowym. Trendy na 2021 r.

W 2020 roku popyt na powierzchnię biurową w Poznaniu był o 55% wyższy niż w ubiegłym roku – wynika z danych Colliers. W strukturze najmu dominowały nowe umowy.

W 2020 r. na poznańskim rynku biurowym podpisano umowy najmu na 63 200 mkw. Duży wpływ na tak wysoki wynik miała umowa najmu na 26 000 mkw. podpisana przez Allegro w biurowcu Nowy Rynek. W 2019 roku popyt wyniósł ponad 40 700 mkw.

— Cieszy nas, że pomimo trudnego roku naznaczonego przez pandemię, aktywność najemców była tak duża. W 2020 r. wspieraliśmy klientów, głównie z sektorów shared-service, IT i medycznego łącznie w kilkunastu procesach wyboru nieruchomości. Spodziewamy się, że w 2021 liczba nowych umów utrzyma się na stabilnym poziomie. Można także spodziewać się wzrostu udziału renegocjacji. Powoli zaczynamy zauważać także wzrost podnajmów. Reprezentujemy obecnie dwóch klientów, którzy deklarują chęć podnajmu kolejno 11 000 i 2 300 mkw. — mówi Sebastian Bedekier, dyrektor regionalny Colliers w Poznaniu.

Jak zauważa Sebastian Bedekier, wiele firm wciąż czeka na rozwój sytuacji związanej z Covid-19 i pracuje nad nowym modelem pracy, w głównej mierze hybrydowym.

— Decyzje związane z wynajmem powierzchni przekładane są na bardziej stabilny moment. Od naszych klientów otrzymujemy jednak sygnały o chęci ekspansji po odwrocie pandemii. Z dokładnymi prognozami musimy jednak poczekać na informacje, ile nowych projektów inwestycyjnych pojawi się w nieodległej przyszłości. Wierzymy, że Polska, w tym Poznań, nadal będzie popularnym miejscem pod względem lokowania inwestycji usługowych oraz okołobiznesowych — podsumowuje Sebastian Bedekier.

Stabilna sytuacja

Poznań jest doceniany przez inwestorów za dobrze rozwiniętą infrastrukturę, wygodne połączenia komunikacyjne, również te międzynarodowe i bliskość rynku niemieckiego. Największy ośrodek miejski Wielkopolski znajduje się w czołówce polskich miast pod względem wartości zasobów ludzkich. Wiele firm, w szczególności zaawansowanych technologicznie, zwraca uwagę na Poznań, szukając dobrze wykwalifikowanych pracowników, co przekłada się na jeden z najniższych w Polsce wskaźników bezrobocia.

— Poznań uchodzi za bardzo stabilny region pod względem gospodarczym, niepodatny ani na silne wzrosty, ani spadki podaży nowej powierzchni. Wiele miejsc pracy jest generowanych przez lokalny biznes, co czyni miasto odpornym na kryzysy i zawirowania takie, jak w przypadku pandemii Covid-19. Odzwierciedleniem tej stabilności są np. utrzymujące się na tym samym poziomie stawki czynszowe za najem powierzchni biurowej. W najbliższej przyszłości wpływ na kształtowanie cen może mieć jednak przybierający na sile trend podnajmów — zaznacza Hubert Filipczak, senior associate w Dziale Powierzchni Biurowych Colliers w Poznaniu.

Trend na inwestycje typu mixed-use

Do najważniejszych wydarzeń ubiegłego roku i największych transakcji w historii miasta zaliczyć można sprzedaż działki przez Międzynarodowe Targi Poznańskie. Grunt o powierzchni prawie 5,5 ha powierzchni zakupiła spółka BPI Real Estate Poland. Wartość transakcji to 114,5 mln zł.

— Teren położony w centrum miasta u zbiegu ulic Grunwaldzkiej, Matejki i Ułańskiej ma być przeznaczony pod projekt mixed-use o funkcji mieszkaniowej, biurowej i być może hotelowej. Zauważamy wzrost zainteresowania tworzeniem tego typu kompleksów. Dostępność działek w atrakcyjnych lokalizacjach jest coraz bardziej ograniczona, możemy, więc spodziewać się wzrostu udziału rewitalizacji. W ten sposób nieruchomości, które dotychczas wydawały się nieatrakcyjne, zyskają nowe życie i nowe funkcje — mówi Hubert Filipczak.

Banderole do liftingu od 1 lipca br.

Jest finał długich dyskusji branży winiarskiej na temat banderol. Będzie nie tylko łatwiej, ale i estetyczniej. Papierowe znaki akcyzy naklejane na opakowania już niebawem przejdą poważny lifting. Tak zdecydowało Ministerstwo Finansów. Jak mówią członkowie Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, w tej sprawie, wszyscy są wygranymi.

Dwugłos w sprawie banderol

Obowiązek banderolowania wina w Polsce to temat dyskusji prowadzonych przez branżę winiarską od kilku lat. Część podmiotów, głównie małych przedsiębiorstw, wnioskowało o całkowite zniesienie obowiązku aplikacji znaków akcyzy. Zwracano uwagę na problemy generowane przez proces naklejania. Ministerstwo Finansów stoi jednak na stanowisku, że są one w Polsce potrzebne – ich likwidacja byłaby niezwykle ryzykowna zarówno dla Skarbu Państwa, jak i dla legalnie działających przedsiębiorstw. Członkowie Związku Pracodawców  Polska Rada Winiarstwa, czyli przedsiębiorstwa, które bardzo dobrze znają rynek, analizują go i funkcjonują na nim od lat, podzielają stanowisko resortu finansów.

Całkowita likwidacja banderol uruchamia szarą strefę, z którą tak skutecznie nasza branża walczyła od ponad 20 lat – uważa Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Warto zwrócić uwagę na fakt, że dzisiaj jedna osoba może przewieźć przez granicę 90 litrów wina. Oznacza to, że jeden samochód z pięcioma osobami może zgodnie z prawem przetransportować do Polski 450 litrów wina. Wino w Niemczech czy w wielu innych krajach UE jest dużo tańsze, ponieważ nie płaci się tam podatku akcyzowego na ten alkohol. To rodzi pokusę nielegalnego wprowadzania go do obrotu, z ominięciem podatku akcyzowego czy VAT. Obecnie, dzięki znaczącemu ułatwieniu nakładania banderol, bardzo ograniczyliśmy koszty tego procesu, a to chroni rynek przed szarą strefą. Jestem przekonany, że to obecnie optymalne rozwiązanie – konkluduje Prezes Nowak.

Z kolei Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex dodaje:  – Znaki skarbowe akcyzy dają  nam poczucie legalności dostępnego na półkach sklepowych produktu. Jest to bardzo istotna przesłanka zapewniająca bezpieczeństwo fiskalne i zdrowe zasady obrotu produktami winiarskimi w Polsce. Należy też pamiętać, że na terenie RP stawka podatku akcyzowego na wyroby winiarskie wynosi 1,74 zł /litr. Przeciwnicy utrzymania banderol – dając jako przykład inne kraje w UE, które nie posiadają znaków skarbowych akcyzy – zapominają, że w większości z tych państw, stawka jest zawieszona i wynosi zero. W takich warunkach banderole zwyczajnie nie są potrzebne – zwraca uwagę Grzegorz Bartol.

Nowe vs stare

Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, aby ułatwić funkcjonowanie przedsiębiorstwom – tym bardzo małym, które naklejały banderole ręcznie, jak i większym, borykającym się z innymi generowanymi przez nie problemami, wystąpił do Ministra Finansów z wnioskiem o zmianę wzoru znaku i zgodę na inne miejsca aplikacji. Problem był szczegółowo analizowany.

W efekcie, w ostatnich dniach, w życie weszło rozporządzenie wprowadzające wiele  pożądanych przez branżę zmian, ograniczających do minimum dotychczasowe problemy generowane przez banderole.

Nowe banderole, które pojawią się od 1 lipca br., będą znacznie mniejsze – ich wymiary to jedynie 50 mm ×16 mm, a producenci i importerzy wybiorą jedno z kilku przedstawionych w rozporządzeniu miejsc  aplikacji. Będą mogły być naklejone na szyjcie w kształt  litery „I” lub odwróconej litery „L”, bądź na korpusie butelki w pobliżu kontretykiety (tylnej etykiety).  Producenci sami zdecydują, który ze sposobów jest dla nich najbardziej odpowiedni – ze względu na kwestie techniczne związane z samym naklejaniem, bądź wizualne,  takie jak kształt butelki czy jej design.

Banderole aktualnie umieszczane na winach, to bardzo duże paski papieru (wymiary 160 mm x 16 mm dla butelek powyżej 0,5l i wymiary 110mm x 14 mm dla butelek małych tj. do 0,5l włącznie), naklejane na szyjce butelki z obu stron i od góry (w kształt odwróconej litery U).

Reakcje branży

– Zmiany są wyjściem naprzeciw producentom, a  w szczególności importerom wyrobów winiarskich – mówi Anna Kalinowska, Członek Zarządu i Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w Firmie Henkell Freixenet Polska. – Nowe banderole są zdecydowanie bardziej estetyczne, mniejsze i można je aplikować w kilku różnych (niekoniecznie na główce butelki), jakkolwiek zdefiniowanych, miejscach opakowania. A jak wiemy – butelka dobrego wina pełni często rolę prezentu i w tym przypadku estetyka jest niezmiernie ważna. Jest więc to też duży ukłon w stronę konsumenta – mówi Anna Kalinowska

Niezwykle istotne – a dla najmniejszych podmiotów wręcz kluczowe-  jest to, że banderole będą dostępne również w wersji samoprzylepnej, zatem ich aplikacja ręczna będzie nieporównywalnie prostsza.

Do tej pory ci, którzy nakładali je ręcznie, trudzili  się przy tym bardzo. Sporo na ten temat wie firma Mazurskie Miody, w której często pracuje się nad małymi, krótkimi seriami produkcyjnymi alkoholi kraftowych.

– Jest to wielka  komplikacja z racji ręcznej pracy, wręcz manufakturowej – tłumaczy Bartosz Piasecki z Mazurskich Miodów. Z uwagi na charakter jest ona żmuda i czasochłonna. Niestety nie każda para rąk jest na tyle wprawiona i finalny efekt często odbiega od ideału. Zdarzają się butelki, na których banderola nie do końca się trzyma z powodu za małej ilości kleju. Znaki akcyzy na podłożu samoprzylepnym nie dość, że przyspieszą proces klejenia, to również pozwolą zapewnić zadowalający efekt końcowy. Mam nadzieję, że to pozwoli wyeliminować  butelki zabrudzone klejem lub takie z krzywo naklejonymi znakami akcyzy, co  często niszczy efekt misternie zaprojektowanych opakowań – przyznaje Bartosz Piasecki.

Dlatego też firma Mazurskie Miody z radością przyjęła informację o wprowadzeniu samoprzylepnych znaków. Dla takich przedsiębiorstw  będzie to ogromne ułatwienie.

Naklejanie maszynowe też zostanie ułatwione nowe banderole będą zdecydowanie łatwiejsze i tańsze w aplikacji.

Stary system aplikacji banderol wymagał specjalistycznego sprzętu, którego zakup kosztował ok. 200 000 euro – mówi Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. –  Ponadto sposób nakładania banderol wymagał osprzętu dla każdego typu butelki, a to generowało dodatkowo duże koszty.

Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex, dodaje natomiast: – Urządzenia etykietujące muszą wykorzystywać dodatkowe stacje gorącego kleju. Otwieranie butelki korkociągiem wymaga usunięcia banderoli oraz warstwy kleju – nie jest to operacja ułatwiającą życie chociażby restauratorom.

Wprowadzane zmiany oznaczają koniec tych problemów – znak będzie można nakleić z dala od szyjki – na korpusie butelki –  albo zrezygnować z użycia kleju stosując banderole samoprzylepne.

Nowe znaki akcyzy od lipca

Zmiany dotyczą wszystkich wyrobów winiarskich – win, cydrów czy miodów pitnych.

Wyroby opatrzone nowymi znakami akcyzy pojawią się na sklepowych półkach w drugiej połowie roku i przez dłuższy czas będą na nich widoczne napoje winiarskie oznaczone starymi i nowymi banderolami. – Zgodnie z przepisami, stare banderole zachowają swoją ważność do końca czerwca 2022 r. Minister Finansów ma jednak możliwość przedłużenia tego okresu. ZP PRW przewidując sytuację na rynku, już zwrócił się do Ministerstwa z informacją o takiej konieczności i odpowiednim wnioskiem – tłumaczy Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW.

Co ciekawe i ważne również  dla konsumentów, nowe banderole będą zaopatrzone w kod 2D, będący linkiem do strony www.banderolaakcyzowa.pl, umożliwiającej łatwe sprawdzenie autentyczności banderoli, a zatem legalności produktu.

Inwestorzy wciąż celują w rynki nieruchomości w CEE

W regionie Europy Środkowo-Wschodniej sfinalizowano w ubiegłym roku transakcje o łącznej wartości ponad 9,7 mld euro, a Polska może mówić o trzecim najlepszym rezultacie w historii rynku.

Jak wynika z danych JLL, w 2020 roku na rynku nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE) sfinalizowano transakcje inwestycyjne o łącznej wartości ponad 9,7 mld euro. Polska z wynikiem 5,6 mld euro, utrzymała pozycję lidera. Za nią uplasowały się Czechy z rezultatem 1,5 mld euro (po wyłączeniu transakcji Residomo o wartości 1,3 mld EUR) oraz Węgry (1,25 mld euro). W Rumunii zamknięto transakcje o wartości 900 mln euro, a na Słowacji – 525 mln euro.

Mimo globalnej niepewności wywołanej przez pandemię, kraje Europy Środkowo-Wschodniej nadal cieszą się dużym zainteresowaniem funduszy aktywnych w sektorze nieruchomości. Kurcząca się podaż dostępnych od ręki produktów i wpływ COVID-19 doprowadziły natomiast do obniżenia całkowitej rocznej wartości transakcji o 32%. Największy spadek, bo o 52% rok do roku, zanotowały Czechy (wyłączając transakcję Residomo o wartości 1,3 mld euro). Prognozy na 2021 rok, zwłaszcza dla segmentu nieruchomości magazynowych, napawają ostrożnym optymizmem. Oczywiście, wiele będzie zależało od powodzenia globalnego programu szczepień, komentuje Mike Atwell, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w Czechach i Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Polska notuje trzeci najlepszy wynik w historii

Wartość transakcji na rynku nieruchomości w Polsce osiągnęła w ubiegłym roku 5,6 mld euro, co oznacza 30-procentowy spadek w porównaniu do rekordowego wyniku z 2019 r., ale jednocześnie stanowi trzeci najlepszy wynik w historii inwestycyjnego rynku nieruchomości. Pandemia zmieniła priorytety kupujących, kierując ich uwagę przede wszystkim na sektor nieruchomości magazynowych, gdzie sfinalizowano umowy kupna/sprzedaży o rekordowej wartości blisko 2,7 mld euro, tłumaczy Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych, JLL.

W sektorze biurowym wartość transakcji wyniosła blisko 2 mld euro, w przypadku obiektów handlowych – ok. 640 mln euro, a w sektorze mieszkaniowym – 260 mln euro.

Pomimo masowego wdrażania zdalnego modelu pracy i odkładania finalizacji części transakcji, nieruchomości biurowe nadal budziły zainteresowanie inwestorów. Spodziewamy się też, że 2021 rok przyniesie aktywność funduszy w tym segmencie rynku. Jeśli chodzi natomiast o obiekty handlowe – tu widzimy przesunięcie uwagi w stronę aktywów alternatywnych, takich jak parki handlowe i centra codziennych zakupów,, które są odpowiedzią na zmieniające się potrzeby zakupowe konsumentów. Rynek nieruchomości handlowych nadal się dywersyfikuje, oferując coraz szerszy wachlarz produktów, a to będzie przekładać się na kolejne transakcje inwestycyjne, dodaje Tomasz Puch.

Największe zrealizowane w ubiegłym roku transakcje w Polsce obejmowały: portfel magazynowy Goodmana o łącznej wartości sięgającej miliarda euro (obiekty położone w Polsce stanowiły ponad połowę tej wartości) – przejęty przez GLP; 61,49% udziałów w GTC, które Optima kupiła od funduszu Lone Star; portfolio Hillwooda, zakupione przez Rosewood za 253 mln euro; centra Amazon we Wrocławiu i Poznaniu sprzedane przez GLL do Hines i Blackbrook Capital łącznie za 190 mln euro czy sprzedaż portfela pięciu obiektów Panattoni do Savills Investment Management (188 mln euro).

Stopy kapitalizacji za najlepsze biura w Warszawie szacowane są na poziomie 4,50%, podczas gdy w głównych miastach regionalnych (Kraków i Wrocław) oscylują wokół 5,75%. W przypadku obiektów magazynowych typu „prime” stopy kapitalizacji kształtują się na poziomie 5,75%, a dla nieruchomości z długim okresem najmu sięgają nawet poniżej 4,50%. Najlepsze projekty w obrębie Warszawy wyceniane są na ok. 5,50%.
Pomimo braku tego typu transakcji w 2020 r., stopy kapitalizacji dla najlepszych centrów handlowych szacowane są na poziomie 5,25%. W najlepszych parkach handlowych wynoszą one natomiast ok. 6,80%, jednak na skutek zwiększonego zainteresowania tą klasą aktywów spodziewana jest ich dalsza kompresja.

Kool2Play zadebiutuje na rynku NewConnect 22.02

Akcje Kool2Play – twórcy i wydawcy gier, zadebiutują na małym parkiecie już 22 lutego. Jednocześnie spółka kontynuuje prace nad swoim pierwszym tytułem Uragun, którego premiera w Early Access zaplanowana jest na Q2 2021.

– Cieszymy się, że udało nam się dopełnić formalności i już 22 lutego odbędzie się pierwsze notowanie. Wierzymy, że Kool2Play jest jednym z najciekawszych tegorocznych debiutów na NewConnect.  To, co wyróżnia nas na rodzimym rynku, to połączenie ogromnego doświadczenia z zakresu tworzenia i promocji gier. Zespół świetnych profesjonalistów, ciekawe pomysły na gry, zabezpieczenie finansów na rozwój oraz dywersyfikacja źródeł przychodów, to nasza recepta na sukces, którego udziałem będą nasi inwestorzy  – komentuje Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play.

Kool2Play to studio tworzące gry na komputery osobiste oraz konsole Xbox Series X, PlayStation 5 oraz Nintendo Switch. Spółkę, na tle innych, wyróżnia bardzo doświadczony zespół producentów mających na swym koncie komercyjne sukcesy gier. Wisienką na torcie jest agencja Kool Things, która jest spółką zależną od Kool2Play i świadczy usługi z zakresu promocji gier na terenie Europy i Ameryki Północnej. Jest to jedna z najbardziej cenionych na świecie agencji specjalizujących się w promocji gier. Kilkunastoletnie doświadczenie tego zespołu wykorzystywane jest również przy promocji nadchodzącej produkcji studia – Uragun. Premiera gry w Steam Early Access nastąpi w Q2 2021 i będzie pierwszym dużym tytułem Kool2Play wydanym na te platformy.

Uragun, to futurystyczny roguelite shooter skierowany m.in. do fanów gier Hades czy Enter the Gungeon. Stawiamy na unikalny gameplay, fabułę, a przede wszystkim nieskrępowaną niczym rozgrywkę z dynamiką rodem z serii DOOM. – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play – Naszym celem jest tworzenie produkcji, które przede wszystkim dostarczają frajdę z grania, ale równocześnie mają przesłanie i pokazują co może nas czekać w przyszłości. Taki jest właśnie Uragun, który z jednej strony stawia na akcję i pokazuje jak wyglądałby świat opanowany przez Sztuczną Inteligencję, ale też robi to w odpowiednio lekki sposób.

W 2020 roku zarząd Kool2Play zabezpieczył środki na długofalowe rozwijanie projektów obu odnóg działalności – na tworzenie gier pozyskał ponad 2,5 miliona zł z prywatnej emisji akcji serii D oraz grantu GameInn w wysokości 1,6 mln zł. Natomiast rozwój agencji Kool Things współfinansowany jest z grantu NCBiR o wysokości 1,9 mln złotych.

– Uragun nie jest jedynym projektem, nad którym pracuje grupa Kool2Play – poza nim trwa preprodukcja zaplanowanych gier o kodowych nazwach City of Minds oraz Restoration. Ponadto, zespół Kool Things pracuje nad systemem marketingu jakościowego, dzięki któremu w ciągu 5 najbliższych lat planuje zmienić się w globalną agencję digital marketingu z segmentu gier. Myślę że te dwa zdania najlepiej opisują biznes model Kool2Play: to połączenie produkcji i promocji jakościowych marek z dywersyfikacją źródeł przychodów  – kończy prezes Kool2Play.

SUNEX planuje wejście na rynek zamówień publicznych

SUNEX S.A., czołowy producent i dystrybutor innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii, zamierza przejąć od Spółki Polska Ekologia obsługę zamówień publicznych. Zdaniem Zarządu SUNEX wpłynie to na znaczący wzrost przychodów. Przyczyni się również do rozwoju własnej produkcji i poprawy konkurencyjności. Finalizacja transakcji planowana jest wstępnie na drugi kwartał br.

SUNEX S.A. rozpoczął prace koncepcyjno-analityczne zmierzające do przejęcia od jednostki dominującej Polska Ekologia części działalności związanej z realizacją zamówień publicznych, realizowanych przez jednostki samorządowe w obszarze odnawialnych źródeł energii (fotowoltaika, pompy ciepła). Obecnie Spółka jest poddostawcą części urządzeń i wyposażenia dla Polskiej Ekologii, która realizuje dostawy w ramach zamówień publicznych jako wykonawca.

Przychody osiągane przez Polską Ekologię w ramach obsługi zamówień publicznych nie są obecnie wykazywane przez SUNEX S.A., ze względu na brak konsolidacji danych finansowych obu podmiotów. Przejęcie tej działalności zwiększy zatem potencjał przychodowy Spółki. Stanowić będzie jednocześnie dodatkowy impuls do rozwoju produkcji własnej oraz w znacznym stopniu przyczyni się do poprawy konkurencyjności oferty. Na polskim rynku zamówienia publiczne odpowiadają obecnie za znaczną część sprzedaży urządzeń w zakresie odnawialnych źródeł energii.

„Dostrzegamy duży potencjał w rozwoju działalności przetargowej. Wpływają na to obecne trendy w polityce prowadzonej na poziomie krajowym i europejskim oraz znaczne środki publiczne i prywatne kierowane na transformację energetyczną. Istotnym atutem przejęcia tej części działalności będzie pozyskanie w ramach transakcji znacznego doświadczenia i wiedzy w realizacji tego typu zadań od podmiotu dominującego” – powiedział Romuald Kalyciok, Prezes SUNEX S.A.

Jednym z podstawowych założeń przejęcia działalności dotyczących zamówień publicznych jest brak angażowania dodatkowych środków finansowych na realizację transakcji. Planem jest natomiast wykorzystanie w tym celu kompensaty wzajemnych wierzytelności.

KHNP chce uczestniczyć w polskim programie jądrowym

KHNP, światowy lider w energetyce jądrowej, z zadowoleniem odnosi się do przyjęcia Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ), którego celem jest budowa elektrowni jądrowych o mocy zainstalowanej 6 – 9 GW w oparciu o duże sprawdzone reaktory wodno-ciśnieniowe (PWR). Spółka jest gotowa podzielić się ze stroną polską swoim blisko 50-letnim doświadczeniem w budowie i eksploatacji najnowszej generacji elektrowni jądrowych.

KHNP ma świadomość, że osiągnięcie sukcesu przy budowie własnych elektrowni jądrowych wymaga wysokiego poziomu doświadczenia i nakładów. Spółka posiada sprawdzoną zaawansowaną technologię, dzięki bogatemu doświadczeniu zdobytemu podczas realizacji udanych projektów w Korei i zagranicą. Ponadto KHNP dokłada starań w poszukiwaniu zadowalających rozwiązań finansowych poprzez współpracę z rządem Korei, agencjami kredytów eksportowych oraz globalnymi instytucjami finansowymi. Oferta strony koreańskiej dla realizacji PPEJ mogłaby obejmować rozsądny i kompleksowy pakiet finansowy, w tym inwestycje kapitałowe KHNP, finansowanie dłużne od koreańskich agencji kredytowych oraz podobnych instytucji z krajów dostarczających sprzęt do projektu, jak również atrakcyjne finansowanie pozyskane od międzynarodowych banków komercyjnych oraz innych podmiotów. KHNP jest gotowe do podjęcia rozmów z polskimi władzami, aby lepiej zrozumieć potrzeby polskiego projektu i ostateczny kształt modelu finansowania energetyki jądrowej.

Doświadczenie w zarządzaniu projektami i dostęp do stabilnego finansowania to niezbędne elementy do udanej realizacji tak kompleksowego projektu jakim jest budowa elektrowni jądrowej. Jesteśmy gotowi, aby podjąć współpracę z Polską i zbudować polską elektrownię jądrową, posiadamy bowiem dostęp do sprawdzonej koreańskiej technologii jądrowej oraz możemy zabiegać o odpowiednie rozwiązania finansowe. Z uwagą obserwujemy polskie działania służące wprowadzeniu energii jądrowej, które pozwoliłby Polsce osiągnąć dwa cele: zredukować emisję dwutlenku węgla i stworzyć stabilną bazę dostaw dla krajowej sieci energii elektrycznej, umożliwiając jej rozwój. Jesteśmy najlepszym partnerem, aby zrealizować te zamiary – powiedział Sang Don Kim, Wiceprezes w Dziale Rozwoju Biznesu w KHNP.

Republika Korei jest ważnym partnerem ekonomicznym dla Polski, stąd współpraca w obszarze energetyki jądrowej byłaby naturalnym krokiem do dalszego wzmocnienia relacji biznesowych. KHNP angażuje się w rozwijanie relacji z polskimi firmami. Dotychczas koreańska spółka zidentyfikowała ponad 70 polskich podmiotów z branży inżynieryjnej, produkcji maszyn, budowlanej oraz energetycznej jako potencjalnych partnerów do uruchomienia budowy elektrowni jądrowej.

Korea szczyci się wieloma dekadami doświadczenia w udanej eksploatacji elektrowni jądrowych do produkcji energii elektrycznej, a KHNP jest jej głównym graczem w tym sektorze. Kraj jest eksporterem cywilnej technologii jądrowej od 2009 r., odkąd Korea zdobyła kontrakt na dostarczenie elektrowni jądrowej składającej się z czterech jednostek o mocy 5,6 GW do Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA). Po osiągnięciu 100% operacyjności, ta elektrownia ma realizować 25% krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. W grudniu 2020 r. blok nr. 1 elektrowni Barakah  w ZEA osiągnął 100% mocy i obecnie generuje 1400 MW energii elektrycznej. Stanowi też największy generator mocy w ZEA mający rozpocząć działalność komercyjną jeszcze na początku tego roku. Dzięki płynnej współpracy strony koreańskiej z lokalnymi partnerami, bogatemu doświadczeniu oraz wiedzy z zakresu budowy elektrowni jądrowych i zarządzania projektowego, projekt Barakah został zakończony w terminie pomimo trudnych warunków środowiskowych i w ramach budżetu. Tak skuteczna realizacja wyróżnia KHNP na tle pozostałych firm w obszarze energetyki jądrowej, gdzie projekty często mają opóźnienia i przekraczają koszty.

Na potrzeby polskiego programu jądrowego KHNP zaproponowało własne, spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa zaawansowane reaktory APR 1400. Są one jednymi z najbardziej innowacyjnych rozwiązań na świecie i jednocześnie stanowią jedno z największych osiągnięć, jakim może pochwalić się KHNP. W 2017 r. techniczna grupa doradcza w zakresie europejskich elektrowni jądrowych (EUR) zatwierdziła APR 1400. Dwa lata później APR 1400 jako pierwszy typ reaktora spoza Stanów Zjednoczonych, uzyskał certyfikację Komisji Nadzoru Jądrowego (NRC) w tym kraju. Dzięki tym certyfikatom, firma może dostarczać reaktory jądrowe zgodne z wiodącymi wymaganiami międzynarodowymi.

Rozwój energetyki jądrowej wymaga również zaangażowania kadry wysoko wykwalifikowanych specjalistów o unikalnych kompetencjach. Aby wesprzeć Polskę w zwiększeniu dostępu do puli talentów w obszarze cywilnej energii jądrowej, KHNP stawia na dalszy rozwój współpracy z polskimi uczelniami, pozostając w gotowości do zwiększenia jej skali w przyszłości. Szereg memorandów o współpracy zostało już podpisanych pomiędzy koreańską podyplomową uczelnią KINGS a Uniwersytetem Warszawskim, Politechniką Warszawską oraz Akademią Górniczo-Hutniczą.