Innowacyjny materiał pozwoli opracować samonaprawiające się skrzydła samolotu. W przyszłości może zostać użyty do tworzenia wielu futurystycznych technologii

Naukowcy opracowali nową grupę materiałów, które mogą się same naprawiać i mają pamięć kształtu. Naturalnie przylegają do siebie w powietrzu lub pod wodą, tym samym mogą znaleźć zastosowanie w stworzeniu platform dla pojazdów powietrznych czy futurystycznych samonaprawiających się skrzydeł samolotu. – Chcielibyśmy zbadać wprowadzenie inteligencji niskiego poziomu, aby materiały te wiedziały, że dostosowują się autonomicznie bez konieczności inicjowania procesu przez użytkownika – zapowiada dr Frank Gardea z United States Army Research Laboratory.

Naukowcy z Uniwersytetu Texas A&M oraz Dowództwa ds. Rozwoju Zdolności Bojowych Armii Stanów Zjednoczonych Army Research Laboratory, poprawiając skład chemiczny pojedynczego polimeru, stworzyli całą rodzinę materiałów syntetycznych o różnej teksturze, od ultramiękkich po bardzo sztywne.

– Stworzyliśmy grupę materiałów, których właściwości można precyzyjnie dostroić, aby uzyskać miękkość gumy lub wytrzymałość nośnych tworzyw sztucznych – podkreśla dr Svetlana Sukhishvili, profesor na Wydziale Inżynierii Materiałowej Texas A&M University.

Takie właściwości sprawiają, że w przyszłości może udać się stworzyć realistyczne roboty inspirowane biologicznie czy zaawansowane maszyny. W ten sposób mogą powstać protezy, które zastąpią np. kończynę, będą przy tym nie do odróżnienia od prawdziwego ciała, a nawet lepsze. Wszystko dzięki wyjątkowym właściwościom materiału.

– Takie cechy tych materiałów, jak możliwość druku 3D i możliwość samoleczenia w ciągu kilku sekund, sprawiają, że nadają się one nie tylko do bardziej realistycznej protetyki i miękkiej robotyki, lecz także do szerokich zastosowań wojskowych, takich jak zwinne platformy dla pojazdów powietrznych i futurystyczne samoodbudowujące się skrzydła samolotu – wymienia dr Svetlana Sukhishvili.

Polimery syntetyczne składają się z długich sznurków powtarzających się motywów molekularnych, podobnych do koralików. W polimerach elastomerowych lub elastomerach takie długie łańcuchy są lekko usieciowione, co sprawia, że materiały są gumowate. Poprzez zwiększenie liczby wiązań poprzecznych elastomery można też usztywnić.

– Połączenia są jak szwy w kawałku materiału, im więcej masz szwów, tym sztywniejszy staje się materiał i odwrotnie – tłumaczy dr Sukhishvili. – Chcieliśmy jednak uzyskać dynamiczne i odwracalne usieciowienie, abyśmy mogli stworzyć materiały, które nadają się do recyklingu.

Naukowcy skupili się na cząsteczkach biorących udział w sieciowaniu. Najpierw wybrali polimer macierzysty, prepolimer, a następnie chemicznie uzupełnili łańcuchy prepolimeru dwoma typami małych cząsteczek sieciujących – furanem i maleimidem. Odkryli, ze im więcej cząsteczek w prepolimerze, tym sztywniejsze materiały udaje im się stworzyć. Dzięki temu najtwardszy materiał, który stworzyli, był tysiąc razy mocniejszy niż ten najdelikatniejszy.

Wiązania poprzeczne są odwracalne. Gdy temperatura jest wystarczająco wysoka, furan i malemid odrywają się od łańcuchów polimeru, a materiały miękną. W temperaturze pokojowej materiały twardnieją, ponieważ cząsteczki szybko łączą się ze sobą, ponownie tworząc wiązania poprzeczne.

– Modyfikując sprzęt i parametry przetwarzania w standardowej drukarce 3D, mogliśmy używać naszych materiałów do drukowania złożonych obiektów 3D warstwa po warstwie – tłumaczy dr Frank Gardea, inżynier badawczy w United States Army Research Laboratory. – Wyjątkową zaletą naszych materiałów jest to, że warstwy tworzące część 3D mogą mieć bardzo różną sztywność.

W przyszłości naukowcy planują zwiększyć funkcjonalność swoich nowych materiałów. Jeśli im się powiedzie, materiały będą potrafiły np. same się naprawiać.

– W tej chwili możemy łatwo osiągnąć około 80 proc. samoleczenia w temperaturze pokojowej, ale chcielibyśmy osiągnąć 100 proc. Chcemy również, aby nasze materiały reagowały na bodźce inne niż temperatura, takie jak światło – wskazuje dr Frank Gardea. – W dalszej perspektywie chcielibyśmy zbadać wprowadzenie inteligencji niskiego poziomu, aby materiały te wiedziały, że dostosowują się autonomicznie bez konieczności inicjowania procesu przez użytkownika.

Sytuacja w Polsce – komentarz walutowy

Poznaliśmy dane na temat zmian PKB w Polsce. Są to jednak dane za drugi kwartał, więc nie pokazują aktualnej sytuacji. Prognozy, patrząc na budżet na przyszły rok, nie są jednak optymistyczne.

Dochody i wydatki Amerykanów

W piątek poznaliśmy dane na temat dochodów i wydatków w USA. Dochody w lipcu rosły w ujęciu miesięcznym o 0,4%, z kolei wydatki o 1,9%. Oczekiwania było odpowiednio o 0,6% i 0,4% niższe. Dane są zatem wyraźnie lepsze od oczekiwań, aczkolwiek tendencja, gdzie wydatki rosną szybciej niż dochody, nie jest bezpieczna w długim okresie. Kurs dolara, pomimo korzystnego odczytu indeksu Uniwersytetu Michigan, utrzymał wysoki poziom i tydzień zakończyliśmy w okolicach 1,19 dolara za jedno euro blisko najwyższych poziomów od ponad dwóch lat.

Finalne dane z Polski

Dzisiaj poznaliśmy ostateczny odczyt PKB za drugi kwartał. Od początku kwietnia do końca czerwca PKB spadło w Polsce o imponujące 8,9%. W skali roku jest to nadal mniejsza wartość, głównie przez dobre miesiące przed pandemią. Dane te pokazują jednak okres bez lipca i sierpnia, w rezultacie uwzględnienie tego okresu może powodować, że recesja jest jeszcze głębsza. Najprawdopodobniej lipiec i sierpień były w tym roku bowiem słabsze niż w zeszłym. Po publikacji danych byliśmy świadkami zwiększonej zmienności na złotym, jednakże waluta nie straciła wiele na wartości. Powodem są wyniki z innych państw Unii, gdzie np. Włosi pokazali w skali roku spadek o 17,7%.

Budżet Polski na 2021

Poznaliśmy projekt budżetu na 2021 rok. To, co się od razu rzuca w oczy, to kwestia, na którą wskazywała część analityków. Raz zwiększone wydatki w 2020 wcale nie wracają do normy w roku kolejnym. Pomimo założonego wzrostu PKB na poziomie 4% i inflacji poniżej 2% projekt zakłada imponujące 82,3 mld złotych deficytu. Jest to zasługą utrzymania bardzo wysokiego poziomu wydatków. Są one wyższe aż o 25% niż w 2019 roku. Nie wiadomo, jakie będą źródła finansowania tych wydatków. Zawsze łatwiej jest zwiększyć niż zmniejszyć wydatki.

Dzisiaj dzień wolny w Wielkiej Brytanii z okazji letniego święta bankowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

 

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pracodawcy odmawiają urlopów pracownikom. Boją się, że przywiozą koronawirusa z wypoczynku nad morzem, a nawet… ze ślubu czy pogrzebu

W ostatnich dniach dość szerokim echem w mediach odbiła się historia, gdzie pracodawca odmówił pracownicy urlopu, który wykorzystany miał zostać na obecność na ślubie. Pracodawca argumentował to koronawirusem i zagroził, że jeżeli pracownica mimo wszystko zdecyduje się na udział w uroczystości to niech wypisze sobie wolne na kolejne dwa tygodnie w ramach kwarantanny. Do stowarzyszenia STOP Nieuczciwych Pracodawcom dociera coraz więcej sygnałów odmowy „jednodniowych” urlopów. Pojawiają się także sugestie szefów, by jesienią unikać wypoczynku w zatłoczonych miejscowościach nawet w weekendy.

  • Pracodawcy coraz częściej odmawiają urlopu pracownikom, którzy zamierzają udać się na wesele, pogrzeb lub inną uroczystość rodzinną
  • Podejrzliwym okiem pracodawcy patrzą również w stronę osób wracających z urlopów zagranicznych
  • Pracodawca ma prawo „apelować do rozsądku”, ale nie ma prawa wprost odmówić urlopu, który wykorzystany może zostać przez pracownika w dowolny sposób
  • Jeżeli zachodzi ryzyko ciągłości pracy lub zagrożenia zdrowia współpracowników, pracodawca może zdecydować o działaniu interwencyjnym np. pracy zdalnej dla osoby, która wróciła z takiego wydarzenia jak wesele, pogrzeb czy impreza masowa

Pracodawca może „apelować do rozsądku” pracownika, ale nie może wywierać na nim presji

Jak mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom pracodawcy obawiają się o funkcjonowanie swoich firm w sezonie jesiennym, gdzie poza pandemią koronawirusa możliwe jest także występowanie standardowej grypy. – Wiele firm jest bardzo osłabionych czasem pandemii koronawirusa. Odnotowują straty, dokonują optymalizacji, dokładnie sprawdzają jak mogą możliwie efektywnie funkcjonować w tak trudnym czasie. Nie może być więc zaskoczenia, że menadżerowie odradzają pracownikom zachowania, które mogą być potencjalnie niebezpieczne – mówi Prezes Marczulewska. – Wszystkie działania pracodawców muszą jednak trzymać się w ramach Prawa Pracy. Jeżeli występuje odmowa urlopu czy próba ingerencja w wolność pracownika to jest to nieetyczne i nie powinno mieć miejsca. Pracodawca ma prawo apelować do rozsądku pracownika, ale nie może wywierać na nim presji lub wprost zakazywać mu udziału w weselu czy w pogrzebie – mówi Małgorzata Marczulewska.

– Do naszego stowarzyszenia dotarło kilka skarg. Dotyczyły one np. uzasadnienia wzięcia urlopu na żądanie w danym terminie czy wprost sugestii, że pracodawca odradza pracownikowi udział w ślubie, bo może to poskutkować kwarantanną. Otrzymaliśmy także ciekawe zgłoszenie, że pracownicy otrzymali reprymendę za zorganizowanie czegoś w rodzaju „spotkania integracyjnego” w klubie. Według zarządzających było to zachowanie nieodpowiedzialne w czasie pandemii – dodaje Prezes Małgorzata Marczulewska.

Pracodawca nie może odmówić urlopu na ślub czy wesele, ale ma prawo interweniować gdy obawia się o zdrowie innych pracowników

Temat konsultowany był także z prawnikami współpracującymi ze stowarzyszeniem STOP Nieuczciwym Pracodawcom: – Co do zasady pracodawca nie może wymagać od pracownika wskazania powodu skorzystania z urlopu czy destynacji ewentualnego wyjazdu. Zgodnie z przepisami Kodeksu pracy pracodawca może przesunąć pracownikowi termin urlopu „jeżeli nieobecność pracownika spowodowałaby poważne zakłócenie toku pracy” (art. 164 Kp). Niemniej jednak każdemu pracownikowi przysługuje tzw. urlop na żądanie w wymiarze czterech dni w roku (art. 1672 Kp) i tu pracodawca nie ma możliwości odmówić pracownikowi skorzystania z takiego uprawnienia – wyjaśnia radca prawny Mateusz Galikowski.

Szeroko dyskutowany jest także temat „kwarantanny” dla pracownika po uczestnictwie w weselu, pogrzebie czy po zagranicznych wakacjach: – Przepisy Tarczy Antykryzysowej informują, że pracodawca może udzielić pracownikowi, w terminie przez siebie wskazanym, bez uzyskania zgody pracownika i z pominięciem planu urlopów, urlopu wypoczynkowego niewykorzystanego przez pracownika w poprzednich latach kalendarzowych, w wymiarze do 30 dni urlopu, a pracownik jest obowiązany taki urlop wykorzystać – mówi mec. Galikowski.

– Należy również zauważyć, że pracodawca może wysłać pracownika wracającego z wesela jeśli obawia się o zdrowie innych pracowników do pracy zdalnej zapewniając mu narzędzia do wykonywania takiej pracy. To rozwiązanie wydaje się być rozwiązaniem kompromisowym – wyjaśnia mec. Galikowski.

Bezpieczeństwo pracowników podstawą zarządzania w nowej rzeczywistości – menedżer pod dodatkową ochroną

  • Rośnie zainteresowanie przedsiębiorców ubezpieczeniem od przestoju z powodu szkód niematerialnych.
  • Ważnym elementem ciągłości działania jest też dodatkowa ochrona pracowników, którzy decydują o sukcesie firmy.
  • Ubezpieczenie kluczowych menedżerów chroni zarówno pracowników, jak i przedsiębiorstwo w momencie, gdy ich zabraknie.

Nowa sytuacja społeczno-gospodarcza zmusiła wiele firm do radykalnej zmiany sposobu działania. Po pierwszym szoku i oswojeniu sytuacji przyszedł czas na refleksje. Najpierw wprowadzono zmiany w systemach zarządzania ryzykiem i ciągłości działania. Jak można było się spodziewać, skupiono się na ochronie zdrowia pracowników i dostosowaniu firmy do reżimu sanitarnego. Potem zaczęto analizować zabezpieczenia na wypadek przerw w działalności. Brokerzy ubezpieczeniowi obserwują zatem wzrost zainteresowania ubezpieczeniami mającymi zapewnić utrzymanie przedsiębiorstwa na rynku niezależnie od charakteru zdarzeń skutkujących przestojem. Uwaga większości firm skupiła się więc na możliwości modyfikacji warunków ubezpieczeń od utraty zysku.

Dotychczas uruchomienie ubezpieczeń przerw w działalności było zależne od uprzedniego wystąpienia szkód materialnych, jak pożar, zalanie czy wszelkiego rodzaju wypadki i awarie. Dziś przedsiębiorcy, a co za tym idzie rynek ubezpieczeniowy, poszukują rozwiązań, które umożliwią uruchomienie ochrony finansowej w sytuacji, gdy przestój spowodowany jest przyczyną zewnętrzną niezwiązaną jednak z jakimkolwiek uszkodzeniem mienia. To słuszne podejście i z pewnością już niedługo usłyszymy o nowych rozwiązaniach w zakresie tych ubezpieczeń. Jednak to nie koniec możliwości ubezpieczeniowych, jakie mają przedsiębiorcy chcący zabezpieczyć stabilność finansową swoich firm. Co w sytuacji, gdy zachorują kluczowe osoby w firmie lub właściciele? Jak zapewnić ciągłość działania, gdy ich zabraknie? Warto wtedy zainteresować się też ubezpieczeniem kluczowych menedżerów – radzi Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Co zapewnia ubezpieczenie kluczowych menedżerów?

Ochrona najważniejszych osób w firmie jest rozbudowanym ubezpieczeniem na życie. Zabezpiecza przedsiębiorstwo na wypadek utraty ważnych pracowników. Przede wszystkim przewiduje wypłatę środków na znalezienie zastępstwa. Ubezpieczenie zakłada najczęściej pokrycie części kosztów związanych z rekrutacją, tymczasowym zatrudnieniem specjalistów do czasu wyboru kogoś na stałe, a niektórzy ubezpieczyciele oferują też pokrycie części wynagrodzenia nowej osoby przez kilka miesięcy. W razie długotrwałej niezdolności menedżera do pracy polisa może zapewniać rekompensatę ewentualnych utraconych zysków. Z kolei w przypadku spółek, polisa zakłada też wykup akcji posiadanych przez osobę ubezpieczoną. Może też dojść do tego, że brak osoby ubezpieczonej uniemożliwia dalsze prowadzenie działalności. W takiej sytuacji polisa ułatwia proces likwidacji firmy.

Główne kategorie kosztów przedsiębiorstwa, które może uwzględniać ubezpieczenie:

  • utracone zyski
  • zatrudnienia zastępstwa
  • zobowiązania handlowe i kredytowe
  • wykup udziałów lub akcji
  • likwidacja przedsiębiorstwa

Ubezpieczenie przewiduje wsparcie w wielu obszarach związanych ze stratą kluczowej osoby w firmie i składa się z różnych elementów. Dlatego firmy zainteresowane jego zakupem korzystają najczęściej ze wsparcia brokerów ubezpieczeniowych. Choć ochrona ta jest standardem w korporacjach i dużych firmach, to uwagę na nią powinien zwrócić też sektor MŚP. Zwłaszcza przedsiębiorstwa rodzinne lub bazujące na unikalnym pomyśle biznesowym. To w ich przypadku najczęściej cała działalności i sukces firmy zależą od pojedynczej osoby  – zauważa Łukasz Zoń.

Bezpieczeństwo pracowników podstawą zarządzania w nowej rzeczywistości

Nowa rzeczywistość biznesowa i zdrowotna jeszcze mocniej niż wcześniej uwypukliły znaczenie czynnika ludzkiego w zarządzaniu marką. Znalazł się on w centrum zainteresowania. W planach ciągłości działania należy uwzględniać wiele elementów związanych z zabezpieczeniem pracowników. Odpowiednio skonstruowany system zarządzania kryzysowego powinien zatem uwzględniać zarówno wprowadzenie dodatkowych procedur bezpieczeństwa sanitarnego, jak i możliwość płynnego przejścia na inny model pracy, np. zdalnej. To z kolei powoduje, że obraz ryzyka zmienia się poważnie.

W obecnej sytuacji pandemii, zmiana mapy ryzyka wymusza nowe spojrzenie na posiadane programy ubezpieczeń. Z jednej strony pracodawcy mogą i powinni poprzez stosowny program ubezpieczeń zadbać o specjalną pomoc zdrowotną dla pracowników. Z drugiej strony przejście na pracę zdalną w zupełnie nowym świetle stawia na przykład potrzebę zakupu cyberubezpieczeń. Powstały zatem nowe kategorie kosztów, o czym nie wolno zapominać, a każda firma powinna zakładać też pewną rezerwę na pokrycie zobowiązań stałych w trakcie przestoju. Na szczęście część tych wydatków można uwzględnić w programie ochrony ubezpieczeniowej przedsiębiorstwa – dodaje Łukasz Zoń.

 

Źródło: SPBUiR

Innowacyjne firmy lepiej reagują na kryzys

0

II kw. 2020 r., ze względu na lockdown i wynikające z niego konsekwencje, był najtrudniejszym od lat testem dla wielu firm. Jednak jak wynika z raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q2 2020” przygotowanego przez ADP Polska, od kwietnia do czerwca znacznie lepiej z bieżącymi wyzwaniami poradziły sobie firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa wdrażające innowacyjne rozwiązania. Zwiększyły one w tym okresie (vs II kw. 2019 r.) zatrudnienie o 3,73 proc. Z kolei zatrudnienie w przypadku ogółu przedsiębiorstw rosło o 2 proc. wolniej niż w analogicznym kwartale 2019 r. W wyniku tego odnotowano największą różnicę pomiędzy Nowoczesną Gospodarką a ogółem rynku w niemal dziesięcioletniej historii raportu.

Według danych raportu Głównego Urzędu Statystycznego dynamika zatrudnienia ogółu rynku zmniejszyła się o 2 proc. (vs. II kw. 2019 r.). Ostatnia taka sytuacja, gdy poziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw osiągnął ujemny wynik, miała miejsce w 2013 r. Natomiast z danych ADP Polska wynika, że zatrudnienie w przedsiębiorstwach Nowoczesnej Gospodarczej było wyższe niż ogółu rynku o rekordowe 5,73 p.p. – przez co Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki, bazujący na różnicy między poziomem zatrudnienia w awangardzie biznesu a ogółem rynku, wzrósł do 122,23.

– Porównując innowacyjne przedsiębiorstwa i ogół rynku widać dużą różnicę na korzyść tych pierwszych. Oznacza to, że awangarda biznesu skuteczniej radzi sobie ze skutkami kryzysu. Od początku roku różnica między Nowoczesną Gospodarką a ogółem przedsiębiorstw przekracza 5,5, podczas gdy w ubiegłym roku najwyższy wynik wynosił 3,42 (IV kw.). Jednym z powodów tego rozdźwięku są inwestycje w nowe technologie i cyfryzację, która – jak udowodniły ostatnie miesiące – jest szansą na zachowanie ciągłości procesów biznesowych. Dodatkowo, innowacyjne firmy o wiele wcześniej wdrażały niestandardowe rozwiązania, stąd łatwiej było im przenieść zespoły w tryb pracy zdalnej. Nie musiały dzięki temu wstrzymywać rekrutacji, którą skutecznie, przy pomocy odpowiednich narzędzi, można przeprowadzić także online – powiedziała Anna Barbachowska, HR Business Partner w ADP Polska.

Produkcja rośnie w siłę

Do wyników Nowoczesnej Gospodarki w największym stopniu przyczyniły się duże firmy produkcyjne, które w II kw. 2020 r. zwiększyły zatrudnienie aż o 6,23 proc. (vs II kw. 2019 r.). To spore odbicie po historycznie najniższych wynikach tego sektora z ostatnich kwartałów. Warto przypomnieć, że w I kw. 2020 r. dynamika zatrudnienia w firmach produkcyjnych była na poziomie 2,06 proc., a w II kw. wyniosła już 5,46 proc. (vs II kw. 2019 r.). Również małe przedsiębiorstwa nieco zwiększyły zatrudnienie. Dynamika ich wzrostu w II kw. 2020 r. wyniosła 2,43 proc. wobec analogicznego okresu z 2019 r.

– W drugim kwartale odnotowano znaczny wzrost dynamiki zatrudnienia szczególnie w firmach produkcyjnych. Wynika on z zwiększonej produkcji firm tego sektora. Ze względu na niepokój związany z przerwami w łańcuchach dostaw, które miały miejsce w czasie lockdownu, firmy, chcąc zabezpieczyć się na wypadek drugiej fali pandemii, uzupełniały zapasy magazynowe. A zwiększona produkcja, to większe zapotrzebowanie na pracowników – komentuje Anna Barbachowska.

ZMIANY ZATRUDNIENIA

Usługi w II kw. 2020 r. mocno w dół

Odmienną sytuację odnotowano w firmach usługowych, które dotychczas były motorem napędowym zatrudnienia w Nowoczesnej Gospodarce. W II kw. 2020 r. przyjmowały one do pracy z mniejszą dynamiką  niż w poprzednich miesiącach. Wzrost zatrudnienia wyniósł 2,96 proc. (vs I kw. 2019 r.), podczas gdy w I kw. 2020 r. wynosił on 7,79 proc. W analizowanym okresie lepiej poradziły sobie małe przedsiębiorstwa usługowe, które odnotowały wzrost zatrudnienia na poziomie 5,73 proc., natomiast w dużych firmach zatrudnienie wzrosło jedynie o 2,32 proc. To zmiana trendu z poprzednich kwartałów, kiedy to duże firmy usługowe miały większą dynamikę zatrudnienia.

Na gorszym wyniku firm usługowych w największym stopniu zaważył popyt na ich ofertę. Branże takie jak eventowa czy gastronomiczna wciąż nie podniosły się po najgorszych miesiącach, muszą szukać oszczędności i zabezpieczać się na przyszłość. Wobec tego przedsiębiorstwa te dużo ostrożniej podchodzą do inwestycji czy rekrutacji nowych pracowników – uważa Anna Barbachowska.

FitAdept zdobył ponad milion złotych na rozwój platformy treningowej

Polski startup FitAdept, który stworzył platformę do umawiania i prowadzenia indywidualnych treningów on-line oraz narzędzie optymalizacji planów treningowych, pozyskał milion złotych od funduszu venture capital AgriTech Hub. Inwestycja została zrealizowana w dwóch transzach. Startup wsparli również trzej aniołowie biznesu.

– Alternatywne formy aktywności poza siłownią oraz parametryzowanie i śledzenie własnych postępów fizycznych już teraz wpływają na kształt sektora fitness w Polsce i na świecie. Ostatnie miesiące tylko potwierdziły, że wykorzystanie nowych technologii w tej branży jest nieuniknione i może uratować ją przed kryzysem – mówi Marcin Woźniak, prezes zarządu AgriTech Hub. – FitAdept przeszedł trudną próbę ostatniego lockdown pomyślnie, skutecznie realizując swoje cele i dowodząc, że posiada produkt dostosowany do zmieniających się realiów. To skłoniło nas do dalszej inwestycji i zaufania zespołowi spółki – dodaje. 

Firma założona przez Michała Gębalę i Kamila Bąka, od kilku lat skupia się na rozwijaniu nowych technologii dla branży fitness. Obecnie pracuje nad dwoma rozwiązaniami. Pierwsze to wirtualny asystent treningowy, który dzięki wykorzystaniu mechanizmów sztucznej inteligencji pozwala na opracowywanie oraz optymalizację indywidualnych planów dla osób ćwiczących. Drugie to rozwiązanie do umawiania zdalnych treningów jeden na jeden (1:1) z trenerami personalnymi. Platforma ruszyła w marcu br., pojawiając się w momencie, gdy większość Polaków musiała zrezygnować z dotychczasowych form aktywności ze względu na lockdown spowodowany Covid-19. Wiele osób skorzystało w tym czasie z rozwiązania zdalnych treningów 1:1 z trenerami FitAdept. Takich sesji treningowych zrealizowano już ponad 10 tysięcy.

– Bardzo cieszymy się z powiększenia grona inwestorów o kolejny fundusz i doświadczonych aniołów biznesu. Misją FitAdept jest pomóc 1 mln osób, w Polsce i poza granicami, poczuć się lepiej w swoim ciele. Obserwujemy, że połączenie nowych technologii, zdalnej formuły ćwiczeń przy jednoczesnym zachowaniu bezpośredniej interakcji z człowiekiem – wykwalifikowanym trenerem FitAdept – jest skuteczną drogą realizacji naszej misji – mówi Michał Gębala, współzałożyciel FitAdept. – Szeroka dostępność oferty, w tym trening w dowolnym miejscu i czasie, personalizowany trening dla każdego podopiecznego, atrakcyjna cena – to wszystko wpływa na ponadprzeciętną retencję klientów i jest dla nas dobrym wskaźnikiem na przyszłość – dodaje.

CI Games zakończyła proces bookbuildingu i ustaliła ostateczną cenę emisyjną oraz wielkość emisji akcji serii I

CI Games SA zakończyła proces bookbuildingu i ustaliła ostateczną wielkość emisji na poziomie 21 mln akcji zwykłych na okaziciela serii I, oferowanych po cenie emisyjnej 1,2 zł. W jej ramach spółka może pozyskać od profesjonalnych inwestorów 25,2 mln zł. Środki zostaną przeznaczone na produkcję gier w zakresie marek Lords of the Fallen oraz Sniper Ghost Warrior. Firmą inwestycyjną pośredniczącą w oferowaniu akcji był Trigon Dom Maklerski.

– Z sukcesem zamknęliśmy proces budowania książki popytu na akcje nowej emisji w obrębie wszystkich oferowanych akcji serii I. Zainteresowanie ze strony inwestorów było bardzo duże. Szczególnie cieszę się ze znaczących pakietów, które trafią do inwestorów instytucjonalnych, co jest zgodne z naszymi wcześniejszymi oczekiwaniami i tym co ostatnio komunikowaliśmy – informuje Marek Tymiński, prezes CI Games.

Pozyskane z emisji środki spółka przeznaczy na produkcję naszych gier w zakresie dwóch marek – Lords of the Fallen oraz Sniper Ghost Warrior.

Po skutecznie przeprowadzonej emisji nie będziemy dążyć do podpisania umowy współwydawniczej, dzięki czemu utrzymamy zdecydowaną większość zysku z gry Lords of the Fallen 2 po stronie Spółki – dodaje Marek Tymiński.

CI Games dokona formalnego przydziału akcji 3 września.

Akcje Serii I były oferowane w ramach subskrypcji prywatnej, z wyłączeniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy spółki i z zastrzeżeniem ograniczonego prawa pierwszeństwa.  Minimalna wartość zapisu wynosiła 0,5 mln zł. Firmą inwestycyjną pośredniczącą w oferowaniu akcji będzie Trigon Dom Maklerski.

Awanse Polek w strukturach TMF Group

0

Joanna Romańczuk została dyrektor zarządzającą polskiego i ukraińskiego oddziału TMF Group, czołowej firmy świadczącej administracyjne usługi biznesowe dla firm. Zastąpiła w roli zarządzającej polskim oddziałem Dagmarę Witt-Kuczyńską, która objęła stanowisko lidera praktyki Księgowości i Podatków na obszar CEE, obejmujący Polskę, Czechy, Słowację, Ukrainę, Rosję i Kazachstan.

Romańczuk kieruje zespołem blisko 500 specjalistów w Warszawie, Katowicach i Kijowie obsługującym ponad 850 klientów. Sprawuje nadzór operacyjny nad dostarczaniem usług w obszarze kluczowych kompetencji polskiego i ukraińskiego biura: Kadr i Płac, Księgowości i Podatków oraz Sekretariatu Korporacyjnego.

W latach 2014 – 2020 menedżerka była związana z firmą MoneyGram Poland, gdzie od roku 2018 pełniła funkcję prezesa zarządu, a w globalnych strukturach MoneyGram zarządzała obszarem zarządzania przychodami (ang. Revenue Operations).

Joanna Romańczuk jest absolwentką Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz Studiów Podyplomowych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Dagmara Witt-Kuczyńska zarządzająca dotychczas polskim oddziałem TMF Group objęła stanowisko lidera praktyki Księgowości i Podatków na obszar CEE. Z TMF Group związana jest od pięciu lat. Wcześniej, w latach 2005 – 2015, menedżerka była związana z firmą doradczą EY, gdzie pracowała w działach Usług Księgowych, Księgowości Wewnętrznej, Audytu, a w ostatnich latach jako menedżer w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości.

Dagmara Witt-Kuczyńska jest absolwentką kierunku Finanse i Bankowość w Głównej Szkole Handlowej w Warszawie. Posiada tytuł Biegłego Rewidenta nadany przez Krajową Izbę Biegłych Rewidentów oraz tytuł FCCA, przyznawany przez The Association of Chartered Certified Accountants (ACCA).

TMF Group jest czołową firmą świadczącą administracyjne usługi biznesowe dla firm w obszarze rozwoju międzynarodowego – zarówno organicznego lub w wyniku fuzji i przejęć, oraz dla funduszy inwestycyjnych. Z usług TMF Group korzysta ponad 60 proc. firm z listy Fortune Global 500 i FTSE 100 oraz blisko połowa z 300 największych na świecie firm private equity.

W ciągu 10 lat czeka nas rewolucja, podziękujmy pandemii

Przed nami ostatnie miesiące drugiej dekady XXI wieku, to nie jest dla nas łatwy rok. Zdaniem instytutu Gartnera aktualne wydarzenia odbiją się echem
w kolejnym dziesięcioleciu, w którym technologia zmieni otaczający nas świat. Analitycy z amerykańskiej firmy doradczej wybrali pięć — ich zdaniem kluczowych — trendów, które zrewolucjonizują naszą rzeczywistość. Co zatem przyniosą lata 20.?

Gartner, to globalny lider w obszarze konsultingu, który przygotowuje prognozy dla największych światowych korporacji, wielu agencji rządowych, firm technologicznych i funduszy inwestycyjnych. Raporty analityków z tej firmy lądują na biurkach najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Baza klientów składa się z ponad 15 000 organizacji w ponad 100 krajach. Firma uważana jest  za wyrocznię, bo prognozy przez nią przygotowywane charakteryzują się dużą sprawdzalnością.

Tym razem instytut Gartner wskazał pięć kluczowych trendów technologicznych, które powinniśmy obserwować w ciągu najbliższej dekady. Dlaczego? Ponieważ jak twierdzą twórcy raportu – odmienią one nasze życie. Niektóre z nich już się pojawiły, ale są też takie, które nas zaskoczą.

Żeby przygotować raport “Hype Cycle for Emerging Technologies, 2020”, eksperci wzięli pod lupę aż 1700 technologii, które przypisali do 30 kategorii. Dopiero na podstawie tego podziału wyłowili 5 globalnych trendów, które powinniśmy obserwować w ciągu najbliższej dekady. Zdaniem Briana Burke, wiceprezesa ds. badań w Gartner, firmy, które chcą zachować swój innowacyjny charakter, muszą bacznie śledzić nadchodzące zmiany.

#1. Cyfrowe ja

Na początku czeka nas większa integracja człowieka z technologią. “Cyfrowe ja” (Digital me), tak zdaniem ekspertów Gartnera będzie nazywał się ten trend. W tym zbiorze zawierać się będą nasze cyfrowe identyfikatory. Do takowych zaliczamy np. cyfrowe paszporty albo aplikacje służące do zachowania dystansu pomiędzy ludźmi, tak chętnie wykorzystywane podczas pandemii. Jednak nie będzie to tylko zdigitalizowana wersja klasycznego dokumentu, a bardziej zaawansowane rozwiązanie. Grupa aplikacji będzie rosła, co zdaniem Gartnera doprowadzi do wykreowania zdigitalizowanego odbicia lustrzanego. Taki “awatar” pozwoli na budowanie nowych interakcji zarówno ze światem wirtualnym, jak i rzeczywistym.

Zmienia się sposób, w jaki dochodzi do interakcji pomiędzy człowiekiem a siecią. Dziś, oprócz tradycyjnej klawiatury i ekranu wykorzystujemy do tego celu głos, gesty i wzrok. Człowiek stał się istotą wielowymiarową, która funkcjonuje na granicy dwóch światów, wirtualnego i rzeczywistego. Niedługo podział na to, co cyfrowe, a co prawdziwe, przestanie obowiązywać. – mówi Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies, warszawskiej spółki specjalizującej się w Big Data marketingu, która posiada jedną z największych na świecie hurtowni anonimowych danych o użytkownikach Internetu oraz autorską technologię do analizy danych Data Management Platform. Ekspert dodaje: – Jak bardzo cyfrowa rewolucja zmienia naszą rzeczywistość, najlepiej świadczą badania zrealizowane przez portal eMarketer. Mimo że ogólne wydatki na reklamę ogółem będą mniejsze w tym roku o około 5%, co w porównaniu do 2019 oznacza spadek o 11 p.p., to wydatki na reklamę w internecie wciąż będą rosnąć, do czego przyczyniła się pandemia koronawirusa, w wyniku której ludzie przenieśli wiele aktywności do Sieci. Szacuje się, że w 2020 wydamy na ten rodzaj promocji ponad 330 mld USD. To dwukrotnie więcej niż na reklamy w telewizji.

#2 Architektura kompozytowa

Kolejnym trendem, na który wskazują analitycy Gartnera jest Composite Architectures, które po polsku możemy tłumaczyć jako architektura kompozytowa przedsiębiorstwa. Tym razem jednak nie jest to technologia, a koncepcja bazująca na technologii. Jak piszą autorzy raportu, architektura kompozytowa przedsiębiorstwa jest rozwinięciem zwinnego modelu zarządzania przedsiębiorstwem.

Jakie będzie “przedsiębiorstwo kompozytowe”? Otóż będzie ono zaprojektowane tak, aby reagować na gwałtownie zmieniające się potrzeby biznesowe. W tym celu ma łączyć dwie cechy: zwinność i elastyczność. Żeby tak się stało nowy model organizacji, bazuje na danych. W praktyce wyglądać to będzie następująco: duże zbiory informacji, które generuje np. zakład produkcyjny, będą zbierane i transportowane do aplikacji. Tam będą one przetwarzane, a proces nadzorować będzie Sztuczna Inteligencja, by “przerobione” wnioski przekazać dalej. W ten sposób firmy będą bardziej elastyczne.

Brzmi to bardzo skomplikowanie, ale sprowadza się do jednego – znacznie wyższej elastyczności. Bo jak pokazały ostatnie miesiące, zwinność była w cenie. Jak wyjaśnia Błażej Migoń, Product Manager z BPSC – Od dawna biznes idzie w stronę zwinności i elastyczności. Kolejne lata będą pogłębiać ten stan rzeczy. Biznes musi mieć w rękach narzędzia, by skutecznie reagować i w rezultacie działać w obliczu dynamicznie zmieniających się potrzeb biznesowych. Nie tylko w przypadku kryzysu, ale też niespodziewanego popytu. Elastyczny model to właśnie zbiór kompetencji i narzędzi pozwalających na wdrożenie efektywnej transformacji operacji, procesów i powiązań biznesowych w odpowiedzi na zmieniającą się sytuację. Tyczy się to zarówno otoczenia wokół, jak i wewnątrz organizacji. – podsumowuje ekspert z firmy dostarczającej zaawansowane rozwiązania IT dla biznesu.

#3 W objęciach sztucznej inteligencji

Kolejnym trendem, który przykuł uwagę analityków Gartnera, jest Sztuczna Inteligencja. Podobnie jak model zarządzania firmą, omawiany wcześniej, tak również SI, ma stać się na tyle elastyczna, by mogła samodzielnie dopasowywać się do zmieniających się warunków. Eksperci amerykańskiej firmy opatrzyli tę grupę mianem formatywnej SI (Formative AI).

Kluczem jest tutaj elastyczność w budowaniu modeli SI, które odpowiednio wykorzystane przez np. twórców aplikacji i projektantów UX będą w stanie generować całkowicie nowe modele, opracowane do określonych zagadnień. Sztuczna inteligencja przestanie być trwałym w swej formie kawałkiem kodu, a będzie się adaptować do problemu, jaki naprzeciw niej stawiamy.

Predykcje – o tym będzie niedługo mówił biznes. Umiejętność skutecznego przewidywania będzie kluczowym obszarem do rozwoju biznesu. Proaktywność w tym obszarze będzie napędzać inwestycje w innowacje, które będą kluczowe. Preferencje klientów, newralgiczne punkty w procesie produkcji czy logistyki, albo wąskie gardła w łańcuchu dostaw to obszary, które można usprawnić dzięki technologii. Można to osiągnąć poprzez skuteczne i sprawne zbieranie danych wsparte technologią, które w kolejnym etapie, opatrzone stosownymi algorytmami będą dawały analizy wspierające managerów w podejmowaniu kluczowych i trafnych decyzji. Kto najlepiej poradził sobie podczas pandemii? Przedsiębiorstwa, które inwestują w swój rozwój od lat. Warto jednak wiedzieć, że czas na podjęcie takich działań jest zawsze dobry i nie warto zwlekać z takimi decyzjami – mówi Błażej Migoń z BPSC.

W tym samym tonie Gartner pisze o Algorithmic Trust. Co oznacza ten obco brzmiący termin? Modele zaufania algorytmicznego, które oparte są na odpowiedzialności osób i organów sprawujących władzę, będą zastępowane algorytmicznymi modelami zaufania. Inteligentne oprogramowanie będzie analizowało szereg danych, tylko po to, by zminimalizować ryzyko związane z działaniem przedsiębiorstwa. Czy to koniec polegania na ludzkiej intuicji? Jak twierdzą Amerykanie, nadchodzi era modelowania w czasie rzeczywistym i podejmowanie decyzji w oparciu o fakty i predykcje. Wszystko po to, by zapewnić sobie prywatność i bezpieczeństwo danych, źródła aktywów oraz tożsamości osób i rzeczy.

Zaufanie algorytmiczne znacznie przyczyni się do tego, że ryzyko operacyjne, na jakie narażone są instytucje i przedsiębiorstwa, stanie się o wiele mniejsze. Nie od dziś wiadomo, że zaufanie klientów, pracowników i partnerów to kapitał, który ciężko jest odbudować.

#4 Koniec epoki krzemowej

Krzem to dzisiaj jeden z najważniejszych surowców na Ziemi. Jest powszechnie wykorzystywany do produkcji nowoczesnych procesorów, które zasilają wszystkie zaawansowane urządzenia elektroniczne – od komputerów, przez smartfony po smart zegarki. – Żyjemy w czasach Internetu Rzeczy. Niemal każdy przedmiot wyposażony jest w moduł, który pozwala urządzeniom komunikować się ze sobą za pomocą technologii bezprzewodowej. Według danych firmy Intel, świat IoT rośnie w oszałamiającym tempie, od 2 miliardów obiektów w 2006 roku do 200 miliardów obecnie. Oznacza to, że na każdego człowieka przypada około 26 inteligentnych urządzeń! A każde z nich generuje informacje, które tworzą olbrzymi zbiór, zwany Big Data. Analiza wielkich zbiorów danych jest dziś często fundamentem nie tylko skutecznych strategii marketingowych, ale także strategii rozwoju biznesu – mówi Piotr Prajsnar z Cloud Technologies. Firmy i organizacje rządowe, wykorzystują tę technologię, by lepiej zrozumieć to, co się dzieje organizacji i wokół niej.

“Co po krzemie?” – tak brzmi pytanie zadane przez analityków i zarazem ostatni z przedstawionych przez Gartnera trendów. Jak twierdzą amerykańscy eksperci, ta technologia zbliża się do szczytu swoich fizycznych ograniczeń. Co więcej, olbrzymie zapotrzebowanie na ten surowiec spowodowało podniesienie jego cen oraz malejącą dostępność. Dlatego musimy liczyć się z tym, że w ciągu najbliższej dekady pojawią się alternatywne rozwiązania, które zastąpią wysłużony krzem.

Jednak ta teza nie jest niczym nowym, już w 2012 roku fizyk Michio Kaku ostrzegał, że: – Za 10 lat prawo Moore’a nie będzie już obowiązywało. Już teraz obserwujemy spowolnienie w przyroście liczby tranzystorów możliwych do umieszczenia na jednym kawałku układu scalonego. To prawa fizyki ograniczają wzrost mocy obliczeniowej komputerów opartych na krzemie. Nie mniej ni więcej, oznacza
to tylko jedno – koniec ery krzemu.

Gartner przewiduje, że pod uwagę musimy wziąć takie rozwiązania jak komputer DNA, w którym obliczenia zachodzą dzięki reakcjom chemicznym między cząsteczkami DNA. To technologia opracowana na podstawie obserwacji i badań tego, jak działa ludzkie ciało.

Równie futurystycznie brzmi koncepcja biodegradowalnych sensorów, które mogą być wprowadzone do ludzkiego ciała, by kontrolować jego funkcje życiowe, a następnie się… rozpuścić. Takie rozwiązania znajdują się już na etapie testów, np. na Uniwersytecie w st. Illinois w Urbana-Champaign. Ostatnią z alternatyw mają być tranzystory węglowe, które pozwalają zbudować komputer zawierający wyłącznie tranzystory zbudowane na bazie węglowych nanorurek. To również nie jest nowość w świecie nauki, jakiś czas temu, pierwsze tego typu urządzenie zaprezentowali naukowcy pracujący w Stanford University.

Firma Gartner zwróciła uwagę na 5 jej zdaniem najistotniejszych trendów. Jednak prawda jest taka, że trendy technologiczne nie będą się rozwijać osobno, ale będą się przenikać. Rozwój 5G i Edge Computing zapewni wzrost mocy obliczeniowej i stanie się podstawą dla platform IoT nowej generacji. Integracja technologii konsumenckich i biznesowych ze sztuczną inteligencją, dużymi zbiorami danych, IoT i przetwarzaniem brzegowym przyczyni się do rozwiązania problemów dotyczących niemal każdego zagadnienia.

Chyba że na naszej drodze, znów pojawi się przeszkoda, jakiej nikt nie przewidział…

Postępowanie sanacyjne spółki a przedłużanie terminu zwrotu VAT

Naczelnik urzędu celno-skarbowego wszczął w spółce kontrolę celno-skarbową i wstrzymał wykazany przez nią, należny jej zwrot VAT. W trakcie kontroli sąd rejonowy otworzył postępowanie sanacyjne spółki w celu uniknięcia jej upadłości. Mimo to fiskus jeszcze przez pół roku przedłużał termin zwrotu VAT. Działania organów zaskarżył w końcu zarządca sanacyjny, zarzucając im naruszenie przepisów podatkowych oraz przepisów prawa restrukturyzacyjnego.

Kontrahenci z grupy wysokiego ryzyka

Przedsiębiorstwo handlowe w złożonej w lipcu 2018 r. korekcie deklaracji podatkowej za czerwiec 2018 r. wykazało nadwyżkę naliczonego podatku od towarów i usług nad należnym do zwrotu na jego rachunek w ustawowym terminie 60 dni. Naczelnik urzędu celno-skarbowego we wrześniu 2018 r. wszczął w przedsiębiorstwie kontrolę celno-skarbową, którą następnie trzykrotnie przedłużał aż do lipca 2019 r. W jej trakcie, podejmując wątpliwości co do zasadności zwrotu, również trzykrotnie postanowieniami z: września 2018 r., listopada 2018 r. oraz lutego 2019 r. przedłużał jego termin. Organ nie chciał zwrócić spółce VAT, bo jak ustalił, jej głównymi dostawcami są firmy zaliczane do grupy wysokiego ryzyka (w przypadku jednej z nich jej jedynym właścicielem i udziałowcem był obcokrajowiec, a w przypadku innych ich rozliczenia podatkowe były już kwestionowane przez organy podatkowe). Podobne obawy organ wyraził co do odbiorców towarów od spółki, którymi były firmy litewskie.

Postępowanie sanacyjne, czyli ochrona firmy przed upadłością

W listopadzie 2018 r. sąd rejonowy otworzył postępowanie sanacyjne spółki i wyznaczył zarządcę masy sanacyjnej. Celem tego postępowania jest próba zawarcia układu z wierzycielami, ochrona majątku firmy przed egzekucją, a także wprowadzenie właściwego zarządu majątkiem dłużnika, a tym samym umożliwienie odzyskania przez przedsiębiorstwo zdolności do wykonywania swoich zobowiązań i w konsekwencji uniknięcie upadłości.

Zarządca zaskarżył kolejne przedłużanie terminu zwrotu VAT

W maju 2019 r. zarządca sanacyjny spółki złożył zażalenie na postanowienie naczelnika urzędu celno-skarbowego przedłużające termin zwrotu VAT spółce, zarzucając naruszenie przepisów ustawy o VAT, Ordynacji podatkowej, a także ustawy – Prawo restrukturyzacyjne. Zarządca podniósł, że organ podatkowy nieskutecznie przedłużał termin zwrotu do lipca 2019 r., bowiem możliwość dalszego jego wstrzymywania wygasła już w listopadzie 2018 r., gdy do obrotu prawnego nie weszło drugie z postanowień naczelnika o przedłużeniu. Powodem był brak doręczenia mu (zarządcy sanacyjnemu) w wymaganym terminie takiego postanowienia.

To, że postanowienie z listopada doręczono dopiero w kwietniu, jest efektem działań spółki

Dyrektor izby administracji skarbowej nie przychylił się do zażalenia. Uznał, że organ zachował terminy uprawniające fiskus do przedłużania terminu zwrotu VAT, doręczając sporne postanowienie spółce w listopadzie 2018 r. W uzasadnieniu podniósł, że pismo sądu rejonowego w sprawie otwarcia postępowania sanacyjnego spółki wpłynęło do organu drugiej instancji w listopadzie 2018 r., po czym organ ten doręczył je naczelnikowi urzędu celno-skarbowego w grudniu 2018 r. Naczelnik w kwietniu 2019 r. doręczył z kolei zarządcy sanacyjnemu informację wyjaśniającą przesłanki doręczenia mu postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu VAT z listopada 2018 r. Jak podkreślił DIAS, w treści pisma zawarte było pouczenie o możliwości i terminie wniesienia zażalenia na to postanowienie. Skoro zarządca go nie wniósł, postanowienie z listopada 2018 r. weszło do obrotu i stało się ostateczne. Co więcej, zdaniem organu drugiej instancji postępowanie sanacyjne zostało uruchomione przez spółkę, zatem organ nie może ponosić odpowiedzialności za skutki podjętych przez nią z własnej inicjatywy działań.

To zarządca sanacyjny, a nie spółka był stroną postępowania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu, analizując zarzuty naruszenia przepisów, stwierdził, że dla zachowania wymogów regulacji art. 87 ust. 2 ustawy o VAT, a więc możliwości przedłużania podatnikowi terminu zwrotu VAT, niezbędne jest spełnienie łącznie trzech przesłanek:

  • termin na dokonanie zwrotu jeszcze nie upłynął;
  • weryfikacja rozliczeń podatnika odbywa się w toku czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, postępowania podatkowego lub kontrolnego;
  • wykazywana przez organy konieczność dodatkowej weryfikacji zasadności zwrotu musi opierać się co najmniej na uprawdopodobnionych przesłankach.

Z kolei art. 212 Ordynacji podatkowej stanowi, że organ podatkowy związany jest decyzją, którą wydał, od chwili jej doręczenia podatnikowi. Z kolei jak wskazał sąd, pierwsza z przywołanych wyżej przesłanek w niniejszej sprawie nie została spełniona, bo postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT z listopada 2018 r. zostało doręczone zarządcy sanacyjnemu w kwietniu 2019 r., czyli już po upływie 60-dniowego terminu na dokonanie zwrotu (upływał on w grudniu 2018 r.). Dlaczego?

„…z dniem […] listopada 2018 r., mimo pozostawienia zwykłego zarządu dłużnikowi, stroną w prowadzonym dotychczas wobec spółki postępowaniu kontrolnym stał się ustanowiony tego dnia zarządca masy sanacyjnej. (…) zarządca stał się z mocy prawa stroną postępowania (…), tzw. stroną zastępczą i tylko do niego mogło być skierowane postanowienie przedłużające termin do zwrotu podatku” (wyrok WSA w Poznaniu z 4 czerwca 2020 r., sygn. akt I SA/Po 177/20).

Podsumowanie

Odpowiedzialność za skutki nieznajomości prawa nie dotyczy jedynie przedsiębiorców czy innych podatników. Nie są z niej zwolnione także organy podatkowe. Oczywiście w niniejszej sprawie organ próbował naprawić swój błąd, doręczając postanowienie o przedłużeniu zarządcy sanacyjnemu w kwietniu 2019 r., ale – wziąwszy pod uwagę terminy przewidziane w przepisach ustawy o VAT – było to o wiele za późno.

Spółka wystąpiła o objęcie postępowaniem sanacyjnym, bowiem taka procedura służyć ma uniknięciu upadłości, odbudowaniu zdolności do regulowania zobowiązań, a więc i zaspokajania wierzycieli, w tym będących przedstawicielami Skarbu Państwa. Przedsiębiorcy podejmujący takie starania, jak i zarządcy sanacyjni, którzy w ich imieniu działają, powinni zrewidować, czy również w ich przypadku organy podatkowe nie naruszają reguł postępowania i w sposób nieuprawniony wstrzymują tak potrzebne restrukturyzującemu się przedsiębiorstwu należne mu zwroty VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ponad 8 mln zł z UE na zdobywanie wiedzy

Mikro, mali i średni, a także duzi przedsiębiorcy mogą starać się o dofinansowanie usług szkoleniowych, doradczych oraz studiów podyplomowych dla siebie oraz swoich pracowników. Operator wybrany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości rozpoczął już nabór. Wsparcie finansowane z Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwoju jest skierowane do branży motoryzacyjnej (z uwzględnieniem elektromobilności) oraz sektora mody i innowacyjnych tekstyliów.

Jest to kolejna możliwość uzyskania dofinansowania do szkoleń lub studiów w ramach programu „Kompetencje dla sektorów”, które zostało uruchomione w sierpniu tego roku.

-Wielu przedsiębiorców wykorzystuje czas pandemii i pracy zdalnej na rozwój. Czas, który obecnie w większym stopniu  spędzamy w domowym zaciszu, można przeznaczyć na poszerzanie kompetencji. Tym bardziej, że nowa rzeczywistość może wymagać od nas nowych umiejętności – mówi Iwona Augustynowicz z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

Na szkolenia dla sektora mody i innowacyjnych tekstyliów przeznaczone jest 1,6 mln zł, zaś w branży motoryzacyjnej do podziału jest aż 6,5 mln zł. Aby otrzymać dofinansowanie na usługi rozwojowe firma musi spełniać warunki uzyskania pomocy de minimis lub pomocy publicznej oraz zobowiązać się do wniesienia wkładu w wysokości min. 20 proc.
Tematyka usług objętych wsparciem wynika ściśle z rekomendacji wydanych przez Sektorowe Rady ds. Kompetencji działające w różnych branżach. Na podstawie rekomendacji przygotowanych przez Rady, PARP sukcesywnie uruchamia kolejne działania szkoleniowo-doradcze dla sektorów, celem podniesienia kompetencji w najważniejszych obszarach. Rady są platformą współpracy na linii biznes-edukacja-administracja. Ich głównym zadaniem jest wyznaczenie kierunków zmian oraz wskazanie luk kompetencyjnych w sektorach.

Tematy szkoleń dla sektora mody i innowacyjnych tekstyliów (oferta „Przepis na rozwój – kompetencje szyte na miarę” operatora HRP Group Sp. z o.o.) obejmują m.in.:
  • konstruowanie w systemach CAD/CAM przemysłowych szablonów odzieżowych;
  • zarządzanie procesami technologicznymi przemysłowego szycia odzieży z dzianin;
  • wytwarzanie odzieży miarowej damskiej;
  • konstruowanie szablonów odzieżowych do produkcji przemysłowej odzieży;
  • sztuka bezpośredniej sprzedaży i doradztwa przy zakupie;
  • sprzedawanie odzieży krótkoseryjnej i luksusowej typu made to measure (MTM).
Tematy szkoleń dla branży motoryzacyjnej (oferta „Przepis na rozwój – rozpędzamy kompetencje w branży moto” operatora HRP Group Sp. z o.o.) obejmują m.in.:
  • mentor w branży motoryzacyjnej;
  • instruktor praktycznej nauki zawodu (kwalifikacje wymienione w §10 ust. 3 Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 22 lutego 2019 r. w sprawie praktycznej nauki zawodu Dz.U. 2019 poz. 391);
  • utrzymanie ruchu (specjalista utrzymania ruchu);
  • operator CNC (w zakresie tworzenia narzędzi i matryc);
  • lakiernictwo (lakiernik).

– Cały czas realizowane są również projekty dla sektora budownictwa, finansów, turystyki, IT, zdrowia i opieki społecznej oraz mody (I edycja). A od sierpnia 2020 r. można także zgłaszać się na szkolenia w branży motoryzacyjnej oraz mody (II edycja). Zachęcamy przedsiębiorców do zgłaszania się online poprzez formularz na naszej stronie – dodaje ekspert z PARP.

Dofinansowane mogą być wyłącznie usługi doradcze i szkoleniowe, które znajdują się w Bazie Usług Rozwojowych, administrowanej przez PARP.

Czy “odbiór z krawężnika” wypełni lukę pomiędzy handlem tradycyjnym i online?

0

Sklepy internetowe i warzywniaki na rogu – to wbrew pozorom nie dwa przeciwne obozy, walczące o rynek handlu. Powstaje między nim coraz więcej hybrydowych form robienia zakupów, a rok 2020 jak żaden inny sprzyja ich testowaniu i wdrażaniu. Wśród nich dobrze przyjmuje się curbside pickup, czyli odbiór w punkcie stacjonarnym produktów zakupionych online. Czy taka może być właśnie przyszłość zakupów?

Myszka komputerowa, bezprzewodowe słuchawki, buty sportowe, oczyszczacz powietrza, laptop – wszystkie te wynalazki miały pierwotnie służyć astronautom w kosmosie. Gdy już powstały, okazało się, że są niemniej użyteczne w normalnych, ziemskich warunkach.
Podobny może być los licznych innowacji, które zrodziła lub wypromowała pandemia Covid-19. Ograniczenie fizycznego kontaktu między ludźmi nie tylko powstrzymuje postępy wirusa, ale często oszczędza też nasz czas w załatwianiu rozmaitych spraw. Dlatego mimo zawieszenia narodowej kwarantanny nie słabnie popularność zakupów w sieci – wg. Izby Gospodarki Elektronicznej w czerwcu robiło je 72 proc. Polaków, czyli o 15 proc. więcej niż przed pandemią – a także przybywa hybryd handlu online i offline.

Jak działa Curbside Pickup?

W najprostszym ujęciu chodzi o zakupy internetowe, które nie przyjeżdżają do domu, a klient musi sam po nie podjechać. Jeśli wiernie trzymać się nazwy (ang. odbiór z krawężnika) odbywa się to nawet nie w samym sklepie, a w specjalnym punkcie na zewnątrz.  Nie jest to zupełna nowość, gdyż wiele e-sklepów już dawno posiadało opcję odbioru zamówienia na miejscu (pozwala to uniknąć kosztu wysyłki), ale w czasie pandemii po raz pierwszy na szerszą skalę skorzystały z niej tradycyjne firmy handlowe. W USA ten model wprowadziła największa sieć handlowa Walmart, jak również Target, Kmart, Gap czy Apple

– Przenoszenie się sklepów z galerii handlowych do internetu, które mocno przyspieszyło po wprowadzeniu reżimów sanitarnych w wielu krajach, odbywa się w dwóch sferach. Pierwsza, czyli uruchomienie e-sklepu, jest prostsza. Wykorzystując nasze sprawdzone narzędzia, moglibyśmy wystartować z internetową wersją nawet dużego supermarketu w ciągu kilku miesięcy – ocenia ‎Paweł Szewczyk, Chief Marketing Officer firmy merce.com – Większym wyzwaniem jest logistyka dostaw, a zwłaszcza tzw. problem ostatniej mili. W e-commerce często okazuje się, że przesyłka najwięcej czasu spędza w ostatniej sortowni, bo firma kurierska nie ma mocy przerobowych, by dostarczyć ją szybko pod drzwi klienta. Podobnie jest ze sklepami, które dopiero uruchamiają nowe kanały sprzedaży i nie byłyby w stanie dostarczyć wszystkich zamówień tego samego dnia, a to kluczowe zwłaszcza przy zakupach spożywczych, które potrzebne są już dziś, na kolację. W tej sytuacji faktycznie najlepiej, jeśli klient sam podjedzie po swoje zakupy – wyjaśnia ekspert.

Przyszłość jest hybrydowa

O tym, że granica między kupowaniem z domu a wyjściem po zakupy powoli zaciera się, przekonuje choćby sukces paczkomatów, których w ciągu dekady pojawiło się w Polsce ponad 7 tysięcy (z czego kilkaset tylko w tym roku), a ich operator, firma inPost z powodzeniem przenosi to rozwiązanie do kolejnych europejskich krajów. Okazuje się, że wielu osobom wygodniej wybrać się w wolnej chwili na spacer po paczkę niż synchronizować grafik dnia z planami kuriera.

Często zresztą paczkomaty stają przy sklepach i dyskontach, co sprawia, że robimy zakupy internetowe i stacjonarne za jednym zamachem. Same placówki handlowe też stają się punktami odbioru e-zakupów. Do kiosków, z usługą “Paczka w Ruchu”, dołączyły trzy lata temu sklepy Żabka, a niedawno o podobnych planach poinformowała sieć Dino.
W kilku innych sieciach handlowych pandemia przyspieszyła proces wprowadzania bezobsługowych kas, a supermarkety Carrefour uruchamiają w pełni bezobsługowe sklepy. Mogą być czynne przez całą dobę – zupełnie jak zakupy internetowe. Z kolei Eobuwie.pl prowadzi już kilkadziesiąt sklepów stacjonarnych, gdzie kupuje się prawie jak w sieci – nie ma półek z towarem, klienci przeglądają ofertę na ekranach tabletów, a wybrane produkty są im w kilka minut dostarczane do przebieralni.

– Kiedyś do kupowania w sieci skłaniały niskie ceny, teraz widzimy, że pozwala to też zaoszczędzić czas. Przy dobrze wdrożonym systemie e-sprzedaży sprawdzenie, czy w magazynie jest interesujący klienta kolor i rozmiar bluzy zajmuje kilka sekund, podczas gdy w stacjonarnym punkcie sprzedaży wymaga to przewertowania kilkunastu wieszaków i poproszenie pracownika obsługi, by sprawdził, czy nie została może ostatnia sztuka na zapleczu. Zakupy spożywcze online zrobimy w kilka minut, a nie w kilkadziesiąt, jak przy wyprawie do supermarketu. Jednak stacjonarne punkty sprzedaży nie znikną zupełnie choćby dlatego, że zwykle będą w pobliżu i pozwolą na łatwy odbiór zakupów internetowych. Dlatego firmy handlowe, nawet jeśli nie zamierzają w pełni przechodzić do sieci, powinny się otworzyć na rozwiązania mieszanie – podpowiada ‎Paweł Szewczyk.

Newsletter kredytowy BIK – Przedsiębiorcy, lipiec 2020 r.

W lipcu 2020 r., w porównaniu do lipca 2019 r., banki udzieliły dużo mniej kredytów mikroprzedsiębiorcom zarówno w ujęciu liczbowym (-37%), jak i wartościowym (-27,7%).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

W ujęciu liczbowym banki przyznały o (33,1%) mniej kredytów w rachunku bieżącym, o (-31,3%) mniej kredytów obrotowych oraz o (-17,8%) inwestycyjnych. Spadła także wartość udzielonych w lipcu 2020 r. kredytów inwestycyjnych o (-31,5%), kredytów w rachunku bieżącym (-27,7%) oraz obrotowych (-20,3%).

W siedmiu pierwszych miesiącach 2020 r. banki udzieliły 73,9 tys. kredytów mikroprzedsiębiorcom (-32,6%) na łączną kwotę 9,179 mld zł (-30,6%), w tym: 5 tys. kredytów inwestycyjnych (-30,8%) na kwotę 1,384 mld zł (-41,2%), 25,8 tys. kredytów obrotowych (-31,7%) na kwotę 3,988 mld zł (-26,2%) oraz 20,6 tys. (-34,3%) kredytów w rachunku bieżącym na kwotę 2,488 mld zł (-26,9%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

Lipcowy odczyt Indeksu Jakości kredytów mikroprzedsiębiorców wyniósł 6,8% w ujęciu wartościowym oraz 5,0% w ujęciu liczbowym. Produktowe Indeksy jakości w lipcu kształtowały się w ujęciu liczbowym: kredytów inwestycyjnych 6,0%, kredytów obrotowych 9,5% oraz kredytów w rachunku bieżącym 3,1%. I odpowiednio w ujęciu wartościowym – kredyty inwestycyjne 3,5%, kredyty obrotowe 13,8% oraz kredyty w rachunku bieżącym 4,0%.

W lipcu 2020 r. w porównaniu do czerwca 2020 r. poprawił się (spadł) ogólny indeks jakości (-0,35). Jednak indeks pogorszył się (wzrósł) w okresie 12 miesięcy o +0,82. Niepokojącym zjawiskiem jest stałe jego pogarszanie się już od pięciu lat. W 2016 r. średnia wartość wynosiła 4,84%. Pogorszenie odczytu w okresie 12 miesięcy jest jednak zróżnicowane produktowo. Największe pogorszenie (wzrost) o 3,06 odnotowały kredyty obrotowe. Najmniejsze pogorszenie tylko o 0,05 wystąpiło w przypadku kredytów inwestycyjnych. Może wynikać to z faktu, że kredyty inwestycyjne z uwagi na swoją specyfikę są bardziej weryfikowane i analizowane.

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według sektorów

Na 9,9 tys. kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w lipcu br., 4,7 tys. zaciągnęły firmy usługowe (44,5%) i 2,6 tys. handlowe (26,3%). Łącznie więc ponad 70% kredytów przypada na te sektory. Banki udzieliły 498 mln zł (36,9%) kredytów firmom z sektora usług oraz 444 mln zł (32,9%) mikroprzedsiębiorcom prowadzącym działalność handlową. Finansowanie tych dwóch sektorów to 69,8% łącznej wartości udzielonych kredytów.

W okresie styczeń – lipiec 2020 r. najwyższe spadki udzielonych kredytów dotyczyły finansowania usług (-33,9%) oraz produkcji (-33,3%) i handlu (-33,2%). W ujęciu wartościowym w okresie pierwszych siedmiu miesięcy 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. najwyższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora przemysłowego (-33,7%). Widzimy już pierwsze symptomy wzrostu akcji kredytowej. W lipcu w stosunku do czerwca (m/m) we wszystkich sektorach odnotowaliśmy wysokie wzrosty. W ujęciu liczbowym najwyższe wzrosty dotyczyły kredytów udzielanych firmom z sektora usług (+35%) oraz handlu (+30,9%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według sektorów

Według odczytów Indeksu Jakości najgorzej (najwyższy poziom wskaźnika) spłacane są kredyty przez firmy usługowe – w lipcu wartość indeksu wyniosła 7,6%. W okresie ostatnich 12 miesięcy polepszeniu (spadek o – 0,91) uległ jedynie Indeks Jakości kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora budowalnego. Wyraźnemu pogorszeniu uległ natomiast indeks dla kredytów mikroprzedsiębiorców świadczących usługi (+1,69).

BADANIE: Konsumenci biorą gazetki głównie ze sklepów i to tylko wtedy, kiedy ich faktycznie potrzebują

0

Niespełna 60% konsumentów pozyskuje gazetki ze sklepów. Przeszło 40% z nich tak robi, bo bierze to, czego w danej chwili potrzebuje. Blisko 30% stawia w ten sposób na własną wygodę, a dla 14% osób to kwestia przyzwyczajenia. Bezpośrednio po zabraniu publikacji do domu 32% badanych odkłada ją na później do czytania. 27% zapoznaje się z nią od razu i zatrzymuje do czasu kolejnych zakupów. Tylko 12% natychmiast ją sprawdza i następnie wyrzuca. Powyższe dane pochodzą z badania zrealizowanego na zlecenie Grupy AdRetail.

Z badania wynika, że aż 56% konsumentów zabiera gazetki bezpośrednio ze sklepów. 14% nie zwraca na to uwagi. 11% wskazuje na skrzynki pocztowe, a 7% – na klatki schodowe z pojemnikami na ulotki. Natomiast 6% nie pamięta, skąd w ogóle bierze tego rodzaju publikacje. 4% pozyskuje je z innego miejsca niż powyższe. Tylko 2% korzysta z gazetek zabranych z domowych wycieraczek.

– Gazetki zabierane do domu przy okazji zakupów pozwalają na świadome korzystanie z promocji i planowanie wydatków. Są też emocjonalnym impulsem ściśle powiązanym z dokonanym wyborem. Wynikają z chęci sprawdzenia tego, co ciekawego klient będzie mógł nabyć w korzystniejszej cenie w trakcie kolejnej wizyty w sklepie – komentuje Agata Biernacka z ALDI Polska.

Natomiast Karol Kamiński z serwisu DING.pl zauważa, że konsumenci już od dawna sięgają tylko po te gazetki, które naprawdę ich interesują. Nie chcą czekać na przypadkowe oferty. Wolą zabierać ze sklepu tylko to, co ich faktycznie interesuje. Do tego ekspert dodaje, że w dobie Internetu w łatwy i szybki sposób mogą także zweryfikować dowolną promocję i to bez wychodzenia z domu.

– Nie jest dla nas zaskoczeniem, że gazetki są najczęściej pozyskiwane w sklepach. Trafiają do nich osoby, które są zainteresowane konkretnymi produktami. Drukowana oferta jest dla klientów dodatkową przesłanką do zakupu, więc chętnie zabierają ją do domu, aby porównać zaprezentowany asortyment z wybranymi przez siebie modelami. Dla wielu osób papierowa gazetka jest też punktem wyjścia do dalszych poszukiwań w Internecie – mówi Sylwia Kocon z sieci RTV EURO AGD.

Jak zaznacza Marcin Kłosek z Tesco Polska, dla wielu klientów papierowa gazetka wciąż jest jedynym źródłem informacji o promocjach. Jeśli nie dostają jej już tak często pod drzwi czy do skrzynki, to z chęcią sięgają po nią w sklepie. Zakupy z nią są wygodniejsze, bo klient od razu wie, jakich okazji może szukać w danej chwili. Często konsumenci w oparciu o gazetki porównują oferty między innymi sklepami i wybierają finalnie te, które oferują im produkty konkurencyjne cenowo.

– Pojemniki na ulotki na klatce schodowej, a tym bardziej skrzynki pocztowe to miejsca głównie przypadkowych reklam i publikacji marketingowych. Polacy coraz bardziej cenią sobie swoją prywatność. A nachalne próby narzucenia im wyborów mają odwrotny skutek do zamierzonego – podkreśla Maciej Tygielski z Grupy AdRetail.

Z powyższych danych wynika również, że konsumenci dość rzadko pobierają gazetki z okolicy swojego najbliższego otoczenia. Łącznie 20% zabiera je ze skrzynek pocztowych, wycieraczek czy stojaków na ulotki i gazetki. Dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego uważa, że to wcale nie jest mały odsetek. Dotyczy konsumentów, którzy z wyprzedzeniem planują zakupy pod względem rzeczowym, cenowym i kalkulacyjnym.

– Gazetki pozostawiane w skrzynkach pocztowych są jednak niechętnie widziane przez większość klientów. Są postrzegane jako niechciane śmieci. Natomiast publikacje pozostawiane na wycieraczkach domów, a nawet oferowane na stojakach w miejscach publicznych w dobie pandemii są nie do przyjęcia – przekonuje dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Respondenci podali przyczyny pobierania gazetek ze sklepów. 41% bierze to, czego w danej chwili potrzebuje. 29% czyni tak dla wygody. 14% wskazuje na przyzwyczajenie. Z kolei 9% robi to z innego powodu niż wyżej wskazane. 7% nie ma na ten temat zdania.

– Konsumenci już od dawna koncentrują się tylko na tym, co ich faktycznie interesuje. Mało kto zabiera ze sklepu wszystkie ulotki i foldery. I nie chodzi tylko o koronawiursa, ale przede wszystkim o czas. Duża sterta publikacji i tak nie byłaby przeczytana – zapewnia Karol Kamiński.

Zdaniem Sylwii Kocon, nowoczesny klient bardzo ceni sobie wygodę i swój czas. Sięga tylko po takie materiały marketingowe, w których znajduje informacje na temat poszukiwanych przez siebie produktów. Chce otrzymywać informacje stricte dostosowane do swoich potrzeb.

– Przyzwyczajanie klientów, np. do brania gazetek ze sklepów, bardzo trudno jest zmienić. Wiele sieci właśnie z tego powodu powstrzymuje się przed podjęciem odważnych decyzji o redukcji papierowych publikacji. Jednak kompletnie nowa sytuacja związana z pandemią pokazała, że dotychczasowe nawyki mogą nagle przestać istnieć. Wielu Polaków zaczęło obawiać się pobierania drukowanych form i zrozumiało, że dokładnie te same treści może zobaczyć w Internecie lub w aplikacji – zwraca uwagę Maciej Tygielski.

Jak stwierdza Aleksandra Robaszkiewicz z Lidl Polska, klienci są zainteresowani różnymi formami gazetek produktowych – zarówno papierowymi, jak i elektronicznymi. Natomiast popularność danego rodzaju publikacji zależy od grupy docelowej.

– Klienci oczekują, poza promocjami cenowymi i wysoką jakością asortymentu, ułatwienia im zakupów i wygody. Coraz częściej sięgają po sprawdzone, niedrogie i dopasowane do własnych potrzeb produkty marek własnych, których nie ma w innych sieciach – dodaje Agata Biernacka z ALDI Polska.

Respondenci wskazali też, co robią bezpośrednio po zabraniu gazetki. 32% stwierdziło, że odkłada ją na później do przeczytania. 27% sprawdza publikacje i odkłada je do czasu zakupów. Gazetka jest od razu czytana i wyrzucana przez 12% konsumentów. Natomiast 14% badanych nie pamięta, jak postępuje z tego typu publikacją. Z kolei 8% robi z nią inną rzecz niż wyżej wskazano. 5% nie zwraca na to uwagi.

– Sposób korzystania z gazetki to rzecz wtórna. Ważne jest, by klient podejmował decyzje zakupowe z jej udziałem. Wskazane różnice to kwestie indywidualne. Właśnie dlatego sieci nie poprzestają na samych publikacjach. Dla zwiększenia sprzedaży stosują też inne mechanizmy na terenie samych sklepów, ale gazetki są konieczne – wyjaśnia dr Faliński.

Jak podsumowuje dr Kłosiewicz-Górecka, klienci chcą mieć możliwość zapoznania się z interesującymi ofertami w spokoju, tj. w wybranym przez siebie czasie oraz miejscu. Dopiero wtedy mogą podejmować rozsądne decyzje zakupowe.

Badanie zostało zrealizowane przez UCE RESEARCH na zlecenie Grupy AdRetail. Ankieta była prowadzona w okolicach dużych centrów handlowych oraz małych i średnich sklepów. Łącznie odbyło się 989 wywiadów bezpośrednich z losowo wybranymi osobami. Próba odpowiadała strukturze kobiet i mężczyzn w wieku 18-80 lat.

Mazars w Polsce wzmacnia zespół doradztwa i powołuje nowego Partnera

Firma audytorsko-doradcza Mazars wzmacnia swój zespół Usług Doradztwa Finansowego w
Polsce powołując nowego Partnera – Jacka Byrta.

Jacek Byrt posiada blisko 20-letnie doświadczenie zawodowe w zakresie transakcji fuzji i
przejęć, finansów przedsiębiorstw oraz doradztwa strategicznego, które zdobył pracując w
firmach doradczych oraz w sektorze bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej.

W trakcie kariery zawodowej uczestniczył w ponad 100 projektach zakończonych sukcesem.
Pracował zarówno dla dużych polskich przedsiębiorstw, jak i MŚP reprezentujących różne
branże, m.in. sektor produkcyjny, produkcję żywności i rolnictwo, usługi dla przedsiębiorstw (IT i outsourcing), usługi medyczne.

Przed dołączeniem do Mazars Jacek Byrt spędził 16 lat w niezależnej firmie doradczej
Azimutus specjalizującej się w transakcjach fuzji i przejęć oraz w doradztwie strategicznym
dla przedsiębiorstw, której był założycielem i wspólnikiem. Ponadto pracował w McKinsey &
Company w Warszawie, w Dresdner Kleinwort Benson i w Commerzbanku we Frankfurcie
nad Menem, w Morgan Stanley w Londynie oraz w Banku Zachodnim WBK SA (obecnie
Santander Bank Polska) w Warszawie.

Ukończył studia na London School of Economics (z tytułem Master of Science) oraz Szkołę
Główną Handlową w Warszawie (w tym CEMS Master na paryskim HEC). Ukończył również
Advanced Management Program na IESE Business School w Barcelonie. Biegle włada
językiem angielskim, francuskim oraz niemieckim.

Na nowym stanowisku Jacek będzie członkiem zespołu kierowniczego wyższego szczebla
Mazars w Polsce oraz Partnerem odpowiedzialnym za usługi doradztwa finansowego (w tym
m.in. finanse przedsiębiorstw, fuzje i przejęcia, restrukturyzacje, usługi transakcyjne,
finansowe due diligence, wyceny, forensic i dochodzenia w sprawach nadużyć oraz globalne
finansowanie infrastruktury). Będzie współpracował z lokalnymi i międzynarodowymi
konsultantami Mazars, aby zapewnić najwyższy poziom doradztwa i najlepsze praktyczne
rozwiązania dla firm w Polsce.

“To bardzo wymagający czas dla firm w całej Polsce, a my chcemy być w czołówce firm
świadczących usługi doradcze dla biznesu. Cieszę się, że dołączam do już i tak silnego
zespołu Usług Doradztwa Finansowego Mazars w Polsce i że będę wspierać przedsiębiorstwa
w skutecznym radzeniu sobie z pandemią oraz korzystaniu z możliwości pojawiających się w świecie po Covid-19.” – powiedział Jacek Byrt.

Michel Kiviatkowski, Partner Zarządzający Mazars w Polsce dodał: “Nadal obserwujemy
wzrost popytu na nasze usługi doradcze w Polsce i wzmocniliśmy zespół o Partnera, który ma duże doświadczenie w zakresie transakcji Fuzji i Przejęć i Finansów Przedsiębiorstw.
Doświadczenie biznesowe Jacka, w połączeniu z jego specjalistyczną wiedzą wniesie do
zespołu kolejne cenne doświadczenie. Bardzo się cieszę, że osoba z tak wysokimi
kompetencjami dołączyła do Mazars w Polsce.”

II kwartał 2020 na mieszkaniowym rynku wtórnym – bez korekty cenowej

Wiosenny szczyt epidemii koronawirusa nie przełożył się na ceny mieszkań na rynku wtórnym. Tak wynika z danych, które opublikował Narodowy Bank Polski. Średnie cenowe na lokalnych rynkach nie tylko nie spadły, ale w niektórych przypadkach odnotowano dość wyraźne wzrosty. Rok do roku mieszkania używane w największych miastach Polski podrożały nawet o kilkanaście procent. 

Ciągle czekamy na raport NBP z rynku mieszkaniowego za II kw. 2020. Na razie dysponujemy jedynie danymi dotyczącymi średnich cen na lokalnych rynkach. Pewnym wskaźnikiem opisującym sytuację jest raport za I kw. 2020, ale obejmuje on jedynie początek epidemii w Polsce.

Co wynika z danych NBP odnośnie cen w II kw. 2020? Wniosek jest jeden – na razie koronawirus nie przekłada się na ceny mieszkań, co może wskazywać na dwa istotne czynniki: 1) albo popyt utrzymał się na wysokim poziomie, mimo restrykcji i obaw o kondycję tak własną, jak i całej gospodarki 2) albo właściciele mieszkań zdecydowali się na przeczekanie najtrudniejszego okresu, wierząc w powrót koniunktury i zdecydowali się „zamrozić ceny”.

Patrząc na średnie cenowe z głównych miast wojewódzkich, można zaryzykować tezę o kombinacji tych dwóch czynników. Nie byłaby ona bezpodstawna, bowiem jak donoszą pośrednicy sprzedaży i inni eksperci rynkowi, tradycyjnie już w „ciężkich czasach” inwestorzy szukają przede wszystkim aktywów, które pozwolą im przeczekać trudny okres i zachować wartość kapitału. W dobie ultra-niskich stóp procentowych lokaty bankowe są rozwiązaniem zupełnie nieopłacalnym, które przy wysokiej inflacji powoduje realne straty. Podobnie ma się rzecz z nisko oprocentowanymi lokatami skarbowymi. Z kolei rynek akcji jest rynkiem niepewnym.

Tym samym na jedną z atrakcyjniejszych i bezpieczniejszych form inwestowania wyrastają nieruchomości, przy czym ważne zastrzeżenie – kapitał zachowują przede wszystkim nieruchomości drogie, z segmentu luksusu. One w mniejszym stopniu podatne są na wahania koniunkturalne i raczej trzymają swoją wartość.

Tak więc – wzrost średnich cen, a przecież takie dane dostarcza nam NBP, nie musi oznaczać, że mieszkania generalnie drożały w szczycie pandemii. Nawet jeśli duża część sprzedających zdecydowała się „zamrozić” cenę w nadziei na powrót popytu, który siłą rzeczy w kwietniu czy maju musiał być  znacznie niższy, to ciężko posądzić ich o to, że w takich warunkach jeszcze ceny podnosili.

Wzrost średnich cenowych to więc raczej zasługa zakupów inwestycyjnych w segmencie premium, a nie podniesienia ogólnego poziomu cen.

Trzeba też pamiętać o tym, że rynek mieszkaniowy cechuje się swoistą inercją, a więc powoli reaguje na procesy makroekonomiczne. Przy rozgrzanym do czerwoności rynku z I kw. 2020, będącego w fazie boomu, nie ma się co spodziewać gwałtownego ostrego hamowania, które byłoby widoczne już z kwartału na kwartał. Należy raczej zakładać, że skutki awantury pod nazwą koronawirus będą lepiej widoczne dopiero jesienią, a nawet po końcu roku, kiedy stanie się jasne czy (a jeśli tak, to na ile) na rynek przełoży się zapowiadana przez ekspertów druga faza pandemii.

Bez spadku cen

Jak już powiedzieliśmy, z danych NBP za II kw. 2020 z rynku wtórnego nie wynika, by doszło do korekty cenowej. Wręcz przeciwnie  –  mieszkania nadal drożały, choć dynamika wzrostów w Warszawie mocno osłabła. Wzrost cen spowolnił też w Krakowie i Trójmieście. Nie jest to niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, że życie społeczne w marcu i kwietniu zamarło nieomal całkowicie. Były jednak i takie znaczące rynki, gdzie wzrosty wcale nie przyhamowały.

W II kw. 2020 roku, ceny transakcyjne metra kwadratowego używanego mieszkania na sprzedaż w Warszawie, wynosiły średnio 9920 zł. Stawki minimalnie poszły w górę – dokładnie o 25 zł/mkw. We Wrocławiu za 1 mkw. na rynku wtórnym w tym samym czasie płaciło się 7496 zł. Ceny wzrosły o niecałe 2,5 proc. W Gdańsku stawki poszły w górę z 8347 do 8551 zł, czyli o 2,44 proc. W Krakowie wzrost był wyraźniejszy – z 7766 do 8061 zł, czyli o 3,7 proc.  W Łodzi obecnie za 1 mkw. płaci się 5245 zł, co jest wzrostem o 230 zł/mkw. Ceny mieszkania na sprzedaż w Poznaniu również wzrosły o około 200 zł do 6724 zł.

Dane o średnich cenach wskazują, że mieszkania – poza Warszawą – dość wyraźnie podrożały, jednak jak mówiliśmy – miernik, jakim jest arytmetyczna średnia, jest miernikiem niedokładnym. O wiele lepiej sytuację  na rynku prezentuje indeks hedoniczny cen. Dlaczego? Bowiem – w odróżnieniu od średniej arytmetycznej pokazuje zmiany cenowe mieszkań o zbliżonych parametrach, a więc oddaje bardziej „czystą” zmianę ceny, niezależną od liczby obiektów danej grupy w całym zbiorze (np. od liczby apartamentów).

Co wynika z indeksu hedonicznego?

Tu spowolnienie wzrostu cen z kwartału na kwartał na niektórych głównych rynkach jest bardziej widoczne, ale jednak ciągle nie ma mowy, by mówić o jakiejkolwiek korekcie, zwłaszcza jeśli spojrzymy na wyniki rok do roku.

W Warszawie mieszkania z kwartału na kwartał podrożały zaledwie o 0,7 proc. W Krakowie mieszkania zdrożały ledwie o 1 procent, podobnie w Trójmieście, ale już we Wrocławiu wzrost cen był znaczny, bo wyniósł ponad 4 procent. Ponad 4 procentowe wzrosty  zanotowano również w Poznaniu i Łodzi.

Spojrzenie na dane rok do roku potwierdza, że II kw. 2020 nadal był okresem dynamicznego kilkunastoprocentowego wzrostu cen mieszkań, a to oznacza, że ciągle jeszcze pandemia nie przekłada się na stawki na rynku wtórnym.

Wzrosty rok do roku na głównych rynkach nie straciły na dynamice. W Warszawie w II kw. 2020 odnotowano  ponad 10 proc. wzrost cen rok do roku. Takie same wyniki indeksy hedonicznego dotyczą i III i IV kwartału 2019 roku, wcześniej natomiast w I i II kw. 2019 wzrost cen były nieco niższe, na poziomie 7 i 8 proc. rok do roku. To pokazuje, że dynamika wzrostu cen została zachowana – nawet w najtrudniejszym okresie szczytu pandemii. Jak już mówiliśmy – nie znaczy to z całą pewnością, że koronawirus nieruchomości się „nie ima”. Na wnioski dotyczące jego wpływu na sytuację na tym rynku trzeba będzie jednak jeszcze poczekać. Na razie  cenowych efektów nie widać.

Tabela 1. Indeks hedoniczny zmian cen mieszkań używanych w II kw. 2020 – na podstawie danych NBP (wartość powyżej lub poniżej 100 oznacza procentowy wzrost, lub spadek cen mieszkań) 

Miasto Zmiana cen kwartał do kwartału (indeks hedoniczny) Zmiana cen rok do roku
(indeks hedoniczny)
Warszawa 100,7 110,5
Kraków 101,4 113,1
Wrocław 104,2 116
Trójmiasto 101,1 105,1
Poznań 105,8 118
Łódź 104,1 110,7

 

Opracowanie: Marcin Moneta, ekspert GetHome.pl

Jak bardzo polski budżet ucierpi na koronawirusie?

Budżet na 2020 rok w sposób naturalny się zdezaktualizował. Przez epidemię koronawirusa i idący za nią kryzys gospodarczy znacznie zwiększyły się wydatki skarbu państwa, a wpływy z podatków zmalały. Instytut Studiów Podatkowych szacuje, że już w marcu wpływy do budżetu z podatków dochodowych, akcyzy i VAT-u spadły o około 15%. Można założyć, że w budżecie państwa na ten rok zabraknie około 60 miliardów złotych. Nie oznacza to jednak wcale, że rząd zredukuje wydatki planowane na resztę roku. Według obliczeń ISP potencjał tak zwanego pieniądza dłużnego, czyli środków branych na kredyt, pozwoli państwu pokryć ten 60 miliardowy deficyt. Kredyt brany przez państwo charakteryzuje się jednak tym, że brany jest pod zastaw przyszłego budżetu – w tym roku pożyczamy z pieniędzy, które wpłynęłyby do kasy państwa w roku przyszłym i kolejnych. Dlatego takie rozwiązanie nie jest krokiem idealnym. Pozwoli jednak zrealizować niezbędne wydatki, łatając dziurę w nadszarpniętym budżecie. Nie przełoży się również na groźny wzrost deficytu finansów publicznych.

– Przy wprowadzeniu takiego rozwiązania deficyt finansów publicznych zamknie się kwotą około stu miliardów złotych. Łatwo policzyć, że jest to około 5% PKB. Nie jest to kwota ani zatrważająca, ani destabilizująca naszą gospodarkę – powiedział serwisowi eNewsroom Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Szczególnie, że wzrost deficytu wcale nie oznacza, że te pieniądze w istotnej części nie wrócą do naszego budżetu. By wróciły, należy stymulować popyt wewnętrzny – a zwłaszcza konsumpcyjny. Przez najbliższe miesiące, a także w przyszłym roku, powinniśmy użyć finansów publicznych do rozkręcenia popytu. Dzięki temu budżet zasilą podatki od sprzedaży – takie jak VAT i akcyza. Nie uciekniemy od deficytu budżetowego. Taki deficyt nie jest jednak groźny – zwłaszcza, że będzie to jeden z mniejszych deficytów w UE, w relacji do PKB i nominalnie. Jesteśmy w grupie trzech państw najmniejszego regresu przychodów. To dobrze wróży polskiej gospodarce – podsumowuje Modzelewski.

Smutne święta pracowników? Covidowe bezrobocie wzrośnie pod koniec roku

Wbrew czarnym scenariuszom na covidowym rynku pracy w Polsce nie sprawdziły się najgorsze prognozy. Jak wynika z danych GUS stopa bezrobocia rejestrowanego w lipcu wyniosła 6,1 proc. i nie zmieniła się ona względem czerwca. Wydaje się, że pracodawcy i pracownicy powoli zapominają o zagrożeniu jakim jest dla nich COVID-19. Jednak wiele wskazuje na to, że już niebawem zapłacimy „koronawirusowe”, gdy prace sezonowe się skończą, podobnie jak środki na tarczę antykryzysową, a firmy zaczną zwalniać stawiając na efektywność pracy i optymalizację zatrudnienia.

Echa koronawirusa na naszym rynku pracy rozbrzmiewają coraz głośniej. Polscy pracodawcy przeszli ostatnio przyśpieszony kurs radzenia sobie w ekstremalnych warunkach. Niestety, wiele wskazuje na to, że ich kondycja po raz kolejny zostanie poddana testowi. Wybuch pandemii wymusił na firmach, organizacjach i instytucjach wiele zmian, które pomogły w uratowaniu ich przed zamknięciem lub upadłością. Wielu z nich walcząc o utrzymanie etatów decydowało się na obniżenie wynagrodzeń, przymusowe postojowe, wstrzymanie premii i podwyżek czy zmniejszanie etatów. Jak donosi GUS te działania mogły pomóc w zapobieganiu zapaści na rynku pracy – od początku kwietnia do końca czerwca liczba osób pracujących zmniejszyła się „jedynie” o 151 tys. Co więcej, w utrzymaniu miejsc pracy pomogła również tarcza antykryzysowa – wartość przyznanej pomocy – według stanu na 31 lipca 2020 – wynosiła 123,27 mld zł.

Ten bilans już niebawem może się zmienić, bo po wakacjach z rynku pracy znikną stanowiska pracy sezonowej, a środki dostępne do tej pory w ramach tarczy antykryzysowej mogą nie wystarczyć na pokrycie potrzeb pracodawców i utrzymanie miejsc pracy. Sytuacji nie ułatwia również fakt, że wielu pracodawców coraz częściej stawia na efektywność pracy oraz optymalizację, a to prowadzi do redukcji etatów, które ich zdaniem wydają się zbędne.

Dane dotyczące bezrobocia prezentowane przez GUS mogą napawać optymizmem. Z pewnością przyda on się w najbliższym czasie. Obecnie jesteśmy w popandemicznie bardzo dobrym momencie – pracodawcy dostali wsparcie w postaci tarczy antykryzysowej, realizowali  plany awaryjne oraz skoncentrowali się na zachowaniu płynności procesów organizacyjnych, optymalizacji działalności biznesowej oraz przede wszystkim płynności finansowej – mówi Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Moim zdaniem COVID-19 powie polskim przedsiębiorcom „sprawdzam” w IV kwartale tego roku i I kwartale 2021 r. Wtedy też może dojść do zauważalnego i odczuwalnego dla pracowników pogorszenia sytuacji na rynku pracy, a bezrobocie może osiągnąć swoje apogeum. Co więcej, wielu pracodawców, którym tarcza antykryzysowa nie pomoże będzie szukało oszczędności za pomocą reorganizacji struktury zatrudnienia i pracy nad wzrostem efektywności pracowników, a to z kolei wpłynie na zwiększenie zainteresowania elastycznymi formami zatrudnienia – zaznacza Cezary Maciołek.

Koniec wakacji początek bezrobocia?

Jeszcze przed wakacjami Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) informowało o wyraźnym przyroście nowych ofert pracy, przede wszystkim sezonowej, zaobserwowanym w II połowie maja i na początku czerwca. Jak wynika z danych Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) w czerwcu 2020 r. do urzędów pracy zgłoszono 91,0 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, tj. o 15,4 tys. ofert (o 20,4%) więcej niż w maju 2020 r. Wraz z końcem wakacji kilkadziesiąt tysięcy sezonowych stanowisk pracy zniknie z rynku, a na ich miejscu nie pojawią się kolejne, co może spowodować kolejny wzrost bezrobocia.

Pod koniec lipca liczba bezrobotnych zarejestrowanych wyrównana sezonowo wynosiła 1071,5 tys. osób. GUS określił ją po eliminacji tzw. efektów sezonowych, czyli corocznych, regularnych odchyleń od trendu obserwowanych w cyklu rocznym oraz efektów, które nie mają charakteru sezonowego – wynikają z układu kalendarza i zmienności liczby dni roboczych. Od początku roku ta liczba (bezrobotnych zarejestrowanych wyrównana sezonowo) wzrosła o 212 tys. (z 859,5 tys. w styczniu 2020 r.), już niebawem tę grupę mogą powiększyć jeszcze osoby dotychczas zatrudnione na sezon.

Z tarczą czy na tarczy?

Wartość pomocy przyznanej w ramach tarczy antykryzysowej – według stanu na 31 lipca – wyniosła 123,27 mld zł. w tym 21,08 mld zł przeznaczono m.in. na zwolnienie z obowiązku opłacenia należności z tytułu składek do ZUS, 22,10 mld zł  na dofinansowania na ochronę miejsc pracy z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, dofinansowania wynagrodzeń pracowników dla MMŚP z Europejskiego Funduszu Społecznego i mikropożyczki dla przedsiębiorców, a 60,31 mld zł – subwencje z Tarczy Finansowej PFR.

Ponad 312 mld zł przeznaczone przez rząd na walkę z kryzysem wywołanym pandemią może okazać się kroplą w morzu potrzeb, których pracodawcy mają coraz więcej. Przed nimi bowiem liczne wydatki spowodowane nie tylko przez COVID-19. Obok kosztów, które będą musieli ponieść w związku z obowiązującymi lub zwiększonymi obostrzeniami, czeka ich również wzrost płacy minimalnej oraz wyższe koszty utrzymania pracownika. Wiele wyjaśni się w połowie września – do 15 września rząd ustali wysokość obowiązującej od 1 stycznia 2020 r. płacy minimalnej, która stanie się obowiązującym prawem. Już wiadomo, że nie może być ona niższa od zaproponowanej przez rząd: 2 800 zł oraz 18,3 zł – minimalna stawka godzinowa.

Opasłe struktury do odchudzenia. Tymczasowość w cenie

 – Z naszej wiedzy i rozmów prowadzonych z przedsiębiorcami wynika, że z powodu koronawirusa kończy się era „opasłych struktur”. Pracodawcy coraz częściej deklarują, że obecnie liczy się dla nich efektywność danego pracownika. Dlatego wielu z nich zredukuje swoje często zbyt rozbudowane zespoły – mówi Cezary Maciołek. – Pandemia koronawirusa zmieniła optykę pracowników, przedsiębiorców i osób zarządzających firmami. Wpłynęła również na ich podejście do organizacji pracy. Managerowie widzą, że pracę i procesy można  skonsolidować i zmienić utrzymując w dalszym ciągu jakość produkowanych towarów lub świadczonych usług. Automatyzacja rozwiązań i efektywność pracy nabierają nowego znaczenia w covidowej rzeczywistości. Firmy, które rozumieją bezpowrotne zmiany znacznie lepiej działają w sytuacji kryzysowej. Te działania mają jednak drugą stronę medalu – przyczyni się ona bowiem do wzrostu liczby bezrobotnych, który może nastąpić już pod koniec tego roku – zaznacza ekspert.

W zależności od rozwoju sytuacji, koronawirus może wpłynąć także na wzrost popularności pracy tymczasowej. Firmy coraz bardziej doceniają tę formę współpracy, korzystną dla nich szczególnie w czasach kryzysowych, w których nie będą w stanie zagwarantować stałego etatu, a bez kadry ich przedsiębiorstwo nie przetrwa. Rosnące zainteresowanie tą formą zatrudnienia widać już także wśród kandydatów do pracy. Jak wynika z danych Grupy Progres obecnie na ofertę pracy tymczasowej aplikuje około 20 proc. więcej kandydatów niż w analogicznym okresie 2019 r.

Auxilia S.A. utrzymuje dobre wyniki w kolejnym kwartale

0

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, miała ponad 0,4 mln zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym w 2 kw. 2020 r., a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły w tym okresie 2,16 mln zł. W pierwszym półroczu 2020 r. Grupa Kapitałowa zanotowała zysk netto w wysokości blisko 2,65 mln zł. 

Auxilia S.A. wypracowała w 2 kw. 2020 r. ponad 401 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 2.165 tys. zł. W całym pierwszym półroczu 2020 r. Grupa Kapitałowa Auxilia S.A. zwiększyła zysk netto do 2.648 tys. zł wobec 2.476 tys. zł rok wcześniej, a jej przychody netto ze sprzedały sięgnęły 6.997 tys. zł w porównaniu z 7.528 tys. zł w 2019 r. Osiągnięcie przez Spółkę zysku w drugim kwartale br., a więc w okresie pandemii COVID-19 i spowolnienia w gospodarce oraz w pracy sądów to bardzo dobry wynik. Emitent realizował nadal współpracę w ramach umowy ramowej z PHI Wierzytelności S.A., której efektem jest quasi-sekurytyzacyjny model monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu służący skróceniu cyklu konwersji gotówki. Wartość nominalna transakcji z tym podmiotem wyniosła w 2 kw. 2020 r. ok. 1,23 mln zł. Zarząd Spółki pozytywnie ocenia jej wyniki, szczególnie w kontekście panującej pandemii koronawirusa i jej wpływu na sprawność działania sądów.

„Osiągnięte wyniki finansowe w minionym kwartale z pewnością należy uznać jako bardzo dobre. Jest to ogromny sukces Zarządu i całego zespołu, bowiem funkcjonowaliśmy w bardzo niesprzyjających warunkach. Pandemia COVID-19 całkowicie zmieniła prace sądów, co spowodowało niższą od zakładanej konwersję portfela spraw na etapie sądowym. Udało nam się kontynuować współpracę w ramach umowy ramowej z PHI Wierzytelności S.A. Mamy nadzieję, że kolejne kwartały pozwolą na przywrócenie normalnego trybu pracy sądów.”– mówi Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

Auxilia S.A. przeprowadziła w drugim kwartale 2020 r. terminowy wykup zabezpieczonych obligacji na okaziciela serii B o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 1.320.000,00 zł. W związku ze zrealizowaniem wykupu obligacje serii B zostały umorzone. Ich oprocentowanie było stałe i wynosiło 10,00% w skali roku przy kwartalnej wypłacie odsetek. W dniu wykupu nastąpiła także wypłata należnych obligatariuszom odsetek za ostatni okres odsetkowy.

W maju br. Emitent poinformował o otrzymaniu decyzji z Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. w sprawie udzielenia subwencji finansowej w kwocie 684.836,00 zł. Powyższa subwencja przyznana została Spółce w ramach pomocy publicznej, przeznaczonej na realizację rządowego programu wsparcia finansowego przedsiębiorców w celu minimalizacji negatywnych skutków gospodarczych pandemii COVID-19. Spółka podpisała również aneks do umowy o kredyt w rachunku bieżącym z Alior Bank S.A., w wyniku którego maksymalny limit jej zadłużenia w rachunku bieżącym został zwiększony do 2,3 mln zł.

W obszarze sprzedażowym Auxilia S.A zakontraktowała w 2 kwartale 2020 r. portfel roszczeń odszkodowawczych na poziomie 10.005.000 zł, na co składa się kwota 5.542.000 zł pozyskana w ramach roszczeń związanych z odszkodowaniami komunikacyjnymi oraz kwota 4.463.000 zł pozyskana w ramach odszkodowań dla biznesu.

„Niższa od planowanej kontraktacja portfela odszkodowań była w dużej mierze spowodowana pandemią COVID-19. Spowodowała ona wprowadzenie szeregu ograniczeń związanych z możliwością bezpośredniego kontaktu, co wpłynęło na powstanie trudności w przeprowadzaniu spotkań handlowych oraz zawieraniu umów. Udało nam się też pozyskać wsparcie z Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. w ramach pomocy publicznej, co z pewnością przełoży się na poprawę płynności finansowej. Z sukcesem dokonaliśmy też terminowego wykupu obligacji serii B i potwierdziliśmy w ten sposób dobrą kondycję finansową Spółki.” – zakończyła Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

W maju br. analitycy East Value Research podwyższyli cenę docelową dla akcji Auxilia S.A. do 6,10 zł z 5,00 zł w poprzedniej rekomendacji. Jednocześnie podtrzymana została dla Spółki rekomendacja „Kupuj”.

Auxilia S.A. nadal prowadzi nawiązaną współpracę z PHI Wierzytelności S.A. opartą na ramowej umowie o współpracy w ramach quasi-sekurytyzacyjnego modelu monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu, co służy skróceniu cyklu konwersji gotówki w sprawach, w których nie występuje element wypłaty odszkodowania na etapie polubownym.

Spółka wypracowała w 2019 r. zysk netto na poziomie skonsolidowanym w kwocie 3.258 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 13.709 tys. zł. W 2018 r. skonsolidowany zysk netto Auxilia S.A. wyniósł 1.334 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 10.989 tys. zł. 

Na początku 2019 r. Spółka zaktualizowała strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie się ona koncentrowała na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

Auxilia S.A. jest spółką notowaną na rynku NewConnect od stycznia 2016 r. Grupa Kapitałowa Auxilia S.A. działa na rynku odszkodowawczym, koncentrując się na najpoważniejszych sprawach klientów, które pozwalają na uzyskanie najwyższych kwot odszkodowania. Auxilia S.A. jest jednostką dominującą Grupy. Lexbridge Groński Adwokaci i Radcowie Prawni sp. k. jest spółką zależną od Emitenta. Działalność Emitenta obejmuje: pozyskiwanie klientów poszkodowanych w wypadkach, finansowanie działalności Grupy, nadzór oraz kontrolę spółki zależnej, a także koordynację strategii rozwoju całej Grupy.

Fundusz Trójmorza szansą na rozwój gospodarczy Polski i całego regionu

Wzrasta rola Funduszu Trójmorza, dzięki któremu strategiczne inwestycje w obszarze transportu, energetyki i infrastruktury cyfrowej mają szansę na finansowanie – podkreślali uczestnicy dyskusji na III Forum Wizja Rozwoju w Gdyni. Fundusz został powołany do życia w ubiegłym roku.

Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego otwierając debatę podkreśliła, że Inicjatywa Trójmorza poza inwestycjami pozwala też budować kapitał społeczny, a czas pandemii wyraźnie pokazał, jak ważna jest współpraca. Jej zdaniem rozwój regionu musi się odbywać w obu osiach: wschód-zachód oraz północ-południe.
„Budowa infrastruktury, w tym nowych łańcuchów logistycznych na osi północ-południe, ma ogromne znaczenie. Być może to będzie dla nas kamień węgielny pod budowę silnych gospodarek w całym regionie. To również duża szansa dla Polski” – stwierdziła Beata Daszyńska-Muzyczka.

W 2017 roku Bank Gospodarstwa Krajowego wyszedł z inicjatywą utworzenia Funduszu Trójmorza, aby wspomóc finansowanie najważniejszych inwestycji w regionie. W tym roku na październikowym szczycie Trójmorza w Estonii dowiemy się więcej o pierwszych projektach, jakie zostaną z jego udziałem zrealizowane.

„BGK i rumuński Exim Bank jako pierwsze przystąpiły do Funduszu Trójmorza, ale obecnie prowadzimy rozmowy z kolejnymi pięcioma państwami. Liczymy na to, że do czasu szczytu w Tallinnie co najmniej dwa kraje do niego przystąpią” – stwierdził Nierada.

O projektach pozostających w strefie zainteresowania Trójmorza opowiadał Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu Biznes Alert. Według niego ich nadrzędnym celem powinno być zmniejszenie zależności regionu od sił zewnętrznych i likwidacja zaległości. Jedną z nich stanowi mapa gazowa Europy Środkowo-Wschodniej.

„Zostały zidentyfikowane wąskie gardła w infrastrukturze gazowej. Chodzi o to, żeby razem zmobilizować fundusze, które pozwolą usunąć te zaległości. Oczywiście Amerykanie są stale zainteresowani sprzedażą gazu, ale pozostaje pytanie, jak długo będziemy mogli go używać w kontekście polityki klimatycznej Unii Europejskiej” – zaznaczył Jakóbik.

Cyfrowy filar Trójmorza omówił Robert Kroplewski, pełnomocnik Ministra Cyfryzacji do spraw społeczeństwa informacyjnego. Jego zdaniem cyfryzacja może wspomóc budowanie kompetencji kooperacyjnych w regionie, które są konieczne do skutecznego konkurowania o fundusze przydzielane z Unii Europejskiej.

„Cyfryzacja stwarza wyjątkową możliwość, bo w świecie niewidzialnych aktywów, jakimi są dane, możemy generować niezwykłe przedmioty własności intelektualnej i ją komercjalizować. Algorytmy i ich zastosowanie do konkretnych nisz rynkowych może dać nam jeszcze większą przewagę” – zauważył Kroplewski.

O Trójmorzu jako obszarze gospodarczym opowiedział Paweł Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. W jego opinii pandemia koronawirusa cofnęła Unię Europejską o 15 lat wzrostu pod względem wskaźników PKB. Tymczasem Polska, będąca najszybciej rozwijającą się gospodarką Trójmorza, cofnęła się zaledwie o 2-3 lata.

„To jest historyczna szansa i moment, w którym można wykorzystać szansę rozwojową, okres wyjścia z recesji i marazmu gospodarczego. Region Trójmorza rozwija się szybko. W 2004 roku stanowił 15 proc. PKB całej UE, a dziś ma już prawie 20 proc. Od 2004 roku obroty handlowe wzrosły o 250 proc. To jest ogromna suma kapitału” – wyliczał Arak.

160 mln zł z funduszy unijnych na rozwój i wdrażanie innowacji dla MŚP

0

Firmy, które planują wdrażanie innowacji, nie muszą z nich rezygnować, mimo trwającej pandemii. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ma do rozdysponowania 160 mln zł z funduszy europejskich na takie projekty w czterech konkursach „Bony na innowacje dla MŚP”. O dotacje mogą ubiegać się mikro-, małe i średnie firmy z całego kraju, niezależnie od branży. VIII runda naboru potrwa do 30 września br.

„Bony na innowacje dla MŚP” to dwuetapowy konkurs dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców. Etap 1 umożliwia sfinansowanie w jednostkach naukowych usług badawczo-rozwojowych potrzebnych do opracowania nowego lub znacząco ulepszonego produktu, technologii lub projektu wzorniczego. Dotacja na ten cel może stanowić do 85 proc. wartości projektu, a przedsiębiorcy mogą liczyć nawet na 340 tys. zł.

„+Bony na innowacje+ to jedno z najbardziej przystępnych źródeł finansowania innowacji dla MŚP w Polsce. PARP udziela dotacji z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój w postaci +bonów+ od 2015 r. Do dziś zawarliśmy z przedsiębiorcami około 900 umów na łączną kwotę ponad 220 mln zł. Co ciekawe zainteresowanie tego typu wsparciem utrzymuje się na wysokim poziomie pomimo pandemii. Tylko w trzech ostatnich rundach pierwszego etapu konkursu o wsparcie wnioskowały 544 przedsiębiorstwa, łącznie na kwotę ponad 152 mln zł” – mówi Anna Forin, dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych PARP.

Pomyślne ukończenie etapu usługowego pozwala sięgnąć po dofinansowanie wdrożenia pomysłu na innowację w ramach etapu inwestycyjnego. Całkowity koszt projektu musi się zamknąć w kwocie 800 tys. zł, a przedsiębiorcy mogą otrzymać maksymalnie 560 tys. zł (wkład własny wynosi co najmniej 30 proc.). Pozyskane środki można przeznaczyć m.in. na zakup: maszyn i urządzeń, patentów, licencji, know-how albo innych praw własności intelektualnej, niezbędnych do wdrożenia opracowanej innowacji.

„Firmy, które nie mają potencjału w tym zakresie, a chcą się rozwijać w oparciu o innowacje otrzymują realną pomoc w przeprowadzeniu prac B+R. Średnia wartość dotacji oscyluje wokół 250 tys. zł w etapie usługowym i ok. 400 tys. zł w inwestycyjnym” – zapowiada dyrektor Forin.

Równolegle trwają konkursy na dofinansowanie projektów wpisujących się w realizację programu „Dostępność Plus”. Firmy ubiegające się o dotacje w tych konkursach muszą wykazać, że opracowane przez nich rozwiązania ułatwią codzienne funkcjonowanie osób z ograniczeniami funkcjonalnymi oraz trwałymi lub czasowymi ograniczeniami sprawności, czyli poza niepełnosprawnymi, np. seniorów czy kobiety w ciąży.
Nabór wniosków do etapu 1 usługowego potrwa do 30 września br. Zakończenie naborów do etapu 2 – inwestycyjnego zaplanowano na 30 grudnia 2020 r.

Wyniki ITMAGINATION za I półrocze 2020 r. Dywersyfikacja geograficzna i branżowa pomogła w czasie pandemii

0

Polski software house w pierwszych 6. miesiącach 2020 roku zanotował 44 miliony zł przychodów (wzrost o 11 proc. r/r) i 7,2 miliona zł zysku EBITDA (poprawa o 39 proc.). Dobre wyniki finansowe to efekt kontynuacji rozwoju na rynkach zagranicznych i specjalizacji w innowacyjnych usługach IT dla dużych międzynarodowych firm.

W pierwszej połowie 2020 roku ITMAGINATION miało 44 milionów zł przychodu z tytułu usług tworzenia oprogramowania, co jest wynikiem lepszym o 11 proc. w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Zysk EBTIDA wyniósł 7,2 miliona zł i był wyższy o 39 proc. w ujęciu rok do roku. Wzrost przychodów to przede wszystkim efekt kontynuacji rozwoju na rynkach zagranicznych, a w szczególności w USA. Działania oszczędnościowe podjęte jeszcze w 2019 roku przyczyniły się do dobrego wyniku EBTIDA, a dalsze obniżanie kosztów działalności w bieżącym roku, wsparło efektywność kosztową.

– Pierwsze półrocze 2020 roku zapamiętamy na długo. Epidemia koronawirusa sprawiła, że wszyscy na świecie zmierzyliśmy się z niespotykanymi do tej pory wyzwaniami. Przejście w tryb 100 proc. pracy zdalnej odbyło się w ciągu jednego dnia, ponieważ wszystkie usługi realizujemy w chmurze. Do dzisiaj wszyscy pracownicy, bez uszczerbku na wydajności, pracują w domach, a nasi klienci chwalą sobie stabilną i nieprzerwaną współpracę. Pomimo wymagającej sytuacji na rynku i dużej niepewności, pierwsze półrocze zakończyliśmy dobrym wynikiem. 44 miliony zł przychodów i ponad 7 milionów zł EBITDA to dla nas ważny sygnał, że nawet w trakcie globalnego kryzysu nasze kompetencje i model prowadzenia biznesu dają owoce. – mówi Daniel Arak, współzałożyciel i członek zarządu ITMAGINATION

Długoterminową strategią firmy jest postawienie na rozwój na rynkach zachodnich. Te starania z każdym kwartałem przynoszą wymierne efekty operacyjne i finansowe. Klienci zagraniczni generują obecnie ok. 77 proc. całkowitych przychodów, a do końca 2020 roku ich udział powinien zwiększyć się do 80 proc. Przewagą konkurencyjną i argumentem przemawiającym na korzyść polskiego software house’u w oczach międzynarodowych firm jest fakt, że ITMAGINATION wyspecjalizowało się w tworzeniu innowacji dla konkretnych branż m.in. FinTech.

– Współpraca z dużymi firmami pozwala nam zachować stabilność, zwłaszcza gdy na rynkach panuje niepewność. W ostatnich miesiącach ITMAGINATION pokazało swoją wartość. Udowodniliśmy naszym klientom, że jesteśmy elastyczni i potrafimy sprawnie dostosować rozwiązania technologiczne do nowych potrzeb. Koncentrujemy się na dalszym wzroście biznesu poprzez rozwój naszych pracowników i zwiększanie kompetencji, tworzenie innowacyjnych produktów oraz dalszą ekspansję międzynarodową. – podsumowuje Daniel Arak

Minimum 100 tys. zł wkładu własnego. Nowa norma przy zakupie mieszkania

Jeszcze nie tak dawno za kwotę 100 tys. zł można było kupić własne mieszkanie, dziś to suma tak niewielka, że ledwo wystarczy na wkład własny. Jak pokazują statystyki BIK, liczba wniosków o kredyt na zakup wymarzonego mieszkania spadła blisko o połowę. Słabo również jest z ich przyznawalnością, ponieważ banki zaostrzyły kryteria przyznawania pożyczek. W rezultacie, własne cztery kąty stają się trudnym do zrealizowania marzeniem. Co wobec tego mogą zrobić osoby, które chcą zmienić adres?

Katastrofa wisi w powietrzu

Ekonomiści ostrzegają, że skutki COVID-19 będą dramatyczne. Ucierpi zarówno rozpędzona Azja, która nie osiągnie wzrostu gospodarczego po raz pierwszy od 60 lat oraz gospodarki USA i Europy, które odnotują spadek o 6% do 8%. Nie pozostanie to bez wpływu na zatrudnienie, eksperci z International Labour Organisation szacują, że globalna utrata miejsc pracy wyniesie ponad 200 mln. To wszystko oznacza tylko jedno, katastrofa ekonomiczna wisi w powietrzu. – Zablokowanie i częściowe zamknięcie gospodarki miało kluczowe znaczenie dla powstrzymania pandemii i co za tym idzie, ratowania życia. Jednak to, co jest dobre dla zdrowia człowieka, działa morderczo na gospodarkę. Specjaliści z Międzynarodowego Funduszu Walutowego oczekują, że światowa gospodarka skurczy się w tym roku o 3%. Istnieje realne zagrożenie, że przed nami kolejny wielki kryzys finansowy – zauważa Marta Telenda z firmy Colivia, poznańskiego startup z branży nieruchomości, który specjalizuje się w colivingu.

Nieufny jak bank

Każdy wielki kryzys ekonomiczny ma swoje przyczyny i nie bierze się z przypadku. Nie inaczej jest tym razem. Na skutek globalnego lockdownu, stabilność krajowej i globalnej gospodarki zostały zagrożone. Ryzyko to coś, czego banki wystrzegają się, jak ognia, dlatego instytucje finansowe szybko zareagowały, zaostrzając politykę kredytową. – Ostatnia kwartalna ankieta NBP pokazała, że banki zaczynają się obawiać o wypłacalność swoich klientów, stąd ograniczają możliwość otrzymania kredytu mieszkaniowego – zauważa Bartosz Kuczewski, członek komisji stałej w Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz Dyrektor Strategii i Rozwoju Biznesu w firmie ePortfel24.pl. Ekspert zwraca uwagę na to, że: – Obserwujemy bardzo niekorzystną sytuację na rynku kredytów hipotecznych. Po pierwsze od lat ceny nieruchomości rosną. Według GUS pomiędzy 2005 a 2020 średnia cena za metr kwadratowy podskoczyła o ponad 80%. Po drugie zmieniły się kryteria dotyczące wkładu własnego, który od trzech lat wynosi 20% z możliwością obniżenia tej wartości o połowę, jeżeli klient wykupi ubezpieczenie niskiego wkładu. Jednak na skutek pandemii, banki tak zmieniły swoją ofertę, że dopiero od 30% możemy mówić o atrakcyjnej cenowo ofercie. Ponadto na skutek zmian ustawodawczych wprowadzonych w wyniku pandemii oraz drastycznego obniżenia stóp procentowych coraz ciężej można w ogóle uzyskać kredyt mieszkaniowy, ponieważ banki zostały zmuszone do zaostrzenia polityki związanej z ryzykiem kredytowym.

Rok rozczarowań

Jak wynika z danych udostępnionych przez Biuro Informacji Kredytowej, średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 286,2 tys. PLN. Oznacza to, że wkład własny, jaki muszą wnieść osoby zainteresowane zakupem własnej nieruchomości, powinien być nie mniejszy niż około 100 tys. PLN. – Dla wielu ludzi to wręcz absurdalna kwota. Połowa, a może nawet więcej wniosków jest odrzucana z powodu jak to bank nazywa, braku oferty. Następnie przychodzi frustracja, rozczarowanie i nerwy. Dla nas to już niemal codzienność dlatego zaczęliśmy ostrzegać klientów przed złożeniem wniosku, że może być ciężko – przyznaje doradca hipoteczny jednego z najbardziej rozpoznawalnych banków, który funkcjonuje na polskim rynku.

Ze zgromadzonych przez BIK statystyk jasno wynika, że w lipcu 2020 o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,75 tys. klientów, co w porównaniu z zeszłorocznym wynikiem na poziomie 41,39 tys. oznacza spadek o 6,4%. To i tak o wiele lepiej niż w kwietniu 2020, który był najgorszym miesiącem pod tym względem. Wówczas liczba złożonych wniosków spadła niemal o połowę.

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, z miesiąca na miesiąc popyt na pożyczkę hipoteczną rośnie, systematycznie zwiększa się liczbę złożonych wniosków, co nie oznacza, że jednocześnie wzrosła liczba udzielonych kredytów. – Dane zebrane przez BIK pozornie mogą wydawać się krzepiące. Jednak pamiętajmy o tym, że statystyki dotyczące wyłącznie wniosków są mylące. Na razie mamy pewność, że zwiększył się popyt, ale czy wzrosła również sprzedaż? O tym dowiemy się najszybciej za 2-3 miesiące, ponieważ mniej więcej tyle trwa procedura wnioskowania o pożyczkę hipoteczną i jej uruchomienie. Zaostrzone kryteria kredytowe i surowa ocena wypłacalności, oznaczają tylko jedno – niższą przyznawalność. W 2020 r. kredyt mieszkaniowy i własne 4 kąty mogą okazać się luksusem. – twierdzi ekspert, Bartosz Kuczewski z ePortfel24.pl, porównywarki kredytów z rynku bankowego i pozabankowego.

Kultura wynajmu

Skoro więc nie zakup, to może wynajem? Jak wynika z raportu opracowanego przez firmę Expander, średnia cena wynajmu za metr kwadratowy wynosi w Warszawie blisko 60 PLN, co przy 50-metrowym mieszkaniu oznacza cenę wyjściową na poziomie 3000 tys. PLN. – I to bez uwzględnienia mediów/opłat licznikowych. Myli się również ten, kto sądzi, że dzięki COVID-owi ceny drastycznie spadną. Jak podają twórcy raportu, w porównaniu z marcem 2019, obecne koszty dzierżawy mieszkania wzrosły o około 8%. – Utrudnienia w uzyskaniu kredytowania na zakup mieszkania oraz ogólny brak zainteresowania inwestycjami prowadzą do spadku liczby mieszkań do zakupu. A im mniejsza liczba mieszkań znajduje się obrocie, tym mamy bardziej ograniczony wybór tych, które aktualnie są wystawione do najmu, a to z kolei blokuje jakikolwiek spadek cen za metr kwadratowy – mówi Marta Telenda z Colivii.

Jeszcze do niedawna nie było alternatywy, osoba poszukująca własnego lokum musiała ograniczyć się do dwóch form własności: zakupu i posiadania, albo wynajmu i dzierżawienia. Jednak w ostatnim czasie pojawiło się kolejne wyjście – coliving.

Dziś życie w miastach nabrało o wiele większego tempa. Jest coraz mniej czasu na spędzanie go ze znajomymi, przez co ciężko jest po prostu poznać nowych ludzi. Coliving daje możliwość poznania wielu osób, a także skupienia się na codziennych obowiązkach – mówi Natalia Kędzia, mieszkająca w colivingowym projekcie firmy Colivia w Poznaniu.

Przyszły lokator zyskuje więc nie tylko dach nad głową, ale również w jego portfelu zachodzą pozytywne zmiany. Miesięczne oszczędności mogą być niemałe, Pani Natalia płaci teraz mniej niż XX PLN miesięcznie za mieszkanie w centrum Poznania, a dodatkowo nie czuje się samotna, ponieważ we wspólnocie przebywa razem z innymi lokatorami. Ta nowa filozofia życia łączy grupę obcych sobie ludzi w ramach wspólnej przestrzeni, takiej jak salon czy kuchnia. Sypialnie są prywatne, zaś łazienki współdzielone pomiędzy kilka osób, więc zgoda na coliving nie oznacza braku prywatności.

Zamiast kupować muzykę, dzierżawimy ją od zewnętrznych firm, nasze ulubione kawałki nigdy już nie będą naszą własnością. Filmy, zamiast przechowywać na płytach DVD, wolimy streamować z sieci. Niedługo nawet gry wideo będą przesyłane z serwerów Google czy Microsoft, a żeby z nich skorzystać, będziemy potrzebowali jedynie pada. Czemu więc ta sama zasada własności miałaby nie sprawdzić się w przypadku przestrzeni życiowej, jaką jest mieszkanie? – pyta retorycznie CEO poznańskiej Colivii.

Jedną z największych zmian, jakie pojawiły się u zarania nowego stulecia, jest odejście od posiadania rzeczy na własność i zwrot w kierunku nowoczesnych modeli dzierżawy, a biorąc pod uwagę potrzebę zachowania niezależności, mobilności i optymalizacji kosztów życia, coliving wydaje się ciekawą alternatywą dla konwencjonalnych form zamieszkania – nie tylko dla młodych pokoleń. Zalety tego rozwiązania doceni każdy, kto chociaż raz poczuł się samotny, wracając do pustego mieszkania, bądź ten, kto ze względu na własne wybory czy też obowiązki zawodowe, nie może pozwolić sobie na posiadanie stałego lokum.

Jak pandemia zmieniła rynek pracy?

Zmiany w związku z pandemią dotknęły również rynek pracy. Przedsiębiorcy musieli zweryfikować nie tylko swoją strategię biznesową, ale także podejście do pracowników. Wiele firm było zmuszonych do cięć etatów czy znacznych redukcji. Teraz gdy gospodarka wchodzi w okres „nowej normalności”, przedsiębiorcy mają czas na złapanie oddechu. Jednak wiedzą, że muszą przygotować się na drugą falę koronawirusa na jesieni. Jak zmieni się w związku z tym rynek pracy? Kogo przedsiębiorcy potrzebują w firmie i na jakich warunkach?

Okres „nowej normalności”

Od czerwca możemy mówić już o wejściu w okres „nowej normalności”. Firmy dostosowały swoją strategię biznesową do nowych warunków, dlatego mogą znów myśleć o zatrudnianiu pracowników. Najnowsze dane pokazują, że w czerwcu 2020 roku do urzędów pracy zgłoszono 91 tys. wolnych miejsc pracy, czyli o 15,4 proc. więcej niż miesiąc wcześniej. Przeciętne zatrudnienie wzrosło w porównaniu do maja o 0,2 p.p., a przeciętne wynagrodzenie brutto również było wyższe o 3,2 p.p. Dodatkowo, zwiększył się ruch na portalach o pracę, coraz więcej firm wstawia ogłoszenia. Według badania Grant Thornton i firmy Element, w czerwcu 2020 roku na 50 największych portalach rekrutacyjnych pojawiło się 246,2 tys. nowych ofert pracy, czyli odnotowano wzrost o 26,1 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Natomiast w porównaniu do ubiegłego roku liczba ofert spadła o 16,3 proc. Optymistyczną wizję psuje jednak wzrost liczby osób zarejestrowanych w urzędach pracy. Przewidywania dotyczące bezrobocia są różne, jednak każdy scenariusz uwzględnia znaczy wzrost liczby osób, które nie znajdą pracy do końca tego roku pracy.

Kogo szukają pracodawcy?

Według badania Grant Thornton i Element wśród 10 przeanalizowanych zawodów największe spadki w liczbie ofert pracy odnotowano wśród pracowników administracji, IT i ochrony. Coraz mniej firm szukało również analityków biznesowych czy kierowców. Jednocześnie więcej ogłoszeń kierowano do głównych księgowych. Dodatkowo firmy szukają specjalistów w dziedzinie digital oraz związanych z logistyką. Według raportu agencji zatrudnienia OTTO Work Force wynika, że branżą, która intensywnie rozwija się w czasie epidemii, jest e-commerce, co generuje popyt na pracowników logistyki i usług kurierskich.

Co z pracownikami tymczasowymi?

Według OTTO Work Force 72 proc. nowych pracowników tymczasowych znalazło pracę właśnie w obszarze e-commerce, przede wszystkim w usługach kurierskich. W czasie epidemii 25 proc. osób znalazło pracę w logistyce, 23 proc. w produkcji, a 5 proc. w branży spożywczej. Zmiana branży była związana z kryzysem. 68 proc. nowo zatrudnionych pracowników tymczasowych wskazało, że w wyniku pandemii musiało zmienić obszar pracy.

Zmiany w prowadzeniu firmy

Przedsiębiorcy, aby utrzymać cashflow i zabezpieczyć firmę finansowo, szukali alternatywnych sposobów zaoszczędzenia pieniędzy.  Dlatego firmy w okresie kwarantanny coraz mocniej zaczęły ciąć koszty – zarówno pracownicze (zwolnienia, redukcje etatów, przejście na outsourcing), jak i infrastrukturalne (ograniczenie wynajmu biur). Tak jak pokazują wyżej wymienione badania, przedsiębiorcy zrezygnowali z pracowników zatrudnionych w administracji, marketingu czy HR. Powód? W momencie kryzysowym, firmy zweryfikowały wartość pracowników, czasami opłacało się bardziej docenić finansowo jedną osobę, niż płacić za kilka etatów, Zwłaszcza, kiedy pracownicy nie do końca sprawdzali się w swojej roli. Recepcjonistki w związku ze zmniejszeniem powierzchni biurowych i pracą zdalną, mają mniej obowiązków, stąd ponowna decyzja o redukcji etatów. W związku z trudną do przewidzenia przyszłością, coraz więcej firm zastanawia się nad zatrudnianiem pracowników tymczasowych w modelu outsourcingowym.

Obserwujemy, że pandemia przyspieszyła zmiany, jakie już wcześniej zachodziły na rynku pracy. Cyfrowe platformy ze zleceniami „na godziny”, popularne wcześniej głównie w sektorze IT, obecnie zdobywają coraz więcej użytkowników również w innych branżach. Służby kadrowe przedsiębiorstw handlowych, logistycznych, gastronomicznych, FMCG, firm produkcyjnych BPO/SSC przekonują się, że na tak niepewnym i zmiennym rynku, jaki stworzyła pandemia, pracownicy tymczasowi są optymalnym – organizacyjnie i kosztowo – wyborem. – mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow.

Gig economy – alternatywa dla etatu

Cięcie kosztów w firmie jest zrozumiałe, jednak należy pamiętać, że firma bez pracownika nie będzie przynosić zysków. Dlatego warto rozważyć inne formy zatrudnienia, aby móc wykorzystać w pełni potencjał pracownika – czyli zatrudniać na okres wzmożonego zapotrzebowania. Dlatego dobrym rozwiązaniem wydaje się skorzystanie z modelu gig economy. To trend w gospodarce, który opiera się na realizacji zadań i projektów oferowanych poprzez platformy cyfrowe. To wygodny sposób zarówno dla pracownika, ponieważ daje mu niezależność, jak i dla pracodawcy. Firma nie musi od razu decydować się na długotrwałe koszty związane z zatrudnianiem pracownika, a pracownik, który chce dorobić, albo potrzebuje elastyczności – wybiera odpowiednią dla niego ofertę pracy na dany dzień czy okres.

Nowe technologie

Firmy z kandydatami wciąż kontaktują się 100% zdalnie. Nic dziwnego, to obecnie najbezpieczniejsza forma kontaktu. Głównym narzędziem pozostają maile oraz rozmowy online przez Skype, czy Microsoft Teams, warto jednak wyjść poza te formy i do szukania pracowników wykorzystać aplikacje. To łatwa forma komunikacji, która w szybki sposób daje pracownikowi możliwość aplikowania na wybrane stanowisko, a pracodawcy – szybką weryfikację kandydata. System ten idealnie wpasowuje się w model gig economy, zwłaszcza gdy firma chce na szybko zatrudnić pracowników. Dlatego można spodziewać się, że przedsiębiorcy będą coraz częściej korzystać z tej formy rekrutacji.

Magazyny nie dają się wirusowi

Rynek powierzchni magazynowo-logistycznych dobrze zniósł pierwszą falę turbulencji wywołanych globalną pandemią i jak dotychczas wydaje się być najlepiej uodporniony na kryzys w porównaniu z innymi sektorami rynku nieruchomości komercyjnych. Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland podsumowując pierwsze półrocze 2020 roku na rynku nieruchomości przemysłowych, wskazują na rekordowy popyt, spadek wskaźnika pustostanów, dynamiczny rozwój nie tylko wiodących stref, ale też lokalizacji określanych jako rozwojowe, jak np. coraz bardziej popularny region Zachód. Zwracają jednak uwagę, że dalsze skutki pandemii i spowolnienie gospodarcze mogą przełożyć się na wzrost niepewności i ewentualne wyhamowanie sektora.

Mocna nowa podaż

Z raportu „Rynek Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w Polsce, At a Glance, Q2 2020” wynika, że pomimo pandemii, sektor magazynowy w Polsce nadal rozwija się w najszybszym tempie w Europie i w I połowie br. urósł o prawie 1 mln m kw., z czego ok. 60 proc. nowej podaży przypadło na okres od kwietnia do czerwca. Najwięcej nowej powierzchni przybyło w strefach: Warszawa II (353 tys. m kw.), Dolny Śląsk (193 tys. m kw.) i Górny Śląsk (180 tys. m kw.), a na czele listy największych nowo oddanych obiektów znalazły się: A2 Warsaw Park Grodzisk (104 tys. m kw.) oraz P3 Mszczonów (58 tys. m kw.).

Siła w regionach

Pandemia i duży wolumen powierzchni oddanej do użytku w ostatnich latach nie wyhamowały aktywności deweloperów. Na koniec czerwca w budowie było ponad 1,9 mln m kw. nowoczesnych magazynów. Najwięcej w strefach Górny Śląsk (435 tys. m kw.) i Warszawa II (324 tys. m kw.). Autorzy raportu zwracają uwagę, że mimo tego, iż 60 proc. nowo powstającej powierzchni przypada na główne klastry magazynowe, to odnotować należy rosnącą pozycję regionu rozwojowego, jakim jest strefa Zachód. Na placach budów znajduje się tam około 256 tys. m kw., z czego gros to realizacja Panattoni BTS w Świebodzinie (204 tys. m kw.). Region przy granicy polsko-niemieckiej korzysta z potencjału, jaki daje bliskość ogromnego, niemieckiego rynku, trasa S3 i dalszy rozwój infrastruktury drogowej.

– Dywersyfikacja rynku trwa, a deweloperzy coraz lepiej czują się na obszarach mniej rozwiniętych pod względem powierzchni magazynowych. Zielone światło dostają projekty zlokalizowane w Polsce zachodniej i północno-wschodniej, z których część to obiekty BTS. To trend, który będzie się nasilał. Wpływ na to ma nie tylko dobry dostęp do zasobów ludzkich, ale i mocno poprawiająca się infrastruktura. Interesującym przykładem klastra rozwijającego się jest strefa Trójmiasto, w której buduje się 237 tys. m kw. nowoczesnych magazynów. Ich ukończenie oznaczać będzie zwiększenie całkowitych zasobów powierzchni magazynowej w tym regionie o ponad 32 proc. – Martyna Kajka, Associate Director, Dział Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

O potencjale rozwojowym mniejszych regionów świadczy też wyodrębnienie w drugim kwartale w sektorze powierzchni magazynowych strefy Opole. W jej skład wchodzić będą obiekty znajdujące się w województwie opolskim. Niewątpliwymi atutami nowej strefy są: bliskość rynku niemieckiego, lokalizacja wzdłuż autostrady A4 oraz dość dobry dostęp do siły roboczej.

Wysoki popyt i mniej pustostanów

W pierwszym półroczu zanotowano 2,4 mln m kw. popytu brutto i była to najwyższa wartość w historii. Autorzy raportu podkreślają, że w samym drugim kwartale popyt brutto osiągnął poziom 1,3 mln m kw., przewyższając tym samym wolumen z poprzednich trzech miesięcy o około 20 proc. Ma na to wpływ również sytuacja gospodarcza, która skłoniła wielu najemców do podjęcia renegocjacji i przedłużenia trwających umów najmu. Jednocześnie odnotowano zmiany w strukturze najmu i zmniejszenie udziału popytu netto z 80 proc. w całkowitym wynajmie w miesiącach styczeń-marzec, do 70 proc. w miesiącach kwiecień-maj. Na koniec czerwca wskaźnik niewynajętych powierzchni magazynowych spadł, w porównaniu do pierwszego kwartału, o 0,6 p.p. i osiągnął poziom 7 proc. Autorzy raportu zwracają uwagę, że pomimo rekordów, jakie w ostatnich lata biła nowa podaż, udział dostępnej powierzchni wciąż pozostaje na relatywnie niskim poziomie.

– Sektor magazynowo-przemysłowy płynnie przejechał pierwszy ostry zakręt spowodowany pandemią. To bardzo dobra informacja nie tylko dla rynku i gospodarki, ale również dla nas jako społeczeństwa. Powrót do poziomu produkcji i konsumpcji sprzed pandemii z pewnością zajmie sporo czasu, ale trudno go sobie wyobrazić bez silnego i zdrowego sektora logistycznego. Przed nami czas reorganizacji łańcuchów dostaw i procesów logistycznych, a także dostosowywanie do nowych modeli biznesowych i nowych priorytetów, które już pojawiają się po stronie najemców – Igor Roguski, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

Sektor magazynowy w Polsce może być beneficjentem nowej rzeczywistości, którą kreuje globalna pandemia i wynikający z niej kryzys światowej gospodarki. Najbardziej oczywisty czynnik stymulacji rozwoju branży to szybki wzrost e-commerce przekładający się na wzmożony popyt na obiekty w których te procesy są obsługiwane. Trend ten obejmuje nie tylko przedsiębiorstwa oferujące możliwość zakupów przez internet, ale również cały łańcuch innych firm, które zapewnią dostarczenie przesyłki do finalnego odbiorcy. Dodatkowo, dochodzące do Europy sygnały sugerują, że powierzchnie magazynowe w Polsce stają się coraz bardziej atrakcyjne dla firm produkcyjnych, które wcześniej przeniosły swoją działalność do Azji. Wybuch pandemii poważnie zaburzył płynność działania w Chinach i innych krajach azjatyckich, a w konsekwencji łańcuchy dostaw towarów czy podzespołów do Europy zostały przerwane na dłuższy czas. Polski rynek przemysłowy, ze swoim wciąż dużym potencjałem rozwoju, dobrym połączeniem transportowym z pozostałymi krajami Unii Europejskiej, dostępem do wykwalifikowanej kadry i atrakcyjnymi uwarunkowaniami finansowymi, może skorzystać na obecnej sytuacji w światowej gospodarce i jeszcze bardziej się umocnić.

Zawsze można zakładać najkorzystniejszy rezultat – sytuacja na rynku walutowym

Globalne indeksy rynku akcji zmierzają do zanotowania piątego z rzędu wzrostowego miesiąca. Inwestorzy w dalszym ciągu znajdują pocieszenie w odważnych decyzjach politycznych na rzecz wsparcia ożywienia i nadziejach na przyspieszenie prac nad szczepionką na wirusa. Zmiany w strategii Fed dają przestrzeń do utrzymania apetytu na ryzyko.

Na koniec okresu wakacyjnego zasady gry nie ulegają zmianie. Mimo, że ostatnie tygodnie przyniosły niepokojący wzrost liczby zachorowań, głównie w USA i Europie, to jednak nie jest to czynnik hamujący rajd ryzyka na rynkach. Inwestorzy żonglują argumentami, które pozwalają im zachować optymizm. Opracowanie skutecznej szczepionki, która może być wprowadzona do dystrybucji jeszcze w tym roku, jest pierwszym zaworem bezpieczeństwa, ale nawet jeśli lekarstwo przyjdzie później, to generalne przekonanie wyklucza powtórkę globalnego lockdownu. Całość spokoju inwestorów dopełnia wszechobecne wsparcie banków centralnych, nie zważając (jeszcze) na cenę masowej ekspansji monetarnej.

Patrząc w przyszłość, wrzesień może przynieść kilka czynników ryzyka, które zmącą spokój, ale na razie przemykają poza radarem inwestorów. Tradycyjnie polityka wprowadza najwięcej zamieszania. Spór USA-Chiny toczy się na wielu frontach, a ostatnim rozdziałem się kontrowersje związane z popularną aplikacją do nagrywania krótkich filmików. Chińska aplikacja jest niepożądana na terytorium USA, chyba że zostanie sprzedana, ale według ostatnich informacji chiński rząd rości sobie prawo do wydania pozwolenia na ewentualną transakcję. Z USA wiąże się też ryzyko wyborów prezydenckich (zaplanowanych na 3 listopada) – po zaaprobowaniu kandydatów obu partii podczas narodowych konwencji kampania ruszy na pełnych obrotach, podczas gdy inwestorzy jeszcze nie przeszli do dyskontowania potencjalnych skutków pozostania Trumpa w Białym Domu lub jego wymiany na Bidena. Zaostrzenie polityki wobec Chin oraz podwyżki podatków do dwa główne ryzyka. Wreszcie brexit przypomina o sobie od czasu do czasu, a jesteśmy coraz bliżej października, do kiedy muszą zostać ustalone przynajmniej ramy umowy handlowej Wielkiej Brytanii z UE. Według weekendowych doniesień strona brytyjska może odejść od rozmów, jeśli Bruksela nie porzuci żądań związanych z wspieraniem przez państwo sektora prywatnego (by nie tworzyć niesprawiedliwych przewag konkurencyjnych).

Inwestorzy nauczyli się jednak, że ryzyka polityczne potrafią pojawiać się i znikać z dnia na dzień, stanowiska przywódców i polityków w kluczowych tematach często ewoluują, a porozumienia pojawiają się na ostatnią chwilę. Zatem póki nic nie trafi ostatecznie na papier, zawsze można zakładać najmniej nieprzyjemny rezultat. Tymczasem powrót ożywienia i pompowanie taniego pieniądza w ryzykowne aktywa jest faktem.

O ile dane makro nie zachwieją wiarą w ożywienie, rynki podtrzymają tryb risk-on. W tym tygodniu pod lupą będą odczyty indeksów PMI i ISM oraz raport NFP. Dziś pierwsze wskazania wskaźników PMI z Chin wypadły zgodnie z prognozami, co pomaga podtrzymać pozytywne nastroje. Odczyty z Europy i USA zaczną napływać od wtorku. W międzyczasie rynki będą śledzić komentarze przedstawicieli Fed – w poniedziałek uwaga będzie na przemówieniu wiceprezesa Claridy. Rynek zdaje się nie do końca przekonany, co wnosi zmiana strategii Fed i więcej informacji od członków FOMC może nadać bardziej zdecydowany kierunek dla USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy pandemią podzielone

Pandemia i lockdown jako sposób walki z COVID-19 podzieliły firmy. Połowa nie bez problemów powróciła do wcześniejszej kondycji, nieliczni ją nawet poprawili, ale drugiej połowie nie udało się przywrócić skali działania sprzed pandemii. Przegrani w większości spisali już ten rok na straty. Najczęściej szansy na szybkie odzyskanie utraconej sytuacji ekonomicznej nie widzą transport i usługi – wynika z badania zrealizowanego przez Keralla Research na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Wszystko przez ograniczenie liczby zamówień i odpływ klientów.

Kilka miesięcy po wybuchu pandemii i lockdownie pojawiły się już pierwsze, wstępne odpowiedzi na pytania, kiedy to wszystko się skończy, jak w nowej rzeczywistości odnajduje się biznes i jakie są szanse, że sobie poradzi. Czy przedsiębiorcy widzą w ogóle na to perspektywy, szczególnie, że do kryzysowej normalności trzeba będzie się przyzwyczaić, bo pandemia i ograniczenia w działaniu nie ustępują?

Według badania Keralla Research zrealizowanego dla BIG InfoMonitor w przypadku 19 na 100 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw lockdown nic nie zmienił w działalności. Z wirusem musiała się jednak skonfrontować zdecydowana większość przedsiębiorstw i ostatecznie na prostą do końca lipca wyszło 29 proc. firm, a prawie 6 proc. nawet się poprawiło w porównaniu z sytuacją przed COVID-19. Podsumowując 54 proc. przedstawicieli MSP wykazało się odpornością lub też umiejętnością radzenia sobie w trudnych warunkach, albo też jednym i drugim, jednocześnie niewiele mniej, bo 44 proc. nie powróciło do swojej wcześniejszej skali działania.

nastroje 1.png

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Kryzys wywołany lockdownem nie jest podobny do normalnego spowolnienia gospodarczego. Obecnie w trudnej sytuacji znalazły się firmy, których łańcuch dostaw został przerwany z powodu kłopotów dostawców lub odbiorców. Dużym ryzykiem obarczone są też przedsiębiorstwa słabo zautomatyzowane, ponieważ pod znakiem zapytania stoi możliwość kontynowania działalności w sytuacji zarażenia załogi – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Najbardziej przegrani są jednak ci, na których ofertę po prostu nie podniósł się popyt. I czego by zarządzający firmą nie robili i tak nie są w stanie wpłynąć na sytuację – dodaje.

Kto stracił

Podział na szczęściarzy i przegranych nie przebiega w prosty sposób pomiędzy sektorami, w każdej grupie są przedstawiciele przemysłu, budownictwa, handlu, usług czy transportu. Choć akurat w transporcie przekonanie o pogorszeniu kondycji przez pandemię jest bardziej powszechne (55 proc.) niż w innych sektorach, a w budownictwie zdarza się rzadziej (23 proc.).

– W transporcie, który skarży się najbardziej, ucierpiał przede wszystkim przewóz osób. Na tygodnie zamarły przejazdy do szkół czy do pracy. Nieliczne są wyjazdy turystyczne. Spadki zanotował również przewóz towarów. Na dodatek na przewoźników kłopoty już od dłuższego czasu spadają z kilku stron: kosztowne są wydatki na technologię, we znaki daje się też pakiet mobilności (zamykanie dostępu do rynków zagranicznych), jednocześnie rosną koszty w kraju – wynagrodzeń kierowców, licencji, napraw czy paliwa. A od marca doszedł do tego COVID-19. Dobrze prosperuje jedynie działalność kurierska, w tym mikroprzedsiębiorcy pracujący na rzecz dużych operatorów – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

nastroje 2.jpg

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Najmniej skarży się budownictwo, bo mimo lockdownu rozpoczęte inwestycje były kontynuowane, ale liczba nowych projektów spada, pod znakiem zapytania stoją budowy nowych biurowców czy centrów handlowych. To ostatecznie przełoży się na mniejsze zapotrzebowanie na usługi firm budowlanych. Po drodze do nowej rzeczywistości pogarsza się też płynność finansowa a nawet wypłacalność części zleceniodawców trwających inwestycji.

– W handlu zdecydowanie piętą achillesową jest wyłącznie sprzedaż stacjonarna, bo zakupy w sieci wciąż są bardziej popularne niż przed pandemią. W sprzedaży o kondycji w znacznym stopniu decyduje profil i oferta firmy. Trudno porównać notowany w ostatnich tygodniach popyt na art. spożywcze, sprzęt IT, RTV, AGD czy materiały budowalne ze sprzedażą odzieży, obuwia, biżuterii czy samochodów – mówi Sławomir Grzelczak. – Z kolei w usługach obiekty fitness i kina mają się znacznie gorzej niż fryzjerzy czy kosmetyczki. Jednak niemal we wszystkich usługach, gdzie w grę wchodzi spotkanie z klientem, wzrosły koszty, bo czas przewidziany na wizytę w salonach piękności, ale też w gabinetach stomatologicznych czy lekarskich, został wydłużony tak, by nie narażać klientów i pacjentów na spotkania w poczekalni. A dłuższy czas realizacji usługi to albo spadek obrotów albo wyższe ceny – dodaje. W przemyśle cierpią m.in. kooperanci branży motoryzacyjnej, po tym jak gwałtownie spadła sprzedaż aut. Również kooperanci branży lotniczej bardzo odczuli skutki kłopotów producentów samolotów.

Tylko co czwarta firma liczy na poprawę jeszcze w tym roku

Co dalej? Spośród firm, którym lockdown zaszkodził najbardziej i nie wróciły do stanu sprzed koronawirusa, jedynie jedna czwarta przedsiębiorstw spodziewa się, że odzyska wcześniejszą kondycję do końca grudnia. Reszta spisała ten rok na straty, koncentrując się na przetrwaniu trudnego okresu. Jedna trzecia liczy, że dojdzie do siebie w 2021 r., a 38 proc. w ogóle boi się prognozować, kiedy może to nastąpić. Na poprawę w przyszłym roku częściej stawiają przedstawiciele przemysłu – 49 proc. i handlu 37 proc. Niepewność co do tego, czy i kiedy będzie lepiej, towarzyszy głównie firmom budowlanym (70 proc.), transportowym (48 proc.) i usługowym (45 proc.).

Niepewne perspektywy odbierają ochotę do inwestycji

O powadze sytuacji świadczy blokada na inwestycje. Aż 48,2 proc. przedsiębiorców w najbliższych trzech miesiącach nie zamierza inwestować. Pozostali, zapewne z myślą o automatyzacji, stawiają przede wszystkim na maszyny i technologie. Na kolejnych miejscach znalazły się działania reklamowe, które w chwili gdy inni oszczędzają mają szansę być bardziej dostrzeżone. A także zatrudnienie pracowników, bo wzrosły możliwości znalezienia dobrego fachowca po zwolnieniach jakie przeprowadziło wiele przedsiębiorstw. Na kolejnych pozycjach jest chęć zakupu samochodu, szkolenia załogi oraz oprogramowanie.

nastroje3.jpg

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Lockdown jest też w głowach klientów

– Odpowiedzi przedsiębiorców nie pozostawiają wątpliwości, u podstaw kłopotów leży spadek zamówień oraz odpływ klientów. Odsetek firm, które informują, że są w gorszej kondycji niż przed pandemią, wynoszący 44 proc., jest niemal identyczny z udziałem firm odpowiadających, że z powodu koronawirusa liczba klientów spadła – 45 proc. Jednie 3,2 proc. respondentów odnotowało wzrost popytu, a dla połowy koronakryzys nie przyniósł w tym względzie żadnej zmiany – mówi Sławomir Grzelczak.

nastroje4.jpg

Źródło: Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Klienci, czy to firmy, czy konsumenci, zdaniem badanych nie kupują głównie z powodu oszczędności, wykazując się daleko idącą ostrożnością w gospodarowaniu budżetami. Z drugiej strony, według więcej niż co czwartego przedstawiciela MSP, klientów jest mniej, bo obawiają się zarażenia. Przy wzrastającej fali zachorowań, udział konsumentów, którzy nie tyle z pobudek finansowych co przede wszystkim z lęku przed wirusem, nie pójdą na siłownię, do kina, teatru czy do kosmetyczki i w wiele innych miejsc, niestety może być jeszcze wyższy – mówi Sławomir Grzelczak.

Eksport polskiej żywności rośnie mimo pandemii. Dobra reputacja krajowego mięsa kluczowa dla wyników sprzedaży

Jak wynika z danych resortu rolnictwa, w I połowie br. sprzedaż zagraniczna polskich artykułów rolno-spożywczych wyniosła 16,4 mld euro i była o 7 proc. większa niż przed rokiem. Znaczący jest w tym udział eksportu żywca, mięsa i jego przetworów, a jego wielkość zależy w dużej mierze od bezpieczeństwa żywności. Branża zmaga się z takimi problemami jak ASF czy ptasia grypa, a dodatkowo szkodzą jej luki w procedurach, które mogą skutkować takimi zjawiskami jak tzw. afera leżakowa z początków 2019 roku. To ma wpływ na wizerunek polskiego mięsa, a co za tym idzie także na jego eksport.

W I półroczu branża mięsna sprzedała za granicę towary o wartości 3,1 mld euro. Był to wynik o 4 proc. gorszy niż w I połowie 2019 roku. Wpływ na to miała przede wszystkim pandemia i ograniczenia w handlu zagranicznym. Zmalały zamówienia do Unii Europejskiej, Chin i krajów muzułmańskich, a producenci mięsa są w dużym stopniu uzależnieni od eksportu. Od czerwca jednak sytuacja w całym segmencie sprzedaży towarów rolno-spożywczych się poprawia. Eksperci podkreślają, że to zasługa dobrej reputacji polskiej żywności.

Polska żywność jest raczej bezpieczna, natomiast pewne działania czy właściwie ich brak może spowodować, że ta żywność może stać się niebezpieczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Wojciechowski, prezes Fundacji Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności. – Przykładem tutaj może być brak wdrożenia rozporządzenia 625, które weszło w życie w połowie grudnia ubiegłego roku, ale niestety nie zostało w pełni implementowane, w związku z tym różne uwarunkowania związane z bezpieczeństwem żywności mogą na tym ucierpieć.

Parlament Europejski 15 marca 2017 roku przyjął rozporządzenie 2017/625 dotyczące urzędowych kontroli żywności i pasz. Większość przepisów miała zacząć obowiązywać od 14 grudnia 2019 roku. Jako rozporządzenie nie wymaga wprowadzenia do prawa krajowego ustawą, ale potrzebuje przepisów wykonawczych i realizacji. Nowe prawo ujednoliciło m.in. procedury kontrolne żywności i pasz na etapach produkcji, przetwórstwa, dystrybucji i sprzedaży, także w krajach trzecich oraz w przypadku żywności importowanej. Kontrole powinny być przeprowadzane bez uprzedzenia i obejmować nie tylko same surowce i produkty, ale także wyposażenie ubojni lub producenta.

Dotyczy to również ustawy weterynaryjnej, która miała wejść w życie w ubiegłym roku. Niestety prace nad nią się przeciągnęły. Ona miała uregulować relacje pomiędzy hodowcami, producentami żywności pochodzenia zwierzęcego a urzędową kontrolą żywności – wyjaśnia Tadeusz Wojciechowski. – Inspekcja Weterynaryjna jest tutaj języczkiem u wagi, jeśli chodzi o ASF i sprawy związane z bydłem, które było nielegalnie pozyskiwane do konsumpcji, czy też hodowlą trzody chlewnej, łącznie z płacami, które do tej pory też nie zostały uregulowane. W związku z tym urzędowa kontrola żywności jest mocno spauperyzowana, nie jest w stanie wykonywać w sposób efektywny swoich czynności.

W połowie czerwca pojawiła się informacja o akcji policji w ubojni w Jaroszkach, wsi położonej na północny-wschód od Łodzi. Znaleziono tam transport przeznaczonych na ubój, leżących z powodu choroby krów. Tadeusz Wojciechowski przypomina też aferę ze stycznia ubiegłego roku, kiedy „Superwizjer” TVN poinformował o tym, że w zakładzie w Kalinowie na Mazowszu włączano do łańcucha dostaw mięso z chorych krów, tzw. leżaków. Informacja ta odbiła się szerokim echem w zagranicznych mediach. Tego typu mięso z Polski (niekoniecznie z tego właśnie zakładu) trafiło bowiem także do sklepów we Francji.

Sprawa ucichła, nie została w sposób należyty załatwiona. Miał być wdrożony monitoring, miały być kamery w zakładach, gdzie dokonuje się uboju bydła, żeby wyeliminować wszelkiego rodzaju nieprawidłowości, niestety nie zostało to wdrożone – informuje prezes Fundacji Polskiego Forum Bezpieczeństwa Żywności. – Tego typu afery mogą mieć bardzo poważne reperkusje, jeśli chodzi o wizerunek polskiej żywności.

Podkreśla, że wszelkie wątpliwości co do jakości jakiegokolwiek polskiego produktu mogą rzucić cień na opinię o całym eksporcie rolno-spożywczym. A ten w ubiegłym roku sięgnął 31,4 mld euro. Największy udział w jego strukturze mają żywiec, mięso i przetwory mięsne – 21 proc., a więc produkty najbardziej podatne na zanieczyszczenie lub skażenie.

Kolejna wątpliwość dotyczy rzeźni rolniczych. W lutym bieżącego roku weszła ustawa, która umożliwiła ich powstawanie. Procedury związane z bezpieczeństwem i higieną żywności są w nich dużo mniej restrykcyjne, nie trzeba wprowadzać systemu HACCP, czyli te obostrzenia właściwie są żadne, natomiast uprawnienia do eksportu są takie same jak dla dużych zakładów produkujących mięso – mówi Tadeusz Wojciechowski. – Do tego dochodzą kwalifikacje tzw. ubojowca, który ma prawo wykonywać ten zawód bez żadnej praktyki, po trzygodzinnym szkoleniu przeprowadzonym przez powiatowego lekarza weterynarii. Jeśli te restrykcje będą tak poluzowane, to może się okazać, że wizerunek polskiej żywności znowu na tym ucierpi.

Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności powstało w lipcu 2019 roku i funkcjonuje w formie think tanku. Jest organizacją typu non profit zajmującą się badaniem i analizą w zakresie bezpieczeństwa, jakości żywności pochodzenia roślinnego i zwierzęcego „od pola do stołu”, ochrony życia i zdrowia oraz interesów ekonomicznych konsumentów, jak również promocji jakości żywności.

Ponad połowa Polaków chce powrotu niedziel handlowych. Projekt przepisów w tej sprawie już jest

0

Kolejne niedziele handlowe w tym roku wypadną dopiero w grudniu. Po okresie zamknięcia galerii handlowych i załamaniu sprzedaży w tradycyjnym handlu możliwość prowadzenia działalności przez siedem dni w tygodniu byłaby dużym wsparciem dla branży. – Szacujemy, że rocznie mogłoby to przełożyć się nawet na 4-proc. wzrost wizyt w sklepach i 2-proc. wzrost obrotów, co w obecnej sytuacji jest bardzo istotne – mówi Anna Szmeja, prezes Retail Institute, i zaznacza, że przywrócenie niedzielnego handlu musiałoby wiązać się z zagwarantowaniem określonych praw pracownikom. Projekt przepisów w tej sprawie przygotowała strona pracodawców w Radzie Dialogu Społecznego.

– Należałoby zadbać o wiele różnych elementów, które są związane ze zniesieniem zakazu handlu w niedzielę, m.in. o zagwarantowanie osobom zatrudnionym w handlu określonej liczby dni wolnych właśnie w niedziele, ale również uniemożliwienie firmom ucieczki od stabilnych warunków zatrudnienia w stronę tzw. umów śmieciowych, które ewidentnie byłyby niekorzystnym rozwiązaniem dla setek tysięcy osób zatrudnionych w handlu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Szmeja.

Pracodawcy, którzy są częścią Rady Dialogu Społecznego, przygotowali projekt tymczasowego zniesienia zakazu handlu w niedziele, które miałoby obowiązywać w czasie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii oraz 180 dni po ich odwołaniu. Propozycja przepisów przewiduje zagwarantowanie pracownikom branży handlowej dwóch niedziel wolnych w okresie kolejnych czterech tygodni. Dotyczyłoby to zarówno osób zatrudnionych na etacie, jak i na umowach cywilnoprawnych.

Jak podkreśla prezes Retail Institute, powrót do niedziel handlowych jest bardzo potrzebny, bo firmy poniosły ogromny wysiłek finansowy i organizacyjny, aby poradzić sobie ze skutkami lockdownu i odbudować biznes po ponownym otwarciu galerii handlowych, które nastąpiło 4 maja. Raport Retail Institute obejmujący 140 monitorowanych centrów handlowych wskazuje, że w marcu obroty najemców spadły o 62 proc. r/r. Cały I kwartał zakończył się na prawie 19-proc. minusie, jeśli chodzi o obroty, i blisko 22-proc., jeśli chodzi o odwiedzalność. Z kolei przychody galerii między 14 marca a 4 maja spadły praktycznie do zera, podczas gdy właściciele obiektów ponosili wszelkie koszty związane z ich funkcjonowaniem w ograniczonym zakresie. Eksperci instytutu obliczyli, że w I półroczu br. zagregowana wartość czynszów i kosztów wspólnych spadła o 16,7 proc., przy czym w kwietniu spadek był największy i wyniósł 83,8 proc.

Zniesienie zakazu handlu w niedziele ucieszyłoby nie tylko firmy działające w branży. Z badania wykonanego na zlecenie CBRE wynika, że 51 proc. Polaków chciałoby powrotu niedzielnego handlu. Przeciwnego zdania jest co trzeci respondent, a 16 proc. ankietowanych nie ma wyrobionej opinii na ten temat. Co ciekawe, zwolenników handlu w niedziele jest tyle samo zarówno na wsi, jak i w miastach do 500 tys. mieszkańców. Z kolei w największych miejscowościach (powyżej 500 tys. mieszkańców) aż 57 proc. osób uważa, że wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę było błędem.

Mam nadzieję, że rząd zwróci uwagę na to, że handel jest istotną częścią gospodarki, a firmy handlowe są płatnikami VAT-u i innych podatków. Poza tym powrót do handlu w niedziele jest możliwy bez większych trudności, a może dość szybko złagodzić skutki kryzysu w branży handlowej wywołanego koronawirusem – dodaje prezes Retail Institute.

Pozostałe możliwości wspierania branży na pewno generują po stronie budżetu państwa dużo większe trudności, a przede wszystkim obciążenia finansowe. Mowa np. o zwolnieniu galerii handlowych z podatku od nieruchomości oraz wprowadzeniu tzw. metod kasowych w rozliczeniu podatków VAT i CIT.

Prezes Retail Institute zaznacza, że dla branży handlowej korzystne będą wszelkie działania, które przyczynią się do stymulowania popytu wewnętrznego. Więcej odwiedzin w galeriach handlowych ma wpływ na wyniki finansowe marek i na obroty sieci handlowych, które wynajmują im lokale.

Pierwsze miesiące pandemii były dla handlu okresem redukcji etatów, cięcia wynagrodzeń, walki o marże, ale również bardzo dużych oszczędności w innych obszarach. Handel w niedziele miałby pozytywny wpływ na kondycję firm, a tym samym ich skłonność do zwiększania zatrudnienia – zauważa Anna Szmeja.

Jak pokazuje badanie CBRE, dla wielu osób niedziela pozostaje jednym z nielicznych dni, kiedy mogą wybrać się na zakupy. Poza tym rozłożenie ruchu na siedem zamiast sześciu dni w tygodniu pozwala w dobie koronawirusa sprawniej dopasować się do wytycznych związanych m.in. z unikaniem tłumów oraz zachowywaniem odstępu między osobami odwiedzającymi centra handlowe i sklepy. Zniesienie zakazu handlu w niedzielę byłoby również korzystne dla punktów gastronomicznych zlokalizowanych w centrach handlowych oraz części pracowników, głównie studentów, którzy właśnie w sobotę i niedzielę mogą podjąć pracę.

Kolejne kraje dołączają do europejskiego systemu opłat drogowych. To ułatwienie dla kierowców i właścicieli firm transportowych

Ogólnoeuropejski system opłat drogowych EETS staje się rzeczywistością. Zamiast kilku krajowych urządzeń do naliczania opłat kierowcy pojazdów transportowych mogą korzystać z jednego, co znacznie ułatwia samo wnoszenie opłat, ale też ich rozliczanie w firmach transportowych. Po wjechaniu na obszar danego państwa urządzenie dostosowuje się do lokalnego systemu i nalicza odpowiednie stawki. Jednym z takich urządzeń jest DKV Box Europe, które jest dostosowane do systemów w kilku krajach europejskich, wkrótce także w Polsce.

– Do niedawna każdy kraj z elektronicznym systemem naliczania opłat drogowych zobowiązywał przewoźników do montażu dedykowanych mu urządzeń w ciężkich pojazdach transportowych. To oczywiście znacząco ograniczyło pole widzenia kierowców, bo tych urządzeń było nawet dziesięć na jednej szybie. Unia Europejska, wydając specjalne dyrektywy, nakazała państwom członkowskim przyjęcie jednego wspólnego urządzenia, które rozwiązało te problemy – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Derdziak, kierownik ds. sprzedaży w DKV Euro Service.

Ogólnoeuropejski system opłat drogowych EETS ujednolica systemy poboru e-myta we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. Różnice w przepisach, technologiach systemów czy stawkach podatkowych między poszczególnymi krajami utrudniały pracę międzynarodowych przewoźników. Dodatkowo wiązało się to z kosztownym montażem urządzeń pokładowych właściwych dla poszczególnych systemów. Stąd prace nad wprowadzeniem jednego urządzenia, za pomocą którego można płacić we wszystkich krajach, w których wdrożono system EETS.

Jednym z prekursorów akceptacji urządzeń EETS było konsorcjum DKV, Daimlera i T-Systems, które stworzyło urządzenie DKV Box Europe. Obecnie działa ono już w Belgii, Niemczech, Austrii, Francji, Portugalii i Hiszpanii. Wkrótce dołączą kolejne kraje, w tym Węgry, Słowenia, Czechy i Polska. Eksperci DKV podkreślają, że to duże wyzwanie organizacyjne, ponieważ wymaga porozumienia między operatorami i właścicielami poszczególnych systemów – chodzi zarówno o państwa, jak i prywatnych właścicieli autostrad.

– Urządzenie nalicza opłaty drogowe automatycznie, bez konieczności zatrzymywania się na punktach opłat drogowych. Wystarczy podpiąć się do zasilania, ustawić liczbę osi pojazdu oraz dopuszczalną masę całkowitą zestawu i ruszać w drogę. Kierowcy z pewnością docenią fakt, że na szybie mają tylko jedno urządzenie, a nie wiele różnych boxów na różne kraje, które ograniczają pole widzenia – przekonuje Cezary Wiśniewski, doradca klienta w DKV Euro Service.

DKV Box Europe może być stosowane w systemach satelitarnych wykorzystujących łączność GNSS/GSM oraz mikrofalowym DSRC. Po wjechaniu na obszar danego państwa dostosowuje się do lokalnego systemu i nalicza takie same opłaty jak urządzenia krajowe.

– Główną korzyścią dla przewoźników korzystających z instalacji DKV Box Europe jest przede wszystkim możliwość rozliczenia wielu opłat drogowych w wielu krajach za pomocą tylko jednego urządzenia. Dodatkowo przewoźnik otrzymuje tylko jedną fakturę z odroczonym terminem płatności bez konieczności ładowania urządzeń. Gwarantuje to maksymalne uproszczenie księgowości – podkreśla Cezary Wiśniewski. – Nasi klienci mogą też dołączyć do programu zniżek i rabatów na wybranych sieciach autostrad.

Pośrednicy zajmują się też zwrotem VAT od opłat drogowych w poszczególnych państwach.

Docelowo, jak wskazują przedstawiciele DKV, urządzenie ma nie tylko ułatwić opłaty drogowe, ale w przyszłości pomóc też zarządzać flotą.

– Nie koncentrujemy się tylko na opłatach drogowych, myślimy również o przyszłości, czyli o pomocy w rozliczaniu i zarządzaniu flotą pojazdów, którą posiada dane przedsiębiorstwo. Mam na myśli systemy pomagające na przykład śledzić auto, wspierać nawigację oraz pracować wspólnie z tachografami, pomagając tym samym w rozliczeniu czasu pracy kierowców – tłumaczy Mariusz Derdziak. – Przyszłość widzimy w rozwoju technologii i analizy Big Data. Wszystkie te składniki wpłyną na to, że firmy transportowe będą funkcjonować oszczędniej i efektywniej.

Polacy podczas pandemii lepiej się odżywiają i częściej uprawiają sport. Dobre nawyki chcą utrzymać na dłużej

Okres pandemii koronawirusa skłonił Polaków do refleksji w kwestii zdrowego odżywiania, pielęgnacji i aktywności fizycznej. To główny wniosek z badania „Dieta i pielęgnacja w dobie pandemii”, wykonanego przez SW Research na zlecenie Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. Aż 81 proc. badanych uznało, że warto zdrowiej się odżywiać, a prawie 75 proc., że czas zacząć uprawiać sport i ćwiczyć. Co więcej, wiele z tych osób wdrożyło dobre nawyki do swojego życia i chce je zachować również po zakończeniu pandemii. Są jednak także mniej optymistyczne statystyki – aż 16 proc. badanych ograniczyło aktywność fizyczną, a jedna trzecia przytyła.

Pandemia koronawirusa pokazała, że ludzie potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach i dostosować się nawet do bardzo dotkliwych restrykcji – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Aleksandra Nowicka-Jasztal, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. – Jako społeczeństwo jesteśmy różni i czas pandemii nieco inaczej wpływał na każdego z nas. Generalnie można jednak podsumować, że ludzie w okresie izolacji mieli więcej czasu i być może ten czynnik spowodował, że skoncentrowali się na swoim zdrowiu.

W okresie społecznej kwarantanny 36 proc. badanych częściej samodzielnie przygotowywało posiłki, 33 proc. częściej niż przed pandemią jadło zdrowiej, a 31 proc. planowało posiłki z wyprzedzeniem. Znacznie rzadziej kupowaliśmy gotowe produkty i jedliśmy fast-foody.

Konsumenci zwracali większą uwagę na to, co wchodzi w skład posiłku, czytali etykiety produktów. Starali się też mniej marnować żywności, wykorzystywać zapasy, które zgromadzili podczas pandemii – mówi dr n. med. Aleksandra Nowicka-Jasztal.

Z badania wynika, że około 20 proc. respondentów zredukowało masę ciała podczas kwarantanny. Może to mieć związek z tym, że około 18 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało, że przed pandemią koronawirusa nie wykonywało aktywności fizycznej, ale w wyniku izolacji wprowadziło ten nawyk do swojego życia.

Ogółem 3/4 respondentów stwierdziło, że w czasie pandemii warto zacząć ćwiczyć i uprawiać aktywność fizyczną. Mam nadzieję, że te postanowienia pozostaną z nami po zakończeniu pandemii – mówi ekspertka WSB w Gdańsku.

Jest jednak i druga strona medalu. Pandemia nie na wszystkich zadziałała równie motywująco. 16 proc. badanych przyznaje, że rozleniwiło się i porzuciło aktywność fizyczną po wprowadzeniu lockdownu. 33 proc. deklaruje, że w trakcie izolacji przytyło.

Może to być spowodowane wieloma czynnikami, np. swobodnym dostępem do lodówki, zmniejszeniem liczby i intensywności treningów. Nadwyżka kaloryczna, którą spożywaliśmy, w opozycji do tego, ile wydatkowaliśmy energii, mogła spowodować wzrost wagi. Oczywiście zapewne zdarzały się też przypadki, że ludzie jedli więcej z uwagi na stres albo po prostu z nudów. Często też sama świadomość, że mamy w domu zapasy niezdrowej żywności, np. słodyczy, wpływa na to, że częściej sięgamy po te produkty – zauważa Aleksandra Nowicka-Jasztal.

Z badania WSB wynika, że czas izolacji Polacy wykorzystali na zabiegi pielęgnacyjne na skórę i włosy. Wprawdzie nie mogli w tym okresie korzystać z profesjonalnych usług w gabinetach kosmetycznych i fryzjerskich, ale robili to w warunkach domowych. Jedna trzecia badanych pań twierdzi, że sama robiła sobie maseczki na twarz. Zmieniło się też podejście kobiet do makijażu – prawie 36 proc. przyznało, że maluje się delikatniej, a co czwarta respondentka deklaruje, że tak też zostanie po zakończeniu pandemii. 22 proc. kobiet w czasie izolacji stworzyło własny kosmetyk w warunkach domowych. Najczęściej były to maseczki i peelingi do twarzy oraz maski do włosów.

Próby produkcji własnych kosmetyków to bardzo dobry trend ze względu na to, że mamy świadomość, co jest w środku, wiemy, w jakim opakowaniu będziemy przechowywać kosmetyk, a często może on być tańszą alternatywą dla produktów drogeryjnych dostępnych w sprzedaży – zaznacza ekspertka.

Pozytywną obserwacją, która wynika z badania Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku, jest wyraźna skłonność respondentów do utrzymania dobrych nawyków prozdrowotnych na dłużej.

– Oczywiście pozostaje kwestia motywacji i rozstrzygnięcia, czy jest ona zewnętrzna, czy wewnętrzna, czy to z nas płynie chęć poprawy swojego stanu zdrowia i ciała dodaje Aleksandra Nowicka-Jasztal. – Warto zwrócić uwagę również na rolę specjalistów i fachowego wsparcia w utrzymaniu postanowień. Każdy, kto czuje, że nie do końca potrafi sobie poradzić z wytrwałością i utrzymaniem zmian wprowadzonych podczas pandemii, powinien skorzystać z porady dietetyka, psychodietetyka lub innej osoby wykwalifikowanej w danej dziedzinie.

Chociaż w czasie pierwszych miesięcy pandemii zainteresowanie konsultacjami u dietetyka spadło o około 4 proc., to internauci chętnie korzystali z porad publikowanych w mediach społecznościowych, forach i blogach. Ponad 75 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało takie same lub większe zainteresowanie tematyką zdrowia podczas przeglądania social mediów czy stron internetowych.

Wirtualna rzeczywistość wkracza do polskich kin. Widzowie będą śledzić przebieg akcji w filmie z dowolnej perspektywy

Technologia wirtualnej rzeczywistości powoli wkracza do mainstreamowego użytku i coraz częściej wykorzystywana jest także w świecie filmu i teatru. Produkcje zrealizowane w VR pozwalają śledzić przebieg akcji z dowolnej perspektywy, dzięki czemu to widz decyduje o konstrukcji poszczególnych kadrów. Potencjał filmów VR dostrzega zarówno widownia festiwalowa, jak i przedstawiciele placówek edukacyjno-kulturalnych.

– Jestem przekonany, że wirtualna rzeczywistość będzie kolejną płaszczyzną, z której będziemy korzystać, konsumując kulturę i część rozrywki. Jest platformą, która dopiero startuje. Okularów, na których pokazuję film, na świecie jest obecnie milion. To nie jest rozwiązanie wszędobylskie, rynek nie istnieje i jest to pionierski projekt na skalę polską i europejską – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Maiński, reżyser filmu „Sztynort 1935”.

Do realizacji filmu opowiadającego przebieg fikcyjnej kolacji, w trakcie której bohaterowie rozważają skutki wprowadzenia ustaw norymberskich, reżyser wykorzystał kamery rejestrujące obraz w zakresie 180 stopni. Dzięki temu zabiegowi widz oglądający „Sztynort 1935” w goglach VR może z perspektywy pierwszej osoby zagłębić się w przebieg akcji i kierować swoją uwagę w dowolne miejsce szerokiego kadru, dopasowując optykę odbioru do własnych preferencji.

– Musimy uważać na odruchy, język, do którego widz jest przyzwyczajony, a my go nie znamy, w związku z czym to się wydarza i jest ekscytujące. Po pierwsze, w filmie VR mamy do czynienia z kulą bądź połową kuli, a nie kadrem. Po drugie, mamy stereoskopię, czyli każde oko dostaje inną informację, dzięki czemu uzyskujemy efekt głębi obrazu. I trzecia rzecz, która jest niedoceniana, to dźwięk ambisoniczny, tzn. generowany w trakcie projekcji. Formuła filmu VR różni się od tradycyjnego tym, że jesteśmy w środku akcji, a nie widzami. Możemy rozejrzeć się dookoła i zobaczyć, co dzieje się w miejscu, w którym jesteśmy – tłumaczy reżyser.

Po technologię VR sięgnęli również twórcy filmu fabularnego „Wiktoria 1920” zrealizowanego przez studio Cinematic VR z okazji 100. rocznicy Bitwy Warszawskiej. Przy realizacji tej produkcji wykorzystano system kamer dookolnych, które umożliwiły rejestrację 360-stopniowego obrazu. Twórcy zdecydowali się także na osadzenie widza w roli jednego z bohaterów – odbiorca wciela się w kuriera, który ma dostarczyć meldunek z frontu do jednego ze sztabów.

– To, że nagrywana jest kula, a nie kadr, powoduje, że przy drugim obejrzeniu filmu nagle okazuje się, że po prawej stronie od rozmówcy coś się dzieje, czego wcześniej nie zobaczyliśmy i co zupełnie zmienia fabułę. To też jest część języka i tego, jak pracować z filmem VR-owym i jak prowadzić widza w takim świecie – tłumaczy Jakub Maiński

O tym, jak istotną rolę zaczynają odgrywać produkcje realizowane w VR, najlepiej świadczy ich rosnące znaczenie podczas ogólnoświatowych festiwali filmowych. Organizatorzy Międzynarodowego  Festiwalu Filmowego w Wenecji zorganizowali specjalny konkurs dla twórców realizujących swoje dzieła w wirtualnej rzeczywistości. Dopuszczono do niego 31 filmów, a akredytowani uczestnicy festiwalu będą mogli obejrzeć je online za pośrednictwem takich platform jak HTC Viveport, Facebook Oculus, VRChat czy VRrOOm.

Filmy VR doczekały się także własnego ogólnoświatowego festiwalu discover.film Virtual Reality Festival. Za tym przedsięwzięciem stoi platforma discover.film, która dostarcza darmowe krótkometrażowe filmy odbiorcom z przeszło 190 krajów świata.

– Możemy się spodziewać więcej treści VR w momencie, w którym widzowie zobaczą, że od niego nie boli głowa i w fizjologicznie komfortowy sposób możemy dostać unikalne treści, które nas wciągają i angażują. Do tej pory około 200 osób obejrzało nasz film i były tylko trzy przypadki przerwania i to ze względów zewnętrznych. W momencie, w którym branża zorientuje się, że to działa i ludzie nie tylko są ciekawi, ale też chcą wracać, pojawi się rynek. Dla twórców to jest pasjonujące narzędzie, jestem przekonany, że będzie ich do niego ciągnąć – przewiduje reżyser filmu „Sztynort 1935”.

Według Grand View Research globalna wartość branży wirtualnej rzeczywistości w 2019 roku wynosiła 10,32 mld dol. Szacuje się, że do 2027 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,6 proc.

Autonomiczne łodzie przyspieszą eksplorację mórz i oceanów. Udało się już zobrazować m.in. dno Rowu Mariańskiego

Choć ludzkość lata już na Księżyc i wysyła sondy na Marsa, a wkrótce na Jowisza, to dno morskie wciąż pozostaje największą niewiadomą. Dotąd jedynie 20 proc. dna zostało zbadane. Wykorzystanie zaawansowanych systemów nawigacji satelitarnej do konstrukcji statków badawczych umożliwi zdalne kontrolowanie bezzałogowych łodzi wykorzystywanych do badania dna morskiego. Firmie SEA-KIT udało się z powodzeniem ukończyć pierwszą misję tego typu. Statek Maxlimer podczas eksperymentalnej misji zmapował przeszło 1000 kilometrów kwadratowych oceanicznych głębin.

Mapowanie dna morskiego jest procesem znacznie żmudniejszym i trudniejszym niż obrazowanie powierzchni ciał niebieskich Układu Słonecznego. Choć zespołowi naukowców z amerykańskiej agencji kosmicznej NASA i Lunar and Planetary Institute udało się stworzyć w 2020 roku kompleksową mapę powierzchni Księżyca, dotychczas ludzkość zmapowała niespełna 20 proc. powierzchni ziemskiego dna oceanicznego.

W przyspieszeniu procesu tworzenia map mórz i oceanów pomogą bezzałogowe statki.

– Podczas swojej 22-dniowej misji statek Maxlimer wykorzystał satelity na niebie, aby pokazać nam, co możemy zrobić pod powierzchnią morza. Zrobotyzowane łodzie mogą radykalnie zmienić sposób, w jaki pracujemy na morzu, a ten projekt, wspierany przez Brytyjską Agencję Kosmiczną, dał nam wyjątkowy wgląd w przyszły potencjał operacji morskich z wykorzystaniem satelity ​– przekonuje Graham Turnock, szef Brytyjskiej Agencji Kosmicznej.

Maxlimer, który opracowano w ramach konkursu Shell Ocean Discovery XPRIZE, to łódź naukowa zbudowana przez inżynierów z SEA-KIT. Nie tylko udało się pomyślnie zobrazować przeszło 1000 kilometrów kwadratowych dna oceanicznego, statek okazał się także niezwykle ekonomiczny. Zespół odpowiedzialny za projekt zakładał, że dzięki wykorzystaniu silnika hybrydowego po zakończeniu misji w zbiornikach Maxlimera pozostanie jeszcze 300-400 litrów paliwa. Tymczasem statek dobił do portu z 1300-litrowym zapasem.

​– To, co zaczęło się jako naukowe wyzwanie podjęte przez utalentowanych członków zespołu absolwentów fundacji GEBCO-Nippon, stało się wielokrotnie nagradzaną technologią, która teraz przekształciła się w rentowną firmę handlową. Dokładnie taki innowacyjny ekosystem starały się stworzyć GEBCO i The Nippon Foundation, uruchamiając Seabed 2030 ​– wskazuje Jamie McMichael-Phillips, dyrektor programu Seabed 2030.

Ramowy plan projektu Seabed 2030 zakłada wykorzystanie nowoczesnych technologii do pełnego zobrazowania dna oceanicznego, aby ułatwić proces nawigacji morskiej oraz poprawić narzędzia naukowe do modelowania zmian klimatycznych, cyrkulacji oceanów czy przewidywania tsunami. Od momentu powołania programu poczyniono zauważalne postępy na drodze mapowania oceanów – w 2017 roku naukowcy zobrazowali jedynie 6 proc. powierzchni oceanów, do 2020 roku udało się zwiększyć ten odsetek do 19 proc.

W przyszłości takie pojazdy jak Maxlimer będą mogły funkcjonować w pełni autonomicznie, a rola operatorów ograniczy się jedynie do kontrolowania przebiegu misji. Twórcy łodzi liczą także na to, że podobne bezzałogowe pojazdy mogłyby zostać wykorzystane również w przemyśle m.in. do rozciągania kabli komunikacyjnych między kontynentami.

SEA-KIT nie jest jedyną firmą, która wykorzystuje zaawansowane technologie autonomiczne w procesie mapowania dna oceanicznego. W maju 2020 roku rosyjski bezzałogowy aparat podwodny Witjaz’-D zszedł na dno Rowu Mariańskiego na głębokość 10028 metrów. Pojazd zobrazował powierzchnię, wykonał szereg zdjęć oraz nagrań filmowych. Jest to pierwszy w pełni autonomiczny aparat podwodny, któremu udało się zejść tak głęboko pod powierzchnię oceanu.

​– Dane zebrane podczas podróży po Atlantyku będą cennym dodatkiem do globalnych badań dna morskiego ​– wskazuje Jamie McMichael-Phillips, dyrektor programu Seabed 2030. ​– Co ważniejsze, jest to kolejny kamień milowy na drodze do rozwoju tego rodzaju skalowalnej i przyjaznej dla środowiska technologii, której będziemy potrzebować, aby osiągnąć nasz cel, jakim jest mapowanie całego dna oceanów na świecie do końca dekady.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku autonomicznych statków w 2018 roku wyniosła 6,1 mld dol. Przewiduje się, że do 2030 roku wzrośnie do 13,8 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7 proc.

Rzecznik MŚP: Ponad połowa przedsiębiorców niepokoi się o przyszłość

Ponad połowa przedsiębiorców niepokoi się o przyszłość – potwierdzają badania przeprowadzone na zlecenie Rzecznika MŚP przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna.

Epidemia koronawirusa wywiera negatywny wpływ na wyniki działalności gospodarczej i nastroje większości przedsiębiorców. Choć duża część z nich jest zadowolona z pomocy udzielonej przez rząd, to spodziewają się kolejnych problemów w następnych miesiącach – wynika z badań opracowanych przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna ogólnopolski panel badawczy na zamówienie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców i Centrum im. Adama Smitha.

Przed wybuchem epidemii nastroje wśród osób prowadzących działalność były pozytywne. 67% oceniało kondycję swojej firmy na raczej dobrą, a 16% jako bardzo dobrą. Jako złą – 15%, 3% badanych jako bardzo złą. Pół roku po wprowadzeniu rygorów epidemicznych 34% respondentów odpowiedziało, że epidemia miała negatywny wpływ na ich biznesy, 28% uznało jej skutki za bardzo negatywne, 29% nie dostrzega żadnego wpływu, a zaledwie 9% badanych przedsiębiorców ocenia, że epidemia miała pozytywny wpływ na wyniki ich firm.

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

— Pandemia, niestety, zrzuciła nas ze ścieżki ciągłego wzrostu. Po bardzo dobrych ostatnich latach przedsiębiorcy w wielu branżach spodziewali się, że rok 2020 będzie rekordowy. Rzeczywistość okazała się brutalna i konieczne jest liczenie strat. Te badania potwierdziły to, o czym mówię od tygodni – kolejny lockdown oznaczałby zapaść gospodarki, a co za tym idzie – zapaść systemu zdrowia. Większość firm go nie przetrwa – komentuje wyniki badań rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

Przedsiębiorcy spodziewają się, że warunki do prowadzenia biznesu mogą ulec pogorszeniu. Ponad 60% uznaje, że warunki te będą złe lub bardzo złe, a tylko 36% – że będą one dobre lub bardzo dobre. Nieco lepiej oceniana jest kondycja własnej firmy. 51% uznaje kondycję własnego przedsiębiorstwa za dobrą lub bardzo dobrą, choć to i tak spadek o ponad 15% do okresu sprzed pandemii. Prawie 40% uznaje kondycję firmy za złą lub bardzo złą, podczas gdy wcześniej współczynnik ten nie przekraczał 20%.

Ankietowani podzieleni są w ocenie tzw. Tarcz Antykryzysowych. Niemal połowa z nich ocenia wpływ pomocy udzielanej firmom w ramach tarcz za korzystny (30% pozytywnych odpowiedzi, 13% bardzo pozytywnych), i niemal połowa jako szkodliwy (negatywnie 25%, zdecydowanie negatywnie 19%). 13% ankietowanych nie miało zdania na ten temat.

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha

— W zapaści przedsiębiorcom oprócz tarcz finansowych potrzebna była „tarcza antyurzędnicza”. Czas był niepotrzebnie tracony przez przedsiębiorców jak i urzędników na ponowne dostarczanie danych, które od dawna znajdują się w systemach informatycznych ZUS i urzędów skarbowych. Przeżyta zapaść powinna doprowadzić do przeorganizowania administracji w sektor usług świadczonych cyfrowo dla przedsiębiorców. Nie znamy dnia, ani godziny kiedy jakościowa, a nie liczbowa administracja będzie najlepszą tarczą antykryzysową – mówi Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, partnera badania.

Większość przedsiębiorców wnioski pomocowe wypełniała samodzielnie lub przy pomocy wcześniej zatrudnionych pracowników bądź usługodawców. Tylko 10% korzystało z pomocy zewnętrznych prawników czy firm doradczych. 12% ankietowanych wskazało, że w trakcie wypełniania wniosku pomógł im urzędnik właściwej instytucji. Ponad połowa uznała wnioski za proste lub bardzo proste (odpowiednio 41% i 12%), 35% jako trudne bądź bardzo trudne (25% i 10%).

Największą trudnością w uzyskiwaniu pomocy było samo zdobycie informacji, o jaką pomoc dany podmiot może się ubiegać (wskazało na to aż 23% ankietowanych). Mniejszym problemem było zdobycie archiwalnych danych na temat swojej firmy (20%), czy skontaktowanie się z urzędem (18%).

— Najbardziej niepokoją dane wskazujące na to, że aż 44% ankietowanych przedsiębiorców nie wyobraża sobie utrzymania działalności przy obowiązywaniu obostrzeń epidemicznych, a tylko 38% respondentów nie uzależnia dalszego funkcjonowania swojej firmy od stanu epidemii – podsumowuje rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

Badanie przeprowadzono na grupie 694 właścicieli firm.

Problemy związane z bezrobociem dopiero przed nami. Jak rządy państw próbują ratować miejsca pracy

W lipcu 2020 r. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było niższe o 2,3% r/r i wyniosło 6 252,0 tys. osób. Poważniejsze problemy związane z bezrobociem dopiero przed nami. Czy tydzień pracy powinien trwać cztery dni?

W USA przyjęto program wypłacania bardzo wysokich zasiłków dla bezrobotnych. W wielu przypadkach zasiłki były wyższe niż wynagrodzenia za pracę, które otrzymywali przed pandemią.

Inne podejście dominuje w Europie, gdzie przyjęto programy redukujące potencjalne zwolnienia z pracy. W Niemczech program ochrony miejsc pracy zakłada dopłaty do wynagrodzeń dla pracowników, których czas pracy jest ograniczany. Państwo dopłaca różnicę pomiędzy wcześniejszym i obecnym wynagrodzeniem.

– Wydawało się, że z tego skorzystają firmy znajdujące się w ogromnych tarapatach, jednak stało się inaczej, w kwietniu program ten objął aż 7 mln pracowników – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rząd niemiecki wydłużył okres obowiązywania tego programu, firmy mogą zgłaszać swój akces do końca roku, a okres ochronny potrwa 24 miesiące.

Niemcy są jednak w dobrej sytuacji budżetowej. Rząd nie przesadzał z wydatkami, obawiając się skutków przewidywanej recesji stworzono nadwyżkę w budżecie państwa. Tak postąpiło też kilka innych krajów UE, ale nie dotyczy to Polski, której tegoroczny deficyt budżetowy wyniesie 109 mld zł i będzie rekordowy, a znacząca część wydatków została „ukryta” w różnych państwowych instytucjach, których finanse według polskiej metodologii nie są wliczane do oficjalnego deficytu budżetu rządowego.

– Niemcy sobie z tym poradzą, ale moje wątpliwości dotyczą tego czy taki sposób postępowania jest opłacalny na dłuższą metę, bo zachowywane są miejsca pracy w nieefektywnych spółkach, a nie powstają nowe w bardziej efektywnych częściach gospodarki – komentuje ekspert XTB. – Lepszym rozwiązaniem byłoby obniżenie podatku dochodowego.

Gdy w Polsce będziemy wiedzieć więcej jakie firmy i dlaczego dostały pomoc rządową, kontrowersje z tym związane będą coraz liczniejsze. O ile w początkowym okresie pandemii istotna była szybkość przeciwdziałania, to obecnie powinniśmy szukać innych rozwiązań. W Niemczech dyskutowane jest wprowadzenie dochodu minimalnego, a także zredukowanie tygodnia pracy z 5 do 4 dni.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 31.08-4.09.2020

Rynki kończą z wakacyjnym marazmem i inwestorzy liczą na ożywienie handlu i garść świeżych impulsów. Z mijającego tygodnia pozostaje gorący temat zmiany strategii Fed w kwestii sprowadzania inflacji do celu. Konsekwencje dla USD są istotniejsze w dłuższym horyzoncie, ale decyzja Fed daje przestrzeń do utrzymania apetytu na ryzyko. O ile oczywiście dane makro nie zachwieją wiarą w ożywienie, co będzie testowane przy odczytach PMI/ISM i raporcie NFP.

Przyszły tydzień: ISM/PMI, NFP, zamówienia z Niemiec, PKB/CPI z Polski, RBA, rynek pracy z Kanady

USA

W USA uwaga będzie na danych i świeżych komentarzach z Fed. Raport z rynku pracy (pt) ma wskazać kontynuowany przyrost zatrudnienia, ale tempo powinno słabnąc jako efekt trudności wynikających z rosnącej liczby zachorowań. Aktywność biznesu w sierpniu pozostawała na trajektorii wzrostowej, co powinno przełożyć się na solidne wyniki ISM (wt, czw). Spośród przedstawicieli Fed główna uwaga będzie na wystąpieniach Claridy (pon) i Brainard (wt) z zarządu Fed, ale o perspektywach gospodarczych będą się wypowiadać również Mester (śr) i Evans (czw). Rynek zdaje się nie do końca przekonany, co wnosi zmiana strategii Fed i więcej informacji od członków FOMC może nadać bardziej zdecydowany kierunek dla USD.

Strefa euro

W strefie euro rewizja wskaźników PMI (wt, czw) powinna być neutralna dla EUR. Inflacja (wt) pozostaje nisko przy trudnościach w gromadzeniu danych i wpływie czynników jednorazowych (jak odroczenia letnich wyprzedaży we Francji i Włoszech). Pozytywnie powinien odznaczyć się wzrost zamówień przemysłowych w Niemczech (pt). Z perspektywy EUR ważne będą aspekty techniczne handlu i czy zakończenie wakacyjnego marazmu przywróci pęd dla wzrostów EUR/USD w kierunku 1,20.

Wielka Brytania

Finalne odczyty PMI z Wielkiej Brytanii (wt, czw) nie powinny odbiegać od wstępnych, mocnych wyników. Trzeba jednak pamiętać, że wynik świadczy jedynie o odczuciach biznesu względem sytuacji z poprzedniego miesiąca, a nie o sile ożywienia. Z tego względu reakcje GBP na dane są umiarkowane. Funt w dalszym ciągu korzysta z rajdu ryzykownych aktywów i odwijaniu krótkich pozycji przy praktycznie zerowych obawach inwestorów o ewentualne komplikacje w negocjacjach umowy handlowej Wielkiej Brytanii z UE. To może odżyć w kolejnych tygodniach, ale na razie słabość dolara winduje GBP/USD.

Polska

W Polsce rewizja szacunków PKB za II kw. (pon) dostarczy informacji o komponentach wzrostu. Spodziewamy się dwucyfrowego spadku inwestycji i prawie 10-procentowego tąpnięcia konsumpcji prywatnej. Ogólnie jednak skala załamania była mniejsza od oczekiwań, a rynek większą uwagę skupia na tempie odbicia w III kw. W tym kontekście oczekujemy wzrostu PMI dla przemysłu w sierpniu (wt) do 54,2 z 52,8. EUR/PLN zakotwiczył się blisko 4,40. Słabość dolara na głównych rynkach powinna sprzyjać złotemu, ale pole do umocnienia jest w naszej ocenie ograniczone.

Chiny

Ożywienie gospodarcze Chin jest kluczowym tematem dla budowy globalnego apetytu na ryzyko. W przyszłym tygodniu sierpniowe wskaźniki PMI z przemysłu I usług (pon, wt, czw) powinny wskazać na kontynuację odbicia, choć przy słabnącym tempie, biorąc pod uwagę, że dalsza poprawa zaczyna być silnie uzależniona od kondycji rynków eksportowych.

Australia

W Australii posiedzenie RBA (wt) nie powinno przynieść zmian i reakcji rynku. PKB za II kw. (śr) podkreśli szkody, jakie pandemia wyrządziła w gospodarce, choć dla AUD ważniejsze jest tempo odbudowy i jego dowody, m.in. w lipcowej sprzedaży detalicznej (pt) – ryzykiem dla ogólnokrajowego odbicia konsumpcji jest lokalny lockdown Melbourne. W Kanadzie w raporcie z rynku pracy (pt) ważne będą trendy w zatrudnieniu. W lipcu za gros wzrostu odpowiadało zatrudnienie w niepełnym wymiarze godzin. Przesunięcie ciężaru w stronę pełnych etatów będzie sygnałem zdrowienia rynku pracy. W środowisku, w którym Fed zamierza tolerować wyższą inflację, dobrze powinny odnajdować się waluty surowcowe jako naturalne zabezpieczenie przed inflacją. W tym klimacie AUD, NZD i CAD mogą brylować na tle innych walut G10.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W pandemii rynek e-learningu rośnie na potrzebach biznesu

W e-nauczaniu leżą dziś ogromne przychody. Szacuje się, że rynek e-learningu urośnie do 2026 r. ok. 8% w CAGR, z 200 mln USD w 2020 roku  do 370 mln USD w 2036 r[1]. Warunki pandemii spowodowały, że w skali globalnej i w kraju klasyczne szkolenia oraz treningi odchodzą w zasadzie w niepamięć. Raport PIFS[2] wskazuje, że ponad 75% firm w sektorze szkoleniowym doświadcza znaczącego spadku przychodów, niemal 50% przebadanych firm planuje wdrażać e-learning właśnie, a już 44% prowadzi szkolenia o takim charakterze.

Języczkiem u wagi dla biznesu staje się w obszarze e-learningu cyberbezpieczeństwo i kwalifikacje cyfrowe  – w tym wypełnianie luki kompetencyjnej zasobów IT wspierających rozwój firm.

Mimo globalnych wzrostów w obszarze e-learningów, polski sektor szkoleniowy odczuł także spadek zainteresowania tą częścią oferty, którą realizował online. Nie znamy dokładnych przyczyn, niemniej możemy domniemywać, że tematyka i proponowana forma e-learningu nie spełniała potrzeb firm szukających wsparcia w budowaniu wiedzy zespołów.

Sytuacja makro

W krótkim czasie od lockdownu globalnej gospodarki biznes i organizacje dokonały prawdziwej transformacji cyfrowej – w pierwszym rzucie dotyczyła ona przejścia w tryb pracy zdalnej. Główną potrzebą firm stało się przystosowanie procesów do komunikowania i działań operacyjnych online.  Poziom cyfryzacji oferty sektora szkoleniowego w tym obszarze okazał się niewystarczająco wysoki, aby sprostać skali potrzeb i… tematyce.

Deweloperzy szkoleń – Managed Services

Wykorzystanie aplikacji służących powyższym celom oraz prawidłowa i efektywna obsługa cyfrowego zaplecza wymagała pilnego transferu wiedzy i  dostępności w formie e-szkoleń. Warto tu zwrócić uwagę, że najlepiej przygotowany do zaistniałej sytuacji był sektor IT – sami dostawcy oprogramowania do komunikacji, globalni gracze dostarczający narzędzia i ich biznesowi partnerzy.

Otworzyło to ścieżkę do tego rynku ekspertom z sektora Managed Services – zaawansowanych usług IT. Firmy Managed Services, mają już spore doświadczenia w obsłudze platform e-learningowych i budowania e-szkoleń dla najbardziej wymagających organizacji i korporacji na świecie. Co prawda deweloperzy szkoleń nie budują rozwiązań masowych, z których na ogół korzystał dotąd rynek szkoleniowy, ale wyznaczają wiodące trendy i wyrastają na pionierów nowoczesnego e-learningu.

Managed Services, dzięki ponadprzeciętnym kompetencjom cyfrowym wchodzi na rynek szkoleń dla biznesu ze zdigitalizowaną rzeczywistością, nie tylko jako dostawca usług, ale też jako sprytna konkurencja w niektórych obszarach.

Onboarding i podnoszenie kwalifikacji cyfrowych

Biznes potrzebuje obsługi i działania w coraz nowocześniejszych aplikacjach biznesowych. Funkcjonujące już rozwiązania lub te wprowadzane wymagają od użytkowników sprawnego działania. Przyuczenie nie może się jednak odbywać się w środowisku produkcyjnym. Ryzyko wprowadzenia nieodpowiednich lub kłopotliwych zmian jest dla biznesu zbyt duże. Dane, z którymi pracują w cyfrowym środowisku zatrudnieni, stanowią przecież o bezpieczeństwie ciągłości biznesowej i jakości obsługi klienta.

Sektor Managed Service niweluje podobne ryzyko w biznesie oferując zaawansowane usługi wsparcia szkoleniowego. W rozwiązaniach typu „sandbox” odzwierciedlających realne środowisko aplikacyjne na platformie Learning Management System (LMS), deweloperzy szkoleń proponują też instrukcje, podpowiedzi i ćwiczenia w realizacji zadań pracowniczych.

Luka kompetencyjna w zasobach IT

Prócz nauki systemu lub wypełniania zadań w aplikacjach biznesowych podobne rozwiązania mogą służyć także w szybkich szkoleniach programistów czy specjalistów do obsługi gotowych systemów chmurowych w formie SaaS czy własnych (on-premise) rozwiązań. Kompetencji IT w biznesie po prostu brakuje, a są niezbędne do jego rozwoju. E-learning stanowi doskonałe narzędzie do nauki obsługi mocno zautomatyzowanego już dostarczania aplikacji i ich rozwoju. Dla specjalistów IT powstają już całe programy szkoleniowe, które na poszczególnych etapach weryfikują wiedzę i umiejętności specjalistów. Tą drogą biznes zapewnia sobie zasoby cyfrowe na przyszłość i bezpieczeństwo rozwoju cyfrowej struktury ponieważ dostęp do realizacji poszczególnych zadań uczestnicy takich programów uzyskują po weryfikacji kompetencji w programach e-learningowych.

Cyberbezpieczeństwo

Bezpieczne środowiska odzwierciedlające rzeczywiste środowiska e-pracy i bezpieczna cyberprzestrzeń są dziś prawdziwym wyzwaniem dla biznesu. Człowiek – pracownik nie nadąża za cyfrowymi zmianami i nie rozumie do końca technologii, która go otacza i dlatego pozostaje najsłabszym ogniwem w politykach bezpieczeństwa cyfrowego.

Rozwiązania Managed Services proponowane w zakresie e-learningu dla cyberezpieczeństwa wychodzą krok przed tradycyjne. Opierają się na narzędziach, które są skuteczniejsze dla pokoleń wyrosłych w świecie mobile i gier komputerowych niż spisane instrukcje. Obok wspomnianego już środowiska typu „sandbox” w obszarze cyberbezpieczeństwa wykorzystuje się już dziś zjawisko gejmingu. Dla e-pokoleń rozgrywka, w której mogą wcielić się w osobę wykrywającą luki zabezpieczeń, albo unikająca ataków będzie najbardziej efektywny poprzez budowanie cyfrowych doświadczeń. Z badań i przyjmowanych dla podobnych rozwiązań mierników wiemy, że rozpoznawanie zagrożeń i radzenie sobie z nimi po szkoleniach e-lerning jest na znacznie wyższym poziomie niż po tradycyjnych. Te ostatnie wymagają od użytkownika aplikacji teoretycznej wiedzy do cyfrowego środowiska i analizy podejmowanych działań, na którą pracownik po prostu nie ma czasu lub nie potrafi przeprowadzić. E-learning uczy angażując zmysły użytkowników w proces poznawczy, w bezpiecznym, cyfrowym środowisku.

Kamil Bojarski, ekspert e-lerningu w Transition Technologies Managed Services

[1] Raport https://www.gminsights.com/industry-analysis/elearning-market-size

[2] https://www.rada.pifs.org.pl/index.php/2020/07/29/66-firm-szkoleniowych-bez-srodkow-na-dostosowanie-sie-do-warunkow-pandemii/

Spółki Skarbu Państwa najbardziej odporne na kryzys wywołany pandemią Covid-19

Spółki Skarbu Państwa są najbardziej odporne na kryzys wywołany pandemią Covid-19 i odgrywają kluczową rolę w jego przezwyciężaniu – wynika z raportu przygotowanego przez ekonomistów Banku Pekao S.A.

Najnowszy raport Banku Pekao „Siła napędowa czy hamulec rozwoju? Rola spółek Skarbu Państwa w kontekście kryzysu Covid-19” pokazuje stabilizujące działanie firm państwowych w strategicznych obszarach gospodarki. Narodowi czempioni mają potencjał, by przyczynić się do szybszego wychodzenia z recesji spowodowanej pandemią.
„Chcieliśmy trochę odczarować ten sektor. Nasz raport jest próbą podsumowania, zebrania w jednym miejscu informacji i wniosków co do jednego z elementów arsenału państwowego, którym są spółki Skarbu Państwa. Spółki te mogą pełnić rolę instrumentu polityki gospodarczej. To jest bardzo specyficzny instrument o charakterze punktowego czasami uderzenia” – wyjaśnił Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao S.A. i autor raportu.

Ekonomiści z Pekao podkreślają w raporcie, że rolę państwa w gospodarce najlepiej widać w sytuacjach kryzysowych. Wynika to m.in. z możliwości prowadzenia polityki antycyklicznej, polegającej na łagodzeniu skutków recesji i przyspieszeniu odbicia gospodarczego, by zapobiec masowym upadkom przedsiębiorstw i bezrobociu.
Rok 2020 w gospodarce światowej to rok gigantycznych niespodzianek, bezprecedensowej recesji oraz szybkiej i kompleksowej odpowiedzi państw na najgłębszy od dekady spadek globalnego PKB. Nadzwyczajne okoliczności wymagają nadzwyczajnych działań. Już na początku kryzysu wywołanego Covid-19 rządy krajów G20 przeznaczyły 3,5 proc. PKB na działania pomocowe – siedem razy więcej niż w pierwszych miesiącach globalnego kryzysu finansowego z 2008 roku.

„W warunkach kryzysowych szczególnego znaczenia nabiera kwestia stabilności działania oraz aspekt możliwości inwestycyjnych. Koncerny państwowe są bardzo ważnym i stabilnym źródłem dochodów podatkowych, dużym i pewnym pracodawcą, a obecność kapitału krajowego w sektorze bankowym zapewnia ciągłość finansowania polskiej gospodarki” – podkreślił Ernest Pytlarczyk.

11 z 15 największych pracodawców w kraju to firmy państwowe zatrudniające łącznie ponad 400 tys. osób. Są to również najwięksi podatnicy, których wpływy do budżetu państwa stanowią ok. 22 proc. wszystkich wpływów z CIT. W 2018 roku 15 największych firm państwowych zapłaciło w sumie ok. 10 mld zł podatku od dochodów.
Do spółek zarządzanych przez Skarb Państwa należą silne kapitałowo, zyskowne i dynamicznie rozwijające się koncerny. Stanowią przeciwwagę zarówno dla podmiotów zagranicznych, jak i wciąż słabo rozwiniętego sektora firm z polskim kapitałem prywatnym. Są to również najwięksi inwestorzy w kraju, realizujący projekty o strategicznym znaczeniu dla rozwoju infrastrukturalnego Polski.

„Inwestycje są kołem zamachowym polskiej gospodarki. Siłą gospodarki są silne przedsiębiorstwa. Przed nami konieczność jak najszybszego powrotu na ścieżkę dynamicznego wzrostu, dlatego potrzebne są ambitne, prowadzone na dużą skalę inwestycje, a spółki Skarbu Państwa to dzisiaj liderzy dużych inwestycji w Polsce” – powiedział Jacek Sasin, wicepremier i minister Aktywów Państwowych.

Wg danych Ministerstwa Aktywów Państwowych pod kontrolą Skarbu Państwa działają obecnie 353 firmy. Liczba ta nie uwzględnia spółek zależnych, które wchodzą w skład poszczególnych grup kapitałowych. W 2019 roku wartość nakładów inwestycyjnych spółek Skarbu Państwa notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych przekroczyła 37 mld zł, co stanowi 70 proc. łącznych nakładów spółek giełdowych.

Zdaniem analityków Banku Pekao w najbliższej przyszłości ten potencjał należy ukierunkować na inwestycje w zaawansowane technologie, innowacyjność, działalność badawczo-rozwojową oraz aktywność w zakresie zagranicznych fuzji i przejęć.

Struktura branżowa spółek Skarbu Państwa odzwierciedla światowe tendencje. Państwowy „portfel”, generujący ok. 57 proc. przychodów, obejmuje: energetykę i gazownictwo, górnictwo i wydobycie, usługi finansowe oraz transport i logistykę.

„Prezentujemy dane. Nie narzucamy twardych wniosków – pozostawiamy je czytelnikowi. Chcieliśmy pokazać, że w kryzysie rola spółek Skarbu Państwa może być bardzo istotna. Chcieliśmy też pokazać, w jakich sektorach własność państwowa ma rację bytu, a w jakich jej nie ma” – zaznaczył Ernest Pytlarczyk.
Zdaniem głównego ekonomisty Banku Pekao S.A. własność państwowa raczej nie ma racji bytu w sektorach, które nie są strategiczne i nie są związane z bezpieczeństwem narodowym – dotyczy to szczególnie tych działów gospodarki, w których jest duże rozdrobnienie i duża konkurencja.

Sektory, w których koncentruje się własność państwowa odpowiadają za blisko 40 proc. wytwarzanej w Polsce wartości dodanej. Eksperci z Pekao podkreślają w raporcie, że uwarunkowania polskiej gospodarki – w tym czynniki historyczne, które sprawiły, że zasoby prywatnego kapitału w Polsce są mocno ograniczone – uzasadniają znaczny udział państwa we własności przedsiębiorstw.

Sektor finansowy stanowi „krwioobieg” gospodarki. Przejęcie kontroli przez państwo nad Bankiem Pekao S.A. – drugim największym bankiem w Polsce – sprawiło, że udział kapitału krajowego w polskim sektorze bankowym ponownie przekroczył poziom 50 proc., charakterystyczny dla dużych krajów Europy Zachodniej.
Silna obecność państwa w sektorach o strategicznym znaczeniu dla gospodarki jest zjawiskiem powszechnym w wielu krajach. W 37 państwach skupionych w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) 26 proc. firm państwowych działa w sektorze finansowym, 21 proc. w energetyce, 18 proc. w transporcie, a 11 proc. w sektorze wydobywczym.

Future Health Index 2020

Kultura organizacyjna, dostęp do najnowocześniejszego sprzętu i technologii, work-life balance a także możliwość wsparcia mentorskiego są dla przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego najważniejszymi czynnikami, branymi pod uwagę podczas wyboru miejsca pracy – wynika z raportu Future Health Index 2020, przygotowanego na zlecenie firmy Philips. Piąta już edycja globalnego raportu, w którym drugi rok z rzędu uczestniczą przedstawiciele służby zdrowia z Polski, przedstawia nastroje panujące wśród tej grupy pracowników uwzględniając zarówno ich obawy, jak i nadzieje.  Tegoroczny raport dodatkowo skupia się na tej części pracowników sektora zdrowia, która będzie kształtować służbę zdrowia przyszłości, tj. osobach do 40 roku życia.

  • 72 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce twierdzi, że wdrożenie nowych technologii jest istotne dla ich pracy, a 88 proc. deklaruje, że dostęp do najnowocześniejszego sprzętu jest kluczowy przy wyborze miejsca pracy,
  • Zdaniem 34 proc. respondentów raportu Future Health Index 2020 w Polsce, cyfrowa dokumentacja medyczna (np. systemy EMR i EHR) jest, mimo swojej niedoskonałości, najbardziej obiecującym narzędziem poprawiającym opiekę nad pacjentem w ciągu najbliższych pięciu lat,
  • 65 proc. przedstawicieli młodego pokolenia pracowników służby zdrowia w Polsce uważa, że zdobyte przez nich wykształcenie medyczne nie przygotowało ich do wykonywania zadań związanych z zarządzaniem w biznesie na pełnionym stanowisku,
  • Aż 94 proc. respondentów przy wyborze miejsca pracy zwraca uwagę na kulturę organizacyjną w nim panującą,
  • 83 proc. z objętych badaniem przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego
    w Polsce regularnie doświadcza stresu związanego z pracą.

Raport Future Health Index 2020: „Era możliwości: Nowe pokolenie akceleratorem zmian
w opiece zdrowotnej”
przedstawia analizę oczekiwań młodego pokolenia przedstawicieli służby zdrowia w wieku poniżej 40. roku życia wobec technologii, szkoleń i satysfakcji zawodowej, jak również opisuje ich rzeczywiste doświadczenia jako personelu medycznego. W raporcie pokazane zostały także rozbieżności pomiędzy otrzymaną edukacją a oczekiwaniami związanymi z transformacją opieki zdrowotnej poprzez wdrożenie nowych technologii i cyfryzację oraz rzeczywistością, w jakiej funkcjonują jako personel medyczny.

Dzisiejsze młode pokolenie przedstawicieli służby zdrowia w ciągu najbliższych lat stanowić będzie większość globalnej kadry medycznej i to na jego barkach spocznie odpowiedzialność za kształt, formę i jakość usług medycznych. Wnioski płynące z tegorocznej edycji raportu Future Health Index 2020 potwierdzają, że młodzi pracownicy służby zdrowia są ambitni i oddani swoim pacjentom. mówi Reinier Schlatmann, Prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej – To osoby, które wychowywały się i edukowały w rzeczywistości, w której świat jest globalną wioską, a korzystanie z technologii stanowi normę. Nowe technologie postrzegane są przez tę grupę jako podstawowy fundament transformacji ochrony zdrowia, sposób na zapewnienie właściwej i kompleksowej opieki nad pacjentem, a także jako czynnik zmniejszający poziom stresu oraz wpływający na poprawę zadowolenia z wykonywanej pracy. – dodaje Schlatmann.

Rzeczywistość pracy w zawodzie a oczekiwania

60 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce wyraża zadowolenie z pracy w opiece zdrowotnej, ale tylko 41 proc. respondentów z Polski potwierdza, że rzeczywistość pracy w zawodzie jest zgodna z ich oczekiwaniami. Tymczasem średnia dla wszystkich krajów objętych badaniem wynosi odpowiednio 80 proc. i 58 proc.

Podobnie jak w innych krajach objętych badaniem, wielu przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce twierdzi także, że ich wykształcenie nie zapewniło im kilku kluczowych nieklinicznych umiejętności niezbędnych do właściwego wykonywania zawodu. 65 proc. respondentów z Polski uważa, że edukacja nie przygotowała ich do zarządzania w biznesie, a 43 proc. z badanych wskazało na brak edukacji w zakresie poprawy efektywności placówek medycznych.

To, co charakteryzuje respondentów raportu Future Health Index 2020 w Polsce to świadomość, że edukacja medyczna nie zapewniła im kilku kluczowych nieklinicznych umiejętności. Tymczasem wykonywanie zawodu, w tak silnie regulowanym prawnie i zróżnicowanym pod względem struktury sektorze wymaga posiadania wiedzy oraz umiejętności o charakterze zarządczym i administracyjnym. Rozumienie procesów organizacyjnych, technologicznych, znajomości prawa i ekonomii rynku zdrowia to atut nie tylko menedżerów zdrowia, ale wszystkich pracowników tego sektora. – podkreśla dr n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia oraz Center of Value Based HealthcarePragnąc budować system nakierowany na pacjentów, zdolny do stałego podnoszenia wartości zdrowotnej, musimy dostrzegać oczekiwania i zaspakajać potrzeby także pracowników tego sektora. Bez zaangażowania lekarzy i pielęgniarek nie uda się efektywnie realizować celów polityki zdrowotnej. Wielu z przedstawicieli tego środowiska ma ciekawe pomysły na usprawnienie swoich organizacji oraz całego systemu. Często przestrzeń ich wpływu jest jednak ograniczona. Tymczasem to właśnie poczucie sprawczości czyni nas podmiotami, buduje naszą lojalność i odpowiedzialność za środowisko, w którym żyjemy i pracujemy. Dajmy młodym medykom przestrzeń do rozwoju, stwórzmy im warunki do wdrażania zmian, zburzmy mury hierarchii, które hamują ich inicjatywę, zniechęcają do działania. – dodaje Gałązka-Sobotka.

Pomimo sygnalizowanych przez młode pokolenie służby zdrowia rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością pracy w zawodzie, liderzy ochrony zdrowia w Polsce mają możliwość podjęcia działań, które poprawią poziom zadowolenia młodych medyków z pracy, co ma szansę przełożyć się na wzrost skłonności do polecania przez nich tej ścieżki kariery innym – obecnie 43 proc. respondentów z Polski poleciłoby innym karierę w medycynie (średnia dla wszystkich badanych krajów wynosi 67 proc.). Umożliwienie przez kadrę zarządzającą odbycia dodatkowych szkoleń, czy nowe doświadczenia np. w pracy z technologiami cyfrowymi mogą znacząco wpłynąć na zmniejszenie tych rozbieżności. Wnioski z raportu Future Health Index 2020 jasno pokazują, że te aspekty są kluczowe dla poprawy zadowolenia z pracy wśród młodych przedstawicieli personelu medycznego.

Nowe technologie a proces transformacji opieki zdrowotnej

Przedstawiciele młodego pokolenia personelu medycznego wyraźnie podkreślają, że nowe  technologie i zbiory danych mogą znacząco polepszyć ich doświadczenia zawodowe. Aż 76 proc.  ankietowanych w Polsce zgadza się, że cyfrowe technologie mogą zmniejszyć obciążenie wywołane ilością obowiązków służbowych, a 60 proc. spodziewa się, że przyczynią się do zmniejszenia u nich poziomu stresu związanego z pracą. Pomimo, że 43 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce twierdzi, że wie w jaki sposób wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji zawiązanych z opieką nad pacjentem, nadal jest wiele do zrobienia w tym zakresie. Większość z badanych przyznaje jednocześnie, że szkolenia z wykorzystania nowych technologii (59 proc.) i personel pomocniczy do wprowadzania danych (67 proc.) pomogłyby im bardziej efektywnie wykorzystywać cyfrowe dane dotyczące pacjentów.

Młode pokolenie sektora opieki zdrowotnej, wychowane u progu czwartej rewolucji technologicznej, w sposób naturalny sięga po nowoczesne środki komunikacji, cyfrowe metody przetwarzania i wymiany danych oraz technologie mobilne i internetowe. Jego przedstawiciele to osoby, które na co dzień swobodnie używają rozwiązań cyfrowych w życiu prywatnym oraz zawodowym, szukają nowej wiedzy i chcą się szkolić, czerpią pasję z pomagania pacjentom, a także chcą angażować się w działania operacyjne swoich placówek, biorąc odpowiedzialność za kształtowanie systemu opieki zdrowotnej.  – wyjaśnia dr n. med. Łukasz Kołtowski z I Katedry i Kliniki Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – Dobrą informacją jest to, że 43 proc.  przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce potrafi wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji zawiązanych z opieką nad pacjentem. Z drugiej strony aż 33% przyznaje, że nie potrafi wykorzystywać tego typu danych w odpowiedni sposób. Wskazuje to na konieczność podjęcia działań edukacyjnych i szkoleniowych w celu zaadresowania potrzeb młodego pokolenia w tym zakresie. Kolejnym wyzwaniem pozostaje także kwestia integracji systemów danych, 62% młodych przedstawicieli personelu medycznego w Polsce dostrzega istotne ograniczenia w zakresie możliwości udostępniania cyfrowych danych medycznych pacjentów. Młode pokolenie intuicyjnie czuje, że sprawna komunikacja
z możliwością współdzielenia danych medycznych z poziomu dowolnego urządzenia mobilnego zwiększa efektywność świadczeń i redukuje błędy w trakcie opieki nad chorym.”–
dodaje Kołtowski

Brak interoperacyjności stanowi główną barierę w procesie wdrażania dodatkowych medycznych technologii informacyjnych. 62 proc. respondentów w Polsce zgadza się, że ograniczenia dotyczące udostępniania często powodują niekompletność danych medycznych pacjentów, a 57 proc. ankietowanych uważa, że nie dysponuje wystarczającą ilością danych medycznych pacjentów, aby wykorzystywać je do podejmowania decyzji o leczeniu.

Idealne środowisko pracy

Młodzi przedstawiciele personelu medycznego muszą sobie radzić z ogromną odpowiedzialnością i długimi godzinami pracy, co powoduje u nich stres, a potencjalnie też wypalenie zawodowe. Aż 83 proc. polskich respondentów (średnia dla 15 badanych krajów: 74 proc.) przyznaje, że regularnie odczuwa stres związany z pracą, a 75 proc. potwierdza, że zdobyte przez nich wykształcenie medyczne przygotowało ich zaledwie w niewielkim stopniu lub nie przygotowało ich wcale do radzenia sobie z presją związaną z wykonywanym przez nich zawodem.

Raport Future Health Index 2020 zwraca także uwagę na wyraźną, wśród młodego personelu medycznego, potrzebę funkcjonowania w środowisku pracy sprzyjającym współpracy i zapewniającym elastyczność. Przy wyborze placówki medycznej jako miejsca zatrudnienia czynniki takie jak kultura organizacyjna miejsca pracy (dla 94 proc. respondentów w Polsce), dostęp do najnowocześniejszego sprzętu czy technologii (88 proc.), work-life balance (84 proc.), czy wsparcie mentorskie (65 proc.) mają kluczowe znaczenie, ważniejsze nawet niż wysokie wyniki leczenia pacjentów danej placówki (62 proc.), czy jej reputacja (51 proc.).

Ciężar dokonania transformacji opieki zdrowotnej spoczywa na barkach nowego pokolenia personelu medycznego, lecz zbyt często opinie jego przedstawicieli nie są w pełni rozumiane i brane pod uwagę przy wprowadzeniu zmian. Musimy wsłuchać się w te głosy już teraz, żeby przyniosły odpowiedni rezultat w przyszłości. — powiedział Jan Kimpen, dyrektor ds. medycznych w Philips.  – Z raportu Future Health Index 2020 wynika, że jesteśmy w kluczowym momencie rozwoju ku przyszłości opieki zdrowotnej. Choć zmiany nie nastąpią z dnia na dzień, zebrane informacje powinny stanowić motywację dla liderów branży opieki zdrowotnej do wyleczenia systemu z niektórych dręczących go bolączek, aby w przyszłości umożliwić osiąganie pożądanych wyników. – dodał Kimpen.

Raport Future Health Index 2020 opiera się na danych z szeroko zakrojonego badania ankietowego, zrealizowanego wśród przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego. Przedstawiono w nim wyniki badań przeprowadzonych wśród niemal 3 tysięcy respondentów z 15 krajów, którzy odpowiedzieli na pytania dotyczące swojego przygotowania do zarządzania opieką medyczną w przyszłości.

Raport dla Polski dostępny jest na stronie Future Health Index 2020.

Philips od 2016r. prowadzi własne badania, by pomóc określić gotowość poszczególnych krajów do podjęcia globalnych wyzwań związanych ze zdrowiem oraz z budową wydajnych
i efektywnych systemów opieki zdrowotnej. Szczegółowe informacje dotyczące metodologii badania Future Health Index oraz pełen raport globalny z 2020 r. dostępne są na stronie internetowej Future Health Index.

[1] Badanie ankietowe przeprowadzono we współpracy z SERMO, niezależną firmą zajmującą się globalnymi badaniami rynkowymi, w okresie od 15 listopada do 27 grudnia 2019 r. w 15 krajach (Australia, Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Japonia, Holandia, Polska, Rumunia, Rosja, Arabia Saudyjska, Singapur, Republika Południowej Afryki i Stany Zjednoczone). Ankiety przeprowadzano w rodzimych językach respondentów. Dane zbierano online oraz offline (odpowiednio do potrzeb każdego z krajów), a wielkość próby wynosiła 200 przedstawicieli personelu medycznego w wieku poniżej 40 lat w każdym z państw. Wyjątek stanowiły Singapur i Australia3, w których badana próba była nieco mniejsza. Wypełnienie ankiety zajmowało około 15 minut. Całkowita liczebność próby obejmuje 2867 pracowników opieki zdrowotnej w wieku poniżej 40 lat (zdefiniowanych jako wszyscy pracownicy medyczni, w tym lekarze, personel pielęgniarski, chirurdzy, radiolodzy itp.), którzy uzyskali wyższe wykształcenie medyczne pierwszego stopnia. Dodatkowo, aby całościowo zrozumieć funkcjonujące obecnie systemy opieki zdrowotnej na świecie w badaniu z 2020 r., ankietowe badania ilościowe połączono z jakościowymi badaniami online w grupach fokusowych, które przeprowadzono w styczniu i lutym 2020r.

COVID-19 trochę namieszał, ale z pozytywnym wpływem

Patrząc z perspektywy pierwszego półrocza oraz z punktu widzenia zarządcy nieruchomości dostrzegamy kilka wyraźnych trendów na konie roku i początek kolejnego. Jednym z nich, silnie związanym z aktualną sytuacją pandemiczną jest modyfikacja funkcjonowania wspólnot mieszkaniowych. Zdalne zebrania mieszkańców i głosowanie będą najsilniejszym trendem nadchodzących miesięcy. Wspólnoty, które nie przeszły cyfrowej modernizacji mają wiele do nadrobienia.

Istotną modyfikacją w pracy i funkcjonowaniu wspólnot mieszkaniowych w Polsce będzie element spotkań, głosowań i zebrań. Wszystkie te powyższe czynności już od jakiegoś czasu powinny odbywać się zdalnie. Mimo luzowania obostrzeń i powrotu do możliwości przeprowadzenia pewnych czynności osobiście, prawdziwie profesjonalni zarządcy uruchomili narzędzia online, które pomagają załatwić wszystkie wspólnotowe sprawy w 100% bez kontaktu osobistego. Co więcej, profesjonaliści czynią starania, aby Rząd wpisał na stałe stosowne regulacje w ustawę o własności lokali związane z procedowaniem spraw administracyjnych w sposób zdalny – z wykorzystaniem odpowiednich narzędzi informatycznych. Na dzień dzisiejszy, każda ze wspólnot która chce w taki sposób procedować musi najpierw podjąć stosowną uchwałę i ją przegłosować w tradycyjny sposób – np. zbierając podpisy od drzwi do drzwi poprzez pracownika firmy zarządzającej daną nieruchomością lub reprezentanta Zarządu. Wspólnoty, które liczą na zmianę obostrzeń i rychły powrót do normalności mogą się zwyczajnie bardzo zdziwić. Przed nami kolejna fala pandemii i nie ma co się oszukiwać – mimo bardziej zrównoważonego podejścia Rządu do lockdownu, obostrzenia w sektorze administracji budynkami są bezinwazyjne i konieczne. Te firmy, które zwlekają z wdrożeniem rozwiązań informatycznych do bardziej sprawnego i efektywnego funkcjonowania będą musiały to zrobić tak czy inaczej i przegrają walkę z konkurencją, która będzie już w tej materii bardzo sprawna. Na rynku jest obecnie dostępnych kilka bądź kilkanaście narzędzi, które można kupić i wdrożyć praktycznie od ręki. Są to rozwiązania dedykowane dla branży zarządzania nieruchomościami bądź wymagające niewielkich modyfikacji i dostosowania do naszej pracy. My z tego typu rozwiązań autorskich korzystamy od lat i zapewniam, nie taki wilk straszny jak go malują.

Autor: Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus