Japoński koncern chemiczny inwestuje w Polsce

Sumika Polymer Compounds Europe (SPC EU) rozszerza działalność w Polsce, gdzie dotychczas dostarczała swoje wyroby wytwarzane w innych fabrykach grupy. Do końca 2021 roku w podpoznańskich Plewiskach postanie czwarty europejski zakład koncernu chemicznego, wytwarzający mieszanki na bazie polipropylenu wykorzystywane m.in. przez sektor motoryzacyjny. W zakładzie, który zgodnie z założeniami rozpocznie produkcję w pierwszym kwartale 2022 roku, w pierwszym etapie pracę znajdzie 30 osób. Inwestycja zapewni japońskiej firmie dodatkowych 30 tys. ton zdolności produkcyjnych dla grupy, zwiększając moce wytwórcze europejskich zakładów do poziomu 170 tys. ton rocznie.

Inwestycja wynika ze strategii SPC EU, zakładającej lokowanie zakładów produkcyjnych
o odpowiednich zdolnościach wytwórczych jak najbliżej partnerów biznesowych grupy.
O wyborze miejsca inwestycji w Wielkopolsce zdecydowały bliskość klientów nie tylko
w Polsce, ale także w Niemczech i Czechach, a także wysoki stopień uprzemysłowienia regionu, w którym działalność prowadzą m.in. producenci samochodów i sprzętu AGD. Atutem lokalizacji jest także dostęp do sieci autostrad.

Spółka oczekuje stabilnego wzrostu popytu na mieszanki na bazie polipropylenu w naszym regionie Europy. To materiał, którego zastosowanie w sektorze Automotive pozwala zmniejszyć wagę produkowanych z jego wykorzystaniem części samochodowych. Co więcej podczas procesu produkcyjnego polipropylen wytwarza mniej CO2 niż konkurencyjne żywice, takie jak poliamid.

Wpływ na zwiększające się zainteresowanie mieszankami na bazie polipropylenu będzie miała coraz większa popularność samochodów elektrycznych oraz regulacje prawne w postaci zaostrzania przepisów środowiskowych.

Sumika Polymer Compounds przywiązuje dużą wagę do kwestii środowiskowych, między innymi poprzez wdrażanie innowacji, w tym produktów z recyklingu i stosowania włókien naturalnych oraz infrastrukturę w zakresie oszczędności zasobów.

Zapewnienie szybszych lokalnych dostaw wpływa m.in. na ograniczenie emisji CO2 związanej z transportem produktów. Dzięki istniejącym już fabrykom we Francji i Wielkiej Brytanii, a także niedawnym akwizycjom spółek w Turcji oraz utworzeniu zakładu w Polsce, SPC może zapewniać lokalne dostawy w całej Europie.

Pierwszy etap inwestycji „Sumika Polymer Compounds Poland sp. z o.o.” (SPCP) obejmuje budowę zakładu o powierzchni około 5500 m. kw. Utworzone zostaną dwie linie produkcyjne. Realizacja obejmuje również budowę silosów do magazynowania materiału. Zatrudnienie znajdzie około 30 nowych pracowników. Rozpoczęcie produkcji planowane jest na pierwszy kwartał 2022 roku.

XTB wsród pięciu największych brokerów na świecie

XTB jest piątym brokerem na świecie pod względem liczby aktywnych rachunków według raportu Finance Magnates za czwarty kwartał 2020 roku.

XTB w globalnym TOP5 brokerów

Na początku lutego br., Grupa XTB opublikowała wstępne wyniki finansowe za 2020 rok. Wśród rekordowych wartości przychodów i zysków, Grupa zaraportowała także najwyższe wartości w obszarze klienckim. Na koniec czwartego kwartału 2020 roku, średnia liczba aktywnych klientów (średnia liczba klientów, którzy przeprowadzili co najmniej jedną transakcję w okresie trzech miesięcy) sięgnęła 72 346. Wynik ten pozwolił Grupie XTB na zajęcie piątego miejsca w rankingu największych globalnych brokerów w kategorii liczby aktywnych klientów w kwartalnym raporcie analitycznym (Quarterly Intelligence Report) opublikowanym przez Finance Magnates.

– Jednym z priorytetów XTB jest maksymalne skupienie na kliencie poprzez dostarczeniu mu najlepszej oferty inwestycyjnej – zarówno pod kątem instrumentów, jak i narzędzi, oraz obsługi. Jesienią ubiegłego roku wprowadziliśmy ofertę obejmującą bezprowizyjne inwestowanie w akcje do miesięcznego wolumenu 100.000 Euro, a także stale doskonalimy nasze platformy xStation oraz xStation Mobile. Te działania przynoszą skutek – w 2020 roku pozyskaliśmy ponad 112 tysięcy nowych klientów, czyli tyle, ile w latach 2014-2019 razem. Nie zwalniamy tempa – w 2021 roku chcemy pozyskać kolejne 120 tysięcy nowych klientów. – powiedział Omar Arnaout, prezes zarządu XTB. Szczególnie jednak jesteśmy dumni z liczby aktywnych klientów, która pozwoliła nam po raz pierwszy znaleźć się w globalnym TOP5 brokerów – to pokazuje, że klienci doceniają naszą ofertę i to właśnie z XTB chcą inwestować. – dodał Omar Arnaout.

Skupienie na pozyskiwaniu nowych klientów znajduje potwierdzenie w danych publikowanych przez Grupę oraz raporcie Finance Magnates. Grupa XTB najdynamiczniej wśród pięciu największych brokerów zwiększała liczbę aktywnych klientów. Porównując czwarty kwartał 2020 roku z analogicznym okresem 2019 roku, XTB zanotowało przyrost o około 41 500 aktywnych klientów, czyli o 135% (w czwartym kwartale 2019 roku, XTB miało około 30 800 aktywnych klientów).

W całościowym zestawieniu brokerów pod kątem największej liczby aktywnych rachunków opisanych w raporcie Finance Magnates, XTB awansowało z 20. (w czwartym kwartale 2019) na 5. (w czwartym kwartale 2020) miejsce, notując także najwyższy przyrost aktywnych rachunków wśród pięciu największych brokerów.

Listę pięciu największych brokerów pod kątem liczby aktywnych rachunków zawartych w raporcie Finance Magnates prezentuje poniższa tabela:

XTB w globalnym TOP5 brokerów
Źródło: Finance Magnates Quarterly Intelligence Report Q4 2020 oraz Q4 2019

Jeden z najdynamiczniejszych brokerów na świecie

Finance Magnates to jeden z największych globalnych serwisów online zajmujący się tematyką inwestowaniem. Zespół analityków Finance Magnates Intelligence publikuje kwartalne raporty podsumowujące branżę inwestycyjną – opisuje zarówno działające na niej firmy, ale także trendy, nowości, oraz zmiany regulacyjne. Grupa XTB jest jednym z brokerów pojawiających się w raportach od lat, lecz po raz pierwszy trafiła do TOP5 w zestawieniu największych firm pod kątem liczby aktywnych klientów.

– W naszych kwartalnych raportach QIR publikujemy rankingi największych brokerów w branży FX/CFD. W ostatnim kwartale 2020 szczególną uwagę przykuły wyniki XTB – ten broker osiągnął największy kwartalny wzrost liczby aktywnych rachunków, co pozwoliło mu wskoczyć do pierwszej piątki globalnych brokerów. Dane pokazują, że firma potrafiła przekuć zwiększone zainteresowanie inwestycjami wywołane znaczą zmiennością rynków i przyciągnąć do siebie sporą grupę inwestorów więcej niż podwajając bazę aktywnych rachunków w ciągu zaledwie roku. – powiedział Sylwester Majewski, Intelligence Team Lead w Finance Magnates.

Dostęp do raportów kwartalnych Finance Magnates Quaterly Intelligence Report jest możliwy po rejestracji na stronie https://www.financemagnates.com/intelligence/

„Kontrakty CFD są złożonymi instrumentami i wiążą się z dużym ryzykiem szybkiej utraty środków pieniężnych z powodu dźwigni finansowej.

77% rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy CFD. 

Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD, i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.”

Komentarz ZPP ws. propozycji uzależnienia pomocy dla firm dotkniętych pandemią od spadku obrotów

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców popiera propozycję uzależnienia pomocy dla firm dotkniętych pandemią od co najmniej 70% spadku obrotów, zamiast przyjmowania kryterium kodu PKD. Uważamy, że taka formuła przydzielania pomocy umożliwi wsparcie faktycznie potrzebujących podmiotów, bez konieczności każdorazowego ustalania szczegółowej listy branż i sektorów objętych projektowanymi instrumentami.

Analizując skuteczność prowadzonych w czasie drugiej fali epidemii programów pomocowych można dostrzec, że kody PKD nie pozwalają zidentyfikować wszystkich firm dotkniętych gospodarczymi skutkami pandemii koronawirusa. Lista kodów PKD nie obejmuje szerokiego gremium przedsiębiorstw, które, choć nie zostały objęte bezpośrednim zakazem prowadzenia działalności, to dotkliwie odczuwają skutki obostrzeń, ponieważ ich działalność znajduje się w przestrzeniach objętych restrykcjami lub jest ściśle powiązana z przedsiębiorstwami zamkniętymi. Jako jeden z wielu przykładów można przywołać tutaj działalność przedsiębiorstw wynajmujących wyposażenie na targi, konferencje oraz imprezy masowe. W związku z zamknięciem branży eventowej wynajmujący sprzęt odnotowują blisko 100-procentowe spadki obrotów. Mimo to, kod PKD 77.39 obejmujący wynajem dóbr materialnych nie został przewidziany w rządowych programach pomocowych.

Wykorzystywanie kodów PKD jako kryterium decydującego o przyznawaniu pomocy finansowej pociąga za sobą również inne komplikacje. Lista kodów PKD objętych pomocą jest w sposób oczywisty przedmiotem każdorazowych konsultacji i negocjacji. Dopisywanie kodów PKD wydłuża i utrudnia proces przyznawania pomocy, co pociąga za sobą negatywne skutki dla przedsiębiorców oczekujących na szybką pomoc. Co więcej, niezależnie od wyników powyższych rozmów, nie sposób jest wyeliminować ryzyka pominięcia jakiejś grupy firm odnotowującej wysokie spadki przychodów w związku z epidemią. Przedmiot prowadzonej działalności wyrażony kodem PKD okazuje się niejednokrotnie kryterium niewystarczającym by skutecznie identyfikować firmy faktycznie dotknięte negatywnymi skutkami pandemii.

Mając powyższe na uwadze, popieramy sformułowany przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców apel o zrezygnowanie z korzystania z listy kodów PKD jako kryterium decydującego o przyznawaniu pomocy dla przedsiębiorców na rzecz wprowadzenia kryterium spadku obrotów np. o 70 proc. Podtrzymujemy również nasze stanowisko, zgodnie z którym należy natychmiast otworzyć pozostałe sektory gospodarki z zastosowaniem odpowiednich środków sanitarnych oraz odstąpić od nakładania nowych danin na przedsiębiorców borykających się ze skutkami kryzysu.

Gdy nie ma innego wytłumaczenia

Nadeszło ostudzenie entuzjazmu na rynkach akcji, spadek cen złota i odbicie dolara kosztem walut G10 i rynków wschodzących, a winnego upatruje się w skoku rentowności obligacji skarbowych USA. Jakkolwiek wyprzedaż długu nie kłóci się z realizacji strategii reflacyjnej i trendu deprecjacyjnego USD, czasami stare nawyki są trudne do przezwyciężenia.

Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Tak się czuję po wczorajszych wydarzeniach na rynkach finansowych. Zmiany wartości głównych aktorów wtorkowego przedstawienia – obligacji skarbowych USA oraz dolara – przez większość dnia nie były zsynchronizowane, co jednak nie przeszkadza w nakreśleniu ciągu przyczynowo-skutkowego. Oprocentowanie 10-latek USA skoczyło o ponad 10 pb i na 1,30 proc. jest najwyżej od roku. Najwidoczniej postępy w dystrybucji szczepionki przeciw COVID-19 i pozytywne dane wzmacniają oczekiwania na przyspieszenie inflacji. Łączeniu faktów i oczekiwań nie można odmówić logiki. Wprawdzie wraz z uruchomieniem ogromnego pakietu fiskalnego prezydenta Bidena wzrost wydatków powinien wywierać presję na ceny dóbr i usług, których w osłabionej po pandemii gospodarce może zacząć brakować. W teorii na wzrost inflacji powinna zareagować Rezerwa Federalna poprzez zacieśnianie polityki monetarnej. Jednak inwestorzy co rusz słyszą z Fed zapewnienia, że bank centralny jest gotowy tolerować wyższą inflację i minie jeszcze sporo czasu, zanim nastawienie ulegnie zmianie. Publikowane dziś wieczorem minutki ze styczniowego posiedzenia FOMC najprawdopodobniej wzmocnią ten przekaz. A jednak mimo że inwestorzy są świadomi sygnałów z Fed, przejawiają tendencję do kwestionowania zapewnień decydentów. Można to rozumieć, gdyż szczerze powiedziawszy ani prezes Fed, ani jego doradcy, ani uczestnicy rynku nie wiedzą, jaka będzie sytuacja w gospodarce za pół roku czy później? Każdy może mieć rację. W strategii reflacyjnej gra toczy się o wysoką stawkę z indeksami giełdowymi na szczytach i równie silnie ustanowionymi trendami wzrostowymi cen surowców przemysłowych czy walut ryzykownych. Zatem gdy dotychczasową równowagę zakłóca nagły skok rentowności (który wcale nie musi oznaczać podwyżki stopy procentowej Fed, a np. tylko usuwanie premii za ryzyko dalszego pogorszenia sytuacji gospodarczej), bez większego namysłu przyjmuje się to jako sygnał do sprzedaży akcji i kupowania dolara. Wygrywa moc wstępnego impulsu, szczególnie kiedy nie ma nic innego, by lepiej uzasadnić ruch na rynku długu. Czy inflacja w USA powyżej 2 proc. uniemożliwia dalszą przecenę USD? Nie. Czy wzrost rentowności z niemal zerowego pułapu od razu implikuje zmiany w polityce Fed? Nie. Te konkluzje mogą z czasem przebić się do głównego nurtu. Może jednak minąć kilka dni, zanim rynek znajdzie nowy punkt równowagi. To oferuje przestrzeń do oczyszczenia rynku akcji z nasycenia długimi pozycjami oraz daje pretekst do taktycznej korekty USD.

Umocnienie dolara uderzyło w waluty rynków wschodzących i w tym klimacie osłabił się złoty, aczkolwiek zmiany na głównej parze z euro były skromne. EUR/PLN pozostaje w granicach ostatniej konsolidacji, ale do czasu, aż na rynkach zewnętrznych nie opadnie kurz po wczorajszym zamieszaniu i nie wróci tryb risk-on, może przedłużyć się okres dryfu w pobliżu 4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

18 lutego to Międzynarodowy Dzień Baterii

18 lutego obchodzony jest Dzień Baterii. To urządzenia, które towarzyszą nam w wielu sferach życia. Bez ich istnienia trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie i rozwój chociażby przemysłu motoryzacyjnego. Warto jednak pamiętać, że nawet najnowocześniejsze ogniwa oprócz przynoszenia niewątpliwych korzyści, mogą stanowić niebezpieczeństwo dla środowiska. Dlatego tak ważne jest ich racjonalne wykorzystywanie.   

Historia popularnych dziś akumulatorów sięga przełomu XVIII i XIX w., kiedy Alessandro Volta stworzył pierwszą baterię elektromechaniczną. Dzień Baterii zresztą nieprzypadkowo obchodzony jest 18 lutego – to dzień, w którym urodził się ten włoski fizyk i wynalazca. Przez stulecia odkryta przez niego technologia stała się znacznie wydajniejsza i obecnie możliwe jest zasilanie za pomocą różnego rodzaju ogniw zarówno niewielkich żarówek, zegarków czy telefonów komórkowych, jak i samochodów. Należy z nich jednak korzystać rozsądnie.

Dziś baterie wykorzystywane są w wielu obszarach przemysłu i niemal każdej dziedzinie życia codziennego. Nie może się bez nich obyć m.in. motoryzacja. Akumulatory zasilają pojazdy elektryczne i spalinowe. Ale trzeba pamiętać, że składają się one z niebezpiecznych związków chemicznych. Najpopularniejsze baterie rozruchowe zbudowane są m.in. z ołowiu, który niekorzystnie wpływa na zdrowie ludzi, zwierząt i roślin, a co więcej, może również doprowadzić do skażenia środowiska. Przykładem jest mała bateria guzikowa, która jest zdolna do zanieczyszczenia 1 m3 gleby czy zatrucia około 400 litrów wody – mówi Kazimierz Pietras, dyrektor składowiska Amest Otwock Sp. z o.o.

Oprócz tego, akumulatory zawierają również kwas siarkowy, który z kolei charakteryzuje się działaniem żrącym. Z tego powodu baterie uznawane są za odpady niebezpieczne. Nie można zatem ich wyrzucać do śmietnika. Powinno zanosić się je do punktów zbiórki baterii i akumulatorów przenośnych.

Coraz więcej baterii

Według przygotowanego przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska „Raportu o funkcjonowaniu gospodarki bateriami i akumulatorami oraz zużytymi bateriami i zużytymi akumulatorami za rok 2018”, tylko w 2017 r. wprowadzono do obiegu tego rodzaju urządzenia o łącznej masie 130 841 853 kg. Największą część stanowiły akumulatory i baterie samochodowe – 85 554 931 kg. Należy spodziewać się, że masa ogniw wykorzystywanych w motoryzacji będzie z roku na rok coraz większa. Nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. Rosnąca popularność samochodów elektrycznych wiąże się ze wzrostem produkcji tego rodzaju baterii.

W przeciwieństwie do pojazdów zasilanych w sposób tradycyjny, te wykorzystujące napęd elektryczny nie emitują do atmosfery szkodliwych substancji. Jest jednak jedno zastrzeżenie. W wielu miejscach świata prąd, który służy do ładowania akumulatorów, nadal wytwarzany jest w „brudny” sposób. Chociażby w Polsce sektor energetyczny nadal w znacznym stopniu zależy od węgla. Dlatego konieczne jest szukanie alternatyw, takich jak energia jądrowa czy słoneczna, dzięki którym najnowsze technologie, m.in. motoryzacyjne, będą mogły w pełni wykorzystywać swój „zielony” potencjał – podkreśla Andrzej Gąsiorowski z Fundacji FOTA4Climate.

Zgodnie z danymi Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego i Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych, na koniec 2020 r. w Polsce zarejestrowanych było 18 875 samochodów elektrycznych. Oznacza to, że w porównaniu do 2019 r. ich liczba nad Wisłą wzrosła ponad dwukrotnie.

Sprzedaż kredytów w styczniu 2021 r.

W styczniu 2021 r., w porównaniu do stycznia 2020 r., banki i SKOK-i udzieliły mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych w ujęciu liczbowym. Banki przyznały o 35,0% mniej limitów na kartach kredytowych, udzieliły o 33,6% mniej kredytów gotówkowych, o 11,0% mniej kredytów mieszkaniowych oraz o 1,8% ratalnych.

W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały o 39,4% niższą wartość limitów kartowych, wartość kredytów gotówkowych spadła o 26,7%, a mieszkaniowych o 4,7%. Wzrost udzielonej wartości odnotowały w styczniu br. jedynie kredyty ratalne (+ 1,0%).
W pierwszym miesiącu 2021 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 187,6 tys. kredytów gotówkowych na kwotę 3,96 mld zł oraz 262,1 tys. kredytów ratalnych na kwotę 1,13 mld zł, a kredytów mieszkaniowych 16,8 tys. na kwotę 5,13 mld zł.

Analizując dane zawarte w Newsletterze kredytowym i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty.

Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank. Zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu. Zatem w przypadku tych produktów, styczniowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w styczniu 2021 r. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w styczniu 2021 r. jest efektem wniosków składanych w listopadzie i grudniu 2020 r.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów mogą w pełni zmaterializować się w odczytach Indeksów Jakości dopiero po trzech miesiącach od zaprzestania spłaty, ponieważ Indeksy obejmują opóźnienia powyżej 90 dni.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W styczniu 2021 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Jednak w styczniu br. najwyższy spadek w ujęciu liczbowym oraz wartościowym dotyczył kredytów niskokwotowych tj. do 1 tys. zł odpowiednio (-57,0%) oraz (-56,8%). Tym razem niższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziałów wysokokwotowych 30-50 tys. zł oraz powyżej 50 tys. zł.

W porównaniu do kredytów gotówkowych lepiej wygląda sytuacja dla kredytów ratalnych. W ich przypadku w styczniu 2021 r. w ujęciu wartościowym odnotowaliśmy dodatnią dynamikę sprzedaży: (+1,0%) oraz niewielką ujemną w ujęciu liczbowym (-1,8%). I jest to jedyna grupa produktowa, w przypadku której wystąpiła dodatnia dynamika w styczniu 2021 r. Mamy więc sytuację zbliżoną do sytuacji w całym 2020 r. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim to, że ten rodzaj kredytów dla udzielającego banku jest dużo bezpieczniejszy od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości – druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość, która w okresie pandemii jeszcze istotnie się obniżyła. Trzeba również pamiętać, że inne jest ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty ratalne w przeciwieństwie do gotówkowych nie służą uzupełnianiu bieżącego budżetu domowego, wiążą się zaś z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, m.in. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, do których pomimo pandemii był stosunkowo prosty dostęp, np. poprzez e-commerce – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 21 117 zł – wzrost o 10,5% w stosunku do stycznia 2020 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 325 zł i jest ona wyższa niż w styczniu rok temu o 2,9%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – styczniowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,28%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się kredyty gotówkowe. Styczniowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 4,24%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych z uwagi na pandemię, styczniowy odczyt potwierdza pozytywne zjawisko związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości w okresie 12 miesięcy. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach moratoriów kredytowych udzielanych klientom przez banki.

– W porównaniu do stycznia 2020 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) o 1,74 pkt proc., – najwięcej ze wszystkich produktów kredytowych. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że z wakacji kredytowych w największym stopniu skorzystali właśnie posiadacze kredytu gotówkowego (zawieszenie spłat zastosowano dla ponad 8% wszystkich kredytów gotówkowych). Niestety w porównaniu do odczytu z grudnia 2020 r. mamy już pogorszenie odczytu, o 0,33 p.p. Niewątpliwie główny wpływ na to miało zakończenie przez większą część kredytobiorców wakacji kredytowych, które w dużej części amortyzowały w pierwszym okresie pandemii ewentualny brak możliwości spłaty kredytu. Trzeba więc ze szczególną uwagą śledzić terminowość spłat w kolejnych miesiącach 2021 r. Natomiast w styczniu 2021 r. poprawiła się w porównaniu do grudnia 2020 jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu polepszyła się (spadła) o 0,02, i był to jedyny produkt kredytowy dla którego był kontynuowany pozytywny trend z poprzednich miesięcy – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W styczniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy ujemne dynamiki wartości (-4,7%) udzielonych kredytów oraz ujemną dynamikę liczby udzielonych kredytów (-11,0%) w porównaniu ze styczniem 2020. W styczniu 2021 r., już ponad połowa (51,8%) wartości udzielonych kredytów dotyczyła przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w styczniu 2021 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których w styczniu 2021 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2020 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 4,7%, a w wartościowym o 7,4%.

– Wyniki styczniowej akcji kredytowej w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu listopada i grudnia 2020 r. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizował już grudniowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe (+5,4%). Jednak na styczniową sprzedaż wpływ ma również obniżony popyt w listopadzie 2020 r. (-4,4%). Trzeba pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po wakacjach poluzowały wymagania m.in. w zakresie wkładu własnego. Dla akcji kredytowej ważna będzie więc postawa banków w kolejnych miesiącach, które w warunkach rosnącej niepewności wywołanej potencjalną trzecią falą pandemii, mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co będzie skutkować kolejną ograniczoną dostępnością kredytu – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w styczniu 2021 r. wyniósł 0,54%.

W ostatnich 12 miesiącach (od stycznia 2020 r. do stycznia 2021 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,21). W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy dużego spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. Co prawda jakość w styczniu 2021 pogorszyła się w porównaniu do grudnia 2020 r., była ona jednak niewielka: wzrost Indeksu o 0,05 p.p. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Ważne będą więc odczyty z kolejnych miesięcy 2021 roku, kiedy będzie lepszy obraz sytuacji po powrocie kredytobiorców do regularnych spłat i trend ten wpłynie na sytuację w zakresie szkodowości kredytów mieszkaniowych w 2021 r. – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W styczniu 2021 r. banki wydały 50,3 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 309 mln zł.

– W styczniu 2021 r. widać kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego w całym ubiegłym roku, w ujęciu liczbowym wynosi ona (-35,0%), a w wartościowym (-39,4%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w styczniu wyniosła 3,13%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego. Ponadto coraz popularniejsze stają się mobilne formy płatności – mówi prof. Rogowski z BIK.

Małe i średnie firmy najbardziej zyskują dzięki patentom. W Polsce 10 proc. z nich chroni swoją własność intelektualną

Dzięki skutecznej ochronie prawnej własności intelektualnej innowacyjne firmy mogą zapewnić sobie finansowanie, rozwijać się i przyciągać najlepsze talenty. To wniosek z raportu Urzędu Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej i Europejskiego Urzędu Patentowego. Z analizy wynika, że prawa własności intelektualnej, czyli m.in. patenty, zarejestrowane wzory czy znaki towarowe, posiada ok. 60 proc. dużych firm i tylko 9 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w UE. Osiągają one średnio o 20 proc. wyższe przychody na pracownika i wypłacają o 19 proc. wyższe wynagrodzenia niż firmy niebędące właścicielami takich praw. W Polsce sektor MŚP wypada lepiej niż średnia unijna.

Głównym wnioskiem z naszego studium jest zależność, która pokazuje, że firmy posiadające prawa własności intelektualnej mają obroty na pracownika o 20 proc. wyższe niż przedsiębiorstwa, które takich praw nie posiadają. Jeżeli przeanalizujemy indywidualne prawa własności intelektualnej, to okazuje się, że firmy, które posiadają patenty, osiągają jeszcze lepsze wyniki – mają o 36 proc. wyższe obroty na pracownika niż firmy, które nie posiadają praw własności intelektualnej – mówi agencji Newseria Biznes Nathan Wajsman, główny ekonomista Urzędu UE ds. Własności Intelektualnej (EUIPO).

W przypadku własności zarejestrowanych wzorów średnie przychody firm są o 32 proc. wyższe, a w przypadku znaków towarowych – o 21 proc. wyższe niż w innych firmach. Podobna zależność występuje w wynagrodzeniach oferowanych pracownikom. Firmy posiadające jakiekolwiek prawa własności intelektualnej płacą o 19 proc. wyższe pensje niż przedsiębiorstwa, które ich nie posiadają. W przypadku podmiotów z patentami różnica jest jeszcze wyższa i wynosi 53 proc. W firmach posiadających zarejestrowane wzory i znaki towarowe wynosi ona odpowiednio 30 proc. i 17 proc.

– W Unii Europejskiej w sumie ok. 60 proc. dużych firm posiada prawa własności intelektualnej, natomiast wśród małych i średnich przedsiębiorstw ten odsetek wynosi tylko 9 proc. – zauważa główny ekonomista EUIPO. – Analizy pokazały również, że to właśnie małe i średnie firmy wykazują najsilniejszy związek między posiadaniem praw własności intelektualnej i obrotami w przeliczeniu na pracownika. Firmy z sektora MŚP, które posiadają te prawa, mają obroty na pracownika o 68 proc. wyższe niż firmy, które nie posiadają tych praw.

W przypadku dużych podmiotów premia ta wynosi 18 proc.

Jak na tle Europy wypadają polskie firmy? Wśród dużych podmiotów odsetek posiadających prawa własności intelektualnej wynosi 54 proc., plasują się więc poniżej średniej unijnej. Z kolei polski sektor MŚP jest powyżej tej średniej (10,1 proc.).

– To jest dobry znak, bo pokazuje, że małe polskie firmy są jednak innowacyjne – mówi Nathan Wajsman.

Eksperci EUIPO i EPO podkreślają, że wyniki badania wskazują na niewykorzystany potencjał sektora MŚP w Europie. Wynika on głównie z braku wiedzy na temat rejestracji praw własności intelektualnej, wykorzystania innowacyjności i ochrony własności intelektualnej. Dlatego tak istotne jest ułatwienie mniejszym firmom ochrony ich innowacji za pomocą praw własności intelektualnej, co jest jednym ze strategicznych celów tych instytucji do 2025 roku. Tym bardziej że innowacje – zgodnie z oczekiwaniami UE – mają się przyczynić do szybszego wyjścia europejskiej gospodarki z kryzysu postcovidowego.

Sektor, który najwięcej korzysta z praw własności intelektualnej, to telekomunikacja i informacja – posiada je 18 proc. firm w tym sektorze. Podobnie jest w przypadku firm z sektorów usług profesjonalnych oraz w przemyśle – po 14 proc. – wymienia główny ekonomista EUIPO.

Raport roczny Urzędu Patentowego RP za 2019 rok również pokazuje pozytywne tendencje. W analizowanym okresie wpłynęło łącznie 37 166 zgłoszeń, czyli o 4,7 proc. więcej niż w roku poprzednim. Zanotowano 4910 zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych, w tym 4849 zgłoszeń w trybie krajowym oraz 61 zgłoszeń w ramach procedury międzynarodowej. Najwięcej zgłoszeń dotyczących wynalazków i wzorów użytkowych przypada na małe i średnie przedsiębiorstwa zatrudniające mniej niż 250 osób (54,24 proc. poniżej dziewięciu pracowników). Niespełna 12 proc. zgłoszeń tzw. sektora gospodarki pochodziło od największych firm.

Fitch: Polskie miasta dobrze sobie radzą w sytuacji pandemii. Ich dochody zaczną rosnąć nie wcześniej niż w przyszłym roku

Agencja Fitch Ratings potwierdziła ratingi, czyli ocenę zdolności do obsługi długu, 18 polskich miast. Udało się je utrzymać mimo niemal roku funkcjonowania w warunkach pandemii. Choć analitycy dostrzegają też słabe strony gminnych budżetów, podkreślają elastyczność zarządzania finansami przez samorządowców, która pomaga im radzić sobie z kryzysem. Rok 2021 może jeszcze być dla nich czasem zaciskania pasa, ale od przyszłego roku kondycja miejskich budżetów powinna się poprawiać.

Fitch Ratings ocenia rating Polski na „A-”. To najniższa ocena ratingowa w grupie „wyższej średniej” i siódma w kolejności spośród 10 ratingów inwestycyjnych. Ma to znaczenie o tyle, że samorząd nie może otrzymać wyższego ratingu niż rating Polski. Fitch ocenia 18 miast w Polsce – do grupy tej należą Katowice, Płock, Rybnik, Warszawa, Częstochowa, Gdańsk, Poznań, Białystok, Zabrze, Toruń, Bydgoszcz, Olsztyn, Rzeszów, Chorzów, Szczecin, Opole, Gliwice i Ostrów Wielkopolski. Siedem gmin ma rating na poziomie ratingu Polski „A-”: są to Warszawa, Poznań, Gdańsk, Bydgoszcz, Gliwice i Katowice, pięć gmin ma nieco niższe ratingi „BBB+” (Płock, Częstochowa, Rybnik, Ostrów Wielkopolski i Rzeszów), a trzy gminy mają rating „BBB”: są to Białystok, Olsztyn, Toruń. Ratingi Chorzowa i Opola to „BBB-”, natomiast Zabrza „BB+”. Wszystkie ratingi miast mają perspektywę stabilną, poza Płockiem, którego rating ma perspektywę pozytywną.

Naszym zdaniem miasta posiadają jeszcze margines bezpieczeństwa, który pozwolił na utrzymanie stabilnej oceny ratingowej pomimo zakłóceń w gospodarce spowodowanych pandemią – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maurycy Michalski, analityk w Zespole Finansów Publicznych, Fitch Ratings.

Płynność w sektorze gmin nie pogorszyła się znacząco w zeszłym roku, przynajmniej tych gmin ocenianych przez Fitch Ratings. Sytuacja płynnościowa jest stabilna i dobra. Wszystkie miasta oceniane przez Fitch charakteryzują się bardzo ostrożnościowym podejściem do zarządzania płynnością i priorytetyzowaniem wydatków takich jak wydatki na obsługę zobowiązań podatkowych, na wynagrodzenia, ale też jest duży nacisk na to, żeby obsługiwać zobowiązania kredytowe – mówi Dorota Dziedzic, dyrektor Zespołu Finansów Publicznych w Polsce, Fitch Ratings. – Miasta zarządzają w ten sposób swoją gotówką, że mają odpowiednie stany, które zabezpieczają ich płynność na jakiś czas czy jakiś cykl związany z płatnościami zobowiązań. Co do zasady przeważająca liczba miast, które oceniamy, nie posiłkuje się zewnętrznymi płynnościowymi liniami kredytowymi.

Miasta ponoszą wyższe koszty na walkę z koronawirusem, co ogranicza środki, które mogą być przeznaczone na inwestycje. Dodatkowo muszą się zmagać ze skutkami decyzji rządu podjętych jeszcze przed wybuchem pandemii.

Przede wszystkim chodzi tu o pełnoroczny efekt zwolnienia osób do 26. roku życia z podatku dochodowego, a także obniżenie pierwszego progu tego podatku z 18 proc. na 17 proc. Pewne decyzje zostały podjęte również po stronie wydatkowej, w tym należy wymienić podwyżki wynagrodzeń nauczycieli oraz wzrost płacy minimalnej – mówi Maurycy Michalski.

To oznacza znaczący spadek dochodów. Wpływy z PIT odpowiadają bowiem za prawie 29 proc. dochodów ogółem gmin ocenianych przez Fitch. W ocenie agencji w 2021 roku zarówno podatkowe, jak i niepodatkowe dochody będą niższe niż w 2019 roku, podobnie jak było to w 2020 roku, a odbicie może nastąpić najwcześniej w 2022 roku.

Jeżeli wpływ działań zmierzających do ograniczenia pandemii na gospodarkę utrzyma się jeszcze przez większość 2021 roku i nie nastąpi szybka poprawa, nadwyżki operacyjne miast będą dalej się kurczyć w wyniku dalszego spadku dochodów, który nie będzie równoważony wystarczającym ograniczeniem wydatków operacyjnych, to wtedy może się pojawić negatywna presja na ratingi – ocenia analityk z Fitch Ratings.

Większość gmin w Polsce nie jest w stanie zrekompensować ubytków we wpływach z podatków innymi źródłami, np. subwencjami. Z drugiej strony samorządy też nie mogą w nieograniczony sposób podnosić opłat takich jak czynsze czy ceny biletów w transporcie publicznym ze względu na odpowiedzialność społeczną. Zdaniem Fitch Polska jest to największa słabość gmin, wynikająca ze struktury ich dochodów.

Widzimy pewien limit w zdolności zwiększania dochodów w momencie, kiedy są gorsze uwarunkowania makroekonomiczne. Pozytywne w tym wszystkim jest to, że ponad 40 proc. dochodów gmin to są transfery z budżetu państwa, prawie 25 proc. to dochody dystrybuowane z budżetu państwa, a to są głównie podatek PIT i CIT, a PIT jest dosyć stabilny, gdyż nie jest podatny na zmiany koniunktury gospodarczej – wyjaśnia Dorota Dziedzic. – Niemniej jednak, patrząc całościowo na strukturę dochodów, to w gestii ocenianych przez nas gmin jest może 20 proc. dochodów bieżących, na które gmina może mieć wpływ. Stanowią je w 15 proc. podatki lokalne i w około 4 proc. opłaty pobierane przez gminy.

Według Fitch inną nie najmocniejszą stroną polskich samorządów jest zarządzanie długiem. Jak tłumaczy Dorota Dziedzic, około 60 proc. zadłużenia opiera się na zmiennych stawkach procentowych, co oznacza ryzyko wzrostu kosztów obsługi takiego długu, kiedy stopy procentowe zaczną rosnąć. Tym bardziej że nie ma prawnie dopuszczonych instrumentów ograniczania ryzyka zmienności stopy procentowej. Inna sprawa, że na razie na taką podwyżkę się nie zanosi. Ostatnia miała miejsce w maju 2012 roku, a obecnie – po obniżkach w 2020 roku – stopy procentowe są na historycznie najniższym poziomie.

Brakuje nam również regulacji dotyczących uwzględniania zadłużenia spółek miejskich w zadłużeniu gmin ogółem i uwzględnienia ich w limitach ostrożnościowych, jeżeli chodzi o indywidualny wskaźnik zadłużania. Tutaj też widzimy pewną słabość dla finansów gmin – podkreśla ekspertka Fitch Ratings.

Gminy w Polsce nie mogą ogłosić bankructwa. W przypadku bardzo trudnej sytuacji finansowej mogą wystąpić o pożyczkę z budżetu państwa, ale wiąże się to z wprowadzeniem programów ostrożnościowych lub naprawczych, a to trwa i nie zabezpiecza natychmiast płynności gminy.

Mocną stroną badanych gmin jest zarządzanie wydatkami. Większość z nich korzysta z posiadanej elastyczności po stronie wydatków zarówno operacyjnych, jak i majątkowych. Jest to widoczne m.in. w możliwości przesuwania niektórych inwestycji w czasie, gdy sytuacja finansowa będzie lepsza. Dotyczy to również projektów współfinansowanych ze środków unijnych, które stanowią priorytet w ocenianych przez Fitch gminach.

Szacujemy, że w razie potrzeby gminy mogą zredukować maksymalnie 15 proc. wydatków bieżących – mówi Dorota Dziedzic.

– Oceniane przez nas miasta na przestrzeni minionego roku bardziej wnikliwie przyglądały się każdej złotówce, którą wydawały na cele nieobligatoryjne. Nie zawsze mogą w pełni skorzystać z tej elastyczności, gdyż przyzwyczajenie mieszkańców do wyższego poziomu świadczonych usług powoduje, że wszelkie ograniczenia w tym zakresie mogą spotkać się z niezadowoleniem – dodaje Maurycy Michalski.

Analitycy spodziewają się, że w kolejnych latach, do 2024 roku, dochody operacyjne gmin będą rosły, choć nie w tak szybkim tempie jak w latach 2015–2019. Podobnie sprawa ma się z wydatkami operacyjnymi. Fitch spodziewa się poprawy kluczowych wskaźników finansowych miast – wpływy podatkowe ponownie zaczną rosnąć, podczas gdy większość poniesionych wydatków w związku z trwającą pandemią ma charakter jednorazowy.

Program Czyste Powietrze wymaga przyspieszenia. Do wymiany zostało jeszcze ok. 2,9 mln kopciuchów

Niewystarczająca kampania informacyjna na temat możliwości dofinansowania i brak wsparcia dla najuboższych gospodarstw domowych – to niektóre z mankamentów programu Czyste Powietrze, które według Polskiego Alarmu Smogowego wymagają zmian. W programie, który zakłada wymianę 3 mln kopciuchów w ciągu 10 lat, do tej pory złożono ok. 200 tys. wniosków i zrealizowano ok. 70 tys. inwestycji. Proces włączania do niego banków, który rozpoczął się kilka dni temu, powinien znacznie przyspieszyć realizację inwestycji.

Według rankingu Air Quality Index największe polskie miasta znajdują się w niechlubnej czołówce najbardziej zanieczyszczonych miast na świecie. W styczniu, po fali dużych mrozów, Wrocław znalazł się nawet na pozycji wicelidera – tylko stolica Bangladeszu, Dhaka, miała gorsze wskaźniki powietrza. Jedną z przyczyn tak wysokiego poziomu smogu są tzw. kopciuchy. Program Czyste Powietrze miał to zmienić, jednak jak pokazują liczby, do tej pory efekty nie są spektakularne.

– Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że w ciągu 10 lat zostanie ocieplonych 3 mln domów i wymienione 3 mln źródeł ciepła za kwotę 100 mld zł. Czyli średnio licząc, to 300 tys. domów i wydanych 10 mld zł rocznie. Po 1/4 działania programu złożono zaledwie 200 tys. wniosków i wykonano 70 tys. inwestycji. W tym momencie programu, gdybyśmy szli zgodnie z planem, powinniśmy być blisko liczby 700 tys. inwestycji. Te liczby pokazują, w jakim stopniu ten program tak naprawdę działa – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Siergiej, rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

W maju 2020 roku rząd ogłosił restart programu. Uproszczono m.in. składanie wniosków i skrócono czas oczekiwania na decyzję. Zmiany okazały się jednak niewystarczające. Dlatego Polski Alarm Smogowy apeluje o dalsze reformy programu.

– Zależy nam na tym, żeby aplikowanie do programu Czyste Powietrze było jeszcze prostsze, bo wciąż są z tym problemy. Chcemy, by pieniądze były rozprowadzane przez sektor bankowy. W każdej gminie jest bank, który mógłby się zajmować dystrybucją pieniędzy – wyjaśnia Piotr Siergiej.

Ten postulat został już spełniony. Do programu zostały włączone banki, które mają się zająć procesem przyznawania dotacji. Nabór instytucji rozpoczął się na początku miesiąca i potrwa do 23 lutego. Zgłaszać się mogą zarówno banki komercyjne, jak i członkowie zrzeszenia banków spółdzielczych. Od połowy roku mają być w nich dostępne pierwsze kredyty na sfinansowanie energooszczędnych inwestycji. Dzięki temu w jednym, bankowym „okienku” chętne osoby będą mogły złożyć dokumenty o dotację oraz uzyskać kredyt na realizację projektu (przyznana dotacja pozwoli spłacić część zaciągniętego kredytu).

–  Mamy program na 100 mld zł, czyli gigantyczną kwotę pieniędzy do wydania, tymczasem nie jest prowadzona stała kampania informacyjna. Czyli jak obywatel ma się zgłosić po dofinansowanie, skoro on nawet nie ma pojęcia, że to istnieje? Więc to jest kolejny nasz postulat: kampania informacyjna – wskazuje rzecznik PAS.

Świadomość jest niewystarczająca nie tylko wśród mieszkańców, lecz także samorządów. Jak wynika z grudniowej ankiety PAS, tylko połowa miast wojewódzkich posiada informacje o liczbie kotłów przeznaczonych do wymiany. Spośród znajdujących się na liście WHO najbardziej zanieczyszczonych miast tylko 20 policzyło kopciuchy. W gminach, w których trwa proces ich wymiany, mieszkańcy często korzystają z samorządowych programów dotacyjnych, a nie rządowego Czystego Powietrza.

Kolejne gminy podpisują porozumienie z wojewódzkimi funduszami ochrony środowiska i gospodarki wodnej w ramach programu. W sumie już tysiąc gmin zadeklarowało w ten sposób wprowadzanie ułatwień dla mieszkańców w dostępie do finansowania.

– Samorządy, wójtowie, sołtysi są bardzo blisko obywatela, oni znają ich problemy, są w stanie pomóc. Gdyby rząd zdecydował się na to, że dofinansuje samorządy, bo to by było nowe zadanie dla samorządów, mogłyby one utworzyć stanowisko ekodoradcy, który będzie obywatelowi pomagać w wypełnianiu wniosków. To jest jeden etat, ale dla biednej gminy to są duże pieniądze, więc rząd powinien wspierać takie gminy finansowo – mówi rzecznik PAS.

Jak zapowiada minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka, rząd przygotował pakiet zachęt dla gmin do zaangażowania się w program. Wśród nich są środki na tworzenie punktów konsultacyjnych. Zapowiada również uruchomienie ogólnopolskiej kampanii informacyjno-promocyjnej programu.

Kolejnym postulatem Polskiego Alarmu Smogowego jest większe wsparcie dla najuboższych.

– Z jednej strony są dosyć duże kwoty dofinansowania, sięgające ponad 60 proc. całości inwestycji, tylko że pamiętajmy o tym, że jeżeli ocieplamy dom, wymieniamy okna, drzwi, ocieplamy ściany, wymieniamy kocioł, to są kwoty rzędu co najmniej 40–50 tys. zł. Żeby to dofinansowanie uzyskać, najpierw musimy przeprowadzić inwestycję, czyli wyłożyć tę kwotę, a potem uzyskać zwrot finansów. Niewielu ubogich ludzi ma takie kwoty – przekonuje Piotr Siergiej. – Ci ludzie mogą nawet nie mieć zdolności kredytowej, żeby uzyskać finansowanie. To jest potężna bariera dla ,najuboższej części naszego społeczeństwa.

Obecnie dotacje wypłacane są do 60 proc. poniesionych kosztów (maksymalnie 37 tys. zł) przy miesięcznych dochodach do 1,4 tys. zł na osobę w gospodarstwach wieloosobowych lub do 1960 zł w przypadku gospodarstwa jednoosobowego. Osoby o niskich dochodach mogą ubiegać się o wyższe wsparcie.

Jak podkreśla ekspert, bez przyspieszenia programu Czyste Powietrze wymiana starych kotłów i pieców zajmie kilkadziesiąt lat. W Polsce wciąż działa blisko 3 mln kopciuchów. Aby odczuć poprawę jakości powietrza, co roku powinno znikać ok. 10 proc.

– Znaczącą poprawę już odczuwa Kraków, gdzie w ciągu ostatnich siedmiu lat zlikwidowano łącznie około 40 tys. kopciuchów. W tym czasie średnia jakość powietrza poprawiła się o 40 proc. To już mieszkańcy Krakowa mogą wyraźnie odczuć. Ta pozytywna zmiana to właśnie efekt przepisów antysmogowych – mówi rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

Program Czyste Powietrze będzie realizowany do 2029 roku. Jego łączny budżet to 103 mld zł. W pierwszym naborze 2021–2022 łączny limit, w ramach którego banki będą przekazywać do wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej wnioski o dotacje, wyniesie ok. 1,5 mld zł.

Wojciech M. Amaro: Zamknięcie gastronomii zostawi za sobą wiele trupów. Otwieranie lokali mimo obostrzeń to krzyk rozpaczy, dlatego trudno to oceniać

Gastronomia jest jedną z branż, w którą koronawirus uderzył najmocniej. Co najmniej co trzeci lokal może nie przetrwać kryzysu i na stałe zniknie z kulinarnej mapy Polski – wynika z analizy specjalistów firmy Dotykačka. W trudnej sytuacji są zwłaszcza małe, rodzinne przedsiębiorstwa, które zostały pozbawione środków do życia. – Sytuacja wielu jest naprawdę dramatyczna – mówi restaurator Wojciech Modest Amaro. – Tu nie ma winnych czy niewinnych. Dlatego nie potrafię jednoznacznie ocenić tych, którzy zdecydowali się, mimo obostrzeń, otworzyć lokale.

Pandemia zostawi za sobą bardzo wiele trupów. Tak jest nie tylko u nas. Wiem od przyjaciół z Berlina, że tam osiem na dziesięć restauracji prawdopodobnie będzie miało problemy z przetrwaniem, więc skala problemów jest gigantyczna, to samo jest we Francji i w Stanach Zjednoczonych, gdzie szefowie kuchni starali się o 120 mld dol. dotacji. To pokazuje skalę problemu – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Modest Amaro.

Z analizy firmy Dotykačka, dostawcy systemu kasowego online, wynika, że w związku z lockdownem obroty w części lokali gastronomicznych spadły nawet o 90 proc. W efekcie co najmniej co trzecia firma może już się nie otworzyć. Podczas wiosennej, pierwszej fali pandemii największe spadki obrotów zanotowały puby (-44 proc. w marcu i -87 proc. w kwietniu) i bary (odpowiednio -44 i -79 proc.), kawiarnie i cukiernie (spadek o 22 i 59 proc.) oraz restauracje (-23 i -56 proc.). W przypadku klubów i dyskotek obroty spadły do zera. O ile letnie uwolnienie gospodarki przyniosło odbicie i nadzieje na powrót do normalności, o tyle ponowne zamknięcie w październiku i kolejne przedłużanie restrykcji dla części lokali oznacza wyrok śmierci, zwłaszcza dla mniejszych, rodzinnych przedsiębiorstw.

– Będąc świadkami pandemii, musimy zrozumieć konieczność wprowadzenia pewnych restrykcji i ograniczeń, ale z drugiej strony jak to zderzyć z rodzinną małą firmą, która nie ma środków do życia? Nie ma tu wygranych i przegranych, winnych i niewinnych. To na pewno tragedia dla gastronomii i właściwe rozwiązanie tego będzie leżało tylko w naszych rękach – ocenia restaurator.

Gastronomia przynajmniej do końca lutego będzie działać tylko w opcji na wynos. Z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynika, że na koniec 2020 roku zadłużenie hoteli, restauracji i firm cateringowych wynosiło 280,8 mln zł. W czasie pandemii o 33 proc. Pogorszyła się przede wszystkim sytuacja jednoosobowych działalności gospodarczych i przedsiębiorstw z sektora HoReCa, które często już przed wybuchem pandemii miały problemy finansowe.

– Gastronomia musiała znaleźć dla siebie jakieś rozwiązanie i to też jest na wielu płaszczyznach zrozumiałe. Na początku było to karmienie personelu medycznego. Tak też reagowano w Rzymie czy Nowym Jorku. Potem trzeba było wymyślić coś, żeby się utrzymać – wskazuje Wojciech Modest Amaro. – Znam szefów kuchni, którzy zajęli się pudełkowymi dietami, i to nie tylko w Polsce. Założyli tymczasowo tego typu biznesy, szukają po prostu różnych możliwości zarobkowych. Ci, którzy przetrwają, będą potem oblegani, bo społeczeństwo wróci do dawnych nawyków jedzenia na mieście, byle tylko samemu nie gotować. Ale daleka droga do tego i na pewno zostawimy za sobą całą masę upadłych biznesów.

W związku z trudną sytuacją i utrzymującymi się obostrzeniami dla branży część lokali gastronomicznych postanowiła wznowić działalność w trybie stacjonarnym. W ramach akcji HASHotwieraMY otworzyły się setki lokali. Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej szacowała, że na taki krok po 18 stycznia zdecydowało się ponad 20 tys. placówek.

– Rozumiem apetyt na powrót do pracy, ale z drugiej strony mamy ryzyko, że kogoś zarazimy. To żonglowanie odpowiedzialnością zostaje we własnym sumieniu każdego z nas. Kto chciał dołączyć, kto czuł absolutny nóż na gardle i nie widział żadnych perspektyw dla siebie, to dołączył. Miałbym go teraz ganić i pytać: jak śmiałeś to zrobić? Albo twierdzić, że restrykcje, które są po to, by jakoś zapanować nad tą siłą wyższą, nigdy nie powinny być wprowadzone i wolna amerykanka na rynku? To jest sytuacja, w której nie ma zwycięzców i ja nie zamierzam nikogo osądzać – podkreśla restaurator.

Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli rządu przedsiębiorcy łamiący obostrzenia nie będą mogli liczyć na wsparcie w ramach kolejnych tarcz, będą też musieli zwrócić wcześniej otrzymaną pomoc.

– Ten zryw był krzykiem rozpaczy wielu osób. Tak to odbieram. Nie dopisuję tu żadnych innych ideologii i nie będę tego zero-jedynkowo oceniać – mówi Wojciech Modest Amaro.

Łazik Perseverance poszuka śladów życia pod powierzchnią Marsa. Miejsce jego lądowania mogło być niegdyś deltą rzeki

Łazik marsjański NASA ma wylądować na Czerwonej Planecie już 18 lutego 2021 roku. Perseverance ma za zadanie szukać śladów dawnego życia, skamieniałości drobnoustrojów w skałach, które powstały w ciepłej, mokrej przeszłości Marsa. Na miejsce lądowania wybrano krater Jezero. Zdaniem naukowców obszar ten był kiedyś zalany wodą i był domem dla starożytnej delty rzeki. Już wcześniejsze sondy ujawniły, że krater zawiera gliny, które powstają tylko w obecności wody. Perseverance może potwierdzić, że na Marsie mogło istnieć życie.

Program eksploracji Marsa NASA od lat systematycznie próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czy na Czerwonej Planecie mogło istnieć życie. Łaziki Spirit i Opportunity pokazały, że kiedyś na powierzchni istniała woda w stanie ciekłym. Opierając się na tym odkryciu, łazik Curiosity należący do NASA potwierdził teorię, że warunki na Marsie około 4 mld lat temu mogły sprzyjać rozwojowi życia. Teraz łazik Perseverance będzie szukać bezpośrednich oznak życia. Na miejsce lądowania NASA wybrała krater Jezero.

– Krater Jezero jest bardzo ciekawy, bo bogaty w różne zasoby. Znajduje się na pograniczu wielu geologicznych epok i stref, gdzie można znaleźć różne ciekawe formacje bardzo blisko siebie. Znajduje się tam coś, co naukowcy nazywają starożytną deltą rzeki, a po której Perseverance będzie się powoli wspinał na wyżyny tego krateru, gdzie są najbardziej prawdopodobne do znalezienia strategiczne zasoby, które byłyby np. dobre dla kolonizacji – różne metale, pierwiastki  czy lód wodny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Leszek Orzechowski, architekt Space is More.

W procesie wyboru miejsca lądowania wzięli udział członkowie zespołu misyjnego i naukowcy z całego świata, którzy dokładnie zbadali ponad 60 potencjalnych lokalizacji na Czerwonej Planecie. Po pięcioletnich badaniach potencjalnych miejsc, z których każde ma swoje unikalne cechy, wybór padł na krater Jezero.

Naukowcy uważają, że obszar ten był kiedyś zalany wodą i był domem dla starożytnej delty rzeki. Znajduje się w regionie Isidis Planitia na Marsie, gdzie starożytne uderzenie meteorytu pozostawiło po sobie duży krater o średnicy ok. 1,2 tys. kilometrów. Późniejsze, mniejsze uderzenie meteorytu stworzyło krater Jezero w basenie uderzeniowym Isidis. Naukowcy uważają, że dzięki tym wydarzeniom prawdopodobnie powstały środowiska przyjazne dla życia. Istnieją dowody na to, że starożytna rzeka wpływała do Jezero, tworząc deltę, która dawno już wyschła.

Instrument CRISM Mars Reconnaissance Orbiter ujawnił, że krater zawiera gliny, które powstają tylko w obecności wody. Na Ziemi naukowcy odkryli takie gliny w delcie rzeki Missisipi, gdzie w samej skale znaleziono życie drobnoustrojów.

– Perseverance będzie szukał życia, zwłaszcza że mówimy tutaj o bardzo starej, już wyschniętej delcie rzeki – podkreśla architekt Space is More.

W kraterze Jezero łazik będzie mieć dostęp do skał, które mają nawet 3,6 mld lat. Istnieje wiele pomysłów na temat tego, jak wyglądał wczesny Mars. Dostęp do starożytnych skał w kraterze powinien pomóc odpowiedzieć na niektóre z tych pytań i dostarczyć wiedzy o powstawaniu planet skalistych. Jest to również doskonałe miejsce dla łazika do zbierania różnych próbek marsjańskich skał i gleby.

Narzędziami Perseverance do skanowania życia są spektrometry Ramana, które oświetlają światłem ultrafioletowym fragment skały lub gleby i odczytują odbitą sygnaturę świetlną, aby określić, jakie związki chemiczne są w niej obecne. Łazik będzie szukać śladów mikroskopijnego życia za pomocą PIXL, kamery zamontowanej na ramieniu robota, która widzi rzeczy tak małe jak ziarnko soli. Na Ziemi udało się w ten sposób znaleźć mikroskopijne skamieniałości bakterii w skałach mających ponad 3,5 mld lat.

W dolnej części łazika znajduje się RIMFAX. To radar, który może wykryć kieszenie wodne do 10 metrów pod powierzchnią. Naukowcy podejrzewają, że część starożytnej wody Marsa przedostała się pod ziemię, gdzie nadal może być domem dla żywych organizmów. Na pokładzie Perseverance znajduje się również stacja meteorologiczna MEDA.

– Perseverance będzie też testerem sprzętu. Ma na sobie aparat MOXIE, którego celem jest w bardzo efektywny sposób wytwarzanie tlenu z atmosfery marsjańskiej. I to będzie test sprzętu, który na pewno będzie częścią przyszłych baz marsjańskich. To jest już kroczek pod infrastrukturę do utrzymania zdrowia i życia, także ludzkiego – przekonuje Leszek Orzechowski.

MOXIE to urządzenie wielkości akumulatora samochodowego, które będzie wydobywać dwutlenek węgla z atmosfery Marsa i wytwarzać tlen. Jeśli testy się powiodą, może to być przełom w wytwarzaniu tlenu na obcych planetach.

Opracowane przez naukowców urządzenie ubieralne skutecznie zmierzy poziom hormonu stresu. W przyszłości może pomóc m.in. osobom z depresją

Naukowcy opracowali nadający się do noszenia czujnik, który może mierzyć stężenie kortyzolu w pocie. Kortyzol jest hormonem organizmu uwalnianym w odpowiedzi na stres, dzięki czujnikowi mogą więc powstać urządzenia wearables, które będą monitorować poziom stresu użytkownika przez cały dzień. – Posiadanie niezawodnego czujnika do noszenia na ciele może pomóc lekarzom w obiektywnej ocenie, czy pacjent cierpi na depresję lub wypalenie i czy jego leczenie jest skuteczne – podkreśla Adrian Ionescu z Politechniki Federalnej w Lozannie.

Urządzenia do noszenia na ciele, tzw. wearables, mierzą coraz więcej parametrów. Monitorują stan zdrowia, potrafią też same wysyłać sygnały alarmowe przy zagrożeniu życia. Sprawdzają rytm serca czy wysokość ciśnienia.

Naukowcy Politechniki Federalnej w Lozannie (EPFL) we współpracy ze startupem Xsensio jako pierwsi stworzyli czujnik do noszenia, który monitoruje poziom kortyzolu.

– Nasze urządzenie zostało zaprojektowane do kontrolowania poziomu kortyzolu podczas noszenia na ciele, dzięki czemu naukowcy mogą gromadzić obiektywne dane ilościowe na temat niektórych chorób związanych ze stresem. To główna zaleta i innowacja naszego urządzenia. Naukowcy mogą czerpać dane w sposób nieinwazyjny, ale precyzyjnie i szybko badać stężenie kortyzolu zawarte w pocie człowieka – tłumaczy Adrian Ionescu, szef Laboratorium Urządzeń Nanoelektronicznych (Nanolab) na Politechnice Federalnej w Lozannie.

Do wykonywania szybkich pomiarów poziomu kortyzolu mogą służyć badania krwi. Jednak jego wykrywalne ilości można również znaleźć w ślinie, moczu i pocie. Zespół naukowców z Nanolab postanowił skupić się na pocie jako płynie do wykrywania i opracował inteligentny czip do noszenia ze zminiaturyzowanym czujnikiem opartym na grafenie.

Grafen jest funkcjonalizowany przez aptamery, które są krótkimi fragmentami jednoniciowego DNA lub RNA mogącymi się wiązać z określonymi związkami. Aptamer ma ładunek ujemny, a gdy wchodzi w kontakt z kortyzolem, natychmiast wychwytuje hormon, powodując zwijanie się pasm i przybliżenie ładunku do powierzchni elektrody. Następnie urządzenie wykrywa ładunek i w ten sposób mierzy stężenie kortyzolu w pocie użytkownika.

– Zespół badawczo-rozwojowy EPFL i Xsensio osiągnął ważny kamień milowy w dziedzinie badań i rozwoju w wykrywaniu hormonu kortyzolu. Z niecierpliwością czekamy na przetestowanie tego nowego czujnika w warunkach szpitalnych i zdobycie nowego wglądu w działanie naszego organizmu – wskazuje Esmeralda Megally, dyrektor generalna Xsensio.

Istnieją mocne dowody na to, że przewlekły stres ma negatywny wpływ na zdrowie ludzi. Otyłość, cukrzyca typu 2, choroby serca, lęk, depresja, syndrom zmęczenia i wypalenie są często związane z dysfunkcjami osi stresu. Pod jego wpływem kora nadnerczy nerki uwalnia kortyzol, zwany hormonem stresu, do krwiobiegu. Uważa się, że zaburzenia wydzielania kortyzolu są głównym czynnikiem w związkach między stresem a zdrowiem. Hormon ten odgrywa ważną rolę w regulacji metabolizmu węglowodanów, dzięki czemu organizm jest odporny na ból i bodźce zewnętrzne, takie jak infekcja czy napięcie psychiczne.

– Kortyzol może być wydzielany pod wpływem impulsu – czujesz się dobrze i nagle dzieje się coś, co powoduje stres, a organizm zaczyna wytwarzać więcej hormonu – tłumaczy Adrian Ionescu. – U ludzi, którzy cierpią na choroby związane ze stresem, rytm okołodobowy jest całkowicie zaburzony. Jeśli organizm wytwarza za dużo lub za mało kortyzolu, może to poważnie zaszkodzić zdrowiu, potencjalnie prowadząc do otyłości, chorób układu krążenia, depresji lub wypalenia.

Poziom kortyzolu w surowicy zachowuje rytm dobowy przez cały dzień, przy czym najwyższy poziom występuje rano, ok. 30 min po przebudzeniu, a najniższy w nocy. Długotrwały stres może zaburzyć ten rytm i skutkować nieprawidłowym wzrostem poziomu hormonu. Chociaż krótkotrwała aktywacja osi podwzgórze – przysadka – nadnercza jest niezbędna w życiu codziennym, to stale wysoki czy niski poziom kortyzolu, jak również zaburzony rytm dobowy, mają wpływ na problemy fizyczne i psychiczne.

– Posiadanie niezawodnego czujnika do noszenia na ciele może pomóc lekarzom w obiektywnej ocenie ilościowej, na przykład, czy pacjent cierpi na depresję lub wypalenie i czy jego leczenie jest skuteczne. Co więcej, lekarze mieliby te informacje w czasie rzeczywistym. Oznaczałoby to duży krok naprzód w zrozumieniu tych chorób – przekonuje Adrian Ionescu, szef Nanolabu.

Inżynierowie przetestowali już swoje urządzenie w laboratorium, a następnym krokiem jest przetestowanie go w warunkach szpitalnych.

– Zespół badawczo-rozwojowy EPFL i Xsensio osiągnął ważny kamień milowy w dziedzinie badań i rozwoju w wykrywaniu hormonu kortyzolu. Z niecierpliwością czekamy na przetestowanie tego nowego czujnika w warunkach szpitalnych i zdobycie nowego wglądu w działanie naszego organizmu – wskazuje Esmeralda Megally.

Chip zostanie przetestowany na osobach z zespołem Cushinga (ich organizm wytwarza zbyt dużo kortyzolu), chorobą Addisona (w której organizm nie wytwarza wystarczającej ilości) i związaną ze stresem otyłością. Badania te nie obejmują pacjentów z chorobami psychicznymi, ale zespół uważa, że ​​czujnik może pomóc lekarzom lepiej je zrozumieć.

– Kolejna faza skupi się na rozwoju produktu, aby przekształcić ten ekscytujący wynalazek w kluczową część naszej platformy wykrywania Lab-on-Skin i zapewnić monitorowanie stresu w urządzeniach do noszenia nowej generacji – zapowiada dyrektor generalna Xsensio.

Ile jeszcze rekordów Bitcoina?

Tesla wydała 1,5 mld USD na bitcoiny, a burmistrz Miami chce, aby jego urzędnicy byli wynagradzani kryptowalutami. Na bazie wzrostów Bitcona powstaje bardzo specyficzna grupa miliarderów.

Bitcoina zdecydowanie można nazwać „królem spekulantów”. Przez ostatni rok kurs tej najsławniejszej kryptowaluty wzrósł z poziomu niecałych 10 tys. USD do niemal 50 tys. USD. Zwyżki rzędu 500% rocznie sprawiają, że to niezwykle „łakomy kąsek” dla giełdowych spekulantów, który zaczyna przyciągać też innego rodzaju graczy, takich jak poważne biznesy.

Tesla to nie jest pierwsza duża spółka, która zdecydowała się na zakup bitcoinów., już w grudniu były takie sygnały ze spółek o dużej kapitalizacji. Jest to jednak ruch bardzo spekulacyjny, a Elon Musk już wcześniej był zaangażowany w promowanie kryptowalut.

Tesla w swym raporcie finansowym przyznała, że jest to decyzja bardzo ryzykowna, ale celem miała być dywersyfikacja ryzyka.

– Ten ruch w wykonaniu Elona Muska rynkowi giełdowemu się nie podoba, ponieważ akcjonariusze chcą widzieć w Tesli producenta samochodów, a nie jakiś wehikuł inwestycyjny. W przypadku Tesli istotny jest też aspekt księgowy, ponieważ w USA spółki nie mogą przeksięgowywać bieżącej wartości kryptowalut w momencie, gdy ich wartości rosną – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – W momencie zakupu jest to koszt, natomiast tak długo, jak ta pozycja w kryptowalutach jest otwarta nie można przeszacowywać ich wartości. I jest to paradoks księgowy, który być może zostanie wyprostowany.

Bitcoinami interesują się nie tylko spółki giełdowe. Rada Miejska amerykańskiego Miami analizuje możliwość zezwolenia mieszkańcom na płacenie podatków i otrzymywanie urzędniczych pensji w bitcoinach. W sprawę mocno zaangażował się burmistrz Francis Suarez, który obecnie walczy o reelekcję. Wśród zwolenników kryptowalut są tacy, których to zaniepokoiło.

– Nie traktuję bitcoinów jako waluty przyszłości, dla mnie jest to aktywo czysto spekulacyjne, do osiągania zysków zarówno na wzrostach i na spadkach wartości, w krótkim bądź średnim terminie. – przyznaje Łukasz Wardyn. – Bitcoin jest niewątpliwie królem spekulantów, ale nie może stać się światową walutą, ponieważ nie jest w stanie udźwignąć operacji finansowych przy ich obecnej skali detalicznej.

Nawet bańki spekulacyjne na bitcoinie są inne, o czym inwestorzy przekonali się w 2017 r. – Dlatego kryptowaluty są dla inwestorów bardzo doświadczonych, a profil inwestycyjny takiego gracza jest bardzo specyficzny. Trzeba liczyć się z bardzo wysokim poziomem ryzyka, tym bardziej, że bitcoiny nie mają żadnej wartości fundamentalnej. Dziś widać, że pod „rajd” bitcoina chcą podłączyć się kolejne grupy inwestorów, ale ewentualne spadki cen mogą być tak samo gwałtowne, jak ich ostatnie wzrosty – podsumowuje ekspert CMC Markets.

P.Kwiecień: w 2021 r. nie będzie wzrostu PKB o 4 proc.

Europa jest w dużych tarapatach gospodarczych. Wyniki polskiej gospodarki nie są na tyle lepsze, aby tegoroczny wzrost gospodarczy okazał się taki, jak chce rząd.

Sytuacja europejskiej gospodarki nie jest dobra w porównaniu z amerykańską. W USA w IV kw. odnotowano 1 proc. wzrost w porównaniu z okresem poprzednich trzech miesięcy. Dobre dane napłynęły z Azji, szczególnie z Chin.

– To skutek tego, że w największych gospodarkach Europy poziom restrykcji antycovidowych jest wysoki – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Z tego samego powodu początek 2020 r. nie będzie dobry dla Europy.

Wśród krajów UE polska gospodarka ucierpiała względnie mało, jesteśmy wśród trzech państw, gdzie spadek PKB był najmniejszy. Zależnie od porównywanych okresów byliśmy nawet liderem. W 2020 r. polska gospodarka skurczyła się o 2,8 proc. Podobny był wynik za ostatni kwartał. Według szybkiego szacunku GUS produkt krajowy brutto niewyrównany sezonowo w IV kw. zmniejszył się realnie o 2,8% rok do roku, wobec wzrostu o 3,6% w analogicznym okresie 2019 r.

– Dla takich porównań istotne jest z jakiego poziomu w przeliczeniu na mieszkańca spada PKB, a akurat pod tym względem Polska należy do najbiedniejszych krajów UE – komentuje ekspert XTB. – Dlatego nie powinniśmy patrzeć na Włochy czy Hiszpanię, gdzie lockdowny były ostrzejsze i większe spadki PKB, dla nas powinno być istotniejsze przyglądanie się gospodarkom krajów azjatyckich, abyśmy wiedzieli dlaczego pomimo pandemii w niektórych krajach jest już wzrost gospodarczy.

Nie powinniśmy też wpadać w przesadny optymizm z powodu danych o grudniowej produkcji sprzedanej przedsiębiorstw, która była wyższa o ponad 11 proc. r/r. Takie wzrosty odbywają się kosztem usług, które ucierpiały z powodu lockdownów.

– Cały rok 2021 zakończy się prawdopodobnie mniejszym wzrostem niż widział rząd w projekcie budżetu państwa, nie będzie wzrostu PKB o 4 proc. – dodaje P.Kwiecień.

60% Polaków popiera protest mediów. Blisko 70% nie chce wprowadzenia dla nich nowego podatku

Niemal siedmiu na dziesięciu Polaków nie popiera nałożenia na media dodatkowego podatku. Patrząc na wiek respondentów, widać, że najwięcej oponentów jest w grupie mającej od 18 do 22 lat. Przedstawiona koncepcja nie podoba się głównie osobom, które żyją w miastach liczących 100-199 tys. i ponad 500 tys. mieszkańców. Zdaniem prawie 65% badanych, koncerny medialne dobrze zrobiły, że w proteście wyłączyły swoje programy i strony internetowe.

Badanie opinii Blisko 70% Polaków nie chce nałożenia nowego podatku na mediaJak wynika z ogólnopolskiego badania opinii społecznej UCE RESEARCH i SYNO Poland, 69,6% Polaków nie popiera inicjatywy nałożenia dodatkowego podatku na media. 20% ankietowanych jest przeciwnego zdania, a 10,4% nie ma opinii w tej kwestii.

– Moim zdaniem, kluczowy dla wyników był fakt, że protest dotarł właściwie do całego społeczeństwa. Ludzie zdali sobie sprawę z tego, że media mówią jednym głosem, choć na co dzień się różnią. I w pewnym stopniu zrozumieli, że sytuacja jest niezwykła. Gdyby była neutralna lub o małym znaczeniu, to prawdopodobnie nie doszłoby do takiego porozumienia – komentuje Tadeusz Kowalski, prof. UW z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii.

Społeczeństwu nie podoba się nakładanie dodatkowych podatków na media, co podkreśla Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH. Według eksperta, Polacy co do zasady nie są zbyt dobrze nastawieni do płacenia jakichkolwiek danin. Ponadto jakaś część z nich może się obawiać tego, że jeśli zostanie wdrożona taka inicjatywa, wówczas reklamodawcy zaczną płacić więcej za promocję swoich towarów i usług. A to już najprostsza droga do podwyżek.

– Zapewne duża część społeczeństwa nie analizuje tego, że to jest podatek, który kiedyś przełoży się na ceny towarów i usług. Ktoś mógłby powiedzieć, że to go nie obchodzi i niech bogate media płacą. Raczej ludzie uświadomili sobie, że pewne codzienne zwyczaje mogą ulec zakłóceniu na skutek proponowanego rozwiązania, zwłaszcza że współczesny człowiek jest dość aktywny medialnie – dodaje prof. Kowalski.

Badanie pokazuje, że najwięcej przeciwników jest w grupie 18-22 lata – 81,6%. Tu zwolennicy stanowią zaledwie 5,2%, a niezdecydowani – 13,2%. Uwzględniając miejsce zamieszkania, widać, że najwięcej oponentów tej inicjatywy jest w miastach liczących od 100 tys. do 199 tys. mieszkańców – 73,9%, a także w aglomeracjach mających powyżej 500 tys. ludności – 72,8%. Z kolei najliczniejsze grupy zwolenników nowej daniny mieszkają w miejscowościach, w których żyje od 50 tys. do 99 tys. i od 5 tys. do 19 tys. mieszkańców – odpowiednio 24,6% i 23%.

– Ludzie w większych miejscowościach szerzej patrzą na wszelkiego rodzaju zagrożenia i częściej je dostrzegają, a także mocniej obawiają się ich. Są też bardziej przyzwyczajeni do śledzenia bieżących wydarzeń politycznych niż osoby z mniejszych ośrodków. Dlatego też prezentują dużo bardziej stanowczą postawę w tego typu kwestiach, jak wolność słowa czy podatki – analizuje Krzysztof Zych.

Według 63,3% Polaków, media dobrze zrobiły, że w proteście wyłączyły swoje programy i strony internetowe. Z kolei 25,4% jest przeciwnego zdania, a 11,3% nie zajmuje stanowiska w tej sprawie. Jak podkreśla prof. Kowalski, osób, które nie poparły akcji, było mniej niż Polaków opowiadających się za obecnie rządzącą ekipą. W ostatnich sondażach, nie najlepszych dla niej, uzyskała wynik ok. 30%. Można więc przypuszczać, że część zwolenników obozu władzy opowiedziała się za akcją mediów.

– Wyniki badania także pokazują, że media dobrze wyczuły nastroje społeczne. Stanęły w obronie swoich interesów w sposób szybki oraz zdecydowany. Wyłączonych serwisów, braku programów telewizyjnych czy też audycji radiowych zwyczajnie nie dało się nie zauważyć. Polacy uznali to za zasadne działanie i adekwatne do zaistniałej sytuacji – podkreśla ekspert z UCE RESEARCH.

Podsumowując, prof. Kowalski zwraca uwagę na element zaskoczenia. Gdyby media zapowiedziały protest, to mógłby on się nie udać. Zdaniem eksperta, zorganizowanie akcji w krótkim czasie, z hasłem i ostrym listem protestacyjnym, nie było łatwe. Ale ludzie zostali postawieni wobec nowej sytuacji w sposób nieprzewidywalny. I to wpłynęło na sukces, w sensie odbioru społecznego. Jednak tego, jaki będzie skutek działania, jeszcze nie wiemy.

Badanie zostało zrealizowane w dniach 12-14 lutego br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Wzięło w nim udział 1026 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Kiedy bitcoin za 50 000 dolarów? Dobre dane z regionu

Dzisiejszy poranek przyniósł kolejne informacje, że kraje naszego regionu mniej tracą na pandemii, niż wcześniej sądzono. Jest to dobry sygnał, biorąc pod uwagę dotychczasowe pesymistyczne prognozy.

Europa Środkowo-Wschodnia powyżej oczekiwań

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat zmian PKB w Rumunii i na Słowacji. W obydwu przypadkach były to dane wyraźnie lepsze od oczekiwań. Słowacka gospodarka kurczy się o 2,7%, podczas gdy analitycy zakładali 1,6% spadku więcej. Rumunia z kolei ma spadek o 1,5%, ale też oczekiwania wynosiły aż -5,9%. Ze względu jednak na powiązanie kursu rumuńskiego rona z euro ciężko wskazać realny wpływ tych danych na tamtejszą walutę.

Dane z Europy

Produkcja przemysłowa w strefie euro w ciągu roku spadła o 0,8%. Jest to wynik słabszy od oczekiwań, mówiących o symbolicznym 0,1% wzroście. Rynki przyjęły to w miarę ostrożnie, gdyż większość danych cząstkowych była już znana wcześniej, odczyt dla całej strefy euro nie jest zatem szczególnym zaskoczeniem. Nie przeszkodziło to jednak zamknąć wyniku zmiany PKB po 4 kwartale odczytem -5%. Analitycy spodziewali się, że redukcja będzie nawet większa, stąd dzisiaj kolejne umocnienie euro względem dolara na rynku.

Kiedy bitcoin za 50 000 dolarów?

Dzisiaj nad ranem najpopularniejsza kryptowaluta odbiła się od poziomu 50 000 dolarów za sztukę. Ciężko wskazać na powód obecnego wzrostu oprócz poprawy klimatu wokół inwestowania w kryptowaluty. Coraz więcej pierwszoplanowych instytucji finansowych umożliwia inwestowanie w kryptowalutę. Głównym powodem inwestycji jest potencjalny bardzo wysoki zysk. Bitcoin w przeciwieństwie do akcji nie ma ryzyka, że przy pewnych poziomach zacznie uchodzić za przewartościowany, gdyż nie ma żadnej wartości, do której można by go odnieść. Brak tego zdroworozsądkowego hamulca może jednak powodować, że jak zabraknie nowych inwestorów cena gwałtownie spadnie.

Dzisiaj Nowy Rok Księżycowy w Chinach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

FPP: Ratujmy wspólnie polską gastronomię. Bon 500+na posiłki dla pracowników

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje o szybkie udzielenie dodatkowego wsparcia dla zamkniętych firm gastronomicznych. Pomoc z poprzednich odsłon tarczy antykryzysowej była opóźniona, co pogłębiło problemy zamkniętych branż. Z tej sytuacji należy wyciągnąć odpowiednie wnioski. Konieczne jest bezzwłoczne uruchomienie instrumentów w postaci dofinansowania do wynagrodzeń pracowników, dofinansowania na pokrycie kosztów stałych, zwolnienia ze składek na ubezpieczenie społeczne na kolejne okresy oraz przyznania kolejnych świadczeń postojowych. Ponadto wprowadzenie zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników – finansowanych dobrowolnie przez pracodawcę – uratowałoby polską gastronomię i rolnictwo w trudnym okresie pandemii koronawirusa.

Upłynęły już 3 miesiące od momentu zamknięcia działalności gastronomicznej w zakresie podawania klientom posiłków i napojów w lokalu. Sytuacja przedsiębiorców w tej branży staje się dramatycznie trudna. Firmy pozbawione są możliwości generowania przychodów, podczas gdy w dalszym ciągu zmuszone są pokrywać koszty stałe, związane m.in. z utrzymaniem lokali, zapewnieniem wynagrodzenia pracownikom oraz spłaty odsetek od kredytów inwestycyjnych

Dzięki wprowadzeniu bonów na posiłki dla pracowników zwolnionych z ZUS i PIT rnicy mogliby liczyć na 560 mln zł przychodów rocznie i 7 tys. nowych miejsc pracy, a obroty gastronomii mogłyby wzrosnąć o 4,1 mld zł ratując zatrudnienie nawet 100 tys. osób.

„Federacja Przedsiębiorców Polskich zachęca wszystkich przedsiębiorców do wspierania branży gastronomicznej przez kupowanie posiłków na wynos i w dostawie. W związku z tym, że rząd zdecydował się po raz kolejny przedłużyć okres daleko idącego zamrożenia ich działalności, tylko w ten sposób możemy pomóc firmom prowadzącym działalność w tej branży w niezwykle trudnym dla nich czasie. Ponawiamy nasz apel o sformułowanie i wdrożenie strategii odmrażania gospodarki w miarę poprawy sytuacji epidemiologicznej, która byłaby oceniana w oparciu o obiektywne kryteria. Poprzednie zobowiązania nie zostały wypełnione – mimo spadku liczby zachorowań nie poluzowano jakichkolwiek obostrzeń. W konsekwencji, zostało podważone społeczne zaufanie do realizowanych działań, bez którego nie będzie możliwa skuteczna walka z epidemią. Zwracamy się również do przedsiębiorców z apelem o solidarność z tymi, których działalność pozostaje zamrożona z powodu utrzymanych obostrzeń. Dalszy lockdown sprawia, że kolejne firmy stają przed widmem upadłości oraz utraty miejsc pracy zabezpieczających byt pracowników i ich rodzin. Zachęcamy zatem do kupowania posiłków w punktach gastronomicznych na wynos lub w dostawie. W obecnej sytuacji znaczenie ma każdy gest wsparcia dla przedsiębiorców działających w zamrożonych branżach” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wprowadzenie zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników – dobrowolnie finansowanych przez pracodawcę – to 7,6 mld zł dodatkowego PKB. Ponadto pozwoliłoby to na utworzenie ponad 100 tys. nowych miejsc pracy. Przyznanie pracownikom benefitu żywieniowego przełożyłoby się na wzrost ich siły nabywczej o ok. 9,6%, przy jednoczesnym spadku udziałów kosztów pozapłacowych w całkowitych kosztach pracy o 2,2 pkt proc.

Obecnie pracodawca może zapewnić dobrowolnie pracownikowi benefit w postaci posiłków i artykułów spożywczych, wykorzystując do tego karty lub bony żywieniowe (z pominięciem przypadków, w których jest to jego obowiązek wynikający z przepisów) – jednak zwolnienie tych świadczeń ze składek może być jedynie do kwoty 190 zł miesięcznie.. Limit ten nie był zmieniany od 2004 r. – w przeliczeniu na dzień roboczy zwolnienie wynosi zaledwie ok. 9 zł.

Z kart i bonów żywieniowych w Polsce korzysta 3% uprawnionych ze względu na nieprecyzyjność przepisów prawnych i niską wartość kwoty zwolnionej z ZUS. W krajach Unii Europejskiej, gdzie benefity te korzystają z szerszego zakresu zwolnienia ze składek oraz PIT – np. Belgii, Słowacji, Rumunii – udział pracowników korzystających z kart lub bonów żywieniowych przekracza średnio 30%.

Rekordowy początek roku. Dobre wyniki w biurach

Warszawa, 16 lutego 2021Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, podsumowali pierwsze sześć tygodni 2021 roku.  Nowy rok zaczyna się dobrymi danymi na rynku biurowym. Do 15 lutego 2021 roku w bazie zanotowaliśmy już 817 nowych umów najmu w całym kraju. W sumie to ponad 317 tys. m kw.

Za nami pierwsze sześć tygodni 2021 roku. Na podstawie napływających danych od właścicieli obiektów biurowych możemy jednak już stwierdzić, że nowy rok zaczyna się dobrymi danymi. Do poniedziałku 15 lutego 2021 zanotowaliśmy w Polsce już 817 nowych umów najmu – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Do czasu zamknięcia zbierania danych liderem rankingu jest styczeń, w którym w bazie REDD zarejestrowano 466 transakcji biurowych — jest to wynik wyższy niż w grudniu oraz wyższy niż w kilku miesiącach 2020 roku.REDD1

Pierwsze tygodnie 2021 roku są również rekordowe pod względem wolumenu wynajętej powierzchni. Do 15.02.2021 zarejestrowaliśmy transakcje dotyczące ponad 317 tys. m kw. W styczniu wynajęto ponad 230 tys. m kw., co jest wynikiem rekordowym na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy.REDD2

Wolne biura: Powierzchnia oddana vs w budowie. Luty 2021

W drugim miesiącu 2021 roku obserwowaliśmy kontynuację wzrostu wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. Od początku stycznia do poniedziałku 15 lutego 2021 roku w oddanych obiektach biurowych przybyło 106 tys. m kw. powierzchni.

Spada z kolei wolna powierzchnia w obiektach w budowie. Od Nowego Roku wynajęło się 82 tys. m kw.

Wyniki te mogą sugerować, że najemcy jeśli decydują się na powierzchnię biurową, to wybierają nowoczesne budynki. To w nich najbardziej zmienia się podejście właścicieli budynkówów. Już teraz są oni bardziej skłonni do większego pola negocjacji czynszu i długości trwania umowy – zaznacza Piotr Smagała.

Dodatkowo w ocenie eksperta właściciele dostosowują się do wymagań najemców. Co za tym idzie, już na etapie przystosowania powierzchni dbają o przestrzenie wspólne, salki konferencyjne „na godziny” dostępne dla wszystkich najemców obiektu.  – To przykład trendu, o którym mówimy od kilku miesięcy, czyli  „coworkizacji biur” – podsumowuje Piotr Smagała z REDD.

W sumie w całej Polsce, w budynkach oddanych i w budowie (komercjalizowanych), dostępnych jest ponad 2,5 mln m kw. wolnej powierzchni.REDD3

Victoria Dom pozyskała finansowanie na 7 mln euro na rozwój w Niemczech

Victoria Dom Holding podpisała umowę, dzięki której pozyska kapitał dłużny w wysokości 7 mln euro od Funduszu Ekspansji Zagranicznej. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na wzmocnienie ekspansji deweloperskiej na rynku niemieckim. Obecnie w tym kraju Victoria Dom realizuje dziewięć projektów na terenie Berlina oraz Lipska. W przygotowywaniu jest uruchomienie kolejnych inwestycji. W planie jest również wejście z ofertą do nowych aglomeracji.

Victoria Dom Holding, będąca jedną z największych grup deweloperskich w Polsce pozyskała finansowanie na rozwój działalności prowadzonej na rynku niemieckim od Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN, zarządzanego przez PFR TFI S.A.  Fundusz, który współinwestuje z polskimi firmami kapitałowo lub udzielając finasowania dłużnego w ich zagraniczne projekty inwestycyjne, przeznaczy na ten cel 7 mln euro. Victoria Dom Holding wykorzysta środki m.in. na zakup gruntów oraz finansowanie nowych projektów deweloperskich.

„Jesteśmy dumni, że docenione zostały nasze kompetencje, możliwości oraz skala dotychczasowych osiągnięć deweloperskich. Uzyskane długoterminowe finansowanie od Funduszu Ekspansji Zagranicznej umożliwia nam dalszy dynamiczny wzrost działalności na rynku niemieckim. Jest to dla nas bardzo ważny kierunek rozwoju stanowiący doskonałe uzupełnienie naszej działalności na rynku polskim. Aktywność w Niemczech oceniamy jako bardzo perspektywiczną. Ze względu na preferencje klientów najchętniej kupowane są tam większe mieszkania zrealizowane w systemie pod klucz. Na prowadzonych tam inwestycjach możliwe jest jednocześnie osiąganie wyższych marż niż w naszym kraju” – podkreślił Waldemar Wasiluk, Wiceprezes Zarządu Victoria Dom.

„Cieszymy się, że Fundusz Ekspansji Zagranicznej FIZ AN może wspierać kapitałowo rozwój Victoria Dom na rynku niemieckim. To kolejne przedsięwzięcie FEZ, które pozwala nam wspierać polskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Realizacja projektu z doświadczonym partnerem, daje nam możliwość partycypacji w perspektywicznym rynku budownictwa wielorodzinnego w Niemczech.” – powiedział Maciej Bałabanow, dyrektor Departamentu Zarządzania Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI S.A. 

Victoria Dom na rynku niemieckim zarządza obecnie dziewięcioma projektami, z tego siedem powstaje w Berlinie oraz dwa w Lipsku. „W najbliższej przyszłości będziemy się koncentrowali na rozwoju na tych dwóch rynkach. W przygotowaniu mamy tam kolejne projekty, które wkrótce wprowadzimy do oferty. W przyszłości planujemy również poszerzenie naszej ekspansji także o inne duże aglomeracje” – stwierdził Waldemar Wasiluk.  Dodał, że projekty niemieckie są nieco mniejsze pod względem liczby oferowanych mieszkań niż inwestycje realizowane w Polsce, ale zbliżone pod względem wartościowym.

W ramach całej grupy kapitałowej w ofercie i przygotowaniu inwestycji Victoria Dom Holding posiada bank ziemi umożliwiający wybudowanie około 10.000 mieszkań w Polsce i Niemczech.

Gdy bitcoin przekroczy wartość 50 000 dolarów, cena 70 000 dolarów może „wkrótce stać się nową normą”

Niesamowity wzrost wartości bitcoina, jaki możemy zaobserwować w tym roku, nie wykazuje żadnych oznak osłabienia. Najnowszy przełom pokazuje, że bitcoina należy już uznać za główny składnik aktywów inwestycyjnych.

Fakt, że największe międzynarodowe korporacje, od BNY Mellon po Mastercard, ustawiają się w kolejce, aby udzielić wsparcia bitcoinowi, pokazuje, jaką on ma teraz siłę. Jego siła nabywcza tylko wzrośnie, gdy więcej wielkich firm zdecyduje się w niego zainwestować.

Ostatecznie bitcoin burzy status quo i wykorzystuje słabnącą siłę dolara. Dzieje się tak, ponieważ inwestorzy detaliczni starają zabezpieczyć się przed inflacją, a instytucje szukają sposobów napędzania wzrostu, nie ma więc powodu, dla którego wartość 70 000 dolarów nie może wkrótce stać się nową normą. Chociaż wydaje się, że realistycznie kryptowaluta może mierzyć nawet w wyższą cenę, jeśli weźmiemy pod uwagę jej dotychczasową imponującą wydajność, jaką prezentuje w 2021 roku.

Simon Peters z eToro

Bolesne home office

W ciągu roku home office stał się normą dla milionów Polaków. Pracownicy przenieśli się z biur do domów, ale tylko nieliczni mogą pochwalić się dogodnym, w pełni ergonomicznym miejscem pracy w swoich czterech ścianach. Biorąc pod uwagę, że aż 82% polskich pracowników zdalnych wyraża chęć utrzymania zdalnego trybu pracy także po zakończeniu pandemii, należy zadbać o to, aby home office nie wpływało negatywnie na ich zdrowie.

Jak wynika z międzynarodowego badania „Nowy system pracy”, przeprowadzonego na zlecenie Fellowes – firmy, zajmującej się dostarczaniem rozwiązań ergonomicznych – ponad połowa pracujących zdalnie Polaków (53%) twierdzi, że ich domowe stanowisko pracy powoduje więcej bólu, dolegliwości i napięcia niż przestrzenie do pracy w biurze. Jednocześnie aż 79% respondentów uważa, że lepsze środowisko pracy w domu zwiększyłoby ich motywację i wydajność.

Badanie Fellowes pokazuje, że czterem na dziesięciu pracownikom zdalnym w Polsce pracodawca w ogóle nie zapewnił żadnego dodatkowego sprzętu poprawiającego komfort pracy w domu, a wielu kolejnym nie zapewnił takiego wyposażenia w stopniu wystarczającym. W efekcie aż 76% zapytanych pracowników musiało ponieść koszty na własną rękę. Wydatki na sprzęt biurowy podnoszący komfort pracy wyniosły średnio 2,5 tys. zł, a w przypadku 35% badanych – nawet ponad 3 tys. zł.

„Rozważając wady i zalety pracy zdalnej, można by śmiało stwierdzić, że dla pracodawcy jest to zysk w postaci zniwelowania kosztów utrzymania biura (mniejsze zużycie energii elektrycznej, wykonywanie pracy przez pracownika w czasie nieograniczonym), czego niestety nie można powiedzieć o kosztach, które ponosi pracownik podczas wykonywania pracy zdalnej w domu” – zaznacza Elżbieta Bożejewicz, prezes Zarządu Głównego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Służby Bezpieczeństwa i Higieny Pracy.

Czy pracodawca ma wpływ na warunki pracy zdalnej?

Możliwość oddelegowania pracownika do pracy zdalnej w czasie stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, a także w okresie 3 miesięcy po ich odwołaniu, jest uregulowana prawnie. Mówi o tym ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Jeżeli na jej podstawie pracodawca wyda polecenie pracy zdalnej, pracownik nie może się sprzeciwić. Przepisy nie regulują jednak formy, w jakiej polecenie to ma zostać wydane, nie mówią też dokładnie, jaki sprzęt do pracy powinien zostać przekazany pracownikowi.

„W interesie obu stron leży sporządzenie dokumentu, z którego będą wynikały prawa i obowiązki stron w czasie pracy zdalnej – podkreśla Aleksandra Kolbus-Kucharska, aplikant adwokacki w kancelarii Świostek Kupski Adwokaci sp. p. – Często ze strony pracowników pojawia się potrzeba zakupu dodatkowego wyposażenia, aby praca z domu była wygodniejsza i bardziej efektywna. Zgodnie z art. 3 ust. 4 wyżej wymienionej ustawy, to na pracodawcy ciąży obowiązek zapewnienia narzędzi i materiałów potrzebnych do wykonywania pracy zdalnej, jednak w praktyce najczęściej ogranicza się to do zapewnienia sprzętu komputerowego, telefonu służbowego i ewentualnie wsparcia technicznego. Jeżeli jednak pracodawca chciałby wyposażyć pracownika w fotel, biurko albo inny sprzęt biurowy, powinno się to odbyć na zasadach analogicznych, jak w przypadku powierzenia mienia typu służbowy samochód czy komputer. Wtedy odpowiedzialność za te elementy będzie ponoszona na zasadach określonych w art. 124-127 Kodeksu pracy, a pracodawca rozlicza koszty tak, jak zakup sprzętu biurowego” – dodaje Aleksandra Kolbus-Kucharska.

Warto podkreślić, że praca zdalna nie jest obecnie opisana w Kodeksie pracy, choć zgodnie z zapowiedziami decydentów politycznych, ma to nastąpić jeszcze w tym roku. W przepisach wprowadzonych w związku z pandemią nie ma natomiast enumeratywnie wymienionych rodzajów sprzętów, w które pracodawca musi wyposażyć pracownika zdalnego. W efekcie zakup odpowiedniego krzesła czy oświetlenia zależy obecnie wyłącznie od dobrej woli szefów. Ci powinni jednak pamiętać, że inwestycja w sprzęt ergonomiczny podwładnych przyniesie benefity całemu przedsiębiorstwu. Pracownik działający w odpowiednich warunkach jest bowiem mniej narażony na różnego rodzaju dolegliwości bólowe, a tym samym pracuje efektywniej i rzadziej korzysta ze zwolnień lekarskich.

O badaniu
Badanie ilościowe online zostało zlecone przez Fellowes Brands i przeprowadzone w dniach 10-14 listopada 2020 przez Atomik Research na próbie 7000 pracowników z 7 europejskich krajów, w tym 1000 pracowników z Polski, którzy z powodu pandemii pracowali z domu przez co najmniej 4 miesiące. Atomik Research jest niezależną, kreatywną agencją badawczą, która zatrudnia badaczy z certyfikatem MRS i stosuje się do kodu MRS.

Jaka jest odpowiedzialność agencji celnej?

Polscy przedsiębiorcy, którzy dokonują obrotu towarowego z zagranicą są obowiązani zgłosić towar do procedury celnej. Najczęściej są do tego przygotowani – mają wybranego pośrednika (agencję celną), który dokona za nich formalności przed organami celno-skarbowymi. Pytanie tylko, czy zawsze wiedzą jaki rodzaj współpracy podjąć i czy… nie jest im on narzucany?

Każda osoba ma prawo ustanowić osobę do reprezentowania jej interesów przed organami celnymi. Prawo celne pozwala wybrać rodzaj reprezentacji. Mamy tu dwie możliwości: reprezentację pośrednią (w swoim imieniu na cudzą rzecz) oraz bezpośrednią (w cudzym imieniu na cudzą rzecz).

To Ty przedsiębiorco decydujesz o sposobie reprezentowania Ciebie i Twoich interesów przed organami celnymi. Niestety, bardzo często zdarza się,  iż podmioty które mają reprezentować przedsiębiorców przed organami celnymi narzucają im  sposób reprezentacji. Wynika to z błędnie przyjętej interpretacji, iż w przedstawicielstwie bezpośrednim agencja celna (agent celny) nie ponosi odpowiedzialności. Każdy  przedstawiciel ustanowiony jako reprezentant osoby, która podejmuje się wykonania zlecenia za wynagrodzeniem, podlega  odpowiedzialności  z kodeksu cywilnego. Po pierwsze każdy podmiot gospodarczy wykonujący czynności w zakresie swojej merytorycznej wiedzy ponosi odpowiedzialność odszkodowawczą przed zleceniodawcą. Po drugie należy pamiętać o regulacjach przepisów celnych, gdzie każdą osobę, która wiedziała lub powinna była wiedzieć, można pociągnąć do odpowiedzialności dłużnika (cła). Oznacza to, że nie do końca prawidłowo interpretowane są przepisy ustanawiające reprezentację bezpośrednią.

W zakresie reprezentacji agent celny (pracujący w agencji celnej) podejmuje się wszystkich czynności, które prowadzą do dokonania prawidłowego zgłoszenia celnego. Słowo „wszystkich” jest słowem ogólnym, więc należy się przyjrzeć czynnościom jakie wchodzą w ten zakres. Zacznijmy od podstawowej informacji, że do procedury celnej należy zgłosić towar, który fizycznie znalazł się na terenie UE, więc rewizja wstępna czy pobranie próbek i zbadanie prawidłowości towaru do deklarowanej informacji na dokumentach towarzyszących przesyłce, to podstawowe elementy które eliminują błędy w zgłoszeniach celnych. Kolejne niemniej istotne są elementy, które służą ustaleniu wysokości danin publiczno-prawnych. Zaliczamy do nich pochodzenie towaru, wartość celną oraz taryfikację. Agent celny ma narzędzia do prawidłowego ustalenia tych tak ważnych  elementów. Powinien mieć także wiedze, bowiem otrzymując licencję agenta celnego należy znać, np. kiedy i jak stosuje się: pochodzenie towaru i ewentualnie preferencje, ogólne reguły interpretacji nomenklatury scalonej, czy którą z metod ustalania wartości celnej należy zastosować. W końcu właśnie za  tę wiedzę przedsiębiorcy  płacą agencji wynagrodzenie.

Przedsiębiorco, pamiętaj: przed budżetem państwa to Ty zawsze odpowiadasz. Pamiętaj jednak także, że agencja celna wraz z Tobą będzie ponosiła tą odpowiedzialność, jak również że zawsze przed Tobą agencja celna odpowiada z przepisów kodeksu cywilnego.

Autor: dr Izabella Tymińska, ekspert celny. Zajmuje się doradztwem z zakresu przepisów prawa celnego, importem i eksportem towarów i usług, analizą finansowo-ekonomiczną kontraktów międzynarodowych. Specjalizuje się w sprawach z tzw. „górnej półki trudności”, zawiłych i nietypowych. Wieloletni pracownik Urzędu Celnego. Przez wiele lat pracowała dla firm logistycznych i spedycyjnych, gdzie piastowała m.in. funkcję członka zarządu. Jest wykładowcą na Akademii Sztuki Wojennej na Wydziale Zarządzania i Dowodzenia w Instytucie Logistyki w Warszawie. Wykładała w  Szkole Wyższej w Warszawie ALMAMER, Wyższej Szkole Cła i Logistyki czy Uczelni Techniczno – Handlowej. Absolwentka Ekonomii, Logistyki, Stosunków Międzynarodowych, Zarządzania oraz Ekonomiki Obronności.

Jacek Michalak nowym prezesem Grupy Selena

Rada Nadzorcza Selena FM S.A. powołała na stanowisko prezesa Grupy Selena Jacka Michalaka. Dotychczasowy członek zarządu ds. finansowych (CFO) obejmie nową funkcję 1 marca 2021 r. Na stanowisku zastąpi Krzysztofa Domareckiego, założyciela oraz prezesa spółki w latach 1999-2011 oraz 2019-2021.

Jacek Michalak z Grupą Selena jest związany od lipca 2019 roku. Do tej pory pełnił funkcję członka zarządu ds. finansowych, na którą został powołany decyzją Rady Nadzorczej Selena FM S.A. w czerwcu 2019 roku. Był odpowiedzialny za kontynuowanie strategii finansowej grupy i poprawę efektywności.

Zamierzam kontynuować realizację strategii rozwoju Grupy Selena, która w ostatnich latach przynosi dobre rezultaty. Jesteśmy firmą o globalnej skali działania i umiejętnie łączymy eksport na ponad 100 rynków na całym świecie. Szukamy możliwości dalszej ekspansji. Planujemy strategicznie i nasze plany akwizycyjne obejmują kilka najbliższych lat. To długotrwały proces, jednak jeszcze w 2021 roku chcielibyśmy sfinalizować pierwsze transakcje – mówi Jacek Michalak, który obejmie stanowisko prezesa Selena FM S.A. 1 marca 2021 roku.

Na nowym stanowisku Michalak będzie odpowiedzialny za realizację strategii Grupy Selena w 35 spółkach w 18 krajach na świecie. Jako najważniejsze obszary wskazuje kontynuację systematycznej poprawy wyników rocznych oraz budowanie wartości Grupy w perspektywie długoterminowej.

– Nasza wiodąca marka – Tytan Professional – ma silną pozycję, a dzięki sprawdzonemu systemowi dystrybucji i współpracy z partnerami zyskuje coraz więcej odbiorców na nowych rynkach. Stawiamy na strategiczną budowę brandów. Cenimy sobie bliską pracę z naszymi klientami, profesjonalistami, którzy wykorzystują nasze rozwiązania na co dzień w swojej pracy. W Grupie Selena mamy szansę rozwijać produkty od insightu konsumenckiego, poprzez badania i rozwój w naszych centrach R&D, po ich wdrożenie i dystrybucję. Wprowadzanie nowych, innowacyjnych produktów na rynek to jeden z priorytetów naszej strategii biznesowej. Kreujemy ambitne i satysfakcjonujące środowisko pracy, stwarzając możliwości rozwoju. Za sukcesami Seleny stoi globalny, zaangażowany zespół  – dodaje Jacek Michalak.

Nowy prezes Selena FM S.A. jest absolwentem Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego na kierunku Finanse i Bankowość. W czasie kariery zawodowej odbywał szkolenia i kursy w znanych europejskich uczelniach biznesowych m.in. INSEAD, IMD, ESADE. We wcześniejszych latach współpracował z Huhtamaki Lead Poland, PepsiCo, Wedel S.A., PepsiCo Frito Lay, Carlsberg Poland, Carlsberg UK, Petrolot i ZT „Kruszwica”, gdzie nadzorował procesy z obszaru zarządzania i finansów, pełniąc m.in. funkcję dyrektora finansowego oraz członka zarządu. Ma także doświadczenie na stanowisku Dyrektora Naczelnego (w Carlsberg SSC oraz Bunge Polska).

Jacek Michalak na stanowisku prezesa zastąpi Krzysztofa Domareckiego, założyciela i większościowego akcjonariusza Selena FM S.A., który będzie wspierał Grupę Selena w kierunkach strategicznych.

– Grupa Selena znajduje się w stabilnej sytuacji – firmie udało się osiągnąć dobre wyniki mimo trudnego roku 2020. To zasługa całego zarządu, któremu chcę serdecznie podziękować za efektywną współpracę w trakcie ostatnich dwóch lat. Wspólnie realizowaliśmy strategiczne cele, stawiając na innowacyjność, zrównoważony rozwój i współpracę z użytkownikiem. Zarząd pod przewodnictwem Jacka Michalaka będzie kontynuował założone plany – komentuje Krzysztof Domarecki, ustępujący prezes Grupy Selena.

Domarecki w 1992 roku założył Selenę, która jest obecnie globalnym producentem i dystrybutorem chemii budowlanej, z centralą we Wrocławiu. W latach 90. wprowadził na rynek markę Tytan. W tym samym czasie zbudował od podstaw dystrybucję i założył oddziały sprzedażowe w całej Polsce. Kolejno uruchomił 3 pierwsze zakłady produkcyjne: Carina, Orion i Libra – przekształcając firmę z dystrybutora w producenta. Selena stała się jednym z najważniejszych graczy na rynku chemii budowlanej w kraju.

W latach 1999-2008 rozpoczął ekspansję międzynarodową Seleny, rozszerzając sieci dystrybucji i promocję marek Tytan i Artelit poza granice kraju. W 2008 roku odbyło się pierwsze notowanie akcji spółki holdingowej Grupy – Selena FM S.A. – na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. W latach 2011-2019 był członkiem Rady Nadzorczej.

Od 2009 roku Krzysztof Domarecki aktywnie inwestuje również na rynku funduszy Venture Capital. Jego fundusz Fidiasz FIZ zapewnia młodym firmom finansowanie i wsparcie merytoryczne doświadczonego zespołu w zakresie rozwoju kompetencji, marketingu, wprowadzania na rynek innowacyjnych produktów czy usług, a następnie ekspansję międzynarodową.

Obecnie zarząd spółki, na czele którego stanie Jacek Michalak, liczy cztery osoby. Obok prezesa, w jego skład wchodzą: Sławomir Majchrowski, wiceprezes zarządu ds. handlowych, Christian Dölle, wiceprezes zarządu ds. marketingu oraz Marek Tomanek, członek zarządu ds. operacyjnych.

Koszty budowy parku handlowego w Polsce

Galerie, centra i parki handlowe – w Polsce to najpopularniejsze formaty handlowe. Ten ostatni rodzaj inwestycji, czyli parki handlowe, coraz częściej powstaje w mniejszych miastach. Jakie czynniki składają się na koszty budowy parku handlowego? Ile na ten cel musi wydać inwestor?

Popularność parków handlowych będzie rosnąć

Według firmy doradczej Cushman & Wakefield w 2019 r. na polskim rynku pojawiło się 406 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Specjaliści nie mają wątpliwości, że w przyszłości deweloperzy będą koncentrować się na budowie parków handlowych w mniejszych miastach – a precyzując, w tych poniżej 100 000 mieszkańców. Powodem jest przede wszystkim nasycenie największych miast obiektami handlowymi. Z kolei w mniejszych miejscowościach ekonomicznie nieuzasadnione jest budowanie dużych galerii. Tu idealnie sprawdzają się mniejsze parki handlowe.

Dostrzeżenie przez deweloperów potencjału parków handlowych spowoduje, że to właśnie na realizację tego celu będą poszukiwać środków. Oddanie do użytku takiej inwestycji nadal wiąże się bowiem z dużymi kosztami – z reguły są one liczone w milionach złotych.

Od czego zależy koszt wybudowania parku handlowego?

Na koszt wybudowania parku handlowego składa się wiele czynników. Przede wszystkim inwestor musi zapłacić za projekt architektoniczny. Niezależnie od liczby sklepów, jakie docelowo będą działać w parku handlowym, konieczne jest zaprojektowanie m.in.: komunikacji ogólnej, pomieszczeń socjalnych, pomieszczeń porządkowych, miejsc dostawy czy kotłowni. Do tego dochodzi jeszcze:

  • Zakup działki – cena zależy głównie od jej lokalizacji. Z reguły inwestorzy wybierają działki położone na obrzeżach miast, do których jednak jest łatwy dojazd.
  • Budowa obiektu. W budżecie zaplanowanym na realizację inwestycji dużą część środków pochłaniają same prace budowlane.
  • Fit out, czyli realizacja powierzchni handlowych. Aranżacja przestrzeni handlowych bierze pod uwagę potrzeby najemców.

Często do powyższych kosztów realizacji inwestycji trzeba dodać kolejne. Mowa tu m.in. o układzie drogowym, który zależy głównie od warunków zawartych w pozwoleniu na budowę. W zależności od położenia parku handlowego inwestor może być też zmuszony do realizacji zjazdów.

Ile kosztuje budowa parku handlowego? Najczęściej od kilku do kilkunastu milionów złotych. Ostateczna cena zależy m.in. od wielkości parku i standardu jego wykończenia.

Inwestowanie w parki handlowe – to się opłaca

Aby sfinansować budowę parku handlowego, inwestorzy korzystają m.in. z pomocy banków, a coraz częściej z inwestowania społecznościowego. Z punktu widzenia dewelopera drugie rozwiązanie wiąże się z mniejszymi formalnościami. Co więcej, Inwestowanie w parki handlowe – Social.Estate jest coraz popularniejsze. Rosnące zainteresowanie pomnażaniem oszczędności poprzez inwestowanie w nieruchomości komercyjne wiąże się m.in. z poszukiwaniem przez inwestorów prywatnych atrakcyjnych metod inwestowania środków. Aktualnie oprocentowanie lokat bankowych nie pozwala uzyskać satysfakcjonującego zarobku.

Inwestowanie w parki handlowe jest też bezpieczne. W tym przypadku mowa wyłącznie o wyselekcjonowanych inwestycjach. Firma Social.Estate, która proponuje taką formę inwestowania oszczędności, udostępnia inwestorom tylko projekty wyróżniające się atrakcyjnymi lokalizacjami. Najemcami są znane i lubiane sieci handlowe, np. Biedronka, Rossmann czy Pepco – podmioty, które zawsze wynajmują lokale na okres co najmniej 5 lat. To właśnie pozwala na uzyskanie przez inwestora oczekiwanego zwrotu z inwestycji.

BGK: ponad miliard zł w 2021 r. na społeczne budownictwo czynszowe (SBC)

Przewidywane wsparcie finansowe dla programu społecznego budownictwa czynszowego (SBC) w Polsce to ponad miliard zł w 2021 roku. Ponadto nowa ustawa mieszkaniowa wprowadza korzystne zmiany dla inwestorów, samorządów i najemców.

Kluczowe zmiany dotyczące programu SBC w ustawie mieszkaniowej to: wyższe granty dla gmin z Funduszu Dopłat, czyli wzrost wsparcia finansowego z 20 do nawet 35 proc. kosztów inwestycji i możliwość pozyskiwania przez gminy współpracujące z inwestorami środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa. A w przypadku najemców – dojście do własności wynajmowanego lokalu.

„Z punktu widzenia inwestorów, najważniejsza zmiana to możliwość pozyskiwania dodatkowych środków na budowę mieszkań poprzez gminy” – podkreśla Dariusz Stachera, dyrektor Departamentu Kredytowych Programów Mieszkaniowych w Banku Gospodarstwa Krajowego. Możliwość ta dotyczy towarzystw budownictwa społecznego, spółdzielni mieszkaniowych i spółek gminnych współpracujących z samorządami.

Znowelizowana ustawa mieszkaniowa umożliwia również „po raz pierwszy w historii” dojście do własności wynajmowanego lokalu. Dotyczy to zarówno najemców mieszkań czynszowych, jak i osób posiadających spółdzielczo-lokatorskie prawo do lokalu oddanego w programie SBC.

„Z takiej możliwości mogą skorzystać najemcy będący przez co najmniej 5 lat stroną umowy w sprawie partycypacji w kosztach budowy mieszkania, które wynajmują. A jeżeli inwestycja powstała ze wsparciem z Funduszu Dopłat, okres ten wynosi 15 lat. Przeniesienie własności mieszkania wymaga w takim przypadku zgody inwestora (TBS-u, spółdzielni lub spółki gminnej)” – wyjaśnia Dariusz Stachera.

Ekspert dodaje, że uzyskanie prawa własności będzie możliwe również po całkowitej spłacie kredytu przez inwestora.

Nowe przepisy powołują również do życia Rządowy Fundusz Rozwoju Mieszkalnictwa, którego środkami zarządza Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, a wypłaty realizuje BGK.

Z Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa gminy mogą otrzymać wsparcie na utworzenie lub dofinansowanie społecznej inicjatywy mieszkaniowej oraz dofinansowanie istniejącego TBS-u. Dodatkowe granty to 10 proc. wartości przedsięwzięcia w przypadku istniejących TBS-ów i do 3 mln zł – w przypadku tworzenia nowych społecznych inicjatyw mieszkaniowych.

Zdaniem eksperta wprowadzone zmiany w ustawie mieszkaniowej dają samorządom lepsze możliwości finansowania inwestycji mieszkaniowych, w wyniku których powstanie więcej mieszkań na wynajem, natomiast najemcom przynoszą ułatwienia, które mogą poprawić ich sytuację finansową.

„Mamy nadzieję, że koszt wynajmu mieszkań w TBS-ach dzięki temu spadnie, ponieważ gmina będzie mogła pozyskać więcej środków bezzwrotnych. Mniejszy udział kredytu w finansowaniu inwestycji oznacza potencjalnie niższe stawki czynszowe, które i tak już teraz są bardzo atrakcyjne na tle rynku” – zaznacza Dariusz Stachera.

Kredytobiorcami w programie SBC mogą być towarzystwa budownictwa społecznego, zarówno publiczne, jak i prywatne. „Nie ma przeszkód, żeby np. grupa deweloperska założyła prywatne TBS czy prywatną SIM (społeczną inicjatywę mieszkaniową) i tworzyła mieszkania dla osób o umiarkowanych dochodach” – dodaje Dariusz Stachera.

Program SBC zakłada dwie edycje w ciągu roku. Na najbliższą przeznaczona jest pula przekraczająca 1 mld zł, przy czym środki niewykorzystane w danej edycji przechodzą na następne. Środki przeznaczone na kredyty SBC pochodzą częściowo z kredytów udzielonych przez Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) oraz Bank Rozwoju Rady Europy (BRRE), natomiast preferencję w oprocentowaniu zapewnia wsparcie budżetu państwa.
„Kredyty SBC udzielane są przez BGK na okres do 30 lat i są korzystnie oprocentowane. Klient płaci tylko i wyłącznie równowartość 3-miesięcznej stawki WIBOR, czyli dzisiaj jest to około 0,2 proc.” – wyjaśnia ekspert BGK.
BGK, jako bank rozwoju, wspiera liczne programy społeczno-gospodarcze, w tym od 25 lat program rozwoju budownictwa czynszowego w Polsce, który do 2009 r. istniał jako Krajowy Fundusz Mieszkaniowy. W programie SBC sfinansował już budowę około 7 tysięcy mieszkań i sukcesywnie podpisuje kolejne umowy kredytu.

Nie tylko nieruchomości…w co opłaca się inwestować Polakom?

Polacy przetrzymują w bankach coraz więcej gotówki, ale lokaty już od dawna nie są najatrakcyjniejszą formą pomnażania kapitału. Jedną z najpopularniejszych form inwestycji są oczywiście nieruchomości, które nie tylko nie tracą na wartości, ale wręcz można na nich niemało zarobić, niezależnie czy zdecydujemy się na wynajem, czy odsprzedaż z zyskiem w przyszłości. W ostatnim czasie banki zaczęły luzować politykę przyznawania kredytów, co w perspektywie kilku miesięcy powinno pozytywnie wpłynąć na nastroje konsumentów. Jednak nie wszystkich stać na kredyty, nawet jeśli rata spłaty miałaby utrzymywać się na niższym poziomie. Jaką są więc warte rozważenia alternatywy dla osób, który kapitał wynosi kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy złotych?

Rynek najmu w ostatnim czasie spowolnił, przez co ceny również znacząco spadły – szacuje się, że w Warszawie nawet o ok. 20%. Obecnie przestało się opłacać inwestowanie w rynek mieszkaniowy z ukierunkowaniem na studentów przyjeżdżających do dużych miast na uczelnię. Takie mieszkania obecnie stoją puste. Równocześnie do normy wraca sytuacja z kredytami hipotecznymi i obecnie możemy ją porównać do tej z 2019 roku. Banki wracają do wkładów własnych na poziomie 10%. Trudniej będzie jednak uzyskać taki kredyt osobom prowadzącym działalność gospodarczą w branżach takich jak gastronomia, hotelarstwo czy turystyka. Banki oceniają obecnie takich klientów jako najbardziej ryzykownych, którzy mogą mieć problemy z płynnością finansową. Jakiego rodzaju inwestycją mogą zainteresować się takie osoby?

Alternatywą dla osób, które szukają atrakcyjnej inwestycji, ale nie posiadają odłożonego bardzo dużego kapitału, pozwalającego chociażby na zainteresowanie się niezwykle intratnymi nieruchomościami luksusowymi, mogą okazać się alkohole, na przykład whisky inwestycyjne. W tym przypadku transakcja opiera się na zakupie beczek wypełnionych destylatem renomowanych destylarni, najczęściej z rejonów Szkocji oraz Irlandii. To inwestycja zyskowna, ale długoterminowa. Inwestorzy czekają, aż whisky nabierze wieku i stanie się np. Single Maltem.

Kolejną z możliwości są dzieła sztuki, które potrafią dać zadowalający wzrost inwestycji na przełomie zaledwie kilku lat. Dzieła szanowanych artystów są często poszukiwane latami, a kolekcjonerzy potrafią płacić kosmiczne sumy za dzieła Picassa, Van Gogha oraz innych wybitnych artystów, ale i rodzimi twórcy potrafią zaskoczyć wywindowaną wartością swoich dzieł. Dla przykładu, obraz zmarłego w 2015 roku Wojciecha Fangora „M22” został niedawno sprzedany za 7 316 000 zł, wliczając opłatę aukcyjną. Inwestycję w sztukę mają wyjątkowy i unikatowy charakter z prostej przyczyny – drugiego takiego samego dzieła nikt nie wykona. Na wzrost cen wpływa także niedostępność i konkurujący pomiędzy sobą inwestorzy.

Segment inwestycji premium w ostatnich latach zdecydowanie się rozwinął i stał się pożądany, a przykładem mogą być nie tylko nieruchomości, ale i zabytkowe auta, które, poddane odrestaurowaniu, także zyskują na wartości. Podobnie rzecz ma się w przypadku luksusowych jachtów – nasi klienci zarabiają na ich czarterowaniu, co jest bardzo prostą procedurą. Wystarczy nawiązać współpracę z firmą zarządzającą tego typu ruchomościami i obserwować, jak nasza inwestycja pracuje i zarabia przez większość roku.

Po pewnych perturbacjach związanych z sytuacją w USA, złoto obecnie znów zyskuje na wartości.

Jednak tego rodzaju inwestycja wymaga czujności i umiejętności trafnych analiz, ponieważ zbyt dużą ilość fizycznego złota może być w przyszłości trudno odsprzedać za oszacowaną wartość. Alternatywą są srebro czy platyna, a nawet… węgiel. Młodzi inwestorzy częściej niż na złoto stawiają na kryptowaluty, które są doskonałym przykładem szybkiego zarobku, który może być jednak niepewny. Nikt nie ma kontroli nad cyber-walutą, a rządy niektórych krajów próbują z nią walczyć. Co więcej, rynek ten dynamicznie się zmienia i bywa niestabilny, to znaczy potrafi zareagować na zmiany na rynku, które mogą okazać się nieprzewidywalne dla niedoświadczonego inwestora.

Najważniejsze, że rynek zapewnia inwestorom wybór. W zależności od wysokości kapitału, doświadczenia, rozeznania rynkowego czy osobistych preferencji a nawet pasji, osoby chcące  zainwestować swoje pieniądze mają wiele możliwości. A przecież poza wymienionymi przykładami są jeszcze akcje i obligacje, fundusze inwestycyjne czy chociażby… komiksy.

Autorem komentarza jest Tomasz Porowski, doradca inwestycyjny ds. nieruchomości z Pantera Invest

Paweł Ćwieka dołącza do zarządu Billennium

Z dniem 11 lutego 2021, do zarządu Billennium S.A., polskiej spółki dostarczającej rozwiązania i usługi IT dla biznesu, Rada Nadzorcza spółki powołała Pawła Ćwiekę. Objął on stanowisko Chief Delivery Officer.

Paweł Ćwieka jest związany z branżą IT od 2006 roku. Do Billennium dołączył w 2012 roku jako Team Leader zespołu wsparcia klienta.  W 2018 r. stanął na czele działu Delivery, gdzie był odpowiedzialny m.in. za stworzenie Centrów Kompetencyjnych i znacząco przyczynił się do globalnego rozwoju firmy, zatrudniającej obecnie ponad tysiąc wysokiej klasy specjalistów. Jako Chief Delivery Officer, w dalszym ciągu będzie realizował strategię rozwoju Centrów Kompetencyjnych, w tym m.in.  poszerzenie kompetencji w nowych obszarach technologicznych czy obecność Billennium na kolejnych rynkach zagranicznych.

Sukces Billennium to zasługa m.in. takich osób, jak Paweł Ćwieka – kompetentnych, odpowiedzialnych i zaangażowanych. Odkąd dołączył do firmy, dał się poznać jako wspaniały specjalista oraz skuteczny manager z szerokim spojrzeniem na nasz biznes i bardzo mocno przyczynił się do rozwoju firmy, m.in. poprzez stworzenie ponad dwudziestu Centrów Kompetencyjnych czy ekspansję Billennium na rynkach zagranicznych. Mamy bardzo ambitne cele na ten rok i jestem pewien, że z Pawłem w nowej roli osiągniemy kolejne sukcesy. – powiedział Bartosz Łopiński, CEO i jeden z założycieli Billennium.

Paweł Ćwieka jest absolwentem Technologii informatycznych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz studiów podyplomowych na kierunku Zintegrowanych systemów ERP w zarządzaniu nowoczesnym przedsiębiorstwem na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Od 2016 roku posiada także certyfikat ITIL expert.

Ponad 1,4 mln PLN zysku netto Cloud Technologies w IV kwartale

Cloud Technologies, notowana na NewConnect spółka technologiczna monetyzująca dane z internetu, osiągnęła w IV kwartale 2020 r. 15,7 mln PLN przychodów, co oznacza 25 proc. wzrost r/r. Wynik EBITDA wyniósł 3,4 mln PLN i był 9-krotnie wyższy niż rok wcześniej, a zysk netto wyniósł 1,4 mln PLN, odnotowując 2,7 mln PLN wzrost r/r.

– W raportowanym okresie osiągnęliśmy rekordowe wyniki ze sprzedaży danych oraz kampanii reklamowych. Jest to efekt konsekwentnie realizowanej strategii, która wynika przede wszystkim z rozwoju sieci sprzedaży oraz rozbudowy bazy anonimowych profili internautów. Sprzyjało nam również otoczenie rynkowe, w tym sezonowo zwiększona aktywność firm w IV kwartale oraz wpływ  pandemii. Po pierwsze, nastąpiły trwałe zmiany zachowań konsumenckich, w efekcie zwiększyła się cyfrowa obecność zarówno firm jak i użytkowników, a po drugie w minionym kwartale zostały uwolnione budżety marketingowe, wcześniej wstrzymane ze względu na lockdown. Jednocześnie wciąż niektóre z historycznie ważnych dla nas branż, np. turystyka, są nadal dotknięte znacznymi ograniczeniami w funkcjonowaniu – komentuje Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies.

Szczególnie dynamicznie wzrósł wynik segmentu Data Enrichment, w ramach którego Grupa sprzedaje anonimowe dane o zachowaniach użytkowników internetu oraz dostęp do technologii Cloud Technologies. Przychody w tym segmencie wzrosły o 93 proc. do 5,7 mln PLN, a wynik EBITDA był 3-krotnie wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku i wyniósł 4,2 mln PLN.

– Nasza strategia, którą przyjęliśmy w 2018 roku w związku z transformacją biznesu jest skoncentrowana na segmencie Data enrichment. Z tego względu ten obszar jest dla nas szczególnie ważny, ponieważ dzięki konsekwentnym działaniom generuje wysoką dynamikę wzrostu oraz atrakcyjny poziom marż. Chcemy go nadal rozwijać w wymiarze globalnym poprzez selektywne akwizycje i rozwój organiczny. Nie zapominamy również o pozostałych segmentach i dalej pracujemy nad wzrostem ich wartości dla całej Grupy. – dodaje Piotr Prajsnar.

Segment Data Consulting (sprzedaż usług marketingowych opartych o dane, głównie w Polsce) wygenerował w IV kwartale 5,9 mln PLN przychodów i 0,5 mln PLN EBITDA. Natomiast segment Data Acquisition (kampanie marketingowe przy użyciu sieci afiliacyjnych – głównie dla klientów e-commerce oraz pośredniczenia w nabywaniu powierzchni reklamowych od brokerów) osiągnął 3,4 mln PLN przychodów i 50 tys. PLN zysku EBITDA. Segment ten generuje niską marżę, jednak jest jednym z ważniejszych źródeł pozyskiwania danych.

W IV kwartale Cloud Technologies wdrożyło program motywacyjny dla kluczowych menadżerów, którego celem jest jeszcze większe zaangażowania w rozwój Grupy i zapewnienie długoterminowej współpracy na rzecz rozwoju Grupy Kapitałowej. Spółka przeprowadziła emisję 400 tys. nowych akcji dostępnych na preferencyjnych warunkach (7 PLN za akcję). W związku z tym w IV kwartale rozpoznano 1,6 mln PLN jednorazowego, niepieniężnego kosztu operacyjnego. Beneficjenci programu zobowiązali się do ograniczenia dysponowania akcjami do 31 grudnia 2021 r.

W IV kwartale Grupa otrzymała płatność częściową dotacji od Banku Gospodarstwa Krajowego w wysokości 4,2 mln PLN z 5,1 mln PLN. Środki te zostały przeznaczone na spłatę kredytu, z którego finansowane były prace objęte dotacją. Wartość całego projektu to 9,1 mln PLN. Jeszcze w 2020 r. spółka złożyła wniosek o płatność końcową – obecnie czeka na decyzję BGK.

– Bardzo dobre wyniki osiągnięte w IV kwartale mają odzwierciedlenie w przepływach pieniężnych. W minionym kwartale wyniosły one prawie 3 mln PLN i na koniec 2020 r. mieliśmy na kontach prawie 18 mln pln. – tłumaczy Piotr Soleniec, dyrektor finansowy Cloud Technologies.

W ujęciu narastającym w okresie 12 miesięcy 2020 r. Grupa osiągnęła 50,1 mln PLN przychodów (+17 proc. r/r). Osiągając przy tym 5,7 mln PLN zysku EBITDA i 0,5 mln PLN zysku netto, w porównaniu do straty odpowiednio 1,1 mln PLN i 4,7 mln PLN rok wcześniej.

InteliWISE podsumowuje rekordowy rok

Twórca rozwiązań AI dla biznesu, InteliWISE odnotował 24% wzrost przychodów względem poprzedniego roku. Kolejne projekty oraz ważne umowy podpisane w ostatnich miesiącach sprawiają, że 2021 będzie kolejnym etapem dynamicznego rozwoju spółki.

Wyniki InteliWISE odnotowane w 2020 roku są pochodną stale rosnącego zapotrzebowania firm na usługi AI – dzięki temu osiągnęliśmy rekordowe przychody w historii firmy, generując ponad 4 697 tys. zł przychodu. W Q4 ubiegłego roku nieznacznie spadł nam przychód w ujęciu kwartał do kwartału. Jest to spowodowane efektem wysokiej bazy w Q4 2019, kiedy to fakturowaliśmy przychody z przesuniętych zleceń́. Co jednak najważniejsze, udział przychodów z odnawialnych abonamentów, generowanych ze strategicznych usług, w tym Ai Chatbot i Voicebot jest z roku na rok coraz wyższy, co potwierdza stabilność obecnej bazy i stanowi fundament długofalowego potencjału wzrostu spółki – komentuje wyniki Marcin Strzałkowski, prezes InteliWISE.

Dalszy rozwój spółki wspierany jest korzystną koniunkturą sektora oraz podpisanymi w 2020 roku umowami. Najważniejszą z nich, zarząd InteliWISE sygnował na początku grudnia, po wygranym przetargu na rozwój systemu, “Centrum Pomocy Przedsiębiorcy” dla Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii. Umowa opiewa na blisko 3.5 miliona złotych brutto i obejmuje m.in. wykorzystanie Voicebotów II Generacji do wsparcia Infolinii. Dotychczas program obsłużył już ponad 2 000 000 spraw przedsiębiorców a za wdrożenie systemu również odpowiadało InteliWISE.

– W ostatnich kwartałach intensywnie inwestowaliśmy zarówno w rozwój Platformy dla klientów i partnerów, zasoby IT oraz marketing i sprzedaż. Zaowocowało to m.in. umową z Ministerstwem Rozwoju Pracy i Technologii. Rok 2020 pokazał jak duży jest potencjał rozwiązania InteliWISE Voicebot oraz pozostałych usług inteligentnej automatyzacji. Wydarzenia takie jak otwarcie Amazon.pl oraz wzrost znaczenia seniorów jako istotnej grupy klientów usług ecommerce, sprawiają, że dostawców rozwiązań AI dla biznesu czeka intensywny rozwój. Dzięki temu InteliWISE, po latach inwestycji, ma niepowtarzalną okazję do skalowalnego wzrostu – komentuje Marcin Strzałkowski, prezes spółki.

Już w poprzednich latach sektor AI dla biznesu, należał do najszybciej rozwijających się obszarów gospodarki. Wg danych Deloitte rynek ten ma osiągnąć do końca 2025 roku wartość ponad 32 miliardów dolarów, powiększając się trzykrotnie względem obecnych wyników. Ubiegłoroczne wydarzenia przyspieszyły proces rozwoju sektora, ukazując zapotrzebowanie na zautomatyzowaną obsługę zapytań potencjalnych klientów.

– W czasach stale rosnących kosztów pracownika oraz powtarzalnych zapytań użytkowników usługi oferowane przez InteliWISE zyskują na popularności. Rozwijamy się wraz z całym sektorem i cały czas szukamy okazji do innowacji, a co za tym idzie – już w najbliższych miesiącach ogłosimy kolejne pionierskie projekty. – kończy prezes InteliWISE.

Akcjonariusze Infoscanu zgodzili się na sprzedaż zorganizowanej części przedsiębiorstwa

Akcjonariusze Infoscan S.A., firmy telemedycznej z rynku NewConnect, zgodzili się na sprzedaż podmiotowi zewnętrznemu zorganizowanej części przedsiębiorstwa, a także udziałów w spółkach zależnych, czyli Scansoft S.A. oraz Scanlink Medical sp. z o.o. Zgoda uzyskana od Akcjonariuszy podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia zrealizowała jeden z dwóch warunków umowy przedwstępnej sprzedaży ZCP zawartej w dniu 9 lutego br. oraz pozwoli Spółce zrealizować jeden z warunków połączenia ze spółką Movie Games Mobile zawartych w Term Sheet. Jednocześnie NWZ powołało nowych Członków Rady Nadzorczej Spółki, Patryka Jasińskiego oraz Karola Fornalczyka. Kompetencje nowych Członków RN w pełni pokrywają się z planowanym nowym profilem działalności, a więc produkcją gier mobilnych.

Uzyskanie zgody akcjonariuszy na sprzedaż ZCP oraz udziałów w spółkach zależnych to istotny postęp w realizacji procesu połączenia z Movie Games Mobile. Sprzedaż pozwoli nam pozyskać środki, które zostaną przeznaczone na spłatę części zobowiązań Spółki oraz w pełni zakończyć działalność na rynku telemedycznym, otwierając się tym samym na działalność w ramach bardzo perspektywicznego rynku gier mobilnych – informuje Piotr Sobiś, Prezes Zarządu Infoscan.

Zgodnie z Term Sheet Infoscan wraz z Movie Games Mobile będą mogli zrealizować sprzedaż ZCP oraz udziałów w spółkach Scansoft oraz Scanlink Medical. W dalszej kolejności obie spółki będą poddane badaniu stanu prawnego i finansowemu. Po braku jakichkolwiek zastrzeżeń Infoscan dokona spłaty wszystkich zobowiązań m.in ze środków pozyskanych ze sprzedaży ZCP oraz emisji akcji.

– Zgoda NWZ pozwala nam kontynuować proces połączenia z Movie Games Mobile. Ostatnie tygodnie spędziliśmy na przygotowaniach do zrealizowania transakcji sprzedaży ZCP. Rozpoczęte zostały prace biegłego mające potwierdzić tzw. “fair value” aktywów telemedycznych przeznaczonych do zbycia. Po ich zakończeniu będziemy gotowi do określenia ceny emisyjnej akcji serii N – komentuje Piotr Sobiś.

Biorąc pod uwagę zmianę profilu działalności Spółki w wyniku połączenia z Movie Games Mobile, Akcjonariusze powołali do Rady Nadzorczej Patryka Jasińskiego oraz Karola Fornalczyka, związanych z Grupą Movie Games Patryk Jasiński pełni funkcje Prezesa Zarządu w spółce True Games S.A., natomiast Karol Fornalczyk jest Project Managerem odpowiedzialnym za kluczowe produkcje w Movie Games Mobile.

Nowi Członkowie Rady Nadzorczej Infoscanu poprzez swoje zaangażowanie w działalność spółek z rodziny Movie Games  związani są z branżą gamingową. Będą oni z poziomu Rady Nadzorczej wspierać połączenie z Movie Games Mobile oraz zapewnią sprawne wejście na nowy rynek po realizacji procesu połączenia. – dodaje Piotr Sobiś.

Karol Fornalczyk to specjalista ds. marketingu z kilkuletnim doświadczeniem. W latach 2017-2020 sprawował funkcję Marketing Managera m.in. w Anielskim Atelier oraz w spółce Bored Games. Od listopada 2020 roku pracuje w Movie Games Mobile na stanowisku Project Managera. Specjalizuje się w marketingu i monetyzacji gier i z tej dziedziny pisał pracę magisterską. Patryk Jasiński jest natomiast managerem posiadającym 15-letnie doświadczenie jako dziennikarz, producent telewizyjny oraz przedsiębiorca z branży nieruchomości i edukacyjnej. Absolwent politologii na Uniwersytecie Warszawskim wraz z  ukończonymi studiami podyplomowymi z public relations i produkcji telewizyjnej. Posiada doświadczenie w obszarze budowania zespołów redakcyjnych, pracy z wymagającym klientem, tworzeniu strategii marketingowych oraz realizacji dużych produkcji telewizyjnych szczególnie w formacie „live”. Od zeszłego roku zasiada w Radzie Nadzorczej Spółki Bored Games Mobile oraz pełni funkcję Prezesa Zarządu w spółce True Games.

Bloober Team notuje najlepszy rok w historii

Mistrzowie horroru z Krakowa wypracowali najwyższe wyniki w historii, zarówno w ujęciu jednostkowym jak i skonsolidowanym, wynika z opublikowanego wczoraj sprawozdania finansowego za IV kwartał ubiegłego roku. To tym bardziej istotne, ponieważ wyniki Medium będą widoczne dopiero w raporcie za pierwszy kwartał 2021 r.

Przy przychodach na poziomie niespełna 40 mln zł (wzrost o 75% r/r), Bloober Team wypracował w 2020 r. 10,5 mln zł zysku (wzrost o 250%). W samym czwartym kwartale ubiegłego roku sprzedaż spółki osiągnęła poziom 13,7 mln zł, o 85% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku, a zysk netto wyniósł 3,2 mln zł (wzrost o 240%).  – Oczywiście jesteśmy zadowoleni z rekordowych wyników, ale dopiero się rozpędzamy. Sprzedaż The Medium, naszego największego tytułu będzie rozliczana dopiero od stycznia bieżącego roku, więc wyniki tego tytułu będą widoczne dopiero w raporcie za pierwszy kwartał – podkreśla Piotr Babieno, prezes Bloober Team.  

Wyniki osiągnięte przez Bloober Team w IV kwartale 2020 roku są związane min. z debiutem nowej generacji konsol. Najważniejszym wydarzeniem dla spółki w minionym kwartale była premiera gry Observer: System Redux wydanej na urządzenia Xbox Series X, PlayStation 5 oraz PC – pierwszy polski tytuł na konsolach nowej generacji w zaledwie dwa tygodnie zwrócił koszty produkcji i marketingu. Gra na wszystkich platformach cieszyła się średnią zbliżoną do 8/10, jednak z najcieplejszym przyjęciem produkcja Bloober Team spotkała się na komputerach osobistych. Średnia ocen Observer: System Redux na PC wynosi aż 86/100, natomiast oceny pozytywne na platformie Steam wynoszą aż 89% całości. Ponadto, w okresie poprzedzającym Halloween zadebiutowała na urządzeniach VR gra Blair Witch. Gra w zaledwie 12 godzin przyniosła całkowity zwrot poniesionych nakładów produkcyjnych i marketingowych dla wersji VR.

Q4 2020 był wyjątkowy ze względu na premiery Xbox Series X|S oraz PlayStation 5, które zredefiniowały rynek gamingowy. Wszystkie premiery Bloober Team cieszyły się dużym zainteresowaniem ww. okresie – osiągnęliśmy wysokie przychody, pomimo przesunięcia premiery The Medium, a nasze produkcje spotkały się z uznaniem graczy i recenzentów. Jednak pora “żniw” zaczyna się dla nas od pierwszego kwartału bieżącego roku. Dopiero w wynikach tego kwartału będzie widoczna większość wpływów z Medium. Dodatkowo jak zawsze staramy się przecież mieć jeszcze niespodziankę, więc ten 13 rok funkcjonowania powinien być dla nas najszczęśliwszym. W końcu pozycja mistrza horror zobowiązuje – dodaje ze śmiechem Piotr Babieno, prezes Bloober Team.

Analiza: odsetek PKB na zdrowie w Polsce będzie spadać

Pomimo zapewnienia wzrostu wydatków publicznych na ochronę zdrowia z ustawy „6% PKB na zdrowie”, odsetek PKB przeznaczanego na ten cel w danym roku spadnie z poziomu 5,08% w 2021 r. do 4,71% dwa lata później. Według ekspertów Public Policy jedną z głównych przyczyn tego zjawiska jest system składkowy, zasilający budżet Narodowego Funduszu Zdrowia. Zdaniem analityków podwyższenie składki zdrowotnej tylko o 0,25% pozwoliłoby na zwiększenie przychodów NFZ o 2,66 mld zł rocznie.

Nadzwyczajne rozwiązania

Według analizy kryzys gospodarczy spowodowany epidemią COVID-19 znacząco odbił się na sytuacji finansowej Narodowego Funduszu Zdrowia oraz systemie finansowania świadczeń opieki zdrowotnej. Z danych publikowanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych wynika, że wartość składek przekazanych do NFZ była znacząco niższa niż w prognozie przychodów Funduszu, opublikowanej w czerwcu ubiegłego roku.

Zapewnienie ciągłości finansowania świadczeń opieki zdrowotnej oraz zadań związanych z przeciwdziałaniem epidemii COVID-19 wymagało wprowadzenia nadzwyczajnych rozwiązań. Objęły one między innymi: kompensację wartości umorzonych składek w ramach tarcz antykryzysowych, możliwość zmiany planu finansowego NFZ bez zasięgania opinii sejmowych Komisji Zdrowia oraz Finansów Publicznych, zapewnienie dodatkowego źródła finansowania ochrony zdrowia z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19, pozyskującego środki z emisji obligacji Banku Gospodarstwa Krajowego czy możliwość finansowania niektórych zadań bezpośrednio z funduszu zapasowego płatnika publicznego. Rząd w ostatnich miesiącach dokonał bardzo istotnych zmian w systemie finansowania świadczeń opieki zdrowotnej – wskazuje Wojciech Wiśniewski, prezes Zarządu Public Policy Sp. z o.o.

Ustawowe gwarancje

Uchwalona ustawa budżetowa na 2021 rok oraz zatwierdzony plan finansowy Narodowego Funduszu Zdrowia gwarantują realizację założeń ustawy „6 proc. PKB na zdrowie” w bieżącym roku, a na ten cel zostanie przeznaczone przynajmniej 120,5 mld zł. Pomimo dynamicznego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia, sięgającego nawet kilkanaście miliardów złotych rocznie, jedynie niewielka część z tej kwoty trafia do NFZ. Chociaż w prognozie przychodów płatnika zapowiedziano, że w tym roku z budżetu państwa do Funduszu trafi dotacja w wysokości 8,9 mld zł, ostatecznie na finansowanie świadczeń przeznaczono kwotę ponad trzykrotnie niższą.

Pomimo relatywnie dobrej sytuacji na rynku pracy spada liczba osób pracujących na podstawie umowy o pracę. Z powodu interwencji państwa oraz uzależnienia części pomocy od utrzymania miejsc pracy, wskaźnik bezrobocia w Polsce należy do najniższych wśród państw członkowskich Unii Europejskiej. Sytuacja może jednak ulec zmianie w kolejnych miesiącach. Obecnie funkcjonujący system składkowy zapewnia ograniczone wpływy do budżetu NFZ na poziomie 3,89%-3,99% PKB. Dodatkowy wzrost wydatków publicznych ponad ten cel musi zostać pokryty z innych źródeł, w tym z budżetu państwa, który może nie unieść tych obciążeń w kolejnych latach – wyjaśnia Wojciech Wiśniewski.

Niezbędne składki

Zdaniem ekspertów z powodu metodologii zawartej w ustawie „6 proc. PKB na zdrowie”, skutki recesji (-2,8% PKB) w 2020 roku dla finansowania ochrony zdrowia w największym stopniu ujawnią się w 2022 roku, zmuszając instytucje publiczne do wdrażania zasadniczych zmian w organizacji systemu.

W ostatnich latach doszło do zwiększenia wydatków budżetu państwa na ochronę zdrowia, które w związku z przepisami ustawy „6% PKB na zdrowie” de facto obniżają wartość dotacji do Narodowego Funduszu Zdrowia. To środki, które mogłyby zostać wykorzystane na zwiększenie dostępności świadczeń opieki zdrowotnej, podnoszenie płac, wprowadzanie nowych technologii oraz inne potrzeby. Pomimo dynamicznego wzrostu wydatków publicznych na ochronę zdrowia w 2021 roku (o 13,7 mld zł), jedynie 2,5 mld zł trafi do Narodowego Funduszu Zdrowia. To ponad 3,5 razy mniej niż zakładano w prognozie przychodów Funduszu. Każdy złoty wydany z budżetu na Fundusz Medyczny obniża obecnie wartość dotacji do NFZ – mówi Wojciech Wiśniewski.

Bez zmian w systemie składkowym w kolejnych latach ciężar finansowania systemu ochrony zdrowia w coraz większym stopniu będzie spoczywał na budżecie państwa. Z wyliczeń Public Policy wynika, że zwiększenie składki zdrowotnej o 0,25% w 2021 roku pozwoliłoby na zwiększenie przychodów NFZ o 2,66 mld zł rocznie. Wprowadzenie tej modyfikacji obniżyłoby wynagrodzenie miesięczne pracownika z płacą minimalną o 6 zł, a zarabiającego średnią krajową o 12 zł. Istnieje jednak możliwość podniesienia składki, które byłoby dla pracowników nieodczuwalne, poprzez zwiększenie odpisu składki zdrowotnej od podatku.

Creppy Jar bije kolejne rekordy. W 2020 r. GREEN HELL zarobił ponad 25.5 mln zł

Ponad 25,5 mln zł zysku ze sprzedaży wypracował Creepy Jar po czterech kwartałach minionego roku. Przekłada się to na 18,6 mln zł zysku netto. Warszawska spółka zanotowała również rekordowe przychody, które na koniec roku wyniosły 37,6 mln zł. W kasie Creepy Jar znajduje się już ponad 27 mln zł.

Przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 7 mln zł, Creepy Jar wypracował w czwartym kwartale 2020 r. ponad 4,3 mln zł zysku ze sprzedaży. Zysk netto wyniósł 2,8 mln zł. – To był rekordowy rok dla spółki pod każdym względem. Mam nadzieję, że dzięki ciągłemu rozwojowi gry na PC i premierach na Xbox i Playstation, będziemy mogli powiedzieć to samo również po zakończeniu bieżącego roku- komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes Creepy Jar.

W ostatnim kwartale ubiegłego roku GREEN HELL pobił kolejny rekord – ponad półtora miliona sprzedanych egzemplarzy. Na świetne wyniki finansowe Creepy Jar w czwartym kwartale miała m.in. wpływ związana z okresem świątecznym promocja cenowa gry na platformie Steam. Potencjał sprzedażowy GREEN HELL na komputerach osobistych- gdzie gra zadebiutowała w 2019 roku- jest wciąż ogromny. Według stanu na dzień 14 grudnia 2020 r. lista graczy oczekujących na zakup GREEN HELL w sklepie Steam wynosi ponad milion użytkowników.

Q4 2020 był świetnym zamknięciem rekordowego roku. Liczymy, że Green Hell utrzyma status longsellera, m.in. dzięki kolejnym częściom Spirits of Amazonia – komentuje Krzysztof Kwiatek

Pod koniec stycznia miała miejsce premiera pierwszej części darmowego dodatku – Spirits of Amazonia, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem graczy oraz recenzentów. Na 2021 rok planowany jest dalszy rozwój GREEN HELL poprzez wydanie kolejnych dwóch części Spirits of Amazonia oraz ekspansji na kolejne platformy – Xbox i PlayStation. Spółka pracuje również intensywnie nad kolejną produkcją o roboczej nazwie Chimera.

Krakowski deweloper Simteract zadebiutuje na rynku NewConnect już 18 lutego

Akcje Simteract, krakowskiego dewelopera gier na PC i konsole nowej generacji, zadebiutują na małym parkiecie już 18 lutego. Spółka pracuje obecnie nad dwoma projektami – produkcją pod roboczym tytułem “Projekt #1” oraz symulatorem kierowcy firmy transportowej “Carpool Simulator”. 

– Jesteśmy bardzo podekscytowani debiutem. Cały zespół czeka na pierwsze notowanie, które będzie zwieńczeniem ponad rocznej drogi na giełdowy parkiet. Wierzymy, że największe sukcesy dopiero przed nami – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Długo wyczekiwany giełdowy debiut poprzedziła październikowa emisja akcji, która była skierowana do nie więcej niż 149 osób (w ramach subskrypcji prywatnej). Spółka pozyskała wtedy ponad 4,3 mln zł, a redukcja w gronie inwestorów indywidualnych wyniosła 88,5 proc. Simteract pożytkuje pozyskane środki realizując jedną z dwóch nadchodzących produkcji – Carpool Simulator. W planach spółki są także kolejne projekty, które będą bazowały na autorskich technologiach (Traffic AI i City Generator) oraz doświadczeniu zebranym w trakcie tworzenia symulatorów treningowych dla klientów z całego świata.

– Aktualnie pracujemy nad dwoma tytułami. “Projekt #1” – powstaje we współpracy z francuskim wydawcą Nacon z grupy Bigben Interactive, dlatego z uwagi na wiążące nas umowy, szczegóły gry owiane są jeszcze tajemnicą. Liczymy jednak, że już w najbliższej przyszłości będziemy mogli zdradzić pierwsze konkrety dotyczące tytułu. W “Carpool Simulator” natomiast gracze wcielą się w pracownika firmy przewozowej (tzw. ride-hiling company), w której oprócz prowadzenia samochodu będą także kierować własną firmą, zarządzać zleceniami przez aplikację i zarządzać flotą kierowców AI – przybliża projekty Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Prace nad oboma tytułami poprzedziły analizy rynku gier symulacyjnych. Carpool Simulator, który będzie wyznaczał nowe poziomy immersji, dzięki odwzorowaniu realnych europejskich miast (jak Londyn, Paryż czy Berlin), które będą dostępne w dzień premiery produkcji. Debiut gry na konsolach Xbox Series X|S i PlayStation 5 oraz PC planowany jest w 2022 r. – Widzimy, że inwestorzy cenią nasz know how. Doświadczenie w produkcji oprogramowania przekłada się na realizm w naszych grach, dlatego wierzymy że zdobędziemy uznanie nawet najbardziej wymagających graczy – dodaje Jaśkiewicz.

O pionierskości rozwiązań kreowanych przez Simteract świadczy również grant NCBR. Projekt „Technologia generowania realistycznych wizualizacji tras kolejowych na potrzeby profesjonalnych symulatorów szkoleniowych” został w 2020 wsparty dofinansowaniem w wysokości 3.2 mln zł.

23 lutego rusza oferta publiczna akcji Demolish Games S.A.

Demolish Games S.A., producent gier z gatunku symulatorów na PC, 23 lutego rozpocznie ofertę publiczną w związku z emisją nowych akcji. Studio chce pozyskać w dwóch transzach kwotę 1 mln zł. Pierwsza transza akcji w ofercie publicznej skierowana jest do indywidualnie oznaczonych, większych inwestorów. Od 2 marca Spółka będzie przyjmowała zapisy na akcje od wszystkich zainteresowanych. Warunki emisji akcji w ramach obu transz zostaną zaprezentowane w dniu 22 lutego na platformie Crowdconnect.pl i stronie internetowej Demolish Games. Pozyskane środki Studio przeznaczy na produkcję nowych tytułów. Firmą inwestycyjną świadczącą usługę oferowania akcji jest Dom Maklerski INC S.A. Do końca br. Demolish Games planuje wprowadzenie akcji do obrotu na rynku NewConnect.

– Aktualnie finalizujemy prace związane z realizacją oferty publicznej akcji. Pierwszą transzę rozpoczniemy już za kilka dni. Liczymy, że plany rozwoju Demolish Games będą interesujące dla potencjalnych akcjonariuszy naszej Spółki i oferta publiczna zakończy się sukcesem. Pierwsza transza oferty publicznej akcji, w której będą mogli zapisać się więksi inwestorzy, startuje 23 lutego. Naszym celem w tym etapie jest pozyskanie 0,5 mln zł – informuje Paweł Dywelski, prezes zarządu Demolish Games S.A. – Tydzień później – 2 marca – rozpoczniemy przyjmowanie zapisów w drugiej transzy, dedykowanej wszystkim zainteresowanym inwestorom. Łącznie, w ramach emisji akcji, chcemy pozyskać 1 mln złotych  – dodaje.

Warunki składania zapisów, wraz z dokumentem ofertowym, zostaną zaprezentowane na platformie CrowdConnect.pl oraz stronie emitenta w dniu 22 lutego 2021 r. Jednorazowy zapis na akcje spółki w ramach drugiej transzy może wynosić maksymalnie 15 tys. zł. Pozyskane środki spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Demolish Games jest właścicielem tytułów z popularnej serii Demolish & Build, chodzi o Demolish & Build 2017, Demolish & Build 2018 oraz Car Demolition Clicker.  Kluczowym projektem firmy jest Demolish & Build 2022.

– W Demolish & Build 2022 dużą uwagę skupiamy na oprawie graficznej oraz dźwiękowej. Chcemy również udoskonalić rozgrywkę, poprzez dopracowanie elementów związanych ze sterowaniem pojazdami, czy zarządzaniem firmą. Liczymy, że podobnie, jak pozostałe propozycje z serii Demolish & Build ta również spodoba się graczom i zostanie przez nich wysoko oceniona. – mówi Paweł Dywelski. – Do tej pory gra Demolish & Build 2017 sprzedała się w nakładzie ok. 40 tys. egzemplarzy (Steam) i zgromadziła 73 proc. pozytywnych opinii. Drugi tytuł z tej serii –  Demolish & Build 2018 w wersji na PC nabyło ok. 115 tys. użytkowników, w tym ponad 7 tys. od przejęcia gry przez nas – dodaje Paweł Dywelski.

W serii gier Demolish & Build do głównych zadań gracza należą prowadzenie firmy budowlanej, przyjmowanie i wykonywanie zleceń na wyburzenia, zatrudnianie pracowników, obsługa maszyn budowlanych oraz kupowanie posiadłości.

Studio posiada również trzy tytuły w fazie preprodukcji: Explosive Demolition Simulator, w którym gracz będzie wyburzał budowle za pomocą materiałów wybuchowych, WW2 Underground – nawiązujący do czasów II Wojny Światowej, w którym gracz będzie szpiegował i przeprowadzał sabotaż działań okupanta oraz grę platformową – Malone In Nightmares.

Wszystkie tytuły Spółki będą dostosowane do wymagań konsol Nintendo Switch, Xbox Series X/S
i PlayStation 5. Wydawcą gier z portfolio Demolish Games na PC będzie sama spółka, wydaniem na konsole zajmie się Ultimate Games S.A., która jest głównym akcjonariuszem Demolish Games.

Strategia firmy zakłada dywersyfikację działalności polegającą na produkcji gier z różnego gatunku.

Spółka do końca br. chce dołączyć do grona spółek publicznych, których akcje są notowane na rynku NewConnect.

Inflacja kontratakuje i staje się inwestycyjną modą – analiza B. Sawickiego

Aby gospodarka przetrwała czas pandemicznych obostrzeń, rządy państw i banki centralne zdecydowały się na pomoc finansową w skali, która wcześniej wydawała się niewyobrażalna. W efekcie, na rynkach pojawiło się mnóstwo tzw. taniego pieniądza, co przy wychodzeniu z koronawirusowej zapaści przełoży się na wzrost inflacji. Okazuje się teraz, że jest to trend, w którym inwestorzy widzą źródło zysku.

Zapowiedzi wzrostu inflacji nie trzeba szukać daleko. W Polsce jej dynamika przez kilkanaście miesięcy z rzędu była powyżej celu Narodowego Banku Polskiego. W grudniu spadła minimalnie poniżej 2,5 proc. rok do roku, ale na początku 2021 r. wyraźnie przyspiesza. W poniedziałek, 15 lutego GUS poinformował, że w styczniu br. ceny koszyka dóbr konsumenckich były o 2,7 proc. wyższe niż przed rokiem. Choć podbicie wskaźników presji cenowej można częściowo przypisać „podatkowi cukrowemu” i wzrostowi stawek za energię elektryczną, to wpisują się one w tendencje globalne, widoczne gołym okiem także w Europie. Ceny w Niemczech, Norwegii i wielu innych państwach rosną szybciej, niż zakładano. Inflacja w Polsce nie będzie dawać za wygraną, przejściowo przekraczać może nawet 3,5 proc. rok do roku. Jest to jeden z kluczowych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych przez RPP na niezmienionym poziomie.

Rynki finansowe także stawiają na inflację

Powrót inflacji, reflacja, trend reflacyjny – rynki finansowe od tygodni odmieniają te sformułowania przez wszystkie przypadki. Co stoi za tymi pojęciami?

Chodzi o ogólnoświatowy powrót inflacji. Ceny, zwłaszcza w gospodarkach rozwiniętych, mają rosnąć zdecydowanie szybciej, niż się do tego przyzwyczailiśmy w ostatniej dekadzie. Tendencja ta ma towarzyszyć wychodzeniu z covidowego dołka i być spotęgowana wysiłkami rządów i banków centralnych, które wszelkimi dostępnymi środkami walczą ze skutkami pandemii. Rządy były zmuszone głęboko sięgnąć do kieszeni, a banki centralne w wielu przypadkach przekroczyć granice, które wcześniej wydawały się nieprzekraczalne. Gdzie tylko było to możliwe, koszt pieniądza ścięto do zera. Zastosowano narzędzia, których rezultatem jest gwałtowne pęcznienie aktywów w rękach banków centralnych – tłumaczy Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Od globalnego kryzysu finansowego (2007-2009) władze monetarne były w dużej mierze osamotnione na froncie walki o wspieranie koniunktury. Nie mogły liczyć na wsparcie zaciskających fiskalnego pasa rządów. W rezultacie, łagodzenie polityki sprowadzało się do zwiększania płynności w systemie finansowym. Tym razem rządy ruszyły z fiskalną odsieczą, a efektem połączenia wysiłków już jest i nadal będzie gwałtowny wzrost podaży pieniądza.

W obliczu pandemii rządy zmieniły stanowisko o 180 stopni i przestały bać się przyrostu długu. Przykładowo, Unia Europejska przeznaczy na walkę z gospodarczymi skutkami pandemii łącznie 1,8 biliona euro w ramach nowego budżetu i Funduszu Odbudowy. Co więcej, przełamany został wieloletni opór przed uwspólnotowieniem ryzyka kredytowego. Dobitnie obrazuje to, jak mocno zmieniło się nastawienie względem ekspansji fiskalnej.

W rezultacie, dominującym motywem inwestycyjnym na 2021 r. jest oczekiwanie, że odbicie gospodarek z pandemicznego dołka napędzane gigantycznym wsparciem bodźca fiskalnego oraz ekstremalnie łagodną polityką banków centralnych będzie skutkować właśnie nasileniem się presji inflacyjnej. Gra na wyższą inflację nie jest jedynie pieśnią przyszłości. Przyjmuje wręcz postać rozpędzonej kuli śnieżnej. Już teraz globalne ceny żywności mierzone indeksem Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa są nie tylko o niemal jedną czwartą wyższe niż w pandemicznym dołku, ale także najwyższe od 2014 r. Tylko w tym roku ropa na giełdzie w Londynie podrożała o ponad 20 proc., a baryłka kosztuje ponad 63 dolary, mimo że w mocy pozostają restrykcje i ograniczenia tłumiące popyt na paliwa – zauważa analityk Cinkciarz.pl.

W otoczeniu, którego podstawową cechą są jednoznacznie ujemne realne stopy procentowe (rosnąca inflacja przy zerowych stopach banków centralnych), uczestnicy rynku stawiają na wysokie stopy zwrotu na rynkach akcji, surowców oraz napływy kapitału na rynki wschodzące. Nieodzownym punktem jest też spadek cen obligacji skarbowych, zwłaszcza długoterminowych, np. o dziesięcioletniej zapadalności.

A co na to dolar?

Początkowo kluczowym elementem reflacyjnej układanki miał być słaby dolar. Jednak w styczniu popularność zaczęły zyskiwać tezy, że Rezerwa Federalna porzuci ratunkową politykę, której fundamentami są zerowe stopy procentowe oraz skup obligacji i instrumentów związanych z rynkiem nieruchomości w tempie minimum 120 mld dolarów na miesiąc. Doprowadzić miały do tego silny wzrost gospodarczy i rosnące zagrożenia wybuchem inflacji.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje dynamikę PKB w 2021 r. na ponad 5 proc. i to bez uwzględnienia wpływu szykowanego przez administrację Joe Bidena pakietu fiskalnego. Przypomnijmy, że w dużej mierze bazuje on na transferach socjalnych, a wartością odpowiadać może 8-9 proc. największej światowej gospodarki.

Rezerwa Federalna nie pozwoli jednak, by inwestorzy zaczęli obstawiać szybką zmianę kursu. Będzie robić wszystko, by zapobiec korzystnemu dla dolara gwałtownemu wzrostowi rentowności obligacji skarbowych. Zresztą ostatnie dane z rynku pracy w USA brutalnie przypomniały, że zatrudnienie jest wciąż niemal 10 mln etatów niższe niż przed wybuchem pandemii, a inflacja na starcie roku rozczarowuje, co ewidentnie odebrało dolarowi czar. Presja cenowa nie okazuje żadnych oznak wymykania się spod kontroli. Nie ma zatem podstaw, by inwestorzy rzucali swoimi działaniami rękawicę Rezerwie Federalnej, kontestując oficjalną komunikację – analizuje Bartosz Sawicki.

W szerszej perspektywie gospodarcza dominacja USA nad innymi państwami rozwiniętymi, a także strefą euro, nie pozwoli w takiej sytuacji na umocnienie dolara. Siła odbicia koniunktury w największej światowej gospodarce będzie raczej podsycać apetyt na szukanie wysokich stóp zwrotu na ryzykownych rynkach. Powinna zatem oznaczać odwrót od amerykańskiej waluty i kontynuację jej osłabienia, lecz pewnie w tempie wolniejszym niż w 2020 r.

Jeśli nie dolar, to…

Długo faworytem inwestorów była wspólna waluta. W 2020 r. jej wartość względem dolara podniosła się aż o 8 proc. Jeszcze na początku stycznia za euro płacono ponad 1,23 dolara – najwięcej od 2018 r. Jednak rynki finansowe straciły część wiary w fundamenty tej tendencji. Po pierwsze, jest ona nie w smak Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który straszy rynki wizją obniżki stóp procentowych. Po drugie, mianem rozczarowania pierwszego kwartału można śmiało określić wolny przebieg europejskiego programu szczepień na Covid-19.

To, co jest ciężarem dla wspólnej waluty, czyli walka o szybkie i trwałe zniesienie restrykcji i perspektywy polityki pieniężnej, winduje funta. W Wielkiej Brytanii akcja szczepień przebiega sprawniej niż w UE. Niemal co czwarty Brytyjczyk został już zaszczepiony (dla porównania: niespełna co dwudziesty mieszkaniec UE jest już po szczepieniu), a Bank Anglii odżegnuje się od potrzeby sięgnięcia po ujemne stopy procentowe. Sprawia to, że waluta, z której zdjęto balast ryzyka bezumownego brexitu, wiedzie prym na rynkach finansowych. Kurs funta utrzymuje się w okolicy 5,15 zł i na razie nie widać przesłanek, żeby ten stan miał się odmienić. Wśród innych walut faworytem do skorzystania na tendencjach reflacyjnych jest np. korona norweska, a siłę zdobytą w 2020 r. powinny utrzymać korona szwedzka czy dolar australijski – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Złoty na uboczu globalnych tendencji

Opisywane środowisko sprzyja przepływowi kapitału w kierunku rynków wschodzących i było również korzystne dla złotego, ale do czasu. Polska waluta w IV kwartale ub.r. mocno zyskiwała względem euro i dolara, ale tendencje te przerwał bank centralny. Groźba interwencji walutowych ze strony Narodowego Banku Polskiego utrzymuje kurs euro blisko 4,50 zł.

Tolerancja władz monetarnych dla niższych poziomów kursu powinna rosnąć wraz z postępem programu szczepień i pojawianiem się ewidentnych oznak wychodzenia gospodarki z dołka. Złoty staje zatem przed szansą, by nadrabiać stracony w ostatnich tygodniach dystans, ale zapewne przyjdzie na to poczekać do wiosny – szacuje Bartosz Sawicki.

Wypadki drogowe: Wraca dyskusja nt. odbierania prawa jazdy. Blisko 40% Polaków jest na tak


Prawie 40% Polaków jest za obligatoryjnym odbieraniem prawa jazdy za spowodowanie wypadku. Ale tylko o 1,4% mniej rodaków ma przeciwne zdanie. Najwięcej zwolenników kary jest w grupie wiekowej 23-35 lat. Wśród orędowników tego rozwiązania najczęściej pojawiają się głosy o zatrzymywaniu dokumentów na okres do 2 lat. Ale są też ostrzejsze opinie, żeby dożywotnio pozbawiać uprawnień
.

Jak wynika z badania, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP, 39% ankietowanych uważa, że za spowodowanie wypadku drogowego powinno być obligatoryjnie zabierane prawo jazdy. Przeciwnego zdania jest tylko nieznacznie mniej rodaków – 37,6%. Natomiast 23,4% badanych nie ma opinii na ten temat.

– Podział społeczeństwa w tej kwestii może wynikać z braku wiedzy prawnej oraz przekazu medialnego. Bardzo często wypadek nie jest wynikiem działania jednostronnego, a błędów popełnionych przez kilka stron. Jeśli nasilenie winy nie jest duże, to sądy nie orzekają tego środka karnego. A typowy wyrok to rok w zawieszeniu na 3 lata. Mówimy o sytuacji, w której dochodzi do rozstroju zdrowia powyżej 7 dni, a sprawca nie był pod wpływem alkoholu i nie uciekł z miejsca zdarzenia – komentuje Janusz Popiel, prezes Alter Ego – Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych.

Jak stwierdza dr Wojciech Korchut, psycholog z Uniwersytetu SWPS, to jest bardzo optymistyczna statystyka. Byłoby gorzej, gdyby przewagę miały osoby broniące przywileju posiadania prawa jazdy nawet w sytuacji, gdy jest się sprawcą groźnego w skutkach wypadku, czy też jazdy pod wpływem alkoholu lub środków psychoaktywnych. Zdaniem eksperta, oczywiście należałoby opracować procedury prawne, które pozwalałyby przywracać uprawnienia do prowadzenia pojazdów. Do takich zdarzeń dochodzi przecież z różnych przyczyn. Czasami jest to przypadek, a niekiedy agresja wynikająca z dysfunkcji osobowościowych.

– Z jednej strony mamy pirata drogowego, którego bezmyślna jazda, np. na terenie zabudowanym doprowadziła do potrącenia na pasach pieszego. Z drugiej strony jest ktoś, kto spowodował wypadek, bo zwyczajnie się zagapił. Takie osoby należy inaczej traktować. W pierwszym przypadku uprawnienia powinny być od ręki zabierane i wydawane dopiero po dłuższym czasie, koniecznie po zdanym egzaminie. Natomiast w drugim przypadku prawo jazdy mogłoby być odbierane prewencyjnie, jednak na krótszy okres – zaznacza Maciej Kamiński, ekspert rynku motorycznego, prezes zarządu HELPER CPP.

Natomiast Janusz Popiel zwraca uwagę na Polaków, którzy utracili prawo jazdy, a mimo to dalej prowadzą. To problem, bo środek karny jednak nie działa. Zdaniem prezesa Alter Ego, warto więc zastanowić się nad innymi rozwiązaniami, np. dozorem. W niektórych krajach zakłada się opaskę na nogę, więc zachowanie sprawcy jest monitorowane. Jeśli szybko się przemieszcza, to oznacza, że może siedzieć za kierownicą.

– Gdy lekarz popełnia błąd podczas zabiegu operacyjnego czy też operuje po alkoholu, to większość z nas domaga się za taki czyn kary. Podobnie jest z innymi zawodami, jednak kierowców traktuje się z większym pobłażaniem. Prawo jazdy jest praktycznie dostępne dla każdego, kto uzyska odpowiedni wiek i lepiej lub gorzej zda egzamin. Rzadko jednak zdajemy sobie sprawę z faktu, że debiutant na drodze – często bardzo młody – dostaje do ręki broń, przy pomocy której może zakończyć czyjeś życie np. jako zabójca pieszego na pasach. Jest to problem, który się rozmywa, bo posiadanie samochodu nie jest postrzegane przez społeczeństwo w kategoriach odpowiedzialności – podkreśla dr Korchut.

Z badania również wynika, że kobiety częściej niż mężczyźni opowiadają się za obligatoryjnym zabieraniem prawa jazdy sprawcy wypadku. Do tego widać, że głównymi orędownikami takich kar są osoby z miast od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców, a także ze wsi i miejscowości do 5 tys. mieszkańców. Z kolei patrząc na wiek badanych, widać, że najwięcej zwolenników tego rozwiązania jest w grupie osób mających 23-35 lat, a najmniej – 18-22 lata.

– Ludzie mający 23-35 lat z pewnością są na etapie zakładania rodzin. Myślą o konsekwencjach nieodpowiedzialnych czynów i chcą surowego karania za wykroczenia czy przestępstwa drogowe. Natomiast grupa 18-22 lata to osoby, które dopiero wchodzą w dorosłe życie. Często nie zdają sobie sprawy z tego, jaką krzywdę może wyrządzić brawura na drodze i szpan przed znajomymi – dodaje ekspert z HELPER CPP.

Do tego zwolennicy obligatoryjnego odbierania prawa jazdy wskazują, na jaki okres powinna następować utrata uprawnień. Najczęściej pojawiają się odpowiedzi od roku do 2 lat – 21,8%, od 6 do 12 miesięcy – 19,3%, a także do pół roku – 14%. Dalej występują takie opinie, jak od roku do 4 lat – 9,4%, a także dożywotnio – 8,4%, Na dłuższy okres niż 6 lat wskazuje 6,6% ankietowanych, a na 4-6 lat – 6,1%. Z  kolei 14,5% badanych nie ma wyrobionego zdania w tej kwestii.

– Nie powinno być administracyjnych przedziałów, że np. jednemu zabierzemy uprawnienia na 6 miesięcy, a drugiemu – na rok, bo temu poszkodowanemu urwało nogę, a ktoś inny stracił oko. W tych kategoriach nie należy stopniować czy też eskalować kary. Poza tym jeszcze jest recydywa, przez co rozumiem pewną uporczywą skłonność do takich samych zachowań – stwierdza ekspert z SWPS.

Jak zaznacza Janusz Popiel, w Polsce okres zatrzymania prawa jazdy liczy się w latach. Zdaniem eksperta, rodzi się więc pytanie, dlaczego nie w tygodniach czy miesiącach. Tak jest w innych krajach. Kara np. na 14 czy 30 dni nie dezorganizowałaby całkowicie życia ludziom. Bardzo często takie uprawnienia są warunkiem wykonywania pracy. A penalizacja jest ostatnim elementem, jeżeli chodzi o poprawę bezpieczeństwa. Według prezesa Kamińskiego, brak krótszych kar niż rok to duży problem. Ustawodawca mógłby uzupełnić istniejącą w przepisach lukę i wówczas można byłoby je stosować wobec lżejszych przewinień. Byłyby one wymierzane od razu i miałyby też wymiar edukacyjny.

– Kary liczone w dniach, czy nawet miesiącach, raczej nie mają sensu. One trochę przypominają małżeńskie restrykcje, np. przyszedłeś po alkoholu, to przez tydzień będę unikać rozmowy z tobą albo śpimy oddzielnie. To są takie przepychanki. To nie ma nic wspólnego z profilaktyką ani z dojrzałym podejściem do sytuacji. Lepiej od razu skierować sprawcę wypadku na terapię, jaką się stosuje np. u osób, które chcą pozbyć się uzależnień – podsumowuje dr Wojciech Korchut z Uniwersytetu SWPS.

Badanie zostało zrealizowane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP pod koniec stycznia 2021 roku. W ankiecie wzięła udział reprezentatywna grupa 1009 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Badani na wstępie otrzymali czytelną informację, czym dokładnie jest wypadek, a czym – kolizja drogowa. Dopiero na tej podstawie wyrażali swoje opinie.

NWZA Farm Fotowoltaiki SA – z Berg Holding SA – wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji na NewConnect

W dniu 15 lutego NWZA Farm Fotowoltaiki – z Berg Holding SA – podjęło uchwałę, w której wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji spółki na rynek NewConnect. Debiut planowany jest do 12 miesięcy, czyli najpóźniej na początku 2022 roku. Farmy Fotowoltaiki na przełomie lutego i marca zwrócą się do inwestorów indywidualnych – w ramach kampanii crowdfundingu udziałowego promowanego przez Crowdway – po 4,05 mln na budowę nowej farmy o mocy 1 MW zlokalizowanej na Podkarpaciu. Stworzą ją wraz z Columbus Energy.

Jesteśmy w fazie dynamicznego wzrostu i rozwoju kolejnych projektów fotowoltaicznych. Spółka w najbliższym czasie skieruje propozycję nabycia akcji do inwestorów społecznościowych na kwotę 4,05 mln zł. Środki posłużą na realizację farmy w Nagoszynie na Podkarpaciu. Do 12 miesięcy planujemy debiut akcji spółki na rynku NewConnect, to z pewnością dodatkowy atut subskrypcji otwartej – mówi Kamil Kita, prezes Farm Fotowoltaiki SA i jednocześnie członek zarządu Berg Holding SA.

Projekty fotowoltaiczne cieszą się rosnącą popularnością w zagranicznych kampaniach  crowdfundingu udziałowego. W najbliższych tygodniach w ramach Crowdway będziemy promować pierwszy projekt tego typu. OZE cieszą się coraz większym zainteresowaniem ze strony inwestorów i w związku z tym należy spodziewać się kolejnych emitentów z tej branży – mówi Marcel Rowiński, dyrektor operacyjny w Crowdway.

Odnawialne źródła energii stanowią najmłodszą, lecz niezwykle prężnie rozwijającą się gałąź działań Berg Holding SA. Spółka Farmy Fotowoltaiki została założona z myślą o budowie farm fotowoltaicznych na terenie całego kraju. W tym celu, we współpracy z Columbus Energy, realizuje poszczególne projekty farm w ramach spółek celowych. Aktualnie planowaną inwestycją na lata 2021/22 jest nowa farma o mocy 1 MW, położona w Nagoszynie na Podkarpaciu. Instalacja docelowo będzie produkowała energię elektryczną, która zaspokoi zapotrzebowanie 200 gospodarstw domowych. Spółka posiada obecnie zawartą umowę przedwstępną na nabycie projektu farmy, wraz z dzierżawą gruntu. Uruchomienie instalacji planowane jest na początek 2022 roku.

Spółka obecnie dewelopuje farmy o łącznej mocy 72 MW. Nabywane przez inwestora – w ramach crowdfundingu udziałowego – akcje Farm Fotowoltaiki nie będą ograniczały jego zysków jedynie do tych uzyskiwanych z tytułu aktualnie realizowanych inwestycji, lecz dadzą mu także udział we wszystkich, które w przyszłości będą generowane przez spółkę.

W dniu 10 lutego Farmy Fotowoltaiki poinformowały o podpisaniu umowy dzierżawy działki na okres 29 lat w celu budowy trzech farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 3 MW. Umowa jest częścią strategii, która zakłada powstanie co najmniej 25 projektów farm fotowoltaicznych. Powstają one w ramach spółek celowych w konsorcjum zawiązanym przez Farmy Fotowoltaiki oraz Columbus Energy pod nazwą Columbus&Farmy Sp. z o.o.

Strategiczne partnerstwo z Columbus Energy

Farmy Fotowoltaiki w lipcu 2020 roku zawarły z Columbus Energy umowę o współpracy. W ramach partnerstwa podmioty zobowiązały się do wspólnej realizacji projektów, które będą polegały m.in. na znalezieniu lokalizacji, zaprojektowaniu, budowie i uruchomieniu farm fotowoltaicznych. Spółki zobowiązały się do 50-procentowego finansowania kosztów inwestycji oraz podzieliły się kompetencjami. Columbus Energy będzie odpowiedzialny za projekt techniczny, budowę i uruchomienie farm, natomiast Farmy Fotowoltaiki skupią się na wyszukiwaniu lokalizacji do projektów i pozyskiwaniu prawa do nieruchomości w celu ich realizacji.

Rynek fotowoltaiki

Polska w 2019 roku osiągnęła przyrost nowych mocy na poziomie około 0,9 GW, zajmując 5. miejsce wśród krajów Unii Europejskiej pod kątem przyrostu mocy fotowoltaicznej. Nowe moce w PV zainstalowane w Polsce stanowiły 5,5% nowych mocy w Unii Europejskiej[1]. Według Grzegorza Wiśniewskiego, prezesa Instytutu Energetyki Odnawialnej od 2019 roku polski sektor fotowoltaiki (PV) był w stanie zmobilizować więcej kapitału na realizację inwestycji niż cała energetyka konwencjonalna[2]. W roku 2022 wartość inwestycji PV przekroczy 5 mld zł[3], a większość ekspertów jest zgodna, że rynek dużych farm PV w Polsce dopiero się rozwija[4].Rynek fotowoltaiki

[1] Źródło: Instytut Energetyki Odnawialnej, Raport IEO Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020, 07.2020

[2] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[3] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[4] https://biznesalert.pl/rapacka-blokada-bariery-farmy-fotowoltaika-oze-rynek-dekarbonizacja-instalacje-energetyka/

Przedsiębiorcy pominięci w tarczach upominają się o wsparcie. Pomaga im Rzecznik MŚP

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz wystąpił na konferencji prasowej wraz z przedstawicielami przedsiębiorców, którzy wystosowali petycję o uwzględnienie ich w tarczach pomocowych. Zwracali oni uwagę na istnienie licznej grupy firm, które mimo spadków obrotów rzędu 70-80% nie otrzymały od rządu wsparcia. Tuż przed konferencją przedsiębiorcy i Rzecznik MŚP spotkali się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Zapowiedział on podjęcie kroków, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70%.

Wszyscy tu obecni przedsiębiorcy reprezentują sektor MŚP. Przed epidemią ich działalność doskonale się rozwijała i pozwalała utrzymać siebie oraz najbliższą rodzinę. Dopiero koronawirus i zamknięcie gospodarki sprawiły, że firmy te zaczęły borykać się z problemami. Od czterech miesięcy, nie mogąc normalnie pracować, znalazły się na krawędzi bankructwa. Dotychczas nie wypłacono im ani złotówki rekompensaty ponieważ nie mają właściwego numeru PKD – powiedział na wstępie konferencji Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Jako następna głos zabrała Pani Magdalena Leszczak-Wardęga. Jej firma wynajmuje namioty wraz z wyposażeniem na targi i imprezy rozrywkowe. Od marca 2020 roku Pani Magdalena jest niemal pozbawiona przychodów, a mimo to nie została objęta rekompensatami, gdyż jej kod PKD – 77.39 Z (wynajem i dzierżawa pozostałych maszyn, urządzeń oraz dóbr materialnych) – nie został zakwalifikowany do tarczy. Stało się tak pomimo tego, że pod tym kodem działa wielu przedsiębiorców ściśle współpracujących z zamkniętymi branżami, a tym samym także pozbawionych przychodów.

Zamarcie ruchu turystycznego i trudności w przekraczaniu granicy były źródłem problemów firm Pani Barbary Bielinowicz i Pani Moniki Tęczy. Pani Barbara zajmuje się handlem przygranicznym na zachodzie Polski. Przez wprowadzone obostrzenia niemieccy kupujący nie mogą przekroczyć granicy i jej firma straciła swoje główne źródło dochodu. Natomiast Pani Monika prowadzi sklep z pamiątkami na krakowskim rynku. W 2020 roku liczba turystów odwiedzających Kraków zmniejszyła się o połowę, a pod koniec roku, z powodu zamknięcia hoteli i atrakcji turystycznych, spadła niemal do zera. Mimo braku przychodu spowodowanego decyzją o blokadzie części gospodarki, z powodu nieuwzględnienia posiadanych przez obie firmy kodów PKD, państwo odmówiło im jakiekolwiek pomocy.

Pan Paweł Churzępa jest jubilerem, lecz podczas konferencji prasowej reprezentował ogół przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych. Pan Paweł podkreślił, że w ciągu ostatnich miesięcy rząd dwukrotnie – w listopadzie i styczniu – radykalnie ograniczył działalność w centrach handlowych, pozwalając działać tylko wybranym sklepom. Nie wszystkie zamknięte firmy w galeriach mogą składać wnioski o pomoc. Pominięte zostały chociażby sklepy z zabawkami, sprzętem elektronicznym czy właśnie jubilerzy.

Sala zabaw dla dzieci, prowadzona przez Panią Ewelinę Szmit, rozpoczęła działalność dopiero w 2020 roku. Pierwszy lockdown zatrzymał rozwój firmy, jednak odmrożenie gospodarki pozwoliło biznesowi wyjść na prostą. Ostatni kwartał przepełniony był rezerwacjami na imprezy na dzieci, które niestety w wyniku drugiego zamknięcia trzeba było odwołać. Brak możliwości porównania spadku przychodów, z powodu braku prowadzenia działalności w 2019 roku, wyeliminował Panią Ewelinę z przeważającej większości programów pomocowych.

Pani Joanna Dłużniewska prowadzi firmę w branży sprzedaży odzieży. Ten konkretny rodzaj działalności znalazł się w Tarczach. Niestety, w wyniku niedopatrzenia, przedsiębiorstwu Pani Joanny wpisano inny dominujący kod PKD. Tylko z tego powodu, mimo ponad 70% spadku obrotów, Pani Joanna musi wciąż uiszczać składki na ubezpieczenia społeczne i jednocześnie nie otrzyma świadczenia postojowego ani dotacji na prowadzenie działalności.

To tylko kilka spośród wielu historii przedsiębiorców poszkodowanych przez lockdown i dziurawe tarcze antykryzysowe.

Przed konferencją prasową Rzecznik MŚP wraz z delegacją przedsiębiorców spotkał się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Przedsiębiorcy złożyli w ministerstwie petycję podpisaną przez ponad 2 000 firm w sprawie włączenia do obydwu tarcz przedsiębiorstw ze spadkiem obrotów powyżej 70 % – bez względu na kod PKD. Podczas spotkania wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział podjęcie kroków, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70%. Co istotne, uzyskanie wsparcia ma być niezależne od posiadanego kodu PKD i daty rozpoczęcia działalności. Adam Abramowicz i przedsiębiorcy liczą na to, że zapowiedziane działania w tej sprawie będą szybkie. Na pomoc czeka, tysiące firm pozbawionych przychodu przez lockdown i pozostających poza tarczami. Te przedsiębiorstwa są w tej chwili na krawędzi bankructwa i tylko niezwłoczne objęcie ich wsparciem może temu zapobiec.

Sztuczna inteligencja wykryje raka piersi

Według najnowszych danych WHO, rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem złośliwym na świecie. W samym 2020 roku wykryto go u 2,3 mln kobiet. AILIS, startup medyczny z Krakowa, stworzył pionierską w skali świata technologię w celu wczesnego diagnozowania zmian nowotworowych oraz szacowania ryzyka zachorowania. Projekt otrzymał niemal 5 mln złotych dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i budzi zainteresowanie kolejnych inwestorów.

Rak piersi coraz częściej dotyka kobiety w pełni aktywne zawodowo, rodzinnie i społecznie. Wykryty i leczony w początkowej fazie może być całkowicie wyleczalny, natomiast w przypadku rozwoju guza do IV stadium, wskaźnik przeżycia spada do zaledwie 22%. Wczesna diagnoza jest kluczowym elementem walki z rakiem piersi.

Technologia opracowana przez krakowski startup jest odpowiedzią na ten problem. AILIS wykorzystuje sieci neuronowe sztucznej inteligencji, rozwiązania telemedyczne oraz POD (Parametryczne Obrazowanie Dynamiczne). Innowacyjny projekt został doceniony przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przekazało jego twórcom grant w wysokości prawie 5 mln złotych. Obecnie trwają także rozmowy z kolejnymi potencjalnymi inwestorami. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszy rozwój technologii, w tym zwiększenie zespołu badawczego do 60 osób oraz przeprowadzenie badań klinicznych.

Startup już wcześniej zdobył zaufanie inwestorów, otrzymując grant w wysokości 1,4 mln złotych od NCBR oraz wsparcie inwestora prywatnego, co umożliwiło stworzenie prototypu urządzenia oraz przeprowadzenie badań przedklinicznych.

Międzynarodowy zespół, światowe aspiracje

AILIS współtworzone jest m.in. przez specjalistów ze znanego z pracy nad Bozonem Higgsa ośrodka CERN pod Genewą, naukowców z Politechniki Gdańskiej, Instytutu Fizyki Jądrowej czy onkologów z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak zapowiadają twórcy, innowacyjna technologia to przełom w obszarze diagnostyki, zwłaszcza w przypadku tzw. gęstych piersi, czyli tych o gruczołowej budowie, charakterystycznych dla młodych kobiet oraz Azjatek.

Szacuje się, że na świecie 43% kobiet w wieku 40-74 lat ma gęste piersi, które ze względu na swoje zbite struktury stanowią największe wyzwanie diagnostyczne. Z wielu badań wynika, że u takich kobiet wykrywane nowotwory są większe i częściej stanowią przyczynę przerzutów. Ten problem jest szczególnie istotny w Azji, gdzie aż 70% kobiet posiada piersi o gęstej tkance. To tam technologia AILIS znajdzie największe zapotrzebowanie – tłumaczy dr n. med. Marcin Mika.

Rewolucja w diagnostyce

System monitoringu stanu zdrowia piersi AILIS porównuje standaryzowane wyniki badań każdej kobiety w czasie i wykrywa nawet najmniejsze anomalnie przy wykorzystaniu algorytmów AI. Dzięki temu możliwe jest uzyskanie precyzyjnego wyniku na bardzo wczesnym etapie rozwoju choroby, co jest niemożliwe w przypadku standardowych technik. Ponadto, na podstawie analizy struktury piersi oraz wywiadu rodzinnego, sieci neuronowe rozpoznają ryzyko wystąpienia choroby w przyszłości.

Badanie z wykorzystaniem urządzenia AILIS jest w pełni bezpieczne, bezdotykowe i bezbolesne. Trwa zaledwie 4 minuty, a wynik dostępny jest w dedykowanej aplikacji już po 10 minutach. Dla porównania czas trwania standardowego badania wynosi ok. pół godziny, a procedura diagnostyczna w niektórych krajach zajmuje nawet kilka miesięcy.

Brakuje specjalistów

Szacuje się, że do 2040 roku na świecie zanotuje się 27,5 mln nowych przypadków raka piersi, co stanowi wzrost o 61,7% w stosunku do roku 2018. Obecnie stosowane techniki diagnostyczne nie są w stanie sprostać tym wyzwaniom, zwłaszcza ze względu ogromne koszty, które generują oraz ograniczony dostęp do specjalistów na całym świecie. Przykładowo, w USA, uwzględniając jedynie czas pracy radiologa, koszt wykrycia raka piersi u jednej osoby z wykorzystaniem mammografii wynosi średnio 1 562 dolary. Dzięki AILIS ta kwota zostaje obniżona do ok. 6 dolarów. Automatyzacja nowoczesnej diagnostyki jest koniecznością.

Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS
Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS

W technologii AILIS badanie wykonywane jest za pomocą superprecyzyjnej sztucznej inteligencji bez udziału personelu medycznego. Jedynie pacjentki z pozytywnym wynikiem zostają automatycznie skierowane do lekarza specjalisty, który zaplanuje dalsze postępowanie. Jest to szczególnie ważne ze względu na utrudniony dostęp do badań. Na całym świecie odnotowywane są alarmujące niedobory radiologów, co przyczynia się do znaczących opóźnień w uzyskaniu diagnozy czy wręcz braku możliwości odbycia niezbędnej diagnostyki. W dodatku, niedoskonałość standardowych technik jest przyczyną wzrostu liczby fałszywie dodatnich wyników i biopsji, co dodatkowo podwyższa koszty opieki zdrowotnej – zauważa Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS.

AILIS planuje zmienić również podejście do diagnostyki raka piersi, skupiając się na doświadczeniach kobiet podczas badania, tym samym zachęcając je do stałego monitorowania stanu zdrowia swoich piersi dzięki tej nowoczesnej i komfortowej metodzie.