Untold Tales [QubicGames] przedstawia swoją strategię

Portfolio Untold Tales, spółki powołanej przez QubicGames, będzie skupiać się przede wszystkim na tytułach dla jednego gracza (zawierających tryb singleplayer), które będą opowiadać wyjątkowe historie. Zespół Untold Tales chce skoncentrować się na wydawaniu kilku produkcji rocznie na wybrane platformy. W najbliższym czasie za ich pośrednictwem na rynek trafią dwie gry, które są mocno rozpoznawalne w środowisku graczy. Pierwsza to The Hong Kong Massacre, która zmierza na platformę Nintendo Switch, zaś druga to Beautiful Desolation, która ukaże się na PlayStation 4 oraz Nintendo Switch. Untold Tales pracuje także nad trzecim, jak dotąd niezapowiedzianym tytułem, który zostanie wydany na PC i konsole. 

– Stawiamy na wyjątkowe historie, dlatego tak starannie dobieramy tytuły i studia, którym pomożemy wydać ich gry. Praca nad wydaniem jednej lub dwóch gier w danym czasie pozwala nam zagwarantować klientom najlepsze wsparcie z możliwych – zarówno w trakcie, jak i po zakończeniu produkcji. Zależy nam, żeby współpracując z nami, deweloperzy czuli się komfortowo. Dzięki temu będą mogli skupić się na rzeczach dla nich ważnych, czyli tych związanych z produkcją gry, a nie na całym zawiłym procesie ich wydawania. Czasy się zmieniły i tak samo zmieniły się najlepsze sposoby wydawania gier. Oznacza to również, że niektóre platformy są lepsze od innych dla określonych gier. Nie będziemy zmuszać deweloperów, by byli wszędzie i za wszelką cenę próbowali zmaksymalizować widoczność.” – mówi Maciej Łączny, Prezes Zarządu Untold Tales.

Głównym założeniem spółki jest budowanie z deweloperami relacji opartej na szczerości i wzajemnym zaufaniu. Każdy podmiot, z którym firma będzie współpracować, będzie traktowany uczciwie i przede wszystkim etycznie. Untold Tales będzie podejmować decyzje w oparciu o dane, a także budować społeczność, którą łączy zamiłowanie do gier oferujących unikalne historie. Takie podejście ma im pomóc w wydawaniu gier w sposób efektywny i atrakcyjny dla graczy i dla deweloperów.

– Deweloperzy mogą być spokojni – nie chcemy praw do ich gier (IP). Nie chcemy też takiego podziału przychodów, w którym to studio tworzące grę jest najbardziej pokrzywdzone. I co najważniejsze – nigdy nie będziemy naciskać, aby deweloper wydał grę niedokończoną, co realnie przełożyłoby się na zrujnowanie wizerunku studia. Chcemy, by cały proces wydawania danej gry był przeprowadzany wspólnie z jej deweloperem jako partnerem, zaś by całość bazowała na danych i feedbacku od społeczności. – mówi Grzegorz Drabik, Wiceprezes Zarządu, Head of Business Development – Jeśli chodzi o graczy, nasze relacje chcemy budować na szczerości. Gry wydawane przez Untold Tales nie będą miały 3-etapowych kampanii przedsprzedażowych z płatnym DLC, które czai się tuż za rogiem. Chcemy zagwarantować, że każda wydawana przez nas gra posiada najlepsze z możliwych wsparcie po premierze. Czy będą to darmowe aktualizacje lub większe rozszerzenia – wszystko zależy od planów i dostępności deweloperów. Ale mówimy jasno i od samego początku wyznajemy zasadę: “kupujesz kompletną grę” – dodaje Drabik.

Maciej Łączny, były producent i Head of Operations Techlandu, będzie kierował doświadczonym zespołem złożonym ze specjalistów ds. produkcji, QA, business developmentu, marketingu i PR.

 – Obecnie jest nas w sumie około 10 osób. Wszyscy opuściliśmy Techland na różnych etapach naszej kariery, aby dołączyć do innych zespołów i projektów, ale głównie chodziło o zdobycie doświadczenia i wiedzy poza grami AAA. Byliśmy częścią wielu projektów, współpracowaliśmy z twórcami z całego świata i przeszliśmy przez wiele sytuacji, które udowodniły, że potrzebni są bardziej sprawni i elastyczni wydawcy, którzy traktują deweloperów serio – jak partnerów, a nie wyrobników – mówi Paweł Skaba, Wiceprezes Zarządu, Head of Marketing.

Dotychczas Untold Tales podpisało już dwie umowy, w tym na wydanie The Hong Kong Massacre na platformę Nintendo Switch – jest to gra akcji z widowiskową rozgrywką w filmowym stylu i efektami slow-motion, stworzona przez szwedzkie studio VRESKI. Kolejnym tytułem będzie niesamowicie klimatyczna i efektowna gra Beautiful Desolation – zmierzająca na PS4 i Nintendo Switch izometryczna przygodówka osadzona w postapokaliptycznej Afryce, stworzona przez The Brotherhood, znane studio z RPA. Kolejny, trzeci tytuł, dotychczas niezapowiedziany, będzie wydany na PC oraz konsole.

Trump startuje z pozycji underdoga. Będzie się działo

Presja na krajową walutę nadal się utrzymuje. EUR/PLN blisko granicy 4,60. Poniedziałek z wyraźną poprawą nastrojów na rynkach. Pakiet pomocowy w USA bliżej niż dalej. Dzisiaj w centrum uwagi pierwsza debata kandydatów na amerykańskiego prezydenta.

Znów straty

Polski złoty nadal pozostaje w defensywie. Dzisiaj rano EUR/PLN testował poziom 4,60, co stanowiło najwyższy kurs od kwietnia tego roku. Słabej kondycji krajowej waluty nie można już zrzucić na pasmo mocniejszego dolara amerykańskiego, gdyż ten wczoraj nieco wyhamował trend wzrostowy. Otoczenie i tym samym nastroje na rynkach były wczoraj naprawdę szampańskie, a główne giełdy notowały spore wzrosty.

Wraca wydawałoby się stary już temat

Czym spowodowana jest nagła i tak duża słabość złotego? W ciągu raptem tygodnia euro podrożało w relacji do PLN o 14 groszy. Powraca temat powiązania funduszy unijnych z zasadą praworządności. Jak dobrze wiemy, temat ten aż nazbyt dotyczy Polski. UE w tym kontekście ma do naszego kraju olbrzymie zastrzeżenia. Poza krajami skandynawskimi i Holandią do grona państw, które chcą połączyć wydatkowanie środków z tym kryterium, dołączyły wczoraj Niemcy. Nasz zachodni sąsiad chce, by oprócz funduszy UE również i fundusz odbudowy po pandemii warty 750 mld euro był dla krajów spełniających wspomnianą zasadę. Według dokumentu, do którego dotarł Reuters, krajami “wykluczonymi” są Polska i Węgry. Stąd inwestorzy boją się, że jeśli faktycznie środki dla tych krajów zostaną wstrzymane, ucierpią one mocno pod względem gospodarczym, a odbudowa po korona kryzysie będzie znacznie utrudniona. Inna sprawa, że przyjęcie tej rezolucji musi odbyć się tzw. kwalifikowaną większością głosów. W praktyce oznacza to, że jeśli Polska i Węgry plus kraje grupy wyszehradzkiej zagłosują przeciw, nie uda się tej zasady wprowadzić.

Jest nadzieja na pakiet

Wczoraj na rynkach znacząca poprawa sentymentu. Była to zasługa przede wszystkim słów Nancy Pelosi z obozu Demokratów o nowej propozycji w sprawie pakietu pomocowego. Teoretycznie przełomu wciąż nie ma, ale widać zbliżanie się obu stron do wypracowania porozumienia. W kuluarach mówi się, że Demokraci mają zaproponować pakiet warty 2 bln USD, podczas gdy Republikanie są skłonni poprzeć pakiet wart 1,5 bln USD. Co ważniejsze, nawet jeśli nie uda się porozumieć, to możliwe jest przeforsowanie w Kongresie pomocy dla najbardziej dotkniętych branż, jak gastronomia czy linie lotnicze. Inwestorzy więc wykorzystali te informacje na plus i stąd wczoraj szampańskie nastroje, które dzisiaj są w dużo mniejszym stopniu kontynuowane, a indeksy znajdują się na niewielkich minusach.

Będzie się działo

Dzisiaj kluczowym punktem dnia będzie bez wątpienia pierwsza debata kandydatów na urząd prezydenta USA. Tematów spornych jest oczywiście całe mnóstwo, począwszy od respektowania wyników wyborów w formie listownej, po wybór kandydatki do Sądu Najwyższego. Atmosfera powinna być więc gorąca, szczególnie że Trump traci w sondażach, więc niemal musi “zaatakować” Bidena, by zmusić go do błędów, które odwrócą notowania. Start debaty o 3 w nocy polskiego czasu.

Sporo wystąpień

W dzisiejszym kalendarzu sporo wystąpień członków amerykańskiego Fed. Warto je śledzić, gdyż często pojawiają się małe zaskoczenia, co do prowadzonej polityki monetarnej i dalszych planów. O 14 dzisiaj pojawi się odczyt inflacji konsumenckiej z Niemiec. Raczej trzeba by powiedzieć odczyt deflacji, bo spodziewany jest spadek cen o 0,1% we wrześniu.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

E-commerce staje się powszechny, ale MŚP nie radzą sobie z kosztami

  • W 2020 roku już co czwarta firma ogłaszająca upadłość pochodzi z sektora handlowego.[1]
  • Duże marki wydłużają okresy wyprzedaży oferujący wysokie rabaty, na które mniejsi przedsiębiorcy nie mogą sobie pozwolić.
  • 97 proc. internautów kupuje towary z myślą o możliwości ich ewentualnego zwrotu.[2]

Czwarty kwartał to najważniejszy okres dla branży retailowej i e-commerce. Szacuje się, że wszystkie towary sprzedawane od 1 listopada do końca grudnia mogą stanowić nawet 30 proc. całkowitego rocznego obrotu detalistów.[3] Wpływ pandemii koronawirusa znacząco odbił się na tegorocznych wynikach gospodarczych branży. Najnowsze statystyki upadłości firm handlowych wskazują, że do lipca br. co czwarte postępowanie upadłościowe dotyczy firm z sektora retail (25,06 proc.).[4]  W tym roku okres przedświąteczny zweryfikuje, kto wykorzystał dobrze okres zamrożenia gospodarki i przyciągnął nowych klientów, a kto nie dogonił konkurencji.

Kanały online coraz popularniejsze

Badania rynku pokazują, że ruch w kanałach internetowej sprzedaży w czasie pandemii odnotował gwałtowny wzrost. Pod koniec 2019 roku sektor e-commerce stanowił zaledwie 5,5 proc. udziału w handlu, podczas gdy w szczycie pandemii sprzedaż online podwoiła się osiągając wynik 12 proc..[5] E-zakupy zyskują coraz więcej zwolenników – obecnie 73 proc. polskich internautów deklaruje, że kupiło towary przez internet. Taką samą deklarację w 2019 r. złożyło 62 proc., a w 2017 —54 proc. badanych.[6]

  • Przed handlowcami najważniejszy okres w roku, czyli czwarty kwartał. Obroty w pełnej marży w okresie przedświątecznym są o tyle istotne, że już pierwszego dnia po przerwie świątecznej w sklepach ruszają wyprzedaże. Co za tym idzie, przedsiębiorcy chcąc przeczyścić magazyny na nowy rok zachęcają jak największą liczbę konsumentów atrakcyjnymi zniżkami, które znacząco obniżają marże. – komentuje Jan Enno Einfeld, CEO Finiata Group.

Kultura wyprzedaży zagrożeniem dla MŚP

Korporacje, szczególnie odzieżowe, przyzwyczaiły klientów do swoich kalendarzy wyprzedażowych. W efekcie wielu konsumentów dokonuje zakupów najczęściej w okresach sezonowych promocji. Badania pokazują, że dwie trzecie konsumentów „dokonało zakupu, którego pierwotnie nie planowali wyłącznie na podstawie znalezienia kuponu lub rabatu”. Podobnie 80 proc. badanych stwierdziło, że do kupienia produktów nowej marki po raz pierwszy zachęciła ich oferta specjalna lub zniżka.

Tegoroczne kalendarze sprzedażowe dużych firm uległy zmianie. Letnia wyprzedaż rozpoczęła się wcześniej niż zwykle, a wiele marek jeszcze ją kontynuuje. To nasuwa pytanie: w jaki sposób małe firmy mogą konkurować z gigantami, którzy mają możliwość znacznego obniżenia cen i dotarcia do większej liczby osób poprzez szerokie działania marketingowe?

Mali i średni przedsiębiorcy ubolewają nad oczekiwaniami klientów wykreowanymi przez korporacje, które zmuszają ich do oferowania zniżek. Wszelkie rabaty skutkują z kolei obniżeniem marży sprzedawców. Na kilka tygodni przed początkiem wyprzedaży czy promocjami takimi, jak Black Friday sprzedaż spada do minimum, ponieważ konsumenci czekają na rabaty.

  • Na rynku zdominowany przez dużych graczy, którzy mogą oferować wyższe rabaty, przy zastosowaniu wysokich budżetów reklamowych, mniejsi sprzedawcy mogą zdobyć klientów tzw. wartością dodaną. Konsumenci bowiem cenią marki oferujące np. darmową dostawę czy wydłużony czas na zwrot zakupów. – dodaje Jan Enno Einfeld.

Zwroty generują popularność, ale i straty

Możliwość zwrotu zakupionych produktów stała się w ostatnich latach standardem w internetowych kanałach sprzedaży. Wiele firm z powodu zamknięcia sklepów stacjonarnych na czas zamrożenia gospodarki wydłużyło prawnie gwarantowany 14-dniowy czas zwrotu nawet do 100 dni. Działanie to ma zachęcić osoby obawiające się wizyty w salonie do zakupu online – badania pokazują, że 97 proc. internautów kupuje towary z myślą o możliwości ich ewentualnego zwrotu.[7] Niestety dla przedsiębiorców dłuższy okres na odesłanie zakupów generuje dodatkowe koszty oraz zatory finansowe i produktowe. Jak wiele sklepy tracą na zwrotach?

Szacuje się, że zwroty zakupów internetowych w Wielkiej Brytanii kosztują branżę e-commerce 60 mld funtów rocznie. Jest to problem widoczny przez cały rok na całym świecie, szczególnie nasilony w przypadku dużych okresów dyskontowania, takich jak Black Friday lub wyprzedaże. Statystyki operatorów pocztowych pokazują, że liczba przesyłek zwrotnych do sklepów internetowych w 2019 r. wzrosła o 92 proc. r/r.[8] Eksperci przekonują, że nowe zasady zwrotów, a także przejście części klientów tylko do kanałów sprzedaży online mogą jeszcze bardziej zwiększyć te statystyki.

  • Duża liczba zwrotów to ogromne koszty administracyjne i sprzedażowe, które potrafią bardzo obciążyć mniejszych przedsiębiorców. W nowym reżimie sanitarnym zwracane towary przechodzą kwarantannę, następnie są dezynfekowane i czyszczone, a czasami również naprawione, zanim trafią do ponownie sprzedaży. Jeśli w ogóle do niej trafią. Amerykański urząd skarbowy obliczył, że średnio 10 proc. zwracanych produktów nie nadaje się do ponownej sprzedaży – są oddawane na darowizny lub utylizowane.[9] – dodaje Jan Enno Einfeld, CEO Finiata Group.

Do obsługi zwrotów dedykowane są specjalne zespoły pracowników, które w okresach wzmożonej sprzedaży wymagają dodatkowego wsparcia.  Dużym korporacjom znaczne łatwiej zrekompensować takie koszty, podczas gdy mniejszych sprzedawców takie zachwianie skutkuje pogorszeniem całorocznych wyników. Pierwszy kwartał 2021 roku pokaże komu udało się przetrwać zarówno pandemię, jak i sezon przedświątecznych zakupów.

[1] Monitor Sądowy i Gospodarczy

[2] PostNord „E-commerce in Europe 2019”

[3] https://nrf.com/insights/holiday-and-seasonal-trends/winter-holidays/winter-holiday-faqs

[4] Monitor Sądowy i Gospodarczy

[5] Raport Santader Bank Polska

[6] Raport Gemius Polska

[7] PostNord „E-commerce in Europe 2019”

[8] PostNord „E-commerce in Europe 2019”

[9] https://www.voguebusiness.com/consumers/returns-rising-costs-retail-environmental

Koronawirus a ubezpieczyciele – jak sytuację ocenia NBP?

Narodowy Bank Polski ocenił niedawno sytuację ubezpieczycieli w kontekście kryzysu gospodarczego wywołanego koronawirusem. Omawiamy najważniejsze wnioski z raportu ekspertów NBP.

Rodzimy sektor finansowy z całą pewnością mocno odczuje skutki kryzysu gospodarczego wywołanego przez koronawirusa. Media najczęściej zajmują się sytuacją banków, ale nie powinno się zapominać o krajowych zakładach ubezpieczeń.

Narodowy Bank Polski w ramach swojego niedawnego raportu przyjrzał się kondycji krajowych ubezpieczycieli oraz ich odporności na skutki trwającego kryzysu. Eksperci porównywarki Ubea.pl uzupełnili spostrzeżenia NBP o własne wnioski.

Czego obawia się NBP?

W raporcie eksperci NBP wskazują m.in. na ryzyko „double-hit”. Chodzi o to, że w zakładach ubezpieczeń najbardziej narażonych na skutki kryzysu może zmniejszyć się wartość aktywów. Jednocześnie konieczne będzie zwiększenie wartości rezerw ubezpieczeniowych.

W opinii Narodowego Banku Polskiego słabym punktem rodzimego sektora ubezpieczeń (zwłaszcza „życiowych”) jest duży udział oczekiwanych zysków z przyszłych składek w środkach własnych.

Raport NBP zwraca również uwagę na inną kwestię: środki własne ubezpieczycieli, którzy nabyli udziały w innej instytucji finansowej (np. banku, TFI, PTE) nie są pomniejszane o kapitały zależnych spółek. Warto pamiętać, że zakłady ubezpieczeniowe, w przeciwieństwie na przykład do banków, mogą podwójnie wykazywać kapitały zależnych od siebie podmiotów sektora finansowego.

„Taka sytuacja oznacza, że materializacja ryzyka finansowego w zależnej instytucji (przykładowo banku lub TFI) będzie skutkowała automatycznym spadkiem środków własnych ubezpieczyciela i swoistym „zarażaniem” występującym pomiędzy instytucjami lub sektorami” – wyjaśnia Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Rynek OC w czasach koronawirusa

Czy mimo koronawirusa można znaleźć jakieś pozytywne aspekty w sytuacji ubezpieczycieli? Eksperci Ubea.pl przekonują, że tak.

Po pierwsze, aktualne warunki gospodarcze prezentują się nieco lepiej niż w czasie opracowywania raportu NBP (czerwiec – lipiec 2020 r.). W tamtym czasie wiele osób przewidywało, że spadek PKB w 2020 r. wyniesie ok. 5-6%.

„Teraz coraz częściej mówi się o tym, że polska gospodarka w ujęciu rocznym skurczy się o 3,0% albo jeszcze mniej” – komentuje Paweł Kuczyński.

Po drugie, bardzo ważny rynek ubezpieczeń komunikacyjnych jest obecnie zrównoważony cenowo. W 2019 r. krajowi ubezpieczyciele odnotowali nawet rekordowy zysk techniczny dotyczący obowiązkowych polis OC dla kierowców (+0,90 mld zł).

„Obecna sytuacja pokazuje, że naciski nadzoru finansowego związane z koniecznością zrównoważenia rynku obowiązkowych ubezpieczeń OC były słuszne. Gdyby obowiązkowe OC nadal generowało spore straty (a warto przypomnieć, że jeszcze w 2015 i 2016 r. ubezpieczyciele tracili na OC aż 1,1 mld zł rocznie), to aktualna kondycja finansowa ubezpieczycieli byłaby znacznie gorsza” – podsumowuje Andrzej Prajsnar z Ubea.pl.

Polacy później niż inni Europejczycy opuszczają rodzinny dom?

Eurostat niedawno podał wiek wyprowadzki Polaków z rodzinnego domu w 2019 r. Warto sprawdzić, jak ten wynik prezentuje się na tle Europy.

Krajowe media dość często opisują dane Eurostatu na temat odsetka młodych rodaków mieszkających razem z rodzicami. Warto wiedzieć, że Europejski Urząd Statystyczny oblicza i podaje jeszcze jeden ciekawy wskaźnik mówiący o samodzielności mieszkaniowej młodych osób. Tym wskaźnikiem jest średni wiek wyprowadzki z domu rodzinnego. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili najnowsze dane na temat wieku, w którym dom rodziców opuszczają Polacy oraz inni młodzi Europejczycy.

Wynik Polski wciąż jest nieco gorszy od unijnej średniej …

Zgodnie z danymi Eurostatu, średni wiek młodego Polaka opuszczającego dom rodzinny wynosi 27,4 roku. Dane dotyczące minionego roku różnią się w przypadku mężczyzn i kobiet. Przeciętna młoda Polka szybciej opuszcza dom rodziców niż Polak (26,3 roku vs 28,5 roku). Warto wiedzieć, że taka różnica na niekorzyść mężczyzn występuje w skali całej Unii Europejskiej. Unijny wynik z 2019 r. dotyczący mężczyzn wyniósł 27,1 roku, podczas gdy analogiczny wiek wyprowadzki kobiet tylko 25,2 roku.

Eksperci RynekPierwotny.pl zwracają też uwagę, że unijny wynik obejmujący już 27 krajów, wynosił 26,2 roku po uwzględnieniu obydwu płci. Jak nietrudno zauważyć na poniższym wykresie, średnią dla UE zaniżały wyniki takich krajów jak Szwecja, Dania oraz Finlandia. Od dawna cechują się one dużą samodzielnością mieszkaniową młodych osób. Niedawno do tej grupy krajów dołączyła również Estonia.

Jeżeli natomiast chodzi o państwa Starego Kontynentu z wynikami gorszymi od Polski, to trzeba wymienić Słowenię, Rumunię, Grecję, Portugalię, Hiszpanię, Maltę, Bułgarię, Włochy, Słowację oraz Chorwację. Obecność w analizowanej grupie takich krajów jak Grecja, Portugalia, Włochy oraz Hiszpania nie dziwi jeśli przypomnimy sobie, że od lat mają one problem z bezrobociem wśród młodych osób.

Młodzi Polacy wyprowadzają się szybciej niż 15 lat temu

Dane dotyczące Polski z całą pewnością warto przeanalizować dokładniej. Właśnie dlatego eksperci RynekPierwotny.pl poniżej przedstawili średni wiek wyprowadzki młodych Polaków w latach 2004 – 2019. Wspomniany wiek zmieniał się następująco:

  • 2004 r. – ogółem: 28,5 roku, mężczyźni: 29,5 roku, kobiety: 27,5 roku
  • 2005 r. – 28,6/29,7/27,5
  • 2006 r. – 28,7/29,9/27,5
  • 2007 r. – 28,6/29,6/27,6
  • 2008 r. – brak danych
  • 2009 r. – 28,3/29,3/27,3
  • 2010 r. – 28,2/29,2/27,2
  • 2011 r. – 28,5/29,6/27,3
  • 2012 r. – 28,5/29,6/27,3
  • 2013 r. – 28,2/29,3/27,0
  • 2014 r. – 28,3/29,4/27,2
  • 2015 r. – 28,3/29,4/27,1
  • 2016 r. – 28,0/29,2/26,8
  • 2017 r. – 27,7/28,9/26,5
  • 2018 r. – 27,6/28,8/26,3
  • 2019 r. – 27,4/28,5/26,3

Piętnastoletnia perspektywa pokazuje, że pozytywne zmiany dotyczące naszego kraju są powolne, lecz systematyczne. Spadki średniego wieku wyprowadzki zostały tylko tymczasowo przerwane przez poprzedni kryzys gospodarczy. Wyniki dotyczące 2020 r. prawdopodobnie nie będą dobre, ale w dłuższej perspektywie można spodziewać się ich powrotu do wcześniejszego trendu.Wiek wyprowadzki RP 20 wyk.1

W całej Europie nie było spektakularnej poprawy wyników

Wiele osób może uważać, że spadek wieku, w którym młodzi Polacy usamodzielniają się mieszkaniowo wciąż jest powolny. Poniższa tabela pokazuje jednak, że wynik dotyczący Polski od 2009 r. do 2019 r. poprawiał się trzy razy szybciej od unijnej średniej. Co więcej, nie wszystkie kraje w latach 2009 – 2019 odnotowały spadki analizowanego wskaźnika. Tam gdzie poprzedni kryzys gospodarczy był wyjątkowo dotkliwy, często miały miejsce wzrosty. Przykład stanowią takie kraje jak Grecja, Cypr, Francja, Hiszpania, Portugalia, Irlandia oraz Włochy. Poprawa wyników dotyczących Polski oczywiście mogła być nieco szybsza, o czym świadczą dane z Czech, Słowenii oraz Estonii.Wiek wyprowadzki RP 20 tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Walka z COVID-19. Eksperci wskazują województwa, w których może zabraknąć miejsc w szpitalach

W Polsce dla pacjentów chorych na COVID-19 zabezpieczono ok. 6 tysięcy miejsc w szpitalach wielospecjalistycznych oraz na oddziałach zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych. Zdaniem znawców tematu, to powinno wystarczyć, patrząc na dotychczasowy rozwój epidemii. W połowie września br. hospitalizowano około 2 tysiące osób. Ale sytuacja w poszczególnych częściach kraju jest zróżnicowana. Z informacji uzyskanych w urzędach wojewódzkich wynika, że regiony mają do dyspozycji zazwyczaj po kilkaset łóżek, ale ich liczba jest na bieżąco dostosowywana do aktualnych potrzeb i sytuacji. Eksperci przekonują, że najbardziej narażone na zatory w szpitalach są obszary najbiedniejsze i najbardziej zaludnione. 

6 tysięcy łóżek

Jesienna strategia walki z epidemią koronawirusa, którą na początku września br. przedstawiło Ministerstwo Zdrowia, zakłada m.in. utworzenie trzech poziomów zabezpieczenia szpitalnego. Najwyższy z nich obejmuje 9 szpitali wielospecjalistycznych, w których przygotowano ponad 2 tys. miejsc dla pacjentów chorych na COVID-19. Na drugim poziomie jest 87 oddziałów zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych, gdzie znajduje się ok. 4 tys. łózek. Natomiast na pierwszym poziomie zabezpieczenia są placówki będące w tzw. sieci szpitali.

– Jako samorząd lekarski postulowaliśmy o taki kierunek zmian, wskazując dotychczasowe nierównomierne obciążenie szpitali jednoimiennych w różnych częściach kraju, które do tej pory zajmowały się w głównej mierze pacjentami z koronawirusem. Zdarzały się zapełnione placówki, a w niektórych wykorzystywano 30-40% zasobu kadrowego. Jeden szpital jednoimienny na województwo nie jest w stanie poradzić sobie z zabezpieczeniem tak dużego obszaru i musi to być zmienione – mówi Rafał Hołubicki, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej.

Jak przekonuje Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia, ten podział jest słuszny. Liczba zachorowań jest adekwatna do tego, co zostało zaplanowane. Miejsc w szpitalach nie powinno zabraknąć, ale nikt z nas dokładnie nie wie, jak dalej będzie wyglądać sytuacja z pandemią. Zdaniem eksperta, decyzje w tych kwestiach powinny być bardziej zdecentralizowane. Trzeba dać możliwość działania samorządom na szczeblu lokalnym. Z kolei Piotr Piątek z firmy WARMIE zaznacza, że rozwój pandemii w Polsce dotychczas rozkładał się dość nierównomiernie. Dlatego zasoby kadrowe i szpitalne powinny być kierowane tam, gdzie aktualnie występuje nagły przyrost zachorowań. Należy uwalniać je w regionach, w których jest mniej chorych.

– W połowie września br. z powodu koronawirusa hospitalizowanych było prawie 2 tys. osób, z czego 96 wymagało podłączenia do respiratora. Nie licząc „zwyczajnych” szpitali, specjalnie dla pacjentów chorych na COVID-19 przygotowano 6 tys. łóżek. Śledząc dotychczasowy rozwój epidemii i biorąc pod uwagę konieczność zapewnienia pomocy pacjentom z innymi chorobami, wydaje się, że jest to wystarczająca liczba – komentuje dr Stanisław Maksymowicz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Sytuacja w województwach

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews zwrócili się do urzędów wojewódzkich o wskazanie liczby łóżek w szpitalach przeznaczonych dla pacjentów z COVID-19. Na Śląsku funkcjonuje jeden szpital na trzecim poziomie zabezpieczenia, znajdujący się w Tychach. Na drugim poziomie jest 7 placówek (Bytom, Chorzów, Częstochowa, Zawiercie, Racibórz, Gliwice i Cieszyn), w których zabezpieczono 447 łóżek. Z kolei na Mazowszu na trzecim poziomie zabezpieczenia jest CSK MSWiA w Warszawie, gdzie decyzje nie wskazują liczby łóżek. Na drugim poziomie jest 358 miejsc, a na pierwszym – 367. W Małopolsce można przyjąć 463 pacjentów z COVID-19 i z podejrzeniem zakażenia.

– Sytuacja w poszczególnych województwach jest zróżnicowana i zmienna. Widzieliśmy, że sporo zachorowań było na Śląsku, a później w statystykach przodowała Małopolska. W szpitalu w Krakowie szybko przybywało pacjentów. Ale władze na szczeblach samorządowych też potrafią rozwiązywać takie sytuacje, zwiększając liczbę miejsc – podkreśla Wojciech Bociański.

Wielkopolska dysponuje 406 łóżkami przeznaczonymi na hospitalizację osób zakażonych lub z podejrzeniem zakażenia SARS-CoV-2. 225 z nich znajduje się w Wielospecjalistycznym Szpitalu Miejskim im. J. Strusia z Zakładem Opiekuńczo-Leczniczym w Poznaniu. Na obszarze województwa łódzkiego 350 miejsc jest zabezpieczonych w pięciu szpitalach na drugim poziomie, a 235 – w 28 szpitalach na pierwszym poziomie. Na Dolnym Śląsku na trzecim poziomie są 3 placówki, gdzie liczba łóżek będzie na bieżąco dostosowywana do aktualnych potrzeb. Na pierwszym i drugim poziomie są 374 miejsca. Na Pomorzu można przyjąć 303 takich pacjentów, z czego 188 – w Pomorskim Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku.

– Na terenie Podkarpacia funkcjonuje 7 szpitali z oddziałami zakaźnymi. Największym z nich jest Centrum Medyczne w Łańcucie. Tam liczba miejsc dla pacjentów zakażonych SARS-COV 2 wynosi 135, z czego 15 to łóżka intensywnego nadzoru medycznego, z kardiomonitorem oraz możliwością prowadzenia oddechu zastępczego i tlenoterapii. W sześciu pozostałych placówkach łącznie jest 160 miejsc – informuje Michał Mielniczuk, rzecznik prasowy wojewody podkarpackiego.

Lubelszczyzna dysponuje 380 łóżkami dla pacjentów z COVID-19. W tym jest 78 miejsc w SP ZOZ Puławy. W woj. świętokrzyskim pierwszy i drugi poziom zabezpieczenia szpitalnego obejmuje ok. 240 miejsc, a dodatkowo – blisko 60 znajduje się na oddziałach zakaźnych. Kujawsko-pomorskie posiada 183 łóżka, z czego 110 znajduje się w Grudziądzu. Podlaskie placówki medyczne mogą przyjąć 439 pacjentów, w tym 134 – w Szpitalu Wojewódzkim w Łomży. Zachodniopomorskie dysponuje 150 łóżkami dla chorych na COVID-19 w dwóch szpitalach, z czego 136 – w Samodzielnym Publicznym Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Szczecinie. W warmińsko-mazurskim na drugim poziomie jest 131 łóżek w 5 szpitalach, a na pierwszym – 88 łóżek w 26 szpitalach. W lubuskim jest zabezpieczonych 285 miejsc na pierwszym i drugim poziomie, z czego 122 są w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wlkp. Z kolei wojewódzki urząd w Opolu przekazał, że nie udziela informacji nt. liczby łóżek w szpitalach na terenie województwa opolskiego przeznaczonych dla pacjentów z COVID-19.

Zagrożone regiony

– Zła kondycja polskiego systemu ochrony zdrowia dotyczy wszystkich regionów. Najbardziej narażone na ewentualne zatory są te najbiedniejsze i najbardziej zaludnione. Najtrudniejszą sytuację mają więc obszary o dużej ruchliwości społecznej jak Mazowsze i Śląsk. Jednak są to mało precyzyjne dane. Z tego powodu aktualna strategia opiera się na maksymalnie gęstej siatce administracyjnej na poziomie powiatu. To umożliwia dokładniejsze określanie zagrożonych obszarów i przeciwdziałanie rozwojowi epidemii – analizuje dr Maksymowicz.

Jak zaznacza Rafał Hołubicki, zmiana sposobu myślenia, tj. rozłożenie odpowiedzialności w walce z koronawirusem, ma sens. Jednak trzeba poczekać na rozporządzenia wykonawcze i szczegółowe zapisy. Z kolei Wojciech Bociański podkreśla, że strategię walki z koronawirusem będzie można dostosowywać do aktualnej sytuacji. Zdaniem eksperta, już przed wakacjami należało zmniejszyć liczbę szpitali jednoimiennych, bo było ich za dużo. Ale gdyby pandemia rozwijała się tak jak wiosną we Włoszech, to liczba miejsc dla pacjentów byłaby adekwatna lub nawet za mała.

– Nowa strategia przywraca dostępność do placówek wysokospecjalistycznych dla rzeszy pacjentów niezakażonych koronawirusem. Chodzi tu o osoby z przewlekłymi schorzeniami i dolegliwościami, których nie wolno bagatelizować. Stany nagłe, choroby przewlekłe – kardiologiczne, onkologiczne, problemy psychiatryczne, zwłaszcza dzieci i młodzieży, nie zaczekają, aż poradzimy sobie z pandemią – dodaje rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

Z kolei dr Maksymowicz zwraca uwagę na ewentualny wzrost zachorowań na sezonową grypę. To jeden z czynników, który może doprowadzić do problemów z miejscami w szpitalach. Jednak nie ma pewności, czy tak się stanie. Zdaniem eksperta, jest nadzieja, że dzięki specjalnym środkom sanitarnym, zainfekowanych grypą będzie znacznie mniej niż np. rok temu. Natomiast z większym niepokojem należy patrzeć na rozwój ognisk COVID-19 w następstwie społecznego rozluźnienia i powrotu do tradycyjnego nauczania w szkołach.

– W zmniejszeniu  liczby chorych na grypę może pomóc dostęp do środków sanitarnych, wzrost świadomości społecznej oraz poprawa higieny rąk. Należy też bacznie przyglądać się rozwojowi  sytuacji  w placówkach edukacyjnych.  Dla przykładu, po trzech  tygodniach od rozpoczęcia roku szkolnego u naszych zachodnich sąsiadów zidentyfikowano 37 szkół,  w których koronawirus się pojawił. To jasno pokazuje, z czym musimy się zmierzyć w nadchodzących tygodniach – podsumowuje ekspert z WARMIE.

Uruchomiono pierwszy etap inicjatywy „GPW Private Market”

  • 28 września 2020 r. polskim producentom i developerom gier zaprezentowana została platforma crowdfundingowa „Private Market” Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
  • Pierwszy etap inicjatywy uruchomiony został we współpracy z INC S.A.
  • GPW Private Marekt to jedna z kluczowych inicjatyw strategicznych GPW
  • Inwestorem będzie mógł zostać każdy posiadacz smartfona

W poniedziałek, 28 września br. na kanale YouTube Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, producentom i developerom gier zaprezentowana została inicjatywa GPW Private Market oraz jej pierwszy etap – platforma Raisemana, przygotowana wspólnie z INC S.A. Prezentację poprowadzili: dr Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW oraz Kamil Stanek, CEO Raisemana. Od dziś z projektem GPW Private Market może zapoznać się każdy.

– GPW Private Market to pierwsze miejsce, w którym inwestorzy będą mogli w prosty sposób poznać rynek kapitałowy. Bez pośredników, po prostu podpinając kartę pod aplikację. Inwestorem będzie mógł więc zostać każdy posiadacz smartfona. Upowszechnienie cyfryzacji gospodarki powoduje, że rzeczy, które kiedyś nie mogły być przedmiotem obrotu na giełdzie, mogą być teraz przedstawiane w formie tokenów – podkreślił Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Nowa inicjatywa jest realizowana w ramach, stworzonego przez GPW, programu Firm Partnerskich GPW w zakresie crowdfundingu i crowdinvestingu, do którego zgłosił się Dom Maklerski INC. Inicjatywa adresowana jest do podmiotów krajowych i zagranicznych z branży maklerskiej, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego. Uruchomiona Platforma crowdfundingowa Raisemana, oparta o blockchain, działająca we współpracy z GPW, ma umożliwić producentom gier pozyskiwanie środków na produkcję oraz dystrybucję swoich tytułów gier w zamian za tokeny blockchain.

– Dzięki platformie Raisemana studia gamingowe mogą pozyskać finansowanie na konkretną grę. W zamian za finansowanie, Wspierający otrzyma różne nagrody, w tym określony udział w przychodach z danej gry przez określony czas. Dodatkowo można liczyć, że inwestujący w konkretny tytuł będą też zainteresowani sukcesem takiej gry i staną się jej aktywnym użytkownikiem – zaznaczył Kamil Stanek, CEO Raisemana.

Start nowej platformy crowfundingowej to pierwszy etap wdrożenia inicjatywy strategicznej GPW Private Market, która stanowi jeden z priorytetowych projektów dla GPW. Docelowo inicjatywa GPW Private Market ma być platformą obrotu wtórnego stokenizowanymi aktywami cyfrowymi oraz uzupełnić giełdową ofertę zarówno dla doświadczonych firm giełdowych, jak i dla tych które dzisiaj jeszcze są na zbyt wczesnym stadium rozwoju, żeby wejść na NewConnect lub Rynek Główny.

Rozpoczęcie testów platformy przewidziane jest na drugą połowę 2021.

Rzecznik MŚP zwraca uwagę na problem z praktyką AMW obciążania przedsiębiorców rekompensatą za koszty odzyskiwania należności

Rzecznik MŚP występuje do Wicepremier i Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz oraz Ministra Finansów Tadeusza Kościńskiego w sprawie problemu związanego z praktyką Agencji Mienia Wojskowego obciążania przedsiębiorców z sektora MŚP rekompensatą za koszty odzyskiwania należności w sytuacjach, gdy windykacji takich należności nie było, a opóźnienie w płatności było symboliczne (np. jednodniowe).

Do Rzecznika MŚP doszły sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej w sytuacji pogorszenia płynności finansowej przedsiębiorcy, co w aktualnej sytuacji epidemicznej może mieć szerokie przełożenie na sytuację wielu drobnych przedsiębiorców. Sytuacja problemowa dotyczy drobnego przedsiębiorcy prowadzącego jednoosobową działalność gospodarczą, który w konsekwencji zaistnienia negatywnych okoliczności losowych czasowo stracił płynność finansową, czego konsekwencją były czasowe opóźnienia w comiesięcznych płatnościach względem Agencji Mienia Wojskowego (dalej: „Agencja”) z tytułu najmu lokalu.

Co istotne, wszystkie zaległości były płacone wraz z odsetkami jeszcze tego samego miesiąca co termin zapłaty, a Agencja nie musiała ponosić żadnych kosztów związanych z dochodzeniem tych należności. Tym niemniej, za każde nawet najmniejsze uchybienie terminowi zapłaty Agencja naliczała przedsiębiorcy wszystkie możliwe sankcje finansowe, w tym odsetki i tzw. rekompensatę za koszty windykacji na podstawie art. 10 ustawy z dnia 8 marca 2013 r. o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 935, ze zm.) w wysokości równowartości kwoty 40 euro. Szczególnie jaskrawym przykładem tej praktyki było wystawienie noty obciążeniowej (rekompensaty) na kwotę 182,09 zł wraz z notą odsetkową na kwotę 0,24 zł za fakturę opłaconą przez przedsiębiorcę jeden dzień po terminie.

Początkowo, Rzecznik MŚP prowadził w tej sprawie korespondencję z organami Agencji, a w końcu również z Ministrem Obrony Narodowej, jednakże powyższe wystąpienia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Organy stanęły bowiem na stanowisku, że niezależnie od okoliczności zgodnie z zasadami wynikającymi z dyscypliny finansów publicznych są zobligowane do naliczania wszystkich prawem przewidzianych należności.

W związku z powyższym, pismem z dnia 25 września 2020 r. Rzecznik MŚP wystąpił do Wicepremier i Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz oraz Ministra Finansów Tadeusza Kościńskiego z wnioskiem o rozważenie podjęcia działań legislacyjnych zmierzających do likwidacji ograniczeń z tym związanych. Rzecznik MŚP wskazał m.in. że problem z naliczaniem tej rekompensaty przez jednostki sektora finansów publicznych był już dostrzeżony przez ustawodawcę, który w ustawie z dnia 19 lipca 2019 r. o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych (Dz. U. z 2019 r. poz. 1649) wprowadził do ustawy o finansach publicznych przepisy dające niektórym organom publicznym możliwość niedochodzenia przedmiotowej rekompensaty. W uzasadnieniu do ww. ustawy wskazano, że „w takich przypadkach żądanie rekompensaty postrzegane jest jako działanie zbyt restrykcyjne i nieuzasadnione. To powoduje podważenie zaufania do instytucji publicznych”.

Mając powyższe na uwadze, Rzecznik MŚP zwrócił się w swoim wniosku o rozważenie podjęcia działań legislacyjnych ukierunkowanych na zapobieżenie sytuacjom obciążania przedsiębiorców przez podmioty publiczne należnościami z tytułu przedmiotowych rekompensat, których wysokość jest nieadekwatna do wagi uchybienia przedsiębiorcy.

Kapitał własny to za mało, by wypłynąć na szerokie wody

Jak finansować firmę, aby nie stanąć w miejscu? Na pewno nie polegając wyłącznie na środkach własnych. Poczucie bezpieczeństwa jakie daje silna pozycja kapitałowa jest istotne, ale finansowanie wyłącznie w oparciu o kapitał własny nie zawsze pozwala w pełni wykorzystać szansę na rozwój. Finansowany wewnętrznie powolny wzrost organiczny często oznacza utknięcie na mieliźnie małej skali. Żeby wypłynąć na szerokie wody, trzeba wyjść poza strefę finansowego komfortu i nie bać się nowych rozwiązań. Finansowanie zewnętrzne, także to pozabankowe może być dla firmy potężnym impulsem rozwojowym, który wcale nie musi zaburzyć poczucia jej bezpieczeństwa. – Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym tłumaczy jak różne podejście do finansowania przekłada się na poczucie bezpieczeństwa i tempo rozwoju firmy.

Na to, by nie korzystać z żadnej formy finansowania zewnętrznego mogą sobie pozwolić przede wszystkim mikrofirmy działające na bardzo niewielką skalę. W większości przypadków podstawą finansowania majątku trwałego oraz obrotowego przedsiębiorstwa jest kapitał własny wraz z kapitałem pozyskanym ze źródeł zewnętrznych. Wówczas przedsiębiorstwo wykorzystuje efekt dźwigni finansowej, który pozwala na zwiększenie stopy zwrotu z kapitału własnego. Jeśli chodzi o podział źródeł kapitału, optymalnie jest, gdy środki własne stanowią około 50 proc. ogólnej sumy pasywów. Proporcji tej nie należy jednak rozpatrywać w oderwaniu od branży w jakiej działa firma i jej modelu biznesowego, stąd też zdarzają się firmy o stabilnej pozycji, które mają niższy udział kapitału własnego, na poziomie 30-40 proc. Ważna jest bowiem również zdolność do obsługi długu, determinowana przez rentowność prowadzonej działalności. Wszystko to sprawia, że przedsiębiorstwa swój rozwój bardzo często finansują przy użyciu środków z zewnątrz. Bywa to bardzo skutecznym rozwiązaniem, trzeba jednak pamiętać, by zewnętrzne źródła kapitału dywersyfikować – zwłaszcza pod względem okresu spłaty jak i kosztu finansowania.

Dodatkowy kapitał pozwala wykorzystać szanse

Jedną z pierwszych form finansowania zewnętrznego działalności firmy jest kredyt kupiecki. Dzięki dobrym relacjom z kontrahentami mogą go uzyskać nawet małe, początkujące przedsiębiorstwa. W toku dalszego rozwoju, niezbędne staje się jednak dodatkowe finansowanie. Wiele firm sięga wtedy po leasing, kredyt obrotowy, bądź inwestycyjny. W którymś momencie pojawia się jednak poczucie niewykorzystanej szansy. Świadomość, że dzięki większemu kapitałowi wiele rzeczy można by było zrobić szybciej, lepiej i bardziej wydajnie. Dzięki dodatkowym środkom można np. otworzyć nowy kanał dystrybucji lub rozbudować dział sprzedaży, a tym samym rozwinąć działalność. Niedoinwestowanie może grozić utratą szansy na rozwój, oraz tym, że klienci zaczną przechodzić do konkurencji.

Dokąd po pieniądze?

Najczęściej pierwsze kroki przedsiębiorcy kierują w stronę banku. Rozmowy nie zawsze kończą się jednak sukcesem. Dla banku najważniejsza jest właściwa ocena ryzyka kredytowego, oparta na wystandaryzowanych systemach scoringowych. Wiele firm nie wpisuje się w te parametry, a przez to nie ma szans na zdobycie finansowania bankowego. Spotykając się z odmową banku warto rozważyć znalezienie partnera, który dostrzeże potencjał danego biznesu i wesprze zarząd w realizacji założonej strategii. Możliwości jest wiele. W zależności od tego czy firma jest prowadzona z myślą o jej sprzedaży w całości czy też nie, do rozważenia są następujące opcje: finansowanie udziałowe: fundusz venture capital, anioł biznesu finansowanie dłużne typu private debt: dług senioralny, dług konwertowalny na udziały lub akcje, dług podporządkowany, dług o charakterze hybrydowym – mezzanine debt Najważniejsze, aby finansowanie i sposób jego spłaty było dostosowane do możliwości i potrzeb firmy.

Bezpieczeństwo bywa złudne

Największą zaletą kapitału własnego jest bezpieczeństwo i swoboda działania. W przypadku, gdy sytuacja rynkowa przybierze niewłaściwy obrót, brak zobowiązań daje możliwość zakończenia działalności w dowolnym momencie bez ryzyka „zostania z długami”. Takie podejście do finansowania ma jednak wady, które poważnie ograniczają rozwój biznesu. Największe z nich to niedostosowanie się na czas do aktualnych potrzeb rynkowych i brak możliwości realizowania niezbędnych inwestycji. Często oznacza to także ryzyko zostania w tyle za konkurencją, a w konsekwencji tego utratę udziału w rynku.

W obecnej sytuacji gospodarczej bezpieczeństwo daje przede wszystkim płynność finansowa. Trzeba więc zadbać, by dostępne finansowanie było na poziomie umożliwiającym nieprzerwaną działalność, nawet w okresie opóźnień w spływie należności lub spadku przychodów ze sprzedaży. Środki własne mogą do tego nie wystarczyć. Dodatkowe finansowanie z zewnątrz pomoże nie tylko w utrzymaniu płynności, ale też da szansę na dalszy rozwój.

Amerykańscy inwestorzy mają coraz większy apetyt na ryzyko

Większość polskich inwestorów jeszcze nie wie, co to jest SPAC. Jednak prawdopodobnie niedługo ten termin będą znali wszyscy, mówimy bowiem o pomyśle na inwestycje w ciężkich czasach. A czasy dla inwestorów są teraz wyjątkowo ciężkie.

SPAC to skrót od special purpose aquisition company, tłumacząc na polski – celowa spółka akwizycyjna. Jest to spółka, której działalność polega wyłącznie na poszukiwaniu innego przedsiębiorstwa do przejęcia, nie posiadając jeszcze po stronie aktywów praktycznie żadnego majątku. W świecie finansów nie jest to żadna nowość, takie spółki istnieją od co najmniej kilkudziesięciu lat i są tak naprawdę specyficzną formą funduszy inwestycyjnych. Jednak dotąd, z uwagi na szczególnie wysoki poziom ryzyka, jaki muszą podjąć inwestorzy, nie były one szczególnie popularne. Wszystko zmieniło się w ostatnich miesiącach.

W USA inwestorzy przestraszeni rosnącą inflacją i zerowymi stopami procentowymi są gotowi podejmować coraz większe ryzyko, byle tylko uniknąć lokowania swoich środków w nierentownych lokatach bankowych. Nie przeszkadza im nawet to, że nie wiedzą, jaka spółka ma być obiektem przejęcia, ani jaki jest końcowy cel spółki akwizycyjnej. Co więcej, amerykańskie SPACsy, nie mając do tego odpowiednich kompetencji, coraz częściej przejmują przedsiębiorstwa znajdujące się we wstępnej fazie rozwoju, a wtedy ryzyko inwestycyjne staje się jeszcze większe.

Nie można jednak zaprzeczyć, że spółki typu SPAC potrafią bardzo skutecznie wspomagać rozwój startupów. Ich największą zaletą jest to, że powstają od razu w formie spółki publicznej i są notowane na giełdzie. Przejęcie startupu odbywa się w formie fuzji obu przedsiębiorstw, a to oznacza, że przejęty podmiot automatycznie staje się spółką giełdową. Dzięki temu może skuteczniej pozyskiwać fundusze na rozwój.

W Stanach Zjednoczonych regułą jest, że środki uzyskane podczas emisji akcji spółki SPAC są gromadzone na specjalnym koncie i mogą być wykorzystane tylko w celu akwizycji przejmowanego przedsiębiorstwa. W przypadku, gdy w ustalonym czasie nie dojdzie do akwizycji zaaprobowanej przez akcjonariuszy, spółkę należy rozwiązać i zwrócić akcjonariuszom wpłacone przez nich środki.

Obecnie najszerzej komentowanym przykładem firmy rozwijającej się dzięki połączeniu ze SPAC jest Nikola Corporation. Spółka założona w 2014 roku w Salt Lake City przez miliardera Trevora Miltona pracuje głównie nad wprowadzeniem na rynek elektrycznych i wodorowych samochodów ciężarowych. Dzięki połączeniu ze spółką typu SPAC – VectoIQ, od lipca tego roku Nikola Corporation jest notowana na giełdzie NASDAQ. Inwestorzy muszą pokładać ogromne nadzieje w planach firmy, gdyż jest ona warta prawie 10,5 miliarda dolarów mimo tego, że nie sprzedała jeszcze ani jednego samochodu, a jej obroty w pierwszych 6 miesiącach tego roku wyniosły zaledwie 95 tysięcy dolarów. Wartość giełdowa Nikoli to mniej więcej jedna czwarta wartości takich gigantów jak General Motors czy BMW.

Nikola ma jednak sporo kłopotów. Analityczna firma Hindenburg Research zarzuciła jej liczne nadużycia finansowe. Ponadto, podobno, nakręcony w 2018 roku spot pokazujący ciężarówkę Nikola jadącą po pustyni, okazał się manipulacją. Pojazd nie miał napędu i jechał z górki! Raport firmy badawczej pechowo ujrzał światło dzienne zaledwie kilka dni po tym, jak wartość akcji Nikoli eksplodowała po ogłoszeniu umowy o współpracy z General Motors. Aktualnie Nikola jest pod lupą amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, a także Departamentu Sprawiedliwości.

Kłopoty firmy spowodowały ożywioną dyskusję na temat ryzyka, na jakie są narażeni inwestorzy spółek typu SPAC. Bańka internetowa z początku dwudziestego pierwszego wieku na dość długo nauczyła inwestorów, aby nie ufali firmom, które nie posiadają ani udokumentowanych przychodów, ani kompetencji w obszarze rozwoju młodych przedsiębiorstw. Widać wyraźnie, że wielu z nich już tę lekcję zapomniało. Jednak tam, gdzie jest wysokie ryzyko, mogą się pojawić również ogromne stopy zwrotu. Najwięcej zarobią jak zwykle ci, którzy dzięki zbudowanemu doświadczeniu i wypracowanym kompetencjom, będą w stanie najlepiej oszacować podejmowane ryzyko.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Dysharmonia

Wczoraj różne klasy aktywów podążały własnymi ścieżkami. Globalny rajd rynku akcji wymusił osłabienie USD wobec walut G10, jednak ulgi nie doświadczyły waluty rynków wschodzących. Niska płynność i niechęć do otwierania nowych pozycji przed końcem miesiąca są prawdopodobnymi wyjaśnieniami. To jednak także podkreśla, że ryzyka pozostają po negatywnej stronie.

Jakkolwiek poniedziałek do udanych mogą zaliczyć kupujący akcje na giełdach w Europie i USA, tak już na rynku walutowym nie było widać silnych oznak wzrostu apetytu na ryzyko. Jeszcze wśród ryzykownych walut segmentu G10 (NOK, SEK, AUD) można było dostrzec „rajd ulgi”, tak jednocześnie trwała rzeź w obszarze emerging markets. Turecka lira i brazylijski real potraciły po 1,8 proc., rosyjski rubel osłabił się o ponad 1 proc., a tuż za podium znalazł się polski złoty (-0,6 proc.). Skąd ta presja na waluty rynków wschodzących? Wczorajsze odbicie indeksów nie miało solidnego podparcia w informacjach, więc nie przekonywało niczym więcej jak byciem korektą dla samej idei korekty. To za mało, aby zbudować przekonanie do powrotu risk-on na bardziej ryzykowne klasy aktywów. Jeśli już, to niepewność wokół wyborów prezydenckich w USA, druga fala COVID-19 i brak oznak świeżego wsparcia ze strony banków centralnych przemawiają za dalszym wycofywaniem się z ryzykownych pozycji. Skala ruchów w obliczu sprzecznych sygnałów z giełd sugeruje natomiast brak płynności niż odzwierciedla wielkość przepływów. Na takim tle nikt nie patrzy na indywidualne zalety walut. To niebezpieczne zaplecze m.in. dla złotego, który dotychczas był postrzegany jako atrakcyjny rynek gospodarki, która wyjątkowo dobrze zniosła pierwszą falę pandemii. Dopóki dążenie do redukcji wszelkiego ryzyka i ucieczka w USD nie zostanie zastopowana, żadne inne czynniki nie będą mieć znaczenia.

EUR/USD znalazł siłę do odbicia od 2-miesięcznych dołków. Optymizm na giełdach i nadzieje (nie dowody) w temacie pakietu fiskalnego w USA stały się pretekstem dla zawrócenia kursu. Żadnej reakcji nie przyniosło wystąpienie prezes EBC Lagarde w Parlamencie Europejskim. Lagarde powtórzyła, że bank jest gotowy użyć wszystkich narzędzi do wsparcia ożywienia oraz monitoruje kurs walutowy. Uczestnicy rynku obecnie nie uwzględniają w swoich oczekiwaniach możliwości interwencji EBC w kurs EUR, a wczoraj otrzymali też dowód, że sam EBC nie ma do końca określonego zdania. Sławne już źródła z EBC donoszą, że panuje silny podział obozów, gdzie jastrzębie chciałyby ograniczenia tempa skupu aktywów, podczas gdy gołębie sprzeciwiały się zbyt łagodnemu językowi Lagarde w stosunku do siły euro i ryzyk dla wzrostu. Wygląda na to, że Lagarde pragnie pogodzić wszystkich, sterując polityką tak, aby nie ograniczać tego, co już zostało wprowadzone, ale też nie dokładać za dużo, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Take podejście dla EUR obecnie nic nie zmienia.

Dziś dzień powinien przebiegać na dyskusji, czy rynek akcji jest w stanie wycisnąć więcej z odbicia i jak trwałe będzie podbieranie ryzykownych walut G10. Poza tym uwaga pozostanie skupiona na pierwszej debacie telewizyjnej kandydatów na prezydenta USA. Start debaty w środę o 3:00 polskiego czasu. Jest mało prawdopodobne, aby debata rozwiała wątpliwości wokół wyniku wyborów i ryzyka nierespektowania rezultatu przez Trumpa (jeśli nie wskaże na jego zwycięstwo). Zatem dla rynku walutowego może okazać się efektywnie neutralna.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak i gdzie Polacy kupują warzywa i owoce?

Pandemia zmienia proces zakupów. W ramach „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców”, realizowanych przez Kantar dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw, poznaliśmy jego etapy, miejsca, kryteria oceny produktów i same zakupy, to co ostatecznie kupujemy.

Zakupy owoców i warzyw są coraz częściej planowane, co ma związek z epidemią koronawirusa, ale również z oszczędnością i niechęcią do marnowania żywności. Podczas epidemii konsumenci zaczęli lepiej planować zakupy tak, aby zmniejszyć liczby wizyt w sklepie i skrócić czas spędzony na zakupach.

„Większość osób ma pewien zestaw warzyw i owoców, które +muszą być w domu+. Warto jednak podkreślić, że warzywa i owoce często kupowane są także pod wpływem impulsu, gdy coś się podczas zakupów spodoba” – mówi Agata Zadrożna, Kantar Polska.

„Zakupy najchętniej robimy koło domu lub po drodze. Teoretycznie preferujemy bazarki, ale często rezygnujemy z nich z braku czasu lub dlatego, że nie ma ich w pobliżu. Największą zaletą targów i różnego rodzaju straganów jest zaufanie do sprzedawcy oraz wiara, że sprzedawane produkty są uprawiane przez sprzedawcę lub jego rodzinę. Rosnące znaczenie dla kupujących ma wiedza skąd pochodzi produkt, w jakich warunkach jest uprawiany i skąd był transportowany. Konsumenci chcą kupować bezpośrednio od producenta. Powyższe sprawia, że samochód budzi większe zaufanie niż stragan (+prosto z samochodu+). Podobnie mniejszy asortyment. Budują poczucie, że towar jest prosto z pola, że sprzedaje osoba, która uprawia. Warto podkreślić, że bazarki są popularne wśród osób poszukujących towarów lokalnych, regionalnych, autentycznych, ekologicznych, świeżych, ale z drugiej strony wiele osób nie ma czasu na zakupy tam realizowane” – wyjaśnia Urszula Krassowska, dyrektor zarządzająca Public Division w Kantar Polska.

Kupujemy to, co jest dostępne tam, gdzie zaopatrujemy się w warzywa i owoce. Warzywa i owoce mają opinię drogich, dlatego zwracamy uwagę na promocje. Konsumenci chcieliby, aby sklepy oferowały większy wybór warzyw i owoców. Zależałoby im na możliwości wyboru odmiany i kupienia odpowiedniej do planowanej potrawy lub preferencji smakowych. Widoczny jest duży sentyment do dawnych odmian owoców. Wciąż funkcjonują ich nazwy, np. jabłek i gruszek.

Dla konsumentów warzyw i owoców ważne są: naturalność (postrzegana jako jak najmniej nawozów i środków ochrony roślin, ale też dojrzewanie na słońcu nie w szklarni); polskość (głównie ze względu na krótki transport i wspieranie polskich producentów, a także smak); przewidywalność smaku (znana odmiana); znajomość ścieżki jaką przechodzi warzywo czy owoc od producenta do sklepowej półki. Nie zwracają uwagi na region (w ramach Polski) pochodzenia ze względu na nieznajomość regionalnych odmian i ich właściwości. Wyjątek stanowią tu Jabłka Grójeckie. Rosnącym trendem jest zainteresowanie warzywami i owocami niedoskonałymi, które uchodzą za bardziej naturalne. Z drugiej strony dla wielu osób wciąż liczą się ładny wygląd i porównywalny kształt. Oceniają, że taki produkt jest zdrowy i będzie się dobrze przechowywać.

„Narodowe badania konsumpcji warzyw i owoców” realizowane są przez KANTAR dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. Projekt realizowany jest we współpracy z agencją INSPIRE smarter branding. Zadanie finansowane jest ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Projekt otrzymał patronat honorowy Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Sztuczna Inteligencja w automatyzacji cyberprzestepczosci i cyberobrony

Upowszechnienie pracy zdalnej przyspiesza trend cyfryzacji społeczeństwa. Wpływa również na zwiększanie się zależności gospodarki i życia od aplikacji internetowych. Tymczasem cyberprzestępczość stała się najpowszechniejszym rodzajem przestępstwa. Już od wielu lat kradzieże online zapewniają złodziejom znacznie większe środki niż te pochodzące z fizycznych napadów na banki. Teraz przestępcy po prostu atakują strony internetowe banków, agencji federalnych, linii lotniczych i sprzedawców detalicznych. Według raportu Verizon dotyczącego naruszenia danych z 2020 r. 86% wszystkich naruszeń danych było motywowanych finansowo.

Niestety społeczeństwo nie jest w stanie nadążyć za zmianami technologicznymi i cyberprzestępcami. Większość ludzi ma przekonanie, że ataki kierowane są tylko na wyjątkowe cele. To dalekie od prawdy: obecnie cyberprzestępcy atakują wszystkich.

Brakuje nam pojęcia o skali cyberprzestępczości. Raport sponsorowany przez Herjavec Group szacuje, że będzie ona kosztować gospodarkę światową ponad 6 bln USD rocznie do 2021 r., w porównaniu z 3 bln USD w 2015 r. Łatwiej wyobrazić sobie problem, gdy zrozumiemy, że w przyszłości prawie wszystkie wykorzystywane przez nas technologie będą stale atakowane. Tak jak ma to już miejsce w przypadku każdej większej witryny internetowej i aplikacji mobilnej, na których polegamy.

Zrozumienie tego wymaga radykalnej zmiany wyobrażeń o świecie, jako miejscu wyłącznie fizycznym. W rzeczywistości po prostu nie da się obrabować każdego domu w mieście tego samego dnia. W wirtualnym świecie jest to możliwe, a takie próby są podejmowane dla każdego wręcz „domu”. Opisywana jest tu stała aktywność (a nie rozproszone zagrożenie), którą obserwujemy na każdej większej stronie internetowej. Wspomniane instytucje, jak banki czy detaliści, codziennie podlegają milionom ataków, których celem są konta użytkowników. W czasie kilku dni, które zajmują Google zaindeksowanie większości sieci, cyberprzestępcy atakują prawie każdą witrynę na świecie.

Najczęstszym typem ataku internetowego jest obecnie upychanie czy też wyciąganie danych uwierzytelniających (credential stuffing). Dzieje się tak, gdy cyberprzestępcy wykorzystują skradzione w wyniku naruszenia bezpieczeństwa dane użytkowników, a następnie używają narzędzi do ich automatycznego logowania na każde „pasujące” do nich konto w kolejnych witrynach internetowych. Wszystko to w celu przejęcia tych kont i kradzieży znajdujących się na nich środków lub danych. Takie przejęcia konta (Account Takeover – ATO) są możliwe, ponieważ ludzie często używają tych samych haseł w różnych witrynach internetowych.

Tym sposobem gigantyczna fala naruszeń danych w ciągu ostatniej dekady przyniosła cyberprzestępcom miliardy rekordów. Ich wykorzystanie sprowadza się dla kryminalistów do rachunku prawdopodobieństwa. Ze 100 wykradzionych haseł użytkowników wypróbowywanych w kolejnych witrynach 1 odblokuje hakerom czyjeś konto. Cyberprzestępczość jest jak biznes, a rozwój takiej „firmy” zależy od zwiększania skali i wydajności. Zautomatyzowanie credential stuffing tę skalę znacznie zwiększa.

Tutaj wkracza sztuczna inteligencja.

Na podstawowym poziomie sztuczna inteligencja wykorzystuje dane do prognozowania, a następnie automatyzuje działania. Cyberprzestępcy wykorzystują sztuczną inteligencję zaprojektowaną do legalnych celów, w nielegalnych działaniach.

Spójrzmy na jedną z najczęstszych metod obrony przed wyciąganiem danych uwierzytelniających – CAPTCHA. Wynaleziony kilka dekad temu CAPTCHA ma chronić przed niechcianymi botami, weryfikując użytkownika poprzez to, co w teorii ludziom powinno przychodzić łatwo, a botom trudno – np. konieczność czytania zniekształconego tekstu. Niestety, wykorzystanie sztucznej inteligencji przez cyberprzestępców odwraca sytuację. Technologia optycznego rozpoznawania znaków (OCR), oparta na uczeniu maszynowym, może rozwiązać 99,8% takich wyzwań CAPTCHA, jak wskazało kilka lat temu Google po przeprowadzeniu badań. OCR, podobnie jak inne technologie rozwiązujące CAPTCHA, jest używany przez cyberprzestępców w procesie credential stuffing.

Cyberkryminaliści wykorzystują sztuczną inteligencję także na inne sposoby: do przyśpieszania łamania haseł, identyfikacji intratnych celów ataków oraz optymalizacji łańcuchów dostaw i infrastruktury przestępczej. Obserwujemy niewiarygodnie krótkie czasy reakcji hakerów – mogą wyłączyć i ponownie uruchomić ataki z milionami transakcji w ciągu zaledwie kilku minut. Wykonują te działania za pomocą w pełni zautomatyzowanej infrastruktury ataku, przy użyciu tych samych technik DevOps, które są popularne w legalnym świecie biznesu. Prowadzenie takiego systemu przestępczego jest podobne do prowadzenia dużej komercyjnej witryny internetowej, a cyberprzestępczość jako usługa jest obecnie powszechnym „modelem biznesowym”.

Z czasem sztuczna inteligencja będzie w coraz większym stopniu wykorzystywana przez kryminalistów, żeby wspierać przestępczy proceder: wzrost skali i siłę ataku. Jedyną realną odpowiedzią na zautomatyzowane ataki jest automatyczna ochrona po drugiej stronie.

Ewolucja zautomatyzowanej obrony

Na podstawowym poziomie, gdy mamy do czynienia z manualna detekcją i reakcją, zdarzenia są wykrywane i łagodzone przez centrum ochrony operacji (Security Operations Center – SOC) i zespoły zajmujące się nadużyciami i oszustwami. Następnie procesy (wykrywanie i odpowiedź) są pół-automatyzowane, a organizacje będą zmierzały do pełnej automatyzacji cyberobrony.

Ta ewolucja prosi o przyjrzenie się wzmacnianiu obrony rozbudową zespołów. Firmy biorące udział w „wojnie o talenty”, polegającej na zatrudnianiu sporych zespołów ds. bezpieczeństwa, zaczęły się starać także o analityków danych do tworzenia własnych zabezpieczeń bazujących na Sztucznej Inteligencji. Jednak zatrudnianie dużego zespołu zajmującego się sztuczną inteligencją raczej nie będzie głównym nurtem działań obronnych, tak jak nie byłoby nim zatrudnienie zespołu kryptografów . Podobne podejście nigdy nie byłoby skuteczne, skalowalne i niezawodne w obronie przed stale ewoluującymi atakami.

Skuteczną strategią jest integracja używanych rozwiązań zabezpieczających z danymi organizacji, żeby lepiej wykorzystać możliwości Sztucznej Inteligencji. Umożliwi to rozliczenie dostawców usług z wyników fałszywie dodatnich i fałszywie ujemnych oraz pomoże sprostać innym wyzwaniom ochrony – to prawdziwa wartość SI. W końcu chodzi o to, żeby była w ochronie skuteczna, mierzona zwrotem z inwestycji, a przecież kiedy systemy obronne oparte na SI tworzą fałszywe alarmy, rośnie liczba skarg klientów. Zaś w przypadku fałszywie ujemnych wyników wskaźnik ATO, przejęć kont – wzrasta. Istnieją też inne wskaźniki, z cennymi dla biznesu danymi.

Dobra SI vs zła SI to nie jest science fiction – ponad 90% prób logowania do witryn detalicznych pochodzi z narzędzi cyberprzestęepczych. Organizacje się uczą, wiele ma już skuteczne mechanizmy obronne oparte na sztucznej inteligencji. Niemniej trzeba się w automatyzacji cyberobrony rozwijać. Pamiętajmy, że lockdown zapewnił więcej czasu przed komputerami także cyberprzestępcom.

Shuman Ghosemajumder, Global Head of AI at F5.

PlanRadar: Cyfryzacja w branży budowlanej musi przyspieszyć

Na skutek pandemii, przedsiębiorstwa z branży budowlanej niemal z dnia na dzień musiały przystosować się do nowych realiów funkcjonowania. W opinii ekspertów PlanRadar zasady dystansu społecznego pozostaną z nami na dłużej, a firmy pilnie będą poszukiwały rozwiązań, które poprawią ich efektywność i zapewnią utrzymanie ciągłości operacyjnej. Wyzwaniem jest dziś więc nie tylko dążenie do elastyczności w zakresie zarządzania pracownikami oraz ich rotacją, ale też cyfryzacja biznesu, która w przypadku branży budowlanej musi zdecydowanie przyspieszyć.

W opinii Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa branża budowlana pracuje dziś na poziomie ok. 70-90 proc. wydajności. W kontekście wprowadzonych nadzwyczajnych środków ostrożności i przeniesienia części zadań do modelu pracy zdalnej należy uznać to za duży, choć tymczasowy sukces. Pandemia wciąż bowiem trwa, a liczba aktywnych przypadków zachorowań w Polsce nadal rośnie. W długofalowej perspektywie nie możemy zatem wykluczyć ponownego zamrożenia gospodarki czy nawet kolejnego lockdownu, który bez wątpienia uderzy w przedsiębiorstwa i może znacząco zachwiać budżetami zwłaszcza małych i średnich firm. W ich przypadku gra toczy się o naprawdę wielkie pieniądze – według firmy doradczej Spectis w 2020 roku wartość branży budowlanej w Polsce może wynieść nawet 250 mld złotych. Każdy procent wygenerowanych oszczędności ma więc ogromny wpływ na przyszłą kondycję całego sektora.

Cyfryzacja musi przyspieszyć

Dla wielu przedsiębiorstw, które ucierpiały na skutek obostrzeń i ograniczeń spowodowanych pandemią, skuteczną odpowiedzią na bieżącą sytuację stały się inwestycje w cyfryzację – te idealnie wpisują się bowiem w zalecenia Głównego Inspektoratu Sanitarnego oraz ogólne wytyczne dotyczące ograniczania bezpośredniego kontaktu.

Jeszcze do niedawna firmy budowlane szukały oszczędności głównie w kontekście zakupu materiałów i szeroko rozumianych kosztów towarzyszących procesowi budowlanemu, traktując cyfryzację raczej jako dodatek do ich biznesu. Dziś sytuacja znacząco różni się od tej, z którą mieliśmy do czynienia przed pandemią. Według najnowszego raportu „Global Powers of Construction 2019” firmy Deloitte, rola zaawansowanych technologii rośnie, a cyfryzacja stała się kluczem do zapewniania firmom budowlanym efektywności na każdym etapie procesu budowlanego i wspiera je w kontekście zagwarantowania bezpieczeństwa pracownikom.

Z taką tezą zgadza się Bartek Pietruszewski, Country Manager polskiego oddziału globalnej spółki PlanRadar, która w tym roku zadebiutowała na krajowym rynku ze swoją aplikacją do zarządzania projektami budowlanymi oraz nieruchomościami. – Polski rynek kryje w sobie ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał związany z optymalizacją procesów budowlanych. Wielu menedżerów konsekwentnie sięga po analogowe rozwiązania, często nie zdając sobie sprawy z ich niskiej efektywności i kosztów generowanych dla przedsiębiorstwa, podczas gdy ich cyfrowe odpowiedniki zyskują na znaczeniu, szczególnie w tak trudnych czasach. Narzędzia takie jak nasza aplikacja, pozwalają bowiem nie tylko zdalnie zarządzać zadaniami w ramach poszczególnych zespołów, ale generują także oszczędność czasu i pieniędzy. Dzięki aplikacji PlanRadar kierownik budowy może np. efektywnie wykonywać swoje zadania z zachowaniem przepisów sanitarnych, a jednocześnie automatycznie powiadamiać pozostałych pracowników i wykonawców o bieżącym statusie realizacji projektu. Wszystko odbywa się w czasie rzeczywistym, wraz ze wszystkimi niezbędnymi informacjami, w tym szczegółowymi opisami, zdjęciami, komentarzami czy notatkami głosowymi – bez konieczności fizycznego spotkania – tłumaczy Pietruszewski.

Wciąż jest wiele do zrobienia

O tym jak ważna w dobie pandemii staje się skuteczna komunikacja między zespołami, firmy budowlane przekonały się już w marcu br., tuż po wprowadzeniu pierwszych obostrzeń w zakresie unikania zgromadzeń. Potentaci, tacy jak Skanska SA czy Warbud, od razy przeszli do modelu spotkań online. Odbywały się one na wirtualnych platformach oraz z wykorzystaniem różnych komunikatorów i pozwalały na dokonywanie kluczowych ustaleń i planowanie w trybie bieżącym, ograniczając bezpośredni kontakt i wszelkiego rodzaju aktywności wymagające obecności na projekcie do absolutnego minimum.

Styl pracy tysięcy firm, praktycznie z dnia na dzień został wywrócony do góry nogami. Największe zmiany dotyczyły delegowania zadań, które dotychczas bardzo często były przydzielane i objaśniane podczas bezpośrednich spotkań na projekcie. Przeniesienie komunikacji z innymi członkami zespołu projektowego do aplikacji wspierających ten proces, a także różnych komunikatorów firmowych było konieczne, ale był to tylko pierwszy krok w kierunku głębokiej zmiany i cyfryzacji. – Powinniśmy myśleć o procesie budowy jako całości i uważamy, że w tym zakresie wciąż jest wiele do zrobienia. Aktualnie priorytetem pozostaje zapewnienie pracownikom bezpieczeństwa i możliwości zachowania odpowiedniego dystansu społecznego, ale jednocześnie musimy pamiętać, aby zapewnić im dostęp do wszystkich istotnych informacji na każdym etapie procesu. PlanRadar nie tylko wspiera ten cel, ale także poprawia produktywność i efektywność zespołu. Dzięki naszej aplikacji cykliczne kontrole realizacji poszczególnych etapów budowy i ich zatwierdzanie mogą być przeprowadzane zdalnie, wykorzystując do tego dokumentację fotograficzną. To jednak nie koniec. W dobie nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa rozwiązania cyfrowe pozwalają firmom przenieść zarządzanie zespołem z notebooka na smartfon w ramach systemu chmurowego niemal z dnia na dzień. Pomagamy również naszym klientom zmniejszyć liczbę osób przebywających na miejscu w tym samym czasie. Dzięki temu nie tylko usprawniamy samą realizację danej inwestycji, ale co najważniejsze wspieramy zespoły projektowe w zapewnieniu ich członkom odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa podsumowuje Pietruszewski.

Pandemia wymusiła zmiany. 3/4 firm funkcjonuje inaczej

Według najnowszego badania Krajowego Rejestru Długów, pandemia wymusiła zmiany w ponad 3/4 firm z sektora MŚP. Dla części z nich oznaczały one cięcie kosztów, np. pensji (33%). Dla innych był to czas szukania nowych pomysłów na swoją działalność (24%) czy większej cyfryzacji (21%). Zmieniając swój biznes, firmy chcą przygotować się na skutki pandemii. 8 na 10 przedsiębiorców spodziewa się, że wpływ Covid-19 na ich biznes będzie bowiem długotrwały. Gra toczy się o wysoką stawkę, stąd też podwyższony poziom stresu związany z prowadzeniem działalności, który odczuwa 71% przedsiębiorców.

Pandemia zmieniła otaczającą nas rzeczywistość oraz warunki do prowadzenia działalności gospodarczej dla bardzo wielu firm, a nawet całych branż. Bez wprowadzania większych zmian wciąż funkcjonuje 23% MŚP. Jednak dla większości (77%) były one koniecznością. Najmocniej na nowe tory przestawić się musiał sektor produkcyjny, aż 91% z nich wdrożyło nowe działania czy rozwiązania, pokazują wyniki badania „Jak pandemia zmieniła biznes” przeprowadzonego dla Krajowego Rejestru Długów przez instytut badawczy MANDS.

Jedni tną koszty, inni zmieniają profil działalności

Najczęściej podejmowaną w obliczu kryzysu epidemiologicznego decyzją przez przedsiębiorców było ograniczenie wydatków w firmie. Najwięcej z badanych firm wskazało, że podjęło decyzję o cięciu płac (33% wskazań). Co ciekawe, w blisko połowie firm, które podjęły taką decyzję cięcia były powszechne i wynagrodzenia zmniejszono wszystkim pracownikom. Znacznie rzadziej obniżki pensji dotyczyły konkretnych stanowisk czy osób, przy czym nie było tu znaczących różnic między wskazaniami na zarabiających najwięcej, najmłodszych czy mniej przydatnych w firmie. Niestety, w blisko co 6 firmie (16%) pandemia przyniosła także redukcję zatrudnienia. Zwalniani byli najczęściej pracownicy, których stanowisko straciło rację bytu (62%). W drugiej kolejności pracę tracili najmłodsi stażem (32%).

Ale cięcia kosztów, to nie jedyny sposób na przetrwanie. Wiele przedsiębiorstw postanowiło uciec do przodu. Dla blisko co czwartej firmy strategią na adaptację w nowej rzeczywistości stała zmiana dotychczasowej oferty w obrębie swojej branży. Dostosowała więc swoją produkcję lub usługi do bieżącego zapotrzebowania i nowo ukształtowanych nisz. Elastyczność i szybka reakcja na nowe warunki na rynku pomogła im kontynuować działalność. Niestety, nie we wszystkich przypadkach i branżach było to możliwe. Ponad 1/4 (27%) firm przyznała, że dla nich efektem pandemii było całkowite lub częściowe zawieszenie działalności.

Walkę o utrzymanie biznesu przedsiębiorstwa podejmowały również w sieci. Dla blisko 1/5 firm zmiana oznaczała rozwój cyfryzacji, np. poprzez wdrożenie mechanizmów obsługi przez Internet. Innym często podawanym przez przedstawicieli MŚP przykładem zmian było zwiększenie zakresu pracy zdalnej (30%).

– Spora grupa przedsiębiorców wskazała także na konieczność zmian związanych wymaganiami nowego reżimu sanitarnego i konieczność zapewnienia bezpieczeństwa swoim pracownikom czy klientom. W odpowiedziach MŚP pojawiły się także takie kwestie jak: zmiany organizacyjne, przestoje, zamknięcie lokalu przez dłuższy czas, wydłużenie godzin pracy, zmiany w procesie produkcyjnym, zmniejszenie liczby zamówień, problem ze zbytem oraz zaopatrzeniem w towary – wymienia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Nadzieja na powrót

Za wybranymi przez MŚP działaniami wobec kryzysu stoją konkretne przekonania o trwałości zachodzących zmian i ich efektach. Polscy przedsiębiorcy pozostają względnymi pesymistami. 80% nie łudzi się, że zmiany spowodowane pandemią będą krótkotrwałe. Wśród nich większość (57%) ma jednak nadzieję, że choć długotrwałe, to będą odwracalne i uda się powrócić do stanu sprzed Covid-19. Pełnymi optymistami, którzy twierdzą, że zmiany będą krótkotrwałe i odwracalne jest już tylko 15% firm. Znacznie większa zgoda wśród odpowiadających panuje za to w kwestii oceny zachodzących obecnie zmian. Dla zdecydowanej większości firm (72%) będą miały negatywny charakter.

W obliczu tak nieprzewidywalnego kryzysu, jaki sprowadziło na biznes pojawienie się koronawirusa, bardzo ważna jest trzeźwa ocena sytuacji. Oczywiście, zawsze jest ona subiektywna i perspektywa będzie się różnić ze względu na branżę, wielkość firmy, jej staż czy model biznesowy. Niemniej jednak ważne jest to aby zagrożeń nie ignorować. Gotowość na różne scenariusze będzie w kolejnych miesiącach trwania pandemii bardzo ważna – dodaje prezes Krajowego Rejestru Długów.

Pandemiczny stres

Badanie Krajowego Rejestru Długów pokazało również, że pandemia miała przełożenie nie tylko na działalność firm, ale i na kondycję psychiczną nimi zarządzających. Przyczyniła się do wzrostu poziomu stresu u aż 71% przedsiębiorców, przy czym dla większości (42%) był to nieznaczny wzrost. Nieco więcej niż co czwarty (27%) przyznaje, że prowadzenie firmy jest obecnie tak samo stresujące jak przed pojawieniem się koronawirusa. – W dobie pandemii przedsiębiorców najbardziej stresuje kwestia stabilności firmy i jej przyszłość oraz należności i zobowiązania finansowe ich biznesu. To bolączka co drugiego zestresowanego. Stres nie musi jednak oznaczać gorszego zarzadzania w tej sferze w firmach, wręcz przeciwnie. To dowód, że przedsiębiorcom zależy. Stres i adrenalina mogą wpłynąć przy tym mobilizująco i powodować, że jeszcze uważniej będą śledzić płatności i rozsądnie je planować. Może  też wśród nich wzrosnąć zainteresowanie różnymi profesjonalnymi narzędziami i usługami finansowymi, które pomagają zabezpieczyć biznes – dodaje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Wśród pozostałych najczęstszych stresorów wymienianych przez przedsiębiorców badaniu znalazły się  także obawy o bezpieczeństwo pracowników i klientów (42%) oraz kwestie zatrudnienia (33%).

Metodologia: Badanie „Jak pandemia wpłynęła na biznes” zostało przeprowadzone na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez MANDS Badania Rynku i Opinii w dniach 14-26.08.2020 r. na próbie 300 przedstawicieli firm z sektora MŚP metodą CAWI/CATI.

W części zadawanych pytań respondenci mogli wskazywać kilka odpowiedzi, stąd wyniki nie sumują się do 100%.

11. edycja globalnego Raportu Allianz o Zamożności

Allianz zaprezentował jedenastą edycję „Global Wealth Report”, który przedstawia sytuację majątkową i zadłużenia gospodarstw domowych w 2019 roku w prawie 60 krajach.

Wyboisty rok

W ciągu ostatnich dziesięciu lat, ani razu nie odnotowano tak dużego wzrostu zamożności: na całym świecie aktywa[1] finansowe brutto w 2019 roku wzrosły o 9,7%, osiągając największy wzrost od 2005 roku. To zadziwiające, biorąc pod uwagę fakt, że rok 2019 naznaczony był niepokojami społecznymi, eskalacją konfliktów handlowych i recesją przemysłową. Jednak gdy banki centralne odwróciły kurs i rozpoczęły szeroko zakrojone łagodzenie polityki pieniężnej, rynki akcji odłączyły się od fundamentów i wzrosły o 25%, podnosząc aktywa finansowe w tym procesie: klasa aktywów papierów wartościowych wzrosła aż o 13,7% w 2019 r. Stopy wzrostu pozostałych dwóch głównych klas aktywów były niższe, ale wciąż imponujące: ubezpieczenia i emerytury osiągnęły wzrost o 8,1%, głównie odzwierciedlając wzrost aktywów bazowych, a depozyty bankowe wzrosły o 6,4%. W rzeczywistości wszystkie klasy aktywów odnotowały wzrost znacznie powyżej swoich długoterminowych średnich od czasu Wielkiego Kryzysu Finansowego. Kolejna osobliwość 2019: przez wszystkie lata regionalna tabela wzrostu była zdominowana przez rynki wschodzące. Jednak nie w 2019 r. Regiony, które odnotowały najszybszy wzrost, były zdecydowanie najbogatsze: Ameryka Północna i Oceania, gdzie aktywa finansowe brutto gospodarstw domowych wzrosły po 11,9%. W konsekwencji trzeci rok z rzędu rynki wschodzące nie były w stanie przerosnąć swoich znacznie bogatszych odpowiedników. Proces doganiania utknął w martwym punkcie.

Kryzys? Jaki kryzys?

Ekonomiści wskazują, że podobna historia ma się powtórzyć w 2020 roku – ale tylko w skrajnych przypadkach. Podczas gdy COVID-19 pogrążył światową gospodarkę w jej najgłębszej recesji od 100 lat, banki centralne i rządy na całym świecie uruchomiły bezprecedensowe środki monetarne i fiskalne, chroniąc gospodarstwa domowe i ich aktywa finansowe przed konsekwencjami chaosu na świecie. Szacujemy, że prywatne gospodarstwa domowe były w stanie odrobić straty z pierwszego kwartału i odnotowały niewielki, 1,5% wzrost globalnych aktywów finansowych do końca drugiego kwartału 2020 r. w postaci depozytów bankowych, zasilanych hojnymi programami wsparcia publicznego i oszczędnościami zapobiegawczymi. Bardzo prawdopodobne, że aktywa finansowe prywatnych gospodarstw domowych mogą zakończyć rok 2020, rok pandemii, na plusie. – Na razie polityka pieniężna uratowała sytuację – Ludovic Subran, główny ekonomista Allianz. – Ale nie powinniśmy się oszukiwać. Zerowe i ujemne stopy procentowe to słodka trucizna. Podważają akumulację bogactwa i pogłębiają nierówności społeczne, ponieważ właściciele aktywów mogą zgarnąć niezłe zyski. To nie jest zrównoważone. Ratowanie dnia to nie to samo, co wygrywanie przyszłości. W tym celu potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek reform strukturalnych po COVID-19, aby położyć podwaliny pod rozwój bardziej sprzyjający włączeniu społecznemu.

Odwrócenie trendu

Luka zamożności między krajami bogatymi i biednymi ponownie się pogłębiła. W 2000 r. aktywa finansowe netto na mieszkańca były średnio 87 razy wyższe w gospodarkach zaawansowanych niż na rynkach wschodzących; do 2016 r. wskaźnik ten spadł do 19. Od tego czasu ponownie wzrósł do 22 (2019). To odwrócenie procesu doganiania jest powszechne: po raz pierwszy liczba członków światowej zamożnej klasy średniej znacznie spadła: z nieco ponad 1 miliarda ludzi w 2018 roku do prawie 800 milionów ludzi w 2019 roku. Jednak patrząc wstecz na rozwój od przełomu wieków, rozwój rynków wschodzących pozostaje imponujący. Po uwzględnieniu wzrostu liczby ludności globalna klasa średnia wzrosła o prawie 50%, a klasa o wysokim stopniu zamożności o 30%, podczas gdy klasa niższa zmalała o prawie 10%. Pomimo tego postępu świat pozostaje miejscem bardzo nierównym. Najbogatsze 10% na świecie – 52 miliony ludzi w krajach o średnich aktywach finansowych netto o wartości 240 000 EUR – łącznie posiadało około 84% wszystkich aktywów finansowych netto w 2019 r . Wśród nich najbogatszy 1% – ze średnimi aktywami finansowymi netto powyżej 1,2 mln EUR – posiada prawie 44%. Rozwój od przełomu tysiącleci jest uderzający: podczas gdy udział najbogatszego decyla spadł o siedem punktów procentowych, to procent najbogatszego wzrósł o trzy punkty procentowe. Tak więc najbogatsi  rzeczywiście wydają się coraz bardziej oddalać od reszty społeczeństwa. – To dość niepokojące, że przepaść między bogatymi i biednymi krajami zaczęła się ponownie rozszerzać, jeszcze zanim COVID-19 pojawił się na świecie – Patricia Pelayo Romero, współautorka raportu. – Ponieważ pandemia najprawdopodobniej jeszcze bardziej zwiększy nierówności, będąc niepowodzeniem nie tylko dla globalizacji, ale także zakłócając edukację i usługi zdrowotne, szczególnie w krajach o niskich dochodach. Jeśli coraz więcej gospodarek zwraca się do wewnątrz, świat jako całość będzie biedniejszy.

Polska: powolny wzrost aktywów i pasywów

Łączne aktywa finansowe gospodarstw domowych w Polsce odnotowały bardzo skromny wzrost o 4,6% wobec spadku o 8,1% średniego wzrostu w ostatniej dekadzie. Z klas aktywów w Polsce najlepiej wypadły depozyty, które wzrosły o 9,5% i są najpopularniejszymi aktywami finansowymi w portfelach polskich gospodarstw domowych (udział 52%). Papiery wartościowe zanotowały ujemny wzrost o 2,0% i utrzymują 25% udział w portfelach. Z 13% udziałem należności ubezpieczeniowe i emerytalne nie odnotowały wzrostu w 2019 r.

Zobowiązania również były nieco gorsze od historycznej średniej (6,7%) i wzrosły tylko o 6,0%. Wskaźnik zadłużenia Polski (zobowiązania jako % PKB) utrzymuje się od siedmiu lat na stabilnym poziomie około 36%. Jest on wciąż stosunkowo niski, ale należy do najwyższych w Europie Środkowej i Wschodniej. Aktywa finansowe netto wzrosły tylko o 3,9%, co stanowi ich najniższy wzrost od 2011 r. W Polsce aktywa finansowe netto na mieszkańca kształtują się obecnie na poziomie 8 757 euro, co daje stabilne 37. miejsce w rankingu najbogatszych krajów pod względem aktywów finansowych netto na osobę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wskaźnik ten podwoił się, jednak niepokojące jest to, że jeszcze przed pandemią aktywa w Polsce rosły wolniej niż w innych regionach. Co więcej, skutków pandemii nie widać jeszcze w aktywach finansowych gospodarstw domowych.

Top 20 w 2019 w podziale na…

aktywa finansowe netto na mieszkańca   aktywa finansowe brutto na mieszkańca
  w EUR y/y in % Pozycja w 2000     w EUR y/y in % Pozycja w 2000
#1 USA 209,524 13.4 2   #1 Szwajcaria 294,535 5.6 1
#2 Szwajcaria 195,388 7.4 1   #2 USA 254,328 11.3 2
#3 Singapur 116,657 12.2 16   #3 Dania 171,248 11.2 7
#4 Holandia 114,287 18.3 6   #4 Holandia 164,896 12.5 4
#5 Tajwan 110,706 11.7 12   #5 Szwecja 154,277 14.2 17
#6 Szwecja 110,618 18.8 14   #6 Singapur 153,642 8.4 10
#7 Japonia 103,829 3.9 3   #7 Australia 145,150 11.6 16
#8 Dania 101,671 17.5 13   #8 Kanada 140,542 8.9 8
#9 Kanada 96,630 11.7 8   #9 Tajwan 131,832 10.4 14
#10 Nowa Zelandia 96,091 4.4 9   #10 Japonia 127,041 3.5 3
#11 Belgia 94,804 6.8 4   #11 Nowa Zelandia 125,779 4.7 11
#12 Wielka Brytania 88,136 6.0 5   #12 Wielka Brytania 123,136 5.2 6
#13 Australia 83,240 20.4 18   #13 Belgia 121,345 6.4 5
#14 Izrael 79,794 10.0 11   #14 Norwegia 98,804 5.8 20
#15 Francja 63,381 10.2 10   #15 Izrael 98,798 8.7 18
#16 Austria 59,256 6.5 17   #16 Francja 90,691 8.9 12
#17 Włochy 57,429 6.2 7   #17 Irlandia 83,825 9.6 13
#18 Niemcy 57,097 7.7 19   #18 Austria 81,619 5.4 19
#19 Irlandia 53,636 17.6 15   #19 Niemcy 79,779 6.7 15
#20 Hiszpania 34,855 8.8 22   #20 Włochy 73,418 5.4 9
                 
#37 Polska 8,757 4.0 34   #37 Polska 13,766 4.7 35

 

[1] Aktywa finansowe obejmują środki pieniężne i depozyty bankowe, należności od zakładów ubezpieczeń i instytucji emerytalnych, papiery wartościowe (akcje, obligacje i fundusze inwestycyjne) oraz inne należności.

Globalny raport zamożności 2020 (w wersji angielskiej):

https://www.allianz.com/en/economic_research/publications/specials_fmo/23092020_AllianzWealthReport2020.html

Zaległy urlop tylko do 30 września. Teraz udzielany także bez zgody pracownika

Zgodnie z prawem pracownicy do środy 30 września powinni wykorzystać zaległy urlop z 2019 roku. Co więcej, pracodawca może im to nakazać bez ich zgody. Taka możliwość została sformalizowana w przepisach tarczy antykryzysowej. Z kolei nieudzielenie pracownikowi należnego urlopu może kosztować pracodawcę nawet 30 tysięcy złotych grzywny.

Prawo do wypoczynku jest jednym z podstawowych praw pracowniczych. Zgodnie z kodeksem pracy, urlop powinien być wykorzystany w roku, za który jest należny. Jednak w wyjątkowych sytuacjach możliwe jest odebranie go w roku następnym. Musi to nastąpić w nieprzekraczalnym terminie do 30 września.

Nieudzielenie pracownikowi zaległego urlopu w tym terminie jest wykroczeniem zagrożonym karą grzywny od 1 000 do 30 000 zł. Jedynie zdarzenia losowe, takie jak np. choroba pracownika, wyłączają za nie odpowiedzialność. Nie ma też możliwości porozumienia z pracownikiem w sprawie udzielenia zaległego urlopu w terminie późniejszym ani wypłacenia ekwiwalentu pieniężnego w zamian za urlop w trakcie trwania stosunku pracy.

Jednak aby nie popełnić wykroczenia, wystarczy, że pracownik rozpocznie korzystanie z zaległego urlopu w dniu 30 września. Ponadto, w ramach tarczy antykryzysowej, ustawodawca wprowadził zapis stanowiący, że w obecnym stanie epidemii pracodawca może udzielić pracownikowi zaległego urlopu bez jego zgody. Jednak taka możliwość, zgodnie ze stanowiskiem Państwowej Inspekcji Pracy, istniała już wcześniej. Opierało się to na wyroku Sądu Najwyższego z 2005 roku, wedle którego pracodawca kierujący pracownika na zaległy urlop w celu wypełnienia obowiązku w terminie, może to zrobić bez jego zgody.

Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt

Co zmieniła w nas pandemia?

Badanie i raport firmy badawczej Mobile Institute zrealizowany wspólnie z Dorotą Mintą – psycholog kliniczną, która specjalizuje się w trudnościach psychologicznych dotyczących kryzysów.

Ale to już było?

Pandemia była dla nas wszystkich zaskoczeniem. Na początku, po pojawieniu się informacji o COVID-19 i możliwym wprowadzeniu kwarantanny, towarzyszyło niedowierzanie, ale już za chwilę musieliśmy wszyscy stawić czoła nowej rzeczywistości, dostosować się do obostrzeń i poradzić sobie w nowych warunkach. Czy nam się to udało? Na pewno Polacy dobrze poradzili sobie z operacyjnymi kwestiami. Sprawnie zrobili zapasy, zaczęli częściej kupować online (zgodnie z wynikami badania „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” z maja 2020 roku obecnie aż 72% internautów deklaruje zakupy w Intrenecie), a dom zmienili w biuro i szkołę. Warto jednak zadać sobie pytanie, jaki wpływ ta sytuacja miała na nasze samopoczucie i psychikę. Czy wyjdziemy z pandemii silniejsi, mądrzejsi, lepsi? Czy raczej pogrążeni w smutku i zalękani o przyszłość? Są to pytania szczególnie ważne w momencie, kiedy mamy do czynienia z ponownym wzrostem liczby zachorowań i powoli zaczyna do nas docierać, że być może w czasach globalizacji takie zjawiska będą się po prostu zdarzać i to od nas zależy, jak sobie z nimi poradzimy.

Trudne, trudniejsze, najtrudniejsze…

Kwarantanna była nie lada wyzwaniem dla nas wszystkich. Najtrudniejsza okazała się dla Polaków niemożność pójścia do restauracji, kina czy teatru. W skali 0-10 badani ocenili dokuczliwość tego aspektu na 5,9, a odczuło go w jakiś sposób aż 82%. Kolejną pozycję zajęła niemożność skorzystania z usług takich jak fryzer czy kosmetyczka [ocena 5,8 w skali 0-10, 82% wskazań]. Wysoko w rankigu znalazło się też pilnowanie na co dzień zasad higieny, czyli chodzenie w maseczce i częste odkażanie rąk wybrane jako dokuczliwe przez 83% osób, a jako bardzo trudne przez 31%. Na 4-tym miejscu Polacy wskazali utrudniony kontant z bliskimi, z którymi nie mieszkają, na 5-tym zakupy, a zaraz potem utrzymanie właściwego harmonogramu dnia. Co ciekawe, także ponad 80% osób za dokuczliwą w jakimś stopniu uznało konieczność ciągłego przebywania z bliskimi i powstrzymywania się od agresywnych zachowań na co dzień. Co prawda, w obu przypadkach trudność sprostania tym wyzwaniom została oceniona średnio na 4,5 i 4,7, ale aż 20% badanych dało im oceny 7 i więcej w skali 0-10. Dużym problemem były też zdalne lekcje i samodzielna edukacja dzieci, które dodatkowo obciążyły rodziców. Nie narzekaliśmy za to na pracę zdalną, a przynajmniej większość z nas. Wśród osób, które pracowały zdalnie podczas kwarantanny, 60% jest za kontynuacją takiej elastycznej formy zatrudnienia po pandemii. 17% osób przyznało, że już przed COVID-19 pracowały częściowo zdalnie, więc łatwo im się było odnaleźć w nowej sytuacji. Co 4. osoba uważa, że mogłaby pracować całkowicie zdalnie, ponieważ jest bardziej efektywna w tym modelu, a kolejne 20% chciałoby mieć możliwość częstszej pracy z domu, to znaczy dojeżdżać do biura tylko 2-3 razy w tygodniu. Badanie jasno pokazuje, jak ważne jest dla nas zaspokajanie potrzeb społecznych, to za ludźmi, kontaktami z nimi najbardziej tęskniliśmy, a ich brak był źródłem frustracji. Okazuje się też, że w dużym stopniu nasze funkcjonowanie jest wynikiem rytmu narzuconego nam przez świat zewnętrzny: pracodawcę, zajęcia, dzieci itp. Kiedy mamy sami zadbać o ten rytm, równowagę pomiędzy pracą a życiem prywatnym, czujemy się nieporadni. Warto więc w tym momencie postawić sobie pytanie, czy w toku edukacji nie powinniśmy uczyć się większej samodzielności, planowania czasu i ustalania priorytetów? Niepokojący jest też wątek agresji, spowodowanej zapewne intensywnością kontaktu z najbliższymi. Obawiam się jednak, że te konflikty rodzinne to nie efekt koronawirusa, a izolacja jedynie ujawniła to, co się tliło w wielu domach od dawna.” – mówi Dorota Minta, psycholog i psychoterapeuta, Prezes Fundacji STOMAlife.

Nowe nawyki

Poza wspomnianymi już zakupami online, 62% Polaków zmieniło też w czasie kwarantanny inne codzienne zachowania. Najwięcej – bo 21% badanych – zaczęło częściej oglądać filmy i seriale. 19% internautów przyznało, że częściej czyta książki, a 16% – gotuje. Ćwiczyć zaczął co 8. Polak. 32% badanych wprost deklaruje, że kwarantanna zmobilizowała ich do działania – przemyślenia różnych kwestii i realizacji nowych przedsięwzięć. Niestety, aż 28% przyznało, że pandemia wywołała raczej uczucie braku sensu w tym, co robimy. Najczęściej takie odczucia towarzyszyły dojrzałym osobom, w wieku powyżej 54 lat. “Budujące jest to, że część z nas wykorzystała okres kwarantanny na przysłowiowe zatrzymanie się, przemyślenie najważniejszych spraw i podjęcie nowych działań. Zaczęliśmy nieco więcej czytać, ćwiczyć, zdrowiej się odżywiać. Podczas gdy wszystkie nasze dotychczasowe badania wskazują, że idea „slow life” i „work-life-balance” są Polakom dość obce, tu widzimy, że być może zewnętrzna okoliczność, która zmusiła nas do „zwolnienia tempa”, wpłynie pozytywnie na nasze nawyki i codzienne zachowania, a zatem – zdrowie i relacje.” – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, dyrektor zarządzająca Mobile Institute.

Stare obawy na nowo

COVID-19 i związane z nim spowolnienie gospodarki wywołały też uczucie obawy o przyszłość, chociaż – co ciekawe – w tym kontekście Polakom udało się zachować dość dużą dozę optymizmu. Szczególnie dotyczy to mężczyzn. Obawy o swoją pracę w czerwcu wyrażało 20% badanych, w tym 32% kobiet i jedynie 12% mężczyzn. Polki częściej też obawiały się o inwestycje i oszczędności – odpowiednio 41% kobiet i 28% mężczyzn. O zdrowie obawia się 34% badanych, w tym 42% kobiet i 29% mężczyzn. W tym kontekście zdecydowanie najwięcej obaw mają osoby najstarsze – w wieku 55+ lat, wśród których o zdrowie obawia się 79%. Martwimy się też o wpływ COVID-19 na gospodarkę polską i światową. Taki lęk dotyczy 46% badanych i aż 62% kobiet.

Lepsi i mądrzejsi?

Internauci zapytani o to, czy według nich doświadczenia związane z pandemią wpłyną pozytywnie na nas jako ludzi, np. będziemy dla siebie milsi i bardziej pomocni, raczej są „na nie”. Jedynie 16% przewiduje zmiany na lepsze. 84% jest zdania, że sytuacja pozostanie bez zmian. Największy

optymizm w tym zakresie wykazały osoby dojrzałe, w wieku 55+ lat, wśród których 42% przewiduje poprawę. Nieco większą dozę optymizmu mają też w sobie kobiety, ale i wśród nich jednie 21% typuje zmiany na lepsze.

Źródło: Dane pochodzą z badania i raportu „Polacy w czasie kwarantanny” zrealizowanego przez firmę badawczą Mobile Institute. Badanie przeprowadzone zostało na próbie 1230 internautów. Opinie zebrano metodą CAWI, wykorzystując responsywne ankiety elektroniczne. Dane zostały zebrane na przełomie maja i czerwca 2020 roku. Są reprezentatywne dla internautów w Polsce pod względem struktury płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania. Do współtworzenia badania i skomentowania jego wyników zaproszono Dorotę Mintę – psycholog kliniczną, psychoterapeutkę z wieloletnim stażem i jednocześnie szefową fundacji STOMAlife, która specjalizuje się w trudnościach psychologicznych dotyczących kryzysów i chorób przewlekłych oraz wspólnie z NFZ stworzyła cykl podcastów „Jak poradzić sobie w czasie epidemii koronawirusa?”. Raport jest do pobrania bezpłatnie na stronie Mobile Institute pod adresem https://mobileinstitute.eu/report/2020/09/28/polacywczasiekwarantanny.html

ElectroMobility Poland, Polska Grupa Motoryzacyjna oraz Sieć Badawcza Łukasiewicz podpisały list intencyjny dotyczący bliskiej współpracy

ElectroMobility Poland, Polska Grupa Motoryzacyjna oraz Sieć Badawcza Łukasiewicz podpisały list intencyjny dotyczący bliskiej współpracy. Chcą zaangażować jak największą liczbę rodzimych przedsiębiorców do łańcucha dostaw Izery – marki polskich samochodów elektrycznych. Planują także wykorzystanie potencjału Sieci Badawczej Łukasiewicz w opracowaniu technologii do pojazdu. W efekcie Izera ma być dziełem bliskiej współpracy polskich przedsiębiorców w polskimi naukowcami i inżynierami.

–  Projekt budowy polskiej marki samochodów elektrycznych opieramy na solidnych podstawach – mówi Piotr Zaremba, prezes spółki ElectroMobility Poland. – Jesteśmy świadomi potencjału, jaki posiadają polskie firmy działające w branży automotive. Motoryzacja jest drugim co do wielkości sektorem przemysłowym w Polsce. Sam segment produkcyjny zatrudnia ponad 200 tys. osób. Chcemy, żeby polskie firmy w możliwie jak najszerszym zakresie uczestniczyły w budowie łańcucha dostaw dla Izery. Jesteśmy przekonani, że owocną współpracę z polskimi naukowcami i inżynierami umożliwi stworzenie własnych rozwiązań technologicznych, mogących konkurować z ofertami zagranicznymi. Budowa własnej marki motoryzacyjnej nada nowy impuls firmom i instytutom działającym w Polsce
w obszarze elektromobilności.

Ważna deklaracja

List intencyjny został podpisany 28 września w siedzibie Łukasiewicz-Przemysłowego Instytutu Motoryzacji przez prezesów: ElectroMobility Poland – Piotra Zarembę, Polskiej Grupy Motoryzacyjnej  – Adama Sikorskiego oraz Sieci Badawczej Łukasiewicz – Piotra Dardzińskiego. Wydarzenie było kulminacyjnym punktem konferencji „Polonizujmy Izerę”, w której w dniach 28-29.09.2020 wzięło udział ponad 100 rodzimych producentów części i komponentów motoryzacyjnych oraz firm inżynieryjnych, zainteresowanych realizowanym przez EMP projektem.

Sygnatariusze listu zadeklarowali podjęcie współpracy, która ma zmierzać do tego, żeby jak największa liczba polskich podmiotów była włączona do procesu polonizacji łańcucha dostaw w ramach projektu prowadzonego przez spółkę ElectroMobility Poland. Chodzi o to, żeby rozwiązania, nad którymi pracują polscy naukowcy, stosowane w produktach oferowanych przez rodzime firmy, mogły być wykorzystywane w procesie produkcji samochodów elektrycznych oraz niezbędnej do ich funkcjonowania infrastruktury.

Zainteresowanie rośnie

Olbrzymią rolą, jaką w rozwoju polskiej gospodarki może odegrać uruchomienie produkcji polskich aut elektrycznych dostrzega Polska Grupa Motoryzacyjna, stowarzyszenie, które zrzesza wyłącznie polskich producentów części i akcesoriów motoryzacyjnych.

– Współpraca z polską marką samochodów elektrycznych jest szansą dla umocnienie rynkowej pozycji naszych firm, które już wykazują duże zainteresowanie rozwojem technologii związanej z elektromobilnością. Chodzi m.in. o projektowanie i produkcję baterii litowo-jonowych, akumulatorów, ładowarek, czy rozwijanie technologii w dziedzinie tworzenia specjalnych powłok lakierniczych przeznaczonych dla samochodów elektrycznych. To zainteresowanie będzie miało tendencję wzrostową, biorąc pod uwagę rozwój elektromobilności – ocenia Adam Sikorski, prezes Polskiej Grupy Motoryzacyjnej.Liczymy także na transfer technologii, która może być wykorzystywana także przy okazji  innych projektów  związanych z mobilnością.

Elektromobilne oblicze nauki

Niezwykle istotnym elementem planu, który realizuje spółka ElectroMobility Poland jest nawiązanie współpracy z ekspertami prowadzącymi projekty badawczo-rozwojowe związane z elektromobilnością. W Polsce najwyższymi kompetencjami naukowo-badawczymi w tym zakresie dysponuje powołana w ubiegłym roku Sieć Badawcza Łukasiewicz, tworzona przez 33 instytuty w całej Polsce. Prowadzi badania nad innowacyjnymi środkami transportu, magazynowaniem i przetwarzaniem energii (ogniwa paliwowe, superkondensatory, baterie i akumulatory). Ma także kompetencje m.in. w doborze, implementacji i konfiguracji napędu elektrycznego, magazynu energii oraz pozostałych podsystemów pojazdów. Naukowcy i inżynierowie prowadzą prace nad programowaniem komputerów pokładowych pojazdów elektrycznych oraz badaniami laboratoryjnymi tych napędów. Realizują akredytacje PCA do badań akumulatorów i baterii w zakresie ich właściwości: elektrycznych, fizycznych i mechanicznych. Instytuty mają także znaczący potencjał do kooperacji z producentami części samochodowych, nie tylko pojazdów elektrycznych.

Jednym z kierunków strategicznych Łukasiewicza jest wsparcie branży motoryzacyjnej, która jest drugą największą branżą polskiej gospodarki, a jej produkcja wynosi średnio 13% PKB. Łukasiewicz jako sieć interdyscyplinarnych instytutów, a przede wszystkim grupa ponad 4500 naukowców, ma szerokie kompetencje do pełnienia funkcji kompleksowego zaplecza badawczo-rozwojowego dla projektu samochodu elektrycznego Izera. W ramach grupy Inteligentna Mobilność już dziś mamy wiedzę i umiejętności możliwe do wykorzystania przez biznes, który razem z nami będzie rozwijał technologie poszczególnych komponentów pojazdu. Projekt to także znacząca szansa na rozwój dla polskich naukowców. Generuje silną i konkretną potrzebę rozwoju technologii, stając się dla nas realnym wyzwaniem do wspierania polskiego biznesu – mówi Piotr Dardziński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

Przyszłość przedsiębiorstw tkwi w chmurze – trwa transformacja i przystosowywanie nowych rozwiązań do biznesu

Konieczność cyfrowej transformacji i rosnący rynek usług łączących centra danych między sobą, zmieniają definicję i wymagania dotyczące sieci centrum danych. Aplikacje i operacje przetwarzania danych, które stanowią cyfrowe źródło życia nowoczesnych organizacji, są dziś rozproszone, znajdują się nie tylko w lokalnych centrach danych, ale także w wielu sieciach chmurowych. Zmiany trwają. Potrzebę nowych rozwiązań wyraźnie uwidoczniła pandemia, przez którą przedsiębiorstwa musiały zmienić swój dotychczasowy model działania.

Przyspieszona transformacja

W trakcie trwającej pandemii COVID-19, przedsiębiorstwa, które były już na zaawansowanym etapie wprowadzania cyfrowej transformacji, mogły szybko przestawić się na tryb pracy zdalnej. Kontynuując cyfryzację, umożliwiającą zwiększanie wydajności oraz utrzymywanie przewagi konkurencyjnej, wprowadzają obecnie rozwiązania oparte na wielu chmurach jednocześnie.

Połączenie z chmurą stało się niezbędnym rozwiązaniem dla firm – zarówno małych przedsiębiorstw jaki i korporacji. Popyt wzrośnie jeszcze w przyszłości ze względu na korzyści, takie jak wspomaganie osiągania krytycznych celów lub usprawnianie wewnętrznych procesów planowania i kontroli. Ponadto usługi chmurowe pomagają w zdalnym zarządzaniu infrastrukturą IT klientów i systemami dla użytkowników końcowych. Przewiduje się, że wielkość globalnego rynku połączeń między centrami danych wzrośnie z 7,9 mld USD (6,7 mld EUR) w 2020 r. do 14,0 mld USD (11,8 mld EUR) do 2025 r., a skumulowany wskaźnik wzrostu wyniesie 12,1% dla tego samego okresu – mówi Leszek Szczech z Colt Technology Services.

Przedsiębiorstwa coraz częściej wybierają podejście hybrydowe i wielochmurowe, co pozwala im szybciej tworzyć i uruchamiać kluczowe aplikacje w infrastrukturze najlepiej dostosowanej do ich potrzeb biznesowych.

Covid-19 uwidocznił potrzebę nowych rozwiązań

W czasie pandemii koronawirusa, samo rozszerzenie sieci centrów danych o połączenie z chmurą jest niewystarczającym rozwiązaniem. Sieć centrum danych musi również zostać kompleksowo zmodernizowana i odpowiednio zorganizowana, aby sprostać wymaganiom wydajności w codziennych operacjach. Ewolucja sieci centrów danych musi obejmować natywną integracje z usługami w chmurze, takimi jak AWS, Oracle Cloud, Google Cloud Services i Microsoft Azure, jednocześnie zmniejszając złożoność zarządzania siecią i wymaganiami bezpieczeństwa. Popularność chmury wzrosła do tego stopnia, że obecnie 94% firm na całym świecie korzysta z chmury, a 85% ponad połowę swoich operacji obliczeniowych przeprowadza w chmurze. Łączą się w tym celu z kilkoma środowiskami chmurowymi naraz. Firma Gartner sugeruje, że dostawcy technologii powinni wykorzystywać wskaźniki wzrostu popularności chmury do analizy rynku.

Pojawienie się chmury obliczeniowej zmieniło sposób dostarczania usług IT, zapewniając niespotykany dotąd poziom elastyczności i zwinności. Przedsiębiorstwa, takie jak Amazon, Colt Technology Services, Microsoft i Google, oferują szereg opcji połączeń na żądanie do wielu chmur jednocześnie. Usługi wielochmurowe umożliwiają przedsiębiorstwom dostosowania wyboru odpowiedniej usługi dla każdego zadania. Dzięki wykorzystaniu wielu chmur, działy IT mają możliwość skupienia się na kluczowych czynnikach stymulujących innowacje i przewagę konkurencyjną przedsiębiorstw – aplikacjach i danych. Firma może dziś stworzyć infrastrukturę, która najlepiej odpowiada ich unikalnym potrzebom.

Nie ma wątpliwości, że pandemia wywarła niszczycielski wpływ na życie i gospodarkę na całym świecie. Zadziałała również jak katalizator dla zmian, które prawdopodobnie i tak by nastąpiły. Firmy dostosowując się do pracy zdalnej, zmieniając metodykę działania, wdrażają technologię chmury w szybszym tempie niż kiedykolwiek wcześniej. To często jedyne rozwiązanie umożliwiające zachowanie ciągłości biznesowej w trakcie pandemii.

Oprócz bezpieczeństwa, skalowalności, dostępności i łatwości migracji procesów obliczeniowych, chmura może przynieść także zmiany, które odczują pracownicy, sprawiając, że ich role w firmie staną się bardziej elastyczne, produktywne i spersonalizowane – mówi przedstawiciel Colt Technology Services. Jednak zdaniem Szczecha, aby przyjęcie chmury naprawdę się powiodło, przedsiębiorstwa będą musiały wziąć pod uwagę sposób, w jaki będą integrować aplikacje i dane udostępniane przez różnych dostawców chmury, korzystając zarówno z sieci prywatnych i publicznych.

W tym miejscu pojawia się największa zaleta chmury, jej interoperacyjność, będąca jednocześnie największą przeszkodą w jej wdrożeniu. Obecnie najlepszym podejściem jest zaimplementowanie warstwy pomiędzy aplikacją a interfejsem usługi w chmurze wraz z dobrze zdefiniowanymi interfejsami użytkownika i protokołami komunikacji – uważa Szczech.

Trwa przeobrażenie nowoczesnych centrów danych

Tradycyjne centra danych podlegają przeobrażeniu pod wpływem ciągłego rozwoju technologii chmurowych, przetwarzania brzegowego, postępu w infrastrukturze i usługach hostingu danych. Ponadto postęp dotyczący oszczędności energii, procesów chłodzenia, telekomunikacji, sztucznej inteligencji, SDN/NFV, sprzętu i oprogramowania, przekształca korporacyjne centra danych w niespotykanym dotąd tempie.

Rosnąca tendencja do używania wielu chmur jednocześnie, prywatnych i publicznych, do wdrażania przez firmy swoich aplikacji, zmusza organizacje do modernizacji i rozbudowy infrastruktury w celu prowadzenia procesów biznesowych w rozporoszonym środowisku. Migracja aplikacji i procesów do chmury staje się coraz istotniejsza. Z tego powodu współpraca z partnerem dostarczającym łączność sieciową, który może zapewnić wysokowydajne, szybko skalowalne i bardzo bezpieczne środowiska z łącznością do chmury, ma kluczowe znaczenie.

Ruch w chmurze jest znacznie trudniejszy do przewidzenia niż w przypadku lokalnie hostowanych aplikacji, dlatego też firmy coraz częściej wykorzystują SD WAN w celu zwiększenia produktywności i korzyści z chmury. Dzięki SD WAN Multi-Cloud przedsiębiorstwa mogą zarówno zarządzać połączeniem swoich lokalnych zasobów do WAN jak i bezpośrednią, prywatną łącznością z aplikacjami w architekturze IaaS / SaaS. Łączność tą mogą realizować z pomocą wielu dostawców jednocześnie, w ramach jednej infrastruktury i korzystać z kompleksowych zabezpieczeń oraz umów SLA dotyczącej wydajności i dostępności.

– Dlatego obecnie w całej Europie, kluczowi gracze na rynku ściśle ze sobą współpracują, zapewniając nowe możliwości dla przedsiębiorstw chcących połączyć się z chmurami publicznymi – mówi Szczech.

Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch: wynik w 39 minut

  • Szybki test do analizatora Vivalytic, przeznaczony głównie do stosowania w miejscach bez dostępu do centralnych laboratoriów – np. w laboratoriach mobilnych;
  • Prezes Grupy Bosch, dr Volkmar Denner: „Teraz jesteśmy w stanie dostarczyć pewny wynik testu jeszcze szybciej”;
  • Czułość testu Bosch wynosi 98 proc., a swoistość 100 proc.;
  • Już w październiku przy wykorzystaniu jednego kartridża będzie można przeprowadzać testy dla pięciu osób;
  • Bosch pracuje nad dalszym skróceniem czasu badania.

Firma Bosch oferuje nowy szybki test na obecność wirusa SARS-CoV-2 przeznaczony do produkowanego przez siebie analizatora Vivalytic. Wynik testu jest dostępny już w ciągu 39 minut – aktualnie nie ma na świecie szybszego testu opartego na łańcuchowej reakcji polimerazy (PCR). Nowy szybki test firmy Bosch jest przeznaczony zwłaszcza do zdecentralizowanych zastosowań w laboratoriach mobilnych – np. w miejscach obsługi podróżnych na autostradach lub na lotniskach. Osoby poddane testowi mogą otrzymać wynik w tym samym punkcie, w którym pobrano od nich próbkę. Test ze znakiem CE jest już dostępny w Europie. Mobilne rozwiązanie pomaga ograniczać konieczność odbywania kwarantanny, odciążać laboratoria oraz przywrócić bezpieczeństwo pracy i podróżowania. „Kluczem do zatrzymania pandemii jest szybkie wykrywanie ognisk choroby. Dlatego po opracowaniu naszego pierwszego testu na koronawirusa ważne było dla nas skrócenie czasu otrzymania wyników – powiedział dr Volkmar Denner, prezes zarządu spółki Robert Bosch GmbH. – Teraz jesteśmy w stanie dostarczyć pewny wynik testu jeszcze szybciej” – dodał Denner.Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch

Opracowanie przez firmę Bosch nowego testu PCR typu singleplex to część projektu badawczo-rozwojowego, realizowanego przy wsparciu Federalnego Ministerstwa Edukacji i Badań Naukowych w Niemczech (BMBF).Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch 2

Czułość testu wynosi 98 proc., a swoistość 100 proc. Test to wynik kooperacji należącej do Grupy Bosch spółki Bosch Healthcare Solutions oraz niemieckiej firmy technologicznej R-Biopharm, która jest wiodącym dostawcą manualnych testów PCR o wysokiej czułości.

Światowa nowość: równoczesna analiza pięciu próbek

Już pod koniec marca br., po zaledwie sześciu tygodniach prac badawczo-rozwojowych, firma Bosch opracowała pierwszy szybki test na koronawirusa do produkowanego przez siebie analizatora Vivalytic.

W nowym teście czas konieczny do analizy próbki został skrócony do 39 minut Intensywne prace badawczo-rozwojowe w firmie Bosch są kontynuowane: od października tego roku możliwa będzie równoczesna analiza pięciu próbek na jednym kartridżu, przy utrzymaniu porównywalnego czasu przeprowadzenia testu. Pozwoli to zwiększyć wydajność urządzenia Vivalytic do ponad 160 próbek dziennie. W najbliższych tygodniach, dzięki optymalizacji oprogramowania, dalszemu skróceniu ulegnie czas trwania testu na SARS-CoV-2 w przypadku wyniku dodatniego.

Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch 3Vivalytic: łatwość stosowania analizatora w miejscu pobrania próbek.

Zaletą szybkich testów Bosch jest nie tylko krótki czas badania, lecz także łatwa obsługa analizatora. Za pomocą patyczka wymazowego pobiera się próbkę do badania z nosa lub gardła pacjenta i umieszcza ją w kartridżu. Następnie należy włożyć kartridż, który zawiera już wszystkie potrzebne do przeprowadzenia badania odczynniki, do urządzenia Vivalytic. Analiza jest wykonywana w pełni automatycznie. Obsługa analizatora Vivalytic jest prosta i wymaga jedynie krótkiego przeszkolenia personelu medycznego. Opracowanie systemu Vivalytic, składającego się z analizatora i kartridży, to efekt wieloletniej współpracy działu badań i rozwoju firmy Bosch ze spółką Bosch Healthcare Solutions.

Do końca roku Bosch planuje zwiększyć moce produkcyjne do jednego miliona testów. Ponieważ popyt na analizator i szybkie testy utrzymuje się na wysokim poziomie, przedsiębiorstwo wraz ze swoimi dostawcami intensywnie pracuje nad maksymalną rozbudową i zwiększeniem mocy w zakresie dostaw.

W jaki sposób restrukturyzacja chroni miejsca pracy?

W obliczu kryzysu i utraty płynności finansowej wielu pracodawców staje przed decyzją ograniczenia liczby etatów. Nie zawsze jest to jednak konieczne. Miejsca pracy można ochronić sięgając po narzędzia restrukturyzacyjne, które choć często kojarzą się z przymusowymi zwolnieniami, w praktyce pomagają w utrzymaniu zatrudnienia.

Celem każdej restrukturyzacji jest ochrona integralności przedsiębiorstw, ich wartości, a także ratowanie kluczowych zasobów, poprawa płynności finansowej i docelowo – zawarcie porozumienia z wierzycielami.  Jednym z kluczowych założeń tego procesu pozostaje także ochrona poziomu zatrudnienia i oddalanie widma zwolnień, o ile nie są one absolutnie konieczne do uzdrowienia sytuacji firmy.

Rozwiązania naprawcze, takie jak np. uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne wprowadzone w ramach tarczy antykryzysowej 4.0, mają synergiczną wartość, ponieważ nie tylko pomagają firmie w spłaceniu wierzytelności, ale umożliwiają również dostosowanie jej wielkości i strategii do nowych realiów biznesowych. To z kolei pozwala uzdrowić kondycję firmy, nie tylko tu i teraz, ale także w długofalowej perspektywie, co ma kluczowe znaczenie dla utrzymania poziomu zatrudnienia – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu PMR Restrukturyzacje.

Jak wskazuje praktyka, redukcji etatów można uniknąć nawet w najbardziej zaawansowanej z form restrukturyzacji – postępowaniu sanacyjnym, które dotyczy przedsiębiorstw znajdujących się w najgłębszej fazie kryzysu. Przykładem jest chociażby postępowanie przeprowadzone przez PMR Restrukturyzacje dla spółki YAMO sp. z o.o., która pomimo bardzo trudnej sytuacji finansowej i problemów płynnościowych, nie musiała przeprowadzać restrukturyzacji zatrudnienia zyskując jednocześnie bardzo wysoki współczynnik poparcia zaproponowanego układu.

Szybka reakcja kluczem do skutecznej naprawy firmy

Postępowania restrukturyzacyjnego często obawiają się nie tylko pracodawcy, ale również pracownicy, którzy z dozą nieufności podchodzą do planowanych zmian w przedsiębiorstwie. Wielu z nich nie zdaje sobie jednak sprawy, że jednym z głównych założeń procesu naprawczego jest uregulowanie zaległych wypłat oraz wspomniane wcześniej utrzymanie maksymalnej, możliwej liczby miejsc pracy, które zapewnią firmie efektywne funkcjonowanie na rynku. Rozpoczęcie restrukturyzacji pozwala bowiem m.in. na uregulowanie zaległych należności z tytułu wynagrodzeń, przy wsparciu Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. A to tylko jedno z rozwiązań, które gwarantuje proces naprawczy. – Restrukturyzacja nie polega na ścinaniu zasobów tam gdzie tylko jest to możliwe, ale na znalezieniu rozwiązania dla zapewnienia dalszego rozwoju przedsiębiorstwa i spłaty zobowiązań, a uzdrowieniem sytuacji finansowej firmy. Zwłoka we wdrażaniu procesu naprawczego, nawet w krótkiej perspektywie może doprowadzić do utraty płynności, a co za tym idzie, upadłości biznesu. Wtedy nie będzie już ratunku na zachowanie choćby jednego etatu – wskazuje Małgorzata Anisimowicz.

Trzy filary skutecznej restrukturyzacji

Skuteczne postępowanie restrukturyzacyjne opiera się na trzech fundamentach. Pierwszy z nich to transparentność i rzetelne podejście do problemu, czyli zaprezentowanie wierzycielom realnego planu restrukturyzacyjnego zawierającego różne scenariusze rozwiązań oraz pełna komunikacja stron podczas całego postępowania restrukturyzacyjnego. Filarem skutecznych działań jest także czas reakcji. Zbyt długa zwłoka w podjęciu decyzji o naprawie firmy i doprowadzenie jej finansów do krytycznego stanu znacząco ogranicza możliwość wykorzystania narzędzi restrukturyzacyjnych. Na koniec, nie mniej istotna pozostaje także specjalistyczna wiedza i kompleksowe wsparcie ze strony doradców restrukturyzacyjnych. – Ich zadaniem jest nie tylko wskazanie odpowiednich rozwiązań prawnych, ale również opracowanie awaryjnych scenariuszy restrukturyzacyjnych, przeprowadzenie dogłębnego audytu zasobów przedsiębiorstwa, przygotowanie planów restrukturyzacyjnych, zapewnienie wsparcia w pozyskaniu finansowania i poprowadzenie negocjacji z wierzycielami. To cały pakiet działań, które bardzo trudno jest wdrożyć, bez pomocy doświadczonych fachowców. Szybkie i przemyślane działanie pozwala jednak szybko przywrócić firmę na właściwe tory – podsumowuje Małgorzata Anisimowicz.

Czy Polska przestrzega praw dziecka? – raport organizacji pozarządowych

W Polsce nie ma istotnych elementów, które są niezbędne do prowadzenia skutecznej polityki na rzecz dzieci. Brak m.in.: strategii działań na rzecz dzieci, mechanizmu koordynującego te działania, monitoringu implementacji Konwencji o prawach dziecka, budżetu na rzecz dzieci oraz systemu zbierania danych, który włączałby wszystkie obszary życia dziecka. Takie wnioski płyną z raportu organizacji pozarządowych w Polsce.

Każdy kraj, który ratyfikował Konwencję o prawach dziecka, ma obowiązek co pięć lat przedstawić oficjalny raport z realizacji zapisów tego dokumentu. Polski rząd przedstawił taki raport Komitetowi Praw Dziecka w tym roku. Poza stroną rządową, swój raport przygotowały organizacje pozarządowe. W dokumencie tym (tzw. Raporcie Alternatywnym) znajdują się uwagi i rekomendacje do stanu przestrzegania praw dziecka w Polsce. We wrześniu br., podczas Sesji Roboczej Komitetu Praw Dziecka w Genewie polskie organizacje pozarządowe zaprezentowały swój raport. Na podstawie obu raportów (rządu polskiego i organizacji pozarządowych) Komitet Praw Dziecka przygotuje Zalecenia dla Polski.

Raport Alternatywny został opracowany przez 13 wiodących polskich organizacji pozarządowych. Organizacje zwracają uwagę na to, że duża część Zaleceń Komitetu Praw Dziecka z roku 2015 niestety nie doczekała się realizacji. Tegoroczny Raport Alternatywny nie omawia wszystkich kwestii związanych z nieprzestrzeganiem w Polsce Konwencji o prawach dziecka, skupiając się jedynie na tych, które są najistotniejsze z punktu widzenia dobra dziecka oraz wchodzą w obszar działań organizacji-autorów raportu.

Raport organizacji pozarządowych składa się z ośmiu części. Każdą z nich zamykają rekomendacje określonych działań. Pierwsza część raportu dotyczy oceny ogólnych środków wdrażania, czyli m.in. legislacji, polityki i strategii na rzecz dzieci, koordynacji działań czy propagowania praw dziecka w Polsce. Druga część mówi o zasadach ogólnych, czyli przeciwdziałaniu dyskryminacji w Polsce, respektowaniu poglądów dziecka (także dzieci cudzoziemskich) czy uczestnictwie najmłodszych w życiu społecznym. Kolejna część dotyczy praw i wolności osobistych. W tej części organizacje przypominają o problemie bezpaństwowości dzieci, prawie do poznania swojego pochodzenia oraz wolności sumienia, wyznania, wypowiedzi czy pokojowych zgromadzeń. W czwartej części raportu mowa jest o problemie przemocy i wykorzystania seksualnego najmłodszych. Ważnym elementem, na który zwracają uwagę organizacje jest konieczność ochrony dzieci przed wykorzystaniem seksualnym w Internecie i walka z autorami patotreści.

W kolejnej części, organizacje pozarządowe zwracają uwagę na problemy, jakich doświadczają dzieci w pieczy zastępczej, zwłaszcza małe dzieci i najmłodsi ze specjalnymi potrzebami. W szóstej części, Raport Alternatywny mówi o dzieciach z niepełnosprawnością, dostępie do opieki zdrowotnej, szczególnie w zakresie zdrowia psychicznego. Autorzy poruszają trudny temat ubóstwa i wykluczenia społecznego dzieci, a także ich bezdomności. W przedostatniej części raportu można przeczytać o problemach dotyczących systemu edukacji w naszym kraju, integracji dzieci romskich czy dostępie do opieki żłobkowej i przedszkolnej. W tym miejscu organizacje poruszają także temat prawa do wypoczynku i zabawy, które jest istotne z punktu widzenia rozwoju młodego człowieka. Ostatnia część raportu dotyczy kwestii dzieci uchodźców, handlu dziećmi, wymiaru sprawiedliwości dla nieletnich oraz dzieci romskich.

W przygotowaniu raportu wzięły udział następujące organizacje: ATD Czwarty Świat, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Fundacja Szkoła z Klasą, Fundacja Rozwoju Dzieci im. J. A. Komeńskiego, Fundacja w Stronę Dialogu, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Fundacja Integracja, Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej, Fundacja przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu La Strada, Polski Komitet EAPN, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce. Całość prac nad raportem koordynował UNICEF Polska.

Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej

  • 85 proc. ankietowanych firm z branży gastronomicznej i eventowej skorzystało z jakiejś formy pomocy publicznej (zwolnienia z ZUS, Tarczy Antykryzysowej, Tarczy Finansowej PFR).

  • Nastroje w branży są podzielone. 40 proc. przedsiębiorców i managerów przewiduje, że będzie coraz gorzej, a co trzeci jest przekonany, że najgorsze za nimi i będzie coraz lepiej.

  • 9 na 10 firm zanotowało spadki obrotów w porównaniu do okresu sprzed początku pandemii.

  • 57 proc. ankietowanych firm deklaruje, że w ciągu ostatniego pół roku zmniejszyło liczbę zatrudnionych, a tylko 3 proc. zwiększyło liczbę pracowników. 40 proc. utrzymuje ten sam poziom zatrudnienia co przed pandemią.

  • Trzy czwarte firm organizuje obecnie mniej imprez zamkniętych i okolicznościowych niż przed marcem 2020 r.

Pod koniec marca, czyli w szczycie zamrożenia gospodarki w wyniku epidemii koronawirusa, 67 proc. firm i lokali z branży gastronomicznej i eventowej w Polsce wstrzymało całkowicie funkcjonowanie – wynika z analizy serwisu Briefly.

Pół roku później lokale i przestrzenie eventowe mogą już działać, choć obecnie z pewnymi ograniczeniami. Nic zatem dziwnego, że nawet po odmrożeniu gospodarki i zgodzie na ponowne otwarcie restauracji i przestrzeni eventowych 9 na 10 firm deklaruje, że spadły im obroty w porównaniu do okresu sprzed wybuchu pandemii w marcu 2020 r.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej

W odpowiedzi na pytanie o największe wyzwanie, najczęściej powtarzane słowo przez właścicieli restauracji, klubów czy organizatorów eventów to “przetrwać”.

“Jako klub cały czas nie możemy prowadzić działalności. Paradoks – jak mamy utrzymać 8 pracowników przez rok (założenia Tarczy i dotacji PFR), jak inne wydatki np. czynsz, prąd oraz inne koszty stałe cały czas musimy opłacać, a zablokowano nam działalność? Obroty spadły o ponad 80% w każdym miesiącu od marca do teraz. Prowadzimy cocktail bar, który nie generuje nawet 20% obrotu w analogicznych okresach sprzed roku” – wylicza właściciel klubu z Warszawy.

“Wyzwania nie zmieniły się. Pandemia cofnęła firmę do stanu sprzed paru lat, trzeba to odpracować” – napisał jeden z właścicieli restauracji.

Nieco lepiej sytuacja wygląda w kwestii wielkości zatrudnienia. 4 na 10 firm udało się utrzymać zatrudnienie na tym samym poziomie co przed marcem 2020 r. Ankietowani przedsiębiorcy i managerowie często wskazują, że utrzymanie zespołu jest jednym z ich największych wyzwań, ale też priorytetów. Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 2

Nastroje co do przyszłości swoich firm są mocno podzielone, przy czym nieco bardziej optymistyczni są właściciele restauracji i kawiarni niż organizatorzy eventów.

Co trzeci badany jest przekonany, że sytuacja jego firmy stopniowo będzie się poprawiać. Przeciwnego zdania jest 40 proc. ankietowanych. Niemal co czwarta firma nie potrafi ocenić, co przyniesie przyszłość.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 3

Obawy klientów

Część przedstawicieli branży zwraca uwagę na obawy ludzi przed organizowaniem imprez, także tych kameralnych typu urodziny, co ma ogromny wpływ na kondycję całej branży.

“Jak przyciągnąć klientów mimo ich obaw?” – pyta jeden z przedsiębiorców. “Co zrobić, żeby ludzie ponownie chcieli korzystać z rozrywki, a nie tylko z usług koniecznych?” – zastanawia się inny.

Wydaje się, że decydujące będzie nastawienie i zachowanie zwykłych ludzi… gdy nie przebywają w lokalach. – Branże restauracyjna i eventowa potrzebują odpowiedzialności i zdrowego rozsądku nas wszystkich, wszędzie gdzie przebywamy – w przestrzeni publicznej, w komunikacji miejskiej, urzędach, szkołach. Im bardziej nasze zachowania będą rozsądne, tym mniej będzie zachorowań. Dzięki temu damy szansę naszym ulubionym restauracjom, kawiarniom, klubom i przede wszystkim zatrudnionym tam pracownikom na kontynuację działalności. Dużo się mówi (słusznie) o ochronie przed koronawirusem najbardziej narażonych osób (starszych, z chorobami przewlekłymi). Warto pamiętać, że zakładając maseczkę pomagamy również sporej grupie zachować pracę – komentuje Tomasz Szczęśniak, współzałożyciel i CEO serwisu Briefly.

Imprezy i przyjęcia okolicznościowe

Zdecydowana większość lokali i firm eventowych notuje mniejszą liczbę organizowanych imprez okolicznościowych. Zaledwie 8 proc. wskazuje, że organizuje więcej wydarzeń niż przed marcem 2020 r.

Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 4

Jedzenie na wynos

Mimo wielu akcji zachęcających do zamówień na wynos nie udało się lokalom istotnie zwiększyć sprzedaży z tego tytułu. Co piąty ankietowany nie zauważył różnicy obecnie w stosunku do okresu sprzed marca. Sprzedaż na wynos nie jest też odpowiedzią na trudną sytuację firm organizujących zamknięte imprezy, hoteli, pubów lub klubów, które nie prowadzą usług gastronomicznych.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 5

Promocja lokali i usług

Lokale i organizatorzy eventów nie zamierzają rezygnować z promowania swoich lokali i usług. Zaledwie 13 proc. badanych deklaruje, że nie zamierza inwestować w promocję swojej firmy. Minimum jedną aktywność planuje 87 proc. firm, przy czym najczęściej promocja ogranicza się do obecności firmy w mediach społecznościowych.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 6

W niepewnych czasach zainwestuj w siebie

Zamrożenie gospodarki i pandemia koronawirusa kazały społeczeństwu zadać sobie pytania o szeroko pojętą przyszłość. Czy gospodarcza rzeczywistość, którą zastaniemy po opanowaniu epidemii, będzie w ogóle przypominać tę, którą znamy? Trudno powiedzieć, ale… – Warto przygotować się na zmiany. I na niepewne czasy, nawet jeżeli w ogóle nie nadejdą – przekonują eksperci Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Lockdown a rynek pracownika

W ciągu kilku tygodni lockdownu wiele firm było zmuszonych odnaleźć się w nowej sytuacji –zmierzyć się z utratą kluczowych partnerów biznesowych, zweryfikować strategie ekspansji, ale także… ciąć koszty. Czasami przez redukcję wydatków na działania outsource’owane, ale także przez czasowe obniżki pensji, likwidację funduszy premiowych czy – w skrajnych przypadkach – redukcję etatów. Jeszcze w kwietniu prognozy Międzynarodowej Organizacji Pracy były zatrważające. Wynikało z nich, że w dłuższej perspektywie w wyniku lockdownu pracę może stracić nawet miliard osób, czyli prawie jedna siódma populacji i blisko 40 proc. światowej siły roboczej!

Gotowość do zmian

Nie ma więc absolutnie nic dziwnego w tym, że wielu pracowników zaczęło rozważać przebranżowienie albo inwestycję w swoje kwalifikacje. Zarówno dla przedsiębiorców, jak i pracowników jedną z najbardziej pożądanych cech jest bowiem obecnie… elastyczność. Widać to praktycznie na każdym szczeblu, od szeregowych pracowników, przez liderów, po kadrę menedżerską i dyrektorów – zwraca uwagę dr inż. Grażyna Rembielak,dyrektor Executive MBA w Szkole Biznesu PW która powołuje się na dane Business Graduates Association i raportu International MBA Survey 2020 (Employers). Z wypowiedzi pracodawców zebranych przez autorów badania wynika, że ankietowani zauważają potrzebę wzmocnienia umiejętności zastosowania nowych technologii i kreatywności u kandydatów na rynku pracy. Zdecydowanie chętniej zatrudniają absolwentów MBA, ponieważ – ich zdaniem – są dobrze przygotowani do roli liderów w zmieniającym się świecie.

Podatny grunt na innowacje

Podczas gdy na rynku pracy, wobec panującego zamrożenia gospodarki, przyspieszały kolejne zmiany, inne dokonywały się już od dłuższego czasu. Rozwój technologiczny wciąż przyspiesza i nic nie wskazuje na to, by miał się zatrzymywać. – Do niedawna nikt nie zastanawiał się nad tym, jak okiełznać sztuczną inteligencję, wykorzystać jej potencjał, wdrożyć ją do organizacji albo jak nauczyć się uczenia maszynowego. A wkrótce – a być może już teraz – sztuczna inteligencja staje się fundamentem dla wszelkiego rodzaju innowacji i pierwiastkiem konkurencyjności dla menedżerów. To dlatego tak mocno inwestujemy w rozwój kierunków i programów, czerpiących z AI czy nowych technologii i ich wdrożenia w biznesie – podkreśla dr inż. Grażyna Rembielak.

Inwestycja w siebie daje również szansę na zaistnienie na polu… startupów. To, zdaniem wielu ekspertów, podatny grunt, zwłaszcza w dobie pandemii i wyzwań, stojących przed społeczeństwem w nowej rzeczywistości, zwłaszcza w dziedzinach takich jak medycyna oraz praca i nauka w trybiezdalnym. – Właśnie dlatego stawiamy w edukacji menedżerskiej na maksymalnie praktyczne podejście, innowacyjność i przedsiębiorczość oraz nowe technologie w biznesie. Nawet nasza nowość w programie Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej – kurs „Sztuczna Inteligencja w biznesie” bazuje na formule projektowo-startupowej i ma na celu wypracowanie u uczestników umiejętności wdrażania swoich pomysłów w życie i znajdowania w nich biznesowego uzasadnienia, z drugiej zaś: pozwala na praktyczne opanowanie aspektów wykorzystania AI w organizacjach – podsumowuje dr inż. Grażyna Rembielak.

NCBR ogłasza nową edycję konkursu Small Grant Scheme

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłasza nową edycję konkursu Small Grant Scheme. Na wsparcie projektów badawczych realizowanych przez kobiety w obszarze nauk technicznych czeka 5 mln euro.

Konkurs Small Grant Scheme (SGS) stanowi część Programu „Badania stosowane”, finansowanego z Funduszy Norweskich i Funduszy Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

Jego celem jest wsparcie polskich kobiet naukowców w tych dziedzinach nauki, gdzie udział kobiet jest najmniejszy, w szczególności w stosowanych naukach technicznych. Dofinansowanie można uzyskać na dwuletnie projekty badawcze.

– W konkursie będziemy finansować aplikacyjne projekty badawcze w naukach technicznych. Oznacza to, że ich tematyka ma dotyczyć nauk inżynieryjnych i technicznych ujętych w „Wykazie dziedzin nauki i technik według klasyfikacji OECD” – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Projektami będą kierować kobiety, a prace realizowane w projekcie mają m.in. przyczynić się do rozwoju ich kariery naukowej. Najlepiej gdyby w wyniku realizacji projektu udało im się np. zrobić doktorat, habilitację albo dołożyć ostatnią cegiełkę do profesury, choć nie jest to obowiązkowy rezultat projektu – dodaje.

Równe szanse w nauce

Nabór wniosków NCBR prowadzi od 28 września do 11 grudnia br. Budżet konkursu to 5 mln euro. Minimalne dofinansowanie dla jednego projektu wynosi 50 tys. euro, maksymalne – 200 tys. euro. Mogą się o nie ubiegać przedsiębiorstwa i organizacje badawcze.

W konkursie możliwe są wszystkie typy badań, przy czym projekty muszą mieć charakter aplikacyjny, czyli mają dotyczyć badań przemysłowych i/lub prac rozwojowych, a udział badań podstawowych jest ograniczony do 10% kosztów kwalifikowalnych. Dofinansowanie udzielane jest zgodnie z zasadami pomocy publicznej: do 100% dla organizacji badawczych i do 80% dla przedsiębiorców (przy spełnieniu odpowiednich warunków).

Dlaczego nacisk położony został właśnie na nauki inżynieryjne i techniczne?

– Problematyka równości płci znajduje się wśród horyzontalnych kwestii podnoszonych w ramach EOG i Funduszy Norweskich. Mamy nadzieję, że skupiając się w tym konkursie na dziedzinach nauki, w których kobiety nadal stanowią mniejszość, Program wniesie istotny wkład, a zarazem przyczyni się do poprawy równości płci w polskiej nauce – wskazuje Kristin Danielsen, dyrektor wykonawcza Norweskiej Rady Badań (Research Council of Norway).

– Istnieją dziedziny nauki, w których jest mniejsza reprezentacja kobiet. Nauki techniczne to jeden z takich obszarów – akcentuje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. – Z pomocą Funduszy Norweskich staramy się przełamać te dysproporcje – dodaje.

Z raportu „Nauka i technika w 2018 r.” ogłoszonego przez Główny Urząd Statystyczny wynika, że w badanym okresie nadano 5945 stopni doktora. 53,5 proc. nowo wypromowanych doktorów to kobiety, jednak w grupie nauk inżynieryjnych i technicznych było ich zdecydowanie mniej, bo 33,7 proc. Wśród osób, które dwa lata temu uzyskały habilitacje w tej dziedzinie, kobiety stanowiły tylko 28,5 proc.

Przełamać bariery

NCBR czeka na wnioski osób gotowych do budowania swojego dorobku naukowego w zakresie takich obszarów, jak: inżynieria lądowa; elektrotechnika, elektronika, inżynieria informatyczna; inżynieria mechaniczna; inżynieria chemiczna (roślin, produktów); inżynieria procesów chemicznych; inżynieria materiałowa; inżynieria medyczna; inżynieria środowiska; biotechnologia środowiskowa; biotechnologia przemysłowa; nanotechnologia; inne nauki inżynieryjne i technologie.

– Tego rodzaju wsparcie jest kluczowe dla badaczek, zwłaszcza kiedy zaczynają swoją karierę naukową – nie ma wątpliwości Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – W poprzedniej edycji Funduszu Małych Grantów, również skoncentrowanej na pracach badawczych realizowanych przez kobiety w naukach technicznych, finansowanie uzyskały 34 projekty. Efekty podjętych wówczas wysiłków procentują dziś zarówno bardzo interesującymi wynikami badań, jak i błyskawicznymi ścieżkami karier naukowych samych badaczek – wskazuje.

Zarówno obecność, jak i sposób postrzegania roli kobiet w nauce zmienia się na przestrzeni ostatnich lat. W dużych zespołach badawczych coraz częściej dostrzegane są korzyści z pracy interdyscyplinarnych i różnorodnych grup naukowych, prezentujących oryginalne spojrzenie na zagadnienia techniczne. Raport „Kobiety na politechnikach 2020” jednoznacznie wskazuje na to, że studentki są w coraz większym stopniu zainteresowane związaniem swojej kariery zawodowej z technologiami.

Ambitne, kreatywne, pracowite

– Jako kobieta naukowiec będąca przedstawicielem nauk ścisłych obserwuję wciąż obecne w społeczeństwie pewne przekonania, że technologie są obszarem badawczym, w którym realizują się mężczyźni – przyznaje dr hab. inż. Anna Zielińska-Jurek, prof. PG, z Wydziału Chemicznego Politechniki Gdańskiej.

Dzięki swojej pracowitości i determinacji w dążeniu do celu kobiety potrafią doskonale spełniać się na wielu płaszczyznach życia zawodowego, jednocześnie podejmując ważne zadania w rodzinie.

– Ogromne wyzwanie stanowi niewątpliwie łączenie roli mamy i naukowca. W związku z tym niezwykle istotne znaczenie dla rozwoju naukowego kreatywnych i ambitnych kobiet mają dedykowane programy wsparcia takie właśnie jak Fundusz Małych Grantów, czyli Small Grant Scheme, ponieważ dają siłę napędową do dalszej pracy – zauważa prof. Zielińska-Jurek.

Świadczą o tym efekty nowatorskiego projektu FOTOKATAL, którym kierowała przyszła pani profesor. Dofinansowanie z konkursu SGS przyczyniło się do rozwoju jej kariery naukowej oraz pozwoliło udowodnić, że kobieta potrafi z sukcesem prowadzić badania w obszarze technologii.

W projekcie Anna Zielińska-Jurek opracowała nowy sposób oczyszczania płynów pozabiegowych z operacji szczelinowania hydraulicznego z zastosowaniem fotokatalizy heterogenicznej.

Jak tłumaczy, wiele zanieczyszczeń organicznych obecnych w wodach powierzchniowych, ściekach, stanowi grupę ksenobiotyków niepodatnych na rozkład biologiczny. Dlatego ważne jest opracowanie przyjaznych środowisku metod degradacji związków z grupy węglowodorów aromatycznych, farmaceutyków niepodatnych na rozkład biologiczny, w tym powszechnie stosowanych leków przeciwbólowych, przeciwzapalnych i przeciwgorączkowych oraz tzw. mikroplastików wykrywanych w wodach powierzchniowych, ściekach czy płynach technologicznych. W trakcie prac projektowych udało się opracować również nowe rozwiązanie techniczne reaktora mobilnej instalacji do fotodegradacji zanieczyszczeń niepodatnych na rozkład biologiczny.

– Dzięki realizacji projektu Small Grant Scheme nie tylko poszerzyłam zakres prowadzonych prac badawczych w obszarze fotokatalizy heterogenicznej o aspekty technologiczne, ale również zaczęłam budować własny interdyscyplinarny zespół naukowy. Realizacja projektu umożliwiła mi dalszy rozwój naukowy, co w krótkim czasie zaowocowało uzyskaniem stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk technicznych – mówi prof. Zielińska-Jurek. – Zachęcam kobiety naukowców do samodoskonalenia, podejmowania nowych wyzwań i zdobywania różnorodnych doświadczeń poprzez realizację ambitnych projektów naukowych – apeluje kierownik projektu.

Dane z satelitów w pomocy humanitarnej

Na etapie przygotowywania doktoratu do konkursu Small Grant Scheme przystąpiła Małgorzata Jenerowicz, dziś specjalista badacz Zespołu Obserwacji Ziemi w Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. – Program wydał mi się interesujący ze względu na ukierunkowanie na wsparcie polskich kobiet naukowców w różnych dziedzinach nauki. Ponieważ właśnie finalizowałam doktorat, w moje potrzeby doskonale wpisywała się możliwość realizacji projektu jednoosobowego – wyjaśnia.

Punktem wyjścia w projekcie ADEMOS była chęć rozwiązania problemu związanego z niesieniem pomocy humanitarnej. Dla sprawnego jej dostarczania do obozów dla uchodźców, skupiających ludzi przesiedlonych m.in. w wyniku konfliktów zbrojnych lub klęsk żywiołowych, istotne znaczenie ma informacja na temat ilości osób, które się tam znajdują.

Do udoskonalenia metodologii lokalizacji struktur mieszkalnych dr Jenerowicz wykorzystała dane satelitarne o bardzo dużej rozdzielczości. Drugim celem projektu było opracowanie aplikacji, która może służyć jako wsparcie decyzyjne w zakresie reagowania kryzysowego dla Unii Europejskiej, Organizacji Narodów Zjednoczonych czy organizacji pozarządowych.

Jak tłumaczy kierownik projektu, informacja na temat ilości struktur mieszkalnych w obozie dla uchodźców wykorzystywana jest pośrednio do szacowania potrzeb żywnościowych, a także do podejmowania szeregu innych działań związanych z koordynacją udzielanej pomocy. Aplikacja została sprawdzona w warunkach rzeczywistych, zapewniając informację zwrotną od końcowych użytkowników pracujących w terenie.

Do zalet programu dr Jenerowicz zalicza to, że miała możliwość kontynuacji współpracy ze Wspólnotowym Centrum Badawczym Komisji Europejskiej, a tym samym ze Światowym Programem Żywnościowym. Było to istotne dla zapewnienia wysokiej jakości wyników. – Dodatkowe kryterium wpływające na wybór programu Small Grant Scheme to komercjalizacja wyników, która jest możliwa, jednak nie stanowi wymogu koniecznego. Takie podejście nie zamyka furtki osobom współpracującym z agencjami pomocy humanitarnej, które mogą wykorzystać wyniki projektu bezpłatnie, a dodatkowo pozostawia możliwość przyszłej komercjalizacji i odpłatnego udostępnienia innym zainteresowanym podmiotom – wskazuje dr Małgorzata Jenerowicz.

Badania prowadzone w ramach projektu ADEMOS stały się istotnym elementem rozprawy doktorskiej Małgorzaty Jenerowicz. Ich rezultaty zostały opublikowane w renomowanych czasopismach naukowych.

To doświadczenie otworzyło drogę do kolejnych badań. – Prace nad złożeniem i realizacją projektu w programie Small Grant Scheme umożliwiły mi zdobycie odpowiedniego poziomu umiejętności oraz doświadczeń, które zaowocowały uzyskaniem finansowania z programu POLNOR 2019 dla projektu ARICA (Wielokierunkowa analiza obszarów obozów dla uchodźców/przesiedleńców na podstawie danych satelitarnych HR/VHR), stanowiącego kontynuację obranej ścieżki naukowej w badaniach stosowanych pod moim osobistym kierownictwem we współpracy z podmiotami polskimi oraz norweskimi – konkluduje dr Małgorzata Jenerowicz.

Z myślą o środowisku

Konkurs małych grantów dla kobiet dr hab. inż. Ewa Adamiec, profesor Akademii  Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie, wybrała z kilku powodów.

– Pierwsze, co zwróciło moją uwagę i miło mnie zaskoczyło, to fakt, że był to konkurs skierowany do kobiet. Jednym z obszarów tematycznych była wówczas problematyka środowiskowa, którą jestem zainteresowana. Po drugie, miałam małe dziecko, więc skala konkursu małych grantów była optymalna. Udało mi się połączyć dwie najważniejsze kwestie: prowadziłam badania i koordynowałam projekt, a równocześnie po południu moja córka miała mamę w domu. Po trzecie, byłam na etapie przygotowywania habilitacji. W ciągu dwóch lat realizacji projektu dokończyłam badania do habilitacji, opublikowałam je, a następnie złożyłam wniosek habilitacyjny – wylicza prof. Ewa Adamiec.

Badania w projekcie RIVEROAD miały charakter interdyscyplinarny; obejmowały obszar nauk przyrodniczych (w szczególności geochemię i ochronę środowiska), a także inżynierię materiałową. Rozważany problem badawczy dotyczył emisji zanieczyszczeń związanych z eksploatacją pojazdów, ich potencjalną mobilnością oraz oddziaływaniem na środowisko miejskie, a w kolejnym etapie – na systemy rzeczne.

– Uzyskane wyniki pozwoliły na określenie ekologicznego ryzyka środowiskowego dla obszarów miejskich, a także sformułowanie zaleceń dotyczących badań monitoringowych w strefach miejskich o wzmożonym ruchu pojazdów oraz  wytycznych strategii organizacji transportu w miastach – wyjaśnia badaczka z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH.

Jak podkreśla prof. Adamiec, wsparcie finansowe umożliwiło jej sprawne przeprowadzenie badań, przygotowanie ich do publikacji, a także uczestnictwo w kilku najważniejszych kongresach z zakresu problematyki, którą zajmuje się w swojej pracy naukowej.

– Dzięki aktywnemu udziałowi w tych konferencjach nawiązałam współpracę z kilkoma ośrodkami naukowymi i teraz rozszerzam moje badania. Zostałam członkiem prestiżowego stowarzyszenia naukowego, a po kilkuletniej współpracy również redaktorem pomocniczym w czasopiśmie naukowym stowarzyszenia, jednym z kluczowych w dziedzinie, w której prowadzę badania – dodaje Ewa Adamiec.

Oszczędzamy więcej i klikamy chętniej

Obecnie aż 70 proc. badanych Polaków gospodaruje swoim budżetem uważniej niż przed czasem pandemii koronawirusa, 47 proc. oszczędza więcej niż wcześniej, a 68 proc. z nas częściej kupuje i załatwia sprawy bankowe i urzędowe online – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Credit Agricole przez Interactive Research Center.

Aby zbadać bieżące trendy rynkowe i potrzeby klientów po kilku miesiącach od wybuchu pandemii koronawirusa, Credit Agricole zlecił agencji badawczej Interactive Research Center (IRCenter) badanie rynku.

Wyniki wskazały, że obecnie aż 70 proc. badanych Polaków gospodaruje swoim budżetem uważniej niż przed pandemią koronawirusa. Trend bardziej rozsądnego wydawania i unikania nadmiernej konsumpcji jest zauważalny we wszystkich badanych grupach, niezależnie od płci, wieku, wykształcenia i wielkości zamieszkiwanej miejscowości.

Równocześnie 47 proc. badanych Polaków oszczędza zdecydowanie więcej lub trochę więcej niż przed pandemią, a 37 proc. odkłada takie same kwoty jak wcześniej. Również ten trend jest widoczny we wszystkich grupach respondentów, przy czym największy wzrost zainteresowania oszczędzaniem widać wśród osób w wieku 18-24 lata (61 proc).

 

Wzrosła także popularność rozwiązań online: 68 proc. badanych Polaków częściej kupuje i załatwia sprawy bankowe lub urzędowe przez Internet. Co ważne, nie ma istotnych różnic między poszczególnymi grupami wiekowymi.

Credit Agricole sprawdził także, czy klienci oczekują pomocy w zarządzaniu budżetem i analizowaniu wydatków. Tego typu wsparcie i doradzanie w oparciu o zrozumienie potrzeb określiło jako przydatne 54 proc. badanych Polaków, a najczęściej taką opinię wyrażały osoby w wieku 18-24 lata (66 proc.).

Wyniki badania potwierdziły nasze przypuszczenia, że dużo się zmieniło jeśli chodzi o podejście Polaków do oszczędzania, zarządzania domowym budżetem i załatwiania spraw zdalnie. Znacznie uważniej oglądamy teraz każdą wydawaną złotówkę i chętniej odkładamy pieniądze na tzw. „czarną godzinę”. Na pewno ma na to wpływ ryzyko utraty pracy lub ograniczanie wysokości wynagrodzeń przez pracodawców. I właśnie w takich niepewnych czasach doceniamy wagę posiadania „poduszki finansowej”, która pozwala przetrwać trudny okres – komentuje Marcin Jagodziński, dyrektor Departamentu Zarządzania Segmentami, Daily Banking oraz Produktami Oszczędnościowymi w Credit Agricole.

Także wzrost popularności kanałów zdalnych w kontakcie z bankiem, czy innymi instytucjami nie jest zaskoczeniem. Klienci dbają o swoje bezpieczeństwo i jeśli jest taka możliwość, to wolą np. otworzyć konto czy zaciągnąć kredyt przez Internet, bez kontaktowania się z kimkolwiek. Dlatego wychodzimy im naprzeciw z nowoczesnymi rozwiązaniami – dodaje Marcin Jagodziński.

Badanie przeprowadziła agencja badawcza Interactive Research Center metodą CAWI na próbie N=700 respondentów w wieku 18-65 lat, z dochodem osobistym netto 2000 +.

Międzynarodowy Dzień Kawy – to dziś!

Niepowtarzalny aromat, niezwykły smak i wyjątkowa moc – za to lubimy kawę. Ten magiczny napój ceniony jest do tego stopnia, że ma swoje święto – Międzynarodowy Dzień Kawy obchodzimy 29 września. To dobra okazja, by dowiedzieć się więcej
o historii tego napoju oraz czynnikach, które mają wpływ na powstawanie uwielbianego smaku i aromatu. Zdradzimy też sposoby na to, by wspaniałą moc kawy uwolnić w domu.

40% populacji spożywa kawę regularnie. Najwięcej Finowie – średnio 12 kilogramów kawy rocznie jedna osoba! Na drugim miejscu jest Norwegia (ok. 10 kg/per capita), na trzecim Islandia (prawie 9 kg/per capita). W Polsce spożycie na osobę wynosi około 2,3 kg. Uwielbiamy ją za smak, aromat, czasami efekt pobudzenia, niekiedy poprawę nastroju. Nic dziwnego, że ten ceniony napój doczekał się swojego święta. Od 2014 roku 29 września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kawy.

Z kawą dookoła świata

Kawę uprawia się w ponad 70 regionach strefy tropikalnej między północnym zwrotnikiem Raka a południowym zwrotnikiem Koziorożca (tzw. pas kawowy – ang. coffee belt). Na plantacje natrafimy w krajach obu Ameryk, Azji, Afryce i Oceanii. Najczęściej są zacieniane wysokimi drzewami przed nadmiernym nasłonecznieniem.

Światowa produkcja kawy szacowana jest na ok. 9 mln ton/rok, a największym producentem kawy jest Brazylia (prawie 3 mln ton/rok), następnie Wietnam, Kolumbia i Indonezja. W skali globalnej 25 milionów drobnych producentów zaangażowanych jest w łańcuch produkcyjny kawy.

Kawa, kahhva

A jak kawa trafiła do Polski i skąd pochodzi ta nazwa? Wyjątkowo o etymologię słowa pytamy nie językoznawcę, a baristę. Ale w końcu chodzi o kawę. – Nazwa kawa pochodzi prawdopodobnie od arabskiego kahva. Kahva oznacza po arabsku zarówno kawę, jak
i wino, z czego drugie znaczenie jest starsze. W Polsce kawa pojawiła się po bitwie pod Wiedniem w 1683 – mówi Marcin Kozicki, barista i trener z Julius Meinl Polska. Początkowo kawa w Polsce była napojem elitarnym, ale od XVIII w. stawała się bardziej popularna i łatwiej dostępna.

Rodzaje kawy

Chociaż istnieje kilka różnych gatunków kawy, dziś uprawia się dwa główne. – Coffea arabica, znana jako arabica, stanowi 75-80 procent światowej produkcji. Coffea canephora, znana jako Robusta, stanowi około 20 procent – mówi barista. Gatunek robusta jest łatwiejszy w uprawie niż arabica, ale z ziaren robusty uzyskuje się
z reguły bardziej ubogi w smaku napar niż w przypadku arabiki. Z drugiej strony ziarna robusty zawierają średnio 2 razy więcej kofeiny niż ziarna arabiki, co dodatkowo wpływa na ich wyższą odporność na różnego rodzaju szkodniki.

A co ze smakiem? – Różnice w smaku pomiędzy tymi dwoma gatunkami są znaczące. Kawa z ziaren arabiki jest łagodna w smaku, posiada z reguły delikatną kwasowość
i całe mnóstwo aromatów: korzennych, orzechowych, czekoladowych, kwiatowych czy przypominających różne owoce, takie jak na przykład mango, papaja, brzoskwinia, czarna porzeczka. Z kolei napar z ziaren robusty jest mniej delikatny, ma ostrzejszy, bardziej gorzki smak, a przez wysoką zawartość kofeiny na podniebieniu może pojawić się także odczucie cierpkości – tłumaczy Marcin Kozicki.

Kawa z różnych stron świata

Trzeba jednak pamiętać, że smak i aromat kawy w dużej mierze zależą od warunków uprawy, położenia plantacji, rodzaju gleby, wysokości, na jakiej znajduje się plantacja, temperatury, poziomu nasłonecznienia czy sumy opadów. Takie parametry tworzą tzw. kawowy terroir.

Miejsce uprawy kawy wyraźnie wpływa na jej smak. Kawy z konkretnych regionów na świecie mają do pewnego stopnia spójny, powtarzalny profil smakowy. – Na przykład kawy z Etiopii charakteryzują się często nutami herbacianymi, natomiast kawy z Brazylii to najczęściej mocno wyczuwalne kakao, czekolada, orzechy i wanilia – porównuje Marcin Kozicki.

Palenie kawy

Kolejnym czynnikiem, który nadaje charakterystykę ziarnom kawy jest metoda obróbki, czyli sposób, w jaki wydobywa się ziarna z owoców. Istnieje kilka różnych metod obróbki: sucha/natural, myta/washed, pulped natural i honey process. Najprostsza
i najtańsza, a zarazem posiadajaca najstarszą tradycję jest ta pierwsza metoda. Kluczowym etapem w procesie produkcji kawy jest również jej palenie. – Reakcje chemiczne, które zachodzą podczas procesu palenia tworzą aromatyczno – smakowy bukiet mieszanki – stwierdza Marcin Kozicki, barista z Julius Meinl Polska. Tutaj najpopularniejsze jest palenie średnie. Ziarna kawy mają wtedy kolor brązowy, są suche. Gorycz powstała w wyniku palenia balansuje się z kwasowością ziarna.

Konsumpcja warzyw i owoców we wrześniu 2020 roku

Dietetycy zalecają aby warzywa i owoce stanowiły co najmniej połowę, tego co zjadamy. Prawie co piąty Polak spełnił ten warunek we wrześniu (18%). Zbyt ubogą dietę w warzywa i owoce ma 50% Polaków, przy czym u 36% jednak pojawiały się one w przynajmniej połowie posiłków (choć za mało). We wrześniu, podobnie jak w sierpniu (14%) Polaków odżywiało się bardzo źle, czyli warzyw i owoców jadło mało lub wcale. W ramach realizowanych przez Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców” poznaliśmy również najpopularniejsze gatunki września.

„We wrześniu największą popularnością pośród wszystkich owoców cieszyły się jabłka. Spożywało je 86% Polaków, w tym 21% przynajmniej 4-5 razy w tygodniu. Na drugim miejscu znalazły się śliwki (76%), na trzecim gruszki (51%). W porównaniu do sierpnia najbardziej wzrosła popularność jabłek, śliwek, jeżyn oraz aronii” – mówi Agata Zadrożna, ekspert Kantar.

Najpopularniejszymi warzywami są pomidory (95%) i ogórki (92%) oraz ziemniaki (98%). Przy czym odpowiednio 17%, 5% i 20% respondentów spożywało je codziennie. We wrześniu na stołach Polaków pojawiały się także cebula (90%) marchew (87%), kapusta (67%) oraz papryka (67%). Cebulę codziennie jadło 6% respondentów, marchew 5%, kapustę 1%, natomiast paprykę 1%. Zdecydowana większość warzyw odnotowały wzrost spożycia.

Warzywa i owoce posiłkach

Zdecydowanie mniej optymistyczne są dane obrazujące w ilu posiłkach w ciągu dnia owoce i warzywa stanowią co najmniej połowę. 30% Polaków nie je takich posiłków. Co piąty Polak (23%) jadł jeden posiłek składający się w co najmniej połowie z warzyw i owoców. Jedynie 6% badanych przyznało, że warzywa i owoce stanowiły co najmniej połowę wszystkich z sześciu jedzonych w ciągu dnia posiłków. 13% Polaków jadło co najmniej połowę warzyw i owoców podczas 4-5 posiłków w ciągu dnia.

Wskaźnik „Wczoraj na talerzu”

Dietetycy zalecają, aby warzywa i owoce stanowiły co najmniej połowę tego, co zjadamy w ciągu dnia. „Wczoraj na talerzu” to syntetyczny wskaźnik obrazujący sposób odżywiania się Polaków.

Na podstawie deklaracji dotyczących posiłków z dnia poprzedzającego badanie widoczne jest, że jedynie 18% Polaków odżywiało się zgodnie z zaleceniami dietetyków, jeśli chodzi o spożywanie właściwej ilości warzyw i owoców. Wskaźnik „Wczoraj na talerzu” przyjmuje w ich przypadku bardzo wysoki poziom. Natomiast 32% badanych odżywiało się nieco gorzej, ale warzywa i owoce na ogół są składnikiem ich posiłków, a w części jest ich co najmniej połowa. Zbyt ubogą dietę w warzywa i owoce ma 50% Polaków, przy czym u 36% jednak pojawiały się one w przynajmniej połowie posiłków (choć za mało). 14% badanych jadło bardzo mało warzyw i owoców, a czasem nie jadło ich wcale.

Przeciętna wartość wskaźnika wynosiła 47,5 pkt., czyli była na średnim poziomie. Wartość wskaźnika w porównaniu do sierpnia wzrosła o 0,7 p. proc.

„Narodowe badania konsumpcji warzyw i owoców” realizowane są przez KANTAR dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. Projekt realizowany jest we współpracy z agencją INSPIRE smarter branding. Zadanie finansowane jest ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Projekt otrzymał patronat honorowy Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie „A-„

W piątek (25.09.2020) agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie „A-” z perspektywą stabilną, co było zgodne z oczekiwaniami analityków.
„Rating na poziomie A- odzwierciedla zróżnicowaną gospodarkę Polski, charakteryzującą się stabilnym wzrostem i solidnymi ramami polityki ekonomicznej, w połączeniu z członkostwem w UE. Jest to równoważone niższym PKB per capita i stosunkowo wysokim (choć malejącym) długiem zagranicznym netto, w porównaniu do państw z koszyka ratingowego” – podano w komunikacie. Poza tym Fitch nie spodziewa się wyraźnych zmian w polityce fiskalnej czy makroekonomicznej w wyniku zaistniałej niepewności politycznej, związanej z szeregiem wewnętrznych nieporozumień w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Drugi tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 3,07%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 3,33%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 3,13%, z kolei mWIG40 zanotował nieco lżejszą stratę, spadając o 1,90%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. We wtorek (29.09.2020) poznamy odczyt indeksu zaufania konsumentów – Conference Board oraz saldo obrotów towarowych USA. W środę (30.09.2020) zostanie opublikowany raport ADP oraz ostateczne dane dotyczące PKB Stanów Zjednoczonych w II kwartale 2020. W czwartek (01.10.2020) nadejdzie kolej na dane o dochodach i wydatkach amerykanów, odczyty indeksów cen płaconych oraz zatrudnienia, publikacje wskaźników PMI oraz ISM dla przemysłu USA. Z kolei w piątek (02.10.2020) nadejdzie kolej na dane z rynku pracy w USA: między innym poznamy dane o zmianach zatrudnienia w sektorze pozarolniczym oraz stopę bezrobocia.

Poza tym w czwartek (01.10.2020) poznamy wskaźnik PMI dla Polskiego przemysły oraz inflacje CPI w kraju.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Rusza nowy program edukacyjny dla polskich szkół. Wczesna nauka o zmianach klimatycznych i smogu może zaprocentować w przyszłości

Przeciwdziałanie postępującym zmianom klimatycznym to nie tylko obszar zainteresowania rządów i biznesu, lecz również konsumentów. Dlatego też edukacja ekologiczna prowadzona już od najmłodszych lat może zaprocentować w przyszłości zmianą nawyków i tym samym ograniczeniem emisji. Dużą rolę w walce o czystsze powietrze odgrywa ciepłownictwo. Startujący właśnie program edukacyjny zainicjowany przez spółkę PGE Energia Ciepła ma pomóc uczniom szkół podstawowych zrozumieć, w jaki sposób powstaje ciepło, skąd bierze się energia elektryczna i jaki mają wpływ na klimat i ochronę środowiska. Szkoły mogą zgłaszać się do 8 października.

– Klimat i ochrona środowiska to tematy, które interesują dziś nie tylko naukowców, lecz także młodych ludzi. Wszelkie inicjatywy, które propagują ekologiczne postawy, mówią o tym, skąd się w ogóle biorą prąd, ciepło i energia, są mile widziane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Cieszę się, że także Grupa PGE przyłączyła się do tego typu działań, edukacji nigdy za dużo i warto ją kontynuować – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej.

Polska jest jednym z europejskich liderów w sektorze ciepła sieciowego. Ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, która liczy blisko 21,5 tys. km. Systemy ciepłownicze funkcjonują w większości polskich miast. Około 50 proc. gospodarstw domowych w Polsce kupuje energię cieplną od systemowych przedsiębiorstw ciepłowniczych. Ciepło z elektrociepłowni jest bardziej efektywne ekologicznie – zwłaszcza w porównaniu z indywidualnymi kotłami na węgiel, dlatego odgrywa dużą rolę w walce ze smogiem i emisją CO2.

Nowy program edukacyjny, który zapoczątkowała właśnie PGE Energia Ciepła, opowiada o roli, jaką spełnia ciepłownictwo w walce o czystsze powietrze oraz zaopatrzenie gospodarstw domowych w ciepło. Akcja jest skierowana do dzieci z klas I–III szkół podstawowych.

 PGE Energia Ciepła, jako największa firma ciepłownicza, stara się poprzez edukację wpływać na kształtowanie właściwych postaw użytkowników ciepła. Jak wiadomo, najlepiej jest zaczynać we wczesnym dzieciństwie, dlatego przygotowaliśmy program edukacyjny skierowany dla najmłodszych pt. „Przygody Kota Ciepłosława”, w którym staramy się przekazać im informacje o cieple i ekologii – mówi Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

Program edukacyjny spełnia wymogi podstawy programowej i został objęty patronatem MEN. Tytułowy bohater, Kot Ciepłosław, w ciekawy i przystępny dla dzieci sposób ma przekazywać im wiedzę o tym, jak powstają ciepło i energia elektryczna, oraz uczyć, jak je oszczędzać i dbać o środowisko. Pokaże m.in., w jaki sposób powstaje ciepło w procesie wysokosprawnej kogeneracji, która polega na jednoczesnej produkcji ciepła i energii elektrycznej, i jak dociera ono później do domowego kaloryfera.

– Dzieci naturalnie chłoną to, co do nich dociera, więc to jest najwłaściwszy moment, żeby przekazać im rzetelne informacje o tym, skąd się bierze ciepło i jaki ma to związek ze środowiskiem. Ukształtowanie właściwych postaw na tym etapie będzie procentowało w przyszłości, bo dzieci nauczą się oszczędnego gospodarowania energią – podkreśla Przemysław Kołodziejak. – Staramy się, aby użytkownicy ciepła wykorzystywali je racjonalnie, czyli oszczędzali i używali tyle, ile jest im niezbędne, bo wytwarzanie ciepła wpływa na środowisko. Im mniej będziemy go zużywać, tym mniej będziemy oddziaływać na środowisko.

W ramach akcji zostały przygotowane gry edukacyjne, ciekawostki dla dzieci oraz gotowe scenariusze zajęć, z których nauczyciele mogą korzystać podczas lekcji. Wszystkie materiały są dostępne na stronie internetowej projektu. Aby wziąć w nim udział, szkoły do 8 października powinny wypełnić formularz rejestracyjny. Dla pierwszych 100 placówek zgłoszonych do programu zostaną wysłane gadżety związane z Kotem Ciepłosławem.

– Przygotowaliśmy też konkurs dla szkół, nauczycieli oraz dzieci. Te klasy, które będą najbardziej aktywnie uczestniczyć w programie, mogą liczyć na nagrody – mówi p.o. prezesa PGE Energia Ciepła SA.

Konkurs jest skierowany do wszystkich szkół biorących udział w projekcie. Ich zadaniem będzie stworzenie komiksu o przygodach Kota Ciepłosława o tematyce związanej z ciepłem. Na najlepsze placówki czekają nagrody: 5 tys. zł, laptop dla nauczyciela zwycięskiej klasy oraz 13 wycieczek edukacyjnych do elektrociepłowni należących do PGE Energia Ciepła.

Spółka ta, należąca do Grupy PGE, jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 14 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.

Co roku najbardziej agresywną formę raka płuca rozpoznaje się u 3 tys. Polaków. Często diagnozowany jest zbyt późno

Drobnokomórkowy rak płuc to agresywny i złośliwy nowotwór, którego w Polsce rokrocznie rozpoznaje się u ok. 2,5–3 tys. osób. Tylko 5 proc. chorych ma szansę przeżyć pięć lat od momentu rozpoznania choroby, a pacjenci umierają zwykle średnio po roku–dwóch latach od diagnozy. Ostatnie dekady nie przyniosły żadnych większych postępów w leczeniu i jeszcze do niedawna wciąż stosowano głównie chemioterapię, na której kończyły się opcje terapeutyczne. Dopiero zarejestrowana niedawno immunoterapia stworzyła nadzieję na poprawę sytuacji pacjentów. Chorzy w Polsce wciąż muszą jednak czekać na jej refundację.

– Drobnokomórkowy rak płuca nie rokuje dobrych nadziei. Przeżywalność wynosi od dwóch do trzech lat, bo 95 proc. zachorowań jest diagnozowanych już w stanie zaawansowanym. Ci ludzie nie mają szans na wyleczenie – jest to już tylko leczenie paliatywne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Kozik, prezes stowarzyszenia Polskie Amazonki Ruch Społeczny.

Rak płuca jest jednym z najczęściej diagnozowanych nowotworów. W Polsce rozpoznaje się go u ponad 20 tys. osób rocznie. W tej grupie większość (ok. 85 proc.) choruje na niedrobnokomórkowego raka płuca – w przypadku tej choroby zostało już zarejestrowanych wiele innowacyjnych terapii. Pozostali pacjenci mają drobnokomórkową odmianę (DRP). To jeden z najgorzej rokujących nowotworów. W większości przypadków jest to rak nieoperacyjny, a w tej chwili możliwości jego leczenia kończą się po wykorzystaniu standardowych opcji, czyli chemioterapii i radioterapii.

– Pacjenci z rakiem drobnokomórkowym już na początku są częściowo wykluczeni, ponieważ leczenie operacyjne nie ma u nich zastosowania. Z uwagi na duży stopień zaawansowania choroby większość pacjentów nie ma też dostępu do chemioradioterapii – wskazuje dr n. med. Izabela Chmielewska z Katedry i Kliniki Pneumonologii, Onkologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Leczenie DRP to duże wyzwanie – zwykle nie przynosi spodziewanych efektów, bo komórki nowotworowe szybko uodparniają się na chemioterapię. Ten typ nowotworu jest bardzo agresywny – szybko podwaja swoją masę, ma też skłonność do przerzutów do kości, wątroby i centralnego układu nerwowego. Dlatego wymaga szybkiej diagnozy.

Aby pokazać, jak ważny jest czas dla pacjentów z tym nowotworem, organizacje pacjenckie wystartowały z kolejną odsłoną kampanii edukacyjnej „Liczy się czas w raku płuca”.

– Spot zrealizowany w ramach kampanii doskonale oddaje to, z czym zmagają się pacjenci. Jest tam bardzo dużo emocji. Każda minuta od momentu pierwszych sygnałów choroby do momentu diagnozy i rozpoczęcia leczenia rzeczywiście ma znaczenie, każda sekunda coś zmienia – podkreśla Adrianna Sobol, psychoonkolog Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

– W tym schorzeniu liczy się każdy dzień i każdy miesiąc, dlatego drobnokomórkowy rak płuca powinien być diagnozowany bardzo szybko. W innych typach rakach płuca liczymy lata, tu decyduje każdy miesiąc. Niestety już diagnoza sprawia wiele trudności. Znam przypadek, w którym pierwsze podejrzenie DRP pojawiło się już w maju i do dziś nie ma diagnozy. To znaczy, że system skazuje takich pacjentów na brak możliwości wyleczenia – dodaje Elżbieta Kozik.

Firmy farmaceutyczne przebadały w ostatnich dekadach kilkadziesiąt cząsteczek i żadna z nich nie okazała się przełomem w leczeniu drobnokomórkowego raka płuca. Dopiero zarejestrowane atezolizumab czy durwalumab stworzyły nadzieję na poprawę sytuacji pacjentów. To leki immunologiczne, co oznacza, że stymulują komórki odpornościowe organizmu pacjenta, tak aby same niszczyły zmiany nowotworowe. W skojarzeniu ze standardową chemioterapią hamują rozwój choroby i wydłużają życie chorych.

– W leczeniu drobnokomórkowego raka płuca od 30 lat nie było żadnej zmiany. Pacjenci są leczeni jedynie chemioterapią – wskazuje Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

– Przez wiele lat nic nie działo się w drobnokomórkowym raku płuca, prowadziliśmy szereg badań klinicznych i każde w końcu okazywało się fiaskiem. Jdnak właśnie immunochemioterapia okazała się skuteczna, wydłuża przeżycie pacjentom i jest to udowodnione – podkreśla dr Izabela Chmielewska.

Immunoterapie, do których zalicza się atezolizumab, to nowa klasa leków. Na całym świecie uważa się je dziś za medyczny postęp, który wpłynie na leczenie wielu chorób. W przypadku drobnokomórkowego raka płuca dodanie immunoterapii może zmniejszyć ryzyko zgonu o 30 proc. i wydłużyć życie pacjentów o kilka miesięcy.

– Po jakimś czasie od zastosowania chemioterapii prawie wszyscy pacjenci progresują, czyli dochodzi u nich do wznowienia, pojawienia się kolejnych zmian przerzutowych, do wzrostu masy guza. Pozostawali więc bez leczenia, wyczekując na nawrót choroby. To trudna sytuacja i dla lekarzy, i dla pacjentów, bo w pierwszym momencie choroba się cofa, objawy ustępują, pacjent zyskuje dużo nadziei, natomiast wiemy, że nawrót i tak nastąpi – mówi ekspertka z z Katedry i Kliniki Pneumonologii, Onkologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. – Połączenie immunoterapii i chemioterapii wydłuża czas do nawrotu średnio o około dwa miesiące, ale ten okres jest różny u poszczególnych pacjentów. W badaniach klinicznych byli tacy, którzy otrzymywali tę immunoterapię nawet kilka lat i to leczenie było dobrze tolerowane.

Jak podkreśla, problemem jest refundacja. W leczeniu mniej agresywnego, niedrobnokomórkowego raka płuca w ostatnich latach nastąpił olbrzymi postęp. Również w Polsce do refundacji włączono wiele innowacyjnych terapii, dzięki czemu powoli staje się on chorobą przewlekłą. Jednak pacjenci chorzy na DRP wciąż muszą czekać na refundację pierwszego leku, który może wydłużyć im życie.

– Chcielibyśmy, żeby pacjenci z rakiem drobnokomórkowym zyskali szansę. Tym bardziej że często są to pacjenci młodsi, w związku z czym rak jest bardziej agresywny, bo komórki ciągle się dzielą i dochodzi do szybszego wzrostu choroby nowotworowej. Dlatego zarówno pacjenci, jak i lekarze czekają na tę refundację – mówi dr Izabela Chmielewska.

Drobnokomórkowego raka płuc rokrocznie rozpoznaje się u ok. 2,5–3 tys. Polaków. Jak podkreślają przedstawiciele pacjentów, terapie dostępne na świecie powinny jak najszybciej trafić też do Polski.

– Brakuje dostępu do nowoczesnych form leczenia, które są już stosowane na świecie i w wielu ościennych krajach w Europie. Ważne, żeby tę wąską grupę pacjentów zabezpieczyć, żeby o nich nie zapominać. Każdy pacjent, bez względu na to, jaki ma podtyp nowotworu płuc, powinien być leczony i ma prawo do leczenia zgodnego z najnowszą wiedzą medyczną – podkreśla Anna Kupiecka.

– Wszystkie siły pacjenckie i organizacje o to zabiegają i walczą. Taki też jest cel naszej kampanii „Liczy się czas w raku płuca” – dodaje Elżbieta Kozik.

Telemedycyna szybko się rozwija w trakcie pandemii, lecz może stanowić tylko 30 proc. usług medycznych. Wciąż będą otwierane fizyczne placówki

Pandemia SARS-CoV-2 przyczyniła się do dynamicznego wzrostu popularności telemedycyny, jednak w większości przypadków nadal niezbędny jest bezpośredni kontakt z lekarzem i wizyta w placówce, chociażby w celu wykonania zabiegów czy badań diagnostycznych. Dlatego też Grupa LUX MED nie zamierza rezygnować z inwestycji w rozwijanie sieci swoich placówek. Właśnie otworzyła kolejne centrum medyczne, tym razem w warszawskiej galerii handlowej Wola Park.

– COVID-19 spowodował bardzo szybki rozwój telemedycyny. Sytuacja i reżim epidemiologiczny sprawiły, że stała się ona podstawowym narzędziem opieki nad pacjentami i ma przed sobą ogromną przyszłość, ponieważ wiele ich problemów możemy rozwiązać właśnie tą drogą. Trzeba jednak podkreślić, że nie wszystkie, dlatego uważamy, że telemedycyna w naszej ofercie będzie stanowić około 20–30 proc. wszystkich usług – mówi agencji Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

Pandemia koronawirusa oraz związane z nią ograniczenia w przemieszczaniu się i kontaktach, a w przypadku wielu pacjentów również strach przed bezpośrednią wizytą w przychodni i ryzykiem zakażenia przyczyniły się do szybkiego wzrostu popularności telemedycyny. Już na początku pandemii minister zdrowia, NFZ i Rzecznik Praw Pacjenta zachęcali do korzystania z konsultacji zdalnych, podkreślając, że stanowią one pełnoprawne świadczenie zdrowotne.

Do tej formy korzystania z porad lekarskich szybko przekonali się zarówno pacjenci, jak i medycy. Zwłaszcza że lekarze w Polsce powszechnie wystawiają już e-recepty i e-zwolnienia. Według danych Ministerstwa Zdrowia w maju br. udział elektronicznych recept wzrósł do 95 proc., podczas gdy jeszcze w lutym, tuż przed pandemią, sięgał 88 proc.

Dynamiczny wzrost popularności telemedycyny dobrze obrazują też statystyki Mondial Assistance, z których wynika, że w pierwszych pięciu miesiącach tego roku liczba zdalnych konsultacji lekarskich dla klientów ubezpieczeniowych i bankowych wzrosła aż o 172 proc. W marcu czy kwietniu takich usług realizowano nawet cztero-pięciokrotnie więcej w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Duży wzrost odnotowała również Grupa LUX MED. Jeszcze pod koniec marca tą drogą odbywało się 75 proc. konsultacji. W lipcu lekarze i specjaliści odbywali średnio 20 tys. porad telemedycznych dziennie.

– Telemedycyna jest uzupełnieniem procesu diagnostyczno-leczniczego i daje pacjentowi pewien komfort, ponieważ może on skontaktować się z lekarzem ze swojego domu. Wydaje się, że konsultacje zdalne będą standardowym elementem w procesie leczenia. Myślę, że docelowo będą one początkiem komunikacji z pacjentem, żeby zidentyfikować problem, zapytać go, czego potrzebuje, i pokierować go dalej do przychodni – ocenia Anna Rulkiewicz.

Jedną z dyscyplin, w których telemedycyna raczej nie będzie mieć szerokiego zastosowania, jest okulistyka, z uwagi na konieczność przeprowadzania pewnych badań bezpośrednio z udziałem pacjenta.

 Mowa w szczególności o badaniach związanych z obrazowaniem oka, siatkówki i wykorzystaniem zaawansowanych metod diagnostycznych. Próbujemy wprowadzać telemedycynę do naszych usług – w kwietniu wdrożyliśmy badania kontrolne w formie zdalnej, które mają zastosowanie w przypadku części pacjentów i jako uzupełnienie procesu obserwacyjnego. Jednak nigdy nie wyeliminujemy konieczności bezpośredniego przebadania pacjenta – mówi Maciej Mądrala, prezes Centrum Medycznego MAVIT.

W opinii ekspertów rozwój telemedycyny raczej nie spowoduje, że spadnie popyt na stacjonarne placówki i tradycyjne konsultacje lekarskie. W wielu specjalizacjach wciąż niezbędny jest bezpośredni kontakt z lekarzem i wizyta w centrum medycznym, chociażby w celu wykonania zabiegów czy badań diagnostycznych.

– Pacjenci chorują, w związku z czym zapotrzebowanie na usługi medyczne rosło i z naszego punktu widzenia bardzo istotne było, żeby jak najszybciej dostosować placówki i zająć się pacjentami całościowo i kompleksowo. Teraz widzimy bardzo dużą dynamikę powrotu pacjentów do placówek. Obecne zapotrzebowanie na usługi jest takie samo jak przed pandemią, dlatego będziemy otwierać nasze centra medyczne zgodnie z ich potrzebami – wskazuje Anna Rulkiewicz.

Nowa placówka działa od września w stołecznym centrum handlowym Wola Park. Po raz pierwszy połączono w niej opiekę ambulatoryjną ze specjalizacją okulistyczną w ramach Centrum Medycznego MAVIT, działającego w Grupie LUX MED od roku.

– Otwarcie naszej nowej poradni na warszawskiej Woli jest niezmiernie istotne. Z jednej strony przybliżamy się do naszych pacjentów z wysokospecjalistycznymi usługami okulistycznymi, diagnostycznymi, co stanowi uzupełnienie naszej oferty realizowanej w szpitalu na warszawskich Bielanach, a z drugiej strony wprowadzamy unikalny model koordynowanej opieki nad pacjentem, uzupełniając ambulatoryjne, abonamentowe usługi okulistyczne o leczenie zachowawcze bardziej specjalistyczne bądź leczenie operacyjne wtedy, kiedy to jest wymagane – wyjaśnia Maciej Mądrala.

Coraz więcej możliwości rozwoju kariery dla naukowców w Polsce. Infrastruktura i metody badawcze na światowym poziomie

Polskie uczelnie i instytuty dają coraz więcej możliwości rozwoju kariery naukowcom. – Baza badawcza w Polsce jest na światowym poziomie, mamy ośrodki, które nie powstydzą się za granicą ani swojego sprzętu, ani metod badawczych – mówi dr Grażyna Żebrowska, dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. Przykładem mogą być zaawansowane badania w zakresie walki z COVID-19. Wciąż jednak wielu naukowców wiąże swoją przyszłość z zagranicznymi uczelniami. Programy NAWA mają ich przekonać do powrotu i pozostania w Polsce.

W ostatnich latach możliwości uprawiania nauki w Polsce zmieniły się na lepsze. Warunki, które mogą mieć naukowcy powracający do Polski z zagranicy, nie ustępują w niczym tym, które są w krajach Europy Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych  – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Grażyna Żebrowska.

Jednym z nich jest program Polskie Powroty, którego celem jest umożliwienie polskim badaczom powrotu do kraju i zatrudnienie na rodzimych uczelniach, w instytutach naukowych lub badawczych. Beneficjenci otrzymują wynagrodzenie oraz optymalne warunki do prowadzenia w Polsce badań naukowych lub prac rozwojowych na światowym poziomie.

  Baza naukowa, która jest dostępna w Polsce, powinna być wystarczająca dla badaczy, którzy chcieliby u nas rozwijać swoje projekty i kontynuować karierę naukową – zapewnia dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

Z kolei Profesura Gościnna NAWA to program skierowany do polskich uczelni i instytutów. Umożliwia on zaproszenie do naszego kraju wybitnych specjalistów z priorytetowych dla nich obszarów tematycznych, którzy w znaczący sposób rozwiną badania naukowe o przełomowym charakterze, wzmocnią działalność dydaktyczną oraz wesprą te instytucje w przygotowywaniu aplikacji o prestiżowe granty. W tym programie nabór wniosków skończył się 31 lipca br., ale zapowiadane są kolejne edycje.

Mamy także propozycje dla polskich badaczy, którzy chcieliby się doszkolić i prowadzić badania za granicą. Program im. Bekkera jest skierowany do młodych doktorów, którzy chcieliby kontynuować swoje badania w zagranicznych ośrodkach naukowych i wyjechać na staż podoktorski. Z kolei Program im. Iwanowskiej przeznaczony jest dla osób, które są jeszcze przed uzyskaniem tytułu doktora, a potrzebny jest im wyjazd za granicę, żeby tam nauczyć się np. nowych metod badawczych i wykorzystać je w doktoracie – wymienia Grażyna Żebrowska.

Doktoranci, którzy wzięli udział w Programie im. Iwanowskiej, mieli możliwość prowadzenia badań naukowych lub zajęć dydaktycznych w zagranicznych ośrodkach na całym świecie.

Jak podkreśla dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej, wielu studentów i absolwentów polskich uczelni myśli o wyjeździe za granicę, ale otwiera się przed nimi coraz więcej możliwości również w Polsce. Na ciekawą i dobrze płatną pracę mogą liczyć m.in. absolwenci kierunków z obszaru informatyki i telekomunikacji.

– Myślę, że możliwość rozwoju zarówno zawodowego, jak i osobistego to dwa istotne czynniki, które zachęcają absolwentów, żeby pozostać w kraju – ocenia Grażyna Żebrowska.

Medianę miesięcznych zarobków i okres potrzebny na znalezienie pracy po ukończeniu konkretnego kierunku studiów można sprawdzić w systemie monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów (ELA).

Ten system jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dzięki temu programowi można się dowiedzieć, jak radzą sobie absolwenci poszczególnych kierunków na konkretnych uczelniach na rynku pracy – dodaje dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

W Anglii powstaje pierwsza podniebna autostrada dla dronów. Może zrewolucjonizować ich rolę w transporcie

W Wielkiej Brytanii powstaje pierwsza powietrzna autostrada dla dronów. Specjalne korytarze powietrzne dla bezzałogowych statków powietrznych mogą otworzyć drogę do ich szerszego komercyjnego wykorzystania, a w przyszłości – również większych autonomicznych pojazdów. Na razie autostrada Arrow Drone Zone ma mieć ok. 8 kilometrów długości. Jeśli rozwiązanie się sprawdzi, siecią podniebnych autostrad ma być objęta cała Wielka Brytania.

– Projekt specjalnych stref dla dronów Arrow Drone Zone otwiera drzwi do następnego poziomu w ewolucji systemów zarządzania powietrznymi statkami bezzałogowymi (UTM) i zautomatyzowanych operacji dronów. Automatyczny lot BVLOS [poza zasięgiem wzroku – przyp. red.] w nieograniczonej przestrzeni powietrznej jest bardzo istotną barierą do pokonania w celu realizacji wizji masowego komercyjnego wykorzystania dronów – podkreśla Richard Parker, założyciel i prezes zarządu Altitude Angel.

Obecnie w komercyjnym wykorzystywaniu bezzałogowych statków powietrznych liderem są Chiny. Niedawno powodzeniem zakończyła się pierwsza misja drona SF Express, który wylądował z ładunkiem w Mongolii Wewnętrznej. To pierwszy tak duży dron wykorzystany do logistyki – ma maksymalną masę startową 5,25 tony i maksymalną objętość 15 m3, zasięg 1,2 tys. km i jest w stanie latać z prędkością przelotową 180 km/h.

Już wcześniej Chiny stosowały drony na szeroką skalę w transporcie. W czasie pandemii przewoziły one m.in. materiały sanitarne i próbki medyczne. Korzystanie z nich zwiększyło wówczas prędkość transportu o ponad 50 proc. w porównaniu z transportem drogowym.

Jeszcze w tym roku w Wielkiej Brytanii, niedaleko Londynu, powstanie pierwsza powietrzna autostrada dla dronów. Arrow Drone Zone ma mieć 8 km długości i 500 metrów szerokości, a z korytarza będą mogły skorzystać duże i ciężkie bezzałogowce z ładunkami. Drony latające w strefie Arrow Drone Zone będą monitorowane przez platformę UTM Altitude Angel, która dzięki komunikacji z infrastrukturą naziemną i powietrzną zapewni automatyczną nawigację.

W ramach Arrow Drone Zone wszystkie pojazdy będą mapowane w czasie rzeczywistym, co ma zapewnić całkowite bezpieczeństwo wszystkim uczestnikom ruchu powietrznego. To o tyle istotne, że strefa dronów będzie znajdowała się w otwartej przestrzeni, współdzielonej przez drony i tradycyjne lotnictwo. Jeśli test nowo powstającej autostrady przebiegnie pomyślnie, wkrótce cały kraj może być opleciony siecią specjalnych podniebnych tras.

– Technologia dronów ma potencjał, aby zmienić świat na niezliczoną liczbę sposobów. W Altitude Angel jesteśmy gotowi wspierać organizacje i firmy na całym świecie, żeby umożliwić zautomatyzowane loty dronów i lotnictwo załogowe, aby mogły bezpiecznie działać obok siebie poprzez wdrożenie specjalnych stref dla dronów – wskazuje Richard Parker.

Drony do transportu wykorzystują też inne kraje, jednak dotychczas były to transporty stosunkowo niewielkie i małymi bezzałogowcami. Dzięki autostradzie dla bezzałogowych statków powietrznych loty będą bezpieczniejsze, zwiększy się też ich częstotliwość. Tym samym zastosowanie dronów może być znacznie większe, nie tylko w transporcie. W przyszłości Arrow Drone Zone znajdzie też zastosowanie w bezzałogowych samolotach do przewozu osób.

Co niepodległa Białoruś oznacza dla Polski?

Niepodległa Białoruś będzie ogromnym osiągnięciem dla Białorusinów i ich sojuszników w Europie. Polska, jako państwo sąsiedzkie i członek Unii Europejskiej, powinna aktywnie pomagać w białoruskiej walce o wolne wybory – by wspierać rodzącą się tam demokrację. Jednak dla Polaków jest to nie tylko sprawa idei i poczucia wspólnoty z sąsiadami zza wschodniej granicy. W uwolnieniu Białorusi spod dyktatury rosyjskiej mamy swoje, bardzo wymierne, korzyści. Niepodległa Białoruś, rządzona przez demokratyczne władze, oznacza odsunięcie rosyjskich wpływów i wojsk od naszego państwa – a to przekłada się na bezpieczniejszą przyszłość i lepszą sytuację geopolityczną dla Polski.

– Dla Polski niepodległa Białoruś jest absolutnie kluczowa. Rosjanie przejawiają bowiem bardzo dużą aktywność na terenie Białorusi, próbując wchłonąć jej terytorium do własnego państwa. Niepodległa Białoruś i władza wybrana w wolnych wyborach oznacza odsunięcie groźby rosyjskiego wojska na naszej granicy – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Jeżeli więc możemy wspierać  Białorusinów, jako państwo i społeczeństwo polskie, to jest to niezwykle istotne. Jest to po pierwsze słuszne – z punktu widzenia bezpieczeństwa i dobrobytu Białorusinów, ale mamy w tym też interes poszerzenia przestrzeni wolności i demokracji w Europie – wyjaśnia Roszkowski.

Rząd przyjął projekt budżetu na rok 2021

Na dzisiejszym posiedzeniu rząd przyjął projekt budżetu na rok 2021. Dochody państwa w przyszłym roku mają wynieść 404,4 mld zł, a wydatki 486,7 mld zł. Oznacza to deficyt rzędu 82,3 mld zł.

W projekcie ustawy budżetowej na 2021 r. przyjęto:

  • prognozę dochodów budżetu państwa w kwocie 404,4 mld zł,
  • limit wydatków budżetu państwa na poziomie 486,7 mld zł,
  • deficyt budżetu państwa w wysokości 82,3 mld zł,
  • deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii UE) na poziomie ok. 6 proc. PKB,
  • dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (definicja UE) na poziomie 64,7 proc. PKB.

Podstawowe uwarunkowania makroekonomiczne:

  • wzrost PKB w ujęciu realnym o 4,0 proc.,
  • średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 1,8 proc.,
  • wzrost przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń o 2,8 proc.,
  • wzrost spożycia prywatnego, w ujęciu nominalnym, o 6,3 proc.

W budżecie środków europejskich projekt ustawy budżetowej na rok 2021 zakłada:

  • dochody budżetu środków europejskich: 80,5 mld zł,
  • wydatki budżetu środków europejskich: 87,3 mld zł,
  • deficyt budżetu środków europejskich: 6,9 mld zł.

Dochody

Na prognozowany wzrost dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie miał wpływ przewidywany powrót gospodarki na ścieżkę wzrostu.

Przewidujemy również uzyskanie dochodów z podatku od sprzedaży detalicznej w wysokości 1,5 mld oraz wpłatę 1, 3 mld do budżetu państwa z zysku NBP.

Wydatki

Projekt ustawy budżetowej na rok 2021 został przygotowany z zastosowaniem Stabilizującej Reguły Wydatkowej.

Kwota wydatków na 2021 r. została powiększona o połowę prognozowanej sumy skutków finansowych po stronie dochodów i wydatków, które wynikają z działań nakierowanych na powstrzymanie i przeciwdziałanie skutkom pandemii w 2020 r. Tym samym projekt został opracowany z uwzględnieniem nieprzekraczalnego limitu wydatków dla budżetu państwa i przy zabezpieczeniu skutków finansowych niezbędnych do kontynuacji dotychczasowych priorytetowych działań rządu.

W ustawie budżetowej na rok 2021 zapewniamy m.in.:

  • finansowanie Programu „Rodzina 500+” (41mld zł),
  • zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia do poziomu 5,3 proc. PKB (wydatki budżetowe w porównaniu do 2020 r. wrosną o ok. 11,6 mld zł, tj. wzrost o 104 proc.),
  • waloryzację rent i emerytur od 1 marca 2021 r. wskaźnikiem waloryzacji na poziomie 103,84 proc. (szacowany łączny koszt wynosi ok. 9,6 mld zł),
  • realizację świadczenia „Dobry Start” (1,4 mld zł),
  • finansowanie zadań w ramach Funduszu Solidarnościowego,
  • finansowanie potrzeb obronnych Polski na poziomie zwiększonym do 2,2 proc. PKB,
  • wzrost wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki,
  • finansowanie zadań w obszarze mieszkalnictwa,
  • zadania w zakresie infrastruktury drogowej oraz kolejowej.

Dług publiczny i koszty jego obsługi

„Rząd przyjął dziś strategię zarządzania długiem publicznym – to nasz plan stopniowego spadku długu publicznego w relacji do PKB, do 48,1 % w 2024. Zakładamy również obniżenie kosztów obsługi długu w przyszłym roku oraz kolejnych latach” – powiedział minister Tadeusz Kościński.

Założenia Strategii zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2021-2024:

  • wzrost relacji państwowego długu publicznego do PKB do 50,4% w 2020 r. i 52,7% w 2021 r., a następnie spadek do 48,1% w 2024 r.,
  • wzrost relacji długu sektora instytucji rządowych i samorządowych (wg definicji UE) do PKB do 61,9% w 2020 r. i 64,1% w 2021 r., a następne spadek do 59,5% w 2024 r.,
  • spadek kosztów obsługi długu Skarbu Państwa w relacji do PKB z 1,33% w 2020 r. do 1,19% w 2021 r. i do 0,75% – 0,76% w 2024 r.,
  • utrzymanie elastycznego podejścia do kształtowania struktury finansowania pod względem wyboru rynku, waluty i instrumentów, w stopniu przyczyniającym się do celu minimalizacji kosztów obsługi długu przy ograniczeniach wynikających z przyjętych poziomów ryzyka,
  • głównym źródłem finansowania potrzeb pożyczkowych budżetu państwa pozostanie rynek krajowy, a udział długu w walutach obcych w długu Skarbu Państwa zostanie utrzymany na poziomie poniżej 25%.

W 2020 roku Polska zadłużyła się, aby ratować gospodarkę przed negatywnymi skutkami pandemii COVID-19. Brak interwencji mógłby w pesymistycznym scenariuszu oznaczać bankructwa i masowe przejęcia osłabionych polskich firm, wyższe bezrobocie oraz powrót zjawiska masowej emigracji Polaków. Na koniec 2020 roku planowany deficyt sięgnie 109,3 mld złotych. Nie można jednak wykluczyć, że niezbędna będzie kontynuacja wsparcia też w przyszłym roku.

– Pomoc firmom w utrzymaniu zatrudnienia znacząco zmniejsza zagrożenie głębokiego i długotrwałego spadku dobrobytu i jakości życia Polaków. Nie zwalnia to jednak od obowiązków, jakie państwo bierze na siebie w związku z rosnącym i osiągającym niebezpieczne poziomy, zadłużeniem. Nawet w latach najlepszej koniunktury Polsce nie udało się stworzyć nadwyżki budżetowej. W latach 2016-2020 zmarnowano szansę na znaczące obniżenie zadłużenia, czego konsekwencją jest ograniczona przestrzeń do zadłużania się w kryzysie. Postawieni pod ścianą politycy chowają wydatki do funduszy celowych – mówi dr Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan stoi na stanowisku, że przy zadłużeniu efektywnie przekraczającym konstytucyjne 60% PKB fundamentalne znaczenie ma strategia tworzenia wartości dodanej w otoczeniu post-COVID-19. Pilnie potrzeba strategicznych decyzji, jakie dziedziny pozwolą Polsce zagospodarować nisze na globalnym rynku, powiększyć popyt na krajowe dobra i usługi, awansować w łańcuchach dostaw, stworzyć nowe wysoko wynagradzane miejsca pracy i zwiększyć konkurencyjność międzynarodową.

– Należy skoncentrować dalsze wsparcie na najbardziej rokujących dziedzinach, kosztem sztucznego utrzymywania przy życiu schyłkowych branż i trwale nierentownych przedsiębiorstw. Taka strategia – doskonale znana z sektora prywatnego – jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem w dobie ograniczonych zasobów i konieczności dokonania skoku rozwojowego. Transformacja energetyczna i cyfrowa to dwa kierunki rozwoju, ale dobór konkretnych nisz powinien być poprzedzony analizą ekonomiczną i prawną posiadanych technologii i zasobów oraz długookresowych aspiracji – podkreśla Sonia Buchholtz.

Rok 2021 rozpoczniemy z dużym zadłużeniem i tylko nieznacznie zredukujemy tempo jego wzrostu (deficyt 82,3 mld zł). Wydatki PFR zostaną zaliczone do wydatków sektora rządowego, powiększając wielkość zadłużenia. Jest to efekt powolnej poprawy transparentności finansów publicznych, którą Lewiatan ocenia pozytywnie. Zawdzięczamy to jednak dyscyplinującej roli europejskiej metodologii opisu długu (ESA 2010).

– Pozytywnie oceniamy deklarację resortu finansów, że nie ma planów powiększenia funduszy celowych. Transparentność finansów publicznych ma kluczowe znaczenie dla utrzymywania wiarygodności państwa jako podmiotu zarządzającego dużymi środkami publicznymi oraz zapożyczającego się – dodaje dr Sonia Buchholtz.
Konfederacja Lewiatan

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Na rynek wróciła zmienność

Za nami przetasowania na rynku walutowym jakich nie widzieliśmy od dawna. Rosnąca awersja do ryzyka, pikujące indeksy akcji i pogarszające się dane z frontu walki z pandemią w Europie stanowiły idealne tło dla rajdu na dolarze wspieranego przez pokrywanie krótkich pozycji na walucie. Co czeka nas w tym tygodniu?

Trudnym do oszacowania czynnikiem w kontekście wzrostu niepewności i awersji do ryzyka są obawy związane z wynikiem listopadowych wyborów prezydenckich w USA, zwłaszcza biorąc pod uwagę ryzyko wystąpienia sporu w kontekście wyników. Sądzimy, że jak dotąd kwestia ta miała jednak niewielki wpływ na rynek walutowy. W zeszłym tygodniu oddziaływały nań głównie informacje dotyczące pandemii i związanych z nią nowych obostrzeń. Ruchy te można też interpretować jako nieuchronne po długim okresie wzrostów aktywów ryzykownych.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł silną wyprzedaż polskiej waluty. Złoty był jedną z najgorzej radzących sobie walut świata, tracąc w parze z euro ok. 2%. Para EUR/PLN w maksymalnym punkcie znalazła się na poziomie 4,56 – najwyżej od maja.

Przyczyn słabości złotego należy doszukiwać się w ogólnym negatywnym sentymencie do ryzyka, który nałożył presję na szeroką grupę aktywów ryzykownych, takich jak waluty emerging markets, do których należy złoty. Zważając na to, że w kontekście tegoż sentymentu w centrum uwagi znalazła się sytuacja w Europie, aktywa europejskie zostały poturbowane bardziej niż inne. Złoty radził sobie gorzej również od walut regionu, co można powiązać z jego wcześniejszą relatywną odpornością, faktem wysokiej płynności oraz niespodziewaną podwyżką stóp procentowych na Węgrzech, która pomogła forintowi.

Nie zakładamy trwałego osłabienia złotego. Opierając się na bardzo dobrych fundamentach ciągle liczymy na scenariusz odwrotny – stopniową aprecjację polskiej waluty. Nie oczekujemy równie silnych ruchów jak te z poprzedniego tygodnia, jednak w kontekście drugiej fali nie można wykluczyć utrzymywania się wyższej niż standardowa zmienności, a nawet osłabienia polskiej waluty w krótkim terminie. Jeśli miałoby do tego dojść i w tym wypadku nie spodziewamy się, że skala tego ruchu byłaby znaczna. Polska gospodarka i złoty są obecnie w zdecydowanie lepszym miejscu niż podczas turbulencji przy okazji ostatniego kryzysu finansowego sprzed ponad dekady.

EUR

Rozczarowujące dane PMI opisujące sytuację przedsiębiorstw we wrześniu dodały do ogólnego poczucia przygnębienia, które opadło nad perspektywami strefy euro w ostatnich dwóch tygodniach. Ostatnie pogorszenie sytuacji wiąże się w większości z drugą falą pandemii z jaką mierzy się kontynent.

Jedyną istotną publikacją ze strefy euro w tym tygodniu będzie raport o inflacji we wrześniu. Zyskuje on na znaczeniu po silnym negatywnym szoku jaki przyniósł sierpniowy raport. Nie spodziewamy się odbicia dynamiki cen. Obok tego obserwować będziemy również informacje z frontu walki z pandemią. Przechodząc do innej kwestii, nawis długich pozycji spekulacyjnych na euro nie doświadczył istotnej zmiany. Pozostajemy optymistycznie nastawieni do perspektyw waluty w średnim terminie, jednak nie będziemy zaskoczeni, jeśli euro w tym tygodniu będzie radzić sobie nieco gorzej.

USD

Miniony tydzień udowodnił, że dolarowi daleko do utraty atrakcyjności jako bezpiecznej przystani. Ucieczka do aktywów bezpiecznych doprowadziła do silnej aprecjacji amerykańskiej waluty, w czym pomogła też poprawa koronawirusowych statystyk w USA. Dolar w perspektywie tygodniowej radził sobie najlepiej od kwietnia, okolic szczytu pandemii.

Gorsze dane o liczbie zasiłków dla bezrobotnych w USA zdawały się nie wpływać na dolara. Dostrzegamy jednak ryzyko tego, że podobne negatywne zaskoczenie przy okazji publikacji piątkowego miesięcznego raportu z rynku pracy może mieć trwalszy wpływ na amerykańską walutę. Do tego czasu, rynek będzie reagował prawdopodobnie na wszelkie nagłówki dotyczące potencjalnego porozumienia ws. ograniczonego pakietu stymulacyjnego w USA.

GBP

W ubiegłym tygodniu szterling radził sobie lepiej niż większość głównych walut, jednak i tak doświadczył niewielkich strat w parze z dolarem amerykańskim. Szacowane prawdopodobieństwo wdrożenia ujemnych stóp procentowych przez Bank Anglii nieco spadło, jednak w weekend pojawiły się gołębie komentarze ze strony Silvany Tenreyro z komitetu decyzyjnego BoE (MPC). Rynek pozytywnie zareagował na informacje o brytyjskim programie wsparcia miejsc pracy (Job Support Scheme), mimo tego, że w kraju program spotkał się z krytyką.

Tymczasem, wciąż są nadzieje na osiągnięcie porozumienia ws. Brexitu w ostatniej chwili. Naszym scenariuszem pozostaje zawarcie jakiejś okrojonej formy porozumienia w ostatnim momencie. W takiej sytuacji w parze z dolarem funt prawdopodobnie wahałby się w okolicy obecnych poziomów i być może nieco umocniłby się w parze z euro.

CHF

Kurs EUR/CHF zakończył ubiegły tydzień w niewielkiej odległości od poziomu na jakim go rozpoczął.

Zgodnie z oczekiwaniami Szwajcarski Bank Narodowy podczas spotkania w ubiegłym tygodniu pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Retoryka banku centralnego była jednak bardziej optymistyczna niż w czerwcu. Tak jak trzy miesiące temu, bank określił szwajcarską walutę mianem „wysoko wycenianej” stwierdzając, że „pozostaje gotowy do silniejszej interwencji na rynku walutowym”. Perspektywy gospodarcze są jednak bardziej pozytywne niż trzy miesiące temu. Bank sugeruje, że PKB kraju w 2020 roku spadnie o 5% (a nie 6%, jak wskazywał w czerwcu). Bank podniósł również warunkową prognozę inflacji i obecnie oczekuje, że dynamika cen przez większość 2021 roku będzie utrzymywać się nieco powyżej zera.

W tym tygodniu czeka nas sporo publikacji ze Szwajcarii. W informacje obfitować będzie zwłaszcza czwartek, wtedy bowiem poznamy dane PMI, odczyt inflacji oraz dane o sprzedaży detalicznej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Wycena startupu – jak przebiega i o czym warto pamiętać

Wyceny przedsiębiorstw należą do dosyć wymagających i skomplikowanych procesów. Tym trudniejsze są, jeśli mamy do czynienia z przedsiębiorstwami we wczesnej fazie rozwoju, ponieważ wtedy oszacowania często opierają się jedynie na wierze, że zespół, który je tworzy będzie potrafił zrealizować postawione przed nim cele i wykorzystując, nieraz innowacyjną, technologię lub model biznesowy, stworzy wartość, której inwestorzy oczekują, a której na chwilę obecną jeszcze nie widzą. Jak zatem przebiega wycena startupów?

Czym charakteryzują się startupy?

Przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju, czyli tzw. startupy lub seedy, to firmy, które mają określony cel biznesowy (np. osiągnięcie jakiegoś pułapu sprzedaży i zysku) i za pomocą wytworzonych we własnym zakresie lub zakupionych aktywów (np. technologii IT lub wynalazków), przy współpracy powołanego do tego zespołu chcą ten cel osiągnąć. Jednak to, co jest charakterystyczne dla tego typu przedsiębiorstw i co ma istotny wpływ na podejście do ich wyceny, to fakt, że próba dojścia do tego celu często nie jest poparta historią i wcześniejszymi doświadczenia. Bywa, że jest ona jedynie planem założycieli, którego realizacja wiąże się z istotnym ryzykiem, które w wycenie takiej firmy powinno być odzwierciedlone.

Przedsiębiorstwa w tej fazie rozwoju często nie mają jeszcze żadnych przychodów lub dopiero zaczynają je osiągać, natomiast mają potrzeby kapitałowe, które są zaspokajane przez kolejne rundy inwestycyjne (runda seed lub pre seed przy zakładaniu firmy; runda A, gdy już jest sprawdzony model biznesowy i są przychody; oraz kolejne rundy, gdy spółka osiąga wzrosty przychodów i pojawiają się zyski).  Etap, na którym znajduje się firma ma wpływ na ocenę ryzyka, a tym samym na wycenę.

Kiedy dokonuje się wyceny startupów?

Wyceny przedsiębiorstw we wczesnej fazie rozwoju dokonuje się głównie ze względów transakcyjnych. Mowa tu o ich sprzedaży (w całości lub części np. w przypadku sprzedaży kolejnych porcji udziałów młodego przedsiębiorstwa w kolejnych rundach inwestycyjnych) lub przeniesieniu do innej spółki (np. wniesienie raportem do innej spółki w przypadku stworzenia tzw. spin offa z uczelni, czyli wyjścia technologii poza mury uczelni w celu jej komercjalizacji). Wyceny przedsiębiorstw można dokonywać także w celu prezentacji ich prawdziwej wartości w sprawozdaniach finansowych.

Od czego zależy wycena przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju?

Wycena przedsiębiorstw w fazie seed lub startup w dużej mierze zależy od tego, czy przedsiębiorstwa te osiągają już przychody (a może nawet zyski), czyli czy już realizują swój model biznesowy, czy też wciąż jeszcze przygotowują produkt lub usługę, kompletują zespół, przygotowują się do rozpoczęcia działań sprzedażowych.

Istotne znaczenie dla wyceny młodego przedsiębiorstwa ma to w jakim modelu biznesowym działa (np. SaaS, marketplace lub inny biznes)  i, co za tym idzie, jakie są wartości pewnych finansowo – operacyjnych wskaźników, jak np. LTV (lifetime value – marża jaką generują klienci w trakcie swojej relacji ze spółką) w powiązaniu z CAC (customer acquisition cost – koszt pozyskania nowego klienta) lub MRR (montly recuring revenue – czyli przychód powtarzający się w każdym miesiącu) albo GMV (gross merchandise value – wartość sprzedaży związana ze sprzedanym produktem tj. średnia cena x ilość sprzedaży).

Podejście do wyceny startupów może też być różne w zależności jaki jest cel tej wyceny, np. czy jest to wycena przed planowaną transakcją (kolejną rundą inwestycyjną) czy jest to np. wycena na potrzeby prezentacji inwestycji w takie przedsiębiorstwo w sprawozdaniu finansowym funduszu VC.

Generalnie praktykowane powszechnie na świecie podejście do wyceny przedsiębiorstw we wczesnych fazach rozwoju prezentuje IPEV (International Private Equity and Venture Capital Valuation) Board z siedzibą w USA. Jest to organizacja ekspercka, która cyklicznie publikuje instrukcje dotyczące wyceny przedsiębiorstw w różnych fazach rozwoju, w tym również dotyczące startupów. Instrukcje te są adresowane głównie do osób zajmujących się wyceną w funduszach inwestycyjnych, natomiast są szeroko stosowane przez wiele instytucji i osób wyceniających na całym świecie. Również instrukcje Polskiego Funduszu Rozwoju, dotyczące wyceny aktywów w funduszach, w które PFR zainwestował, opierają się na IPEV Guidelines.

Biorąc pod uwagę instrukcje IPEV, PFR, oraz moje własne doświadczenia wynikające z wieloletniej współpracy z funduszami VC w zakresie wyceny firm, poniżej zaprezentowałem ogólnie podejście do tego tematu, które może być stosowane w różnych sytuacjach rynkowych.

Metody wyceny startupów – na czym się opierają, w jakich sytuacjach je stosować?

Najpopularniejsza metoda wyceny wszystkich przedsiębiorstw to metoda dochodowa (a szczególnie metoda zdyskontowanych przepływów pieniężnych – DCF), która opiera się na dyskontowaniu odpowiednią stopą procentową, określającą poziom ryzyka i oczekiwania zwrotów dla inwestorów, prognozowanych przyszłych przepływów pieniężnych. Drugą jest metoda porównawcza (mnożnikowa), która polega na odniesieniu pewnych mnożników dotyczących wycenianego przedsiębiorstwa (takich jak np. sprzedaż, zyski lub pewne wskaźniki operacyjne) do podobnych mnożników uzyskanych w transakcjach rynkowych lub prezentowanych przez porównywalne spółki publiczne lub niepubliczne (jeśli wyceniający ma dostęp do takich danych).

W praktyce rynkowej przedsięwzięcia w najwcześniejszej fazie rozwoju, zwykle kiedy jeszcze nie ma gotowego produktu, modelu biznesowego czy zbudowanego do końca zespołu, wycenia się biorąc pod uwagę konieczne zasoby, prowadzące do realizacji konkretnych celów (np. dokończenie produktu czy opracowanie modelu biznesowego opartego o ten produkt i zdobycie pierwszych klientów). Takie podejście majątkowe jest charakterystyczne dla rund założycielskich czy tzw. pre seed. Po dokonaniu takiej rundy wartość przedsiębiorstwa wycenia się do czasu „dowiezienia” tych celów w wartościach zainwestowanych w tej rundzie, ale na każdy moment wyceny należy zastanowić się, czy ta wartość nie uległa zmniejszeniu w związku z możliwymi potknięciami w różnych obszarach (np. produkt, otoczenie, zespół, możliwości skalowania itp.) na drodze do realizacji tych celów. Zwykle w tym celu buduje się modele do analizy utraty wartości wczesnych inwestycji, gdzie analizuje się różne obszary tej inwestycji, nadaje się im odpowiednie wagi i dochodzi do wniosków, czy nie należy dokonać jakichś odpisów aktualizujących wartość tej początkowej inwestycji. Metoda ta często nazywa się metodą skorygowanej ceny transakcyjnej lub metodą oceny kroków milowych, gdyż wycena spółki związana jest z osiągnięciem założeń jakie są postawione przed founderami w momencie pierwszych rund inwestycyjnych.

W momencie, kiedy już jest gotowy produkt, zespół i model biznesowy, a także plan realizacji tego modelu, jak też pojawia się sprzedaż, a firma zaczyna się skalować, można już tworzyć scenariusze prognoz rozwoju danego przedsiębiorstwa i zacząć podchodzić do wyceny metodą DCF. Niezwykle istotną rzeczą jest tutaj bardzo duża niepewność tych prognoz, dlatego wycena metodą DCF dla przedsiębiorstw w fazie seed lub startup powinna być oparta na co najmniej kilku scenariuszach, dla których określona jest odpowiednia waga lub prawdopodobieństwo realizacji oraz różne stopy dyskonta (zwykle największe dla najbardziej optymistycznych). Każdy z tych scenariuszy musi być realny do realizacji, a tę można uzasadnić i zaplanować (nie można do wyceny DCF stosować scenariuszy całkowicie „życzeniowych”, które nie są poparte żadnym planem realizacji i jedynie określają oczekiwania czy czasem marzenia founderów). Często więc wycena metodą dochodową na wczesnych etapach rozwoju jest dosyć ryzykowna i jest mocno wspierana innymi metodami. Staje się ona ważniejsza w sytuacji, kiedy firma rośnie, model biznesowy się sprawdził, od pewnego czasu (moim zdaniem minimum od roku) jest powtarzająca i rosnąca sprzedaż oraz pojawiają się pierwsze zyski.

W fazie wczesnego wzrostu, kiedy już model biznesowy startupu zaczyna działać, pojawia się sprzedaż i można badać pewne wskaźniki finansowe i operacyjne, uczestnicy rynku funduszy VC, preferują metody wyceny oparte na mnożnikach, które,  jak wyżej wspominałem, polegają na odniesieniu wybranych historycznych lub czasami prognozowanych danych finansowych lub też operacyjnych do analogicznych danych dostępnych dla spółek, których bieżąca wycena jest znana (np. z rynków publicznych, takich jak giełdy czy niepublicznych baz danych, do których wyceniający ma dostęp). Preferencja metod mnożnikowych wynika z tego, że łatwiej jest się oprzeć na istniejących danych niż budować prognozy, których prawdopodobieństwo realizacji jest bardzo trudne do określenia. W spółkach, które już osiągają rosnące przychody, a nie mają jeszcze zysków głównym mnożnikiem wykorzystywanym do oceny wartości spółki staje się sprzedaż, którą np. można odnieść do średniej wartości wskaźnika EV/Sales (czyli wartość firmy/sprzedaż) dla spółek, dla których takie informacje są dostępne i które w ostatnim okresie, np. ostatnim roku, rosły podobnie jak startup, który teraz wyceniamy. Informacje o takich spółkach można otrzymać np. w bazach Bloomberga. Bardzo istotne jest, żeby do oceny brać spółki w jakiś sposób porównywalne (np. jeśli dokonujemy wyceny spółki, która jest tzw. marketplace’m to nie możemy porównywać jej ze spółką, której model biznesowy działa jako SAAS). Najpopularniejsze wskaźniki oprócz sprzedaży czy EBIDTA, które bierze się do porównań rynkowych to wspomniane wyżej MRR, GMV, LTV vs CAC. Warunkiem koniecznym stosowania tych mnożników jest oczywiście dostępność danych rynkowych na temat tego jaką wielokrotność tych wskaźników stanowi wartość rynkowa porównywalnych spółek. Ale też rynek sam wykształcił pewne standardy (np. tzw. „zdrowy” SAAS warty jest 150 – 200 x MRR, spółka technologiczna 6-8 x przychody itd.).

Dla potrzeb raportowania i prezentacji inwestycji w sprawozdaniach finansowych, fundusze VC często używają metody ceny ostatniej transakcji tj. uznają, że wartość inwestycji w spółkę portfelową jaką jest startup, jest taka, jak jej cena w ostatniej transakcji. Jest to podejście bardzo słuszne, bo tak naprawdę coś jest warte tyle, ile ktoś chce za to zapłacić, ale pod warunkiem, że: po pierwsze transakcja miała miejsce w terminie niezbyt odległym od daty wyceny (moim zdaniem maksymalnie pół roku), po drugie w transakcji brali udział inni inwestorzy niż dotychczasowi, po trzecie od momentu transakcji do dnia wyceny nie wydarzyło się nic, co mogło spowodować nagły spadek lub wzrost wartości danego przedsiębiorstwa (np. sytuacja pandemii i lockdownu, z którym mierzył się świat od marca do maja 2020 r. znacznie wpłynęła na wycenę marketplace’ów związanych z salonami urody czy wypożyczalniami elektrycznych hulajnóg i jeśli transakcja na danym podmiocie w grudniu 2019 r. wynosiła X mln zł to wartość tego podmiotu w maju 2020 ze względu na pandemię mogła być znacznie niższa – w skrajnej sytuacji mógł on już nawet nie istnieć. Z drugiej strony wartość spółek, które np. zajmują się badaniami medycznymi lub telemedycyną w tym samym okresie znacznie wzrosła).

Podsumowując, wycena przedsiębiorstw we wczesnej fazie rozwoju wiąże się z dużą niepewnością i często związana jest z dużym „czuciem” rynku i możliwości wycenianego przedsiębiorstwa przez osoby, które tej wyceny dokonują i osoby, dla których ta wycena jest robiona. Na koniec warto ponownie podkreślić, że coś warte jest tyle, ile ktoś chce za to zapłacić w warunkach transakcji rynkowej, w której uczestniczą tak samo zainteresowane i dobrze poinformowane strony transakcji, co stanowi definicję wartości godziwej.

Autorem komentarza jest Bartłomiej Kurylak, biegły rewident, partner i współzałożyciel sieci firm audytorskich Polska Grupa Audytorska.

Początek kariery z umową cywilnoprawną? Maleją szanse na umowę o pracę w przyszłości

Pandemia ukazała w nowym świetle podział na polskim rynku pracy, w ramach którego oferowane jest zatrudnienie na całkowicie różnych warunkach. Ponad 1 mln Polaków pracuje w oparciu o umowy cywilnoprawne, a jak wynika z danych ZUS na koniec II kwartału 2020 zatrudnienie w oparciu o tę formę zatrudnienia spadło nawet o 7 proc. i było wyraźnie większe niż w przypadku umów o pracę. To spowodowało wzrost bezrobocia głównie wśród osób młodych, bo w tej grupie wiekowej ma udział zatrudnienie o umowy cywilnoprawne wynosi prawie 60 proc. Jak wskazał Jakub Sawulski w trakcie debaty „COVID-19 obnażył dualizm polskiego rynku pracy?” zorganizowanej przez Polski Instytut Ekonomiczny, rozpoczęcie kariery zawodowej od takiej formy zatrudnienia ma długofalowe konsekwencje.

Pod pojęciem dualizmu rynku pracy rozumiemy współistnienie dwóch rodzajów umów w danym kraju: stałe umowy na czas nieokreślony, charakteryzujące się szerokim zakresem składek i świadczeń socjalnych oraz tymczasowe umowy krótkoterminowe, które składek i świadczeń są często pozbawione, natomiast oferują o wiele prostsze zasady rozwiązania współpracy z pracownikiem. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem udziału zatrudnienia czasowego. Wpłynął na to przede wszystkim szybki wzrost z lat 2001-2007. Od 2015 roku udział tej formy zatrudnienia systematycznie maleje.

Umowy czasowe dotyczą przede wszystkim osób młodych. Z danych Eurostatu wynika, że w grupie wiekowej 15-24 lat stanowią blisko 60 proc. Wiele badań naukowych wskazuje na negatywne skutki tych form zatrudnienia, takie jak dyskryminacja płacowa, gorsze standardy płacy czy wstrzymywanie planów prokreacyjnych. Jest to szczególnie niebezpieczne w przypadku osób, które dopiero trafiły na rynek pracy.

Tylko 42 proc. osób, które rozpoczęły karierę zawodową od pracy na umowie cywilnoprawnej, po 3 latach od zakończenia zatrudnienia znajduje pracę na umowie o pracę na czas określony (22 proc.) lub nieokreślony (20 proc.). 28 proc. wciąż pracuje na umowie cywilnoprawnej, a 23 proc. wpada w bezrobocie – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Znacznie lepszym punktem startowym do kariery jest umowa o pracę na czas określony. Ponad 80 proc. osób, które od niej zaczęły, po 3 latach od zakończenia edukacji wciąż pracuje na umowie o pracę na czas określony (55 proc.) lub nieokreślony (26 proc.). zmiana liczby ubezpieczonych w zależności od formy zatrudnienia

Wpływ koronakryzysu i lockdownu na rynek pracy

Według danych ZUS liczba ubezpieczonych z tytułu umów cywilnoprawnych spadła w I połowie 2020 roku o 6-7 proc. To dużo bardziej zauważalny spadek niż w przypadku umów o pracę, w przypadku których zakończenie zatrudnienia jest znacznie trudniejsze, m.in. ze względu na okresy wypowiedzeń. Wzrost liczby osób ubezpieczonych z tytułu działalności gospodarczej wskazywałby z kolei na to, że część osób była wypychana na fikcyjne samozatrudnienie (+2% od początku 2020 r.).

Jak pokazują dane GUS, bezrobocie wywołane pandemią koronawirusa dotknęło przede wszystkim osoby młode. Liczba bezrobotnych w wieku do 30 lat wzrosła aż o 23 proc. Spadek w zatrudnieniu młodych jest kilkukrotnie głębszy niż wzrost bezrobocia – część osób młodych stała się bierna zawodowo – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Kryzys wywołany pandemią COVID-19 może wychować „koronapokolenie”, które będzie odczuwało skutki obecnej sytuacji na rynku pracy przez całą karierę zawodową.