Złoto to jeszcze bezpieczna przystań czy już tylko zwykłe aktywo spekulacyjne

Cena złota przebiła poziom 2 tys. USD. Są analitycy, którzy przekonują, że cena 3 tys. dolarów nie jest nierealna. Tylko czy złoto to dalej tak zwana bezpieczna przystań czy po prostu zwykłe aktywo spekulacyjne?

W ciągu roku cena tego metalu szlachetnego wzrosła o 38 proc. Jeszcze w połowie listopada minionego roku złoto było o wiele tańsze, kosztowało 1 457 USD za uncję. W złotych cena „żółtego metalu” też jest na historycznych szczytach, po przebiciu pułapu 7600 złotych za uncję.

– Najważniejsze jest to, że w tej fazie trendu wzrostowego, która trwa co najmniej dwa lata, nie ma tak dużej spekulacji, jak można by przypuszczać. To prawdziwa „ściana strachu” i dlatego można mieć nadzieję na dalsze wzrosty – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Istotne jest, że od 2015 r. złoto było kupowane także przez banki centralne, które są bardzo stabilnym inwestorem. W ostatnich latach udział kapitału spekulacyjnego był relatywnie niewielki.

Często kojarzono wzrost cen złota ze spadkami kursów akcji. Tym razem jest inaczej, a przykładu dostarcza amerykański indeks Nasdaq, który w regularnie bije kolejne rekordy. To, że cena złota również osiąga historyczne szczyty nie zniechęca inwestorów.

– Inwestorzy na rynkach akcji są teraz szczególnie chciwi i zuchwali, uciekają do aktywów, które mogą zapewnić jakiekolwiek dodatnie stopy zwroty – komentuje ekspert CMC Markets. – Jest to wywołane rekordowo niskimi stopami procentowymi. Wcześniej inwestorzy szukali w złocie zabezpieczenia także przed obawami związanymi z inflacją. Na razie to zagrożenie jednak nie zmaterializowało się.

Czy istnieją jakieś granice zdrowego rozsądku, czyli taki pułap, którego cena złota nie przekroczy? Niektóre amerykańskie banki przewidują, że krótkoterminowo cena może wzrosnąć do 2 300 – 2 400 USD. Długoterminowo może to być nawet cena 3 tys. dolarów.

– Przy tak mocnym trendzie wzrostowym jest to jednak przysłowiowe wróżenie z fusów – ocenia Wardyn.

To także dlatego, że nieprzewidywalne są nadal skutki pandemii, która powoduje, że wątpliwy jest szybki wzrost podaży, ponieważ możliwości otwierania nowych kopalń pozostają mocno ograniczone. Dodatkowo transport komercyjny tego metalu samolotami jest mocno zachwiany.

Dla polskich inwestorów bardzo istotne są też ruchy USD/PLN. W przypadku ponownego osłabienia złotego, opłacalność zrealizowanych już inwestycji w złoto może wzrosnąć.

Kurs dolara najniżej od 22 miesięcy. Co dalej?

Wyprzedaż dolara trwa w najlepsze. Amerykańska waluta próbowała łapać oddech, ale uderzyły w nią kiepskie dane, podczas gdy mocniejsze dane z Europy ciągną w górę notowania euro.

Dla kursu dolara istotne okazały się dane dotyczą amerykańskiego rynku pracy. Po okresie powrotu czasowo zwolnionych pracowników w maju i czerwcu, dane za lipiec miały przynieść nieco wolniejszą, ale jednak kontynuację tej tendencji. Oczekiwania podgrzewał sam prezydent Donald Trump. Jednak opublikowany raport ADP, który jest próbą szacunku rządowych danych dla sektora prywatnego, pokazał wzrost zatrudnienia jedynie o 167 tys. W normalnych okolicznościach nie byłby to zły raport, jednak jak podkreśliłem, gospodarki cały czas są na etapie wychodzenia z kryzysu wywołanego ograniczeniami i poziom zatrudnienia w USA jest dużo niższy niż na początku roku. Dlatego oczekiwano wzrostu zatrudnienia o 1,2-1,5 mln osób.

– Dolar wchodził w ten rok na wysokich poziomach, w marcu kosztował nawet w okolicach 4,30 zł. Dolar był bardzo drogi, bardzo go brakowało na rynku, bo inwestorzy byli w panice pod wpływem pandemii – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Gdy banki centralne zalały rynki płynnością rekordy zaczęły bić indeksy giełdowe. Ponieważ pieniędzy na rynku jest już bardzo dużo, to nikt już nie obawia się, że zabraknie dolarów.

Jednocześnie dane z Europy zaskakują na plus. Dane z niemieckiego przemysłu pokazały wzrost zamówień w czerwcu aż o 27,9% m/m. Zamówienia nadal były niższe niż przed rokiem, choć już tylko o 6,1%. Po części jest to efekt odroczonego popytu sektora motoryzacyjnego, który zgłosił wzrost zamówień o 66,5% m/m, jednak mimo wszystko dane okazały się bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Ponieważ już wcześniej sentyment wobec dolara nie był dobry, dane dodatkowo przyczyniły się do jego osłabienia i para EURUSD ponownie zawitała w okolicach 1,19. Taki kurs może poważnie utrudnić ożywienie w Europie, ale krótkoterminowo może to mieć ograniczone znaczenie. Szczególnie, że obserwujemy samonakręcającą się spiralę taniejącego dolara i drożejącego złota i srebra.

– Dolar jest jednak nadal drogą walutą, ponieważ kosztuje na poziomie 3,70 zł, ale jest jedynie mocno wyprzedany – komentuje ekspert XTB. – Jednocześnie kurs dolara nie uwzględnia koronawirusa, z takim efektem moglibyśmy mieć do czynienia z walutami krajów rynków wschodzących, tak właśnie było ostatnio z randem południowoafrykańskim, co jednak należy traktować przede wszystkim jako ciekawostkę.

Dolar jest najtańszy od 22 miesięcy. Według głównego ekonomisty XTB w tym roku będzie się osłabiał, ale już nie w takim tempie, jak w ostatnich tygodniach.

Ochronę środowiska zmieniono w patologię handlu kwitami

Największą patologią w polskim systemie gospodarki odpadami jest tzw. handel kwitami. To obrót dokumentami, które potwierdzają przeprowadzenie recyklingu, choć jest to fikcja.

Na mocy dyrektywy Parlamentu Europejskiego 2018/851 z dnia 30 maja 2018 r. w sprawie odpadów, sektor gospodarki odpadami w Polsce stoi przed wyzwaniem transpozycji do krajowego porządku prawnego przepisów unijnych w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Termin implementacji zapisów dyrektywy w zakresie ROP to 5 lipca 2020 roku.

Model ROP – oparty o pryncypia gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ), w tym tzw. hierarchę sposobów postępowania z odpadami – polega na „rozszerzeniu” odpowiedzialności producenta za produkt wprowadzany przez niego na rynek. Rozszerzenie to obejmuje końcową fazę cyklu życia produktu, tj. moment gdy produkt staje się odpadem (lub powstają odpady opakowaniowe z produktów w opakowaniach). Odpowiedzialność producenta w ramach ROP polega na jego partycypacji w kosztach zagospodarowania odpadów związanych z wprowadzonym przez niego produktem.

W przypadku Polski udział producentów w kosztach gospodarowania odpadami z produktów powinien wynieść co najmniej 80%. Jednak funkcjonujący obecnie system – jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego „Rozszerzona odpowiedzialność producenta w sektorze gospodarki odpadami” – wpisujące się jedynie w pewnym stopniu w model ROP.

Systemy te obejmują odpady opakowaniowe, odpady z pojazdów wycofanych z eksploatacji, zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny (ZSEE), opony, oleje oraz baterie i akumulatory. Największą grupą pod względem masowym są odpady opakowaniowe.

Obecne funkcjonowanie systemu wykazuje wiele nieprawidłowości oraz patologii. Kluczową patologią jest tzw. handel kwitami, czyli obrót dokumentami, które z zamierzenia powinny potwierdzać dokonany recykling lub odzysk. Jednak w wielu przypadkach dokumenty są fałszowane i niepowiązane z fizycznym procesem zagospodarowania odpadów.

– To, że firmy wykorzystują luki prawne wynika z niedbalstwa tych, którzy to prawo przygotowali – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego. – Są firmy, które w ten sposób mogą zaoszczędzić, a nawet takie, które dzięki temu zbudowały swój model biznesowy. A skala zjawiska jest poważna bo mamy nadwyżkę 1 mln ton, porównując to co jest zdeklarowane jako poddane recyklingowi z możliwościami przeprowadzenia recyklingu poprzez istniejące linie technologiczne.

W efekcie występowania w obiegu określnej liczby dokumentów bez pokrycia, ich wartość nie odzwierciedla wartości faktycznych kosztów zagospodarowania odpadów. Zjawisko to skutkuje presją na ogólny spadek cen dokumentów DPR / DPO w całym systemie, czego efektem jest brak współmierności w zakresie porywania kosztów zagospodarowania odpadów przez zobowiązanych do tego producentów / wprowadzających produkty.

– Potrzebne jest wprowadzenie systemu kaucyjnego, który byłby systemem motywującym, a dotyczyłby nie tylko opakowań. I to nie może być kaucja wynosząca 10-20 groszy za butelkę, bo zamożniejszych do niczego nie zachęca – komentuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Jednak powinniśmy wprowadzić także komponent nagradzający, to może być na przykład loteria z nagrodami rozlosowanymi spośród paragonów otrzymywanych przy zwrocie opakowań.

Pracodawca, pracownik i COVID-19 czyli nowa normalność

0

Jak zapewnić ciągłość pracy przedsiębiorstwa w dobie ciągłego zagrożenia koronawirusem SARS-CoV-2 wywołującym COVID-19? Jak przygotować biuro? Jak stworzyć pracownikom bezpieczne warunki pracy, zagwarantować odpowiednią ochronę? Jak pod względem kadrowym zoptymalizować pracę przedsiębiorstwa odpowiednio korzystając z dotychczasowych zasobów ludzkich bez konieczności redukcji etatów?

To pytania, na które zarówno pracodawcy, jak i pracownicy szukają odpowiedzi. Konieczność zmian organizacyjnych w przedsiębiorstwach, reorganizacji warunków pracy, wprowadzenia pracy zmianowej, zdalnej, wydłużenia bądź skrócenia czasu pracy pracowników w poszczególne dni tygodnia – to tylko niektóre z zagadnień, przed którymi nie sposób uciec, a których biznesowe rozeznanie – w celu zapewnienia przedsiębiorstwu przetrwania – musi zostać podjęte nie tylko w krótkiej, ale i w długiej perspektywie. Naczelną zasadą, którą kierować się powinni pracodawcy powinno być dobro pracowników kształtowane w perspektywie dostosowania warunków ich pracy do nowej normalności przy jednoczesnym zachowaniu optymalizacji procesów gospodarczych.

Zgodnie z kodeksem pracy, pracodawca powinien zapewnić pracownikom w miejscu pracy odpowiednie warunki bezpieczeństwa i higieny pracy. W obecnej sytuacji, warunki te powinny dodatkowo uwzględniać ochronę przed możliwością zakażenia się wirusem COVID-19, a przynajmniej istotnie minimalizować zagrożenie zakażeniem przez pracowników. W zakres tego obowiązku wchodzi nie tylko zagwarantowanie bezpiecznej i higienicznej organizacji pracy w ogóle, ale również aktywne reagowanie na zmieniające się okoliczności, potrzeby, zagrożenia oraz kwestie zgłaszane przez pracowników na bieżąco. Z pewnością, otwartość pracodawcy na perspektywę pojedynczego pracownika w sposób pozytywny powinna wpłynąć na ogólne środowisko pracy.

Nowa normalność, to również takie zorganizowanie warunków pracy, aby ograniczyć osobiste kontakty pomiędzy pracownikami oraz pomiędzy pracownikami a klientami, podwykonawcami i innymi podmiotami biorącymi udział w procesie gospodarczym, zachowując odpowiedni dystans społeczny. W tym celu pracodawca powinien rozważyć rezygnację ze spotkań osobistych, a zastąpić je telekonferencjami. Jest to tym bardziej polecane rozwiązanie, że istnieje obecnie i stale jest udoskonalanych wiele narzędzi ułatwiających komunikację zdalną, a społeczeństwo coraz bardziej otwarte na takie możliwości. W przypadku niemożności uniknięcia spotkań osobistych, podstawą będzie stosowanie środków ochrony w postaci jednorazowych rękawiczek, maseczek, płynów dezynfekcyjnych oraz ograniczenie do minimum czasu trwania takich spotkań.

Działania profilaktyczne, których celem jest by wirus COVID-19 nie rozprzestrzeniał się w miejscu pracy jest również zapewnienie w miejscu wykonywania pracy środków do dezynfekcji rąk, a także zapewnienie czystości stanowisk pracy i ogólnie rozumianej higieny pracy, przejawiającej się w niekumulowania pracowników w niewielkich pomieszczeniach, ustalenie reguł korzystania z pomieszczeń wspólnych takich, jak np. kuchnia, sala konferencyjna, wprowadzenie obowiązku noszenia w biurze maseczek, umieszczenie w widocznym miejscu informacji, jak należy myć ręce, wskazanie pracownikom aby podczas wykonywania pracy nie dotykali dłońmi okolic twarzy, a zwłaszcza ust, nosa i oczu. W tych miejscach, w których niemożliwe jest zachowanie dystansu w trakcie pracy dobrym rozwiązaniem będzie umieszczenie nieprzepuszczalnych barier np. z prześwitującej pleksi.

Najlepszym rozwiązaniem, minimalizującym niemalże do zera możliwość rozprzestrzenienia się wirusa COVID-19 w środowisku pracowników wykonujących pracę w danej jednostce wydaje się zorganizowanie pracy zdalnej, ewentualnie zdalnej połączonej z pracą rotacyjną, w której ustalona z góry część zespołu wykonuje pracę z biura przez określony czas, np. kilka dni, a następnie zmienia się z tą częścią zespołu, która w tym czasie pracowała z domu przy założeniu braku kontaktu między członkami zespołów. W przypadku ewentualnego zarażenia lub obowiązku kwarantanny rozwiązanie takie pozwoli wyłączyć z obiegu jedynie część pracowników, podczas gdy pozostali mogą nadal aktywnie pracować. Ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych uregulowała w podstawowym zakresie zasady pracy zdalnej. Ustawa określa pracę zdalną jako pracę określoną w umowie o pracę, wykonywaną przez czas oznaczony poza miejscem stałego jej wykonywania, czyli poza określonym w umowie miejscem pracy, zgodnie z poleceniem pracodawcy. Polecenie to powinno w celach dowodowych być dane na piśmie. Warunkami wdrożenia pracy zdalnej są umiejętności, możliwości techniczne i lokalowe pracownika, a także rodzaj świadczonej pracy, który pozwala na jej wykonywanie w sposób zdalny. Zgoda pracownika nie jest wymagana na taki sposób pracy, powinien być on jednak z pracownikiem uzgodniony w celu zapewnienia jej jak najefektywniejszego wykonywania. W naszej ocenie pracodawca ma możliwość narzucić pracownikowi obowiązek ewidencjonowania czynności wykonywanych z domu, w celu oceny efektywności wykonywanych zadań. Po stronie pracodawcy jest zapewnienie odpowiednich narzędzi pracy, pracownik może jednak używać własnego sprzętu pod warunkiem jednak ochrony informacji poufnych i zapewnienia ochrony tajemnic przedsiębiorstwa pracodawcy. Dyskusyjna pozostaje kwestia ekwiwalentu za korzystanie przez pracownika ze swojego sprzętu. Zgodnie z ustawą, przepisy o pracy zdalnej tracą moc 27 września 2020 r. W naszej ocenie jest jednak prawdopodobne, że ich obowiązywanie, z powodu pandemii zostanie przedłużone, a być może mogłoby również zostać na stałe wprowadzone do Kodeksu pracy. Pracodawca powinien pamiętać, że praca zdalna jest co do zasady okazjonalna i nie spełnia definicji telepracy, wobec czego przepisy BHP odnoszące się do telepracy nie będą obowiązywały przy pracy zdalnej. Bezpiecznym rozwiązaniem będzie określenie przez przedsiębiorcę w regulaminie pracy bądź w poleceniu wykonywania pracy zdalnej porządku oraz organizacji pracy zdalnej, w tym również w zakresie BHP. Dla pracowników istotna jest wiedza, że mają oni prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, w przypadku, gdy warunki pracy nie odpowiadają przepisom BHP i stwarzają realne zagrożenie dla ich życia i zdrowia. Natomiast, jeżeli pracodawca zapewnia odpowiednie warunki BHP, odmowa wykonywania pracy przez pracownika, może stanowić podstawę do rozwiązania z nim umowy o pracę.

Jeżeli pracodawca zatrudnia osoby na umowę zlecenie, również jako zleceniodawca ma obowiązek zapewnić odpowiednie warunki BHP zleceniodawcom, z którymi współpracuje.

Ustawa, przy spełnianiu przez przedsiębiorstwa określonych w niej warunkach, daje pracodawcom również inne możliwości w ramach reorganizacji pracy, np. skrócenia czasu nieprzerwanego odpoczynku pracowników, łagodzi też warunki zastosowania równoważnego czasu pracy, daje pracodawcy możliwość udzielenia zaległego urlopu, obniżenia wymiaru czasu pracy, możliwość wnioskowania o dofinansowanie z FGŚP, a przy zwolnieniach ograniczenia wysokości odpraw.

W nowej normalności, istotne jest zatem dokładne przeanalizowanie przez pracodawcę wszystkich problemów kadrowych wraz z nowymi, proponowanymi przez ustawodawcę rozwiązaniami i skonsultowanie wybranych rozwiązań z profesjonalnymi doradcami. Kreatywne, świadome przywództwo, umiejętność szybkiej oceny ryzyka, efektywne mechanizmy kontroli, elastyczność, empatia, wiedza w zakresie zmieniającego się otoczenia prawnego i spójność to atuty, które pomogą przetrwać trudny i wydaje się, że na razie nieustępliwy czas pandemii nowego koronawirusa pamiętając, że problem ten dotyczy nie tyko sytuacji w przedsiębiorstwie ale również ma wpływ na rodziny pracowników, pracodawców a także ogół społeczeństwa.

Autor: Katarzyna Kostoń z Kancelarii GSW Legal Grabrek, Szalc i Wspólnicy sp.k.

Dodatkowe zobowiązania podatkowe w podatku od towarów i usług

0

Dodatkowe zobowiązanie w podatku od towarów i usług ma w polskim prawodawstwie podatkowym długą historię. Po przerwie zostało ponownie wprowadzone do ustawy o podatku od towarów i usług od 2017 r. Sankcja ta uwzględnia zasadę proporcjonalności, ponieważ ogranicza nadużycia podatkowe, różnicuje wysokość nałożonej sankcji w zależności od zachowania podatnika po stwierdzeniu nieprawidłowości lub pozwala na odstąpienie od niej w nieistotnych przypadkach (por. wyrok WSA Łódź z dnia 28 stycznia 2020 r., sygn. I SA/Łd 748/19). Niemniej może także wpływać na funkcjonowanie uczciwych podatników, którzy nie mają nic do ukrycia.

Kiedy nakładana jest dodatkowa sankcja

Zgodnie z ustawą o VAT naczelnik urzędu skarbowego oraz naczelnik urzędu celno-skarbowego może określić w ramach prowadzonej kontroli obok prawidłowej wartości zobowiązania podatkowego także dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości 30% kwoty różnicy. Co do zasady sankcję w VAT w postaci dodatkowego zobowiązania podatkowego można nałożyć w przypadku, gdy podatnik składa nierzetelną deklarację podatkową, wskutek czego nieprawidłowo wykazuje podatek należny lub deklaracja w ogóle nie zostaje złożona. Ustawodawca w art. 112b ust 1 ustawy o VAT wskazuje przypadki składania nierzetelnej deklaracji, czyli sytuacje, gdy:

  • zaniżono zobowiązanie – kwota zobowiązania została wykazana w niższej wartości niż kwota należna;
  • zawyżono kwotę nadwyżki – w efekcie kwota zwrotu różnicy podatku lub kwota zwrotu podatku naliczonego jest wykazana w wyższej wartości niż kwota należna;
  • kwota różnicy podatku do obniżenia kwoty podatku należnego za następne okresy jest w wartości wyższej niż kwota należna;
  • zobowiązanie zamiast zwrotu – czyli sytuacje, gdy wykazano kwoty do zwrotu lub przeniesienia na kolejny okres zamiast zobowiązania podatkowego.

Dodatkowa sankcja VAT jest elementem obligatoryjnym, tzn. ustawodawca narzucił organom kontroli określony sposób postępowania i wymierzania kary w powyższych sytuacjach (por. wyrok WSA w Gdańsku z dnia 7 maja 2019 r., sygn. I SA/Gd 485/19).

Dobrowolna korekta

Wartość dodatkowego zobowiązania może zostać obniżona do 20% kwoty określonej powyżej w sytuacji, gdy po zakończeniu kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej podatnik złożył korektę deklaracji, uwzględniając stwierdzone nieprawidłowości oraz rozliczył podatek w prawidłowej wartości najpóźniej w dniu złożenia korekty.

Jeżeli podatnik dokonał korekty deklaracji podatkowej i rozliczył podatek w terminie 14 dni od dnia doręczenia upoważnienia do przeprowadzenia kontroli celno-skarbowej, dodatkowe zobowiązanie podatkowe może zostać obniżone do 15%.

Ponadto organ nie wymierza dodatkowej sankcji, jeżeli podatnik złożył odpowiednią korektę deklaracji i rozliczył podatek przed wszczęciem kontroli lub gdy błędnie wykazane w deklaracji kwoty wiążą się z oczywistymi omyłkami lub błędami rachunkowymi, a także w sytuacji, jeżeli osoba fizyczna odpowiada za ten sam czyn jak za wykroczenie albo przestępstwo skarbowe.

Podwyższona sankcja

Wysokość sankcji może zostać zwiększona do 100% w sytuacji, gdy podstawą błędnego rozliczenia VAT były faktury wystawione przez podmiot nieistniejący, stwierdzają czynności, które nie zostały wykonane, kwoty wykazane na fakturze są niezgodne z rzeczywistością lub faktury dokumentują czynności pozorne. W takich sytuacjach stawka sankcyjna została zwiększona celem ograniczenia nadużyć podatkowych.

Wśród powyższych sytuacji zastosowania podwyższonej sankcji warto zwrócić uwagę na odliczenie VAT z faktury wystawionej przez podmiot nieistniejący. Z uwagi na fakt, że przepisy te nie rozróżniają sytuacji umyślnego odliczenia VAT z takiej faktury, także uczciwi podatnicy mogą zostać obciążeni dodatkowymi sankcjami, jeżeli nie zweryfikują swojego kontrahenta. Można wyobrazić sobie sytuację, gdy podatnik podejmuje współpracę z nieistniejącym podmiotem i pomimo iż świadczenia zostały wykonane, to nie będzie mógł odliczyć VAT. W związku z tym niezmiernie ważne jest to, z jakim podmiotem podejmuje się współpracę i jakie podatnik posiada dowody (np. potwierdzenie rejestracji na VAT, CEIDG, KRS, oświadczenie z banku).

Ponadto należy dodać, że w tym przypadku ustawa o VAT nie przewiduje możliwości zredukowania sankcji po wpłacie zobowiązania czy korekcie deklaracji. Oznacza to więc, że jeżeli podatnik odliczy VAT w jednej z wymienionych sytuacji, to organ podatkowy wymierzy mu dodatkową sankcję w wysokości 100% VAT z takich faktur (por. wyrok WSA w Łodzi z dnia 4 grudnia 2019 r., sygn. I SA/Łd 519/19).

Dobra wiara nie ma znaczenia

Powyższe regulacje nie odwołują się do działania podatnika w dobrej wierze. Oznacza to, że urzędu w takich sytuacjach nie interesuje ustalenie umyślności czy nieumyślności działania, a jedynie zweryfikowanie faktów w oparciu o przepisy. Są to przepisy sankcyjne, które mają na celu ograniczenie nadużyć. Niemniej w przypadku błędu lub oczywistej omyłki sankcji tej się nie wymierza. Z powyższego można wysnuć wniosek, że podatnik działający w dobrej wierze i współpracujący z organem podatkowym w toku kontroli, który złożył korektę i rozliczył nieprawidłowości, ma większe szanse na uniknięcie sankcji i zakwalifikowanie wykrytych nieprawidłowości jako błędu lub oczywistej omyłki. Dlatego tak ważne w toku kontroli jest przyjęcie odpowiedniej strategii współpracy z organami podatkowymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

72% firm deklaruje wykorzystywanie sztucznej inteligencji, by lepiej służyć klientom i społeczeństwu. Innego zdania są legislatorzy i regulatorzy

0

Podczas gdy wykorzystywanie sztucznej inteligencji (AI) z korzyścią dla konsumentów i społeczeństwa deklarują niemal trzy na cztery firmy, to w zapewnienia te wierzy jedynie 44% legislatorów, regulatorów i ekspertów – wynika z globalnego badania „AI Ethics Study” przeprowadzonego przez EY i The Future Society. To nie jedyny rozdźwięk między tymi dwiema grupami objętymi badaniem. Rozbieżne opinie dotyczą również kwestii legislacyjnych i ryzyk dostrzeganych na gruncie etycznym. 

Bezstronność i unikanie uprzedzeń to zagadnienie natury etycznej, które jest zdecydowanie najważniejsze (otrzymało w badaniu 3.14 pkt)[1] zdaniem decydentów, pytanych o najważniejsze do rozstrzygnięcia kwestie etyczne przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji w rozwiązaniach rozpoznających twarz (na przykład w celu weryfikacji na lotniskach, w bankach czy hotelach). Nie jest to jednak kwestia, która znalazła się na liście priorytetów firm. W ich zestawieniu najbardziej istotnych wyzwań, kwestie uprzedzeń i bezstronności znalazły się dopiero na szóstym miejscu (1.34 pkt). Najistotniejsza w opinii firm jest natomiast prywatność i prawa do danych. To zagadnienie znalazło się również wysoko – bo na drugim miejscu – wśród decydentów, choć zdecydowanie inaczej rozłożyły się punktacje. Decydenci ocenili ważność tej kwestii na 3.09 pkt a firmy na 1.88 pkt.

Bezpieczeństwo i ochrona to z kolei druga pod względem ważności etycznych kwestii, które zdaniem firm wymagają uwagi przy rozwiązaniach wykorzystujących sztuczną inteligencję do rozpoznawania twarzy. Pierwszą trójkę priorytetów dla obu badanych grup zamyka transparentność.

Wykres: Rozpoznawanie twarzy w celu kontroli: legislatorzy i regulatorzy mają jasną wizję priorytetów w zakresie stosowania sztucznej inteligencji

sztuczna inteligencja wykres

Firmy i decydenci różnią się jednak nie tylko wskazaniami najważniejszych do uregulowania kwestii w zakresie zastosowania sztucznej inteligencji, ale w badaniu widać również, że inne jest samo podejście do wyzwań etycznych stawianych przez AI. Podczas gdy decydenci wyraźnie identyfikują kilka najważniejszych do uregulowania obszarów i nadają im największą wagę, firmy nie polaryzują tak wyraźnie wyzwań – nadając każdemu z nich podobną ważność.

– W skali globalnej, nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji w swoich przedsięwzięciach pracuje obecnie prawie 70% firm. Chcą one przede wszystkim oferować najnowocześniejsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania, dlatego skupiają się głównie na ich efektywności i wartości, które niosą dla użytkownika końcowego. Firmom trudno więc priorytetyzować którekolwiek z wyzwań etycznych, ponieważ wszystkie – zarówno kwestie bezstronności czy uprzedzeń, ale i zabezpieczeń danych są równie istotne. Definiując wyzwania etyczne, przedsiębiorcy mają na uwadze kwestie techniczne, implementacyjne i biznesowe, które nie znajdują się na radarach decydentów. Co więcej, badanie EY pokazuje, że 66% decydentów uważa, że regulatorzy nie rozumieją złożoności technologii opartej na sztucznej inteligencji i wyzwań biznesowych z nią związanych. Rozdźwięk między ryzykami dostrzeganymi przez legislatorów i regulatorów a firmami wynika więc przede wszystkim z innej perspektywy postrzeganych wyzwań. Trzeba pamiętać, że decydenci patrzą na nie zdecydowanie szerzej, mając na uwadze szerszą grupę interesariuszy. Firmy koncentrują się przede wszystkim na wyzwaniach – w tym biznesowych – dla nich samych i branż, w których działają. Patrzą na te kwestie również w innym horyzoncie czasowym – nie ma wątpliwości co do tego, że firmy szukają rozwiązań tu i teraz, odpowiadających na obecne wyzwania, podczas gdy legislatorzy i regulatorzy posługują się zdecydowanie bardziej odległym horyzontem czasowym  – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Lider Zespołu Własności Intelektualnej, Technologii i Danych Osobowych, Kancelaria EY Law.

Różne punkty widzenia na najistotniejsze do rozwiązania kwestie etyczne związane z rozwojem sztucznej inteligencji to istotne wyzwanie legislacyjne. 55% ankietowanych przedsiębiorców wykorzystujących technologię AI oczekuje, że zostanie stworzony jeden zestaw uniwersalnych zasad, na który zgodzi się większość krajów i który będzie łatwy do zaimplementowania, niezależnie od jurysdykcji. Tak optymistyczni nie są jednak ci, którzy te zasady będą tworzyć. Tylko 21% decydentów spodziewa się takiego rozwiązania, natomiast większość – 66% uważa, że jeden zestaw uniwersalnych zasad powstanie, ale poszczególne kraje będą go implementować w zależności od własnych uwarunkowań. Ankietowani przedstawiciele firm niemal dwukrotnie częściej niż przedstawiciele legislatorów i regulatorów wskazywali również, że poszczególne kraje bądź regiony stworzą własne zasady etyczne.

Co więcej, 6 na 10 przedstawicieli firm uważa, że znacznie korzystniejszym rozwiązaniem byłoby stworzenie tych zasad przez samych zainteresowanych, czyli firmy i branże, które sztuczną inteligencję wykorzystują na co dzień w swojej działalności. Z taką tezą zgadza się natomiast wyłącznie 24% decydentów.

– Przedsiębiorcy często uważają, że prawo nie nadąża za rozwojem nowych technologii. Mówią tak również gremialnie (90%) polskie firmy, które były pytane o to w badaniu przeprowadzonym kilka miesięcy temu przez EY Law[1]. Co więcej, to właśnie sztuczna inteligencja wskazywana jest jako największe wyzwanie prawne. To efekt braku przepisów – nawet w zakresie samej definicji sztucznej inteligencji – które w sposób jasny regulowałyby kwestie związane z tą technologią. Mimo wszystko w odniesieniu do sztucznej inteligencji mogą mieć zastosowanie  regulacje dotyczące ochrony danych i prywatności, ochrony konsumentów, czy przepisy w zakresie bezpieczeństwa produktów i odpowiedzialności. To jednak regulacje ogólne  rozproszone i często niejednoznaczne. Wydaje się więc, że wymarzonym rozwiązaniem byłoby wspólne wypracowywanie rozwiązań zabezpieczających jak najszerszą grupę interesariuszy i beneficjentów sztucznej inteligencji, mających na uwadze potrzeby każdej z nich – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Lider Zespołu Własności Intelektualnej, Technologii i Danych Osobowych, Kancelaria EY Law.

Chociaż zarówno decydenci, jak i firmy zgadzają się, że konieczne jest wielostronne podejście do zagadnienia sztucznej inteligencji, nie ma jednak porozumienia, kto powinien przewodzić tym pracom. 38% ankietowanych firm spodziewa się, że będzie to sektor prywatny, z czym zgadza się tylko 6% decydentów.

 

[1] Raport EY Law Compass. Prawo i innowacje. Wyzwania 2020, czerwiec 2020.

[1] Uczestnicy badania EY i The Future Society oceniali 12 rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję i do każdego z nich przyporządkowywali 11 określonych wyzwań natury etycznej. Każdemu z nich nadawali odpowiednią wagę – najistotniejsze otrzymywało 5 pkt, najmniej istotne 1 pkt. Wynik jest średnią spośród wszystkich przyporządkowanych punktów.

Chwilówki na raty – sprawdź, gdzie znaleźć oferty

Potrzebujesz szybkiego zastrzyku finansowego? Nie możesz czekać, dlatego kredyty gotówkowe nie wchodzą w grę? Postaw na chwilówkę oferowaną przez firmy pozabankowe. Dzięki pewnym udogodnieniom, zobowiązania wcale nie musisz spłacać jednorazowo i to w krótkim czasie. Dowiedz się więcej.

Chwilówki oferowane przez firmy pożyczkowe jeszcze do niedawna owiane były złą sławą. Wszystko z powodu lichwiarskich opłat pobieranych przez nie do końca uczciwych pożyczkodawców. Obecnie wiele się w tym zakresie zmieniło – w związku z prowadzeniem tzw. ustawy antylichwiarskiej. Dzięki temu chwilówki są znacznie bezpieczniejsze i nie wiążą się z bardzo wysokimi kosztami jak jeszcze kilka lat temu. Nowością jest także możliwość rozłożenia zobowiązania na raty.

Chwilówki na raty – jak to działa?

Zasada chwilówek na raty bardzo zbliżona jest do standardowych kredytów gotówkowych. Firma pozabankowa pożycza środki, a pożyczkobiorca reguluje zobowiązania w ratach. Wysokość miesięcznej opłaty ustalana jest w oparciu o obowiązujące oprocentowanie oraz koszty pozaodsetkowe. Znaczenie ma także okres finansowania – ten może wynieść nawet kilka lat.

Chcesz zaciągnąć chwilówkę? Tu szukaj ofert

Gdy dokonujesz zakupów internetowych, porównujesz ceny u różnych sprzedawców, prawda? Dlaczego więc nie zrobić dokładnie tego samego w przypadku ubiegania się o wsparcie finansowe… Pożyczkodawcy udzielają chwilówek na różnych warunkach – nie tylko związanych z kosztami, ale również wynikających z formalności. Warto więc wybrać opcję najbardziej zbliżoną do potrzeb i oczekiwań.

Zdajesz sobie jednak sprawę z tego, jak wiele czasu pochłania samodzielne poszukiwanie ofert? To dobrze, ale wcale nie musisz robić tego we własnym zakresie. Z pomocą przychodzą specjalne serwisy porównywarkowe, które publikują zestawienia ofert pożyczkowych.

Dlaczego warto poszukiwać chwilówek ratalnych właśnie w takich serwisach? Powodów jest co najmniej kilka, m.in.:

  • wszystkie oferty zebrane są w jednym miejscu
  • oszczędzasz mnóstwo czasu
  • masz pewność, że informacje o pożyczkach są zawsze aktualne.

Zasada funkcjonowania takiego serwisu pożyczkowego jest prosta:

  • wchodzisz na stronę
  • sprawdzasz aktualne zestawienie.

Z poziomu porównywarki możesz także ubiegać się o wsparcie finansowe – wystarczy tylko kilka kliknięć i postępowanie zgodnie ze wskazówkami.

Ile kosztuje finansowania ratalne?

Chwilówki spłacane w ratach mają dużo przystępniejsze RRSO w porównaniu z klasycznymi chwilówkami udzielanymi na 30 czy 60 dni.

Poniżej prezentujemy przykładową kalkulację w oparciu o chwilówki na raty w lowcachwilowek.pl.

Załóżmy, że potrzebujesz 5000 zł na okres 24 miesięcy. Warunki finansowe u poszczególnych pożyczkodawców przedstawiają się następująco:

  • HapiPożyczki – rata: 229,34 zł; koszt: 504,16 zł; RRSO: 9,81%
  • Monedo Now – rata: 245,15 zł; koszt: 884,84 zł; RRSO: 17,35%
  • Smartney – rata: 269,10 zł; koszt: 1459,78; RRSO: 29,14%
  • Provident – rata: 286,54 zł; koszt: 1876,96 zł; RRSO: 38,29%
  • Wonga – rata: 319,28 zł; koszt: 2662,50 zł; RRSO: 55%.

Jak wynika z powyższych kwot, różnica między najdroższą a najtańszą pożyczką to ponad 1500 zł!

Zaciągasz chwilówkę ratalną? O tym pamiętaj

Chwilówka ratalna to dobry sposób na szybkie podreperowanie swoich finansów – szczególnie w obliczu nieprzewidzianego wydatku. Aby jednak takie wsparcie nie wpędziło w kłopoty, musisz pamiętać o kilku kwestiach.

Najważniejsze to:

  • ubieganie się o kwotę, którą spłacisz bez problemu – także w razie przejściowego pogorszenia sytuacji materialnej
  • porównanie dostępnych ofert – by nie przepłacać na kosztach związanych z udzieleniem finansowania
  • spłata w terminie lub informowanie pożyczkodawcy o ewentualnych opóźnieniach.

Warto także mieć świadomość, żeby nie zaciągać chwilówek na spłatę innych zaległych zobowiązań. Tego typu wsparcie nie jest bowiem remedium na kłopoty z pieniędzmi. Finansowanie pożyczek inną pożyczką to bowiem najprostsza droga do wpadnięcia w spiralę długów.

Polacy lepiej oceniają stan swoich gospodarstw domowych niż gospodarki krajowej

Badanie wpływu epidemii koronawirusa na gospodarkę uwzględnia problemy i wyzwania, przed którymi stanęły gospodarstwa domowe. Stan finansów i zatrudnienia obywateli to jeden z ważniejszych wskaźników tego, jak cała gospodarka zachowuje się podczas kryzysu. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził badanie polskich gospodarstw domowych. Jego wyniki są zastanawiające. Mimo tego, że prawie ¾ badanych rodzin deklaruje, że ich sytuacja podczas pandemii się nie zmieniła – wyniki badania wskazują, że koronawirus miał bardzo duży wpływ na stan gospodarstw domowych. Przykładem są ponoszone wydatki. Polacy deklarują, że na żywność, wydatki utrzymania gospodarstwa domowego, remonty czy wydatki zdrowotne wydają więcej, niż przed nastaniem pandemii. Na drugiej szali znajdują się wydatki związane z rekreacją, turystyką i kulturą – te z kolei są dużo niższe. Epidemia zmieniła więc konsumpcyjne zachowania Polaków. Badanie PIE pokazuje, że uszczupliła również oszczędności i obnażyła nierówności finansowe.

– Mniej więcej 44% badanych mówi, że ich oszczędności nie ucierpiały. Około ⅓ Polaków podaje, że musieli sięgnąć do swoich domowych rezerw finansowych – aby poradzić sobie z wyższymi kosztami. Jednak najbardziej niepokoi fakt, że aż 15% Polaków deklaruje całkowity brak oszczędności, również przed pandemią – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Takie wyniki wskazują na dużą polaryzację badanych pod względem finansowym. Równolegle do różnic ekonomicznych przebiega również podział w ocenie sytuacji gospodarczej kraju. Tylko 36% Polaków pozytywnie ocenia sytuację gospodarczą w naszym kraju. Dwukrotnie więcej jest osób deklarujących, że sytuacja ich gospodarstwa domowego jest dobra bądź całkiem dobra. Pokazuje to, że dużo słabiej oceniamy otoczenie naszych gospodarstw domowych niż to, co dotyka nas samych. Widać jednak wyraźne różnice między grupami, które deklarują poszczególne postawy. Osoby, które lepiej oceniają swoją sytuację materialną, są często lepiej wykształcone i lepiej zarabiające, pochodzą z dużych miast. Natomiast pozytywne oceny sytuacji krajowej pojawiają się wśród osób słabiej wykształconych, mieszkających w mniejszych miejscowościach. Takie wyniki nie dziwią jednak analityków. Biorąc pod uwagę skalę obecnego kryzysu – postawy konsumenckie i konsumpcyjne nie odbiegają radykalnie od tego, co mogliśmy obserwować w ostatnich latach. Wydaje się, że w trzecim kwartale sprzedaż detaliczna powinna wracać do poziomów zbliżonych do ubiegłego roku. To istotna informacja – popyt wewnętrzny i konsumpcja są jednym z najważniejszych motorów wzrostu polskiej gospodarki – przewiduje Kubisiak.

Pandemia mocno zachwiała cenami owoców. Jabłka kosztują nawet o 130% więcej niż rok temu

0

W ostatnich trzech miesiącach owoce zdrożały średnio o ponad 21% w porównaniu do wyników z analogicznego okresu zeszłego roku. Na taki wzrost wpłynęły głównie podwyżki cen jabłek, które sięgnęły blisko 130%. Ponadto wyraźnie poszły w górę m.in. cytryny, tj. o przeszło 34%. Natomiast nektarynki podrożały o prawie 29%. Na dziesięć analizowanych towarów potaniały tylko grejpfruty oraz arbuzy – odpowiednio o 18,5% i ponad 4%. Weryfikacji poddano blisko 2,5 tys. akcji rabatowych trwających od początku maja do końca lipca tego i ubiegłego roku.

Od maja do lipca br. owoce promowane w gazetkach sieci handlowych podrożały średnio o 21,2% w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. W ocenie Karola Kamińskiego z serwisu DING.pl, taki wzrost jest oczywiście spory. Natomiast warto porównać go z zeszłorocznym wynikiem, który wyniósł 17,3%. Różnica na poziomie blisko 4% jest niewielka. Jednak patrząc na liczby bezwzględne, są to dość spore kwoty.

– Znaczny wzrost cen można tłumaczyć przede wszystkim suszą, która odbiła się na krajowych zbiorach. Drugim czynnikiem może być zamknięcie granic w związku z koronawirusem. To ograniczyło napływ tanich pracowników sezonowych m.in. z Ukrainy. W minionych latach oni głównie zbierali u nas owoce – wyjaśnia Michał Majszczyk z Hipe Michał Majszczyk r-Com Poland.

Z kolei dr Paweł Kraciński z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej zauważa, że pandemia zwiększyła zainteresowanie klientów zdrową żywnością. Produkcji nie można zwiększyć z dania na dzień. Trzeba przynajmniej roku, aby wyprodukować owoce. Tymczasem z powodu epidemii powstały trudności w zakresie logistyki i przygotowania towarów do sprzedaży. To wszystko wpłynęło na podwyżki. Zdaniem eksperta, teraz można spodziewać się obniżek na podstawowy asortyment, gdyż rozpoczynają się zbiory najważniejszych owoców naszej strefy klimatycznej, czyli jabłek.

– Według mnie, sieci handlowe zauważą, że te ceny poszły mocno w górę. I będą chciały je delikatnie skorygować. Sklepom zależy przecież na dobrych opiniach klientów. Trudno powiedzieć, jak duża będzie korekta, bo to zależy od szeregu czynników, często zupełnie niezależnych od samych sieci – zaznacza Karol Kamiński.

Z listy dziesięciu najczęściej promowanych owoców w 2020 roku najbardziej podrożały jabłka – aż o 127,4%. Cytryny poszły w górę o 34,3%, a nektarynki – o 28,5%. – Jabłka były motorem podwyżek. To korekty ich cenników przyczyniły się do wzrostów cen. Na rynku droższe były też cytrusy, m.in. cytryny, ale również pomarańcze czy mandarynki, a także importowane owoce pestkowe, np. nektarynki. To było spowodowane brakiem rąk do pracy, większymi kosztami zbiorów i transportu w związku z pandemią – tłumaczy dr Kraciński.

Natomiast Witold Boguta z Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw przypomina, że zbiory jabłek w ub.r. były niższe w porównaniu do rekordowego 2018 roku i w odniesieniu do średniej wieloletniej. Tak było w większości państw europejskich. Dodatkowo w czasie tegorocznej pandemii wzmożone zakupy jabłek spowodowały ograniczenie podaży w końcówce sezonu, a tym samym – podwyżki. W tym roku zapowiadają się większe zbiory w całej Europie. Dlatego ceny powinny być przystępne. Trzeba tylko pamiętać o tym, że nakłady finansowe ponoszone przez producentów z roku na rok są coraz wyższe.

– Wysoki poziom cen podstawowego asortymentu, tj. jabłek, dawał detalistom pole do wyższych marż w przypadku innych owoców. Popyt przesuwał się z najbardziej drożejących towarów na te, których ceny wzrosły w mniejszym zakresie. Jabłka podrożały najbardziej, bo wielkość zbiorów i zapasów była przeszacowana – dodaje ekspert z IERiGŻ.

Na dziesięć analizowanych pozycji potaniały tylko grejpfruty – o 18,5%, a także arbuzy – o 4,2%. Te ostatnie owoce były też najczęściej promowane w tym roku, obok brzoskwiń i winogron. Z kolei najrzadziej pojawiały się w gazetkach grejpfruty, jabłka i ananasy.

– Można wyjaśnić to w ten sposób, że arbuzy są jednymi z najbardziej wyczekiwanych owoców w lecie. Obniżając ich ceny i promując je mocno w gazetkach, sieci chciały przyciągać klientów. W przypadku grejpfrutów strategie były nieco inne, bo ich gorzki smak jest mniej preferowany przez konsumentów, zwłaszcza tych najmłodszych – analizuje Michał Majszczyk.

Co ciekawe, podobne zestawienie, zrobione w tym samym czasie w kategorii warzyw, pokazuje, że ceny wzrosły zaledwie o 1,8%. – Widocznie sieci handlowe bardziej chcą przyciągać do swoich sklepów klientów tanimi jarzynami, ale już owocami – niekoniecznie. To może być sygnałem dla konsumentów, że warto uważniej przyglądać się cenom, bo rozpiętości mogą być naprawdę duże – podsumowuje Kamiński.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz serwisu DING.pl. Porównano dane 10 najczęściej promowanych owoców w 2020 roku z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Zweryfikowano blisko 2,5 tys. akcji promocyjnych.

Podwyżki, elektromobilność i ekologia – trendy w zarządzaniu nieruchomościami

0

Patrząc z perspektywy pierwszego półrocza oraz z punktu widzenia zarządcy nieruchomości dostrzegamy trzy wyraźne trendy na końcówkę 2020 i początek 2021 roku. Pierwszy z nich związany jest w sposób oczywisty z pandemią COVID-19. Drugi zaś z dość długo rysującą się popularnością rozwiązań proekologicznych. Ostatnim trendem jest aspekt ekonomiczny związany z ciągle zmieniającymi się przepisami prawa pracy oraz kosztami utrzymania nieruchomości w Polsce.

COVID-19 trochę namieszał, ale z pozytywnym wpływem

Pierwszą ważną modyfikacją w pracy i funkcjonowaniu wspólnot mieszkaniowych w Polsce będzie element spotkań, głosowań i zebrań. Wszystkie te powyższe czynności już od jakiegoś czasu powinny odbywać się zdalnie. Mimo luzowania obostrzeń i powrotu do możliwości przeprowadzenia pewnych czynności osobiście, prawdziwie profesjonalni zarządcy uruchomili narzędzia online, które pomagają załatwić wszystkie wspólnotowe sprawy w 100% bez kontaktu osobistego. Co więcej, profesjonaliści czynią starania, aby Rząd wpisał na stałe stosowne regulacje w ustawę o własności lokali związane z procedowaniem spraw administracyjnych w sposób zdalny – z wykorzystaniem odpowiednich narzędzi informatycznych. Na dzień dzisiejszy, każda ze wspólnot która chce w taki sposób procedować musi najpierw podjąć stosowną uchwałę i ją przegłosować w tradycyjny sposób – np. zbierając podpisy od drzwi do drzwi poprzez pracownika firmy zarządzającej daną nieruchomością lub reprezentanta Zarządu. Wspólnoty, które liczą na zmianę obostrzeń i rychły powrót do normalności mogą się zwyczajnie bardzo zdziwić. Przed nami kolejna fala pandemii i nie ma co się oszukiwać – mimo bardziej zrównoważonego podejścia Rządu do lockdownu, obostrzenia w sektorze administracji budynkami są bezinwazyjne i konieczne. Te firmy, które zwlekają z wdrożeniem rozwiązań informatycznych do bardziej sprawnego i efektywnego funkcjonowania będą musiały to zrobić tak czy inaczej i przegrają walkę z konkurencją, która będzie już w tej materii bardzo sprawna. Na rynku jest obecnie dostępnych kilka bądź kilkanaście narzędzi, które można kupić i wdrożyć praktycznie od ręki. Są to rozwiązania dedykowane dla branży zarządzania nieruchomościami bądź wymagające niewielkich modyfikacji i dostosowania do naszej pracy. My z tego typu rozwiązań autorskich korzystamy od lat i zapewniam, nie taki wilk straszny jak go malują.

Kolejną kwestią, na którą musimy się przygotować to niestety kolejna spora podwyżka cen odbioru i zagospodarowania naszymi odpadami. Na firmy z branży „śmieciowej” nałożono wysokie wymagania i rygory, które muszą wypełniać. Efektem tego jest ponowna rekalkulacja ryzyka i dołożenie do ustalonych cen kolejnych elementów. Oznacza to jeszcze wyższe opłaty za odbiór nieczystości już niebawem. Dochodzimy do pewnego absurdu. Nasze ceny zbliżają się bądź przekraczają ceny w zachodnich stolicach. Przy czym średnie zarobki gospodarstw domowych w Polsce dalej odbiegają od średniej w starej Europie. Warto byłoby pokusić się o audyt i swego rodzaju kontrolę, zarówno warunków, przepisów w przetargach i dodatkowych wymagań nałożonych przez samorządy, jak i wyceny samych firm, które później wygrywają konkursy na świadczenie usług odbioru i zagospodarowania odpadami. Efektem rewolucji śmieciowej miała być ekologia i pozostawienie dzięki segregacji stawek na względnie rynkowych poziomach. Tymczasem mamy sytuację zupełnie odwrotną – segregacja jest coraz bardziej rygorystyczna, a ceny szybują dalej ku górze. Myślę, że w kolejnym roku przyjdzie kres takich praktyk i ktoś będzie musiał nie tyle zbadać ten rynek, co w znaczący sposób go uregulować odpowiednimi przepisami.

Ekologia pozytywną rysą na pandemicznym wymiarze zarządzania nieruchomościami

W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.

W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.

Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.

Finansowanie zmieni się o 180 stopni – ochrona także będzie zdalna

Ostatnim jakże ważnym trendem jest wzrost kosztów utrzymania nieruchomości. Niestety będziemy płacili coraz wyższe czynsze. Wszystko drożeje, koszty pracy, utrzymania budynków w czystości, prąd, wywóz śmieci oraz ogólnie rozumiane usługi komunalne. Te wszystkie elementy złożą się na podwyżki od nowego roku. Kolejnym aspektem tego trendu jest choćby wzrost wynagrodzenia minimalnego, który w końcu przełoży się na konieczność rezygnacji z ochrony całodobowej na rzecz monitoringów ze wsparciem zdalnej interwencji patrolu firmy ochroniarskiej. Będą funkcjonowały trzy modele, w jednym z nich będzie istniał monitoring online jako jedyna forma zabezpieczenia nieruchomości. W kolejnym mix kamer oraz patroli w wyznaczonych godzinach. Trzeci model będzie zakładał mix kamer wraz z ewentualną interwencją w razie wtargnięcia na teren nieruchomości. To konsekwencja wzrostu opłat za usługi ochrony, ale sądzę, że to dopiero początek konsekwencji podwyżek. Myślę, że cięcia mogą być również widoczne w utrzymaniu czystości czy pracach konserwacyjnych. Ucierpią na tym także fundusze remontowe, które będą musiały mieć dużo większe rezerwy finansowe na poczet ewentualnych przyszłych napraw.

Autor:Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

SimFabric SA w czołówce polskich spółek z branży gier komputerowych – rozmowa z Julią Leszczyńską

0

SimFabric SA – spółka od 2016 roku prowadzi działalność na rynku gier wideo, specjalizując się w portowaniu gier na konsole Nintendo Switch, PlayStation 4 i komputery stacjonarne oraz na produkcjach własnych. Od kwietnia 2020 rokuSimFabric jest notowana na rynku NewConnect. O początkach, rozwoju i działalności spółki opowiada Julia Leszczyńska, prezes zarządu SimFabric S.A.

SimFabric S.A. powstało w 2016 roku. Który moment był przełomowy w działalności firmy?

Takich momentów w czteroletniej działalności SimFabric było kilka.

Pierwszym, o którym warto wspomnieć, było zwycięstwo w 2016 roku w organizowanym przez Europejską Agencję Kosmiczną konkursie na najlepszy symulator kosmiczny, w którym zdobyliśmy główną nagrodę i otrzymaliśmy grant. Następnie stworzyliśmy spółkę SimFabric (pierwotnie znaną jako Emilus IT Solutions).

Drugim niezwykle ważnym momentem było rozpoczęcie współpracy z PlayWay S.A. w 2017 roku. Po udanej premiery gry Farm Expert 2017 Mobile (ponad 2,5 miliona sprzedanych egzemplarzy), którą stworzyliśmy na zlecenie, PlayWay zainwestował w naszą spółkę i przekazał licencję do serii Farm Expert. Wtedy też zmieniliśmy nazwę firmy na jednoznacznie oddającą charakter naszej działalności, czyli tworzenie symulatorów.

Wydarzeniem, które zasługuje na uwagę było rozpoczęcie działalności w segmencie konsolowym, związane ze światową premierą Nintendo Switch. Dzięki naszym kontaktom i w Japonii i w Nintendo bardzo szybko uzyskaliśmy certyfikację developera i międzynarodowego wydawcy na tej platformie i do tej pory stworzyliśmy już kilkanaście gier dedykowanych Nintendo Switch. Mniej więcej w tym samym czasie studia zainteresowane współpracą z nami, uruchomiły usługę portingu gier studiów zewnętrznych również na inne platformy – PS4 i Xbox One. Do dzisiaj portowanie, czyli konwertowanie gier z jednej platformy na drugą stanowi jeden z najważniejszych filarów Strategii Zrównoważonego Rozwoju w naszej spółce.

Istotne z punktu widzenia rozwoju SimFabric było pozyskanie od inwestorów indywidualnych 2 mln zł na dalszy rozwój spółki oraz przekształcenie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w spółkę akcyjną. Kolejnym krokiem był debiut na rynku NewConnect, który był pierwszym debiutem, przeprowadzonym w formie online, w historii warszawskiej giełdy. Po spektakularnym otwarciu, w ciągu kwartału, maksymalny kurs osiągnął poziom 100 zł za akcję, odpowiadający kapitalizacji przeszło 600 milionów złotych, co plasuje SimFabric S.A. w czołówce polskich spółek z branży gier komputerowych.

Na przestrzeni czterech lat przeszliśmy bardzo dynamiczną drogę – od spółki z o.o., z minimalnym kapitałem zakładowym 5000 zł, do firmy notowanej na NewConnect z kapitalizacją kilkuset milionów złotych.

W kolejnych latach zamierzamy utrzymać zarówno dynamikę rozwoju, jak i wzrosty przychodów na poziomie minimum 100 proc. r/r.  

Na czym głównie opiera się działalność spółki?

Działalność SimFabric S.A. bazuje na pięciu filarach.

Trzy z nich dotyczą  produkcji własnych gier i symulatorów, portowanie gier studiów zewnętrznych oraz działalność badawczo-rozwojowa. Dzięki nim, w minionym roku przyspieszyliśmy dynamikę wzrostu przychodów w spółce ze 100 proc. r/r do 200 proc.

Dwa pozostałe filary – gry mobilne i gry VR – zostały wdrożone w tym roku. Istotny wpływ w tym zakresie miało podpisanie umowy z Koch Media GmbH, a co za tym idzie, przyspieszenie działań rozwojowych.

Czy konkurencja na rynku gier komputerowych jest duża? W jaki sposób zaistnieć w branży?

Konkurencja niewątpliwie jest spora, jednak rynek dynamicznie wzrasta i jest dość chłonny. Według prestiżowej agencji, która opracowuje coroczne badania rynkowe, sektor gier powinien wzrosnąć o kolejne 10 proc. – z aktualnych 150 mld USD obrotu rocznie do 200 mld USD do roku 2023. Wartości te wydają się być abstrakcyjnie duże, jednak jeśli zestawimy je z rynkiem produkcji filmowych w Hollywood, który generuje 50 mld USD przychodu rocznie, wówczas zdamy sobie sprawę, jak duży – prawie trzykrotnie większy – jest rynek gier na świecie. Dlatego uważam, że w takich realiach, każde studio może znaleźć swoją niszę. Istotne aby wyróżniać się i bazować na sprawdzonych metodach badania potrzeb graczy, pamiętając jednocześnie o transparentnej komunikacji i odpowiedzialnym zarządzaniu finansami w przedsiębiorstwie.

Na rynku NewConnect obserwujemy coraz więcej debiutów z branży gamingowej, czy indywidualni inwestorzy chętnie lokują kapitał w ten sektor?

Po naszym i ostatnich debiutach na NewConnect i Rynku Głównym GPW widać wyraźnie, że zainteresowanie inwestorów indywidualnych nie tylko nie zmalało, ale wręcz wzrasta z każdym kolejnym debiutem lub ofertą publiczną. Spółki pozyskują zakładane sumy kapitału, planowane w ofertach publicznych, z nierzadko kilkudziesięcioprocentowymi redukcjami. Wyraźnie obserwowana jest także olbrzymia siła inwestorów detalicznych, którzy o wiele chętniej od inwestorów instytucjonalnych inwestują kapitał w spółki z branży gier. To świetny prognostyk dla sektora, w którym działamy i mamy nadzieję wykorzystać maksymalnie dobrze ten potencjał.

7 kwietnia br. zadebiutowaliście na giełdzie NewConnect, co zmieniło się od tamtego momentu?

Od debiutu SimFabric na rynku NewConnect minął nieco ponad kwartał, ale dynamika wzrostu porównywalna jest z całymi poprzednimi czterema latami działania naszego studia.

Niedługo po debiucie podpisaliśmy największą w historii spółki umowę wydawniczą z Koch Media GmbH, jednym z największych wydawców gier w Europie. Kontrakt o łącznej wartości ponad 8 mln zł przyspieszył rozwój spółki w zakresie uruchomienia dwóch nowych filarów Strategii Zrównoważonego Rozwoju – produkcji gier mobilnych oraz gier VR na gogle wirtualnej rzeczywistości. W nawiązaniu do uruchomienia tego obszaru, powołaliśmy dwie spółki zależne: MobileFabric S.A. oraz VRFabric S.A., które tworzą wzrastającą grupę kapitałową SimFabric S.A.

Obecnie jesteśmy na finalnym etapie negocjacji, w efekcie których może dojść do podpisania kolejnej istotnej umowy wydawniczej. Rozpoczęliśmy także negocjacje nad trzecią umową o podobnym znaczeniu biznesowym. O szczegółach będziemy informowali na bieżąco.

Umowa z Koch Media ma znaczący wpływ na wyniki drugiego kwartału. Ponadto, po przekroczeniu w drugim dniu notowań, kapitalizacji 100 mln zł mogliśmy uruchomić procedurę przejścia z NewConnect na rynek główny GPW. Działanie to planujemy zrealizować na przełomie obecnego i przyszłego roku.

Patrząc wstecz na ważne biznesowe przedsięwzięcia, które nastąpiły po debiucie SimFabric na rynku NewConnect, warto też wspomnieć o złożeniu wniosku o grant w wysokości 25 milionów złotych na stworzenie, planowanego przez nas, jednego z największych w Europie Wschodniej Centrum Badawczo-Rozwojowego. Mamy nadzieję, że uruchomienie tworzenia projektu zostanie uruchomione jeszcze w tym roku. W Centrum Badawczo-Rozwojowym zamierzamy weryfikować na ile sztuczna inteligencja jest w stanie tworzyć gry oraz w jakim stopniu możliwa jest automatyzacja procesów ich potowania i tym samym zwiększania liczby kolejnych tytułów wydawanych na konsole nowej generacji. Zamierzamy również stworzyć własny silnik do symulacji zachowań obiektów w przestrzeni kosmicznej, np. na Księżycu czy Marsie, i w ten sposób stworzyć laboratoria badawczo-rozwojowe i usług dla największych Agencji Kosmicznych, takich jak: NASA, ESA, JAXA, ale także komercyjnych jak SpaceX.

Jakie plany na najbliższe miesiące ma SimFabric? Na których aspektach działalności planujecie się skupić?

Miniony roku upłynął nam pod znakiem portowania i działalności badawczo-rozwojowej i te filary przyniosły nam wzrost przychodów ze 100 proc. r/r w latach 2016, 2017 i 2018 do 200 proc. r/r w roku 2019.

W 2020 roku koncentrujemy się na produkcji tytułów własnych. Planujemy wydać 6 autorskich symulatorów oraz pozyskać, oprócz pierwszej umowy wydawniczej z Koch Media GmbH, dwa nowe kontrakty, które pozwolą nam nie tylko poprawić dynamikę wzrostu przychodów o więcej niż 200 proc. r/r, ale także znacząco wzmocnić wzrost zysków.

To działanie przyczyni się do wdrożenia polityki dywidendowej w SimFabric S.A. w roku 2021. Rozważamy wypłatę dywidendy za rok 2020 z SimFabric. Być może nastąpi ona w momencie przejścia spółki na Rynek Główny GPW – decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła. Jeśli zrealizujemy plany związane z dwoma nowymi filarami i odniosą one sukcesy komercyjne, to niewykluczone jest także, że spółki zależne, MobileFabric S.A. oraz VRFabric S.A., od początku swojej działalności staną się spółkami dywidendowymi, które dodatkowo wzmocnią dywidendę akcjonariuszy SimFabric S.A.

SimFabric SA – spółka powstała w 2016 roku prowadzi działalność na rynku gier wideo, specjalizując się w portowaniu gier na konsole Nintendo Switch, PlayStation 4 i komputery stacjonarne oraz na produkcjach własnych. Głównym założeniem prowadzonej działalności jest portowanie i wydawanie kilku nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone niewielkie zespoły deweloperskie. Od lipca 2019 SimFabric prowadzi oddział odpowiedzialny za działania B+R, którego celem jest stworzenie innowacyjnych rozwiązań w branży gier komputerowych.

 

Dolar uodparnia się na hossę – sytuacja na rynku walutowym

0

Letnia hossa trwa. Na Wall Street nieprzerwane wzrosty od początku sierpnia, w których rezultacie indeks S&P500 zbliżył się na wyciagnięcie ręki (około 1 proc.) do historycznych szczytów.

Z krótkiego letniego marazmu otrząsnęły się również indeksy giełd we Frankfurcie, Mediolanie i Paryżu. Po święcie w Japonii, tokijski rynek ruszył do odrabiania zaległości. Pokaźne, około 2 – proc. zwyżki notują dziś DAX i Nikkei 225. Wiele wskazuje, że to nie koniec ich zwyżek. Pozytywne nastroje to pochodna poszukiwania wysokich stóp zwrotu w obliczu nieograniczonej płynności. Obrazuje to również rekordowo tanie plasowanie długoterminowych obligacji na rynku pierwotnym przez firmy o ratingu śmieciowym.

Kwestią, która zmieniła się względem poprzedniego miesiąca jest to, że dolar w otoczeniu ekstremalnego apetytu na ryzyko nie traci już na wartości. W obecnym środowisku otwarta jest zwłaszcza droga do jego umocnienia względem bezpiecznego jena. USD/JPY już teraz powrócił ponad 106,00 a przebicie 106,50 będzie eksponować okolice 107,50. EUR/USD jest blisko 1,17, czyli poziomu poniżej którego zostałby potwierdzony lokalny szczyt (1,1920).

Przy braku awersji do ryzyka funt jest silniejszy od euro. W rezultacie, tak długo jak utrzymywać się będzie niezmącony optymizm, kurs EUR/GBP erodować powinien coraz niższe pułapy. Podobnie wygląda sytuacja na Antypodach. Dolar australijski jest mocniejszy niż nowozelandzki. Dziś w nocy RBNZ decydować będzie o stopach i zakładamy, że podtrzyma bardziej gołębie nastawienie. W rezultacie zakładamy, że cross regionalny w koszyku walut surowcowych AUD/NZD będzie kontynuował zwyżki. Kurs EUR/PLN pozostaje w bardzo wąskim przedziale wahań powyżej 4,39. Zakładamy, że pole do umocnienia złotego (jak również a właściwie przede wszystkim forinta) zostało wyczerpane.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Czy kupujący mieszkania mają trudności z uzyskaniem kredytu

0

Jak wiele osób chcących kupić mieszkania dostaje odmowne decyzje kredytowe? Jak często klienci deweloperów zmuszeni są zrezygnować z zakupu lokalu? Czy wydłużył się czas konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl 

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.  

Z uwagi na obecną sytuację, wprowadziliśmy dla klientów szereg udogodnień, m.in. wydłużyliśmy okres obowiązywania umowy rezerwacyjnej. Dzięki temu klienci mają więcej czasu na decyzję i sprawdzenie swojej zdolności kredytowej na przykład u jednego z naszych doradców finansowych. Jednocześnie sam proces pozyskiwania kredytu wydłużył się, co przekłada się na dłuższy okres przekształcenia się umowy rezerwacyjnej w umowę deweloperską.

Pandemia, wprowadzony lockdown oraz zaostrzenie polityki kredytowej przez banki wpłynęły także na spadek zdolności nabywczej części klientów. Szczególnie dotknięte zostały osoby pracujące w branżach takich jak turystyka czy transport. Tym samym odsetek odstąpień od zakupu mieszkania w najgorszym momencie był nawet dwukrotnie wyższy w porównaniu z poprzednimi latami.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Faktycznie czas konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną istotnie się wydłużył. Rezygnacje z kupna zarezerwowanego lokalu nie są jednak częstym procederem. Zaostrzenie polityki kredytowej banków nie zmieniło wiele. Powody, dla których klienci decydują się na rezygnację z zakupu zarezerwowanego mieszkania bywają różne. Część osób jest zmuszona do zaniechania zakupu lokalu przez trudności związane z pozyskaniem finansowania. Motywem decyzji bywają również względy osobiste, jak utrata pracy. Mając na uwadze trudności, z jakimi zmagają się klienci, staramy się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom modyfikując na przykład wysokość transzy i terminy płatności.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Nie zauważamy obecnie pogorszenia sytuacji na rynku kredytów hipotecznych. Nasi klienci mają pełne wsparcie współpracujących z nami doradców finansowych. To obniża ryzyko odmowy kredytu i braku finansowania. Oferujemy bezpłatną pomoc sprawdzonych ekspertów finansowych, który pomagają we wszelkich kwestiach związanych z finansowaniem zakupu mieszkania. Sprawdzą zdolność kredytową w 15 bankach i podpowiedzą najkorzystniejszą ofertę dostępną na rynku.

Warto podkreślić, że nadal ponad 45 proc. naszych klientów kupuje mieszkania za gotówkę, co stabilizuje sprzedaż zarówno w krótkim, jak i długim terminie. Dlatego nie potwierdzamy wydłużenia czasu konwersji umów. Klienci powrócili do zainteresowania zakupem mieszkania, często poszukują też nowego lokum ze względu na coraz popularniejszą pracę zdalną.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Z całą pewnością wydłużył się czas zapadalności decyzji klientów o zakupie lokalu i wydłużył się proces administracyjny związany z pozyskiwaniem finansowania zewnętrznego po wybuchu pandemii. Klienci nie zawsze podają powód rezygnacji z transakcji, w związku z czym trudno wskazać szacunkową proporcję odstąpień od umowy rezerwacyjnej spowodowanych brakiem finansowania i innymi przyczynami. Odmowne decyzje kredytowe zdarzają się w podobnej ilości, jak w przeszłości przed pandemią. W związku ze zmniejszeniem obostrzeń rządowych w ujęciu ogólnym widoczne jest stopniowe powracanie części banków do tradycyjnej polityki udzielania kredytów.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Klienci, którzy decydują się na zakup mieszkania w inwestycjach klasy premium, które mamy w ofercie, m. in.: Bliska Wola Tower w Warszawie, Hanza Tower w Szczecinie, czy Osiedle Nowe Tysiąclecie w Katowicach na ogół nie mają problemów z otrzymaniem kredytu. Sytuacje rezygnacji z powodu braku finansowania kredytem zdarzają się sporadycznie, gdyż tylko niewielki procent naszych klientów ubiega się o finansowanie na początkowym etapie zakupu. W przeważającej liczbie klienci, jeśli w ogóle biorą kredyt, to na mniejszą część wartości lokalu. Dlatego relatywnie niewielki procent spotyka się z odmową lub obniżeniem zdolności kredytowej. Najczęściej dotyka to osoby prowadzące działalność gospodarczą, nawet gdy utrzymały dochody na tym samym poziomie co przed pandemią. Nie zaobserwowaliśmy by czas konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną wydłużył się wskutek zaostrzenia polityki kredytowej przez banki. Po podpisaniu umowy rezerwacyjnej klienci mają około 3-7 dni na podpisanie umowy deweloperskiej/przedwstępnej i przeważnie dotrzymują tego terminu. Niewątpliwie jednak obecne zaostrzenie polityki finansowej przez banki, z których wiele podniosło wymagany wkład własny z 10 nawet  do 30 proc., utrudnia lub wyklucza zaciągnięcie kredytu, a co za tym idzie zmniejsza motywację do zakupu mieszkania pewnej grupy klientów.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie widzimy większych zmian, jeśli chodzi o czas i przebieg procesu konwersji rezerwacyjnych na umowy przedwstępne, proces przebiega bez zakłóceń.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Nie zauważyliśmy szczególnego wzrostu ilości rezygnacji spowodowanych brakiem zdolności kredytowej. Takie przypadki miały miejsce również przed pandemią. Obserwujemy jednak znaczące wydłużenie okresu procedowania kredytów hipotecznych. Rekordziści zawierają umowy deweloperskie po 4 miesiącach od podpisania umowy rezerwacyjnej.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest 

Klienci, którzy dotychczas podpisali z nami umowy rezerwacyjne w większości przypadków podpisali umowy deweloperskie. Są jeszcze klienci, którzy potrzebują więcej czasu na to, by ostatecznie zdecydować o zakupie. Obecnie jest czas weryfikacji klientów przez banki i wkrótce okaże się ilu nabywców otrzyma decyzje pozytywne, a ile osób będzie musiało odłożyć zakup mieszkania na później. Zdarzyły się też w ostatnim czasie rezygnacje z umów rezerwacyjnych ze względu na pogorszenie się sytuacji finansowej klientów w związku z pandemią, zakończone brakiem uzyskania finansowania w banku.

Edyta Kołodziej, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Nickel Development

Od początku pandemii mieliśmy do czynienia z pojedynczymi przypadkami odstąpienia od rezerwacji. Większa część z nich nie wiązała się jednak z przyczynami finansowymi. Dostajemy natomiast sygnały o wydłużonych okresach procedowania wniosków kredytowych od klientów, którzy proszą o przedłużenie umów blokady.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

Nie widzimy wydłużenia się czasu konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną. Nasi klienci załatwiają wszystkie formalności związane z kredytem od razu po podpisaniu umowy deweloperskiej lub przedwstępnej. Rzeczywiście obserwujemy wydłużenie procesu uzyskiwania kredytów. Rozumiemy zaistniałą sytuację i dlatego oferujemy elastyczne warunki i 60-dniowy termin na załatwienie wszystkich formalności kredytowych.

Mieliśmy kilku klientów wykonujących zawody wyższego ryzyka w czasie pandemii tj. fryzjer, kosmetyczka, czy lekarz, którym banki odmówiły kredytowania bądź uzyskali niższą kwotę kredytu. Były to jednak jednostkowe przypadki.

Autor: Dompress.pl

Prognoza dla bankowości – co zmieniła pandemia? 

0

Ekonomiści wskazują, że aby utrzymać płynność finansową po kryzysie związanym z koronawirusem, banki będą musiały przeprowadzić zmiany w kluczowych obszarach. Przyspieszyć ma proces cyfryzacji i rozwój technologiczny, szczególnie w kwestii wykorzystania architektury mikroserwisów, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Zmianie ma ulec podejście do zarządzania aktywami, inwestycjami oraz polityki kredytowej. Banki mają też zwiększać konkurencyjność względem coraz bardziej innowacyjnych fintechów, challenger i neo banków.

Choć pierwsza fala niepewności związanej z epidemią koronawirusa wydaje się być za nami, a kolejne obszary gospodarki rozpoczynają proces odmrażania wygląda na to, że dla wielu branż to nie koniec zmian, a zaledwie ich początek. Jednym z takich sektorów jest niewątpliwie bankowość, na kondycji której odbiły się niższe stopy procentowe, wakacje kredytowe oraz wszystkie inne ekonomiczne konsekwencje epidemii. Dziś, wobec prognoz ekonomistów wskazujących na możliwy spadek polskiego PKB o nawet 1%, banki stoją zatem przed wyzwaniem sporych zmian.

Aby utrzymać płynność finansową, sektor bankowy będzie musiał wprowadzić modyfikacje w kluczowych obszarach swojej działalności. Przede wszystkim w podejściu do zarządzania aktywami, inwestycjami czy ofertami dla klientów. Konieczny będzie także intensywny rozwój technologiczny branży finansowej, która zacznie wykorzystywać dorobek architektury mikroserwisów, uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Pojawi się przestrzeń na to, aby tradycyjna bankowość mogła czerpać inspirację w obszarze innowacji od zaawansowanych technologicznie fintechów. Inaczej mówiąc, pandemia przyspieszy proces zmian, w kierunku których bankowość zmierzała od momentu wejścia w życie dyrektywy PSD2 – mówi Michał Mazur, senior business development manager z INCAT.

Elastyczność i bezpieczeństwo stają się koniecznością

Jak tłumaczy ekspert z INCAT, choć banki od pewnego czasu podążają ścieżką cyfryzacji, doświadczenia ostatnich miesięcy najprawdopodobniej mocno ten proces przyspieszą. Wraz z wybuchem pandemii organizacje stanęły bowiem przed wieloma wyzwaniami, takimi jak konieczność przeniesienia obsługi klienta do sieci, organizacji pracy zdalnej dla pracowników oddziałów czy poradzenia sobie ze wzrostem obciążeń bankowości elektronicznej i mobilnej. Dla wielu banków te nowe doświadczenia oznaczają konieczność dalszych modyfikacji określonych obszarów funkcjonowania dla poradzenia sobie z długoterminowymi kłopotami finansowymi. Choć czas na inwestycje w technologie wydaje się z tej perspektywy nie najlepszy, wygląda na to, że aby zachować konkurencyjność i klientów, banki będą zmuszone rozwinąć się technologicznie w stosunkowo niedługim czasie.

Co więcej, ze względu na rosnącą w ostatnim czasie aktywność bankowości mobilnej i desktopowej, z której korzysta już ponad 14 milionów Polaków, ważne będzie wdrożenie jeszcze bardziej zaawansowanych zabezpieczeń, które uchronią klientów i same banki przed zagrożeniami niesionymi przez komunikację w sieci. Postępować więc będzie automatyzacja procesów, co może przynieść bankom dalekosiężne oszczędności, zwłaszcza w sytuacji gdy, po doświadczeniach pandemii, jeszcze więcej wątpliwości będzie wzbudzać zasadność utrzymywania tak wielu stacjonarnych placówek bankowych oraz stanowisk, na których obowiązki można stosunkowo łatwo przekazać maszynie. Ponadto, jak zwraca uwagę Michał Mazur, ze względu na szybko rosnące oczekiwania klientów i konieczność stałego poszerzania oferty, banki będą uzupełniać infrastrukturę systemów monolitycznych, które są typowe dla branży finansowej, o rozwiązania oparte na architekturze mikroserwisów, czyli wielu niezależnych od siebie modułów, realizujących określoną funkcjonalność w systemie. Tylko takie podejście umożliwi odpowiedni poziom dynamiki rozwoju innowacyjnych funkcjonalności.

Będzie to konieczne ponieważ, aby zachować konkurencyjność, kluczowa będzie szybka reakcja na to, czego oczekują klienci, a trudno to zrealizować w systemach monolitycznych, w których, w dużym uproszczeniu, zmiana jednej funkcjonalności pociąga za sobą konieczność dostosowywania całego systemu. Mikroserwisy, które charakteryzują się dużą skalowalnością oraz elastycznością, adresują ten problem i wydają się być jednym z właściwych kierunków rozwoju. Doświadczenia pandemii pokazały, że w skrajnych sytuacjach decydujący jest czas, świadomość technologiczna i umiejętność dostosowania się do okoliczności. Moim zdaniem to właśnie te czynniki, wspierane zaawansowaną technologią, zaważą na tym, które instytucje przetrwają i utrzymają status konkurencyjnych graczy na rynku – tłumaczy ekspert.

To przekonanie podzielają autorzy raportu “The impact of artificial intelligence in the banking sector & how AI is being used in 2020” (Business Insider), którzy wskazują na jeszcze jeden aspekt, mianowicie oszczędności. Według ich danych, łączne potencjalne oszczędności dla banków wynikające z implementacji aplikacji AI szacuje się na 447 miliardów dolarów do 2023 roku, z czego 416 miliardów dolarów przypada na front i middle office. Nic więc dziwnego, że aż 75% banków wskazuje w swojej strategii rozwoju na plany związane z implementacją warstwy AI. Strategie te, według wspomnianego raportu, bazują przede wszystkim na holistycznym podejściu, obejmującym AI zarówno w obszarze administrowania danymi, zarządzania zasobami ludzkimi, czy też, idąc o wiele dalej, w tworzeniu linii biznesowych instytucji finansowych.

Na rosnące znaczenie elastyczności w branży bankowej wskazuje także Capgemini, w swoim raporcie World Retail Banking Report. Według ekspertów, nowoczesna bankowość będzie się wkrótce opierać na standardzie szybkiego wdrożenia, podejmowania ryzyka biznesowego oraz upraszczania i automatyzowania procesów wewnętrznych. Oparcie tych przemian na technologii mikroserwisów, wydaje się więc słusznym kierunkiem rozwoju.

Zmiany napędzane nie tylko przez pandemię

Podkreślmy, że zmiany w podejściu banków do innowacji rozpoczęły się jeszcze przed wybuchem pandemii. Za kluczowy uznaje się rok 2019 rok oraz wdrożenie unijnej dyrektywy PSD2 (Payment Services Directive 2), której celem jest bezpieczne wdrożenie idei regulowanego open bankingu. Dyrektywa dała możliwość korzystania z tzw. otwartej bankowości, inaczej mówiąc – kategorii usług płatniczych świadczonych przez zewnętrznych dostawców (Third Party Providers). Dyrektywa pozwoliła takim podmiotom na dostęp do rachunków użytkownika w różnych bankach, realizację płatności na zlecenie zewnętrznego dostawcy czy też weryfikację kwoty na rachunku przed realizacją usługi.

Co kluczowe, realizacja założeń otwartej bankowości dała ogromne pole do rozwoju podmiotom spoza sektora bankowego, które oferują usługi finansowe, takim jak fintechy, challenger banki czy neo banki. Wdrożenie dyrektywy spowodowało, że tradycyjne banki stanęły więc przed konkurencją w postaci podmiotów pozabankowych, które nadal mają dużą szansę na zawłaszczenie sporej części tortu, jakim jest rynek usług finansowych. To wszystko sprawiło, że banki już w ubiegłym roku zaczęły dostrzegać konieczność zmian w zakresie oferty i obsługi klienta, tak aby dotrzymać kroku fintechom, które wręcz prześcigają się w oferowaniu innowacji.

Poza tym otwarta bankowość zwiększyła konkurencyjność pomiędzy bankami. Pozwalając na pełną analizę nowego klienta w kontekście dostępnych danych, dyrektywa PSD2 z jednej strony ułatwiała personalizację oferty, ale z drugiej utrudniła utrzymanie lojalności klienta. Rosnąca transparentność banków i większa konkurencyjność wygenerowała więc nie tylko rozwój produktowy, ale także, a może przede wszystkim – technologiczny.

Także specjaliści z Deloitte nie mają wątpliwości, że banki powinny rozpocząć swoją transformację technologiczną już teraz, jak wynika z raportu “Opening banking through architecture re-engineering”. Droga do nowoczesnej bankowości, choć stanowi wyzwanie, daje możliwość jeszcze szybszego wzrostu oraz tworzenia nowych modeli biznesowych. Ważne jednak, na co wskazuje Deloitte, by w całym procesie zmian nie zapominać o aktualnym środowisku technicznym i ograniczeniach związanych z funkcjonowaniem branży bankowej, takich jak wymagana zgodność z legislacją czy mocno oprocedurowany ekosystem finansowy. W związku z tym trudno mówić o rewolucji w bankowości, a raczej o tworzeniu podwalin pod dalszy rozwój technologiczny.

Wykorzystywanie sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego przyniosą w bankowości dużą oszczędność czasu i kosztów, a także wpłyną na cyberbezpieczeństwo, zwłaszcza w kontekście zapobiegania defraudacjom lub nadużyciom finansowym. Dla banków będzie to także szansa na skuteczniejsze przewidywanie ryzyka operacyjnego, dzięki jeszcze dokładniejszej analizie ogromnej ilości różnorodnych danych spływających z wielu kanałów – podsumowuje Michał Mazur.

Autor: INCAT

Job crafting, czyli benefit szyty na miarę

0

Konieczność poprawy jakości doświadczeń zawodowych pracownika jest kwestią istotną – twierdzi 82% respondentów.[1] Wyzwaniem dla pracodawców jest organizacja pracy w taki sposób, by ścieżka kariery, ale także dodatkowe benefity, odpowiadały na oczekiwania i potrzeby pracowników. Odpowiedzią na nie jest job crafting – najnowszy trend realnie wpływający na jakość pracy, a w efekcie zwiększający poczucie sensu i zaangażowanie zespołu w wykonywane obowiązki. Czym jest i jak wygląda w praktyce modelowanie pracy?

Modelowanie pracy opiera się na inicjowaniu przez pracownika aktywnych działań w celu zmiany postrzegania wykonywanych obowiązków oraz kształtowania środowiska pracy i zasobów tak, by odpowiadały jego oczekiwaniom i potrzebom. Jest to proces oddolny, w którym pracownicy mają swobodę decydowania o tym, jak pracują. Ważne jest, że wiąże się to ze zmianą jakości pracy i zadowolenia z niej, a nie stanowiska.

Na wstępie należy rozgraniczyć zadowolenie z warunków zatrudnienia, czyli np. pensji, godzin pracy czy rodzaju umowy, od poprawy jakości pracy. Satysfakcjonujące „podstawy” są dobrym punktem wyjścia do wdrożenia job craftingu, dzięki któremu możemy wykonywać obowiązki zawodowe, wykorzystując swoje talenty, zainteresowania i preferencje.

Proces modelowania pracy obejmuje różnorodne działania. Eksperci wśród możliwych do wdrożenia rozwiązań wymieniają m.in.: podejmowanie się większej lub mniejszej liczby zadań, poszerzanie lub zmniejszanie ich zakresu, zmiana sposobu ich wykonywania, dostosowanie czasu i wysiłku poświęconego różnym zadaniom czy elastyczne dostosowywanie miejsca i godzin pracy.[2]

Nierzadko poziom satysfakcji z wykonywanej pracy podwładnych wzrasta po drobnym przearanżowaniu ról w zespole czy innym rozdzieleniu wykonywanych prac. – Zmiana podejścia do zadań lub rozwinięcie ich zgodnie z zainteresowaniami czy wartościami pracownika również może znacząco podnieść poziom ogólnego zadowolenia – tłumaczy Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. Często niewielka zmiana potrafi dać ogromny efekt. Ze strony pracodawcy może to być zapewnienie pracownikowi realnego wpływu na komfort pracy np. włączając go w proces wyboru i zakupu oprogramowania, by mógł wybrać takie, na którym najwygodniej i najefektywniej mu się pracuje  – dodaje dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Potencjał zespołu drzemie w pracownikach

Bardzo ważnym czynnikiem motywacyjnym jest dobre poznanie pracowników przez przełożonego oraz znajomość ich potrzeb i reagowanie na nie. Może to pomóc pracownikom zwiększyć satysfakcję z pracy, a także zmniejszyć ryzyko wypalenia zawodowego. Pracodawca świadomy mocnych stron poszczególnych członków swojego zespołu odpowiednio rozdziela pracę na poszczególnych stanowiskach oraz kieruje rozwojem pracowników z uwzględnieniem indywidualnych aspiracji. W Perfetti Van Melle pracownikom oferujemy jasno wytyczoną ścieżkę kariery, a plan rozwoju danego pracownika ustalamy w porozumieniu z nim, by jak najlepiej odpowiedzieć na aktualne potrzeby zarówno pracownika, jak też firmy oraz rozwijać potencjał danej osoby – zaznacza Tikhomiroff.

Poza poprawą poziomu satysfakcji z pracy job crafting może być również receptą na problemy społeczne, w tym wykluczenie na rynku pracy. Przykładowo właściwie wdrażane w przedsiębiorstwach rozwiązania w tym zakresie mogą zwiększyć komfort osób niepełnosprawnych, które już są aktywne na rynku pracy, a dzięki zaproponowanym przez nie zmianom stworzyć kolejne efektywne miejsca pracy, dostosowane do ich potrzeb.

[1]  Deloitte Trendy HR 2019. Zmiana w zarządzaniu – człowiek w centrum uwagi.

[2] Job Carving and Job Crafting A review of practices, Komisja Europejska, maj 2019

Żywność i usługi drożeją najbardziej. Wyraźniej taniej kupimy odzież, obuwie i samochody

Inflacja i skutki lockdownu oraz trwającej wciąż pandemii coraz bardziej dają się we znaki. Niemal czterech na pięciu Polaków odczuwa wzrost cen, a  ponad połowa ma większe problemy z codziennymi wydatkami niż przed koronawirusem. Ale nawet jeśli komuś wiedzie się lepiej niż wcześniej i tak z obawy o przyszłość, problemy gospodarki, wzrost bezrobocia zastanawia się jak ograniczać koszty. Oszczędzać chce prawie każdy – wynika z badania przeprowadzonego przez research&grow na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Nie jest to dobra wiadomość dla gospodarki.

Inflacja nie odpuszcza, według sygnalnych danych GUS, w lipcu wyniosła 3,1 proc. Głównie za sprawą żywności oraz energii. W I półroczu ceny towarów i usług konsumpcyjnych podwyższyły się w porównaniu z I półroczem 2019 r. jeszcze bardziej, bo o 3,9 proc. – to średnia, bo np. owoce zdrożały o  22 proc., mięso wieprzowe  o 17,4 proc., wędliny o 12,9 proc., a cukier o 9 proc. Więcej kosztuje użytkowanie mieszkania przede wszystkim z powodu podwyżki o ponad połowę kosztów wywozu śmieci oraz wzrostu cen energii elektrycznej, o prawie jedną ósmą. Swój udział w inflacji mają też drożejące usługi (średnio o 6,6 proc.), najbardziej poszły w górę ceny usług finansowych, o ponad 13 proc., fryzjerskich i kosmetycznych o 9 proc., odpłatna wizyta u lekarza kosztuje ok. 8 proc. więcej niż w I półroczu 2019 r., a u stomatologa blisko 9 proc. więcej.

Staniały natomiast odzież (o 3,4 proc.) i obuwie (o 1,6 proc.), nieznacznie także urządzenia gospodarstwa domowego (1,3 proc.), meble i wyposażenie wnętrz (1,1 proc.). Wyraźniej mniej kosztują paliwa, transport i samochody.

Jest pandemia i wzrost cen

Czy Polacy zauważyli zmianę cen? Niemal 9 na 10 (88 proc.) zauważyło. Zdecydowana większość badanych, bo 8 na 10 mówi, że wydaje więcej,  co dziesiąty, że mniej – wynika z badania przeprowadzonego przez research&grow dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Jest pandemia i wzrost cen
Źródło: Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

Podwyżki cen najłatwiej dostrzec w trakcie zakupów żywności i właśnie 62 proc. Polaków wskazało, że najbardziej drenujące dla kieszeni są wizyty w sklepie spożywczym. Choć z wyjątkiem masła trudno znaleźć w tabelach GUS przykłady obniżek produktów żywnościowych, to niemała grupa, bo 12 proc. Polaków odnosi wrażenie, że płaci za żywność mniej niż wcześniej.  Co piąty (19 proc.) badany zauważył, że podrożały usługi beauty i dentystyczne. W wielu przypadkach jest to m.in. wynikiem reżimu sanitarnego, do którego oferujący tego typu usługi musieli się dostosować. Według GUS ceny tych usług średnio poszły w górę o 9 proc., ale najwyraźniej nie wszędzie, bo 7 proc. ankietowanych informuje, że po ponownym otwarciu gabinetów piękności i stomatologicznych udało im się wydać tam mniej niż przed pandemią. Respondenci docenili natomiast spadek cen sprzętu AGD/RTV oraz odzieży, odnotowany przez GUS. Dostrzegła go jedna trzecia badanych. Szczególnie ubrania i obuwie zachęcają cenami, bo do promocji wymuszonych przez lockdown dochodzą obniżki na letnich wyprzedażach.

największy wzrost cen
Źródło: Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

Lepiej oszczędzać na wszelki wypadek

Bilans wynikający ze zmian cen oraz pogorszenia sytuacji finansowej przez blokadę gospodarki sprawiły, że ostatecznie ponad połowa badanych mówi, że dziś radzi sobie gorzej z codziennymi wydatkami. Trudniej przychodzi zapełnienie koszyka podstawowymi produktami, spłata rat kredytów i regulowanie bieżących rachunków.  – Fakt, że sytuacja wielu osób stała się bardziej skomplikowana widzimy po danych na temat nieopłaconych w terminie rachunków i rat kredytów w Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.  Zaległości konsumentów w kwietniu i maju wzrosły o ponad 1,2 mld zł, dwukrotnie bardziej niż w całym drugim kwartale zeszłego roku. Przybyło też 30,5 tys. nowych niesolidnych dłużników. Łączna suma zaległości konsumentów zbliżyła się do 81 mld zł – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. 

Prawie połowa mówi też, że pogorszyło się z oszczędnościami, bo albo trzeba je naruszyć, albo trudniej teraz cokolwiek odłożyć. Są też jednak osoby, którym obecnie wiedzie się lepiej niż jeszcze na początku roku, co szóstego badanego mniej martwią codzienne wydatkami, a i możliwości na odłożenie pieniędzy też się poprawiły (odpowiednio 17 i 18 proc.). Ostatecznie jednak niemal wszyscy stwierdzają, że  starają się ciąć koszty i żyć oszczędniej niż przed pandemią. Na pytanie: „Czy oszczędzasz?”, tylko co 11. (9 proc.) odpowiedział, że nie. Reszta tnie wydatki i to mocno. Aż dwie trzecie mówi, że stara się kupować wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy, niemal połowa nie planuje urlopu, w sytuacji gdy zwykle nie korzystało z letniego wypoczynku ok. 22 proc. Nowa rzeczywistość skłoniła jedną trzecią badanych do poszukiwania tańszych dostawców usług. Podobnie też co trzeci respondent stara się kupować tylko na promocjach. Niemal trzech na 10. wdraża plan ograniczenia wysokości płaconych rachunków, co piąty badany chętniej kupuje rzeczy używane, 15 proc. częściej wspiera codzienne wydatki pieniędzmi z programu 500 plus, a 9 proc. częściej kupuje na raty.

pogorszyło się z oszczędnościami
Źródło: Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

– Badania zrealizowane na zlecenie Rejestru Długów BIG InfoMonitor pokazują, że również  finansowo życie codzienne stało się trudniejsze. Ogólna atmosfera i obawy powodują, że wzrosła skłonność do poszukiwania oszczędności i cięcia wydatków. Oglądanie złotówki dwa razy, zanim się ją wyda, deklarują też osoby, których sytuacja się poprawiła. To najlepiej pokazuje, że pandemia uszczupliła nie tylko budżety, ale też finansowy optymizmNegatywne nastawienie powoduje, że wydajemy mniej, a to niestety dodatkowo nakręca dekoniunkturę gospodarczą wzmacniając lęk o przyszłość. Ostrożność jest jednak niezwykle ważna, bo przeszacowanie możliwości niestety może zakończyć się dla niepłacącej zobowiązań osoby w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor  – mówi Sławomir Grzelczak.  Na koniec maja w rejestrze znajdowało się ponad 2 mln 261 tys. osób, zgłoszonym m.in. przez telekomy, operatorów telewizji kablowej, sądy, spółdzielnie i zarządców nieruchomości, ubezpieczycieli czy leasingodawców. Kolejne 1 mln 260 tys. osób miało w BIK opóźnioną o co najmniej 30 dni spłatę rat kredytów na min. 200 zł.

Rośnie jedynie sprzedaż mebli i sprzętu RTV, AGD oraz sklepów wyspecjalizowanych

Narzucone sobie przez Polaków i lockdown ograniczenie w zakupach dobrze odzwierciedlają dane GUS na temat dynamiki sprzedaży detalicznej. Według statystyk, które nie uwzględniają zmian cen, Polacy więcej niż przed rokiem kupili jedynie mebli oraz sprzętu RTV i AGD. Najbardziej stopniała sprzedaż pojazdów, odzieży i obuwia oraz paliwa. Choć dla wielu może to być zaskoczeniem sprzedało się też mniej żywności oraz prezentowanych łącznie leków i kosmetyków. Na liczby mocno rzutuje trwający, w zależności od branży, ponad półtora miesiąca lub dłużej lockdown, ale również w samym czerwcu gdy już otworzyło się wszystko obok mebli, AGD i RTV, lepiej niż przed rokiem radziła sobie tylko sprzedaż w wyspecjalizowanych sklepach m.in. prasa i książki.

–  Nasi ankietowani zdecydowanie odczuli pogorszenie sytuacji. Na każdym kroku dostrzegamy wzrost cen – zarówno towarów, jak i usług. Wiele osób straciło w czasie kryzysu źródło dochodu, lub też zaczęło mniej zarabiać i musi korzystać ze zgromadzonych oszczędności. Nie ma wątpliwości, że w najbliższych miesiącach Polacy będą bardziej kontrolować swój domowy budżet i przeznaczać pieniądze na najpotrzebniejsze rzeczy. Pytanie, jak z tą przezornością poradzi sobie gospodarka poturbowana już wcześniej spadkiem popytu ze względu na lockdown? – podsumowuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Badanie zrealizowane dla BIG InfoMonitor przez research&grow techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej Polaków N=1000, w dniach 10-13 lipca 2020 r.

Dobre nastroje w przemyśle pomimo „powrotu” wirusa. Farmacja i chemia kontynuują szturm

W lipcu wartość Giełdowego Indeksu Produkcji wzrosła o 11,14% do 767,58 pkt. głównie za sprawą Mercator Medical i Biomed-Lublin, które kontynuują niesamowity wzrost wartości rynkowej, osiągając tylko w lipcu trzycyfrowe stopy zwrotu i napływu kapitału inwestorów rzędu miliarda złotych.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc lipiec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Dla akcji polskich producentów z indeksu GIP60 lipiec rozpoczął się bardzo dobrze i w ciągu kilku pierwszych dni wartość indeksu wzrosła o ponad 30 pkt. Kolejne sesje przyniosły ostudzenie nastrojów na parkiecie w wyniku czego kurs GIP60 zatrzymał się w okolicach 720 pkt. Taka sytuacja trwała aż do 20 lipca, kiedy porozumienie w sprawie unijnego funduszu odbudowy po kryzysie stało się faktem, a Główny Urząd Statystyczny opublikował dane o produkcji przemysłowej za czerwiec. Porozumienie unijne zakłada rekordowy fundusz stymulujący, natomiast według szacunków GUS wzrost produkcji polskiego przemysłu wyniósł w czerwcu 0,5% r/r (średnia oczekiwań to -6,9% r/r). Nic więc dziwnego, że obie informacje dostarczyły paliwa do solidnych wzrostów na warszawskiej GPW. Tylko w ciągu dwóch sesji po wspomnianych informacjach Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o kolejne 60 pkt. osiągając poziom o kilkanaście procent wyższy niż na początku miesiąca.

Na uwagę zasługują jeszcze dwie ostatnie sesje lipca: przedostatnia, którą przez dużą skalę spadków można uznać czarnym czwartkiem lipca, oraz ostatnia kiedy ceny akcji równie mocno odbiły w górę. Ostatecznie GIP60 osiągnął wartość 767,58 i obronił dwucyfrowy miesięczny wzrost wartości (11,14%). Znacznie powyżej 1,8% zwrotu wypracowanego przez indeks szerokiego rynku WIG, a nawet sporo więcej od indeksu SWIG80, który również powtarza serię wzrostowych miesięcy, rosnąc tym razem o kolejne 7,6%.

Farmacja i chemia kontynuują szturm

To już kolejny miesiąc w tym roku, w którym głównymi motorami wzrostu GIP60 były spółki farmaceutyczne, rosnące średnio o 37,30%, oraz producenci z branży chemicznej, których średnia miesięcznego wzrostu wyniosła 28,28%. Tym razem jednak dołączyli do nich producenci z branży drzewnej, których wartość rynkowa wzrosła w lipcu średnio o 12,20%. Na przeciwległym biegunie spółki spożywcze (średnio -12,09% m/m) i motoryzacyjne (-3,46%). Nieznacznie inne wyniki dała analiza w przekroju branżowym dla całej WGPW. Bo o ile indeks WIG-LEKI wzrósł w lipcu aż o 42%, co było najlepszym wynikiem ze wszystkich indeksów sektorowych, to już WIG-CHEMIA spadł w lipcu o 4,5% m/m. Z sektorów omijanych w lipcu przez większy kapitał inwestycyjny WIG-SPOŻYW spadł o 3,3% m/m, a WIG-MOTO spadł o 2,2%.

Mercator i Biomed ciągle na szczycie

Wzrost ceny akcji z 80,20 do 330 zł (+311,47%)  i zwycięstwo w lipcowej klasyfikacji GIP60 przypadły spółce Mercator Medical S.A.  wzrost rynkowej wartości spółki w tak trudnych warunkach był możliwy dzięki kolejnym dużym kontraktom sprzedażowym, a także ogłoszonym przez spółkę planom rozbudowy mocy produkcyjnych. Dodatkowo rozwój pandemii w różnych częściach świata ciągle pobudza popyt na produkty spółki i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miało się coś zmienić w tej sprawie. W efekcie kapitalizacja spółki, która jeszcze na początku br. była wyceniana przez rynek na ok. 200 mln zł, tylko w lipcu wzrosła o kolejne 2,6 mld zł, osiągając na koniec lipca wartość rynkową na poziomie 3,5 mld zł.

Drugie miejsce lipcowego rankingu GIP60  Biomed-Lublin Wytwórnia Surowic i Szczepionek S.A. Wzrost wartości rynkowej o 258,21% m/m wiąże się z oczekiwanymi wynikami prac nad medykamentami wspomagającymi skuteczną terapię u pacjentów zarażonych wirusem SARS-CoV-2 i jest napędzany głównie przez obawy inwestorów przed dalszą eskalacją pandemii. Również w przypadku tej spółki wzrost wartości rynkowej nie ma precedensu w historii spółki. Biomed-Lublin na początku roku był wyceniany na ok. 65 mln zł, a na koniec lipca już prawie 1,5 mld zł, z czego tylko w lipcu przyrosło spółce ponad 1 mld wartości rynkowej.

Miejsce trzecie klasyfikacji GIP60 w lipcu dla spółki Primetech S.A., za wzrost ceny akcji z 0,83 zł do 1,44 zł, co dało miesięczny wzrost wartości rynkowej o 73,49%. Kurs akcji katowickiego producenta sprzętu górniczego niemal podwoił swoją wartość po wezwaniu spółki Famur (właściciel większościowy) do zapisywania się na sprzedaż akcji Primetech.

Oprócz wspomnianych trzech spółek na uwagę zasługuje także LPP S.A., czyli gdański projektant, producent i dystrybutor odzieży. W wartościach bezwzględnych wzrost wartości rynkowej spółki wyniósł w lipcu 1,65 mld zł, co było drugim wynikiem w całym portfelu GIP60. Ze względu na tzw. efekt wysokiej bazy wzrost ceny akcji LPP w lipcu w wartościach względnych wyniósł „jedyne” 14,81%, co nie dało jej miejsca na podium klasyfikacji GIP60.

Dobre nastroje wróciły do przemysłu

Odczyty wskaźników koniunktury bazujących na ankietach wśród spółek produkcyjnych, ale też twarde dane instytucji statycznych pokazują, że odbicie w przemyśle wzmacnia swoją siłę. Jednak nie należy przesadzać z optymizmem gdyż potencjalne skutki masywnego tąpnięcia z pierwszej połowy br. mogą ujawniać się dopiero w kolejnych miesiącach, a nawet latach. Dobór środków, które uchroniły nas podczas zamrożenia gospodarki zwiększyły drastycznie dług publiczny, co było konieczne, ale nie zwiększa to siły gospodarki. Warto jeszcze pamiętać, że ciągle wisi nad nami widmo drugiej fali pandemii, która dla wielu gospodarek może okazać się gwoździem do trumny. Być może nie doświadczymy już tak drastycznych ograniczeń administracyjnych w sferze gospodarczej, ale z pewnością nawrót epidemii będzie kosztowny zarówno dla pojedynczych osób, jak i całych przedsiębiorstw oraz sektorów. Wyjątkiem są firmy, które na pandemii mogą zarobić. A te w ubiegłym miesiącu urosły do rozmiarów niespotykanych w swojej historii, więc wygląda na to, że inwestorzy szacują ryzyko rozwoju pandemii na bardzo prawdopodobne.”

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Indeks obejmuje 60 spółek produkcyjnych notowanych na Rynku Podstawowym GPW i pokazuje zmianę nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.

Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.

Brokerzy, spready i początkujący inwestorzy. Na co należy uważać?

Od dłuższego czasu, jeszcze przed pandemią, mówiło się o tym, że Polacy szukają alternatyw dla zbyt drogich inwestycji mieszkaniowych i miernie oprocentowanych lokat. Alternatywą stał się rynek terminowy, gdyż można grać na nim zarówno na wzrosty, jak i na spadki, a w trakcie pandemii miały miejsce incydenty, które bezprecedensowo podniosły zmienność, a tym samym możliwość zarobku. Pojawiły się m.in. problemy z płynnością na rynku złota czy krach na rynku ropy, co zmobilizowało niezdecydowanych do wejścia do świata inwestycji. Wielu z nich nie zdawało sobie sprawy z realiów handlu na rynkach finansowych. Na co należy uważać i co zrobić, by koszty transakcyjne były jak najniższe?

Wraz ze wzrostem zmienności rynkowej nastąpił wzrost liczby rachunków maklerskich. Trend ten na dobre rozpoczął się w marcu, był kontynuowany w kwietniu. Obecnie sytuacja się uspokoiła, ale tendencja jest jasna: Polacy coraz częściej myślą o inwestowaniu, o emeryturze i o dodatkowych zarobkach. Zaktywizowali się zarówno giełdowi inwestorzy instytucjonalni oraz indywidualni, otwierają dużo nowych rachunków.

Według Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych na koniec maja 2020 r. liczba otwartych rachunków maklerskich wyniosła 1 308 655. Oznacza to, że w maju przybyło 4770 rachunków. To najmniejszy przyrost od grudnia 2019 r. i jednocześnie zdecydowanie mniej niż w kwietniu (+18 tys.) oraz marcu (+29 tys.). Należy mieć jednak na uwadze, że nie wszystkie biura maklerskie są zobligowane do raportowania informacji o otwieranych rachunkach do tej instytucji, co oznacza, że boom na inwestycje w ostatnich miesiącach był jeszcze większy.

Jest to dobra informacja, bo – jak wynika z „Raportu dotyczącego sytuacji finansowej domów maklerskich w 2019 r.” Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego – liczba rachunków klientów w sektorze domów maklerskich spadła w 2019 r. o ponad 21% w stosunku do roku poprzedniego.

liczba rachunków inwestycyjnych
Źródło: Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych

KNF dostrzega też rosnące ryzyko dla oszczędzających na rynkach, które nie są objęte przez nią nadzorem, zwłaszcza że pieniądze wycofane z lokat trafiają na m.in. na niepewne weksle. Lista ostrzeżeń publicznych KNF więc rośnie, a rzecznik KNF ostrzega: „obecna sytuacja sprzyjać może pojawieniu się różnego rodzaju piramid finansowych”.

Wysoka płynność rynków

Dlatego warto korzystać z usług regulowanych podmiotów. Przedstawiciele jednego z najdłużej obecnych na polskim rynku domu maklerskiego – TMS Brokers – podkreślają, że ostatnie wydarzenia były bezprecedensowe, a do rynku i ryzyka zawsze należy mieć respekt. Jak dodają – obecnie szczególnym zainteresowaniem cieszą się kontrakty na różnice kursowe  – dają one bowiem możliwość zarabiania na wzrostach, jak i na spadkach notowań konkretnego instrumentu.

– Inwestowanie na rynku OTC (pozagiełdowym) jest zajęciem dynamicznym dzięki dźwigni finansowej, której zaletą jest mniejsze zaangażowanie kapitału. W większości przypadków są to inwestycje krótkoterminowe, opierające się o znaczną liczbę wykonanych transakcji. Wielu poczatkujących inwestorów skupia się wyłącznie na możliwości zarobku, zanim nauczą się świadomie podchodzić do zarządzania ryzykiem. Potem pojawia się frustracja kosztami transakcyjnymi i zwątpienie w rynek. Nie tędy droga – przekonuje Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

Zdaniem Zembika analizę kosztów lepiej zostawić na moment, gdy zarządzanie aktywami przyjdzie bez zbędnych emocji.

– Powinniśmy również mieć na uwadze to, ile kosztuje handel kontraktami. Wybierajmy zatem te instytucje, które oferują tani trading, a jednocześnie ich oferta jest transparentna. Dodatkowym atutem jest możliwość sprawdzenia, ile wynosiły koszty otwierania pozycji w przeszłości. Taką możliwość oferuje TMS Brokers – bez problemu można u nas sprawdzić spready historyczne, a handel na popularnych instrumentach należy do jednych z najtańszych na rynku. Przydatna może być też informacja jaka była średnia wielkość spreadu na konkretnym instrumencie (parze walutowej, indeksie giełdowym, surowcu) w przeciągu ostatniego miesiąca lub tygodnia – przekonuje Zembik.

Bilet wstępu

Należy rozróżnić dwie ceny (BID oraz ASK), które widzimy na platformie inwestycyjnej lub w aplikacji do tradingu. Ta pierwsza to cena, po której otwierane są transakcje sprzedaży (czyli krótkie pozycje, na których zarabiamy, gdy cena instrumentu spada). ASK to poziom notowań, po których zostanie otwarta pozycja „długa”. Kupując parę walutową lub indeks można zyskać, gdy kurs wzrośnie. Różnica pomiędzy tymi dwoma cenami to właśnie spread. Każde wejście na rynek wiąże się z jego opłatą – jest to więc właściwie bilet wstępu.

– Im transakcji jest więcej, naturalnie koszty handlu rosną. Dlatego optymalny trading charakteryzuje się niskimi kosztami. Nie ma co się frustrować cenami, bo każdy broker z czegoś żyje. Nawet taki, który reklamuje się jako bezprowizyjny – zaznacza Zembik.

Spready mogą się różnić w zależności od sytuacji na rynku. Kiedy panuje spokój, ich wartość jest zazwyczaj mniejsza. W przypadku, gdy dochodzi do wzmożonej aktywności inwestorów oraz algorytmów tradingowych (dzieje się tak z reguły podczas publikacji danych makroekonomicznych lub kiedy ma miejsce paniczna wyprzedaży aktywów), a zmienność jest ponad przeciętnie lub nawet ekstremalnie wysoka, wartość spread-u zwiększa się. Możliwość sprawdzenia  historycznych wartości daje więc szansę zobaczenia jak zachowuje się różnica między BID i ASK w momencie publikacji danych lub kiedy płynność jest mniejsza, np. podczas nocnych godzin sesyjnych.

Wykres spreadów historycznych na EURUSD
Wykres spreadów historycznych na EURUSD w TMS Brokers.

Spready to więc koszty transakcyjne, których zasady są jasne od początku, zwłaszcza u brokerów, którzy przedstawiają historyczne dane na ten temat, jak np. TMS Brokers. Należy uważać na koszty mniej oczywiste w inwestycjach, np. na inflację, która zjada zysk oszczędności trzymanych w bankach na rachunkach osobistych i na niskooprocentowanych lokatach. Rosnąca inflacja powoduje, że alternatywne inwestycje to gorący temat, zwłaszcza, że według prognoz Komisji Europejskiej w Polsce sięgnie ona poziomu 4,5 proc.

Pojawiające się informacje o rosnącym udziale inwestorów detalicznych w obrotach w I półroczu świadczą o tym, że był to okres największej aktywności inwestorów indywidualnych – zarówno na warszawskiej giełdzie, jak i na rynkach pozagiełdowych – od lat.

Taki wzrost zainteresowania, przy statystykach stratnych rachunków wszystkich brokerów świadczą o tym, że w Polsce brakuje – przede wszystkim – edukacji finansowej. Przy tak szerokim wachlarzu ofert trzeba ponadto świadomie i krytycznie przyglądać się szczegółom, takim jak transparentność działań brokerów, czy listom ostrzeżeń KNF, a nie samym kosztom transakcyjnym.

Ulga abolicyjna a uzyskanie dochodu nieopodatkowanego w państwie, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania

Zgodnie z interpretacją ogólną Ministra Finansów z dnia 31 października 2019 r. podatnik, który osiągnął nieopodatkowane dochody w państwie, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, nie ma prawa do skorzystania z ulgi abolicyjnej.

Polska rezydencja podatkowa

Jeśli osoba fizyczna ma miejsce zamieszkania na terytorium RP, oznacza to, że jest polskim rezydentem podatkowym i od całości swoich dochodów płaci podatek w Polsce. Co do zasady nie ma przy tym znaczenia, czy dochód został osiągnięty na terytorium Polski, czy poza jej granicami.

Za osobę mającą miejsce zamieszkania na terytorium Polski uważa się osobę, która posiada na terytorium RP centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) lub przebywa na terytorium RP dłużej niż 183 dni w roku podatkowym.

Ulga abolicyjna

Ulga abolicyjna, o której mowa w art. 27g ustawy o PIT, polega na możliwości odliczenia od podatku kwoty równej podatkowi stanowiącemu dopłatę w Polsce od zagranicznych dochodów. Wysokość podatku po zastosowaniu tej ulgi ma być więc taka, jakby dochody zagraniczne były opodatkowane w Polsce przy zastosowaniu metody wyłączenia z progresją.

Metoda wyłączenia z progresją polega na tym, że dochody zagraniczne są w Polsce zwolnione z opodatkowania. Niemniej doliczane są do dochodów osiągniętych w Polsce i mają wpływ na skalę podatkową, choć podatek płaci się wówczas wyłącznie od dochodów z Polski.

Kto może skorzystać z ulgi? Interpretacja ogólna MF

Zgodnie z przepisem z ulgi abolicyjnej może skorzystać osoba podlegająca w Polsce nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, rozliczająca się zgodnie z art. 27 ust. 9 lub 9a ustawy o PIT, która uzyskała poza terytorium RP dochody ze źródeł, o których mowa w art. 12 ust. 1 (stosunek służbowy, praca), art. 13 (działalność wykonywana osobiście), art. 14 (pozarolnicza działalność gospodarcza) lub „z praw majątkowych w zakresie praw autorskich i praw pokrewnych w rozumieniu odrębnych przepisów, z wykonywanej poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej działalności artystycznej, literackiej, naukowej, oświatowej i publicystycznej, z wyjątkiem dochodów (przychodów) uzyskanych z tytułu korzystania z tych praw lub rozporządzania nimi”.

Zgodnie z art. 27 ust. 9 ustawy o PIT „jeżeli podatnik, o którym mowa w art. 3 ust. 1, osiąga również dochody z tytułu działalności wykonywanej poza terytorium Polski lub ze źródeł przychodów znajdujących się poza terytorium Polski, a (…) z państwem, w którym dochody są osiągane, Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, dochody te łączy się z dochodami ze źródeł przychodów położonych na terytorium Polski. W tym przypadku od podatku obliczonego od łącznej sumy dochodów odlicza się kwotę równą podatkowi dochodowemu zapłaconemu w obcym państwie. Odliczenie to nie może jednak przekroczyć tej części podatku obliczonego przed dokonaniem odliczenia, która proporcjonalnie przypada na dochód uzyskany w państwie obcym. Jednocześnie, w myśl art. 27 ust. 9a tej ustawy, w przypadku polskiego rezydenta, uzyskującego wyłącznie dochody z tytułu działalności wykonywanej poza terytorium Polski lub ze źródeł przychodów znajdujących się poza terytorium Polski, które nie są zwolnione od podatku na podstawie umów o unikaniu podwójnego opodatkowania lub z państwem, w którym dochody są osiągane, Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, zasady określone w ust. 9 stosuje się odpowiednio”.

Interpretacja ogólna MF

Zgodnie z interpretacją ogólną Ministra Finansów z dnia 31 października 2019 r. podatnik, który osiągnął nieopodatkowane dochody w państwie, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, nie ma prawa do skorzystania z ulgi abolicyjnej.

MF wskazał, że jedyną metodą unikania podwójnego opodatkowania w sytuacji bezumownej jest metoda proporcjonalnego zaliczenia podatku zapłaconego za granicą. To z kolei doprowadziło do wniosku, iż „wykładnia językowa art. 27 ust. 9 ustawy jednoznacznie wskazuje na możliwość zastosowania normy w niej zawartej, o ile podatek został „zapłacony” w drugim państwie”. Zgodnie bowiem ze zdaniem drugim art. 27 ust. 9 ustawy: „W tym przypadku od podatku obliczonego od łącznej sumy dochodów odlicza się kwotę równą podatkowi dochodowemu zapłaconemu w obcym państwie”. W związku z powyższym, w sytuacji bezumownej metoda proporcjonalnego zaliczenia znajdzie zastosowanie wyłącznie pod warunkiem, że nastąpiła zapłata podatku dochodowego w drugim państwie. Tylko w takim przypadku rozliczenie dochodów następuje bowiem na zasadach art. 27 ust. 9 i 9a ustawy. W konsekwencji, w sytuacji bezumownej tylko w przypadku zapłaty podatku za granicą podatnik będzie miał prawo do skorzystania z ulgi, o której mowa w art. 27g ustawy”.

Tym samym należy stwierdzić, że podatnik, który osiągnął dochód w kraju, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania i dochody te nie były opodatkowane, nie skorzysta z ulgi abolicyjnej. Rozliczenia dotyczące dochodów zagranicznych nie należą do najłatwiejszych. Każdy przypadek jest inny, konieczna jest zatem weryfikacja ewentualnych przepisów międzynarodowych. Dlatego też, zanim podatnik dokona rozliczenia, powinien skorzystać z porady specjalisty.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi w lipcu 2020 roku

W lipcu br. banki i SKOK-i przesłały zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,5 procent w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – wynika z najnowszych danych BIK. Aktualny odczyt indeksu jest już kolejnym sygnałem odbudowy popytu na rynku kredytów mieszkaniowych. W porównaniu do czerwca 2020 r. liczba wnioskujących wzrosła o 7,3%, zaś w stosunku do kwietnia 2020 r. aż o 39,3%.

W minionym miesiącu kontynuowany był proces odmrażania gospodarki, zapoczątkowany w już w maju. Według danych BIK w lipcu 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,75 tys. klientów – w porównaniu do 41,39 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -6,4%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 286,2 tys. zł i była o 3% wyższa niż w lipcu 2019 r. W zestawieniu do lutego 2020 r. (ostatni miesiąc przedpandemiczny) średnia kwota kredytu spadła o -2%.

Lipcowe dane BIK odnośnie popytu na kredyty mieszkaniowe wyraźnie pokazują utrzymującą się w kolejnym już miesiącu niższą ilość składanych wniosków w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym, za co bezpośrednio odpowiada pandemia koronawirusa. Pocieszająca jest jednak dynamika odbudowy indeksu z -24,6% w maju 2020 r., poprzez -6,7% w czerwcu aż do obecnych -3,5% w lipcu. O ile uzyskanie poziomu porównywalnego z poprzednim rokiem wydaje się więc być w zasięgu, o tyle bardzo daleko jeszcze do poziomu sprzed pandemii, czyli rekordowych +27,7% w lutym 2020 r. – wskazuje Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance

Warto zwrócić uwagę na to, że wzrasta kwota wnioskowanych kredytów, w lipcu 2020 była o 3% większa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Należy jednak pamiętać, że to jesień będzie decydująca dla oceny kondycji rynku kredytów mieszkaniowych. Z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, nie wiemy, czy pojawi się druga faza pandemii i związane z tym kolejne wyhamowanie w gospodarce. Po drugie, część klientów wciąż czeka na jesień, wstrzymując się z decyzją o zakupie mieszkania, wyraźnie licząc na spadek cen w nieruchomościach – zaznacza Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance

Z rynku można usłyszeć głosy, że banki przewidują łagodzenie polityki kredytowej i niewielki wzrost popytu we wszystkich kategoriach kredytów dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.

Czerwcowe i lipcowe wartości indeksu BIK odnośnie popytu na kredyty mieszkaniowe można uznać za umiarkowanie optymistyczne, ale to dopiero czwarty kwartał pokaże, na ile sektor wyszedł obronną ręką z okresu zapaści spowodowanej pandemią.

Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy. Jest jednym z bardziej cenionych ekspertów hipotecznych w Polsce. Obecnie jest Partnerem Zarządzającym w spółce Trinity House & Finance oraz niezależnym Ekspertem Finansowym stale współpracującym z największymi instytucjami finansowymi w Polsce. Ukończyła kierunek Finanse i Bankowość na warszawskiej SGH. Swoją karierę zawodową związała od początku z sektorem finansów, pracując na menedżerskich stanowiskach w banku ING.

W swojej 20 letniej karierze prowadziła wiele projektów z zakresu finansowania nieruchomości. Współtworzyła projekty dużych inwestycji komercyjnych, jak galerie handlowe, oparte o międzynarodowe konsorcja finansowe, oraz projekt fuzji bankowej. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie kredytów hipotecznych dla Klientów indywidualnych oraz finansów osobistych.

Euro w trakcie koronakryzysu – prognoza kursu euro 2020 / 2021

W związku z ogólną poprawą sentymentu rynkowego, różnicą w koronawirusowych statystykach pomiędzy USA i Europą i akceptacją pakietu stymulacyjnego Unii Europejskiej, euro rośnie w siłę. W parze z dolarem amerykańskim znalazło się ostatnio najwyżej od maja 2018 roku i sądzimy, że jeszcze się umocni.

Tak jak oczekiwaliśmy, od czasu naszej ostatniej rewizji prognoz dla tej waluty w maju, euro utrzymywało się w trendzie wzrostowym. Wcześniej, w części maja i kwietniu, para EUR/USD pozostawała w trendzie bocznym. Od połowy maja zyskała jednak około 10%, ostatnio przebijając poziom 1,19. Zmiany na parze EUR/USD miały też niebagatelny wpływ na zachowanie pary USD/PLN (Wykres 1).

Wykres 1: Kurs USD/EUR & USD/PLN (sierpień ‘19 – sierpień ‘20)

Euro w trakcie kryzysu radzi sobie coraz lepiej
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 07/08/2020

W przeciwieństwie do sytuacji w USA, wygląda na to, że władzom europejskich państw udało się ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa. Liczba nowych dziennych przypadków zakażeń w czterech krajach strefy euro o największej populacji (Niemczech, Francji, Włoszech i Hiszpanii) w najlepszym pod tym względem miesiącu – czerwcu – była niższa od szczytu o około 90% (Wykres 2). Większość środków bezpieczeństwa zaimplementowanych w krajach bloku walutowego stopniowo wycofano. Obecnie, mimo, że liczba nowych zakażeń jest wyższa niż w czerwcu, nie obserwujemy istotnego pogorszenia sytuacji poza kilkoma lokalnymi ogniskami. Na tym etapie nie dostrzegamy wyraźnych oznak drugiej fali infekcji. Warto jednak nadmienić, że w przeciwieństwie do sytuacji w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie zwiększono zakres testowania, liczba testów przeprowadzanych łącznie w czterech wspomnianych krajach pozostała dość stabilna, co może nieco zaburzać obraz rzeczywistej obecności wirusa.

Wykres 2: Nowe zakażenia koronawirusem/mln osób [łącznie Hiszpania, Włochy, Francja i Niemcy] (luty ‘20 – sierpień ‘20)

Nowe zakażenia koronawirusem
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 07/08/2020

Złagodzenie koronawirusowych obostrzeń sprzyjało poprawie danych o aktywności gospodarczej. Poprawa ta pozytywnie zaskoczyła ekonomistów. Rozbudziło to nadzieje, że ożywienie może bardziej przypominać kształtem literę „V”, niż zakładano. Kluczowe indeksy PMI opisujące sytuację w przemyśle i usługach pokazały istotne wzrosty w relacji do rekordowo niskich poziomów odnotowanych u szczytu obecnego kryzysu. Indeks dla usług, który w większej mierze reaguje na zmiany popytu konsumenckiego niż ten dla przemysłu, w kwietniu spadł do najniższego w historii odczytów poziomu 12,0 pkt (Wykres 3), w konsekwencji czego indeks kompozytowy spadł do głęboko recesyjnego poziomu 13,6 pkt. Ponowne otwarcie sektorów, które nie mogły normalnie działać w związku z lockdownem pozwoliło jednak na wzrost tego indeksu, który w lipcu znalazł się na poziomie 54,9 pkt. Dane PMI sugerują, że zarówno sektor usług, jak też przemysłowy doświadczyły ekspansji na początku III kwartału.

Wykres 3: Indeksy PMI dla strefy euro (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla strefy euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 07/08/2020

„Twarde” wskaźniki aktywności gospodarczej również wykazują oznaki ożywienia. Sprzedaż detaliczna w maju doświadczyła największego miesięcznego wzrostu w historii odczytów (+20,3%), podobnie jak produkcja przemysłowa (+12,4%). W czerwcu wzrost sprzedaży detalicznej w ujęciu miesięcznym nie był tak imponujący, ale po raz pierwszy od lutego odnotowano wzrost w ujęciu rok do roku. Naszym zdaniem za skalą poprawy w gospodarce stało wsparcie ze strony europejskich władz, które w trakcie pandemii (do tej pory) wspierały dochody gospodarstw domowych. W celu złagodzenia negatywnego wpływu koronawirusa na biznes i konsumentów, europejskie rządy od marca zaczęły wdrażać środki stymulacji na szeroką skalę. Naszym zdaniem w tym kontekście kluczowy był silny nacisk na wsparcie firm w utrzymaniu zatrudnienia w trakcie lockdownu. Sądzimy również, że istotnym pozytywem dla gospodarki strefy euro jest akceptacja w lipcu br. bezprecedensowego pakietu pomocowego UE. Program ten składa się z pożyczek i grantów (odpowiednio 360 i 390 mld euro), które pomogą krajom dotkniętym przez pandemię. Zacznie on funkcjonować od 1 stycznia 2021 roku.

Jak wspominaliśmy wielokrotnie w przeszłości, EBC niemal nie ma przestrzeni do obniżania stóp procentowych w celu walki z kryzysem. Rada Prezesów zamiast tego zobowiązała się do stymulowania gospodarki za pomocą skupu aktywów na ogromną skalę. W marcu bank zwiększył pułap dotychczasowego programu luzowania ilościowego o 120 mld euro, ogłaszając również wprowadzenie nowego programu – nadzwyczajnego programu zakupów w czasie pandemii (Pandemic Emergency Purchase Programme – PEPP). Program ten dodatkowo rozszerzono w czerwcu. W jego ramach EBC zobowiązał się do zakupu aktywów wartych 1,35 bln euro. Tak jak oczekiwaliśmy, horyzont trwania programu został wydłużony – program będzie działał co najmniej do końca czerwca 2021 roku (dotychczasową datą jego zakończenia miał być koniec 2020 roku). Podobnie jak w ramach dotychczasowego programu APP, tak i w ramach PEPP bank centralny będzie skupował dłużne papiery emitowane przez państwo, jak i przez prywatne firmy. Kluczowym pytaniem w kontekście programu jest obecnie to, czy w dalszej części roku wymagane będzie kolejne jego rozszerzenie. Naszym zdaniem bank zaczeka z dyskutowaniem zasadności podjęcia takiego działania do wrześniowego lub październikowego posiedzenia. Wtedy decydenci będą mieli do dyspozycji więcej danych z gospodarki, które pozwolą im lepiej ocenić sytuację.

Nasze optymistyczne spojrzenie na euro w trakcie kryzysu w ostatnich miesiącach okazało się słuszne. Sądzimy, że większość czynników przemawia za silniejszym kursem EUR/USD w kolejnych miesiącach. Różnica w liczbie infekcji między USA i Europą, w połączeniu z kompleksowym wsparciem gospodarki strefy euro przez decydentów – zarówno fiskalnych, jak i monetarnych – powinny, naszym zdaniem, pozwolić gospodarce strefy euro na szybszą regenerację niż gospodarce USA.

Biorąc pod uwagę kontrastujące wieści z obu stron Atlantyku, podnosimy naszą prognozę EUR/USD. Przekłada się to również na oczekiwanie przez nas silniejszego niż oczekiwaliśmy wcześniej spadku kursu USD/PLN i EUR/PLN. Uznajemy, że silniejszy wzrost głównej pary, jak i czynniki mające nań wpływ sprzyjają silniejszej aprecjacji złotego niż zakładaliśmy w czerwcu.

Prognoza kursu euro

  EUR/USD USD/PLN EUR/PLN
Q3-2020 1,18 3,68 4,34
E-2020 1,19 3,61 4,29
Q1-2021 1,20 3,58 4,29
Q2-2021 1,21 3,54 4,28
E-2021 1,24 3,43 4,25

 

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

5g zmieni sposób w jaki Polacy spędzają wakacje

Szukanie zasięgu, bezpłatne rozmowy do 3 sekund oraz SMS-owe „PozdrowieniaZJuraty” bez spacji jako sposób na niższe rachunki. Coraz mniej osób pamięta, ale tak wyglądały wakacje 20 lat temu, gdy działała sieć 2G, a z telefonu GSM korzystało 18% Polaków. Obecnie smartfon z dostępem do sieci posiada niemal każdy, a transmisja danych oraz ilość urządzeń połączonych z internetem rośnie lawinowo. Jak zatem może wyglądać urlop w przyszłości, gdy każdy będzie miał dostęp do sieci 5G, a liczba urządzeń z dostępem do internetu jakie zabieramy na wakacje będzie większa?

Koniec gubienia okularów na plaży

Ubrania wyposażone w czujniki połączone z siecią 5G mogą służyć do monitorowania pracy organizmu lub informować o potrzebie ich wyprania. Jednak wykorzystanie stałej łączności z siecią pomogłoby wielu osobom lepiej zadbać o swój dobytek i nie zgubić klapek czy kąpielówek w drodze do domu. Problem wydaje się marginalny? Niekoniecznie, wystarczy spacer popularnymi ścieżkami prowadzącymi na nadmorskie plaże lub plażą po gorącym weekendzie, aby zobaczyć, że jest inaczej.

„Miniaturyzacja czujników i spadające koszty ich produkcji otwierają nowe perspektywy wykorzystania internetu rzeczy w branży modowej. Żadna wcześniejsza generacja sieci mobilnej nie miała takiej przepustowości, żeby poradzić sobie z transmisją danych z tysięcy mikrourządzeń IoT. Dlatego wprowadzenie technologii 5G jest traktowane jako przełom w rozwoju nowych usług mobilnych” – podkreśla Michał Majcherczak, ekspert firmy Ericsson.

Gry wideo w przerwie od upałów

Gaming dla wielu osób jest najważniejszą formą rozrywki, której nie odmówią sobie nawet na urlopie. Wysoki ping w grach sieciowych, który jest zmorą graczy, po wprowadzeniu technologii 5G zniknie. Nie tylko skończy się narzekanie na lagi, ale otworzą się nowe możliwości wykorzystania mocy obliczeniowej. Żeby na wakacjach zagrać w najnowszy RPG czy zaawansowany symulator nie będziemy musieli zabierać komputera najnowszej generacji, bo moc obliczeniowa będzie udostępniana w sieci 5G.

„Dzięki technologii piątej generacji i minimalnym opóźnieniom w transmisji, będziemy w stanie korzystać z olbrzymich mocy obliczeniowych w chmurze, w taki sam sposób jakby ta gigantyczna moc znajdowała się na naszej lokalnej maszynie. Zamiast zabierać drogi komputer na pole kampingowe, wystarczy wziąć starszy sprzęt z modemem 5G, połączyć się z siecią 5G, „wypożyczyć” moc obliczeniową i grać w chmurze bez opóźnień” – podkreśla Michał Majcherczak, autor bloga o technologii 5G.

Uwaga na sinice!

5G umożliwi podłączenie do sieci i dobrą łączność miliardów nowych urządzeń przenośnych, które określane są mianem internetu rzeczy (IoT). Analitycy szacują, że w kolejnych latach nakłady na rozwój IoT w Europie będą sukcesywnie rosnąć. Zakres zastosowania tych urządzeń znacznie wykracza poza rozrywkę i obejmuje m.in. przemysł i naukę.

Komunikacja w czasie rzeczywistym z tysiącami urządzeń IoT umieszczonych w pasie najbliżej linii brzegowej pozwoliłaby monitorować na przykład wahania jakości wody. Mobilne stacje kontrolne za pośrednictwem sieci 5G mogłyby ostrzegać przed obecnością sinic lub fosforu i iperytu, które mogły się  wydostać z bojowych środków chemicznych jakie leżą na dnie Bałtyku od czasów II wojny światowej.

Maraton filmowy za parawanem

Wideo to najcięższy rodzaj danych jakie odbieramy przez sieci mobilne. Według najnowszego raportu mobilności firmy Ericsson, około 63% światowego ruchu w sieci to ruch wideo, a za 5 lat będzie to aż 76%. Transmisja wideo jeszcze bardziej wzrosła w czasach pandemii Covid-19, co spowodowało konieczność czasowego ograniczenia jakości strumienia przez platformy streamingowe takie jak Netflix. Oglądanie serialu w jakości HD na plaży jednocześnie przez kilka tysięcy osób połączonych z jednym masztem telefonii komórkowej nie jest obecnie możliwe przez ograniczenia w zakresie przepustowości łącza.

„Dlaczego wprowadzenie technologii 5G to zmieni? Odpowiedź jest prosta – sieć piątej generacji umożliwia łączenie z internetem nawet 100 urządzeń mobilnych na każdy metr kwadratowy. To oznacza szeroki dostęp do platform streamingowych podczas plażowania, nawet jeżeli każdy parawan miałby zamienić się w salę kinową pod chmurką, a transmisja odbywałaby się w jakości HD” – dodaje ekspert Ericsson.

Bezpieczna podróż na wakacje

Według raportu mobilności firmy Ericsson, do końca 2020 roku liczba użytkowników sieci 5G na świecie osiągnie 190 milionów. Dalszy rozwój sieci piątej generacji oraz wykorzystanie analizy danych i sztucznej inteligencji również zmieni motoryzację, a w konsekwencji nasze samochody staną się jeszcze bardziej bezpieczne.

Łączność w czasie rzeczywistym i przepustowość sieci w technologii 5G umożliwią komunikację pomiędzy samochodami, ale również z infrastrukturą drogową. Czujniki w samochodach, drodze i w znakach pozwolą uniknąć wielu niebezpiecznych sytuacji, a jeżeli rozwój pojazdów autonomicznych zakończy się sukcesem pozwolą całkowicie oddać prowadzenie pojazdu w ręce nowoczesnych technologii.

Polska u progu technologii 5G

Ericsson posiada obecnie 99 komercyjnych umów i kontraktów 5G z operatorami, z czego 57 to publicznie ogłoszone umowy. 55 sieci na pięciu kontynentach już funkcjonuje. Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G.

Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP(standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe  dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G.

Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W lutym 2020 r. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.

Tylko w pół roku Polacy utracili ponad 140 tys. dowodów osobistych

O blisko 51 tys. spadła liczba zgłoszeń utraty dowodów osobistych. Jak informuje Ministerstwo Cyfryzacji, od stycznia do czerwca 2020 roku odnotowano ponad 141 tys. takich przypadków. Z kolei w analogicznym okresie ub.r. było ich przeszło 193 tys. Natomiast policja nie ma danych dot. stricte kradzieży tych dokumentów. Ale przedstawia statystyki związane z przestępstwem posługiwania się cudzym dokumentem. Od stycznia do kwietnia br. takich sytuacji było prawie 1600, a w całym 2019 roku – blisko 7400.

Z danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że w pierwszym półroczu 2020 roku było 142 540 zgłoszeń utraty dowodów osobistych. W analogicznym okresie ubiegłego roku takich przypadków odnotowano 193 240. Jednak w tych statystykach nie są uwzględnione przyczyny utraty dokumentu. Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, ekspert z serwisu ChronPESEL.pl, Polacy w ostatnich miesiącach rzadziej się przemieszczali z powodu epidemii. Okazji do kradzieży lub zgubienia dowodów osobistych było przez to dużo mniej.

– Spadek jest spowodowany przede wszystkim pandemią i lockdownem. Jednakże należy podkreślić, że rośnie również świadomość społeczeństwa. Zaczynamy lepiej chronić nasze dane osobowe. One są cenne, a ich utrata może wiązać się z kradzieżą tożsamości – komentuje adwokat Marcin Zadrożny rzecznik prasowy Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak informuje Wioletta Szubska z Wydziału Prasowego Komendy Głównej Policji, danych dot. stricte kradzieży dowodów osobistych nie ma. Natomiast art. 275 kk wskazuje na osoby posługujące się cudzym dokumentem. Z paragrafu 1 wynika, że kradzież lub przywłaszczenie podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Natomiast w paragrafie drugim jest wymieniona taka sama kara. Ona przewidziana jest dla tego, kto bezprawnie przewozi, przenosi lub przesyła za granicę dokument stwierdzający tożsamość innej osoby albo jej prawa majątkowe.

– Dochodzi do przestępstw stypizowanych w art. 275 kk, ponieważ ktoś chce ukryć swoją tożsamość. Bardzo często usiłuje w ten sposób popełnić wykroczenie lub przestępstwo. Należy również pamiętać o art. 190a par. 2 kk. W tym przypadku mowa jest o karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Grozi ona temu, kto podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje np. jej wizerunek czy dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej – podkreśla mec. Zadrożny.

Jak wynika z danych KGP, od stycznia do kwietnia br. stwierdzono 1584 przestępstwa z art. 275 kk, z czego z paragrafu 1 – 1581, a z paragrafu 2 – 3 takie przypadki. Natomiast w całym ubiegłym roku było ich 7339 (odpowiednio 7327 i 12), a w 2018 roku – 7889 (7881 i 8). Wioletta Szubska zaznacza, że złodzieje kradną naszą tożsamość zwykle w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Zakładają na cudze nazwiska konta bankowe, biorą kredyty czy oszukują podczas aukcji internetowych.

– Gdy podejrzewamy, że osoba trzecia mogła wejść w sposób nieuprawniany w posiadanie naszego dowodu osobistego, powinniśmy go od razu zastrzec w Systemie Dokumentów Zastrzeżonych. Możemy to zrobić m.in. w każdym banku, a następnie zgłosić fakt utraty dokumentu w urzędzie gminy albo przez Internet z wykorzystaniem profilu zaufanego. Jeżeli dowód został skradziony lub podejrzewamy kradzież tożsamości powinniśmy niezwłocznie udać się do komisariatu – informuje ekspert Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak podkreśla Wioletta Szubska, najczęściej kradzione są dowody osobiste, które zawierają dane wrażliwe, tzn. imię i nazwisko, adres zameldowania oraz numer PESEL. Według mec. Zadrożnego, brak adresu zameldowania w dokumencie nie jest dużym utrudnieniem dla przestępców, którzy chcą wykorzystać tożsamość innej osoby. Zawierając jakąś umowę, zazwyczaj podajemy adres zamieszkania. Ekspert zaznacza, że wykorzystując cudzą tożsamość, próbowano w 2019 roku wyłudzić 5,1 tys. kredytów na łączną kwotę ponad 280 mln zł. Statystycznie w I kwartale br. do bazy dokumentów zastrzeżonych trafiało 543 zgłoszeń dziennie. Dane są zatrważające.

– Dowód osobisty jest tylko nośnikiem naszych danych osobowych. Przestępcy nie muszą dzisiaj kraść portfeli czy skanować dokumentów, żeby wejść w posiadanie informacji. Oczywiście należy ich pilnować i nie dopuszczać do sytuacji, w których gdzieś je zostawiamy, np. w wypożyczalni sprzętu. Ale musimy mieć też świadomość, że to nie wystarczy, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo – mówi Bartłomiej Drozd.

Jeżeli to możliwe, nie powinniśmy dawać naszego dokumentu tożsamości do ręki osoby trzeciej. Mec. Zadrożny radzi, żeby trzymać samemu dokument, a w razie konieczności ktoś przepisze potrzebne dane. A jeżeli już przekazujemy go komuś, to nie należy spuszczać z niego wzroku. Natomiast Wioletta Szubska dodaje, że to od nas samych zależy, czy zminimalizujemy szansę na wszelkiego rodzaju oszustwa, czy też zwyczajnie je ułatwimy.

– Liczba utraconych dowodów osobistych spada, ale wciąż jednak dochodzi do takich sytuacji. Na pewno wpływ na to ma brak ostrożności Polaków. Jednak pamiętajmy też o dowodach kolekcjonerskich. Złodzieje często posługują się nie tyle skradzionym, co sfałszowanym dokumentem – podsumowuje ekspert z serwisu ChronPESEL.pl.

Plusy i minusy wakacji kredytowych

Wakacje rozkręciły się na dobre. Słońce, plaża, leżaki, kąpiele morskie, wędrówki, spotkania ze znajomymi – wakacyjne wyprawy postrzegamy zazwyczaj w samych superlatywach. A jak jest z wakacjami kredytowymi, które pozwalają nam na odroczenie spłaty kredytów – zwłaszcza w ciężkich  czasach? Też początkowo kojarzą się z samymi superlatywami, ale trzeba zgłębić temat, bo to oferta nie dla każdego.

Nie ma co ukrywać, część Polaków żyje na kredyt. Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, w ciągu ubiegłego roku, nasz dług zwiększył się o 5,5 proc. W porównaniu z danymi za rok 2018 wartość samych kredytów konsumpcyjnych wzrosła o ponad 5 mld zł. Prawie połowa ankietowanych Polaków przyznaje, że  zaciąga go, by sfinansować zakup sprzętu RTV i AGD, a także by kupić samochód. Popularność kredytów zaciąganych na kupno mieszkania w 2019 r. też nie słabła. Aktywnych mamy ok. 2,4 mln kredytów hipotecznych. Stan zadłużenia z tego powodu w 2019 r. wyniósł ponad 443 mld zł[1]. Z badań wynika ponadto, że nie zawsze radzimy sobie ze spłatą zobowiązań. W pierwszym kwartale 2020 r. zaległości kredytowe i pozakredytowe Polaków wzrosły o ponad 2 mld zł, a liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o prawie 37 tys. osób. [2]

Pandemia uszczupliła portfele Polaków

Tymczasem z powodu epidemii koronawirusa budżet co trzeciego Polaka znacząco się skurczył – tak wynika z raportu zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Maison & Partners.[3] Te dane dotyczą głownie osób między 25-34 rokiem życia, a także 45-54- latków. Niestety, to nie koniec złych wiadomości. Jeden na dwudziestu Polaków został całkowicie pozbawionych źródła dochodu. To z kolei dotknęło głównie młodych (18-24 lata). Można więc przypuszczać, że kryzysu związanego z uregulowaniem zobowiązań szybko nie zażegnany. Eksperci przewidują, że zanim gospodarka ruszy Polacy mogą mieć problem nie tylko z opłaceniem raty pożyczki, ale również z bieżącym uregulowaniem rachunków. Czy w związku z tym będą chcieli zaciągać nowe zobowiązania? Możliwe, choć instytucje finansowe są ostrożne w udzielaniu pożyczek. – W okresie wakacyjnym obserwujemy wciąż duże zainteresowanie ofertą kredytu konsumpcyjnego, ale nasza otwartość na finansowanie nie jest tak duża w niepewnej sytuacji rynkowej – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney.

Wakacje kredytowe na pomoc zadłużonym

Odroczenie wierzytelności kredytowych było jednym z pierwszych elementów walki z pandemią. Pomocy zadłużonym Polakom oczekiwano od banków. W marcu ZBP ogłosił kryzysowe działania sektora mające pomóc klientom. Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami ogłoszono tzw. „wakacje kredytowe”, czyli, mówiąc najprościej, odroczenia spłaty rat na okres kilku miesięcy (zależnie od banku). Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów chciał, by kredyty zamrozić nawet na rok, minister Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że ta propozycja nie znajdzie się w projekcie ustawy.[4] Od wniosków kredytobiorców banki miały nie pobierać ani dodatkowych opłat ani prowizji. Zawieszenie kredytu odbywało się na zasadach wskazanych przez konkretny bank i nie było spójne dla wszystkich instytucji. Niektóre banki proponowały zawieszenie kapitału i odsetek, a inne zawieszały tylko kapitał.

Zmieniły to dopiero zapisy w rządowej tarczy antykryzysowej 4.0., która weszła w życie 24 czerwca. Zgodnie z zapisem prawo do wakacji przysługuje tym osobom, które po 13 marca straciły pracę lub inne główne źródło dochodu. To jednak nie wszystkie warunki jakie musi spełnić zainteresowany, by skorzystać z ustawowych wakacji. Ważne, by zobowiązanie kredytowe zostało zaciągnięte przed 13 marca 2020 r. a koniec kredytowania przypadał po upływie sześciu miesięcy od 13 marca 2020 r. W ustawie określono, że „w przypadku, gdy stroną umowy jest więcej niż jeden kredytobiorca, dla spełnienia określonego warunku wystarczy utrata pracy lub innego głównego źródła dochodu przez jednego z nich”. W tarczy czytamy również, że „wykonanie umowy zostaje zawieszone z dniem doręczenia kredytodawcy wniosku, na okres wskazany przez kredytobiorcę we wniosku, nie dłuższy niż 3 miesiące”.

Rządowa ustawa określa, które umowy podlegają zawieszeniu:

  • Umowy o kredyt hipoteczny w rozumieniu ustawy z 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami;
  • Umowy o kredyt konsumencki w rozumieniu ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim;
  • Umowy o kredyt w rozumieniu art. 69 ustawy z 29 sierpnia 1997 r. Prawo bankowe, jeżeli kredytobiorcą jest konsument w rozumieniu art. 221 ustawy z 23 kwietnia 1964 r. – kodeks cywilny. W praktyce zakresem tej regulacji objęte zostaną produkty kredytowe waloryzowane do waluty obcej (np. CHF).

Jeśli kredytobiorca ma kilka zobowiązań w tym samym banku, to wniosek o zawieszenie może dotyczyć tylko jednego z nich. Jeśli jednak jesteśmy zadłużeni w kilku różnych instytucjach finansowych, to w każdej z nich możemy ubiegać się o ustawowe zamrożenie kredytu. Maksymalny termin zawieszenie umowy kredytowej wynosi trzy miesiące. Na ten czas możemy zrezygnować z rat kapitałowo-odsetkowych, ale wciąż płacić będziemy za ubezpieczanie. W zapisie chodzi o to, abyś nie stracił ciągłości ochrony ubezpieczeniowej.

Nie ma nic za darmo

Wakacje od kredytu nie są rozwiązaniem opłacalnym dla wszystkich. Jeśli ktoś skorzystał z oferty wypracowanej na początku pandemii przez banki, teraz najprawdopodobniej kończy okres zawieszenia spłaty kredytu (zależnie czy korzystał z ulgi na trzy czy sześć miesięcy). Jeśli zamroził kredyt będzie musiał zacząć spłacić odsetki albo np. zapłacić wyższe raty, jeśli okres kredytowania nie został zmieniony. Teoretycznie może skorzystać z zamrożenia kredytu na zasadach proponowanych przez rząd. Nie jest jednak powiedziane, że wakacje te są całkowicie darmowe, a ich skutków nie odczujemy w przyszłości. Nawet jeśli bank nie pobierze żadnych opłat i prowizji za przyjęcie i rozpatrzenie wniosków dotyczących zawieszenia spłaty rat kapitałowo-odsetkowych, kapitałowych czy tylko części odsetkowej. Koszty ponosimy już za samo zawieszenie spłaty. Ich wysokość jest zależna od tego, czy po ustawowych wakacjach okres kredytowania się wydłuży czy np. niezapłacone raty zostaną doliczone do kolejnych. Nie bez znaczenia jest również fakt, że z powodu koronawirusa stopy procentowe są na rekordowo niskim poziomie[5]. Jeśli nie jesteśmy przyparci do muru warto swój kredyt płacić zanim podskoczą i zwiększą naszą ratę. Podczas wakacji kredytowych najprawdopodobniej nie zaciągniemy żadnej nowej pożyczki, nie weźmiemy kredytu, ani nie kupimy smartfona na raty.

Jeśli zastanawiamy się, czy skorzystać z ustawowych wakacji kredytowych, dobrze jest być świadomym konsekwencji. Bank nie zapomni o naszych zobowiązaniach. Eksperci wskazują, że w niektórych przypadkach nasz kredyt może być „droższy” nawet o kilka tysięcy złotych. Może warto więc jeszcze raz przeanalizować domowy budżet, zrezygnować z kupna nowego samochodu czy telewizora, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na spłatę kredytu w terminie?

[1] https://www.zbp.pl/getmedia/9b70af88-8203-4f1d-822e-b5ed8a798783/Raport-AMRON-SARFiN-Nr-4-2019_Pl

[2] https://media.bik.pl/informacje-prasowe/514237/raport-infodlug-polacy-wchodza-w-kryzys-z-80-mld-zl-niesplaconych-dlugow

[3] https://media.bik.pl/publikacje/read/514238/infodlug-indeks-zaleglych-platnosci-polakow-maj-2020

[4] https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1462683,koronawirus-splata-kredytu-uokik-wakacje-kredytowe-tarcza.html

[5] https://www.money.pl/gospodarka/stopy-procentowe-czlonek-rpp-o-powrocie-do-poziomow-sprzed-pandemii-6524939453318785a.html

NCBR: 100 mln zł na rozwój rolnictwa 4.0

Rusza konkurs Szybka Ścieżka „Agrotech”. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, agencja wykonawcza ministra nauki i szkolnictwa wyższego, przeznaczy 100 mln zł z Funduszy Europejskich na wsparcie nowych technologii w sektorze rolnym. Celem inicjatywy jest podniesienie konkurencyjności polskich firm pracujących nad projektami z zakresu robotyzacji i automatyzacji, cyfryzacji czy produkcji rolno-spożywczej przyjaznej środowisku. Nabór wniosków w konkursie rozpocznie się 10 września i potrwa do 6 listopada 2020 r.

Polska jest jednym z czołowych dostawców żywności w Unii Europejskiej, o konkurencyjności naszego rolnictwa w najbliższych latach decydować będzie jego poziom technologiczny. Zwłaszcza, że upowszechnienie innowacji w sektorze rolno-spożywczym ma mieć pozytywny wpływ na ochronę klimatu i zdrowie nas wszystkich, czyli konsumentów.

Mamy doskonałe uczelnie rolnicze oraz silne ośrodki badawcze, działające w takich obszarach nauki jak weterynaria, żywność czy ochrona środowiska. To szczególnie istotne, aby wyniki ich prac znalazły praktyczne zastosowanie. Poprzez nową inicjatywę NCBR chcemy wzmocnić transfer wiedzy z nauki do branży rolno-spożywczej – mówi Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

O wsparcie w ramach konkursu Szybka Ścieżka „Agrotech” mogą ubiegać się przedsiębiorstwa, zarówno MŚP, jak i duże firmy oraz konsorcja składające się z przedsiębiorców lub przedsiębiorców i jednostek naukowych.

– Fundusze Europejskie wspierają innowacje we wszystkich sektorach gospodarki, w tym w sektorze rolno-spożywczym. Dzięki temu Polska może umacniać swoją wysoką pozycję w produkcji zdrowej i cenionej na świecie żywności oraz eksportować wysokie technologie służące do jej wytwarzania. Te technologie mogą się przyczynić do modernizacji rolnictwa w wielu krajach – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Podobnie jak w dotychczasowych inicjatywach NCBR warunkiem koniecznym do otrzymania grantu jest innowacyjność proponowanego rozwiązania min. na poziomie krajowym, a także konieczność jego wdrożenia na rynek. Dodatkowo projekt musi być realizowany w regionie słabiej rozwiniętym tj. poza województwem mazowieckim.

Określenie „made in Poland” w przypadku produktów spożywczych nabiera dziś nowego wymiaru. Wybieramy je, kierując się nie tylko odpowiedzialnością za losy całej gospodarki w trudnym okresie epidemii, ale też ze względu na ich doskonałą jakość – mówi minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. – Wyzwaniem, przed którym stoją dziś przedsiębiorcy z branży rolniczej jest cyfrowa rewolucja w stronę rolnictwa 4.0.

Słowa szefowej resortu rozwoju potwierdza też diagnoza dokonana przez NCBR na podstawie programów realizowanych przez Centrum w ramach obecnej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej:

W latach 2016-2019 NCBR wspierało rozwój nauk rolniczych i transfer wyników prac naukowców głównie w takich obszarach jak produkcja i przetwórstwo żywności, weterynaria i hodowla zwierząt czy produkcja pasz i nawozów. Znacznie mniej projektów dotyczyło digitalizacji rolnictwa, zaawansowanej automatyki i robotyki czy rozwiązań smart fields. Szybka Ścieżka Agrotech ma stymulować projekty B+R właśnie w takich, nowatorskich, obszarach – tłumaczy dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor NCBR.

Agenda badawcza nowego konkursu NCBR określa 6 głównych obszarów tematycznych, w które wpisywać mają się finansowane projekty, są to:

  1. Automatyzacja i robotyzacja w rolnictwie;
  2. Mechanizacja w rolnictwie;
  3. Aplikacje i zaawansowane usługi cyfrowe dla optymalizacji, predykcji i symulacji procesów, oraz efektywna digitalizacja produkcji, przetwarzania i zarządzania w rolnictwie;
  4. Rolnictwo precyzyjne (smart fields);
  5. Zrównoważone rolnictwo i przetwórstwo rolno-spożywcze, innowacyjna żywność, biotechnologia rolnicza;
  6. Bioenergia i biomateriały.

Wsparcie otrzymać  można na prowadzenie badań przemysłowych, eksperymentalnych prac rozwojowych i prac przedwdrożeniowych. Obligatoryjnym elementem projektu są jedynie eksperymentalne prace rozwojowe.

Ile pieniędzy można otrzymać? Dla pojedynczego MŚP minimalna wartość kosztów kwalifikowalnych to 1 mln zł, w przypadku dużych firm lub konsorcjów 2 mln zł. Natomiast maksymalna wartość kosztów kwalifikowalnych nie może przekroczyć 50 mln euro. Dofinansowanie może wynieść aż do 80% tych kosztów.

Nabór wniosków w konkursie rozpocznie się 10 września i potrwa do 6 listopada 2020 r. (do godziny 16:00).

Biura przechodzą proces adaptacji. Czego jeszcze możemy się spodziewać?

Autorzy raportu „Rynek powierzchni biurowych w miastach regionalnych, At a Glance H1 2020”, opublikowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland, zwracają uwagę, że drugi kwartał na ośmiu kluczowych rynkach stał pod znakiem odnawiania umów, które w analizowanym okresie stanowiły aż 59 proc. całego popytu. Czas między kwietniem a końcem czerwca pokazał, że kryzys zdrowotny wstrzymał sporą część decyzji najemców dotyczących procesów ekspansji czy też pozyskania nowej powierzchni biurowej. Chwilowe zamrożenie decyzyjności spowodowało, że nowe umowy odpowiadały za zaledwie 28 proc. popytu.

W ostatnich latach biura w regionach przyzwyczaiły nas, że wolumen umów podpisywanych na nowe powierzchnie w puli całego popytu waha się między 50 a 60 proc. Historycznie, rzadko spadał on poniżej 40 proc. Kryzys zdrowotny zweryfikował plany wielu firm. Część decyzji została zawieszona i przesunięta w czasie, część kontraktów jest w trakcie ponownej analizy czy renegocjacji. Duże znaczenie będzie teraz miała wnikliwa analiza pracy zdalnej, którą przeprowadzą najemcy samodzielnie lub przy współudziale firm doradczych – Klaudia Okoń, Konsultant, Dział Analiz Rynkowych & Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Warto odnotować, że w całościowym popycie brutto w drugim kwartale 13 proc. przypadło na umowy, na mocy których najemcy dokonali bądź dokonają ekspansji na dodatkową powierzchnię. Eksperci z Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa w BNP Paribas Real Estate Poland zwracają również uwagę na fakt, że w całym pierwszym półroczu 47 proc. popytu netto to powierzchnia w biurowcach będących w budowie albo w inwestycjach będących dopiero w przygotowaniu. Na taki wynik zapracował jednak przede wszystkim bardzo mocny pierwszy kwartał.
BPO kontra pandemia

Rynek biurowy odczuł już pierwsze efekty kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego, ale z oceną w średniej i dłuższej perspektywie trzeba jeszcze poczekać. Są jednak branże, które na epidemii koronawirusa mogą skorzystać. To firmy zaliczane do tzw. branży nowoczesnych usług dla biznesu (BPO/SSC) oraz firmy technologiczne i IT.
W miastach regionalnych, szczególnie w Krakowie, ale także we Wrocławiu, Katowicach czy Łodzi firmy z branż BPO i IT widzą perspektywę rozwoju. Wykwalifikowane kadry, dużo talentów, biurowe zaplecze o wysokich standardach, efektywna infrastruktura i wysoka jakość życia. Ponadto okazało się, że w większości firmy te były i są w znacznym stopniu „koronawirusoodporne” i zachowały ciągłość pracy, a nie wszędzie home office okazał się sukcesem – Tomasz Skrzypek, Senior Consultant, Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Praca zdalna wymaga odpowiednich warunków lokalowych oraz dostępu do niezbędnej infrastruktury technologicznej – mobilnego sprzętu i stabilnego łącza internetowego. Lockdown i wprowadzone ograniczenia unaoczniły nieprzygotowanie do pracy w warunkach home office w Indiach, królestwie outsourcingu.
Pandemia może okazać się dla indyjskiego sektora outsourcingu czarnym łabędziem. Konsekwencją tych turbulencji mogą być aktywne poszukiwania przez największych globalnych graczy innych, niekoniecznie tańszych, ale z pewnością bezpieczniejszych i bardziej stabilnych lokalizacji. Jest duże prawdopodobieństwo, że polskie miasta regionalne znajdą się na liście wygranych tych biznesowych roszad – Tomasz Skrzypek, Senior Consultant, Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Najnowszy raport dotyczący biur w regionach pokazuje, że tylko w pierwszym półroczu firmy z sektora BPO/SSC podpisały umowy najmu na 139 tys. m kw. powierzchni biurowej. Co więcej, prawie połowa przypadła na Kraków.
Wirus nie dotknął deweloperów

Pod koniec czerwca na placach budów w 8 największych miastach regionalnych powstawało 817 tys. m kw. powierzchni, co oznacza, że żadna z istotnych inwestycji nie została wstrzymana z powodu Covid-19. Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland szacują, że do końca roku oddanych zostanie ponad 270 tys. m kw. nowoczesnych biur. Niekwestionowanym liderem w kategorii „Obiekty w budowie” ponownie jest Kraków, w którym w realizacji jest około 228 tys. m kw. biur, z czego ok. 30% ma przyjąć najemców jeszcze w bieżącym roku.

Przed nami, mamy nadzieję, że tylko chwilowa konieczność organizacji pracy w nowej, wcześniej nieznanej rzeczywistości. Nie zakładam również, iż praca zdalna stanie się ogólnie przyjętym standardem, obejmującym całość zespołów. Miniony kwartał jest okresem wyjątkowym ze względu na lockdown. Dziś najważniejszą kwestią jest i będzie bezpieczny powrót pracowników do pracy. Patrząc długofalowo, chcąc spełnić nowe wymogi sanitarne i zapewnić dodatkową przestrzeń do pracy oraz spotkań czy też do poruszania się po biurze, większość firm poddaje analizie maksymalne wykorzystanie swojej przestrzeni. Wbrew obiegowym opiniom może okazać się, że będzie potrzebować jej więcej dla swojej organizacji – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Telefon w ręku, a ponad 1,3 mld zł długów za rozmowy w rejestrze

Zdalna praca, zdalne kontakty, a gdyby nie telefony i internet również zdalne życie. Dawno tak nie docenialiśmy rozmów telefonicznych jak w czasie lockdownu. Czy w związku z tym firmy telekomunikacyjne mogą być pewne, że klienci zapłacą każdy rachunek? Wręcz przeciwnie – do opóźniania płatności różnego rodzaju zobowiązań uciekło się w czasie pandemii 27 proc. osób, a najwięcej z nich przełożyło na później faktury za telefon. Potwierdzają to dane o rosnących zaległościach. W ciągu drugiego kwartału wartość nieopłaconych rachunków zwiększyła się o 138,5 mln zł do 1,31 mld zł, a liczba dłużników o prawie 33 tys. do niemal 367 tys. Średni zaległy rachunek dochodzi już do 3,6 tys. na osobę. Najwięcej dłużników mieszka w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu.

Wiele firm i branż patrzy na telekomy z zazdrością, gdy ich biznes po wielu latach tworzenia rozsypuje się lub z trudem walczy o przetrwanie, dla firm telekomunikacyjnych pandemia to dodatkowa szansa na wzrost sprzedaży i jeszcze silniejsze przywiązanie do siebie klienta. W pierwszych tygodniach narodowej kwarantanny długość rozmów w zależności od operatora zwiększyła się o około połowę, a przesył danych między 20 a 40 proc. Choć rząd zapowiedział, że dzieci od września wracają do szkoły, to jednak fala zachorowań na koronawirusa znów wzrasta. Stąd w niejednym domu, z myślą o ewentualnym ponownym łączeniu zdalnej pracy i nauki już za niecały miesiąc, zamiast o wymianie samochodu czy szkolnego plecaka, w celu poprawy przepustowości internetu i poszerzeniu zakresu usług na telefonach domowników, rozważa się zmianę operatora lub pakietu. Na szczęście dla klientów, mimo rosnącego popytu usługi telekomunikacyjne nie zaraziły się inflacją tak jak żywność. Ich ceny w pierwszym półroczu, w porównaniu z pierwszą połową zeszłego roku, zwiększyły się o 3,1 proc. przy ogólnym wzroście cen konsumpcyjnych o 3,9 proc. (GUS). A sprzęt telekomunikacyjny nawet staniał i to sporo, bo o niemal 10 proc.

Halo mam kłopoty, zapłacę za telefon w innym terminie

Nie wszystkiego można jednak operatorom telekomunikacyjnym zazdrościć. Jak wynika z badania wykonanego przez firmę Research&grow dla BIG InfoMonitor, gdy tylko zaczynają pojawiać się kłopoty finansowe, właśnie regulowanie rachunków za telefon i internet najwięcej osób jest gotowych przełożyć na później. Opóźnianie jakichkolwiek płatności w trakcie pandemii, kiedy to spora część osób została przynajmniej na pewien czas bez pracy albo z ograniczonymi wpływami, zadeklarowało 27 proc. badanych, a najwięcej – 16 proc. – ankietowanych wskazało, że aby ocalić płynność domowego budżetu przełożyło na później opłaty za telefon i internet. Na drugim miejscu znalazły się rachunki za media – 15 proc., następnie czynsz – 12 proc., zakupy ratalne – 11 proc. oraz m.in. ubezpieczenia – 8 proc.

Czy w związku z pandemią i obawami przed utratą płynności finansowej zdarzyło Ci się opóźniać następujące płatności?

Czy w związku z pandemią i obawami przed utratą płynności finansowej zdarzyło Ci się opóźniać następujące płatności
Źródło: Badanie Research&grow dla BIG InfoMonitor

Wysoki odsetek osób przyznających się do odkładania na później rachunków telefonicznych i internetowych, w sytuacji gdy z pieniędzmi jest krucho, bierze się po części z faktu, że za telefon płaci zdecydowanie więcej osób niż za czynsz czy prąd. Ale i tak liczba wskazań jest spora biorąc pod uwagę jak ważny był telefon i internet w czasie lockdownu. Najczęściej opóźnienia dotyczą młodych osób: 18-29 i 30-39 latków. W tych przedziałach wiekowych niemal co czwarty odpowiedział, że nie płacił na czas za telefon w związku z obawami o utratę płynności finansowej, których przysparza pandemia. Z kolei najwyższą solidnością w tym zakresie odznaczają się osoby po 65. roku życia – jedynie 7 proc., przyznało się do opóźniania rachunku za telefon. I tu już widać, że kontakt ze światem przedkładali oni ponad inne dobra, bo gotowych do przełożenia płatności czynszu i mediów było nieznacznie więcej, 8 proc. badanych.

Decydujący o samodzielnym wyznaczaniu terminu płatności rachunków powinni mieć świadomość, że jeśli będą zwlekać zbyt długo, to może się to skończyć wpisem do rejestru BIG. Na listę dłużników prowadzoną przez BIG może bowiem trafić osoba, która nie zapłaci zobowiązania o wartości min. 200 zł wobec jednego wierzyciela, przez co najmniej 30 dni od wyznaczonej daty. Zwykle wystawcy czekają nieco dłużej, bo zgodnie z prawem zobowiązani są też wysłać na 30 dni przed wpisem wezwanie do zapłaty, w którym informują o swoim zamiarze.

Niemal połowa rocznego przyrostu zaległości pojawiła się w drugim kwartale

O ile w pierwszym kwartale., mimo wzrostu kwoty zaległości za telefon, liczba osób z długami stopniała, to już drugi kwartał, na który przypadła większość lockdownu, przyniósł poważne zmiany zarówno w sumie zaległości, jak i liczbie dłużników. W kwietniu przybyło 11 945 dłużników, a kwota zaległości wzrosła o 54,2 mln zł, w maju przybyło kolejnych 11 554 osób i 41,1 mln zł zaległości, a w czerwcu 9 245 osób i ponad 43,3 mln zł. W sumie na koniec II kw. w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor znajdowało się 366 752 dłużników telekomunikacyjnych, a ich łączna zaległość przekroczyła 1,31 mld zł. W ciągu 12 miesięcy przybyło 108 408 osób niepłacących rachunków za telefon, a kwota zaległości zwiększyła się o prawie 309 mln zł. Z tego tylko w II kw. br. o blisko 33 tys. osób i 138,5 mln zł, co stanowi 45 proc. rocznego przyrostu zaległości. Średni dług na osobę to 3 583 zł, ale są województwa, gdzie jest dużo wyższy.

Rachunki kontrolowane

– Firmy telekomunikacyjne zdają sobie sprawę, że pieniądze, które powinny opłacić rachunek telefoniczny, nierzadko poprawiają bieżącą sytuację klientów zamiast trafiać do ich kas. Nie mogą sobie jednak pozwolić na wyrozumiałość, przy tak dużej skali działania nawet kilka procent niesolidnych klientów z niewielkimi rachunkami składa się na ogromne sumy. Dlatego też firmy telekomunikacyjne, operatorzy telewizji kablowej i internetu zarówno aktywnie wpisują niepłacących rachunków, jak i sprawdzają potencjalnych klientów, czy są osobami wiarygodnymi finansowo – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Telekomy pilnują płatności, ale inne firmy również. Co to oznacza? Wciąż wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jakie ryzyko niesie ze sobą dopisanie do bazy dłużników, do której zaglądają banki, firmy pożyczkowe i inni przedsiębiorcy. Informacja o zaległości może poważnie utrudnić dostęp do kredytów i innych produktów – dodaje Sławomir Grzelczak.

Najwięcej nieopłaconych rozmów na Śląsku i Mazowszu

Na wysokość zaległości telekomunikacyjnych Polaków mają wpływ przede wszystkim zobowiązania zgromadzone na Śląsku, Mazowszu, Dolnym Śląsku i w Wielkopolsce. W tych regionach mieszka również najwięcej dłużników telekomów, w województwie śląskim jest ich ponad 54 tys., w mazowieckim prawie 43 tys., dolnośląskim ponad 39 tys., a wielkopolskim ponad 35 tys. Te cztery województwa odpowiadają za niemal połowę wszystkich długów konsumentów wobec operatorów.

Najwięcej nieopłaconych rozmów na Śląsku i Mazowszu
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Gdyby jednak spojrzeć na rozpowszechnienie problemu w przeliczeniu na 1000 dorosłych mieszkańców województwa, to wówczas najwięcej osób z nieopłaconymi rachunkami telefonicznymi jest w lubuskim, dolnośląskim, zachodniopomorskim oraz kujawsko-pomorskim.

Przy średnim krajowym zadłużeniu na osobę dochodzącym do 3,6 tys. zł, w ośmiu województwach jest to jeszcze więcej, m.in. w mazowieckim niemal 4 tys. zł, a małopolskim prawie 3,9 tys. zł.

zaległości telekomunikacyjne
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Warszawa stolicą zaległości telekomunikacyjnych

Najwyższe zaległości przypadają zwykle na największe miasta i nie inaczej jest w tym przypadku. Na czele listy znajduje się Warszawa, gdzie mieszka ponad 14,6 tys. osób wpisanych do rejestru dłużników za brak uregulowanej płatności na rzecz telekomów. Warszawski dług jest prawie dwukrotnie wyższy niż pochodzący z Łodzi, drugiego miasta pod względem zaległości telekomunikacyjnych. Jeśli chodzi o najwyższe średnie zaległości na osobę, to odnotowano je w Gdańsku – 4 486 zł i w Poznaniu – 4 483 zł.

zaległości telekomunikacyjne województwa
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Badanie Research&grow dla BIG InfoMonitor przeprowadzone techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie Polaków N=1000, zrealizowane w dniach 10-13 lipca 2020

Przedsiębiorcom nad Wisłą wciąż nie jest łatwo. Polska na 14. miejscu wśród europejskich państw z najbardziej skomplikowanymi przepisami dla biznesu

0

Polska znalazła się na 34. miejscu na świecie i 14. w Europie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu – wynika z najnowszej edycji rankingu „Global Business Complexity Index 2020”. Względem ubiegłego roku oznacza to awans odpowiednio o 13 i 4 pozycje, ale eksperci TMF Group podkreślają, że wynika to tylko ze zmian w innych krajach i metodologii badania. W Polsce nie zaszły w tym czasie istotne zmiany, które poprawiłyby warunki dla biznesu. Przedsiębiorcy wciąż skarżą się na te same bolączki, jak niestabilność systemu prawnego, przewlekłość postępowań sądowych i administracyjnych czy niespójne przepisy.

– Otoczenie prawne i łatwość prowadzenia działalności gospodarczej to jedno z kryteriów, które przedsiębiorcy biorą pod uwagę, podejmując decyzję o inwestowaniu w Polsce czy innym kraju. Chcą mieć świadomość, że zainwestowane pieniądze będą bezpieczne, a środowisko biznesowe – przewidywalne. Im mniej tej pewności, tym mniejszy apetyt na takie inwestycje – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Romańczuk, dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę.

TMF Group, globalna firma dostarczająca nowoczesne usługi dla biznesu, cyklicznie publikuje raport „Global Business Complexity Index”, w którym analizuje warunki dla prowadzenia biznesu w poszczególnych krajach Europy i świata. Ranking uwzględnia około 250 różnych kryteriów, takich jak m.in. czas potrzebny na założenie firmy, koszty prowadzenia działalności, zawiłość procedur podatkowych czy regulacje dotyczące świadczeń pracowniczych. W tegorocznej edycji raportu Polska znalazła się na 34. miejscu na świecie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu. W Europie natomiast uplasowała się w samym środku stawki – na 14. pozycji.

 Względem zeszłego roku awansowaliśmy o 13 oczek w rankingu globalnym i o 4 w europejskim. Jednak jest to tylko pozorny awans, ponieważ nie wynika on ze zmian w polskim systemie prawnym, ale z faktu, że w innych krajach sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. W kwestii łatwości prowadzenia biznesu w Polsce niestety nic się nie poprawiło – przedsiębiorcy nadal mają te same trudności co w poprzednich latach – tłumaczy Joanna Romańczuk.

Jak podkreśla, na pozycję Polski w tegorocznym rankingu wpłynęły m.in. niestabilność systemu prawnego. Częste i szybkie zmiany przepisów, z krótkim vacatio legis, powodują, że przedsiębiorcy nie mają czasu się do nich przygotować.

 Brak stabilności systemu prawnego oznacza też zwiększone koszty prowadzenia działalności – mówi dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę.

Przedsiębiorcy w Polsce skarżą się również na przewlekłość postępowań – zarówno sądowych, jak i administracyjnych. Kolejne bolączki to m.in. duża liczba przepisów, rozbudowane obowiązki sprawozdawcze i złożoność kwestii związanych z zatrudnieniem i zwalnianiem pracowników.

– Kolejny czynnik to stosowanie prawa. W naszym ustawodawstwie dużo jest klauzul generalnych, które dają swobodę interpretacji organom administracji, co z kolei przekłada się na to, że ich decyzje często są ze sobą niespójne. Wszystkie te elementy przekładają się później na doświadczenie przedsiębiorców – wyjaśnia Joanna Romańczuk.

Dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę wskazuje też, że z perspektywy inwestorów zagranicznych ważna jest łatwość zarejestrowania nowego przedsiębiorstwa. W Polsce trwa to minimum dwa miesiące od momentu założenia spółki do czasu, kiedy faktycznie jest ona w stanie prowadzić skuteczną działalność operacyjną. W państwach, które znalazły się na czele rankingu, ten proces trwa dużo krócej, ok. dwóch–trzech tygodni.

 Przedsiębiorca zagraniczny, aby mógł skutecznie zarejestrować w Polsce działalność gospodarczą lub spółkę, najczęściej z ograniczoną odpowiedzialnością, musi przedstawić oryginały dokumentów wraz z tłumaczeniami przysięgłymi. Często też wymagane jest osobiste stawiennictwo w urzędach, co z perspektywy inwestorów zagranicznych nie tylko wydłuża cały proces, ale znacząco też podnosi koszty rozpoczęcia działalności – mówi. – Z drugiej strony Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych w Europie lokalizacji dla inwestorów zagranicznych. Jesteśmy dużym krajem o ogromnym potencjale i trzeba więcej mówić o uproszczeniu wymogów prowadzenia działalności gospodarczej, żeby przyciągnąć więcej inwestorów, którzy będą budować tutaj swoje firmy.

Według „Global Business Complexity Index 2020” w Europie najbardziej przyjazne państwa dla biznesu to Dania, Holandia i Irlandia. Z kolei działalność gospodarczą najtrudniej prowadzić w Grecji, Francji i Belgii.

Wśród naszych bezpośrednich sąsiadów to Czechy i Rosja mają zdecydowanie trudniej pod względem łatwości prowadzenia działalności, z kolei Niemcy są dużo przed nami – mówi Joanna Romańczuk.

W skali globalnej liderami w budowaniu przyjaznego środowiska biznesowego są Curaçao (terytorium zależne Holandii), Stany Zjednoczone, Jamajka i Dania. Na przeciwległym biegunie znalazły się natomiast Indonezja, Brazylia, Argentyna i Boliwia.

Koronawirus może zwiększyć świadomość finansową Polaków. Większość nie jest przygotowana na kolejny kryzys

0

Z powodu pandemii koronawirusa prawie co 10. Polak stracił pracę, a blisko połowa wciąż obawia się jej utraty. Co istotne, ponad połowa nie ma planu awaryjnego na taką okoliczność – wynika z badania InterviewMe.pl „Życie bez pensji”. Kryzys związany z COVID-19 może jednak zmienić sposób zarządzania finansami. – To może być pewnego rodzaju otrzeźwienie. Ludzie będą bardziej przyszłościowo planować, co może się stać, jeżeli stracą pracę – ocenia Piotr Sosnowski, współzałożyciel InterviewMe.pl.

– Sytuacja związana z koronawirusem potęguje obawy Polaków. Wiele sektorów gospodarki i wielu pracodawców bardzo boleśnie odczuwa konsekwencje pandemii, co przekłada się na pracowników – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Sosnowski. – Polacy są negatywnie nastawieni do tego, co się dzieje. To nowe wyzwanie i taka sytuacja może być dla wielu osób trudna.

Z powodu pandemii koronawirusa prawie co 10. Polak stracił pracę, a 43 proc. obawia się jej utraty. Jednocześnie jednak, jak pokazują wyniki badania InterviewMe.pl, nie jesteśmy przygotowani do kryzysu i nie mamy oszczędności, które pomogłyby go przetrwać. Co trzeci Polak wydaje niemal 90 proc. pensji, a 4 proc. – nawet powyżej 100 proc. tego, co zarabia. Co czwarty w ogóle nie posiada oszczędności, podobny odsetek twierdzi, że wystarczą one na maksymalnie dwa tygodnie. Tylko 35 proc. byłoby w stanie przeżyć z oszczędności od miesiąca do pół roku.

– Większość Europejczyków nie oszczędza, a 41 proc. nie ma żadnych oszczędności [badanie Intrum „European Consumer Payment Report” za 2018 rok – red.]. Na tym tle nie wypadamy źle, bo wśród Polaków ten odsetek wynosi 36 proc. – wskazuje współzałożyciel InterviewMe.pl.

Doradcy finansowi podkreślają, że osoby, które samodzielnie utrzymują gospodarstwo domowe, powinny mieć oszczędności na minimum sześć miesięcy. Dla tych, którzy dzielą wydatki z pracującym partnerem lub mają alternatywne źródło zarobku, bezpieczna poduszka to taka na co najmniej trzy miesiące.

Ponad połowa Polaków (58 proc.) oszczędza poniżej 500 zł, co czwarty 500–1000 zł. Tylko 17 proc. jest w stanie odłożyć więcej niż 1000 zł. Dlatego tylko 9 proc. osób deklaruje, że w przypadku utraty pracy sięgnęłoby po oszczędności.

– Na taką sytuację ponad połowa społeczeństwa nie jest przygotowana, ale może pandemia koronawirusa trochę to myślenie zmieni. Jeśli mielibyśmy szukać jakichś pozytywów w tej negatywnej sytuacji, to mógłby być jeden z nich. Może będziemy częściej myśleć o tym, co by się stało, gdybyśmy jednak pracę stracili – mówi Sosnowski.

Zdecydowana większość z nas od razu zaczęłaby szukać nowego miejsca zatrudnienia. Inni zwróciliby się po pomoc do rodziny i znajomych, przede wszystkim do rodziców i partnera.

Brak oszczędności oznacza, że w przypadku utraty pracy wielu Polaków będzie musiało zrezygnować z jakichś wydatków lub szukać alternatywnych źródeł dochodu.

Z badania InterviewMe.pl wynika, że Polacy w pierwszej kolejności sprzedawaliby biżuterię, sprzęt elektroniczny, ubrania i buty. Ponad jedna trzecia badanych twierdzi, że mimo kłopotów finansowych nie unikałaby obowiązkowych opłat. Tylko co 10. przestałby opłacać rachunki lub spłacać kredyt.

– Prawie 2/3 osób, które zapytaliśmy o to, z czego by zrezygnowały w razie utraty pracy, stwierdziło, że z Netflixa, wyjazdów zagranicznych, czyli wydatków, które łatwo można odciąć. Nasi badani potwierdzają tendencje dotyczące wydatków na wypoczynek, dlatego że w Polsce teraz około 20 proc. ludzi planuje wyjazd w 2020 roku, podczas gdy rok wcześniej to było prawie 80 proc. – wskazuje ekspert.

Jak ocenia, pandemia koronawirusa może zmienić stosunek Polaków do oszczędzania. Zdecydowana większość badanych obawia się bowiem jej ekonomicznych skutków. Widać to szczególnie w odpowiedziach kobiet.

– Kryzys związany z COVID-em jest pewnego rodzaju otrzeźwieniem. Dużo osób, które bardzo optymistycznie uważały, że nic nie będzie się zmieniać w gospodarce i sposobie, w jaki pracodawcy traktują pracowników, dostrzegło, że praca zależy od jeszcze innych czynników, na które nie mają wpływu – podkreśla Piotr Sosnowski.

Branża morskiej energetyki wiatrowej czeka na nowe przepisy. Mogą one doprowadzić do stworzenia 34 tys. etatów przy budowie farm na Bałtyku

0

W nadchodzących latach na Bałtyku ma nastąpić boom inwestycyjny, a prąd z pierwszych farm wiatrowych ma popłynąć ok. 2025 roku. Rozwój morskiej energetyki wiatrowej ma pobudzić gospodarkę i zapewnić ponad 30 tys. nowych miejsc pracy, ale inwestorzy do tej pory wyczekiwali stabilnych regulacji, które ma im zapewnić tzw. ustawa offshorowa. Resort klimatu przekazał ją już do ponownych, krótkich uzgodnień, a wejście w życie nowych regulacji jest spodziewane jeszcze w tym roku. Obok systemu wsparcia dla inwestorów i przyspieszenia jego wejścia w życie ustawa zagwarantuje też, że w budowie farm na Bałtyku mają w dużej części partycypować krajowe przedsiębiorstwa.

Projekt ustawy o wspieraniu produkcji energii z morskich farm wiatrowych w tej chwili napawa optymizmem wszystkich interesariuszy tej branży w Polsce. Entuzjazm jest istotny zwłaszcza wśród inwestorów, bo ustawa pozwoli im jasno zaplanować ścieżkę rozwoju projektów, których skala przekracza chyba wszystko, co do tej pory robiliśmy w polskiej energetyce. Projektów, które wymagają szczególnego poziomu stabilności regulacyjnej i generalnie pewnej zgody – również politycznej – odnośnie do rozwoju sektora morskiej energetyki wiatrowej w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Witoński, prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Polskie farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię około 2025 roku. Wart ponad 130 mld zł program ich budowy ma być impulsem rozwojowym dla przemysłu stoczniowego i całej gospodarki, przyczynić się do wypełnienia unijnych zobowiązań w zakresie OZE oraz zwiększyć krajowe bezpieczeństwo energetyczne. Potrzeba jednak do tego stabilnego prawa.

Dziś farmy wiatrowe nie korzystają z podobnych ułatwień, co inne wielkoskalowe inwestycje infrastrukturalne, regulacje nie stymulują rozwoju branży, a postępowania administracyjne dla takich projektów się przedłużają i w wielu przypadkach są niedostosowane do realiów prowadzenia procesu budowlanego na morzu. Ten stan ma zmienić ustawa offshorowa, której projekt został opublikowany na początku tego roku. Dokument był długo wyczekiwany przez branżę i inwestorów. Po fazie konsultacji, na początku lipca, Ministerstwo Klimatu przekazało zaktualizowany projekt do ponownych, krótkich uzgodnień międzyresortowych. Jedna z głównych zmian, które zostały wprowadzone, to zwiększenie mocy projektów morskich farm wiatrowych, które będą mogły zostać zrealizowane w ramach tzw. I fazy systemu wsparcia – z 4,6 GW do 5,9 GW. Ich budowa będzie też możliwa szybciej, niż do tej pory zakładano.

Decyzje o przyznaniu wsparcia dla projektów, które zakwalifikują się do I fazy, będą podejmowane do połowy 2021 roku. Pierwotne założenia mówiły o końcu 2022 roku. Mamy więc do czynienia z istotnym przyspieszeniem prac nad przygotowywanymi projektami i zagwarantowaniem osiągnięcia  ich gotowości do tzw. prekwalifikacji do systemów wsparcia, w ramach których inwestorzy będą musieli przedstawić przekonujące dane wskazujące na odpowiedni stan zaawansowania prac, ustabilizowane budżety i harmonogramy realizacji tych projektów – mówi Mariusz Witoński.

Prezes PTMEW wskazuje, że przyspieszenie daty przyznania wsparcia powoduje, że inwestorom zostało bardzo mało czasu na przygotowanie projektów. Dlatego bardzo ważne, żeby prace nad ustawą posuwały się teraz szybko, a nowe regulacje zostały przyjęte jak najszybciej. Według aktualnych założeń mają one wejść w życie jeszcze w tym roku.

Poza regulacjami dotyczącymi systemu wsparcia, które stabilizują biznesplany inwestorów, ustawa wprowadza też istotne narzędzie, które znacznie przyczyni się do budowy przemysłu morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. To plan łańcucha dostaw – narzędzie opracowane i stosowane z powodzeniem w Wielkiej Brytanii, dzięki czemu udało się osiągnąć zwiększenie udziału lokalnych przedsiębiorstw w łańcuchu dostaw. W przypadku Polski mamy do czynienia z pewną kopią tego rozwiązania, dostosowaną do naszych warunków – mówi.

Projekt ustawy offshorowej zakłada m.in., że inwestorzy, którzy będą stawiać na Bałtyku morskie farmy wiatrowe, będą zobowiązani współpracować przy tym z krajowymi firmami (i dokumentować tę współpracę w formie sprawozdań). Według szacunków PSEW już teraz na polskim rynku działa ponad setka krajowych przedsiębiorstw, które mogą się włączyć w procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku. Część z nich to wyspecjalizowane podmioty działające w branży offshore od lat, uznane na europejskim rynku i korzystające z autorskich technologii.

Dzięki tym regulacjom dotyczącym planu łańcucha dostaw inwestorzy, którzy będą przygotowywać projekty w Polsce, zostaną zobowiązani do prowadzenia dialogu technicznego z krajowymi przedsiębiorstwami i zaplanowania relacji z lokalnym biznesem. W efekcie będzie możliwe wykorzystanie krajowego potencjału w budowie morskich farm wiatrowych – mówi Mariusz Witoński.

Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku mają być oddawane do użytku sukcesywnie, pomiędzy 2024 a 2033 rokiem (faza inwestycyjna). Okres funkcjonowania takiej farmy to 25 lat, więc efekty w postaci wpływu z podatków do budżetu państwa mają być widoczne aż do roku 2058. Zgodnie z oceną skutków regulacji projektu ustawy offshorowej budowa farm wiatrowych na Bałtyku w początkowej fazie ma zapewnić ok. 34 tys. nowych etatów.

– Projekt ustawy nie jest jeszcze doskonały i nie reguluje wszystkich kwestii, które warto by uwzględnić w planowaniu rozwoju tak szerokiego sektora. Jednak krótki czas, jaki pozostał inwestorom na przygotowanie projektów do prekwalifikacji do systemu wsparcia, powoduje, że teraz powinniśmy raczej zamykać prace nad ustawą. Do ewentualnych modyfikacji możemy wrócić później, po zagwarantowaniu możliwości ustanowienia systemu wsparcia, dla którego Unia Europejska zamknie taką możliwość w połowie przyszłego roku – podkreśla prezes PTMEW.

Jak ocenia, w późniejszym czasie uregulowania będzie wymagać też m.in. rola operatora systemu przesyłowego w przyłączaniu projektów i jego zobowiązań dotyczących budowy infrastruktury przyłączeniowej na morzu.

Kolejny aspekt to infrastruktura portowa i całe zaplecze logistyczne, które powinniśmy przygotować tak, żeby zmaksymalizować szanse na wykorzystanie lokalnego potencjału. To przede wszystkim porty będą przyczółkami rozwoju dla polskiego przemysłu morskiej energetyki wiatrowej – mówi Mariusz Witoński.

Budowa farm wiatrowych na Bałtyku została ujęta jako projekt strategiczny w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku” (jej ostateczna wersja ma być gotowa do końca bieżącego roku). Projekt dokumentu wskazuje, że wśród źródeł odnawialnych będzie dominowała właśnie energetyka wiatrowa (66 proc. zainstalowanej mocy w OZE w 2040 roku). Docelowo w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku planowane jest oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych (po 2033 roku), a roczna produkcja energii elektrycznej z wiatru wyniesie około 40 TWh rocznie.

Zgodnie z raportem Global Wind Energy Council ubiegły rok był rekordowy dla rozwoju morskiej energetyki wiatrowej na świecie. Przybyło w sumie 6,1 GW mocy, dzięki czemu łączna moc zainstalowana osiągnęła 29,1 GW. Dla porównania dekadę temu (w 2010 roku) wynosiła jedynie 3 GW. Według ekspertów GWEC do 2030 roku na świecie zainstalowana moc osiągnie 205 GW, a w kolejnych latach sektor ten będzie jednym z kluczowych dla odbudowy gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią koronawirusa.

Pandemia nasiliła już wcześniej istniejące kryzysy humanitarne. Do końca roku z głodu umrze więcej osób niż z powodu koronawirusa

Koronawirus i związane z nim ograniczenia i skutki przyczyniają się do nasilenia takich kryzysów humanitarnych. WHO wskazuje, że problem głodu może dotknąć dodatkowe 130 mln ludzi. Według raportu Oxfam do końca roku średnio 12 tys. osób dziennie umrze z powodu głodu, podczas gdy w szczytowym momencie pandemii w kwietniu br. każdego dnia umierało z tego powodu 10 tys. osób. Skutki kryzysu najmocniej odczują najsłabsze społeczności, np. w krajach ogarniętych wojną, które nie radzą sobie bez pomocy z zewnątrz. – Na szczęście koronawirus przyczynił się do wzmocnienia solidarności międzynarodowej – mówią przedstawiciele Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

– Pandemia w dużej mierze wpłynęła na to, jak wygląda sytuacja w różnych częściach świata. Kryzys gospodarczy, który jest jej konsekwencją, wpłynął na to, że w Kenii wedle danych Banku Światowego prawie pół miliona ludzi może stracić pracę. W Etiopii już dziś mówimy o tym, że ponad 8,5 mln dzieci cierpi głód. Wraz z nasilającą się pandemią i ograniczeniami tych zagrożeń będzie więcej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksandra Rutkowska, rzeczniczka prasowa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega, że koronawirus może nasilić już istniejące kryzysy na świecie. W przewlekłej sytuacji kryzysowej znajduje się obecnie, według danych WHO, ok. 220 mln ludzi. Wiele krajów, zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie, cierpi z powodu konfliktów i głodu. Ekonomiczne skutki pandemii mogą pogorszyć i tak już złe warunki życia, zwłaszcza wśród uchodźców. PCPM podaje, że w latach 2010–2019 liczba uchodźców na świecie niemal się podwoiła, z 40 do 79,5 mln osób. To największa liczba w prawie 70-letniej historii urzędu Wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców (UNHCR).

– Szczególną uwagę powinniśmy skierować w stronę Syrii, gdzie 4 mln ludzi potrzebuje natychmiastowego wsparcia, a 11 mln ludzi – pomocy humanitarnej. Z drugiej strony są Etiopia i Kenia, które potrzebują wsparcia w rozwiązaniu problemu głodu – wymienia Aleksandra Rutkowska. – To właśnie ogarnięte wojną państwa Afryki i Bliskiego Wschodu bardziej potrzebują pomocy, bo pandemia wzmogła ich problemy.

Chociaż jest jeszcze za wcześnie, aby ocenić pełny wpływ koronawirusa na sytuację humanitarną na świecie, to na pewno wzrośnie problem głodu. Raport Oxfam podaje, że w 2020 roku to głód zabije więcej osób niż koronawirus. Według raportu „State of Food Security and Nutrition in the World” (m.in. UNICEF-u, WHO i FAO) w ubiegłym roku z tego powodu cierpiało 690 mln ludzi na całym świecie, z czego najwięcej w Azji i Afryce. W tym roku liczba ta może wzrosnąć o dodatkowe 130 mln.

Ograniczenia związane z pandemią – brak eksportu, możliwości transportu, otwartych granic – powodują, że Etiopia, kraj w 90 proc. oparty na rolnictwie, i jej mieszkańcy są w coraz trudniejszej sytuacji. Nie mają możliwości zarabiania pieniędzy, bo jedyna szansa na ten zarobek była właśnie poprzez eksport płodów rolnych, który w dobie pandemii zamarł – podkreśla rzeczniczka prasowa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Kolejnym trudnym wyzwaniem oprócz pandemii jest m.in. epidemia szarańczy. To ona powoduje, że dziennie 80 ton żywności jest odbierane Etiopczykom.

Problem głodu w państwach afrykańskich nasilają także decyzje rządów o zamknięciu szkół i cięciu wydatków na edukację. WHO ocenia, że blisko 10 mln dzieci do końca tego roku wypadnie z systemu edukacji.

W Etiopii zamknięcie szkół równoważne jest z tym, że dzieci nie dostaną jedynego posiłku w ciągu dnia, który otrzymywały zwykle właśnie w szkole. Organizujemy dużą zbiórkę na Etiopię, żeby najpierw rozwiązać te najtrudniejsze problemy, które wiążą się z pandemią, a potem zadbać o fundament, jakim jest edukacja. Bez niej nie będziemy w stanie wspierać tych społeczności – mówi Aleksandra Rutkowska.

Problemem jest także zła kondycja służby zdrowia, np. w Afryce. Kontynent ten – mimo pesymistycznych prognoz – na razie w miarę dobrze radzi sobie z pandemią. Do 9 sierpnia liczba zakażonych przekroczyła 880 tys., a ofiar – 16 tys.

– Większość krajów afrykańskich ma bardzo kruchy system opieki zdrowotnej. W wielu szpitalach, w których my pracowaliśmy, nie było ani jednego respiratora. To znaczy, że w sytuacji, kiedy koronawirus rozszerzałby się i tych zachorowań byłoby więcej, państwa afrykańskie nie byłyby w stanie sobie z tym poradzić – mówi ekspertka.

To w obliczu takich kryzysów okazuje się, jak ważna jest pomoc międzynarodowa. Jednak pandemia wpłynęła również na pracę fundacji i instytucji, które się tym zajmują. Po pierwsze, ze względu na bezpieczeństwo swoich pracowników wiele działań musiało zostać przeniesionych do online’u. Po drugie, podmioty te musiały zmienić kierunki działania i inicjatywy, na które stawiają akcent. Były też obawy, że problemy gospodarcze i zdrowotne bogatszych państw wpłyną na ograniczenie skali zaangażowania darczyńców. Tak było tylko na początku pandemii.

Dziś już widzimy, bo kontynuujemy bardzo dużą zbiórkę na walkę z głodem w Etiopii, że zainteresowanie darczyńców znów jest duże. Nie odwrócili wzroku od problemów, z jakimi zmaga się świat. Działania, które podejmujemy od czasu pandemii, pokazały nam, że społeczeństwo nie przestało pomagać. W wielu z nas ta sytuacja obudziła wrażliwość społeczną. Solidarność międzykulturowa i międzynarodowa jest dużo silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy nadzieję, że ta tendencja się utrzyma, że nie odwrócimy wzroku od państw, które dziś w dobie pandemii szczególnie potrzebują wsparcia – podsumowuje Aleksandra Rutkowska.

Sztuczna inteligencja może zastąpić doradców finansowych. Jej stosowanie na szerszą skalę wymaga jednak odpowiednich regulacji prawnych

Polski nadzorca finansowy, jako jeden z pierwszych krajów Unii Europejskiej, opracował stanowisko dotyczące robodoradztwa. Takie działania wspierają stosowanie sztucznej inteligencji w procesie usług doradztwa inwestycyjnego. Choć robotyzacja zmniejsza koszty i zwiększa wydajność, konieczne są odpowiednie regulacje. Jednym z wyzwań jest zabezpieczenie prawne odpowiedzialności za szkody, które mogą powstać w związku z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

– Jeszcze 10 lat temu jadąc z nawigacją oraz z pasażerem, gdy nawigacja mówiła: jedź prosto, a ktoś, kto siedzi obok, powiedział: skręcaj, skręcilibyśmy. Nie wierzyliśmy, że technologia jest dostatecznie dobra. Dzisiaj pojedziemy prosto. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją w zakresie doradztwa. Dzisiaj wybierzemy człowieka, bo wierzymy w to, że technologia w tym zakresie nie jest jeszcze dostatecznie dobra. Za 10 lat być może wybierzemy już robodoradcę – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Szpringer, partner w Kancelarii KSZ Smart Legal – Karwasiński Szpringer i Wspólnicy.

Robodoradztwo, czyli zautomatyzowane doradztwo inwestycyjne, oparte na zaawansowanych algorytmach, sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, staje się coraz popularniejsze. Sztuczna inteligencja poznaje potrzeby klienta na podstawie baz danych i proponuje mu dedykowane strategie inwestycyjne, następnie zarządza aktywami, aż do uzyskania określonego zysku. Jak podaje raport „Sztuczna inteligencja w bankowości”, erę robotów-doradców zapoczątkował w 2016 roku Bank of America. Dwa lata później Wealthfront stał się pierwszym doradcą robotycznym, który zaoferował bezpłatne, spersonalizowane planowanie finansowe dla swoich klientów.

Obecnie, jak szacuje firma Roland Berger, wartość aktywów zarządzanych przez sztuczną inteligencję wynosi ok. 500 mld euro. Choć to zaledwie 1 proc. światowych aktywów, rynek w ciągu najbliższych kilku lat ma rosnąć w tempie 36 proc. rocznie.

– Sztuczna inteligencja, która jest dostępna dzisiaj, to mechanizm oparty na uczeniu maszynowym, tzn. na algorytmach umiejących uczyć się na podstawie dostarczonych danych, zapotrzebowania klienta, jego profiu i opierając się na tym, proponować decyzje inwestycyjne. Należy pamiętać, że sztuczna inteligencja jest tak dobra jak algorytm, który za nią stoi, oraz dane, które zostaną do niego dostarczone, a za oba te elementy odpowiada człowiek – tłumaczy Jakub Szpringer.

Unia Europejska kładzie duży nacisk na rozwój automatyzacji. Wprowadzenie zachęt do wykorzystywania sztucznej inteligencji przez małe i średnie przedsiębiorstwa ma pozwolić na konkurencję z USA czy Chinami. Dotychczas brakowało jednak regulacji dotyczących wykorzystania sztucznej inteligencji w obszarze finansowym. Komisja Nadzoru Finansowego opracowała projekt stanowiska dotyczącego robodoradztwa w ramach tzw. Cyfrowej Agendy Nadzoru, czyli planu działań KNF w obszarze nowoczesnych usług finansowych. Tym samym Polska jest jednym z pierwszych europejskich krajów, w którym organ nadzoru poruszył szereg istotnych wątków związanych z projektowaniem takiej usługi, jej wdrożeniem i monitorowaniem.

– To jest bardzo dobry znak, bo pokazuje, że nadzorca jest świadom potencjału, jaki istnieje w nowych technologiach, oraz korzyści, jakie może przynieść dla klienta rynku finansowego –  ocenia ekspert.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w obszarze finansowym, choć może zmniejszyć koszty, niesie ze sobą zagrożenia. Dlatego, jak przekonuje Jakub Szpringer, nowe regulacje powinny być transparentne i zabezpieczyć kwestię odpowiedzialności za ewentualne szkody, jakie mogą powstać w wyniku stosowania sztucznej inteligencji.

– Sztuczna inteligencja ucząc się, popełnia oraz będzie popełniała błędy, natomiast konieczne jest to, żeby człowiek na każdym etapie jej rozwoju był w stanie te błędy zrozumieć tak, aby je wyeliminować – przekonuje prawnik.

Regulacje powinny też jasno wskazywać, od kogo klient może domagać się rekompensaty za ewentualne straty. Według rekomendacji komitetu ds. prawnych Komisji UE przyszłe przepisy powinny być wzorowane na regulacjach stosowanych do odpowiedzialności za produkt niebezpieczny.

– Czasami będzie to podmiot wprowadzający dane rozwiązanie na rynek, czasami podmiot, który dostarcza dane, modyfikując działanie sztucznej inteligencji, a czasami nadzorca, który kontroluje bieżącą działalność danego mechanizmu. W przypadku gdyby okazało się, że żaden z tych podmiotów nie jest dostępny, odpowiedzialność należy przypisać podmiotowi, który osiąga korzyści z tytułu działania danej usługi – wskazuje partner w Kancelarii KSZ Smart Legal – Karwasiński Szpringer i Wspólnicy.

Internet satelitarny pozwoli połączyć się z siecią z dowolnego miejsca na świecie. Jeszcze w sierpniu ruszą testy technologii

Największe korporacje technologiczne inwestują w rozwój systemów satelitarnego internetu, aby podłączyć do sieci jak największy odsetek społeczeństwa i wymazać z mapy świata białe plamy komunikacyjne. Najbardziej zaawansowane prace w tej materii prowadzi firma SpaceX, która wysłała już pierwsze eksperymentalne satelity. Mają stworzyć podwaliny internetu przyszłości. W ślad za firmą Elona Muska podążają też giganci technologiczni, jak Amazon czy Facebook.

Jeden z najambitniejszych projektów związanych z upowszechnieniem internetu satelitarnego prowadzi firma SpaceX, która w ramach projektu Starlink planuje umieścić na niskiej orbicie okołoziemskiej blisko 12 tys. satelitów komunikacyjnych. Nadrzędnym celem tej inicjatywy jest stworzenie gęstej siatki telekomunikacyjnej, która pozwoli połączyć się ze światową siecią z dowolnego miejsca na Ziemi, w tym m.in. tam, gdzie nie dociera sygnał komórkowy.

– Internet satelitarny Elona Muska będzie jak najbardziej działać. Już w tym momencie mamy dostęp do internetu satelitarnego, cała powierzchnia Polski jest w jego zasięgu. Nie jest to zatem novum w zakresie technologii, lecz pod względem zasięgu, bo Elon Musk planuje objąć nim całą naszą Ziemię – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Bałdyga, kierownik działu astronomicznego Olsztyńskiego Planetarium i Obserwatorium Astronomicznego.

Dotychczas w ramach programu testowego udało się wystrzelić 595 Starlinków (choć część z nich uległa zniszczeniu lub nie działa), a wszystkie jednostki docelowej sieci komunikacyjnej mają trafić na orbitę do listopada 2027 roku. Potencjalni użytkownicy nie będą musieli czekać kilku lat na podłączenie się do tych satelitów, gdyż proces otwartych beta-testów nowej usługi komunikacyjnej ma rozpocząć się jeszcze w sierpniu 2020 roku.

– Internet satelitarny działa bardzo podobnie do radiowego. Mamy specjalny talerz, który łączy się z satelitą na orbicie i w ten sposób pozyskujemy sygnał. O ile jego prędkość może być bardzo duża, o tyle opóźnienia dochodzą do 630 ms, a przy połączeniu kablowym oscylują w granicach 23 ms. Jeśli chcielibyśmy oglądać film, problemu nie ma, problemy zaczynają się w momencie, jak byśmy chcieli np. grać w gry internetowe, wtedy opóźnienia dyskwalifikują taki internet. Wykorzystuje się go jednak w sytuacjach, kiedy jest potrzebny po prostu dostęp do sieci nie w celach rozrywkowych, tylko komunikacyjnych – mówi Bartosz Bałdyga.

Docelowo internet od SpaceX osiągnie pełną moc operacyjną w 2027 roku i ma być w stanie przesyłać dane z przepustowością rzędu 1 Gb/s oraz przy opóźnieniu od 25 do 35 ms.

Tymczasem do walki o klientów satelitarnych sieci internetowych włączył się również Amazon, który uzyskał od Federalnej Komisji Łączności koncesję na rozwój Projektu Kuiper. Zakłada on wysłanie na niską orbitę okołoziemską ponad 3 tys. satelitów, które pozwolą dostarczyć internet do ok. 95 proc. populacji. Dzięki niemu korporacja będzie świadczyć swoje usługi większej liczbie potencjalnych klientów. Własną satelitarną sieć internetową planuje uruchomić także Facebook, aby dotrzeć ze swoim serwisem do osób, które nie mają dostępu do klasycznego internetu.

Konieczność walki z cyfrowym wykluczeniem jest jednym z koronnych argumentów stojących za rozwojem sieci tego typu. Internet satelitarny pozwoli skomunikować zarówno ubogie regiony krajów rozwijających się, jak i obiekty przemysłowe, które z powodu nietypowego umiejscowienia są odcięte od sieci, np. odległe platformy wiertnicze.

– Satelity podające sygnał internetowy w pewnym sensie są przyszłością komunikacji. Jednakże pozostają przed nami wyzwania stojące w zmniejszeniu czasu reakcji, tzw. pingów. Z drugiej jednak strony umożliwi to połączenie z internetem np. stacji wiertniczych czy statków, które w obecnym momencie prócz połączenia radiowego albo telefonów satelitarnych mają ograniczony dostęp do internetu – tłumaczy ekspert.

Choć potencjał technologii jest ogromny, nie każdy projekt z tej branży kończy się sukcesem. Firma OneWeb w marcu 2020 roku ogłosiła bankructwo po wysłaniu zaledwie 74 z 648 planowanych satelitów komunikacyjnych. W lipcu 2020 roku wykupiły ją brytyjski rząd oraz indyjski konglomerat Bharti Enterprises, dzięki czemu satelity wchodzące w skład programu OneWeb zostaną wcielone do brytyjskiej sieci nawigacji satelitarnej GNSS i nie zamienią się w kosmiczne śmiecie. To jedna z większych obaw przy projektowaniu coraz większej liczby siatek satelitów.

– Starlink z perspektywy szarego człowieka nie jest żadnym zagrożeniem, może zadziałać na plus w obecnej sytuacji geopolitycznej świata. Jednakże w przyszłości może być pewnym zagrożeniem dla astronomów, ponieważ satelita znajdujący się na orbicie może zadziałać jak lusterko, które może puścić nam zajączka prosto w aparaturę astronomiczną, uszkadzając ją. Ale z perspektywy szarego człowieka nie ma żadnego zagrożenia – twierdzi Bartosz Bałdyga.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku satelitarnych systemów przesyłu danych do 2027 roku wzrośnie do 36,9 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 27,9 proc. w skali roku.

Rzecznik MŚP w piśmie do Minister Rozwoju proponuje zamrożenie płacy minimalnej w 2021 roku

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w dniu 7 sierpnia br. skierował pismo do Wicepremier Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz, w którym zaproponował zamrożenie płacy minimalnej w roku 2021 na dotychczasowym poziomie, tj. 2600 zł brutto.

W piśmie Rzecznik MŚP zwraca uwagę, że gdy płaca minimalna wzrośnie w przyszłym roku o 200 zł, tj. do poziomu 2800 zł brutto, to stawka godzinowa wyniesie tym samym 18,30 zł. Zdaniem Rzecznika MŚP przyjęcie takiego rozwiązania w obliczu kryzysu gospodarczego, spowodowanego pandemią COVID-19, może spowodować negatywne skutki gospodarcze, które odczują nie tylko przedsiębiorcy, ale także pracownicy. W regionach słabszych gospodarczo podwyżka płacy minimalnej może doprowadzić do redukcji zatrudnienia.

Adam Abramowicz podkreśla w liście także, że pomoc rządowa dla firm, których działalność była ograniczana rozporządzeniami ministra zdrowia, w dużej części się zakończyła. Nałożenie kolejnych restrykcji, ograniczających przychód, oraz decyzji rządowej o podniesieniu płacy minimalnej, wymuszającej wzrost kosztów prowadzenia działalności, spowoduje ogromne trudności dla wielu firm z sektora MŚP, zwłaszcza w powiatach słabszych gospodarczo.

„Negatywnym skutkiem braku zamrożenia płacy minimalnej w 2021 roku na poziomie z roku 2020 będzie także wyższa składka na ubezpieczenia społeczne przedsiębiorców. Uzależniona jest ona od średniej płacy w gospodarce narodowej, która to wzrośnie ze względu na podwyżkę minimalnej płacy. Wzrost składki na ubezpieczenie społeczne przedsiębiorców także spowoduje wzrost kosztów firmy” – podsumowuje w liście Adam Abramowicz.

Ewa Kurowska-Tober awansuje w globalnych strukturach DLA Piper

Ewa Kurowska-Tober, partner kierująca warszawską praktyką Własności Intelektualnej i Nowych Technologii, została nominowana na stanowisko Global Co-Chair Podgrupy Ochrony Danych, Prywatności i Bezpieczeństwa w DLA Piper.

Ewa Kurowska-Tober wspólnie z pozostałymi Global Co-Chairs, Andrew Dyson (Leeds) i Carolyn Bigg (Hong Kong) będzie rozwijać grupę na globalnych rynkach w obszarach specjalizacji ochrony danych osobowych, prywatności i bezpieczeństwa. Obecnie ta globalna praktyka DLA Piper zajmuje Tier 1 w rankingach i realizuje projekty z ochrony danych osobowych i cyberbezpieczeństwa dla międzynarodowych klientów na całym świecie.

„Znaczące konsekwencje wyroku Europejskiego Trybunału Sądowego w tzw. sprawie Schrems II dotyczącej globalnych transferów danych; gwałtowna ewolucja prawa ochrony danych w krajach Azji i Pacyfiku, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Południowej Ameryce; wzmocnienie prawa prywatności w Stanach Zjednoczonych i szansa na rozwój gospodarki opartej na danych w czasach pandemii – te wszystkie trendy tworzą kontekst, w którym nasi klienci oczekują i potrzebują merytorycznego prawnego wsparcia w pokonywaniu wyzwań i korzystaniu z szans, które powstają na rynkach” – powiedziała Ewa Kurowska-Tober.

„Nominacja Ewy jest ogromnym uznaniem jej pracy klienckiej w obszarze ochrony danych osobowych, prywatności i bezpieczeństwa oraz współpracy z innymi biurami DLA Piper.  Jest także wzmocnieniem pozycji biura polskiego w sieci DLA Piper” – dodaje Krzysztof Kycia, partner współzarządzający DLA Piper w Polsce.

O Ewie Kurowskiej-Tober

Ewa Kurowska-Tober DLA Piper
Ewa Kurowska-Tober, DLA Piper

Ewa Kurowska-Tober jest prawnikiem, radcą prawnym, z 18-letnim doświadczeniem pracy w sprawach związanych z ochroną danych osobowych i nowoczesnymi technologiami. Specjalizuje się w branżach o wysokim poziomie regulacji, łącząc profesjonalne doświadczenie w zakresie umów handlowych z głęboką znajomością spraw regulacyjnych.

Doradza wiodącym spółkom z sektora bankowego, ubezpieczeniowego, mediów i technologii, przy dużych globalnych programach zgodności z RODO, transgranicznych transferach danych, politykach bezpieczeństwa danych i zgłoszeniach podejrzeń naruszenia. Wspiera klientów w postępowaniach przed PUODO. Doradza w przypadkach naruszenia ochrony danych rekomendując kroki naprawcze. Uczestniczy w projektowaniu od strony ochrony danych osobowych innowacyjnych narzędzi biznesowych opartych na przetwarzaniu danych osobowych.

Specjalizuje się również w zakresie prawa informatycznego i internetowego, umów dotyczących obliczeń w chmurze, e-handlu, nadawania i dystrybucji programów oraz umów licencji i umów wdrożenia oraz utrzymania systemów informatycznych.

PragmaGO® i Allegro.pl Sp. z o.o. będą współpracować w modelu white label

Zarząd PragmaGO SA poinformował dziś o zawarciu umowy o współpracy z Allegro Sp. z o.o. Przedmiotem wspólnej działalności obu Spółek będzie oferowanie w serwisie Allegro.pl usług faktoringu online PragmaGO® w modelu white label.

„Podjęcie współpracy z Allegro jest ważnym krokiem w realizacji przyjętej strategii działania na lata 2017-2020. Dostarczanie usług finansowych online do ekosystemów naszych partnerów jest jednym z głównych projektów PragmaGO® o kluczowym znaczeniu. Techniczna integracja z zewnętrznymi partnerami jest możliwa dzięki naszemu systemowi klasy Enterprise Navi PragmaGO, który jest w pełni przygotowany do obsługi dużej skali transakcji” – komentuje wiceprezes Daniel Mączyński.

Na czym będzie polegać współpraca z największą internetową platformą handlową online w Polsce? Jak wyjaśnia prezes PragmaGO SA Tomasz Boduszek „przedmiotem współdziałania Spółek jest udostępnienie przedsiębiorcom sprzedającym towary w serwisie Allegro.pl usług faktoringu online z przejęciem ryzyka wypłacalności. W efekcie, firmy sprzedające na platformie Allegro.pl z wydłużonym terminem płatności, skorzystawszy z usługi PragmaGO®, uzyskają natychmiastową zapłatę za swój sprzedany towar, a firmy kupujące go na fakturę zyskają wydłużony termin na opłacenie zakupów.”

Usługa będzie realizowana online dzięki komunikującym się ze sobą aplikacjom Allegro.pl i Navi PragmaGO. Obie strony zobowiązują się nie podejmować przez określony czas żadnych działań z podmiotami konkurencyjnymi w zakresie analogicznych produktów. Dodatkowo, PragmaGO SA ma zapewnić środki finansowe pozwalające zrealizować obroty w minimalnej kwocie 500 mln zł do końca 2021 r., 1,2 mld zł do końca 2022 r. oraz 1,2 mld zł w kolejnych latach.

Trójmiasto idzie po milion

Konsekwentnie rozbudowujący się rynek biurowy w Trójmieście może pochwalić się dziś najniższym poziomem pustostanów w kraju, podaje firma doradcza Walter Herz.

Po zakończeniu budowy prowadzonych w Trójmieście inwestycji zasoby biurowe aglomeracji przekroczą 1 mln mkw. powierzchni. Rynek trójmiejski, który jest jednym z najszybciej rozwijających się ośrodków regionalnych w Polsce, dysponuje dziś zapleczem liczącym prawie 870 tys. mkw. powierzchni biurowych. Bardzo nowoczesnym zapleczem, bo większość biur w Trójmieście powstała zaledwie kilka lat temu.

– Od ponad roku ilość niewynajętej powierzchni biurowej na rynku trójmiejskim utrzymuje się na najniższym poziomie w kraju, nie przekraczając 6 proc. Świadczy to dużym potencjale tej lokalizacji, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę dynamikę rozwoju tego rynku w ostatnim czasie. W realizacji i przygotowaniu do budowy jest w Trójmieście kilkanaście inwestycji biurowych, które w ciągu najbliższych 36 miesięcy przyniosą prawie 150 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni – mówi Mateusz Strzelecki, Partner w Walter Herz.

Do największych, ukończonych w tym roku w Trójmieście projektów należą m.in. dwa gdańskie biurowce, które dostarczyły po 25 tys. mkw. biur: tj. budynek Olivia Prime B w kompleksie Olivia Business Center i biurowiec Wave firmy Skanska.

Inwestycje na terenach postoczniowych

Najwięcej trójmiejskich inwestycji biurowych powstaje przy jednej z głównych arterii komunikacyjnych Gdańska, al. Grunwaldzkiej oraz w centralnej części miasta na terenie tzw. Młodego Miasta. Na tym obszarze Cavatina realizuje obecnie pierwszy etap kompleksu biurowego Palio Office Park, a firma Inopa biurowiec C300.

Na postoczniowych terenach Młodego Miasta w Gdańsku, tuż przy Europejskim Centrum Solidarności i historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej na starcie budowy jest również wielofunkcyjna inwestycja DOKI. Projekt zakłada realizację dwóch budynków biurowych o łącznej powierzchni najmu 37 tys. mkw., a także ponad 1000 mieszkań i kilkudziesięciu lokali usługowych. W ramach przedsięwzięcia odrestaurowany zostanie także usytuowany w sercu nowej dzielnicy, zabytkowy budynek Montowni, w którym znajdą się lofty serwisowane, food hall oraz sale konferencyjne.

Na terenie gdańskiej Stoczni Cesarskiej remontowany jest też aktualnie zabytkowy budynek Dyrekcji, który przyjmie funkcję biurową, oferując 4 tys. mkw. powierzchni.

Pierwsze w Polsce centrum biurowe na lotnisku

Ponadto, przy ulicy Droszyńskiego w Gdańsku firma Torus prowadzi budowę biurowca Format o powierzchni 16 tys. mkw., który ma być gotowy w drugim kwartale przyszłego roku. W tym samym czasie inwestor planuje również oddanie budynku biurowego z 7,3 tys. mkw. powierzchni najmu, który powstaje w drugim etapie  inwestycji Officyna usytuowanej przy alei Grunwaldzkiej.

W drugim kwartale przyszłego roku ukończony ma być z kolei pierwszy z siedmiu biurowców, które stanąć mają na terenie Portu Lotniczego Gdańsk. Pod budynek Alpha, który dostarczy 8,5 tys. mkw. powierzchni biurowych, wmurowano niedawno kamień węgielny. Realizacja ta daje początek pierwszemu w Polsce centrum biurowemu, które zlokalizowane będzie na lotnisku.

Powstała również koncepcja zagospodarowania terenów PKS przy ulicy 3 Maja w Gdańsku. W jego miejscu powstać miałby plac miejski z zielenią oraz nowym biurowcem i hotelem. A dworzec i perony autobusowe miałyby być przeniesione pod ziemię na poziom -1.

W Gdyni, która skupia niespełna jedną piątą trójmiejskich zasobów biurowych, największym z realizowanych obecnie projektów jest natomiast kompleks biurowy 3T Office Park z około 38 tys. mkw. powierzchni, który położony jest przy ulicy Łużyckiej.

Popyt na trójmiejskie biura nie spada

Chłonność trójmiejskiego rynku biurowego w ostatnich trzech latach, jak oblicza Walter Herz, wynosiła średnio 100 tys. mkw. rocznie. W pierwszym półroczu tego roku ten poziom absorbcji został utrzymany. Do najemców trafiło w Trójmieście ponad 50 tys. mkw. powierzchni biurowej.

– Najwięcej umów zawarły firmy z sektora transportowego i bankowego. Ponad milionowe Trójmiasto jest również wciąż atrakcyjne dla firm z segmentu nowoczesnych usług dla biznesu oraz nowych technologii. Inwestycje w infrastrukturę portową przyciągają też firmy związane z obrotem towarów drogą morską, wykorzystujące morski węzeł przeładunkowy – informuje Martyna Markiewicz, Senior Leading Negotiator, Regional Coordinator w Walter Herz.  – W związku z obecną sytuacją epidemiologiczną, poza nowymi transakcjami, w ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia także z dużą ilością renegocjacji umów najmu, które dobiegają końca. Sporo najemców zobligowanych dłuższymi kontraktami zgłaszało również chęć podnajmu części powierzchni. Jest to jednak tendencja zauważalna w całym kraju, nie tylko na rynku trójmiejskim – dodaje Martyna Markiewicz.

Polska powinna przetwarzać 50% odpadów komunalnych, a przerabia zaledwie 26%

Dwa lata temu zaktualizowana została ustawa o przetwarzaniu odpadów, w której do polskiego prawodawstwa weszły dyrektywy unijne. Według nich jeszcze w tym roku Polska musi osiągnąć 50%-owy poziom recyklingu i przetwórstwa odpadów komunalnych. To aż 6 milionów ton śmieci. Obecnie jednak system przetwórstwa i recyklingu śmieci to zaledwie około 26% odpadów. Daleko nam więc do spełnienia unijnych wymagań. 

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wzywa więc polski rząd do wcielenia w życie systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenckiej (ROP) – którego mechanizm zobowiązuje producentów do stuprocentowego pokrycia kosztów zbierania, transportu, segregacji i przetworzenia odpadów.

– Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta oznacza przedłużenie odpowiedzialności producenckiej za odpady, które są wprowadzane na rynek, do końca ich cyklu życia. Ta odpowiedzialność jest przede wszystkim finansowa – ale kształtuje się w zależności od tego, z jakimi odpadami mamy do czynienia – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – W polskim systemie śmieciowym mamy do czynienia z dwoma rodzajami odpadów. Po pierwsze są to opakowania po napojach – butelki PET, puszki aluminiowe i butelki szklane. Ich przetwarzanie powinno w dużej części opierać się na skutecznym, jednolitym, scentralizowanym i porządnie działającym systemie kaucyjnym. Taki system musimy w Polsce wprowadzić – przy zaangażowaniu i wsparciu finansowemu producentów. Drugi rodzaj śmieci to odpady opakowaniowe, które są i powinny pozostać przetwarzane w obecnie obowiązującym systemie komunalnym. W tym przypadku odpowiedzialność producenta powinna obejmować finansowanie tego systemu oraz pilnowanie jakości i ilości wprowadzanych do niego odpadów. To powinno być odpowiednio rozliczane w dokumentach sprawozdawczych. Te dwie kwestie – system kaucyjny i odpowiedzialność producentów za odpady opakowaniowe – mogą zbliżyć nas do wywiązania się z unijnych zobowiązań – podkreśla Szczepańska.

Witold Modzelewski: Zniesienie płacy minimalnej prowadzi do problemów społecznych

Płaca minimalna, inaczej nazywana minimalnym wynagrodzeniem ustawowym, obowiązuje w Polsce od 2002 roku. Na początku wynosiła kilkaset złotych miesięcznie – a w 2020 roku wzrosła do 2600 zł brutto na umowie o pracę i 17 zł brutto za godzinę na umowach cywilnoprawnych. Płaca minimalna to narzędzie ochrony obywateli. Stanowi jedną z najważniejszych zdobyczy polityki społecznej, prowadzonej przez państwo. Dlatego pomysł rezygnacji z płacy minimalnej jest pomysłem radykalnym. Ekonomiści wskazują, że brak płacy minimalnej prowadzi nie tyle do problemów gospodarczych, co do społecznych. Rząd, który zrezygnuje z płacy minimalnej, może mieć później bardzo duże kłopoty.

– Detronizacja płacy minimalnej w ogóle nie wchodzi w grę. Musielibyśmy wystąpić z Unii Europejskiej, by wcielić ten pomysł w życie. A nawet gdybyśmy wystąpili, to sami będziemy oczekiwać, żeby płaca minimalna z nami pozostała. Ten, kto tu popełni błąd, ten za ten błąd zapłaci wielokrotnie – powiedział serwisowi eNewsroom Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Za taki błąd płacą Stany Zjednoczone. Milionowe bezrobocie nie jest tam już problemem ekonomicznym – jest problemem stabilności państwa. Płaca minimalna chroni obywatela i zapewnia stabilność zatrudnienia. To taka pomoc państwa w relacji pracownik-przedsiębiorca. W Polsce istnieje jednak pewien bufor, który pozwala na elastyczne podejście do płacy minimalnej – to możliwość samozatrudnienia. Ponad milionowa grupa samozatrudnionych pracowników w Polsce wystawia swoim pracodawcom faktury i godzi się na stratę pewnych praw pracowniczych – między innymi płacy minimalnej – w zamian za elastyczność zatrudnienia i większą wolność rynkową. Taka możliwość sprawia, że dyskusja o zniesieniu pracy minimalnej staje się tak naprawdę wycieczką intelektualną. Likwidacja tego historycznego osiągnięcia nie mieści się więc w  agendzie żadnej rozsądnej władzy – ocenia Modzelewski.

Marek Lachowicz: Sytuacja na polskim rynku odpadów nie jest dobra

Sytuacja na polskim rynku odpadów nie jest dobra. Widać o chociażby po wzroście cen za wywóz śmieci. Każda podwyżka stawki dla gospodarstw domowych oznacza, że w systemie wywozu i przetwarzania odpadów dzieje się źle. Drugim wyznacznikiem złej sytuacji jest dysproporcja między możliwościami zakładów recyklingowych, a deklarowanym w dokumentach poziomie przetwarzania odpadów. W Polsce liczba ton odpadów, które według deklaracji zostały poddane przetworzeniu, jest dużo większa niż realne możliwości zakładów recyklingowych. Różnica między tymi liczbami to prawie milion ton śmieci. Tymczasem Polskę już obowiązuje dyrektywa Unii Europejskiej numer 2018/851, której termin realizacji przypadł na 5 lipca bieżącego roku. Ustalone przez nią minimalne poziomy recyklingu powinny być więc już realizowane. Do 2025 ma być to 70% szkła, 77% plastiku po napojach i 70% stali. Te odsetki będą rosnąć co pięć lat – na 2030 rok planowany jest wzrost o kilka lub kilkanaście punktów procentowych w każdym z tych obszarów. By osiągnąć taki poziom recyklingu, potrzebujemy odpowiednio zbudować i zorganizować system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenckiej (ROP).

– Przypuszczamy, że sytuacja ta wynika z rozpowszechnionego handlu kwitami i dokumentacją. Wystawiane są papiery dowodzące, że coś zostało poddane recyklingowi – ale w rzeczywistości wcale nie zostało przetworzone – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego. – Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta (ROP), która jest głównym tematem naszego raportu, mogłaby tę sytuację zmienić. Wprowadza ona bowiem na rynek równowagę – producent, który wypuszcza odpad na rynek, jest odpowiedzialny za jego usunięcie. W tym momencie producenci wprowadzają odpady na rynek i nie obchodzi ich to, co się z nimi później dzieje – a z problemem śmieci pozostają mieszkańcy i gminy. Tymczasem w interesie producenta powinno być dopilnowanie, by jego odpady zostały przetworzone lub odzyskane – wyjaśnia Lachowicz.