Ropa w odwrocie

Ceny ropy naftowej pokazują, że ogłaszany powrót gospodarki na właściwe tory stoi pod dużym znakiem zapytania. 15% spadku we wrześniu to poważny sygnał ostrzegawczy.

Produkcja przemysłowa

Rano poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej w Unii Europejskiej. W skali roku spada ona o 7,7%, co jest dobrym wynikiem, gdyż oczekiwano 0,5% większego spadku, a jeszcze miesiąc temu było to 12%. Dane te pokazują, że kolejne miesiące pozwalają gospodarce odzyskiwać część strat wywołanych lockdownem. Kurs euro przyjął te dane neutralnie, było widać krótki ruch, jednakże kurs niemal od razu powrócił do poprzednich poziomów.

Ropa poniżej 40 dolarów

Wrzesień to bardzo trudny miesiąc na rynku ropy naftowej. Od początku miesiąca ropa staniała już niemal 7 dolarów, to 15% wartości. Można wyróżnić dwa główne powody, ale w sumie sprowadzają się do jednego – na rynku jest za dużo surowca względem zapotrzebowania. Gospodarka światowa nie radzi sobie tak dobrze, jak dotychczas sądzono, co powoduje, że popyt na surowiec jest mniejszy. Z drugiej strony produkcja nie jest dostosowywana, co powoduje wspomniane nadwyżki.

Inflacja w USA

W piątek poznaliśmy dane na temat zmian cen w Stanach Zjednoczonych. Inflacja konsumencka przyspiesza szybciej, niż oczekiwano i wynosi obecnie 1,3%. To aż 0,3% więcej niż miesiąc temu. Inflacja to taki parametr, który jak jest zbyt niski to znaczy, że gospodarka ma problemy. Z drugiej strony zbyt wysoka inflacja jest problemem i wywołuje niepewność. W rezultacie wzrostu inflacji w takim przedziale jest dobrą wiadomością dla amerykańskiej gospodarki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Nowy gracz na polskim rynku logistyki dla e-commerce – Radial rozpoczyna działalność operacyjną w Polsce

Radial, należący do grupy bpost, to wysoce zaawansowany technologicznie operator logistyczny oferujący szeroki zakres usług w całym łańcuchu logistycznym e-commerce. Dzięki systemowym rozwiązaniom technicznym dla omnichannel łączy sprzedawców i klientów poprzez wysokojakościowe usługi fulfillment oraz różnorodne opcje dostaw. Firma rozpoczęła działalność w Polsce w kwietniu tego roku, jednakże operacyjnie magazyn centralny spółki Radial Poland ruszył z początkiem września. Wcześniej operator przejął firmę Landmark Global działającą na polskim rynku od kilku lat.

„Radial zapewnia swoim klientom nie tylko pełną obsługę logistyczną ich sieci e-commerce w zakresie fulfillmentu oraz zarządzania dostawami, ale wspiera ich także w konkurowaniu i wchodzeniu na nowe rynki e-handlu. Dla firm, które planują ekspansję na rynkach zagranicznych, może być to nowa droga do realizacji tego celu, gdyż nasze systemy pozwalają przy jednej integracji na łatwy i szybki dostęp do usług w kolejnych centrach Radial zlokalizowanych w innych częściach świata. Dostarczamy pełną obsługę fulfillmentową transportu, w tym również wysoce wydajną obsługę zwrotów, zapewniając szybką gotowość towarów do ponownej sprzedaży” – mówi Tomasz Okowiak, Site Director i jednocześnie członek zarządu Radial Poland.

Radial świadczy usługi fulfillment tj. pełną obsługę logistyczną e-handlu w zakresie realizacji dostaw B2C i B2B, zarządzania zamówieniami w omnichannel (wielokanałowo) dzięki własnemu rozwiązaniu systemowemu ROM (Radial Order Management) a także obsługi klienta i płatności oraz ochrony przed oszustwami w internecie na kilku rynkach światowych. Do grona klientów firmy Radial należy ponad 200 czołowych marek handlowych na świecie, głównie z branż: health&care, fashion, elektroniki, akcesoriów i biżuterii.

Radial Poland swoją siedzibę i magazyn centralny o pow. 9,3 tys. mkw. (klasa A+) posiada w Pruszkowie (na terenie MLP II Pruszków), gdzie pracuje około 150 osób. Operacyjnie, polski magazyn pod szyldem Radial rozpoczął działalność we wrześniu 2020 r., stąd przygotowuje obecnie zamówienia online swoich klientów, dostawy B2C i B2B do kilkudziesięciu państw na świecie. Bliska odległość od Warszawy i tylko kilka minut od głównych węzłów komunikacyjnych, bliskość międzynarodowego lotniska Chopina i sieci autostrad (A2, S2, S8) a także głównych magazynów największych firm kurierskich, umożliwia Radialowi szybką i wysokiej jakości realizację dostaw dzięki stale rosnącej liczbie współpracujących firm kurierskich w ramach globalnej sieci bpost.

„Korzystamy z międzynarodowego doświadczenia i wewnętrznego transferu know-how grupy bpost na całym świecie. Oferujemy pełną gamę usług fulfillment włącznie z różnorodnymi usługami VAS, takimi jak chociażby projektowanie opakowań dla e-com czy druk cyfrowy i offsetowy. Nasi klienci mają dostęp do wiodącej na świecie technologii zarządzania zamówieniami dla omnichannel w ramach Radial Order Management, a być może w niedalekiej przyszłości także do technologii płatności oraz inteligentnej ochrony przed oszustwami” – wymienia Mariusz Możdżyński, Sales Director CEE w Radial.

Firma posiada niemalże 30-letnie międzynarodowe doświadczenie w technologiach i usługach związanych z siecią internetową oraz w zakresie usług fulfillment. Radial ma obecnie 26 Centrów Fulfillment, 9 Centrów Obsługi Klienta i kolejnych kilka biur korporacyjnych, które znajdują się m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Polsce, Holandii, Włoszech, USA oraz Kanadzie.

Chmura nowym sposobem na wydobywanie wiedzy z danych

Niemal każda polska firma gromadzi dane, ale mało która potrafi zaprząc te dane do roboty. Według Gartnera niewykorzystany potencjał gromadzonych danych paraliżuje wzrost przedsiębiorstw, ponieważ jest hamulcem ich rozwoju[1]. A w najbliższym czasie, jak szacują badacze, co druga firma nie znajdzie kompetencji, by ten rezerwuar wiedzy przekuć w biznesową wartość.

Data literacy znaczy „czytanie” danych

W ciągu ostatnich kilku lat wytworzyliśmy więcej informacji niż od początku ludzkości. Firmy gromadzą dane zarówno na temat swoich klientów, dostawców i operacji, a ich ilość globalnie podwaja się co 18 miesięcy. Teoretycznie ta lawina informacji, wsparta narzędziami analitycznymi, oferuje firmom wprost nieograniczone możliwości: lepsze zrozumienie, czego potrzebują klienci i szybsze dotarcie z atrakcyjniejszą ofertą. Teoretycznie, bo badania OVHcloud wykazały[2], że dane zbierają niemal wszystkie polskie przedsiębiorstwa, ale aż 40% nic z tą wiedzą nie robi. Tymczasem Gartner definiuje umiejętność zarządzania danymi (Data Literacy) w odniesieniu do przedsiębiorstw jako zdolność wręcz krytyczną. Data Literacy to wyłuskiwanie cennych informacji na podstawie potężnych zbiorów, stosowanie analityki i dzielenie się tą wiedzą. Data Literacy polega na wykorzystaniu w praktyce zebranych miliardów terabajtów i rozumieniu potencjału, jakie oferują poprzez stawianie właściwych pytań i poprawną interpretację wyników. Umiejętność „czytania” danych stała się strategiczną inwestycją w rozwój biznesu.

Rezerwuar niewidocznej wiedzy

Pojęcie Data 3.0 odnosi się do gospodarki cyfrowej opartej na wiedzy i kompetencjach związanych z przetwarzaniem danych. Data 3.0 to innowacyjny model prowadzenia biznesu z analizowaniem wielkich zbiorów celem usprawniania działania firmy oraz doskonalenia jej oferty. Na tym polu wygrywają ci, którzy potrafią przekuć gromadzone informacje w konkretną wiedzę, a ponieważ rynek nie lubi próżni, miejsce tych mniej zorientowanych zajmują nowi gracze z lepiej dopasowaną ofertą. Im więcej firm poprze swoje działania wiedzą wynikającą z danych, tym szybciej zepchną ze sceny tych, którzy nie znajdą na czas potrzebnych kompetencji, opierając biznesowe decyzje na założeniach, hipotezach i analizach post factum.

Kluczowe jest też dzielenie sią wiedzą. Jeśli poza działem analiz nikt nie rozumie języka danych, to nie ma znaczenia jak wielką wartość biznesową one przedstawiają. Bez analizy i obróbki są rezerwuarem niewidocznej wiedzy.

Jako że dane są aktywem, który gromadzony jest niejako automatycznie, rozsądnie jest przyjąć, że ich przechowywanie może być cenną inwestycją dla długoterminowej przyszłości i celów firmy.

Ogromne ilości danych są zasobem biznesowym, którym należy zarządzać. Mamy świadomość tych potrzeb, tym bardziej, że stanowi to przedmiot zainteresowania 1,5 miliona naszych klientów. Dla OVHcloud storage jest przyszłością, stąd m.in. poprzez przejęcia innowacyjnych startupów zamierzamy pracować nad stworzeniem wysoce skalowalnej oferty, wykorzystującej najlepszą infrastrukturę w jak najatrakcyjniejszej cenie – mówi Robert Paszkiewicz VP, Central and Eastern Europe w OVHcloud –Chmura jest bezpiecznym, elastycznym i sprawdzonym rozwiązaniem, które pozwala organizacjom na strategiczne skalowanie przechowywania danych teraz i w przyszłości. Usługę przechowywania danych od sprawdzonego dostawcy można z powodzeniem wdrożyć w nowych, startujących środowiskach albo dostosować ją pod już istniejące rozwiązania IT. Cloud może także wesprzeć ewolucję IT. Model „pay-as-you-go” jest wygodny i bezpieczny.

Chmura odpowiada na wyzwania związane z przyrostem danych w warstwie fizycznej, ponieważ w tym modelu o wiele więcej danych może być przechowywane na mniejszej powierzchni, zużywając przy tym mniej energii potrzebnej m.in. do chłodzenia serwerów, stanowiącej kolosalny wydatek. Cloud umożliwia też przetwarzanie potężnych zbiorów w warstwie logicznej. Analiza dużych ilości danych jest wykorzystywana m.in. do zmiany strategii biznesowych, prognoz, adaptowania priorytetów operacyjnych, wreszcie eliminowania ryzyka błędu i niepotrzebnych kosztów. Jako wysokoskalowalne rozwiązanie, chmura jest wprost stworzona dla potrzeb Big Data oraz zadań wymagających potężnej mocy obliczeniowej, niezbędnej do działań z obszarów uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji, ponieważ oferuje rekordową wydajność.

Chmura to najbardziej innowacyjne rozwiązanie ostatnich lat, pozwalające na przetwarzanie niemal nieograniczonych zbiorów danych. Do ich obliczeń wykorzystujemy główne zasoby mocy obliczeniowej, czyli CPU i RAM i właśnie te dwa elementy najbardziej kojarzone są z chmurą obliczeniową oraz jej wydajnością. W procesie przetwarzania danych tj. machine czy deep learning, nie bez znaczenia pozostaje także storage, czyli miejsce, gdzie zapisywane i skąd pobierane są dane. Niestety dużo danych gromadzonych jest w wielu miejscach, zróżnicowanych pod względem wydajności zapisu dyskach oraz formatów i apikacji. Powoduje to problem w zarządzaniu, dostępności i synchronizacji danych, co w wielu biznesach skutkuje tym, że posiadane dane nie są wykorzystywane na potrzeby firmy. – mówi Tomasz Sobol Product Manager z OVHcloud.

W OVHcloud, dzięki zastosowaniu innowacyjnej technologii, uzyskanej wraz z przejęciem OpenIO, problem różnicy wydajności sprzętowej, formatu zapisu, skalowalności i wydajności przestaje istnieć. Dzięki oprogramowaniu, które zarządza dynamicznymi elementami pamięci masowej możliwe jest optymalne pozycjonowanie danych, stała wydajność oraz możliwość łączenia różnych źródeł storage danych – dodaje.        

W 2017 roku The Economist opublikował głośny artykuł pod tytułem „Najcenniejszym zasobem na świecie nie jest już ropa naftowa, ale dane”. Publikacja wywołała falę gorących dyskusji, teza weszła do powszechnego obiegu, a ilość danych od tego czasu wzrosła kilkukrotnie. Tymczasem same dane, jeśli są pozbawione potrzebnego kontekstu, nie wystarczą do oceny sytuacji. Jeśli nie są na bieżąco analizowane, tkwią rozproszone w plikach, setkach tysięcy stron, raportach z transakcji i analizach miesięcy, niczego nie ułatwiając. Skoro zapowiedź pogorszenia pogody wpływa na przykład na decyzje zakupowe klientów, to konkurencja, która o tym wie, przygotuje wcześniej potrzebne scenariusze i dotrze do naszych klientów przed deszczem.

[1] „A Data and Analytics Leader’s Guide to Data Literacy”, Gartner, luty 2019

[2] Badanie OVHcloud przeprowadzone w listopadzie 2018r.

Czeka nas debata o społecznych konsekwencjach rozwoju technologii

Najnowsze technologie przemysłowe, wykorzystujące automatyczne rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, już niedługo mogą doprowadzić do tego, że coraz więcej fabryk w ogóle nie będzie zatrudniać ludzi. Dzięki zwiększonej wydajności oraz obniżonych kosztach, takie przedsiębiorstwa mogą stać się znacznie bardziej zyskowne. Redukcji będą często podlegać koszty wysoko opodatkowane, na przykład praca ludzka. Istnieje więc możliwość, że przedsiębiorcy osiągną wyższe dochody, będą płacić niższe podatki a w tym samym czasie wzrośnie bezrobocie.

Nic dziwnego, że w krajach najbardziej rozwiniętych temat zaczął być szeroko dyskutowany. Wielu komentatorów domaga się wprowadzenia nowych form redystrybucji dochodów oraz opodatkowania takich przedsiębiorstw. Nie ma wątpliwości, że w ciągu nadchodzących kilkudziesięciu lat pracodawcy będą zgłaszać coraz niższe zapotrzebowanie na pracowników nisko wykwalifikowanych. Z kolei rosnąć będzie popyt na pracę pracowników posiadających specyficzną wiedzę. Oczywiste jest więc, że przynajmniej część dodatkowych dochodów osiąganych przez przedsiębiorców powinna być wykorzystywana na edukację. Jest to nie tylko w interesie pracowników ale również samych przedsiębiorstw.

Dyskusja toczy się na razie wyłącznie w teorii, gdyż prawdziwie automatycznych fabryk jest jeszcze bardzo niewiele. Technologie są bardzo drogie i opłacalne wyłącznie przy ogromnej skali produkcji. Dodatkowo, koncepcje opodatkowania automatycznych fabryk mogą nieco przypominać dzielenie skóry na niedźwiedziu. Nie wiemy do końca, co będzie do podziału. Przedsiębiorcy, wskutek coraz bardziej intensywnej konkurencji, mogą być zmuszeni do obniżania cen swoich produktów. Będą wtedy przyczyniać się do poprawy poziomu życia społeczeństw nie przez płacone podatki a przez dostarczanie coraz tańszych produktów wysokiej technologii.

Redukcja wysoko opodatkowanych kosztów może być niebezpieczną gra dla przedsiębiorstw technologicznych. Rządy, zagrożone utratą wpływów podatkowych, jednocześnie mając przed sobą perspektywę wzrostu bezrobocia, z całą pewnością będą szukać nowych źródeł finansowania. Istnieje więc niebezpieczeństwo wylania dziecka z kąpielą. Najlepiej będą się rozwijać te kraje, które znajdą odpowiednią równowagę między rozwojem najnowocześniejszych technologii a ich opodatkowaniem.

Polskie władze, zachęcone sukcesem programu 500+, prawdopodobnie będą chciały wprowadzać nowe programy socjalne. Jednak chcąc utrzymać wysokie tempo rozwoju oraz wzrost poziomu życia, prawdopodobnie nie będziemy mogli opodatkowywać naszych przedsiębiorstw technologicznych bardziej, niż robi się to w Azji. Wtedy w długim okresie przegralibyśmy z nimi konkurencję.

W Polsce nie brakuje doskonale radzących sobie przedsiębiorstw wykorzystujących rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję, szczególnie w sektorze technologii finansowych. Kontomatik, CRIF czy Provema, konkurują z tradycyjnymi bankami stawiając na rozwój ultranowoczesnych technologii. W bankach, reklamujących się od lat jako najnowocześniejsze, samo zamknięcie karty kredytowej po jej spłacie zajmuje często dwa miesiące. Tymczasem „fintechy” potrafią zbadać zdolność kredytową klienta i przyznać mu pożyczkę w kilkadziesiąt sekund. W dodatku robią to w ten sposób, że szkodowość udzielanych kredytów jest znacznie niższa niż w tradycyjnych bankach.

Co na to banki? W świetle prawa, zasłaniając się wewnętrznymi wytycznymi, najczęściej odrzucają możliwości współpracy z o wiele nowocześniejszą konkurencją. Nie ma im się co dziwić. Właściciele dorożek kiedyś na dwa lata zablokowali Paryż. W kilkunastu miejscach w mieście postawili barykady, żeby zaprotestować przeciwko rozwojowi taksówek zmotoryzowanych. Postęp jest jednak nieunikniony i polscy przedsiębiorcy z sektora nowoczesnych technologii doskonale sobie radzą pomimo przeciwności.

Autor: Piotr Kłodziński, radca prawny, MBA, Provema.

Polska Izba Przemysłu Targowego apeluje do posłów o wsparcie branży targowej w środowym głosowaniu

O wsparcie dla podmiotów organizujących targi i dla nich pracujących zwraca się do posłów na sejm Polska Izba Przemysłu Targowego (PIPT). Chodzi m.in. o objęcie firm „około targowych” dalszymi świadczeniami postojowymi czy zwolnieniem ich z obowiązku płacenia składek ZUS. Sejm zajmie się teraz tzw. Tarczą Turystyczną, która zawierać ma zapisy dotyczące branży targowej.

Korzystne dla firm około targowych poprawki do tzw. Tarczy Turystycznej przyjął właśnie senat. Chodzi m.in. objęcie świadczeniem postojowym firmy z branży targowej działające pod numerami PKD: a. 82.30.Z – organizatorzy targów, wystaw i kongresów, b. 73.11.Z – firmy projektujące i budujące stoiska targowe, c. 52.29.C – firmy transportu i spedycji targowej czy abolicję składek ZUS firmy z branży targowej działające pod numerami PKD: a. 73.11.Z – firmy projektujące i budujące stoiska targowe, b. 52.29.C – firmy transportu i spedycji targowej, z uwzględnieniem zaproponowanych wcześniej przez Izbę kryteriów, które pozwoliłby zawęzić beneficjentów pomocy rządowej do firm, które naprawdę jej potrzebują. Polska Izba Przemysłu Targowego zwraca się więc do posłów z prośbą o zagłosowanie nad tymi poprawkami.

– Branża targowa była jedną z pierwszych, które zostały już w lutym b.r. dotknięte pandemią choroby COVID-19. W związku z obostrzeniami sanitarnymi branża targowa od prawie pól roku znajduje się praktycznie w całkowitym zastoju – przypomina w piśmie do parlamentarzystów Izba i dodaje, że na skutek odwołania imprez targowych od 6 miesięcy przychód zdecydowanej większości firm branży targowej wynosi 0 zł. Z badań PIPT wynika, iż prawie 76% firm branży targowej straciło jedyne źródło przychodu i taki stan może trwać nawet do końca 2020 r.! Branża targowa w czasie obecnego „przestoju” traci nawet 150 mln zł miesięcznie. Jak łatwo policzyć, straty przekroczą wkrótce 1 mld PLN.

– Od pozytywnej decyzji Rządu zależy, czy sytuacja branży targowej będzie dalej się pogarszać, czy stanie się szansą i bodźcem do rozwoju polskiej gospodarki – pisze do posłów Izba. – Polski przemysł spotkań to gałąź gospodarki, która odpowiada za budowę relacji, tworzenie zaufania oraz kojarzenia partnerów biznesowych. Przy strategicznych decyzjach rynek ten może w najbliższych miesiącach i latach urosnąć wielokrotnie, repozycjonując polskich producentów i usługodawców, a w efekcie diametralnie poprawiając pozycję Polski na światowej mapie biznesu – czytamy w piśmie do posłów.

– Pozytywna decyzja Rządu RP odnośnie powyżej przedstawionych postulatów stanowiłaby nieocenioną pomoc dla przedsiębiorstw branży targowej oraz ich pracowników i pozwoliłaby w dużej mierze uchronić te przedsiębiorstwa przed falą bankructw – uzasadnia Polska Izba Przemysłu Targowego. Uważa, że dotychczasowa pomoc rządowa w ramach tarcz pomogła przetrwać polskim firmom pierwsze trudne miesiące. Przedsiębiorcy branży targowej również sięgnęli po instrumenty wsparcia z Tarcz 1, 2, 3 oraz z Tarczy finansowej. – Jednak wiemy już dzisiaj, że dla wielu z nich jest to wsparcie absolutnie niewystarczające, aby przetrwać kolejne miesiące. Szanse na otrzymanie dodatkowej pomocy dedykowanej dla branży targowej są na dzień dzisiejszy bardzo nikłe. Główną przeszkodą jest „wrzucenie” branży targowej do jednego worka z branżą turystyczną, która otrzymała już swoją pomoc sektorową i, jak deklaruje Premier Morawiecki, więcej pomocy dla turystyki nie będzie – tyle, że ani jedna złotówka nie trafiła do firm targowych – zwraca uwagę Izba.

Według pierwotnego, przyjętego już wcześniej przez sejm projektu Tarczy Turystycznej, pomoc w postaci abolicji składek ZUS przewidzianej ustawie z dnia 14 sierpnia 2020 roku ustawy o zmiany ustaw z dnia 02 marca 2020 roku o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw, otrzymać mają jedynie przedsiębiorstwa z jednej grupy PKD tj. organizatorzy targów, wystaw i kongresów (82.30.Z). Firmy branży targowej z pozostałych grupy PKD, tj. projektowanie i wykonywanie stoisk targowych (73.11.Z), transport i spedycja targowa (52.29.C) nie zostały objęte tą pomocą. Dopiero senat przegłosował zmiany, o które apelowała Polska Izba Przemysłu Targowego.

Polski rynek targowy zatrudnia ok. 20 000 pracowników etatowych i drugie tyle na umowy cywilno-prawne. Działają na nim także m.in. setki firm, zatrudniających tysiące pracowników, które są podwykonawcami dla firm targowych. Z badań PIPT wynika, że co 4 firma rozważa zwolnienia co najmniej połowy swoich pracowników i współpracowników! – Bez pomocy rządu dla naszej branży zbankrutuje lub ulegnie zamknięciu, w ciągu najbliższych dwóch miesięcy ponad 60% przedsiębiorstw – przewiduje Izba.

Finansowanie venture capital w branży software house

Coraz większa liczba software house’ów decyduje się na dywersyfikację przychodów poprzez wdrażanie własnych produktów, dzięki czemu otwiera się na współpracę z funduszami venture capital – to jeden z kluczowych wniosków płynących z raportu „Finansowanie VC w branży Software House” przygotowanego przez fundusz Czysta3.VC.

Celem raportu było zbadanie realnych potrzeb, wiedzy i potencjału inwestycji typu venture capital na rynku software house. Respondenci wskazali w nim kluczowe problemy i wyzwania stojące przed branżą, ale także oczekiwania wobec funduszy, które są dla nich wciąż względnie nowym źródłem finansowania.

Koncepcja włączenia software house’ów do spektrum zainteresowań funduszy Venture Capital wynika z transformacji na rynku start-upów, które na przestrzeni lat przestały budować wewnętrzne zespoły programistyczne i zaczęły zlecać kompleksowo tworzenie oprogramowania na zewnątrz. Kiedy trend ten zaczął dominować, software house’y stały się swoistymi centrami innowacji tworzącymi także własne produkty, dysponując unikalną wiedzą i kompetencjami technologicznymi – tłumaczy Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający funduszu Czysta3.VC.

Główne problemy software house’ów

Badani respondenci dostrzegają problem niewykorzystanego potencjału marketingowego oraz sprzedażowego w swoich spółkach. Wśród najliczniej wskazywanych jako „istotny” oraz „bardzo istotny problem” w rozwoju, znalazły się brak strategii w zakresie marketingu usług (58%) i brak konsekwentnej strategii w sprzedaży usług 61%.

Drugą grupą istotnych i bardzo istotnych trudności, które dostrzegają software house’y, są kwestie związane z pozyskiwaniem wartościowych pracowników (56% respondentów), a w konsekwencji presja płacowa i wysoki koszt wynagrodzeń obciążający budżet firmy (58% badanych). W tym kontekście zrozumiała staje się duża gotowość SH do tworzenia własnych produktów, które ułatwią pozyskanie dodatkowych źródeł dochodów, niezwiązanych z przepracowaną liczbą godzin programisty i szukania do współpracy inwestorów venture capital (71,3%).

Skąd software house’y biorą pieniądze

45% badanych deklaruje, że nie korzystało z żadnych zewnętrznych form finansowania swoich software house’ów. Najpopularniejszą formą pozyskiwania środków wśród ankietowanych jest pożyczka lub kredyt bankowy – w toku działalności sięgnęło po nie 37% firm.

Wśród badanych 86% deklaruje, że posiada co najmniej podstawową wiedzę dotyczącą finansowania venture capital, a 31% z nich uznaje, że bardzo dobrze orientuje się w tym temacie. Deklarowana wiedza o VC ma jednak w większości przypadków wśród badanych jedynie wymiar teoretyczny – 70% badanych nigdy dotąd nie prowadziło rozmów z funduszem inwestycyjnym.

Firmy IT doceniają zalety inwestorów

Respondenci, poproszeni o cenę jaką wagę mają poszczególne zalety finansowania venture capital najwyżej ocenili wsparcie doświadczonych doradców współpracujących z funduszem (71% wskazań „ważna” i „bardzo ważna zaleta”), wsparcie kontaktami zawodowymi, „otwieranie drzwi” – 79% wskazań, pomoc w skalowaniu działalności – 78% i wsparcie w ekspansji międzynarodowej – 72%.

Na pozafinansowe korzyści współpracy z funduszem wskazuje Radosław Bułat, CEO Applover, software house’u, który pozyskał inwestora VC „Oprócz samej inwestycji, bardzo ważne było to, aby inwestycja była „smart”, a nie skupiała się tylko na „money”. Bardzo dobrze sprawdza się sieć venture partnerów, od których co jakiś czas możemy odbić nasze biznesowe problemy czy wyzwania, a także nawiązać współprace związane z wzajemną promocją”.

Obawy software house’ów

Niemal połowa respondentów poproszona o wskazanie obaw, jakie mogą mieć osoby zarządzające software house’ami wskazała na możliwość utraty kontroli i decyzyjności w firmie w związku z dołączeniem inwestora. Wśród 11% badanych mówi o konieczności przekazania udziałów w zamian za finansowanie i potencjalnych nieadekwatnych oczekiwaniach funduszy, przede wszystkim dotyczących wyników, ale także procesów i raportowania.

Na chwilę obecną pokutuje wiele nieuzasadnionych obaw dot. np. kontroli nad spółką, zmiany jej założeń biznesowych czy forsowania decyzji, które są korzystne jedynie w krótkim terminie. Wyraźnie pokazuje to, że potrzebujemy więcej edukacji w zakresie współpracy z VC dla potencjalnych beneficjentów, co powinno stopniowo zwiększać liczbę ciekawych inwestycji w tym sektorze – dodaje Janiak.

Pełna treść raportu dostępna jest pod linkiem:

https://czysta3.vc/wp-content/uploads/2020/09/09092020-Raport-Finansowanie-VC-w-branzy-software-house-final.pdf

Patronat nad raportem objęły: ITCorner, Interizon Pomorski Klaster ICT, KLASTERit – Klaster Firm Informatycznych Polski Wschodniej, Klaster ICT Pomorze Zachodnie oraz Stowarzyszenie Inżynierii Wymagań.

Patronatem medialnym publikację objęły justjoin.it, BrandsIT, iTWIZ oraz DevNews.

***

Metodologia:

Raport powstał w oparciu o badanie przeprowadzone metodą CAWI wśród 80 firm IT tworzących dedykowane oprogramowanie (software house’ów). Oprócz wyników ankiety odnaleźć można w nim także komentarze ekspertów z branży, opinie spółek, które skorzystały z finansowania oraz podstawowe informacje na temat działania venture capital.

Webinarium:

01 października, o godz. 14.00 odbędzie się bezpłatny webinar Finansowanie VC w branży software house. Autorzy raportu oraz eksperci będą dyskutować o tym, w jakim stopniu finansowanie venture capital może okazać się odpowiedzią na największe wyzwania stojące przed firmami IT tworzącymi oprogramowanie. Więcej informacji oraz zapisy: https://czysta3.clickmeeting.com/finansowanie-venture-capital-w-branzy-software-house/register

Powstanie pierwsza w Polsce sieć ośrodków prowadzących badania kliniczne – CWBK

Agencja Badań Medycznych przeznaczyła 100 mln zł na stworzenie sieci dziesięciu wyspecjalizowanych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (CWBK). Nowopowstałe Centra  pozwolą na lepszą koordynację badań klinicznych w Polsce.

Inicjatywa stworzenia Centrów Wsparcia Badań Klinicznych ma na celu uatrakcyjnienie rynku badań klinicznych w Polsce, co przyczyni się do zwiększenia szansy pacjentów na dostęp do nowoczesnych, innowacyjnych terapii, częstszego wyboru przez sponsorów ośrodków badawczych w naszym kraju, a także wzrostu liczby realizowanych badań.

100 mln na stworzenie sieci CWBK

W ramach konkursu dotyczącego tworzenia i rozwoju Centrów Wsparcia Badań Klinicznych do Agencji Badań Medycznych wpłynęło 30 wniosków na łączną kwotę ponad 300 mln zł. Wśród beneficjentów wybranych w konkursie, znalazło się dziesięć podmiotów: Uniwersytet Medyczny w Łodzi, Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, Wojskowy Instytut Medyczny, Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowy Instytut Badawczy w Gliwicach, Gdański Uniwersytet Medyczny, Narodowy Instytut Kardiologii Stefana kardynała Wyszyńskiego, Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu oraz Narodowy Instytut Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji im. prof. dr hab. med. Eleonory Reicher.

Wybrane jednostki dysponują znakomitą kadrą profesorów, które mają olbrzymi wolumen pacjentów i leczą często niezwykle trudne przypadki. Jestem przekonany, że ośrodki te z jednej strony dadzą komfort pacjentom, z drugiej zaś pozwolą na wypracowanie bardzo wysokiego standardu badań – podkreśla Prezes Agencji Badań Medycznych dr n. med. Radosław Sierpiński.

Kompleksowe wsparcie dla polskich ośrodków prowadzących badania kliniczne

Placówki, które otrzymują granty utworzą CWBK jako centrum usług wspólnych, zapewniające kompleksowe i systemowe  wsparcie realizacji badań  zarówno komercyjnych jak i niekomercyjnych. Wsparcie to będzie dotyczyć m.in: planowania, zarządzania, rozliczania, czy koordynowania badań.

Infrastruktura CWBK będzie zawierać przede wszystkim część pozwalająca na realizację wizyt pacjentów w trybie ambulatoryjnym, strefę relaksu pacjenta, salę telekonferencyjną oraz pokoje do pracy dla przedstawicieli Sponsora.

Jednolitość, standaryzacja, usieciowienie

Sieć CWBK ma na celu zapewnienie jednolitego standardu realizacji badań,  wysokiej jakość obsługi pacjentów oraz ma na celu zwiększenia liczby komercyjnych i niekomercyjnych badań klinicznych.

Powstanie  sieci CWBK pozwoli na utworzenie ustandaryzowanych ośrodków, które nie będą ustępowały podobnym strukturom na zachodzie Europy. Staną się one flagowymi instytucjami w ochronie zdrowia prowadzącymi badania o najwyższym standardzie, z troską
o bezpieczeństwo uczestników badań. Badania kliniczne w Polsce będą dzięki temu prowadzone w sposób przyjazny zarówno dla szpitala, jak i pacjenta.

Pierwsze inwestycje w placówkach, które otrzymały grant ABM planowane są jeszcze w tym roku.CWBK mapa

Rośnie popularność gotówki

Paradoksalnie pandemia COVID-19 pozytywnie wpłynęła na znaczenie gotówki. W większości światowych gospodarek odnotowano znaczący wzrost podaży pieniądza w postaci banknotów. W ten trend wpisuje się również Polska, gdzie wartość gotówki w obiegu od początku roku – według Narodowego Banku Polskiego – wzrosła o ponad 27%. W tym samym czasie w USA odnotowano wzrosty na poziomie 15%, a w strefie euro o około 12% – wynika z danych VoxEU. Co więcej, nie wiązały się one z odpływem bankowych depozytów – w przypadku naszego kraju gospodarstw domowych wzrosły o 7%, a przedsiębiorstw niefinansowych aż o 15%, niebagatelny wpływ miała na ten wynik Tarcza Finansowa PFR.

W naszym kraju tradycyjne metody płatności są nadal bardzo popularne. W ubiegłym roku aż 20% Polaków wciąż deklarowało przywiązanie do gotówki – wynika z badania „Płatności bezgotówkowe oczami Polaków 2019”. Potwierdzają to także najnowsze dane Comp Platformy Usług S.A. dostarczone przez system M/platform. Gotówką płacimy najchętniej w sklepach małoformatowych, mimo że ponad 97% z nich oferuje możliwość korzystania z kart płatniczych.

Przyczyn popularności gotówki należy upatrywać w kilku źródłach. Jednym z nich jest to, że w trakcie lockdownu konsumenci zdecydowanie częściej robili zakupy w małych sklepach, które oferowały większe bezpieczeństwo i lepszą higienę niż duże sieci handlowe – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Co więcej, społeczeństwo w ten sposób chciało również wspierać małe, lokalne biznesy. Kolejnym elementem są ciągle spadające stopy procentowe, sprawiające, że banki nie są w stanie oferować różnych benefitów za płatności elektroniczne, do których wielu klientów było przyzwyczajonych. Ponadto popyt przezornościowy – w okresach kryzysów obywatele bardziej ufają bankowi centralnemu i jego banknotom niż elektronicznym zapisom podmiotów komercyjnych. Jak wynika z informacji Narodowego Banku Polskiego w dalszym ciągu płatności gotówkowe wiążą się z najniższymi, po przelewach bankowych, kosztami.

Warto wspomnieć również o tzw. patriotyzmie gospodarczym. Polega on na tym, że koszty płatności gotówkowych przekładają się na przychód w Polsce (centra gotówki, druk, przeliczenia, pensje kasjerów), podczas gdy te płatności elektronicznych (np. kartowych) zasilają zagraniczne budżety głównie Visy i Mastercarda.  Visa INC. w 2019 roku osiągnęła wynik finansowy na poziomie 12 mld USD netto, a Mastercard 8 mld netto. Skumulowane globalne przychody Visy i Mastercarda wyniosły w 2019 roku 40 mld USD (ok. 150mld PLN).

Elementem gotówkowego patriotyzmu gospodarczego jest również księgowy fakt, że każdy banknot wydany przez Narodowy Bank Polski automatycznie staje się elementem pasywów banku centralnego. Oznacza to, że osoba z banknotem w ręku jest, co do zasady, kredytodawcą Banku (analogicznie mając pieniądze na koncie kredytujemy bank komercyjny). W tej sytuacji wzrost pasywów oznacza po drugiej stronie wzrost aktywów – czyli w przypadku Banku Centralnego zazwyczaj rezerw dewizowych. Jest to zdecydowanie pozytywne dla kraju, bo może pozwolić sobie na większe rezerwy, np. złota – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Rząd wprowadza pakiet Slim VAT

Rządowe Centrum Legislacji przedstawiło 18 sierpnia plany nowelizacji ustawy o VAT oraz prawa bankowego. Pakiet nazwany przez Ministerstwo Finansów SLIM VAT zapowiada szereg uproszczeń administracyjnych dla podatników. Dokument zakłada wejście w życie z dniem 1 stycznia 2021 rozwiązań takich jak m.in. wydłużenie czasu na odliczenie VAT czy ujednolicenie kursów walut obcych dla celów VAT i podatków dochodowych. Eksperci firmy inFakt ostrzegają jednak, że niektóre zapisy ustawy mogą budzić wątpliwości interpretacyjne.

Uproszczenia w odliczaniu VAT

SLIM VAT zakłada wydłużenie terminu odliczenia VAT z trzech do czterech miesięcy. Podatnik rozliczający się miesięcznie będzie miał możliwość obniżenie kwot podatku należnego za jeden z trzech następnych okresów rozliczeniowych po okresie, w którym przysługiwało mu to prawo.

W stosunku do podatników rozliczających się kwartalnie termin odliczenia pozostaje bez zmian w stosunku do obowiązującego stanu prawnego.

MF wychodzi naprzeciw postulatom przedsiębiorców i zapowiada możliwość odliczenia VAT w stosunku do usług noclegowych nabywanych w celu ich odsprzedaży na zasadzie refakturowania. Dla przykładu obecnie przedsiębiorca, który nabywa usługi noclegowe w kwocie brutto 216 zł, następnie refakturuje je na rzecz kontrahenta, odprowadza do budżetu państwa 17,28 zł (216 zł * 8% VAT). Od nowego roku VAT należny zostanie pomniejszony o VAT naliczony z faktury za zakup usług noclegowych, tym samym transakcja będzie neutralna dla przedsiębiorcy.

Zgodnie ze stanowiskiem MF analogiczne rozwiązanie nie będzie na razie wdrożone do nabycia pozostałych usług noclegowych a także usług gastronomicznych.

Proste fakturowanie

Pakiet SLIM VAT (Simple Local And Modern) zakłada rezygnację z potwierdzania otrzymania faktury korygującej in minus przez nabywcę. Sprzedawca obniży VAT należny w okresie rozliczeniowym, w którym wystawił fakturę korygującą in minus, pod warunkiem, że:

  • z posiadanej przez niego dokumentacji wynika, że uzgodnił z nabywcą warunki obniżenia podstawy opodatkowania dla towarów lub usług określonych w fakturze korygującej;
  • faktura ta jest zgodna z posiadaną dokumentacją.

Analogicznie nabywca będzie zobowiązany do obniżenia VAT naliczonego z faktury korygującej zmniejszającej w rozliczeniu za okres, w którym warunki obniżenia podstawy opodatkowania zostały uzgodnione.

Zatem dla sprzedawcy jak i nabywcy istotne są faktyczne ustalenia między nimi poparte odpowiednią dokumentacją. W praktyce będzie to dokumentacja handlowa, w tym jak podaje MF w uzasadnieniu do projektu: aneksy do umów, korespondencja handlowa, dowody zapłaty, dowody, które potwierdzają, że obie strony znają i akceptują nowe zmienione warunki transakcji.

Wątpliwości interpretacyjne budzi jednak obowiązek skorygowania VAT przez nabywcę w przypadku, gdy ten uzgodnił warunki korekty z kontrahentem jednak nie jest jeszcze w posiadaniu faktury korygującej. Powstaje pytanie m.in. jak wykazać skorygowaną transakcję w pliku JPK – zwraca uwagę Marta Serafin, doradca podatkowy w firmie inFakt.

W projekcie SLIM VAT doprecyzowano natomiast zasady korekty in plus, które od lat budzą wątpliwości interpretacyjne. Zgodnie z nowym brzmieniem przepisu w przypadku zwiększenia podstawy opodatkowania, korekta dokonywana jest za okres, w którym zaistniała przyczyna korekty. MF podpowiada, że taki przypadek będzie miał miejsce, gdy w fakturze pierwotnej podatek należny został wykazany w prawidłowej wysokości, natomiast przyczyna korekty powstała później i nie była możliwa do przewidzenia w momencie wystawienia faktury pierwotnej. Przykładem są m.in. potransakcyjne zmiany cen, rabaty oraz korekty mające na celu wyrównanie dochodowości w grupie kapitałowej.

Jeśli natomiast korekta spowodowana jest przyczynami powstałymi już w momencie wystawienia faktury pierwotnej (np. błąd rachunkowy, zaniżenie wartości sprzedaży), to powinna ona zostać rozliczona w deklaracji podatkowej za okres, w którym została wykazana faktura pierwotna.

Spójne kursy walut

Jednym z proponowanych rozwiązań SLIM VAT jest ujednolicenie zasad dla VAT oraz podatku dochodowego dotyczących stosowania kursów do przeliczania podstawy opodatkowania wyrażonej w walucie obcej. Według obecnie obowiązujących przepisów do niektórych transakcji stosuje się różne kursy walutowe dla potrzeb VAT oraz PIT. Przykładem są usługi budowlane, których wartość do VAT określa się na ostatni dzień roboczy poprzedzający wystawienie faktury natomiast dla celów PIT istotny jest moment wykonania usługi budowlanej. Często te dwie daty różnią się od siebie, co powoduje konieczność odrębnego ujęcia dla celów ewidencji VAT oraz ewidencji księgowej.

Od nowego roku podatnik na zasadzie dobrowolności będzie mógł określić podstawę opodatkowania dla celów VAT na zasadach wynikających z przepisów o PIT (CIT). Na przykładzie usługi budowlanej podatnik zastosuje dla celów VAT i PIT (CIT) jednolity kurs waluty na ostatni dzień roboczy poprzedzający wykonanie usługi. Oznacza to uproszczenie rozliczeń dla przedsiębiorcy oraz zmniejszenie czasu na ustalanie kursu do walut dla jednej transakcji.

Przy wyborze tej opcji dobrowolnej podatnik będzie zobowiązany do jej stosowania przez okres 12 miesięcy od początku miesiąca, w którym ją wybrał. Analogicznie w przypadku rezygnacji podatnik zastosuje dotychczasowe metody przeliczania przez co okres najmniej 12 miesięcy.

W okresie stosowania dobrowolnej metody przeliczania mogą zaistnieć transakcje, dla których podatnik nie będzie mógł zastosować zasad przewidzianych dla celów dochodowych np. wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów, nabycie usług, dla których zobowiązanym do rozliczenia pozostaje nabywca, otrzymanie częściowych zaliczek. W takich sytuacjach podatnik zobowiązany będzie zastosować metodę przeliczania zgodną z zasadami VAT – mówi ekspertka inFakt.

Ułatwienia dla eksporterów

SLIM VAT wprowadzi wydłużenie terminu na wywóz towarów dla zastosowania stawki 0% przy opodatkowaniu zaliczek na poczet eksportu towarów. Obecnie eksporter ma prawo do zastosowania stawki 0% pod warunkiem, że wywóz towarów nastąpi w terminie 2 miesięcy od otrzymania zaliczki. Proponowana zmiana zakłada wydłużenie terminu z 2 do 6 miesięcy.

Od stycznia 2022 zmienią się także zasady w systemie zwrotu podatku podróżnym TAX FREE. Obieg dokumentów ma być w pełni elektroniczny, a sprzedawca zobowiązany będzie prowadzić ewidencję dokumentów TAX FREE w formie elektronicznej. Po wystawieniu przez dokonującego sprzedaży dokumentu TAX FREE, organ celny potwierdzi elektronicznie wywóz towarów, co będzie podstawą do zwrotu podatku w formie wskazanej przez podróżnego w momencie ich zakupu.

W praktyce oznacza to usprawnienie dokonywania odpraw celnych oraz skrócenie czasu obsługi podróżnych. Zdaniem MF proponowane zmiany w systemie TAX FREE mają zapobiec m.in. wykorzystywaniu systemu TAX FREE do wyłudzenia podatku VAT oraz wystawianiu dokumentów TAX FREE in blanco przez osoby, które faktycznie nie nabyły towarów.

Pozostałe zmiany

Pakiet SLIM VAT zawiera wiele innych przepisów doprecyzowujących i uzupełniających. – Najistotniejsze z nich to m.in. wprowadzenie możliwości wystąpienia o WIS dla towarów sklasyfikowanych wg PKWiU. Obecnie jest to możliwe tylko dla towarów klasyfikowanych wg CN oraz PKOB, co uniemożliwia zadawania pytań m.in. w zakresie załącznika nr 15 ustawy VAT. Dodatkowo od stycznia 2021 identyfikacja towarów i usług objętych mechanizmem split payment ujętych w tym załączniku będzie zgodna z PKWiU 2015 – wymienia Marta Serafin.

MF odstępuje od stosowania mechanizmu podzielonej płatności tylko dla wierzytelności, o których mowa w art. 498 Kodeksu cywilnego. Od kolejnego roku split payment ma objąć wszystkie wierzytelności także te niewymagalne.

Rozszerzona ma zostać także grupa podmiotów upoważnionych do występowania z wnioskiem o uwolnienie środków z rachunku VAT o podmioty, które nie są podatnikami VAT a posiadają środki na rachunku VAT np. komornicy lub podmioty zagraniczne. Od przyszłego roku podatnicy będą mogli także dokonywać płatności z rachunku VAT kwot z tytułów podatku VAT od importu usług oraz należności celnych na rzecz agencji celnych.

Projektowane zmiany przewidują także podwyższenie limitu dla tzw. prezentów o małej wartości, dla których nie trzeba prowadzić ewidencji z 10 do 20 zł (bez podatku). 

VIX – czym jest legendarny „indeks strachu”?

Niewiele wskaźników wzbudza tyle emocji, co wskazania VIX. Choć stworzony został z myślą o mierzeniu i wykazywaniu zmienności na rynku, to przez wielu traktowany jest jako skuteczny sposób na przewidywanie przyszłych rynkowych wydarzeń, pozwalając ocenić nastroje inwestorów. Czym w rzeczywistości jest VIX i co powinien wiedzieć o nim każdy inwestor?

Czym jest VIX?

Główne zadanie wskaźnika VIX to mierzenie zmienności na rynkach. Zmienności, czyli tego, jakim zmianom podlegają ceny aktywa – w przypadku indeksu VIX mierzona jest zmienność amerykańskiego S&P 500. Pomiar odbywa się, bazując na opcjach call i put w przedziale 37 do 23 dni przed wygaśnięciem, co daje 30-dniową średnią, której wskazania są właśnie zapisywane na wykresie VIX. Mówiąc o zmienności, warto mieć na uwadze istnienie dwóch typów – historycznej i implikowanej – ta pierwsza pokazuje zmiany w przeszłości, podczas gdy ta druga dotyczy właśnie tego, co ma nadejść. To właśnie ją stara się uchwycić VIX.

Jakie ma zastosowania VIX?

Zyski zazwyczaj nie idą w parze ze zmiennością. Wie o tym każdy doświadczony inwestor. Zmienność towarzyszy raczej niepokojom i niestabilności, a to bardzo szybko może doprowadzić do paniki na rynku i wyprzedaży. Z tego powodu w większości przypadków spadki są znacznie bardziej dynamiczne niż wzrosty. Rosnące wskazania indeksu VIX, wskazujące na rosnącą niepewność i zmienność mogą więc podpowiadać, że coraz bardziej prawdopodobny staje się wybuch paniki, który może gwałtownie pozbawić inwestorów zysków z zajętych pozycji.

Co ważne, posługując się indeksem VIX można również obliczyć przewidywany dzienny zasięg ruchu na S&P 500, wystarczy podzielić jego wskazania przez 16 (pierwiastek z 256, czyli liczby dni roboczych w roku). W praktyce może oznaczać to, że np. wskazania indeksu VIX na poziomie 30 wskazują na 1,875% dzienny ruch. Oczywiście należy pamiętać, że mówimy o spodziewanym ruchu.

Kontrakty futures na VIX

Jak niemal na wszystko, również na wskazania VIX, można zawierać kontrakty terminowe CFD. Pozwalają one na swobodne spekulowanie, zarówno spodziewając się wzrostów, jak i spadków instrumentu bazowego. Warto jednak pamiętać o ogromnym mnożniku – wynoszącym aż x1000 w przypadku amerykańskiego VIX (na S&P 500) lub x100 na europejski Euro Stoxx 50. Spekulowanie na VIX może więc dawać szanse na duże zyski, ale również szybko przynieść ogromne straty, warto więc mieć to na uwadze.

Wraca apetyt na ryzyko

Rynki wracają do pro-ryzykownego klimatu, oczyszczając się z obaw o przesadne wyceny ryzykownych aktywów, ale też znajdując wsparcie w gołębim nastawieniu banków centralnych oraz pozytywnych wieściach w temacie prac nad szczepionką. Rynek akcji i waluty ryzykowne pną się do góry, USD jest słaby.

Rynek akcji przetrzymał wczesnowrześniowe turbulencje i wraca na ścieżkę wzrostową. Jednak otoczenie nie jest jednoznacznie sprzyjające, a raczej inwestorzy selektywnie podchodzą do nagłówków z serwisów informacyjnych. I tak impulsem do odbicia po weekendzie są doniesienia, że AstraZeneca wznawia testy kliniczne szczepionki, a Pfizer podtrzymuje plany wypuszczenia swojej szczepionki przed końcem roku. Zatem szeroki rynek cieszy się z szans na szybsze znalezienie lekarstwa, mimo że zeszłotygodniowy pogrom sektora technologicznego został zatrzymany przez sygnały, że to lekarstwo tak szybko się nie znajdzie (przymus pracy z domu wspierał postęp technologiczny). Ale dziś futures na Nasdaq100 też rośnie (prawie 2 proc.), więc najwidoczniej tym razem dobro świata liczy się bardziej niż zysk netto spółek BigTech. Reakcje inwestorów na informacje stają się coraz bardziej nieprzejrzyste i czasami jeden dodatkowy argument może przechylić szalę. Dziś taki „kamyczek” może dokładać informacja, że rzekomo znalazł się kupiec na aktywa TikToka w USA, co powinno udobruchać prezydenta Trumpa i załagodzić (przynajmniej częściowo) spór na linii USA-Chiny. Dodajmy do tego jeszcze wyczekiwanie na gołębi przekaz FOMC w środę i tworzą się warunki na wypracowanie pozytywne klimatu dla handlu w tym tygodniu. Ale nie można ignorować szerszego oglądu sytuacji. Wzrost liczby zachorowań na COVID-19 w Europie będzie rzutować na wskaźniki koniunktury. Na horyzoncie ryzykiem w dalszym ciągu są wybory prezydenckie w USA.

I do tego dochodzi kwestia brexitu. Jakkolwiek funt stara się dziś skorzystać z klimatu risk-on i odbić po zeszłotygodniowym załamaniu, otocznie polityczne pozostaje niespokojne. Dziś ciekawie może być w brytyjskim parlamencie, gdzie omawiana będzie rządowa ustawa Internal Market Bill, która w skrócie anuluje zeszłoroczne ustalenia porozumienia brexitowego w ramach Withdrawal Agreement. Plany premiera Johnsona wywołały oburzenie wyższych rangą członków Partii Konserwatywnej. Dziś okaże się, czy w partii powstanie większa rewolta z szansą na całkowite odrzucenie Internal Market Bill. Co może być szybkim wygaszeniem dyplomatycznego skandalu, może także przerodzić się w konflikt wewnątrzpartyjny z całym z tym związanym zamieszaniem dla prowadzonych negocjacji z UE. Historia rządów Theresy May pokazuje, jak bardzo wewnętrze walki torysów szkodzą planom brexitu. Finalnie dalej liczy na zawarcie ramowej umowy handlowej między Wielką Brytanią i UE, co przyniesie „rajd ulgi” funta, ale droga do tego celu pozostaje wyboista.

Lepsze nastrojach na rynkach zewnętrznych sprzyjają złotego, by EUR/PLN handlował się poniżej 4,45. By zobaczyć mocniejszy spadek, potrzeba bardziej klarownych sygnałów wzrostu apetytu na ryzyko lub zrestartowania przeceny USD. Tymczasem EUR/USD kotłuje się w przedziale 1,18-1,19. W tym kontekście dla przyszłego kierunku złotego w tym tygodniu większe znaczne będzie miał wydźwięk komunikatu FOMC w środę niż RPP we wtorek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Otwórz się na nowe, czyli co nam daje praca w innym kraju?

Umiejętność radzenia sobie w sytuacjach nieznanych to jeden z elementów składających się na kompetencję międzykulturową. Bez niej trudno byłoby odnaleźć się w nowej pracy, tym bardziej za granicą. Zderzenie kultur może wzbudzać lęk, ale praca w międzynarodowym środowisku przede wszystkim stanowi ogromną  szansę na rozwój zawodowy i osobisty.

Nieważne, czy dostałeś propozycję pracy w zagranicznej firmie, czy awansowałeś na kierownicze stanowisko w międzynarodowej filii firmy. Po pierwszych chwilach ekscytacji prawdopodobnie dopadnie cię strach i lęk przed nieznanym, a za nim wątpliwość – czy przyjąć ofertę? Mało kto lubi zmiany, ale są one nieodłącznym elementem naszego życia. Sprawiają, że nie stoimy w miejscu, mając okazję rozwoju na różnych płaszczyznach. Dlatego warto otworzyć się na nowe i zaryzykować.

– Myśląc o pracy w zagranicznej firmie powinniśmy najpierw dowiedzieć się jak najwięcej o danej społeczności, poznać zwyczaje panujące w określonym miejscu – będzie nam łatwiej odnaleźć się w nowym otoczeniu. Warto być otwartym na inne sposoby działania, panujące normy i zasady zamiast kurczowo trzymać się schematów utartych w Polsce. Nie bójmy się też prosić o pomoc i dopytywać osób, które mają za sobą podobne doświadczenia – podkreśla Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

Otwartość na zmianę to podstawa

Po przyjeździe do obcego kraju wiele osób doznaje szoku kulturowego[1]. Dzieje się tak, ponieważ na początku wszystko nas zachwyca, przepełnia nas ekscytacja i chęć poznawania nowego. Taki stan trwa ok. 2-3 miesiące. Następnie wchodzimy na wyższy poziom poznawania kultury – to właśnie etap szoku kulturowego. Różnice międzykulturowe stają się być coraz bardziej odczuwalne, zaczyna nam przeszkadzać bycie niezrozumiałym, bądź niejednokrotnie źle zrozumianym. Czujemy się coraz bardziej wyobcowani. W takich chwilach bardzo ważne jest wsparcie najbliższych i danie sobie czasu.

– Potrzeba tygodni, a nawet miesięcy na adaptację. Bywa, że przeradza się ona we frustrację, niechęć, czy walkę ze swoimi myślami: zostać – czy wrócić. Warto dać sobie czas na przyzwyczajenie się do „nowej” rzeczywistości, nowych zasad panujących w środowisku. Umiejętności, które wypracowujemy doświadczając odmienności kulturowej i wykształcając kompetencję międzykulturową przydadzą nam się w przyszłości – podsumowuje Katarzyna Richter.

Funkcjonowanie w nowym środowisku i odmiennych realiach od tych, do których przywykliśmy sprzyja rozwojowi otwartości – wymaga bowiem od nas przełamania się i poznawania nowych ludzi, nauki innych schematów działań. Pobyt za granicą to opuszczanie własnej strefy komfortu, dzięki któremu zdobywamy cenne doświadczenia, które przełożyć się będą mogły na pole zawodowo-osobiste i lepsze radzenie sobie w kolejnych, niepewnych sytuacjach.

Czego nas uczą podróże?

Wyjazdy za granicę mogą być niezwykle rozwijające, zwłaszcza te trwające dłużej niż weekend. Dzięki nim mamy niebywałą okazję poznać obcą kulturę od podstaw. Uczymy się w niej na co dzień funkcjonować, nie jesteśmy tylko przejezdnym turystą. Obserwując lokalnych mieszkańców możemy poznać ich zwyczaje i tradycje, a także nawiązać prawdzie relacje. Daje to nam możliwość spojrzenia na swoje życie, wyznawane wartości i przyzwyczajenia z ogromnym dystansem.

– Dzięki pracy za granicą z pewnością lepiej opanujemy język, nawet jeżeli na co dzień posługiwaliśmy się nim bardzo dobrze. Poznamy lokalne zwroty, popularne idiomy, nauczymy się języka codziennego i przede wszystkim używanie go będzie dla nas bardziej naturalne. Przełamiemy bariery, jeżeli takie istnieją – zapewnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

Praca w międzynarodowym środowisku wpływa również na wzrost wiary we własne kompetencje i możliwości. Nabieramy większego przekonania, ze warto wypowiadać swoje zdanie i dzielić się swoimi pomysłami. Stajemy się też bardziej tolerancyjni i bardziej otwarci na innych ludzi, na odmienne poglądy, czy prowadzony styl życia. Przesiąkamy klimatem danego miejsca, a co za tym idzie – powoli stajemy się nową, „międzynarodową” wersją siebie.

[1] Amsterdam, Tomasz Słodki, Rozmowa z Katarzyną Richter,2020r.

Wyłapać „czarne owce” – kontrole pracowników na home office

Pandemia koronawirusa spowodowała, iż wiele firm zmieniło model swojej działalności i funkcjonuje dzięki pracy pracowników na home office. Ustawa z 2 marca 2020 r. o przeciwdziałaniu i zwalczaniu COVID-19 mówi, że pracodawca może polecić pracownikowi wykonywanie pracy poza biurem, a pracownik ma obowiązek polecenie to wykonać. Rozporządzenie nie reguluje jednak w sposób jednoznaczny kontroli pracownika w trakcie trwania home office. Wykrywanie nieprawidłowości to nie lada wyzwanie dla pracodawców, a nieuczciwi podwładni chętnie wykorzystują fakt utrudnionej kontroli.

Praca zdalna bywa zwodnicza

Sytuacja pandemii zmusiła szefów oraz ich pracowników do zorganizowania pracy na nowo. Szacuje się, że w związku z pandemią koronawirusa blisko ¾ osób pracujących umysłowo w Polsce mogło przejść na pracę zdalną. Część pracowników bardzo dobrze odnalazła się w nowej rzeczywistości, inni nieco słabiej. Pracodawcy skarżą się na spadek efektywności pracy niektórych podwładnych. Brak prądu, problemy z połączeniem internetowym, zalany komputer – to tylko kilka najpopularniejszych argumentów pracowników chcących przedłużyć sobie weekend lub pójść na zakupy lub kawę w godzinach pracy. Wszystko to kosztem pracodawcy. Ze względu na wykonywanie pracy w domu a nie w biurze, kontrola pracowników ogranicza się zazwyczaj do bieżącej korespondencji mailowej pracodawcy z pracownikiem lub monitoringu komputera. Co jednak w sytuacji, gdy działania te nie są wystarczające?

Kontrola pracowników w miejscu zamieszkania

Gdy pracodawca podejrzewa, że dochodzi do nie prawidłowości, a opracowany regulamin home office, z którym zapoznali się i który zaakceptowali pracownicy nie jest przestrzegany, ma prawo skontrolować podwładnych w ich miejscu zamieszkania.

– Zespół wykwalifikowanych specjalistów, przy zachowaniu najwyższej jakości standardów etycznych, przeprowadza kontrolę w miejscu zamieszkania pracowników, gdzie weryfikuje szczególnie to, czy w trakcie pracy zdalnej pracownicy nie podejmują się dodatkowej działalności lub nie wykorzystują tego czasu w inny, niezgody z jego przeznaczeniem sposób. Każdy z naszych pracowników posiada specjalną legitymację i zgodę na przeprowadzenie kontroli – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio, firmy doradczej zajmującej się problematyką absencji chorobowej.

Gdy pracownik nie otwiera drzwi (powody są różne – może być nieobecny, może nie chcieć otworzyć, może spać) – działamy wg. ustalonych wewnętrznie procedur, zgodnych z obowiązującymi przepisami i wytycznymi PIP oraz innych instytucji. Każdy krok kontroli jest dokumentowany w naszej autorskiej, powiązanej z systemami monitoringu GPS aplikacji nadzorującej pracę kontrolerów. Aplikacja rejestruje datę i miejsce przeprowadzenia kontroli a nasz pracownik szczegółowo ją opisuje. Finalnie szczegółowy raport z kontroli trafia do pracodawcy – dodaje Zając.

Wyłapać nieuczciwych, pomóc pozostałym

Do najczęstszych przypadków naruszeń należą nie tylko niewykonywanie lub nienależyte wykonywanie obowiązków pracowniczych, ale także świadczenie pracy na rzecz innego podmiotu mimo zakazu konkurencji lub wyrządzanie szkody pracodawcy w inny sposób. W niektórych sytuacjach postępowanie pracownika może zakończyć się nie tylko rozwiązaniem z nim stosunku pracy w trybie dyscyplinarnym, ale także poniesieniem innych konsekwencji prawnych, w tym także odpowiedzialności odszkodowawczej.

Kontrola pracowników przebywających na home office ma jednak za zadanie nie tylko wyłapać zwodniczych pracowników, ale także pomóc w usprawnieniu pracy tym uczciwym.

– Nasi kontrolerzy to osoby legitymizujące się wyższym wykształceniem, posiadające doświadczenie w placówkach edukacyjnych, instytucjach państwowych, działach kadr czy policji. Dbamy o to, aby każdy z naszych kontrolerów posiadał udokumentowaną wiedzę z zakresu HR i prawa pracy, na miejscu przeprowadzają oni krótki anonimowy wywiad z zastanym pracownikiem. Odpowiedzi są świetnym sprzężeniem zwrotnym dla pracodawcy, który dowiaduje się, co w organizacji pracy zdalnej w jego firmie funkcjonuje dobrze, a które elementy wymagają jeszcze poprawy – wyjaśnia Mikołaj Zając.

Jak pokazują dane GUS rosnącą popularność pracy zdalnej dało się zauważyć jeszcze przed wprowadzeniem lockdownu. W marcu zeszłego roku 4,8% etatowców pracowało na home office. W I kwartale br. było to już 6,8%, przy czym dwa ostatnie tygodnie marca dały 14,2% pracowników zdalnych. Znaczenie pracy zdalnej rośnie w niezwykle szybkim tempie. Blisko 90% respondentów badania ARC Rynek i Opinia jest zdania, że praca zdalna stanie się bardziej popularna niż dotychczas. Gdy pandemia minie, spora część pracowników i tak do firmy nie wróci – będą pracować z domu.

Strach przed powrotem do zakładu pracy? Pomoże audyt przeciwepidemiczny

Wciąż jednak zdecydowana większość Polaków, szczególnie pracowników fizycznych, pracuje w zakładach pracy. Szefowie musieli nauczyć się organizować pracę w dobie koronawirusa – mają obowiązek zapewnienia dodatkowych środków ochrony osobistej oraz zorganizowania pracy w sposób pozwalający na zachowanie dystansu społecznego. Jednak nie wszyscy pracownicy czują się komfortowo po powrocie do pracy w firmach, a od początku trwania pandemii dochodzi do głośnych przypadków zakażeń koronawirusem w dużych zakładach pracy na terenie całego kraju. Jak zatem zadbać o bezpieczeństwo? Z pomocą pracodawcom przychodzi audyt przeciwepidemiczny, którego celem jest zbadanie stopnia bezpieczeństwa na terenie przedsiębiorstwa oraz wskazanie punktów krytycznych w celu poprawy ochrony pracowników.

– Pandemia koronawirusa spowodowała konieczność wprowadzenia szeregu zmian w zakresie BHP w zakładach pracy. Audyt przeciwepidemiczny, w trakcie którego analizowane i oceniane są procedury oraz ich przestrzeganie przez pracowników, pozwala określić i wdrożyć elementy wymagające poprawy w celu zapewnienia najwyższego stopnia bezpieczeństwa. Audyt rozpoczyna się w momencie wejścia audytora na teren zakładu pracy i opiera się na kontroli czterech obszarów – produkcji, biura i administracji, obszaru magazynu oraz tzw. obszarów wspólnych. Poprawa stopnia bezpieczeństwa przyczynia się do zminimalizowania ryzyka wystąpienia przypadków COVID-19 wśród załogi, tym samym minimalizuje ryzyko zbiorowej kwarantanny lub zamknięcia firmy – podsumowuje Mikołaj Zając.

Audytorzy przeprowadzają na podstawie obserwacji także analizę i ocenę procedur dotyczących wejścia na teren firmy osób z zewnątrz. W ramach badania prowadzona jest również analiza i ocena procedur dotyczących przypadku podejrzenia COVID-19 u pracownika zakładu.

Kolejny wzrost liczby pracowników z Białorusi – przeważają osoby do 40 r.ż.

Każdego dnia średnio 2 tys. Białorusinów przekracza granicę z Polską – podaje MSWiA. Wśród nich coraz większą grupę stanowią osoby przyjeżdżające do naszego kraju w celach zarobkowych. Jak wynika z danych Grupy Progres sierpień był kolejnym miesiącem, w którym wzrosła liczba Białorusinów pracujących w Polsce – było ich o 11 proc. więcej niż w lipcu. Mogą oni liczyć nie tylko na pracę, ale też na zarobki większe niż w ich ojczyźnie, gdzie płaca minimalna wynosi ok. 500 pln, a przeciętne wynagrodzenie niecałe 1 800 pln.

W I kwartale 2020 r. szacunkowa liczba przekroczeń granicy miedzy Polską a Białorusią wynosiła 1,914 mln, w tym aż 87,9 proc. stanowili Białorusini, a jedynie 12,1 proc. Polacy. Część naszych wschodnich sąsiadów przyjeżdżała do Polski w celach zarobkowych, jednak w pierwszych 3 miesiącach tego roku robili to zdecydowanie częściej niż po wybuchu pandemii COVID-19, gdy w II kw. 2020 r. liczba pracowników z Białorusi spadła o 32 proc.

Jak wynika z najnowszych danych Grupy Progres powolny wzrost liczby Białorusinów pracujących w Polsce rozpoczął się w czerwcu – było ich o 4 proc. więcej niż w maju 2020 r. (zdecydowanie najgorszy miesiąc, jeśli chodzi o liczbę obywateli Białorusi zatrudnionych w Polsce). W lipcu i sierpniu odnotowano kolejny wzrost. W ubiegłym miesiącu w naszym kraju pracowało o 28 proc. więcej Białorusinów niż w maju 2020 r.

Do pracy najczęściej przed 40-tką

Według danych ZUS w 2019 r. odnotowano ponad 10-krotny wzrost liczby Białorusinów zgłoszonych do ubezpieczeń w stosunku do 2008 r. oraz blisko 5-krotny wzrost w stosunku do 2015 r. (w badanym okresie liczba ubezpieczonych wzrosła z 4,2 tys. osób do 42,8 tys. w grudniu 2019 r.). W strukturze wiekowej Białorusinów ubezpieczonych w Polsce pod koniec 2019 r. dominowały  osoby  w  wieku 20 – 39 lat, a ich odsetek wyniósł aż 62 proc.

– Nasze dane wskazują, że również w 2020 r. Białorusini poniżej 40 r.ż. są najbardziej aktywni zawodowo w naszym kraju i to oni wybierają Polskę jako kierunek emigracji zarobkowej. Pod koniec sierpnia 2020 r. w grupie pracowników z Białorusi najwięcej osób – aż 62 proc. – było w przedziale wiekowym 21-39 lat – mówi Izabela Lubińska, Kierownik Działu Kadr i Płac w Grupie Progres. – Jeśli chodzi o płeć to najczęściej aktywność zawodową w Polsce podejmują Białorusinki między 21 a 29 r.ż. i 40 a 49 r.ż. – stanowią w sumie 59 proc. pracujących kobiet z Białorusi. W przypadku mężczyzn najczęściej pracują osoby między 21 a 29 r.ż. i 30 a 39 r.ż. – w sumie 63 proc. wszystkich panów z Białorusi zatrudnionych w Polsce – zaznacza Izabela Lubińska.

Mniej liczną grupę pracowników z Białorusi stanowią osoby poniżej 20 r.ż. (10 proc.). i między 50 a 59 r.ż. (14 proc.)Co więcej, Białorusini w wieku emerytalnym nie podejmują zbyt często pracy w Polsce – stanowią niecałe 7 proc. pracujących w naszym kraju (emerytura z tytułu pracy na Białorusi na ogólnych zasadach przeznaczona jest: mężczyznom – po osiągnięciu wieku 60 lat, a także stażu co najmniej 25 lat, kobietom – po osiągnięciu wieku 55 lat, a także stażu co najmniej 20 lat).

Od 17 pln brutto za godzinę

Wynagrodzenie Białorusinów, którzy w naszym kraju pracują tymczasowo zaczyna się od 17 pln brutto za godzinę. Obywatele ze Wschodu najczęściej otrzymują od 17 do 19 pln/h (67 proc. zatrudnionych w Polsce)*. Stawki rosną w zależności od branży, regionu czy zajmowanego stanowiska. 29 proc. pracowników tymczasowych z Białorusi zarabia od 19 pln/h do 25 pln/h, a 4 proc. otrzymuje 30 pln/h.*

Za pracę tymczasową w trybie 40 h/tygodniowo Białorusini emigrujący do nas w celach zarobkowych otrzymują od 2 720 pln brutto do nawet 4 800 pln brutto. Dokładając benefity oferowane przez pracodawców i biorąc pod uwagę różnice w kosztach życia w Polsce oraz na Białorusi w naszym kraju faktycznie można sporo zarobić i chcieć zostać tu na dłużej. Jak podała telewizja Biełsat realna średnia płaca wzrosła na Białorusi o 7,9 proc. (różnica między styczniem 2019 r. a styczniem tego roku). Najwięcej można zarobić w Mińsku średnio 1589,9 rubli białoruskich, w innych regionach nawet o 670 rubli mniej. W obwodzie mińskim – 1109,4 rubli, w obwodzie homelskim – 991 rubli, w obwodzie brzeskim – 949,9 rubli, w obwodzie grodzieńskim – 947,1 rubli, obwodzie witebskim – 947 rubli, a najniższą średnią płacę odnotowano w obwodzie mohylewskim – 920 rubli.

Według danych Trading Economics najwyższe przeciętne wynagrodzenie odnotowane na Białorusi w tym roku wynosiło niecałe 1 850 pln (1287,5 rubli).

*dane Grupy Progres

Poziom ubóstwa w Polsce spadł – recepta na poprawę sytuacji Polaków

Ubóstwo w Polsce dotyka mniej więcej 4 proc. obywateli. Co 25-ty Polak mieszka więc w gospodarstwie domowym, w którym dochód na osobę jest niższy niż minimum egzystencji. W gospodarstwie jednoosobowym wyniósł on w ubiegłym roku niewiele ponad 600 złotych. Ubóstwo w naszym kraju jest jednak silnie zależne od wieku i od typu gospodarstwa domowego. Najwyższy poziom wciąż odnotowuje się wśród dzieci. W tej grupie odsetek ubogich wynosi 4,5 proc. W przypadku osób starszych, w wieku 65+ odsetek ten to 3,8 proc. Często jest tak, że w rodzinach wielodzietnych – gdzie dochód osiąga tylko jedna osoba, dzieląc go na wszystkich członków gospodarstwa domowego – wynik jest niższy niż granica minimum egzystencji. Wtedy takie gospodarstwo uznaje się za ubogie.

– Różnica pomiędzy ubóstwem wśród osób starszych i dzieci wynika przede wszystkim z typu gospodarstwa domowego – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, Kierownik Zespołu Makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W przypadku emeryckich gospodarstw domowych zazwyczaj jedna lub dwie osoby uzyskują dochód z emerytury. Nawet jeżeli jest on stosunkowo niski, wciąż przekracza minimum egzystencji. W gospodarstwach domowych z dziećmi mamy wielu członków, z których tylko jeden lub dwóch osiąga dochód i jest on dzielony na pozostałych. W Polsce poziom ubóstwa udało się znacznie zmniejszyć, w tym przede wszystkim zjawisko to wśród dzieci. Dzisiaj jego poziom jest o wiele niższy niż jeszcze w 2014 roku. Wtedy przekraczało 10 proc., a dziś obejmuje niecałe 5 proc. dzieci, które żyją w gospodarstwach ubogich. To przede wszystkim zasługa transferów socjalnych – w tym głównie Programu 500+, ale nie tylko. Istotna była także bardzo dobra kondycja rynku pracy w tym okresie, niskie bezrobocie oraz stosunkowo szybki wzrost wynagrodzeń. To główne recepty na zmniejszanie odsetka osób ubogich w gospodarce. Po pierwsze potrzeba transferów socjalnych celowanych w te grupy, w których odsetek osób ubogich jest najwyższy. Po drugie konieczna jest systematyczna poprawa kondycji rynku pracy – w tym niskich płac, np. wynagrodzenia minimalnego – wskazuje Sawulski.

Prawie połowa polskich firm przemysłowych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych inwestowała w automatyzację

Automatyzacja procesów produkcji, digitalizacja oraz nowoczesny park maszyn i urządzeń to klucz do zachowania konkurencyjności oraz większa odporność na kryzysy i zmiany rynkowe. Jak wynika z badania Siemens Financial Services, co druga mała i średnia firma przemysłowa z sektora przetwórstwa tworzyw sztucznych zwiększyła automatyzację, a co trzecia również nakłady na odnowienie parku maszyn i urządzeń, w porównaniu do ubiegłego roku – najczęściej finansując to zyskiem lub leasingiem. Przed branżą jednak jeszcze wiele inwestycji, ponieważ swoje przygotowanie do konkurowania – na tle zagranicznych podmiotów – lepiej oceniło zaledwie 7 proc. przedsiębiorstw.

Rośnie automatyzacja i jakość parków maszynowych

Automatyzacja, digitalizacja oraz nowoczesny park maszyn i urządzań są niezbędne do zachowania konkurencyjności i utrzymania się na rynku. Zwłaszcza, w czasie obecnej pandemii, gdy przedsiębiorcy muszą być przygotowani na nagłe zmiany rynkowe, a także są zobligowani do zachowywania dystansu społecznego i rygoru sanitarnego.

Polskie firmy przetwórstwa tworzyw sztucznych są świadome, że automatyzacja to klucz do budowania pozycji rynkowej. Według badania Siemens Financial Services prawie co drugie (47 proc.) przedsiębiorstwo zwiększyło poziom automatyzacji w stosunku do 2019 roku, a o spadku wspomniało zaledwie 2 proc. ankietowanych.

Jak wynika z naszego badania, branża przetwórstwa tworzyw sztucznych była dużo lepiej przygotowana pod względem automatyzacji produkcji niż np. poligraficzna, spożywcza czy obróbki metali. Nie jest to jednoroczny przypadek, ponieważ aż 49 proc. ankietowanych przedsiębiorców chciało zwiększać automatyzację również w przyszłym roku, co także było najlepszym wynikiem na tle pozostałych trzech sektorów – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Prawie połowa polskich firm przemysłowych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych inwestowała w automatyzację
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Firmy z branży tworzyw sztucznych modernizowały również swoje parki maszynowe. W porównaniu do ubiegłego roku, 35 proc. badanych zwiększyło nakłady na jego odnowienie. Na tym samym poziomie utrzymały się u 56 proc. ankietowanych, a spadły u 9 proc. Co ważne, 28 proc. firm także częściej odnawiało parki maszyn i urządzeń, aby mieć stale nowoczesny sprzęt. Do spadku częstotliwości przyznało się tylko 7 proc.

Aby inwestycje w park maszynowy były efektywne, powinny wykorzystywać najnowsze technologie aktualnie stosowane w  przetwórstwie tworzyw sztucznych. Obecnie identyfikuje się kluczowe trendy, takie jak zwiększanie zakresu obrabianych materiałów w ramach jednej maszyny, wdrażanie predictive maintenance i stosowanie maszyn „szytych na miarę”, które precyzyjnie obrabiają tworzywa i redukują ilość odpadów ocenia Anita Grygorowicz, Szef Zespołu Vendorskiego w Siemens Financial Services.

Przedsiębiorcy z tego sektora chętniej korzystali również z finansowania zewnętrznego. W porównaniu do poprzedniego roku, jego udział wzrósł u 14 proc. ankietowanych, na tym samym poziomie został u 64 proc., a spadł u zaledwie 4 proc.

Najwięcej wytłaczarek w parkach maszynowych

Jakie maszyny i urządzenia znajdziemy w parkach maszynowych polskich MŚP z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych? Jak wynika z badania Siemens Financial Services, najczęściej są to wytłaczarki, które posiada prawie co druga (48 proc.) firma – średnio osiem tego typu urządzeń w każdym przedsiębiorstwie. Na drugim miejscu (46 proc.) są urządzenia peryferyjne, jak roboty, chillery czy młyny (średnio 7 sztuk). 40 proc. posiada w swoim parku wtryskarki, a 13 proc. rozdmuchiwarki (średnio po 7 urządzeń). W parkach maszynowych popularne są jeszcze zgrzewarki (średnio 5 sztuk), które posiada 13 proc. firm oraz prasy, walcarki – średnio 8 urządzeń w 7 proc. badanych przedsiębiorstw.

Potrzeba większej konkurencyjności

Mimo większych inwestycji w automatyzację procesów produkcji oraz zwiększonych nakładów na park maszyn i urządzeń, polskie firmy z sektora przetwórstwa tworzyw sztucznych były średnio przygotowane do konkurowania na tle zagranicznych podmiotów. Jeszcze przed pandemią, za bardziej konkurencyjne uważało się zaledwie 7 proc. firm – wynika z badania Siemens Financial Services. Na tym samym poziomie oceniało swoje przygotowanie 32 proc. ankietowanych. Co ważne, do gorszej konkurencyjności przyznało się aż 31 proc.

– Sektor przetwórstwa tworzyw sztucznych powinien dążyć do większej konkurencyjności. Jak wynika z naszego badania gorzej pod tym kątem wypadła tylko branża food and beverage, a znacznie lepiej poligraficzna i metalowa. Pandemia koronawirusa i związana z nią „nowa normalność” wymagają także od sektora większej elastyczność i sprawnego dostosowywania się do nagłych zmian rynkowych  – mówi Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services. – Przed branżą są również wyzwania środowiskowe, związane z lepszym wykorzystaniem surowców i większym recyklingiem. To wszystko z kolei wymaga znacznych nakładów kapitałowych oraz dostępu do elastycznego finansowania – dodaje.

Prawie połowa polskich firm przemysłowych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych inwestowała w automatyzację 2
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Rodzime przedsiębiorstwa, które będą dobrze przygotowane do konkurowania z zagranicznymi podmiotami mogą wykorzystać trend skracania łańcuchów dostaw. Koronawirus spowodował bowiem, że rośnie znaczenie tzw. nearshoringu (lokowania produkcji w krajach blisko położonych). Wiele europejskich firm, których łańcuchy dostaw zostały w czasie pandemii zachwiane lub przerwane, będą dążyć prawdopodobnie do ich większej dywersyfikacji. W konsekwencji zamiast zlecać produkcję np. w krajach azjatyckich, gdzie koszty produkcji są niższe, ale powstaje wysokie ryzyko przerwania dostaw, będą szukać nowych dostawców zlokalizowanych bliżej.

Maszyny i urządzenia finansowane zyskiem i leasingiem

Potrzebne inwestycje wymagają niezbędnego kapitału. W przypadku finansowania parków maszyn i urządzeń, przedsiębiorcy z branży tworzyw sztucznych najczęściej wykorzystywali środki własne – 69,1 proc. ankietowanych. Drugim najpopularniejszym sposobem finansowania był leasing. Jak wynika z badania Siemens Financial Services wykorzystywało go 38,1 proc. ankietowanych z tej branży, z czego 16,5 proc. finansowało tak cały park maszyn i urządzeń. Z dotacji korzystało natomiast 20,6 proc. ankietowanych firm, a z kredytu 22,7 proc.

Wykorzystywane źródła finansowania parku maszyn i urządzeń
*Wykorzystywane do sfinansowania całości parku MiU lub jego części
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

– Przed branżą tworzyw sztucznych stoi wiele wyzwań, podobnie jak w innych sektorach przemysłowych. Kryzys wywołany COVID-19 i dynamiczna, ciągle niepewna sytuacja wymagają niezbędnych inwestycji oraz odpowiednich przygotowań. Do tej pory firmy najczęściej wykorzystywały do tego środki własne, jednak w wielu przypadkach rezerwy zostały zużyte do zachowania płynności w trackie lockdownu, a nowe zyski często są odkładane na wypadek drugiej fali zachorowań. W tej sytuacji, aby zrealizować niezbędne inwestycje przedsiębiorcy potrzebują finansowania zewnętrznego. Leasing, dzięki swojej elastyczności będzie nadal chętnie wykorzystywany przez polskie MŚP – podsumowuje Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Keralla Research w marcu 2020 r. na podstawie wywiadów z 400 przedstawicielami małych i średnich przedsiębiorstw z branży poligraficznej, metalowej, tworzyw sztucznych i food and beverage z całej Polski oraz posiadających własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych (CATI).

Jak wykupić mieszkanie komunalne?

W dalszym ciągu wiele osób chce wykupić mieszkanie komunalne. Wyjaśniamy na jakie potencjalne problemy trzeba uważać podczas takiej transakcji.

W jednym z wiodących mediów niedawno pojawił się reportaż o kobiecie, której matka dość dużym kosztem wyremontowała mieszkanie komunalne i je oddłużyła (poprzez spłatę zobowiązań poprzednich lokatorów). Wspomniana lokatorka ze względu na nowotwór nie doczekała jednak pozytywnej odpowiedzi na wniosek o wykup odnowionego lokalu. Obecnie jej córka spiera się z urzędnikami o kwestię uprawnienia do wynajmu lokalu i ewentualny zwrot nakładów matki poniesionych na remont. Ta historia stanowi swoistą przestrogę dla osób, które chcą wykupić mieszkanie komunalne i ponoszą pewne wydatki w zamian za obietnicę dotyczącą możliwości wykupienia takiego lokum.

Prawo do najmu nie zawsze „przejdzie” na krewnych

Jeżeli chodzi o wspomnianą wcześniej sytuację dotyczącą zmarłej lokatorki mieszkania komunalnego oraz jej córki, to warto wskazać na pewną nieprecyzyjność artykułu 691 kodeksu cywilnego. Mówi on, że po śmierci najemcy w stosunek najmu mogą wstąpić:

  • małżonkowie niebędący współnajemcami lokalu (jeżeli małżonek jest współnajemcą, to wstąpienie w stosunek najmu nie będzie konieczne)
  • dzieci najemcy i jego współmałżonka
  • inne osoby, względem których pierwotny najemca był zobowiązany do świadczeń alimentacyjnych
  • osoby pozostające faktycznie we wspólnym pożyciu ze zmarłym najemcą

Dodatkowym warunkiem dotyczącym każdej z wymienionych powyżej osób jest stałe zamieszkiwanie ze zmarłym aż do jego śmierci polegające na posiadaniu w danym lokalu tzw. centrum spraw życiowych. Jeżeli żadna z zainteresowanych osób nie spełnia warunków określonych przez art. 691 KC, to stosunek najmu wygasa. „W analizowanym przykładzie urzędnicy uznali, że ma miejsce właśnie taka sytuacja, ponieważ mieszkanie komunalne nie było centrum spraw życiowych dla córki zmarłej kobiety (pomimo jej zameldowania)” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Opisywana sytuacja potwierdza, że w praktyce występują problemy związane z niejednoznacznością przepisów. Pewną podpowiedzią może być Uchwała Sądu Najwyższego z dnia 20 listopada 2009 r. (sygn. akt. III CZP 99/09). Mówi ona, że: „Faktyczne wspólne pożycie, w rozumieniu art. 691 § 1 k.c., oznacza więź łączącą dwie osoby pozostające w takich relacjach jak małżonkowie”. Warto też podkreślić, że posiadanie prawa do innego lokalu nie przesądza o możliwości wstąpienia w stosunek najmu (zobacz uchwała Sądu Najwyższego z 5 lipca 2002 r., sygn. akt. III CZP 36/02). Istnieją natomiast pewne rozbieżności orzecznictwa dotyczące tego, w jakiej sytuacji sporne mieszkanie komunalne można uznać za centrum spraw życiowych. „Jako przykład warto podać następujące wyroki sądowe: Wyrok Sądu Okręgowego w Gliwicach z dnia 19 września 2018 r. (sygn. akt III Ca 453/18) oraz Wyrok Sądu Okręgowego w Łodzi z dnia 8 czerwca 2017 r. (sygn. akt. III Ca 221/17)” – wymienia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Praktyki samorządów często są dość kontrowersyjne

Wspomniana wcześniej sytuacja, której okoliczności zaprezentowały nam media, stanowi również dobrą okazję do zwrócenia uwagi na inną kwestię. Chodzi o politykę samorządów, które nierzadko obiecują możliwość wykupienia mieszkania w zamian za przeprowadzenie w nim remontów oraz ewentualną spłatę długów poprzedniego lokatora. Taka polityka urzędów gmin wzbudza pewne wątpliwości. Nie chodzi tylko o to, że skutkuje ona zmniejszeniem posiadanego zasobu mieszkaniowego. Warto również zwrócić uwagę, że najemcy czasem wykonują generalne remonty (np. wymianę instalacji), które zgodnie z ustawą o ochronie praw lokatorów powinny obciążać właściciela mieszkania. „To ważne, bo zasady najmu nie powinny być mniej korzystne niż reguły określone przez wspomnianą ustawę (ustawę z dnia 21 czerwca 2001 r. o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego – Dz.U. 2001 nr 71 poz. 733)” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Jeżeli zapoznamy się z doniesieniami mediów, to można również przeczytać o sytuacjach osób, którym urzędy miasta mimo wcześniejszej obietnicy odmówiły sprzedaży mieszkania na preferencyjnych warunkach. Problem dotyczy również obietnic wyrażonych na piśmie. Nie zostały one uregulowane przez przepisy i nie mają formy umowy przedwstępnej. Warto zdawać sobie sprawę, że w razie złamania obietnicy dotyczącej sprzedaży „M” przez miasto, mogą pojawić się spore kłopoty dla niedoszłego nabywcy. Mianowicie będzie ona musiała dochodzić roszczeń od lokatorów, których dług wcześniej spłaciła. Odzyskanie środków wydanych na ulepszenie (remont) mieszkania, często będzie możliwe dopiero po zakończeniu wynajmu (zgodnie z artykułem 6d oraz 6e ustawy o ochronie praw lokatorów). „Dodatkowo w razie śmierci lokatora mogą się pojawić problemy związane ze wstąpieniem w stosunek najmu (na podstawie art. 691 KC). Właśnie takie kłopoty ma bohaterka reportażu, który niedawno pojawił się w mediach” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Północna Izba Gospodarcza apeluje o wspieranie szkolnictwa branżowego

Szkolnictwo branżowe w Polsce musi się rozwijać! – mówią przedstawiciele Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie i zwracają uwagę na sytuację sprzed ostatnich miesięcy, kiedy to właśnie ten sektor edukacji był bardzo mocno dotknięty skutkami pandemii koronawirusa. Od wiosny nie odbywały się zajęcia praktyczne i konieczna była zmiana systemu odbywania praktyk zawodowych. Nowy rok szkolny wymagać będzie więc od uczniów i nauczycieli jeszcze większego zaangażowania i „nadrabiania” strat, które miały miejsce w poprzednich miesiącach. – Szkolnictwo branżowe jest bardzo istotne dla rynku pracy, nie możemy sobie pozwolić na to, by uczniów było mniej, bo wtedy nie będzie komu pracować w przemyśle, budownictwie czy w takich sektorach jak np. usługi fryzjerskie – mówi dr Krzysztof Osiński, Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Szczecinie. Prezes Osiński przyznaje, że tegoroczny nabór do WZDZ jest bardzo dobry, ale spotyka się z opiniami, że nabór do innych placówek – w tym tych, prowadzonych przez miasto – był skromniejszy.

Dla dobra gospodarki szkoły branżowe powinny się jeszcze dynamiczniej rozwijać

Sytuacja oświaty w czasie pandemii koronawirusa nie jest łatwa. W minionym roku szkolnym drugi semestr to w większości nauka zdalna, której efektywność tak naprawdę do dzisiaj jest trudna do oceny. Najpoważniej stratę odczuwają uczniowie szkół branżowych. W tych placówkach od teorii ważniejsza jest praktyka w salach warsztatowych oraz w miejscach pracy u przedsiębiorców. Jak przyznaje dr Krzysztof Osiński, Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Szczecinie nowy rok szkolny będzie wymagać dużej mobilizacji od uczniów i nauczycieli: – 1 września wróciliśmy do normalności i mam nadzieję, że przy zachowaniu reżimu sanitarnego nauka będzie się odbywać. Mniej jest za to kursów, osoby dorosłe mają obawy i mniej zapisują się na szkolenia poszerzające kompetencje, jest również mniej skierowań od pracodawców. Nabór do szkoły branżowej w tym roku możemy ocenić bardzo pozytywnie, gorzej z kształceniem pozaszkolnym – przyznaje dr Krzysztof Osiński.

– Powinniśmy starać się pozyskiwać jak największą liczbę uczniów do szkół branżowych. Mam nadzieję, że sytuacja z wirusem nie wpłynie niekorzystnie na rekrutację w przyszłości. Jest nadal duże zainteresowanie zatrudnianiem specjalistów i osób gotowych do podjęcia pracy po szkole branżowej. Oczywiście jest tak, że np. wzrost bezrobocia i zamykanie miejsc pracy przekłada się bezpośrednio na nabór do szkół branżowych i mniejsze zainteresowanie zdobywaniem konkretnych, specjalistycznych umiejętności, ale sytuacja nie jest jeszcze na tyle krytyczna byśmy mogli komuś odradzać naukę zawodu. Wręcz przeciwnie – mówi dalej dr Krzysztof Osiński.

Więcej zajęć praktycznych! – szkoły branżowe muszą „nadrabiać” stracone miesiące lockdownu

Zajęcia w szkołach zawodowych odbywają się z zachowaniem wszelkich reżimów sanitarnych. Jak mówi nasz rozmówca podstawą jest powrót młodych ludzi do praktyk na warsztatach oraz do pracy w przedsiębiorstwach. Inaczej nie będziemy mogli mówić, że nauka branżowa jest efektywna. Zajęcia już się odbywają i uczniowie mogą zdobywać niezbędną im wiedzę. Jest to częściowo także „nadrabianie” zaległości z drugiego semestru poprzedniego roku szkolnego.

– W liceum ogólnokształcącym nauka może się odbywać zdalnie. W szkole zawodowej podstawą jest praktyka. Lekarz nie będzie dobrym lekarzem, jeżeli nie będzie praktykować w czasie nauki, a stolarz dobrym stolarzem bez korzystania ze sprzętu w czasie praktyk. Podobnie jest oczywiście z fryzjerstwem, nauką spawania czy obróbki metalu. WZDZ prowadzi zajęcia praktyczne, nasze warsztaty są już czynne i kładziemy duży nacisk na praktyczną naukę zawodu, co jest bardzo doceniane przez uczniów i rodziców. Musimy dbać o możliwie wysoki poziom merytoryczny – mówi dr Krzysztof Osiński, Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Szczecinie.

Kondycja szkolnictwa zawodowego jest ściśle powiązana z kondycją gospodarki. Im gorsze wskaźniki, tym mniejsza szansa na to, że młodzi ludzie będą podejmować naukę praktycznych zawodów. Ostatnie lata pokazały, że na rynku pracy jest ogromne zapotrzebowanie na specjalistów. Oby koronawirus nie doprowadził do odwrócenia tej tendencji.

Quercus TFI przygotowuje się do nowej działalności i przejęcia Xelion

Quercus TFI S.A. nabyło 100% spółki, która będzie funkcjonować pod firmą Quercus Agent Transferowy Sp. z o.o. Głównym przedmiotem działalności spółki zależnej będzie prowadzenie rejestru uczestników funduszy inwestycyjnych. Spółka może także uczestniczyć w realizacji planowanego nabycia Domu Inwestycyjnego Xelion Sp. z o.o. lub innego podmiotu dystrybuującego fundusze inwestycyjne.

– Chcemy wykorzystać sprzyjającą sytuację rynkową, przyspieszyć rozwój i zwiększyć udziały w rynku funduszy inwestycyjnych. Nabycie spółki, która będzie pełniła funkcję agenta transferowego, jest jednym z kroków w kierunku realizacji przejęcia jednego z wiodących dystrybutorów na rynku – komentuje Sebastian Buczek, Prezes Zarządu i wiodący akcjonariusz Quercus TFI S.A.

Rozszerzenie kanałów dystrybucji, m.in. poprzez planowane przejecie spółki dystrybucyjnej, jest jednym z głównych kierunków rozwoju Quercus TFI S.A. Towarzystwo złożyło wiążącą ofertę przejęcia 100% udziałów Domu Inwestycyjnego Xelion Sp. z o.o. Obecnie prowadzone są negocjacje, mające doprowadzić do podpisania stosownej umowy. Quercus TFI S.A. nie wyklucza również innych transakcji, zarówno w obszarze dystrybucji, jak i podmiotów komplementarnie uzupełniających ofertę produktową.

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Quercus TFI S.A. 31 sierpnia br. zdecydowało o emisji nie więcej niż 5.500.000 akcji serii D. Celem emisji akcji jest pozyskanie dodatkowych środków finansowych na rozwój sieci dystrybucji, konsolidację rynku funduszy inwestycyjnych oraz na utworzenia agenta transferowego. Quercus TFI S.A. chce z emisji pozyskać co najmniej 22 mln zł. Cena emisyjna akcji zostanie ustalona przez Zarząd, przy zastrzeżeniu, że wyniesie nie mniej niż 4 zł za jedną akcję. Pierwszeństwo w obejmowaniu akcji będą mieli dotychczasowi akcjonariusze posiadający co najmniej 1 proc. kapitału zakładowego na dzień WZA.

W 2021 roku mają ruszyć badania przesiewowe w kierunku rdzeniowego zaniku mięśni. Wczesne podanie leku pozwoli zatrzymać rozwój choroby

Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) – postępującą chorobą genetyczną, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie. U większości z nich rozpoznaje się jej ciężką postać – SMA1. Cierpią na nią zarówno dorośli, jak i dzieci. Objawy choroby w ok. 90 proc. przypadków pojawiają się jednak w okresie niemowlęcym. Dzieci, u których zanik mięśni został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać poddane błyskawicznemu leczeniu i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy. Na razie jednak jest to niemożliwe, bo choć w Polsce funkcjonuje program lekowy, wciąż brakuje badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA. W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad pilotażem, który miałby ruszyć w styczniu 2021 roku.

– Rdzeniowy zanik mięśni jest chorobą genetycznie uwarunkowaną, związaną z mutacją konkretnego genu – SMN1. Ten gen koduje białko warunkujące przeżycie tzw. motoneuronów. Jego uszkodzenie powoduje niedobór tego białka, a w konsekwencji obumieranie motoneuronów rdzenia kręgowego, co prowadzi do osłabienia i zaniku mięśni – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN.

Szacuje się, że w Polsce obecnie ok. 900–1000 osób choruje na rdzeniowy zanik mięśni (SMA). W ramach prowadzonego programu lekowego lek nusinersen otrzymuje obecnie ponad 630 chorych, kolejnych 80 jest zakwalifikowanych do terapii. Są to głównie osoby dorosłe, ponieważ włączanie do leczenia noworodków, u których rozpoznano SMA, odbywa się na bieżąco.

– Szacowaliśmy, że do końca 2020 roku uda nam się rozpocząć leczenie u wszystkich polskich pacjentów z SMA, ale pandemia niestety trochę zmniejszyła nasze możliwości. Szpitale w jej trakcie pracowały trochę inaczej. Pacjenci jednak są nadal włączani do leczenia i ten proces na pewno będzie trwał do momentu, aż obejmie wszystkich – podkreśla prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak podkreśla ekspertka, efekty leczenia SMA wśród polskich pacjentów są bardzo dobre. Dzięki nowej terapii – refundowanej od ubiegłego roku w ramach programu lekowego – nawet chorzy z ciężkim przebiegiem tej choroby odzyskują część utraconych funkcji ruchowych, a tym samym uzyskują większą samodzielność w codziennym życiu. W przypadku dzieci wraca zdolność samodzielnego siedzenia i chodzenia, co wcześniej było nieosiągalne. Niemowlęta z najcięższą postacią SMA otrzymały szansę na znacznie dłuższe życie – wcześniej rdzeniowy zanik mięśni był najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia.

– Od końca lutego 2019 roku mamy w Polsce dostępny program lekowy dla leczenia rdzeniowego zaniku mięśni dla wszystkich populacji pacjentów, dla wszystkich grup wiekowych – mówi prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej UCK Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – Ten program funkcjonuje w Polsce świetnie, mamy jedne z najlepszych wyników w Europie. Po półtora roku obraz rdzeniowego zaniku mięśni w naszym kraju się zmienił, w tej chwili widzimy u pacjentów zatrzymanie postępu choroby albo poprawę.

– Zatrzymanie postępu choroby w przypadku takiego schorzenia jak SMA już można by uznać za sukces terapeutyczny. Obserwujemy jednak także odzyskiwanie ważnych funkcji ruchowych, nawet u osób dorosłych, u których ta choroba trwa kilkadziesiąt lat. To są zmiany, które istotnie poprawiają jakość życia zarówno pacjentów, jak i ich najbliższych, którzy na co dzień są ich opiekunami – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

SMA dotyka osób w różnym wieku, ale w ponad 90 proc. przypadków objawy pojawiają się w okresie niemowlęcym. Co roku w Polsce rodzi się ok. 50. dzieci, u których rozpoznawany jest rdzeniowy zanik mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą jej postacią. Chorobę tę wywołuje mutacja genetyczna, którą w Polsce ma średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko zachoruje.

– W tej chwili diagnostyka jest ukierunkowana tylko na pacjentów objawowych. Badania genetyczne są wykonywane głównie u osób, które mają jakieś objawy i podejrzenie rdzeniowego zaniku mięśni. Obejmuje się nimi także pacjentów, którzy w wywiadzie są obciążeni rodzinnie. Nie ma natomiast powszechnych badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA – mówi dr Maria Jędrzejowska. – Wprowadzenie ich pozwoliłoby wykrywać tę chorobę na wczesnym etapie, zanim jeszcze wystąpią objawy, co dramatycznie zmieni rokowania.

– Apelujemy o jak najszybszą możliwość wprowadzenia u noworodków badań przesiewowych. Jeżeli wiemy, że ta choroba wystąpi, jeszcze zanim pojawią się objawy, możemy wcześnie włączyć leczenie i uzyskać wszystkie kroki milowe w rozwoju takiego pacjenta, jakich spodziewalibyśmy się u jego zdrowego rówieśnika – podkreśla prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

Potwierdzają to opublikowane niedawno wyniki badania NURTURE, w których bierze udział 25 pacjentów przedobjawowych z rdzeniowym zanikiem mięśni. Wykazały one, że im wcześniej włączane jest leczenie, tym bardziej jest ono skuteczne, a możliwość osiągania kamieni milowych w rozwoju ruchowym przez dzieci jest zbliżona do tej, jaką mają dzieci zdrowe.

– Do badania NURTURE pacjenci byli włączani w okresie przedobjawowym z typem SMA1. Są to dzieci badane prenatalnie, których rodzice dowiedzieli się, że istnieje ryzyko zachorowania, bo np. ich rodzeństwo było chore – tłumaczy przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych. – U tych pacjentów w pierwszych kilku–kilkunastu dobach życia włączano leczenie. Po kilku latach obserwacji wszyscy oni siedzą, większość z nich stoi, a część chodzi, a nawet biega.

Nowe dane wskazują, że po prawie pięciu latach ciągłego leczenia lekiem nusinersen 100 proc. dzieci leczonych przedobjawowo przeżyło i żadne z nich nie wymagało stałej wentylacji. Pacjenci nadal utrzymywali i stopniowo poprawiali funkcje motoryczne w porównaniu z naturalnym przebiegiem choroby, aż 88 proc. z nich samodzielnie chodzi bez żadnej pomocy.

– To są rzeczy, które dla pacjentów z SMA typu 1 w ich naturalnym przebiegu choroby były absolutnie nieosiągalne – podkreśla prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – Jeśli my zainwestujemy w badania przesiewowe, wyciągniemy z populacji około 50 chorych, którzy rodzą się co roku z rdzeniowym zanikiem mięśni, to możemy leczyć ich w tym momencie, który jest dla nich optymalny, czyli zanim te komórki zaczną obumierać.

Istnieje duża szansa, że badania przesiewowe noworodków w kierunku SMA mogą ruszyć już od stycznia 2021 roku. Ministerstwo Zdrowia poinformowało w lipcu, że pracuje nad pilotażem, który zacząłby się od jednego bądź dwóch województw, docelowo w ciągu dwóch–trzech lat objąłby całą Polskę.

– Cały czas czekamy na oficjalną decyzję Ministerstwa Zdrowia. Jako Zespół Koordynacyjny ds. Leczenia SMA proponowaliśmy rozpoczęcie tych badań od połowy tego roku. Wiadomo, że w związku z pandemią one nie mogły teraz ruszyć, ale mamy nadzieję, że od stycznia 2021 roku przynajmniej część dzieci będzie objęta badaniami przesiewowymi – mówi dr Maria Jędrzejowska.

– Wprowadzenie badań przesiewowych pod kątem rdzeniowego zaniku mięśni będzie prawdopodobnie 30. chorobą, która będzie badana podczas screeningu noworodków. To bardzo dobra wiadomość, cieszymy się niezmiernie, że uda się wprowadzić ten pilotaż. Liczymy na to, że w 2022 roku badania przesiewowe obejmą wszystkie noworodki, które się urodzą w Polsce – dodaje Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA.

Fundacja stara się również o wprowadzenie programu opieki koordynowanej nad pacjentami z SMA.

– Chodzi o zespół specjalistów, którzy zajmą się chorymi na rdzeniowy zanik mięśni pod kątem ortopedycznym, anestezjologicznym, dietetycznym i kardiologicznym, bo oni potrzebują opieki wielospecjalistycznej – podkreśla prezes Fundacji SMA.

Opieka fizjoterapeuty ma na celu zachowanie siły mięśni oraz pełnego zakresu ruchów we wszystkich stawach – jest niezbędnym elementem terapii lekiem nusinersen. Lekarz ortopeda i ortotyk mają przeciwdziałać rozwijaniu się wad kręgosłupa i kończyn, często pojawiających się wskutek osłabienia i przykurczów mięśni, nieraz wymagających ingerencji chirurgicznej; zadaniem dietetyka jest natomiast dostosowanie diety do trybu życia oraz zapobieżenie skutkom osłabienia mięśni jamy ustnej i przełyku. W ciężkich przypadkach rdzeniowego zaniku mięśni niezbędna jest opieka pulmonologa lub anestezjologa, który czuwa nad przebiegiem funkcji oddechowych i w razie potrzeby wprowadza mechaniczne wspomaganie oddechu.

Galerie handlowe starają się na nowo przyciągnąć klientów po lockdownie. Zapewnienie rozrywki i programy lojalnościowe stają się kluczowe

0

Klienci powoli wracają do obiektów handlowych, ale jak wynika z danych PRCH, ich odwiedzalność wciąż waha się między 70 a 96 proc. ubiegłorocznych wartości. Ruch po lockdownie związanym z pandemią najszybciej odradza się w tych galeriach, które oferują dodatkowe możliwości rozrywki i spędzania wolnego czasu. Odbudowa bazy klientów to niejedyne wyzwanie, przed jakim stoją obiekty handlowe. Kolejnym jest zbudowanie ich lojalności w obliczu spodziewanego spadku wydatków konsumenckich i zaostrzenia konkurencji. Dlatego też galerie stawiają mocny akcent na rozbudowę swoich programów lojalnościowych, które pomagają zwiększyć ruch, przyciągnąć nowych klientów i zmotywować ich do częstszych zakupów.

Jak wynika z raportu „Westfield: How We Shop”, jednego z największych badań zwyczajów konsumenckich w handlu detalicznym, aż 75 proc. polskich konsumentów oczekuje od centrów handlowych wtapiania się w lokalne środowisko. W tych centrach handlowych, które są bliskie lokalnym społecznościom, najszybciej odradza się odwiedzalność – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Osińska, rzeczniczka warszawskiej galerii Westfield Arkadia.

Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność obiektów handlowych w sierpniu br. wynosiła średnio między 70 a 96 proc. ubiegłorocznych wartości – w zależności od dnia, wielkości centrum handlowego i regionu. Galerie odwiedzało średnio ponad 11,4 tys. osób w ciągu jednego dnia handlowego, czyli o ok. 1,4 tys. osób więcej niż jeszcze w lipcu.

Klienci traktują galerie nie tylko jako miejsce dokonywania zakupów, lecz także spędzania wolnego czasu. Przestają one spełniać wyłącznie tradycyjną funkcję handlową, stając się ośrodkami rozrywki i spotkań towarzyskich. Potwierdza to rosnący udział najemców z sektora rozrywka oraz gastronomia w całkowitej powierzchni handlowej. W coraz większym stopniu galerie stają się też częścią miejskiej tkanki, pełniąc funkcje kulturalne i społeczne.

Robimy wiele, żeby pozytywnie wpływać na tkankę miejską i odpowiadać na potrzeby lokalnych społeczności. Korekta funkcji centrum handlowego – ze świątyni zakupów w kierunku miejsca przydatnego sąsiedztwu – nie jest rewolucją w przypadku obiektów należących do Unibail-Rodamco-Westfield. Konsekwentnie realizujemy plan aktywnego uczestnictwa w sąsiedzkim życiu i wnoszenia do niego wartości dodanej – mówi Karolina Osińska. – Dobrym przykładem takich działań jest plac zabaw wybudowany przed Westfield Arkadia. Dzięki tej inwestycji najmłodsi klienci centrum i okoliczni mieszkańcy zyskali dostęp do nowoczesnej infrastruktury, a obiekt jeszcze bardziej wtopił się w społeczne otoczenie.

Pandemia SARS-CoV-2 okazała się dla rynku handlowego katalizatorem, który przyspieszył migrację klientów z tradycyjnego kanału zakupowego do online’u. Z czerwcowego raportu e-Izby wynika, że obecnie 27 proc. z nich częściej dokonuje zakupów w sieci. Dlatego też głównym wyzwaniem dla galerii handlowych jest teraz odbudowa bazy klientów utraconej w czasie lockdownu – zachęcenie ich do tego, aby wrócili do swoich starych nawyków zakupowych i ulubionych miejsc.

Z pewnością mogłoby w tym pomóc czasowe zniesienie zakazu handlu w niedziele. Ostatnia handlowa niedziela 30 sierpnia może być tego dobrym przykładem. Dane PRCH wskazują, że tego dnia obserwowany był wzmożony ruch w galeriach handlowych, a średnia odwiedzalność wyniosła 97 proc. wartości odnotowanej w ostatnią niedzielę sierpnia 2019 roku. To oznacza, że liczba odwiedzających w centrach i galeriach handlowych była niemal taka sama jak przed wybuchem pandemii.

– Jak wynika z danych CBRE, ponad połowa Polaków chciałaby mieć możliwość swobodnych zakupów w niedziele. Zniesienie regulacji, która tego zakazuje, wpłynęłoby korzystnie zarówno na pobudzenie gospodarki, odbudowanie obrotów najemców, tworzenie miejsc pracy, jak i na zwiększenie bezpieczeństwa zakupów poprzez rozładowanie obłożenia centrów w pozostałe dni tygodnia – ocenia rzeczniczka galerii Westfield Arkadia.

Większość ekonomistów w związku z recesją prognozuje spadek wydatków konsumenckich. To oznacza, że wartość koszyków zakupowych będzie mniejsza, a obiekty handlowe muszą liczyć się z zaostrzeniem konkurencji o to, kto szybciej przyciągnie klientów i skłoni ich do większych zakupów. To zaś skłania galerie do szukania nowych sposobów na zwiększanie swojej atrakcyjności i budowania lojalności klientów. Jednym z najskuteczniejszych narzędzi są programy lojalnościowe, bo klienci lubią być premiowani za zakupy.

Jak wynika z badania TNS dla Comarch („Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku”), do co najmniej jednego programu lojalnościowego zapisało się 75 proc. Polaków. Cztery największe korzyści, na które wskazuje ponad 80 proc. uczestników takich programów, to promocje, jakość i ilość nagród, możliwość zbierania punktów lojalnościowych i dodatkowe benefity (np. przedpremiery, przedsprzedaż produktów).

Na rozbudowę swojego programu lojalnościowego dla stałych klientów zdecydowały się właśnie centra handlowe należące do Unibail-Rodamco-Westfield, które wprowadzają możliwość otrzymywania zwrotu części pieniędzy wydawanych na zakupy w Westfield Arkadia i Galerii Mokotów w Warszawie oraz Wroclavii we Wrocławiu.

To nowa, przynosząca wymierne korzyści funkcjonalność programu lojalnościowego. Przejrzyste zasady, wygoda i łatwość korzystania oraz oszczędności sięgające aż 10 proc. wartości zakupów to główne zalety cashbacku, ale udział w programie lojalnościowym oferuje ich znacznie więcej. Nasi stali klienci już od dawna mogą liczyć na ekskluzywne oferty wielu sklepów, otrzymywać dostęp do dedykowanych usług premium, a także specjalne zaproszenia na wydarzenia VIP. Teraz cashback jest więc kolejnym sposobem, dzięki któremu staramy się docenić i nagrodzić stałych klientów – mówi Kamila Mąsior, digital manager Unibail-Rodamco-Westfield.

15 września odbędzie się transmitowany w sieci otwarty webinar (https://youtu.be/SzchEe_YT1E), zorganizowany przy współpracy z agencją informacyjną Newseria, na którym przedstawiciel Unibail-Rodamco-Westfield zaprezentuje innowacyjne na polskim rynku rozwiązanie technologiczne w ramach swojego programu lojalnościowego.

Na rosnące znaczenie programów lojalnościowych w handlu detalicznym zwraca też uwagę firma doradcza PwC. Eksperci wskazują, że dobrze zaprojektowany i właściwie wdrożony program może pomóc pokonać trudności związane z obecną rzeczywistością: zwiększyć odwiedzalność i przyciągnąć nowych klientów, zmotywować ich do częstszych zakupów oraz zbudować ich lojalność i pozytywne doświadczenia zakupowe.

Rząd pracuje nad kryteriami bezpieczeństwa sieci 5G. Polskie przepisy mają być jednymi z najsurowszych w Europie

W tym tygodniu do publicznych konsultacji trafił projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, który będzie mieć duży wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Znalazły się w nim m.in. zapisy pozwalające na wykluczenie dostawców infrastruktury, którzy pochodzą z państw nieprzestrzegających praw człowieka. Tym samym Polska chce wprowadzić jedne z najsurowszych w całej UE przepisy dotyczące podmiotów uczestniczących w budowie 5G. – To uderzy w rynek i opóźni wdrażanie nowej technologii – wskazuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wprowadza szereg zapisów, które są niemierzalne, mało obiektywne i nietransparentne. Przykładem jest tzw. mechanizm dostawcy wysokiego ryzyka, których wskaże Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, czyli premier oraz szefowie służb, na podstawie mało obiektywnych kryteriów. Kolegium będzie oceniać na przykład to, czy dostawca pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka. A przecież prawa człowieka i cyberbezpieczeństwo to dwie zupełnie różne sprawy – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa trafił do konsultacji publicznych we wtorek, 8 września. Resort cyfryzacji czeka na opinie m.in. stowarzyszeń branżowych, przedsiębiorstw i instytutów naukowych, bo dokument będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego.

– Jest 14 dni na konsultacje tej ustawy i zobaczymy, jaki ostatecznie będzie miała kształt. Jednak w tym momencie jest w niej szereg zapisów, które można by trochę lepiej przemyśleć – wskazuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Resort cyfryzacji uzasadnia, że nowelizacja jest podyktowana ustaleniami na poziomie europejskim. Nowy projekt wdraża bowiem zalecenia i standardy opublikowane w tzw. 5G Toolbox, czyli zestawie narzędzi przygotowanych przez Komisję Europejską i Agencję Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) przy współudziale wszystkich państw członkowskich UE, w tym Polski.

5G Toolbox został przyjęty na początku tego roku i ma wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci nowej generacji. Będzie podstawą dla wspólnych, skoordynowanych działań w tym zakresie. Państwa członkowskie UE zobowiązały się w nim m.in. właśnie do zaostrzenia wymagań dotyczących bezpieczeństwa infrastruktury telekomunikacyjnej oraz do oceny profilu ryzyka dostawców i ich dywersyfikacji. Jednak szczegółowe decyzje dotyczące tego, jakie konkretnie środki bezpieczeństwa zostaną wdrożone, pozostają w gestii państw członkowskich UE.

Do tej pory żaden kraj na świecie, a już na pewno w Europie, nie zaproponował tego typu zapisów. Najbardziej rygorystyczne ma jak dotąd Wielka Brytania, która nie jest już w UE. Czas na potencjalne wykluczenie dostawcy wynosi tam siedem lat, te zapisy były konsultowane z całym rynkiem przez dość długi czas, a operatorzy do końca tego roku wciąż mają prawo kupować urządzenia wszystkich dostawców, nawet tych potencjalnie wykluczonych. Polska proponuje więc dużo bardziej surowe przepisy niż wszędzie indziej w Europie – podkreśla Ryszard Hordyński.

W Polsce oceny dostawców sprzętu i oprogramowania, istotnego dla krajowego cyberbezpieczeństwa i sieci 5G, ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. To organ doradczy, który od dwóch lat funkcjonuje przy Radzie Ministrów. Projekt nowelizacji ustawy o KSC zakłada, że w trakcie oceny kolegium weźmie pod uwagę takie czynniki jak m.in. potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego „o charakterze ekonomicznym, kontrwywiadowczym i terrorystycznym”, prawdopodobieństwo tego, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, ochrony praw obywatelskich i praw człowieka.

Ocena sporządzana przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa ma uwzględniać trzy stopnie ryzyka, jakie wiąże się z danym dostawcą: wysokie, umiarkowane lub niskie. To pierwsze jest przewidziane dla firm, które zostaną uznane za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, co oznacza, że zostaną odcięte od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. Firmy objęte statusem umiarkowanego ryzyka będą mieć z kolei zakaz wprowadzania na polski rynek nowych produktów i usług (przynajmniej do czasu wyeliminowania stwarzanych przez nie zagrożeń).

Cyberbezpieczeństwo czy kwestie inżynierskie można obudować przepisami, które mają związek z technologią i podejściem inżynierskim. Natomiast zapisy zaproponowane w tej ustawie są nieobiektywne i czysto polityczne – komentuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Zapisy nowelizacji ustawy o KSC wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku firmy Huawei, która jest w tej chwili jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G. Stany Zjednoczone już od dłuższego czasu zarzucają technologicznemu gigantowi, że ma powiązania z chińskim rządem. W tle jest też wojna handlowa i napięte relacje pomiędzy Chinami i USA oraz amerykański program Clean Network, który ma na celu całkowite wyeliminowanie chińskich producentów z rynku telekomunikacyjnego.

Jak podkreśla Ryszard Hordyński, jeżeli ustawa o KSC wejdzie w życie w obecnie proponowanym kształcie, z mechanizmem zaprojektowanym do wykluczenia konkretnego dostawcy, uderzy to głównie w rynek i opóźni wdrażanie w Polsce 5G.

Po pierwsze, operatorzy, którzy w tej chwili korzystają z usług lub sprzętu potencjalnie wykluczonego dostawcy, będą musieli ponieść ogromne koszty. Te są szacowane na ok. 15 mld zł na samą infrastrukturę. Po drugie, w tej chwili na rynku jest trzech dostawców sieci 5G. Po tej zmianie zostałoby dwóch. Jeśli weźmiemy pod uwagę podstawowe zasady ekonomii, powstanie przez to monopol, w którym każdy operator będzie wykorzystywać tylko dwóch dostawców. To oznacza brak konkurencyjności, czyli nie tylko wyższe ceny, ale i gorszą jakość usług – mówi.

Resort cyfryzacji podkreśla, że zarówno Komisja Europejska, jak i Polska kładą duży nacisk na bezpieczeństwo technologii 5G. Tym bardziej że będzie ona mieć wpływ nie tylko na rynek telekomunikacyjny, lecz także inne kluczowe sektory gospodarki, jak np. energetyka, transport, bankowość czy zdrowie. Ponadto sieć 5G będzie nośnikiem informacji wrażliwych. Dlatego też zapewnienie jej bezpieczeństwa jest kluczowe. KE wskazuje, że odpowiedzialność za jej działanie i ochronę spoczywa zarówno na podmiotach rynkowych, jak i państwach członkowskich.

Jest w Polsce potrzeba wprowadzenia ramowych, wspólnych zasad dotyczących cyberbezpieczeństwa, bo obecna ustawa pochodzi sprzed kilku lat. Tymczasem technologia zmienia się bardzo szybko i prawo za nią nie nadąża. Wdrożenie sieci 5G będzie fundamentem tzw. gospodarki 4.0, która połączy ze sobą wszystkie urządzenia i wszystkie możliwe czujniki. Rozsądne podejście do bezpieczeństwa w tym zakresie jest bardzo potrzebne. Jednak powinno być to podejście mierzalne i inżynierskie, a nie polityczne – podsumowuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Minister finansów: Nie planujemy zwiększać poziomu podatków w Polsce. Gospodarka wyjdzie z recesji dzięki konsumpcji prywatnej

Tadeusz Kościński deklaruje, że resort finansów nie zamierza podnosić podatków mimo zwiększonych wydatków spowodowanych pandemią. W tym roku zamiast zerowego deficytu ma on wynieść ponad 109 mld zł, choć wielu ekonomistów uważa, że jest to kwota zawyżona. Dodatkowo poluzowana reguła wydatkowa pozwala na pewną swobodę. Minister popiera też wprowadzenie podatku cyfrowego, choć musiałoby to się odbyć na poziomie unijnym, by nie narazić naszego kraju na retorsje Stanów Zjednoczonych.

– Nie planujemy zwiększać poziomu podatków w Polsce, żeby obywatele płacili więcej. Również nie zamierzamy zmniejszyć kosztów, bo naszą strategią jest, żeby gospodarka szybciej wyszła z recesji, a to będziemy robić poprzez konsumpcję prywatną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Kościński, minister finansów. – Im więcej pieniędzy będziemy mieli u naszych podatników, żeby mogli wydawać, tym szybciej wyjdziemy z tej recesji, więc podnosić podatki, wyciągać pieniądze z kieszeni czy obcinać jakieś koszty byłoby bez sensu, tego nie będziemy robić.

W budżecie państwa na 2021 rok zapisano wpływy na poziomie prawie 403,73 mld zł. W tym z podatków ma pochodzić 368,43 mld zł, czyli ponad 91 proc. Najwyższą pozycję – o wartości niemal ich połowy – stanowi podatek od towarów i usług, czyli VAT – 181 mld zł, a następnie akcyzowy oraz od osób fizycznych (odpowiednio 71,74 mld zł oraz 68,1 mld zł). Na obecny rok po nowelizacji spowodowanej pandemią przewidziano dochody w wysokości 398,7 mld zł, niższe od zaplanowanych wcześniej o 36,7 mld zł, a wydatki na poziomie 508 mld zł, o 72,7 mld zł więcej od zakładanych poprzednio. W przyszłym roku źródłem dodatkowych wpływów mają być dalsze uszczelnienie podatkowe, dokończenie reformy OFE oraz podatek od sprzedaży detalicznej, który ma zacząć obowiązywać od 1 stycznia.

– Chcemy, żeby nasza gospodarka szybko rosła, docelowo głównym jej motorem będzie inwestycja prywatna. Prywatni inwestorzy, co absolutnie zrozumiałe, nie chcą inwestować swoich pieniędzy, gdy nie czują się pewnie, więc z różnych stron będziemy próbować restartować gospodarkę: poprzez konsumpcję prywatną, konsumpcję publiczną, jak również inwestycje publiczne – deklaruje minister finansów. – Bardzo ważne, żeby lokalne inwestycje mogły być jak najszybciej wdrażane: budowy nowych dróg, szpitali i szkół. To spowoduje, że lokalne firmy będą zatrudniać, ludzie będą mieli pracę, będą płacić podatki, kupować w sklepach i w ten sposób gospodarka będzie rosła i mam nadzieję, że bezboleśnie wyjdzie z kryzysu.

Deficyt budżetowy w tym roku ma wynieść 109,3 mld zł (przed pandemią planowano budżet zrównoważony, z dochodami równymi wydatkom, jednak COVID-19 pokrzyżował te plany), a w przyszłym 82,3 mld zł. Jednak także w związku z koronawirusem poluzowana została stabilizująca reguła wydatkowa, dzięki czemu kwota wydatków na rok 2021 mogła zostać powiększona o połowę prognozowanej sumy skutków finansowych po stronie dochodów i wydatków wynikających z działań bezpośrednio nakierowanych na powstrzymanie skutków stanu epidemii w 2020 roku i walkę z nimi oraz na bezpośrednie wsparcie dotkniętych nim podmiotów.

Prognozy dochodów budżetu państwa zdeterminowane są przede wszystkim szacunkami wzrostu PKB (w ujęciu realnym o 4 proc., nominalnym o 5,4 proc.), średniorocznym wzrostem cen towarów i usług konsumpcyjnych, czyli inflacją (1,8 proc.), nominalnym wzrostem przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń w gospodarce narodowej (2,6 proc.) oraz wzrostem spożycia prywatnego (w ujęciu nominalnym o 6,3 proc.).

– Nie mamy konkretnego planu, koncepcji, strategii, że likwidujemy ulgi. Ale na pewno będziemy bacznie uważać, czy one są efektywnie wykorzystane, czy nie możemy lepiej ich wykorzystać. Cały czas rozmawiamy z biznesem, z rynkiem i słuchamy, co rynek ma do powiedzenia. Oczekuję na ciekawe propozycje, jakie ulgi by pomogły rozkręcić naszą gospodarkę. Jak będzie coś ciekawego, na pewno będziemy to tak szybko wdrażać, jak tylko możemy – zapewnia Tadeusz Kościński.

Dodatkowe przychody mógłby przynieść tzw. podatek cyfrowy, czyli danina nakładana na największe firmy technologiczne: Google (Alphabet), Amazon, Facebook, Apple, które podczas pandemii jeszcze mocno zyskały (wszystkie są na giełdzie w Nowym Jorku, poza tym wzrosło zapotrzebowanie na usługi cyfrowe), a w wielu krajach nie płacą podatków. O podatku takim mówi się od dawna zarówno na poziomie UE, która zaproponowała 3-proc. stawkę (ale nie mówi jednym głosem), jak i pojedynczych krajów, ale jako że giganci ci wywodzą się ze Stanów Zjednoczonych, państwa próbujące nałożyć tenże podatek są straszone wprowadzeniem ceł (przykład Francji z ubiegłego roku). Dlatego też rządy liczą na spójną inicjatywę Brukseli w imieniu wszystkich państw Wspólnoty oraz na uzgodnienia w gronie państw OECD.

– Trzeba pamiętać, że podatki mają dwa cele: jeden cel jest podstawowy, żeby sfinansować budżet państwa, bo tylko w ten sposób będziemy mieli nowoczesną infrastrukturę, nowe drogi czy szkoły. A drugi cel – obowiązkiem jest pilnować, czy podatki są sprawiedliwe, że wszyscy odpowiednio dokładają swój kawałek do tej infrastruktury, którą chcemy budować – argumentuje minister finansów. – I są takie możliwości, podatek cyfrowy jest bardzo dobrym przykładem, obecnie nie ma go w Polsce, a mamy firmy, które działają w naszej gospodarce, czerpią korzyści stąd, wyciągają zyski, a nie dokładają się do naszej infrastruktury. To tylko jest uszczelnienie, na pewno będziemy na to bacznie patrzeć, czy uczciwi podatnicy nie mają jakiegoś kłopotu z tym, że inni działają na naszym rynku nieuczciwie.

Jarosińska-Jedynak: Znalezienie regionalnych nisz może pomóc w zwiększeniu polskiej innowacyjności. Kluczowe jest wsparcie z unijnych środków

Polska gospodarka zajmuje czwarte miejsce od końca pod względem innowacyjności wśród krajów unijnych. Pomóc to zmienić mogą środki unijne – w budżecie UE po 2021 roku nasz kraj otrzyma ok. 60 mld zł. – Powinniśmy wyjść od regionalnych inteligentnych specjalizacji i znalezienia takich obszarów, gdzie przedsiębiorczość może się rozwijać – podkreśla Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. W ramach wsparcia inwestycji resort chce udoskonalić mechanizm wsparcia innowacji.

– Powinniśmy wyjść od regionalnych inteligentnych specjalizacji. To obszary, których każdy region poszukuje w ramach swojego potencjału rozwoju regionalnego czy przedsiębiorczości. Należy znaleźć nisze, a następnie poszukiwać w ramach tych obszarów innowacyjnych rozwiązań. Dzięki współpracy mikro-, małych i średnich firm z dużym przedsiębiorcą i z naukowcami możemy poszukiwać najlepszych rozwiązań, które będą konkurencją na rynkach międzynarodowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Najnowszy European Innovation Scoreboard 2020 opublikowany przez Komisję Europejską wskazuje, że pod względem innowacyjności Polska, podobnie jak rok wcześniej, zajmuje 24. miejsce. Choć w Unii Europejskiej plasujemy się na końcu stawki, stopniowo nadrabiamy zaległości. W gronie umiarkowanych innowatorów szybsze tempo odnotowały tylko Włochy (0,019), Hiszpania (0,030) i Cypr (0,046). Ogółem wydajność systemu innowacji wzrosła w przypadku naszego kraju o 13 pkt. proc. w porównaniu z 2012 rokiem. W dużej mierze to wynik wsparcia firm w ramach środków unijnych.

– Innowacje to trudne w realizacji i ryzykowne projekty. Dlatego mikro- i mały przedsiębiorca rzadko kiedy chce inwestować swoje środki w takie obszary. W momencie, kiedy pojawiają się możliwości finansowania ze środków Unii Europejskiej czy choćby ulgi w podatku na prace badawczo-rozwojowe, przedsiębiorcy chętniej sięgają po takie rozwiązania, chętniej ze sobą współpracują i poszukują tych najlepszych, nowatorskich pomysłów – ocenia Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

W budżecie unijnym po 2021 roku na innowacyjne inwestycje Polska ma otrzymać ok. 60 mld zł. Kluczowe jest zwłaszcza wsparcie dla najmniejszych firm, którym w efekcie kryzysu wywołanego koronawirusem często brakowało środków na bieżącą działalność. Dlatego też np. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w czterech prowadzonych konkursach Bony na innowacje dla MŚP ma do rozdysponowania 160 mln zł z funduszy unijnych na takie projekty.

– Musimy podchodzić otwarcie do tych ryzykownych projektów. Nie możemy mówić, że jak nie wyszło, to tracisz środki, tylko sprawdzić, dlaczego nie wyszło, co miało na to wpływ i rozważyć możliwość sfinansowania tej inwestycji, która się nie udała, ale też doprowadziła do pewnych rozwiązań, które przecież mogą być wykorzystane w innych obszarach – przekonuje minister.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Polskiego Funduszu Rozwoju, w wyniku pandemii spadek zamówień dotknął ok. 60 proc. polskich przedsiębiorstw. Co czwarta firma ma trudności z regulowaniem zobowiązań. Szansą dla nich mogą być właśnie innowacje. Mogą pod tym względem liczyć na wsparcie z Programu Inteligentny Rozwój i Polska Wschodnia oraz w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych zarządzanych przez marszałków województw.

– Innowacje są wspierane w zależności od ich wielkości i odpowiedzi na potrzeby regionalnych inteligentnych specjalizacji. Wysokość wsparcia uzależniona jest od rodzaju prowadzonych prac badawczo-rozwojowych, od wielkości przedsiębiorstwa – przypomina Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Duże zmiany w energetyce wiatrowej. Turbiny staną bliżej zabudowań, a w Gdyni powstanie terminal do budowy farm morskich

Już nie dziesięciokrotność wysokości turbiny, lecz co najmniej 500 metrów ma dzielić nowo budowane farmy wiatrowe od zabudowań mieszkalnych. Tak wynika z zaprezentowanego niedawno projektu nowelizacji „ustawy wiatrakowej”. Projekt trafi niebawem do komisji sejmowych. Tymczasem rząd planuje budowę w Gdyni terminalu instalacyjnego na potrzeby budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Energetyka wiatrowa ma się stać jednym z filarów nowego miksu energetycznego Polski. Najważniejszym pozostanie jednak fotowoltaika.

– Energetyka wiatrowa na lądzie wymaga pilnej zmiany przepisów. Chodzi o tzw. regułę odległościową, czyli zasadę 10H. To, co zrobiliśmy wspólnie z Ministerstwem Rozwoju, ale także Polskim Stowarzyszeniem Energetyki Wiatrowej przy współpracy z WindEurope to propozycja zmiany ustawy. Ona w tej chwili skierowana jest do dyskusji w komisjach sejmowych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kamil Wyszkowski, prezes UN Global Compact w Polsce.

Główną proponowaną zmianą w tzw. ustawie wiatrakowej jest zmniejszenie odległości dzielącej farmy wiatrowe od zabudowań. Dotychczas była to co najmniej 10-krotność wysokości wiatraka. W projekcie nowelizacji, zaprezentowanym podczas konferencji Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w Serocku, znajduje się zapis umożliwiający budowę farm wiatrowych w odległości co najmniej 500 metrów od zabudowań. Zasada działa też w drugą stronę. Nie będzie można wybudować domu w mniejszej niż wspomniana odległości od już stojących wiatraków.

– Ta regulacja odnosi się również do norm hałasu. Uwzględnia także czynniki krajobrazowe i mnóstwo innych zastrzeżeń, które w toku dyskusji się pojawiły po to, żeby zaproponować salomonowe rozwiązanie, które zabezpiecza i zaspokaja wszystkie strony tej dyskusji wokół energetyki wiatrowej na lądzie – dodaje Kamil Wyszkowski.

Z ustawy wykreślony zostanie również zapis, który zasadę 10H wiązał nie tylko z zabudowaniami mieszkalnymi, ale również niektórymi formami przyrodniczymi. Usprawniony ma również zostać przepływ informacji w gminie – po to, by mieszkańcy o planach budowy farmy wiatrowej wiedzieli z odpowiednim wyprzedzeniem i mogli wziąć udział w konsultacjach społecznych.

– Ustawa ma wmontowane bezpieczniki wszędzie tam, gdzie gminy na poziomie lokalnym będą miały swoje zdanie, będą chciały chronić obywateli przed takim albo innym umiejscowieniem energetyki wiatrowej. Głównie ma ona służyć gminom zgrupowanym już w ramach związku gmin, które są przyjazne energetyce wiatrowej i zazwyczaj nie czekają na inwestycje wokół energetyki wiatrowej na lądzie. To jest jeden z ważniejszych tematów regulacyjnych, związany też z wdrażaniem przez Polskę celów ONZ, tzw. celów zrównoważonego rozwoju – wyjaśnia prezes UN Global Compact w Polsce.

Najpoważniejsze plany polskiego rządu wiążą się jednak obecnie z morską energetyką wiatrową. Zbigniew Gryglas, pełnomocnik rządu ds. morskiej energetyki wiatrowej, zapowiedział, że do 2024 roku w porcie w Gdyni powstanie terminal instalacyjny na potrzeby budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Jego budowa ma pochłonąć około 500 mln zł. Rządowe plany zakładają, że do 2030 roku w obrębie polskiego terytorium wodnego na Bałtyku mają pracować farmy wiatrowe o mocy 8 GW.

– Morze Bałtyckie jest jednym z lepiej przygotowanych dla morskiej energetyki wiatrowej akwenem. To płytkie, bardzo dobrze nawietrzone morze, więc te inwestycje są optymalne, również ze względu na długość polskiej linii brzegowej. Relatywnie łatwo jest połączyć inwestycje wiatrakowe z siecią energetyczną na lądzie, więc tutaj akurat rozwój jest gwarantowany – podkreśla Kamil Wyszkowski.

Choć potencjał morskiej energetyki wiatrowej jest w Polsce bardzo duży, to zdaniem ekspertów farmy wiatrowe nie są w stanie zagwarantować pełnej konwersji na OZE. W tym procesie kluczowa będzie fotowoltaika.

– Energetyka wiatrowa jest jednym z elementów przebudowy polskiego miksu energetycznego, na pewno jednym z ważniejszych, ale nie najważniejszym, bo nie da się uzyskać odpowiednich mocy z energii z wiatru. Równolegle musi być silnie rozwijana energetyka słoneczna, fotowoltaika. Na szczęście  efektywność ogniw fotowoltaicznych wzrasta – wskazuje  prezes UN Global Compact w Polsce.

Z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że w wariancie optymistycznym Polska może być neutralna klimatycznie w 2056 roku. W scenariuszu negatywnym data ta przesuwa się na rok 2067. Tymczasem cel ustalony na Radzie Unii Europejskiej w grudniu 2019 roku zakłada osiągnięcie przez Europę neutralności klimatycznej do 2050 roku. Wcześniejszą konwersję na zeroemisyjność zadeklarowały Finlandia, Austria i Szwecja.

Oszczędności puchną, inwestycje kuleją

Największą słabością polskiej gospodarki są inwestycje. Ich dynamika spadła do wartości ujemnych. W kolejnych miesiącach będzie jeszcze gorzej. Sytuacja poprawi się nie wcześniej niż w II kwartale 2021 r.

Polskie firmy prywatne już od kilku lat inwestują niechętnie. W tzw. planie Morawieckiego krajowe inwestycje miały wzrosnąć do 20 proc. Koronawirus i recesja jeszcze bardziej zdezaktualizowały takie zamierzenia. Ta słabość gospodarki spowoduje, że w kolejnych latach w mniejszym stopniu będzie poprawiać się poziom życia Polaków.

– Spadek inwestycji spowodowany jest przede wszystkim mniejszą aktywnością firm prywatnych, podczas gdy inwestycje publiczne pozostawały na podwyższonym poziomie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski.

Niestety, perspektywy na kolejne kwartały są pesymistyczne. O ile w II kw. firmy powstrzymywały się z decyzjami o nowych inwestycjach, to jednak kontynuowały przedsięwzięcia już rozpoczęte.

Efekt będzie taki, że w III kw. stopa inwestycji liczona rok do roku obniży się do -14,5 proc., a w IV kw. do -16,3 proc. W całym 2020 r. będzie to spadek o 11,9 proc.

– Poprawę zobaczymy dopiero w przyszłym roku, ale jeszcze nie w I kwartale, jednak będzie to efekt niższej bazy czyli niskiego tegorocznego poziomu inwestycji – komentuje ekspert. – Co jednak ważne, w drugiej połowie przyszłego roku powinniśmy obserwować już korzystne efekty uruchomienia Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Według prognoz Credit Agricole Bank Polski w I kw. 2021 r. inwestycje spadną o 5,4 proc., w kolejnym kwartale już wzrosną o 5,2 proc. Natomiast cały rok kalendarzowy powinien zakończyć się słabym wzrostem inwestycji, bowiem o 4,5 proc.

13.09.2020 r. prace techniczne NASK związane z rejestrem domen

13.09.2020 r. w godzinach między 07:00 a 22:00 planowane są ważne prace NASK związane z utrzymaniem systemu rejestru domen (Registry).

W związku z prowadzonymi pracami NASK, dla rozszerzeń .pl nie będą możliwe operacje, takie jak: rejestracja, odnowienie, transfer czy zmiana danych abonenta domeny.

Jeżeli planujecie Państwo jakieś zmiany lub zakupy domen .pl w tym czasie, zachęcamy do zrobienia tego wcześniej lub po zakończeniu prac serwisowych.

Synergia wielu technologii kluczem do rewolucji energetycznej i wzrostu efektywności

W opinii Tomasza Nasiłowskiego, prezesa firmy InPhoTech, synergia rozwoju technologicznego oraz dywersyfikacja to najlepsza droga rozwoju dla branży energetycznej. O perspektywach oraz kluczowych innowacjach w energetyce dyskutowano na Forum Ekonomicznym w Karpaczu w dn. 8-10 września 2020.

W dyskusji dominowała tematyka aktualnie toczącego się procesu transformacji energetycznej z wykorzystaniem OZE (odnawialnych źródeł energii), rozwoju energetyki wodorowej, magazynowania energii, a także krótko- i długoterminowych perspektyw oraz budowania innowacji w tej branży.

Zdaniem prezesa InPhoTech fotonika jest obecnie jedną z kluczowych technologii dla rozwoju energetyki i bez jej udziału dalszy rozwój branży nie będzie możliwy. Jak podkreślał Nasiłowski, nie da się jednak przeprowadzić rewolucji w energetyce bez podejścia interdyscyplinarnego oraz synergii wielu rozwiązań.

„Zwykle na początku działamy intuicyjnie i sprawdzamy, co zadziała. W przypadku OZE procesy wdrażania i wykorzystywania tych technologii mamy już dobrze opracowane. Teraz przychodzi czas na mierzenie, monitorowanie oraz optymalizację procesów, w czym może pomóc fotonika (interdyscyplinarna dziedzina nauki i techniki, łącząca w sobie elementy optyki, elektroniki i informatyki)” – tłumaczył Nasiłowski.

Odnosząc się do konieczności budowania synergii technologii przy jednoczesnej dywersyfikacji działań prezes InPhoTech przywołał kryzys gospodarczy z 2009 roku oraz obecny związany z pandemią koronawirusa. Do optymalizacji oraz minimalizacji kosztów, które w przypadku innowacji energetycznych są ogromne, można wykorzystać fotonikę.

„Fotonika pozwala mierzyć coś, co jest trudne do zmierzenia w inny sposób. W ten sposób dokonujemy optymalizacji procesu, a zatem minimalizujemy koszty, które w przypadku nowych rozwiązań energetycznych są często na skraju opłacalności. To będzie dawać nam przewagę” – stwierdził Nasiłowski.

Wspomniał również o nowym poziomie bezpieczeństwa, jaki fotonika może wnieść do branży energetycznej, szczególnie w kontekście technologii wodorowej, farm wiatrowych, baterii oraz magazynów energii. Sięgnięcie po nowe technologie wspomagające pozwala zdobyć przewagę konkurencyjną.

Tomasz Nasiłowski zauważył też, że nowe źródła energii stanowią formę wdrażania innowacji przełomowej, do czego potrzebna jest nie tylko na bieżąco aktualizowana strategia wdrażania technologii, ale także budowanie kompetencji miękkich (połączenie umiejętności społecznych, osobistych, interpersonalnych, np. komunikatywność, kreatywność). To one podnoszą poziom zaufania dla nowych rozwiązań.

„Nie da się obecnie wdrożyć żadnych innowacji przełomowych bez rozwoju kompetencji miękkich. To element konieczny do budowania zaufania i odpowiedzialności. Jeżeli zadbamy o ten proces, użytkownicy tej energii będą chcieli z niej korzystać, bo będą nam ufać” – zaznaczył prezes InPhoTech.

InPhoTech jest wiodącą polską firmą zaawansowanych technologii wdrażającą do przemysłu nowoczesne rozwiązania światłowodowe. Podstawowa działalność spółki to transfer innowacyjnych rozwiązań do przemysłu oraz opracowywanie i wytwarzanie własności intelektualnej w zakresie fotoniki – określanej mianem technologii XXI wieku.

Trzy profesjonalne systemy ERP, na które warto zwrócić uwagę

System ERP (z ang. Enterprise Resource Planning) jest rodzajem oprogramowania informatycznego, które wykorzystuje się w celu efektywnego i skutecznego planowania zasobów przedsiębiorstwa. Jest to system aplikacji w postaci modułów obejmujących poszczególne obszary działalności firmy korzystających ze wspólnej bazy danych. System ERP pozwala na gromadzenie, porządkowanie oraz wzajemną integrację wszystkich obszarów funkcjonowania firmy. Oto trzy nowoczesne systemy ERP, na które warto zwrócić uwagę.

System ERP enova 365 marki Soneta

Jednym z wartych zainteresowania systemów ERP Polkas jest oprogramowanie enova 356 stworzone przez firmę Soneta – producenta przywiązującego dużą wagę do innowacyjności dostarczanych przez siebie rozwiązań. System ERP enova 365 na tle innych, dostępnych w sprzedaży rozwiązań wyróżnia się integralnością, skalowalnością, uniwersalnością i modularnością. Jego działanie oparte jest na centralnej bazie danych, a funkcjonalność rozbudowywana wraz z rozwojem firmy. Za każdy obszar działania odpowiedzialny jest dedykowany moduł zintegrowany z centralną bazą danych.

System ten sprawdzi się w każdej firmie, bez względu na jej wielkość, skalę prowadzonej działalności oraz branżę. Jako autoryzowany przedstawiciel oprogramowania enova 365 ERP Polkas oferuje 3 wersje oprogramowania enova 365 do wyboru – srebrną (dedykowaną dla małych i średnich firm), złotą (dla średnich przedsiębiorstw) oraz platynową (przeznaczoną dla dużych firm i korporacji).

 

Systemy ERP Optima i XL marki Comarch

System ERP marki Comarch w wersji Optima to oprogramowanie informatyczne dedykowane głównie małym i średnim przedsiębiorstwom, wersja XL przeznaczona jest natomiast dla większych przedsiębiorstw. Oba systemy dostępne są w ofercie firmy Polkas i charakteryzują się modułową budową, dzięki której wsparcie może otrzymać każdy obszar działania firmy. Ogromnym atutem oprogramowania marki Comarch jest dostarczana w standardzie wysoka i rozbudowana funkcjonalność. Systemy Optima i XL są ponadto łatwo skalowalne, co pozwala na dostosowanie ich funkcjonalności do własnych potrzeb oraz specyfiki każdego biznesu.

System ERP Sage Symfonia

Trzecim, wartym zainteresowania systemem klasy ERP, który dostępny jest w ofercie firmy Polkas, jest Sage Symfonia – oprogramowanie dedykowane małym i średnim przedsiębiorstwom. Jego atutem jest dostęp do rozbudowanych narzędzi analitycznych, za pomocą których możliwe jest uzyskanie wiarygodnych informacji dotyczących aktualnej oraz prognozowanej sytuacji firmy. W efekcie, Sage Symfonia pozwala na szybkie podejmowanie trafnych decyzji biznesowych oraz efektywne planowanie przyszłych działań firmy. Zaletą systemu ERP Sage Symfonia jest także przejrzysty interfejs, który zapewnia szybką i intuicyjną obsługę oprogramowania.

Jako autoryzowany przedstawiciel wszystkich trzech producentów oprogramowania ERP Polkas oferuje nie tylko sprzedaż dostępnych w ofercie rozwiązań informatycznych, ale zapewnia także profesjonalne wsparcie w zakresie ich wdrażania, integracji oraz obsługi technicznej. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu zdobywanemu na rynku usług informatycznych jest w stanie doradzić wybór odpowiedniego rozwiązania oraz perfekcyjnie dostosować jego funkcjonalność do indywidualnych potrzeb każdego przedsiębiorstwa.

Eksperci: gospodarka odpadami wymaga zmian systemowych i inwestycji

Gospodarka odpadami wymaga zmian systemowych, nowych inwestycji oraz wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań – mówili uczestnicy debaty poświęconej problemowi drożejących śmieci, która odbyła się podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Zdaniem Marcina Borka, dyrektora Departamentu Funduszy Samorządowych PFR odpady w Polsce są drogie dlatego, że brakuje komponentów do ich przetwarzania. „Inwestycje w tym zakresie jeszcze w znacznym stopniu nie nastąpiły. Ale jeśli zostaną wykonane efektywnie to mamy szansę, aby odpady były tańsze dla mieszkańców i dla samorządów” – ocenił Borek.

Jego zdaniem największe potrzeby inwestycyjne w tym zakresie są w obszarze sortowania odpadów, ale jeszcze większe w zakresie termicznego przetwarzania tzw. frakcji wysokoenergetycznej. „Dzisiaj samorządy, które zainwestowały w tego typu instalacje mają odbiór odpadów na poziomie 3-4 razy tańszym od tych, które są dziś skazane na prawa wolnego rynku” – podkreślił dyrektor.

Jak zaznaczył, kapitał na tego typu inwestycje w Polsce jest, ale potrzeba dobrze przygotowanych projektów. Według niego do tego potrzeba samorządów, które są zdeterminowane realizować takie przedsięwzięcia.

„Na szczęście mamy dobre instrumentarium prawne w Polsce, jak chociażby przepisy o PPP, które pozwalają, i już pozwoliły kilku samorządom, które sięgnęły po tę metodę realizacji tego typu instalacji, by złożyć bardzo dobre projekty” – mówił Borek.

Jako przykład wymienił miasto Poznań, które wybudowało spalarnię o wydajności 210 tys. ton rocznie.

Zdaniem Roberta Pawłowskiego, burmistrza Złotoryi, w gospodarce odpadami potrzebne są rozwiązania systemowe. „Z jednej strony samorządy obarcza się dużą odpowiedzialnością za cenę odpadów, a z drugiej strony nie pomaga się nam żeby te ceny były niższe” – skarżył się Pawłowski.

Zdaniem burmistrza kluczowe jest to co z odpadami się dzieje, a więc ich odpowiedni recykling, czyli „dawanie odpadowi kolejnego życia”. Według Pawłowskiego samorządom brakuje odpowiednich regulacji prawnych, które by to umożliwiły.

Jego zdaniem ostatnia nowelizacja tzw. ustawy śmieciowej z 2019 r. „kompletnie rozszczelniła system”. Wskazał tu m.in. na rozwiązania, które umożliwiły właścicielom budynków niezamieszkałych na swobodę przystępowania do systemu oraz narzucenie ceny za odbiór odpadów z nieruchomości niezamieszkałych na poziomie 58 zł za 1100 litrowy pojemnik odpadów zmieszanych.

Według niego jednym z rozwiązań systemowych, które pomogłoby ograniczyć problem drogich śmieci, jest wprowadzenie tzw. rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań i standardów w projektowaniu opakowań. „Nie może być tak, że jest 150 rodzajów butelek. Warto wprowadzić system kaucyjny, który nie musi ograniczać się tylko do butelek. Dlaczego nie moglibyśmy go zastosować w stosunku do opakowań foliowych, do lodówek i telewizorów” – wyliczał Pawłowski.

Jego zdaniem „nie chodzi o to, żebyśmy obciążali mieszkańców wysokimi cenami za śmieci , ale o to żeby też mieszkańcy czuli się zobowiązani, aby w większym stopniu uczestniczyć w segregacji odpadów i recyklingu”.

O konieczności wprowadzenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań mówił też Michał Dąbrowski, przewodniczący Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Jego zdaniem dziś w Polsce, zamiast ROP, „mamy stan rozszerzonej odpowiedzialności samorządów, a nie producentów”. W jego ocenie skutkuje to dużymi zaburzeniami na rynku i gwałtownym wzrostem cen.

„Te ceny są w dużym stopniu cenami wyborczymi. W związku z tym nie można w nieskończoność nimi manipulować. Stąd duży nacisk samorządów, żeby jak najszybciej przemysł poczuł się odpowiedzialny za opakowania wprowadzane na rynek” – mówił Dąbrowski.

Szef PIGO zwrócił jednak uwagę, że nadal nie ma w tym zakresie gotowego aktu prawnego.

Tegoroczne Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbyło się w dniach 8-10 września. Główną osią dyskusji Forum były najważniejsze wyzwania o charakterze politycznym, społecznym i gospodarczym, jakie stoją przed Europą Środkowo-Wschodnią.

EBC nie przejmuje się nadmiernie aprecjacją euro

Czwartkowa komunikacja ze strony Europejskiego Banku Centralnego okazała się mniej gołębia niż oczekiwaliśmy zarówno my, jak i rynek. Doprowadziło to do krótkotrwałego wybicia kursu EUR/USD do najwyższego poziomu od ponad tygodnia. Z czym był związany ten ruch?

W raporcie przed decyzją EBC wspominaliśmy, że reakcja rynku w kontekście spotkania prawdopodobnie będzie zależała od zaktualizowanych projekcji inflacji, poglądu na siłę euro i komentarzy dotyczących możliwości rozszerzenia stymulacji monetarnej w przyszłości. W trakcie konferencji prasowej prezes Lagarde stwierdziła, że presja cenowa w krótkim terminie pozostanie ograniczona, częściowo ze względu na aprecjację euro. EBC obecnie oczekuje, że „w najbliższych miesiącach” inflacja w strefie euro pozostanie ujemna, po tym jak w sierpniu po raz pierwszy od czterech lat spadła ona poniżej zera.

Co nieco sprzeczne z intuicją, stanowisko Rady Prezesów dotyczące niskiej inflacji nie znalazło odzwierciedlenia w zaktualizowanych projekcjach banku centralnego. EBC nadal oczekuje, że inflacja w 2020 r. wyniesie 0,3% (bez zmian w porównaniu z czerwcem), z kolei w 2021 r. spodziewa się wzrostu dynamiki cen do 1% (wcześniej było to 0,8%). Według banku ryzyka deflacyjne spadły od czasu czerwcowego spotkania, co być może jest konsekwencją silniejszej od oczekiwanej poprawy widocznej w globalnej gospodarce od szczytu covidowego załamania. Prognoza dynamiki PKB na ten rok została zaktualizowana nieco w górę, z -8,7% do -8%, zgodnie ze „znaczącym ożywieniem” popytu krajowego. Według Lagarde, dalsza poprawa w znacznym stopniu zależy od rozwoju pandemii, a ostatni wzrost liczby zakażeń w bloku walutowym stanowi trudność w kontekście krótkoterminowych perspektyw.

Projekcje EBC dot. wzrostu PKB strefy euro [%] (wrzesień ‘20)

Projekcje EBC dot. wzrostu PKB strefy euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 10/09/2020

Co istotne, EBC wydaje się również podchodzić do ostatniej siły euro w znacznie bardziej łagodny sposób niż zakładaliśmy. Prezes Lagarde stwierdziła wprawdzie, że kwestia ta była szeroko dyskutowana przez Radę Prezesów w trakcie tegotygodniowego spotkania i wskazała, że bank będzie „uważnie monitorował” zachowanie euro, niemniej decydenci zgodzili się, że nie trzeba przesadnie reagować na jego ostatnie wzrosty. Jesteśmy zdania, że łagodne podejście i brak ingerencji w kontekście ostatniej aprecjacji euro stało za wzrostem kursu EUR/USD powyżej poziomu 1,19 w trakcie konferencji prasowej.

Komunikacja banku nie zawierała żadnych oznak, że EBC przygotowuje się do zwiększenia skupu aktywów. Lagarde zwróciła uwagę, że rozszerzenie programu PEPP nie było kwestią poruszaną podczas spotkania w tym tygodniu. Stwierdziła jednak, odnosząc się do spekulacji o możliwym niepełnym wykorzystaniu aktualnego limitu (1,35 bn euro), że PEPP „prawdopodobnie będzie wykorzystany w całości”. Nie wystarczyło to, aby powstrzymać siłę euro, które w parze z dolarem amerykańskim w trakcie konferencji prasowej umocniło się do najwyższego poziomu od nieco ponad tygodnia. Należy jednak nadmienić, że niedługo później para utraciła tamte zyski, kończąc dzień jedynie na lekkim plusie.

Pomimo jastrzębiego tonu jaki przyjęła Lagarde sądzimy, że fakt, że siła euro była przedmiotem szerokiej dyskusji w trakcie spotkania EBC w tym tygodniu sugeruje, że ostatnia aprecjacja wspólnej europejskiej waluty będzie lekkim powodem do niepokoju dla decydentów. Obawy te zostałyby zwiększone im dłużej inflacja pozostawałaby ujemna, a euro nadal umacniałoby się względem walut kluczowych partnerów handlowych. Biorąc pod uwagę brak presji inflacyjnej sądzimy, że nie można wykluczyć zwiększenia stymulacji monetarnej w kolejnych miesiącach, jednak wczorajsza retoryka banku zmniejsza szanse na to, że tego typu działania zostaną podjęte przed końcem roku. Póki co, uważamy, że łagodne stanowisko EBC w kontekście aprecjacji euro wpłynie korzystnie na nastawienie inwestorów do wspólnej europejskiej waluty i może wspierać jej krótkoterminowe wzrosty.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Joao Bras Jorge po raz kolejny prezesem Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej

10 września odbyło się w Warszawie Walne Zgromadzenie Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej (PPCC). Prezesem Izby na kolejną kadencję został Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Joao Bras Jorge od trzydziestu lat jest związany z sektorem finansowym w Portugalii i w Polsce. Przed przyjazdem do Polski przez pięć lat kierował Pionem Klientów Bankowości Detalicznej oraz koordynował aktywność Sieci Detalicznej Millennium bcp w Portugalii. Od 2006 r. jest członkiem Zarządu Banku Millennium w Polsce, a od 2013 jego Prezesem.

– W czasach pandemii rola organizacji, takich jak Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza, wspierających relacje ekonomiczne jest szczególnie ważna dla obu państw. Gospodarka Polski odczuła negatywne skutki pandemii, jednakże w mniejszym stopniu niż większość krajów UE. Jest to wynikiem struktury gospodarki charakteryzującej się mniejszym udziałem najbardziej narażonych sektorów, takich jak turystyka czy hotelarstwo, lecz również masywnej polityki fiskalnej i stymulacji monetarnej. Również eksport odbudowuje się szybko, notując pozytywny wzrost w czerwcu, w układzie rok do roku, a poziom bezrobocia pozostaje jednym z najniższych w UE. Pozytywnie przedstawia się również sytuacja w handlu zagranicznym między Polską a Portugalią, według danych GUS za okres od stycznia do czerwca 2020 r., a więc w bardzo trudnym okresie, polski eksport do Portugalii wyniósł 548 mln euro i wzrósł o 0,6% w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku – powiedział Joao Bras Jorge, Prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej i Prezes Zarządu Banku Millennium.

Powołany został również nowy zarząd PPCC, składający się z przedstawicieli 11 wybranych firm członkowskich Izby, takich jak Jeronimo Martins Polska, Eurocash, Mota-Engil Central Europe, EDP-R, LPR, Parfois, Colep Polska, Bakoma, Domański Zakrzewski Palinka i Browary Łódzkie. Szczegółowy skład nowego zarządu Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej dostępny jest na stronie www.ppcc.pl. Od marca br. PPCC realizuje głównie działania wirtualne, ale w drugiej połowie roku zamierza organizować spotkania również w lokalizacjach fizycznych, które w pełnym wymiarze powrócą w 2021 r. Będą to tradycyjne spotkania członkowskie, wydarzenia sektorowe promujące kulturę portugalską („Tydzień Portugalski”, warsztaty turystyczne, degustacje winiarskie) oraz misje biznesowe Polska-Brazylia.

Koszt pandemii rośnie

Deficyt budżetowy to jedno, okazuje się jednak, że wydatki rosły znacznie szybciej przez przesuwanie ich do pozabudżetowych funduszy. W ten sposób mamy zdecydowany rekord kwotowy i procentowy przyrostu zadłużenia od dawna.

EBC wystraszył rynki

Posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego teoretycznie powinno dać pozytywny sygnał na rynki. Poprawiono wyraźnie prognozy dla Strefy Euro oraz zapowiedziano utrzymanie obecnej polityki. Po samej decyzji jednak euro traciło względem dolara. Powodem były niespełnione nadzieje o podjęciu dodatkowych działań, które nie zostały zapowiedziane. Kurs w wyniku zapowiadanych lepszych prognoz dość szybko wrócił do poprzednich poziomów, ale było widać, że liczono na bardziej aktywne posiedzenie.

Ile nas kosztuje pandemia?

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu zadłużenia zagranicznego. Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrósł o imponujące 216 mld zł i to tylko do końca 2 kwartału. Piszemy “tylko”, bo 3 kwartał może zwiększyć tę wartość o kolejne miliardy. Jak to się dzieje, że planując “zaledwie 109 mld” deficytu musimy zadłużyć się na 216 mld lub zdecydowanie więcej? Powodem jest upychanie wydatków w luźno powiązanych funduszach by ominąć konstytucyjne limity wydatków. Kreatywna księgowość nie jest niczym nowym w dzisiejszych czasach, stąd rynki przyjmują te dane bardzo spokojnie.

Dane z USA

Wczorajsze wnioski o zasiłek dla bezrobotnych utrzymały się na niezmienionym poziomie 884 tysięcy sztuk. Analitycy liczyli na większy spadek, ale oczekiwania te były trochę napompowane poprzednim znacznie lepszym odczytem. Ciężko ocenić wpływ tych danych na rynki, gdyż spotkały się one w czasie z konferencją prasową prezesa EBC.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polscy naukowcy coraz bliżej skutecznego leku na COVID-19

Zespół polskich naukowców z Politechniki Wrocławskiej oraz Łukasiewicz – Instytutu Chemii Przemysłowej, we współpracy z laboratoriami Rolfa Hilgenfelda (Lubeka) i Shauna Olsena (San Antonio) zidentyfikował cząsteczki o dużym potencjale terapeutycznym, które mogą stanowić przełom na drodze do znalezienia skutecznego leku na COVID-19.

Dzięki pracom badawczym prowadzonym pod kierownictwem Prof. Marcina Drąga z Politechniki Wrocławskiej udało się zidentyfikować cząsteczki, których działanie może być jeszcze lepsze niż ebselenu – znanego leku przeciwzapalnego, który we wcześniejszych badaniach okazał się obiecującą substancją hamującą (inhibitorem) obu proteaz SARS-CoV-2.

Koronawirus powodujący COVID-19 ma dwie proteazy, czyli enzymy. Celem prowadzonego od marca br. projektu „Badania nad szczepionką przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 oraz wsparcie prac badawczych nad poszukiwaniem skutecznej terapii” jest właśnie zahamowanie działania enzymu, co pozwoli na zablokowanie rozprzestrzeniania się wirusa.

– Nasze badania nad bliskimi analogami strukturalnymi tego leku pozwoliły zidentyfikować jeszcze lepsze od ebselenu cząsteczki, zarówno dla proteazy Mpro, jak i PLpro. Co więcej, związki te są doskonałymi inhibitorami obu wirusowych proteaz naraz, a więc ich potencjał terapeutyczny jest zdecydowanie bardziej obiecujący – wyjaśnia prof. Drąg z Politechniki Wrocławskiej.

Badania prowadzone obecnie przez prof. Drąga poprzedziło przygotowanie aktywnej i funkcjonalnej proteazy Mpro, którego podjął się zespół dr hab. Małgorzaty Kęsik-Brodackiej z Łukasiewicz – Instytutu Chemii Przemysłowej.

– Odkrycie stanowi obiecującą platformę do rozwoju nowych leków przeciwwirusowych skierowanych na obie proteazy SARS-CoV-2 – podkreśla dr hab. Małgorzata Kęsik-Brodacka z Łukasiewicz – IChP.

Zakończenie projektu, który finansowany jest między innymi z fundusz Agencji Badań Medycznych, planowane jest na koniec października br. Od wyników prowadzonych intensywnie prac, zależeć będzie kierunek dalszych badań.

E-taryfa pozwoli na zdecydowanie szybszy rozwój infrastruktury elektromobilnej

Ostatnie miesiące były bardzo ważnym okresem dla rozwoju elektromobilności w Polsce. Mimo trwającej epidemii i okresu wakacyjnego – branża elektromobilna nie miała czasu na odpoczynek. Od czerwca trwały nabory do programu dofinansowań, dzięki któremu wiele osób kupujących samochody elektryczne dostało wsparcie finansowe od państwa. W ciągu dwóch miesięcy miały miejsce trzy takie nabory, a wyciągnięte z nich wnioski pomogą w projektowaniu i przeprowadzeniu kolejnych. Ale tegoroczne lato upłynęło nie tylko pod znakiem dofinansowań. Był to także czas wzmożonych prac nad potrzebnymi do rozwoju elektromobilności legislacjami. 

– W ostatnich tygodniach w komisjach sejmowych pojawiły się co najmniej dwa rozporządzenia, na które warto zwrócić uwagę. Pierwsze z nich wynika wprost z ustawy o elektromobilności i jest ściśle powiązane z dyrektywą unijną 844 – ma zagwarantować, by nowe budynki mieszkalne i biurowe były wyposażone w odpowiednie kanały kablowe, które pozwolą na budowę punktów ładowania – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Drugie rozporządzenie jest jeszcze ważniejsze, ponieważ dotyczy zmian w taryfach korzystania z energii elektrycznej. Dotychczasowe płatności za prąd bardzo utrudniały bowiem tworzenie funkcjonujących i opłacalnych stacji ładowania. Projekt e-taryfy pozwoli na szybszy rozwój infrastruktury elektromobilnej. Taryfa ta ma charakter progresywny – jest dopasowana do tego, jak funkcjonuje i rozwija się konkretna stacja ładowania. Obecnie operatorzy stacji muszą korzystać z taryfy, w której wiodącą rolę odgrywają koszty stałe. Niezależnie więc od tego, jak często jest wykorzystywana infrastruktura – właściciel musi ponosić cały czas te same, bardzo wysokie koszty. Jeśli chcemy widzieć w Polsce dynamiczny rozwój elektromobilności musi powstać grupa taryfowa, która przenosi ciężar z kosztów stałych na koszty zmienne i dopasowuje taryfę do tego, jak faktycznie jest wykorzystywana stacja ładowania. E-taryfa jest więc bardzo ważnym elementem, który znacząco wpłynie na rozwój elektromobilności – wyjaśnia Mazur.

Gra pozorów

Boris Johnson przesadził z pozycją wejściową w kluczową fazę negocjacji ws. brexitu. Zdaniem strony unijnej zapisy przedstawionego przez brytyjski rząd projektu ustawy o rynku wewnętrznym naruszają postanowienia umowy o wystąpieniu z UE i są wręcz sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Wiceszef Komisji Europejskiej, Marosz Szefczovicz, zażądał niezwłocznego wycofania części zapisów, najpóźniej do końca miesiąca. Projekt ustawy zburzył zaufanie i okazał się tak nietrafny, że stanowisko w tej sprawie zajęła nawet spiker amerykańskiej Izby reprezentantów. Nancy Pelosi ostrzegła, że przyjęcie ustawy o rynku zewnętrznym w obecnej formie może wykluczyć podpisanie umowy o wolnym handlu.

W rezultacie kurs GBP/USD, który dzienne szczyty wyznaczał przy 1,3030, runął pod 1,28 i osiągał minima 1,2770. EUR/GBP notował w pewnym momencie wystrzał o ponad 2 proc. Funt zaliczył jeden z najgorszych dni od brexitowego referendum a przecież jego ostrych przecen wcale w ostatnich latach nie brakowało. Notowania w ramach załamania przełamały ważną barierę 1,2920 i dopiero powrót ponad ten poziom zdejmie z funta presję. Celem dla wyprzedaży mogłyby być okolice 1,27, w których przebiega 200 – sesyjna średnia krocząca.

Należy jednak zastrzec, że niefortunny start negocjacji nie doprowadził do ich zerwania. Obie strony pozostają przy stole i zależy im na porozumieniu. Rozmowy zostaną wznowione w poniedziałek. Wydarzenia ostatnich dni mogą okazać się niepotrzebnym prężeniem muskułów, na pewno nie przybliżają porozumienia, ale też wcale go nie wykluczają. Na starcie tygodnia, rynek, w tym rynek opcji, zbyt optymistycznie patrzył na ryzyko eskalacji, obecnie wycenia prawdopodobieństwo braku porozumienia zbyt mocno. Możemy prawdopodobnie mówić o przereagowaniu i przejściu ze skrajności w skrajność. W tym świetle mocno przeceniony funt może niebawem być postrzegany jako rynkowa okazja. Szczególnie jeśli przed nami kolejna odsłona słabości dolara (co pozostaje naszym scenariuszem bazowym). Jej katalizatorem może okazać się przyszłotygodniowe posiedzenie FOMC.

W grę pozorów uwikłani są nie tylko uczestnicy brexitowych negocjacji. Christine Lagarde na konferencji prasowej po posiedzeniu EBC oceniła, że władze monetarne nie uważają ostatniego, silnego wzrostu wartości wspólnej waluty za zagrożenie dla tendencji inflacyjnych. W kategoriach efektywnych (kurs do koszyka odzwierciedlającego strukturę obrotów handlowych) wspólna waluta w tym roku zyskała niecałe 5 proc. Ocenę Rady Prezesów mogą potwierdzać szacunki wyceny fundamentalnej. Uważamy, że EBC maskuje swoje zaniepokojenie, władze monetarne na zdecydowaną kontynuację umocnienia nie będą patrzeć już tak pobłażliwie. Oceniamy jednak, że do tego momentu jeszcze daleka droga i zakładamy, że przed eurodolarem kolejne testy 1,20, które ostatecznie powinny zakończyć się powodzeniem. W tym tygodniu został wykonany do tego ważny krok: strefa wokół 1,17 – 1,1750 została z łatwością obroniona.

Ważnym elementem rynkowej układanki jest korekta na Wall Street i słabość sektora technologicznego. Inwestorzy będą nadal wyczekiwać na start handlu w Nowym Jorku, ponieważ wielokrotnie w ostatnich dniach dochodziło po nim do wyraźnej zmiany (czyt. pogorszenia) nastrojów. Naszym scenariuszem bazowym jest rozejście się ostatnich turbulencji „po kościach”, co oznaczać będzie również mniej sprzyjające dolarowi otoczenie.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne – warunki, formalności, terminy

Bez względu na przyczynę kryzysu, niewypłacalny przedsiębiorca lub zagrożony tym stanem może skorzystać z uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Musi jednak zawrzeć umowę z licencjonowanym doradcą. Jego rolą jest doprowadzenie do zawarcia układu i wspieranie dłużnika podczas postępowania. Potem należy wyznaczyć dzień układowy i przygotować dokumentację. Kolejnym krokiem jest dokonanie obwieszczenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym o otwarciu postępowania o zatwierdzenie układu. Następnym etapem są negocjacje z wierzycielami. I ostatnią częścią ww. procesu jest zatwierdzenie układu przez sąd.

Podstawowe warunki

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest ściśle związane z ustawą Prawo restrukturyzacyjne. Mogą skorzystać z niego przedsiębiorcy, bez względu na formułę prawną, osoby fizyczne prowadzące gospodarstwa rolne, publiczne samodzielne zakłady opieki zdrowotnej, uczelnie, a także wspólnicy osobowych spółek handlowych czy partnerskich. Podmiot musi być niewypłacalny lub zagrożony tym stanem. Przyczyna kryzysowej sytuacji nie ma znaczenia. Postępowanie może być prowadzone, jeżeli suma wierzytelności spornych nie przekracza 15% kwoty wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem.

– Ustawa z dnia 19 czerwca 2020 r. wskazuje w art. 15 ust. 1, że z tego rozwiązania może skorzystać wyłącznie przedsiębiorca, który zawarł umowę z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym. Może go wybrać z listy dostępnej na portalu Ministerstwa Sprawiedliwości. Z kolei na stronie krpu.pl może sprawdzić, jakie postępowania prowadził dany specjalista. Finalnie najlepiej wybrać podmiot, który posiada uprawnienia doradcy restrukturyzacyjnego i zatrudnia kilku licencjonowanych ekspertów – mówi Andrzej Głowacki, doradca restrukturyzacyjny z DGA Centrum Sanacji Firm.

Wynagrodzenie doradcy, pełniącego funkcję nadzorcy układu, jest limitowane w odniesieniu do mikrofirm i małych przedsiębiorców. Nie może być wyższe niż 15% kwoty przeznaczonej dla wierzycieli zgodnie z postanowieniami. Gdy przekracza ona 100 tys. zł, wartość ta nie może przewyższyć równowartości 3% sumy przeznaczonej dla wierzycieli. A jeśli jest większa niż 500 tys. zł, wynagrodzenie nie może przekroczyć równowartości 1% kwoty zabezpieczonej dla wierzycieli.

– W przypadku prawomocnej odmowy zatwierdzenia układu lub umorzenia postępowania, honorarium nadzorcy układu, przewidziane w umowie, nie może przekroczyć dwukrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w trzecim kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego. Obecnie to 10 296,14 zł. Tak ukształtowany system mobilizuje nadzorcę do podjęcia wszelkich działań prowadzących do zawarcia układu i do czynnego wspierania dłużnika przez całe postępowanie – zapewnia Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Umowa przedsiębiorcy winna szczegółowo określać wynagrodzenie za prace wykonywane przez nadzorcę układu oraz za odniesiony sukces. Czas jej trwania jest jednoznacznie określony ustawą z dnia 19 czerwca 2020 r.

Niezbędne formalności

– W kolejnym kroku należy wyznaczyć dzień układowy. Nie może on przypaść wcześniej niż 7 dni przed złożeniem wniosku o dokonanie obwieszczenia o otwarciu postępowania i nie później niż 7 dni po tym. Z dniem dokonania obwieszczenia dłużnik uzyskuje już ochronę przed egzekucją i wypowiedzeniem kluczowych umów dla funkcjonowania przedsiębiorstwa oraz nie może spłacać wierzytelności objętych układem – informuje Adrian Parol.

Następną kwestią jest przygotowanie dokumentacji. Rolą nadzorcy układu jest udział w negocjacjach z wierzycielami, wsparcie firmy w zbieraniu głosów i sporządzenie sprawozdania nadzorcy układu. Sam wniosek o zatwierdzenie układu składa wyłącznie dłużnik. Nie ma żadnych przeciwskazań, aby nadzorca pomógł mu go sporządzić. Art. 219 i 220 ustawy Prawo restrukturyzacyjne szczegółowo określają wykaz dokumentów, które winny być sporządzone w postępowaniu. W swoim sprawozdaniu nadzorca układu przedstawia m.in. ocenę możliwości wykonania układu, kompletny plan restrukturyzacyjny z prognozą przychodów na co najmniej 5 lat. Celem tych analiz jest przekonanie wierzycieli i sądu o realności wykonania zawartego układu.

– Z kolei art. 15 ust. 3 ustawy z dnia 19 czerwca 2020 r. szczegółowo wskazuje, jakie informacje powinny być zawarte w obwieszczeniu opublikowanym w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Wśród nich jest jednoznaczna identyfikacja przedsiębiorcy, oświadczenie o otwarciu postępowania o zatwierdzenie układu, imię i nazwisko nadzorcy albo nazwa spółki handlowej będącej nadzorcą układu wraz z numerem licencji lub KRS-em. Trzeba też wskazać dzień układowy. Zgłoszenia dokonuje przedsiębiorca. Wniosek MSiG-M1 jest dostępny na portalu MSiG – wskazuje prezes Głowacki.

Istotne terminy

Jak podaje Adrian Parol, od dnia opublikowania obwieszczenia zaczyna się czteromiesięczny okres, w którym do sądu powinien wpłynąć wniosek o zatwierdzenie układu pod rygorem umorzenia postępowania z mocy prawa. Od tego terminu dłużnik, bez zgody nadzorcy, może dokonywać jedynie czynności zwykłego zarządu. Obwieszczenie skutkuje też zawieszeniem prowadzonych postępowań egzekucyjnych dotyczących wierzytelności objętych układem oraz zabezpieczonych rzeczowo na składnikach majątku dłużnika. Jednak nie wyłącza ono możliwości wszczęcia przez wierzyciela postępowań sądowych, administracyjnych, sądowo-administracyjnych i przed sądami polubownymi w celu dochodzenia wierzytelności podlagających umieszczeniu w spisie wierzytelności.

– Brak zawarcia układu z wierzycielami to porażka współpracy nadzorcy oraz przedsiębiorcy z otoczeniem biznesowym – wierzycielami. To bardzo czytelny sygnał, że należy dokonać radykalnych zmian. Jeśli w terminie czterech miesięcy od dnia obwieszczenia nie zostanie złożony wniosek o zatwierdzenie układu, pozostaje złożenie wniosku o otwarcie postępowania sanacyjnego, a w ostateczności – ogłoszenie upadłości – dodaje Andrzej Głowacki.

Według wielu ekspertów, w przywołanych przepisach jest luka. Regulacje nie są precyzyjne i pojawiają się wątpliwości dotyczące tego, jaki w istocie charakter ma dzień układowy, skoro dopiero obwieszczenie w MSiG jest pierwszym dniem trwania restrukturyzacji. Między tymi datami może minąć nawet 10 dni. Zgodnie zaś z ogólnymi zasadami, skutki otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego powstają z dniem układowym.

– Ustawodawca w tym szczególnym, incydentalnym rozwiązaniu wprowadził dwie daty, tj. otwarcia UPoZU i dnia układowego. Oba terminy generują różne skutki. Od dnia obwieszczenia przedsiębiorca jest objęty ochroną przed wierzycielami. Z kolei należności powstałe do dnia układowego wchodzą z mocy prawa do układu. Od tego czasu winny być terminowo regulowane – wyjaśnia ekspert z DGA Centrum Sanacji Firm.

Przekonanie wierzycieli

W kolejnym kroku podejmowane są negocjacje z wierzycielami. W efekcie powinien być opracowany plan restrukturyzacyjny. Ewentualnie mogą być dokonane modyfikacje propozycji układowych dłużnika, przedstawionych nadzorcy układu przed dokonaniem obwieszczenia. Propozycje powinny być tak skonstruowane, aby osiągnąć wymaganą prawem większość wierzycieli głosujących za układem, a tym samym doprowadzić do jego przyjęcia.

– Głosowanie nad układem może odbyć się w dwojaki sposób. Odbywa się korespondencyjnie, zgodnie z zasadami obowiązującymi dla postępowania o zawarcie układu w art. 212 ustawy PrRest. Ewentualnie jest procedowane na zgromadzeniu wierzycieli, które prowadzi nadzorca układu – tłumaczy Andrzej Głowacki.

Przyjęcie układu stwierdza nadzorca, co później weryfikuje sąd po złożeniu wniosku. Niezbędne do tego jest osiągnięcie odpowiedniej większości wierzycieli zarówno osobowej, jaki i kapitałowej. W praktyce zachodzą wątpliwości odnośnie sposobu jej liczenia. W przypadku zbierania głosów wyłącznie w trybie pisemnym, poprzez przesłanie wierzycielom kart do głosowania, układ uznaje się za przyjęty, gdy wypowie się za nim większość wierzycieli uprawnionych do głosowania, mających łącznie co najmniej  dwie trzecie sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem. W trybie samodzielnego zbierania głosów zastosowanie znajduje art. 271 ust. 1 pr. Natomiast w przypadku zgromadzenia wierzycieli przyjęcie układu ustala się w oparciu o art. 119 PrRest. Tym samym układ jest przyjęty, gdy wypowie się za nim większość głosujących wierzycieli, którzy oddali ważny głos, mających łącznie co najmniej dwie trzecie sumy wierzytelności przysługujących głosującym wierzycielom.

– Wskazać należy, iż liczenie wymaganej większości od głosujących wierzycieli, którzy oddali ważny głos, jest dużo korzystniejsze. Dla zapewnienia bezpieczeństwa prawnego dłużnika zawsze zalecam przyjęcie równolegle obu sposobów zbierania głosów. Tak można uniknąć ryzyka nieuwzględnienia wniosku o zatwierdzenie układu przez sąd wobec nieosiągnięcia wymaganej większości głosów – stwierdza Adrian Parol.

Ostatni etap

Przedsiębiorca winien złożyć do sądu wniosek o zatwierdzenie, gdy nadzorca układu sporządzi swoje sprawozdanie. Pełni ono kluczową rolę w tym procesie. Należy dodać, że dłużnik nie musi czekać do ostatniego dnia maksymalnego okresu, czyli czterech miesięcy. Może złożyć wniosek wcześniej, o ile będzie on kompletny.

– Sąd wydaje postanowienie o zatwierdzeniu układu w terminie dwóch tygodni od dnia złożenia wniosku. Jeżeli jest taka potrzeba, wzywa przedsiębiorcę lub nadzorcę układu do poprawienia lub uzupełnienia go. Z dniem uprawomocnienia się go lub odmowy zatwierdzenia układu, postępowanie zostaje zakończone, o czym obwieszcza się. Wówczas przedsiębiorca przystępuje do realizacji układu. Nadzorca staje się osobą do wykonania układu, która funkcjonuje do spłaty ostatniej raty – opisuje prezes Głowacki.

W przypadku braku wpływu do sądu wniosku o zatwierdzenie układu przed upływem czterech miesięcy od daty obwieszczenia postępowanie umarza się. Dzieje się to zgodnie z art. 20 ustawy z dnia 19 czerwca 2020 r. (T 4.0).

– Wierzyciel może złożyć nadzorcy pisemne zastrzeżenia co do zgodności z prawem przebiegu samodzielnego zbierania głosów, przebiegu zgromadzenia wierzycieli lub wskazania innych okoliczności, które mogą mieć wpływ na zatwierdzenie układu. Zgodnie z art. 216 ust. 2 PrRest, nadzorca układu ma obowiązek dołączyć to do wniosku adresowanego do sądu. Dla wierzyciela, którego siedziba lub miejsce zwykłego pobytu w dniu wydania postanowienia znajdowały się za granicą, termin wniesienia zażalenia w części dot. wyłącznie jurysdykcji sądów polskich i wynosi 30 dni od dnia obwieszczenia postanowienia o zatwierdzeniu układu, zgodnie z art. 223 ust 4 Pr Rest – podsumowuje ekspert z DGA Centrum Sanacji Firm.

Rzecznik MŚP negatywnie o pomyśle objęcia spółek komandytowych podatkiem dochodowym

W wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów opublikowany został Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw.

Część z proponowanych w projekcie zmian wychodzi naprzeciw postulatom zgłaszanym przez Rzecznika MŚP w swoich licznych wystąpieniach. Po pierwsze, projekt przewiduje podwyższenie obecnego limitu uprawniającego do korzystania przez przedsiębiorców – osób fizycznych z opodatkowania w formie ryczałtu ewidencjonowanego z 250 tys. euro do 2 mln euro, o co Rzecznik MŚP wnioskował już podczas opiniowania projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia obciążeń regulacyjnych w kwietniu ubiegłego roku. Projekt przewiduje również podwyższenie limitu przychodów z bieżącego roku podatkowego z 1,2 mln euro do 2 mln euro uprawniających do korzystania z obniżonej 9% stawki podatku CIT. Rozbieżność między tym limitem, a limitem uprawniającym do korzystania ze statusu „małego podatnika” przy rozliczaniu CIT (wynoszącym 2 miliony euro za rok ubiegły), była przedmiotem licznych wniosków przedsiębiorców skierowanych do Rzecznika MŚP, na podstawie których Rzecznik MŚP informował właściwe organy o dostrzeżonych barierach i utrudnieniach w zakresie wykonywania działalności gospodarczej.

Wśród proponowanych zmian przewidziano jednak również takie, które mają na celu „uszczelnienie systemu podatkowego oraz odpowiedź na tworzone przez podatników struktury optymalizacyjne z wykorzystaniem spółek komandytowych poprzez nadanie spółce komandytowej statusu podatnika podatku dochodowego”.

Rzecznik MŚP jednak wyraził negatywne stanowisko wobec powyższego zamierzenia, wskazując na fakt, że projektowane rozwiązania mogą prowadzić do podwójnego opodatkowania spółek komandytowych i w konsekwencji zwiększenia wobec nich obciążeń podatkowych. Zwracając uwagę na obecną tendencję, polegającą na sukcesywnym wzroście popularności tej formy prowadzenia działalności gospodarczej, Rzecznik MŚP podniósł, że nowe przepisy mogą tylko odwrócić ten pozytywny trend.

Ponadto Rzecznik MŚP negatywnie zaopiniował propozycje wprowadzenia obowiązku sporządzania i podania do publicznej wiadomości polityki podatkowej przez podatników CIT oraz zwiększenia obowiązków dokumentacyjnych dla tak zwanych cen transferowych. W opinii Rzecznika MŚP rozwiązania te mogą naruszać zasadę proporcjonalności i adekwatności, zagwarantowaną w art. 67 pkt 1 ustawy Prawo przedsiębiorców.

Upadłości konsumenckich będzie więcej niż 10 tysięcy w skali roku. Rok 2020 może być pod tym względem rekordowy

Rekordowe zainteresowanie upadłościami konsumenckimi. Przekroczona zostanie granica 10 tysięcy sądowych decyzji.

Dla gospodarki pod każdym możliwym względem rok 2020 będzie czasem wyjątkowym – już teraz możemy mówić o zmianie struktury w wielu przedsiębiorstwach. Najpoważniej z kryzysem radzą sobie takie branże jak: przemysł, hotelarstwo, turystyka, usługi czy branża kreatywna. Przedsiębiorcy robią wiele, by wyjść z gospodarczego kryzysu możliwie obronną ręką. Czy to się udaje? Ostatnie wskaźniki PKB pokazują, że tracimy, ale mniej niż inne kraje europejskie. Jak w tej trudnej sytuacji gospodarczej radzą sobie osoby fizyczne? Wiele wskazuje na to, że  rok 2020 będzie rekordowy jeżeli chodzi o ilość ogłoszonych upadłości konsumenckich. – Nigdy wcześniej nie odbieraliśmy tak dużej ilości telefonów i wiadomości z pytaniami o warunki ogłoszenia upadłości konsumenckich. W samym Szczecinie przygotowaliśmy już kilkanaście wniosków. Jesteśmy przekonani, że rok 2020 będzie rekordowy pod względem ogłoszonych przez sąd upadłości konsumenckich – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

  • W 2019 roku liczba upadłości konsumenckich wyniosła niespełna 8 tysięcy. Spodziewamy się, że w roku 2020 ten przyrost może przekroczyć nawet 10-11 tysięcy
  • Powodem jest zmiana przepisów, która rozszerza możliwość starania się o upadłość. Nie bez znaczenia jest także globalny kryzys finansowy spowodowany pandemią koronawirusa
  • Zainteresowanie ogłoszeniem upadłości konsumenckiej jest najwyższe w historii – mówią zgodnie specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska
  • Sądy w czasie pandemii działają wolniej, stąd trudno jest dzisiaj ocenić skalę ogłoszonych już upadłości. W szczycie lockdownu nie było ich wiele, ale w czerwcu już ponad 1100

Nowelizacja przepisów otwiera przepustkę do upadłości konsumenckiej dla większej ilości osób

Statystyki pokazują, że z roku na rok ilość osób ogłaszających upadłość konsumencką jest coraz większa. W 2018 roku ten wskaźnik wynosił zaledwie nieco ponad 6500 osób, a już rok później było ich niespełna 8 tysięcy. W województwie zachodniopomorskim w 2018 roku upadłość konsumencką ogłoszono w przypadku 291 osób, a rok później już tych osób było ponad 350. Rok 2020 będzie prawdopodobnie rokiem rekordowym. Powodem jest pandemia koronawirusa, która wpędziła w tarapaty finansowe pokaźne grono osób. Nie bez znaczenia są także zmiany w przepisach, które weszły w życie w marcu 2020 roku.  – Nowelizacja przepisów zmieniła sytuacje o tyle, że większa grupa konsumentów może skorzystać z ustawy i ogłosić upadłość. To pozytywna zmiana i otwiera drogę dla wielu osób do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Dotychczas jeżeli sąd stwierdził, że utrata majątku nastąpiła w drodze rażącego niedbalstwa to mógł odmówić ogłoszenia upadłości, teraz te przesłanki nie będą uwzględniane – wyjaśnia Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

– Rośnie świadomość społeczna, że możemy rozpocząć nowe życie po upadłości konsumenckiej rośnie. To dobre dla wszystkich, bo przecież wierzyciele również korzystają. Jest wiele pytań o możliwość upadłości konsumenckiej, o warunki które trzeba spełniać, o formułę upadłości i odpowiedzialność z jaką trzeba się zmierzyć. Coraz więcej osób nie chce żyć z długami, nasi klienci mówią często, że „duszą się” mając na plecach rosnące zobowiązania. Stąd też o upadłości konsumenckiej warto pomyśleć jak najszybciej. Efektem będzie po prostu lepsze życie – wyjaśnia Katarzyna Michalska.

„Konsumenci dotychczas kiedy byli niewypłacalni brali nowy kredyt. Teraz nie można spłacać pożyczki pożyczką”

Specjaliści nie ukrywają, że pandemia koronawirusa będzie motorem napędowym wzrostu ilości ogłoszonych upadłości konsumenckich. To już niebawem będzie widoczne w statystykach. W kwietniu i w maju ogłoszonych upadłości była śladowa ilość – to kwestia lockdownu i utrudnionej pracy sądów. W czerwcu 2020 za to pobito historyczny rekord ponad 1100 ogłoszonych upadłości konsumenckich w jednym miesiącu.  – Dotychczas osoby, które ogłaszały upadłość konsumencką to były osoby w trudnej sytuacji życiowej, po wypadkach lub ciężkich chorobach, po stracie najbliższych, osoby, które wpadły w spiralę zadłużenia. Po pandemii spodziewamy się większej ilości osób, które straciły pracę lub, które straciły możliwość zarobkowania w związku z lockdownem i komplikacjami koronawirusowymi. Spodziewamy się jesiennej fali upadłości – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy.

Pytań o możliwość upadłości konsumenckiej i o jej warunki jest całe mnóstwo. Dłużnicy pytają o to, jak ukształtowane będą ich relacje z wierzycielem, czy komornicy nadal będą ich nękać oraz jak dużą część majątku stracą: – Spodziewamy się, że w tym roku w skali rocznej przekroczona zostanie liczba 10 tysięcy ogłoszonych upadłości konsumenckich. Nie jest wykluczone, że ten wskaźnik będzie jeszcze wyższy. Sądy rozpatrują wnioski o upadłość przez kilka miesięcy, nawet pół roku. Jeżeli ktoś więc zgłosił się do sądu wiosną lub latem to wyrok powinien otrzymać późną jesienią lub zimą – mówi Katarzyna Michalska.

– Zgłaszają się do nas osoby, które mają kredyty i czują się zagrożone niewypłacalnością. Zainteresowanie jest kilkukrotnie większe, bo ludzie czują się bardzo niepewni przyszłości. Konsumenci dotychczas kiedy byli niewypłacalni brali nowy kredyt. Teraz kreacja finansowa jest zupełnie inna i nie ma możliwości spłacania jednej pożyczki drugą. Upadłość konsumencka w Polsce wciąż jest ostatecznością, a powinna być jednym z narzędzi do rozpoczęcia życia bez zobowiązań, przy jednoczesnym zaspokojeniu możliwie szerokich potrzeb wierzycieli – dodaje Filip Kiżuk.

Jak uchronić siebie i swoich bliskich przez zarażeniem COVID-19

Obecna sytuacja na świecie w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa COVID-19, wymaga od nas wielu poświęceń. Poznaj interesujące informacje, dzięki którym będziesz wiedział jak postępować w związku z ciągłym zagrożeniem epidemiologicznym.

Co oprócz maseczek i mycia rąk?

Wszyscy wiemy, że obecnym standardem jest ciągłe noszenie w miejscach publicznych maseczek na twarz. Również dokładne i częste mycie rąk weszło w codzienny nawyk wielu osobom. Ale co jeszcze można zrobić, aby uchronić się od zarażenia COVID-19? Warto w miarę możliwości ograniczać przebywanie w dużych skupiskach ludzi. Dlatego zalecane jest robienie dużych zakupów raz na jakiś czas, zamiast codziennego przychodzenia do sklepu.

Lista zakupów i co dalej?

Sporządziłeś już listę wszystkich potrzebnych rzeczy i zastanawiasz się w jaki sposób je wszystkie udźwigniesz? Warto zainwestować w wózek, dzięki któremu zapomnisz o dźwiganiu ciężkich zakupów na rękach. Dzięki składanym wózkom na zakupy z kółkami możesz swobodnie poruszać się z swoim wózkiem po sklepie. Sklepowe, duże wózki są często trudne w kierowaniu, w przeciwieństwie do zgrabnego wózka od ROLSER.

Kolejną kwestią, przemawiającą za posiadaniem własnego wózka, jak i własnych siatek na owoce i pieczywo jest oczywiście kwestia higieny. Wózki sklepowe nie są zazwyczaj dezynfekowane na tyle często, aby zapewnić pełną ochronę przed zarażeniem. Dlatego posiadanie własnego wózka jest naprawdę bezpieczne i praktyczne.Jaki wózek wybrać

Jaki wózek wybrać?

Wybierając odpowiedni model, warto zastanowić się jakie mamy potrzeby. Wybierz funkcjonalne wózki zakupowe, które uczynią Twoją wyprawę na zakupy przyjemniejszą. Wybierz składany wózek, który z łatwością zmieści się do każdego bagażnika. Zastanów się również czy potrzebujesz klasycznego modelu 2-kołowego, czy też może 4-kołowego albo 6-kołowego który z łatwością pokonuje schody. Jakikolwiek wózek wybierzesz, możesz być pewny że jest to inwestycja na lata. Wózki od ROLSER przetrwają długie lata intensywnego użytkowania, co może potwierdzić niezliczona grupa zadowolonych użytkowników.

Dodaj sobie energii!

Wózki są dostępne w wielu wariantach kolorystycznych i wzorach. Wiele osób wybiera klasyczną czerń lub granat w delikatne, nienachalne wzory. Jednak podczas smutnego czasu warto dodać sobie energii! Ale jak to zrobić? Wybierz wózek w kolorze żywego pomarańczu, różu, czy innego koloru. Rozświetl swój dzień, jak i innych osób w sklepie za pomocą energetycznych barw wózków ROLSER.